czwartek, 10 listopada 2016

Z serii: w tym domu sie gada!

Jak zwykle, przedstawiam dialogi mniej lub bardziej bezsensowne. Raczej bardziej. :D


***

Na poczatek, perelki dzieci dwujezycznych:

Nik (koloruje auta): "Te inne beda w different coloras."
Bi: "Let's sit on the kanapas!"


***

Bi prosi o pomoc w naostrzeniu olowka:
"Mamo, mozesz mi to wystrzepic?"


***

O potedze literatury nad mediami

Nik, w jajku z niespodzianka, wylosowal Minionka, ktorego z uporem nazywa... Muminkiem. ;)


***

O byciu na bakier z dykcja


Potworki ogladaja lozko pietrowe w przyczepce:
Bi: "Potrzebuje bajerke, zeby nie spasc!"
Nik: "Ja tes pocebuje balielke!"



***

O trudnosciach z meska bielizna

Bi przyglada sie bratu podczas ubierania. Po chwili biegnie na skarge:
"Mamo, a Kokus ubral majtki, ze dwa paski sa z przodu! A dwa paski musza byc przeciez z tylu!"

Dla niezorientowanych, te "paski" to obszycie kieszonki z dziurka, na "dyndusia". Wyglada to tak:


Bi pomylilo sie z wlasnymi rajstopami, gdzie tluke jej do znudzenia, ze "jeden pasek z przodu, dwa z tylu..." :D


***

Gramy w domino. Bi ma jakas zla passe i przegrywa raz za razem. Kiedy w koncu udaje jej sie wygrac (dobra, troche jej "pomoglam" :D), Nik zarzuca jej lapki na szyje z okrzykiem:
"Wiedzialem, ze ci sie uda! Wiezylem w ciebie!"

I nie przeszkadzalo mu, ze sam przegral! A nie pisalam, ze to jest przekochane dziecko? :)


***

Syn moj przyglada mi sie krytycznie:
"Mama, wygladasz jak stala baba!"
Parskam smiechem i mrucze z ironia: "Oooo, dziekuje ci synku..."
Bi, slyszac moj ton, szybko dodaje sprostowanie:
"Wcale nie wygladasz jak stara baba! Wygladasz jak... mama!"
  
Tego dnia az pstryknelam fote swojej "kreacji", zeby popatrzec  czy rzeczywiscie prezentuje sie ona az TAK beznadziejnie... ;)



Wedlug mnie, jest zwyczajnie. Bez szalu moze, ale napewno nie "postarzajaco". ;)


***

Ponizszy dialog nie jest wlasciwie smieszny, ale mocno mnie zadziwil, wiec przytaczam.

Bi (wskazuje na niebo): "A co to jest?"
Matka: "Przeciez wiesz, ze to ksiezyc." Po czym dodaje, juz bardziej do siebie: "Tylko teraz nie jest okragly, bo juz po pelni..."
Bi: "A mozemy zobaczyc taka kulke Earth?"
Matka (zaskoczona): "Nieee, planeta Ziemia jest ogromna, a my na niej stoimy, wiec nie mozemy zobaczyc jej jako kulki."
Bi (niestrudzenie docieka): "A jakbysmy stanely na Moon, to bysmy mogly zobaczyc kulke Earth?"
Matka (z opadnieta kopara): "Tak, wtedy bylybysmy daleko od Ziemi i byloby ja widac jako planete."

KTOS uczyl moje dziecko astronomii i to nie bylam ja!


***

 Na koniec, mam dla Was pytanie:

Kiedy w kosciele, Potworki spiewaja (czyt. dra sie wnieboglosy): "Alleluja! ALLELUJAAAA!!!", dawno po ucichnieciu organisty oraz organow, powinnam  to zaliczyc jeszcze do modlitwy, czy juz do przeszkadzania innym wiernym? :D


***

Poza tym, kupilam Potworkom pasujace szlafroczki, bowiem Bi narzekala, ze po kapieli jej zimno. Szkoda tylko, ze stanowczo odmowili wspolnego zdjecia... ;)






Jesien w pelni, wiec staram sie robic z dzieciakami jakies tematyczne prace plastyczne... Ostatnio np. wykonali kolorowe jesienne drzewka:


(Pomysl nie mojego autorstwa, od razu uprzedzam, zgapiony od Asi! :D)

Jak to z Potworkami bywa, nawet przy takiej, pozornie przyjemnej czynnosci, nie obylo sie bez wku*wa dla matki. Nawycinalam sie bowiem jak glupia tych kwadracikow, Bi rzecz jasna rzucila sie ochoczo do pracy, natomiast Nik rozpoczal jeki. On nie umie, nie da "lady", ktos musi mu pomoc. I tak w kolko... Smecil, marudzil, ale nie poszedl sie bawic... Po 40 minutach takiego mekolenia, wkurzona rzucilam mu, ze przeciez to ma byc zabawa, przeciez nikt go nie zmusza i niech juz przestanie jeczec i pojdzie bawic sie autami. I co robi moj syn? Dopiero WTEDY przysiada do zadania! :D
I koncowy efekt prezentowal sie calkiem przyzwoicie:




A teraz zostawiam Was na przedluzony weekend. U nas 11-ego jest Veterans Day, szkoly zamkniete, a wiec biore pol dnia wolnego. Wczesniejsze rozpoczecie weekendu, to jest to! ;)

poniedziałek, 7 listopada 2016

O urodzinach, szalonej pogodzie i kilku innych sprawach

O czyich urodzinach mowa? Moich! ;) Szacowna autorka tegoz bloga, postarzala sie niestety o kolejny rok. Dzisiaj, konkretnie. ;) Poki jednak zostalo mi pare wiosen do zmiany kodu na 4, nie rozpaczam. Ot, kolejne urodziny do odhaczenia w zyciorysie.

W tym roku, zrobilismy nawet to, co od kilku lat sobie odpuszczalismy - swietowalismy! Nooo... poniekad, bo trudno to nawet nazwac impreza... Poniewaz moj tato ma urodziny 23 pazdziernika, M. 31, a ja 7 listopada, kupilismy torcik i zaprosilismy ojca i tescia (w jednej osobie) w okolicy urodzin malzonka mego, poniewaz wypadaja po srodku. Nawet swieczki dmuchalismy, a co! ;) Potworki byly lekko zdezorientowane, bo dotychczas takie "atrakcje" byly zarezerwowane wylacznie dla nich, a tu szok! Dorosli tez maja urodziny! ;) A swieczki oczywiscie obowiazkowo pomagali nam zdmuchiwac. Tatusiowe zdmuchneli nawet calkowicie samodzielnie, bo M. tylko przewrocil oczami na propozycje. Party pooper. :D

To tyle o urodzinach. Nie ma sie o czym rozpisywac. ;)

Teraz o pogodzie. Ktora tego roku jest po prostu szalona! Nie wiem, czy pamietacie, ale w dzien wycieczki Kokusia, 19-ego pazdziernika, mielismy upal, 27 stopni! Potem pogoda przypomniala sobie, ze hola, hola, przeciez mamy jesien! Temperatury gwaltownie spadly, w nocy pojawily sie przymrozki, ale w dzien bylo calkiem przyjemnie. Tymczasem, 8 dni po ataku upalow, przyszedl lekki przymrozek, ktory niespodziewanie utrzymal sie w dzien i spadl nam, pierwszy tego roku, snieg!

Potworki byly zachwycone! Najpierw dokumentnie przemoczyly adidasy, uparcie depczac po szkolno - przedszkolnych trawnikach. Rano nie ubralam im sniegowcow, bo temperatura miala sie podniesc i spodziewalam sie deszczu... Zreszta, utrzymywala sie okolo +1 stopnia, a snieg byl wlasciwie mokra breja, wiec buty sniegowe bylyby mocno na wyrost. Po powrocie do domu, pozwolilam dzieciakom pobawic sie na sniegu, a oni byli bardzo rozczarowani, kiedy zamiast kurtek zimowych i nieprzemakalnych spodni, podalam im kalosze oraz parasolki. Niestety, akurat wtedy, snieg zaczal przechodzic w deszcz. :D






Snieg spadl w poprzedni czwartek. Tymczasem w minionym tygodniu, w srode oraz czwartek, mielismy... 21 stopni! :D Matka Natura ma w tym roku nie lada problem z podjeciem decyzji czy mamy wlasciwie jesien, lato, czy moze zime. ;)

Ale, poza pogodowymi anomaliami, mamy zazwyczaj piekna, sloneczna, kolorowa jesien. No dobra, nadal utrzymuje, ze to moja najmniej ulubiona pora roku, ale za to Potworki ja lubia. M. znow udmuchal wielka kupe lisci w jednej czesci ogrodu i dzieciarnia sobie poszalala.






Wyciagalam potem strzepki lisci z kapturow, wlosow i wszelkich kurtkowych zakamarkow. ;) Nawet nasz siersciuch znalazl wygodne miejsce do obgryzania patyka. ;)


O czym tu jeszcze...

A! Nie wiem czy zauwazylyscie, ale troche mnie jakby wiecej w blogosferze. ;) Czesciej zostawiam slad u Was, szybciej odpowiadam na komentarze... To dzieki M., a raczej jego drugiej zmianie. Siedze wieczorami sama, a po polozeniu Potworkow spac oraz przygotowaniu lunch'ow na nastepny dzien, zazwyczaj mam jakies pol godziny zanim oczy zaczna mi sie same zamykac. ;) Siadam wiec z laptokiem i klepie w klawiature. I chociaz brakuje mi towarzystwa wieczorami (nie mowiac juz o tym, ze podskakuje nerwowo na kazdy podejrzany odglos czy szmer), to wiem, ze to tylko tymczasowa sytuacja, wiec ciesze sie tym dodatkowym blogowaniem. A jednoczesnie staram za bardzo nie przywiazywac. ;)

W tym tygodniu jednak, nie wiem jak to bedzie. Moj grafik okazal sie lekko szalony. Tak naprawde tylko dzis pracowalam "normalnie", ale nawet w ta normalnosc wkradla sie rozmowa z kandydatka na stanowisko administratorki... Niby tylko pol godziny, ale juz cos, o czym musialam pamietac, zerkac na zegarek, a przez to skupienie na pracy szlag trafil. Jutro i w piatek, biore po pol dnia wolnego, poniewaz szkoly sa zamkniete (wybory oraz Dzien Weteranow), wiec musze wymienic M. przy Potworkach. A w srode i czwartek mamy audyt, ktory musze poprowadzic. A zeby bylo jeszcze "weselej", musze rowniez przygotowac krotka prezentacje dla klienta. :/
Jestem wiec dosc zestresowana. A jak jestem zestresowana, to mam rozstroj zoladka, ale za to nie mam weny. ;)

Poza tym, "wisze" Wam zdjecia wnetrza przyczepki... Od razu uprzedzam, ze zadnych luksusow tam nie ma (chociaz dla mnie wlasny kibelek na kempingu to juz namiastka luksusu), ale jesli ktos nigdy nie widzial wnetrza takiego "kampera" i jest ciekaw, prosze bardzo.

Na jednym z koncow przyczepy, po prawej od wejscia, miesci sie kacik jadalniany, na noc rozkladany w malzenskie loze:

 (Wybaczcie burdel. Ten szary ksztalt na stole, to zwinieta plachta, ktora mamy przykryc przyczepe na zime. Strasznie ciezka, dlatego jej nie ruszalam)

Obok, naprzeciw wejscia, jest mini kuchnia:


Na drugim koncu przyczepki, mini lazieneczka:


A na lewo od lazienki, na tej samej scianie co wejscie, ulokowana jest miejscowka Potworkow:


(Oczywiscie do wakacji jeszcze kupa czasu, a my juz mamy klotnie o to, kto spi na dole, a kto u gory...)

I to tyle. Jesli uznamy, ze podoba nam sie taki sposob spedzania wakacji, za kilka lat moze zainwestujemy w cos wiekszego. Tyle, ze najpierw, M. musiaby sprawic sobie mocniejsze auto, bo jego Toyotka czegos duzo wiekszego nie pociagnie! O mojej wozidupce (tez Toyocie zreszta) nie mowiac... :D

Z innych ciekawszych wydarzen, to zaliczylam kolejne przyjecie urodzinowe z Bi... Tym razem cos innego, bowiem rodzice solenizantki zorganizowali je w stylu "ksiezniczkowym" we wlasnym domu. Zatrudnili nawet animatorke, ktora przebrana za Belle z Pieknej i Bestii, zorganizowala pannom "krolewskie" zabawy...


Coz... Ciesze sie, ze wzielam w tym udzial, bowiem przekonalam sie, ze nie ma to jak sala zabaw. ;) Pogadalam troche z innymi rodzicami, ale ogolnie wynudzilam sie jak mops. Bi, mimo, ze otoczona byla kolezankami z klasy, zjadla trema i odmowila udzialu w "ksiezniczkowych" grach. Ale zdjeciem z animatorka nie pogardzila. ;)



Poza godzina spedzona z "Belle", wszystkie male ksiezniczki roznosila wrecz energia. Z braku miejsca w piwnicy domu, gdzie odbylo sie przyjecie, wypadly na podworko. Zaden z rodzicow jakos nie protestowal, wiec bylo mi glupio trzymac Bi sama w srodku... Temperatury okolo 10 stopni i lodowate wichrzysko, dziewczynki w cieniutkich sukienusiach (wszystkie mialy kurtki, ale co z tego, skoro nogi gole) i na efekty nie trzeba bylo dlugo czekac. Moja wlasna, prywatna "Elsa" dzis ciaga nosem i chrypi... :/

A na koniec, napisze Wam cos odkrywczego: ida Swieta! :D Skad wiem, ze ida? Bowiem swiateczne akcenty pojawiaja sie wszedzie niczym grzyby po deszczu. Np. tak wygladaja kubki na kawe, na naszej ulubionej stacji:


Papatki! Odezwe sie moze w czwartek po poludniu, lub w piatek, kiedy opadna po-audytowe emocje! ;)

środa, 2 listopada 2016

Lat piec i pol

Ale ten czas zapiernicza... Dopiero co swietowalismy 5 urodziny, a tu juz kolejne polrocze za nami!

Zaczynam sie zastanawiac, czy w ogole kontynuowac te 6-miesieczne podsumowania... Odkad Bi ukonczyla 4 lata, jej rozwoj przebiega tak subtelnie i plynnie, ze trudno uchwycic jakies konkretne przelomy... Przeczytalam podsumowanie z maja i wlasciwie niewiele moge do tej listy dodac.
Niby jednak to fajna pamiatka, wiec moze warto jednak wysilic szare komorki. ;)

Jedna z moich ostatnich obserwacji jest to, ze Bi praktycznie przestala bawic sie zabawkami. Czasem wyciagnie swoja kolekcje konikow/kucykow, albo domek dla lalek, ale tak naprawde porozstawia to wszystko na srodku pokoju i idzie do "ciekawszych" zajec. W odstawke poszly rowniez puzzle oraz planszowki.

A jakie to te ciekawsze zajecia?

Rysowanie, malowanie, play-doh, ogolnie prace plastyczne. Ale nie kolorowanie. Za kolorowankami Bi az tak nie przepada.

Kolejnym ukochanym zajeciem jest pisanie. Bi uwielbia po prostu kiedy ktos literuje jej wyrazy, a ona je zapisuje. Musze przyznac, ze czasem musze sie ugryzc w jezyk, kiedy do znudzenia slysze "Mamooo, a jak sie pisze...". Wiem, ze to dla niej dobre cwiczenie, wiec literuje, literuje, literuje... ;)

Zauwazylam zreszta, ze jak jeszcze na poczatku roku szkolnego, Bi zapisywala wiekszosc wyrazow duzymi literami, teraz pomalu zaczyna zapamietywac ich male formy. Niestety, jeszcze w przedszkolu, zaczynano nauke pisania od wlasnego imienia, wiec uczono dzieci, zeby zaczynaly od duzej litery, a potem kontynuowaly malymi. Efektem jest, ze Bi zaczyna kazdy wyraz w zdaniu z duzej litery. Brawo przedszkole! :D

Nadal mozolnie cwiczymy wyrazy, ktore Bi ma rozpoznawac odruchowo. Ostatnio robimy to przez wspolne czytanie. Ja czytam ksiazeczke, ale napotykajac na znajome wyrazy, wskazuje je palcem i prosze corke, zeby je przeczytala. Ciekawe, ze can zawsze odczyta bezblednie, na like lekko sie zajaknie, ale rozpozna, natomiast prosciutkie to lub is zawsze, ale to zawsze sprawiaja jej klopoty. Nie moze ich zapamietac i juz. ;)

A jak calosciowo radzi sobie w szkole, tego nie wiem. Ale sie dowiem. Juz za tydzien wywiadowka. ;) U Nika zreszta tego samego dnia.

Zauwazylam, ze Bi bardzo garnie sie do swoich szkolnych kolezanek, ale troche od nich odstaje... i to nie pod wzgledem jezykowym. Kocham Bi i dla mnie jest i zawsze bedzie najcudowniejsza, ale obiektywnie patrzac, jest rowniez glosna i tryskajaca nadmiarem energii, zywiolowa i pelna entuzjazmu, taka troche wariaciuncia. A obserwowane przeze mnie dziewczynki (mam wglad zaledwie na dwie), sa bardziej stonowane i zabawy przez nie wymyslane, nie wymagaja biegania w kolko z dzikim wrzaskiem (ulubiona "gra" Bi). Na poczatku troche mnie to niepokoilo, dopoki nie odkrylam, ze tamte pannice sa starsze. Jedna ma juz skonczone, a druga na dniach konczy 6 lat. Kolejne dzieci "przetrzymane" w przedszkolu dodatkowy rok... Zabawne, jak to jednak rzuca sie w oczy. Pozostaje mi wiec czekac, az Bi sama nieco spowaznieje. ;)

Z dodatkowych obserwacji, to Bi ostatnio bardzo zle znosi zmiany. Nie wiem gdzie jest tego zrodlo... Zawsze byla sklonna do dramatyzowania, ale nigdy wczesniej nie zaobserwowalam takiego zachwiania poczucia bezpieczenstwa.

Przyklady?

Jedna z zalet nowej pracy M. mialo byc to, ze Bi nie musi zostawac rano w swietlicy. Nie zostawala tam jakos super chetnie, ale poza poczatkowa adaptacja, obywalo sie bez placzu. Myslelismy, ze fakt, ze moze rano sie wyspac, zjesc sniadanie w domu i nawet sie chwilke pobawic, ja ucieszy. Tymczasem Bi co rano w szkole placze, a przez weekend otwarcie mowila, ze wolalaby zostawac jednak w swietlicy, a nie isc od razu do klasy. :O
Wydaje mi sie, ze ona potrzebowala z rana takiego powolnego wdrozenia sie w "zycie" szkolne. Najpierw cichutko zjadala siadanie, siedzac samotnie przy stoliku w najdalszym katku, potem pomalu sie rozruszala, zaczynala bawic i na lekcje szla juz w pelni dobudzona. A my brutalnie pozbawilismy ja tego czasu przejsciowego miedzy domem a zajeciami. ;)

O ile jednak problem z porannym zostawaniem w szkole, moge sobie jakos wytlumaczyc, to juz placzu kiedy wracamy ze sklepu inna droga, juz nie pojmuje. Ostatnio Bi potwornie panikuje kiedy jedziemy droga, ktorej nie zna. M. zna wiele takich bocznych ulic oraz drozek. Osobiscie lubie z nim jechac droga ktorej nie znam, albo gdzie dawno nie jechalam, popatrzec na mijane domy, parki, itd. A Bi? Zaczyna plakac!
Dlaczego tedy jedziemy?! Ona nie zna tej drogi! Nie chce nia jechac!
I to nie byl jednorazowy wybryk, ona tak ma ostatnio za kazdym razem! :/ Nie mam pojecia skad to sie wzielo...

Podejrzewam, choc moge sie mylic, ze Bi za duzo miala ostatnio zmian. W przedszkolu byla tylko rok, przez wakacje chodzila do niani, po czym zaczela zerowke. Duza szkola, z wieloma starszymi dziecmi, ja z lekka przeraza. Teraz jeszcze zmienila jej sie pora kiedy przyjezdza do szkoly. Dodatkowo nagle wieczorami nie ma taty w domu...
Moze dla 5-latki to sporo? Nie dowiem sie, Bi mi tego nie wytlumaczy, ale mam nadzieje, ze sama sie z czasem uspokoi...

Co sie za to nadal nie zmienilo, to strach przed robactwem. Mamy akurat jesien i wszelkie stworzenie ciagnie do domu. Do tego w tym roku opanowala nas jakas plaga biedronek. Tych azjatyckich, niby gryzacych (nas jeszcze zadna nie uzarla). Wlaza ich do domu doslownie tuziny. Na nie jednak Bi az tak nie zwraca uwagi. Za to na widok pajaka, zuka czy pluskwiaka (nie mylic z pluskwa, pisze o czyms bardziej przypominajacym duzego zuka na dlugich nogach), zwiewa z wrzaskiem. Nieustannie musze wiec lazic z laczkiem i ubijac nieproszonych gosci. ;) Jestem w stanie zrozumiec strach przed wiekszymi okazami, ktorych nie brakuje. Te, sama traktuje kapciem wzdrygajac sie przed chrzeszczacym odglosem zgniatanego pancerzyka chitynowego. Bleee... Ale nieraz Bi leci z przerazeniem w oczach i wrzeszczy wielkim glosem: "PAAAAAJAAAAK!". Lece ratowac dziecko przed potworem, a tu... malenstwo niewiele wieksze od glowki od szpilki... :D

Brak zmian rowniez w stosunkach Bi z bratem. Sa momenty, gdzie pieknie sie z Nikiem bawia, dziela zabawkami, slodyczami, itd. Mile sa to chwile, ale niestety krotkotrwale. Bi lubi rzadzic i kazdy przejaw niesubordynacji usiluje zdusic w zarodku. Sila. Fizyczna najczesciej. ;) Tlucze wiec Nika, szarpie, wrzeszczy na niego, a na reprymendy rodzicow tlumaczy, ze skoro on sie jej nie slucha, albo nie chce sie z nia bawic, to o co nam w ogole chodzi? Rzeczywiscie logiczne powody, zeby sprawic bratu manto. ;)
Poza tym, niestety, bardzo czesto dokucza Kokusiowi, ot tak, dla zabawy. To normalne wsrod rodzenstwa, wiem, ale czasem nie moge uwierzyc ile w takiej malej dziewczynce moze byc pokladow zlosliwosci...

My - rodzice, otrzymujemy podobna dawke tej ciemniejszej strony osobowosci Bi. Jest krnabrna i pyskata. Potrafi patrzec ci prosto w oczy i robic na przekor lub igonorowac twoja prosbe. Siadanie na ziemie w gescie buntu (to najczesciej kiedy odmawiam pojscia po szkole na plac zabaw) i ryk ile sil w plucach rowniez jest na porzadku dziennym. ;)

Podsumowujac. Mam wspaniala coreczke. Najczesciej wesola, zywiolowa, zwinna, ale jesli jest bez humoru, to bez kija ani podchodz! :D



środa, 26 października 2016

Dom na kolkach, czyli rozwiazanie zagadki ;)

Po pierwsze, przepraszam. Zagralam z Wami bardzo nie fair, bo jak mialyscie zgadnac, skoro wczesniej ani slowkiem nie pisnelam o niczym, mimo, ze plany klarowaly sie w naszych glowach od ponad miesiaca... :D

Musze jednak przyznac, ze wiele z Was bylo blisko. Gdyby to byla popularna, dziecieca zabawa, wolalabym "Cieplo, cieplo, troche cieplej...".

Zmieni sie bowiem nasza miejscowka... ale ta weekendowo - wakacyjna! :D



Takie cudo przywiozl moj maz. Ponad tysiac km (szukalismy okazji) po niego pojechal (w jedna strone)!

W tym momencie trzeba sie do czegos przyznac...

W zyciu nie bylam na kempingu! Ani w przyczepce, ani tym bardziej pod namiotem. Kemping kojarzyl mi sie z robactwem, syfem i komarami bzyczacymi pol nocy nad uchem. I nadal utrzymuje, ze na namiot M. nigdy mnie nie przekona. Za stara juz jestem, zeby znosic takie niewygody. ;) Ale przyczepie postanowilam dac szanse.
Nie mam zdjec srodka (mam nadzieje sie poprawic), ale taka przyczepa ma wszystko, co do szczescia potrzebne. Jadalnie rozkladajaca sie w duze lozko dla rodzicow, pietrowe lozko dla dzieci, lodowke, kuchenke, mikrofale oraz prysznic i kibelek. I siatki we wszystkich oknach. ;) A w razie potrzeby, posiada zarowno klimatyzacje, jak i ogrzewanie, wiec czlowiek nie jest zdany calkowicie na Matke Nature.

Co myslicie o naszym wakacyjnym (przenosnym) domku? ;)

wtorek, 25 października 2016

Zagadka...

Wiosna - latem nastepnego roku, zycie naszej rodziny ulegnie lekkiej (a moze duzej? Czas pokaze) modyfikacji. Emocje rodzicow wahaja sie od lekkiego przerazenia do przyjemnego podniecenia. Potworki nie moga sie juz doczekac. ;)

Nie, nie spodziewam sie trzeciego Rozdarciucha. Chodzi o cos zupelnie innego (sprostowanie na wypadek, gdyby ktos przeliczyl miesiace i stwierdzil, ze wniosek nasuwa sie tylko jeden... :D).

Kto zgadnie, kto?! ;)

PS. Troche Was potrzymam w niepewnosci. Rozwiazanie jutro. :D

sobota, 22 października 2016

Przepraszam, ale znowu walne Wam tasiemca ;)

Co ja zrobie, skoro nie pisalam ponad tydzien, a dzialo sie, ze ho ho!!! ;)

Nawet nie wiem, od czego tu w ogole zaczac... Tyle watkow sie uzbieralo! Nowa praca M. i zwiazane z nia zmiany w naszym poukladanym jako tako zyciu, afera w mojej pracy, lodowkowa saga, wycieczka przedszkolna Kokusia i frustracje matki zerowkowicza...


Dobra... Zaczne od najmniej przyjemnego tematu, a raczej jedynego naprawde nieprzyjemnego, czyli od pracy matki.

Pewnie nie pamietacie, ale wracajac w zeszlym tygodniu, po 5-dniowej nieobecnosci, wzdychalam na mysl o ilosci papierow na moim biurku. Okazuje sie, ze to nie o ilosc raportow do podpisania, powinnam byla sie martwic...

W pracy, akurat tego dnia, goscili bowiem ludzie z glownej siedziby, ktorzy poznym rankiem zaprosili nasza grupe na obowiazkowy meeting. W jego czasie, oznajmili bez ogrodek (i z doza bezczelnosci, wg. mnie), ze chociaz sa organizacja nie nastawiona na dochod (not-for-profit; nie mam pojecia jak to dokladnie przetlumaczyc), to nie sa jednak organizacja charytatywna. A nasza filia, po 5 lat od kupna, nadal nie przynosi dochodow. Po czym poinformowali, ze nasz byly glowny manager, ktory od kilku miesiecy zajmowal sie nadzorowaniem wspolpracy 4 laboratoriow: naszego, w Brazylii, Niemczech oraz Chinach, zostal zwolniony. Podobnie jak dwoje ludzi od marketingu i sprzedazy, ktorzy od dluzszego czasu nie zdobyli nowych projektow.

Tu nastapilo mocne niedoinformowanie. Jak sie pozniej okazalo, meeting mial na celu dokladnie to: poinformowac o zwolnieniu trzech osob i o reorganizacji zarzadu. Nic wiecej. Natomiast sposob w jaki facet sie wypowiadal, sprawil, ze na wszystkich (lacznie ze mna), padl blady strach. Poczulismy, ze to tylko kwestia czasu, zanim zamkna nasza filie calkowicie. Niektorzy szykowali sie, zeby dolaczyc do meza/zony ubezpieczenia zdrowotnego. Ja (i pewnie jeszcze pare osob) wieczorem zaczelam przegladac oferty pracy.

Nieco sie wyjasnilo w poniedzialek, kiedy nasz obecny glowny manager, wezwal wszystkich na kolejne krotkie spotkanie. Doszly do niego pogloski o naszej panice i zapewnil, ze w tej chwili cala ta sytuacja nas nie dotyczy. Na dzien dzisiejszy nie ma przewidzianych kolejnych zwolnien. Zmieni sie troche zakres jego obowiazkow, a przez to i kilku innych wyzej postawionych osob. To wszystko. Na rezultaty trzeba bedzie i tak poczekac pare lat.

Poczulam sie nieco uspokojona. Nieco. Musze doszlifowac swoje CV i wrzucic je na portalach dla poszukujacych pracy. Wiem, ze nigdzie nie bede miala gwarancji, ze firma nagle nie splajtuje, ale niewiadoma jest chyba lepsza niz dalsza praca tutaj, gdzie juz wiem, ze kiepsko sie dzieje. :/

Nie powiem, zal mi tej pracy. Dla rodzica malych dzieci, jest idealna! Godziny moge dostosowywac do potrzeb. Mam sporo dni wolnych, co pozwala mi zostac z Potworkami w domu, kiedy zamkniete sa szkoly. Dojazd to tylko okolo 20 minut w jedna strone. Poza tym, zwyczajnie zzylam sie z miejscem oraz ludzmi. Po 10 latach, szkoda mi odchodzic. Ale jesli firma ma nie przetrwac, czy jest sens tu tkwic? Nie mozemy sobie z M. pozwolic, zeby jedno z nas zostalo bez pracy. Niestety zadne nie utrzyma naszej rodziny samo, takie sa smutne realia. A lepiej teraz, pomalu i bez stresu przegladac oferty (szczegolnie, ze w tej branzy, w mojej okolicy jest ich jak na lekarstwo), niz pozniej, majac noz na gardle...

Poza tym, tak zwyczajnie i po ludzku, jest mi smutno. I nie chodzi konkretnie o prace jako taka. Wraz ze zwolnionym managerem - Jim'em, trace nie tylko szefa, ale i bliska osobe. Jim przyjal mnie do pracy i przez lata stal sie bliskim przyjacielem, takim co zawsze wyslucha, na ktorego ramieniu zawsze mozna sie wyplakac (co w swoim czasie robilam dosc czesto :D), nigdy nie oceni, za to czesto doradzi. :( Najgorzej, ze pare miesiecy temu przeprowadzil sie na Floryde, a teraz nie bedzie juz nawet wpadal do nas na kontrole i kontakt pewnie wkrotce nam sie urwie, bo co to za kontakt, maile i sms'y? :(

Zostalo uczucie przykrosci oraz niepokoju o przyszlosc... :(

Same widzicie, ze nie jest za kolorowo. Mam jednak troche czasu na znalezienie czegos odpowiedniego. Poki co zatrudnienie mam, teraz pozostaje miec oczy otwarte i nie przegapic jakiejs dobrej okazji. Na bok sentymenty, Walenty! ;)


I na tym, zakoncze smuty. Czas na cos weselszego, czyli to, na co wszystkie czekacie. Dokonczenie Piesni o Lodowce! :D

Saga lodowkowa sie w koncu zakonczyla i mam nadzieje, ze nie bede musiala dopisywac kolejnych czesci przez przynajmniej kilka(nascie) lat!
W sobote, jak bylo ustalone, przywiezli nam lodowke #4. Tym razem obylo sie bez wiekszych sensacji. przyjechali, wniesli, podlaczyli. Jedne z drzwi byly lekko wyzej (:D), ale ze tym razem zawiasy byly proste i nie brakowalo srub, wystarczylo je tylko podkrecic. ;) Nowy sprzet jest bajerancki, a poza tym ogromny! Lodowka jest wyzsza ode mnie (a kurduplem nie jestem) oraz szeroka i zeby ja wniesc, musieli wyjac frontowe drzwi z zawiasow! :O

Oczywiscie ja, jak to ja, zawsze znajde sobie powod, zeby troche ponarzekac. ;) Po pierwsze, lodowka jest dosc glosna. Nie tak jak ta pierwsza, ale duuuzo glosniejsza niz nasz stary Szajsung. Najwyrazniej ta firma juz tak ma. Oby za to pochodzila dluzej. ;) Poza tym, uleglam tym razem mezowskim gustom i zdecydowalismy sie na model z tych posiadajacych zamrazarnik(i) na dole, w postaci szuflad. A lodowka jest u gory i otwiera sie skrzydlowo. Niby nie ma to znaczenia, na polkach jest tyle samo miejsca, ale za to wiszace polki w drzwiach sa mniejsze. Z prawej strony sa nieco wezsze, co da sie jakos przezyc, ale po lewej sa dodatkowo plytsze, bo za nimi jest panel oddzielajacy maszynke do lodu. Nie miesci sie na nich nic, o srednicy wiekszej  niz np. sloiczek dzemu! A dodatkowo, poniewaz przez taki uklad, drzwi lodowki stracily na wysokosci, polki sa tez nizsze. Nie mieszcza nam sie wszystkie butle i pojemniki, ktore wczesniej trzymalismy w drzwiach. Producent najwyrazniej pomyslal o tym, bo w glownej czesci lodowki, jedna z polek zapada sie w polowie, tworzac wneke na wyzsze rzeczy. Wtedy jednak traci sie czesc z miejsca w glebi lodowki. Bledne kolo. ;)
Nie sa to juz jednak usterki mechaniczne i da sie z tym zyc, to tylko kwestia przyzwyczajenia. Nie ma podstaw do reklamacji. :D

To tyle o lodowce. Teraz o nowej pracy M. Ktorej jeszcze nie zaczal, ale zaczyna (w koncu!) w poniedzialek. ;)

Przy okazji, dziekowalam w komentarzach, ale ze nie wszyscy wracaja i czytaja odpowiedzi, dziekuje jeszcze raz Tarheel oraz Tysce, za cenne informacje dotyczace pracy uczelni wyzszych! Na cale szczescie, tym razem poszlo gladko, ale zapamietam Wasze informacje. Moze przydadza sie kiedys mi, jesli przyszly pracodawca zechce sie kontaktowac z Uniwerkiem Gdanskim. ;)

W kazdym razie, M. zostal sprawdzony wzdluz i wszerz i nadaje sie do tej arcywaznej pracy. ;) Zaczyna od poniedzialku i tu nastapia dosc znaczne zmiany w naszym zyciu rodzinnym. Mianowicie, maz moj zostal przyjety na druga zmiane. Godziny pracy to 15 do 23:30, co oznacza, ze nie bedzie go wieczorami w domu. :( A te mamy naprawde chaotyczne i nerwowe i druga para rak do ogarniecia Potworkow jest nieoceniona.... Ale coz, bede musiala radzic sobie sama.

Zeby sobie za bardzo nie krzywdowac, teraz bedzie i tak o niebo latwiej niz pierwsze 15 miesiecy po narodzinach Nika, kiedy M. pracowal na noc, a ja wieczorem musialam samodzielnie ogarnac dwojke naprawde malutkich dzieci. Obecnie Potworki zazwyczaj same zjedza, potrafia sie same zabawic, zalatwiaja sie na kibelek i nie wisza po 40 min. przy cycku! :D Nie jest wiec najgorzej.
Poza tym, M. ma obiecane, ze ta druga zmiana jest tylko tymczasowa. Za jakies pol roku ma zostac przeniesiony na pierwsza. Z tego, co mowia koledzy juz tam pracujacy, szefostwo raczej dotrzymuje slowa, wiec trzeba zacisnac zeby i przeczekac. ;)

A poki co, znowu bede meza widywac tylko w weekendy. Kiedy bede rano wychodzic, on bedzie jeszcze dosypial. A kiedy bede wracac z Potworkami do domu, on bedzie juz w pracy.
M. zal jest czasu z dziecmi, chociaz zastanawiam sie jakiego czasu konkretnie. Bedac wieczorem w domu i tak zazwyczaj siedzi z nosem w laptopie lub telefonie, albo drzemie na kanapie. Dobra, czasem cos upichci. ;) Malo kiedy aktywnie bawi sie z Potworkami. ;)

A najbardziej, na zmianie trybu pracy taty, skorzystaja wlasnie Potworki. Poniewaz M. bedzie rano w domu, Bi nie bedzie musiala zostawac rano w swietlicy, a Nik siedziec w przedszkolu od bladego switu. Zawsze mam wyrzuty sumienia zrywajac ich z lozek zaraz po 6 rano i wybiegajac z nimi z domu przed 7. Teraz beda mogli spokojnie dospac, zjesc w domu sniadanie, po czym tata zawiezie ich do placowek edukacyjnych dopiero przed 9 rano (Bi zaczyna lekcje o 8:45). A ze ja, bez porannej zabawy w szofera, bede docierac do pracy wczesniej, a co za tym idzie wczesniej z niej wychodzic i ich odbierac (jakies pol godziny po zakonczeniu lekcji u Bi), to w ogole tryb zycia Potworkow znacznie zwolni. Juz nie bede czula wyrzutow, ze dzieci moje spedzaja caly dzien w placowkach zamiast w domu i bardzo sie z tego sie ciesze.

Skoro juz dotarlam do tematu Potworkow.

Tak jak pisalam, w srode zawiozlam Nika na wycieczke przedszkolna, pojezdzilam na przyczepie z klujacym sianem, pomoglam synowi wybrac dynie, po czym odwiozlam go z powrotem do przedszkola. :) Ogolnie nie bylo zle. Tylko, chyba zeby przedluzyc cala atrakcje, kierowca traktora ciagnacego przyczepe, zamiast popedzic na pole z dyniami, wlokl sie niczym zolw oraz jechal zygzakiem przez cala farme, ech... W ktoryms momecie od kolysania wozu, az mi sie spac zachcialo i moze by mi autentycznie glowa opadla, gdyby nie to, ze siano naprawde porzadnie klulo mnie w dupsko. :D Po zebraniu dynii oraz powrocie do glownego budynku, dzieciaki dostaly po buteleczce domowego "apple cider", czyli czegos w rodzaju soku jablkowego, ale z przyprawami oraz jablkowego paczka. Potem siusiu i powrot do przedszkola. I koniec wycieczki. ;)

(Chlopiec i jego dynka, a w tle dyniowe pole)

Az sie czlowiek zastanawial "po TO wzielam wolne z pracy?!". Zauwazylam zreszta, ze jak rok temu wiekszosc dzieci przyjechala z rodzicami, tak w tym roku byla nas ledwie garstka. Nawet z dzieci zapisanych na pol dnia (gdzie u nas "pol dnia" to zaledwie 3 godziny, wiec te mamy napewno nie pracuja) wiekszosc przyjechala autobusem. Zreszta, sam Kokus byl rozczarowany, ze nie jechal school busem. A ja specjalnie dla niego wzielam wolne! :D Najwazniejsze jednak, ze wszystkie przedszkolaki (no prawie; jeden chlopczyk urzadzil histerie z rzuceniem sie na ziemie i szlochaniem niewiadomo o co) mialy frajde. A na kolejna wycieczke rodzice nie beda juz proszeni  o towarzyszenie dzieciom, wiec spelni sie marzenie Nika o przejazdzce autobusem. ;)

Cala sroda to byl w ogole dzien w biegu. Wstalam rano, nakarmilam dziatwe, odwiozlam Bi do szkoly, a skoro juz tam bylam, odstawilam tez Nika do przedszkola. Mialam godzine do odjazdu autobusu z wycieczka, wiec podjechalam po kawe i wrocilam do domu na drugie sniadanie. Po czym nie chcialo mi sie tylka ruszyc z kanapy, a ze pamietalam zeszloroczne opoznienie, nie spieszylam sie specjalnie. Blad! Dojechalam do przedszkola punkt 10 i okazalo sie, ze dzieci ladowane sa juz do autobusu, tylko jedna z nauczycielek (niezbyt zadowolona) czeka specjalnie na mnie z Kokusiem. Ups. :D

Odbebnilam wycieczke, wrocilam do przedszkola, a tam... cwiczenia przeciwpozarowe! Cala ludnosc szkoly (przedszkole miesci sie w budynku gimnazjum) na zewnatrz. Nikogo nie wpuszczaja do srodka! Wrrr... Postalismy tak z 20 minut, w koncu pozwolili wejsc. Odstawilam syna, po czym ruszylam dalej.

Tak sie bowiem skladalo, ze M., majac badania przed nowa praca, dojechal na nie za wczesnie, mial do zabicia troche czasu, a ze byl w okolicy zapelnionej sklepami, spytal czy czegos nie potrzebujemy. A ja (glupia, oj glupia) zaproponowalam, zeby sie rozejrzal za kurtkami zimowymi dla Potworkow. Szczerze, to myslalam, ze po prostu nic nie znajdzie, tymczasem owszem, znalazl... Powiem tylko tak: nigdy wiecej nie wysle chlopa na zakupy ciuchowe dla dzieci! :D Kupil jedna kurtke dla Nika oraz trzy dla Bi, bo nie mogl sie zdecydowac. ;) Wszystkie kurtki dla Bi byly do oddania. Starsza jest wysoka, to prawda, ale rozmiaru na 8 lat jeszcze nie nosi. :D Zreszta i tak srednio mi sie podobaly. ;) Nikowa zostawilam, zeby nie robic mu przykrosci, bo jest porzadna, tylko smutna dla malego chlopczyka, prawie cala czarna... Mialam ochote oddac i ja, ale M. wydawal sie dosc podlamany faktem, ze nic nie "trafil" dla corki, wiec sie ulitowalam i ta zatrzymalam. ;)

Poniewaz wzielam caly dzien wolny w srode, postanowilam wykorzystac ten czas na oddanie Bibusiowych kurtek. Niby objechac dwa sklepy to pikus, poniewaz jednak w Hameryce nic nie jest blisko i pod reka, a dodatkowo byl potworny ruch na drodze (gdzie ci ludzie, do cholery, jezdza w srodku dnia?! :D) , zajelo mi to ponad 1.5 godziny! A do sklepow tylko wchodzilam, oddawalam i choc mnie korcilo, nawet nie spogladalam na polki oraz wieszaki. ;)

Musze tez nadmienic, ze w minionym tygodniu, pogoda postanowila poudawac, ze mamy sierpien. Bylo 27 stopni + 60% wilgotnosci. Mimo, ze lubie cieplo, to chyba jednak organizm odzwyczail sie od takich temperatur, bo po calej tej wycieczce, a potem objezdzaniu sklepow, kiedy wrocilam do domu, czulam sie spocona, nieswieza i marzylam tylko o prysznicu. A tu zaraz po dzieci trzeba bylo jechac, ech... ;) A wieczorem, po takim maratonie, oczy zaczely mi sie zamykac juz o 21. Jednak fizycznie, znacznie mniej daja po doopie dni spedzane w pracy. :)

A w czwartek, moj syn wrocil z przedszkola z dynia... na czole. ;) Mieli jesienny festyn, a w jego ramach malowanie twarzy. ;)

(A z tylu mozecie podziwiac cud techniki, ktory zagoscil w naszej kuchni :D)

Wtrace tez mala dygresje na temat rutyny. Mowi sie duzo o tym, ze niemowleta i male dzieci bardzo lubia poukladany plan dnia. Czuja sie wtedy bezpieczne, bo wiedza czego oczekiwac o kazdej porze dnia. Okazuje sie jednak, ze troche starsze dzieci, jak moje Potworki, tez zle znosza odchyly od codziennej rutyny. ;) W srode zawozilam ich do placowek edukacyjnych pozniej, wiec rozjechal nam sie plan poranka. O ile szczesliwi byli, ze moga zjesc sniadanie w domu, o tyle potem zazadali bajek. Mielismy czas, a ja musialam sie w spokoju wyszykowac, wiec wlaczylam. I pierwszy zgrzyt (czyt. pretensje i foch) mialam juz kiedy pora byla je wylaczyc.
Nastepnie, po podejsciu do przedszkolnej sali, Nik stanal jak wryty i odmowil wejscia. Normalnie kiedy przyprowadzam go o 7, jest pierwszy lub drugi, w klasie panuje cisza, a panie dopijaja kawe. A w srode byl juz prawie komplet dzieciakow, w sali wrzawa, ruch i chaos i Kokus przezyl lekki szok. Niech sie lepiej przyzwyczaja, bo od nastepnego tygodnia zawsze bedzie o tej porze docieral do przedszkola. ;)
To samo Bi. Myslalam, ze ucieszy sie, ze idzie prosto do swojej klasy, tymczasem dziecko przywarlo do mnie i uderzylo w placz, ze nie chce zostac w szkole! :O
Rutyna. Kochana, zbawienna rutyna, tylko ona trzyma mnie (i Potworki) przy zdrowych zmyslach. :D

W ten sposob doszlismy do ostatniego watku, czyli dlaczego posiadanie w domu zerowkowicza, przyprawia mnie o bol glowy.
Po pierwsze, w czwartek Bi wrocila ze szkoly bez kamizelki oraz bez bidonu na wode. O ile kamizelke przyznala, ze zostawila w szafce, o tyle bidon przepadl. Moje dziecko nie ma pojecia co sie z nim stalo. A zawsze chwalilam Bi, ze jest dosc ogarnieta i pieknie pilnuje swoich rzeczy... :(
Po drugie, od minionego tygodnia, Bi dostaje... TAMTARAMTAM... prace domowa!!! :O W zerowce! Co prawda zadania dzieciaki dostaja na 4 dni, bo pakiet otrzymuja w poniedzialki, a do oddania jest on w piatek, ale mimo wszystko... Wiecie jak wygladaja teraz moje wieczory?

Wpadam do domu przed 17. Zanim wypakuje wszystko z auta, pojemniki po lunchu wrzuce do zlewu, odgrzeje obiad, itd. jest 17:30. Zanim wszyscy zjedza (Nik okropnie sie guzdrze) jest 18. Wtedy predko sprzatam ze stolu, zeby Bi mogla usiasc do lekcji. Ona pisze, a ja usiluje np. zaladowac zmywarke, albo w pospiechu zaczynam obiad na nastepny dzien, co chwila przerywajac, bo Starsza potrzebuje, zeby jej przeczytac instrukcje, lub chce sie upewnic ze dobrze wykonuje zadanie. Czescia pracy domowej jest tez kolorowanie obrazkow na kartkach, co Bi uwielbia, wiec robi dokladnie i z namaszczeniem, a przez to baaardzo powoli. Zanim wiec odrobi dzienna porcje pracy domowej (wszystkiego naraz w zyciu nie zrobilaby jednego wieczora) jest niemal 19. Wtedy zostaje tylko godzina do pory spania Potworkow.

Oprocz "kart pracy", czescia pracy domowej sa gry, majace dzieciom pomoc w zapamietaniu tzw. "SNAP words", czyli prostych i czesto wystepujacych wyrazow (jak: is, like, the, a, can, itp) ktore dziecko powinno czytac automatycznie, bez literowania. Pytanie tylko, kiedy mamy sie w nie bawic?! Nie mam sumienia zabierac Bi tej ostatniej godziny swobodnej zabawy. W zeszlym tygodniu, w czwartek (czyli ostatniego dnia przed oddaniem pakietu), napredce wypisalam na karteczkach wyrazy i zagralysmy w kilka gier, tylko po to, zeby Starsza mogla z czystym sumieniem zaznaczyc, ze sie w nie bawila. :/

Nie podoba mi sie to. Zupelnie mi sie nie podoba. Po pierwsze, nienawidze robic wszystkiego w takim szalonym pospiechu. Po drugie, wole zeby moje dziecko mialo wiecej czasu na swobodna zabawe niz marna godzine. Po trzecie, mam jeszcze Nika. W tej chwili, kiedy Bi odrabia lekcje, Mlodszy albo wypelnia wlasne karty pracy (ktore w przedszkolu nie sa obowiazkowe, ale jesli dziecko je wykona, dostaje naklejke), albo skacze po ojcu. ;) Od nastepnego tygodnia, M. nie bedzie wieczorem w domu. Nie wiem jak ja - jedna osoba, mam pogodzic ogarnianie wszechobecnego i niekonczacego sie burdelu, pomocy Bi w lekcjach i zabawianie Nika... :( Juz teraz, po polozeniu dzieci spac, czuje sie jak kon po westernie. Bez M. bede chyba zasypiac podczas wieczornego czytania dzieciom ksiazek... :/


I na tym skoncze te gorzkie zale. I tak juz chyba pobilam swoj rekord tasiemca. Nikt nie bedzie chcial tego czytac! ;) Zostawie Wam za to zdjecie naszego jesiennego ogrodu. Prawda, ze pieknie?

(Trzech wariatow, chociaz trzeci - pies, w tych kolorach niemal niewidoczny :D)

wtorek, 18 października 2016

Z serii: w tym domu sie gada

Dzisiaj krociutko, bo pomiedzy obowiazkami w pracy, pomalu odpowiadam na zalegle komentarze. Mamelkowa Mama nakrzyczala, wiec nadrabiam, nadrabiam...  A troche sie tego, cholera, nazbieralo... ;)


***

W sobote rano, Bi dopadla faza na dokuczanie bratu. Najpierw ciagnela go i szarpala za dekold bluzki, a kiedy to ukrocilismy, zaczela biegac po pokoju, popychajac Nika za kazdym razem, kiedy go mijala. Mlodszy, jak przystalo na pokojowo nastawionego do swiata Kokusia, po kazdym takim "ataku" uderzal w placz, ale zupelnie nie probowal sie bronic. Malo pedagogicznie, ale w koncu, znudzeni ciaglym krzykiem i lzami, powiedzielismy Mlodszemu, ze jesli Bi go znow popchnie, niech ja tez odepchnie. Nie podzialalo. To po prostu nie jest w kokusiowym stylu. ;) Natomiast corce strzelilismy pogadanke, ze Nik jest chlopcem i kiedys zapewne bedzie od niej wyzszy i silniejszy.
Matka: "I zobaczysz, jaki ci spusci lomot za te wszystkie lata!"

Bi oczywiscie uderza w ryk, ze ona "urodzila sie pierwsza i zawsze bedzie wieksza!". Natomiast Nik odzywa sie cichutko:

"Nie chce bic mojej siostry..."

Kwintesencja Kokusia... Wzrusza mnie ten jego kompletny brak agresji, ale tez boje sie jak zycie doswiadczy takiego wrazliwego, delikatnego chlopczyka, jesli ten nie nauczy sie odrobiny asertywnosci...


***

Nik macha gwizdkiem na sznurku, uderzajac raz po raz w nowa (!) komode. W Bi odzywa sie "rodzic".

Bi: "Nik, przestan walic w szafke!"
Nik (olewacko): "Ona jest stala..."
Bi (wsciekla): "Ona wcale nie jest stara! Sam jestes stary!"
Nik (oburzony): "Nie jestem staly! Tylko mam taka twas..."

:D


***

Nik prosi matke o pomoc podczas obiadu.
"Cy mozes mi help z tym?"
Po czym wyjasnia uprzejmie:
"Tak mowia dzieci w pseckolu, ale ty tego nie lozumies, bo tam mowimy po polsku..."

Polski, angielski, co za roznica. ;)


***

Bi chce wziac do kosciola maskotke - kotka. Po uzyskaniu pozwolenia rodzicow, przykazuje kiciulowi:
"Pamietaj, w kosciele musi byc cicho. Nie wolno miaumowac!"

Zeby jeszcze sama pamietala o tej zasadzie... ;)


***

A jutro mam wolne, bowiem zabieram mego syna na wycieczke przedszkolna! Powinnam chyba raczej napisac "wycieczke Z przedszkolem", skoro to ja go wioze i odwoze. Bezsens.
Zeszloroczna z Bi, byla porazka. Zobaczymy czy w tym roku lepiej sie postaraja... ;)