sobota, 17 kwietnia 2021

Ferie wiosenne

Tutejsze dzieci nie maja 2-tygodniowych ferii zimowych jak w Polsce, ale za to drugi tydzien kwietnia to tygodniowe ferie wiosenne. Potworki mialy wiec w sumie 9 dni na odpoczecie od szkoly, lekcji i ogolnego szkolnego rozgardiaszu. :) Czy dobrze je wykorzystaly? Mysle, ze tak. ;)

Poniewaz zawiadomilam juz szkole, ze po feriach Potworki beda wracac do domu autobusem, wiec zeszly piatek byl ostatnim (na przynajmniej jakis czas) dniem, kiedy odbieralam dzieci ze szkoly. Od dluzszego juz czasu denerwowala mnie koniecznosc pilnowania godziny oraz odrywania sie od tego, co akurat robie, zeby po nich jechac, a dodatkowo do furii doprowadzala Bi, ktora notorycznie wychodzila ze szkoly ostatnia lub prawie ostatnia. Tak jak z szykowaniem sie rano, tak i ze zbieraniem swoich rzeczy po lekcjach panna ma ewidentny problem. Nie mowiac juz o tym, ze na moje pretensje, ze dlaczego tak dlugo, wymyslala. A to ze sie pakowala (potrzebuje 10 minut na spakowanie paru rzeczy z lawki?!), a to ze pani zapomniala powiedziec, kogo rodzic juz przyjechal (tu bylabym sklonna uwierzyc, gdyby nie zdarzalo sie to przyjamniej 1-2 w tygodniu), a to pomagala nauczycielce przestawiac lawki lub sprzatac. Chwalebne to, nie powiem, ale przeciez to juz nie malutka dziewczynka. Ona doskonale wie, ze ja stercze pod szkola, czekajac na nia. Niewaznie czy deszcz, snieg, lodowaty, urywajacy glowe wiatr, stoje i czekam, a pannica ma to gdzies. Od ponad pol roku tlumacze i prosze, odgrazam sie, ze wroca na autobus (choc czemu Nik mial byc ukarany za jej zachowanie?), a Bi ma to zwyczajnie w powazaniu... Przyszla jednak kryska na matyska i choc nie mam ochoty wracac do biura na dluzej i czesciej, to uznalam, ze to dobra okazja, zeby w koncu Potworki zaczely wracac autobusem. Rano nadal bede ich wozic. Niech sie jednak od nowa przyzwyczaja do jazdy "zoltkami", tym bardziej, ze od nastepnego roku Starsza idzie do innej szkoly. Juz odwozenie ich rano bedzie utrudnione, bo szkoly sa oddalone od siebie o 8 minut jazdy, a o odebraniu po lekcjach, kiedy zawsze chwile sie czeka az dziecko wyjdzie, nie bedzie mowy, bo mimo ze placowki rozne, to i zaczynaja i koncza o tej samej godzinie... Jest to wiec rowniez dobre przygotowanie na kolejny rok szkolny. Oczywiscie jak stanelam przed faktem dokonanym, to teraz mi rzewnie i smutno, ze nie bede na codzien witac ich wychodzacych po lekcjach. Szkoda mi tez Potworkow, bo ze mna mogli pobiec jeszcze na chwilke na plac zabaw, no i (nawet z Bi siedzaca w szkole do oporu) zawsze jednak byli w domu o te 20 minut wczesniej... W kazdym razie, z okazji "ostatniego" odebrania ze szkoly, zabralam ze soba Maye. :)

Widac jak siersciuchowi ogon "lata" :D
 

Psiur byl zdziwiony i lekko zestresowany, ale ze droga trwa zawrotne 7 minut, to jakos wytrzymala. A potem oczywiscie ciagnela na wszystkie strony, bo "O, ludzie, chce sie przywitac!", "O, inne psy!", "O, dzieci, uwielbiam dzieci!!!". Typowe dla mojego przesadnie przyjacielskiego i rozentuzjazmowanego piesa. :D Radosc Potworkow na widok ich czworonoznej przyjaciolki, warta byla jednak stawu niemal wyrwanego z barku. ;)

A tu juz psiur wyrywa sie do innego czworonoga ;)
 

Sobota przywitala nas Polska Szkola. Troche bez sensu sie w tym roku zlozylo, ze poprzednia sobota byla wolna z okazji Swiat, teraz lekcje ponownie sie odbyly, ale kolejne dwie soboty znow beda wolne. Jedna z powodu wspomnianych ferii wiosennych, a druga z okazji obchodow 60-lecia owej szkoly. Zdaje sie, ze nauczyciele oraz dyrekcja i inni pracownicy beda mieli imprezke. ;) Mnie to nie przeszkadza, nawet fajnie, ze dwie soboty pod rzad odpadnie mi zaganianie niechetnych Potworkow do lekcji, ale obawiam sie, ze po takiej przerwie powrot bedzie okraszony buntem i jekami x10. Szczegolnie, ze panie wspominaja, iz od maja zajecia maja wrocic do parku, jesli tylko pogoda dopisze, a Potworkom zdecydowanie pasuja lekcje z komfortu wlasnych pokoi. Szczegolnie kiedy mozna sobie dowolnie wylaczac kamerke... ;)

Reszta soboty uplynela na korzystaniu z niemal letniej pogody. Byl to narazie ostatni tak cieplutki dzien, wiec, poza spacerem, chcielismy tez zabrac sie za prace ogrodowe. M. zaczal wyrownywac teren przed basenem (pomiedzy warzywnikiem a miejscem na ognisko) i klasc tam betonowe plyty. Kiedy latem stanie basen, zrobi sie fajne male patio. Niestety plyt mamy za malo na caly ten kawalek trawy, wiec zostanie pasek na rabatke (niestety, bo dosc mam miejsc do pielenia, kolejne jest mi srednio potrzebne ;P). To miejsce jest niestety pod samym murkiem i malo tam slonca, ale bedzie idealne na funkie, ktore akurat wykopalismy z innej czesci ogrodu. W czasie kiedy malzonek odwalal ciezka, fizyczna orke ("roboty ziemne sa bardzo przyjemne" :D), ja kontynuowalam zbieranie tego, co pozostalo z zimowych "min" psa. Niekonczaca sie robota, choc juz widze swiatelko w tunelu. Zostalo mi juz tylko jedno miejsce za domem. Poki co przerwalam i zabralam sie za inne, rowniez wolajace o uwage rzeczy. Pograbilam czesc ogrodu, posypalam rabatki odzywka, a takze posadzilam nowo zakupiona dalie oraz piwonie. Oprocz tego mam jeszcze cebulki lilii, choc nie moge sie zdecydowac, gdzie je zasadzic oraz mieczykow. Co prawda do tych ostatnich po zeszlym roku stracilam serce, kiedy wykielkowaly tylko bodajze 3, a zakwitly 2... Ale przed kupnem 25 cebulek nie moglam sie powstrzymac... :D

Niedziela miala byc deszczowa. Zreszta, dlatego wlasnie w sobote spieszylam sie w rozsypywaniem odzywki oraz sadzeniem dalii i piwonii, bo chcialam, zeby mi to wszystko podlal deszcz. Taaa... Mial zaczac padac juz w nocy, potem przesunal sie na 8 rano, pozniej na 11, nastepnie na 16... I tak sie przesuwal w prognozach, az w koncu nie spadl wcale. ;) Za to przyjechal moj tata, posiedzial, pogadal, a potem wybralismy sie na spacer. Mimo, ze aura ponura, nie wydawalo sie jednak az tak zimno, ale okazalo sie to kiepskim pomyslem. W polowie spaceru zaczal wiac lodowaty wicher i do domu wrocilismy przemarznieci, a ja z bolacym uchem. Na szczescie przestalo kluc jak tylko sie rozgrzalo. ;)

Zeby Potworki nie przesiedzialy calego tygodnia w chalupie grajac na konsoli, zapisalam ich na takie jakby mini polkolonie. Poniedzialek, sroda i piatek, po 3 godziny zajec z pilki noznej. Na jesien dzieciaki pilke uwielbialy, ochoczo przytaknely na propozycje dodatkowych treningow, a dodatkowo dalo to 3 godziny dla matki na prace czy roboty okolodomowe. I wilk syty i owca cala. Rzecz jasna jak caly poprzedni tydzien byl niemal letni, tak poniedzialek przywital nas chmurami i 11 stopniami. :O Dobrze, ze chociaz deszcz z prognozy zniknal, bo jeszcze w niedziele rano pokazywali jakies przelotne opady i spodziewalam sie, ze zajecia przesuna na inne dni. Tak sie jednak nie stalo, a wlasciwie nie co do poniedzialku, bo juz zajecia z piatku przeniesiono na wtorek, ze wzgledu na deszcz oraz niskie temperatury (7 stopni!) zapowiadane na czwartek i piatek. ;) Polkolonie przesunely sie wiec na pon., wt. i srode. ;)

Jak to ostatnio wszedzie bywa, rodzicom nie wolno bylo zostac i patrzec. Zupelnie nie wiem po co ten wymog, bo nie wyobrazam sobie calej gromady matek oraz ojcow, krazacych przez trzy godziny wokol boiska. ;) Pol godzinki jednak chetnie bym zostala, a tu doopa. ;) Balam sie tez, ze Potworki zmarzna, bo temperatura podniosla sie laskawie "az" do 13 stopni. Dalam dzieciakom dlugie spodnie, ktore oprotestowali, bo wiekszosc innych dzieci byla w krotkich spodenkach. Kazalam tez zalozyc im na t-shirty bluzy, czego Bi ostentacyjnie i tak nie zrobila (to juz bylo na parkingu, w drodze na boisko i  Starsza tak dlugo ociagala sie z naciagnieciem jej na grzbiet, ze w koncu nie zalozyla...).

Ten w bialej koszulce, to Nik
 

Ale kiedy przyjechalam w poludnie, niespodzianka! Starsza w bluzie (a jednak!), za to Nik lata w samej koszulce, ale zgrzany i czerwony. Nie mam pojecia jak mu sie udalo tak rozgrzac przy niskiej temperaturze, ale dobrze, ze chociaz nie zmarzl... 

Jak widac, aura byla raczej ponura...
 

Obydwa Potworki zgodnie zakrzyknely, ze bylo super, za to wieczorem, tuz przed spaniem i jedno i drugie (normalnie jakby sie zmowili!) zaczelo smecic, ze jednak bylo trudno i wcale nie tak fajnie i ze nie chca jechac kolejnego dnia. :O No pieknie...

Coz, marudzenie z poniedzialkowego wieczora okazalo sie spowodowane najwyrazniej zmeczeniem, bo we wtorek rano zadne juz sie nawet nie zajaknelo, ze nie chce jechac... ;) Na ten dzien zapowiadano wyzsze temperatury oraz slonce, ale zwatpilam kiedy rano zobaczylam 6 stopni i ciezkie olowiane chmury. Oczywiscie Bi burknela, ze "przeciez mowilas, ze dzis bedzie slonecznie!", bo przeciez ja kontroluje pogode i to co plota w prognozach... ;) Na szczescie juz w drodze na boisko, wyszlo slonce i utrzymalo sie przez wieksza czesc dnia. Nie przewidzialam tego i w rezultacie, oba Potworki lekko przypiekly sobie buzki, bo nawet nie przyszlo mi do glowy zeby posmarowac ich filtrem... Nik w ogole spalil sobie skore pod oczami i wygladal jakby obydwa mial podbite. :D Tego dnia tez dzieciaki dostaly obiecane t-shirty, choc zastanawiam sie po co im one wlasciwie. Co innego koszulki druzyny, bo te wiadomo, beda ubierane na mecze. Ale tu? T-shirty dostali drugiego dnia, czyli zostal jeszcze tylko jeden dzien zeby je ubrac, hmmm... 

Nik biega mniej wiecej na srodku zdjecia, a Bi siedzi z boku (w pomaranczowej koszulce)
 

Wyglada za to, ze dzieciaki dostaly niezly wycisk na tych treningach. Odbieralam ich wyraznie wymordowanych i caly dzien narzekali, ze bola ich nogi, a przeciez to sa sprawne, wysportowane dzieciaki, ktorym ruch jest nieobcy. Jednak takie 3 godziny ciaglego biegania robi swoje. :D Za to az milo bylo popatrzec na te gromade dzieciakow w wieku od 8 do 14 lat. Ani jednego tluscioszka, wszystkie szczuple i energiczne, zupelnie przeciwnie do tego, co sie mowi o hamerykanskiej mlodziezy. ;) Moj wlasny Potwor Mlodszy niestety, przy zmeczeniu dostaje paskudnego humorku. We wtorek przy obiedzie urzadzil awanture, ze ma za malo sosu z gulaszu na ryzu, a kiedy uprzejmie (i jeszcze spokojnie) spytalam czy chce zebym polala mu wiecej, wypalil: "Przeciez inaczej bym nie mowil, ze mam za malo; czy ty w ogole myslisz?!". A kiedy oswiadczylam, ze jest bezczelny i spytalam co powinien wobec tego mi powiedziec, burknal, ze "Nic!". A, no jak nic, to nic. Nie dostal wiecej sosu, za to otrzymal szlabanik na konsole. A i tak zajelo mu pol godziny zanim przyszedl i grzecznie przeprosil... ;) Czasem zastanawiam sie, czy Mlodszemu pogarsza sie charakterek, czy po prostu przyglada sie siostrze i sie uczy... ;)

Pogoda we wtorek zdecydowala sie poudawac wiosne. Temperatura podniosla sie do 17 stopni, a slonce dopiero gdzies o 16 zdecydowalo sie jednak schowac za chmury. Gdyby nie chlodny wiatr byloby naprawde przyjemnie. Poszlismy na spacer, a potem zdecydowalismy sie kontynuowac roboty ogrodowe. W powietrzu czuc bylo jednak dziwna wilgoc i wydawalo sie, ze zostaniemy pozarci zywcem przez muchy, ktore upierdliwie przy nas krazyly, wlazily do oczu i nosa... Ble... Malzonek skonczyl klasc plyty na patio przy basenie, a ja w koncu uporalam sie z pozimowymi kupskami psa. Niestety, "produkcja" trwa na biezaco, wiec dlugo nie bedzie mi dane odczuwac satysfakcji. :D Wygrabilam tez liscie, ktore w niektorych katach uchowaly sie jeszcze z jesieni. Teraz zeby jeszcze mi sie chcialo uporac z pozostalymi bulwami do posadzenia, oraz hostami do przeniesienia pod murek, a mialabym tymczasowo skonczone prace ogrodowe. Az do sadzenia warzywnika, ale to dopiero za 2-3 tygodnie...

Sroda byla ostatnim dniem mini-polkolonii pilkarskich, a ze mialam miec meeting z praca, musialam wlaczyc motorek w dupce i po odwiezieniu dzieciakow, popedzic po spozywke. Moglam oczywiscie zrobic zakupy w kolejne dni, ale z dziecmi?! Dziekuje, postoje... ;) Poniewaz zas musialam byc w domu na 10:30, wiec to byly zakupy iscie ekspresowe i az dziw, ze niczego nie zapomnialam... W biegu, zziajana, wpadlam do domu i akurat zdazylam jeszcze wyladowac te zakupy, ktore trzeba bylo zamrozic lub schowac do lodowki. A meeting przyniosl niestety irytujace i dolujace jednoczesnie wiesci. Wracamy do pracy. To znaczy stacjonarnie, bo przeciez caly czas i tak pracowalismy. Nie na 50% jak szef mowil ostatnio, ale od razu z grubej rury, na caly etat! Przyznaje, ze mina mi zrzedla i nie czuje sie na to gotowa... Przyzwyczailam sie do mysli o powrocie na pol etatu i nawet myslalam, ze to bedzie dobry czas przejsciowy... No, ale moj szef jest w goracej wodzie kapany i jak powiedzieli mu, ze mozemy normalnie pracowac jesli sie rozproszymy, to nie ma, ze spokojnie, stopniowo... O nie! Od razu na hurra, wracamy i juz! :/ No coz, ja sie kompletnie nie widze na powrot na 8 godzin w biurze i jeszcze w cholernej maseczce. :(

Pomijajac jednak te przykre ogloszenie, sroda byla dosc ciekawym i przyjemnym dniem. Przy pieknym sloncu temperatura wywindowala do 22 stopni, wiec mielismy maly przedsmak lata. Oczywiscie Bi - maruda, jeczala, ze tak strasznie goraco... W ogole, kiedy przyjechalam po dzieciaki, bylam swiadkiem jak jeden z trenerow wywabia ja spod plota, gdzie siedziala i ani myslala wychodzic, stekajac, ze slonce jest za gorace... ;) 

Tak, Bi miala straaaszna ochote na te zdjecie... ;)
 

Tak w ogole, to Bi niby sie podobalo, niby we wtorek i srode pojechala na polkolonie z entuzjazmem... Ale przez 3 dni pod rzad, kiedy przyjezdzalam,  Nik biegal, gral, udzielal sie, a Bi... stala, siedziala... W ogole nie wykazywala checi do gry czy entuzjazmu... No ale niby grala, Mlodszy tez to potwierdzal, wiec moze nie przesiadywala na trawie calych trzech godzin... ;) Po obiedzie chcialam podjechac do biblioteki, ktora co prawda pozwala wejsc na buszowanie miedzy polkami tylko przy umowieniu sie na konkretna godzine, ale za to organizuje rozne zajecia dla dzieciakow i mlodziezy, polegajace na nagrywaniu filmikow z instrukcja oraz rozdajac materialy. W ten sposob Nik raz otrzymal kredki oraz cala mase kartek z zadaniami lub kolorowankami, a tym razem dzieciaki mialy pobawic sie w mlodych fizykow i skonstruowac miniaturowy obwod zamkniety, z bateryjka oraz zarowka, ktora miala rozswietlic serce robota. ;) Trzeba bylo wiec podjechac do biblioteki po materialy. Problem pierwszy: Bi wymysla, ze a po co to, ze ona wcale nie wie  czy chce cos takiego skonstruowac, itd. Ok. Stwierdzilam wiec, ze poczekamy az M. wroci i pojade sama z Kokusiem, a ona moze zostac z tata. W miedzyczasie, korzystajac z pieknej pogody, umowilismy sie z synem, ze pojedziemy na rowerach. Skrotem przez osiedla mamy do biblioteki zawrotne 5 minut. :) Problem drugi: Bi oznajmila, ze ona tez chce pojechac, ale nie na rowerze. Na szczescie okazalo sie, ze po prostu sie nie dogadalysmy i myslala, ze jak nie pojedzie, to nie bedzie mogla wziac materialow. W koncu jednak doszlysmy do porozumienia i zgodzilam sie po prostu wszystko jej przywiezdz. Problem trzeci: M. wrocil do domu, ale oznajmil, ze on tez sie chetnie przejedzie rowerem. Oszalec mozna! :D Bi urzadzila fochy, ze ona nie chce, nie lubi jazdy na rowerze, itd. No, ale pojechala. I w czasie drogi, co slysze? Ze jazda na rowerze jest taaaka fajna! :O 

Rodzinna przejazdzka :)
 

Ja po prostu nie nadazam za ta dziewczyna, a co gorsza ona plecie trzy po trzy, a potem wypiera sie w zywe oczy, ze nic takiego nie mowila! Tak jak z tenisem. Kiedy chodzili z Kokusiem jeszcze na poprzednia sesje, spytalam czy chca chodzic na nastepna. Oboje chcieli. zapisalam ich wiec. Kolejna sesja zaczyna sie w te niedziele i co oznajmia mi moja panna?! Ze tenis jest nudny i ona na niego nie chce juz chodzic! Kiedy wkurzona ochrzanilam, ze przeciez powiedziala zeby ja zapisac, oczywiscie uslyszalam, ze ona nic takiego nie mowila! :/

W kazdym razie, materialy z biblioteki odebralismy, wrocilismy do domu i Potworki zabraly sie konstruowanie. 

Zdjecie totalnie nie instagramowe. Nie patrzcie na to burdello w tle :D
 

Przyznaje, ze Bi zrobila wszystko sama, od poczatku do konca. Nik... Pokolorowal obrazek, ale poddal sie kiedy trzeba bylo oderwac papierek zabezpieczajacy klej na miedzianej tasmie. Jak pomoglam mu z tym, tak okazalo sie, ze przy reszcie projektu tez jakos juz tak musialam mu asystowac. A po skoczonej pracy, zonk! Zarowki nie swieca! :D Mi tam sie chcialo smiac, ale Potworkom blizej bylo do placzu, wiec zaczelam baczniej przygladac sie ich robocie. U Nika szybko znalazlam usterke. Jego obwod zamkniety wcale "zamkniety" nie byl. Mlodszy przykleil krzywo kawalki miedzianej tasmy. ;) W jednym miejscu byla luka, a wiec przerwa w obwodzie. Kiedy przekleilam tasmy tak, zeby sie stykaly, zaroweczka pieknie sie zapalila. 

Efekt koncowy :)

Gorzej bylo u Bi, bo tam nie widac zadnego bledu, a zarowka raz swieci, raz blyska, a innym razem nie zapala sie w ogole. Najwyrazniej musi byc zepsuta... :/

Potworki spedzily wiec popoludnie bardzo kreatywnie. Troche mialam wyrzutow sumienia, ze nie na swiezym powietrzu, ale z drugiej strony, rano trzy godziny grali w pilke, potem bylismy na rowerach, wiec chyba starczylo im fizycznej aktywnosci. ;) A to nie byl koniec atrakcji na ten dzien! Wieczorem zabralam ich jeszcze do kina na "Raye i ostatniego smoka"! Seans na 18:30, bo z jakiegos powodu nie bylo wczesniejszych. Wiadomo, teraz i seanse ograniczone i normalnie rano i wczesnym popoludniem dzieciaki sa w szkole. Ale ze trwaja ferie wiosenne, to kurcze, no mogli zrobic chociaz jeden seans troche wczesniej! :/ Poniewaz jednak nie bylo szkoly, to i taki pozny film nie byl problemem.

Pierwszy raz w kinie od... 1.5 roku?
 

Najwazniejsze jednak, ze film Potworkom sie podobal i to bardzo. No i teraz nie wiem, czy Wam polecac czy nie, bo mi nie podobal sie wcale. W ktoryms momencie nawet sprawdzilam godzine w telefonie, zeby przeliczyc ile mniej wiecej jeszcze tej bajki zostalo. ;) A! Podobala mi sie jedna rzecz! To pierwszy dla mnie film Disney'a, w ktorym nie ma irytujacych piosenek! Piosenek nie bylo w ogole, wow! :D Na koniec mielismy zas "atrakcje", z powrotem do domu, bo policja zamknela droge doslownie moze 2-3 km od naszej chalupy. Mamy prawie godzine 21, a oni przekierowuja nas w boczna droge, na kompletne zadupia bez chociaz jednej lampy! Znam te drogi tak mniej wiecej, ale zawsze jezdze nimi w dzien i to baaardzo rzadko, bo sa mi nie podrodze ani do pracy, ani do domu, ani do sklepu. Potworki panikowaly, ze ciemno i ze co, jak sie zgubimy, a ja panikowalam, ze jedziemy przez lasy oraz pola i zeby tylko zaden glupi jelen albo niedzwiedz mi na droge nie wybiegl. ;) Na szczescie dojechalismy do domu od kompletnie przeciwnej strony, ale bez przygod. ;)

W czwartek, dla odmiany, mielismy jesien, czy tez wczesna wiosne, jak kto woli. ;) Calutki dzien na zmiane padalo i mzylo, a na termometrze pokazywalo ledwie 10 stopni. Tymczasem dostarczono nowy kibelek do lazienki dzieci i... zostawiono go pod garazem. W kartonowym pudle, na deszczu! :/ Dobrze, ze akurat poszlam do skrzyki i zobaczylam. Ciezkie diabelstwo, ale jakosc wsunelam je do garazu, pod dach... Z racji pogody i Potworki i ja, snulismy sie caly dzien po domu bez konkretnego celu. Zeby choc troche oderwac dzieciaki od elektroniki, wyciagnelam ciasteczka w formie "gotowca". 

Dochodzilo poludnie, a moje dziecko w pizamie...
 

Wystarczylo je wylozyc na blache i wsadzic do piekarnika. ;) Za to pokazalam Potworkom co i jak po kolei wlaczac, jak ustawic temperature, czasomierz, itd. A potem jeszcze sobie te ciasteczka udekorowali lukrami zachomikowanymi jeszcze z Bozego Narodzenia. ;) 

Nik przynajmniej nadal chetnie pozuje ;)
 

Ja zas zmienialam posciel, pieklam szarlotke i w zasadzie sama nie wiem kiedy mi dzien zlecial. A po poludnio Nik nagle stwierdzil, ze chce jechac na trening druzyny plywackiej. Z okazji przerwy wiosennej odpuscilam im treningi, ale pytalam czy moooze maja ochote pojechac. Bi nie miala. W poniedzialek oraz srode nie mial jej rowniez Nik. Ale w czwartek nagle mu sie odmienilo! ;) Najlepiej, ze caly dzien powtarzal, ze musi sie zastanowic, a zdecydowal sie o 17:15, kwadrans przed rozpoczeciem treningu! :O Ja w dresach, on w szortach i krotkim rekawku, torba nie spakowana... To bylo bardzo ekspresowe przegotowanie. :D Na szczescie M. wybieral sie akurat na silownie, wiec zabral Mlodszego ze soba, wiec chociaz ja nie musialam sie na gwaltu przebierac i szykowac do wyjscia. ;)

I tak minal tydzien ferii. No prawie, ale o piatku to juz nastepnym razem. Zawsze jakos tak pisze od piatku do czwartku. ;) Za dwa dni konczy sie "babcine sranie" brzydko mowiac... Agata wraca do roboty... Mimo, ze kompletnie mi sie nie chce, staram sie jednak powtarzac sobie, ze los (czy tez pandemia) podarowal mi naprawde wspanialy, luzny ponad rok. Po poczatkowych przebojach z wyplata, potem juz pracowalam z domu podjezdzajac do pracy tylko okazjonalnie. Mialam placone, jednoczesnie moglam zawozic dzieci do szkoly i odbierac ich po lekcjach. Spokojnie wykonywalam domowe obowiazki kiedy nikt mi sie nie paletal pod nogami, moglam w srodku dnia pojsc na dlugi spacer z psem... 

Pod magnolia rosnaca na naszym osiedlu :)
 

No zycie jak w Madrycie. ;) Za ten ponad rok jestem losowi niezmiernie wdzieczna. Teraz pora wracac do "normalnosci"...

piątek, 9 kwietnia 2021

Swiatecznie i poswiatecznie

Poniewaz tutaj na Wielkanoc jest duzo mniej wolnego niz w Polsce, wiec dopiero w Wielki Piatek dzieci nie mialy lekcji, a M. pracy. Ja z tej okazji napisalam maila, ze biore wolne i (w domysle) nie bede wlaczac kompa ani sprawdzac maili. Niech sobie radza beze mnie. ;) I w sumie piatek spedzilam na przygotowaniach, ale spokojnie i bez spiny. Caly czas dreczylo mnie przeswiadczenie, ze cos mialam robic, bo przeciez ostatnio pomiedzy ogarnianiem gotowania, sprzatania, czy innych spraw domowych, pracowalam i wiecznie na stole lezal otwarty laptop, przypominajacy, ze to nie dzien wolny. ;) Tym razem laptoka niet, a ja musialam sobie przypominac, ze nie, nie musze sprawdzac dokumentow ani nikomu wysylac odpowiedzi na maile. Ha! ;) Bardzo fajnie bylo sie tak skupic po prostu na sprawach okolodomowych i wydawalo mi sie, ze mam nagle tyyyle czasu. Oczywiscie zaowocowalo to tym, ze przygotowania trwaly do pozniego wieczora, bo wczesniej sie "nie wyrobilam". :D A wcale tak wiele nie zrobilam, bo pieczona biala kielbase, zamarynowalam mieso zeby je upiec kolejnego dania, wstawilam, wysuszylam oraz poskladalam pranie, ogarnelam lazienke na dole (czyli ta, z ktorej korzystaja goscie), a na wieczor upieklam sernik, zeby mogl spokojnie stygnac sobie przez noc w piekarniku. Chociaz, w sumie zastanawiam sie, po co to robie, bo zawsze i tak opada do 2-centymetrowej grubosci. ;) Tez tak macie, ze jak wydaje Wam sie, ze jest kupa czasu to marnujecie go na bzdety, a potem okazuje sie, ze dzien zlecial? Bo mi zdarza sie naginnie... ;)

Piatek to oczywiscie rowniez malowanie jajek na swieconke. Potworki zabraly sie za to z entuzjazmem, ale niestety, tym razem metoda okazala sie srednio trafiona. Moja wina, bo kupilam gotowe zestawy, nie zastanawiajac sie zbytnio nad wykonaniem. Jajka mialy byc w stylu tie-dye, ale niestety, przed nalozeniem kazdego kolejnego koloru, jajko musialo wyschnac, wiec trwalo to i trwalo.

Czy Wy widzicie ten FRYZ?! :D
 

Potworki znudzone, w miedzyczasie uciekaly na dol zeby grac na Playstation, wiec to mi pozostalo pilnowanie, zeby zawolac ich, ze moga nalozyc kolejny kolor. Inczej nie wiem czy malowanie dobiegloby konca i czy sama nie musialaby dokanczac po nocy. :D

Jajka smarowalo sie farbka przez woreczek, ale wyjecie ich potem bez pomaziania rak, to juz byla wyzsza szkola jazdy. Jeszcze nastepnego dnia mialam kolorowe paluchy ;)
 

No i wlasnie do mnie dotarlo, ze zapomnialam zrobic zdjecia efektu koncowego! :O

Piatek byl potwornie zimny. Bylo w miare slonecznie, wiec wyrzucilam Potwory z ojcem na dwor, zeby oczy odpoczely im od ciaglej gry na konsoli, po czym patrze, a tu -1 na termometrze! :O Wrocili po godzinie rumiani niczym jabluszka. ;)

Poniewaz piatek mialam tak nieproduktywny, na sobote pozostaly mi kolejne dwa prania, upieczenie babki cytrynowej oraz pieczeni, skrojenie salatki i wrzucenie do piekarnika chleba. Nie, chlebka piec nie potrafie, ale kupuje taki polprodukt, ktory trzeba tylko podpiec przez kilkanascie minut. Wychodzi cieplutki i aromatyczny, ale niestety tez koszmarny do pokrojenia w kromki, dlatego postanowilam upiec go dzien wczesniej. :) W sobote rano pojechalismy tez oczywiscie poswiecic koszyczki. Poprzedniego dnia Potworki poklocily sie o to, ktory koszyk jest "czyj", w sobote z rana sprawdzaly czy na pewno kazdy ma wszystkiego po rowno, a ostatecznie Bi odmowila niesienia swojego. :O Najwyrazniej jest to juz dla niej "obciachem". Pamietam, ze w ktoryms momencie tez wstydzilam sie chodzic ze swieconka, ale jestem pewna, ze mialam wtedy duuuzo wiecej lat niz niespelna 10. :/ U Bi wszystko zaczyna sie wczesniej...

Widac, ze usmiech Bi jest nieco wymuszony. Panna, zupelnie nagle, nie chciala miec z koszyczkiem nic wspolnego, nawet do zdjecia ja przymusilam :O
 

A na koniec lekko zszokowalo nas te "hamerykanckie" swiecenie. Ksiadz tylko poblogoslawil koszyki, przepraszajac, ze nie wolno mu uzyc swieconej wody. Oookej... Fakt, ze w zadnym kosciele w naszej okolicy nie ma teraz wody swieconej do przezegnania sie przy wejsciu do kosciola. Ale z tego, co sie dowiedzialam, w przynajmniej trzech roznych kosciolach w okolicy, pokarmy byly swiecone normalnie, woda. Oczywiscie to koscioly polskie, co wiele mowi. Zaczyna mnie ogolnie korcic, zeby napisac do archidiecezji i spytac, jak to jest z tymi obostrzezeniami? Bo co kosciol, to inne zasady! W kosciolach amerykanskich ludzie siedza grzecznie od siebie oddaleni. W Polskich niby sa lekkie odstepy, ale na pewno nie sa to wymagane 2m miedzy rodzinami. Podobnie ze spiewem. Niby jest zabroniony, tutaj jednak juz co kosciol, to inne zasady. W tym najblizej naszego domu, zlikwidowali chor, nie ma spiewaczek, ktore zwykle prowadzily msze, nic. Pan gra na pianinie lub organach, ale nikt nie spiewa. W drugim kosciele w naszym miasteczku jednak, chor co prawda zostal tymczasowo zawieszony, ale pozostala jedna kobieta, ktora spiewa hymny. Ludzie nie spiewaja. Od zeszlego roku bylismy jednak rowniez w dwoch polskich kosciolach. No i nie zgadniecie. Spiewa caly chor, ludzie dra japy (przez maseczki), no zwyczajna msza... Od razu przypomina mi sie sytuacja z polskiego kosciola w Anglii, o ktorej bylo glosno niedawno. I tak wlasnie mnie kusi, zeby sprawdzic z archidiecezja, jakie sa w tej chwili wymagania, bo ja tu widze podwojne standardy, ktorych nikt nie sprawdza. Tak z czystej ciekawosci... Tyle, ze nie chce robic zadnej parafii klopotu, choc tym zadufanym bufonom z tych polskich, dobrze by bylo utrzec nosa. ;)

A dla lekkiego "koscielnego" humoru, to jak juz wspomnialam, pierwszy raz wybralismy sie na swiecenie w kosciele hamerykanckim. Ogolnie wszystko przebieglo podobnie jak w polskim (poza brakiem wody swieconej), ludzie mieli ozdobione koszyczki, biale serwetki, itd. Zreszta, naokolo slychac bylo jezyk polski, wiec to jednak tradycja podtrzymywana glownie przez Rodakow. Ale! Jedna kobita (az mialam ochote pstryknac fote) przytargala wielki kosz piknikowy, ktory z "koszyczkiem" nie mial nic wspolnego. Bylo to o, takie cos:

"koszyczek" wielkanocny :D
 

Przekomicznie to wygladalo na tle wiklinowych koszykow i koronkowych serwetek! :D Takie widoki, to tylko w Hameryce!

Na wczesne popoludnie zaplanowalam dla Potworkow atrakcje. Nie bardzo byla mi ona w smak, bo dzien przed Wielkanoca ma sie oczywiscie pierdylion rzeczy do pokonczenia, ale akurat ta impreza byla blisko domu, wiec przynajmniej praktycznie odpadl dojazd. W naszym miasteczku istnieje klub polo, w ktorym miasto co roku z okazji Wielkanocy organizowalo wielkie poszukiwanie jajek dla dzieciakow. 

Mlodzi uczestnicy mogli sie podpisac :)
 

Przez tyle lat mieszkania w naszej miejscowosci, jakos kompletnie mi to ucieklo. Dopiero rok temu skads sie o tym dowiedzialam, zapisalam Potworki, ale oczywiscie trafilismy na pandemie, kiedy wszelkie imprezy zostaly odwolane. W tym jednak sie udalo, choc zabawe zorganizowano nieco inaczej. Jak dla mnie zreszta chyba fajniej. Zamiast wielkiej gonitwy za jajami, byly "stacje", przy ktorych dzieciarnia dostawala jakies proste zadanie, np. znalezc rym dla podanego slowa, wycelowac pileczka do jednego z kubkow, czy kopnac pilka do bramki.

Nik przymierza sie do kopniecia


Bi celuje i pudlo! :D Ale jajeczka i tak dostala ;)

W nagrode otrzymywli 2-3 jajeczka oraz kolorowa naklejke. Po zdobyciu wszystkich naklejek mogli podejsc do ostatniego stolika, gdzie dostawali po balonie, choc okazalo sie, ze nikt tego nie sprawdzal i rownie dobrze dziecko moglo pojsc prosto po balona, nie zdobywszy ani jednej naklejki. :) A poniewaz impreza odbywala sie w klubie polo, wiec w stajniach oraz na padokach bylo kilkanascie koni oraz kucy do karmienia marchewka (pracownicy rozdawali po kawaleczku) oraz glaskania.

Jeden z amatorow marchewki i nie byl to Kokus :D


Ta urocza klaczka jako jedyna dala sie przebrac ;)

Jedne byly bardziej przyjacielskie, inne wolaly sie chowac w glebi boksu, a jeden imieniem Scooter (:D) oraz Kokus wyraznie przypadli sobie do gustu. :)

Do glaskania byly nie tylko konie...

 

Chyba jedyne zdjecie, na ktorym nikt nie zamknal oczu i wszyscy (lacznie z koniem) patrza w aparat :D
 
Scooter :*

No i super, ze w sobote nieco poprawila sie pogoda. Upalow moze nie bylo, ale 12 stopni przy pelnym sloncu dalo sie zniesc, mimo ze na otwartych terenach klubu pizdzilo az milo. :) 

Wieczorem choc raz Bi nie jeczala, ze nie jest senna i nie chce spac. Wrecz przeciwnie, oboje z Nikiem popedzili do sypialni o porze, kiedy zwykle sie klada w szkolne dni, bo wedlug ich wlasnych slow "im szybciej pojda spac, tym szybciej bedzie jutro". Takie cos zdarza sie tylko 2x w roku: na Boze Narodzenie oraz Wielkanoc. Nik byl nawet sklonny zrezygnowac z czytania zeby jak najszybciej pojsc spac, ale w koncu uznal, ze jeden rozdzial bedzie ok. :D Przed pojsciem na gore, ulozyli jeszcze przy drzwiach "gniazdka" z szalikow. ;)

Ech, przypomina mi sie dziecinstwo... ;)
 

Dla mnie oczywiscie bardzo na reke byl ich wieczorny pospiech, bo czekalo mnie jeszcze chowanie jajeczek. Poniewaz Bi zasypia teraz po 22, wiec dla pewnosci poczekalam az do 23, zeby miec pewnosc, ze padla. ;) A potem zebralam sie na odwage, wzielam latarke, zawolalam psa i ruszylam na ciemny ogrod. To dla mnie chyba najbardziej stresujaca czesc Wielkiej Nocy i pluje sobie w brode, ze w ogole zaczelam te tradycje. Na szczescie tym razem bylo praktycznie bezwietrznie, wiec chociaz nie podskakiwalam przy byle szelescie, no i pies wyjatkowo biegal za mna caly czas. Ale i tak poupychalam jajka w roznych zakamarkach jak najszybciej i czmychnelam do cieplego i jasnego domku. :D

A Wielkanoc byla... srednia. ;) Z samego rana bylo jeszcze ok. Ludzi w kosciele bylo wiecej niz zwykle, ale bez tragedii. Jednak sporo osob musialo skorzystac z nagrania wstawionego na stronie internetowej. Wrocilismy do domu, nadal elegancko ubrani jak przystalo w Swieta. Ja zaczelam goraczkowo konczyc nakrywanie do stolu, bo za 15 minut mieli sie zjawic goscie, a moj malzonek polecial prosto na gore, po czym zszedl... ubrany w stary, sprany t-shirt i spodenki, ktore zwykle zaklada do pracy w ogrodzie! :O Jak wiecie, od 13 lat tocze z nim batalie o te dziurawe koszulki i spodnie dresowe na kazda uroczystosc! Rzecz jasna podnioslo mi sie cisnienie i kiedy spytal w czym mi pomoc, warknelam, ze moze mi "pomoc" przebierajac sie w porzadne ciuchy, bo mamy Swieto, a za chwile przyjedzie moj tata oraz chrzestny Potworkow. Na to moj maz wzruszyl ramionami, ze jego cala ta oprawa okoloswiateczna nie interesuje, najwazniejsze, ze byl w kosciele bo to o zmartwychwstanie chodzi, a reszta moze dla niego nie istniec. Przyznaje, ze tu juz mnie szlag jasny trafil, bo przy kazdych Swietach mamy te sama dyskusje! Tak, wiem, ze to nie o dekoracje, prezenty i ubrania chodzi. Ale dla mnie ta "oprawa" tez jest wazna! Przy kazdych Swietach spedzam dwa dni przy garach, zeby ugotowac i upiec cos specjalnego, zebysmy mogli je godnie uczcic. I tak ciezko zasiasc do tego stolu ubranym troche lepiej niz na codzien?! Przeciez ja mu nie kaze zakladac garnituru i krawata! W kazdym razie, zanim ugryzlam sie w jezyk, warknelam, ze nie chce zeby wygladal na Swieta jak ostatni lump. Tu malzonek sie oczywiscie obrazil i oswiadczyl, ze jak mi sie cos nie podoba, to on moze wyjsc i wrocic wieczorem, bo on byl w kosciele, czyli zrobil najwazniejsze, a reszte ma gdzies. Znam M. i wiem, ze bez wahania spelnilby te grozbe, wiec przywolalam resztki samokontroli, oznajmilam ze nie chce sie z nim klocic w Swieto (i uslyszalam, ze sama zaczynam) i zeby sobie zakladal, na co ma ochote. Niestety, z mojego M. jest typowy katolik - hipokryta, ktory do kosciolka biegalby 3x dziennie, ale brak mu elementarnych podstaw taktu oraz zwyklej, ludzkiej zyczliwosci. :( Reszte dnia humor mialam, mozecie domyslic sie jaki. Mimo, ze nawet sie do siebie odzywalismy, to byly to takie wymuszone polslowka i pojedyncze zdania. Po poludniu poszlismy na rodzinny spacer i przez pol godziny nie zamienilismy ani slowa. :/ Takie wspaniale Swieto, ze zatesknilam za poniedzialkiem, kiedy pan malzonek spedzi wiekszosc dnia w pracy...

Gdyby nie nasza sprzeczka, to mogl byc jednak calkiem fajny dzien. Potwory oczywiscie buszowaly juz od samego rana w prezentach, ktorych w tym roku i tak dostali tylko po dwa, bo uznalam, ze dosc zasypywania ich duperelami, ktorych potem nie mamy gdzie upchnac, bo prezenty od nas Zajaczka, od dziadka, od wujka... i troche sie tego zbiera. ;) Jak to w zyciu bywa, oczywiscie tym razem zaden z gosci nie przyniosl Potworkom nic. Troche mnie to zdziwilo, bo wydaje mi sie, ze jednak wypada cos podarowac malolatom, ale z drugiej strony odetchnelam z ulga. Bi dostala wiec kilka motkow wloczki, bo z filmikami na YouTube probuje ostatnio plesc cos na palcach, a Nik gogle "szpiega", pomagajace widziec w ciemnosci. Oczywiscie to taki pic na wode fotomontaz, ale Mlodszy ucieszyl sie, ze to idealny prezent dla niego, bo boi sie ciemnosci. Moj bidulek... Tyle, ze poki co wcale nie naklada gogli w nocy, tylko ubiera je przy jedzeniu, lub oglada przez nie filmiki na tablecie. Wiecie, nowe doznania wizualne. ;) Oboje dostali tez po zestawie Lego (Bi Friends Dolphin Rescue, a Nik samolot Ninjago). I tu niespodzianka. Dotychczas to Starsza byla niekwestionowana krolowa klockow. Tym razem jednak to Mlodszy ulozyl swoj zestaw pierwszy, mimo ze mial on wiecej elementow (niektore ruchome), byl przeznaczony dla starszych wiekowo dzieci i ogolnie wydawal sie bardziej skomplikowany. A Nik poskladal go do kupy z samego rana, jeszcze przed kosciolem. Nastepne Lego bede chyba musiala kupic mu Technic, zeby mial jakies wyzwanie w tym ukladaniu. :D

Jak wspomnialam, na sniadanie wielkanocne mielismy mojego tate oraz chrzestnego dzieci. Zjedlismy, pogadalismy, choc rozmowa sie srednio kleila, bo oboje z M. bylismy swiezo po klotni i na dobra sprawe zadne z nas nie mialo ochoty na spotkania towarzyskie... Wujek dosc szybko sie zmyl, bo mial do obskoczenia jeszcze dwie "imprezy" wielkanocne (popularny czlowiek ;P), ale dziadek jeszcze z nami posiedzial. Potwory oczywiscie ledwie przy sniadaniu wysiedzialy, bo strasznie chcialy szukac jajek w ogrodzie. ;) Na szczescie w miare grzecznie zjedli po kawalku wszystkiego ze swieconki, a z jajami i tak ich przytrzymalam az pojechal A., nie chcialam bowiem znikac na dluzsza chwile, skoro mial za chwile jechac. W koncu jednak pozwolilam dzieciakom wybiec i szukac jajeczek.

Poczatkowo jeszcze Nik wykazywal entuzjazm na rowni z siostra...
 

Oczywiscie, jak co roku, Bi znalazla wiecej, a Nik strzelil focha. Zreszta, sam sobie szkodzil. W czasie bowiem, kiedy siedzial i dasal sie ze lzami w oczach, obie z Bi znalazlysmy jeszcze 4 jaja. Gdyby poszedl po rozum do glowy i poszedl za mna, pokazalabym mu je. Ale skoro fajniej jest plakac... ;) W rezultacie, tegoroczne foty z koszykami pelnymi jajek nie beda sie nadawaly do kalendarza, bo Mlodszy zamiast usmiechu ma na buzi grymas. :D

Usmiech Kokusia jest tak radosny, ze po prostu powala :D


 

Pokaz kotku co masz w srodku :D

Popoludnie to juz byl relaks pelna geba i cale szczescie, bo Wielkanoc to tutaj tylko jeden dzien. Dwa dni przygotowan na troche bardziej uroczysta niedziele, fajnie wiec, ze chociaz styklo czasu na odpoczynek. Odczulam ulge, ze moj tato zdecydowal sie juz nie wracac po poludniu na swiateczny obiad. Poszlismy wiec na spacer, choc jak juz pisalam, odbyl sie on w kwasnej atmosferze. Coz, Potworki jakos tego nie zauwazaly i skutecznie niwelowaly cisze. ;) Potem juz do wieczora relaksik z ksiazka. Jejku jak fajnie! Mimo, ze od roku jestem prawie caly czas w domu, to jednak na czytanie mam czas niemal wylacznie poznym wieczorem, kiedy zmeczone oczy juz mnie pieka i same sie zamykaja. Mila odmiana bylo poczytac wczesniej, w dziennym swietle i to jeszcze bez wyrzutow sumienia, ze powinnam w tym czasie zrobic cos pozyteczniejszego. ;)

No i tyle z naszej Wielkanocy. Kolejnego dnia Potworki juz zawitaly w progi szkoly, a M. pojechal do pracy. A ja kompletnie zapomnialam, ze to Smingus Dyngus i nikogo nie oblalam woda. ;) W dodatku dzieciaki mialy tego dnia religie, co niezmiernie mnie zdziwilo, bo wydawalo mi sie, ze dla kosciola katolickiego poniedzialek wielkanocny nadal jest swietem, nawet jesli ogol ludu wraca do normalnej codziennosci... A jednak nie. Religia sie odbyla, a przy okazji spotkanie dla rodzicow dzieci komunijnych. Na ktore to zreszta, z calej, liczacej przynajmniej kilkanascioro dzieci grupy, przybylo rodzicow... szescioro! :D I nie, to nie tak, ze reszta ma Komunie dzieci w doopie. Po prostu organizatorka calej uroczystosci, zamiast zawiadomic o spotkaniu dajac kartki dzieciom (przypominam, ze rodzice nie maja wstepu na teren szkoly) lub przez e-mail (a te rodzice musieli podac na poczatku roku dla "szybszego kontaktu", hahaha!), wrzucila informacje... na strone internetowa kosciola! :O No kto w ogole pamieta, zeby co chwila wchodzic na strone kosciola i sprawdzac czy nie pojawilo sie cos ciekawego na temat religii?! Tym bardziej, ze od poczatku roku, poza kalendarzem, wiadomosc pojawila sie tylko jedna - na temat zajec odwolanych z powodu sniezycy. To bylo w grudniu... I teraz babka wrzuca taka, dosc przeciez wazna, informacje i liczy, ze wszyscy ja odczytaja?! Ja wlazlam na strone kosciola tylko dlatego, ze chcialam sprawdzic o ktorej maja swiecenia pokarmow. I tak sobie, z ciekawosci kliknelam na link do religii, a tam niespodzianka! Spotkanie w poniedzialek! Oczywiscie napisalam zaraz do moich kolezanek i dzieki temu na spotkaniu bylo nas 6, a nie 4. ;)

Na samym spotkaniu zreszta nie dowiedzialam sie prawie zadnych nowosci. Moja kumpela wypytala ostatnio o wymogi dotyczace strojow dzieci, wiec tu juz wszystko wiedzialam. Chociaz, babka powiedziala jej, ze bedzie zamawiac dla dzieci identyczne, biale maseczki, a na moje pytanie odpowiedziala, ze jednak kazdy rodzic ma je zamowic we wlasnym zakresie. Za to straaasznie naciskala, zeby zaplacic jej za zamowienie bialych krawatow dla chlopcow, bo takie podobno piekne co roku zamawiaja, och i ach i w ogole to wspaniale wyglada jak wszyscy chlopcy beda je mieli jednakowe. ;) Mi tam wsio ryba, zamowie, bo Nik i tak nie ma krawata, ale kolezanka powiedziala potem, ze jej syn juz bialy krawat posiada, wiec nie potrzebny jej kolejny. ;) Poza tym chlopcy maja miec granatowe lub czarne spodnie (albo caly garnitur) oraz biale koszule, koniecznie z dlugim rekawem. Komunia ma sie odbyc na sam koniec maja, jak znam zycie moga byc juz upaly i zastanawiam sie czy chlopaki sie w tych dlugich rekawkach nie roztopia, a juz w marynarkach to w ogole. :D Ale z drugiej strony, Matka Natura bywa kaprysna i moze byc zimno i deszcz. ;) A wiecej wymogow i tak jest dla dziewczynek. Welonik dowolny, za to sukienka musi miec rekawki, zadnych cienkich ramiaczek lub chociazby bezrekawnikow. Zadnych dekoltow (!). Bez rekawiczek. Buty na plaskim lub malutkim obcasiku, z gumowymi podeszwami, bo posadzka jest sliska. Zadnych sztucznych paznokci ani makijazu (!). Z tego ostatniego w ogole parsknelam, ale organizatorka oznajmila, ze i takie kwiatki sie zdarzaly. :D Poza tym jednak cale spotkanie to formularze za formularzami oraz wyliczenie, za co jeszcze przyjdzie zaplacic. Wiecie, zamowienie na krawat, zamowienie na banery (kazde dziecko bedzie mialo swoj z wlasnym imieniem, do portretow), zamowienie filmu i zdjec z uroczystosci, datek na kwiaty do dekoracji, prezent dla kosciola (cokolwiek poeta mial na mysli...), itd. Pozniej z kolezankami gadalysmy, ze mogli po prostu na poczatku roku zebrac po $150 czy $200 od dziecka, zeby bylo na wszystko, a nie teraz co chwila wolac o kase za to czy tamto (za banery trzeba bylo np. zaplacic na minionej lekcji, bo dzieci juz zaczely je robic). Ciekawe ile jeszcze "niespodziewanych" wydatkow wpadnie przed Komunia? :/

Wtorek byl dniem mocno "pracowym". Rano mialam meeting i tradycyjnie zeszlo nam prawie 1.5 godziny. Mamy dwa rodzaje spotkan, ktore wymieniaja sie co dwa tygodnie. Jeden, co druga srode, jest na temat nadchodzacych badan, spraw organizacyjnych, nowosci w firmie, itd. Dotyczy on wiec w mniejszym lub wiekszym stopniu kazdego. Drugi jednak meeting, co drugi wtorek, to typowe spotkanie na temat spraw "technicznych", laboratoryjnych. Na 20 punktow w excel'u, mnie dotyczy 1-2. Nie znosze wiec tego meetingu, bo jest dla mnie zwyczajna strata czasu. Ale coz poradzic... A w ten wtorek szef w dodatku popsul mi humor. Pamietacie, pisalam bodajze dwa tygodnie temu, ze wymyslil, ni z gruchy, ni z pietruchy, ze wracamy do biura na caly etat? Na szczescie po porozumieniu sie z zarzadem budynku, jego plan odpadl w przebiegach. Odetchnelam z ulga. :) Niestety, szefuncio sie nie poddaje i na meetingu wlasnie oglosil, ze powinnismy zaczac przynajmniej byc na miejscu w 50% czasu. Czy bedzie to praca przez 2.5 dnia, czy codziennie przez pol, to juz bez roznicy. Jedynym warunkiem bylo to, zeby w biurze nie bylo na raz wiecej niz dwoch osob, wiec mamy miec grafik, w ktory kazdy bedzie wpisywal kiedy zamierza byc w biurze. Tak prawde mowiac, to kiedy rok temu wracalismy do budynku pracy, wszyscy laboranci mieli wlasnie wpisane, ze beda tam przez 50% czasu. Poniewaz jednak wlasciwie nie bylo co robic, utarlo sie, ze kazdy przychodzil kiedy i na tyle, ile musial, czyli srednio na godzinke, dwie, 2-3 razy w tygodniu. Teraz jednak mamy sporo wiecej pracy i szef najwyrazniej chce wyegzekwowac to, co bylo zalozone rok temu. Spytalam jednak, co ze mna? Jako jedyna mam prace czysto biurowa (oprocz okresowych audytow laboratoriow) i wedlug zeszlorocznego protokolu, mialam wykonywac 90% swoich obowiazkow z domu. Teraz szef jednak (sadzac po jego minie) sam nie wie, co ze mna "zrobic". W koncu stwierdzil, zebym spogladala na nasz grafik i jesli beda juz wpisane dwie osoby, moge nie przyjezdzac. Z jednej strony ok, powrot nawet na pol etatu, to moze byc taki dobry czas przejsciowy. Liczylam jednak na to, ze do poczatku kolejnego roku szkolnego popracuje glownie z domu i kolejny rok odpadnie nam zagroska z polkoloniami dla Potworkow... Najbardziej jednak wkurzylo mnie, ze najwyrazniej nie bede mogla zaplanowac kiedy mi najbardziej bedzie pasowac zeby wpasc do biura, tylko bede musiala patrzec w grafik i dostosowywac sie do czterech osob! :/

Po meetingu, mialam godzinke przerwy, po czym musialam podjechac do biura. Normalnie w te dni, kiedy mamy spotkania, odpuszczam sobie jazde do biura, bo chce na spokojnie pokonczyc to, co mam do zrobienia zanim trzeba bedzie jechac po mlodziez, ale tym razem szef zarzadzil spotkanie na miejscu dla kilku osob. Kolejny meeting kompletnie nie byl mi na reke, ale coz, "pan kaze, sluga musi...". Pojechalam, spotkanie tym razem na szczescie trwalo tylko niecala godzinke i jedyna kiepska wiadomosc, ze szef polecial pogadac z managerem budynku. Nie wiem w takim razie, z kim on niby rozmawial wczesniej?! W kazdym razie, przylecial zadowolony niczym prosie w deszcz i oznajmil, ze mozemy wrocic nawet w wymiarze pelnoetatowym do budynku, jesli tylko w zadnym pomieszczeniu nie bedzie wiecej niz dwoch osob na raz! Na to jeden z moich kolegow (osiol!) przytaknal skwapliwie, ze mamy przeciez dosc pomieszczen, mozemy sie zawsze rozproszyc! Myslalam, ze faceta udusze! Akurat ja mam taka prace, ze potrzebuje staly dostep do drukarki, skanera oraz szaf z dokumentacja. Nie planuje sie wiec "rozpraszac". W tej chwili wiec zglupialam i nie wiem w jakim zakresie godzinowym mam wracac do pracy i kiedy. Narazie wiem tylko, ze w przyszlym tygodniu Potworki maja przerwe wiosenna, wiec juz w zeszlym tygodniu uprzedzilam, ze pracuje wylacznie zdalnie. A potem? Nie wiem, poki co trzymam sie powrotu na 50%, uzaleznionego od grafiku innych... ;) Na wszelki jednak wypadek, zawiadomilam sekretarke szkolna, ze po przerwie wiosennej dzieci znow beda wracac ze szkoly autobusem. Tak na wszelki wypadek, gdyby nagle przyszlo mi wrocic do biura w pelnym wymiarze godzin, albo gdybym zmuszona byla pojechac tam po poludniu...

A we wtorkowe popoludnie, mielismy "wolne". Karate ma przerwe, zadnych innych zajec poki co nie ma w ten dzien, pogoda w dodatku byla przepiekna (kilkanascie stopni!), wiec choc raz spedzilismy czas spokojnie i bez spiny. Po obiedzie poszlismy na rodzinny spacer, a potem M. pojechal na silownie, a ja zostalam z dziecmi w ogrodzie. Oni szaleli jak pijane zajace, a ja podjelam niewdzieczne zadanie pozbierania psich kup. Niektorych swiezych, ale wiekszosci pozostalych po zimie. Jakos sie bowiem nie skladalo czasowo i pogodowo, zeby zrobic to wczesniej. Na szczescie trawa narazie rosnie opornie, wiec nie przeszkadzala w porzadkach. ;)

Poniewaz wtorek mialam pracowniczo dosc intensywny, w srode odpuscilam sobie jazde do biura. Zreszta, musialam jechac do sklepu uzupelnic spozywke, bo choc poprzednio zrobilam zapas na mniej wiecej dwa tygodnie, to zaczal sie on juz niebezpiecznie kurczyc. ;) A po poludniu czas byl na trening druzyny plywackiej.

Wyglada jakby usmiechal sie do zdjecia, ale tak naprawde tylko nabiera powietrza przed odbiciem sie od scianki ;)
 

Niestety, ostatnio Nik basen ostro oprotestowuje, ale powod ma raczej idiotyczny. Chodzi bowiem o to, ze na plywanie wrocila Bi. I zupelnie nie wiem, co mu to robi za roznice?! Razem chodza na karate, w tym samym czasie maja pilke nozna, ale na basen razem juz chodzic nie moga? Tym bardziej, ze praktycznie nigdy nie plywaja nawet w tej samej linii! Ewidentnie panicz szuka sobie powodu do fochow... :/ Ciekawe co by bylo, gdyby Bi chodzic na basen przestala? A mozliwe, ze niedlugo zacznie sie buntowac, bo akurat tego dnia, mama jej ukochanej kolezanki powiedziala mi, ze planuja ja tymczasowo z plywania wypisac. Dziewczyna ma bowiem miec tyle zajec niedlugo, ze ciezko bedzie to ogarnac... Powiedzialam sasiadce, ze witam w klubie. ;) Kiedy po przerwie wiosennej wroci tenis i karate, a jeszcze zacznie sie pilka nozna, mozliwe, ze tez bede musiala cos dzieciakom uciac. A najlatwiej jest to zrobic wlasnie z druzyna plywacka, ta bowiem dziala caly rok, inne zas zajecia trwaja tylko przez 6-8-tygodniowe sesje...

W czwartek juz grzecznie podjechalam ponownie do pracy, z racji, ze w nastepnym tygodniu bede pracowac wylacznie zdalnie. Podrukowalam co trzeba, powysylalam instrukcje i trzeba tylko trzymac kciuki, ze byly one na tyle jasne, ze nikt nie bedzie mnie "scigal". Licze na spokojny pracowniczo tydzien, bez jezdzenia do biura w te i we wte. A po przerwie sie zobaczy jak to bedzie... Juz wyslalam maila (i odpowiednie formularze) do sekretarki szkolnej, zeby zapisac Potworki na powrot ze szkoly autobusem... Ech... Czlowiek od roku marzy o powrocie do normalnosci, ale kiedy ta normalnosc znienacka przychodzi i wali cie w pysk, to nagle wcale tak fajnie nie jest... :D

W czwartkowe popoludnie oczywiscie znow trening na basenie. Nik zrobil awanture, pokrzykujac, ze dwa dni pod rzad nie jedzie i nie moge go zmusic. :O Uch... Ten moj "slodziak" ostatnio robi sie rownie paskudny jak jego siostra. :/ Na nic przypomnienie, ze omijaja z Bi co drugi poniedzialek ze wzgledu na religie, a w czwartki nie chodzili tylko w marcu, bo mieli karate. Juz za tydzien karate rusza ponownie i znow nie bedzie tego dnia chodzil na plywanie. Powiedzialam nawet, ze poniewaz w przyszlym tygodniu maja przerwe od szkoly, Nik moze sobie zrobic tez przerwe od basenu. Nic nie pomagalo. Mlodszy musial sie po prostu wykrzyczec i wyrzucic emocje, po czym... pojechal na plywanie bez zadnego jeku. A po fakcie stwierdzil, ze dobrze sie bawil... :O

Plywanie na plecach bywa ryzykowne. Bi odepchnela sie od scianki i... zdzielila reka w glowe kolezanke, ktora plywala w tej samej linii. Na szczescie skonczylo sie tylko na smiechu ;)

Poza tym ruszamy pomalu z pracami w ogrodzie. Miniony tydzien byl tak cieply, ze pod jego koniec Potworki zaczely chodzic w szortach i krotkich rekawkach, a ja codziennie zabieralam Maye na spacer dluzszy niz zazwyczaj. W srode kupilam sobie tez kwiatkow. Niektore jednoroczne, jak dalie, a inne wieloroczne, np. lilie oraz... piwonie. Tej ostatniej nie jestem zbyt pewna, bo ponoc sa to rosliny kaprysne i nie wszedzie im pasuje. Coz, zobaczymy. :) M. za to znow mnie irytuje, bo jak zwykle, zabiera sie za wszystko na raz. W piwnicy stoi nam szafka do lazienki dzieci oraz zlew. Mielismy siasc i zamowic kibelek oraz wanne, a takze kafle na podloge (akurat tych nie mieli w sklepie "na stanie"), bo na wszystko teraz czeka sie dluzej niz zwykle. A co robi moj maz? Po pierwsze, zabiera sie za warzywnik. W ktorym przynajmniej jeszcze miesiac nic nie posadze, bo ryzyko przymrozkow jest za duze! Ale nie, M. kupil pare workow kompostu i przekopal teren, zeby przywiezc tam ogrodowej ziemii. To jeszcze nie koniec! Jakby tego bylo malo, nagle go cos naszlo na oczyszczanie przodu domu. Byly tam dwa miejsca, jedno pod "placzaca" brzoza, adrugie wokol starego, sprochnialego pnia, ktore bylo wysypane kamykami i obramowane wiekszymi kamieniami. Mnie te dwa miejsca specjalnie nie przeszkadzaly, poza tym, ze miedzy kamykami zawsze wyrastala trawa, z tego rodzaju, ktory nie daje sie wyrwac z korzeniem, tylko urywa w polowie. Latem wygladalo to wiec dosc niechlujnie i malzonek juz wiele razy wspominal, ze zrobi z tym porzadek. Tylko wiecie, mowi o tym od 3 lat, a zabiera sie, kiedy ma zupelnie inne projekty! :/ W kazdym razie, ktoregos dnia, wyzbieral i wywiozl na taczce te kamienie. Pozostal jednak pniak. M. postanowil go obciac pila. Okazalo sie jednak, ze choc pien pozornie sprochnialy, to tylko gdzies do glebokosci 20 cm. A pod spodem ma zdrowe, twarde drewno. Malzon sie nie poddal i innego dnia zaczal pieniek po kawalku ociupywac. I w koncu dopial swego i pniaka sie pozbyl, ale "zmarnowal" na to kilka dni... Nic nie mowie, poki co ma czas, ale demolke lazienki musi zakonczyc (a jeszcze nawet nie zaczal) najpozniej do polowy ostatniego tygodnia kwietnia. Na jego koniec bowiem bedzie w naszym miasteczku zbiorka duzych gabarytowo smieci, a to czas idealny zeby wyrzucic stara lazienkowa szafke, blat ze zlewem, kibelek oraz wanne z zabudowa. Jak znam zycie, zabierze sie za to kilka dni przed, po czym bedzie panikowal, ze sie nie wyrobi, spieszyl sie, a przez to wsciekal sie i klal na czym swiat stoi. No ale nie przetlumaczysz... :/

I tu juz chyba tasiemca skoncze... Gratulacje dla tego, kto zdola to przeczytac przy jednym posiedzeniu. :D

piątek, 2 kwietnia 2021

Tydzien przedswiateczny

Miniony tydzien zaznaczyl sie glownie przygotowaniami do remontu dzieciecej lazienki. To nic, ze demolke M. zacznie najwczesniej za kolejne 7 dni. Jak pewnie pamietacie, moj malzonek jest w goracej wodzie kapany i jak ma cos robic to dostaje klapek na oczach i nic innego nie istnieje. ;) Gdyby nie nadchodzace Swieta i moj stanowczy protest (nie chce miec totalnie rozpieprzonej chalupy; wiecie jak to jest z remontami...), pewnie juz by zaczal. A tak, choc lapki swierzbia, musi czekac, hehehe... ;) Czekanie mu oczywiscie srednio idzie, wiec w piatek, korzystajac z braku zajec Potworkow, pojechalismy do sklepu budowlanego. Tam chyyyba wybralismy kafelki. "Chyba", bo jeszcze nic nie kupilismy, a teraz, po kilku dniach, M. przebakuje cos, ze nie jest do nich do konca przekonany. Ech... Oczywiscie wizyta w sklepie to ogladanie, przegladanie, dopasowywanie, skrobanie sie po glowach... Kilka godzin nie nasze. Co w tym czasie robily w sklepie dzieciaki, mozecie sie domyslic. Zabawa w chowanego miedzy regalami nie ma sobie rownych. ;) A po powrocie czekalo biedakow konczenie zadan domowych do Polskiej Szkoly. Zostawilam je na piatek, myslac ze beda mieli spokoj i wiecej czasu, ale nie przewidzialam, ze praktycznie caly wieczor bedziemy poza domem... Na szczescie oba Potwory skonczyly i zadania i nagraly czytanie bez jakiegos wiekszego marudzenia. ;)

Sobota zaczela sie oczywiscie wlasnie Polska Szkola. Na szczescie za tydzien lekcji brak. ;) Pani Bi z tej okazji nie zadala im pracy domowej. Pani Nika, owszem, zadala, ale sama dam Mlodszemu wolne, co ma miec gorzej niz siostra. :D Pogoda w sobote byla przepiekna - kilkanascie stopni i piekne slonce. Wybralismy sie na rodzinny spacer, a poznym popoludniem wyladowalismy w... sklepie budowlanym! :D Innym niz ten piatkowy. Chcielismy sie upewnic, ze wybrane przez nas kafle to "te". Na szczescie tutaj nic porywajacego nie znalezlismy, wiec przynajmniej nie mamy metliku w glowie. ;)

Moja opryszczka w sobote zmienila sie niemal w strupki i przestala upierdliwie swedziec, ale za to w ustach pojawily mi sie jakies cholerne afty... Tak jak pisalam ostatnio - odpornosc musiala mi spasc na leb na szyje... Po prostu juz boje sie, co bedzie nastepne... :/

Zgadnijcie co robilismy w niedziele? Bylismy w... sklepie! :D Tym razem nie budowlanym, ale meblowym, tak dla odmiany. Przynajmniej cos kupilismy, a mianowicie szafke oraz zlew do lazienki. Proste i nowoczesne, praktycznie taki sam styl jak w lazience na dole, ale szafka w innym kolorze. Bede Wam oczywiscie wszystko pokazywac na biezaco kiedy M. wezmie sie juz za robote. :) Pogoda byla paskudna. Caly dzien lal deszcz, ale przynajmniej nie bylo nam szkoda lazic po sklepie zamiast wybrac sie na spacer czy rowery. ;) Teraz pozostalo juz wymierzyc i kupic kafle, oraz wanne. Ta, ktora mamy obecnie, po pierwsze stanowi jedna calosc z oslona sciany, a takie cos nam sie nie podoba i wolimy polozyc nad nia kafelki, a po drugie, ma na brzegu wyrazne odbarwienia i dziurki. Najwidoczniej kiedys byly tam drzwi prysznicowe, ale zostaly wymontowane. Chcemy tez zamowic nowy kibelek, taki jaki zamontowalismy w lazience na dole. Troche sobie mysle, ze moze przesadzamy i juz toalecie bysmy odpuscili, ale z drugiej strony, obecna ma zepsuta spluczke. Przepuszcza ona odrobine wody i od czasu do czasu slychac jak ja pobiera. Czas wiec chyba wymienic ustrojstwo. ;)

Po poludniu przyjechal moj tata, posiedziec ostatni raz przed wylotem. Tfu, tfu, odpukac w niemalowane, wyglada, ze chyba jego podroz do Polski ma szanse odbyc sie normalnie. Miejmy nadzieje, ze powrotna rowniez pojdzie sprawnie. :D [Taaa... za szybko to napisalam...]

Poniedzialek zaczal sie moim wku*wem, ale to akurat zadna niespodzianka. Moja corka doprowadza mnie momentami do rozpaczy, a momentami do szewskiej pasji. Ona ma na wszystko czaaas. Ja ja poganiam, a ona snuje sie noga za noga, w dodatku pyskujac... Wolam z gory, ze zaraz musimy wychodzic, a ani zebow nie umyla, ani lozka nie poscielila, a pannica odkrzykuje "I don't care!". No ku*wa. Ale JA "care"... Kiedy w koncu zjawia sie na gorze, zamiast myc zeby, mizdrzy sie przed lustrem, ogladajac bluzke na wszystkie strony. Ide po schodach w dol, ale katem oka widze, ze zamiast myc zeby, dziewcze znika w swoim pokoju. I nie wraca. W koncu wrzeszcze, ze dlaczego jak prosze, zeby myla zeby, to ona cuda wyczynia?! Pannica oburzona, ze no przeciez szla myc, ale musiala zalozyc pasek do spodni! No pasek przeciez najwazniejszy, niewazne ze za 3 minuty musimy wychodzic do szkoly! A kiedy przed momentem zawedrowala (chyba przypadkiem) do lazienki, to zamiast szorowac uzebienie, gapila sie w lustro! Ranek skonczyl sie tak, ze za caloksztalt swojego zachowania, Starsza dostala szlaban na wieczorna elektronike, a ja pojechalam do pracy ze spaczonym humorem...

To jeszcze nie koniec "cudownosci" tamtego dnia. Po poludniu Potworki mialy trening druzyny plywackiej. Tym razem, wyjatkowo, to Nik marudzil, ze mu sie nie chce. Zebym to ja wiedziala, ze lepiej bylo go posluchac... M. wspomnial, ze wprawdzie na silowni byl dzien wczesniej, wiec cwiczyc nie bedzie ale moze z nimi pojechac. Machnelam reka, ze jak juz jedno z nas ma tam siedziec, to rownie dobrze moge to zrobic ja. Kolejny blad... No, ale madra Polka po szkodzie. ;)

Maruda doplywa do scianki ;)
 

Poczatkowo nic nie zapowiadalo katastrofy. Dzieciaki plywaly, ja czytalam ksiazke. Nagle, juz pod koniec treningu, Nik wyszedl z wody i oznajmil, ze musi do lazienki. Chyba pierwszy raz cos takiego mu sie zdarzylo, ale ze to nic dziwnego, pokiwalam glowa i wrocilam do czytania.

Nienaganny kraul w wykonaniu Starszej

Az tu wraca Mlodszy, ze lzami w oczach i pokazujac na kapielowki. O nie... Jeszcze przeszlo mi przez mysl, ze lepiej zeby byly to siuski, ale niestety... Nik od soboty mial jakies problemy zoladkowe. Nie biegunke, bo nie gonilo go co chwila na kibelek, ale jak juz poszedl to stolce mial hmm... luzne. ;) No i tym razem go przyparlo, ale chyba z racji tego, ze byl w wodzie, poczul za pozno i do lazienki juz nie dobiegl... :O A ze kupsko "luzne", wiec mozecie sobie wyobrazic jak to wygladalo, tym bardziej, ze Mlodszy spanikowal i zamiast w lazience jakos sprobowac doprowadzic sie do porzadku, wrocil na basen poprosic mnie o pomoc. Kapielowki mokre i obcisle, a w dodatku mlodziez przeszla sobie dwa razy po korytarzach oraz schodach... Kiedy w koncu udalo mi sie sciagnac mu mokre portki, utytlane mial cale posladki oraz nogi. :( Smrodek byl niemozliwy (czulam nawet przez maseczke)... W dodatku jedyne co moglam zrobic, to przeplukac kapielowki jako tako w zlewie i z mydlem do rak, a Kokusia wytrzec byle jak papierem toaletowym... Bleeee... :O  Ja to mam po prostu pecha do zoladkowych przypadlosci Nika oraz tego klubu sportowego. Juz kiedys Mlodszy puscil tam wielkiego pawia przy samym wejsciu. Teraz narobil w gacie. Dlaczego takie "niespodzianki" nie przytrafiaja mu sie jak jedzie gdzies z ojcem?! :/

Poniewaz nieuchronnie zblizaly sie Swieta, a w srode mialam miec meeting z praca, ktory zazwyczaj trwa i trwa, wiec na wtorek zaplanowalam sobie odkurzanie oraz fruwanie na mopie... Po czym jak zwykle okazalo sie, ze plany planami, a zycie zyciem. A juz teraz, w dobie korony, sytuacja w ogole potrafi zmienic sie w jednej chwili... O 7 rano dostalam sms'a od taty, z pytaniem czy jestem juz po pierwszej kawie. Troche mnie to zaskoczylo, bo rodziciel zwykle o takiej porze sie do mnie nie dobija. Pomyslalam jednak, ze moze denerwuje sie przed podroza i potrzebuje oderwania mysli. Odpisalam, ze gdzie kawa jak dopiero wstaje i musze dzieci wyszykowac i zawiezc do szkoly. Sms'y skonczyly sie po tym jednym, wiec ogarnelam towarzystwo, wyrzucilam pod placowka edukacyjna, wrocilam do domu i siadlam w koncu z rzeczona kawa zeby zebrac energie (i checi) do sprzatania. Niestety, w tym momencie okazalo sie, ze sms od taty o podejrzanie wczesnej porze, to nie byl przypadek. Rodziciel cos chcial i badal teren... :D Okazalo sie, ze we wtorek, dzien przed wylotem, moj tata postanowil przelozyc bilet do Polski!!! Nie dla swojego kaprysu, musze mu oddac sprawiedliwosc, ale dlatego, ze w poniedzialek rzadzacy Starym Krajem oglosili kwarantanne dla wszystkich przybywajacych spoza strefy Schengen. I niewazne, ze akurat w naszych okolicach, sytuacja koronna jest duzo lepsza niz obecnie w Europie... Hameryka jako ogol tkwi jako kraj wysokiego ryzyka, no i ch*j. :/ Oczywiscie pytanie czy tata nie mialby szanse przeslizgnac sie przez kontrole, jako ze do Polski bedzie przylatywal z Holandii. Poza tym moglby zrobic test na korone juz w Holandii na lotnisku lub w Polsce, bo wtedy z kwarantanny bylby zwolniony. Przerazila go jednak logistyka. Ponoc na lotnisku w Amsterdamie, kolejka po test jest niebotyczna (nie wiem skad ma takie wiadomosci), a on musi zlapac przeciez samolot do Gdanska. A juz w Polsce siostra i matka dowiadywaly sie, ze na test trzeba sie rejestrowac, umawiac i czeka sie na to kilka dni, nie mowiac juz o tym ze jest odplatny, a wiadomo, jak ktos przylatuje tylko na pare dni, ma przy sobie ograniczona ilosc gotowki. Tak czy owak, tata stwierdzil, ze woli lot przelozyc, a do tego niestety potrzebuje mojej pomocy, jako tej, ktora lepiej rozumie angielski oraz sprawniej operuje komputerem. Ech... Bilet udalo sie na szczescie przelozyc bez problemu. To jedyna zaleta obecnych czasow, ze rezerwacje mozna sobie dowolnie przekladac i linie nie robia laski. No i fajnie, ucieszylam sie, ze bedziemy miec dziadka na Wielkanoc, ale... tato zmienil date na 18 kwietnia. To tylko niecale 3 tygodnie pozniej! :D Czyli wlasciwie zaraz! Co sie przez ten czas zmieni? Po pierwsze, tata bedzie juz po dwoch dawkach szczepionki. Wtedy jest sie ponoc zwolnionym z kwarantanny, choc ta zasada moze sie oczywiscie w kazdej chwili zmienic. Po drugie, w Polsce powinien sie juz skonczyc lockdown, bo bedzie przeciez po rocznicy katastrofy smolenskiej. ;) Chyba ze znow zdaza Kraj zamknac, kto ich wie... :D Albo u nas sytuacja gwaltownie sie pogorszy (a we wtorek odsetek pozytywnych testow podskoczyl do ponad 5%!) i obywatele Stanow znow wpadna na liste z zakazem wjazdu do Polski. Wprawdzie tata wjezdzalby jako obywatel Kraju, ale kto wie jak by to potraktowali...

Po odebraniu Potworkow ze szkoly oraz nakarmieniu glodomorow, mlodziez posiala rzezuche.

Dwa pojemniki po chinszczyznie, pare platkow kosmetycznych, garsc nasionek, a radosc nie z tej ziemii :D
 

To niesamowite jak oni lubia to robic, zwazywszy na to, ze potem wcale nie chca jej jesc! :D To sie nazywa sila tradycji! Co roku jest rzezucha i koniec, niewazne, ze potem je ja wylacznie matka. Zreszta, wazne, ze chociaz ktos i nie laduje po Swietach w koszu... ;)

Wtorek to rowniez ostatnie w tej sesji zajecia z karate.

Jedynym momentem kiedy mam okazje strzelic fote, to poczatek zajec, stad zawsze wrzucam zdjecia dzieci stojacych w rzadku ;)
 

Na koniec Potworki dostaly CD z ruchami, ktore cwiczyli przez ostatnie tygodnie. Obiecaly sensei'owi, ze beda sumiennie cwiczyc. Jak znam zycie, plytke odpala moze raz. ;) Teraz 2.5 tygodnia przerwy. Zapisalam ich jednak na kolejna sesje. Zajecia maja miec w niej o 18, a pamietam z jesieni, ze treningi pilki noznej zaczynaly sie najpozniej o 17. Jesli wiec przypadkowo trening wypadnie w ten sam dzien co karate, powinnismy zdazyc, szczegolnie, ze przejazd zajmuje raptem kilka minut... Oczywiscie juz "widze" ile sie uslucham na ten temat od M., no ale sorry, to ja latam jak wsciekla i woze dzieciaki niczym szofer, nie on. ;)

Po powrocie jeszcze ambitnie cwiczyli zapamietana sekwencje ruchow. Co do Nika to nie pytajcie, ostatnio ma jakas obsesje sciagania koszuli i latania polnago... Dobrze, ze tylko w domu :D
 

W srode mialam znow przeee-dlugi meeting z praca... Dobre choc to, ze odbywa sie online, wiec moge w kazdej chwili wylaczyc kamerke oraz mikrofon i isc zaparzyc swiezej kawy. Albo zrobic siusiu, po kawie... :D W kazdym razie nadchodzace 3 miesiace zapowiadaja sie u nas doslownie szalone i nie wiem czy moje wizyty w biurze 2x w tygodniu po godzince, wystarcza... Zwyczajnie nie jestem pewna czy ogarne te kuwete, bo musze miec do wszystkiego wglad i nad wszystkim (jako taka) kontrole. Szczerze, to mam nadzieje, ze to, co zaplanowane zostalo na poczatek lipca, zostanie przesuniete na conajmniej sierpien. Szczegolnie, ze przeciez mamy bilety do Polski na koncowke tego pierwszego i chociaz rezerwacje powrotne nam anulowali, to mam nadzieje, ze uda sie powrot przesunac na tydzien wczesniej i jednak poleciec na dwa tygodnie. Jesli jednak w pracy zaczniemy arcywazny projekt w lipcu, to znow bede musiala zostac i z lotu nici... :/

Poza tym, w srode po szkole, zabieralam Bi do nowego dentysty... Poczatkowo planowalam niecnie wyslac ja z M., ale ten akurat tego dnia musial utknac w pracy o dwie godziny dluzej, no i doopa... :/ Nie tylko musialam jechac ja, ale jeszcze z Kokusiem na doczepke. Ktory to Mlodszy jest tak roztrzepany, ze wzial ze soba ksiazke, po czym pomaszerowal ze mna oraz Bi do gabinetu, a kiedy polecilam mu usiasc i poczytac (zeby sie nie platal), oznajmil, ze zapomnial i zostawil ja w aucie. Coz bylo robic... Na szczescie gabinet mial malutka bawialnie i Nik w koncu tam zawedrowal. A kiedy poszlam tam go poszukac, co znalazlam, lezacego na ziemi??? Ksiazke, te wlasnie co ja niby zostawil w aucie!!! Normalnie kiedys to dziecko wlasnej glowy zapomni! Ksiazka wypozyczona z biblioteki, a ja bym chyba stracila rozum przeszukujac potem chalupe zeby ja znalezc! :/ No, ale wizyta nie byla skoncentrowana na Kokusiu, lecz Bi. Pojechalam tam glownie, zeby zasiegnac drugiej opinii co do zebiszczy Starszej. Nie wiem czy pamietacie, ze jakos w styczniu czy lutym poprzednia dentystka nas wkurzyla, bo stalo sie niemal jasne, ze wymysla Bi dziury, zapewne zeby trzepac kase z ubezpieczenia. Umawia zeby "cos" (co, to nie wiadomo...) skonczyc, a po fakcie oznajmia, ze zrobila cztery (dziury? Zeby? Kto wie...), ale zostaly jeszcze trzy! Ogolnie to lubilam tamta dentystke jako czlowieka i poczatkowo smialam sie, ze jest strasznie roztrzepana. Kiedys bowiem powiedziala, ze Nik ma z tylu dziure, ktora juz przechodzi na staly zab, ale nie moze tego zreperowac dopoki ten staly nie wyjdzie. Kilka miesiecy pozniej spytalam co z tym ubytkiem, a ona na to, ze nic tam nie ma. To jednak nic takiego. Ostatnio jednak juz nie wytrzymalismy, bo umawiala Bi na wizyte, znieczulala, borowala, Starsza sie oczywiscie uplakala, a dziur, zamiast ubywac, przybywalo! Chwile to zajelo, ale w koncu zapalila nam sie czerwona lampka, ze cos tu jest nie halo. Wypytalam kolezanki o jakies polecenia dobrych dentystow i jedna zarekomendowala swojego, ktory leczy rowniez jej corke - taka sama panikare jak Bi. ;) Umowilam i w srode wlasnie wypadla nam pierwsza wizyta... No i niestety, nasze obawy byly sluszne. Dentysta pokazal mi na zdjeciach rentgenowskich zeby Starszej - cale polatane. Powiedzial, ze cos takiego to trauma dla dziecka, szczegolnie, ze to zeby mleczne, ktore i tak wkrotce wypadna. On podobno leczy mleczaki tylko, jesli ubytek jest naprawde solidny, albo dziecko malutkie i wiadomo, ze jeszcze pare lat z tymi zebami musi pochodzic... Jest mi przykro ze wzgledu na Starsza, ze tyle musiala zniesc zastrzykow, znieczulen, borowania, a wszystko przez jakas cholerna naciagaczke. :/ Mam nadzieje, ze teraz w koncu trafilismy na dentyste, z ktorym zostaniemy na dluzej...

Po tym wszystkim, oba Potwory jeczaly w drodze powrotnej, ze nie chca isc na trening druzyny plywackiej. Troche ich rozumialam, bo po zakonczeniu lekcji wpadlismy do domu, zjedli pedem obiad, Bi umyla zebiszcza i pojechalismy do dentysty. Tam spedzilismy prawie godzine, a teraz musielisbysmy znow w biegu wleciec do chalupy, Potworki przebrac sie w stroje i popedzic na basen. Nie dziwilam sie, ze nie w smak im taki zalatany dzien, wiec odpuscilam. Nic sie nie stanie jak raz w srode nie pojda, tym bardziej, ze moga teraz pojsc w czwartek, bo nie maja karate. ;)

W czwartek w koncu dokonczylam latac po domu na mopie, a oprocz tego musialam podjechac na szybkie zakupy (zabraklo w domu bananow, a Nik sie za nie dalby pochlastac) oraz zajechac do UPS'u, zeby oddac ostatni nietrafiony zakup z Amazon'u. Kupilam Kokusiowi nowe kapielowki, bo stare niemal rozeszly sie w szwach, ale okazaly sie nieco za duze. Na szczescie teraz oddawanie wiekszosci rzeczy, to tylko podjechac, wreczyc pracownikowi produkt do zwrotu, podsunac telefon z upowazniajacym kodem i mozna ruszac w droge powrotna. Niestety, tym razem mialam pecha i przede mna byla dziewczyna (Polka zreszta, sadzac po akcencie), ktora tam, na miejscu, z pomoca pracownika, pakowala wielkie pudlo z jakimis upominkami. Ukladala, upychala pomiedzy blyszczacy pergamin, a wysylala je... do sasiedniego miasteczka! Serio?! To jest doslownie 15 minut drogi! Nawet jesli boi sie pandemii, to przeciez moze zostawic pakunek na progu... Ale nie, lepiej jest spedzic 20 minut pakujac wszystko w UPS'ie, a potem bulic $34 za przesylke czegos, czego dostarczenie zajeloby jej kwadrans... Glupota ludzka nie zna granic...

W kazdym razie, dzien mialam dosc intensywny i liczylam, ze moze M. wezmie Potworki na basen, a ja klapne w spokoju na tylku. No niestety, przeliczylam sie. :/

Nik nadal nie nauczyl sie oddychac przechylajac glowe w bok. Wysuwa cala glowe z wody i chyba dobrze, ze nie ma teraz zawodow, bo calkowicie go to spowalnia i nie mialby szans wygrac czegokolwiek ;)
 

Malzonek oznajmil, ze co prawda jedzie na silownie, ale boli go bark, wiec nie wie ile pocwiczy, a poza tym on zwykle lubi cwiczyc przynajmniej 1.5 godziny, a dzieci koncza juz po godzinie, w dodatku Kokusiowi trzeba sie pomoc przebrac... Umarudzil sie chlop jak stara zrzeda i tylko mnie wkurzyl.

Starsza umie juz od dawna oddychac bokiem, choc kiedy jest zmeczona nieraz unosi sie tak przez kilka sekund lapiac oddech, co tez nie jest dobre, bo w czasie wyscigu, jak wiadomo, te sekundy moga zadecydowac o zajetym miejscu ;)
 

A wieczorem dodal oliwy do ognia, bo kiedy powiedzialam, ze pieke na Swieta babke zwykla i cytrynowa, zaczal jeczec, ze to tyyyle kalorii i ze lepiej bym sernik upiekla! No ku*wa! Zeby mi jeszcze on decydowal, co mam piec?! Nigdy nie pieke sernika na Wielkanoc! Sernik jest dla mnie ciastem calkowicie bozonarodzeniowym! Nigdy nawet go nie pieke w ciagu roku! Ale malzonek sobie umyslil, ze w serniku jest kilo twarogu, a ten ma duzo bialka, a bialko dobre na miesnie... Normalnie oszalal chlop ostatnio z tym liczeniem kalorii i bialka!!!


I coz jeszcze... Pojawiaja sie pierwsze solidniejsze oznaki wiosny.

Moje, przydomowe


 

Te juz niestety nie z mojego ogrodu. Moje sa jakies opoznione i nie maja narazie nawet paczkow :/

Pewnego dnia kiedy czekalam na koniec lekcji, z rozbawieniem obserwowalam jakies ptaszydla pluskajace sie w pozostalej po deszczu kaluzy. Tego dnia bylo ledwie 5 stopni i az sie wzdrygalam ;)

Nie pamietam nawet co to byly za ptaki. Wieksze od wrobla, mniejsze niz golebie... ;)


Komunia Potworkow planowo za 2 miesiace (juz niecale), wiec czas powysylac zaproszenia. Moj tata to nie problem bo bywa u nas regularnie. Dalam mu zaproszenia dla mamy i siostry zeby je w naszym imieniu przekazal, ale czy on w koncu do tej Polski doleci? ;)

Zaproszenia troche w stylu M. powiedzialabym, ale cos mnie w nich urzeklo ;) Chyba ich delikatnosc, lekka staroswieckosc, ale dla mnie sa urocze...
 

Do chrzestnej Kokusia oraz tesciow wyslalam poczta. Podobnie jak moja matka oraz siostra, marne szanse zeby dolecieli, ale zaproszenia wypada przekazac... Chrzestny Potworkow mam nadzieje, ze dotrze bez przeszkod na Wielkanoc, to bedziemy mu je mogli wreczyc osobiscie. Pozostala jeszcze chrzestna Bi, ale najpierw M. musi zdobyc jej aktualny adres. ;)

Od jutra trzeba sie wziac za pichcenie. Nie ma tego duzo, bo juz tradycyjnie, beda u nas tylko dwie dodatkowe osoby. Ale cos tam wypadaloby przyszykowac. Potworki juz zacieraja lapki na mysl o malowaniu jajek. Jak to sie z wiekiem zmienia... Ja najchetniej uzylabym folii termokurczliwej, zeby bylo jak najszybciej. :D Nasza posadzona rzezucha dopiero dzis zaczela niesmialo kielkowac. Nie wiem czy do Wielkanocy cos z niej bedzie... ;)

Wesolych Swiat!!!


piątek, 26 marca 2021

Prawdziwie wiosenny tydzien, ale za to nieco chorobowy

Alez piekny tydzien za nami! Kazdego dnia temperatura piela sie troche wyzej i wyzej, zeby w czwartek i piatek wyladowac grubo nad 20 kreska! W srode i czwartkek dalam Potworkom do szkoly krotkie rekawki, ale oboje, przy odbiorze, jak jeden maz, zakrzykneli, ze powinnam im byla tez dac krotkie spodenki! Zamiast powitania, ani "czesc mamo", ani "milo cie widziec", tylko od razu: "Bylo mi strasznie goraco, dlaczego nie dalas mi krotkich spodenek?!". ;) Szczerze mowiac przeszlo mi to przez mysl, tylko ze jakos ten marzec z tylu glowy nie dawal mi spokoju i w koncu przygotowalam tylko bluzki z krotkim rekawkiem. ;) Niestety, Matka Natura chce sie z nami tylko troche podroczyc. Od niedzieli zapowiadany jest solidny spadek temperatury. Nie, mrozow w prognozach nie ma, sniegu tez nie, ale zdecydowanie nastapi powrot do dlugich rekawow oraz kurtek. Juz widze te poranna awanture dzieciarni... ;)

Tak jak pisalam ostatnio, dostalam raporty Potworkow za drugi semestr. Szkoda, ze nie przed wywiadowkami, ale coz... Tak jak w poprzednim roku, w tym ze wszystkim rowniez jest zamieszanie, wiec nie ma sie co dziwic... Raporty jednak w koncu dostalam i... nie ma w zasadzie zadnych niespodzianek. ;) Nik czyta na najwyzszym poziomie dla III klasy w drugim semestrze. To dziecko ma naturalny talent do czytania, bo pani z polskiej szkoly tez go chwali. I faktycznie, on tych polskich czytanek praktycznie nie musi cwiczyc, a przeciez to dla niego jednak jezyk obcy. Raz przeczyta (tak na wszelki wypadek) i potem juz nagrywamy. Pani (juz amerykanska) zaznaczyla rowniez, ze Mlodszy przekracza poziom III klasy jesli chodzi o slownictwo. Tu juz wielokrotnie pisalam, ze Nik jest wygadany i elokwentny. Dla odmiany, zaznaczone ma, ze troche mu brakuje jesli chodzi o uzywanie znakow interpunkcyjnych oraz duzych liter. I niestety jest to prawda. Wynika to z tego, ze Mlodszy, jak ze wszystkim, z pisaniem rowniez sie niesamowicie spieszy. Zapomina duzych liter, przecinki dla niego nie isnieja... dobrze, ze zazwyczaj pamieta o kropkach na koncu zdania. :D

Przeciwnie do brata, jesli chodzi o czytanie, Bi jest na najnizszym poziomie dla drugiego semestru IV klasy. Coz, to zawsze byla jej pieta achillesowa. ;) Poza tym jednak ponoc przekracza poziom dla swojej klasy w szeregu kategorii. Zreszta, podczas rozmowy z nauczycielka widzialam wyraznie, ze kobitka Bi wrecz uwielbia i ma to odzwierciedlenie w ocenach. Bi przewyzsza wiec poziom w byciu odpowiedzialna oraz pelna szacunku, w dazeniu do poprawienia poziomu czytania (czyli samozaparciu chyba ;P), ogolnie w ilosci czytanych tekstow, plynnosci w czytaniu (to kloci mi sie nieco z jej zaznaczonym poziomem czytania, bo nie widze roznicy, a tam ma zaznaczony najNIZszy poziom), ilosci prac pisanych (tu od nauczycielki w ogole uslyszalam same och'y i ach'y ;P), strategii w rozwijaniu wypracowan oraz w naukach spolecznych.

Z zajec dodatkowych (tutaj wlicza sie w to plastyke, muzyke, w-f, skrzypce oraz... biblioteke), oba Potworki przekraczaja poziom swoich klas jesli chodzi o w-f. Nie jestem zaskoczona, bo oboje sa przeciez aktywni i uprawiaja sporty. Bi przekracza poziom IV klasy w plastyce, co tez niespodzianka nie jest, bo ma dziewczyna talent plastyczny i lubi takie manualne prace. Za to zaskoczylo mnie, ze Nik przekracza poziom III klasy w spiewie oraz... odczytywaniu nut! :O Oba Potworki sa muzykalne, to potrafie rozpoznac, mimo, ze mnie samej slon na ucho nadepnal. Zazwyczaj to jednak Bi wykazywala jakies tam zainteresowanie spiewem. Nik go raczej unikal, nie lubi popisywac sie tym, co robia w szkole, a jednak cicho i niepozornie, ale wykazuje najwyrazniej talent. ;)

Sobota zaczela sie tradycyjnie Polska Szkola. Mimo, ze o wiele fajniej jest laczyc sie na lekcje internetowo, to mimo wszystko juz troche zmeczona jestem zaganianiem Potworkow do komputerow, bo oczywiscie laczy sie to z wysluchaniem calej litanii zalow i marudzenia. Na szczescie nastapila najwyrazniej mala zmiana w kalendarzu szkolnym i w kwietniu jedne z zajec maja byc odwolane. Oznacza to, ze odbeda sie tylko raz, bo poza tym nie bedzie lekcji przed Swietami oraz w trakcie ferii wiosennych. Gorzej, ze po takim luznym miesiacu, zagonic Potworki ponownie do regularnej pracy nad jezykiem Ojcow w maju, to bedzie niezly wyczyn. Pocieszam sie tylko, ze szkola planuje owe zajecia znow urzadzic w parku, na swiezym powietrzu i osobiscie. Byloby super, ale nie ma co sie nakrecac, bo moze sie okazac, ze maj bedziemy miec zimny i deszczowy i z planow... pupa. :D

Jakby malo bylo lekcji polskiego, to wczesnym popoludniem pojechalismy odebrac upominki wielkanocne od Polskiej Szkoly. Ogolnie szlo to szybko. Wchodzilo sie, odbieralo upominek i mozna sie bylo zwijac, ale... No wlasnie. ;) Organizatorzy zatrudnili klauna (czy moze klaunke, bo to babka), ktory tworzyl roznosci z balonow. Fajny gest, nie powiem, ale kolejka do niego ciagnela sie przez cala, duuuza sale. Potworki oczywiscie ochoczo ustawily sie w niej i co bylo robic? Utknelismy tam czekajac bite pol godziny. Na szczescie wpadlam na dawno niewidziana kolezanke, wiec troche sobie pogadalysmy. Potem stanelam z Potworkami w ogonku, ale ci, widzac, ze matka pilnuje im kolejki, ruszyli szalec z grupa malolatow. W sumie to nie wiedzialam nawet, ze znaja te dzieci. Moze zreszta tylko zadzialal instynkt stadny i jak jeden zaczynal swirowac, to inni z entuzjazmem dolaczali, niewazne czy chodza razem do klasy, czy nie. ;) A upominki okazaly sie ksiazeczka z zadaniami oraz stronami do kolorowania i cala masa slodkosci...

Juz po powrocie do auta...

Po poludniu Nik zostal zaproszony do ulubionego kolegi. Dobrze sie zlozylo, bo kolezanka Bi wraz siostra byly u nas ustatnio dwa dni pod rzad i Mlodszy narzekal, ze to niesprawiedliwe. Teraz przyszla wiec jego kolej i ucieszylam sie widzac sms'a od mamy malego H. Odwiozlam Kokusia dwa osiedla dalej i spedzilam "urocze" dwie godziny z jednym tylko dzieckiem. Ktore to calutki ten czas spedzilo jeczac, ze nuuuuudziiii mi sie. :D Jak ma brata w domu, to jest ciagla wojna. Jak zostala sama, to usychala z nudow. Oczywiscie Bi urzadzila tez awanturke, bo jak do niej przyszly dziewczyny, to Nik tez sie z nimi bawil, a teraz ona nie ma nikogo. Jak to Starsza, probowala tez wymusic zaproszenie kolezanki, ale stanowczo odmowilam. Po tym jak sasiadka mnie ostatnio wrobila, teraz niech zaprosi Potworki do siebie. Ja chwilowo nie mam ochoty zapraszac jej dziewczyn. Na szczescie poparl mnie M., ktory w sobote byl jeszcze w pracy i oznajmil, ze chce odpoczac, a nie wysluchiwac dzieciecych wrzaskow i latania po schodach. ;)

W niedziele rano przyjechal moj tato, na kawe oraz zeby pozalic sie na kolejne przeboje z wyjazdem do Polski. Tym razem rozeszlo sie o... dowoz na lotnisko. Do Nowego Jorku mamy okolo 3 godzin jazdy, nie jest to wiec podroz, gdzie mozna tate szybko podrzucic. Wrecz przeciwnie, trzeba sobie zarezerwowac caly dzien, mozecie wiec sie domyslic, ze nikt sie do tego specjalnie nie pali. I zazwyczaj nie ma takiej potrzeby, bo w Polakowie dzialaja preznie agencje, pomagajace Rodakom we wszelkich uslugach, a takze oferujace dowoz na lotnisko za w miare przystepna cene. Przystepna dla jednej osoby rzecz jasna, bo kiedy (jak w naszym przypadku) pomnozy sie te cene x 4, to juz robi sie niezla sumka i bardziej sie oplaca pojechac wlasnym autem i zostawic je na parkingu dlugoterminowym. Ale do brzegu. Pisalam, ze u nas zycie plynie w miare spokojnie i pandemii niemal nie odczuwamy? Coz, my moze nie, ale sa branze, ktore odczuly ja az za bardzo. Wspomniane wyzej polskie agencje. Ktore zreszta trzepaly niezla kase na kazdej dupereli i jesli czlowiek znal choc troche angielski, raczej omijal je szerokim lukiem... Agencje owe, zyski czerpaly glownie wlasnie z dowozow na lotniska, sprzedazy biletow lotniczych, organizowaly wycieczki po okolicznych Stanach, itd. Mozecie sie domyslic, ze z powodu pandemii, wszystko to siadlo. Mniej ludzi lata, a wiec mniej kupuje bilety i mniej potrzebuje dowozu. Z powodu koniecznosci przestrzegania dystansu socjalnego, wszystkie wycieczki zostaly zawieszone... Tak naprawde jedynym stalym zarobkiem, ktory pozostal owym agencjom, jest kurierska wysylka paczek do Polski, ale to sa grosze... Nic dziwnego, ze musieli pozegnac sie z autobusami, kierowcami, z duzych lokali przeniesc do malutkich klitek, itd. A kiedy moj tata podjechal chcac wykupic dowoz na lotnisko, okazuje sie, ze dowoza tylko na LOT. Tato zas leci KLM'em. No i doopa. W jednej agencji powiedzieli, ze nie i juz, w drugiej, ze moga do zawiezc ale juz nie odebrac, w trzeciej zas odeslali zeby dopytac prywatnie u szefa, bo pracownicy nie byli pewni czy sie da. No to pieknie, bo tacie zostaly dwa tygodnie do wyjazdu. Zaczal patrzec po hamerykanckich firmach i znalazl jedna, ktora jednak za taka usluge zazyczyla sobie... $700!!! Toz moj rodziciel zaplacil mniej za bilet lotniczy! :O Kiedy przyjechal w niedziele, zaczelam i ja przegladac czy nie ma jakiegos busa czy autobusu z miasta taty na lotnisko. No nie ma. Jedyna mozliwosc to pojechac z trzema przesiadkami i spedzic w podrozy ponad 5 godzin. Na to tata tez nie mial ochoty... Wlasciwie to juz zdecydowany byl zarezerwowac parking dlugoterminowy i jechac swoim autem, ale okazalo sie, ze szef tej ostatniej agencji, po kilku dni zastanawiania sie, jednak zgodzil sie zapewnic mu transport. Jeden problem z glowy wiec, choc teraz pozostaje lekki niepokoj co bedzie jesli linie znow przeloza tacie bilet kiedy bedzie juz w Polsce? W obecnych czasach jest to bardziej niz prawdopodobne...

A niedzielne popoludnie spedzilismy sportowo. ;) Potworki mialy tenisa, a ja nie moglam uwierzyc jak pogoda zmienila sie w tydzien. Poprzednim razem siedzialam w aucie, chowajac sie przed lodowatym wiatrem i przelotnymi sniezycami. Tym razem bylo piekne slonce i 17 stopni. Zal mi bylo Potworkow, ze zajecia mieli w budynku. Paradoksalnie, po drugiej stronie parkingu sa piekne, nowe korty i trener spokojnie mogl zabrac dzieciarnie tam. Podejrzewam jednak, ze nie wolno mu bylo podjac takiej decyzji samotnie i w ostatniej chwili. Szkoda. Poniewaz pogoda zachecala do aktywnosci na swiezym powietrzu, M. zabral sie ze mna i w czasie kiedy dzieci machaly rakietami, my pojechalismy na kawe, a potem machnelismy 6 okrazen wokol boiska pilkarskiego. Juz nie pamietam kiedy ostatnio tak szlam z wlasnym mezem, na swiezym powietrzu i bez ogladania sie na potomstwo oraz odpowiadania na setki pytan. ;)

Poniedzialek oznaczal dla mnie szybka wizyte w pracy, a po poludniu jazde na religie z Potworkami. W koncu dowiedzialam sie czegos konkretniejszego na temat strojow, choc tylko dlatego, ze jedna z kolezanek poszla osobiscie porozmawiac z katechetka. Jej syn ma bowiem ADHD oraz lekkiego Aspergera i dziewczyna jest cala w strachu jak mlody przejdzie przez cala ceremonie. A przy okazji dopytala o pare szczegolow. ;) Okazalo sie, ze glowna katechetka, zarzadzajaca cala ta szkolka, miala juz teraz zorganizowac spotkanie z rodzicami, ale wstrzymala sie. Jak pisalam niedawno, gubernator Stanu poluzowal czesc obostrzen, m.in. to dotyczace limitu osob wewnatrz. Niestety biskup z naszej archidiecezji nadal nie podjal decyzji co do kosciolow. Kobita chciala poczekac az dostanie od niego jakies wytyczne. Poki co jednak, przekazala kolezance, ze chlopcy maja miec ciemne spodnie, granatowe lub czarne. Nie musza miec marynarek, za to rodzice beda placic za krawaty, bo te chlopcy maja miec jednakowe. Podobnie, wszystkie dzieci beda mialy takie same, biale maseczki, za ktore oczywiscie rodzice beda musieli wybulic. Dziewczynki nie musza miec welonikow (uff...), za to maja miec buty na plaskim obcasie i nie wolno im miec sukienek na cieniutkich ramiaczkach. I to wszystko. Za to, dzieci beda przygotowywac plakaty ze swoimi imionami do udekorowania kosciola. Ta przyjemnosc bedzie rodzica kosztowac $18 na lepka. Ciekawe za co jeszcze przyjdzie nam zaplacic? ;)

Wtorek przyniosl zmartwienia... Pierwsze, banalne. Wspomnialam, ze gubernator naszego Stanu poluzowal obostrzenia, m.in. zniosl limit osob pracujacych w biurze. Nowe zarzedzenie weszlo w zycie w piatek i jak na zawolanie moj szef wyslal maila, ze musi potwierdzic z zarzadem budynku, ale oczekuje, ze od przyszlego tygodnia wrocimy wszyscy do biura w pelnym wymiarze godzin... Troche mi zrzedla mina, choc sie tego spodziewalam. Mam nadzieje, ze rzeczony zarzad stwierdzi, ze budynek nie jest na to gotowy. :D

Drugie zmartwienie jest juz powazniejsze, bowiem chodzi o Kokusia... Juz od jakiegos czasu raz na jakis czas wspominal ze bola go plecy i pokazywal na odcinek ledzwiowo - krzyzowy. Musze sie tu przyznac, ze ignorowalam te jego narzekania, bo zdarzaly sie okazjonalnie, najczesciej jak podnosil sie z pozycji lezacej do siedzacej na lozku. Poza tym jednak ganial, wspinal sie i broil jak zwykle, wiec wzruszalam ramionami, ze gdzies sie pewnie uderzyl, no bo kto slyszal, zeby dziecko plecy bolaly?! Mnie plechy bola, ale ja jestem star(sz)a! W sobote Nik z kolega biegali, tarzali sie po trawie, itd. W niedziele byl na rowerze i tenisie. W poniedzialek po religii ganial z kolegami i rowniez turlali sie po trawie. Az tu nagle, we wtorek dziecko nie moze sie pochylic ani zgiac nog do gory zeby ubrac buty! :O To znaczy moze, ale krzywiac sie i robiac to pomaluuutku... Po odebraniu go ze szkoly, jeszcze biegal po placu zabaw, wspinal sie na plot i zeskakiwal. A w domu nagle jek, ze pochylic sie ani usiasc sie nie da... No i skad tak nagle?! Oczywiscie, po zajrzeniu na dr. googla szybko z niego ucieklam, bo przeczytalam sobie, ze to moze byc cokolwiek, od zwyklego przeciazenia, przez dyskopatie, az do (tak, a jakze) raka... Wole nie czytac. :(

Sroda zaczela sie lepszymi wiadomosciami. Jednak poki co nie wracamy do biura na pelen etat. Zarzad budynku nie ma narazie nawet takich planow, zreszta, zachorowania w naszym Stanie od kilku dni ida pomalutku, ale w gore. Obawiam sie, ze gubernator poluzowal zakazy, zeby za chwile wprowadzac je od poczatku... :/ W kazdym razie nie narzekam, bo chetnie jeszcze jakis czas (permanentnie? :D) popracuje z domu... ;) Poza tym, skoro juz o pracy mowa, to na poczatku kwietnia mam dostac bonusik i wiadomo, zastrzyk gotowki zawsze mile widziany. ;)

Z krzyzem Kokusia nie wiadomo... W srode rano narzekal, ze dalej boli. Po szkole jednak poszedl bawic sie na placu zabaw, mimo ze krzywil sie przy niektorych ruchach. W domu nagle oswiadczyl, ze juz go nie boli, po czym po chwili stwierdzial, ze a jednak tak. ;) Zabralam go na trening druzyny plywackiej, bo stwierdzilam, ze na plecy nie ma nic lepszego niz plywanie.

Bi doplywa...
 

Niestety, nawet z wody, Nik pokazywal na migi, ze jest srednio.

Kokusiowi w wodzie zwykle robi sie przedzialek po srodku i wyglada niczym "Hitlerek", tylko wasika mu brak :D
 

W domu bacznie go obserwowalam i wlasciwie tylko przy probie zgiecia sie do samej ziemi, steknal, ze nie da rady. Wieczorem, juz w lozku, oznajmil jednak, ze juz mu lepiej. I badz tu czlowieku madry. Najchetniej zadzwonilabym natychmiast do pediatry, ale M. naciskal zeby poczekac do konca tygodnia, bo "moze mu przejdzie". Coz, moze przejdzie bol przy niemal kazdym ruchu, ale nawet takie uklucie raz na kilka dni chyba warto sprawdzic? Sama juz nie wiem...

Aha, sroda to tez wiadomosci "przyrodnicze". Mamy taki mailowy system komunikacji sasiedzkiej i ktos wlasnie wyslal wiadomosc, ze pierwszy raz w tym roku widzial niedzwiedzia w swoim ogrodzie. Zreszta, juz w zeszlym tygodniu, wyjezdzajac do pracy, M. zauwazyl przy jednym z domow wywalony smietnik i rozrzucona zawartosc... Niedzwiedzie to jedno, ale moj maz wrocil do domu, rozebral sie do bokserek, a moja uwage zwrocila ciemna plama pod jego kolanem. Myslalam, ze to jakis strupek, a to kleszcz!!! Te skurczybyki tez sie pobudzily! :/ Na szczescie, z moim sprytnym przyrzadem, udalo mi sie kleszcza wyciagnac w calosci, nie to co kilka lat temu (nie wiem, czy pamietacie te historie). ;) Teraz trzeba tylko obserwowac to miejsce... Potem oczywiscie wszystko mnie swedzialo. Obejrzalam tez dokladnie Potworki (przegladanie dlugich wlosow Bi to zmora), ale na szczescie zadnych pajeczakow na nich nie zarejestrowalam. Zreszta, oboje byli swiezo wymoczeni w chlorowanej wodzie, a nie wiem czy jakis kleszcz by to zniosl... ;)

A w czwartek, Nik... cudownie ozdrowial. Wstal rano jak gdyby nigdy nic, biegal sobie gora-dol po domu i nawet nie jaknal. Dopiero po moim pytaniu, jak tam jego plecy, zaczal wyginac sie na wszystkie strony, podnosic nogi i stwierdzil, ze jeeeszcze troche go boli. Hmmm... Po odebraniu go ze szkoly postanowilam nic nie mowic, tylko go obserwowac. No coz... Dzieciak biegal, wspinal sie, wyczynial nie wiem jakie akrobacje i nic. Nawet nie steknal...

Tu uskutecznia wdrapywanie sie na zjezdzalnie gora i od zewnatrz, bo przeciez schodki sa dla mieczakow ;) Uwierzycie po zdjeciu, ze to koncowka marca? Spodnie Nik mial dlugie, ale je sobie podcignal, bo za cieplo mu bylo. A w glebi, pod nogami Kokusia, mozecie dojrzec Bi chowajaca sie przed goracem w cieniu...
 

Pojechal na karate, gdzie chwile obserwowalam (mimo, ze rodzicom teoretycznie nie wolno...) i nie zauwazylam, zeby mial problem z jakimikolwiek ruchami. 

Zostaly juz tylko jedne zajecia w tej sesji...
 

Wieczorem, dla zabawy, robil sobie pompki i przysiady... No i co teraz? Ja bym go moze i wziela na wszelki wypadek do lekarza, ale M. stuka sie w glowe, ze cokolwiek mu bylo, juz przeszlo i bez sensu doszukiwac sie problemow... Dla mnie najgorsze, ze nie wiem skad sie to Kokusiowi wzielo. On sam twierdzi, ze ani nie upadl, ani sie gdzies nie uderzyl (zreszta, wtedy chyba mialby siniaka czy cos?), ale nie neguje calkowicie potencjalnego upadku. Kiedys, przy mnie, Mlodszy spierdzielil sie z samej gory zjezdzalni, bo probowal gdzies sie tam wspinac. Spadl wlasnie prosto na plecy, ale jak to Nik, wstal, przez minute kustykal narzekajac, ze wszystko go boli, a po chwili to rozchodzil i ruszyl do dalszej zabawy.

Z Nikiem zatem, nadal wiem, ze nic nie wiem, za to rowniez w czwartek wylazla mi na ustach opryszczka. Nawiedza mnie rzadko, raz na kilka lat, ale jak juz wyjdzie to fest. Tym razem rowniez wyglada to "uroczo". Pol gornej wargi nie moje i w dodatku nie mam tam czucia, wiec jedzenie idzie mi dosc dziwnie. Na cos sie w koncu przydaly te pieronskie maseczki. Przynajmniej moge zaslonic paskudna polowe geby. ;) Martwi mnie tylko, ze najwyrazniej "poleciala" mi odpornosc. W zeszlym tygodniu powiekszony wezel i spuchnieta szyja, w tym opryszczka, ktora jak wiadomo, tez lubi sie pojawiac przy obnizonej odpornosci. To chyba nie moze byc przypadek? Ale przeciez nie bylam w ostatnim czasie powaznie chora (zapalenie nerki to byl styczen, wiec dawno), nie bralam ostatnio antybiotykow, ani sie gorzej nie odzywiam, ani nie przybylo mi stresu... Nie mam pojecia skad takie cuda...

A wieczorem dowiedzielismy sie o pierwszym przypadku korony w rodzinie. Czternastoletnia corka brata M. mieszkajacego w Anglii zostala "ukoronowana". ;) Miala kaszel i goraczke, czyli klasycznie. Widac, ze nawet w Wielkiej Brytanii teraz zaraz wysylaja na test, zamiast polecic lykac paracetamol i odpoczywac. :D Gdzie sie zarazila? Nie wiadomo, prawdopodobnie w szkole. Teraz, po kilku dniach kaszle juz rowniez jej brat, wiec wyglada, ze choroba przechodzi na kolejne osoby...

Piatek to kolejny niecodziennie cieply dzien. Tym razem uleglam blaganiom Potworkow i dalam im krotkie spodenki. To znaczy, Bi najpierw przygotowalam spodniczke, ktora ta z oburzeniem wymienila na szorty. ;) Nawet ja sama zalozylam bluzke z krotkim rekawkiem i napomknelam do meza, ze gdyby nie gole drzewa, mozna by pomyslec, ze mamy czerwiec, a nie marzec... Po przywiezieniu potomstwa ze szkoly oraz ich nakarmieniu, pojechalismy na pierwsze, niesmiale "zwiady" w sklepach budowlanych. Malzonek bowiem w koncu przymierza sie do remontu lazienki Potworkow. To juz ostatnia lazienka, ktora wymaga gruntownego remontu. Kiedy sie ja zrobi, na jakis czas bedzie spokoj... Najgorzej, ze nasza lazienke robilismy na szybko bo prysznic sie zepsul, wiec nie bylo czasu na zbytnie zastanawianie sie jak chcemy ja konkretnie urzadzic. Na lazienke na dole mialam mniej wiecej koncepcje. A na te dzieci, nic, zero pomyslu... Poki co wiec rozgladamy sie niezbowiazujaco, tym bardziej, ze powiedzialam M., zeby mi sie nawet nie wazyl zaczynac demolki przed Wielkanoca. Nie mam ochote miec syfu w calym domu akurat na Swieta...

A na koniec wrzucam Wam kapke humoru podpatrzona w czasie nudnej drogi do szkoly:

"Wits end" to po polsku granica wytrzymalosci psychicznej lub emocjonalnej. Takie przenosne (lub doslowne) rwanie wlosow z glowy. Rejestracja idealna na dzisiejsze czasy... :D

Ze tez ja nie mialam nigdy pomyslu na jakas ciekawa tablice rejestracyjna... :D