poniedziałek, 30 listopada 2020

Indyczy tydzien :)

Szeroko otworzylam oczy po ogloszeniu limitu osob na Swieta w Polsce. Pomijam oczywiscie ten drobny szczegol czy rzad ma w ogole jakis pomysl na egzekucje zalecenia... Co, beda chodzic od drzwi do drzwi jak po koledzie, pukac i liczyc osoby obecne w domu/mieszkaniu? Jaki jest sens zalecen, ktorych nie da sie egzekwowac, a wiekszosc obywateli i tak pewnie oleje? Smialam sie do M., (takim pustym smiechem, pozbawionym humoru) ze w Polsce, jak masz troje dzieci, to juz nie zaprosisz na Swieta dziadkow, a jak masz potomstwa dwojke, to musisz wybrac, czy zaprosisz babcie, czy dziadka, bo obojga juz nie mozesz. ;)

Tymczasem u nas nadal trwa wzgledna "normalnosc". W sklepach znow sa limity na srajtasme oraz reczniki papierowe, ale reszta produktow litosciwie na polkach jest. Szkoly sa czynne, choc w roznych miasteczkach zamykaja co i rusz na okres od kilku dni do dwoch tygodni... W naszej miejscowosci, liceum (high school) nadal uczy sie zmianowo, tzn. tydzien stacjonarnie, tydzien zdalnie. Gimbaza :) (middle school) oraz podstawowki chodza w pelni stacjonarnie. I oby jak najdluzej... Nadal nie do konca wiadomo co z zajeciami sportowymi. Pewnie sie to wyjasni w ciagu tego tygodnia.

Od poniedzialku tez, zwiazki zawodowe nauczycieli apeluja zeby gubernator pozamykal szkoly publiczne od Thanksgiving az do 18 stycznia, zeby ograniczyc roznoszenie korony po Swietach! Nosz kurna!!! Dotychczas gubernator opieral sie, tlumaczac (slusznie), ze kazda miejscowosc sama moze zadecydowac czy bedzie prowadzic nauczanie zdalnie czy stacjonarnie, zeby dostosowac to do wielkosci placowek oraz ilosci przypadkow. Ale nie, jak widac niektorym jemiolom to nie wystarczy! :/ U nas, od poczatku roku, w szkolach bylo raptem kilkanascie przypadkow, ktore szybko zostaly odizolowane i nie zdarzylo sie, zeby zarazona byla kolejna osoba w klasie. I teraz mieliby zamknac placowki?! Z jakiej racji?! Mam nadzieje, ze gubernator sie nie ugnie, bo to byloby skandaliczne! Przepraszam wszystkich czytajacych mnie nauczycieli, ale mam wrazenie, ze wielu (oczywiscie akurat u nas i wiadomo, ze nie wszystkim) nauczycielom oraz pracownikom szkol spodobalo sie to, co dzialo sie na wiosne. Jesienia nauczanie hybrydowe akurat dzialalo duzo lepiej niz wiosna i przynajmniej nauczyciele, ktorzy maja swoje klasy, faktycznie prowadzili lekcje. Niestety, tutejsze szkoly pelne sa roznej masci pomocy oraz "specjalistow", ktorzy zajmuja sie korepetycjami w mniejszych grupkach lub indywidualnie. Dla takich osob, kiedy nie ma stacjonarnych lekcji, zwyczajnie nie ma pracy, ale poprzez ochrone w zwiazkach zawodowych, nadal dostaja normalne pensje! Gdzie tu sprawiedliwosc?! I potem kupa jest osob jak moja kumpela, ktora otwarcie mowi, ze chcialaby zeby szkoly zamkneli, zeby nie musiec jezdzic do pracy, ale dostawac wyplate! :O Mam nadzieje tylko, ze nic nie uda im sie wskorac. :/

Ale wracajac do naszej codziennosci - normalnosci...

Sobote, 21 listopada, zaczelam wczesniej niz ostatnimi czasy, bo juz o 6:30 rano. Zieeew... ;) Z racji, ze skonczyla sie pilka nozna, Nik zapragnal pojechac na trening na basenie. Normalnie zrobil sie z tego chlopaka zapalony plywak. I pomyslec, ze rok temu zapisywalam go do druzyny prawie na sile i tyle bylo oporu i placzu... A teraz? Jakby mogl, chodzilby na basen chyba codziennie. ;) 

Kokusinski plynie ;)

W kazdym razie, trening jest juz o 8 rano i choc to od nas doslownie dwie minutki autem, trzeba sie bylo wygrzebac na czas. Latem kilka razy dojechalismy z prawie 15-minutowym opoznieniem, a ze zajecia trwaja 45 minut, to tak nie bardzo... ;) Tym razem dojechalismy na szczescie na czas. Bi sie rzecz jasna opierala i choc liczylam, ze zmieknie i jednak wskoczy do basenu, zaparla sie i nie i koniec. Trudno, meczy mnie juz ta ciagla walka z nia o to. Oczywiscie kiedy na koniec trener oglosil, ze z okazji Thanksgiving, w srode beda mieli zamiast treningu gry i zabawy, okazalo sie, ze na te zajecia pannica jest cala chetna. Korcilo mnie, zeby za kare zostawic ja w domu. :D

Co do samego trwania treningow, to sytuacja nadal niejasna. Trener powiedzial, ze zglosil zarzadzenie gubernatora zarzadowi silowni, w ktorej trenuje druzyna i to juz do nich bedzie nalezalo dowiedzenie sie konkretow i podjecie decyzji co dalej. Poki co, druzyna trenuje jak zwykle. Zobaczymy jak dlugo...

Po powrocie do domu, akurat byla pora zeby polaczyc sie z lekcjami w Polskiej Szkole. Bi nie miala wyjscia, bo oznajmilam, ze skoro nie plywala, to nawet nie ma mowy zeby probowala sie wymigac. Nika troche musialam namawiac, tlumczac, ze beda sie uczyc o Thanksgiving i pielgrzymach, ale po polsku i to moga byc naprawde fajne zajecia. W koncu dal sie przekonac. :) Poczatkowa umowa byla, ze bedziemy raz jezdzic na basen, a raz laczyc sie z Polska Szkola, ale kiedy spojrzalam w kalendarz, zauwazylam, ze w nastepnym tygodniu zajec w Polskiej Szkole nie bedzie, a potem odbeda sie tylko dwa razy i znow bedzie dluga - 3-tygodniowa przerwa z okazji Bozego Narodzenia. Poniewaz Potworki stracily juz kilka tygodni przez pilke nozna, chcialabym zeby teraz juz regularnie laczyly sie na lekcje...

Na popoludnie za to zaplanowalam dla Potworkow niespodziewanke. Otoz, otwarli lodowisko, na ktore jezdzilam z nimi cala zeszla jesien i zime! :) Tu rowniez zmiany, bo trzeba sie wczesniej rejestrowac i jezdzic w maseczkach, ale ze lodowisko jest na swiezym powietrzu, wiec aktywnosc jak znalazl na pandemie! :) Dzieciaki oszalaly ze szczescia, nawet Bi, ktora pod koniec poprzednego sezonu byla juz lyzwami znudzona i nie chciala jezdzic na lodowisko (zaczynam zauwazac ten "trend" w jej zachowaniu; panna po prostu robi sie leniuchem :D). Oczywiscie, M. jak na niego przystalo, urzadzil mi wyklad, ze a po co na lodowisko jak jeszcze nawet zimy nie ma, a jeszcze cos sie stanie (jego stara spiewka!), jeszcze ktores sie przewroci i zeby sobie wybije, ze dlaczego ja sie smieje, wypadki chodza po ludziach, a po dzieciach juz zwlaszcza i ze w ogole co to za przyjemnosc jezdzic w kolko po lodowisku... O matko i corko! Nie wiem, co za przyjemnosc jezdzic w kolko po lodowisku (za to kompletnie nie kumam biegania po biezni wsrod innych przepoconych osobnikow, a M. to uwielbia), ale jakos od stuleci ludzie chetnie jezdzili na lyzwach, zaczynajac od zamarznietych sadzawek i jezior. Czyli cos w tym musi byc, c'nie? ;) Osobiscie jestem slabiutkim lyzwiazem i caly wysilek wkladam zeby sie nie wylozyc jak dluga na lodzie, ale traktuje to jako aktywnosc fizyczna, ktorej wiem, ze mi brakuje. Tak samo Potworki. Weekend to czas, kiedy (w ramach rozsadku) maja nieograniczony dostep do elektroniki, ale mimo wszystko dbam, zeby robili sobie regularne przerwy. Chce tez ich wyciagac na swieze powietrze, a ze idzie zima, to co jest lepszego niz sporty zimowe? Z nartami moze w tym roku byc problem, ale lodowisko mam nadzieje, ze pozostanie otwarte. Nie dosc, ze jest ograniczona ilosc osob, nie dosc, ze jezdzic trzeba w maseczkach (ech...), to jeszcze jest prawie calkowity zakaz spedzania czasu w srodku. Zeby wypozyczyc lyzwy, trzeba razem z rezerwacja wykupic wypozyczenie i zadeklarowac rozmiar. Sprzet jest juz przygotowany w dawnym pomieszczeniu do zagrzania sie (warming room), gdzie drzwi sa teraz otwarte na osciez, wiec o ogrzaniu nie ma mowy. :D W pomieszczeniu tym, poza zmiana obuwia na lyzwy i z powrotem, rowniez nie wolno przebywac. Do glownego budynku mozna wchodzic tylko zeby zglosic przyjazd (czego nie kumam, bo skoro rejestruje sie i place przez neta, to potem juz moja sprawa czy przyjade czy nie...) albo skorzystac z toalety. Wszedzie kraza pracownicy i niczym gestapo wyganiaja ludzi na zewnatrz. ;) 

 

Uchachani jakby ktos im wreczyl worek slodyczy ;)

Tak czy owak Potworki byly przeszczesliwe mogac znow smigac po lodzie, a drobne niedogodnosci sa irytujace bardziej dla mnie niz dla nich, ktorzy zbywaja je po prostu wzruszeniem ramion. ;) Bi rozwija niezle predkosci, choc jezdzi raczej zachowawczo, a Nik... Mlodszy, tak jak rok temu, jezdzi na zlamanie karku i w ciagu godziny zaliczyl przynajmniej 4 gleby. Az martwilam sie, ze moga sie spelnic ponure przewidywania M. i jednak wybije sobie swiezo wyrosniete stale zebiszcza. ;) Na szczescie, jak rok temu pare razy polecial na twarz i zdarl sobie skore na policzku, tym razem plaskal na cztery litery. Tam ma dobra amortyzacje. :D Bylo cieplo, wiec mial ubrane dresowe portki z polarem od spodu i polarowa bluzo - kurtke. Po chwili na spodniach mial ciemne, mokre plamy i balam sie, ze przemoknie do skory i przeziebienie gotowe... Narazie jednak minely dwa dni i smarkow nie widac, wiec moze go omina...

Na pozegnanie fota z ulubionym lodowiskowym sprzetem (a matka zapomniala powiedziec, zeby zsunal na chwile maseczke) :)

Niedziela to juz byl spokojny, relaksujacy dzien. Rano przywitalo nas piekne slonce, ale juz kiedy dojechalismy o 9:30 do kosciola, zachmurzylo sie i dmuchal nieprzyjemny, chlodny wiatr. Po powrocie do domu stwierdzilismy, ze zabierzemy mlodziez i zwierza na spacer, poki jeszcze nam sie chce. Temperatura niby dzwigala sie do gory, bylo okolo 6-7 stopni, ale zaraz po wyruszeniu zaczelo kropic i ta wilgoc, polaczona z chlodnym wiatrem sprawila, ze bylo po prostu paskudnie. Z ulga wrocilismy do cieplego domu. Upieklam bananowe mufinki, a M. rozpalil w kominku. Przyjechal moj tata i tak przesiedzielismy przy ogniu wiekszosc popoludnia, grzejac dupki. Z Maya na czele, rzecz jasna. ;) 

"She's like a guardian of love" [ona jest jak straznik milosci]- Kokusiowy komentarz, kiedy Maya polozyla na nim glowe i tak sobie lezeli przed kominkiem. Strasznie mnie to rozczulilo <3

Bi nawet cos naszlo i urzadzila nam spontaniczny koncert skrzypcowy. Korzystajac z chwilowego entuzjazmu, wyszukalam jej uproszczone nuty na "Cicha Noc" i Starsza oznajmila, ze do Swiat sie ich nauczy i zakoncertuje dla dziadka i wujka. Coz, zobaczymy. Fajnie byloby jeszcze namowic Kokusia, bo pieknie by wygladal taki koncert w duecie przy choince. <3. Poki co, Nik sie opiera, bo jest niesmialy... :D

Koncercik :)

Poniedzialkowy poranek przywital nas ulewa przy ledwie szesciu stopniach. Odstawilam dzieciaki do szkoly, po czym stwierdzilam, ze pierdziele i nie jade do biura w taka pogode. Jak milo miec co do tego wybor. ;) Pozniej, miedzy zerkaniem na prace, odkurzylam i pomylam podlogi na gorze, a na dole puscilam robota, zeby troche ogarnal syf pozostaly po weekendzie. :D Poza tym, biblioteka zrobila mnie w konia. Szykujac sie na przedluzony, 5-dniowy weekend z okazji Indyka, w piatek przezornie zamowilam caly stos ksiazek oraz filmow na DVD (nadal jakos nie mozemy przemoc sie, zeby wykupic Netflix'a), aby moc rodzinnie zaszyc sie w domowym zaciszu. Zamowione ksiazki zazwyczaj sa do odebrania nastepnego pracujacego dnia, spodziewalam sie wiec, ze beda gotowe w poniedzialek. I byly, tyle ze maila dostalam o 13:30, a biblioteke zamykaja o 14! Poniewaz kolejnego dnia dzieci konczyly lekcje wczesniej, a poza tym tego dnia juz koniecznie chcialam podjechac do biura i zahaczyc jeszcze o UPS zeby oddac pare rzeczy, wiec stwierdzilam, ze wole biblioteke odfajkowac w poniedzialek. Kiedy ostatnio zamawialam ksiazki, cale zamowienie potwierdzono w jednym mailu, wiec teraz popedzilam zeby zdazyc przed zamknieciem, nawet na wiadomosc nie zerkajac. I to byl blad, bo spodziewalam sie wielkiej siaty, a tymczasem dostalam... siateczke, a w niej jedna ksiazke i jedna plyte. I tyle. W dodatku, okazuje sie, ze panie tam pracujace same nie ogarniaja systemu, bo, kiedy spytalam co z reszta (kiedys moje zamowienie zostalo przywalone innymi reklamowkami i ja oraz jedna z pan, za cholere nie moglysmy go znalezc), zaczely miotac sie jak w ukropie, szukac ze mna na stolach, gdzies dzwonic, tlumaczac, ze w poniedzialki, po weekendzie, maja zawsze urwanie glowy, jedna wydrukowala mi liste z zamowionymi przeze mnie pozycjami, po czym zdziwila sie, ze nie ma na niej tego, co juz dostalam. A nie bylo, bo lista byla pozycji "zamowionych", a nie "otrzymanych". :D W koncu sama doszlam do tego, ze po prostu ktos z mojego wielkiego zamowienia wybral dwie przypadkowe rzeczy, a reszte z jakiegos powodu olal. I kobieta chyba osobiscie byla odpowiedzialna za realizacje zamowien, bo ja tylko grzecznie spytalam, a ona zamiast odpowiedziec, ze przepraszamy, ale do reszty jeszcze nie doszlismy, zaczela sie glupio tlumaczyc, szukac, napomykac ze czegos w ogole nie maja (bzdura, bo przed zamowieniem sprawdzalam czy jest dostepne), itd. Krotko mowiac, sama sie wkopala. ;) W kazdym razie, wycieczke do biblioteki odbylam zupelnie niepotrzebnie, ale coz...

Po poludniu, jak to w poniedzialki, odbyl sie trening na basenie (ciekawe jak jeszcze dlugo...). Pojechal tylko Nik.

Plynie... Nawet nie pamietam jakim stylem ;)

Poniewaz w czwartek, kiedy Bi zwykle jezdzi na grupe srednio-zaawansowana, jest swieto, powiedzialam, ze musi wybrac, czy pojedzie za to w poniedzialek, czy w sobote. Wybrala sobote, choc podejrzewam, ze to byl celowy zabieg w celu odsuniecia treningu w czasie, a w sobote i tak bedzie kombinowac, jak tu sie wymigac. ;)

A! Jeszcze wczesniej w poniedzialek, M. udalo sie dorwac na jakiejs lokalnej grupie, buty oraz narty dla Mlodszego, po bardzo okazyjnej cenie. I to w naszym miasteczku (czasem trzeba jechac po cos i godzine...)! Odebralismy wiec Potworki ze szkoly i pojechalismy po zakup. Nie wiadomo co prawda jak to bedzie w tym sezonie z nartami, ale buty Kokusia rok temu byly juz "na styk", dotykal czubkami palcow wkladki i ledwie dalo mu sie te buty wcisnac na nogi. Nartki zas byly malutkie (70 cm) i juz w poprzednim sezonie wydawaly sie troche smieszne, szczegolnie, ze Mlodszy naprawde swietnie jezdzi, wiec w tym koniecznie poprzebowal nowego sprzetu. I buty i narty sa troche na wyrost, powinny wiec spokojnie posluzyc przez dwa sezony. Po powrocie do domu, nastapila wielka przymiarka. :)

Wybaczcie ten burdel w tle. To zejscie do naszej piwnicy i garazu, ktore, jak widac, sluzy tez za przechowalnie roznych roznosci :)

Nik oczywiscie zachwycony i dopytuje kiedy ruszamy na stoki. Niestety, jak na zlosc zime zapowiadaja wyjatkowo lagodna, takaz jest tez koncowka jesieni i nasze lokalne stoki nawet nie maja jeszcze planow otwarcia, tym bardziej, ze w tym roku beda musieli ograniczac ilosc osob, a wiec robic wczesniejsze rezerwacje, itd. Nie wiadomo kiedy uda nam sie gdzies skoczyc...

We wtorek musialam obleciec prace, UPS oraz biblioteke (tym razem odebralam reszte zamowienia!) i to niezlym tempem, bo Potworki mialy skrocone lekcje i konczyly juz o 13:15. Z okazji Thanksgiving, dzieci w szkole mialy trw. "turkey trot", czyli wyscig wokol boiska w papierowych opaskach przypominajacych indyki. :)

Zdjecie fatalnej jakosci, ale przyslane przez nauczycielke Kokusia

Zazwyczaj scigaja sie cale roczniki, w tym roku, z powodu korony, scigali sie klasami. Nik w swojej dobiegl pierwszy! :) Bi u siebie byla... dziesiata. Ale i tak rozpierala ja duma. :D


Nik w szkole mial napisac za co jest wdzieczny, ale zamiast wypisal wyznanie milosci do ojca i nadzieje, ze wkrotce otworza stoki narciarskie :D Wkradlo sie nawet polskie, choc fonetycznie angielskie "ya hocham che". Padlam!!! :D

W pracy mi sie "udalo" bo bateria w kompie zaczela padac juz po 45 minutach, a nie mialam przy sobie ladowarki, wiec zabralam sie do domu. ;) Po poludniu zwial nam ponownie pies, ale po pol godzinie "pojawil" sie w ogrodku sasiadow. Okazalo sie, ze M. wypuszczajac Maye, wlozyl jej obroze od "niewidzialnego" pastucha, ale o wlaczeniu mechanizmu przypomnial sobie dopiero po jakims czasie... Dobrze, ze wrocila, bo malzonek wlasnie szykowal sie, zeby zrobic objazd po osiedlu w poszukiwaniu tej cholery. Ale przy takiej uciekinierskiej zylce, to ja nie wroze temu psu dozycia pozniej starosci. Oczywiscie, juz pozniej, trzymal sie nas z M. lekki czarny humor i zartowalismy, ze kurcze, juz w myslach robilismy rezerwacje na te wszyskie kempigi, gdzie nie mozna przyjezdzac z psami, to musial smierdziuch wrocic... :D

Na noc zapowiadali przymrozek, a ze temperatura na zewnatrz zaczela ostro spadac, napalilismy w kominku i z rozkosza oddalam sie swiatecznej lekturze, grzejac stopy przy ogniu. 

Na ksiazke te polowalam caly zeszly sezon przedswiateczny, ale nie moglam jej dostac. Czytam wiec z rocznym opoznieniem, ale to nic :)

Niezbyt fajnym przerywnikiem w tej "rozkoszy" byla koniecznosc odrobienia lekcji do Polskiej Szkoly oraz na religie. Polskiej Szkoly w sobote co prawda nie bedzie, wiec mogla poczekac, ale lepiej odrobic czesc pisemna, a na przyszly tydzien zostawic tylko nagranie czytania. Niestety, obie panie zadaly tez zeby napisac po kilka zdan o naszym Thanksgiving, a skoro to bylo w czwartek, wiec zadania udalo sie to skonczyc dopiero w piatek, wrrrr... :/ Religia za to bedzie w nadchodzacy poniedzialek i chociaz cwiczenia w ksiazce skonczylam z Potworkami w zeszlym tygodniu, zostalo jeszcze nauczenie sie przykazan (narazie czterech) oraz powtorzenie tekstu spowiedzi. To ostatnie to dla mnie glupota. Skoro dzieciaki spowiedz beda mialy gdzies na wiosne, po chusteczke uczyc sie tego juz teraz? No ale mus to mus. Zaczelismy od przykazan. Teoretycznie na ten tydzien mieli sie nauczyc numerow 3 i 4, ale ze ostatnio nie umieli 1 i 2, wiec te tez pocwiczylismy. O matulu! Jezyk archaiczny, dziwny szyk zdania, Potworkom wszystko sie platalo i za cholere nie mogly tego powtorzyc! A im bardziej sie mylili, tym bardziej dostawali glupawki! Po chwili nie byli juz w stanie sie opanowac, az zainterweniowal M., choc i on duzo nie zdzialal. W koncu sie poddalam. Zostalo jeszcze kilka dni. Bedziemy cwiczyc, a jak sie nie ogarna, to niech potem nie placza, ze sie nie "naumiali". ;)

Na srode mialam ambitny plan zeby zaczac przygotowania do Thanksgiving i cos upichcic. Nie planowalam niewiadomo czego, bo przyjechac mial tylko moj tata, a chrzestny Potworkow jeszcze sie zastanawial, ale swieto zobowiazuje i nawet dla naszej czworki pewnie chcialabym przygotowac cos specjalnego. Zamiast calego indora, kupilismy w tym roku tylko nogi, bo M. zawsze narzeka, ze goscie chwytaja oba udka, a jemu zostaje sucha piers. ;) No to tym razem wszyscy mieli nogi. :D W kazdym razie, pieczenie udek zostawilismy na czwartek, podobnie jak slodkich ziemniakow. W srode jednak chcialam upiec szarlotke oraz butternut squash w parmezanie. To "butternut squash" wujek google przetlumaczyl jako dynie pizmowa, ale na ile jest to dobre tlumaczenie, nie mam pojecia. ;) Plany na srode mialam wiec niezbyt ambitne, a okazalo sie, ze nawet one kompletnie sie rozjechaly. Rano wstalam, nakarmilam potomstwo, wstawilam pranie, troche ogarnelam kuchnie i czas byl na telekonferencje w pracy. Pechowo okazala sie dluga - ponad 1.5 godziny! Potem uwalczylam sie z naszym starutenkim odtwarzaczem DVD, bo Potworki chcialy obejrzec film. Okazalo sie, ze odtwarzacz... wyzional ducha. :O W koncu puscilam dzieciakom film (padlo na "Jumanji") na laptoku, ale nawet tu w polowie wywalilo i trzeba bylo sie gimnastykowac. Ale coz, tak bywa z porysowanymi plytami z biblioteki. Kiedy dzieciaki ogladaly, nadal krzatalam sie po domu, z narastajaca panika z powodu uciekajacego czasu. ;) Potem zgadalysmy sie na Skypie z moja siostra i znow kupa czasu minela. Okazalo sie, ze zostala godzinka do treningu na basenie, wiec nie oplacalo mi sie za duzo zaczynac. W koncu upieklam te "dynie pizmowa", choc robilam to jak zwykle, po nocy, kiedy wszyscy juz spali. Typowe, brawo ja... ;) Szarlotki juz w srode nie ruszylam. ;)

Wyglada apetycznie, ale tym razem nawet mi srednio podeszla. Trafil sie jakis malo smaczny egzemplarz...

Skoro juz wspomnialam o treningu na basenie, to (chyba ostatnio o tym pisalam) trenerzy zorganzowali dzieciakom gry i zabawy z okazji Swieta. Potworki zachwycone i choc raz Bi pojechala na trening z entuzjazmem i jeszcze mnie poganiajac. :D Wlasciwie to wszystkie "zabawy" byly wyscigami w stylu sztafet, ale dzieciaki i tak super sie bawily. Zostali podzieleni na grupy (sami wybierali sobie czlonkow, raz najstarsi, raz najmlodsi) i scigali sie roznymi stylami, czasem pchajac przed soba gumowe kaczuszki (tak zeby ich nie dotykac) albo z tymi dlugimi basenowymi gabkami, zwinietymi na ksztalt "czapki" i nalozonymi na glowe. 

Bi zgubila to-to zaraz na poczatku wyscigu :D

Oczywiscie z czyms takim, plywac mozna bylo tylko bardzo pokracznymi stylami, bowiem przy zbyt glebokim zanurzeniu, zeslizgiwaly sie z glowy i odplywaly. ;) W kazdym razie dzieciarnia sie wybawila, choc potem i tak uparli sie zostac jeszcze choc te 10 minut dluzej, zeby poszalec bez "instrukcji". :) 

Ulubiona zabawa, czyl Bi jest potworek, a chlopaki uciekaja ;)

Wlasciwy dzien "Indyka" przywital nas ulewnym deszczem. Mimo, ze pogoda byla po prostu paskudna, tym przyjemniej bylo sie zaszyc na pol dnia w kuchni. Dzieciaki uparly sie ogladnac "Kevin sam w domu", mimo, ze to film typowo swiateczny. A zreszta, dla Amerykanow, Thanksgiving to i tak taka "przystawka" do Bozego Narodzenia. ;) Najsmieszniejsze, ze to Bi uparla sie na tego Kevina, a potem Nik stwierdzil, ze film byl super, a ona, ze w sumie to byl... nudny. Rozumiem ja, bo osobiscie tez uwazam, ze doopy nie urywa i nie rozumiem szalu na niego. Jest wiele piekniejszych, swiatecznych filmow...

Tak jak pisalam wyzej, jedzenia nie robilismy zbyt duzo, zreszta cale szczescie, bo po poludniu chrzestny Potworkow napisal, ze jednak przy obecnej sytuacji, woli nie przyjezdzac. Odpadla nam wiec jedna osoba do nakarmienia. ;) Chlop zaslania sie obawa, ze nas zarazi, choc moim zdaniem raczej boi sie, ze to my zarazimy korona jego. Na wiosne przeszedl ostre zapalenie pluc, ktore moglo byc covid'em, ale z jakiegos powodu na test nikt go nie wyslal. Od tamtego czasu nekaja go napady kaszlu i niezytu gornych drog oddechowych i twierdzi, ze nadal w pelni nie doszedl do siebie. No coz, wedlug mnie to on ma albo jakies po-zapaleniowe powiklania (zreszta, z tego co wiem, po zapeleniu pluc dlugo sie do siebie dochodzi), albo cos kompletnie odrebnego. Jesli nawet przechorwal korone, to po takim czasie i tak nie zaraza. Dlatego podejrzewam, ze boi sie, ze zlapie cos u nas. Tym bardziej, ze podczas rozmowy telefonicznej, dopytywal czy dzieciaki chodza do szkoly. ;)

Bi przygotowala dla dziadka kartke z okazji Thanksgiving. Wspiela sie nawet na wyzyny i uzyla jezyka polskiego, choc jak widac, ortografia lekko kuleje. "Szczesliwego Dziekczynienia" zgapila od wujka Google'a, wiec jest bezblednie :D

Tak karteczka wygladala po rozlozeniu. Obrazek zgapiony z internetu, ale przyznaje, ze bardzo udany :)

W kazdym razie, praktycznie wszystko co szykowalismy, wymagalo pieczenia, wiec trzeba bylo rozlozyc pichcenie w czasie. Zaraz po sniadaniu, zabralam sie wiec za szarlotke, bo ta z beza jest troche bardziej pracochlonna, niz zwykla. 

Mniam...

Potem slodkie ziemniaki, pozniej indyk... A w miedzy czasie sprzatalam dolna lazienke, scieralam kurze, itd., zeby nie przerazic gosci (wtedy jeszcze myslalam, ze bedzie ich dwoch ;P). Moj maz zas, ktory uparl sie na mizerie i specjalnie kupil ogorki, kompletnie o niej zapomnial i robil ja na szybko, juz po przyjezdzie mojego taty! :D Potem pojedlismy i dopchnelismy szarlotka, delektujac sie ogniem w kominku. Mezczyzni zgodnie uznali, ze beza jest za slodka, czym mnie tylko poirytowali. No prosze Was, a jaka ma byc? Kwasna?! Zreszta, krytykowac musieli, ale i tak zjedli ze smakiem. ;)

Potworki z Dziadziem i lapa mojego meza, siegajacego po cos :D

I na tym chyba pomalu skoncze. Reszte przedluzonego weekendu opowiem nastepnym razem. W kazdym razie strasznie fajnie siedzialo mi sie te kilka dni w domu, bez otwartego laptopa z pracy i dokumentow dopominajacych sie uwagi. Niby od tylu miesiecy "siedze" w domu, ale to zupelnie nie to samo co pozbyc sie nagabujacej w podswiadomosci wizji pracy. ;) No i z malzonkiem oraz Potworkami placzacymi sie pod nogami i dopominajacymi uwagi. ;)

piątek, 20 listopada 2020

Juz poza polowa listopada, czyli gdzie ten czas tak pedzi?!

Nie zebym nie czekala na koniec tego parszywego roku... Oczywiscie, ze czekam, jak chyba wiekszosc ludzi, choc nie wierze, ze kolejny rok bedzie duzo lepszy... Taka zawierucha nie skonczy sie, ot tak. Podejrzewam, ze korona bedzie nam rozpiep**ac zycie jeszcze przez wiekszosc 2021. Nie mowiac tez o sytuacji politycznej Stanow, bo wyglada, ze Trampek nie zamierza odejsc bez walki, a partia demokratyczna tez tak latwo nie odpusci... :/

Miniony tydzien byl... nudny. :) Malo co sie dzialo, poza zwyklym biegiem miedzy szkola, praca, ogarnianiem domu, itd. Zobaczycie same po ilosci (znikomej) zdjec. Jak nic sie nie dzieje, to nie ma nawet gdzie i czego pstrykac. ;)

W kazdym razie, jak ostatnio pisalam, poprzedni piatek to byl niezly kolowrotek. Zakupy, niekonczace sie maile z pracy, szybka wizyta w bibliotece, a do tego deszcz, zimno (tak, wrocila "prawdziwa" jesien) i moj coraz bardziej cieknacy nos. ;) Przy okazji pokaze Wam jak w bibliotece rozdawane sa zamowione ksiazki:

 

Caly frontowy hol biblioteki zastawiony jest stolami, a na nich pietrza sie takie wlasnie torebeczki

Dlaczego to wazne? Ano dlatego, ze jakis rok temu nasz Stan przeprowadzil wielka rewolucje zeby pozbyc sie plastikowych, jednorazowych torebek ze sklepow. Troche chodzilo o zmniejszenie ilosci plastiku na wysypiskach, a duzo o zarobienie dodatkowych dularow dla budzetu Stanu, bowiem w wiekszosci sklepow plastikowe torby nadal byly, tylko teraz trzeba bylo za nie zaplacic, lub mozna bylo wybrac torby papierowe, oczywiscie rowniez odplatnie. Taaaki mial byc zarobek dla skarbca, a juz po kilku miesiacach zaczely chodzic pogloski, ze zrobila sie wielka, okragla doopa. ;) A potem przyszla pandemia i Stan mial wazniejsze problemy, plastikowe torebki zaczely sie pomalu wkradac z powrotem do sklepow, a teraz prosze, w miejskiej bibliotece, ksiazki dla kazdej osoby pakowane sa w nic innego, jak te straaaszne foliowe torebki. I co z ta wspaniala, szlachetna ochrona srodowiska? ;)

W sobote rano czekala mnie akcja: Polska Szkola. Po raz pierwszy Potworki mialy sie polaczyc z nauczycielkami na Zoom'ie (i w ogole uczestniczyc w lekcjach od jakiegos miesiaca). Moim pierwszym pomyslem bylo, zeby polaczyli sie z nimi na komputerach szkolnych, bo te sa juz w ich pokojach, wiec po co kombinowac. Plulam sobie potem w brode, ze nie sprobowalam polaczyc sie probnie dzien wczesniej, bowiem okazalo sie, ze szkolne laptopy maja zablokowane Yahoo (a na te skrzynke panie przyslaly link do lekcji). Kiedy przeslalam maile na konto Google, okazalo sie, ze guzik to dalo, bo laptopy pozwalaja sie zalogowac tylko osobom z adresem szkolnym, a w dodatku konta te maja zablokowanego emaila. :/ Nie chcialam dawac zadnemu z Potworkow mojego laptoka z pracy, wiec dalam Bi moj prywatny komputer, a Nika zagonilam do piwnicy, gdzie stoi nasz stacjonarny komp. Na moj pech, jest to Mac, wiec najpierw zajelo mi kilka minut zeby skumac jak sie na nim instaluje Zoom, a potem okazalo sie, ze... potrzebne jest haslo (M. wprowadzil jakies glupie ustawienia)! Hasla oczywiscie nie znam, a nie mialam czasu szukac, choc mamy je gdzies pewnie zapisane. Chcac nie chcac, dalam Nikowi jednak laptopa z pracy. Potem jeszcze poinstalowac Zoom i Potworki polaczyly sie na lekcje z prawie polgodzinnym opoznieniem. :D Zalamujace jest, ze w domu mamy 6 komputerow, a potem okazuje sie, ze polowa nie nadaje sie do prostego, internetowego spotkania. Dlaczego u mnie nic nigdy nie moze byc latwe??? ;)

Reszta soboty uplynela mi glownie na smarkaniu. ;) Tego dnia juz naprawde puscilo mi sie z nosa i krazylam po domu z pudelkiem chusteczek pod pacha. Niby tylko cieknacy kinol, a upierdliwosc straszna... ;) Przy okazji odkrylam, ze moj krem do rak goi obtarty nos duzo lepiej niz krem do twarzy. :) A po poludniu czekal mnie mily relaksik, bowiem zostawalam w domu SAMA! Ha! Malzonek zabieral dzieci na... zakupy, bo tesciowie przyslali kartke na urodziny Kokusia, a w niej po $50 dla kazdego z Potworkow. Tata obiecal im, ze beda mogli sobie wybrac co beda chcieli, a potem pokaza dziadkom przez Skypa. Planowo mialam jechac z nimi, ale ze sie "usmarkalam", stwierdzilam, ze wole posiedziec w cieplutkim domu. ;) Pojechali, nie bylo ich 2.5 godziny, a po powrocie podekscytowani chwalili sie "lupami". Nik, jak to chlopak, poza zabawka, gdzie czesci potworka zanurzone sa w glucie i trzeba je poskladac do kupy, wzial tez male autko oraz dwa zestawy Lego z, nie zgadniecie... autami! :D Bi wybrala maly zestaw Rainbocorns oraz... 3 pary kolczykow, zestaw naszyjnikow, gumek do wlosow oraz opaske, bo w sklepie, do ktorego pojechali (Claire's, taki tutaj dosc znany)byla promocja, ze po kupieniu trzech rzeczy, trzy kolejne dostawalo sie za darmo. Typowa kobieta. :D Przeczuwam, ze wyjscia z domu to bedzie teraz dramacik, bo jak panna zacznie dobierac garderobe, bizuterie oraz gumki do wlosow, to "troche" moze jej zajac... :D

W niedziele nadal smarkalam w najlepsze, choc teraz mniej mi z nosa cieklo, a bardziej go przytykalo... Wechu nie stracilam. ;) M. ugotowal rosol i gulasz na chociaz czesc obiadow w przyszlym tygodniu, ja upieklam babke na oleju. Taki podzial rol to to, co tygryski lubia najbardziej. Nie znosze gotowac, ale piec moglabym codziennie, jesli tylko daloby sie to przejesc bez grozby, ze wszystko pojdzie w dupke. :D Moj tata przyjechal na herbate, mimo, ze ostrzegalam lojalnie, ze rozsiewam zarazki. Jakos nie przyjal do wiadomosci, ze to moze byc co innego niz zwykly katar. ;) W szoku jestem, bo do niedawna jak tylko ktos z nas byl chory, moj tata juz omijal coniedzielne spotkania. A teraz pandemia (a moj tato jest z tych, co w sklepach obcym ludziom zwracaja uwage jak sa bez maseczek), a on sie nie boi?! Niech mnie ktos uszczypnie! :D Po poludniu, niespodziewanie dostalam zaproszenie od sasiadki na odpalenie sztucznych ogni. Jak co roku, nadeszlo hinduskie swieto Diwali. W poprzednie dwa lata, sasiedzi urzadzali wielkie imprezy, zapraszajac wszystkich mozliwych znajomych i blizszych sasiadow. W tym roku zrobili je sporo skromniej, bo zaproszone byly chyba tylko 3 rodziny (wszystkie hinduskie), ale ze wyslalam jej w sobote zyczenia z okazji ich swieta, w niedziele napisala czy Potworki nie maja ochoty przyjsc na fajerwerki. Tez pytanie! Popedzili jak na skrzydlach.

Huk i blysk ;)

Ja srednio mialam ochote, bo niedziela wieczor to juz pomalu przygotowania na kolejny tydzien, kapiel dzieciakow, pakowanie sniadaniowek, plecakow, itd. W dodatku, akurat kiedy wyjechalam z domu (podjechalismy ten kawalek autem, bo boje sie niedzwiedzi :D), zaczelo... kropic.

Mimo, ze bylismy na zewnatrz, wszyscy mieli zalozone maseczki :/

I padalo konsekwentnie coraz mocniej. Pod koniec, pol godziny pozniej, nastapila juz normalna ulewa, ktora zreszta byla mi na reke, bo zgarnelam dzieci z powrotem bez wiekszego marudzenia. ;)

"Patrz, mama, dwa na raz!" :D

Przed samym smsem od sasiadki, Potworki zaczely robic deser z Rice Crispies, wiec po powrocie oraz kapieli, uparli sie dokonczyc, bowiem koniecznie chcieli zabrac po jednym "duszku" do szkoly. :)

Nie pytajcie mnie, co miala oznaczac mina Bi, bo nie wiem ;)

Deser jeszcze w duchu Halloween :D

W poniedzialek Potworki konczyly lekcje juz o 13:15 bowiem nadszedl czas wywiadowek w szkole. Wirtualnych oczywiscie. Dzieci rzecz jasna szczesliwe, ze koncza wczesniej i maja troche swobody. W poniedzialki maja niestety - stety albo religie, albo plywanie, wiec popoludnie bylo takie troche rozbite, przynajmniej dla mnie. Zazwyczaj przyjezdzamy ze szkoly, Potworniccy jedza obiad, potem jest odrobina czasu na ogarniecie tego czy owego i juz pora leciec na zajecia. Tym razem przyjechalismy ze szkoly, dzieci zjadly i zaczelo sie snucie z kata w kat. To znaczy, mlodziez sie bawila, a ja sie snulam, bo nie bardzo wiedzialam, co z soba zrobic. Czasu bylo za malo zeby rzucic sie na jakas konkretna robote, a poza tym balam sie, ze przegapie pore ruszania na religie, bo to jej kolej akurat wypadla... W koncu trzeba byla jechac, a kiedy Potworki edukowaly sie "kosciolkowo", ja mialam czas na pogaduchy z kolezankami. Z ktorych jedna sie wylamala bowiem oznajmila, ze jest na kwarantannie... Kolezanka jest pomoca nauczyciela i ktores z dzieci w jej klasie mialo pozytywny wynik testu. Co prawda ona akurat nie miala bezposredniego kontaktu z owym uczniem od ponad tygodnia, ale z rozpedu i ja doczepiono na kwaratnanne. Zastanawiam sie tylko, jak to dziala, bo kolezanka jest na oficjalnej kwarantannie, nie ma jeszcze wyniku testu, ale syna na religie przywiozla! W dodatku zaloze sie, ze do szkoly jej mlody tez normalnie chodzi! :O W kazdym razie wsiadlam do auta drugiej kolezanki (uprzedzilam, ze mam katar, ale machnela reka) i przegadalysmy cala godzine. ;) A po lekcji, Nik wyszedl ze szkoly obrazony i fuknal na mnie, ze przeze mnie nie mial odrobionych lekcji! PRZEZE MNIE! :D Jego lekcje, ale moja odpowiedzialnosc, no jasne! I tak naprawde nie do konca nie mial lekcji odrobionych, tylko mial je odrobione polowicznie. Swoja droga, ta pani od religii zaczyna mnie juz porzadnie wkurzac. Nie ma z nia zadnego kontaktu, ani jak spytac o cos osobiscie, ani mailowo. Jak przyjezdzamy jest juz w szkole (do ktorej rodzice nie maja wstepu), wymyka sie chyba tylnym wyjsciem, bo nigdy nie widzialam, zeby wychodzila. Na prace domowa zadaje do przerobienia po dwa rozdzialy ksiazki (a nigdy nie widzialam, zeby cokolwiek w tej ksiazce robili na lekcji, czyli to my - rodzice przerabiamy material, a pani odpytuje, pieknie...) oraz jeszcze modlitwy, itd. I ostatnio zadala zrobienie zadan podsumowujacych kilka rozdzialow podrecznika (i to jakich, kuffa, rozwiazanie jednej krzyzowki zajelo mi z dziecmi ponad pol godziny, taka byla cholernie trudna), a do tego nauczenie sie pierwszych dwoch przykazan oraz tekstu spowiedzi. Problem w tym, ze dzieci komunijne mialy dostac pakiety z wydrukiem wszystkiego, co musza umiec. Na ktoryms z wczesniejszych listow bylo tez napisane, ze dzieciaki dostana jakis specjalny, uproszczony wydruk przykazan. I tym razem, na podpunktach pracy domowej, obok przykazan, w nawiasie znow bylo napisane jak byk, ze z wydruku (ktorego dzieci NIE dostaly!). Troche sie zagotowalam, kiedy to zobaczylam. Przykazania znalazlam w podreczniku, ale skoro dzieci mialy otrzymac jakas inna wersje, nie chcialam uczyc ich Potworkow, zeby potem nie mieszac im w glowach. Zadanego tekstu spowiedzi sw. w podreczniku nawet nie bylo, a ja po angielsku oczywiscie go nie znam. :O Spytalam Potworki o te wydruki, a oni odpowiedzieli, ze pani powiedziala, ze da nastepnym razem. Zastanawialam sie dlaczego wobec tego to zadaje juz teraz, ale machnelam reka. Mam dosyc wazniejszych spraw na glowie. I dochodzimy do sedna. Pani nie dala zadnego wydruku, z ktorego dzieci moglyby sie uczyc, ale, uwaga! Odpytywala z przykazan i to nie sama tresc, ale tez znaczenie! :O A Nik wyszedl wkurzony (na mnie, no jak by inaczej), bo chyba jako jedyny sie odezwal, ze nie dostali wydruku, a pani skomentowala to cos w stylu, ze trzeba troche pomyslec! :O Co za bezczelna baba... A wszystkie wydruki Potworki dostaly akurat tego dnia, tylko, ze o dwa tygodnie za pozno. :/

A we wtorek rano... zaspalam! O 7 rano jak zwykle zadzwonil budzik, wylaczylam go (drzemki nigdy nie ustawiam, bo zwykle nie jest mi potrzebna) i... zasnelam! Wydawalo mi sie, ze tylko sobie przysnelam na moment, siegnelam po komorke, a tam 7:57! O kurna! Troche bylo biegu, bo do szkoly Potworki musza dojechac miedzy 8:45 a 9:00. Normalnie celuje w ta wczesniejsza pore, ale tym razem dojechalismy bodajze 8:56, wiec na ostatni gwizdek. Ale zdazylismy! Dobrze jednak, ze Potworki nie jezdza teraz autobusem, bo ten przyjezdzal o 8:10 i za Chiny bysmy nie dali rady, chyba ze bez sniadania. :D

Ranek byl wiec dosc nerwowy. Poniewaz nadal smarkalam, nie pojechalam tego dnia do pracy, a za to odkurzylam i pomylam podlogi na dole. Oczywiscie, jak na komende, Maya wybrala sobie akurat ten dzien, zeby zarzygac pol kuchni (co ten kudel znow zezarl?!), a przez reszte dnia sie posikiwac. Nie wiem co jest z tym jej sikaniem. To nie tak, ze ona nie wytrzymuje, przysiada i sika. Jej mocz sam wycieka kiedy lezy sobie, albo spi... Odkad zdarzylo jej sie to pierwszy raz 1.5 roku temu, powtarza sie co kilka miesiecy. Dwa, trzy dni takiego "wycieku", a potem znow na jakis czas spokoj. Kie licho? W kazdym razie, poniewaz akurat mylam podlogi, zostawilam wiadro z plynem oraz mopem i caly dzien co chwila scieralam kafle od nowa... :/ 

Potworki znow konczyly o 13:15 i tym razem po poludniu byla moja kolej zeby usiasc do wirtualnych wywiadowek. Zazwyczaj o tej porze mam raporty semestralne Potworkow (tutaj sa 3 semestry), ale w tym roku (kiedy nic nie jest "normalne") beda one jednak solidnie opoznione i dostane je dopiero prawie w polowie grudnia. Nie bardzo mialam wiec do czego sie odniesc, szczegolnie, ze Potworki w tym roku nie maja zadawane pracy domowej, ani nie przynosza do domu rozwiazanych testow. Nie wiem nic o tym, co robia w szkole, a dzieciaki oczywiscie opowiadaja o tych ciekawszych zajeciach, eksperymentach, itd., a nie o matematyce czy pisaniu. ;) Posluchalam wiec tylko co nauczycielki maja do powiedzenia. O Niku uslyszalam same superlatywy, mimo, ze czesto zagaduje kolegow. Zawsze jednak przyjmuje upomnienie z pokora. Jest przyjacielski, nigdy nikomu nie dokucza, chetnie kolegom pomaga. Doskonale czyta, swietnie pisze (sama zauwazylam, ze "spelling" wychodzi mu lepiej niz Bi), dobrze rozumie tez koncepty matematyczne, ktore akurat przerabiaja, choc oczywiscie spieszy sie i robi "glupie" bledy. W naszej podstawowce jednak, po pierwszym sprawdzeniu, nauczyciele oddaja prace i dzieci maja szanse poprawic bledy. Ja, przyzwyczajona do polskiego tluczenia do glowy, ze jak zrobiles blad, to twoj problem, albo nauczysz sie uwazac, albo jestes tlumokiem, troche na te "poprawki" przewracam oczami, ale fakt, ze dla takiego dzieciaka jak Nik, ktore zadania wykonuje "na wyscigi", to zbawienie, bo za drugim razem juz wiekszosc zadan rozwiazuje bezblednie. :) Z Bi jej wychowawczyni rowniez jest bardzo zadowolona. Bi przyklejona jest oczywiscie do swojej przyjaciolki, ale bawia sie w wekszej grupie, wiec to nie tak, ze ma tylko te jedna kolezanke. Zazwyczaj radzi sobie swietnie z matematyka, choc w tym roku mieli dzielenie i tu napotkala na jakas mentalna "przeszkode" i nie mogla zalapac. Wypracowala sobie jednak w koncu swoja wlasna strategie i potem juz poszlo. ;) Mysle, ze Starsza moze byc jak ja w szkole podstawowej i sredniej. Szczegolnie w liceum wiedzialam juz, ze raczej na pewno :D jestem humanistka. Pamietam wlasnie, ze czasem jakis dzial matematyki zalapalam natychmiast i lecialam na samych 5-kach, a czasem za cholere nie moglam skumac i ledwie zaliczalam na te troje (na szynach :D). Poza tym Bi czyta na typowym poziomie IV klasy, choc teraz, bez odrabianych lekcji, nie wiem jak jest z jej rozumieniem tekstu, bo w zeszlym roku to z tym miala najwiekszy problem. Za to jej wychowawczyni jest zachwycona jej pisaniem i powiedziala, ze na raporcie planuje z czystym sumieniem wpisac Bi za czytanie E (od "exceed", czyli ze Starsza przekracza w tym wzgledzie poziom IV klasy). I nie chodzi o sama pisownie, bo "spelling" (troche jak nasza ortografia) u Bi lezy i kwiczy, ale o same formuowanie opowiadan oraz slownictwo. Bi tworzy obecnie cala serie google mini-ksiazek o przygodach... Mai (naszego siersciucha) i uzywa naprawde swietnych porownan i sformuowan. Mysle, ze klania sie tu czytanie jej od malego ksiazek. To nasz wieczorny rytual i najgorsza kara jest jesli pogroze, ze nie bede wieczorem czytac... ;) Ogolnie jestem z postepow Potworkow bardzo zadowolona i mam nadzieje, ze szkoly pozostana otwarte jak najdluzej, bo samej, przy pracy i domu do ogarniecia, ciezko bedzie mi dzieciom pomoc czy wytlumaczyc cokolwiek na takim poziomie, jak w placowce. 

Nadeszla sroda i w koncu caly dzien w szkole dla Potworkow. I tak sie do niej w najblizszym czasie nie nachodza, bo w tym tygodniu w poniedzialek i wtorek konczyli wczesniej, a w nastepnym tygodniu, we wtorek znow beda mieli skrocone lekcje, a od srody juz przerwe na Thanksgiving... Moj malzonek zas ma jakis szosty zmysl, albo niesamowitego farta, bo tak jak ostatnio, przyjechal do domu wczesniej, zdmuchal na brzeg ulicy liscie zalegajace na frontowym trawniku i tego samiutkiego popoludnia przyjechaly ekipy z miasta, zbierajace kupy lisci. Normalnie jakby wiedzial, ze tego akurat dnia przyjada! :O :D

Poza tym w srode Potworki mialy basen. Bi oczywiscie usilowala ugrac zostanie w domu, tym razem  biorac nas na litosc. Twierdzila oto, ze na przerwie spadla z hustawki, nabila sobie guza i teraz boli ja jak rusza glowa, wiec nie moze plywac. ;) Nie powiem, guza chyba faktycznie miala, bo jeszcze wieczorem, kiedy przytrzymalam jej lepetyne zeby ucalowac ja na dobranoc, syknela, ze "glooowa!". Zauwazylam jednak, ze niby trzymala glowe sztywno i prosto i co chwila wzdrygala sie, ze "au, boli", ale momentami sie zapominala i ganiala za Kokusiem, pochylala do psa i jakos jej nie bolalo. ;) Nie dalam sie wiec nabrac na jej numery i zabralam panne na trening.

Chwila przedtreningowej zabawy

Jak sie mozna domyslic, Bi plywala bez problemu, choc nie zalozyla czepka ani gogli, twierdzac, ze ja cisna i guz ja boli. Efektem byly potwornie podraznione, zaczerwienione oczy, ale jakims "cudem" dziewcze po treningu dalo rade jeszcze poszalec w basenie, a dopiero potem zaczelo narzekac, ze oczy ja pieka. Tiaaa... ;)

A wieczorem... Nik zaczal smarkac. :O Czesciowo oczywiscie mogla to byc woda nabrana do nosa na basenie, ale smarczal naprawde solidnie i kichal raz za razem, wiec podejrzewam, ze jest kolejny w kolejce do wirusa zlapanego przez Bi i "sprzedanego" mi. Oby tylko obszedl sie z Kokusiem tak lagodnie jak z nami. Bi juz wlasciwie na trzeci dzien byla zdrowa, a mnie po czterech pozostalo tylko poranne "zapchanie".

Kolejnego dnia, czyli w czwartek, Kokusiowi katar przeszedl. Znikl po prostu. To juz ktorys raz z kolei kiedy po basenie mial Niagare z nosa, zrezygnowana szykowalam sie na dlugie leczenie przeziebienia (szczegolnie teraz, kiedy mial pelne prawo sie ode mnie zarazic), a po jednym dniu... nic. Jak kolejny raz dopadnie mnie zapalenie zatok, chyba w miare kuracji musze pojsc na basen. Najwyrazniej to swietny sposob zeby dokladnie owe zatoki przeczyscic. ;) Poza ta "sensacja", dzien jak codzien. Dzieci w szkole, M. w pracy, ja w domu. Planowalam podjechac rano do pracy na godzinke, ale kiedy zobaczylam -4 stopnie na termometrze, odechcialo mi sie i zaszylam sie w ciepelku. :D I tak swoje odstalam potem pod szkola, czekajac na dzieci. Na szczescie do tego czasu temperatura podniosla sie i to "az" do 6 stopni. ;)

Po szkole pedza na plac zabaw jak gdyby nie bawili sie na nim podczas przerwy kilka godzin wczesniej. Czasem modle sie o deszcz, zeby moc ominac te "przyjemnosc" ;)

Po obiedzie Potworki siadly do lekcji z Polskiej Szkoly i czesci zadan z religii, a potem popedzilam z Bi na trening. I to "popedzilam" doslownie, bo wiedzac z doswiadczenia, ze Potworki ociagaja sie z przebieraniem i traca czas wyglupiajac sie i ganiajac z golymi tylkami po domu, kazalam sie Bi przebierac z odpowiednim zapasem czasowym. A potem okazalo sie, ze na basen dotarlysmy prawie 15 minut przed treningiem. ;) W samochodzie oczywiscie musialam uslyszec, ze to plywanie to takie okropne i nudne jest, ale potem panna juz nie jakos nie zglaszala pretensji... ;)

Znow chwila relaksu przed treningiem

Nie mowilam tego Bi, ale wkrotce moze spelnic sie jej marzenie i druzyna plywacka znow bedzie musiala zawiesic dzialalnosc. :( Gubernator naszego Stanu mial tego dnia wystapienie, w ktorym okreslal dalsze plany na walke z pandemia. Niemal wszystkie miasta i miasteczka w Stanie sa juz w czerwonej strefie (wlaczajac w to nasze). Wszystko moze sie oczywiscie zmienic nagle i bez ostrzezenia, ale poki co gubernator nie planuje nakazac zamkniecia wszystkich szkol, tak jak odbylo sie to w marcu. Teraz ma zostawic wolna reke zarzadowi kazdej miejscowosci. Co lepsze, te miejscowosci, ktore zdecyduja sie szkoly zamknac, maja stracic dodatkowe dotacje, przyznane z racji przystosowania warunkow w placowce, do dzialania w czasie pandemii. Licze na to, ze bedzie to calkiem skuteczny "straszak". ;) W mojej miejscowosci ilosc przypadkow osob zakazonych w szkolach jest narazie niewielka (kilkanascie od poczatku roku szkolnego), mam wiec nadzieje, ze zarzad miasteczka pozostawi je otwarte jak najdluzej. Niestety, gubernator zawiesil od poniedzialku do polowy stycznia dzialanie klubow oraz druzyn sportowych. Poki co nie ma konkretnych wytycznych, oprocz tego, ze zarzadzenie dotyczy druzyn licealnych (high school). O jakie prywatne "kluby" zas chodzi, nie wiadomo. Nie wiem wiec czy druzyna plywacka Potworkow, ktora trenuje na terenie silowni i w tym roku nie ma miec zawodow, zostanie oszczedzona, czy nie. Nie mam tez pojecia, co z potencjalna gimnastyka dla Bi (nad ktora nadal debatuje) oraz szermierka Kokusia, na ktora Mlodszy strasznie chce chodzic...

W piatek gubernator mial wydac oswiadczenie wyjasniajace to i owo co do zakazu. Przeczytalam jego streszczenie i serio, to dalej jestem "glupia". Po prostu poczekam na decyzje klubow. Jak zawiesza zajecia, to zawiesza. Na szermierke w kazdym razie Kokusia zapisalam, bo akurat zaczynaja sesje za tydzien. Zajecia co prawda odbywaja sie w poniedzialki oraz srody, czyli kiedy Mlodszy ma plywanie, ale ze sesja szermierki jest dziwna, bo tylko 2-tygodniowa, stwierdzilam, ze nic mu sie nie stanie jesli omina go 4 zajecia. Za to bedziemy znow jezdzic w soboty, chyba ze basen zamkna i dylemat z glowy. ;)

Co jeszcze...

Tak jak napisalam ostatnio, nie trzeba bylo dlugo czekac i jedna z Fejsowych znajomych kilka dni temu pokazala udekorowana choinke:

Kocham klimat Bozego Narodzenia, naprawde, ale choinka w polowie listopada, to jednak mocna przesada... :D

"Wodopoje" z kofeina rowniez sprzedaja ja w juz swiatecznych kubkach:

Jak dla mnie to kubki powinny byc czerwone, ale wtedy nie pasowalyby do logo firmy ;)

 Dostalam tez w koncu zdjecia szkolne Potworkow. Oboje wyszli oczywiscie (;P) pieknie, choc fryzura Kokusia... Popatrzcie same:

Bi zaparla sie i nie rozpuscila wlosow, a Nik... Wierzcie mi, ja go rano tak nie uczesalam... Sam sie ulizal przed zdjeciem, szkoda tylko, ze zapomnial, ze na prawym boku wlosy mu stercza na sztorc... :D

Post w przyszlym tygodniu moze byc opozniony, z racji, ze przez Thanksgiving dzieciaki beda wiecej w domu (a Bi teraz juz co chwila zaglada mi przez ramie, dopytuje co pisze i nie daje sie latwo zbyc :D), ze o malzonku juz nie wspomne. Ciezko bedzie cokolwiek uwiecznic az wszyscy znow wybeda z domu. ;)


 

Happy Turkey Day!!!

piątek, 13 listopada 2020

Poczatek listopada pelen roznych emocji...

Z wielkim niepokojem czytam o sytuacji w Polsce, ktora jest dla mnie wyznacznikiem tego, co czeka nas za kilka tygodni. Mam oczywiscie nadzieje, ze sie myle, ale historia z tegorocznej wiosny mowi, ze i nas zamkniecia nie omina... Tym bardziej, ze mamy wybranego nowego prezydenta i obawiam sie, ze bedzie chcial za wszelka cene pokazac, ze kontroluje pandemie lepiej niz jego poprzednik... :/ Poki co jednak, zycie plynie prawie normalnie. Potworki chodza do szkoly na pelen etat, maja zajecia pozalekcyjne, M. pracuje... I tylko ja jedna z rodziny utknelam w chalupie. Normalnie nie mialabym nic przeciwko temu. Lubie swoj dom i w koncu moge sie nim w pelni cieszyc (tylko ta zdalna praca w tle przeszkadza :D), ale obecnie przypomina mi to, ze jednak sytuacja mocno odbiega od "normalnej"... :(

Tak jak napisalam wyzej, poza moja zdalna praca, zycie toczy sie wlasciwie zwyczajnie, co oznacza, ze w piatek (6 listopada) po poludniu Nik mial ostatni trening pilki noznej.

Nik na ulubionej pozycji - obroncy
 

Zastanawialam sie czy trener nie odwola go tak jak trenerki Bi, z racji ze duzo wczesniej robi sie teraz ciemno. Okazuje sie jednak, ze dla chcacego nie ma nic trudnego i tam gdzie trenerki Bi odwolywaly treningi z byle powodu i nie bawily sie w przesuwaniu na inny termin nie zagranych meczow, tak chlopcy wszystkie "stracone" mecze mieli przekladane na inny dzien, a trenowali i w sniegu i po zmianie czasu. Trener po prostu przesunal trening o 15 minut wczesniej. Da sie? Da. Z okazji ostatniego treningu, trener zarzadzil tez pamiatkowe zdjecie grupowe.

Za pare lat czlowiek tych chlopaczkow na zdjeciach nawet nie pozna, a zapomni, kto byl w druzynie :/
 

Smutne tylko, ze mimo, iz chlopcy stali w odstepach, to wiekszosc zalozyla maseczki i w ogole nie widac im buziek. :/ Poza tym, trening odbyl sie jak zwykle, oprocz tego, ze mlodziez tak pajacowala, ze trener (zwykle uosobienie cierpliwosci) pogrozil kilku delikwentom, ze jak nie zaczna sluchac, kolejnego dnia za kare nie beda grac w meczu. Podzialalo. :D

A matka krazyla i pstrykala zdjecia szybko ciemniejacemu niebu :)
 
Klucz :)

Pisalam juz o tym ostatnio, ale pogoda zwariowala! Tydzien wczesniej mielismy przymrozki w nocy i spadla pierwsza odrobina sniegu. A w poprzedni piatek przyszlo lato, ktore w dodatku postanowilo zostac z nami na dobrych kilka dni! Temperatury 24-25 stopni nie sa normalne w listopadzie! Czlowiek juz sie odzwyczail od takich klimatow i wydawalo sie po prostu nieznosnie goraco, choc ja i tak wole to, niz szczekanie zebami z zimna... ;)

W miniona sobote, Potworki mialy swoje ostatnie mecze. W tym samym miejscu, ale o roznych porach (wlasciwie to jedno po drugim), wiec na szczescie oboje mogli grac. Juz sobie wyobrazam te rozpacz, gdyby ktores nie moglo zagrac w ostatnim meczu  w sezonie! :D Nik gral pierwszy, o 10:15, a rozgrzewka zaczynala sie o 9:45. Mamy listopad, jest ranek, w dodatku u nas (chyba przez to ze dom jest na wzgorzu, gdzie zawsze mocniej wieje) termometr zawsze pokazuje nizsza temperature, wiec kazalam dzieciom wziac bluzy, a sama ubralam dlugie spodnie i wzielam na wierzch taki "pelerynowy" sweter. I pierwsze co zrobilismy po przyjezdzie na miejsce i usytuowaniu sie z krzeselkami turystycznymi, to zaczelismy sie rozbierac! Bylo niemozliwie goraco i jak zawsze na boiskach wieje, tak tym razem byla tylko delikatna bryza. Po jednej stronie boiska, gdzie siedzieli czekajacy na swoja kolej gracze, bylo kilka drzewek i dzieciaki z ulga chowaly sie w ich cieniu. Po przeciwnej stronie, gdzie usadowili sie kibice, zero cienia. Kolejny juz raz stwierdzilam, ze jesli dzieci beda graly w pilke na wiosne (a chca, tylko ciekawe czy korona nie pokrzyzuje nam planow), to sprawie sobie krzeselko turystyczne z daszkiem. W sobote byloby jak znalazl. A tak... spalilam sobie czolo i nos, a na policzkach przybylo piegow, bo oczywiscie nie pomyslalam nawet o posmarowaniu kremem z filtrem... ;) W dodatku, przez wysokie temperatury, pobudzily sie osy, ktore powinny juz dawno wyzionac ducha i upierdliwie lataly. Siadaly nam na rece, buty, a jedna siadla na moim telefonie (od spodu) i cud, ze nie przesunelam palcow i jej nie przygniotlam... dopiero bym miala! :D Potworki oczywiscie panicznie sie os boja, wiec co chwila najpierw jedno (to, ktore nie gralo), potem drugie, zrywalo sie z piskiem i uciekalo gdzie pieprz rosnie. Na szczescie nikt w koncu nie zostal uzadlony. ;) A dla Bi dodatkowa "atrakcja" bylo to, ze tata dotrzymal slowa i przyjechal obejrzec jej mecz. Dobrze sie trafilo, ze zaczynal sie o 11:30, czyli M. akurat zdazyl prosto z pracy. Jak to on, wzdychal rzecz jasna, ze "o matko, cala godzine mam tu siedziec...?", na co przypomnialam, ze na zawodach plywackich siedzial nieraz cztery i jakos wytrzymal. Zreszta, rozumiem, ze byl po pracy, ze wstal o 4 nad ranem, ale do cholerki, ja kwitlam na boisku od 9:55 (spoznilismy sie troche na rozgrzewke Kokusia) do 12:30 i nie narzekalam!

Nik przymierza sie do odebrania przeciwnikowi pilki ;)

Wyniki meczow byly do przewidzenia i nie odbiegly od tego, co obie druzyny pokazaly przez caly sezon. To znaczy u druzyny Bi, od tego, czego nie pokazala, czyli talentu albo farta. :D Druzyna Nika wygrala 4:0, a druzyna Starszej zremisowala 0:0. 

Bi - obronczyni, w pozie mowiacej wyraznie, ze nikogo nie przepusci :D
 

Najlepsze, ze w ostatnich kilku minutach Bi strzelila gola, ale (podobno, bo ciezko bylo zobaczyc) byla za blisko bramki i nie zostal zaliczony. Szkoda. Gdyby sie udalo, bylby to jedyny wygrany mecz dziewczyn w tym sezonie, bo tak to albo przegraly albo zremisowaly wszystkie pozostale. Musicie tez wiedziec, ze w sobote mialam urodziny, ale ze M. nie jest z tych, co przypomna dzieciom o laurkach, wiec Potworki kompletnie zapomnialy. Rano zartobliwie powiedzialam im wiec, ze w takim razie moze niech kazde z tej okazji strzeli gola. ;) Nik natychmiast sie zachnal, ze nie da rady, ale ambitna Bi powiedziala, ze strzeli. I strzelila! :D Mimo wiec, ze sedzia go nie zaliczyl, po fakcie powiedzialam corci, ze dla mnie to byl ten urodzinowy gol i juz. ;) Trener Nika powiedzial chlopcom, ze mial im wreczyc trofea, ale nie przyszly na czas. Ma napisac do rodzicow jak juz je dostanie. Za to dziewczyny u Bi dostaly cukierki, ktore trenerki obiecaly im na Halloween. :)

Trenerki Bi rowniez zrobily pamiatkowe foty, tylko troche bardziej... luzne ;)
 

Reszta soboty przeszla juz na snuciu sie z kata w kat. Nie wiem co jest z tymi sobotnimi porankami na meczach, ale "po" zawsze potwornie boli mnie glowa. Nie inaczej bylo tym razem. Mimo, ze pogoda byla przepiekna, poszlismy wiec tylko na rodzinny spacer, potem dzieciaki bawily sie z sasiadka, a ja poscinalam przekwitle i przywiedle wiechcie, ktore jeszcze dwa tygodnie temu byly astrami.

Bawia sie tak od ponad tygodnia. Znosza wielkie galezie z lasku i buduja "szalas". Zupelnie jak za "moich czasow" ;)
 

Przy okazji scielam jeszcze inne uschniete badyle i rzucilam je jak zwykle na ognisko. Poniewaz uzbierala sie tam juz niezla kupka, M. ja podpalil, a potem dolozylismy do ognia i korzystajac z cieplego i wczesnego wieczora, posiedzielismy przy ognisku.

Listopad to, czy... lipiec? :D
 

Nie siedzielismy tak przy ogniu pod domem od zeszlego roku, kiedy mielismy gosci z Kanady, a teraz, na jesien, nas naszlo. :) Upieklismy tez zalegajaca w lodowce kielbase i w ten sposob mielismy pyszna kolacje, choc Potworkom trzeba bylo ja wciskac niemal na sile. Jakies niepolskie te nasze dzieci. ;)

Wiekszosc niedzieli minela calkiem milo. Pojechalismy do kosciola w Polakowie, na pozniejsza godzine, co zaowocowalo spokojnym rankiem, bez nerwow i pospiechu. Z tamtego kosciola mielismy tylko rzut beretem do mojego taty, postanowilismy wiec odwiedzic "dziadzia" i oszczedzic mu zwyczajowej, coniedzielnej jazdy do nas. Posiedzielismy, pogadalismy, Potworki jak zwykle obeszly dom dziadka wzdluz i wszerz i zajrzaly w kazdy zakamarek. Najchetniej zeszlyby nawet do ciemnej, betonowej piwnicy. ;) Potem pojechalismy po kawe i wrocilismy do domu z mysla, zeby przebrac sie w cos wygodniejszego i lzejszego (zrobilo sie 25 stopni!) i pojechac na przejazdzke rowerowa. Tutaj zaprotestowala Bi, co bylo juz pierwszym zgrzytem. Panna od rana kichala i wydawala sie "przytkana". Nie wiadomo czy od tego ciepla uaktywnila sie jakas alergia, czy sie przeziebila. Tak czy owak z tego korzystala i oznajmila, ze zle sie czuje i zeby zmierzyc jej goraczke. Pomacalam czolo - chlodne. :D Tak na wszelki wypadek, postraszylam tez ja, ze jesli bedzie w szkole jojczec, ze zle sie czuje, wysla ja na test na korone. Sama nie wiem czy powinnam jej cos takiego mowic, bo jest mozliwe, ze kiedys tam faktycznie bedzie musiala przejsc owy test, wiec nie chce jej zawczasu straszyc... Z drugiej strony, Bi to typ, ktory bedzie chodzil do pielegniarki tak czesto i upierdliwie, ze ta w koncu zadzwoni zeby ja odebrac, zeby chyba jej sie w koncu pozbyc. Wiem, bo juz to przerabialam. I chyba troche mialam nosa, bo kiedy ostrzeglam Bi, ze jak w szkole bedzie przynudzac, ze strasznie meczy ja katar i zaczyna kaszlec (bo w domu zmuszala sie do kaszlu, twierdzac, ze jest chora), wysla ja na test na korone, a panna beztrosko oznajmila, ze mozemy przeciez nie isc. Kiedy zaczelam tlumaczyc, ze nie bedzie mogla wrocic do szkoly az bedzie miala ujemny wynik testu, odpowiedziala, ze moge zadzwonic i powiedziec, ze jest ujemny. Widzicie wiec, ze wszystko jest duzo prostsze jak ma sie 9 lat. :D Dopiero kiedy wytlumaczylam, ze na slowo to mi nikt nie uwierzy i wynik testu bedzie musial wyslac lekarz, Bi troche zrzedla mina... 

W kazdym razie, katar Bi, nie katar, postanowilismy przejechac sie rowerami cala rodzina, choc juz wtedy wydawalo sie to troche na sile. Potem okazalo sie, ze z tylnego kola roweru M. uszlo powietrze i malzonek rzucil wkurzony, ze jak w kazdym rowerze bedzie musial pompowac, to pierdzieli i nigdzie nie jedzie. Oho, w tym momencie wlasciwie odechcialo mi sie jazdy. Potem jednak rower M. okazal sie jedynym, ktory wymagal pompowania, pojechalismy i przez polowe wycieczki wydawalo sie super, az... przydarzyla sie katastrofa! Nik wyczynial jakies swoje rowerowe wariactwa, zle wymierzyl i wpadl prosto na M. O dziwo, choc Mlodszy zaliczyl dosc spektakularny upadek, zdarl tylko kolano, ale za to wyrwal szpryche w rowerze M. Rowerze, ktory ten kupil w maju i ktory kosztowal niemale pieniadze, musze dodac. Malzonek oczywiscie sie wsciekl. Kazal mnie i dzieciom wracac do domu, a sam zostal ogladac uszkodzenia w pojezdzie. W tym momencie uznalam nawet, ze to dobry pomysl, zeby M. mial szanse troche ochlonac. O ja naiwna! Zapomnialam, ze moj malzonek, jak sie wscieknie, to "trzyma go" spokojnie pare dni. I tym razem, zamiast sie uspokajac, tylko sie nakrecal. W koncu zaczal drzec sie na dzieciaki, zeby zabieraly wszystko ze stolu w kuchni, a kiedy odezwalam sie, zeby przestal sie wydzierac bez powodu, nastapila kulminacja. "Musimy sie rozstac na jakis czas, bo on ma juz dosc rodziny i musi od nas odpoczac, jest zmeczony, nie nadaje sie do tego, nie, on nie ma problemu z nami, tylko z samym soba, moze sobie wynajmie pokoj w hotelu na miesiac, bo ma dosc i musi sobie zrobic od nas przerwe". Mnostwo silnej woli mnie kosztowalo, zeby ugryzc sie w jezyk i nie powiedziec o slowo za duzo, wierzcie mi. Bo: on?! ON, ma ku*wa dosc?! Przepraszam bardzo, ale to JA spedzilam kilka miesiecy pracujac zdalnie, w tym samym czasie pomagajac dzieciom w nauce przez internet, ogarniajac dom i znudzone do potegi n-tej potomstwo! Czy jemu sie wydaje, ze nie mialam ochoty przynajmniej raz w tygodniu wystrzelic siebie lub Potwory w kosmos?! Ale to ku*wa ON ma dosc!!! No przeciez! Jak to jest, ze takie slowa padaja zazwyczaj z ust faceta, chociaz to kobieta ogarnia te cala domowa kuwete?! Na koncu jezyka mialam, zeby spadal w takim razie na drzewo i zeby sie nie zdziwil jesli potem nie bedzie mial dokad wracac. To byla najgorsza rzecz jaka uslyszalam z ust meza w ciagu 13 lat malzenstwa. Ciekawe jakby M. sie czul, gdybysmy ja i dzieci nastepnego dnia zgineli np. w wypadku samochodowym?! Albo cos sie stalo ktoremus z Potworkow?! Ja chyba nie wybaczylabym sobie takich slow. I wiem, ze M. najprawdopodobniej ponioslo, ze w nerwach klepie ozorem nie myslac co mowi, ale zrobilo mi sie niesamowicie przykro. Nawet nie ze wzgledu na siebie, ale dzieci. Ja, jakby nie patrzec, jestem dla M. obca. Ale dzieciaki?! Wlasna krew?! Jak mozna cos takiego powiedziec na glos przy dzieciach?! Tym bardziej, ze Nik cale popoludnie byl nieswoj, bo wiedzial, ze to on zawinil, a ja pocieszalam go jak moglam, ze to nie jego wina, ze jest tylko malym chlopczykiem i ze to tylko rower... I naprawde, przeciez to tylko szprycha w rowerze, a sprowokowala taka awanture?! Pisalam juz kilka razy, ze ten rok jest dla nas zdecydowanie kryzysowy i im dalej, tym w naszym malzenstwie gorzej... :(

Poniedzialek i cichy dzien #1 (albo 1.5, jesli liczyc niedzielne popoludnie). Moj cholerny malzonek, skoro obrazony (chociaz o co on jest obrazony, tego kompletnie nie kumam), to by chociaz siedzial w pracy. Ale nieee, o 11 zjawil sie w domu. Na szczescie zaraz gdzies zniknal, chyba na silowni. A potem, korzystajac z pieknej pogody, polozyl sie na lezaku na tarasie i tak przedrzemal kilka godzin. Cieszylam sie, ze tego dnia byl trening plywacki, choc jechalam na niego tylko z Nikiem, bo ulegajac marudzeniu Bi, zgodzilam sie, zeby odpuscila sobie poniedzialki.

Mlodzieniec uparl sie zeby plywac w czepku, bo chce wygladac jak "prawdziwy" plywak ;)
 

Decyzja zaowocowala euforia az do wieczora, kiedy Bi oznajmila ponownie, zeby ja zupelnie wypisac. Czyli jak zwykle: dasz palec, chce cala reke... :/ M. juz drugi dzien pod rzad o 19:30 poszedl spac, ostentacyjnie zamykajac drzwi sypialni (normalnie zawsze zostawia je uchylone). A wczesniej zauwazylam, ze cos tam odzywa sie do dzieciakow i myslalam, ze mu moze troche przeszlo. Do mnie oczywiscie ani sloweczka, bo przeciez ja jestem najwyrazniej najbardziej winna... Winna czemu? Ch*j raczy wiedziec. :/

Wtorek. Powinien byc cichy dzien #2, ale malzonek napisal laskawie smsa, ze przeszla mu zlosc na samego siebie. Na samego siebie, czaicie to?! Nie wiem jak Wy, ale kiedy ja jestem zla na sama siebie, to raczej wzdycham nad wlasna glupota, a nie wyzywam sie na reszcie rodziny... Pojechalam do pracy, gdzie internetu dalej niet, wiec posiedzialam tylko 45 minut, a po powrocie zabralam psa na spacer, bo znow mielismy 23 stopnie.

Jesienny (choc upalny) spacer po "dzielni"
 

Kiedy wrocilam, okazalo sie, ze M. przyjechal (znowu!) wczesniej z pracy i trzeba bylo sobie wyjasnic to i owo. Oczywiscie malzonek stwierdzil zebym nie sluchala tego, co on mowi w zlosci, ale nie ma tak dobrze. Postawilam sprawe jasno, zeby nauczyl sie gryzc w jezyk, bo jak kiedys jeszcze wyskoczy z podobnym tekstem, to niech sie nie zdziwi, jak mu wystawie walizki za drzwi i faktycznie wysle na "odpoczynek od rodziny". Moze troche ostro, bo choc czasem warczymy na siebie, to prawdziwe klotnie i ciche dni zdarzaja nam sie stosunkowo rzadko, ale tym razem to, co powiedzial naprawde mnie ubodlo. M. nie ma filtra i naprawde plecie co mu slina na jezyk przyniesie, albo wybucha zupelnie nieadekwatnie do sytuacji. Kiedys sie przejmowalam, szukalam winy w sobie, ale jestem coraz starsza i czuje sie juz tym zmeczona. Malzonek ma ponad 40 lat i chyba pora nauczyc sie odrobiny panowania nad soba. Niech idzie wymeczyc sie na silowni jak mu emocje buzuja. Mi ruch zawsze pomaga... W kazdym razie M. mocno skruszony, wyraznie mial ochote na "porzadne" pogodzenie, jesli wiecie co mam na mysli (;P), ale mi nadal zlosc do konca nie przeszla, wiec udalam, ze nie widze tego blysku w oku. :D

W ten wtorek tez, po raz pierwszy od polowy wrzesnia, Potworki nie mialy zadnych zajec. Mila odmiana, przyznaje, choc zastanawialam sie, co my zrobimy z taka iloscia czasu, tym bardziej, ze dzieciaki nie maja zadawanej pracy domowej w szkole dziennej. Oczywiscie taki "problem" to zaden problem. ;) Korzystajac z cieplutkiej pogody, Potworki gonily z sasiadka po podworku az do zmroku, ktory zreszta o tej porze roku zapada juz o 17. Potem odrobilismy czesc zadan do Polskiej Szkoly, czesc na religie i wieczor zlecial. Calkiem fajny oddech od zwyklej gonitwy na zajecia i z powrotem. Bi jednak co jakis czas powraca do tematu gimnastyki, wiec pewnie niedlugo trzeba bedzie poswiecic spokojny wtorek lub piatek (w te dni odpadla pilka nozna) na nowa "pasje". ;)

Sroda to meeting z praca i w koncu lepsze wiesci "wyplatowe". W ciagu kilku nastepnych tygodni szef ma nadrobic zalegle pensje. Coz... zobaczymy. Poza tym sroda jak sroda, czyli trening plywacki obu Potworkow. Dzien wczesniej Bi znow jojczala, zeby ja wypisac, ale juz w srode pojechala bez szemrania i jak zwykle wydawala sie niezle bawic. To dziecko chyba faktycznie marudzi dla zasady, tak wiecie, zeby matce za dobrze nie bylo. ;)

Bi (w czarnym czepku) wyprzedza radosnie Kokusia (w czepku niebieskim, ktorego w wodzie praktycznie nie widac :p)
 

Stosunki miedzy mna a M. sa... ozieble. Nie wiem juz sama kto na kogo jest obrazony. Niby rozmawiamy (prawie) normalnie, ale atmosfera wydaje sie gesta. On idzie spac wczesniej i bez pozegnania (ale drzwi juz nie zamyka ;P), a ja jakos zobojetnialam. Dotychczas to ja czesciej przytulalam sie, dawalam buziaka, mowilam, ze doceniam, kocham, itd. A teraz... po prostu nie mam ochoty. Cieszylam sie, ze z powodu treningu dzieci mialam pretekst zeby zniknac na 1.5 godziny z domu.

Po powrocie, Nik spontanicznie urzadzil sobie koncert skrzypcowy w kuchni
 

Wieczorem Potworki rozsiadly sie na jednej z kanap, wiec zeby tez usiasc, musialabym klapnac obok M., na drugiej. Wybralam krzeslo przy stole w kuchni. Malzonek chyba wyczul moja niechec i mozliwe ze dlatego po prostu poszedl spac... Ogolnie niby chcialabym zeby wszystko wrocilo juz do normy, ale jednoczesnie nie mam ochoty wykonac kroku naprzod. Sama nie wiem czego oczekuje od malzonka, od siebie... Trudno, jakos moze samo sie na powrot ulozy.

W czwartek w koncu (niechetnie, ale jak mus to jablkowy ;P) wybralam sie zeby zaopatrzyc Potworki w garderobe jesienno - zimowa. W zasadzie glownie potrzebowal jej Nik, ktory portki drze na kolanach w takim tempie, ze nie nadazam z zaszywaniem, tudziez kupowaniem nowych. ;) A dodatkowo zaliczyl ostatnio spektakularny skok wzrostu i nagle tu przykrotka nogawka, tam rekawek 3/4, itd. Trzeba bylo syna odpowiednio wyposazyc. A jak kupowalam jemu, to i pare rzeczy "skapnelo" Bi, zeby nie bylo placzu, chociaz ona na wiosne dostala wielka torbe rzeczy po sasiadce i na dobra sprawe ani bluzek ani spodni nie potrzebuje. Przydalaby jej sie za to kurtka zimowa, bo choc obecna nadal pasuje, to Starsza przechodzila juz w niej dwa sezony i pora na zmiane. Jak na zlosc, akurat kurtki zadnej fajnej nie znalazlam, wiec znow pewnie posluze sie niezawodnym Amazonem. ;)

Lupy :D
 

W czwartkowe popoludnie, w skrzynce na listy czekala na Bi niespodzianka - list od kuzynki z Polski! Starsza napisala do niej juz nawet nie pamietam kiedy, ale na pewno ponad miesiac temu. Przez jakis czas dopytywala, kiedy N. odpisze, ale przygotowana, ze korespondencja z Polski troche idzie, w koncu o tym zapomniala. A tu prosze! W dodatku, poza listem, babcia wsunela Bi do koperty pudeleczko z... kolczykami! No tu juz byl po prostu wybuch entuzjazmu oraz szczescia! :D

Kolczyki - pajaczki :)

Ktory rownie szybko sie skonczyl kiedy przy wyjmowaniu jednego z kolczykow, Bi cos tam zadrapala, poleciala kropeleczka krwi, dziewcze kompletnie spanikowalo i az cale sie trzeslo. Pisalam niedawno jakie akcje odbywaja sie przy tej okazji. Wlasnie mielismy powtorke z rozrywki. ;) Oczywiscie Bi nie da sobie pomoc, ale domaga sie mojej obecnosci jako wsparcie moralne. Pol wieczora spedzilam wiec z dzieckiem w lazience, powtarzajac, ze da rade, ze jest dzielna, ze moze lekko zapiec, ale wytrzyma. ;) Bonusem za to byl odwolany w ostatniej chwili trening plywania, ktory umozliwil nam "zabawe" z kolczykami, ale tez dokonczenie na spokojnie pracy domowej do polskiej szkoly oraz religii. ;)

Moje obawy niestety sie sprawdzaja i doradcy nowego prezydenta juz przekonuja go, zeby wprowadzic kilkutygodniowy lockdown. :/ Oczywiscie, Trampek byl regularnie krytykowany za ignorowanie epidemii, wiec nowy rzad bedzie za wszelka cene chcial pokazac, ze oni inaczej do tego podchodza. :/ Szlag by to jasny trafil. :( Pocieszam sie tylko, ze (chyba) nie moga nic zrobic do oficjalnej inauguracji nowego prezydenta, a ta odbedzie sie pod koniec stycznia. Mam wiec cichutka nadzieje na chociaz spokojnego Indyka oraz Boze Narodzenie, chyba ze nasz gubrenator wczesniej pozamyka wszystko w pizdu. :(

Dotarlam do piatku, 13-ego w dodatku. Od rana bieganina, bo zaplanowalam zakupy spozywcze, a jak na zlosc w pracy tez sie pobudzili ze snu zimowego. Nie dosc, ze mam raport do sprawdzenia, to jeszcze maja przeprowadzic wazny eksperyment. Najpierw mysleli o srodzie, potem przeniesli na wtorek, a teraz stanelo na poniedzialku. I dawaj bombardowac mnie, ze potrzebny taki dokument czy inny... Dostalam tez maila z biblioteki, ze zamowione ksiazki (pisalam, ze teraz trzeba zamawiac je internetowo; nie mozna pochodzic i popatrzec na regalach?) czekaja na odebranie, a jak nie odbiore ich w piatek, to mozliwe bedzie to dopiero w poniedzialek, bo zamkneli biblioteke na weekendy, a nawet w tygodniu czynna jest tylko do 14. :/ Poza tym, w sklepie zabraklo recznikow papierowych. Zaczyna sie. :/ O dziwo mydla (nawet antybakteryjne) oraz plyny do dezynfekcji sa i poza tym nie zauwazylam jakichs wielkszych brakow. Moja tesciowa oczywiscie przez Skypa przezywala, zeby mieso kupic i zamrozic, MIEEESO!!! Bo miecho najwazniejsze, wiecie. ;) Moj tesc, choc twierdzi, ze w piatek mieska nie jada, je w ten dzien kurczaka, twierdzac, ze kurczak to nie mieso. :O :D Odpowiedzialam tesciowej, ze spokojnie, jak by cos, bedziemy jesc placki, nalesniki i kluchy pod wszelka postacia. Pewnie mnie teraz nie lubi. :D Aha, Bi posmarkala dwa dni, na trzeci oznajmila, ze juz jej katar nie meczy i przeszlo jej... na mnie. :/ Juz w czwartek czulam laskotanie w nosie, a w piatek puscilo mi sie rowno z jednej dziurki. Oczywiscie zyjemy w takich czasach, ze teraz mnie nurtuje, czy to tylko zwykly katar, czy same-wiecie-co? ;)

Na koniec, jak zwykle ostatnio, cos z neta:

W zwiazku z "oszukanymi" wyborami ;)

 

To akurat bardziej pokrzepiajace na duchu...

To zas przywiodlo mi na mysl moja matke, ktora przez caly czas kiedy mieszkalam w domu, NIGDY nie kupila normalnej maselniczki. Moze nie uzywala do trzymania masla pudelka po srajfonie, ale za to zuzyte pojemniczki po jakisch serkach, juz tak. A ja nie kumam. Miala w domu cukierniczki, jakies sosjerki uzywane raz na ruski rok... A maselniczki, ktora faktycznie bylaby uzywana, nie miala i nie ma do dzis... :O

A! W jednej ze stacji radiowych, graja... piosenki bozonarodzenowe! :O Matko i corko, mamy 2 tygodnie do Indyka jeszcze, dopiero docieramy do polowy listopada, a oni juz?! Chyba w tym roku, jeszcze bardziej niz zwykle, ludziska chca przeskoczyc te pare ostatnich tygodni do Swiat. Zaloze sie, ze niektorzy poubierali juz choinki... :D

piątek, 6 listopada 2020

Poczatek listopada

 Ale zanim listopad, wrocmy na moment do ostatnich dwoch dni pazdziernika. :)

Jak pisalam ostatnio, prognozy na piatek (30 pazdziernika) niespodziewanie sie nam sprawdzily i od rana sypal snieg.

Nie, to nie styczen, to pazdziernik :)
 

Nie mocno, zdecydowanie nie byla to sniezyca, ale rowno, upierdliwie i przez dobrych kilka godzin.

Jesienne dekoracje w zimowej scenerii ;)
 

Rano zawiozlam Potworki do szkoly, ale z jazdy do pracy zrezygnowalam. Nie sadze, zeby drogi byly zbyt sliskie, ale po prostu pogoda byla tak paskudna, ze skorzystalam z okazji, ze moge sobie zostac w cieplej chalupie. ;) Kiedy odebralam dzieciaki ze szkoly, oczywiscie musialy popedzic choc na dwie minutki na przysypany mokra ciapa plac zabaw.

Tylko kupa lisci na drzewach przypomina, ze to nadal jednak jesien...
 

Mecz Kokusia zostal oczywiscie odwolany, ale trener urzadzil chlopakom polgodzinny trening. Przyszlo... czterech. A wlasciwie to trzech, bo jeden z chlopcow to syn trenera. :D Chlopaki mieli jednak zabawe roku, biegajac po pokrytej topniejacym sniegiem trawie i rozbryzgujac ciape na wszystkie strony.

To w czapce na glowie, to Nik ;)
 

Robilo sie jednak coraz zimniej i mimo, ze maszerowalam wkolo boiska dla rozgrzewki, odetchnelam z ulga, kiedy trening sie skonczyl. Nik na treningu bawil sie przednio. Niestety, w domu okazalo sie, ze jego korki doslownie ociekaly woda. Poniewaz nastepnego ranka Potworki mialy miec mecze, trzeba je bylo jakos wysuszyc. Trener mowil cos o wrzuceniu ich do suszarki, ale nie wydalo mi sie to dobrym pomyslem. Moglam postawic je przy kaloryferze, ale balam sie, ze przy takim stopniu zamoczenia, nic to nie da i nie doschna. Skorzystalam wiec z tego, ze M. rozpalil w kominku i postawilam korki przy ogniu. Bojac sie jednak, zeby sie nie rozkleily (kiedys tak sobie rozwalilam adidasy na kempingu, kiedy suszylam je przy ognisku ;P), co kilkanascie minut odwracalam je w te czy inna strone. Troche zmudny proces, ale sie oplacilo. Korki wyschly, ale ani sie nie rozkleily, ani nie stracily ksztaltu.

Tej nocy scisnal pierwszy w tym roku mroz i to od razu z grubej rury - kilkustopniowy. W dzien mialo byc jednak 8 stopni oraz piekne slonce, wiec sama nie wiedzialam jak ubrac Potworki na poranne mecze. Kiedy biegaja, wiadomo, jest im w miare cieplo, ale nie graja caly czas, bo trenerzy wymieniaja co 10-15 minut sklad. Poza tym, mieli grac o roznych porach, wiec jedno siedzialoby przez caly mecz brata/siostry. W koncu przygotowalam im polary, na ktore mieli ubrac koszulki zespolow, a oprocz tego chcialam wziac kurtki zimowe dla siedzacych osobnikow (w tym siebie) oraz koce, zeby jeszcze dodatkowo sie zakryc w razie czego. Zerwalismy sie skoro swit, zeby w spokoju sie wyszykowac i zdazyc na rozgrzewke, tymczasem o 7:30 rano przyszly maile, ze boiska sa oblodzone i wszystkie mecze zostaly odwolane. Na tyle sie zdala moja "zabawa" z suszeniem Kokusiowych korkow... :D Potworki byly mocno rozczarowane, Bi sie nawet poplakala, ale osobiscie sie ucieszylam, bo naprawde nie mialam ochoty przy takich temperaturach siedziec dwie godziny na dworze. ;)

Sobota to byl dzien urodzin M. Jakos w tym roku nie chcialo mi sie myslec o prezencie. Nadal pamietam moje zeszloroczne, okragle urodziny, o ktorych moj malzonek zapomnial i kolejnego dnia improwizowal na szybko i byle jak. Nadal jest mi przykro (tak, jestem pamietliwa). Ten rok jest w ogole dziwny, jestesmy nerwowi, co chwila o cos sie scinamy i wiedzac, ze Potworki szykuja stosik laurek, machnelam reka i nic M. nie kupilam. Zlozylam mu jednak zyczenia, zeby nie bylo i to w urodziny, a nie dzien po. ;)

Calkiem niespodziewanie zyskalismy wiec spokojny, sobotni poranek. Oczywiscie, w zwiazku z brakiem meczow, Potworki mogly sie podlaczyc do lekcji z Polskiej Szkoly, o czym przypomnielismy sobie... po czasie. :D No trudno. Posiedzielismy, posnulismy sie leniwie po domu, a Nik przelazil w pizamie do 11. I fajnie, czasami trzeba. :) Potem tez duzo nie robilismy. Wyszlismy na moment na dwor, bo dzieciaki koniecznie chcialy pobiegac jeszcze po sniegu zanim stopnial.

I znow: snieg i kolorowe liscie = cos tu nie pasuje :D
 

Przy okazji oboje zglosili, ze buty sniegowe cisna ich w palce... :O Nik przechodzil w swoich dwa sezony, a ostatnio strasznie urosla mu stopa, wiec sie nie dziwie. Co do Bi, to buty ma zeszloroczne, moze cztery razy ubrane i o dobrym rozmiarze, wiec mam podejrzenie, ze zabolalo ja, ze Nik dostanie nowe siegowce, a ona nie. ;) Upieklam ciasto marchewkowe z polewa z serka Philadelphia (ale to, kurcze, pycha!), a Potworki odliczaly tylko godziny do 18, kiedy mielismy ruszyc do sasiadow, a z nimi na polow cukierkow, bo przeciez nadeszlo w koncu Halloween. :)

Uwielbiam, choc pokazana ostatnio szarlotka jednak jest lepsza ;)
 

W zeszlym roku bylo bardzo cieplo, w tym dla odmiany, na noc znow szedl przymrozek i wieczorem temperatura gwaltownie spadala. Coz, taki mamy klimat i to doslownie. :)

Gotowi i tak podekscytowani, ze ledwie wytrzymali bez ruchu te pol minuty potrzebne na pstrykniecie zdjecia :D
 

Juz od kilku dni przygotowywalam Potworki, ze z powodu wiadomego wirusa, w tym roku moze byc tak, ze bedzie bardzo malo domow, gdzie rozdaja cukierki, wiec zeby nie byli rozczarowani. Okazalo sie jednak, ze niepotrzebnie. Chodzilo mniej dzieci, nie widzielismy zwyklych ogromnych grup, choc nadal sporo dzieciakow wyruszylo po slodycze. Natomiast nasze sasiedztwo zgodnie stanelo na wysokosci zadania i w prawie kazdym domu byly cukierki. Naliczylam moze trzy chalupy, gdzie pamietam, ze w poprzednich latach rozdawali slodycze, a w tym zamkneli sie na glucho. Jedyna roznica bylo to, ze w wiekszosci domow, slodkosci wystawili na stole przy wjezdzie, lub na progu domu i malo kto rozdawal je osobiscie.

Niemal wszedzie wygladalo to mniej wiecej tak (slodycze rozlozone na czyms przy wjezdzie na posesje)
 

Ja zreszta zrobilam tak samo, choc to dlatego, ze M. nie uznaje Halloween i oswiadczyl, ze zadnych slodyczy rozdawac nie bedzie. Za to zauwazylam, ze "straszyl" podchodzace dzieciaki, mrugajac swiatlem przy wejsciu. ;) Potworki wrocily obladowane cukierkami jak zawsze, a ja zaczelam akcje powolnego "pozbywania" sie slodyczy. :D

W niedziele nie dane bylo dzieciakom odpoczac, bo zaproszeni byli na urodziny sasiadek. W dobie korony, sasiedzi urzadzili impreze na zewnatrz, a sasiad co chwila nawolywal do dzieciakow, zeby zalozyly maseczki. Ale co sie dziwic, skoro on latem nosil maske jezdzac na rowerze, a jego zone widzialam ostatnio w maseczce we wlasnym aucie. Tak, nadal sasiadow lubie, choc krece glowa z politowaniem. :D Na szczescie tego dnia temperatury laskawie podniosly sie do 10 stopni, ale pechowo, na popoludnie zapowiadali deszcz. Sasiadka dwa razy przekladala godzine zabawy. W koncu stanelo na 11:30 i okazalo sie, ze wstrzelili sie idealnie, bo o 1:15 zaczelo padac, a wiec przed samym koncem imprezy. Kiedy przyszlam po Potworki, zalapalam sie jeszcze na rozwalanie pinaty.


Potworki machaly z taka moca, ze nawet kija nie widac :D
 

Cala grupka dzieci rzucala sie na wysypane slodycze, jakby dzien wczesniej nie bylo Halloween, a oni rok slodyczy nie jedli. :D

Polowanie na cukier ;)
 

Po poludnie to juz konczenie odrabiania lekcji na religie, ktora miala sie odbyc nastepnego dnia, kapiel, wygrzewanie przy kominku i takie tam. :)

W poniedzialek Potworki pomaszerowaly do szkoly, a po szkole pojechalismy na wspomniana wyzej religie. Wybral sie z nami nawet M., poniewaz chcielismy pojechac na cmentarz, zapalic symbolicznie znicze na kilku opuszczonych grobach. U nas na szczescie cmentarze otwarte, tylko mszy na Wszystkich Swietych nie bylo na nekropoliach. ;) Zreszta, czytam, ze w Polsce zamkniete zostaly glownie te w duzych miastach, a w mniejszych miejscowosciach pozostaly otwarte. Ciotki mojego malzonka, w swojej wiosce pod Krakowem, poszly na groby 1 listopada bez przeszkod. My poczatkowo planowalismy pojechac w niedziele, ale plany popsul nam deszcz. Przelozylismy na poniedzialek, co zreszta dobrze sie zlozylo, bo z miejsca gdzie Potworki maja religie, jest tylko rzut beretem na duzy, "polski" cmentarz. Bylo przerazliwie zimno i strasznie wialo, ale za to Potworki zachwycone byly widokiem migoczacych swiatelek.

Wieczorny cmentarz
 

Pamietam z dziecinstwa, ze sama uwielbialam na nie patrzec. Z mojego pokoju na piatym pietrze, mialam widok na pobliski cmentarz (stary, na ktorym nikogo juz nie chowano) i o tej porze roku moglam siedziec przy zgaszonym swietle z nosem przy szybie, godzinami. :)

We wtorek Potworki mialy wolne, ze wzgledu na to, ze miejscowe gimnazjum (middle school) oraz liceum (high school) zamienione zostaly w lokale wyborcze. Dlaczego zamyka sie z tej okazji rowniez podstawowki, tego juz moj maly rozumek nie ogarnia. ;) Tego dnia M. znow wyszedl wczesniej z pracy. Tym razem poniewaz przyjezdzala ekipa, zeby wylac asfalt na poczatek podjazdu. Miejsce to bylo wczesniej mocno zaokraglone, tworzac cos na ksztalt pagorka, o ktory przy wyjezdzaniu wiecznie haratal dol przyczepy. Malzonek wywalil okolo 6m2 starego asfaltu, wyplaszczyl i poglebil. Panowie przyjechali, wylali i wyrownali warstwe asfaltu, zaplacilismy im gruba kase za 1/2 godziny roboty (:D), po czym pojechalismy oddac glosy. Trzeba bylo spelnic obywatelski obowiazek. ;)

Lokal wyborczy, czyli miejscowe high school :)
 

Jak wiecie, jestem wlasciwie apolityczna. Polityka nigdy mnie nie ciagnela, bo uwazam, ze ktokolowiek zostanie prezydentem, w normalnych czasach, dla takiego szarego czlowieka jak ja, niewiele sie tak naprawde zmieni. Poniewaz jednak obecne czasy nie sa normalne, uznalam, ze musze oddac ten moj marny, malutki glosik. Zaglosowalam na czlowieka, ktory (mam nadzieje) bedzie walczyl, zeby pomimo pandemii, jednak jak najwiekszy sektor gospodarczy pozostal otwarty. Zeby ludzie nie tracili pracy, zeby dzieci mogly normalnie zdobywac edukacje. Obawiam sie, ze drugi kandydat pozamyka nas na trzy spusty, tak, jak obecnie dzieje sie to w Europie. 

Jak pisalam ostatnio w poscie o Bi, zapisalam Starsza na 3-godzinne zajecia gimnastyczne. Malzonek moj oczywiscie komentowal cos pod nosem, ze "no pewnie, smarkula wspomni cos o gimnastyce, to matka pedzi zeby spelnic zyczenie..." ;)

Gimnastyczka i miszcz drugiego planu :D
 

Moj malzonek nie wie, ze Bi o gimnastyke blaga juz od zeszlej zimy, tylko wszedzie mieli komplet i nie moglam jej nigdzie wcisnac. W marcu byla juz praktycznie zapisana, ale... przyszla korona. Teraz zapisalam ja glownie zeby przypomniala sobie "z czym to sie je", ostatnio chodzila bowiem na gimnastyke prawie 3 lata temu. Odstawilam ja pod drzwi, po czym weszlam do srodka podejrzec przez szybe jak sie tam odnajduje. Sam poczatek nie wygladal zachecajaco, bowiem Bi nikogo nie znala i wygladala na mocno niepewna.

Chociaz tu nie byly wymagane wszechobecne maseczki...

 Pomyslalam nawet z ulga, ze moze wreszcie da mi swiety spokoj z ta gimnastyka. ;) Kiedy ja odebralam jednak, dziecko oznajmilo zachwycone, ze bylo super i teraz to juz naprawde chce zeby ja zapisac na regularne zajecia. Cholerka... :D

W miedzyczasie zas... zwiala nam Maya. Znowu! Juz chyba ze 2 lata nie przydarzyl jej sie podobny wybryk, wiec przyznaje, ze nasza czujnosc zostala mocno uspiona i od jakiegos czasu wypuszczalismy ja do ogrodu bez obrozy, bo i tak grzecznie siedziala pod domem. No niestety. Nie tym razem. Najlepsze, ze przydarzylo sie to tak szybko, ze nawet nie zauwazylismy, ze pies nam zniknal! :D M. sprzatal piwnice, a ja zeszlam mu pomoc, kiedy dostalam sms'a od sasiadki z pytaniem, czy nie zginela nam Maya. :O Odpowiedzialam przerazona, ze byla na dworze, wiec kto wie, w miedzyczasie biegnac na gore, zeby wyjsc na zewnatrz i sprawdzic czy pies jest na ogrodzie. Okazalo sie, ze ta cholera przelazla przez krzaki w strone domow ponizej naszego i nieco w bok i doszla do ruchliwej ulicy idacej wzdluz naszej. Dobrze, ze wlasciciel posesji akurat wyzedl z domu, zauwazyl i ja zawolal. Maya nie miala oczywiscie obrozy, wiec nie majac pojecia czyj to pies, zadzwonil po animal control, ale na szczescie tez wrzucil zdjecie Mai na Fejsa. Sasiedzka poczta pantoflowa dziala jak zloto i Maye rozpoznala jedna z sasiadek, po czym napisala do innej, ktora z kolei wyslala wiadomosc do mnie. ;) Jeszcze pozniej, kiedy juz Majucha znalazla sie bezpiecznie w domu, otrzymalam smsa od innej znajomej, ktora tez widziala post i wydawalo jej sie (slusznie), ze rozpoznaje naszego siersciucha. :D Kiedy podjechalam do sasiada, Maya jak gdyby nic przybiegla sie przywitac, ale na szczescie chetnie wskoczyla do auta. Policjantka tez juz tam byla, ale na szczescie tym razem tylko postraszyla, ze normalnie za walesajacego sie psa dostaje sie mandat. Ugryzlam sie w jezyk, zanim odpowiedzialam, ze niestety, pamietam z czasu ostatniej wielkiej ucieczki naszego psiego wloczykija. :D

Staram sie pisac codziennie po trochu, zeby nie musiec potem klepac sprawozdania z calego tygodnia na raz. ;) Doszlam wiec do srody. A w srode, pozornie dzien jak codzien. Rano odwiozlam Potworki do szkoly, po czym pojechalam do pracy. I tylko sie wkurzylam, bo padl nam internet, a bez niego ani sprawdzic maili, ani nawet nic wydrukowac czy zeskanowac. Pol godziny z kolega walczylismy i w koncu stwierdzilam, ze nie bede na sile siedziec dla samego siedzenia, skoro i tak nic nie moge zrobic. Po powrocie napisalam o problemie do szefa, ktory z wlasciwa sobie "madroscia" odpisal, zebysmy wylaczyli modem z pradu i podlaczyli go z powrotem! Taaa... A on mysli, ze co robilismy...? Dla pewnosci zrestartowalismy modem chyba ze trzy razy... I doopa... Poza tym, dzien jak kazda sroda. Po szkole Potworki rozpierala energia, rozrabialy niczym pijane zajace i pojechaly na plywanie bez marudzenia.

Potworki zaznaczone strzalkami
 

A po treningu, Bi oznajmila, ze jej zimno i nie chciala nawet pobawic sie w wodzie, tylko poszla sie przebrac. O-o. Czerwona lampka mi sie zapalila. Tymczasem, po powrocie do domu, Starsza narzucila na bluzke szlafrok i wydawala sie byc zupelnie w porzadku, tymczasem Nik zaczal... smarczec. :O Poczatkowo myslalam, ze to po prostu po basenie, bo juz nie raz woda nabrala mu sie do nosa i w domu kichal raz za razem i byl lekko przytkany. Tym razem jednak smarkal duzo bardziej i nie widac bylo, zeby przechodzilo... Ku*wa... Jak bedzie w szkole marudzil, ze ma zatkany nos, jak nic wysla go na tescik na wiadomego swirusa. :/

Jak pisalam wyzej, sroda toczyla sie zwyklym rytmem (poza naglym napadem kataru Kokusia), ale w tle caly czas sledzilismy z M. wydarzenia okolo wyborcze. Jak same wiecie, rece opadaja. Nie wnikam juz kto i czy w ogole falszowal glosy, czy Trampek nie potrafi sie po prostu pogodzic z porazka... Po prostu nie moge uwierzyc, ze w zachodnim, rozwinietym i demokratycznym kraju, moga sie dziac takie idiotyzmy. "Najlepsze", ze sytuacja w Hameryce interesuja sie zywo pozostale kraje, wiec po prostu wstyd przed calym swiatem... I jak we wtorek co kilka minut sprawdzalam czy nie ma juz pierwszych wynikow i dalszy rozwoj wydarzen, tak w srode poczulam sie tym zmeczona i zniechecona. Niech se robia, co chca. Ktory wygra, ten wygra, tak naprawde to zaden sie nie nadaje na to stanowisko. Obaj powinni byc juz na emeryturze, a nie pchac sie na glowe panstwa! :/ Za to M. niesamowicie sie przejal, jak nie on. Dotychczas zadne wybory go za bardzo nie interesowaly. Na niektore nawet nie szedl, twierdzac, ze mu wszystko jedno. A teraz uparl sie na tego Trampka, wscieka sie widzac nieuchronna przegrana i w dodatku, zgodnie z cholerycznym usposobieniem, ciska sie i rzuca, a obrywa sie oczywiscie mnie. Ja wzruszam ramionami (bo i co moge zrobic? Oddalam glos, tu moj wklad sie konczy), albo mityguje, a ten ku*wicy dostaje i roztacza wizje likwidacji przez Bideta (ksywka celowa, nie literowka :D) zbrojenia (podobno to jedna z jego obietnic wyborczych), zamkniecia fabryki, nasza przymusowa przeprowadzke gdzies na poludnie, albo utrate domu, bankructwo i ciul wie co jeszcze... Normalnie, im starszy ten moj maz, tym gorszy sie robi. Jesli o religie chodzi, albo o polityke, to wpada w jakas ortodoksje... Wybory prezydenckie w Polsce tez przezywal jak mrowka okres. Oczywiscie byl za jasnie rzadzacymi, a teraz oczy przeciera zdumiony, co tez w Polsce sie wyprawia...

Czwartek. Kolejny dzien zagadki wyborczej... Nie rozumiem. W normalnych warunkach, wszyscy ruszali na wybory osobiscie, a do polnocy tego samego dnia, glosy byly juz policzone. Teraz minal juz trzeci dzien, a niektore Stany nadal je licza, naprawde?! To juz sie nadaje jako material do filmu Barei... :/ 

Poza glosami liczonymi ciagle w tych samych ostatnich kilku Stanach, przyjechala do mnie na herbatke kolezanka, a M. znowu przyjechal do domu wczesniej. Juz mialam wizje, ze bedzie z nami siedzial i nawet sobie zwyczajnie, po babsku nie poplotkujemy, ale na szczescie wzial sie (w koncu!) za dmuchanie lisci. I okazalo sie, ze mial niesamowite wyczucie czasu, bo tego samego popoludnia przyjechaly ekipy z miasta, zeby zebrac liscie gigantycznymi "odkurzaczami".

Slabo widac od tej strony, ale to wlasnie taki "odkurzacz"
 

W koncu zrobilo sie ladnie i schludnie kolo domu, przynajmniej na chwile. ;) A pod wieczor pojechalam z Bi na trening plywacki. Oczywiscie marudzenia troche bylo, ale mimo tego "po", Starsza znow sama przyznala, ze fajnie sie bawila. Oszalec mozna. ;)

Akurat uchwycilam moment, kiedy Bi podskoczyla w wodzie, zeby odbic sie od scianki i poplynac

Przyszedl kolejny piatek. Cyrki wyborcze nadal sa w toku. Brak slow po prostu...

W poprzedni piatek padal snieg, a dzis mielismy... 22 stopnie! :D Kto nadazy za ta pogoda... I tak ma zostac do nastepnej srody, nie zebym narzekala oczywiscie. ;) W pracy nadal internet popsuty, wiec odpuscilam sobie jazde do biura. Za to pojechalam na kawke do kolezanki, a co! Zreszta tej samej, ktora byla u mnie dnia poprzedniego. ;)

Zakoncze znow humorem z neta:


Padlam! :D