Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 23 lutego 2024

Cos jak ferie, tylko krotsze i nudniejsze ;)

Malzonek pracowal, ale dla mnie oraz Potworkow, sobota 17 lutego, zaczela sie spoooro pozniej. Budzik nastawilam sobie na 8:30, ale przebudziwszy sie i nie slyszac zadnego ruchu z pokoi dzieci, przylozylam glowe do poduszki i... obudzilam o 9:18. ;) Kiedy usiadlam, dojrzalam ze w nogach lozka spi sobie Oreo, ktora przyszla pomiziac sie i przytulasnie nadstawiala lepek do drapanka. Potem doczytalam, ze byl to Swiatowy Dzien Kota, wiec niezle sie wstrzelila z tymi laszeniem. :) Gdy wstalam, okazalo sie ze Nik juz siedzi w lozku i oglada cos na tablecie, ale Bi jeszcze spi. Dla takiego rannego ptaszka jak ona, to szok. ;) Obudzila sie zreszta niedlugo potem, ale jak widac, poranek mielismy mocno opozniony. Pogoda zreszta zachecala do zaszycia sie pod koldra, bo sypal snieg.

Widok z sypialni
 

Nie bylo bardzo zimno, bo -1, ale zapowiadane byly tylko przelotne opady w srodku nocy, tymczasem do rana spadlo juz kilka cm i padalo dalej. Zreszta, przez caly dzien mielismy co chwila takie przelotne mini sniezyce.

Zima na calego
 

Kiedy Potworki w koncu zwlokly sie z lozek, jak to ostatnio czesto bywa w weekendy, chcieli obejrzec film. Na dlugi weekend wypozyczyli sobie 4 plyty i w sobote wybrali druga czesc Jurassic World. Pod koniec ogladania wrocil M., ktory nadal byl mocno zachrypniety i kaszlacy. Nie wiem co to za wirus, ze do niego najbardziej sie przyczepil... Obejrzelismy potem skoki narciarskie i posiedzielismy, ale powstal dylemat, co zrobic z kosciolem. Bi odkaszlnela tak srednio raz na godzine, ale M. dostawal atakow kaszlu co chwila. Ciekawostka bylo, ze zadne nie kaszlalo juz w nocy, wiec w dzien gadanie musialo podrazniac im drogi oddechowe. Nie mniej, od czasow covid'a, ludzie raczej nerwowo reaguja na towarzyszy kichajaco - kaszlacych. Poniewaz malzonek mial pracowac w niedziele, wiec zakladal, ze do kosciola pojedzie w sobote. Do konca sie jednak wahal i nagle, kiedy juz zbieralismy sie do wyjscia, stwierdzil, ze jednak nie jedzie i moze wybierze sie nastepnego dnia po pracy, jesli kaszel odpusci... Poniewaz jednak i ja i dzieciaki bylismy gotowi, zdecydowalam, ze jedziemy. Bi byla bardzo oburzona i argumentowala, ze ona tez ma kaszel i powinna zostac w domu, mimo ze tydzien temu i tak na mszy nie byla bo nadal goraczkowala. Zgodnie jednak z moimi przewidywaniami, w czasie mszy ani razu nie zakaszlala. Po powrocie, poniewaz mialam jeszcze tyci dziennego swiatla, odsniezylam kostke z tej warstwy sniegu, ktora napadala wczesniej. Podjazd odsniezyl po pracy M., ale poszlam tez zobaczyc jak wyglada chodnik. Niestety wygladal kiepsko. Sniegu nie bylo na nim duzo, ale miejscami pojawiala sie taka cienka, niewidoczna warstewka lodu, ktorej czlowiek nie byl w stanie dojrzec, ale mozna sie bylo latwo wywalic, tym bardziej ze chodnik mamy nierowny i w dodatku opada lekko w dol. :/ W domu okazalo sie, ze M. konczyl wlasnie gotowac zupe ogorkowa, a pozniej czekal nas juz wieczor przed tv. Malzonek poszedl spac juz o 19, bo w pracy moga tymczasowo pojawiac sie o godzine wczesniej, a ja obejrzalam sobie "niedzielne" skoki narciarskie, bo przy roznicy czasu z Japonia, u nas lecialy o 21 w sobote. :)

Niedziela oznaczala ponownie pozny start dla mnie i dzieciakow, choc nieco wczesniejszy niz poprzedniego dnia. Tak jak w sobote, Potworki chcialy zaczac poranek od obejrzenia filmu. I ponownie padlo na kolejna czesc o dinozaurach. ;) Obejrzeli, a w miedzyczasie wrocil M., zachrypniety jeszcze mocniej niz dzien wczesniej. Niby czul sie dobrze, ale ta chrypa i kaszel strasznie dlugo go trzymaly... Moj tata wybieral sie do nas na cotygodniowa kawke, ale slyszac, ze malzonek nadal kaszlacy, a i Bi sporadycznie zakaszle, odpuscil. Zeby bylo weselej, pokaslywac mocniej zaczal... Nik. Widocznie juz taka natura tego wirusa, ze zaczyna sie goraczka, lamaniem w kosciach i bolem glowy, przechodzi w katar, a na koniec pojawia sie kaszel. Wszyscy bowiem przeszlismy to z podobnymi objawami, oprocz tego, ze u mnie byly one bardzo delikatne... Smieje sie do M., ze mozliwe ze wlasnie przeszlismy koronaswirusa, a ze ja jako jedyna zaszczepilam sie 2.5 roku temu, to mnie praktycznie nie chwycilo. Malzonek prychnal tylko, ze jesli ta szczepionka Johnson'a trzyma nadal po takim czasie, to on cieszy sie ze nic takiego nie dal sobie wstrzyknac. ;) W kazdym razie, cokolwiek to bylo, ja przechorowalam to jak bardzo lagodne przeziebienie, ale reszta odchorowala porzadnie. Malzonek, jak to malzonek. zamiast po pracy odsapnac, to przyjechal i z marszu zabral sie za pichcenie. Wstawil ryz do zupy, ale potem zaczal smazyc piersi kurczaka oraz rybe. Wrzucilam wiec do air fryera frytki i ugotowalam dzieciakom kukurydze, bo wiem ze lubia. To bylo najwyrazniej za malo stania przy garach, bo po obiedzie M. zabral sie za smazenie plackow z jablkami. Chociaz, w zasadzie to wiem o co mu chodzilo. Na post zrezygnowal z takich typowych slodyczy jak czekolada, batoniki czy cukierki, ale ze bez cukru zyc nie moze, wiec chociaz tymi plackami chce sie "zaslodzic". :D Mimo w miare wczesnej pory, rozpalilismy w kominku, bo dzien byl ponownie chlodny (+1) i wietrzny. Ja poskladalam pranie, wstawilam kolejne, przelozylam potem do suszarki, rozladowalam zmywarke, umylam kuchenke po malzonkowym smazeniu... no takie tam zwykle, domowe ogarnianie. Wieczor, jak zwykle ostatnio, spedzilismy na kanapie i przy kominku.

Przy kominku najbardziej lubia przesiadywac zwierzaki
 

A wieczorem fajnie bylo pomyslec, ze przede mna i dzieciakami jeszcze cale dwa dni wolne. ;) Potworki zas korzystaly z wolnego i mozliwosci spania do oporu, na maksa. Kiedy sie kladlam o 23:30, znalazlam Kokusia spiacego przy zapalonym swietle i nawet nie na poduszce, bo ta mial postawiona pionowo i oparta o zaglowek lozka. O dziwo i tablet i konsole mial wylaczone, wiec nie wiem dlaczego nie wylaczyl tez swiatla. ;) Bi rowniez wygladala na mocno spiaca, wiec powiedzialam jej zeby gasila lampe i szla do spania. Bez niespodzianki, nie posluchala i kolejnego dnia M. powiedzial mi, ze kiedy wstal po 2 nad ranem, panna rowniez spala przy zapalonych swiatlach. Te dzieciaki! ;)

Poniedzialek byl kolejnym dniem kiedy ja i Potworki moglismy sobie pospac, z czego oczywiscie chetnie skorzystalismy i cala nasza trojka zwlokla sie z lozek dopiero po 9 rano. Jak wymaga tego "tradycja", ranek zaczal sie od sesji filmowej. Tym razem wybrali Guardians of the galaxy. Ostatnio obejrzeli trzecia czesc i tak im sie spodobala, ze chcieli zobaczyc dwie poprzednie. Obejrzeli film jedzac sniadanie, troche sie ogarneli i niedlugo przyjechal moj tata. Mial rehabilitacje w naszej miejscowosci, a ze trwala ledwie pol godziny, to przyjechal na kawe. Mowi, ze rehabilitant nie bardzo wiedzial co z nim robic, bo przygotowany byl na kogos kto ledwie sie rusza, a dostal osobe, ktora swobodnie sama juz chodzi. Nie rozumiem dlaczego rehabilitanci sobie takich informacji nie przekazuja, no ale... W kazdym razie, nastepne zajecia mial miec w srode i podobno dostac cos trudniejszego. Dlugo u nas nie posiedzial, bo podobno chcial uniknac popoludniowych korkow, choc to rozumowanie bylo malo logiczne, bo przejezdzajac przez nasza miejscowosc w strone jego domu, nigdy nie ma wiekszych zatorow. To w przeciwnym kierunku trudno jest sie przedostac. A on wyjechal okolo 14, czyli grubo przed popoludniowymi godzinami szczytu. Kiedy pojechal, Potworki akurat konczyly jesc obiad, chwile odsapneli, a potem spytalam czy maja ochote podjechac do tego klubu w ktorym od stycznia mamy czlonkostwo. Niestety pogoda nie kooperuje i tylko raz udalo nam sie pojechac tam z Kokusiem na lodowisko. Poza tym niestety od dlugiego czasu wiekszosc dni ma temperatury plusowe, wiec lodowisko sie roztopilo, a lod na stawie nigdy nawet solidniej nie zamarzl. Z powodu choroby, Potworki nie zalapaly sie nawet na zjezdzanie na sankach z najwiekszego wzgorza. Niestety jest ono od poludniowej strony, a przy tym tak strome, ze snig znika z niego migusiem. Poniewaz jednak sniegu nadal mamy naokolo sporo, wiec wiedzialam, ze na mniejszych gorkach Potworki maja szanse pozjezdzac. Pod koniec tygodnia mialo nadejsc solidne ocieplenie, a zreszta dzieciaki wracaly do szkoly, wiec to byl ostatni dzwonek na zabawe na sniegu. Bi nie byla przekonana, ale w koncu pojechala. I niespodzianka, bo oboje bawili sie rewelacyjnie.

Jedzie Bi. Zdjecie wyplaszcza i tak naprawde ta gorka byla duzo bardziej stroma, choc niestety raczej niska...
 

Czesciowo moze dlatego, ze praktycznie nie bylo innych dzieci, bo wiadomo, ze Starsza czuje sie "dorosla" i czesto nie robi tego na co ewidentnie ma ochote, bo inni patrza. ;) Teraz, oprocz nich, z gorki zjezdzala jeszcze tylko jedna mala dziewczynka, wiec Potworki szalaly do woli. Poszlismy potem w glab, miedzy drzewa, gdzie nie bylo bardziej stromego wzniesienia, ale za to lagodne i dluuugie. Dzieciaki braly rozped i scigaly sie kto pojedzie dalej.

Bi zjezdza, Nik wchodzi pod "gorke" - tutaj faktycznie bylo niemal plasko ;)
 
Obok stoi drewniany plac zabaw, na ktory Nik musial oczywiscie pojsc, a potem skarzyl sie, ze bylo slisko. Ciekawe dlaczego? :D

Zaraz obok jest zejscie do stawu i to okazalo sie hitem. Staw byl pokryty cieniutka niczym szyba warstwa lodu. Potworkom udawalo sie butami odlamywac kawalki, po czym rzucali nimi o lod, na ktorym rozpryskiwaly sie na setki mniejszych kawaleczkow. 

Kto by pomyslal, ze bedziemy mieli w tym roku taka piekna, zimowa scenerie
 

Zupelnie nie rozumialam co w tym takiego fajnego, ale spedzili na tym wiecej czasu niz zjezdzajac z gorek. Oczywiscie wracajac potem do auta, zaliczyli ponownie kilka zjazdow. ;)

Nik zjezdza w pozycji "na medytacje", jak sam ja okreslil ;)
 

Wrocilismy troche zmarznieci, bo na otwartym terenie mocno wialo, a temperatura wynosila tylko 1 stopien na plusie. Reszta wieczora minela juz typowo. Cos tam posprzatac, poskladac pranie, zmienilam tez dzieciakom posciel, a poza tym oddawalismy sie upojnym chwilom z telewizorem. :D

Wtorek byl ostatnim dniem Potworkowych "ferii". Ponownie wstalismy pozno i dzien dzieciaki zaczely od kolejnej czesci Straznikow galaktyki. Ja w tym czasie robilam sniadanie, ogarnialam sie i odgruzowywalam nieco chalupe. Poniewaz dzien zaczelismy dopiero po 9 rano, wiec zanim sie obejrzalam, musialam pomyslec o obiedzie. Na szczescie, dzieki malzonkowemu, weekendowemu pichceniu, nadal mielismy kotlety i rybe, ale musialam przyszykowac jakies kartofelki oraz surowke. Dzieciaki zjadly i zaproponowalam, ze mozemy pojechac na lodowisko. W klubie niestety panuja roztopy, ale otwarte nadal bylo to, na ktore zwykle jezdzilismy. Poczatkowo zadne z dzieciakow nie wykazalo zbytniego entuzjazmu i juz myslalam, ze nic z tego. Nik szybko stwierdzil, ze wlasciwie dlaczego nie, ale Bi nadal sie opierala. Przekonalam ja jednak, ze od nastepnego tygodnia zapowiadana jest calotygodniowa odwilz i temperatury powyzej 10 stopni. W klubie nie ma szans na otworzenie lodowiska, a tym bardziej urzadzenia go na stawie. A nawet nasze ulubione lodowisko moga zamknac szybciej, bo i tak zwykle robia to w polowie marca. Tymczasem we wtorek mielismy +2 stopnie, wiec temperatury nawet przypominajace zime, czyli idealnie na lyzwy, a ze mogl to byc ostatni raz, wiec w koncu i panna zdecydowala, ze pojedzie. Oczywiscie przez te dyskusje jechac - nie jechac, a potem szukanie rekawiczek, czapek, skarpet, itd., wyruszylismy z domu duzo pozniej niz zakladalam. W polowie drogi nawet zaczelam sie zastanawiac czy to ma sens, ale slowo sie rzeklo, a lodowisko jest na szczescie tanie jak barszcz... Zanim dojechalismy, zaplacilam za wejscie i zalozylismy lyzwy, zostalo nam raptem pol godziny jazdy. Nik byl rozczarowany, ale Bi sie ucieszyla oczywiscie. Przynajmniej, poniewaz czasu bylo niewiele, wykorzystalismy go na maksa. Zwykle przyjezdzamy na godzine, ale sporo z tego czasu odpoczywamy na laweczkach, Starsza jojczy ze bola ja stopy, itp. Tym razem jezdzilismy praktycznie bez przerwy. Mlodszy oczywiscie od poczatku zasuwal jak szogun, ale mnie i Bi zajelo kilka koleczek zeby poczuc sie swobodniej.

Zaleta tak poznego przyjadu bylo to, ze lodowisko robilo sie juz pustawe
 

Ja zawsze potrzebuje czasu na "rozruch", a panna nadal oswaja sie z nowymi lyzwami, bo przeciez to byl ledwie jej drugi raz na nich. Tak "czesto" w tym roku jezdzilismy... ;)

Panna mine ma dosc "zdeterminowana" ;)
 

Ostatecznie jednak oboje stwierdzili, ze dobrze sie bawili. Pytali tez czy mozemy w weekend wybrac sie z jakimis kolegami/ kolezankami. Coz, zobaczymy co sie da zrobic.

Zrobienie im teraz przyzwoitego zdjecia graniczy z cudem, bo Bi broni sie rekoma i nogami. Widziecie ta "szczesliwa" mine? :D
 

Wracajac zajechalismy na stacje benzynowa, gdzie chwycilam sobie kawe, a dzieciaki po plasterku pizzy, a potem podjechalismy jeszcze do biblioteki. Bi miala upatrzona ksiazke i zgarnela jeszcze druga, Nik chwycil komiks, a do tego dorzucili dwa filmy oraz dwie gry. ;) Wrocilismy do chalupy, gdzie juz wieczor minal ekspresowo, zmienilam posciel u nas, pomyslec o jakiejsc kolacji i zaraz trzeba sie bylo szykowac na powrot do szkoly. Na szczescie w tym tygodniu tylko na 3 dni. :)

W srode "ferie" oficjalnie sie skonczyly, wiec dzien zaczal sie brutalna (:D), wczesna pobudka. Jak sobie pomysle, ze za 3 tygodnie zmienimy czas (u nas jest to na wiosne wczesniej niz w Polsce), to plakac sie chce. Od zawsze nienawidzilam tej wiosennej zmiany czasu... :/ Poki co jednak, trzeba bylo wstac normalnie, poasystowac corce w szykowaniu sie do wyjscia i pomaszerowac, ona na przystanek, a ja na kraniec podjazdu. Mielismy -9 stopni, ale na szczescie nie wialo, wiec temperatura byla podobna, a autobus podjechal juz o 7:23, wiec nie musialysmy dlugo tam sterczec. Nik sam sie obudzil zanim wyszlam z Bi, wiec kiedy wrocilam, siedzial juz na dole i konsumowal sniadanie. Zjadlam swoje, Mlodszy skonczyl sie szykowac i pomaszerowalam z kolei z nim. Tu na szczescie tez autobus dosc szybko podjechal i moglam wrocic do cieplutkiej chalupy. W domu jak zwykle, wstawic zmywarke oraz pralke, poskladalam pranie z dnia poprzedniego, umylam kuchenke... Udalo mi sie wypic spokojna kawke, po czym pojechalam do roboty. Nie chcialo mi sie jak diabli, bo przez choroby calej rodziny, nie bylo mnie tam niemal 2 tygodnie. Jak juz jednak dojechalam, poczulam sie duzo lepiej. Praca wprowadza jakas taka spokojna rutyne i porzadek w plan dnia. :) W robocie posiedzialam kilka godzin i nawet widzialam szefa, bo napisalam mu ze dostal list, wiec przyjechal go zabrac. Szkoda, ze gosciu jak zwykle byl cichotajny, powiedzial dzien dobry, po czym zaszyl sie w swoim biurze i tyle go widzialam. :/ Po pracy do chalupy, obiad, chwile posiedziec i pogadac z rodzina, po czym reszta jechala na basen/ silownie. Wreszcie tygodniowy grafik wraca do wzglednej normy po tym przydlugim chorowaniu. ;) Oni budowali miesnie, a zajmowalam sie jak zwykle domem. Po ich powrocie oczywiscie zostal tylko czas na kolacje i pora byla szykowac sie do snu.

W czwartek rano powtorka z rozrywki. Wyszlam z Bi i z daleka nadzorowalam co dzieje sie na przystanku. Na szczescie kolezanka wysiadla i stala z Bi, a autobus przyjechal ponownie calkiem szybko. Potem powrot do domu, do Kokusia, a po chwili musialam wyjsc z kolei z nim. Dzieciaki pojechaly do szkol, ale ja zostalam tego dnia w domu. Odkurzylam i pomylam podlogi i ogolnie zajelam sie chalupa. Milo bylo tak pobyc sam na sam z domkiem, po kilkunastu dniach kiedy ciagle ktos platal sie pod nogami. ;) Jak to bywa kiedy czlowiek cieszy sie samotnoscia, ani sie obejrzalam, a wrocila ze szkoly Bi, a wkrotce po niej chlopaki. Nik mial tego dnia pisac test z matematyki, ale hamerykancka szkola poraz kolejny mnie zaskoczyla. Pozytywnie. Nauczycielka wiedziala, ze Nik opuscil praktycznie caly zeszly tydzien, wiec ominely go powtorki i cwiczenia zagadnien. Kiedy wiec reszta pisala, matematyczka usiadla z samym Kokusiem zeby mu wytlumaczyc to, co robili kiedy go nie bylo. Test mial za to napisac w piatek. Nie ukrywam, ze bardzo mi sie takie podejscie do ucznia podoba... Tak jak w srode, zjedlismy obiad, troche posiedzielismy, Starsza odrobila lekcje i niedlugo M. z dzieciakami jechali na trening. Ja ponownie mialam do poskladania pranie, do wstawienia zmywarke, przygotowalam sniadaniowki na kolejny dzien, ale udalo mi sie tez usiasc ze spokojna kawka. Kiedy wrocili to juz byla szybka kolacja i szykowanie sie do spania.

Piatkowy ranek to znow podobny schemat, tyle ze z opoznieniami autobusow w tle. Wiecie, trzy dni z przyjazdami na czas, to wyraznie za duzo. :D Ten Bi jeszcze nie dojechal jakos tragicznie, bo o 7:28, wiec 5 minut pozniej niz w poprzednich dwoch. Tyle, ze padal deszcz i bylo raczej paskudnie, wiec niezbyt milo sie stalo. Za to z Kokusiem doszlismy na przystanek i zdziwieni stwierdzilismy, ze nikogo tam nie ma. Na glos zastanawialam sie czy sie spoznilismy, ale w tym momencie zobaczylam nadchodzacego sasiada z corka. Ktory zagadnal o mailu informujacym o opoznieniu. Super... Rano to taki wyscig z czasem, ze nie mam kiedy sprawdzac maili. Takie zawiadomienia powinni wysylac smsami. W kazdym razie, opoznienie mialo wyniesc 10-12 minut, ciekawe tylko w stosunku do ktorej pory. Pewnie bowiem nie pamietacie, ale autobus Kokusia mial przyjezdzac wczesniej - o 7:50. Jak dotychczas jednak ani razu mu sie to nie udalo i dojezdza o 7:55 lub pozniej. Tym razem dojechal o 8:07, wiec nie bylo najgorzej, chociaz tak jak wczesniej z Bi, stanie w padajacym deszczu to zadna przyjemnosc. Wrocilam do domu i jak zwykle mialam do rozladowania zmywarke i poskladanie prania, przrywane co chwila wypuszczaniem i wpuszczaniem Oreo. Nie wiem co ja napadlo tego dnia, ale nie mogla sie najwyrazniej zdecydowac, gdzie chce zostac. Potem pojechalam do roboty, gdzie o dziwo ponownie pojawil sie szef. Nie moze w domu z zona wytrzymac (ona pracuje zdalnie), czy co? ;) Zbyt dlugo tam nie posiedzialam, bo piatek to dzien, kiedy zwykle jade po tygodniowa spozywke. Wyszlam wiec o rozsadnej porze i popedzilam na zakupy. Ogarnelam sie w miare sprawnie i do domu dotarlam gdzies po 16. Reszta popoludnia oraz wieczor uplynela pod znakiem relaksu, z racji ze dzieciaki nie mialy zadnych treningow, wiec nigdzie nie trzeba sie bylo szykowac. W ogole teraz, kiedy nie ma ani meczow, ani zawodow plywackich, weekendy zapowiadaja sie raczej nudne. Szczegolnie ze kasy na zadne ekstrawagancje tez nie ma. ;) A! Napisala do mnie mama kolezanki Bi, z ktora grala w pilke przed ostatnim sezonem. Nie wiem czy pamietacie; to ta dziewczynka, ktorej dziewczyny tak docinaly, ze odeszla do zespolu w swojej miejscowosci jeszcze zanim zaczal sie jesienny sezon. W kazdym razie, piszemy do siebie z ta mama od czasu do czasu i wspominalam wczesniej, ze Starsza za cholere nie chce grac na wiosne. Teraz zaproponowala ze Bi moze zagrac z ich zespolem, bo ktos odchodzi i  szukaja zastepczej zawodniczki. Ona pamietala, ze Starsza byla bardzo dobra i pomyslala, ze moze zechce zagrac w zespole swojej corki, w ktorym ponoc panuje duzo lepsza atmosfera. Niestety, najwyrazniej niechec Bi do pilki noznej siega glebiej niz tylko do obecnej druzyny, bo nie chce grac nawet z kolezanka, ktora do tamtego feralnego odejscia, wydawala sie jedna z najblizszych kumpelek. :( Nowa miloscia panny jest plywanie, tylko ciekawe na jak dlugo? :D W kazdym razie, wieczor byl spokojny i szkoda, ze po takim niby "krotszym" tygodniu obowiazkow czulam sie wyrabana (okres tez nie pomagal) jakbym wlasnie przebrnela przez caly tydzien pracy...

Caly miniony tydzien byl nadal dosc zimowy. Temperatura nie przekraczala 2 stopni i nadal wszedzie lezy sporo sniegu. Dopiero dzis mielismy +6 stopni, co w polaczeniu z porannym deszczem pozwolilo go troche stopic. W weekend ma nadal byc dosc chlodno, a do tego wietrznie, co spowoduje dodatkowo sporo nizsze odczuwalne temperatury. Od poniedzialku jednak, zapowiadaja wiosne. Ma cos padac, ale temperatury maja sie utrzymac powyzej 10 stopni, bez przymrozkow nawet w nocy. Podejrzewam, ze kilka takich dni i snieg "zjedzie" zupelnie. W dodatku na horyzoncie nie ma zadnego ochlodzenia, a przeciez to dopiero koncowka lutego i poczatek marca...

piątek, 16 lutego 2024

Chorobowe (i pogodowe) zmiany planow

Przez chorobe Bi, plany na sobote, 10 lutego, nam sie oczywiscie ryply. Zakladalismy, ze pojade ze Starsza na mistrzostwa plywackie, a M. z Kokusiem na mecz koszykowki. Panna jednak wstala rano z temperatura 38.8 (!), a do tego smarczala i chrypiala, wiec nie bylo mowy zeby chociazby zastanowic sie nad plywaniem. Wobec tego malzonek zostal w chalupie z corka, a ja zabralam syna na, juz ostatni, mecz. Byl on na 12:15, w szkole w sasiedniej miejscowosci, do ktorej mamy doslownie 3-4 minuty autem. Byloby wiec idealnie, ale na ten dzien zaplanowane tez zostaly zdjecia... w szkole Kokusia. Zespol Nika mial sesje wyznaczona na 11:25, przy czym w informacji zaznaczono, zeby przyjechac okolo 5 minut wczesniej w celach ogarniecia papierologii.

(Nie)cala druzyna

Trener wyslal maila ze zaraz po zdjeciach ruszymy prosto do szkoly, w ktorej chlopcy mieli rozegrac mecz. Zdjecia oznaczaly niestety, ze zamiast o 12:05, musialam z Kokusiem wyruszyc z chalupy juz godzine wczesniej. Pora byla zreszta taka ni w gruche, ni w pietruche. Pewnie zakladali, ze wiekszosc chlopcow bedzie chciala zdjecia indywidualne, tymczasem wzial je chyba tylko Nik. W dodatku zrobili je przed grupowymi, wiec potem zostalo nam 40 minut do meczu, zas jazda na miejsce zajela niecale 20.

NBA :D
 

Trener tak sie spieszyl, ze dwoch chlopcow nie ma na zdjeciach i choc jednen byl chory, to drugi po prostu troche sie spoznil i juz nie zalapal. Facet poganial wszystkich po zdjeciach jakbysmy byli spoznieni, a potem stalismy tam i ogladalismy prawie polowe innego meczu... W koncu jednak sie doczekalismy i... porazka. Trzeci mecz pod rzad kiedy chlopaki przegrali i to tym razem solidnie - 9:19. Przeciwnicy trafiali raz za razem, nawet jakies dziwne rzuty, a u nas a to pilka sie odbila od kosza, a to zakrecila po okregu, ale zamiast wpasc to wyskakiwala spowrotem... ;) W dodatku juz kiedys zauwazylam, ze sa chlopcy, ktorzy podaja tylko do okreslonych kumpli. Niewazne, ze inni sie odslaniaja i podbiegaja, tamci kreca sie w miejscu, wypatrujac swoich "wybrancow". :D

Kadr z filmiku i niestety nie udalo mi sie znalezc ujecia, ktore byloby ostre. Nik oczywiscie przy pilce ;)
 

Tak czy owak, sezon koszykarski zakonczylismy ze srednim wynikiem. Jeszcze kilka tygodni temu druzyna zajmowala miejsce 3 czy 4 (na 17) w tabeli, ale teraz spadla na 8. Najwazniejsze jednak, ze chlopcy dobrze sie bawili. Teraz Kokusiowi zostalo juz tylko plywanie, no chyba ze jeszcze zmieni zdanie i zdecyduje sie wrocic do zespolu pilkarskiego na wiosne. Tu jednak managerka prosila zeby dac jej znac do konca lutego, wiec nie ma zbyt duzo czasu na decyzje. Po meczu Nik chcial pojsc na plac zabaw obok szkoly, a ze mielismy 14 stopni, wiec nie bylo przeszkod.

Plac zabaw maja naprawde ciekawy i szkoda, ze od szesciu lat tu mieszkamy, a nie wiedzielismy o jego istnieniu ;)
 

Mlodszy wyprobowal niemal wszystko co tam bylo, ale z placu wygonily go... osy. Niestety, od kilku dni mielismy temperatury solidnie na plusie i cale robactwo sie pobudzilo. :/ Po powrocie do domu zjedlismy obiad, dzieciaki pobiegly do kotow sasiadow, obejrzelismy skoki narciarskie i wlasciwie byla pora jechac do kosciola. Bi zostawilismy oczywiscie w chalupie, wiec Nik byl bardzo obrazony i cala droge oraz msze wlasciwie sie do nas nie odzywal. Niestety, wieczorem M. oznajmil ze czuje ze i jego rozklada, a Starsza znow miala prawie 39 stopni. :( Ja juz od kilku dni mialam takie dziwne uczucie w nosie i gardle, ale poki co nie szlo to ani w jedna, ani w druga strone. Tylko Nik nadal sie trzymal, choc niedlugo. Ale nie uprzedzajmy faktow... ;)

W niedziele rano M. pojechal do roboty, a ja z Potworkami dosypialismy. Kiedy wstalismy, pobiegli do kotow sasiadow, a potem zjedli sniadanie i zasiedli do ogladania Guardians of the galaxy. Bi rano miala 37.1, ale wyraznie czula sie lepiej, co widac bylo po powrocie pyskowania. ;) Nadal solidnie cieklo jej z nosa, ale przyznala ze gardlo raz ja boli, raz przestaje, choc nadal byla mocno zachrypnieta. Podejrzewam, ze bylo po prostu bardzo podraznione. Za to zaczela kaszlec jak gruzlik, takim ohydnym, odrywajacym, mokrym kaszlem. Kiedy M. wrocil z pracy, poskarzyl ze lamie go w kosciach, zimno mu i boli go gdzies w piersiach przy odkaslywaniu. Zeby bylo "zabawniej", ja sama zaczelam kaszlec, ale w przeciwienstwie do Bi, kaszel mialam suchy i meczacy. Czyli na froncie domowym zdrowy pozostal tylko Nik, co bylo dosc niespodziewane, bo on najszybciej lapie jakies swinstwa. Popoludnie spedzilismy w chalupie, ogladajac skoki, a potem inne pierdoly w tv. Na szczescie mielismy reszte "chinczyka", wiec dogotowalam tylko ryz i obiad gotowy. Oczywiscie powstal dylemat czy puszczac Bi do szkoly kolejnego dnia. Poki mowilam ze zobaczymy czy na wieczor wroci jej goraczka lub stan podgoraczkowy i jak sie bedzie ogolnie czula, to panna argumentowala, ze w szkole gada i nauczyciele daja zadania grupowe kiedy trzeba duzo mowic, a ona nie chce zeby wszyscy slyszeli ze jest chora, itd. Kiedy jednak pod wieczor stwierdzilismy z M., ze jak im zakaszle to pewnie i tak wysla ja do domu i powiedzialam jej ze zostaje w domu, to mine zrobila rozczarowana. Nie nadazam za tym dzieckiem. ;) Przed snem musialam wiec przygotowac tylko jeden plecak i sniadaniowke. Jedyna zaleta obecnej sytuacji w pracy jest, ze moge zostac w chalupie z chorym dzieckiem nie martwiac sie o branie wolnego. A juz poznym wieczorem, kiedy szykowalam sie do snu, Oreo przyniosla pod drzwi frontowe... mysz. Na szczescie calkowicie niezywa. ;)

Ta duma w oczach :D
 

Podeszla potem pod okienko jakby sie chwalila: "popatrz co mam!", bo choc uchylilam drzwi, nie chciala wejsc do domu, tylko pobiegla na ogrod. Mysz zmienila kilka razy "pozycje", wiec najwyrazniej probowala "ozywic" zabawke, ale cale szczescie pozniej wrocila do domu nawet nie probujac wniesc jej do srodka.

Poniedzialek przywital mnie pol godziny pozniej, bo z racji, ze Bi nie szla do szkoly, moglam pospac dluzej. Wstalam, przymknelam drzwi do jej pokoju, zjadlam sniadanie i obudzilam Kokusia. Kawaler jadl i sie szykowal, a ja wypuscilam Maye na siusiu i poszlam na gore sie umyc. Niestety, tego dnia sama wstalam z wyraznie gorszym samopoczuciem. Lamalo mnie w kosciach i czulam sie ogolnie rozbita. Dodatkowo, poza nadal meczacym kaszlem, puscilo mi sie nosa. A wisienka na torcie bylo kiedy Nik powiedzial mi, ze bola go kolana oraz gardlo przy przelykaniu. :O Oczywiscie kiedy o tym wspomnial? Jak juz mial zalozone buty oraz kurtke i wychodzilismy z domu. Nastroj mial jednak w miare ok, wiec w ciagu kilku sekund kiedy musialam podjac decyzje, stwierdzilam ze chyba nie jest zle. Po drodze pobiegl jeszcze do sasiadow otworzyc kotkom drzwi tarasowe (zeby mogly wyjsc sie zalatwic), ale na karmienie siersciuchow nie bylo juz czasu. Stwierdzilam, ze poprosze pozniej Bi. Po odjezdzie Kokusia, wrocilam i czekalam az panna wstanie. W miedzyczasie poskladalam jedno pranie, wstawilam kolejne, rozladowalam zmywarke, a panna spala i spala. Najwyrazniej jej organizm tego potrzebowal, bo to do niej zupelnie niepodobne. Wstala narzekajac, ze nadal kiepsko sie czuje, choc podejrzewam, ze byla po prostu rozespana, bo pozniej sie rozruszala i przez reszte dnia energia ja wrecz rozpierala. Powiedzialam ze trzeba pobiec nakarmic sasiedzkie kiciule i poszla bez problemu. Poza okropnym kaszlem, wlasciwie nic jej nie dolegalo. Na gardlo pomagalo picie, wiec raczej bylo po prostu wyschniete. Zmniejszyla sie tez wyraznie ilosc zuzytych przez nia chusteczek. Wszystko wiec wydawalo sie isc ku lepszemu, az do poludnia, kiedy nagle zadzwonil moj telefon. Szkola Kokusia. Od razu wiedzialam co sie dzieje i nie pomylilam sie. Dzwonila pielegniarka, ze ma Nika w gabinecie, a on ma goraczke i zle sie czuje. Wspaniale... To teraz juz naprawde mielismy w domu "szpital na peryferiach"... :( Pojechalam po syna, ktory wygladal jak kupka nieszczescia, chociaz termometr pokazal "tylko" 38.0. Tak juz z Potworkami jest, ze Bi zwykle ma baaardzo wysokie temperatury, za to stan podgoraczkowy niemal jej nie rusza. Za to Nika goraczki sa sporo nizsze, ale glupie 38 scina go z nog. Dostal tabletki przeciwgoraczkowe i sam przebral sie w pizame oraz zapakowal do lozka. Wiekszosc popoludnia przespal.

Bidulek...
 

Po pierwszej dawce obudzil sie, ale zostal w lozku bo nawet bez goraczki czul sie nie za bardzo. Po czterech godzinach, z zegarkiem w reku, goraczka znow zaczela wracac i po zaaplikowaniu lekarstwa znow zasnal. Zbudzil sie pozniej nieco zywszy, ale namowienie go na zjedzenie czegokolwiek graniczylo z cudem. W koncu, po dlugich namowach i proponowaniu wszelakich przysmakow, zjadl dwa male pancake'i. Na szczescie mialam je zamrozone. Przez caly dzien skonsumowal platki z mlekiem na sniadanie, potem te placuszki, a na koniec troche chrupek ketchupowych z polskiego sklepu. To wszystko... :( Wrocil M., wygladajac niewiele lepiej od syna. Podobno w pracy lykal tabletki jak cukierki, bo jak tylko przestawaly dzialac, czul ze lapie go goraczka. Zamiast jednak wrocic do domu, przemeczyl sie caly dzien, rozsiewajac zapewne zarazki. Na szczescie stwierdzil, ze nastepnego dnia bierze wolne. Jak nie M., ale w decyzji pomoglo nie tylko marne samopoczucie, ale jeszcze zapowiadana burza sniezna. Juz od kilku dni przepowiadali istny "kataklizm" na wtorek, chociaz popoludniu jakby spuscili z tonu i stwierdzili, ze tor sztormu przesunal sie nieco i jednak nie mamy zostac kompletnie zasypani. Malzonek mowil, ze wracajac z pracy widzial niemozliwe kolejki na stacjach benzynowych. Idiotyzm, bo burza miala przejsc do 13 po poludniu, wiec w gre wchodzil tylko jeden dzien kiedy drogi moga byc kiepskie zanim przejada plugi... A zreszta, jak utkniesz na swojej ulicy, to pelen bak benzyny tez nie pomoze. Oczywiscie czesc tych ludzi tankowala na pewno kanistry zeby miec paliwo do odsniezarek. Moj malzonek, ktory lubi sobie pomachac szufla, czul sie jednak na tyle zle, ze stwierdzil ze mowy nie ma zeby tym razem odsniezal recznie. Poszedl wiec sprawdzic swoj sprzet, ktory nie ruszany od ponad roku, jednak odpalil bez protestu. ;) A pod wieczor, tak jak sie spodziewalismy, dostalismy maile oraz sms'y, ze kolejnego dnia szkoly maja byc zamkniete. Oczywiscie padlo na kiedy?! Na wtorek! Jesli nie pamietacie, to jest dzien klubu narciarskiego. Czyli teraz juz bedziemy odrabiac stracone dni do pierwszego wtorku marca. :O Potworki oczywiscie zadowolone, choc Kokusiowi jazda do szkoly i tak nie grozila. Moze wiec dobrze sie stalo, ze klub narciarski i tak odwolano, bo nie pamietam jak to wyglada kiedy opusci sie ktorys wyjazd z powodu choroby...

We wtorek wszyscy moglismy wiec pospac dluzej, choc u M. ze spaniem bylo kiepsko. Juz druga noc pod rzad, kiedy lezal, lub nawet pol-lezal, strasznie zrywalo go na kaszel. Ostatecznie schodzil na dol i spal na siedzaco na kanapie, ale wiadomo, ze to zadne spanie... Przynajmniej wpuscil do domu Oreo, ktora wieczorem nie wrocila na wolanie i balam sie ze jak zacznie sypac, to schowa sie niewiadomo gdzie. Kladac sie spac, zastanawialam sie oczywiscie czy faktycznie ten snieg nadejdzie i o ktorej. Rano okazalo sie, ze meteorolodzy sie pomylili, ale w druga strone, czyli spadlo wiecej niz przewidywali. :O  Jesli wierzyc wiadomosciom, to nasza miejscowosc dostala rekordowa ilosc - niemal 40 cm!

Taki widok przywital mnie z okna kiedy rano wstalam z lozka
 

Szkoda, ze Potworki niestety nie mialy jak z tego skorzystac... Bi nadal od czasu do czasu musiala porzadnie odkasznac i stwierdzilam, ze jak nie musi, niech lepiej nie wychodzi. Nik niestety caly dzien mial stan podgoraczkowy, a poznym popoludniem goraczke, poza tym ogolnie kiepsko sie czul, wiec nawet nie wspomnial, ze chcialby na snieg. Malzonka tez wzielo strasznie i ciesze sie, ze postanowil zostac w domu. Praktycznie dokladnie co 4 godziny musial zbijac goraczke, a do tego dostawal okropnych atakow kaszlu. Jakby tego bylo malo, wieczorem oznajmil, ze boli go gardlo... No pelen pakiet. ;) Co ciekawe, ja nadal czulam sie calkiem niezle. W poniedzialek wydawalo mi sie, ze mnie tez "bierze", tymczasem we wtorek poza lekkim kapaniem z nosa oraz kaszelkiem, nic mi nie dolegalo. :O Niestety za wczesnie bylo zeby sie cieszyc. I moj tata i ja, zgodnie przewidywalismy, ze wszyscy w domu wyzdrowieja, to wtedy rozloze sie ja. ;) Dzien spedzilismy wiec baaardzo leniwie. Nik wlasciwie nie wychodzil z lozka, poza posilkami, bo kiedy mial zbita goraczke, apetyt nawet mu dopisywal. Malzonek wiekszosc czasu drzemal na kanapie. Ja oczywiscie ogarnialam pranie, zmywarke, jakies tam pomniejsze porzadki... Zabawialam tez corke, skoro obie niezle funkcjonowalysmy, podczas gdy meska czesc rodziny ledwie zyla. ;)

Stare, dobre "statki"
 

Snieg przestal sypac okolo 14 i wiekszosc sasiadow wylegla odsniezac.

Zdjecie zrobione jakies 2.5 godziny przed koncem sniezycy

I widok na przod niemal o tej samej porze

Wspomnialam M., ze jesli powie mi jak wlaczyc odsniezarke, to pojde i odgarne nasz podjazd oraz chodnik, ale upieral sie, ze sprzet kupil ogromny i nie dam rady przepchnac go pod gorke. Nie jestem przekonana czy to prawda, ale ze w sumie srednio mi sie chcialo, wiec odpuscilam. ;) Stwierdzilismy, ze w srode, kiedy (miejmy nadzieje) M. poczuje sie lepiej, odsniezymy nasza posesje. I tak siedzialam sobie radosnie, az Bi spytala jak ona przejdzie rano na przystanek? Ups... Zadne z nas nie pomyslalo, ze owszem, ulica w miare odgarnieta, sasiedzi obok odsniezyli chodnik przed swoim domem, ale wokol naszego nadal lezy prawie pol metra sniegu... A kiedy wczesniej panna szla do skrzynki, snieg wsypywal jej sie gora do sniegowcow...

W szoku bylismy, ze listonosz w ogole jezdzil, ale potem dojrzelismy, ze na tylnych kolach ma... lancuchy
 

Zaproponowalam, ze moze raz pojechac do szkoly w sniegowcach, ale uparla sie ze bedzie jej potem za goraco w stopy. Musicie wiedziec, ze hamerykanckie dzieci, pomimo wlasnych szafek, z reguly nie zmieniaja obuwia. Oczywiscie zdarzaja sie wyjatki i np. Nik rok czy dwa temu bral adidasy na przebranie, wlasnie zima kiedy chcial polazic przez zaspy w drodze na przystanek. Bi to oczywiscie inna osobowosc i sniegowce w szafce by jej tak straaasznie przeszkadzaly... Byla godzina 17, mielismy jeszcze jakies pol godziny swiatla dziennego, wiec stwierdzilam, ze ok, pojde odsniezyc chociaz sciezke od frontowych drzwi do ulicy. Uch... Temperatura byla caly czas w okolicach zera, wiec snieg byl mokry, ciezki i lepil sie do lopaty. Juz po chwili plecy daly mi znac, ze za nic im sie ta robota nie podoba. ;) Przed frontowymi drzwiami odsniezylam cala kostke, bo tam slonce niemal o tej porze roku nie dochodzi, a nie chcialam zeby zrobilo sie lodowisko. Przez reszte kostki, schodow oraz kawalek podjazdu zrobilam sciezke na szerokosc lopaty, bo na wiecej nie starczylo mi energii. I w zasadzie swiatla dziennego, bo kiedy konczylam bylo juz wlasciwie szaro. Przy mnie oczywiscie biegal pies probujac wcisnac mi pileczke i nawet kot wyszedl, choc nie wiem po co, bo przeciez sniegu nie lubi. Po takiej "cudownej" robocie, wspaniale bylo wygrzac dupke przy kominku, ktory rozpalil M. :) I tak siedzielismy sobie w przytulnym domu, na dworze pomalu robil sie siarczysty mroz, a kot przepadl. Zdziwilam sie, bo przy poprzednich opadach sniegu, Oreo w ogole nie chciala przebywac na zewnatrz. Wychodzila i zaraz byla z powrotem. Tymczasem we wtorek minely 4 godziny, zrobila sie 21:30 kiedy zwykle dostaje kolacje i nie wracala. Zaczelam wolac ja to z jednej, to z drugiej strony domu i nic. Stwierdzilismy, ze albo wypuscila sie wyjatkowo daleko, albo zaszyla sie gdzies w jakims kaciku bez sniegu. Dopiero kiedy M. kladl sie juz do lozka, cos go tknelo i mruknal, ze moze kiciul jest w garazu? No fakt, ze wylazla akurat kiedy odsniezalam, a ja wyszlam garazem bo stamtad mialam blizej za dom (gdzie staly lopaty), wiec byl otwarty. Malzonek zszedl na dol i... bingo! Przylecial kotel, miauczacy wnieboglosy i pewnie obrazony, ze tak sie go bezczelnie zamknelo. :D Musiala wslizgnac sie do garazu i jak to kot, schowac pod jedno z aut, a ja weszlam, zamknelam za soba drzwi zewnetrzne, potem te od domu i Oreo zostala uwieziona. Szczesliwie M. wpadl na to, bo inaczej spedzilabym nocke martwiac sie czy wroci gdzies nad ranem czy rano. ;)

Poniewaz sniegu "naebao" jak cholera, a do wieczora plugi nie do konca odgarnely wszystko jak trzeba, wiec mialam nadzieje, ze w srode opoznia troche lekcje. Niestety, nie mielismy takiego szczescia, wiec trzeba bylo sie zerwac z Bi o 6:30 rano. Na dworze mielismy -6 stopni przy porywistym wietrze, co sprawilo ze czekanie na autobus bylo mocno nieprzyjemne. Na szczescie dotarl dosc szybko, a Bi wsiadla wczesniej do auta kolezanki, wiec siedziala w cieple. Ucieszylam sie, bo wiadomo, panna byla swiezo po chorobie i przeszlo mi samej przez mysl ze moze powinnam wziac auto, ale mielismy nieodsniezony podjazd. Mam 4x4, ale i tak trudno byloby sie przebic, a takie ubite czesci bardzo ciezko jest potem odsniezyc.

Wyszly z nami obydwa zwierzaki, ale potem wyprzedzily mnie w drodze powrotnej do chalupy :D
 

Nik tego dnia nie mial juz goraczki, ale za to zaczal strasznie smarkac. Jak to przy katarze, oczy lzawily, nos i skora pod nosem obtarte i wygladal jak kupka nieszczescia. Poziom energii jednak wyraznie wzrosl, wiec do konca dnia zastanawialam sie czy puscic go w czwartek do szkoly, czy zostawic kolejny dzien w domu. Malzonek rowniez w koncu pozbyl sie goraczki, wiec mimo ze nadal porzadnie kaszlal, stwierdzil ze pojdzie odsniezyc. Oczywiscie, jak na zlosc, to byl najzimniejszy dzien tygodnia, bo mielismy -1, ale wialo tak, ze glowe urywalo, a odczuwalna temperatura byla duuuzo nizsza. Ubral sie jednak cieplo, na twarz naciagnal kominiarke i poszedl.

Z odpowiednim sprzetem zeszla mu niecala godzina
 

Ja tez wyszlam i poszerzylam troche sciezke odsniezona dzien wczesniej na kostce. :)

Popedzila za mna oczywiscie Maya, ktora zameczala mnie swoja pileczka, a ze ta co chwila wpadala w snieg, wiec psiur zmuszony byl ryc w nim nosem :D

Taaakie sople wisialy nad garazem. Tego stracilam zeby pokazac Kokusiowi, a potem pedem wyrzucilam na taras, bo juz solidnie z niego kapalo ;)

Wrocila ze szkoly Bi, ktora nadal byla leciutko zachrypnieta i narzekala ze boli ja gardlo, choc podejrzewam, ze bylo po prostu zaschniete, bo po cieplej herbacie od razu jej sie polepszylo. Ja sama nadal czulam sie znosnie, choc w nosie nadal troche gralo i musialam odchrzaknac lub odkaszlnac. Oczywiscie zadne z nas nie mialo sily na Wale-w-tynki. Rano dalam tylko dzieciakom serduszka ze Skittles'ami w srodku. Poniewaz niewiadomo bylo kto nadal zaraza, a kto nie, wiec odpuscilismy sobie tez msze na Srode Popielcowa. Popoludnie oraz wieczor spedzilismy przy kominku, bo na dworze wialo tak potwornie, ze mialam ciagle wrazenie, ze skads ciagnie mi po nogach. Ostatecznie uznalismy, ze Kokusiowi dobrze zrobi kolejny dzien w domu, choc kawaler grzecznie twierdzil, ze jak powiemy, ze ma jechac do szkoly, to pojedzie. ;) Tego dnia mialam zawiezc tate na kontrole operowanego kolana i cale szczescie ze sam moze juz prowadzic auto. Balabym sie, ze sprzedam mu wirusa... Pojechal wiec samodzielnie i potem przyslal tylko zdjecie, pokazujace jakim jest teraz "cyborgiem". ;)

Doklejone czesci az daja po oczach ;)

W czwartek rano wstalam wiec z Bi, ktora niemal odzyskala glos i kaszlala tylko sporadycznie. Ciesze sie, ze wrocila do szkoly, bo juz teraz musiala nadrabiac jakies testy i pisala kolejne. W middle school lepiej nie robic sobie wiekszych zaleglosci... Tego ranka bylo -7 i choc nie wialo az tak jak dzien wczesniej, to odczuwalna i tak wyniosla -12. :O A autobus oczywiscie dotelepal sie dopiero o 7:28. :/ Wrocilam do chalupy, zjadalm sniadanie i calkiem niedlugo po tym, obudzil sie Nik. Ucieszylam sie, ze jednak zostal w domu, bo wygladal okropnie. Czerwony nos, czerwone, zalzawione oczy i w dodatku lekka chrypka. Na jedno oko tak narzekal, ze wystraszylam sie ze znow ma zapalenie spojowek, ale na szczescie pozniej okazalo sie, ze to po prostu zwykle rozespanie. Trzeba przyznac, ze Mlodszy choruje tak, jak powinien, czyli spedza caly dzien w lozku. Nie to co Bi, ktora uparcie schodzila na dol, siedziala w fotelu i nie chciala sie przykryc chocby kocem, nawet kiedy trzesla sie z zimna od goraczki... Zszedl jednak na dol na sniadanie, a potem ganial chwile za kotem, wiec poza katarem i lzawiacymi patrzalkami zdawalo mu sie nic wiekszego nie dolegac. Ja o dziwo czulam sie praktycznie normalnie. Przez wiekszosc dnia musialam sobie tylko czasem lekko odchrzaknac i tyle. Mialam tez duzo wiecej energii. Wstawilam pranie, zmywarke, wyszorowalam szuflady od air fryera (ech; syzyfowa praca ;P) i wzielam sie za odkurzanie i mycie podlog u gory. Na ten czas musialam wygodnic syna na dol, to znaczy dostal opcje pozostania w lozku, ale stwierdzil, ze bedzie za glosno. ;) Malzonek napisal, ze po robocie pojedzie po pizze, wiec kiedy Bi wrocila ze szkoly, dalam dzieciakom tylko po kilka nuggets'ow, bo panna przyjechala glodna jak wilk, a nie chcialam zeby sie opychali przed glownym daniem. Powrot do szkoly z zaleglosciami dobrze na nia wplynal, bo z marszu wziela sie za wszystko, co jeszcze gdzies tam ma do opanowania. Miedzy innymi jeden utwor z orkiestry, ktory cwicza od Bozego Narodzenia, ale jest trudny i niektore czesci nadal ciezko jej zagrac w odpowiednim tempie.

Juz dawno nie mialam okazji posluchac jak Bi gra
 

Malzonek wrocil nadal kaszlacy i kichajacy, ale bez goraczki. Niestety, kiedy moglo sie wydawac, ze idzie ku lepszemu, Nikowi po poludniu temperatura podskoczyla do stanu podgoraczkowego i tak juz zostala. A juz mialam w planach wyslanie go w piatek do szkoly. Niby na jeden dzien to troche bezsensownie, ale z drugiej strony, ile mam go trzymac w domu z powodu kataru? Skoro jednak temperatura lekko podwyzszona, to mu sie upieklo. ;) Co "lepsze" na wieczor ja sama zaczelam czesciej odkaslywac i ciagac nosem, moze wiec moje wczesniejsze dobre samopoczucie, to byl falszywy alarm. Mozliwe jednak, ze bylo to spowodowane tym, ze wczesniej wzielam sie za szorowanie naszego prysznica, a mam taki spray do mycia szyb prysznicowych, ktory ma okropne wyziewy. Zawsze musze co chwila wystawawiac glowe zeby zaczerpnac swiezszego powietrza, bo podraznia nos, gardlo i oczy. Wychodze po tym kaszlaco - smarkajaca i ze lzawiacymi galami. Ale za to czysci rewelacyjnie, wiec co jakis czas sie poswiecam, choc potem musze otwierac okno w lazience, bo nie mozna tam wytrzymac. ;) A na wieczor, calkiem niespodziewanie, zaczal padac snieg. Tym razem jednak nie byla to zadna wielka sniezyca i spadla tylko warsteweczka, na tyle zeby przykrycz wszystkie powierzchnie. Z ktorych snieg dopiero co stopnial, ale to szczegol. ;)

Piatkowy ranek byl troche cieplejszy, bo mielismy -1. Niestety, znowu potwornie wialo, wiec nie dosc ze odczuwalna temperatura wynosila -5, to jeszcze bylo zwyczajnie okropnie. Na szczescie autobus Bi sie zlitowal i juz o 7:23 byl na przystanku. Z ulga wrocilam do domu, zjadlam sniadanie, nakarmilam kiciula i czekalam az obudzi sie Nik. Chcialam jechac na tygodniowe zakupy, ale najpierw wolalam zobaczyc jak syn sie miewa oraz dac mu sniadanie i lekarstwa. Jak mozna sie bylo spodziewac, spal do 9:30. ;) Kiedy jednak w koncu sie obudzil, poza tym ze byl straszliwie zaspany, wygladal duzo lepiej niz poprzedniego dnia. Nadal nos mial zawalony, ale oczy juz mu tak nie lzawily i mial mniej obtarta od ciaglego wycierania warge. Dla rownowagi dostal mokrego kaszlu, ale ten dopadl wszystkich czlonkow rodziny (nawet mnie, choc w stopniu bardzo lekkim), wiec bylo to do przewidzenia. ;) Zrobilam mu sniadanie, pojechalam na zakupy, a potem zajechalam szybko do biblioteki. Zanim wrocilam do domu, rozpakowalam torby, wstawilam zmywarke i pozmywalam recznie pare pierdolek, zrobilo sie popoludnie. Nik ponownie siedzial zaszyty w lozku, a nakarmienie go to byla wyzsza szkola jazdy... Wrocila Bi, a potem M., oboje nadal kaszlacy. Ja zreszta rowniez od czasu do czasu musialam porzadnie odkaszlnac. Jakies strasznie upierdliwe i dlugie to wirusisko. ;) Popoludnie oraz wieczor byly bardzo leniwe, jak zreszta ostatnio codziennie, bo przez chorobe dzieciaki opuscily caly tydzien treningow, wiec nikt nigdzie nie jezdzil, a w dodatku wiekszosci brakowalo energii.

I tak minal tydzien. U nas nie ma ferii zimowych, ale przed Potworkami (i sila rzeczy przede mna) 4-dniowy weekend. Fajnie bylo pochowac plecaki oraz sniadaniowki, ze swiadomoscia, ze nie beda potrzebne do srody. Poczatkowo myslalam moze o nartach, tym bardziej ze pogode mamy zaskakujaco zimowa i nawet lezy nadal snieg. Poniewaz jednak finanse sa nadal takie a nie inne, rozwazalam chociaz wypad na lodowisko. Taa... Teraz, przez te uparte chorobsko, wyglada na to, ze moze nas czekac dlugi weekend w domu, na kanapie. Coz... Moze to i lepiej, jesli ma pozwolic dzieciakom na spokojnie sie wykurowac...

piątek, 9 lutego 2024

Mocno sportowy weekend

Pierwsza sobota, 3 lutego, zaczela sie wczesniej niz dwie lub trzy (juz nie pamietam) ostatnie. Nik mial mecz koszykowki juz o 10 rano. Nie bylo to jakos straszliwie wczesnie, ale jednak trzeba sie bylo zerwac krotko po 8. Niby czasu bylo calkiem-calkiem, ale Mlodszy byl jakis nie rozgarniety tego ranka. Kilka razy powtarzalam zeby nalal sobie wody i zalozyl koszulke zespolu, a ostatecznie wode nalewalam mu sama, bo nie wiem o czym myslal. Wyjechalismy nieco spoznieni i dotarlismy juz po rozpoczeciu meczu. W holu szkoly Nik zdejmuje bluze i... nie ma koszulki zespolu! :O Podczas gdy ja miotalam sie z jego woda, on zalozyl kurtke i wychodzac nawet nie zauwazylam ze jej nie ma. Myslalam, ze udusze go na miejscu. Powrot do domu i potem ponowne dojechanie do szkoly, zajeloby nam pol godziny, wiec powiedzialam zeby spytal trenera czy nie ma zapasowej. Nie mial, ale polecil innemu chlopcu zeby pozyczal Kokusiowi swoja na czas jego gry. No ale to naprawde podwojny wstyd - spoznienie oraz brak koszulki... Cale szczescie, ze Mlodszy wyrownal to troche gra, bo gral naprawde swietnie i aktywnie. Mial tez akcje gdzie celowal do kosza, choc juz tradycynie, nie trafil. ;)

Zlapalem pilke i nikomu nie oddam :D
 

Ponownie gra byla baaardzo wyrownana, obrona byla zaciekla i zadna z druzyn nie miala zbyt wielu punktow, a Nikowa ostatecznie przegrala... o jeden! Zdarzyla sie tez niestety dosc przykra rzecz, bo w zamieszaniu ktos Kokusia popchnal, lub sam sie potknal, ale polecial tak, ze zamiast zamortyzowac upadek ramionami, rabnal glowa o podloge az huknelo. Wstrzymalam oddech, ale Mlodszy wstal i dalej gral, wiec uznalam ze wygladalo to grozniej niz faktycznie bylo. Kiedy jednak wyszedl z sali gimnastycznej po meczu, ze lzami w oczach opowiadal, ze glowa go boli i ze w oku z boku ma jakby zamazane. Postanowilam go obserwowac, choc Nik z wiekiem ma coraz wieksza tendencje do hipochondrii i dramatyzowania, wiec trzeba bylo wziac na to poprawke. Przez reszte dnia, pytany mowil, ze glowa go boli, choc z boku mial wyraznego guza, wiec na pewno troche bolalo go to miejsce i naciagnieta skora. Poza tym zachowywal sie zupelnie normalnie, mial humor i apetyt, wiec ostroznie uznalam, ze na wstrzasnienie mozgu to nie wygladalo... Po meczu pojechalismy do mojego taty, zeby sprawdzic jak sie miewa. Posiedzielismy, pogadalismy, az w koncu Nik zaczal sie nudzic i urzadzac wedrowki po dziadziowej chalupie, wiec zarzadzilam powrot do domu. 

Mozna np. strzelac selfiaki w dziadziowych okularach
 

Tam duzo sie juz nie dzialo, ot pranie i tym podobne, obejrzalam sobie skoki narciarskie, a potem trzeba bylo sie zebrac do kosciola, bo M. juz tradycyjnie, sobote wzial wolna, a w niedziele mial pracowac. Po powrocie rowniez nic juz specjalnego nie robilismy; taki zwykly, leniwy wieczor. Dostalam liste wyscigow dzieciakow na zawody plywackie kolejnego dnia. Kiepska wiescia bylo, ze kolegi Nika jednak mialo nie byc, a wiedzialam, ze to niestety tylko spoteguje jego stres. Mialam nadzieje, ze przynajmniej obecnosc Bi cos da. Kolejna zalamka byla wiesc od trenera, ze przeciwna druzyna jest bardzo duza, co oznacza, ze cale zawody moga zajac duzo wiecej czasu niz wczesniejsze w sezonie... Pocieszajace bylo jednak to, ze to juz ostatnie (nie liczac mistrzostw) w tym sezonie.

Poniewaz w kosciele bylismy w sobote, wiec w niedziele moglam sobie z Potworkami pospac. Biedny M. niestety tak dobrze nie mial. ;) Nastawilam budzik na 8:30, zeby nie zmarnowac ranka, ale niestety organizm najwyrazniej potrzebowal wiecej snu, bo po wylaczeniu przysnelam i zbudzilam sie o 9:11, a potem znow na moment zasnelam, choc tym razem tylko do 9:18. W tym momencie podnioslam sie juz jednak na ramieniu zeby nie pozwolic sobie na ponowne przysniecie. Po chwili wstalam, zrobilam dzieciakom sniadanie i spytalam czy chca obejrzec Jurassic World, bo skaczac kiedys po kanalach widzialam, ze puszczaja go na HBO, a pamietalam ze kiedys oboje wspominali ze chca obejrzec wszystkie "jurajskie" filmy. ;) Jak mozna bylo przewidziec, bardzo sie ucieszyli i zasiedli przed TV, zas ja poszlam wziac prysznic. Malzonek po pracy pojechal jeszcze do Polakowa, a potem zajechal do mojego taty, bo kupil mu pare rzeczy. Wrocil do domu, posiedzielismy, zjedlismy obiad, ale ja oraz dzieciaki musielismy dosc szybko zakonczyc ten relaks, bo o 15:45 mieli zbiorke przed zawodami plywackimi. Na szczescie to byly najblizsze zawody w tym sezonie, bo w jednym z sasiednich miasteczek i ledwie kwadrans jazdy. Nie wiem tylko jaki "geniusz" wymyslil zawody nie dosc, ze w niedziele, to jeszcze o 16 po poludniu... Podejrzewam, ze wczesniej na basenie byly jakies inne zajecia, ale kiedys miala tam zawody mala Bi i byly z samego rana, wiec da sie. Zaparkowanie okazalo sie niezlym wyczynem, bo parking byl i dla basenu i dla lodowiska, ktore znajdowalo sie po drugiej stronie ulicy, ale wlasnego parkingu nie posiadalo. Trener pisal wczesniej, ze mozna zaparkowac w centrum handlowym nieopodal, ale to wiazalo sie z kilkuminutowym spacerkiem. No dziekuje, wolalam juz wcisnac sie gdziekolwiek. W koncu znalazlam kacik miedzy innym autem a jakims slupkiem, z drzewskiem zaraz przed maska. Tyl wystawal mi troszke mocniej niz bym chciala, ale i tak bylam szczesliwa, ze znalazlam ten skrawek wolnej przestrzeni i ze moja "krowa" jakos sie wcisnela. ;) Dotarlismy na basen, Potworki poszly znalezc miejsce na lawkach, ja przysiadlam na trybunach i... porazka. Przez kolejne 40 minut nic sie nie dzialo, nawet rozgrzewki nie zaczeli. :O Nie mam pojecia na co czekali, ale wkurzylam sie niesamowicie, bo nie dosc ze zawody w taki glupi dzien i o jeszcze glupszej porze, to jeszcze nie moga sie zorganizowac! W koncu laskawie zaprosili dzieciarnie na rozgrzewke, ale wlasciwe zawody zaczely sie dopiero po 17. :/ Na dodatek przy slupkach do skokow do wody, otworzono na osciez dwuskrzydlowe drzwi. W pierwszej chwili tego nie zauwazylam, ale siedzialam z mama kolegi Kokusia (ktory jednak dojechal) i chlopak przyszedl trzesac sie z zimna i powiedzial ze tam strasznie wieje. No kurna! Nie bylo mrozu, ale tempearatura +5 tez nie powala! Dzieciaki skakaly tam do wody, a potem mokre ustawialy sie w kolejce. Poszlam do organizatorow i spytalam czy moga zamknac drzwi bo dzieci skarza sie ze im zimno. Niestety trafilam na jakiegos chama, ktory nawet na mnie nie patrzac, tylko w jakies papiery, oznajmil z wyzszoscia, ze "nie, nie moga zamknac drzwi, bo chca wpuscic troche powietrza dla wolontariuszy, a dzieci nie beda tam zbyt dlugo". Odpowiedzialam, ze dzieci, w przeciwienstwie do wolontariuszy, sa mokre, wiec marzna duzo szybciej. Facet sie po prostu ode mnie odwrocil! Zagotowalam sie, ale ze nie chcialam robic sceny, wiec zapamietalam goscia i stwierdzilam, ze jesli za chwile tych drzwi nie zamkna, zloze na niego oficjalna skarge. Na szczescie zamkneli je zaraz po rozgrzewce. Ciekawe czy nie dlatego, ze to chamidlo prowadzilo zawody (wywolujac numer wyscigu, styl oraz grupe wiekowa i naciskajac brzeczyk sygnalizujacy start) i musialo stac wlasnie zaraz obok tych otwartych drzwi. I moze baranowi zrobilo sie... chlodno. :/ Przeciwna druzyna byla faktycznie baaardzo liczna, przez co niemal wszystkie wyscigi w mlodszych grupach mialy przynajmniej dwie kolejki, co niestety strasznie przedluzalo te zawody. Obiektywnie jednak patrzac, druzyna byla raczej slaba. Starsza miala pecha bo jej dwie najlepsze kolezanki nie dojechaly, choc mialy byc. Za to kolegi Kokusia mialo nie byc, a jednak przyjechal. Okazalo sie, ze trener - gapa... zapomnial o nim! :O Jego mama mowila ze napisala do niego, ale nie odpisal. Przyjechali jednak na zawody i trener stwierdzil, ze gdzies go wcisnie. Inny chlopiec nie dotarl, wiec dostal jego wyscigi. Niestety cala sytuacja byla dosc niesmaczna, mlodzian marudzil, ze boli go glowa i w dodatku mial plynac jeden z ostatnich wyscigow i ostatecznie poplynal w jednym, po czym powiedzieli trenerowi, ze zle sie czuje i pojechali do domu. Oczywiscie Nik (ktory tez mial marny humor, bo oczywiscie nie chcial tam jechac), snul sie, siedzial przy mnie, a jak kolega pojechal, to stwierdzil ze szkoda, bo chcial sobie z nim pogadac. ;) Powiedzialam mu, ze mial na to ponad godzine i jakos nie gadal. :D Bi plynela dwie sztafety, na samym poczatku i na samym koncu. W obu plynela kraulem. W ostatniej sztafecie chyba udalo sie dziewczynom zajac niezle miejsce, ale w pierwszej dwie panny ponownie byly slabsze i tak opoznily cala grupe, ze doplynely ostatnie. W grupie wiekowej Kokusia nie udalo sie zebrac czterech chlopcow, wiec nie mial sztafet. Poza tym Potworki plynely w niemal identycznych wyscigach. Nik kraulem na 50m, a  pozniej oboje kraulem na 100m i stylem motylkowym na 50m. A ja dalam "pupy" bo zagadalam sie ze znajoma i... przegapilam pierwszy wyscig Kokusia! I to akurat ten wygrany!!! :/ To znaczy, widzialam koncowke tego wyscigu, ale Nika poznalam dopiero kiedy wyszedl z wody... Jakos tak utkwilo mi w glowie, ze Potworki plyna dwa razy jedno po drugim i nie pilnowalam numerow wyscigow. ;) Po tym wyscigu mielismy sporo czasu na pokrecenie sie po kompleksie basenow. Bi dorwala jakies inne kolezanki i oczywiscie miala matke gdzies, ale Nik siedzial ze mna na trybunach, wyciagnal do sklepiku, itd. To ostatnie akurat mnie cieszylo, bo on ma tendencje do niejedzenia na zawodach, a potem oczywiscie brakuje mu energii i robi sie marudny. A wiadomo, ze to, co ja mu spakowalam nigdy nie smakuje tak dobrze jak kupione na miejscu. Przy okazji rozejrzalam sie po calym tym kompleksie, bo mial i jacuzzi i maly brodzik i wiekszy basen do lekcji (ale nie tak gleboki jak ten do wyscigow), a Nik pytal dlaczego chodzimy po terytorium "wrogow". :D Wreszcie nadszedl wyscig Bi - kraulem na 100m. Panna wygrala niekwestionowanie i zostawila konkurencje daleko w tyle.

Na zdjeciu pewnie bedzie to slabo widac, ale Bi (w czarnym czepku) unosi sie juz przy sciance, a reszta dopiero doplywa
 

Zaraz po niej, to samo plyneli chlopcy, a wsrod nich Nik. Zajal drugie miejsce, bo wyprzedzil go kolega z druzyny, z ktorym Mlodszy niestety zwykle przegrywa, choc walka byla zacieta. Tamten chlopiec jednak, mimo ze nadal jest w grupie wiekowej 11-12, jest z rocznika Bi, wiec ma prawie 13 lat, a dodatkowo ostatnio jakos sie wyciagnal, wiec rece i nogi ma dluzsze. No i przeszedl juz do najbardziej zaawansowanej grupy, ma dluzsze treningi, a to wplywa oczywiscie na forme, ktora przy wyscigu na 4 dlugosci basenu, jest bardzo istotna. W kazdym razie, kolega Nika przyplynal pierwszy, Nik za nim drugi, a za nimi dlugo, dluuugo nikt. ;)

Kolega (pod choragiewka nr. 7) juz przy sciance, a dwie linie po lewej Nik wlasnie doplywa. Reszty nawet nie widac w kadrze :D
 

Pozniej znowu mielismy dluzsza przerwe, po czym Bi plynela motylkowym na 50m. Tym razem jednak znalazla sie dziewczynka szybsza od niej, choc tak jak z Kokusiem, bylo blisko. :)

Tu koncowki wyscigu nie wrzucam, bo zle go nagralam i przez te choragiewki niewiadomo co sie dzieje
 

Zaraz kolejny wyscig plynal Nik, tym samym stylem i dystansem. Ponownie przyplynal drugi, przegrywajac z tym samym kolega, co wczesniej.

Po prawej od choragiewek nad linia "2" kolega juz przy sciance, a po lewej Nik juz prawie doplywa
 

To byl wyscig numer 48, a kolejny to miala byc juz sztafeta numer 65, plynieta przez Bi. Nik przyszedl wiec do mnie na trybuny i gadal jak najety zabijajac czas i cieszac sie, ze ma juz "relaks". ;) Tymczasem, po chwili dojrzal go tam trener i dokoptowal do innej sztafety, chlopcow w grupie 9-10 (czyli nie do konca "legalnie", choc w sumie Nik 11 lat skonczyl niecale dwa miesiace wczesniej), a co lepsze, mial poplynac pierwszy i ostatni, bo zabraklo im dwoch zawodnikow. Mlodszy poszedl ze lzami w oczach, ale grzecznie poplynal. Strasznie potem pomstowal na trenera, a ja tlumaczylam mu, ze czasem trzeba pomoc, a dzieki niemu ci chlopcy zajeli pierwsze miejsce. ;) Zaraz po nim Bi poplynela w swojej sztafecie i wreszcie moglismy wrocic do domu. Dojechalismy gdzies w okolicach 19:30, wiec potem to juz szybkie sprawozdanie dla ojca, przyszykowac sie na kolejny dzien i do spania.

Poniedzialek zaczal sie ciezko, bo przez zajete niedzielne popoludnie, mielismy wrazenie, ze ktos nam brutalnie "obcial" weekend. ;) Autobus Bi przyjechal dosc szybko, a w domu Nik juz jadl sniadanie i doprowadzal sie do porzadku. Jego pojazd niestety dotarl z lekkim poslizgiem, ale coz. Potem mialam czas na pranie oraz szybka kawke, po czym pojechalam do roboty. O dziwo platal sie tam i Koreanczyk  i nawet szef. Ten ostatni niestety spytal sie tylko czy wzielam zostawiony przez niego czek i poza tym nic konstruktywnego nie przekazal. :( Po pracy pojechalam do taty, ktory pokazal mi jak wyglada noga po operacji kolana. Hmm... nie wyglada to "apetycznie", ale wydaje mi sie, ze jak na fakt, ze minal dopiero troche ponad tydzien po zabiegu, to chyba nie jest zle.

Na zdjeciu wyglada jakby byly tam szwy. Tak naprawde sa one niewidoczne, bo zalozone od wewnatrz, rozpuszczalne, a na wierzchu jest warstwa kleju
 

Tata "smiga" juz po schodach, przeniosl posciel spowrotem do sypialni na gorze i schodzi do piwnicy robic pranie. Narzekal co prawda, ze rano byla jedna z tych nadgorliwych rehabilitantek i zadala mu tyle cwiczen, ze potem noga bolala go pol godziny. Przekonywalam go jednak, ze teraz jak juz zdjeli opatrunek, takie cwiczenia sa pewnie bardzo wazne, bo w koncu to jest jedna z najbardziej ruchomych czesci ciala, wiec trzeba ja rozciagac, inaczej zesztywnieje. ;) Wrocilam do domu, gdzie okazalo sie, ze Nik uprosil tate zeby, skoro poprzednie popoludnie spedzil na zawodach, pozwolil mu opuscic trening. A jak Nik nie jechal, to Bi tez stwierdzila, ze odpocznie. Mielismy wiec niespodziewanie spokojny i leniwy wieczor i poza pakowaniem sie na kolejny dzien, nic nie musielismy, bo dzieciaki nie mialy nawet pracy domowej.

We wtorek ponownie pobudka i wyjscie na autobus z Bi, a ten znow przyjechal calkiem wczesnie. Wrocilam do chalupy gdzie pozwolilam Kokusiowi pospac kolejne 10 minut, z racji ze wiozlam go do szkoly. Odstawilam go wraz ze sprzetem i wrocilam do chalupy. Dzien spedzilam troche sprzatajac, a troche relaksujac sie przed oczekiwanym wysilkiem. Tym razem nie zdarzylo sie nic, co zmusiloby do odwolania klubu narciarskiego, za to dzien wczesniej zadzwonil do mnie ten pracownik, ktory jest jednym z organizatorow, ze cos mu wypadlo i choc dojedzie na stok, to nie da rady pojechac autobusem i czy nie sprawdzilabym obecnosci w school busie (bo to w nim zwykle jezdzi) i nim nie pojechala. Zgodzilam sie oczywiscie, bo dlaczego by nie? W tym szkolnym "zoltku" jest tylko kilkanascioro dzieciakow, wiec latwo ich policzyc, a pomyslalam, ze z racji niewielkiej liczby, moze beda spokojniejsi. No coz... Tu sie rozczarowalam, bo halasowali tak samo jak w autokarze, a moze i gorzej, bo musieli przekrzykiwac stary, glosny i rozklekotany autobus. ;) Ale przezylam, choc wyjezdzajac ze szkoly, malo zawalu nie dostalam kiedy autokar (z nauczycielka prowadzaca) sobie odjechal, a ja zostalam z dwojka nieobecnych dzieci. :O Jedna dziewczynke szybko zlokalizowalam, bo okazalo sie, ze zapomnialam postawic przy jej imieniu haczyk, ale jeden chlopiec zdecydowanie nie znalazl sie w autobusie. Pomyslalam jednak, ze moze wsiadl do autokaru, choc tamta nauczycielka pilnuje zeby siedzieli na stalych miejscach wlasnie po to, zeby latwiej bylo ich zlokalizowac. Po dotarciu na stok okazalo sie, ze chlopiec byl nieobecny. Fajnie tylko by bylo, gdyby ktos mi o tym powiedzial, a nie wreczyl liste i martw sie kobieto. ;) W kazdym razie, dzieciaki byly ogarniete i ruszyly do wypozyczalni i schroniska i zadne nie potrzebowalo asysty. To dalo mi mozliwosc szybkiego przebrania sie, skoczenia do lazienki i wyruszenia z Kokusiem, ktory oczywiscie znow stal mi nad glowa i poganial. ;)

Na wyciagu - Nika razi slonce, wiec ma mine taka a nie inna ;)
 

Jezdzilo sie fajnie, choc warunki byly troche gorsze niz ostatnio. Miejscami snieg byl pospychany w kopy, wiec obok odslonil sie lod. Bywalo jednak czasem duzo gorzej, wiec nie ma co narzekac. Na jednym z najprostszych szlakow zrobiono jak co roku rampy oraz skocznie, wiec Nik byl w swoim zywiole, choc wyciagnal mnie tez pare razy na niebieskie (srednie) oraz czarny (najtrudniejszy) szlak.

Nik (w zielonej kamizelce) wlasnie skacze
 

Przed 18 zjechalismy do schroniska na obiad, a potem zgarnelismy ze soba kumpla Kokusia, bo skonczyl lekcje. Niestety, kolejka w kafeterii byla tak dluga, a chlopakom tyle zajelo jedzenie, ze kiedy wrocilismy na stok, po jednym zjezdzie kolega stwierdzil ze jest zmeczony i jest juz pozno, wiec idzie oddac narty. Wahalismy sie z Kokusiem co robic, ale w koncu tez poszlismy sie przebrac. Jak sie okazalo, niepotrzebnie, bo choc przy naszych stolikach wiekszosc dzieciakow juz poszla do autobusu, to sporo nadal jezdzilo. Szczegolnie piec panien, na ktore czekalismy ponad 20 minut. Jedna potem mruknela, ze myslaly ze moga jezdzic do 19:30, mimo ze juz ostatnio mowilam jej, ze o tej godzinie chcemy wyjezdzac juz w kierunku szkoly... Tak jak pisalam ostatnio, przy takiej gromadzie dzieciakow, zawsze cos musi sie zdarzyc. Tym razem jeden z chlopcow przewrocil sie, cos zrobil sobie w ramie i musial zostac zwieziony ze stoku przez patrol. Zdaje sie, ze wybilo mu kosc ze stawu barkowego i wracal do domu z reka na temblaku. Tak sie zlozylo, ze akurat jechal tym autobusem co ja i inni chlopcy pokazywali mi stos slodyczy, ktory kupili mu na pocieszenie. :D Po dojezdzie do szkoly i wyciagnieciu sprzetu ze schowkow, okazalo sie ze zostalam z dwoma roznymi kijkami. Zastanawialam sie jak ktos mogl sie tak pomylic, tym bardziej, ze nie tylko raczki byly innego koloru, ale jeszcze jeden byl wyraznie dluzszy. I to nie moj, czyli ta osoba musiala byc dosc wysoka, tyle ze jedyna dorosla osoba, ktora przewozila sprzet autobusem, bylam ja. Rozejrzalam sie po osobach, ktore sie tam krecily, ale nie dojrzalam nikogo z podobnymi kijkami. Stwierdzilam, ze najwyzej napisze do pracownikow szkoly zeby wyslali maila do wszystkich z grupy, zeby sprawdzili czy ich dziecko nie wrocilo z nie swoim kijkiem. Mialam jednak szczescie, bo juz odjezdzalismy, kiedy Nik dostrzegl, ze jakis chlopiec nadal stoi czekajac na rodzicow i trzyma takie podobne kijki. Podbiegl sprawdzic i okazalo sie, ze mial nosa, bo mlodzian faktycznie wzial moj kijek. Ucieszyl sie oczywiscie widzac ze odzyskal pasujacy, ale zastanawiam sie czy nie zauwazyl ze bierze dwa rozne, czy chwycil po prostu cokolwiek, byle miec komplet? ;) Po powrocie do domu padalam juz z nog, ale ze Nik i tak jadl kolacje, wiec powloklam sie do piwnicy porozstawiac buty i narty przy grzejniku do przeschniecia i wypakowac wszystkie ciuchy. Wieczorem padlam jak kon po westernie, tyle ze potem budzilam sie i przewracalam z boku na bok. Nie mam pojecia dlaczego zawsze po tych nartach tak zle spie. Pomyslalby ktos ze po 3 godzinach na swiezym, chlodnym powietrzu, powinnam spac jak kamien. ;)

W srode wstalam oczywiscie nieco polamana, choc mocniej niz uda, bolaly mnie... plecy. No i mialam wyraznie przytkany nos. Poczatkowo myslalam, ze to tylko od suchego powietrza, bo czulam sie zupelnie normalnie. Niestety, w miare jak dzien uplywal, wiedzialam, ze mnie coraz bardziej rozklada, ech... Malzonek w niedziele narzekal ze cos go bierze, ale przeszlo mu po jednym dniu. Coz, najwyrazniej przeszlo, ale na mnie. :/ Odprowadzilam na autobus najpierw jedno dziecko (ono w sumie poszlo samo; ja tylko patrzylam z daleka), potem drugie, a pozniej juz moglam wrocic do chalupy na dluzej. Rozladowalam zmywarke, wstawilam pranie, a potem przelozylam je do suszarki, wypilam kawe i pojechalam do pracy. Po drodze zajechalam na stacje benzynowa i tu spotkala mnie mala "przygoda". Z tych irytujacych. ;) Nie wiem czy w Polsce dystrybutory same sie zatrzymuja kiedy zatankuja do konca, ale tutaj tak. Tankuje wiec sobie tego dnia spokojnie, benzyna leci, w koncu dystrybutor zwalnia, wiec czekam az raczka "odbije", a tu... paliwo wylatuje gora! Nie zatrzymal sie, kurna! Przez te sekunde, ktora zajela mojej mozgownicy zrozumiec co sie dzieje i puscic raczke, sporo polecialo po aucie oraz kole! Dystrybutor musial byc zepsuty, bo tankowalam juz na tej stacji wczesniej i raczka normalnie "odbijala" i paliwo przestawalo leciec. Strasznie mi potem jechalo benzyna w aucie i nie bylam pewna czy nie opryskalam sobie butow. :/ Z pracy planowalam wyjsc dosc szybko, bo mialam jeszcze zajechac do sklepu kupic tacie jakies owoce. Tym razem sama sobie strzelilam w kolano, bo szef dostal listy z waznych urzedow, ale zamiast od razu wyslac mu maila, to wyslalam sporo pozniej, bo co sie bede spieszyc... Ku mojemu zdziwieniu po chwili przyjechal zabrac poczte, ale zamiast jak zazwyczaj wejsc i wyjsc, to siedzial w biurze, slyszalam ze jest na telefonie, itd. A ze dostal moje zawiadomienie sporo pozniej niz faktycznie zjawilam sie w robocie, nie chcialam zeby wygladalo jakbym przyjechala sobie na godzinke i uciekla. Stwierdzilam wiec, ze posiedze az sobie pojedzie, bo zwykle nie zostaje w biurze zbyt dlugo. Taaa... oczywiscie siedzial  i siedzial, az w koncu stwierdzilam, ze trudno, jade. I tak zostalam sporo dluzej niz planowalam.  Poniewaz najwyrazniej byl to dzien kiedy wszystko szlo na opak, wpadlam do supermarketu, chwycilam owoce dla taty i pare rzeczy dla nas, po czym ruszylam do kasy. A tam... najpierw kasjer sie pomyli, nie zauwazyl tego plastiku oddzielajacego zakupy poszczegolnych osob i zaczal kasowac rzeczy nastepnej osoby na koszt pierwszej. Owy pan niemal natychmiast sie zorientowal, ale juz cos zostalo nabite, a zeby to cofnac, trzeba bylo zawolac managerke, ktorej sie oczywiscie wcale nie spieszylo... A kiedy podeszla, przekrecila kluczykiem kase i pan mogl zaplacic, wsadzil karte, po czym... wyswietlilo sie, ze nie ma wystarczajacych srodkow! No to zaczal grzebac w portfelu, wyszukujac odpowiednia kwote... :O Cale szczescie, ze mial przy sobie gotowke, bo jakby mieli znow wzywac mangerke zeby ponownie cofnela transakcje, to nie wiem ile bym tam jeszcze sterczala. ;) Ze zrobionymi zakupami podjechalam do taty u ktorego tym razem tez mialam "robote". Linie lotnicze same zrobily mu zmiane rezerwacji, po ktorej musialby czekac ponad 5 godzin na przesiadke w Amsterdamie. Siedlismy wiec zeby spojrzec na opcje i znalezc nieco lepsza. Co ciekawe, udalo nam sie znalezc to samo polaczenie co poczatkowo, na ten sam dzien, ale za doplata... $10. Roznica cenowa praktycznie nieodczuwalna, wiec nie rozumiem po jakiego wafla zmieniali tacie to polaczenie. Najwazniejsze jednak, ze za niewielka doplata udalo sie przywrocic poprzednie. Przez ten poslizg w pracy i sklepie, wrocilam do domu sporo pozniej niz przewidywalam. Po obiedzie udalo sie w sumie tylko na moment przysiasc z M. zeby obgadac dzien, po czym jechal z Potworkami na basen. Ja w tym czasie wzielam prysznic i przygotowywalam wszystko na kolejny dzionek. Po powrocie reszty czas byl oczywiscie juz tylko na kolacje i do lozek. Niestety, moje przeziebienie nadal sie rozkrecalo, a na dodatek na wieczor Nik zaczal narzekac na zatkany nos. Po prostu rewelacja... :/

Czwartkowy ranek zgodnie ze schematem. ;) Autobus Bi przyjechal ponownie calkiem wczesnie, a Nika podjechal akurat kiedy dotuptalismy na przystanek. Wrocilam do chalupy, wypilam kawe i zabralam sie za odgruzowywanie. Wstawilam zmywarke, wyszorowalam szuflady od airfryera i ciezko westchnelam, bo pod swiatlo zauwazylam, ze caly blat jest wysmarowany. Starsza dzien wczesniej kroila sobie owoce do szkoly i oczywiscie zostawila caly pokryty zaschnietym sokiem... :/ Potem chwycilam juz za odkurzacz oraz mopa i ogarnelam podlogi na dole. W miedzyczasie zaczal mi zawracac gitare M., bo wyniuchal, ze jestem w domu, wiec spytal czy nie ugotowalabym kartofli i kalafiora. Obiad planowalismy tego dnia prosty - jajka sadzone z ziemniakami oraz kalafiorkiem. ;) Dodatkowo, dostal mi sie maly szantaz, bo malzonek zaproponowal, ze pojedzie po paczki jesli odbiore Kokusia ze szkoly. Coz mialam robic na takie ultimatum... ;) Akurat czekalam pod szkola Nika, kiedy schemat sie brutalnie skonczyl. Bi napisala mi wiadomosc, ze zle sie czuje i chyba ma goraczke. :/ Wrocilam do domu, a dziecko lezy skulone na fotelu ze szklistymi oczami. Termometr pokazal 38.5, wiec tym razem to nie jej dramatyzowanie. Poczatkowo, poza goraczka, skarzyla sie tylko na bol glowy, wiec zaaplikowalam jej tabletki przeciwgoraczkowe/bolowe. Potem jednak pojawil sie bol gardla i lekko cieknacy nos. Ogolnie wyglada to na cos grypo-podobnego i juz drze, kogo chwyci nastepnego. :O Tym bardziej, ze mnie tez nadal lekko przytykalo, choc wydawalo sie, ze czuje sie podobnie jak dzien wczesniej. Kiedy goraczka Bi nieco spadla, oczywiscie poczula sie lepiej i zaczela nawet przebakiwac cos, ze chce isc kolejnego dnia do szkoly. Szczeka mi opadla, bo przeciez kiedy tylko Nik opuscil jakis dzien, miala wielkie pretensje, ze to niesprawiedliwe, a jak sama ma okazje zostac w domu, to twierdzi, ze woli szkole. :D Ledwie dwie godziny pozniej jednak goraczka ponownie zaczela jej rosnac i wiadomo bylo, ze o pojsciu do szkoly nie bylo mowy. Co gorsza, sobotnie mistrzostwa w plywaniu tez raczej mozna bylo sobie od razu odpuscic. Wieczorem wyslalam maila do trenera, zeby powiadomic go jaka mamy sytuacje i uprzedzic, ze Bi raczej na nich nie bedzie. Ech... Oczywiscie na trening tez sie nie nadawala kompletnie, a jak ona nie jechala, to Nik rowniez stwierdzil, ze nie chce. Malzonek nawet sie ucieszyl, bo nadal bolaly go miesnie po poprzednim dniu. Wieczor uplynal wiec raczej leniwie i bez sensacji i chociaz raz Starsza poszla na gore bez ponaglania z mojej strony. ;)

Wbrew moim obawom, noc minela spokojnie. Dopiero o 6 rano, obudzilo mnie... szlochanie. Wyskoczylam z lozka myslac, ze Bi sie tak strasznie zle czuje, tymczasem panna plakala w glos, bo... skonczyla jej sie woda. :D Poczlapalam na dol, przynioslam jej picie, po czym wrocilam do lozka, choc zastanawialam sie czy w ogole jeszcze zasne. ;) Dzieki temu, ze Bi nie szla do szkoly, moglam pospac tyci dluzej i wstac tak, zeby przyszykowac sie na wyjscie z Kokusiem. Wkrotce po mojej pobudce, budzilam wiec syna, zjedlismy sniadanie, umylismy sie i ubralismy i pomaszerowalismy na utobus. Na szczescie przyjechal dosc szybko, Nik odjechal, a ja wrocilam do chalupy. Chcialam jechac na zakupy, ale czekalam az obudzi sie Bi, bo wolalam sprawdzic jak sie miewa. I dobrze, ze poczekalam, bo obudzila sie rozpalona i narzekajac na zle samopoczucie, a termometr pokazal 39.1. O 8:30 rano! :O Podalam jej lekarstwa, zrobilam sniadanie (o dziwo miala ochote cos zjesc) i pojechalam. Po zakupach zajechalam jeszcze do biblioteki, bo Kokusiowi konczyly sie ksiazki do wspolnego czytania, a przy okazji chwycilam gre na ktora "polowal" od jakiegos czasu oraz kilka filmow, choc te glownie z mysla o kolejnym - dlugim weekendzie. Bi niestety rozlozylo na dobre. Nawet po zbiciu goraczki narzekala, ze zle sie czuje, ze boli gardlo i co chwila smarkala... Goraczkowala zreszta caly dzien; co przestawaly dzialac tabletki, to temperatura szla w gore. :( Reszte dnia spedzilam juz z nia w domu, podajac herbatki, mleko z miodem, itp. probujac choc troche ulzyc jej gardlu. Niestety bezskutecznie. Sama zreszta tez nadal zmagalam sie z lekko przytkanym nosem i takim dziwnym uczuciem w gardle. Nie wiem czy nie jestem nastepna w kolejce do wirusa, choc w sumie uczucie przytkania trzyma mnie juz od srody... Zadzwonilam do taty, zeby powiedziec mu, ze mamy w domu wirusowisko i nie wiem kiedy przyjade. Planowalam akurat w piatek, ale wyszlo jak wyszlo. W sobote mialam jechac z Bi na zawody, ale mimo ze to oczywiscie trzeba bylo skreslic, to zamiast tego chcialam pojechac z Kokusiem na mecz. A pozniej to trzeba zobaczyc czy poza Bi, choroby dopadna kogos nastepnego. Tata zreszta radzi juz sobie swietnie. Tego dnia rehabilitantka przegonila go i po osiedlowym chodniku i po trawie wokol domu, a potem musial zrobic sobie zimne oklady bo czul cisnienie w nodze. Pozniej jednak postanowil sprawdzic jak mu sie bedzie jechalo autem i wypuscil sie do banku. :O Na szczecie ten ma doslownie za rogiem od ulicy, na ktorej mieszka i przejechal bez problemu. Chlopaki wrocily z pracy/szkoly z zakupionym po drodze sushi, wiec obiad mielismy pyszny i nawet Bi sie skusila. Dzien wczesniej sasiadka pisala ze wyjezdzaja i spytala czy dzieciaki zaopiekowalyby sie jej kotkami. Odpowiedzialam, ze oczywiscie, bo bylo to jeszcze zanim okazalo sie, ze Bi jest chora. Stwierdzilam zreszta, ze jak cos, Nik moze pojsc sam. Kiedy jednak dojechal ze szkoly, siostra akurat czula sie na tyle dobrze, ze pobiegli razem. Pare godzin pozniej jednak miala ponownie goraczke, wiec Nik poszedl w asyscie M., ktory obawial sie ze Mlodszy moze cos pochrzanic, bo zwykle to Bi wszystko ogarnia, a on tylko towarzyszy. Reszta wieczora to juz relaks przed tv i elektronika i oczekiwanie na weekend.