Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 14 czerwca 2024

Doczolgalismy sie... :D

Wakacje, znow beda (sa!) wakacje!!! :D

Zanim jednak oficjalnie nadeszly, trzeba bylo sie przemeczyc kilka dodatkowych dni. W piatek wieczorem, kiedy przestalo padac, udalo sie zagrac chwile w kosza.

Nadal mokro
 

Pozniej znow sie zaciagnelo, wiec ucieklismy do chalupy, ale pozostalo sucho, a co pogralismy, to nasze. ;) Robiac wieczorny obchod chalupy, zauwazylam, ze jestem "szpiegowana" z okna pokoju Kokusia:

Kto znajdzie podgladacza? :D
 

Sasiedzi mieli gosci na weekend, wiec niestety urzadzili sobie impreze. Nie wiem co to sa za niemyslace barany, bo wlaczaja na tarasie muzyke, moze nie bardzo glosna (choc slysze ja w swojej sypialni), ale wystarczajaca zeby przy rozmowie musieli podnosic glos. Nie wiem, nie rozumieja, ze majac w tle muzyke, musza ja niemal przekrzykiwac?! :/ W sobote, 8 czerwca rano oczywiscie odsypialismy (poza M., ktory pracowal), choc nie bylo to latwe, bo tuz po 6 obudzil mnie kot, jak zwykle lazacy od drzwi frontowych do tarasowych, pod kazdymi miauczac zeby ja wypuscic. Zwloklam sie polprzytomna i wypuscilam upierdliwca, choc kiedy w drzwiach sie zawahala, mialam ochote pomoc jej noga... :D Wrocilam do lozka i juz przysypialam, kiedy zaczal... stukac dzieciol! :O Zanim sie zorientowalam gdzie, uslyszalam ze Bi wstaje i wali w sciane, wiec bylo to w jej pokoju tym razem. Pozniej znow zasnelam, ale po takim przerywanym snie, jak przysnelam, to nawet nie pamietam dobrze kiedy wylaczylam budzik, bo spalam dalej w najlepsze. Wstalam w koncu o 10, zrobilam sobie i dzieciakom sniadanie i pomalu doprowadzalam sie do porzadku. Umylam sie, pomalowalam pazury u nog... Wrocil malzonek, ktory po pracy podjechal jeszcze do Polakowa, bo zachcialo mu sie... buleczek. :D Podziwiam, ze mu sie chcialo, bo to nie jak w Polsce, ze wyskakujesz szybko do piekarni na rogu. Tutaj musial ominac zjazd do domu i pojechac kolejne 15 minut autostrada. No ale najwyrazniej dla buly wszystko. ;) Reszta dnia minela mi ekspresowo i ze sporym procentem jazdy w kolko po naszej miejscowosci. W poludnie Bi jechala do kolezanki, gdzie umowily sie we cztery zeby pogadac o zalozeniu... byznesu. :D Okazuje sie, ze trzy z nich potrafia szydelkowac, a czwarta chcialaby sie nauczyc, wiec chca zalozyc dzialalnosc i sprzedawac swoje dziela. Podejrzewam ze zapal potrwa z miesiac i przeminie, ale poki co panny maja cel w spotkaniach, poza oczywista zabawa. ;) Wracajac po odwiezieniu corki, doslownie kilka minut od chalupy, przy jakims kosciele metodystow zauwazylam pokaz starych samochodow. W domu spytalam wiec syna czy chcialby pojechac i popatrzec. Nik poczatkowo odmowil, ale tego dnia wyraznie nie byl soba.

Mialam chwilke zeby przysiasc na ganku, choc Maya nie dawala mi spokoju, caly czas przynoszac pileczke
 

Poparzenie sloneczne solidnie dawalo mu sie we znaki. Nie wiem czy kiedys mieliscie (nie)przyjemnosc zaliczyc takie solidne spalenie, ale z dziecinstwa (moja matka miala obsesje na punkcie opalenizny) wiem, ze czlowiek ma i dreszcze i czuje sie troche jak przy grypie. Mlodszy wyraznie kiepsko sie czul, ale coz; sam byl sobie winien. Smarowalam mu plecy i ramiona balsamem, ale twierdzil ze nie przynosilo mu to ulgi, a samo smarowanie wrecz bolalo. :O Po jakims czasie zszedl jednak na dol i oznajmil, ze jednak chcialby pojechac i spojrzec na auta. Oczywiscie obudzil sie jak zostalo 45 minut zanim trzeba bylo jechac po Starsza. No ale stwierdzilam, ze dobra, tam sie jedzie ze dwie minuty, potem obejrzenie tych kilkunastu samochodow zajmie moze 10... zdazymy. Taaa... Nik jest fanem motoryzacji (jak wiekszosc chlopow) wiec jak juz tam sie zjawil, to obeszlismy wszystkie auta chyba 3 czy 4 razy, bo najpierw takie przejsie orientacyjne, potem powrot, potem kazde auto naokolo, a w kolejnym przejsciu zajrzec do kazdego srodka... :D

Na zdjeciu tego tak bardzo nie widac, ale to pierwsze auto mialo ten kolor naprawde... oczojebny :D
 

Chyba z pol godziny tam chodzilismy i mialam moment kiedy pomyslalam, ze moze wroce sobie do wlasnej wozidupki, a Nik niech sobie tam lazi w te i nazad... Jednoczesnie bardzo sie ucieszylam, ze mu sie podobalo.

Taki fajny kabriolecik
 

Wrocilismy do chalupy akurat jak musialam wyjezdzac po corke. Mialam nadzieje, ze wysle M., ale akurat gadal z rodzicami na Skypie wiec nie chcialam mu przerywac. Pojechalam, a tam nie dosc, ze dziewczyny poszly sobie na spacerek z pieskiem, to jeszcze Bi nie wziela telefonu. A mowilam jej, ze odbieram ja o 15 i ze sie bedziemy spieszyc! Za chwile zjawila sie pozostala dwojka rodzicow i zostalismy "zaatakowani" przez gadulskiego tate. Tak, to ten sam, o ktorym juz kilka razy pisalam. ;) W koncu laskawie zjawily sie panny, moglam zgarnac ta moja i wrocilysmy do domu. Zostalo akurat 10 minut zeby sie przebrac i jechalismy na msze. Niestety, M. znow pracowal w niedziele, wiec kosciol zaliczalismy w sobote. To jednak nie byl koniec planow ani jezdzenia. Na 17 bowiem Nik zaproszony byl na urodziny do kolegi. Rodzice przeszli samych siebie, bo zaproszenie Mlodszy przyniosl... we wtorek. Poczatkowo zreszta powiedzialam Kokusiowi ze chyba nie pojdzie, bo zwykle tak wlasnie decyduje o takich zaproszeniach na ostatnia chwile. Nik byl jednak bardzo rozczarowany, bo ten chlopiec jest jednym z jego lepszych kolegow i przyjaznia sie od lat, wiec z ciezkim westchnieniem, ale stwierdzilam, ze ok, raz zrobie wyjatek. Tak czy siak, msza skonczyla sie tuz przed 17, wiec wpadlismy tylko do domu, Mlodszy sie przebral, chwycilismy kartke i prezent i popedzilismy. Nik nadal byl mocno nieswoj, ale imprezy nie ominalby za nic w swiecie. ;) Dojechalismy, a tam banda kilkunastu chlopcow gania po trawniku! Na dzien dobry, kilku z radosci przewrocilo Kokusia na te poparzone plecy, a potem jeszcze go poklepywali po ramionach. Odjezdzajac widzialam jak Mlodszy wije sie i odsuwa, tlumaczac ze go boli. ;)

Niezla banda, a to nawet nie wszyscy :O
 

Wrocilam do domu i mialam niecale 3 godziny do zabicia. Poogarnialam troche kuchnie, a potem stwierdzilam, ze skoro w niedziele wybieral sie do nas moj tata, to powinnam upiec jakies ciacho. Wybralam to z jablkami bo bylo najszybsze i faktycznie, zdazylam je przygotowac i wyjac z piekarnika zanim jeszcze czas byl jechac po Kokusia. Wreszcie pojechalam i odebralam syna, ktory stwierdzil, ze to byly jedne z najlepszych trzech godzin w jego zyciu. :D Dostal tez calkiem bogata torebeczke z upominkami dla gosci, wiec w ogole byl zachwycony. Po takim dniu jednak bylam wymordowana jak kon po westernie, nawet pomimo tego, ze rano dlugo spalam. Polozylam sie wczesniej niz zwykle i padlam jak tylko przylozylam glowe do poduszki. ;)

Nad ranem obudzil mnie glos M., ktory nawolywal Oreo to z jednej, to z drugiej strony. Chodzil tak od drzwi do drzwi przez dluga chwile i serio pomyslalam, ze tym razem to juz bede szukac rano po krzakach czarnego futerka, ale jednak w koncu przybiegla. ;) Rano ja i dzieciaki pospalismy dluzej, choc nie az tak jak w sobote. Kiedy wstalismy, Nik chcial obejrzec film pt. Black Adam i okazalo sie, ze nawet Bi sie wciagnela, choc stwierdzila, ze wolalaby zeby glownym bohaterem byl Chris Pratt (jej ulubieniec), a nie Dwayne Johnson. Osobiscie wole tego drugiego, pewnie dlatego ze blizej mu do mojego pokolenia. ;) Wrocil z pracy malzonek, a zaraz potem przyjechal moj tata, steskniony za niedzielnymi obiadkami. :D Dziadek jak zwykle posiedzial kilka godzin, a w miedzyczasie pogoda z ulewy przeszla w mzawke az w koncu wyszlo slonce. Kiedy wiec pojechal, zabralismy mlodziez oraz Maye i ruszylismy na spacer. Po powrocie Nik chcial oczywiscie pograc w kosza.

Tego dnia wrocil juz "normalny" Nik ;)
 

Chwile z nim porzucalam, a potem zaczelismy przygotowania do ostatniego dnia szkoly. Bi nie musiala brac juz w poniedzialek plecaka, bo w piatek wyciagneli wszystko z szafek i oddali klodki. Wziela wiec taki malutki zeby wsadzic do niego pamiatkowy album (yearbook) bo mieli miec czas na pamiatkowe podpisy. Nik za to bral plecak normalnie, choc posykiwal bo bolaly go spalone ramiona, bowiem oni dopiero w poniedzialek mieli zabierac reszte rzeczy ze swoich szafek. Wieczor to juz oczywiscie prysznice i do spania, choc dzieciakow ciezko bylo zagonic do lozek, bo twierdzili ze wlasciwie maja juz wakacje, a ten jeden dzionek to sie w sumie nie liczy. ;)

No i nadszedl w koncu dzien, do ktorego Potworki odliczaly juz chyba od miesiaca. Poniedzialek 10 czerwca, czyli ostatni dzien szkoly. :) Nie tylko ostatni, ale jeszcze ze skroconymi lekcjami, a tak naprawde to zupelnie bez lekcji. W obu szkolach mieli apele na zakonczenie, a u Kokusia dodatkowo ceremonie pozegnania VI klas. Niestety, nie zaproszono na nia rodzicow. :( Co robili przez 5 godzin u Bi, nie mam pojecia, bo u nich pozegnanie VIII klas odbylo sie uroczyscie (i z rodzicami) po lekcjach. Rano wybieglysmy ze Starsza z domu juz o 7:11, bo pannie wydawalo sie, ze slyszala autobus. Kto wie, moze i slyszala, ale jesli juz, to byl on do high school. Na swoj musiala poczekac do 7:17, czyli troche sie obie ustalysmy, a bylo tylko 14 stopni, brrr...

Kot na porannym patrolu
 

W koncu panna odjechala, a ja wrocilam do Kokusia, ktory juz jadl. Przygotowalismy szybko kartke z podziekowaniem dla jego kierowcy autobusu, bo babka byla naprawde niesamowita. Kiedy ona jechala, nigdy nie bylo wiekszych opoznien, a jeszcze dodatkowo mlodziez ja lubila, a i do rodzicow zawsze zagadala... Dzieciaki w tym roku nie chcialy dawac kartek ani upominkow zadnym nauczycielom, a ja, zajeta swoimi sprawami zupelnie zapomnialam, ale akurat tej babce sie nalezalo jak nikomu innemu. Po odjezdzie dzieciarni, pogadalam chwile z sasiadka, a potem wrocilam do chalupy. Mialam troche czasu na ogarniecie tego i owego, ale tez zeby podelektowac sie samotnym rankiem, bo przez jakis czas ich teraz nie uracze. :D Poniewaz lekcje byly skrocone, wiec juz na 12:30 musialam jechac po Bi. Zazwyczaj w jej szkole dlugo czekalam az dzieciaki zaczna wychodzic, tymczasem tego dnia wypuscili ich juz wczesniej na placyk przed bocznym wyjsciem. Jak tylko wiec nauczyciele oglosili, ze sa wolni, wszyscy ruszyli do czekajacego sznurka samochodow. Odbior potomstwa poszedl wiec ekspresowo, co z jednej strony bylo fajne, a z drugiej akurat tego dnia mi sie nie spieszylo. ;)

Fote pstrykalam na szybko i moj telefon postanowil ustawic ostrosc na lusterko samochodowe, zamiast na Bi, o ktora mi chodzilo :/
 

Odbieralam ze szkoly Bi i jej kolezanke, ale potem jechalam tez po Kokusia i jego kolege. Cala gromada chciala uczcic koniec roku szkolnego jadac na bubble tea. Pechowo, przez to ze u dziewczyn wszystko poszlo tak sprawnie, u Nika zjawilismy sie juz pol godziny przed koncem jego lekcji. Dziewczyny wysiadly i poszly na spacer wokol boisk, a ja czekalam, bo poczatkowo nie wpuszczali rodzicow na miejsca parkingowe przed bocznym wejsciem. Ten plac sluzy bowiem rowniez za boiska do koszykowki i innych gier. W koncu zgarneli bawiace sie tam dzieciaki, rodzice zaparkowali i ustawili sie pod drzwiami, zaczely wychodzic dzieciaki i... nagle przestaly. Po chwili wyszedl jakis nauczyciel i oznajmil, ze oni ostatniego dnia zawsze urzadzaja klaskanie (clap-out) dla dzieciakow. Hmmm... pamietalam to z zeszlego roku, ale w tym nic wczesniej nie mowili, wiec uznalam ze jednak go nie bedzie. To po pierwsze. Po drugie zas, przynajmniej kilkanascioro dzieci juz wyszlo bocznym wyjsciem i odjechalo! :D Naprawde, w tym momencie mogli sobie odpuscic i po prostu wypuscic reszte. Zamiast tego zagonili rodzicow przed glowne wejscie, gdzie ustawilismy sie w rzadku obok nauczycieli i wszyscy gromko klaskalismy wychodzacej mlodziezy. Nik i jego kumpel jak zwykle byli jednymi z ostatnich, a w dodatku, przy takiej ilosci osob, nawet mnie nie zauwazyli (a stalam w pierwszym rzedzie) i przeszli centralnie obok. :D

Koniec kolejnego etapu... Ostatnie wyjscie z tej szkoly...
 

Pozniej w koncu moglam zgarnac dzieciarnie i pierwszym przystankiem okazala sie... pobliska stacja benzynowa, bo chlopaki oraz Bi oznajmili ze sa glodni. W szkolach ponownie na lunch bylo to, co nadal zalegalo w lodowkach. ;) Pozniej pojechalismy na obiecane bubble tea.

Moje!
 

Nawet ja sie skusilam, ale nie kombinowalam z zadnymi owocowymi wynalazkami, tylko wzielam klasyczna herbate z mlekiem i tapioka. ;) Dziewczynom zajelo wieki zeby sie zdecydowac, bo i wybor maja tam ogromny, w koncu jednak zlozyly zamowienie, pani przyrzadzila nasze napoje i moglismy wyruszac.

Dziewczyny sa podobnego wzrostu, ale kolezanka zalozyla cos jak koturny i nagle wyglada na o pol glowy wyzsza :D
 

Niestety, jeszcze po drodze, chlopcy zdecydowali, ze nie chca bubble tea, tylko owocowe napoje z Dunkin' Donuts. Po drodze czekal nas wiec kolejny przystanek. Na szczescie owy przybytek mozna tu spotkac doslownie na kazdym rogu, nie musialam wiec specjalnie jezdzic i szukac. ;)

Nie mam chyba ani jednego zdjecia tej dwojki gdzie obydwaj wygladaliby "normalnie" ;)
 

Pozniej w koncu odstawilam dziewczyny do naszego domu, a potem pojechalismy z Kokusiem odwiezc jego kolege. Jesli jestescie ciekawe dlaczego kolega nie pojechal do nas, to akurat tego dnia mial przyjecie urodzinowe. Nik zostal na nie zaproszony, wiec rozstawal sie z kumplem na zawrotne 2.5 godziny. ;) Wrocilam wiec z synem do chalupy, gdzie juz urzedowaly dziewczyny. Kolezanka Bi nie chciala wczesniej pizzy i teraz tez odpowiedziala przeczaco na wszystkie moje propozycje przekaszenia czegokolwiek. Troche bylo mi glupio ze dziecko siedzi u mnie glodne, ale powiedzialam Starszej zeby chociaz wziela ja do kuchni i pokazala jakie mamy przekaski. O 16 przyjechal po panne tata i M. (ktory w miedzyczasie wrocil z pracy) ucieszyl sie, ze w koncu moze sciagnac portki i chodzic w samych bokserkach. :D Minelo pol godziny i zabralam Nika do kolegi. Oczywiscie widzac gromade chlopcow ze szkoly, wyskoczyl z auta zanim sie dobrze zatrzymalam i tyle go widzialam. ;) Pojechalam spowrotem do domu, posiedzialam z M., pogadalam przez telefon z kolezanka i w koncu moglam odebrac syna. Rozmawiajac wczesniej przez komorke, siedzialam na ganku i czulam jak temperatura zaczyna gwaltownie spadac. W nocy mialo byc tylko 11 stopni i dalo sie to odczuc. ;) Pojechalam po Kokusia, zastanawiajac sie co porabia. Jego rodzice maja dom z basenem, wiec wiedzialam ze dzieciarnia pewnie niemal nie wychodzila z wody, ale bardziej martwilo mnie to, czy jak z tej wody wyjdzie, to pomysli ze trzeba sie wytrzec i ubrac. Nie wiem jak bylo w czasie jedzenia pizzy oraz tortu, ale kiedy przyjechalam, Mlodszy nadal byl w wodzie.

Mlodszy nie chcial nawet na mnie spojrzec, tylko szalal na calego
 

Kiedy udalo mi sie go z niej wygonic, postrzelal jeszcze do kosza, caly czas w samych kapielowkach, podczas gdy ja mialam juz sweter narzucony na sukienke. Dopiero w domu przebral sie w cos suchego i modle sie zeby nie skonczylo sie przeziebieniem, jak rok temu zreszta... I tak zakonczyl sie ostatni dzien odpowiednio VI i VII klasy. W przyszlym roku oba Potworki beda chwilowo razem w gimnazjum, a pozniej witamy sie z liceum. :D

Pierwszy dzien wakacji zaczal sie o rozsadnej porze (wydaje mi sie), z kilku powodow. Po pierwsze, wakacje wakacjami, ale nie chce ich w polowie przespac. Po drugie, Bi wspomniala ze chcialaby biegac i podchwycilam ten pomysl. Tyle, ze latem lepiej jest uprawiac sport z rana, zanim zrobi sie koszmarnie goraco. Starsza gdyby mogla, wstawalaby o 7 i od razu wylatywala z domu, ale ja uznalam ze nastawie budzik na 8, potem umyje zeby, napije sie i troche ogarne, bo niestety ze mnie typowa "sowa" i ile bym nie spala, rano przez dluzsza chwile jestem nieprzytomna. Celem bylo wyjsc z domu o 8:30 i udalo sie z lekkim tylko poslizgiem. ;) Jako realistka, cudow sie nie spodziewalam i ich nie dostalam. Jestem kompletnie bez formy, ale jak ostatnio stanelam na wage i zobaczylam 65 kg, stwierdzilam, ze tak byc nie moze. Cale zycie bylam chudzina i wazylam okolo 50-52 kg (przy wzroscie 170cm). Po urodzeniu dzieci waga zaczela pomalutku isc w gore, ale tak naprawde dopiero po przekroczeniu 40stki zauwazylam, ze przestala cyklicznie spadac. Wczesniej latem zawsze troche spadla bo czlowiek wiecej sie ruszal, ale jakis czas temu zauwazylam, ze czuje brzuch przy pochylaniu sie, czego wczesniej nie bylo i ogolnie szybciej dostaje zadyszki. Zobaczymy ile przy tych porannych biegach wytrwam, bo od zawsze mialam problem z kolanami, a bieganie je niestety mocno obciaza. Tak czy siak, udalo mi sie dotruchtac do konca naszej ulicy, a potem kawalek biec spowrotem, gdzie opadajacy lekko teren pomagal. Potem szlam szybkim marszem, pod naszym domem stanelam poczekac az zlapie oddech, po czym znow kawalek podbieglam do Bi, ktora w tym czasie dobiegla do przeciwnego konca naszej ulicy, wrocila i przebiegla ten odcinek ponownie. :D No coz, mowia pierwsze sliwki robaczywki, a lapanie formy jest niestety trudne i bolesne, szczegolnie w wieku 44 lat... Po powrocie prysznice choc przyznam, ze nawet jakos strasznie sie nie spocilam, bo zadyszka przeszkadzala w dluzszym biegu. ;) Zjedlismy sniadanie i trzeba bylo zasiasc do ogloszen o prace. Troche w nie popatrzylam, po czym wyciagnelismy z szopki rowery i pojechalismy do urzedu miasta, bo w czerwcu rejestruje sie tu psy. Niestety, odkad Maya nam kilka lat temu uciekla, maja ja na radarze i nie zarejstrowanie jej grozi mandatem. Poniewaz to nie zadna fortuna ($8 za "wyczyszczonego" psa), wiec placimy dla swietego spokoju. Pojechalismy na naszych jednosladach, a wybralam akurat ten dzien, bo byl ostatnim kiedy mozna bylo tam dojechac rowerem. Obok urzedu miasta trwa budowa nowego high school. Juz rok temu zamkneli caly teren, ale na rok szkolny otworzyli chodnik naokolo placu budowy, zeby mlodziez z przylegajacych osiedli mogla dotrzec do szkoly pieszo lub rowerami. Budowa samej szkoly jest juz ukonczona, teraz trwaja juz tylko prace wykonczeniowe w srodku, a na zewnatrz podjazdy, chodniki i parking. Mogliby zostwic ten chodnik otwarty, ale rownoczesnie latem ma sie zaczac wyburzanie starej szkoly, wiec dla bezpieczenstwa chca odgrodzic calutki teren wokol nowego i starego budynku. W urzedzie zeszlo nam moze 10 minut, a ze po drugiej stronie ulicy jest biblioteka, wiec zaszlismy oddac ksiazki i plyty. Wkurzylam sie oczywiscie, bo zanim wszystko wrzucilam do wlotu, kontrolnie sprawdzilam i w pudelku od gry wypozyczonej przez Kokusia... nie bylo dysku! :O Kurde, gra powinna byla byc oddana ze 3 tygodnie wczesniej, Mlodszy sam przypomnial sobie ze musi ja w koncu odniesc i co? I nie pamieta o dysku; o wszystkim wiecznie musze myslec ja! :/ Skoro juz tam bylismy, to Potworki chwycily stos filmow, a Nik kolejna gre i wrocilismy. Po powrocie znow siadlam troche do ofert, a potem przyszedl czas na lunch. Ogolnie Bi stwierdzila, ze dzien jej sie dluzy, a Nik ze wakacje sa bez sensu, bo bez obowiazkow czuje sie bezuzyteczny. Jak na matke przystalo, poradzilam zeby zabral sie za to tornado w pokoju, ale jakos nie mial ochoty. :D Wrocil do domu M. i zabral dzieciaki do sklepu z elektronika, bo wyczail jakas promocje na sluchawki bezprzewodowe Apple, a jego akurat niedawno wyzionely ducha. Kiedy wrocili, zaproponowalam dzieciakom zeby zrobic ponownie rundke do biblioteki, bo nie dawala mi spokoju ta nieoddana gra, a kolejnego dnia musialabym juz brac auto. Nik to wiedzialam, ze bedzie chcial, ale Bi spodziewalam sie, ze raczej odmowi. Niespodziewanie jednak chciala, wiec znow przejechalismy sie w trojke. Oddalismy gre, a Potworki zgarnely tym razem po ksiazce. ;) Kiedy wrocilismy, dzieciaki porzucaly chwilke do kosza, a potem Bi uprosila zebym zagrala z nia w badmintona.

Malo kiedy zdarza sie zeby grali razem

Dlugo jednak to nie trwalo, bo po porannym biegu, a potem dwukrotnej jezdzie na rowerze, solidnie dokuczaly mi nogi. Wieczorem mlodziez oczywiscie ociagala sie przed pojsciem do spania, choc Bi, szydelkujac, ziewala raz za razem. ;) Polozylam sie troche pozniej niz bym chciala, a Kokusia ponownie zastalam tak:

Nintendo w lozku, pudelko z dyskami pod brzuchem, sluchawka w uchu. Nie mowiac juz o nadal zapalonym swietle...

W poniedzialek po poludniu przyszlo swiadectwo Kokusia, ale Bi nie. To dla mnie nowosc, ze konczy sie rok szkolny, a raportu brak. W kazdym razie, u Kokusia nie ma sie do czego przyczepic. Ze wszystkich kategorii i wszystkich przedmiotow ma "M", czyli material opanowany zadowalajaco. Na szczescie od nastepnego roku bedzie juz mial normalne oceny, bo "meets" to ciezko okreslic czy byloby to "A" czy "B".


Moze tym razem uda mi sie to podczepic tak, zeby cos sie dalo odczytac ;)

Ze sztuki, z trzech zagadnien dostal za to "E", czyli artystycznie przekracza poziom VI klasy. Ciekawe, bo w domu Mlodszy zupelnie nie wykazuje kreatywnosci czy zdolnosci manualnych, ani wrecz checi do tego rodzaju prac, ale co tam. ;)

W srode rano nie moglam sie dobudzic. Jak pisalam wczesniej, we wtorek stracilam poczucie czasu i polozylam sie pozno, a w nocy M. nie mogl sie dowolac Oreo i lazil od jednych drzwi do drugich, nawolujac. Az mialam ochote wrzasnac zeby zostawil juz tego kota i jechal. :D Moja sypialnia jest nad garazem, wiec slyszalam jak potem wyjezdzal i najwyrazniej zobaczyl Oreo gdzies w krzakach, bo wysiadl z auta i zaczal ja znow wolac. Pozniej trzasnely drzwi na dole, wiec wiedzialam, ze przyniosl cholernego kiciula do chalupy. :D Solidnie sie juz jednak rozbudzilam i ciezko bylo ponownie zasnac... Rano wiec wylaczylam budzik o 8 i przysnelam do 8:24. Potem jednak dzielnie zwloklam sie z wyra, umylam zeby, wcisnelam w spodenki oraz koszulke i wyszlam z corka pobiegac. Musze przyznac, ze poprzedniego dnia chyba na poczatek pobieglam za szybko, wiec szybciej stracilam dech. We wtorek bieglam spokojniej, bo i miesnie protestowaly i w rezulatacie udalo mi sie lepiej kontrolowac oddech, wiec dluzej bylam w stanie biec, a krocej szlam. Choc nadal to tylko dwie dlugosci z hakiem naszej ulicy. ;) Po powrocie do domu odswiezyc sie i zjesc sniadanie, a Potworki chcialy ogladac film. Tym razem wybrali Indiana Jones, bo jakos sobie uswiadomilismy, ze nigdy nie widzieli zadnej czesci. ;) Pozniej laba sie skonczyla, bo trzeba bylo ogarnac podlogi na gorze. Przez ostatnie miesiace Potworki sie rozleniwily, bo skoro bylam w domu, sama ogarnialam porzadki, ale skoro zaczely sie wakacje, to moga sami sprzatac swoje pokoje. Ponownie w szoku bylam, ze woda w odkurzaczu byla az zolta od pylkow. Na szczescie sezon na az tyle tego w powietrzu, pomalu sie konczy. Po sprzataniu przyszla pora na obiad i dla mnie usiasc do ofert pracy, a dla Potworkow na cokolwiek mieli ochote. Z roboty dojechal malzonek, ogarnialismy to i owo, a potem... nawiazala sie konwersacja, ktora szybko eskalowala, bowiem przypomnialam dzieciakom, ze jest sroda, a wiec trening i... Bi oczywiscie zaczela protestowac, ze dopiero zaczely sie wakacje i ona chce sie zrelaksowac i pojedzie w nastepnym tygodniu. Odpowiedzialam oczywiscie, zeby nie zaczynala, bo nie byli juz w poniedzialek, z racji ze Mlodszy byl na urodzinach. Co ciekawe, Nik stwierdzil, ze mu wsio ryba, moze jechac ale nie musi, za to corka wyklocala sie do oporu. Po chwili zmienila front i stwierdzila, ze ok, pojedzie, bo w srody ma tam jakas kolezanke, ale za to nie jedzie kolejnego dnia. Westchnelam ciezko, ze chyba jednak czas corke wypisac, bo nie mam ochoty sluchac awantury przed kazdym treningiem. Podchwycil to M. i przytaknal zeby wypisac ja "na miesiac". Popukalam sie w glowe, ze jak mam ich wypisac, to na cale wakacje bowiem po miesiacu wroca na dwa tygodnie, po czym wylecimy do Polski... W ten szybki sposob decyzja zostala podjeta i dzieciaki maja wolne od plywania na reszte lata. Spytalam Nika i choc stwierdzil ze on moze dalej plywac, to po chwili uznal, ze jak mamy jezdzic nad jezioro, to potem moze byc zbyt zmeczony na treningi. ;) Mam tez cicha nadzieje, ze po wakacjach przybedzie w grupach dzieci, bo narazie to porazka, kiedy w grupie Potworkow jest 3-4 (razem z nimi)... Poniewaz treningom powiedzielismy nie, malzonek chwycil za kosiarke, a ja zagralam z Kokusiem w badmintona. Dwa razy udalo sie chlopakowi zaczepic lotke o drzewo, ale na szczescie dosc mocno zawiewalo i za kazdym razem po chwili ja zdmuchnelo. Pozniej to juz szybkie prysznice i... Nik chcial obejrzec kolejny film, tym razem cos jak kreskowa wersje Spider Man'a. Zdziwilo mnie, ze chciala ja tez obejrzec Bi, ale ze M. poprosil tylko zeby wlaczyc w miare cicho, bo szedl spac, to puscilam im film i poszlam posiedziec na ganku.

O zmroku najklimatyczniej i zeby tylko nie bylo komarow...
 

Siedzialam i siedzialam, w koncu zrobilo sie zupelnie ciemno, pomimo swieczki ciely komarzydla, w dodatku caly czas przelatywalo mi przed twarza jakies robactwo i w koncu stwierdzilam, ze film powinien zaraz sie skonczyc, wiec poszlam do domu. A gdzie tam! Cholerstwo trwalo 2 godziny i 20 minut! :O Kiedy w koncu sie skonczylo, byla 22, wiec wyslalam juz Nika do lozka bez czytania.

Ponownie wieczorne widoki - telefon zakleszczony pod brzuchem, a gaszenie swiatla jest przereklamowane

W srode przyszlo wreszcie swiadectwo Bi. Podobnie jak u Nika, wlasciwie nie ma sie do czego przyczepic. Z prawie wszystkich przedmiotow ma wariacje "A". Tam minus, tu plus, ale "A". Przyjmijmy ze jest to nasza "5", bo tu mamy skale 5-stopniowa, a nie jak w Polsce 6-cio.

Swiadectwo
 

Czyli Bi ma "5" ze wszystkich przedmiotwo, poza... matematyka. Ciezko powiedziec co poszlo nie tak, bo panna sobie wyraznie w tym roku nie poradzila na zaawansowanej matematyce, ale slyszalam jak rozmawialy z kolezanka o nauczycielce i tamta tez narzekala, ze jej nie lubi i kobieta nie potrafi uczyc. Zobaczymy co bedzie w nastepnym roku, kiedy Starsza bedzie i na zwyklej matmie i z inna nauczycielka. Ogolnie jednak jestem z jej wynikow bardzo zadowolona, szczegolnie ze widzialam, ze faktycznie sie przykladala i zalezalo jej na jak najlepszych stopniach. Oceny sa wiec jak najbardziej zasluzone. :)

W czwartek rano ponownie ranna pobudka i poranne biegi. Trzeci dzien, wiec wiadomo ze zadnej roznicy nie bylo i dlugo nie bedzie. ;) Po powrocie umyc sie, zrobic sniadanie dzieciakom i sobie, po czym zabralam sie za gulasz. Poznym rankiem planowalam zabrac Potworki do klubu nad jezioro, wiec chcialam miec gotowy obiad. Zeszlo mi troche dluzej niz przewidywalam, bo mieso uparcie nie chcialo zmieknac, wiec dotarlismy dopiero przed 12. Na szczescie, choc na plazy juz bylo sporo ludzi, to nie byly to w zadnym wypadku tlumy. Zabralismy ze soba sasiadki, bo dzieciaki marudzily ze chcialyby jechac z jakimis dzieciakami. Panny kolejnego dnia wylatywaly na 3 tygodnie do Indii, wiec byla akurat okazja na pozegnanie. Niestety, Nik postanowil marudzic i choc zwykle fajnie sie dogadywal z mlodsza, teraz jeczal, docinal dziewczynom (tak niby polzartem, ale jednak) i poczatkowo nie chcial zupelnie sie bawic. Trzy panny natychmiast ruszyly do wody i poplynely do pomostu zeby z niego skakac, Mlodszy siedzial na kocu i smecil, ze nie ma jakiegos swojego kolegi. :/

Bi odbija sie od pomostu
 

W ktoryms momencie nawet wyciagnal moj telefon i zaczal grac, choc szybko to ukrocilam. Pozniej niespodziewanie wpadl na kumpla ze szkoly, ale pochodzili tylko niemrawo z brzegu, probowali puszczac kaczki, az kolega gdzies poszedl. Nie wiem czy to taki wiek?

To ten ciemnoskory i tak, chlopak ma 12 lat. Jest nie tylko o ponad glowe wyzszy od Kokusia, ale tez sporo ode mnie :D
 

Chyba nie do konca, bo widzialam kilkunastu innych chlopcow w podobnym, ktorzy szaleli w wodzie. Ostatecznie spedzilismy tam 3 godziny i dopiero ostatnia Nik naprawde wykorzystal. Moze musial sie rozruszac, nie wiem... Wreszcie sie zamoczyl i skakal z dziewczynami do wody z pomostu. Pozniej wzieli pileczke i grali w jakas gre na punkty, gdzie jedna osoba rzuca, a reszta stoi w kupie i probuje ja zlapac.

Najmlodsza i najmniejsza na plecach siostry, wiec wydaje sie najwyzsza. :D A Nikowe ramiona dalej byly czerwone i obolale, wiec czas na plazy spedzil w koszulce
 

Jak juz cala czwroka zaczeli sie bawic, to oczywiscie ciezko bylo ich wyciagnac z wody. Zanim wszyscy sie ogarneli i pozbierali swoje rzeczy, minely wlasnie 3 godziny nad jeziorem. Odstawilismy dziewczyny i wrocilismy do chalupy, gdzie podwojnie cieszylam sie, ze mam juz obiad. Potworki byly glodne, bo planowaly kupic sobie cos z kolezankami w sklepiku, ale okazal sie zamkniety. Na szczescie mialam cala torbe przekasek, ale to jednak nie to samo. Z pracy wrocil M., wiec kazde opowiedzialo o swoim dniu, a potem napisala do mnie sasiadka, czy przyszlabym to pokaze mi ktore kwiatki i jak podlewac. Bi chciala jeszcze raz zobaczyc kolezanke, wiec ruszylysmy w droge, ale ledwie wyszlysmy na chodnik, a zatrzymal nas sasiad, mowiac ze przy wjezdzie na osiedle grasuje wielgachny niedzwiedz i wywalil komus smietnik. Stwierdzilysmy, ze lepiej wezmiemy auto, bo niewiadomo w ktora strone pozniej pojdzie. ;) Zanim jednak pojechalysmy do sasiadow, ruszylysmy w przeciwnym kierunku, zeby obejrzec sobie misia. No faktycznie, ogromna bestia... :O

Jakie wielkie bylo bydle, najlepiej widac wzgledem samochodu obok
 

U sasiadki okazalo sie, ze sprawa jest skomplikowana, bo mialy byc tylko jakies ogrodowe kwiatki, a tymczasem doszly tez domowe. Nie byloby problemu, tyle ze sasiedzi maja nie tylko cyfrowy kod do drzwi, ale jeszcze alarm. :O Sasiadka musiala pokazac mi co jak otwierac i (dez)aktywowac. ;) Na zewnatrz tez nie bedzie to takie proste, bo myslalam, ze chwyce weza i szybko wszystko poleje, tymczasem do wszystkich kurkow maja popodlaczane zraszacze i musialabym je odlaczac i potem od nowa ustawiac. W rezultacie pozostaje mi bieganie z konewka... :/ To akurat az tak bardzo mi nie przeszkadza. Bardziej martwie sie, ze niechcacy wlacze alarm w domu. :D Wrocilysmy z Bi do domu i okazalo sie, ze ominela nas "zabawa". Otoz pan niedzwiedz szedl sobie nasza ulica i wywalal wszystkie smietniki po drodze, bo akurat byl dzien wystawiania kublow. :D Sasiedzi trabili, krzyczeli, pies szczekal, Nik chwycil za gwizdek i... nic. Misiek powywalal wszystkie smietniki po drodze (na szczescie my naszego jeszcze nie wystawilismy) i poszedl na nastepne osiedle. Reszta wieczora uplynela juz bez wiekszych sensacji. ;)

Piatkowy poranek to oczywiscie ponownie pobudka o 8 i po lekkim dobudzeniu sie, bieg z Bi. Niestety, nie wiem czy to normalny kryzys czwartego dnia, czy cos w powietrzu bo bylo duszno, a na popoludnie zapowiadali burze, wiec cisnienie pewnie szalalo... Strasznie zle mi sie bieglo. Nie to, ze nogi bolaly (choc oczywiscie protestowaly), nie ze mialam (jak zwykle) zadyszke, ale po prostu bylam jakas taka detka, kompletnie bez energii... Jakos przemeczylam ten moj odcinek, choc duzo wiecej szlam niz bieglam... :/ Po powrocie jak zwykle szybkie odswiezenie sie i sniadanie, a potem siadlam troche do szukania pracy, zanim musialam jechac na zakupy. Dzieciaki zabraly sie ze mna i najpierw zajechalismy na basen, zamrozic ich czlonkostwo w druzynie. Nastepnie pojechalismy do sklepu z elektronika, bowiem Bi zapragnela wydac sporo ze swojej kasiory i kupic Fitbit i to jeden z najnowszych, bo chciala zeby koniecznie byl wodoodporny. Dzien mial wygladac nieco inaczej, bo choc bylo duszno, dopiero na popoludnie zapowiadali burze. Tymczasm jak tylko wyjechalismy z basenu, w oddali zauwazylismy ciemne chmury. Zanim dojechalismy do sklepu, juz kropilo, kiedy wyszlismy lalo jak z cebra. A mielismy do zaliczenia jeszcze supermarket. :O Przez parking musielismy wiec leciec biegiem. Mialam nadzieje, ze w czasie robienia zakupow przestanie, ale gdzie tam. Padalo troche mniej, ale nadal. Tak samo w drodze powrotnej. Kiedy sie w koncu uspokoilo? Jak siedzielismy juz spokojnie w domu, a torby dawno byly rozpakowane. Jeszcze rano myslalam, ze moze po zakupach i obiedzie wezme Potworki znowu nad jezioro, ale szybko zrezygnowalam. Caly dzien naprzemian nachodzily ciemne chmury, potem lekko sie przejasnialo, znowu chmurzylo, itd. W dodatku na popoludnie zapowiadano burze, a na hamerykanckich plazach i basenach maja glupia zasade, ze jak ratownicy uslysza gdzies w oddali grzmot, kaza wszystkim wyjsc z wody, nawet jesli nad plaza nadal swieci slonce. Juz kiedys tak bylismy na basenie, kiedy trzymali nas pol godziny, ledwie dzieciaki znow weszly do wody, po kilku minutach zagrzmialo ponownie. Znow odczekalismy pol godziny, po czym... ledwie ludzie wskoczyli do basenu rozlegl sie kolejny grzmot! Wtedy zamkneli basen kompletnie. Nie chcialam placic dzieciakom za wstep do klubu i miec podobne przygody. ;) Oczywiscie ostatecznie zagrzmialo tylko kilka razy po godzinie 20... :D Za to zaczelo przelotnie kropic, wiec w sumie i tak pogoda nie zachecala do siedzenia nad woda. Za to, w przerwie miedzy deszczami, stoimy sobie z M. (ktory w miedzyczasie wrocil do domu) i patrzymy, a Oreo wlazi do warzywnika, po czym... wali tam kupsko! :O Ozesztokurnajegomac!!! Malzonek, ktorego ogolnie bardzo latwo jest obrzydzic, stwierdzil od razu ze on tych warzyw jesc nie bedzie, bo niewiadomo ile kot juz sie tam zalatwia. Ja podchodze to tego rozsadniej, bowiem jestem teraz w domu, wiec co chwila wychodze sobie popatrzec na ogrod. Bi dzien wczesniej siedziala na tarasie wiekszosc popoludnia i nic nie zauwazyla. Jest nadzieja, ze to pierwszy raz. Oczywiscie kombinujemy teraz jak ten warzywnik ogrodzic. W szopce mialam tyczki (dla ogorkow), mamy tez siatke, ktora chcialam przykryc truskawki, bo cos mi je zjada zanim dojrzeja. Malzonek chcial sie za to zabrac, ale przy takiej wilgotnosci komary byly w siodmym niebie, wiec szybko uciekl. Ja za to zauwazylam z bliska, ze ogorki to juz mi sie rowno ploza po ogrodzie. Chwycilam wiec za dodatkowe tyczki i podwiazalam niesforne warzywka. W polowie podczepiania deszcz lunal az milo, ale zaparlam sie, ze skoncze. ;) Reszta popoludnia i wieczor minela juz bardziej relaksujaco. Ja siadlam sobie na ganku, Nik zaszyl sie w pokoju, a Bi z tata cofneli sobie mecz Niemcy:Szkocja. Dolaczylam do nich dopiero na sama koncowke, bo jakos zupelnie nie mialam na pilke ochoty.

Milego weekendu!

piątek, 7 czerwca 2024

Poczatki czerwca

W piatek wieczorem normalka. ;)

Sluchawki w uszach, w telefonie cos sobie leci...

Na te poze zabraklo mi komentarza... :D

Sobote, 1 czerwca zaczelam pozno. Nawet bardzo pozno. Spalam niezle jak na zapchany i cieknacy nos, choc nad ranem obudzil mnie M. wolajacy kota, o 7 rano do mojego lozka przydreptal Nik, a chwile pozniej Oreo miauczala pod drzwiami. Mlodszy wolal do niej zeby byla cicho, zamiast wstac i wypuscic upierdliwe stworzenie. :D Udalo mi sie potem przysnac, ale dopiero po wylaczeniu budzika (czasem zastanawiam sie po co ja go nastawiam...) zasnelam jak kamien. Przebudzilam sie o... 9:23. :O Coz, tlumacze to tym, ze chory organizm potrzebowal odpoczynku. ;) Kiedy wstalam, szybko zapodalam dzieciakom i sobie sniadanie i lyknelam prochy. Czulam sie nieco lepiej. Smarkalam z wieksza czestotliwoscia i od czasu do czasu musialam odkaszlnac, ale glowa mniej bolala i odzyskalam troche energii. Do wyzdrowienia wydawalo sie jeszcze daleko, ale przynajmniej byl jakis postep. ;) Oreo zostawila nam na progu prezent, ktory zupelnie mnie nie zaskoczyl, bo poprzedniego wieczora widzialam jak czatowala przy wyjsciu z jakiejs norki.

Kolejna nornica - Oreo uparla sie najwyrazniej rzeby wytrzebic cala populacje ;)
 

Tych nor mamy wokol domu i w ogrodzie zatrzesienie i niewiadomo ktora nalezy do myszy, chipmunk'ow lub nornic. Tym razem to ostatnie najwyrazniej. ;) Musze przyznac, ze choc troche zal mi tych zamordowanych stworzonek, to akurat nornicom zycze szybkiego konca w kocich pazurach. Tyl ogrodu nadal jest niczym gabka od tuneli tuz pod powierzchnia... :/ Tego dnia powrocily upaly (mielismy 28 stopni, a w sloncu pewnie grubo ponad 30), co z jednej strony cieszylo, bo przeciez wlasnie zaczelo sie astronomiczne lato, a z drugiej akurat przy moim przeziebieniu bylo utrapieniem. Przy zawalonym nosie bylo mi duszno i w dodatku naprzemian robilo sie goraco albo oblewaly poty. Dlatego tez nie spedzilam zbyt duzo czasu na zewnatrz. Nie wytrzymalabym w sloncu. Ogolnie nadal czulam sie tak sobie i poza praniem i delikatnym odgruzowaniem, za wiele nie zrobilam. Mielismy wiec dosc leniwy dzien. Malzonek pojechal do pracy, ale juz o 10 wyszedl. W poludnie zabralam Bi do biblioteki, bo w sama pore przypomnialo mi sie, ze od czerwca do wrzesnia zamykaja ja w soboty juz o 13. ;)

Reakcja na wystawiony w jej strone aparat :D
 

Wczesne popoludnie M. przedrzemal, a ja i Potworki krecilismy sie bez celu. Pozniej ojciec pojechal do spowiedzi, a kiedy wrocil zebralismy sie do kosciola. Zastanawialam sie czy jechac, bo niby czulam sie lepiej niz w piatek, ale jednak co i rusz musialam wydmuchac nos. W koncu powiedzialam malzonkowi zebysmy usiedli gdzies z tylu, ja z samego brzegu, abym mogla w razie czego wyjsc. Okazalo sie, ze przetrwalam msze z tylko jednorazowym trabieniem w chusteczke, choc potem siedzialam w sumie na sile i po prostu nos obcieralam, bo nie chcialam wychodzic. Odetchnelam jednak z ulga kiedy sie skonczylo... Wrocilismy do domu, gdzie upieklam chlebek bananowy, podlalam warzywnik oraz doniczki i poza tym, z reszta rodziny, juz sie posnulam, siedzac to na tarasie, to na ganku.

Kawusia i kwiatki
 

W niedziele rano M. znow pojechal do roboty, a ja z dzieciakami odsypialismy. Tym razem obudzilam sie jeszcze przed 9, w sumie dzieki dzieciolowi, ktory napierdzielal w sciane mojej sypialni. :O Kurde, nic tylko nastawic budzik na 5 nad ranem, zaczaic sie w krzakach i ustrzelic cholerne ptaszki! :/ Kiedy wstalam i podalam dzieciakom sniadanie, chcieli obejrzec film. Bi dzien wczesniej wypozyczyla (znowu) druga czesc "Straznikow galaktyki", wiec zasiedli, zasmiewajac sie do rozpuku. Zadzwonil kontrolnie moj tata, ale kiedy zakaszlalam mu w sluchawke szybciutko stwierdzil, ze jednak na kawe nie przyjezdza. :D Pozniej mialam lekkie wyrzuty sumienia, bo po poludniu okazalo sie ze rano wszystko mi splywalo po nocy i chyba dlatego ciagle kaszlalam i smarkalam. W miare jak uplywal dzien, znacznie sie to uspokoilo i tylko sporadycznie musialam siegnac po chusteczke lub odkaszlnac. Malzonek dojechal do domu pozno, bo zajechal jeszcze do Polakowa, a tam... utknal, bo droga zostala zamknieta dla procesji z okazji Bozego Ciala! :D U nas obchodzone bylo wlasnie w niedziele i choc o tym pamietalam, to zupelnie zapomnialam, ze kosciol przy Polakowie jest jedynym w okolicy, ktory organizuje procesje z prawdziwego zdarzenia. Wszystkie inne znane mi koscioly maja je tylko naokolo swiatyni. W kazdym razie M. zadzwonil do mnie i poradzilam mu, ze skoro juz tam jest, to niech pojdzie sobie w pochodzie, ale jakos nie chcial. :D Odczekal az przejda dalej i policja otworzy ten kawalek ulicy, po czym wrocil do domu. Obiad mialam prawie gotowy, dopieklam tylko mlode kartofelki i podalam dzieciakom, po czym zabralam Bi do sklepu, bo chciala kupic prezent na urodziny kolezanki. Nie chcialo mi sie jak cholera, ale obiecalam najpierw, ze pojedziemy w piatek, potem jednak czujam sie mocno ch*jowo, wiec powiedzialam, ze w weekend. Sobota przeleciala jakos tak szybko, zreszta czulam sie jeszcze slabowato, ale ze panna chciala koniecznie wreczyc prezent w poniedzialek, wiec zostala tylko niedziela. Samopoczucie mialam znacznie lepsze, wiec nie bylo wymowki. W szoku bylam, bo weekend, ponownie upal i piekne slonce, ale jeszcze bez tutejszej slynnej wilgotnosci w powietrzu, a wiec cudowna, letnia pogoda, a w sklepie... tlumy. :O Zamiast wyruszyc gdzies w plener, albo chociazby na spacer, wszyscy ci ludzie stwierdzili, ze lepiej lazic miedzy regalami... W tym sklepie poszlo nam dosc szybko, ale niestety na tym samym placu jest tez caly wielki sklep z akcesoriami artystycznymi oraz do recznych robotek. Bi nie przezylaby gdyby tam nie weszla, po czym przepadla we wloczkach. :D Panna masakrycznie niezdecydowana, wiec dotykala, sprawdzala grubosc, rozciagliwosc, itd., potem porownywala kolory... Probowalam ja troche pospieszac, ale miala dobry argument, szukala bowiem odpowiednich na prezenty, ktore planowala zrobic dla kuzynostwa, dziadka oraz babc w Polsce. W koncu wybrala co chciala i moglysmy wracac. W domu dlugo nie zabawilysmy, bo w ten weekend oficjalnie otworzono plaze w tym klubie, w ktorym jestem nowym czlonkiem. ;) Tak jak z wypadem do sklepu, Bi chciala jechac tam juz w sobote, ale nadal czulam sie tak sobie. W zasadzie w niedziele po poludniu juz mi sie kompletnie nie chcialo, ale corka zrobila oczy kota ze Szreka i nawet syn chcial pojechac (a dobrze bylo odciagnac go od elektroniki), wiec zapakowalam dzieciaki i pojechalismy. Nad jeziorem siedzialy doslownie tlumy, ale znalazlam troche przestrzeni i zasiadlam na krzeselku. Na szczescie mialam takie z zadaszeniem, kupione w zeszlym roku specjalnie na mecze pilki noznej. W tym roku dzieciarnia zdecydowala sie porzucic pilke, ale znalazlam dla niego nowe zastosowanie. :D Bi wpadla na dwie kolezanki ze szkoly, wiec we trzy chlapaly sie w wodzie, a potem podplynely do pomostu - wyspy i skakaly na glowke, probujac dotknac dna.

Zdjecie niestety niewyrazne, bo z daleka
 

Nik odmowil zalozenia kapielowek, ale potem chyba troche zalowal, bo woda byla, moze nie ciepla, ale tez nie lodowata. Mial na sobie takie poliestrowe spodenki, wiec zaproponowalam zeby wlazl do wody w nich, ale nie chcial. W dodatku stwierdzam, ze moj Mlodszy jest... dziwny. :D Wpadl na kolege z plywania, ktory go zagadnal, a Nik odpowiedzial polslowkiem i odwrocil sie do chlopca plecami. A wiem ze na treningach to byl jeden z jego lepszych kolegow. Zapytalam go potem czy nie chcial pobawic sie z A. Nie musieli byc w wodzie, bo zaraz obok plazy jest plac zabaw. Syn jednak stwierdzil, ze to nie jest jego zaden przyjaciel, wiec nie chcial. Nie rozumiem tego dziecka czasem... Niby jest bardziej otwarty niz Bi i szybciej nawiazuje kontakty, ale jednoczesnie spotka jakiegos kolege, ktory jednak nie chodzi z nim do klasy, wiec nie warto sie z nim zadawac? :O Nie wystarczy, ze ktos jest ogolnie sympatyczny? I nie chodzi tu o tego konkretnego chlopca, bo to nie pierwsza taka sytuacja... W kazdym razie Mlodszy nudzil sie jak mops, ale ze sam byl sobie winien, wiec posiedzielismy tam 1.5 godziny kiedy Bi plywala, po czym zgarnelam potomstwo i wrocilismy.

Wynudzil sie, ale sam byl sobie winien
 

Reszta dnia to juz prysznice i szykowanie sie na ostatni tydzien szkoly. Dzieciaki poszly wieczorem do lozek bez poganiania, ale kiedy sama sie kladlam, znalazlam Bi tak:

Po co komu poduszka?

W nocy spalam fatalnie, bo niestety dom nagrzal sie solidnie przez dzien, wiec mimo wszystkich okien otwartych, panowala duchota i niemal nie bylo przewiewu. W dodatku cos sie darlo na zewnatrz; troche zajelo mi szukanie przy pomocy YouTube, ale na prawie 100% moge powiedziec, ze byl to puszczyk. Zamiast pohukiwac ladnie jak sowa, to darl sie jak zarzynany. :D Rano pobudka byla wiec brutalna. Niby wyszykowalysmy sie z Bi calkiem sprawnie i wyszlysmy praktycznie jak zawsze, ale autobus znow przejechal sobie ulica akurat kiedy wyszlysmy zza domu. Tym razem jednak pozostala dwojka dzieciakow juz czekala, wiec to tylko my cos mialysmy opoznienie. ;) W chalupie zjadlam sniadanie z synem i wyszlismy na jego autobus. Poniewaz ostatnio Maya uparcie odmawiala spacerow, wiec pomyslalam, ze moze wezme ja tym razem z samego rana, kiedy jest najchlodniej. Wyszlismy wiec z psiurem, a tam niespodzianka, bo autobus wlasnie dojezdzal na przystanek. Tutaj jednak corka sasiadki tez dopiero szla, a inny chlopiec szedl od drugiej strony i wszyscy puscili sie biegiem, wiec Nik, choc byl najdalej, zdazyl. Ja chwile porozmawialam z sasiadka, a pozniej ruszylam z psem. Moze moja strategia przyniosla efekt, a moze Maya byla zaskoczona zmiana kierunku, ale przeszla cale koleczko bez zapierania sie. ;)

Chodnik mokry od zraszaczy i czyjs patriotyczny ogrod ;)
 

Wrocilam do chalupy i zaczelam codzienne ogarnianie, kiedy napisala do mnie sasiadka (ktora pracuje dwa dni w tygodniu z domu), ze w poludnie chce sobie zrobic przerwe i czy mam ochote przejsc sie z nia po osiedlu. No ba! ;) Porobilam wiec to i owo, a pozniej wyszlam na kolejny spacer. Psiura zostawilam w domu, bo bylo juz bardzo goraco i nie chcialam jej caly spacer ciagnac. A marsz zrobilysmy solidny, bo jedno okrazenie ktore zwykle robie i drugie nieco wieksze. Wrocilam spocona i czerwona jak prosie z rozna. :D Potem zrobila sie juz taka godzina, ze ciezko bylo zabrac sie za jakas wieksza robote, bo musialam pilnowac zeby wyjechac na czas po syna.

Do domu przyszla poleniuchowac Oreo
 

Malzonek mial od poniedzialku do czwartku szkolenie, wychodzil o pol godziny pozniej i niestety nie zdazylby dojechac na koniec lekcji. Zebralam sie wiec i pojechalam, tradycyjnie mijajac po drodze autobus Bi. ;) Odebralam Kokusia, wrocilismy do chalupy i akurat dzieciaki zjadly obiad, kiedy dojechal ojciec, narzekajac ze na szkoleniu ma powtorke z rzeczy, ktorych nie musial robic od pieciu lat i ktore pewnie juz mu sie nie przydadza. Sam sie na nie zglosil, myslac, ze ucieknie na kilka dni od rutyny w robocie, ale niestety juz po pierwszym dniu pozalowal. ;) Tak czy siak, Nik tego dnia nie mial juz praktycznie normalnych lekcji, przez to zero pracy domowej, wiec relaksowal sie na calego. Bi dla odmiany, napisala ostatni test z matmy i miala tez zadane, wiec musiala przysiasc. Malzonek drzemal na kanapie po wysilku umyslowym. ;) Ja oczywiscie nadal sie krzatalam, skladajac pranie, cos tam myjac, ot takie domowe drobiazgi. Zastanawialam sie czy M. bedzie sie chcialo jechac na silownie, ale na szczescie tak, wiec w tym czasie podlalam spokojnie ogrod i usiadlam chwile na ganku. Dzien byl nie dosc, ze ponad 30-stopniowy (temperatura odczuwalna, bo teoretycznie "tylko" 28 stopni), to praktycznie bezwietrzny. Mimo otwartych okien, powietrze w domu stalo. Dopiero na wieczor w koncu zaczal powiewac lekki wiaterek, wiec na ganku bylo cudownie. Reszta wrocila, zjedli kolacje, pod prysznice znow zrobila sie kolejka i poniedzialek przelecial.

Noc ponownie byla ciezka. Dopiero nad ranem porzadnie sie ochlodzilo i mozna bylo spac w komforcie. Rano wstalam jak zwykle z Bi i wyszlysmy z domu juz o 7:12. :) Po dusznej nocy, na zewnatrz bylo zaskakujaco... rzesko. :) W krotkim rekawku i spodenkach mialam gesia skorke. Autobus podjechal tradycyjnie o 7:15, kiedy chlopiec z przeciwnej strony dopiero dobiegal, a kolezanki Starszej nadal nie bylo. Napisalam szybko do jej taty, ale odpisal mi sporo pozniej, ze wyjechal w delegacje i tego dnia na autobus miala podwiezc ja mama. Coz... nie dowiozla. ;) Gimbaza odjechala, a ja wrocilam do Kokusia. Po chwili wyszlam z Mlodszym, ponownie zabierajac ze soba Maye. Psiur byl szczesliwy i ciagnal do wszystkich dzieciakow, ale kiedy pozniej wzielam ja zeby zrobic koleczko, znow miala moment kiedy stanela i popatrzyla na mnie, jakby pytajac "czy musze dalej isc?". :D Wrocilam do domu i zasiadlam do... nauki. :D Przy jednej z poprzednich rozmow o prace, nie przeszlam do kolejnego etapu i choc przyprawilo mnie to o chandre, to jednak bylo tez dobra lekcja. W srode mialam miec kolejna, wiec zasiadlam zeby poczytac sobie przepisy prawne zwiazane (przynajmniej tak przewidywalam) z potencjalna praca. Niestety, te o ktore mi najbardziej chodzilo, tworzyly 60-stronicowa "ksiazke". Przeczytanie tego dziadostwa zajelo mi wiekszosc ranka i czesc popoludnia. Ile z tego zostalo w glowie? Niewiele... :/ Pozniej musialam juz zabrac sie za bardziej prozaiczne rzeczy, czyli przelozyc pranie do suszarki, wstawic lososia do upieczenia, przeleciec szybko podlogi odkurzaczem i takie tam. Ani sie obejrzalam, a czas byl jechac po syna. Wracajac musielismy jeszcze zajechac na szybkie zakupy, a potem juz do domu. Szybko podalam dzieciakom obiad, sama zjadlam i czekalismy na M. Kiedy dojechal, chwile pogadalismy kazde o swoim dniu, a potem zostawilam meza gotujacego pomidorowke (mowie, ze mam czas i moge ugotowac, ale nieee, on musi sam), a ja i dzieciaki pojechalismy ponownie nad jezioro. Poniewaz we wtorki nigdy nie jezdza na trening, wiec obydwa Potworki, jeden po drugim, spytaly mnie czy pojedziemy. Jakbym mogla odmowic? ;) W dzien mielismy ponownie 30-stopniowy upal, ale oczywiscie jak wybralismy sie nad wode, to po chwili naszly chmury i choc slonce przebijalo, to bylo jakby za mgla. W dodatku zerwal sie wiatr i dla mnie, siedzacej na krzeselku, w cieniutkiej, przewiewnej bluzeczce, bylo chlodno. Dzieciaki oczywiscie nie wychodzily z wody, nawet Nik i jakos na zimno nie narzekali. W przeciwienstwie do niedzieli, na plazy panowal spokoj. Oczywiscie to dlatego, ze nadal mamy rok szkolny. W wakacje, nawet w srodku tygodnia, wieczory tam to wariactwo. Bylam i widzialam. :D Poki co jednak bylo dosc pustawo, na co nikt oczywiscie nie narzekal. ;) Wzielam zwykla tenisowa pileczke, ktora okazala sie hitem - wiekszosc czasu Potworki do siebie rzucaly.

Dopiero pozniej zauwazylam, ze zdjecie pstryknelam pod slonce
 

Poplywaly tez oczywiscie, a na koniec podplyneli do pomostu zeby z niego poskakac. W tym roku narazie jest tylko jeden, ale mam nadzieje, ze podczepia tez drugi, bo inaczej beda na nim tlumy... 

Nik skacze, choc wyglada jakby biegl ;)
 

Wrocilismy do domu o 19:30, kolacja i to by wlasciwie bylo na tyle z dnia.

Sroda to pobudka jak zwykle. Najpierw wyjsc z Bi, ktora podazyla na przystanek biegiem, bo akurat sie zbieralysmy, kiedy wyjrzalam przez okno i mignelo mi cos zoltego. Udalo jej sie dobiec zanim autobus zrobil kolko, a na przystanek akurat dojechala tez jej kolezanka. ;) Z Kokusiem niestety znow sie uczekalismy, a potem wzielam Maye na szybki spacer. Nawet, laskawie, jakos przeszla go bez zatrzymywania i patrzenia z wyrzutem. :D W domu krazylam bez celu, bo tego dnia mialam ponownie rozmowe o prace. Cieszylam sie, ze mam ja juz w srode i o 10 rano, bo szybciej sie doczekalam i odhaczylam. ;) Wydawalo mi sie, ze poszlo mi calkiem dobrze, ale ze juz wczesniej tez mialam takie wrazenie na jednej z rozmow i nie bylo dalszego odzewu, wiec teraz staralam sie dusic optymizm. Po rozmowie przeznaczylam chwile na relaks i uspokojenie, po czym ogarnelam kuchnie i zasiadlam do dajszych poszukiwan roboty. Dostalam maila z jednej z prac, do ktorej zlozylam podanie jeszcze w styczniu. Wtedy nie doczekalam sie rozmowy, ale najwyrazniej przetrzymali moje dane na inna okazje, bo teraz otwieraja stanowisko w innym departamencie i maja kogos wybrac z puli kandydatow. Trzeba bylo wypelnic kwestionariusz ze szczegolami na temat doswiadczenia zwiazanego z ta pozycja i jak im sie spodobaja twoje odpowiedzi, to zaprosza cie na rozmowe. Wypelnilam, ale na wiele nie licze, bo pytania byly podobne do styczniowych, a wowczas nie przeszlam dalej, wiec teraz raczej tez obejde sie smakiem. ;) Szybko nadeszla pora zeby jechac po Kokusia, odebralam wiec syna i po drodze chcialam jeszcze zajechac do UPS odeslac nietrafione zamowienie z Amazon'a. Wkurzylam sie jednak tylko, bo zapomnialam, ze w obecnej sieci komorkowej mam tragiczny wrecz zasieg. Potrzebowalam kod QR, probuje otworzyc maile i... doopa. W poprzedniej sieci, w samym UPS'ie tez nie mialam zasiegu, ale na parkingu juz tak, wiec otwieralam maila w aucie i wchodzilam do sklepu juz z otwartym. Teraz nawet na parkingu internet ni hu-hu. :/ Nie chcialo mi sie krazyc po okolicy zeby znalezc miejsce z lepszym zasiegiem, stwierdzilam wiec ze najwyzej nastepnego dnia otworze maila pod szkola Kokusia i wtedy pojedziemy... Wrocilismy do domu, podalam dzieciakom obiad i zaraz dojechal M., ktoremu udalo sie przejechac calkiem sprawnie ze swojego szkolenia. Niestety stwierdzil ze zmeczony jest ta jazda trzeci dzien pod rzad i moze bym tym razem ja pojechala z dzieciakami na trening. No to pojechalam, bo czemu by nie...

Tym razem styl grzbietowy
 

Najlepsze ze Potworki nagle zaczely sie dopytywac kiedy ich przeniesiemy do nowej druzyny. :O Tym razem M. jednak zaprotestowal, ze jesli mialabym znalezc prace, w ktorej wyjezdzalabym w delegacje, to on sie nie pisze zeby 3x w tygodniu jezdzic w te i we wte na basen, skoro dzieciaki bylyby w osobnych grupach. W sumie moze ma troche racji, choc ja oczywiscie jezdzilabym bez szemrania. No ale ja to ja... Wyglada wiec, ze z potencjalna zmiana druzyny czekamy az znajde robote i zobaczymy co i jak. Hmmm... Troche to moze potrwac... W kazdym razie, pojechalam z Potworkami, wyrzucilam ich przed drzwiami silowni, a po zaparkowaniu auta zrobilam kilka koleczek wokol parkingu, korzystajac z ladnej pogody. Pod koniec treningu weszlam do srodka zeby popatrzec jak sobie radza, a pozniej zabralam towarzystwo do domu. Tam kolacja, zagonic Kokusia pod prysznic i czas zeby odpoczac przed (jeszcze) nastepnym dniem szkoly. :)

Kolejny dzien swistaka. :) Rano bylo ponuro i padala delikatna mzawka. Bylo jednak duszno i z wysoka wilgotnoscia. Skore w dotyku mialam caly czas wilgotna, a moje wlosy natychmiast sie napuszyly i pofalowaly. Zbieralysmy sie z Bi do wyjscia, kiedy znow zauwazylam podjezdzajacy autobus. Tym razem pobil swoj rekord i przyjechal juz o 7:13. :O Bi oczywiscie musiala poczekac az bedzie wyjezdzal z osiedla. Wrocilam do domu, syna jeszcze przy stole nie bylo, ale co tam, zaczelam sobie szykowac sniadanie. Minelo jednak 10 minut, a on nie schodzil, wiec podeszlam do schodow i zawolalam jeszcze raz. Po chwili pojawil sie w kuchni oburzony, ze nikt go wczesniej nie zbudzil. Mowie, ze poszlam go obudzic i nawet podniosl glowe i na mnie spojrzal, ale najwyrazniej wydawalo mu sie, ze to byl sen. ;) W kazdym razie, po chwili wyszlam z synem, w mzawce musielismy odczekac swoje na przyjazd jego autobusu, a potem moglam wrocic do chalupy. Chcialabym powiedziec, ze "suchej", ale przez wszechobecna wilgoc, kapcie przyklejaly mi sie do podlog i skrzypialy przy kazdym kroku. Troche dziadowska pogoda na odkurzanie i latanie na mopie, ale coz... Zabralam sie za sprzatanie, choc potem musialam usiasc i cierpliwie czekac, bo podloga schla dwa razy dluzej niz zwykle.

Wiedzac, ze ma padac, dzien wczesniej obcielam czesc kwiatow piwonii, bo wiele zwisalo niemal do ziemi i wiedzialam, ze po deszczu beda przygniecione do blota
 

Dokonczylam obiad, po czym usiadlam chwile nad ofertami pracy. Z potencjalnej oczywiscie sie nie odezwali. Czesc mnie byla rozczarowana, ze znow nadzieja i ponownie doopa, ale czesc (ta leniwa i nieodpowiedzialna) pomyslala, ze moze to dobrze. Wiadomo, lato, Potworki lada dzien zaczynaja wakacje, wiec fajnie by bylo nacieszyc sie choc troche swoboda razem z dzieciakami. :D Ani sie obejrzalam, czas byl jechac po syna. Ostatni raz w tym tygodniu, bo w piatek M. mial byc juz normalnie w robocie. Pojechalam, zabralam Kokusia i pojechalismy kolejny raz do UPS. Tym razem maila z kodem otworzylam juz w szkole, zaladowal sie bez problemu, wiec oddalam przesylke bez przeszkod. Wrocilismy do domu, dojechal M., chwila relaksu i jechali na trening. Tym razem dzieciaki zabral ojciec. Ja usiadlam sobie na ganku, pogapilam sie w telefon i cieszylam, ze mam to miejsce, zaczal bowiem kropic deszcz, wiec na tarasie nie daloby sie posiedziec. Zanim wrocili, zrobilam dzieciakom kolacje - zapiekanki z szynka i serem. Co typowie dla moich Potworkow, Bi miala potem pretensje, ze byla w nich szynka, a Nik marudzil, ze byl ser. :D Oboje w koncu jednak zjedli i stwierdzili, ze byly calkiem niezle... Jak niemal kazdego dnia, utworzyla sie kolejka pod prysznic. Tak, mamy ich dwa, ale piec w domu nie wyrabia i jesli dwie osoby kapalyby sie jednoczesnie, jedno nie mialoby cieplej wody. Uroki 40-letniej chalupy z piecem w tym samym wieku. ;) W koncu jednak wszyscy chetni zaliczyli kapiele i mozna bylo sie szykowac do snu.

Piatek zaczal sie jak zwykle. Autobus Bi przyjechal o 7:15, ale panna dotarla na przystanek na czas, z minimalnym tylko podbiegnieciem. Jej kolezanka podjechala moment pozniej i juz musiala poczekac az bedzie wyjezdzal z osiedla. ;) Tego dnia Starsza miala dosc dziwny dzien, bo pierwsze dwie lekcje normalne, a przez reszte juz tylko gry na swiezym powietrzu. Na jednej z tych dwoch pierwszych, miala jednak ostatni test z nauk scislych. Wspolczuje nauczycielowi, bo do poniedzialku maja byc wystawione oceny (i tak na ostatnia chwile), wiec bedzie musial pracowac przez weekend zeby wszystko ocenic i powklepywac w system... Nik, z racji, ze jego rocznik przechodzi do nastepnej szkoly, mial pozegnalna wycieczke do klubu w naszej miejscowosci (mlodsze klasy mialy po prostu "dzien sportu" w szkole), a tam boiska, korty i basen. Dobrze, ze pogoda dopisala, choc musialam posmarowac go kremem przeciwslonecznym, wiedzac ze i tak przestanie dzialac zanim na dobre zacznie sie zabawa. Spakowalam mu go oczywiscie, ale nie wierzylam zeby sie posmarowal... Zreszta Mlodszy nie wykazywal jakos entuzjazmu i stwierdzil, ze wolalby zostac w szkole lub domu. Nie mam pojecia dlaczego on zawsze marudzi przed wycieczkami i atrakcjami szkolnymi, ale to juz nie pierwszy raz. Dzieciaki pojechaly, a ja wrocilam, wypilam kawe i wyruszalam na zakupy. Tym razem zajelo mi to sporo dluzej niz zwykle, bo musialam zajechac do drugiego sklepu i dodatkowo do wypozyczalni instrumentow, oddac trabke Kokusia. Chcialam juz wszystko pooddawac i miec spokoj. Skrzypce na szczescie wypozyczalnia sama dostarcza do szkoly i potem odbiera. Mieli to zrobic wlasnie w piatek i mialam nadzieje, ze faktycznie tak bedzie, a nie jak rok temu, kiedy ktorychs skrzypiec nie zabrali i musialam sama do nich jechac. Pan w wypozyczalni przekonywal mnie goraco zebym po prostu przedluzyla wypozyczenie na kolejny rok szkolny z wakacjami za darmo, bo daje mi to kredyt na zakup instrumentu w przyszlosci. Mialam ochote parsknac smiechem, bo raczej nie widze w przyszlosci kupna... traby. :D Nie mowiac juz, ze przeciez po roku szkolnym taka trabka potrzebuje na pewno jakiejs konserwacji. Nik naoliwia guziki, ale ponownie nauczycielka mowila o kapieli instrumentu i ponownie tego nie zrobil. Niech wiec w wypozyczalni porzadnie sie nim zajma. :) Wrocilam do chalupy, rozpakowalam zakupy i mialam czas "wolny". Tego dnia M. pracowal juz normalnie, wiec odbieral syna ze szkoly i tradycyjnie w piatek jechali po pizze. Ostatni raz, bo w kolejnym roku Nik bedzie w tej samej szkole co Bi, gdzie lekcje koncza sie wczesniej, wiec malzonek nie zdazylby ich odebrac. Co ciekawe, M., ktory ogolnie kompletnie nie jest romantyczny i zwykle nie jest sentymentalny, przezywal ze "ostatni raz jedzie po syna i piatkowa pizze". :D W kazdym razie, poniewaz chlopaki zgarniali po drodze obiad, wiec nie musialam gotowac i moglam spokojnie skupic sie na ogloszeniach o prace. Z tej firmy, z ktora rozmowe mialam w srode, oczywiscie nie zadzwonili. :/ Oczywiscie w nieskonczonosc analizuje to co z niej pamietam i drecze sie, ze moglam cos powiedziec inaczej, dodac cos, itd. Przegladajac jednak oferty, zauwazylam ze akurat oni "odswiezyli" oferte tego samego dnia. I tak sie zastanawiam... Na tej stronie jest fajnie oznaczone kiedy oferta wyszla, czy zostala odswiezona (czyli wystawiona jakby od nowa) i ilu jest kandydatow. Tutaj pokazane bylo ze na oferte odpowiedzialo 100+ osob. Czuje sie nieco polechtana, ze z takiej puli wybrali na rozmowe m.in. mnie. Jestem jednak realistka i wiem, ze na pewno nie bylam jedyna. Ta konkretna pozycja byla zaznaczona jako "poczatkujaca", wiec nie powinni miec wielkich wymagan. Mialam do niej swietne kwalifikacje i pewnie znalazlo sie tez kilka innych, pasujacych osob. A jednak wyglada, ze nikogo nie wybrali i szukaja dalej. Zaczynam podejrzewac, ze oznaczyli pozycje jako "dla poczatkujacych" zeby moc zaoferowac mniejsze pieniadze (tego akurat nie podawali), ale tak naprawde to szukaja kogos z solidnym doswiadczeniem. Jesli dobrze mysle, to krzyzyk im na droge... :/ Tak czy owak, wyslalam kolejne 3 podania, w miedzyczasie wrocila Bi, a pozniej chlopaki. Pogoda byla dziwna, bo mial byc piekny, letni dzien, 26 stopni i niestety spora wilgotnosc, ale tutaj o tej porze roku, to normalne. Bi zajela miejsce na ganku, wiec szykowalam sie zeby wylozyc sobie poduszki na krzesla na tarasie, ale nagle zerwal sie wiatr i nadciagnely ciemne chmury. Spojrzalam w telefon i okazalo sie, ze w prognozy "wskoczyl" jakis niespodziewny deszcz. Faktycznie za chwile sie rozpadalo i jedyna zaleta to ze odpadlo mi podlewanie ogrodu. Aha. Spodziewalam sie, ze Mlodszy moze sie spiec na wycieczce, ale nie ze az tak. Kurcze, no. Po 11-latku spodziewalabym sie wiekszego rozsadku, szczegolnie ze co lato trujemy o sloncu i smarowaniu sie. Mlodszy poplywal w basenie, ale woda w nim byla zimna, wiec szybko wyszedl. Zamiast jednak wytrzec sie i zalozyc koszulke, chodzil z gola gora. Jak wygladal po powrocie, mozecie sie domyslic. Jak rak i to nawet nie czerwony, ale niemal purpurowy! Dawno nie widzialam takiego poparzenia slonecznego. :( Wieczor zlecial szybko i Potworki szykowaly sie na ostatni weekend przed wakacjami. Te pol dnia w poniedzialek bedzie zupelnie bez sensu, ale coz...

Na koniec pokaze Wam najnowsze "dziela" Bi. Panna szydelkuje niemal obsesyjnie ;)

Skarpety

Taki topik z reszty tej kolorowej wloczki. Niestety starczylo jej tylko na taka dlugosc

I gora od bikini, ktora ponoc planuje nosic w wakacje po domu. To dobrze, bo nie nadaje sie to-to nigdzie oprocz chalupy... lub plazy

Do przeczytania!

piątek, 31 maja 2024

Po majowce i po maju!

Tak jak napisalam ostatnio, w piatek 24 maja zaczelismy nasza "majowke". Malzonek pojechal do pracy, ale juz o 9 wrocil. Ja i Potworki wstalismy troche pozniej, choc nastawilam sobie budzik na 7 rano, zeby jak najszybciej zaczac pakowac ostatnie rzeczy. Dzien zaczelam od telefonow do obu szkol, zeby zawiadomic ze Potworkow nie bedzie. Inaczej za kilka godzin mialabym i telefony z wiadomosciami i maile, ze ich nie ma, a tak to tylko nagrac sie na specjalna linie i mam spokoj. ;) Bi niestety opuscila test z matematyki, wiec bedzie musiala go nadrobic, ale Nik mial miec dzien z grami oraz zajeciami sportowymi, dla relaksu po tygodniu testow stanowych. Z grubsza mialam wszystko popakowane i zostaly tylko kosmetyki ktore potrzebowalismy jeszcze rano oraz jedzenie. Dzien wczesniej spakowalam to, czego nie trzeba bylo trzymac w lodowce i co bylo zamkniete fabrycznie. Niestety, mielismy juz przygody i z myszami i z mrowkami w przyczepie, wiec wolalam nie ryzykowac. ;) Pakowanie poszlo calkiem sprawnie, potem sprawdzic wszystko pierdylion razy i moglismy jechac. Malzonek optymistycznie celowal w godzine 11, ale wyjechalismy blizej 13. Jak na nas to i tak niezle. ;) Na ten kemping jedzie sie tylko 1.5 godziny, wiec o 15 bylismy na miejscu, zaparkowani i rozpakowani. Piatek byl najgoretszym dniem z calego weekendu i niezle sie upocilismy rozpakowujac caly majdan. A i tak, mimo ze kemping nie znajduje sie nad samym oceanem, jest do niego raptem 2 km, wiec bylo sporo chlodniej niz u nas. Reszta dnia minela na relaksie, jezdzie na rowerach i graniu w przerozne gry. Tym razem mielismy miejscowke przy ogromnej, pustej lace, co mialo swoje wady (ale o tym za chwile), ale zaleta bylo, ze mielismy mnostwo miejsca zeby grac w badmintona, siatkowke, rzucac latajacym talerzem, itd. I cala czworka mniej lub bardziej chetnie z tego korzystalismy. Niestety, dzieciaki nie daly starym odsapnac i choc graly razem, to nieczesto; zdecydowanie woleli zaciagnac do zabawy mame lub tate. ;) Zaraz obok tej laki byly dwa boiska do siatkowki plazowej, ale juz po jednym razie Potworki mialy stopy tak brudne, ze ledwie je domyli.

Pierwszy i ostatni raz ;)
 

Na tym kempingu nie ma bezposrednich podlaczen do wody. To co w zbiorniku jest cenne i na wieksze mycie trzeba maszerowac do lazienek publicznych, wiec potem woleli grac na trawie.

Taaaka przestrzen do gry...
 

Bylo tam tez boisko do kosza, ale niestety, ku rozczarowaniu Kokusia, przez caly weekend graly tam zgraje nastolatkow. Normalnie okupowali boisko od rana do nocy. Widac bylo, ze to ta sama grupa i tylko co jakis czas jedni schodzili, drudzy wchodzili, inni lub rodzice siadywali w cieniu pod drzewami... Normalnie nie wiem co to za obsesja, ale co komus udalo sie dorwac kosz po jednej stronie, to tamci grali na polowie boiska, ale jak tylko inni schodzili, zaraz zajmowali cale. Bylo to oczywiscie mocno niesprawiedliwe w stosunku do reszty kempingowiczow, ale nawet gdyby ktos poskarzyl, podejrzewam ze gromada powiedzialaby ze dopiero przyszli, a straznicy nie maja czasu zeby stac tam pol dnia i patrzec kto gra... :/ Wieczorem jak zwykle zasiedlismy przed ogniskiem, upieklismy s'mores'y i siedzielismy do pozna.

Kempingowe wieczory
 

I wtedy niestety ukazala sie najwieksza wada tej miejscowki. Otoz na tej otwartej przestrzeni mlodziez urzadzala sobie co noc gre w podchody po ciemku. Liczyli do ilus tam, czesc sie chowala, a reszta szukala ich potem z latarkami. Ogolnie zabawa byla ciekawa i Potworki wyraznie im zazdroscily (ale nie mieli odwagi spytac czy moga dolaczyc), ale caly przebieg to istne wariactwo. Wrzaski, piski, przebieganie centralnie przez nasza miejscowke, itd. Jedna grupke musialam opierniczyc, bo przebiegli doslownie o metr od nas; szkoda ze jeszcze przez ognisko nie przeskoczyli! :/ No nie byl to spokojny relaks przy ognisku... I tak trzy wieczory pod rzad! :O Pierwszej nocy, obok do pozna szedl generator, a kawalek dalej, za krzakami, napierdzielala chyba do polnocy latynoska muzyka. Straznicy przejechali raz i najwyrazniej mieli w doopie. Tu juz sie wkurzylismy, bo generatory moga chodzic do 20, a ogolna cisza zaczyna sie o 22. Kilka lat temu bylismy w niemal tym samym miejscu, straznicy przejezdzali co i rusz i zaraz po 20 dostalismy pisemne ostrzezenie, ze mamy wylaczyc generator. A teraz inni halasowali i najwyrazniej wszystko bylo ok. Nastepnego dnia M. zaczepil auto straznikow, powiedzial im o halasach w sasiedztwie i cud! W kolejny wieczor byl juz spokoj. ;) No, poza hordami smarkaczy biegajacymi po nocy, ale na nich nawet ciezko bylo naskarzyc, bo widzac nadjezdzajacych woz ochrony, rozbiegali sie w ciemnosc (a tam, poza swiatelkami przy przyczepach, nie ma zadnych lamp :O) i tyle ich widzieli. ;)

Byly tez wieczorne przejazdzki rowerowe. Kupilam Potworkom takie swiatelka na kola, ktore maja czujnik ruchu i wlaczaja sie kiedy rower jedzie. Bi swojego nawet nie przypiela (ale odmowila oddania bratu), a Nik swoje odpinal i przepinal, az drugiego dnia... zgubil :O

Sobota zaczela sie pozno, bo wszyscy odsypialismy. O ile reszta wstala, zjadla sniadanie i byla z grubsza gotowa, ja nawet na kempingu probuje odhaczyc poranna toalete zblizona do domowej, wiec schodzi mi najdluzej. Tym razem jechalam na dodatek z okresem, wiec mialam dodatkowy poziom ogarniania. ;) Reszta zdazyla wiec zaliczyc spacer z psem i jazde na rowerach, zanim wylonilam sie z przyczepy.

A po spacerze... kwintesencja kempingu, czyli leniuchowanie na calego
 

Pogoda byla bardzo zdradliwa, bo jak wspomnialam wczesniej, bylo tam sporo chlodniej niz w domu. Na sloncu przyjemnie, ale w cieniu jak zawial wiatr, to czlowiek szybciutko zakladal bluze. Co wiec robila Agata? Siedziala w sloncu zeby sie zagrzac, nie pomyslala jednak (stara, a glupia) ze przeciez to koniec maja, wiec mozna sie spiec. Wrocilam do domu z prawym ramieniem oraz udem i czolem w kolorze raczka. Co ciekawe, wyszlo to dopiero w poniedzialek. W sobote niespodziewanie Kokusiowi trafila sie gratka. Na lace obok naszej miejscowki jakis starszy facet puszczal latawce. Akurat zaczelismy z Kokusiem gre w siatke, kiedy do pierwszego latawca gosciu probowal dodac kolejnego, ale trzymajac tamten, nie mogl wystarczajaco podrzucic drugiego, zeby zlapac wiatr. Latawce takie "konkretne", szerokie i dlugie na grubo ponad metr. Zaproponowalam Nikowi zeby podbiegl i spytal czy pomoc w potrzymaniu pierwszego latawca, kiedy facet mocuje sie z drugim. Ku mojemu zaskoczeniu syn sie zgodzil i w nagrode mial okazje puscic latawca z prawdziwego zdarzenia.

Na dole po lewej Nik, na gorze roze po prawej latawiec
 

Trzymal go dosyc dlugo, ale w koncu wiatr ucichl na dluzsza chwile i ten spadl. ;) A facetowi i tak nie udalo sie puscic drugiego. Za ciezki byl. My kontynuowalismy relaks, ktory jednak troche popsuly nam dwie awarie. Po pierwsze, zepsula sie blokada od drzwi. Powinna ona utrzymywac je otwarte, a tymczasem lataly luzno i co chwila sie zamykaly. Po drugie, jeszcze zima M. zamowil nowego grilla, takiego fajnego, ktorego mozna podwiesic przy przyczepie (jest tam zamontowane specjalne trzymadlo). Wyprobowalismy go wczesniej w domu i dzialal bez zarzutu. A na kempingu, juz za pierwszym razem M. wkrecal taka mala buteleczke od gazu i zrobil to krzywo. Wkretlo od grilla okazalo sie tak delikatne, ze wypaczyl te rowki i w rezultacie juz zadna butla nie chciala sie wkrecic. Wszystkie puszczaly gaz, a ze grill mial koncowke wyrownujaca cisnienie, wiec swiszczalo i buchalo para jakby butla miala zaraz wybuchnac. W ten sposob, zamiast grillowac jak przystalo na kempingu, musielismy smazyc wszystko na patelni. ;) Moglismy oczywiscie pojechac do jakiegos sklepu i sprawdzic czy maja potrzebna czesc, ale mielismy tam byc tylko od piatku do poniedzialku i nie bardzo mielismy ochote psuc sobie wyjazdu szukajac podlaczen do grilla. :/ Nad ocean tez nie chcialo nam sie jechac, ale przy kempingu jest malutka plaza przy jeziorze. Potworki oczywiscie nalegaly zeby tam podjechac (rowerami), mimo ze zapewnialam iz nie mielismy narazie zbyt wielu upalnych dni, wiec woda nie miala kiedy sie zagrzac. W koncu jednak uleglam i zabralam towarzystwo. Okazalo sie, ze woda (jak dla nich) byla znosna, ale tylko Bi miala stroj, a za to odstraszaly ja tlumy ludzi. Nik pochodzil po wodzie, Starsza doslownie chwile poplywala i wrocilismy.

O tej porze niestety plaza znajdowala sie juz w cieniu, wiec swiatlo do zdjec bylo slabe
 

Obiecalam, ze zabiore ich nastepnego dnia, bo o dziwo Nik stwierdzil, ze tez chce sie wykapac. Potem to juz jak co wieczor, jakies gry i ognisko. Probowalismy tez z Kokusiem zagrac w podswietlony latajacy talerz, ale zabralismy sie za to za pozno. Talerz, owszem, widzielismy, ale siebie juz nie, wiec ciezko bylo celowac. :D

Kolorowy zamaz to oczywiscie talerz, a w tle Nik, ktory na zywo (uwierzcie mi na slowo) byl praktycznie niewidoczny
 

Niedziela zaczela sie niespodzianka, czyli pustym boiskiem do koszykowki. Szybko popedzilam tam z Potworkami, ale okazalo sie, ze bylo puste nie bez powodu. Podloze zrobione bylo z jasnego betonu, a kosze byly biale. Przy porannym sloncu swiatlo tak sie od tego odbijalo, ze nie dalo sie patrzec, a oczy lzawily. Na sile pogralismy kilkanascie minut, po czym wrocilismy pod przyczepe. ;)

Tu chyba najlepiej widac "warunki", choc na zdjeciu i tak nie wyszlo to az tak oslepiajaco
 

Bi konczyla dziergac kolejna bluzeczke, bo oczywiscie na kemping wziela pol plecaka wloczek. :D Top sliczny, tylko zaproponowalam pannie zeby moze zrobila cos mniej kusego, zeby mozna to bylo ubrac tez w chlodniejszy dzien...

Bluzeczka ze specjalnej, roznokolorowej wloczki, a plecy ma zupelnie odkryte, poza wiazaniami
 

Nik wyciagnal drona, ktory po przygodach z zasiegiem w domu, lezal porzucony w kacie. Okazalo sie jednak, ze na takiej otwartej przestrzeni, zadzialal od razu bez zarzutu i tylko raz wymknal sie spod kontroli (na szczescie po chwili sam wyladowal), ale to dlatego, ze wyczerpala mu sie bateria. Mlodszy byl oczywiscie zachwycony, latal w kolko i pstrykal zdjecia. ;)

Nasze obozowisko "okiem" drona. Tu chyba najlepiej widac ile mielismy obok otwartej przestrzeni
 

Niedzielna pogoda robila nam psikusy. Ranek byl piekny, z czystym niebem i sloncem. Okolo poludnia zerwal sie lodowaty wiatr, nadciagnely chmury i szybko sie cieplej ubieralismy, bo nie dalo sie wysiedziec na zewnatrz. A wczesnym popoludniem znow zaczelo sie przebijac slonce i powietrze zrobilo sie ciezkie i duszne. Po obiedzie szybko zabralam Potworki nad jezioro, poki jeszcze bylo jako tako. Mialam nosa, bo juz bedac tam, nad kemping zaczela nadciagac gesta mgla, ktora wisiala nad nami do konca dnia i w poniedzialek.

Ta glowa na lewo od Kokusia to Bi, a za nimi widac ta nadplywajaca nad kemping mgle
 

Bi sie oczywiscie zaparla i zanurkowala, ale Nik, mimo ze tym razem zalozyl kapielowki, oznajmil ze im glebiej tym woda chlodniejsza (Ameryke odkryl! :D) i w koncu pochodzil tylko po wodzie oraz namietnie wdrapywal sie na wielka skale lezaca przy brzegu.

Podobnie jak glazy w naszym ogrodzie, ta skala to taki naturalny plac zabaw
 

Po powrocie znow pogralismy w to czy owo, az pod wieczor Kokusiowi przypomnialo sie, ze wzielismy tez rolki, a ze wiekszosc uliczek na kempingu jest rowno wyasfaltowana, wiec podloze bylo idealne na jazde. Mlodszy radzil sobie swietnie, bo przeciez na lyzwach jezdzi niczym zawodowiec, wiec technike ma opanowana. Jedyne co sprawialo mu problem, to hamowanie. W koncu uznal, ze najlepszym na to sposobem bedzie... zjezdzanie na trawe. :O Nie przewiduje tym rolkom dlugiego zycia.

Pelna profeska ;)
 

Wieczor to oczywiscie ognisko, tym razem wrecz niezbedne, bo przez wiszaca nad nami mgle bylo okropnie wilgotno, a przez to oczywiscie wydawalo sie duzo chlodniej niz bylo w rzeczywistosci. Ja zas przypomnialam sobie, ze wzielam paczuszke tego proszku kolorujacego ogien. Tym razem udalo nam sie uzyskac calkiem fajny efekt.

Te kolory caly czas sie zmieniaja i ciezko je uchwycic na zdjeciu
 

Kolo nas oczywiscie co i rusz przebiegaly grupki dzieciakow, dla ktorych mgla stworzyla jeszcze lepsza zabawe, ale coz... Mielismy dwie noce zeby przywyknac. ;)

Nadszedl poniedzialek, czyli Memorial Day, a dla nas dzien powrotu do domu. Ranek zaczal sie srednio przyjemnie, bo kiedy wygramolilam sie ze spiwora, odkrylam na stopie... kleszcza. :O Takiego malutenkiego, mniejszego niz glowka od szpilki. Normalnie nawet bym na niego nie zwrocila uwagi, tylko ze na tej samej stopie, na palcu mam malutki strupek od obtarcia. Spojrzalam wiec zdziwiona, ze "znow gdzies sobie obtarlam stope?". Kiedy jednak pomacalam nowy "strupek" poczulam, ze jest ruchomy i wtedy juz podejrzewalam, ze to kleszcz. Poniewaz sama jestem slepawa, zawolalam reszte rodziny zeby spojrzala i Bi od razu oznajmila, ze to cholerny pajeczak. Mimo ze byl wbity, na szczescie tylko lekko, bo bez trudu wyciagnelam go po prostu paznokciami. No nic, obserwuje to miejsce, ale mysle ze byl jeszcze za plytko zeby przeniesc jakakolwiek chorobe. Za to az ciarki mnie przechodza na mysl ile takich malenkich kleszczykow mozna przeoczyc na sobie? Tego dnia mielismy wracac, ale doswiadczenie mowilo nam, ze nie ma co sie spieszyc. Nadal trwa rok szkolny, wiec kemping pustoszal w oczach, a sprzed roku i dwoch wiedzielismy, ze do stacji oddania sciekow tworzy sie kolejka na godzine stania. Spokojnie wiec zjedlismy sniadanie, a potem pakowalismy sie bez pospiechu. Nik wyciagnal ponownie drona, zagralismy jeszcze raz w w jakies gry...

Pusto i mglisto, a to machajace z daleka, to ja :)
 

Pogoda byla niestety identyczna jak popoludniu poprzedniego dnia - mgla i ledwie 18 stopni. Szkoda, bo inaczej czlowiek moze by jeszcze skorzystal z tych ostatnich godzin. Wreszcie bylismy jednak na tyle spakowani, ze pozostalo jechac, albo siedziec bez celu, popijajac ostatnia kawe. Postanowilam wiec podjechac z dzieciakami na rowerach glowna droga przez kemping, zeby sprawdzic jak daleko ciagnie sie kolejka. Przyznaje, ze mialam chwile zwatpienia, bo wydawalo mi sie, ze stacja oddania sciekow jest duzo blizej, tymczasem jechalismy i jechalismy i ciagle nie bylo jej widac. Ani kolejki kemperow. W koncu stwierdzilam, ze jak za nastepnym wzgorzem jej nie bedzie, to zawracam, bo bylam juz solidnie zziajana. Niespodziewanie jednak, za tym pagorkiem byla wlasnie ta stacja, a na niej pusciutko. ;) Czym predzej wrocilismy na kemping (tym razem jadac z gorki, juhuuu!) zareportowac M., ze mozemy sie zbierac. Oczywiscie zanim schowalismy ostatnie rzeczy, zrobilam sobie kawy na droge, wszyscy zrobili siusiu, malzonek wpakowal do przyczepy rowery, a na koniec zatrzymalismy sie przy kontenerze zeby wyrzucic smieci, to kiedy dojechalismy do stacji oddania sciekow, byly tam juz dwa kampery. Na widok jednego M. az zazgrzytal zebami, bo facet wyciagal sobie rurki, rureczki oraz wezyki i najwyrazniej szykowal sie do dlugiego i pedantycznego plukania wszystkiego. Na szczescie ten drugi po chwili skonczyl, wiec moglismy zajac jego miejsce. Ten pierwszy stal tam nadal kiedy odjezdzalismy i nie zapowiadalo sie zeby mial szybko skonczyc. :O Droga powrotna niestety zajela nam duzo wiecej czasu niz powinna, bo na autostradzie byl potworny korek. Bylibysmy w chalupie pewnie z godzine wczesniej, a tak dojechalismy o 15. To i tak nie tragicznie, a przynajmniej wstrzelilismy sie w okienko pogodowe. Moj tata dzwonil wczesniej i mowil, ze u nas od rana padalo. Kiedy dojechalismy bylo mokro, ale bez deszczu. Niebo jednak bylo zaniesione i panowala niemozliwa duchota, wiec nie marnowalismy czasu i zaczelismy rozpakowywanie. Najpierw przytaszczylam jedzenie, a potem kosmetyki, stwierdzajac, ze ciuchy moga w razie czego polezec do nastepnego dnia. Poniewaz jednak nadal nie padalo, nosilam dalej. Akurat bralam przedostatnia kupke, kiedy zaczelo kropic. W ten sposob, calkowitym fartem, rozpakowalam wszystko akurat przed burzami, ktore potem krazyly nad nami do konca dnia. Pozniej juz trzeba bylo zjesc jakas obiadokolacje, wszyscy po kolei bralismy prysznice i czas byl szykowac sie do spania przed normalna juz reszta tygodnia.

Aha. Moze zastanawiacie sie, co z Oreo? ;) Tym razem spytalam sasiadow czy jedna z ich corek nie zajelaby sie kiciulem. Na szczescie nie wyjezdzali, a ich starsza corka chetnie sie zgodzila. Wypuszczala kota rano, a wieczorem karmila i zamykala na noc. Zostawilismy jej uchylony garaz zeby mogla sie wslizgnac w razie czego, a na ganku miala miske z woda gdyby w dzien chcialo jej sie pic. Kiedy wrocilismy Oreo ganiala po podworku. Na nasz widok przyszla, mruczala, ale juz po chwili wyrwala sie i pobiegla w krzaki. Chwile pozniej zeszlam do szopki schowac rowery, a kot krecil sie obok. Zaczelam ja glaskac i niby nadstawiala grzbiet, ale jednoczesnie zaczela... warczec. Chyba jednak byla troche obrazona za to "porzucenie". :D

Wtorek zaczal sie brutalna pobudka o nieboskiej godzinie. ;) Jak zwykle, najpierw wyjsc z Bi, ktorej autobus przyjechal juz o 7:17, kiedy akurat szla chodnikiem. Zamiast podbiec, panna zwolnila, poczekala az przejedzie, po czym przeszla przez ulice zeby poczekac na niego przy wyjezdzie. ;) Zreszta nie ona jedna, bo chlopiec z drugiej strony osiedla akurat tez dobiegl, a kolezanka dojechala autem. Gimnazjalisci odjechali, a ja wrocilam do Kokusia, ktory akurat jadl sniadanie i po chwili wychodzilam razem z synem. Na przystanku byla sasiadka, wiec sie wymienilysmy - ona oddala mi klucz do domu, a ja wreczylam jej koperte z kasa dla corki. Mam nadzieje, ze kiedy przyjdzie pora na nastepny kemping, tez beda w domu i podobnie ktoras z ich dziewczyn zaopiekuje sie kociakiem. ;) Pozniej wrocilam do chalupy i zaczelam ogarniac pokempingowy chaos. Glownie wstawialam pralke, ale musialam tez wyplukac plastikowy dywan, ktory zawsze rozkladamy przed przyczepa. Niby na wyjezdzie nie padalo, ale przez ta mgle w ostatnie dwa dni, bylo wilgotno, a laka na ktorej stalismy usiana byla mrowiskami, takimi malymi kopczykami. Dywan trzymal wilgoc, wiec kopczyki zmienily sie w placki blota, ktore ubrudzily go od spodu, ale byly zbyt mokre zeby je zamiesc. Malzonek zwinal go wiec i wrzucil na pake i dopiero we wtorek wyplukalam go wezem ogrodowym. Na szczescie bylo tak goraco, ze wysechl w pol godziny; potem musialam go tylko poprzewracac na jedna i druga strone, zeby wysuszyc od spodu. Dzien zlecial na takim spokojnym ogarnianiu i szybko przyszla godzina 15, a z nia wrocila Bi. Na chlopakow musialysmy troche poczekac, bo pojechali jeszcze po chinszczyzne na obiad. Bylo bardzo cieplo, ale w powietrzu az zolto od pylkow. Normalnie nie mam alergii, lecz kiedy jest tego az tyle, szczypaly mnie oczy i krecilo w nosie. Poniewaz byl to pierwszy dzien po powrocie, wiec nie bardzo chcialo sie nigdzie ruszac, ale niestety kalendarz bezlitosnie wskazywal, ze byl to dzien, kiedy szkola Kokusia urzadzila piknik rodzinny. Nie wiem co im przyszlo do glowy, zeby zorganizowac go akurat dzien po dlugim weekendzie... Wiem, ze nie wszyscy wyjezdzali, ale nawet bez wyjazdu, po dluzszej przerwie czlowiek jest troche zrezorientowany i zdezorganizowany. Przeszlo mi przez mysl zeby nic Nikowi nie mowic, ale wiedzialam ze jak sobie potem przypomni, to bedzie placz. Lojalnie wiec wspomnialam, a syn oczywiscie wykrzyknal, ze chce jechac, bo wszyscy jego koledzy tam beda. Ups... Bi wahala sie czy jechac, wiec powiedzialam zeby sprawdzila czy bedzie tam ktoras z jej kolezanek, ktore maja rodzenstwo w tej samej szkole co Nik. Okazalo sie, ze jedna miala trening, wiec jej nie bylo, ale druga jechala. Panna zabrala sie wiec z nami. Piknik wygladal dokladnie jak rok temu, czyli byla glosna muzyka oraz biegajace wszedzie, wrzeszczace dzieciaki. ;) Znalezienie miejsca parkingowego to byl niezly wyczyn, ale w koncu sie znalazlo, choc trzeba bylo kawalek przejsc. Nik juz z daleka wypatrzyl kumpli, wiec go wysadzilam, a sama krazylam autem.

Nik (po lewej, kremowe spodenki i granatowo - czerwona koszulka) w gronie kumpli gra w gre, ktorej tajnikow nie moge zglebic ;)
 

Po zaparkowaniu, poszlysmy z Bi powoli, rozgladajac sie i za Kokusiem i za jej kolezanka. Okazalo sie, ze ta dojechala dopiero 20 minut pozniej, wiec posiedzialysmy na laweczce, a panna dziergala na szydelku dla zabicia czasu.

Ustronne miejsce, szydelko i wloczka - czego mozna chciec wiecej? ;)
 

Ja z daleka podpatrywalam Nika grajacego akurat w siatkowke. :) Co chwila wpadalo sie na kogos znajomego - a to sasiedzi, a to ktos z pilki, basenu, rodzice blizszych kolegow Potworkow, itd. Kiedy dotarla kolezanka Starszej, dziewczyny ruszyly na przechadzke, a ja utknelam z rodzicami jej kumpelki.

Podejrzane z daleka
 

To sympatyczni ludzie, ale tata to straszna gadula, trzeba bylo przekrzykiwac muzyke, pylki atakowaly na calego i po chwili gardlo mialam zdarte i niemozliwie drapiace. Dojechalismy tam o 17:30, ale powiedzialam Potworkom, ze o 19 sie zbieramy. Pechowo, tuz przed ta godzina Bi poprosila o loda (jej kolezanka pojechala chwile wczesniej), a kolejka byla niemozliwa. Ale coz, odstalysmy swoje, panna dostala zimny przysmak (Nik ponoc kupil sobie wczesniej), zgarnelysmy po drodze do auta Kokusia i o 19:30 bylismy w domu. Potem to juz szykowac sie na kolejny dzien i do spania.

Kawalera sciagnelam prosto z gry w siatke
 

Sroda to ponownie normalna pobudka. Autobus Bi pobil swoj ostatni rekord i przyjechal o 7:15. Akurat wylonilysmy sie ze Starsza zza domu. Panna podeszla szybkim krokiem na druga strone osiedla, a ja napisalam do taty jej kolezanki. Odpisal pozniej, ze bylo juz za pozno i musial zawiezc corke do szkoly. ;) Po odjezdzie Starszej wrocilam jak zwykle do Nika i po sniadaniu ruszylismy na przystanek z nim. On odjechal, a ja zabralam sie za zwyczajowe ogarnianie. Przetarlam wszystkie powierzchnie w kuchni, bo przerazila mnie ilosc pylkow. Kuchenke mam normalnie czarna, ale teraz byla praktycznie zolta. Kontynuowalam tez pokempingowe prania. Czwarty ladunek i w koncu wszystkie ciuchy wyprane, choc oczywiscie caly czas zbieraja sie na biezaco. :D Postanowilam tez w koncu zabrac sie za tarasowe poduchy. Niby pilnujemy zeby chowac je na noc i przed deszczem, na zime trzymamy w piwnicy (a ta mamy ogrzewana), a i tak pokryly sie jakimis zaciekami i plamami przypominajacymi plesn. Przeczytalam ze najlepiej odprac to roztworem plynu do naczyn oraz octu, przygotowalam wiec odpowiednia mieszanke, wzielam szczotke i przystapilam do dziela. Taaa... Uszorowalam sie, a plamy moooze delikatnie zbladly, ale na pewno nie znikly. Dwie poduchy wyszorowalam i splukalam, jedna poszorowalam, zostawilam na pol godziny i dopiero splukalam. Nie jestem pewna czy ta poducha byla najczystsza jeszcze przed szorowaniem, ale wydawala sie wygladac najlepiej. Nastepnym razem zrobie fote "przed" i "po", bo sama nie wiem czy sa jakies efekty. ;) No i przy kolejnych musze wyprobowac jeszcze jeden sposob, mianowicie najpierw spsikac plamy samym octem i zostawic do odmoknienia, a dopiero potem wyszorowac. Wyciagnelam na spacer Maye i jak zwykle psiur stawal i zapieral sie, ze nie idzie. :D

Nie wiem co ten psiur ma ostatnio ze spacerami, bo przeciez energii jej nie brakuje...
 

Na obiad zaplanowalam proste leniwe pierogi i cale szczescie, bo niestety czulam, ze cos mnie rozklada... Poprzedniego wieczora drapalo mnie w gardle, ale myslalam ze to przez te pylki i nadmierne gadanie. W srode jednak od rana nie tylko gardlo mialam wyschniete i drapiace, ale po poludniu puscilo mi sie z nosa i doszlo takie ogolnie gorsze samopoczucie. Dobrze, ze to byl zwyczajny dzien i nie mialam zadnych nadprogramowych wyjsc. Bi wrocila ze szkoly, a potem M. dojechal z Kokusiem. Dzieciaki krecily sie, Bi odrabiala lekcje, zas malzonek zabral sie za kolejne naprawy w przyczepie. Ma ona niby dopiero 8 lat, ale juz zaczyna sie "sypac". Najpierw ten przeciek, ktory wydaje sie, ze zostal naprawiony. Teraz drzwi oraz grill. Drzwi malzonek naprawil zaraz po powrocie, ale w srode wyprobowal czy nowe podlaczenie grilla dziala. Wydaje sie, ze tak, a co wazniejsze, jest ono na zacisk, wiec nic nie trzeba wkrecac. ;) Jak juz to mial odhaczone, M. zabral sie za cos, co (wstyd sie przyznac) bylo popsute jeszcze przez poprzednich wlascicieli. Cztery lata zajelo, zeby nabralo mocy urzedowej. :D Mianowicie w przyczepie jest "jadalnia" ze stolem, ktory trzeba skladac na podroz. Zlozenie niby prosta sprawa, bo nogi wyginaja sie pod odpowiednim katem, a sa (a raczej byly) przyspawane do poziomych rurek, na ktorych cala konstrukcja stoi. Jeden spaw niestety puscil i przy skladaniu oraz rozkladaniu, noga sie rozjezdzala w przeciwna strone. Przez te lata M. po prostu wciskal ja spowrotem, przeklinajac pod nosem. Teraz, w koncu, nadeszla wielkopomna chwila, kiedy przykrecil ruchoma czesc sruba i trzyma sie jak zloto. ;) Po naprawie malzonek mial chwile na drzemke, po czym zabieral Potworki na trening, a ja zostalam ze zwierzyncem.

Udalo mi sie przysiasc na ganku, gdzie z dystansem, ale dolaczyla do mnie Oreo
 

Po powrocie kolacja i szykowanie sie do spania. Malzonek oczywiscie polozyl sie sam, bez namawiania. Potworki zas, tradycyjnie, pozasypialy przy zapalonym swietle. Kokusia udalo mi sie przydybac, Bi zbudzila sie kiedy zamykalam jej okno. ;)

Spi jak susel

Pobudka w czwartek byla niestety w bonusie z deszczem. W dodatku termometr pokazywal tylko 14 stopni. Najpierw wyjsc z Bi, ktora zalozyla spodenki oraz bluzke na ramiaczkach i zdziwila sie kiedy powiedzialam zeby lepiej dodala do tego zestawu bluze. ;) Autobus podjechal idealnie w momencie kiedy doszla na przystanek, wiec chociaz nie musiala tam sterczec i marznac. Potem wyszlam z Kokusiem, ktory juz musial troche postac i z ktorym "walczylam" zeby trzymal parasol nad glowa, zamiast wymachiwac nim na wszystkie strony. Oni odjechali, a ja wrocilam do domu, rozladowalam zmywarke, zaladowalam ja ponownie brudami ze zlewu, zamarynowalam mieso na obiad, po czym zaczelam snuc sie bez celu.

Oreo i kotka sasiadow zdecydowaly sie przysisc obok siebie. Az wstrzymalam oddech, ale rozeszly sie bez uzycia pazurow ;)
 

Jak to ze mna bywa, nie moglam sobie znalezc miejsca, bowiem mialam tego dnia rozmowe o prace. A nawet dwie, choc ta druga to bardziej komedia, ale o tym za moment. ;) W kazdym razie, ta pierwsza rozmowa byla bardziej tradycyjna. Robota w firmie konsultanckiej, czyli ciekawie, ale z gory zaznaczaja, ze 50% z tego to podroze. Normalnie jak przedstawiciel handlowy. :O W kazdym razie, rozmowa byla taka bardziej "przesiewowa", wiec pitu-pitu i bardzo ogolne pytania. Przeszlam ja bez problemu, bo trudno byloby nie przejsc. Niestety, bede musiala odbyc je jeszcze z trzema (!) osobami, ktore bylyby juz z mojego potencjalnego departamentu. Obawiam sie, ze skonczy sie jak przy tej rozmowie ze "Szwajcaria", gdzie szybko okazalo sie, ze to za wysokie progi na moje nogi, bo to rowniez ogromna, miedzynarodowa firma... Poza tym M. nie jest pewien (ja w sumie tez nie) czy ma ochote polowe czasu byc samotnym ojcem i slomianym wdowcem. Dzieciaki sa juz duze, ale takie ciagniecie wozka samopas jest bardzo obciazajace... No ale zobaczymy. Druga rozmowa... Dzien wczesniej trafilam na ogloszenie, ale praca miala byc hybrydowa, z biurem w Kaliforni. Od razu zaznaczone bylo, ze preferuja osoby z okolic San Francisco. Dla niewtajemniczonych, ja mieszkam po drugiej stronie kontynentu. ;) Zlozylam podanie, bo co mi szkodzi, szczegolnie ze zaznaczona placa byla bardzo szczodra. Ku mojemu zaskoczeniu, rano dostalam od nich maila, tyle ze byl on od "wirtualnego" rekrutera. :D Co to znaczy? To oznacza, ze zadzwonili do mnie, ale rozmawialam z automatyczna sekretarka. Ona zadawala pytania, a potem pewnie nagrywane byly moje odpowiedzi. W sumie chyba najbardziej bezstresowa rozmowa o prace, jaka zaliczylam. ;) Podejrzewam, ze juz sie nie odezwa, bo na pytanie, czy odpowiada mi model hybrydowy i moge przyjezdzac do biura, odpowiedzialam, ze to zalezy jak czesto, bo mieszkam na wschodnim wybrzezu. :D Niestety, moje przeziebienie sie rozkrecalo. Gardlo drapalo, z nosa lecialo, glowa bolala i ogolnie czulam sie przemielona i wypluta. I w takim stanie musialam odbyc rozmowe o prace... :O Zanim zaliczylam obie rozmowy, bylo juz popoludnie. Poskladalam pranie, na chwile usiadlam nad ogloszeniami o prace i za moment musialam brac sie za obiad, zeby byl gotowy na przyjazd Bi. Panna dojechala, zasiadla do obiadu, zdazyla zjesc i dojechaly chlopaki. Tym razem malzonek glownie drzemal na kanapie, a i ja nie czulam sie na silach zeby robic cokolwiek konstruktywnego. W koncu nadeszla pora zbierania sie na basen i oba Potworki zaprotestowaly. Tym razem jednak nie odpuscilam. Po pierwsze, nie byli na treningu w poniedzialek (byl odwolany z okazji swieta), po drugie zakladalam mozliwosc, ze ktores sie ode mnie zarazi i nie pojada w nastepny. Malzonek rowniez nie wygladal na zachwyconego, ale powiedzialam, ze chora - nie chora, ale jesli on nie chce, to sama ich zabiore. Na takie ultimatum, zebral sie i pojechal. ;) Ja w tym czasie wzielam prysznic zeby zwolnic kolejke reszcie, nakarmilam zwierzyniec, przygotowalam Kokusiowi sniadaniowke i udalo mi sie nawet usiasc z szybka kawa. Po ich powrocie nastapila pora na kolacje, kolejne prysznice i dzien dobiegl konca.

W piatek rano slupek rteci pokazal 8 stopni, a kiedy sie zbudzilam, uslyszalam pykanie kaloryferow, czyli wlaczyl sie piec. W ostatni dzien maja! :O Wstalam i dolaczylam na dole do corki, ktora jadla juz sniadanie. Wyszlysmy, z daleka patrzymy, a przystanek pusty. Hmmmm... Ciekawe czy nikt jeszcze nie dotarl, czy autobus juz pojechal? :D Na szczescie akurat doszlysmy do chodnika, kiedy przejechal. O 7:15, jak w srode. Im blizej konca roku szkolnego, tym przyjezdza wczesniej. :D Za moment na przystanek dotarla pozostala dwojka dzieciakow, autobus ich zgarnal wyjezdzajac z osiedla i pojechali. Ja wrocilam do Kokusia, zjadlam w koncu sniadanie i pyknelam tabletke na przeziebienie. Niestety, czulam sie jeszcze gorzej niz dnia poprzedniego. Glowa rypala i nic na nia nie pomagalo, oczy szczypaly, a z nosa cieklo jak z kranu. Dobrze, ze chociaz gardlo odpuscilo, ale za to doszedl mokry kaszel. :( Tabletki niestety srednio dzialaly i marzylam tylko zeby sie polozyc na kanapie i nic nie musiec. Niestety, nie mialam tak dobrze, bo byl piatek, wiec pora na cotygodniowe zakupy. Zmusilam sie zeby pojechac, jakos to ogarnelam, rozpakowalam torby, po czym klaplam na kanape. Dobrze, ze tradycyjnie w piatek chlopaki jechali po pizze, wiec chociaz o obiad nie musialam sie martwic. Troche pozniej zmusilam sie zeby wyczyscic pozostale poduszki z tarasu, bo choc efekty ledwie dostrzegalne, to jednak poczucie obowiazku kaze mi skonczyc co zaczelam. Pierwsza poduszke postanowilam (za rada jakiegos madrali z internetu), najpierw spryskac czystym octem i wysuszyc. Ponoc mial to byc niezawodny sposob na plamy z wilgoci. Taaa... Oczywiscie roznica byla zerowa. Wszystkie trzy wyszorowalam wiec sposobem sprzed dwoch dni, bo tam chociaz mozna dostrzec poprawe. Do domu wrocila Bi i czekalysmy na chlopakow. I pizze, choc moj apetyt byl mocno stlumiony. Dojechali, zjedlismy i Starsza chciala jechac do biblioteki. Zapisala sie na taki program, gdzie raz w miesiacu bibliotekarki wybieraja dla niej ksiazke (zgodnie z zaznaczonymi preferencjami) oraz jakies upominki. Ksiazke musi oddac po przeczytaniu, ale upominki zostaja. Wlasnie tego dnia byla do odebrania majowa paczuszka. Czulam sie fatalnie, ale stwierdzilam, ze na te 5 minut autem dam rade. Pojechalysmy i... spoznilysmy sie 4 (!) minuty, bo nie pamietalam, ze w piatki zamykaja biblioteke o 17! No trudno, wrocilysmy do domu i reszte wieczoru juz wszyscy przesnulismy sie nieco bez celu. Poza M., ktory (tam ta ram tam) skosil trawe! ;) Osobiscie, poza podlaniem warzywnika nie zrobilam nic konstruktywnego, ale serio fatalnie sie czulam. Nie wiem gdzie moglam sie tak zalatwic. :/

I tak minal sobie kolejny tydzien i skonczyl sie maj. Mam wrazenie, ze ten miesiac ledwie sie zaczal, a juz przelecial. Pewnie dlatego, ze uplynal pod znakiem odliczania do wyjazdu...

Dla Potworkow zostal juz tylko tydzien szkoly, uwierzycie?! A konkretnie to 5 i pol dnia, bo ostatni dzien to poniedzialek, 10-ego i maja wtedy skrocone lekcje.