Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 23 września 2022

Brutalny powrot do rzeczywistosci

Powrot do rzeczywistosci okazal sie dla mnie niczym upadek na beton z trzeciego pietra, ale o tym bedzie w poscie. Poki co, chronologiczny skrot tego, co dzialo sie po powrocie. Mial byc "telegraficzny", ale dzialo sie tyle, ze wyjdzie pewnie krol tasiemcow... ;)

Na hamerykanskiej ziemi znalezlismy sie ponownie w srode, 24 sierpnia. Wyladowalismy okolo godziny 15. Stojac w kolejce do odprawy paszportowej, Bi ucieszyla sie, ze w koncu rozumie wszystkie napisy. ;) Najwyrazniej w Polsce miala z tym problem, choc wcale sie nie skarzyla. Odprawa, a pozniej odebranie bagazu "troche" nam zajely, a pozniej trzeba jeszcze bylo dotrzec do wypozyczalni zeby odebrac zamowione auto. Prowadzi tam taki maly pociag prosto z lotniska, tyle, ze kiedy dotaszczylismy sie z bagazami na przystanek, okazalo sie, ze te pociagi maja rozne trasy, a my nie pamietamy jak nazywal sie przystanek przy wypozyczalniach. ;) W koncu, droga dedukcji, wywnioskowalismy, ze to chyyyba "ten" i wsiedlismy. Na szczescie mielismy racje i pociag nie wywiozl nas gdzies w serce Nowego Jorku. ;) Niestety, nie tylko my mielismy pomysl zeby z lotniska wypozyczyc auto, wiec kolejka w wypozyczalni ciagnela sie niczym guma z gaci. Tymczasem my, przyzwyczajeni do czasu polskiego (gdzie byla juz noc), pomalu zaczynalismy odczuwac potezne zmeczenie. Wreszcie jednak podstawiono nasz pojazd i po sprawdzeniu wszystich papierow, moglismy odjechac. Po drodze wpadlismy oczywiscie w nowojorskie korki, bo byly godziny szczytu. Ogolnie, cala droga uplynela nam w mniejszych lub wiekszych zatorach i do chalupy doturlalismy sie prawie o 21 (a podroz zajela nam okolo 20 godzin). Po drodze zadzwonilam jeszcze do taty, ze po Maye przyjade rano, bo widzialam juz, ze dojedziemy dopiero wieczorem, a ja ledwie patrzylam na oczy... Potwory przespaly niemal cala droge z lotniska i na miejscu byly rzeskie i gotowe do zabawy, ale dalam im tylko pol godziny na przywitanie z domem i zagonilam do lozek. My z M. padlismy zaraz po nich.

Nastepnego dnia, 25 sierpnia, byla nasza oficjalna rocznica slubu koscielnego, ale zadne z nas o niej nie pamietalo. :D Poniewaz nadal przestawieni bylismy na czas polski, M. zbudzil sie o 4 nad ranem. :D Ja obudzilam sie sama z siebie o 6, co jak na mnie jest ewenementem. Polezalam na sile pol godziny, po czym zrezygnowana wstalam. Dzieciaki tez byly juz na nogach, ale u nich to normalne. ;) Kiedy doprowadzilismy sie do wzglednego porzadku, pojechalismy oddac wypozyczone auto, a potem zrobilismy zakupy w najblizszym supermarkecie oraz w polskim sklepie, bo w lodowce zostalo tylko swiatlo. Nastepnie, stesknieni, popedzilismy po naszego psiura. Tu, jesli oczekujecie ckliwej historii jak Maya niemal oderwala sobie ogon od radosnego merdania i wcisnela nam sie sila do auta... to sie pomylicie. :D Nasz pies przywital nas wesolo, ale tak samo jak wita wszystkich ludziow, ktorzy pojawiaja sie w naszym domu. ;) Merdnal uprzejmie, po czym, zauwazywszy otwarte drzwi, wybiegl na dwor i wrocil z pileczka, ktora natychmiast oczekujaco rzucil nam pod nogi. Wniosek? Albo Maya nas przez 2 tygodnie kompletnie zapomniala, albo jest tak glupim stworzeniem, ze wszystko jej jedno gdzie i z kim mieszka, byle jej regularnie rzucal pilke. ;) Korcilo, zeby siersciucha zostawic tacie skoro calkiem jej tam niezle, ale Bi by sie zaplakala, wiec wpakowalismy ja jednak do auta i zabralismy do domu. ;) Po powrocie zaczelam oficjalne rozpakowywanie, a nastepnie pranie za praniem. Niby tesciowa kilka dni przed wylotem wyprala nam ciuchy, ale nawet te w sumie czyste, po przewalaniu sie w walizach, wymagaly odswiezenia. A pod wieczor dogonil nas znow polski czas. Nik padl juz chyba o 20:30. Bi oznajmila, ze nie jest zmeczona, ale kiedy sama dokonczylam ktores z kolei pranie, otworzylam w koncu maile ze szkoly, zeby sprawdzic ktorych nauczycieli dzieciaki beda mialy w tym roku i potykajac sie juz o wlasne nogi z wycienczenia, o 22:20 wdrapalam sie na pietro, zastalam panne tak:
 
Tableta resztka swiadomosci najwyrazniej wylaczyla ;)
 

Zasnela patrzac w ekran tableta, lezac w dodatku na brzuchu i odwrocona przeciwnie do normalnego kierunku lozka. :D Nie dziwilam sie jej jednak zbytnio, bo sama padlam jak tylko przylozylam glowe do poduszki.

W piatek 26 sierpnia, trzeba bylo stanac twarza w twarz z faktem, ze od poniedzialku Potworki zaczynaly szkole, a my nie kupilismy jeszcze zadnych przyborow, bowiem listy dostalam doslownie 2-3 dni przed wylotem, kiedy kompletnie nie mialam do tego glowy. Po porannym ogarnieciu, pojechalismy wiec do sklepu, a tam... porazka. Cala sekcja wydzielona na artykuly szkolne, praktycznie pusta! Mimo, ze bylo juz po 11 rano, pracownica dopiero zaczynala rozladowywac wozek ze swieza dostawa... Pieknie. Nie mialam czasu (ani ochoty) zeby stac tam i czekac az wszystko rozladuje, widzac zreszta na oko, ze polowy potrzebnych rzeczy i tak na wozku nie ma. Co bylo robic; wzielismy to, co bylo, a reszte stwierdzilam, ze zamowie na Amazonie, bo nie pociagala mnie wizja spedzenia calego dnia jezdzac po wszystkich okolicznych sklepach, w poszukiwaniu m.in. zoltych zeszytow (nauczycielka Bi miala bardzo konkretne wymagania). Wpadlismy do chalupy, rzucilismy siatki z zakupami, po czym musialam sie szybko odswiezyc i juz trzeba bylo pedzic do szkoly Potworkow. Nik mial bowiem spotkanie zapoznawcze, jako ze jego rocznik jest nowy. Klasami VI, czyli Bi, nikt sie nie przejmowal i mieli nowych nauczycieli oraz kolegow poznac dopiero pierwszego dnia, w poniedzialek. ;)
 
Przed szkola, teraz juz obojga Potworkow
 

Zebysmy przypadkiem zbyt szybko nie doszli do siebie po podrozy, na sobotnie popoludnie zaproszeni bylismy do znajomych. Pretekstem byly urodziny ich 4-latki, ale od poczatku wiadomo bylo, ze nikt nie urzadza "kinderbalu" o 17. ;) Wczesniej krecilismy sie bez celu dogladajac ogrodu i chalupy po 2-tygodniowej nieobecnosci. Wspomnialam w poprzednim poscie, ze ogrod zarosl az wstyd. ;) Korzystajac z nadal konkretnych upalow, Potworki zapragnely wykapac sie w basenie poki jeszcze stoi. Nocki zrobily sie chlodniejsze, wiec woda natychmiast solidnie sie ochlodzila, ale i tak wlezli. ;) Pozniej wyruszylismy do znajomych. Tak jak przewidzialam, impreza byla chyba na 20 osob, choc w wiekszosci byla to dalsza rodzina znajomych: wujkowie, ciotki, kuzynki, itd. Bylam wdzieczna, ze poza nami, zaproszona byla tez sasiedzka para, inaczej nie mielibysmy kompletnie z kim pogadac. Przyjecie odbylo sie naprawde hucznie. Znajomi zamowili catering, a zaprzyjazniony DJ dbal o oprawe muzyczna. Az za bardzo zreszta, bo w ktoryms momencie zza domu wylonil sie... policjant, naslany przez ktoregos z sasiadow! :O
 
"Fajnych" maja sasiadow, nie powiem...
 
Policjanci (bo potem dolaczyla kobitka) byli zreszta bardzo sympatyczni i wrecz przepraszali za najscie, tlumaczac, ze ze widza iz to urodziny dziecka, ale maja obowiazek sprawdzic wszystkie zgloszenia. Policja najbardziej zainteresowaly sie dzieciaki, pytajac z niezdrowa ciekawoscia czy kogos aresztuja. ;) Po odjezdzie funkcjonariuszy, zabawa trwala dalej. Dzieciarnia miala do rozpatroszenia piniate, ktora okazala sie jednak tak solidna, ze w koncu tata solenizantki zwyczajnie ja rozerwal. ;)
 
Jak widac, wszystko bylo tematycznie pod Myszke Minnie
 
Kiedy zapadl zmrok, impreza zmienila sie w dyskoteke, choc tanczyla glownie smarkateria. 
 
Tancuja chlopaki...
 
...i dziewczyny
 
My, zmeczeni nadal roznica czasu, zmylismy sie jeszcze przed 21, ale ponoc pozniej w tany ruszyli rowniez dorosli. :)

Niedziela zaczela sie kosciolem, jakze by inaczej. ;) Po mszy, calkiem niespodziewanie, wyladowalismy w butiku, zeby przebic Bi kolejne dziurki w uszach. Kuzynka miala, wiec juz od Polski Starsza suszyla nam o to glowy. Ja uwazalam, ze 11 lat to malo na kolejne dziurki, M. bylo wszystko jedno, byle Bi przestala wiercic mu dziure w brzuchu. Tego dnia w koncu stwierdzil, ze moze ja zabrac, ale teraz, bo jak wroci do domu, to juz mu sie nie bedzie chcialo. Poczatkowo w koncu przytaknelam na tylko jedna dziurke, ale okazalo sie, ze oni przebijaja zawsze parami, wiec Bi zyskala bonusowa z drugiej strony. I oczywiscie byla cala zachwycona. Tym razem wiedziala czego sie spodziewac i nawet sie nie wzdrygnela. ;)
 
I juz; gotowe!
 
Po poludniu dzieciaki polecialy jak na skrzydlach zeby pobawic sie z sasiadkami. Nie widzieli sie od koncowki lipca, bo najpierw sasiedzi polecieli do Indii, a potem my do Polski.
 
Sasiadka, tak jak ja, uwielbia trzaskac pamiatkowe zdjecia ;)
 
Kiedy wrocili, Bi stwierdzila, ze wskoczy do basenu. Nik sprawdzil temperature wody i spasowal. :D
 
Ta to kiedys morsem zostanie ;)
 
Wieczorem zas, zmusilam sie do zrobienia sobie testu na koronke. :/ Nie byl to moj pomysl, lecz mojego szefa, ktory w tym czasie gdy ja bylam w Polsce, wybral sie na cruise i cala jego rodzina wrocila z niego z covidem. :D Czwartek i piatek po przylocie pracowalam z domu, ale na mojego maila, ze juz jestem i w poniedzialek bede w biurze, odpowiedzial, zebym najpierw sie przetestowala. Wkurzylam sie, bo po pierwsze, nie mialam ochoty dlubac sobie w nosie, a po drugie, skoro wrocilam w srode, a do biura wracalam w poniedzialek, wiec teoretycznie odbebnilam juz 5-dniowa kwarantanne (taki jest u nas teraz wymog przy pozytywnym tescie). Mialam jednak w domu testy, ktore niedawno rzad rozsylal za darmo, wiec stwierdzilam, ze moge jeden poswiecic, trudno. Przyszlo mi tez na mysl, ze w sumie jakby tak wyszedl pozytywny, moglabym popracowac z domu kolejny tydzien, hmmm... Niestety, wyszedl negatywny. :D
 
Wypisz wymaluj test ciazowy :D
 
W poniedzialek, 29 sierpnia, dzieci w naszym miasteczku ruszyly do szkoly. Poniewaz Hameryka ma swoje, czesto dziwne, zwyczaje, wiec nawet w naszym malutkim Stanie, jedne miejscowosci ruszaly w poniedzialek, inne we wtorek, srode, czy w czwartek, a jeszcze czesc dopiero w kolejny wtorek, po dlugim weekendzie (6 wrzesnia). Szczesciarze. :) Z okazji pierwszego dnia, jak co roku zawiozlam Potworki do szkoly, najpierw strzelajac obowiazkowa, pamiatkowa fote. 
 
Tradycji musialo stac sie zadosc
 
Tutaj nie ma uroczystego rozpoczecia roku szkolnego i pierwszy dzien to juz "normalnie" lekcje. W cudzyslowiu, bo wiadomo, ze to raczej ogarnianie chaosu i zapoznawanie sie ze soba dzieci (przypominam, ze tu roczniki sa mieszane co roku i rozdzielane na klasy od poczatku, a na dodatek maja nowego nauczyciela). Klasy VI zbieraly sie na boisku, gdzie nauczycielki trzymaly tabliczki ze swoim imieniem, zas klasy V oddelegowane zostaly na stolowke, gdzie rowniez spotykaly sie ze swoimi nauczycielami i nowymi kolegami z klasy. Nik przynajmniej ruszyl do srodka dzielnie (choc z niepewna mina) i nie rozkleil sie jak Starsza w zeszlym roku. ;) Po odeslaniu Mlodszego, pomachalam jeszcze Bi stojacej ze swoja grupka. :) 
 
Zaczyna sie...
 
Starsza nie ma w klasie zadnej kolezanki z zeszlego roku, ale osladza jej to obecnosc najlepszej przyjaciolki (naszej sasiadki). Dziewczyny sa przeszczesliwe, ze znow sa razem. :) Niestety, szkola ma tez bardzo dziwny system rozdzielania na dlugie przerwy i lunch, bo dzieciaki nie chodza klasami, tylko mieszane sa grupy zlozone z paru osob ze wszystkich klas (i maja je o roznych porach). I tu znow psiapsiolki zostaly rozdzielone. Poki co, Bi spedza przerwe z dwiema dziewczynkami, ktore zna z zeszlego roku, choc podejrzewam, ze w koncu znajdzie kolezanki z obecnej klasy. Nik ma w klasie tylko jednego (!) kolege ze starej szkoly, ktory w dodatku nie byl nigdy jego blizszym przyjacielem. W kolejnym tygodniu okazalo sie jednak, ze jest z chlopcem, z ktorym gra teraz w pilke, wiec podejrzewam, ze chlopaki sie blizej zakumpluja. Jego najlepszy przyjaciel jest w tym samym "zespole" (czyli grupie czterech klas), ale nie maja razem ani lunchu, ani dlugiej przerwy. Kiedy odstawilam Potworki do szkoly, pojechalam do pracy, gdzie wpadlam w samo oko cyklonu i wariactwo. Nie ma jak spokojny powrot z urlopu. ;) Po poludniu, po powrocie do domu, wysluchalam opowiesci dzieciakow o pierwszym dniu, po czym mlodziez wskoczyla do basenu. 
 
Pozowanie to im nie wyszlo
 
Przyszla znow wyzsza wilgotnosc, a wraz z nia rowniez wyzsze temperatury w nocy, wiec woda troszke sie zagrzala, choc do "cieplej" nadal jej bylo daleko. ;)

Wtorek byl w miare spokojny i przewidywalny. Dla rodzicow praca, dla dzieci szkola, a po szkole ponownie kapiel w basenie. 
 
Po powrocie z Polski nie wyciagalam juz zadnych dmuchancow, wiec Potwory wymyslily zabawe w przewozenie sie nawzajem naokolo basenu
 
Wieczorem zas zmusilam sie zeby w koncu usiasc i (skoro rok szkolny sie zaczal), zamowic Kokusiowi w wypozyczalni trabke. Nie pamietam czy pisalam wczesniej, ze Mlodszy zaznaczyl, ze chce grac albo na trabce, albo na saksofonie? To bylo chyba jeszcze w kwietniu, wiec chwile temu. Latem zas przyszla wiadomosc, ze zostala mu przypisana wlasnie trabka. Lo matko... No to trzeba ja bylo wypozyczyc, choc tu sie rozczarowalam, bo przez ostatnie 4 lata rozpiescila mnie wypozyczalnia skrzypiec, ktora instrumenty rozwozi prosto do szkol. Oni maja jednak tylko smyczkowe, po trabke musialam sie wiec zglosic gdzie indziej. I co sie okazalo?! Nie tylko trzeba sobie po instrument samemu przyjechac, to jeszcze oni "powiadomia, kiedy bedzie on gotowy do odbioru". Dobrze, ze instrumenty potrzebne dzieciakom byly dopiero od trzeciego tygodnia szkoly.

W srode poszlam za ciosem i zadzwonilam do wypozyczalni skrzypiec, bo potrzebowala je zarowno Bi, jak i Nik. Mlodszy w tym roku zaszalal, bo bedzie gral na dwoch instrumentach. Narazie entuzjazm jest, ale mina pewnie zrzednie, kiedy trzeba bedzie cwiczyc gre w domu. ;) Poza tym byl to dzien jak codzien. Praca, szkola, a po poludniu dzieciaki wskoczyly znow do basenu.
 
Nik dosc szybko z wody uciekl, ale Bi moze sie pluskac i pluskac...

Ledwie zaczal sie rok szkolny, a grafik juz dawal sie we znaki. W czwartek Potworki konczyly wczesniej. Z tej "okazji" postanowilam pracowac z domu, zeby na spokojnie pojechac na zakupy i nie ciagac sie potem z dzieciakami. Zeby zas im umilic czas po szkole, zaprosilam do nas sasiadki. Byl znow potworny upal, wiec pomyslalam, ze dzieciaki moga jeszcze ostatni raz pochlapac sie razem w basenie, zanim spuscimy wode.
 
Ostatnie pluskanie
 
Dziewczyny oczywiscie super sie bawily, ale Nik, ktory zwykle swietnie dogadywal sie z mlodsza sasiadka, tym razem zupelnie nie dolaczyl do zabawy dziewczyn. Nie mam pojecia, co go ugryzlo. Tego dnia dostalam tez maila, ze trabka Kokusia jest do odbioru, wiec podjechalismy do wypozyczalni. Stwierdzam, ze coraz bardziej mnie to miejsce drazni i zastanawiam sie czy za rok tez z niego skorzystam. Nie dosc, ze placi sie 2x tyle co za skrzypce, nie dosc, ze samemu trzeba sie fatygowac po instrument, to jeszcze przy odbiorze okazalo sie, ze jakies specjalne wyciorki i olejki do czyszczenia wysla osobno, do domu. Przyszly dopiero tydzien pozniej. :/ No ale trabke mamy i oby nie trzeba bylo zaraz czegos wymieniac, jak w zeszlorocznych skrzypcach Nika, gdzie w smyczku nie dalo sie naciagnac wlosia. ;)

W piatek, 2 wrzesnia, dzieciaki ponownie mialy skrocone lekcje. Tym razem bylo mi to jednak na reke, bo rozpoczynal sie u nas dlugi weekend, wiec wyjezdzalismy na kemping. Skrocone lekcje oznaczaly, ze mozna wyruszyc dwie godziny wczesniej. Tego dnia pracowalam wiec ponownie z domu, jednoczesnie pakujac przyczepe. W sumie calkiem niezle mi poszlo i kiedy czas byl jechac po Potworki, bylam juz spakowana. Bi i Nik normalnie wracaja autobusem, tego dnia jednak pojechalam po nich osobiscie, zeby bylo szybciej. Okazalo sie to niepotrzebne, ale o tym za moment. W szkole dzieciakow zmienili zasady odbioru przez rodzicow. W zeszlym roku dzieciaki wychodzily na zewnatrz, auta podjezdzaly sznureczkiem i dzieciaki wsiadaly kiedy podjezdzal ich rodzic. Jak dla mnie bylo to idealne, choc kolejka ciagnela sie niemilosiernie. Niestety, w tym roku wrocili do przed-covidowej rutyny i rodzice musza parkowac i podchodzic do drzwi, skad dzieciaki wychodza widzac matke lub ojca. Nie lubie, bo wczesniej moglam byc nawet w pizamie i nikt mnie nie widzial, a teraz jednak musze wygladac jak czlowiek. ;) Nie mowiac juz o tym, ze dzieciakom wcale sie nie spieszy zeby wychodzic, wiec stoi tam czlowiek i stoi... Odebralam jednak mlodziez i popedzilam do domu, po czym okazalo sie, ze M. dopiero dojechal z pracy! Co z tego wiec, ze ja bylam juz gotowa, skoro on musial jeszcze popodlaczac przyczepe, zaladowac to, co szlo na jego truck'a, a potem sie wykapac, bo wiadomo, ze sie spocil... Wyjechalismy prawie o 16. O takiej porze oczywiscie wszedzie na drogach ruch, szczegolnie w piatek po poludniu przed dlugim weekendem. W korku stalismy juz w stolicy naszego Stanu, a potem wpakowalismy sie w kilka zatorow na przedmiesciach Bostonu. Na miejsce zajechalismy o 19, a zanim wszystko ustawilismy i rozpakowalismy, zrobila sie 20 i praktycznie ciemno. Na dodatek, z powodu przedluzajacej sie suszy, na kempingu panowal zakaz palenia ognisk, wiec nie bylo nawet jak posiedziec przy ogniu. Pozostaly lezaki obok przyczepy. Na szczescie na tym polu kempingowym kazdy ma podlaczenie do pradu, moglismy wiec chociaz wlaczyc lampki i w ich swietle poczytac ksiazki.

Sobota od rana byla przepiekna, ale ja chodzilam jakos bez humoru i checi na cokolwiek. Chyba musialam odbic sobie intensywny tydzien i nadal przyzwyczajanie sie do domowej rzeczywistosci. Juz dzien wczesniej, kiedy sie pakowalam, mruczalam, ze chyba mi odbilo, skoro tydzien po rozpakowaniu i praniu po Polsce, ja znowu sie pakuje. No ale kemping mielismy zamowiony jeszcze przed lotem do Kraju, a dlugi weekend zobowiazuje, wiec co bylo robic. Potworki od rana oczywiscie smecily, ze kiedy na plaze, a na moje stwierdzenie, ze moze pojdziemy dopiero na wieczorny spacer przy odplywie, Bi urzadzila taka histerie, ze mialam ochote nigdzie juz jej nie zabierac. Nik przynajmniej mial atrakcje, bo asystowal M. w zakladaniu ram do wsiadania do auta oraz jezdzil w kolko po kempingu. 
 
Chlopaki przy "meskiej" robocie
 
Starsza chodzila na spacery z psem, troche czytala, ale poza tym lazila i trula doope, ze chce na plaze i koniec. W koncu ich oczywiscie na te plaze zabralam, przy czym spotkala nas niespodzianka, bowiem byl odplyw, a zwykle o tej porze trafialismy na przyplyw. Potworkom bylo wszystko jedno, byle woda byla.
 
Zdjecie niestety z bardzo daleka, ale tam sa te dwa morsy :)
 
Ja niestety dalam ciala, bo... zapomnialam spakowac swoj stroj kapielowy! Jedziemy nad ocean, choc raz bylam bez okresu... no i masz! :D M. zaproponowal, ze mozemy podjechac do pierwszego lepszego sklepu i kupic, ale stwierdzilam, ze na dwa dni to bezsens i obejde sie bez kapieli. Zreszta woda i tak byla strasznie zimna. ;) Pod wieczor tradycyjnie ruszylismy na blizsza plaze ze skalkami zeby Nik mogl poszukac krabow. Przyznaje, ze mialam jakies zacmienie, bo skoro wczesniej byl odplyw, wiec logiczne, ze teraz bedzie przyplyw. Ten zas oznaczal, ze wszystkie przybrzezne skalki zostaly zalane i o krabach mozna sobie bylo tylko pomarzyc.
 
Zeby znalezc tutaj kraba, trzeba by nurkowac
 
Mlodszy rozczarowany, ale tylko troche, bo przed nami byl jeszcze jeden dzien. Po powrocie na kemping pojechalismy jeszcze na wieczorna przejazdzke rowerowa zeby podziwiac zachod slonca, a pozniej znow zasiedlismy w swietle lampek przyczepy.
 
Zachody slonca nad mokradlami nigdy nie rozczarowuja
 
Tak jak poprzednim razem, w poblizu kempingu puszczano fajerwerki, ktore widac bylo z naszej miejscowki. Nie wiem co to za "rozrywkowe" miasteczko jest obok, ze kiedy bysmy tam nie byli, praktycznie co wieczor maja pokazy sztucznych ogni. :)
 
Troche jak w Sylwestra, tylko za cieplo ;)

Niedziela rano to oczywiscie msza. Potem powrot na kemping, drugie sniadanie i zabralam Potworki na plaze. Zwykle w srodku dnia chodzimy na te wieksza, ale teraz, wiedzac, ze jest odplyw, poszlismy na mniejsza, ze skalkami. 
 
Tak wygladaja miejsca idealne na znalezienie krabow
 
Glownym celem byl oczywiscie polow krabow i tym razem Nik sie nie zawiodl. Skalki byly odsloniete i znajdowalismy doslownie jednego za drugim. Z tym, ze ja oraz Bi wypatrywalysmy je schowane w szczelinach i miedzy wodorostami, a Nik je sprytnie wyciagal z kryjowek. :)
 
No i sa, choc ten to jakis mikrus ;)
 
Wrocilismy do przyczepy, zjedlismy obiad i pojechalam z dzieciakami na przejazdzke rowerowa. Nik koniecznie chcial zahaczyc o mala skocznie utworzona w lasku przez dzieciaki.
 
Nik w locie, choc slabo to widac
 
Bi wolala udawac lamparta. ;) 
 
Dziki kocur :D
 
Poznym popoludniem pojechalismy na rowerach na wieksza plaze, oczekujac, ze w czasie przyplywu powinny byc spore fale. Potwory zadowolone szalaly na deskach, choc kilka razy niezle przekoziolkowaly lub trzepnely brzuchem o piasek, szczegolnie Nik, ktory jest lzejszy, wiec falom latwiej go przewrocic. 
 
Fale, jak widac, byly calkiem niezle
 
A po powrocie, zanim znow usiedlismy przy przyczepce, pochowalismy i spakowalismy wszystko co sie dalo, bo na noc zapowiadano deszcz i choc liczylismy, ze cos sie przesunie, wolelismy nie ryzykowac.

Poniedzialkowy ranek pokazal, ze spakowanie wiekszosci rzeczy bylo bardzo dobra decyzja, bo od rana lalo jak z cebra i w dodatku bylo okolo 15 stopni. W zwiazku z tym, byl to bardzo spokojny ranek. Wstalismy, zjedlismy sniadanie, umylismy sie, a potem juz siedzielismy czytajac czy grajac (to Potworki) i wypatrujac czy kolejka do spuszczania sciekow z przyczepy sie zmniejszyla.
 
Wnetrze przyczepy z pozycji kanapy zajmujacej caly jej przod. Na droge, stolik pod ktorym lezy Maya sie sklada, a "jadalnia" w ktorej siedza Potworki wsuwa sie do srodka
 
Wiekszosc ludzi bowiem, widzac deszcz, juz z samego rana postanowila wyjechac z kempingu. Stanowisk do spuszczania brudnej wody bylo tylko cztery, wiec zrobil sie tam niezly zator. W koncu, po 11, uznalismy, ze zrobilo sie na tyle luzno, ze mozna ruszyc. Pochowalismy wszystko co lezalo luzem (przyczepa w drodze bardzo trzesie, wiec wszystkie rzeczy musz byc schowane lub zabezpieczone), poprzenosilismy ostatnie rzeczy do auta i ruszylismy. Po drodze mielismy kilka malych korkow, ale ogolnie szybko zlecialo, a mila niespodzianka bylo, ze w domu temperatura wskazywala ponad 20 stopni i bylo sucho. Kropic zaczelo gdzies o godzinie 16, ale wtedy mialm juz praktycznie wszystko poprzenoszone z przyczepy. Pozostalo zaczac tradycyjne pokempingowe pranie, a potem zagonic Potworki pod prysznic i przygotowywac sie na cztery dni pracy i szkoly...

Jak zaczelo padac w poniedzialek po poludniu, tak lalo jak z cebra cala noc i calutki wtorek. Autobus rano opoznil sie 10 minut, bo czemu nie. Stanie w deszczu to przeciez sama przyjemnosc... Poza tym dzien minal zwyczajnie. Az do wieczora, kiedy to... w piersi wyczulam guzek! Nawet nie przy badaniu, ktorego szczerze to nie potrafie nawet dobrze przeprowadzic. Ot, cos mnie zaswedzialo i podrapalam sie, wyczuwajac przy okazji pod palcami zgrubienie. Az mi sie goraco zrobilo... To bylo 6 wrzesnia (zapisuje dla siebie). Nastepnego ranka oczywiscie pierwsze co, zaczelam wydzwaniac do lekarza i wizyte mam na... 6 pazdziernika!!! Ku*wa... Dla tych, ktorzy zaproponuja wizyte prywatna, sprostuje, ze tu innej nie ma! Cala opieka zdrowotna jest prywatna, a terminy... jak widac. Nie musze chyba dodawac, ze przeplakalam noc i wiekszosc dnia. Wiem, wiem, panikuje juz zawczasu, ale tak juz mam. Poryczalam sie, po czym podnioslam glowe i funkcjonuje dalej, choc jak sie domyslacie, to takie zycie w zawieszeniu. Najbardziej zaluje, ze nie wyczulam tego w Polsce. Bylabym juz dawno po wizycie, pewnie tez mammografi, bo w Kraju prywatnie da sie wiekszosc badan przeprowadzic w ciagu kilku dni... A tak... czekam na te wizyte jak na wyrok, choc podejrzewam, ze sama wizyta to bedzie dopiero poczatek. Potem pewnie czeka mnie wlasnie mammografia, moze biopsja i co jeszcze... Wiem, nakrecam sama siebie, wiec narazie na tym poprzestane w tym temacie.

Sroda byla dniem pochmurnym jak moj humor. Autobus spozniony 15 minut, ale na szczescie nie padalo i bylo w miare cieplo, wiec mozna bylo postac... Jak to na poczatku roku szkolnego i sezonu sportowego, zaczynala sie pilka nozna, ale u Nika grafik mieli tylko na nadchodzacy weekend, u Bi wrzucili go wieczorem, ale okazal sie niekompletny. Super. Po szkole Nik mial pierwszy oficjalny trening i jak to on, marudzil, ze on nie chce, wstydzi sie, itd. Pojechalam z nim jednak i "po" stwierdzil, ze bylo jednak fajnie. Typowe. ;)
 
Kupowanie koszulki do treningow wydawalo mi sie bez sensu, skoro tyle wala mi sie po polkach koszulek z poprzednich sezonow, okazalo sie jednak, ze byla to dobra decyzja bowiem wszyscy chlopcy trenuja w jednakowych; tu Nik jest w czarnej, bo szarej nie zdazylam mu wyprac

W czwartek w koncu wyszlo slonce, a pierwszy trening miala z kolei Bi. Ona dla odmiany jechala z entuzjazmem. Na szczescie okazalo sie, ze w druzynie ma 3 dziewczyny z zeszlego roku, a reszte pamieta jako mlodsze kolezanki z podstawowki. Tym razem laczone sa bowiem roczniki 2011/2012 i jakies 2/3 druzyny to rocznikowo 10-latki. Niby niewielka roznica, ale sa drobniejsze i szczuplejsze niz te dojrzewajace, starsze "pannice". ;)
 
U Bi stroje na trening to wolna amerykanka ;)
 
Mnie za to cos uzadlilo pod kolanem! Moja wina, bo poczulam laskotanie i zamiast spojrzec w dol, to potarlam druga noga. Poczulam ostry bol i dopiero wtedy zerknelam, ze "cos" zlatuje z mojej nogi w trawe, a w miejcu uklucia siedzialo sobie zadlo. Reszte treningu chodzilam w kolko zaciskajac zeby, bo uzadlenie pieklo i bolalo i marzylam zeby przylozyc do tego lod. Oczywiscie jak w koncu dojechalam do domu, mialam czerwona gulke na nodze, ale juz tylko troche szczypalo.

W piatek okazalo sie, ze wokol uzadlania mam opuchlizne. Niezbyt gruba, ale szeroka na okolo 5-6 cm. Przy chodzeniu wyraznie czulam ucisk i lekki bol. Nie na tyle zeby nie moc sie poruszac, ale wystarczajaco zeby wkurzalo. Tego dnia, 9 wrzesnia minelo mi 19 lat odkad przylecialam do Stanow, choc oczywiscie zadnego swietowania z tego tytulu nie zaliczyam. Nie mniej, jeszcze troche i stuknie mi polowa zycia poza Krajem...

Poniewaz ruszyl sezon pilki noznej, wiec weekend uplynal pod znakiem meczow. Bi tym razem wszystkie bedzie miala o 9 rano; zalamac sie mozna! :O W kazdym razie, juz o 8:45 bylismy na boisku. Bi poleciala na rozgrzewke, ja z Nikiem zajelismy miejsca. Trafilam na znajoma, wiec fajnie sie gadalo i komentowalo gre dziewczyn. Bi naprawde pokazala klase i grala rewelacyjnie, ale nic to nie dalo i mecz skonczyl sie wynikiem 3:6 dla przeciwniczek. ;)
 
Starsza walczy o pilke
 
Wrocilam z Potworkami do domu, troche odetchnelismy i pojechalismy z kolei na rozgrywke Kokusia. Na szczescie tylko do sasiedniego miasta, choc w poludnie korki juz dawaly sie we znaki. Mecz chlopcow byl "towarzyski", wiec bez spiny, a Nika trener wystawil glownie na obrone. Wiadomo, ze Mlodszy odstaje nieco  od chlopcow grajacych w lidze kilka sezonow, ale radzil sobie bardzo dobrze. W koncu zremisowali 2:2.
 
Mlodszy leci zeby przejac pilke
 
Po poludniu pojechalismy jeszcze na msze bowiem Nik mial miec kolejny mecz w niedziele rano.
 
W niedziele, popedzilismy wiec na kolejna rozgrywke Mlodszego. Juz na 9 rano, ale na szczescie u nas. Niestety, byla to rozgrywka ligowa i okazalo sie, ze trener wystawil Nika doslownie na kilka minut! Pojechal z nami M., ktory chodzil wokol terenu, zostala ze mna jednak Bi, ktora cos ode mnie chciala, zagadala i szczerze to nawet nie zdazylam dobrze sie przyjrzec grze Mlodszego, nie pstryknelam ani jednej fotki, bo ledwie wybiegl na boisko, juz wrocil z powrotem na lawke. Szkoda mi go bylo, bo widzialam jak potem siedzial, machal nogami, wiercil sie, zagadywal do kolegow... Jedni wracali, drudzy wychodzili na murawe, a on tam kwitl... Nik zwierzyl sie pozniej, ze nie przeszkadzalo mu tak bardzo siedzenie, jak to, ze trenerzy ucinali kazda probe rozmowy czy zabawy, bo chlopaki "maja patrzec i wspierac druzyne". Rany, strasznie powaznie do tego podchodza, a przeciez to grupa 9-10-latkow!
Wrocilismy do domu i w zwiazku z tym, ze dziadek zadzwonil ze ma katar i nie przyjedzie zeby kogos nie zarazic, zabralismy Potworki do obuwniczego. Mieli adidasy, ktore nadal pasowaly, ale jakims cudem oboje na pietach wytarli sobie dziury we wkladkach. :O Dodatkowo Bi zaczela w jednym miejscu odchodzic podeszwa, wiec czas byl na zakupy. Poniewaz Starsza zrobila sie koszmarnie wybredna, uznalam, ze najlepiej zabrac ich do sklepu i niech sami wybiora co im sie najbardziej podoba. Przezylam lekki szok, bowiem okazalo sie, ze na Bi pasuja buty w rozmiarze damskiej 6-tki (hamerykanckie rozmiary), a z jednej przymierzanej pary nawet 7-mki. Ja normalnie nosze rozmiar 7.5-8, wiec jeszcze troche a bede sie z corka wymieniac butami. :D
Wieczorem zas nastapilo wielkie wydarzenie, bowiem panna Bi oficjalnie zostala "kobieta". ;) Oczekiwalam tego juz od jakiegos czasu, ale i tak szkoda mi jej strasznie, bo jest jeszcze taka mlodziutka... Najgorzej, ze w przeciwienstwie do wielu dziewczynek, ona sama tego nie chciala i choc probowalam z nia rozmawiac i ja przygotowac, uparcie to wypierala. Teraz przeplakala caly wieczor... :(

W poniedzialek Bi miala mocno opozniony bilans 11-latka. Niestety wiazal sie on z pobraniem krwi na sprawdzenie poziomu hemoglobiny (wszystko w normie) oraz dwiema szczepionkami: na tezec oraz meningokoki. Bi, ktora igiel nienawidzi, miala lzy w oczach, ale chyba dorasta, bo otwarcie sie nie poplakala. :) Zostalam tez zapytana czy chce ja zaszczepic przeciwko wirusowi wywolujacemu raka szyjki macicy, ale poki co odmowilam. Najlepsze, ze lekarka spytala czy miesiaczkuje i parsknelam smiechem odpowiadajac, ze wlasnie od jednego dnia. Lekarka tez zasmiala sie ze zbiegu okolicznosci i pogratulowala pannie kobiecosci. ;) Przeprowadzili jeszcze Bi badanie wzroku i ten nadal ma idealny. Dane techniczne:

154.9 cm (87 centyl)
43.6 kg (71 centyl)

Po poludniu Mlodszy mial trening, na ktory o dziwo pojechal bez problemu. Wystarczyl mu jeden zeby poznac chlopakow i od razu pojawil sie entuzjazm. :) Bi oraz M. zabrali sie ze mna i Mlodszym i kiedy on kopal pilke, my chodzilismy wokol kompleksu sportowego, ktory z jednej strony graniczy z farma.

Wtorki zaczynaja byc moimi ulubionymi dniami - zadnych zajec po poludniu i nie musze po pracy jechac na zakupy, wiec wracam prosto do domu i sie "relaksuje". :)

Plany Potworki maja dosc skomplikowane, a niestety nikt ich nie rozdaje zeby rodzic mogl przypomniec dziecku o tym czy owym. Czesciowo przyczyna jest, ze nie ma tu jak w Polsce, gdzie cala klasa ma jeden grafik. Tutaj kazde dziecko ma rozna kombinacje zajec , a ze jest ich kilkaset w calej szkole, to robi sie niezly kogel mogel. Nawet matematyke i angielski maja w grupach w zaleznosci od poziomu! Oprocz zajec "caloklasowych", czyli plastyki, w-fu oraz wydzielonych dni na wizyte w bibliotece (na zajecia, nie wypozyczanie ksiazek), kazde dziecko ma tez wybrane lekcje muzyczne, czyli orkiestre, zespol lub chor (lub kombinacje dwoch). Zupelnym przypadkiem dowiedzialam sie tez, ze poza probami orkiestry czy zespolu, dzieciaki maja tez zwyczajne lekcje gry na instrumencie. Nie mialam pojecia, bo jak napisalam, nikt nie raczy rodzica o tym poinformowac, a Bi miala w zeszlym roku (i w tym) lekcje skrzypiec w ten sam dziec co probe orkiestry. Ona nic na ten temat nie mowila, a mi nawet nie przyszlo do glowy. Nik takiego szczescia nie ma i stad dowiedzialam sie, ze bedzie mial tez lekcje gry i na skrzypcach i na trabce. W ten sposob Mlodszy ma probe zespolu we wtorki oraz srody, probe orkiestry oraz lekcje gry na trabce w czwartki i lekcje skrzypiec w piatki. Poniedzialek jest jedynym dniem gdzie nie potrzebuje zadnego instrumentu! Jakby malo bylo komplikacji, to lekcje trabki oraz skrzypiec odbywaja sie rotacyjnie o trzech roznych porach, czyli jednego tygodnia np. o 9 rano, kolejnego o 9:30, jeszcze nastepnego o 10:15, nastepnie znow o 9 itd. Nawet nauczyciel Nika przyznal, ze system jest bardzo skomplikowany i nauczyciele robia wszystko zeby dzieciaki pamietaly kiedy co maja. Taaa... Sasiadka mowila mi, ze kiedy jej starsza corka byla w tej szkole, jednego semestru dotarla tylko na trzy lekcje intrumentu, bo najwyrazniej jesli dziecko sie nie zjawi, to zaznaczaja nieobecnosc, ale nikt nie pofatyguje sie zeby pojsc i zgarnac malolata, ktory zapewne pogubil sie w grafiku. :/ A, bo do middle school nie ma tu dzwonkow co 45 minut, tylko rano na poczatek i po poludniu na koniec zajec. Dzieciaki musza wiec same pilnowac zegarka. Mnie jednak zaniepokoilo cos jeszcze, a mianowicie fakt, ze Nik musi we czwartki miec ze soba oba instrumenty. Trabka jest naprawde ciezka, skrzypce mniej, ale zawsze to dodatkowy pakunek, a jeszcze przeciez Mlodszy ma plecak. Rano moge sie poswiecic i go zawiezc do szkoly, ale po poludniu musi wracac autobusem. Wystosowalam wiec maila do nauczycielki gry na trabce czy nie mozna by bylo przeniesc lekcji Nika na wtorek lub srode, kiedy ma probe zespolu. Pani (co w Hameryce jest rzadkoscia) odpowiedziala nieco impertynencko, ze trabki uczy tylko w czwartki, wiec lekcji przeniesc nie moze, a Mlodszy jest jednym z okolo setki uczniow potrzebujacych dwa instrumenty w jeden dzien. Nie podobala mi sie ta odpowiedz, ale zapytalam czy Nik moze przynajmniej zostawic trabke w szkole ze srody na czwartek. Na to pani nie raczyla odpowiedziec kompletnie. Co za zolza. :/

Trebacz :D

W czwartek Mlodszy mial wycieczke do klubu i centrum natury w naszej miejscowosci. Wrocil brudny, szczesliwy i z calymi podrapanymi nogami, bo mieli jakies zawody w labiryncie z krzewow dzikiej rozy, a Mlodszy chcial koniecznie wygrac i nie patrzyl gdzie biegnie. ;) Z tego co opowiadal, bawil sie znakomicie i rozczarowany byl tylko, ze choc zbudowali ogniska, to podpalali instruktorzy; dzieciom nie pozwolili. :D Po poludniu mialam samotne wyjscie z domu i to na caly wieczor. Szkoda tylko, ze nie towarzyskie, tylko w szkole byly zebrania na temat programu nauczania, organizacji dnia, itd. Niestety, zebranie dla klas V bylo o 17:30 (w poszczegolnych "zespolach", czyli grupach czterech klas), potem o 18 zebranie ogolne, o 18:30 nastepowala przerwa, a o 19 rozpoczynaly sie zebrania dla klas VI. W czasie przerwy pojechalam po kawe bo nie oplacalo mi sie wracac do domu. Ogolnie ciesze sie, ze rozdzielili dwa roczniki, bo w podstawowce pamietam, ze robili dla wszystkich o tej samej porze i latalam z wywieszonym jezorem od klasy do klasy, z jednej wychodzac wczesniej, do drugiej sie spozniajac i wszedzie przepraszajac... Z drugiej strony jednak, rach ciach i bylo po spotkaniach, a tu kwitlam w szkole od 17:30 do 19:30... Potworki w tym roku maja juz wychowawcow, ktory(a) u Bi uczy matematyki, a u Nika nie pamietam czego (zamiast jednego nauczyciela od niemal wszystkiego). :D Dodatkowo osobno maja lekcje angielskiego (tak jak u nas polskiego, czyli czytanie, pisanie, gramatyka, itd.), nauk scislych (cos jak "przyroda"), no i oczywiscie osobno plastyke, w-f i wszystkie zajecia muzyczne. Dla porownania, Bi w zeszlym roku miala nadal jedna wychowawczynie od angielskiego, matematyki i przyrody. Nik zostal od razu rzucony na gleboka wode. ;) Pomiedzy prezentacjami nauczycieli, pokrecilam sie po korytarzach i klasach, pstrykajac foty.
 
Szafka Bi, ktora dzieli z kolezanka
 
Jak to na poczatku roku kiedy dzieciaki sie jeszcze w wiekszosci dobrze nie znaja, wiele prac skoncentrowanych jest na przedstawieniu czegos o sobie.
 
Tytul tej tablicy brzmial "What lifts me", czyli w wolnym tlumaczeniu "co podnosi moj nastroj", wiec wszystkie zdjecia dzieci mialy dorysowane skrzydla, a na nich wypisane ulubione rzeczy, miejsca lub zajecia
 
10 najwazniejszych informacji o Kokusiu
 
10 najwazniejszych informacji o Bi - zauwazcie, ze w ostatnim punkcje (numer 1, czyli najwazniejszym), Nik wpisal, ze kocha mame i tate, a Bi ze kocha... psa :D
 
Dodatkowo, Nik mial na swoim biurku test dla mnie, gdzie mialam odpowiedziec na pytania o nim. Na odwrocie byl klucz z prawidlowymi odpowiedziami a takze wiadomoscia dla mnie. Jak to z dziecmi bywa, mozna bylo boki zrywac. :D
 
W prostokacie na dole: "Hi mom, school is going good. Thank you for all the amazing snacks. I am sorry for not eating them all. I love you very much, but you never help me when dad is tense and yelling" (dodalam znaki interpunkcyjne, bo Nik najwyrazniej uwaza, ze sa przereklamowane :D - "Czesc mamo, w szkole jest dobrze. Dziekuje za wszystkie wspaniale przekaski. Przepraszam, ze nie zjadam wszystkich. Bardzo cie kocham, ale nigdy mnie nie bronisz kiedy tata jest spiety i krzyczy". No i M. wyszedl na ojca - tyrana, a ja na obojetna matke, ktora stoi z boku i patrzy jak malzonek wrzeszczy na dziecko :D

Piatek, 16 wrzesien. Wyobrazcie sobie, ze minal tydzien od uzadlenia, opuchlizna zeszla, ale w miejscu uklucia nadal czulam zgrubienie, ktore swedzialo. Strasznie jestem zla, ze nie wiem co mnie "uzarlo", zeby unikac jak ognia w przyszlosci! Tego dnia mielismy do zalatwienia sprawe i o 16:30 musielismy byc w banku. Poniewaz dzieciaki nieraz o tej porze dopiero dojezdzaja autobusem do domu, M. postanowil ich odebrac. Po pracy podjechal wiec do szkoly, Bi wyszla, a Nika nie ma! Czeka, czeka, w koncu pyta pan, ktore wypuszczaja dzieci. Sprawdzaja; no faktycznie jest na liscie dzieci do odbioru przez rodzica. Przez krotkofalowke komunikuja sie z biurem i klasa. Nie ma chlopaka  i nikt nie wie gdzie jest. Prawdopodobnie wsiadl do autobusu. Malzonek ponoc im tam niezla zje*ke spuscil, bo jak moga nie wiedziec, gdzie znajduje sie dziecko pozostawione pod ich opieka?! Nadal szukaja, przekazuja wiadomosci przez krotkofalowke, ale w koncu oznajmiaja, ze musial pojechac autobusem, bo w szkole nigdzie go nie ma. :/ Co bylo robic; M. wrocil do domu z Bi, zostawilam jej moj telefon zeby miala z nami kontakt i polecilam zeby napisala nam sms'a jak Mlodszy dojedzie, a my musielismy pedzic. Caly czas bowiem kolatala mi sie mysl, ze a jesli on wcale do tego autobusu nie wsiadl tylko cos mu sie gdzies stalo?! Malzonek za to wsciekly burczal, ze jak wroci to natrze smarkaczowi uszu. :D Tak czy owak Nik faktycznie pojechal autobusem, a kiedy wrocilismy siedzial caly zaryczany, bo wiedzial, ze solidnie nabroil swoim roztargnieniem. Okazalo sie przy okazji, ze nie do konca byla to jego wina. Owszem, poszedl jak niemyslace ciele na autobus. Kolezanka Bi przypomniala mu jednak, ze mieli byc tego dnia odebrani przez tate (obce dziecko wie lepiej niz sam zainteresowany :D), wiec szybko wysiadl, ale kiedy probowal wrocic do szkoly, jakis nauczyciel kazal mu wracac do autobusu i (bezczelnie) powiedzial, ze nie ma go na liscie do odebrania przez rodzicow! :O Musze sobie wysmarowac maila do dyrektorki, bo to, ze Mlodszy przez pomylke poszedl na autobus, to jedno. Dlaczego jednak, kiedy probowal sie cofnac, jakis nauczyciel go zatrzymuje, klamie mu w zywe oczy i praktycznie zmusza do powrotu do autobusu?!

Sobote rozpoczelismy meczem Bi. Tym razem dziewczyny wygraly 3:0, ale przeciwniczki mialy baaardzo slabiutkie.
 
Bi przy pilce
 
Starsza byla tylko na obronie, ale wyrazila pozniej samokrytyke, ze nie grala zbyt dobrze. Tu sie jednak z nia nie zgodzilam, bo to nie tak, ze grala zle; po prostu wlasciwie nie miala szans pograc, bo dziewczyny z przeciwnej druzyny malo kiedy przebijaly sie az do naszej obrony. ;) W kazdym razie ogolne zadowolenie z wygranej bylo.
 
Jesien - klucz dzikich gesi na tle chmur i przebijajacego sie przez nie slonca...
 
Po meczu, ku rozpaczy Potworkow, pojechalismy na rozpoczecie roku w Polskiej Szkole. :D Na fejsie napisali, ze spotkania w klasach rozpocznal sie o 11 i choc raz sie nie pomylili. Na szczescie Potworki maja klasy naprzeciwko siebie, bo poczatek to byl oczywiscie chaos - panie sprzedawaly podreczniki, omawialy sprawy organizacyjne, co chwila wchodzil ktos nowy pytajacy czy to prawidlowa klasa, itd., a w tym chaosie ja, biegajaca z jednej klasy do drugiej, probujac wylapac najwazniejsze wiadomosci. ;) Klasy V musieli polaczyc, ale na szczescie wszystkie dziewczynki przeniesiono razem, choc Bi i tak stwierdzila ze zadnej nie lubi. :D Nie byla szczesliwa, oj nie, ale przynajmniej nie urzadzila takiej sceny jak inna panna, ktora rozplakala sie, zaparla w drzwiach i odmowila wejscia; reszte zajec przesiedziala na krzeselku w korytarzu. Jej matka byla czerwona z wscieklosci (wcale jej sie nie dziwie) i myslalam, ze ja tam zaraz strzeli. :D Kiedy Panie przekazaly rodzicom wszystkie wiadomosci, zostaly jeszcze same z dzieciakami na te ostatnie pol godziny, zeby sie lepiej poznac. Przyznaje, ze obie nauczycielki sa bardzo sympatyczne, choc Nikowa mi podpadla, bo opowiedziala, ze ona jest w szoku, ze dzieci w klasie VI nie umieja pisac, wiec ona teraz, w klasie IV ostro sie za to wezmie i zeby szykowac sie na czeste dyktanda. Boszzz... Aha. Probowalam w koncu odebrac swiadectwa Potworkow z zeszlego roku. W biurze powiedzieli mi, zeby "uderzyc" do pani dyrektor. Dyrektorka powiedziala, ze powinny je miec nauczycielki dzieci z zeszlego roku. Udalo mi sie odnalezc nauczycielke Bi, ktora stwierdzila, ze ma, ale... w domu. :O Dodatkowo, wkurzylam sie, bo nie wiem czy pamietacie, ze szkola wymaga od rodzicow odpracowania dyzuru? Otoz w tym roku zaczeli wymagac, ze kazda rodzina odpracowac musi tyle dyzurow, ile ma w szkole dzieci! :O Nosz kurna... Za nieodpracowany dyzur wymagaja zaplacenia $100 (teraz od dziecka :O), wiec co robic, wpisalam sie na dwa dyzury. Na szczescie z kolezanka. 
Po poludniu, tak jak w poprzednia sobote, pojechalismy do kosciola, bo kolejnego ranka Nik mial mecz i sobota zleciala ekspresowo.

W niedziele Nik gral juz o 9 rano i to w miasteczku oddalonym od nas o okolo pol godziny. Dobrze, ze o tej porze nie ma korkow, ale za to my nawalilismy, bo jakos slabo szlo nam ranne szykowanie sie i choc rozgrzewka zaczynala sie o 8:30, to my dojechalismy o 8:48. Ups. :D Nie mniej ucieszylam sie, ze Nik rozgrzeje sie choc troche, a tu niespodzianka. Poniewaz byl to mecz ligowy, sedziowie juz sprawdzali sprzet (ochraniacze i korki) oraz legitymacje zawodnikow, a mecz zaczal sie kilka minut wczesniej. Nikowi (oraz innemu spoznialskiemu) trener polecil porobienie jakichs biegow z przysiadami oraz nozyc z boku boiska. Na szczescie (lub nieszczescie), mimo wczesnej pory byl juz straszny upal, wiec zesztywniale z zimna miesnie Mlodemu nie grozily. ;) Po poprzednim ligowym meczu kiedy Nik gral raptem kilka minut, jechalismy z mieszanymi uczuciami, ale ze w sobote meczu nie mieli, uznalam ze dobrze zeby zaliczyl choc jedna rozgrywke w weekend. I na szczescie, w pierwszej polowie trener wypuscil go na ulubiona pozycje obroncy, gdzie poradzil sobie rewelacyjnie i gral prawie 20 minut, czyli niemal cala polowe.
 
Tu mu wlasnie pilka przeleciala pod noga :D
 
Po przerwie niestety trener ustawil go na pozycji srodkowego lub napastnika (nie jestem pewna) i tu sama przyznaje, ze Mlodszy wygladal jakby nie wiedzial skad znalazl sie na boisku. :D Biegal w te i we wte bez celu, kompletnie nie probujac przejac pilki. Nawet sie nie zdziwilam, jak znow po kilku minutach trener go zdjal. Nie rozumiem tylko dlaczego facet, wiedzac ze Nik jest nowy i widzac, ze swietnie sobie radzi na obronie, nie zostawi go na tej pozycji dopoki Mlodszy nie nabierze wprawy i pewnosci siebie? No ale nic, chlopaki zremisowali 3:3, a my zajechalismy na kawe i wrocilismy do chalupy. Pozniej przyjechal moj tata, wiec posiedzielismy przy kawce i lodach, a po odjezdzie dziadzia zabralismy sie w koncu za spuszczenie wody w basenie. Okazalo sie, ze ciurkala ona w tak wolnym tempie, ze schodzila cala reszte dnia i kawalek nocy, wiec zabralismy sie za odchwaszczanie ogrodka. We dwoje udalo nam sie naprawde posunac prace do przodu, nie to co kiedy sama czasem cos podlubie. Wywiezlismy do lasku za domem 4 kopiaste taczki chwasciorow! Szkoda, ze nadal jest cieplo i w ciagu 2-3 tygodni wszystko znow pozarasta. ;)

Poniedzialek, 19 wrzesnia. Zmeczona katarem Nika, ktory zaczal sie wlasciwie juz w Polsce i ciagnie caly czas, czasami wygladajac na typowe przeziebienie, a czasami na upierdliwe kichanie i smarkanie, przeszukalam polke z lekarstwami. Udalo mi sie odnalezc buteleczke leku na alergie dla dzieci, ktora kupilam kiedys, ale wowczas okazalo sie, ze Mlodszy jednak jest chory. Lekarstwo okazalo sie odrobine przeterminowane, ale stwierdzilam, ze podam mu dawke na probe. I co? Katar przeszedl jak reka odjal! Czyli Nik ma jednak uczulenie, o ktore podejrzewalam go juz od jakiegos czasu. Pierwsza osoba w naszej rodzinie! Nie zeby byl to powod do radosci oczywiscie... O tej porze roku to najprawdopodobniej na plesn i grzyby, chociaz kwitna nadal jeszcze poznoletnie i jesienne kwiaty... Dobrze, ze dawka lekarstwa, ktora jest na 4-6 godzin, pomaga mu wlasciwie na caly dzien. Dopiero wieczorem znow zaczal kichac. Po poludniu Mlodszy mial znow trening, na ktory Bi postanowila zabrac pilke do koszykowki i pocwiczyc celowanie do kosza.
 
Okazuje sie, ze jestesmy z corka na podobnym poziomie - jedna runde wygrala ona, druga ja
 
M. poszedl sie przejsc, ale Starszej udalo sie wciagnac do gry mnie i nastepnego dnia koszmarnie bolaly mnie ramiona i plecy. Tak to jest jak sie nie gralo 25 lat. :D Niestety, na trening cieniem polozyla sie wiadomosc od jednego z rodzicow, ze syna nie bedzie na pilce do odwolania, bowiem zmarla mu mama. :O Przezylam szok, bo choc Nik jest nowy w druzynie, to zdaje sie, ze kojarze te kobiete. Byla na treningu tydzien wczesniej i zupelnie nie wygladala jakby jej cos dolegalo. Musialo sie przydarzyc cos strasznie naglego. Dodatkowo, czekajac na wlasna wizyte u lekarza i bojac sie co moge uslyszec, wiadomosc tak mna wstrzasnela, ze sie poplakalam i ciagle lzy staja mi w oczach kiedy mysle o tym chlopcu i jego mlodszej siostrze, ktora tez przychodzila na treningi i cwiczyla z Bi mostki i gwiazdy...
 
Po treningu Nik rowniez chcial pocelowac i szlo mu zadziwiajaco dobrze
 
Wtorek byl znow bardzo spokojny. Starsza miala tego dnia strasznie duzo zadane, wiec dobrze ze trafilo akurat na taki spokojniejszy dzien. A i tak odrobila je szybciej niz Nik, ktory mial o polowe mniej. Ona bowiem siadla i sie skupila, a on wiercil sie, wstawal, szedl piciu, siusiu, poglaskac psa, itd. Dodatkowo, Starsza przyniosla wiadomosc, ze bedzie miala test (jeszcze niewiadomo kiedy), na ktory bedzie sie musiala pouczyc. To dla nas nowosc, bo do V klasy dzieciaki sa tu testowane tylko z tego, co wyniosa z lekcji. Rodzic zwykle nie ma nawet pojecia, ze dziecko mialo jakis test. Klasy VI to juz jednak w Hameryce zwykle gimbaza (middle school), wiec, mimo ze nasza miejscowosc ma inny system, chca chyba przygotowac dzieciaki do kolejnych lat, kiedy jednak materialu beda miec na tyle duzo, ze wiedze trzeba bedzie utrwalac.
Tego dnia przyszly w koncu wyniki ogolnostanowego testu, ktory przeprowadzaja co wiosne od III klasy wzwyz. U Nika bez niespodzianek. Podobnie jak rok wczesniej, i jezyk angielski i matematyke zaliczyl powyzej przecietnej calego Stanu, miasta oraz wlasnej szkoly. No geniusz. ;) 
 
Wyniki Kokusia
 
Zastanawia mnie jak on tego dokonal, skoro nawet przy odrabianiu lekcji mowi, ze musi cos dodac, po czym... odejmuje. :D Rozczarowaly natomiast matematyczne wyniki Bi. O ile z angielskiego rowniez ma wynik ponad przecietna, o tyle z matematyki jest on okreslony jako "prawie mieszczacy sie w normie". Przy czym, jesli spojrzy sie na lewo, okazuje sie, ze w dwoch zagadnieniach osiagnela taki wlasnie wynik, natomiast trzeci wrecz oblala! :O
 
Wyniki Bi
 
Zastanawiam sie jakim cudem szkola zakwalifikowala ja do klasy z rozszerzona matematyka. Za drugiej strony, na tescie zaznaczone jest, ze to tylko jeden z egzaminow okreslajacych wiedze i zdolnosci dziecka. Najwyrazniej Bi w dzien testu miala solidne problemy z koncentracja... ;) Na oslode, jednoczesnie przyszly wyniki testu z "nauk scislych" (ten test zaczyna sie od V klasy, wiec Nik go jeszcze nie mial) i ten zaliczyla w normie, przekraczajac nawet nieco srednia szkoly i dystryktu.
 


Sroda byla ostatnim slonecznym i bardzo cieplym dniem. Juz w nocy mialy przejsc burze i solidnie ochlodzic atmosfere. Poki co jednak, nadal byly 24 stopnie i piekne slonce. Prawie lato, mimo ze slonce bylo juz jednak wyraznie nizej; pozniej wschodzilo i wczesniej zachodzilo. Dzien minal zwyczajnie i jedyna sensacja byl trening Nika. Tym razem Bi, ktorej znudzilo sie wyraznie nabijanie krokow ze starymi, wziela ze soba pilke nozna, zeby pocwiczyc strzaly do bramki. Na poczatek jednak, sama stanela na bramce, a strzelal M.
 
M. wlasnie wbil corce gola
 
Oczywiscie, mimo, ze twierdzil, ze kopie lekko, jego strzaly dla Bi byly dosc bolesne i szybko stwierdzila, ze teraz ona bedzie celowac. ;) Potworki wziely tez znow ze soba pilki do koszykowki i chcieli pocelowac, ale okazalo sie, ze wszystkie kosze byly zajete. Po powrocie musieli zasiasc do lekcji, bo przed treningiem oczywiscie nie zdazyli. Bi na szczescie odrobila wiekszosc swoich w autobusie, a Nik nie mial za duzo, choc i tak jeczal. ;)

W czwartek byla inauguracja dnia, kiedy Mlodszy musial zabrac do szkoly dwa instrumenty. Postanowilam zawiezc dzieciaki do szkoly, zeby przynajmniej nie musial ich taszczyc autobusem. Dodatkowo, przechodzily nad nami burze i ulewne deszcze, co dodatkowo zniechecalo do czekania na przystanku. ;) Po poludniu Bi miala miec trening, ale z powodu podmoklych boisk, zostal odwolany. Szkoda, bo przepadl jej zeszlotygodniowy, z racji ze trenerka chciala jechac na spotkanie w szkole, o ktorym Wam pisalam. Z jednej strony, jako rodzic, ja rozumiem. Z drugiej... no bierzesz kobieto na siebie dodatkowe obowiazki, to sie z nich wywiazuj. Sama tez chcialam isc na to spotkanie, ale na trening wyslalabym M. ;)

Dzis, 23 wrzesnia, oficjalnie rozpoczela sie jesien. Jak na zawolanie, Matka Natura postanowila dac nam maly przedsmak tego, co czeka nas za kilka tygodni. Po ciagle jeszcze wlasciwie letniej pogodzie, tego dnia temperatura osiagnela "zawrotne" 14 stopni, przy porywistym, lodowatym wietrze, sprawiajacym, ze odczuwalna to bylo jakies... 10. Taki nagly spadek sprawil, ze czlowiek chodzil i szczekal zebami, a w chalupie wlaczylo sie ogrzewanie. Poprzedniego wieczoru Bi urzadzila awanture, bo przygotowalam jej dlugie spodnie. Uslyszalam, ze przeciez jest cieplo, wszyscy nadal nosza szorty i ona bedzie wygladac jak dziwaczka. I ze ona rano wyjdzie na zewnatrz i jak bedzie jej cieplo, to przebierze sie w krotkie spodenki. Oczywiscie zapewnilam, ze kolejnego dnia ma byc duzo chlodniej i na pewno wiekszosc dzieci bedzie w dlugich spodniach i ucielam dyskusje. Pannica jednak uparcie przerywala mi, kiedy jej czytalam, wracajac do tematu cholernych spodni. W koncu zamknelam ksiazke i oznajmilam, ze koniec tematu. Na dole, przez dobre pol godziny slyszalam, ze co chwila smarcze, musiala wiec ryczec. Serio, o glupie spodnie?! Rano okazalo sie, ze jeans'y, ktore jej przygotowalam, zamienila sobie na legginsy, ktore podwinela prawie do kolan. Wyszla potem na taras i burknela, ze "wcale nie jest zimno", ale nogawki z powrotem opuscila, a kiedy wychodzilismy, bluze zapiela pod sama szyje. Nie doczekalam sie jednak "mamo, mialas racje" i pewnie nigdy nie doczekam. :D Nik na szczescie poki co zaklada to, co mu przygotuje, a dodatkowo zanim wsiadzie do autobusu, zawsze mnie usciska i da buziaki. Zupelnie nie wstydzi sie sasiadow, ktorzy stoja z nami na przystanku, ani dzieciakow gapiacych sie z okien school busa. Syna wygralam na loterii. :D
 
W ten sposob nadrobilam pelny miesiac od powrotu z Polski, choc znow nie dokonczylam wklejac zdjec (juz skonczone ;P). Moze uda mi sie zrobic to jutro. Wizyta u lekarza za niecale 2 tygodnie. Z jednej strony czekam jak na szpilkach, z drugiej... czesc mnie chyba probuje to wyprzec i wolalaby nie wiedziec...

piątek, 16 września 2022

Polskie opowiesci - gory, widze gory!

Ufff... wszystkie zdjecia wklejone. :)

Tak jak zaplanowalismy, we wtorek 16 sierpnia, juz o 7 rano mielismy pociag na poludnie Polski. Liczylismy na szybki "przelot" pendolino z Trojmiasta do Zakopanego, ale okazalo sie, ze takie polaczenie nadal nie istnieje. ;) Wykupilismy wiec bilety tylko do Krakowa, zeby przy okazji pokazac Potworkom troche i tego miasta, a potem zlapac autobus do Zakopca.

Wjezdza na stacje lokomotywa
 

W sumie na dobre wyszlo, bo inaczej musielibysmy specjalnie przyjezdzac do Kraka, a tak, to zaliczylismy go jednym rzutem. :D Przy okazji zaszalelismy, bo pojechalismy nie dosc, ze pendolino, to jeszcze pierwsza klasa! ;) Musze przyznac, ze jadac, w ogole nie czuje sie tej predkosci, tylko lekki szok, ze juz po 3 godzinach bylismy w Warszawie! Pociag jedzie bowiem dosc dziwnie: zamiast pedzic prosto do Krakowa, robi jakby dwa boki trojkata - Trojmiasto - Warszawa i Warszawa - Krakow. A i tak na miejsce zajezdza sie w rekordowe 5 godzin z hakiem.

Po przeciwnej stronie przejscia, znajdowaly sie pojedyncze fotele
 

W pierwszej klasie dostaje sie (wliczone w cene biletu) dwa napoje oraz jedzenie. My, z racji, ze przejazdy z Trojmiasta oraz potem z Warszawy sa traktowane osobno, zostalismy nakarmieni i napojeni dwa razy. Szkoda, ze menu bylo takie samo i mimo wyjazdu z samego ranka zabraklo typowo sniadaniowych opcji. ;)

Buleczki nie byly moze ogromne, ale za to bylo ich dwie. Ten kawal ciasta za to bylo naprawde ciezko wcisnac za jednym zamachem
 

Za to przyznaje, ze bylo pysznie! Spodziewalam sie jedzenia podobnego do porazki samolotowej, a spotkala mnie naprawde mila niespodzianka. Nawet Potworki zjadly ze smakiem.

Ta salatka zas to bylo mistrzostwo swiata! Nie pamietam niestety jak sie nazywala, ale takich pysznosci dawno nie jadlam!
 

Nie wiem czy wi-fi jest w calym pociagu czy tylko w I klasie, w kazdym razie, choc internet moze nie hulal, ale dalo sie cos tam przejrzec i obylo sie bez jekow dzieciakow, ze znudzilo im sie juz Nintendo. ;) Czy moge sie do czegos przyczepic? A owszem. W polowie podrozy zglosilam dziewczynie obslugujacej nasz wagon, ze w toalecie skonczyl sie papier toaletowy. Tuz przed stacja koncowa, zabralam Potworki na jeszcze ostatnie siusiu i okazalo sie, ze papieru nadal brak. Coz, nie mozna miec wszystkiego. ;)

Wysiedlismy w Krakowie zaraz po 12 i... pierwsze co, to musielismy odczekac swoje w dlugaaasnej kolejce do przechowalni bagazu. Nie mielismy bowiem ochoty ciagnac przez miasto dwoch wielkich waliz, jednej mniejszej oraz dwoch plecakow. :D Zabralismy tylko plecak M., do ktorego wrzucilismy jakies przekaski oraz wode. Bylo goraco i duszno, a po jakiejs godzinie na horyzoncie zamajaczyly ciemne chmury i rozlegly sie grzmoty. Chwile nawet pokropilo, ale na szczescie na tyle lekko, ze deszcz tylko zaniepokoil, ale tak naprawde nawet nie zmoczyl. :) Pomaszerowalismy dziarsko w strone Starowki, zahaczajac tez w ktoryms momencie o Planty.

Bi z kumplami ;)
 

Doszlismy na rynek, gdzie najwieksza atrakcja okazaly sie... golebie. Jakos nie jestem zbyt zaskoczona... ;)

Pare "srajtuchow", a ile szczescia

Pokazalismy Potworkom Sukiennice, choc to akurat byl blad, bo dzieciaki natychmiast zaczely jeki zeby im cos kupic.

Poprosilismy kogos o rodzinne zdjecie z calym ryneczkiem w tle
 

Nie czekajac, pociagnelismy ich dalej - na Wawel. Zamek na szczescie wywolal juz zachwyt, szczegolnie kiedy wspomnialam, ze kiedys tam naprawde mieszkal krol z krolowa i malymi krolewiatkami. :)

Wchodzimy
 

Najwieksze ochy i achy zebral moj ulubiony dziedziniec. Trzeba przyznac, ze ile razy by sie go nie widzialo, robi wrazenie. :)

Moje najulubiensze miejsce na Wawelu
 

Tu wlasnie zaczelo kropic i zaczelismy sie wahac, czy przeczekac w zamku, czy ruszyc na poszukiwanie smoka. Nie mozna bylo przeciez ominac najwiekszej dzieciecej atrakcji. ;) Mimo lekkiego deszczyku bylo nadal bardzo cieplo, wiec uznalismy, ze z cukru nie jestesmy i sie nie roztopimy. Poszlismy dalej i dobrze, bo po chwili deszcz przeszedl, mimo ze ciemne chmury wisialy nad Krakowem juz do konca. Smok na Potworkach zrobil duzo wieksze wrazenie niz na mnie kiedy zobaczylam go po raz pierwszy. Pewnie dlatego, ze bylam juz dorosla. ;) Dzieciaki patrzyly z szeroko otwartymi oczami, szczegolnie, ze gadzina akurat raczyla zionac ogniem. :D

Fajnie, ze Potworkom udalo sie zobaczyc ziejacego smoka, bo nie wiem czy mialabym cierpliwosc zeby stac tam i czekac az laskawie zrobi to ponownie ;)
 

Po "odhaczeniu" smoka, ruszylismy pomalu w droge powrotna na dworzec, zaliczajac po drodze jeszcze kawe i obwarzanki ktorymi Potworki podzielily sie hojnie z... wiadomo, golebiami. Oraz lody, kupione w niepozornym, nieoznakowanym okienku. Dopiero kiedy odeszlismy kawalek i posmakowalismy wzajemnie wybranych galek, okazalo sie, ze byly one najlepsze z calego wyjazdu! Mam nadzieje, ze kiedys wroce do Krakowa i odszukam te lodziarnie, bo jak nie lubie lodow czekoladowych, tak tutaj byly nieziemskie! Smakowaly doslownie jak belgijskie czekoladki!

Konsumujemy najlepsze lody w Krakowie, siedzac przy uliczce, ktora co chwila przejezdzaly bryczki, choc zdjecie oczywiscie pstryknelam kiedy zadna nie jechala :D
 

W kazdym razie, w koncu dotarlismy na dworzec, gdzie okazalo sie, ze chodzimy w kolko bo nie mozemy znalezc przechowalni bagazu, a znakow od tej strony brakowalo. ;) Na szczescie po krotkim bladzeniu odnalezlismy droge i pozniej juz bez przeszkod odszukalismy autobus do Zakopanego i ruszylismy w gory. Nik przespal calutka droge, zas ja bylam bardzo rozczarowana, bo gorskie szczyty tonely w chmurach i zabraklo zapierajacych dech w piersiach widokow na powitanie. ;)

Sporo bylo pustych miejsc, wiec Mlodszy mogl sie polozyc na podwojnym siedzeniu
 

Dojechalismy w koncu i wpadlismy prosto w ramiona stesknionych dziadkow, ktorzy przebierali pewnie nozkami te 5 dni, wiedzac, ze jestesmy juz w Polsce, a jednak nadal tak daleko. :D Po dusznym Krakowie, Zakopane przywitalo nas rzeskim, zeby nie powiedziec zimnym wieczorem. Ulga okazala sie tymczasowa, bowiem kolejne dni pokazaly, ze upal byl tam rownie intensywny. ;) Poki co jednak, dojechalismy do mieszkania tesciow i po kolacji wlasciwie padlismy wykonczeni. Tesciowie dogodzili Nikowi i spalismy na dwoch wersalkach - ja z Bi, M. z Kokusiem. ;) Jak sie domyslacie, musielismy niezle sie nagimnastykowac zeby zaliczyc jakiekolwiek malzenskie "przytulanki". :D

Kolejnego dnia, po sniadaniu i ogarnieciu sie, ruszylismy na szybki spacer. Tesciowie mieszkaja w bardzo atrakcyjnej turystycznie okolicy, wiec doslownie kilka minut marszu dzielilo nas od ryneczku pod Gubalowka. Potworki malo oczoplasu nie dostaly na widok tych wszystkich straganow, a dziadek, ktory wybral sie z nami, po chwili kupil wnukowi kapelusik goralski oraz ciupaske. ;)

Mlody goralek z rodzina ;)
 

Chyba czas zapoznac Mlodszego z legenda o Janosiku. ;) Z balkonu tesciow widac zreszta jak na dloni Giewont, a wiec sylwetke spiacego zbojnika... Wczesnym popoludniem pojechalismy tez spotkac sie i zawiezc prezenty kuzynostwu od strony taty. Ta wizyta to byl troche niewypal, bo szwagier jest w Anglii, a szwagierka akurat byla w trakcie wysylania wszystkiego i sprzedawania, bowiem niedlugo miala do niego dolaczyc z dzieciakami. Nie zaprosila nas nawet do srodka, tlumaczac ze nie ma ani kuchni ani polowy mebli, siedzielismy wiec w ogrodku. Dzieciakom to nie przeszkadzalo oczywiscie. Ganiali jak szalency, albo skakali na trampolinie, nawet Bi, ktora szybciej dogadala sie z kuzynem w wieku Nika oraz 5-letnia malolata, niz ze starszymi, nastoletnimi kuzynkami.

Z dwojgiem z pieciorga kuzynow
 

Bardzo pomoglo tez, ze ta gromada juz wczesniej mieszkala kilka lat w Anglii i mimo, ze w Polsce spedzili 3 lata, udalo im sie utrzymac znajomosc angielskiego. Potworki zachwycone byly, ze nie musza produkowac sie po polsku. ;) Wyjechalismy z tamtad obiecujac kolejne spotkanie za kilka dni. Wieczorem zas poszlismy z tesciami na spacer na Lipki, doslownie obok ktorych mieszkaja.

W tle widok na Giewont
 

Przy okazji pokazalismy Potworkom domek, w ktorym wychowal sie ich tata. Niestety, z roznych powodow tesciowie owy dom sprzedali, teraz moglismy wiec spojrzec na niego tylko zza plota...

W tym domku dorastal M.
 

Dni w Zakopanem uplynely nam pod znakiem lazenia, niestety bynajmniej nie po gorskich szlakach. Jak napisalam wyzej, tesciowie mieszkaja zaraz obok glownej turystycznej arterii, wiec codziennie przynajmniej raz zaliczalismy kawalek Krupowek (i lody "W Podworku" oraz gofry) oraz stragany pod Gubalowka, bowiem Potworkom wymienilismy czesc dolarow na zlotowki, a dodatkowo dostali kase od mojej mamy oraz teraz dziadkow, wiec uparli sie, ze chca sobie kupic jakies pamiatki. Nie mogli sie jednak zdecydowac, wiec lazilismy tak miedzy straganami kazdego dnia. ;) Przy okazji zaliczalismy kolejne lody oraz gofry, a ze tesciowa gotowala jak dla pulku i uparcie wciskala nam gigantyczne porcje, wiec wrocilismy do domu o pare kg ciezsi... Potworki dorobily tez sobie po kolejnym warkoczyku, bo kuzynki z Trojmiasta mialy po dwa, wiec oni oczywiscie tez musieli. :D Oprocz szwendania sie w kolko po Krupowkach, chcielismy oczywiscie cos niecos dzieciakom pokazac, wiec zaraz kolejnego po przyjezdzie dnia, ruszylismy pod skocznie. Jak wielokrotnie pisalam, jestem wielka fanka skokow narciarskich i zarazilam swoim entuzjazmem Nika. Bi zreszta tez nieraz spojrzy z zainteresowaniem, a M. jako dziecko skoki autentycznie trenowal i choc ojciec wypisal go (z powodow wyssanych z palca, jak to u mojego tescia, ktory charakterem przypomina moja matke) zanim zdazyl cokolwiek osiagnac, do dzis twierdzi, ze bylby drugim Malyszem. :D W kazdym razie nie moglismy przepuscic okazji pokazania Potworkom nie dosc, ze prawdziwej skoczni, ale jeszcze takiej, na ktorej faktycznie odbywaja sie zawody!

Pod Wielka Krokwia
 

Dziadek nas podwiozl na miejsce, gdzie przy typowym moim pechu okazalo sie, ze kolejka na gore jest nieczynna! :( Za oplata mozna sie bylo wdrapac na piechote i choc jak dla mnie to taka tortura powinna byc darmowa, to zaplacilismy i ruszylismy pod gorke. Ma-sa-kra! W naszej rodzinie, oprocz mnie, wszyscy maja calkiem niezla kondycje. Malzonek wdrapal sie bez wiekszego problemu, choc przyznal, ze "czuje" nogi. Bi pod koniec tez juz troche zwolnila. Nik... ten nie dosc ze pedzil na zlamanie karku i kilka razy "pojechal" na luznym zwirku, to jeszcze wspinal sie "skrotami". Tak naprawde to nie byly zadne celowe skroty; po prostu sciezka szla zygzakiem, dzieki czemu nie byla az tak stroma. Nik zamiast isc po sciezce, wolal wspinac sie po zboczu miedzy jej poziomami, ktore to zbocze pielo sie niemal pionowo w gore. Dotarl na szczyt pierwszy i nawet sie nie zdyszal! :O No ale z naszej czworki to wlasnie Mlodszy najintensywniej uprawia sporty i jest najaktywniejszy, wiec nie ma chyba co sie dziwic... Ja za to co chwila musialam przystawac dla zlapania oddechu. Nie pomagalo tez to, ze mialam zalozone sandaly. Co prawda sportowe i wygodne, ale jednak sandaly. No ale, spodziewalam sie wjechac na gore kolejka, a nie wdrapywac po sciezce pokrytej zwirkiem i luznymi kamykami! Pare razy mialam wieksze kryzysy, gdzie myslalam, zeby usiasc i poczekac az reszta dojdzie na gore i wroci. Za kazdym razem jednak, po kilkudziesieciu sekundach, kiedy udawalo mi sie zlapac glebszy oddech, lazlam dalej. ;) I doszlam, choc lekko nie bylo. Widok z samego szczytu nieco zrekompensowal mi trud. ;)

Selfiak na dowod, ze naprawde weszlam! :D
 

Kiedy zeszlismy ze skoczni, okazalo sie, ze dziadek nam gdzies przepadl. Mial zaparkowac i przyjsc pod skocznie, ale wybral sie na spacer. My rowniez ruszylismy wiec pokazac dzieciakom (tym razem z daleka) mniejsze skocznie, przeznaczone do treningow i zawodow juniorow. Po drodze zauwazyli scianke wspinaczkowa i choc dotychczas wcale ich cos takiego nie ciagnelo, teraz stwierdzili, ze chca sprobowac. No to zaplacilismy i spedzili kolejne 20 minut probujac kazdej scianki. Przyznaje, ze bardzo fajnie to bylo skonstruowane, bo wieza miala kilka scian o roznej tematyce, roznych zaczepach i poziomach trudnosci.

Bi po lewej, Nik po prawej
 

Kiedy juz zalapali jak sie po tym poruszac, w koncu oboje weszli na sama gore na praktycznie kazdej. Nikowi na ostatniej zabraklo juz czasu. A pod wieczor znow ruszylismy z dziadkami na Lipki. Tym razem, z mijanego pastwiska podszedl do nas kucyk i nawet dal sie poglaskac.

Kuc mial cale pastwisko, ale trawa podawana z reki nie pogardzil
 

Ja zas popstrykalam troche panoramicznych zdjec, bo widoki z kazdej strony sa tam piekne.

To widok niemal naokolo. Troche na lewo Giewont, a po prawej Gubalowka. Normanie leza naprzeciwko siebie, a miedzy nimi jest dolina, z ktorej robilam zdjecie

Kolejny dzien mial byc ostatnim w pelni pogodnym, wiec wycisnelismy go na maksa. Juz na 9 rano wykupilismy bilety na kolejke na Kasprowy Wierch. Na szczescie teraz mozna to zrobic przez internet, szybko i wygodnie, zamiast stac w niebotycznych "ogonkach". Pol godziny przed odjazdem, zjawilismy sie wiec pod stacja i wykorzystalismy ten czas na rozejrzenie sie naokolo. Przy okazji dzieciaki mialy pierwszy rzut oka na kolejke zjezdzajaca do stacji.

Tam za chwile wsiadziemy :)
 

Kiedy przyszla nasza kolej, bylam mocno spieta, bowiem mam lek wysokosci i poprzednim razem mialam niezlego pietra. Teraz na szczescie lub nieszczescie, jechalo z nami tyyyle osob, ze na jednym z odcinkow (jedzie sie z przesiadka) stalam kawalek od okna, wiec mialam ograniczony widok. ;)

Widok z kolejki; az zasycha w ustach :D
 

Dojechalismy na szczyt, gdzie okazalo sie, ze mozna bylo wziac udzial w akcji edukacyjnej. Trzeba bylo w trzech miejscach wysluchac przewodnika (doslownie kilka minut) i zebrac pieczatki, zeby dostac upominek, ktorym okazala sie przypinka. Nik byl chetny, ja tez stwierdzilam, ze fajnie bedzie dowiedziec sie czegos nowego, za to Bi urzadzila awanture, ze ona nie chce, nie bedzie stac i sluchac, ze po co to i dlaczego, itd. Poniewaz jednak na Kasprowym mielismy okolo dwoch godzin do odjazdu powrotnej kolejki, stwierdzilismy, ze starczy nam na to spokojnie czasu, zostalismy wiec, a panna, przy kazdym wykladzie, stala ostentacyjnie z boku, przy pierwszym w dodatku caly czas beczac.

Nie wiem czy bedzie widac mine Bi i zaplakana buzke...
 

Nie wiem co w nia wstapilo... :O Opowiesci przewodnikow okazaly sie zas bardzo ciekawe. Jeden opowiadal o otaczajacych nas szczytach i historii Kasprowego Wierchu. Drugi(a) o faunie, czyli o swistakach, kozicach i niedzwiedziach. Trzeci pan okazal sie meteorologiem ze stacji i opowiadal o ciekawych zjawiskach pogodowych w Tatrach i na samym Kasprowym. Cala trojka opowiadala bardzo zywo i  interesujaco, wiec jesli bedziecie tam kiedys i sie zalapiecie, to polecam!

Dawno nie napstrykalismy tylu selfiakow ;)
 

Miedzy zaliczaniem kolejnych wykladow (ktore odbywaly sie co 15 minut), chodzilismy po Kasprowym, stopujac Kokusia, ktory co chwila wyrywal sie biegiem i balismy sie, ze potknie sie, wyleci ze szlaku i sturla na dno stoku. Bi na szczescie spacerowala spokojnie.

Po lewej stacja kolejki, po prawej wyciag krzeselkowy na (chyba) Hale Gasiennicowa; szczerze, to jezdze na nartach, ale po tych zboczach to nie wiem czy bym sie odwazyla...
 

Przy okazji opowiem Wam o gupocie niektorych ludzi, ktora tlumaczy ilosc wypadkow w gorach. Fakt, ze i ja i dzieciaki mielismy na nogach adidasy, a nie prawdziwe buty na gorskie szlaki, ale coz, nie bede na jeden wypad kupowac profesjonalnego obuwia. Kto byl na Kasprowym, ten wie, kto nie byl, musi mi uwierzyc na slowo, ze glazy tworzace sciezke sa bardzo nierowne, pelne pekniec i zalaman i nawet w adidasach, chodzenie po nich miejscami wcale nie bylo takie latwe. Mielismy jednak okazje podejrzec pania, ktora nie miala moze na nogach szpilek (jak w slynnych "gorskich" anegdotkach), tylko sandalki na niezbyt duzym obcasiku. Az jej cichcem fotke pstryknelam, choc akurat na zdjeciu nie wyglada to tak zle.

Na fotce nie widac w jaki "sposob" owa pani sie poruszala
 

Na zywo jednak, stopy wykrzywialy jej sie na wszystkie strony i tylko czekalam az zwichnie kostke. W koncu maz musial ja wziac pod reke, bo nie dawala rady. Widzielismy tez mamusie, ktora pozwolila chlopczykowi, na oko 5-letniemu, skakac po kupie glazow usypanych na samej krawedzi zbocza. No jakby sie smarkacz potknal, to zbieralaby go po kawalku gdzies z dna wawozu na Slowacji! :O Pozniej zas, pan meteorolog opowiadal o tym jak nagle i niebezpieczne sa w gorach burze i ze w razie niepewnej pogody, lepiej zrezygnowac z wycieczki lub zawrocic. Na to odzywa sie jakas pani (o zgrozo matka dwojki dzieci): "A jesli szlak jest jednokierunkowy?". Przyznaje ze otwarcie parsknelam, a pan spojrzal na nia przeciagle, odchrzaknal i odpowiedzial, ze "Czasem lepiej jest sie cofnac, zeby moc pozniej jeszcze raz w te gory wyruszyc". ;) Takie to kwiatki chodza po tym swiecie i choc sama mam momenty "blondynki", to jakos tak potega przyrody zawsze wzbudzala moj respekt...

Nik ze swoja odznaka "Stacja Edukacja"
 

Zjechalismy w koncu na dol i ze zdumieniem dojrzelismy caly dlugi ogonek ludzi czekajacych w kolejce do kasy. Najwyrazniej wiesci o sprzedazy internetowej jeszcze sie nie rozeszly. Dziwne, bo starsi ludzie moze i nie wiedza jak to ogarnac (moi tesciowie, choc lokalni, nie mieli pojecia, ze taka opcja istnieje), ale w kolejce sporo bylo ludzi mlodych, rodzicow z dziecmi oraz par. My przeciez tez nie wiedzielismy o takiej mozliwosci, ale wklepalismy pytanie w Google i voila. Chyba, ze nas po prostu rozpiescilo mieszkanie w Hameryce, gdzie niemal wszystko mozna kupic i zalatwic internetowo, wiec pierwsze co, to uderzamy wlasnie tam. ;) W drodze do auta, Potworki dojrzaly rozlewisko utworzone przez gorski strumien. Oczekiwalismy, ze na Kasprowym Wierchu bedzie chlodniej niz na dole, tymczasem bylo niemozliwie goraco (a my bluzy wzielismy na wszelki wypadek! :D), wiec bylismy spoceni i zgrzani. Dzieciaki zobaczyly ludzi moczacych stopy i tez zapragnely, zreszta sama mialam ochote, dopoki nie sprawdzilam temperatury wody, gdzie w sekunde zdretwialy mi palce. :D

Kurde, lodowata byla, no! ;)
 

Potem zas czekal nas dluuugi marsz, bowiem teraz nie wolno pod kolejke dojezdzac autem. Rano wynajelismy wiec taksowke, ktora wyrzucila nas w najblizszym mozliwym miejscu (a i tak zostalo z 10 minut marszu), teraz zas zadzwonilismy do tescia, ze wracamy i umowilismy sie z nim na najblizszej stacji benzynowej, z racji, ze wczesniej nie ma nigdzie bezplatnego parkingu. Szlismy ponad pol godziny i sama zaczelam czuc juz nogi (nadwyrezone wejsciem na skocznie dnia poprzedniego), a Potworki marudzily na potege. Oni zmeczeni nie byli, ale za to znudzeni i chcialo im sie lodow, choc jedne po drodze kupilismy. Wczesniej myslalam o zabraniu ich na prawdziwy gorski szlak i zauwazylam dwa krociutkie, idace od Kuznic (skad rusza kolejka na Kasprowy Wierch), ale po tym marszu sobie odpuscilam. Najwyrazniej nie nadaja sie na piechurow, a ja nie mialam ochoty wysluchiwac kilkugodzinnych jekow... Kiedy w koncu wrocilismy do tesciow, padlam i stwierdzilam, ze nigdzie sie juz nie ruszam. A jednak... Nie wytrzymalismy i po pierwsze, znow poszlismy na lody, zas poznym popoludniem postanowilismy zaliczyc z dzieciakami tez Gubalowke.

Gdybysmy przypadkiem zapomnieli gdzie jestesmy...
 

Niestety, trzeba bylo to zrobic przed Kasprowym, bo tym razem kolejka nie zrobila na Potworkach zadnego wrazenia. :D Sama Gubalowka nas... przygnebila. Jeszcze 10 lat temu, sporo bylo tam straganow, ale poza tym jednak bylo i kilka pieknych goralskich drewnianych domkow i pastwisk z owieczkami.

Jeden z niewielu ocalalych widokow
 

Teraz niemal wszystko zostalo zawalone straganami i budami i idzie czlowiek ogluszony muzyka, odurzony zapachami wszelakiego zarcia i ciagniety przez dzieciaki na wszystkie strony, bo a to trampoliny, a to wypozyczane auta, a to chinskie plastikowe zabaweczki... Dodatkowo, wiekszosc z oferowanych uslug oraz przedmiotow nie ma nic wspolnego ani z Zakopanem, ani z gorami. Tak jak w przypadku Stilo, o ktorym pisalam w poprzednim poscie, tak Gubalowka stala sie symbolem turystycznego kiczu i strasznie szkoda, bo miejsce, ze swoimi widokami, ma niesamowity potencjal... No coz, przeszlismy sie, dzieciaki malo nie dostajac oczoplasu, my z M. zas probujac dojrzec jak najwiecej gor nad straganami...

Znalezlismy uowiecki, hej! :D
 

Potworkom w koncu pozwolilismy zjechac na zjezdzalni grawitacyjnej, ktora wydala nam sie jedyna naprawde ciekawa i malo spotykana atrakcja.

Bi i jej popisowa poza
 

Obydwoje mieli taka frajde, ze nie zwazajac na coraz dluzsza kolejke, zjechali chyba 4 razy. :) 

Nie widac, ale za tym pomostem zjezdzalnia zakrecala, a potem zjezdzala slalomem po zboczu calkiem daleko i cale szczescie, ze wozeczki (wraz z pasazerami) wciagal potem do gory orczyk
 

To byl naprawde intensywny dzien i nie zdziwilam sie, ze telefon pokazal iz tego dnia zrobilam ponad 18,000 krokow. Moje "dobre" dni to zwykle okolo 8,000, wiec dziesiec tysiakow wiecej robilo wrazenie. ;)

I na tym skonczylo sie nasze "pogodowe" szczescie. Kolejnego dnia, a byla to sobota, 20 sierpnia, rano jeszcze wychodzilo od czasu do czasu slonce, wiec stwierdzilismy, ze fajnie byloby jeszcze raz podjechac do kuzynostwa. Niestety, okazalo sie, ze przyjechala do nich rodzina od strony szwagierki i gdzies razem pojechali. Ponoc jedyny kuzyn Potworkow (bo reszta to dziewuchy ;P) czekal na Nika dzien wczesniej. Szwagierka podobno dzwonila, ale moj tesc nie odebral i nawet nam o tym nie powiedzial... Ja namawialam M. na termy wiedzac, ze Potworki mialyby ucieche, ale malzonek stwierdzil, ze nie ma ochoty moczyc sie w wodzie. :/ Skoro to nie wypalilo, a nad gorami zbieralo sie coraz wiecej chmur, wybralismy sie tylko na zwyczajowy juz teraz spacer przez Krupowki, na lody, a potem na stragany pod Gubalowka.

Widzicie te tlumy?! :O
 

Potworki bowiem nadal nie mogly sie zdecydowac, co chca sobie kupic na pamiatke. Po poludniu zaczelo juz mocno padac, wiec utknelismy w chalupie...

Widok z okna tesciow; normalnie mozna podziwiac Giewont w calej jego krasie...
 

Co i rusz robilo sie wrecz tak... Widac lipki i kawalek stokow zwanych zdaje sie Reglami
 

Bi zawziecie dziergala szalik, ktory obiecala babci. Przez pierwsze dni, tworzyla go glownie wieczorami, ale kiedy pogoda sie popsula i bylismy wiecej w domu, wymachiwala drutami kiedy tylko mogla. I skonczyla! Przedostatniego dnia szaliczek byl gotowy. :)

Nie jest szczegolnie rowny ani idealnie wykonany, ale za to caly wlasnorecznie wydziergany przez wnuczke
 

W niedziele juz niestety ciagle przelotnie padalo, a temperatura rano wyniosla ledwie 15 stopni. Dobrze, ze w dzien laskawie podniosla sie do osiemnastu. W koncu przydaly sie dlugie spodnie, bluzy oraz kurtki przeciwdeszczowe, ktore przez niemal 2 tygodnie walaly sie na dnie walizek. ;) Choc Potworki uparcie zakladaly szorty, a zamiast kurtek wystarczaly im bluzy. I tylko w sumie raz zlapala nas taka ulewa, ze wrocilismy doszczetnie przemoczeni.

Teraz zniknal nie tylko Giewont, ale i nizsze zbocza...
 

Wiedzac, ze zostaly nam juz tylko dwa dni w Zakopanem, podjelam probe namowienia M., zeby zabrac gdzies kuzyna dzieciakow. Starsze dziewczyny to juz nastolatki i nie wiem co by je zainteresowalo, mlodsze to z kolei maluchy i nie podejme sie opieki nad nimi przez pare godzin, ale J. jest dokladnie w wieku Kokusia (pol roku starszy) i chlopaki na pewno swietnie by sie razem bawili. Niestety, tu nawet tescie krecili nosem, ze "pogoda brzydka, a w domu to tak nie bardzo"... Ewidentnie nie chcieli zabrac mlodego do siebie, a jednoczesnie upierali sie, ze u szwagierki nie ma warunkow na wizyte. Podejrzewam, ze zwyczajnie nie chcialo im sie jechac gdziekolwiek w deszcz. Probowalam przekonac M., ze w Zakopanem jest przeciez sporo miejsc w srodku, sale zbaw, muzea, nawet aquapark... Niestety, stwierdzil, ze jak mam ochote, to moge sobie gdzies z dzieciakami jechac, on nie chce. Opadly mi rece. Nie dosc, ze nie znam dobrze miasta, to musialabym prosic tescia zeby najpierw pojechal po J., a potem zawiozl mnie gdzies z mlodzieza! Najpierw sie wkurzylam, potem jednak wzielam glebszy oddech i stwierdzilam, ze nic na sile; to jest jego rodzina i jego sprawa. Jesli jemu nie zalezy zeby Potworki lepiej poznaly dzieciaki jego brata, to nie moj problem. Moja siostra i ja robilysmy wszystko zeby kuzynostwo spedzilo razem jak najwiecej czasu. Jesli M. nie chce zrobic tego samego od swojej strony, w dodatku tesciowie najwyrazniej tez nie widza potrzeby, to ja biore krok w tyl i nie ingeruje. Pozostaly nam wiec znow spacery od Krupowek po Gubalowke, przerywane deszczem.

W przeciwienstwie do wszystkich potokow wokol Zakopanego, w fontannie za Potworkami, woda byla cieplutka, niemal goraca! :O
 

Przy okazji, o najwiekszych fascynacjach Potworkow w Polsce. Juz pisalam, ze w Krakowie byly to golebie. W Zakopanem zas zapalali miloscia do bezdomnego kota, ktory lazil po podworku u tesciow, laszac sie do wszystkich dzieci. Doroslych sie bal, ale do dzieciakow podchodzil chetnie, mruczac wnieboglosy.

Piekny, rudy kocur
 

Poza tym "przedstawilam" Potworkom... slimaki. :D U nas mamy glownie pomrowy i to maksymalnie kilkucentymetrowe. Normalne slimaki sa maciupenkie, z muszla o srednicy kilku mm. Kiedy wiec pokazalam im polskie solidne wstezyki, z miejsca sie zachwycili i odtad spacery to bylo zagladanie pod kazdy lisc i w kazda kepe trawy. Ostatnie zas 3 dni w Zakopanem, kiedy sporo padalo, slimakow wypelzalo tyle, ze kazdy spacer konczyli przynajmniej z 3-4 "przyjaciolmi". :D

Piegi na nosku, wlosy pofalowane od wilgoci i slimak w reku - caly Kokus! <3
 

Na widok polskich gigantycznych pomrowow malo im oczy z orbit nie wyskoczyly, ale tych na szczescie do rak brac nie chcieli. ;) A na koniec pokazalam im owoce krzaka snieguliczki i ze smiesznie "strzelaja" rozgniecione butem. Nasze codzienne trasy prowadzily obok sporych zywoplotow z tego wlasnie krzewu, a te akurat zaczynaly owocowac, wiec nie obeszlo sie bez zbierania garsci bialych kuleczek. :)

Tydzien przelecial niewiadomo kiedy i w poniedzialek 22 sierpnia nadszedl nasz ostatni dzien w Zakopanem. Z jednej strony M. chcial spedzic jak najwiecej czasu z rodzicami, a z drugiej jeszcze wycisnac choc troche lazenia po Zakopanem, mimo, ze pogoda byla naprawde w kratke: co chwila przechodzily deszcze, zeby za moment slonce przebijalo sie przez chmury. I tak na zmiane caly dzien. Rano tesciowie "obudzili" sie, ze moze rzeczywiscie pojechalibysmy pozegnac sie z kuzynami dzieciakow. Rychlo w czas. Okazalo sie jednak, ze szwagierka pojechala do dentysty do Nowego Targu, a ze jest bez auta (ma swiezo zdane prawko, ale boi sie jezdzic), wiec z jej malutkiej wioski musiala dojechac busem, to zas cala wyprawa. Stwierdzilismy ze moze po poludniu, jak wroci. W miedzyczasie znow probowalismy lapac okienka pogodowe i ruszylismy przez Krupowki na ostatnie lody oraz gofry. W Zakopanem akurat odbywal sie Miedzynarodowy Festiwal Ziem Gorskich, wiec lampy na ulicy byly ladnie przystrojone i odbywaly sie na niej pokazy i parady.

Ozdoby na latarniach
 

Nie mielismy rozpiski co i kiedy, ale na jedna prawie sie zalapalismy, tyle ze akurat lunal deszcz, wiec biegiem wracalismy do domu. :D

Zapowiedz parady; kilka minut pozniej juz pedzilismy z powrotem do tesciow :D
 

Kiedy ulewa zdecydowala sie odpuscic, poszlismy pod Gubalowke, zeby kupic oscypki (ktore obiecalismy i mojej siostrze i kilku osobom z Hameryki), jakies upominki dla kuzynek z Trojmiasta, a Potworki w koncu musialy kupic cos dla siebie, bo byl to ostatni dzwonek. Tyle razy przeszlismy te stragany wzdluz i wszerz, a dzieciaki nadal myslaly. W koncu kazde kupilo sobie po parze goralskich kapci, a dodatkowo po takim kolnierzu na szyje do spania w podrozy; Nik z napisem "Zakopane", Bi z owczej welny. Pomysl byl Starszej, ale przyklasnelismy i namowilismy tez Nika, z racji, ze mielismy jechac jeszcze autobusem, leciec samolotem, a do tego w drodze na kempingi on zawsze spi w aucie. Dzieciaki uparly sie jednak, ze chca kupic sobie tez cos "fajnego", nie praktycznego, ale tu juz wydziwiali i przebierali tak, ze myslalam iz w koncu nic jednak nie kupia. Wreszcie Nik wybral sobie dlugopis w ksztalcie ciupagi, jakby jedna wieksza mu nie wystarczyla. ;) To jednak przynajmniej mialo sens jako pamiatka z Zakopanego. Bi wybrala sobie... kostke rubika. Mamy w domu juz jedna i nikt nie mial takiego zaciecia i cierpliwosci zeby ja ulozyc. Moja starsza siostrzenica obiecala jej jednak, ze ja nauczy bo ma na to sposob, a Bi uparla sie, ze chce nauczyc sie ukladac na wlasnej kostce. Poniewaz kupowala ja ze swoich pieniedzy, machnelismy reka. Pojechalismy tez do Sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej, w ktorym 10 lat temu bralismy slub koscielny. Glownie byly to odwiedziny sentymentalne dla nas, ale chcielismy pokazac go tez Potworkom. Dzieciakom kosciol sie spodobal oczywiscie, bo jest piekny, choc Bi bardziej przejela sie tym, zeby Boze bron nie zostac na mszy. :D

To tu 10 lat temu bralismy slub; od rocznicy dzielily nas tylko 3 dni...
 

Po poludniu okazalo sie, ze szwagierka zrobila jeszcze zakupy i do domu dotarla dopiero o 15. Zadzwonila do nas na Skypa i widac bylo ze nie ma ochoty na zadne wizyty, nawet zeby tylko sie pozegnac. Trudno. Szkoda mi bylo Kokusia, bo dopytywal kiedy znow zobaczy kuzyna, ale co ja moge? Ja akurat (jak i szwagierka zreszta) jestem dla tych ludzi i dzieci tak naprawde obca osoba... Poznym popoludniem pogoda jakby sie lekko wyklarowala, wiec ruszylismy na troche dluzszy spacer, do miejsca gdzie odbywal sie ten wspomniany przeze mnie wczesniej festiwal. Jak to my, mielismy pecha, bo okazalo sie, ze wystepy mialy sie zaczac dopiero za ponad pol godziny.

Scena, owszem, jest, ale pusta...
 

Malzonek stwierdzil, ze woli wrocic w miare wczesnie i spedzic jeszcze troche czasu z rodzicami, wiec nie czekalismy, tylko zaczelismy isc pomalu z powrotem. Trafilismy na namiot, w ktorym byla cala kolekcja bebnow i co lepsze, dzieciaki mogly w nie dowolnie walic. W srodku byly tlumy, ale jeden, najwiekszy, stal na zewnatrz i Potworki chetnie sie na mim wyzyly. ;)

Bi delikatnie, znajdujac rytm, Nik byle mocniej ;)
 

A idac kawalek dalej, trafilismy na swietny plac zabaw w goralskim stylu. Dzieciaki ruszyly do zabawy.

Placyk "goralska wioska"
 

Nawet Bi, ktora zwykle uwaza sie za taka "dorosla" i powazna. :D

To na tyle tej doroslosci ;)
 

W drodze powrotnej zatrzymalismy sie na gofry i w tym momencie... zaczelo padac! Ruszylismy pedem, ale lalo coraz mocniej, nie bylo sie gdzie schowac i do domu tesciow dotarlismy z rozmieklymi goframi i splywajaca bita smietana. :D Potem siedzielismy juz jak na szpilkach, bowiem o 22:45 mielismy autobus do Gdanska. Po tym jak okazalo sie, ze nie ma miejsca w kuszetkach w pociagu nocnym, po dlugiej debacie co robic i jak i kiedy przejechac z powrotem do Trojmiasta (nie wiem czy pamietacie, ze LOT zrobil nas w bambuko i musielismy wyleciec z Gdanska, zamiast Krakowa), zdecydowalismy sie, ze nocny autobus bedzie najlepszy. Najpierw chcielismy wypozyczyc auto i przejechac, ale tu tesciowie suszyli M. glowe, ze taka daleka droga, taka meczaca, niebezpiecznie, bo czlowiek zmeczony popelnia bledy, itd. az w koncu ulegl ich marudzeniu. Nie wtracalam sie, bo to w koncu on by prowadzil, ale w duchu bylam wsciekla. No i tak padlo na autobus. :/ Bezpieczniej niz nocnym pociagiem w zwyklym przedziale, a jednoczesnie stwierdzilismy, ze przemeczymy sie w nocy, ale potem bedziemy mieli caly dzien zeby odetchnac i przygotowac sie na podroz do Stanow. Poza tym przetrwalismy jakos nocny lot, przezyjemy tez nocny autobus, tak? Tesciowie podwiezli nas wiec na przystanek, wszyscy zgodnie poplakalismy sie przy pozegnaniu i ruszylismy ponownie na drugi koniec Polski. 

O matko! Powiem Wam, ze ta podroz byla straaaaszna! ;) Jesli w samolocie ciezko bylo spac, to w autobusie nie dalo sie wcale! Nawet podczas jazdy, swiatla w srodku byly tylko delikatnie przyciemnione, autobus podskakiwal i bujal sie na kazdym zakrecie, fotele niewygodne... Potworkom to oczywiscie za bardzo nie przeszkadzalo, szczegolnie Kokusiowi, ktory przespal jak kamien praktycznie cala noc.

Nie wiem po co M. go tak opatulil, bo w autobusie klima nawalala i bylo az "za" cieplo
 

Bi budzila sie na kazdym przystanku, a tych nie brakowalo. W ogole, najbardziej zirytowala mnie chyba ich ilosc i dlugosc. Przy kazdym kierowca przez glosnik oglaszal gdzie jestesmy i o ktorej dalej ruszymy oraz wlaczal najmocniejsze swiatla. Wiadomo tez, ze zwykle wjezdzalismy na jakis dworzec, wiec mocne lampy swiecily rowniez przez okna, a autobus szarpal na wszystkie strony bo trzeba bylo zaparkowac w odpowiednim miejscu. Najgorsze bylo jednak to, ze trzy razy w ciagu nocy i raz juz rano, zatrzymalismy sie na pol godziny! Serio?! Gdyby nie to, bylibysmy na miejscu dwie godziny wczesniej! W dodatku bylo to zupelnie niepotrzebne, szczegolnie w nocy, gdzie wysiadaly pojedyncze osoby, a wsiadajcy juz czekali na dworcu. Nikt nie dosiadl sie na ostatnia chwile. Kierowcow bylo zas dwoch i wymieniali sie na poszczegolnych odcinkach, wiec to nie tak, ze trzeba sie bylo zatrzymac, zeby kierowca mogl odpoczac... :/

W kazdym razie, o 10 rano dojechalismy do Gdanska, gdzie czekal juz moj biedny szwagier, ktory robil nam wiecznie za szofera. ;) Zawiozl nas do siebie, po czym musial skoczyc jeszcze szybko do biura. Kiedy dojechalismy, malutki siostrzeniec akurat poszedl na drzemke, a dziewczyn nie bylo, bowiem okazalo sie, ze ten tydzien kiedy my bylismy w Zakopanem, one spedzily u swoich dziadkow od strony taty. To by wyjasnialo zly humor mojej mamuski, ale o mamusi bedzie za moment. ;) Poki co, dojechalismy i mielismy chwilke zeby sie odswiezyc po calonocnej podrozy, wypic kawe, zjesc cos, itd. Chwile pozniej wpadly jak burza moje siostrzenice i cala czworka mlodziezy ruszyla do zabawy, a jeszcze troche pozniej dojechala moja matka.

Przynajmniej te dwie, widac bylo, ze ciesza sie na swoj widok
 

Dobra, teraz bedzie o mamusi. :D W calym poscie nic o niej nie bylo, bowiem bylam na drugim koncu Polski. Pisalam do niej i wysylalam  zdjecia z gor, ale nie doczekalam sie odpowiedzi. Wspominala cos jednak wczesniej, ze bedzie na dzialce, a tam ma praktycznie zero zasiegu, wiec nie zwrocilam na to uwagi. Az, przed powrotem do Trojmiasta, spytalam (retorycznie, a przynajmniej tak myslalam) czy widzimy sie we wtorek u N., a ona odpowiedziala, ze "chyba nie". Zdziwiona napisalam, ze dlaczego, ze przeciez to nasz ostatni dzien w Polsce i chcielismy sie pozegnac. To pytanie to byl blad, bo sie zaczelo! "Przeciez ty i N. mnie nienawidzicie. A wnuki maja swoje sprawy. To po co mam przyjezdzac." Potem: "Jestem strasznie rozczarowana waszym przyjazdem. Nie zalezalo ci zeby dzieci poznaly babcie. Nie pozwolilas im pobyc ze mna ani chwili. Latalas jak kot z pecherzem po miastach, a to dzieci wcale nie interesowalo. No i smutno mi bylo, ze wolalas siedziec u Nowakowskich, niz posiedziec i pogadac z matka". Normalnie wszystko mi opadlo, bo przeciez, po tej obrazie o Gdansk, potem przyjechala, spedzila z nami dzien i rozstalysmy sie w zgodzie. A tu nagle jakies pretensje! Schizorfrenia, czy co? Poza tym, w ciagu tych kilku dni razem, moja matka bardziej przejmowala sie fochami mojej mlodszej siostrzenicy niz poznaniem blizej Potworkow, czego nie omieszkalam jej napisac. Odpowiedz: "W zyciu nie slyszalam wiekszej bzdury. Ja je mam na codzien (w domysle, corki mojej siorki). Twoje dzieci mnie interesowaly." Czyli jak zawsze odwracanie kota ogonem... Tu jeszcze wzielam glebszy oddech i odpowiedzialam, ze mimo wszystko milo byloby sie z nia pozegnac, bo niewiadomo kiedy znow przylecimy. Co dostalam w odpowiedzi? "Od zawsze mnie nienawidzilas. Teraz wiem juz na pewno. Pozegnac. To prawda. Ja juz ciebie nie zobacze. Dzieci moze kiedys przyjada, a moze nie." Odpisalam, ze jesli nie chce sie ze mna pozegnac, to moze chociaz z wnukami? "Juz mi nie zalezy. Widze, ze maja taki sam stosunek do babci, jak ty do matki". No ku*wa mac! Dzieciaki zakrecone, w obcym kraju, poznaja wujostwo, kuzynostwo i wiadomo, ze bardziej ciagnie je do dzieci niz do babci, ktora wiecej gadala do mlodszej kuzynki niz do nich, a ta zazdrosna, czy jak? Zapytalam wiec, co zrobila zeby ich blizej poznac? "Nie pozwolilas im zostac nawet na chwile ze mna. A byla okazja. Gdy polezliscie do Nowakowskich. Mowilam zostaw mi dzieci. Cos z nimi porobie. Moze na basen pojde. Ale ty twardo nie.". Bosz... To prawda, mamuska zaproponowala zeby dzieciaki zostaly wtedy u niej, ale oni, speszeni nowym miejscem, chcieli jechac z nami. Naprawde to takie dziwne, ze woleli sie trzymac rodzicow, z ktorymi czuli sie bezpiecznie? I dziwi to emerytowana nauczycielke, ktora (pomyslalby ktos) zna sie na emocjach dzieci??? Odpisalam tylko krotko, ze to Potworki wolaly jechac z nami i co? "Sama widzisz. Niedaleko jablko spadlo od jabloni". Po tym przestalam juz cokolwiek do niej pisac, bo same widzicie jaki tego jest efekt. Udawanie greka, odwracanie kota ogolem, uzalanie sie nad soba i ogolnie afera, ze nie jest w centrum uwagi i wszyscy ja nienawidza... Typowy syndrom dziecka sredniego (ktorym jest, choc myslalam, ze z tego sie wyrasta). Zastanawialo mnie tylko skad taki nagly spadek nastoju, choc moze to byc zwykla, wspomniaja wyzej, schizofrenia. Az sie dowiedzialam, ze spedzila tydzien bez moich siostrzenic. Pisalam poprzednio, ze ona ma na ich punkcie obsesje i jak nie sa u niej kazdego dnia wolnego od szkoly, to jest cala nieszczesliwa. A jak siostra osmieli sie wyslac je do drugich dziadkow, to ojesssu, ona juz sensu zycia nie widzi i spedza czas uzalajac sie nad soba i w dodatku sama sie nakrecajac. A potem wlasnie kazda proba komunikacji konczy sie pretensjami jak to jej wlasne corki nienawidza, ze ona to zapamieta i ze nasze dzieci tez beda nas tak nienawidzic, bo karma wraca i same zobaczymy. To juz musi byc choroba, bo jaki normalny czlowiek zachowuje sie w ten sposob?!

Po tej wymiance sms'ow, oczekiwalam ze trudno, nie pozegnam sie z matka przed wylotem. Okazalo sie pozniej, ze podobna wymiane mamuska odbyla z moja siostra, ktora uznala, ze jej w sumie towarzystwa matki jej nie brakuje. ;) Az tu, niespodziewanie, kobieta zjawia sie jak gdyby nigdy nic. Co ciekawe, do mnie odnosila sie zupelnie normalnie, a na siostre byla obrazona... :D Po nocnej jezdzie autobusem bylismy oczywiscie srednio funkcjonujacy, ale mimo wszystko fajnie bylo jeszcze posiedziec z siorka i jej rodzinka. Szwagier przywiozl zarelko, a potem wszyscy ruszylismy na lody, zahaczajac po drodze o karmienie kurek w jakims gospodarstwie. Wszystkie dzieciaki, gdzie by nie byly wychowane i ile by nie mialy lat, kochaja karmic zwierzaki. :D

"Ko ko ko..."
 

Moja matka tyle sie upisala jak to ona chciala poznac Potworki, a wiekszosc popoludnia, zamiast sie z nimi integrowac, zameczala siostre zeby pozwolila jej mlodszej corce jechac do niej na pare dni, potem zeby mala sie przed wyjsciem wykapala, spakowala co trzeba, itd. Zrobilismy pamiatkowe foty, po czym zabrala mloda i pojechaly.

Ostatnie wspolne zdjecie kuzynostwa
 

Wkrotce i my musielismy dopiac i zwazyc walizy, przy czym tym razem musialam troche poprzekladac, bo jedna okazala sie za ciezka (te oscypki! :D). Pogonilismy mlodociane towarzystwo do spania, gdzie Nik caly zadowolony spal sam w pokoju mlodszej kuzynki, troche jeszcze posiedzilismy przy drinkach, po czym trzeba bylo sie klasc, bo juz o 7 musielismy byc na lotnisku. Lot z Gdanska minal spokojnie, pozniej znow troche czekania w Warszawie (choc krocej niz w tamta strone), gdzie tym razem nawet Bi szalala na placyku zabaw. Niezle im to wyszlo, bo znalazlo sie tam dwoje innych anglojezycznych chlopcow i we czworo zainicjowali gre w cos na ksztalt podchodow, w ktora wciagneli wszystkie znajdujace sie tam dzieciaki. ;)

To byl chyba najfajniejszy placyk zabaw na lotnisku :)
 

Lot do Nowego Jorku byl tym razem w dzien, wiec nikt nawet nie myslal o spaniu. Caly spedzilismy na grach i ogladaniu filmow. Jedzenie niestety bylo rownie paskudne co ostatnio i Nik wysiadl z samolotu wlasciwie glodny. Coz... ;)

I tak zakonczylismy nasza podroz do Kraju. Po poludniu 24 sierpnia wrocilismy na hamerykancka ziemie. Potworki najwyrazniej mialy wakacje zycia, bo juz dopytuja czy polecimy w przyszlym roku, ale w to akurat watpie. ;)

Teraz bede musiala nadrobic to, co sie dzialo przez te ponad 3 tygodnie od powrotu, a dzialo sie duzo...