Tak to bywa, kiedy nie ma cie praktycznie w domu. Zdjec tez praktycznie nie ma. ;)
Sobota, 11 lipca oznaczala dluzsze spanie dla wszystkich, poza M., ktory (nie zgadniecie!)... pracowal! :D Dzien byl dosc upalny, bo 28 stopni i okolo 60% wilgotnosci. Poza typowym, domowym ogarnianiem, nie dzialo sie w sumie nic specjalnego. Nik oczywiscie zapragnal pojechac na ryby, wiec go zawiozlam i... ledwie zdazylam wyjechac z klubu, a... dzwoni! Twierdzil, ze wedka mu sie zepsula, bo kolowrotek sie nie kreci. Okazalo, ze ze potrzemowala tylko nasmarowania, ale tym musial sie juz oczywiscie zajac M. Wiedzialam, ze jak naprawia wedke, to bede musiala zasuwac spowrotem nad jezioro, wiec nawet sie nie rozgaszczalam w chalupie, tylko poszlam pielic warzywnik. Mialam szczescie, bo glownie zarasta on jednym rodzajem chwastow, ktore szybko robia sie bardzo wysokie, ale za to latwo je powyrywac. Zanim chlopaki zakonczyly naprawe, ja ogarnelam praktycznie calosc. Zawiozlam syna ponownie i tym razem juz zostal. Chwile po powrocie do domu, dostalam od niego filmik. Myslalam ze pokazuje zlowiona rybe, tymczasem nagral... sarenke, ktora pojawila sie na sciezce. Takie ladne ujecie, tylko ze z jednej strony pagorek, z ktorego zbiegla (chyba sploszona), z drugiej staw, a na drodze stal jej Nik. Sarna nagle jak nie ruszy w jego strone! :D Podejrzewam, ze biedna probowala uciec i gdyby sie odsunal, przebiegla by obok. Tymczasem Mlodszy... tez zaczal zwiewac! Filmik skonczyl sie zamazanym obrazem i Kokusiowymi okrzykami przerazenia, okraszonymi przeklenstwami. Oboje z M. po prostu lezelismy ze smiechu!!! Uspokajam tez od razu, ze nikt nie ucierpial, ani Nik, ani sarenka. ;) Tego dnia chlopak nic niestety nie zlowil. Slonce oraz upal to srednia pogoda na branie. Mlodszy zostal na rybach do 15, po czym odebralam go, bo trzeba bylo jechac do kosciola. Akurat wrocilismy do domu, a zaczynal sie kolejny mecz mundialu, Anglia : Norwegia. Wszyscy, lacznie z Bi, kibicowalismy Norwegii, ale wygrali jednak Wyspiarze. :D Zasiedlismy z M. do ogladania, a tu Nik przychodzi, ze on chcialby wrocic nad jezioro! :O Tym razem jedna powiedzialam, ze o nie, nie ma mowy. Nie bede jezdzic pierdylion razy dziennie. Syn sie, rzecz jasna, obrazil, ale coz. Na szczescie Kokusiowe fochy nigdy dlugo nie trwaja. ;)
W niedziele M. znow do pracy, a ja oraz Potwory spalismy do wypeku. Jak zwykle, zjadlam sniadanie i umylam sie, po czym zabralam sie za pieczenie ciasta na przyjazd taty. Naszlo mnie na chlebek bananowy z maslem orzechowym i brazowym cukrem. Wyszedl pyszny (a pisze to osoba, ktorej to ciasto sie ostatnio przejadlo), choc zaczelam wsypywac skladniki zanim sprawdzilam czy wszystko mam. Potem okazalo sie, ze nie mamy smietany, a masla orzechowego troche zabraklo do wymaganej 1/2 szklanki. To nic, wyszlo i tak. :D Tata przyjechal i posiedzielismy ogladajac powtorke meczu Argentyna : Szwajcaria. Dzien wczesniej lecial o 21 naszego czasu, wiec M. juz spal i stwierdzilam, ze nie bede sama patrzec. Moj tata zas stwierdzil, ze obejrzal do momentu kiedy jeden z graczy Szwajcarii dostal czerwona kartke za bezsensowne aktorstwo i wkurzyl sie tak, ze mecz wylaczyl. Razem obejrzelismy wiec reszte "pogromu". ;) Po odjezdzie dziadka krecilismy sie juz po domu, wstawilam, przelozylam do suszarki, a potem poskladalam pranie i dzien prawie sie skonczyl. O godzinie 18 Nik koniecznie chcial jechac na... ryby. ;)
Zawiozlam go i wykorzystalam okazje zeby pochodzic sobie po klubie. Troche ruchu, swiezego powietrza i kontaktu z przyroda. Nadal pogoda byla idealna jak na lato, prawie bez wilgotnosci, wiec az przyjemnie sie lazilo.
Pozniej wrocilam do chalupy, podlalam warzywnik oraz kwiatki i zaraz musialam jechac po Kokusia. Klub zamykaja "o zmierzchu", wiec pojechalam o 20, bo u nas zachod slonca jest pol godziny pozniej. Odszukalam syna, ktory oburzony oznajmil, ze moglby tam zostac do 21. Taaa, tylko ze wtedy siedzialby po ciemku... Wkurzyl mnie tez, bo znalazlam go w miejscu gdzie nie wolno parkowac, wiec musialam pojechac kawalek dalej, a Nik powiedzial ze dojdzie do mnie zarzucajac po drodze wedke. Zgodzilam sie, ale pozniej okazalo sie, ze wlokl sie doslownie noga za noga. W koncu zawolalam zeby sie (do cholery) pospieszyl, wiec przyszedl wielce oburzony i pyskujac, ze tu siedze na telefonie, a w domu bede siedziec na kompie, wiec co za roznica gdzie jestem. Nic tylko sprawic lanie. :D Wtedy byla juz prawie 20:40, a ja musialam jeszcze sie troche przygotowac i ogarnac, bo kolejnego dnia zaczynalam kolejna inspekcje. Ta niestety miala byc niezapowiedziana, wiec mimo ze do firmy mialysmy dojechac o 9, to dziewczyna, z ktora jechalam chciala sie spotkac godzine wczesniej w kawiarence nieopodal. Chciala ustalic jakis plan, no i troche sie poznac, bowiem nie dosc, ze nigdy sie nie widzialysmy, to jeszcze dolaczaly do nas kolejne dwie osoby. :O Nie bylam zbyt szczesliwa, bo mialam 45 minut jazdy, wiec zeby byc tam na 8, musialam wyjechac zaraz po 7, na wypadek gdyby po drodze byly jakies zatory. No ale coz, sluzba nie druzba, tak? ;)
Poniedzialek zaczelam wiec wczesnie zeby zjesc sniadanie, wyszykowac sie i upewnic ze wszystko mam, zanim wyrusze. Na szczescie dojechalam bez wiekszych przeszkod i bylam pierwsza. Stalam pod kawiarenka (ktora okazalo sie miala swietna kawe!) i przygladalam sie wszystkim wchodzacym, probujac rozpoznac czy ktos jest jedna z kobitek, z ktorymi mialam sie spotkac. Nie wiedzialam czy przyjada razem, czy osobno, ani jak wygladaja. Kolezanke z naszej grupy "widzialam" na malutkim zdjeciu profilowym, wiec kojarzylam mniej wiecej, choc okazalo sie, ze fota byla chyba sprzed 20 lat. Moja jednak tez, wiec nie oceniam. :D W koncu zauwazylam kobitke, ktora niosla pod pacha laptopa i uwaznie rozgladala sie naokolo. Tknelo mnie, ze moze byc jedna z naszej czworki, ale weszlam do kafejki i poki co zamowilam kawe. Ja zerkalam na nia, ona na mnie. :D W koncu odwazylam sie i zagadnelam czy moze ma na imie E. lub B. Okazalo sie, ze to E., wiec przynajmniej odnalazlam jedna z "nas". Dwie pozostale dojechaly po kilku minutach. Po szybkim przedstawieniu sie, zasiadlysmy przy stoliku na zewnatrz, bo w srodku grala muzyka, co chwila chodzil mlynek do kawy, poza tym toczyly sie rozmowy gosci, wiec nie dalo sie nic uslyszec. Musze przyznac, ze calkiem niezle sie dobralysmy, bo bylo nas cztery baby w srednim wieku, wiec super sie dogadalysmy. Kolezanka z mojej grupy i kobitka z centrali to takie energiczne i przebojowe "jajcary", ja oraz E., ktora jest ekspertem na cale USA (:O), spokojniejsze i poukladane. W koncu dopilysmy kawe, kazda po kolei popedzila do lazienki i ruszylysmy do firmy, ktora miescila sie zawrotne 5 minut stamtad. ;) Powiem Wam, ze takiej inspekcji jeszcze nie widzialam! Nie zebym widziala ich w zyciu zbyt wiele, ale w kilku uczestniczylam w obecnej pracy, a w innych od drugiej strony - pracujac w laboratorium. Okazalo sie, ze firma dopiero co, w grudniu, miala inspekcje, ta byla jednak zapowiedziana i skupila sie glownie na weryfikacji danych z jakiegos projektu. W miedzyczasie jednak, centrala otrzymala anonimowe zgloszenie, pelne zastrzezen. Tym razem wiec postanowili wiec zrobic inspekcje - niespodzianke i wyslac inspektora (plus mnie na doczepke), kobiete z centrali oraz ekspertke na cala Hameryke. Normalnie na inspekcjach wchodzi sie, chwile ogarnia, zapoznaje z ludzmi i dopiero po jakims czasie, czesto kolejnego dnia idziemy na obchod. Tutaj wpadlysmy jak burza, wreczylysmy tylko formularz bez ktorego nie wolno nam rozpoczac inspekcji, po czym kolezanka od razu zazadala oprowadzenia po laboratorium. Bosz, co tam sie dzialo! Pomijam burdel na kolkach, balagan, jakies papierki, zmietoszone chusteczki, rekawiczki i niewiadomo co jeszcze na blatach. Wszedzie odczynniki, ktore stracily waznosc, tydzien, miesiac, albo i rok wczesniej. Maszyny ktorym minal czas calibracji. Jakies przypadkowe fiolki i naczynia z "tajemniczymi" plynami. Ogolnie wszystko, co jest niedozwolone. Chyba dwie godziny lazilysmy po trzech laboratoriach, spisujac wszystkie znaleziska, a moja kolezanka robila tez zdjecia. Pozniej w koncu wrocilysmy do sali konferencyjnej i zaczelysmy przegladac dokumentacje. Na ta oczywiscie musialysmy troche poczekac, wiec tego dnia duzo juz nie sprawdzilysmy, ale i tak wyszlysmy o 16:45. One mialy kilka minut do swoich hoteli, ale mnie czekalo 50 minut jazdy w popoludniowych korkach. :/ Doturlalam sie do domu, przywitalam sie z rodzina i... Nik oraz M. pojechali na silownie/basen. Po powrocie malzonek sie wykapal i poszedl spac, wiec tyle meza widzialam. :D
We wtorek mialysmy przyjechac na inspekcje na 9, wiec przynajmniej moglam pospac godzine dluzej. Tego dnia juz zaczelysmy konkretne sprawdzanie dokumentacji i, tragedia, im wiecej patrzylysmy, tym wiecej znajdywalysmy bledow i niedociagniec. Po poludniu, w rozmowie z zarzadem firmy, wspomnieli cos o laboratorium, na co kolezanka wykrzyknela radosnie, ze pojdziemy i nam pokaza o co chodzi. Zeszlismy wiec do pomieszczenia laboratoryjnego, ktore nagle zostalo wyczyszczone z calego balaganu i wiekszosci przeterminowanych odczynnikow. Nie wszystkich, bo przy takiej ilosci pewnie ciezko bylo im je wylapac, a niektore zapewne z jakiegos powodu chcieli zostawic. Moze nie spodziewali sie, ze drugi raz tam pojdziemy. ;P Juz wychodzac, zauwazylam przypadkiem cala oszklona gablote, pelna przeterminowanych przyborow, jak strzykawek i plastikowych fiolek. :O W ktoryms momencie przyszlo mi przez mysl, ze tyle znalazlysmy w dwa dni, ze wlasciwie mozemy napisac raport, wyluszczyc wszystko co trzeba poprawic i zwinac sie do domu. Niestety, pozostala trojka byla cala podniecona i grzebala dalej. :/ Wyszlysmy ponownie dopiero tuz przed 17, wiec do domu zajechalam po 18. Wieczor przeszedl tym samym schematem, czyli zjesc obiad, chwile posiedziec na zewnatrz zeby zazyc swiezego powietrza, itd. Nik mial trening, ale litosciwie M. go zawiozl i pozniej odebral. Przygotowac sie na srode i tyle z dnia... :(
Sroda to ponownie pobudka o tej samej porze, tyle ze jeszcze chcialam przygotowac Potworkom wszystko do sprzatania, bo chcialam zeby ogarneli parter. Oczywiscie mogliby to zrobic sami, ale wiem ze "zapominaja" oproznic odkurzacz i wyciac oraz wyciagnac wlosy z rolki. A kiedy ostatnio sami szykowali wode do mopa, nalali raptem kilka cm. wody. Wolalam wiec im to przygotowac sama, choc przez to mialam lekki poslizg. Dojechalam jednak rowniutko na czas, wiec ok. ;) Najlepsze, ze przyjechalam, zaraz po mnie E., wiec wysiadlysmy, stanelysmy w cieniu bo upal juz od rana byl niemozliwy i czekamy, czekamy... W koncu stwierdzilysmy, ze mozemy rownie dobrze wejsc do srodka i zaczac cos przegladac zanim pozostale dwie dojada. Zostalysmy wpuszczone i odprowadzone do sali konferencyjnej, rozlozylysmy laptopy i co nam tam jeszcze potrzeba, po czym przyszlo mi do glowy zeby napisac do kolezanki ze jestesmy juz w srodku, na wypadek gdyby nie zauwazyla naszych aut. Tymczasem ona za kilka sekund odpisala, ze jak to jestesmy w srodku, skoro one czekaja na nas od 20 minut?! Zaczelysmy sie z E. zastanawiac gdzie czekaja, bo dzien wczesniej byla mowa ze moze by sie spotkac w jednym z ich hoteli zeby na spokojnie pogadac. Nic konkretnego jednak nie uzgodnilysmy, wiec obie bylysmy zaskoczone. Niepotrzebnie. Okazalo sie, ze moja kolezanka oraz B. zaparkowaly w kacie parkingu skad wygladaly nas, ale jakies auto zaparkowalo obok nich, przyslonilo widok i kompletnie nas nie zauwazyly. :D Reszta dnia w robocie minela ponownie na szukaniu kolejnej dziury w tym szwajcarskim serze. Serio, nie pracowalam w niewiadomo ilu laboratoriach, ale wszystkie przynajmniej staraly sie przestrzegac przepisow. Tutaj maja je kompletnie gdzies, a w dodatku wlasciciel najwyrazniej jest strasznym skapcem i nic nie wyrzuci, nawet jesli stracilo waznosc 10 lat wczesniej. ;) Dzien uplynal na sprawdzaniu kolejnej partii danych, ale niestety, moje towarzyszki zasiedzialy sie do grubo po 17, wiec do chalupy dotarlam o 18:30. Tego dnia Nik na basen nie jechal, wiec wieczor byl ogolnie troche spokojniejszy. Musialam ogarnac troche kuchnie, bo M. gotowal obiady, ale niestety, sprzatanie kompletnie olal. Cieszylam sie, ze chociaz zmywarke wstawil. ;) Tego dnia, nie dosc ze byl upal z wysoka wilgotnoscia, to dotarl do nas dym niesiony przez pozary w Kanadzie. Mimo ze daleko od nas, to fronty powietrza i wiatry naniosly tego tyle, ze niebo caly dzien bylo dziwnego, zoltego koloru, a slonce pomaranczowe. Szkoda ze nie zrobilam zdjecia, bo wygladalo to niesamowicie, a przy tym nieco przerazajaco.
W czwartek rano kolezanka przeslala wiadomosc, ze "cos" znalazla i ze chce zebysmy koniecznie weszly do firmy wszystkie na raz. Grzecznie spotkalysmy sie wiec na parkingu, gdzie pokazala nam mape budynku (dana zreszta przez firme), gdzie w piwnicy zaznaczone bylo kilkanascie pomieszczen. Kiedy wczesniej pytalysmy co tam jest, powiedziano nam, ze magazyn. Teraz kolezanka stwierdzila ze chce koniecznie tam zejsc. Weszlysmy wiec, zostawilysmy nasze rzeczy w sali konferencyjnej i pomaszerowalysmy do piwnicy. Okazala sie ona takim labiryntem, ze w ktoryms momencie przeszlo mi przez mysl, ze gdyby nas tam ktos zamordowal, nikt nie znalazlby cial. Czego tam nie bylo! Przede wszystkim smieci, to znaczy doslownie kopce i pelne pomieszczenia, wypelnione przeterminowanymi odczynnikami oraz przyborami. Znalazlysmy jednak malutkie laboratorium, calkiem przyzwoicie wyposazone, w ktorym zdecydowanie odchodzila hodowla komorek. Co ciekawe, wszystko bylo skalibrowane i z odpowiednia data waznosci. Mieli tez cale zestawy przystosowane do trzymania malych zwierzat laboratoryjnych, jak myszy czy szczury. Ale na pytanie, co to za laboratorium, wlasciciel "nie wiedzial" (potem jeden z laborantow oznajmil, ze robil testy przygotowujace do jakiegos projektu), a klatki oraz przybory "zwierzece" kupil "kiedys", bo mieli miec taki projekt ale nie wypalil. Poza tym byly tam (chociaz to ladnie poukladane) cale polki z fiolkami do pobierania krwi oraz moczu, jednorazowymi pipetkami, sterylnymi woreczkami oraz pudelkami do wysylek. Tutaj wlasciciel juz otwarcie przyznal ze sprzedaja zestawy malych przyborow laboratoryjnych. No ale wczesniej powiedzial, ze w piwnicy to tylko smieci... ;) Reszta dnia uplynela na dalszym sprawdzaniu papierow, a pozostale babki zaczely tez ukladac liste "przewinien" do uwagi. Wiedzialysmy bowiem, ze przy calym burdelu, ktorym tam zastalysmy, bez tego sie nie obejdzie. Niestety, bylo ich trzy inspektorki, kazda cos tam znalazla, wiec musialy sprawdzic co maja spisane, zeby sie nie powtarzac. To ogolnie byla inspekcja - marzenie dla kazdego inspektora, bo nie trzeba bylo szukac bledow; one same wyskakiwaly na kazdym kroku. :D Moje towarzyszki wiec debatowaly, co wpisac w oficjalny formularz, a co dodac po prostu do raportu. Przyznaly, ze normalnie na tym etapie, gdyby byly w pojedynke, pytalyby szefostwo czy moga przedluzyc inspekcje na kolejny tydzien i czy moga im przyslac kogos do pomocy. Tutaj nie wchodzilo to w gre, bo byla nas czworka, a poza tym kazda z nich miala juz konkretne plany po weekendzie. Siedzialy wiec prawie do 18, pozniej debata i rozmowy trwaly dalej na parkingu i w rezultacie do domu dojechalam o 19. :/ Nik byl juz na treningu, z ktorego pozniej (o dziwo) odebral go M. Mialam wrazenie, ze wrocilam do chalupy i zaraz trzeba sie bylo klasc spac. ;)
Wreszcie doczolgalam sie do piatku i ostatniego dni inspekcji. Normalnie juz sie tylko sprawdza czy ma wszystko co potrzeba i ewentualnie zgarnia jakies ostatnie, zapomniane dokumenty. Moje towarzyszki jednak nadal byly gleboko w trybie sprawdzania i dopytywania o kolejne papiery. Dopiero gdzies po poludniu zaczely solidnie sprawdzac czy mamy to, co potrzebujemy do udokumentowania uwagi. Moja kolezanka w teorii przewodniczyla inspekcji, wiec musiala ja wypisac, a tamte dwie pomagaly jej sformuowac to w logiczna calosc. Przy okazji zauwazyla, ze sporo zdjec wyszlo jej zamazanych lub jakims cudem przepadlo, wiec wyslala mnie na porobienie kilku(nastu) nowych. Nawet sie ucieszylam, ze zamiast siedziec na tylku, to moge pochodzic. ;) Dzien jednak mijal zdecydowanie za szybko, a my nadal bylysmy w czarnej doopie. Wreszcie przyszedl czas na sprawdzenie naszego formularza z uwaga i im dluzej czytalysmy, tym wiecej wychwytywalysmy literowek. :O Pozniej nameczylysmy sie z formularzem, bo wszystkie 4 musialysmy go podpisac (elektronicznie), a tu komus nie wczytywala sie karta, komus wyskoczyl jakis blad i wszystko trwalo i trwalo... Ostatecznie spotkanie z przedstawicielami firmy, oficjalnie konczace inspekcje, rozpoczelysmy o... 18. I nie uwierzycie, ale na sam koniec, kiedy juz kolezanka konczyla odczytywac dokument, znalazla kolejny blad! Tutaj zawinil program komputerowy, bo wczesniej ten blad poprawilysmy, ale przy kilkukrotnych probach podpisywania, system musial gdzies cofnac do poprzedniej wersji. Przez kilka minut trwala debata czy poprawiac w systemie, czy recznie. W koncu kolezanka stwierdzila, ze "szybko" poprawi w programie. Taaa, nic sie szybko nie zrobi, bo system opieszaly, a do tego ponowna "zabawa" z identyfikatorami. Przy okazji B. zauwazyla kolejny blad, ktory tez zostal poprawiony. A kiedy juz wszystko mialysmy, E., zerkajaca przez ramie kolezanki, dojrzala... nastepna literowke! Przerazilam sie, ze zaczniemy od nowa, ale tu juz wszystkie machnelysmy reka, a ludzie z firmy tez pewnie odetchneli. No ale wyszlam o... 19. Do domu dojechalam przed 20. Jak to Bi podsumowala, codziennie pozniej. Na szczescie to piatek, wiec az tak sie nie przejelam, wiedzialam bowiem ze przede mna weekendowy odpoczynek. :) Zalowalam tylko, bo wyminelam sie z Kokusiem, ktory pojechal do domku nad jeziorem kolegi. Myslalam, ze zdaze sie z nim pozegnac i jeszcze raz wyluszczyc mu zeby byl ostrozny, nie szalal i sluchal rodzicow kolegi. Swoja droga, to podziwiam tych ludzi, bo poza Nikiem, mialo przyjechac kolejnych dwoch chlopcow, a to tego maja przeciez troje wlasnych dzieci. Weekend z czworka nastolatkow oraz mlodsza dwojka? Ja tam podziekuje... :D
Do poczytania!















































