Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 3 lutego 2023

Szalony weekend, a po nim na szczescie spokojniejszy (choc nie leniwy!) tydzien

Weekend 28-29 stycznia byl jednym z najbardziej meczacych w ostatnim czasie. W niedziele wieczorem po prostu ledwie dawalam rade utrzymac otwarte oczy...

No to co takiego robilismy? ;)

Na poczatek, w sobote z rana, Nik mial mecz koszykowki. Wedlug wczesniejszych planow, mial go opuscic i zamiast tego Potworki mialy jechac do Polskiej szkoly. Jak to jednak bywa z planami, te sie czesto komplikuja. Okazalo sie, ze mamy zajecia na dwie kolejne soboty, wiec Mlodszy nie bedzie w stanie grac meczow. W poprzednia sobote byla ostatnia okazja do gry, wiec (z lekkimi wyrzutami sumienia) odpuscilam polska szkole i zabralam go na mecz. Ogolnie, z perspaktywy czasu stwierdzam, ze ta koszykowka to byl marny pomysl, bo na 8 mozliwych meczow, Nik gral w... trzech. No, slabiutko. Na przyszlosc musze pamietac, ze jesli za rok znow bedzie chcial grac w kosza, musze zapisac go na zajecia dodatkowe w szkole. Tam co prawda nie ma meczow, ale tutaj tez uczeszczal prawie wylacznie na treningi, wiec w sumie mala roznica. ;) Ewentualnie, jesli Mlodszy uprze sie, ze chce grac w oficjalnej druzynie, trzeba bedzie ponownie zawiesic druzyne plywacka. Tu jednak tez szkoda, bo zima to pora gdzie jest najwiecej zawodow, plus mistrzostwa... No nic, pozyjemy - zobaczymy... 

Mlodszy dorwal pilke :)
 

Tak czy owak, pojechalam z Kokusiem na mecz, ktory odbyl sie w sasiednim miasteczku, ale ze mieszkamy na obrzezach naszego, wiec mielismy calutkie 4 minuty drogi. :D Nik mial tez szczescie, bo dotychczas, kiedy byl na meczu, zawsze przegrywali. Tym razem w koncu wygrali. Nie jakos bardzo spektakularnie, bo 17:8, ale jednak. ;) Mlodszy jak zwykle gral nieco ostroznie, ale jak juz dorwal pilke, to pedzil z nia przez boisko, ze ciezko go dogonic. Niestety, potem z rozpedu nie trafial do kosza. :D

Po powrocie z meczu troche posiedzielismy, Mlodszy odpoczal, zjedlismy obiad, po czym stwierdzilam, ze moze w koncu wezme dzieciaki na... narty. Malzonek oczywiscie pukal sie w czolo, przekonujac, ze powinnam raczej poczekac na jakis weekend kiedy nic sie specjalnego nie dzieje i kiedy pogoda jest bardziej "narciarska". Przyznaje, ze mielismy 8 stopni na plusie (choc przy chlodnym wietrze), wiec do szusowania tak srednio, ale przy tegorocznej, beznadziejnej zimie, stwierdzilam, ze jak nie pada deszcz, to biore co jest. ;) A co do weekendu bez planow, to hahaha... nastapia, owszem, gdzies w czerwcu! Do tego momentu, jak nie jakies sporty, to zawsze jest tez Polska Szkola. ;) Tym razem mecz byl rano, wiec zostawalo nam cale popoludnie. A ze wybieralam sie z Potworkami na narty od miesiaca, to stwierdzilam, ze teraz albo nigdy. :) Malzonek oczywiscie spasowal, bo stwierdzil ze na tych naszych lokalnych stokach to on sie meczy zamiast odczuwac przyjemnosc, za to wyjatkowo chetnie pojechala Bi. Szok, bo ona od dwoch lat slyszec o nartach nie chciala. A tu taka zmiana. Co prawda najpierw zaczela wypytywac ile godzin tam spedzimy, czy bedziemy sobie robic jakies przerwy, itd. i juz myslalam, ze jednak zmieni zdanie, tym bardziej ze miala opcje zostania w domu z ojcem. A jednak zdecydowala sie jechac. Zapakowalam cala kupe sprzetu i pojechalismy.

Widzicie te brudna breje w tle? Warunki sa w tym roku gorzej niz tragiczne...
 

Dojechalismy troche pozno, bo zanim zaparkowalismy (a parking byl pelniutki, wiec nie brakowalo innych takich wariatow jak my), zanim przebralismy buty i kupilismy karnety, jezdzic zaczelismy dopiero o 14:08. Przy praktycznym braku naturalnego sniegu oraz takich a nie innych temperaturach, warunki byly oczywiscie... straszne. Sztuczny snieg to wlasciwie granulki lodu, a w dodatku bylismy pozno, wiec byl juz mocno rozjezdzony i utworzyly sie zaspy poprzeplatane polaciami lodu. Jezdzilo sie fatalnie, choc Potworkom nawet to jakos specjalnie nie przeszkadzalo. Nik zapierniczal jak wariat i nawet Bi pedzila jak kamikadze i stwierdzila, ze ona jednak lubi narty i musi wypytac w klasie kto jeszcze jezdzi. Ciekawe jak dlugo potrwa ten zapal? ;)

Bi jezdzi naprawde szybko i nie wiem jak ona to robi, bo po dwuletniej przerwie wrocila do pozycji "pizzy", czujac sie w niej jednak bezpieczniej
 

Przy ciezkich warunkach nie obylo sie oczywiscie bez gleby, choc i tak nie bylo zle. Nik wywalil sie raz i skonczyl glowa w dol stoku i niemal nakryty nartami. ;) Bi tez wpadla w zaspe i poleciala jak dluga. Myslalam, ze to bedzie koniec jazdy, ale tylko sie smiala. Zeby bylo jeszcze lepiej, wywalilam sie tez i ja. ;) Jedna narta wpadla mi w zaspe, druga zostala na lodzie i... na szczescie wpadlam w kupe sniegu. W sumie najbardziej "zmartwilo" mnie jak dam rade wstac. ;) Zawsze mam z tym problem i nieraz M. ratowal mnie, podajac mi kijek. Tym razem M. niebylo, dzieciaki juz oczywiscie gdzies w dole stoku, ale zaparlam sie kijkami i jakos dalam rade. Niestety, brak kondycji odezwal sie po dwoch godzinach i miesnie ud zaczely odmawiac mi posluszenstwa. Cale szczescie, ze dzieciaki jojczaly ze sa glodne, wiec z ulga poczlapalam do "schroniska". To jedna z niewielu zalet wypadow bez M. Moj maz ma, jak to mowia, weza w kieszeni i zawsze burczy, ze jak placimy za karnety na 4 godziny, to powinnismy jezdzic calutkie 4 godziny. Inaczej to marnotrawstwo kasy. A  jesli o jedzenie chodzi, to taniej jest przywiezc kanapki z domu. :D Z tym ostatnim w sumie sie zgadzam, bo za frytki, dwie porcje nuggetsow, hot-doga, dwie lemoniady, ciastko, jablko oraz kawe, zaplacilam ponad $40! :O I to za malutkie porcyjki! A dzieciaki, jak to dzieciaki, takie glodne byly, a podziubaly troche i stwierdzily, ze sie najadly. Nik w ogole zjadl tylko frytki i jednego nuggetsa i zaczal jeki, zeby wrocic na stok. Ja jednak chcialam dac nogom troche odpoczac, no i dopic w spokoju kawe, wiec Mlodszy stekal kolejne 15 minut, doprowadzajac mnie do bialej goraczki. :D No, ale dla nich takie wejscie do schroniska na krotka przerwe i przekaske, to czesc zabawy w czasie wypadu na narty i ja to dobrze rozumiem. A potem, zaraz przy pierwszym zjezdzie po przerwie, przydarzyl mi sie... wypadek. :O Nooo, w sumie to brzmi powazniej niz samo zdarzenie. ;) Otoz, przejezdzalam pod wyciagiem, kiedy na twarz spadla mi kupa sniegu! Pewnie zeslizgnal sie z czyichs nart. Jak pisalam wyzej, sztyczny snieg to granulki lodu, wiec jak mi gruchnelo, przez chwile myslalam, ze pekly mi szkla w okularach! Po chwili udalo mi sie je nieco przetrzec i na szczescie okazaly sie cale, ale oprawa sie lekko wygiela i siedziala mi na policzku. :/ Najgorsze bylo jednak to, ze snieg wpadl mi prosto w otwarte oko, ktore zaczelo lzawic, nie moglam go otworzyc, piekla mnie galka oczna oraz cala powieka, a do ogolnego podraznienia doszedl splywajacy tusz. :/ Potworki sie wystraszyly, bo myslaly, ze placze. ;) Puscilam ich samych na wyciag, a ja tymczasem probowalam zazegnac kryzys. Oko pieklo i lzawilo i zastanawialam sie jak ja do cholery dojade autem do domu?! Na szczescie mialam chusteczki higieniczne i udalo mi sie przetrzec okulary, a to nieszczesne oko pomalu przestawalo az tak szczypac. Juz do wieczora jednak mialam obraz lekko zamazany, wiec niezle cos tam zostalo podraznione... :/ No coz, mam nauczke za jazde bez gogli. A nie nosze ich, bo mam okulary, a wkladki ze szklami korekcyjnymi z gogli mam sprzed wielu lat i zwyczajnie slabo w nich widze. ;) Po jakims czasie jednak zaryzykowalam kolejny zjazd i na dzien dobry ponownie sie wywalilam na kopie sniegu, zachlapujac sobie swiezo wytarte okulary. :D Wtedy stwierdzilam, ze to chyba znak, zeby na ten dzien skonczyc. Bi tez zaczela juz wymiekac, ale Nik oczywiscie nie mial dosyc.

Nik zjezdza niemal na kreche, robiac tylko minimalne zakrety, byle szybciej ;)
 

A jak on jechal, to i siostra, zeby nie sterczec ze mna na dole stoku. ;) I w koncu jezdzili faktycznie prawie do uplyniecia naszych czterech godzin.

Wrocilismy do domu o 18:40, a po drodze przypomnialo mi sie, ze... w piekarniku mam biszkopt upieczony dzien wczesniej! Na niedziele zaplanowalismy bowiem spoznione przyjecie urodzinowe dla Kokusia! Zawsze zamawialam torta, ale wszystkie byly paskudne. Goscie malo co zjadali, a my zostawalismy z polowa przeslodzonego paskudztwa, z czego wiekszosc w koncu ladowala w koszu. ;) Tym razem stwierdzilam, ze sama zrobie tort. W koncu i ja i M. i nawet Bi, bardzo lubimy moje wypieki, wiec jak cos zostanie, to chetnie dokonczymy. Tyle, ze biszkopt upieklam z tego przepisu co zwykle, ale w prostokatnej formie, zamiast okraglej i wyrosl duzo slabiej niz zwykle. Po wylaczeniu piekarnika opadal w takim tempie, ze zostawilam go w srodku i... zapomnialam o nim! W sobote rano mecz z Kokusiem, potem narty i dobrze, ze przypomnialam sobie o biszkopcie po drodze, a nie np. o 22 wieczorem. I tak nie mialam wyjetego masla na krem, wiec musialam odczekac az zmieknie, potem wyrabianie kremu, przekladanie (tylko raz, bo wyszedl plaskawy placek ;P), dekoracja i... skonczylam o 24.

Tort w temacie... Roblox'a :D Mialam zagroske jak go przewiezc na impreze, wiec w koncu owinelam pazlotkiem (tak sie u mnie w rodzinie mowilo ;P) deske do krojenia, a calosc wsadzilam do plaskiego pudelka z Amazona. I tort jakos dotarl caly i zdrowy
 

A jeszcze musialam przygotowac torebeczki z upominkami dla mlodocianych gosci, ale to juz moja wina, bo zbieralam sie z tym od tygodnia i ciagle mi sie nie chcialo. ;) Na szczescie, poza Potworkami, zaproszonych bylo tylko 10 smarkaczy, wiec pol godzinki i uporalam sie i z tym.

Po sobotnich nartach, bolalo mnie doslownie wszystko. Serio, chyba sie starzeje, bo nie pamietam az taiej meczarni w poprzednich latach. Zwykle bola mnie miesnie ud, bo to one najwiecej pracuja. Tym razem bolaly mnie uda, owszem, ale tez brzuch, choc on pewnie tez pracuje przy utrzymaniu pozycji. Bolaly mnie jednak tez lydki, ktore przeciez siedza grzecznie w butach oraz barki i... ramiona. Skad? Jak? Nasza gorka jest na tyle mala, ze idzie caly czas w dol, nie ma plaskich przestrzeni, wiec nie musialam sie tez odpychac kijkami... W kazdym razie bylam obolala i padnieta po nartach, a jeszcze poszlam spac pozno, wiec odpuscilam sobie msze na 9:30. Wolalam sie porzadnie wyspac i to samo umozliwic Potworkom. Pojechalismy na 11, wiec mozna bylo spokojnie odespac, choc kiedy wstawalam tuz przed 9, Nik juz lezal w lozku i ogladal cos na tablecie. Bi za to zaczyna sie naprawde zamieniac w nastolatke. Do niedawna toczylam z nia wojne o budzik. Panna upierala sie, ze ona nie lubi spac, lubi miec dlugi dzien i woli wstawac wczeniej. I nastawiala budzik w tablecie. I w zasadzie - niech se nastawia, ale uparcie ustawiala godzine na wczesniejsza od mojego budzika. A potem spala snem kamiennym i zanim sie przebudzila i go wylaczyla, ja zwykle bylam juz obudzona i wsciekla. W dodatku panna nastawiala budzik tez w weekendy i dni wolne, co w ogole doprowadzalo mnie do furii. No zeby czlowiek sie wyspac nie mogl we wlasnym domu! ;) Fukalam na pannice, tlumaczylam, ze rosnie i rozwija sie, wiec powinna spac najdluzej jak sie da, a w wolne dni tyle, ile jej cialo potrzebuje, itd. W odpowiedzi slyszalam stala spiewke jak to ona lubi wczesnie wstac zeby miec dluzszy dzien... I tak to trwalo, az jakos do przerwy swiatecznej. Majac wiecej wolnego, Bi wylaczyla budzik i choc wrocili juz miesiac temu do szkoly, nadal go nie wlacza. I zaczela spac znacznie dluzej, bo do niedawna, nawet bez budzika, zrywala sie bladym switem. W niedziele, kiedy wstawalam, panna tez dopiero przecierala oczy w lozku. Ciekawe kiedy nastapi nastoletni przelom i bedzie wylegiwac sie w wyrku do poludnia? ;)

Tak czy siak, pojechalismy na msze o 11, wiec w domu bylismy dopiero o 12. To dalo nam tylko nieco ponad 2 godziny na posiedzenie, zjedzenie lunchu, itd., bo choc impreza byla na 15, jako organizatorzy mielismy przyjechac tam jakies 20 minut wczesniej. O imprezie bedzie za chwile, a poki co, mala dygresja. Pisalam juz nieraz jakiego ja mam pecha do rodzicow, ktorzy w nosie maja pilnowanie swoich dzieci? Tym razem moja irytacja zaczela sie juz kilka dni przed impreza. Mama jednego z zaproszonych rodzenstw napisala czy moze dzieciaki zostawic, czy wolalabym zeby zostala. Coz, doceniam, ze w ogole spytala, szczegolnie kiedy okazalo sie, ze wielu rodzicow nawet nie pyta. ;) Odpisalam, ze moze wypisac formularze zwalniajace miejsce imprezy z odpowiedzialnosci w razie wypadku i jesli chce moze zostawic dzieciaki, ale ja nie gwarantuje czy dam rade ich dobrze pilnowac, bo miejsce przyjecia jest ogromne. Odpisala, ze w takim razie zostanie i chwala jej za to. ;) Za to moja sasiadka, ktorej dziewczyny tez byly zaproszone, napisala tuz po poludniu, ze musi dokonczyc cos zwiazanego z praca i czy dalabym rade wziac dziewczyny z nami. I ze ona juz wyslala formularz zwalniajacy z odpowiedzialnosci internetowo. Zazgrzytalam zebami, ale akurat te panny znam i wiem ze sa bardzo dobrze wychowane, wiec odpisalam, ze ok. Tak na marginesie to impreza byla od 15 do 16:40, sasiadka napisala poczatkowo, ze dolaczy o 16, a przyjechala o... 16:30. Na sam koniec! :O Dodatkowo, tata najlepszego kolegi Kokusia przyjechal z mlodszym synem i spanikowalam, bo myslalam, ze bedzie chcial z malym zostac, a nie mialam dodatkowego prezenciku. Okazalo sie jednak, ze tylko odstawil kolege Mlodszego, spytal o ktorej trzeba go odebrac i pojechal. :O Zero zapytania, czy moze powinien zostac i pilnowac swojej latorosli... Tu jednak odczulam lekka ulge, ze nie bede musiala zostawic dzieciaka bez upominku, wiec nawet sie bardzo nie zirytowalam. ;) A skoro mowa o niespodziewanych gosciach, to kolejnym delikwentem byl inny kolega Kokusia. Mlodszy go zaprosil i chlopaczek powiedzial mu kilka dni pozniej w szkole, ze bedzie. Dni jednak mijaly, a ja nie dostalam odpowiedzi od jego rodzicow. Nik pytal w szkole kilka razy i chlopiec powtarzal, ze bedzie. Potem nagle powiedzial, ze jego tata zgubil zaproszenie. Tu juz uprzedzilam Nika, ze cokolwiek J. mowi, najprawdopodobniej jego rodzice nie maja zamiaru go przywozic, ale nie chca mu powiedziec. ;) Moje podejrzenia sprawdzily sie kilka dni przed impeza, kiedy J. powiedzial Kokusiowi, ze jego rodzice musza wyjechac na weekend i go nie bedzie, chyba ze uda mu sie przyjechac z innym kolega. Gdybym miala jakis kontakt z jego rodzicami, sama zaproponowalabym, ze go wezme, ale nie mialam, a zreszta podejrzewalam, ze to wszystko tylko wymowka. Tymczasem... w DZIEN IMPREZY rano, mama najlepszego kolegi Nika pisze do mnie czy nie jest za pozno zeby mogli przywiezc tez J., bo ich syn pyta czy moga go wziac. Nosz... Poniewaz mialam akurat jeszcze jedno oplacone miejsce, wiec odpisalam, ze ok, moze przyjechac. Jedyny problem to taki, ze nie mialam jak mu skompletowac upominku. Od kilku lat staram sie, zamiast kupy platikowych dupereli, dawac dzieciakom jakas wieksza zabawke, najlepiej w tematyce, ktora akurat ich interesuje. Tym razem dzieciaki dostawaly figurke - niespodzianke z Minecraft'a, dlugopisy tez w "minecraftowej" tematyce, mini elektroniczne gierki oraz balony z motywem z Minecraft'a. Wiekszosc z tego byla sprzedawana w wiekszej ilosci, wiec mialam zapas. Brakowalo mi jednak figurki, a to taka "niespodzianka", ktora trzeba bylo wydobyc z glutka. Poniewaz kazda kosztowala prawie $10, zamowilam ich tylko tyle, ile mialam potwierdzonych gosci. A, ze rodzice tego chlopaczka nie potwierdzili, wiec masz babo placek - zabraklo jednej niespodzianki... Najpierw stwierdzilam, ze trudno. Jak dzieciak dolacza na ostatnia chwile, to dostanie tylko te mniejsze drobiazgi. Troche mi bylo glupio, bo skoro chlopcy mieli jechac razem, to tamten zauwazylby, ze brakuje mu najlepszej czesci upominku... W koncu poszlam po rozum do glowy, ze w sumie corka mojej kolezanki jest na tyle mala, ze raczej Minecraft az tak jej jeszcze nie fascynuje (jesli w ogole go zna), wiec jej figurke - niespodzianke przelozylam do torebki tamtego chlopca. A dla malej na szczescie znalazlam kupe upominkow z ktorychs z poprzednich przyjec Potworkow - dlugopisy z jednorozcem, portfelik z jednorozcami, swiecace pierscionki, itd. Bardziej "dziewczynskie" drobiazgi, ktore mam nadzieje, spodobaly sie malej ksiezniczce bardziej niz figurka z Minecraft'a. ;) A na koniec, po tym "przyjade na impreze", "tata zgubil zaproszenie", "rodzice wyjechali, wiec nie mam z kim przyjechac", a w koncu pytaniu mamy innego kolegi czy moze przyjechac z nimi... chlopaczek przyjechal z... wlasnym tata! :O Rece opadaja z tymi ludzmi, mowie Wam!

Urodziny odbyly sie na trampolinach, wiec mlodziez wyszalala sie za wszystkie czasy.

Nik z rozwianym wlosem i rozowych skarpetkach :D
 

Poniewaz Nik mial problem z wyborem kolegow do zaproszenia i w koncu zaprosil tylko dwoch, wiec byly to glownie dzieciaki naszych znajomych oraz jedno rodzenstwo, ktore Potworki znaja z pilki noznej i z ktorym sie ostatnio bardzo zaprzyjaznili. Gromada rozdzielila sie wiec na grupe dziewczyn i grupe chlopakow. ;)

Skacze Bi, a za nia dwie kolezanki
 

Mnie to odpowiadalo, bo oboje moich dzieci mialo towarzystwo, tylko Nik potem cos burczal, ze to jego urodziny, wiec dlaczego Bi miala kolezanki. :D

Banda (starszych) dziewczyn
 

No ale sorry batory, dostal pozwolenie na zaproszenie trzech kolegow ze szkoly, a koniec koncow z wielkim trudem wybral dwoch... Tak czy owak, wiekszosc dzieciarni bawila sie wysmienicie. Niestety jednym z wyjatkow byly dzieciaki mojej kolezanki oraz cora drugiej. U jednej syn ma lekki autyzm, wiec biedak zawsze odstaje, gdziekolwiek by sie nie znalazl. A jej corka, coz byla jedna z najmlodszych dziewczynek i choc ma juz 7 lat, to jest tak drobna, ze choc nastepna wiekiem miala 9, wiec wcale nie duzo wiecej, to jakos nie zgrala sie ze starsza grupa, a przyjecie bylo zbyt krotkie i chaotyczne zebym zdazyla interweniowac. Owa panna uparcie probowala nawiazac kontakt z corka mojej innej kolezanki, ale tamta mala, choc okazalo sie, ze sa rowne wzrostem, ma dopiero 4 lata i poza tym jest... "dziwna". No, nie wiem jak inaczej okreslic to dziecko, ale nie rozwija sie ono (wedlug mnie) do konca jak powinno, choc nie powiem tego kumpeli. ;)

Banda chlopakow (poza autystycznym synem kumpeli, ktory gdzies sie schowal), do ktorych przysiadly sie dwie najmlodsze imprezowiczki. Uwierzycie, patrzac na nie, ze jedna ma lat 7, a druga 4.5?!
 

W kazdym razie, zamiast bawic sie z chetna "kolezanka", ta mala chowala sie za matke lub ganiala jak wsciekla za chlopakami. Musze przyznac, ze z jakiegos powodu upodobala sobie Kokusia, choc on, zajety kolegami, nie bardzo cieszyl sie na lazacy za nim "ogonek". :D Takze, jak widzicie, dynamika imprezy byla dosc ciekawa i szkoda, ze mialam za malo mozliwosci zeby poobserwowac dzieciaki, bo zwykle lubie przygladac sie takim interakcjom, szczegolnie, ze wszyscy, poza najmlodsza, byli w zblizonym wieku, od 7 do 11 lat. Mlodziez poskakala do oporu (ostatnio Nik wrocil do domu z bolacym kolanem, tym razem kustykal, bo wywichnal sobie kostke :O), potem przeszli do salki na pizze oraz tort, odspiewali Happy Birthday, po czym ruszyli ponownie na trampoliny, z ktorych juz zgarneli ich rodzice.

Mlodszy zdmuchuje swieczki po raz trzeci w tym roku! :D
 

Potworki (oraz sasiadki) w sumie ganialy najdluzej, bo nie dosc, ze pilnowalam zeby kazdy dostal torebeczke z upominkami, pogadalam chwile z sasiadka bo tak pozno dojechala, a na koniec musialam jeszcze uregulowac rachunek. ;) Po cichutku mysle sobie, ze ogarnelam, przezylam i mam nadzieje, ze od kolejnych urodzin Potworki beda juz na tyle duze, ze nie beda nalegaly na duze przyjecia, a ja chetnie gdzies zabiore ich osobno z grupka 2-3 kolegow/kolezanek. ;)

Po takim weekendzie czulam, ze potrzebowalabym jeszcze z dwoch dni zeby do siebie dojsc. Szkoda, ze to niemozliwe. ;) W poniedzialek rano pobudka byla brutalna. Nie dosc, ze nadal bylam cala obolala (serio nie pamietam kiedy narty az tak daly mi w kosc), to jeszcze tak naprawde nadal nie doszlam do siebie po tamtym grypowym "czyms". Caly poprzedni tydzien nadal lekko ciagalam nosem i odchrzakiwalam, a po nartach pojawil sie suchy kaszel, zas nos sie zapchal na amen. Ile mozna dochodzic do siebie?! Starzeje sie, naprawde... Odstawilam Potworki na autobus, a sama zabralam sie za skladanie jednego wysuszonego prania i wstawianie kolejnego. Niestety, skoro w weekend bylam zbyt zajeta zeby odhaczyc zwykle weekendowe obowiazki, to teraz mialam je pomalu i mozolnie zaliczac w srodku tygodnia, czego nie znosze. Pozniej pojechalam do pracy, gdzie na szczescie bylo w miare spokojnie. Do domu wlasciwie weszlam na tyle, zeby zdjac kurtke i buty, wszamac w pospiechu obiad i czas bylo jechac z Bi na akrobatyke. Panna poszla cwiczyc, a ja, dla zabicia czasu pomaszerowalam do UPS'u oddac zamowienie, a pozniej (to juz zwyczajnie dla zabicia czasu) do supermarketu, pochodzic miedzy alejkami. Posiedzialam jeszcze troche w aucie, po czym poszlam do poczekalni akrobatyki, popatrzec chociaz na telewizorze, co dziewczyny porabiaja.

Zdjecie telewizora, wiec jakosc fatalna. Bi zaznaczylam Wam strzalka, choc akurat dziewczyny i tak staly luzem, dyskutujac nad ukladem tanecznym na wiosenny wystep
 

Ledwie dojechalysmy z Bi do domu, a chlopaki wychodzily na basen. Niestety, zamiast sie zrelaksowac, musialam ogarnac zmywarke, poskladac kolejne pranie i zmienic dzieciakom posciel. Kolejna rzecz, ktorej nie zrobilam w weekend. :/

Wtorek niespodziewanie przywital nas lekkim proszeniem sniegu. Nie mam nawet zdjecia, bo wygladalo to jakby swiat posypany zostal lekko cukrem pudrem. Po poludniu wyszlo slonce i migiem wszystko stopnialo, mimo, ze jak na ostatnie czasy, bylo chlodno - "tylko" +3 stopnie. :D Wtorki to nadal dni bez zajec dodatkowych, co nie znaczy, ze sie nudzilam. Wrecz przeciwnie. Po obiedzie trzeba bylo pomoc Bi w matematyce. Kiedy skonczylysmy to, przyszla pora na lekcje do Polskiej Szkoly. Najlepszy jest moj malzonek, ktory spytal zdziwiony (jakbym nie odrabiala z dzieciakami lekcji co tydzien) po co juz dzis to robimy, skoro dopiero wtorek. Pokazuje to, jak bardzo ojciec jest zaangazowany w sprawy dzieci, skoro nie pamieta, ze w poniedzialki oraz czwartki Nik ma plywanie, a sroda to, z pilka i biblioteka Bi oraz koszykowka Kokusia, to dzien, kiedy nie ma mnie wlasciwie w domu. Do odrobienia zadan do Polskiej Szkoly zostaja wtorki oraz piatki, a zadawane maja sporo, szczegolnie Nik. Poza kilkoma pisemnymi zadaniami, zawsze jest czytanka, a do tego, tym razem, Nik mial slowa na dyktando, a Bi wiersz do nauczenia sie na pamiec. Zeby to wszystko ogarnac w jeden wieczor, musialabym siedziec z Potworkami grubo w noc. W ogole to uwazam, ze nauczycielki z tej szkoly maja mocno wygorowane oczekiwania. W koncu ten jezyk polski to sprawa dodatkowa. Nikt nie oczekuje od dzieciakow urodzonych i wychowanych za granica, ze beda sie nim poslugiwac na poziomie rownym dziecim z Polski... Tymczasem pani Nika pisze w mailach, ze trzeba codziennie przynajmniej 15 minut poswiecic na jezyk polski. Taaaa... bo miedzy dzienna szkola, praca, domem oraz zajeciami dodatkowymi, ktos ma jeszcze czas sleczec nad polskim... Wiem, ze sa rodziny, gdzie prace domowa do Polskiej Szkoly dzieci odrabiaja juz w niedziele, bo w tygodniu nie maja na to ani jednego dnia. To tak jak nauczyciele gry na instrumentach, ktorzy rowniez przypominaja i dzieciakom i wysylaja tuziny maili rodzicom, ze dzieci powinny cwiczyc gre codziennie. Latwo powiedziec. Wiem, ze praktyka czyni mistrza i tak dalej, ale nie ma na to zwyczajnie czasu. Zreszta wiem, ze dlatego np. moja sasiadka zapisala corki na prywatne lekcje. Wiedziala bowiem, ze tylko w ten sposob wymusi cwiczenie gry choc raz w tygodniu. A co do instrumentow, to jak juz Potworki wymeczyly jezyk polski, to zagonilam ich wlasnie do instrumentow. Tym razem jednak nie siedzialam i nie sluchalam, tylko poszlam sie wykapac. I musialam zawrocic panicza Nika, ktory potrabil w trabke, po czym zadowolony czlapal juz na dol, kiedy zawrocilam go, przypominajac, ze ma jeszcze jeden instrument. Hrabia cos tam fuknal, ze on juz dobrze gra na skrzypcach. Wrtuoz sie znalazl... ;) Szczegolnie, ze zalil sie ostatnio, ze nauczyciel chce zeby uczyli sie plynniej odczytywac nuty i przestal dawac im sciagawki, gdzie zaznaczone bylo nad kazda nutka iloma palcami musza przycisnac strune. Dla nieuswiadomionych, skrzypce to skomplikowany istrument, bo strun ma tylko 4, ale za to kazda wydaje inny dzwiek w zaleznosci od tego, czy przytrzymuje sie ja jednym, dwoma, czy trzema palcami. Dotychczas nauczyciel zaznaczal ilosc palcow, a dzieciaki musialy tylko rozpoznac strune. Teraz jednak sie skonczylo. Nik z jednej strony marudzi, ze tak ciezko, ale z drugiej, kiedy gonie do cwiczen, stwierdza, ze on przeciez tak dobrze gra... ;) A w miedzyczasie znow kolejne pranie (Martus, to nie tylko Ty ciagle pierzesz! :D), szykowanie ubran i sniadaniowek na nastepny dzien, zmywarka (kolejny niekonczacy sie temat...) oraz zmiana poscieli tym razem u mnie i M. I przysiadlam na tylku dopiero poznym wieczorem, zeby kontynuowac klepanie posta... ;)

W srode rano, na przywitanie lutego, temperatura wyniosla -6 stopni, choc w dzien podniosla sie do +1. Oczywiscie Bi oprotestowala bluze, ktora dalam jej na koszulke, a po wyjsciu z domu stwierdzila, ze "wcale nie jest tak zle". Coz, przynajmniej Nik zadowolony byl z przygotowanych ubran i nawet zalozyl na glowe kaptur. Moje dzieciaki w tym roku zrezygnowaly kompletnie z czapek. :/ W pracy nadal spokojnie, bo poki co mamy przerwe w kolejnych pacjentach, wiec probujemy pozamykac wszystkie zalegle sprawy i projekty. Tym razem nie bylo zadnych zawirowan pogodowych, wiec wrocila normalna, szalona sroda. Z roboty musialam wyjsc juz o 15 i pedzic prosto do szkoly zeby odebrac Bi. Z tamtad pod hale sportowa na pol godziny kwitniecia. W koncu panna poleciala kopac pilke, a ja troche posiedzialam z nosem w telefonie, troche pochodzilam w kolko hali i jakos godzina zleciala.

Starsza przy pilce
 

Zapakowalam dziewczyny i pojechalysmy do biblioteki. Panny poszly robic na drutach, a ja pojechalam do chalupy. Nie mialam duzo czasu, ale przelozylam pranie do suszarki (Tak; nadal nie moge wygrzebac sie z poweekendowych, pralniczych zaleglosci ;P), zjadlam obiad, zaparzylam kawe, z ktorej zdazylam upic moze 3 lyki i musialam jechac po Starsza. Przypominalam wczesniej pannie ze kiedy po nia przyjade musi natychmiast wyjsc, bo sie spiesze, ale oczywiscie uslyszalam, ze "juz, juz ide, chwila, jeszcze tylko ostatni rzad", itd. Udusze ja kiedys! Odstawilam pannice do domu, po czym zapakowalam syna i pojechalismy na trening koszykowki. Juz przedostatni, na szczescie. Srody sie nieco uspokoja...

Mlodszy dobiega do kosza
 

Podczas kiedy Nik kozlowal pilke, ja pokrecilam sie troche wokol szkoly, ale na noc znow robilo sie niemozliwie zimno, wiec dosc szybko wsiadlam do samochodu i juz tam zostalam. Popatrzylam w telefon, zadzwonilam do taty i godzina zleciala. Po powrocie do domu szybka kolacja, szykowanie ubran oraz sniadaniowek na kolejny dzien i juz trzeba bylo zagonic Potworki do lozek. Malzonek poszedl z wlasnej woli. :D

Czwartek zaczal sie mroznie, bo od -8 stopni. Az ucieszylam sie, ze jak zwykle wiozlam Potworki do szkoly. Dzieki temu wyszlam z cieplej chalupy do garazu, ktory tez zawsze utrzymuje troche wyzsza temperature niz powietrze na zewnatrz, odstawilam dzieciaki pod szkole, zajechalam do pracy i dopiero na parkingu musialam zmierzyc sie z "Arktyka". :D W dzien jednak temperatura podniosla sie "az" do +3 stopni, choc przy mroznym wietrze odczuwalna byla nizsza. Tego dnia Nik mial trening na basenie, ale jak to ostatnio mamy w zwyczaju, pojechal z ojcem. Tym razem bylo mi to na reke jeszcze bardziej niz zwykle, bo mialam znow pranie do poskladania, wstawienie nastepnego (i przelozenie go pozniej do suszarki), rozladowanie i zaladowanie zmywarki (bo przeciez poza mna nikt nawet nie pomysli :/), nie mowiac juz o przygotowaniach na kolejny dzien. Dzieki temu ze zostalam w domu, udalo mi sie to wszystko ogarnac i nawet na chwile usiasc spokojnie z kawa. ;) Co prawda Mlodszy cos tam smeci, ze "kiedy mama pojedzie z nim na basen?", wiec bede musiala ktoregos dnia chociaz podjechac na chwile i popatrzec. Nik to jest dziecko, ktore lubi jak ktos na niego patrzy, a wie, ze ojciec, zajety "pakowaniem", najwyzej zerknie gdzies tam przypadkiem. Matka siedzi i pilnie obserwuje. :D

W piatek Arktyki ciag dalszy. Temperatura spadla ponownie do -9 stopni, co przy porywistym wietrze, dalo odczuwalna (jesli wierzyc mojemu srajfonowi)... -18! :O Mielismy z Potworkami tez chwile stresu i biegu, bowiem zeszlam na dol w porze kiedy trzeba wychodzic z domu i slysze za oknem autobus. Zerkam - Potworkow! No to wrzucamy najwyzszy bieg i pedzimy zeby zlapac go kiedy bedzie wyjezdzal z naszego osiedla (jak dobrze, ze jest z niego tylko jeden wyjazd!). Wybieglismy, jakims cudem udalo nam sie dotrzec na przystanek przed nim i... okazalo sie, ze to byl jednak autobus z podstawowki!!! :D Skad taka pomylka? Otoz, autobus rozwozacy dzieciaki ze szkoly podstawowej jest starszego typu i ma z przodu wystajacy jakby "nos" na silnik. Autobus Potworkow jest nowszy i ma przod splaszczony. I jak na zlosc, akurat tego dnia kierowca z podstawowki dostal autobus zastepczy, taki wlasnie ze splaszczonym "nosem"! :/ A my bieglismy malo nog nie gubiac po drodze! Potem zas musielismy czekac na wlasciwy autobus przy tych niemozliwych temperaturach. Przy okazji pokaze Wam roznice miedzy Potworkami. Przypominam, ze mamy -9 stopni, odczuwalne jako -18:

Patrzac na Bi mozna pomyslec, ze jest wiosna ;)
 

Ja stalam z kapturem na glowie, odwrocona tylem do wiatru. Nik jakby mogl, schowalby sie w kurtke razem z glowa. A Bi? Stoi bez kaptura i jeszcze rozpieta! :O Na moje upomnienia tylko wzrusza ramionami, ze jej cieplo! :O I musze niestety przyznac, ze nie mam argumentu, bo panna w tym roku choruje duzo mniej niz brat, a jak juz cos zlapie, to przechodzi jej po 2-3 dniach. Nie moge wiec nawet postraszyc, ze bedzie chora. To znaczy, strasze i tak, ale coz, skoro Bi tylko prycha, ze "zawsze tak mowisz, a ja i tak nie choruje". Nooo... to sobie postraszylam. :D Autobus (tym razem wlasciwy :D) na szczescie podjechal dosc szybko. Potwory pojechaly, a ja podjelam sie zwiezienia kublow na smieci z chodnika za garaz. Sprowadzilam je na dol podjazdu, ale ze nie mialam rekawiczek, musialam przerwac i pochuchac w rece bo zwyczajnie, przez te kilkanascie sekund, przestalam czuc palce. :O Pies "tanczyl" naokolo mnie, nie zwazajac zupelnie na mroz, wiec rzucilam jej pileczke doslownie trzy razy i ucieklam do cieplej chalupy. To bylby idealny dzien na prace z domu, ale niestety nie mialam ze soba laptoka, wiec grzecznie pojechalam do biura. Po robocie niestety czekaly mnie zakupy spozywcze, a tymczasem temperatura caly czas spadala. Kiedy pod wieczor dojechalam do domu, bylo juz -13, odczuwalne jako -20. :O Cale szczescie, ze malzonek wpadl na pomysl zeby rozpalic w kominku!

Nie ma jak wygrzac dupke :D
 

Szkoda tylko, ze nie moglam sie nim az tak nacieszyc, bowiem musialam dokonczyc z Potworkami przygotowanie do Polskiej Szkoly. Pisemne zadania odrobilismy we wtorek, ale zostala jeszcze czytanka z Kokusiem, a z Bi nauczenie sie odpowiedzi na pytania do czytanki. Jakby tego bylo malo, to jeszcze Nik mial wyrazy do nauczenia na dyktando, a Starsza wierszyk do nauczenia sie na pamiec. Zostawilam go na piatek, bo mial tylko 4 linijki, wiec stwierdzilam, ze czlowiek kilka razy powtorzy i zapamieta. Niestety, nie pomyslalam, ze mial on kilka trudniejszych wyrazow, ktore mylily Bi, a ze panna zle znosi porazke, wiec wsciekala sie i wtedy juz wszystko zaczelo jej sie mylic. :D

I tak zlecialy ostatnie dni stycznia i pierwsze lutego. Dwa tygodnie temu chorowalismy po kolei Nik, ja oraz Bi, wiec z musu trzeba bylo odpuscic wiekszosc zajec. W zeszlym tygodniu dwa razy lekkie opady sniegu zaowocowaly poodwolywaniem czesci sportow. Miniony tydzien to byl juz jednak powrot do normalnego, zwariowanego grafiku i szalonego tempa. Nie moge sie doczekac konca koszykowki, bo chyba najbardziej daja mi w kosc te srody, kiedy praktycznie nie ma mnie w domu. :)

Do poczytania!

piątek, 27 stycznia 2023

Tydzien, gdzie zima sie z nami drazni, po czym gra nam na nosie ;)

Przychodze z cotygodniowym raportem. :D

W sobote, 21 stycznia, Potworki nie pojechaly do Polskiej Szkoly, bowiem Nik mial na ten dzien wyznaczone kolejne zawody plywackie. Zreszta, dzien wczesniej musialam odebrac chora Bi ze szkoly, wiec tak czy owak by nie jechali. Malzonek, ktory musi miec 4 dni w miesiacu wolne, a poki co mial tylko 2, stwierdzil, ze zostanie w domu. I cale szczescie, bo przy niewiadomym zdrowiu Starszej, nawet gdybym chciala, wolalabym nie brac jej na zawody. Tym razem na szczescie nie musielismy jechac az tak daleko jak ostatnio, ale mimo wszystko mielismy okolo pol godziny drogi i bylam wdzieczna, ze zawody zaczynaly sie troche pozniej - przyjazd byl na 8:45. Mimo wszystko wstac musielismy praktycznie tak samo jak do szkoly. Oj, nie bylo latwo. ;) Kiedy budzilam syna, ten fuknal mi niezadowolony, ze "przeciez jest weekend!". Zapomnial biedak przez noc, ze ma zawody. ;) Wyszykowac sie bylo ciezko i zamiast wyjechac planowo o 8:15, z garazu wyjezdzalam o... 8:27. :O W trasie troche nadrobilam, ale mimo wszystko przyjechalismy lekko spoznieni. Okazalo sie jednak, ze sporo dzieciakow dojechalo jeszcze pozniej i to znacznie. Znow wyladowalam mierzac czas, z czego bylam bardzo niezadowolona, bo na spotkaniu dla "czasomierzy" (zawsze je robia zeby przypomniec zasady oraz sprawdzic czy stopery dzialaja prawidlowo) zaznaczyli, ze pod zadnym pozorem nie wolno nagrywac dzieci z poziomu basenu. Cytowali zarzadzenia ogolnostanowe, ochrone prywatnosci, itd., ale co ciekawe, z widowni juz mozna bylo nagrywac bez problemu. I niewazne, ze nagrywajac przy basenie, stoje tak blisko, ze ujme najwyzej dwoje innych dzieciakow, a z trybun praktycznie wszystkie krecace sie naokolo. Czy tylko ja widze tu bezsens? W kazdym razie, wolalam nie ryzykowac, bo tamta druzyna miala bardzo skrupulatna kobiete nadzorujaca cale zawody. Pechowo, ale o tym za chwile. Poniewaz trafilam do linii #6, w ktorej najczesciej bylo pusto, na czas wyscigow Nika prosilam zeby czas chwile pomierzyl ktos z zastepczych "czasomierzy" (:D), po czym bieglam na trybuny zeby nagrac Mlodszego. ;)

Perfekcyjny kraul :)
 

Tym razem dojechalo trzech innych chlopcow z jego grupy wiekowej (w ogole bylo znacznie wiecej dzieci niz ostatnio), wiec plynal dwie sztafety. W pierwszej - stylami mieszanymi, Mlodszy plynal zabka i zajeli drugie miejsce. W drugiej sztafecie wszyscy plyneli kraulem i nasza druzyna wygrala, ale... no wlasnie. Jeden z chlopcow byl swiezynka w zawodach i kiedy przyszla jego kolej, wskoczyl do wody zanim poprzedni zawodnik dotknal scianki. Poniewaz tutaj zasady byly baaardzo skrupulatnie sprawdzane, moga dostac dyskwalifikacje. Indywidualnie Nik plynal na 100m kraulem oraz na 25m motylkiem. W pierwszym szli z innym chlopcem leb w leb, dwoch innych zostawiajac daleko w tyle. Walczyl do konca i przegral doslownie o ulamki sekundy! :D

Tu widac, ze chlopiec, ktory wygral, juz sie bardziej wynurzyl, a Nik dopiero wystawia z basenu glowe. Za to dwoch innych chlopcow, ktorzy rowniez brali udzial w wyscigu, nawet jeszcze nie doplywa w poblize scianki ;)
 

Potem zwierzyl sie, ze bylo mu strasznie zimno i przy trzeciej dlugosci basenu zeby mu szczekaly. Nie dziwie sie, bo woda byla dla mnie wrecz lodowata. Do tego, podejrzewam, ze Mlodszy mogl jeszcze nie do konca odzyskac sily po chorobie, wiec tez szybciej sie zmeczyl... Najwieksza jednak porazka okazal sie drugi wyscig. Kiedy Nik wskoczyl do wody, przez chwile wydawalo sie, ze bedzie trzeci, bo dwaj inni oddali lepsze skoki i znalezli sie przed nim. Mlodszy jednak sie spial i mimo, ze byla to tylko jedna dlugosc basenu, wyprzedzil obu i... wygral! Zapytacie sie wiec, skad ta "porazka"? Otoz, dopiero przegladajac w domu filmiki, zauwazylam, ze Nik, pewnie z pospiechu i przejecia, zakonczyl wyscig dotykajac scianki jedna reka! Zasady niestety sa jasne: przy zabce i motylku, nalezy dotknac scianki obiema rekoma jednoczesnie. I na filmiku widac wyraznie, ze nadzorujaca kobieta stala akurat nad linia Nika i kiedy doplynal, podniosla reke dajac znac stolikowi, gdzie zapisywali wyniki. Na bank bylo to sygnalem do dyskwalifikacji. Zla jestem, bo to byla taka piekna wygrana i tak ja Mlodszy zmarnowal!

Tu widac wlasnie koniec wyscigu i wyrazne dotkniecie scianki przez Kokusia jedna reka. Coz, bywa i tak...
 

Ale coz, takie zycie, a czasem trzeba popelnic blad zeby sie czegos nauczyc...

Na mecz koszykowki Mlodszy nie pojechal. Zdazylby, ale jeczal, ze jest zmeczony po wyscigach. Tak naprawde, to w ciagu 4 godzin zawodow, Nik plynal tylko cztery razy, musze jednak przyznac, ze i mnie rypala lepetyna. Niestety, wczesna pobudka, a potem jazda i kwitniecie w obcym miejscu poza domem, robi swoje. Mnie tez srednio chcialo sie ruszac i w zasadzie z ulga zostalam w chalupie. Tego dnia stalo sie jasne, ze panna Bi przeszla wirusa najlagodniej z nas (nie liczac M., ktory w ogole go nie zlapal). Jeden dzien lekkiej goraczki, dwa dni zapchanego nosa i tyle. A ja meczylam sie dalej cholera. :D Moj tato strzelil mi wyklad, ze to na pewno dlatego, ze laze zamiast sie wygrzewac w domu, ale kurcze! Przeciez ja caly poprzedni tydzien praktycznie calutki przesiedzialam w chalupie! Nie licze zawozenia Potworkow do szkoly, bo nawet nie wysiadalam z auta, a wyjezdzalam z wlasnego garazu. Poza tym zabralam Bi na pilke w srode, tego samego dnia pojechalam na koncert Nika, a potem w piatek na zakupy. Pilke, przyznaje, moglam odpuscic. Koncert jednak, w zyciu, bo byl to pierwszy w karierze Mlodszego! A zakupy w piatek, no coz, przeciez musimy jesc...

W niedziele pospalismy duzo dluzej, bo stwierdzilam, ze ten jeden dzien w tygodniu dobrze jest odespac ile sie da. To znaczy ja i Potworki, bo M. pojechal do roboty. Ja za to zabralam dzieciaki na najpozniejsza msze u nas, potem po kawe i do domu. Znow zastanawialam sie nad nartami, ale ciagle jeszcze chrzakalam i od czasu do czasu musialam sie wysmarkac, stwierdzilam wiec, ze nie ma co kusic losu. Reszte dnia zostalismy w domu. Wpadl oczywiscie moj tata, ktory nadal nie radzi sobie samodzielnie z bezrobociem. Poza tym to takie zwykle lenistwo, a pod wieczor przystrzyzenie Kokusia bo juz strasznie zarosl, kapiele i przygotowywanie na kolejny dzien. 

Na poniedzialek zapowiadali lekkie opady sniegu, ale ze system mial przejsc wedlug tegorocznego schematu, czyli ze sniegu z deszczem w deszcz, nikt sie prognozami szczegolnie nie przejal. Dlatego zaskoczona bylam kiedy nad ranem obudzil mnie sms z departamentu edukacji, informujacy, ze tego dnia dzieci skoncza lekcje wczesniej, "z powodu zlych warunkow pogodowych". W dodatku lekcje mieli skonczyc o nietypowej porze. Zwykle kiedy maja skrocone zajecia, koncza o 13:15. Tym razem konczyli o 12:45. Potworki, jak to w poniedzialek, zle na caly swiat, ale na wiesc o krotszych lekcjach natychmiast odzyskaly humory... :D Deszcz zaczal padac juz w niedziele wieczor, ale kiedy w poniedzialek rano stalam z dzieciakami na przystanku, tylko leciutko kropilo. Tego dnia znow mielismy zbior komoreczek dla pacjenta, wiec jak zwykle planowalam pojechac do pracy pozniej. W miare jak uplywal ranek, deszcz coraz bardziej mieszal sie ze sniegiem i w koncu faktycznie zaczely padac takie wielkie, mokre i ciezkie platki. Trawniki dosc szybko pokryly sie warstewka sniegu, ale drogi wydawaly sie ok.

Tak mniej wiecej to wygladalo w porze, kiedy dzieciaki wracaly do domu
 

Potworki dojechaly o 13:30, dostaly po misce rosolu, po czym zostawilam ich i popedzilam do roboty, przykazujac wczesniej zeby nie wychodzili, nie otwierali nikomu drzwi, a w razie klopotow, polecieli do sasiadow. Po wyjezdzie z domu okazalo sie, ze warunki na drogach sa rozne w roznych punktach. Na naszym osiedlu, gdzie byl niewielki ruch, drogi wydawaly sie ok. Za to kiedy dojechalam do centrum miasteczka i w ruchliwe poblize mojej pracy, byly w duzo gorszym stanie, choc niby powinny byc bardziej rozjezdzone... Caly dzien w pracy patrzylismy nerwowo za okno. Snieg mial przestac padac okolo 16, tymczasem przestal dopiero gdzies o 18:30. W dodatku temperatura, ktora caly dzien byla lekko plusowa, zaczela spadac. Na szczescie uwinelismy sie w miare sprawnie, a szef milosciwie podpisal certyfikat niemal od razu po otrzymaniu, wiec tuz przed 20 wyszlam. Szkoda tylko, ze snieg na przedniej szybie zdazyl zamarznac, wiec musialam wlaczyc nawiew i czekac. Skrobaczke mam... gdzies, tyle ze nie w aucie. :D W tym roku jeszcze jej nie potrzebowalam, wiec wala sie gdzies w garazu czy innej piwnicy. ;) W domu okazalo sie, ze Potworki nawet samodzielnie odrobily lekcje, no swieto narodowe! Pozostalo mi wiec juz tylko przygotowac ciuchy oraz sniadaniowki na kolejny dzien i mozna bylo zagonic potomstwo do lozek.

We wtorek w koncu wyszlo dawno niewidziane, piekne slonce. Temperatura wyniosla 4 stopnie na plusie, w sloncu pewnie jeszcze cieplej, wiec ta warstewka sniegu, ktora spadla dzien wczesniej, topniala w ekspresowym tempie. W pracy spokoj, a meeting krociutki, wiec nie bylo(by) o co narzekac, gdyby nie zlosliwosc rzeczy martwych. Najpierw zbiesil sie ekspres do kawy. A bez kawy, to wiecie... ;) Migaja wszystkie swiatelka, ale nic nie dziala. Na szczescie to juz znam, bo ekspres tak robi, kiedy poziom wody zejdzie poza jakis krytyczny poziom. Zdarza sie od czasu do czasu. Trzeba wylaczyc go z pradu (guzik wlaczenia nie dziala wtedy) i wlaczyc z powrotem. No i dolac wody oczywiscie. Jednym utrapieniem jest, ze po takim resecie, ekspres pobiera dluuugo dotatkowa wode, a nastepnie wieki zajmuje zeby te wode zagrzac. A czlowiek czeka i nogami przytupuje, bo marzy o kofeinie. ;) Jak juz uporalam sie z ekspresem, zbuntowal sie skaner. Dzien wczesniej zeskanowalam certyfikat bez przeszkod. A we wtorek uparcie wyskakuje komunikat, ze nie ma polaczenia z urzadzeniem. Co ciekawe, kiedy klikam na guzik "skanuj", skaner rusza i brzeczy, wiec jednak moj komputer polaczenie ma, ale zamiast pokazac zeskanowana strone, znow pojawia sie okienko informujace o braku polaczenia. Resetuje skaner. Nic. Resetuje mojego laptoka. Nic. Juz stwierdzam, ze trudno, kolejnego dnia bede musiala pokazac problem szefowi, ale dla pewnosci jeszcze wylaczam skaner z pradu. Po ponownym podlaczeniu, cud! Dziala! Wnioski, moj Panstwo?! Jak cos nie dziala, trzeba wylaczyc to na chwile z pradu. Tudziez potraktowac mlotkiem. :D Po pracy do domu i na szczescie nigdzie dalej. Wtorki to nadal nasze dni wolne. Za to przymusilam Potworki do odrobienia pracy domowej z Polskiej Szkoly. Nikowi sie upieklo, bo jego nauczycielka naprawde duzo zadaje, ale Potworkow nie bylo ostatnio w szkole, zas praca zostala zadana glownie na osobnych kartkach rozdanych przez pania. Mlodszy mial wiec tylko trzy strony w cwiczeniach i to w sumie latwe. Cwiczyc grania nie musial, bo swiezo po koncercie, nie zaczeli uczyc sie niczego nowego. Bi mogla pograc na skrzypcach, ale po jezyku polskim tyle czasu zajela jej matematyka, ze odpuscilam, bo sama chcialam juz troche odsapnac. ;)

W srode prognozy znow zapowiadaly troche sniegu, a szkoly ponownie zdecydowaly sie skrocic lekcje. Poniewaz tego dnia nie mialam nic pilnego do wykonania w pracy, stwierdzilam, ze zostane w domu. Skoro mialo zaczac sypac, a i tak musialabym wyjsc wczesniej, to nie czulam potrzeby, zeby sie tam pchac. ;) Skrocone lekcje tez byly mi na reke, bowiem w srody teraz odbieram Bi ze szkoly zeby zabrac ja na pilke. Zastanawialam sie czy pilka w ogole sie odbedzie i czy wiezc na nia Starsza przy niewiadomej pogodzie. Niestety, o odbiorze dziecka osobiscie, trzeba szkole informowac z rana i potem jest juz po ptokach. Za to o odwolaniu zajec pozalekcyjnych, czesto czlowiek dostaje wiadomosc dopiero w poludnie. Ucieszylam sie wiec, ze bede w domu, Bi dojedzie autobusem, a jak przyjdzie pora zajec (pod warunkiem, ze sie odbeda) sama bede mogla ocenic warunki na drogach. Jak to przy tegorocznej zimie bywa, oraz przy bardzo "trafnych" prognozach, snieg poproszyl rano przez 15 minut po czym przestal. W ktoryms momencie przez chmury zaczynalo sie wrecz przebijac slonce! :D Mimo wszystko, dostalam maila, ze pilki noznej nie bedzie, podobnie jak treningu koszykowki Kokusia. Potworki skonczyly lekcje o 12:45, dojechaly o 13:30 i nadal nic nie padalo. Wydawalo sie, ze zima kolejny raz zagra nam na nosie, ale nagle, okolo 15, zaczelo sypac. I zacinalo tak mocno, ze w niecale 1.5 godziny, zrobila sie warstewka.

Stan po okolo 40 minutach opadu
 

Mizerniuchna, ale po raz pierwszy tej zimy nie tylko spadlo tyci sniegu, ale tez w porze kiedy mozna bylo z nigo skorzystac. Mamy w tym roku tendencje do sniegu padajacego wieczorem i topniejacego przez noc. Tak, dosc czesto, temperatura w nocy, zamiast spadac, rosnie i snieg przechodzi w deszcz. Tym razem w nocy rowniez miala przejsc fala ulewnego deszczu, wiec zaproponowalam Potworkom wyjscie na dwor. Robilo sie juz ciemno, a sniegu bylo tyle, co kotek naplakal, ale dzieciaki oczywiscie ruszyly z entuzjazmem.

Jak widac, ilosc sniegu nie powalala... A temperatury byly takie, ze Potworki nawet nie zalozyly czapek :D
 

Sciagnelam im z garazowej polki slizgacze i ruszyli do zabawy. :)

Z gorki na pazurki po... blocie, wlasciwie :D
 

Mniej wiecej w tym czasie przyszla pora na klub z robienia na drutach w bibliotece (jedyne nieodwolane tego dnia zajecia), ale ze akurat zaczal tez padac deszcz ze sniegiem i nie bylam pewna warunkow na drodze, odpuscilam. Jak leniuchowac, to na calego! :D Panna Bi byla bardzo niezadowolona, ale mowi sie trudno.

Tak jak przewidywali, w nocy caly snieg zostal zmyty przez deszcz, a rano obudzilo nas piekne slonce. Nie pomoglo jednak i pomimo, ze telefon zapikal 20 minut pozniej niz zwykle, po wylaczeniu budzika, zasnelam jak kamien. Dobrze, ze na 18 minut, a nie godzine. :D Jak to w czwartki, zawozilam Potworki do szkoly. Bylam tak nieprzytomna, ze juz po sniadaniu, kiedy wdrapalam sie na gore zeby isc do lazienki, zobaczylam przejezdzajacy ulica autobus i az podskoczylam spanikowana, ze Potworki sie na niego spoznily! Sekunde zajelo zanim pamiec przeslala komunikat do sektora zrozumienia, ze tego dnia ja ich wioze. ;) Odstawilam towarzystwo pod szkole, po czym pojechalam do roboty. A tam - niespodziewany telefon. Z Nowego Jorku. Nie odebralam, myslac, ze to reklamy, ale zostawili wiadomosc i okazalo sie, ze to... polski konsulat. Oddzwonilam i zostalam poinformowana, ze kiedy wyrabialismy z M. paszporty, akurat zmieniali cos w systemie komputerowym, w zwiazku z czym, moj omylkowo nie zostal aktywowany. Nie pamietam czy pisalam, ze kiedy przyszly nasze paszporty, mialy one kody, ktory trzeba bylo wbic zeby potwierdzic odebranie? M. swoj potwierdzil bez problemu, natomiast kiedy probowalam wbic moj, wyskakiwalo, ze "kod juz wykorzystany, albo nieprawidlowy". Stwierdzilismy, ze poniewaz przyszly w jednej paczce, a M. swoj potwierdzil pierwszy, moj tez automatycznie zostal potwierdzony. No coz, okazuje sie, ze nie. :/ Musze teraz moj odeslac do konsulatu zeby mogli go aktywowac. Ech... Pani powiedziala, ze moge tez do nich podjechac. Podjechac, rozumiecie?! To sa 3 godziny jazdy!!! :D

W piatek Matka Natura przypomniala sobie, ze mamy, jakby nie bylo, zime i termometr pokazal rano -3 stopnie. Juz nie pamietam kiedy ostatnio bylo tak zimno! :D Wczesnym popoludniem jednak, temperatura podskoczyla do +5 stopni i zima sie skonczyla. ;) W pracy cisza, bo jednego laboranta nie bylo, inna dziewczyna wyszla zaraz po 13, szefa brak, wiec i ja urwalam sie wczesniej. O 15:20 wyszlam i pojechalam na cotygodniowe zakupy. Przynajmniej, pierwszy raz od bodajze listopada, wrocilam przed zmrokiem. Dzieki wczesniejszej porze mialam czas i na rozpakowanie zakupow, ogarniecie tego i owego, ale tez na relaks, jak i upieczenie biszkopta. W weekend mamy bowiem w koncu urodziny Nika dla znajomych dzieciakow, choc przyznaje, ze juz mi sie kompletnie odechcialo. Tym bardziej, ze Mlodszy jeczal o te urodziny i jeczal, a jak przyszlo co do czego, to ze szkoly zaprosil kolegow w liczbie... dwoch. Reszta to latorosle znajomych. Dla mnie bezsens, bo z tamtymi dzieciakami moglabym Potworki umowic zupelnie osobno, bez potrzeby wydawania kasy na sale zabaw. No ale slowo sie rzeklo, obiecalam synowi urodziny, to ma...

Jak widac, "tyyyle" sie w tym tygodniu dzialo, ze nawet zdjec robic nie bylo okazji... :D To do poczytania! :)

piątek, 20 stycznia 2023

Styczniowo - chorobowo

Ku wielkiej rozpaczy Bi, sobota 14 stycznia, rozpoczela sie Polska Szkola. ;) Pocieszalo ja tylko to, ze lekcje konczyly sie o godzine wczesniej. Powod? Zakonczenie semestru, choc jak dla mnie to takie troche naciagane, szczegolnie, ze byly to pierwsze zajecia po 3-tygodniowej przerwie. Ale dzieciaki wiadomo, nie zglaszaly pretensji, a nam wczesniejszy koniec byl tez na reke. Akurat mielismy godzinke, zeby dojechac na mecz koszykowki Kokusia. ;) Jeden go ominal przez Polska Szkole, drugi przez zawody plywackie, wiec statystycznie (i doslownie w sumie) dociera na co drugi. ;) Kiedy Potworki byly w szkole, ja zapakowalam Nikowi stroj na przebranie oraz po kanapce i przekaski dla obojga. Zakladalam bowiem, ze mozemy pedzic na mecz na ostatnia chwile. Okazalo sie jednak, ze nauczycielka Kokusia wypuscila dzieciaki sporo przed czasem, a i Bi wyszla z budynku w miare wczesnie. Mielismy wiec spory zapas i nie tylko zdazylismy odwiezc panne do domu, ku jej wielkiej radosci, ale tez Mlodszy przebral sie na spokojnie w chalupie zamiast robic to w aucie na parkingu. Bi zostala chwile sama czekajac az M. dojedzie z pracy, a raczej z Polakowa gdzie podjechal po robocie, a ja z Nikiem popedzilismy na mecz. Cos za kazdym razem kiedy Mlodszy gra, przeciwnikiem jest inna druzyna z naszej miejscowosci i za kazdym razem przegrywaja. Pecha im przynosi, czy co? ;) Choc tym razem gra byla bardzo wyrownana i roznica punktowa nie byla az tak dramatyczna jak ostatnio (ale bij zabij nie pamietam ostatecznego wyniku...). Nik dlugo nie gral (ostatnio przed Swietami i tylko raz), wiec na poczatku byl mocno spiety i speszony. Zreszta, cos mi wczesniej przebakiwal, ze on nie za bardzo chce jechac na mecz. Tu musialam go ustawic lekko do pionu, bo po pierwsze, ta koszykowka to byl pierwszy sport, gdzie nie ja wyszlam z inicjatywa, tylko Nik wiercil mi o nia dziure w brzuchu. Po drugie, skoro juz jest zapisany, to w miare mozliwosci powinien grac, a treningi to jednak nie to samo, co mecz. No a po trzecie, rozumiem, ze czasem sie nie chce, czasem jest sie zmeczonym, ale o ewentualnym ominieciu meczu to mozemy sobie dyskutowac dzien wczesniej, a nie jak juz wyjezdzamy z domu. Tak sie po prostu nie robi, poza jakimis naprawde naglymi wypadkami... 

Mlodszy przy pilce
 

Kawaler pojechal wiec i na szczescie po kilku minutach, kiedy wygladal na lekko zagubionego, rozkrecil sie i gral naprawde fajnie. Widac ze nadal troche sie krepuje przed podbiegnieciem i wybiciem komus pilki z rak, ale pomalu sie przelamuje. Za to jest bardzo szybki, wiec jesli dorwie pilke, to zapiernicza z nia przez cale boisko i przeciwnicy musza naprawde sie spiac zeby go dogonic. Mysle, ze moglby grac naprawde rewelacyjnie, gdyby nie brak systematycznosci. Tu jednak szyki psuje nam napiety grafik. W nadchodzacym tygodniu nie bedzie na treningu bo ma tego dnia w szkole koncert, a i obecnosc na meczu stoi pod znakiem zapytania. Ma bowiem znow zawody plywackie i choc te sa rano, a mecz dopiero o 15, ale jednak po kilkugodzinnym kwitnieciu na basenie, moze nie miec juz sil na bieganie z pilka. No ale zobaczymy... Poki co, po meczu wrocilismy do domu i planowalismy jechac do kosciola, bo M. mial pracowac kolejnego dnia. Mlodszy jednak podniosl lament, ze mial meczacy dzien i chcial juz sie zrelaksowac a nie znow gdzies biec. Trudno bylo dyskutowac z takim argumentem. ;)

W niedziele rano wiec, M. pojechal do roboty, a ja z dzieciakami wstalismy odrobinke pozniej (choc dla mnie i tak za wczesnie ;p) i pojechalismy na msze. A potem... plany sie ryply niestety... :/ Pisalam juz pare razy, ze zime mamy w tym roku po prostu beznadziejna. W zasadzie to trudno to nawet nazwac zima. W tym tygodniu poniedzialek mielismy wolny (Martin Luther King Day), weekend choc raz bez deszczu i z temperaturami ponizej 10 stopni, wiec uznalam, ze to najlepsza okazja zeby w koncu wybrac sie na narty. W koncu juz polowa stycznia, a dodatkowo Nik bardzo chcial wreszcie wyprobowac nowy sprzet. Co prawda od kilku dni upierdliwie drapalo mnie w gardle i raz cieklo z nosa, raz nie, ale stwierdzilam, ze jadac na nasz lokalny stok, na maksymalnie 4 godziny, dam rade. Szczegolnie, ze nie mielismy przeciez mrozu. Niestety, rano Nik nie dokonczyl chrupek z mlekiem, twierdzac, ze boli go gardlo. Faktycznie co chwila lekko odchrzakiwal. Twierdzil tez ze ma katar, choc tego nie bylo po nim widac. W kosciele mielismy farta, bo akurat podawali kawe i paczki dla wiernych. Moj kosciolkowy maz zwykle wypryska ze swiatyni jakby go co gonilo, wiec czesto nawet sie nie zatrzymujemy, albo Potworki w biegu chwytaja po paczku. Tym razem skorzystalismy wiec i wzielam kubek kawy, Bi kilka mini-paczkow, a Nik... nic, bo stwierdzil, ze gardlo ma wyschniete i ciezko mu przelykac. Hmmm...

Stoly przybrane karnawalowo
 

Dodatkowo, okazalo sie, ze wial porywisty, lodowaty wiatr i choc temperatura niby pokazywala +5 stopni, to odczuwalna wynosila -1. Wobec tak nieprzyjemnej aury oraz niewiadomym zdrowiu (czy raczej jego brakiem) moim oraz Kokusia, a takze Bi, ktorej od kilku dni tez leciutko cieklo z nosa, z westchnieniem odpuscilam narty. Nik byl rozczarowany, ale przekonalam go, ze zobaczymy co sie bedzie dzialo, a jak cos, to mamy jeszcze kolejny dzien. Reszte dnia przesiedzielismy wiec w chalupie, Potworki wychodzac tylko pare razy zeby nakarmic zwierzyniec sasiadow i wyprowadzic ich psa. Dlugo mielismy z tym spokoj, ale syn sasiadow, ktory przyjechal na przerwe swiateczna do domu, w koncu wrocil na uczelnie i znow potrzebuja zwierzecej "niani". ;) Przyjechal moj tata, ktory jak zwykle potrzebowal pomocy przy bezrobociu, gdzie okazalo sie, ze zapomnial papierka i musial sie wrocic do domu (dobrze, ze ma od nas tylko 15 minut), a takze ponownie w przelozeniu lotu (linie znow odwolaly mu lot, na ktory wczesniej przelozyl bilet). Tu niestety rozlozylam bezradnie rece bowiem uparcie wyskakiwal jakis blad i nie moglam nawet sprawdzic alternatywnych polaczen. Dopiero wieczorem okazalo sie, ze przez Stany przeszla fala tornad oraz burz, sporo lotow bylo anulowanych, stad moze mieli przeciazony system. Tak czy siak, nic nie udalo mi sie zalatwic. Po poludniu zas Nik zaczal narzekac, ze mu zimno, wydawal sie podejrzanie cieply, a po zmierzeniu temperatury okazalo sie, ze ma 37.8. No to by bylo na tyle jesli chodzilo o jakiekolwiek plany na wolny poniedzialek. :/ Wieczorem temperatura podskoczyla mu na 38.3, co moze nie bylo jakas strasznie wysoka goraczka, ale jednak.

W poniedzialek moglismy pospac do oporu, z czego oczywiscie chetnie skorzystalismy. Jeszcze polegiwalam w lozku, kiedy zobaczylam Kokusia wracajacego z lazienki i spytalam go jak sie czuje. Na to moj syn wybuchl placzem, ze ledwie moze chodzic! Przyszedl do mnie, dotknelam czola i niemal sie oparzylam! Rozpalony jak piec. Termometr byl w sumie niepotrzebny zeby stwierdzic goraczke, ale chcialam sprawdzic jaka jest wysoka. Rowne 39. Jak na Nika, to bardzo wysoko. Dalam mu oczywiscie lekarstwo na zbicie i po pol godzinie dziecko znalazlam w lozku, ale rozkryte i narzekajace, ze mu goraco. W koncu tez zszedl na sniadanie, bo tak naprawde od niedzieli okolo 14, nic nie jadl. Przez wiekszosc dnia widac bylo, ze czuje sie lepiej. Dopisywal mu humor i nawet minimalnie wrocil apetyt. Kiedy dowiedzial sie, ze na karmienie zwierzynca sasiadow wyslalam rano Bi sama, strzelil focha. No ale sorki, ma mozliwosc wygrzania sie w domu, wiec nie mialam zamiaru wypuszczac go na ten ziab (nawet jesli jak na styczen nadal jest dosc cieplo). Jedynie nadal byl bardzo oslabiony i w zasadzie spedzil caly dzien na kanapie. Dobrze sie stalo, ze i tak mial dzien wolny, to przynajmniej odpadly zaleglosci w szkole choc na jeden dzien. Pod wieczor Mlodszy zaczal narzekac, ze mu zimno i wiadomo bylo, ze temperatura rosnie - tym razem 38.1. Juz wczesniej nie planowalam wysylac go do szkoly (chyba ze nagle zaliczylby skok energii), a to mnie tylko utwierdzilo w decyzji. Oczywiscie Bi, kiedy zauwazyla ze szykuje tylko jej plecak oraz sniadaniowke, urzadzila afere, ze to niesprawiedliwe, ze ona tez chce zostac w domu i ze ja zawsze faworyzuje Nika! Noszzz... Na prozno pannie tlumaczyc, ze akurat Mlodszy raczej wolalby pojsc do szkoly niz meczyc sie z choroba. Zadne slowa rozsadku nie docieraly, wiec w koncu na panne fuknelam, a ona zamknela sie na 20 minut w lazience ryczac. :/ Pozniej zas zmienila strategie, narzekajac ze boli ja glowa, ze jej zimno, ze leci jej z nosa, itd. Dla swietego spokoju zmierzylam jej temperature, ale ta miala oczywiscie w normie. Symulantka. ;) Na koniec przyszla jeszcze pomarudzic, ze denerwuje sie przed testem z matmy, ktory ma miec w srode. Uch... Ogolnie nie lubie jak ktores z Potworkow choruje, martwie sie, a tu jeszcze ta mala zmora steka i wymysla. Jakby tego bylo malo, mnie tez caly dzien pobolewalo gardlo i zastanawialam sie, czy nie jestem w kolejce do wirusa, zaraz po Kokusiu...

Aha! Jedyna "przyjemniejsza" czescia dnia bylo przyslanie przez studio gdzie Bi ma akrobatyke, zdjec kostiumow wybranych na wiosenne wystepy. Te dla grupy Starszej sa... interesujace, delikatnie mowiac. :D

Okropnosc, co? :D
 

No dobra, sa stra-szne. Nie ma co sie dziwic, ze Bi ze lzami w oczach oznajmila, ze ona nie chce wystepowac. Poki co stwierdzilam, ze nie bede jej zmuszac, ale moze jeszcze zmieni zdanie... Tak w ogole to wieczorem miala miec wlasnie rzeczona akrobatyke, ale tak byla juz rozzalona faktem, ze Nik nie idzie kolejnego dnia do szkoly, ze na kolejne wycie o to, ze nie chce jechac na zajecia, machnelam reka, szczegolnie, ze (jak pisalam wyzej) ja tez nie czulam sie w 100% zdrowa i nie chcialo mi sie ruszac z chalupy. Jak widac, bilans dlugiego weekendu oraz dodatkowego dnia wolnego, raczej kiepski: jeden dzieciak chory, drugi rozhisteryzowany, (a, zapomnialam!) pies sie w czyms wytarzal, a mnie bolalo gardlo. Tylko M. byl w miare na chodzie, choc z kolei bolala go glowa i poszedl spac jeszcze przed 19...

Wtorek zaczelam od telefonu do szkoly ze Nika nie bedzie (takie przepisy) oraz zawiezieniu Bi do placowki. I tak musialam jechac po komputer z pracy, wiec stwierdzilam, ze oslodze pannie troche ta "torture". Oczywiscie tak mi dala do wiwatu, ze pozalowalam swojego dobrego serca, ale coz... autobus juz odjechal. Starsza caly ranek przeplakala, domagala sie mierzenia temperatury, pozniej ponownego ("bo moze zle trzymalam termometr"), twierdzila, ze boli ja glowa, brzuch i jest jej niedobrze. Bezlitosnie oznajmilam, ze jak porzyga sie w szkole, to po mnie zadzwonia i ja odbiore. ;) Tego dnia niestety sama zaczelam sie gorzej czuc. Niby nie mialam goraczki, ale czulam sie "rozbita" i bolaly mnie miesnie. Pod koniec dnia kompletnie zachryplam. Nie wiem co Mlodszy przywlokl za swinstwo, ale zdecydowanie bylo grypopodobne... On dla odmiany poczul sie znacznie lepiej. Jeszcze rano troche narzekal na zmeczenie, ale gdzie caly poniedzialek spedzil w pozycji siedzacej, wstajac z fotela czy kanapy tylko do lazienki, tak we wtorek juz kursowal w kolko po domu, komentowal wszystko, co ogladal i zasmiewal sie w glos. Zupelnie inne dziecko! Po poludniu juz zaczal wyczyniac jakies skoki, zeby zobaczyc czy reka dosiegnie framugi drzwi. Taaa, dziecko wyraznie ozdrowialo, wiec pora byla wyslac je do szkoly. ;) Ja, mimo kiepskiego samopoczucia, spedzilam dzien pracujac (niestety, wtorek oznacza meeting, ktorym tym razem byl dluuugi...) oraz... sprzatajac. Jakos zawsze tak jest, ze kiedy jestem w domu, to sprzatam. Oczywiscie wynika to z tego, ze na codzien, pomiedzy praca, a zajeciami dzieciakow, na owo sprzatanie mam bardzo ograniczony czas, wiec zawsze jestem do tylu. Chcialabym jednak choc raz posiedziec w chalupie bez wyrzutow sumienia, ze podloga sie klei, a meble porastaja kurzem... Niestety, po calym dniu podejrzanego samopoczucia, na wieczor wirus pokazal co potrafi! :/ Juz kladac sie spac, czulam sie zwyczajnie zle. W nocy goraczka, dreszcze, lamanie w kosciach. Budzilam sie skulona w klebek i usilujac bezskutecznie rozgrzac lodowate stopy. Co ciekawe, nad ranem goraczka sama puscila, bo obudzilam sie rozgrzana i z chlodnym czolem. Niestety, wizyta w toalecie zaowocowala kolejna porcja dreszczy...

Jak czulam sie rano, mozecie sie domyslic. Ciezko bylo mi wejsc i zejsc po schodach, bolaly nadgarstki oraz kostki w dloniach. Oczywiscie do pracy nie zamierzalam jechac, ale zawiozlam Potworki do szkoly. Na szczescie w aucie mozna puscic ogrzewanie na maksa... Zreszta, wolalam to niz wystawac z nimi na przystanku. Po powrocie zaleglam na kanapie i zostalam juz tak wiekszosc dnia. Poza oslabieniem, czulam ze temperatura raz mi rosnie, raz opada oraz potwornie bolala mnie glowa. Poza chrypa, doszedl cieknacy solidnie nos. Coraz gorzej... Najchetniej przesiedzialabym juz w domu caly dzionek, ale niestety, byla sroda, a wiec pilka nozna Bi. Rozwazylam odpuszczenie, ale potem stwierdzilam, ze przeciez moge tam sobie posiedziec w aucie zeby nie rozsiewac zarazy. Odebralam wiec Starsza ze szkoly, po czym pojechalysmy na sale. Ja zostalam w samochodzie (i prawie tam zasnelam), zas Bi wyszla potem z babcia kolezanki.

Ida dwie agentki. Mamy ciepla zime, ale nie az tak; bylo 10 stopni
 

Wrocilysmy do domu i w sumie fajnie, ze akurat tego dnia odwolano zajecia z robienia na drutach, bowiem w domu ledwie zdazylam przekasic sushi zakupione przez M., rozpakowac plecaki, przygotowac sniadaniowki na kolejny dzien i pora byla jechac. Jak na zlosc, akurat tego dnia Nik mial swoj koncert w szkole! Malzonek, slyszac moj glos i patrzac na umeczona sylwetke, pytal czy na pewno chce jechac, ale oznajmilam, ze pojade chocbym miala sie tam czolgac. :D O dziwo, dziadek ponownie postanowil sie wybrac z nami. I to doslownie, bo moim autem, choc radzilam, ze na malej przestrzeni wirusy atakuja ze zdwojona sila i ze lepiej pewnie, zeby wzial wlasne. No, ale chcial jechac ze mna, wiec oboje zalozylismy maseczki i liczylismy, ze sie nie zarazi. Za to M., zadowolony, ze dziadek broni "meskiego honoru rodziny", stwierdzil, ze on sobie koncert odpusci i pojdzie wczesniej spac. Cudnie. :/ Zabrala sie z nami Bi. ;) Niestety, stwierdzam, ze przez chorobe, oslabienie i pozna godzine (koncert o 19:30), czulam sie zamulona, wykonczona i nie powinnam ani byla prowadzic auta, ani nie przezywalam koncertu tak, jak powinnam.

Program
 

A to przeciez pierwszy koncert Nika na zywo odkad zaczal grac na skrzypcach. Rozpoczal nauke w II klasie, teraz jest w V, ale przez covida, wszystkie dotychczasowe koncerty mial wirtualne. W zeszlym roku, w podstawowce, zorganizowano koncert na swiezym powietrzu, ale tylko dla orkiestry (do ktorej panicz sie nie zglosil), a nie dla wszystkich uczacych sie gry dzieci, tak jak kiedys miala go Bi. No ale coz, juz teraz czuje, ze caly koncert bede pamietac jak przez mgle. Niemal doslowna zreszta, bo odzwyczailam sie od chodzenia w maseczce i co chwila zaparowywaly mi okulary. ;)

Co pamietam? W czesci koncertu gdzie grala orkiestra, Nik zostal przydzielony do ostatniego rzedu, a w dodatku przed nim siedziala jakas dosc wysoka dziewczynka. Przez wiekszosc czasu widzialam tylko czubek jego glowy. :( Oczywiscie sama muzyka piekna, ale jednak fajnie byloby gdyby porozsadzali dzieciaki wedlug wzrostu, tak zeby kazdy rodzic mial choc malutka szanse widziec swoje dziecko.

Nika zaznaczylam Wam koslawa strzalka
 

Pozniej spiewal chor, gdzie w sumie glownie patrzylysmy z Bi ile znamy dzieciakow z bylej szkoly Potworkow. Ja znalam "az" 5, Starsza znacznie wiecej oczywiscie. Na koniec zagral zespol i tu mialam juz znacznie wiecej szczescia, bo Nik siedzial czwarty od brzegu.

Nik mniej wiecej czwarty od prawej (nie liczcie poucinanych glow niektorych dzieci). Zastanawiam sie dlaczego tu zadbano o ladniejsze tlo, a na koncercie Bi musielismy podziwiac brzydkie, ceglane sciany...
 

Przy okazji wyjasnilo sie dlaczego tak slabo bylo go widac w orkiestrze. Otoz kawaler, zamiast siedziec wyprostowany na krzesle, to rozwala sie na nim w pozycji "kanapowca". W rezultacie, jego glowa znajduje sie duzo nizej niz powinna. Podczas gry zespolu tez co chwila zaslanial go kumpel. ;)

Tu grali taka smieszna melodie, gdzie kazda grupa orkiestry podrywala sie w gore kiedy byla ich kolej zagrac
 

Po koncercie ruszylismy w tlumie do wyjscia, choc Nik upatrzyl sobie jeszcze koszulke z grupy muzycznej szkoly. Oczywiscie jak kupilam ja Kokusiowi, nagle i Bi zapragnela, a tydzien wczesniej pytalam wyraznie i nie chciala. Zarobiona kasa ma wspomagac komitet rodzicielski, wiec w zasadzie wydalam ja bez zalu. :) Dojechalismy do domu, dziadek pojechal do siebie, a my mielismy tylko czas na szybka kolacje i pora byla sie klasc.

Bylam tak zmeczona, ze tej nocy po prostu padlam i wiekszosc czasu spalam bez przebudzenia. Niestety, nie dane bylo mi przespac calej nocki, bo zbudzilo mnie uczucie (uprzedzam, bedzie obrzydliwie)... wyplywajacego z nosa smarka! Ohyda! A jak juz sie przebudzilam, to wiadomo: siku, dreszcze, lodowate stopy, znow wydmuchac nos, itd. Nic dziwnego, ze kiedy potem obudzil mnie budzik, wylaczylam go i niewiadomo kiedy zasnelam na 20 minut. :O Zawiozlam Potworki do szkoly, choc w sumie nie musialam, bo Nik zostawil trabke w szkole. Na mysl jednak o staniu na przystanku, przechodzily mnie ciarki. Mialam tez dylemat czy samej jechac do pracy. Nie czulam sie najgorzej choc nadal troche oslabiona i z kaszlem oraz cieknacym kinolem. Ostatecznie zawazylo to, ze sumienie nakazywaloby mi siedziec w biurze w masce, a juz na koncercie strasznie sie w niej umeczylam. Nie dosc, ze oddychac normalnie nie moglam, to jeszcze blokowac sobie przeplyw powietrza maska?! O, dziekuje! Okazalo sie to bardzo dobra decyzja, bo choc pozornie czulam sie niezle, to kiedy przegapilam wziecie kolejnej dawki lekarstwa, godzine pozniej pojawilo sie uczucie zimna i rozbicia, a termometr pokazal stan podgoraczkowy. Czyli chorowania ciag dalszy. :/ Bardzo sie cieszylam, ze tego dnia nigdzie nie musialam jechac. Nik mial trening na basenie, ale jak zwykle pojechal na niego z M., a ja moglam wygrzewac doopke w cieplym domku.  Do tego paskudny, lodowaty deszcz i naprawde nosa nie chcialo sie wysciubiac. :) Poniewaz jednak (kiedy lekarstwa dzialaly) czulam sie calkiem przyzwoicie, staralam sie byc choc troche uzyteczna. Odkurzylam i umylam podloge przy wejsciu od garazu, Wyszorowalam prysznic w swojej lazience, upieklam kurczaka na obiad, itd. Kazda czynnosc przyplacalam zadyszka i przysiadnieciem na kanape, ale dalam rade. :)

Noc z czwartku na piatek przespalam w koncu jak kamien. :) Rano okazalo sie, ze z nosa cieknie mi znacznie mniej, ale kaszel nadal jest. Tego dnia nie bylo mi juz zimno, ale dla odmiany, ciagle bylo mi goraco i oblewaly mnie poty. Uznalam, ze popracuje z domu kolejny dzien, zeby nie siedziec w biurze w masce, choc wyraznie mialam wiecej energii. Nadal padala zimna mzawka, wiec znow zawiozlam Potworki do szkoly, a potem pojechalam prosto na zakupy. Niestety, choroba czy nie, ale jesc trzeba. ;) Wrocilam do chalupy i znalazlam "niespodzianke": kubel na smieci znow wywalony przez niedzwiedzia!

Poczatkowo myslalam, ze mialam szczescie i wlasciwie nic nie bylo tam do wywalenia
 

Niestety, mamy tak lagodna zime, ze te dziady zamiast spac, grasuja po okolicy! :/ Nie wiem czy wywalil go w nocy, a ja wyjezdzajac rano nie zauwazylam, czy zdazyl to zrobic w ciagu 1.5 godziny kiedy mnie akurat nie bylo...

Niestety, rozerwal jeden worek i to jak na zlosc, pod domem sasiadow! :/ Nie wyglada zle, ale wierzcie mi, troche tego bylo, nie mowiac juz, ze sprzatenie odpadkow jest po prostu... odrzucajace
 

Posprzatalam po misku, rozpakowalam zakupy i wreszcie zasiadlam zeby zrobic cos zwiazanego z praca. Szlo mi jak po grudzie, bo musialam sobie przypominac co wlasciwie mialam na liscie do odhaczenia. Mam zwyczaj, ze najpilniejsze rzeczy zapisuje na karteczkach, ktore przyklejem do biurka. We wtorek chwycilam laptoka, ale o karteczkach nie pomyslalam, wiec reszte tygodnia usilowalam je sobie zwizualizowac. ;) A kiedy juz przypomnialam sobie, okazalo sie, ze jeden z programow komputerowych mialam zawieszony, musialam pisac maile do administratorki i zamiast "szybko i sprawnie", mialam kilkugodzinne opoznienie. W miedzyczasie zas, zadzwonil telefon. Kiedy zobaczylam numer szkoly, od razu wiedzialam, ze dzwonia w sprawie Bi. Panna caly tydzien prawie codziennie dopraszala sie zeby jej mierzyc goraczke i w koncu doczekala sie choroby. Tak naprawde, widzac jak szybko przeszlo na mnie, wiedzialam, ze raczej sie nie wywinie. Teraz pytanie czy M. tez zlapie. Pojechalam wiec po corke, ktora siedziala w gabinecie pielegniarki bardzo oburzona, bo kazano jej zalozyc maseczke. :D Dowiedzialam sie, ze nie byla jedynym wyslanym tego dnia do domu dzieckiem, co przy takiej beznadziejnej aurze nie jest niczym zaskakujacym... W domu okazalo sie, ze takiej strasznej to Bi goraczki nie miala - 37.7 stopni. Poniewaz jednak trzesla sie z zimna i narzekala na bol glowy, dalam jej lekarstwo na zbicie zeby sie nie meczyla. Pozniej wyraznie odzyla, ale na wieczor temperatura znow podskoczyla. Mam nadzieje jednak, ze panna wykaraska sie z witusa rownie szybko co brat i po weekendzie bedzie mogla juz isc normalnie do szkoly.

I tak minal kolejny tydzien, ktory niespodziewanie spedzilam glownie w domu. Do poczytania!

piątek, 13 stycznia 2023

Tydzien na wariackich papierach

W sobote, 7 stycznia, Polska Szkola nadal nie ruszyla po przerwie, z czego Potworki byly oczywiscie bardzo zadowolone. ;) Niestety, nie oznaczalo to, ze moglismy sobie pospac (przynajmniej nie wszyscy), bowiem akurat na ten dzien Nik mial wyznaczone zawody plywackie. Zeby bylo "weselej" to byly na 8:15 (w sobote! No litosci!) i w miejscowosci oddalonej od nas o 45 minut jazdy. :O Zamiast wiec sie wyspac, juz o 7:30 wyjezdzalam z Mlodszym z domu. :/ Oj ciezko bylo go obudzic, a i tak zrobilam to na ostatnia chwile - tyle, zeby wstal, zjadl sniadanie, umyl zeby, ubral sie i wio. Nie chcialam ciagnac ze soba Bi, bo zawody plywackie to nie mecz; one zwykle ciagna sie 3-4 godziny. Pechowo, M. jechal do pracy. Mial wyjsc wczesniej zeby panna sama za dlugo nie siedziala, ale i tak jakies 3 godziny spedzila tylko z psem dla towarzystwa. Przykazalam jej, ze ma nikomu nie otwierac, samej tez nie wychodzic, a w razie czego, sasiedzi bezposrednio obok oraz naprzeciwko maja moj numer telefonu. Za to szczesciara, kiedy ja z Mlodszym w pospiechu wybiegalismy z domu, ona dopiero co sie przebudzila i jeszcze lezala w lozku. Takiej to dobrze. ;)

Zaleta porannej pory oraz weekendu bylo to, ze na drogach panowal wzgledny spokoj. Mimo, ze nawigacja poczatkowo pokazala, ze dojedziemy 10 minut spoznieni, udalo sie nadrobic i dotarlismy o czasie. Okazalo sie, ze z naszej druzyny byly dopiero inne 3 osoby, a frekwencja ogolnie nie dopisala. Zapisanych bylo wiecej osob, ale sporo nie dojechalo. Nie wiem czy to sezon chorobowy jest winny, czy fakt, ze w liscie do zapisania sie na zawody trener podal zly adres. Roznica byla delikatna: numer, zamiast 124, wpisany byl jako 24, wiec latwo zrobic taki blad. Pisalam o tym trenerowi juz 3 dni wczesniej, ale okazalo sie, ze nie widzial mojego maila. No to ma za swoje. Ja zorientowalam sie tylko dlatego, bo nie wiedzac gdzie jade, wbilam adres w Google i zdziwilam sie ze pokazuje mi osiedle domkow, zamiast jakis wiekszy budynek. Poniewaz owe miasteczko jest niewielkie, wbilam pytanie o baseny w nim i voila! Myslalam, ze bedzie to jakas szkola, tymczasem maja oni publiczny basen przy urzedzie miasta. A ze adres tak podobny, to wiedzialam, ze nie moze to byc przypadek. I mialam racje. ;) W kazdym razie, jaka by nie byla przyczyna, z grupy wiekowej Nika nie dojechal zaden inny chlopiec. Na szczescie z przeciwnej druzyny znalazlo sie kilku, wiec mial sie z kim scigac. Kawaler byl dosc spiety, bo nie byl na zawodach od lipca i w ogole wrocil do druzyny w polowie listopada, wiec denerwowal sie jak mu pojdzie.

To akurat rozgrzewka
 

No i poszlo... rewelacyjnie. :) Plynal kraulem na 50m, znow kraulem na 100m oraz 25m stylem motylkowym. Tylko trzy wyscigi, bo nie bylo sztafet. W obydwu kraulem zajal 1 miejsca, gdzie na 100m zostawil rywali daleeeko za soba. W ostatnim zajal 1 lub 2. Nie wiem, bo nagrywalam pilnujac jednoczesnie czasomierza, i ucielo mi filmik po prawej stronie, a Kokus plynal z jednym chlopcem leb w leb. Bede wiedziala dopiero kiedy oglosza oficjalne wyniki.

To wlasnie koncowka wyscigu na 100m, gdzie widac, ze Nik (srodkowy) doplywa juz do scianki, a jego przeciwnicy koncza jeszcze poprzednia dlugosc basenu :)

Zglosilam sie co prawda jako "biegacz", czyli mialam zbierac karteczki z wpisanymi czasami i zanosic je do stolika dla podliczajacych miejsca. Tymczasem z naszej druzyny, na 6 osob, ktore zglosily sie do mierzenia czasu, dojechaly tylko 3, a ze trener obiecal szesc, wiec poprosil zebym jednak popracowala ze stoperem. Dwoch dodatkowych biedakow sciagnal z trybun. ;) Nie lubie mierzyc czasu bo nudzi mnie stanie ze stoperem na koncu basenu przez kilka godzin bez przerwy, to po pierwsze. Ciezko jest mi nagrywac filmiki z wyscigow syna, pilnujac jednoczesnie stopera, to po drugie. A po trzecie, spodziewajac sie biegania, zalozylam wygodne adidasy, tymczasem przez dzieciaki wychodzace z basenu i chlapiace przy skokach, szybko zostaly doszczetnie zalane. Gdybym wiedziala, ze bede mierzyc czas, zalozylabym kalosze, a tak wracalam do domu z mokrymi, zmarznietymi stopami... Najwazniejsze jednak, ze Nik zadowolony i ze sporo wyscigow polaczono, wiec zawody skonczyly sie juz o 11. Zaraz po 12 bylismy w domu.

Po powrocie z ulga sciagnelam buty oraz skarpetki, ktore zreszta zdazyly juz z grubsza przeschnac, bo wlaczylam w aucie ogrzewanie na nogi. Stopy nadal mi sie jednak nie rozgrzaly, wiec wsadzenie ich w puchate kapcie bylo cudownym uczuciem. Wrocilismy tak wczesnie, ze mimo iz trzeba bylo jak zwykle wstawic pranie, zmywarke, cos tam ogarnac, itd. udalo sie tez posiedziec na kanapie i rozleniwic na tyle, ze mielismy prawdziwa debate czy jechac do kosciola tego dnia, czy nastepnego. Malzonek ponownie pracowal w niedziele, ale stwierdzil ze moze po pracy pojechac prosto do polskiego. Nie chcialo mi sie juz strasznie ruszac z chalupy, ale i dla mnie i dla Kokusia, wygrala chec zaliczenia choc jednego calego spokojnego dnia, stwierdzilismy wiec, ze lepiej zmusic sie do wybycia na msze w sobote niz potem zrywac w niedziele rano. Skoro ja i dzieciaki jechalismy w sobote, to M. wybral sie z nami i w ten sposob msze mielismy odhaczona. A po powrocie to juz glownie relaks i ogladanie zaleglych skokow narciarskich, bo w tygodniu nie bylo czasu. ;)

Niedziela zaczela sie blogim lenistwem. Nastawilam sobie budzik na 8:30 zeby sie przebudzic i wiedziec, ze jest juz dzien. ;) Zawsze tak robie, bo jestem spiochem i sama z siebie, obawiam sie, ze obudzilabym sie o 11. ;) Obudzil mnie wiec moj wlasny, a potem podsypialam, ale ponownie wybudzil mnie budzik u Bi. Ona tez zawsze go nastawia, ale dlatego ze wkurza sie, ze jak za dlugo spi, to ucieka jej polowa wolnego dnia. Poniewaz mowa jest o Starszej, nikogo chyba nie zdziwi, ze panna potrafi sie o to poplakac, mimo iz tlumacze cierpliwie, ze rosnie, rozwija sie i skoro pospala dluzej (bo zwykle sama z siebie budzi sie skoro swit) to znaczy, ze jej organizm tego potrzebowal. :) Tak czy owak, po budziku Bi jeszcze sobie troche przydrzemalam, a potem odlezalam swoje zeby sie porzadnie dobudzic i w koncu wstalam o 10. Takie poranki to lubie. :D Nik oczywiscie rowniez lezal jeszcze w lozku, twierdzac, ze przed chwila sie obudzil. Ten to jest spioch, po mamusi. ;) Ledwie zdazylismy zjesc sniadanie, zaanonsowal sie dziadek, ze chce wpasc na kawe. Popedzilam zeby sie chociaz umyc i przebrac z pizamy przed jego przyjazdem, ale nie zdazylam zrobic absolutnie nic innego wokol chalupy... Potworki sie nie przejely i przechodzily w pizamach calutki dzien. ;) Tata niestety nie przyjechal z wizyta czysto towarzyska, tylko chcial zebym mu znow wyslala cotygodniowe bezrobocie. To juz 1.5 miesiaca, a on dalej nie pamieta jak to robic. :/ Jakby tego bylo malo, linie lotnicze przelozyly mu lot z Amsterdamu do Gdanska, ktory zarezerwowany mial (jako czesc lotu do Polski) na marzec. Poranny lot przelozony zostal na wieczorny, co oznaczalo dla taty prawie 9 godzin czekania na lotnisku. Nie bardzo mu sie to usmiechalo, wiec chcial zmienic go na inny, a ze sam nie radzi sobie technicznie, wiadomo wiec, ze musialam meczyc sie ja. Coz... Sama rowniez nie lubie komputerow i zalatwiania spraw, a dodatkowo, z moim tata jest tak, ze jak cos robi, to zwykle namiesza i nakreci, a w dodatku sam nie pamieta co i jak zrobil. I wez to potem czlowieku rozgryz. Teraz tez sie uparl, ze ja mu kiedys juz tak lot przelozylam i ze zrobilam to bezposrednio przez strone lini lotniczych. I ze bylo to proste i szybkie. Taaa... moze dla niego, bo on tylko patrzyl z boku. Cos tam kojarze ze byla jakas taka sytuacja, ale musialo to byc dobrych kilka lat temu, bo nie pamietam zadnych szczegolow. Teraz zas wchodze na rezerwacje taty i jest faktycznie napisane, ze lot mu przelozyli i jesli chce cos zmienic, to zeby kliknac na link. Linku oczywiscie brak, ale dopisane ze jesli go nie ma, to zeby sie z nimi skontaktowac. Tata upiera sie, ze musi byc gdzies mozliwosc zmiany, bo "ostatnio" tak zrobilam. Tlumacze, ze to bylo kupe czasu temu, ze kazda linia lotnicza ma swoje zasady, ze widzi przeciez ze szukam na wszelkie sposoby... Przeczytalam wszystkie mozliwe informacje i dogrzebalam sie do faktu, ze rezerwacje mozna zmienic przez internet jesli byla robiona bezposrednio przez ich linie. Tata zapewnia, ze on robil przez strone KLM'u. Po jakims czasie kapituluje i szukam mozliwosci kontaktu z infolinia. Okazuje sie, ze jedyna mozliwosc to Whatsapp. Pisze wiadomosc z telefonu taty, uparcie zmieniajacego mi wszystkie angielskie slowa na polskie (ku*wa). Ojciec nie ma oczywiscie pojecia jak zmienic jezyk. Ech... Odpowiedz przychodzi szybko, ze rezerwacja nie byla robiona w KLM'ie, wiec nie moga jej automatycznie zmienic. Musimy czekac na kontakt z ich agentem. Tata oczywiscie idzie w zaparte, ze on rezerwacje robil w KLM'ie... dodajac po chwili, ze moze jednak to byla inna strona, ktora go do nich przekierowala... Udusze go kiedys, serio. Zaczynam mozolnie przegladac jego skrzynke mailowa, szukajac oryginalnych potwierdzen rezerwacji. Okazuje sie, ze robil je w... Delcie, ktora wspolpracuje z KLM'em! Oczywiscie tego drobnego szczegolu tata juz nie pamietal... No i coz... na stronie Delty (jak juz rozgryzlam jej uklad) rezerwacje udalo sie zmienic bezproblemowo, ale co sie wczesniej nawkurzalam, to moje. Niestety, zalatwianie spraw z tata, zawsze tak wyglada. Nie ma ze cos jest jasne i przejrzyste. Za kazdym razem najpierw musze dojsc do tego, co namieszal, a dopiero potem moge rozwiazac problem. ;) Hitem bylo jak kiedys zrobil rezerwacje wpisujac jakis adres mailowy z ktorego nigdy nie korzysta i nie pamieta, ze go ma, po czym upieral sie, ze nie przyslali mu rezerwacji ani biletu, a pobrali kase z konta. Urzadzilam w jego imieniu awanture, zareklamowalam strone internetowa do agencji ochrony konsumenta, po czym... okazalo sie, ze wszystko bylo pieknie zrobione, bilet wydany, tylko ojciec nie skojarzyl, ze przysla mu go na maila, ktorego podal. Dlaczego nie uzyl tego, ktorego stale uzywa, nie wie nawet on sam. Rece opadaja... :/ W kazdym razie, w niedziele zmarnowalam mnostwo czasu na jego sprawy, a tata jeszcze potem posiedzial przy kawie i ciescie. Kiedy wiec pojechal, nie wiedzialam po prostu w co wlozyc rece! Biegalam skladajac jedno pranie, wstawiajac kolejne, zaladowujac zmywarke (ktora rozladowala Bi; kochane dziecko!), wyciagajac sniadaniowki oraz plecaki do szkoly, kapiac Kokusia, itd. Popoludnie i wieczor przelecialy niczym huragan i pora byla sie klasc.

W poniedzialek rano temperatury w koncu przypominaly styczniowe, bo mielismy lekki przymrozek. Poniewaz ostatnio to rzadkosc, wiec Potworki na przystanku szczekaly zebami, mimo zimowych kurtek. Poradzilam zeby maszerowali w gore i dol chodnika. ;) Oni pojechali, a ja porzucalam psu pileczke, po czym zaparzylam kawy i zabralam sie za odkurzanie oraz mycie podlog na gorze. Tego dnia znow zbieralismy komoreczki dla kolejnego pacjenta i szykowal sie dlugi dzien w pracy, wiec planowalam pojechac tam dopiero okolo poludnia. Dzieki temu mialam czas i na uporanie sie z podloga i na spokojna kawke. W pracy wszystko poszlo sprawnie i bylabym w chalupie juz gdzies o 18:30, ale szef jak zwykle pojechal do domu wczesniej i niewiadomo bylo kiedy podpisze (elektronicznie) certyfikat. Czekalam 40 minut, po czym stwierdzilam, ze pierdziele. Na szczescie ja tez moge dokument podpisac elektronicznie (ale nie lubie taszczyc sluznowego kompa w te i nazad), wiec zapakowalam laptoka i pojechalam do chalupy. Oczywiscie szefuncio podpisal akurat jak bylam w drodze. Kiedy mnie nie bylo, M. ujezdzil sie za wszystkie czasy, bo zawiezli z Kokusiem Bi na akrobatyke, potem wrocili na 20 minut do domu (bez sensu; mogli lepiej posiedzies w aucie), pojechali znow po Starsza, przywiezli ja do domu, po czym popedzili na trening Mlodszego na basenie. :) Kiedy dojechalam do chalupy, Bi wlasnie siedziala sama i "zaatakowala" mnie praca domowa. Jesssu, niech oni juz zmienia dzial, bo patrzec nie moge na procenty... W miedzyczasie wrocili M. z Kokusiem, ktory radosnie zakrzyknal, ze on tez ma zadanie domowe! U niego dla odmiany zaimki. Przynajmniej nie matma... Moj "ogarniety" syn pokazuje mi kartke, patrze, a ma po prostu podkreslic zaimki w tekscie. Mowie, ze to przeciez najprostsze zadanie pod sloncem. Mlodszy oburzony, ze on nie wie ktore to zaimki. Opadly mi rece, cycki i co tam jeszcze opasc moze, bowiem... zaraz nad zadaniem, na tej samej stronie byla rubryka z wszystkimi zaimkami pieknie wymienionymi. Pokazuje to Nikowi, a on wykrzykuje z podziwem, ze ja to jestem madra! Coz, nie jestem, ale czytac jeszcze potrafie. ;) W kazdym razie, zanim mlodziez uporala sie z zadaniami, przyszla wlasciwie pora kladzenia sie spac, wiec stwierdzilam, ze podpisze dokument juz jak ogarne Kokusia. Tymczasem nagle rozdzwonil sie moj telefon. Poczatkowo myslalam, ze to jakies glupoty, ale cos mnie tknelo. Zeszlam na dol sprawdzic i okazalo sie, ze mialam nosa. Dzwonil moj szef i jakby telefonu bylo malo, zdazyl juz wyslac wiadomosc, ze podpisal i dokument czeka na mnie. Teraz sie wystraszyl, ze certyfikat nie zostanie wyslany do kliniki?! Rychlo w czas... Ale jak ja czekam jak glupia prawie godzine az on sam podpisze, to jest ok? W kazdym razie, podpisalam, wyslalam i niech sie cieszy. ;)

Wtorkowy ranek znow zaczal sie od lekkiego przymrozku, ale juz poznym rankiem temperatury mialy podniesc sie porzadnie ponad 0. Beznadziejna mamy zime w tym roku... Pasuje idealnie zalaczony obrazek znaleziony na Fejsie:

Balwan na sprzedaz. Wymaga naprawy :D
 

W Polsce mieliscie przynajmniej mrozny i sniezny grudzien, a u nas... porazka. Zdarzaja sie od czasu do czasu chlodniejsze dni, to fakt, ale zwykle temperatura utrzymuje sie okolo 6-7 stopni na plusie, czesto wspinajac sie na ponad 10. Oprocz kilku cm sniegu, ktory spadl w polowie grudnia i utrzymal sie zawrotny jeden dzien, nie ma nic. Chlodniejsze dni przynosza wyze, ktore rownoczesnie oznaczaja slonce, zas nize nadchodza wraz z cieplejszymi frontami, a wiec z deszczem... Taka to zima w tym roku, a mamy juz polowe stycznia. I zadnej zmiany w prognozach... :/ W kazdym razie, wtorek zaczal sie pochmurno, ale po poludniu sie rozchmurzylo. Temperatura typowa dla tegorocznej zimy: 5 stopni na plusie. W pracy w miare spokojny dzien. Mielismy meeting, ale na szczescie niewiele bylo tematow do obgadania, wiec skoczyl sie po 20 minutach. Takie meetingi to lubie. :) Po pracy do chalupy, ale mimo ze wtorki to nadal nasze dni "wolne", to ten akurat byl lekko szalony. Pozytywnie, na szczescie. Po powrocie obiad i lekcje z dzieciakami, po czym musialam jak najwiecej ogarnac na kolejny dzien, wiedzialam bowiem, ze wieczorem nie bedzie czasu. Tego dnia bowiem VI klasy mialy w szkole koncert! Dzieciaki cwiczyly cala jesien i wreszcie nadszedl punkt kulminacyjny i koncert zimowy. Sporym zgrzytem bylo to, ze M. zdecydowal sie nie jechac. Niestety, Bi oraz jej ojciec maja bardzo podobne charaktery. obydwoje sa oschli, nie lubia okazywac uczuc, brak im takiej zwyklej serdecznosci w obyciu, a przy tym oboje sa strasznie zawzieci. No, paskudne charakterki. ;) Ponoc, po przyjezdzie Potworkow ze szkoly, M. zapytal polzartem czy ma jechac na koncert, na co Starsza wzruszyla ramionami, ze moze jechac. No, nie takiej odpowiedzi tata oczekiwal. On chcialby zeby corka podskoczyla i zawolala: "tak tatusiu, przyjedz!". Niestety, taki entuzjazm i upraszanie sie o uwage, nie leza w naturze Bi... Najlepsze, ze on pewnie strzelilby podobna riposte, ale kiedy sam to uslyszal, to sie obrazil! :O Najgorzej, ze panna zupelnie nie zdaje sobie sprawe, ze odpowiada w malo przyjemny sposob. Pozniej sama zaczelam ja podpytywac czy chce zeby tata jechal. Co moje dziecko na to? "OK, nie chce go zmuszac, to jego decyzja.". No ale ty chcesz? - pytam jeszcze raz (liczac, ze w koncu powie "magiczne": tak, chce). Odpowiedz: "ok". Malzonek oczywiscie slyszal cala wymiane zdan i skomentowal krotko: "Widzisz? Ona ma to w doopie". Jessssu... Oni obydwoje sa jak jeze. Nie da sie do nich dotrzec. I zadne sie nie otworzy, nie ustapi, nie pojdzie na kompromis. Oczywiscie tlumacze M. jak krowie na rowie, ze to on jest dorosly i to on musi sobie przetlumaczyc ze zachowanie Bi nie znaczy, ze ona nas nie kocha i nie potrzebuje naszej akceptacji... Niestety, poki co jak grochem o sciane. Malzonek obraza sie jakby sam mial 11 lat i odgraza sie, ze bedzie traktowal corke tak, jak ona jego. Normalnie uosobienie powiedzenia, ze mezczyzni czasem sa jak mali chlopcy; niedojrzali i dziecinni.

Coz... Na szczescie dziadek stanal na wysokosci zadania i zdecydowal sie pojechac na koncert wnuczki. Chociaz raz! Nie wiem skad takie cuda, choc podejrzewam, ze zwyczajnie z nudow. ;) Nie byl pewnien gdzie znajduje sie szkola Potworkow, wiec przyjechal zabrac sie z nami, choc od jego domu akurat znajduje sie ona w podobnej odleglosci jak od nas, wiec troche sobie pojezdzil. ;) No ale Bi ucieszona rzucila sie dziadkowi na szyje, co na co M. oczywiscie skomentowal: "A widzisz jak ona tu reaguje? A do mnie...". Ech, nie moge przetlumaczyc, ze on dokladnie tak samo traktuje corke, jak ona jego, wiec nie ma co oczekiwac cieplejszej reakcji... W kazdym razie pojechal z nami i dziadek i Nik, ktory niewiadomo czemu tez stwierdzil, ze jedzie, mimo ze mial opcje zostania w domu z M. Moze chcial podpatrzec jak to wyglada, skoro za tydzien czeka go to samo. :) Pod szkola wpadlismy na sasiadow (z poprzedniego posta), wiec Bi i jej psiapsiolka polecialy przodem, a Nik z mlodsza sasiadka ganiali razem. Mimo, ze przyjazd mial byc na 19 i bylismy punktualnie, wiekszosc ludzi najwyrazniej wolala dojechac wczesniej, bo parking byl pelen i wiekszosc miejsc na sali zajetych. :O Ja z tata usiedlismy obok sasiadow, ale dla Nika i mlodszej panny zabraklo miejsca obok nas. Zupelnie niezrazeni poszukali sobie wolnych krzesel, gdzie podobno dolaczyl do nich kolega z druzyny pilkarskiej Kokusia. Byli na drugim koncu sali, wiec mam nadzieje, ze nie przeszkadzali zbytnio, bo nie mialam ich nawet jak przypilnowac... ;)

Dostalismy caly program koncertu, wraz z lista (nie zalaczylam jej) wystepujacych dzieci. Pelna profeska!
 

Koncert byl piekny, choc bardziej podobalo mi sie jak urzadzili to na wiosne. Wtedy zespol gral na sali gimnastycznej, potem, na koncert choru wszyscy przechodzili do stolowki ktora jest jednoczesnie aula i posiada scene z kurtyna, po czym, na koncert orkiesty, wracalismy znow na sale gimnastyczna. Mimo, ze podobno zrobili tak tylko ze wzgledu na covid, zeby wszyscy nie tloczyli sie w jednym miejscu, to podobalo mi sie wlasnie, ze bylo troche przestrzeni, a najbardziej, ze kazdy mogl przyjechac na czesc koncertu, ktora go interesowala.

Z koncertu orkiestry nagralam wszystkie trzy utwory, ale zdjec zrobilam tylko dwa, bo Bi siedziala w glebi (tu jest mniej wiecej na srodku - ta najjasniejsza glowa) i slabo ja bylo widac
 

Na przyklad, Bi gra w orkiestrze oraz spiewa w chorze, wiec wystep zespolu zupelnie mnie nie interesowal, zas Nik rowniez gra w orkiestrze oraz w zespole, ale ze nie spiewa, wiec zespol choru V klas zwisa mi i powiewa. Niestety, tym razem stloczyli nas na stolowce niczym sardynki. 

Z chorem zas mialam szczescie bo Bi stala idealnie na srodku, wiec choc sama siedzialam lekko z boku, mialam na nia doskonaly widok
 

Najpierw grala orkiestra, potem spiewal chor, a na koncu gral zespol, wiec teoretycznie moglabym sie wymknac kiedy dzieciaki z zespolu sie zbieraly. Niestety, dyrektorka na poczatku wyraznie poprosila, zeby tego nie robic, poza tym musialabym sie przepychac wzdluz innych ludzi, a na koniec, nawet nie wiedzialam gdzie jest Bi, bo dzieciaki, ktore nie wystepowaly, czekaly gdzies w klasie. Grzecznie wysiedzielismy wiec do konca. :)

Cenzurujac te wszystkie twarze, zatesknilam za covidowymi maseczkami, ktore robily robote za mnie :D
 

Przed wejsciem, komitet rodzicielski jak zwykle sprzedawal koszulki i inne duperelki. Bi nic nie chciala, za to Nik uparl sie zeby mu cos kupic, mimo ze obiecalam, ze zrobie to po jego koncercie. Tak dlugo wiercil mi dziure w brzuchu, ze w koncu sie zgodzilam. Wybral... materialowe rozyczki! :O Skoro juz sie zgodzilam, to kupilam, choc wiem, ze kawaler je szurnie gdzies na biurko i beda tam lezec... Wrocilismy do domu, dziadek wskoczyl w auto zeby wrocic do siebie, a Nik szybko wszamal jakas kolacje i czas bylo spac. Meczacy wieczor. :) Teraz pytanie, czy moj tata przyjedzie na koncert Kokusia. Niestety, dziadek ma tendencje do faworyzowania wnuczki i bywalo juz, ze przyjechal na jej mecz, a na Nika nie, mimo ze byly tego samego dnia i niemal jeden po drugim. :/

Sroda byla dniem najbardziej pasujacym do tytulu posta. ;) Przywitala nas porzadniejszym mrozem, choc temperatura szybko sie podnosila i juz kiedy jechalam do pracy, rozstrzal w czujnikach byl dosc solidny. Telefon twierdzil, ze jest -3, komp w pracy, ze -4, zas samochod upieral sie, ze tylko -2. Tak czy siak, to najnizsza temperatura od Swiat. :D Dzieciaki na autobus, a ja do piesa porzucac pileczke, po czym wstawic pralke, zmywarke i do roboty. Tam kolejny cichy dzien (w sensie towarzyskim), bo szefa nie bylo, a i dwoje laborantow tez zrobilo sobie wolne. Przy takiej malutkiej grupie, brak trzech osob robi roznice. W dodatku pozostala trojka laborantow miala cos pilnego w laboratorium, wiec wiekszosc dnia bylam w biurze sama. Nie zeby mi to jakos strasznie przeszkadzalo. ;) Wyjsc musialam troszke wczesniej, bo znow ruszyla pilka nozna na hali, a ze te zajecia zaczynaja sie juz o 16, to zeby panna miala szanse zdazyc, musialam odebrac ja ze szkoly. Nik wracal autobusem i M. zastanawial sie, czy nie przespi swojego przystanku. Od powrotu do szkoly po przerwie swiatecznej, Mlodszy zasypia w autobusie w drodze powrotnej i zwykle budzi go Bi kiedy czas wysiadac. :D Na szczescie tym razem sam jakos sie przebudzil. My ze Starsza tymczasem mialysmy pol godziny siedzenia na parkingu, panna jedzac i przebierajac sie w stroj do pilki. Tym razem grupa na pilce okazala sie bardzo liczna, choc dla Starszej liczylo sie tylko to, ze ma kolezanke. Ja zas mam mieszane uczucia, bo choc dzieki takiej sporej grupie jest dwoch trenerow i maja szanse przeprowadzic nieco ciekawsze zajecia, ale z drugiej strony, wczesniej instruktor mogl na kazde dziecko zwrocic uwage i dac wskazowki. Teraz te slabsze, albo zle wykonujace cwiczenie, gina zwyczajnie w tlumie.

Bi (w zielonym) sciga sie do pilki
 

Po pilce nie dane nam bylo wrocic spokojnie do domu, bowiem tego samiutkiego dnia ruszyly ponownie zajecia z robienia na drutach w bibliotece. Bi nie byla pewna czy znow chce, ale kiedy kolezanka z pilki wyrazila chec, a dodatkowo jeszcze sasiadka z naprzeciwka (cala trojka grala jesienia w pilke w jednym zespole), od razu uznala, ze oczywiscie ona tez. Zapakowalam wiec spocone, zgrzane panny do auta i ruszylysmy do biblioteki, przebijajac sie przez korki w godzinach szczytu. Tam na szczescie zostawilam Starsza i korzystajac, ze mieszkamy raptem 5 minut dalej, pojechalam do domu. Zjadlam obiad, przygotowalam ile sie da na kolejny dzien (niewiele, zwazywszy, ze mialam 40 minut), po czym popedzilam po corke. Zawiozlam panne do domu, szybko wlalam sobie kawy do kubka termicznego, zgarnelam z kolei syna i popedzilismy na trening koszykowki.

Zamecza mnie te srody...
 

Bylo zimno i nieprzyjemnie, a ja czulam sie zaganiana od poczatku tygodnia i zmeczona, wiec nawet nie mialam ochoty lazic. Przesiedzialam cala godzine w aucie, gadajac tez chwile z tata. Wrocilismy, szybka kolacja dla Kokusia, ja dokonczylam szykowanie sniadaniowek na kolejny dzien, przelozylam do suszarki pranie kiszace sie w pralce od rana i wlasciwie czas byl gonic potomstwo do lozek. Niestety, nadchodzace srody (z malymi wyjatkami) beda tak wlasnie wygladac. Sama jestem sobie winna, ze jakos nie pomyslalam o tym rejestrujac dzieciaki na te wszystkie zajecia... To znaczy, na koszykowke Nik juz chodzil. Ale potem mama kolezanki Bi z pilki spytala czy moglybysmy zmienic dzien z czwartku na srode bo lepiej im ona pasowala i zgodzilam sie, bo czemu nie. A pozniej do kompletu doszly druty w bibliotece, no i mam. ;) Najgorzej ze nawet nie ma jak wlaczyc M., bo odbieram Bi ze szkoly, z pilki jedziemy prosto do biblioteki, a z Nikiem tez go nie wysle, bo chlop wstaje o 3 nad ranem, wiec czesto jak z Mlodszym o 20:15 dojezdzamy do domu, ojciec juz spi... To nic, byle do polowy lutego, kiedy skonczy sie koszykowka, a pilka bedzie miala krotka przerwe. ;)

Czwartkowy poranek niespodziewanie zaczal sie... interesujaco. ;) Jak to w czwartki, zawozilam dzieciaki do szkoly, wiec wstalismy troche pozniej i z zaskoczeniem stwierdzilismy, ze pada snieg. Zapowiadali snieg z deszczem, ktory mial szybko przejsc w normalny deszcz, a tu niespodzianka. Niestety, prognozy wziely z zaskoczenia nie tylko drogowcow, ale i meteorologow, bowiem z kazda chwila warunki robily sie coraz gorsze.

Piekne, zimowe widoki... ktore potrwaly jeden dzien ;)
 

Zanim wyjechalismy, drogi na naszym osiedlu byly bielutkie, ale bardziej ruchliwa droga poza nim juz w miare odsniezona, wiec stwierdzilam, ze nie bedzie zle. Tymczasem im blizej szkoly Potworkow, tym gorzej sie robilo. Boczna droga niedaleko placowki tylko troche rozjezdzona, zas na ulicy, przy ktorej szkola sie znajduje, takiej waziutkiej, praktycznie bez ruchu samochodowego... wypadek! Droga wlasciwie prosta, a tam ktos stoi w poprzek! Nie wiem jak go tak zarzucilo, ale myslalam, ze wykreci i pojedzie dalej. Zza sznureczka aut nie moglam dobrze zobaczyc co sie stalo, ale najwyrazniej albo ta osoba uderzyla w inne auto, albo kompletnie spanikowala, bo auto ani myslalo odjezdzac, a po chwili nadjechala policja. Wszyscy zaczeli zawracac, bo bylo juz tylko 5 minut do poczatku lekcji. Niestety, zeby dojechac do szkoly od drugiej strony, trzeba zrobic spore koleczko, ale nie tylko my dojechalismy spoznieni, bo przed nami oraz za nami nadal sporo bylo samochodow, a nawet autobusow szkolnych, ktore zapewne tez jechaly tego dnia duzo wolniej. Kiedy wyjezdzalam z parkingu, pieknie zarzucilo mi tylem auta, ale odruchowo puscilam wszystkie pedaly i samo sie wyprostowalo. Na szczescie nawet nie zdazylam sie rozpedzic. Myslalam, ze potem, na glownych drogach, warunki beda juz ok, tymczasem nawet chyba nie posypano ich sola, snieg caly czas rowno padal i z kazda minuta robilo sie gorzej. Dodatkowo, cala ta elektronika, ktora teraz laduja w auta, czasem moze doprowadzic do szalu. Stoje spokojnie na swiatlach, a moje auto nagle piszczy i na ekranie pokazuje mi na czerwono, ze zaraz uderze w cos przy zderzaku! Az podskoczylam, ale patrze, ze przeciez od auta przede mna, dzieli mnie spokojnie metr odleglosci. Czyli troche zmrozonego sniegu musialo obsunac sie centralnie na czujnik, ktory pipczy i pipczy! Na szczescie pokazuje, ze moge go tymczasowo wyciszyc. Z ulga klikam, bo nie wyobrazam sobie jechac 15 minut to pracy przy akompaniamencie takiego pisku... To niestety nie koniec przygod z czujnikiem. Skoro go wyciszylam, to teraz na ekranie, gdzie zwykle wyswietla mi predkosc, caly czas wyskakuje, ze nie dziala "asystent parkowania" i zebym oczyscila sensor. No jakbym nie wiedziala! Dodatkowo migaja zolte kontrolki. Cudownie to wszystko rozprasza kiedy warunki na drogach i tak sa ciezkie! ;) Dojechalam na szczescie do roboty bez wypadku po drodze. A kiedy juz prawie dojezdzalam, snieg musial sie z sensora zsunac lub roztopic, bo w koncu wszystko ucichlo... W pracy zas rozdzwonil mi sie telefon. Numer nieznany, wiec nie odbieram. Po chwili dzwoni ponownie. Zdziwiona odblokowuje telefon zeby sprawdzic czy numer faktycznie ten sam, czy mi sie wydaje. Identyczny i w dodatku juz zostawiona wiadomosc. Zaniepokojona odsluchuje, a tam, ze chca rozmawiac z Agata (no tu by sie zgadzalo), ze sa z gazowni i szukaja kogos spod adresu... i tu konsternacja. Bo to nie moj adres! :D Pierwsza cyfa 1, wiec przemknelo mi przez mysl, ze moze mowa o starym domu, ale jednak ulica mi sie nie zgadza.. W dodatku w telefonie trzeszczy i przerywa, co utrudnia doslyszenie. Ide do okna (w budynku mam fatalny zasieg) i odsluchuje wiadomosc jeszcze raz. Tym razem dobrze slysze adres... i przez chwile mam zacmienie. Cos kojarze, gdzies dzwoni, ale w ktorym kosciele? W koncu: bingo! To adres taty! :D Pod ktorym nie mieszkam od prawie 14 lat! Skad mnie dorwali?! Pomyslalam, ze moze tata jest pod prysznicem, albo spi i nie slyszy ze mu sie gazownia dobija do drzwi. Dzwonie wiec do niego, ale WhatsApp zajety, a zwykly telefon nie odbiera. Moja wewnetrzna panikara juz sobie wyobrazila, ze spadl ze schodow, czy wyszedl i poslizgnal sie gdzies na lodzie (pogoda przeciez paskudna), ale na szczescie za chwile oddzwonil. Okazalo sie, ze gazownia w miedzyczasie dodzwonila sie do niego i ze nie byli nawet pod jego domem, tylko telefon przyszedl z centrali, zeby umowic sie na zmiane licznikow. ;) 

To byla godzina raptem 9:15 rano, a zeby to wszystko spisac, akapit wyszedl mi jak z opisu dwoch dni. A moglam napisac krotko: mialam zwariowany poranek! :D Na szczescie reszta dnia minela juz spokojnie. W czasie kiedy bylam w robocie, zgodnie z prognozami, snieg przeszedl w deszcz i drogi byly mokre, ale zupelnie przejezdne. Wrocilam do chalupy i na szczescie juz nigdzie nie musialam sie ruszac. Nik mial co prawda trening na basenie, ale utarlo sie juz, ze jezdzi na nie z ojcem, ktory w tym czasie wyciska siodme poty na silowni. ;) Zadne z Potworkow, jakims cudem nie mialo zadanej pracy domowej, wiec moglam spokojnie przygotowac sie na kolejny dzien, wziac prysznic i nawet upiec chlebek bananowy. Ktory zreszta robie ostatnio tak czesto, ze troche mi sie przejadl i sama wlasciwie go nie ruszam. Na szczescie M. nigdy nie traci apetytu na domowe ciasto. Nie znam drugiego takiego lasucha... ;) Tego wieczora trener przyslala tez rezultaty sobotnich zawodow i okazalo sie, ze Mlodszy zajal jednak trzy pierwsze miejsca. Brawo Nik! :)

W piatek anomalii pogodowych ciag dalszy. Tuz przed Gwiazdka, temperatury z kilkunastu, spadly w ciagu kilku godzin do siarczystego mrozu. Roznica byla tak ogromna, ze okna najpierw zaparowaly, a pozniej zamarzly. Od wewnatrz. Normalnie mialam solidna warstwe lodu na dole ramy okiennej. W pokojach dzieci, nie dalo sie ich otworzyc. Tym razem odwrotnie. Z temperatury 2-3 stopni, w nocy podskoczyla ona na 12. Wszystkie okna w aucie mialam zaparowane, a kiedy wyszlam z dziecmi na autobus, stwierdzilam, ze w zimowej kurtce mi za goraco i lepsza bylaby wiosenna. Juz po poludniu temperatura miala zaczac gwaltownie spadac i na noc zapowiadali -2. Te skoki sa naprawde nienormalne, nie wiadomo jak sie ubrac i nie dziwota, ze wszyscy naokolo choruja... Bi tez zaczelo cos kapac z nosa, a i M. stwierdzil, ze znow go przytyka, choc ledwie tydzien wczesniej podleczyl sie z przeziebienia. Piatek minal w sumie spokojnie, choc sennie i dretwo, bo za oknem ciemno i deszcz. Po pracy, jak to ostatnio w piatki, wyruszylam na zakupy spozywcze. Potem juz do domu, a tam rozpakowac, chwile odsapnac, po czym przygotowywac dzieciaki na powrot do Polskiej Szkoly. O dziwo nawet nie bylo wielkiego placzu, ale rano moze byc roznie. :D

Podsumowujac, wykonczyl mnie ten tydzien. Czuje sie jak przeciagnieta przez magiel. A tu czlowiek nawet w sobote sie nie wyspi. ;)