piątek, 24 lipca 2026

Tym razem bez inspekcji, a post glownie Kokusiowy

W piatek wieczorem dostalam od Kokusia oraz mamy jego kolegi, foty. Chlopaki, jak widac, bawili sie szampansko i namietnie lowili ryby. 

Ta "poducha", czy jak to nazwac, ponoc jest zakotwiczona w zatoczce i wszyscy z okolicznych domow moga sie na niej bawic

Nik zlapal dwa pstragi, ktore bardzo go ucieszyly, bo to w koncu inne ryby niz zawsze. Ponoc chwycil tez jakis bardzo duzy okaz, ale kiedy juz mial go wciagac do lodki i inni szykowali siatke zeby rybsko zlapac, to sie... urwalo i odplynelo w sina dal. ;)

Mala rybka, a tyle radosci ;)

W sobote, 18 lipca, odsypialam trudy inspekcji i spedzania w domu tylko tyle czasu, zeby sie przespac. ;) O 6 rano wygonil mnie z lozka pecherz, ale potem jeszcze zasnelam. Budzik nastawilam na 9 i obudzil mnie, lecz pozniej znow mi sie przysnelo na 20 minut. Kiedy wreszcie sie przebudzilam, akurat wstala Bi. Malzonek byl "oczywiscie" w robocie, a Nik u kolegi, wiec jakos tak dziwnie pusto bylo w domu bez obu panow. Zeby nam nie bylo zbyt smutno, okazalo sie, ze M. wyszedl z pracy wczesniej i dojechal akurat, kiedy ogarnialam jeszcze poranna toalete. Co go zreszta bardzo ucieszylo i zaczal sie do mnie, hmmm... dobierac! Zwariowac z tymi chlopami mozna... :D Wypilam jeszcze poranna kawe, po czym malzonek polozyl sie na drzemke, a my z Bi podazylysmy na zakupy. Zwykle lubie je robic w czwartek lub piatek, zeby miec spokojniejszy weekend, no ale przez moje szalone towarzyszki nie bylo mowy. O 19 czy 20, po godzinnej jezdzie do domu, ostatnie na co mialam ochote, to dralowac jeszcze po spozywke. :/ Po upalnym tygodniu, w sobote bylo zdecydowanie chlodniej. Moze nie zimno, bo 22 stopnie trudno nazwac chlodem, ale taka roznica, przy dodatkowym zachmurzeniu oraz deszczu, sprawiala, ze zalozylam bluzke na dlugi rekaw, bo mialam zwyczajnie gesia skorke. Po zakupach podjechalysmy jeszcze na bubble tea, a potem juz wrocilysmy do domu. W sama zreszta pore, bo chwile pozniej zaczelo padac, a w oddali tez grzmiec. Rozpakowalam torby i mielismy chwile spokoju, to znaczy M. oraz Bi go mieli, bo ja zajelam sie wstawianiem zmywarki oraz pralki. :D Po poludniu pojechalismy do kosciola, a potem pedem wracalismy na mecz Anglia : Francja. Tym razem ja i M. bylismy za "zabojadami", a Bi za "Angolami". ;) Rozgrywka byla intensywna i az milo sie ogladalo, szczegolnie w drugiej polowie. Szkoda mi troche Francuzow, bo przez chwile wydawalo sie, ze moga wyrownac, ale niestety... Wieczor uplynal juz bardzo leniwie i tylko Nik wkurzal, bo mial odpowiadac na wiadomosci, a najwyrazniej zaaferowany kolegami, mial je w powazaniu... Dobrze ze czasem dostalam cos od mamy kolegi, wiec wiedzialam ze zyja i maja sie dobrze. ;) Ze zdjec wynika, ze chlopaki albo siedzieli w wodzie, albo lowili ryby z lodki.

Latajacy plywajacy dywan :)

Jak pisalam wczesniej, tego dnia bylo znacznie chlodniej, wiec Nik na zdjeciach mial pozyczona bluze, bo nie pomyslal zeby spakowac cos cieplejszego. Ja tez mu nie przypomnialam, bo Potworki chodza w bluzach w srodku zimy, a latem im raczej za goraco niz za zimno, nawet kiedy ja marzne. ;)

Szaro i niezbyt cieplo, ale humory dopisuja 

Upieklam jeszcze chlebek bananowy (Bosz, ile M. dokupuje tych bananow!) na przyjazd dziadka i mozna sie bylo klasc.

Niedziela to sen nieco przerywany, bo Oreo postanowila urzadzic wrzaski o 6:30 rano. Kiedy sie zwloklam, turlala sie rozkosznie na dywanie, udajac ze to wcale nie ona darla jape chwile temu. Nie dalam sie nabrac, zgarnelam gadzine i wystawilam za drzwi. :D Pozniej niestety juz tylko przysypialam po kilka minut i w koncu sama na dobre sie obudzilam przed budzikiem. Poranek byl, jak na ostatnie tygodnie, rzeski i kiedy mama kolegi Kokusia przyslala kolejne zdjecia, chlopaki na lodzi nadal siedzieli w bluzach. Nie przeszkadzalo im to oczywiscie w szalenstwach w jeziorze, choc woda w nim na pewno byla porzadnie nagrzana po ostatnich upalach.

Jakby malo bylo atrakcji... 

Sniadanie, umyc sie, rozladowac zmywarke i napisalam do taty ze zapraszam na kawe. Dzien wczesniej pytalam czy moze chce obejrzec z nami mecz, ale zaczal marudzenie, ze wieczorem musi szykowac sie do pracy (bo tylko on jeden...) i mecz to chce ogladac juz w pizamie i z piwkiem w reku. Tyle ze rozgrywka rozpoczynala sie o... 15 naszego czasu! :D Tata byl jednak nieugiety, "bo moze byc dogrywka, a potem karne i wszystko skonczyc sie o 19". No coz, nie to nie. Przyjechal wiec o zwyklej porze, zjedlismy obiad, posiedzielismy przy kawie oraz ciescie i zaraz po 14 dziadek sie zmyl. W miedzyczasie wrocil Kokus, po ktorego mielismy jechac, ale ostatecznie przywiozl go tata kolegi, ktory musial po cos przyjechac do naszego miasteczka. Syn dojechal jakis bez humoru. Przywital sie wlasciwie bez usmiechu, cos tam burknal ze przeciez jego powrot to nie jakies wazne swieto, po czym zabral sie do swojego pokoju. A nam naprawde bylo jakos dziwnie bez niego w domu i cieszylismy sie jak glupki, ze wrocil. ;) Musial byc mocno wyrabany, bo polozyl sie do lozka i przespal cala reszte popoludnia. Wstal dopiero pod wieczor i wtedy wrocilo moje przytulasne "malenstwo", ktore juz teraz wyraznie nade mna goruje. ;) Czas miedzy odjazdem dziadka a finalem mundialu wykorzystalam na wyszorowanie zlewu w kuchni oraz posprzatanie rodzicielskiej lazienki. Ta dzieciakow wysprzatala pozniej Bi, ktora niestety musi sie zahartowac, bo ma odruch wymiotny przy myciu kibla i brzydzi sie gabki do czyszczenia zlewu, mimo ze dotyka jej przez rekawiczki. Powiedzialam pannie zeby lepiej szykowala sie na dobrze platna prace albo bogatego meza, bo inaczej czeka ja mycie i sprzatanie wlasnej lazienki do konca zycia. :D W kazdym razie, nasza trojka (poza Kokusiem, ktory spal) zasiadla podekscytowana do meczu Hiszpania : Argentyna. Pisalysmy do siebie z siostra, bo oni sa akurat w Hiszpanii i mowili ze na ulicach jeszcze przed meczem dzialo sie wariactwo, a pozniej to pewnie fiesta do bialego rana. :D Wszyscy bylismy oczywiscie za Hiszpania, wiec mecz ogladalo sie... ciezko. Grali fenomenalnie, zdominowali boisko, strzaly byly co chwila, tylko co z tego, skoro kazdy obroniony. Kiedy zaczela sie dogrywka, stwierdzilam ze nie moge juz na to patrzec. Bylam przekonana, ze dojdzie do karnych, a te to juz mocno loteria, gdzie w dodatku druzyna Argentyny grala jakby jej nie bylo, ale bramkarza mieli swietnego. Poszlam wiec wziac prysznic, a kiedy wylonilam sie z lazienki, bylo juz po meczu i na szczescie Hiszpania, po pierdylionie prob, w koncu wygrala jednym golem. ;) Obie z Bi zachwycalysmy sie chlopaczkiem, ktory owego gola strzelil. Przystojniaczek, ze hej. Smiesznie tak, ze z corka jestesmy na etapie podziwiania tych samych osobnikow plci odmiennej, choc oczywiscie ten smarkacz mlodzieniec moglby byc moim synem. ;p Ogrod byl nadal mokry po sobotnim oraz nocnym deszczu, wiec odpadlo mi podlewanie. Za to poskladalam jedno pranie i wstawilam kolejne. Przez ten szalony poprzedni tydzien to zaniedbalam, wiec uzbieralo sie go na przynajmniej 4 ladunki... Pozniej przygotowac sniadaniowke oraz ciuchy na kolejny dzien i wlaczylam sobie powtorke dogrywki meczu zeby zobaczyc jak to Hiszpania zmiotla Argentyne. ;)

W poniedzialek musialam sie zerwac wczesnie i podralowac do roboty. W porownaniu z wyprawa na inspekcje w poprzednim tygodniu, droga do biura, choc w tragicznych korkach, wydawala sie niemal jak mrugniecie okiem. ;) Biuro pustawe choc jakies 3 zablakane duszyczki (poza mna) sie znalazly. Glownym zadaniem bylo oczywiscie naniesienie do raportu poprawek od szefa. Mialam to zrobic do 12:30, ale ostatecznie odeslalam okolo 11:40. Ucieszylam sie ze tak ladnie mi poszlo i czekalam na odpowiedz. Minela jednak godzina, druga i nic. W poprzednim tygodniu pisal, ze chce do 14:30 (kiedy teoretycznie konczy prace) miec to zamkniete. Tymczasem odeslal mi raport dopiero tuz przed 14 i to... z dodatkowymi poprawkami i pytaniami. Niektore, mialam wrazenie, ze to takie zwyczajne czepianie sie szczegolikow. Nie wiem czy to przez to, ze jestem nowa, czy ze to moj pierwszy raport, czy po prostu chlop taki ma styl. Mozliwe ze kazda z tych rzeczy po trochu, bo podczas minionej inspekcji grupowej, tak sobie nieraz gadalysmy ogolnie o pracy i mialam wrazenie, ze tamte 3 babki nie bardzo mojego szefa lubia (dla jednej to tez jej szef, hmmm...). ;) Jedna z nich mowila, ze kiedy maja do napisania jakies grupowe sprawozdania, on potrafi poprawic jej czesc, mimo ze nie jest jego podwladna i w ogole pracuje w centrali na kompletnie odrebnym stanowisku. Podejrzewam wiec, ze facet nie moze sie powstrzymac. ;) Tak czy siak, wymienilam z nim jeszcze kilka maili, wyjasniajac niektore pytania, a poza tym musialam napisac do tamtej kobiety ze sprawdzanej firmy, zeby dopytac o jedna rzecz. To tez mam wrazenie, ze bylo kompletnie niepotrzebne, bo sprawdzilam raport z poprzedniej inspekcji tamtego miejsca, ta informacja nigdzie nie byla podana i tez bylo dobrze. A ten sie czepia. :/ Na szczescie kobitka szybko odpisala, ale zaczynalam juz zgrzytac zebami ze zlosci. Pewna ulga byla za to "niespodzianka" w lazience. Okres w koncu przyszedl. Ponad 2 tygodnie spozniony. Mialam go dostac przed ostatnim kempingiem i poczatkowo ucieszylam sie, ze nie przyszedl, bo jesli pamietacie, mielismy wtedy rekordowe upaly i wez tu sie jeszcze morduj z fizjologia. Pare dni przed "terminem" przelecialo mi przez glowe, ze "hmmm... w ogole mnie cycki nie bolaly", ale sie nie przejelam, bo czasami tak bywalo, a okres i tak sie zjawial. Czasem zajmowalo mu kilka dni, ale przychodzil. A teraz nic i nic. Malzonek juz paznokcie nerwowo obgryzal i dopytywal czy jestem pewna, ze to nie ciaza, bo w naszym wieku to juz raczej trzeba czekac na wnuki, a nie odchowywac kolejnego rozdarciucha. :D Ja bylam jednak na 99% pewna, ze to nie ciaza, bo czulam sie zwyczajnie, a pamietam nawet slowa mojego ginekologa, kiedy przechodzilam moje dwie stracone ciaze - nie da sie byc "przy nadziei" i czuc sie normalnie, bo hormony na to nie pozwola. W koncu, po ponad tygodniu, zaczely mnie bolec piersi, wiec wiedzialam ze pomalu okres sie zbiera, no i w koncu przylazl. ;) Pytanie teraz czy to zawirowania przez stres, czy trzeba sie witac z babcia Menopauza... ;) Najlepsze, ze poinformowalam malzonka, ze jednak nie zostanie ojcem kolejny raz, a on na to, ze "dzieki Bogu". :D No to pytam co sie stalo, bo zawsze i on i jego rodzice powtarzaja, ze dzieci to blogoslawienstwo i im wiecej, tym lepiej... Przeciez wiecznie slyszymy peany zachwytu na temat jego najmlodszego brata, bo oni maja 5 dzieciakow. Juz o nich pisalam. Ani on, ani ona, nie skonczyli nawet szkoly sredniej, on sie chwytal byle jakich dorywczych prac, ona nigdy nie pracowala. W Polsce zyli z 500+ i zasilku rodzinnego. Potem, w Anglii, glownie z socjalu, choc na szczescie on ma wreszcie stala prace. No ale, jak moj tesc o nich gada, to liczy sie tylko to, ze ma tam tyle "wnuczusiow". A ze rodzicow tych wnuczusiow stac moooze na jedno, a nie piatke, to juz niewazne. ;) Dobrze ze te ich dzieciaki sa w miare madre, choc i tu pojawil sie problem. Najstarsza rok temu miala isc na studia, ale kto za nie zaplaci? Kasy nie ma, bo skad, a dofinansowania nie dostanie, bo nie maja stalego pobytu. A nie maja, bo kilka lat temu, jak glupki, wrocili z Anglii do Polski, liczac na spadek. Spadku nie dostali i po trzech latach wyemigrowali ponownie, jak niepyszni. Poniewaz jednak przerwali pobyt, wiec musza lata zbierac od nowa. Pozyczki z banku tez nie dostana, bo nie maja wydolnosci kredytowej. Mloda placze, bo przyjeli ja warunkowo, ale grozilo jej wyrzucenie za brak oplat, wiec kto pomogl? Tesciowie! Wyslali z Polski kase na studia dla wnuczki! Od razu uprzedze, ze wiem ze zrobiliby to samo dla nas gdyby bylo trzeba. Chodzi tylko o fakt, ze tamci popelniaja jeden zyciowy blad za drugim, ale tesc ma klapki na oczach, bo "cudownie, ze az piecioro dzieci". :/ Teraz ona ma w koncu ponoc pojsc do pracy, ale bedac po 30tce, bez zadnego wyksztalcenia, jedyne gdzie znalazla zatrudnienie, to na nocki w pralni. I tak sobie mysle, czy nie lepiej bylo skonczyc szkole, zamiast rodzic jednego smarkacza za drugim? Ale do brzegu. Pytam wiec M. co sie stalo z tymi dziecmi jako bozym blogoslawienstwem, a on na to, ze "juz nie w tym wieku, bo przeciez on zaraz 50tke konczy!". Dziadek sie znalazl, ale bzykac to by sie nadal chcialo. :D Dojechalam do domu cala szczesliwa, ze byla godzina 17, a nie 19 czy jeszcze pozniej. Tego dnia mielismy rodzinne swieto, bo obiad pierwszy raz przygotowala Bi! Zrobila male tacos z jakiegos przepisu, ktory sama wynalazla. Musze przyznac, ze wyszly pyszne i wszyscy zjedlismy je ze smakiem. Nik mial trening, wiec M. go zawiozl, a my w tym czasie zasiedlismy do kolejnego odcinka Rodu Smoka. Nowe leca w niedziele wieczorem, ale przy godzinach pracy malzonka, nie ma mowy zeby siedzial do 22. Pozniej syna odebralam i dzien przelecial.

Wtorek to ponownie dzien mordowania sie z raportem. Ostatecznie przerobilam 5 jego wersji (nie w jeden dzien, we wtorek bylo ich "tylko" dwie). :O Niektore poprawki zniknely po pierwszych korektach, inne pojawily sie pozniej, a jeszcze kolejne ciagnely sie przez wszystkie wersje z kolejnymi komentarzami, ech... Nastepnym wyzwaniem bylo naniesc je w programie, bo ten automatycznie "wypluwa" raport, ale niektore rozdzialy i podpunkty sa w nim w innej kolejnosci! No bo przeciez po co ma byc zbyt latwo... Zaczelam to robic jeszcze w pracy, ale ze ostatnia wersje dostalam od szefa dopiero po 15, to nie skonczylam. Tego dnia dostalam tez od kolezanki z poprzedniej inspekcji prosbe o napisanie rozdzialu z tego, co ja na niej przerobilam. Poniewaz nadal walczylam z raportem, a w dodatku nadchodzila kolejna inspekcja, spytalam na kiedy to potrzebuje. Niestety, odpisala ze chcialaby miec to w tym tygodniu, bo ekspertka, ktora z nami byla jest na 2-tygodniowym urlopie i ona chcialaby miec cala swoja czesc gotowa na jej powrot. Suuuper. Bo ja nie mam co robic... :/ Jedynym bezproblemowym zadaniem tego dnia, okazalo sie uprzedzenie o nastepnej inspekcji. Zabralam sie za to juz we wtorek, bo wiem, ze czesto trudno jest zlapac odpowiednia osobe, ma sie nieaktualne numery telefonu, albo jakies ogolne, np. na centrale szpitala, itd. Na wypadek gdyby kilka dni zajelo mi dobijanie sie do docelowej osoby, stwierdzilam ze na numer podany w zleceniu, zadzwonie we wtorek. A tu niespodzianka, bo doktorek sam od razu odebral, wiec uprzedzilam, spytalam o parking i jestem "umowiona". Malo kiedy chyba odbywa sie to tak sprawnie. ;) Musialam tez napisac do osoby z centrali, zeby poinformowac ze za kilka dni zaczne zlecona przez nich inspekcje. Po co im ta informacja, nie mam pojecia, ale trzeba, to informuje. Tym razem mialam zreszta kilka pytan, bo brakowalo mi informacji. Babka przeslala link, w ktorym bylo wszystko, co mi potrzeba i az mi sie glupio zrobilo, bo wchodzilam na niego wczesniej i moglabym przysiac, ze byl tam tylko protokol z kilkoma poprawkami... Po pracy wrocilam do chalupy, gdzie Potworki od razu rzucily sie do mnie z marudzeniem, ze jest wilgoc i czy mozemy wlaczyc klime. Rzeczywiscie, tego dnia mielismy 24 stopnie i 95% wilgotnosci. Bylo parno jak przed burza. Burze byly zreszta zapowiadane, ale ostatecznie zadna nie nadeszla. Duchota byla jednak okropna, a przy tym nic nie schlo: ani podloga umyta wczesniej przez dzieciaki, ani reczniki w lazienkach, ani nawet wlosy Bi po prysznicu. ;) "Najlepsze" jednak, ze M. byl w domu od 1.5 godziny i jemu mlodziez nic na temat klimatyzacji nie wspomniala! :D Tak jak poprzedniego dnia, Nik mial trening i ponownie M. go zawiozl, a ja odebralam. W miedzyczasie poskladalam pranie, a kiedy przywiozlam syna, szybko wstawilam ciasto z jablkami, z kilku zrobily sie juz bowiem pomarszczone "kapcie" i trzeba je bylo zuzyc.

W srode moglam pospac dluzej bowiem pracowalam z domu, huhuhu! ;) Przy czym nie pospalam ile bym mogla, bo wczesniej Oreo przytuptala do sypialni wrzeszczac ile sil w mordce. Kiedy zwloklam sie z wyrka, okazalo sie, ze Nik tez juz nie spi. Syn postanowil skorzystac z mojej obecnosci w domu i pojechac na ryby, a na sniadanie machnac sobie pancakes.

Jak to milo miec choc troche samoobslugowe dzieciaki ;) 

Z jakiegos powodu nie chce ich robic kiedy nie ma doroslych, choc nie ma problemu, zeby przygotowac sobie np. jajecznice. Tak czy siak, zjadlam sniadanie, umylam sie i zasiadlam do dalszych poprawek w raporcie. Moj szef zdazyl mi juz z samego rana wyslac wiadomosc, zebym dala mu znac jak wysle raport do zatwierdzenia (to sie robi w specjalnym programie i on musi na niego wejsc), a pozniej kolejna, o ktorej mysle ze uda mi sie to zrobic. Uch... Wiem ze chlop teoretycznie jest na urlopie, wiec pewnie tez chce juz to odhaczyc i miec z glowy, ale kurna, nikt go nie zmusza, tak? Mogl machnac reka, ze sprawdzi jak wroci do pracy, ale nieee... W koncu mu to odeslalam i odetchnelam z ulga. W miedzyczasie Nik jeczal, ze chce na ryby, wiec go szybko zawiozlam. Cale szczescie, ze obrocenie w obie strony, to raptem 10 minut. W ktoryms momencie wyslal mi filmik. Cos za duzo on napotyka tam zwierzyny:

Wiem, ze troche zamazany, ale przeszedl skubaniec doslownie za plecami Kokusia! :O

Po jakims czasie przyszla automatyczna wiadomosc z systemu, informujaca o raporcie. Czytam, a tam... ze szef odsyla go spowrotem do poprawy! Myslalam, ze wyjde z siebie! To oprogramowanie nie dziala zbyt szybko, wiec chwile zajelo zeby raport ponownie sie w nim pojawil, ale wczesniej napisalam do szefa z pytaniem, o czym zapomnialam. Okazalo sie, ze raport jest ok, tylko nie oznaczylam odpowiednio wszystkich biurokatycznych pierdol. Tu jednak kompletnie nie czuje sie winna, bowiem nikt mi tego wczesniej nie pokazal. Kiedy odsylalam w poprzednim tygodniu pierwsza wersje przy pomocy kolezanki, ta spojrzala i machnela reka. Teraz sie okazuje ze musze nie tylko wklepac odpowiednie kody (na szczescie znalazlam je w zleceniu), ale nawet czas spedzony na inspekcji musialam podzielic na "centra". Szef napisal mi ze polowe godzin mam podpiac do centrum, ktore zlecilo inspekcje, 0.25 pod kolejne i reszte pod trzecie. Tyle ze weszlam, a w systemie mam wszystko poblokowane i nic nie moge zrobic. Napisalam do szefa i... bez odzewu. Za to dostalam wiadomosc od syna, zeby go odebrac. No to odpisalam, ze ma byc zwarty i gotowy i pojechalam. Odebralam dziecko, a po powrocie okazalo sie, ze szef pisal i dzwonil, a w koncu wyslal wiadomosc ze musi wyjsc na 15 minut i zebym pozniej zadzwonila. :D Kiedy jednak czekalam, sama klikalam gdzie popadnie i w koncu odblokowalam. Okazalo sie, ze trzeba bylo usunac raport, co mnie troche przerazalo, ale na szczescie pozniej system go bez problemu wygenerowal od nowa. ;) Grzecznie, pod wytyczne szefa, pod glowne centrum dalam polowe wszystkich godzin, a reszte podzielilam po 1/4. I odeslalam. Po kilkunastu minutach pojawia sie kolejny automatyczny mail, ze... szef znow go odeslal! Przyznaje, ze mialam ochote wrzeszczec i tupac nogami! :D Co tym razem?! A to, ze szefowi chodzilo, ze jedno centrum ma polowe godzin, drugie mniej niz 1, a reszte ma dostac trzecie. To nie mogl tak napisac od razu?! A nie, pisze mi 0.25, co dla mnie oznaczalo automatycznie 1/4 godzin! Przy okazji napisal, zebym potwierdzila ilosc godzin, bo to ma byc czas spedzony na inspekcji, przygotowaniu oraz pisaniu raportu, nie wlicza sie dojazdu. Przeliczylam wiec godziny jeszcze raz, po czym dodalam te spedzone na poprawkach tego dziadowstwa. I odeslalam. Po chwili dostaje maila od szefa, ze ma ostatnie pytanie, bo rano mialam 97 godzin, a teraz zmienilam na 111. Zazgrzytalam zebami, ale wytlumaczylam ze dodalam czas poprawek i czy te sie nie licza. A, no tak, licza sie, to ok. Ugh... Za moment dostalam maila wyslanego przez system i az przeszly mnie ciarki, ale tym razem jednak raport zostal zaakceptowany! Juhuuu!!! :D Niestety, w przyszlym tygodniu znow mam inspekcje i az sie boje... :/ 

Jak napisalam wyzej, w srode pracowalam z domu, a wybralam ten dzien z konkretnego powodu, mianowicie syn mial zawody plywackie! Tego lata bylo ich 5, ale zapisalam go tylko na 2, bo inne wypadaly w tygodniach kiedy mialam inspekcje, a wtedy ciezko mi przewidziec, o ktorej wroce do domu. A w przeciwienstwie do zimy, letnie zawody sa zawsze w srodku tygodnia. Na M. zas wiadomo, ze nie mam co liczyc. Pozniej, jedne z zawodow, na ktore mial jechac, zostaly odwolane i w koncu zostaly tylko te. One tez przez chwile staly pod znakiem zapytania, bo prognozy zapowiadaly burze, a basen na zewnatrz. Ostatecznie popadalo tylko chwile w srodku dnia, zawodow nikt nie odwolal, wiec kiedy skonczylam prace, czym predzej zamknelam laptoka, chwycilam syna i pognalismy. Wpakowalismy sie w koszmarne korki i zamiast jechac 45 minut, droga zajela nam ponad godzine. Poniewaz nie chcialam sie zwalniac z pracy, wiedzialam, ze na rozgrzewke syn nie zdazy. Okazalo sie jednak, ze ominela go tez jedna ze sztafet i cale szczescie ze wczesniej wyslalam trenerowi maila, ze bedziemy spoznieni. A i tak weszlismy i juz inna trenerka biegla za Kokusiem zeby sie szybko rozbieral, bo za chwile ma wyscig. Faktycznie, ledwie zdjal spodenki oraz koszulke i wcisnal na glowe czepek, a juz musial ustawic sie na starcie.

Najlepsza czesc zawodow to oczywiscie spotkanie z kumplami - Nik w bialym czepku 

Przy tym pierwszym wyscigu (50m kraulem) mial malego pecha, bo plynal przeciwko swojemu dobremu kumplowi, ktory jest jednak o rok starszy i plywal w high school, a w dodatku jakis czas temu rodzice zalatwili mu prywatne treningi. Nie mial wiec z nim wiekszych szans i przyplynal drugi. Okazalo sie przy tym, ze przeciwna druzyna nie miala w ogole chlopcow w przedziale wiekowym 13-14 lat, wiec wszystkie wyscigi nasze chlopaki mialy przeciw sobie. Pozniej plynal 100m kraulem i 50m motylkowym. Tutaj juz mial innych przeciwnikow i w obydwu wyscigach wygral.

Nik (bialy czepek) juz przy sciance, dwoch pomalu doplywa, reszty nawet nie widac na horyzoncie 

Mnie bardzo podobaly sie te zawody, bo prowadzacy mieli wszystko pieknie zorganizowane, laczyli wyscigi gdzie sie da i mijaly ekspresowo. Spakowalam sobie i wode i kawe oraz przekaski, a tymczasem wypilam kawusie, a cala reszte przywiozlam spowrotem, bo nawet nie zdazylam zglodniec. Smialam sie tez, bo kazdemu kto wygral swoj wyscig, trenerzy rozdawali gumowe krokodylki, jak kaczuszki do wanny. Na koniec troche im ich zostalo i dzieciaki mogly sobie wziac dodatkowe. Pomyslalby ktos, ze "stare", nastoletnie chlopy wzrusza ramionami, ale gdzie - pierwsi wyciagali lapy. :D Krokodylki piszczaly przy nacisnieciu i potem kawalerowie nawzajem piszczeli sobie do uszu, rechoczac. Jak dzieci... :D Spodziewalam sie, ze bedziemy tam kwitli do 20, tymczasem skonczylismy tuz przd 19. O tej porze na drogach nie bylo juz praktycznie korkow, wiec przejechalismy do domu w 40 minut i moglismy cieszyc sie wieczorem.

Czwartek juz taki fajny nie byl, bo trzeba bylo jechac do biura. ;) Zwloklam sie rano, wyszykowalam i wio do stolycy. ;) W biurze prawie tlumy, bo 3 inne osoby, w tym moja polska kolezanka, ktorej przez urlopy oraz inspekcje nie widzialam juz chyba ponad miesiac.

Z rodzina integrowalam sie "platonicznie", czyli podgladajac przez kamery. Tu Mlodszy z obydwoma zwierzakami :) 

Dzien zlecial na przegladaniu instrukcji na kolejna inspekcje i pierdolach organizacyjnych. Wrocilam do chalupy i w koncu mialam popoludnie, gdzie poza podlaniem kwiatkow i warzywnika, nic nie musialam. Chlopaki mialy jechac na basen/silownie, ale ostatecznie Nik stwierdzil, ze mu sie nie chce, a ze dzien wczesniej mial zawody, to mu odpuscilismy. Aha. W koncu siadlam i zabralam sie za zarejestrowanie Potworkow na sporty w szkole. Bi, choc zrezygnowala z rekreacyjnej druzyny, nadal chce plywac w szkole, a jej trener wyslal juz przynajmniej trzy przypomnienia. Nie chcialo mi sie, bo to strasznie duzo wypelniania, ale w koncu trzeba bylo przysiasc. Pozniej zarejestrowalam Kokusia i tu mialam jeszcze wiecej kruczkow, bo u Bi strona pamietala czesc rzeczy z zeszlego roku, u niego nie bylo nic. No ale w koncu sa zarejstrowani. Jeszcze musze tylko zeskanowac i wgrac formularz Nika od lekarza, bo juz mi sie nie chcialo, a bez tego nie bedzie mogl uprawiac sportu w szkole. On tez chce plywac, ale druzyna chlopcow ma swoj sezon zima. Poki co, na jesien chce uprawiac biegi przelajowe. Zobaczymy jak mu sie spodoba bieganie kilometrow po wertepach. :D

W piatek ponownie pracowalam z domu, wiec moglam pospac dluzej. Mielismy fajna, chlodna noc - 13 stopni, wiec spalo sie wysmienicie i kiedy zadzwonil budzik, nie wiedzialam co sie dzieje. ;) Wstalam, w miare sie ogarnelam (co za ulga siadac do pracy w koszulce i byle jakis spodenkach ;P) i odpalilam kompa. Chwile po mnie wstala Bi, cala podniecona, bo umowila sie z kolezanka nad jezioro. Ma pecha w te wakacje, bo wszystkie jej kumpelki ciagle maja jakies zajecia, albo sa w rozjazdach. Tyle, ze z jedna czasem razem biegaja. Byla nad jeziorem raz, na samym poczatku wakacji, potem kiedys zawiozlam ja sama, ale to zadna frajda i dopiero teraz ponownie udalo jej sie z kims umowic. Dzien wczesniej Nik twierdzil ze chce z samego rana jechac na ryby, ale spal do 10:20 i kiedy sie przebudzil, stwierdzil ze jednak mu sie odechcialo. Pojechalysmy wiec po kolezanke Bi, a potem odstawilam panny nad jezioro i wrocilam do pracy. Zalamala mnie lekko inspekcja, ktora mam przeprowadzic w kolejnym tygodniu, choc w sumie nie powinnam byc zaskoczona. No, moglam sie domyslic, ze w wielkiej instytucji (tutaj uniwersystecie) nie bedzie ona kameralna i spokojna. W teorii mam sprawdzac doktorka, a w praktyce bedzie ze mna jakas managerka, wpadac jakis dyrektor, coordynator, itd. Na samym poczatkowym spotkaniu bedzie chyba z 5-6 osob. I ja, samotna bidulka. :O W kazdym razie, dzien spedzilam glownie czytajac materialy, ktore centrum przyslalo na temat wlasnie badania, ktore przeprowadza doktorek. Poza tym, musialam zadzwonic do pomocy technicznej, bo odkrylam kolejny program, ktory mi sie nie otwiera. Niestety, moj szef nie jest zbyt dobry w informowaniu o wszystkich potrzebnych mi programach, ale za to pierwszy, zeby poinformowac, ze cos musisz zrobic. Zazwyczaj wiec dowiaduje sie o problemach z oprogramowaniem, kiedy probuje wykonac polecenie i okazuje sie, ze nie mam dostepu. ;) Pierwsza pani, ktora odebrala telefon, pyta mnie czy zmienilam grupe, departament, itd., bo zwykle do tego programu traci sie dostep, kiedy sie gdzies przenosi. Odpowiadam, ze nie. No to pyta kiedy go ostatnio otwieralam. Tu zaczelam sie smiac i odparlam, ze nigdy na niego nie wchodzilam. Ona zdziwiona, a ja tlumacze, ze dotychczas nikt mnie nie poinformowal, ze musze w tym programie cokolwiek robic. Tak czy siak, ta kobitka tylko zebrala informacje i powiedziala, ze ktos sie ze mna skontaktuje. Pomyslalam, ze bede czekac niewiadomo ile, ale okazalo sie, ze godzine pozniej na Teams napisala inna, ze cos tam pozmieniala i zebym sprobowala wejsc na program. I okazalo sie, ze tym razem mialam juz dostep! Wkurza mnie tylko, ze jest tyle ceregieli zeby to zalatwic. Wysylasz zgloszenie, w ktorym wyluszczasz o co chodzi i oni powinni to naprawic i juz. Ale nie, dostajesz wiadomosc zeby zadzwonic, dzwonisz to zadadza tylko kilka pytan i przesylaja twoje zgloszenie dalej, a potem okazuje sie, ze trzecia osoba naprawia to zupelnie bez twojego udzialu. :O Kolejna rozmowe mialam z kolezanka z poprzedniej inspekcji. Musze przyznac, ze ona jedna tak jakby wziela mnie pod swoje skrzydla i probuje pokazac niektore logistyczne rzeczy, ktore powinien mi pokazac szef, ale ma na to najwyrazniej wylane. Dopiero ona pokazala mi jak sprawdzic ilosc godzin, ktore loguje ze szkolen oraz inspekcji. Tu tez wychodzi nieogarniecie mojego szefa, bo o programie gdzie mam rejestrowac szkolenia, powiedziala mi kolezanka z biura i dopiero kiedy spytalam go jak to zrobic, pokazal mi, choc tez najpierw nie mialam dostepu, musialam wysylac zgloszenie i czekac. Pozniej okazalo sie, ze godziny rejestruje sie w jednym programie, ale raport z nich pokazuje sie w innym, bo to przeciez bardzo logiczne, ale tego szefunio juz mi nie powiedzial. A kiedy mialam rozmowe z nim na temat postepow, mruknal cos, ze mam wpisanych za malo godzin treningu. To mu powiedzialam, ze nie mialam pojecia ze musze je wpisywac oraz gdzie, dopoki kolezanka mnie nie poinformowala, tyle ze to byl juz chyba koniec lutego lub marzec... Facet nie raczyl jednak nic wytlumczyc, a potem zastanawialam sie, ze wbijam te godziny szkolen, ale nie moge nawet podejrzec co wpisalam, zeby chociazby sprawdzic czy sie nie pomylilam! Dopiero teraz kolezanka pokazala mi jak wygenerowac raport, tylko znowu, takie informacje powinny isc od szefa! Poza tym, pokazala mi gdzie wklepac nadgodziny oraz dodatkowy czas w podrozy. Mamy pensje, wiec ile godzin bysmy nie pracowali, zaplaca nam tyle samo, ale okazuje sie, ze za te dodatkowe godziny mozemy pozniej wziac wolne. Fajnie byloby o tym wiedziec, ale moj szef nie pisnal ani slowa, nawet kiedy jechalam dwa razy na inspekcje w niedziele! Szkopul w tym, ze niby trzeba o te dodatkowe godziny poprosic z wyprzedzeniem, co jak dla mnie jest nielogiczne. Podroz to jeszcze moze, ale np. jak wracalam z mojego miesiecznego wyjazdu i moj lot zostal odwolany, to jest sytuacja, ktorej nie da sie przewidziec. Albo kiedy jezdzilam tydzien temu na inspekcje i siedzialam tam do 18-19, bo musialam sie dopasowac do innych inspektorow. Zreszta, jezdzac samej, tez moze sie czasem okazac, ze musze siedziec dluzej zeby sie wyrobic w okreslonym czasie, tylko ze tego nie da sie przewidziec. Za tamten poprzedni tydzien chyba juz nic nie wygryze, bowiem nawet kolezanka nie wpisala sobie nadgodzin, bo nie poprosila z gory o dodatkowy czas, ale musze pamietac zawczasu np. o podrozy, bo to juz jestem w stanie czesciej przewidziec. W kazdym razie, pomiedzy czytaniem materialow oraz telefonami, zawiozlam Bi oraz kolezanke nad jezioro i po 4 godzinach odebralam. W koncu dzien pracy sie skonczyl, zamknelam kompa, zgarnelam mlodziez i pojechalismy po spozywke. Po zakupach, na szybko i z zegarkiem w reku, podjechalismy do sportowego, bo Nik chcial kupic nowy pojemnik na przynety. Ten, ktory dostal na poczatku z wedka, jest malutki i juz nic tam nie moze upchnac. Bi oczywiscie skorzystala i wziela sobie kolejny stanik do biegania. ;) Wrocilismy do domu, podlalam warzywa, troche posiedzialam na ganku delektujac sie cieplym wieczorem i dzien sie skonczyl.

Do poczytania!

piątek, 17 lipca 2026

Kolejna inspekcja, wiec tydzien smignal niewiadomo kiedy

Tak to bywa, kiedy nie ma cie praktycznie w domu. Zdjec tez wlasciwie nie ma. ;)

Sobota, 11 lipca oznaczala dluzsze spanie dla wszystkich, poza M., ktory (nie zgadniecie!)... pracowal! :D Dzien byl dosc upalny, bo 28 stopni i okolo 60% wilgotnosci. Poza typowym, domowym ogarnianiem, nie dzialo sie w sumie nic specjalnego. Nik oczywiscie zapragnal pojechac na ryby, wiec go zawiozlam i... ledwie zdazylam wyjechac z klubu, a... dzwoni! Twierdzil, ze wedka mu sie zepsula, bo kolowrotek sie nie kreci. Okazalo, ze ze potrzebowala tylko nasmarowania, ale tym musial sie juz oczywiscie zajac M. Wiedzialam, ze jak naprawia wedke, to bede musiala zasuwac spowrotem nad jezioro, wiec nawet sie nie rozgaszczalam w chalupie, tylko poszlam pielic warzywnik. Mialam szczescie, bo glownie zarasta on jednym rodzajem chwastow, ktore szybko robia sie bardzo wysokie, ale za to latwo je powyrywac. Zanim chlopaki zakonczyly naprawe, ja ogarnelam praktycznie calosc. Zawiozlam syna ponownie i tym razem juz zostal. Chwile po powrocie do domu, dostalam od niego filmik. Myslalam ze pokazuje zlowiona rybe, tymczasem nagral... sarenke, ktora pojawila sie na sciezce. Takie ladne ujecie, tylko ze z jednej strony pagorek, z ktorego zbiegla (chyba sploszona), z drugiej staw, a na drodze stal jej Nik. Sarna nagle jak nie ruszy w jego strone! :D Podejrzewam, ze biedna probowala uciec i gdyby sie odsunal, przebiegla by obok. Tymczasem Mlodszy... tez zaczal zwiewac! Filmik skonczyl sie zamazanym obrazem i Kokusiowymi okrzykami przerazenia, okraszonymi przeklenstwami. Oboje z M. po prostu lezelismy ze smiechu!!! Uspokajam tez od razu, ze nikt nie ucierpial, ani Nik, ani sarenka. ;) Tego dnia chlopak nic niestety nie zlowil. Slonce oraz upal to srednia pogoda na branie. Mlodszy zostal na rybach do 15, po czym odebralam go, bo trzeba bylo jechac do kosciola. Akurat wrocilismy do domu, a zaczynal sie kolejny mecz mundialu, Anglia : Norwegia. Wszyscy, lacznie z Bi, kibicowalismy Norwegii, ale wygrali jednak Wyspiarze. :D Zasiedlismy z M. do ogladania, a tu Nik przychodzi, ze on chcialby wrocic nad jezioro! :O Tym razem jedna powiedzialam, ze o nie, nie ma mowy. Nie bede jezdzic pierdylion razy dziennie. Syn sie, rzecz jasna, obrazil, ale coz. Na szczescie Kokusiowe fochy nigdy dlugo nie trwaja. ;)

W niedziele M. znow do pracy, a ja oraz Potwory spalismy do wypeku. Jak zwykle, zjadlam sniadanie i umylam sie, po czym zabralam sie za pieczenie ciasta na przyjazd taty. Naszlo mnie na chlebek bananowy z maslem orzechowym i brazowym cukrem. Wyszedl pyszny (a pisze to osoba, ktorej to ciasto sie ostatnio przejadlo), choc zaczelam wsypywac skladniki zanim sprawdzilam czy wszystko mam. Potem okazalo sie, ze nie mamy smietany, a masla orzechowego troche zabraklo do wymaganej 1/2 szklanki. To nic, wyszlo i tak. :D Tata przyjechal i posiedzielismy ogladajac powtorke meczu Argentyna : Szwajcaria. Dzien wczesniej lecial o 21 naszego czasu, wiec M. juz spal i stwierdzilam, ze nie bede sama patrzec. Moj tata zas powiedzial, ze obejrzal do momentu kiedy jeden z graczy Szwajcarii dostal czerwona kartke za bezsensowne aktorstwo i wkurzyl sie tak, ze mecz wylaczyl. Razem obejrzelismy wiec reszte "pogromu". ;) Po odjezdzie dziadka krecilismy sie juz po domu, wstawilam, przelozylam do suszarki, a potem poskladalam pranie i dzien prawie sie skonczyl. O godzinie 18, Nik koniecznie chcial jechac na... ryby. ;)

Staw w klubie to niesamowicie urokliwe miejsce (Nik po prawej, na kamieniu) 

Zawiozlam go i wykorzystalam okazje zeby pochodzic sobie po klubie. Troche ruchu, swiezego powietrza i kontaktu z przyroda. Nadal pogoda byla idealna jak na lato, prawie bez wilgotnosci, wiec az przyjemnie sie lazilo.

Zolw sepi byl bardzo zainteresowany Kokusiowa przyneta 

Pozniej wrocilam do chalupy, podlalam warzywnik oraz kwiatki i zaraz musialam jechac po Kokusia. Klub zamykaja "o zmierzchu", wiec pojechalam o 20, bo u nas zachod slonca jest pol godziny pozniej. Odszukalam syna, ktory oburzony oznajmil, ze moglby tam zostac do 21. Taaa, tylko ze wtedy siedzialby po ciemku... Wkurzyl mnie tez, bo znalazlam go w miejscu gdzie nie wolno parkowac, wiec musialam pojechac kawalek dalej, a Nik powiedzial ze dojdzie do mnie zarzucajac po drodze wedke. Zgodzilam sie, ale pozniej okazalo sie, ze wlokl sie doslownie noga za noga. W koncu zawolalam zeby sie (do cholery) pospieszyl, wiec przyszedl wielce oburzony i pyskujac, ze tu siedze na telefonie, a w domu bede siedziec na kompie, wiec co za roznica gdzie jestem. Nic tylko sprawic lanie. :D Wtedy byla juz prawie 20:40, a ja musialam jeszcze sie troche przygotowac i ogarnac, bo nastepnego dnia zaczynalam kolejna inspekcje. Ta niestety miala byc niezapowiedziana, wiec mimo ze do firmy mialysmy dojechac o 9, to dziewczyna, z ktora jechalam, chciala sie spotkac godzine wczesniej w kawiarence nieopodal. Mialysmy ustalic jakis plan, no i troche sie poznac, bowiem nie dosc, ze nigdy sie nie widzialysmy, to jeszcze dolaczaly do nas kolejne dwie osoby. :O Nie bylam zbyt szczesliwa, bo mialam 45 minut jazdy, wiec zeby byc tam na 8, musialam wyjechac zaraz po 7, na wypadek gdyby po drodze byly jakies zatory. No ale coz, sluzba nie druzba, tak? ;)

Poniedzialek zaczelam wiec wczesnie, zeby zjesc sniadanie, wyszykowac sie i upewnic ze wszystko mam, zanim wyrusze. Na szczescie dojechalam bez wiekszych przeszkod i bylam pierwsza. Stalam pod kawiarenka (ktora okazalo sie miala swietna kawe!) i przygladalam sie wszystkim wchodzacym, probujac rozpoznac czy ktos jest jedna z kobitek, z ktorymi mialam sie spotkac. Nie wiedzialam czy przyjada razem, czy osobno, ani jak wygladaja. Kolezanke z naszej grupy "widzialam" na malutkim zdjeciu profilowym, wiec kojarzylam mniej wiecej, choc okazalo sie, ze fota byla chyba sprzed 20 lat. Moja jednak tez, wiec nie oceniam. :D W koncu zauwazylam kobitke, ktora niosla pod pacha laptopa i uwaznie rozgladala sie naokolo. Tknelo mnie, ze moze byc jedna z naszej czworki, ale weszlam do kafejki i poki co zamowilam kawe. Ja zerkalam na nia, ona na mnie. :D W koncu odwazylam sie i zagadnelam czy moze ma na imie E. lub B. Okazalo sie, ze to E., wiec przynajmniej odnalazlam jedna z "nas". Dwie pozostale dojechaly po kilku minutach. Po szybkim przedstawieniu sie, zasiadlysmy przy stoliku na zewnatrz, bo w srodku grala muzyka, co chwila chodzil mlynek do kawy, poza tym toczyly sie rozmowy gosci, wiec nie dalo sie nic uslyszec. Musze przyznac, ze calkiem niezle sie dobralysmy, bo bylo nas cztery baby w srednim wieku, wiec super sie dogadywalysmy. Kolezanka z mojej grupy i kobitka z centrali to takie energiczne i przebojowe "jajcary", ja oraz E., ktora jest ekspertem na cale USA (:O), spokojniejsze i poukladane. W koncu dopilysmy kawe, kazda po kolei popedzila do lazienki i ruszylysmy do firmy, ktora miescila sie zawrotne 5 minut stamtad. ;) Powiem Wam, ze takiej inspekcji jeszcze nie widzialam! Nie zebym widziala ich w zyciu zbyt wiele, ale w kilku uczestniczylam w obecnej pracy, a w innych od drugiej strony - pracujac w laboratorium. Okazalo sie, ze firma dopiero co, w grudniu, miala inspekcje, ta byla jednak zapowiedziana i skupila sie glownie na weryfikacji danych z jakiegos projektu. W miedzyczasie jednak, centrala otrzymala anonimowe zgloszenie, pelne zastrzezen. Tym razem wiec postanowili wiec zrobic inspekcje - niespodzianke i wyslac inspektora (plus mnie na doczepke), kobiete z centrali oraz ekspertke na cala Hameryke. Normalnie na inspekcjach wchodzi sie, chwile ogarnia, zapoznaje z ludzmi i dopiero po jakims czasie, czesto kolejnego dnia idziemy na obchod. Tutaj wpadlysmy jak burza, wreczylysmy tylko formularz bez ktorego nie wolno nam rozpoczac inspekcji, po czym kolezanka od razu zazadala oprowadzenia po laboratorium. Bosz, co tam sie dzialo! Pomijam burdel na kolkach, balagan, jakies papierki, zmietoszone chusteczki, jednorazowe rekawiczki i niewiadomo co jeszcze na blatach. Wszedzie odczynniki, ktore stracily waznosc, tydzien, miesiac, albo i rok wczesniej. Maszyny ktorym minal czas kalibracji. Jakies przypadkowe fiolki i naczynia z "tajemniczymi" plynami. Ogolnie wszystko, co jest niedozwolone. Chyba dwie godziny lazilysmy po trzech laboratoriach, spisujac wszystkie znaleziska, a moja kolezanka robila tez zdjecia. Pozniej w koncu wrocilysmy do sali konferencyjnej i zaczelysmy przegladac dokumentacje. Na ta oczywiscie musialysmy troche poczekac, wiec tego dnia duzo juz nie sprawdzilysmy, ale i tak wyszlysmy o 16:45. One mialy kilka minut do swoich hoteli, ale mnie czekalo 50 minut jazdy w popoludniowych korkach. :/ Doturlalam sie do domu, przywitalam sie z rodzina i... Nik oraz M. pojechali na silownie/basen. Po powrocie malzonek sie wykapal i poszedl spac, wiec tyle meza widzialam. :D

We wtorek mialysmy przyjechac na inspekcje na 9, wiec przynajmniej moglam pospac godzine dluzej. Tego dnia juz zaczelysmy konkretne sprawdzanie dokumentacji i, tragedia, im wiecej patrzylysmy, tym wiecej znajdywalysmy bledow i niedociagniec. Po poludniu, w rozmowie z zarzadem firmy, wspomnieli cos o laboratorium, na co kolezanka wykrzyknela radosnie, ze pojdziemy i nam pokaza o co chodzi. Zeszlismy wiec do pomieszczenia laboratoryjnego, ktore nagle zostalo wyczyszczone z calego balaganu i wiekszosci przeterminowanych odczynnikow. Nie wszystkich, bo przy takiej ilosci pewnie ciezko bylo im je wylapac, a niektore zapewne z jakiegos powodu chcieli zostawic. Moze nie spodziewali sie, ze drugi raz tam pojdziemy. ;P Juz wychodzac, zauwazylam przypadkiem cala oszklona gablote, pelna przeterminowanych przyborow, jak strzykawki i plastikowe fiolki. :O W ktoryms momencie przyszlo mi przez mysl, ze tyle znalazlysmy w dwa dni, ze wlasciwie mozemy napisac raport, wyluszczyc wszystko co trzeba poprawic i zwinac sie do domu. Niestety, pozostala trojka byla cala podniecona i grzebala dalej. :/ Wyszlysmy ponownie dopiero tuz przed 17, wiec do domu zajechalam po 18. Wieczor przeszedl tym samym schematem, czyli zjesc obiad, chwile posiedziec na zewnatrz zeby zazyc swiezego powietrza, itd. Nik mial trening, ale litosciwie M. go zawiozl i pozniej odebral. Przygotowac sie na srode i tyle z dnia... :(

Sroda to ponownie pobudka o tej samej porze, tyle ze jeszcze chcialam przygotowac Potworkom wszystko do sprzatania, bo chcialam zeby ogarneli parter. Oczywiscie mogliby to zrobic sami, ale wiem ze "zapominaja" oproznic odkurzacz i wyciac oraz wyciagnac wlosy z rolki. A kiedy ostatnio sami szykowali wode do mopa, nalali jej raptem kilka cm. Wolalam wiec im to przygotowac sama, choc przez to mialam lekki poslizg. Dojechalam jednak rowniutko na czas, wiec ok. ;) Najlepsze, ze przyjechalam, zaraz po mnie E., wiec wysiadlysmy, stanelysmy w cieniu bo upal juz od rana byl niemozliwy i czekamy, czekamy... W koncu stwierdzilysmy, ze mozemy rownie dobrze wejsc do srodka i zaczac cos przegladac, zanim pozostale dwie dojada. Zostalysmy wpuszczone i odprowadzone do sali konferencyjnej, rozlozylysmy laptopy i co nam tam jeszcze potrzeba, po czym przyszlo mi do glowy zeby napisac do kolezanki ze jestesmy juz w srodku, na wypadek gdyby nie zauwazyla naszych aut. Tymczasem ona za kilka sekund odpisala, ze jak to jestesmy w srodku, skoro one czekaja na nas od 20 minut?! Zaczelysmy sie z E. zastanawiac gdzie czekaja, bo dzien wczesniej byla mowa ze moze by sie spotkac w jednym z ich hoteli zeby na spokojnie pogadac. Nic konkretnego jednak nie uzgodnilysmy, wiec obie bylysmy zaskoczone. Niepotrzebnie. Okazalo sie, ze moja kolezanka oraz B. zaparkowaly w kacie parkingu, skad wygladaly nas, ale jakies auto zaparkowalo obok nich, przyslonilo widok i kompletnie nie zauwazyly, ani ze przyjechalysmy, ani ze czekalysmy chwile pod budynkiem. :D Reszta dnia w robocie minela ponownie na szukaniu kolejnej dziury w tym szwajcarskim serze. Serio, nie pracowalam w niewiadomo ilu laboratoriach, ale wszystkie przynajmniej staraly sie przestrzegac przepisow. Tutaj maja je kompletnie gdzies, a w dodatku wlasciciel najwyrazniej jest strasznym skapcem i nic nie wyrzuci, nawet jesli stracilo waznosc 10 lat wczesniej. ;) Dzien uplynal na sprawdzaniu kolejnej partii danych, ale niestety, moje towarzyszki zasiedzialy sie do grubo po 17, wiec do chalupy dotarlam o 18:30. Tego dnia Nik na basen nie jechal, wiec wieczor byl ogolnie troche spokojniejszy. Musialam ogarnac nieco kuchnie, bo M. gotowal obiady, ale niestety, sprzatanie kompletnie olal. Cieszylam sie, ze chociaz zmywarke wstawil. ;) Tego dnia, nie dosc ze byl upal z wysoka wilgotnoscia, to dotarl do nas dym niesiony przez pozary w Kanadzie. Mimo ze daleko od nas, to fronty powietrza i wiatry naniosly tego tyle, ze niebo caly dzien bylo dziwnego, zoltego koloru, a slonce pomaranczowe. Szkoda ze nie zrobilam zdjecia, bo wygladalo to niesamowicie, a przy tym nieco przerazajaco.

W czwartek rano kolezanka przeslala wiadomosc, ze "cos" znalazla i ze chce zebysmy koniecznie weszly do firmy wszystkie na raz. Grzecznie spotkalysmy sie wiec na parkingu, gdzie pokazala nam mape budynku (dana zreszta przez firme), gdzie w piwnicy zaznaczone bylo kilkanascie pomieszczen. Kiedy wczesniej pytalysmy co tam jest, powiedziano nam, ze magazyn. Teraz kolezanka stwierdzila ze chce koniecznie tam zejsc. Weszlysmy wiec, zostawilysmy nasze rzeczy w sali konferencyjnej i pomaszerowalysmy do piwnicy. Okazala sie ona takim labiryntem, ze w ktoryms momencie przeszlo mi przez mysl, ze gdyby nas tam ktos zamordowal, nikt nie znalazlby cial. Czego tam nie bylo! Przede wszystkim smieci, to znaczy doslownie kopce i pelne pomieszczenia, wypelnione przeterminowanymi odczynnikami oraz przyborami. Znalazlysmy jednak malutkie laboratorium, calkiem przyzwoicie wyposazone, w ktorym zdecydowanie odchodzila hodowla komorek. Co ciekawe, wszystko bylo skalibrowane i z odpowiednia data waznosci. Mieli tez cale zestawy przystosowane do trzymania malych zwierzat laboratoryjnych, jak myszy czy szczury. Ale na pytanie, co to za laboratorium, wlasciciel "nie wiedzial" (potem jeden z laborantow oznajmil, ze robil testy przygotowujace do jakiegos projektu), a klatki oraz przybory "zwierzece" kupil "kiedys", bo mieli miec taki projekt ale nie wypalil. Poza tym byly tam (chociaz to ladnie poukladane) cale polki z fiolkami do pobierania krwi oraz moczu, jednorazowymi pipetkami, sterylnymi woreczkami oraz pudelkami do wysylek. Tutaj wlasciciel juz otwarcie przyznal ze sprzedaja zestawy malych przyborow laboratoryjnych. No ale wczesniej powiedzial, ze w piwnicy to tylko smieci... ;) Reszta dnia uplynela na dalszym sprawdzaniu papierow, a pozostale babki zaczely tez ukladac liste "przewinien" do uwagi. Wiedzialysmy bowiem, ze przy calym burdelu, ktory tam zastalysmy, bez tego sie nie obejdzie. Niestety, bylo ich trzy inspektorki, kazda cos tam znalazla, wiec musialy sprawdzic co maja spisane, zeby sie nie powtarzac. To ogolnie byla inspekcja - marzenie dla kazdego inspektora, bo nie trzeba bylo szukac bledow; one same wyskakiwaly na kazdym kroku. :D Moje towarzyszki wiec debatowaly, co wpisac w oficjalny formularz, a co dodac po prostu do raportu. Przyznaly, ze normalnie na tym etapie, gdyby byly w pojedynke, pytalyby szefostwo czy moga przedluzyc inspekcje na kolejny tydzien i czy moze przyjechac ktos do pomocy. Tutaj nie wchodzilo to w gre, bo byla nas czworka, a poza tym kazda z nich miala juz konkretne plany po weekendzie. Siedzialy wiec prawie do 18, pozniej debata i rozmowy trwaly dalej na parkingu i w rezultacie do domu dojechalam o 19. :/ Nik byl juz na treningu, z ktorego pozniej (o dziwo) odebral go M. Mialam wrazenie, ze wrocilam do chalupy i zaraz trzeba sie bylo klasc spac. :( Tego dnia powietrze bylo bardziej przejrzyste, ale nadal strasznie smierdzialo dymem, a wszystkie mozliwe apki z pogoda, ostrzegaly przed zla jakoscia powietrza.

Wreszcie doczolgalam sie do piatku i ostatniego dnia inspekcji. Normalnie juz sie tylko sprawdza czy ma wszystko co potrzeba do raportu i ewentualnie zgarnia jakies ostatnie, zapomniane dokumenty. Moje towarzyszki jednak nadal byly gleboko w trybie sprawdzania i dopytywania o kolejne papiery. Dopiero gdzies po poludniu zaczely solidnie sprawdzac czy mamy to, co potrzebujemy do udokumentowania uwagi. Moja kolezanka w teorii przewodniczyla inspekcji, wiec musiala ja wypisac, a tamte dwie pomagaly jej sformuowac to w logiczna calosc. Przy okazji zauwazyla, ze sporo zdjec wyszlo jej zamazanych lub jakims cudem przepadlo, wiec wyslala mnie na porobienie kilku(nastu) nowych. Nawet sie ucieszylam, ze zamiast siedziec na tylku, to moge pochodzic. ;) Dzien jednak mijal zdecydowanie za szybko, a my nadal bylysmy w czarnej doopie. Wreszcie przyszedl czas na sprawdzenie naszego formularza z uwaga i im dluzej czytalysmy, tym wiecej wychwytywalysmy literowek. :O Pozniej nameczylysmy sie z formularzem, bo wszystkie 4 musialysmy go podpisac (elektronicznie), a tu komus nie wczytywala sie karta, komus wyskoczyl jakis blad i wszystko trwalo i trwalo... Ostatecznie spotkanie z przedstawicielami firmy, oficjalnie konczace inspekcje, rozpoczelysmy o... 18. I nie uwierzycie, ale na sam koniec, kiedy juz kolezanka konczyla odczytywac dokument, znalazla kolejny blad! Tutaj zawinil program komputerowy, bo wczesniej go poprawilysmy, ale przy kilkukrotnych probach podpisywania, system musial gdzies cofnac do poprzedniej wersji. Przez kilka minut trwala debata czy poprawiac w systemie, czy recznie. W koncu kolezanka stwierdzila, ze "szybko" poprawi w programie. Taaa, nic sie szybko nie zrobi, bo system opieszaly, a do tego ponowna "zabawa" z identyfikatorami. Przy okazji B. zauwazyla kolejny blad, ktory tez zostal poprawiony. A kiedy juz wszystko mialysmy, E., zerkajaca przez ramie kolezanki, dojrzala... nastepna literowke! Przerazilam sie, ze zaczniemy od nowa, ale tu juz wszystkie machnelysmy reka, a ludzie z firmy tez pewnie odetchneli. No ale wyszlam o... 19. Do domu dojechalam przed 20. Jak to Bi podsumowala, codziennie pozniej. Na szczescie to piatek, wiec az tak sie nie przejelam, wiedzialam bowiem ze przede mna weekendowy odpoczynek. :) Zalowalam tylko, bo wyminelam sie z Kokusiem, ktory pojechal do domku nad jeziorem kolegi. Myslalam, ze zdaze sie z nim pozegnac i jeszcze raz wyluszczyc mu zeby byl ostrozny, nie szalal i sluchal rodzicow kolegi. Swoja droga, to podziwiam tych ludzi, bo poza Nikiem, mialo przyjechac kolejnych dwoch chlopcow, a to tego maja przeciez troje wlasnych dzieci. Weekend z czworka nastolatkow oraz mlodsza dwojka? Ja tam podziekuje... :D

Do poczytania!

piątek, 10 lipca 2026

Po (kolejnym) dlugim weekendzie, w miare spokojny tydzien

W czwartek, 2 lipca, M. pojechal rano do roboty, ale szykowal sie na wczesniejsze wyjscie. Nie wiedzial tylko o ktorej najlepiej to zrobic. Normalnie bylaby to 10:30, tyle ze ja tego dnia normalnie pracowalam i szykowal sie pelny dzien, a to oznaczalo ze wolna bylabym dopiero o 16:30. W srode czekalam zeby zwolnili nas w czwartek 2-3 godziny wczesniej, co robia przed wiekszoscia wazniejszych swiat. Wiadomosc jednak nie przyszla i w koncu stwierdzilam, ze poniewaz swietowalismy 4 lipca, ktory wypadl w sobote, a dostalismy wolny piatek, wiec pewnie nie chca dodawac nam dodatkowych godzin. Trudno. Tymczasem, w czwartek o godzinie 10 rano, przyszedl w koncu mail, ze mozemy wyjsc 2 godziny wczesniej! Juppi! Napisalam szybko do M., ale on pojechal jeszcze po pracy do Polakowa, wiec i tak zjechal do domu grubo po 12. Ja usilowalam pogodzic prace z pakowaniem sie na kemping. Zeskanowalam telefonem kilka krotszych dokumentow, ale tez wyslalam wiadomosc do pomocy technicznej, zeby ktos naprawil mi polaczenie drukarki z laptopem. Po dwoch godzinach dostalam maila, ze ktorys technik przyjal moje zgloszenie, ale minela kolejna zanim sie zglosil. Pozniej musial przejac kontrole nad moim kompem, a ja naprzemian podlaczalam i odlaczalam drukarke. :D Po 20 minutach wszystko bylo naprawione, czyli kolezanka niepotrzebnie mnie straszyla. ;) Tak czy siak, o 14:30 moglam zamknac kompa, poukladac papiery na jedna kupke i zaczelismy szykowac sie do wyjscia. Jak to bywa, troche sie przedluzylo i z domu wyruszylismy dopiero po 15. Na szczescie jechalismy niedaleko, okolo 1.5 godziny jazdy. Dojechalismy z tylko delikatnymi zatorami i moglismy zaczac sie rozpakowywac. Niestety, tego pierwszego wieczora wszystko szlo na opak. Mielismy rekordowe temperatury (35 stopni, przy 60% wilgotnosci) i to tez nie pomagalo w jasnym mysleniu. Nasza miejscowka byla w lesie i z nierownym podlozem, wiec malzonek niezle sie nameczyl zeby ustawic przyczepe w miare rowno. I juz to chyba wybilo go z rytmu, a potem bylo juz coraz gorzej. W ktoryms momencie zaczal panikowac, ze nie moze znalezc zapasowych kluczykow do przyczepy, ale kiedy dopytywalam czy na pewno wzial je z domu, nie pamietal. Ostatecznie znalazl je w jednym ze schowkow, z ktorego wczesniej bral podstawki do wypoziomowania przyczepy. :O Zaczal wysuwac jadalnie zanim wyjal podpory i dobrze ze akurat stalam przy wejsciu i krzyknelam co on robi?! Jedna podpora sie lekko wygiela, ale na szczescie jeszcze nie zdazyl wyrzadzic prawdziwych szkod. Pozniej zaczal odczepiac specjalne nakrycie z przedniej szyby, ktore ma ja chronic przed peknieciem gdyby w drodze uderzyl w nia jakis kamyk lub inny twardy smiec wybity spod kol auta. Nakrycie trzyma sie na rzepie, a ten jest przyklejony do ramy klejem, tyle ze okazalo sie, ze (pewnie pod wplywem upalow) klej sie roztopil i nie tylko nakrycie odeszlo u gory razem z obydwiema czesciami rzepa, to jeszcze klej umazial szybe. Malzonek caly byl zlany potem po pakowaniu w domu i rozpakowywaniu na kempingu, wiec stwierdzil ze pojdzie sie wykapac do publicznych lazienek. Ktore zreszta byly swiezo po remoncie, wiec nowoczesne i czysciutkie. Po czym... wrocil jak niepyszny, bowiem prysznice okazaly sie... na monety! :D Bylismy juz na tylu kempingach i nigdzie nie widzialam platnych prysznicow. Na tym kempingu jestesmy regularnie, ale jakos tak sie zlozylo, ze nikt sie tam nigdy nie probowal wykapac, wiec nie mielismy pojecia ze trzeba wziac woreczek 25-centowek. ;) Na szczescie mamy przyczepe, a w niej prysznic, wiec malzonek wykapal sie w niej, ryzykujac ze zapelni caly zbiornik, ale coz... Byla niemozliwa duchota i parno jak przed burza, wiec stwierdzilismy ze trzeba wlaczyc klimatyzacje, poki jeszcze mozna. O 20 bowiem nalezy wylaczac agregatory, a bez nich klima nie pojdzie. No coz... Okazalo sie, ze nasz agregator jest za slaby dla przyczepowej klimy. Nie udalo jej sie wlaczyc, wiec wiedzielismy, ze to bedzie ciezkie kilka dni. Zas wisienka na torcie bylo to, ze Nik dwa razy znalazl na nogach... kleszcze! Bylismy w lesie, wiec nie ma co sie zbytnio dziwic, ale pozniej juz obsesyjnie psikalismy sie plynem odstraszajacym i ogladalismy sie kiedy tylko cos nas zaswedzialo. ;) Tego wieczora zeszlismy jeszcze nad jezioro. Kemping ma malutka plaze wlasnie dla biwakowiczow. Okazala sie ona pusciutka, co zdziwilo nas przy takich temperaturach, ale z drugiej strony, bylo pol godziny do zachodu slonca, wiec bardzo sie nad tym nie zastanawialismy.

Jezioro tylko dla nas :) 

Potworki sie wykapaly, ja nawet nie zalozylam stroju, bo nie bylam pewna jaka bedzie temperatura wody. W przeszlosci, kiedy bysmy nie byli nad tym jeziorem, byla lodowata. Wieczorem zapalilismy ognisko, ale tak bardziej dla utrzymania tradycji, bo temperatura spadla tylko do 25 kresek, wiec siedzielismy 3-4 metry od ognia. Blizej bylo za goraco. :D

Piatek zaczelismy bardzo wczesnie jak na kemping. Noc byla tragiczna, bo pomimo otwartych wszystkich okien, w przyczepie panowala duchota, a juz od samego rana temperatura ostro szla w gore. Wszyscy wstalismy tuz po 7 rano, bo nikt nie mogl wytrzymac w lozku. Tak naprawde, wiekszosc kempingu minela nam na leniwym siedzeniu i przenoszeniu lezakow i krzesel za przesuwajacym sie cieniem. Kremy ochronne nie przydaly sie kompletnie, bo nikt nie mial nawet ochoty wychodzic na slonce. Jedynie Nik od czasu do czasu robil rundke do sklepiku, glownie po czekoladowe mleko. Probowal tez lowic ryby, ale zjezdzal nad jezioro z samego rana lub pod wieczor. A i tak nic nie zlapal. Jezdzilam tez oczywiscie z nimi poplywac.

W dzien na plazy juz bylo troche zycia 

Ja, ktora zwykle nie znosze moczyc wlosow, teraz zanurzalam sie razem z glowa zeby sie choc troche schlodzic. Ba! Kilka razy zanurzyl sie nawet M., ktory zwykle wody unika jak ognia! Hitem okazal sie hamak, ktory przypadkiem wpadl mi w oko w sklepie i kosztowal grosze. Bujanie wprowadzalo delikatny ruch powietrza, a ze zawiesilismy go dalej od przyczepy, wiec bylo przy nim wiecej przewiewu.

Jeden z lepszych zakupow ;) 

Kiedy tylko akurat nie padalo na niego slonce, mielismy wyscig, kto pierwszy go dopadnie. ;) Tego wieczora Nik tak jeczal, ze nie da rady spac na gorze lozka pietrowego, ze rozlozylismy mu poslanie w jadalni. Stol sie obniza, a z poduch robi sie materac. Proste w teorii, ale chwile zajela nam zabawa w Tetrisa poduchami, bo za cholere sie nie miescily. :D

W sobote ponownie nie dalo sie dlugo spac. Jak najszybciej zjedlismy sniadanie, umylismy sie i ucieklismy z przyczepy. Temperatury na dworze nie byly duzo lepsze, ale przynajmniej zdarzala sie delikatna bryza. ;)

Bi spora czesc dnia przesiedziala w hamaku szydelkujac 

Niestety, pojawil sie kolejny problem. Okazalo sie, ze lodowka (ktora dziala na prad lub gaz) na gazie ledwie chlodzi. Lody mielismy praktycznie roztopione, ale tez popsulo sie mleko i wszystkie szynki zrobily podejrzanie "sliskie". Z wielkim narzekaniem, ale M. po poludniu zrobil na grillu hamburgery, bo balam sie, ze mieso rowniez sie zepsuje.

Dobrze, ze chociaz je udalo sie uratowac... 

Bylo tez oczywiscie plywanie w jeziorze oraz walka o hamak. ;) Po poludniu pojechalismy do kosciola, a potem zauwazylismy ze sie podejrzanie zachmurzylo. To byl Dzien Niepodleglosci, wiec przez chwile ciezko bylo powiedziec czy dalekie odglosy to grzmoty czy fajerwerki. Nie pomagaly dwie wieksze grupy obok, ktore urzadzily spiewy oraz tance. Mielismy pecha ze z obu stron rozlozyly sie doslownie "miasteczka" z namiotow, a w nich Latynosi. To sa ogolnie sympatyczni, weseli ludzie, ale kurna, jacy glosni! A ta ich hiszpanska muzyka potrafi doprowadzic do rozpaczy. W kazdym razie, rozpalilismy ognisko i probowalismy nasluchiwac czy nadchodzi burza, bo moj tata zadzwonil, ze w domu rozpetala sie straszna nawalnica, blyskalo, grzmialo i strasznie wialo. W koncu stracil prad i odzyskal go dopiero kolejnego ranka. :O Tuz po zmroku, burza dogonila i kemping. Biegiem zbieralismy krzesla i chowalismy je pod przyczepe. Nadal bylo bardzo cieplo, a przy deszczu temperatura obnizyla sie do znosnego poziomu, wiec Nik wychodzil spod zadaszenia i urzadzal jakis taniec radosci. :D

Szaman przywoluje deszcz :D 

W koncu stalo sie jasne, ze burza bedzie walic przez wiekszosc nocy, wiec posiedzielismy w srodku, a potem poszlismy spac. Przynajmniej przy takiej pogodzie imprezy obok sie skonczyly, bo inaczej pewnie ciezko byloby zasnac. ;)

Niedziela rano przywitala nas sloncem i duzo przyjemniejszymi temperaturami. Bylo 28 stopni, ale bez wilgotnosci, wiec idealnie. W koncu pojezdzilam z Kokusiem po kempingu, na co wczesniej, w upale, nie mialam ani ochoty, ani sil. Po nocnych burzach mielismy jednak troche sprzatania. Bylismy otoczeni przez sosny i na delikatnym wzniesieniu. Przez drzewa iglaste, nie rosla tam praktycznie trawa, poza marna kepka tu i owdzie. Kiedy poprzedniego wieczora lunelo, szybko wrzucilismy krzesla pod przyczepe. Coz..., woda splywala z gory, niosac piach oraz igly. Krzesla cale byly zapaskudzone, podobnie jak dywan sprzed przyczepy, na ktorym nazbierala sie taka kupa piachu, ze wymiatalam ja po trochu caly dzien. Rano byla mokra, wiec jak tylko warstwa przeschla, zmiatalam, ale pod spodem byl mokry piach, wiec znow musialam czekac. Oczywiscie, przy calym sprzecie zapakowanym na kemping, nie mielismy... lopatki. :D W kazdym razie, widzac co tam sie dzieje w czasie deszczu, patrzylismy z niepokojem na prognozy, bo nastepnego dnia mielismy wracac, a zapowiadali opady na kolejna noc i pozniej dwa dni. Ostatecznie, stwierdzilismy ze nie ma co na sile siedziec do nastepnego dnia, tylko zebrac sie i wracac. Poniewaz mielismy wykupiona jeszcze jedna noc, nie spieszylismy sie jakos specjalnie i zaczelismy szykowac okolo 14. Zal bylo wyjezdzac kiedy zrobila sie taka piekna pogoda, ale jednoczesnie prognozy zapowiadaly gwaltowny zwrot, wiec spakowalismy i zabezpieczylismy wszystkie pierdoly, po czym wyruszylismy do domu. Dojechalismy tuz po 17, wiec nie tragicznie. Rozpakowalismy przyczepe, wszyscy po kolei ruszyli pod prysznice, a pozniej juz zasiedlismy do powtorek meczow. Na kempingu, okazuje sie, ze bez pradu nie szedl tez telewizor. ;)

W poniedzialek mialam wolne, ktore wzielam z mysla o kempingu. Zastanawialam sie czy nie pisac do szefa ze jednak moge pracowac, ale nie bylam pewna czy tak na ostatnia chwile uda sie to odkrecic. Pozniej zas uznalam ze w sumie moge choc raz po kempingu odsapnac, na spokojnie porobic pranie, itd. Ogolnie to pogratulowalismy sobie decyzji o wczesniejszym powrocie, bo prognozy sie niestety sprawdzily. Juz w nocy zaczelo padac, a temperatura jak spadla do 19 stopni, to tak juz zostala. Cieszylam sie, ze nie musze sie tego dnia ruszac z domu. To znaczy, ruszyc sie "musialam", ale bez wysiadania z auta. Mlodszy bowiem uparl sie, ze deszcz to pogoda idealna na ryby, wiec o 11 zawiozlam go nad jezioro i zostawilam na prawie 3 godziny. ;) Okazalo sie, ze faktycznie mial branie, bo zlowil 4 rybki, co jest chyba jego rekordem przy jednorazowym wypadzie.

Z kazda zrobil sobie selfiaka ;)

Popoludnie mijalo sobie spokojnie, az do wieczornego meczu. Malzonek poszedl spac bo czekala go wczesna pobudka, ale ja z Potworkami kibicowalismy. Niestety, "nasi" grali jak potluczeni, przegrali 1:4 i odpadli z mundialu. :D

Wtorek to juz dla mnie praca, ale na szczescie z domu, wiec moglam pospac do 7, spokojnie zjesc sniadanie, umyc sie i zasiasc w koncu do laptoka. Nadal mordowalam sie ze skanowaniem i co chwila cos mnie irytowalo. Drukarka ma bardzo krotki kabelek do pradu, wiec musialam ja ustawic na krzesle obok stolu.

Tragedia z tym moim domowym biurem 

Skanuje w tempie dwoch dokumentow na minute, co moze nie wydawac sie takie zle, ale kiedy ma sie kilkaset stron do zeskanowania, to trafia czlowieka szlag. W dodatku, chcialam maksymalnie przyspieszyc ten proces, wiec podkladalam jedna kartke za druga. Blad! Dziadostwo... stracilo polaczenie z laptopem! Zeskanowalam 4 strony i doopa! Najdziwniejsze, ze nadal drukowala (sprawdzilam), ale kiedy chcialam skanowac, pokazywalo blad, ze "nie widzi" kompa, mimo ze podlaczone bylo kablem. :/ Zaczelam klikac, odlaczac, przelaczyc, zamykac program, itd. Juz mialam wizje wysylania polejnego maila do pomocy technicznej, bo kombinowalam 20 minut i bez skutku. Az nagle... zaskoczylo! :O Nie wiem jak to zrobilam, ale ucieszylam sie jak prosie w deszcz. A na koniec chcialam przeskanowac najdluzsza czesc jednego z dokumentow, wynoszaca 74 strony, zeby pamietac, w ktorym miejscu skonczylam. Program zaczal zachowywac strony. Jedna na... 18 sekund! Zmierzylam ze stoperem, bo stalam tam i rwalam wlosy z glowy, bojac sie ze na koniec wywali mi kolejny blad i bede musiala zaczynac zabawe od nowa! Na szczescie, po prawie polgodzinnym czekaniu, jednak strony zachowaly sie jak trzeba, ufff... A pozniej mialam juz wolne, bo wzielam pol dnia urlopu. Dlaczego, o tym za moment. W kazdym razie, kiedy ja modlilalm sie nad skanerem, Nik stal juz kolo mnie i przytupywal odnozami. Byl kolejny deszczowy, ponury dzien, ale ze dzien wczesniej syn mial szczescie do polowow, wiec oczywiscie chcial jechac ponownie. Odstawilam wiec go nad jezioro, po czym wrocilam, obejrzalam koncowke meczu Argentyna - Egipt (wczesniej lecial sobie w tle, a ja zagladalam tylko jak dziala sie jakas akcja) i zabralysmy sie z Bi na zakupy. Juz od jakiegos czasu planowalam wypad, a mialam akurat karte podarunkowa, wiec trzeba bylo skorzystac. No a Bi oczywiscie zadnych zakupow nie przepusci. ;) Szukalam nowej "nerki", bo w mojej popsul sie zamek i skora brzydko przetarla w kilku miejscach. Nie znalazlam jednak nic, co wpadlo mi w oko, za to wzielam taki jakby duzy portfel z kieszonka na telefon i z paskiem niczym torebka. Poza tym szukalam jakichs letnich bluzeczek na inspekcje. Okazuje sie, ze wiekszosc posiadanych jest zbyt przeswitujaca. Jeszcze do biura to pol biedy, ale jadac do obcych firm trzeba sie prezentowac powazniej. ;) Ostatecznie znalazlam trzy, wiec narazie bedzie ok, za to Bi przytaszczyla stos (i to juz przebrany po przymierzeniu), byla bardzo niezadowolona kiedy kazalam jej polowe odlozyc, a potem chciala jeszcze pojsc na dzial ze strojami kapielowymi, ale ja prawie na sile pociagnelam do kasy. :D Ledwie weszlam do domu, a zadzwonil Nik zeby go odebrac znad jeziora. Wsiadlam wiec w auto ponownie i pojechalam po syna. Ten, po raz kolejny, byl przemoczony, ale szczesliwy, bo zlapal 3 ryby. ;) Wrocilismy do domu i cieszylam sie, ze nigdzie sie juz nie ruszam. Radosc byla przedwczesna, bo M. zawiozl Kokusia na trening, wiec musialam go odebrac. :D Obejrzelismy mecz Kolumbia - Szwajcaria, ktory mnie zaskoczyl bo spodziewalam sie, ze Kolumbijczycy sprawia Szwajcarom manto i wieczor sie skonczyl. A teraz, dlaczego w ogole mialam tego dnia pol dnia wolnego. Otoz, moja siorka oraz szwagier przylecieli do Hameryki, a konkretnie do Bostonu! Przez firme szwagra wygrali bilet VIP na mecz mundialu, ktory odbywal sie w czwartek. Dowiedzialam sie o tym juz w maju i zaczelam planowac ze po nich pojade, wezme do nas na 1-2 dni, itd. Poczatkowo oni tez gadali, ze o tak, super bedzie sie spotkac, itd. Mieli troche napiety grafik, bo przylatywali we wtorek i wracali w piatek, ale uznalam, ze na jedna noc to na pewno dadza rade nad odwiedzic. Tymczasem kiedy jakies 4 tygodnie temu zadzwonilam zeby ustalic szczegoly, siostra zaczela tlumaczyc, ze beda czescia wiekszej grupy i beda mieli wycieczki, spotkania i atrakcje, wiec tak naprawde to wolny bedzie tylko wtorkowe popoludnie. Wzielam wiec pol dnia urlopu z mysla, ze pojade do Bostonu chociaz na te kilka godzin. Niestety, Potworki powiedzialy ze jechac 3 godziny zeby spedzic z ciocia i wujkiem 2-3, po czym kolejne 3 wracac, to im sie nie chce. Nie dziwilam sie, ze wtedy odpadl M., tlumaczac, ze jak jechac to razem, bo jak pojedzie ze mna sam, a cos nam sie stanie, to dzieci zostana sierotami, bla bla bla... Typowe dla mojego malzonka, ktory zreszta od poczatku powtarzal, ze jechac zeby posiedziec z nimi w hotelu kilka godzin, jest bez sensu. Zostal jeszcze moj tata, ktory tez gadal, ze taka jazda to niepotrzebna meczarnia, a on dopiero co ich widzial w kwietniu, ale jak ja pojade, to on tez czuje sie zobowiazany. Im jednak blizej bylo przylotu siostry, tym bardziej tata narzekal, ze korki, ze strata czasu, ze oni beda zmeczeni, beda chcieli sie wykapac i odsapnac i ze lepiej odpuscic. Typowe dla mojego ojca, ze nie powie wprost, ze on nie jedzie, tylko bedzie obrzydzal pomysl wszystkim naokolo. Pozniej nawet moj szef (z ktorym rozmawialam, bo przez ten przylot kilka razy zmienialam termin urlopu, myslac, ze moze uda sie przywiezc N.+M. do nas) powiedzial ze nie poleca, bo przez mundial korki wokol Bostonu sa niemozliwe, szczegolnie ze to sezon wakacyjny. Mialam sie zreszta okazje przekonac o tym wracajac z inspekcji, a bylam nadal okolo godziny od miasta. Im wiec bylo blizej, tym bardziej zastanawialam sie czy powinnam jechac. W koncu wyszlo ze musialabym jechac sama, a ze w gre wchodzilo popoludnie, to wracalabym juz po ciemku. Pozniej okazalo sie, ze siostra i szwagier tez dali plamy, bo dowiedzieli sie ze mogli przyleciec 2 dni wczesniej, lub wyleciec pozniej, ale kiedy otrzymali ta informacje, bylo juz za pozno na zmiany. :/ Wolne we wtorkowe popoludnie jednak trzymalam, z mysla, ze a moze jednak najdzie mnie na jazde. No coz, nawet gdyby, to pogoda skutecznie mnie zniechecila. Caly dzien padalo, bylo szaro i ciemno, widocznosc na drogach tragiczna i wez tu jedz 3 godziny... Ostatecznie zas dowiedzialam sie, ze oni wcale wtorku nie mieli wolnego, bo zaraz po dotarciu do hotelu, mieli wycieczke po Bostonie, a pozniej uroczysta kolacje z drinkami, itd. Dobrze wiec, ze odpuscilam, bo tylko czulabym sie tam niezrecznie. Tyle, ze jednak troche mi smutno, ze nie zobacze siostry, a jest tak blisko...

W srode nie bylo juz dluzszego spania, bo musialam jechac do biura. Zostawilam Potworki z lista rzeczy do ogarniecia i pojechalam. W biurze mielismy doslownie tlumy, bo poza mna naliczylam 4 osoby. ;) Niestety, nadal walczylam ze skanerem i mialam ochote nim trzasnac. Tym razem zeskanowalam strony (na szczescie tylko dwie), kliknelam zeby je zachowac i... nic. Okienko mysli, mysli, mysli... Minelo piec minut, wiec kliknelam "cancel". Wyskoczyla wiadomosc, ze akcja anulowana i okienko... dalej mysli. Minela kolejna chwila, wiec zaczelam klikac gdzie popadnie, w nadziei ze cos zaskoczy. A gdzie. Zawiesilo sie i tyle. Musialam wejsc na glowne komendy kompa i na sile zamknac program. O dziwo, kiedy ponownie zeskanowalam tamte strony, zachowaly sie bez problemu. No i cale szczescie, ze bylo ich tylko dwie, a nie 70. :O Pozniej kontynuowalam skanowanie najdluzszego dokumentu, ale podzielilam go sobie na kilka czesci, bo stwierdzilam, ze jak sie znow zawiesi, to latwiej bedzie od nowa zeskanowac 30 stron, a nie 100.

Inna lokalizacja, ta sama zabawa ;) 

Moja ostroznosc okazala sie niepotrzebna, bo tym razem nic sie nie zawiesilo. W koncu udalo mi sie zeskanowac wszystko, co mnie wydaje sie niezbedne do raportu. Moja radosc jest jednak lekko stonowana, bo kiedy szef sprawdzi raport, moze kazac mi dodac inne dokumenty, lub dodatkowe strony. Samo zeskanowanie zalacznikow to jedno, pozniej jednak trzeba je oznaczyc. Nie ma lekko! Oznaczenie okazalo sie banalnie proste, bo trzeba bylo po prostu dodac odnosnik. Dawno tego nie robilam, wiec chwile musialam sie "pobawic" z formatowaniem, ale poszlo mi sprawnie. Bardzo bylam z siebie dumna, dopoki nie zaczelam dodawac go do kolejnych dokumentow. Niby kazdy dokument to ten sam format, a w jednym czcionka wielkosci 8 to byl drobny maczek, praktycznie niewidoczny, wiec powiekszalam ja do 16, po czym w kolejnych papierach nagle ta szesnastka robila sie prawie na pol strony i wyskakiwala po srodku, zamiast po prawej. Poprawilam co sie dalo, choc jeden dokument pozostal troche dziwaczny, bo nie dalam rady go poprawic. Trudno. W kazdym razie, skonczylam. Teraz pozostalo podczepic zalaczniki do programu generujacego raport, co pewnie tez bedzie mnie kosztowac troche nerwow. Nastepnie przeczytac raz jeszcze moje wypociny i wyslac szkic szefowi. I zostanie mi zawrotny jeden dzien na przygotowanie do kolejnej inspekcji. Przeciez nie moge sie nudzic... ;) Wrocilam do domu i mialam dosc leniwy wieczor. Akurat jak weszlam do domu, zadzwonila moja Siorka, wiec pogadalam z nia przez pol godziny, kiedy szykowala sie na uroczysta kolacje. Powiedziala, ze Boston im sie bardzo podoba i jedyne na co moze narzekac, to ze wiekszosc zwiedzania maja wewnatrz i przy klimatyzacji, strasznie marzna. No tak, zapomnialam ja ostrzec, ze Hamerykanie kochaja swoja klime i jak w budynku jest wiecej niz 18 stopni, to zrzedza ze za goraco. :D Pozniej wzielam prysznic, wstawilam zmywarke i moglam nawet usiasc na chwile w bujanym fotelu z przodu. Mimo, ze tego dnia mielismy juz 28 stopni i slonce, to po dwoch dniach nieustannego deszczu, caly ogrod nadal byl mokry, wiec odpuscilam podlewanie.

Czwartek to troszke dluzsze spanie, bo pracowalam z domu.

Rano Nik wzial sie za pancakes'y. Wyszly mu smaczne, choc zamiast estetycznych koleczek, mial jakies bezksztaltne placki :D 

Wreszcie skonczylam walke z zalacznikami i moglam przeslac szefowi szkic raportu. Az sie boje ile znajdzie bledow i niedociagniec. :O Potem skontaktowalam sie z jedna kolezanka w sprawie kolejnej inspekcji, na ktora jedziemy razem, a jeszcze pozniej inna kolezanka spytala czy mam czas przejrzec raport z tej, na ktorej bylysmy razem kilka tygodni temu. Nie ma nudy. ;) Podjelam tez szkolenie, ktore zaczelam jeszcze na wyjezdzie, ale potem nie mialam czasu go dokonczyc. Niestety, sklada sie ono z modulow, ktore nie zapamietuja gdzie sie stanelo, wiec troche na slepo zaczelam od trzeciego, bo nie pamietalam gdzie skonczylam. :D Jak tylko uporalam sie z robota, zapakowalam mlodziez i pojechalismy na zakupy, mimo ze akurat szedl jeden z meczow mundialu. To wlasnie na ten przylecieli moja Siorka z mezem, ale wiadomo ze nie bylo szans zobaczyc ich gdzies na ekranie. ;)

Dostalam potem takie fajne zdjecie 

Ogarnelam spozywke, zajechalismy  do Dunkin' po napoje bo byl gorac i wilgotnosc i wrocilismy do chalupy. Myslalam, ze zdaze na chociaz koncowke meczu, ale weszlam akurat na ostatni gwizdek. ;) W domu czekala na mnie niezbyt fajna "niespodzianka", mianowicie mail od szefa ze zmiana grafiku. Na szczescie dla czterech osob, nie tylko dla mnie. Centrala sypnela jakimis pilnymi inspekcjami, wiec musial je gdzies wcisnac. Kurcze, a w sumie nawet lubilam poprzedni grafik... Jak na zlosc, mogl mi zabrac wyjazdowa inspekcje (a tylko ja przesunal), a zabral inna, lokalna. Na jej miejsce wskoczyla w sumie tez lokalna, ale na tamta mialam jechac z kolezanka, a na ta bede musiala sie udac sama. :/ No i tamta to mial byc nowy dla mnie rodzaj inspekcji, ktorego mialam sie uczyc. Teraz bede miala podobna tylko raz, we wrzesniu i wyglada ze po tym jednym razie, bede musiala juz na nie jezdzic sama. :/ Nie mowiac tez ze na poczatek pazdziernika wladowal mi kolejna wyjazdowa. Narazie jednak sie o to nie martwie, bo jak widac, zmiany w grafiku zdarzaja sie caly czas, wiec zanim ten pazdziernik nadejdzie, jeszcze 5 razy moze sie wszystko pozmieniac... Reszta wieczora minela bez sensacji. Nik mial plywanie, wiec M. go zawiozl, ja odebralam. Najlepsze, ze podjezdzam pod basen, patrze, na schodach siedzi gromada nastolatkow, w tym moj. Wszyscy z nosami w telefonach, nikt nawet nie podniesie glowy. Musialam zatrabic, zeby syn mnie zauwazyl i laskawie ruszyl do auta. :D

W piatek wczesna pobudka i do biura. Normalnie, jesli moge, lubie w piatki wpisywac sie na prace zdalna, ale tym razem szukali kogos, kto moze byc tego dnia w biurze, wiec niechetnie, ale napisalam, ze ja moge. Jakas babka z drugiego konca Hameryki, przyleciala na inspekcje i pozyczyla jedno z naszych sluzbowych aut. Teraz miala je oddac, tylko ze jej karta nie dziala na nasz budynek, wiec musialaby na kazdym kroku prosic straznikow, a oni pewnie musieliby ja dodatkowo sprawdzac. Zglosilam sie wiec, ze moge ja wpuscic i wziac kluczyki.

Rano na taras przyszedl kot sasiadow, a kiedy wystawilam reke zeby go poglaskac, normalnie wpychal mi sie do domu! Za to Oreo wychodzila z siebie, warczac, wyjac i syczac :D 

Tego dnia moja siostra i szwagier wracali juz do Polski. Taki mieli beznadziejnie krotki wyjazd. Niestety, Siorka stwierdzila, ze pokonala ja Hamerykancka klimatyzacja. Caly wyjazd narzekala ze w budynkach jest strasznie zimno. No fakt, ja sie juz chyba troche przyzwyczailam i odruchowo biore sweter, ale tutaj naprawde, jak chlodzic, to na maksa. Siostra wylatywala z zawalonym gardlem i goraczka, co daje mi do myslenia i nie wiem czy nie zlapala jakiego wirusa podczas pierwszej podrozy. Bo jakis tam katarek, to rozumiem, ale zeby od razu goraczka? Nie wiem czy to od klimy... Po poludniu dostalam od szefa sprawdzony raport i... lo matko! Nie dosc, ze pelno poprawek, bo tu jakas literowka (a sprawdzalam!), tam cos zjadlo, a jeszcze gdzie indziej zdanie kiepsko gramatyczne... No niestety, mimo ze plynnie posluguje sie angielskim, to jednak czasem insza gramatyka mnie pokonuje. ;) Dopiero po fakcie przyszlo mi do glowy zeby przepuscic tekst przez ChatGPT. Przy nastepnym raporcie tak zrobie. :D Oprocz jednak poprawek, dostalam pierdylion pytan. Doslownie kazdy paragraf mial jakis komentrz czy pytanie czy mam to czy tamto, czy sprawdzilam podana informacje, czy mam dokument zeby to potwierdzic, itd. Troche sie podlamalam... Spieszylam sie zeby odpowiedziec na wszystkie pytania, bo w przyszlym tygodniu jestem na inspekcji, wiec nie bedzie czasu, poza tym podejrzewam ze nie obejdzie sie bez kolejnej "rundy". Godzine mi to zajelo, ale wklepalam wszystkie wyjasnienia i odeslalam. Do tego dokonczylam w koncu tamto szkolenie, dokonczylam czytanie raportu przyslanego przez kolzanke, zbieglam wpuscic kobitke oddajaca auto (ktora miala, serio, 3 spore walizki, torbe, a do tego  normalna torebke. Na dwa tygodnie! :O), a oprocz tego usilowalam choc pobieznie przeleciec dokumenty na nastepna inspekcje, zeby wiedziec choc czesciowo, z czym przyjdzie nam sie zmierzyc... Przynajmniej bylam w biurze sama, wiec nie rozpraszalo mnie towarzystwo. ;) Po pracy wrocilam do chalupy, byla godzina 17:15, a syn przywital mnie w garazu, ze kolega chce sie z nim spotkac o 17:30! :O W tym tygodniu w naszym miasteczku odbywal sie doroczny festyn i choc Nik poczatkowo wzruszal ramionami, to kiedy kolega napisal czy idzie, oczywiscie sie zgodzil. ;) Festyn zaczynal sie jednak o 18, wiec nie wiem skad ten pospiech. W kazdym razie, zanim weszlam, przebralam sie i zebralam mysli, to i tak wiozlam go tuz przed godzina otwarcia. Pozniej podlalam kwiatki i warzywa, posiedzialam troche z mezem, a o 21 pojechalam odebrac syna. Na szczescie chlopak nie mial ochoty na fajerwerki, ktorych pokaz zaczynal sie pol godziny pozniej. Rok temu zostali na nich z Bi, a potem zajelo nam pol godziny zeby przebic sie przez korek w centrum, bo wszyscy wracali po pokazie do domu. Teraz podjechalam tylko, zgarnelam go po drodze i moglismy spokojnie ruszyc do domu. Tak to lubie. :) Bi za to na festyn nie pojechala w ogole w tym roku. Jej grupa znajomych, taka zwykle szybka do organizacji roznorakich wyjsc i spotkan, teraz zupelnie nie mogla sie zgrac. Moze zreszta pomalu wyrastaja z takich atrakcji. ;)

Do poczytania! 

środa, 1 lipca 2026

Kolejny przyspieszony post

W sobote, 27 czerwca, rozkosznie bylo sie obudzic we wlasnym lozku. Tego dnia wszyscy odsypialismy, bo M. tez mial swoj czwarty w miesiacu, wymagany dzien wolny. ;) Malzonek wstal o 7, co jak na niego jest wyczynem, Bi (ktora przyznala ze polozyla sie o... 3 :O) o 9, ja nieco pozniej, a Nik spal do 10:30. :D Jak ostatnio kazda sobota oznaczala sprzatanie, tym razem sobie odpuscilam, bo planuje dac liste Potworkom kiedy bede jechac do biura. A co, niech sie zbytnio nie nudza w wakacje. :D

Kiedy usiadlam na chwile na tarasie, ciekawski kiciul musial sprawdzic co to takiego. Nie wiedziala jednak, ze dwie poduszki wyjelam, wiec w ktoryms momencie reszta sie rozjechala i Oreo prawie wpadla do srodka. :D 

Za to musialam sie bawic w pranie za praniem. Napisalam ostatnio, ze pokempingowy ladunek, kisil sie w suszarce od niedzieli do piatku, bo M. "zapomnial" ze mu o nim wspomnialam. Kiedy mu to wytknelam, odbil paleczke, ze "dlaczego mu nie przypomnialam?". :O Bo, kurna, nawet nie przyszlo mi do glowy, ze mogl o tym zapomniec! Przy okazji jednak, M. nie wstawil zadnego dodatkowego prania, wiec teraz i obydwa brudowniki (na jasne i ciemne) na dole i te w pokojach dzieci, byly niemal pelne. W piatek wstawilam jedno pranie, ktore w sobote poskladalam i wstawilam kolejne, a potem jeszcze zmienilam dzieciakom posciel, wiec trzeba bylo wstawic nastepne. Upieklam tez chlebek bananowy, bo przyszlo lato i cieplo, wiec banany brazowieja w strasznym tempie. Tego tez malzonek nie raczy ogranac, a obecnie tylko on je to ciasto. Tymczasem w lodowce lezalo piec bananow, ktore tam wsadzilam jeszcze przed kempingiem, kolejne 6 lezalo na wierzchu, a ja w piatek kupilam dodatkowa kisc, bo tych z brazowymi plamkami (nawet jesli dopiero zaczynaja sie pojawiac) nikt nie je. Niestety, kupilam tez jablka, a w domu okazalo sie, ze mamy cala miske, na horyzoncie widze wiec duzo pieczenia... Tym razem upieklam bananowca, ale z czekolada, bo Nik ostatnio marudzil, ze zawsze pieke z orzechami, a on orzechow nie lubi i jakbym dodala czekolady, to by jadl. No to upieklam i zobaczymy czy zje. Mam powazne watpliwosci. ;) Malzonek zabral tez syna do fryzjera. Niestety, Nik ma teraz bardzo specyficzna fryzure, z wlosami przystrzyzonymi z tylu i po bokach, ale dluzszymi na gorze i z przodu, ktore on jeszcze specjalnie "mierzwi". :D

Przed

Po

Niestety, przez te dluzsze wlosy, szybko odrastaja i wpadaja do oczu, a reszty Nik tez nie pozwala zgolic na 0, tylko zostawia kilka mm. W rezultacie, wlasciwie co miesiac musi je podcinac zeby spelnialy jego "standardy".

Teraz musi wyrownac opalenizne, bo widac wyraznie dokad wczesniej siegaly mu wlosy :D 

Cale szczescie, ze meski fryzjer to $25. :D Pojechalismy tez do kosciola, a po powrocie ogladalismy mecze. Zadne z nas nie jest wielkim fanem, ale mundial przyciaga. ;)

Kiedy kladlam sie spac, znalazlam syna tak :D

Niedziela to ponownie odpoczynek i relaks dla mnie i Potworkow. Malzonek pojechal do pracy, ale konczyl juz o 11, wiec byl w domu dosc wczesnie. Ja wstalam, ogarnelam sie i dalej walczylam z praniami, bo zostalo mi reczne (ktore piore na delikatnym programie w pralce ;P), no i zmienilam posciel u nas, wiec ja tez musialam wstawic do prania. W miedzyczasie upieklam ciasto z jablkami, zeby zuzyc kilka najbardziej "kapciowatych". Przyjechal tez jak zwykle moj tata, ale pojechal o 14:30 zeby zdazyc do domu na mecz o 15. Wyszorowalam jeszcze nasza lazienke i przykazalam Kokusiowi zeby posprzatal u dzieciakow, ale oczywiscie zwlekal i sie ociagal i w koncu tego nie zrobil. Byl bez humoru, bo mial jechac na noc do domku nad jeziorem kolegi, ale ostatecznie go nie puscilismy. Mial juz pozwolenie i w ogole, ale potem kolega mu napisal, ze wieczorem mieli miec rodzinne zdjecia z fotografem. Napisal co prawda, ze Nik pojechalby z nimi i zostal w samochodzie, ale stwierdzilismy z M. ze to bez sensu. Jak oni maja swoje rodzinne plany, to glupio zeby im sie Mlodszy tam platal. Podejrzewam, ze kolega zaprosil Kokusia zanim zapytal sie rodzicow czy moze... ;) Nik byl, rzecz jasna, zly jak osa, ale pocieszyl sie planami jazdy na ryby. Tu jednak sam dal plamy, bo zdecydowal sie jechac o 18, kiedy akurat zaczelo kropic i grzmiec w oddali. Ostatecznie burza przeszla bokiem, ale tez postukalismy sie w czola i kazalismy mu zostac w domu i nie kombinowac. No ale kawaler byl oczywscie bardzo na nas zly. :D Aha, zapytalam tez oczywiscie ta moja corke, co to sie zadzialo na egzaminie z matematyki. Okazalo sie, ze wlasciwie to nic specjalnego. Panna odparla, ze egzamin byl na ostatniej lekcji ostatniego dnia i ona juz marzyla zeby isc do domu i zaczac wakacje. Czyli co? Czyli to moje bardziej ambitne i walczace o oceny dziecko, po prostu mialo... kompletna zlewke. :O W szoku jestem... Ma dziewczyna szczescie, ze egzamin to ulamek oceny koncowej. Na studiach juz tak fajnie miec nie bedzie...

Za to, od konca roku szkolnego minely 2 tygodnie, a ona juz zdazyla sobie wydziergac kolejna bluzeczke ;)

W poniedzialek moglam na szczescie pracowac z domu. Po calym tygodniu w innym Stanie, cieszylam sie ze moge pomieszkac we wlasnej chalupie.

Rano przyszla mnie przywitac w lozku nasza kota ;) 

Tyle, ze niestety praca z domu wymaga samodyscypliny, a przy Potworkach wrecz zelaznej sily woli. Mielismy dzien goracy, ale jeszcze nie rekordowo. Takie tam 28 stopni i 60% wilgotnosci; nic specjalnego. ;) Bi rano poszla z kolezanka pobiegac, poki jeszcze bylo chlodniej. Pozniej nadal probowala zwerbowac kogos nad jezioro, ale wszysciutkie psiapsiolki mialy jakies plany lub wyjechaly. Nik takiego problemu nie mial, bo jego obecny najlepszy kumpel byl nadal w domku nad jeziorem, wiec kawaler chcial jechac na ryby, tyle ze sam. Rano mialam meeting z szefem, ale kiedy go skonczylam, powiedzialam synowi zeby zjadl sniadanie (bo gotow byl jechac na glodniaka) to go zawioze. Kiedy zjadl, odstawilam go wiec nad jezioro i polecilam zeby napisal jak bedzie chcial wrocic do domu. Odezwal sie w koncu prawie o 12 zebym przyjechala, ale tez przywiozla mu siatke, bo chce sprobowac zlapac narybku. Przyjechalam, a tymczasem kawaler zaczyna cos napomykac, ze moze by zostal troche dluzej... :O Mialam ochote go udusic. Okazalo sie, ze akurat tuz przed moim przyjazdem, zlapal dwie ryby, nabral wiec ochoty na wiecej.

Zrobil sobie selfiaka na pamiatke :D 

Oczywiscie kategorycznie odmowilam, bo nie bede co godzine przyjezdzac; w koncu oficjalnie bylam w pracy. :/ Pozniej, przez jakis czas usilowalam skupic sie na raporcie, co szlo mi niestety opornie. Zawsze mi sie wydawalo, ze fajniej jest klepac w klawiature, niz siedziec w obcych firmach i przepytywac ludzi. Nie wiem jednak czy z czasem nie bede gadac jak niektorzy ludzie z mojej grupy, ktorzy twierdza ze wola juz przeprowadzac inspekcje niz spisywac z niej raport. ;) W miedzyczasie wstawilam gulasz, ktory na szczescie jest obiadem, ktory robi sie wlasciwie "sam". O 15 Bi stwierdzila, ze chcialaby pojechac nad jezioro, zeby sie wykapac. Nik na to podskoczyl, ze on w takim razie chce pojechac znowu na ryby. Zanim sie zebrali, zrobila sie prawie 16 i juz mialam im powiedziec zeby poczekali az skoncze prace, ale przypomnialo mi sie, ze tego dnia o 18 zamykali wszelakie aktywnosci na/przy jeziorze. Nie mieli wiec zbyt duzo czasu. Mlodszy co prawda moglby lowic ryby do zamkniecia, ale zostal mu tylko staw, a wiem, ze przy zamknietej plazy, praktycznie wszyscy ludzie zwina sie do domu, bo to glowna atrakcja latem i przy upalach. Zawiozlam ich i powiedzialam ze przyjade o 18. Pozniej jednak skonczylam robote, zjadlam obiad i o 17 stwierdzilam, ze moze tez podjade sie wykapac. W kolejne dni nie bede juz miec tyle czasu, a pod koniec tygodnia mialam dostac okres, wiec to mogla byc prawie ostatnia okazja na jakis czas. Pojechalam wiec, znalazlam corke i poszlam sie zamoczyc. Latwo nie bylo, ale woda byla na oko nieco cieplejsza niz w hotelowym basenie, wiec sie udalo. Pochlapalam sie troche i w tym momencie doszedl Nik. Wczesniej byl nad stawem, a teraz przyszedl, bo zostalo 10 minut do zamkniecia jeziora. I zamiast wskakiwac do wody, to on sie zastanawia, czy chce! :O Bo tak samemu... Bi stwierdzila, ze wczesniej byla w wodzie 40 minut, wiec juz nie idzie plywac. Zaoferowalam, ze z nim pojde, ale oznajmil, ze z mama to troche obciachowo. Swietnie; do czego to doszlo. ;) Ostatecznie poszedl sam, poplynal do pomostu, skoczyl i oglosili ze zamykaja plaze.

Przymierza sie do skoku 

Nik oczywiscie znow cos tam sie burzyl, ze chcialby zostac na rybach (wczesniej zlowil kolejna), ale powiedzialam, ze nie ma mowy. Nie chce zeby tam lazil jak to miejsce opustoszeje, a poza tym dosc sie tego dnia ujezdzilam w ta i spowrotem. :/ Wrocilismy wiec do domu, gdzie po chwili wpadl na kolejny pomysl, mianowicie ze kolega zaprosil go do swojego domku nad jeziorem na noc z wtorku na srode. Najpierw sklanialam sie, zeby mu pozwolic, bo w weekend nie pojechal, ale po namysle stwierdzilam, ze nie da rady. We wtorek moglabym go od biedy po pracy zawiezc (to 40 minut od nas), ale w srode nie bedzie mial go kto odebrac. Ja po robocie musze jechac na zakupy, a M. pakowac co sie da na kemping, bo kolejnego dnia bedziemy wyjezdzac. Nikt nie ma czasu na prawie 2-godzinne jazdy po syna. Chlopaki nie odpuszczali i po jakims czasie Mlodszy przyszedl, zeby powiedziec ze rodzice kolegi moga go zabrac i potem odwiezc. Oszaleje z nimi. :D Ponownie jednak odmowilam, bo po prostu glupio mi zeby obcy ludzie wozili moje dziecko. No i wkurzylam sie na syna, bo kombinuja, a wakacje zaczely sie ledwie 2 tygodnie temu, wiec maja jeszcze mnostwo czasu na nocowanki. :/

Wtorek musialam zaczac wczesnym rankiem, bo jechalam do biura. Ostatnio bylam w nim rowno 2 tygodnie wczesniej. ;) Zostawilam Potworkom liste rzeczy do ogarniecia w chalupie, a sama podazylam do pracy. Mimo ze jechalam (jakby inaczej) w korku, to po ostatnich 2-godzinnych podrozach, jazda do biura wydala mi sie niczym mrugniecie okiem. :D Okazalo sie, ze poza mna byly kolejne 3 osoby, wiec prawie tlum. Szkoda, ze nikt, z kim sie juz troche lepiej poznalam... Tego dnia, mimo ze teoretycznie nie nadeszla jeszcze zapowiadana fala goraca, mielismy 30 stopni i ponad 60% wilgotnosci. No ale to przeciez nie goraco... U nas ostrzezenia zaczynaja sie od 32 stopni wzwyz. :D W pracy jednak klima szla az milo, wiec siedzialam w dlugich spodniach oraz swetrze. Nadal meczylam raport i nadal szlo mi opornie, mimo ze w pracy nie ma wlasciwie rozpraszaczy. Mialam tez krotkie spotkanie (online) z pania doktor, ktora przepytala mnie z formularza, ktory wypisalam kilka tygodni temu, po czym zatwierdzila, ze jestem wystarczajaco zdrowa zeby uzywac... respiratora. Mam nadzieje, ze nigdy nie bedzie mi on potrzebny, ale jakby co, mam pozwolenie. ;) Do domu dojechalam po 17, wiec wieczor zlecial niewiadomo kiedy. Trzeba bylo wyszorowac kuchenke i kuchenne zlewy oraz poscielic w przyczepie, bo wypralam poszewki i przescieradla. Bylo duszno i parno, wiec w kamperze goraco i bezruch powietrza, nawet przy otwartych drzwiach i rozszczelnionych wszystkich oknach. Najlepsze, ze ja na gorze pietrowego lozka, zgieta wpol, poce sie i sapie nakladajac przescieradlo, a tu wkracza Nik i oznajmia ze za pare minut zaczyna sie trening, wiec chyba nie zdazy. Malo mnie szlag nie trafil, bo trening jak trening, ale po pierwsze, nie pojechal juz dzien wczesniej, a my placimy za ta jego druzyne. Po drugie i wazniejsze jednak, ojciec siedzi w salonie i oglada mecz, a to zwykle on wozi syna na treningi. Ja go pozniej odbieram. I co?! Jak w tych wszystkich kawalach, Mlodszy przeszedl przez chalupe, zignorowal ojca i jakims cudem znalazl mnie w przyczepie, zeby powiedziec mi ze za chwile zaczyna sie trening! Ostatecznie chlopaki pojechali razem, bo M. zostal na silowni. Ja w tym czasie wzielam prysznic, nakarmilam zwierzyniec, itd. Cale popoludnie sie chmurzylo, ale deszcz raz pojawial sie w prognozach, raz znikal, wiec zastanawialam sie czy podlewac. W koncu jednak sie rozpadalo, na krotko, ale uznalam ze wystarczy. I dobrze ze sobie odpusicilam bo nad ranem obudzila mnie burza. Grzmialo i blyskalo az milo, a charakterystyczny szum swiadczyl o tym, ze musialo lac jak z cebra.

W srode pobudka tak samo i ponownie do biura. Zaczal sie lipiec i w tym miesiacu mam szanse byc tam kilka razy. Tak z szesc. :D Tego dnia byla moja kolezanka z innej grupy, ale z tego miesiecznego wyjazdu, wiec nagadalam sie za wszystkie czasy. Poza tym, nadal walczylam z raportem. Zalamalo mnie to, ze juz trzeci dzien pracowalam nad czescia pisana, a przede mna bylo najgorsze, czyli skanowanie, oznaczanie i podpinanie dokumentow. :O Kiedy jednak, wczesnym popoludniem, sie za to zabralam, okazalo sie, ze... drukarka nie dziala! To znaczy, dziala, ale nie laczy sie z laptopem, mimo ze podlaczona byla do niego kablem! :O Ani wiec skanowac, ani drukowac, nic. Kolezanka powiedziala ze kilka tygodni temu miala tak samo i musiala prosic o pomoc technikow, ktorym zajelo to prawie 4 godziny. :/ Stwierdzilam ze sprobuje skanowac telefonem, ale ze w sumie mialam kilkaset stron, wiec szlo to opornie. Zeskanowalam kilka krotszych dokumentow, ale z najdluzszymi sie poddalam. Musze miec skaner i koniec. :/ Po pracy wpadlam tylko do domu, wstawilam pranie, bo musialam oproznic brudowniki przed kempingiem, napilam sie i popedzilam na zakupy. Tego dnia przyszla juz fala upalow. Mielismy 33 stopnie z odczuwalna 35 oraz 60% wilgotnosci. Za kazdym razem kiedy wychodzilam z klimatyzowanych pomieszczen lub auta, zaparowywaly mi okulary. ;) Po zakupie spozywki, obiecalam Kokusiowi ze podjedziemy do sportowego po drugiej stronie ulicy, bo kawaler chcial sobie kupic jakas upatrzona przynete na ryby. :D Bi, ktora zadnych zakupow nie odpusci, wybrala sobie szybko stanik sportowy do biegania. Oboje mieli jednak 15 minut z zegarkiem w reku, bowiem w samochodzie zostaly zakupy, w tym lody, a upal byl niemozliwy. Po powrocie do domu wpakowalismy to co nie musialo byc w lodowce do przyczepy, nakarmilam zwierzaki, podlalam warzywa oraz kwiatki i przyszla pora meczu. O 20 naszego czasu gralo znow USA, wiec wiadomo ze trzeba bylo popatrzec. Wygrali bardzo ladnie i znow z glosnikow oraz trybun rozbrzmialo "Country roads". :)

Kiciul ma ostatnio obsesje na punkcie tego plecaka. Wlazi do niego, plecak sie przewraca, a ona siedzi w nim i sie czai. Ale za kazdym razem jak chce zrobic zdjecie przyczajonemu "tygrysowi", natychmiast z niego wychodzi :D

Ponownie jak 2 tygodnie temu, musze skonczyc w srode. Jutro wyjezdzamy na dlugi weekend; co prawda w dzien jeszcze pracujemy, ale nie bedzie raczej czasu na klepanie. :) Pogoda zapowiada sie zupelnie inna niz poprzednio. Przez wiekszosc czasu bedzie potwornie goraco i wilgotno. Pechowo, na tym kempingu nie ma podlaczen do pradu. Zeby wlaczyc klime, bedzie trzeba uzyc agregatora. Regulamin kempingu mowi jednak, ze nalezy go wylaczyc o 20 wieczorem. Noce moga wiec byc dosc ciezkie, bo nawet przy otwartych oknach, przy takiej wilgotnosci, powietrze stoi niczym zupa...

Do poczytania!