W sobote, 27 czerwca, rozkosznie bylo sie obudzic we wlasnym lozku. Tego dnia wszyscy odsypialismy, bo M. tez mial swoj czwarty w miesiacu, wymagany dzien wolny. ;) Malzonek wstal o 7, co jak na niego jest wyczynem, Bi (ktora przyznala ze polozyla sie o... 3 :O) o 9, ja nieco pozniej, a Nik spal do 10:30. :D Jak ostatnio kazda sobota oznaczala sprzatanie, tym razem sobie odpuscilam, bo planuje dac liste Potworkom kiedy bede jechac do biura. A co, niech sie zbytnio nie nudza w wakacje. :D
Za to musialam sie bawic w pranie za praniem. Napisalam ostatnio, ze pokempingowy ladunek, kisil sie w suszarce od niedzieli do piatku, bo M. "zapomnial" ze mu o nim wspomnialam. Kiedy mu to wytknelam, odbil paleczke, ze "dlaczego mu nie przypomnialam?". :O Bo, kurna, nawet nie przyszlo mi do glowy, ze mogl o tym zapomniec! Dodatkowo jednak, M. nie wstawil zadnego dodatkowego prania, wiec teraz i obydwa brudowniki (na jasne i ciemne) na dole i dodatkowe w pokojach dzieci, byly niemal pelne. W piatek wstawilam jedno pranie, ktore w sobote poskladalam i wstawilam kolejne, a potem jeszcze zmienilam dzieciakom posciel, wiec trzeba bylo wstawic nastepne. Upieklam tez chlebek bananowy, bo przyszlo lato i cieplo, wiec banany brazowieja w strasznym tempie. Tego tez malzonek nie raczy ogranac, a obecnie tylko on je to ciasto. Tymczasem w lodowce lezalo piec bananow, ktore tam wsadzilam jeszcze przed kempingiem, kolejne 6 lezalo na wierzchu, a ja w piatek kupilam dodatkowa kisc, bo tych z brazowymi plamkami (nawet jesli dopiero zaczynaja sie pojawiac) nikt nie je. Niestety, kupilam tez jablka, a w domu okazalo sie, ze mamy cala miske, na horyzoncie widze wiec duzo pieczenia... Tym razem upieklam bananowca, ale z czekolada, bo Nik ostatnio marudzil, ze zawsze pieke z orzechami, a on orzechow nie lubi i jakbym dodala czekolady, to by jadl. No to upieklam i zobaczymy czy bedzie jadl. Mam powazne watpliwosci. ;) Malzonek zabral tez syna do fryzjera. Niestety, Nik ma teraz bardzo specyficzna fryzure, z wlosami przystrzyzonymi z tylu i po bokach, ale dluzszymi na gorze i z przodu, ktore on jeszcze specjalnie "mierzwi". :D
Niestety, przez te dluzsze wlosy, szybko odrastaja i wpadaja do oczu, a reszty Nik tez nie pozwala zgolic na 0, tylko zostawia kilka mm. W rezultacie, wlasciwie co miesiac musi je podcinac zeby spelnialy jego "standardy".
Cale szczescie, ze meski fryzjer to $25. :D Pojechalismy tez do kosciola, a po powrocie ogladalismy mecze. Zadne z nas nie jest wielkim fanem, ale mundial przyciaga. ;)
Niedziela to ponownie odpoczynek i relaks dla mnie i Potworkow. Malzonek pojechal do pracy, ale konczyl juz o 11, wiec byl w domu dosc wczesnie. Ja wstalam, ogarnelam sie i dalej walczylam z praniami, bo zostalo mi reczne (ktore piore na delikatnym programie w pralce ;P), no i zmienilam posciel u nas, wiec ja tez musialam wstawic do prania. W miedzyczasie upieklam ciasto z jablkami, zeby zuzyc kilka najbardziej "kapciowatych". Przyjechal tez jak zwykle moj tata, ale pojechal o 14:30 zeby zdazyc do domu na mecz o 15. Wyszorowalam jeszcze nasza lazienke i przykazalam Kokusiowi zeby posprzatal u dzieciakow, ale oczywiscie zwlekal i sie ociagal i w koncu tego nie zrobil. Byl bez humoru, bo mial jechac na noc do domku nad jeziorem kolegi, ale ostatecznie go nie puscilismy. Mial juz pozwolenie i w ogole, ale potem kolega mu napisal, ze wieczorem mieli miec rodzinne zdjecia z fotografem. Napisal co prawda, ze Nik pojechalby z nimi i zostal w samochodzie, ale stwierdzilismy z M. ze to bez sensu. Jak oni maja swoje rodzinne plany, to glupio zeby im sie Mlodszy tam platal. Podejrzewam, ze kolega zaprosil Kokusia zanim zapytal sie rodzicow czy moze... ;) Nik byl, rzecz jasna, zly jak osa, ale pocieszyl sie planami jazdy na ryby. Tu jednak sam dal plamy, bo zdecydowal sie jechac o 18, kiedy akurat zaczelo kropic i grzmiec w oddali. Ostatecznie burza przeszla bokiem, ale tez postukalismy sie w czola i kazalismy mu zostac w domu i nie kombinowac. No ale kawaler byl oczywscie bardzo na nas zly. :D Aha, zapytalam tez oczywiscie ta moja corke, co to sie zadzialo na egzaminie z matematyki. Okazalo sie, ze wlasciwie to nic specjalnego. Panna odparla, ze egzamin byl na ostatniej lekcji ostatniego dnia i ona juz marzyla zeby isc do domu i zaczac wakacje. Czyli co? Czyli to moje bardziej ambitne i walczace o oceny dziecko, po prostu mialo... kompletna zlewke. :O W szoku jestem... Ma dziewczyna szczescie, ze egzamin to ulamek oceny koncowej. Na studiach juz tak fajnie miec nie bedzie...
W poniedzialek moglam na szczescie pracowac z domu. Po calym tygodniu w innym Stanie, cieszylam sie ze moge pomieszkac we wlasnej chalupie.
Tyle, ze niestety praca z domu wymaga samodyscypliny, a przy Potworkach wrecz zelaznej sily woli. Mielismy dzien goracy, ale jeszcze nie rekordowo. Takie tam 28 stopni i 60% wilgotnosci; nic specjalnego. ;) Bi rano poszla z kolezanka pobiegac, poki jeszcze bylo chlodniej. Pozniej nadal probowala zwerbowac kogos nad jezioro, ale wszysciutkie psiapsiolki mialy jakies plany lub wyjechaly. Nik takiego problemu nie mial, bo jego obecny najlepszy kumpel byl nadal w domku nad jeziorem, wiec kawaler chcial jechac na ryby, tyle ze sam. Rano mialam meeting z szefem, ale kiedy go skonczylam, powiedzialam synowi zeby zjadl sniadanie (bo gotow byl jechac na glodniaka) to go zawioze. Kiedy zjadl, odstawilam go wiec nad jezioro i polecilam zeby napisal jak bedzie chcial wrocic do domu. Odezwal sie w koncu prawie o 12 zebym przyjechala, ale tez przywiozla mu siatke, bo chce sprobowac zlapac narybku. Przyjechalam, a tymczasem kawaler zaczyna cos napomykac, ze moze by zostal troche dluzej... :O Mialam ochote go udusic. Okazalo sie, ze akurat tuz przed moim przyjazdem, zlapal dwie ryby, nabral wiec ochoty na wiecej.
Oczywiscie kategorycznie odmowilam, bo nie bede co godzine przyjezdzac; w koncu oficjalnie bylam w pracy. :/ Pozniej, przez jakis czas usilowalam skupic sie na raporcie, co szlo mi niestety opornie. Zawsze mi sie wydawalo, ze fajniej jest klepac w klawiature, niz siedziec w obcych firmach i przepytywac ludzi. Nie wiem jednak czy z czasem nie bede gadac jak niektorzy ludzie z mojej grupy, ktorzy twierdza ze wola juz przeprowadzac inspekcje niz spisywac z niej raport. ;) W miedzyczasie wstawilam gulasz, ktory na szczescie jest obiadem, ktory robi sie wlasciwie "sam". O 15 Bi stwierdzila, ze chcialaby pojechac nad jezioro, zeby sie wykapac. Nik na to podskoczyl, ze on w takim razie chce pojechac znowu na ryby. Zanim sie zebrali, zrobila sie prawie 16 i juz mialam im powiedziec zeby poczekali az skoncze prace, ale przypomnialo mi sie, ze tego dnia o 18 zamykali wszelakie aktywnosci na/przy jeziorze. Nie mieli wiec zbyt duzo czasu. Mlodszy co prawda moglby lowic ryby do zamkniecia, ale zostal mu tylko staw, a wiem, ze przy zamknietej plazy, praktycznie wszyscy ludzie zwina sie do domu, bo to glowna atrakcja latem i przy upalach. Zawiozlam ich i powiedzialam ze przyjade o 18. Pozniej jednak skonczylam robote, zjadlam obiad i o 17 stwierdzilam, ze moze tez podjade sie wykapac. W kolejne dni nie bede juz miec tyle czasu, a pod koniec tygodnia mialam dostac okres, wiec to mogla byc prawie ostatnia okazja na jakis czas. Pojechalam wiec, znalazlam corke i poszlam sie zamoczyc. Latwo nie bylo, ale woda byla na oko nieco cieplejsza niz w hotelowym basenie, wiec sie udalo. Pochlapalam sie troche i w tym momencie doszedl Nik. Wczesniej byl nad stawem, a teraz przyszedl, bo zostalo 10 minut do zamkniecia jeziora. I zamiast wskakiwac do wody, to on sie zastanawia, czy chce! :O Bo tak samemu... Bi stwierdzila, ze wczesniej byla w wodzie 40 minut, wiec juz nie idzie plywac. Zaoferowalam, ze z nim pojde, ale oznajmil, ze z mama to troche obciachowo. Swietnie; do czego to doszlo. ;) Ostatecznie poszedl sam, poplynal do pomostu, skoczyl i oglosili ze zamykaja plaze.
Nik oczywiscie znow cos tam sie burzyl, ze chcialby zostac na rybach (wczesniej zlowil kolejna), ale powiedzialam, ze nie ma mowy. Nie chce zeby tam lazil jak to miejsce opustoszeje, a poza tym dosc sie tego dnia ujezdzilam w ta i spowrotem. :/ Wrocilismy wiec do domu, gdzie po chwili wpadl na kolejny pomysl, mianowicie ze kolega zaprosil go do swojego domku nad jeziorem na noc z wtorku na srode. Najpierw sklanialam sie, zeby mu pozwolic, bo w weekend nie pojechal, ale po namysle stwierdzilam, ze nie da rady. We wtorek moglabym go od biedy po pracy zawiezc (to 40 minut od nas), ale w srode nie bedzie mial go kto odebrac. Ja po robocie musze jechac na zakupy, a M. pakowac co sie da na kemping, bo kolejnego dnia bedziemy wyjezdzac. Nikt nie ma czasu na prawie 2-godzinne jazdy po syna. Chlopaki nie odpuszczali i po jakims czasie Mlodszy przyszedl, zeby powiedziec ze rodzice kolegi moga go zabrac i potem odwiezc. Oszaleje z nimi. :D Ponownie jednak odmowilam, bo po prostu glupio mi zeby obcy ludzie wozili moje dziecko. No i wkurzylam sie na syna, bo kombinuja, a wakacje zaczely sie ledwie 2 tygodnie temu, wiec maja jeszcze mnostwo czasu na nocowanki. :/
Wtorek musialam zaczac wczesnym rankiem, bo jechalam do biura. Ostatnio bylam w nim rowno 2 tygodnie wczesniej. ;) Zostawilam Potworkom liste rzeczy do ogarniecia w chalupie, a sama podazylam do pracy. Mimo ze jechalam (jakby inaczej) w korku, to po ostatnich 2-godzinnych podrozach, jazda do biura wydala mi sie niczym mrugniecie okiem. :D Okazalo sie, ze poza mna byly kolejne 3 osoby, wiec prawie tlum. Szkoda, ze nikt, z kim sie juz troche lepiej poznalam... Tego dnia, mimo ze teoretycznie nie nadeszla jeszcze zapowiadana fala goraca, mielismy 30 stopni i ponad 60% wilgotnosci. No ale to przeciez nie goraco... U nas ostrzezenia zaczynaja sie od 32 stopni wzwyz. :D W pracy jednak klima szla az milo, wiec siedzialam w dlugich spodniach oraz swetrze. Nadal meczylam raport i nadal szlo mi opornie, mimo ze w pracy nie ma wlasciwie rozpraszaczy. Mialam tez krotkie spotkanie (online) z pania doktor, ktora przepytala mnie z formularza, ktory wypisalam kilka tygodni temu, po czym zatwierdzila, ze jestem wystarczajaco zdrowa zeby uzywac... respiratora. Mam nadzieje, ze nigdy nie bedzie mi on potrzebny, ale jakby co, mam pozwolenie. ;) Do domu dojechalam po 17, wiec wieczor zlecial niewiadomo kiedy. Trzeba bylo wyszorowac kuchenke i kuchenne zlewy oraz poscielic w przyczepie, bo wypralam poszewki i przescieradla. Bylo duszno i parno, wiec w kamperze goraco i bezruch powietrza, nawet przy otwartych drzwiach i rozszczelnionych wszystkich oknach. Najlepsze, ze ja na gorze pietrowego lozka, zgieta wpol, poce sie i sapie nakladajac przescieradlo, a tu wkracza Nik i oznajmia ze za pare minut zaczyna sie trening, wiec chyba nie zdazy. Malo mnie szlag nie trafil, bo trening jak trening, ale po pierwsze, nie pojechal juz dzien wczesniej, a my placimy za ta jego druzyne. Po drugie i wazniejsze jednak, ojciec siedzi w salonie i oglada mecz, a to zwykle on wozi syna na treningi. Ja go pozniej odbieram. I co?! Jak w tych wszystkich kawalach, Mlodszy przeszedl przez chalupe, zignorowal ojca i jakims cudem znalazl mnie w przyczepie, zeby powiedziec mi ze za chwile zaczyna sie trning! Ostatecznie chlopaki pojechali razem, bo M. zostal na silowni. Ja w tym czasie wzielam prysznic, nakarmilam zwierzyniec, itd. Cale popoludnie sie chmurzylo, ale deszcz raz pojawial sie w prognozach, raz znikal, wiec zastanawialam sie czy podlewac. W koncu jednak sie rozpadalo, na krotko, ale uznalam ze wystarczy. I dobrze ze sobie odpusicilam bo nad ranem obudzila mnie burza. Grzmialo i blyskalo az milo, a charakterystyczny szum swiadczyl o tym, ze musialo lac jak z cebra.
W srode pobudka tak samo i ponownie do biura. Zaczal sie lipiec i w tym miesiacu mam szanse byc tam kilka razy. Tak z szesc. :D Tego dnia byla moja kolezanka z innej grupy, ale z tego miesiecznego wyjazdu, wiec nagadalam sie za wszystkie czasy. Poza tym, nadal walczylam z raportem. Zalamalo mnie to, ze juz trzeci dzien pracowalam nad czescia pisana, a przede mna bylo najgorsze, czyli skanowanie, oznaczanie i podpinanie dokumentow. :O Kiedy jednak, wczesnym popoludniem, sie za to zabralam, okazalo sie, ze... drukarka nie dziala! To znaczy, dziala, ale nie laczy sie z laptopem, mimo ze podlaczona byla do niego kablem! :O Ani wiec skanowac, ani drukowac, nic. Kolezanka powiedziala ze kilka tygodni temu miala tak samo i musiala prosic o pomoc technikow, ktorym zajelo to prawie 4 godziny. :/ Stwierdzilam ze sprobuje skanowac telefonem, ale ze w sumie mialam kilkaset stron, wiec szlo to opornie. Zeskanowalam kilka krotszych dokumentow, ale z najdluzszymi sie poddalam. Musze miec skaner i koniec. :/ Po pracy wpadlam tylko do domu, wstawilam pranie, bo musze oproznic brudowniki przed kempingiem, napilam sie i popedzilam na zakupy. Tego dnia przyszla juz fala upalow. Mielismy 33 stopnie z odczuwalna 35 oraz 60% wilgotnosci. Za kazdym razem kiedy wychodzilam z klimatyzowanych pomieszczen lub auta, zaparowywaly mi okulary. ;) Po zakupie spozywki, obiecalam Kokusiowi ze podjedziemy do sportowego po drugiej stronie ulicy, bo kawaler chcial sobie kupic jakas upatrzona przynete na ryby. :D Bi, ktora zadnych zakupow nie odpusci, wybrala sobie szybko stanik sportowy do biegania. Oboje mieli jednak 15 minut z zegarkiem w reku, bowiem w samochodzie zostaly zakupy, w tym lody, a upal byl niemozliwy. Po powrocie do domu wpakowalismy to co nie musialo byc w lodowce do przyczepy, nakarmilam zwierzaki, podlalam warzywa oraz kwiatki i przyszla pora meczu. O 20 naszego czasu gralo znow USA, wiec wiadomo ze trzeba bylo popatrzec. Wygrali bardzo ladnie i znow z glosnikow oraz trybun rozbrzmialo "Country roads". :)
Ponownie jak 2 tygodnie temu, musze skonczyc w srode. Jutro wyjezdzamy na dlugi weekend; co prawda w dzien jeszcze pracujemy, ale nie bedzie raczej czasu na klepanie. :) Pogoda zapowiada sie zupelnie inna niz poprzednio. Przez wiekszosc czasu bedzie potwornie goraco i wilgotno. Pechowo, na tym kempingu nie ma podlaczen do pradu. Zeby wlaczyc klime, bedzie trzeba uzyc agregatora. Regulamin kempingu mowi jednak, ze nalezy wylaczyc o 20 wieczorem. Noce moga wiec byc dosc ciezkie, bo nawet przy otwartych oknach, przy takiej wilgotnosci, powietrze stoi niczym zupa...
Do poczytania!

















































