piątek, 20 lutego 2026

Mini "ferie" i krotki tydzien

Sobota, 14 lutego, zaczela sie dluzszym spaniem. Jak pisalam ostatnio, w tym tygodniu Nik nie mial meczu, co z jednej strony irytowalo (bo chcialabym juz zakonczyc ten sezon), ale z drugiej, przynajmniej moglismy sie wylegiwac do wypeku. Tylko M. wstal przed 7, bo on wiadomo, ma problem z dluzszym spaniem. Pozostala nasza trojka, zwlokla sie grubo po 10. ;) Tego dnia byly oczywiscie Wale-w-tynki, ale mysle ze wiekszosc z Was odwiedza mnie juz na tyle dlugo, zeby wiedziec ze wlasciwie ich nie obchodzimy. Zdarzylo mi sie kupic czasem Potworkom po paczce serduszkowych cukierkow (w tym roku mi kompletnie umknelo), ale z malzonkiem praktycznie nigdy nie dajemy sobie zadnych romantycznych upominkow, ze juz o wyjsciu na obiad nie wspomne. Zacytuje Wam za to wierszyk podpatrzony u Klarki Mrozek, bowiem rozmieszyl mnie idealnie na poczatek dnia:

"Na gorze roze, na dole deby, jak cie ktora dotknie, dostanie w zeby!".

No, czyz nie piekna, walentynkowa rymowanka?! :D Poza tym, dzien minal bardzo nie-romantycznie, bo kiedy juz zjadlam sniadanie, ogarnelam sie i wypilam kawe na rozruch, zabralam sie za sprzatanie. A konkretnie, to musialam odkurzyc i pomyc podlogi na dole. Na szczescie M. pojechal po pizze na obiad, a Potworki pogonilam na gore, wiec nikt nie platal mi sie pod nogami. Przez wiekszosc czasu, bo kiedy odkurzalam, Oreo spierdzielila na gore i zaszyla sie u nas w sypialni, ale kiedy latalam na mopie, juz zlazla i chodzila za mna sprawdzajac co robie i przy okazji zostawiajac slady lapek... Jeden kot w domu, a na taras co chwila przylazil nam kolejny. Bi opiekowala sie kocurem sasiadow, a ten pieszczoch o wdziecznym imieniu "Bandyta", caly czas przychodzil, miauczal, a gdy otworzylo sie drzwi, probowal wepchnac sie do srodka! Nawet bym mu pozwolila wejsc, ale obok Oreo dostawala apopleksji, syczac i parskajac! :D

Nie jest tak puchaty jak Oreo, ale za to duzo bardziej przymilny 

Kiedy skonczylam, zrobilam sobie swieza kawe i wlaczylam skoki. Tego dnia znow nasi skakali, ale ja akurat cofnelam do poniedzialku, bo nie zdazylam jeszcze zobaczyc zdobycia srebrnego medalu przez nasza mloda gwiazde. Musze przyznac, ze niezle sie ogladalo znajac wynik, bo gdybym go nie znala, to po pierwszym skoku w zyciu bym nie przypuszczala, ze bedzie podium! :) Niestety, nie udalo sie obejrzec do konca, bo nadszedl czas jazdy na msze i koczylismy po powrocie. Potem wykapac sie i zasiadlam z mezem do zamawiania kempingow. Meczyl mnie o to od tygodni, ale przez nowa prace nie mialam za bardzo do tego glowy. Teraz w koncu wzielam kompa i... zonk. Na wybranym kempingu, rezerwacje otwieraja sie... kolejnego dnia! Pozniej z ciekawosci chcialam zerknac na inny kemping w inny dlugi weekend, a tam rezerwacje mozna zaczac robic od... 18-ego. No to sobie porezerwowalam kempingi. :D Poza tym, dzwonil do mnie tata, bowiem padl mu laptok, ktorego uzywal do podlaczenia polskiej telewizji. Od lat wykupuje taki serwis internetowy i laptopa podlacza do telewizora, zeby miec wiekszy ekran i tego dnia po prostu sie on nie wlaczyl. Zero swiatelek, zero reakcji. Wyzional ducha i tyle. Tata chcial sie poradzic jakiej firmy sprzet najlepiej kupic, no ale ja akurat nie znam sie na takich rzeczach. Przy okazji opowiadal, ze rozliczal podatki i oddal juz wszystkie dokumenty ksiegowej, po czym przypomnial sobie, ze moja mamuska pobiera teraz tez emeryture na podstawie jego. Nie wiem czy w Polsce tez cos takiego funkcjonuje, ale przy hamerykanckiej emeryturze, matka mogla zglosic ze chce pobierac emeryture "od" malzonka, z racji ze nigdy w Stanach nie pracowala. Co ciekawe, moglaby sie po nia zglosic nawet, gdyby byli z tata rozwiedzeni, pod warunkiem, ze bylaby pierwsza zona. :O Tak naprawde to nie wiem po co tacie rozliczac sie z tej jej emerytury (chyba zeby dostac wiecej zwrotu), bo gdyby wlasnie byli po rozwodzie, nawet by nie wiedzial, ze byla zona pobiera sobie dzieki niemu emeryturke. ;) No ale poradzil sie ksiegowej, a ona powiedziala, ze jesli matka ma przesylana ta sume do Polski, to musi tez sie z niej rozliczac, a wiec na pewno dostaje jakies podsumowanie. Tata wiec zadzwonil do swej malzonki, a ona odpowiedziala ze owszem, jakies pismo dostala. Na to jej maz prosi zeby zrobila zdjecie i mu je przeslala, bo chce je do rozliczenia. I co? Nie, nie przesle mu. Nie i koniec. I rzucenie sluchawka. :O No co za... babsko. Wiem, ze to moja matka, ale czasem to mi az wstyd, ze jestesmy spokrewnione. Doszlismy razem z tata do wniosku, ze nie chce zeby wiedzial, ile ona dostaje kasy. Niby mu kiedys podala sume, ale cos nam sie widzi, ze ta musi byc sporo wyzsza, skoro teraz matka chce ja za wszelka cene ukryc. Cala ona. Zawsze nalogowo klamala co do wydanych pieniedzy. Gdy jeszcze mieszkalam w domu, a tata pracowal zagranica, kiedy cos kupowala (np. nowa pralke), zawsze mowila mu ze kosztowala kilkaset zlotych wiecej, zeby przeslal jej odpowiednio wieksza sumke. Tak samo zmuszala mnie i siostre (biciem, krzykiem i wyzwiskami, jakby ktos sie zastanawial) zebysmy tacie mowily, ze np. potrzebujemy nowych butow czy kurtki i zeby przyslal na to dodatkowe pieniazki. Pamietam, ze nie chcialam (i obrywalam za to) i strasznie bylo mi wstyd, ale niestety, mieszkajac z matka pod jednym dachem, a tate majac daleko, bylam zdana na laske i nielaske tej wiedzmy, wiec poslusznie - klamalam... :( W kazdym razie, jestem przekonana, ze mamuska teraz tez za zadne skarby nie chce sie przyznac ile tak naprawde dostaje kasy, bo i tak ciagle jeczy o wiecej...

W niedziele M. pojechal do pracy, a ja z Potworkami moglismy spac do wypeku. Kiedy juz wstalam, zjadlam i sie ogarnelam, zabralam sie za babke na oleju, bo mial przyjechac tata, nie mialam za bardzo pomyslu na nic innego, no i Nik juz od kilku dni twierdzil, ze sam ja upiecze. Ostatecznie przyszedl do kuchni i zamiast piec, to mi "pomagal", czyli glownie gadal jak nakrecony. :D Przed przyjazdem seniora udalo mi sie tez poskladac pranie, ktore czekalo w suszarce. Dziadek przyjechal, ale byla to jedna z tych "meczacych" wizyt. Moj tata, wyobrazcie sobie, za dwa tygodnie leci na... Floryde, zeby rozejrzec sie po okolicy i popatrzec jakie ewentualnie sa tam domy w jego przedziale cenowym. W szoku jestem, bo odkad razem wyladowalismy w Hameryce, caly czas byla mowa, ze on na emeryture wraca do Polski. I tak naprawde to nic nie jest przesadzone, tyle, ze moja matka od wielu lat (wlasciwie to chyba od zawsze) daje popalic i widze ze tata nie bardzo ma ochote tam z nia utknac do konca zycia. No i chyba slucha tez naszego gadania, ze za kilka lat, kiedy dzieciaki wyjada na studia, my tez chcielibysmy przeniesc sie gdzies na poludnie, gdzie cieplutko jest caly rok. Tyle, ze my bylismy juz wielokrotnie w kilku poludniowych Stanach, wiemy jak wyglada tam w srodku lata, a jak zima, wiemy tez orientacyjnie gdzie moglibysmy potencjalnie osiasc. Moj tata nigdy nie byl ponizej Stanu New Jersey, ktory jest "zawrotne" 3 godziny od nas. A tu nagle wyskakuje z Floryda! :O Tyle, ze jadac na tydzien, nie wiem ile on zdazy tam obejrzec. Nie mowiac juz, ze marzec to chyba czas najfajniejszej pogody. Juz wlasciwie pozna wiosna (szczegolnie w porownaniu z nasza polnoca), a jeszcze bez strasznych upalow oraz wilgotnosci, bo bedzie tak mniej wiecej w polowie polwyspu, wiec dalej od Miami gdzie zaczyna sie juz klimat subtropikalny. Moze to byc nieco mylace, bo o ile zima bedzie fajnie, bo cieplo, ale jak przyjdzie srodek lata, to moze sie chlop mocno zdziwic. Opowiadalismy mu juz o kempingach, gdzie Nik nie chcial wychodzic z przyczepy, tak bylo goraco, ale tego nie da sie wyobrazic. To trzeba poczuc na wlasnej skorze. ;) I gdzie my z M. i tak wolimy taki ekstremalny gorac od zimna, to zdecydowanie nie jest to dla kazdego. No nic, zobaczymy czy mu sie spodoba. Narazie tylko wszedl na Google w okolicach gdzie jedzie i zdziwil sie jak tam plasko! :D Padlam ze smiechu, bo bylam tam juz tyle razy, ze wlasciwie nie zwracam juz na to uwagi. U nas drogi wija sie i wspinaja na wzgorza, a potem opadaja. Tam sa plaskie jak deska i proste jak od linijki. ;) W kazdym razie, martwie sie jak tata sie tam sam ogarnie, bo leciec chce, ale zeby mu zrobic rezerwacje, tu juz bylam potrzebna ja. Tak naprawde tata sam lata tylko do Polski i dowoz rezerwuje przez polska agencje. Teraz bedzie sie musial zorientowac i dogadac po angielsku... Pomoglam mu wiec z lotem, wynajmem auta, dlugoterminowym parkingiem na lotnisku oraz hotelem. Gdybym mogla, polecialabym z nim, ale sama bede miala akurat wyjazdowe szkolenie... :/ Kiedy juz odhaczylismy to wszystko, wlaczylam olimpiade, a konkretnie to skoki narciarskie z poprzedniego dnia. Tym razem nasz mlody wywalczyl brazowy medal. Zaczelismy ogladac pozno, a potem wszystko trwalo, wiec jak tata zwykle przyjezdza na okolo 3 godziny, tak tego dnia zostal ponad 4. W miedzyczasie Bi zabrala sie za pieczenie chleba i wyszedl jej pyszny. Napisalabym "jak zwykle", ale to dopiero drugi raz, kiedy go upiekla. ;) Najwazniejsze jednak, ze wszystko zrobila samiutka, nie to co Nik, ktory oznajmia, ze "piecze", po czym wola co 5 minut o pomoc. ;) Po odjezdzie taty, zmienilam u dzieciakow posciel i wstawilam ja do pralki, po czym posprzatalam w swojej lazience i zagonilam Kokusia do posprzatania u dzieciakow, bo wypadala jego kolej. Potem siadlam z M. do sprawozdania finansowego. To kolejny, upierdliwy wymog mojej pracy. Raz do roku, kazdy musi sporzadzic raport dla oddzialu etyki, gdzie wypisuje wszystkie posiadane zaplecze finansowe, a takze "obciazenia". Zasady maja jednak niemozliwie skomplikowane, bo np. (jesli dobrze kojarze) nie musisz podawac zarobkow malzonka czy kredytu za dom lub samochod, ale jesli masz lodz, to ta musisz juz podac. My lodzi nie mamy, ale posiadamy przyczepe, ktora wymieniona nie jest, wiec musze wyslac im maila, bo nie wiem czy zalicza sie jako "obciazenie". W dodatku, trzeba podac jakie ma sie akcje gieldowe (kazda z osobna), choc tu tez maja jakies kruczki, gdzie niektorych nie musisz zglaszac. Zeby bylo "smieszniej", trzeba je podac zarowno dla siebie, jak i dla malzonka oraz dzieci. U nas pechowo M. dlubie w akcjach gieldowych, wiec bede teraz musiala nad tym siedziec. Dodatkowo, trzeba podac posiadane plany emerytalne (u nas to M., bo swoich federalnych nie musze), ale np. stare, gdzie pracodawca juz nie odprowadza skladek - nie (podobno). Siadlam z malzonkiem do tego, ale juz po chwili zlapalam sie za glowe i stwierdzilam, ze jest niedzielny wieczor i nie chce go zmarnowac na cos takiego. Stwierdzilismy, ze M. w pracy to wydrukuje, a ja siade w godzinach wlasnej roboty. Tym bardziej, ze dopiero co na szkoleniu mowili, ze w dni wolne mozna pracowac wylacznie za pozwoleniem szefa i lepiej nawet sie nie logowac w komputerze. Kolejna dziwna zasada federalnej pracy, bowiem normalnie szefostwo ronilo by lzy wdziecznosci gdyby ktos dobrowolnie harowal w weekend. Albo wrecz domagalo sie zeby cos konczyc po godzinach. A tu - nie wolno. ;) A na wieczor sie podlamalam, siadlam bowiem znow do kempingow. Ten, na ktory jezdzimy zawsze na majowy dlugi weekend, pokazywal dzien wczesniej, ze rezerwacje mialy sie zaczac w niedziele. Wchodze, a tam teraz pokazuje, ze w poniedzialek. Zglupialam i zaczelam szukac na stronie o co chodzi. Doczytalam, ze z powodu remontow, opozniaja otwarcia rezerwacji. No dobrze; przynajmniej wiem o co chodzi. Tyle, ze na ten kemping mozna robic rezerwacje na dwa sposoby - na ogolnokrajowej stronie i lokalnie - na stronce tamtego stanu. I teraz, jedna pokazuje ze nowe wiadomosci pojawia sie 1 marca, a druga, ze... 31. :D I badz tu czlowieku madry! Aha! Jeszcze Nik przypomnial sobie, ze zostal wybrany na jakis krajowy test w szkole. Nie stanowy, bo te maja co roku, tylko na cale Hameryke. O rany... Mysle, ze to jego wybrany, to raczej "wylosowany", bo szkola raczej wybralaby jakichs prymusow, a Mlodszy sie do nich zdecydowanie nie zalicza. ;) Mam tylko nadzieje, ze nie przyniesie szkole, ani naszemu Stanowi wiekszego obciachu. :D

Poniedzialek to swieto, President's Day, ktore jednak obchodzone jest glownie przez urzedy stanowe i federalne, szkoly, banki oraz poczte. Oznaczalo to, ze zarowno ja, jak i Potworki mielismy wolne, ale M. normalnie pracowal. Trojka z nas mogla wiec sie wyspac i wylegiwac w lozku. Kiedy w koncu sie zwloklam, po sniadaniu wstawilam kawe, po czym zabralam syna na wyczekane i wyproszone strzyzenie. Zeby nie bylo, oboje z M. juz od dlugiego czasu pytalismy czy chce sie obciac, bo zarosl i odpowiedz ciagle byla, ze "jeszcze nie", "narazie jest ok", itp. W koncu wiec machnelismy reka, ze sam poprosi jak sie zdecyduje. No i nadszedl ten czas, tylko ze teraz oczywiscie wszystko bylo "juz, zaraz, natychmiast". Poniewaz z czasem jestesmy na bakier, wiec minelo kilka tygodni i w koncu stwierdzilam, ze moze wlasnie w dlugi weekend. Zebralismy sie wiec z synem i pojechalismy, choc nie obylo sie bez potkniec. Fryzjer, do ktorego zwykle jezdzilismy, zrobil sobie wolne. Pojechalismy wiec do salonu z sieci, gdzie kiedys Mlodszego niezle obcieli (wedlug mnie), choc on sam marudzil ze za krotko. Niestety, pewnie przez to ze sporo osob mialo wolne, akurat jedna osoba byla strzyzona, kolejna siedziala w poczekalni, a pani oznajmila ze nie ma miejsc i zeby przyjechac po 14:30. Nie wiem dlaczego byla sama w wielkim salonie, ale trudno. Postanowilam zostawic decyzje synowi, choc samej nie bardzo usmiechalo mi sie wracac tam za niecale 3 godziny. Nie lubie takiego jezdzenia w kolko, no. ;) Nik jednak podzielal moje zdanie, ze chce tez skorzystac z wolnego dnia, a nie jezdzic w te i spowrotem. Bylismy blisko miejsca z bubble tea, wiec pojechalismy, po drodze zastanawiajac sie co robic. Traf chcial, ze na placu obok minelismy miejsce, ktore wygladalo na fryzjera, choc nazwa byla nieco mylaca. Kiedy czekalismy na herbatki, udalo mi sie ich znalezc w necie i okazalo sie, ze to jeden z kolejnej sieci salonow. Takie sieci sa raczej znane z niezbyt porywajacych rezultatow, ale Mlodszy byl zdesperowany, a okazalo sie, ze tam mozna sie bylo zapisac przez internet i czas oczekiwania wynosil 16 minut. Szybko wiec Kokusia wpisalam i po odebraniu napojow, pojechalismy. I trzeba przyznac, ze syn trafil niesamowicie, bo nie dosc, ze wzieli go z miejsca, to jeszcze dziewczyna byla mloda i sympatyczna. Dopytywala Mlodego jak chce miec kudly przyciete, podcinala po trochu, pytajac czy jeszcze, czy zostawic, i choc raz Nik wyszedl zachwycony fryzura!

Przed

Po - ja bym mu ta gore obciela troche krocej, ale coz; taka moda ;) 

Ja zas bylam zadowolona, ze mamy to z glowy i mozemy spokojnie wrocic do domu. Tam, jak to w chalupie, caly czas cos. Poskladac pranie, cos tam ogarnac, odgrzac obiad dla mlodziezy...Wrocil M. i chwilke posiedzielismy razem, ale po chwili zaczelam sie z dzieciakami zbierac, bowiem zauwazylam, ze w klubie, do ktorego nalezymy, otworzyli w koncu jazde na lyzwach na stawie. Swoja droga to zastanawia mnie, dlaczego jak mielismy potezne mrozy, to staw byl nieoczyszczony ze sniegu i jazdy na nim nie bylo, a teraz, jak przyszla odwilz i wszystko sie pomalu topi, nagle mozna jezdzic po nim na lyzwach. Dla mnie to jakies totalne zaprzeczenie logice... Spytalam Potworki czy chca pojezdzic i chcieli, bo pamietali z zeszlego roku, ze to byla niezla frajda. Okazalo sie jednak, ze lod owszem, oczyscili ze sniegu, ale go praktycznie nie wyrownali. Strasznie duzo bylo nierownosci i jakichs wyrw w lodzie. 

Oprocz glownej czesci, odsniezyli tez "sciezke", ktora byla jednak naprawde poryta i nierowna. To z brzegu, to "balkonik", ktory wzielam zeby sie przytrzymywac, bo bylam pewna ze wywine tam orla (a widzicie o ile Nik juz przerosl starsza siostre? :D)

A ze jakims cudem to byl w tym roku nasz pierwszy (i pewnie ostatni) wypad na lyzwy, to jezdzilismy jak ostatnie mimozy, szczegolnie ja. Potworki w koncu zlapaly wiecej pewnosci, do tego stopnia, ze przyniesli z szopki kijki oraz krazek i zaczeli grac w hokeja, choc zadne nigdy nie mialo okazji sprobowac tego sportu. :D

W tle, za Potworkami, widac ogrzewany, czerwony domek, w ktorym mozna sie przebrac bez klekotania zebami, a obok niego jest "zejscie" na lod, czyli drewniana (i niezbyt stabilna) porecz do przytrzymania, bo zdjecie jest za daleko, ale tam jest lekki spad, wiec szybciej sie zjedzie na tylku, niz wejdzie na lod ;) 

Musze przyznac, ze potrzebne bylo mi to wyjscie. Dotlenilam sie i fajnie spedzilam czas, nie mowiac juz ze rozruszalam troche stare miesnie. Po powrocie wrocilam do domowego kieraciku, czyli poskladalam kolejne pranie, zmienilam i wstawilam posciel u nas, itd. Nie ma ze sie czlowiek ponudzi. ;) Potworki mialy kolejny dzien na leniuchowanie, ale dla mnie dlugi weekend sie konczyl. Na szczescie nie musialam sie jakos szczegolnie szykowac do roboty, bowiem kontynuowalam (prawie) calodzienne wirtualne szkolenia z domu.

We wtorek budzik zadzwonil o 7, choc mialam straszne problemy zeby sie dobudzic. Troche pomoglo to, ze nie bylam sama. Do Kokusia napisal dzien wczesniej kolega, czy chcialby wybrac sie z jego rodzina na narty. Wiadomo, ze na mysl o szusowaniu Mlodszemu zaswiecily sie oczy, choc pol wieczora przezywal, ze "chce jechac, ale tez chcialby spedzic caly dzien grajac w Minecraft". Ostatecznie zostal przy nartach, bo nie dosc ze to jego ulubiony sport, to jeszcze z najlepszym kumplem, ktory juz za niecale 2 tygodnie sie przeprowadza... Mnie z kolei cieszylo, ze mama kolegi byla opiekunka w klubie narciarskim w szkole Bi i dostala kupe darmowych karnetow, wiec nie musialam za syna placic; dalam mu tylko kase na jedzenie. Przyjezdzali jednak po niego juz o 8:45, wiec Nik tez musial wstac krotko po 7, bo dzien wczesniej nie chcialo mu sie nawet spakowac plecaka. Pomalu zabieralam sie za prace, a w miedzyczasie syn wyszykowal sie i pojechal.

Zlapany przez kamery ;) 

Ja zasiadlam do tego raportu dla oddzialu etyki, bo zostalo mi juz tylko 1.5 tygodnia na skonczenie. O luuuudzie, ile to zajmuje czasu! Niby wcale M. nie ma tych akcji tak strasznie duzo, ale wypisywanie kazdej, jej kodu, zaznaczanie czy jest tylko jego czy dzieciaki (im malzonek tez zalozyl konta, zeby zbierala sie kasa na studia) tez ja maja, ilosc przydzialow, kwota... Jeszcze mialam kilka pytan co trzeba zglosic, a co nie i spedzilam nad caloscia ponad dwie godziny. :O Okazalo sie przy okazji, ze M. ma tez w pracy takie troche dziwne (nie wiem jak to opisac) konto z akcjami gieldowymi i pani z informacji odpowiedziala, ze tak, to tez trzeba zglosic. Suuuper... ciesze sie niezmiernie. :/ Nie zdazylam, bowiem musialam zasiadac na szkolenie. Ktore bylo rownie nudne jak zwykle, ale o dziwo panie zmiescily sie idealnie w czasie. W dodatku, tego dnia bylo ono jakies krotsze i skonczylo sie okolo 15:20. Zostalo mi wiec troche czasu zeby dokonczyc jedno z tych wirtualnych lekcji, ktore przerabiam samodzielnie. Zostal mi wlasciwie tylko test i choc nie robilam sobie wiekszych nadziei, to zdalam go za pierwszym razem. ;) Pozostala wiec tylko jedna "lekcja" z tych, ktore musze zaliczyc w trybie pilnym. Pozniej siadlam i wklepalam te akcje gieldowe M., ktorych nie zdazylam rano i akurat skonczyl sie moj oficjalny dzien pracy. Szkoda, ze to nadal nie koniec tego raportu, ale juz widac swiatelko w tunelu. Te akcje to byla chyba najbardziej czasochlonna rzecz do wpisania. Myslalam, ze Nik wroci z nart zanim skoncze pracowac, ale okazalo sie, ze dzieciarnia (kolega Kokusia ma troje rodzenstwa, a jeden z braci tez wzial kolege) tak dobrze sie bawila, ze jezdzili do 16, wiec w domu byl dopiero przed 17. Oczywiscie wrocil wykonczony, bo nieprzyzwyczajony jest do calodniowego szusowania. W takim razie, nie bylo mowy zeby jechal na basen, a Bi strzelila focha, ze dlaczego ma jechac sama. Ostatecznie machnelismy reka, bo nam tez srednio chcialo sie ruszac z chalupy. 

Sroda to juz dla Potworkow powrot do szkoly. Takie to nasze "ferie", ze trwaja 4 dni. :D Oczywiscie mnostwo bylo ciezkiego wzdychania i krecenia sie w kolko. Po poludniu okazalo sie, ze Nik zapomnial spakowac jedzenia, bo... odzwyczail sie od przygotowywania przekasek. ;) Poniewaz nadal mialam miec szkolenie z domu, wiec zawiozlam rano Potworki oraz sasiadke do szkol. Potem wrocilam, zjadlam sniadanie, ogarnelam sie i zasiadlam do pracy. W koooncu skonczylam to cholerne sprawozdanie dla dzialu etyki. Ciekawe teraz kiedy je sprawdza i odesla liste pytan i restrykcji, bo na pewno sie bez tego nie obejdzie... Pozniej zaczelam kolejna, wirtualna "lekcje", ale jej nie skonczylam, bo musialam sie laczyc na szkolenie. To byl niestety jeden z tych dni, kiedy trzymali nas do godziny 16:30, z tylko krotkimi przerwami... Wrocil do domu Nik (na szczescie akurat mialam jedna z przerw, wiec odgrzalam mu obiad), wrocili M. z Bi., a ja dalej tam kwitlam. Przez chwile nawet malzonek usiadl kawalek obok (zeby go nie widzieli) i sie przysluchiwal. :D Wreszcie skonczylismy i przez wiekszosc wieczora bylam juz nie do zycia, bo lepetyna mnie rypala. M. zreszta tez, wiec moze cos bylo po prostu w powietrzu. ;)

W czwartek pobudka tak samo jak w poprzednie dni. Zawiozlam Potworki do szkol, tym razem bez sasiadki, bo jej mama napisala, ze ta... jest chora i zostaje w domu. Swietnie po prostu, bo dzien wczesniej wiozlam ja z nami w aucie i na bank juz rozsiewala zaraze. :( Wrocilam, zjadlam sniadanie, ogarnelam sie nieco i zasiadlam zeby dokonczyc ostatnie wirtualne szkolenie. Po nim planowalam zaliczyc akcje pt. lapanie siuskow psiura. Nie pamietam czy pisalam (a nie chce mi sie grzebac), ale ostatnio cos znalezli w moczu i Maya dostala antybiotyk na 10 dni. Skonczyla go, ale zanim przepisze tabletki na popuszczanie, pani weterynarz uparla sie sprawdzic jej mocz kolejny raz. Zalamac sie mozna, bo tabletki zaraz sie skoncza, wszystko znow bedzie zasikane, a wet wymysla... Ciekawe tylko co wykombinuje jesli znow cos znajda. Nic tylko wybudowac psu bude na podworku, bo naprawde serdecznie dosc mam ciaglego wycierania kaluz i poslania smierdzacego szczynami. :/ Tak czy srak, plany planami, a tymczasem nagle wskoczylo mi zawiadomienie, ze mam... meeting! Wczesniej zle spojrzalam i myslalam ze bedzie w przyszlym tygodniu, a tu taka niemila niespodzianka. Zanim uporalam sie z testem na koniec "lekcji", wlasciwie czas bylo sie laczyc. To comiesieczne spotkanie i pamietam ze poprzednie trwalo ledwie pol godziny, wiec stwierdzilam ze miedzy nim, a szkoleniem, pojde pochodzic za psiurem z tacka. Taaa... Tym razem trwalo 45 minut, wiec zostal mi kwadrans. Mialam odpuscic, ale stwierdzilam, ze sprobowac nie zaszkodzi. Tak w ogole, to pani doktor mnie wkurzyla, bo poprzednio dostalam tacke i sterylny pojemniczek, a tym razem nic. Kiedy napisalam ze nie mam "akcesoriow", odpisano mi ze mozna umyc obojetnie jaki pojemnik. Zaczelam sie glowic, co jestem sklonna "poswiecic", bo wiadomo ze niczego po psich siuskach juz nie uzyje. W koncu wzielam plastikowy pojemnik po jakims gotowym daniu, a za tacke rozcielam dwuskrzydlowy plastik po ciastkach. Na szczescie zdalo to egzamin. I cale szczescie, ze tym razem Maya wspolpracowala i tylko kilka minut krecila sie w kolko nie wiedzac dlaczego jest na smyczy na wlasnym ogrodzie. ;) Ledwie uporalam sie z tym paskudnym zadaniem, wstawilam pojemniczek do lodowki i popedzilam laczyc sie na szkolenie. Tego dnia bylo na szczescie nieco krotsze i zakonczylo sie dokladnie w momencie kiedy do domu wszedl M. z Bi. Mialam jechac z pojemniczkiem do weta, ale M. zaoferowal ze pojedzie, wiec zbytnio nie protestowalam. Ja w tym czasie zabralam sie obieranie i gotowanie ziemniakow oraz jaj na twardo, bo mielismy zurek, ale jesc czysta zupe, to tak nie bardzo. ;) Za badanie siurow, wet zazyczyl sobie prawie $70. Normalnie fortuna idzie na tego psa, a nadal niczego konkretnego nie zdiagnozowali, nie mowiac o przedluzeniu recepty. Po poznym obiedzie posiedzielismy chwile na kanapie, po czym na 19 zawiozlam syna na ostatni (w koncu!) trening koszykowki. Malzonek za chwile poszedl spac, wiec pozniej po Kokusia pojechalam. Mlodszy szybko wzial prysznic, co mnie smieszy, bo jeszcze kilka miesiecy temu nie mozna go bylo zagonic do kapieli. Albo przypominalo mu sie po 10 razy, a on przewracal oczami i ciezko wzdychal, albo obliczal zeby kapac sie maksymalnie 2x w tygodniu. A obecnie, sam z siebie, bierze prysznic niemal codziennie, zdecydowanie czesciej niz siostra. Az M. zaczal go podpytywac czy ma jakies ladne dziewczyny w klasie, ale poki co syn stanowczo odmawia rozmow na ten temat. :D

Piatek zaczelam tak samo jak przez ostatnie 1.5 tygodnia, czyli nieco pozniej niz przy jezdzie do biura, a za to zawozac dzieciaki do szkol. Tego dnia sasiadka cudownie "ozdrowiala" i zabrala sie z nami. Nie musielismy jednak taszczyc nart Kokusia, bo klub narciarski sie wreszcie skonczyl. Rozwiozlam mlodziez i wrocilam do domu, gdzie szybko zjadlam sniadanie i umylam sie, po czym zasiadlam do komputera. Za oknem za to zaczal padac snieg i sypal az milo. Najsmieszniejsze, ze i moj telefon i komputer uparcie pokazywaly, ze pada deszcz. Po 2-3 godzinach opad faktycznie przeszedl w deszcz ze sniegiem, ale w miedzyczasie zdazyla napadac porzadna warstwa sniegu.

Czy to wyglada niczym deszcz? 

Pierwsze dwie godziny pracy smignely w sumie szyko i znow musialam laczyc sie na szkolenie. Po tylu dniach wszyscy juz pomalu mieli dosc. Niby mielismy miec wlaczone kamery, ale jedna dziewczyna miala swoja wylaczona caly dzien, a i inni co chwila wylaczali na chwile, albo wpisywali ze ida do lazienki. Ewidentnie kazdy marzyl juz o koncu, mnie w to wlaczajac. ;) Niestety, mimo ze ostatni dzien, mimo ze piatek, trzymali nas niemal do 16. :/ A jeszcze, w miedzyczasie, pisalam maila bo przypomnialo mi sie, ze na treningu "wyjazdowym" musi mnie ktos odebrac z lotniska. Mialam wyslac wiadomosc z podstawowymi informacjami, jak imie, data i godzina przylotu, itd., i dostac potwierdzenie. Wyslalam i... dostalam w odpowiedzi rozklad jazdy busa do tego miejsca. Ani zadnego tlumaczenia, ani nawet jakiegos slowa przywitania, tylko wklejona tabela. Mialam juz odpisac z sarkazmem, ale ugryzlam sie w klawiature, podziekowalam za grafik i spytalam czy musze wybrac o ktorej chce byc odebrana, czy busy przyjezdzaja po prostu co godzine. Odpowiedz byla jednozdaniowa, ze autobus jest co godzine. Ani hello, ani do widzenia, ani pocaluj mnie w doope. Jak tak bedzie wygladala wspolpraca ze wszystkimi tam, to ja dziekuje... Kiedy juz skonczylam szkolenie, szybko jeszcze posprawdzalam co i jak, po czym wylogowalam sie, przebralam i popedzilam na zakupy. Zabrala sie ze mna oczywiscie nieodlaczna Bi. Typowa baba - kocha sklepy, nawet jesli to tylko spozywczy. Wrocilysmy i po rozpakowaniu toreb, popedzilam pod prysznic, po czym moglam juz grzac sie przy kominku, ktory rozpalil M. I cieszyc nadchodzacym weekendem; szkoda, ze tym razem juz tylko 2-dniowym. ;)

piątek, 13 lutego 2026

W koncu odwilz

Taaa... Odwilz. Tyle ze nie na samym poczatku tego posta... ;)

Sobota, 7 lutego to dluzsze spanie dla calej rodziny, lacznie z M. Tak jak pisalam ostatnio, jesli w pracy nie beda kombinowac z grafikiem, malzonek planuje wziac wszystkie soboty w lutym wolne. Niestety, kiedy wstaje sie codziennie o 2-3 nad ranem, to potem ciezko spac niewiadomo ile. Zaraz po 6, M. wiec wstal i poszedl... odsniezac. Od poprzedniego wieczora padal bowiem snieg, drobniutko i niezbyt gesto, ale kilkucentymetrowa warstewka sie zrobila. A ze moj maz ma problem z relaksem, to poszedl pomachac szufla. Nik potem sie skarzyl, ze ojciec obudzil go zgrzytajac o kostke, jego okno wychodzi bowiem akurat na frontowe wejscie. ;) Dodatkowo, M. spedzil troche czasu odsniezajac "polanke" w grubym sniegu, zeby zwierzyniec mial sie gdzie zalatwiac. To co nam spadlo dwa tygodnie temu, jakis czas polezy, a tymczasem siersciuchy doprowadzaja do szalu. Maya zalatwia sie na podjezdzie oraz kostce (wiec idzie sie zygzakiem zeby nie wdepnac w mine lub pozostalosc po niej), a Oreo przerzucila sie zupelnie na kuwete. Co samo w sobie by mi nie przeszkadzalo; w koncu po to jest, tyle ze kiciul... nie trafia! :O Ciagle znajdujemy bobki obok i smugi na scianie! :/ Co prawda, podejrzewam ze z "polanki" chetnie skorzysta Maya, ale kot potrzebuje sypkiego piasku, wiec i tak tam nie pojdzie. Zreszta, ostatnio w ogole malo z domu wychodzi, a co dopiero mowic o zalatwianiu potrzeb na zewnatrz... :/ W kazdym razie, ja oraz Potworki pospalismy dluzej, bo Nik mial mecz na 11, wiec nie bylo pospiechu. Mielismy za to najzimniejszy dzien tej zimy. Rano bylo "tylko" -12, ale temperatura spadala zamiast rosnac, a w dodatku zerwal sie doslownie huraganowy wiatr, wiec wczesnym popoludniem mielismy -18, przy odczuwalnej -26. :O W dodatku, wiekszosc dnia co chwile proszyl snieg, wiec smagal cie po wszystkich odslonietych czesciach ciala... Wystarczylo, ze po meczu przeszlam od drzwi szkoly do samochodu i mialam dreszcze przez kolejna godzine. Kompletnie nie moglam sie rozgrzac. A musze nadmienic, ze zalozylam buty zimowe oraz zimowa kurtke. Nik mial dlugie spodnie oraz bluze i sie ze mnie smial. ;) Co do meczu, to tym razem grali przeciw innej druzynie z naszego miasteczka. Jakos jednak te dwie grupki chyba sie za bardzo nie lubia, bo pamietam ze kiedy grali przeciwko innej, to byla kupa wyglupow oraz smiechu, a tu nic. Pelna powaga i rywalizacja. Ktora zreszta byla bardzo wyrownana. Przez dwie pierwsze cwiartki, druzyna Kokusia przegrywala, choc szli niemal leb w leb. W koncu, w trzeciej, zaczeli nadrabiac, az wygrali 33:23. Tym razem to drugi kosz dla jego druzyny, zostal wbity przez Nika, ale cala akcja wydarzyla sie tak szybko, ze nawet nie zdazylam uniesc telefonu. :D

Za to mam fote kawalera z rozwianym wlosem, bo juz pilnie potrzebuje strzyzenia ;) 

Po meczu wrocilismy do domu, gdzie szybko zaparzylam sobie goracej kawy, ale i tak klekotalam zebami. W koncu zabralam sie za odkurzanie i mycie podlogi na gorze, co wreszcie skutcznie mnie rozgrzalo. Nie ma jak male odgruzowanko. ;) Pozniej chwila na odpoczynek i trzeba sie bylo zebrac do kosciola, bo M. w niedziele juz pracowal. Po powrocie, kiedy temperatura spadala nadal na leb na szyje, a wiatr lomotal w okna oraz huczal w kominie, zapalilismy w kominku i wygrzewalismy dupki. Tyle ze musialam pranie wstawic, bo Nik zniosl mi swoj pelniusienki brudownik. Kurcze, musze nauczyc dzieciaki jak wlaczyc pralke, bo szlag mnie kiedys trafi. Patrzylam ze mam jeszcze kupe miejsca i nie musze wstawiac prania, to Mlodszy przytaszczyl swoje brudy, a kiedy zobaczyla to Bi, natychmiast zbiegla tez z wlasnym brudownikiem. :/ W ten sposob nie tylko, ze musialam pilnie wlaczyc pralke, to jeszcze czesc zostala do kolejnego ladunku... Poza tym upieklam chlebek bananowy, bo pierwszy raz od dluzszego czasu zostaly nam przejrzale banany, a w niedziele mial oczywiscie przyjechac dziadek. Na noc ponownie zapowiadali rekordowe zimno, wiec znow zostawilam lekko kapiacy kran. Nie wiem czy to faktycznie cos daje, ale przezorny zawsze ubezpieczony, tak? ;)

W niedziele malzonek rano pracowal, a ja i dzieciaki odsypialismy. Nastawilam budzik na 8:30, ale wylaczylam go i zamknelam oczy "na chwile", po czym obudzilam sie o 9:40. :D Zjadlam sniadanie i jako tako sie ogarnelam, po czym napisalam do dziadka, ze kawa gotowa. :D W nocy bylo -20 stopni, ale rano przycichl wiatr i w sloncu zrobilo sie -9. Tak juz jestem "skrzywiona" tymi ostatnimi temperaturami, ze kiedy wypuszczalam psa, przeszlo mi przez mysl, ze "o, nie jest tak zle". Przy prawie -10 stopniach! :D Niestety, wczesnym popoludniem wiatr ponownie sie zerwal i zrobilo minus kilkanascie stopni. Cieszylam sie, ze nie musze wychodzic. Moj tata dzielnie przedarl sie przez Arktyke, zeby wpasc na kawke, choc narzekal ze nie wie czy odpali samochod, ktorym zwykle jezdzi do pracy (ma dwa). Niby jest na bezrobociu, ale koncza jakis specjalny projekt i nie ma ze zima im w tym przeszkodzi. ;) Posiedzial jak zwykle ze 3 godzinki, po czym opatulil sie ponownie na cebulke i pojechal. Ja jak zwykle wzielam sie za wstawianie i skladanie prania, ogarniecie kuchni i tym podobne. Wieczorem oficjalnie zegnalismy weekend, wiec trzeba bylo wyciagac sniadaniowki i szykowac ubrania. No i klasc sie spac troche wczesniej niz przed polnoca. ;)

Poniedzialek zaczelismy wczesna pobudka i szykowaniem sie do kieraciku. Mielismy -15 stopni, wiec stwierdzilam ze zawioze Kokusia, a wiec dziewczyny tez. Tyle, ze zajezdzajac do dwoch szkol schodzi mi tyle czasu, ze ostatnio dojechalam do biura o 8:15. Wtedy mialam meeting o 10, tego dnia juz o 8:30, wiec powiedzialam dzieciakom ze musimy wyjsc o 7:05. Nie chcialam bowiem ryzykowac, ze utkne w korku i sie spoznie. Napisalam tez do sasiadow z pytaniem, czy ich corka da rade byc gotowa na ta godzine. Mama odpisala, ze sama ja zawiezie. No i tym lepiej. ;) Zaoferowala, ze wezmie tez Bi, ale ta stwierdzila ze woli jechac wczesniej. Odwiozlam wiec corke, zajechalam jeszcze na 30 sekund pod biblioteke (ktora jest zaraz obok jej szkoly) i wrzucilam do schowka ksiazke, po czym popedzilam dalej z Kokusiem, a potem do roboty. Okazalo sie, ze dobrze wymierzylam czas, bo na parking w pracy dotarlam o 7:55, wiec zanim zaplacilam i doczlapalam do budynku a potem na pietro, zrobila sie 8:10. Akurat starczylo mi czasu zeby sie rozebrac, rozpakowac, podlaczyc laptoka i zrobic sobie kawe i za momencik laczylam sie na rozmowe. Moj szef ogolnie jest sympatyczny, ale tym razem podniosl mi cisnienie. W zeszlym tygodniu wyszlo, ze z wymaganych wirtualnych szkolen mialam dostep tylko do trzech, a do tego do kilku z innego rozdzialu (ktore nie byly wymagane, ale je tez robilam, skoro innych nie mialam). I tego dnia szef dopytywal ile te szkolenia zajmuja mi czasu, i co jeszcze robilam zanim pojechalam na inspekcje, itd. Mialam wrazenie, ze daje mi do zrozumienia, ze sie obijam. A ja przeciez caly czas sie wszystkiego ucze, wiec kazde dzialanie zajmuje mi duzo wiecej czasu, ciagle ogarniam nowe systemy oraz aplikacje i dowiaduje czegos nowego! Nie mowiac juz, ze mialam po drodze sporo problemow technicznych, gdzie pisanie "zazalen" i laczenie sie z ludzmi z IT tez troche zajmowalo. :O Nie bede klamac, zdarzaja sie dni gdzie kompletnie nie moge sie skupic, a po kazdym z tych wirtualnych szkolen musze zrobic sobie pol gdziny przerwy na cos innego, bo boli mnie glowa. No, nie jestem robotem i tyle. Staram sie jednak byc w miare produktywna, a tu szef miedzy wierszami napomyka, ze sie lenie?! No troszke mnie wkurzyl. I zmartwil, bo przeciez jestem na okresie probnym. Jesli szef stwierdzi, ze nie potrzebuje lesera, moze mi podziekowac i tyle. :( Wracajac jednak ogolnie do dnia w pracy, w biurze bylam tylko ja oraz druga nowa dziewczyna. Okazuje sie, ze jej grupa dziala na troche innych zasadach, maja nieco inaczej ulozone szkolenia (ona miala od razu dostep do wszystkich tych wirtualnych, ale za to nie miala jeszcze inspekcji), itp. Nawet niektorych formularzy nie uzywaja, bo jej szef woli zeby mu po prostu wyslac maila. Najwazniejsze jednak, ze ona ma swojego "mentora", czyli osobe, ktora kieruje jej szkoleniami. To ta osoba prowadzi ja przez wszystkie aplikacje, pilnuje zeby wypelniala i wysylala co trzeba i ktore szkolenia ma po kolei odhaczac. W porownaniu z nia, mam wrazenie, ze zostalam troche pozostawiona samej sobie i dopiero "przy okazji" wychodzi ze nie mam dostepu lub nie robie tego lub owego. Np. w zeszlym tygodniu szef skads doszedl (moze sprawdzil to pierwszy raz od jakiegos czasu), ze nie wypelnialam tabeli z czasem pracy. Tak, wspomnial mi o tym kiedys na poczatku, ale serio, przy takim natloku informacji, po prostu mi to umknelo. W poniedzialek, w czasie rozmowy wyszlo jednak, ze zwykle, jesli nie wypelni sie tej tabelki przez 2-3 dni, dostaje sie automatycznego maila, ze jest sie do tylu. Coz, ja jakims cudem nie dostaje. :D Podobnie, po poludniu szef wyslal mi maila, ze ktos zglosil mu, ze mam zalegle szkolenie z cyberbezpieczenstwa. Zdziwil sie i zdziwilam sie ja, bo to jest szkolenie, ktore musisz zrobic zanim jeszcze zaczniesz prace. Odpisalam wiec, ze pamietam wyraznie, ze je zrobilam i spytalam czy bylo jakies odswiezenie, bo nic nie dostalam. Dokopalam sie w mailach potwierdzenia, ze zrobilam je 2 grudnia i przeslalam je szefowi. Musial je przeslac gdzies dalej, bo pol godziny pozniej dostalam dwa automatyczne maile "krzyczace" ze mam zalegle szkolenie. Okazalo sie, ze to, ktore zrobilam bylo dla roku 2025, a nowe (ktore mialo byc zrobione do 28 grudnia, czyli ledwie cztery tygodnie pozniej, ale to szczegol), bylo dla roku 2026. Czyli faktycznie bylo jakies szkolenie odswiezajace wiedze, ale - ponownie, nie dostalam zadnego powiadomienia. Nie mowiac juz o tym, ze mialo byc zrobione do konca grudnia, czyli zajelo im ponad miesiac, zeby sie zorientowac, ze mam je zalegle. No coz, siadlam i je zrobilam, choc zmarnowalam na to prawie dwie godziny... Po pracy zajechalam jeszcze do UPS'u, oddac przesylke z Amazona i w koncu wrocilam do domu. Zdazylam wejsc, przebrac sie w domowe legginsy i sweter, troche poogarniac i przyszla pora treningu. Na szczescie mlodziez odwiozl M., a ja odebralam.

Bi zdazyla juz wyskoczyc z wody 

Przy okazji zalamalam sie, bo przyszedl mail od trenera koszykowki Kokusia i okazuje sie, ze w ten weekend nie maja meczu! Pamietalam z grafiku, ze zostal im jeszcze jeden i bylam przekonana, ze bedzie on w ten weekend, no i klops. Zapewne przez to, ze bedzie on dlugi i sporo ludzi wyjezdza (szczegolnie w gory, zeby szusowac). A ja sie cieszylam, ze akurat wypadaja ostatnie narty i ostatni mecz kosza i w koncu grafik troche sie poluzni, a tu doopa. Koszykowka bedzie sie ciagnac o kolejny tydzien... A skoro o Kokusiu mowa, to w koncu przymusilam go zeby przysiadl i zaznaczyl wybor przedmiotow w pierwszej klasie high school. Termin minal w piatek i dziwie sie, ze nikt go nie scigal. ;) Ostatecznie jednak zostal przy zespole i grze na trabce, bo... to samo robi kilku kolegow. Ech... Zawsze to samo, z obojgiem Potworkow. Bo koledzy/ kolezanki... Tu jednak i tak Mlodszy potrzebuje tego kredytu "artystycznego", wiec niech mu bedzie. Do tego wzial computer science, czyli po prostu informatyke. Ciekawe czego sie na niej nauczy. Wedlug mnie byl jeden czy dwa ciekawsze przedmioty zwiazane z komputerami, ale oba byly warte caly kredyt (ten wybrany przez Nika to 0.5 kredytu), a wtedy nie mialby zadnego czasu wolnego, czyli tych slynnych study halls. A Mlodszemu strasznie zalezalo zeby je miec, bo wiadomo, czas wolny w czasie lekcji; zyc nie umierac! ;) 

We wtorek znow pojechalam do biura. Od srody mialam zaczac szkolenie (wirtualne, ale "na zywo") trwajace 1.5 tygodnia i szef zgodzil sie zebym laczyla sie na nie z domu. Modle sie tylko, zeby nie weszly "oficjalnie" nowe zasady braku pracy zdalnej dla nowych, bo wtedy moze mi kazac jednak jezdzic do biura. :/ Skoro mialam siedziec w chalupie przez kolejne 7 (pracujacych) dni, to stwierdzilam, ze pojade jeszcze jeden dzien popracowac przy wlasnym biurku. Tym razem, poza mna, byla babka z dzialu zywnosci i jeszcze jeden facet. I tyle. Tlumy, panie dziejku! :D Przynajmniej bylo cieplej w budynku, bo w poniedzialek, niewiadomo dlaczego, ogrzewanie jakos slabo szlo i obie z kolezanka zmarzlysmy. Wiekszosc dnia niestety zmagalam sie z rezerwacja biletow na wyjazdowe szkolenie. Zalamac sie mozna. Mamy specjalna strone do rezerwacji, ktora niestety wylapywala polaczenia niezgodne z ich "polisa". Wiekszosc tych, ktore byly zgodne, niestety bylo beznadziejne, bo albo mialam 40 minut na przesiadke (co mnie nieco przeraza), albo wracajac dotarlabym do domu o polnocy. W koncu wybralam polaczenia, ktorych system od razu nie odrzucil, ale i tak zaznaczyl, ze nie do konca pasuja do ich "zasad" i kazal uzasadnic wybor. Juz na tym dziadostwie spedzilam kilka godzin, bo strona ogolnie dziwnie dziala i ciezko bylo nawet dojsc do tego, ktore polaczenia sa "dozwolone". Pozniej niestety musialam wypisac caly kosztorys wyjazdu. Tu juz kompletnie poleglam. Wyslalam 4 pytania do szefa, bo nie bylam pewna co zaznaczac, az w koncu do mnie zadzwonil i razem spedzilismy na Teams'ie ponad godzine. System bowiem np. uparcie wbil kwote za hotel oraz wyzywienie, mimo ze zaznaczylam w odpowiednim miejscu iz wszystko bedzie pokryte. Nawet szef mial problem zeby znalezc miejsca, gdzie sie to odkreca. :/ W koncu skonczylam cala rezerwacje i wyslalam do sprawdzenia, ale przez te loty, nie wiem czy ja zatwierdza. Jak nie, to czeka mnie szukanie od nowa... :( W domu, tak jak poprzedniego dnia, mialam wrazenie, ze ledwie weszlam, a zaraz Potworki jechaly na trening. Ponownie M. ich zawiozl, a ja odebralam. Tego dnia trener znow urzadzil im gimnastyke na suchym ladzie, wiec przynajmniej nie musieli sie wycierac i przebierac i raz-dwa bylismy spowrotem w domu.

Sroda zaczela sie wczesna pobudka, choc i tak nieco pozniejsza, bo z racji ze odpadala mi jazda do biura, moglam pospac troche dluzej. Rano byl jeszcze lekki mroz (choc minimalny w porownaniu z ostatnim miesiacem), wiec postanowilam byc mila i zawiezc Potworki (oraz sasiadke) do szkol. Rozwiozlam mlodziez po placowkach, po czym wrocilam, ogarnelam sie (bo wczesniej zalozylam tylko kurtke na pizame :D) i zaczelam prace. Poczatkowo byly to po prostu moje normalne, wirtualne szkolenia, ale o 11 laczylam sie na szkolenie grupowe. Tu niestety juz byla kompletna porazka, bo kamery musielismy miec wlaczone, wiec nie bylo ze bede sluchala chodzac po domu i robiac cokolwiek. Nie, musialam siadziec kolkiem i udawac ze interesuje mnie to, o czym mowia. "Najlepsze", ze tematyka pokrywala sie z tym, co przerabiam sama na tych indywidualnych szkoleniach! Prowadzacy zreszta przyznali ze jest to celowe, bowiem maja nadzieje, ze im wiecej bedziemy sluchac tego samego, tym wiecej nam zostanie w glowach! Zeby tego malo, czesc z wyjazdowego szkolenia, ma obejmowac to samo!!! Wiecie, moze faktycznie cos z tego zapamietam, ale jednoczesnie zgrzytam zebami na takie marnowanie czasu... Wolalabym juz chyba jezdzic na kolejne inspekcje, bo to jest faktycznie to, czym bede sie zajmowac na codzien... :/ Najgorsze jednak bylo to, ze prowadzacy kompletnie nie trzymali sie grafiku, opowiadali historyjki oraz zarty i wszystko sie przedluzalo. Po dwoch godzinach mielismy miec pol godziny przerwy, tymczasem ta zrobili dopiero po ponad 2.5 godzinie. Stwierdzilam, ze ok, wszystko przedluzy sie o pol godziny. Taaa... Pozniej miala byc godzina i po niej 15 minut przerwy. Minely prawie dwie, zanim stwierdzili, ze dadza nam odsapnac. Mielismy skonczyc o 15:45, a o tej porze zrobili dopiero druga przerwe. Najgorzej, ze tego dnia M. musial zostac dluzej w pracy, wiec to ja musialam jechac po Bi. Bylo w koncu naprawde "cieplo", +5 stopni, ale za to zerwal sie nieprzyjemny wiatr i caly dzien padal... snieg. Przy takiej temperaturze, nie osiadal, no ale bylo na tyle paskudnie, ze szkoda mi bylo zeby Starsza musiala maszerowac. Napisalam jej wiec, ze akurat mam przerwe i moge przyjechac, ale musi czekac juz na mnie w drzwiach. Na szczescie do jej szkoly jest tylko kilka minut... Obawialam sie, ze reszta szkolenia moze potrwac do 17. :/ Panna tym razem wziela sobie mojego sms'a do serca i faktycznie wyszla ze szkoly jak tylko podjechalam. Udalo mi sie wiec obrocic w czasie przerwy, choc ledwie sie zmiescilam. Za to nie mialam jak zrobic sobie nawet kawy, nie mowiac juz o ogarnieciu czegokolwiek w domu. W czasie pierwszej - dluzszej przerwy, zamarynowalam lososia na obiad i mialam go wstawic podczas kolejnej, ale nie zdazylam. Ostatecznie szkolenie skonczylo sie o 16:45, czyli trwalo o godzine dluzej, niz powinno. Co prawda w mailu napisano ze czas moze sie zmienic, ale spodziewalam sie, ze roznica bedzie moze o 15 - 20 minut, a nie godzine! Ktos tu kompletnie nie wymierzyl ilosci informacji, przygotowujac prezentacje... :/ Kiedy wreszcie skonczylismy, z radoscia wylaczylam kompa i zabralam sie za konczenie obiadu. Niestety, tego dnia M. musial zostac dluzej w robocie, wiec nie mial mnie kto wyreczyc. Jedzenie gotowe bylo wiec dopiero o 17:45, czyli praktycznie na kolacje, a nie obiad. ;) Wieczor minal ekspresowo, bo malzonek przyjechal do domu o 17:30, a juz o 19 poszedl spac. To sie nazywa traktowac dom jak hotel. ;) Wiadomo, ze jak jeden czlonek rodziny spi, to reszta tez musi juz zachowywac sie nieco ciszej i bez wariactw, wiec w naszym domu wieczory sa wczesne i bardzo spokojne. ;) A! Okazalo sie, ze moja rezerwacje jednak zatwierdzili! Nie wiem czy tak naprawde niezbyt sie w to wglebiaja, czy przewazylo to, ze tak naprawde place niemal tylko za przelot, bo reszta jest pokryta. ;) Najwazniejsze jednak, ze jest zaakceptowana, bo naprawde mialam wizje siedzenia kolejnych kilku godzin, ukladajac wszystko od nowa... Za to trzymali mnie do ostatniej chwili, bo w systemie bylo, ze kasa miala byc przelana i bilet zatwierdzony do 18, a ja maila potwierdzajacego dostalam o... 17:50! :O

W czwartek rano trzeba bylo wstac jak w srode i zawiezc dzieciarnie do szkol. Nawet gdybym chciala wyslac mlodziez samodzielnie, to Bi miala narty (ostatni raz!), wiec musialam przetransportowac jej sprzet do szkoly. Odwiozlam wiec dziewczyny, potem Kokusia i w koncu wrocilam do domu. Zjadlam, umylam sie i siadlam do kompa. Musialam zglosic do ludzi od IT problem z jedna z aplikacji (co za "niespodzianka"), a potem dalej tluklam "samodzielne" szkolenia. O 11 niestety znow czekalo mnie laczenie sie na szkolenie z instruktorami. Trzeba im przyznac, ze tym razem troche bardziej trzymali sie czasu, w czym wybitnie pomogl... moj szef. ;) Byl jednym z prowadzacych i mozliwe ze sie wkurzyl, bo (wg. grafiku) wszedl pol godziny po wyznaczonym czasie. Jako jedyny przeskoczyl kilka slajdow, nie opowiadal zadnych historii z zycia (czyt. inspekcji) wzietych, tylko przekazal material krotko i na temat. Jesli to obraz jego osobowosci, to nie wiem czy cieszyc sie, czy niepokoic. Przynajmniej, dzieki niemu, troche nadgonil opoznienie. Niestety, pozniej ponownie weszla dwojka gorszych gadul i znow wszystko zaczelo sie przedluzac, a tego dnia i tak mielismy skonczyc o 16:45. Ostatecznie skonczylismy o 17, a to i tak tylko dlatego, ze jeden z prowadzacych byl z mojej strefy czasowej i stwierdzil, ze musi isc. Druga prowadzaca zdzwila sie, ze to juz, bo u niej byla "dopiero" 16, a niektore osoby, z zachodniego wybrzeza, w ogole mialy dopiero 14. :/

Podczas przerwy poszlam zaparzyc sobie kawy i w kuchni zastalam taki widok :D

Stwierdzilam, ze jesli codziennie beda robic takie numery, to po prostu, o 16:30, bede mowic, ze musze spadac i tyle. Im sie moze bowiem nie spieszy, ale powinni zdawac sobie sprawe, ze maja ludzi z calych Stanow i trzymaja ich po godzinach, bo im sie chce pogadac... :/ Jak tylko skonczylam, szybko odgrzalam Mlodszemu obiad (bo zamiast sprawdzic lodowke, w czasie gdy matka utknela przed ekranem, on pozywil sie... chrupkami z mlekiem!) i popedzilam na tygodniowe zakupy. Wrocilam w tym samym czasie co M., ktory znow utknal w robocie. Zdazylam rozpakowac torby i zostalo mi 10 minut zanim trzeba bylo wiezc Kokusia na koszykowke. Meczu w weekend nie mieli, ale trening niestety tak... :/ Malzonek chcial sie wykapac, wiec ponownie wskoczylam za kolko i zabralam syna na kosza. Wrocilam, posiedzialam pol godziny i trzeba bylo po niego wracac! :D M. w tym czasie pojechal po Bi. Wracajac, musieli zajechac do sasiadow, bo Starsza bedzie sie pare dni zajmowac ich kotem (znanym juz Wam Bandyta :D). Dobrze, ze sasiadka napisala sms'a, bo obie z corka na smierc zapomnialysmy, ze to juz w ten weekend! ;) Poza tym, dostalam maila ze szkoly Kokusia, ze ma 9 dni usprawiedliwionej nieobecnosci. Wedlug ich zasad, kolejne dni nieobecne musza byc juz z notka od lekarza. Tyle, ze maja nieco spozniony zaplon, bo ostatnie dwa dni, kiedy byl w domu, zdarzyly sie prawie miesiac temu. A ze do szkoly chodzil, to wiem na pewno, bo wagary sa w Stanach praktycznie niemozliwe. Jesli dzieciak nie stawi sie w szkole, juz okolo 10 dostaje sie maila oraz wiadomosc telefoniczna, zeby zadzwonic i wyjasnic nieobecnosc. ;)

Piatek to ponownie poranna pobudka, zawiezc mlodziez do szkol (wraz z nartami Kokusia) i do domu. Zjesc sniadanie, umyc sie, wykonac troche codziennych, pracowniczych obowiazkow, po czym laczylam sie znow na szkolenie. To dopiero trzeci dzien, a juz mam ich dosc, tymczasem w przyszlym tygodniu czekaja mnie 4 kolejne... :/ Przynajmniej tego dnia w miare trzymali sie grafiku i wszystko przedluzylo sie "tylko" o pol godziny, ale glownie przez dodatkowe pytania uczestnikow. Tym jednak przysluchiwalam sie w miare uwaznie, bo mozna sie bylo dowiedziec czegos praktycznego, zamiast takiej suchej wiedzy. A i tak skonczylismy juz o 15:15, czyli najwczesniej z calej chyba tej serii. Po zakonczeniu porobilam jeszcze troche moich "normalnych" szkolen, jednoczesnie jedzac obiad, a punkt 16:30 zebralam sie i wiooo, na stok! ;) Wreszcie nadszedl ostatni dzien klubu narciarskiego. Nik sie smuci, ale ja troche odczulam ulge, bo przy plywaniu, koszykowce, nartach, a do tego ogarnianiu sie w nowej robocie, mam wrazenie, ze nie wyrabiam na zakretach. Teraz zostanie tylko ostatni tydzien koszykowki i pozniej w koncu juz tylko basen. Co prawda Bi twierdzi, ze chce zapisac sie na wiosne na lekkoatletyke (track and field), ale to w szkole, wiec bedzie mogla po prostu zostawac po lekcjach, a potem nawet wrocic sobie pieszo. W kazdym razie, dojechalam na stok, gdzie o dziwo bylo calkiem pustawo. W poprzednie tygodnie parking byl zawsze pelny i parkowalam gdzies na samym koncu. Tego dnia mialam miejsce zaraz przy drodze wyjazdowej, wiec idealnie na marsz przez blocko. Niestety, od paru dni mielismy w dzien temperatury plusowe, wiec wszystko pomalu sie topi. Grubej warstwie sniegu troche zejdzie, ale odsniezony, piaszczysty parking, to teraz po prostu bagienko. Ktore na wieczor zamarza i tworzy bardzo nierowne lodowisko. Kiedy przyjechalam, byl 1 stopien na plusie i miejscami szlam po blocie, a miejscami szuralam nogami, bo mialam warstwe lodu. Kiedy wyjezdzalam, bylo -2 i wszystko zamarzniete. Trzeba bylo naprawde uwazac zeby nie wywinac orla. :/

Kiedy przyjechalam, Mlodszy akurat szykowal sie zeby wyjsc ponownie na stok po obiedzie

Na stoku tez niestety bylo miejscami sporo lodu. W ktoryms momencie jedna narta zjechala mi po lodzie, ale druga byla na miekkim sniegu. Obrocilo mnie i malo sie nie wywalilam. Musialam komicznie wygladac, przegieta i z jedna noga zadarta do gory, a wydarzylo sie to przed samym zjazdem pod wyciag. No trudno, najwyzej ktos mial ubaw. Rownowage jednak utrzymalam, ha! :D Dlugo w sumie nie pojezdzilam, bo dojechalam pozno, a w dodatku, akurat jak sie przebieralam, nauczycielka, ktora opiekuje sie grupa, musiala pojsc cos zalatwic (jakis chlopiec mial problem z karnetem i nie chcieli go wpuscic na wyciag), wiec nie chcialam zeby nikogo nie bylo w schronisku, w razie gdyby cos sie dzialo. Poczekalam wiec az wroci i dopiero poszlam poszusowac. Zostala mi wiec moze godzina, a jeszcze, zlosliwe wyciagi, ciagle sie zatrzymywaly i dyndalam sobie nartami w powietrzu po pare minut.

Pozniej wpadlam jeszcze na Kokusia przy wyciagu :) 

Teraz jeszcze pozostal taki "problem", ze Nik ma na swoim karnecie jeszcze jedno wejscie na stok, bo raz ominal wyjazd z powodu choroby. Mozna je wykorzystac do konca sezonu, ale pechowo tylko w dni powszednie. Trzeba wiec bedzie pojechac pewnie w ktorys piatek, bo tak najwygodniej. Szkoda by bowiem bylo, gdyby sie zmarnowalo. Do szkoly jak zwykle wrocilam sporo przed autobusem, ale przynajmniej posiedzialam sobie w spokoju. W chalupie M. juz napalil w kominku, wiec moglam wieczor spedzic grzejac dupke przy ogniu. ;)

Na koniec, scena z zycia z brudasami nastolatkami. Ktoregos dnia Bi w przelocie wspomniala, ze nie ma czystych gaci. Podniosla mi nieco cisnienie, bo co, mam wszystko rzucac i wstawiac pranie w trybie natychmiastowym, bo pannica potrzebuje bielizny? Zaczynam jej suszyc glowe, ze musi mi takie rzeczy mowic zanim zupelnie jej sie skonczy bielizna, a nie jak juz nie ma co zalozyc! Na to moja corka, niefrasobliwie, ze wlasciwie to skonczyly jej sie ze 3 dni wczesniej i ona prowadzi swoisty "recykling". Na moja zszokowana mine, wzrusza ramionami, ze "no przeciez one wcale nie sa takie brudne". O matko i corko, fuuuuj!!! :D

Milego weekendosa! :D

piątek, 6 lutego 2026

Przeskok w drugi miesiac roku

Po trzech dniach inspekcji oraz dlugiej jazdy w te i spowrotem, marzylam tylko zeby sie wyspac i odpoczac. Niestety, Nik mial o 10 mecz (z rozgrzewka o 9:45), wiec w sobote, 31 stycznia, trzeba bylo budzik nastawic na 8. To niby nie tak zle, ale kiedy zadzwonil, marzylam tylko zeby zakopac sie pod koldre i spac dalej. :) Jakos zmusilam sie do zwleczenia z wyra, zjedlismy sniadanie, i pojechalismy. Kiedy wychodzilismy, Bi nadal lezala w lozku, co zdziwilo mnie, bo z niej zwykle jest ranny ptaszek. Az zajrzalam do jej pokoju, obawiajac sie ze zlapala jakies chorobsko. Okazalo sie jednak, ze sama sobie obiecala, ze jak rano wstanie, to od razu siadzie do lekcji, ale nie mogla sie zmusic. To sie nazywa walka z wlasnymi slabosciami. :D Zostawilam wiec corke z praca nad sila woli i popedzilam z synem do jego szkoly. Tym razem, dla odmiany, chlopcy trafili na slabiutka druzyne i praktycznie ich zmietli, bo wygrali 48:13. :O Najlepsze (dla mnie), ze pierwszy kosz nalezal do Kokusia! On zwykle lapie pilke, po czym szybciutko ja komus przekazuje. Tym razem cos "kliknelo", bo widzac przed soba pustawa przestrzen, rzucil sie do kosza i... trafil!

Ostatnio kazdy post zaczynam zdjeciem z koszykowki ;) 

I nie ma znaczenia, ze w dalszej czesci meczu celowal jeszcze ze 3 razy i bylo pudlo. I tak dumna jestem z tego jednego trafienia. ;) Po meczu wrocilismy do chalupy i zdazylam jeszcze szybko odkurzyc dol, zanim wrocil z pracy M. Malzonek nie wzial zadnego dnia wolnego od powrotu z Polski, czyli pracuje bez przerwy juz 4 tygodnie. Niestety, zaczyna sie to odbijac na jego humorze i czepia sie wszystkiego i wszystkich. Ciesze sie, ze zaczyna sie kolejny miesiac, wiec bedzie znow musial miec obowiazkowe 4 dni wolne i pewnie bedzie bral wszystkie soboty. Odpocznie, to moze przestanie byc taki upierdliwy... ;) Musialam poskladac jedno pranie, a w miedzyczasie wstawic kolejne i pozniej przerzucic je do suszarki. Pozniej obejrzalam skoki narciarskie (nasi to oczywiscie dno i metr mulu) i zaraz czas byl jechac do kosciola. Po powrocie szybko zabralam sie za ciasto z jablkami, bo tym razem na niedziele nie bylo zapowiedzi zadnego sniegu, wiec mial tradycyjnie przyjechac moj tata. To na szczescie robi sie ekspresowo, a pozniej juz moglam wygrzewac dupke przy kominku.

W niedziele w koncu moglam pospac i powylegiwac sie do woli, wiec wstalam dopiero po 10. ogarnelam siebie oraz kuchnie i napisalam do taty czy przyjezdza. Jak wspomnialam wyzej, tym razem sniezyca nas ominela, choc przeszla dosc blisko, co zaowocowalo mocna wichura. Przy minusowych temperaturach, taki wiatr sprawil ze bylo naprawde paskudnie i cieszylam sie, ze nie musze ruszac sie z domu. Poludniowo - wschodnie wybrzeze Stanow nie mialo juz tyle szczescia i zostalo doslownie zasypane, a tam to rzadkosc. Tarheel, jak tam u Was? Stopnialo? ;)  Zanim dziadek przyjechal, Nik zdazyl przygotowac i wstawic do piekarnika babke na oleju, bo przeciez jedno ciasto to za malo. A tak naprawde, to Mlodszy jest do ciast strasznie wybredny i nie ruszy niczego z owocami. ;) Malzonek wrocil z pracy, zahaczajac po drodze o pizzerie, wiec mielismy od razu obiad. Obejrzelismy z moim tata skoki narciarskie i choc raz, jeden z naszych calkiem niezle sobie radzil. Po odjezdzie dziadka, zabralam sie za skladanie prania oraz sprzatanie w lazienkach, po czym nakazalam corce posprzatac ich, bo byla jej kolej. Wieczor to juz relaks przy kominku i ciezkie wzdychanie, ze weekend tak szybko zlecial. ;) Niestety, kolejnego dnia czekala mnie znow jazda na miejsce inspekcji... :/

Takie ladne zdjecie, pstryknal zwierzyncowi Nik

Poniedzialek zaczelam wiec wczesnie, a raczej jak normalny dzien pracy. Po sniadaniu wyszykowalam sie i rozwiozlam Potworki do szkol, ale nie jechalam prosto na inspekcje. Wrocilam do domu i sprawdzalam ile ma mi zajac dojazd. Moj instruktor mowil w piatek, ze chce dojechac okolo 9:30 - 10, tyle ze w poprzednia srode tez tak celowalam i ledwie dojechalam na dziesiata. Wyjechalam wiec w miare wczesnie, zeby miec zapas czasu, a tymczasem ledwie dotarlam na autostrade, a dostalam od kolegi sms'a, ze dopiero wyruszyl i planuje byc okolo 10. U mnie byla gdzies 8:20, ale stwierdzilam, ze jade dalej, bo niewiadomo co bedzie na drogach. Jak na zlosc, oczywiscie ruch byl spory, ale bez korkow i na miejsce zajechalam tuz po 9. Coz... Sprawdzilam gdzie jest najblizszy Dunkin' albo Starbucks i pojechalam po kawe. Pozniej wrocilam na parking i siedzialam w necie. Kolega na szczescie dojechal o 9:45, wiec jakos strasznie sie nie wynudzilam. Okazalo sie tez, ze stwierdzil, ze cokolwiek bedzie sie dzialo, chce skonczyc tego dnia, zeby juz tam nie wracac we wtorek. Z jednej strony super, bo mnie tez nie chcialo sie kursowac tak daleko jeszcze jeden dzien, ale z drugiej irytacja, bo mogl uprzedzic wczesniej. Wtedy wzielabym rano sluzbowe auto, bo mialam czas, a odpadalo odstawianie go po ciemku. Nie bylam jednak pewna czy skonczymy w poniedzialek, a w piatek zapowiadalo sie raczej ze nie, wiec obawialam sie kolejnego powrotu grubo po 18 i wzielam swoj samochod. No trudno. Co do samej inspekcji, to ten ostatni dzien byl chyba najswobodniejszy, bo kolega mial kilka ostatnich pytan, a poza tym to tylko musial pokonczyc dokumentacje i porozmawiac (przez Zoom, bo facet akurat byl na wakacjach) z prezesem tej firmy. Skonczylibysmy wczesniej, gdyby nie to, ze kolega musial wydac oficjalny blad wymagajacy poprawek, a to oznaczalo skonczenie wklepywania danych, naszych elektronicznych podpisow (gdzie mielismy male problemy techniczne :D) oraz wydrukowania specjalnego formularza. Reszta uwag byla na tyle malo znaczaca, ze znajdzie sie w raporcie z inspekcji, ten jednak mozna wypisac juz po jej zakonczeniu i z wlasnego biura. Wyszlismy stamtad o 14:30 i musialam przebic sie przez poczatek popoludniowych korkow w stolicy naszego Stanu, ale do domu zajechalam o 15:40, wiec i tak calkiem przyzwoicie.

Odkad spadla porzadna ilosc sniegu, Nik codziennie wychodzi do ogrodu i sie w nim doslownie tarza. A ze Maya za pileczka podazy w czeluscie piekiel, wiec i przez snieg za Kokusiem sie przedziera :D 

Popoludnie minelo juz zwyczajnie. Tu ogarnac kuchnie, tam poskladac pranie, az przyszedl czas na trening Potworkow. Malzonek ich zawiozl, a ja potem odebralam. Tego dnia byl tutaj Groundhog Day, czyli dzien swistaka. Nie wiem czy w Polsce sie o nim wspomina (poza dosc znanym filmem), ale ogolnie to taki swistak powinien wylezc z nory i jesli zobaczy swoj cien, to czeka nas kolejne 6 tygodni zimy. Jesli cienia nie zobaczy, bedziemy miec wczesna wiosne. Celnosc w okolicach wrozenia z fusow. :D Szczegolnie, ze ten najslynniejszy swistak (Punxsutawney Phil; sprobujcie to wymowic :D) jest ze Stanu Pennsylvania, my mamy zas wlasnego, lokalnego, jak pewnie wszystkie inne Stany. I czesto te dwa swistaki pokazuja odmienne wrozby, a jestesmy na tyle blisko, ze klimat mamy ten sam. ;) Tym razem, wyjatkowo, oba wskazaly ze czeka nas kolejne 6 tygodni zimy. Coz, zobaczymy; zreszta luty i wiekszosc marca to i tak kalendarzowa zima. Wieczor to juz relaksik, szczegolnie iz mialam ta mila swiadomosc, ze kolejnego dnia moge popracowac z domu. :)

We wtorek wstalam odrobinke pozniej, bo chcialam tylko zawiezc Potworki do szkol (mielismy znow -12 stopni) i wracalam do domu. Co prawda moj szef przesunal nasza cotygodniowa rozmowe z poniedzialku na wtorek, ale dopiero na godzine 10, wiec mialam czas. Rozwiozlam wiec potomstwo, a potem, prawie podskakujac z radosci, wrocilam do cieplej chalupki. Po tylu dniach, kiedy dom byl dla mnie wlasciwie hotelem, teraz motywacja do pracy byla wlasciwie zerowa.

Od dluzszego czasu, kocia wieza stala porzucona i juz zastanawialismy sie czy jej nie wyrzucic, a tu prosze. Jednak czasem kocisko skorzysta... 

Zaczac musialam od porzadnego sprawdzenia maili, bo w trakcie inspekcji wlasciwie tylko wywalalam spam i oznaczalam to, co wydawalo mi sie wazne, ale niczego dokladniej nie czytalam. Rozmowa z szefem poszla szybko, choc dal mi zadanie do wykonania. Kolega, z ktorym przeprowadzilismy instrukcje musi teraz napisac raport i szef kazal mu przydzielic mi dwa rozdzialy. Takie najbardziej podstawowe, czyli opis kwalifikacji oraz obowiazkow osob, z ktorymi mielismy kontakt, no i w jaki sposob osoby te zostaly "zamieszane" w inspekcje. Do tego spis danych administracyjnych z kazdego z czterech badan, ktore sprawdzalismy. Ciesze sie jednak, ze przynajmniej moglam pomoc w czyms konkretnym, bo w czasie samej inspekcji bylam raczej niemym obserwatorem. Zreszta, niby takie nietrudne rozdzialy, ale zgromadzenie wszystkich informacji z kilku zrodel troche mi zajelo. Zaczelam po pierwszym meeting'u z szefem, czyli gdzies o 11, a pozniej mialam kolejny, szef bowiem skads sie dokopal, ze mialam niedokonczona poprzednia tabele pracy, a obecna nawet nie zaczeta. Ups... Szczerze mowiac, to zupelnie mi to wylecialo z glowy... W sumie ta rozmowa mi sie przydala, bo mamy swoja prace spisywac w odstepach 15-minutowych. Dotychczas, wszystko co robilam, moglam wpisac jako 8 godzin szkolenia. Inspekcja, mimo ze teoretycznie rowniez byla szkoleniem, miala jednak byc (wg. szefa) wpisana jako normalny obowiazek, a do tego musialam dodac czas dojazdu, bo ten rowniez liczy sie jako godziny pracy. No to wypisalam skrupulatnie co i jak i powinnam chyba dodac samo spisywanie czasu jako zadanie z pracy, bo troche mi to zajelo. ;) W kazdym razie, wszystko zajelo mi duzo dluzej niz bym chciala, bo jeszcze musialam na chwile przerwac zeby o 15 pojechac po Bi. Normalnie odebralby ja pol godziny pozniej M., ale akurat odezwali sie od dentysty, ze zwolnilo im sie miejsce na kontrole o 16. Chcialam zeby panna zjadla cos przed wizyta, wiec pojechalam po nia wczesniej. Szykowalam sie, ze bede musiala z nia jechac, ale ze jeszcze wszystko konczylam i wysylalam ostatnie maile, to pojechal z corka M. Szczesliwy nie byl, ale trudno. Niech sie wprawia, bo jak bede na inspekcje jezdzic regularnie, to bedzie musial samodzielnie ogarniac takie sprawy. ;) A jeszcze, rano Bi skarzyla sie na zapchany nos, a po poludniu, ze szkoly, wrocila juz kompletnie zawalona i narzekajac ze ma katar, boli ja glowa i lamie w kosciach. Pieknie. :/ Co ciekawe, malzonek rowniez wrocil z pracy twierdzac, ze cos go bierze. Poniewaz nigdzie nie jezdzili sami, beze mnie i Kokusia, to musi byc czysty przypadek, ze wzielo ich jednoczesnie... W kazdym razie pojechali na kontrole, ktora na szczescie nie pokazala zadnych ubytkow. U Bi to nie jest takie oczywiste, bo choc dba o zeby, to ma je jednak slabe, no i umilowanie do slodyczy, tez nie pomaga. ;) Tego dnia Potworki powinny ponownie jechac na trening, ale wiadomo ze Starsza sie na niego nie nadawala. Szczegolnie, ze po dniu, kiedy temperatura w koncu (po dwoch tygodniach!) podniosla sie do 0, na wieczor znow szedl siarczysty mroz. Spytalam Kokusia czy bardzo chce plywac, ale okazalo sie, ze niezbyt, bo na ten dzien mieli juz zapowiedziane pol treningu na silowni, a nie w wodzie. Troche rozumiem trenera, ze chce z nimi cwiczyc sile i sprawnosc, ale jednak zapisujac dzieciaki do druzyny plywackiej, oczekiwalabym, ze treningi jednak beda mieli w wodzie... Poprzedni trener tez urzadzal im takie cwiczenia na ladzie, ale trwaly one okolo 10 minut na samym poczatku treningu, juz w strojach. Ten wymysla, ze maja przynosic adidasy i biegaja na biezni przez pol godziny. Bi sie to akurat podoba, bo to samo robi czasem zostajac po szkole, ale Nik tego nie znosi. A trener zmienia dni tych "suchych" treningow, tak zeby nikt ich celowo nie omijal. Tak czy owak, Mlodszy bardzo chetnie z treningu zrezygnowal, wiec spedzilismy wieczor glownie na relaksie. A, zapomnialam! Tego dnia przyszly wyniki Bi z drugiego kwartalu. Nie moge sie przyzwyczaic, ze w high school, mimo ze maja egzaminy polroczne oraz koncowe, rok szkolny podzielony jest tez na cwiartki i z kazdej wysylany jest raport.

Swiadectwo kwartalne :) 

U Bi, jak to u Bi, nie ma sie do czego przyczepic. Na 7 przedmiotow ma piec A, w tym dwie, ktore sa wpisane juz jako oceny koncowe, bo owe przedmioty w tym kwartale sie koncza. Dwie B ma z rozszerzonej fizyki, gdzie podziwiam ze wyciagnela az tak wysoko (:D) oraz rozszerzonej historii. Ta historia mnie troche dziwi, ale slyszalam juz opinie innych uczniow oraz rodzicow, ze ten nauczyciel (ktory ponoc jest swietny i mlodziez go uwielbia) ocenia baaardzo surowo. Znajac Bi, bedzie w kolejnych kwartalach walczyc, zeby jednak z tego przedmiotu wyciagnac na A. ;)

Sroda zaczela sie tak jak wtorek, z ta roznica, ze musialam jechac do biura. Co prawda, w ktoryms meetingu szef wspomnial, ze dowiedzial sie gdzies "od gory", ze wg. najnowszych zasad, mozemy pracowac 50% zdalnie w ciagu okresu platniczego, czyli dwoch tygodni. Dla niego to rownoznaczne z tym, ze jesli np. teraz spedzilam 4 dni na inspekcji, kolejne cztery moge pracowac z domu. Jako nowo zatrudnionej osobie mi to niestety nie przysluguje, wiec poki co kontynuuje nasza niepisana umowe o pracy z domu dwa dni w tygodniu. A to oznaczalo jazde do biura w srode. Poniewaz szykowanie sie do wyjscia tak, zeby zawiezc Potworki, to istny wyscig z czasem, a dodatkowo rano mielismy miec "tylko" kilka stopni mrozu zamiast kilkunastu, wiec juz poprzedniego dnia uprzedzilam Kokusia ze jedzie autobusem, a Bi ze albo zabierze sie z kolezanka, albo moze isc pieszo. Na rower wiem, ze nie bedzie miala ochoty do wiosny. :D Dzieki temu moglam na spokojnie zjesc, a potem szykowac sie bez ciaglego nerwowego zerkania na zegarek. Potwory odjechaly sie edukowac, a ja wyszlam jakies 10 minut pozniej. Przez snieg oraz inspekcje, w biurze nie bylo mnie ponad tydzien. Po czterech dniach spedzonych w obcym miejscu i z obcymi ludzmi, w dodatku na strasznie niewygodnych krzeslach, milo bylo wrocic na wlasne smieci. Jak na nasze biuro, to panowal w nim niemal tlok, bo poza mna naliczylam jeszcze 4 osoby. :D Dzien sie dluzyl, jak to w biurze, szczegolnie takim pustawym i cichym. Po pracy, w strasznych korkach doturlalam sie do domu, a ze zajechalam jeszcze do biblioteki (choc tam zajelo mi moze kilka minut) to podroz zajela mi godzine. W normalnych warunkach powinno zajac 25 minut, wiec ten tego... W srody na szczescie Potworki nigdzie nie jezdza, zreszta Bi nadal smarkala. Panna twierdzi ze czuje sie lepiej, choc nie bardzo to po niej widac... Zanim rozgoscilam sie w chalupie i zrobilam troche porzadku w kuchni, zrobila sie 18:30, wiec szybko pobieglam pod prysznic. Nie chcialam pozniej lazic malzonkowi po sypialni i tluc sie w lazience, a on kladzie sie juz o 19. Reszta wieczoru to szykowanie sie na kolejny dzien w biurze. Zastanawialam sie co robic z nartami Bi, bo nastepnego dnia byl czwartek, a wiec klub narciarski. Panna sklonna byla jechac, wiec kazalam jej spakowac plecak i wszystko przygotowac, ale uprzedzilam, ze zobaczymy jak bedzie "wygladac" rano. W dzien mialo byc bowiem -1, ale na wieczor temperatura leci na leb na szyje, wiec obawialam sie ze Starsza moze sie kompletnie doprawic...

W czwartek rano powtorka z rozrywki, wiec wstac i wyszykowac sie na jazde do biura. Tym razem jednak "na wyscigi", bo z racji klubu narciarskiego, musialam odwiezc Bi do szkoly ze sprzetem. Panna rano oznajmila ze czuje sie wlasciwie dobrze (choc nadal smarkala i kichala) i ze chce jechac. Przyznaje iz mialam swoje watpliwosci, ale ze stracilam rachube i nie wiem czy to nie byl ostatni wyjazd, to machnelam reka. Gdyby jednak nawet panna nie jechala, to rano mielismy -13 stopni, a tego dnia sasiad dziewczyn nie mogl zawiezc (a ja nie chcialam skazywac Kokusia na sterczenie na przystanku), wiec i tak bym zawiozla mlodziez do szkol. Ranek byl wiec w szalonym biegu, ale coz, bywa i tak. Za to w biurze pustki i nikogo poza mna. ;) Caly dzien widzialam tylko dwoch przypadkowych panow - jeden sprzata i przyszedl wyrzucic smieci, a drugi naprawial swiatlo w jednym z biur. Poza tym siedzialam sama. Rano musialam dopisac cos do podsumowan, ktore wyslalam koledze, ale wiekszosc dnia tluklam szkolenia. Po pracy pojechalam prosto na tygodniowe zakupy. Do domu wrocilam o 18:30, a na 19 Nik mial koszykowke. Na szczescie M. go zawiozl, a ja potem po niego pojechalam, zas malzonek w tym czasie pojechal po corke. O dziwo, Bi wieczorem wygladala faktycznie zupelnie zdrowo i jedynie nadal byla dosc mocno "pociagajaca". Za to M. rozlozylo konkretnie. Smarczal, kichal, narzekal ze mu zimno i boli go gardlo. I ja spie z nim w jednym lozku. Swieeetnie... Nie mowiac juz o tym, ze poprzednia noc byla koszmarna. Chrapal, chrzakal, rzezil, wstawal zeby wydmuchac nos... Spac sie przy nim zupelnie nie dalo. :/ Kolejna zapowiadala sie tak samo "wesolo".

Tak jak sie obawialam, nocka byla ciezka, wiec mimo ze budzik nastawilam na troche pozniej - 6:30, piatek zaczelam ziewajac i sennie drapiac sie po glowie. Na szczescie tego dnia pracowalam z domu, wiec nie bylo porannej nerwowki. Nik mial klub narciarski, wiec znow zawiozlam do szkoly dziewczyny, a pozniej Kokusia wraz ze sprzetem. Wrocilam do domu i moglam spokojnie zjesc sniadanie i doprowadzic sie do porzadku, a takze zaparzyc pierwsza tego dnia kawe, zanim siadlam do komputera.

Jesli zastanawiacie sie, co az tak zainteresowalo kiciula, ze wskoczyl na parapet, to na rynnie nad oknem, rozrabialy ptaszki. ;) Mnie jednak najbardziej rozsmieszylo jaka z Oreo zrobila sie na zime puchata kulka!

Dalej tluklam wirtualne szkolenia, ale tez moj kolega w koncu zadzwonil zeby pokazac jak (w wielkim skrocie) wyglada pisanie raportu. Rodzaj inspekcji, ktory przeprowadzilismy, byl jednak dosc ulatwiony, bo nie dosc ze mielismy formularz z pytaniami, to jeszcze po odpowiedzi na nie, system automatycznie tworzy raport. Niestety, w pozostalych czterech rodzajach, raport pisze sie samemu, ble... Doczolgalam sie jakos do 16:30, a potem zgarnelam swoje manele i popedzilam na stok. O tej porze juz tak naprawde niezbyt mi sie chcialo, ale skoro sie zglosilam, to trzeba to ciagnac. Przynajmniej dzien sie przedluza i jak ostatnim razem (czyli prawie miesiac temu :O) bylo juz ciemno jak dojechalam, tak tego dnia mialam jeszcze nawet troche swiatla na poczatek jazdy. Poniewaz dwa tygodnie temu spadlo nam pol metra sniegu i od tamtej pory praktycznie caly czas trzyma mroz, wiec warunki byly wrecz wymarzone. Snieg skrzypiacy pod nartami i wlasciwie bez lodu. I nawet na parkingu bez blota, bo ziemia jest zmrozona. Jezdzilo sie naprawde fajnie, choc nie mialam gogoli, wiec za kazdym razem kiedy dojezdzalam na dol oczy mialam piekace i zalzawione od mroznego wiatru. Bylo -6 stopni, a gdzies na stoku widzialam jakiegos mlodzienca (w wieku okolo studenckim), jezdzacym w... krotkim rekawku! :O

Czarne kaski, czarne kurtki, czarne spodnie. Do tego czarny komin oraz gogle na oczach. I tak, 90% chlopcow na stoku. No i wez tu czlowieku, rozpoznaj "swojego"! Gdyby Nik mnie nie zawolal, nie mialabym pojecia, ze to on. 

Okazalo sie, ze podczas moich dwoch nieobecnosci (trzeci piatek byl przerwa z okazji balu) pani nauczycielka wypracowala sobie calkiem sprawny system na sprawdzanie obecnosci, wiec wlasciwie mnie tam nie potrzebowala. Kiedy wiec zjechalam do schroniska, moglam sie po prostu przebrac i pojechac pod szkole. Niestety, dojechalam dobre 15 minut przed autobusem, wiec troche sie tam usiedzialam. W koncu jednak dojechali, zabralam wiec syna i wrocilismy do domu. Malzonek napalil w kominku, wiec bosko bylo powygrzewac stare kosci. Tym bardziej, ze ostatnio mam naprawde niewiele ruchu, wiec po dwoch godzinach na stoku, bolaly mnie i plecy i miesnie ud i nawet... kostka, choc ta nie miala prawa, bo siedziala w sztywnym bucie. ;)

Milego weekendu!

piątek, 30 stycznia 2026

Ostatni tydzien stycznia i grafikowe niespodzianki

Sobota, 24 stycznia, to upragniony weekend i dluzsze spanie. Mimo ze poprzedni tydzien byl krotszy bo mielismy wolny poniedzialek, i ogolnie spokojny, to jakos mi sie dluzyl i zmeczyl... Moglismy spac do woli, bo mimo ze Nik mial mecz, to dopiero na 11:30 i co prawda w sasiedniej miejscowosci, ale w szkole, ktora jest od nas blizej niz jego wlasna. Wstalismy wiec pozno i po leniwym sniadaniu zebralismy sie i pojechalismy. Niestety, nasze chlopaki trafily na bardzo mocna druzyne, a dodatkowo sami mieli miesiac przerwy w meczach. Najpierw byla przerwa swiateczna, a pozniej jakos dziwnie ustawiony grafik i dopiero tego dnia doczekali sie pierwszego meczu od polowy grudnia.

Mlodszy przy pilce 

Jak grali, mozna sie domyslic. Przegrali sromotnie, bo 21:36. :D Nik wyjatkowo nie wyszedl zly, tylko smial sie, bo faulowali tak, ze jeden z chlopcow zostal zdjety z boiska (za kare) na reszte meczu. Tlumaczylam Kokusiowi, ze nie ma sie z czego cieszyc, bo to bardzo niesportowe, ale jakos sie nie przejal. Z typowa logika 13-latka stwierdzil, ze dla swoich kolegow trzeba byc milym, ale obcym mozna dowalac ile wlezie. Suuuper... Wrocilismu do chalupy gdzie zdazyl dojechac M. i utknac w kuchni. Jak to malzonek; mial zrobic jedna rzecz (schabowe), ale powyciagal z lodowki wszelkie resztki i polprodukty i przerabial co sie dalo. W sumie zazdroszcze mu takiej weny, bo sama gotowac nie znosze i jak cos robie, to scisle to, co zaplanowalam. ;) Obejrzalam sobie skoki narciarskie (nasi jak zwykle beznadzieja) i za chwile czas byl jechac do kosciola. Tak jak sie spodziewalam, na mszy byly tlumy jak na Boze Narodzenie czy Wielkanoc. Poniewaz na kolejny dzien zapowiadali rekordowe opady sniegu, wiec wszyscy stwierdzili ze trzeba zaliczyc kosciol w sobote. Po mszy weszlam tylko na moment do domu, Nik chwycil plecak i znow wyruszylismy. A gdzie, zapytacie? Ano, moj syn jechal na pierwsze w zyciu... nocowanko. :O W zyciu bym nie przypuszczala, ze to Mlodszy pierwszy bedzie nocowal poza domem, bez rodzicow. Pewnie nie pamietacie, ale kilka lat temu Bi dostala zaproszenie na nocowanko u swojej najlepszej przyjaciolki - sasiadki. I w ostatniej chwili (kiedy juz miala wychodzic) spanikowala, poplakala sie i stwierdzila ze nie idzie. Poniewaz jednak ma w miare stale grono bliskich kolezanek, spodziewalam sie, ze predzej czy pozniej ktoras urzadzi sleepover. U nas oczywiscie odpada, bo M. kategorycznie sie nie zgadza. Dziewczyny jakos jednak sie nie zebraly, za to chlopaki - prosze. Zadzialalo to, ze najlepszy kumpel Kokusia, z ktorym znaja sie od przedszkola, pod koniec lutego przeprowadza sie do innego Stanu. Samej mi smutno, bo znam rodzicow tego chlopca; to wyksztalceni, przyzwoici i tacy "normalni" ludzie. Przez tyle lat, kiedy Nik szedl do H., to wiedzialam ze tam bedzie dopilnowany i zadne dziecko nie wpadnie na jakis glupi pomysl. Teraz, kiedy wyjada, kto wie z kim Mlodszy sie najbardziej zaprzyjazni... :O W kazdym razie, ktorys z chlopcow wpadl na pomysl, ze zanim H. wyjedzie, trzeba urzadzic pozegnalne nocowanie! Myslalam, ze to takie tam gadanie smarkaczy i pomysl umrze smiercia naturalna, tymczasem juz 3 tygodnie pozniej sie skrzykneli. Co prawda spodziewalam sie ze Nik, podobnie jak Bi, w ostatniej chwili stchorzy, tym bardziej ze wydaje sie bardzo z nami zwiazany, ale do konca twardo twierdzil ze jedzie. No to go zawiozlam. Pozostala trojka chlopcow juz tam byla i wybiegli mu na spotkanie, probujac skakac na barana, bo obecnie Nik jest z nich najwyzszy. ;) Wczesniej powiedzialam synowi, ze jesli bedzie chcial wrocic do domu, to niech pisze, nawet w srodku nocy. Spytalam mamy, ktora zorganizowala spotkanie o ktorej Kokusia odebrac nastepnego dnia i pojechalam. Nik napisal jeszcze tylko pozniej, ze z kolegami wlezli do... jacuzzi. :O

Brrrr...

Bosz... Caly dzien mielismy -10 stopni, na wieczor temperatura jeszcze zaczela spadac, a oni lataja w strojach kapielowych... Nik dopiero co wyzdrowial. Koszmar, ale coz, byl poza nasza kontrola. ;) O maly zawal przyprawil mnie kiedy zadzwonil prawie o 22. Myslalam, ze jednak chce do mamusi, ale okazalo sie, ze chcial tylko powiedziec ze swietnie sie bawi. :D

Mama kolegi Kokusia powiedziala zeby odebrac go okolo 10, bo snieg mial zaczac padac gdzies o 11. W niedziele mialam wiec budzik nastawiony na 8, zeby sie spokojnie dobudzic i ogarnac. Spokojnie jednak nie bylo, bo kiedy w koncu sie podnioslam na lozku i zalozylam okulary, okazalo sie, ze juz sypie! :O Szykowalam sie w lekkiej panice, jednoczesnie piszac do syna ze bede wczesniej. Dlugo nie odpisywal i obawialam sie, ze spi jak zabity i nie slyszy telefonu. Na szczescie wreszcie sie odezwal, wiec krotko po 9 pojechalam. Drogi byly... straszne. Wszedzie lezalo juz kilkanascie cm sniegu i bylo baaardzo slisko. Wiem, bo pare razy testowalam hamulce, a i auto mi czasem zarzucilo. Paradoksalnie, tam gdzie chwile wczesniej przejechaly plugi, bylo najgorzej, bo zostawialy taka ugnieciona, sliska warstwe na lodowatym asfalcie. Juz lepiej jechalo sie po sniegu. A dom kolegi stoi na szczycie dlugasnego wzgorza. W sumie, pod gore jakos sie jechalo, tylko potem trzeba zjechac, a ulica nie dosc, ze opada w dol, to jeszcze skreca raz w jedna, raz w druga strone. No ale dojechalismy do domu szczesliwie i tylko Nik byl niezadowolony, bo dzien wczesniej ostatni przyjechal, a tego ranka pierwszy pojechal do domu. Nie moglam tez z niego wydobyc co z kolegami porabial, oprocz tego, ze poszedl spac prawie o 4 nad ranem. :O Dzien spedzilismy oczywiscie leniwie, bo co innego robic w taka zawieruche? Tylko Nik po poludniu poszedl potarzac sie w sniegu. I lekko mnie zirytowal, bo postanowil urzadzic "lawine", spychajac snieg z tarasu po schodach. A ja chcialam po tarasie poznac ile nam go napadalo, bo tam zawsze najlatwiej to sprawdzic. :D Nawet jednak bez tej pierwszej warstwy, widac bylo ze spadlo duuuzo. O 16 uznalam ze pora zaliczyc odsniezanko nr. 1. Kiedy wyszlam, okazalo sie ze sniegu mialam po kolana i wpadal do butow. Musialam wrocic i zalozyc spodnie narciarskie. Odsniezanie to byla troche syzyfowa praca, bo zanim z Bi skonczylysmy kostke, od drugiej strony juz byla zasypana kilkucentymetrowa warstwa. A snieg sypal i sypal... Juz nie pamietam kiedy spadlo nam az tyle na raz. Chyba w 2012 roku, kiedy po jednej sniezycy, zeby odsniezyc, M. musial wychodzic okienkiem w lazience, bo drzwi nie dalo sie otworzyc, a kupa sniegu byla wyzsza od rocznej Bi. W niedziele, zamkniecie szkol na kolejny dzien ogloszono juz o 11 rano, jak nigdy. ;) Z pracy przyszedl mail (teraz moge je sprawdzac w telefonie, ha!) ze federalne biura w stolicy maja byc zamkniete w poniedzialek, a pracownicy przejsc w tryb zdalny. Z mojego regionu takiego zawiadomienia nie bylo, ale i tak z gory wiedzialam ze bede pracowac z domu. Malzonek nie poszedl z nami odsniezac, bo stwierdzil ze przejedzie maszyna pod wieczor, zeby odsniezyc jak najwiecej przed noca. Potem troche zalowal, bo zrobilo sie ciemno, snieg nadal zawiewal, a on musial isc. Nie dosc, ze pogoda nie wspolpracowala (tyle ze temperatura podniosla sie z -10 na "az" -6 :D), to jeszcze wszystko szlo mu na opak. Najpierw nie mogl znalezc kluczyka do odsniezarki. Zawsze lezal w szufladzie gdzie mamy wszystkie zapasowe klucze do aut, przyczepy, itd., a teraz go wcielo. Po dlugich poszukiwaniach znalazl go w kieszeni spodni, gdzie zostawil po sprawdzeniu odsniezarki kilka dni temu. Poszedl wiec do skladziku, po czym po chwili przyszedl klnac niczym szewc, bowiem... urwal linke! Odsniezarka ma bowiem kluczyk do wlaczenia, ale odpala sie ja za pomoca pociagniecia za sznurek, jak kosiarke czy pile lancuchowa. Nasza ma juz wiele lat, wiec linka musiala po prostu przetrzec sie z wiekiem. No cudnie po prostu. Odsniezyc musielismy, bo nawet przy napedzie na 4 kola, przez taka ilosc sniegu nasze auta mialyby problem sie przebic. Szczesliwa nie bylam bo juz sie tego dnia namachalam szufla, ale stwierdzilam, ze meza tak samego nie zostawie i zaczelam szykowac sie zeby pojsc mu pomoc. Uratowalo mnie na szczescie to, ze M. przypomnial sobie ze odsniezarke moze tez odpalic od kontaktu. Przeciagnal kabel z gniazdka na tarasie i po chwili rzezenia, ufff... odpalila! Za pomoca maszyny wszystko poszlo juz jak po masle, wiec raz-dwa i caly podjazd byl odsniezony. Szkoda, ze na poniedzialek szykowala sie powtorka, bo sniezyca nie odpuszczala...

Poniedzialkowy ranek byl leniwy dla Potworkow; dla mnie juz nie, bo pracowalam. Z domu, ale zawsze to praca. Juz o 8:30 mialam wirtualne spotkanie z szefem, wiec musialam zerwac sie odpowiednio wczesnie zeby sie dobudzic i doprowadzic do porzadku. Mimo ze mlodziez mogla pospac, to juz o 8 oboje byli na nogach. Kokusiowi sie nie dziwie, bo po nocowaniu u kolegi i nocnych szalenstwach, w niedziele padl juz o 21. Bi jednak siedziala do polnocy, no ale z niej zawsze byl ranny ptaszek. Ostatecznie spadlo nam pol metra sniegu, z czego Nik radosnie skorzystal, zaraz po sniadaniu ruszajac na male tarzanko. :D

Widzicie ta biala "gorke" za oknem, zaslaniajaca widok? To zaspa, ktora utworzyla sie na dachu garazu

Tak wygladal taras, a to juz po zrzuceniu z niego pierwszej warstwy kiedy Nik bawil sie w "lawine" 

Nik cos tam pomachal szufla, ale bez wiekszych rezultatow

Ja mialam wyjsc i odsniezyc jeszcze raz kostke, ale od rana nadal padal snieg, raz mocniej, raz slabiej, wiec czekalam i czekalam... W koncu stwierdzilam, ze trudno, ide. I w tym momencie syn oznajmil, ze umowil sie z kolegami (tymi samymi co na nocowanku) na sanki przy szkole Bi. No to, bedac kochajaca matka, stwierdzilam, ze go podwioze, bo zimno, lezy snieg, itd. Tak po prawdzie to mielismy "najcieplejszy" dzien w tym tygodniu, bo termometr pokazal "az" -3 stopnie. ;) Pojechalam i pozalowalam tego juz przy wyjezdzie z wlasnego podworka. Po tym co M. odsniezyl, dowalilo nam kolejne kilkanascie cm sniegu. Ulica byla biala i plugow tego dnia nawet nie widzialam, ale skubance musialy jednak przejezdzac, bo wjazd mialam caly zawalony. Niestety, kupa sniegu tak sie jakos wtopila w reszte lezaca na podjezdzie, ze dopiero kiedy auto mi ugrzezlo i wszystkie kola zaboksowaly, dotarlo do mnie, jak tam bylo gleboko. Cale szczescie, ze mam naped na 4 kola, wiec silnik glosniej zawyl i wyjechalam z potrzasku. Gdybym go nie miala, utknelabym tam na dobre. Dalej wcale nie bylo lepiej. Drogi na naszym osiedlu byly biale. Droga prowadzaca do glownej - biala. Glowna w miare odsniezona, ale pokryta snieznym, sliskim blotem. Praktycznie na kazdym zakrecie auto mi zarzucalo, ale to z wlasnej winy, bo nie mam cierpliwosci do slimaczej jazdy. ;) Tak czy siak, dowiozlam syna na miejsce, ale powiedzialam mu ze kolejny raz nie wyjezdzam i ze musi wrocic pieszo. W drodze powrotniej oczywiscie znow utknelam na sekunde wjezdzajac na wlasny podjazd, ale teraz juz sie tego spodziewalam. Pozniej przystapilam do odsniezania kostki. Okazalo sie, ze odsniezone pieknie przez Bi schodki, zostaly zupelnie zasypane przez zawiewajacy snieg. Nik rano je odsniezyl, ale tylko taka waska sciezke. A teraz i tam i przed frontowym wejsciem, lezala znow warstwa swiezego sniegu. Odsniezylam, oczyscilam przed wejsciem do skladziku, bo tam chowamy szufle i M. odsniezarke, a potem pomyslalam, ze moze odkopie troche przy wjezdzie. Taaaa... Snieg nawalony przez plugi byl ubity i ciezki, wiec szybko sie poddalam. Okazalo sie, ze syn na gorce spedzil niecala godzine, po czym napisal, ze juz wraca. Patrzylam potem na jego lokalizacje i zastanawialam sie czemu idzie jakas dziwna trasa. Domyslilam sie, ze wdrapal sie na wzgorze, zeby potem zjechac z niego prosto na nasza ulice. Przynajmniej mial na tyle rozsadku zeby zjezdzac chodnikiem. ;)

Doszedl do domu. No i same popatrzcie, czy tam wyglada ze jest tak gleboko, ze utknie samochod?! 

Bi wzielo tego dnia na gotowanie. Wymyslila domowe tacos i wyszly jej bardzo smaczne, choc wlasciwie przygotowala empanadas, bo zamknela tortille niczym pierogi. :D Brat nie pozostal dluzny i stwierdzil ze upiecze swoja ukochana babke na oleju. Tym razem bardziej pilnowal ilosci skladnikow, ale ze zawsze musi cos sknocic, to nie obylo sie bez przygod. Nastawil zegar na kuchence na 35 minut, a kiedy powiedzialam ze musi poprawic na 45, zamiast wylaczyc zegar, nacisnal guzik wylaczenia... piekarnika. Niestety, nikt tego nie zauwazyl i kiedy czas minal i poszlam wyjac ciasto, znalazlam je nadal surowe. :D Szybko wlaczylam piekarnik i zostawilam babke do upieczenia choc M. ponuro przewidywal ze wyjdzie zakalec. Stwierdzilam, ze zakalec tez da sie zjesc. ;) Okazalo sie jednak, ze babka wyszla normalna i jedyne co, to prawie nie urosla. Ale zakalca nie bylo. Mowie Wam, ze to jest ciasto nie do zepsucia. :D A jeszcze po poludniu Potworki dostaly podwojne dobre wiadomosci. Po pierwsze, odwolano trening na basenie, bo przed budynkiem nadal oczyszczano parking. A po drugie, szkoly we wtorek mialy lekcje opoznione o 2 godziny. Zyc nie umierac. ;)

We wtorek Potworki mogly wiec zaczac dzien pozniej. Teoretycznie mialam tego dnia rozpoczac szkolenie "w terenie", czyli pojechac na pierwsza inspekcje z innym inspektorem. Tyle, ze on mial jechac od strony Bostonu, a ja od przeciwnej i gdzie ja mialam okolo godziny jazdy, on mial ponad dwie i planowal zostac na te pare dni w hotelu. Poczatkowo zamierzal zanocowac tam juz w poniedzialek i zaczac inspekcje we wtorek o 9:30 rano, ale kiedy stalo sie pewne, ze idzie porzadna sniezyca i w poniedzialek drogi moga byc niepewne, przelozyl podroz na wtorek rano i poczatek inspekcji na 12-13. Dzieki temu ja rowniez nie musialam sie zrywac bladym switem. Stwierdzilam, ze po 9 odstawie Potworki do szkol (bo znow mielismy rano -10 stopni) i na 10 pojade do biura, a z tamtad na inspekcje. Krotko po 7 jednak dostalam wiadomosc, ze szkoly jednak sa... zamkniete! :O No to polozylam sie jeszcze na godzinke, bo uznalam ze pojade po prostu bezposrednio do kliniki, nie zahaczajac o biuro. Kiedy jednak wstalam, w sluzbowych mailach znalazlam wiadomosc, ze wszystkie regionalne biura sa nieczynne! Napisane bylo ze pracownicy ktorzy pracuja zdalnie, maja normalnie pracowac, ale wszyscy stacjonarni maja dostac dzien wolny z powodu pogody. Przyznaje, ze po tym mailu zglupialam. Teoretycznie jestem pracownikiem stacjonarnym, ale wolno nam pracowac czasem z domu. Tego dnia jednak mialam i tak jechac w teren. Niby logiczne, ze skoro drogi sa na tyle niebezpieczne zeby zamknac biura, to tym bardziej warunki nie pozwalaja jechac gdzies na inspekcje, tak? Nie wiedzialam jednak jakie panuja zasady, wiec wyslalam wiadomosc koledze. Potem nastepna. Bez odzewu. Nastepnie wyslalam maila szefowi. Rowniez nic. W koncu uznalam, ze kolega sie nie odzywa bowiem jest w drodze, wiec zaczelam sama szykowac sie do wyjscia. Akurat kiedy mialam sie malowac, oddzwonil. Mialam racje - juz jechal. Tyle, ze wlasnie zajechal do swojego regionalnego biura zeby wziac sluzbowe auto, to zas okazalo sie... puste (biuro, nie auto :D). Dopiero wtedy sprawdzil maile i znalazl wiadomosc o zamknieciu. Mial zadzwonic do naszego szefa i dac mi znac. Po polgodzinie zadzwonil ze szef nie odpowiada, ale ze warunki u niego sa nieciekawe, a przed nim kolejne 1.5 godziny drogi, wiec podjal decyzje, ze przelozymy rozpoczecie inspekcji na srode. W ten sposob zyskalam kolejny dzien w domu, choc w sumie to sama nie wiedzialam co z nim zrobic, bo nie bylam pewna czy powinnam zrobic sobie wolne, czy pracowac zdalnie. W koncu wybralam druga opcje, ale na luzie, tak zeby po prostu bylo widac, ze cos dzialalam. ;) Po poludniu poszlam przyniesc troche drewna do kominka i okazalo sie, ze sciezka na cholernych schodkach znow jest zasypana! Nie wiem czy to wiatr tak zdmuchiwal snieg, czy zasypal ja Nik, ktory lazi i tarza sie po sniegu, nie patrzac czy nie nanosi go na odsniezone przez nas powierzchnie... W kazdym razie, chwycilam za szufle i odsniezylam je juz kolejny raz... Wieczorem Potworki mialy trening i pojechaly, choc oboje z fochem. Nie wiem co to za moda, ze jak maja wolne od szkoly, automatycznie uznaja ze powinni miec wolne od wszystkiego... Malzonek ich zawiozl i poszedl spac, a ja pozniej odebralam, choc przyjechalam w momencie jak wlasnie wychodzili z wody, wiec za duzo nie zobaczylam.

Udalo mi sie dojrzec jeszcze w wodzie Bi, choc juz szykowala sie do wyjscia i niestety zaslania ja trener

Sroda to juz byla normalna pobudka i dla dzieciakow i dla mnie. Poniewaz na termometrze bylo -14 stopni, wiec stwierdzilam, ze zawioze Kokusia do szkoly. A jak jego, to i Bi (no i sasiadke), wiadomo. Tego dnia w koncu jechalam na pierwsza w zyciu inspekcje, czyli szkolenie w terenie (nawet sie rymuje ;P)! Na miejsce mialam jakas godzine jazdy, a dojechac planowalam o 9:30-10, wiec stwierdzilam ze wyjade okolo 8:20, zeby miec lekki zapas czasu. Taaa... :D Kiedy odwiozlam dzieciaki, byla 7:40, wiec wrocilam jeszcze do domu zeby umalowac oko bo nie zdazylam i zapakowac do auta wszelkie pierdoly na inspekcje. Okazalo sie to bledem, bo kiedy wlaczylam nawigacje, ta pokazala ze bede jechac godzine i 20 minut! :O Najpierw wzruszylam ramionami, bo zwykle spokojnie nadrabiam w drodze i zajezdzam szybciej. Choc te prawie pol godziny roznicy powinno mnie zastanowic. No niestety. Najpierw byl wypadek w moim wlasnym miasteczku, wiec zamiast jechac przez nie 10 minut, jechalam dwa razy tyle. Potem byl korek na autostradzie do samej naszej stolicy. Kiedy tam przejezdzalam, bylo juz po 9, a w dodatku (z tego co dojrzalam) ulice byly kiepsko odsniezone, wiec nawet nie zjezdzalam do biura zeby zmienic samochod, tylko pojechalam dalej swoim. Droga z biura do sprawdzanej firmy, wg. Google powinna mi zajac 37 minut. Niestety, pod sama miejscowoscia docelowa byl kolejny wypadek i korek jak ta lala. W ten sposob dojechalam prawie o 10. :/ Bylo mi wstyd i wiedzialam juz ze zdecydowanie musze wyjezdzac z wiekszym zapasem czasu, ech... O inspekcji nie mam wlasciwie co pisac, bo to po prostu mnostwo nowych wiadomosci. Samo sprawdzanie nie bylo w zasadzie tak doglebne, bo tego pierwszego dnia bardziej sie zapoznawalismy z firma, ludzmi, ich procedurami, itd. Za to mam do zapamietania pierdylion formularzy, kwestionariuszy, dokumentow i stron. Nie wiem ile inspekcji zalicze zanim to wszystko zapamietam... Czasowo niestety jestem zalezna od glownego inspektora, wiec skonczylismy dopiero po 17. Nawigacja pokazala, ze do domu bede jechala godzine i 12 minut, wiec juz nastawiona bylam na dluga jazde. Tymczasem, nie wiem co tam sie porobilo, moze kiedys byly remonty drog i nawigacja ma stare informacje. Wyjezdzam bowiem na autostrade, a ta kaze mi brac pierwszy zjazd! Jak na zlosc, na autostradzie tez nie bylo jakiegos znaku, ze jestem na poprawnej. Najpierw zignorowalam polecenie i jechalam dalej, ale ze nawigacja dalej "krzyczy" zeby zjechac, to zjechalam, bo jest ciemno, jestem w obcym miejscu i na dobra sprawe nie wiem czy na pewno dobrze jade. Zjechalam, po czym glupia nawigacja przeprowadzila mnie doslownie przez pol miasta zanim znow doprowadzila do autostrady. Wjezdzam i... nie uwierzycie! To go*no znow kaze zjechac! Jak ostatnia idiotka zjechalam, po czym kolejny raz skazana bylam na krazenie po miescie. Za trzecim razem, wjechalam na autostrade, ale kiedy nawigacja znow polecila zjechac, zignorowalam ja. Przejechalam kilka km zanim pojawil sie znak, ze jade dobra droga, a w miedzyczasie dostalam polecenie wziecia przynajmniej dwoch zjazdow. :O Nie mam pojecia co sie dzialo z tym pudlem, czy mroz oszronil jakies kabelki, czy co... W kazdym razie, do domu dojechalam dopiero o 18:40, a moj maz ma jakies pretensje, ze nie biore sluzbowego auta! Kurna, mam marnowac kolejne 15 minut na zajezdzanie do pracy i wymiane aut?! Wrocilam wykonczona i na szczescie tego dnia Potworki nigdzie nie jechaly. Co prawda w poniedzialek nie mieli treningu, wiec mogli w sumie pojechac tego dnia, ale ze w srody zawsze robia sobie przerwy, wiec gdzie... ;)

W czwartek nastapila powtorka z rozrywki. Trzeba sie bylo zerwac rano, wyszykowac i pedzic na inspekcje, po drodze zawozac Potworki do szkol. Ponownie mielismy -15 stopni, ale nawet gdyby bylo cieplej, Bi miala klub narciarski, wiec i tak musialam ja zawiezc, razem ze sprzetem. Tym razem nie wracalam do domu, tylko po odstawieniu Kokusia pojechalam prosto na inspekcje. Po drodze mialam troche zatorow, ale dojechalam o 8:45. Myslalam, ze bede tam czekac niewiadomo ile, ale moj instruktor dojechal juz o 9. Zaczelismy wiec troche wczesniej, ale i tak siedzielismy prawie do 17. Niestety, choc mielismy nadzieje na bezproblemowa inspekcje, znajdowalismy co i rusz jakies problemy. Raz cos blahego (ale jednak blednego), innym razem cos powazniejszego, co kolega zapisywal sobie zeby to przemyslec i skonsultowac z naszym szefem. Tym razem zrobilismy sobie kilka krotkich przerw, wiec nie bylo az tak meczaco jak w pierwszy dzien. Wyjechalam minimalnie wczesniej, ale to wystarczylo zebym miala troche wiecej dziennego swiatla. Dzieki temu, widzialam dokladnie gdzie jade i nie dalam sie nawigacji sprowadzic na manowce. Ta zas, w polowie drogi, tuz przed stolica naszego Stanu, kazala mi zjechac z autostrady! Zaraz potem wpakowalam sie w potezny korek, ide jednak o zaklad, ze i tak tamtedy przejechalam szybciej (choc w slimaczym tempie) niz gdybym tlukla sie przez srodek miasta... Do domu doturlalam sie o 18:20, a na 19 Nik mial trening kosza. Na szczescie M. go zawiozl, bo ostatnie na co mialam ochote, to prawie od razu wsiadac ponownie w samochod. Niestety, pozniej nie mialam wyjscia, bo o 20, kiedy Mlodszy konczyl, z nart wracala tez Bi. Malzonek wiec po nia pojechal, a ja jednak musialam znow siadac za kolko i pedzic po syna.

No i piatek, ktory zaczal sie jak dzien wczesniej, z ta roznica, ze tym razem to Nik mial klub narciarski, wiec jego sprzet wiozlam do szkoly. Ponownie pojechalam prosto na inspekcje. Oczywiscie tym razem ruch na drodze byl calkowicie luzny, wiec dojechalam juz o 8:34. :O Na szczescie kolega przyjechal kwadrans po mnie, wiec zaczelismy jak najszybciej. Stwierdzil tez, ze chce skonczyc juz o 14, zeby spokojnie zajechac do swojego biura i oddac auto, bo wiadomo ze bedzie sie przebijal przez bostonskie, piatkowe korki. Hmmm... gdybym wiedziala, sama wzielabym rano sluzbowe auto, zeby chociaz raz sprobowac jak to wyglada. Niestety, przez to ze skonczylismy wczesniej, nie bylo nawet szans zeby zakonczyc inspekcje tego dnia, wiec czeka nas powrot w przyszlym tygodniu. W dodatku, patrzac na to jak to idzie, nie wiem czy zamkniemy sie w jednym dniu. Ech... Spytalam kolegi ile ma inspekcji, gdzie wszystko idzie gladko i nie znajduje nic powaznego. Powiedzial, ze prawie kazda. Czyli mam pecha (albo szczescie, bo moge zobaczyc procedury przy bledach) i trafilam oczywiscie na problemy... Przynajmniej do domu dotarlam o przyzwoitej porze, bo tak wczesnie prawie nie bylo korkow (choc juz zaczynaly sie te popoludniowe) i dojechalam o 15:30. Akurat dojechal tez M., ktory odebral po drodze Bi. Przeszlo mi przez mysl zeby dolaczyc do Kokusia na nartach, mielismy jednak -9 stopni z odczuwalna -12. A zblizal sie wieczor, kiedy wiadomo, temperatura zaczynala spadac. Na sama mysl az przechodzily mnie ciarki. Poza tym, pomyslalam ze lepiej zrobic tygodniowe zakupy, to bede miala spokojniejszy weekend. Gdybym ich bowiem nie zrobila w piatek, musialabym jechac w sobote. A ze dzien wczesniej napisalam juz do nauczycielki nadzorujacej klub, ze nie dam rady przyjechac (bo spodziewalam sie znowu powrotu po 18), wiec stwierdzilam ze wole jechac do sklepu. Pojechalam wiec z niezawodnie towarzyszaca mi Bi, a po powrocie moglam sie troche zrelaksowac po trzech intensywnych dniach. A jeszcze, kiedy bylam w sklepie, zadzwonil M. bo Nik napisal do niego, ze zapomnial... biletu na wyciag! Dzieciaki z klubu maja bowiem karnety na wszystkie piec wyjazdow. Wiekszosc przyczepia je do kurtek, a moj syn... trzyma w kieszeni spodni. Pomijajac fakt, ze latwo moze go zgubic, to tym razem wzial cieplejsze spodnie, ale o tym, ze w lzejszych ma karnet, juz zapomnial. Malo tego. Rano, juz w czasie jazdy do szkoly, przypomnialo mi sie ze nie dalam mu kasy na jedzenie na stoku, na co syn klepnal sie w czolo, ze on tez zapomnial! Na szczescie mialam troche gotowki w portfelu. Ech... Najpierw Bi, teraz on... Tacy niby juz duzi, a caly czas trzeba za nimi dreptac i przypominac... Tymczasem Mlodszy zadzwonil do ojca, ktory oczywiscie nie ma pojecia gdzie leza spodnie narciarskie syna, ani w ogole jak wygladaja, wiec zadzwonil do mnie. Na szczescie matka wiedziala, bo jak nie ja, to kto. :D Okazalo sie ze wystarczylo ze M. wyslal mu zdjecie karnetu i na stoku pracownicy mogli z tego zdjecia skanowac kod. Nie mialam pojecia, ze tak sie da, a co ciekawe pracownicy tez nie. Nik opowiadal, ze musieli sobie przekazywac owe wiesci, bo ktorys go skanowal i skomentowal "o, to ty jestes ten dzieciak ze zdjeciem?". :D Malzonek poszedl spac juz o 19, wiec na 20 jechalam po syna pod szkole. I malo zawalu nie dostalam, bo wysiadl z autobusu w samej bluzie, a mielismy juz -15, przy odczuwalnej -18. Stwierdzil ze jest mu cieplo, a na nartach jezdzil w samej kurtce, tylko z koszulka pod spodem. :O Po powrocie do domu, moglam sie juz spokojnie powygrzewac przed kominkiem i wreszcie cieszyc, ze doczolgalam sie do weekendu. :D

Z malych ciekawostek, w tym semestrze Bi ma w koncu wybrana przez siebie zoologie. Program brzmi powaznie, bowiem poza wkuwaniem naukowych pojec i spora dawka laciny, beda przeprowadzac sekcje. Zaczna od najprostszego organizmu - robaka i przejda przez rybe, zabe, jakiegos ptaka, az po TO:

Makabra w sloiku ;)

"To" to (jak mysle widac) jest swinski plod. Podobno nie zostal ukatrupiony do celow naukowych, tylko zmarl smiercia naturalna, ale i tak wydaje mi sie to dosc... makabryczne. Szkoda mi prosiaczka. :(