piątek, 7 maja 2021

Poczatek maja

Pierwszy tydzien maja (prawie) za nami. Jaki byl? Zwariowany, jak zwykle. 

O te wariactwo prawie zreszta poklocilam sie z M. w zeszla niedziele. A zaczelo sie niewinnie... Jedziemy rano do kosciola. Slonce swieci, ptaszki cwierkaja, samochod sie kolysze,.. Az tu nagle M. wyskakuje: "Jestem juz taki zmeczony tym zyciem. Chcialbym rano wstac i nic nie musiec robic, nigdzie nie musiec jechac...". Niczego nie podejrzewajac, zasmialam sie wiec, ze doczeka sie tego, owszem, na emeryturze. ;) Zla odpowiedz! Moj maz sie nagle "nakrecil" i rozpoczal tyrade: "Zwariowac mozna! Codziennie cos, kazdego dnia jakies zajecia, tego zawiez tu, tego zawiez tam... Oni sa przemeczeni i dlatego ciagle marudza!". Tu wlaczyla mi sie czerwona lampka pt. "a to tu jest pies pogrzebany!". Nie chodzi wcale o to, ze moj maz ma za duzo zajec, tylko, ze dzieci maja za duzo obowiazkow i wedlug M. wlasnie dlatego strzelaja fochy, tupia nogami i urzadzaja awantury! A moj maz gledzi dalej, ze: "Powinni miec chociaz 3-4 dni kiedy nie ma nic, zeby mogli sobie po prostu posiedziec (tak, najlepiej grac na konsoli i wpieprzac chipsy), a ty ich ganisz z jednych zajec na drugie, bo musza sie ruszac! Codziennie cos, a teraz juz dwa razy dziennie! I ja musze zawiezc tego, odebrac tamtego...". Mowie Wam, niezle mi cisnienie skoczylo i dobrze, ze do kosciola mamy niecale 10 minut jazdy. Na ten dzien zaplanowalam male przyjecie dla Bi, a wiedzialam, ze jesli sie poklocimy, to malzonek bedzie burczal, chodzil niczym gradowa chmura, a ja bede swiecic oczami przed kolezankami, albo po prostu wezmie i zniknie... Nie mowiac juz o tym, ze byl to dzien urodzin Bi i jak by sie ona czula gdyby tatus trzasnal drzwiami i znikl na caly dzien, co robi po praktycznie kazdej klotni?! Zacisnelam wiec zeby i odpowiedzialam spokojnie, ze dwa zajecia w jeden dzien ma tylko Bi i tylko we wtorek bo tak sie pechowo zlozylo, ze w ten dzien ma karate i trening pilki noznej. Z zadnego nie chce zrezygnowac, a ja nie mam wplywu na grafik. I tylko w ten nieszczesny wtorek prosze M. zeby zawiozl na karate Kokusia, zebym mogla dowiezc Bi prosto z pilki noznej. A na silownie jedzie zawsze mniej wiecej w tym samym czasie kiedy dzieci maja treningi plywackie, wiec czasem  pytam czy nie zabralby dzieciakow. Przeciez jedzie w to samo miejsce! Najwyrazniej jednak hrabiemu ciezko! No a to ze powinni miec kilka dni na odpoczynek? No przepraszam, ale dopiero co mieli prawie 3 tygodnie, kiedy byl tylko basen i religia. I w te dni gdzie nigdzie nie jechali, myslalam, ze chalupe rozniosa! Normalnie zachowywali sie jak po wypiciu gumisoku! Poza tym, za 1.5 tygodnia skonczy sie karate i grafik nam sie poluzuje. Na koniec maja odbedzie sie Komunia i odpadnie religia. Potem za chwile konczy sie Polska Szkola, nastepnie pilka nozna i zostaje tylko basen, z ktorego na lato mysle, ze i tak dzieci wypisze. W dodatku M. to jest taki typ, ktory sam nie potrafi sie relaksowac. Jak odpoczywac to aktywnie, a jak akurat nie ma aktywnosci, to caly dzien drzemie na kanapie i zrzedzi, ze co za nudy. A tak naprawde to malzonek cala sobote i pol niedzieli jeczal o przyjecie dla Bi i podejrzewam, ze cokolwiek gadal, to o to wlasnie sie rozchodzilo! M. jest osoba kompletnie nietowarzyska. Wkurzalo go, ze bedzie gromadka dzieci, ze beda moje kolezanki. Nie chcial z nami posiedziec, a przeszkadzalo mu, ze nie bedzie mogl rozlozyc sie przed tv w bokserkach (choc kto mu broni?). Planowal jechac do sklepu budowlanego oraz na silownie, po czym odeszla mu ochota i spedzil prawie caly czas pucujac auto. Pojechal jednak w koncu, kiedy? Kiedy przyszla pora na tort i dmuchanie swieczki. Przyzwyczajona jestem juz do tego, ze malo go obchodza uroczystosci, rocznice (chyba ze swieto koscielne i na msze trzeba jechac, to wtedy jest pierwszy), itd., no ale nie zostac zeby swojemu dziecku zaspiewac Sto Lat? Kiedys mu to Potworki wypomna, na bank. :/

Ale wystarczy malzenskich irytacji. Wracajac do naszego tygodnia. Mimo, ze juz maj, zaczne jeszcze od piatku, 30 kwietnia. Wzielam sobie tego dnia wolne, zeby na spokojnie odkurzyc i pomyc podlogi oraz obleciec sklepy spozywcze, a takze upiec biszkopt na tort Starszej. Matko i corko, jak mi bylo dobrze! Zatesknilam za byciem w domu, choc na pelen etat wrocilam do biura zaledwie 3 tygdnie temu. ;) W ten dzien Bi odpoczywa, zas Nik ma trening pilki noznej. Zanim jednak pojechalismy na pilke, przymusilam go zeby zagral dla nauczycielki skrzypiec utwor, ktory bedzie gral na koncercie. Wirtualnym niestety. :( Mlody oczywiscie strzelil focha, no ale kurcze, mial dwa tygodnie na to. Przypomnialam raz, przypomnialam drugi. On ma czas. W koncu, w piatek byl ostatni dzien na probne nagranie, zeby nauczycielka zdazyla cos poprawic przed nagraniem "koncertowym".

Widzicie to skupienie? A w tle Bi, ktora musialam ostrzej upomniec, bo caly czas nucila melodie pod nosem, dodatkowo wpieniajac Mlodszego :D
 

W koncu zagral, choc tez sie wsciekal, bo powiedzialam mu, ze to przeciez tylko kilka minut. Wezmie skrzypce i nuty, otworzy program w kompie, stanie, zagra, wysle pani. I juz. Nie wzielam jednak pod uwage, ze Nik w szkole niewystarczajaco cwiczyl owy utwor. Teraz mylily mu sie nuty, smyczek zeslizgiwal sie ze strun, musial zaczynac od nowa i zamiast kilku minutek, zrobilo sie prawie 20. Coz, czy to moja wina? :D No ale zagral, jedno odhaczone. Moglismy z czystym sumieniem pojechac na pilke. W miedzyczasie zerwal sie zimny wiatr, a temperatura zaczela spadac. Moj syn oczywiscie oprotestowal bluze, wiec machnelam reka. Sama chwile popatrzylam na trening, ale ze wichura urywala glowe, schowalam sie w aucie.

Nik to ten w bialej koszulce, zreszta widac, ze jedyny blondas. ;)
 

Po treningu Nik mial nosek czerwony niczym Rudolph, ale nadal utrzymywal, ze mu cieplo. ;) Tyle, ze pomimo maseczki, nalykal sie zimnego powietrza i zaczal... kaszlec! No ja cie! Juz mialam wizje testow na wiadomego wirusa, ale Mlody pokaszlal jeden wieczor i magicznie mu przeszlo. ;)

Sobotni ranek oraz wczesne popoludnie byly zalatane. Nik mial mecz pilki noznej. Juz na 9 rano i w miasteczku oddalonym od nas o ponad 1/2 godziny jazdy. Wiadomo jak to jest ze zbieraniem sie do wyjscia, szczegolnie z samego rana, wiec juz w drodze ostrzeglam Kokusia, ze dojazd, plus znalezienie miejsca parkingowego i na mecz powinien zdazyc, ale z rozgrzewka moze byc roznie. ;) Okazalo sie jednak, ze dojechalismy na czas, tylko co z tego, skoro nadal pizdzilo jak w kieleckiem, a w dodatek bylo ledwie 5 stopni! Nik, ktory z entuzjazmem wyskoczyl z auta, szybko do niego wrocil. Mial bluzke na dlugi rekaw a na to koszulke druzyny, ale tez niestety krotkie spodenki, choc te pilkarskie skarpety siegaja mu do kolan. Niestety, na takie temperatury to bylo za malo. Posiedzial w aucie przez wiekszosc rozgrzewki i wyszedl dopiero, kiedy czas byl zaczynac mecz.

Nie pamietam juz co to za akcja sie tu podziala. Ktos lezy na ziemi, a Nik przebiega obok niego w poscigu za pilka, ktora mozna dojrzec za noga przewroconego gracza ;)

Na szczescie, biegajac szybko sie rozgrzal. Kiedy trener zdjal go z boiska (dzieciaki od czasu do czasu sa wymieniane, zeby kazdy mial szanse pograc) podeszlam i spytalam czy chce schowac sie na chwile pod moja kurtke, ale oznajmil, ze mu cieplo. Zreszta, byl zbyt zajety bieganiem wzdluz boiska, dopingujac kolegow. Niestety, doping niewiele pomogl, bo przegrali 1:4. Przynajmniej tym razem z honorem. :D Ja probowalam jak zwykle byc pilnym widzem, ale pomimo, ze zalozylam gruby sweter i kurtke (taka ciensza, wiosenna), przy tym potwornym wietrze bylo mi po prostu za zimno. Od czasu do czasu szlam sie wiec zagrzac do auta, w ktorym Bi przeczekala caly mecz. Na szczescie parking byl tak usytuowany, ze boisko zaczynalo sie przed samymi maskami samochodow. Kiedy siedzialam jako kibic, widzialam tez Bi, bo przeniosla sie na przednie siedzenie. ;)

Po meczu wrocilismy do chalupy na raptem 40 minut, bo na 12 pedzilismy na lekcje z Polska Szkola. W koncu przyszedl maj i beda sie teraz odbywac w plenerze, jesli tylko pogoda na to pozwoli. Temperatura litosciwie podniosla sie do 15 stopni, ale z powodu zimnego wiatru, wszystkie klasy usadowily sie w pelnym sloncu. Podobno nie zmarzli. ;) Oczywiscie wyjazd do Polskiej Szkoly spotkal sie z karczemna awantura (Nik wykrzyknal, ze nie idzie i koniec i nie moge go zmusic!), ale tym razem na oboje mialam haka. Nikowi przypomnialam, ze powinien sie cieszyc, ze rano mial mecz ukochanej pilki, bo jego siostra tego dnia nie grala z powodu konfliktu czasowego. Bi zas, ze kolejnego dnia ma przyjecie urodzinowe, ktore moge odwolac jednym sms'em do wszystkich zaproszonych. To natychmiastowo zamknelo dykusje, choc nie powstrzymalo Starszej przed powtarzaniem polglosem "glupia polska szkola, glupia polska szkola, itd." przez wieksza czesc drogi, az powiedzialam ze ma mowic w myslach, jesli koniecznie musi, bo mnie wkurza. :D Kiedy dzieciaki mialy lekcje, ja poplotkowalam sobie z kumpela, ktora pokazala mi wianek oraz akcesoria komunijne, ktore zakupila dla swojej corki. Wiekszosc naszych rozmow teraz skupia sie na Komunii. ;)

Wrocilismy do domu prawie o 14 i osobiscie bylam padnieta jakbym to ja miala mecz i lekcje. ;) Niestety, nie bardzo dane mi bylo odpoczac. Trzeba bylo ogarnac dolna lazienke, kurze i takie tam i zaczac przygotowywac pare przystawek dla doroslych gosci, bo dzieciaki to wiadomo, slodkosci, chipsy i soczki. ;) A pod wieczor przyszla pora na przekladanie oraz dekorowanie torta. Jakos najlepiej mi sie to robi wieczorami, kiedy juz wszyscy spia i nikt nie placze sie pod nogami. A przed samym spaniem, ulozylam jeszcze prezenty dla Bi na krzesle. :)

Nowa posciel, kask, zestaw Lego i oczywiscie wykrywacz metalu
 

Co do tortu, juz kolejny rok z rzedu Bi zazyczyla sobie motyw tygrysa, tym razem jednak obrazek okazal sie sredniej jakosci. Swiezo polozony na tort wygladal tak:

Piekne, soczyste kolory...
 

Niestety, po nasiaknieciu wilgocia z polewy, w niedziele rano wygladal juz tak:

Na zdjeciu nie widac roznicy az tak, musicie uwierzyc mi wiec na slowo, ze obrazek zrobil sie lekko zamazany :/
 

Niewyrazny i rozmyte kolory! Nie zdarzylo sie tak jeszcze z zadnym z zamawianych oplatkow, a przeciez juz sporo ich wyprobowalam... No ale trudno, najwazniejsze, ze nadal bylo widac, co jest na obrazku. ;) W niedziele rano oczywiscie kosciol (i zrzedzenie M. przytoczone na poczatku), a potem dla mnie dalsza czesc przygotowan. Niby wydawalo sie nieduzo, a ledwie sie wyrobilam. Zaprosilam moje dwie dobre kolezanki z dzieciakami oraz sasiadke, z racji, ze zaproszone byly jej corki. Sasiadka jest wegetarianka, wiec stwierdzilam, ze zrobie przystawki bez miesa. Przygotowalam wiec faszerowane pieczarki oraz dwie pysznosci. Pierwsza to cukinia, ktora zapewne jeszcze powtorze, bo jak wiecie, zawsze latem mi obradza i nie wiem jak ja spozytkowac. Tym razem zrobilam plastry cukinii z pomidorem, pokropione oliwa z oliwek wraz z oregano i bazylia oraz posypane tartym parmesanem. Wszystko zapiekane w piekarniku. Niebo w gebie! Do drugiego przepisu zabieralam sie jak do jeza, bo byl z brukselkami, a tych jako dziecko nienawidzilam. Przepis byl jednak bajecznie prosty i szybki, wiec sie skusilam. Brukselka panierowana w mieszance bulki tartej i parmezanu i pieczona (nie smazona!) w piekarniku. Do tego dip ze smietany z pietruszka i szczypiorkiem z wlasnego ogrodka (bo juz wyrosly). Ta brukselka to niespodziewanie byl hit i kolezanki dopytywaly jak ja przygotowac. :)

Bardziej chyba niz z prezentow, Bi cieszyla sie, ze ma teraz podwojna cyfre w urodzinach ;)
 

Poza przygotowaniem jedzenia, trzeba bylo jeszcze rozlozyc przekaski dla dzieciakow, ogarnac kuchenke i blaty, a potem przypomnialam sobie, ze mialam przeciez wylozyc pierdolki zeby zajac czyms dzieciaki jesli beda sie snuc bez celu. Kupilam male wind chimes (takie dzwoneczki, ktore wiesza sie zeby dzwieczaly na wietrze), ktore kazde dziecko moglo sobie dowolnie pomalowac i male zestawy z doniczkami, kapsulka ziemi (ktora pecznieje w wodzie) oraz nasionami. Doniczki tez mozna bylo malowac. O ile do dzwoneczkow dalam dzieciom nasze domowe, zmywalne farby, wiec polozylam je na stole w kuchni przykrywszy go tylko ceratowym obrusem, o tyle farbki do doniczek byly zalaczone w zestawie. Nie ufalam za bardzo czy beda zmywalne, zreszta zabawa zakladala tez grzebanie w ziemi, wiec rozlozylam to wszystko na lawie przy ognisku. ;) Okazalo sie, ze takie zabawy byly strzalem w 10. Dzieciarnia choc na chwile usiadla spokojnie i (pomoglo pewnie to, ze zdecydowanie przewazaly dziewczynki) chetnie wyzyla sie artystycznie. Jedynym wyjatkiem byl syn jednej z kolezanek, ktory nie lubi takich zabaw, no ale wszystkim nie dogodzisz. ;) Ciesze sie tez, ze mlodziez w miare bawila sie razem. Na poczatku ta lub tamta byla lekko oniesmielona, ale szybko przelamali lody. Wyjatek stanowil wyzej wspomniany syn kumpeli, ale on ma lekkiego aspergera i choc funkcjonuje swietnie, to ma jednak swoje upodobania i ciezko go naklonic do zabaw z innymi dziecmi. Choc widze, ze tu przyczyna moze byc tez osobowosc, bo corka tej samej kumpeli rowniez odstawala lekko od grupy. Mala ma 5.5 roku, a w grupce byla tez dziewczynka 7.5-letnia i myslalam, ze moze sie dogadaja. Niestety, tamta spokojnie zachowywala sie na poziomie starszych dziewczynek, a malutka K. nie dosc ze jest strasznie drobniutka jak na swoj wiek, to mam wrazenie, ze jest tez slabo rozwinieta jak na ponad 5-latke. Wedlug tutejszych zasad, moglaby juz byc w zerowce i kiedy kumpela powiedziala we wrzesniu, ze przetrzymuje ja o rok, bylam zaskoczona, ale patrzac na to dziecko, faktycznie byla to dobra decyzja. Nie wiem czy ona nadaje sie do zerowki nawet w tym roku. Porownuje ja z zachowaniem i wygadaniem Kokusia, ktory w jej wieku (oboje sa z grudnia) konczyl juz przeciez zerowke i szedl do I klasy i to jest niebo a ziemia. No ale, sorki, kolezanka nie wyslala tej malej nawet do preschool, zeby przygotowac ja choc troche do szkoly. To dziecko spedza dzien ze swoim ojcem, ktory pracuje na nocki, wiec w dzien odsypia. Mala jest wiec zmuszona wiekszosc dnia ogladac kreskowki lub spac z tata. Nie chodzi do szkoly ani do przedszkola, kontakt z rowiesnikami ma wiec znikomy. W domu brat z aspergerem, a kiedy kumpela musi gdzies wyjsc, "podrzuca" K. sasiadce, ktora ma syna z... autyzmem! :O No i jak to dziecko ma sie nauczyc obcowania z rowiesnikami? Od wrzesnia idzie w koncu do zerowki i smiejemy sie z druga kolezanka, ze to biedne dziecko w koncu zazna zycia. Inna sprawa jak odnajdzie sie w grupie 20 dzieci, z ktorych wiekszosc bedzie znala prawie wszystkie literki, itd.? Bedzie odstawac, przynajmniej na poczatku, tak jak wyraznie odstawala na przyjeciu urodzinowym Bi. Oby szybko nadrobila. No coz, rozpisalam sie, a w sumie, jak to mowia, nie moj cyrk i nie moje malpy. Mam wlasne, bo moje Potworki aniolami nie sa i tez mam z nimi wlasne zgryzoty. ;)

Gwozdz programu - dmuchanie swieczki :)
 

Ta mala w czerwonych spodniach obsypala Bi confetti. Spytala wczesniej grzecznie czy moze, a ja dopiero pozniej zaczelam sobie pluc w brode, ze pozwolila. Dziadostwo bylo bowiem z tak cienitkiego papieru, ze doslownie przylepia sie do wszystkiego. Z poduszek nie moglam tego strzepac, a na deskach tarasu nadal jeszcze troche lezy, bo nawet miotla nie moge zmiesc :/
 

Moje kolezanki posiedzialy dwie godziny, po czym pojechaly, ale zostaly mi jeszcze sasiadki. Ich mama jak zwykle poleciala kulki, bo mowila, ze wpadnie z nami posiedziec, a przyszla dobre pol godziny po wyjsciu reszty gosci. Wypadalo jednak zaproponowac jej cos do przekaszenia oraz kawalek tortu i tak zostala z godzine. Dobrze nam sie gadalo, szczegolnie, ze dawno nie mialysmy ku temu okazji, ale caly czas mialam z tylu glowy mysl, ze jeszcze czeka mnie sprzatanie. :D

Po wyjezdzie wiekszosci gosci, Bi ruszyla z kolezanka na poszukiwanie "skarbow". Jesli sie zastanawiacie, to nie, nic nie znalazly :D

Impreza byla wiec w miare udana, choc po wyjsciu wszystkich, sprzatac skonczylam dopiero po 18. ;) Niby takie male przyjecie, niby papierowe talerzyki oraz plastikowe widelce, a jednak sporo sie tego uzbieralo. Jeszcze przezylam maly zawal serca, bo ktos potracil kubek z woda do plukania pedzli i kiedy weszlam do kuchni, pod stolem byla gigantyczna kaluza w kolorze fuksji oraz male strumyki rozplywajace sie po fudze. Farby niby zmywalne, ale mialam wizje jak kolor wsiaka w te fuge i zostaja one takie rozowe. Na szczescie wszystko ladnie zeszlo. ;)

W poniedzialek, po szkole oraz pracy, religia. Wszystko na wariata, bo kierowca autobusu najwyrazniej w poniedzialki nie moze sie ogarnac po weekendzie (w sumie go rozumiem) i jak normalnie przyjezdza przed 16, tak akurat w poniedzialek, kiedy mamy zajecia najwczesniej i najdalej, dociera prawie o 16:10. A na 17 musimy byc w sasiednim miescie i wypadaloby zeby dzieciaki zjadly przed wyjsciem normalny obiad... :/ A przy okazji, kolejny juz raz stwierdzam, ze kobieta, ktora prowadzi cala te przyparafialna szkolke, jest nie tylko roztrzepana, ale jeszcze klamie w zywe oczy, co wedlug mnie jest mocno slabe ze strony kogos, kto pracuje przy kosciele... ;) Pomijam fakt, ze informacje podawane na stronie internetowej, bardzo czesto zawieraly literowki, zly dzien, nie te date, itd. Ale pamietacie zebranie komunijne, na ktore przyszlo tylko 6 osob, bo zamiast wyslac rodzicom zawiadomienia, babka wrzucila informacje na strone? Wtedy tlumaczyla sie, ze wyslala listy poczta, ale maja problem z listonoszem, ginie im korespondencja, zlozyli skarge w urzedzie pocztowym, itd. Moze i bym w to uwierzyla, gdyby nie to, ze dwa tygodnie wczesniej sama powiedziala mojej kolezance (na jej pytanie), ze planuje spotkanie dla rodzicow i miala wyslac zawiadomienia, ale zapomniala! Teraz zas, na stronie szkoly wrzucila, ze na zebraniu rozdala formularze z prosba o kopie aktu chrztu dzieci i prosi o ich oddanie. Tiaaa... Na zebraniu takiego formularza nie bylo. Moze stwierdzilabym, ze niechcacy go nie wzielam, ale zadna z moich kolezanek nie pamietala zeby byl taki formularz, a kartek bylo raptem 4, wiec to nie tak, ze czlowiek sie pogubi. W poniedzialek kobita stala przed szkola i rozdawala owe formularze wszystkim rodzicom przyprowadzajacym dzieci. Kiedy go bralam, wspomniala jeszcze raz ze rozdawala je na zebraniu, a kiedy twardo oznajmilam, ze bylam tam i go nie widzialam, na bezczelnego odpowiedziala, ze lezal troche dalej, z boku. No ma baba tupet! ;) A pomijajac juz fakt, ze na sile wciska ciemnote, to serio, teeeraz sobie przypomniala o aktach chrztu?! Dzieciaki chodza na religie od pazdziernika, a ona prosi o nie niecaly miesiac przed Komunia! A gdyby ktos nie mial kopii w domu i musial jezdzic po to gdzies do innej parafii, moze kilka Stanow dalej? Jakby nie zdazyl, to co, nie pozwoli dziecku przystapic do Sakramentu?! :/ U nas zreszta okazalo sie, ze na kopii aktu Kokusia, ksiadz sie nie podpisal. Sa wszystkie informacje, jest pieczatka, tylko podpisu brak. Mam nadzieje, ze to zalicza. Zreszta, wiem ze tamten ksiadz, choc jest juz na emeryturze, czesto pomaga w tej parafii. Znaja go, to niech go sami o podpis scigaja. ;)

A wtorek to jak zwykle moj oraz Bi crazy Tuesday. :D Tego dnia tez na 17 musimy byc na zajeciach, ale na szczescie w naszym wlasnym miasteczku, wiec mozemy spokojnie wyjechac 10-15 minut pozniej. Bi miala trening pilki oczywiscie.

"Bitwa" o pilke ;)
 

Niestety, M. walczy z lazienka, wiec tym razem zmuszona bylam zabrac ze soba tez Kokusia. Na szczescie, pomimo ponurej aury, bylo w miare cieplo i w czasie kiedy Starsza kopala pilke, my poszlismy na plac zabaw.

Akurat uchwycilam moment, kiedy Mlodszy zle wymierzyl skok i przywalil goleniami w barierke. Spokojnie, nic mu sie nie stalo, skrzywil sie bolesnie, ale nawet nie rozplakal ;)
 

Mlodszy oczywiscie wariowal, skakal przez kaluze pozostale po nocnym deszczu, az w koncu zle wymierzyl skok i wpadl do jednej calymi stopami. A ze na nogach mial crocs'y, bo adidasy przemoczyl w identyczny sposob juz w szkole, to za kare reszte czasu stal ze mna przy boisku i skoczylo sie wariactwo. ;) Potem zgarnelismy Bi z treningu i popedzilismy na karate. Potwory przebraly sie w aucie, polecialy na zajecia, a matka miala 40 minut na czytanie ksiazki.

Sensei demonstruje jakies urzadzenie, dlatego wszyscy ciekawscy podeszli do sciany
 

Nowoscia jest, ze z racji, ze gubernator luzuje pomalu obostrzenia, rodzice moga teraz czekac na dzieci w budynku. Co za laskawcy... :D Niestety, w srodku nadal obowiazuja maseczki, wiec i tak wole wlasne autko. ;)

Sroda byla fajna, bo Potworki mialy skrocone lekcje, co oznaczalo, ze i ja musialam wyjsc wczesniej z pracy, zeby zdazyc przed autobusem. Juz o 1:20 bylam w domu i raaany jak mi bylo dobrze!!! :D Przypomnialy mi sie calkiem przeciez niedawne czasy, kiedy jezdzilam sobie do pracy na godzinke, a potem juz spedzalam czas w domku. :) Na spokojnie wstawilam pranie, pozmywalam recznie to, co nie nadaje sie do zmywarki i pokrecilam sie po chalupie, delektujac "wolnoscia". Oczywiscie pozorna, bo nadal pracowalam, tylko z biura domowego. ;) Potworki wpadly i z racji wolniejszego dnia ublagaly pozwolenie na elektronike. A niech im bedzie, zreszta musialam miec troche spokoju zeby skonczyc prace. ;) Na szczescie tez, w te krotsze dni oboje wracaja z domu zaraz po lunch'u, nie byli wiec glodni i nie awanturowali sie od momentu przekroczenia progu domu. Jednak to prawda, ze Polak glodny to zly. :D Pod wieczor mieli trening druzyny plywackiej i tu niestety juz troche sie umarudzili, ale spodziewalam sie w sumie gorszej afery. ;)

Rzadka chwila, kiedy oba Potworki doplywaja do scianki w tym samym czasie :)
 

Troche poprawilo im humor to, ze plan na wakacje zaklada wypisanie ich z druzyny. Ogolnie latem raczej nie planujemy zadnych zajec dodatkowych, wystarczy, ze i tak beda spedzac dni na polkoloniach. Bi oczywiscie juz teraz oznajmia, ze po przerwie letniej w ogole nie chce byc z powrotem zapisana na plywanie. Szkoda, ale chyba tak bedzie lepiej dla mojej psychiki. Mam tylko nadzieje, ze Nik bedzie chcial dalej plywac. Dla jego wady postawy to wymarzony sport i dobrze by bylo zeby byl na basenie chociaz raz w tygodniu. Ale zmuszac i sluchac takich jekow jak ostatnio tez nie mam ochoty. Jak zwykle wiec, czas pokaze i zweryfikuje...

Czwartek to byl kolejny dzien skroconych lekcji, a dla mnie skroconej pracy. Yuhuuu! ;) Z tej okazji pomyslalam, ze zaprosze do nas ulubionego kolege Kokusia. Jakis czas temu Mlodszy byl u nich, a w niedziele spytal gorzko dlaczego Bi miala na urodzinach najlepsza przyjaciolke, a on na swoich nie mial ukochanego kumpla. No fakt. Przyjecie Bi bylo na dworze, a przy tym jej przyjaciolka to sasiadka. Urodziny Kokusia byly w grudniu, w domu i mialam wrazenie, ze wtedy ludzie jednak jeszcze tak sie nie zapraszali... W kazdym razie, zeby mu to jakos zrekompensowac, stwierdzilam, ze akurat lekcje sa skrocone, a wiec jest i okazja do zaprosin. Oczywiscie, w obecnych czasach nic nie jest proste. Ustalilysmy bowiem z mama H., ze przyjedzie on po prostu do nas autobusem, razem z Nikiem (normalnie jezdza innymi). Tymczasem rano dostalam od niej sms'a, ze z powodu koronaswirusa, dzieciom nie wolno jezdzic innym autobusem poza "swoim". No co za glupie rozporzadzenie! Rozumiem, ze chodzi o sledzenie ktore dzieci mialy ze soba kontakt w razie czego. Ale, po pierwsze, no bez przesady, przeciez dzieci nie zmieniaja autobusu non stop, a jak juz raz w miesiacu jakies zmieni, to czy tak trudno to zapamietac? A po drugie, wszystkie jezdza w maseczkach, wiec ryzyko zarazenia jest znikome... No ale nie, to nie. Co teraz? Mama i tata chlopca pracuja, wiec nie mial kto go do nas przywiezc. Normalnie zglosilabym, ze odbiore dzieciaki osobiscie i odebrala H. razem z nimi (jego mama musialaby zglosic w szkole, ze bedzie odebrany przeze mnie; niestety to nie Polska, ze dzieci moga sobie same wyjsc ze szkoly i isc gdzie chca). Ale, ze jestem teraz znow w pracy, a i tak urywalam sie wczesniej juz drugi dzien (nie mowiac, ze kolejnego mialam wziac ranek wolny, a po poludniu znow pracowac z domu...), wolalam nie wychodzic jeszcze pol godziny wczesniej zeby odebrac dzieciaki. Odpisalam wiec mamie, ze szkoda, trudno, innym razem. Po czym powiedzialam Nikowi, ze H. nie przyjedzie, a ten z rozczarowania... poplakal sie i zamknal w lazience! :O Przykro mi sie zrobilo ze wzgledu na Mlodszego, bo on jednak duzo rzadziej ma kolegow do zabawy niz Bi, z racji, ze jej przyjaciolka mieszka na naszej ulicy, a naprzeciwko tez mamy dziewczynke w zblizonym wieku. Kilka minut pozniej przyszlo mi do glowy, ze przeciez H. po lekcjach chodzi na swietlice, wiec kiedy Potworki przyjada do domu, moge zapakowac ich do auta i po niego pojechac! Znow napisalam do jego mamy, ktora zawiadomila szkole (na szczescie jest nauczycielka w innej placowce w naszym miasteczku, wiec wszyscy ja kojarza) zeby wydali mi H. ze swietlicy. Mowie Wam, tyle ceregieli, zeby mlody mogl przyjechac pobawic sie po szkole z Nikiem! :D

W kazdym razie, dzieciaki przyjechaly i bez przeszkod pojechalismy do szkoly po H., gdzie zostalam wylegitymowana (bezpieczenstwo ponad wszystko ;P), zabralam nadprogramowe dziecko i wrocilismy do domu. W miedzyczasie okazalo sie, ze nie tylko ja korzystalam z wolniejszego popoludnia, bo napisala do mnie sasiadka czy dzieciaki nie chcialyby przyjsc sie pobawic. Odpisalam, ze Nik ma kolege, ale Bi na pewno bedzie chetna. Udalo mi sie wiec "pozbyc" corki, a potem przywiozlam chlopcow do domu. Niestety, akurat tego dnia u sasiada scinali drzewa zaraz obok naszej chalupy, zabronilam wiec chlopakom wychodzic, zeby cos im na glowy nie pospadalo. W rezultacie, jak wsiakli w Minecraft'a na konsoli, tak oderwalam ich tylko na krotki spacer zeby odebrac Bi od sasiadki. Czasy sie zmieniaja. Kiedys, kiedy do dzieciakow przyjezdzali koledzy (szczegolnie do Nika), mialam oczy wokol glowy i nie nadazalam z przenoszeniem sie z domu, na podworko, z przodu ogrodu do tylu, itd. Bylo dzikie ganianie, piski i glupie pomysly. A teraz prosze. Chlopcy siedzieli w jednym miejscu, na kanapie w pokoju zabaw, a ja moglam spokojnie przygotwac im jedzenie i jeszcze usiasc z kawa. ;)

Pomimo wiec, ze wcale za duzo ruchu nie mieli, po wczesniejszym zakonczeniu lekcji i wyzytach (u) kolegow i kolezanek, Potworki byly lekko wymordowane. Oboje stekali, ze nie chca jechac na karate, ktore przeciez uwielbiaja! :O Chyba faktycznie odbija sie i na nich napiety grafik i praktycznie codziennie jakies zajecia. Na szczescie karate to jeszcze tylko 1.5 tygodnia, a w zasadzie 3 zajecia. Potem czwartki beda mieli wolne, a we wtorki Bi bedzie miala tylko pilke nozna. 

Czwartek byl wiec calkiem udany towarzysko (dla dzieci), ale za to ogolnie caly tydzien srednio poszedl "lazienkowo". Pomieszczenie nadal jest kompletnie rozbabrane, M. zdazyl jedynie polozyc sufit, ale to akurat zajelo mu ledwie godzinke ktoregos dnia. A! Kupil tez w koncu wybrane kafle i zamowil te na podloge. Podobno maja przyjsc w ciagu tygodnia. Pozyjemy, zobaczymy. Zamowil tez czesc kafli na sciany, bo w sklepie nie mieli na stanie wystarczajaco, ech. Poza tym wiekszosc czasu jezdzi po pracy oddajac niepasujace czesci, wraca do domu prawie o 17, a potem juz niewiele czasu jest na cokolwiek. :/ Jak zwykle przy remontach, ciagle cos jest nie tak. Najpierw rurki i kolanka do podlaczenia wanny nie pasowaly jak trzeba. Potem przyslana armatura miala raczke zupelnie innego koloru niz reszta zestawu. A na koniec wanna, po rozpakowaniu, okazala sie peknieta! :O Normalnie jeszcze z niczym nie ruszyl, a juz ciagle cos jest nie tak! :/

A dzis rano (w piatek) jak wspomnialam, bralam wolne. Ale o tym juz kolejnym razem. ;)

Pozdrowienia!

niedziela, 2 maja 2021

Matka od dekady, czyli Bi konczy 10 lat

Wiem wiem, 2 maja to swieto calkowicie nalezace do Bi, ale nie moge sie powstrzymac, zeby nie pomyslec w tym dniu rowniez o sobie. W koncu to ja 9 miesiecy ja dzwigalam w coraz wiekszym brzuchu, a potem rodzilam 30 godzin. ;) Nie mowiac juz o tym, ze to takie "ladne", okragle urodziny, a "matka od dekady" brzmi tak podniosle. W koncu, 10-lecie macierzynstwa przekracza sie tylko raz. Nawet kiedy Nik skonczy 10 lat, to ja bede juz matka od latek dwunastu. :D

I to byloby tyle o mnie. Jak zwykle w urodziny Potworkow patrze wstecz i nie moge uwierzyc, ze to juz tyyyle czasu, a ja mam wrazenie, ze przeciez dopiero co sie urodzili, dopiero co sie turlali, a potem stawiali pierwsze kroki, pojawialy sie pierwsze zabki, slowa, klotnie, przytulasy i buziaki... Ech, bede plakac... ;)


 Jaka jest Bi, to wiekszosc z Was wie. Piekna, oczywiscie (dla mojego, bardzo nieobiektywnego oka ;P), ale poza tym to panna o niezlomnej woli, czyli uparta jak osiol, ale dzieki temu tez ambitna. Nie moze zniesc kiedy jej cos nie wychodzi, a juz bycia w czyms slabsza niz mlodszy brat nie trawi kompletnie. ;) Jest butna, pyskata i nie waha sie wyrazic wlasnego zdania. To znaczy w domu, bo ze szkoly dostaje na temat jej zachowania same pochwaly. Czasem zastanawiam sie czy jest mowa o tym samym dziecku. ;) To nerwus, przy czym czasem szlag ja trafia o takie drobiazgi, ze brakuje mi slow. Jak ktoregos dnia, gdy spytala mnie czy w nocy bedzie cieplo, bo poprzedniej bylo jej goraco, a ja (ze smiechem) odpowiedzialam, ze jak zajrzalam do jej pokoju to byla zakryta po szyje i moze byloby jej chlodniej gdyby sie tak nie przykrywala. Moje dziecko oburzone natychmiast burknelo, ze wcale nie byla przykryta, bo bylo jej za cieplo. Ja, ze widzialam na wlasne oczy kiedy zajrzalam do jej pokoju kladac sie spac. Panna juz czerwona ze zlosci, ze na pewno nie! Ja (nadal ze smiechem, bo przeciez nic sie nie dzieje), ze nastepnym razem zrobie zdjecie. Bi nadal idzie w zaparte, ze nie i juz! Ja smieje sie, ze przeciez widzialam na wlasne oczy. Po doslownie minutce takiej wymiany, Bi zaczela tupac nogami i kwiczec z wscieklosci, ze nie byla zakryta, nie i nie i NIE i koniec! I niestety zebrala ochrzan, bo przeciez nie chodzilo o nic waznego, a urzadza sceny jakbym kazala jej nagle wypucowac cala chalupe. :/

Jak wspomnialam, z Kokusiem regularnie dra koty. Na szczescie Mlodszy nieco sie ogarnal i juz nie daje sie siostrze wiecznie popychac i szturchac. Nie oddaje jej (jeszcze), ale werbalnie daje jasno do zrozumienia, ze cos mu sie nie podoba. W rezultacie, z obu sron, slyszymy ciagle "You're idiot!" albo "Shut your fat mouth!". ;) Taaa... Kochajace sie rodzenstwo. W calej swojej niecheci do Nika, mimo ze oznajmia bez skrepowania, ze nie chciala miec brata, Bi (jesli ma ochote) potrafi wymyslac dla Kokusia rozne zabawy i zajecia. Np. na Wielkanoc urzadzila dla niego male, prywatne poszukiwanie jajek w domu i poswiecila na to swoje wlasne drobiazgi, jak gumki do zmazywania czy czekoladki. Ma wiec panna przyplyw uczucia czasem. :D

Jakis czas temu lalki Barbie poszly w odstawke. Bi oddala wiekszosc lalek mlodszej siostrze swojej najlepszej kolezanki. Nadal lubi jednak Lego, szczegolnie serie Friends i jakas ich wersja zawsze znajduje sie na liscie, a to do Mikolaja, a to Zajaczka. Przezywa tez ostatnio faze na "finger knitting", czyli zaplatanie wloczki, ale nie na drutach, tylko na palcach. Poki co robi tuziny bransoletek dla wszystkich czlonkow rodziny, kolezanek ze szkoly, z druzyny pilkarskiej, itd. I podejrzewam, ze na bransoletkach sie skonczy, choc zgodnie z prosba Zajaczek przyniosl jej kilka motkow wloczki. ;) Lubi takie manualne zajecia. Kiedys byl okres, ze ciagle rysowala, teraz wycina, wykleja, skleja, sklada origami, itd. Na urodziny dla kazdego z zapowiedzianych gosci, sklada pudeleczka oraz papierowe samolociki. Nie wiem czy jest to cos, co wzbudzi zachwyt mlodocianych gosci, nie mniej mile jest, ze Bi ma chec wlasnymi raczkami stworzyc cos dla innych.

Na urodziny zazyczyla sobie... wykrywacz metali! No kto by pomyslal... Nie jestem wielka zwolenniczka podzialu na rzeczy chlopiece i dziewczece, ale takiej prosby ze strony dziewczynki sie nie spodziewalam. ;) Nie wziela sie ona jednak znikad. Odkad mamy telewizje, i Bi i M. stali sie wiernymi fanami programu "Australijscy poszukiwacze zlota" i zapragnela tez pobiegac z wykrywaczem. Co prawda uprzedzilam ja, ze na naszym ogrodzie znajdzie najwyzej pare gwozdzi, ale moze bedzie miala wiecej szczescia na jednym z kempingow? ;) Oprocz wykrywacza, kupilam jej tez wielki zestaw Lego, ktory miala na liscie do Zajaczka, a takze nowy kask rowerowy oraz zestaw poscieli. Bi narzeka bowiem od dluzszego czasu, ze ma rozowy kask, rozowa posciel, a ona przeciez nienawidzi koloru rozowego. No to choc troche rozu odejdzie w zapomnienie. ;)

Czeka na Komunie. Nie na przyjecie, bo tego miec wlasciwie nie bedzie i nie na prezenty, bo nie ma pojecia jaaakie podarunki potrafia dostac polskie dzieci. Po prostu, bedac w kosciele co niedziele, napatrzyla sie na tate oraz czesto mlodsze od siebie dzieci, przyjmujace niemal co msze oplatek i zapragnela w koncu tez dostapic tego zaszczytu. Kokusiowi to, mowiac krotko, zwisa i powiewa, ale dla Bi tokolejny krok w kierunku doroslosci. :) W ogole od jakiegos czasu w kosciele (zazwyczaj) siedzi grzecznie i w skupieniu. Nik wierci sie, kreci, probuje klasc na lawce, zagaduje. Bi tylko od czasu do czasu spyta ile jeszcze. :)

Wybrzydza ze sportami, przy czym czesto jej sie odmienia bez przyczyny, czy ostrzezenia. ;) W tej chwili pilka nozna jest naj, potem karate, lyzwy sa fajne (choc nie jezdzila od listopada), jazda na rowerze tez ujdzie, plywanie zniesie, natomiast narty oraz tenis to zuo straszliwe. :D Ciesze sie jednak, ze chociaz sprobowala kazdego z tych sportow. Kiedys moze znajdzie jakas wielka pasje i przy niej zostanie.

Lubi zwierzeta. Zawsze chetnie uczy sie o nich czegos nowego i namietnie oglada filmy przyrodnicze. Sceny polowan, ktore mnie przyprawiaja o mdlosci, dla niej sa tylko "natura". ;) Ukochanym zwierzeciem sa nadal tygrysy. Z tych mitycznych upodobala sobie smoki. Czyli im drapiezniejsze tym lepiej, nie dla niej juz lagodne jednorozce, ktore byly wielka miloscia 2 lata temu. ;) Choc tak naprawde, ze stworzen, ktore pojawiaja sie w naszym ogrodzie, zachwyt wzbudzaja i ptaki i kroliki i lisy i sarny i niedzwiedzie (!) i kot sasiadow. ;) Namietnie wyszukuje na ogrodzie mrowiska i wystawia mrowkom przed wejscia okruchy zebrane przy posilkach. :D A potem obserwuje jak insekty znosza je do srodka. Nasza Maye tez darzy miloscia ogromna. Glaszcze, caluje (!), przytula, wypuszcza kiedy wydaje jej sie, ze siersciuch chce wyjsc, nalewa swiezej wody, sypie karmy. Szkoda, ze min jeszcze nie chce zbierac. ;) Panicznie boi sie wszystkiego, co ma zadla, czyli pszczol, os, trzmieli. Nawet przelot nieszkodliwej muchy wywoluje atak paniki, pisk i ucieczke do domu. Nienawidzi pajakow. Nawet najmniejszy powoduje schowanie sie za matke czy ojca z nakazem: "ubij!". Tu czesto konczy sie afera, bo Nik z kolei placze, zeby pajeczaka zlapac i wypuscic na dworze. I wez dogodz obojgu. ;)

Fizyczne zmiany leca jedna za druga przez ostatnie polrocze. Co prawda "zabkowanie" (:D) stanelo chwilowo w miejscu, ale za to dojrzewanie jest w natarciu. Wypryski na buzi pojawiaja sie jeden za drugim. Potek spod paszek ostro zajezdza cebulka. Tego ostatniego poki co az tak dorosly nie poczuje, z racji, ze Bi brakuje wzrostu, ale jak zarzuci ci rece na szyje i sie do niej pochylisz, to coz... fuj. :D Wloski pojawiaja sie w miejscu intymnym, a ja zaciskam kciuki zeby okres moze jeszcze poczekal z rok, dwa. Wiecie, jak cos sie dzieje, czy gdzies jedziemy, zawsze staram sie tak to ustawiac (jesli moge) zeby ominac swoje dni. A czesto i tak mi sie poprzesuwa i doopa. Dopasowanie wszystkiego do dwoch kobiet, to bedzie wyzsza szkola jazdy... ;) Nie mowiac juz o tym, ze Bi, jak to dzieciak, ma wybitna niechec do higieny osobistej. Nadal musze ja gonic do mycia zebow, kapiel to foch i marudzenie, na sugestie mycia pod pachami robi oczy jakbym kazala jej zrobic cos niemozliwie szokujacego... Jedynie buzie myje bez przypominania, bo sama chce byc ladna, wypryski ja denerwuja i kiedy zasugerowalam, ze regularne mycie moze pomoc, szoruje gebusie z wlasnej, nieprzymuszonej woli. :) Dodac do tego higiene intymna podczas miesiaczki. Ja pierdziele. Mam nadzieje na jeszcze dluzsza chwile spokoju od tego. ;)

Jak zwykle bilans bedzie gdzies w lipcu, wiec poki co nie mam aktualnych wymiarow. Dopisze jak je uzyskam. :)

Taka mnie naszla refleksja, ze dziecinstwo Bi dobiega konca. Te pierwsze 10 lat jest takie najfajniejsze dla rodzica. Na poczatku oczywiscie mama i tata sa calym swiatem. Potem pojawia sie przedszkole, szkola, pierwsze przyjaznie, itd., ale nadal rodzice sa blisko. Kolejna dekada to juz bedzie ped ku dorolosci, bo 20-latek to juz zdecydowanie osoba dorosla. Te 10 lat to narazie nie tak duzo. Bi nadal potrzebuje mnie i M., pragnie naszej akceptacji, poczucia bezpieczenstwa (nawet jesli sama nie zdaje sobie z tego sprawy :D), ale juz przy wyborze czy chce spedzic czas z nami czy z przyjaciolka, bez mrugniecia okiem wybierze przyjaciolke. Za 3-4 lata podejrzewam, ze niewiele bede wiedziec o jej zyciu poza domem. Mam nadzieje, ze cos tam bedzie opowiadac o swoich relacjach z kolezankami (i kolegami), ale kto wie... Zaczna sie pierwsze podkochiwania, pierwsze wyjscia z rowiesnikami bez ciaglej kontroli doroslych. Ja pewnie bede sie trzesla, zeby nie pojawila sie niechciana nastoletnia ciaza, Bi pewnie bedzie przewracac oczami i twierdzic, ze nic nie wiem o zyciu. Przyjdzie czas na najwazniejsze szkolne egzaminy, wybor college'u, a potem wyfrunie mi corka z gniazda... Tak, wybiegam daleko w przyszlosc, tylko ze te lata biegna mi coraz szybciej i szybciej i nie moge uwierzyc, ze juz za 4 lata Bi rozpocznie high school. Potem kolejne cztery i wyjedzie z domu prawdopodobnie na zawsze, wracajac przez pewien czas tylko na wakacje i swieta... Smutne... To kolejna wada posiadania dzieci z mala roznica wieku. Wyjedzie na studia Bi, rok pozniej Nik i dom zostanie pusty. Maluch, ktory zostalby jeszcze kilka lat w domu, zdecydowanie bylby osloda... 

No, ale to mial byc post o Bi, a sa moje macierzynskie smuteczki... ;) Wrzucam wiec mala retrospekcje:

11 miesiecy

2.5 roku. Juz zapomnialam jakie ona miala cudowne kedziory...


5 lat

Szesc lat i pierwsza szczerba ;)

8 lat. Milosniczka konisiow :D

No i aktualne, z przymierzania komunijnych wiankow. Kto, spojrzawszy w te oczyska, uwierzylby, ze to taka kaczerbicha?! :D

 Sto Lat, Coreczko! Rosnij zdrowa i coraz madrzejsza! Obys zawsze miala te niezlomna wole, oby zycie Cie nie zlamalo! Zachowaj chec obdarowania innych i milosc do zwierzat! Kochamy Cie z tata bardzo mocno!

piątek, 30 kwietnia 2021

Sukienkowo - lazienkowo - sportowy miszmasz

W zeszly piatek przyszly w koncu trzy inne zamowione przeze mnie sukienki komunijne, choc tak naprawde nam obu z Bi podobala sie tylko jedna. Dwie inne zamowilam w akcie desperacji, na wypadek gdyby tamta okazala sie jednak brzydka lub jakosciowo niczym "szmatka". Wiadomo jak to jest z internetowymi zamowieniami; to troche jakby kupowac kota w worku. ;) Na cale szczescie, ta upatrzona sukienka jest sliczna. To znaczy, sliczna dla mnie oraz Bi, bo to w koncu rzecz gustu.

Zostawimy chyba tez ten wianek, choc tu jeszcze sie ciagle waham...
 

O czyms takim jednak od poczatku myslalam: prosta, ale elegancka, z ozdobnym paseczkiem. Jedyne co, przyczepic sie moge do dwoch rzeczy. Pierwsza to dlugosc. Wyobrazalam sobie jednak sukienke niemal do ziemi, a ta siega Bi lekko powyzej kostki. Druga rzecz wyszla na niektorych zdjeciach. Sukienka ma mianowicie podszewke, ale ta konczy sie okolo 15 cm wyzej niz brzeg kiecki. I w niektorym swietle, ta koncowka pod ktora nie ma podszewki, lekko przeswituje.

Na tym zdjeciu widac wlasnie ten przeswitujacy dol
 

Poza tym jednak sukienka jest jakby szyta na Bi. Gora lezy idealnie. Podoba mi sie szczegolnie to, ze nie widac sterczacych zalazkow piersi. Sukienka, ktora przymierzala w sklepie, miala gore tak uszyta, ze te "guziolki" sie wyraznie odznaczaly i juz martwilam sie, ze bede musiala szukac Bi stanika zeby je jakos zamaskowac. :D Na szczescie to jednak kwestia kroju. A ze jest krotsza niz sobie umyslilam? Trudno. Bi bedzie miala rajstopki oraz eleganckie buciki i powinno to w miare wygladac.

Zeby zas nie bylo, ze wylacznie Starsza jest tu "gwiazda", pokaze Wam Kokusia. Przyszedl jeden z zamowionych garniturow i lezy jak ulal. Nie moge sie po prostu napatrzec jak on w nim przystojnie wyglada! Moj maly mezczyzna. <3 Koszula jeszcze nie przyszla, a krawat moze dostanie na nastepnej religii, wiec poki co fota zrobiona z gola klata. ;)

Przystojniak :)
 

Niestety, zamowione eleganckie buty przyszly za duze. Normalnie moze i bym je zostawila na wyrost, ale niestety, kiedy Nik szybciej chodzil, wyraznie obsuwaly sie na pietach. Zwariowac mozna z tymi rozmiarowkami, co marka, to inna! W kazdym razie, buty zmuszona bylam odeslac i wymienic na mniejsze. Mam nadzieje, ze tym razem beda pasowac.

W piatek Nik mial tez wyczekany pierwszy trening pilki noznej tej wiosny. Trener chlopakow jest oczywiscie mlodziutki i pryszczaty, ale przynajmniej dorownuje energia swoim podopiecznym. ;) Dla rownowagi, musi sie bardziej wysilic zeby utrzymac jako taka dyscypline. Na szczescie to juz nie sa maluszki, tylko 9-10 latki, ktorzy wiedza, ze chca grac, wiec sami siebie pilnuja. Nawet Nik (najmlodszy jak zwykle), ktory na jesien jeszcze rozrabial niczym pijany zajac, teraz karnie wykonuje cwiczenia. Oczywiscie, jak to u chlopcow, nie obylo sie bez zartobliwych przepychanek oraz obrzucania trawa. ;)

Trening na zewnatrz, ale maseczki musza byc, ech... :/
 

Ogolnie Mlodszy zachwycony, choc tu chodzi chyba glownie o to, ze w ogole moze grac, bo juz bylo blisko do odpadniecia ich druzyny z braku trenera. Chociaz, jak tak patrzylam na treningu, bylo tam przynajmniej 4-5 tatusiow, ktorzy zywo dyskutowali na temat pilki oraz umiejetnosci swoich synow. Przesiedzieli cala godzine, wiec raczej sie nigdzie nie spieszyli. I co, zaden nie mogl zglosic sie do trenowania chlopakow? :/

Skoro sezon pilki noznej sie zaczal, przez jakis czas sobotnie poranki beda mi uplywaly pod znakiem meczow. W te sobote pierwszy byl Kokusia, o brutalnej (jak na sobotni ranek) porze, bo niby o 9, ale rozgrzewka zaczynala sie juz o 8:30. To nie jest pora (w weekend), ktora Agatki lubia najbardziej. ;)

Obronca Nik (zaznaczony strzalka) czai sie z boku zeby w razie czego odkopnac pilke ;)
 

Niestety, tym razem druzyna ma kilku nowych czlonkow, a wszyscy sa nieco "zesztywniali" po zimie, wiec choc grali niezle, przegrali. I to z hukiem, bo 7:0. :O Nie bardzo sie jednak przejeli, twierdzac filozoficznie, ze to pierwszy mecz i musza sie wprawic. No, zobaczymy. ;) Po meczu udalo nam sie skoczyc na stacje benzynowa, bo auto wolalo jesc, potem na moment do domu i pora byla jechac na rozgrywke Bi.

Bi "atakuje" pilke ;)
 

I tu niespodzianka. Dziewczyny graly przeciwko innej druzynie z naszej miejscowosci. Jakos tak dobieraja dzieciaki, ze w przeciwnej znalazlo sie kilka dziewczynek, ktore wczesniej graly z Bi. W tym jedna, ktora gra bardzo dobrze, potrafi sprawnie przejac pilke i z determinacja pedzi z nia przez boisko. Pewnie nie pamietacie, ale zeszloroczna druzyna Bi ani razu nie wygrala. Raz udalo im sie zremisowac, poza tym dziewczyny przegraly kazdy mecz. ;) Widzac wiec tamta mocna dziewczynke w przeciwnej druzynie, z gory spisalam te rozgrywke na straty. A tu niespodzianka, bowiem "nasze" dziewczyny wygraly i to bodajze 3:0! Stracilam rachube, bo zerkalam tez co chwila na Kokusia, ktory szalal z gromada dzieciakow, ktore tak jak on przyjechaly kibicowac rodzenstwu. ;)

Pilkarzyki. :) Nie, Nik nie gral w crocs'ach; po prostu zdazyl juz przebrac buty ;)
 

Reszta soboty uplynela glownie na swiezym powietrzu, bowiem pogoda byla przepiekna. Po chlodnym ranku (6 stopni!), temperatura doszla do 18, z kilkoma tylko obloczkami na niebie. Zreszta, przez poranny chlod nie docenilam mocy slonca.Wystarczyla godzinka na meczu Kokusia ze sloneczkiem swiecacym mi prosto w twarz, zebym wyszla z niego ze zjaranym na raczka czolem. ;) Potworki zreszta tez maja wyraznie zaczerwienione policzki. Jak zwykle wiosenne slonce wzielo mnie z zaskoczenia. ;) Po poludniu wybralismy sie na wiosenny spacer, a potem zabralismy sie za prace w ogrodzie. Malzonek chcial skosic w koncu chwasty, bo tych w tej chwili wiecej jest na trawniku niz trawy. ;) I w koncu skosil, choc godzine (i wiele przeklenstw) zajelo mu uruchomienie kosiarki, ktora po zimie wyraznie nie miala ochoty na blizsza wspolprace. :D Ja zas zawzielam sie i postanowilam wkopac wszystkie bulwy, ktore lezaly w garazu i czekaly, czyli 6 lilii i 25 mieczykow. Zarowno moje nogi jak i plecy odczuly prace w kuckach, ale kwiatki zostaly zasadzone. Co prawda zastanawiam sie czy cos z nich bedzie. O moich watpliwosciach co do mieczykow, juz Wam pisalam. Poza tym jednak, kilka tygodni temu wkopalam dalie oraz piwonie. Oba mialy wyraznie zywe, kielkujace korzenie. Posadzilam i... nic. Minely juz przynajmniej 2-3 tygodnie i zadna nie puscila ani jednego, marnego kielka. :/ A poza bulwami, rozsadzilam tez hosty, ktore wykopane z ich poprzedniego miejsca, cierpliwie czekaly na swoja kolej. Przy okazji wyszlo jak mocne sa to bestie. Z miesiac lezaly na kamykach, z korzeniami na wierzchu i nie tylko nie padly, ale jeszcze zaczely puszczac liscie. Rozsadzilam je po ogrodzie i zobaczymy. Jak je znam, to nawet jak w tym roku beda rosly opornie, to w przyszlym juz wypuszcza liscie pelna para. :)

Spieszylam sie z tymi bulwami i hostami, bowiem na niedziele zapowiadali deszcz. Poczatkowo mialo padac caly ranek i czesc popoludnia, potem przesunelo sie tylko na godziny poranne, a koniec koncow i tak padalo tylko przelotnie. ;) Ale tenisa odwolali, ku radosci Bi. Ja rowniez poczatkowo sie ucieszylam, dopoki nie uswiadomilam sobie, ze w nastepna niedziele chce urzadzic Bi przyjecie urodzinowe, wiec na tenisa znow nie pojada... No coz... Po calym tygodniu bylam dosc padnieta, wiec odetchnelam z ulga, ze przyszedl jeden dzien, kiedy nic nie musze. :)

Poza tym, w niedziele nie wydarzylo sie nic poruszajacego, poza dostawami butow komunijnych dla Potworkow. Na te Bi dosc dlugo czekalismy, a kiedy przyszly, okazaly sie za duze. Ech... Najgorzej, ze z tego akurat fasonu nie maja mniejszych, a byly to jedyne buty, ktore podobaly sie i mi i Starszej. Trzeba bylo podjac poszukiwania od nowa. Niestety, Bi walczyla jak lwica o najprostszy, najnudniejszy (w moim odczuciu) fason. Ja sama jestem za prosta elegancja, ale ze sukienka Bi bedzie zwyczajna az do bolu, chcialam, zeby butki miala choc tyci bardziej ozdobne. Wiecie, bez kiczu, ale chociaz mala kokardka, kwiatuszek, albo jakies blyszczace koraliki. Nie i juz. :/ W koncu machnelam reka. Niech ma te, ktore chce. I tak pewnie wiecej ich nie zalozy...

Przyszedl tez mniejszy rozmiar butow Kokusia i to az dwie pary! Gdzies zaszla pomylka i dostalam jedna przesylke, a godzine pozniej inne auto dostarczylo kolejna. :D Skontaktowalam sie z Amazonem, ale na szczescie nie zostalo mi policzone za druga pare, a przedstawiciel z ktorym rozmawialam powiedzial, ze moge ja sobie zostawic. Hmmm... Zeby to byly adidasy czy sandaly, byloby super... Druga para eleganckich buciorow mi niepotrzebna, ale spytam kumpeli, ktorej syn ma mniejsza stope niz Nik, czy nie ma ochote na darmowe, nowiutkie buty. ;) Jak nie, to wrzuce do kontenera z uzywana odzieza i juz. Ktos sie ucieszy.

W poniedzialek juz oczywiscie czekala mnie ponownie praca W PRACY. Z praca niedobrze, bez pracy jeszcze gorzej. Jak zyc? :D Dzien jakos zlecial, a po poludniu z Potworkami na basen.

Mlodszy nabiera powietrza przed nurkiem i obrotem pod woda
 

Co prawda Nikowi wlaczylo sie marudzenie, ze jest senny i nie ma sil plywac. Az dosc nerwowo obejrzalam go i obmacalam, bo zaniepokoilam sie czy jakas choroba go nie bierze. Na szczescie okazalo sie, ze to zwykle rozespanie spowodowane dluga i bujajaca jazda autobusem. ;) Teraz i tak jest postep, bo niegdys Nik regularnie zasypial w trakcie drogi do domu. :D Kiedy zjadl i chwile odpoczal, nagle magicznie wrocily mu sily. A w czasie kiedy my bylismy na basenie, M rozpoczal demolke dzieciecej lazienki. Odkladal to i odkladal, ale dluzej sie nie dalo, bo w tym tygodniu zabieraja smieci o duzych gabarytach. Gdyby nie zdazyl, czesci wanny, szafki, blatu ze zlewem oraz kibelek, siedzialyby nam gdzies (pewnie pod tarasem) az do listopada, kiedy znow zbieraja wieksze gabarytowo smieci.

To stan z poniedzialku. Obecnie nie ma juz ani kibelka, ani podlogi, ani reszty scian ;)
 

W kazdym razie cos sie w koncu zaczyna dziac, choc juz pierwszego dnia wyszedl problem. Otoz, po wyrwaniu wanny oraz jej obudowy, okazalo sie, przestrzen, wczesniej zamaskowana rzeczona obudowa, nie jest prostokatna, tylko w ksztalcie trapeza. A ze nie bedziemy wstawiac nowej obudowy, tylko chcemy klasc kafelki, najpierw M. musi postawic tam sciane. Poniewaz przestrzen z jednej strony jest sporo szersza, M. czeka dosztukowywanie desek, zeby to wyrownac. ;)

Kolejny dzien to juz moj oraz Bi crazy Tuesday. ;) Praca, szkola, to jasne. A potem pedem na pilke nozna.

Nawet nie wiem co ona probowala tu zdzialac ;)
 

Tym razem przynajmniej M. zgodzil sie przywiezc Kokusia na karate, wiec nie musialam ciagnac ze soba Mlodego. Choc okazalo sie, ze na trening ze swoja siostra przyjechal jego najlepszy kumpel, wiec Nik by skorzystal, ale coz... Brak Kokusia, na ktorego musialabym caly czas zerkac, sprawil, ze moglam przynajmniej spokojnie polazic i poplotkowac z mama kolezanki Bi, a moja sasiadka. Pytala o wrazenia z powrotu do biura, bo jej firma planuje powrot latem. Poza tym glownym tematem byly dzieci, jak to u dwoch matek. ;) Kolejny raz oczywiscie musialam wyciagnac niechetna Bi z treningu wczesniej, zeby jako tako zdazyc na karate. Dobrze ze to tak blisko. Starsza poszla, ale z jekiem oraz ociaganiem. Ciesze sie, ze lubi pilke, ale wiem, ze lubi rowniez karate, za kazdym razem przypominam, ze musimy wyjsc wczesniej (o raptem 10 minut!), a za kazdym razem musze sie naprosic. :/ W kazdym razie Bi przebrala sie czesciowo w drodze, czesciowo juz na parkingu (zaslaniajac okna w aucie, zeby nikt nie zobaczyl jej "boobies" :D) i poleciala juz bez stekania na zajecia.

Cos ta grupa sie rozrasta...

Po plotkach z sasiadka zaschlo mi w ustach, wiec szybko podjechalam do pobliskiego Dunkin' Donuts po kawe. Niestety, w obecnych czasach nawet kawy nie da sie zamowic bez ceregieli. Ja maseczka, dziewczyna obslugujaca mnie maseczka, a na dodatek miedzy nami szyba. Ona mnie nie mogla doslyszec, ja nie moglam zrozumiec, o co pyta (i zapewniam, ze to nie problem z angielskim). W rezultacie dostalam poslodzona kawe, choc nie slodze od dwoch lat i wyraznie (a wyszlo jak wyszlo) probowalam powiedziec, ze chce bez cukru. Juz mialam wrocic i zazadac wymiany, ale machnelam reka wiedzac, ze to nie wina dziewczyny tylko masek oraz szyby. W kafejce jeszcze gra muzyka i wez sie tu czlowieku uslysz. :/ Wypilam slodka, nie byla taka zla. :)

W srode zawitalo na chwile najprawdziwsze lato. Temperatura podskoczyla do 26 kresek, a wilgotnosc do 65%. Powietrze prawie mozna bylo krajac, bleee... ;) W pracy mialam dlugi meeting, z ktorego jasno wyniklo, ze nasz potencjalny termin przylotu do Polski pod koniec lipca jest malo realny, bowiem akurat w lipcu mamy zaczac badania kliniczne. Wtedy zas musze byc na miejscu i wszystko kontrolowac. Ech... Narazie jednak biletow nie przenosimy, tylko czekamy. Jak bowiem wszystkie branze, tak i nasza ma trudnosci "covidove". Nie ma odczynnikow, nie ma matrialow, itd. Jeszcze wszystko moze sie zdarzyc, nie mowiac juz o tym, ze na dzien dzisiejszy w Polsce czekalaby nas kwarantanna, wiec przylot i tak odpada. Niestety, wychodzi, ze bedziemy ostatecznie decydowac na ostatnia chwile, pod koniec czerwca albo i na poczatku lipca. :/

Sroda to rowniez trening druzyny plywackiej. Cos tam oboje mamrotali z niezadowoleniem pod nosem, ale ostatecznie pojechali bez wiekszego focha. 

Tym razem Bi przygotowuje sie do obrotu
 

Pomogly wlasnie letnie temperatury. Nik, uchachany, pojechal od razu w kapielowkach, bez spodni, a oboje cieszyli sie, ze latwo beda mogli sie przebrac. T-shirty i spodenki jednak latwiej jest naciagnac na wilgotna skore niz dlugie spodnie i bluzki z dlugim rekawem, nie mowiac juz o tym, ze na nogach mieli po prostu crocs'y. :)

Czwartek jawi mi sie obecnie jako "luzny" dzien, z racji, ze Potworki maja tylko jedne zajecia i to dosc pozno, bo na 5:45. Mam wiec wrazenie wiekszej ilosci czasu miedzy powrotem z pracy, a godzina, o ktorej musimy wybiec z domu. W ten czwartek zas, w ogole czulam luz, bo to byl czwartko - piatek. Kolejny dzien bralam bowiem wolny. ;) Jak napisalam wyzej, musialam pojechac z Potworkami na karate, ale tym razem nawet nie mialam poczucia zalu, ze moglabym ten czas spozytkowac inaczej.

Bi demonstruje prawidlowy przewrot
 

Caly dzien padalo, wiec i tak nie moglabym popracowac w ogrodzie, za to w chalupie zawsze znajda sie jakies niechciane zajecia. Tak to przynajmniej posiedzialam spokojnie w aucie czytajac ksiazke. :)

W ten sposob dotarlam do kolejnego piatku. Jak wspomnialam, wzielam sobie dzien wolny. Cholera by to wziala z tym powrotem do pracy. Wczesniej z grubsza moglam tak zorganizowac sobie robote, ze udawalo mi sie i popracowac i porobic cokolwiek innego. Teraz znow przyszla pora na liczenie wykorzystanych dni urlopu. ;) A piatek wzielam wolny, bo na niedziele zaplanowalam male przyjecie urodzinowe dla Bi. W sobote rano Nik ma mecz, a wczesnym popoludniem oba Potworki maja Polska Szkole w plenerze, wiec obawialam sie, ze jedno niecale popoludnie nie starczy mi zeby posprzatac, upiec tort oraz jakies inne ciasto i przygotowac przekaski. Na wszelki wypadek wolalam miec troche zapasu, tym bardziej, ze jeszcze trzeba bylo dokupic kilka brakujacych skladnikow oraz zrobic normalne, tygodniowe zakupy... 

Do nastepnego razu! ;)

piątek, 23 kwietnia 2021

Powrot do normalnosci - zwariowanej codziennosci ;)

Zeszly piatek byl ponury, deszczowy i chlodny, ale dzien rozswietlila mi troche wizyta kolezanki z dzieciakami. Kolezanka - nauczycielka, wiec rowniez miala caly tydzien wolny i mogla wpasc w srodku dnia, kiedy maz nie grozil napadem zlosci na szalejace dzieciaki. Ja bowiem krepuje sie zwracac uwage obcym dzieciom, a wrzeszczec na nie to juz w ogole, ale M. nie ma takich oporow. ;) Zawsze podczas wizyt kolezanek, niepokoje sie wiec czy mlodziez nie bedzie zbytnio rozrabiac i czy moj maz sie na nich nie wydrze... Tym razem "problem" malzonka mialam z glowy bowiem byl w pracy, wstydu narobila mi za to Bi. :/ Starsza dogaduje sie fajnie z corka mojej drugiej bliskiej kolezanki. Sa w podobnym wieku (E. w styczniu skonczyla 9 lat), chodza razem na religie, maja wiec wspolne tematy. Lubi rowniez zabawiac 2.5-letnia siostre E. i nie ma problemu, ze to maly huragan, za ktorym po prostu trzeba biegac i pilnowac zeby z czegos nie spadla. A moze o to chodzi. Zajecie nie wymagajace zbytniego intelektualnego wysilku. ;) Kolezanka, ktora przyjechala do mnie w piatek, ma jednak synka z rocznika Kokusia (i chlopaki swietnie sie bawili, bo obaj maja swira na punkcie pistoletow NERF) oraz coreczke - 5-latke. I niestety, Bi juz z gory stwierdzila, ze ona K. nie lubi, bo jest dziwna. Jak na moje oko, to jest to zupelnie zwyczajne dziecko, pechowo jednak nie jest w zblizonym wieku do Bi, a z kolei jest juz na tyle duza, ze ma swoje zdanie co do zabaw. Ewidentnie Bi to nie pasuje i zanim jeszcze przyjechali, Starsza oznajmila, ze nie wpusci jej do pokoju. Pieknie... Mimo mojej umoralniajacej pogadanki, przez wieksza czesc wizyty, Bi zachowywala sie wrecz skandalicznie. Chodzila za chlopakami zeby nie musiec sie bawic z K., przewracala oczami kiedy prosilam, zeby znalazla jej jakas zabawke albo dala przekaske. Raz wrecz na bezczelnego odpyskowala, ze dlaczego ona musi to robic?! A prosilam ja o to, zeby poniekad wymusic na niej choc chwilowe zajecie sie mala kolezanka... :/ Oczywiscie wszystko to otwarcie przy mojej kumpeli... Alez bylo mi wstyd... A K. przychodzila do nas - doroslych, zalac sie, ze nie ma sie z kim bawic... W koncu, kiedy Bi przyszla i spytala kiedy goscie pojada, zaznaczajac co prawda, ze ona nie chce zeby jechali (to po cholere pyta?!), nie wytrzymalam i rozdarlam sie, ze jest bezczelna, nieuprzejma i ze ma isc do pokoju i z niego nie wychodzic! Panna poszla z placzem, ale okazuje sie, ze czasem potrzebuje ostrej zje*ki, bowiem potem naaagle zaczela sie w koncu bawic z K.! Zaplotla dziecku bransoletke, znalazla lalki, itd. Dopiero po wyjezdzie gosci wytlumaczyla, ze pytala kiedy pojada, bo chciala wiedziec czy ma wystarczajaco czasu na zaplecenie tej bransoletki. Hmmm... Nie wiem czy to prawda i nieslusznie ja okrzyczalam, czy tylko sie tlumaczyla, ale fakt, ze po ochrzanie jakos "magicznie" znalazla zabawy dla malej... W kazdym razie, jak widac, wizyta wielkim sukcesem nie byla, przynajmniej z "dziewczecej" strony. Dobrze, ze chociaz Nik z kolega sie dobrze bawili...

W piatek wieczorem nagle chwycily mnie zawroty glowy. No, moze nie nagle, bo juz kilka dni czulam lekkie "bujanie" przy potrzasnieciu glowa czy innych, gwaltowniejszych ruchach. Ale teraz jak mnie dopadlo, to az zbieralo na wymioty. I to jak nagle! Czytalam Kokusiowi i czulam jak mi burczy w brzuchu. Juz przelatywalo mi przez glowe, co zjem jak skoncze, a tu przy czytaniu Bi, jak zaczela mi sie ksiazka kolysac, to odeszla mi ochota na jakiekolwiek jedzenie. :/ Nie bylam nawet w stanie wypuscic psa, bo nie czulam sie na silach wyczekiwac potem kiedy wroci... Stwierdzilam, ze najwyzej M. wypusci ja o 4 nad ranem. ;)

Myslalam, ze moze przejdzie mi jak sie przespie, ale niestety, w sobote wstalam w niewiele lepszym stanie. Nadal mialam zawroty, ledwie bylam w stanie przygotowac dzieciakom sniadanie, a do tego bylo mi potwornie zimno (ale nie mialam goraczki) i czulam sie oslabiona. Nie dalam rady nic przelknac, bo kazdy ruch szczeka powodowal nawrot nudnosci. Jakby malo bylo wszystkiego, gonilo mnie na kibelek. No cuda na kiju! Pechowo, akurat na ten dzien umowiona bylam z kumpela w sklepie z sukienkami komunijnymi. Chcialam juz zadzwonic i powiedziec, ze nie przyjade, ale zmusilam sie, zeby poczekac. Mialam juz bowiem podobne napady zawrotow wczesniej i przechodzily po paru godzinach. Tu co prawda zaniepokoilo mnie, ze nie przeszlo mi po nocy, ale usiadlam na kanapie z zamknietymi oczami i postanowilam zobaczyc co bedzie. I faktycznie, pomalu, pomalutku zaczelo mi sie robic lepiej. Kiedy w poludnie wychodzilam z domu, zawroty czulam juz tylko przy gwaltowniejszych obrotach glowa, czy tez calym cialem. Uch... Nikomu nie zycze...

Niestety, wypad po sukienki okazal sie niewypalem. Poniewaz uroczystosc Pierwszej Komunii obchodzona jest tutaj chyba wylacznie przez katolikow, ktorzy sa tylko malutka czescia spoleczenstwa, nie ma tu tak rozwinietego przemyslu komunijnego, nawet w okolicy gdzie roi sie od Polakow. Szczerze mowiac, sama z siebie zamawialabym pewnie kiecke dla Bi przez internet, ale kolezanka miala skads namiary na polski sklep sprzedajacy sukienki komunijne. Pojechalysmy wiec i... porazka. Sklep okazal sie z sukniami, ale... slubnymi. :D Mieli co prawda kilka sukienek, ale wiecej juz bylo malutkich, dla dziewczynek majacych sypac kwiatki podczas slubu. Takich w rozmiarach "komunijnych" byla garstka i w dodatku kazdy fason w pojedynczym rozmiarze. Wlascicielka przyznala, ze to takie "jednorazowki", bo niewielu ma na nie klientow. Z tej garstki, tylko jedna sukienka w miare spodobala sie i mnie i kolezance. Oczywiscie byla tylko pojedyncza, a ze Bi na jej widok wykrzyknela, ze jest okropna, to trafila sie mojej kumpeli, ktorej cora jest mniej wybredna. ;) W koncu wybralysmy inna, ktora od biedy by uszla, ale ze nie jestem do niej na 100% przekonana, to poki co wzielam numer do wlascicielki wraz z cena za sukienke oraz poprawki (krawcowa musialaby doszyc rekawki oraz ozdobny paseczek, bo sukienka jest tak prosta, ze az nudna ;P) i jeszcze sie namyslam.

To ta jedna, ktora "jakos" wygladala. Jak widac, bez szalu...
 

Zamowilam 4 sukienki z internetu, ktore wizualnie (przynajmniej na zdjeciach) bardziej mi sie podobaja i jak przyjda, to Bi przymierzy je i bedziemy sie zastanawiac. Nie wspomne juz, ze te zamowione sa prawie o polowe tansze niz ta ze sklepu i to bez ceny poprawek. :O Zreszta, do Komunii pozostalo juz tylko troche ponad miesiac, wiec zabralam sie ostro za zakupy. Jednym rzutem, wraz z sukienkami, zamowilam Kokusiowi dwa garnitury (bo nie mam pojecia jak beda lezec, ani jaki rozmiar) oraz biala koszule, a dla obojga buty do komunijnych strojow. Jak przyjda, beda przymierzac. ;) To na szczescie z nieocenionego Amazona, wiec bedzie mnie po prostu czekac kupa oddawania. :D

W sobote po poludniu pojechalismy pozegnac dziadka. Moj tata w koncu, w niedziele, polecial do Polski. Nie bez lekkiej nerwowki oczywiscie. ;) Tata jest po dwoch dawkach szczepionki, wiec wyslal (za moim posrednictwem) pytanie do lini lotniczych (KLM, a niech maja antyreklame :/) czy nadal potrzebuje testy. W odpowiedzi dostal automatyczna wiadomosc, w ktorej o szczepieniach nie bylo nic, za to miala liste wymaganych testow oraz ich rodzajow i opcji (czasem jeden, czasem dwa, czasem odstep 72 godzin, czasem 48, czasem 4 przed wylotem). Wykaz byl tak zagmatwany, ze nawet ja sie pogubilam. W koncu tata pojechal na "normalny" test w sobote, a potem jeszcze zrobil "szybki" w niedziele, dwie godziny przed wyjazdem na lotnisko. Oba wyszly negatywne. I wyobrazcie sobie, ze kobita na odprawie niemal nie wpuscila go do samolotu, bo popatrzyla na wyniki i stwierdzila, ze to nie takie testy! :O Na stwierdzenie taty, ze jest po dwoch dawkach szczepionki, wzruszyla ramionami i oznajmila, ze to dobrze, ale ona musi miec wyniki odpowiednich testow. W koncu zawolala managera, ktory spojrzawszy na wyniki, uznal, ze "szybki" test zrobiony tego samego dnia, ujdzie. Potem jeszcze doszly pytania o wizy powrotne, itd., ale tu mysle, ze tata sie po prostu nie dogadal, bo slabo mowi po angielsku, a jest obywatelem Stanow oraz Polski, wiec ani w jedna, ani w druga strone, wizy mu niepotrzebne. ;) Dla odmiany, ani w Amsterdamie, ani w Gdansku juz go specjalnie nie "trzepali" i przeszedl kontrole bez problemow. Nie mial tez kwarantanny. Czyli trzeba sie tylko wydostac z Hameryki, a potem juz jakos idzie... :D Ciekawe jak bedzie z lotem powrotnym... W kazdym razie skutecznie zniechecilo mnie to do lotu do Polski, bo u nas wszystkie ceregiele bylyby oczywiscie x4. Ja pierdziele. :/

W niedziele nastapil tez powrot zajec tenisa. I tu Bi zebrala kolejny opieprz, bo panna umyslila sobie, ze juz go nie lubi i nie chce chodzic. Tyle, ze kiedy przyszedl czas zapisania Potworkow (jeszcze w czasie poprzedniej sesji) oboje zakrzykneli, ze chca. Zapisalam i co? I sie Starszej odmienilo!!! A "odmiane" Bi manifestuje wrzaskiem, tupaniem nogami, lzami wscieklosci w oczach i zapieraniem sie, ze nie pojdzie i koniec i ze ona wcale nie mowila, ze chce! :O Mialam ochote ja udusic, a ze swiezo w pamieci mialam jej piatkowe zachowanie przy mojej kolezance, to ku*wica niezle mnie zlapala. Dawno juz nie wydarlam sie na zadne z dzieci tak, ze potem bolalo mnie gardlo. ;) Nawet Nik przyszedl pozniej i powiedzial, ze uszy go bola, choc nawrzeszczalam na siostre, a nie na niego. No, ale sie nalezalo i pannica pojechala juz na tenisa potulna jak owieczka. :D

Ciesze sie, ze chociaz Nik wykazuje entuzjazm co do machania rakieta ;)
 

Co prawda rzucala mi z daleka znudzone i niezadowolone spojrzenia, ale ze byla na drugim koncu kortow, nie mialam za bardzo jak ustawic jej do pionu. ;)

Na szczescie, poza rzucanymi mi, znudzonymi spojrzeniami oraz marudzeniem "po" ze bylo nudno, Starsza wykonywala cwiczenia bez szemrania...
 

A pojechalismy tam na rowerach, przy okazji robiac sobie przyjemna, wiosenna przejazdzke. Co prawda potem jezdzilam z nudow przez godzine w kolko po parkingu, bo nie bylo nawet laweczek zeby usiasc, ale coz, cos za cos. :D

Poniedzialek... Poniedzialek byl wielkim dniem, bowiem po niemal idealnie 13 miesiacach pracy glownie zdalnej, wrocilam na pelen etat do pracy... Nie powiem zebym byla szczesliwa, wrecz przeciwnie, ale co robic. ;) Na szczescie u mnie w pracy nikt specjalnie nie patrzy na godziny w biurze, wiec pojechalam spokojnie na 10, po czym okazalo sie, ze zapomnialam kabla do laptoka, ktory padl mi o 13:40. Pojechalam do domu i napisalam maila, ze reszte dnia bede pracowac zdalnie. Niespodziewanie mialam wiec nieco krotszy dzien na wdrozenie sie. ;) Po moim powrocie pies prawie oszalal ze szczescia, wiec wzielam ja na spacer. Przydalo sie przepisanie Potworkow na szkolny autobus, inaczej nie byloby czasu. ;) A autobus przyjechal niemozliwie pozno! Lekcie koncza sie o 15:15, a dzieciaki przyjechaly prawie o 16:10! Az napisalam do sasiadki z pytaniem czy jej dziewczyny juz dojechaly, bo pomyslalam, ze moze zaszla gdzies pomylka i dzieciaki wysiadly na zlym przystanku, albo wsiadly w nie ten autobus... Okazalo sie jednak, ze to po prostu powolny kierowca... :/ W ten sposob dzieciaki mialy tylko 20 minut na zjedzenie obiadu, zanim musielismy jechac na religie. Nawet jednak tam nie bylo mi dane jak zwykle posiedziec i poplotkowac z kolezankami. Musialam podjechac do Polakowa na szybkie zakupy, a bedac juz w tym miescie, podjechalam jeszcze do taty zeby wyjac mu poczte. Taki to intensywny pierwszy dzien "normalnosci". :D

Hmm... Okreslilam poniedzialek jako "intensywny" i teraz zabraklo mi epitetu na wtorek. :D Tym razem zostalam w pracy juz dluzej. Zabralam grzecznie kabel, wiec nie bylo wymowki. ;) Po raz pierwszy mielismy meeting gdzie wiekszosc z nas byla na miejscu, w sali konferencyjnej, a dwie osoby probowaly sie polaczyc zdalnie. Za cholere nie chcialo to dzialac jak trzeba. W koncu jeden z kolegow musial polaczyc sie z pozostala dwojka ze swojej komorki, ale przez to ledwie bylo ich slychac. Jedna z "brakujacych" osob byl moj szef, ktory pojawil sie w pracy w poniedzialek, ale we wtorek dal znac, ze zle sie czuje, nie chce nikogo zarazic i go nie bedzie. Hmmm, podejrzewam, ze juz w poniedzialek zarazal, ale ok... W kazdym razie, wiecie, jak kota nie ma to myszy grasuja. Wszyscy po kolei zaczeli sie ulatniac do domu sporo szybciej, wspominajac uczciwie, ze nieprzyzwyczajeni sa do pelnoetatowej pracy na miejscu i czuja sie zwyczajnie zmeczeni. Jak wszyscy to wszyscy, wiec i ja zwinelam sie o 15. ;) Dzieki temu zdazylam wrocic do domu sporo przed Potworkami (choc zapomnialam juz jakie korki tamuja ruch przez nasze miasteczko; trzeba wrocic na dawna, nieco okrezna, ale "ruszajaca sie" trase) i ogarnac nieco domowe burdello. Pozostala czesc popoludnia miala byc bowiem szalona! ;) Tego dnia ruszylo ponownie karate, a dodatkowo stalo sie to, czego sie obawialam - trenerki druzyny pilki noznej Bi, wyznaczyly wlasnie ten dzien na trening! :O Na szczescie pilka jest na 17, a karate na 18, a oba miejsca oddalone sa od siebie zaledwie o jakies 5 minut jazdy, wiec da sie to w miare ogarnac. Oznacza to jednak wyrywanie Starszej z treningu o 10 minut wczesniej, a potem jej przebieranie sie w stroj do karate w aucie. No trudno, sztuki walk trwaja tylko miesiac, wiec jakos te 5 szalonych wtorkow wytrzymamy. Akurat tego dnia mialam male utrudnienie, bo musialam wziac ze soba tez Kokusia. Jak M. najbardziej potrzebuje, malo kiedy moge na niego liczyc. :/ Tym razem spytalam czy nie przywiozlby Mlodszego na 18 na karate, zeby nie musial kwitnac ze mna godzine na boisku kiedy Bi ma trening. Myslalam, ze nie bedzie problemu, w koncu to tylko 10 minut od domu. No i sie przeliczylam. Moj maz wyskoczyl z pretensja, ze jak zwykle wymyslam kiedy on chcial isc na silownie! Hmmm... Po pierwsze, nie wiedzialam, ze tego dnia planowal silownie, bo wczesniej narzekal, ze jest zmeczony i boli go glowa... Po drugie, silownia nie zajac, a w przeciwienstwie do treningu pilki Bi, M. moze isc na nia codziennie. A po trzecie, co do cholery jest wazniejsze: jego "pakowanie", czy to, zeby Nik niepotrzebnie nie musial sie ciagnac ze mna?! Odpowiedz, mysle, ze znacie. :( Niestety, ale M. traktuje to jako "kare" dla mnie. On nadal uwaza, ze ja sobie te wszystkie zajecia Potworkow wymyslam dla wlasnej przyjemnosci i satysfakcji i zachowuje sie na zasadzie: chcialas - masz. :/ Zreszta, jak tak slucham pretensji i awantur Bi, zastanawiam sie, czy nie ma przypadkiem odrobiny racji... ;)

W kazdym razie Nik pojechal na trening Bi i wcale sobie nie krzywdowal. Ganial z grupa mlodszych dzieci i kompletnie nie przeszkadzalo mu, ze to 4-5-latki. Cale szczescie, ze posluchal i nie zalozyl od razu stroju na karate, bo wyobrazam sobie jak by on wygladal po godzinie turlania na trawie. Starsza za to nie byla zadowolona, ze wyrwalam ja z treningu 10 minut wczesniej, ale coz. Sama twierdzi, ze pilka i karate to jej dwa ulubione sporty i z zadnego nie chce rezygnowac. ;)

Bi na obronie :)
 

Nikowi zas wlaczyla sie maruda, bowiem przez chwile wygladalo, ze jego druzyna pilkarska moze nie ruszyc tej wiosny w ogole. Treningi mialy sie bowiem zaczac w tym tygodniu, a w weekend sa juz pierwsze mecze, tymczasem w poniedzialek dostalam maila, ze trenerowi (to sa wolontariusze, zazwyczaj rodzic ktoregos z dzieci) zmienily sie plany i musial sie wycofac. Ups... A kiedy Nik zobaczyl, ze Bi zaczela juz oficjalnie trenowac, dostala tez koszulke druzyny w przygotowaniu do meczow, to niestety strzelil focha, zupelnie jakby to byla wina moja lub M. Na szczescie tego samego wieczora odezwal sie nowy trener. Znalezli jakiegos chetnego chlopaczka z III klasy high school. Zobaczymy co to bedzie z niego za "trener". ;) Najwazniejsze jednak, ze Nik bedzie jednak gral, bo inaczej by sie dzieciak chyba zaplakal. :D

Popedzilismy na karate i jakims cudem spoznilismy sie tylko kilka minut. Przeprosilam trenera i wytlumaczylam, ze Bi ma wczesniej inny trening. Na szczescie karate jest dwa razy w tygodniu, wiec w czwartki beda chodzili normalnie.

W grupie prawie wszystkie te same dzieciaki co w poprzedniej sesji, wiec Potworki czuja sie jak ze starymi przyjaciolmi ;)
 

A wtorki ochrzcilysmy z Bi pieszczotliwie jako "crazy Tuesdays". ;) Co ciekawe, ja wieczorem bylam wyrabana niczym kon po westernie, zas Bi twierdzila, ze wcale nie czuje sie zmeczona i nie moglam zagonic jej do lozka az do 22:30. Ale za to w srode rano spala prawie do 8, co jak na nia jest dosc niecodzienne, wiec musiala byc jednak padnieta, tylko sie nie przyznawala. ;)

Sroda w pracy byla ciezka, w sensie, ze robic sie nie chcialo. Zmeczenie materialu coraz wieksze... :D Zreszta, wszyscy narzekaja, ze ciezko caly dzien byc w robocie, ze wczesniej tyle sie dawalo zrobic w domu w tzw. miedzyczasie. No i mozna bylo wyjsc, przejsc sie kilka minut po ogrodzie, dac oczom odpoczac od ekranow i sztucznego swiatla... Teraz doopa. ;) A po pracy z dzieciakami na plywanie.

Znalazlam dobry punkt zdjeciowy na basenie ;)
 

Wyjatkowo nikt nie marudzil, chociaz po poludniu przeszla burza, padalo i temperatura zaczela gwaltownie spadac, wiec Bi cos tam napomknela, czy moze zostaniemy w domu. Taaa, na pewno... :D

Nie wiem co bedzie z plywaniem Bi, bowiem jej przyjaciolka od nastepnego tygodnia rezygnuje ;)
 

Z to po basenie, Nik przeszedl samego siebie. Poszlismy sie przebrac i Bi wyjatkowo poszla z nami, bo zwykle szla sama do damskiej przebieralni, a ja pomagam przebrac sie Kokusiowi w malym kantorku przy basenie. Towarzystwo siostry nie spodobalo sie Mlodemu. Siedzial z buzia wykrzywiona zloscia, trzepal ubraniami z wsciekloscia, bo wiadomo, na wilgotna skore ciezko je zalozyc. W koncu, ubrany, podszedl do drzwi i zaczal je otwierac, nie zwazajac, ze Bi nadal siedzi polnaga. Przyskoczylam szybko, przekrecilam ponownie zamek, syczac na Nika, ze dlaczego to robi, skoro siostra sie nadal przebiera?! Mlody wrzasnal mi prosto w twarz "Do you think I even care?!". Nie wytrzymalam i plasnelam go reka po glowie. No nie jestem z tego dumna, ale serio, nazbieralo mu sie. Tak naprawde to zbieralo sie juz od przynajmniej tygodnia albo i dluzej. Nie wiem co w niego ostatnio wstapilo, ale o wszystko jest foch, obraza majestatu (bo czesto tylko patrzy spode lba i nawet nie raczy powiedziec o co mu chodzi; domyslaj sie matka!) i wlasnie wrzask "I don't care!". Moglabym pomyslec, ze jest przemeczony, ale przeciez teraz mieli ponad 2 tygodnie przerwy od prawie wszystkich aktywnosci, a zeszly tydzien to byly ferie wiosenne. Ciezki przypadek... ;)

Czwartkowy poranek przywital nas zaledwie dwoma stopniami i padajacym... sniegiem! :O Szok po prostu, tym bardziej, ze to takie jednorazowe, krotkie ochlodzenie. Juz w piatek mialo byc 16 stopni, a w sobote 20. ;) Czwartek to rowniez kolejne zajecia z karate dla Potworkow. Dobrze, ze chociaz tu oboje jada bez pretensji i fochow. No i w czwartki nikt nie ma zajec przed, wiec mozemy sie na spokojnie wyszykowac sie i dojechac. :)

Tym razem sensei stal odwrocony przodem do drzwi, wiec nie dalo sie zrobic zdjecia inaczej niz tak... :D

Piatek, zgodnie z zapowiedziami, byl duzo cieplejszy i sloneczny. To dzien pierwszego treningu pilki Kokusia. Szkoda, ze pozno, dopiero o 18:15. Ale o piatku to juz nastepnym razem. ;)  Jutro pierwsze mecze. Dobrze, ze chociaz Polska Szkola jeszcze nie ruszyla, ale od kolejnego weekendu bedzie juz dylemat: mecz czy jezyk polski? :) A w niedziele tenis. Aaaaa!!! Zapowiadany jest deszcz, moze odwolaja. Bi by sie ucieszyla i ja chyba tez. :D

Trzymajcie sie!

sobota, 17 kwietnia 2021

Ferie wiosenne

Tutejsze dzieci nie maja 2-tygodniowych ferii zimowych jak w Polsce, ale za to drugi tydzien kwietnia to tygodniowe ferie wiosenne. Potworki mialy wiec w sumie 9 dni na odpoczecie od szkoly, lekcji i ogolnego szkolnego rozgardiaszu. :) Czy dobrze je wykorzystaly? Mysle, ze tak. ;)

Poniewaz zawiadomilam juz szkole, ze po feriach Potworki beda wracac do domu autobusem, wiec zeszly piatek byl ostatnim (na przynajmniej jakis czas) dniem, kiedy odbieralam dzieci ze szkoly. Od dluzszego juz czasu denerwowala mnie koniecznosc pilnowania godziny oraz odrywania sie od tego, co akurat robie, zeby po nich jechac, a dodatkowo do furii doprowadzala Bi, ktora notorycznie wychodzila ze szkoly ostatnia lub prawie ostatnia. Tak jak z szykowaniem sie rano, tak i ze zbieraniem swoich rzeczy po lekcjach panna ma ewidentny problem. Nie mowiac juz o tym, ze na moje pretensje, ze dlaczego tak dlugo, wymyslala. A to ze sie pakowala (potrzebuje 10 minut na spakowanie paru rzeczy z lawki?!), a to ze pani zapomniala powiedziec, kogo rodzic juz przyjechal (tu bylabym sklonna uwierzyc, gdyby nie zdarzalo sie to przyjamniej 1-2 w tygodniu), a to pomagala nauczycielce przestawiac lawki lub sprzatac. Chwalebne to, nie powiem, ale przeciez to juz nie malutka dziewczynka. Ona doskonale wie, ze ja stercze pod szkola, czekajac na nia. Niewaznie czy deszcz, snieg, lodowaty, urywajacy glowe wiatr, stoje i czekam, a pannica ma to gdzies. Od ponad pol roku tlumacze i prosze, odgrazam sie, ze wroca na autobus (choc czemu Nik mial byc ukarany za jej zachowanie?), a Bi ma to zwyczajnie w powazaniu... Przyszla jednak kryska na matyska i choc nie mam ochoty wracac do biura na dluzej i czesciej, to uznalam, ze to dobra okazja, zeby w koncu Potworki zaczely wracac autobusem. Rano nadal bede ich wozic. Niech sie jednak od nowa przyzwyczaja do jazdy "zoltkami", tym bardziej, ze od nastepnego roku Starsza idzie do innej szkoly. Juz odwozenie ich rano bedzie utrudnione, bo szkoly sa oddalone od siebie o 8 minut jazdy, a o odebraniu po lekcjach, kiedy zawsze chwile sie czeka az dziecko wyjdzie, nie bedzie mowy, bo mimo ze placowki rozne, to i zaczynaja i koncza o tej samej godzinie... Jest to wiec rowniez dobre przygotowanie na kolejny rok szkolny. Oczywiscie jak stanelam przed faktem dokonanym, to teraz mi rzewnie i smutno, ze nie bede na codzien witac ich wychodzacych po lekcjach. Szkoda mi tez Potworkow, bo ze mna mogli pobiec jeszcze na chwilke na plac zabaw, no i (nawet z Bi siedzaca w szkole do oporu) zawsze jednak byli w domu o te 20 minut wczesniej... W kazdym razie, z okazji "ostatniego" odebrania ze szkoly, zabralam ze soba Maye. :)

Widac jak siersciuchowi ogon "lata" :D
 

Psiur byl zdziwiony i lekko zestresowany, ale ze droga trwa zawrotne 7 minut, to jakos wytrzymala. A potem oczywiscie ciagnela na wszystkie strony, bo "O, ludzie, chce sie przywitac!", "O, inne psy!", "O, dzieci, uwielbiam dzieci!!!". Typowe dla mojego przesadnie przyjacielskiego i rozentuzjazmowanego piesa. :D Radosc Potworkow na widok ich czworonoznej przyjaciolki, warta byla jednak stawu niemal wyrwanego z barku. ;)

A tu juz psiur wyrywa sie do innego czworonoga ;)
 

Sobota przywitala nas Polska Szkola. Troche bez sensu sie w tym roku zlozylo, ze poprzednia sobota byla wolna z okazji Swiat, teraz lekcje ponownie sie odbyly, ale kolejne dwie soboty znow beda wolne. Jedna z powodu wspomnianych ferii wiosennych, a druga z okazji obchodow 60-lecia owej szkoly. Zdaje sie, ze nauczyciele oraz dyrekcja i inni pracownicy beda mieli imprezke. ;) Mnie to nie przeszkadza, nawet fajnie, ze dwie soboty pod rzad odpadnie mi zaganianie niechetnych Potworkow do lekcji, ale obawiam sie, ze po takiej przerwie powrot bedzie okraszony buntem i jekami x10. Szczegolnie, ze panie wspominaja, iz od maja zajecia maja wrocic do parku, jesli tylko pogoda dopisze, a Potworkom zdecydowanie pasuja lekcje z komfortu wlasnych pokoi. Szczegolnie kiedy mozna sobie dowolnie wylaczac kamerke... ;)

Reszta soboty uplynela na korzystaniu z niemal letniej pogody. Byl to narazie ostatni tak cieplutki dzien, wiec, poza spacerem, chcielismy tez zabrac sie za prace ogrodowe. M. zaczal wyrownywac teren przed basenem (pomiedzy warzywnikiem a miejscem na ognisko) i klasc tam betonowe plyty. Kiedy latem stanie basen, zrobi sie fajne male patio. Niestety plyt mamy za malo na caly ten kawalek trawy, wiec zostanie pasek na rabatke (niestety, bo dosc mam miejsc do pielenia, kolejne jest mi srednio potrzebne ;P). To miejsce jest niestety pod samym murkiem i malo tam slonca, ale bedzie idealne na funkie, ktore akurat wykopalismy z innej czesci ogrodu. W czasie kiedy malzonek odwalal ciezka, fizyczna orke ("roboty ziemne sa bardzo przyjemne" :D), ja kontynuowalam zbieranie tego, co pozostalo z zimowych "min" psa. Niekonczaca sie robota, choc juz widze swiatelko w tunelu. Zostalo mi juz tylko jedno miejsce za domem. Poki co przerwalam i zabralam sie za inne, rowniez wolajace o uwage rzeczy. Pograbilam czesc ogrodu, posypalam rabatki odzywka, a takze posadzilam nowo zakupiona dalie oraz piwonie. Oprocz tego mam jeszcze cebulki lilii, choc nie moge sie zdecydowac, gdzie je zasadzic oraz mieczykow. Co prawda do tych ostatnich po zeszlym roku stracilam serce, kiedy wykielkowaly tylko bodajze 3, a zakwitly 2... Ale przed kupnem 25 cebulek nie moglam sie powstrzymac... :D

Niedziela miala byc deszczowa. Zreszta, dlatego wlasnie w sobote spieszylam sie w rozsypywaniem odzywki oraz sadzeniem dalii i piwonii, bo chcialam, zeby mi to wszystko podlal deszcz. Taaa... Mial zaczac padac juz w nocy, potem przesunal sie na 8 rano, pozniej na 11, nastepnie na 16... I tak sie przesuwal w prognozach, az w koncu nie spadl wcale. ;) Za to przyjechal moj tata, posiedzial, pogadal, a potem wybralismy sie na spacer. Mimo, ze aura ponura, nie wydawalo sie jednak az tak zimno, ale okazalo sie to kiepskim pomyslem. W polowie spaceru zaczal wiac lodowaty wicher i do domu wrocilismy przemarznieci, a ja z bolacym uchem. Na szczescie przestalo kluc jak tylko sie rozgrzalo. ;)

Zeby Potworki nie przesiedzialy calego tygodnia w chalupie grajac na konsoli, zapisalam ich na takie jakby mini polkolonie. Poniedzialek, sroda i piatek, po 3 godziny zajec z pilki noznej. Na jesien dzieciaki pilke uwielbialy, ochoczo przytaknely na propozycje dodatkowych treningow, a dodatkowo dalo to 3 godziny dla matki na prace czy roboty okolodomowe. I wilk syty i owca cala. Rzecz jasna jak caly poprzedni tydzien byl niemal letni, tak poniedzialek przywital nas chmurami i 11 stopniami. :O Dobrze, ze chociaz deszcz z prognozy zniknal, bo jeszcze w niedziele rano pokazywali jakies przelotne opady i spodziewalam sie, ze zajecia przesuna na inne dni. Tak sie jednak nie stalo, a wlasciwie nie co do poniedzialku, bo juz zajecia z piatku przeniesiono na wtorek, ze wzgledu na deszcz oraz niskie temperatury (7 stopni!) zapowiadane na czwartek i piatek. ;) Polkolonie przesunely sie wiec na pon., wt. i srode. ;)

Jak to ostatnio wszedzie bywa, rodzicom nie wolno bylo zostac i patrzec. Zupelnie nie wiem po co ten wymog, bo nie wyobrazam sobie calej gromady matek oraz ojcow, krazacych przez trzy godziny wokol boiska. ;) Pol godzinki jednak chetnie bym zostala, a tu doopa. ;) Balam sie tez, ze Potworki zmarzna, bo temperatura podniosla sie laskawie "az" do 13 stopni. Dalam dzieciakom dlugie spodnie, ktore oprotestowali, bo wiekszosc innych dzieci byla w krotkich spodenkach. Kazalam tez zalozyc im na t-shirty bluzy, czego Bi ostentacyjnie i tak nie zrobila (to juz bylo na parkingu, w drodze na boisko i  Starsza tak dlugo ociagala sie z naciagnieciem jej na grzbiet, ze w koncu nie zalozyla...).

Ten w bialej koszulce, to Nik
 

Ale kiedy przyjechalam w poludnie, niespodzianka! Starsza w bluzie (a jednak!), za to Nik lata w samej koszulce, ale zgrzany i czerwony. Nie mam pojecia jak mu sie udalo tak rozgrzac przy niskiej temperaturze, ale dobrze, ze chociaz nie zmarzl... 

Jak widac, aura byla raczej ponura...
 

Obydwa Potworki zgodnie zakrzyknely, ze bylo super, za to wieczorem, tuz przed spaniem i jedno i drugie (normalnie jakby sie zmowili!) zaczelo smecic, ze jednak bylo trudno i wcale nie tak fajnie i ze nie chca jechac kolejnego dnia. :O No pieknie...

Coz, marudzenie z poniedzialkowego wieczora okazalo sie spowodowane najwyrazniej zmeczeniem, bo we wtorek rano zadne juz sie nawet nie zajaknelo, ze nie chce jechac... ;) Na ten dzien zapowiadano wyzsze temperatury oraz slonce, ale zwatpilam kiedy rano zobaczylam 6 stopni i ciezkie olowiane chmury. Oczywiscie Bi burknela, ze "przeciez mowilas, ze dzis bedzie slonecznie!", bo przeciez ja kontroluje pogode i to co plota w prognozach... ;) Na szczescie juz w drodze na boisko, wyszlo slonce i utrzymalo sie przez wieksza czesc dnia. Nie przewidzialam tego i w rezultacie, oba Potworki lekko przypiekly sobie buzki, bo nawet nie przyszlo mi do glowy zeby posmarowac ich filtrem... Nik w ogole spalil sobie skore pod oczami i wygladal jakby obydwa mial podbite. :D Tego dnia tez dzieciaki dostaly obiecane t-shirty, choc zastanawiam sie po co im one wlasciwie. Co innego koszulki druzyny, bo te wiadomo, beda ubierane na mecze. Ale tu? T-shirty dostali drugiego dnia, czyli zostal jeszcze tylko jeden dzien zeby je ubrac, hmmm... 

Nik biega mniej wiecej na srodku zdjecia, a Bi siedzi z boku (w pomaranczowej koszulce)
 

Wyglada za to, ze dzieciaki dostaly niezly wycisk na tych treningach. Odbieralam ich wyraznie wymordowanych i caly dzien narzekali, ze bola ich nogi, a przeciez to sa sprawne, wysportowane dzieciaki, ktorym ruch jest nieobcy. Jednak takie 3 godziny ciaglego biegania robi swoje. :D Za to az milo bylo popatrzec na te gromade dzieciakow w wieku od 8 do 14 lat. Ani jednego tluscioszka, wszystkie szczuple i energiczne, zupelnie przeciwnie do tego, co sie mowi o hamerykanskiej mlodziezy. ;) Moj wlasny Potwor Mlodszy niestety, przy zmeczeniu dostaje paskudnego humorku. We wtorek przy obiedzie urzadzil awanture, ze ma za malo sosu z gulaszu na ryzu, a kiedy uprzejmie (i jeszcze spokojnie) spytalam czy chce zebym polala mu wiecej, wypalil: "Przeciez inaczej bym nie mowil, ze mam za malo; czy ty w ogole myslisz?!". A kiedy oswiadczylam, ze jest bezczelny i spytalam co powinien wobec tego mi powiedziec, burknal, ze "Nic!". A, no jak nic, to nic. Nie dostal wiecej sosu, za to otrzymal szlabanik na konsole. A i tak zajelo mu pol godziny zanim przyszedl i grzecznie przeprosil... ;) Czasem zastanawiam sie, czy Mlodszemu pogarsza sie charakterek, czy po prostu przyglada sie siostrze i sie uczy... ;)

Pogoda we wtorek zdecydowala sie poudawac wiosne. Temperatura podniosla sie do 17 stopni, a slonce dopiero gdzies o 16 zdecydowalo sie jednak schowac za chmury. Gdyby nie chlodny wiatr byloby naprawde przyjemnie. Poszlismy na spacer, a potem zdecydowalismy sie kontynuowac roboty ogrodowe. W powietrzu czuc bylo jednak dziwna wilgoc i wydawalo sie, ze zostaniemy pozarci zywcem przez muchy, ktore upierdliwie przy nas krazyly, wlazily do oczu i nosa... Ble... Malzonek skonczyl klasc plyty na patio przy basenie, a ja w koncu uporalam sie z pozimowymi kupskami psa. Niestety, "produkcja" trwa na biezaco, wiec dlugo nie bedzie mi dane odczuwac satysfakcji. :D Wygrabilam tez liscie, ktore w niektorych katach uchowaly sie jeszcze z jesieni. Teraz zeby jeszcze mi sie chcialo uporac z pozostalymi bulwami do posadzenia, oraz hostami do przeniesienia pod murek, a mialabym tymczasowo skonczone prace ogrodowe. Az do sadzenia warzywnika, ale to dopiero za 2-3 tygodnie...

Sroda byla ostatnim dniem mini-polkolonii pilkarskich, a ze mialam miec meeting z praca, musialam wlaczyc motorek w dupce i po odwiezieniu dzieciakow, popedzic po spozywke. Moglam oczywiscie zrobic zakupy w kolejne dni, ale z dziecmi?! Dziekuje, postoje... ;) Poniewaz zas musialam byc w domu na 10:30, wiec to byly zakupy iscie ekspresowe i az dziw, ze niczego nie zapomnialam... W biegu, zziajana, wpadlam do domu i akurat zdazylam jeszcze wyladowac te zakupy, ktore trzeba bylo zamrozic lub schowac do lodowki. A meeting przyniosl niestety irytujace i dolujace jednoczesnie wiesci. Wracamy do pracy. To znaczy stacjonarnie, bo przeciez caly czas i tak pracowalismy. Nie na 50% jak szef mowil ostatnio, ale od razu z grubej rury, na caly etat! Przyznaje, ze mina mi zrzedla i nie czuje sie na to gotowa... Przyzwyczailam sie do mysli o powrocie na pol etatu i nawet myslalam, ze to bedzie dobry czas przejsciowy... No, ale moj szef jest w goracej wodzie kapany i jak powiedzieli mu, ze mozemy normalnie pracowac jesli sie rozproszymy, to nie ma, ze spokojnie, stopniowo... O nie! Od razu na hurra, wracamy i juz! :/ No coz, ja sie kompletnie nie widze na powrot na 8 godzin w biurze i jeszcze w cholernej maseczce. :(

Pomijajac jednak te przykre ogloszenie, sroda byla dosc ciekawym i przyjemnym dniem. Przy pieknym sloncu temperatura wywindowala do 22 stopni, wiec mielismy maly przedsmak lata. Oczywiscie Bi - maruda, jeczala, ze tak strasznie goraco... W ogole, kiedy przyjechalam po dzieciaki, bylam swiadkiem jak jeden z trenerow wywabia ja spod plota, gdzie siedziala i ani myslala wychodzic, stekajac, ze slonce jest za gorace... ;) 

Tak, Bi miala straaaszna ochote na te zdjecie... ;)
 

Tak w ogole, to Bi niby sie podobalo, niby we wtorek i srode pojechala na polkolonie z entuzjazmem... Ale przez 3 dni pod rzad, kiedy przyjezdzalam,  Nik biegal, gral, udzielal sie, a Bi... stala, siedziala... W ogole nie wykazywala checi do gry czy entuzjazmu... No ale niby grala, Mlodszy tez to potwierdzal, wiec moze nie przesiadywala na trawie calych trzech godzin... ;) Po obiedzie chcialam podjechac do biblioteki, ktora co prawda pozwala wejsc na buszowanie miedzy polkami tylko przy umowieniu sie na konkretna godzine, ale za to organizuje rozne zajecia dla dzieciakow i mlodziezy, polegajace na nagrywaniu filmikow z instrukcja oraz rozdajac materialy. W ten sposob Nik raz otrzymal kredki oraz cala mase kartek z zadaniami lub kolorowankami, a tym razem dzieciaki mialy pobawic sie w mlodych fizykow i skonstruowac miniaturowy obwod zamkniety, z bateryjka oraz zarowka, ktora miala rozswietlic serce robota. ;) Trzeba bylo wiec podjechac do biblioteki po materialy. Problem pierwszy: Bi wymysla, ze a po co to, ze ona wcale nie wie  czy chce cos takiego skonstruowac, itd. Ok. Stwierdzilam wiec, ze poczekamy az M. wroci i pojade sama z Kokusiem, a ona moze zostac z tata. W miedzyczasie, korzystajac z pieknej pogody, umowilismy sie z synem, ze pojedziemy na rowerach. Skrotem przez osiedla mamy do biblioteki zawrotne 5 minut. :) Problem drugi: Bi oznajmila, ze ona tez chce pojechac, ale nie na rowerze. Na szczescie okazalo sie, ze po prostu sie nie dogadalysmy i myslala, ze jak nie pojedzie, to nie bedzie mogla wziac materialow. W koncu jednak doszlysmy do porozumienia i zgodzilam sie po prostu wszystko jej przywiezdz. Problem trzeci: M. wrocil do domu, ale oznajmil, ze on tez sie chetnie przejedzie rowerem. Oszalec mozna! :D Bi urzadzila fochy, ze ona nie chce, nie lubi jazdy na rowerze, itd. No, ale pojechala. I w czasie drogi, co slysze? Ze jazda na rowerze jest taaaka fajna! :O 

Rodzinna przejazdzka :)
 

Ja po prostu nie nadazam za ta dziewczyna, a co gorsza ona plecie trzy po trzy, a potem wypiera sie w zywe oczy, ze nic takiego nie mowila! Tak jak z tenisem. Kiedy chodzili z Kokusiem jeszcze na poprzednia sesje, spytalam czy chca chodzic na nastepna. Oboje chcieli. zapisalam ich wiec. Kolejna sesja zaczyna sie w te niedziele i co oznajmia mi moja panna?! Ze tenis jest nudny i ona na niego nie chce juz chodzic! Kiedy wkurzona ochrzanilam, ze przeciez powiedziala zeby ja zapisac, oczywiscie uslyszalam, ze ona nic takiego nie mowila! :/

W kazdym razie, materialy z biblioteki odebralismy, wrocilismy do domu i Potworki zabraly sie konstruowanie. 

Zdjecie totalnie nie instagramowe. Nie patrzcie na to burdello w tle :D
 

Przyznaje, ze Bi zrobila wszystko sama, od poczatku do konca. Nik... Pokolorowal obrazek, ale poddal sie kiedy trzeba bylo oderwac papierek zabezpieczajacy klej na miedzianej tasmie. Jak pomoglam mu z tym, tak okazalo sie, ze przy reszcie projektu tez jakos juz tak musialam mu asystowac. A po skoczonej pracy, zonk! Zarowki nie swieca! :D Mi tam sie chcialo smiac, ale Potworkom blizej bylo do placzu, wiec zaczelam baczniej przygladac sie ich robocie. U Nika szybko znalazlam usterke. Jego obwod zamkniety wcale "zamkniety" nie byl. Mlodszy przykleil krzywo kawalki miedzianej tasmy. ;) W jednym miejscu byla luka, a wiec przerwa w obwodzie. Kiedy przekleilam tasmy tak, zeby sie stykaly, zaroweczka pieknie sie zapalila. 

Efekt koncowy :)

Gorzej bylo u Bi, bo tam nie widac zadnego bledu, a zarowka raz swieci, raz blyska, a innym razem nie zapala sie w ogole. Najwyrazniej musi byc zepsuta... :/

Potworki spedzily wiec popoludnie bardzo kreatywnie. Troche mialam wyrzutow sumienia, ze nie na swiezym powietrzu, ale z drugiej strony, rano trzy godziny grali w pilke, potem bylismy na rowerach, wiec chyba starczylo im fizycznej aktywnosci. ;) A to nie byl koniec atrakcji na ten dzien! Wieczorem zabralam ich jeszcze do kina na "Raye i ostatniego smoka"! Seans na 18:30, bo z jakiegos powodu nie bylo wczesniejszych. Wiadomo, teraz i seanse ograniczone i normalnie rano i wczesnym popoludniem dzieciaki sa w szkole. Ale ze trwaja ferie wiosenne, to kurcze, no mogli zrobic chociaz jeden seans troche wczesniej! :/ Poniewaz jednak nie bylo szkoly, to i taki pozny film nie byl problemem.

Pierwszy raz w kinie od... 1.5 roku?
 

Najwazniejsze jednak, ze film Potworkom sie podobal i to bardzo. No i teraz nie wiem, czy Wam polecac czy nie, bo mi nie podobal sie wcale. W ktoryms momencie nawet sprawdzilam godzine w telefonie, zeby przeliczyc ile mniej wiecej jeszcze tej bajki zostalo. ;) A! Podobala mi sie jedna rzecz! To pierwszy dla mnie film Disney'a, w ktorym nie ma irytujacych piosenek! Piosenek nie bylo w ogole, wow! :D Na koniec mielismy zas "atrakcje", z powrotem do domu, bo policja zamknela droge doslownie moze 2-3 km od naszej chalupy. Mamy prawie godzine 21, a oni przekierowuja nas w boczna droge, na kompletne zadupia bez chociaz jednej lampy! Znam te drogi tak mniej wiecej, ale zawsze jezdze nimi w dzien i to baaardzo rzadko, bo sa mi nie podrodze ani do pracy, ani do domu, ani do sklepu. Potworki panikowaly, ze ciemno i ze co, jak sie zgubimy, a ja panikowalam, ze jedziemy przez lasy oraz pola i zeby tylko zaden glupi jelen albo niedzwiedz mi na droge nie wybiegl. ;) Na szczescie dojechalismy do domu od kompletnie przeciwnej strony, ale bez przygod. ;)

W czwartek, dla odmiany, mielismy jesien, czy tez wczesna wiosne, jak kto woli. ;) Calutki dzien na zmiane padalo i mzylo, a na termometrze pokazywalo ledwie 10 stopni. Tymczasem dostarczono nowy kibelek do lazienki dzieci i... zostawiono go pod garazem. W kartonowym pudle, na deszczu! :/ Dobrze, ze akurat poszlam do skrzyki i zobaczylam. Ciezkie diabelstwo, ale jakosc wsunelam je do garazu, pod dach... Z racji pogody i Potworki i ja, snulismy sie caly dzien po domu bez konkretnego celu. Zeby choc troche oderwac dzieciaki od elektroniki, wyciagnelam ciasteczka w formie "gotowca". 

Dochodzilo poludnie, a moje dziecko w pizamie...
 

Wystarczylo je wylozyc na blache i wsadzic do piekarnika. ;) Za to pokazalam Potworkom co i jak po kolei wlaczac, jak ustawic temperature, czasomierz, itd. A potem jeszcze sobie te ciasteczka udekorowali lukrami zachomikowanymi jeszcze z Bozego Narodzenia. ;) 

Nik przynajmniej nadal chetnie pozuje ;)
 

Ja zas zmienialam posciel, pieklam szarlotke i w zasadzie sama nie wiem kiedy mi dzien zlecial. A po poludnio Nik nagle stwierdzil, ze chce jechac na trening druzyny plywackiej. Z okazji przerwy wiosennej odpuscilam im treningi, ale pytalam czy moooze maja ochote pojechac. Bi nie miala. W poniedzialek oraz srode nie mial jej rowniez Nik. Ale w czwartek nagle mu sie odmienilo! ;) Najlepiej, ze caly dzien powtarzal, ze musi sie zastanowic, a zdecydowal sie o 17:15, kwadrans przed rozpoczeciem treningu! :O Ja w dresach, on w szortach i krotkim rekawku, torba nie spakowana... To bylo bardzo ekspresowe przegotowanie. :D Na szczescie M. wybieral sie akurat na silownie, wiec zabral Mlodszego ze soba, wiec chociaz ja nie musialam sie na gwaltu przebierac i szykowac do wyjscia. ;)

I tak minal tydzien ferii. No prawie, ale o piatku to juz nastepnym razem. Zawsze jakos tak pisze od piatku do czwartku. ;) Za dwa dni konczy sie "babcine sranie" brzydko mowiac... Agata wraca do roboty... Mimo, ze kompletnie mi sie nie chce, staram sie jednak powtarzac sobie, ze los (czy tez pandemia) podarowal mi naprawde wspanialy, luzny ponad rok. Po poczatkowych przebojach z wyplata, potem juz pracowalam z domu podjezdzajac do pracy tylko okazjonalnie. Mialam placone, jednoczesnie moglam zawozic dzieci do szkoly i odbierac ich po lekcjach. Spokojnie wykonywalam domowe obowiazki kiedy nikt mi sie nie paletal pod nogami, moglam w srodku dnia pojsc na dlugi spacer z psem... 

Pod magnolia rosnaca na naszym osiedlu :)
 

No zycie jak w Madrycie. ;) Za ten ponad rok jestem losowi niezmiernie wdzieczna. Teraz pora wracac do "normalnosci"...