czwartek, 21 maja 2026

Krotkie lato w maju

Sobota, 15 maja, to oczywiscie dluzszy sen. Zaraz po 7 rano, Oreo zaczela lazenie i darcie malej mordki. Najpierw probowalam ja zignorowac, ale sie nie dalo. Poczlapalam na dol i otworzylam drzwi, na co kiciul z radoscia pobiegl do ogrodu. Wrocilam do lozka, spodziewajac sie, ze bedzie mi ciezko ponownie zasnac, musialam jednak byc bardzo zmeczona, bo odplynelam niemal natychmiast. Obudzil mnie budzik o 9, ale zamknelam oczy "na chwile", po czym zbudzilam o... 9:34. :D W tym momencie podparlam sie juz o zaglowek, bo stwierdzilam, ze inaczej przespie caly dzien. ;) Kiedy tak polezalam, probujac sie dobudzic, przydreptala Oreo, ktora musiala wpuscic Bi.

Pieszczoch, ale tylko kiedy ona ma na to ochote ;) 

Pomiziala sie, pochlastala mnie ogonem po twarzy, przydrzemala na moim brzuchu, po czym stwierdzila, ze za duzo bylo czulosci i przeniosla sie w nogi lozka. ;) Kiedy w koncu wstalam, zjadlam sniadanie i sie umylam, zabralam sie za sprzatanie. Malzonek posprzatal na moj przyjazd, ale juz dawno zdazylo sie nabrudzic, tyle ze mialam zbyt zalatany tydzien zeby cos ogarnac. Teraz wiec chwycilam za odkurzacz oraz mopa, bo podlogi brudza sie oczywiscie najszybciej. W miedzyczasie Nik jojczal ze chce jechac z kolega na ryby. Nie bardzo mialam ochote go puscic, bo chcieli jechac nad rzeke i nie dosc ze lowic przy ktoryms zejsciu do wody w lesie, to jeszcze Mlodszy musial dojechac trasa rowerowa. Co prawda w weekend i przy pieknej pogodzie (mielismy 24 stopnie) kreci sie tam duzo ludzi, ale po pierwsze, zawsze moze trafic sie jakis swir, a po drugie, czesto przelaza tamtedy niedzwiedzie. Zreszta, obszar nad rzeka, w lesie, lub wzdluz pol kukurydzy, to tez miejsca gdzie misie lubia sie krecic. No ale nie chce byc moja matka, ktora trzymala mnie pod kloszem, a kiedy poszlam na studia to nagle zaczela miec pretensje, ze za malo wychodze i nie mam chlopaka. Wiem, ze Potworki chca robic to, co moga ich koledzy, a jakos ich rodzice maja silniejsze nerwy (albo mniejsza wyobraznie ;P). Staram sie wiec przekonywac M. (bo on ma jeszcze wieksze problemy z dawaniem dzieciakom swobody, niz ja) ze w granicach rozsadku, ale maja prawo na wymyslanie jakichs aktywnosci z kolegami. Chlopaki wiec ostatecznie pojechali i Nik wrocil 3 godziny pozniej, zadowolony jak prosie w deszcz, mimo ze nic nie zlowil. Mowil, ze raz pociagnelo mu wedke, ale kiedy wyciagnal haczyk, okazalo sie, ze ryba odgryzla robaka i odplynela. ;) Jak to ostatnio w sobote, pojechalismy do kosciola, a pozniej wzielam sie za ciasto z jablkami. W misce znalazlam szesc jablek, ktore lezaly tam chyba jeszcze sprzed mojego wyjazdu, bo byly cale skurczone i pomarszczone. Az dziwne, ze nie zgnily... Do zjedzenia sie juz zupelnie nie nadawaly, ale na ciasto jak najbardziej. A ze w niedziele zawsze wpada dziadek, to bylo jak znalazl.

W niedziele znow mozna bylo pospac, poza M., ktory oczywiscie pracowal. Nadeszla pierwsza w tym roku fala upalow. Mielismy 30 stopni i bezruch powietrza. Mimo otwartych wszystkich okien, w domu panowala straszna duchota, ale nie chcielismy wlaczac klimy, bo i filter nie wyczyszczony, ale przede wszystkim termostat (ktory mamy osobny do klimatyzacji i osobny do ogrzewania) cos nie laczy. W zeszlym roku zauwazylismy, ze caly "lata" i jak raz ustawilismy temperature, tak juz go nie dotykalismy, bo przy kazdej probie sie wylaczal, a z nim klima. Malzonek mial go na wiosne wymienic, bo wyglada, ze gdzies nie stykaja kabelki, ale jak widac mamy koniec maja, a nie wymienil. :/ Na szczescie w nocy nadal temperatura spada do kilkunastu stopni, a pogoda miala sie pod koniec tygodnia popsuc, wiec stwierdzilismy, ze wytrzymamy. Przyjechal oczywiscie dziadek, ktory posiedzial jak zwykle 3 godzinki, glownie narzekajac na koszenie trawy oraz pylki pokrywajace jego samochod. Z mojego taty na starosc robi sie pedant. Pucuje chalupe, trawe kosi chyba co 3 dni zeby Boze bron nie urosla dluzsza niz 3 cm. ;) A auto kupil sobie... czarne. Jak wyglada czarny samochod o tej porze roku (albo zima, kiedy drogi sypia sola) chyba nie musze pisac. Tata nie moze zdzierzyc. Kiedy ma wolne, splukuje je kilka razy dziennie. Taka syzyfowa robota, ale chyba przy okazji mu sie nudzi. :D Kiedy dziadek pojechal, poczekalismy az slonce przesunie sie poza dom i zabralismy sie za sadzenie warzyw. Szczerze, to mialam nadzieje, ze kiedy wroce z wyjazdu warzywnik bedzie juz przekopany i gotowy, ale malzonek stwierdzil, ze beze mnie na nic nie mial czasu. :D Dopiero teraz, wreszcie poszedl go przekopac, a wczesniej, po drodze z pracy, zajechal po sadzonki. Kupil przy okazji nie takie ogorki, bo zamiast takich do kiszenia, wzial salatkowe. Coz, bedziemy je zbierac kiedy beda nadal male i tez powinny wyjsc malosolne. ;) Kiedy malzonek skonczyl kopac, ja wzielam sie za sadzenie. Zaczelam zas od... klapniecia na laweczke przy warzywniku i kontemplacji jak to wszystko rozlozyc. Malzonek kupil bowiem  po jednej wiecej kazdej sadzonce. Niby niewiele, ale juz zaburzylo mi porzadek.

Warzywnik zawsze tak lyso wyglada na poczatku, a potem robi sie dzungla :) 

A jak juz wydawalo mi sie, ze mam wszystko rozplanowane i konczylam sadzic, przyjechal ze sklepu Nik i... przywiozl nasiona. Pojechal spotkac sie z kolega i kupic slodycze (bo przeciez w domu nic nie ma :D), ale na przecenie znalazl nasiona i kupil. Musielismy wiec wcisnac jeszcze nasiona marchwi oraz kukurydzy. Ja za to szybko zamowilam koper bo M. go nie dostal, a Kokusiowi o nim nie wspomnialam, bo nie przyszlo mi nawet do glowy, ze bedzie patrzyl za nasionami! ;) W koncu nadszedl wieczor i musialam szykowac sie na jazde do biura, w ktorym nie bylo mnie ponad miesiac.

Poniedzialek zaczal sie wiec wczesnie; trzeba sie bylo zebrac i pedzic do pracy. Powiedzialam mlodziezy ze mam meeting wiec zeby ich zawiezc, musze wyjechac wczesniej. Sasiadka sie wykruszyla, ale Potworki stwierdzily ze jada. No to ok, choc oczywiscie wyjechalam kilka minut pozniej niz bym chciala. Do pracy jednak dojechalam w rozsadnym czasie i nawet udalo mi sie zaparzyc kawe i pogadac chwile z kolezanka, zanim musialam sie laczyc na rozmowe z szefem. Rozmowa byla w miare krotka, a pozniej juz zajmowalam sie innymi pierdolami, m.in. skonczeniem planu kosztorysu na wyjazd, ktory mialam zaczac w tym tygodniu. Rezerwacje zrobilam juz w piatek, ale teraz musialam podczepic podpisana przez szefa autoryzacje. Dopiero wtedy ludzie od podrozy to przejrzeli i doszukali ze hotel za jedna noc wzial $125, ale za kolejna podniosl sobie do... $211. :O Prawdopodobnie przez bliskosc dlugiego weekendu. Okazuje sie, ze choc osoby sprawdzajace sie o to doczepily, to chodzi tylko o biurokracje. Musialam wypisac i dac do podpisania szefowi formularz, ktory niestety nie dzialal. Wbilam dane osobowe, a reszta nie wchodzila i koniec. Moglam sobie klikac do wypeku, formularz brzeczal, a nic sie nie pojawialo. Napisalam do goscia, a on odpisuje zebym... wklepala dane. Pisze ponownie, ze probuje, ale nic sie nie pojawia. Wyslal mi kolejny raz ten sam formularz, ktory... ponownie nie dzialal! :D Odpisuje wiec, ze nadal nic nie moge zrobic. Facet laczy sie ze mna przez Teams, zebym pokazala mu jak klikam i nic nie moge wpisac. W koncu wysyla mi juz czesciowo wypelniony formularz. Nie wiem jak jemu udalo sie to wklepac, ale kurcze; pol godziny takiego bezsensu. Szef na szczescie zatwierdzil bez problemu i po chwili dostalam wiadomosc z dzialu podrozy, ze potwierdzaja moja rezerwacje. Napisalam jednak do kolegi, z ktorym mam jechac na inspekcje zeby potwierdzic dzien, a on odpisal ze nadal planuje zaczac w czwartek, ale zgubil legitymacje (z pracy), wiec nie moze jechac az nie wyrobi nowej. Ze swojej strony ucieszylam sie, ze moze nie bede musiala jechac juz w tym tygodniu, ale poki co, moglam tylko czekac i zaciskac kciuki. W pracy bylam tylko ja oraz druga nowa dziewczyna (i ktos od zywnosci), wiec mialysmy czas zeby kolejny raz obgadac wyjazd i szkolenia. :) Dzien zlecial zaskakujaco szybko i w popoludniowym korku doturlalam sie do domu. Poza typowym, domowym kieratem, przyszly zamowione dzien wczesniej nasiona kopru (uwielbiam Amazon!), wiec szybko pomaszerowalam go wysiac. Kokusia jakims cudem nie rozlozylo jakos strasznie, ale nadal byl lekko przytkany, wiec odpuscilismy mu basen. A pod wieczor poszlismy z malzonkiem na spacer po osiedlu. Staram sie nie stracic formy, ktora zlapalam w czasie wyjazdu, ale to chyba nieuniknione. Tam, nie dosc ze musialam przejsc na zajecia i posilki, to jeszcze codziennie zaliczalam dlugi marsz. W domu nie mam czesto czasu nawet na krotki spacerek... :(

We wtorek pracowalam z domu, wiec rano moglam zwlec sie pozniej, rozwiozlam dzieciaki po szkolach, po czym wrocilam do zwierzynca. Od poprzedniego dnia, mielismy ponad 30-stopniowe upaly i choc rano bylo calkiem przyjemnie, bardzo szybko zaczelo sie robic nie do wytrzymania. W domu panowala duchota, wiec pomyslalam, ze moge wziac laptoka na przednia werande. Niestety, byla dosc mocna bryza, ktora niosla tyle pylkow oraz kurzu, ze jak zaczelam kichac, to nie moglam przestac. :D Wreszcie skapitulowalam i przenioslam sie spowrotem do srodka. Poniewaz upal mial trwac jeszcze kolejnego dnia, stwierdzilam ze wlacze klime. Taaa... Kompresor dziala, powietrze dmucha, ale... cieple. :( Tak jak dwa lata temu ostrzegl nas chlop od klimatyzacji, gdzies jest wyciek i znow zabraklo gazu (freonu?). Znow trzeba go bedzie nabic, ale jak widac, starcza na gora dwa sezony... Poki co jednak, trzeba bylo zacisnac zeby i kisic sie we wlasnym potku. Fuuuj. :D W miedzyczasie dostalam telefon od szefa, zeby porozmawiac o wyjezdzie na inspekcje. Mialam jechac kolejnego dnia, ale okazuje sie, ze kolega nie zgubil odznaki, tylko mu ja ukradli. Z calym plecakiem, laptopem, paszportem do kompletu. W pociagu we Wloszech. :O Musieli zlozyc raport na policji i z tym raportem wyslac podanie o przyspieszone wydanie odznaki, ale nie wiedzieli jak szybko ona przyjdzie. Poczatek inspekcji stanal wiec pod znakiem zapytania. Myslalam ze juz sobie odpuszcza i przeloza poczatek na czas nieokreslony, ale okazalo sie ze szef uparl sie, ze mamy zaczac jak tylko kolega dostanie nowa odznake. Dla mnie oznaczalo to normalna prace, ale w ciaglej gotowosci. Co gorsza, spytalam czy jesli kolega dostanie odznake w czwartek, jest sens dla mnie jechac pod Boston zeby w piatek zaliczyc 4 godziny inspekcji (przed dlugim weekendem konczymy wczesniej) i wracac spowrotem. Odpowiedzial ze chce zebym zobaczyla jak najwiecej, wiec coz. Musialam spakowac walizke i wziac ja do pracy, na wypadek gdybym dostala maila, ze odznaka przyszla i zaczynamy kolejnego dnia. :/ Wrocil ze szkoly Nik, a potem z pracy M., obaj wkurzeni na brak klimy. Malzonek w ogole wymordowany upalem, bo jego budynek pracy jest tak stary, ze klimatyzacji w ogole nie maja. Wlaczaja tylko wiatraki pod sufitem i zwykle rozdaja zimna wode, ale narazie nie zaczeli, pewnie dlatego ze jest bardzo wczesnie w sezonie. Oczywiscie M. pogrzebal w termostacie, majac nadzieje ze to z nim cos nie tak, ale nic nie wskoral, a klima nadal puszczala powietrze o takiej samej temperaturze jak na zewnatrz. :) Mlodszy ostatnio wsciekl sie z jazda do centrum na rowerze. Jak raz mu pozwolilismy, to teraz bedzie jezdzil az mu sie znudzi. ;) Przez upaly, pozarlismy wszystkie lody, ktore kupilam w piatek, wiec Nik stwierdzil ze pojedzie kupic sobie kubelek lodow. Zaraz jak pojechal, Bi napisala zeby odebrac ja ze szkoly. Pojechalam po corke i po drodze patrzylam z niepokojem na ciemne chmury. Wrocilysmy do domu, a kilka minut po nas przyjechal Nik. Mial szczescie, bo zrobilo sie ciemno i wlasnie zaczelo kropic. Stwierdzilam, ze szybko jeszcze wyrzuce smieci i... to byl blad. :D Wyrzucilam i w tym momencie lunelo! Bylam w skladziku pod tarasem, ktory zbudowal M., wiec mialam schron i juz myslalam, ze bede tam siedziec az przestanie padac. Nie wiedzialam jednak jak dlugo moze to potrwac, wiec zaryzykowalam bieg do domu. Dobrze, ze przez garaz, wiec tylko troche mnie zlalo po glowie i ramionach. :D I dobrze, ze nie zdecydowalam sie przeczekac, bo burza trwala prawie godzine, a w ktoryms momencie przeszedl... grad! Na szczescie wielkosci mniej wiecej grochu, wiec nie wyrzadzil szkod, ale sensacja byla. ;) Poniewaz pogoda zrobila sie taka sobie (nawet po przejsciu burzy, pozniej w oddali jeszcze pare razy grzmialo), a Nik dalej mial troche przytkany nos, wiec znow nie pojechal na basen. Poniewaz istnialo ryzyko, ze bede musiala kolejnego dnia prosto z pracy zasuwac do Bostonu, wiec spakowalam walizke, choc kosmetyki musialam zostawic na kolejny dzien... Poniewaz nie wiedzialam czy bede w domu podczas pakowania na kemping, wiec wyjelam tez przyczepowa posciel oraz przygotowalam swoje ciuchy, zeby M. wrzucil je do przyczepy kiedy zacznie pakowanie. Oczywiscie malzonek utyskiwal, ale kurcze, zawsze sie nabiegam pakujac zarcie a on potem ma pretensje jak czegos zapomne, to teraz niech zobaczy jak to fajnie. ;)

W srode rano musialam dopakowac kosmetyki i sprawdzic czy na pewno wszystko mam, wiec nie wiozlam Potworkow do szkol.

Za to rano znow wpakowala mi sie do lozka Oreo 

Nik pomaszerowal na autobus, a Bi z kolezanka zdecydowaly sie jechac na rowerach. Mam nadzieje, ze wreszcie zaczna regularne pedalowanie, bo narazie tej wiosny pojechaly rowerami moze ze 3 razy.

Jak widac po ubiorze, nadal trwalo lato, choc ani nie kalendarzowe, ani nie astronomiczne ;)

Mlodszy jechal na luzie, bo tego dnia jego szkolna "druzyna" (klasy sa tak pogrupowane; juz kiedys pisalam) jechala na wycieczke do... high school. Niby na "dzien otwarty", ale serio, wiekszosc tych dzieciakow byla tam juz wielokrotnie, przy roznych okazjach, wiec nie widze sensu. No ale niby opowiadali im wiecej o przedmiotach (ktore i tak musieli wybrac kilka miesiecy temu) oraz zajeciach dodatkowych, a mlodziez oczywiscie cieszyla sie z braku lekcji, wiec niech im bedzie. ;) Ja dopakowalam co trzeba i ruszylam do pracy. Niestety, na autostradzie wczesniej zdarzyl sie wypadek (mowili w radiu) i zrobil sie taki korek, iz trasa, ktora powinnam pokonac w niecale 20 minut, zajela mi godzine i kwadrans. :O Dzien mijal spokojnie, az dostalam wiadomosc, ktorej sie obawialam - koledze dostarczyli nowa odznake. :/ Z jakiegos powodu zdecydowal sie zaczac inspekcje w piatek a nie czwartek, wiec chociaz tyle... Musialam tylko zadzwonic do hotelu i zawiadomic, ze zamelduje sie kolejnego dnia. Mam jednak obawy, ze bede jezdzic na wariata w te i spowrotem, a potem sie okaze, ze firma bedzie zamknieta, albo bedzie brakowalo polowy zarzadu, bo to dzien przed dlugim weekendem. :/ W tej firmie mamy bowiem instrukcje, zeby nie ostrzegac przed inspekcja, wiec roznie moze byc. Po pracy wrocilam do domu, cieszac sie oczywiscie z kolejnej nocy we wlasnym lozku, ale nadal utyskujac na koniecznosc jazdy do hotelu kolejnego dnia. To byl ostatni dzien upalow. Po poludniu przeszedl deszcz, lekki, ale skutecznie schlodzil powietrze. Poszlam pozniej do warzywnika, zeby nalozyc klatki na sadzonki pomidorow. Jak zwykle, przesadzone do gruntu, rosna jak szalone. Niestety, sadzonek mam 7, a klatek tylko 4. Trzeba bedzie dokupic, albo jak rok temu, ratowac sie tyczkami. Po powrocie do domu, niestety, na bluzce znalazlam... kleszcza. :O Dobrze, ze bluzke mialam biala, to od razu bylo go widac. Musialam sie o cos obetrzec na ogrodzie i prosze. Kilka dni temu jakis lazil sobie po siatce w drzwiach tarasowych. Tu podejrzewam, ze przyjechal na kocie, a kiedy wchodzila przez klapke, go stracila. Ale kurcze, to jedna z najgorszych rzeczy o tej porze roku. Normalnie caly czas czlowiek sie z panika oglada. Najgorzej, ze Maya jest brazowa, wiec na niej latwo to robactwo dojrzec, ale na czarnym kocie - nie ma mowy.

A to-to uwielbia polegiwac w krzaczorach...

No nic, wieczor minal spokojnie, bo choc Mlodszy mial jechac na trening, to... zasnal i nie moglam go dobudzic. Mruczal cos nieprzytomnie i choc odmykal jedno oko, to kompletnie nie kojarzyl co sie dzieje. Zostawilam go, bo pomyslalam ze moze, poza przeziebieniem, cos go mocniej rozklada. Kiedy jednak w koncu wstal, twierdzil ze czuje sie dobrze, wiec nie wiem co go tak zmoglo w srodku dnia...

Poniewaz wiedzialam juz ze bede musiala jechac pod Boston, wiec w czwartek zostalam w domu. Na szczescie szef zatwierdzil to bez problemu. Musialam przygotowac sie na inspekcje, ale tez mialam sporo do zorganizowania na dlugi weekenu. Malzonek musial sam spakowac wiekszosc rzeczy, ale chcialam mu choc troche ulatwic zadanie. Swoje ciuchy przygotowalam, ale zostala jeszcze posciel, reczniki, jakies kosmetyki, lekarstwa, ubrania mlodziezy... O ile dla Potworkow juz od zeszlego roku zostawiam listy z ciuchami do spakowania, o tyle spiwory nadal schowane byly w piwnicy, a poduszki upchniete na zime do plastikowego pojemnika. Powyciagalam wiec to wszystko, ale przyczepa byla nie rozlozona, wiec i tak nie mialam jak czegokolwiek spakowac. Zrobilam tez jeszcze szybko pranie, bo potrzebne byly rzeczy na kemping, ale ja potrzebowalam tez ciuchow juz na kolejny tydzien, a po kempingu zawsze jest gora brudow. W miedzyczasie postalam tez chwile z kawa na tarasie, ale nie dane bylo mi posiedziec i podelektowac sie zielenia, bo co co chwila kropilo. Probowalam podejrzec kolibry przy karmniku, ale jak zwykle sa za szybkie dla mojego aparatu. ;)

Ten "zamaz" po prawej od karmnika, to moj koliber :D 

Poniewaz jechalam tylko na jedna noc, wiec przelozylam potrzebne ciuchy oraz kosmetyki do torby, zeby nie ciagac calej walizki. W koncu przyszla pora zeby wyruszyc z domu. Do biura mialam oczywiscie po drodze korki, ale nie takie jak dzien wczesniej. Snulam sie noga za noga, ale przynajmniej posuwalam sie do przodu. ;) Balam sie co bedzie sie dzialo dalej, ale okazalo sie, ze do hotelu mialam tylko godzine jazdy i obylo sie bez korkow. Na sam koniec oczywiscie pobladzilam, bo autostrada tak dziwnie sie rozjezdzala, ze wydawalo sie, ze aby z niej zjechac musze jechac w prawo, a okazalo sie, ze powinnam byla pojechac lewym odgalezieniem, ktore najwyrazniej prowadzilo do zjazdu w przeciwnym kierunku. No nic, musialam po prostu zawrocic na najblizszym skrzyzowaniu. ;) Hotel byl z tej samej sieci jak ten z New Jersey z marca, wiec troche sie go obawialam, ale na szczescie okazal sie duzo lepszy. Pokoje odremontowane i przestronne, otwarta recepcja (tam byla za szyba z tylko dziurkami do rozmowy) i wyglada na to, ze maja normalne sniadanie. O tym ostatnim bede mogla cos napisac dopiero jutro. ;) Dla mnie najwazniejsze, ze w pokoju mam ekspres do kawy!

Niezbedne wyposazenie :D 

Choc widzialam tez kawe przy recepcji, wiec tutaj ogolnie jej chyba nie skapia. ;) Zla jestem strasznie, ze zmuszona bylam tu przyjechac, ale moge sobie wyobrazic jacy wsciekli beda ludzie w firmie, ktora bedziemy sprawdzac. Nie dosc, ze w piatek, to jeszcze przed dlugim weekendem! Na pewno sporo ludzi pobralo wolne, albo planowalo sie urwac wczesniej, nikomu raczej nie chce sie myslec o robocie, a tu kontrola! :O

Posta skoncze juz dzis, bo jesli wszystko pojdzie zgodnie z planem, jutro o tej porze bede grzala dupke gdzies przy ognisku. Chyba ze bedzie padalo, bo niestety, ale pogoda postanowila sie zbiesic i ma byc nie tylko deszczowo, ale tez zimno - ledwie 14 stopni! Widaj przygodo! :D

Dla moich hamerykanckich czytelniczek: fajnego dlugiego weekendu! Mam nadzieje, ze u Was pogoda bedzie lepsza niz u mnie! :)

piątek, 15 maja 2026

Powrot rutyny

Chociaz przy mojej obecnej pracy ciezko ta rutyne zlapac. ;)

Sobota, 9 maja rozpoczela sie pozno, bo w koncu moglam pospac do woli. Mialam wstac o w miare rozsadnej porze i zabrac sie za robote, ale nie moglam sie dobudzic i w koncu zwloklam sie o 10. Mimo wszystko, cudownie bylo cieszyc sie weekendem we wlasnym domu. Smialam sie, bo M. co chwila cos przecieral, przekladal rzeczy do zmywarki, itd., czyli robil to, co zwykle robilam ja. Kiedy mowilam, ze mialam sama za moment to zrobic, wzruszal ramionami, ze sie przyzwyczail. Coz, mam nadzieje ze sie zbyt predko nie oddzwyczai. :D Kiedy zjadlam sniadanie i sie umylam, szybko upieklam biszkopt na tort. Jak zawsze wychodzily mi bez problemu, tak tym razem wbijam patyczek, a tam nadal wilgotno. Hmmm... Dalam na dodatkowe 5 minut, ale po nich musialam zostawic na kolejne, bo patyk nadal byl klejacy. A i tak, kiedy pozniej M. kroil go na placki, ciasto bylo mocno wilgotne i zbijalo sie w grudki. Nie wiem co to sie zadzialo... Tak czy siak, kiedy biszkopt byl upieczony, musialam jechac na poczte. Pisalam juz kiedys, ze moja siorka zajmuje sie rekodzielem i zwykla sporo swoich wyrobow sprzedawac w Hameryce. Niestety, obecna administracja nalozyla na Europe takie taryfy, ze Poczta Polska po prostu nie wysyla paczek i koniec. Inne agencje chyba wysylaja, ale ceny maja takie, ze sie nie oplaca. Siostra skorzystala wiec z wizyty w Polsce mojego taty (a zima mojej) i przekazala mu kilka stworzen do wysylki. Tata nie czul sie na silach zeby podjechac na poczte i je wyslac (wyobrazcie tu sobie przewrot oczami), mimo ze jedyna "trudnosc" to poproszenie o kod do sledzenia paczki. Wyroby czekaly wiec prawie 3 tygodnie, az wrocilam do domu i moglam je wyslac. Zabrala sie ze mna Bi, bo liczyla na to, ze podjedziemy na bubble tea. I podjechalysmy, ale kafejka okazala sie zamknieta, mimo ze byly niby godziny otwarcia, a ani na drzwiach, ani na stronie nie bylo zadnej informacji. No coz, podjechalysmy wobec tego do Dunkin'. ;) Po drodze mijalysmy wielka lake, a na jej koncu szedl sobie leniwie... misiek.

Coz, przynajmniej nie przewraca smietnikow... w tym momencie ;) 

Po powrocie do domu, szybko zabralam sie za kremy do tortu. Liczylam na to, ze jak poleza w lodowce kilka godzin, to stezeja i nie beda wyciekac bokami. Mialam je zrobic dzien wczesniej, ale w piatek nadal bylam calkiem oglupiala po wyjezdzie i podrozy i kompletnie nie moglam sie zmusic. Zrobilam je wiec w sobote i choc siedzialy w lodowce od godziny 14 do 19, to i tak sie laly, a mnie trafial szlag. ;) W miedzyczasie wstawialam pranie i ogarnialam to i owo wokol domu, a pozniej pojechalismy do kosciola. Poniewaz kolejnego dnia mial byc tutejszy Dzien Matki, mamuski dostaly specjane blogoslawienstwo, a po mszy kazda wychodzaca matka (lub kobieta wygladajaca na matke :D) dostawala kwiatka. :)

Przynajmniej w tym roku wygladala zywo, bo w zeszlym trafila mi sie przywiedla :) 

Po powrocie chwile pognilam na kanapie, ale potem juz musialam zabrac sie za tort. Jak napisalam wyzej, mimo tylu godzin w chlodzie, kremy nadal nie stezaly; nie mam juz na nie sposobu... :/ Tort jednak zrobilam i choc nie wyszedl tak "artystyczny" jak ten Kokusiowy z grudnia, to i tak jestem w miare zadowolona z efektu.

Kiedy wyjelam go rano z lodowki, przerazilam sie, ze brzoskwinie zaczely gnic, po czym olsnilo mnie, ze to przeciez czekolada! :D

W niedziele byl wlasnie tutejszy Dzien Matki, ktory przypada zawsze w druga niedziele maja. W tym roku jakims cudem Potworki zapamietaly. Nik nasmarowal mi laurke z zyczeniami, a Bi zrobila na szydelku pokrowiec na okulary i ogrzewacze na kubek.

Nik musial rysunkiem koniecznie podkreslic, ze jest juz ode mnie wyzszy :D 

Za bardzo swietowac niestety nie moglam, bo na 14 mieli przyjechac goscie na urodziny Starszej. Tydzien wczesniej mnie nadal nie bylo, wiec trzeba bylo urzadzic je dopiero teraz. Moj tata jak zwykle mnie zirytowal, bo napisal ze ma problem z bezrobociem i przyjedzie troche wczesniej. Wie, ze przed imprezka, nawet taka mala, sporo jest jednak szykowania i sprzatania, ale nie. Nic sie nie liczy, tylko jego sprawy... Najgorsze jednak, ze dla mnie "troche" wczesniej oznacza 15-20 minut, a on przyjechal godzine wczesniej! Ja w kompletnym proszku, sprzatam jadalnie, nie przebrana i bez makijazu, a on sie tlumaczy, ze wyjechal wczesniej bo nie wiedzial ile mu zejdzie tankowanie auta! Tak, sraly muszki do pietruszki! Wiadomo, ze na stacji benzynowej nie spedza sie godziny. :/ W kazdym razie, zrobilam mu kawe i zajelam sie swoimi sprawami, bo tym razem sie mocno wkurzylam i stwierdzilam, ze nie rzuce wszystkiego bo tata ma takie widzimisie. :/ Dopiero kiedy skonczylam, siadlam z nim do kompa i razem zalatwilismy to, co mu sie nie udalo, a co bylo zwyczajna zmiana hasla. Dziadek cos tam stekal, ze probowal ustawic nowe ale mu nie wchodzilo, a mnie sie wydaje, ze po prostu nie chcialo mu sie pokombinowac. Ledwie skonczylismy, a przyjechala reszta gosci, w osobie chrzestnego oraz jego narzeczonej. Zjedlismy zakupione wczesniej przez M. sushi, chwile odsapnelismy przy rozmowie, a nastepnie przyszla pora zeby zaspiewac pannie Sto Lat i zeby mogla wreszcie zdmuchnac urodzinowe swieczki.

To juz prawdziwa mloda dama... 

Kiedy to 15 lat minelo, jeeeju... Mlodziez zaraz zmyla sie do swoich pokoi, ale czesc dorosla zostala przy stole i plotach. Poza moim tata, ktory kolejny raz pokazal ze ma za nic dobre wychowanie, bo powiedzial (nie poprosil - powiedzial) zebym wlaczyla mu mecz. Wiem, ze to zapalony kibic, a lecial Barcelona : Real Madryt, no ale jak jest sie w towarzystwie, to raczej nie wypada tak po prostu olac wszystkich i isc do drugiego pokoju na telewizje... Chrzestny z narzeczona pojechali krotko po 16, ale moj tata siedzial do konca meczu... :/ Kiedy pojechal, poszlismy z M. na spacer, a pozniej juz trzeba sie bylo szykowac na kolejny dzien. Nie dane mi bylo dluzej odsapnac po wyjezdzie i od poniedzialku jechalam na inspekcje. Plus taki, ze lokalnie, choc w miejscu oddalonym prawie godzine od mojego domu. Minus to, ze mialam ja z... szefem. :O To wiadomo, dodatkowy stres, bo na bank przygladal sie jak sie zachowuje i sobie radze i wyciagal wnioski...

Poniedzialek zaczelam wczesnie. Nie zawiozlam Potworkow do szkol, bo nie bylam pewna ile zajmie mi dojazd. Z szefem umowilam sie na 9, ale musialam zajechac jeszcze do biura i wymienic auto na sluzbowe. Od biedy moglam jechac swoim, ale i tak przejezdzalabym obok biura, a ceny paliwa tak podskoczyly w ciagu ostatniego miesiaca, ze stwierdzilam ze choc troche zaoszczedze. Niestety, tego dnia musialam jeszcze wbiec na gore do biura i zabrac rzeczy na inspekcje, co zajelo mi dodatkowe cenne minuty. Wymiana samochodow to tez nielatwa sprawa, bo parking jest w podziemnym garazu, gdzie jest bardzo ciasno. Auto sluzbowe jest malutkie, wiec nim bez problemu sie tam obroce. Ale przy parkowaniu mojego SUV'a niezle sie upocilam, bo z jednej strony slupki, a naprzeciwko ktos postawil jeszcze wieksza "krowe", wiec nie mialam za bardzo mozliwosci wycofania, zeby sie lepiej ustawic. :/ Jakos zaparkowalam, przesiadlam sie w sluzbowy samochod, wlaczylam nawigacje i ruszylam. Nie patrzylam w sumie az tak na odleglosc, dopoki nie zjechalam z autostrady, myslac, ze powinnam pomalu dojezdzac. Spogladam na nawigacje, a tam... 16km! No to faktycznie "dojezdzalam". :/ Firma, ktora sprawdzalismy okazala sie bardzo uprzejma i zarezerwowala nam dwa miejsca na parkingu pod samym budynkiem, mimo ze teoretycznie nie bylo tam miejsca dla gosci. Byli tez ogolnie sympatyczni i starali sie pilnie wydawac nam dokumenty oraz odpowiadac na pytania. Niespodziewanie skonczylismy wczesniej, bo moj szef pracowal bez przerwy na lunch, az okolo 14 cos tam wspomnial ze ludzie siedzacy z nami moga przerwac kiedy chca, a na to pan wyciagnal urzadzenie i oznajmil, ze poziom cukru ma jeszcze w porzadku, wiec mozemy kontynuowac! Trzymalismy biednego cukrzyka kilka godzin bez przerwy na jedzenie czy picie! :O Szef natychmiast zarzadzil koniec na ten dzien, a ja oczywiscie nie mialam zamiaru protestowac. O tej porze udalo mi sie dojechac do biura, wymienic auto na wlasne i przejechac do domu bez wiekszych zatorow. W chalupie wreszcie zjadlam, bo nie jadlam nic caly dzien, opowiedzialam o wrazeniach, a potem mozna bylo sie odmozdzyc przed tv. Pod wieczor jednak stwierdzilam, ze trzeba wykorzystac w miare ladna pogode (bylo 15 stopni) i zazyc troche ruchu oraz swiezego powietrza. Pomaszerowalam na spacer, a M. oczywiscie ze mna. Mlodziez wolala zostac; Bi byla zmeczona po treningu lekkoatletyki, a Nik siedzial w lazience. Kiedy wrocilismy, akurat przyszedl czas zeby zawiezc kawalera na jego trening. Tradycyjnie, malzonek go zawiozl, a ja odebralam.

We wtorek ranek identycznie, czyli do biura, wymienic auta i na inspekcje. Tam caly dzien sprawdzania papierow, choc tym razem osoby pomagajace w inspekcji juz same pilnowaly zeby zrobic odpowiednio przerwy. A i ja zobaczylam dzien wczesniej kuchnie z zaparzaczem na kapsulki, wiec wzielam ze soba kubek oraz kawe i napilam sie swiezej i goracej, a nie zrobionej rano i wlanej do termosu. ;) Tym razem niestety siedzielismy juz do oporu i skonczylismy prawie o 16, choc trzymalam sie tego, ze szef wspomnial iz kolejnego dnia powinnismy skonczyc. Zla bylam tylko, bo tego dnia Bi miala ostatnie zawody lekkoatletyki. Przez glupi wyjazd ominely mnie wszysciutkie, poza tym jednym. Odbywaly sie co prawda w sasiedniej miejscowosci, ale ze mieszkamy prawie na granicy z nia, wiec dojazd to zawrotne kilka minut dluzej niz do domu. Zawzielam sie wiec, ze pojade, chocbym miala dojechac na ostatnie kilkanascie minut. Okazalo sie, ze niepotrzebnie sie martwilam, bo dojechalam o 17:30, a kwitlam tam prawie do 20. Pechowo, praktycznie wszystkie konkurencje Bi, czyli wyscig oraz skoki o tyczce (a to na nich mi najbardziej zalezalo) miala na poczatku zawodow. Ja zalapalam sie tylko na ostatni sprint na 200m. Stwierdzam, ze zawody w lekkoatletyce, w porownaniu z plywackimi, to straszny chaos. Duzo wiecej zawodnikow, dziewczyny i chlopaki, mnostwo konkurencji, a w kazdej kilka grup. Prowadzacy czasem oglaszali jakie zawody sie odbeda, a czasem nie. Wyscigi, w zaleznosci od dystansu, zaczynaly sie z jednej lub drugiej strony biezni. Nie moglam ogarnac co, gdzie i jak. Dobrze, ze w ktoryms momencie udalo mi sie dowolac Bi, ktora siedziala w miejscu niedostepnym dla rodzicow i wtedy panna mnie uswiadomila, ze zostal jej juz tylko jeden wyscig. Nie mam pojecia, ktore zajela miejsce, bo ona sama nie sprawdzila, a bylo kilka grup, wiec liczyl sie czas, a nie miejsce zajete w swojej, ale przyznaje, ze sprint ma niezly.

 

Bi piata od lewej

Choc kolejny raz zastanawia mnie jej rozsadek co do ubioru. Wiadomo, w biegu najwazniejsza jest aerodynamika. Wiekszosc dziewczyn miala spodenki i to najczesciej gladko przylegajace do ciala. A moja corka? Ona zalozyla... spodniczke! Taka sportowa, ale to jednak cos majtajace sie na biodrach. Wszystko mi opadlo, bo Bi ogolnie nie jest fanka spodniczek i sukienek, zazwyczaj nosi spodenki, a jak przyszly zawody, to ona zaklada spodniczke! W kazdym razie, jej wyscig byl jednym z ostatnich zawodow, ale pozniej sie panny dowolac nie moglam, a jak w koncu mnie zauwazyla i przyszla, to spuscila nos na kwinte, bo ona chce z kolezankami siedziec. Powiedzialam, ze albo jedzie ze mna, albo zostaje do konca i wraca autobusem do szkoly, a stamtad ktos ja odbierze. Poniewaz zapowiadalo sie kolejne pol godziny zawodow, Bi laskawie pojechala ze mna do domu. I tak bylam kompletnie padnieta po takim calym dniu, nie mowiac juz ze zdychalam z glodu, bo przez caly dzien zjadlam tylko troche precelkow z humusem. W miedzyczasie M. zawiozl syna na trening, ale na szczescie tez po niego pojechal, bo Mlodszy napisal ze skonczyli jak akurat sie przebralam i zdazylam usiasc. 

Sroda miala byc ostatnim dniem inspekcji, ale... nie byla. :/ Co chwila czegos brakowalo, na cos musielismy czekac, a w dodatku przegladanie wszystkiego tyle trwalo, ze zrobila sie 15:30 i szef spytal czy chce to ciagnac i wtedy moooze skonczymy gdzies po 17, ale nie jest pewnien. Oboje zgodnie wiec uznalismy, ze lepiej wrocic kolejnego dnia z nadzieja, ze zwiniemy sie w miare wczesnie. Nie bylo mi to do konca wsmak bo na czwartek zapowiadli calodzienny, ulewny deszcz, ale wiedzialam ze jak sie uprzemy skoczyc w srode, mozemy tam rownie dobrze utknac do 18 albo dluzej... Zanim jednak szef przeprowadzil jeszcze ostatnia rozmowe na ten dzien, zanim sie spakowalismy, itd., jeszcze zajechac do biura wymienic auta i do domu wrocilam o 17:25. Przynajmniej tego dnia dzieci nie mialy zadnych zawodow, ani nawet treningow, wiec moglam sobie poleniuchowac spokojnie na kanapie. :) A, zapomnialam! Rano zawsze mam na telefonie powiadomienie z kamer, bo M. wyjezdza do pracy w nocy. Otwieram je wiec, zeby mi sie nie pokazywalo caly czas ze mam cos nowego. Tym razem jednak, poza filmikiem z M. wyjezdzajacym z garazu, pokazal sie jeszcze inny, z... kojotem.

Najpierw myslalam, ze komus uciekl wilczur, dopiero kiedy sie obrocil poznalam charakterystyczny pysk 

Niestety, prognozy na czwartek sie sprawdzily. Od rana naprzemian padalo i lalo. W taka paskudna pogode musialam popylac do biura, wymienic auta i pedzic na inspekcje. Okazalo sie, ze dobrze ze nie siedzielismy na sile poprzedniego dnia, bo skonczylismy wczesniej, ale nie tak wczesnie jak sie spodziewalam. Jeszcze na koniec dopadly nas problemy techniczne. Mielismy wydac oficjalna uwage, a to wymagalo jej wydrukowania. Oboje mielismy przenosne drukarki, tylko co z tego. W mojej przysechl tusz, wiec choc drukowala, zostawiala przerwy w druku. A kiedy szef podlaczyl swoja, program do pisania uwagi caly czas pokazywal jakies bledy. Czy logowalam sie ja, czy on, ciagle cos bylo nie tak. W koncu facet sie poddal i stwierdzil, ze trudno, pierwszy raz w karierze, uwagi nie wyda. :D Musielismy jeszcze przeprowadzic oficjalne spotkanie gdzie wyluszczylismy wszystkie znalezione bledy i "przewinienia" i moglismy jechac. Dzien wczesniej szef zapewnial, ze zamkniemy inspekcje najpozniej o 12. Coz, wyjechalismy juz po 13. Lalo jeszcze mocniej, ale okazalo sie, ze tylko tam. Im blizej bylam biura, tym padalo lzej. Kiedy dojezdzalam do domu, juz tylko kropilo. Dotarlam o 14:30, wiec mialam chwilke zeby dychnac zanim zjechala sie reszta rodziny. Pierwszy dojechal Nik, ktory niestety gdzies znow zlapal wirusisko i smarczal. Na basen wiec nie pojechal, bo wolalabym zeby sie nie doprawil. Zyskalismy wiec spokojny wieczor, na co nikt nie narzekal.

W piatek moglam popracowac z domu, z czego oczywiscie chetnie skorzystalam. Tym razem od rana pogoda byla piekna (choc nie goraca - tak okolo 17 stopni), wiec pouchylalam wszystkie okna i wietrzylam chalupe. Zawiozlam rano mlodziez do szkoly, przy czym Bi zdazyla mnie wkurzyc, bo przypomnialo jej sie, ze miala tego dnia oddac stroj do lekkoatletyki, ale zapomniala dac mi go do prania! No sorki; ja myslalam ze stroj zostaje dla niej, ale okazuje sie ze nie... A ostatecznie i tak panna zapomniala torby (kiedys zapomni glowy...), wiec stroj zostal w domu i szybko wrzucilam go do pralki. ;) Zwierzyniec doprowadzal mnie do bialej goraczki, bo obie lazily w ta i spowrotem. Kot to pol biedy, bo nadal ma klapke w siatce, wiec uchylilam drzwi i wlazila kiedy chciala. Maya jednak, co sie ruszylam, to biegla do drzwi. Wypuszczalam, po czym za jakis czas podchodze, a ona juz stoi zeby ja wpuscic. Wchodzila do domu, ale pol godziny pozniej znow leci do drzwi, bo ponownie chce wyjsc! Tymczasem ja mialam intensywny dzien w pracy, choc wirtualnej. Juz rano szef wyslal mi maila z lista sekcji, krote mam napisac do raportu z naszej inspekcji. Taka ze mnie doopa, ze zaczelam pisac, meczylam sie dwie godziny bo tez i motywacji mi brakowalo, az patrze co jeszcze mam napisac... patrze... A tej sekcji w ogole szef nie zaznaczyl, czyli nie musialam jej pisac! :O Wyslalam mu ja pozniej tak czy siak, bo ktos to napisac musial, a skoro juz mialam to moze akurat szefowi sie przyda do reszty. Ale wkurzylam sie sama na siebie, bo sie nameczylam, a potem musialam pisac juz wlasciwe rozdzialy.

Kiedy byla w domu, w pracy towarzyszyla mi Oreo. Z bezpiecznej odleglosci oczywiscie, bo jeszcze naszlaby mnie ochota ja poglaskac... :D 

Oprocz tego, dostalam wiadomosc od babki z dzialu podrozy, ze potrzebuje rachunek za oplate za walizke, bo bez niego nie moze zatwierdzic moich wydatkow z minionego wyjazdu. Cale szczescie, ze moja kolezanka, ktora jest duzo bardziej ogarnieta, poprosila o owy rachunek na lotnisku, a wtedy i mnie olsnilo, ze ja rozniez go potrzebuje! Teraz jednak odpisalam kobiecie, ze musze go zeskanowac, wiec zrobie to w poniedzialek w biurze. Caly czas mi to jednak siedzialo z tylu glowy, bo kilka dni wczesniej dostalam juz maila, ze zalegam z platnoscia na sluzbowej karcie, wiec ludzie od podrozy musza to jak najszybciej uregulowac. W koncu mnie olsnilo, ze przeciez mam telefon, wiec moge zrobic zdjecia i wyslac je mailem. Witamy w XXI wieku. ;) Wyslalam i godzine pozniej dostalam maila, ze babka zatwierdzila moj kosztorys. :) Niestety, musialam tez rezerwowac hotel na kolejny wyjazd. Jade znow na inspekcje w okolice Bostonu, wiec musialam gdzies sie zatrzymac. Niestety, pewnie przez bliskosc dlugiego weekendu, wybor mialam mocno ograniczony i przekroczylam dozwolony budzet. Nie wiem czy ludzie z dzialu podrozy mi to zatwierdza, ale nie dowiem sie dopoki nie wysle im rezerwacji, tej zas nie moge wyslac bez oficjalnego formularza podpisanego przez szefa. To kolejna rzecz, ktora musialam wypisac i wyslac, ale zrobilo sie pozne popoludnie i szef juz nie odpisal. A jeszcze przy rezerwacji tez co chwila wyskakiwal mi jakis blad, problem z serwerem, strona sie zawieszala i juz myslalam ze zanim uda mi sie cos z tym zrobic, we wszystkich okolicznych hotelach znikna wolne pokoje. ;) Ostatecznie, mimo pracy zdalnej, mialam dzien nerwowki. Kiedy w koncu moglam zatrzasnac laptoka, zgarnelam potomstwo i pojechalismy na zakupy. Niestety, mieszkamy w takim miejscu, ze jest tylko jeden wyjazd z osiedla, a z niego mozemy jechac jedynie w prawo albo w lewo. Chwile wczesniej slyszalam syreny i oczywiscie - kiedy wyjezdzalismy, droga po lewej stronie (gdzie mialam jechac) byla zablokowana przez policje. Z daleka bylo widac, ze cos mocno dymi, wiec wiedzielismy ze gdzies jest pozar. Musielismy jechac w prawo, gdzie przy wyjezdzie na glowna droge znow stala policja i zatrzymywala auta, informujac ze nie ma przejazdu. My zas musielismy jechac okrezna droga, przez centrum miejscowosci i nadlozylismy prawie drugie tyle. Po zrobieniu zakupow, stwierdzilismy ze droga moze byc nadal zamknieta, wiec lepiej jeszcze gdzies podjechac. Zabralam wiec Potworki na bubble tea, z racji, ze w sobote sie nie udalo. Jeszcze, jak na zlosc, przyszlismy akurat po wiekszej grupie, wiec czekalismy na nasze herbatki duzo dluzej niz normalnie. Moze to zreszta dobrze, bo kiedy wracalismy do domu, droge juz otworzyli, ale policja i straz nadal staly na poboczu. Przynajmniej moglismy spojrzec na pozar, ktory okazal sie na szczesnie nie w domu, tylko w kontenerze na smieci stojacym przy nim, bo jest remontowany. Nie mam pojecia co tam wrzucono, bo dzien wczesniej lalo, wiec nic sie nie mialo prawa zapalic ot tak. W kazdym razie, dojechalismy, rozpakowalismy zakupy i zrobil sie juz wlasciwie wieczor. Kokusia niestety rozklada coraz mocniej. Mam nadzieje, ze przez weekend zdazy sie wykurowac. Najlepsze, ze tak to narzekal ze zle sie czuje, ze cieknie mu ciagle z nosa, ale kolega zaprosil go na nocowanie i byl chetny jechac! :O I bardzo sie zdziwil, kiedy powiedzialam, ze mowy nie ma, bo po pierwsze, nie chce zeby zarazal innych, a po drugie, chce zeby sie porzadnie wyspal i wypoczal. 

Milego weekendu!

piątek, 8 maja 2026

Wreszcie do domu!

Ale nie od razu!

Za dobrze by mi bylo. :D

Sobota, 2 maja byla oczywiscie jednym z dwoch najwazniejszych dni w roku. Moje pierwsze dziecko, moja jedyna coreczka, konczyla 15 lat! Te z Was, ktore sa ze mna od dluzszego czasu, pewnie same nie moga w to uwierzyc. ;) Strasznie smutno mi bylo ze nie ma mnie w domu w ten dzien, ale moglam tylko ze zlosci pozgrzytac zebami. :( Zadzwonilam oczywiscie do panienki z zyczeniami, przy czym okazalo sie, ze akurat na urodziny dorobila sie przeziebienia i byla w srednim humorze. ;)

Sto Lat! :) 

Z prezentow (dostarczonych przez niezawodnego Amazona) sie oczywiscie ucieszyla. Niestety, mimo ze namawialam M. zeby kupil babeczke lub maly torcik i zeby zaspiewali jej z Kokusiem Sto Lat (ja tez moglam sie polaczyc przez WhatsAppa), to nie. :/ Pojechal po kwiatka i czekoladki, chociaz tyle. Niestety, pierwsza doniczke z chwastem... rozbil na parkingu. Szedl i tak podziwial zakup, ze uderzyl lokciem w slupek i kwiatek upuscil. :D

Byla sobie doniczka... 

Moja sobota okazala sie nudna i deszczowa. Lalo calutki dzien. Temperatury tez nie rozpieszczaly jak na Poludniowa Karoline, bo bylo okolo 15 stopni. Przez 4 tygodnie tylko czasem pokropilo, a akurat na ostatni weekend tutaj, musialo sie rozpadac na calego. No nic. Uznalam, ze taka pogoda to znak, ze trzeba sie pouczyc do egzaminu. :D Wstalam pozno, bo wiadomo, weekend, pozniej leniwie sie zbieralam, polazlam do drugiego budynku po kawe, ale okazalo sie, ze w maszynie nie ma kubkow... Zmuszona bylam zrobic w niezawodnym Keurigu, choc zostaly mi juz tylko 3 kubeczki, wiec balam sie, ze nie starczy mi ich do wyjazdu. W poludnie, w ulewe, poczlapalam do jadalni na lunch, a kiedy wrocilam, wstawilam pranie i grzecznie wzielam sie za nauke.

Ksiazka miala 180 stron, ale wiekszosc to wlasnie zdjecia slajdow 

Szlo mi zreszta calkiem niezle, ale tylko tak do 16:30. Pozniej juz mozgownica mi wysiadla. Trzy razy czytalam strone i nie pamietalam ani slowa. Na sile dokonczylam pierwsza ksiazke, ale druga zostawilam juz sobie na inny dzien... Zadzwonilam do M. ktory dziwil sie, ze caly dzien sie nie kontaktuje, oraz do taty, ktory myslal ze stolowke mam w tym samym budynku. Taaa... Fajnie by bylo. Niestety, o 18 czekal mnie marsz w mzawke na kolacje. Kiedy z niej wyszlam, okazalo sie, ze przestalo padac, wiec kiedy wrocilam do pokoju, stwierdzilam, ze moze milo jednak byloby wyjsc troche na swieze powietrze. Nadal bylo chlodno, a jeszcze zerwal sie wiatr, przez ktory wydawalo sie jeszcze zimniej, wiec na dlugi spacer nie mialam ochoty. Przeszlam sie jednak do sklepiku, zeby kupic wszystkim pamiatki. Wyslalam rodzinie wczesniej zdjecia asortymentu i kazdy wybral po koszulce.

Kupilam tez kupe innych pierdolek w prawie wszystkich odwiedzonych przeze mnie miejscach

Tzn. dzieciaki po jednej (plus Nik breloczek aligator :D), a M. trzy. Poki co, nie kupilam nic dla siebie. 

W nocy temperatura spadla do 9 stopni i moj pokoj solidnie sie schlodzil. Dobrze, ze przezornie rozlozylam troche narzute, wiec bylo mi w miare cieplo. Tutaj nie daja nawet koldry, tylko "kocyk", ale taki bawelniany i cieniutki prawie jak przescieradlo. :/ W kazdym razie, niedziele ponownie zaczelam pozniej, a kiedy w koncu wstalam i sie ogarnelam, znow podjelam probe zdobycia kawy w drugim budynku. Dzien wczesniej pani na recepcji powiedziala mi, ze ktos od maszyny powinien przyjechac tego dnia. No coz... nie przyjechal, bo w niedziele nadal nie bylo kubkow. Wrocilam jak niepyszna i znow musialam zaparzyc z kapsulki. Kiedy wrocilam, w korytarzu wpadlam na kolege, ktory probowal sie dowiedziec, w ktorym pokoju mieszka jeszcze inny, bo ponoc ten ma jego telefon i on zostal bez kontaktu z kimkolwiek. Tak to jest jak sie razem pije. :D Pozwolilam mu zadzwonic z wlasnego telefonu i kolege obudzil, bo coz, o 10 rano, wiele osob odsypialo jeszcze wieczorne lazenie po barach. ;) Dla mojej malej grupki, nagle wpadla propozycja wycieczki. Nie moglismy sie zdecydowac gdzie chcemy jechac, az nasz "rodzynek", jedyny chlopak, napisal ze wybiera sie do rezerwatu przyrody - Cypress Garden i czy chcemy do niego dolaczyc. Czyli w sumie zdecydowal za nas, ale przynajmniej mielismy jakis cel. Poniewaz jednak mial jeszcze cos do zalatwienia, pojechalismy dopiero o 12:30. Udalo nam sie wiec zjesc normalnie lunch i cale szczescie, bo wrocilismy dopiero na kolacje. Miejsce okazalo sie ladne, choc przeznaczone glownie dla rodzin. Mieli ogromny plac zabaw i plac wodny, a wiekszosc sciezek byla wyasfaltowana, z kilkoma laczacymi sie trasami, wiec mozna bylo przejsc albo male koleczko, albo obejsc je wszystkie. Wejscie bylo zaskakujaco tanie - $10. Z ciekawostek, krecono tu kilka filmow, m.in. "Pamietnik" oraz "Patriote". Miejsce to bylo niby rezerwatem przyrody, ale teren poza czescia "bagienna" przypominal miniaturowe zoo. Byla motylarnia, ale malutka i nieco rozczarowujaca.

Motylarnia bez motyli, ale za to z sadzawka i zolwiami :) 

W wiekszej, do ktorejs kiedys pojechalam, wszedzie byly pokrojone owoce, zeby slodycz zwabiala owady na dol. Tutaj byly specjalne miseczki oraz poidla, ale... puste. Przez to, wszystkie motyle lataly wysoko pod sufitem.

Za to wszedze biegaly male jaszczurki, ktore sie pewnie owymi motylami zywily ;) 

Byl tez pawilon ze spora iloscia akwariow oraz terrariow. O ile ryby mieli glownie z lokalnych gatunkow, o tyle gady i plazy byly juz z calego swiata. Chociaz znalazly sie tez hamerykanckie okazy, jak grzechotnik, czy jeden z gatunkow zmiji.

Grzechotnik

Na zewnatrz, przy ogrodzonym stawie, leniwie wylegiwaly sie dwa ogromne aligatory. Jeden mial spokojnie ze 3m dlugosci, a drugi byl niewiele mniejszy.

Na taka gadzine na wolnosci, wolalabym sie nie natknac 

Nie wiem dlaczego akurat te dwa byly zamkniete, kiedy naokolo mielismy pelno mokradel oraz bagien. Podziwialismy tez ogromne zolwie oraz pawia, ktory rozkladal ogon i "tanczyl", choc jego przyjaciolka miala go zupelnie w nosie. ;)

Nie pamietam jaki to gatunek. Policzylismy, ze mialy okolo 20 lat i skorupe dlugosci mniej wiecej 40cm

Pan paw 

Glowna atrakcja tego miejsca bylo przeplyniecie kawalka bagien lodka, samemu lub z przewodnikiem.

Lodki plyna po moczarach

Kiedy wjezdzalismy, juz w budce pani poinformowala nas, ze wszystkie lodki sa zarezerwowane az do zamkniecia, wiec stwierdzilismy ze przejdziemy sie kilkoma z ich szlakow spacerowych. Sciezka fajna, dobrze utrzymana i co chwila to z jednej, to z drugiej strony mokradla.

Lepiej tam nie zabladzic...

Przeszlismy tez przez najprawdziwszy bambusowy lasek

Znaki ostrzegawcze pokazywalay zeby uwazac na aligatory, ale my zadnego nie zobaczylismy praktycznie do konca, gdzie prawie przy brzegu plywal sobie maluch. :)

Dobrze zakamuflowany... kto go znajdzie? ;) 

Mielismy swietna pogode do takiego lazenia. Bylo 21 stopni i chlodny wiatr, wiec w sloncu bylo goraco, ale sciezki byly zacienione, wiec mimo dosc raznego marszu nawet sie nie spocilicmy. Jedna z dziewczyn nie chciala odpuscic i kiedy spacerowalismy, wpisala sie w kolejke po lodke. Byla 37 z kolei, a do zamkniecia zostalo 1.5 godziny, wiec stwierdzilismy, ze w zyciu sie nie zalapiemy. A tu niespodzianka, bo doslownie 5 minut przed zamknieciem przystani (45 min. wczesniej niz calego rezerwatu) udalo nam sie dorwac lodke! Mielismy szczescie, bo mniejszych nie bylo, ale mieli jedna wielka, ktora zwykle uzywaja przewodnicy. Poniewaz byla nas jednak piatka, a wiec wystarczajaco do wioslowania, pozwolili nam nia poplynac. Przezycie bylo niezwykle, bo mimo ze obok ludzie chodzili sciezka, to na srodku bagna bylo jednak ciszej. Szlak plyniecia oznaczony byl strzalkami i okazalo sie, ze lepiej jest sie go trzymac, bo kiedy (jako niewprawni wioslarze) z niego zboczylismy, zaraz wpadlismy na mielizne albo jakas klode.

Widzicie biale strzalki na drzewach? 

W ktoryms momencie utknelismy tak, ze zaczelam ze smiechem pytac kto na ochotnika wskoczy do wody i popchnie, ale jakos nikt nie chcial. :D Nie ma sie co dziwic, bo na szlaku szczescia nie mielismy, ale z wody udalo nam sie dojrzec poteznego aligatora, ktory postanowil sie powygrzewac na sciezce, kompletnie ja blokujac.

To sobie znalazl miejsce... 

Widzielismy dalej ludzi, ktorzy stali i czekali az gadzina sobie pojdzie, bo nie bylo go jak ominac; trzeba bylo cofnac sie ta sama droga, ktora sie przyszlo. Pozniej, widzielismy na malej wysepce kolejnego, a za moment utknelismy, bo wszyscy patrzyli na aligatora zamiast uwazac gdzie znosi nam lodke.

Ten byl ledwie widoczny, a tylko kilka metrow od nas 

Nie dziwota, ze nikt sie nie kwapil zeby wyskoczyc, nawet przy brzegu, i ja odepchnac. :D Do bazy wrocilismy bardzo zadowoleni z wycieczki i akurat zalapalismy sie na obiadokolacje. Po takim lazeniu wieczorem odpuscilam sobie juz moj zwyczajowy spacer i przesiedzialam go leniwie w fotelu.

Palmy o zachodzie slonca, podziwialam przez okno

Poniedzialek, wedlug grafiku, mial byc dniem wolnym, przeznaczonym na przygotowanie do egzaminu. W praktyce, organizatorzy przygotowali grupe "ekspertow", ktorzy mieli odpowiedziec na jakies nasze pytania. Ranek mialam wiec leniwy jak w weekend. Wyspalam sie, ponowilam probe dostania kawy w drugim budynku (kolejna porazka), po czym odgrzalam ta, ktora przezornie wzielam dzien wczesniej ze stolowki. Wyszlam tez na chwile na zewnatrz, zeby podelektowac sie sloncemi niczym jaszczurka. :)

Kawa w sloncu o poranku; zyc nie umierac

Pogadalam z siorka, pokrecilam sie i... mialam sie pouczyc drugiej ksiazki, ale zrobila sie pora lunchu. Spotkanie z ekspertami mialo byc o 12:15, wiec o 11:30 poszlam na lunch, a stamtad prosto do klasy. Najlepsze, ze rano na drzwiach wywiesilam karteczke zeby nie przeszkadzac, ale kiedy wyszlam, zdjelam ja, myslac, ze panie posprzataja. Taaa. Najwyrazniej, jak raz ominely twoj pokoj, to juz nie wracaja sprawdzic czy ktos wyszedl. ;) Cale to spotkanie z ekspertami okazalo sie bez sensu, bo nikt nie mial dla nich zadnych konkretnych pytan. Padaly wiec takie ogolne, np. co robic zeby sobie poradzic w pracy, co zrobic kiedy szef chce cie rzucic na gleboka wode, jak zmienic swoja grupe, itd. Cali ci "eksperci " tez nie mieli konkretnych odpowiedzi, tylko pierdzielili trzy po trzy. Mialam wrazenie, ze oni byli tam zeby poopowiadac o swoich doswiadczeniach w pracy, bo kazda odpowiedz nawiazywala do jakiegos tam wydarzenia, najczesciej majacego niewiele lub nic wspolnego z pytaniem. Liczylam na to, ze szybko skonczymy, ale niestety, trzymali nas do 14:30. Po powrocie do pokoju mialam kontynuowac nauke, ale kompletnie nie moglam sie skupic. Kilka razy odwieralam ksiazke, po czym ja zamykalam. W koncu tylko pozaznaczalam karteczkami rozdzialy zeby szybciej je znalezc i dalam sobie spokoj. Przeszlam sie do sklepiku zeby w koncu kupic i sobie jakies pamiatkowe koszulki.

Upominki dla samej siebie :)

Pozniej wrocilam i choc ksiazka z prawem patrzyla na mnie z wyrzutem, stwierdzilam ze pojde na spacer. Tym razem w koncu mialam szczescie i dorwalam naszego aligatora - rezydenta! :D

George albo Georgiana :D 

Wygrzewal sie na ladzie i to tuz za plotem, przy ktorym stalam! Po powrocie ze spaceru pogadalam oczywiscie z rodzina, poszlam na kolacje i w koncu wrocilam juz do pokoju na reszte wieczoru.

Wtorek niestety musialam juz zaczac wczesnie, bo choc egzamin mial sie zaczac o 8:30, to mielismy sie stawic w klasie juz o 8. Myslelismy, ze to przez to ze beda kolejny raz sprawdzac oprogramowanie do testu, tymczasem to zajelo nam raptem kilka minut i tym razem kazdemu otworzylo sie bez problemu. Reszte czasu sprawdzali czy kazdy siedzi na swoim miejscu (ktos zrobil zarys klasy i wpisal nasze imiona) i odczytywali zasady egzaminu. Okazalo sie, ze mieli go trzy wersje (ja dostalam B), a do tego nie wolno bylo miec na stole ani telefonow, ani tabletow, ani nawet czapki. Trzeba tez bylo zdjac elektroniczne zegarki. Zeby bylo smieszniej, wolno bylo korzystac z notatek oraz ksiazek, wiec nie mam pojecia skad takie surowe zasady, ale jedna z kobiet ostrzegla, ze zdarzylo jej sie kogos wyrzucic z klasy za sciaganie. Sciaganie! Serio, co za roznica czy znajde odpowiedz w notatkach, czy spytam Google? W kazdym razie, mielismy 100 pytan i 3 godziny. Dwie osoby wyszly chyba po pol godzinie. Pozniej co chwila slyszalam szuranie kolejnej osoby pakujacej swoje rzeczy. Siedzialam w pierwszej lawce, wiec co jakis czas odwracalam sie z panika, zeby zobaczyc ile nas jeszcze zostalo. Kiedy kolezanki i kolega z mojej malej grupki wyszli, a ja nadal mialam dwadziescia kilka pytan, kompletnie sie zalamalam. ;) Gdy jednak skonczylam, okazalo sie, ze na oko nadal w klasie zostala polowa grupy. Ogolnie wszyscy byli bardzo niezadowoleni. Mielismy kilka pytan, gdzie nikt nie pamietal zebysmy cos takiego przerabiali, a wiele innych bylo tak napisane, ze nawet po znalezieniu odpowiedniego miejsca w ksiazce, ciezko bylo odpowiedziec. Ogolnie, bylo moze 10-15 pytan, na ktore odpowiedzialam od razu i praktycznie bez zastanowienia, reszta to bylo szukanie w ksiazce, kilkukrotne czytanie pytania i skrobanie sie po glowie. Ciesze sie, ze (podobno) wyniki sa tylko dla organizatorow zeby ocenic sposob nauczania i nikt inny ich nie zobaczy. ;) Po ciezkim egzaminie mielismy "nagrode", bo tego dnia znowu przyjechal pojazd z lodem z sokiem, czyli shaved ice.

Pina Colada i limonkowy 

Pan rozdawal je za darmo, wiec jednego zjadlam od razu, pozniej poszlismy na lunch, a po nim wzielismy po kolejnym kubeczku. Rozpusta! :) Wrocilam na chwile do pokoju, pokrecilam sie, przebralam, po czym trzeba bylo wracac na ceremonie rozdania certyfikatow. Kazdemu po po kolei robili zdjecia przy odbiorze, a potem zrobilismy grupowe, ale narazie ich nie dostalam. Za to zrobilismy sobie fote naszej nierozlacznej czworki. :)

Dumni i bladzi :) 

Ceremonia miala potrwac do 15, ale na szczescie juz pol godziny wczesniej sie zwinelismy. Na popoludnie grupa najwiekszych imprezowiczow zorganizowala pozegnalna pizze oraz impreze w barze przy naszej bazie. Stwierdzilam, ze pojde wypic z nimi lampke wina, ale najpierw urzadzilam sobie spacer w sloncu i pod palmami.

Mozna by pomyslec, ze to tropikalne wakacje ;) 

Wiedzialam, ze bedzie mi brakowac tego ciepla, bo na mojej polnocy nadal trwa lagodna wiosna, a za to w Poludniowej Karolinie juz praktycznie lato pelna geba. Pozniej poszlam do tej bandy wariatow. Okazalo sie zreszta, ze na 40 osob, bylo nas okolo 26. Niektorzy podeszli tylko szybko sie pozegnac, kilka osob wolalo imprezowac w miescie we wlasnym towarzystwie, a dwie czy trzy polecialy do domu tego samego dnia.

Moja pierwsza i ostatnia lampka wina przy bazowym barze 

Wypilam lampke wina, zrobilismy pamiatkowe zdjecie, po czym poszlam na ostatnia kolacje w gronie mojej malej grupki.

Prawie 3/4 calej bandy 

Po niej jeszcze raz zaszlismy na impreze, gdzie robilo sie coraz glosniej i zaczely sie tance na stolach. :D Nie mialam ochoty na az takie hulanki, a obcy ludzie podchodzili i pytali z ktorej jestesmy agencji, wiec troche obciach, wobec czego szybko sie stamtad zmylam. :D

Dopiero ostatniego dnia uswiadomilam sobie, ze nie pokazalam Wam jak mieszkalam przez ten miesiac. To bylo miejsce, ktore zmuszona bylam nazywac "domem" :D 

Poszlam za to na jeszcze ostatni spacer o zachodzie slonca. Mimo ze daleko od domu i dlugo, mimo ze warunki takie a nie inne, to czego jak czego, ale poludniowego klimatu bedzie mi brakowac. Obeszlam jeszcze raz glowne trasy bazy, popstrykalam ostatnie zdjecia i trzeba bylo wracac do pokoju, skonczyc sie pakowac.

Zacumowane lodzie Strazy Przybrzeznej, w swietle zachodzacego slonca 

Wczesniej tylko zaczelam, ale teraz juz musialam wdusic do walizki wszystko, poza kosmetykami potrzebnymi na kolejny ranek. A! Tego dnia ominelo mnie kolejne rodzinne wydarzenie, mianowicie Nik mial wieczorem koncert.

Mama kolegi pstryknela chlopakom fote 

Jego ostatni w middle school, a mnie tam nie bylo! :( Malzonek mi oczywiscie troche nagral, ale to zupelnie nie to samo...

Trebacz :)

Sroda okazala sie koszmarna, choc zaczela zupelnie niewinnie. Wstalam normalnie, umylam sie, ubralam, skonczylam pakowac (na walizke musialam sie prawie polozyc zeby ja zamknac) po czym pomaszerowalam na ostatnie na bazie sniadanie.

Co jak co, ale sniadanie mozna sobie bylo urozmaicac 

O 7 rano bylo juz ponad 20 stopni, wiec kolejny raz wzdychalam, ze wracam na polnoc. Po sniadaniu wrocilam jeszcze do pokoju, upewnilam sie, ze nigdzie nic nie zostawilam i wytoczylam sie z waliza na korytarz. Zniesc to dziadostwo z jednych schodow, potem z drugich, pozniej wtaszczyc na polpietro, a nastepnie wyniesc z budynku i kolejnego dnia nie moglam ruszyc prawa reka. :/ Bus przyjechal na czas i pojechalismy na lotnisko. Poczatkowo mialam szczescie, bo busem jechalo ze mna jeszcze trzech chlopakow z grupy, a kolezanka z biura oraz kolega, ktory z nia pracuje, ale jest z innego biura, mieli zarezerwowane te same loty co ja.

Tu jeszcze nam humory dopisywaly :/ 

Pierwszy odbyl sie bez opoznien i bez problemow, a pozniej wszystko trafil jasny szlag. :( Mielismy 2.5 godziny oczekiwania w Waszyngtonie, wiec kupilismy na spolke pizze, pozniej poszlam po kawe, gadalismy i zartowalismy, wspominalismy wariactwo minionego miesiaca. Az... telefony wyswietlily zawiadomienia, ze nasz lot zostal... odwolany! Nie opozniony, tylko odwolany i czesc! Z powodu pogody, choc ta pokazywala... deszcz. Przeciez samoloty lataja zima, w duzo gorsza pogode! Po chwilowej konsternacji, ludzie rzucili sie do biurka obslugi, a my chwycilismy za telefony, bo rezerwacje mielismy zrobione przez specjalna agencje, wiec musielismy pierwsze co, to dzwonic do nich. Moja kolezanka miala szczescie i dodzwonila sie pierwsza, wiec udalo jej sie wcisnac na kolejny lot trzy godziny pozniej. Kiedy dodzwonilam sie ja, pan powiedzial mi ze niestety tamten lot jest juz pelny, ale jest kolejny, o 10 wieczorem, tylko ze on nie moze mi go zarezerwowac bez dodatkowych oplat, wiec musze zrobic to bezposrednio u obslugi. Super. Kolejka na pol terminalu. Kolega stanal tam wczesniej i po chwili przyszedl powiedziec, ze niestety, tamten lot jest pelny i zarezewowal na kolejny dzien, a na ten wpisal sie na liste oczekujacych. Porzucilam wiec kolejke i zadzwonilam kolejny raz do agencji, bo stwierdzilam, ze przeciez musi byc jeszcze jakis lot do naszego miasta, inna linia lotnicza. Byl, jeden, ale odlatywal za pol godziny, wiec odpadal. Tym razem trafilam na pania, ktora byla bardzo sympatyczna i starala sie pomoc. Niestety, wszystkie loty na ten dzien, ale tez na kolejny (!) byly juz pelne! W koncu wyszukala lot za dwie godziny, ale na lotnisko w innym Stanie, oddalone od naszego domu jakies 1.5 godziny. Kolejny lot znalazla do Bostonu, ale tam to juz ponad 2 godziny jazdy. Zadzwonilam do M. i na szczescie powiedzial ze przyjedzie. W ktoryms momencie biedak wspominal juz cos, ze przyjedzie po mnie do Waszyngtonu, ale to 6.5 godzin! :O Zaczelysmy wiec z kolezanka oczekiwanie, ale obie zastanawialysmy sie czy nasze kolejne loty sie odbeda. Kolega nadal chodzil od biurka do biurka i wisial na telefonie, probujac cos znalezc. Powiedzialam mu o moim locie, ale stwierdzil, ze zona po niego nie przyjedzie, a na Uber'a wydalby fortune. Zreszta, w miedzyczasie musialam jeszcze dzwonic do ludzi od podrozy z mojej pracy, bo agencja podrozy powiedziala, ze nie moze mi wydac biletu bo przekroczylam budzet i musza miec oficjalna autoryzacje. Czy Wy widzicie ta cholerna biurokracje?! Powiedzialam pani, ze zaplace roznice z wlasnej kieszeni, ale odpowiedziala, ze im nie wolno. Kiedy w koncu wszystko przeszlo, okazalo sie, ze chwycilam ostatnie miejsce w tamtym samolocie. W koncu musialam podejsc do nowej bramki, gdzie nerwowo patrzylam na licznik, pokazujacy ile jeszcze zostalo do wpuszczania pasazerow. W koncu otworzyli drzwi, ludzie zaczeli wchodzic, weszlo kilkanascie osob, a pracownik oglasza, ze musza na 5 minut przerwac! Najpierw pomyslalam, ze moze cos sie stalo komus z tych juz wpuszczonych pasazerow. Po chwili jednak ponownie wyszedl i oznajmil ze mamy wszyscy usiasc, bo samolot nie ma pozwolenia na ladowanie w miejscu docelowym i musimy czekac. Ludzie naokolo zaczeli gadac, ze to lotnisko jest malusienkie i przy byle troche gorszej pogodzie opozniaja lub odwoluja loty, co wcale nie wplynelo dobrze na moj humor... Wreszcie jednak nas wpuscili, wiec odetchnelam z ulga. Wszyscy wsiedli, kapitan oglosil ze za chwile beda nas odpychac od bramki i... czekamy, czekamy, czekamy... Po kilkunastu minutach kapitan ponownie sie polaczyl i oznajmil, ze niestety lotnisko docelowe ma z powodu pogody zatrzymane ladowania oraz starty, wiec utknelismy i za pol godziny powinnismy miec dalsze wiesci. Facet siedzacy obok mnie zaczal glosno gadac przez telefon, tlumaczac komus wsciekly co sie dzieje i ze na bank ten lot odwolaja. Wlasciwie zaczelam sie juz szykowac na szukanie hotelu, ale poki co nadal siedzialam w samolocie. W koncu jednak (niespodzianka!) pilot oglosil, ze mozemy leciec. Minelo jednak kolejne kilanascie minut zanim odepchneli nas od bramki, a w czasie kolowania samolot co chwila stawal na dluzsza chwile. Za kazdym razem serce stawalo mi w gardle, bo spodziewalam sie, ze zaraz oznajmia ze jednak lot sie nie odbedzie. W koncu, o cudzie, polecielismy, ale zamiast o 17:24, wystartowalismy prawie o 19. Lot byl krotki i tuz przed 20 wyladowalismy. Lotnisko docelowe okazalo sie naprawde maciupenkie. Mieli tylko jedna tasme na bagaze, a cala sala byla niewiele wieksza od mojego salonu. Przy calym zamieszaniu z lotami, o dziwo moja walizka doleciala razem ze mna. Odebralam ja i napisalam do M, ktory czekal w poblizu zeby podjechac. Wreszcie, po miesiacu zobaczylam malzonka na zywo! :) Wyruszylismy okolo 21 i o 22:30 w kooooncu bylam w domu! Nik juz spal, ale udalo mi sie przywidac z Bi. Maya jak zwykle pomerdala ogonem i poszla spac, za to Oreo probowala ode mnie zwiac. Pewnie pachnialam strasznie obco. :)

W miedzyczasie i kolejnego dnia, dochodzily relacje innych podrozujacych z naszej grupy. Kolega, z ktorym rozpoczelam podroz, byl oczekujacym na lot o 22, pozniej przesuneli go na 23:20, a nastepnie opoznili kolejny raz. Myslalam, ze zrezygnuje i przenocuje, ale okazalo sie, ze cierpliwie czekal, zaskakujaco dostal miejsce i polecial. Do domu dotarl o 2 nad ranem. Kolega z mojej najblizszej czworki mial podobne przygody do mojej. Pierwszy lot zaliczyl bez problemu, a kolejny opoznili, a nastepnie juz w samolocie czekali prawie 2 godziny na pozwolenie na ladowanie, bo gdzies po drodze przechodzily burze. Co ciekawe, lecial w zupelnie innym kierunku, bo do Kalifornii. Samolot innej dziewczyny juz przy starcie uderzyl w ptaka. Na szczescie nic powaznego sie nie stalo, ale oczywiscie start przerwano i nie wiem jak skonczyla sie ta historia. Jeszcze pare osob zglaszalo jakies problemy i opoznienia. Smialismy sie (przez lzy), ze to jakas klatwa wiszaca nad nasza grupa...

W czwartek wstalam mocno nieprzytomna i nie wiedzac co sie dzieje. Skoro wrocilam, to zawiozlam mlodziez do szkoly. Na szczescie moglam pracowac z domu, wiec z ulga wrocilam do chalupy. Niestety, przez miesiac nieobecnosci i caly dzien ciezkiej podrozy, bylam zupelnie oglupiala i nie moglam sie skupic. Mialam rozmowe z szefem, musialam tez sporzadzic raport wydatkow, ale poza tym zupelnie nie wiedzialam co mam ze soba zrobic. Staralam sie robic cos w miare produktywnego, ale przyznaje sie bez bicia, ze wychodzilo mi to srednio. Troche siedzialam w laptopie, troche sie rozpakowywalam. udalo mi sie tez wstawic pranie, wiec oficjalnie zmylam smrody "akademika". :D Potworki mialy tego dnia skrocone lekcje, wiec cieszylam sie, ze bede mogla spedzic z nimi troche wiecej czasu pierwszego dnia po powrocie. Oczywiscie rozmawiam z szefem, to najpierw dzwoni jakis spam. Chwile pozniej moja tata. A na koniec zaczyna wysylac sms'y oraz dzwonic Bi, zebym odebrala ja ze szkoly! Oszalec mozna. Dobrze ze po pierwszym telefonie wylaczylam glos, a kamere mialam wylaczona, wiec ukradkiem odpisalam ze mam rozmowe i przyjade jak skoncze. ;) Odebralam panne, a kiedy wracalysmy, dogonilysmy Kokusia, ktory akurat dojechal ze szkoly. Popoludnie mijalo szybko, mimo ze odpadlo mi wiezienie Bi na trening. Nadal byla "pociagajaca", wiec jej odpuscilam. Za to z Kokusiem musialam jechac na coroczny bilans. Oczywiscie obejrzeli go, osluchali, zajrzeli w oczy, uszy, itd.

Mierza dryblasa :) 

Niestety, juz kilka tygodni wczesniej, dostal ze szkoly kartke, ze sprawdzali dzieciakom kregoslupy i u Nika zauwazyli nierowne lopatki. Pani doktor obejrzala go pod takim katem, innym, pochylonego, prosto, siedzacego... Po czym oznajmila ze problemem nie jest kregoslup, tylko to, ze Mlodszy ma lewa noge nieco... krotsza od prawej! :O Podobno to sie zdarza w czasie intensywnego wzrostu, a on urosl w rok 10cm! Mamy wrocic za pol roku zeby zobaczyc czy roznica sie wyrownuje. Ogolnie to w mojej rodzinie skrzywienie kregoslupa jest dziedziczne; ja mam fatalna posture, moja babcia miala garba, moj tato sie wyraznie pochylil i garbi sie strasznie nawet moja mlodsza siostra, ktora cale zycie intensywnie wykonywala cwiczenia na kregoslup. Nie zdziwilabym sie wiec gdyby Nik tez mial skolioze, choc pani doktor zapewnia, ze narazie to nie tu lezy problem, tylko w tej nodze. W kazdym razie, aktualne dane techniczne:

Wzrost: 169cm (89 centyl) 

Waga: 54kg (75 centyl)

Stwierdzam, ze cale zycie mnie oklamywano, albo Kokusia zle zmierzono, bo zawsze myslalam, ze mam wlasnie 169cm wzrostu. Tymczasem, po mojej miesiecznej nieobecnosci, Nik jest juz ode mnie wyraznie wyzszy. Wyglada wiec, ze jednak musze miec najwyzej 168cm. ;) Reszta dnia minela na dalszym niedowierzaniu, ze jestem w domu, choc pomalu wkradala sie tez normalna codziennosc. Mlodszy mial trening, wiec M. go zawiozl, a ja odebralam. Pozniej malzonek poszedl spac, a ja jeszcze posiedzialam chwile na kompie.

Piatek to pobudka o tej samej porze, niestety nadal z lekkim otepieniem. Znow zawiozlam Potworki do szkol, tym razem juz na caly dzien. Staralam sie juz bardziej przylozyc do pracy, z roznym skutkiem. ;) Popoludnie bylo juz zalatane. Ledwie skonczylam oficjalnie prace, a ruszylam na zakupy. Zabral sie ze mna Nik oraz Bi, po ktora pojechal do szkoly M. Ledwie dojechalismy, przytaszczylismy do gory torby, a Nik musial pokroic i zapakowac brownies (ktore upiekl dzien wczesniej) i jechalismy pod lokalna pizzerie, gdzie chlopaki urzadzily sprzedaz wypiekow zeby zebrac pieniadze na fundacje sponsorujaca badania nad walka z rakiem.

Mlodszy i jego brownies 

Po powrocie zaproponowalam malzonkowi spacer. Przez ostatni miesiac nauczylam sie regularnie lazic i jakos tak nogi same chcialy maszerowac. Na szczescie M. na to jak na lato. Tak jak podejrzewalam, brakuje mi poludniowego ciepla. Tam, nawet w najchlodniejsze dni, bylo 18-20 stopni (poza ostatnia deszczowa sobota), a tu mielismy 15 stopni i powietrze bylo odczuwalnie bardziej "ostre". Przeszlam sie pozniej jeszcze po ogrodzie, gdzie z zaskoczeniem odkrylam, ze moj bez zakwitl! 

Co roku licze na pelen rozkwit i co roku sie rozczarowuje

Co prawda bardzo skromnie, ale ze przez ostatnie 3 sezony nie wypuscil ani jednego kwiatka, to i tak sukces! Ledwie wrocilismy, a po chwili trzeba bylo syna odebrac.

Zbieraja to, co zostalo 

Troche byl rozczarowany, bo sprzedal tylko jeden kawalek ze swojego wypieku, ale pocieszalam ze po pierwsze, wiecej dla nas, a po drugie, ludzie nie wiedza co stracili. ;)

Dostali po koszulce

Tak zakonczyl sie kolejny tydzien, a takze moj miesieczny wyjazd. Bylam, przezylam, choc z pozytywow moge wyliczyc tylko brak sprzatania oraz pogode. A teraz wracamy juz do normalnego nadawania. :)