piątek, 10 kwietnia 2026

Po Wielkanocy, niechciany wyjazd

W sobote, 4 kwietnia mozna bylo pospac dluzej, choc nie do oporu, bo trwaly przeciez przygotowania przedswiateczne.

Przy porannym obchodzie chalupy, znalazlam kota wygrzewajacego futerko na lazienkowym oknie

Po sniadaniu wstawilam wiec warzywa do ugotowania na salatke jarzynowa i zaczelam szykowac koszyczek. I sie podlamalam. Pisalam ostatnio, ze zupelnie nie czulam swiat. Okazuje sie, ze moj "swietojebliwy" malzonek rowniez. Pisanki przygotowalam w piatek, wyciagnelam cwikle i sol, ukroilam kawalek babki. Po czym szukam reszty i olsnilo mnie, ze wszystko mielismy zamrozone! I chleb i kabanosy i w ogole cala wedline! No i fakt, ze moglam o tym pomyslec dzien wczesniej, ale dlaczego to zawsze musi byc na mojej glowie? Tym bardziej, ze mialam cala kupe innych rzeczy zajmujacych mi mysli...

Tylko jeden w tym roku... 

No nic, jakos koszyczek przygotowalam. Tak, w tym roku, w koncu tylko jeden. W dodatku Bi stanowczo oznajmila, ze nie jedzie.

Za to ostatnio wrocila do szydelkowania i obecnie dzierga sobie azurowy sweterek :) 

Machnelismy reka i pojechalismy wiec z samym Kokusiem. Swiecenie bylo na 12, a po powrocie zabralam sie za krojenie warzyw na salatke. Ledwie skonczylam, a na 14 trzeba bylo zabrac panne na trening. Co prawda nieobowiazkowy, ale chciala, to ja zawiozlam. Pozniej pojechalam do taty wybrac mu poczte ze skrzynki, bo dzwonil juz w piatek i przezywal jak mrowka okres, ze spodziewa sie rachunku i zeby go jak najszybcie wyslac. Faktycznie, w sobote znalazlam go w skrzynce, tyle ze na zaplate daja zwykle przynajmniej 3 tygodnie, a tata wracal za 1.5, wiec spokojnie zdazylby go wyslac. Nie rozumiem wiec skad ta panika... W kazdym razie, wrocilam do domu, zdazylam rozladowac i zaladowac zmywarke i poskladac pranie, po czym musialam jechac zeby odebrac corke. Jechalam troszke wczesniej, zeby podejrzec ja w czasie treningu i w koncu mi sie udalo.

Bi skacze. Niestety, zdjecie przyblizone z daleka, wiec slabo widac 

Pechowo, Bi tlumaczyla, ze ucza sie techniki po krokach i kiedy opanuja jeden, dokladaja kolejny, itd. Panna akurat dostala kolejny krok, z ktorym niestety ma problemy. Z daleka widzialam wlasnie, ze podbiega z tyczka, ale tylko wskakuje na materac. Mowi ze cos jej tam sie miesza i potem nie ma wystarczajaco odbicia zeby podskoczyc wyzej. Mam nadzieje, ze szybko to opanuje, bo jak zostanie w tyle za reszta, to predko sie zniecheci... Przywiozlam dziewczy do chalupy i pomoglam Kokusiowi zaczac babke. To znaczy nasmarowalam forme maslem i posypalam bulka tarta. Reszte robil juz sam, a ja pobieglam wziac prysznic. Taki to dzien przygotowan, ze latalam w kolko. :/ Dobrze ze M. ugotowal zurek, choc zdolal mu dwa razy wykipiec i cieszylam sie ze czekalam z myciem kuchenki na koniec pichcenia. Na godzine 20 pojechalismy na msze rezurekcyjna.

Caly kosciol rozswietlony swieczuszkami, to cos pieknego 

Szykowalam sie na dluuugie siedzenie, ale ksiadz z 7 czytan wybral tylko 3, potem chrzest nowych czlonkow tez poszedl sprawnie (Nik mial ubaw, ze leja im po glowach woda swiecona :D) i calosc zamknela sie w niecalych dwoch godzinach. Po mszy, osoby ktore wczesniej wpisaly sie na liste, mogly zostac na poczestunek oraz wino, ale my to wiadomo - jak najszybciej do domu. ;) Chwilke posiedziec, na koniec jeszcze podlozyc dzieciakom prezenty od "Zajaczka" i mozna bylo sie walnac spac.

Zajaczek sie postaral ;)

Niedziela niestety zaczela sie wczesniej niz lubie, bo z racji Wielkanocy, mielismy miec gosci. Kiedy wstalam, Potworki oczywiscie juz byly na nogach i zdazyly sprawdzic prezenty. Ucieszylam sie, ze Nik, ktory ostatnio nie mial pomyslu, poza kartami podarunkowymi na gry komputerowe, tym razem poprosil o konkrety. Chcial bluze z logo ulubionego zespolu koszykowki (Denver Nuggets, a ja sie ludzilam ze bedzie kibicowal lokalesom, czyli Yankees, Red Socks czy Celtics :D) oraz Lego ze statkiem z filmu "Project Hail Mary". Bi ma teraz faze na lekkoatletyke, wiec chciala spodenki oraz koszulki do biegania. Oprocz tego, obojgu kupilam po zestawie do robienia wlasnej bubble tea oraz po paczce ulubionych slodyczy. Troche sie wkurzylam, bo chcialam zeby goscie przyjechali najpozniej o 9:30, ale chrzestny napisal ze beda "ciut po 10". No dobra, tyle ze przyjechali nie "ciut", ale grubo po 10:30. :O Jak wiecie, chcialam sie pakowac i szykowac na wyjazd, a tu musialam jeszcze siedziec z goscmi. Goscie mili, nie powiem, tym bardziej fajnie bylo ich zobaczyc, ze przeciez ominelo nas wspolne Boze Narodzenie. No ale tego dnia mialam niestety inne rzeczy na glowie. Poniewaz przyjechali pozno, wiec chrzesny i jego narzeczona zostali tez dosc dlugo, prawie do 14. Pochwalili sie za to, ze w koncu postanowili "zalegalizowac" swoj zwiazek. Cieszymy sie bardzo, ze A. wreszcie (bo ma 56 lat) poznal kogos, z kim mysli o wspolnej przyszlosci. Choc oficjalnej daty jeszcze nie wyznaczyli. ;) Po ich wyjsciu, musialam niestety juz sie ostro pakowac. Wyjazd dlugi, wiec trzeba spakowac i ciuchy na zajecia (business casual :/) i na czas wolny. A do tego oczywiscie kosmetyki oraz wszelakie akcesoria. W przeciwienstwie do wiekszosci hoteli, miejsce szkoleniowe nie ma nawet szamponu i plynu do mycia. :/ Dzien zlecial szybko, jak to ostatnie godziny we wlasnym, wygodnym domu. Nik skonczyl swoje Lego (niby 18+) w doslownie kilka godzin, a jeszcze siedzial z nami przeciez spora chwile przy stole.

Statek jest ruchomy i zmienia uklad kiedy kreci sie korbka z przodu

W poniedzialek, dzien musialam zaczac w sumie tylko troche wczesniej niz zwykle, ale to marne pocieszenie. Dopakowalam jeszcze ostatnie kosmetyki, domknelam walizke i M. zawozil mnie na lotnisko zaraz po tym jak Potworki wyszly do szkol. Najlepsza byla Bi, bo przezywala, ze kolezanka nie odpisuje i nie wie czy jej rodzice ja zawioza do szkoly i w ktoryms momencie, zapatrzona w telefon... patrze, a ona wychodzi z domu! Pytam czy sie ze mna nie pozegna, a panna nieprzytomnie "Pa, mama". No to mowie, ze przeciez wyjezdzam na dlugo, a nie na kilka godzin i czy nie chce sie jakos lepiej pozegnac. Panna: "Aaaa... zapomnialam...". I dopiero przyszla na przytulasa. Zalamac sie mozna z ta Bibusiowa "miloscia". Za to Nik tak sie zegnal, ze prawie uciekl mu autobus, ktory przyjechal jakos wczesnie. :D Pozniej juz pora przyszla na mnie, zaladowac walize do bagaznika i ruszyc na lotnisko... Mimo ze zaparkowal pod terminalem, a nie na parkingu, M. wszedl na chwile ze mna do srodka. Mam wrazenie, zez calej rodziny to malzonek najbardziej przezywa moj wyjazd. Nie ludzie sie jednak, ze az tak mnie kocha; bardziej chyba martwi sie samodzielnym ogarnieciem domowego pie*dolnika. :D Bez problemu przeszlam odprawe, mimo ze targalam dwa laptopy i martwilam sie czy nie beda sie czepiac, a pod bramka spotkalam sie z kolezanka z biura. Mialam szczescie, ze pierwsze polaczenie mialysmy takie samo. W samolocie siedzialysmy oddzielnie, ale chociaz w terminalu mialam z kim pogadac i poprzezywac, ze tak nie chce mi sie wyjezdzac. Lot minal spokojnie, nawet pomimo ostrzezen pilota, ze mozemy miec lekkie turbulencje. Dolecielismy do miejsca przesiadki i kolezanka popedzila pod swoja bramke, bo miala troche ponad godzine do kolejnego lotu. Ja mialam prawie 2.5 godziny i cale szczescie, bo okazalo sie, ze moja bramka byla na drugim koncu lotniska. Doslownie, bo w ostatnim terminalu i przedostatniej bramce. :D Przypomnial mi sie Amsterdam, bo nie bylo zadnych autobusow ani pociagu, a kiedy wyladowalam, apka w telefonie poinformowala mnie, ze marsz pod bramke zajmie mi... 21 minut. :O Na szczescie, w wielu miejscach byly ruchome tasmy, na ktorych mozna sie bylo przejechac. Poniewaz czasu mialam dosc, wiec zaszlam do lazienki, kupilam picie, a kiedy znalazlam bramke, obeszlam najblizsze sklepiki i kupilam sobie cos do jedzenia oraz kawe, bo ostatnia pilam jeszcze na wlasnym lotnisku, przed odlotem. Kolejny lot nie byl juz az tak spokojny. Lecialam do Charleston w Karolinie Poludniowej, a ze miasto znajduje sie na wybrzezu, wiec solidnie tam wialo, przez co bujalo i trzeslo tez samolotem.

W przestworzach 

Wyladowalismy jednak szczesliwie i od tego momentu podroz nie szla juz tak gladko. W informacji bylo podane ze na przylotach bedzie stal czlowiek z tabliczka z nazwa naszego miejsca docelowego. Wedlug grafiku, ktory dostalismy wczesniej, autobus mial przyjechac o 16, a potem o 17. Na szczescie, kiedy szlam po walizke (ktora szczesliwie zaleciala razem ze mna) uslyszalam ze dwie osoby idace przede mna, wspominaja nazwe jednego z kursow, ktory mialam zaliczyc! Okazalo sie, ze to jeden z kursantow oraz pani prowadzaca pierwsze zajacia! No co za zbieg okolicznosci! :D Prowadzaca miala swoj wlasny transport, ale ja i nowo poznany kolega, wraz z jeszcze jednym zaczelismy sie rozgladac za naszym busem. Oczywiscie o nikim stojacym z tabliczka, nie bylo nawet mowy. Wyszlismy przed budynek, ale tam staly dwa rzedy roznorakich van'ow, autobusow oraz busow. Zaden nie wygladal na "nasz". W koncu zadzwonilam na infolinie, gdzie pani mnie poinformowala, ze bus jest wynajety od jakiejs innej firmy, a przyjezdza za kwadrans, a nie o pelnej godzinie. Byla 16:05, wiec dopiero co musial odjechac. Nie pozostalo nam nic, tylko czekac na kolejny. Kiedy zblizal sie czas, podeszlismy blizej stanowisk i na szczescie kobita siedzaca w budce wiedziala o jakiego busa chodzi i gdzie trzeba stanac. Przy okazji dolaczylo do nas kolejne 5 osob, wiec zrobila sie gromadka. W koncu bus przyjechal, kierowca odhaczyl nas na liscie i moglismy jechac. Na szczescie tylko jakies 20 minut. Dojechalismy do budynku administracyjnego, gdzie musielismy sie wylegitymowac i stanac do zdjecia, po czym dostalismy przepustki na teren szkoleniowy. Pozniej kierowca mogl juz nas odwiezc pod budynek "akademika" i  tu pierwszy zonk. Przez tyle czasu slyszelismy, ze bedziemy w nowym, swiezo wybudowanym budynku, itd., tymczasem trafilismy do starego, zniszczonego i ohydnego. Widac oczywiscie, ze pracownicy staraja sie utrzymac czystosc, ale jak to z miejscami, ktore maja kilkadziesiat lat, potrzebny jest generalny remont, a nie sprzatanie. Dostalismy karty do pokoi i popedzilismy wrzucic bagaze, bo bylo juz po 18, a kolacje serwuja tylko do 19. Tu kolejny zonk. Po podrozy oczywiscie musialam skorzystac z toalety. Spuszczam wode, a ta leci i leci i leci. I to z taka moca jak wodogrzmoty! W dodatku toaleta bez normalnej spluczki, tylko z rura, wiec nie ma nawet jak zajrzec co sie dzieje. Poszlam na recepcje i pani powiedziala ze zadzwoni po dyzurnego hydraulika i ze nie musze przy tym byc; moge spokojnie pojsc na kolacje. No to poszlam, z dwiema osobami z mojej grupy. Jedna dziewczyna przyjechala na miejsce samochodem i byla tam juz od kilku godzin, pozwiedzala wiec teren i po kolacji zabrala nas na obchod. Jak na moje kochane, cieple poludnie, bylo niestety chlodno i potwornie wialo, ale w sumie dalo sie wytrzymac w samym swetrze. Po obejsciu wszystkich najwazniejszych budynkow, wrocilismy do "akademika" (naprawde nie wiem jak to nazwac, bo do hotelu to temu sporo brakuje) i pierwsze co, spytalam na recepcji czy naprawiono moja toalete. Pani powiedziala, ze wlasnie probuje sie dodzwonic pod inny numer, bo poprzedni nie dzialal. Super, tyle ze mnie nie bylo prawie 2 godziny, a ona jeszcze wydzwania? Poszlam do pokoju, z nadzieja, ze moze kibelek sam sie naprawil. Taaa... Woda nadal leci jak szalona. Pogadalam chwile z mezem i sie pozalilam, po czym wkurzona ruszylam spowrotem na recepcje. Bylam po dlugiej podrozy, wykonczona, a nie moglam sie nawet walnac spokojnie do lozka, bo przy takim "wodospadzie" o spaniu nie bylo mowy. :/ Pani, jak tylko mnie zobaczyla, od razu sama zakrzyknela, ze dadza mi nowy pokoj. No i super, tyle ze pierwszy byl na parterze (gdzie tez bylo kilka stopni), a nowy dostalam na pierwszym pietrze. Budynek jest tak stary, ze nie ma w nim ani windy, ani jakiegos podjazdu, wiec musialam taszczyc moja ogromna walize po schodach. Na gorze okazalo sie, ze nie ja jedna mialam problemy. Inna dziewczyna stala w otwartych drzwiach, bo w jej zamku padla bateria i sie nie otwieral, a dodatkowo miala zepsute zaluzje, ktorych nie dalo sie do konca opuscic i kazdy mogl jej zagladac w okno. W nowym pokoju pierwsze co, to sprawdzilam toalete, ktora tym razem dzialala. :) Pozniej jeszcze zmusilam sie do rozpakowania walizki i w koncu moglam walnac sie spac. Jesli myslicie, ze na tym przygody sie skonczyly, to sie mylicie. Zasnelam dosc szybko, bo bylam wymordowana, ale dlugo spac nie bylo mi dane. Bylo okolo 12:30 w nocy, kiedy... wlaczyl sie alarm przeciwpozarowy!!! Zaspana wyjrzalam na korytarz, gdzie zagladala tez dziewczyna z naprzeciwka, ale zadna z nas nie wiedziala czy alarm jest prawdziwy. Zapomnialam bowiem wspomniec, ze w kazdym pokoju jest spory plakat (choc kolejnego dnia pare osob twierdzilo ze go nie zauwazylo) zeby zamykac drzwi do lazienki w czasie kapieli, bo para moze aktywowac czujniki dymu! :O W koncu uslyszalam ze ludzie ida korytarzem, wiec narzucilam na pizame kurtke i wyszlam na zewnatrz. Stalismy tam ziewajac i trzesac sie z zimna, az po kilku minutach ktos alarm wylaczyl. Moglismy wrocic do pokoi, choc kolejnego dnia oczywiscie wszyscy skarzyli sie, ze potem bylo ciezko zasnac. A najlepsze, ze calkiem sporo osob, alarm... przespalo! Faktycznie w pokoju brzeczenie bylo mocno przytlumione, ale mnie obudzilo blyskajace swiatlo. Najwyrazniej jednak niektorzy byli tak wykonczeni, ze mozna by im swiecic latarka prosto w twarz, a i tak sie nie obudza. :D

Wtorek zaczal sie pobudka pozniejsza, bo bylam na miejscu. Umowilam sie jednak z moja mala grupka, ze pojdziemy na sniadanie razem o godzinie 7 rano. Zeby bylo smieszniej, akurat mialam wychodzic z pokoju, kiedy... znow wlaczyl sie alarm! :O Poniewaz pozostalo mi tylko zalozyc buty, wiec spokojnie ruszylam na sniadanie. Okazalo sie, ze niepotrzebnie tak sie spieszylismy, bo zjedlismy, posiedzielismy, a pozniej musialam wrocic do pokoju po plecak i pojsc na zajecia, moglam zas przyjsc pozniej i wziac wszystko od razu ze soba. W dodatku, wzielam ze stolowki dwa kubki z kawa, taszcze je wiec, jest mi nieporecznie, wygrzebuje z kieszeni karte do pokoju i... zonk. Nie dziala! Probuje raz, drugi i trzeci i nic! Mialam juz wizje, ze bede musiala z tymi kubkami maszerowac na recepcje, ale poratowala mnie pani sprzatajaca, ktora ma karte otwierajaca wszystkie pokoje. Chwycilam swoje rzeczy i ruszylam na "lekcje", po drodze zachodzac na recepcje, zeby powiedziec im o karcie. Pani probowala od razu wyrobic mi nowa, ale maszynka kodujaca sie... zaciela. :D No po prostu wszystko opada! Zajecia okazaly sie niemozliwie nudne. Prowadzaca opowiada ciekawie, ale jednak nauka o rozncyh osobowosciach traci mi durnowata psychologiczna sieczka. Nie umniejszajac psychologom, ale co to ma wspolnego ze szkoleniem do pracy?! Wyrywaja mnie z domu, umieszczaja w syfiastym "akademiku", po to zeby sluchac czy jestem racjonalista czy wizjonerem?! Serio?! Przerwe na lunch mielismy o godzinie 11, co tez bylo beznadziejne, bo kompletnie nie bylam jeszcze glodna po sniadaniu. Wiedzialam jednak ze potem ciezko bedzie wytrzymac do kolacji, wiec poszlam. Tym razem jedzenie bylo w stylu meksykanskim, wiec akurat mnie bardzo podpasowalo. Pozniej niestety trzeba bylo wytrzymac kolejne godziny na zajeciach, choc litosciwie skonczyly sie tuz po 15. Pytanie tylko co zrobic z taka iloscia czasu, kiedy jest sie na totalnym zadupiu i bez auta. Tym razem pani na recepcji udalo sie wyrobic mi nowa karte, wiec przynajmniej dostalam sie do wlasnego pokoju. Zadzwonilam do malzonka, a potem stwierdzilam ze sie przejde. Jak na poludnie, ktore zreszta darze ogromna sympatia, bylo raczej chlodno, ale w dlugich spodniach oraz bluzie, idac zwawym krokiem, nie zmarzlam.

Palmy, widze palmy!

Zrobilam koleczko po terenie, po czym wrocilam do pokoju, chwile odsapnelam i o 18 poszlam na kolacje. To tez do doopy, ze serwuja ja juz od 16:15, ale tylko do 19. Poszlam jak najpozniej, bo wiedzialam, ze inaczej ciezko mi bedzie wytrzymac caly wieczor. Po kolacji, z dwiema dziewczynami zrobilam kolejne male koleczko i w koncu wrocilam do pokoju. Cala w stresie wzielam prysznic, balam sie bowiem, ze tym razem to ja przyczynie sie do kolejnego alarmu. Jakos udalo mi sie go uniknac, choc kiedy wyszlam z lazienki, szybko zamknelam drzwi i zostawilam jeszcze na chwile wlaczony wiatrak. Da sie? Da. Pozniej juz posiedzialam przed komputerem. Nie chcialo mi sie nawet za bardzo wlaczac telewizji, choc podobno mamy niezly wybor kanalow. Jakos mnie nie ciagnie.

W srode powtorka z rozrywki, choc bez alarmu w srodku nocy. :D Wstalam jednak troche pozniej, bo stwierdzilam, ze takie bieganie w te i we wte rano bylo bez sensu. Tym razem wyszykowalam sie, spakowalam co trzeba i poszlam na sniadanie juz z calym plecakiem. Przed stolowka jest specjalna lawa, bo nie mozna ich brac do srodka. Caly rzad czarnych plecakow, wiec cieszylam sie, ze w moim z bocznej kieszeni wystaje butelka wody. Troche latwiej go rozpoznac. ;) Aha! Kiedy sie ubieralam, znow wlaczyl sie alarm! Ktos w naszym budynku nie potrafi wyciagac wnioskow najwyrazniej! :/ Akurat bylam polnaga, wiec zignorowalam brzeczenie i blyskanie i spokojnie szykowalam sie dalej. Po chwili ktos alarm wylaczyl. Sniadanie to wlasciwie staly repertuar. Wzielam jajecznice oraz gofry, ale okazaly sie tak ociekajace tluszczem, ze ledwie dalo sie je jesc. Przed wyjsciem chwycilam jeszcze kubek z kawa i moglam isc na zajecia. Tego dnia jeszcze ciezej bylo sie skupic i caly czas ziewalam, a jak na zlosc, instruktorka trzymala nad dluzej. Choc i tak nie powinnam narzekac, bo wedlug rozpiski powinnismy konczyc okolo 17, a skonczylismy okolo 15:30. Wiekszosc dnia zeszla podobnie, czyli o 11 przerwa na lunch, potem kolejne kilka godzin lekcji i mozna bylo wrocic do pokoju. Tym razem klucz nie zaszwankowal. ;) Zadzwonilam do M. i przy okazji pogadalam z synem, bo ojciec przekazal mu telefon. Bi miala tego dnia zawody w sasiednim miescie i wrocila dopiero o 19:30. :O Pytalam potem jak jej poszlo i podobno uplasowala sie mniej wiecej w polowie. Jak na pierwszy sezon z lekkoatletyka i pierwsze zawody, to chyba calkiem przyzwoicie. Po rozmowie z mezem i synem, poszlam jeszcze zrobic koleczko, ale tego dnia potwornie wialo.

Z daleka podziwialam ogromne, wojskowe statki (zdjecie nie oddaje ich rozmiaru!), ale fotka z daleka i cichcem, bo niby pstrykac nie wolno ;) 

Mimo ze swiecilo slonce i mielismy niby 18 stopni, odczuwalna temperatura wynosila ledwie 13. Spacer zaliczylam wiec dosc krotki, ale dobra i ta odrobina swiezego powietrza. O 18 poszlam oczywiscie na kolacje, a pozniej juz siedzialam w pokoju. Ponoc mlodsza czesc naszej grupy planuje w piatek runde po barach w miescie, ale ja sie na to zbytnio nie pisze. :D

Czwartek oznaczal znowu poranna pobudke, bieg na sniadanie, a nastepnie zajecia. Ta psychologiczna sieczka o pozytywnych rozmowach jest zupelnie bez sensu, bo dotyczy glownie rozmow miedzy pracownikami, a szefostwem. Tymczasem wiadomo, jesli szef oznajmia ze mamy cos robic, lub robic w konkretny sposob, oznacza to, ze nakaz albo idzie "od gory", albo kierownik ma takie widzimisie, uwaza ze pomysl jest swietny i latwo nie ustapi. Nie pomoga spokojne argumenty i proby uglaskania falszywymi komplementami.

Rano przyjechal bus z raryrasem - pokruszonym lodem z sokami smakowymi. Moj to kwasna niebieska malina - pycha! 

Mielismy oczywiscie przerwe na lunch, a pozniej powrot do sali na kolejne godziny sluchania tych pierdol. Skonczylismy w miare wczesnie i rozczarowujaca byla tylko decyzja, o ktorej spotkamy sie kolejnego dnia. Mielismy niby przyjsc wylacznie podpisac liste obecnosci i wypelnic ankiete o zajeciach. Propozycja byla o 8:30, czyli jak zwykle, o 9, lub o 9:30. Ja glosowalam na srodkowy czas, zeby moc po sniadaniu wrocic jeszcze na moment do pokoju i naladowac bateryjki. Niestety, znakomita wiekszosc zaglosowala na najwczesniejsza godzine. Jesli jednak liczyli ze dzieki temu uwiniemy sie wczesniej, to sie rozczarowali. Prowadzaca powiedziala ze po zrobieniu ankiety mozemy posprawdzac maile, a ci, ktorzy nie maja zrobionych wszystkich wirtualnych szkolen, moga nad nimi popracowac. Ten dzien byl bowiem w grafiku oznaczony jako wlasnie czas wolny na ich przerobienie. Tyle, ze juz przy grupie, ktora odhaczyla to szkolenie w styczniu, okazalo sie ze wiekszosc ludzi miala je zrobione. Ja rowniez, bo kiedy nie wyjechalam w marcu, mialam dosyc czasu zeby nad nimi posiedziec. Niektorym osobom jednak szefostwo powiedzialo jasno, ze maja je zrobic tutaj. Co ciekawe, organizatorzy wyciagneli wnioski i nastepna grupa juz bedzie musiala skonczyc wirtualne lekcje przed wyjazdem. Nie beda musieli ich robic tutaj, a za to wyjada wczesniej do domu. Niesprawiedliwe. :/ Tak czy siak, pani prowadzaca oznajmila, ze wypusci nas okolo lunchu. Bez sensu, bo kazdy z nas wolalby posiedziec i porobic co tam musi we wlasnym pokoju, a nie w sali, otoczona 40 osobami. :/ Po zajeciach wrocilam do "akademika", zadzwonilam do malzonka, a pozniej poszlam sie przejsc. W koncu nadeszlo ocieplenie. Rano bylo zimno - 8 stopni, ale po poludniu mielismy juz 21. Zalozylam dlugie spodnie, bo nadal wial chlodny wiatr, ale wystarczyl mi krotki rekawek oraz sandaly. Bluze przewiazalam w pasie i tylko mnie draznila, bo grzala w plechy. ;) Wrocilam do pokoju i przed pojsciem na kolacje poczytalam troche ksiazke. Moja mala grupka znow spotkala sie w jadalni, a potem spacerkiem wracalismy do "domu", wygrzewajac kosci w sloncu. Chwycilam sobie na pozniej kawalek ciasta oraz kubek kawy, mialam wiec zajete rece i musialam kombinowac z karta do drzwi. Te zas, juz po raz kolejny sie... nie otworzyly! :O Wkurzylam sie nie lada, bo zawsze mi sie to zdarza jak taszcze nadprogramowe obiekty i tak musze maszerowac spowrotem na recepcje. Tu na szczescie pani udalo sie wyrobic mi kolejna karte bez problemu, ale te dodatkowe kroki nie byly mi potrzebne. Z racji ze jestem bez auta, a tutaj wszedzie trzeba przejsc, bo budynki sa rozrzucone, do tego z nudow chodze na spacery, wiec nabijam (jak na mnie) niesamowita liczbe krokow. Codziennie ponad 10,000, a we wtorek, nie wiem jak, prawie 14,000. :O W kazdym razie, wieczor spedzilam juz troche czytajac ksiazke, a troche siedzac w necie, choc internet dziala tutaj raz lepiej, raz gorzej.

W koncu doczolgalam sie do piateczku. Tego ranka juz naprawde mozna bylo poczuc cieplo. Po poludniu zrobily sie 24 stopnie i patrzylam ze zdziwieniem na ludzi, ktorzy chodzili w bluzach. Rano mielismy jeszcze zajecia, ale wbrew temu co prowadzaca mowila dzien wczesniej, juz okolo 10 wszyscy pomalu zaczeli sie wykruszac. Ja tez wrocilam do pokoju troche posiedziec, ale o 11:30 poszlam na lunch, bo na pozniej mialam juz plany. Z kolezanka z biura postanowilysmy polazic po starej czesci Charleston, z racji ze zadna z nas nie lubi lazic po barach, ani ogolnie zbyt dlugo sie szwendac. Niestety, wydostanie sie z naszej bazy to nie lada wyczyn, bo busy jezdzac reguralnie tylko na lotnisko, a zeby zamowic Uber'a, trzeba dojsc 1.5 km do bramy wjazdowej. Zlapalysmy nasz transport i w niecale pol godziny dojechalysmy do centrum miasta. Polazilysmy po starych uliczkach, podziwiajac budynki oraz widoczki.

To byl teren przy kosciele i wsrod tej bujnej roslinnosci mozna bylo znalezc stare, rozmyte kamienie nagrobne

Jedna z ladnych uliczek

Te najstarsze, brukowane, byly chyba najladniejsze

"Ananasowa" fontanna. Ciekawe skad wziela sie nazwa... :D

Jak w pierwsze kilka dni bylo chlodno, tak teraz zrobilo sie goraco, choc i tak nie bylo slynnej, poludniowej wilgotnosci. Nie chcialo nam sie jesc, wiec kupilysmy tylko lemoniade i lody, zeby sie schlodzic. Doszlysmy nad zatoke z fontanna widoczna wyzej, a pozniej ponownie skrecilysmy w glab.

Piekna rabata; tutaj jest juz pozna wiosna, albo wrecz poczatek lata

Bulwar na nadbrzezu byl sliczny, a bryza orzezwiala

Hiszpanski mech (ktory jest porostem) na drzewie

Ogolnie, Charleston mi sie podobalo, choc zdecydowanie bardziej zachwycilo mnie kiedys St. Augustine na Florydzie. Tam chcialabym kiedys wrocic, tutaj bedzie na zasadzie "moge, ale niekoniecznie". Wrocilysmy w koncu do bazy, gdzie trzeba sie bylo wylegitymowac, a pozniej, powloczac nogami, poczlapalysmy spowrotem 1.5 km do naszego "akademika". Byla 17 i jak klaplam na fotel, tak juz nie chcialo mi sie nigdzie ruszac. Z trudem zmusilam sie zeby o 18 pojsc na kolacje. Niestety, nie zalapalam sie juz na kawe, co mnie troche poirytowalo, bo wygladalo ze panie w ogole jej nie zaparzyly, bo po co. Dobrze ze mialam nadal kapsulki, ktore kupilam sobie w sklepiku. Po powrocie do pokoju, zadzwonilam do rodziny, gdzie Potworki byly cale szczesliwe bo zaczynaly ferie wiosenne. Pozniej wzielam prysznic (i nie wlaczylam alarmu! :D) i klaplam juz na dobre w fotelu.

W ten sposob jakos przetrwalam tydzien wyjazdu. Do poczytania!

sobota, 4 kwietnia 2026

Szybkim krokiem do Wielkanocy

W sobote, 28 marca, wszyscy moglismy pospac do woli. Tak, nawet M. z sukcesem zaliczyl choc jeden miesiac, gdzie musial wziac wszystkie soboty wolne zeby miec wymagane 4 dni. Obawiam sie, ze w kwietniu, z racji Wielkanocy, juz tak pieknie nie bedzie. ;) Oczywiscie dla kazdego z nas, spanie do woli oznaczalo co innego, bo malzonek zerwal sie tuz po 6, Bi po 7, a moj budzik zadzwonil o 8:30, ale przysnelam do 9, po czym wpakowala mi sie na klate Oreo, wiec grzecznie nie ruszalam sie az zejdzie.

Tak sie wcisnela, ze ciezko bylo zrobic jej zdjecie ;)

A pani sobie czegos zyczy?

Ostatecznie zwloklam sie o 10, ale kiedy zajrzalam do Kokusia, ten spojrzal na mnie nieprzytomnie, po czym... zakryl glowe koldra i poszedl dalej spac. :D Nie dziwie sie, bo kiedy kladlam sie w piatek wieczorem, bylo po polnocy i kawaler nadal nie spal. Co prawda Bi tez nie, a jednak zerwala sie skoro swit, ale ona to jest urodzony ranny ptaszek. ;) Kiedy zjadlam i ogarnelam higiene osobista, chwycilam jak zwykle za odkurzacz oraz mopa, zeby doprowadzic parter do jako takiego stanu. Ogolnie dzien minal troche bezjajowo, bo poza sprzataniem, obejrzalam obowiazkowo skoki narciarskie, poskladalam jedno pranie, wstawilam kolejne, a do tego musielismy oczywiscie zaliczyc kosciol. Kolejnego dnia miala byc niedziela palmowa, wiec msza byla jedna z moich najmniej lubianych - niemozliwie dluga, a czytanie na role meki panskiej rok w rok sprawia, ze mam ochote kogos ugryzc. ;) Zgrzytajac zebami, ale jakos sie przemeczylam, po czym mozna bylo wrocic do chalupy i napalic w kominku. Ostatnio mamy straszne wahania temperatury i w sobote byly tylko 3 stopnie, a przy tym porywisty wiatr, ktory sprawial, ze odczuwalna temperatura byla jeszcze nizsza. Po wzieciu prysznica, z blogoscia zasiadlam przy ogniu zeby powygrzewac stare kosci. Przy sprzataniu naszla mnie refleksja, ze kompletnie nie czuje Swiat i nie jestem na nie gotowa. I to doslownie. Poniewaz zaraz po Wielkanocy wyjezdzam, nie wyciagnelam ani jednej ozdoby swiatecznej, zeby potem zajace i jajka nie walaly sie bez sensu. Jakies tam zakupy porobilismy z M.; on w Polakowie, ja w zwyklym supermarkecie. Caly czas mam jednak wrazenie, ze o czyms nie pamietam. Na szczescie nie bedzie nas duzo, bo tylko nasza czworka, chrzestny Potworkow oraz jego "dziewczyna". Moj tata bedzie w Polsce, gdzie zreszta zaplatal sie na Wielkanoc przez przypadek. Twierdzi ze spojrzal w kalendarz kiedy rezerwowal bilet, specjalnie zeby ominac Swieta, ale popatrzyl na zly rok. Nie wiem jak to mozliwe. :D Do tego, przez robote, nie moge na spokojnie posprzatac w chalupie, wiec obawiam sie, ze nie bedzie sie prezentowac tak, jak powinna. Pracuje nawet w piatek, choc planuje zostac w domu, wiec moze co nieco zaczne przygotowywac, miedzy zerkaniem w kompa. Tak naprawde, zamiast myslec o swiatecznych przygotowaniach, po glowie krazy mi lista rzeczy do spakowania. Do bani ze pomiedzy pichceniem oraz pieczeniem babek, bede musiala pakowac walizke. :/

Niedziela zaczela sie identycznie jak sobota. Obudzilam sie, a kiedy jeszcze dolegiwalam w lozku, wladowala sie do niego Oreo i nie "pozwolila" mi wstac az prawie do 10. ;) Pozniej juz sniadanie i ogarnianie sie, ale totalnego snucia nie bylo, bo na 11 musialam zawiezc Bi na szkolne boisko. Mlodziez dostala opcje dodatkowego treningu. Irytujace bylo, ze trenerzy wczesniej powiedzieli ze w weekend, ale ze dadza znac ktorego dnia i o ktorej godzinie. W piatek nic nie przyszlo, w sobote rano tez, wiec zalozylismy ze jednak sie nie odbedzie. Tymczasem w sobotni wieczor, kiedy akurat jechalismy do kosciola, Bi dostala maila ze ma byc on kolejnego dnia o 11 rano. Planow zadnych nie mielismy, wiec wzruszylam ramionami, ze ok, moge ja zawiezc, choc nie znosze takiego zawiadamiania na ostatnia chwile. Odwiozlam wiec corke pod szkole i wrocilam do domu, ale nie dane mi bylo w nim dlugo posiedziec, bowiem na 12:15 musialam zawiezc syna na urodziny kolegi.

Entuzjazm jeszcze nadal trwa ;) 

Rodzice chlopaka zebrali bande 13-14-latkow i zabrali ich na go karty. Nik oczywiscie zachwycony, ja troche mniej taka jazda w kolko. Zeby bylo smieszniej, wrocilam znow do chalupy o 12:25, chwile pozniej przyjechal moj tata, a o 13 Bi konczyla trening i trzeba bylo ja odebrac! Na szczescie, mniej wiecej w tym samym czasie co dziadek, dojechal z pracy M., wiec pojechal po corke. Panna wrocila zachwycona, opowiadajac z entuzjazmem o treningach i jak to ona kocha skakanie o tyczce. Hmmm... slyszalam juz kiedys podobne zachwyty o pilce noznej, a nastepnie o plywaniu. W obu przypadkach dosc szybko sie skonczyly... ;) Dziadek przyjechal pozniej, wiec posiedzial prawie do 16. Wkrotce po jego odjezdzie, mama kolegi napisala, ze juz wracaja i za chwile beda w domu. Malzonek polozyl sie wczesniej na drzemke, wiec pojechalam po Kokusia. Kiedy dojechalam, gromada grala na podjezdzie w kosza.

Lepiej koszykowka niz gdyby kazdy siadl i gral na telefonie ;) 

Zabralam syna, wrocilismy i mialam wrazenie, ze dopiero wtedy zaczela sie moja niedziela. ;) Bylo troche relaksu na kanapie, ale tez trzeba bylo sie szykowac do roboty. Szczegolnie, ze zgodnie z wytycznymi, nawet gdybym chciala, po pracy z domu w piatek, nie moglam pracowac zdalnie w poniedzialek. :D

Zerwalam sie po 6, choc nie bylo zle, bo po weekendzie zawsze jestem wypoczeta, wiec nie mam problemu ze wstaniem. Zebralam sie, zgarnelam mlodziez, rozwiozlam ich po szkolach, po czym pojechalam do biura. Tam poczatkowo bylam sama, ale w ciagu kolejnej godziny pojawily sie dodatkowe "az" 4 osoby. ;) Na lunch nawet zasiedlismy razem z jedna dziewczyna i chlopakiem, wiec mozna powiedziec ze mialam namiastke zycia towarzyskiego. ;) Dzien ogolnie jednak mijal na walce z problemami technicznymi. Mam obecnie otwarte 5 roznych "bilecikow" u ludzi z IT. Najgorsze, ze przy kazdym mialam juz przynajmniej jedna rozmowe z panem/pania technik i nie mogli naprawic tego, co sie popsulo, wysylalam wiec kolejne wiadomosci, albo dzwonilam proszac o dalsze wsparcie. Zalamka. :/ Tymczasem kolega z poprzedniej inspekcji pytal o szczegoly z tego, co sprawdzalam, a ja nie moglam otworzyc swoich notatek. :/ Poznym popoludniem, w koncu zadzwonil ktos kumatszy i naprawil mi jedna sprawe, wiec moglam koledze przeslac dane, o ktore prosil. Choc musze nadmienic, ze wczesniej napisal mi zebym mu strescila doslownie 1-2 zdania o tym, co sprawdzilam. Wyslalam mu to juz w poprzedni poniedzialek, a on teraz nagle prosi o jakies szczegoliki! No, zdecyduj sie chlopie! Drugi problem techniczny naprawilam sama. :D Byl nim taki test, o ktorym pisalam juz chyba, ze nie otwieral sie poprawnie i kompletnie zawieszal mi laptopa. Ten test jest ponoc tak skonstruowany, zeby nie mozna sie bylo polaczyc do niego zdalnie (choc ja i tak robie to przez internet, wiec nie wiem o co biega) i ma roznorakie zabezpieczenia przed oszustwami. Rozni ludzie z IT kombinowali, kazali zmienic przegladarke, itd. Mnie zas zastanawialo dlaczego, kiedy probuje test otworzyc, on pokazuje sie na drugim ekranie, ktory mam w biurze, zas ekran laptopa robi sie czarny. Ten drugi "telewizorek" mam ustawiony zeby pokazywal dokladnie to samo, co mam na laptopie i uzywam go po prostu zeby powiekszyc sobie obraz i trzcionke, bo moj laptop jest malusienki, a ja slepa. ;) W kazdym razie, kiedy wszelkie proby komputerowcow zawiodly, postanowilam zrobic maly eksperyment. Odlaczylam drugi ekran, ale tez odlaczylam kabel z sieci. Pisalam juz chyba bowiem, ze budynek jest stary i nie mamy wi-fi, tylko podlaczamy sie kablem, jak za starych, dobrych czasow. ;) Tak wiec, polaczylam sie z netem za pomoca telefonu, odlaczylam drugi ekran i... test zadzialal! Ha! Nie wiem czy chodzilo o siec; podejrzewam raczej ze to ten drugi ekran cos mieszal, ale najwazniejsze ze dziala. Babka, z ktora sie ostatnio komunikowalam, przyslala mi kolejny, "probny" test i tez otworzyl sie bez problemu. Zastanawiam sie tylko czy na pewno wszystko "naprawilam", bo u nas wszyscy maja dodatkowe ekrany w biurach, a nikt nie zglaszal takiego problemu. No, ale teraz nie bede sie o to martwic; pomartwie sie jak bede musiala odhaczyc faktyczny egzamin. ;) Po pracy zajechalam w korkach do chalupy, ale tylko weszlam i musialam z corka jechac do obuwniczego. Panna potrzebowala buty do biegania na lekkoatletyke, choc spodziewalam sie ze bedzie potrzebowac takich z kolcami, a jednak nie. Musiala miec jednak cos dobrze dobranego do stopy i z porzadna amortyzacja. Ze szkoly dostalam maila, ze maja podpisana umowe z pobliskim sklepem ze sportowym obuwiem i dostaja znizke. Naiwnie pojechalam tam i myslalam, ze padne z pustego smiechu. Znizka na zawrotne $10, zas ceny obuwia powyzej $160. Wymierzyli Bi noge na wszystkie strony, specjalna maszyna oznaczyla gdzie stawia najwiekszy nacisk przy chodzie, itd. Za te wszystkie elektroniczne pomiary i cuda niewidy jednak sie placi. :/ W dodatku, Bi ma mala stope, ale dosc szeroka. Pierwsze kilka par okazalo sie za waskie. W koncu pan doszukal sie szerszych, ale w rozmiarze panny byly tylko dwie pary do wyboru. W jednej cos Bi uwieralo, wiec skonczylo sie na drugiej. Ona zachwycona, bo marka Hoka, o ktorej marzyla dlugi czas, ja mniej, bo portfel zaplakal. Z ta powalajaca na kolana znizka, zaplacilam $176. :O Pocieszam sie tylko, ze pannie juz stopa nie rosnie, wiec buty powinny starczyc jej na dlugo. Nie sadze zeby zdarla je kompletnie w czasie jednego sezonu lekkoatletyki. Obawiam sie tylko, ze kiedy zaczna sie zawody, Bi zacznie jeczec jednak o buty z kolcami, zeby miec lepsza przyczepnosc. Niby nie sa wymagane, ale kolezanki maja, wiec... ;) Wpadlysmy do domu akurat zeby przypomniec Kokusiowi ze ma trening. Mial go zawiezc M., ale ze nie jechal cwiczyc, a ja nawet sie jeszcze nie rozebralam, wiec sama go zabralam. Pozniej moglam w koncu wejsc do chalupy na nieco dluzej i zjesc obiad, albo raczej obiadokolacje, bo byla 18:45. :D Malzonek poszedl spac, wiec godzine pozniej pojechalam po syna.

Nie wiem dlaczego byl taki zaskoczony ;)

Myslalam, ze wpadne kiedy juz beda sie przebierac, ale okazalo sie, ze zalapalam sie jeszcze na kilka minut treningu. Pozniej nareszcie moglam zaczac wieczor. To byl dluuugi dzien. ;)

Nie tylko dla mnie, jak widac :D

Wtorek to pobudka nieco trudniejsza, bo w nocy kiepsko spalam. Mielismy kilka dni letnich temperatur. W poniedzialek bylo 20 stopni, sypialnie sie nagrzaly, a kladac sie spac M., nie wiem po co zamknal okno oraz drzwi. Kiedy tam pozniej weszlam, malo sie nie przewrocilam od zaduchu! Uchylilam troche okno, ale i tak cala noc zeszlo zanim temperatura spadla do znosnego poziomu. Nie dosc jednak, ze bylo duszno, to jeszcze obudzil mnie budzik malzonka (ktorego zwykle nawet nie slysze), a potem pecherz. Kiedy wrocilam do lozka, kompletnie nie moglam zasnac. Rano bylo ponuro i padal deszcz, co tez nie ulatwialo zwleczenia sie z wyrka. Nie bylo jednak wyjscia, trzeba sie bylo doprowadzic do stanu uzywalnosci, zgarnac mlodziez i ruszyc na podboj biura. Tutaj niespodzianka, bo byly dwie dziewczyny, jedna z ktora zaczelam, a druga Polka, wiec bylo z kim pogadac. Poza tym co jakis czas wychodzilam na korytarz, zeby przez okno po drugiej stronie budynku, spojrzec na moje auto. Dzien wczesniej, kiedy wyszlam z pracy, znalazlam urocza karteczke przyklejona do szyby.

Bardzo niefajna niespodzianka :/ 

Kliknelam na kod QR, ale pokazalo ze nie znaleziono wykroczenia. Zeby nie bylo, appka parkingu pokazywala ze mam jeszcze godzine. Sprawdzilam tez numery rejestracyjne, myslac, ze moze cos zle wbilam, ale nie. Nie bylo wiec zadnego powodu zeby wlepiac mi mandat. Na wszelki wypadek napisalam jednak do ludzi zarzadzajacych parkingiem, tyle ze komunikacja okazala sie baaardzo opieszala. Odpowiedz na mojego maila przyszla dopiero kolejnego dnia w poludnie i to bez konkretow, ot zeby przeslac im kopie oplaty parkingowej. Wyslalam i... kolejne godziny ciszy. Ja tymczasem wychodzilam co i rusz, zeby sprawdzic czy bede miala czym wrocic do domu. :/ Dopiero tuz przed 16 dostalam odpowiedz, ze nie znalezli zadnego wykroczenia i ktos z pracownikow musial sie pomylic. Suuuper. A ja tu panikuje. :/ Wrocilam do domu, gdzie czekal mnie juz spokojny wieczor pod znakiem skladania, wstawiania i przekladania prania. Zwariuje z moimi dzieciakami! Co oproznie brudownik, to ktores przynosi swoj i zapelnia go tak, ze wieko sie nie domyka! Malzonek zabral Kokusia na basen, ale sam zostal na silowni, wiec nie musialam nigdzie jezdzic. Ponownie mielismy piekny dzien, lato w ostatni dzien marca, wiec chwile postalam na tarasie i popatrzylam na przelatujace ptaszydla. Nawet Maya nie pchala sie do domu, tylko uwalila na kostce i przygladala sie kotu, ktory cierpliwie patrolowal ogrod. Okazalo sie tez, ze w nocy przeszedl nam przez podjaz niedzwiadek, ale zlapala go tylko duza kamera polaczona z telefonem M. W mniejszej rozladowaly sie baterie, wiec nic nie widzialam dopoki malzonek mi nie pokazal.

W srode planowalam pracowac z domu, wiec moglam pospac troszke dluzej i wstac tylko na tyle wczesnie, zeby zawiezc mlodziez do szkol. Bi debatowala z kolezanka czy nie wziac rowerow, bo szykowal sie kolejny, wrecz goracy, dzien. Poniewaz jednak zapowiadano mozliwy deszcz a nawet burze, a do tego akurat moglam je po poludniu odebrac z treningu, wiec w koncu stwierdzily ze pojada ze mna. Odwiozlam dziewczyny, a potem Kokusia i wrocilam do domu. Przyznaje, ze nie bylam tego dnia grzecznym pracownikiem i niecnie wykorzystalam zdalna prace na zalatwienie prywatnych spraw. :D Musialam zawiezc tate na autobus, ktory zabieral go na lotnisko, a jak juz wyruszylam z domu, to podjechalam jeszcze do weterynarza po tabletki dla psiura. Niestety, Maya sie starzeje i cos mi sie widzi, ze corac czesciej bedzie cos "wyskakiwac". Teraz w moczu ponownie wyszly bakterie oraz bialko, wiec znow dostala antybiotyk, a do tego ma podwyzszone markery watrobowe i pani doktor stwierdzila ze trzeba jej dac cos na watrobe. Myslalam, ze bedzie to lek, a tymczasem tabletki okazaly sie suplementem. Coz, nie bardzo wierze w suple, ale ok, moge podac. Pozniej okazalo sie jednak, ze Maya, ktora zwykle polyka wszystkie tabletki jak przysmaczki, tego suplementu nie chciala i koniec. Memlala i wypluwala. :/ W koncu musialam obtoczyc go w masle orzechowym i na szczescie tu juz polknela bez mrugniecia. Tak przy okazji, wiem ze w Polsce maslo orzechowe nie jest zbyt popularne; ja sama za nim nie przepadam, ale jesli macie psiura, ktory nie chce polykac tabletek, to polecam! Wystarczy troche maslem pomaziac i wiekszosc psow polknie nawet sie nie zastanawiajac. Swietnie tez lapie sie na nie myszy w pulapki. :D A wracajac do wizyty u weta, to znow sie podlamalam ich tempem pracy. Pisze dzien wczesniej, ze przyjade po tabletki. Myslicie, ze wszystko bylo gotowe? A gdzie; dopiero kiedy sie pojawilam zaczeli pakowac i odliczac pigulki. :/ Powinnam tylko wejsc, wziac co trzeba i wyjsc, tymczasem krazylam po poczekalni 15 minut... W dodatku, spytalam o recepte na te tabletki na sikanie, ktora ostatnio mi wypisali. Pani doktor wypisala recepte na 45 tabletek, a tymczasem lek sprzedaja w paczkach po 30, wiec moge zamowic albo tyle, albo 60. Pytam czy ktos moglby to poprawic. Nie, bo weta nie ma, a musialby wypisac recepte od nowa. I moge albo zamowic 30, albo zostawic im ta recepte i oni dadza pani doktor znac. Poniewaz ostatnio nie moglam sie tych tabletek uprosic, wiec teraz stwierdzilam, ze wole od razu zamowic mniej i pozniej blagac o kolejne... A najlepsze, ze kiedy krazylam po poczekalni, w ktoryms momencie, w drugim pomieszczeniu mignela mi... weterynarz! Czyli co to za bajeczki, ze jej nie ma?! Nie mam pojecia o co chodzilo... Po wizycie u weta zajechalam tylko do biblioteki wrzucic ksiazke i moglam juz w koncu wrocic do domu, ale caly objazd i czekanie, zajely mi 2 godziny. Na szczescie, z tego co wiem, sporo osob z pracy pobralo juz urlopy przed Swietami, wiec na szczescie nikt mnie nie szukal.

Pokazalam to zdjecie Bi, zeby wiedziala ze jesli bedzie jej brakowac elementow, to wiemy czyja to sprawka ;) 

Przez reszte dnia staralam sie juz byc bardziej produktywna, ale wyszlam tez wyrzucic smieci i wstawilam odkamienianie w ekspresie do kawy, choc to akurat robi sam, trzeba tylko dolewac wody. ;) Zmienilam tez filter i wyszorowalam dzbanek, w ktorym filtrujemy wode i z rozpedu czajnik, choc zostaly na nim jakies dziwne zacieki, ktorych nie moglam doszorowac nawet ostra strona gabki. Wrocil ze szkoly Nik, a M. nieco pozniej bo zajechal jeszcze na zakupy. Nie planowalam juz wiekszej wyprawy do sklepu przed Wielkanoca, wiec dokupil tylko troche rzeczy, ktore zwykle szybciej schodza, zeby starczylo na kolejny tydzien. Poniewaz bylam w domu, powiedzialam dziewczynom rano, ze odbiore je z treningu. Chcialam oczywiscie podejrzec jak Bi sobie radzi, wiec wyjechalam troche wczesniej. Niestety, kolejny raz mialam pecha. Zajechalam pod szkole, a na biezni nikt nie biega, nikt nie skacze, za to na boisku (ktore bieznia otacza) jest mecz lacrosse. Pomyslalam, ze trening sie juz skonczyl, wiec napisalam do Bi ze jestem, myslac ze od razu zgarne panny i wroce. Taaa... Okazalo sie, ze tego dnia w ogole nie mieli treningu, tylko jakies spotkanie w auli, a po nim dziewczyny, zamiast napisac do mnie ze moge je odebrac wczesniej, stwierdzily ze pojda pobiegac. No i super, tylko Bi oczywiscie wymiekla i wrocila do szkoly, za to jej kolezanki (w tym sasiadka, ktora rowniez zabieralam) przepadly. Na dodatek, zadna nie zabrala telefonu, a zegarki mialy za slaba lacznosc zeby sie z nimi skontaktowac. Baaardzo odpowiedzialnie. :/ Dochodzila juz godzina kiedy konczylyby normalnie, wiec lekko sie wkurzylam i szczerze przeszlo mi przez mysl zeby sasiadke zostawic i napisac jej mamie zeby ja odebrala kiedy dziewcze laskawie wroci. Miala jednak szczescie, bo przybiegla spozniona tylko kilka minut. Okazalo sie, ze pamietala zeby wrocic na czas, tylko ze zapuscily sie nieco za daleko.

Ida w koncu, zarazy dwie :D 

No ale w koncu obie pannice wladowaly sie do auta, odwiozlam kolezanke Bi i moglysmy wrocic do domu. Poniewaz dzien mialam ogolnie dosc pracowity, to z rozpedu wyszorowalam nasz prysznic i wanne u dzieci, ktora w tej chwili jest wanna Kokusia, bo Bi upiera sie kapac u nas. ;) Po pieknych trzech dniach, poznym popoludniem nagle spadl deszcz, a po nim temperatura zaczela spadac na leb na szyje. Zla bylam na siebie, bo chcialam wykapac Maye, ale stwierdzilam ze zrobie to pozniej z Bi. Niestety, zanim panna dojechala, wial juz mocny wiatr i bylo jakies 14 stopni, wiec nie chcialam zeby psiur przemarzl.

Czwartek zaczal sie juz wczesniej, bo jechalam do biura. Nie chcialo sie jak cholera, tym bardziej, ze od rana padal deszcz i bylo ponuro oraz spiaco. W dodatku, po trzech dniach "lata", temperatura spadla do 5 stopni, zas w dzien miala sie podniesc ledwie do 7. Rozwiozlam mlodziez i w korkach doturlalam sie do biura, gdzie poza mna byla tylko jeszcze jedna dziewczyna. ;) Ciemny poranek rozjasnil nieco mail, ze choc nie mielismy Wielkiego Piatku wolnego (do bani, bo wiekszosc prywatnych firm nie pracowala), to dostalismy pozwolenie zeby skrocic dzien pracy o 3 godziny. Dobre i tyle. :) Pozniej jednak przyszedl kolejny email, ze osoby planujace skorzystac z tych trzech godzin urlopu, musza w systemie "poprosic" o wolne "administracyjne". Weszlam wiec grzecznie na strone, ale choc o wolne moglam poprosic, to tej konkretnej opcji nie mialam. :D W dodatku, weszlam na inna strone, gdzie musze przez dzien zaznaczac czym sie zajmowalam i na piatek wszystkie opcje zostaly zablokowane, poza "urlopem". Tyle, ze dali go 3 godziny, wiec jak mam niby oznaczyc pozostale 5?! :O Problemy techniczne mnie po prostu zalamuja. Nie mam juz sil dzwonic i wysylac bilecikow co chwila z jakas pierdola... Dzien dluzyl sie niemozliwie, bo i nie mialam za duzo do zrobienia. Szkolenia, ktore mialam wymagane, narazie zrobilam, reszta musi sie aktywowac. W koncu dobilam do konca i w podskokach (prawie) ruszylam na parking. Dotarlam do domu i z miejsca dostalam kiepska wiadomosc - Nik wrocil ze szkoly... chory! :( Katar, bol glowy i ogolnie kiepskie samopoczucie. Oczywiscie ani on, ani M. nie pomysleli zeby zmierzyc mu goraczke, ojciec po prostu dal mu tabletke. Kiedy dojechalam, minelo 1.5 godziny, wiec nie bylo nawet sensu mierzyc. Mlodszy narzekal ze mu zimno i sie pokladal, ale w ktoryms momencie z dosc glosnym entuzjazmem gral z kolega w Minecraft, wiec chyba nie bylo zupelnie tragicznie. ;) No ale niezle sie zalatwil akurat na Wielkanoc oraz dlugi weekend, nie ma co... Ucieszylam sie, ze nastepnego dnia byl Wielki Piatek, wiec przynajmniej nie tracil zajec, bo do szkoly wiadomo ze by nie poszedl. Martwie sie z kolei o siebie, ze zaraze sie i rozlozy mnie akurat na wyjazd. A lot samolotem z katarem oznacza potworny bol uszu; na sama mysl az robi mi sie slabo... Tak czy owak, o basenie nie bylo mowy, wiec relaksowalismy sie w domu, a ze pogoda byla taka a nie inna, to M. napalil w kominku. Od razu zrobilo sie jakos przyjemniej. :)

Kiciul kontemplowal ogien, ale odwrocil glowe kiedy zacmokalam

W piatek pracowalam z domu, a ze Potworki nie mialy lekcji, wiec nie musialam sie tez jakos specjalnie wczesnie zrywac. Nastawilam budzik tak, zeby nieco oprzytomniec i o 8 zejsc na dol i wlaczyc kompa. Troche przeszkodzila mi Oreo, ktora przyszla mruczac i uwalila mi sie na brzuchu. "Spoznilam sie" wiec do pracy, bo jak to tak, zrzucic koteczka?! :D

Zaczelam posta uwalonym na mnie kiciulem i podobnie go koncze ;) 

Przyznaje sie ogolnie bez bicia, ze bylam dzis pracownikiem roku... od konca. Byl Wielki Piatek, a wiec dwa dni do Swiat, wiec moja "praca" ograniczala sie do sprawdzania od czasu do czasu maili. Ktorych zreszta i tak praktycznie nie bylo, bo wiekszosc ludu pobrala wolne lub "pracowala" tak jak ja. ;) W miedzyczasie zabralam sie za sprzatanie, bo Wielkanoc jak zwykle u nas, a w dodatku odczuwam taka wewnwtrzna potrzebe zeby zostawic rodzinie jak najlepiej ogarniety dom. Odkurzylam wiec i pomylam podlogi na gorze. Potworki nie okazywaly entuzjazmu, ale powiedzialam im, ze to ich przestrzen i jak lubia siedziec w syfie to coz, ich wola. W koncu wzieli sie za swoje pokoje, choc dopiero poznym popoludniem. Nikowi bylam sklonna odpuscic, bo rano oznajmil ze czuje sie bez zmian, choc kiedy sie rozbudzil, stwierdzil, ze hmmm... chyba jednak troche lepiej. ;) Ja za to postanowilam odgruzowac jeszcze pie*dolnik przy wejsciu z garazu. Pokoik tam mial byc bawialnia dzieci/pokojem goscinnym/biurem, ale w praktyce stoi pusty (byl zagracony zabawkami, ale w koncu je powyrzucalismy) i zbiera pajeczyny oraz zdechle robactwo i... salamandry. O ile zuczki, muchy, itd. moga wlazic od garazu, o tyle te ostatnie to dla mnie zagadka. Nie mam pojecia jak sie dostaja do piwnicy, ale oczywiscie zdychaja i znajduje takie zasuszone truchelka. :/ Przed kaloryferem zostaly tez zaschniete plamy po wodzie, ktora skapywala z nart oraz butow narciarskich, bo tam je zawsze suszymy. Przy samych drzwiach jest tez stojak na buty, a obok kapcie i klapki M. Tam oczywiscie tez plamy, bo przy deszczu woda skapuje z obuwia, ale tez kupa piachu oraz trawy, lisci i innej materii organicznej. Tutaj to tak naprawde byl moj maly eksperyment, bo choc przez garaz wchodzimy wszyscy, to buty zostawia tam tylko malzonek. On wiec nanosi caly ten burdel obok stojaka, kapcie stoja mu w tym syfie i zastanawialam sie czy w koncu wezmie i to posprzata. Jak sie okazuje, odpowiedz jest przeczaca. Ostatnio sprzatalam tam chyba przed Bozym Narodzeniem i od tego czasu wszystko sie zbieralo, a M. ma najwyzej klapki na oczach i nie widzi. Tudziez uwaza ze to moja robota, bo w przeszlosci bywalo ze burczal, ze ale tam przy garazu syf i trzeba tam zamiesc. Patrzac oczywiscie w moja strone. Jak sie okazalo, poniekad mial racje, bo to ja w koncu nie wytrzymalam i posprzatalam. ;) Poniewaz dostalismy pozwolenie na 3 godziny wolnego, wiec juz o 13, wesolutko zatrzasnelam laptopa i przestalam udawac ze jestem produktywna. ;) Na 14 bylam umowiona na paznokcie, bo chcialam miec ladne na Wielkanoc oraz choc czesc wyjazdu.

Taki wesoly, wiosenny kolorek :) 

Tu zeszlo szybko, a po powrocie usilowalam dzialac dalej z przygotowaniami. Zrobilam dwa prania, choc tylko jedno zdazylam wysuszyc i poskladac, a potem upieklam biala kielbase i pozniej babke cytrynowa. A! przygotowalam tez pisanki, ale ze jestem leniwa, a Potworki sa zbyt "dorosle" zeby malowac jajka, wiec uzylam folii termokurczliwej. :D Mialam jeszcze ugotowac warzywa na salatke jarzynowa, ale juz mi sie nie chcialo... ;) Za to Bi mnie zaskoczyla, bo zglosila sie na ochotnika do kapania Mayi. Z naszym psiurem to nie taka prosta sprawa, bo kapieli nie znosi.

Piesek bedzie mieciutki i pachnacy na Swieta :) 

Probuje uciekac, wiec trzeba ja uwiazywac, a potem i tak usiluje zwiewac na boki, wiec kreci sie w kolko. A w dodatku co chwila sie otrzepuje, wiec czlowiek konczy ta "zabawe" zdyszany i mokrusienki. ;)

No i pozostalo tylko zyczyc Wam...

Wesolych Swiat Wielkiej Nocy!!!

piątek, 27 marca 2026

Wreszcie "normalny" tydzien

Sobota, 21 marca to odsypianie kolejnego tygodnia poza domem. Kolega niezle mnie wymeczyl tym zaczynaniem przed 8 rano. Niestety, poki jestem szkolona, moje godziny pracy uzaleznione sa od innych. Jak juz bede jezdzic na wlasna reke, pewnie bede pracowac bardziej jak ta dziewczyna z New Jersey. ;) Kiedy juz sie wyspalam i powylegiwalam do wypeku, zeszlam na dol i po sniadaniu zabralam sie za domowy kierat. Trzeba bylo rozladowac zmywarke, poskladac pranie oraz zmienic Potworkom posciel i wstawic ja do pralki. Na gorze musialam odkurzyc oraz pomyc podlogi. Nik ogarnal w swoim pokoju, ale Bi zrobila to dopiero poznym popoludniem, bo umowila sie z kolezanka na... bieganie. W poniedzialek zaczyna sie w szkole lekkoatletyka i panna chciala sprawdzic jak pojdzie jej bieg.

Rozciaganie przed sportem

Niestety, kolezanka uprawiala wczesniej biegi przelajowe, wiec jest w duzo lepszej formie. Bi przebiegla mile (1.6 km) i wrocila do domu ledwie zywa, a kumpela pobiegla dalej. :D Ciekawa jestem jak to bedzie, bo w high school, lekkoatletyka to jak plywanie - trening codziennie, a i zawody pewnie raz w tygodniu. Nik tymczasem zapisal sie u siebie w szkole na to samo, tyle ze w "gimbazie" to taka zabawa raz w tygodniu. ;) Przygotowalam lunch, czyli krewetki w kremowym sosie. Bi oraz ja rzucilysmy sie na nie z apetytem, ale malzonek mial kupione w Polakowie golabki, zas Nik posmakowal i stwierdzil, ze za bardzo smakuje owocami morza. No cos takiego, krewetki?! Niemozliwe! :D Po poludniu musielismy jechac do kosciola, a zaraz po powrocie ja i Nik wskakiwalismy w auto i wiozlam jego oraz kolege na ekranizacje "Project Hail Mary".

Mlodociani kinomani ;) 

Na szczescie po seansie odebral ich tata kumpla, szczegolnie ze skonczylo sie o 21. Mlodszy wrocil absolutnie zachwycony, twierdzac ze to jego ulubiony film. Troche mu dokuczalam, ze po kazdym wyjsciu do kina, ogladany film staje sie jego ulubionym. ;)

W niedziele ponownie moglam pospac, z czego skwapliwie skorzystalam. Dzien byl ponury i deszczowy i choc budzik nastawilam az na 9, to kiedy zadzwonil, wydawalo mi sie ze to niemozliwe zeby byla juz taka godzina. ;) Kiedy z luboscia wylegiwalam sie jeszcze w cieplej poscieli, przydreptala Oreo i po przywitalnym miauknieciu wladowala mi sie na pecherz brzuch. Pokrecila sie, pomiziala, po czym, caly czas mruczac, ulozyla na drzemke. 

Te poranne mruczanki to najlepsza rzecz w posiadaniu kiciula :)

Jak wiekszosc kocich wlascicieli, grzecznie pozostalam na miejscu, az kiciulowi sie znudzilo i zeszla zeby umoscic sie na poscieli M. Gdy w koncu sie zwloklam, ogarnelam siebie oraz kuchnie, napisalam do taty, ze moze wpadac na kawe. W tym tygodniu moglam w koncu posiedziec z nim na spokojnie, zamiast dopakowywac walizke i zerkac co chwila na zegarek. Zanim dziadek dojechal, Bi zabrala sie za pieczenie... precli. Ta dziewczyna co i rusz wymysla jakis przepis. :D Ogolnie, jak to Starsza, praktycznie wszystko zrobila sama. Mnie potrzebowala tylko do wrzucenia ciasta do wody, bo okazalo sie ze precle trzeba najpierw podgotowac w wodzie z soda oczyszczona. Nie mialam o tym pojecia, ale podobno to pomaga w osiagnieciu charakterystycznego smaku oraz konsystencji. W kazdym razie, Bi bala sie wkladac ciasta do wrzatku, wiec matka musiala pospieszyc na pomoc. ;) Precle rzeczywiscie smakowaly "preclowato", jedyne co, to nie mamy grubej soli, wiec byly nieslone. Dziadek posiedzial dosc dlugo, bo prawie do 16, chyba chcac sobie wynagrodzic poprzednie dwie niedziele gdzie musielismy nasze kawy skracac. Pozniej kuchnie przejal Nik, ktory z kolei upiekl swoja ukochana babke na oleju. Stwierdzam, ze przy tylu osobach krecacych sie obecnie w kuchni, wymiekam juz z ciaglym sprzataniem, a zlew zapelnia sie blyskawicznie. Zmienilam i wypralam posciel u nas, a poza tym mialam wrazenie, ze ciagle cos przecieram, zaladowuje albo rozladowuje zmywarke... Na szczescie starczylo tez czasu na relaks przy kominku i zalowalam tylko, ze skoki narciarskie odwolano.

Poniedzialek to juz poranna pobudka, choc i tak nie jakas straszna, bo postanowilam pracowac z domu. Wstalam wiec tylko na tyle wczesnie zeby troche sie rozbudzic zanim wsiade w auto zeby rozwiezc mlodziez po szkolach. Skoro przez dwa tygodnie sasiedzi wozili Bi, to teraz czuje sie w obowiazku zeby troche powozic ich corke. Na szczescie zaczela sie wiosna, bedzie sie robic coraz cieplej i mam nadzieje, ze jeszcze kilka tygodni i dziewczyny beda znow jezdzic rowerami. Tak w ogole to mialam z moja wlasna panna poranna rozmowe, ktora pokazuje ze to dziewcze czasami kompletnie nie mysli. Kiedy szla w sobote pobiegac z kolezanka, zalozyla krotkie spodenki, taka bluzke, ktora przypominala raczej sportowy stanik i tylko na wierzch na poczatku wziela cienka bluze z dlugim rekawem. Czyli na bieganie idealnie. W poniedzialek miala zaraz po szkole trening, i co zalozyla? Fakt ze bylo chlodno (maks. 3-4 stopnie) i trener sam wyslal maila ze poleca zalozyc spodnie dresowe. Panna zalozyla, ale takie z szerokimi nogawkami, ktore placza sie miedzy nogami. W dodatku, z racji ze jest niewysoka, spodnie sa nieco przydlugie. Jak w takim czyms biegac?! Zasugerowalam zeby zalozyla nieco ciasniejsze i ze sciagaczami w kostkach, ale jak znacie troche Bi, to wiecie ze nic z tego nie wyszlo. Panna zaczela sie wyklocac, ze tak bedzie dobrze, pokazywala mi tez lekkim truchtem po domu, ze dobrze jej sie biega, itd. Tlumaczylam, ze piec, niezbyt szybkich, krokow po domu, to nie to samo co wyscig. Starsza oczywiscie wyszla z kontargumentem, ze na pierwszym treningu nie beda sie od razu scigac. Hmmm... moim zdaniem (ktorym sie z nia podzielilam) wlasnie trener urzadzi im jakies probne wyscigi zeby zobaczyc kto jak sobie radzi i w czym jest dobry. Ostatecznie machnelam reka i stwierdzilam, ze jak zawsze, panna musi popatrzec jak ubrane sa kolezanki i poczuc sie glupio zeby cos dotarlo. Choc okazuje sie, ze moje slowa gdzies trafily, bo po kilku minutach sama przyszla i stwierdzila, ze tego dnia zobaczy co i jak i najwyzej we wtorek zalozy legginsy. ;) W kazdym razie, odwiozlam dziewczyny, odwiozlam Kokusia, po czym cala szczesliwa, wrocilam do domu. Poniewaz moj szef jest na zwolnieniu, wiec spodziewalam sie calkiem spokojnego dnia. Tymczasem mialam milion piecset sto dziewiecset maili i wiadomosci! Ogolnie jednak nawet mnie to ucieszylo, bo w domu mam za duzo rozpraszaczy i ciezko mi skupic sie na pracy. A tak, to ciagle musialam byc w pogotowiu i przy laptopie. Jedyne co, to (wbrew temu, czego sie nauczylam na szkoleniu o pracy zdalnej) wstawilam dwa prania, a co! :D Niestety, nasz kiciul, ledwie zaczal wiecej wychodzic po zimie, wpada w stare nawyki i zdazyl ubic... ptaszka! Ktorego oczywiscie grzecznie ulozyl pod frontowymi drzwiami... :/ Wrocil ze szkoly Nik, zdazylam mu podac obiad i musialam zbierac sie z psiurem do weterynarza. Mam wrazenie, ze ostatnio ciagle tam jezdze albo koresponduje z paniami, probujac zalatwic wizyte lub przedluzenie recepty. Ech... Maya caly czas popuszcza i nic do konca nie pomaga. Co ciekawe, duzo zalezy tez od dnia. W niedziele, gdzie bylismy przeciez w domu i co chwila wychodzila do ogrodu, bez przerwy na poslaniu miala mokre plamy. W poniedzialek wypuscilam ja ostatni raz o 9 rano, bo na wizyte miala miec pelny pecherz. Obawialam sie wielkiej kaluzy na poslaniu, a tu... nic. Suchutko. Tak czy siak, u weta chcieli przeprowadzic jakies doglebniejsze badania, bo w moczu wychodza jej tez leukocyty oraz bialko. W dodatku, wet twierdzi ze cos jest nie tak, skoro zaden z lekow nie hamuje popuszczania zupelnie. Ten nowy zdaje sie pomagac troche lepiej, ale Maya jest na maksymalnej dawce i nadal popuszcza. A ze to hormon, to weterynarz twierdzi, ze podaje sie go od najwyzszej dawki, a potem schodzi coraz nizej, az w koncu bierze tabletke raz w tygodniu. Nasz psiur dostaje dwie tabletki raz dziennie! I ciagle zdarzaja jej sie "wypadki". :/ Pani doktor zdecydowala pobrac mocz bezposrednio z pecherza, pewnie za pomoca cewnika (nie wiem, slyszalam tylko jak pies skowyczal, bo pewnie przyjemne to nie bylo). Do tego jakis bardziej szczegolowy panel wraz z inkubacja probek na pozywce, dokladniejsze badanie krwi i zaspiewali sobie prawie... $500. Zbieralam szczeke z podlogi, ale co bylo robic. Zaplacilam, choc moj portfel zaplakal... Teraz trzeba czekac na wyniki. Jesli tu nic nie wyjdzie, prawdopodobnie wysla nas na usg pecherza, zeby szukac przyczyny dalej. :( Kiedy wrocilam, zdalam relacje malzonkowi, chwile posiedzielismy i pojechal z Kokusiem na silownie/basen. Przy okazji zawiesil druzyne plywacka dla Bi, bo skoro zaczela w szkole lekkoatletyke, od razu oznajmila ze nie da rady zaliczyc dwoch treningow dziennie. ;) Po pierwszym dniu byla nawet zadowolona, choc faktycznie malo co robili. Po rozgrzewce, podzielili sie na grupy i omawiali technike kazdej z dyscyplin. Niestety, kiedy jestem w biurze, nie zdaze podjechac podejrzec treningu, bo koncza sie w czasie kiedy akurat wracam z pracy. Moze ktoregos dnia, jak bede pracowac z domu. ;)

We wtorek musialam juz wstac zaraz po 6, ale mysle ze uwierzycie, kiedy Wam napisze, ze w domu wstaje sie o tej porze znacznie przyjemniej, niz w hotelu. ;) Wyszykowalam sie, po czym zabralam Potwory (oraz sasiadke) do szkol, a pozniej ruszylam do roboty. Niby zaostrzyli wymagania co do pracy zdalnej, ale w biurze nadal byly tylko 3 dodatkowe osoby. Dwie inne wiem, ze sa na inspekcjach, a gdzie reszta? :D Dzien dluzyl mi sie niesamowicie, mimo ze w sumie mialam co robic. Walczylam m.in. z raportem z wydatkow w poprzednim, wyjazdowym tygodniu. Poprzedni zamieszalam straszliwie i pani, ktora to sprawdza, dwa razy do mnie dzwonila zeby wyjasnic co i jak. :D Teraz juz troche sie nauczylam, ale i tak sie nameczylam. Z jakiegos powodu, co dodalam jakis wydatek jednego dnia, znikal mi z innego. Mordowalam sie chyba z 45 minut, ale w koncu wyslalam. Spodziewam sie jednak, ze nie obejdzie sie bez kolejnego telefonu od owej pani. ;) W dodatku, poprzedni raport niby pokazuje "zaplacone", ale kiedy weszlam na podsumowanie, to sama nie wiem czy pokryli wszystko, czy nie. W obecnym raporcie tez na koniec wyskoczyla mi uwaga, ze cos "przekroczylam", a wiem ze na 100% nie wydalam wiecej niz mialam przydzielone na dzien. Wydalam wrecz jakas 1/3 tej sumy, wiec nie wiem skad sie to pokazalo. :/ Oprocz tego, mialam skonczyc jakas ankiete i wirtualne szkolenie, ale i tak wskazowki zegara ciagnely sie jak w kisielu. ;) W koncu radosnie stamtad wybieglam i popedzilam do domu. W wejsciu minelam sie z mezem, ktory bral moje auto i jechal odebrac podsumowanie podatkow od ksiegowej. Biuro ma jakas godzine od nas, a moj samochod jest duzo bardziej ekonomiczny od jego, wiec specjalnie czekal z jazda az wroce. Niestety, M. grzebie w inwestycjach oraz kryptowalutach i ksiegowy, u ktorego rozliczalismy sie od wielu lat, polegl. Trzymal nasze papiery prawie 3 tygodnie, ponoc dzwonil po jakichs kolegach i doradcach i w koncu sie poddal. Malzonek wiec szybko zawiozl papiery do kobiety, u krotej rozliczalismy sie baaardzo dawno temu, a do ktorej przestalismy jezdzic wlasnie ze wzgledu na odleglosc. Ona jednak jest mlodsza od tamtego goscia i ogolnie taka obrotna, wiec wiedziala jak to "ugryzc". ;) M. wiec pojechal, Potworki odrabialy lekcje, a ja jak zwykle odguzowywalam chalupe. Malzonek wrocil o takiej porze, ze w zasadzie tylko wszedl, wzial prysznic, przyszykowal jedzenie oraz ciuchy na kolejny dzien i poszedl spac. To tyle sie widzielismy tego dnia. :) A! Bi miala kolejny trening i gdzie planowala zapisac sie na wyscigi na krotkie dystanse, tak poki co trenuje skoki wzwyz. Mowi, ze poki co cwicza technike i kroki i jak to opanuja, to moze w czwartek dostana tyczke i sprobuja faktycznie skakac. :D Niestety, czeka nas kolejny wydatek, bo potrzebuje buty do biegow, takie z kolcami. Bede musiala wziac ja do sklepu, z ktorym niby nasza szkola ma umowe i dzieciaki dostaja znizke. Jesli to taka "znizka" jak za stroj kapielowy zespolu, gdzie placilam $60 za kawalek poliestru, to ja dziekuje... :/

Sroda zaczela sie tak samo jak dzien wczesniej. Poki co mamy poranne przymrozki, ale po poludniu temperatury sa juz wiosenne. Rozwiozlam mlodziez po szkolach i pojechalam do roboty, w starszliwym korku. Po prostu podjezdzalam i stawalam, podjezdzalam i stawalam... i tak prawie cala droge. W radiu wspomnieli cos o wypadku i to tuz przed moim zjazdem, ale cala podroz tyle trwala, ze kiedy tam sie w koncu doturlalam, po zadnym wypadku nie pozostal nawet slad. Tylko korek na (serio!) prawie 10 km! :O W biurze jeszcze ciszej i spokojniej niz dzien wczesniej. Kiedy przyjechalam, bylam sama i dopiero pol godziny po mnie, dojechala jakas dziewczyna. Dzien uplynal na irytacjach. Po pierwsze, na koniec wyjazdowego szkolenia, mam miec egzamin. Tragedia. Nie tu jednak irytacja. Egzaminy zawsze byly tradycyjne, na papierze. W tym roku postanowili pojsc z duchem czasu i zrobic je elektronicznie. Wybrali jednak jakas dziwaczna aplikacje, chyba zeby zapobiec oszustwom, choc egzamin mial byc na zasadzie "otwartej ksiazki", wiec gdzie tam jakies oszustwa? W kazdym razie, wyjazd mial byc w marcu, wiec juz w lutym probowalam ja zainstalowac i zrobic probny test (pytania czysto demograficzne). Instalacja musiala sie odbyc z osoba z IT. Juz wtedy komputer zawiesil mi sie kompletnie 3 razy i musialam go na sile restartowac. Kiedy w koncu panu udalo sie wszystko zainstalowac, a mi wejsc na "test", strona ponownie sie zawiesila. Po zrestartowaniu, test znikl... Wtedy mialam juz dosc walki z g*wnem i zostawilam jak bylo. Teraz okazalo sie, ze poniewaz szkolenie przeniesli na kwiecien, test trzeba bylo zrobic ponownie. Udalo mi sie wejsc i... ponownie na stronie nic nie moge kliknac, a co gorsza nie moge z niej wyjsc. Zawieszona! Po zrestartowaniu, tym razem test tam jest, ale za kazdym razem sie zawiesza. Probowalam 5 razy z tym samym rezultatem. Napisalam maila i dostalam odpowiedz zeby skontaktowac sie z ludzmi z IT. Rewelacja... :/ To byla pierwsza irytacja. Druga to sama autoryzacja podrozy. Poniewaz wyjazd przeniesiony, wedlug ich zasad, na kwiecien musialam ja zrobic od poczatku. Wyslalam w pierwszym tygodniu marca, przed inspekcjami, a teraz zrobil sie 25-ty i dalej nie zostala zatwierdzona. Weszlam zobaczyc status i zdziwilo mnie ze wpisany koszt wyniosl, bagatela, 9 tys. dolcow! To zdecydowanie nie kwota, ktora wyszla mi. :O Patrze ze byly jakies poprawki. Otworzylam wiec szczegoly dokumentu i cycki mi opadly. Wyjazd jest calkowicie pokryty przez firme. Placa zarowno za nocleg jak i wyzywienie. Wszystko to bylo jasno wypisane w upowaznieniu, lacznie z koniecznymi "kodami" (dla ksiegowosci). I co? I jakies mundre-inaczej jelopy, ktore to sprawdzaly, ponownie dodaly wszystkie koszty noclegu! I jeszcze zaznaczyli, ze wpisalam nieprawidlowy kod, a przekopiowalam go z upowaznienia dla tego wyjazdu, wiec wiem, ze byl prawidlowy! Napisalam maila do obu kretynow, ze nocleg jest calkowicie pokryty, a kod wzielam z koniecznych do wyjazdu dokumentow. Nie raczyli odpowiedziec, za to pol godziny pozniej dostalam wiadomosc, ze moje upowaznienie zostalo zatwierdzone! Az mi sie cisnienie podnioslo, bo pomyslalam, ze spoznilam sie z mailem i ktos zatwierdzil je z bledami, ale to potem ja bede walczyc z biurokracja. Weszlam jednak na strone, sprawdzilam upowaznienie i... poprawili! Ale zeby napisac, ze dziekujemy za czujnosc i juz wprowadzilismy poprawki, to nieeee... :/ Tak to wlasnie wyglada, a ja nie dosc ze stresuje sie sama praca i ciagla nauka czegos nowego, to jeszcze musze walczyc z takimi idiotyzmami. Wrocilam do domu i wlasciwie zdazylam tylko zjesc i wziac prysznic i M. mial zabrac Kokusia na basen. Sam stwierdzil, ze nadal miesnie bola go po poniedzialku i nie bedzie cwiczyl. Mial odwiezc Mlodszego i pojsc spac, wiec zaczelam sie z synem umawiac zeby dal mi znac jak zacznie sie przebierac, to po niego podjade. Nieopatrznie jednak spytalam czy odrobil lekcje, a on na to ze nie, bo ma bardzo duzo i bedzie konczyl po treningu. Pytam ile mu zostalo i czy zdazy przed spaniem, a on ze chyyyyba tak, ale jakos bez przkonania. Stwierdzilam wiec zeby jednak zostal w domu i konczyl lekcje, a na basen i tak pojdzie w czwartek. W ten sposob wszyscy mielismy spokojniutki wieczor. Malzonek poszedl spac "z kurami", syn odrobil lekcje, a ja nie musialam nigdzie sie ruszac w pizamie. Tylko dla Bi nie robilo to roznicy. ;)

W czwartek nastapil dzien swistaka, czyli poranna pobudka, zebranie siebie oraz mlodziezy, po czym rozwiezienie ich po szkolach, a samej do roboty. Bi rano narzekala ze bola ja cale nogi; kazdy, najmniejszy miesien. No niestety, tak bywa jak zaczyna sie intensywne treningi, a jest sie bez formy. Panna przez zime jezdzila tylko na nartach raz w tygodniu oraz plywala, przy czym wykorzystywala kazdy pretekst i okazje zeby ominac trening. Nie ma sie wiec co dziwic, ze teraz cierpi. Tlumaczylam jak krowie na rowie, ze skoro ma tylko plywanie, to musi chodzic na kazdy mozliwy trening i cwiczyc z calych sil, nawet jesli ich treningi nie sa tak intensywne jak w szkole. Nie, panna jak zwykle mekolila, ze nie lubi tej druzyny, ze nie lubi z nimi trenowac, itd. To teraz cierp cialo jak rzes (nie)chcialo. :D W pracy mialam rozmowe z facetem z IT, ktora niestety nic nie dala. Zainstalowal mi inna wyszukiwarke, na ktorej mialam sprobowac zrobic test, ale ten zdazyl juz zniknac. Kiedy miesiac temu mialam go zrobic pierwszy raz, znikl po jednej probie. Nie wiem dlaczego w srode pozwolilo mi sprobowac kilkukrotnie, ale w koncu tez test wsiakl, a strona pokazuje ze nie mam zadnych "zadan" do wykonania. Napisalam od ludzi ogranizujacych ten test zeby mi go przydzielili kolejny raz, ale bez odzewu... :/ Dostalam drugi, przenosny ekran, ktory moze mi sie przydac na inspekcjach zeby sobie otworzyc kilka aplikacji i rozlozyc je tak, zeby widziec wszystkie w tym samym czasie. Nie wiem czy bede korzystac, bo w biurze mam dodatkowy ekran i raczej mnie to irytuje niz pomaga, ale zobaczymy. ;)

Jadac na inspekcje, plecak bede miala pelen "sprzetu", bo dochodza oczywiscie kable, ladowarki, itd. A wszystko swoje wazy... :/ 

Tego dnia mielismy jedniodniowe "lato". Po poludniu zrobilo sie 19 stopni i fajnie bylo sobie postac (krzesla nie przyniesione, bo przeciez mamy dopiero marzec) na tarasie w samym sweterku i popatrzec na ptaszki i gdzieniegdzie przebijajace roslinki. Wyglada, ze w moim warzywniku, mimo srogiej zimy, przetrwala pietruszka i marchewka. Pewnie pomoglo, ze choc byly mrozy, dlugo lezala gruba warstwa sniegu i wszystko oslaniala. Malzonek z Kokusiem pojechali na basen/silownie, a ja oraz Bi mialysmy leniwy wieczor bez chlopakow. ;)

Piatek zaczelam nieco pozniej, bo planowalam pracowac z domu, wiec nie musialam szykowac sie na wyjscie do ludzi. Zwloklam sie tylko na tyle wczesnie zeby sie troche rozbudzic przed zawiezieniem Potworkow do szkol. Rozwiozlam mlodziez, po czym wrocilam do domu, zjadlam sniadanie, umylam sie i zasiadlam do pracy. To znaczy... probowalam. Okazalo sie, ze firma ma jakis problem z Microsoft'em. W kolko kazalo mi sie logowac, a kiedy podawalam PIN, wyskakiwala wiadomosc, ze moje konto zostalo usuniete. :O Najpierw spanikowalam, ale kiedy zadzwonilam na linie, od razu nagrana byla wiadomosc o problemie, wiec odetchnelam. Odczekalam jednak pol godziny z muzyczka zeby zglosic moj problem, na wypadek gdyby okazalo sie, ze to jednak cos innego. Pan potwierdzil, ze tak, jest problem, podal mi numer "bileciku" ze zgloszenia i tyle... Poniewaz wszystko na laptopie mamy polaczone, nawet aplikacje ktore nie pochodza z Microsoft'a, wiec nie dzialalo mi nic. Co ciekawe, na telefonie otwieralo sie bez problemu, ale niewiele rzeczy jestem w stanie zrobic przez komorke, poza wyslaniem maila czy wiadomosci na Teams'ie. Niespodziewanie zyskalam wiec "bezrobotny" ranek i zupelnie nie narzekalam. :D Cieszylam sie, ze jestem w domu, bo nie wiem co bym ze soba zrobila z nudow w biurze. Tego dnia pogoda wrocila juz do stanu marcowego. Najcieplej bylo z samego rana - 13 stopni. Pozniej zerwal sie jednak wiatr i temperatura zaczela spadac. O 11 rano zrobilo sie juz tylko 6 stopni. Brrr... A Bi miala oczywiscie po poludniu trening, podobnie jak Nik, ktory po szkole rowniez zostawal na lekkoatletyce. Poniewaz wszystko mialam poblokowane, wiec stwierdzilam, ze zamiast siedziec i co kilka minut sprawdzac czy naprawili, pojade na zakupy, w nadziei, ze zanim wroce, cos z tym zrobia. Kupilam wiec spozywke i podjechalam jeszcze po bubble tea bo dawno dzieciaki nie mialy, dwa tygodnie mnie praktycznie nie bylo, a za chwile wyjezdzam ponownie, niech wiec ich matka troche porozpieszcza. ;) Wrocilam do domu i juppi! System naprawiony. Niestety, jedna z aplikacji nadal sie nie otwiera, ale z nia akurat "walcze" dosc czesto, wiec chyba nie ma wspolnego z tamta ogolna awaria. Dziadostwo zawsze pokazuje zeby zrobic update, a kiedy go zrobie, blokuje sie. Tym razem cierpliwie klikalam na "nie", ale i tak sie zablokowalo. Nie wygrasz. :D Najgorzej, ze to aplikacja niezbedna na inspekcje, wiec jak mi tak bedzie sie blokowac co chwila to chyba wyjde z siebie i stane obok. :/ Zupelnie niespodziewanie, dostalam raport semestralny ze szkoly Kokusia. To uswiadomilo mi, ze nie pamietam kiedy otrzymalam cos ze szkoly Bi, a tam sa cztery kwartaly, hmmm... Co do Nika, to chyba nie ma co bardzo narzekac, choc ze wszystkich cos "znaczacych" przedmiotow, poza naukami scislymi, ma B.

Raporcik niczego sobie, choc wiem, ze Kokusia stac na wiecej ;) 

Ciekawi mnie to, ze w high school wszystkie mozliwe przedmiotym przydzielili mu na poziomie "honors", a z takiej historii nie bylo nawet innej opcji. Bi miala praktycznie same A, wiec to bylo zrozumiale, ale dla ucznia na poziomie B? No coz, zobaczymy jak Mlodszy to udzwignie. ;) O 16 musialam odebrac syna ze szkoly, bowiem zostal na lekkoatletyce. Co ciekawe, w mailu napisano zeby dzieciaki odebrac wlasnie o tej godzinie, ale byla 15:55, a ja w drodze, kiedy Nik zadzwonil, ze czeka i gdzie ja tyle czasu jestem. Okazalo sie, ze zajecia koncza sie za kwadrans, tylko fajnie by bylo zeby rodzicow o tym poinformowano. :/ Odstawilam syna do chalupy, chwilke posprawdzalam maile i pojechalam z kolei po corke. Ona niby konczy trening o 16:45, ale M. mowi ze kiedy po nia przyjezdza, juz czeka przed szkola. Chcialam chwile podejrzec jej trening, wiec pojechalam 20 minut wczesniej i jak to ja, mialam pecha, bo tego dnia mieli jakies gry oraz towarzyskie zawody i wszystko sie przeciagnelo. W dodatku, przez wiekszosc czasu gromada przebywala na drugim koncu boiska, zas te ma przy wiekszej czesci spad i nie da sie nawet stanac przy ogrodzeniu. Nie moglam nawet dojrzec Bi, dopoki nie podeszli blizej, ale wtedy juz zajecia sie skonczyly i trener oglaszal tylko ktora grupa zajela ktore miejsce.

Ta gromada to jakas 1/3 dziewczyn, a do tego jest kolejna, rownie liczna, grupa chlopcow :O 

Kiedy wreszcie dotarlam do domu, moglam w koncu wylaczyc laptoka, pochowac wszelakie "robocze" akcesoria i w koncu zaczac upragniony weekend. A, jeszcze przyszedl mail informujacy nas o "niepisanych" zasadach pracy zdalnej. I tak, nie wolno nam brac dwoch dni jeden po drugim. No jaaaasne... :/ Ciekawostka jest, ze w niektorych grupach zabroniona jest tez praca zdalna w poniedzialki oraz piatki (pewnie zeby nikt sobie nie przedluzyl weekendu :/). U nas takiej zasady nie ma, ale poniewaz "dwa dni pod rzad" dotyczy dni roboczych, wiec nie wolno wziac piatku i potem po weekendzie poniedzialku! :D Mam wrazenie, ze robia wszystko zeby ludziom utrudnic branie tej pracy zdalnej i wprowadzaja kolejne zasady zeby nam sie tego po prostu odechcialo.

I tym optymistycznym akcentem, zakonczmy kolejny tydzien. ;)