piątek, 13 lutego 2026

W koncu odwilz

Taaa... Odwilz. Tyle ze nie na samym poczatku tego posta... ;)

Sobota, 7 lutego to dluzsze spanie dla calej rodziny, lacznie z M. Tak jak pisalam ostatnio, jesli w pracy nie beda kombinowac z grafikiem, malzonek planuje wziac wszystkie soboty w lutym wolne. Niestety, kiedy wstaje sie codziennie o 2-3 nad ranem, to potem ciezko spac niewiadomo ile. Zaraz po 6, M. wiec wstal i poszedl... odsniezac. Od poprzedniego wieczora padal bowiem snieg, drobniutko i niezbyt gesto, ale kilkucentymetrowa warstewka sie zrobila. A ze moj maz ma problem z relaksem, to poszedl pomachac szufla. Nik potem sie skarzyl, ze ojciec obudzil go zgrzytajac o kostke, jego okno wychodzi bowiem akurat na frontowe wejscie. ;) Dodatkowo, M. spedzil troche czasu odsniezajac "polanke" w grubym sniegu, zeby zwierzyniec mial sie gdzie zalatwiac. To co nam spadlo dwa tygodnie temu, jakis czas polezy, a tymczasem siersciuchy doprowadzaja do szalu. Maya zalatwia sie na podjezdzie oraz kostce (wiec idzie sie zygzakiem zeby nie wdepnac w mine lub pozostalosc po niej), a Oreo przerzucila sie zupelnie na kuwete. Co samo w sobie by mi nie przeszkadzalo; w koncu po to jest, tyle ze kiciul... nie trafia! :O Ciagle znajdujemy bobki obok i smugi na scianie! :/ Co prawda, podejrzewam ze z "polanki" chetnie skorzysta Maya, ale kot potrzebuje sypkiego piasku, wiec i tak tam nie pojdzie. Zreszta, ostatnio w ogole malo z domu wychodzi, a co dopiero mowic o zalatwianiu potrzeb na zewnatrz... :/ W kazdym razie, ja oraz Potworki pospalismy dluzej, bo Nik mial mecz na 11, wiec nie bylo pospiechu. Mielismy za to najzimniejszy dzien tej zimy. Rano bylo "tylko" -12, ale temperatura spadala zamiast rosnac, a w dodatku zerwal sie doslownie huraganowy wiatr, wiec wczesnym popoludniem mielismy -18, przy odczuwalnej -26. :O W dodatku, wiekszosc dnia co chwile proszyl snieg, wiec smagal cie po wszystkich odslonietych czesciach ciala... Wystarczylo, ze po meczu przeszlam od drzwi szkoly do samochodu i mialam dreszcze przez kolejna godzine. Kompletnie nie moglam sie rozgrzac. A musze nadmienic, ze zalozylam buty zimowe oraz zimowa kurtke. Nik mial dlugie spodnie oraz bluze i sie ze mnie smial. ;) Co do meczu, to tym razem grali przeciw innej druzynie z naszego miasteczka. Jakos jednak te dwie grupki chyba sie za bardzo nie lubia, bo pamietam ze kiedy grali przeciwko innej, to byla kupa wyglupow oraz smiechu, a tu nic. Pelna powaga i rywalizacja. Ktora zreszta byla bardzo wyrownana. Przez dwie pierwsze cwiartki, druzyna Kokusia przegrywala, choc szli niemal leb w leb. W koncu, w trzeciej, zaczeli nadrabiac, az wygrali 33:23. Tym razem to drugi kosz dla jego druzyny, zostal wbity przez Nika, ale cala akcja wydarzyla sie tak szybko, ze nawet nie zdazylam uniesc telefonu. :D

Za to mam fote kawalera z rozwianym wlosem, bo juz pilnie potrzebuje strzyzenia ;) 

Po meczu wrocilismy do domu, gdzie szybko zaparzylam sobie goracej kawy, ale i tak klekotalam zebami. W koncu zabralam sie za odkurzanie i mycie podlogi na gorze, co wreszcie skutcznie mnie rozgrzalo. Nie ma jak male odgruzowanko. ;) Pozniej chwila na odpoczynek i trzeba sie bylo zebrac do kosciola, bo M. w niedziele juz pracowal. Po powrocie, kiedy temperatura spadala nadal na leb na szyje, a wiatr lomotal w okna oraz huczal w kominie, zapalilismy w kominku i wygrzewalismy dupki. Tyle ze musialam pranie wstawic, bo Nik zniosl mi swoj pelniusienki brudownik. Kurcze, musze nauczyc dzieciaki jak wlaczyc pralke, bo szlag mnie kiedys trafi. Patrzylam ze mam jeszcze kupe miejsca i nie musze wstawiac prania, to Mlodszy przytaszczyl swoje brudy, a kiedy zobaczyla to Bi, natychmiast zbiegla tez z wlasnym brudownikiem. :/ W ten sposob nie tylko, ze musialam pilnie wlaczyc pralke, to jeszcze czesc zostala do kolejnego ladunku... Poza tym upieklam chlebek bananowy, bo pierwszy raz od dluzszego czasu zostaly nam przejrzale banany, a w niedziele mial oczywiscie przyjechac dziadek. Na noc ponownie zapowiadali rekordowe zimno, wiec znow zostawilam lekko kapiacy kran. Nie wiem czy to faktycznie cos daje, ale przezorny zawsze ubezpieczony, tak? ;)

W niedziele malzonek rano pracowal, a ja i dzieciaki odsypialismy. Nastawilam budzik na 8:30, ale wylaczylam go i zamknelam oczy "na chwile", po czym obudzilam sie o 9:40. :D Zjadlam sniadanie i jako tako sie ogarnelam, po czym napisalam do dziadka, ze kawa gotowa. :D W nocy bylo -20 stopni, ale rano przycichl wiatr i w sloncu zrobilo sie -9. Tak juz jestem "skrzywiona" tymi ostatnimi temperaturami, ze kiedy wypuszczalam psa, przeszlo mi przez mysl, ze "o, nie jest tak zle". Przy prawie -10 stopniach! :D Niestety, wczesnym popoludniem wiatr ponownie sie zerwal i zrobilo minus kilkanascie stopni. Cieszylam sie, ze nie musze wychodzic. Moj tata dzielnie przedarl sie przez Arktyke, zeby wpasc na kawke, choc narzekal ze nie wie czy odpali samochod, ktorym zwykle jezdzi do pracy (ma dwa). Niby jest na bezrobociu, ale koncza jakis specjalny projekt i nie ma ze zima im w tym przeszkodzi. ;) Posiedzial jak zwykle ze 3 godzinki, po czym opatulil sie ponownie na cebulke i pojechal. Ja jak zwykle wzielam sie za wstawianie i skladanie prania, ogarniecie kuchni i tym podobne. Wieczorem oficjalnie zegnalismy weekend, wiec trzeba bylo wyciagac sniadaniowki i szykowac ubrania. No i klasc sie spac troche wczesniej niz przed polnoca. ;)

Poniedzialek zaczelismy wczesna pobudka i szykowaniem sie do kieraciku. Mielismy -15 stopni, wiec stwierdzilam ze zawioze Kokusia, a wiec dziewczyny tez. Tyle, ze zajezdzajac do dwoch szkol schodzi mi tyle czasu, ze ostatnio dojechalam do biura o 8:15. Wtedy mialam meeting o 10, tego dnia juz o 8:30, wiec powiedzialam dzieciakom ze musimy wyjsc o 7:05. Nie chcialam bowiem ryzykowac, ze utkne w korku i sie spoznie. Napisalam tez do sasiadow z pytaniem, czy ich corka da rade byc gotowa na ta godzine. Mama odpisala, ze sama ja zawiezie. No i tym lepiej. ;) Zaoferowala, ze wezmie tez Bi, ale ta stwierdzila ze woli jechac wczesniej. Odwiozlam wiec corke, zajechalam jeszcze na 30 sekund pod biblioteke (ktora jest zaraz obok jej szkoly) i wrzucilam do schowka ksiazke, po czym popedzilam dalej z Kokusiem, a potem do roboty. Okazalo sie, ze dobrze wymierzylam czas, bo na parking w pracy dotarlam o 7:55, wiec zanim zaplacilam i doczlapalam do budynku a potem na pietro, zrobila sie 8:10. Akurat starczylo mi czasu zeby sie rozebrac, rozpakowac, podlaczyc laptoka i zrobic sobie kawe i za momencik laczylam sie na rozmowe. Moj szef ogolnie jest sympatyczny, ale tym razem podniosl mi cisnienie. W zeszlym tygodniu wyszlo, ze z wymaganych wirtualnych szkolen mialam dostep tylko do trzech, a do tego do kilku z innego rozdzialu (ktore nie byly wymagane, ale je tez robilam, skoro innych nie mialam). I tego dnia szef dopytywal ile te szkolenia zajmuja mi czasu, i co jeszcze robilam zanim pojechalam na inspekcje, itd. Mialam wrazenie, ze daje mi do zrozumienia, ze sie obijam. A ja przeciez caly czas sie wszystkiego ucze, wiec kazde dzialanie zajmuje mi duzo wiecej czasu, ciagle ogarniam nowe systemy oraz aplikacje i dowiaduje czegos nowego! Nie mowiac juz, ze mialam po drodze sporo problemow technicznych, gdzie pisanie "zazalen" i laczenie sie z ludzmi z IT tez troche zajmowalo. :O Nie bede klamac, zdarzaja sie dni gdzie kompletnie nie moge sie skupic, a po kazdym z tych wirtualnych szkolen musze zrobic sobie pol gdziny przerwy na cos innego, bo boli mnie glowa. No, nie jestem robotem i tyle. Staram sie jednak byc w miare produktywna, a tu szef miedzy wierszami napomyka, ze sie lenie?! No troszke mnie wkurzyl. I zmartwil, bo przeciez jestem na okresie probnym. Jesli szef stwierdzi, ze nie potrzebuje lesera, moze mi podziekowac i tyle. :( Wracajac jednak ogolnie do dnia w pracy, w biurze bylam tylko ja oraz druga nowa dziewczyna. Okazuje sie, ze jej grupa dziala na troche innych zasadach, maja nieco inaczej ulozone szkolenia (ona miala od razu dostep do wszystkich tych wirtualnych, ale za to nie miala jeszcze inspekcji), itp. Nawet niektorych formularzy nie uzywaja, bo jej szef woli zeby mu po prostu wyslac maila. Najwazniejsze jednak, ze ona ma swojego "mentora", czyli osobe, ktora kieruje jej szkoleniami. To ta osoba prowadzi ja przez wszystkie aplikacje, pilnuje zeby wypelniala i wysylala co trzeba i ktore szkolenia ma po kolei odhaczac. W porownaniu z nia, mam wrazenie, ze zostalam troche pozostawiona samej sobie i dopiero "przy okazji" wychodzi ze nie mam dostepu lub nie robie tego lub owego. Np. w zeszlym tygodniu szef skads doszedl (moze sprawdzil to pierwszy raz od jakiegos czasu), ze nie wypelnialam tabeli z czasem pracy. Tak, wspomnial mi o tym kiedys na poczatku, ale serio, przy takim natloku informacji, po prostu mi to umknelo. W poniedzialek, w czasie rozmowy wyszlo jednak, ze zwykle, jesli nie wypelni sie tej tabelki przez 2-3 dni, dostaje sie automatycznego maila, ze jest sie do tylu. Coz, ja jakims cudem nie dostaje. :D Podobnie, po poludniu szef wyslal mi maila, ze ktos zglosil mu, ze mam zalegle szkolenie z cyberbezpieczenstwa. Zdziwil sie i zdziwilam sie ja, bo to jest szkolenie, ktore musisz zrobic zanim jeszcze zaczniesz prace. Odpisalam wiec, ze pamietam wyraznie, ze je zrobilam i spytalam czy bylo jakies odswiezenie, bo nic nie dostalam. Dokopalam sie w mailach potwierdzenia, ze zrobilam je 2 grudnia i przeslalam je szefowi. Musial je przeslac gdzies dalej, bo pol godziny pozniej dostalam dwa automatyczne maile "krzyczace" ze mam zalegle szkolenie. Okazalo sie, ze to, ktore zrobilam bylo dla roku 2025, a nowe (ktore mialo byc zrobione do 28 grudnia, czyli ledwie cztery tygodnie pozniej, ale to szczegol), bylo dla roku 2026. Czyli faktycznie bylo jakies szkolenie odswiezajace wiedze, ale - ponownie, nie dostalam zadnego powiadomienia. Nie mowiac juz o tym, ze mialo byc zrobione do konca grudnia, czyli zajelo im ponad miesiac, zeby sie zorientowac, ze mam je zalegle. No coz, siadlam i je zrobilam, choc zmarnowalam na to prawie dwie godziny... Po pracy zajechalam jeszcze do UPS'u, oddac przesylke z Amazona i w koncu wrocilam do domu. Zdazylam wejsc, przebrac sie w domowe legginsy i sweter, troche poogarniac i przyszla pora treningu. Na szczescie mlodziez odwiozl M., a ja odebralam.

Bi zdazyla juz wyskoczyc z wody 

Przy okazji zalamalam sie, bo przyszedl mail od trenera koszykowki Kokusia i okazuje sie, ze w ten weekend nie maja meczu! Pamietalam z grafiku, ze zostal im jeszcze jeden i bylam przekonana, ze bedzie on w ten weekend, no i klops. Zapewne przez to, ze bedzie on dlugi i sporo ludzi wyjezdza (szczegolnie w gory, zeby szusowac). A ja sie cieszylam, ze akurat wypadaja ostatnie narty i ostatni mecz kosza i w koncu grafik troche sie poluzni, a tu doopa. Koszykowka bedzie sie ciagnac o kolejny tydzien... A skoro o Kokusiu mowa, to w koncu przymusilam go zeby przysiadl i zaznaczyl wybor przedmiotow w pierwszej klasie high school. Termin minal w piatek i dziwie sie, ze nikt go nie scigal. ;) Ostatecznie jednak zostal przy zespole i grze na trabce, bo... to samo robi kilku kolegow. Ech... Zawsze to samo, z obojgiem Potworkow. Bo koledzy/ kolezanki... Tu jednak i tak Mlodszy potrzebuje tego kredytu "artystycznego", wiec niech mu bedzie. Do tego wzial computer science, czyli po prostu informatyke. Ciekawe czego sie na niej nauczy. Wedlug mnie byl jeden czy dwa ciekawsze przedmioty zwiazane z komputerami, ale oba byly warte caly kredyt (ten wybrany przez Nika to 0.5 kredytu), a wtedy nie mialby zadnego czasu wolnego, czyli tych slynnych study halls. A Mlodszemu strasznie zalezalo zeby je miec, bo wiadomo, czas wolny w czasie lekcji; zyc nie umierac! ;) 

We wtorek znow pojechalam do biura. Od srody mialam zaczac szkolenie (wirtualne, ale "na zywo") trwajace 1.5 tygodnia i szef zgodzil sie zebym laczyla sie na nie z domu. Modle sie tylko, zeby nie weszly "oficjalnie" nowe zasady braku pracy zdalnej dla nowych, bo wtedy moze mi kazac jednak jezdzic do biura. :/ Skoro mialam siedziec w chalupie przez kolejne 7 (pracujacych) dni, to stwierdzilam, ze pojade jeszcze jeden dzien popracowac przy wlasnym biurku. Tym razem, poza mna, byla babka z dzialu zywnosci i jeszcze jeden facet. I tyle. Tlumy, panie dziejku! :D Przynajmniej bylo cieplej w budynku, bo w poniedzialek, niewiadomo dlaczego, ogrzewanie jakos slabo szlo i obie z kolezanka zmarzlysmy. Wiekszosc dnia niestety zmagalam sie z rezerwacja biletow na wyjazdowe szkolenie. Zalamac sie mozna. Mamy specjalna strone do rezerwacji, ktora niestety wylapywala polaczenia niezgodne z ich "polisa". Wiekszosc tych, ktore byly zgodne, niestety bylo beznadziejne, bo albo mialam 40 minut na przesiadke (co mnie nieco przeraza), albo wracajac dotarlabym do domu o polnocy. W koncu wybralam polaczenia, ktorych system od razu nie odrzucil, ale i tak zaznaczyl, ze nie do konca pasuja do ich "zasad" i kazal uzasadnic wybor. Juz na tym dziadostwie spedzilam kilka godzin, bo strona ogolnie dziwnie dziala i ciezko bylo nawet dojsc do tego, ktore polaczenia sa "dozwolone". Pozniej niestety musialam wypisac caly kosztorys wyjazdu. Tu juz kompletnie poleglam. Wyslalam 4 pytania do szefa, bo nie bylam pewna co zaznaczac, az w koncu do mnie zadzwonil i razem spedzilismy na Teams'ie ponad godzine. System bowiem np. uparcie wbil kwote za hotel oraz wyzywienie, mimo ze zaznaczylam w odpowiednim miejscu iz wszystko bedzie pokryte. Nawet szef mial problem zeby znalezc miejsca, gdzie sie to odkreca. :/ W koncu skonczylam cala rezerwacje i wyslalam do sprawdzenia, ale przez te loty, nie wiem czy ja zatwierdza. Jak nie, to czeka mnie szukanie od nowa... :( W domu, tak jak poprzedniego dnia, mialam wrazenie, ze ledwie weszlam, a zaraz Potworki jechaly na trening. Ponownie M. ich zawiozl, a ja odebralam. Tego dnia trener znow urzadzil im gimnastyke na suchym ladzie, wiec przynajmniej nie musieli sie wycierac i przebierac i raz-dwa bylismy spowrotem w domu.

Sroda zaczela sie wczesna pobudka, choc i tak nieco pozniejsza, bo z racji ze odpadala mi jazda do biura, moglam pospac troche dluzej. Rano byl jeszcze lekki mroz (choc minimalny w porownaniu z ostatnim miesiacem), wiec postanowilam byc mila i zawiezc Potworki (oraz sasiadke) do szkol. Rozwiozlam mlodziez po placowkach, po czym wrocilam, ogarnelam sie (bo wczesniej zalozylam tylko kurtke na pizame :D) i zaczelam prace. Poczatkowo byly to po prostu moje normalne, wirtualne szkolenia, ale o 11 laczylam sie na szkolenie grupowe. Tu niestety juz byla kompletna porazka, bo kamery musielismy miec wlaczone, wiec nie bylo ze bede sluchala chodzac po domu i robiac cokolwiek. Nie, musialam siadziec kolkiem i udawac ze interesuje mnie to, o czym mowia. "Najlepsze", ze tematyka pokrywala sie z tym, co przerabiam sama na tych indywidualnych szkoleniach! Prowadzacy zreszta przyznali ze jest to celowe, bowiem maja nadzieje, ze im wiecej bedziemy sluchac tego samego, tym wiecej nam zostanie w glowach! Zeby tego malo, czesc z wyjazdowego szkolenia, ma obejmowac to samo!!! Wiecie, moze faktycznie cos z tego zapamietam, ale jednoczesnie zgrzytam zebami na takie marnowanie czasu... Wolalabym juz chyba jezdzic na kolejne inspekcje, bo to jest faktycznie to, czym bede sie zajmowac na codzien... :/ Najgorsze jednak bylo to, ze prowadzacy kompletnie nie trzymali sie grafiku, opowiadali historyjki oraz zarty i wszystko sie przedluzalo. Po dwoch godzinach mielismy miec pol godziny przerwy, tymczasem ta zrobili dopiero po ponad 2.5 godzinie. Stwierdzilam, ze ok, wszystko przedluzy sie o pol godziny. Taaa... Pozniej miala byc godzina i po niej 15 minut przerwy. Minely prawie dwie, zanim stwierdzili, ze dadza nam odsapnac. Mielismy skonczyc o 15:45, a o tej porze zrobili dopiero druga przerwe. Najgorzej, ze tego dnia M. musial zostac dluzej w pracy, wiec to ja musialam jechac po Bi. Bylo w koncu naprawde "cieplo", +5 stopni, ale za to zerwal sie nieprzyjemny wiatr i caly dzien padal... snieg. Przy takiej temperaturze, nie osiadal, no ale bylo na tyle paskudnie, ze szkoda mi bylo zeby Starsza musiala maszerowac. Napisalam jej wiec, ze akurat mam przerwe i moge przyjechac, ale musi czekac juz na mnie w drzwiach. Na szczescie do jej szkoly jest tylko kilka minut... Obawialam sie, ze reszta szkolenia moze potrwac do 17. :/ Panna tym razem wziela sobie mojego sms'a do serca i faktycznie wyszla ze szkoly jak tylko podjechalam. Udalo mi sie wiec obrocic w czasie przerwy, choc ledwie sie zmiescilam. Za to nie mialam jak zrobic sobie nawet kawy, nie mowiac juz o ogarnieciu czegokolwiek w domu. W czasie pierwszej - dluzszej przerwy, zamarynowalam lososia na obiad i mialam go wstawic podczas kolejnej, ale nie zdazylam. Ostatecznie szkolenie skonczylo sie o 16:45, czyli trwalo o godzine dluzej, niz powinno. Co prawda w mailu napisano ze czas moze sie zmienic, ale spodziewalam sie, ze roznica bedzie moze o 15 - 20 minut, a nie godzine! Ktos tu kompletnie nie wymierzyl ilosci informacji, przygotowujac prezentacje... :/ Kiedy wreszcie skonczylismy, z radoscia wylaczylam kompa i zabralam sie za konczenie obiadu. Niestety, tego dnia M. musial zostac dluzej w robocie, wiec nie mial mnie kto wyreczyc. Jedzenie gotowe bylo wiec dopiero o 17:45, czyli praktycznie na kolacje, a nie obiad. ;) Wieczor minal ekspresowo, bo malzonek przyjechal do domu o 17:30, a juz o 19 poszedl spac. To sie nazywa traktowac dom jak hotel. ;) Wiadomo, ze jak jeden czlonek rodziny spi, to reszta tez musi juz zachowywac sie nieco ciszej i bez wariactw, wiec w naszym domu wieczory sa wczesne i bardzo spokojne. ;) A! Okazalo sie, ze moja rezerwacje jednak zatwierdzili! Nie wiem czy tak naprawde niezbyt sie w to wglebiaja, czy przewazylo to, ze tak naprawde place niemal tylko za przelot, bo reszta jest pokryta. ;) Najwazniejsze jednak, ze jest zaakceptowana, bo naprawde mialam wizje siedzenia kolejnych kilku godzin, ukladajac wszystko od nowa... Za to trzymali mnie do ostatniej chwili, bo w systemie bylo, ze kasa miala byc przelana i bilet zatwierdzony do 18, a ja maila potwierdzajacego dostalam o... 17:50! :O

W czwartek rano trzeba bylo wstac jak w srode i zawiezc dzieciarnie do szkol. Nawet gdybym chciala wyslac mlodziez samodzielnie, to Bi miala narty (ostatni raz!), wiec musialam przetransportowac jej sprzet do szkoly. Odwiozlam wiec dziewczyny, potem Kokusia i w koncu wrocilam do domu. Zjadlam, umylam sie i siadlam do kompa. Musialam zglosic do ludzi od IT problem z jedna z aplikacji (co za "niespodzianka"), a potem dalej tluklam "samodzielne" szkolenia. O 11 niestety znow czekalo mnie laczenie sie na szkolenie z instruktorami. Trzeba im przyznac, ze tym razem troche bardziej trzymali sie czasu, w czym wybitnie pomogl... moj szef. ;) Byl jednym z prowadzacych i mozliwe ze sie wkurzyl, bo (wg. grafiku) wszedl pol godziny po wyznaczonym czasie. Jako jedyny przeskoczyl kilka slajdow, nie opowiadal zadnych historii z zycia (czyt. inspekcji) wzietych, tylko przekazal material krotko i na temat. Jesli to obraz jego osobowosci, to nie wiem czy cieszyc sie, czy niepokoic. Przynajmniej, dzieki niemu, troche nadgonil opoznienie. Niestety, pozniej ponownie weszla dwojka gorszych gadul i znow wszystko zaczelo sie przedluzac, a tego dnia i tak mielismy skonczyc o 16:45. Ostatecznie skonczylismy o 17, a to i tak tylko dlatego, ze jeden z prowadzacych byl z mojej strefy czasowej i stwierdzil, ze musi isc. Druga prowadzaca zdzwila sie, ze to juz, bo u niej byla "dopiero" 16, a niektore osoby, z zachodniego wybrzeza, w ogole mialy dopiero 14. :/

Podczas przerwy poszlam zaparzyc sobie kawy i w kuchni zastalam taki widok :D

Stwierdzilam, ze jesli codziennie beda robic takie numery, to po prostu, o 16:30, bede mowic, ze musze spadac i tyle. Im sie moze bowiem nie spieszy, ale powinni zdawac sobie sprawe, ze maja ludzi z calych Stanow i trzymaja ich po godzinach, bo im sie chce pogadac... :/ Jak tylko skonczylam, szybko odgrzalam Mlodszemu obiad (bo zamiast sprawdzic lodowke, w czasie gdy matka utknela przed ekranem, on pozywil sie... chrupkami z mlekiem!) i popedzilam na tygodniowe zakupy. Wrocilam w tym samym czasie co M., ktory znow utknal w robocie. Zdazylam rozpakowac torby i zostalo mi 10 minut zanim trzeba bylo wiezc Kokusia na koszykowke. Meczu w weekend nie mieli, ale trening niestety tak... :/ Malzonek chcial sie wykapac, wiec ponownie wskoczylam za kolko i zabralam syna na kosza. Wrocilam, posiedzialam pol godziny i trzeba bylo po niego wracac! :D M. w tym czasie pojechal po Bi. Wracajac, musieli zajechac do sasiadow, bo Starsza bedzie sie pare dni zajmowac ich kotem (znanym juz Wam Bandyta :D). Dobrze, ze sasiadka napisala sms'a, bo obie z corka na smierc zapomnialysmy, ze to juz w ten weekend! ;) Poza tym, dostalam maila ze szkoly Kokusia, ze ma 9 dni usprawiedliwionej nieobecnosci. Wedlug ich zasad, kolejne dni nieobecne musza byc juz z notka od lekarza. Tyle, ze maja nieco spozniony zaplon, bo ostatnie dwa dni, kiedy byl w domu, zdarzyly sie prawie miesiac temu. A ze do szkoly chodzil, to wiem na pewno, bo wagary sa w Stanach praktycznie niemozliwe. Jesli dzieciak nie stawi sie w szkole, juz okolo 10 dostaje sie maila oraz wiadomosc telefoniczna, zeby zadzwonic i wyjasnic nieobecnosc. ;)

Piatek to ponownie poranna pobudka, zawiezc mlodziez do szkol (wraz z nartami Kokusia) i do domu. Zjesc sniadanie, umyc sie, wykonac troche codziennych, pracowniczych obowiazkow, po czym laczylam sie znow na szkolenie. To dopiero trzeci dzien, a juz mam ich dosc, tymczasem w przyszlym tygodniu czekaja mnie 4 kolejne... :/ Przynajmniej tego dnia w miare trzymali sie grafiku i wszystko przedluzylo sie "tylko" o pol godziny, ale glownie przez dodatkowe pytania uczestnikow. Tym jednak przysluchiwalam sie w miare uwaznie, bo mozna sie bylo dowiedziec czegos praktycznego, zamiast takiej suchej wiedzy. A i tak skonczylismy juz o 15:15, czyli najwczesniej z calej chyba tej serii. Po zakonczeniu porobilam jeszcze troche moich "normalnych" szkolen, jednoczesnie jedzac obiad, a punkt 16:30 zebralam sie i wiooo, na stok! ;) Wreszcie nadszedl ostatni dzien klubu narciarskiego. Nik sie smuci, ale ja troche odczulam ulge, bo przy plywaniu, koszykowce, nartach, a do tego ogarnianiu sie w nowej robocie, mam wrazenie, ze nie wyrabiam na zakretach. Teraz zostanie tylko ostatni tydzien koszykowki i pozniej w koncu juz tylko basen. Co prawda Bi twierdzi, ze chce zapisac sie na wiosne na lekkoatletyke (track and field), ale to w szkole, wiec bedzie mogla po prostu zostawac po lekcjach, a potem nawet wrocic sobie pieszo. W kazdym razie, dojechalam na stok, gdzie o dziwo bylo calkiem pustawo. W poprzednie tygodnie parking byl zawsze pelny i parkowalam gdzies na samym koncu. Tego dnia mialam miejsce zaraz przy drodze wyjazdowej, wiec idealnie na marsz przez blocko. Niestety, od paru dni mielismy w dzien temperatury plusowe, wiec wszystko pomalu sie topi. Grubej warstwie sniegu troche zejdzie, ale odsniezony, piaszczysty parking, to teraz po prostu bagienko. Ktore na wieczor zamarza i tworzy bardzo nierowne lodowisko. Kiedy przyjechalam, byl 1 stopien na plusie i miejscami szlam po blocie, a miejscami szuralam nogami, bo mialam warstwe lodu. Kiedy wyjezdzalam, bylo -2 i wszystko zamarzniete. Trzeba bylo naprawde uwazac zeby nie wywinac orla. :/

Kiedy przyjechalam, Mlodszy akurat szykowal sie zeby wyjsc ponownie na stok po obiedzie

Na stoku tez niestety bylo miejscami sporo lodu. W ktoryms momencie jedna narta zjechala mi po lodzie, ale druga byla na miekkim sniegu. Obrocilo mnie i malo sie nie wywalilam. Musialam komicznie wygladac, przegieta i z jedna noga zadarta do gory, a wydarzylo sie to przed samym zjazdem pod wyciag. No trudno, najwyzej ktos mial ubaw. Rownowage jednak utrzymalam, ha! :D Dlugo w sumie nie pojezdzilam, bo dojechalam pozno, a w dodatku, akurat jak sie przebieralam, nauczycielka, ktora opiekuje sie grupa, musiala pojsc cos zalatwic (jakis chlopiec mial problem z karnetem i nie chcieli go wpuscic na wyciag), wiec nie chcialam zeby nikogo nie bylo w schronisku, w razie gdyby cos sie dzialo. Poczekalam wiec az wroci i dopiero poszlam poszusowac. Zostala mi wiec moze godzina, a jeszcze, zlosliwe wyciagi, ciagle sie zatrzymywaly i dyndalam sobie nartami w powietrzu po pare minut.

Pozniej wpadlam jeszcze na Kokusia przy wyciagu :) 

Teraz jeszcze pozostal taki "problem", ze Nik ma na swoim karnecie jeszcze jedno wejscie na stok, bo raz ominal wyjazd z powodu choroby. Mozna je wykorzystac do konca sezonu, ale pechowo tylko w dni powszednie. Trzeba wiec bedzie pojechac pewnie w ktorys piatek, bo tak najwygodniej. Szkoda by bowiem bylo, gdyby sie zmarnowalo. Do szkoly jak zwykle wrocilam sporo przed autobusem, ale przynajmniej posiedzialam sobie w spokoju. W chalupie M. juz napalil w kominku, wiec moglam wieczor spedzic grzejac dupke przy ogniu. ;)

Na koniec, scena z zycia z brudasami nastolatkami. Ktoregos dnia Bi w przelocie wspomniala, ze nie ma czystych gaci. Podniosla mi nieco cisnienie, bo co, mam wszystko rzucac i wstawiac pranie w trybie natychmiastowym, bo pannica potrzebuje bielizny? Zaczynam jej suszyc glowe, ze musi mi takie rzeczy mowic zanim zupelnie jej sie skonczy bielizna, a nie jak juz nie ma co zalozyc! Na to moja corka, niefrasobliwie, ze wlasciwie to skonczyly jej sie ze 3 dni wczesniej i ona prowadzi swoisty "recykling". Na moja zszokowana mine, wzrusza ramionami, ze "no przeciez one wcale nie sa takie brudne". O matko i corko, fuuuuj!!! :D

Milego weekendosa! :D

piątek, 6 lutego 2026

Przeskok w drugi miesiac roku

Po trzech dniach inspekcji oraz dlugiej jazdy w te i spowrotem, marzylam tylko zeby sie wyspac i odpoczac. Niestety, Nik mial o 10 mecz (z rozgrzewka o 9:45), wiec w sobote, 31 stycznia, trzeba bylo budzik nastawic na 8. To niby nie tak zle, ale kiedy zadzwonil, marzylam tylko zeby zakopac sie pod koldre i spac dalej. :) Jakos zmusilam sie do zwleczenia z wyra, zjedlismy sniadanie, i pojechalismy. Kiedy wychodzilismy, Bi nadal lezala w lozku, co zdziwilo mnie, bo z niej zwykle jest ranny ptaszek. Az zajrzalam do jej pokoju, obawiajac sie ze zlapala jakies chorobsko. Okazalo sie jednak, ze sama sobie obiecala, ze jak rano wstanie, to od razu siadzie do lekcji, ale nie mogla sie zmusic. To sie nazywa walka z wlasnymi slabosciami. :D Zostawilam wiec corke z praca nad sila woli i popedzilam z synem do jego szkoly. Tym razem, dla odmiany, chlopcy trafili na slabiutka druzyne i praktycznie ich zmietli, bo wygrali 48:13. :O Najlepsze (dla mnie), ze pierwszy kosz nalezal do Kokusia! On zwykle lapie pilke, po czym szybciutko ja komus przekazuje. Tym razem cos "kliknelo", bo widzac przed soba pustawa przestrzen, rzucil sie do kosza i... trafil!

Ostatnio kazdy post zaczynam zdjeciem z koszykowki ;) 

I nie ma znaczenia, ze w dalszej czesci meczu celowal jeszcze ze 3 razy i bylo pudlo. I tak dumna jestem z tego jednego trafienia. ;) Po meczu wrocilismy do chalupy i zdazylam jeszcze szybko odkurzyc dol, zanim wrocil z pracy M. Malzonek nie wzial zadnego dnia wolnego od powrotu z Polski, czyli pracuje bez przerwy juz 4 tygodnie. Niestety, zaczyna sie to odbijac na jego humorze i czepia sie wszystkiego i wszystkich. Ciesze sie, ze zaczyna sie kolejny miesiac, wiec bedzie znow musial miec obowiazkowe 4 dni wolne i pewnie bedzie bral wszystkie soboty. Odpocznie, to moze przestanie byc taki upierdliwy... ;) Musialam poskladac jedno pranie, a w miedzyczasie wstawic kolejne i pozniej przerzucic je do suszarki. Pozniej obejrzalam skoki narciarskie (nasi to oczywiscie dno i metr mulu) i zaraz czas byl jechac do kosciola. Po powrocie szybko zabralam sie za ciasto z jablkami, bo tym razem na niedziele nie bylo zapowiedzi zadnego sniegu, wiec mial tradycyjnie przyjechac moj tata. To na szczescie robi sie ekspresowo, a pozniej juz moglam wygrzewac dupke przy kominku.

W niedziele w koncu moglam pospac i powylegiwac sie do woli, wiec wstalam dopiero po 10. ogarnelam siebie oraz kuchnie i napisalam do taty czy przyjezdza. Jak wspomnialam wyzej, tym razem sniezyca nas ominela, choc przeszla dosc blisko, co zaowocowalo mocna wichura. Przy minusowych temperaturach, taki wiatr sprawil ze bylo naprawde paskudnie i cieszylam sie, ze nie musze ruszac sie z domu. Poludniowo - wschodnie wybrzeze Stanow nie mialo juz tyle szczescia i zostalo doslownie zasypane, a tam to rzadkosc. Tarheel, jak tam u Was? Stopnialo? ;)  Zanim dziadek przyjechal, Nik zdazyl przygotowac i wstawic do piekarnika babke na oleju, bo przeciez jedno ciasto to za malo. A tak naprawde, to Mlodszy jest do ciast strasznie wybredny i nie ruszy niczego z owocami. ;) Malzonek wrocil z pracy, zahaczajac po drodze o pizzerie, wiec mielismy od razu obiad. Obejrzelismy z moim tata skoki narciarskie i choc raz, jeden z naszych calkiem niezle sobie radzil. Po odjezdzie dziadka, zabralam sie za skladanie prania oraz sprzatanie w lazienkach, po czym nakazalam corce posprzatac ich, bo byla jej kolej. Wieczor to juz relaks przy kominku i ciezkie wzdychanie, ze weekend tak szybko zlecial. ;) Niestety, kolejnego dnia czekala mnie znow jazda na miejsce inspekcji... :/

Takie ladne zdjecie, pstryknal zwierzyncowi Nik

Poniedzialek zaczelam wiec wczesnie, a raczej jak normalny dzien pracy. Po sniadaniu wyszykowalam sie i rozwiozlam Potworki do szkol, ale nie jechalam prosto na inspekcje. Wrocilam do domu i sprawdzalam ile ma mi zajac dojazd. Moj instruktor mowil w piatek, ze chce dojechac okolo 9:30 - 10, tyle ze w poprzednia srode tez tak celowalam i ledwie dojechalam na dziesiata. Wyjechalam wiec w miare wczesnie, zeby miec zapas czasu, a tymczasem ledwie dotarlam na autostrade, a dostalam od kolegi sms'a, ze dopiero wyruszyl i planuje byc okolo 10. U mnie byla gdzies 8:20, ale stwierdzilam, ze jade dalej, bo niewiadomo co bedzie na drogach. Jak na zlosc, oczywiscie ruch byl spory, ale bez korkow i na miejsce zajechalam tuz po 9. Coz... Sprawdzilam gdzie jest najblizszy Dunkin' albo Starbucks i pojechalam po kawe. Pozniej wrocilam na parking i siedzialam w necie. Kolega na szczescie dojechal o 9:45, wiec jakos strasznie sie nie wynudzilam. Okazalo sie tez, ze stwierdzil, ze cokolwiek bedzie sie dzialo, chce skonczyc tego dnia, zeby juz tam nie wracac we wtorek. Z jednej strony super, bo mnie tez nie chcialo sie kursowac tak daleko jeszcze jeden dzien, ale z drugiej irytacja, bo mogl uprzedzic wczesniej. Wtedy wzielabym rano sluzbowe auto, bo mialam czas, a odpadalo odstawianie go po ciemku. Nie bylam jednak pewna czy skonczymy w poniedzialek, a w piatek zapowiadalo sie raczej ze nie, wiec obawialam sie kolejnego powrotu grubo po 18 i wzielam swoj samochod. No trudno. Co do samej inspekcji, to ten ostatni dzien byl chyba najswobodniejszy, bo kolega mial kilka ostatnich pytan, a poza tym to tylko musial pokonczyc dokumentacje i porozmawiac (przez Zoom, bo facet akurat byl na wakacjach) z prezesem tej firmy. Skonczylibysmy wczesniej, gdyby nie to, ze kolega musial wydac oficjalny blad wymagajacy poprawek, a to oznaczalo skonczenie wklepywania danych, naszych elektronicznych podpisow (gdzie mielismy male problemy techniczne :D) oraz wydrukowania specjalnego formularza. Reszta uwag byla na tyle malo znaczaca, ze znajdzie sie w raporcie z inspekcji, ten jednak mozna wypisac juz po jej zakonczeniu i z wlasnego biura. Wyszlismy stamtad o 14:30 i musialam przebic sie przez poczatek popoludniowych korkow w stolicy naszego Stanu, ale do domu zajechalam o 15:40, wiec i tak calkiem przyzwoicie.

Odkad spadla porzadna ilosc sniegu, Nik codziennie wychodzi do ogrodu i sie w nim doslownie tarza. A ze Maya za pileczka podazy w czeluscie piekiel, wiec i przez snieg za Kokusiem sie przedziera :D 

Popoludnie minelo juz zwyczajnie. Tu ogarnac kuchnie, tam poskladac pranie, az przyszedl czas na trening Potworkow. Malzonek ich zawiozl, a ja potem odebralam. Tego dnia byl tutaj Groundhog Day, czyli dzien swistaka. Nie wiem czy w Polsce sie o nim wspomina (poza dosc znanym filmem), ale ogolnie to taki swistak powinien wylezc z nory i jesli zobaczy swoj cien, to czeka nas kolejne 6 tygodni zimy. Jesli cienia nie zobaczy, bedziemy miec wczesna wiosne. Celnosc w okolicach wrozenia z fusow. :D Szczegolnie, ze ten najslynniejszy swistak (Punxsutawney Phil; sprobujcie to wymowic :D) jest ze Stanu Pennsylvania, my mamy zas wlasnego, lokalnego, jak pewnie wszystkie inne Stany. I czesto te dwa swistaki pokazuja odmienne wrozby, a jestesmy na tyle blisko, ze klimat mamy ten sam. ;) Tym razem, wyjatkowo, oba wskazaly ze czeka nas kolejne 6 tygodni zimy. Coz, zobaczymy; zreszta luty i wiekszosc marca to i tak kalendarzowa zima. Wieczor to juz relaksik, szczegolnie iz mialam ta mila swiadomosc, ze kolejnego dnia moge popracowac z domu. :)

We wtorek wstalam odrobinke pozniej, bo chcialam tylko zawiezc Potworki do szkol (mielismy znow -12 stopni) i wracalam do domu. Co prawda moj szef przesunal nasza cotygodniowa rozmowe z poniedzialku na wtorek, ale dopiero na godzine 10, wiec mialam czas. Rozwiozlam wiec potomstwo, a potem, prawie podskakujac z radosci, wrocilam do cieplej chalupki. Po tylu dniach, kiedy dom byl dla mnie wlasciwie hotelem, teraz motywacja do pracy byla wlasciwie zerowa.

Od dluzszego czasu, kocia wieza stala porzucona i juz zastanawialismy sie czy jej nie wyrzucic, a tu prosze. Jednak czasem kocisko skorzysta... 

Zaczac musialam od porzadnego sprawdzenia maili, bo w trakcie inspekcji wlasciwie tylko wywalalam spam i oznaczalam to, co wydawalo mi sie wazne, ale niczego dokladniej nie czytalam. Rozmowa z szefem poszla szybko, choc dal mi zadanie do wykonania. Kolega, z ktorym przeprowadzilismy instrukcje musi teraz napisac raport i szef kazal mu przydzielic mi dwa rozdzialy. Takie najbardziej podstawowe, czyli opis kwalifikacji oraz obowiazkow osob, z ktorymi mielismy kontakt, no i w jaki sposob osoby te zostaly "zamieszane" w inspekcje. Do tego spis danych administracyjnych z kazdego z czterech badan, ktore sprawdzalismy. Ciesze sie jednak, ze przynajmniej moglam pomoc w czyms konkretnym, bo w czasie samej inspekcji bylam raczej niemym obserwatorem. Zreszta, niby takie nietrudne rozdzialy, ale zgromadzenie wszystkich informacji z kilku zrodel troche mi zajelo. Zaczelam po pierwszym meeting'u z szefem, czyli gdzies o 11, a pozniej mialam kolejny, szef bowiem skads sie dokopal, ze mialam niedokonczona poprzednia tabele pracy, a obecna nawet nie zaczeta. Ups... Szczerze mowiac, to zupelnie mi to wylecialo z glowy... W sumie ta rozmowa mi sie przydala, bo mamy swoja prace spisywac w odstepach 15-minutowych. Dotychczas, wszystko co robilam, moglam wpisac jako 8 godzin szkolenia. Inspekcja, mimo ze teoretycznie rowniez byla szkoleniem, miala jednak byc (wg. szefa) wpisana jako normalny obowiazek, a do tego musialam dodac czas dojazdu, bo ten rowniez liczy sie jako godziny pracy. No to wypisalam skrupulatnie co i jak i powinnam chyba dodac samo spisywanie czasu jako zadanie z pracy, bo troche mi to zajelo. ;) W kazdym razie, wszystko zajelo mi duzo dluzej niz bym chciala, bo jeszcze musialam na chwile przerwac zeby o 15 pojechac po Bi. Normalnie odebralby ja pol godziny pozniej M., ale akurat odezwali sie od dentysty, ze zwolnilo im sie miejsce na kontrole o 16. Chcialam zeby panna zjadla cos przed wizyta, wiec pojechalam po nia wczesniej. Szykowalam sie, ze bede musiala z nia jechac, ale ze jeszcze wszystko konczylam i wysylalam ostatnie maile, to pojechal z corka M. Szczesliwy nie byl, ale trudno. Niech sie wprawia, bo jak bede na inspekcje jezdzic regularnie, to bedzie musial samodzielnie ogarniac takie sprawy. ;) A jeszcze, rano Bi skarzyla sie na zapchany nos, a po poludniu, ze szkoly, wrocila juz kompletnie zawalona i narzekajac ze ma katar, boli ja glowa i lamie w kosciach. Pieknie. :/ Co ciekawe, malzonek rowniez wrocil z pracy twierdzac, ze cos go bierze. Poniewaz nigdzie nie jezdzili sami, beze mnie i Kokusia, to musi byc czysty przypadek, ze wzielo ich jednoczesnie... W kazdym razie pojechali na kontrole, ktora na szczescie nie pokazala zadnych ubytkow. U Bi to nie jest takie oczywiste, bo choc dba o zeby, to ma je jednak slabe, no i umilowanie do slodyczy, tez nie pomaga. ;) Tego dnia Potworki powinny ponownie jechac na trening, ale wiadomo ze Starsza sie na niego nie nadawala. Szczegolnie, ze po dniu, kiedy temperatura w koncu (po dwoch tygodniach!) podniosla sie do 0, na wieczor znow szedl siarczysty mroz. Spytalam Kokusia czy bardzo chce plywac, ale okazalo sie, ze niezbyt, bo na ten dzien mieli juz zapowiedziane pol treningu na silowni, a nie w wodzie. Troche rozumiem trenera, ze chce z nimi cwiczyc sile i sprawnosc, ale jednak zapisujac dzieciaki do druzyny plywackiej, oczekiwalabym, ze treningi jednak beda mieli w wodzie... Poprzedni trener tez urzadzal im takie cwiczenia na ladzie, ale trwaly one okolo 10 minut na samym poczatku treningu, juz w strojach. Ten wymysla, ze maja przynosic adidasy i biegaja na biezni przez pol godziny. Bi sie to akurat podoba, bo to samo robi czasem zostajac po szkole, ale Nik tego nie znosi. A trener zmienia dni tych "suchych" treningow, tak zeby nikt ich celowo nie omijal. Tak czy owak, Mlodszy bardzo chetnie z treningu zrezygnowal, wiec spedzilismy wieczor glownie na relaksie. A, zapomnialam! Tego dnia przyszly wyniki Bi z drugiego kwartalu. Nie moge sie przyzwyczaic, ze w high school, mimo ze maja egzaminy polroczne oraz koncowe, rok szkolny podzielony jest tez na cwiartki i z kazdej wysylany jest raport.

Swiadectwo kwartalne :) 

U Bi, jak to u Bi, nie ma sie do czego przyczepic. Na 7 przedmiotow ma piec A, w tym dwie, ktore sa wpisane juz jako oceny koncowe, bo owe przedmioty w tym kwartale sie koncza. Dwie B ma z rozszerzonej fizyki, gdzie podziwiam ze wyciagnela az tak wysoko (:D) oraz rozszerzonej historii. Ta historia mnie troche dziwi, ale slyszalam juz opinie innych uczniow oraz rodzicow, ze ten nauczyciel (ktory ponoc jest swietny i mlodziez go uwielbia) ocenia baaardzo surowo. Znajac Bi, bedzie w kolejnych kwartalach walczyc, zeby jednak z tego przedmiotu wyciagnac na A. ;)

Sroda zaczela sie tak jak wtorek, z ta roznica, ze musialam jechac do biura. Co prawda, w ktoryms meetingu szef wspomnial, ze dowiedzial sie gdzies "od gory", ze wg. najnowszych zasad, mozemy pracowac 50% zdalnie w ciagu okresu platniczego, czyli dwoch tygodni. Dla niego to rownoznaczne z tym, ze jesli np. teraz spedzilam 4 dni na inspekcji, kolejne cztery moge pracowac z domu. Jako nowo zatrudnionej osobie mi to niestety nie przysluguje, wiec poki co kontynuuje nasza niepisana umowe o pracy z domu dwa dni w tygodniu. A to oznaczalo jazde do biura w srode. Poniewaz szykowanie sie do wyjscia tak, zeby zawiezc Potworki, to istny wyscig z czasem, a dodatkowo rano mielismy miec "tylko" kilka stopni mrozu zamiast kilkunastu, wiec juz poprzedniego dnia uprzedzilam Kokusia ze jedzie autobusem, a Bi ze albo zabierze sie z kolezanka, albo moze isc pieszo. Na rower wiem, ze nie bedzie miala ochoty do wiosny. :D Dzieki temu moglam na spokojnie zjesc, a potem szykowac sie bez ciaglego nerwowego zerkania na zegarek. Potwory odjechaly sie edukowac, a ja wyszlam jakies 10 minut pozniej. Przez snieg oraz inspekcje, w biurze nie bylo mnie ponad tydzien. Po czterech dniach spedzonych w obcym miejscu i z obcymi ludzmi, w dodatku na strasznie niewygodnych krzeslach, milo bylo wrocic na wlasne smieci. Jak na nasze biuro, to panowal w nim niemal tlok, bo poza mna naliczylam jeszcze 4 osoby. :D Dzien sie dluzyl, jak to w biurze, szczegolnie takim pustawym i cichym. Po pracy, w strasznych korkach doturlalam sie do domu, a ze zajechalam jeszcze do biblioteki (choc tam zajelo mi moze kilka minut) to podroz zajela mi godzine. W normalnych warunkach powinno zajac 25 minut, wiec ten tego... W srody na szczescie Potworki nigdzie nie jezdza, zreszta Bi nadal smarkala. Panna twierdzi ze czuje sie lepiej, choc nie bardzo to po niej widac... Zanim rozgoscilam sie w chalupie i zrobilam troche porzadku w kuchni, zrobila sie 18:30, wiec szybko pobieglam pod prysznic. Nie chcialam pozniej lazic malzonkowi po sypialni i tluc sie w lazience, a on kladzie sie juz o 19. Reszta wieczoru to szykowanie sie na kolejny dzien w biurze. Zastanawialam sie co robic z nartami Bi, bo nastepnego dnia byl czwartek, a wiec klub narciarski. Panna sklonna byla jechac, wiec kazalam jej spakowac plecak i wszystko przygotowac, ale uprzedzilam, ze zobaczymy jak bedzie "wygladac" rano. W dzien mialo byc bowiem -1, ale na wieczor temperatura leci na leb na szyje, wiec obawialam sie ze Starsza moze sie kompletnie doprawic...

W czwartek rano powtorka z rozrywki, wiec wstac i wyszykowac sie na jazde do biura. Tym razem jednak "na wyscigi", bo z racji klubu narciarskiego, musialam odwiezc Bi do szkoly ze sprzetem. Panna rano oznajmila ze czuje sie wlasciwie dobrze (choc nadal smarkala i kichala) i ze chce jechac. Przyznaje iz mialam swoje watpliwosci, ale ze stracilam rachube i nie wiem czy to nie byl ostatni wyjazd, to machnelam reka. Gdyby jednak nawet panna nie jechala, to rano mielismy -13 stopni, a tego dnia sasiad dziewczyn nie mogl zawiezc (a ja nie chcialam skazywac Kokusia na sterczenie na przystanku), wiec i tak bym zawiozla mlodziez do szkol. Ranek byl wiec w szalonym biegu, ale coz, bywa i tak. Za to w biurze pustki i nikogo poza mna. ;) Caly dzien widzialam tylko dwoch przypadkowych panow - jeden sprzata i przyszedl wyrzucic smieci, a drugi naprawial swiatlo w jednym z biur. Poza tym siedzialam sama. Rano musialam dopisac cos do podsumowan, ktore wyslalam koledze, ale wiekszosc dnia tluklam szkolenia. Po pracy pojechalam prosto na tygodniowe zakupy. Do domu wrocilam o 18:30, a na 19 Nik mial koszykowke. Na szczescie M. go zawiozl, a ja potem po niego pojechalam, zas malzonek w tym czasie pojechal po corke. O dziwo, Bi wieczorem wygladala faktycznie zupelnie zdrowo i jedynie nadal byla dosc mocno "pociagajaca". Za to M. rozlozylo konkretnie. Smarczal, kichal, narzekal ze mu zimno i boli go gardlo. I ja spie z nim w jednym lozku. Swieeetnie... Nie mowiac juz o tym, ze poprzednia noc byla koszmarna. Chrapal, chrzakal, rzezil, wstawal zeby wydmuchac nos... Spac sie przy nim zupelnie nie dalo. :/ Kolejna zapowiadala sie tak samo "wesolo".

Tak jak sie obawialam, nocka byla ciezka, wiec mimo ze budzik nastawilam na troche pozniej - 6:30, piatek zaczelam ziewajac i sennie drapiac sie po glowie. Na szczescie tego dnia pracowalam z domu, wiec nie bylo porannej nerwowki. Nik mial klub narciarski, wiec znow zawiozlam do szkoly dziewczyny, a pozniej Kokusia wraz ze sprzetem. Wrocilam do domu i moglam spokojnie zjesc sniadanie i doprowadzic sie do porzadku, a takze zaparzyc pierwsza tego dnia kawe, zanim siadlam do komputera.

Jesli zastanawiacie sie, co az tak zainteresowalo kiciula, ze wskoczyl na parapet, to na rynnie nad oknem, rozrabialy ptaszki. ;) Mnie jednak najbardziej rozsmieszylo jaka z Oreo zrobila sie na zime puchata kulka!

Dalej tluklam wirtualne szkolenia, ale tez moj kolega w koncu zadzwonil zeby pokazac jak (w wielkim skrocie) wyglada pisanie raportu. Rodzaj inspekcji, ktory przeprowadzilismy, byl jednak dosc ulatwiony, bo nie dosc ze mielismy formularz z pytaniami, to jeszcze po odpowiedzi na nie, system automatycznie tworzy raport. Niestety, w pozostalych czterech rodzajach, raport pisze sie samemu, ble... Doczolgalam sie jakos do 16:30, a potem zgarnelam swoje manele i popedzilam na stok. O tej porze juz tak naprawde niezbyt mi sie chcialo, ale skoro sie zglosilam, to trzeba to ciagnac. Przynajmniej dzien sie przedluza i jak ostatnim razem (czyli prawie miesiac temu :O) bylo juz ciemno jak dojechalam, tak tego dnia mialam jeszcze nawet troche swiatla na poczatek jazdy. Poniewaz dwa tygodnie temu spadlo nam pol metra sniegu i od tamtej pory praktycznie caly czas trzyma mroz, wiec warunki byly wrecz wymarzone. Snieg skrzypiacy pod nartami i wlasciwie bez lodu. I nawet na parkingu bez blota, bo ziemia jest zmrozona. Jezdzilo sie naprawde fajnie, choc nie mialam gogoli, wiec za kazdym razem kiedy dojezdzalam na dol oczy mialam piekace i zalzawione od mroznego wiatru. Bylo -6 stopni, a gdzies na stoku widzialam jakiegos mlodzienca (w wieku okolo studenckim), jezdzacym w... krotkim rekawku! :O

Czarne kaski, czarne kurtki, czarne spodnie. Do tego czarny komin oraz gogle na oczach. I tak, 90% chlopcow na stoku. No i wez tu czlowieku, rozpoznaj "swojego"! Gdyby Nik mnie nie zawolal, nie mialabym pojecia, ze to on. 

Okazalo sie, ze podczas moich dwoch nieobecnosci (trzeci piatek byl przerwa z okazji balu) pani nauczycielka wypracowala sobie calkiem sprawny system na sprawdzanie obecnosci, wiec wlasciwie mnie tam nie potrzebowala. Kiedy wiec zjechalam do schroniska, moglam sie po prostu przebrac i pojechac pod szkole. Niestety, dojechalam dobre 15 minut przed autobusem, wiec troche sie tam usiedzialam. W koncu jednak dojechali, zabralam wiec syna i wrocilismy do domu. Malzonek napalil w kominku, wiec bosko bylo powygrzewac stare kosci. Tym bardziej, ze ostatnio mam naprawde niewiele ruchu, wiec po dwoch godzinach na stoku, bolaly mnie i plecy i miesnie ud i nawet... kostka, choc ta nie miala prawa, bo siedziala w sztywnym bucie. ;)

Milego weekendu!

piątek, 30 stycznia 2026

Ostatni tydzien stycznia i grafikowe niespodzianki

Sobota, 24 stycznia, to upragniony weekend i dluzsze spanie. Mimo ze poprzedni tydzien byl krotszy bo mielismy wolny poniedzialek, i ogolnie spokojny, to jakos mi sie dluzyl i zmeczyl... Moglismy spac do woli, bo mimo ze Nik mial mecz, to dopiero na 11:30 i co prawda w sasiedniej miejscowosci, ale w szkole, ktora jest od nas blizej niz jego wlasna. Wstalismy wiec pozno i po leniwym sniadaniu zebralismy sie i pojechalismy. Niestety, nasze chlopaki trafily na bardzo mocna druzyne, a dodatkowo sami mieli miesiac przerwy w meczach. Najpierw byla przerwa swiateczna, a pozniej jakos dziwnie ustawiony grafik i dopiero tego dnia doczekali sie pierwszego meczu od polowy grudnia.

Mlodszy przy pilce 

Jak grali, mozna sie domyslic. Przegrali sromotnie, bo 21:36. :D Nik wyjatkowo nie wyszedl zly, tylko smial sie, bo faulowali tak, ze jeden z chlopcow zostal zdjety z boiska (za kare) na reszte meczu. Tlumaczylam Kokusiowi, ze nie ma sie z czego cieszyc, bo to bardzo niesportowe, ale jakos sie nie przejal. Z typowa logika 13-latka stwierdzil, ze dla swoich kolegow trzeba byc milym, ale obcym mozna dowalac ile wlezie. Suuuper... Wrocilismu do chalupy gdzie zdazyl dojechac M. i utknac w kuchni. Jak to malzonek; mial zrobic jedna rzecz (schabowe), ale powyciagal z lodowki wszelkie resztki i polprodukty i przerabial co sie dalo. W sumie zazdroszcze mu takiej weny, bo sama gotowac nie znosze i jak cos robie, to scisle to, co zaplanowalam. ;) Obejrzalam sobie skoki narciarskie (nasi jak zwykle beznadzieja) i za chwile czas byl jechac do kosciola. Tak jak sie spodziewalam, na mszy byly tlumy jak na Boze Narodzenie czy Wielkanoc. Poniewaz na kolejny dzien zapowiadali rekordowe opady sniegu, wiec wszyscy stwierdzili ze trzeba zaliczyc kosciol w sobote. Po mszy weszlam tylko na moment do domu, Nik chwycil plecak i znow wyruszylismy. A gdzie, zapytacie? Ano, moj syn jechal na pierwsze w zyciu... nocowanko. :O W zyciu bym nie przypuszczala, ze to Mlodszy pierwszy bedzie nocowal poza domem, bez rodzicow. Pewnie nie pamietacie, ale kilka lat temu Bi dostala zaproszenie na nocowanko u swojej najlepszej przyjaciolki - sasiadki. I w ostatniej chwili (kiedy juz miala wychodzic) spanikowala, poplakala sie i stwierdzila ze nie idzie. Poniewaz jednak ma w miare stale grono bliskich kolezanek, spodziewalam sie, ze predzej czy pozniej ktoras urzadzi sleepover. U nas oczywiscie odpada, bo M. kategorycznie sie nie zgadza. Dziewczyny jakos jednak sie nie zebraly, za to chlopaki - prosze. Zadzialalo to, ze najlepszy kumpel Kokusia, z ktorym znaja sie od przedszkola, pod koniec lutego przeprowadza sie do innego Stanu. Samej mi smutno, bo znam rodzicow tego chlopca; to wyksztalceni, przyzwoici i tacy "normalni" ludzie. Przez tyle lat, kiedy Nik szedl do H., to wiedzialam ze tam bedzie dopilnowany i zadne dziecko nie wpadnie na jakis glupi pomysl. Teraz, kiedy wyjada, kto wie z kim Mlodszy sie najbardziej zaprzyjazni... :O W kazdym razie, ktorys z chlopcow wpadl na pomysl, ze zanim H. wyjedzie, trzeba urzadzic pozegnalne nocowanie! Myslalam, ze to takie tam gadanie smarkaczy i pomysl umrze smiercia naturalna, tymczasem juz 3 tygodnie pozniej sie skrzykneli. Co prawda spodziewalam sie ze Nik, podobnie jak Bi, w ostatniej chwili stchorzy, tym bardziej ze wydaje sie bardzo z nami zwiazany, ale do konca twardo twierdzil ze jedzie. No to go zawiozlam. Pozostala trojka chlopcow juz tam byla i wybiegli mu na spotkanie, probujac skakac na barana, bo obecnie Nik jest z nich najwyzszy. ;) Wczesniej powiedzialam synowi, ze jesli bedzie chcial wrocic do domu, to niech pisze, nawet w srodku nocy. Spytalam mamy, ktora zorganizowala spotkanie o ktorej Kokusia odebrac nastepnego dnia i pojechalam. Nik napisal jeszcze tylko pozniej, ze z kolegami wlezli do... jacuzzi. :O

Brrrr...

Bosz... Caly dzien mielismy -10 stopni, na wieczor temperatura jeszcze zaczela spadac, a oni lataja w strojach kapielowych... Nik dopiero co wyzdrowial. Koszmar, ale coz, byl poza nasza kontrola. ;) O maly zawal przyprawil mnie kiedy zadzwonil prawie o 22. Myslalam, ze jednak chce do mamusi, ale okazalo sie, ze chcial tylko powiedziec ze swietnie sie bawi. :D

Mama kolegi Kokusia powiedziala zeby odebrac go okolo 10, bo snieg mial zaczac padac gdzies o 11. W niedziele mialam wiec budzik nastawiony na 8, zeby sie spokojnie dobudzic i ogarnac. Spokojnie jednak nie bylo, bo kiedy w koncu sie podnioslam na lozku i zalozylam okulary, okazalo sie, ze juz sypie! :O Szykowalam sie w lekkiej panice, jednoczesnie piszac do syna ze bede wczesniej. Dlugo nie odpisywal i obawialam sie, ze spi jak zabity i nie slyszy telefonu. Na szczescie wreszcie sie odezwal, wiec krotko po 9 pojechalam. Drogi byly... straszne. Wszedzie lezalo juz kilkanascie cm sniegu i bylo baaardzo slisko. Wiem, bo pare razy testowalam hamulce, a i auto mi czasem zarzucilo. Paradoksalnie, tam gdzie chwile wczesniej przejechaly plugi, bylo najgorzej, bo zostawialy taka ugnieciona, sliska warstwe na lodowatym asfalcie. Juz lepiej jechalo sie po sniegu. A dom kolegi stoi na szczycie dlugasnego wzgorza. W sumie, pod gore jakos sie jechalo, tylko potem trzeba zjechac, a ulica nie dosc, ze opada w dol, to jeszcze skreca raz w jedna, raz w druga strone. No ale dojechalismy do domu szczesliwie i tylko Nik byl niezadowolony, bo dzien wczesniej ostatni przyjechal, a tego ranka pierwszy pojechal do domu. Nie moglam tez z niego wydobyc co z kolegami porabial, oprocz tego, ze poszedl spac prawie o 4 nad ranem. :O Dzien spedzilismy oczywiscie leniwie, bo co innego robic w taka zawieruche? Tylko Nik po poludniu poszedl potarzac sie w sniegu. I lekko mnie zirytowal, bo postanowil urzadzic "lawine", spychajac snieg z tarasu po schodach. A ja chcialam po tarasie poznac ile nam go napadalo, bo tam zawsze najlatwiej to sprawdzic. :D Nawet jednak bez tej pierwszej warstwy, widac bylo ze spadlo duuuzo. O 16 uznalam ze pora zaliczyc odsniezanko nr. 1. Kiedy wyszlam, okazalo sie ze sniegu mialam po kolana i wpadal do butow. Musialam wrocic i zalozyc spodnie narciarskie. Odsniezanie to byla troche syzyfowa praca, bo zanim z Bi skonczylysmy kostke, od drugiej strony juz byla zasypana kilkucentymetrowa warstwa. A snieg sypal i sypal... Juz nie pamietam kiedy spadlo nam az tyle na raz. Chyba w 2012 roku, kiedy po jednej sniezycy, zeby odsniezyc, M. musial wychodzic okienkiem w lazience, bo drzwi nie dalo sie otworzyc, a kupa sniegu byla wyzsza od rocznej Bi. W niedziele, zamkniecie szkol na kolejny dzien ogloszono juz o 11 rano, jak nigdy. ;) Z pracy przyszedl mail (teraz moge je sprawdzac w telefonie, ha!) ze federalne biura w stolicy maja byc zamkniete w poniedzialek, a pracownicy przejsc w tryb zdalny. Z mojego regionu takiego zawiadomienia nie bylo, ale i tak z gory wiedzialam ze bede pracowac z domu. Malzonek nie poszedl z nami odsniezac, bo stwierdzil ze przejedzie maszyna pod wieczor, zeby odsniezyc jak najwiecej przed noca. Potem troche zalowal, bo zrobilo sie ciemno, snieg nadal zawiewal, a on musial isc. Nie dosc, ze pogoda nie wspolpracowala (tyle ze temperatura podniosla sie z -10 na "az" -6 :D), to jeszcze wszystko szlo mu na opak. Najpierw nie mogl znalezc kluczyka do odsniezarki. Zawsze lezal w szufladzie gdzie mamy wszystkie zapasowe klucze do aut, przyczepy, itd., a teraz go wcielo. Po dlugich poszukiwaniach znalazl go w kieszeni spodni, gdzie zostawil po sprawdzeniu odsniezarki kilka dni temu. Poszedl wiec do skladziku, po czym po chwili przyszedl klnac niczym szewc, bowiem... urwal linke! Odsniezarka ma bowiem kluczyk do wlaczenia, ale odpala sie ja za pomoca pociagniecia za sznurek, jak kosiarke czy pile lancuchowa. Nasza ma juz wiele lat, wiec linka musiala po prostu przetrzec sie z wiekiem. No cudnie po prostu. Odsniezyc musielismy, bo nawet przy napedzie na 4 kola, przez taka ilosc sniegu nasze auta mialyby problem sie przebic. Szczesliwa nie bylam bo juz sie tego dnia namachalam szufla, ale stwierdzilam, ze meza tak samego nie zostawie i zaczelam szykowac sie zeby pojsc mu pomoc. Uratowalo mnie na szczescie to, ze M. przypomnial sobie ze odsniezarke moze tez odpalic od kontaktu. Przeciagnal kabel z gniazdka na tarasie i po chwili rzezenia, ufff... odpalila! Za pomoca maszyny wszystko poszlo juz jak po masle, wiec raz-dwa i caly podjazd byl odsniezony. Szkoda, ze na poniedzialek szykowala sie powtorka, bo sniezyca nie odpuszczala...

Poniedzialkowy ranek byl leniwy dla Potworkow; dla mnie juz nie, bo pracowalam. Z domu, ale zawsze to praca. Juz o 8:30 mialam wirtualne spotkanie z szefem, wiec musialam zerwac sie odpowiednio wczesnie zeby sie dobudzic i doprowadzic do porzadku. Mimo ze mlodziez mogla pospac, to juz o 8 oboje byli na nogach. Kokusiowi sie nie dziwie, bo po nocowaniu u kolegi i nocnych szalenstwach, w niedziele padl juz o 21. Bi jednak siedziala do polnocy, no ale z niej zawsze byl ranny ptaszek. Ostatecznie spadlo nam pol metra sniegu, z czego Nik radosnie skorzystal, zaraz po sniadaniu ruszajac na male tarzanko. :D

Widzicie ta biala "gorke" za oknem, zaslaniajaca widok? To zaspa, ktora utworzyla sie na dachu garazu

Tak wygladal taras, a to juz po zrzuceniu z niego pierwszej warstwy kiedy Nik bawil sie w "lawine" 

Nik cos tam pomachal szufla, ale bez wiekszych rezultatow

Ja mialam wyjsc i odsniezyc jeszcze raz kostke, ale od rana nadal padal snieg, raz mocniej, raz slabiej, wiec czekalam i czekalam... W koncu stwierdzilam, ze trudno, ide. I w tym momencie syn oznajmil, ze umowil sie z kolegami (tymi samymi co na nocowanku) na sanki przy szkole Bi. No to, bedac kochajaca matka, stwierdzilam, ze go podwioze, bo zimno, lezy snieg, itd. Tak po prawdzie to mielismy "najcieplejszy" dzien w tym tygodniu, bo termometr pokazal "az" -3 stopnie. ;) Pojechalam i pozalowalam tego juz przy wyjezdzie z wlasnego podworka. Po tym co M. odsniezyl, dowalilo nam kolejne kilkanascie cm sniegu. Ulica byla biala i plugow tego dnia nawet nie widzialam, ale skubance musialy jednak przejezdzac, bo wjazd mialam caly zawalony. Niestety, kupa sniegu tak sie jakos wtopila w reszte lezaca na podjezdzie, ze dopiero kiedy auto mi ugrzezlo i wszystkie kola zaboksowaly, dotarlo do mnie, jak tam bylo gleboko. Cale szczescie, ze mam naped na 4 kola, wiec silnik glosniej zawyl i wyjechalam z potrzasku. Gdybym go nie miala, utknelabym tam na dobre. Dalej wcale nie bylo lepiej. Drogi na naszym osiedlu byly biale. Droga prowadzaca do glownej - biala. Glowna w miare odsniezona, ale pokryta snieznym, sliskim blotem. Praktycznie na kazdym zakrecie auto mi zarzucalo, ale to z wlasnej winy, bo nie mam cierpliwosci do slimaczej jazdy. ;) Tak czy siak, dowiozlam syna na miejsce, ale powiedzialam mu ze kolejny raz nie wyjezdzam i ze musi wrocic pieszo. W drodze powrotniej oczywiscie znow utknelam na sekunde wjezdzajac na wlasny podjazd, ale teraz juz sie tego spodziewalam. Pozniej przystapilam do odsniezania kostki. Okazalo sie, ze odsniezone pieknie przez Bi schodki, zostaly zupelnie zasypane przez zawiewajacy snieg. Nik rano je odsniezyl, ale tylko taka waska sciezke. A teraz i tam i przed frontowym wejsciem, lezala znow warstwa swiezego sniegu. Odsniezylam, oczyscilam przed wejsciem do skladziku, bo tam chowamy szufle i M. odsniezarke, a potem pomyslalam, ze moze odkopie troche przy wjezdzie. Taaaa... Snieg nawalony przez plugi byl ubity i ciezki, wiec szybko sie poddalam. Okazalo sie, ze syn na gorce spedzil niecala godzine, po czym napisal, ze juz wraca. Patrzylam potem na jego lokalizacje i zastanawialam sie czemu idzie jakas dziwna trasa. Domyslilam sie, ze wdrapal sie na wzgorze, zeby potem zjechac z niego prosto na nasza ulice. Przynajmniej mial na tyle rozsadku zeby zjezdzac chodnikiem. ;)

Doszedl do domu. No i same popatrzcie, czy tam wyglada ze jest tak gleboko, ze utknie samochod?! 

Bi wzielo tego dnia na gotowanie. Wymyslila domowe tacos i wyszly jej bardzo smaczne, choc wlasciwie przygotowala empanadas, bo zamknela tortille niczym pierogi. :D Brat nie pozostal dluzny i stwierdzil ze upiecze swoja ukochana babke na oleju. Tym razem bardziej pilnowal ilosci skladnikow, ale ze zawsze musi cos sknocic, to nie obylo sie bez przygod. Nastawil zegar na kuchence na 35 minut, a kiedy powiedzialam ze musi poprawic na 45, zamiast wylaczyc zegar, nacisnal guzik wylaczenia... piekarnika. Niestety, nikt tego nie zauwazyl i kiedy czas minal i poszlam wyjac ciasto, znalazlam je nadal surowe. :D Szybko wlaczylam piekarnik i zostawilam babke do upieczenia choc M. ponuro przewidywal ze wyjdzie zakalec. Stwierdzilam, ze zakalec tez da sie zjesc. ;) Okazalo sie jednak, ze babka wyszla normalna i jedyne co, to prawie nie urosla. Ale zakalca nie bylo. Mowie Wam, ze to jest ciasto nie do zepsucia. :D A jeszcze po poludniu Potworki dostaly podwojne dobre wiadomosci. Po pierwsze, odwolano trening na basenie, bo przed budynkiem nadal oczyszczano parking. A po drugie, szkoly we wtorek mialy lekcje opoznione o 2 godziny. Zyc nie umierac. ;)

We wtorek Potworki mogly wiec zaczac dzien pozniej. Teoretycznie mialam tego dnia rozpoczac szkolenie "w terenie", czyli pojechac na pierwsza inspekcje z innym inspektorem. Tyle, ze on mial jechac od strony Bostonu, a ja od przeciwnej i gdzie ja mialam okolo godziny jazdy, on mial ponad dwie i planowal zostac na te pare dni w hotelu. Poczatkowo zamierzal zanocowac tam juz w poniedzialek i zaczac inspekcje we wtorek o 9:30 rano, ale kiedy stalo sie pewne, ze idzie porzadna sniezyca i w poniedzialek drogi moga byc niepewne, przelozyl podroz na wtorek rano i poczatek inspekcji na 12-13. Dzieki temu ja rowniez nie musialam sie zrywac bladym switem. Stwierdzilam, ze po 9 odstawie Potworki do szkol (bo znow mielismy rano -10 stopni) i na 10 pojade do biura, a z tamtad na inspekcje. Krotko po 7 jednak dostalam wiadomosc, ze szkoly jednak sa... zamkniete! :O No to polozylam sie jeszcze na godzinke, bo uznalam ze pojade po prostu bezposrednio do kliniki, nie zahaczajac o biuro. Kiedy jednak wstalam, w sluzbowych mailach znalazlam wiadomosc, ze wszystkie regionalne biura sa nieczynne! Napisane bylo ze pracownicy ktorzy pracuja zdalnie, maja normalnie pracowac, ale wszyscy stacjonarni maja dostac dzien wolny z powodu pogody. Przyznaje, ze po tym mailu zglupialam. Teoretycznie jestem pracownikiem stacjonarnym, ale wolno nam pracowac czasem z domu. Tego dnia jednak mialam i tak jechac w teren. Niby logiczne, ze skoro drogi sa na tyle niebezpieczne zeby zamknac biura, to tym bardziej warunki nie pozwalaja jechac gdzies na inspekcje, tak? Nie wiedzialam jednak jakie panuja zasady, wiec wyslalam wiadomosc koledze. Potem nastepna. Bez odzewu. Nastepnie wyslalam maila szefowi. Rowniez nic. W koncu uznalam, ze kolega sie nie odzywa bowiem jest w drodze, wiec zaczelam sama szykowac sie do wyjscia. Akurat kiedy mialam sie malowac, oddzwonil. Mialam racje - juz jechal. Tyle, ze wlasnie zajechal do swojego regionalnego biura zeby wziac sluzbowe auto, to zas okazalo sie... puste (biuro, nie auto :D). Dopiero wtedy sprawdzil maile i znalazl wiadomosc o zamknieciu. Mial zadzwonic do naszego szefa i dac mi znac. Po polgodzinie zadzwonil ze szef nie odpowiada, ale ze warunki u niego sa nieciekawe, a przed nim kolejne 1.5 godziny drogi, wiec podjal decyzje, ze przelozymy rozpoczecie inspekcji na srode. W ten sposob zyskalam kolejny dzien w domu, choc w sumie to sama nie wiedzialam co z nim zrobic, bo nie bylam pewna czy powinnam zrobic sobie wolne, czy pracowac zdalnie. W koncu wybralam druga opcje, ale na luzie, tak zeby po prostu bylo widac, ze cos dzialalam. ;) Po poludniu poszlam przyniesc troche drewna do kominka i okazalo sie, ze sciezka na cholernych schodkach znow jest zasypana! Nie wiem czy to wiatr tak zdmuchiwal snieg, czy zasypal ja Nik, ktory lazi i tarza sie po sniegu, nie patrzac czy nie nanosi go na odsniezone przez nas powierzchnie... W kazdym razie, chwycilam za szufle i odsniezylam je juz kolejny raz... Wieczorem Potworki mialy trening i pojechaly, choc oboje z fochem. Nie wiem co to za moda, ze jak maja wolne od szkoly, automatycznie uznaja ze powinni miec wolne od wszystkiego... Malzonek ich zawiozl i poszedl spac, a ja pozniej odebralam, choc przyjechalam w momencie jak wlasnie wychodzili z wody, wiec za duzo nie zobaczylam.

Udalo mi sie dojrzec jeszcze w wodzie Bi, choc juz szykowala sie do wyjscia i niestety zaslania ja trener

Sroda to juz byla normalna pobudka i dla dzieciakow i dla mnie. Poniewaz na termometrze bylo -14 stopni, wiec stwierdzilam, ze zawioze Kokusia do szkoly. A jak jego, to i Bi (no i sasiadke), wiadomo. Tego dnia w koncu jechalam na pierwsza w zyciu inspekcje, czyli szkolenie w terenie (nawet sie rymuje ;P)! Na miejsce mialam jakas godzine jazdy, a dojechac planowalam o 9:30-10, wiec stwierdzilam ze wyjade okolo 8:20, zeby miec lekki zapas czasu. Taaa... :D Kiedy odwiozlam dzieciaki, byla 7:40, wiec wrocilam jeszcze do domu zeby umalowac oko bo nie zdazylam i zapakowac do auta wszelkie pierdoly na inspekcje. Okazalo sie to bledem, bo kiedy wlaczylam nawigacje, ta pokazala ze bede jechac godzine i 20 minut! :O Najpierw wzruszylam ramionami, bo zwykle spokojnie nadrabiam w drodze i zajezdzam szybciej. Choc te prawie pol godziny roznicy powinno mnie zastanowic. No niestety. Najpierw byl wypadek w moim wlasnym miasteczku, wiec zamiast jechac przez nie 10 minut, jechalam dwa razy tyle. Potem byl korek na autostradzie do samej naszej stolicy. Kiedy tam przejezdzalam, bylo juz po 9, a w dodatku (z tego co dojrzalam) ulice byly kiepsko odsniezone, wiec nawet nie zjezdzalam do biura zeby zmienic samochod, tylko pojechalam dalej swoim. Droga z biura do sprawdzanej firmy, wg. Google powinna mi zajac 37 minut. Niestety, pod sama miejscowoscia docelowa byl kolejny wypadek i korek jak ta lala. W ten sposob dojechalam prawie o 10. :/ Bylo mi wstyd i wiedzialam juz ze zdecydowanie musze wyjezdzac z wiekszym zapasem czasu, ech... O inspekcji nie mam wlasciwie co pisac, bo to po prostu mnostwo nowych wiadomosci. Samo sprawdzanie nie bylo w zasadzie tak doglebne, bo tego pierwszego dnia bardziej sie zapoznawalismy z firma, ludzmi, ich procedurami, itd. Za to mam do zapamietania pierdylion formularzy, kwestionariuszy, dokumentow i stron. Nie wiem ile inspekcji zalicze zanim to wszystko zapamietam... Czasowo niestety jestem zalezna od glownego inspektora, wiec skonczylismy dopiero po 17. Nawigacja pokazala, ze do domu bede jechala godzine i 12 minut, wiec juz nastawiona bylam na dluga jazde. Tymczasem, nie wiem co tam sie porobilo, moze kiedys byly remonty drog i nawigacja ma stare informacje. Wyjezdzam bowiem na autostrade, a ta kaze mi brac pierwszy zjazd! Jak na zlosc, na autostradzie tez nie bylo jakiegos znaku, ze jestem na poprawnej. Najpierw zignorowalam polecenie i jechalam dalej, ale ze nawigacja dalej "krzyczy" zeby zjechac, to zjechalam, bo jest ciemno, jestem w obcym miejscu i na dobra sprawe nie wiem czy na pewno dobrze jade. Zjechalam, po czym glupia nawigacja przeprowadzila mnie doslownie przez pol miasta zanim znow doprowadzila do autostrady. Wjezdzam i... nie uwierzycie! To go*no znow kaze zjechac! Jak ostatnia idiotka zjechalam, po czym kolejny raz skazana bylam na krazenie po miescie. Za trzecim razem, wjechalam na autostrade, ale kiedy nawigacja znow polecila zjechac, zignorowalam ja. Przejechalam kilka km zanim pojawil sie znak, ze jade dobra droga, a w miedzyczasie dostalam polecenie wziecia przynajmniej dwoch zjazdow. :O Nie mam pojecia co sie dzialo z tym pudlem, czy mroz oszronil jakies kabelki, czy co... W kazdym razie, do domu dojechalam dopiero o 18:40, a moj maz ma jakies pretensje, ze nie biore sluzbowego auta! Kurna, mam marnowac kolejne 15 minut na zajezdzanie do pracy i wymiane aut?! Wrocilam wykonczona i na szczescie tego dnia Potworki nigdzie nie jechaly. Co prawda w poniedzialek nie mieli treningu, wiec mogli w sumie pojechac tego dnia, ale ze w srody zawsze robia sobie przerwy, wiec gdzie... ;)

W czwartek nastapila powtorka z rozrywki. Trzeba sie bylo zerwac rano, wyszykowac i pedzic na inspekcje, po drodze zawozac Potworki do szkol. Ponownie mielismy -15 stopni, ale nawet gdyby bylo cieplej, Bi miala klub narciarski, wiec i tak musialam ja zawiezc, razem ze sprzetem. Tym razem nie wracalam do domu, tylko po odstawieniu Kokusia pojechalam prosto na inspekcje. Po drodze mialam troche zatorow, ale dojechalam o 8:45. Myslalam, ze bede tam czekac niewiadomo ile, ale moj instruktor dojechal juz o 9. Zaczelismy wiec troche wczesniej, ale i tak siedzielismy prawie do 17. Niestety, choc mielismy nadzieje na bezproblemowa inspekcje, znajdowalismy co i rusz jakies problemy. Raz cos blahego (ale jednak blednego), innym razem cos powazniejszego, co kolega zapisywal sobie zeby to przemyslec i skonsultowac z naszym szefem. Tym razem zrobilismy sobie kilka krotkich przerw, wiec nie bylo az tak meczaco jak w pierwszy dzien. Wyjechalam minimalnie wczesniej, ale to wystarczylo zebym miala troche wiecej dziennego swiatla. Dzieki temu, widzialam dokladnie gdzie jade i nie dalam sie nawigacji sprowadzic na manowce. Ta zas, w polowie drogi, tuz przed stolica naszego Stanu, kazala mi zjechac z autostrady! Zaraz potem wpakowalam sie w potezny korek, ide jednak o zaklad, ze i tak tamtedy przejechalam szybciej (choc w slimaczym tempie) niz gdybym tlukla sie przez srodek miasta... Do domu doturlalam sie o 18:20, a na 19 Nik mial trening kosza. Na szczescie M. go zawiozl, bo ostatnie na co mialam ochote, to prawie od razu wsiadac ponownie w samochod. Niestety, pozniej nie mialam wyjscia, bo o 20, kiedy Mlodszy konczyl, z nart wracala tez Bi. Malzonek wiec po nia pojechal, a ja jednak musialam znow siadac za kolko i pedzic po syna.

No i piatek, ktory zaczal sie jak dzien wczesniej, z ta roznica, ze tym razem to Nik mial klub narciarski, wiec jego sprzet wiozlam do szkoly. Ponownie pojechalam prosto na inspekcje. Oczywiscie tym razem ruch na drodze byl calkowicie luzny, wiec dojechalam juz o 8:34. :O Na szczescie kolega przyjechal kwadrans po mnie, wiec zaczelismy jak najszybciej. Stwierdzil tez, ze chce skonczyc juz o 14, zeby spokojnie zajechac do swojego biura i oddac auto, bo wiadomo ze bedzie sie przebijal przez bostonskie, piatkowe korki. Hmmm... gdybym wiedziala, sama wzielabym rano sluzbowe auto, zeby chociaz raz sprobowac jak to wyglada. Niestety, przez to ze skonczylismy wczesniej, nie bylo nawet szans zeby zakonczyc inspekcje tego dnia, wiec czeka nas powrot w przyszlym tygodniu. W dodatku, patrzac na to jak to idzie, nie wiem czy zamkniemy sie w jednym dniu. Ech... Spytalam kolegi ile ma inspekcji, gdzie wszystko idzie gladko i nie znajduje nic powaznego. Powiedzial, ze prawie kazda. Czyli mam pecha (albo szczescie, bo moge zobaczyc procedury przy bledach) i trafilam oczywiscie na problemy... Przynajmniej do domu dotarlam o przyzwoitej porze, bo tak wczesnie prawie nie bylo korkow (choc juz zaczynaly sie te popoludniowe) i dojechalam o 15:30. Akurat dojechal tez M., ktory odebral po drodze Bi. Przeszlo mi przez mysl zeby dolaczyc do Kokusia na nartach, mielismy jednak -9 stopni z odczuwalna -12. A zblizal sie wieczor, kiedy wiadomo, temperatura zaczynala spadac. Na sama mysl az przechodzily mnie ciarki. Poza tym, pomyslalam ze lepiej zrobic tygodniowe zakupy, to bede miala spokojniejszy weekend. Gdybym ich bowiem nie zrobila w piatek, musialabym jechac w sobote. A ze dzien wczesniej napisalam juz do nauczycielki nadzorujacej klub, ze nie dam rady przyjechac (bo spodziewalam sie znowu powrotu po 18), wiec stwierdzilam ze wole jechac do sklepu. Pojechalam wiec z niezawodnie towarzyszaca mi Bi, a po powrocie moglam sie troche zrelaksowac po trzech intensywnych dniach. A jeszcze, kiedy bylam w sklepie, zadzwonil M. bo Nik napisal do niego, ze zapomnial... biletu na wyciag! Dzieciaki z klubu maja bowiem karnety na wszystkie piec wyjazdow. Wiekszosc przyczepia je do kurtek, a moj syn... trzyma w kieszeni spodni. Pomijajac fakt, ze latwo moze go zgubic, to tym razem wzial cieplejsze spodnie, ale o tym, ze w lzejszych ma karnet, juz zapomnial. Malo tego. Rano, juz w czasie jazdy do szkoly, przypomnialo mi sie ze nie dalam mu kasy na jedzenie na stoku, na co syn klepnal sie w czolo, ze on tez zapomnial! Na szczescie mialam troche gotowki w portfelu. Ech... Najpierw Bi, teraz on... Tacy niby juz duzi, a caly czas trzeba za nimi dreptac i przypominac... Tymczasem Mlodszy zadzwonil do ojca, ktory oczywiscie nie ma pojecia gdzie leza spodnie narciarskie syna, ani w ogole jak wygladaja, wiec zadzwonil do mnie. Na szczescie matka wiedziala, bo jak nie ja, to kto. :D Okazalo sie ze wystarczylo ze M. wyslal mu zdjecie karnetu i na stoku pracownicy mogli z tego zdjecia skanowac kod. Nie mialam pojecia, ze tak sie da, a co ciekawe pracownicy tez nie. Nik opowiadal, ze musieli sobie przekazywac owe wiesci, bo ktorys go skanowal i skomentowal "o, to ty jestes ten dzieciak ze zdjeciem?". :D Malzonek poszedl spac juz o 19, wiec na 20 jechalam po syna pod szkole. I malo zawalu nie dostalam, bo wysiadl z autobusu w samej bluzie, a mielismy juz -15, przy odczuwalnej -18. Stwierdzil ze jest mu cieplo, a na nartach jezdzil w samej kurtce, tylko z koszulka pod spodem. :O Po powrocie do domu, moglam sie juz spokojnie powygrzewac przed kominkiem i wreszcie cieszyc, ze doczolgalam sie do weekendu. :D

Z malych ciekawostek, w tym semestrze Bi ma w koncu wybrana przez siebie zoologie. Program brzmi powaznie, bowiem poza wkuwaniem naukowych pojec i spora dawka laciny, beda przeprowadzac sekcje. Zaczna od najprostszego organizmu - robaka i przejda przez rybe, zabe, jakiegos ptaka, az po TO:

Makabra w sloiku ;)

"To" to (jak mysle widac) jest swinski plod. Podobno nie zostal ukatrupiony do celow naukowych, tylko zmarl smiercia naturalna, ale i tak wydaje mi sie to dosc... makabryczne. Szkoda mi prosiaczka. :(

piątek, 23 stycznia 2026

Cisza przed burza, czyli spokojny tydzien przed (doslownym) sztormem

Niedziela, 18 stycznia to dluzsze spanie. Bardzo dlugie. Dzien wczesniej zasiedzialam sie i bylo grubo po polnocy gdy kladlam sie spac. Wobec tego, kiedy budzik zadzwonil o 8:30 rano, zamknelam oczy jeszcze "na chwile". Kiedy je otworzylam, byla 10:10, wiec to byla dosc dluga chwila. :D W sobote spadlo nam troche sniegu, ktory rano nadal proszyl, wiec napisalam do taty z pytaniem czy wpada na zwyczajowa kawe, czy boi sie zimy.

Zimowe widoki o poranku 

Odpisal, ze zima mu nie straszna i przyjedzie. ;) Posiedzielismy wiec jak zwykle z dziadkiem, a po jego odjezdzie zmusilam sie zeby jechac na zakupy. Strasznie mi sie nie chcialo, ale kotu skonczylo sie mokre zarcie, wiec nie bylo wyjscia. W ciagu dnia snieg przestal padac, a solidnie sypane sola drogi wydawaly sie calkiem niezle, wiec wymowki brak. ;) Zabraly sie ze mna Potworki, a po wyjsciu z puszkami, stwierdzilam ze podjedziemy jeszcze do spozywczego, bo jak zwykle mielismy kryzys z jajami, choc w czwartek kupilam 2 tuziny. :O Jak na zlosc, snieg, ktory mial zaczac ponownie padac o 18, zaczal juz teraz, a byla 16. I to padal na tyle mocno, ze osiadal na posniegowym blocie, ktorego resztki lezaly na jezdni. Warunki robily sie wiec gorsze doslownie w oczach. Wpadlismy do sklepu, chwycilismy jaja, Bi zgarnela jeszcze po drodze sushi i popedzilam (ale wolno i ostroznie) do domu.

Po powrocie, czemu by nie zagrac w snieznego kosza?

Tam napalone juz bylo w kominku, wiec mozna sie bylo zagrzac i zrelaksowac, patrzac na sypiacy snieg za oknem. No i z mila swiadomoscia, ze mielismy kolejnego dnia wolne; znaczy sie ja i Potworki. ;)

W poniedzialek moglismy wiec znow pospac dluzej. Byl dzien Martina Luthera Kinga Jr., wiec szkoly oraz urzedy federalne byly zamkniete. U M. niby pracowali, ale kazdy mogl wziac dzien wolny, bezplatny, za to bez zuzywania wakacji. Poniewaz pojawilo sie u niego zawrotne 6 osob, wiec wyszedl w poludnie. ;) Gdzies w nocy snieg przestal padac, wiec rano przywitala nas iscie bajkowa sceneria. 

Mozna nie lubic zimna, mozna nie lubic sniegu, ale na Florydzie takich widokow nie znajdziecie :)

Po powolnym ogranieciu sie, chwycilam za odkurzacz oraz mopa, tym razem chcac zrobic porzadek z podlogami na gorze. Nik z entuzjazmem zabral sie za swoj pokoj, a Bi z duzo mniejszym, ale ogarnela u siebie. Panna byla na popoludnie umowiona z kolezankami do galerii, gdzie mialam zawiezc ja oraz sasiadke, a sasiad mial potem dziewczyny odebrac. Ja nie moglam (i nie chcialam) bo M. bral moje auto na zmiane oleju i nie wiedzialam ile mu to zajmie. Na 13:30 odstawilam wiec pannice pod galeria, a potem wrocilam do chalupy. Poskladalam pranie, wstawilam kolejne oraz zmywarke, troche posiedzialam na spokojnie z kawa, po czym stwierdzilam, ze czas brac sie za lasagne. Tyle, ze olsnilo mnie iz... nie wyciagnelam miesa z zamrazarki! :O Poniewaz nie bylo szans zeby rozmrozilo sie szybciej niz za kilka godzin, wiec z westchnieniem przelozylam to danie na inny dzien. Za to, skoro zyskalam czas, szybko upieklam mini serniczki. Wyobrazcie sobie, ze zostala mi masa sernikowa z urodzin Kokusia. To juz ponad miesiac i mialam ja wyrzucic, ale zajrzalam w wiaderko i ani nie porosla plesnia, ani nie pachniala jakos podejrzanie. Stwierdzilam wiec, ze grzechem byloby jej nie wykorzystac, a ze wszyscy poza Nikiem lubia te cytrynowe serniczki, wiec raz dwa je machnelam. Poza tym, Potworkom (a w szczegolnosci Bi, bo wiadomo ze po lazeniu po galerii byla zmeczona) sie poszczescilo, bo na basenie wysiadlo ogrzewanie wody, wiec odwolano trening. Pozniej niestety nadszedl koniec laby i trzeba bylo wyciagnac sniadaniowki i szykowac sie na powrot do kieratu.

Wtorek przywital nas -7 stopniami na termometrze. Nik dopiero co wydobrzal, wiec stwierdzilam ze lepiej zeby nie sterczal na takim mrozie i stwierdzilam ze go zawioze. Spytalam Bi czy woli jechac ze mna czy z sasiadka (bo oni teraz codziennie woza corke, wiec zabieraja i ja), ale odparla ze woli ze mna, bo jej kolezanka ma problemy z wyrobieniem sie i wiecznie dojezdzaja na ostatnia chwile, lub wrecz spoznieni. Co prawda sasiadce tez musialam zaproponowac podwozke bo ciagle zabieraja Starsza, ale kiedy jedzie z nami, jakos presja dziala i sie nie spoznia. ;) Tym razem okazalo sie, ze wszyscy jakos tak sie slimaczylismy, ze sasiadka zdazyla juz corke podwiezc pod nasz dom. Odstawilam dziewczyny, odstawilam syna, po czym "popedzilam" do pracy. W cudzyslowiu, bo na autostradzie byl wypadek, zablokowali dwa z trzech pasow i korek zrobil sie, ze ho-ho. Trzy km pokonalam w... 40 minut! :O A pozostale 6 w 10... Dobrze, ze moje cotygodniowe wirtualne spotkanie szef przelozyl na 10, bo w zyciu bym nie zdazyla... W biurze byly nas az... dwie osoby. :D Dzien sie troche dluzyl, ale nadal mam szkolenia, a do tego upomniec sie o uwage ludziskow z IT, aktywowac korpo karte kredytowa i wklepac ja w profil do rezerwacji podrozy. A, bo zapomnialam napisac, ze moja karta przyszla poprzedniego dnia. Prosilam o przyspieszone rozpatrzenie i sprawili sie na medal. Zamiast wyslac poczta (ktora w poniedzialek miala wolne), wyslali FedEx'em, wiec niezle sie zdziwilam kiedy znalazlam koperte pod drzwiami. Teraz z M. zartujemy, ze jedziemy na zakupy, wydawac pieniadze podatnikow. :D Zarty zartami, ale przy kazdej prezentacji czy szkoleniu w pracy, podkreslane jest na kazdym kroku, ze wszystko mamy oplacane z publicznej kasy. Smieje sie, ze powinnam przestac placic podatki, bo to tak jakbym sama sobie placila pensje. :D W kazdym razie, dzien jakos zlecial, przebilam sie przez popoludniowe korki i doturlalam do domu. Caly dzien trzymal solidny mroz, a na wieczor temperatura zaczela jeszcze spadac, wiec bardzo ucieszyl nas mail, ze naprawa grzalki na basenie nadal trwa i trening ponownie zostal odwolany. Napalilismy w kominku i spedzilismy wieczor na leniuchowaniu, poza codziennym ogarnianiem. Spojrzalam tez z Kokusiem na wybor przedmiotow na kolejny rok. Podobnie jak Bi, on rowniez musi wybrac przedmioty do 9 klasy, czyli pierwszej szkoly sredniej. W przeciwienstwie do siostry jednak, Nik nie ma pojecia co kiedys chcialby robic, ani co go interesuje. Niektore przedmioty, jak angielski, matematyka, historia oraz fizyka, ma obowiazkowe, ale reszte musi wybrac. Zreszta, nawet te obowiazkowe, ma wpisane jako rozszerzone, ale jesli nie czuje sie na silach, moze wziac je na zwyklym poziomie. Zamiast hiszpanskiego zas (a pani wpisala mu rozszerzony na poziomie III) moze wziac poziom II, lub zaczac od poczatku i wziac francuski I. ;) Po wpisaniu obowiazkowych przedmiotow oraz jezyka, Nik ma 5.5 kredytu, a musi miec pomiedzy 6.5 a 7.5. Mlodszy, podobnie jak rok temu siostra, celuje w 7, zeby miec tez w grafiku przerwy, tzw. study halls. W czasie tych przerw, uczniowie moga odrabiac lekcje, pojsc do biblioteki, konczyc jakies projekty, czy tez po prostu poczytac ksiazki lub odpoczac. Dla Kokusia oznacza to jednak wybor kolejnych dwoch przedmiotow, jednego z 1, drugiego z 0.5 kredu, lub trzech po 0.5. Te kredyty (credits) jeszcze dodatkowo komplikuja sprawe. ;) W dodatku, zeby w przyszlosci ukonczyc szkole, uczniowie musza miec jeden kredyt "artystyczny" i wiekszosc bierze wlasnie cos ze sztuka lub muzyka w I klasie, zeby juz miec z glowy. Mlodszy caly czas twierdzil ze wezmie znow zespol i jeszcze rok pogra na trabce (to daloby mu caly kredyt), teraz jednak nie jest pewnien i zastanawia sie nad jakas grafika komputerowa itd. Problem w tym, ze jest cholernie niezdecydowany, wiec siedzielismy nad tym prawie godzine i ostatecznie nie dokonal zadnego wyboru. Coz, ma jeszcze dwa tygodnie...

W srode pracowalam z domu, a poniewaz termometry rano pokazaly -15, wiec wiadomo ze zawiozlam mlodziez do szkoly. Objechalam polowe miejscowosci, po czym wrocilam do cieplutkiej chalupy. Fajnie nie byloby wysciubiac z niej nosa, ale zawzielam sie zeby w koncu "zlapac" probke siuskow psiura i zawiezc do weta. Lazilam z psem na smyczy po ogrodzie 15 minut, ale misja zakonczyla sie sukcesem! Teraz trzeba bylo niestety cenny sloiczek przetransportowac do kliniki. Poki co, trafil do lodowki. :D Tego dnia Bi miala kolejny dzien polrocznych zaliczen i ponownie konczyla o 12:08 (we wtorek tez, tylko zapomnialam wspomniec). Na szczescie bylam w domu, wiec powiedzialam zeby dala mi znac kiedy po nia podjechac, pod warunkiem ze bedzie to przed 13, lub po 14, mialam bowiem meeting w srodku dnia. Stwierdzila, ze najlepiej bedzie o 12:40. :D Mialam wiec jeden meeting, potem chwila "normalnej" pracy, jazda po corke i za chwile kolejny meeting, ktory z planowanej godziny przeciagnal sie do 1.5... Akurat skonczylam i przyjechal ze szkoly Nik. Zrobilam sobie chwile przerwy zeby odparowac mozgownice i wstawic lasagne, po czym do domu dotarl M. Pechowo, kiedy bylam z psiurem u weta w grudniu, pani przestrzegla mnie ze mocz musi do nich trafic tego samego dnia, kiedy "zlapie" probke. Klinika czynna do 17, wiec co bylo robic; zostawilam laptoka, modlac sie zeby nikt mnie nie szukal i o 16 pojechalam. Co prawda mogl pojechac M., ale ze dopiero co wrocil, to nie mialam sumienia gonic go dalej, a sam nie proponowal, bo gdzie... Wiedzialam, ze korki beda niemilosierne i sie nie pomylilam, ale dojechalam nawet kilkanascie minut przed zamknieciem. Niestety, pani sprawdzila kartoteke i doszukala sie, ze badanie zlecili ponad 30 dni temu. Wobec tego nie mogli tego podpiac pod caly panel badan i musieli wyslac osobno, a to oznaczalo zaplacenie za badanie pelnej ceny. Cholera. No i o $80 lzejszy portfel. :/ Coz, sama jestem sobie winna, bo moglam zebrac sie wczesniej, ale przed wylotem do Polski nie zdazylam, a po powrocie nie mialam do tego glowy. Wrocilam do domu, gdzie pierwsze co, to sprawdzilam maile z pracy i na szczescie nikt mnie nie szukal. :) Kilka godzin wczesniej dostalam maila (prywatnego), ze na basenie musza wymienic jakas glowna czesc, wiec treningi odwolane sa na reszte tygodnia. Mielismy wiec kolejny leniwy wieczor. Mial proszyc lekko snieg, ale wlasciwie nie osiadac, tymczasem znow spadlo kilka cm i na drogi ruszyly odsniezarki. Mialam tylko nadzieje, ze uprzatna co trzeba przez noc, bo kolejnego dnia musialam byc w biurze.

Rano w czwartek okazalo sie, ze moje nadzieje byly plonne, bo drogi odgarniete byly "na odwal - odpie*rz". Za to chodniki w ogole, bo wiadomo ze te kazdy musi odgarnac sam, a wiekszosc ludzi albo jedzie do pracy, albo nawet nie mysli zeby o 6 rano odsniezac. Mroz troche odpuscil, wiec mialam Kokusia wyslac w koncu normalnie na autobus, ale ze na chodnikach sniegu bylo po kostki, to zlitowalam sie i stwierdzilam ze go zawioze. Panna Bi za to miala dluzsze spanie i pol dnia laby, bo... nie szla do szkoly. Okazuje sie, ze w czwartek byly egzaminy dla tych, ktorzy z jakiegos powodu opuscili ktorys egzamin w jeden z poprzednich dni. Uczniowie, ktorzy odhaczyli wszystkie zaliczenia, mieli... dzien wolny. :O No nie ma po prostu jak chodzic do high school. ;) Dla mnie lepiej by bylo gdyby szla do szkoly, ale o tym za moment. Ona wiec sobie odsypiala, zas Nik i ja zapakowalismy sie do auta i pojechalismy. Normalnie, widzac nieciekawe warunki, zostalabym moze w domu, ale akurat tego dnia miala do biura przyjsc paczka, ktorej odbior mialam pokwitowac podpisem. Co bylo wiec robic... Na szczescie, poza niektorymi zle odsniezonymi miejscami, ulice byly znosne. Odstawilam do szkoly syna i dojechalam do roboty. Byla tam "az" jedna kolezanka, ktora zreszta zostala tylko do 10. :D Kiedy ona pojechala, siedzialam jak na szpilkach i nasluchiwalam, bowiem pan z UPS'u czesto puka do tylnych drzwi i ledwie to slychac. Na szczescie uslyszalam i odebralam paczuszke, w ktorej byl... sluzbowy telefon! W ten sposob dorobilam sie kolejnego srajfona. ;) Tak naprawde to nie jest mi on do niczego potrzebny. Wszyscy zreszta mowia, ze te sluzbowe maja wrzucone gdzies do plecaka i wiecznie rozladowane. :D Z entuzjazmem zabralam sie za aktywowanie ustrojstwa i... poleglam. Prosi o zalogowanie sie, wbijam maila z pracy, prosi o haslo i... doopa, bo tego nie mam. Wbilam wszelkie mozliwe haselka i numerki i nic. W biurze oczywiscie takie "tlumy" ze nie ma nawet kogo poprosic o pomoc... :/ Okazalo sie jednak, ze niepotrzebnie sie meczylam, bo pan z IT sam do mnie zadzwonil. Kazdy bowiem, kto dostaje te telefony, ma automatycznie przydzielona osobe do pomocy w aktywacji. Szkoda tylko ze o tym nie wiedzialam... :/ Tak czy siak, ustrojstwo ma tyle zabezpieczen, ze sama w zyciu nie doszlabym jak to wszystko poustawiac. Spedzilam z panem na linii ponad pol godziny, ale w koncu telefon mialam dzialajacy. Tyle, ze do kazdej aplikacji kazal mi wlaczyc powiadomienia, wiec teraz mi dziadostwo co chwila irytujaco plumka. Wracajac do dnia wolnego Bi, panna szkoly nie miala, ale klub narciarski niestety tak. Wszyscy nauczyciele normalnie byli w szkole, wiec nikomu nie przyszlo do glowy zeby go odwolac. To oznaczalo ze trzeba bylo normalnie odstawic sprzet, a mlodziez miala sie o 14:10 stawic na autobus. O ile sprzet mozna bylo podrzucic jak zwykle rano, o tyle Bi musiala sie jakos po poludniu stawic w szkole. Oczywiscie panna strzelila focha, ze na piechote nie pojdzie (bo sie zmeczy...), a M. z kolei burknal ze on sie nie bedzie z pracy zwalnial zeby ja odwozic. Super. Czyli komu przyszlo ratowac sytuacje? Mi oczywiscie! Wyszlam z biura o 13 i pojechalam do domu, modlac sie zeby nikt mnie pilnie nie szukal w czasie, kiedy bede jechac. W sumie moglam pannie powiedziec stanowczo, ze korona jej z glowy nie spadnie jak sie przejdzie, no ale. Mietka jestem. :D W chalupie czym predzej sie zalogowalam i ufff... na szczescie nikt nie pisal. Zawiozlam Bi na autobus, choc tu akurat obrocenie w ta i z powrotem zajmuje ledwie 10 minut. 

Panna wyciaga plecak i narty i krzywi sie, ze dlaczego pstrykam zdjecia :D

Chwile posiedzialam nad aplikacjami, ale potem postanowilam skorzystac z tego, ze mamy +3 stopnie i slonce i oczyscic podjazc ze sniegu, ktory spadl poprzedniego wieczora. Widzialam, ze u sasiadow, ktorzy musieli odsniezyc rano, podjazdy sa suche, wiec mialam nadzieje ze i u nas obeschnie. To byla taka glupiego robota, bo co chwila przerywalam zeby pojsc do domu i sprawdzic kompa. Za to snieg i lod na podjezdzie byly miejscami tak ugniecione przez auta, ze nie dalo sie tego ruszyc. Odszuflowalam ile dalam rade, a reszte mam nadzieje roztopi slonce, bo tam zawsze przygrzewa, nawet jesli temperatury sa teoretycznie ujemne. Wrocily chlopaki, przy czym M. wszedl na raptem 15 minut, bo na 16 Nik mial polroczna kontrole u dentysty. Tym razem powiedzialam ze nie bede ryzykowac i odchodzic od kompa o prawie godzine wczesniej. Malzonek pojechal wiec z synem i potem nawet bylo mi go troche zal, bo wizyta powinna im zajac nie wiecej niz pol godziny, tymczasem w przychodni mieli jakies opoznienie i razem z dojazdem nie bylo ich prawie dwie. :O To niestety nie byl koniec wariactw na ten dzien, bowiem Nik mial trening koszykowki na 19. To nie problem; zawiozlam go i wrocilam do domu. Tyle ze konczyl o 20, a rowniez mniej wiecej o tej porze Bi wraca z nart. Oczywiscie na przeciwleglych koncach naszej miejscowosci, bo jakby inaczej... Coz, sa takie wlasnie sytuacje, gdzie sie nie rozdwoje. M. ostatnio kladzie sie przed 19, ale tym razem musial wytrzymac do 20, odebrac Bi i dopiero mogl isc spac.

A samej kladac sie spac, napotkalam u Kokusia znajomy widok

Piatek oznaczal pelny dzien szkoly wreszcie dla obojga dzieci. Bi oczywiscie ciezko wzdychala, ale ja sie cieszylam, ze wracamy do normalnego grafiku. I tak na niedziele zapowiadaja jakas straszna sniezyce, wiec wyglada ze w poniedzialek moze nie byc szkoly. Nie wiem jak ta mlodziez w high school moze sie wdrozyc w systematyczna nauke, kiedy caly czas maja jakies skrocone lekcje i wolne dni... Postanowilam pracowac z domu, a ze rano termometr pokazal -6, to stwierdzilam ze zawioze Potworki do szkoly. Tego dnia klub narciarski Kokusia odwolano z powodu szkolnego balu, z racji, ze w poprzednich latach polowa dzieciakow z klubu i tak wybierala tance. Co ciekawe, Mlodszy, ktory rok temu oznajmil, ze mowy nie ma zeby sie dal namowic na jakis tam bal, w tym roku idzie. :D Umowil sie z kolegami i bedzie to dla nich po prostu okazja do spotkania towarzystkiego. Problem w tym, ze on rosnie teraz w takim tempie, ze wszystko nagle robi sie za krotkie. Powiedzialam mu ponad tydzien temu zeby przymierzyl ciuchy, w ktorych chce isc, bo w razie czego bedzie czas jechac na zakupy czy cos zamowic. Myslicie ze przymierzyl? Taaa... Dzien mijal mi szybko, na probie zaliczenia kolejnego szkolenia. Wkurzylam sie, bo przerobilam jeden z rozdzialow, przeszlam test, a pozniej musialam oddac kontrole nad kompem pani z IT zeby naprawila mi jedna z aplikacji. Kiedy ponownie otworzylam szkolenie (ktore powinno automatycznie zapisywac gdzie skonczylam) okazalo sie, ze zawieszalo sie i nie chcialo otworzyc tam gdzie bylam. Musialam zaczac od nowa, lacznie z testem. :/ Na szczescie zaliczylam, ale i tak mialam ochote pie*rznac tym szkoleniem i wylaczyc kompa. Spodziewalam sie, ze Bi znow zostanie w szkole gdzies do 16, ale o dziwo napisala zebym przyjechala po nia o 14:50. Wszystkie kolezanki mialy jakies zajecia, to nie bylo po co siedziec samej. ;) W czasie kiedy ja szybko podjechalam po corke, ze szkoly wrocil Nik. Szybko jeszcze przynioslam troche drewna na wieczorne palenie w kominku, po czym zasiadlam dalej przed szkoleniami. Rowniutko o 16:30 zamknelam laptoka, ladowarke wrzucilam do plecaka, po czym popedzilam na zakupy. Zabrala sie ze mna Bi i kiedy dojechalysmy do supermarketu, obie przezylysmy w szok! Wiadomo, ze w telewizji oraz necie trabia o strasznej, rekordowej sniezycy, ktora ma nas nawiedzic w niedziele, ale ja oraz M. podchodzimy do takich rewelacji raczej ze wzruszeniem ramion. Jakies zapasy mamy, bo nigdy nie kupujemy jedzenia na styk, wiec jechalam na takie zwykle, tygodniowe zakupy. Tymczasem pod sklepem pelny parking! Ludzie kraza zeby znalezc miejsce! W sklepie polki opustoszale: nie ma chleba, nie ma miesa, nie ma sera, nie ma jajek od kur z wolnego wybiegu, nawet mojego mleka migdalowego bez dodatku cukru nie ma! Przebrane jablka, a nawet ziemniaki. :O Ludzie szykuja sie jakby mieli utknac w chalupie na miesiac, a nie na 1-2 dni... W kazdym razie, kupilysmy co sie dalo, po czym w korkach wrocilysmy do domu. Ledwie zdazylam rozpakowac torby, a dla Kokusia przyszedl czas jazdy na "bal". Na szczescie jego oraz jeszcze innego chlopca, zabrala mama jednego z kolegow.

Chlopak kategorycznie odmowil zapozowania, wiec fota pstryknieta z zaskoczenia. :D Jak pisalam wyzej, koszula nieco przykrotka, ale sam jest sobie winien

Ja zaoferowalam, ze chlopakow odbiore. Mialam wiec taki troche wieczor do pupy, bo na 20:45 musialam zasuwac do szkoly. Tam rece mi opadly, bo kolejka do odebrania dzieciarni, stala zygzakiem przez caly parking az na ulice. Dwa razy dzwonil do mnie syn gdzie jestem, bo czekali na zewnatrz i bylo mu zimno. Coz, przed wyjsciem mowilam zeby wzial cieplejsza kurtke, ale nie. Zalozyl taka zupelnie nieocieplana. W ogole, gdyby nie ochrzan, poszedlby przy -5 stopniach w krotkim rekawku. :O A teraz mu ziiiimno... Zrobilam koleczko po miasteczku bo jeden z chlopcow mieszka w zupelnie innej czesci niz my, po czym w koncu moglam wrocic na dobre do domu i zasiasc przy ogniu. Na szczescie, przed wyjsciem wrzucilam do kominka wieksza klode, wiec kiedy dojechalam jeszcze sie lekko palila.

Trzymajcie kciuki zeby nas kompletnie nie zasypalo! ;)