piątek, 9 października 2026

Pazdziernikowy tydzien pod znakiem roboczego wku*wu

Jak juz napisalam ostatnio, w piatek, 2 pazdziernika, Bi miala po poludniu zawody. Zawiozlam ja na 15 na rozgrzewke, ale nie chcialo mi sie na nia patrzec, a do domu wracac sie nie oplacalo, wiec poszlam powygrzewac sie w sloncu. Basen jest czescia prywatnej szkoly dla dziewczat, wiec maja nie tylko piekny budynek, ale tez teren naokolo, m.in. patio z krzeselkami oraz stolikami. Klaplam na jednym z nich i spedzilam blogie pol godziny, cieszac sie pewnie ostatnim upalnym dniem w tym roku. Az za upalnym. Czlowiek zdazyl sie odzwyczaic od takich temperatur, a tu zrobilo sie 27 stopni i zwyczajnie sie roztapialam. Kiedy sobie spokojnie siedzialam, zadzwonil Nik, ze kolega chce z nim jechac na ryby do naszego klubu, ale wzielam moje auto, ktore ma "przepustke". Odpowiedzialam, ze przeciez tata moze go zawiezc przed bramke, a wjedzie z kolega i jego rodzicem. Okazalo sie, ze malzonkowi sie nie chcialo, wiec syn dzwonil, czy moze nie opuscilabym kawalka zawodow i go nie zawiozla. :O No chyba obaj oszaleli! Mialam do klubu 3x dalej niz M. z domu, a jeszcze musialabym jechac az do chalupy po Kokusia! Odpowiedzialam twardo ze ojciec ma go zawiezc, a on niech odda tacie kolegi kase za przywiezienie go jako goscia. Napisalam pozniej do Nika czy jedzie i odpisal, ze tata go zawiezie. Laskawca, slowo daje! :/ W koncu zawody sie rozpoczely, wiec poczlapalam na trybuny.

Dziewczyny zagrzewaja sie do "walki"

Pisalam juz kilkukrotnie, ze Bi to sprinter, a nie maratonczyk? Ja to wiem, ona to wie i nie wierze ze jej trener rowniez tego nie zauwazyl. Tymczasem, tego dnia wszystkie wyscigi miala najdluzsze z mozliwych. Jeszcze na 100m kraulem poszedl jej ok, bo doplynela 6 na 8. Pozniej jednak plynela 200m, a na koniec maraton wszystkich zawodow, czyli kraulem na 500m. To jest 20 dlugosci basenu! Wyscig jest tak dlugi, ze na jednym koncu zawsze siedza dziewczyny z tablicami, na ktorych otwieraja numery i zanurzaja tablice w wodzie, zeby plynace widzialy przy ktorej sa dlugosci i sie nie pomylily. Oba wyscigi, i ten na 200 (8 dlugosci basenu) i ten na 500 Bi przyplynela ostatnia. Przy czym, pozniej zla byla sama na siebie, bo mowila, ze wiedzac o tym, ze wyscigi byly dlugie, nalozyla sobie takie rowne tempo, zeby wytrzymac, szczegolnie przy tym drugim. No i po fakcie stwierdzila, ze mogla jednak plynac szybciej, bo nie zmeczyla sie az tak, jak sie obawiala. Mysle, ze to dobra lekcja...

Najlepsza czesc zawodow, czyli pogaduchy z kolezankami 

Po powrocie do domu, usiadlam sobie na chwilke, za to panna zaczela sie goraczkowo szykowac, przebierac i suszyc wlosy. Tego dnia w szkole Potworkow odbywal sie mecz football'u. Z jakiegos powodu to wazne wydarzenie. Schodzi sie wiekszosc uczniow, nawet tych, ktorzy sie tym sportem malo interesuja. Grupa cheerleader'ek oczywiscie pokrzykuje i macha pomponami, a orkiestra deta przygrywa w przerwach. Poza rodzinami i znajomymi graczy, dla reszty to zwykle spotkanie towarzyskie. Na ktorym szkola niezle zarabia, bo wstep dla uczniow kosztowal $4, ale dla rodzin juz wiecej. Cale wydarzenie ochrzczono jako "blackout" i wszyscy mieli sie ubrac na czarno. Mecz zaczynal sie o 19 i Starsza wychodzila z domu w tym samym czasie kiedy ja wyjezdzalam po syna zeby odebrac go z ryb. Bi umowila sie z cala gromada kolezanek, a z jedna, ktora mieszka na sasiednim osiedlu, pojechaly na rowerach i spotkaly w polowie drogi. Tu oczywiscie nasluchalam sie od M., ze ja tak puszczam i ze jak one beda po nocy wracac, itd. Gledzil i gledzil, ze jego rodzice w tym wieku nigdzie nie puszczali, ze kto to slyszal, itd. W sumie moja matka mnie tez trzymala pod kloszem, chyba ze jakas jej znajoma namawiala zebym jechala z dziecmi jej krewnych i znajomych, gdzie sama tupalam noga, ze nigdzie nie jade z obcymi. Z drugiej strony, my dorastalismy w innym kraju z nieco innymi tradycjami. W moim liceum, jedyna aktrakcja (poza studniowka) byla szkolna dystkoteka, ktora zreszta mialam tylko w I klasie, bo pozniej dyrektor zabronil. Nawet nie pamietam co tam sie wydarzylo, ale wiem, ze w pozniejszych latach nasza szkola fundowala zero, null przyjemnosci. Nie bylo tez zadnych konkursow ani zajec dodatkowych. Z perspektywy czasu stwierdzam, ze beznadziejnie nudne bylo to moje liceum... Tak czy siak, malzonek sie umarudzil i oczywiscie cala wina byla po mojej stronie, bo nie chcialam dziecka odebrac. Tyle, ze ja wiem jak wyglada odbior dzieciaka po takiej "imprezie" i sam wyjazd spod szkoly, gdzie na raz wyjezdza kilkaset aut. Poza tym, tu juz oboje, dalismy Bi kilka rad oraz przykazan, ktorych nie bardzo chciala sluchac: zeby uwazala na siebie, zeby trzymala sie z kolezankami, zeby wziela gaz pieprzowy, zeby patrzyla jadac na rowerze, bo na osiedlach zdarzaja sie auta, ale tez laza cholerne niedzwiedzie, itd. Panna przewracala oczami, ale kiedy wracala, sama przyznala ze cala droge glosno spiewala zeby "misie" slyszaly ze nadjezdza. Biedni sasiedzi. :D Kiedy siostra brylowala na salonach trybunach, ja pojechalam do klubu po mlodsze dziecko. W dzien bylo goraco, wiec sporo ludzi skorzystalo z pogody, wiec minelam kilka aut wyjezdzajacych, a kilka innych stalo nadal na parkingu. Mimo wszystko, kiedy dojechalam nad staw, ktory jest otoczony drzewami, panowal juz zmrok i z kazda minuta robilo sie ciemno. Oczywiscie, jak to z Kokusiem; pisze zeby go odebrac o 18:45. Dojezdzam, wysylam sms'a ze jestem. Nic. Po kilku minutach dzwonie. Nie odbiera. Wytezam wzrok patrzac na sciezke nad staw, ale ciemno jak w doopie, wiec guzik widze. Mija kolejne kilka minut i powaznie zaczynam sie zastanawiac czy nie isc go szukac. Tyle, ze ciemno, staw otoczony drzewami, a ja nie mam nawet latarki, poza telefonem. Naokolo las i tylko jedno inne auto (ktore okazalo sie nalezalo do taty kolegi Nika), mowy nie ma zebym wylazla z bezpiecznego auta. Siedze wiec i sie wkurzam. W koncu - ida. Okazalo sie, ze im sie przeciagnelo, bo choc kolega przywiozl zywa przynete, to chcial lowic na wabiki. W rezultacie, Mlodszy zlowil chyba z 8 ryb, a tamten zadnej. I na sam koniec stwierdzil, ze musi choc jedna zlowic, wiec wziac przynete... Tyle, ze oczywiscie ryba nie zawsze zlapie sie natychmiast, wiec czekali az jakas sie nabierze... Wkurzylam sie oczywiscie, bo skoro pisze, ze mam byc o okreslonej porze, to on tez ma pilnowac zegarka i w tylku mam ze kolega na sam koniec uparl sie, ze musi miec rybe i koniec. :/ W kazdym razie, w koncu wrocilam z synem do domu i pozostalo czekac na corke. Swoja droga, to jest wlasnie roznica pomiedzy Bi a Nikiem. Ona z wlasnej woli nie przepusci zadnej szkolnej imprezie. Musimy albo my jej nie puscic, albo okazuje sie, ze polowa jej kolezanek nie idzie bo cos tam. Nik? Wolal ryby od jakiegos tam football'u. ;) Mecz skonczyl sie podobno o 21, wiec panna dojechala kwadrans pozniej. Mowila, ze troche mialy jednak z kolezanka cykora, dlatego gromko spiewaly po drodze. No ale wrocily bezpiecznie, a to najwazniejsze.

W sobote z blogoscia odsypialam. Nadeszla pora roku, kiedy o 6 rano nadal jest ciemnawo, wiec ciezko sie obudzic i choc tydzien byl w miare spokojny, czulam sie potwornie zmeczona. Nie pomagalo, ze w piatek przyszedl okres, choc przynajmniej raz o czasie... Kiedy wreszcie zwloklam sie z wyrka, ogarnelam i zjadlam sniadanie, to wyciagnelam odkurzacz oraz mopa i polatalam po podlogach na dole. Pozniej cos przekasic, a na 14 Bi miala zawody. Takie dla "wybrancow", wiec panna miala mieszane uczucia, bo z jednej strony byla dumna, a z drugiej jej sie zwyczajnie nie chcialo. ;) Rok temu jej zespol liczyl tyle dziewczyn, ze na te zawody dla najlepszych sie nie lapala, bo tu trener moze wystawic ograniczona liczbe zawodnikow. W tym roku dziewczyn jest mniej, wiec i ona dostala sie do tej grupki. Poniewaz na takie specjalne zawody zjezdza sie duzo druzyn (naliczylam 10) to rozgrzewka byla na 14, ale wyscigi rozpoczynaly sie dopiero o 15, zeby kazdy zespol mial czas sie rozgrzac. Nie mialam daleko do domu, bo okolo 15 minut, ale nie chcialo mi sie wracac, zeby za pol godziny jechac ponownie. Tym bardziej, ze (jak zobaczycie za chwile) i tak sobie pojezdzilam w te i spowrotem. Przesiedzialam wiec cala rozgrzewke i doczekalam zawodow. 

Kolejka przy rozgrzewce

Cale szczescie, ze Bi plynela zaraz w pierwszym wyscigu, 25m kraulem, czyli jedna dlugosc basenu. Takiej mini odleglosci nie plynela chyba odkad ukonczyla 8 lat! :D Te zawody byly troche dziwne, bo samych wyscigow bylo tylko 10, ale z powodu ilosci zawodniczek, w kazdym bylo kilka (lub kilkanascie) "kolejek" (heats). W pierwszym bylo ich az 17! :O Bi plynela w osmej kolejce, czyli mniej wiecej polowie stawki, bo zawodniczki jak zwykle dobierane byly wedlug czasow. Przyplynela 6 na 8 w swojej grupie, wiec tak srednio, choc nie wiem jakie ostatecznie zajela miejsce, bo nie znam liczby zawodniczek, a trener nie wyslal jeszcze wynikow. Pozniej plynela w wyscigu nr. 3, czyli kraulem na 50m i nr. 5, czyli stylem grzbietowym, rowniez na 50m. Mialam nadzieje, ze uda mi sie zobaczyc chociaz trzeci, ale pierwszy trwal w nieskonczonosc, a potem wieki cale przymierzali sie do nastepnego, zbierali dziewczyny, ludzie mierzacy czasy musieli przejsc na druga strone basenu, itd. Tymczasem ja umowilam sie z M. ze dojade do niego i Kokusia na 16 do kosciola na msze. Tam mialam juz troche dalej, wiec wyszlam o 15:35. Zastanawialismy sie co robic, bo od biedy moglabym pojechac na msze sama z Potworkami lub Bi w niedziele. Tyle, ze u nas w niedziele msze sa tylko poranne, a ja naprawde potrzebuje odespania i takiego spokojnego powylegiwania sie w weekend. Stwierdzilismy wiec, ze pojedziemy z Kokusiem normalnie, w sobote, a panna sobie odpusci, z czego ta ostatnia byla zreszta bardzo zadowolona. ;) Jak na zlosc, nie dosc ze msze prowadzil taki ksiadz - flegmatyk, to do tego mial pierdylion ogloszen i jeszcze pierdzielil kilka minut o specjalnym wydarzeniu z okazji dnia Franciszka z Asyzu (swiecenie zwierzakow - zartowalam z M., ze przywioze Maye, to moze przestanie popuszczac :D). Jak o 17 wszystko sie skonczylo, to pedem stamtad wypryslam i popedzilam spowrotem na basen. Kiedy dojechalam, oczywiscie nie mialam pojecia ktory wyscig akurat trwa, ani ile jeszcze zostalo. Na szczescie akurat obok wejscia rozlozyla sie jedna z druzyn i na scianie przyczepila kartki z rozpiska. Poniewaz wszystkie panny gdzies polazly, to przelawirowalam miedzy rozrzuconymi plecakami i zerknelam na grafik. Okazalo sie, ze akurat trwal wyscig #9, a wiedzialam ze Bi plynie w #10 w kolejce nr. 5. Tym razem plynela w czyms zwanym 1 IM, czyli jedna dlugosc basenu kazdym stylem. Razem 100m. Style w okreslonej kolejnosci; jak sie pomylisz, to cie zdyskwalifikuja. ;) Tym razem doplynela 7 na 8 w swojej kolejce. Coz, przynajmniej nie ostatnia. :D Pozniej mowila mi, ze w obu wyscigach nr. 3 i 5 przyplynela 6 na 8. Cos ta szostka jej sie uczepila. Panna byla zla na siebie, bo w stylu grzbietowym zle policzyla odleglosc od choragiewek i zamiast dotknac brzegu reka, uderzyla w niego glowa. :O Nie dosc, ze ma guza i obtarla o brzeg palec (bo ramie miala juz w gorze), to jeszcze na pewno stracila na tym cenne sekundy. Coz, bywa... Po ostatnim wyscigu Bi zawody nadal trwaly bo plynely nastpne kolejki, ale Starsza mogla sie przebrac i jechac do domu. Zajechalysmy jeszcze po drodze do Dunkin' bo pannie sie przypomnialo, ze po kazdych zawodach Kokusia kupuje napoje. Tyle, ze przy biegach przelajowych, wiadomo, Nik zawsze jest zgrzany i spocony, wiec wiadomo ze chce mu sie pic. Ale po basenie to raczej chyba potrzeba czegos na rozgrzewke, bo ta woda jest raczej chlodna, a czlowiek wilgotny i z mokrymi wlosami... No ale jak chciala to zajechalysmy. Na szczescie na tym zakonczylam ta zalatana sobote...

W niedziele moglam ponownie pospac i bardzo sie zdziwilam, kiedy zadzwonil budzik, oglaszajacy ze zrobila sie 9 rano. ;) Kiedy wstalam (co opoznilo przyjscie kiciula, ktory tym razem postanowil byc mily i sie pomiziac), szybko upieklam ciasto z jablkami. Malzonek jak tak to zrzedzi mi "nie kupuj tyle tego czy tamtego", ale jak ostatnio zrobil zakupy, kupil dwie paczki jablek (ktorych poza nim u nas praktycznie nikt nie je) i teraz niektore zaczely juz sie marszczyc. Zuzylam wiec chociaz czesc, a przy tym w domu zapachnialo jesienia. Ranki zrobily sie chlodne, w domu nieprzyjemnie bo ogrzewanie nadal praktycznie sie nie wlacza, a do tego zapach pieczonych jablek i normalnie jesien panie dziejku! :) Nik od rana strzelal focha, bo dzien wczesniej chcial jechac po kosciele na ryby, ale kiedy wrocilam z Bi (moje auto ma przepustke do klubu) bylo za pozno. Myslal wiec, ze pojedzie w niedziele rano, tymczasem M. wzial moj samochod do pracy. Kiedy wrocil, zaproponowalam synowi podwozke, ale stwierdzil ze wtedy nie zobaczy dziadka. Milo ze o tym pomyslal, ale potem chodzi zly. Kiedy moj tata pojechal, zebralam sie na zakupy, w towarzystwie Bi. Nik sie wahal, bo stwierdzil ze nie pamietam co mu kupic, ale z drugiej strony ciagnelo go na rybki. ;) W koncu dal mi liste swoich "zyczen", z ktorych i tak polowy nie dostalam, ale wybral ryby. Odstawilam go do klubu, a potem pojechalysmy ze Starsza do supermarketu. Potem podjechalysmy do ksiegarni, bo niedawno wyszla ksiazka, ktora Bi chciala przeczytac. Ostatecznie wziela jeszcze jedna, zabraklo jej kasy i zaplacic musialam ja. Ta to wie jak sie urzadzic. :D Nastepnie podjechalysmy po bubble tea, a po drodze zaczelo... padac. Prognozy nic takiego nie zapowiadaly, a tu masz. Martwilam sie, ze Nik siedzi tam w deszczu nad jeziorem, ale okazalo sie, ze u niego przeszlo bokiem. Wrocilam do domu, zdazylam otworzyc bagaznik i... zadzwonil Mlodszy, czy ktos moze go odebrac. No to szybko przenioslam torby do garazu, M. z corka zabrali sie za wnoszenie ich do gory i rozpakowywanie, a ja pojechalam po syna. Zaskakujaco, byl w calkiem niezlym nastroju, mimo ze zlapal tylko 1 rybe. I tak zlecial weekend, po czym trzeba bylo sie szykowac na tygodniowy kieracik.

Poniedzialek to wczesna pobudka, ogarniecie sie i do roboty. Jeszcze zdazylam ochrzanic Kokusia, bo latam jak wsciekla, pakuje sobie sniadaniowke, wypuszczam psiura, myje sie, maluje, wpuszczam Maye, zakladam jej na tylek pieluche i wolam zeby sie szykowali do wyjscia, a ten mi wyskakuje z jakims tekstem, ze on jest gotowy i to oni czekaja na mnie. Cisnienie mi sie w sekunde podnioslo i opierdzielilam, ze w niczym nie pomoga, a mogliby chociaz psa wypuscic, wpuscic, nalozyc jej pieluche i pozasuwac bramki. Ale nie, wszystko na mojej glowie, a on mi jeszcze powie, ze musi na mnie czekac! :/ Zawiozlam niesforna mlodziez pod szkole i pojechalam do roboty. Tam z jednej strony fajnie, bo byla kolezanka z kwietniowego wyjazdu, wiec sobie pogadalysmy. Okazalo sie, ze facet z jej grupy, ktory byl z nami na tym wyjezdzie i juz wtedy miedzy wierszami mozna bylo wyczytac, ze nie jest zadowolony, odszedl. Troche przykro, bo mial fajna osobowosc, a do tego z czasem myslal o przeniesieniu sie do naszego biura, wiec byloby wesolo, a tu masz. W dodatku ponoc odszedl znienacka i dal tylko kilka dni wypowiedzenia. Nikt z jego grupy nawet nie wie dokladnie kiedy odszedl i dokad.

Podczas spacerow wokol budynku, nadal widuje tego goscia, uprawiajacego joge czy palates na chodniku przy ulicy :D

Pozniej mialam moja cotygodniowa rozmowe z szefem, wszystko mi opadlo i przeszlo przez mysl, ze moze tez powinnam powiedziec do widzenia. Okazuje sie, ze polowa tego co znalazlam i za co wystawilam doktorkowi uwage przy ostatniej inspekcji, jednak nie powinna byc uwaga. Tylko, do kurwynedzy (wybaczcie, ale jestem naprawde wsciekla), ja sobie tej uwagi nie wystawilam tak o! Tylko obgadalam z szefem to, co znalazlam! Co jeszcze, w mojej uwadze byly dwie czesci i co do drugiej to sam moj szef zasugerowal, ze pownna sie tam znalezc! A teraz, kiedy przeczytal moj raport, nagle odkreca kota ogonem i wymysla, ze nieee, to jednak nie jest odpowiedzialnosc firmy, itd. Szlag mnie trafi! Najgorsze, ze poprawic uwage to jedno. Ale potem, taka poprawiona, trzeba zawiezc do firmy i wreczyc doktorkowi z wyjasnieniem dlaczego zostala zmieniona! :O Czyli, nie dosc, ze szef sam mnie wkopal, to jeszcze teraz to ja mam sie wystawiac na obciach! Kiedy to pisze, minelo juz kilka dni, a ja nadal sie gotuje... :/ Po robocie wrocilam do chalupy, gdzie M. przed momentem przywiozl z treningu Bi. Nik mial tego dnia pasta party, ale zaraz na sasiednim osiedlu, wiec poszli z kolegami gromada po bieganiu, a pozniej wrocil piechota do domu. Bylam bez humoru, wiec wieczor spedzilam na sprzataniu i skladaniu prania. Wiadomo, ze na stres nie ma jak polatac ze szmata... ;)

We wtorek pracowalam z domu, wiec wstalam pozniej bo musialam zwlec sie tylko na czas zeby zawiezc mlodziez do szkoly. Tego dnia obydwoje mieli po lekcjach zawody, Bi wyjazdowe, wiec wzdychala ciezko, a Nik u "siebie", tyle ze w biegach przelajowych, to "u siebie" oznacza nasz klub. Co gorsza, szkola zapewniala autobus do klubu, ale stamtad mieli juz dzieciaki odebrac rodzice. Serio, widze, ze czesc mlodziezy moze chciec brac udzial w szkolnych sportach, ale nie moze, bo ma rodzicow pracujacych do pozna i nie ma ich kto wozic i odbierac. Bo przeciez co chwila z tych czy innych zawodow, czy jak przy plywaniu z kazdego treningu, wymagaja zeby dzieciaka odebrac... Dla mnie dzien byl kontynuacja wku*wu na szefa. Rano musialam poprawiac cholerna uwage, gdzie okazalo sie, ze szef sam nie do konca wiedzial jak to robic. W dodatku, w przepisach jak byk bylo napisane, ze ogolnie uwag nie poprawiamy (bo firma moze na nie odpowiedziec i centrala we wlasnym raporcie wpisac, ze byla bezpodstawna), chyba ze naprawde musimy. I tu, uwazam, ze nie musialam tego robic, bo obydwie uwagi byly uzasadnione, szef uparl sie tylko usunac takie doslownie szczegoliki. Nie mam pojecia dlaczego sie tak zawzial... W kazdym razie, przy poprawianiu doszlismy do punktu, gdzie przepisy mowily zeby dodac tekst, ale guzik, gdzie mozna bylo to zrobic automatycznie, byl zablokowany w systemie. Mozna bylo recznie dodac tekst, ale szef nie byl pewnien czy ta sytuacja tego dotyczy i stwierdzil, ze skonsultuje sie z wlasna szefowa. Trzymalam kciuki zeby moze ona poszla po rozum do glowy i oznajmila, ze co tu w ogole poprawiac? No niestety, po jakims czasie szef odpowiedzial, ze tekstu nie trzeba dodawac, wystarcza poprawki. Musialam wiec zadzwonic, zeby umowic sie z doktorkiem na odebranie poprawionej uwagi. Oczywiscie skonczylo sie zostawieniem wiadomosci, bo kto by odbieral. Po paru godzinach doczekalam sie zwrotnego telefonu i zonk. Zadzwonila pani, ktora asystowala przy ostatniej inspekcji, zeby przekazac mi, ze doktorek wyjechal na slub corki, do Kalifornii. I nie wraca do konca nastepnego tygodnia. Spytalam kiedy dokladnie bedzie, ale wiadomo, skoro chlop jest na urlopie, to pani nie byla pewna ani dokladnie ktorego dnia pojawi sie w klinice, ani czy bedzie w stanie polaczyc sie telefonicznie. Zwlaszcza, ze Kalifornia jest w innej strefie czasowej... Musialam ponownie pisac do szefa, ktory odpowiedzial ze w takim razie chyba bede musiala wyslac poprawiona uwage listownie. Tyle, ze przepisy mowia, ze wowczas trzeba przez telefon objasnic osobie otrzymujacej ja, co sie zmienilo. A jak napisalam wyzej, nie bylo gwarancji ze doktorek bedzie pod telefonem. Ja zas nie moge sfinalizowac raportu az nie wrecze komus poprawionej uwagi i nie wyluszcze zmian. Bledne kolo. :/ Ponownie trzymalam kciuki, zeby szef odpuscil, ale gdzie. Po jakims czasie odpisal, ze skonsultowal sie ze swoja szefowa, ktora odpisala, ze poniewaz nic do uwagi nie dodajemy, tylko czesc szczegolow skreslamy, wedlug niej mozemy ja wreczyc komus innemu. To wg. niej troche mnie zaniepokoilo skoro nawet ona nie jest pewna... Pojawil sie za to kolejny problem, bowiem z calego zespolu doktora nie zostal nikt. Komu wiec mam to wreczyc?! Stanelo na managerce, ktora asystowala przy inspekcji. Zadzwonilam i na szczescie miala czas kolejnego dnia, ale dopiero po poludniu. A ja mialam nadzieje pojechac tam z rana i jak najszybciej obrocic, bo to 45 min jazdy w jedna strone, ech... :/ Jak pisalam wyzej, tego dnia Potwory mialy zawody, M. zas postanowil od razu po pracy pojechac na silownie. Nikogo z rodziny nie widzialam wiec az do konca mojej roboty, a zaraz po jej zakonczeniu popedzilam na umowiona wizyte u okulisty. Nie bylam tam juz prawie 3 lata i choc moje okulary trzymaja sie calkiem niezle, to jednak musialy mi gdzies spasc plasko na szkla, bo na prawym mam cala plame delikatnych rysek centralnie na lini wzroku. Poza tym, ostatnio okulistka tak mi dziwnie dobrala korekte, ze choc myslalam, ze sie przyzwyczaje, do konca mi one przeszkadzaly. Nie wiem co ona zrobila, ale patrzac na nieco dalsze odleglosci, lewe oko widzi zdecydowanie wyrazniej, za patrzac blizej, jak w ekran kompa lub telefonu odsunietego na dlugosc ramienia, to prawe oko lepiej lapie ostrosc. Przez trzy lata ciagle mnie to irytowalo, ale bylam zbyt leniwa zeby pojechac i umowic na zmiane. Teraz jednak doszly te rysy, no i przyszedl ogolnie czas na cos nowego, wiec pojechalam. Troche zmotywowal mnie M., ktory mial badania w pracy i powiedzieli mu, ze czas juz na okulary, bo w jego pracy wymagany jest poprawny wzrok. Bronil sie jak dlugo mogl, ale w koncu musial zaakceptowac fakt starzenia sie. I tak dlugo mu sie udalo, bo przeciez ma juz prawie 5 w kodzie na przodzie. :D Swoja droga to nie wiem dlaczego az tak przezywa te okulary, choc moze nie rozumiem tego bo sama zaczelam je nosic w wieku 17 lat... ;) No to pojechalam i na szczescie teraz maja maszyne robiaca zdjecie dna oka bez zakraplania, wiec wszystko poszlo szybko i sprawnie. Niestety, wada troche mi sie poglebila, a w ktoryms momencie juz stala w miejscu. Mozliwe, ze duzo jazdy i wytezania wzroku zrobilo swoje. Co ciekawe, okulistka powidziala ze poglebila mi sie tez wada do czytania, chociaz narazie zupelnie tego nie odczuwam. Wystarczy, ze zdejme okulary i moge czytac bez problemu. Z mniej przyjemnych spraw, gdzies w glebi oka znalezli malego krwiaka i lekarka spytala czy mam cukrzyce lub nadcisnienie! :O Z tego co wiem, to nie mam, ale w sumie nie chodze do lekarza, wiec kto wie... Babka poradzila zeby znalezc ogolnego lekarza i przechodzic coroczne "ogledziny", ktore moga wykryc poczatki czegos niepozadanego. Oczywiscie ten krwiak mogl byc tez od mocniejszego odkaszlniecia, wiec mam wrocic za 6 miesiecy zeby zobaczyc czy znikl i nie pojawia sie nic nowego. Suuuper... Starosc nie radosc. W kazdym razie, wzielam sobie do serca rade i musze znalezc jakas lekarke. Mysle, ze wole kobiete, bo przeciez stoje juz u progu menopauzy i mysle ze kobiecie latwiej bedzie okreslic czy rozne przypadlosci to przypadek, czy po prostu zmiany zwiazane z hormonami... Poza tym, niestety, tutaj bez skierowania od lekarza ogolnego, nawet morfologii nie zrobisz. Moze wiec to dobry pomysl zaczac chodzic do kogos regularnie. Bedac tam spytalam o okulary malzonka, bo on mial wizyte w polowie wrzesnia i nie pamietal (!) czy ktos do niego dzwonil, ze przyszly. Okazalo sie, ze sa i pozniej M. mial pretensje, ze ich nie wzielam, ale oni przeciez musza zobaczyc jak leza na nosie, czy gdzies sie nie przekrzywiaja, itd. W domu chlopaki juz urzedowaly w najlepsze, ale Bi jeszcze nie wrocila z zawodow. Byly dosc dlugie, bo choc jechaly tylko do sasiedniej miejscowosci (na ten sam basen co w sobote), to dojechaly dopiero dobrze po 18. Wieczor byl wiec mocno skrocony, ale to ostatnio norma. ;)

Na ta noc zapowiadali pierwsze przymrozki, choc rano okazalo sie, ze bylo +2. I tak dosc zimno jak na poczatek pazdziernika i w nocy powlaczaly sie kaloryfery. Zebralismy sie i zabralam mlodziez (nawet sasiadke) do szkoly. Pozniej podazylam do roboty, mijajac po drodze zamglone pola. 

Wygladalo to bardzo malowniczo

To az niesamowite ile mgly ciagnie sie od naszej, niezbyt duzej, rzeki. Pozniej niestety wpakowalam sie w kosmiczne korki. Znow po drodze byl wypadek i znow zamkneli autostrade, puszczajac auta tylko jednym pasem. Nawigacja pokazala mi zebym zjechala wczesniej i tak zrobilam, myslac ze moze przejade miastem. Niestety, polowa podazajacych w moim kierunku, miala chyba takie same plany i wpadalam w zator po zatorze. Miasto w godzinach szczytu to koszmar i szybko pozalowalam, ze nie zostalam na autostradzie. Tym bardziej, ze glupia nawigacja, poprowadzila mnie przez kilkanascie zakorkowanych ulic, zeby... ponownie pokierowac mnie na autostrade! Nie znam tego miasta na tyle dobrze, zeby pojechac samej, wiec bylam zdana na laske i nielaske nawigacji. Ta zas skierowala mnie ponownie autostrada na odleglosc 1.5 km od mojego zjazdu! Podejrzewam, ze miastem bylabym na miejscu w kilka minut, ale nie. Ostatecznie jechalam ponad godzine, a przypominam, ze powinnam jechac niecale 20... :/ W pracy poczatek dnia byl w miare spokojny. Walczylam z poprawa tej cholernej uwagi, bo nasz system niestety czasem przeczy temu, co mamy w przepisach. Dla przykladu, w przepisach napisane jest jak byk, ze poprawa uwagi nie zmienia daty zakonczenia inspekcji. Ta data jest wazna, bo firmy maja 15 dni roboczych na odpowiedz. W przepisach jest wiec jedno, a w systemie, kiedy klikalam zeby drukowac, wyskakiwalo mi okienko, zeby upewnic sie ze zmienilam date konca inspekcji na dzisiejsza! :O Kilka razy musialam wiec pisac do szefa z pytaniem, co mam robic. W koncu udalo sie glupia poprawke wydrukowac i o 13 spakowalam na wszelki wypadek laptoka i pomaszerowalam do garazu po sluzbowe auto. Na miejscu mialam byc na 14 i wydawalo mi sie ze wyszlam z zapasem, tymczasem zanim zeszlam do piwnicy, zanim wklepalam milaz i gdzie jade i podlaczylam telefon (zeby miec nawigacje), to okazalo sie, ze czas dojazdu pokazalo na 14:01. No swietnie, bo jak bylyby jakies korki, to dojechalabym spozniona. Na szczescie nie bylo, w trasie troche nadrobilam i dojechalam o 13:57. Babka, z ktora bylam umowiona, juz czekala, wiec szybko pokazalam jej zmiany, podziekowalam za czas i pojechalam. Kolejne 45 minut na autostradzie i o 15 bylam spowrotem w biurze. :D Niestety, teraz musialam jeszcze dodac szczegoly zmian do raportu, bo nie ma lekko... Po pracy wrocilam do chalupy i, chyba przez stress i jazde jak glupia przez prawie caly Stan, rozbolala mnie glowa. Wzielam prysznic, posiedzialam na kanapie tepo patrzac w telefon, po czym poszlam spac. A! Jeszcze zdazylam popodziwiac nowe bryle malzonka! Mnie sie podoba. Wyglada niczym intelektualista. Powiedzialam, ze w koncu pasuje do niego ten tytul inzyniera. ;) On jest za to strasznie niezadowolony i twierdzi, ze nie bedzie ich nosil, poza badaniami w pracy. Poradzilam zeby zakladal je chociaz do jazdy autem i ogladania telewizji, ale oznajmil twardo, ze nie chce zeby mu sie oczy przyzwyczaily. No tak, lepiej sie meczyc. A niedawno sam mowil, ze nawracajace bole glowy to moze przez oczy... Co robic; jest dorosly. Niech robi co chce. Choc ta jego wada faktycznie jest malutka - -0.5.

Czwartek to ponownie wczesna pobudka, zebrac sie i mlodziez do szkoly, ja do roboty. Tam kontynuacja poprawek do raportu, gdzie konca nie bylo widac. Szef co chwila, do tego samego paragrafu kaze dodawac nowe szczegoly, az mialam ochote napisac, ze jak chce zeby to bylo napisane w jakis szczegolny sposob, to moze napisac to sam. Ja sie nie pogniewam. :/ W koncu, poznym popoludniem, raport zostal zakonczony, szef go "przyklepal", a ja odetchnelam z ulga. Zaczelam tez porzadkowac foldery z inspekcji, bo mam w nich straszny burdel: zalaczniki tego rodzaju, zalaczniki tamtego rodzaju, pierdylion wersji raportu w formacie Word, kolejnych kilka w PDF, a do tego jakies przypadkowe dokumenty, ktore zebralam, a ostatecznie nie wykorzystalam. Stwierdzam, ze w kazdym musze porobic dodatkowe foldery i wszystko posegregowac. Wyszlam i... utknelam. Na trasie byly dwa wypadki (ladna pogoda, a ludzie jezdzic nie umieja...) i choc jeden juz posprzatali, a przy drugim juz tylko auta ladowali na lawety, korki, ktore sie porobily nie rozladowaly sie przez kilka dobrych godzin... A ja tego dnia musialam odebrac Bi z basenu, bo M. jechal po pracy do dentysty. Nik sobie wrocil po treningu piechota. Na szczescie dojechalam na czas i panny (zabieralam tez kolezanke) nie musialy czekac. Odwiozlam kolezanke, wrocilysmy z Bi do domu, gdzie byl juz Nik, a po obiedzie niestety musialam zabrac mlodziez do sklepu. Niestety, bo mielismy 22 stopnie i wolalabym posiedziec sobie na ganku zamiast szlajac sie po supermarketach, ale coz. Druzyna Kokusia na kolejny dzien wymyslila sobie wymianke slodyczowo-napojowa, ja ta, ktora Bi ma co zawody. Tyle, ze trenerzy zamiescili liste kto dla kogo kupuje, dopiero w czwartek na treningu. Uwielbiam takie akcje na ostatnia chwile. :/ Pojechala z nami oczywiscie Bi, ktora zadnemu sklepowi nie przepusci, a przy okazji kupila tez slodycze i chipsy na wlasna wymianke, choc jej najblizsze zawody sa dopiero w srode. Po powrocie do domu, uparcie siadlam na ganku, choc posiedzialam raptem 10 minut, bo robilo sie pomalu ciemno, a temperatura gwaltownie spadala...

Kamery uchwycily "polujacego" psiura. Widzicie ten ciemniejszy punkcik przed Maya? Oreo cos zlapala, ale pies "to" (mysz lub nornice) sploszyl. "Cos" zaczelo uciekac po podjezdzie, a co ciekawe, to nie kiciul za tym pobiegl, tylko nasz stary, leniwy psiur! :D

W piatek moglam pospac troche dluzej, bo pracowalam z domu. Wstalam tuz przed 7 zeby zawiezc mlodziez do szkoly, po czym wrocilam do chalupy. Umylam sie i zjadlam sniadanie i czas byl odpalic sluzbowego kompa. Teraz, kiedy raport wreszcie skonczylam, a kolejna inspekcje mam dopiero za 2 tygodnie, wlasciwie nie wiedzialam co ze soba zrobic.  Zadzwonilam nawet na moment do siostry, bo przy napietym grafiku i szesciu godzinach roznicy czasu, nie pamietam nawet kiedy ostatnio dluzej gadalysmy. Okazalo sie, ze cala jej trojca byla tego dnia w domu, bo ponoc w Polsce krazyly plotki, ze mial to byc "krwawy piatek" czy cos w tym stylu. Slyszalyscie cos o tym? :O Podobno cala klasa licealna najstarszej siostrzenicy nie szla do szkoly, wiec siostra zostawila tez w domu mlodsza dwojke. Fajnie bylo poplotkowac i poobgadywac glownie nasze latorosle, ale w koncu ja musialam wracac do pracy, a siostra do sprzatania, bo na wieczor mieli zapowiedzianych gosci. Mila niespodzianka w pracy okazala sie wiadomosc, ze z okazji majcego sie rozpoczac dlugiego weekendu, dostalismy pozwolenie na wyjscie o dwie godziny wczesniej. To znaczy, pozwolenie bylo od departamentu, ale i tak trzeba bylo prosic o nie osobno wlasnego szefa. :D Na szczescie moj zwykle nie robi problemu. O 14 skonczylam wiec prace i moglam oficjalnie rozpoczac weekend. Malzonek wrocil do domu wczesniej, ale wlasciwie prawie sie z nim wyminelam w drzwiach, bo jechalam na zawody Bi. On, jak to on, nie tylko nie mial zamiaru jechac, ale jeszcze namawial mnie zebym zostala. Po pierwsze jednak, dla mnie wazne jest zeby brac udzial w wydarzeniach Potworkow, a po drugie zwyczajnie sprawia mi to przyjemnosc. Ale o reszcie piatku na basenie, to juz nastepnym razem, bo nie chce mi sie wgrywac zdjec. ;)

Milego weekendu! U nas bedzie on dlugi!

piątek, 2 października 2026

Powroty bez oddechu ;)

Sobote, 26 wrzesnia, zaczelam wczesnie, bo juz o 5:30. Niestety, bylam srednio przytomna, bo w piatek do hotelu przybylo mnostwo nowych gosci, wiec gdzie w tygodniu bylo raczej cicho i spokojnie, teraz zaczal tetnic zyciem. Caly wieczor co chwila ktos przelazil korytarzem glosno gadajac, a nade mna mieli chyba male dziecko, bo slychac bylo szybki tupot stop, jakby ktos biegal po pokoju. Niestety, noc przyniosla niewielka poprawe. Po korytarzu nadal lazily pielgrzymki, ktos lomotal w drzwi, ktos inny poszedl do maszyny z lodem (a to potwornie glosne ustrojstwo), zas wisienka na torcie byla jakas para uprawiajaca milosc. Zaczynam podejrzewac, ze ludzie bzykajacy sie w hotelach robia to najglosniej jak sie da, celowo. Logicznie bowiem jest pomyslec, ze kurcze, mam naokolo kupe ludzi, to moze wypadaloby byc dyskretnym? Dodatkowo, do cholery, ile moze trwac jedna akcja?! To juz zaczynalo byc jak w pornolu, kiedy baba steka i pokrzykuje 15, 20, 30 minut! Nie wiem ile normalnych par tyle czasu wytrzymuje kopulacje bez szczytowania, tymczasem w hotelach zawsze ci ludzie lomocza sie w nieskonczonosc. :/ Byl srodek nocy i naprawde korcilo mnie zeby zadzwonic na recepcje, bo wiedzialam ze przede mna wczesna pobudka i dluga droga w kiepskich warunkach. No ale jakos zacisnelam zeby i przeczekalam harce. Tuz przed budzikiem zbudzilo mnie trzasniecie drzwi, bowiem moja wlasna kolezanka miala Ubera na lotnisko zamowionego juz na 5:30. :O Zwloklam sie z lozka, umylam, dopakowalam reszte rzeczy i zjadlam na sniadanie resztki zarelka z calego tygodnia. W soboty sniadanie zaczynalo sie dopiero o 7, wiec je sobie odpuscilam, bo nie chcialam wyjezdzac przed 8. Zaparzylam sobie jeszcze kawe na droge, wymeldowalam sie z hotelu i przed siodma wladowalam walizki do auta i ruszylam. Poczatkowo bylo sucho i miejscami przebijalo nawet wschodzace slonce, ale nie minela nawet godzina, a zaczelo padac. I tak padalo, raz mocniej, raz lzej, z tylko krotkimi przerwami, az do samego domu. Oczywiscie na autostradzie widocznosc byla tragiczna, bo nawet kiedy przestawalo lub troche odpuszczalo, rozbryzg wody spod kol sprawial, ze wycieraczki nie nadazaly. Kiedy padalo mocniej, cala autostrada zwalniala do slimaczego tempa, bo ledwie bylo widac auta przed toba, a pasy "znikaly". Musze jednak przyznac, ze polaczenie paskudnej pogody, wczesnej godziny oraz soboty, sprawilo, ze ruch byl niewielki i zupelnie nie bylo korkow. Obawialam sie, ze przy takiej pogodzie beda poslizgi i wypadki, a tu nic.

Ja jechalam, a Nik wysylal mi zdjecia kiciula owinietego kolderka, bo ten zdecydowal sie przywitac go w lozku ;) 

Zrobilam sobie krociutka przerwe na toalete oraz kupienie kawy ponownie w New Jersey, mniej wiecej w polowie drogi, a pozniej stanelam juz prawie na wysokosci mojej miejscowosci, zeby zatankowac. Dopiero tu odczulam zmeczenie. Dystrybutor nie wydrukowal mi rachunku i musialam pojsc po niego do srodka. Idac czulam lekkie zawroty glowy, choc to moze tez przez to, ze poza kawa, wypilam tylko 1/3 butelki wody. Pozniej pojechalam kolejne 15 minut do biura, zeby wreszcie pozbyc sie sluzbowej fury. Oczywiscie namordowalam sie z drzwiami, bo nie chcialy odczytac mojej karty, a w weekendy nie ma straznikow zeby mnie wpuscili. Na szczescie w koncu zalapaly, a juz mialam wizje, ze musze wracac autem spowrotem do domu. ;) Wpisalam w formularz koncowy przebieg, wyladowalam walizki oraz plecak i z ulga pozegnalam auto, przynajmniej na jakis czas. Mialam szczescie, bo M. (ktoremu dalam znac jak bylam na stacji benzynowej) przyjechal doslownie dwie minuty po mnie, wiec nie musialam czekac. Zreszta i tak stalam w srodku, bo caly czas padalo. Do domu dotarlam wiec niemal rowno o 13 i nie moglam uwierzyc, ze jeszcze tego ranka pilam herbatke w hotelu. ;) Rozczarowal mnie pies, bo wiem, ze jest gluchawa i mogla mnie nie slyszec, wiec to ja podeszlam do niej, zeby sie przywitac. A pies machnal ogonem, odwrocil sie i poszedl na poslanie! To juz bardziej sie cieszy jak po poludniu dzieciaki wracaja ze szkoly, albo jak przyjezdza moj tata! Tymczasem nie bylo mnie tydzien, a Maya najwyrazniej miala to w nosie. Zartowalam potem z Kokusiem, ze pewnie mnie znienawidzila za te pieluchy. :D A co do Kokusia, to zbiegl steskniony na dol zeby przywitac sie z mamusia. Bi odwrotnie, musialam pojsc do jej pokoju, a ona stwierdzila, ze nie wiedziala ze przyjechalam, choc jak pisalam w polowie drogi, to odpisala ze widzi gdzie jestem, bo sledzi moja lokalizacje. Kot za to przede mna uciekl, bo pewnie cala bylam przesiaknieta obcymi zapachami. ;) Wreszcie klaplam na wygodnej kanapie, we wlasnej chalupie i popijajac najlepsza na swiecie kawe, czyli ta z wlasnego zaparzacza. ;) Bardzo dlugo nie posiedzialam, bo na 16 jechalismy do kosciola. Po powrocie Nik skonczyl pakowac plecak i pojechal na nocowanko do kolegi. Ponoc chcial jechac juz poprzedniego dnia, ale M. go ochrzanil, ze mama wraca, a on chce sobie jechac. Podobno strzelil focha. :D W sobote, troche niesmialo, spytal mnie czy bedzie mi przykro jak pojedzie, wiec nie mialam serca mu odmowic. Na szczescie odwiozl go M., bo po tylu godzinach jazdy, na mysl o ponowne siadniecie za kolkiem, az mi sie niedobrze robilo. ;) Wieczor spedzilismy na normalnych kanapowych pogaduchach, a Bi zaszyla sie w swoim pokoju.

W niedziele wreszcie moglam odespac, choc przeszkodzil mi w tym psiur. O 4:40 obudzila mnie, krazac po korytarzu i popiskujac. Pomyslalam, ze moze przycisnelo ja do toalety, wiec niechetnie, ale zwloklam sie z lozka i poczlapalam na dol. Znalazlam odsunieta bramke i pieluche w jadalni, czyli cholerny siersciuch przepchnal sobie przejscie i lazil po calym dole. :/ Faktycznie, kiedy mnie zobaczyla, popedzila pod drzwi. Wypuscilam ja, ale pomimo deszczu, zamiast zrobic co trzeba i wrocic, to ta zolza lazila niewiadomo gdzie. W koncu wrocila, a okazje wykorzystal kiciul i pomaszerowal na dwor. Coz, jak chce sie szlajac w deszcz, to jej wola. ;) Wrocilam do lozka, ale oczywiscie ciezko bylo mi ponownie zasnac, bo zdazylam sie kompletnie rozbudzic. Kiedy w koncu padlam, spalam jak zabita i kiedy o 9 zadzwonil budzik, zupelnie nie wiedzialam co sie dzieje. Wstalam w koncu i ogarnelam sie, ale zanim zaprosilam dziadka na kawe, najpierw wstawilam zmywarke, poskladalam pranie i wlaczylam kolejne. Niestety, podczas mojej nieobecnosci, wszelkie domowe obowiazki staja w miejscu. Nikt nie robi prania, nikt nie sprzata, nooo, czasem ktos (M.) wstawi zmywarke. Wrocilam po tygodniu i nie wiedzialam w co wlozyc rece, a ze w sobote bylam po poludniu kompletnie otumaniona i nie moglam sie za nic zabrac, to wszystko zostalo na niedziele. Wreszcie napisalam do taty, ktory oczywiscie pedem przyjechal, nawet pomimo ulewy. Posiedzielismy z dziadkiem w sumie jak zwykle, tylko trzeba bylo bardziej pilnowac zegarka bowiem na 15 Bi jechala do galerii handlowej. Jedna z jej kolezanek stwierdzila, ze zamiast przyjecia urodzinowego, chce polazic z kolezankami po sklepach. Jestem juz stara i zupelnie nie widze co to za atrakcja, ale coz. ;) Poza tym, dziewczyna zaprosila 16 (!) znajomych pannic, wiec Starsza powiedziala pozniej, ze razem zostaly tylko na wspolnym jedzeniu (za ktore zaplacila solenizantka), a pozniej wszystkie rozeszly sie w grupkach po galerii. I tyle z "przyjecia". :D Wracajac jednak do poczatku. Ja odstawilam corke pod galerie, a M. w tym czasie odebral syna z nocowania. Wrocilam do domu, gdzie Nik czekal juz na mnie niecierpliwie, bowiem powiedzialam ze mozemy pojechac na zakupy ciuchowe. Jak tylko zaczelo sie robic troche chlodniej i Mlodszy zaczal siegac po dlugie spodnie, okazalo sie, ze zostala mu jedna para (z wyszarpana w nogawce dziura) ktora pasuje, oraz dwie, ktore juz sa lekuchno nad kostke. Czyli nie ma w czym chodzic i to doslownie. No to pojechalismy i na szczescie M. przypomnial mi o placu, ktory ma 3 niezle sklepy w jednym miejscu. Obeszlismy wszystkie i choc wybral sobie kilka par, stwierdzam, ze Nik jest gorszy niz Bi. Ona wykupilaby polowe sklepu i musze ja ograniczac z wyborami, za to Kokusiowi nie podoba sie nic. Chodzi, oglada i kreci nosem. :D I to wszystko markowe ciuchy uwielbiane przez nastoletnich chlopcow, czyli Nike, Columbia, The North Face, itd. A on wzdycha, ze beznadziejne. Zaczne go chyba brac do lumpeksow... ;) Wracalismy do domu i na skrzyzowaniu juz w naszej miejscowosci, patrze, a Bi jest do odebrania za 12 minut. Tym razem nie moglo byc przeciagania, bo galerie zamykaja o 18 w niedziele. Zamiast wiec jechac w lewo, skrecilismy w prawo i pojechalismy z Kokusiem po corke/siostre. Ta na szczescie byla juz gotowa do powrotu, choc zzieleniala z zazdrosci na widok toreb z zakupami brata. Od razu zaczela mi wiercic dziure w brzuchu zeby ja tez zabrac na zakupy. Nie bardzo mam ochote, bo jej akurat ubran nie brakuje, ale chyba nie bede miala wyjscia, bo mi nie da zyc. ;) Wreszcie wrocilam do chalupy i moglam spokojnie klapnac na kanape. Pytalam malzonka (retorycznie) jak to jest, ze wrocilam z wyjazdu i nie moge nawet spokojnie posiedziec i nacieszyc sie domkiem...

Poniedzialek byl juz trzecim pod rzad, deszczowym dniem. Jak w sobote nadplynal nad nas Nor'easter, tak nie mial zamiaru odpuscic. Tak przy okazji, owo zjawisko pogodowe zwykle przydarza nam sie zima i przynosi kupe mokrego, ciezkiego sniegu. Tym razem bylo za cieplo na snieg, za to mielismy deszcz, deszcz i jeszcze wiecej deszczu. Taka listopadowa pogoda... Na szczescie pracowalam tego dnia z domu, wiec pogode "podziwialam" glownie zza okna. Malzonek musial wziac jeszcze jeden dzien wolny we wrzesniu, wiec zostal w domu. Poniewaz jego zwykle lekko "nosi", to rano zawiozl dzieciaki (plus sasiadke) do szkoly, potem pojechal na silownie, po powrocie zaproponowal ze moze jechac na zakupy spozywcze (na co przystalam z wielka radoscia), a pozniej jeszcze odebral mlodziez ze szkoly. Dzieki temu moglam sie skupic na pracy i dalszemu nadrabianiu prania. A jeszcze, kiedy odwozil Potworki, przypomnialo mu sie, ze "chyba" zapomnial odebrac rower Bi spod szkoly w piatek! Byl pod szkola, ale ze tam rano dzieje sie istne wariactwo, wiec nie chcial lawirowac pomiedzy autobusami szkolnymi zeby dostac sie do stojaka na rowery. Zajrzal do schowka pod tarasem, jednoslada tam nie bylo, wiec inne wytlumaczenie nie wchodzilo w gre. Modlilam sie zeby rower nadal stal pod szkola, bo juz pare razy zlapalismy Potwory na tym, ze zapomnieli zamkow, wiec pojazdow nie przypieli. :O Niby stoi tam mnostwo elektrycznych hulajnog oraz rowerow, wiec komu potrzebny taki zwyczajny. No ale troche kosztowal, wiec nam byloby szkoda. Po silowni M. podjechal i na szczescie rower nadal sobie tam stal. Tym razem przypiety, wiec moze dlatego. ;) Tyle ze calutki weekend lalo, wiec teraz nie wiem czy nie bedzie wylazic rdza... Tego dnia Potwory nie zostawaly na treningach, bo na 16 mialy dentyste. Ojciec odebral ich wiec o 14:23 (tak, dokladnie o tej godzinie dzwoni dzwonek :D), mieli okolo godziny na zjedzenie oraz dychniecie i tym razem wzielam ich ja. U dentysty byly niezle tlumy i choc przyjechalismy o czasie, musielismy 15 minut poczekac. Kiedy jednak wzieli Potworki (na szczescie prawie w tym samym czasie), poszlo relatywnie szybko. Wyszlismy, zajechalismy w "nagrode" do Dunkin', a pozniej niestety do supermarketu. Dzieciaki wiedzialy, ze planowalam tego dnia zrobic zakupy, wiec kiedy dowiedzialy sie ze pojechal M. podniosly larum, ze chcieli sobie kupic to czy tamto na przekaski do szkoly. Faktycznie, o niektorych rzeczach nie pomyslalam, wiec stwierdzilam, ze mozemy podjechac przy okazji. Bi kupila tez od razu slodycze oraz chipsy na wymianke przy zawodach, mimo ze po to moglysmy w sumie podjechac w tygodniu. Chociaz tak to przynajmniej juz bylo z glowy. Wrocilismy po 18, wzielam szybko prysznic, chwile posiedzielismy i tak zlecial kolejny dzien.

We wtorek rano spotkala mnie bardzo niemila "przygoda", mianowicie moja noga przegrala w walce z pazurami kiciula. I zebym ja jakos sprowokowala! Ja tylko przechodzilam obok! Najwyrazniej, po trzech dniach zamkniecia w domu z powodu deszczu, kotu zaczyna odbijac palma. W dodatku nie chciala sie od tej mojej biednej nogi odczepic! Zabrala pazury dopiero kiedy oberwala kapciem po wlochatym zadzie! :O

Lydka kontra kiciul - 0:1 

Na szczescie nie wbila ich bardzo gleboko, wiec krew wlasciwie nie leciala, ale caly dzien szczypalo jak jasna cholera. Poza tym ranek uplynal migiem, popedzilam odstawic Potworki do szkoly, po czym ruszylam do pracy. I tu niestety niezle sie wpakowalam. Zaraz za granica mojej miejscowosci, zdarzyl sie wypadek i zamkneli autostrade; wszystkie 3 pasy!

Zamkneli w takim niefortunnym miejscu, ze nas kierowali na pobocze, a w tym samym miejscu od prawej ludzie wjezdzali na autostrade, wiec tworzyl sie dodatkowy zator 

Przepuszczali auta pojedynczym sznureczkiem po poboczu, ale wiadomo, trzy linie musialy sie wcisnac na to pobocze, wiec zator zrobil sie taki, ze jak powinnam jechac okolo 20 minut, jechalam... 45. :O Najlepiej, ze dojechalam, zaplacilam za parking, doczlapalam do budynku i wdrapalam sie na pietro, wlaczam kompa jednoczesnie parzac kawe, a tam mail od szefa, ze chcialby o 8:30 odbyc ze mna rozmowe, ktora normalnie mamy w poniedzialki (sam ja dzien wczesniej odwolal). Kiedy zobaczylam wiadomosc, byla 8:27! :D Okazalo sie, ze wpadlo nam jakies nowe zlecenie w mojej okolicy, ktore chcial mi przypisac, tylko nie wiem skad ten pospiech z rozmowa, bo inspekcje wyznaczyl na poczatek grudnia... Dzien uplynal mi w duzej mierze na odhaczaniu szkolen. Mielismy 3, ktore sa obowiazkowe dla wszystkich, a mialy byc zrobione do 30 wrzesnia. Czyli robilam je na ostatnia chwile, chociaz nie z wlasnego wyboru, lecz z natloku obowiazkow. Dwa szkolenia odbebnilam w godzine, ale ostatnie okazalo sie tak dlugie, ze siedzialam kolejna godzine i w koncu go nie skonczylam. A! Jeszcze nastepna idiotyczna sytuacja. Pisalam Wam ostatnio o formularzu do wypelnienia kiedy chce sie otrzymac bonusowe godziny za czas w podrozy w dzien, ktory powinien byc wolnym. Wypelnilam jego druga czesc i odeslalam szefowi. On podpisal i... odeslal, ale bez zadnego wyjasnienia! No to pytam co ja mam teraz z tym zrobic. Bo te godziny przeciez same sie do systemu nie nabija? :/ Na to szef wysyla mi... kolejny formularz, ktory tez musze wypisac (z tymi samymi godzinami i datami) i tym razem laskawie dodal, ze po podpisaniu przeze mnie i niego, musze obydwa odeslac do jakiegos urzednika! Formularz do formularza, rozumiecie?! Rece i cycki razem opadaja! Nie mialam juz nawet sily wsciekac sie na szefa, ze znow musze o wszystko dopytywac, a on nie przekaze mi nawet calej procedury za jednym razem... Z roboty wypryslam nieco wczesniej, bowiem Nik mial kolejne zawody. W miejscowosci graniczacej z nasza, ale na szczescie nawigacja poprowadzila tylko chwile autostrada, a pozniej juz po spokojnych, osiedlowych ulicach. Tyle, ze Nik mial mi dac znac gdzie beda, bowiem to jest rezerwuar wody, wokol ktorego zrobiono dosc popularny park. 

Czterech muszkieterow :D

Myslalam, ze zobacze w ktorym miejscu stoi autobus szkolny, tymczasem zadnego nie dostrzeglam. Objechalam parkingi i w koncu zaparkowalam i musialam zdecydowac ktora sciezka podazyc. Miejsce jest mocno zalesione, wiec ciezko bylo cokolwiek zobaczyc. Gdzies w oddali slyszalam jakby wiecej glosow, ale posrod drzew nie moglam dokladnie zlokalizowac skad dochodzily. Ciesze sie, ze choc bylam ubrana "biurowo", to zwykle nie nosze butow na obcasach, bo tym razem musialam przejsc spory dystans. ;) Wreszcie w oddali dojrzalam bande chlopcow podskakujacych i rozciagajacych nogi. Czyli: rozgrzewka, a wiec jestem na dobrej drodze! :D Idac za chlopakami, trafilam niestety na linie startu, wiec pozniej musialam dalej szukac gdzie jest meta. ;)

Niestety, nie udalo mi sie uchwycic Kokusia na zdjeciu; tu widac tylko czubek blond czupryny 

Zwykle jest ona oznaczona jakims lukiem z napisem "finish". Tym razem byly to dwa marne pacholki. Nie bylo tez elektronicznego pomiaru czasow, tylko pani rozdawala numerki. :D

Strus Pedziwiatr :D 

Co moglo byc dosc kontrowersyjne, bo chlopcy czesto dobiegali w 2-3-osobowych grupach i na sam koniec probowali jeden drugiego przescigac. Obok stal pan, ktory dodatkowo dokladnie sie przygladal, ktory przekroczyl linie pacholkow, w jakiej kolejnosci. Widzialam sytuacje, gdzie chlopak, ktorego inny przescignal przed sama meta, strzelil focha, kiedy musial oddac karteczke z nizszym numerem. :D

Chlopcy biegnacy przed nim, zaslonili Kokusia jak wbiegal na mete, wiec fota juz przy ogledzinach karteczki z numerkiem

Karteczka Kokusia miala nr. 33, wiec to jakas jego magiczna cyfra, choc zapomnialam go spytac wieczorem czy gdzies zamiescili wyniki i ilu zawodnikow bieglo. Po biegu na szczescie Nik chcial od razu jechac, wiec poszlismy do auta, zajechalismy jeszcze do ublaganego Dunkin' i wreszcie do domu. Po deszczu i nizszych temperaturach, na kilka dni wrocilo do nas lato. Slonca co prawda za bardzo nie bylo, ale zrobilo sie 20 stopni, wiec cala szczesliwa klaplam na ganku z przodu. Wieczor uplynal juz leniwie i spokojnie, jesli nie liczyc prania do poskladania. Tak, nadal odkopywalam sie ze stosu zebranego w czasie mojej nieobecnosci, no i dodatkowego, z niedzielnych zakupow z Kokusiem.

Sroda to pobudka jak w poprzedni dzien. Zebralam sie, podwiozlam Potworki pod szkole, po czym pojechalam do pracy. Przynajmniej tym razem nie bylo zbyt wielkich korkow, choc o tej porze autostrada miejscami posuwa sie noga za noga... Na dzien dobry dokonczylam szkolenie zaczete dzien wczesniej, zeby miec je juz z glowy. Pozniej klepalam oczywiscie raport, ale po jakims czasie stwierdzilam, ze musze w koncu wypisac formularz z godzinami za podroz. Przymierzalam sie do tego jak do jeza, bo kiedy dzien wczesniej tylko na niego spojrzalam, wydal mi sie potwornie zagmatwany. Nie pomylilam sie. Nawet z instrukcja, skrobalam sie po glowie i zajelo mi pol godziny zeby go wypelnic. A kiedy odeslalam, szef przyslal go spowrotem, bo zrobilam blad! :D Na szczescie, za drugim razem juz go podpisal, wyslalam do pana odpowiedzialnego za system nadzorujacy nasz czas pracy, a ten za niecala godzine odpisal, ze zatwierdzil te dodatkowe godziny w systemie. Tyle, ze kiedy sprawdzilam, one sa oznaczone w zupelnie innej tabelce i osobno. Musze spytac szefa czy sa jakies zasady co do ich wykorzystania. U nas panuje taka biurokracja, ze wcale bym sie nie zdziwila... Reszte dnia spedzilam juz nad raportem, choc jak zwykle, idzie mi jak krew z nosa. Pamietam moje poczatki, kiedy myslalam, ze co tam pisanie raportu; inspekcja to koszmar, ale raport to pikus! Coz, teraz nie wiem czy nie wolalabym odhaczyc kolejnej inspekcji. ;) Tak naprawde to wszystko rozbija sie o to, ze poza kilkoma rzeczami, ktore musisz standardowo sprawdzic za kazdym razem, poza tym przeglada sie dokumentacje pacjentow i robi notatki. I pozniej czasem ciezko stwierdzic gdzie te wiadomosci wcisnac i w jaki sposob je opisac. Tak przy okazji, to przepisowo na napisanie raportu ma sie 30 dni. Chociaz, jedna z babek z zeszlego tygodnia, oznajmila, ze ona od inspektorow ze swojej grupy wymaga, ze raport ma byc napisany w polowe czasu spedzonego na inspekcji! Czyli, jak inspekcja trwala np. 4 dni, to raport musza napisac w 2! Nie wiem jak to jest w ogole fizycznie mozliwe... Na to jej stwierdzenie, cala sala rozbrzmiala szeptami i stlumionymi okrzykami, ze jak to, niemozliwe, nie da sie... ;) Ale kobita dalej szla w zaparte, a poparl ja "szef nad szefami", czyli glowny przewodniczacy naszej grupy, ktory powiedzial, ze musimy zglaszac sie do jednej inspekcji po drugiej, nie robic sobie przerw i ze on wlasnie tak pial sie po szczeblach kariery. Mialam ochote powiedziec mu, ze ja za stara jestem na kariere, za to chce utrzymac rownowage miedzy praca a zyciem prywatnym i jak najnizszy poziom stresu... Jedno jednak zauwazylam, mianowicie, kiedy nie zaczelam raportu od razu po inspekcji, otwieram teraz zeskanowane dokumenty i przy niektorych musialam naprawde sie naglowic zeby sobie przypomniec po co je wzielam. :D Nie wyobrazam sobie pisac po prawie miesiacu przerwy... :O Kiedy wrocilam do chalupy, M. akurat przywiozl Bi z treningu (Kokusia odebral wczesniej) i mlodziez jadla obiad. Szybko sie przebralam i tez siadlam do stolu. Malzonka naszlo na placuszki serowe i stal przy kuchence, ale chetnie przystal na propozycje spaceru kiedy skonczy. Tyle ze zrobilo sie juz po 18, a dni wyraznie sie skrocily. Pod koniec spaceru dosc nerwowo zerkalam w ciemne zakatki mijanych ogrodow, bo wiadomo - niedzwiedzie! To taka pora roku kiedy sa wyjatkowo aktywne i szukaja zarcia zeby sie najesc przed zima... Wieczorem zas dostalam wiadomosc od trenera Bi, ze w kolejne dwa dni sa skrocone lekcje i dziewczyny musza same zalatwic sobie transport na trening oraz piatkowe zawody. Zdziwiona, sprawdzilam szkolny kalendarz i faktycznie! Jak byk wpisane dwa dni skroconych lekcji... Nie wiem jak to przeoczylam. Napisalam szybko ze niestety, w czwartek musze jechac do biura, wiec Starszej nie bedzie na treningu, bo nie ma nikogo kto zawiozlby ja na 15. Na szczescie, w piatek planowalam prace z domu, wiec moglam zawiezc ja na zawody. Swoja droga, to trener moglby wyslac wiadomosc troche wczesniej niz dzien przed, choc pewnie wychodzi z zalozenia, ze w szkole sredniej mlodziez powinna juz sama pilnowac swoich spraw. ;)

W czwartek moglam pospac 10 minut dluzej bo nie zawozilam Potworkow do szkoly. Powiedzialam im dzien przed, ze moge ich zawiezc, ale konczyli wczesniej (szkolenia nauczycieli), a ja musialam jechac do biura, wiec musieliby albo wrocic piechota, albo czekac az M. wroci z pracy. Wybrali oczywiscie rowery. :) Mialam wiec calkiem spokojne szykowanie sie do wyjscia, bo mlodziez zwykle pospiesza mnie i nerwowo przytupuje odnozami, mimo ze nigdy sie jeszcze nie spoznilismy... W pracy glownie sleczalam nad raportem, choc mialam tez przerywnik, bo dwie osoby z centrum chcialy ze mna porozmawiac na temat tejze inspekcji. Niczego konkretnego w sumie nie chcieli, bardziej chodzilo o wyjasnienie kilku spostrzezen i nie bardzo wiem dlaczego koniecznie chcieli ze mna rozmawiac, zamiast wyslac maila... Poza tym jednak tylko klepalam, klepalam i klepalam w klawiature... Wreszcie, pod koniec dnia, skonczylam czesc pisana. Niestety, to nie koniec. Zaczelam oznaczac w tekscie wszystkie zalaczniki i nie zdolalam tego skonczyc, a to tylko czesc dodatkowej "zabawy". A jeszcze dostalam od znajomej wiadomosc, ze zostalam oznaczona w jednym z artykulow w "gazetce" (wirtualnej) naszego dzialu. To z tej szalonej inspekcji laboratorium w lipcu.

Honorowa wzmianka :D

Zazwyczaj nawet tych gazetek nie otwieram, chyba ze na pierwszej stronie mignie mi cos wartego uwagi. Ten krotki artykul byl tez daleko, daleko na dole, wiec dziwie sie ze ktokolwiek zjechal az tam. A jednak. :) W miedzyczasie, Potworki skonczyly lekcje juz o 12:08, ale tylko corka wrocila do domu. Nik pojechal z kolega do centrum miasteczka, gdzie zaszli i do Mac'a i do Dunkin' i do supermarketu. :D Myslalam, ze Mlodszy pozniej pojedzie do domu, ale wrocili do szkoly, gdzie zostali juz do treningu i syn wrocil dopiero po nim. Bi za to miala znow pasta party po treningu (na ktorym jej nie bylo), ale ku mojemu zdziwieniu, stwierdzila ze jej sie nie chce. A mogl ja podwiezc M., albo mogla pojsc lub pojechac na rowerze, bo tym razem imprezka byla na sasiednim osiedlu, a wiec rzut beretem. W koncu i dla mnie nadszedl czas jazdy do domu, przy czym czulam sie jakbym zaczynala weekend, bo kolejnego dnia mialam pracowac zdalnie. ;) Przyjechalam, zjadlam obiad przygotowany juz przez niezawodnego M., po czym poszlismy na spacer. Zrobily sie 23 stopnie, ale takie cieplo nie potrwa dlugo, wiec trzeba bylo skorzystac. ;) Pozniej wstawic pranie, bo przeciez bez niego to popoludnie stracone i dzien zlecial.

Piatek zaczelam troche pozniej, bo nie jadac do biura, zwykle zwlekam sie tylko chwile przed odwiezieniem mlodziezy, naciagam na pizame spodnie dresowe, sweter na gore i jestem gotowa. ;) Choc zebym byla jakos specjalnie wyspana to nie powiem, bo juz od 6 po osiedlu jezdzila smieciarka, a ta nie dosc ze silnik ma stary i warczacy, to jeszcze hamulce piszczaly jej niemozebnie. A ze musi zahamowac przed kazda chalupa, wiec o glebszym snie nie bylo mowy... Odwiozlam Potworki, ktore byly oczywiscie cale szczesliwe ze znow maja skrocone lekcje. Wrocilam do domu, ogarnelam sie i zasiadlam do roboty. Uparlam sie, ze tego dnia skoncze wszystko z tym cholernym raportem, chocbym miala sie pochlastac. :D Oczywiscie caly czas gapic sie w ekran tez nie moglam, wiec dla "relaksu" wyszorowalam szuflady z air fryer'a, posprzatalam w dolnej lazience i namoczylam, a pozniej wrzucilam do prania poslanie Mayi. Ani sie obejrzalam, a czas byl jechac po mlodziez. Wyjechalam z 20-minutowym wyprzedzeniem i udalo mi sie trafic do pierwszego rzadku, pod sama szkola, choc i tak bylam chyba 8 w kolei. ;) Mlodziez zaczela wychodzic zaraz po dzwonku i w koncu pojawily sie Potworki oraz sasiadka, ktorej zaproponowalam podwiezienie. Odwiozlam panne, wrocilam z potomstwem do domu, szybko podalam im obiad bo skarzyli sie, ze przy skroconych lekcjach jest za malo czasu zeby jesc lunch (:O) i zasiadlam ponownie do roboty. Patrzec juz nie moglam na ten raport, ale coz... W przerwie wykapalam zasikanego psiura, bo mielismy niespodziewanie 27 stopni i az zal bylo tego nie wykorzystac. Niestety, nawet pielucha do konca nie pomaga. Maya wierci sie i merda ogonem i ta sie obsuwa, albo wrecz zjezdza jej z tylka. Srednio co drugi dzien znajduje rano psa bez pieluchy, za to w kaluzy na poslaniu. :( Tymczasem robi sie coraz zimniej i za chwile nie bedzie opcji zeby wykapac ja za pomoca weza ogrodowego. A do wlasnej wanny jej nie wsadze... Skonczylam i odeslalam w koncu raport okolo 14:30 i cale szczescie, bo Bi miala zawody i choc najpierw mowila ze rozgrzewka zaczyna sie o 15:30, to pozniej dostala wiadomosc, ze to godzina rozpoczecia zawodow, a rozgrzewka jest o 15. Czym predzej sie wiec sie zebralysmy i pojechalysmy. Ale popoludnie opisze juz innym razem bo poza zawodami troche sie dzialo.

Do poczytania!

sobota, 26 września 2026

Tydzien z daleka

Tak jak w zeszlym tygodniu, zaczne od piatkowego popoludnia, 18 wrzesnia. Po inspekcji dojechalam do domu, przebralam sie i popedzilam na zawody corki. Tym razem przyjechalam juz po rozgrzewce i mialam nadzieje, ze Bi nie plynela w zadnym z poczatkowych wyscigow. ;) Panna miala znow wyscig kraulem na 50m, ale tym razem plynela w pierwszej z trzech grup. To jest wyroznienie, bo grupy dobierane sa wedlug czasow, czyli najszybsze dziewczyny plyna w pierwszej grupie, srednie w drugiej, a najwolniejsze oczywiscie w trzeciej. Tydzien wczesniej Bi wygrala swoja grupe, ale plynela w drugiej, teraz wiec trener przydzielil ja do najszybszej. Przyplynela czwarta na 8, wiec tak w polowie stawki. :)

Start 

To byly dla Bi zawody "kraulowe", bo potem plynela jeszcze na 100m i na 200m. W obu wyscigach przyplynela piata na 7-8 dziewczyn, czyli tak sobie, no ale juz pisalam, ze ona jest raczej sprinterem. Panna jest dopiero w X klasie (tutaj klasy w szkole sredniej liczy sie dalej, nie zaczyna od poczatku), ale juz zastanawia sie czy w najstarszej zostanie kapitanem druzyny. Zawsze bowiem kilka seniorek jest kapitanami. Czasem jest ich wiecej, czasem mniej. Rok temu bylo 5, ale ogolnie seniorki stanowily prawie polowe druzyny. W tym sa to 4 dziewczyny. Z rocznika Bi plywa 5 dziewczyn, ale z nich takie naprawde dobre sa dwie, trzecia calkiem niezla, no i potem sa Bi i jej kolezanka - przecietne. No i panna sobie marzy, ze ich cala piatka zostanie kapitanami. A mnie sie jednak wydaje, ze to bedzie zalezalo od wielkosci druzyny, bo rok temu liczyla ona prawie 30 dziewczyn, a w tym spadla do 20. Dziwnie by bylo gdyby kapitanki stanowily 1/4 druzyny. ;)

Kapitanki zagrzewaja kolezanki do "boju" 

Tak czy owak, wszystko okaze sie za dwa lata, a poki co, zawody skonczyly sie tuz po 17, czyli o bardziej ludzkiej porze. Wrocilysmy do domu i Potworki i ja cieszylismy sie weekendem, choc dla mnie mial byc on niestety skrocony...

W sobote moglam odespac tygodniowa inspekcje, choc tez nie moglam kimac niewiadomo do ktorej, bo dzien nie byl calkiem wolny. W dodatku, kolejnego dnia wyjezdzalam, wiec musialam sie pakowac, a zeby sie spakowac, trzeba by tez zrobic pranie i to niejedno. ;) Poza tym, jak porzadna pani domu (hahaha) chcialam tez troche ogarnac gore, bo podlogi wrecz krzyczaly o uwage. Troche wiec odespalam, ale zwloklam sie o porze calkiem przyzwoitej, zjadlam sniadanie i umylam sie, po czym chwycilam za odkurzacz oraz mopa. przy okazji Potwory mialy ogarnac u siebie, z czego byly oczywiscie srednio zadowolone. ;) Za to na 12:30 Nik mial zawody. W teorii mialy one byc dla "zaproszonych", czyli najlepszych, ale w praktyce, poniewaz byly "u siebie" (w klubie, gdzie Mlodszy wiecznie lowi ryby ;P), trenerzy pozwolili wziac udzial wszystkim zawodnikom. Nik byl bardzo zadowolony, bo i tak mial biec, ale z najmlodszego rocznika bylby jedynym, a tak to mial przy sobie wszystkich kumpli. Tyle, ze rano oznajmil, ze... boli go gardlo i czuje sie tak sobie! Spytalam co chce robic, bo przy okazji mielismy bardzo rzeski poranek, a po poludniu mialo byc maksymalnie 18 stopni. Kawaler jednak twardo oznajmil, ze jedzie. Zawody w roznorakich grupach odbywaly sie tam juz od 9 rano, ale nasz zespol zbiorke mial wlasnie o 12:30, zas bieg Mlodszego odbywal sie o 14. Zawiozlam go i sie zalamalam. Nie pomyslalam, ze to wielkie wydarzenie, wiec w klubie byly doslownie tlumy. Na jednym z parkingow stalo chyba ze 20 autobusow szkolnych i wiekszosc miejsc parkingowych byla pozajmowana. Ja akurat tylko odstawialam Kokusia, ale mialam wrocic na jego bieg i az sie balam gdzie znajde miejsce, tym bardziej, ze do wjazdu nadal stal sznureczek aut. Klub niezle zarobil na tej imprezie, bo wszystkie obce auta musialy placic za parking. Mnie, jako czlonka, wpuscili bez dodatkowej oplaty. ;) Tak czy owak, podwiozlam Nika, po czym wrocilam do domu, nadal uzerac sie z praniem i sprzataniem. Przez zatory przy wlezdzie i tak mialam moze 45 minut, bo stwierdzilam, ze chce wyjechac spowrotem o 13:30, w razie gdyby nadal ciezko bylo wjechac i znalezc miejsce parkingowe. Ogarnelam ile dalam rade i pojechalam. Zabrala sie ze mna Bi, ktora stwierdzila, ze chce sie wyrwac z domu, a poza tym bieglo tez kilka jej kolezanek (brat to wiadomo, sie nie liczy ;P), wiec stwierdzila ze im pokibicuje. Pogoda na biegi okazala sie idealna, bo nie bylo goraco i choc w sloncu krotki rekawek byl calkiem przyjemny, to w cieniu juz ciagnelo chlodem. A ze bieg byl glownie przez las, wiec mlodziezy bieglo sie duzo lepiej.

Ruszyli! 

Poza tym, wokol ustawilo sie kilka stoisk, sprzedajacych sportowe obuwie, okulary oraz bluzy z logo zawodow. Zadne z Potowkow pamiatkowej bluzy nie chcialo, ale Nik kupil sobie okulary, takie niby specjalne do biegania, choc on stwierdzil sie chce je na ryby. ;) Grupa cheerlead'erek ze szkoly dzieciakow, obslugiwala stacje z jedzeniem, gdzie mozna bylo kupic takie "przysmaki" jak frytki, hamburgera czy hot-doga. Mieli tez kawe, z czego chetnie skorzystalam. ;) Ogolnie, impreza na calego. Mlodszy niestety byl bardzo niezadowolony ze swojego wystepu. Nie dosc, ze nie czul sie do konca dobrze, to jeszcze na samym poczatku wykrecil kostke na jakims korzeniu. Nie na tyle mocno, zeby zrezygnowac, ale wystarczajaco zeby pobolewala go przez reszte biegu.

Zanim pobiegli w las, trasa prowadzila wokol boiska 

Wieczorem, na oficjalnej stronie wydarzenia pojawily sie wyniki. W grupie Kokusia bieglo 124 chlopcow. Czesc nie dotarla do mety, a jeszcze kilku sie... zgubilo na trasie (choc oznaczona byla kolkami), zboczyli i zostali zdyskwalifikowani i bieg ukonczylo 88. Nik zajal 56 miejsce, wiec faktycznie sporo slabiej niz ostatnio, ale coz, bywa i tak. Jego koledzy z najmlodszego rocznika i tak dobiegli sporo za nim. ;)

A tu juz ostatnie metry do mety... 

Pechowo (dla mnie) obecnosc kumpla Kokusia oznaczala, ze zaraz po biegu chlopaki zaczeli dopytywac czy moga isc na ryby. Pukalam sie w czolo, bo najpozniej o 15:15 chcialam stamtad uciekac zeby zdazyc do kosciola. Chlopaki jednak zakrzykneli, ze 45 minut tez im starczy. A Nikowi przypomnialo sie jeszcze ze jest glodny, podeszlismy zamowic hamburgera i zanim go dostal, to zostalo mu tylko pol godziny. Stwierdzilam wiec ze nie mam co jezdzic w kolko i po prostu pochodze sobie po klubie. Skorzystala z tego Bi, bo akurat zaczynal sie bieg, w ktorym brala udzial jedna z jej kolezanek, mogla jej wiec pokibicowac. Jak tylko jednak wybila wyznaczona pora, zgarnelam obydwa Potwory i popedzilam do domu. I tak wpadlismy do niego praktycznie o 15:30, czyli musielismy pedem przebierac sie i jechac na msze. Kiedy wrocilismy, niestety juz na powaznie musialam sie zaczac pakowac. Jak ja tego nie lubie! :/ W dodatku, akurat na ten tydzien zapowiadali spore ochlodzenie, a ja zupelnie odzwyczailam sie od cieplejszych ciuchow. Stalam wiec i skrobalam sie po glowie. ;) Czesc rzeczy spakowalam, czesc polozylam na szafce w sypialni, czesc kosmetykow zostala na kolejny dzien, bo wiadomo - potrzebowalam ich na rano.

Ta niedziela zaczela sie wczesniej niz moje normalne niedziele, bowiem musialam dokonczyc pakowanie. Oczywiscie moglam pospac choc tyci dluzej, ale nie tyle ile bym sobie zyczyla. ;) Docisnelam walizki, pozegnalam rodzine i o 11 wyruszylam. Nie spieszylam sie jakos strasznie, ale byla paskudna pogoda, od rana padalo, wiec wiedzialam ze to bedzie raczej powolna jazda, obawialam sie wypadkow (bo slisko), a chcialam koniecznie zajechac zanim zacznie sie sciemniac. Kiedy jest ciemno, robie sie zwyczajnie slepa, a oslepiajace auta, plus odbijajace swiatla mokre powierzchnie nie ulatwiaja sprawy. Poza tym, przebicie sie przez Nowy Jork (miasto, nie Stan ;p) oraz New Jersey, bez jakiejs pomylki, zakrawa na cud. I sie nie pomylilam. Poczatkowo nawigacja pokazala troche ponad 5 godzin jazdy. Pozniej zrobilo sie 5 i pol. Ostatecznie jechalam ponad 6. A moglo byc jeszcze gorzej, bo choc wydawalo mi sie, ze jade tak, jak prowadzi mnie nawigacja, w ktoryms momencie gdzies zle zjechalam i nagle pokazalo mi, ze zamiast prawie o 17, zajade prawie o...18! Przerazilam sie, bo nie chcialam tracic godziny na jakas glupia pomylke. Potrzebowalam jej w razie jakichs korkow. Ktorych nie brakowalo. Minelam dwa wypadki oraz dwa zatory spowodowane... zwolnieniem zeby sobie popatrzec, choc wypadek byl na przeciwleglym pasie autostrady! :O W samym Nowym Jorku tez, prowadzilo mnie na jeden most, a nagle znalazlam sie na zupelnie innym i kompletnie nie wiem, gdzie zle skrecilam! A wracajac do tego godzinnego opoznienia, zorientowalam sie, ze choc zle zjechalam, nadal jestem na pasie, ktory prowadzil spowrotem na poprzednia autostrade. Zjechalam i magicznie czas dojazdu wrocil do poprzedniego! :D W New Jersey i pozniej w Pennsylvanii mialam co chwila mini zawaly serca, bo wszedzie byly roboty drogowe, pasy sie rozjezdzaly, nawigacja juz pokazywala ze jade nie tak, a pozniej pasy znow sie laczyly i bylo gucio. No nie na moje to nerwy... :D Mniej wiecej w polowie drogi musialam sie zatrzymac zeby pojsc do lazienki. Kiedy zaparkowalam i do niej doszlam, normalnie mialam zawroty glowy, chyba ze stresu. Przerwa jednak mi sie przydala, bo i chwile odsapnelam od kurczowego trzymania kierownicy i kupilam sobie kawe i cos do przekaszenia. Oczywiscie pokazalo, ze dojazd na miejsce opoznil sie o 20 minut, ale pozniej nadrobilam w trasie i dojechalam tak jak mialam poczatkowo. Zameldowalam sie i w swoim pokoju znalazlam jeszcze przed 18. Tyle, ze juz na nic nie mialam ochoty i choc moje dwie kolezanki z poprzedniego wyjazdu pojechaly na obiad, mnie juz nie chcialo sie ruszac. Dobrze, ze wzielam dwie mniejsze walizki i do jednej wpakowalam kupe przekasek. ;) Wieczor spedzilam zapoznajac sie z pokojem. Ogolnie, kiedys mam wrazenie, ze Hilton to byla jakosc i luksus. Teraz maja tyle rodzajow tych Hiltonow, ze zalezy ktora to odmiana ich sieci. Ta niestety raczej nie powalala. Pokoj w miare przestronny, owszem, ale lazienka malutka i ze zwykla wanna i zaslona, zamiast porzadna kabina prysznicowa. W dodatku zaparzacz do kawy na kapsulki, ale tylko jedna kapsulka kawy, druga bezkofainowa, a trzecia to byla herbata. Dobrze, ze chociaz mikrofala oraz lodowka w pokoju byly. Tymczasem zawsze przy zameldowaniu pobieraja z karty depozyt i gdzie zwykle placilam $400 - 500 (potem go oddaja), tym razem skasowali ponad... $1000! :O Przyjechalam do miasta Baltimore w Stanie Maryland, bylam juz blisko stolycy, wiec ceny zbijaja z nog. W kazdym razie posiedzialam, powiesilam w szafie bluzki, ktore sie gniota, przygotowalam ciuchy na kolejny dzien i trzeba sie bylo klasc.

W poniedzialek spotkalo mnie rozczarowanie. Zwloklam sie wczesnie, wyszykowalam i zbieglam radosnie na sniadanie. Dzien wczesniej pani poinformowala mnie, ze jest bufet ale sie za niego placi. To kolejna rzecz, ktora mi sie tu nie podoba, bo w poprzednich Hiltonach zawsze sniadanie bylo wliczone. No ale ze mam przydzielona sume, ktora moge wydac na jedzenie, to ok; uznalam, ze zaplace. Tymczasem schodze na dol, a tam... owsianka i pare tostow! Miejsca na owoce czy jogurty puste. Miejsca na cieple rzeczy, jak jajka lub boczek - puste. Co bylo robic. Chwycilam tosty i troche owsianki i zaczepilam dziewczyne tam pracujaca o cene. Odpowiedziala, ze nie skasuje mnie bo mieli szalony poranek i sniadanie nie bylo jeszcze gotowe. No i fajnie, ze nie musialam placic, aaaale... Sniadanie zaczyna sie o 6. Ja zeszlam prawie o 7, a oni wlasciwie nic nie maja gotowe?! Wisienka na torcie bylo kiedy nalalam sobie goracej wody, a z nia wyplynela kupa fusow z kawy! Czyli ktos nie wyplukal nawet porzadnie baniaka... No po prostu porazka. Dobrze, ze kawe chociaz mieli. ;) Wrocilam do pokoju, spakowalam co trzeba i zeszlam do recepcji, mielismy sie bowiem spotkac o 7:30. Czesc osob byla bez aut, wiec szukali kto moze ich zawozic na zajecia i spowrotem. Poza mna i moimi kolezankami, byl tez chlopak z poprzedniego wyjazdu. On lecial az z Kalifornii i wyladowal dopiero o 23 poprzedniego dnia, a zanim dojechal do hotelu i sie zameldowal, byla 24:30. Rano wiec wszyscy stali i dopytywali, gdzie jest B., co z B., itd. Martwilismy sie, bo chlopak ma mocny sen i na poprzednim wyjezdzie potrafil przespac alarm przeciwpozarowy, wiec co to dla niego dzwonek budzika... W koncu sie jednak pojawil, wszyscy wladowali sie do samochodow i pojechalismy. Najlepsze, ze jak juz wiecie, przeplyw informacji w tej robocie nie nalezy do najlepszych. Dostalismy adres, gdzie mamy sie udac. Tyle, ze dojezdzamy, a to wielki budynek z roznorakimi firmami i co kilkadziesiat metrow drzwi. Tu firma taka, tu owaka, ale nazwy naszej agencji niet. Objechalam budynek naokolo i w koncu zwolnilam do zolwiego tempa i zaczelysmy patrzec w kazde drzwi. Te zas byly schowane pod zadaszeniem, w glebi i zacienione, wiec ciezko bylo cos odczytac. W koncu - bingo! Jedna z dziewczyn zauwazyla malutki napis na drzwiach! I tu rozumiem, ze moze nie chca sie rzucac w oczy, ale dwie z instruktorek sa z tego biura, spotkaly sie z nami w hotelu i co? Tak trudno bylo wspomniec, ze po wjezdzie na parking skierujcie sie na prawo/lewo/prosto? Pozniej bowiem sie okazalo, ze tamte drzwi nie byly wejsciem i widnial na nich napis, zeby wejsc frontowymi. Tyle ze caly ten kompleks (budynek przypominal domki szeregowe, ale ustawione lekko po ukosie) byl na rogu dwoch sporych ulic i jesli sie nie wiedzialo, to ciezko bylo zgadnac gdzie ten front. Szlismy naokolo jednego jakby "domku", patrzymy  - drzwi, ale ciemne i nieoznaczone. No to idziemy dalej, mijamy rog kolejnego "domku" - znowu nie tu. Dopiero za trzecim razem doszlismy do poprawnego wejscia, przed ktorym parking byl dwupoziomowy, a poziomy oddzielone rabatka z ozdobnymi trawami, wiec nic dziwnego, ze go nie zauwazylismy. Na "dobry" poranek dostalam tez wkurzajacego maila od szefa, z podpisem na formularzu upowazniajacym do wziecia wolnego za godziny spedzone w podrozy na szkolenie. Wiecie, wedlug mnie to powinno isc z automatu - kaza ci jechac gdzies, w ramach pracy, w dzien wolny, to powinna byc za to jakas rekompensata. Ja juz tak przeciez kilka razy jechalam na inspekcje w niedziele, zeby moc zaczac w poniedzialek od samego ranka. Tyle, ze wtedy nie wiedzialam, ze owszem, mamy na to procedure. Procedura jest glupia, bo musisz prosic o ta rekompensate z wyprzedzeniem. Tak samo jest z nadgodzinami na inspekcji. Nie mozna po prostu zostac dluzej i poprosic o wynagrodzenie. Nie, musisz wczesniej zlozyc pismo i uzasadniac. Czyli jak dopiero na inspekcji zauwazysz, ze bedziesz potrzebowac wiecej czasu, to jestes w czarnej doopie. Tak samo jest z podroza, choc tutaj akurat zwykle da sie przewidziec, ze jedziesz gdzies w weekend lub swieto. Tyle, ze musisz najpierw wiedziec, ze masz taka mozliwosc. I tu jestem podwojnie zla na mojego szefa. Po pierwsze, ani sloweczka o tym nie pisnal. Musialam sie dowiadywac przypadkiem od innych inspektorow. A przeciez wiedzial, ze jade w niedziele, a teraz i jechalam i bede wracac w dzien weekendowy i ani mru-mru. Jak tak to sluzbista i przestrzega wszystkich zasad co do joty, ale juz zasady, ktore sa na korzysc pracownika, ma w powazaniu. Pamietacie kilka miesiecy temu, pisalam, ze jestem na inspekcji po 9-10 godzin dziennie? Kiedy go potem spytalam o rekompensate, mialam wrazenie, ze byl wrecz obrazony. :O W kazdym razie, teraz wiedzialam juz, ze za godziny podrozy w dzien, ktory powinien byc wolny, moge dostac rekompensate, wiec nie mialam zamiaru odpuscic. Tym bardziej, ze to nie 2 godzinki pod Boston, tylko 5-6. Spytalam szefa o formularz do wypisania. Odpisal, ze nie ma czasu szukac pustego, ale wysyla mi juz wypelniony. Fajnie, bo moge popatrzec co trzeba wpisac, ale z drugiej strony, kiedy wypelnimy i podpiszemy formularz, automatycznie jest on zablokowany i juz nic nie da sie z nim zrobic. Myslalam, ze szef pare godzin pozniej, lub kolejnego dnia, wysle mi pusty, ale gdzie tam. :/ Sama musialam sie go naszukac, a ze to wielka agancja, z wieloma oddzialami, gdzie kazdy ma swoje przepisy i dokumenty, to troche mi to zajelo. W kazdym razie, w piatek po poludniu wyslalam szefowi wypelniony formularz. I co dostaje w poniedzialek? Ze podpisal, ale na przyszlosc powinnam pamietac, zeby uzasadnic prosbe o rekompensate! Jakby, kurna, nie wiedzial ze jade na szkolenie, ze w zawiadomieniu jasno napisali ze mamy jechac w niedziele i wracac w sobote, bo zajecia sa od poniedzialku do piatku przez caly dzien, jakby nie wiedzial dokad jade, wiec mniej wiecej ile godzin zajmie mi podroz! Mam wrazenie, ze znowu byl obrazony, ze osmielilam sie poprosic o te rekompensate! A ona mi sie nalezy jak psu buda, skoro ktos wymyslil sobie, ze mam marnowac prywatny czas na jazdy, kiedy mogliby zrobic to szkolenie wirtualnie! :( W kazdym razie, pierwszy dzien szkolenia byl ok, bo przynajmniej cala grupa robi te same inspekcje, nie ma tak jak przy kwietniowym wyjezdzie, ze polowa ludzi sprawdza przetwornie zywnosci, wiec wszystko podpiete bylo pod nich. Tyle, ze to troche takie deja vu tamtego wyjazdu, bo np. musielismy przygotowac "plan bezpieczenstwa". Zeby ten plan uzasadnic, prowadzacy podal jakas historyjke, ktora mam wrazenie byla zmyslona, bo raz mowil, ze inspektor nie wiedzial ze jedzie do prywatnego domu, pozniej ze wiedzial, ale to zignorowal, ze powinien byl przeprowadzic inspekcje w pobliskiej kafejce, gdzie musicie wiedziec, ze wszelkie informacje o sprawdzanej firmie oraz pacjentach sa scisle poufne i nikt nie bedzie ich omawial w miejscu publicznym! Cala ta historia nie trzymala sie zupelnie kupy, ale my mielismy rozne scenariusze i na ich podstawie mielismy przygotowac sie do inspekcji tak, zeby bylo milo i bezpiecznie... :/ Siedzialam tam i marzylam zeby byc w domu, szczegolnie, ze Potworki mialy dzien wolny, z okazji swieta Yom Kippur. Malzonek wyszedl wczesniej i przyjechal do domu, z czego szybko skorzystal Nik i poprosil zeby ojciec zawiozl go na ryby. ;) Po zajeciach pojechalismy do hotelu, gdzie z dziewczynami z poprzedniego wyjazdu umowilam sie na kolacje. Pojechalysmy na pyszne jedzenie (taka mieszanka wszystkiego) wywodzace sie z Egiptu, po czym wrocilysmy. Nasz kolega ma jakas prezentacje do przygotowania i sie wylamal. Po powrocie klaplam juz w pokoju hotelowym na fotel i nie chcialo mi sie ruszac nawet zeby przygotowac ciuchy na kolejny dzien. Jakas taka bylam zupelnie padnieta...

Wtorek przywital mnie deszczem i 15 stopniami. Brrr... O dziwo, na sniadaniu mieli jajka oraz boczek, tyle ze na stronie hotelu obiecywali pancake'i, gofry, omlety, itd. Oczywiscie moglam sobie pomarzyc. Wzielam troche jajecznicy i pare plastrow boczku i zaplacilam grzecznie $12. Tyle, ze moj kolega wzial owsianke oraz tosta i nie zaplacil nic, chyba wiec bede robic tak samo... Po sniadaniu wpadlam do pokoju, spakowalam laptoka i reszte pierdol, po czym popedzilam, bo juz cala grupa zebrala sie, czekajac na kierowcow. ;) Szkolenie mijalo tragicznie, bo przy takiej pogodzie wszyscy przysypiali. Zadania grupowe tez nie pomagaly, bo nikomu nie chcialo sie myslec. Pozniej zas mielismy prezentacje, ktora miala sie skonczyc przed lunchem, ale byla tak dluga, a prowadzaca tak flegmatyczna i dodajaca wlasne historie, ze zrobilismy przerwe, wrocilismy, a ona potem gadala kolejna godzine... Tego dnia mielismy zaczac prezentacje kazdego z "kursantow", ale tak im sie przedluzylo, ze nie zdazylismy. Swoja droga, to kiedy wczesniej liczylam imiona w mailach, wydawalo mi sie, ze bedzie nas 14 osob. Spora grupa sie jednak najwyrazniej wylamala i jest nas 9. To kolejny argument zeby zrobic to szkolenie wirtualnie, bo ciagnac szescioro prowadzacych dla dziewieciorga ludzi, jest wg. mnie bez sensu. W kazdym razie, jedna z osob prezentujacych mialam byc ja. :D Z jednej strony ucieszylam sie, ze mi sie "upieklo", ale z drugiej, chcialam juz miec to za soba. W dodatku, mialam przeprowadzic prezentacje po poludniu, a teraz przesunieto ja na ranek, na sam poczatek zajec, kiedy wiem, ze nie bede do konca przytomna... Tego dnia moje kolezanki znow wychodzily na obiad, ale ja mialam nadal reszte dania z poprzedniego dnia, wiec zostalam w hotelu. Zadzwonilam do malzonka, ktory okazalo sie, byl zly niczym szerszen. :D Niestety, komunikacja miedzy ojcem oraz dziecmi, lezy i kwiczy. Troche za to winy ponosze ja sama (choc wcale nie jest mi przykro), bo po prostu interesuje sie i jestem na biezaco w tym, co dzieje sie u Potworkow. W rezultacie, oni nie musza mi o niczym mowic, bo zwykle o wszystkim wiem, czasem lepiej niz oni sami. :D I zeby nie bylo; wiedzac ze wyjezdzam, mowilam M., ze Nik ma luzny tydzien, ale Bi ma zawody wyjazdowe we wtorek, wiec bedzie musial ja pozniej odebrac spod szkoly, zas w piatek ma zawody u nas, czyli bedzie do odebrania z basenu, ale pozniej niz zwykle. I to zebym raz mu powiedziala! Mowilam przynajmniej trzy... Niestety, Nik mial niby luzny tydzien, ale z jakiegos powodu, na trening zabrali jego grupe do naszego klubu, zamiast przeprowadzic go normalnie, spod szkoly. Pozniej wiec zadzwonil do M. zeby go odebral, a ten przypomnial mu, ze ma przeciez pod szkola rower. Nastepnie marudzil cos ojcu, bo mieli jakas zbiorke na druzyne, ale M. oczywiscie, juz bez humoru, powiedzial ze ma to w nosie. A bez humoru byl, bo zapomnial, ze corka ma zawody, pojechal po nia jak zwykle na basen i wsciekl sie, ze jej tam nie ma. :D Oczywiscie pretensje ma do kogo? Do dzieciaka. Bo "ona musi nauczyc sie odpowiedzialnosci i zeby go informowac". Musialam mu przypomniec, ze niestety, to on nawalil, bo mowilam mu przed wyjazdem kilka razy o jej zawodach. Skoro nie potrafi zapamietac, to niech sobie zapisuje. A ze ja zwykle pamietam o takich rzeczach, to Potworki nawet nie mysla zeby mu przypominac... Chociaz, swoja droga, to nad ta odpowiedzialnoscia corka faktycznie powinna popracowac. Nagle bowiem dostalam smsa z obcego numeru, ze pisze z telefonu kolezanki, bo jej padl, zeby przekazac tacie ze bedzie pod szkola okolo 18. Swietnie, bo jestem cztery Stany dalej. A gdybym nie zobaczyla wiadomosci? Panna nie dosc, ze nie pilnuje zeby miec naladowany telefon, albo zeby brac ze soba power bank kiedy wyjezdza na zawody, to jeszcze najwyrazniej nie zna na pamiec numeru ojca! Oszalec z nimi wszystkimi mozna, slowo honoru... :D

W srode rano wisialy nad nami ciemne chmury i spodziewalam sie ponownie deszczu, ale niespodziewanie nie dosc, ze nie padalo, to po poludniu zaczelo przebijac slonce. Rano jak zwykle musialam sie zwlec i poczlapac na sniadanie. Tym razem, tak jak kolega, wzielam tylko tosta i owsianke, tymczasem znow dostalam rachunek! Kolega powiedzial, ze dzien wczesniej facet z recepcji powiedzial mu, ze placi sie tylko za cieply bufet. Poszlam wiec spytac, ale tym razem byla jakas baba i powiedziala, ze tak, mam zaplacic. Kurcze, gdyby nie to, ze rano naprawde musze cos zjesc, nie potrafie zaczac dnia na pusty zoladek, to odpuscilabym sobie. No ale coz... Dzien na szkoleniu uplywal powoli i mozolnie. Poza facetem, ktory prowadzil je w poniedzialek, nikt nie potrafi przechodzic przez slajdy w rozsadnym tempie i bez miliona pobocznych historii. Te opowiastki sa oczywiscie fajne i wprowadzaja luzniejsza atmosfere, bo tak ogolnie to nasi prowadzacy to "grube ryby" departamentu, wiec czasem strach o cos zapytac zeby nie wyjsc na idiote. ;) Tyle, ze kiedy w koncu zorientuja sie, ze dobiegaja konca wyznaczonego czasu, a sa w polowie prezentacji, pra do przodu, nie robiac przerw. Naprawde ciezko jest wysiedziec 2 godziny bez oddechu. Tego dnia w koncu moglam odhaczyc wlasna prezentacje. Poszlo w miare, choc przez chwile zapomnialam jezyka angielskiego i przekrecalam wyrazy. Niestety, mowca to ja nigdy nie bede. :D Poza mna prezentowaly jeszcze 4 inne osoby i widzialam ze wszyscy byli zdenerwowani i mowili lepiej lub gorzej, wiec nie czulam ze poszlo mi jakos tragicznie. Niestety, w drugiej polowie dnia, zaczelo mnie bolec gardlo. Kurcze, Nik juz w weekend narzekal ze cos go bierze i musialam sie od niego zarazic. Pare dni i sie "wyleglo". :( Po poludniu moi znajomi wychodzili na obiad, ale ja czulam sie tak sobie, wiec mi sie nie chcialo. Na parkingu pod hotelem ustawily sie wozy z zarlem i skusilam sie na karaibskiego kurczaka w sosie curry. Bylo pysznie, ale apetyt mialam slaby, wiec tylko go poskubalam. Pod wieczor patrzylam na lake za oknem, gdzie panstwo rzucali pileczke psiakowi. Kawalek dalej widzialam cos ruszajacego sie i myslalam, ze to drugi psiak. Oni jednak nagle psa zapieli i zaczeli odchodzic. Patrze, zwierze porusza sie jakos inaczej niz pies, trzyma blizej linii drzew... Przygladam sie, a to... sarenka! :) Dziwie sie tylko, ze nie uciekla, bo ten pies momentami podbiegal za pilka naprawde blisko.

Nie wiem czy ja na tym zdjeciu znajdziecie, ale choc jest maksymalnie przyblizone, to zrobilam je z daleka i z 4 pietra, wiec moj telefon nie dal rady ;)

Czwartek znow zaczelam wczesnie, zebralam sie i na szkolenie. Tam niestety okazalo sie, ze na ten dzien wyznaczono nam zadanie, gdzie dostalismy pakiet materialow jak z inspekcji, mielismy znalezc wszystkie niedociagniecia i napisac oficjalna uwage. Poniewaz rano mielismy jeszcze koncowke jednego wykladu, na wszystko dostalismy okolo 6 godzin, czyli do konca dnia. Osobiscie mialam ochote plakac, bo przeciez dopiero co wrocilam z inspekcji, a tu musze robic to samo. No ale, wraz z dwiema osobami wyrobilam sie po okolo 4 godzinach, po czym krecilam po budynku zeby nie przeszkadzac tym, ktorzy jeszcze pracowali. Na szczescie i tak wszyscy skonczyli mniej wiecej godzine przed czasem, wiec udalo sie wyjsc wczesniej. 

Tym razem na lace pasl sie swistak

Tego dnia, na wieczor cala nasza grupa byla zaproszona na wyjscie do restauracji. Zapowiadalo sie fajnie i w sumie tak tez bylo, wybralismy sie do meksykanskiej knajpki, byla kupa zartow, smiechu, itd. Dopiero na koniec wyszlo tak srednio, bo... okazalo sie, ze dzielimy sie rachunkiem. Pozniej rozmawialam z kolezankami, ze wszystkie zalozylysmy, ze zaplaca organizatorzy. Juz bowiem tydzien wczesniej dostalismy maila od dziewczyny, ktora jest "mozgiem" calego szkolenia (choc sama go nie prowadzi), ze w czwartek wychodzimy wszyscy do restauracji. Skoro wyslano takiego maila, zalozylam, ze to zaproszenie dla nas. Teraz okazalo sie jednak, ze kazdy ma zaplacic za siebie. Niby mamy przydzielony budzet na jedzenie, wiec organizatorzy moga myslec, ze nam wszystko jedno, ale wg. mnie wypadaloby to wczesniej jasno powiedziec. Nie do konca tez wiemy czy to ktos wymyslil, czy wyszlo jakos nagle, bo kelnerka, ktora nas obslugiwala, tez przyniosla jeden rachunek. Kiedy ktos (nie wiem kto, bo bylam zajeta rozmowa, az z drugiego konca stolu przyszla informacja) rzucil, ze dzielimy sie rachunkiem, zaczela cos marudzic, ze ciezko bedzie to teraz podzielic. Pracowalam w restauracji, wiec wiem ze wszystko jest elektroniczne i podzielenie jest moze troszke pracochlonne, ale nie trudne. Podejrzewam, ze kobitka nawet nie patrzyla kto co zamawia, tylko wbijala wszystko hurtem i teraz nie pamietala co komu. W kazdym razie, ktos podzielil rachunek na 13 osob i wyszlo, ze wraz z podatkiem oraz napiwkiem, kazdy ma zaplacic po $39. Troche mi szczeka opadla, bo niektorzy brali niewiadomo jakie dania i przystawki, a do tego napoje alkoholowe. Ja nie wzielam przystawek, bo wiedzialam, ze nawet glownego dania nie dokoncze (i sie nie pomylilam), a ze prowadzilam, to pilam soczek. Moja czesc kosztowala wiec $24 i wraz z podatkiem oraz napiwkiem powinnam zaplacic gdzies $30. Moje dwie kolezanki w ogole obie powiedzialy, ze musialy doplacic praktycznie drugie tyle... I wiecie, to nawet nie chodzi o kase, bo faktycznie, mamy przydzielony dzienny budzet, tylko o jasny przeplyw informacji. A nie, ze wysylaja maila, ze wszyscy idziemy na obiad, gdzie wyglada to niczym zaproszenie, a potem zostaje taki niesmak... Zupelnie inaczej wygladaloby to, gdyby najpierw wyslali wiadomosc, ze jest propozycja wyjscia i kto chce, ale zaznaczyc, ze kazdy placi za siebie...

W piatek rano wstalam zadowolona, ze dobrnelam do ostatniego dnia. W nocy spalam tragicznie, chyba dlatego, ze obzarlam sie przed spaniem. Zwykle obiad jem dosc wczesnie, bo okolo 17, kolacji wlasciwie nie jadam i wieczorami pozywiam sie jakimis lekkimi przekaskami. A tu nagle zjadlam spore danie o 19 i zoladek nie dal rady tego trawic. Nie dosc, ze przewracalam sie z boku na bok, nie dosc, ze bylo mi duszno, bo pokoj jakos sie nie schlodzil, to jeszcze o 2 nad ranem pod hotelem wlaczyl sie alarm samochodowy i kilkanascie minut minelo zanim wlasciciel sie obudzil i zorientowal, ze to jego. :( Rano bylam wiec tak srednio przytomna, ale nie bylo wyjscia; trzeba sie bylo szykowac i ruszac. Tyle, ze odpuscilam sniadanie i zjadlam salatke, ktora mialam w pokoju hotelowym. Na dol zeszlam tylko po goraca wode z miodem (moj poranny napoj) oraz kawe. Na szkoleniu byly jak zwykle wyklady, ale na szczescie zadnych glupich cwiczen. W czasie lunchu podjechalam zatankowac moje sluzbowe autko, zeby bylo gotowe na dluga podroz kolejnego dnia. Niestety, prognozy sie popsuly i jak wczesniej myslalam, ze bede wracac przy ladnej pogodzie, teraz wychodzi, ze moze byc gorzej niz jak jechalam w ta strone. :/ Po zajeciach okazalo sie, ze jedna z dziewczyn wylatywala juz tego samego dnia, podobnie jak jedna z prowadzacych. Ona jechala autem, a miala podobnie jak ja, okolo 5 godzin. Przemknelo mi przez mysl, ze moze tez powinnam jechac tego dnia, ale byla juz 16, zanim bym sie spakowala i wymeldowala bylaby pewnie 17 lub pozniej, a potem czekalo mnie 6 godzin jazdy. Obecnie juz o 19 jest wlasciwie ciemno, wiec wiekszosc trasy jechalabym po nocy. Nie, dziekuje. Za to postanowilismy wyjsc na kolacje, tyle ze tym razem juz na wlasnych warunkach, wiedzac ze kazdy zaplaci za siebie. Myslalam ze bedzie to nasza czworka z kwietniowego wyjazdu, ale niespodziewanie dolaczyli do nas dziewczyna i facet z grupy, ktora na wyjezdzie byla w lipcu. Inna kobitka spotykala sie z jakimis swoimi znajomymi, a jeszcze inna sie wylamala (choc ona nie poszla nawet dzien wczesniej na kolacje z szefostwem), wiec bylo nas szescioro. Niestety, nie przyszlo nam do glowy, ze mamy piatkowy wieczor. Umowilismy sie o 18, a potem dojazd, pol godziny czekania na stolik, zamowienie, czekanie z kolei na jedzenie i do hotelu wrocilismy dopiero o 20:30. Dobrze, ze wiekszosc rzeczy spakowalam przed wyjsciem. Zostaly mi tylko kosmetyki, bo czesc potrzebuje na rano, oraz przekaski, ktore sa w lodowce.

I tak minelo kolejne szkolenie. Cos mi sie wydaje, ze w tej robocie bede niestety co "chwila" musiala odbywac takie wyjazdy. Co jest do bani, bo przeciez wyjezdzam tez czesto na inspekcje... Jak narazie jest mowa o kolejnym szkoleniu w marcu. To daloby nam maly oddech chociaz od tego, choc z drugiej strony, ktos gdzies slyszal, ze mamy leciec do Stanu Minnesota. Dla niewtajemniczonych, Stan ten slynie ze srogich zim, a marzec tam nadal oznacza snieg oraz mroz... :/ No nie mogliby nas wyslac na Floryde? :D

I na tym skoncze, ale zdjecia to juz wrzuce jutro bo nie mam sily sie z nimi bawic. Czeka mnie dluga i stresujaca podroz…