piątek, 6 listopada 2026

No i mamy listopad

Czy Wy tez nie mozecie uwierzyc, ze juz za dwa miesiace bedzie koniec roku?! Przeciez dopiero co byl styczen!!! :O

Sobota, 31 pazdziernika, zaczela sie odsypianiem tygodnia. Ze mnie wreszcie zszedl stres inspekcji i spalam jak zabita. Obudzilo mnie slonce, o 8:30 rano swiecace mi prosto w twarz. Troche sie jeszcze powylegiwalam, a kiedy wstalam, okazalo sie ze M. oraz Bi juz urzeduja na dole, za to Nik nadal chrapie. ;) Kiedy zjadlam sniadanie, ogarnelam sie i wypilam poranna kawe, niestety musialam jechac na tygodniowe zakupy. Lubie robic to w tygodniu, po pracy, zeby w weekend juz o tym nie myslec, ale caly tydzien wracalam tak pozno, ze nie mialam ochoty jezdzic jeszcze wieczorami do spozywczaka... Mlodziez pojechala ze mna, w sumie nie wiem po co, ale przynajmniej entuzjastycznie zaladowali zakupy do auta, a po powrocie do domu przytaszczyli torby na gore. ;) Zaplacilam im kupujac bubble tea. :D Pozniej mlodziez sie relaksowala, a ja wstawialam pranie i obchodzilam z M. ogrod, planujac co gdzie przesadzic. Tlumacze mu, ze pozna jesien to nie jest dobra pora na przesadzanki, ale on wie lepiej, wiec niech robi co chce. Pojechalismy jak zwykle do kosciola, a Potwory szykowaly sie na wyjscie po cukierki, bo bylo oczywiscie Halloween. Co ciekawe, zupelnym przypadkiem umowili sie z kolezankami/kolega mieszkajacymi na tym samym osiedlu i oboje otrzymali zaproszenie, zeby zostac na noc. Z jednej strony mi to pasowalo, bo nie musialam jezdzic po nich wieczorem, ale z drugiej jakos tak dziwnie bylo w chalupie bez zadnego dziecka. ;) Mielismy tez Kokusiowa obraze, bowiem jak wspomnialam, jechali na to samo osiedle, oddalone od nas o okolo 15 minut jazdy, ale Bi umowila sie na 18:30, zas Nik chcial jechac jak najszybciej po kosciele. Zanim jednak dojechalismy i sprawdzil czy wszystko ma, przyszykowal plecak oraz wedke, "na wszelki wypadek", byla 17:20. Stwierdzilam wiec ze bez sensu zeby jechac z nim tylko po to, zeby wrocic do domu i praktycznie od razu jechac z Bi. Powiedzialam mu, ze pojade (ostatecznie pojechal M.) chwile po 18, odstawie najpierw jego, a pozniej zjade na druga czesc osiedla zeby odstawic Starsza. O matko, jaki byl foch!!! :D W kazdym razie, malzonek pojechal odwiezc potomstwo, a ja zostalam pilnowac cukierkow. Wykapalam sie i mialam mokre wlosy, wiec nie chcialam zeby mnie zawialo, totez postawilam miske z cukierkami na stoliku przed frontowymi drzwiami.

Dla spragnionych cukru dzieciakow ;) 

Zerkalam jednak co jakis czas przez okno, zeby widziec co sie dzieje. Po osiedlu lazily doslownie hordy dzieciakow, ale to akurat normalka co roku. Nasz dom, jak zwykle, w wiekszosci zostal pominiety, ale jedna wielka grupa mnie "napadla". Doslownie. :D Jakas ciekawska dziewczynka przeszla naokolo, zaby zobaczyc frontowe drzwi, wrzasnela, ze sa cukierki i po chwili przyleciala na oko 20stka dzieciakow. Niektore lecialy pedem przez te krzaki z przodu! :O Wpadli jak burza na ganek, ale niestety zachowali sie jak dzikusy, rozwalili cukierki naokolo, wiekszosc jeden chyba wrzucil do swojej torby, dziwne ze miski nie poniesli. ;) Przyszly za nimi jakies maluchy, 6-7-letnie i tylko westchnely ze nie ma juz cukierkow, ale akurat w tym momencie udalo mi sie zbiec na dol (zamieszanie widzialam z okna pokoju Kokusia) i zawolalam ze zaraz im przyniose. Ta grupka byla juz grzeczna. Wzieli cukierki, podziekowali, opowiadali mi nawet ze to tamci nabalaganili, a jeden rok temu zabral nawet ktoremus cale wiaderko slodyczy. Fajni byli i zatesknilam za takimi maluchami w domu. ;) Po nich nie przyszedl juz nikt, wiec spedzilismy wieczor na kanapie, wzdychajac ze dom pusty i smutny bez dzieci... Dostalam jeszcze fote od mamy kolezanki Bi z dziewczynami szykujacymi sie na wyjscie po cukierki.

Dwie piratki, klej (:D) i myszka (?)

Swoja droga, jak dla mnie to przesada zeby taka 15-16-letnia mlodziez lazila po domach, ale ich nie przekonam... Za to Nik i jego kolega nawet nie pomysleli zeby sobie zrobic wspolne zdjecie, a rodzice tamtego, z mlodszym rodzenstwem, wybyli na jakas impreze, wiec ciesze sie ze zrobilam Kokusiowi zdjecie w domu, gdzie wsciekal sie i przewracal oczami, ale ostatecznie zapozowal. ;)

Nik nie bardzo pasuje do Bowser'a postura :D

Malzonek pojechal w niedziele nad ranem do roboty, wiec dziwnie bylo obudzic sie w pustym domu. Dobrze, ze kot przyszedl pomruczec i sie pomiziac, to chociaz czlowiek poczul, ze ktos lub cos go wita o poranku. Tej nocy zmienilismy czas, wiec wstalam w miare "wczesnie", bo obudzilam sie na starym. ;) Dzien wczesniej powiedzialam Potworom, ze maja dac mi znac o ktorej mam ich odebrac i poinformowalam, ze moge przyjechac najpozniej o 11:30, a potem beda musieli czekac az ojciec wroci z pracy, bo przyjedzie dziadek i utkne w domu. Oczywiscie zadne nie pofatygowalo sie zeby napisac. Bi wyslala tylko wiadomosc poprzedniego wieczora, ze swietnie sie bawi. To dobrze, bo dla niej bylo to pierwsze nocowanko i nie bylam pewna czy nie bedzie miala kryzysu. Pewnie nie pamietacie, ale kilka lat temu dostala zaproszenie od swojej owczesnej najlepszej kolezanki, mieszkajacej doslownie kilka domow od nas i w ostatniej chwili stchorzyla, poplakala sie i nie poszla. Obawialam sie wiec, ze moge o 22 wieczorem dostac telefon, ze panna chce do domu, ale na szczescie nic takiego sie nie stalo. Rano napisalam wiec do obu mam, pytajac do ktorej Potwory odebrac, ale i jedna i druga odpisala ze moga zostac do ktorej chca... Mama kolezanki Bi wyslala nawet zdjecie, ze dziewczyny siedza w jacuzzi.

To jacuzzi to prawie jak basen...

Bez pospiechu wiec ogarnelam sie, zjadlam, poskladalam pranie i w koncu zaczelam piec babke na oleju zeby miec jakis deser dla dziadka. I wtedy nagle "obudzila" sie corka i wyslala wiadomosc zeby odebrac ja o 11:30. Byla 11, ciasto akurat sie miksowalo, ale trzeba jeszcze bylo przelac je do foremek, wymieszac czesc z kakao, a potem musialo sie jeszcze 45 minut piec. Napisalam wiec do M., o ktorej wychodzi, bo moze by pojechal po panne. Odpisal, ze ok, wyslalam wiec smsa do corki ze przyjedzie ojciec. Dobra, zalatwione. Taaa... Wracam do ciasta, a tu kolejny sms od M. Ze on chyba pojedzie tez po Kokusia, skoro sa na tym samym osiedlu, bo po co jezdzic dwa razy. Nie wiem po jakiego wafla mnie o tym informuje, ale jak juz pisalysmy do siebie z Martusia, nasze chlopy nie podejma sami zadnej decyzji; musimy kazda "przyklepac". Odpisalam ze ok, zeby do syna zadzwonil i mu powiedzial, ze zaraz wyjezdza. Myslalam, ze to koniec "problemikow", wiec wracam do ciasta. Po chwili, kolejne wiadomosci. Ze "Nik nie odbiera i nie odpowiada na sms'y i ze trzeba mu dac kare bo gowniarz ma telefon po to, zeby miec z nim kontakt". No to mu pisze, ze moze za chwile sie odezwie, a jak nie, to niech M. podejdzie do drzwi i zapuka. Korona mu z glowy nie spadnie. Za moment kolejna wiadomosc, zebym napisala do mamy kolegi, ze on bedzie po Nika okolo 12. Zgrzytam zebami, ale pisze. Mama odpisuje, ze ok, wiec zawiadamiam meza. Za chwile oburzony sms od syna, ze dlaczego on musi byc tak wczescie odebrany, ze on i Bi nie musza zawsze robic tego samego, ze on chce zostac dluzej, itd. Tu sie juz naprawde wkurzylam i odpisalam synowi, zeby zadzwonil do swojego ojca i z nim sie wyklocal, zamiast jeczec do mnie, bo ja mam wazniejsze rzeczy do roboty. Przypominam, ze pomiedzy tymi wszystkimi wiadomosciami, nadal konczylam ciasto. W koncu, z pulsujaca zylka, wsadzalam je do piekarnika, kiedy olsnilo mnie, ze... nie dodalam proszku do pieczenia!!! Tak mnie rozproszyly te ciagle cholerne smsy, ze na smierc zapomnialam. I co teraz?! Szybko wyjelam blaszki z piekarnika (na szczescie nawet go jeszcze nie zamknelam), posypalam ciasto proszkiem i wymieszalam wykalaczka, modlac sie zeby nie wyszedl zakalec. Ale taka bylam wsciekla, ze reszta rodziny miala szczescie iz dziadek przyjechal pierwszy, wiec zdazylam z nim pogadac i ochlonac, bo inaczej chyba bym ich na powitanie czyms zdzielila! :/ Tata posiedzial i pojechal, a my mielismy jechac na cmentarz zapalic swieczki, ale M. stwierdzil, ze jak klapnal na tylek, to juz mu sie nie chce. Posprzatalam wiec kuchnie, zmienilam posciel mlodziezy, poskladalam jedno pranie, wstawilam kolejne... i fajnie byloby tez usiasc i podelektowac sie niedziela, ale na 18 Bi miala, ostatnie juz w tym sezonie, druzynowe pasta party. Ogolnie, to wrocila z tego nocowanka zmordowana, bo polozyly sie o 1 nad ranem, a chociaz zmienilismy czas, to wstaly o osmej nowego. Niby pospaly 8 godzin, ale mowila ze spala z kolezanka na dmuchanym materacu i nie bylo jej zbyt wygodnie, a jeszcze tamta sie strasznie wiercila. Miala wyraznie przekrwione oczy i widac bylo po jej buzi, ze jest zmeczona. Namawialam ja wiec zeby sobie odpuscila, tym bardziej, ze jej najlepsza kolezanka z plywania, tego dnia nie mogla tam byc, ale panna uparla sie, ze chce jechac. No to ja zawiozlam, tyle ze impreza miala byc do 19:30, a ona juz o 19 napisala zeby ja odebrac. Nie znosze takiego jezdzenia w te i we wte. :/ Na szczescie pozniej w koncu moglam przygotowac sie na kolejny dzien i usiasc spokojnie na kanapie...

Poniedzialek rozpoczelismy wczesnie, ale co tam! Wstawanie, kiedy slonce juz wzeszlo, to zupelnie inna jakosc zycia! :D Wyszykowalam sie, Potwory tez sie ogarnely i... Nik stwierdzil ze pojedzie na rowerze, bo choc rano byly ledwie 4 stopnie, po poludniu mialo byc 20. Bi tego dnia zwolnilam z treningu, bowiem nadal czasem pobolewa ja ta pieta (choc mam wrazenie, ze bardziej panna szuka wymowki, bo w sobote lazila po cukierki i jakos nie bolala ;P), wiec mogla tez pojechac na rowerze. Len w doopce jednak zwyciezyl i stwierdzila, ze pojedzie samochodem, a wroci piechota. Odstawilam wiec corke pod szkole, a sama pojechalam do roboty. W pracy cisza, poza mna jeszcze tylko jedna osoba od zywnosci i jakas babka, ktora nie wysciubiala nosa z biura. Mialam rozmowe z szefem, w koncu o zeszlotygodniowej inspekcji. Ogolnie powiedzial ze odhaczylam wszystko co trzeba i jedyne zastrzezenie mial do tego, ze kiedy zadaje pytanie, a ludzie odpowiadaja, za szybko zaczynam im przytakiwac, gdzie w rezultacie przestaja mowic, bo mysla ze jestem usatysfakcjonowana. No, za sympatyczna jestem. :D Powinnam byc cicho az sami przestana mowic. To taka strategia, troche cwana, bo wiekszosc ludzi czuje sie niekomfortowo kiedy zapada cisza i potrafia gadac rozne "ciekawostki" zeby tylko cos mowic. Juz kilka razy tlukli nam o tym na szkoleniach, ale odruch zwycieza i zawsze o tym zapominam. ;) Oprocz tego, troche mnie podlamal, bo kilku rzeczy na tej inspekcji nie mialam jak przecwiczyc, a teraz zaczal cos przebakiwac, ze na audycie ktos moze wymagac zebym to zrobila. No to "swietnie". :/ Mialam sie sama zreszta o to pytac, ale potem wyskoczyl tamten czwartek, kiedy musialam zaczac sprawdzac dane niemal od poczatku i zwyczajnie nie zdazylam juz skupic sie na niczym innym... Mialam tego dnia zaczac pisac raport, ale okazalo sie, ze tyle mi sie nazbieralo spraw administracyjnych, ze spedzilam nad nimi caly dzien. Miedzy innymi musialam zarezerwowac lot oraz hotel na kolejny wyjazd i niestety wszystko mi opadlo, bo okazuje sie, ze nie ma lotow bezposrednich, a polaczenia sa fatalne. Albo trzeba siedziec na lotnisku niewiadomo ile, albo ma sie na przesiadke godzine i jak pierwszy lot sie opozni, to doopa. To w tamta strone. Za to powrotny, to inna porazka, bo najwczesniejszy lot jaki mi pokazalo byl o 12:30. Tyle, ze lecial on na zachod, czyli w przeciwnym kierunku. Potem, z tego zachodu (a konkretnie z Texasu) musialabym doleciec do domu, wiec ladowalabym dopiero tuz przed polnoca. Pozniejsze loty zaczynaly sie po 15, ale polaczenia byly tez tragiczne. Ostatecznie mam niby wylatywac po 16, po drodze sie przesiadac i ladowac o 22:50. Tez beznadziejnie, ale nie widze innego wyjscia. Na koniec, okazalo sie, ze zarezerwowalm nie taki pokoj w hotelu, a babka ktora ma byc moim audytorem pomogla mi go poprawic, ale robilam to przed samym koncem dnia, wiec do domu przyjechalam z lekkim opoznieniem i praktycznie o zmroku. Szybko zebralismy sie i pojechalismy na najblizszy cmentarz, zeby sybmbolicznie zapalic swieczki. W koncu byl Dzien Zaduszny. Potwory cos tam stekaly, ale pojechali i zajelo nam to raptem pol godziny. Pozniej, dla Kokusia nadeszla pora powrotu na treningi do dawnej druzyny plywackiej. Biegi przelajowe sie skonczyly, a Mlodszy chce pocwiczyc plywanie nim zacznie sie to szkolne. Niestety, tutaj treningi sa dopiero o 18:45, wiec wzdychal ciezko i byl bez humoru, ale uparl sie, ze jedzie. Myslelismy z M., ze w koncu zrezygnuje, ale nie. Pojechal. Malzonek go zawiozl, a ja w tym czasie zmienilam nam posciel. Pozniej M. poszedl spac (jak zawsze z kurami), a ja pojechala po syna i dopiero moglam odetchnac wieczorem.

We wtorek moglam pospac do zawrotnej 7:10. Pracowalam z domu, wiec nie musialam pedzic do biura, a w dodatku Potworki mialy wolne. Tego dnia odbywaly sie wybory, a te sa u nas zawsze w pierwszy wtorek listopada. Lokale wyborcze sa w middle school oraz high school, wiec te sa zamkniete. Zeby bylo sprawiedliwie, zamykaja tez podstawowki, wiec dzieciaki w calej miejscowosci (i chyba wiekszosci Hameryki) maja tego dnia labe. ;) Wstalam wiec, wyszykowalam sie i zasiadlam do roboty. Mialam nadzieje wreszcie zaczac raport, ale zamiast tego zmagalam sie nadal z zadaniami czysto administracyjnymi... A kiedy zaczelam w koncu pisac, okazalo sie, ze musialam ustawic cale formatowanie w dokumencie... Poniewaz jestem noga w takich sprawach, wiec przy pomocy Google zajelo mi to wieki. W miedzyczasie powstawaly Potwory i Nik zaczal stekac zeby zabrac go do fryzjera. Poniewaz w salonie gdzie zwykle jezdzimy, mozna sie wpisac przez internet i powiadomia cie kiedy czas wyruszac, wiec wpisalam go i pol godziny pozniej przyszedl sms zeby jechac. Popedzilismy wiec, ale niestety, tym razem Nik mial pecha. Trafil na jakas fryzjerke, ktora chyba nie bardzo wiedziala jakie fryzury lubia obecnie mlodzi chlopcy. Mlodszy podobno pokazal jej ile sciac i mowil ze tylko delikatnie, ale ona i tak zrobila to po swojemu i obciela go naprawde krotko. Zeby nie bylo, kiedys jak sama zaczelam tlumaczyc jednej fryzjerce jak obciac syna, ten sie oburzyl ze sam potrafi mowic, wiec teraz sie nie odzywam. Juz po minie Kokusia przy placeniu widzialam ze  nie jest dobrze, ale nie spodziewalam sie, ze az tak to przezyje. Cala droge do domu szlochal mi doslownie w glos, ze jak on sie pokaze w szkole, ze wyglada jak debil, ze nigdy jeszcze nie byl az tak zle obciety, itd. Wypisz - wymaluj kiedys moja mamuska, ktora zawsze ryczala po przyjsciu od fryzjera. :D Zupelnie nie wiedzialam jak go pocieszyc, bo kiedy mowilam, ze moze to nie jego styl, ale wyglada w porzadku, a krotkie wlosy rosna tak szybko, ze dwa tygodnie bedzie juz wygladal tak, jak chcial, ryczal jeszcze glosniej. :D Na pocieszenie zajechalam do Dunkin', ale Mlodszy nie wysiadl nawet z auta. Sama musialam pomaszerowac po napoje. Wrocilismy do domu i Nik w rozpaczy zamknal sie w pokoju. Przeszlo mu dopiero kilka godzin pozniej. Kolejnym przerywnikiem w robocie, bylo zawiezienie Bi na autobus. Mimo dnia wolnego, ktos mundry wyznaczyl na ten dzien miszczostfa w plywaniu. Trenerzy wymagali zeby dziewczyny pojechaly wszystkie razem, na 1:45 musialam wiec zawiezc corke pod szkole. Pozniej moglam wrocic do raportu. Malzonek stwierdzil, ze skoro wszyscy jestesmy w domu, to on tez wyjdzie wczesniej i bedzie kontynuowal prace kolodomowe. Ostatnio zaczal malowac ta betonowa czesc widoczna ponizej siding'u, bo podobnie jak przy frontowym wejsciu, zeszla z niej stara farba i zaczela wygladac na brudna i paskudna. Niby nie ma tego duzo, bo na wiekszosci scian to moze pol metra od ziemi, tylko w kilku miejscach troche wyzej. Ale jednak malowanie w przykucku, lub mocno pochylonym, meczy i robil to na dwa razy. A wlasciwie na trzy, bo sciany z tylu, przy tarasie, ostatecznie nie skonczyl. Kiedy uporalam sie z dniowka, pojechalam oczywiscie spojrzec jak sobie radzi Bi. Na szczescie to niedaleko, w sasiedniej miejscowosci, moze 15 minut jazdy i to bocznymi uliczkami, nie autostrada. Niestety, nie wzielam pod uwage, ze to nie byly zwykle zawody, tylko mistrzostwa miedzy dziesiecioma okolicznymi druzynami, wiec parking byl pelniusienki, tak samo wszystkie miejsca wzdluz drogi dojazdowej. Krazylam tam z 10 minut, zastanawiajac sie czy nie wjechac bokiem auta na ktorys trawnik, ale wszedzie byly strasznie wysokie krawezniki. W koncu trafila mi sie odrobina szczescia i ktos wyjechal, wiec szybko wskoczylam na jego miejsce. Niestety, na basen weszlam akurat jak Bi wyszla z wody po jednym ze swoich wyscigow. :/ 

Nie mam pojecia z czego ona sie tu tak cieszy ;)

Pozniej dluuugo siedzialam, kibicujac innym dziewczynom z naszej druzyny, az przyszla pora jej kolejnego indywidualnego wyscigu - grzbietowym na 100m. Przyplynela przedostatnia ze swojej grupy, ale na sam koniec przyspieszyla, miala wiec jakies rezerwy i moglaby poplynac nieco szybciej. Wiem, ze to strategia aby plynac spokojnym tempem, zeby wytrzymac do konca, ale mam wrazenie, ze Bi sobie to tempo narzuca troche za slabe. Choc potem powiedziala mi, ze pobila swoj rekord o 5 milisekund, wiec moze i dobrze to wymierzyla. :D Pozniej plynela juz "tylko" dwie sztafety i miszczostfa sie skonczyly. Pamietam z zeszlego roku, ze zaraz po zakonczeniu oglosili wyniki, ale tym razem nie, trzeba wiec czekac az trenerzy je dostana. Rok temu druzyna Bi zajela II miejsce, ale mieli duzo seniorek, ktore niesamowicie dobrze plywaly, a ktore teraz juz odeszly na studia. Ciekawa wiec jestem, ktore miejsce udalo im sie zajac z nieco slabszym zespolem. Wrocilysmy do domu o 18:30 i mozna sie bylo wykapac i cieszyc wieczorem.

W ten sposob zakonczylismy sezon plywacki dziewczyn. Jeszcze tylko pozegnalny bankiet pod koniec miesiaca i tyle. Bedziemy miec teraz miesieczna przerwe od treningow (szkolnych), zawodow, odwozenia, przywozenia, itd. az do sezonu chlopcow, ktory zacznie sie poczatkiem grudnia. Az dziwny taki nagly spokoj... :D

W srode juz mlodziez normalnie szla do szkoly, a ja jechalam do pracy. Rano mielismy 10 stopni, a po poludniu mialo byc 23 (!), wiec Nik pojechal na rowerze. Bi stwierdzila ze woli rano pojechac ze mna, a potem wrocic piechota, choc pozniej wzdychala, ze mogla jednak wziac rower, bo po poludniu byloby szybciej. ;) W pracy nadal walczylam z raportem oczywiscie. W koncu zaczelam konkretnie pisac, ale jak zawsze, szlo mi niczym po grudzie... Zaskoczona bylam jednak, bo szef sam przypomnial mi zebym wypisala formularz o podroz w weekend na nastepna inspekcje, zeby naliczyli mi te godziny do urlopu. Normalnie wzrusz! :D Po pracy popedzilam do domu i mialam wlasciwie tylko na tyle czasu, zeby sie przebrac i na 18 jechalam z Kokusiem na bankiet pozegnalny z biegow przelajowych. Tam, podobnie jak przy innych tego typu wydarzeniach, byly nagrody trenerow, kapitanow, itd. Glownie skoncentrowane na seniorach, choc mlodszym tez cos skaplo. Nik jest najszybszym z nowych zawodnikow i spodziewalam sie jakiejs nagrody z tego tytulu i... nic. Dostal tylko dyplom za udzial oraz naszywki z rokiem kiedy ma skonczyc high school. Wszyscy dostaja takie na koniec pierwszego sportu, ktory uprawiaja w nowej szkole.

Siedzialam daleko, wiec slabo to widac, ale Nik odbiera dyplom 

Troche to rozczarowujace, bo widac, ze duzy nacisk kladziony jest na prace nad kondycja oraz poprawa wynikow, ale jak jestes naturalnie dobry w czyms, to juz cie nie pochwala zeby innym nie bylo przykro. Ogolnie bankiet jak bankiet, zeszloroczny z plywania mial taki sam schemat. Ten byl jednak w innym miejscu i mam wrazenie, ze tam jednak bylo lepsze jedzenie. Tutaj byla salatka, ktora mogl sobie czlowiek sam skomponowac, zielona fasolka, makaron z czerwonym sosem, piers kurczaka w jakiejs dziwnej panierce oraz rwana wieprzowina. Do tego pieczone ziemniaki albo bulka. Brzmi ok, ale wszystko bylo zupelnie bez smaku. Rozumiem, ze w restauracjach ograniczaja sol czy pieprz, bo kazdy lubi inaczej doprawione. Ale tutaj nie bylo nic, zero czegokolwiek, chocby jakichs ziol lub czosnku. No, dawno juz nie jadlam tak bezjajowego zarelka. :D W pracy jednak zwykle jem tylko niewielkie przekaski, a po powrocie do domu nie jadlam obiadu, wiec zjadlam co dali, bo bylam glodna. Nik jednak potem strasznie narzekal, ze jedzenie bylo okropne i ze jedyne, co mu smakowalo, to bulka. :D Powiedzialam, zeby sie przyzwyczajal, bo tak zwykle wyglada zarcie na hamerykanckich przyjeciach. Tyle, ze zazwyczaj jest choc odrobine doprawione. ;) Syn jednak w ogole uznal, ze bylo beznadziejnie, nudno i ze za rok nie idzie.

Przynajmniej mam fote tej "strasznej" fryzury, o ktora bylo tyle ryku :D 

Kolejna roznica miedzy Potworkami. Bi rok temu byla zachwycona, ze moze sie wystroic i spedzic czas z kolezankami z zespolu, mimo ze przez wiekszosc czasu jednak czlowiek siedzial przy stole i sluchal jednej przemowy po drugiej. A Kokusiowi nie pomoglo nawet to, ze siedzial z najlepszym kolega i widzialam jak co chwila cos tam do siebie mamrocza i sie smieja. W srodku imprezy, trenerzy wyswietlili filmik ze zdjeciami oraz urywkami pstryknietymi w ciagu ostatnich dwoch miesiecy. Wszyscy  sie smieli z niektorych ujec, bo wiadomo jak wyglada sie w biegu, spoconym, z rozwianym wlosem i rozdziawionymi ustami. ;) Stoly byly fajnie, choc skromnie ozdobione. Na srodku byly balony, zaczepione o symbol, ktory Nik mial na breloczku - but ze skrzydlami. A naokolo trzymadla z XC (czyli cross country) a w nich zdjecia dzieciakow z calego sezonu. Na koniec, grupa rodzicow, ktora to zorganizowala, powiedziala zeby kazdy odszukal i wzial sobie zdjecia swojego dziecka, lacznie z trzymadlami i jesli ktos chce, to moze wziac tez balony wraz z "butem". Ja wzielam zdjecia, Nik chetnie chwycil balony. ;) Aha, dzieciaki potem zgromadzily sie w grupie i wypisywaly sobie smieszne "nagrody" na papierowych talerzykach. Kokusiowi trafilo sie za "najbardziej blond wlosy". :D Tak ogolnie to wydaje mi sie, ze to jest calkiem fajna grupa dzieciakow, a raczej mlodziezy, bo wszyscy to juz nastolatki, niektorzy dorosli. Dziewczyn jest tylko 11, wiec sa naprawde zzyte i trzymaja sie razem. Chlopcow jest ponad 40stka, wiec tu juz trudniej i porobily sie oczywiscie grupki. Z tego co jednak wiem, wspieraja sie, pomagaja i nikt nikomu nie dokucza. Trenerzy dbaja zeby starsi brali mlodszych pod skrzydla i przekazywali im gdzie i jak moga cos poprawic zeby polepszyc czas. Podoba mi sie to w sportach w high school (choc nie wiem czy w kazdym zespole tak jest) bo nadal pamietam ten horror z ligowej pilki noznej, gdzie dzieciaki obwinialy sie nawzajem o stracona pilke czy przegrany mecz, a trener u Kokusia potrafil doprowadzic chlopcow do placzu. Gdzie tu jakas druzyna, zgrana grupa? Tak czy siak, bankiet szybko przelecial i tuz po 20 bylismy w domu, bo mielismy jakies 5 minut jazdy. Cieszylam sie, ze zostalo mi jeszcze sporo wieczoru. Oczywiscie M. juz spal, Bi byla na gorze, a zwierzaki chodzily i patrzyly wyczekujaco, bo pod moja nieobecnosc, nikt ich nie nakarmil. :/ Szybko wiec nasypalam chrupek i otworzylam puszki, przygotowalam co trzeba na kolejny dzien i moglam klapnac na kanapie.

Czwartek ponownie zaczelam wczesnie, choc tym razem mialam duzo mniej biegu, bo obydwa Potwory stwierdzily, ze pojada do szkoly na rowerach.

Najpierw Mlodszy... 

Mielismy anomalii pogodowych ciag dalszy i o 7 rano bylo juz 16 stopni, a po poludniu mialo byc 21. Co prawda zapowiadali mozliwy deszcz, ale prognozy raz go pokazywaly, raz znikal. Mlodziez uznala wiec ze zaryzykuja.

...pozniej Starsza 

Nie muszac ich odwozic, zyskalam kilka dodatkowych minut, dzieki czemu udalo mi sie nawet wrzucic brudne naczynia do zmywarki, zeby nie straszyly w zlewie. Pozniej pojechalam do roboty, gdzie nadal uzeralam sie z raportem, choc tego dnia postanowilam poskanowac zebrane na inspekcji dokumenty. W piatek chcialam pracowac z domu, a nie mialam ochoty targac ze soba cholernej drukarki, wiec postanowilam zeskanowac wszystko, co potrzebne mi bylo do raportu. Jak wyglada moje skanowanie w tempie dwoch stron na minute, juz opisywalam, wiec mozecie sobie wyobrazic to zgrzytanie zebami... No, ale skonczylam i nawet udalo mi sie chwile popisac, choc skonczenie raportu w piatek, marnie widze. Czesc pisana moze skoncze, ale przeciez czeka mnie jeszcze opisywanie i oznaczanie zalacznikow, podlaczanie ich w system, a na koniec jeszcze cale podsumowanie i podliczanie godzin w systemie. No coz, najwyzej bede konczyc w poniedzialek. Zla tylko jestem, bo w tym tygodniu pierwsze dwa dni musialam praktycznie cale poswiecic na takie administracyjne pierdoly, gdzie bez nich bez problemu bym skonczyla... Wrocilam do domu, gdzie wreszcie mielismy spokojny wieczor, bez zadnych imprez i wydarzen. Co prawda Nik zdecydowal sie jechac na trening, ale M. go zawiozl, a ja potem odebralam, wiec nie bylo to nic czasochlonnego. 

W piatek pospalam troche dluzej, bo pracowalam z domu i wstalam tylko zeby zawiezc Potwory do szkoly. Nadal bylo bardzo cieplo jak na listopad, ale wreszcie przyszedl deszcz, bylo ciemno i niskie cisnienie, wiec spalo mi sie wysmienicie. Zwykle przebudzam sie kiedy mlodziez idzie do lazienki i schodzi na dol, a dzis tylko gdzies w oddali doszly mnie odglosy smieciarki jezdzacej po osiedlu, tyle ze bylo to jeszcze przed 6 rano. Kiedy zadzwonil budzik, kompletnie nie wiedzialam co sie dzieje. Okazalo sie ze, pomimu zapowiadanego deszczu, Nik stwierdzil ze pojedzie do szkoly na rowerze, bo woli dojechac wczesniej i troche odetchnac zanim zacznal sie lekcje. Pewnie dobrze sie stalo, bo Bi (ktora wolala byc zawieziona) tak dlugo sie szykowala, ze faktycznie dojechalysmy dosc pozno, choc i tak przed dzwonkiem. Rano bylo ponuro, ale glownie mgliscie i nie padalo, wiec wydawalo sie, ze Nik podjal dobra decyzje. Kiedy jednak pozniej wrocilam do domu, w ktoryms momencie zrobilo sie ciemno niczym poznym wieczorem, rozpadalo sie na dobre i do kompletu zaczelo grzmiec. :O Zastanawialam sie w jakim stanie Mlodszy wroci do domu, jesli sie nie przejasni... Ostatecznie nadal padalo, ale troche lzej, wiec go zmoczylo, ale nie dokumentnie. ;) Mnie sie zas udalo, bo M. wyszedl z pracy troche wczesniej i po drodze odebral Bi, wiec nie musialam sie odrywac od raportu. Ktory i tak szedl mi tragicznie. Do konca pracy nadal sporo zostalo mi do napisania, ale motywacja byla juz na dnie i pod metrem mulu. ;) Pojechalam na tygodniowe zakupy, z nieodlacznymi Potworami oczywiscie. Po powrocie rozpakowac wszystkie torby, posiedziec z malzonkiem, nakarmic zwierzaki, itd. Caly czas jednak chodzil mi po glowie ten cholerny raport, bo wiedzialam ze w przyszlym tygodniu szef ma od srody wolne, a ja w dodatku musze sie przygotowywac na kolejna inspekcje, czasu mam wiec niewiele. Wiedzialam, ze za cholere nie dam rady skonczyc wszystkiego, ale o 20:30 stwierdzilam, ze dobra, poswiece sie i dokoncze chociaz czesc pisana. Sleczalam nad tym do 22, ale napisalam. Teraz jeszcze w poniedzialek oznaczyc, podpiac i ponumerowac zalaczniki (niestety w dwoch systemach, wiec podwojna robota), podliczyc godziny i mozna wysylac. Zla jestem, bo gdybym nie spedzila polowy poniedzialku meczac sie z rezerwacja biletu, skonczylabym raport w piatek bez problemu... Ech, no coz... Nie ida mi te raporty kompletnie...

Do poczytania!

piątek, 30 października 2026

Nie potrzebuje takiego stresu

Chcialabym pozyc sobie dlugo i w zdrowiu, tymczasem obecna praca serwuje mi ciagly stres i zaloze sie, ze miesiecy i lat zycia pomalutku ale systematycznie ubywa z mojej "puli". :/

Jesli jednak o rodzinna rzeczywistosc chodzi, pisalam ostatnio, ze w piatek, 23 pazdziernika, Bi miala wyscigi plywackie. Sezon dziewczyn pomalu dobiega konca, ale nadal czekaja je jedne zawody oraz mistrzostwa. Pozniej zostaja juz tylko dziewczyny, ktore zakwalifikowaly sie do szczebla stanowego. Starsza do tej grupy nie nalezy i choc to oczywiscie nieco rozczarowuje, to jak juz pisalam, zmeczyly mnie te podwojne sporty tej jesieni i w sumie to ciesze sie, ze przez zime bedziemy mieli tylko plywanie Kokusia. No chyba ze panna wymysli sobie cos innego, bo poza sportami, w szkole maja pierdylion klubow, wiec kto to wie... ;) Tak czy srak, po pracy popedzilam do auta i pojechalam do pobliskiego miasteczka. Ponownie z pracy mialam duuuzo blizej niz mialabym z domu i w 13 minut bylam na miejscu. Po ostatnich poszukiwaniach wokol obcej szkoly, tym razem weszlam wczesniej na Google i obejrzalam naokolo jak to wyglada. Wiedzialam wiec, ze sa tam tabliczki jasno pokazujace dojazd na odpowiednia czesc parkingu. Dotarlam wiec bez problemu, choc okazalo sie, ze szkola wewnatrz to tez niezly labirynt i dobrze, ze i w niej byly strzalki, bo inaczej w zyciu nie znalazlabym basenu. ;) Wpadlam akurat w momencie kiedy wszyscy wstali zeby zaspiewac hymn narodowy. Ciekawe, ze czasem go puszczaja, a czasem nie. Tutaj akurat zaspiewaly trzy dziewczyny z przeciwnej druzyny i wyszlo im to naprawde pieknie, a melodia do latwych nie nalezy. Dla Bi byly to raczej luzne zawody, bo miala wszystkie wyscigi rozlozone z przerwami na odpoczynek. Plynela sztafete w pierwszym wyscigu, pozniej miala zas trzy indywidualne.

Szykuje sie do skoku 

Najpierw 2M czyli po dwie dlugosci kazdym stylem, gdzie niestety przyplynela ostatnia. Poza tym miala wyscig grzbietowym na 100m oraz ta plywacka "mordownie", czyli kraulem na 500m. W obu doplynela przedostatnia, wiec chociaz tyle, choc przy tym drugim byla zla sama na siebie, bo podobno doplynela o 10s pozniej niz jej wlasny rekord, a liczyla ze go pobije. No coz. ;)

Plynie

Po zawodach oczywiscie byl jek o Dunkin, gdzie wyjechalysmy grubo po 18, a u nas jest on otwarty tylko do 19. Wiedzialam wiec ze mozemy nie zdazyc, wiec przejechalam przez pol obcego miasteczka zeby spelnic zyczenie pannicy. ;) Dojechalysmy do domu i w koncu spokojnie zaczelam weekend. I tylko panna nagle wieczorem przyszla z pytaniem czy moze pozyczyc ode mnie buty. Kolejnego wieczora miala byc potancowka w szkole i Bi stwierdzila ze w jej wlasnych szpilkach nie da rady dlugo tanczyc i chce zobaczyc czy ktores z moich beda wygodniejsze. Powiedzialam ze niech sobie bierze, ktore chce, choc mialam powazne watpliwosci, bo ja mam rozmiar stopy 37.5-8 (rozmiar hamerykancki), a ona 5.5-6. ;) Tak jak podejrzewalam, wszystkie moje buty byly na nia bardzo wyraznie za duze. Zaczela oczywiscie jeczec czy mozemy pojechac na zakupy kolejnego dnia, ale stwierdzilam, ze nie bede specjalnie kupowac jej butow, skoro ma te szpileczki, zalozone raptem 2-3 razy. Sama je sobie wybrala i to nie moj problem, ze teraz nagle stwierdzila ze nie da rady w nich tanczyc. :/

Sobota to dluzsze spanie dla calej naszej czworki, choc M. i tak wstal zaraz po 6. Malzonek w koncu zmobilizowal sie, zeby naprawic hydraulike i zalatac dziure w suficie w kuchni! Jak to z nim bywa, nie dosc, ze czekal pol roku az dziura nabierze mocy urzedowej, to jeszcze teraz chodzil niczym gradowa chmura, bo on musi ja reperowac! Cos tam porobil w piatek wieczorem i kontynuowal w sobote rano, ale nie szlo mu tak, jakby chcial. Kiedy wstalam i spytalam jak idzie, wyskoczyl do mnie z ryjem, ze dalej sie leje i ze bedzie musial rozwalac pol sufitu w kuchni zeby to przerobic. Dopiero po chwili mruknal cos, ze musi jechac do sklepu po jakies elementy, bo poki co probowal zrobic z tym, co mial w domu. Najlepsze, ze wczesniej ciagle mowil, ze kupi co potrzebuje i zacznie to robic, zalozylam wiec ze juz wszystko ma. A tu sie okazuje, ze hrabia uznal ze mu sie nie chce jechac do przemyslowego, sprobuje z tym, co juz posiada, ale pretensje do calej rodziny, ze z rurek nadal kapie! :O Moj maz ma taka przyware, ze jak juz zacznie cos robic i nieuchronnie straci humor, to (jakby specjalnie) zabiera sie za kolejne, wczesniej odkladane w nieskonczonosc, roboty, jakby chcial miec pretekst zeby dalej pielegnowac wku*wa. Tym razem ruszyl wiec na ogrod, po drodze wyskakujac z pretensja, ze przestalam pielic w warzywniku i on w przyszlym roku nic nie sadzi, bo ja wiecznie chce sadzic warzywa, a potem o to nie dbam! No az sie zatrzeslam ze zlosci, bo po pierwsze, poki tam jeszcze cos roslo, od czasu do czasu pielilam. Moze nie tak czesto jak by sie przydalo, bo lato mialam bardzo stresujace, ale pielilam. A w dodatku, kiedy wiosna bylam na wyjezdzie, to ja mowilam zeby sobie odpuscic w tym roku warzywnik i to M. naciskal, ze fajnie miec chociaz swoje pomidory i ogorki! Przypomnialam teraz oczywiscie malzonkowi, ze to on uparl sie na warzywnik w tym roku (nie mowiac juz, ze kupil zle sadzonki ogorkow), na co chlop oswiadczyl, ze w zyciu nic takiego nic takiego nie mialo miejsca i sie... obrazil! :O Poza tym, kolega Kokusia zalatwil zywa przynete, wiec poznym rankiem wyruszyli na ryby. Wczesniej zdazylam go przydusic zeby odkurzyl i umyl podloge w swoim pokoju, a kiedy wrocilam po odwiezieniu kawalera, zrobilam swoja czesc. Oczywiscie, przed wyjsciem powiedzialam Bi zeby umyla u siebie, bo potem jak ja umyje korytarz i schody, bedzie musiala czekac az wyschna. Wracam - nie umyte, a panna patrzy nieprzytomnym wzrokiem znad ksiazki, ze zapomniala! :O Pojechalam pozniej po syna i jego kolege, bo z jakiegos powodu mial problem z transportem, wiec zgodzilam sie odwiezc go do domu. Szkoda, ze mieszka po przeciwnej stronie naszego miasteczka, wiec musialam nadkladac dwa razy tyle drogi...

Nik wrocil zachwycony, bo tym razem udalo im sie zlapac kilka pstragow i to dorodnych 

Po powrocie wlasciwie czas byl sie szykowac do kosciola. Pozniej tez nie dane mi bylo klapnac i o niczym nie myslec, bo w szkole dzieciakow odbywala sie impreza - homecoming dance. Nik nie mial zamiaru jechac, ale Bi oczywiscie az piszczala. O 17:45 mialy do niej przyjechac kolezanki zeby razem sie umalowac i pozniej zawiozlam je do szkoly.

Bi zmuszona byla zalozyc sandalki na plaskiej podeszwie, a kolezanki mialy obcasy. Tak naprawde ta po lewej jest od Starszej nieco nizsza, a ta po prawej wyzsza, ale nie az tak :D 

Cala impreza miala byc od 18:30 do 21:30, ale dziewczyny od razu oznajmily, ze raczej beda chcialy wrocic wczesniej. Ostatecznie Bi zadzwonila prawie o 21, a kiedy podjechalam, przyznaly ze na sali juz prawie nikogo nie bylo. Dla mnie ciekawostka jest to, ze na tutejsze szkolne imprezy trzeba sie tak stroic. Pamietam, ze na szkolne dyskoteki czlowiek zakladal ciuchy a'la do klubu, a tutaj sukienki koktajlowe. W glowach sie przewraca... ;) Druga ciekawostka, a wlasciwie szokiem bylo to, ze przed wejsciem na sale i pozniej przy wyjsciu, mlodziez musiala dmuchnac w alkomat. :O Najlepsze, ze w Hameryce legalnie mozna pic dopiero od 21 lat, zas dzieciaki ida do szkoly (zazwyczaj) o rok wczesniej niz w Polsce. Najstarsi uczniowie moga miec wiec 18 lub 19 (jesli rodzice ich przetrzymali w przedszkolu) lat. A tu alkomat. :O W kazdym razie, odebralam panny i przywiozlam do nas, skad po chwili kolezanki odebrali rodzice, a ja wreszcie moglam spokojnie usiasc i odetchnac.

W niedziele jak zwykle moglam troche odespac, a kiedy zwloklam sie z wyrka, upieklam ciasto z jablkami bo kilka "skapcialo", a jak zwykle wpadal dziadek. Tata przyjechal i poprosil zebym mu ustawila bezrobocie bo w tym roku bardzo wczesnie zakonczyli sezon. Posiedzial do 15, ale kiedy pojechal, zamiast ogarnac troche w chalupie, czy wstawic kolejne z niekonczacych sie pran, musialam jechac na zakupy. Bi miala miec w poniedzialek to cholerne senior night, a nic nie mialysmy jeszcze kupione. Przy okazji dzieciaki chcialy popatrzec za jakimis ciuchami, wiec pojechali oboje. Okazalo sie, ze koszyk i jakies kosmetyki dla kolezanki, Starsza znalazla bez problemu, ale najwiekszy problem miala z... kocykiem. Kolezanka podala jakie lubi kolory, ale musialysmy tez patrzec czy koc da sie tak zwinac zeby sie zmiescil w koszyku. Ile Bi sie naogladala i nakrecila nosem, to glowa mala! Nie pomagalo, ze w sklepie polowa asortymentu byla juz w temacie bozonarodzeniowym, a to po pierwsze nie takie kolory, a w dodatku tamta dziewczyna jest hinduska, wiec raczej tego swieta nie obchodzi. Pokazalam jej rozowy kocyk, to klocila sie ze mna, ze jest fioletowy. :D W koncu wygrzebala bialy i puchaty, ufff... Dla siebie oczywiscie tez sie naprzebierala wieszakow i nabrala bluzeczek, az musialam ja stopowac. Troche po fakcie, ale znalazla tez buciki na szerszym obcasie. Okazalo sie bowiem, ze tamtych butow na bal i tak nie moglaby zalozyc, bo szpilki byly zabronione. Szkola jest nowiutka i bardzo dbaja o parkiet na sali gimnastycznej. Teraz zupelnym przypadkiem znalazla takie, ktore sa zgodne ze szkolnym regulaminem, wiec bedzie miala na nastepna impreze. ;) Nik - odwrotnie, chodzil i marudzil ze nic dla niego nie ma. Tyle, ze kiedy poszlam popatrzec po meskim dziale, w kilka minut znalazlam mu dwie bluzy. Szukalam tez marynarki bo bedzie mial impreze z okazji zakonczenia biegow przelajowych, ale zadnej nie znalazlam. W kazdym razie, mlodziez cos tam sobie wybrala, ja dla siebie tez i lzejsza o ponad $300 (:O) wrocilam do domu.

W poniedzialek niestety zaczelam jeden z najbardziej stresujacych tygodni w pracy. Nie dosc, ze jechalam na inspekcje, to jeszcze caly czas mial mi towarzyszyc szef. :O Pierwszy dzien, jak to pierwszy dzien, czlowiek z lekka nie wie co sie dzieje. ;) Mialam chwile przerwy od takich jazd, a tu znow musialam rano sie ogarnac, upewnic ze mam wszystko co niezbedne, po czym pojechac do biura (odwozac po drodze Potwory do szkoly), wymienic auta i pedzic na miejsce. Dojechalam z lekkim zapasem czasu i na szczescie parking mieli tam przestronny i to darmowy, ha! W szpitalach to rzadkosc. Inspekcja, coz, jakos szla. Pierwszy dzien to zapoznawanie sie z ludzmi, dokumentacja, itd. No i z moim szefem, bo nie widzialam go dobrych kilka miesiecy. Ten niestety ma dosc oschla osobowosc, a w dodatku boryka sie z problemami zdrowotnymi, wiec ogolnie mialam wrazenie, ze jest bez humoru. Przezylam dzien i w korkach wrocilam do biura, wymienilam auta, po czym powloklam sie do domu. Niestety, tego dnia nie dane bylo mi porzadnie wypoczac. Na 18:30 Bi musiala byc na basenie, bo miala zawody, a pozniej te nieszczesne swietowanie seniorek. Zawiozlam ja, ale nie zostawalam, bo i tak rozgrzewka zaczynala sie okolo 19, a same zawody dopiero po niej. Trener napisal wczesniej, ze swietowanie powinno zaczac sie o 21, wiec dojechalam kwadrans przed. I co? I wyscigi trwaly pol godziny dluzej niz bylo zapowiedziane! Siedzialam tam lekko wkurzona, ale przynajmniej zobaczylam jeszcze reszte zawodow. Przy okazji zalapalam sie na jeden z indywidualnych Bi, gdzie przyplynela trzecia, ale wyswietlacz na chwile sie zacial i omylkowo pokazal ja jako 2. ;)

Bi wlasnie doplynela do scianki (pierwsza od prawej), dwie kolejne doplywaja, a dwie sa juz przy sciance, ale ciezko je dojrzec za choragiewkami

Bi ostatnia na liscie, z (chwilowym) drugim miejscem. Tam gdzie sa kreski cos sie na moment zacielo i dopiero po chwili pokazalo poprawny czas i poprawilo miejsca, a szkoda ;) 

Po zakonczeniu, panny jeszcze musialy zrobic pamiatkowe zdjecie, co bylo zupelnie bez sensu, bo tylko marnowaly czas.

 

Mozliwe ze to juz ostatnie wspolne zdjecie w tym sezonie, bo robia je chyba tylko na swoim basenie

Pozniej wszystkie grupki sister - friends podchodzily z seniorka oraz jej rodzinami, wreczaly kosze oraz kwiaty i plecaki (to prezent od trenerow), robily pamiatkowe zdjecie, itd. W tle trener opowiadal jakies ciekawostki oraz smieszne historyjki z czasu kazdej dziewczyny w druzynie.

Zauwazyla, ze robie zdjecie i sie smieje :D

Niestety, pozniej kazda grupka ustawiala sie na brzegu basenu i stala tam az wszystkie seniorki odbiora swoje upominki. Seniorek niby jest w tym roku tylko 8, ale i tak chwile to trwalo. Pozniej zas zaczely sie gratulacje oraz zdjecia w roznych konfiguracjach i minelo z 10 minut zanim Bi wreszcie uznala, ze wystarczy zabawy i mozemy jechac. Do domu wrocilysmy po 22 i wlasciwie pozostalo tylko polozyc sie spac.

Bylam wymordowana, wiec spodziewalam sie, ze w nocy bede spala jak zabita, tymczasem, chyba przez stres, wybudzalam sie co chwila i we wtorek rano bylam niczym snieta ryba. Tym razem ruch na drodze wspolpracowal i na miejsce inspekcji dojechalam z ponad 10-minutowym zapasem. Dzien zlecial na sprawdzaniu wszystkich pierdol i stresie, ze szef siedzi zaraz obok i patrzy na rece. Najbardziej bylam rozczarowana, bo tego dnia Nik mial mistrzostwa freshmen'ow czyli najmlodszego rocznika szkoly sredniej. Gdybym byla sama, wyjechalabym wczesniej zeby sie na nie zalapac, a tak to musialam kwitnac na inspekcji... Tego dnia zreszta syna praktycznie nie widzialam, bo po zawodach wpadl tylko do domu, wykapal sie i rodzice kolegi zabierali go z cala ich rodzina na mecz koszykowki. :O Kiedy ja wreszcie doturlalam sie do domu, dawno go nie bylo. Wrocil tuz przed 22 i z jakimis pretensjami, ze my z M. nie zabieramy go na mecze, a bylo tak fajnie. No sorki, ale z nas zadni kibice, a malzonka ogolnie ciezko jest wyciagnac z domu, wiec zapomnij. ;) Pytalam oczywiscie syna jak poszly mu zawody, ale nie mial pojecia. Na szczescie, jak juz ostatnio pisalam, miszczostfa to juz wydarzenie godne uwagi i wyniki mozna odszukac w necie. W ten sposob dowiedzialam sie, ze przybiegl z numerem 32 na 125 zawodnikow i byl pierwszy ze swojej druzyny. Poszlo mu wiec swietnie i oczywiscie pekam z dumy. ;)

Wyniki wsrod chlopcow z jego wlasnej druzyny

Sroda zaczela sie tak samo, czyli ogarnac sie, odwiezc dzieciaki do szkoly i na inspekcje. Nik zakonczyl mistrzostwami sezon biegow przelajowych, wiec nie mial po szkole treningu i pytalam czy nie chce pojechac na rowerze zeby moc na nim potem przyjechac, ale stwierdzil ze wroci piechota. Ok. Ja tym razem dojechalam na inspekcje pol godziny za wczesnie i dla zabicia czasu poszlam do kafejki kupic kawe. To taka niby szpitalna kawiarnia, ale serwowali kawe Starbucks, wiec przynajmniej wiedziala ze powinna byc w miare smaczna. Dzien zlecial szybko, pozniej znow wymienic auta i do domu. Tym razem wszyscy byli juz w nim zgodnie z planem i tylko Nik mnie zirytowal, bo zaczal mi wiercic dziure w brzuchu zeby zamowic mu stroj na Halloween! Ktore to mialo byc 3 dni pozniej! I zeby jeszcze mial kilka opcji. Ale nie! Kolega wymyslil zeby przebrali sie za Mario i Luigi, sam mial juz zamowiony kostium, a Nik przytupywal nerwowo zeby i jemu zamowic. Oczywiscie wszystkie kostiumy Luigi dawno byly wyprzedane. Sprawdzilam Amazon oraz wszelkie inne sklepy. W jednym nawet zlozylam zamowienie, ale po kilku godzinach dostalam maila, ze stroju jednak nie ma na magazynie. :/ W koncu Mlodszy sie poddal i stwierdzil ze przebierze sie za smoko - zolwia z owej gry, o imieniu Bowser. Ten kostium byl jeszcze do dostania. Poza tym, syn opowiadal mi ze zostal wezwany do sekretariatu, a kiedy zaalarmowana zaczelam pytac co nabroil, okazalo sie, ze trener druzyn plywackich chcial go... poznac. :O Nie mam pojecia o co chlopu chodzilo. Podobno powiedzial tylko ze chcial go poznac, zapytal o najlepsze czasy, ulubione style, itd. Nie wiem czy dowiedzial sie skads ze Nik jest bratem Bi, czy trenerzy biegow przelajowych wspomnieli cos ze jest najszybszym z nowych i chcial sprawdzic jak zapowiada sie jesli chodzi o plywanie?

W czwartek stracilam chyba kolejne 10 lat zycia, choc na poczatku dzien zapowiadal sie zwyczajnie. Ponownie dojechalam prawie pol godziny wczesniej i poszlam po kawe, po czym siorbalam i czekalam na szefa. Niestety, kiedy tylko odpalilam kompa, okazalo sie, ze cos sie przez noc stalo z moim laptokiem i wylaczylo mi jedna z aplikacji. Niestety, w tej akurat robilam notatki z inspekcji. Wygldalo na to, ze dzien wczesniej zostawilam je otwarte, wiec teraz nie tylko sie zamknely, ale okazalo sie, ze zniknelo wszystko, co napisalam w srode! Zadzwonilam do kolegi, ktoremu podobno tez zdarzaly sie takie cuda, ale okazalo sie, ze on notatek nie pisze bezposrednio w aplikacji, tylko potem je do niej kopiuje. Zadzwonilam wiec do pomocy technicznej, ale tu tez, pan pogrzebal, popatrzyl, po czym oznajmil, ze musialam nie zachowac ich poprzedniego dnia, bo nie ma ich na serwerze. No swietnie po prostu! Nie tylko stracilam to, co zapisalam, ale jeszcze patrzyl na to szef! :O Plakac mi sie chcialo, ale to byla juz zapowiedz tego dnia. Po poludniu szefunio stwierdzil ze chce popatrzec jak sprawdzam dane, po czym oswiecil mnie, ze porownuje to, co dostalam od centrali, z zupelnie nie tym programem! Zmarnowalam dwa dni, a patrzylam w kompletnie zlym miejscu! Poczulam sie jak idiotka. :( Co bylo robic, zaczelam sprawdzac tam gdzie trzeba, choc niestety oznaczalo to, ze musialam siedziec z babka z tamtej firmy, bo dane byly w medycznych kartotekach, do ktorych nie mialam dostepu. Sprawdzenie danych jednego pacjenta zajelo nam... godzine, bo niestety to oddzial intensywnej terapii, wiec byl pod scisla kontrola, a dozowanie kroplowki mial nieraz zmieniane co kilkanascie minut. Zalamalam sie, bo pacjentow mieli 18. Skoro jeden zajal tyle czasu, to wiedzialam ze nie ma co marzyc zeby zakonczyc w piatek. Szef poradzil zebym napisala do babki z centrali zeby dowiedziec sie co dokladnie chce zeby w tych danych sprawdzic, wiec machnelam maila, tlumaczac ze to jest niemozliwa do przerobienia ilosc danych. I co? I jajco, bo nie odpisala ani w czwartek, ani w piatek. Przyjechalam do domu wykonczona i zalamana i ze stresu nawet jesc mi sie nie chcialo... :(

Piatek zaczelam tak samo, tyle ze jechalam na inspekcje kompletnie zrezygnowana i przygotowana na to, ze bede musiala tam wrocic w poniedzialek. Tu jednak zaskoczyl mnie szef, bo stwierdzil ze przy takiej ilosci, moge sprawdzac tylko co ktorys numerek, bo szkoda czasu na przerobienie kilkuset wynikow. Podejrzewam, ze jemu tez nie chcialo sie wracac w poniedzialek, zwlaszcza ze mieszka na tyle daleko, ze ten tydzien spedzil w hotelu. Praktycznie od rana siedzialam wiec w biurze tamtej kobitki i klikalysmy linike po linijce, notke po notce... Do lunchu obie bylysmy wykonczone. Niestety, to nie byl koniec. Ogolnie, wszystkich pacjentow "przerobilysmy" do 14:30. Pozniej musialam jeszcze podsumowac wszystkie notki, wlaczajac w to te srodowe. Zupelnie nie dalam rady ich odtworzyc, ale kilka rzeczy pamietalam, wiec zapisalam sobie zanim mi uleca. O 16 odbylam rozmowe zamykajaca inspekcje i moglam wyruszyc spowrotem. Po drodze mialam straszne korki, a musialam jeszcze zatankowac sluzbowe auto, wiec do chalupy dotarlam dopiero po 18. Ale i tak spiewac mi sie chcialo z radosci, ze nie musze tam wracac w poniedzialek. ;)

Milego weekendosa!

piątek, 23 października 2026

Slub i kolejny meczacy tydzien

Sobota, 17 pazdziernika to oczywiscie odsypianie tygodnia. Poniewaz w tym miesiacu zabraklo jakiegokolwiek swieta (dla wszystkich, bo Potwory i ja mielismy poprzedni weekend przedluzony), wiec nawet M. zmuszony jest brac soboty wolne. Normalnie zaczelabym dzien od sprzatania, tym razem jednak wlazlam pod prysznic, bo szykowalismy sie na slub. Moje wlosy maja naturalnie (bardzo) delikatny skret i jak uzyje pianki czy zelu i je "pougniatam", robia sie na nich ladne fale. Ktore niestety trzymaja sie tylko pare godzin, bo wlosy mam dodatkowo strasznie geste i ciezkie. Dodatkowo, kiedy sa skrecone, duzo dluzej schna. Jak sie wiec z samego rana wykapalam zeby dac kudlom czas na wyschniecie, to pozniej juz tylko lezalam i pachnialam. :D Slub mial sie zaczac o 13, wiec chcialam wyjechac pol godziny wczesniej. Oczywiscie poganialam wszystkich, a i tak wyjechalismy 5 minut pozniej. Myslalam, ze dojedziemy z zapasem czasu, a tu wpadlismy jak juz mloda para i swiadkowie ustawiali sie na koncu lawek, zeby podejsc do oltarza. Ogolnie, bylo bardzo prosto i skromnie, bo panstwo mlodzi to juz ludzie po 50tce, wiec nie zalezalo im na otoczce, tylko na samym sakramencie. Nie bylo organisty ani spiewania, wiec msza byla ekspresowa i wraz z zaslubinami, wszystko zamknelo sie w 35 minut.

Zaslubiny 

Pozniej oczywiscie trzeba bylo porobic szereg pamiatkowych zdjec, gdzie nowozency chcieli z ksiedzem, a on zdazyl sie juz przebrac i potem szybko spowrotem wrzucal na siebie komze. :D Nastepnie podjechalismy do restauracji, ktora na szczescie byla tylko okolo 10 minut od kosciola. Czesc gosci, ktorzy byli na slubie, mialo juz plany (wiadomo, skoro zaproszenie wyszlo tydzien wczesniej) i nie zostawali na obiedzie, wiec byla nas tylko grupka 14 osob. 

Maz i zona zgodnie kroja tort :)

Zjedlismy, posiedzielismy, byly rozmowy i zarty i zaraz po 16 wszyscy zebralismy sie do wyjscia. Mielismy wiec jeszcze calkiem sporo spokojnego wieczoru, ale przyznaje ze jakas taka wypompowana bylam po tym calym slubie oraz restauracji i przesiedzialam go na kanapie. I zla jestem tylko na sama siebie, bo martwie sie, ze popelnilam kardynalny blad. Otoz, kiedy wszyscy skladali zyczenia nowozencom juz po ceremonii, my oczywiscie tez podeszlismy i zauwazylam, ze jedna z kobitek chciala wreczyc pani mlodej kwiaty, a ta przekazala je swiadkowej. Pamietajac, ze w Polsce na slubach (co prawda duuuzo wiekszych) tez dawalo sie kwiaty i prezenty swiadkom, zeby panstwo mlodzi mieli wolne rece, wiec ja tez koperte podalam swiadkowej zeby przekazala potem nowozencom. Byla nas niewielka grupka, wiec zerkalam od czasu do czasu, ale nie widzialam zeby to zrobila, choc oczywiscie moge sie mylic. Przekazalam pozniej i panu i pani mlodej, ze koperte dalam swiadkowej i pytalam czy im ja oddala, ale zadne nie pamietalo. Super. Nie sadze zeby ja sobie "przygarnela", bo byla nas tylko grupka bliskich znajomych, ale akurat ta cholerna swiadkowa musiala wyjsc z obiadu wczesniej i mam nadzieje, ze nie pojechala z koperta i gdzies jej nie posiala, bo wsadzilismy do niej naprawde sporo kasy... :/

W niedziele moglam sie wyspac i rozpoczac dzien spokojnie i leniwie. A i tak czulam sie jakas zmeczona i bez humoru, co jest dziwne, bo ani nie bylo w prognozach deszczu, ani nie zblizal mi sie jeszcze okres... Kiedy wstalam i sie ogarnelam, wzielam sie za chlebek bananowy, bo znow mialam 3 brazowe banany. Tym razem dalam sobie spokoj z maka kokosowa. Ten ostatni wyszedl tak ohydny, ze polowe w srodku tygodnia wyrzucilam, bo nikt go nie jadl i w koncu pojawila sie na nim plesn. Tym razem wiec zrobilam (prawie) normalny, bo dodalam do niego masla orzechowego. Jak kiedys tak zrobilam, to malzonek mruczal mi cos, ze dziwnie smakowal, wiec tym razem wrzucilam tez rodzynek. ;) I to bylo bardzo dobre polaczenie, bo z pomoca mojego taty, cale ciasto poszlo w jeden dzien. Niestety, piekarnik znow postanowil sie zbuntowac. Poczatkowo zaczal grzac, ale doszedl do 112 stopni i... stanal. :/ Czekalam 10 minut czy moze ruszy dalej, ale nie. Wylaczylam go i wlaczylam ponownie i o cudzie, zagrzal sie do konca. Niestety, po poludniu Bi postanowila upiec ciasteczka i tym razem nie chcial nawet zaczac grzac. Trzy razy go wylaczalysmy i wlaczalysmy ponownie, no i nic. Juz mowilam pannie, ze bedzie musiala upiec ciastka w airfryerze (oburzyla sie, ze w zyciu! :D), ale uparcie jeszcze raz wylaczylam i wlaczylam i... ruszyl! No ale teraz to juz wyraznie kwestia czasu az padnie kompletnie, wiec jednak trzeba bedzie zainwestowac w nowy, tylko jeszcze nie wiem kiedy sie zmobilizujemy... Dziadek posiedzial jak zwykle prawie do 15, a po jego odjezdzie Nik zaczal marudzic zeby go zawiezc na ryby. Bylo chlodno, okolo 10 stopni, wiec tym razem nawet ja stwierdzilam, ze pewnie nie bedzie praktycznie ludzi i nie ma mowy zeby tam sam stal. Chlopak sie obrazil, ale trudno. Niestety, po godzinie przyszedl zadowolony, ze jego kolega tez chce jechac na ryby! Tu juz nie mialam za bardzo argumentu, ale szczesliwa nie bylam. Zawiozlam go, gdzie bardzo sie zdziwilam, bo nie tylko w budce byl straznik, ale na terenie krecilo sie tez sporo samochodow, choc poza meczem pilki noznej dzieciakow, nie widzialam zadnego wiekszego wydarzenia. Po powrocie oczywiscie jakies pranko, skladanko i ani sie obejrzalam, syn zadzwonil zeby po niego przyjechac, bo dni sa juz coraz krotsze. Reszta wieczora uplynela na kanapie z malzonkiem, gdzie razem wzdychalismy, ze rozpoczyna sie kolejny pracujacy dzien. ;)

Poniedzialkowy ranek zaczelam tyci pozniej, bo pracowalam z domu. Ranek byl bardzo zimny i choc termometr pokazal 2 stopnie, to w nocy musialo byc chlodniej, bo przejezdzalam przez osiedle domkow szeregowych, gdzie widzialam jak ktos skrobie szyby. :O Odwiozlam Potworki do placowki, po czym zjadlam sniadanie, umylam sie i zasiadlam do cotygodniowej rozmowy z szefem. Ten okazal sie w srednim humorze, bo bolaly go plecy. Typowa przypadlosc panow w srednim wieku. :D Malzonek tez od kilku dni prostuje sie powoli niczym 90-letni staruszek, bo byl w sobote rano na silowni i cos sobie naciagnal. ;) Po rozmowie musialam chwile odeagowac stres, wiec rozladowalam zmywarke i zaladowalam tym, co bylo w zlewie. Pozniej siadlam ponownie do kompa i probowalam sie skupic, kiedy kot zaczal... rzygac. Super. Poszlam sprawdzic gdzie czeka mnie sprzatanie, ale kot niestety lazil w kolo i co chwila probowal zwracac. W ktoryms momencie zauwazylam, ze zwisa jej z pyszczka cos czerwonego i malo nie zemdlalam, bo myslalam, ze wymiotuje krwia. :O Tyle, ze patrze, a ona polyka to z powrotem!!! Tu juz sie domyslilam, ze zjadla wloczke, ktora Potwory ciagnely po domu, a ona gonila! To takie szorstkie, wlochate i czerwone cos. A tyle mowilam smarkaczom, ze po zabawie maja ta wloczke zwijac i chowac! Dobrze ze kota nadal zbieralo na wymioty, wiec udalo mi sie ja chwycic, zlapac koniec wloczki zanim polknela go spowrotem i zaczelam ciagnac! Niestety, urwala sie! Juz mialam wizje jazdy do weterynarza, bo nie wiedzialam ile ona tej wloczki zezarla! Na szczescie Oreo nadal bralo na pawia, wiec udalo mi sie ja zlapac ponownie, chwycic koniec wloczki i ciaaaagnac... Tym razem wyszla (chyba) w calosci. Durnowate stworzenie zjadlo z 1.5m! :O

Zdjecie nie oddaje jakie to bylo dlugie :O

Kiciul oczywiscie na mnie pozniej warczal kiedy podchodzilam, ale nie wie, ze moglam wlasnie uratowac jej zycie. A nam solidny rachunek u weterynarza, bo nie wiem czy tak dluga wloczka by jej nie zatkala gdzies jelit. No i mam nadzieje, ze faktycznie nic jej tam nie zostalo. Chyba nie, bo po mojej "akcji" przestala wymiotowac. No, ale ja dziekuje ze takie zabawy z samego rana... :/ Reszta dnia na szczescie minela juz duzo spokojniej, jesli nie liczyc nerwowego przygladania sie kotu. Martwilam sie, ze nie wiem gdzie ta wloczka dokladnie byla i czy jej czegos nie uszkodzilam wyciagajac ja. Kot troche jadl, bardzo duzo pil, ale poza tym wydawal sie calkiem "normalny". Poza faktem, ze caly dzien warczala i syczala na mnie kiedy podchodzilam, ale tu sie jej akurat bardzo nie dziwie. :D Poniewaz w weekend odpuscilam sobie sprzatanie, postanowilam niecnie zmarnowac troche czasu "pracowniczego" i odkurzylam i umylam podloge. I tak po kocich "akcjach" przydalo sie ja porzadnie wyszorowac, a ze nikogo nie bylo, to przynajmniej nikt mi sie nie platal pod nogami. ;) Zrobilam tez spaghetti na obiad, ktore na szczescie robi sie ekspresowo. Wrocil do domu malzonek i siedzielismy razem na kanapie - ja konczac prace, on ogladajac jakies duronoty na telefonie. ;) W ktoryms momencie slysze jakby znajome glosy, a tu Nik wpada z kolega! Okazalo sie, ze na treningu przebiegali kolo naszej ulicy, wiec postanowili zboczyc z trasy i wpasc sie napic. :D

Kolega ma szczeniaka, wiec kiciul to dla niego sensacja

Pozniej Mlodszy zadzwonil, ze wroci po treningu piechota, wiec odpadla nam jazda po niego. Malzonek pojechal wiec tylko po Bi, a ja zamknelam co robilam w robocie. Wieczor minal juz typowo - posprzatac kuchnie, przygotowac ciuchy i przekaski na kolejny dzien, poskladac jedno pranie, wstawic kolejne... Niestety, ranki sa chlodne, wiec Potwory zakladaja dlugie spodnie oraz bluzy, a ze rozmiary nosza juz wlasciwie dorosle, to brudowniki zapelniaja sie w zastraszajacym tempie...

We wtorek pobudka byla juz brutalnie wczesna. Nie znosze tej pory roku, kiedy wstajesz po ciemku i nie mozesz sie dobudzic... Wyszykowalam sie, zapielam psiurowi (ktorego wczesniej wypuscilam) na tylku pieluche, zgarnelam Potwory i pojechalismy. Kot nie wykazywal checi na wyjscie, wiec kiblowal w domu. Mialam nadzieje, ze bez zadnych "akcji". W biurze poza mna tylko jeden facet, wiec cisza i... frustracja. Przyszla pora zeby uprzedzic o kolejnej inspekcji i za cholere nie moge dorwac doktorka. Dorwac jak dorwac, ale zeby chociaz dostac wlasciwy telefon! Zwykle w zleceniu jest jakis numer; tym razem nic. No, ale od czego jest wujek Google? Znalazlam dwa potencjalne numery, a w miedzyczasie napisalam do ludzi z mojej grupy czy ktos ma jakas osobe do kontaktu z tym szpitalem. W wielu bowiem jest jakis departament, do ktorego sie dzwoni i oni zalatwiaja wszystko z lekarzami. Tym razem nikt nic nie wiedzial, wiec zadzwonilam pod znalezione telefony. W obydwu automatyczna wiadomosc od sieci komorkowej, ze abonament "tymczasowo niedostepny". Znalazlam inny numer, gdzie pani poinformowala, ze ten lekarz jest z innego departamentu, ale znalazla jakis inny numer. Pod tym niestety wlaczyla sie sekretarka jakiejs kobiety. Dzwonie wiec na jeszcze inny numer. Ponownie pudlo, ale pani powiedziala ze znalazla jakis numer tego lekarza i moze mnie przelaczyc. Przelaczyla i... kolejna poczta glosowa zupelnie innej osoby. Zadzwonilam jeszcze raz pod poprzedni numer, ale odebrala jakas inna babka, znacznie mniej pomocna i poradzila zebym zadzwonila na numer administracyjny szpitala. Marnie to widzialam, ale zadzwonilam. Tam odebral jakis pan i podal mi kolejny (!) numer. Pod tym dzwonek dzwonil i dzwonil w nieskonczonosc, ale ani nikt nie odbieral, ani nie wlaczala sie poczta glosowa. W tym momencie sie poddalam, bo pod niektore z numerow dzwonilam po kilka razy i bylam po prostu wku*wiona. Powinnam byla czytac protokow i przygotowywac sie do odbycia inspekcji, a tymczasem spedzilam doslownie pol dnia na telefonie... :/ W koncu, cala szczesliwa, wypryslam z biura, ale podazyc musialam w kierunku przeciwnym do domu, bowiem Nik mial zawody. Bylam pewna, ze na te sie juz nie zalapie, bowiem to miszczostfa, a tu niespodzianka! No to wiadomo, ze pojechalam kibicowac. Na szczescie park, w ktorym sie odbywaly byl 12 minut od mojej pracy, bo z chalupy musialabym jechac 40 minut. Dojechalam i na dzien dobry lekka zalamka, bo kasuja za wstep. Na szczescie tylko $7, ale to publiczny park, wiec troche tak niesmacznie. Miasto na litere M postanowilo zarobic sobie na zawodach. Slyszalam pozniej jak ktos zalil sie, ze nie mial przy sobie gotowki i go nie wpuscili! Musial zaparkowac gdzies w bocznej uliczce. Ja mialam kase, wiec wjechalam, a tam pelna mobilizacja! Nie ma, ze zaparkujesz gdzie chcesz, tylko alejki poblokowane, ludzie z choragiewkami kieruja ruchem i pokazuja gdzie mozesz zostawic auto. Zaparkowalam i troche zglupialam. Tak jak napisalam, to zwykly, publiczny park w miescie, tyle ze ogromny. Przypominal bardziej las. Wysiadlam, naokolo cisza i cwierkanie ptakow i gdzie mam isc?Niektorzy ludzie wygladali na spacerowiczow, inni uprawiali jogging, wiec poszlam za jakims panem w garniturowych spodniach i pod krawatem, zakladajac, ze tez przyjechal po pracy na zawody dziecka. ;) Idac tak, co chwila odwracalam sie zeby zapamietac droge, balam sie bowiem, ze nie znajde pozniej swojego auta! W koncu sciezka doszla do konca lini drzew i otworzyla sie na ogromna lake, na ktorej, ku mojej uldze, rozsiane byly namioty wszystkich druzyn. Trzeba bylo tylko znalezc Kokusiowa. Odszukalam nasza baze, ale syna juz tam nie bylo, bo druzyny "juniorow" (junior varsity, czyli tych najlepszych z mlodszych rocznikow) ustawione byly na starcie, hen, hen na dole. Dawno nie widzialam taaakiej grupy... 

Widzicie te gromade? A czesc nadal byla schowana za wzniesieniem! :O

Na szczescie poczatek wyscigu, ktory byl zarazem jego koncem, byl wyraznie oddzielony siatka, wiec stanelam przy niej i czekalam. Niestety, w tym tlumie nie udalo mi sie znalezc Kokusia. Trasa jednak pozniej tak biegla, ze robila petle i po kilku minutach chlopcy zaczeli wracac ta sama droga, tylko biegnac w dol.

Z gorki na pazurki, choc aparat wyplaszcza i wydaje sie plasko ;) 

Tutaj juz szybsi wysforowali sie naprzod, wolniejsi zostali w tyle i latwiej bylo znalezc swojego zawodnika. Pozniej chlopaki znow gdzies zawracali i do mety biegli w tym samym miejscu, ale pod gorke.

Wbiega na mete. Te czarne pasy na ziemi to chyba wlasnie odbiorniki rejestrujace czas zawodnika

Nik mowil potem, ze to byla najtrudniejsza trasa jaka zaliczyl, bo mieli kilka naprawde wysokich pagorkow. W kazdym razie, widzialam jak dobiega na mete, ale nie malam pojecia ktore zajal miejsce. Udalo mi sie dorwac go po biegu i powiedziec mu ze jestem i zeby dal mi znac kiedy chce jechac do domu. Zaraz po jego biegu zaczynaly wyscig dziewczyny, a po nich mialo byc rozdanie medali i pucharow.

Karteczka z numerem, a zarazem elektroniczny czujnik z miszczostf 

Myslalam, ze bedzie chcial zostac na rozdaniu nagrod i w pelni przygotowalam sie na siedzenie tam kolejnej godziny jak nie dluzej. Mieli wozy z zarciem i napojami, wiec pomyslalam, ze kupie sobie kawe i cos do jedzenia i bedzie git. Tymczasem Nik po chwili przyszedl, ze chce jechac. Nie spodziewal sie zadnej nagrody, wiec wolal wracac. Tyle, ze dopiero po chwili powiedzial ze nie wiedzial gdzie sa jego trenerzy, wiec nie dal im znac, ze jedzie. Domyslam sie, ze trenerzy byli z dziewczynami, bo te za moment mialy zaczac swoj bieg. Spytalam czy powiedzial chociaz komus z druzyny, ale nie, bo po co... Kiedy gotowa bylam wracac zeby zawiadomic kogokolwiek, stwierdzil, ze moze wyslac wiadomosc na group chat. OK. Tyle ze do wieczora nikt nie odpowiedzial, wiec nie wiem czy ktos przekazal trenerom i go potem nie szukali... Trudno, jego wina. Jak dostanie kiedys opiernicz, to sie nauczy. Droge do domu mielismy niestety w koszmarnych korkach, bo musielismy sie przebic przez stolyce. Jechalismy 48 minut, bleee... Po drodze oczywiscie trzeba bylo zajechac po Dunkin', choc na szczescie ta rozpusta pomalu dobiega konca. :) Biedny Nik, byl wymordowany i pogryziony przez komary. Ze szkoly wyjechali juz o 12:35, wiec spedzil cale popoludnie na tej lace, rozgrzewajac sie, przechodzac trase zeby ja zapamietac, itd. Po drodze do domu zwyczajnie mi zasnal. :D Do chalupy dojechalismy tuz przed 18, wiec tylko oboje wskoczylismy szybko pod prysznice i dzien przelecial.

Sroda to taka sama pobudka, odstawic dzieciaki i jazda do roboty. Tam ponownie walka zeby dorwac doktorka. Zostawilam trzy wiadomosci trzem roznym osobom i wyslalam doktorkowi maila zeby zadzwonil. Okazalo sie jednak, ze najlepsze informacje ma departament ochrony pacjenta. Tam w koncu dali mi bezposredni numer jego komorki. :) Zadzwonilam, ale byl akurat zajety i powiedzial ze oddzwoni za okolo 45 minut. Super, tyle ze oddzwonil prawie 1.5 godziny pozniej, kiedy szykowalam sie juz do wyjscia. Okazal sie tez niezla gadula, wiec kiedy skonczylam rozmowe bylo juz sporo po moim normalnym czasie konca pracy. A jeszcze szybko napisalam maila do szefa, bo jak zawsze, mam pecha i doktorka nie ma ani w poniedzialek, ani w czwartek i piatek. Nie bylam pewna czy mozemy zaczac inspekcje bez niego, czy powinnam raczej przelozyc poczatek na wtorek. To by sie jednak laczylo z prawdopodobnym powrotem tam w kolejny poniedzialek. Dla mnie nie ma problemu, no ale tym razem ma byc ze mna szef i wiem ze chce obejrzec inspekcje od A do Z. Wyszlam wiec z pracy prawie pol godziny pozniej niz normalnie, a to oznaczalo tez wieksze korki. Dojechalam tuz przed 18, wiec z wieczora malo co zostalo. Na szczescie M. wczesniej urzadzil grillowanie, wiec byl juz obiad i nie musialam sie chociaz o to martwic. Za to zabralam sie za skladanie i wstawianie kolejnego prania, bo wiadomo ze to zawsze jest do zrobienia... Aha! Udalo mi sie odkopac wyniki biegu Kokusia z poprzedniego dnia. Szkoda ze trenerzy nie potrafia wyslac maila z informacjami, tylko czlowiek sam musi grzebac. Na szczescie takie miszczostfa to juz nie lada wydarzenie, a czasy mierzyli elektronicznie, wiec link byl pieknie wrzucony na stronce parku, w ktorym sie odbywaly. W gromadzie Nika, czyli Junior Varsity (JV), bieglo 336 chlopcow. Z tego, 14 nie ukonczylo biegu, w tym jeden z druzyny Mlodszego. Syn mowil, ze chlopak po prostu w ktoryms momencie usiadl i stwierdzil, ze dalej nie da rady. ;) Z pozostalych, Nik dobiegl z numerem 135. 

Kokusia zaznaczylam na czerwono

Wydaje sie daleko, ale tak naprawde to calkiem przyzwoity wynik, mieszczacy sie w pierwszych 40%. Jak na poczatkujacego biegacza, to wrecz bardzo dobrze. W biegach przelajowych bowiem, w JV biegna tez starsi chlopcy. Wiekszosc sportow ogranicza najstarszy rocznik do Varsity. Jesli nie dostana sie do tej grupy najlepszych, to sorki. W biegach przelajowych jednak, jesli seniorzy nie znajda sie w grupie Varsity, moga biec w JV. Nik scigal sie wiec z chlopakami o rok, dwa, a nawet trzy lata starszymi. I jak jeszcze tydzien wczesniej twierdzil ze raczej na pewno trenerzy go do tego biegu nie wybiora, tak prosze, znalazl sie w grupie wybrancow i jeszcze zajal niezle miejsce. :) Jako druzyna, chlopaki byli 8 na 21, wiec rowniez bardzo ladnie.

W czwartek moglam pospac pol godziny dluzej, bo pracowalam z domu, wiec tylko zawozilam Potworki. 

Po drodze mijalam jezioro, nad ktorym mgla sprawiala ze woda wygladala niczym gotujacy sie w kociolku magiczny eliksir :)

Dzien spedzilam oczywiscie na szykowaniu sie do inspekcji, z mala przerwa na odebranie ze szkoly Bi. Panna dzien wczesniej tak nieszczesliwie wskoczyla (na nogi) do basenu, ze uderzyla w dno pieta i choc potem w wodzie malo co czula, to kiedy wyszla okazalo sie, ze boli ja kostka i kuleje. Rano bylo troche lepiej, ale nadal lekko kustykala, wiec napisalam do trenera, ze nie bedzie jej na treningu, zeby dala nodze odpoczac, bo kolejnego dnia dziewczyny mialy miec zawody. Odstalam wiec swoje w sznureczku aut, a jeszcze sie wkurzylam, bo panna wie, ze pracuje, a ze szkoly wyszla... ostatnia! Bo szukala kolezanki, ktora miala dac jej zakupione przez siebie rzeczy. Zbliza sie koniec sezonu plywackiego, wiec dziewczyny ponownie robia kosze z prezentami dla seniorek. Tym razem panna z grupy Bi, ktora caly sezon migala sie od wymianki slodyczowo - napojowej, jednak sie wlaczyla, ale zgodzila sie kupic... slodycze. Troche ochrzanilam Starsza, ze tak sie dala wrobic, bo tamta kupila jakis napoj, czekolade, batoniki, itd. Slowem cos, co kosztowalo ja moze $15 max. Dla nas zas zostal kocyk, kosmetyki, nie mowiac juz o samym koszu. Czyli wydamy pewnie okolo $100. I nie chodzi o to czy mnie stac, tylko uwazam, ze to powinno byc jakos sprawiedliwie rozlozone. Najlepsza opcja byloby gdyby pojechaly na zakupy razem i kazda zaplacila po polowie. Tu jednak Bi pierwsza zakrzyknela, ze one sie wlasciwie nie znaja i ona nie chce sie z tamta umawiac. Czyli co? Trenerzy wymyslaja jakies grupki sister-friends zeby niby sie dziewczyny zintegrowaly, a w praktyce i tak wszystkie trzymaja sie w swoich grupkach... :/ Nie mowiac juz o tym, ze nie kazda druzyna sportowa wymysla jakies kosze, kwiaty, prezenty, itd. W biegach przelajowych seniorzy dostali koszulki i oklaski od trenerow. Tutaj daja kosze upominkow, nie mowiac juz o tym, ze cale to wreczenie odbywa sie w obecnosci rodzicow, kazdy ma zdjecia z rodzina, itd., a wszystko zaczyna sie o 21 wieczorem w zwykly dzien tygodnia. Porazka... :/ Az sie boje co kombinuja w druzynie chlopcow, bo w tym roku Nik tez planuje plywac... Odplynelam od brzegu. ;) W kazdym razie, Bi oraz ta druga dziewczyna, maja razem jakas lekcje, ale tamta gdzies zniknela, nie odpowiadala na sms'y i tak sie szukaly po calej szkole... A ja siedzialam w aucie i wszyscy po kolei mnie wymijali i sobie jechali. Mialam ochote napisac pannie ze jade do domu i moze wrocic pieszo, ale pamietalam ze boli ja kostka... W koncu wyszla, przeprosila i moglam wrocic do domu i roboty... Akurat konczylam prace, kiedy trzeba bylo jechac po syna. Malzonek zaczal smazyc racuchy, wiec pojechalam ja.

Idzie, z nieodlacznym "ogonem" w postaci kolegi ;)

Wrocilam z Mlodszym, chwycilismy po racuchu i trzeba bylo pojechac na zakupy spozywcze. Zabrala sie z nami oczywiscie Bi, ktora nie przepusci nawet spozywczakowi. ;) Mlodziez chciala pozniej jechac na bubble tea, ale juz kolejny raz nie mieli tapioki, wiec skonczylismy znow w Dunkin', ktorego mamy idealnie po drodze. Kiedy wracalismy, bylo po 18 i praktycznie ciemno, tylko niebo jeszcze troche jasniejsze. Z westchnieniem uswiadomilam sobie, ze za tydzien zmienimy czas i o tej porze bedzie dopiero 17, a juz zmierzch... W Polsce zmieniacie juz w ten weekend. Czesc mnie zazdrosci, bo to jednak godzina wiecej snu, ale ta ciemnica wieczorem to natychmiastowa chandra. ;)

Piatek to ponownie wczesniejsza pobudka, wyszykowac sie i do roboty. Tam niespodziewanie bylo kilka osob, a myslalam ze tuz przed weekendem bedzie pustka. Byla tez moja wyjazdowa kolezanka, choc niestety chora i ciagle kaszlala, rozsiewajac zaraze. :/ Czas uplynal mi oczywiscie na szykowaniu sie na inspekcje, choc po drodze musialam tez popatrzec na loty oraz hotele. Nastepna mam niestety wyjazdowa i to daleko, wiec trzeba juz konkretnie zaczac myslec o rezerwacjach. :/ 

A po pracy jechalam na kolejne zawody, ale to juz nastepnym razem. ;)

piątek, 16 października 2026

Dlugi weekend i sportowy tydzien

Skonczylam ostatnio na tym, ze w piatek, 9 pazdziernika, Bi po poludniu miala zawody. Mimo marudzenia M. zebym sobie odpuscila, pojechalam. Tym razem niestety byly wyjazdowe i to dosc daleko, bo pol godziny drogi i to autostrada. Na szczescie w takim fajnym kierunku, gdzie malo kiedy sa korki. Dojechalam bez problemu i troche zglupialam. Szkola ogromna, glowne wejscie, parkingi po bokach, ale niewiadomo gdzie tu wchodzic. Sporo aut jechalo na lewo, tam tez widzialam ludzi idacych w jednym kierunku, wiec pojechalam. Niestety, okazalo sie, ze wszyscy zdaja sie zmierzac na boiska. Sprawdzilam kilka bocznych wejsc, ale wszystkie byly zamkniete. Wrocilam wiec do auta, przejechalam na drugi parking i pomaszerowalam do glownego wejscia. Akurat jakis pan wychodzil, ale powiedzial mi ze basen jest po przeciwnej stronie budynku. W dodatku, byl tylko jakims zastepca, wiec jak juz wyszedl, to nie mial ponownie wstepu, a w biurze nikogo nie bylo. No to coz... Znow wrocilam do auta i podjechalam do dalszego parkingu, gdzie jak byk minelam tabliczke ze strzalka wskazujaca wejscie na basen i sale gimnastyczna. Wczesniej po prostu nie pojechalam wystarczajaco daleko. :D Zaparkowalam i poczlapalam w poszukiwaniu tego wejscia, ktore okazalo sie faktycznie po przeciwnej stronie glownego i jeszcze schowane za jakimis szopami i szklarniami. Palnelam sie mentalnie w lepetyne, bo gdybym poszla dalej z pierwszego parkingu, tez doszlabym do tego wejscia, ale za szybko sie cofnelam, myslac ze tam przejscie bylo tylko do boisk. Najwazniejsze jednak, ze w koncu znalazlam basen, ktory okazal sie niewielki, ze strasznie ciemnymi trybunami. Momentalnie zachcialo mi sie spac. Na szczescie pozniej siadla kolo mnie mama innej dziewczynki i od czasu do czasu wymienialysmy pare zdan. Tym razem nasze dziewczyny doslownie zmiotly przeciwna druzyne, bo wygraly 96:83. Tyle, ze tamte panny mialy mniej zawodniczek i w niemal kazdym wyscigu plynely 2-3 nasze i jedna tamtych. Troche to niesprawiedliwe i myslalam, ze punkty sa jakos wyrownywane w stosunku do liczby uczestnikow, ale chyba nie. Trzeba jednak tez przyznac, ze w prawie wszystkich wyscigach, nasze dziewczyny zdecydowanie prowadzily. Bi rowniez poszlo bardzo dobrze. Plynela na 50m kraulem, 50m grzbietowym oraz 2M, czyli dwie dlugosci basenu kazdym stylem (razem 8) i w kazdym zajela drugie miejsce.

Grzbietowy

Trener znow dal ja do tego najdluzszego wyscigu - 500m kraulem i tu juz doplynela przedostatnia (na 4 zawodniczki, wiec trzecia ;P), ale pozniej powiedzialam, ze nastepnym razem ja nagram, bo plynela w tak slimaczym tempie, ze glowa mala. Gdyby troche tylko przyspieszyla, mialaby szanse zajac duzo lepsze miejsce. Po zawodach panna z radoscia pomachala dziewczynom, ktore wracaly autobusem i poszla za mna do samochodu. Zajechalysmy po drodze do Dunkin' bo Bi nie mogla przepuscic takiej okazji i potem juz ruszylysmy w kierunku domu. Obie zadowolone, bo zaczynal sie dlugi weekend. :)

W sobote niestety nie moglam pospac ile bym chciala, choc i tak dalam sobie czas do 8:30. Musialam sie zerwac bo Nik mial zawody i choc jechal autobusem, to trzeba go bylo odstawic na ten autobus do szkoly. Plan byl zeby pojechal ze wszystkimi, bo trenerzy nie dali znac o ktorej jest rozgrzewka, inaczej bym go na nia po prostu zawiozla. Bieg byl o 11, wiec stwierdzilam, ze dojade juz na same zawody, pokibicowac synowi. Niestety, tego dnia M. wzial wolne i oczywiscie musial wtracic swoje 4 grosze i kompletnie namieszac. Dzien wczesniej powiedzialam mu, zeby zawiozl Mlodszego na ten autobus (to jest 5 minut w jedna strone), bo i tak wstaje o 6. Na to puscil mi swoje zwyczajowe marudzenie, ze po co Nik w ogole tam jedzie. Tlumacze jak krowie na rowie, ze te sobotnie zawody sa dla najlepszych zawodnikow. Dziewczyny biegna wszystkie, bo jest ich tylko 11, ale ze chlopcow jest ponad 40, to dostanie sie do tej najlepszej 20stki, to naprawde wyroznienie. Otrzymalam tylko przewrot oczami. Czesto sprzeczamy sie o te zawody dzieciakow, bo jesli pamietacie, odkad byli mali, zapisywalam ich na wszystko czego tylko chcieli sprobowac, liczac na to, ze cos ich wciagnie. I malzonek wiecznie zrzedzil, ze ich zmuszam, ze to bez sensu bo i tak nic w tym nie osiagna, itd. Tym bardziej, ze jak to dzieciakom, czesto zdarzalo im sie marudzic ze nie chca jechac na trening czy mecz/zawody. Troche mu sie oczy otworzyly kiedy pojechal pare razy na pilke nozna i zobaczyl, ze na boiskach jest doslownie polowa dzieciarni z naszej miejscowosci. Ale i tak wiecznie mnie oskarzal, ze ich przymuszam, gadal ze jak nie chca to mam ich wypisac, itd. Pozniej oni sami zaczeli mowic, ze chca chodzic (co nie przeszkadzalo w jeczeniu przed treningami :D), a malzonek juz otwarcie oznajmial ze go to nie interesuje i nie bedzie sobie marnowal weekendow na jezdzenie na zawody potomstwa. Kiedy probowalam tlumaczyc ze to wazne zeby dzieci wspierac w ich pasjach i kibicowac, wzruszal ramionami ze jak dostana sie do szczebla narodowego albo olimpiade, to pojedzie. Wszystko mi opada, bo wiadomo ze to malutki odsetek, a nasi zadnych az takich talentow nie wykazuja. Nie mniej, Nik niespodziewanie odnosi sukcesy w biegach. Olimpiady z tego nie bedzie, ale jakby rozwinal tempo i utrzymal sie w grupie najlepszych do konca szkoly, kto wie, moze byc z tego stypendium na studia. Kiedy jednak mowie to M., otrzymuje kolejny przewrot oczami. Jemu zupelnie brakuje wiary we wlasne dzieci... W sobote wkurzyl mnie tak, ze mialam ochote wyjsc, trzasnac drzwiami i wrocic wieczorem. Kiedy wstalam, o dziwo oba chlopaki szykowaly sie do wyjscia, ale ojciec chodzil i smecil synowi, ze gdzie on tam bedzie jechal, ze szkoda soboty, ze czy mu sie chce, ze lepiej by sobie na ryby (!) pojechal. Doszedl w koncu do tego, ze powiedzial Kokusiowi, ze jak odpusci sobie te zawody, to on go osobiscie na te ryby zawiezie!!! :O Po prostu nie moglam uwierzyc wlasnym uszom! Nik, jak to on, zupelnie niezdecydowany, zaczal pytac mnie, co ma robic. Poniewaz mam dosc bycia wiecznie tym zlym policjantem, oznajmilam zeby mnie w to nie mieszal. Ja uwazam ze skoro powiedzial trenerom, ze bedzie, to powinien jechac i ze to wstyd tak odmawiac w ostatniej chwili, ale to jego decyzja. Malzonek zripostowal, ze przeciez moglo cos nagle wyskoczyc, Nik mogl wstac chory, itd. Jasne, ale nic nie wyskoczylo! To M. cos kompletnie odbilo i zrzedzil jakby musial syna na te zawody wiezc, zostac tam i kibicowac, a potem przywiezc go do domu! Tymczasem mial go tylko podrzucic pod szkole, a na zawody mialam dojechac ja! Ostatecznie, jak mozna bylo przewidziec, Mlodszy przyznal ze tak naprawde to mu sie nie chce jechac i woli na ryby. Powiedzialam mu, ze to jego decyzja, to on bedzie musial sie wytlumaczyc trenerom, ale z takim podejsciem to marnie widze jakiekolwiek sukcesy. Czy mi sie chcialo jechac? Pewnie, ze nie! Ale jak juz sie powiedzialo "hop", to trzeba skoczyc. Poza tym, Potwory zawsze mialy taka tendencje, ze pytalam czy jada na zawody (np. plywackie). Tak, jada. Pytam tydzien przed, potem 3 dni przed, dzien przed - czy na pewna chca, bo jak cos to moge napisac do trenera, ze ich nie bedzie. Nie, chca. OK. Przychodzi sobotni ranek i nagle: "nie chce mi sie, nie chce jechac, moge jednak zostac?", itd. Szlag moze trafic czlowieka na miejscu! W kazdym razie, ostatecznie, pod goraca namowa trzepnietego ojca, Nik zostal w domu. Czy sie ucieszylam, ze nie musze popylac 40 minut na miejsce zawodow? Czesciowo tak. Bardziej jednak mam poczucie, ze Nik uczy sie, ze moze sobie odpuscic jak mu troche zabraknie checi. No i to mialy byc ostatnie zawody, ktorym moglam kibicowac. Nastepne to mistrzostwa, ale nie sa dla calej druzyny, tylko naprawde najlepszych z najlepszych. Nik sie na nie nie lapie. Pozniej beda mistrzostwa dla najmlodszego rocznika, gdzie bedzie biegl, ale ja w ten tydzien bede miala inspekcje z wlasnym szefem, wiec mowy nie ma zebym mogla sie urwac wczesniej. No trudno. :( Skoro juz zostalismy, M. faktycznie zawiozl syna do klubu, choc ciezko wzdychajac, bo zaczal przykrywac na zime przyczepe i nie chcialo mu sie od tego odrywac. Mialam ochote powiedziec ze gdyby nie on, to Nik i ja bylibysmy wlasnie na zawodach i nikt by mu nie przeszkadzal, ale ugryzlam sie w jezyk. Moglam oczywiscie zaproponowac, ze sama go zawioze, ale nadal bylam zla, wiec nic nie powiedzialam. Wyciagnelam odkurzacz oraz mopa i doprowadzilam podlogi na gorze do jako takiego porzadku. Mlodziez ogarnela wlasne pokoje. Poza tym jakies pranko, zmywarka i zrobila sie 15. Pojechalam po syna nad jezioro i po powrocie trzeba sie bylo szykowac do kosciola. Kiedy wrocilismy, ogarnelam dolna lazienke i zabralam sie za chlebek bananowy. Tym razem postanowilam wykorzystac make kokosowa, ktora ostatnio zakupil malzonek. Naczytal sie, ze jest duzo zdrowsza niz zwykla maka ze strasznym glutenem i postanowil przestawic sie na ta. Tyle, ze nic mu z nia nie wychodzilo. Nalesniki sie rozpadaly, placki kruszyly, po prostu nic nie trzymalo kupy, nawet kiedy sie poddal i dodal zwyklej maki. ;) Mam wiec spory worek tej cholernej kokosowej i szukam gdzie by ja tu wykorzystac. W koncu stwierdzilam, ze moze nada sie do pieczenia. Znalazlam przepis i trzymajac sie go scisle, ciasto faktycznie wyszlo. A przynajmniej sie nie rozpadlo, choc prawie nie uroslo. ;) Niestety, nie pomyslalam, ze dodaje sie do niego tylko 2 lyzki miodu i zero cukru. Wyszlo wiec praktycznie nieslodkie. Zjadliwe, ale takie malo smaczne. ;)

Niedziela to juz spanie do oporu, tym bardziej, ze ciasto mialam, wiec nie musialam sie zrywac zeby cos upiec przed przyjazdem dziadka. Na spokojnie wstalam, zjadlam sniadanie i ogarnelam sie. Zanim zdazylam napisac do taty ze moze wpadac, wrocil z pracy M. I przywiozl nowiny i to takie, ze szczeka mi opadla. Okazalo sie, ze zadzwonil do niego nasz przyjaciel, chrzestny dzieciakow, zeby zawiadomic, ze za tydzien bierze slub. Za TYDZIEN!!! Wiedzielismy, ze sa zareczeni, ale jak pytalismy, to mowili ze nie wiedza kiedy, ze to narazie tak dla samych siebie, itd. A tu nagle slub! Zadzwonilam potem do pani narzeczonej i tlumaczyla mi, ze gadala sobie ze znajomym ksiedzem i wspomniala o slubie, a on na to ze ma miejsce za tydzien lub dwa. No to mu powiedziala, ze za tydzien bedzie ok!!! :D Jestesmy zaproszeni cala czworka i ona oczywiscie mowi zeby sie nie stroic, bo poza nami beda jeszcze dwie znajome pary i to wszystko, wiec zadna wielka impreza. Podobno A. (chrzestny) nawet nie chce do zadnej restauracji pozniej isc, ale mowila, ze go "urobi". No to mamy slub do zaliczenia i prowadzimy z M. dyskusje ile im dac kasy. ;) To byla pierwsza wiadomosc od nich. Druga to taka, ze przygarneli wyrzucona przez kogos kotke, a ta im sie... okocila! Maja 5 maluchow. Jednego zostawiaja sobie, a pozostale sa do oddania. Oczywiscie i ja i Bi probujemy namowic M. zeby wziac od nich kociaka, ale ten narazie wscieka sie, ze nie ma mowy. Powiedzial mi wprost "po moim trupie". Odpowiedzialam zartem, ze to sie da zalatwic. :D W kazdym razie, przyjechal moj tata, posiedzial jak zwykle do 15 i pojechal. Popoludnie spedzilismy na spokojnie. Zbieralo sie na deszcz, wiec nie poszlismy nawet na spacer, bo nie chcialam ryzykowac bycia zlapana przez ulewe. Wieczorem malzonek szykowal sie do pracy, z zadroscia patrzac na mnie i Potworki, ktorzy radosnie oczekiwalismy kolejnego dnia wolnego. :)

W poniedzialek byl Columbus Day, wiec szkoly, poczty, banki oraz urzedy stanowe i federalne, mialy wolne. Ponownie moglam pospac sobie ile chcialam, ale nastawilam budzik na 9, bo inaczej pewnie przespalabym caly dzien. Jak zaczelo padac poprzedniego wieczora, tak padalo jeszcze troche rano, ale potem przestalo i nawet momentami wychodzilo slonce. Bi tego dnia umowila sie do galerii handlowej z dwiema kolezankami. Wszystkie trzy mialy po poludniu treningi, wiec chcialy jechac juz od rana. Umowilam sie z mama jednej, ze ona je zawiezie na 11, a ja o 14 odbiore. Po odjezdzie panny, zebralismy sie z Kokusiem i pojechalismy po rybki na przynete. Mlodszy umowil sie bowiem z kolega na ryby. Niestety, nawet nie przyszlo nam do glowy zeby sprawdzic (a zadne tego wczesniej nie zarejestrowalo) i kiedy podjechalismy do sklepu, okazalo sie, ze w poniedzialki maja zamkniete. :/ Nie tylko wiec Nik nie dostal rybek, ale tez zmarnowalismy czas, bo to 20 minut jazdy w jedna strone... Pozniej syn sie wkurzyl, bo napisal do kolegi, a ten stwierdzil, ze bez narybku nie jedzie na ryby. Mlodszy stwierdzil, ze czuje sie wykorzystywany. :D Wrocilismy wiec do domu i zyskalam odrobine spokoju, choc nie duzo, bo juz o 13:30 musialam wyruszac po corke. Powiedzialam jej, ze punkt 14 ma byc przy wyjsciu, bo na 15 ma trening, a jeszcze musimy odwiezc jej kolezanki. Na szczescie dziewczyny karnie staly juz przy drzwiach. Niestety, obie mieszkaja po przeciwnej stronie miasteczka od nas, wiec zanim odwiozlam jedna, potem druga i dojechalam do nas, byla juz 14:35. Bi poszla sie przebierac i pakowac rzeczy, ale z gory bylo wiadomo, ze sie spozni. Tym bardziej, ze obiecalam Kokusiowi, ze po drodze wyrzuce go nad jeziorem, bo stwierdzil, ze chce polowic nawet bez kolegi, na wabiki. A ze on tego dnia treningu nie mial, wiec czemu nie. Zanim dotarlysmy na basen, byla 15:10, wiec stwierdzam, ze i tak niezle. ;) Po powrocie mialam czas chwile posiedziec z malzonkiem, po czym, o 16:30, trzeba bylo wyruszyc po corke. Wrocilysmy, zaparzylam kawy i usiadlam i w tym momencie... zadzwonil syn! :D Pojechalam wiec po drugie dziecko. Oczywiscie zanim wrocilismy, byla prawie 17:30. I tak mi minal dodatkowy dzien wolny - na jezdzie w te i nazad. ;)

Wtorek byl dla Potworkow kolejnym dniem wolnym. Tradycyjnie, po dniu Kolumba, nauczyciele mieli dzien szkolen, a dzieciarnia cieszyla sie czwartym dniem weekendu. Ja juz tak dobrze nie mialam, ale ze pracowalam z domu, to tez nie bylo zle. Kiedy sie obudzilam, przyszedl do mnie, na poranne mizianie, kiciul.

Mruzy oczka od lampy blyskowej, nie ze taka jest zdegustowana :D 

Wstalam po 7, zeby zjesc i ogarnac sie zanim bede musiala zasiasc do laptoka. Kiedy wreszcie usiadlam do pracy, spotkala mnie niemila niespodzianka. Cos im sie porobilo po dlugim weekendzie i praktycznie zadne systemy nie dzialaly. :D Jednoczesnie napisala do mnie kolezanka z biura, ze tam nie dzialal nawet internet. No to bez wyrzutow sumienia porzucilam robote i zajelam sie domem. Wstawilam zmywarke, ogarnelam kuchnie, itd. W miedzyczasie powstawaly Potwory i Nik chcial zrobic kolejne podejscie do kupna zywej przynety i wypadu na ryby z kolega, ktoremu juz wybaczyl, ze tamten go wystawil do wiatru dzien wczesniej. ;) Poniewaz laptok nadal pokazywal awarie, stwierdzilam, ze mozemy pojechac. Zabrala sie z nami Bi, ktora chciala sie wyrwac z domu i zobaczyc sklep z przynetami. Co w tym takiego interesujacego? Nie mam pojecia. ;) W kazdym razie, podjechalismy pod sklep (tym razem byl otwarty), mlodziez poszla po rybki i za pare minut przyszli z wiaderkiem wypelnionym "ofiarami". Zawiozlam Mlodszego nad staw w klubie, gdzie siostra zapragnela zobaczyc jak zarzuca wedke. Brat zapewnial ze na zywa przynete lapie sie jedna rybka za druga, wiec poszlismy. Faktycznie, w ciagu moze 5 minut, ktore tam spedzilysmy, zdazyl zlapac dwie.

Rybka nr. 2

Siostra koniecznie chciala tez zdjecie z rybskiem, ale tak sie do tego zabierala, ze ryba dwa razy jej spadla i "skakala" po pomoscie. :D Juz myslalam, ze wskoczy spowrotem do wody, ale w koncu pannie udalo sie porzadnie chwycic. 

Dumna i blada :D

Ona byla chetna zeby tam siedziec i siedziec, ale powiedzialam, ze moge ja zostawic, sama jednak musze wracac, bo systemy w robocie kiedys wreszcie naprawia. I faktycznie, jak chwile pozniej dojechalysmy i sprawdzilam laptopa, wszystko juz smigalo. Zasiadlam wiec do pracy, choc skupic sie bylo ciezko. W dodatku, umowilam sie z Kokusiem, ze odbiore go okolo 14, bo tego dnia on tez mial juz trening. Tymczasem wybila godzina druga, a tu zero wiadomosci. Napisalam sms'a, czy jest gotowy do powrotu. Nic. Po 10 minutach dzwonie. Znow nic. Zaczyna mnie juz cos trafiac, bo tyle razy powtarzam, ze ma miec wlaczony dzwiek w telefonie, a tu oczywiscie nie dosc, ze tylko wibracje, to telefon gdzies w czelusciach plecaka i zero lacznosci z dzieciakiem! Zadzwonilam pozniej kolejne dwa razy, wyslalam chyba z piec sms'ow i bez rezultatu. W koncu stwierdzilam, ze jak nie odezwie sie do 14:30, to pojade, odszukam go w tym klubie i nogi z doopy powyrywam! Mial szczescie, bo zadzwonil o 14:26, ale i tak dostal zdrowy opiernicz! Oczywiscie ja mu mowie, ze dzwonie i wysylam wiadomosci, a on na to ze niiic nieeee wiiiidziaaal... :/ Przywiozlam go do domu, ale zrobila sie juz oczywiscie prawie 15. Myslalam, ze Mlodszy wroci na tyle wczesniej zeby cos przekasic przed bieganiem, a tak to nie bylo szans. Tyle ze Bi przebrala sie w stroj i spakowala recznik i pojechalismy. Ostawilam syna pod szkole, a potem zawiozlam corke na basen. Wrocilam do chalupy i zasiadlam ponownie do pracy. Wrocil malzonek, wiec moglismy chwile posiedziec w samotnosci, zanim sie rozdzielilismy - on pojechal po syna, ja po corke. Ta znow miala pasta party, wiec od razu z basenu podwiozlam ja do kolezanki. Wrocilam do domu, ale spedzilam w nim 20 minut i musialam jechac po panne. Moglaby zostac dluzej, ale na 18 umowilam sie na paznokcie, a ona chciala jechac ze mna, nawet kosztem skrocenia imprezy.

Nowe szpony

Poniewaz nadal mialam na paznokciach stary lakier, musieli mi go najpierw odmoczyc, a potem zdrapywac, wiec troche to potrwalo. Do domu wrocilysmy o 19 i okazalo sie, ze malzonek juz zdazyl pojsc spac. Czyli nie spedzilam zadnego konstruktywnego czasu z M. (poza ta godzinka przed treningami mlodziezy) i kolejny dzien spedzilam w rozjazdach...

W srode czekala mnie juz duzo wczesniejsza pobudka. Potwory szly do szkoly, a ja jechalam do biura. 

Poranne mgly sa naprawde urzekajace

Tam tylko ja i jeden kolega, wiec cisza i spokoj. Spedzilam dzien troche sie obijajac, a troche zaliczajac szkolenia. Jedno obowiazkowe - coroczne, drugie dla chetnych, ale warto bylo posluchac. Z pracy urwalam sie tyci wczesniej, bo Bi miala zawody. Na szczescie akurat w to miejsce bylo blizej z mojej pracy, niz z domu. A i tak troche sie spoznilam, a ze panna plynela w pierwszym wyscigu, to mnie on ominal. Szczescie, ze byla to sztafeta, to az tak bardzo mi na tym nie zalezalo. Akurat jak dojechalam, zaczely sie skoki, wiec stwierdzilam, ze moglam z pracy wyjsc normalnie i akurat dojechalabym po nich. Nie umniejszajac nic skaczacym dziewczynom, one sa gietkie niczym gimnastyczki, ale strasznie mnie to nuuudzi... Najpierw dziewczyny maja rozgrzewke, wiec po kilka razy skacza sobie z trampoliny, pozniej zaczyna sie wlasciwy konkurs. Siedem (czasem wiecej, czasem mniej, zalezy ile kazda druzyna ma skoczkow) panien skacze po kolei, a kazda ma 6 skokow. Oczywiscie przed kazdym przymierzaja sie, ustawiaja, potem sedziowie musza kazdy pokazac karteczke z punktami i wszystko trwa i trwa... Bardzo czesto skoki sa przerwane, bo sedziowie sie naradzaja czy nie bylo dyskwalifikacji, co jeszcze wszystko przedluza...

Panny na brzegu kibicuja skoczkom z wlasnej druzyny 

W dodatku, po skonczonych skokach, znow robia krotka rozgrzewke dla plywaczek, zanim podejma dalsza czesc zawodow. Tym razem trener zupelnie zmienil pannie wyscigi i plynela dwie sztafety i tylko jeden wyscig indywidualny - 50m stylem grzbietowym. Przyplynela czwarta na 6 dziewczyn, wiec niezle, choc bez fajerwerkow. Te zawody skonczyly sie dla naszych porazka - 90:96, ale jak widac byly bardzo wyrownane. Po zawodach podjechalysmy do Dunkin' i w koncu do domu. Mimo ze byly blisko, to jakos dlugo trwaly i bylysmy dopiero prawie o 18. Wieczor zlecial wiec ekspresowo i stwierdzam, ze czesc mnie czeka juz az jesienne sporty sie skoncza, bo zaczynam byc zmeczona. Bi nie planuje nic uprawiac zima, zas Nik chce plywac, ale miedzy biegami przelajowymi a plywaniem bedzie okolo miesiaca przerwy. Z blogoscia mysle o leniwych popoludniach i wieczorach. :)

Czwartek zaczal sie troche nerwowo, bo dzien wczesniej na mediach spolecznosciowych pojawily sie jakies plotki o ataku planowanym na szkole dzieciakow na ten dzien. Rodzice dostali maila od administracji, ze po sprawdzeniu wszelkich poszlak, nie widza dowodow na jakikolwiek planowany atak, ale w szkole bedzie tego dnia policja. Jednoczesnie, niektorzy ludzie komentowali, ze slyszeli juz o tym kilka dni wczesniej, inni (jak ja) dopytywali co to w ogole byly za plotki. Potworki o niczym nie slyszaly, dopiero kiedy rodzice zaczeli dopytywac, koledzy wysylali im wiadomosci. Nadal nikt jednak nie wiedzial o co chodzi - bomba, nozownicy, strzelanina? W koncu ktos na Fejsie zamiescil zdjecia wiadomosci, ze gdzies ktos cos slyszal, ze moze byc strzelanina. Kilkoro rodzicow napisalo, ze na wszelki wypadek zatrzymuja dzieci w domu. Tez przeszlo mi to przez mysl, zadzwonilam do M. zeby sie poradzic, ostatecznie jednak stwierdzilam, ze na chlopski rozum, skoro w szkole maja byc partole policyjne, to raczej ryzyko, ze cos sie wydarzy jest mniejsze niz zwykle. Kiedy dojechalam pod szkole, faktycznie staly pod nia 4 radiowozy, a przed wejsciem kilku policjantow. 

Niestety, dopiero pozniej zauwazylam, ze fota wyszla mi zamazana

Kolejka aut odstawiajacych dzieciarnie nie wydawala sie krotsza, wiec wiekszosc rodzicow raczej wyciagnela te same wnioski, co ja. ;) Potwory poszly, a ja pojechalam do roboty. Plan na ten dzien mialam zupelnie inny, ale jak tylko otworzylam maile, wyskoczyla mi wiadomosc, przypominajaca ze do kolejnego dnia trzeba napisac i wyslac roczna samoocene. :O Wiadomosci o tym przyszly na poczatku... sierpnia, wiec machnelam reka ze mam czas, a ze wtedy mialam tez straszny zapiernicz, to natychmiast wylecialo mi to z glowy. W zeszlym tygodniu szefowa mojego szefa wyslala maila przypominajacego i dodala instrukcje. Tu juz nie mam usprawiedliwienia; po prostu przeczytalam i natychmiast zapomnialam. Kiedy wiec w czwartek nagle przyszla wiadomosc, ze ma to byc zrobione do nastepnego dnia, wpadlam w lekka panike. Na szczescie moja kolezanka z kwietniowego wyjazdu jest niesamowicie ogarnieta w takich administracyjnych sprawach, wiec pomogla mi wydobyc z czelusci programow komputerowych, potrzebne informacje. To byl niestety jednak tylko poczatek. Instrukcje wyraznie mowily, zeby mozna napisac samemu, ale ze oni sugeruja uzycie naszego wewnetrznego chatGPT. :D Wydawalo sie proste: wrzuce potrzebne informacje, a system "wypluje" mi gotowy tekst. Taaa... Najpierw dostalam szereg powiadomien, ze chat potrzebuje jeszcze tego i tego i tamtego. Przeszukiwalam wiec czeluscie swoich dokumentow, pisalam do kolegow gdzie odkopali to czy tamto, a potem okazalo sie, ze w systemie cos pozmieniali i trzeba bylo w chat'cie kliknac inaczej. O luuuudzie! Zla bylam tez przy okazji, bo moj szef oczywiscie byl na wakacjach! Ten chlop zawsze wyjezdza kiedy potrzebowalabym jego pomocy! :/ Po pracy zajechalam do naszego klubu, bo biegi przelajowe mialy tego dnia senior night, czyli celebracje najstarszego rocznika, ktory wiosna odchodzi. Z tego co wiem, wszystkie zespoly maja taka "nocke seniorow", tyle ze gdzie na plywaniu faktycznie impreza jest wieczorem, tak tutaj urzadzono ja o 3 po poludniu, zamiast treningu, wiec co to za "night"? ;) W kazdym razie, z tej okazji kazdy rocznik mial sie ubrac w okreslony sposob - sophomores (X klasa) miala koszulki w stylu tie-dye, juniors kolorowe czapeczki z wiatraczkami, a seniors swoje koszulki szkolne dla najstarszych. Grupa Kokusia, czyli freshmen, miala zalozyc koszulki w zarowiastych kolorach. Okazalo sie jednak ze posluchala tego tylko jedna dziewczynka oraz kolega Kokusia, ktory przywiozl koszulke rowniez dla niego.

Najmlodsza grupa zagrzewa sie do walki. Nik w oczojebnej, rozowej koszulce :D 

Ja nie wiedzialam nawet ze maja sie specjalnie ubrac, inaczej pozyczylabym mu cos swojego lub Bi, ale nic wczesniej nie powiedzial, to trudno. Poza tym, trzech chlopcow mialo koszulki w kolorze zoltym, a reszta normalne. Mimo ze wieczorek mial byc glownie dla najstarszych, trenerzy zorganizowali jeszcze calej druzynie wyscig, tylko z "haczykiem". :D Poniewaz scigali sie miedzy soba, trenerzy puszczali ich grupkami na podstawie czasow - od najwolniejszych, do najszybszych. Tak to rozlozyli, ze miedzy pierwsza a ostatnia grupa bylo 9 minut! :O Nie wiem jak oni to podzielili, bo w niektorych grupkach byly 3 osoby, w innych 5, niektore dzieciaki biegly same... Mlodszy pobiedl w grupce czterech osob, trzeciej od konca. Zrobili koleczko przez las, przebiegajac obok klaszczacej grupki rodzicow ktora przyjechala (i to wiekszosc wcale nie byla rodzicami najstarszych), a pozniej mieli kolejne kolko, ktore w polowie skrecalo do lini mety, tak zeby razem wyszlo 3.2 km.

Pedem do mety 

Zwykle w zawodach biegna duzo dalej, no ale to miala byc zabawa. :) O dziwo, Nik, ktory pobiegl jako jeden z ostatnich, przybiegl z numerem 4. Szkoda, ze ten wynik do niczego sie nie zalicza. ;) Po wyscigu mieli pizze oraz ciasto (ale tylko dla mlodziezy), a pozniej mialy byc juz oficjalne przemowienia na czesc seniorow oraz rozdawanie nagrod. Stwierdzilam wiec, ze pojade do domu, bo po pierwsze, nie bardzo chcialo mi sie tam sterczec, a po drugie M. mial dentyste i nie bylam pewna czy zdazy odebrac Bi z treningu. O to ostatnie martwilam sie zupelnie niepotrzebnie, bo kiedy dojechalam do domu, napisal ze czeka juz pod basenem. Niedlugo wiec ze Starsza dojechali, a pozniej pozostalo czekac az Mlodszy napisze ze jest gotow na powrot do domu. Wiedzac, ze jest w naszym klubie, w pelni spodziewalam sie, ze napisze zeby mu dowiezc wedke i ze chce zostac na rybach. Niespodziewanie jednak, chcial wracac, ale za to jeczal o Dunkin'. Tlumaczylam, ze to nie byly "prawdziwe" zawody, wiec mu sie nie nalezy, ale zrobil mine kota ze Shreka, wiec wiadomo - uleglam. Nie mam kregoslupa... :D Okazalo sie, ze trenerzy oceniali czasy freshmen przeciwko sophomores i juniors przeciw seniors. Najmlodszy rocznik, czyli Kokusia, wygral ze starszym o rok i w nagrode dostali breloczki. Zanim wrocilismy byla juz znowu prawie 18 i kolejny dzien przemknal...

Uskrzydlone buty niosa ich przez te laki i lasy. :D XC to skrot od cross country. Dlaczego nie CC? Nie mam pojecia ;) 

Piatek zaczelam troche pozniej, bo pracowalam z domu i tylko podwozilam Potwory do szkoly. Dzien byl jednak ponury i deszczowy, wiec kiedy zadzwonil budzik, wydawalo mi sie, ze nastawilam go na zla godzine, tak bylo ciemno. Pod szkola znow staly dwa radiowozy. Ciekawe ile jeszcze czasu policja bedzie patrolowac nasza placowke... Wrocilam do chalupy i zabralam sie za robote. Mialam troche administracyjnych pierdolek przed kolejnymi inspekcjami, bylo tez wirtualne spotkanie z jakims "wazniakiem", ktorego sobie posluchalam, a pozniej zaczelam patrzec na liste rzeczy ktore powinnam wiedziec przed moja obserwacja na ocene. Przeczytalam i... cycki opadaja. Niektore rzeczy faktycznie przydatne i musze zrobic sobie liste zeby o czyms nie zapomniec. Ale niektore... Zeby ubrac sie profesjonalnie, a nie w dres. Zeby nie spedzac polowy dnia na telefonie, piszac sms'y i odbierajac prywatne telefony. I pare jeszcze podobnych "kwiatkow". Serio?! Kto robi takie rzeczy?! W miedzyczasie odebralam ze szkoly Bi, bo tego dnia nie miala treningu, konczyla wiec juz o 14:23. Zamiast tego, zaprosila kolezanke, bo trening tamtej tez zostal odwolany. Podwiozlam panny pod dom, po czym pojechalam jak najszybciej do okulisty, bo dostalam wczesniej wiadomosc, ze maja moje nowe okulary. Odebralam patrzalki i o raju! Faktycznie widze duuuzo lepiej, choc czesciowo pewnie jest to spowodowane tym, co juz ostatnio pisalam, ze poprzednim razem okulistka jakos dziwnie dobrala mi szkla i jednym okiem widzialam duzo gorzej. Tym razem przez obydwa widze podobnie, wiec nie ma takiego irytujacego wrazenia, choc za to dziwnie chodze, bo patrzac w dol, mam wrazenie jakbym patrzyla przez akwarium. ;) No nic, za pare dni przywykne. Przyjechalam do domu, gdzie Bi, z typowa dla siebie szczeroscia, stwierdzila, ze nie podobaja jej sie moje nowe okulary i wolala mnie w starych. :D Kiedy ironicznie "podziekowalam", zaczela sie bronic, ze musi sie przyzwyczaic. Okeeeey... Po powrocie zabralam sie ponownie za robote, co chwila uciszajac Bi, bo ja siedzialam w salonie, a panny urzedowaly w kuchni, piekac cynamonowe kuleczki. Wrocil z pracy M., pojechal po syna, a zanim wrocil, po kolezanke zdazyl przyjechac tata. Najlepiej, ze malzonek siedzial w domu prawie godzine, zasiadl przy mnie na kanapie i cos tam co chwila gadal i nie zauwazyl nawet, ze mam na nosie nowe okulary! :D Dopiero jak przywiozl Kokusia, to ten od razu sie zorientowal i pokazal ojcu. Nik zasiadl do obiadu, ja dokonczylam prace, a potem pojechalismy na tygodniowe zakupy spozywcze. Po nich dzieciaki chcialy jechac na bubble tea, ale kiedy chcialam zlozyc zamowienie, pan poinformowal, ze nie maja... tapioki. To tak jakby podstawa tego napoju? :D Pojechalismy wiec jak niepyszni do domu, choc moze to i dobrze, bo ostatnio tyle kupujemy Dunkin'a, ze zaczynaja mi sie te wszystkie napoje przejadac. ;)

Do poczytania!