Tak, moi drodzy, szkolenie nadal trwa... :/
Sobote, 18 kwietnia, zaczelam troszke pozniej, choc o porzadnym wyspaniu moglam pomarzyc. Nie wiem kto to tak glupio wymyslil, ale (juz chyba pisalam) sniadanie w weekendy zamykaja juz o 9:15. Zeby wiec sie wyszykowac, a potem moc w miare w spokoju zjesc, trzeba bylo sie zerwac o 7:40. Pozniej niz w tygodniu, ale jednak bez szalu jesli chodzi o wyspanie sie. Gdybym nie miala planow, ominelabym sniadanie i pospala, ale niestety, z moja mala grupka zaplanowalismy wyjazd do oceanarium. Bilety kupilismy na 11, wiec trzeba bylo cos wczesniej zjesc. Choc okazalo sie, ze z naszej czworki tylko ja mialam taka potrzebe. Pozostali woleli sie wyspac. W kazdym razie, spotkalismy sie o 10:30 przy samochodzie kolezanki i pojechalismy. Samo akwarium bylo niedaleko - okolo 15 minut jazdy. Mieli taras widokowy, z ktorego widzielismy dzwigi ze stoczni, ktora znajduje sie zaraz obok naszego "wiezienia". Oceanarium okazalo sie malutkie, ale ciekawe i ladnie utrzymane. Bylo oczywiscie mnostwo akwariow, w tym ogromne i wysokie, od sufitu po drugie pietro. Plywaly tam ogromne rybska, w tym rekiny oraz zolw morski.
Ten zolw (a raczej zolwica) to ciekawostka, bo podobno jakas para z Kanady wykradla jajo z gniazda i zolwiatko wyleglo sie i trzymane bylo jako mlodziak wsrod ludzi. Oddali ja do akwarium dopiero kiedy wyrosla zbyt duza i nie mogli sobie poradzic z opieka nad nia. Niestety, przez to ze wychowana zostala przez ludzi, nie ma odpowiednich zachowan oraz instynktu zeby poradzic sobie na wolnosci. Taka interesujaca historia. :) Oceanarium podzielone bylo na rozne ekosystemy i wiekszosc stref pokazywala gatunki, ktore mozna znalezc w Poludniowej Karolinie. Najwiecej bylo oczywiscie rybek, w koncu to akwarium, ale znalazly sie tez zabki, weze oraz male aligatorki.
Do tego byl wybieg dla wydr oraz orla, ktory rowniez mieszka tam na stale, bo ma uszkodzone skrzydlo.
Osobna sekcja w oceanarium to miejsce gdzie leczone sa zolwie morskie, ktore trafily pod opieke ludzi z powodu uszczerbku na zdrowiu lub chorob.
Ten pierwszy spowodowany jest zreszta rowniez przez ludzi. Niektore byly oplatane zylkami do wedki, inne polknely haczyki, jeszcze inne potracone przez lodzie, itp. Bylo tez plytkie akwarium gdzie mozna dotknac jezowce lub rozgwiazdy oraz glebsze, w ktorym daly sie nakarmic i poglaskac plaszczki.
Z tarasu widokowego podobno czesto widac baraszkujace delfiny, ale jak to z moim szczesciem bywa, nie udalo nam sie ich dojrzec.
Przy okazji za to, moge sie pochwalic, ze zaliczylam kolejny park narodowy! ;) Po Wielkim Kanionie, Parku Zion oraz Death Valley, ktore widzielismy podczas wyjazdu do Las Vegas, teraz, zupelnie niechcacy i sie nie spodziewajac, zahaczylam o przybrzezna czesc parku Fort Sumter.
Szkoda, ze glowna czesc parku to wyspa, na ktora trzeba bylo doplynac promem, a na to reszta nie miala ochoty, ale jakby ktos sie pytal, to moge pokazac zdjecie tabliczki i powiedziec, ze bylam. :D
A wychodzac juz z oceanarium, zahaczylismy o pokaz, gdzie pan opowiadal o gatunku sowy. Smialam sie, bo nikt nie zadawal zadnych sensownych pytan, tylko wszystkie dzieciaki pytaly jedno po drugim, czy moga ja poglaskac. Nie mogly. ;)
Kiedy rano wychodzilam, mialam nadzieje, ze pojedziemy, obejrzymy akwarium i wrocimy. Taaa... Pozostala trojka byla bez sniadania, a zrobila sie godzina 13, wiec wiadomo, szukamy zeby gdzies zjesc. Dwoje z nas mialo pomysl na jakas restauracje, ktora polecali inni, wiec poszlismy w tamtym kierunku.
Nie wiem dlaczego uparli sie wlasnie na nia, bo szlismy i szlismy, a restauracji nie bylo. Kiedy do niej doszlismy, okazalo sie ze trzeba bylo czekac 40 minut (!) na stolik. Osobiscie szla bym poszukac czegos innego, ale reszta chciala czekac, wiec coz... Restauracja miala ciekawy wystroj. Ewidentnie przerobiona byla ze starego domu, bo pokoje, korytarzyki i waskie przejscia ciagnely sie w nieskonczonosc. Cala byla w drewnie, a sciany obwieszone byly roznymi zdjeciami i eksponatami, jak stare strzelby. Restauracja slynie z owocow morza, wiec troje z nas zamowilo dania z rybami oraz krewetkami, tylko jedna dziewczyna uparla sie, ze ryb nie jada. :D Jak na restauracje, ktora jest taka znana i polecana, zarelko okazalo sie... okey. I tyle. Nie bylo zle, ale nie wywolalo w nas jakiegos wiekszego zachwytu. Zamowilam bezalkoholowe mojito, ale okazuje sie, ze bez rumu smakowalo jak woda z lekkim posmakiem limonki za prawie $8. :D Milym gestem bylo to, ze wlasciciel chodzil od stolika do stolika, zagadujac klientow, pytajac skad sa i czy pierwszy raz u nich, itd. Kiedy uporalismy sie z lunchem, znow pojawila sie nadzieja, ze wrocimy, ale reszta zakrzyknela, ze czas na lody! No to krazylismy chwile w poszukiwaniu lodziarni. Na szczescie, akurat sklepikow ze slodyczami oraz lodami, w Charleston nie brakuje. ;) Kupilismy po kubeczku lodow i zasiedlismy w pobliskim parku zeby je skonsumowac. Wtedy w koncu reszta laskawie uznala, ze pora wracac. Niestety, nie ma dobrze, bo jedna z dziewczyn oraz nasz jedyny rodzynek, oznajmili ze musza poszukac jakiejs publicznej lazienki. Nie rozumiem... Wszyscy skorzystalismy z niej w oceanarium, a pozniej w restauracji. I oni znowu musza?! :O Jak z dziecmi, jak z dziecmi... Na szczescie ktores z nich pamietalo o miejscu z lazienkami, ktore bylo w poblizu, wiec znow musielismy zboczyc z kursu. Po zaliczeniu przybytku, wreeeszcie dobrnelismy do auta, a stamtad na nasza zsylke. W ten sposob, jak wyjechalam o 10:30, spodziewajac sie 2-3 godzin lazenia, tak wrocilam o... 17. :D Mimo ze wlasciwie nie bylam glodna, zdecydowalam sie podejsc o 18 na obiadokolacje. Chcialam zjesc cos lekkiego, bo kolejnego dnia planowalam porzadnie sie wyspac i nie wstawac na sniadanie.
Po kolacji musialam sie niestety zabrac za niechciane zadanie - wstawic pranie. Mialam szczescie i na 3 pralki w malutkiej pralni najblizej mojego pokoju, dwie byly wolne. Wstawilam wiec pranie, wlaczylam alarm na telefonie zeby przelozyc je na czas i usiadlam z ksiazka. Kiedy przyszlam przelozyc ciuchy do suszarki, akurat robil cos tam chlopak z naszej gromady, ktory co chwila zerkal na mnie zaskoczony, jakby nie wiedzial co ja tam robie. Nie wiem o co mu chodzilo, bo pralnia jest dla wszystkich. Ponownie nastawilam alarm zeby przelozyc pranie na czas i znow wrocilam do pokoju, zeby kontynuowac czytanie. Cos jednak zle spojrzalam, bo kiedy przyszlam spowrotem, suszarka pokazala kolejne 6 minut. Sprawdzilam jednak i pranie bylo suche, wiec je zabralam. W pralni inna dziewczyna przekladala swoje rzeczy i przyszedl jeszcze inny chlopak zeby wstawic wlasne pranie. Tlumy normalnie. ;) Ciekawe jak czesto im sie te pralki psuja, bo zdecydowanie sa mocno eksploatowane. Kiedy juz poskladalam czyste ciuchy, w koncu moglam sie w pelni zrelaksowac. Na szczescie mialam to blogie uczucie, ze kolejnego dnia nigdzie sie nie spieszylam i nic mnie nie gonilo.
W niedziele przeszlam sama siebie, bo spalam do... 10 rano. Co prawda, pierwszy raz przebudzilam sie o 8:40 i pozniej tylko przysypialam. Przynajmniej tak mi sie wydawalo, bo spodziewalam sie, ze minelo moze pol godziny, a tu nagle zadzwonil budzik. ;) Ranek uplynal leniwie. Troche posiedzialam w lozku na telefonie, a pozniej pomalu i spokojnie sie szykowalam. Zadzwonilam tez najpierw do jednego dziecka, a potem do drugiego. Malzonek byl jeszcze w pracy. ;)
Dopiero o 12 wylonilam sie z pokoju zeby pojsc na sniadanio - lunch. Po nim wrocilam do pokoju, ale postanowilam zazyc troche ruchu. Dzien zaczal sie pogodnie, ale potem zachmurzylo sie i zerwal sie straszny wiatr. Temperatura zaczela tez pomalu, ale sukcesywnie spadac. Nie mniej stwierdzilam, ze pojde na stawik przy wjezdzie, zobaczyc czy tym razem bede miala szczescie do aligatora. Nie mialam. :) Za to udalo mi sie zobaczyc czaple, ktora odwaznie schodzila w przybrzezne szuwary i cos tam wylawiala z wody.
Kiedy wracalam wialo juz tak potwornie, ze nad przystania, kolo ktorej przechodzilam, podniosla sie chmara kurzu. Poczatkowo az pomyslalam, ze to dym i cos sie pali, ale nie to tylko burza piaskowa. ;) Ktora dala mi sie we znaki, bo naproszylo mi w oczy i nawdychalam sie kurzu. Zaczelam kaszlec i kichac jednoczesnie, oczy mi lzawily i w pewnym momencie nie widzialam gdzie ide. :D Jak wreszcie dotarlam do pokoju, stwierdzilam, ze poza kolacja nigdzie sie juz nie ruszam. Wzielam za to wczesniejszy prysznic, zeby miec wiecej czasu wieczorem na takie zwykle posiedzenie. Polowa naszej grupy ponownie zorganizowala grilla. Tym razem nie zglosilam sie zeby dolozyc kase, ale planowalam po kolacji podejsc tam, pogadac i moze wypic lampke wina. Zrobilo sie jednak tak nieprzyjemnie, ze sobie odpuscilam. Wieczor przesiedzialam wiec juz na fotelu, z kawa w reku i kompem przed nosem, myslac z niechecia o kolejnym tygodniu zajec...
Poniedzialek to juz wczesna pobudka, sniadanie i na zajecia. Ktore okazaly sie... porazka. Ten tydzien uplywal pod znakiem komunikacji, bezpieczenstwa i sposobow na przepytywanie (tak zeby uzyskac odpowiedz). Agencja, w ktorej pracuje, zatrudnila do tego specjalna firme i prowadzacy mieli naprawde dar przekazywania wiedzy we w miare ciekawy sposob. Kurs rowniez potrzebny dla otworzenia oczu, bowiem w roku 2000 trzy osoby (nie z mojej, ale innej rzadowej agencji), ktore przyjechaly na kontrole, zostaly zamordowane przez wlasciciela przetworni. Chlop mial problemy psychiczne, uwazal ze rzad uwzial sie zeby zamknac jego rodzinny biznes i uznal ze jedynym sposobem zeby zostawiono go w spokoju, bylo zastrzelenie inspektorow. :O Wracajac do naszego szkolenia, niestety, z jakiegos powodu, do opowiesci o roznorakich sytuacjach oraz instrukcji jak odczytywac mowe ciala i rozpoznawac zagrozenia, prowadzacy wprowadzili zadania w mniejszych lub wiekszych grupach, demonstracje oraz odgrywanie scenek. Wiekszosc ludzi ciezko wzdychala, bo jednak wszyscy jestesmy juz dorosli i nikomu nie chce sie czytac z kartki i udawac, ze jest sie wscieklym. To juz nie ten etap, o czym najlepiej swiadczy fakt, ze swietnie sie przy tym zdawala bawic najmlodsza z naszej grupy, 23-letnia dziewczyna, swiezo po studiach. Reszta przewracala oczami ze czuja sie jak ponownie w szkole. :/ Wszystko jednak przebil projekt przygotowywany w duzych, 10-osobowych grupach, a nad ktorym mielismy pracowac po godzine kazdego dnia, zas w piatek przedstawic prezentacje. Mielismy przygotowac "plan bezpieczenstwa" zeby przeprowadzic inspekcje w miejscu, gdzie poprzednicy mieli problemy z agresywnymi pracownikami. Przydatne? Byc moze, ale niestety caly plan byl niepotrzebnie rozbudowany, wlaczajac w to przygotowanie planu budynku i zaznaczeniem drogi ucieczki. Piekne to, tyle ze jadac na inspekcje, w najlepszym wypadku znajdzie sie widok firmy z ulicy. :D W kazdym razie, musielismy podzielic rozdzialy na osoby, a do tego przygotowac prezentacje, ktora miala byc w dodatku "ciekawa i smieszna". Wspaniale. :/ Najgorsze, ze znow klania sie to, ze bez takich dodatkowych "atrakcji", cale zajecia zajelyby polowe czasu. Do tego inne krotsze dni i moglismy wracac do domow tydzien wczesniej. :( Nie mowiac juz o tym, ze przez cale to glupie zadanie grupowe, siedzielismy tam do 17. Powloklam sie do pokoju, pogadalam z M. i zrobila sie prawie pora kolacji.
Kiedy zjadlam, stwierdzilam, ze musze sie choc troche przejsc i zazyc swiezego powietrza i slonca. Pisalam juz ze w pokoju nie otwiera mi sie okno, ale w dodatku w budynku "szkolnym", okien nie ma w ogole. Tak, dobrze czytacie. Caly teren nalezy do Gwardii Przybrzeznej i podobno nie chciano zeby ktos mogl zajrzec jak przeprowadzane sa szkolenia. Nie kupuje takiego tlumaczenia, bo mogli zrobic okna chociaz od strony calego kompleksu. Budynek jest bardzo stary (smierdzi wilgocia i kocia kuweta, serio!), wiec wybudowany dlugo zanim uzycie dronow do szpiegowania bylo powszechne. Tak czy siak, po calym dniu (nie liczac przerwy na lunch) siedzenia nie tylko bez swiezego powietrza, ale nawet bez widoku zewnetrznego swiata, po prostu musialam zrobic male koleczko. Akurat poprzedniego wieczora spadla temperatura i na krotki czas pozegnalismy sie z upalami. Zalozylam bluze, ale ze wial chlodny wiatr, to nawet w niej nie bylo mi zbyt przyjemnie. W koncu wrocilam wiec do pokoju i siedzialm juz na kompie, bo co innego mi pozostalo? :/
We wtorek znow pobudka, sniadanie i na zajecia. Te sa niby ciekawe, ale ze caly czas klepiemy to samo, o mimice, mowie ciala, itd. to wszystko mi sie zlewa i mam wrazenie, ze nie ucze sie niczego. A nie! W ramach zajec chodzilismy po calym budynku oraz parkingu, obserwujac miejsca gdzie mozna w razie czego uciec lub sie schowac. Takie mamy, nieco paranoiczne, lekcje, choc w Hameryce, w obecnych czasach moze sie to przydac. W kazdym razie, dowiedzialam sie, ze chowajac sie, w razie strzelaniny, za samochodem, lepiej nie robic tego od strony bagaznika. Ten jest bowiem wlasciwie pusty i kule sa w stanie przez niego sie przebic. Lepiej schowac sie za maska silnika, lub za kolami. Taka to zdobywam "wiedze. :D Na koniec ponownie mielismy godzine na prace nad swoja czescia prezentacji. Czesc pisana skonczylam ukradkiem w czasie zajec, bo mialam tylko krotki paragraf, wiec ta godzine pracowalam nad slajdem do prezentacji. Mialam tylko 1, ale ze minely juz lata odkad musialam cos przygotowac w Power Point'cie, wiec niezle sie nad nim umeczylam. Co chwila cos mi wskakiwalo, przeskakiwalo, szukalam obrazka w necie, ktory potem nie chcial sie kopiowac, itd. W koncu jednak skonczylam i powloklam sie do pokoju. Tu spotkala mnie irytacja, gdzie myslalam ze nie odezwe sie juz do meza przez reszte wyjazdu. Tego dnia Bi miala w szkole koncert. Juz tu bylam zalamana, bo panna od kolejnego roku rezygnuje ze skrzypiec, wiec to juz jej ostatni, a mnie tam nie bylo! Powiedzialam wiec (uznajac ze to oczywiste) zeby M. mi cos nagral. Tymczasem, malzonek oznajmil ze jest zmeczony, ze ma kupe roboty w domu i nie jedzie. Szczeka mi opadla, bo znam malzonka, wiem ze ma wszelkie zajecia i wystepy dzieci w powazaniu, ale tu jednak bylam w szoku. Po pierwsze - ostatni koncert, po drugie - wie ile to dla mnie znaczy, ale wazniejsze ze jemu sie nie chce. Troche mu pozrzedzilam i sie rozlaczylam, bo chcialo mi sie ryczec. Kiedy juz przegryzlam wku*wa, pomyslalam ze poprosze sasiadke zeby przeslala mi nagrane filmiki. Oni sa na kazdym koncercie corek i praktycznie zawsze razem. :/ Ostatecznie okazalo sie jednak, ze do M. cos dotarlo, bo pojechal i przeslal mi pozniej filmiki. :)
Oczywiscie musial sobie pomarudzic, ze to takie rzepolenie (nieprawda, na tym etapie mlodziez brzmi niczym symfonia), ze glosno, ze nie lubi, ze pozno i jest niewyspany, itd. Ja sama wolalabym 100x bardziej byc tam osobiscie, ale ciesze sie ze chociaz cos mam z tego ostatniego koncertu panny. A w miedzyczasie bylam na kolacji, potem na spacerze (ponownie w chlodzie i przy wichurze), a pozniej juz zwyczajowe siedzenie na kompie. :)
Nadeszla sroda, a z nia kolejne zajecia. Tego dnia przynajmniej mowilismy o przeprowadzaniu z ludzmi wywiadu i rozmowy i jak odpowiadac na odmowe inspekcji. Czyli przekonywac, prosic, pokazywac prawne paragrafy, straszyc ze firma straci powazanie oraz klientow i dostanie zakaz produkcji, udawac zainteresowanie tym, czym sie zajmuja, itd. Kolejny raz tematy nie trafione, bo akurat moja grupa ma do czynienia z firmami farmaceutycznymi oraz lekarzami. Oni dobrze wiedza, ze inspekcja z naszej agencji jest praktycznie wpisana w ich prace i przeprowadzona pomyslnie, lezy w ich interesie. Nie spotkamy sie tu z kategoryczna odmowa. Raczej grozi nam, ze beda chcieli cos ukryc, pominac jakies dokumenty, czy jakis doktorek bedzie sie z nami wyklocal, ze zna sie na swoich badaniach lepiej. I to prawda, ale my sie lepiej znamy na przeprowadzaniu badan i dokumentacji wedlug federalnych przepisow. ;) Tak czy siak, przez dzien trzeba bylo sie po prostu przemeczyc z zacisnietymi zebami... Skonczylismy ponownie dopiero o 17, wiec zanim doczlapalam do pokoju i zadzwonilam do M., zostala mi tylko chwilka zeby sie przejsc przed kolacja.
Tego dnia bylo juz cieplej, ale nadal bez upalu, wiec pod wieczor robilo sie juz dosc chlodno. Po kolacji wrocilam do pokoju, wzielam prysznic i pozniej juz siedzialam przed kompem. W naszym bazowym barze tego dnia odbywalo sie karaoke i pare osob zachecalo zeby przyjsc i popatrzec, a moze i zaspiewac, ale jednak uznalam ze srednio mnie to interesuje. ;)
Czwartek, czyli dzien swistaka. Spalam zle, bo cholerne pociagi znowu jezdzily co chwila od 4 nad ranem. Pozniej doszlo trzaskanie oraz skrzypienie drzwi, bo mamy w grupie zapalencow chodzacych o 5:30 na silownie. :O Rano ledwie sie wiec zwloklam, ale jakos wyszykowalam i powloklam na sniadanie. Na zajeciach kontynuowalismy temat jak siadac i stawac, zeby moc natychmiast uciec, a dodatkowo jak poznac ze ktos nas oklamuje. Tutaj lekcja okazala sie porazka, bo nawet prowadzacy przyznali ze aby to rozpoznac, trzeba troche znac klamiaca osobe, zeby wiedziec jak zachowuje sie normalnie i zauwazyc roznice. Np. oznaka klamania moze byc podrygujaca nerwowo noga, ale ja siedzac caly czas macham stopa i krece sie na obrotowym krzesle to w jedna, to w druga strone. Po prostu nie potrafie siedziec bez ruchu, ale ktos patrzac na mnie moglby pomyslec, ze opowiadam klamstwo. Mielismy zreszta w parach opowiedziec sobie kilka faktow, jedno z nich klamstwo i prawie nikt nie zgadl kiedy druga osoba klamala. Podobnie, ogladalismy filmiki z przestepcami klamiacymi w czasie przesluchan, a pozniej mielismy scenki gdzie ludzie mowili prawde, albo klamali i mielismy to ocenic. Zamienilo to sie w wielkie zgadywanie, bo jednym wydawalo sie tak, drugim inaczej, albo czasami prawie wszyscy twierdzili ze ktos mowil prawde, a tymczasem osoba klamala. Pod koniec juz prawie kazdy watpil w swoja intuicje. :D Tona zajeciach, a w miedzyczasie przyszedl do mnie raport kwartalny Bi.
Przyznaje, ze patrzac na niego, nie wiem o co chodzi (bede musiala sie spytac corki kiedy wroce do domu), bo ma oceny koncowe na trzeci kwartal (oznaczone jako Q3), ale obok jest kilka ocen w rubryce E1. Nie mam pojecia co to E1 oznacza, bo nie jest to ocena koncowa (ta jest pod rubryka F). Nie jest to tez srednia, bo z B, B+ oraz A- nie wyjdzie B-. Raport jednak swietny, bo wszystkie przedmioty to jakas wariacja A, poza rozszerzona matematyka. Z niej ma B+, wiec tez bez zarzutu. Po powrocie do pokoju po lekcjach, humor popsul mi M. Dostal mianowicie mandacik na $200. :O Za korzystanie z telefonu w czasie jazdy. Tlumaczyl mi, ze jechal w korku i kiedy stal, faktycznie zerkal w telefon, ale kiedy auta ruszaly, podnosil glowe i podjezdzal. Policjanci jednak zauwazyli ze sie pochylal i wlepili mandacik. Probowal sie wywinac klamstewkiem, ze przestawial cos w radiu, ale mu nie uwierzyli. :D Bedzie sie odwolywal, ale niewiadomo czy to cos da... Po kolacji poszlam na spacer o zachodzie slonca. Na linach cumujacych te ogromne statki wojenne, siedzialy sobie w rzadku kormorany. Czekalam czy ktorys zanurkuje, ze zaden nie chcial dac popisu. ;)
W koncu dobrnelismy do piatku. Tym razem spalam jak zabita i gdzies tylko przez sen slyszalam w oddali te przeklete pociagi. Czy rano bylam bardziej wyspana? Nie. :D Pedem na sniadanie, a potem na zajecia. Tego dnia wreszcie mielismy tematy, ktore moga sie przydac, np. co zrobic w przypadku strzelaniny. Choc z ich "rad" smieli sie pozniej ci, ktorzy mieli do czynienia z bronia, jak np. z sugestii, ze kiedy wchodzi do pomieszczenia, mozna atakujacemu wytracic bron z rak. Bo juz widze jak ktos rzuca sie na karabin! :D Mowili tez o pozarach, choc tu nie powiedzieli niczego przydatnego, tylko zeby w pracy znac wyjscia ewakuacyjne, a w domu miec kilka potencjalnych wyjsc, przez ktore mozna sie wydostac. I zeby z rodzina ustalic gdzie spotykamy sie po ucieczce z plonacej chalupy. No i swietnie, tylko najpierw trzeba uciec z pozaru. A nie powiedzieli np. ze ogien i dym ida w gore, wiec wieksze szanse ma sie czolgajac przy samej podlodze. Takich rzeczy ucza juz dzieciaki w podstawowce! :O Tego dnia zajecia trwaly tylko dwie godziny, a pozniej kazda grupa miala wreszcie pokazac swoje prezentacje. Moja byla pierwsza i cale szczescie, bo dzien wczesniej przypomnial sobie o mnie szef, ktory chcial przeprowadzic szybka, kilkunastominutowa rozmowe. Nie bylam pewna jak mi sie ulozy dzien, wiec odpowiedzialam, ze dam mu znac i po naszej prezentacji (gdzie mialam cholerna treme, ale chyba poszlo mi niezle) napisalam ze moge sie wymknac. Polecialam wiec do sasiedniej auli i pogadalam z dawno niewidzianym szefunciem. Okazalo sie, ze w czasie jego nieobecnosci minal czas podpisywania kwartalnych ocen pracownikow, wiec teraz z kazdym chcial przeprowadzic rozmowe. Dodatkowo, powiedzial ze mam zarejestrowanych za malo godzin szkolen. Tyle, ze o programie gdzie mam je zapisywac, dowiedzialam sie przypadkiem bodajze w lutym. W dodatku, nikt nie powiedzial mi jakie szkolenia mam tam wpisywac. Myslalam, ze tylko te, ktore odnosza sie czysto to mojej pracy, tymczasem musze np. wklepac obecne, wyjazdowe szkolenie. Ale juz szkolenia podczas inspekcji z kims, sie tam nie zapisuje, bowiem rejestrowane sa w innym miejscu. I badz tu czlowieku madry. W kazdym razie, pogadalam chwile z szefem, a potem wrocilam na "lekcje". Skonczylismy prezentacje, przyszla pora na lunch i... wedlug grafiku mielismy skonczyc, ale kazano nam po jedzeniu wrocic jeszcze do klasy. W kazdym tygodniu mamy osobe, ktora nie prowadzi zajec, ale koordynuje aktywnosci. Ta babka chciala jeszcze raz sprawdzic czy mozemy otworzyc egzamin koncowy. Pewnie nie pamietacie, ze po dlugich bojach, udalo mi sie otworzyc egzamin testowy. Oczekiwalam wiec, ze tym razem tez otworzy sie juz bez problemu. Taaa... Caly czas pojawial sie blad za bledem. Wychodzilam, logowalam sie ponownie, cudowalam, a program ciagle pokazywal ze juz idzie w tle, choc sie nie otwieral. Naokolo mnie, inni tez sie meczyli (choc niektorym wszystko smigalo bez problemu), az nagle sie... otworzyl. Bez zadnej dodatkowej ingerencji z jego strony. :O Co do samego egzaminu tez nic nie wiemy. Poprzednia koordynatorka powiedziala zeby sie nim nie martwic, ze nie bedzie oceniany, a wynikow nie beda nikomu przesylac. Obecna polaczyla nas z osobami, ktore podobno ukladaja ten egzamin i sa odpowiedzialne za jego organizacje. I te osoby niby twierdza, ze nie dostaniemy wynikow, ale oni je beda mieli i na ich podstawie chca ukladac przyszle egzaminy. Czyli jednak w jakis sposob bedzie oceniany! Dodali tez przy okazji, ze jednak wymagane bedzie ciut wiecej niz taka ogolna wiedza. :/ W dodatku, powiedzieli ze mozna bedzie korzystac z materialow, a tych... nie dostalismy (choc mielismy)!!! Ktos ma sprawdzic co stalo sie z materialami, ktore miala poprzednia grupa, tyle ze liczyla ona 12 osob, a u nas jest 40. Czy starczy ich dla wszystkich? Hmmm... Podsumowujac, jest burdel. Nikt nic nie wie, niczego nie jest pewny, uczyc sie nie trzeba, nie mamy spedzac wieczorow zakuwajac, ale wiedza musimy sie wykazac. :O Skonczylismy o 14, wiec wrocilam do pokoju, przebralam sie w spodenki, bo gorac byl niemozliwy, chwile posiedzialam, po czym postanowilam sie przejsc. Nad baza krazyly ciemne chmury i wygladalo jakby mialo sie zaniesc na burze, ale ostatecznie przeszlo bokiem. Balam sie jednak zapuszczac zbyt daleko, wiec zrobilam koleczko mniejsze niz zwykle. Pozniej zadzwonilam do malzonka, z ktorym przegadalam prawie godzine i skonczylam dopiero, kiedy przyszla pora kolacji. Nik cieszyl sie juz weekendem, a dla Bi weekend zaczal sie polowicznie juz rano, bo po dwoch lekcjach, jechali do parku rozrywki. Miala to byc wycieczka gratulujaca orkiestrze, zespolowi oraz chorowi, za caly rok wysilku. Bi byla cala szczesliwa, bo nie jechali do naszego malego, lokalnego parku, tylko takiego z prawdziwego zdarzenia, w sasiednim Stanie. Wedlug mnie powinni poczekac na cieplejsza pogode, ale najwyrazniej poza mna nikt takich obiekcji nie zglaszal. I tak mieli szczescie, bo bylo 15 stopni, gdzie w kwietniu moglo byc znacznie gorzej. ;)
I tak minely juz 3 tygodnie odkad wygnano mnie na poludnie. Przyznaje, ze warunki mieszkalne mamy slabe, jedzenie ujdzie w tloku, ale tutejszy klimat mi bardzo odpowiada, lubie cieplo i jest to jedna z niewielu rzeczy, ktore sa zaleta tego wyjazdu.





















































