czwartek, 14 marca 2019

Marcowe oczekiwanie

Dziekuje Wam dziewczyny za tak liczny odzew pod poprzednim postem! Wiedzialam, ze zawsze mozna na Was liczyc kiedy czlowiek potrzebuje poglaskania po glowce. ;)
Tak przy okazji, to wcale nie mialam zamiaru dawkowac napiecia. :D Wiadomosc wrzucilam na sam koniec, poniewaz wiedzialam, ze gdyby zdjecie testu znalazlo sie pierwsze na wokandzie, zaraz zlecialaby sie rzesza ciekawskich. A tak, wiadomosc jest tylko dla wiernych czytelniczek, ktore wchodza nawet pomimo nie zwaiastujacego sensacji tytulu i ktore przebrna przez tasiemca. ;)

Co u nas?
Ja obecnie cala jestem czekaniem. Do wizyty zostalo jeszcze 1.5 tygodnia, tymczasem nie moge sie na niczym skupic. Nic mnie nie bawi, malo co cieszy. Caly czas wsluchuje sie w swoj organizm, a ten, jak na zlosc, nie wysyla mi zbyt pomyslnych sygnalow. Wrozba z cycek (Brytusia, po prostu padlam ze smiechu na te okreslenie! :D) nadal bez zmian. Lewa pobolewa, ale mam wrazenie, ze z kazdym dniem coraz mniej. Prawa zaboli jak nacisne tu i owdzie, ale szczerze, to chyba kazda piers, nawet nie-ciazowa, zaboli jak sie ja dobrze pomietosi. :/
Nie odrzuca mnie od kawy, nie mam nudnosci. Wrecz przeciwnie, jestem wsciekle glodna (moze to tez jakis objaw?). Szczegolnie rano musze co dwie godziny cos przekasic, bo tak mi w brzuchu bulgota i ssie, ze szok. Po poludniu jednak uczucie wilczego glodu z grubsza zanika.
Nie jestem tez senna, a pamietam, ze w ciazy z Bi usypialam jak tylko usiadlam przy biurku w pracy, a po powrocie do domu musialam zaliczyc obowiazkowa drzemke, zeby jakos funkcjonowac do konca dnia. Z Nikiem na samym poczatku tez po pracy ucinalam komara, chociaz wtedy bralam to za niedospanie spowodowane nocnym wstawaniem do Bi. Teraz wieczorami mam tyle samo energii co zawsze (czyli, nie oszukujmy sie, niewiele), tyle ze z trudem dociagam do 23, gdzie wczesniej potrafilam buszowac do polnocy. To jednak zwalam na zmiane czasu. Tak, my niestety juz zmienilismy czas na wiosenny i chodze niedospana i zla. Co za idiota to wymyslil!!! Potworki tez wstaja wkurzone i burczace (i nie moge sie ich dowolac z dolu, gdzie jeszcze w zeszlym tygodniu wstawali przede mna), bo mimo, ze teoretycznie klada sie o godzine wczesniej, to organizm twardo trzyma sie dawnej pory pobudki i sie buntuje...

Tak to sie kreci... Jeszcze przez 1.5 tygodnia bede zyla w takim zawieszeniu. Najchetniej zakopalabym sie pod koldre i je przespala... Niestety, jak na zlosc, w pracy nadal kociol, choc moze to i dobrze, bo inaczej pewnie godzinami przegladalabym na google hasla "brak objawow w ciazy" i fiksowala coraz bardziej.
Zeby jeszcze lepiej oddac moj stan umyslu dodam, ze nie pstryknelam w tym tygodniu ani jednego zdjecia. Nie mialam tez co prawda ku temu okazji, bo stracilam checi zeby robic cokolwiek ciekawego czy gdzies wyjsc... W niedziele lodowisko, na ktore chodzilam tej zimy z Potworkami bylo otwarte ostatni dzien. Nastawiona bylam zeby koniecznie zabrac ich ostatni raz w tym roku, ale niestety. Rano obudzilam sie z zatokowym bolem promienujacym od nasady nosa, przez kosc lewego policzka, az po ucho... :/ Niestety, to niekonczace sie przeziebienie, przeszlo w zapalenie zatok. Czy nie uroczo? :( Lodowisko sobie wiec odpuscilam. Moze gdybym nie byla w tej ciazy (nie-ciazy?), machnelabym na zatoki i pojechala, ale tak to wole dmuchac na zimne. :/

No wlasnie. Poniewaz bol zatokowy po trzech dniach nie mial zamiaru mijac, pojechalam do tzw. "walk-in clinic". Tu w Stanach nie ma bowiem przychodni, do ktorej mozna zadzwonic i sprobowac dostac sie do lekarza pierwszego kontaktu. Trzeba miec swojego lekarza z prywatnym gabinetem, do takiego zas, czesto-gesto dzwoni sie, ze jest sie chorym, a sekretarka na to, ze... miejsce maja za 3 dni! :O Jedynym wyjsciem sa wiec takie walk-in clinic, do ktorych nie trzeba sie umawiac. Mozna po prostu wejsc i zobaczyc czy dyzurujacy lekarz bedzie potrafil pomoc. Przyznaje, ze choc z dziecmi pojawiam sie u pediatry regularnie, to sama ze soba w walk-in clinic bylam wczesniej tylko 2 razy, obydwa z takim bolem gardla, ze nie bylam w stanie przelykac. W pierwszym przypadku mialam angine, w drugim... okazalo sie, ze jestem panikara, mialam jakiegos wirusa i bol rzeczywiscie sam przeszedl po kilku dniach. :D
Tym razem odbylam wiec trzecia wizyte w takiej ogolnodostepnej przychodni i mam mieszane uczucia. Doktorek - Hindus, bardzo sympatyczny, nie powiem. Oczywiscie na podstawie objawow szybko potwierdzil zapalenie zatok. Schody zaczely sie, kiedy powiedzialam mu, ze najprawdopodobniej jestem w ciazy, wiec cokolwiek przepisze musi byc bezpieczne w pierszym trymestrze. No i bach! Doktorek oswiadczyl, ze nie przepisze mi NIC! :O Poniewaz nie mam goraczki on uwaza ze to infekcja wirusowa (skad wie, skoro wymazu nie robil?!), wiec antybiotyk i tak by nie pomogl. Kazal psikac w nos sola morska i... uwaga! Plukac gardlo woda z sola! Spytalam jak to ostatnie ma wplynac na zatoki, wiec tlumaczyl, ze tam wszystko jest ze soba polaczone. Poniekad to wiem, ale nawet przechylajac glowe do tylu grawitacja raczej przeciez nie sprawi ze ta woda poplynie do zatok? :/ W kazdym razie mialam ochote zakrzyknac: "Panie, ja od prawie 4 tygodni lecze sie domowymi sposobami, jak widac z mizernym efektem!!!". Nieco grzeczniej, ale wytlumaczylam, ze probowalam sie sama wyleczyc i skoro w koncu przemoglam sie i pojechalam do lekarza, to znaczy ze potrzebuje czegos mocniejszego niz woda z sola! W koncu, dosc niechetnie, ale zgodzil sie wypisac antybiotyk, jednak polecil, zebym zanim go wykupie, sprobowala jednak wody z sola... :D
Coz, antybiotyku nie wykupilam. Jeszcze. Widze jednak, ze raczej sie bez tego nie obedzie. Minely dwa dni, a lewy policzek jak od czasu pulsowal bolem, tak pulsuje. :/

Z innych ciekawszych wydarzen, odbylam dyzur w Polskiej Szkole Potworkow. Ciekawe doswiadczenie, nie powiem. ;)
Nie pamietam czy pisalam, ale w szkole, do ktorej chodza Potworki, kazda rodzina ma obowiazek albo odbebnic dyzur, albo zaplacic $100. Kiedy przeczytalam o tej oplacie cala sie zjezylam, teraz jednak widze, ze jest ona wymagana zeby poniekad przymusic rodzicow do dyzuru. Poniewaz szkola wynajmuje pomieszczenia od lokalnego High School w sobote, nie ma w ten dzien normalnych pracownikow, ktorzy pilnuja porzadku. Poza tym nauczycielki nie moga zostawic dzieciakow samych, a przeciez potrzebuja od czasu do czasu wyjsc do toalety, zjesc cos, czy zwyczajnie zrobic sobie przerwe.
Dyzur okazal sie malo uciazliwy. Na szczescie okazalo sie, ze jest nas czworo na jednym korytarzu, wiec sporo bylo gadania i smiechu. Choc na poczatku wydawalo sie, ze moze byc "wesolo", kiedy zaraz po 20 minutach otworzyly sie drzwi klasy i nauczycielka poprosila, zeby pomoc, bo jedno z dzieci... wymiotuje! :O O rany... Trzeba bylo zaprowadzic dzieciaka do lazienki, pomoc mu przetrzec zabrudzone ubranie, itd. Fuuuj... Na szczescie mlodzian (okolo 10-letni) mial przy sobie telefon i zadzwonil po rodzicow, zeby go odebrali. Pod koniec dyzuru zas, w innej klasie chlopiec (to zawsze chlopcy!) zamiast jak czlowiek podejsc do smietnika, postanowil sie do niego "slizgnac" na kolanach. Niestety zle wymierzyl odleglosc i tak rabnal kolanem w metalowa framuge, ze nauczycielka musiala zabrac go do biura zeby zobaczyc czy maja zimne oklady. ;)
Mialam tez 15 minut dyzuru w jednej z klas, kiedy dzieciaki mialy przerwe na drugie sniadanie, a nauczyciele na cokolwiek potrzebuja. ;) To byla V klasa, czyli dzieci okolo 11-letnie. Poniewaz Potworki sa nieco mlodsze, przezylam lekki szok nad przepascia pomiedzy swiatem dziewczynek oraz chlopcow. Panny siedzialy przy stolikach, skubaly przekaski, pokazywaly sobie cos w telefonach, jedna malowala rzesy (tak, 11-latka! :O)... Slowem, aniolki. Chlopaki? O Boszzzz, co to byla za banda! Jeden mial miekka (na szczescie) pileczke. I cala ich gromada biegala w kolko po klasie, rzucajac sobie ta pilke, nurkujac pod stolikami i przeskakujac nad rozrzuconymi plecakami! Tylko czekalam az ktorych wywali sie i rabnie glowa w metalowe nogi od stolikow i krzesel! Poniewaz kompletnie ignorowali moje upomnienia, w koncu ograniczylam sie do stania pod jedna ze scian, wzdluz ktorej ustawione byly komputery. Stwierdzilam, ze sprzet jednak jest cenniejszy niz glowy tych lobuzow i postanowilam chronic go wlasna piersia. :D Nie musze mysle mowic jak bylam szczesliwa kiedy nauczycielka wrocila z przerwy? ;)
Mialam miec jeszcze jeden dyzur w klasie, ktora okazala sie miescic w zupelnie innej czesci szkoly. Chodzilam, szukalam, nawet dwa razy spytalam dyzurnych z tamtej czesci o droge... Bezskutecznie. Szkola jest ogromna, w dodatku polozona na wzgorzu, wiec rozniaca sie ukladem na kazdym pietrze, a korytarze, korytarzyki oraz dodatkowe pomieszczenia tworza taki labirynt, ze w koncu sie poddalam. Glupio mi troche i mam nadzieje, ze tamta nauczycielka miala do dyspozycji jakas inna dyzurna osobe, zeby na chwile wyjsc, ale po prostu znalezienie tamtej klasy mnie przeroslo. ;)
Reszta dyzuru minela juz spokojnie. Ot, ktorejs nauczycielce pobiec cos skserowac, bo ksero na innym pietrze, drugiej popilnowac chwile klasy bo musiala do lazienki, itd. Cztery godziny minely niewiadomo kiedy. :) Gdyby nie fakt, ze w czasie, kiedy Potworki sa w Polskiej Szkole lubie na spokojnie zrobic zakupy i ogarnac choc minimalnie chalupe, to zgodzilabym sie dyzurowac czesciej. ;)

Jak pisalam wyzej, nie pstrykalam ostatnio zadnych zdjec, ale na szczescie wychowawczynie Potworkow cos tam podsylaja. Szkoda tylko, ze ich celem jest pokazanie klasowych aktywnosci, a nie ladne ujecia dzieciakow. ;) I tak, w zeszlym tygodniu chyba, z okazji dnia Reading Across America, szkola urzadzila tzw. "read-a-thon", czyli maraton czytelniczy. Wszystkie klasy przychodzily do biblioteki po kolei tak, zeby caly dzien w szkole odbywalo sie czytanie. ;)

 Tu Bi czyta z kolezankami:

Calkiem wygodne poduchy maja w tej bibliotece ;)

A tu Kokus z kolegami:

Czerwony jak burak i upocony - potem dziwic sie, ze ciagle chory. :/ Swoja droga, wszystkie inne dzieci wygladaja normalnie, a sadze, ze szalaly tak samo, tylko moje jakby spod prysznica wyszlo :/

Po wygladzie mojego dziecka widac od razu, ze przyszli prosto z przerwy. ;)

Oprocz takich specjalnych dni ogolnoszkolnych, kazda klasa zbiera punkty za dobre zachowanie, porzadek itd. Czasami przypomina mi to Harrego Pottera i Hogwart, gdzie kazdy "dom" zbieral punkty, tylko ze w Potworkowej szkole nie ma rywalizacji. Kazda klasa i kazdy rocznik zbieraja punkty dla samych siebie, a kiedy uzbieraja ich okreslona ilosc, dzieciaki wybieraja sobie nagrode. Czasem jest to dodatkowa przerwa, czasem dluzsza glowna przerwa w ciagu dnia, czasem moga przyniesc do szkoly zabawke, a jeszcze kiedy indziej przyjsc do szkoly w pizamach. ;) Tym razem klasa Kokusia wybrala "breakfast and reading celebration". Dzieciarnia mogla przyniesc cos malego na sniadanie (ja upieklam owsiane ciasteczka), wychowawczyni przyniosla soczki, a potem mlodziez rozlozyla sie na przyniesionych z domow kocykach i oddala lekturze. :)
Niestety, zdjecie, na ktorym jest Nik wyszlo totalnie zamazane, ale wygladalo to tak:

Dzieciarnia rozlozona po calej klasie, gdzie kto znalazl skrawek podlogi

A jesli ktos stesknil sie za buzkami Potworkow, to prosze:

Selfie :D

Zdjecie jeszcze z listopada. Ktoregos dnia, kiedy jeszcze spalam, Potworki swisnely moj telefon (prosto ze stolika nocnego - bezczelni!) i napstrykaly zdjec. ;) Sobie, oraz... psu:

Piesa tez wyraznie zaspana i zdziwiona, ze od rana atakuja ja paparazzi :D

Potem telefon grzecznie odlozyli z powrotem i czekali z niecierpliwoscia na moja reakcje kiedy zobacze nowe fotki. ;) Reakcja byla mieszana, bo choc zdjecia wyszly im calkiem udane, to fakt, ze podkradli mi telefon, juz wcale a wcale mi sie nie podobal. ;)

I na tym chyba zakoncze, bo jak na brak tematow do pisania, znow wyszedl mi tasiemiec. Taki krotszy. ;)

czwartek, 7 marca 2019

Zeby nie bylo nam za dobrze... marzec zaczynamy chorobowo :(

Mysle, ze tytul mowi sam za siebie? Sama nie wiem czy czuje sie bardziej zrezygnowana, zalamana czy zla...
Po wirusie, ktory Potworki zlapaly na samym poczatku lutego, nie mozemy sie wykaraskac... A to juz marzec. :/
Jak kilka dni przed wypadem na narty zarazilam sie od dzieciakow, tak z gor wrocilam tak samo chora jak wyjezdzalam. No, ale tego sie akurat spodziewalam. Nie da sie dobrze wyleczyc kataru i kaszlu, jesli sie spedza cale dnie na mrozie i w ruchu. Wrocilismy jednak do domu i katar jakos litosciwie przeszedl. Kaszel pozostal, chociaz mialam wrazenie, ze tez pomalu zanika. Wszystko bylo na dobrej drodze. Przez tydzien. Bo po tym czasie nagle katar wrocil ze zdwojona sila i zdaje sie przechodzic na zatoki, bo mam takie dziwne uczucie ciepla w czole... A kaszel przybral na sile, jakzeby inaczej. :/ I tak chodze, smarcze, kaszle i daje sobie czas do konca tygodnia. Jesli nie zobacze wyraznej poprawy, chyba jednak przejde sie do lekarza... Cichutko, zeby nie zapeszyc, musze jednak napisac, ze wczoraj po raz pierwszy od tygodnia poczulam zapach wlasnego balsamu do ciala, wiec moze w koncu dochodze do siebie... ;)

To jednak ja. Tymczasem Potworki jechaly na narty juz prawie - prawie zupelnie zdrowe. Jeszcze tylko lekko pokaslywali, a Nikowi od czasu do czasu cos pocieklo z noska. Wrocili z nart o dziwo zupelnie zdrowi. Az smialam sie, ze gorskie powietrze im dobrze sluzy! ;) Tymczasem w zeszly poniedzialek... Nik obudzil sie rano z zatkanym nosem i narzekajac, ze zle sie czuje. Wydal mi sie dosc cieply, wyciagnelam wiec termometr, a tam 37.0. :/ Mielismy wiec i on i ja przymusowy dzien w domu. Spodziewalam sie jakiejs wiekszej infekcji, skoro juz z rana temperatura podchodzila pod stan podgoraczkowy. Tymczasem ona spadla do normalnej, a na wieczor podniosla sie do 36.9. Poza wyraznie przytkanym nosem, nic zdawalo sie Nikowi nie dolegac.
Minelo kilka dni, wszystko wydawalo sie byc w normie, az w czwartek wieczorem Kokus oznajmia, ze... boli go ucho! :O
Ja sie kiedys zalamie z tymi jego uszami! Jak nie jedno, to drugie! I powiedzcie mi, jakie to dzieciaki maja wyczucie, ze takie akcje funduja albo w weekend albo tuz przed nim, kiedy czlowiek caly w nerwach probuje wciasnac sie do lekarza, zeby sprawdzic potomstwo zanim przychodnia zostanie zamknieta na dwa dni?!
Poniewaz ja zostalam w domu w poniedzialek, w piatek M. zwolnil sie z pracy i przyjechal do domu zajac sie synem i zabrac go do lekarza. Co sie okazalo? Nik ma oczywiscie zapalenie ucha... obustronne tym razem! :O

Zeby dopelnic obrazu, w niedziele smarkac i kaszlec zaczela Bi... No przeciez idzie sie zastrzelic! :/

Zanim jednak choroby dopadly nas ze zdwojona moca, w poprzednia niedziele zabralam Potworki na lyzwy. Juz ten wypad powinien dac mi do myslenia co do zdrowia Kokusia. On, ktory przy poprzednich wyjsciach ganial po lodzie bez wytchnienia, teraz co chwila odpoczywal i dopytywal kiedy jedziemy do domu... Probowalam wyciagnac z niego co sie wlasciwie dzieje, ale bezskutecznie. Mysle, ze on sam w zasadzie nie wiedzial. Dopiero stan podgoraczkowy nastepnego dnia powiedzial mi, ze po prostu juz bralo go chorobsko i pewnie byl oslabiony... :(
Mimo wszystko jednak, wypad byl udany. Tym razem to Bi jezdzila z zapalem i gracja i wciaz dopytywala czy nagrywam filmiki jak jezdzi. ;) Nagralam jeden, ale za to dlugi. :D

Moja najpiekniejsza <3

W poprzednia sobote, na zakupach, oprocz obowiazkowej spozywki, zakupilam tez do domu namiastke wiosny. :)

Hiacynty na oknie, a za oknem snieg... ;)

Smiesznie teraz prezentuje sie chalupa, bowiem hiacynty hiacyntami, a na stolach nadal trzymaja sie Gwiazdy Betlejemskie (rozwazam czy nie przestac ich podlewac, zeby w koncu padly :D) oraz balwankowe dekoracje. Prawdziwe przedwiosnie. :D

W ostatni weekend lutego, przypomnialam tez sobie o sniezynkach do wykonania z pianki, ktore to kupilam chyba jeszcze przed Bozym Narodzeniem, z mysla o wizycie jakichs mlodych, Potworkowych przyjaciol. Taki prosty, zimowy projekcik, idealny dla malych raczek. Zima pomalu sie konczy a nie bylo kiedy ich zrobic. Akurat mielismy nudniejszy weekend, Potworki snuly sie po domu blagajac co i rusz o tablety, wiec wyciagnelam te sniezynki i chociaz na pol godziny dzieci "zniknely" i to nie przed ekrany. :)


Aha! W zeszla srode minal rok od kupna domu, ale tego dnia melismy zupelnie co innego na glowie i zupelnie o tym... zapomnielismy. ;)
Nie mniej, nie moge uwierzyc, ze to juz rok! Szczegolnie, ze jeszcze nie do konca dom jest "nasz, ze jeszcze kilka projektow czeka na wykonanie. Lazienki: dolna oraz dzieci musza zostac odnowione. Salon pomalowany. Sciany w garazu ocieplone... Po tegorocznej zimie jestesmy tez nastawieni na wymiane drzwi tarasowych i przy okazji kuchennego oka - zeby pasowalo. Dodatkowo, caly czas zastanawiamy sie nad powiekszeniem malego okienka w bocznej scianie salonu. Pokoj ten jest cholernie ciemny, a na poludniowej stronie, jak na zlosc (a moze celowo, kto wie) jest tylko male, waskie okienko. Az korci zeby je powiekszyc i rozswietlic salon. Wszystkie jednak wymienione projekty zabieraja czas i generuja koszta, wiec tylko czas pokaze, ktore zostana wykonane i kiedy. ;)

W zeszly piatek, w szkole Potworkow odbyl sie tzw. "Fancy Friday". Co roku, luty jest tam miesiacem dobrych manier. Dzieci cwicza odpowiednie zachowanie, powitanie, pozegnanie, utrzymywanie kontaktu wzrokowego, itd. Na zakonczenie tego okresu, zawsze maja dzien, kiedy do szkoly moga przyjsc elegancko ubrani, zas lunch jedza w stolowce przy nakrytych obrusami stolach, z wazonikami kwiatow oraz swieczkami. ;) Na te okolicznosc wypozyczylam szkole moje swieczki na baterie, bedace czescia dekoracji bozonarodzeniowych domu. Szkoda, ze Nika ominelo takie "wydarzenie", chociaz on nieszczegolnie sobie krzywdowal i twierdzil, ze wcale nie ma ochoty ubierac sie do szkoly jak do kosciola. ;)
Klasa Bi nie dosc, ze cwiczyla maniery, to jeszcze przy okazji posture. Dzieciaki sprawdzaly ile im sie uda przejsc po klasie z ksiazka na glowie. ;)

Bi w akcji :)

Na piatek w nocy zapowiadano sniezyce, ktora jak zwykle okazala sie... sniezyczka. ;) Spadlo moze 2-3 cm sniegu, ale nie przeszkodzilo im to zamknac Polskiej Szkoly. Co bylo mi zreszta na reke, bo nie chcialo mi sie ruszac z domu. Nie lubie zrywac sie w sobote rano tak samo jak Bi nie znosi jezdzic do Polskiej Szkoly. Juz zastanawiam sie, czy bede miala sile na cotygodniowa batalie o to w przyszlym roku. ;)
W zeszla sobote jednak i tak zastanawialam sie czy zawozic do niej Potworki, ze wzgledu na Kokusiowe ucho. Matka Natura rozwiazala ten dylemat. Maly dramacik rozegral sie tylko po poludniu, bowiem Potworki oczywiscie chcialy wyjsc pobawic sie na sniegu. Bi w koncu poszla pomoc odsniezac tacie, natomiast Kokusia, ze wzgledu na ucho, zatrzymalam w domu. Oj nie lubil mnie za to moj syn, nie lubil! :D

Wybaczcie jakosc. Fota pstryknieta przez okno, miedzy zaluzjami ;)

Skoro juz mowa o Polskiej Szkole, to pokaze Wam probke dyktand Bi. Niezle sie usmialam, bo Starsza oczywiscie pisze wyrazy fonetycznie... po angielsku! :D

"Dynia" wygrywa! :D

Jak juz sie "chwale" pisanina Potworkow, nie moge pominac Kokusia. On niestety po polsku poki co nie pisze, ale za to przynosi teksty z Hamerykanckiej szkoly. Jestem niesamowicie dumna, bo w koncu rozwija zwoje wypowiedzi zamiast zawierac wszystkiego w jednym, lakonicznym w dodatku, zdaniu. Brakuje tylko kropek w odpowiednich miejscach. :D


The black car is fast because it is fairy low it can slid through air. The black car is a hotwheels

The black car can go loopde loops. The black car is designed to slid through air.

Wedlug mnie calkiem niezle jak na 6-latka! :)

Spedzilismy wiec potwornie nudny ostatni weekend. W sobote M. pojechal na zakupy do Polakowa, a ja z dzieciakami zaszylismy sie w domu na caly, Bozy dzien (oprocz tego polgodzinnego odsniezania Bi). Normalnie pewnie rozpaczalabym, ze takie marnotrawstwo dnia, ale ze Nik chory i ja tez nie moge sie jakos doleczyc, to nawet sie ucieszylam.
Rozpacz autentycznie przyszla za to w niedziele, bowiem wczesniej planowalismy tego dnia wypad na narty. Sezon sie nieuchronnie konczy i marzy nam sie jeszcze chociaz jedno szusowanko. Niestety, moze byc tak, ze nie bedzie nam ono dane. :(
Zaryzykowalismy tylko wypad na msze oraz zakupy, tym razem w Hamerykanckim sklepie. A pozniej ponownie zabarykadowalismy sie w domku. :) Siedzielismy i czekalismy na sniezyce. Na noc z niedzieli na poniedzialek, zapowiadana byla bowiem kolejna. Tym razem miala byc wieksza, z wieksza iloscia sniegu. Coz, patrzac o 14 po poludniu za okno i widzac blekitne niebo oraz slonce, smialam w to watpic. Pogoda w Nowej Anglii przypomina jednak ta gorska i juz godzine pozniej pojawily sie pierwsze obloczki, po kolejnej godzinie niebo bylo calkiem zachmurzone, a o godzinie 18 zaczal sypac snieg. Caly czas byly jednak 2 stopnie na plusie, a wczesniej, w dzien, temperatury rowniez dochodzily niemal do 10 stopni, na poczatku wiec dosc dlugo nie osiadal. Dopiero okolo 22 zaczelo robic sie bialo.

Narnia po raz n-ty ;)

Snieg mial przestac sypac gdzies o 5 rano. Nie bardzo wiec wierzylam, ze nasypie go tyle, ile mowily prognozy, a zapowiadaly okolo 20 cm. Nie mniej bardzo sie ucieszylam, ze juz w niedziele szkoly oglosily zamkniecie w poniedzialek. Mi oraz Potworkom przydal sie kolejny spokojny, niespieszny dzien.

Czy szkoly zamknieto slusznie tym razem? Ciezko powiedziec. Okazalo sie, ze poniewaz temperatura cala noc byla plusowa, a plugi nie proznowaly, kiedy rano wstalam, nasza ulica byla... czarna. A jest to mala, osiedlowa uliczka, ktora zdecydowanie nie nalezy do pierwszych oczyszczanych ulic. Na podjezdzie i ogrodzie jednak sniegu bylo... w pizdu.

Widok z okna sypialni na malownicze "szlaczaki" zostawione przez auto M., kiedy wyjezdzal nad ranem do pracy...

...i na taras

Dwadziescia cm, tiaaa... Spadlo nam spokojnie z 30 - 40... Zabralam Potworki na dwor o 10 rano, w nadziei, ze nie bedzie az tak cieplo, ale juz zrobily sie +4 stopnie, wiec snieg byl ciezki i mokry. Probowalam pomoc troche M. i odgarnac szufla choc tu i owdzie zanim wroci z pracy, ale szybko sie poddalam. Nawet Potworki po 40 minutach stwierdzily, ze pic im sie chce (zapewne z ciepla) i chca do domu.

Nie, nie spadla az taaaaka kupa sniegu... Bi lezy na gorce :D

Co bylo zreszta zbawienne, bowiem byli przemoczeni do suchej nitki. Bi czapke przemoczyla tak, ze miala pod nia mokre wlosy. A przypominam, ze od poprzedniego dnia smarkala, wiec nie wiem jak to przemoczenie sie skonczy. Licze, ze ma nieco lepsza odpornosc niz brat...

Potwory "pomagaly" odsniezac, czyli w praktyce rozrzucali snieg na wszystkie strony. Coz, licza sie checi? ;)

Kolejnego dnia zaplacilam za to szuflowanie potwornym bolem plecow. Zachcialo sie babie byc dobra zona, to ma za swoje. Lepiej pozostac zolza. ;)

A na koniec, wiadomosc BOMBA.
Po 3 latach zalu i tesknoty, kiedy praktycznie nabralam pewnosci, ze jestem stara i wypuszczam puste jajka, znow nadszedl dzien kiedy okres spoznil mi sie na tyle, ze zrobilam test. To byla wlasnie rocznica kupna domu, 27 luty. Caly dzien nie myslalam o niczym innym tylko o tym, ze 6 dni opoznienia moze cos znaczyc. Do zadnych rocznic nie mialam glowy. Po test polecialam na szybkiego, miedzy praca a basenem dzieciakow, zastanawiajac sie czy nie mam paranoi. Coz, nie mam. ;)


Zanim jednak mi pogratulujecie, napisze, ze rowno po tygodniu od testu, nagle przestaly bolec mnie piersi. Dotychczas obie byly nabrzmiale i bolaly nawet przy przewrocie na drugi bok w czasie snu. Teraz lewa czuje leciutko nadal, prawej praktycznie wcale. Zadnych innych objawow ciazy nie mam. Ani zmeczenia, ani nudnosci. Tym z Was, ktore maja za soba choc jedna ciaze, nie musze pisac, ze to kiepski znak... Wszystko wskazuje na to, ze moze skonczyc sie tak, jak ostatnio. :( Niestety, wizyte u ginekologa mam dopiero 26 marca, bo tutaj celowo umawiaja dopiero, kiedy jest juz pewnosc, ze bedzie widac bicie serca. Albo nie bedzie. :(
To beda bardzo dlugie (prawie) 3 tygodnie... :(

Dlugo zastanawialam sie czy w ogole cos pisac...
Poprzednim razem nie pisalam nic, zeby nie zapeszyc. Poniewaz "nie zapeszanie" nie zdalo sie na nic, tym razem stwierdzilam, ze w zasadzie, co mi zalezy... Jesli wizyta przyniesie ponownie smutne wiesci, mysle, ze wole nie dusic bolu w sobie znowu przez pol roku, tylko od razu wyplakac sie tutaj... :(

sobota, 23 lutego 2019

Ferie zimowe, czy to wy? ;)

To bedzie tasiemcowaty tasiemiec z odpowiednia iloscia zdjec! :D

Gdzie to ja skonczylam...

Aha! Na pracy z domu z powodu sniezycy! ;) Cieszylam sie, ze taki dzien wolny przyda nam sie zeby odzyskac zdrowko nadwyrezone jakims upierdliwym wirusem, ale niestety sie przeliczylam. Wirus zignorowal dzien odpoczynku i hulal sobie nadal az (nie)milo. Ale mimo wszystko przyznaje, ze calkiem fajnie pracowalo sie, kiedy kat oka rejestrowal takie widoki:

Papiery, kawa i pies :)

Dzieciaki wolaly tablety, bajki, tudziez dzika zabawe (ktora musialam szybko ucinac, bo w koncu probowalam sie skupic...), ale za to pies wiernie dotrzymywal mi w czasie pracy towarzystwa. :)
Wczesnym popoludniem, postanowilam wziac Potworki na chwile na podworko, poki snieg byl sniegiem, a nie zapowiadanym marznacym deszczem. Tutaj rowniez sie przeliczylam. Pomimo temperatury utrzymujacej sie na -2, kiedy o 15 wytknelismy nosy z domu, padala juz marznaca mzawka. :/
Niestety, taka mamy w tym roku zime. Uwierzycie, ze ani razu nie mielismy normalnej sniezycy, ze zwyklym sniegiem? Za kazdym razem zaczyna sie od sniegu, a po kilku godzinach przechodzi w marznacy deszcz. Robi sie slizgawica i niebezpieczne drogi. Ze juz o frontowych schodkach nie wspomne. ;) Oczywiscie, przez to, ze opad w postaci sniegu zostaje uklepany pod warstwa lodu, tego sniegu tez za duzo nie mamy... Potworki ciagle dopytuja kiedy spadnie wiecej, a on pojawia sie na chwile, po czym zmienia w lod, a po 2-3 dniach w wiekszosci znika. Tak jak chyba wszedzie i nasze zimy robia sie coraz lagodniejsze. Chociaz, nie zawsze. W pamieci mam dwie w ciagu minionych 10 lat, ktore przecza ociepleniu klimatu. ;)
Pierwsza, 8 lat temu, zapadla mi bardzo w pamiec bowiem bylam wowczas w ciazy z Bi. Rok wczesniej wprowadzilismy sie do dawnego domu i mimo, ze podjazd mielismy bardzo dlugi, M. stwierdzil, ze odsniezarka nie jest mu do niczego potrzebna. I rzeczywiscie, tamta - pierwsza zima na wlasnych smieciach byla przecietna - ani szczegolnie sniezna, ani sucha. We dwoje dawalismy spokojnie rade szuflami, choc nieraz plecy bolaly nastepnego dnia. ;)
A potem nadeszla pamietna zima 2010/ 2011. Sypalo bez umiaru. Doslownie w kazdym tygodniu mielismy sniezyce zrzucajaca po kilkadziesiat cm puchu! Ja juz wysoko w ciazy wiec pomoc w szuflowaniu nie moglam. M. podczas ktorejs "akcji", tak sobie naciagnal cos w plecach, ze przez kilka tygodni to czul kiedy zle ruszyl ramieniem (ale do lekarza oczywiscie nie dotarl), a o odsniezaniu nie bylo mowy. Na naszym podjezdzie szybko zrobila sie gruba warstwa lodu i do dzis pamietam jak ze sporym juz brzuchem szlam ostroznie do skrzynki, modlac sie zeby sie nie poslizgnac i nie runac jak dluga. ;)
Druga taka zime mielismy 4 lata temu. Ta rowniez byla "pamietna" bowiem z wizyta przylecieli tescie. Pamietam, ze przyszla pozno i tak naprawde dopiero po przylocie tesciow - w lutym, zaczelo sypac na dobre. Ale jak juz zaczelo, to konca nie bylo widac! :O Tesc Potworkom usypal kolo tarasu gigantyczna gorke do zjezdzania na tylkach, a na patio, gdzie najbardziej zawiewalo, kopal im tunele. Scianki tuneli byly w niektorych miejscach wyzsze od 2-letniego wowczas Kokusia. Taaa... To zdecydowanie byla zima! Od tamtego czasu, nie powtorzyla sie. ;)

Nie mniej, jak to mowia: jak sie nie ma co sie lubi, to sie lubi co sie ma, c'nie? :D Postanowilam wiec, jak juz wspomnialam, wziac Potworki na podworko, zeby skorzystaly chociaz z tej odrobiny sniegu, ktora spadla. Pomimo warunkow dosc paskudnych (przypominam, ze wowczas padal juz marznacy deszcz), dzieciaki skorzystaly ile wlezie. Zamiast zjezdzac na dupolotach z gorki z boku domu, zjezdzali z podjazdu:


Ze schodkow, a w koncu nawet z murku obok garazu:

Czapka na oczach, ale co tam, jadeee! :D

Bo przeciez zwykla gora jest dla cieniasow. ;) Probowali tez lapac sie za nogi tworzac "pociag" i zjezdzac wspolnie, tutaj jednak znosilo ich wiecznie na ogrod sasiadow, ci zas przy scianie garazu maja kupe rupieci. Balam sie, ze dzieciaki wjada w cos i zrobia sobie krzywde, zmuszona bylam wiec ukrocic ten proceder, mimo, ze Potwory bawily sie przednio. :)





*


Dwa dni pozniej byl 14 luty. My Walentynek nie obchodzimy jakos specjalnie, w sensie ze ja i M., dla dzieci jednak wycielam kanapeczki w ksztalcie serduszek i zrobilam je wyjatkowo z Nutella. Dodatkowo, do sniadaniowek wsadzilam im "czule" notki od kochajacej mamusi. A, no i ubrali swoje walentynkowe t-shirty, chociaz Kokusiowy jest juz nieco za maly. ;)


Akurat tego dnia w budynku, w ktorym pracuje, odbywal sie vendor day i okazalo sie, ze producenci reklamujacy swoje produkty przyniesli tez cukierki - serduszka oraz czekoladki w czerwonych papierkach, zatkniete na zielone lodyzki i udajace rozyczki. Prezentowaly sie tak fajnie, ze Potworki zjadly je dopiero tydzien pozniej. :)
Najlepsza jednak czescia dnia byla dla dzieciakow wymiana walentynkowa w szkole. Nie bylo wazne, ze to wszystko to w sumie duperele, najczesciej naklejki i wodne tatuaze. Liczylo sie tylko to, ze byla tego cala kupa. ;)

Walentynki w szkole :)


*

Nawiazujac do tytulu posta... to w sumie zart. :)
Jak wspominalam kilka razy (ale wiadomo, ze zyjac w innym kraju sie tego nie spamieta) tutaj nie ma ferii zimowych. Jeszcze ze 2-3 lata temu nasze miasteczko zamykalo w lutym szkoly na tydzien, co moglo od biedy ferie udawac. ;) Niestety, przeszla jakas lokalna ustawa, zakazujaca wszystkim miastom w naszym Stanie zamykania szkol z okazji President's Day na wiecej niz 2 dni.
Szkola Potworkow byla wiec zamknieta w poniedzialek oraz wtorek, co dawalo nam 4-dniowy weekend. Z jednej strony lepsze jest to dla pracujacych rodzicow, ktorzy musza teraz organizowac opieke nad dziecmi na dwa dni zamiast pieciu. Z drugiej, tydzien to jednak troche wiecej czasu na zlapanie oddechu oraz zaplanowaniu jakiegos wyjazdu.

Myslalam o tym dlugim weekendzie juz od lata. Poniewaz wypada on w samym srodku zimy, zamarzyl mi sie wypad na narty. Z tym zas zwiazane mialam jeszcze jedno marzenie. Otoz, kiedys w czasach "przed dziecmi", zawsze kiedy jezdzilismy w nasze najblizsze "gory", patrzylam na hotele usytuowane przy samym stoku i zazdroscilam ludziskom, ktorzy musieli po prostu wyjsc na zewnatrz i juz mogli szusowac. My musielismy albo czlapac do glownego budynku, albo przebierac sie na mrozie, przy aucie. Tak czy owak jednak, narty trzeba bylo taszczyc z parkingu nieraz kawal drogi. Czlowiek dochodzil na stok zdyszany i spocony, a jeszcze nawet nie zaczal jazdy. ;) Poniewaz zas dla Potworkow taki marsz laczy sie z niesamowitym jekiem i narzekaniem na caly swiat, pomyslalam, ze fajnie byloby choc raz w zyciu sprobowac pomieszkac przy samym stoku.
Jak sobie zamarzylam, tak zaczelam szukac. Miejscowki usytuowane przy samym wyciagu, w dodatku w czasie "swiatecznego" weekendu kiedy szkoly sa pozamykane, znikaja niczym cieple buleczki. Nie tracilam wiec czasu i pomimo, ze wowczas byl koniec lipca i upaly, ja zarezerwowalam nam wyprawe do krainy zimy! :D

Oczywiscie tak wczesna rezerwacja laczyla sie z ryzykiem. Wiele sytuacji moglo wyskoczyc do wyjazdu, nie mowiac juz o tym, ze to sam srodek sezonu chorobowego. I chociaz rzeczywiscie 3/4 naszej rodziny wyjezdzalo nie do konca zdrowe, to najwiekszym utrapieniem okazal sie... M., ktory akurat byl zupelnie zdrow. Wspominalam Wam niedawno, ze na "starosc" robi sie z niego straszny piecuch. Mimo, ze o rezerwacji mu przeciez powiedzialam i na poczatku sie nawet ucieszyl, to w miare zblizania sie terminu, coraz bardziej marudzil... Rozpiescil go nasz listopadowy wyjazd na Dominikane, a w dodatku w miniony weekend nasi sasiedzi tez polecieli na Karaiby. Malzonek zrzedzil wiec, ze moze by skasowac rezerwacje i zamiast tego poszukc czegos last minute w kierunku bardziej poludniowym? Ze tam gdzie jedziemy bedzie zimno, ze snieg, ze Potworki beda marudzic, ze za mali sa na takie duze stoki, ze jeszcze bede zalowac wyjazdu, ze tyle pieniedzy (no fakt, ze mieszkanie przy samym stoku slono kosztuje), ze robi to tylko dla mnie, ze, ze, ze... W ktoryms momencie naprawde przeszlo mi przez mysl zeby odwolac wyjazd tylko po to, zeby sie w koncu zamknal! To cud, ze w ciagu ostatnich kilku tygodni (bo M. zaczal swoje jeki jeszcze w styczniu) sie o to nie poklocilismy!

Ostatecznie pojechalismy i wszyscy, lacznie z M. swietnie sie bawilismy, chociaz on sie do tego nie przyzna. ;) Najbardziej boli go kasa wydana na wyciagi. Fakt, ze za dwa dni, za nasza czworke kosztowaly $750. Drooogooo. :O W tym samym czasie, na stoku oddalonym raptem pol godziny od "naszego" mielismy jako czlonkowie klubu narciarskiego znizke o ponad polowe. Ups. ;) Problem w tym, ze rezerwacje zrobilam latem, natomiast kalendarz znizek (bo sa one na konkretne dni w konkretne miejsca) wyszedl dopiero w pazdzierniku, wiec musztarda po obiedzie. Coz, na kolejny sezon bede nieco madrzejsza. ;)

Pojechalismy do Stanu Vermont, ktory jest odpowiednikiem Alp dla naszego polnocnego wschodu. ;) Dobra, przesadzilam z tymi Alpami. M. prycha pogardliwie, ze w Vermont to zadne gory. Faktycznie, daleko im nawet do Tatr. To cos pomiedzy naszymi Beskidami a Pieninami. Najwyzszy szczyt ma okolo 1300m npm. Ale to juz chociaz "gorki". Stan ten znajduje sie tez dalej na polnoc wiec na brak sniegu nie narzeka, a za to infrastrukture narciarska ma swietnie rozwinieta! Kazdy kompleks to okolo 100 stokow o roznym stopniu trudnosci, siec wyciagow krzeselkowych (niektore maja tez gondole), oraz niezliczone hoteliki oraz motele. My wyladowalismy w Stratton Mountain, okolo 3 godzin drogi od nas, ktore ma nawet mala "wioske narciarska". Ta ostatnia, choc urocza, nieco nas rozczarowala, ale o tym pozniej. ;)

Tak jak napisalam wyzej, Vermont ma zawsze duzo wiecej sniegu niz my. Gdzie nas sniezyce omijaly tej zimy, albo snieg zaraz przechodzil w marznacy deszcz, tam sypalo rowno juz od konca listopada. Kompleksy narciarskie znajduja sie tez na wyzszych elewacjach, gdzie jest duzo zimniej, wiec snieg praktycznie nie topnieje. Odczulismy to najbardziej w dzien powrotu, kiedy wyjezdzajac termometr wskazywal -7, a jak tylko zjechalismy z gor na glowne drogi, zrobilo sie -2. :)
Potworki byly w siodmym niebie! Nie wiem czy kiedykolwiek w swoim zyciu widzieli taaaka kupe sniegu! :) Podejrzewam, ze byliby calkiem szczesliwi gdybysmy pojechali tam po prostu odpoczac i pozwolili im zwyczajnie kilka razy dziennie potarzac sie w bialym puchu. :) Nie bez znaczenia jest tez to, ze poniewaz jest tam praktycznie caly czas mroz, zimno jest "suche", a wiec ubrania, buty, narty, wszystko schlo doslownie migiem, bo wlasciwie to nie bylo mokre, tylko przysypane sniegiem. :) Bajka!

W tle widac (ledwie, ledwie) jeden z budynkow naszego hotelu. A Bi udaje snieznego lamparta, jakby sie ktos zastanawial co to za poza  ;) probowala sie tez wdrapywac na drzewo widoczne za nimi i niestety rozerwala spodnie narciarskie :/

Dojechalismy na miejsce poznym popoludniem w sobote. Zatrzymalismy sie w czyms posrednim pomiedzy mieszkaniem a hotelem, bowiem apartament (?) mial w pelni wyposazona kuchnie (lacznie ze zmywarka) oraz pralke i suszarke, ale tak jak w hotelu, codziennie przychodzono go sprzatac i scielic lozka. To znaczy przychodzono-by, bo my stwierdzilismy ze wystarczy nam recznikow, naczynia pozmywamy sobie sami i nie potrzebujemy tez codziennej zmiany poscieli. Wywiesilismy wiec na drzwiach tabliczke "nie przeszkadzac". ;)
Potworki zgodnie zakrzyknely, ze to byla najlepsza dotychczas miejscowka i w pelni sie z nimi zgadzam. W Poludniowej Karolinie oraz na Florydzie rowniez zatrzymalismy sie w takich mieszkanio - hotelach, ale tam to byly naprawde klitki, w ktorych ciezko bylo sie swobodnie ruszyc. Tym razem nasz "apartament" skladal sie z naprawde przestronnego salonu (z fajnym kominkiem):


Sporej sypialni, a takze wneki jadalnej:

 Potwory pozeraja sniadanie :)

Przedpokoj byl naprawde duzy i mial stojaki na narty:


Wszystko przystosowane do wypadu w gory na kilka (albo i kilkanascie) dni. Minus? Wystroj, szczegolnie kuchni, zatrzymal sie w latach 80. ;) Balam sie wlaczac kuchenke, choc tu nie mialam wyjscia. Piekarnika jednak wlaczyc sie nie odwazylam, podobnie jak zmywarki. ;)
Fajna sprawa okazalo sie tez, ze wokol budynkow hotelu (bo byl ich caly kompleks), znajdowaly sie szopki z suchym drewnem. Mozna bylo palic w kominku do woli! :)

W sobote, po przyjezdzie, za pozno bylo juz na narty poniewaz stoki w Vermont sa nieoswietlane i zamykaja je o 16. :O Po ulokowaniu sie w hotelu, postanowilismy wiec rozejrzec sie po wiosce narciarskiej. Tu poraz pierwszy zderzylismy sie z roznica klimatu. O ja pierdziele jak bylo zimno! Niestety, w nocy temperatury spadaly tam niemal do -20 stopni i po zachodzie slonca momentalnie robilo sie lodowato. Do niskich temperatur dodac porywisty wicher i szybko pozalowalismy wyprawy. ;) Wioska bardzo klimatyczna, nie powiem, ale raczej malutka. Pare barow i restauracji, ktore doslownie pekaly w szwach (za to na zewnatrz mialy ogniska dla rozgrzewki ;p), a sklepow z odzieza oraz akcesoriami sportowymi jak us*ane. ;) My glownie szukalismy kafejki, ale znalezlismy tylko malutki spozywczak, ktory serwowal kiepska kawe. Najblizsze Dunkin' Donuts oddalone o pol godziny. Podobnie jak najblizsza stacja benzynowa. Zadupie straszne, ale to wlasnie jest Vermont. :D

W kazdym razie, nasze poszukiwania przyniosly tyle dobrego, ze Potworki wlazly zachwycone w kazda mijana zaspe (a tych bylo bez liku) oraz znalezlismy... lodowisko. Naprawde piekne, oswietlone lampkami zawieszonymi na drzewach i plotku, stworzone na zamarznietym stawie.

Czy nie pikne tlo do romanycznego, wieczornego wypadu? ;)

Bylo tak zimno, ze odpuscilismy sobie jazde, choc jak widac na zdjeciu niektorym temperatury nie przeszkadzaly. Planowalam wrocic tam z dziecmi ktoregos wieczora, ale sie nie udalo. No trudno. ;)

Kolejnego dnia po wygrzebaniu sie z betow i zjedzeniu sniadania, ruszylismy na stok. Mowie Wam, mieszkanie zaraz przy wyciagu to po prostu bajka! Mozna bylo na spokojnie, bez upocenia siebie i dzieci, pomalu i stopniowo wbic sie w warstwy odziezy (a troche tego bylo: termalna bielizna, narciarskie skarpety oraz buty, ocieplane spodnie, bluzy, kurtki, kominy, kaski, rekawice...), zarzucic narty na ramie, po czym 30 sekund i juz czlowiek sie w nie wpinal i wsiadal na wyciag. Byla to po prostu rozkosz, szczegolnie, ze juz podczas tego krociuskiego marszu Potworki zdazyly strzelic focha, ze narty im ciaza. :O

Przy "naszym" wyciagu ;)

Pierwszego dnia szusowania mielismy pogode idealna. Lekki mroz, piekne slonce, snieg niczym puch. Obydwa Potworki swietnie sobie radzily choc bardzo szybko, ku naszemu zaskoczeniu okazalo sie, ze bakcyla narciarstwa zdecydowanie bardziej lyknal... Nik.

 Kokus prowadzi, w tle Bi, a na koncu matka pilnujaca towarzystwa ;)

Ten nasz Kokus, ktory do niedawna w porownaniu z siostra wypadal raczej "ciapowato", teraz zjezdzal ze stoku bez strachu, tak sprawnie i szybko, ze z trudem go doganialam. On sam zreszta co wieczor dziekowal (autentycznie!), ze wzielismy go na narty i do dzis wspomina, ze tak fajnie sie bawil i chce tam wrocic.
M. tylko sie krzywi. :D

To byla niedziela i tego dnia zostalismy na stoku zaraz obok naszego hotelu. Byl to zielony szlak, ale calkiem fajnie opadal w dol, bez plaskich miejsc, gdzie trzeba sie nawywijac kijkami. Byl tez dosc dlugi, wiec zupelnie sie nie nudzil.


W jego polowie widac bylo w oddali inny kompleks narciarski, ale jest ich w okolicy jeszcze kilka, wiec nadal nie wyczailam ktory to. :D

Chyba Bromley ;)

Zrobilismy sobie 2-godzinna przerwe na lunch po czym znow wrocilismy na stok. Poznym popoludniem zas, kiedy wyciagi zamkneli, zeby nie siedziec tylu godzin w hotelu, zabralismy dzieciaki na tubing. Zupelnie nie wiem jak to nazwac po polsku. ;) Na specjalnie oddzielonych torach mozna zjezdzac na dmuchanych kolach.


Jest tez wyciag, ktory wciaga kazda opone (wraz z jezdzcem) na gore, wiec nie trzeba ich taszczyc piechota, choc niektorzy sie na to porwali, bowiem kolejka do wyciagu byla spora. ;) Zjazd byl tak szybki, ze wszystkie zdjecia wyszly zamazane, zas na koncu torow ulozone byly "poduchy" amortyzujace uderzenie.

Kokus pedzi :)

Po takim dniu spedzonym w wiekszosci na dworze, spodziewalam sie, ze Potwory padna juz o 19, tymczasem jeszcze o 21 mialam problem, zeby zagonic ich do lozek. ;) Odbyla sie tez wojna o miejsca do spania. Dwie osoby musialy bowiem spac na wspolnym lozku w sypialni, jedna na rozkladanej kanapie i jedna na malej dostawce. I o te dostawke Potwory urzadzily karczemna awanture. W koncu stanelo na tym, ze Bi miala na niej spac dwie pierwsze noce, a Nik ostatnia. Kiedy jednak przyszla jego kolej, jak juz udobruchalam Bi, ktora strzelila focha, po umoszczeniu sie do spania, stwierdzil, ze... woli jednak w sypialni z tatusiem. Bez komentarza. ;)

W poniedzialek pogoda przywitala nas calkowicie inaczej. Byl znow kilkustopniowy mroz, ale dla odmiany sypal gesty snieg. Przez calutki bozy dzien! Cale szczescie, ze wszyscy mielismy gogle!

Dla Potworkow snieg = dobra zabawa

Na ten dzien zaplanowalismy wjazd gondola na szczyt i stwierdzilismy, ze troche sniegu nie zmusi nas do zmiany planow. ;)



W tle gondole. Wygladaja na malutkie, ale mieszcza 10 osob



Dotarcie do wyciagu z gondola wymagalo lekkiej logistyki, poniewaz wyciag przy hotelu znajdowal sie nieco na uboczu. Musielismy wjechac do polowy gory naszym przyhotelowym wyciagiem, po czym zjechac kawalek stokiem, na ktorym jezdzilismy poprzedniego dnia, a nastepnie zjechac w boczny stok, prowadzacy do glownej czesci kompleksu, gdzie znajduje sie wiekszosc wyciagow. Pech chcial, ze ten boczny stok mial juz oznaczenie niebieskie. To byl naprawde krociutki odcinek i nawet niezbyt stromy. Gdybym nie wiedziala, ze byl niebieski, spokojnie pomyslalabym, ze to nadal szlak zielony. Nik pokonal go bez problemu i wlasciwie bez zatrzymywania, natomiast Bi... kompletnie spanikowala! :/ Chyba ze cztery razy stawala i wyla, ze ona sie boi.

Niestety, jak sie jest juz w polowie stoku, nie ma odwrotu. Trzeba zjechac. :D I Bi w koncu zjechala, ale po tym juz do konca co chwile panikowala, jeczala i dopytywala, kiedy koniec. Nie wiem, czy bylo cos w pogodzie, czy padajacy snieg utrudnial jej widzenie, czy zadzialalo cos innego, ale niestety takim zachowaniem skutecznie psula jazde reszcie naszej czworki. M., ktory ma jeszcze mniej cierpliwosci ode mnie, szczegolnie mial dosc, wiec zaczelismy sie rozdzielac - on bral Nika i szusowali radosnie po trudniejszych stokach, ja zostawalam z Bi, choc przyjemnosc mialam z tego srednia, bo Bi jechala slimaczym tempem co chwila pokrzykujac ze strachu, a moje nieprzyzwyczajone nogi bolaly od ciaglego hamowania i robienia plugu. Starsza zas co i rusz dopytywala ile razy jeszcze zjedziemy. Kiedy spojrzalam na zegarek i wyliczylam, ze jeszcze dwa razy, ale po tych dwoch stwierdzilam, ze mamy czas na trzeci, dziecko urzadzilo mi karczemna awanture, ze przeciez obiecalam, ze dwa razy i koniec! :/ I naprawde nie jestem w stanie dojsc do tego, co jej sie tego drugiego dnia stalo, bo teraz twierdzi, ze ona przeciez bardzo narty lubi. Taaa... ;)

W kazdym razie wjechalismy w koncu na szczyt. Bez pamiatkowego zdjecia nie moglo sie obejsc. ;)


Zawsze zachwycaja mnie tez lodowe formacje tworzace sie na skalkach. :)

Potworki tez zafascynowane pukaly i stukaly w te sople :)

Z tamtad zjechalismy stokiem, po ktorym stwierdzilam, ze nigdy wiecej. Wybralam go specjalnie dla Bi, bo wydawal mi sie lagodny. I byl - az za bardzo. Miejscami trzeba sie bylo ostro odpychac kijkami i na dol dotarlam zdyszana i wsciekla. A Bi i tak panikowala kiedy tylko stok opadal delikatnie w dol i ignorowala moje wskazowki, zeby wykorzystala ten spad do rozpedu przed kolejnym plaskim kawalkiem. Ech... :/
Po tamtym zjezdzie stwierdzilam, ze najlepiej bedzie wrocic z Bi na nasz przyhotelowy stok, ktory zna z dnia poprzedniego. Tam Bi rzeczywiscie odzyskala nieco rezonu chociaz tez odliczala juz czas do powrotu do hotelu. ;)

A Nik mijal mnie w drodze do wyciagu nie zatrzymujac sie i nawet nie zwalniajac ;)

Zabralam w koncu Potworki ze stoku nieco wczesniej niz przewidywalam (choc Nik wcale nie mial ochoty), dajac mezowi chwile przed zamknieciem wyciagow na pozjezdzanie z czarnych szlakow. ;)

Po poludniu mielismy dla Potworkow kolejna niespodzianke. Zarezerwowalismy im bowiem przejazdzke na mini skuterach snieznych. Zachwyt byl oczywiscie niesamowity, a Nik do dzis jeczy, zeby mu taki kupic! :D


Trafila im sie tez przypadkiem nie lada gratka. Zarezerwowalismy im bowiem tylko przejazdzke w kolko przez 10 minut. Tymczasem, pod koniec nagle instruktor ustawil dzieciaki w rzadku i... ruszyli na przejazdzke! Pozniej okazalo sie, ze dwoje dzieci sie spoznilo, a instruktorzy nie dopytawszy, policzyli ze maja przewidywane piecioro i ruszyli w trase! ;) Po lekkiej konsternacji poszlam do biura zeby doplacic za dluzsza przejazdzke, ale sympatyczna pani zapewnila, ze poniewaz to ich blad, nie musimy doplacac. Jak milo! :D Zamiast 10 minut, Potworki jezdzily wiec na skuterach przez pol godziny. Myslicie, ze sie cieszyli? A gdzie tam! To znaczy, poki jezdzili, bawili sie przednio, ale po powrocie strzelili focha, ze za krotko i ze chca jeszcze! :O


Tego wieczora odbylismy z M. narade co robic z kolejnym dniem. Bilety na wyciag tu, gdzie bylismy mielismy wykupione tylko na 2 dni, a w dodatku nastepnego dnia musielismy sie do 11 wymeldowac z hotelu. Oczywiscie 11 to jeszcze rano i mozna by wykupic karnet na kolejny dzien, ale ceny biletow w okienku przyprawialy o zawal. Tak naprawde wybory mielismy dwa: albo wymeldowujemy sie i wracamy do domu, albo jedziemy pol godziny na pobliski stok, na ktorym, jak pisalam wczesniej, mielismy tego dnia znizke.

W koncu chec skorzystania z okazji przewazyla i postanowilismy poszusowac jeszcze kolejnego dnia. Pomysl spalil nieco na panewce, bowiem bylo potwornie zimno. Mroz moze nie byl jakis wielki, bo -7, ale wial porywisty wicher, ktory sprawial, ze temperatura odczuwalna byla pewnie w okolicach -20. ;)
Dojechalismy na kolejny stok, kupilismy karnety, ale wytrzymalismy tylko niecale 2 godziny. Bi i tak wiekszosc czasu dopytywala kiedy jedziemy do domu, a Nik zaczal narzekac, ze nie czuje paluszkow u rak, pomimo grubych rekawic. Ani ja, ani M. nie mamy kominow, zeby zaslonic twarze, wiec bylo nam naprawde nieprzyjemnie, zas kominy dzieciakow kupowalam raczej z mysla o naszej "lokalnej" zimie, czyli cieniutkie, akurat pod kaski.
Cos tam jednak poszusowalismy, choc ten kompleks srednio przypadl mi do gustu. Zjechalam z Bi z 3/4 gory szlakiem oznakowanym jako zielony, okazal sie on jednak bardzo stromy. Byl niesamowicie szeroki, wiec zamiast w dol mozna bylo przejezdzac z jego jednego brzegu na drugi, ale mimo wszystko nie dziwilam sie bardzo Bi, ze sie wystraszyla. Tym bardziej, ze po poprzednim dniu nadal trzymal ja kryzys. Juz w drodze powrotnej rozmawialismy z M. z nia, ze skoro nie chce jezdzic, to kiedy my z Kokusiem bedziemy jechac na narty, ona moze zostac z dziadkiem. Ale nie, Bi twierdzi, ze ona lubi jezdzic na nartach, tylko nogi ja bola. Dziwne mi sie to wydaje, bo przeciez ona jest zdecydowanie najbardziej wysportowana z naszej rodziny. Podejrzewam raczej, ze cierpnie na mysl, ze mogloby ja cos ominac. :D
Tymczasem chlopaki zjezdzali sobie ze stokow... czarnych! Trafili co prawda na muldy i czesc trasy Nik pokonal na tylku, ale zjechal? Zjechal! :O Ja bym nie zjechala, tylko zwyczajem Bi stanela i sie poplakala ze strachu. ;)

W kazdym razie, we wtorek wczesnym popoludniem, cala nasza czworka z ulga zaladowala sie do auta, zeby wyruszyc na powrot w cieplejszym kierunku poludniowym. :D I wszystko bylo super, tylko nie znajac okolicy, zmuszeni bylismy jechac slepo wedlug wskazowek nawigacji. Ta zas wynalazla jakies dziwne skroty i kilka razy "kazala" nam zjechac z glownej, pieknie odsniezonej drogi na cos, co wygladalo tak:

To bylo ledwie posypane piaskiem!

Czasem droga prowadzila przez las, czasem mijalismy jakies przypadkowe domy, od czasu do czasu zas, wyjezdzalismy na otwarta przestrzen i moglismy podziwiac daleka panorame gor.


M. stwierdzil, ze czuje sie jakby jezdzil po wioskach wokol Zakopanego. :)
Dojechalismy jednak bezpiecznie, choc z powodu korkow, sporo pozniej niz przewidywalismy. Coz... ;)

*


To juz koniec zimowych opowiesci. Ufff...

W domu czekal zas na nas steskniony pies oraz... chlod. Akurat w czasie naszej nieobecnosci padl jakis czujnik w piecu i na prawie calym dole (oprocz salonu) nie wlaczaja sie kaloryfery. To sie nazywa powrot do (brutalnej) rzeczywistosci! :D

wtorek, 12 lutego 2019

Szybkim krokiem przez luty

Luty mknie jak szalony, a ja nie nadazam z zapiskami! :)
Niestety, wynika to z tego, ze nawet w nowej pracy, spedzalam dziennie krotka (lub dluzsza :D) chwile piszac posty. Od kilku tygodni jednak, w firmie konsekwentnie robi sie coraz wiekszy kociol i brak mi nadwyzki czasu, ktory moglabym poswiecic na pisanie postow. Zostaly mi wieczory, po polozeniu Potworkow spac, ale wtedy jestem juz srednio przytomna i jesli zdarzy mi sie nastepnego dnia przeczytac to, co nasmarowalam, za glowe sie lapie i polowe kasuje. ;)

Nie zamierzam jednak w najblizszym czasie konczyc pisania, nie martwcie sie! Lubie ten moj wirtualny pamietniczek. Po prostu lojalnie uprzedzam, ze moje posty moga w najblizszym czasie byc bez ladu i skladu oraz jakiegokolwiek sensu.
Zaraz... W sumie to wszystkie moje posty tak wygladaja... :D

No dobrze, skoro juz wytlumaczylam, ze w tym miejscu nie mozna spodziewac sie wyszukanego slownictwa czy gramatyki, ze juz o gornolotnych tematach nie wspomne, wroce na momencik do zeszlego tygodnia. :)

W poniedzialek 4 lutego dzieci obchodzily w szkole 100 dzien szkoly i z tej okazji musialy wykonac plakaty. Pisalam juz o tym. Oczywiscie nie zebralam sie jeszcze, zeby odpisac na komentarze, napisze wiec zbiorowo tutaj. Wszystkie Wasze rady byly swietne, ale niezgodne z tym, czego oczekiwala nauczycielka. Plakat mial byc zrobiony na grubym papierze o konkretnych wymiarach. Papier mial byc kolorowy, ale ja mialam w domu bialy i stwierdzilam, ze trudno, wykorzystamy to, co jest. Plakat mial przedstawiac obrazek przyozdobiony lub ulozony ze 100 elementow. Nie wolno nawet bylo na nim rysowac! Wszystkie dodatkowe czesci obrazkow mialy byc wykonane z kolorowego, sztywnego papieru. Chociaz, po fakcie, kiedy pani wrzucila zdjecia, okazalo sie ze kilkoro dzieci jednak domalowalo dodatkowe czesci mazakami i tez bylo dobrze. A ja sie umeczylam wycinajac, klejac i goniac syna, zeby choc troche pomogl w jakby nie bylo swojej pracy. Wrrr... Zapomnialam na smierc zrobic zdjecie koncowego efektu, ale na szczescie nauczycielka Nika wyslala spora galerie.

Moje nasze dzielo ;)

Jak widac, plakat Kokusia przedstawia czerwonego pick-up'a. Mini pomponiki, z ktorych ulozylismy ksztalt pojazdu wybralam ja, bowiem szukalam czegos co ma szanse niezle trzymac sie papieru. ;) Design wybral juz sam Nik i wlasciwie to spodziewalam sie, ze bedzie to jakas forma auta. Koniec koncow wydaje mi sie, ze wyszlo to calkiem fajnie. :) I co najdziwniejsze, trzyma sie kupy, nawet po zwinieciu w rulon. ;)
Okazalo sie przy okazji, ze tylko pierwsze klasy musialy sie podjac tak ambitnego projektu. Zerowkowicze musieli przyniesc kolekcje stu rzeczy, natomiast II, III i IV klasy nie obchodzily setnego dnia kompletnie (Bi byla bardzo rozczarowana i oswiadczyla, ze oni mieli tylko nuuudne lekcje ;P). Pierwszaki zas przemaszerowaly przez cala szkole ze swoimi gotowymi plakatami. I super, tylko dlaczego to ja musialam spedzic dwa wieczory wycinajac i klejac na szkolna atrakcje, ktora trwala pol godziny? :/

Jak pisalam ostatnio, w zeszlym tygodniu panowaly u nas arktyczne mrozy. Tylko przez 3 dni, ale dolna czesc domu uparcie nie chciala sie nagrzewac do w miare przyjaznych temperatur. Szczegolnie salon z jego wysokim sufitem byl przerazliwie zimny. Wieczorami rozpalalismy wiec w kominku i zaraz robilo sie przyjemnie. Dla nas az za przyjemnie czasem i siadalismy na drugim koncu pokoju rozkoszujac sie widokiem ognia z daleka. Gorac buchajacy od kominka nie przeszkadzal natomiast zupelnie... Mai, ktora jak widac ukladala sie zaraz przed nim. Az dziwne, ze futro jej nie zaiskrzylo. :D

"Nieswiateczna" odslona kominka, tak przy okazji ;)

W sobote odbylo sie w koncu przyjecie urodzinowe Kokusia. Taaa... prawie 2 miesiace po faktycznych urodzinach. ;) Az glupio mi bylo, bo mialam wrazenie, ze to troche tak, jakbym dopraszala sie prezentow. Tak naprawde zas, w grudniu powiedzialam Kokusiowi, ze przyjecie dla kolegow odbedzie sie w styczniu, po czym zabralam sie za przygotowania swiateczne, a impreze zepchnelam gdzies w zakamarki pamieci. Minelo kilka tygodni i liczylam, ze moze Nik o calym przyjeciu zapomni, ale co jakis czas sobie przypominal i pytal, ze skoro jest juz styczen to kiedy bedzie ta impreza? Cholera. Po ktoryms takim pytaniu stwierdzilam, ze jednak nie zapomni i zabralam sie za szukanie wolnego miejsca. Niestety, zapomnialo mi sie, ze aby zarezerwowac impreze w sali zabaw na styczen, powinnam byla to zrobic jeszcze w grudniu. Teraz zupelnie nie bylo wolnych terminow, albo byly np. o 9 rano badz 18 wieczorem. ;) I tak Kokus doczekal sie przyjecia, ale w... lutym. ;)

W koncu przyjecie z okazji 6 urodzin Kokusia odbylo sie w miejscu gdzie ostatnio byly urodziny Bi. Tez szoste zreszta. :)
Bardzo ciekawa sprawa bylo, ze Nik stanowczo odmowil zaproszenia dziewczynek. Oswiadczyl, ze chce miec na imprezie samych chlopcow. Spelnilam zyczenie do pewnego stopnia. Z klasy rzeczywiscie zaprosilismy samych chlopakow. Bylo mi to zreszta na reke, bo nie mialam ochoty placic za ponad dwudziestke dzieciakow. ;) Mamy jednak dwie rodziny z sasiedztwa, z ktorymi sie blizej przyjaznimy, wiec wypadalo ich zaprosic. Pech (?), ze te rodziny maja same corki. Wsrod znajomych mamy za to praktycznie samych chlopcow (serio!), ale jeden z nich posiada siostre. Dodatkowo, na impreze dwoch urwisow przyszlo z siostrami (o ktorych nikt mnie nie uprzedzil, ech...) i w ten sposob mielismy 6 dziewczynek (liczac Bi) na 11 chlopakow. ;)

Cala (prawie) gromada :)

Z tymi siostrami to w ogole smieszna (czy tez moze wkurzajaca) sytuacja, bo nie dosc, ze nikt nie spytal czy moze przyprowadzic rodzenstwo zaproszonego dziecka, to jeszcze dzieciarnia ma tupet. I tak, przy rozdawaniu upominkow dla gosci, jeden z chlopcow na bezczelnego podszedl i oswiadczyl, ze jego siostra nie dostala. :O Tatus owego rodzenstwa stal obok, slyszal i nawet nie sprobowal zwrocic synowi uwagi. Na koncu jezyka mialam, ze o przybyciu siostry nic mi nie bylo wiadomo, a wiec i goodie bag nie przewidzialam, ale az tak wredna nie jestem. Tak sie zlozylo, ze dwoje z dzieci, ktore zadeklarowaly sie przyjsc, nie dotarlo, wiec akurat mialam dwa dodatkowe upominki. Tak naprawde to bylam przygotowana na taka sytuacje i w aucie mialam dodatkowe torebeczki oraz duperelki, zeby w razie czego poskladac do kupy dodatkowe goodie bags, nie mniej przy kazdym przyjeciu urodzinowym mnie to irytuje. Wiem, ze roznie bywa i tez zdarzylo mi sie zabrac oba Potworki na impreze, na ktore bylo zaproszone tylko jedno. Zawsze jednak najpierw pytalam rodzica organizujacego przyjecie, czy nie ma nic przeciwko. Na przyjeciu zas, kiedy rozdawano upominki dla gosci, tlumaczylam temu "dodatkowemu" Potworkowi, ze tak naprawde to impreza nie jego/jej kolegi i moze byc tak, ze dla niego/niej goodie bag nie bedzie. Choc w sumie jeszcze sie nie zdarzylo zeby nie bylo. :)

W kazdym razie dzieciaki wyszalaly sie i wylataly, a i mi udalo sie pogadac z kilkoma dawno-niewidzianymi kolezankami. Tort oczywiscie byl rozczarowaniem, ale w sumie sie nie przejelam, bo te hamerykanckie paskudztwa, ktore zamawiam na imprezy dzieciakow, maja "wygladac", nie smakowac. :D

Taka jestem "mundra", ze fote strzelilam przez pokrywe, a odkrytego torta ze swieczka juz zapomnialam uwiecznic ;)

Na imprezie tort cieszyl sie srednim powodzeniem i zostala go prawie polowa. M. chcial wyrzucic go do kosza, ale wzielam te reszte do pracy, postawilam na stole w kaciku z lodowka i mikrofala i... znikl w ciagu jednego poranka. ;)

Dwoch kolegow Kokusia (widocznych na zdjeciu) bylo tak podekscytowanych jakby to bylo ich przyjecie ;)

Po imprezie, w domu odbylo sie wieeelkie rozpakowywanie. Przybyla nam cala masa jezdzacych pojazdow i nawet jeden latajacy.

Lata, ale malo stabilnie i po kilkunastu probach lotu, Nik rzucil helikopter w kat, wkurzony na maksa ;)

Nik dostal tez klocki a'la Lego z pojazdami oraz figurkami Zolwi Ninja. Te poskladal dzielnie sam, natomiast polegl przy ukladaniu faktycznego Lego. Dostal ciezarowke policyjna z przyczepa i ta przyczepa wlasnie go przerosla. ;) Tradycyjnie juz, zapomnial o jednym wysokim klocku i w rezultacie wyszla mu krotsza o dwa "wypustki". Wtedy juz nic oczywiscie nie pasowalo i bylo mamo ratuj. :D W sumie ukladalismy ten zestaw do 21 wieczorem, bo Nik uparl sie, ze musi skonczyc tego wieczora. ;)
Niestety jednak, moj syn ukladac owszem, lubi, ale ma raczej nature kolekcjonerska. O ile Bi czesto rozklada swoje Lego na czesci pierwsze i tworzy wlasne konstrukcje, o tyle ulozone modele Nika walaja sie po stolach i polkach, nieruszane. Mam nadzieje, ze z wiekiem mu sie to odmieni i ruszy troche wyobraznia. ;)

Niestety, przyjecie urodzinowe w sali pelnej dmuchancow, gdzie potwornie szumialo, grala muzyka, a dzieci piszczaly, zaowocowalo strasznym bolem glowy... Kolejnego dnia chodzilam zamulona i ospala. Nie chcialo mi sie jechac ani na narty, ani na lyzwy, wiec w koncu spedzilismy spokojny dzien w domu. Wiedzac jednak, ze juz nastepnego dnia mialo przyjsc jakies szalone ocieplenie, wyszlam z Potworkami do ogrodu, zeby skorzystali ze sniegu, ktory wowczas jeszcze lezal calkiem przyzwoita warstwa. Teraz mamy tylko gdzieniegdzie male, brudne kupki. ;)

Nie widac, ale Bi pedzi z gorki na pazurki! :D

Potworki oczywiscie przeszczesliwe. Zjezdzali na "dupolotach", tarzali sie w tym sniegu, robili aniolki i skakali w niego niczym rozbrykane szczeniaczki. :D

Wyglada to calkiem "zimowo". Szkoda, ze juz kolejnego dnia prawie wszystko zmyl deszcz :/

Miniony tydzien obfitowal za to w "przygody". ;)

Po pierwsze, nie wroze naszemu psu dozycia do poznej starosci. Nie w naszym domu w kazdym razie. ;) Wiem, brzmi drastycznie, ale, choc probuje to ubrac w zart, tak naprawde potwornie mnie to martwi.
Niestety, nasza Maya ma nature wloczegi. W starym domu uciekala regularnie do sasiadow, poganiac  z ich psem. W koncu jednak uciekla dalej i zostala zlapana i zawieziona do schroniska, pamietacie? Pod obecnym adresem uciekla tuz przed Sylwestrem, a wiec ledwie ponad miesiac temu. M. jezdzil godzine szukajac tej cholery, ale na szczescie ja znalazl.

Tymczasem w zeszly wtorek, pies "tanczyl" przed drzwiami z samego rana. Zazwyczaj wypuszczam ja nieco pozniej, kilka minut przed naszym wyjsciem na autobus. Poniewaz jednak siersciuch wyraznie dawal sygnaly, ze chce wyjsc, stwierdzilam, ze moze strasznie musi sie zalatwic. Wypuscilam, po czym poszlam na gore myc sie i szykowac do pracy. Traf chcial, ze tego dnia Bi po cos przydreptala za mna, po czym wyjrzala przez okno w sypialni.
"Mama, Maya jest w ogrodzie sasiadow!" - slysze nagle! Nosz kurna! Nie musze dodawac, ze "niewidzialny pastuch" nie powinien jej tak daleko puszczac?! Polecialam na dol malo sie nie zabijajac na schodach, a Bi tylko za mna zawolala: "Mama, ona biegnie dalej!". Wypryslam z lazienki w takim tempie, ze nawet kapcie zostawilam u gory, wiec wygrzebalam spod lawy laczki, ktore ubiera moj tata kiedy nas odwiedza i w samym szlafroku wybieglam na dwor. Dobrze, ze tego dnia bylo w miare cieplo, ale do letniej to temperaturze bylo daleko. :/ Oczywiscie pies zdazyl juz zniknac. Stalam chwile wolajac, cmokajac i gwizdzac i nic. Co bylo robic? W szlafroku za nia pobiec nie moglam, a za kilkanascie minut po dzieci mial przyjechac autobus. Wrocilam do domu, skonczylam sie szykowac i stwierdzilam, ze kiedy wsadze dzieciaki w school bus'a pojade jej szukac. Trzymalam sie nadziei, ze znow pobiegla na gore naszego osiedla, gdzie ktos hoduje kury. Wsciekla bylam jednak jak cholera, bo przeciez nie mialam calego dnia, zeby jezdzic i nawolywac psa. Musialam jechac do pracy!
Wyszlam z Potworkami na autobus, ponuro opowiadamy sasiadce i innym dzieciakom, ze pies nam zwial... az tu przybiega Maya we wlasnej osobie! Gdzies od tylu, zza domow! Mialam ochote jednoczesnie usciskac te cholere i sprac ja po wlochatym tylku! ;)
Okazalo sie, ze padla jej bateria w obrozy od niewidzialnego pastucha... M. wymienil ja po powrocie do domu i myslelismy, ze to juz koniec problemu.
Tymczasem zaraz kolejnego dnia, wrocilam z pracy, weszlam do domu i pierwsze (po uwolnieniu sie z uscisku Potworkow) pytam, gdzie jest pies. Zazwyczaj bowiem, kiedy podjezdzam, ona siedzi przed garazem i czeka. Tym razem jej nie bylo, w domu rowniez nie i wziely mnie zle przeczucia.
Tak jak sie obawialam, M. wyjrzal na dwor z jednej strony, z drugiej, gwizdal i... nic! Niewidzialny pastuch wlaczony, obroza na szyi, baterie swiezo zmienione, a ona i tak jakims cudem zwiala!
Tym razem ponownie mielismy niesamowite szczescie, bo kiedy M. wyszedl przed dom i zagwizdal po raz kolejny, Maya przybiegla gdzies z gory po drugiej stronie ulicy. Od tego czasu mamy ja bacznie na oku. Wypuszczamy tylko na kilka minut i caly czas zerkamy przez okna, gdzie jest. Skonczylo sie latanie po pol godziny i wiecej. Narazie jest zima, wiec duzo nie traci, ale kiedy przyjdzie wiosna i cieplo szkoda mi bedzie psa, ktory cale dnie spedza w domu. Nie widze jednak wyjscia. Ta ostatnia ucieczka jest bardzo niepokojaca, bowiem teoretycznie "niewidzialny pastuch" nie powinien jej wypuscic z ogrodu. A jednak uciekla. Kiedy M. zmienil baterie wyszedl na ogrod i sprawdzil czy obroza pika jak trzeba. Wszystko wydawalo sie ok, a pies i tak zdolal sie wymknac. Pytanie tylko czy jest miejsce wokol domu gdzie "niewidzialny pastuch" nie lapie, czy Maya nalezy do tych psow, ktore kiedy poczuja "zew natury" nie patrza nawet ze obroza "kopie" je po szyi tylko leca na oslep. Jesli to drugie, to mamy przekichane. Maya udowodnila juz teraz, ze ma wloczegowska nature. To nie pies, ktory bedzie sie trzymal domu. I niestety, obawiam sie, ze to tylko kwestia czasu kiedy ucieknie i juz nie wroci, a my jej nie znajdziemy, albo znajdziemy w takim stanie, ze (Iwosia, zawsze przychodzi mi na mysl Wasz Fuksik)... wole o tym nie myslec. :(

No dobrze, poki co, smutki na bok. Maya lezy sobie na swoim poslanku, wtulona w cieply kaloryfer, niczego nieswiadoma. Moze sie myle i jednak uda jej sie oszukiwac przeznaczenie do poznej starosci? ;)

Kolejna "przygoda" zeszlego tygodnia jest juz smieszna, choc nie obylo sie bez mojej irytacji na sama siebie. ;)
Otoz, w czwartek rano, jak zwykle wsadzilam dzieciaki w autobus, sprawdzilam czy Maya ma wode, pozamykalam drzwi i pojechalam do pracy. Weszlam do biura, wlaczylam komputer, rozebralam sie, siegnelam po kapsulke z kawa, po czym... mentalnie rabnelam sie reka w czache! Przypomnialam sobie bowiem, ze tego dnia Nik mial rano umowiona wizyte u dentysty!!! Mialam ja wpisana w kalendarz i zapisana w komorce. Dwa dni wczesniej otrzymalam z gabinetu maila z przypomnieniem i jeszcze mowilam o niej M., bowiem dzieci konczyly lekcje wczesniej w czwartek i prosilam, zeby wyszedl w pracy o 13, bowiem ja przyjade rano 1.5 pozniej i nie chce z kolei urywac sie przed czasem. A potem sama na smierc zapomnialam! Normalnie musialam tamtego ranka dzialac na autopilocie! :D
Na szczescie wszystko dobrze sie skonczylo. Wizyta byla dopiero na 9:30, a szkola dzieci oddalona jest o 15 minut drogi od mojej pracy. Zdazylam wrocic po Nika, ktory raptem 20 minut wczesniej zaczal lekcje, podjechac do dentysty i jeszcze musielismy 10 minut czekac.
To jednak koniec dobrych wiadomosci. Niestety, Nik ma pierwszy ubytek. Dentystka zrobila przeswietlenie zeby zobaczyc go dokladniej i na szczescie nie jest zbyt gleboki, nie mniej jednak kazala umowic sie jak najszybciej, zeby zreperowac dziurke zanim rozrosnie sie w powazniejsze dziursko. :/

Zostal jeszcze piatek... Tego dnia Bi wrocila ze szkoly... z goraczka. :( Od dwoch dni miala nieco przytkany nos i od czasu do czasu odkaszlnela, ale wygladalo to na lekkie przeziebienie i tyle. I w zasadzie nadal tak wyglada, bo po zbiciu temperatury w piatek wieczorem, goraczka juz nie wrocila. Bi ma nos czerwony od tarcia i od czasu do czasu paskudnie, odrywajaco odkaszlnie. Poniewaz jednak nie wiadomo bylo czy nie jest to cos powazniejszego, caly plan na weekend sie rypnal. Na sobote umowiona bylam z kolezanka, ktorej syn chodzi do klasy z Kokusiem w polskiej szkole. Oczywiscie nie pojechalam, tym bardziej, ze sama nie jestem do konca zdrowa. W niedziele zas Bi miala miec Mistrzostwa Ligi w plywaniu! Tu rowniez, z bolem serca (i fochem Starszej, ktora umyslila sobie, ze chce medal, ktory niewiadomo czy w ogole by wygrala :D) musielismy zrezygnowac. Juz w piatek wieczorem napisalam do trenera, ze niestety Bi jest chora i nie poplynie. Mialam watpliwosci, ale dobrze zrobilam, bo Bi rzeczywiscie w niedziele nadal byla dosc porzadnie zasmarkana i kaszlaca, a przede wszystkim nie chcialam przeziebienia zamienic w zapalenie oskrzeli...

Spedzilam wiec relaksacyjny najnudniejszy weekend jaki pamietam. :/ Sprzatalam, robilam cos z dziecmi, skladalam pranie, czytalam, upieklam ciasto... a w niedziele po poludniu spojrzalam na zegarek z mysla "Kurna, dopiero 15?! Co ja bede robic przez reszte dnia?!". Taaa... Odwyklam od takiej ilosci wolnego czasu. ;)
Za to chalupa stanowczo skorzystala. Juz pisalam kiedys, ze mam wyrzuty sumienia, bo nigdy nie mam jej calej posprzatanej w tym samym czasie. Zawsze albo sa pomyte podlogi, albo posprzatane lazienki, albo starte kurze... albo cos innego. Ale praktycznie nigdy nie jest to wszystko zrobione na raz. No to w poprzedni weekend bylo. :D

Niestety, jak wspomnialam wyzej, ja sama niedomagam. Nic specjalnego, ot lekki bol gardla i laskotanie w nosie. Ale trwa to juz od 3 dni i zero poprawy. Nie pogarsza sie, co chyba jest dobrym znakiem, ale tez nie polepsza. :/ Nik za to wlasnie jakby zaczal wychodzic z 3-tygodniowego, ciagnacego sie kataru, a teraz tylko patrzec jak zarazi sie od siostry... :/
Najgorsze w tym wszystkim, ze na nadchodzacy (dlugi) weekend mamy zaplanowany wyjazd i to taki ze spedzeniem wiekszosci dnia na swiezym powietrzu, wszyscy wiec musimy bezwzglednie wydobrzec do soboty. M. prycha ironicznie i juz namawia, zeby odwolac rezerwacje, a mi jest tak straaasznie szkoda... :/

A dzis Matka Natura zeslala nam prezent w postaci sniegu. Szkoly jak zwykle pozamykane na glucho, wiec "pracuje" z domu. :D Smieje sie, ale przezornie zapakowalam sobie stos papierow i zamierzam byc jak najbardziej produktywna. Zobaczymy jak to wyjdzie "w praniu". ;)
Jest 11 rano i snieg dopiero zaczyna niesmialo proszyc, wiec szkoly jak zwykle pozamykali na wyrost. Narzekac jednak nie bede, bo Potworki i ja nadal jestesmy lekko kaszlacy i dzien w domu na pewno dobrze nam zrobi. Zobaczymy ile tego sniegu napada i czy utrzyma sie dluzej niz jeden dzien. :D

Buzki!