Sobota, 21 marca to odsypianie kolejnego tygodnia poza domem. Niestety, kolega niezle mnie wymeczyl tym zaczynaniem przed 8 rano. Niestety, poki jestem szkolona, moje godziny pracy uzaleznione sa od innych. Jak juz bede jezdzic na wlasna reke, pewnie bede pracowac bardziej jak ta dziewczyna z New Jersey. ;) Kiedy juz sie wyspalam i powylegiwalam do wypeku, zeszlam na dol i po sniadaniu zabralam sie za domowy kierat. Trzeba bylo rozladowac zmywarke, poskladac pranie oraz zmienic Potworkom posciel i wstawic ja do pralki. Na gorze musialam odkurzyc oraz pomyc podlogi. Nik ogarnal w swoim pokoju, ale Bi zrobila to dopiero poznym popoludniem, bo umowila sie z kolezanka na... bieganie. W poniedzialek zaczyna sie w szkole lekkoatletyka i panna chciala sprawdzic jak pojdzie jej bieg.
Niestety, kolezanka uprawiala wczesniej biegi przelajowe, wiec jest w duzo lepszej formie. Bi przebiegla mile (1.6 km) i wrocila do domu ledwie zywa, a kumpela pobiegla dalej. :D Ciekawa jestem jak to bedzie, bo w high school, lekkoatletyka to jak plywanie - trening codziennie, a i zawody pewnie raz w tygodniu. Nik tymczasem zapisal sie u siebie w szkole na to samo, tyle ze w "gimbazie" to taka zabawa raz w tygodniu. ;) Przygotowalam lunch, czyli krewetki w kremowym sosie. Bi oraz ja rzucilysmy sie na nie z apetytem, ale malzonek mial kupione w Polakowie golabki, zas Nik posmakowal i stwierdzil, ze za bardzo smakuje owocami morza. No cos takiego, krewetki?! Niemozliwe! :D Po poludniu musielismy jechac do kosciola, a zaraz po powrocie ja i Nik wskakiwalismy w auto i wiozlam jego oraz kolege na ekranizacje "Project Hail Mary".
Na szczescie po seansie odebral ich tata kumpla, szczegolnie ze skonczylo sie o 21. Mlodszy wrocil absolutnie zachwycony, twierdzac ze to jego ulubiony film. Troche mu dokuczalam, ze po kazdym wyjsciu do kina, ogladany film staje sie jego ulubionym. ;)
W niedziele ponownie moglam pospac, z czego skwapliwie skorzystalam. Dzien byl ponury i deszczowy i choc budzik nastawilam az na 9, to kiedy zadzwonil, wydawalo mi sie ze to niemozliwe zeby byla juz taka godzina. ;) Kiedy z luboscia wylegiwalam sie jeszcze w cieplej poscieli, przydreptala Oreo i po przywitalnym miauknieciu wladowala mi sie na pecherz brzuch. Pokrecila sie, pomiziala, po czym, caly czas mruczac, ulozyla na drzemke.
Jak wiekszosc kocich wlascicieli, grzecznie pozostalam na miejscu, az kiciulowi sie znudzilo i zeszla zeby umoscic sie na poscieli M. Gdy w koncu sie zwloklam, ogarnelam siebie oraz kuchnie, napisalam do taty, ze moze wpadac na kawe. W tym tygodniu moglam w koncu posiedziec z nim na spokojnie, zamiast dopakowywac walizke i zerkac co chwila na zegarek. Zanim dziadek dojechal, Bi zabrala sie za pieczenie... precli. Ta dziewczyna co i rusz wymysla jakis przepis. :D Ogolnie, jak to Starsza, praktycznie wszystko zrobila sama. Mnie potrzebowala tylko do wrzucenia ciasta do wody, bo okazalo sie ze precle trzeba najpierw podgotowac w wodzie z soda oczyszczona. Nie mialam o tym pojecia, ale podobno to pomaga w osiagnieciu charakterystycznego smaku oraz konsystencji. W kazdym razie, Bi bala sie wkladac ciasta do wrzatku, wiec matka musiala pospieszyc na pomoc. ;) Precle rzeczywiscie smakowaly "preclowato", jedyne co, to nie mamy grubej soli, wiec byly nieslone. Dziadek posiedzial dosc dlugo, bo prawie do 16, chyba chcac sobie wynagrodzic poprzednie dwie niedziele gdzie musielismy nasze kawy skracac. Pozniej kuchnie przejal Nik, ktory z kolei upiekl swoja ukochana babke na oleju. Stwierdzam, ze przy tylu osobach krecacych sie obecnie w kuchni, wymiekam juz z ciaglym sprzataniem, a zlew zapelnia sie blyskawicznie. Zmienilam i wypralam posciel u nas, a poza tym mialam wrazenie, ze ciagle cos przecieram, zaladowuje albo rozladowuje zmywarke... Na szczescie starczylo tez czasu na relaks przy kominku i zalowalam tylko, ze skoki narciarskie odwolano.
Poniedzialek to juz poranna pobudka, choc i tak nie jakas straszna, bo postanowilam pracowac z domu. Wstalam wiec tylko na tyle wczesnie zeby troche sie rozbudzic zanim wsiade w auto zeby rozwiezc mlodziez po szkolach. Skoro przez dwa tygodnie sasiedzi wozili Bi, to teraz czuje sie w obowiazku zeby troche powozic ich corke. Na szczescie zaczela sie wiosna, bedzie sie robic coraz cieplej i mam nadzieje, ze jeszcze kilka tygodni i dziewczyny beda znow jezdzic rowerami. Tak w ogole to mialam z moja wlasna panna poranna rozmowe, ktora pokazuje ze to dziewcze czasami kompletnie nie mysli. Kiedy szla w sobote pobiegac z kolezanka, zalozyla krotkie spodenki, taka bluzke, ktora przypominala raczej sportowy stanik i tylko na wierzch na poczatku wziela cienka bluze z dlugim rekawem. Czyli na bieganie idealnie. W poniedzialek miala zaraz po szkole trening, i co zalozyla? Fakt ze bylo chlodno (maks. 3-4 stopnie) i trener sam wyslal maila ze poleca zalozyc spodnie dresowe. Panna zalozyla, ale takie z szerokimi nogawkami, ktore placza sie miedzy nogami. W dodatku, z racji ze jest niewysoka, spodnie sa nieco przydlugie. Jak w takim czyms biegac?! Zasugerowalam zeby zalozyla nieco ciasniejsze i ze sciagaczami w kostkach, ale jak znacie troche Bi, to wiecie ze nic z tego nie wyszlo. Panna zaczela sie wyklocac, ze tak bedzie dobrze, pokazywala mi tez lekkim truchtem po domu, ze dobrze jej sie biega, itd. Tlumaczylam, ze piec, niezbyt szybkich, krokow po domu, to nie to samo co wyscig. Starsza oczywiscie wyszla z kontargumentem, ze na pierwszym treningu nie beda sie od razu scigac. Hmmm... moim zdaniem (ktorym sie z nia podzielilam) wlasnie trener urzadzi im jakies probne wyscigi zeby zobaczyc kto jak sobie radzi i w czym jest dobry. Ostatecznie machnelam reka i stwierdzilam, ze jak zawsze, panna musi popatrzec jak ubrane sa kolezanki i poczuc sie glupio zeby cos dotarlo. Choc okazuje sie, ze moje slowa gdzies trafily, bo po kilku minutach sama przyszla i stwierdzila, ze tego dnia zobaczy co i jak i najwyzej we wtorek zalozy legginsy. ;) W kazdym razie, odwiozlam dziewczyny, odwiozlam Kokusia, po czym cala szczesliwa, wrocilam do domu. Poniewaz moj szef jest na zwolnieniu, wiec spodziewalam sie calkiem spokojnego dnia. Tymczasem mialam milion piecset sto dziewiecset maili i wiadomosci! Ogolnie jednak nawet mnie to ucieszylo, bo w domu mam za duzo rozpraszaczy i ciezko mi skupic sie na pracy. A tak, to ciagle musialam byc w pogotowiu i przy laptopie. Jedyne co, to (wbrew temu, czego sie nauczylam na szkoleniu o pracy zdalnej) wstawilam dwa prania, a co! :D Niestety, nasz kiciul, ledwie zaczal wiecej wychodzic po zimie, wpada w stare nawyki i zdazyl ubic... ptaszka! Ktorego oczywiscie grzecznie ulozyl pod frontowymi drzwiami... :/ Wrocil ze szkoly Nik, zdazylam mu podac obiad i musialam zbierac sie z psiurem do weterynarza. Mam wrazenie, ze ostatnio ciagle tam jezdze albo koresponduje z paniami, probujac zalatwic wizyte lub przedluzenie recepty. Ech... Maya caly czas popuszcza i nic do konca nie pomaga. Co ciekawe, duzo zalezy tez od dnia. W niedziele, gdzie bylismy przeciez w domu i co chwila wychodzila do ogrodu, bez przerwy na poslaniu miala mokre plamy. W poniedzialek wypuscilam ja ostatni raz o 9 rano, bo na wizyte miala miec pelny pecherz. Obawialam sie wielkiej kaluzy na poslaniu, a tu... nic. Suchutko. Tak czy siak, u weta chcieli przeprowadzic jakies doglebniejsze badania, bo w moczu wychodza jej tez leukocyty oraz bialko. W dodatku, wet twierdzi ze cos jest nie tak, skoro zaden z lekow nie hamuje popuszczania zupelnie. Ten nowy zdaje sie pomagac troche lepiej, ale Maya jest na maksymalnej dawce i nadal popuszcza. A ze to hormon, to weterynarz twierdzi, ze podaje sie go od najwyzszej dawki, a potem schodzi coraz nizej, az w koncu bierze tabletke raz w tygodniu. Nasz psiur dostaje dwie tabletki raz dziennie! I ciagle zdarzaja jej sie "wypadki". :/ Pani doktor zdecydowala pobrac mocz bezposrednio z pecherza, pewnie za pomoca cewnika (nie wiem, slyszalam tylko jak pies skowyczal, bo pewnie przyjemne to nie bylo). Do tego jakis bardziej szczegolowy panel wraz z inkubacja probek na pozywce, dokladniejsze badanie krwi i zaspiewali sobie prawie... $500. Zbieralam szczeke z podlogi, ale co bylo robic. Zaplacilam, choc moj portfel zaplakal... Teraz trzeba czekac na wyniki. Jesli tu nic nie wyjdzie, prawdopodobnie wysla nas na usg pecherza, zeby szukac przyczyny dalej. :( Kiedy wrocilam, zdalam relacje malzonkowi, chwile posiedzielismy i pojechal z Kokusiem na silownie/basen. Przy okazji zawiesil druzyne plywacka dla Bi, bo skoro zaczela w szkole lekkoatletyke, od razu oznajmila ze nie da rady zaliczyc dwoch treningow dziennie. ;) Po pierwszym dniu byla nawet zadowolona, choc faktycznie malo co robili. Po rozgrzewce, podzielili sie na grupy i omawiali technike kazdej z dyscyplin. Niestety, kiedy jestem w biurze, nie zdaze podjechac podejrzec treningu, bo koncza sie w czasie kiedy akurat wracam z pracy. Moze ktoregos dnia, jak bede pracowac z domu. ;)
We wtorek musialam juz wstac zaraz po 6, ale mysle ze uwierzycie, kiedy Wam napisze, ze w domu wstaje sie o tej porze znacznie przyjemniej, niz w hotelu. ;) Wyszykowalam sie, po czym zabralam Potwory (oraz sasiadke) do szkol, a pozniej ruszylam do roboty. Niby zaostrzyli wymagania co do pracy zdalnej, ale w biurze nadal byly tylko 3 dodatkowe osoby. Dwie inne wiem, ze sa na inspekcjach, a gdzie reszta? :D Dzien dluzyl mi sie niesamowicie, mimo ze w sumie mialam co robic. Walczylam m.in. z raportem z wydatkow w poprzednim, wyjazdowym tygodniu. Poprzedni zamieszalam straszliwie i pani, ktora to sprawdza, dwa razy do mnie dzwonila zeby wyjasnic co i jak. :D Teraz juz troche sie nauczylam, ale i tak sie nameczylam. Z jakiegos powodu, co dodalam jakis wydatek jednego dnia, znikal mi z innego. Mordowalam sie chyba z 45 minut, ale w koncu wyslalam. Spodziewam sie jednak, ze nie obejdzie sie bez kolejnego telefonu od owej pani. ;) W dodatku, poprzedni raport niby pokazuje "zaplacone", ale kiedy weszlam na podsumowanie, to sama nie wiem czy pokryli wszystko, czy nie. W obecnym raporcie tez na koniec wyskoczyla mi uwaga, ze cos "przekroczylam", a wiem ze na 100% nie wydalam wiecej niz mialam przydzielone na dzien. Wydalam wrecz jakas 1/3 tej sumy, wiec nie wiem skad sie to pokazalo. :/ Oprocz tego, mialam skonczyc jakas ankiete i wirtualne szkolenie, ale i tak wskazowki zegara ciagnely sie jak w kisielu. ;) W koncu radosnie stamtad wybieglam i popedzilam do domu. W wejsciu minelam sie z mezem, ktory bral moje auto i jechal odebrac podsumowanie podatkow od ksiegowej. Biuro ma jakas godzine od nas, a moj samochod jest duzo bardziej ekonomiczny od jego, wiec specjalnie czekal z jazda az wroce. Niestety, M. grzebie w inwestycjach oraz kryptowalutach i ksiegowy, u ktorego rozliczalismy sie od wielu lat, polegl. Trzymal nasze papiery prawie 3 tygodnie, ponoc dzwonil po jakichs kolegach i doradcach i w koncu sie poddal. Malzonek wiec szybko zawiozl papiery do kobiety, u krotej rozliczalismy sie baaardzo dawno temu, a do ktorej przestalismy jezdzic wlasnie ze wzgledu na odleglosc. Ona jednak jest mlodsza od tamtego goscia i ogolnie taka obrotna, wiec wiedziala jak to "ugryzc". ;) M. wiec pojechal, Potworki odrabialy lekcje, a ja jak zwykle odguzowywalam chalupe. Malzonek wrocil o takiej porze, ze w zasadzie tylko wszedl, wzial prysznic, przyszykowal jedzenie oraz ciuchy na kolejny dzien i poszedl spac. To tyle sie widzielismy tego dnia. :) A! Bi miala kolejny trening i gdzie planowala zapisac sie na wyscigi na krotkie dystanse, tak poki co trenuje skoki wzwyz. Mowi, ze poki co cwicza technike i kroki i jak to opanuja, to moze w czwartek dostana tyczke i sprobuja faktycznie skakac. :D Niestety, czeka nas kolejny wydatek, bo potrzebuje buty do biegow, takie z kolcami. Bede musiala wziac ja do sklepu, z ktorym niby nasza szkola ma umowe i dzieciaki dostaja znizke. Jesli to taka "znizka" jak za stroj kapielowy zespolu, gdzie placilam $60 za kawalek poliestru, to ja dziekuje... :/
Sroda zaczela sie tak samo jak dzien wczesniej. Poki co mamy poranne przymrozki, ale po poludniu temperatury sa juz wiosenne. Rozwiozlam mlodziez po szkolach i pojechalam do roboty, w starszliwym korku. Po prostu podjezdzalam i stawalam, podjezdzalam i stawalam... i tak prawie cala droge. W radiu wspomnieli cos o wypadku i to tuz przed moim zjazdem, ale cala podroz tyle trwala, ze kiedy tam sie w koncu doturlalam, po zadnym wypadku nie pozostal nawet slad. Tylko korek na (serio!) prawie 10 km! :O W biurze jeszcze ciszej i spokojniej niz dzien wczesniej. Kiedy przyjechalam, bylam sama i dopiero pol godziny po mnie, dojechala jakas dziewczyna. Dzien uplynal na irytacjach. Po pierwsze, na koniec wyjazdowego szkolenia, mam miec egzamin. Tragedia. Nie tu jednak irytacja. Egzaminy zawsze byly tradycyjne, na papierze. W tym roku postanowili pojsc z duchem czasu i zrobic je elektronicznie. Wybrali jednak jakas dziwaczna aplikacje, chyba zeby zapobiec oszustwom, choc egzamin mial byc na zasadzie "otwartej ksiazki", wiec gdzie tam jakies oszustwa? W kazdym razie, wyjazd mial byc w marcu, wiec juz w lutym probowalam ja zainstalowac i zrobic probny test (pytania czysto demograficzne). Instalacja musiala sie odbyc z osoba z IT. Juz wtedy komputer zawiesil mi sie kompletnie 3 razy i musialam go na sile restartowac. Kiedy w koncu panu udalo sie wszystko zainstalowac, a mi wejsc na "test", strona ponownie sie zawiesila. Po zrestartowaniu, test znikl... Wtedy mialam juz dosc walki z g*wnem i zostawilam jak bylo. Teraz okazalo sie, ze poniewaz szkolenie przeniesli na kwiecien, test trzeba bylo zrobic ponownie. Udalo mi sie wejsc i... ponownie na stronie nic nie moge kliknac, a co gorsza nie moge z niej wyjsc. Zawieszona! Po zrestartowaniu, tym razem test tam jest, ale za kazdym razem sie zawiesza. Probowalam 5 razy z tym samym rezultatem. Napisalam maila i dostalam odpowiedz zeby skontaktowac sie z ludzmi z IT. Rewelacja... :/ To byla pierwsza irytacja. Druga to sama autoryzacja podrozy. Poniewaz wyjazd przeniesiony, wedlug ich zasad, na kwiecien musialam ja zrobic od poczatku. Wyslalam w pierwszym tygodniu marca, przed inspekcjami, a teraz zrobil sie 25-ty i dalej nie zostala zatwierdzona. Weszlam zobaczyc status i zdziwilo mnie ze wpisany koszt wyniosl, bagatela, 9 tys. dolcow! To zdecydowanie nie kwota, ktora wyszla mi. :O Patrze ze byly jakies poprawki. Otworzylam wiec szczegoly dokumentu i cycki mi opadly. Wyjazd jest calkowicie pokryty przez firme. Placa zarowno za nocleg jak i wyzywienie. Wszystko to bylo jasno wypisane w upowaznieniu, lacznie z koniecznymi "kodami" (dla ksiegowosci). I co? I jakies mundre-inaczej jelopy, ktore to sprawdzaly, ponownie dodaly wszystkie koszty noclegu! I jeszcze zaznaczyli, ze wpisalam nieprawidlowy kod, a przekopiowalam go z upowaznienia dla tego wyjazdu, wiec wiem, ze byl prawidlowy! Napisalam maila do obu kretynow, ze nocleg jest calkowicie pokryty, a kod wzielam z koniecznych do wyjazdu dokumentow. Nie raczyli odpowiedziec, za to pol godziny pozniej dostalam wiadomosc, ze moje upowaznienie zostalo zatwierdzone! Az mi sie cisnienie podnioslo, bo pomyslalam, ze spoznilam sie z mailem i ktos zatwierdzil je z bledami, ale to potem ja bede walczyc z biurokracja. Weszlam jednak na strone, sprawdzilam upowaznienie i... poprawili! Ale zeby napisac, ze dziekujemy za czujnosc i juz wprowadzilismy poprawki, to nieeee... :/ Tak to wlasnie wyglada, a ja nie dosc ze stresuje sie sama praca i ciagla nauka czegos nowego, to jeszcze musze walczyc z takimi idiotyzmami. Wrocilam do domu i wlasciwie zdazylam tylko zjesc i wziac prysznic i M. mial zabrac Kokusia na basen. Sam stwierdzil, ze nadal miesnie bola go po poniedzialku i nie bedzie cwiczyl. Mial odwiezc Mlodszego i pojsc spac, wiec zaczelam sie z synem umawiac zeby dal mi znac jak zacznie sie przebierac, to po niego podjade. Nieopatrznie jednak spytalam czy odrobil lekcje, a on na to ze nie, bo ma bardzo duzo i bedzie konczyl po treningu. Pytam ile mu zostalo i czy zdazy przed spaniem, a on ze chyyyyba tak, ale jakos bez przkonania. Stwierdzilam wiec zeby jednak zostal w domu i konczyl lekcje, a na basen i tak pojdzie w czwartek. W ten sposob wszyscy mielismy spokojniutki wieczor. Malzonek poszedl spac "z kurami", syn odrobil lekcje, a ja nie musialam nigdzie sie ruszac w pizamie. Tylko dla Bi nie robilo to roznicy. ;)
W czwartek nastapil dzien swistaka, czyli poranna pobudka, zebranie siebie oraz mlodziezy, po czym rozwiezienie ich po szkolach, a samej do roboty. Bi rano narzekala ze bola ja cale nogi; kazdy, najmniejszy miesien. No niestety, tak bywa jak zaczyna sie intensywne treningi, a jest sie bez formy. Panna przez zime jezdzila tylko na nartach raz w tygodniu oraz plywala, przy czym wykorzystywala kazdy pretekst i okazje zeby ominac trening. Nie ma sie wiec co dziwic, ze teraz cierpi. Tlumaczylam jak krowie na rowie, ze skoro ma tylko plywanie, to musi chodzic na kazdy mozliwy trening i cwiczyc z calych sil, nawet jesli ich treningi nie sa tak intensywne jak w szkole. Nie, panna jak zwykle mekolila, ze nie lubi tej druzyny, ze nie lubi z nimi trenowac, itd. To teraz cierp cialo jak rzes (nie)chcialo. :D W pracy mialam rozmowe z facetem z IT, ktora niestety nic nie dala. Zainstalowal mi inna wyszukiwarke, na ktorej mialam sprobowac zrobic test, ale ten zdazyl juz zniknac. Kiedy miesiac temu mialam go zrobic pierwszy raz, znikl po jednej probie. Nie wiem dlaczego w srode pozwolilo mi sprobowac kilkukrotnie, ale w koncu tez test wsiakl, a strona pokazuje ze nie mam zadnych "zadan" do wykonania. Napisalam od ludzi ogranizujacych ten test zeby mi go przydzielili kolejny raz, ale bez odzewu... :/ Dostalam drugi, przenosny ekran, ktory moze mi sie przydac na inspekcjach zeby sobie otworzyc kilka aplikacji i rozlozyc je tak, zeby widziec wszystkie w tym samym czasie. Nie wiem czy bede korzystac, bo w biurze mam dodatkowy ekran i raczej mnie to irytuje niz pomaga, ale zobaczymy. ;)
Tego dnia mielismy jedniodniowe "lato". Po poludniu zrobilo sie 19 stopni i fajnie bylo sobie postac (krzesla nie przyniesione, bo przeciez mamy dopiero marzec) na tarasie w samym sweterku i popatrzec na ptaszki i gdzieniegdzie przebijajace roslinki. Wyglada, ze w moim warzywniku, mimo srogiej zimy, przetrwala pietruszka i marchewka. Pewnie pomoglo, ze choc byly mrozy, dlugo lezala gruba warstwa sniegu i wszystko oslaniala. Malzonek z Kokusiem pojechali na basen/silownie, a ja oraz Bi mialysmy leniwy wieczor bez chlopakow. ;)
Piatek zaczelam nieco pozniej, bo planowalam pracowac z domu, wiec nie musialam szykowac sie na wyjscie do ludzi. Zwloklam sie tylko na tyle wczesnie zeby sie troche rozbudzic przed zawiezieniem Potworkow do szkol. Rozwiozlam mlodziez, po czym wrocilam do domu, zjadlam sniadanie, umylam sie i zasiadlam do pracy. To znaczy... probowalam. Okazalo sie, ze firma ma jakis problem z Microsoft'em. W kolko kazalo mi sie logowac, a kiedy podawalam PIN, wyskakiwala wiadomosc, ze moje konto zostalo usuniete. :O Najpierw spanikowalam, ale kiedy zadzwonilam na linie, od razu nagrana byla wiadomosc o problemie, wiec odetchnelam. Odczekalam jednak pol godziny z muzyczka zeby zglosic moj problem, na wypadek gdyby okazalo sie, ze to jednak cos innego. Pan potwierdzil, ze tak, jest problem, podal mi numer "bileciku" ze zgloszenia i tyle... Poniewaz wszystko na laptopie mamy polaczone, nawet aplikacje ktore nie pochodza z Microsoft'a, wiec nie dzialalo mi nic. Co ciekawe, na telefonie otwieralo sie bez problemu, ale niewiele rzeczy jestem w stanie zrobic przez komorke, poza wyslaniem maila czy wiadomosci na Teams'ie. Niespodziewanie zyskalam wiec "bezrobotny" ranek i zupelnie nie narzekalam. :D Cieszylam sie, ze jestem w domu, bo nie wiem co bym ze soba zrobila z nudow w biurze. Tego dnia pogoda wrocila juz do stanu marcowego. Najcieplej bylo z samego rana - 13 stopni. Pozniej zerwal sie jednak wiatr i temperatura zaczela spadac. O 11 rano zrobilo sie juz tylko 6 stopni. Brrr... A Bi miala oczywiscie po poludniu trening, podobnie jak Nik, ktory po szkole rowniez zostawal na lekkoatletyce. Poniewaz wszystko mialam poblokowane, wiec stwierdzilam, ze zamiast siedziec i co kilka minut sprawdzac czy naprawili, pojade na zakupy, w nadziei, ze zanim wroce, cos z tym zrobia. Kupilam wiec spozywke i podjechalam jeszcze po bubble tea bo dawno dzieciaki nie mialy, dwa tygodnie mnie praktycznie nie bylo, a za chwile wyjezdzam ponownie, niech wiec ich matka troche porozpieszcza. ;) Wrocilam do domu i juppi! System naprawiony. Niestety, jedna z aplikacji nadal sie nie otwiera, ale z nia akurat "walcze" dosc czesto, wiec chyba nie ma wspolnego z tamta ogolna awaria. Dziadostwo zawsze pokazuje zeby zrobic update, a kiedy go zrobie, blokuje sie. Tym razem cierpliwie klikalam na "nie", ale i tak sie zablokowalo. Nie wygrasz. :D Najgorzej, ze to aplikacja niezbedna na inspekcje, wiec jak mi tak bedzie sie blokowac co chwila to chyba wyjde z siebie i stane obok. :/ Zupelnie niespodziewanie, dostalam raport semestralny ze szkoly Kokusia. To uswiadomilo mi, ze nie pamietam kiedy otrzymalam cos ze szkoly Bi, a tam sa cztery kwartaly, hmmm... Co do Nika, to chyba nie ma co bardzo narzekac, choc ze wszystkich cos "znaczacych" przedmiotow, poza naukami scislymi, ma B.
Ciekawi mnie to, ze w high school wszystkie mozliwe przedmiotym przydzielili mu na poziomie "honors", a z takiej historii nie bylo nawet innej opcji. Bi miala praktycznie same A, wiec to bylo zrozumiale, ale dla ucznia na poziomie B? No coz, zobaczymy jak Mlodszy to udzwignie. ;) O 16 musialam odebrac syna ze szkoly, bowiem zostal na lekkoatletyce. Co ciekawe, w mailu napisano zeby dzieciaki odebrac wlasnie o tej godzinie, ale byla 15:55, a ja w drodze, kiedy Nik zadzwonil, ze czeka i gdzie ja tyle czasu jestem. Okazalo sie, ze zajecia koncza sie za kwadrans, tylko fajnie by bylo zeby rodzicow o tym poinformowano. :/ Odstawilam syna do chalupy, chwilke posprawdzalam maile i pojechalam z kolei po corke. Ona niby konczy trening o 16:45, ale M. mowi ze kiedy po nia przyjezdza, juz czeka przed szkola. Chcialam chwile podejrzec jej trening, wiec pojechalam 20 minut wczesniej i jak to ja, mialam pecha, bo tego dnia mieli jakies gry oraz towarzyskie zawody i wszystko sie przeciagnelo. W dodatku, przez wiekszosc czasu gromada przebywala na drugim koncu boiska, zas te ma przy wiekszej czesci spad i nie da sie nawet stanac przy ogrodzeniu. Nie moglam nawet dojrzec Bi, dopoki nie podeszli blizej, ale wtedy juz zajecia sie skonczyly i trener oglaszal tylko ktora grupa zajela ktore miejsce.
Kiedy wreszcie dotarlam do domu, moglam w koncu wylaczyc laptoka, pochowac wszelakie "robocze" akcesoria i w koncu zaczac upragniony weekend. A, jeszcze przyszedl mail informujacy nas o "niepisanych" zasadach pracy zdalnej. I tak, nie wolno nam brac dwoch dni jeden po drugim. No jaaaasne... :/ Ciekawostka jest, ze w niektorych grupach zabroniona jest tez praca zdalna w poniedzialki oraz piatki (pewnie zeby nikt sobie nie przedluzyl weekendu :/). U nas takiej zasady nie ma, ale poniewaz "dwa dni pod rzad" dotyczy dni roboczych, wiec nie wolno wziac piatku i potem po weekendzie poniedzialku! :D Mam wrazenie, ze robia wszystko zeby ludziom utrudnic branie tej pracy zdalnej i wprowadzaja kolejne zasady zeby nam sie tego po prostu odechcialo.
I tym optymistycznym akcentem, zakonczmy kolejny tydzien. ;)




















