Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 20 maja 2022

Wymeczyl mnie ten tydzien... :)

Dla Potworkow zostaly jeszcze tylko 3 tygodnie i dwa dni szkoly! :) Oni oczywiscie odliczaja, a mnie lekko przechodza ciary, bo przez kompletna (i nagla) zmiane terminu lotu do Polski, lato uplynie pod znakiem takich "polatanych" polkolonii, ze zmianami niemal tydzien w tydzien. Mam az rozpiske na kartce oraz w telefonie gdzie Potworki spedzaja ktory tydzien. Inaczej obawiam sie, ze moglabym sie pomylic. :D Ale to dopiero (dopiero?! Juz!) za trzy tygodnie. A w zasadzie cztery, bo ostatni dzien szkoly wypada we wtorek, a wszelkie obozy i polkolonie zaczynaja sie dopiero w kolejnym tygodniu, wiec reszte tego (lekko ucietego) pierwszego, dzieciaki spedza ze mna. Cale szczescie, ze mam opcje pracy z domu i kolejny fuks, ze nastepny pacjent wypada juz w tygodniu kiedy Potworki maja polkolonie. 

Poki co, sobota 14 maja zaczela sie, jak to ostatnio, meczem. Grala tylko Bi, bowiem jak napisalam w poprzednim poscie, trener Kokusia mial impreze rodzinna i mecz przeniosl na ten piatek. Mi pojedynczy mecz absolutnie nie przeszkadzal. Przynajmniej nie musialam pedzic z miejsca na miejsce lub jezdzic w te i z powrotem. No i byl na 10:15, wiec mogl czlowiek troche dluzej pospac. Po piatkowej pobudce skoro swit, bylo to bardzo pozadane. :) Malzonek byl oczywiscie w pracy, a ja i Potworki wyspalismy sie i mielismy mnostwo czasu na spokojne wyszykowanie sie. Nie obylo sie niestety bez mojej irytacji, bo oczekiwalby czlowiek, ze przy wiekszej ilosci czasu, wszyscy beda gotowi do wyjscia kiedy przyjdzie na to pora. Taaa... Oczywiscie caly ranek przypominalam, zeby zrobili to czy tamto, a mimo wszystko, kiedy dalam haslo do ubierania butow i wyjscia, Bi nagle sobie przypomniala, ze nie zwiazala wlosow w kitke, nie zdjela wszystkich bransoletek oraz kolczykow, a w ogole to jeszcze musi do lazienki na dwojeczke, itd. Myslalam, ze ja udusze i oznajmilam pannie, ze to na jej mecz jedziemy i skoro nie potrafi sie ogarnac majac tyle czasu, to ja moge nie jechac w ogole. A pozniej oczywiscie spuscila nos na kwinte, ze dojechalismy na sam koniec rozgrzewki. Coz, miala szczescie, ze na mecz zdazyla. ;) Tym razem dziewczyny graly duzo, duuuzo lepiej. Moze to przypadek, a moze w koncu rozruszaly sie po zimie. ;) Mimo wczesnej pory juz bylo 25 stopni, ale graczom, choc po chwili policzki mieli (mialy) purpurowe, zdawalo sie to nie przeszkadzac.

Starsza pedzi zeby w razie czego kolezanka miala do kogo podac :)
 

Bi grala naprawde swietnie. Byla aktywna, walczyla o pilke, starala sie ze wszystkich sil prowadzic ja przez boisko i strzelila dwa gole. A goli w sumie bylo 5 lub 6 (stracilam rachube) i az szkoda mi bylo przeciwnej druzyny. Widzialo sie bowiem, ze gdzies po czwartym, dziewczyny zupelnie sie poddaly, przestaly walczyc i ledwie przemieszczaly sie po boisku. Zalowalam ich, ale z drugiej strony, tydzien wczesniej druzyna Bi byla w dokladnie takiej samej sytuacji. Taka kolej rzeczy w sporcie, ze raz sie wygrywa, a raz przegrywa. ;) A podczas gdy dziewczyny graly, nasz sasiad, ktory byl tam tym razem ze starsza corka, urzadzil amatorski trening Nikowi oraz jego koledze. Facet naprawde minal sie z powolaniem! :D

Zdjecie fatalnej jakosci, ale siedzialam dosc daleko
 

Mecz sie skonczyl, Bi zebrala swoje rzeczy i w koooncu (jej to zawsze wiecznosc zajmuje) przyszla do mnie i Kokusia. Ruszylismy do auta, ale zdazylismy tylko przejsc przez wszystkie boiska i juz-juz prawie doszlismy do parkingu, kiedy Starszej przypomnialo sie, ze nie wziela pilki! Tym razem wstyd tez dla mnie, bo nie zwrocilam na to uwagi. Najpierw wyslalam po pilke panne, ale kiedy z daleka widzialam, ze miota sie w te i we wte, domyslilam sie, ze nie moze jej znalezc. Z westchnieniem (nie chcialo mi sie wracac jak cholera), polozylam krzeselka i butelki z woda na trawie i wrocilismy z Kokusiem na, dopiero co opuszczone, boisko. Obeszlismy je, zajrzelismy za jakies lawki, krzaczki i w dolki, ale pilka wsiakla. Pomyslalam, ze musial ja wziac trener, bo przeciez minelo tylko kilka minut od konca meczu, wiec gdzie by tak szybko zniknela? Dzieciaki jednak uparly sie, zeby sprawdzic skladzik ze zgubionymi rzeczami (lost and found), wiec podreptalismy na drugi koniec calego terenu. ;) Pilki oczywiscie tam nie bylo... Napisalam maila do trenera i kilka godzin pozniej odpisal, ze tak, ma ja. Potworki ucieszone, bo dostali pilke od dziadka, wiec ma dla nich specjalne znaczenie, a ja zgrzytnelam zebami, bo nalazilam sie tam, w upale, jak glupia, a sama od razu domyslilam sie, ze musial wziac ja trener. ;)

Po powrocie do domu chwila oddechu, obiad, a potem ojciec i matka musieli zabrac sie za... naprawde mikrofali. No dobra, ja tylko asystowalam. ;) Dzien wczesniej przyszla zamowiona czesc, ale bylo za malo czasu zeby cos zdzialac. Sciagniecie cholerstwa ze sciany bez upuszczenia na kuchenke bylo doswiadczeniem przerazajacym, ale dalismy rade. ;) Kiedy juz mikrofala stanela bezpiecznie na stole, okazalo sie, ze skrecona jest za pomoca calego multum srubeczek, a dodatkowo, panel oslaniajacy ja od bokow i gory, zrobiony jest z jednego kawalka metalu i zeby go zdjac, trzeba wlasciwie odkrecic wszystko po kolei, poza drzwiami. :D Tu juz mordowal sie M. na szczescie. Wreszcie obudowa zeszla i uslyszalam tylko slowo na "K". Wchodze do jadalni, a malzonek miota sie wsciekly, bo zamowiona czesc nie jest taka jak trzeba! Zagladam do srodka i przezywam konsternacje, bo na oko wyglada identycznie. M. pokazuje mi jakas odnoge z kabelkami idaca od tej czesci (wybaczcie, ale zapomnialam jak dziadostwo sie nazywa). Poniewaz widze, ze ta odnoga przykrecona jest srubkami, sugeruje, ze moze da sie to odkrecic i po wymianie przykrecic do "naszej" czesci. Malzonek tylko fuka na mnie, ze "Gdzie?! Jak przykrecic?!" i zebym nie przeszkadzala. No tak, bo ja baba jestem i sie nie znam. Unioslam sie honorem i poszlam wstawiac pranie czy do innych "babskich" robot, a tu nagle maz wola, ze dobra, wymienil i mozemy sprawdzic czy dziala. Patrze, a jednak! Dalo sie przykrecic to-to do wymienionej czesci! Jednak "baba" miala racje!!! :D Powinnam sie byla obrazic, ale zbyt podekscytowana bylam ze bede miala dzialajaca mikrofale. Mowie Wam, czlowiek nawet nie zdaje sobie sprawy jak bardzo sie uzaleznil od tego sprzetu. Mleko rano dzieciom do chrupek? Do miseczki, miseczka do mikrofali i gotowe. Odgrzac obiad? Na talerz, do mikrofali i za chwile cieply. Odgrzewanie zimnej kawy? Pyk, do mikrofali i po 30 sekundach jest ciepla. A tu nagle musialam bawic sie w garnuszki albo piekarnik i poza zastawa stolowa brudzic dodatkowo garnki, brytfanny, naczynia zaroodporne, itd. ;) Z wielka nadzieja nalalismy wiec troche wody do kubeczka, wlaczylismy mikrofale i... doopa. Dalej zimna! :( Stwierdzilam, ze trudno, jedziemy do sklepu po nowa, M. rzucil cala garscia niecenzuralnych wyrazen i oboje musielismy odetchnac, rozeszlismy sie wiec do innych zajec. Jedynym pocieszeniem bylo to, ze zamowiona za stowke czesc byla jednak dobra, wiec mozna bylo te nowa odeslac i odzyskac kase. Tyle, ze dalej nie mielismy mikrofali... Kiedy malzonkowi przeszla irytacja, stwierdzil, ze bedzie szukal dalej az do skutku. W koncu znalazl inna czesc, ktora tez mogla byc przyczyna. Ta na szczescie kosztowala tylko $10. Zamowil i miala przyjsc kolejnego dnia. Pozostalo czekac. 

Malzonek polazl szorowac auto, bo zmiast brazowe, bylo juz zolte od pylkow, Bi poleciala do zabawy z sasiadka z naprzeciwka, a ja poszlam wysiac koper i pietruche. Poniewaz Nik krecil sie, troche pomagajac M., a troche bez celu, spytalam czy chce posiac groch. To coroczna tradycja, ze Mlodszy sieje groch, a Starsza marchew. Oczywiscie chcial, pomoglam mu wiec, a potem przypomnialo mi sie, ze mialam jeszcze jakies rosliny do posadzenia, nie mowiac juz o truskawkach oraz kwiatkach, ktore kupilam razem z warzywkami.

Taki zadowolony, a kilka dni pozniej odkrylam sporo ziaren grochu albo wymytych deszczem, albo wygrzebanych przez ptaszydla :(
 

Pomaszerowalam wiec do garazu i... rece mi opadly. Wiecie, wraz ze zblizajaca sie wiosna, w sklepach zaczely sie pojawiac ogrodowe materialy oraz sadzonki, a ja kupowalam wiedzac, ze musze poczekac z sadzeniem az zrobi sie cieplej. Latwo bylo kupowac po trochu, wiec nawet nie zdawalam sobie sprawy z tego, ile tego zgromadzilam. Wszystko skladowalam w garazu, z racji ze jest tam ciemniej i chlodniej, nie chcialam bowiem zeby zaczelo przedwczesnie kielkowac. I teraz sie zalamalam, bo mialam 15 cebulek mieczykow (na ktore moglo byc juz za pozno, ale i tak je posadzilam), mieszanke chyba 20 cebulek oraz korzeni kwiatow, 4 korzenie piwonii (ktore pewnie i tak sie nie przyjma, ale nadal marze o jeszcze kilku w ogrodzie ;P), trzy sadzonki forsycji, cztery truskawek, a na dokladke dwie doniczki ze zwiedlymi tulipanami. Zawsze je kupuje w okolicach Wielkanocy jako wiosenna ozdobe na stol i juz pare razy z sukcesem potem przesadzalam cebulki do gleby. Polowe soboty spedzilam wiec "bawiac" sie w piachu i sadzac to wszystko. ;) W miedzyczasie Bi skonczyla ganiac z kolezanka i zapragnela posiac marchewke.

Siala baba mak...
 

Okazalo sie tez, ze w warzywniku jakos zostal kawaleczek miejsca, wiec posadzilam jeszcze fasolke szparagowa, ktorej nasiona lezaly w garazu od zeszlego roku i dziwie sie, ze samoistnie nie wykielkowaly. ;) Z trzech paczuszek nasion, jedna okazala sie zawierac... groszek, mamy wiec dodatkowa, nieplanowana grzadke groszku w zupelnie innym miejscu niz ta posiana przez Kokusia. :D Pod koniec dnia plecy mialam juz sztywne oraz trzeszczace i na kwiatki do donic juz nie starczylo mi sil. :)

Niedziela rano to oczywiscie msza w kosciele. Potem po kawe, a nastepnie przyjechal w odwiedziny moj tata. Poprzedniego wieczora troche popadalo i zanim czlowiek mogl usiasc na tarasie, musialam poprzecierac stol oraz krzesla, wszystko bylo bowiem az zolte od pylkow. Nic dziwnego, ze alergicy w mojej pracy chodza zasmarkani. Tego dnia pogoda byla idealna. Niby bardzo cieplo - 27 stopni, ale z lekka bryza i czesciowym zachmurzeniem, dzieki czemu bylo znosnie. Tata posiedzial z dwie godziny przy kawie, ciescie i lodach, a po jego odjezdzie poszlismy na szybkie koleczko wokol osiedla. Potem ruszylam ponownie na podboj ogrodu. ;) Tym razem wreszcie zabralam sie za donice z kwiatami. Posadzilam niemal wszystko i w koncu kolo domu zrobilo sie jakos tak radosnie z kolorowymi kwiatkami. :) Zostaly mi tylko margaritki, ktore planowalam zasadzic w donicach podwieszanych na tarasie, ale okazalo sie, ze te ostatnie... wsiakly. To znaczy, zewnetrzne koszyki byly w szopce, ale nie moglam znalezc plastikowych wkladow, w ktore sadzi sie kwiatki. W koncu M. odszukal je wsrod roznych ogrodowych rupieci obok szopki. Przeszlam tamtedy kilka razy i nie przyszlo mi do glowy zeby zajrzec miedzy taczke a klatki na pomidory. ;) Kiedy malzonek w koncu sie ich doszukal, bylo juz jednak na tyle pozno, ze zostawilam to na kolejny dzien, trzeba bylo bowiem zagonic dzieci pod prysznic, a takze podlac warzywnik i poskladac pranie, ktore czekalo w suszarce od poludnia. :)

W tzw. miedzyczasie przyszla zamowiona czesc do mikrofali. Tym razem poszlo duzo szybciej, z racji, ze wszystko M. mial juz rozkrecone. I wiecie co? Trafil!!! Swoja droga, takie niepozorne cos, dioda wysokiego napiecia, malutki "drucik" dlugosci 7-8 cm, a tak namieszal! Najwazniejsze, ze mikrofala znow hula, a poza tym chodzi duuuzo ciszej. Ta czesc musiala sie juz psuc od jakiegos czasu, bo nawet nie zdawalismy sobie sprawy jak to ustrojtwo glosno buczalo, dopoki M. go nie naprawil. I dopiero po fakcie naszla mnie refleksja, ze mozliwe, iz my sami ja wykonczylismy, a raczej nasz dom. Chalupa ma definitywnie cos z elektryka. Czasami, kiedy wlacza sie swiatlo, cos "walnie" w innym kontakcie. Czasem wywali czujnik w kontakcie przy elektrycznym czajniku, az swiatla zamigotaja, mimo, ze ten jest akurat wylaczony. A ja zauwazylam od poczatku, ze jesli idzie mikrofala i jednoczesnie wlaczy sie czajnik, to ta pierwsza zaczyna buczec i brzmi to jakby szla z oporem. Nigdy nie zwracalam na to wiekszej uwagi, traktujac jak kolejny dowod, ze ktos spierdzielil w tym domu elektryke, ale teraz mysle, ze moze przy jednoczesnym wlaczaniu czajnika i mikrofali, niechcacy sami zepsulismy te diode. No ale najwazniejsze, ze teraz dziala juz jak trzeba (oby jak najdluzej). Yuhuuu! :)

Poniedzialek byl kolejnym goracym dniem. Rano bylo mgliscie, ale kiedy okolo poludnia mgle w koncu przepalilo slonce, temperatura momentalnie poszybowala do 26 stopni. Autobusy przyjechaly rano jakims cudem prawie jednoczesnie i o czasie, a po odjezdzie dzieciakow pokrecilam sie jeszcze chwile po domu, po czym trzeba bylo zbierac sie do roboty. Tam, jak to w poniedzialek, checi do pracy bylo... wcale. :D Po poludniu Kokus mial trening na basenie, pojechal jednak z M., ktory przywiozl go tez z powrotem. Ja postanowilam skorzystac z wolnego wieczora i po odjezdzie chlopakow poszlam posadzic w doniczkach na taras ostatnie kwiatki. Jak to przy tutejszym klimacie bywa, upal plus wysoka wilgotnosc czesto poprzedzaja burze. Tym razem wieczorem mial przejsc zimny front i schlodzic temperatury na kolejne pare dni. Kiedy wyszlam z domu zauwazylam nadciagajace ciemne chmury i wzmozony wiatr. Zaczelam sadzic kwiatki jak na wyscigi, przy akompaniamencie gadania Bi oraz Mayi, ktora uparcie wrzucala mi do doniczek swoja pileczke. Irytowala mnie tym niemilosiernie i raz niemal wrzucilam ja (pilke, nie Maye :D) do wlasnego warzywnika, bo wkurzona, wyrzucilam ja z donicy nie patrzac na kierunek. ;) Udalo mi sie dokonczyc sadzenie w doslownie ostatniej chwili. Ostatnie garsci ziemi wsypywalam juz w polmroku (az lampy na czujnik ruchu przy garazu sie wlaczyly!), a kiedy pedem zbieglam do szopki schowac lopatke i rekawice, nad glowa blysnelo mi i zagrzmialo. Zdazylam wpasc do garazu i w tym momencie lunelo! Mialam szczescie, bo rozpadalo sie nagle i gwaltownie, nie ze najpierw pokropi czy cos... Od razu z grubej rury! ;) Najwazniejsze jednak ze ani ja ani Bi nie zmoklysmy, czego nie mozna bylo powiedziec o psie, ktorego wolalysmy z garazu, ale z jakiegos powodu wybral wejscie tarasowe, wiec zanim pobieglysmy na gore, siersciuch juz byl doszczetnie przemoczony. ;) Przynajmniej odpadlo mi podlewanie ogrodka oraz inne ogrodowe roboty, wiec spokojnie wzielam prysznic zeby miec juz to z glowy, w miedzyczasie wrocili chlopaki i wieczor zaraz zlecial. Wieczorem przypomnialam Kokusiowi, ze w nadchodzaca sobote ma ponownie mecz oraz zawody plywackie i spytalam czy chce zebym dala znac trenerowi plywania, ze jednak go nie bedzie. Moje dziecko odpowiedzialo, ze na te chwile chce plywac, ale ze moze w sobote marudzic, ze jednak nie. Brawo za samoswiadomosc! :D Coz, brawa brawami, ale powiedzialam malemu cwaniakowi, ze ma jeszcze kilka dni na zastanowienie sie i jesli zdecyduje sie naprawde plywac, to nie chce slyszec protestu, a juz zwlaszcza nie przy tacie. Zobaczymy co z tego wyjdzie. ;)

Poniedzialkowa burza przyniosla ochlodzenie i we wtorek rano bylo tylko 13 stopni, brrr... Poniewaz jednak mamy juz druga polowe maja, wiec temperatura szybko szla w gore i nawet sie tego nie odczulo. Niestety, autobus Kokusia znow byl prowadzony przez innego kierowce i przyjechal prawie 20 minut spozniony. Po odjezdzie dzieciakow jeszcze tylko porzucac psiurowi pileczke, rozladowac i ponownie zaladowac zmywarke i do pracy. Tego dnia mialam meeting w takiej najgorszej wersji, gdzie mielismy dwa duze tematy do obgadania i podjecia decyzji, a dodatkowo dyskusje na drobne tematy rozciagaly sie w nieskonczonosc, choc dotyczyly tylko 2-3 osob. Nie wiem dlaczego nie mogly tego przedyskutowac sam na sam, tylko poruszac je na forum. To sprawialo, ze inne osoby z boku, zaczynaly cos omawiac miedzy soba i zamiast "walnego" zebrania, robil sie szum i chaos... W dodatku jedna z dziewczyn, mimo ze wiedziala ze meeting bedzie dlugi (bo to ona uklada tabele z tematami do uzgodnienia) akurat na ten dzien musiala przygotowac prezentacje. Ta byla niby krociutka - 3 slajdy, ale ze grupe mamy dociekliwa, wiec posypaly sie pytania o szczegoly i kolejne 10 minut sobie pyknelo. Siedzielismy tam wiec prawie 1.5 godziny i kiedy wyszlam, rypala mi glowa, pecherz pekal w szwach i burczalo w brzuchu. To byl chyba jeden z najbezsensowniejszych meetingow jakie mialam dane zaliczyc. :/ Po powrocie do domu mialam chwile na ogarniecie sie i jechalam z Bi na gimnastyke. Jak zwykle panna poleciala wyczyniac akrobacje, ja zas nawijalam z kumpela. Po powrocie juz tylko kolacja i czas klasc towarzystwo do lozek. :)

Srodowy poranek byl jeszcze zimniejszy. Stopni 11 i do tego chlodny wiatr. Nik zapomnial dzien wczesniej bluzy, wiec dalam mu taka lekko juz przymala, a panicz parskal zly, ze jej nie chce. Mnie bylo zimno, choc mialam dlugie spodnie oraz gruba, welniana narzutke. Potworki chcialy koniecznie krotkie spodenki, bo po poludniu mialy znow byc 23 stopnie. Bi chociaz swoja bluze zapiela, a Nik lazil rozchlestany, bo "mu ciasno". No trudno, trzeba bylo nie zapominac swojej wiekszej bluzy... ;) W pracy mialam cale biuro niemal dla siebie, bo laboranci konczyli pilny, calodzienny projekt i wpadali tylko zeby szybko sie czegos napic lub zjesc, po czym pedzili dalej. W domu w koncu nadeszla sroda, kiedy to ja pojechalam z Kokusiem na basen. Bi miala trening pilki przeniesiony na piatek, a Nika trzeba bylo z basenu zabrac wczesniej, wiec M. stwierdzil, ze i tak bez sensu zaczynac cwiczyc. Osobiscie bylam gotowa Mlodszemu ten jeden trening odpuscic, ale jak to bywa, akurat w ten dzien, oswiadczyl, ze chce jechac. :O Pojechalam wiec ja, zreszta calkiem chetnie, bo dawno nie widzialam jak Nik plywa.

Choc raz sie zatrzymal i ladnie zapozowal ;)
 

A cale te zmiany oraz ceregiele, poniewaz Bi miala w szkole... koncert. Pierwszy od dwoch lat, na ktory wpuscili rodzicow! :O Tak wlasciwie to byly to dwa koncerty jeden po drugim, najpierw choru, potem orkiestry. Wczesniej byl jeszcze zespolu, ale akurat Bi w nim nie gra. Wszystko odbywalo sie dosc pozno, bo dzieciaki z zespolu zaczynaly zbiorka o 18:30. Pewnie chcieli dac mozliwosc przyjazdu pracujacym rodzicom. Bi zaczynala drugim koncertem - choru, wiec zbiorke miala o 19. Dla nas jest to juz wieczorowa pora, kiedy dzieciaki jedza kolacje, w koncu moga wziac tablety lub konsole i wyciszamy sie przed snem, ale co bylo robic. Mlodziez cwiczyla caly semestr i rodzice juz wczesniej dostali maila, ze poza naglymi wypadkami, oczekuja ze wszystkie dzieci wezma w koncertach udzial. Juz kiedys pisalam, ze ta szkola ma caly program muzyczny, w ktorym obowiazkowo bierze udzial kazde dziecko. Koncerty, zimowy (ktory byl nadal wirtualnie) i wiosenny sa punktem kulminacyjnym oraz okazja, zeby pokazac ze mlodziez faktycznie czegos sie uczy. ;) Tym razem, musze to tu napisac i wydrapac na scianie, pojechal z nami nawet M.! Co niesamowite, nie musialam go nawet specjalnie namawiac, mimo ze o tej porze zwykle zasypia na siedzaco, a nieraz po prostu kladzie sie spac. Nie wiem skad ta zmiana, ale moze przez to, ze ostatnio to zwykle on zabiera Kokusia na basen i jezdzimy wszyscy na jego treningi pilkarskie, a takze czesto bierze jedno z dzieci na mecze, bo ja sie nie rozdwoje. Mozliwe, ze przekonal sie, ze to nie fanaberie i moje wymysly, tylko cala rzesza rodzicow przywozi, zawozi i kibicuje. Zobaczymy ile ten entuzjazm potrwa. ;)

Po robocie wiec wpadlam do chalupy, zjadlam obiad i popedzilam z Kokusiem na basen. Plywal tylko pol godziny, ale dobre i to. Nastepnie wrocilismy, rozwiesilam jego mokry recznik i kapielowki, zapodalam przyspieszona kolacje zeby dzieciaki nie jechaly na glodniaka i pojechalismy do szkoly Bi. Panna poleciala na zbiorke do klasy gdzie chor ma cwiczenia, a rodzice ulokowali sie na stolowce, ktora sluzy rowniez za audytorium i posiada scenke. Kiedy dzieciaki zajely swoje miejsca, pechowo okazalo sie, ze Bi stoi na samym dole, wiec troche zaslanialy ja inne dzieciaki, ale cos tam dalo sie zobaczyc. Chor zaspiewal 4 piosenki, kazda troche inna. Byla angielska, irlandzka (energiczna, brzmiaca jak szanty), wloska piosenka ludowa i polaczenie angielskiej i hiszpanskiej. Przy niektorych wybrane dzieci spiewaly zwrotki (Bi sie nie zglosila), przy innych spiewali na dwa glosy.

Wszystkie dzieci mialy sie ubrac na bialo - czarno, zeby w miare spojnie i schludnie wygladac
 

Wyszlo naprawde pieknie! Po zakonczeniu, pani wypuscila najpierw dzieci, a potem rodzicow, ktorzy udawali sie na koncert orkiestry. Przeszlismy wiec na sale gimnastyczna. ;) Mimo, ze scena szkolna znajduje sie na stolowce, musieli to jakos zgrac i najpierw na sali gimnastycznej gral zespol, potem, w czasie gdy chor wystepowal w "audytorium", zespol zdazyl wyjsc, a sala byla przygotowana na wystep orkiestry. Tu widok byl troche lepszy, bo choc siedzielismy dalej, to trybuny ida w gore, wiec kazdy dobrze widzial mlodych muzykantow. ;) Znowu zagrali 4 utwory. Wyszlo im bardzo fajnie, choc osobiscie bardziej podobaly mi sie melodie z koncertu zimowego (ktory zostal nagrany i wyslany rodzicom). Tu tez nie bylo zle oczywiscie; ja ogolnie uwielbiam muzyke powazna, wiec geba mi sie caly koncert usmiechala. :D Choc przyznaje, ze ostatni utwor srednio mi podszedl, bo okazal sie mieszanka roznych dzwiekow, ktore jak dla mnie kiepsko sie skladaly w jedna melodie. No ale trzeba pamietac, ze to nie symfonia, tylko dzieciaki, z ktorych wiekszosc uczy sie grac na instrumencie cztery lata. ;)

To tak pi razy oko 1/4 calej orkiestry
 

Przed koncertami troche obawialam sie, ze Nik bedzie sie nudzil i jak to on, ciagle gadal. Wzial ze soba Nintendo, ale na szczescie okazalo sie potrzebne tylko kiedy czekalismy na rozpoczecie koncertu choru. Potem juz uwaznie sluchal i klaskal z calych sil, wiec widac bylo, ze mu sie podoba. :) Niech patrzy co go czeka w przyszlym roku. :D Komitet rodzicielski (zawsze rzucajacy sie na okazje, zeby zarobic) sprzedawal materialowe rozyczki oraz breloczki w ksztalcie klucza wiolinowego, z doczepiona karteczka, na ktorej rodzice mogli wypisac gratulacje. Roze mnie nie zachwycily, ale kupilam Bi breloczek na pamiatke. Nik oczywiscie strzelil focha, ze on tez cos chce, ale sorki. Po pierwsze to nie jego koncert, a po drugie ostatnio tak dlugo wiercil mi dziure w brzuchu, az zamowilam mu poduszko - maskotke, podobna do tej, ktora kupilam Bi na urodziny w zamian za nieudane prezenty dziadka. Nie mowiac juz o tym, ze wlasnie zamowilam mu kolejna ksiazke z serii, ktora czyta. Na pewno nie jest pokrzywdzony, za to z pewnoscia pazerny. A! Pod szkola stal jeszcze bus z lodami, ktory tez zweszyl mozliwosc zarobku! :D My jednak, wredni rodzice, lodow dzieciom nie kupilismy, bo wybieralismy sie po kawe na stacje benzynowa, gdzie wiedzielismy, ze Potworki beda blagac o niezdrowe napoje. ;) Do chlupy zjechalismy tuz przed 21. Ojciec natychmiast pomaszerowal do lozka, a dzieciaki jeszcze cos tam przekasily, po czym tez pogonilam ich spac, mimo ze Bi byla tak podekscytowana i nabuzowana po swoich wystepach, ze nie okazywala zadnych oznak zmeczenia. ;)

Czwartek obudzil nas deszczem. Byl on bardzo potrzebny, nie powiem (no i dzien wczesniej nie zdazylam podlac warzywnika, wiec Matka Natura mnie wyreczyla :D), ale po ostatnich slonecznych dniach i bardzo letnich (po poludniu) temperaturach, te 12 stopni i upierdliwa mzawka, byly niczym tortura. ;) Niestety, autobus Kokusia (czy raczej kierowca) za nic mial sobie paskudna pogode i znow przyjechal dobre 25 minut spozniony. :/ Po odjezdzie dzieciakow przewietrzylam sypialnie, troche ogarnelam to i owo i czas byl na mnie ruszac do pracy. To byl kolejny dzien, kiedy w biurze bylam niemal caly czas sama. Deszcz za oknem, cisza i wlasciwie moglam sie zwinac w klebek pod biurkiem i uciac komara. :D Poniewaz czwartki to teraz nasz dzien "relaksu", wiec po pracy musialam jechac na tygodniowe zakupy. Kiedy dojechalam do domu, praktycznie wyminelam sie w drzwiach z M., ktory popedzil na silownie, z racji ze dwa dni nie byl, a kolejny tez zapowiadal sie zalatany. Reszta wieczora uplynela bez sensacji, jesli nie liczyc pytania Kokusia: "Co to jest striptiz?". :O Takie slowka slyszy od kolegow. Calkiem niedawno dopytywal po co chlopcom wlasciwie sa "jajka". Moje "ulubione" tematy... :D A, jeszcze "przyniosl" ze szkoly piosenke o poronieniu, rozpaczy i w konsekwencji rozwodzie. To takie przekrecenie popularnej dzieciecej piosenki (nie chce mi sie jej przytaczac). Na szczescie chyba, poza slowem "rozwod" Mlodszy nie bardzo zdaje sobie sprawe o czym spiewa. Piosenka jest jednak bardzo sprytnie ulozona i wszystko pasuje. Przeraza mnie mysl, ze ktos to wymyslil i przekazal dalej mlodziezy. A chlonna pamiec Kokusia w mig zapamietuje takie durnoty. Szkoda, ze tabliczka mnozenia tak mu nie "wchodzi", ech... :/

W piatek nadeszla zapowiadana zmiana pogody. Na kilka dni ma wrocic lato, w calej, goracej i wilgotnej krasie. Piatkowy poranek zdawal sie temu raczej przeczyc. Nad ranem temperatura spadla do 9 (!) stopni. Kiedy czekalismy na autobusy, bylo ich 12, ale nisko wiszaca mgla sprawiala, ze wilgoc przenikala na wskros. Mimo bluzy, Nik wlazil pod moja welniana narzutke. Wystawala mu tylko glowa i smial sie, ze wyglada jak kangurek wygladajacy z torby mamy. ;) Poniewaz przez dwa dni moj syn nie zdolal zapamietac zeby spytac o zgubiona/zapomniana bluze, wiec tym razem zajrzalam do autobusu razem z nim. I okazalo sie, ze pani kierowca ma na fotelu za swoim, maly kacik "rzeczy znalezionych", a Kokusiowa bluza lezala praktycznie na wierzchu. Wystarczylo spytac (albo popatrzec). ;) Po odjezdzie dzieciakow znow porzucalam psu pileczke tak dlugo, az przestala do mnie wracac. :D Potem przewietrzyc sypialnie, umalowac "oko" i musialam wyruszac z domu takze i ja. W pracy kolejny niemal "samotny" dzien. Nie narzekam absolutnie. Lubie miec biuro cale dla siebie i delektowalam sie spokojem. Szczegolnie cieszyla mnie nieobecnosc najmlodszego pracownika, ktory ma biurko obok, ustawione prostopadle do mojego. Chlopak, zamiast siedziec odwrocony do wlasnego biurka (a wiec tylem do mnie), zaaawsze siedzi bokiem. Nie dosc, ze nie czuje sie komfortowo, bo mam wrazenie, ze on ciagle zerka co robie, to jeszcze, idac gdzies, wiecznie musze omijac jego wyciagniete nogi... :/ To byl trzeci dzien pod rzad, kiedy moglam wstac i isc, nie ryzykujac, ze sie o cos potkne. Poza nogami bowiem, chlopak ma paskudny zwyczaj porzucania na srodku plecaka, kurtki, itd. Lat 24, a czasem gorzej niz moje Potworki... :/ Tego dnia mielismy znow szalone popoludnie. Bi miala na 17:30 trening, przelozony ze srody. Nik normalnie ma w piatki na 17 trening, ale tym razem mial na 17:30 mecz, przesuniety z zeszlego weekendu i w sasiedniej miejscowosci na dodatek. Mozna sie troszke pogubic. :D A, i jeszcze sasiadka poprosila czy nie moglabym na mecz zabrac tez jej syna, ktory jest z Nikiem w zespole. Musielismy sie wiec z M. rozdzilic. On zabral Bi na trening, ja wzielam chlopakow na mecz. Po pracy zdazylam wiec tylko szybko cos przekasic, po czym pedem przynioslam Potworkom pilkarskie ciuchy, zgarnelam Mlodszego, mlodocianego sasiada i pojechalismy. Po poludniu korki byly koszmarne i na rozgrzewke dojechalismy niemal 10 minut spoznieni. Dobrze, ze nie na mecz. ;) Na szczescie chociaz z parkingiem nie bylo klopotow, co na tych boiskach wcale nie jest takie pewne. Jak na zlosc, pogoda, ktora w dzien zrobila sie piekna i niemal goraca, teraz ponownie sie spierdzielila. Nie dosc, ze wialo, nie dosc ze sie zachmurzylo, to jeszcze zaczelo kropic! :O Dobrze, ze wzielam moja welniana narzutke, ale za to mialam krotkie spodenki i nie wiedzialam jak siadac, zeby troche oslonic nogi, na ktorych mialam az gesia skorke... Trener jakos dziwnie tym razem prowadzil mecz. Dwoch chlopcow wymienialo sie na bramce, ale poza tym podzielil reszte na dwie grupy po 6 i co 10 minut po prostu wymienial cala szostke, ale zostawiajac ich na ciagle tych samych pozycjach. Pamietam, ze na wczesniejszych meczach zmienial tez chlopakom pozycje, tym razem jednak mial jakies zacmienie. Nik byl wiec caly mecz na obronie, ale kiedy spytalam czy mu to nie przeszkadzalo, odparl, ze nie, bo najpierw trener chcial go dac na bramke. :D Stwierdzam, ze caly zespol tego dnia jakos slabo gral. Wygrali w koncu 2:1, ale tamta druzyna byla naprawde slabiutka, wiec spodziewalabym sie, ze ten wynik bedzie wyzszy. Nie mieli jednak dwoch meczow pod rzad i mozliwe, ze wypadli z rytmu... Albo chlod i mzawka przeszkadzaly. ;)

Nie pytajcie co Mlodszy tu wyprawia, bo ze nie kopnal pilki tylem, to jest pewne :D
 

Po meczu odwiezlismy sasiada, wrocilismy do chalupy, po chwili dojechal M. z Bi i... trzeba bylo sie szykowac do lozek, bo kolejnego ranka znow mecze. :D

I to by bylo na tyle. Duzo sie w tym tygodniu dzialo roznych roznosci i chyba dlatego czuje sie mocno wypruta... Moze w nastepnym odpoczne. Aaaa, pewnie nie. :D

piątek, 13 maja 2022

Pilka, skrocone lekcje, warzywnik i tydzien, ktory zlecial niewiadomo kiedy

Duzo sie dzialo w minionym tygodniu i pewnie dlatego zlecial jak szalony. Dopiero co byla sobota i mecz Bi przy zimnie i wichurze (o tym za chwile), a za moment kolejny weekend i ponownie mecz, tym razem w goracu. No po co komu przejsciowe temperatury... :D

Taaak, pogoda na samym poczatku maja jest iscie "kwietniowa", czyli zmienia sie jak w kalejdoskopie. W piatek wieczorem lekko padalo, podobnie jak w nocy, ale sobotni poranek (7 maja) przywital nas bez deszczu. Zeby nie bylo za fajnie, bylo pochmurno oraz ledwie 10 stopni przy porywistym wietrze, wiec odczuwalna wyniosla "zawrotne" 7. Zgodnie z zapowiedziami, w skrzynce mailowej znalazlam maila z wydzialu rekreacyjnego naszej miejscowosci, ze odwoluja wszystkie mecze na naszych boiskach. Owo "naszych" to tutaj slowo - klucz, bowiem Nik mial, owszem, grac u nas, ale juz Bi miala mecz w innej miejscowosci. Co wiec z meczem dziewczyn?! Nie ja jedna mialam dylemat, bo komorka zaczela pikac sms'ami do trenera Bi, z wlasnie tym pytaniem. Biedny trener odpisywal cierpliwie, ze na tamta chwile nie slyszal o zadnych odwolaniach, ze wyslal wiadomosc do trenera przeciwnej druzyny, ale ze tamten narazie nie odpowiada... Zrozumiale, tyle ze jest juz grubo po 7 rano, a mecz mial sie odbyc o 9, dwie miejscowosci od nas i to na przeciwnym jej koncu. Prawie pol godziny jazdy, wiec zeby doliczyc czas rozgrzewki, trzeba bylo wyruszyc okolo 8:15. W koncu, o 7:30, telefon pika wiadomoscia od trenera, ze mecz sie odbedzie. Czyli, kurde, tam sie dalo, a u nas nie?! W kazdym razie wyjechalismy w miare na czas, dojechalismy bez przeszkod i udalo mi sie dorwac miejsce parkingowe zaraz za siatka ogradzajaca boisko. Cale szczescie, bo bylo tak pieronsko zimno, ze nie mialam ochoty wysciubiac nosa z pojazdu. Ostatecznie kiedy Bi grala, wychodzilam zeby lepiej widziec, ale jak tylko trener zdejmowal ja z boiska, zaszywalam sie w cieplym aucie. Najlepsze, ze dalam pannie oczywiscie dlugie spodnie, jak rowniez bluzke z dlugim rekawem pod koszulke zespolu. Na to jeszcze kazalam zalozyc jej kurtke, polecajac zeby ja zdjela jak bedzie grala. Bi burknela, ze jak bedzie jej goraco to zdejmie tez bluzke z dlugim rekawem. Parsknelam tylko, bo widzialam jaka jest temperatura. A potem obserwowalam, jak Starsza siedziala kulac sie tez pod kurtka. :D Dziewczyny wiec graly, zas Nik nudzil sie jak mops. Najpierw siedzial w aucie i napierdzielal na Nintendo, ale po jakims czasie energia zaczela go rozpierac. Dobrze, ze boisko mialo naokolo pas trawnika, wiec Mlodszy biegal w kolko, rozpinal kurtke i stawal pod wiatr udajac, ze ma peleryne niczym Superman, obiegl naokolo caly obszar, wyciagal z krzakow co wieksze galezie, a takze turlal sie z gorki za bramka. Ech... ;)

Turlanie z goreczki. Na zdjeciu wyglada na niemal plaska, ale na zywo byla na tyle "stroma", zeby turlajac sie nabrac nieco predkosci
 

Druzyna Bi tym razem kompletnie sie nie popisala i przegraly 3:1. To byl ich trzeci mecz i wydaje sie, ze w kazdym maja inny problem. Tym razem obrona leciala jak glupia za pilka przez cale boisko, a kiedy przeciwna druzyna ja przejmowala i biegla w nasza strone, okazywalo sie, ze maja puste boisko miedzy nimi a bramkarzem (bramkarka?) i moga sobie spokojnie strzelac. :D Nasze dziewczyny probowaly wracac ile sil w nogach, ale czesto bylo za pozno i w ten sposob "tamte" strzelily sobie trzy latwe gole.

Starsza przy pilce
 

A jedynego gola dla naszych, strzelila Bi! Panna wreszcie zaczyna sie rozkrecac z gra. Zaczela w koncu biec za pilka zamiast odkopywac ja do kolezanek i ogolnie jest duzo bardziej aktywna w czasie meczu. Ten okazal sie niespodziewanie dlugi, bo wraz z doliczeniem czasu zabranego przez przerwe w polowie, skonczyl sie o 10:15. Cale szczescie, ze Kokusia zostal jednak odwolany, bo mial sie rozpoczac dokladnie o tej godzinie. Doliczyc czas przejazdu i Mlodszy dotarlby gdzies na druga polowe. ;) A tak, spokojnie zajechalismy po kawe dla matki oraz niezdrowe napoje dla dzieci, po czym wrocilismy do chalupy. Potworki oddaly sie ulubionej weekendowej czynnosci, czyli wsiakly w elektronike, zas matka zabrala sie za sprzatanie. W koncu kolejnego dnia mieli przyjechac dziadek oraz chrzestny na tort z okazji urodzin Bi. Odkurzylam wiec i pomylam podlogi na dole, w miedzyczasie wstawialam, przekladalam oraz skladalam wysuszone pranie, rozladowalam i ponownie zaladowalam zmywarke oraz robilam milion innych rzeczy. Dobrze, ze M. wracajac z pracy zajechal po chinczyka, wiec chociaz o obiad nie musialam sie martwic (choc u nas i tak gotuje glownie tata). Pozniej tez ojciec zabral dzieciaki na podworko i chociaz temperatury nie powalaly, to zostal tam z nimi na niemal dwie godziny. Dzieki temu, kiedy dokonczylam odgruzowywac chalupe, na spokojnie konczylam tort i choc raz nie dekorowalam go o polnocy. ;)

Niedziela zaczela sie jak zwykle od mszy, na ktorej ksiadz zlozyl zyczenia wszystkim mamom, byl to bowiem tutejszy Dzien Matki. Potworki stropione, bo... zapomnialy. To znaczy, okazalo sie, ze Bi miala przygotowana laurke, ktora zaczela juz w szkole, ale zapomniala mi ja dac.

Laurka Bi - przod

I srodek - czy ktos ma jeszcze watpliwosci, ze Starsza lubi pisac? ;)

Nik... zapomnial kompletnie. Caly dzien po trochu smarowal po kartce i w koncu na wieczor mi ja wreczyl. ;)

Laurka Kokusia - z ludzkimi postaciami nie lubi sie wysilac, ale kawa musi byc :D

I srodek - krotko i wezlowato ;)

Po porannej mszy pojechalismy po kawe, a potem do chalupy, gdzie jeszcze poscieralam ostatnie kurze, wstawilam zmywarke, itd. Tate i chrzestnego zaprosilam miedzy 14 a 14:30, tak zeby bylo juz spokojnie po obiedzie, nie mialam bowiem ochoty gotowac dla wszystkich. Mojemu tacie cos sie jednak pomylilo i przyjechal juz o 13:45, kiedy Potworki dojadaly jeszcze lunch. Na szczescie A. przybyl zaraz po 14, wiec chwile pogadalismy przy kawie, po czym trzeba bylo zaspiewac Sto Lat solenizantce i pokroic tort.

Ktos tu sie intensywnie zastanawia nad zyczeniem
 

Nieskromnie napisze, ze wyszedl przepyszny (jak zawsze, hehe). Masy zrobilam jak zwykle sernikowe, jedna z dodatkiem kakao i pod ta kakowa dalam jeszcze warstewke dzemu truskawkowego. Okazalo sie to strzalem w dziesiatke, bo lekko kwaskowaty dzem fajnie przelamywal slodycz masy. Niestety zjadlam lunch razem z dzieciakami, wiec ledwie wcisnelam jeden spory kawalek ciasta. To juz Bi lepiej poszlo, ale ona ogolnie az piszczy za slodyczami. ;) Moj tato, chrzestny oraz M. pozarli za to po dwa wielkie kawaly i wlasciwie bylo po torcie. :O Tyle roboty na 15 minut jedzenia! :D Tylko Nik tortem pogardzil, bo on z kolei do slodkosci jest bardzo wybredny i nie smakuje mu domowa bita smietana, ktora sluzy mi za polewe. No trudno. ;)

W calej okazalosci
 

Biedna Bi miala w tym roku strasznego pecha z prezentami. Pisalam juz ostatnio, ze ksiazki o dojrzewaniu oraz "zestaw pomocy" dla mlodej kobietki ode mnie, raczej ja zawstydzily niz ucieszyly. Tym razem nie popisal sie dziadek. :D Od chrzestnego otrzymala wisiorek i kolczyki i jako, ze to jest "sroczka", byla zachwycona. Dziadek zas... pokazal, ze zupelnie wnuczki nie zna. Pytal mnie kilka dni wczesniej co jej kupic, bo nie mial pojecia, a nie chcial dawac pieniedzy czy karty podarunkowej. Zaproponowalam, ze moze maskotke - poduche, bo Bi ma jedna i tak jej sie spodobala, ze wierci mi dziure w brzuchu o kolejna. Wyslalam dziadkowi zdjecie jak to wyglada i nawet liste sklepow, gdzie mozna dostac. Zreszta, dostepne sa niemal wszedzie, gdzie maja zabawki. Taka moda ;) W kazdym razie, ja wyslalam zdjecie jakiegos zwierzatka, liska bodajze. A co kupil dziadek? Tak, poduszko - maskotke, ale... Else! A do kompletu zestaw malutkich ksiazeczek o disney'owskich krolewnach, ktore przeznaczone sa moze dla 6-latkow! :D Nie mam pojecia, co za zacmienie go chwycilo, bo Bi ksiezniczki znienawidzila juz kilka lat temu, a on nagle wyskakuje z czyms takim... Musze jednak przyznac, ze Starsza zachowala sie wzorowo; grzecznie podziekowala i niczym nie zdradzila, ze prezenty jej nie podeszly. Po odjezdzie gosci ustalilysmy, ze ksiazeczki oraz poduszke schowamy na prezent dla jakiejs malej dziewczynki (moze kuzynki z Polski?), a ja zamowie jej upatrzona poduche - tygryska. ;)

Poniedzialek przyniosl w koncu ocieplenie, ktore mialo potrwac dluzej niz jeden - dwa dni. Tego dnia jeszcze bylo srednio. Po poludniu temperatura podniosla sie do 18 stopni, ale znow bylo bardzo wietrznie (nie wiem co ostatnio jest z tymi ciaglymi wichurami, bo my nie mieszkamy nawet na wybrzezu!), wiec kiedy rano mielismy 8 stopni, bylo wrecz nieprzyjemnie. Az zastanawialam sie czy dzieciakom nie bedzie za chlodno w grubych bluzach zalozonych na krotkie rekawki, choc oni nie zglaszali pretensji. :) Co prawda wieczorem Bi zaczela smarkac, ale tu zwalam raczej na sobotni mecz. Jak zawsze w poniedzialki, Nik mial trening na basenie, ale pojechal i wrocil z M. Przyznaje, ze fajnie bylo tak sobie posiedziec w chalupie. Mniej fajny byl list z banku, w ktorym mam pozyczke na auto. Zmienilismy ubezpieczenie na dom oraz samochody (juz dobrych kilka tygodni temu, chyba pod koniec marca) i nie wiem gdzie zaszedl blad, ale dostalam list, ze dostali zawiadomienie, ze aktualnie nie mam polisy i jesli nie przesle im dowodu, ze auto mam ubezpieczone, oni sami je ubezpiecza, a kosztami obciaza mnie. Nosz kurna! O liscie powiedzial mi przez telefon M., wiec nie czekajac wybieglam z pracy i pojechalam do banku. Niestety, tam oznajmili, ze po pierwsze, tym zajmuje sie jakas osobna, wynajmowana przez nich, firma, a po drugie, karteczka z numerem polisy, ktora mam w samochodzie nie wystarczy, bo oni musza zweryfikowac, ze na polisie oficjalnym wlascicielem auta jest bank. No wiadomo, niestety, moje auto na papierze wcale moje nie jest. ;) Wrocilam do domu nie zalatwiwszy nic. Przejrzelismy z M. wszystkie papiery, ktore mamy z ubezpieczenia, ale na zadnej kartce nie bylo zaznaczonego wlasciciela. :/ No to telefonik do naszej agentki, co do ktorej mam podejrzenia, ze to ona cos namieszala. Zmiana ubezpieczyciela to w koncu przeciez jej broszka. Po to mam agenta, zeby nie musiec uzerac sie z takimi rzeczami. Babka oznajmila, ze to naprawi i mam nadzieje, ze tak bedzie, bo niepotrzebny mi stres...

Pogodowo wtorek byl bardzo podobny do poniedzialku, ale ociupinke lepszy. Piekne slonce, 21 stopni, ale niestety porywisty wiatr. Przy takiej temperaturze nie robilo to roznicy, ale z samego rana, kiedy ta wynosila ledwie 11, sprawial, ze bylo lodowato. Az Nik sam z siebie zapial bluze, o co zwykle nie moge sie go doprosic. ;) Po poludniu bylo jednak cudownie, choc ja niestety nie skorzystalam. Tego dnia mielismy ponownie zbior komoreczek dla kolejnego pacjenta, wiec kiblowalam w pracy do pozna. Nie narzekam jednak, bowiem jak wszyscy u nas w pracy, jestem juz zmeczona tym, jak bardzo badania kliniczne rozciagaja sie w czasie i chce po prostu skonczyc ta pierwsza grupe pacjentow. Kazdy kolejny przesuwa kolejke do przodu. :) Niestety, po nim (niej wlasciwie, bo to kobieta) zostalo jeszcze trzech i choc moglibysmy ich odfajkowac w trzy tygodnie, to miedzy grafikiem urlopow naszym, klinik oraz pacjentow, kolejny (lub kolejni, bo moze uda sie dwoch za jednym razem) bedzie dopiero w czerwcu, a nastepny niewiadomo kiedy. :/ Przez chwile istnialo ryzyko (lub szansa; zalezy jak na to spojrzec) ze jednak wyjde normalnie, bowiem nasze komoreczki cos sie zbuntowaly i zaczely padac. Z jednej strony moglabym skorzystac z pieknej pogody, przynajmniej troche, bo Bi i tak miala na 18 gimnastyke, ale z drugiej, tak jak pisalam wyzej, frustracja, ze tyle sie to ciagnie, zaczyna juz siegac zenitu. W koncu jednak zywotnosc probki sie wypoziomowala i okazalo sie, ze zmiescila sie w "widelkach", laboranci mogli wiec dzialac dalej. Ja zas zaparzylam sobie kolejna kawe i siegnelam po kolejny papier do zatwierdzenia. ;) I wszystko byloby ok, ale ze szefa nie bylo w pracy, raport musialam przeslac mu elektronicznie. On niestety musial go podpisac, zebym i ja mogla zlozyc podpis, a potem wyslac go do kliniki. Tymczasem, przeslalam mu go i... nic. Mija 5 minut, 10, 15... W koncu napisalam do administratorki, czy moglaby sie z nim skontaktowac i dac znac, ze czekam na jego podpis. Minelo kolejnych kilkanascie minut zanim podpisal dokument, potem oczywiscie program komputerowy mi sie zbiesil i nameczylam sie zeby doczepic podpisana strone do raportu. W rezultacie wyszlam o 20... Niby nie najgorzej, bo ktoregos razu byla chyba 21:30, a tak to zdazylam akurat na pore kladzenia dzieciakow spac, ale dzien byl meczacy, nie da sie ukryc...

W srode Potworki mialy skrocone lekcje, wiec stwierdzilam, ze jak mam sie przenosic z laptopem z biura do chalupy, co jak wiadomo rozprasza i wybija z rytmu, to po prostu bede pracowac z domu. Meczacy poprzedni dzien dodatkowo zmotywowal mnie do tej decyzji. ;) Wiedzac, ze bede w domu, dzieciaki uprosily mnie oczywiscie zebym ich zawiozla i odebrala ze szkoly. Koniec koncow mialam wiec i tak dosc zabiegany dzien. Rano rozwiozlam Potworki po placowkach w zawrotnej liczbie dwoch (:D), po czym, korzystajac z tego, ze szkola Bi znajduje sie doslownie kilka minut od sklepu z dzialem ogrodniczym, pojechalam po nasiona oraz sadzonki warzyw. Dostalam wszystko... poza ogorkami gruntowymi. :/ Oznaczalo to, ze po glupie ogorasy musialam kolejnego dnia jechac specjalnie gdzie indziej, ech. Kupilam tez przy okazji kwiaty do donic.

Zakupy
 

Przez nastepne kilka dni miala byc przepiekna, letnia pogoda, wiec planowalam ja spozytkowac na roboty "ziemne". :) Po powrocie zdazylam zaparzyc kawe i musialam laczyc sie na meeting. Ten na szczescie nie byl zbyt dlugi. Potem probowalam sie rozdwoic, jednoczesnie pracujac i wstawiajac pranie, zmywarke, zmieniajac posciel u dzieci... I ani sie obejrzalam, a czas byl jechac po potomstwo. Odebralam szanownych panstwo, zajechalismy po kawe (dla mnie) oraz mrozone napoje (dla dzieciakow) i wrocilismy do chalupy. Zagonilam w koncu mlodziez do odrobienia pracy domowej z Polskiej Szkoly, bo przez pilke nie chodza na zajecia, lecz chce zeby nauczycielki widzialy, ze cos tam jednak robia. 

Tu lekcje, a w tle muzyka z iPadow ;)
 

Zostaly tylko dwie soboty. Potem jest dlugi weekend (bez zajec), wycieczki i juz zakonczenie roku. W kazdym razie Potworki mocno protestowaly, ale odrobily lekcje polskie oraz hamerykanckie, a i tak mieli mnostwo czasu na siedzenie w tabletach. Normalnie w tygodniu nie wolno im tykac elektroniki do 19, ale z racji skroconych lekcji, uleglam i pozwolilam wziac je wczesniej. ;) Na 17:30 obydwoje mieli sporty - Nik plywanie, a Bi pilke, wiec rozdzielilismy sie z M. i on zabral syna, a ja corke. Mlodszy co prawda cos tam jeczal, ze mial skrocone lekcje, wiec to prawie jak dzien wolny i on chce sie zrelaksowac, wiec nie jedzie na basen... Ojciec jednak szybko postawil go do pionu, ze nie chce plywac, ok, ale wtedy wszyscy jedziemy na trening Bi. Ona bedzie kopac pilke, a my chodzic wokol boiska zeby zazyc troche ruchu. Nik szybciutko oznajmil, ze pojedzie jednak plywac... :D Ze Starsza pojechalam wiec sama i samotnie krazylam wokol boiska.

Pilka w grze
 

Tego dnia temperatury doszly do 24 stopni, wiec az zal bylo nie skorzystac, chodzilam wiec po boisku oraz placu zabaw i okrazylam dawna szkole Potworkow. Wzruszylam sie przy okazji, bo przez okna dojrzalam ich swietlice (stolowke) oraz dawne klasy, ktore znajduja sie na parterze. Dopiero co byli tacy mali, w I klasie i zerowce... A teraz Bi idzie do VI, Nik zmienia szkole... Ech, leci ten czas jak szalony... Kiedy wrocilysmy z pilki, chlopaki juz oczywiscie byli, wiec kolacja czekala, a potem to juz szykowanie dzieciakow do spania. Z tym spaniem to bedzie teraz mordega, bo nadeszla taka glupia pogoda, gdzie w dzien jest bardzo cieplo, wiec dom, a szczegolnie gora, nagrzewa sie niemilosiernie, nawet pomimo otwartych wszystkich okien. Noce byly jednak nadal bardzo zimne, nie bylo wiec sensu wlaczac klimy, szczegolnie, ze ta idzie na caly dom, a dol jest sporo chlodniejszy. Zostawia wiec czlowiek uchylone okna, a potem w nocy szczeka zebami, bo dom sie wychladza i w sypialniach robi sie lodowato. I tak az do pelnego lata, kiedy bedzie po prostu goraco i wilgotno i klima bedzie chodzic calutki czas. ;)

Czwartek byl kolejnym dniem ze skroconymi lekcjami dla dzieciakow, a dla mnie pracy z domu. To znaczy "oficjalnie" pracy, bo w praktyce niewiele z tego wyszlo. :D Wiekszosc dnia kursowalam w te i nazad, niczym zawodowy kierowca. Rano zawiozlam dzieciaki do szkol, po czym wpadlam do domu, wyslalam maile do sekretariatow, ze Potworki beda odebrane przez rodzica i pojechalam na tygodniowe zakupy. Fajnie bylo je zrobic rano, zamiast zasuwac po robocie. ;) Przy okazji przydarzyla mi sie mila rzecz. Przepuscilam w kolejce do kasy jakas pania, ktora trzymala tylko mleko, podczas gdy ja mialam zaladowany caly koszyk. Czesto tak robie, bo szkoda mi ludzi, ktorzy maja pojedyncze rzeczy, a musieliby czekac az ja wyladuje caly swoj stos, potem kasjer to zeskanuje, itd. Pani podziekowala i chetnie wskoczyla przede mnie. Kiedy w koncu przyszla dla mnie pora placic, okazalo sie, ze pani poprosila, zeby reszta z jej zaplaty zostala odjeta z mojej sumy. To niby drobiazg - raptem $1.5, ale i tak milo mi sie zrobilo. :) Poniewaz w przyrodzie zawsze musi byc rownowaga, wiec zepsula nam sie mikrofala. Buczy jak traktor i nie grzeje. :/ Mamy ja raptem 4 lata!!! Jeszcze w srode wieczor dziala bez zarzutu, a juz w czwartek rano stanela okoniem. Mikrofala podwieszona nad kuchenka i sluzaca jednoczesnie za pochlaniacz, wiec zrobienie z nia czegokolwiek to nie takie hop-siup. Wlasciwie to juz mentalnie spisalam ja na straty, ale M. poszukal, popatrzyl i twierdzi, ze chyba wie, co to za czesc padla. Zamowiona i czekamy, a poki co odgrzewamy wszystko w piekarniku lub garnuszkach. Powrot do przeszlosci. ;) A, tak w ogole taka malutka czesc kosztuje prawie $100. To niemal 1/4 ceny mikrofali! Ouc... :/ 

Wracajac jednak do naszego dnia. Wrocilam do domu, rozpakowalam zakupy, zjadlam szybko jogurt bo zoladek mi sie juz do kregoslupa przyklejal, po czym popedzilam do sklepu ogrodniczego, w ktorym z zeszlego roku pamietalam, ze maja ogorki gruntowe. Na szczescie w tym tez mieli. :) Sklep niby w naszym miasteczku, ale na jego przeciwleglym koncu, wiec dojechanie, zakup oraz powrot zajely mi na tyle duzo czasu, ze po powrocie mialam 20 minut na zlapanie oddechu i jechalam po Potworki. Odbieralam przy okazji dwie corki sasiadki i przywozilam cala ferajne do nas, a jakby czworka dzieci to bylo malo, to jeszcze na dokladke przyjechal kolega Kokusia. Planowo mialam go tez odebrac ze szkoly, ale jego mama stwierdzila, ze woli zeby wrocil autobusem i przyjechal do nas na rowerze, bo wtedy bedzie mogl sam wrocic. Wygodnie. :D Tak czy owak, ostatecznie mialam pod opieka piatke mlodziezy, ale przyznaje, ze zachowywali sie calkiem poprawnie.

Gromadka; kolege Kokusia zaslonila kolezanka Bi :)
 

Problemy pojawily sie kiedy czas byl pogonic towarzystwo do domu. :D Mama dziewczyn napisala, zeby wracaly, na co mlodsza oznajmila, ze ona nie ma zadnych zajec, wiec moze zostac. Starsza ma zegarek z telefonem, wiec zadzwonila do rodzicielki, ktora oznajmila, ze jest odwrotnie - to starsza moze zostac, a mlodsza ma wracac. Panna byla tak obrazona, ze pomaszerowala do domu, mimo ze zawolalam, ze albo ja zawioze, albo starsze dziewczyny maja jej towarzyszyc. To niby niedaleko, na drugim koncu naszej ulicy, ale ja nie lubie nawet jak 3 lata strasza Bi sama lazi, a ta mala w dodatku mialam pod opieka. W koncu Bi i jej kolezanka i tak za nia pobiegly, bo stwierdzily, ze starsza panna wezmie swoj rower. Tyle, ze zostawila u nas i plecak i skrzypce! Pozniej pytam kolege Nika o ktorej ma wrocic do domu? O ktorej bedzie chcial. Aha, super; jak ja to lubie! :D Bi z kolezanka wrocily i na szczescie zostaly juz na podworku, ale chlopakow nie moglam wygonic na dwor. To znaczy, Nik chcial, ale kolega upieral sie zeby nadal napierdzielac na Playstation... Bylo tak pieknie, prawdziwe lato (26 stopni!), ze w koncu ostrzej ich opierniczylam i kazalam wylaczyc konsole. Wtedy wreszcie wylezli na swieze powietrze. ;)

Dziewczyny w akcji
 

Oni sie bawili, a ja w tym czasie zaczelam sadzic warzywa. Chwile wczesniej M. wrocil z pracy i jeszcze raz przekopal mi warzywnik, bo gleba juz zdazyla sie ubic.

A tu malzonek w akcji ;)
 

Posadzilam wszystkie sadzonki, ale z nasionami chcialam poczekac na Potworki, bo oni uwielbiaja siac. Coz, tego dnia juz tego nie zrobili. W miedzyczasie kolezanka Bi musiala jechac do domu, przy czym potrzebowala zeby Starsza jej pomogla ze wszystkimi klamotami. Jedna wziela plecak, druga skrzypce (ktorych pokrowiec ma szelki, wiec mozna go zalozyc na plecy) i pojechaly. A mogly to wszystko wziac wczesniej, to nie... ;) Kiedy skonczylam w warzywniku, w koncu oznajmilam koledze Kokusia, ze czas na niego. Nie czuje sie komfortowo praktycznie "wyrzucajac" go, ale bez przesady. Spedzil u nas i tak trzy godziny. Byla 17:30. Gdybym go nie pogonila, ciekawe o ktorej godzinie jego rodzice by sie upomnieli o syna? ;) Potem chcialam jeszcze podlac posadzone warzywa oraz kwiaty, ktore czekaja na swoja kolej, ale... M. nie zalozyl nowych koncowek do wezy, z kranika sikala woda i musialam poczekac az maz zrobi z tym porzadek. Przy czym on sie irytowal, ze mu doope zawracam, a ja sie irytowalam, bo wiedzial przeciez, ze bede sadzic warzywka, a wiec bede potrzebowala weza... A potem juz zrobila sie 18 i czas byl przygotowac sie na kolejny dzien. :)

Stan warzywnika na dzien dzisiejszy. Te jasne "farfocle" to sloma, z ktora byly wymieszane kurzece gowienka :D

Piatek zaczal sie... interesujaco. Ale w dobrym znaczeniu! :) Tego dnia szkola Kokusia podjela (po dwoch latach pandemii) ponownie inicjatywe "Ride your bike to school". Ma to byc niby promocja ruchu na swiezym powietrzu oraz bezpieczenstwa. Troche smieszne, bo przedmiescia sa tu tak rozwleczone, a przy tym w wielu miejscach nie ma chodnikow, ze do szkoly na piechote (lub rowerem, choc to rzadko) chodza tylko dzieci, ktore mieszkaja doslownie obok niej. Reszta dojezdza autobusami lub jest odwozona przez rodzicow. Szkola Potworkow jest jednak jedyna w naszej miejscowosci, ktora znajduje sie przecznice od szlaku rowerowego i ktos kiedys wpadl na pomysl, zeby zorganizowac dzieciakom przejazd do szkoly z jednego z przy-szlakowych parkingow. Potworki nigdy wczesniej nie braly w tym udzialu, bo oba ich rowery (choc wtedy mieli je duzo mniejsze) nie miescily mi sie w aucie, a nie mielismy bagaznika do rowerow albo byl on przyspawany do przyczepy. Na codzien mieszkamy zaraz przy jednej z odnog szlaku rowerowego, wiec nie potrzebujemy przewozic rowerow. ;) To bylo kiedy dzieciaki chodzily odpowiednio do I i II oraz do 0 i I klasy. Potem byly dwa lata koronaswirusa, kiedy wiekszosc szkolnych atrakcji zostala zawieszona. W koncu w tym roku jazda na rowerze do szkoly wrocila, a ze Nik jest zapalonym rowerzysta, wiec oczywiscie strasznie chcial wziac w tym udzial. Ja mniej, bo po pierwsze, mialam jeszcze na glowie Bi oraz perspektywe pozniejszej jazdy do pracy, a nie wiedzialam jak duzo czasu zajmie cala "impreza". Po drugie zas, zbiorka byla o 7:30 rano, co oznaczalo pobudke po 6, a dla takiego spiocha jak ja, to tortura. :D Niechetnie wiec, ale sie zgodzilam, bo to dla Kokusia byla ostatnia okazja, z racji, ze od wrzesnia zmienia szkole. Powiedzialam Mlodszemu, zeby pamietal jak bardzo go kocham, skoro wstaje bladym switem zeby mogl przejechac sie z kumplami na rowerze. ;) Kolejna zagwozdka bylo to, ze do mojego auta zmiesci sie jego maly BMX, ale Nik uparl sie ze chce wziac wiekszy rower z przerzutkami "bo koledzy go wyprzedza na gorkach" (tragedia, zaiste). Musielismy sie wiec zamienic z M. na auta. On wzial mojego SUV'a, a ja jego wielkiego pickupa. Kolejne poswiecenie dla syna, z racji, ze nigdy samochodem meza nie jechalam i nie mialam ochoty zaczynac. :D 

Wstalismy z samego ranka, ale choc Nik zwykle jest niedobudzony i zly, tym razem oczywiscie zerwal sie niczym skurwonek. :D Udalo nam sie nawet sprawnie wyszykowac i pojechalismy. Zbiorka byla na parkingu z dostepem do trasy rowerowej. Wlasciwie byly dwie: jedna dla klas od 0 do III, blizej szkoly, a druga dla najstarszych IV klas, kawalek dalej, w sasiedniej miejscowosci. My oczywiscie pojechalismy na te dalsza. Samochodem to 10 minut z hakiem od naszej chalupy, wiec nie tak zle, ale na rowerach, szlakiem, ktory wiedzie wzdluz rzeki, odbijajac od glownej drogi, to do szkoly 20 minut pedalowania. Na czele ustawila sie gromada chlopcow, wraz z Kokusiem oczywiscie, ktora wyrywala sie do przodu i cale szczescie, ze nad grupa czuwalo kilku panow (oraz gromadka rodzicow), ktorzy potrafili zapanowac nad mlodymi wariatami. :D

Czwartoklasisci szykuja sie do jazdy; Nik na przodzie, a jak ;)
 

Punktualnie o 7:40 cala banda ruszyla w kierunku szkoly. Ja i Bi tez pojechalysmy z powrotem, ale na spokojnie i bez pospiechu, bo wiadomo, autem zajelo to duzo krocej. Tuz po 8 najstarsza grupa zajechala pod szkole, zziajana bo przeciez na bank cala trasa to byl wyscig. Mlodsze dzieciaki zjezdzaly sie jeszcze z kwadrans. ;) A potem... wszyscy staneli i nikt nie wiedzial co dalej. Sasiadka powiedziala mi, ze w poprzednich latach dzieciaki dostawaly jakis poczestunek i wchodzily do szkoly. Tym razem jednak stali tam tylko rodzice, ktorzy nie bardzo chcieli zostawiac dzieciakow bez opieki (tym bardziej, ze te rozbiegly sie po boisku oraz placu zabaw, rozrabiajac niczym pijane zajace) i nawet nauczyciel w-f'u, ktory byl jednym z organizatorow, sie ulotnil. ;)

Pozowanie przy szkolnej scianie :D Murzyn (Afro-amerykanin, wiem), Hindus, Azjata, dwoch muzulmanow, blondyni, bruneci... najwazniejsze ze wszyscy sie lubia :)
 

Dopiero gdy zaczely zjezdzac sie school bus'y z pozostalymi uczniami i wybila magiczna godzina 8:30 (kiedy otwieraja sie podwoje szkoly), ktos w koncu pomyslal, zeby otworzyc tylne drzwi i zwolac mlodziec do srodka. Nik polecial wiec na lekcje (spocony i z wlosami jak po prysznicu, bo juz bylo 20 stopni, a na dokladke 70% wilgotnosci), a my z Bi wrzucilysmy jego rower na pake i popedzilysmy do jej szkoly, a z tamtad ja prosto do pracy. Cieszylam sie, ze wszystko ze soba zabralam, rano bowiem przechodzilo mi przez mysl, ze moze rowerzysci wroca z przejazdzki, wejda od razu do szkoly, a ja i Bi zdazymy jeszcze wpasc do chalupy na pol godzinki. Okazalo sie, ze w zyciu bym nie zdazyla. ;)

Jak to w piatek, Nik mial trening pilkarski, choc tylko dzieki zaangazowaniu rodzicow. Syn trenera ma bowiem ceremonie rozdania dyplomow na uczelni w weekend i trener odwolal cwiczenia oraz sobotni mecz. Drugi tydzien pod rzad... Mlodszy spuscil nos na kwinte, a niektore dzieciaki musialy podniesc niezly raban, bo skrzyknelo sie paru tatusiow i postanowili trenera zastapic. Mecz juz zostal przelozony, ale niech chlopcy maja chociaz trening. Pojechalismy znow cala rodzina. Nik gral, bo zastepczy trener urzadzil im towarzyski mecz, M. zaladowal mi jeszcze troche kory na pake auta, a potem lazil wokol terenu, Bi cwiczyla pilke z tata swojej kolezanki (ktory przyjechal tam na trening swojej mlodszej corki i najwyrazniej minal sie z powolaniem, bo ma pasje do trenerstwa :D), a ja nadrabialam socjalnie, nawijajac z innymi rodzicami z druzyny. ;) Dla kazdego cos milego.

Ten w pomaranczowej koszulce i niebieskich kolanowkach, to Nik
 

Po treningu jeszcze tylko po kawe i do domu. Tam niestety - stety, zamiast poczatku weekendowego relaksu, doszedl mi nowy obowiazek - podlewanie warzywek. Ale czego sie nie robi, zeby potem miec wlasne malosolne i leczo ze swojskiej cukinii. ;)

Do poczytania!

piątek, 6 maja 2022

Kolejny tydzien - pierwszy majowy

Za nami kolejna szalona sobota, 30 kwietnia. Chociaz, tak naprawde to moglo byc jeszcze gorzej. ;) Tego bowiem ranka, na 9 Nik mial mecz w naszym miasteczku, a na 10 Bi swoj, ale w miejscowosci obok. Wiedzac, ze M. zwykle w soboty rano pracuje, szykowalam sie, ze zgarne Mlodszego po meczu i popedzimy na rozgrywke Starszej. Juz nawet uprzedzilam jej trenera, ze spozni sie jakies 15 minut. Tymczasem niespodziewanie M. dostal wolne, dzieki czemu moglismy sie rozdzielic i kazde wziac po dziecku. :) Poniewaz tydzien wczesniej M. pojechal z nami na mecz Bi, tym razem wzial Nika, co bylo mi bardzo na reke skoro jego mecz byl wczesniej. Zyskalam odrobine wiecej czasu na spokojne wyszykowanie sie. ;) Chlopaki pojechali wiec, a my z Bi kolejna godzine pokrecilysmy sie po domu. W koncu jednak przyszla i na nas pora zeby ruszyc. Panna grala w tym samym miejscu co ostatnio, a od nas to jakies 10 minut jazdy, dojechalysmy wiec szybko. Parking niespodziewanie tez znalazlysmy zaraz po wjezdzie na teren sportowy, Bi pobiegla na rozgrzewke, a ja rozsiadlam sie na krzeselku. I... o rany jak bylo zimno! Juz trzeci dzien z rzedu wial lodowaty, polnocny wicher, strasznie porywisty. Bylo okolo 10 stopni i rano stoczylam oczywiscie walke z obojgiem dzieci, bo dalam im dlugie spodnie i bluzki z dlugimi rekawkami pod koszulki zespolow. Oboje byli oburzeni, ze "przeciez jest cieplo!". Taaa... Rzecz jasna, nawet po meczu zadne sie nie przyznalo ze bylo im zimno, tylko zarliwie zapewniali, ze goraco... :D Coz, w sumie oni biegali, ja jednak siedzialam i choc mialam wiosenna kurtke, to kiedy wial wiatr, zakladalam kaptur bo balam sie, ze mi lewe ucho zawieje. Oczywiscie o tej porze roku, kiedy wicher na chwile ustawal, robilo sie goraco, bo slonce jednak mocno juz przygrzewa. Na zmiane wiec nakladalam i zdejmowalam nieszczesny kaptur. ;)

Pilkarski balet w wykonaniu Bi
 

Druzyna Starszej jakims cudem grala przeciw tej samej co tydzien wczesniej i skonczyla ponownie z wygrana 1:0. Tym razem dziewczyny mialy odwrotny problem niz ostatnio; wtedy czekaly zeby strzelic az beda idealnie ustawione, tym razem strzelaly z daleka i z boku. W rezulatcie przynajmniej 4 razy pilka przeleciala sobie obok bramki. W dodatku wszystkie te akcje przeprowadzone byly wlasciwie przez jedna zawodniczke. Reszta druzyny nadal "spi". :D Jedna z tych spiacych byla niestety Bi. Ustawiona na pozycji srodkowego lub ataku, jak ostatnio, przejmowala pilke i natychmiast odkopywala ja dalej. Zamiast tez biegac po boisku, krazyla przy "obcej" bramce, jakby w nadziei, ze pilka sama do niej przyleci, a ona po prostu sie odwroci i strzeli gola. :D W drugiej polowie trener dal ja na obrone i tu jakby odzyla. W koncu aktywnie przecinala droge przeciwniczkom i odkopywala pilke jak najdalej. Przynajmniej widac bylo, ze biega. ;) Sama po meczu stwierdzila, ze najbardziej lubi pozycje obrony. Wracamy wiec do punktu wyjscia, bo pamietam, ze w pierwszym sezonie tez trzymala sie pozycji obroncy i nie chciala probowac zadnej innej. Potem nabrala pewnosci siebie i zaczela byc ogolnie bardzo dobrym zawodnikiem i... w tym sezonie zaliczyla kompletny zwrot. ;) Po meczu wrocilysmy do chalupy, gdzie dowiedzialam sie, ze po pierwsze, chlopaki kupili po drodze sushi, a po drugie, druzyna Kokusia wygrala 6:3. Tym razem Mlodszy nie strzelil zadnego gola, ale ze wygrali, to nie narzekal. :) To nie byl koniec zajec sportowych na ten dzien, bowiem Nik mial... zawody plywackie! Jeszcze w czwartek pytalam go czy jest pewien, ze chce jechac rano na mecz, a po poludniu na wyscigi na basenie, bo to byl taki ostatni dzwonek, zeby zmienic zdanie i dac trenerowi znac, ze nas nie bedzie, bez robienia klopotu z ustawianiem od nowa wyscigow. Mlodszy oznajmil, ze jest pewnien, ze chce. No dobra. Wracam z Bi z jej meczu, mowie ze Nik musi cos zjesc przed zawodami, a co na to ten moj syn? Ze on jednak nie chce plywac!!! Myslalam, ze go udusze! Oczywiscie musial to palnac przy M., ktory natychmiast fuknal na mnie, ze ja znowu cos wymyslam i ze jak to Nik ma zaliczac dwa sporty w jeden dzien?! Mowie, ze przeciez dzieciaka pytalam, ale malzonek juz naburmuszony, ze slucham malolata. No niestety, wydaje mi sie, ze 9-latek jest juz na tyle duzy zeby wiedziec czy ma ochote, bo ze fizycznie da rade, to wiedzialam sama. Gdybym po meczu zaproponowala mu, ze pojedziemy na rowery, zgodzilby sie bez mrugniecia okiem, bo to dziecko i ma niespozyte poklady energii. W kazdym razie fuknelam na Mlodszego zeby nie robil sobie jaj, bo nie odmawia sie tak w ostatniej chwili bez waznego powodu, on burknal, ze "Dobra, dobra, pojade!", a wiec zjadl, spakowalam torbe i pojechalismy. :) 

Pewnie pamietacie, ze trener przyslal maila z lista zawodow, na ktorej nie bylo Kokusia? Dopiero w sobote poznym rankiem odpowiedzial, ze dziekuje ze to zauwazylam i ze juz poprawil, ale poprawionej listy nie zalaczyl. :D Dopiero na miejscu Nik mogl sprawdzic wiec, jakie style mu przydzielono. Na szczescie wszystkie mu odpowiadaly. Plynal wiec 50m kraulem, 100m kraulem (bez sensu wg. mnie takie powtorzenie), 50m stylem grzbietowym oraz takie dziwne polaczenie, kazdym z 4 stylow po jedna dlugosc basenu, czyli w sumie 100m. Ponownie brakowalo dwoch najszybszych chlopcow z jego przedzialu wiekowego, wiec ta moja uchatka wygrala wszystkie cztery konkurencje. :D

Wygrana # 1. W kazdym wyscigu bralo udzial trzech zawodnikow, ale trzeci (nie ten sam) za kazdym razem zostawal tak daleko w tyle, ze nie miescil mi sie w kadrze ;)


 

Wygrana # 2. Tutaj bylo blisko, ale jednak Nik wysunal sie na prowadzenie

Wygrana # 3. Czwartego wyscigu nie nagrywalam bowiem tez byl dlugi, na 100m i stwierdzilam, ze co za duzo, to niezdrowo ;)

Osobiscie znowu bylam "biegaczem" i zgodnie z nazwa nabiegalam sie za wszystkie czasy. Szczegolnie ze okazalo sie, iz brakowalo jednej osoby do mierzenia czasu, wiec drugiemu "biegaczowi" wreczono jednak stoper i zostalam sama. ;) Nie krzywdowalam sobie jednak, powtarzajac w myslach, ze przynajmniej mam zaliczony ruch na ten dzien. ;) Dzieki temu mialam czas troche przypilnowac Kokusia. Nagralam spokojnie trzy z jego wyscigow, a potem kilka razu gonilam go z recznikiem i wycieralam. Nie rozumiem bowiem czasem tego mojego syna. Niby 9 lat to juz nie dzidzius i powinien miec troche zdrowego rozsadku. Wiekszosc dzieciakow miedzy zawodami owijala sie recznikami i tak chodzila. A Nik? Przychodzil cos do mnie gadac, sine usta, caly sie trzesie i... mokry. Pytam dlaczego sie nie wytarl. Macha reka, ze nie musi. No jak nie musisz, jak cie calego az telepie?! :O Miedzy zbieraniem karteczek wiec, ganialam jeszcze za dzieckiem zeby go wycierac, ech...

A jesli myslicie, ze na ten dzien to juz wszystko, to... sie mylicie. ;) Na niedzielny ranek M. mial bowiem plany, a to oznaczalo, ze chcial pojechac w sobote na popoludniowa msze! Po basenie wrocilam wiec z Kokusiem do chalupy, na godzine klaplam na fotel bo nogi mi, za przeproszeniem, w doope wlazily, po czym trzeba sie bylo zrywac ponownie. W kosciele na szczescie moglam chwile posiedziec i poza okazjonalnymi pytaniami dzieciarni: "A dluuugo jeszcze?", mialam spokoj. ;)

Stwierdzam, ze sie starzeje. Kiedys, jeszcze niedawno, taki bieg zupelnie mi nie przeszkadzal; przeciwnie, lubilam jak sie cos dzialo. I w zasadzie nadal to lubie, ale potem jednak padam na pyszczek. To byla kolejna sobota, kiedy wieczorem rozbolala mnie glowa i ledwie patrzylam na oczy...

I zaczal sie maj... Pierwszy jego dzien byl juz spokojniejszy. Malzonek rano wstal, pojechal na silownie, wrocil, a ja nadal "dogorywalam" w lozku. :D Potem niestety musialam sie zwlec, M. jechal bowiem na glosowanie z pracy. U nich sa zwiazki zawodowe, ktore co kilka lat negocjuja umowe o nowych warunkach z firma. Wlasnie przyszedl czas na nowy kontrakt, pracownicy musieli wiec pojechac w jakies miejsce, gdzie przedstawiciele zwiazkow zawodowych urzadzili prezentacje warunkow umowy, a pozniej wszyscy pracownicy mieli glosowac czy umowa ma zostac podpisana, czy nie. W razie gdyby zaglosowali na "nie", od nastepnego dnia wszyscy mieliby strajkowac. Juz tydzien wczesniej kazdy pracownik dostal rozpiske, gdzie ma protestowac, w ktore dni i o ktorej godzinie. Dla M. wypadalo to przed glowna ulica obok pracy, w czwartki... od 2 do 6 nad ranem! :D Malzonek twierdzil, ze strajk to ostatecznosc i ostatni raz strajkowali 20 lat temu (dlugo przed jego przyjeciem do tej pracy), ale nic nie wiadomo. On wiec pojechal, a ja dostalam sms'a od sasiadki, ze okolo 11 jej starsza corka chce rowerem podjechac do Bi i czy moga sie pobawic. Jak ja kocham takie stawianie przed faktem! Bo co mialam odpisac? Ze ma nie przyjezdzac? Zadnych planow w koncu nie mielismy, a nie bede sie, wzorem mojej mamuski, barykadowac w chalupie i udawac, ze nas nie ma. Tak, moja zdolna matka tak robila. Nie otwierala drzwi, nie odbierala domofonu, jesli byl wieczor to gasila wszystkie swiatla. Nie ma nas! :O Mi az tak na mozg (jeszcze) nie padlo, wiec odpisalam, ze ok, dziewczyny moga sie pobawic. Ogarnelam sie troche i przyjechal na kawe moj tata, a pozniej faktycznie podjechala kumpelka Starszej.

Psiapsioly zupelnie przypadkiem zalozyly takie same koszulki i nawet ten sam model skarpetek, choc to trudniej zauwazyc :D
 

Na szczescie dziewczyny zaszyly sie w pokoju Bi i oprocz jednej wyprawy na dol po soczki i lody, wlasciwie nie bylo ich slychac. Probowalam je wygonic na dwor, bo tego dnia mielismy 22 stopnie, ale sie nie daly. ;) W ktoryms momencie dostalam sms'a od taty panny (mama z mlodsza byly na lekcji tanca), o ktorej ma ja odebrac. Jak to milo z jego strony. ;) Odpisalam ze spokojnie moze zostac kolejna godzine bo grzecznie sie bawia, a on ze mlodsza ma mecz na 13:15 i wczesniej starsza mowila, ze tez chce na niego jechac. Odpisalam wiec, ze spytam czy chce, a potem przeliczylam godziny i stwierdzilam, ze lepiej zeby faktycznie chciala, bo inaczej bede ja miala na glowie gdzies do 15 (bo sasiedzi, jak wiemy, sa srednio punktualni jesli o odbior corek chodzi)! :D Na szczescie chciala, wiec pol godziny pozniej musialam jej przypomniec, ze musi ruszac do domu. Co za ulga, choc Bi byla niezbyt zadowolona, ze kolezanka juz jedzie. :D Wrocil M., ktory przekazal radosne wiesci, ze strajku nie bedzie, bo nowa umowa przeszla. Z jednej strony sie cieszyl, bo przy strajku nie zarabiaja, ale z drugiej, posiedzialby sobie w domu. :D Moj tata jeszcze chwile zostal, po czym ruszyl do domu, szykowac sie na kolejny tydzien pracy. Ja tez musialam brac sie za zalegle prania i odgruzowywanie, bo w sobote malo co zrobilam. Malzonek wymyslil spacer, ale szczerze, to tak mi sie nie chcialo, ze wymowilam sie okresem. Rzecz jasna M. cos tam burczal, ze bym sie przeszla to lepiej bym sie poczula, ale warknelam, ze ze mnie "leci" i nigdzie nie bede lazic. Przyznam, ze malzonek robi postepy, bo jeszcze jakis czas temu, sam by ze spaceru zrezygnowal, tym razem jednak "dzielnie" wzial psa oraz Potwory i pomaszerowali. ;) Ja zas odetchnelam cisza, choc niestety musialam tez poskladac jeden z ladunkow prania, bo akurat suszarka sie wylaczyla. Ale i tak lekko sie zresetowalam. Kiedy reszta wrocila, musialam wziac pod prysznic Kokusia, potem zagonic pod niego Bi, kolacja oraz takie tam i wieczor zlecial.

W poniedzialek byl oczywiscie jeden z dwoch najwazniejszych dni w roku (dla mnie ;P), czyli urodziny Bi! :) Poprzedniego wieczora zostawilam jej przy lozku maly stosik upominkow i juz rano slyszalam jak tam grzebie. Kiedy wstalam, pierwsze to zaspiewalam jej Happy Birthday i spytalam czy cieszy sie z prezentow. No coz... Poniewaz Bi tym razem kompletnie nie miala pomyslu co chcialaby dostac, wymyslilam sama. Dwa charms'y do bransoletki jej sie bardzo podobaly, wiec choc tu trafilam. Ani jednak z zestawu "pierwszej pomocy" na wypadek dostania pierwszego okresu, ani z ksiazek o dojrzewaniu, sie nie ucieszyla. A wybralam takie dla mlodszych dziewczynek, pisane przystepnym jezykiem. Nawet kiedy zaproponowalam, ze mozemy je przeczytac razem, zeby mogla spytac o niejasne rzeczy, odmowila. Wrecz poplakala sie, ze nie chce tym rozmawiac... Hmm... Moze jeszcze wczesnie, tyle, ze to jest klasyczny przyklad tego jak dojrzewanie "fizyczne" nie idzie w parze z emocjonalnym. Bi twierdzi, ze ona przeciez jeszcze okresu nie dostanie, a ja widze po tym jak wyglada, ze moze to nastapic w kazdej chwili... Coz... szkoda mi sie zrobilo, ze sprawilam jej przykrosc w dniu urodzin, ale chcialam jak najlepiej. A spodziewalam sie, ze ona raczej bedzie dumna, ze dorasta... :(

Ten tydzien w Hameryce to Teacher Appreciation Week (w wolnym tlumaczeniu: tydzien wdziecznosci dla nauczycieli). O ile w szkole Kokusia dali tylko link gdzie mozna wplacic pieniazki na budzet szkol w imieniu wybranego nauczyciela, o tyle u Bi to juz calotygodniowe wariactwo organizowane przez komitet rodzicielski. Sniadanka z kawka, poczestunki, kwiatki i co tam jeszcze. Oczywiscie tydzien wczesniej wyslali prosbe do rodzicow o wklad w kupno tego calego dobra. Wpisalam sie zeby kupic tuzin ciastek, choc ostatecznie kupilam muffiny z jagodami. ;) Dodam, ze chetniej bym cos upiekla, co byloby i zdrowsze i smaczniejsze, ale zaznaczone bylo, ze ma byc kupne. Wszystko trzeba bylo dostarczyc w poniedzialek rano, co akurat dobrze sie skladalo, bo i tak z okazji urodzin obiecalam Bi, ze zawioze ja do szkoly. Myslalam jednak ze ona wezmie te muffiny i zaniesie do sekretariatu, ale gdzie tam! Zrobila wielkie oczy, ze ona sie wstydzi i to byloby dziwne... No rzeczywiscie, dziwactwo nad dziwactwami... ;) Zamiast wiec wyrzucic Bi ze sznureczka aut podjezdzajacych pod szkole, musialam zaparkowac i podreptac do budynku osobiscie. Jak to zwykle bywa, dzien wczesniej mielismy slonce i ponad 20 stopni, a w poniedzialek rano zrobilo sie ledwie 12 i padal deszcz, musialam wiec pomykac przez parking i z powrotem w mzawce. ;)

Dostalam telefon z farmy, na ktorej Potworki mialy byc na polkoloniach. Nie znalam numeru, wiec nie odebralam, ale zostawili wiadomosc, ze zatwierdzili rezygnacje i zwrot pieniedzy. Dodali tez, ze zwykle kasuja $50 za odwolanie od dziecka, ale z racji, ze tu jest rodzenstwo, zgodzili sie, zeby potracic mi to tylko jednorazowo. No laskawcy po prostu!!! :/ Kurde, niezly biznes maja na tych polkoloniach. Nie dosc, ze trzeba rezerwowac w grudniu - styczniu, kiedy czlowiek nie mysli jeszcze o planach wakacyjnych, nie dosc, ze nie brakuje im chetnych i na pewno nie zostana z nie-zajetymi miejscami, to nawet na ludziach, ktorzy zmuszeni sa zrezygnowac, sobie zarobia!!! :/

Jak to w poniedzialek, Nik mial basen, pojechal jednak z M., ktory byl bez humoru i nie chcialo mu sie zostawac zeby pocwiczyc dluzej, wiec nie musialam po mlodego jechac. A malzonek humor mial taki a nie inny, poniewaz wyjezdzajac z parkingu pod praca, chcial zerknac na cos szybko w telefonie i... przywalil bocznym lusterkiem w slup! :O No mowie Wam, stary, a... niemadry. :D Lusterko sie sklada, wiec przypiep**ylo w szybe (dobrze, ze ta tylko zarysowalo), odpadla obudowa z tylu, a szklo cale sie stluklo i wykruszylo... Pieknie, po prostu wspaniale. A M., jak to on, chodzil wku*wiony na caly swiat, choc winny jest tylko i wylacznie on. No ale... Po powrocie chlopakow, dzieciaki siadly do pracy domowej, bo przed basenem Kokusia nie zdazyly (a Bi nie chcialo sie odrabiac samotnie), a potem szybko wsadzilam swieczki w kawalek ciasta i zaspiewalismy pannie Sto Lat.

Sto Lat!
 

Niestety, Nik sie zbiesil i oswiadczyl, ze siostra jest zawsze dla niego niemila, wiec on nie bedzie jej spiewal i koniec. Czesc filmiku mam wiec z ochrzanem, ktory w tle M. spuszczal synowi. Uroczo. ;)

Wtorek pelen byl emocji. Roznorakich. ;) Rano przybylam z Potworkami na przystanek autobusowy i w tym momencie podjechala tam jakas babka, zeby ostrzec, ze wlasnie na ulicy wyzej widziala dwa duze niedzwiedzie i zeby uwazac. Corka jednych sasiadow jest chora, drudzy raz sa na przystanku, raz ich nie ma, wiec po odjezdzie kobitki zrobilo mi sie jakos tak nieswojo. :D Zaproponowalam dzieciakom, ze moze wrocimy do domu i na przystanek podjedziemy autem. Nik byl chetny, Bi marudzila, ze co tam taki niedzwiedz, podejdzie, powacha i pojdzie. Taaa... ;) Podjelam jednak decyzje (okazuje sie sluszna), zeby cofnac sie do chalupy. Zostawilam Potworki na przy wjezdzie zeby wypatrywaly autobusow, sama zas pobieglam do domu na gore po kluczyki. Zdazylam zbiec z powrotem do garazu, a tu Potworki wpadaja do srodka z okrzykiem "Niedzwiedzie!!!". Cale szczescie, ze sobie poszlismy z przystanku, bo "misie" (matka z takim juz wyrosnietym mlodym), przewrocily smietnik pod domem zaraz po drugiej stronie ulicy od niego. :O Sasiad zdolal je przeploszyc i ruszyly sobie na kolejny ogrod. My tymczasem dojechalismy do naszego przystanku i wlasnie Bi spytala jak wyjda na autobus skoro kreca sie tam niedzwiedzie, kiedy... ten przejechal bez zatrzymywania sie! No pieknie! Stwierdzilismy wiec, ze podjedziemy na przystanek kolezanki Bi. Podjezdzamy, a A. stoi sobie sama, bez rodzicow! Ostrzeglismy ja, ze widzielismy niedzwiedzie i wyslala wiadomosc swojemu tacie, ktory zaraz przypedzil z domu (oni maja strasznie dlugi podjazd i chalupy z ulicy nie widac). Starsze dziewczyny wsiadly w swoj autobus, a my zostalismy z Kokusiem i siostra kolezanki Bi. Myslelismy, ze misiaki poszly w gore naszego osiedla, tymczasem nagle patrzymy, a one ida za domami wzdluz naszej ulicy i w dodatku centralnie w nasza strone! Mlode, troche bardziej nerwowe, przelatywalo miedzy domami, a matka szla za nim statecznie.

Idzie sobie "mamusia"
 

Popatrzyly na nasza grupke, po czym polazly na sasiednie osiedle i w tym momencie pojechal autobus. :) Tyle porannych przygod, choc kiedy potem rzucalam pileczke Mayi, rozgladalam sie naokolo z uczuciem lekkiej paniki. ;)

Tego dnia postanowilam pracowac z domu, wyslalam wiec maile do szkol Potworkow, ze odbiore ich osobiscie, po czym zaczelam bic sie z myslami czy jechac do Polakowa, czy odpuscic. Nie bardzo mi sie chcialo, poza tym mialam okolo 1.5 godziny zanim musialam sie polaczyc na meeting, myslalam jednak o masie twarogowej, potrzebnej mi do tortu na urodziny Bi. W niedziele mieli bowiem wpasc dziadek z chrzestnym. Bywalo, ze ciezko bylo ja dostac, bo to produkt sprowadzany z Polski, a wiec uzalezniony od dostaw, a ze to sezon komunijny, to jest masowo wykupywany przez okoliczne polskie restauracje i piekarnie. Balam sie, ze jak poczekam do weekendu kiedy M. moze pojechalby na zakupy, juz go nigdzie nie dostane. W koncu stwierdzilam, ze dobra, jade! Nawet jak sie spoznie na meeting to najwyzej sklamie, ze komputer mi sie zawiesil i nie moglam sie polaczyc, czy cus. ;) O tej porze dnia i w srodku tygodnia ruch na drogach byl naprawde luzny i okazalo sie, ze mialam calkiem niezly czas, ale za to moje obawy okazaly sie sluszne, bo w pierwszym sklepie, masy twarogowej nie dostalam. :O Dobrze, ze polskich sklepow jest tam kilka i w kolejnym juz byla. Moglam ruszyc z powrotem i udalo mi sie nawet zahaczyc o biblioteke, a i na meeting zdazylam bez problemu. :)

A meeting byl tego dnia wyjatkowo dlugi i upierdliwy. Czulam sie po nim kompletnie wypompowana z szarych komorek. ;) Dla odmozdzenia wiec, zlapalam za odkurzacz i polazlam na gore, odkurzyc "koty" walajace sie pod lozkami. Ot, taka rozrywka. ;) Przez to sprzatanie zafundowalam sobie kolejny dzien na wariackich papierach, bowiem odkurzyc pietro i schody zdazylam, ale juz umyc podlog nie. Moja praca z domu tego dnia, byla bowiem wymuszona impreza w szkole Kokusia. Po dwoch latach pandemii, w koncu zrobili normalne obchody May Day ("Dzien Majowy", ktory symbolizuje poczatek wiosny; taka brytyjska tradycja), ku mojej ogromnej radosci, bo w koncu od kolejnego roku szkolnego nie bede juz miala w tej szkole zadnego dziecka. Rok temu dzieciaki taczyly, ale tylko same dla siebie, co wedlug mnie bylo zupelnie idiotyczne. Nauczycielki nagrywaly tance, ale ogladanie ich z ekranu to kompletnie nie to samo (choc i tak dobrze, ze "cos" zrobili, bo dwa lata temu szkoly byly zamkniete na trzy spusty). Ciesze sie, ze chociaz Nik zalapal sie na normalne obchody, szczegolnie, ze jako najstarszy rocznik, mial honor zaplecenia wstazek wokol slupa.

Najlepsi kumple
 

Popatrzylam, wzruszylam sie, bo to ostatni raz, posmialam, bowiem charakterna corka sasiadow caly taniec spuszczala w dol glowe, zeby dlugimi wlosami zaslonic twarz. ;) Fajnie to wygladalo, bo kazdy rocznik mial koszulki w innym kolorze. Nawet przedszkolakom je kupili, choc one nie wystepowaly.

Nie za dobrze widac wszystkie kolory, bo plac byl za duzy i te dalsze sie rozmyly
 

Dzieciaki tanczyly od najmlodszych - zerowek, po III klasy. Potem czlonkowie choru z czwartych klas zatanczyli z "mieczami" czyli kijami (:D), a na koniec kazda IV klasa po kolei zaplatala wstazki wokol slupa, kazda w inny wzor, zeby nie bylo.

North Skelton Sword Dance - final
 

Nik narzekal potem, ze cwiczenia w zaplataniu zbiegly sie w czasie ze stanowymi testami z matematyki oraz czytania/pisania, wiec mieli malo czasu zeby to dobrze przecwiczyc. I faktycznie, dzieciakom sie kilka razy cos pomylilo i splot mial wyraznie pare bledow. Ale co tam. Zapletli, potem rozplatali, suplow nie porobili i zadnej wstazki nie urwali. To najwazniejsze. :D

Nik pierwszy od prawej, zaznaczony gruba, zielona strzala
 

Jedyne co nie dopisalo, to pogoda. I tak obchody mialy byc w poniedzialek, ale z powodu deszczu przeniesli je na wtorek. Tego dnia, coz, nie padalo moze, ale bylo pochmurno i chlodno. Mialo byc 16 stopni po poludniu, ale temperatura ledwie doszla do 13. :/ Az dreszcze mialam patrzac na niektore dzieciaki (w tym mojego wlasnego syna), ktore zalozone mialy tylko "klasowe" koszulki. Nik mial bluze, ale... zawiazal ja sobie w pasie... Czesc dzieci miala nawet krotkie spodenki. :O Kiedy pozniej Mlodszy wyszedl ze szkoly, mial bluze zalozona, wiec chyba jednak troche zmarzl. ;) 

Kilka dni wczesniej dostalam maila od nauczycielki Kokusia, ze jesli ktos chce zabrac dziecko tego dnia do domu osobiscie (jesli zwykle wraca ono autobusem lub idzie na swietlice), to zeby uprzedzil, bo w zwiazku z cala gromada rodzicow przychodzacych na May Day, wielu z nich decyduje sie zrobic to w ostatniej chwili. Uprzedzilam wiec nauczycielke kilka dni przed, a potem wyslalam oficjalnego maila rano, ze tak, bede zabierac Nika do domu. Co prawda i nauczycielka i potem jeszcze dyrektorka, uprzedzaly w kolejnych wiadomosciach, ze po tancach dzieciaki musza wrocic do klas po swoje rzeczy oraz zeby maluchy jeszcze raz przeliczyc i kazdego wyslac w odpowiednie miejsce (swietlica, autobus lub rodzic), ale ludzilam sie, ze zajmie to kilkanascie minut i wypuszcza dzieci do rodzicow czekajacych pod szkola. W koncu i tak znaja nas z twarzy i wypuszczaja kazde dziecko do rodzica, a nie wszystkich na hurra. Tymczasem impreza skonczyla sie o 14:30, a nauczycielka muzyki, odpowiedzialna za cala oprawe, podziekowala dzieciom za wystepy, rodzicom za przybycie i oznajmila, ze dzieci wracaja do klas i wypuszczone zostana normalnie, o 15:15. :O No i co tu robic z taka iloscia czasu?! Mnie w dodatku potwornie chcialo sie sikac, bo bedac w domu, ozlopalam sie kawy jak glupia. ;) Do chalupy jechac bez sensu, bo zostalabym w nim 10 minut i musialabym wracac. W dodatku dorwalam zarabiste miejsce parkingowe pod samiutka szkola i nie chcialam zeby ktokolwiek mi je swisnal. :D Na szczescie szkola Kokusia znajduje sie zaraz obok centrum naszego miasteczka, a w nim jest nieodlaczne Dunkin' Donuts. Stwierdzilam wiec, ze przejde sie, skorzystam z toalety, a przy okazji kupie sobie kolejna kawe. ;) Nie bylo specjalnie cieplo, ale na szczescie nie padalo, byl to wiec calkiem przyjemny spacerek. Kiedys, w Polsce, normalnym dla mnie bylo takie chodzenie po miescie. Tutaj wszedzie przemykam autem. A tak to choc raz dobrze sie przyjrzalam centrum. Przeszlam obok remizy strazackiej, muzeum, przecielam plac z pizzeria oraz salonem paznokci, popatrzylam na dawny kosciol, ktory obecnie jest centrum mlodziezowym... Moglabym jeszcze tak polazic. :) W koncu wrocilam jednak z kawa do samochodu, popatrzylam w telefon, zajecia sie skonczyly, zgarnelam Mlodszego, pojechalismy jeszcze po Bi i wreszcie dotarlismy do domu. A tam okazalo sie, ze M., wiedzac ze bede odbierac dzieciaki, wiec nie musi sie spieszyc, pojechal tez... po kawe. :D

Po powrocie znow trzeba bylo wlaczyc wieksze obroty. Potworkom obiad, zagonic do lekcji, ja zas chwycilam wiadro i mopa i szybko przelecialam podlogi na gorze zeby juz skonczyc. Po chwili zas musialam zgarnac panne Bi i pojechalysmy na gimnastyke. Tam Starsza poszla cwiczyc, ja zas mialam kolejna chwile oddechu z kolezanka i plotami. ;) Po powrocie juz tylko kolacje dzieciom, mlodziez do spania i koniec tego dlugaaasnego wtorku. Ponownie bylam tak padnieta, ze o 23 juz ledwie patrzylam na oczy. ;)

Sroda przywitala nas deszczem. Jak w zeszlym tygodniu mielismy ostrzezenia przeciwpozarowe, tak w tym co chwila pada. ;) Majac w pamieci "przygody" z dnia poprzedniego, a dodatkowo wiedzac, ze sasiadka nadal jest chora i mielibysmy byc na przystanku sami, stwierdzilam ze moze lepiej podjechac autem. Zaparkowalam tak, zeby widziec wjazd na nasze osiedle, wlaczylam awaryjne i czekalismy. Przynajmniej mielismy sucho. :) W koncu i jeden i drugi Potworek odjechal, a ja wrocilam na chwile do chalupy, wstawilam pranie, po czym pojechalam do roboty. Po pracy do domu, szybko zjadlam obiad, wypakowalam sniadaniowki, butelki na wode, przygotowalam Potworkom ciuchy na zajecia, wstawilam zmywarke i probowalam zagonic dzieciaki do lekcji. Bezskutecznie. Woleli zrobic wieczorem. Probowalam uswiadomic Kokusia, ze wroci tuz przed 19, a Bi juz po 19, a to jest ich zwyczajowa pora, kiedy wolno im wejsc na tablety w dni szkolne. Bezskutecznie; zrobia pozniej i koniec. Nie to nie, prosic sie nie bede. Po chwili musielismy sie rozdzielic. Jak w kazda obecnie srode, M. pojechal z synem na basen, a ja z corka (i jej kolezanka) na pilke. Przestalo padac, ale nadal bylo pochmurno. Niby nie bardzo zimno, ale wilgoc jednak ciagnela. Troche pokrecilam sie po terenie wokol boiska, ale na wiekszosc czasu jednak zaszylam sie w aucie. Stwierdzam, ze przynajmniej dziewczyny dobrze sie bawily, bo za kazdym razem jak zerkalam to wszystkie ganialy z wesolymi piskami i smiechem. Ostatnio M. krecil glowa, ze zastanawia sie, co dziewczyny widza w pilce noznej. No wlasnie to. Bieganie w kolko z kolezankami. :D

Bi przy pilce
 

Po treningu odwiozlam jeszcze mloda sasiadke do domu, wiec kiedy wrocilysmy z Bi, bylo faktycznie kilka minut po 19. Praca domowa Kokusia (ktory byl juz w domu) lezy sobie na stole nieodrobiona, a moj syn siedzi z nosem w tablecie. :O Myslalam, ze wyjde z siebie i wkurzylam sie przy okazji na malzonka, ktory nawet nie przypomni, a slyszal jak przed wyjsciem Potwory klocily sie, ze odrobia pozniej. Opierdzielilam, ze maja siasc i odrobic i prosic ojca w razie czego, a sama poszlam pod prysznic. Kiedy zeszlam na dol, okazalo sie, ze grzecznie odrobili, ale to nie byl koniec irytacji. Nik ma nadal te Stanowe testy, ktore robia na komputerach. Oczywiscie patrze, szkolny Chromebook nie naladowany, bo po co. Dodatkowo, sluchawki (ktore rowniez sa potrzebne do testow), zamiast w kieszonce obudowy kompa, walaja sie na szafce w salonie! Bi nie lepsza. Ja sie miotam, szykuje ubrania na kolejny dzien oraz przekaski do sniadaniowek, a panna lazi za mna i nudzi, ze jej Chromebook trzeba ladowac i ze kolejnego dnia ma wycieczke szkolna do muzeum i w nim musza miec maseczki, wiec zebym jej spakowala. Pytam dlaczego zamiast chodzic za mna, sama nie spakuje i nie podlaczy laptopa? Bo ona zapomni, a ja bede pamietac. Tyle, ze w tym czasie, kiedy krazyla za mna irytujac mnie na potege, mialaby wszystko spakowane i podlaczone! Ech... dziecieca logika, czy raczej jej brak. :/

Czwartkowy poranek i kolejna frustracja ze strony niezawodnej corki. ;) Panna zeszla rano na dol pierwsza i zanim pojawilam sie w kuchni, zdazyla juz sobie nalac mleka, zagrzac je w mikrofali i siegnac po chrupki. Tyle, ze na tym najwyrazniej jej "wklad" sie skonczyl. ;) Ponownie miotam sie po kuchni szykujac sniadanie sobie i synowi, a panna siedzi przy stole i pyta czy podam jej lyzke i slomke. Slomke, bo Potworki lubia wysysac przez nie resztke mleka. Zachnelam sie lekko, bo widzi, ze latam jak w ukropie, a do szuflady ze sztuccami ma raptem cztery kroki, ale dobra; podalam jej te cholerna lyzke. I slomke. Zamiast "dziekuje", uslyszalam: "Co?! Czerwowna?! Wiesz, ze ja nienawidze czerwonego!!!". I wstala z krzesla, podeszla i wymienila slomke na inny kolor! Czyli co? Da sie jednak ruszyc dupsko, zamiast traktowac matki jak sluzaca! Fuknelam na pannice, ale nie mialam czasu na dluzszy wyklad, bo ranek to jest bieg przez oplotki. ;) Kilkanascie minut pozniej, ubieramy juz buty i bluzy do wyjscia, a Bi burczy z pretensja, dlaczego Nikowi przygotowalam szorty, a jej spodnie?! Juz bylam poirytowana, wiec tu nie zdzierzylam, bo wiecie co mieli zalozone?! Nik mial krotkie spodenki, z ktorych pomalu wyrasta, wiec sa minimalnie nad kolano, natomiast Bi dalam legginsy tuz za kolano, z wycieciami z boku, wiec odslanialy sporo nogi. Na pewno nie byly to dlugie spodnie. Tlumacze pannie, ze przeciez ma cala odslonieta lydke, a z boku tez kawalek uda, wiec to sa rowniez krotkie spodenki. Nieee, no przeciez to Bi, wiec bedzie sie wyklocac do upadlego, bo dla niej krotkie spodenki powinny ledwie zaslaniac tylek! Az w koncu musialam na nia huknac, zeby przestala w koncu dyskutowac! Normalnie pewnie bym spokojnie tlumaczyla i przekonywala ze nie ma racji (chociaz to nie ten charakter i jej sie wydaje, ze racje ma zawsze), ale po takiej kumulacji drobnych pyskowek, mialam dosc. Na autobusy poszlam wiec juz ze slowem na "k" na koncu jezyka... ;)

Mimo, ze zaczal sie maj, pogoda nadal tkwi w mentalnym kwietniu, wiec w czwartek po poludniu temperatura miala niespodziewanie dojsc do 22 stopni. Rano bylo co prawda niby tylko 11, ale juz kiedy szlam z Potworkami na autobusy, czuc bylo, ze slonce ostro przygrzewa. Dzieciaki pojechaly, a ja porzucalam psu pileczke, po czym jeszcze biegusiem poskladalam pranie, rozladowalam zmywarke i zaladowalam naczynia ze zlewu. Najgorszy dla mnie bowiem jest powrot z pracy kiedy znajduje pelne zlewy brudow, bo przeciez M. jeszcze dolozy szykujac dzieciakom obiad... Niestety, tego dnia nie mialam juz czasu na spokojna kawke, tylko trzeba bylo zasuwac do roboty. :/ W pracy, po raz pierwszy od dawna, po poludniu zrobilam sobie rundke wokol budynku. Trzeba rozruszac stare kosci po zimie! :) Po robocie, niestety musialam pojechac po spozywke, bo wiadomka, czwartek to teraz dla mnie jedyny dzien kiedy dzieciaki nie maja zadnych zajec. Wrocilam do domu po 17, rozpakowalam torby, zjadlam obiad i korzystajac z pieknej pogody, postanowilismy pojsc na krotki spacer. Najlepszy byl Nik, ktory wykrzyknal, ze on idzie tylko wtedy, jesli ja pojde, bo "mama nigdy z nami nie chodzi!". Niezle. Raz nie poszlam, to od razu wychodzi, ze nigdy z nimi nie spaceruje. ;) Coz, ku radosci syna, tym razem poszlam. Po powrocie wpadlam jeszcze do szopki, zeby poszukac trutki na owady. Na moich liliach bowiem, juz urzeduja te czerwone zuki! Jeszcze kurde kwiaty dobrze nie wyrosly i sie nie rozwinely, a zaraz zostana pozarte! :/ Na szczescie resztke spray'u mialam, ale kolejnego dnia zapowiadali deszcz, wiec kuracje bede musiala powtorzyc jeszcze raz. Zreszta, co ja pisze; bede musiala ja powtarzac caly sezon, te cholerne zuki bowiem sa praktycznie niezniszczalne, a zjadaja i liscie i paki i juz rozwiniete kwiaty! :/ Potem juz musialam zagonic Bi pod prysznic i wieczor wlasciwie sie skonczyl.

Poniewaz pogode mamy bardzo niestabilna, wiec piatek byl dla odmiany pochmurny i chlodniejszy. Temperatura doszla do 15 stopni, co nie jest zlym wynikiem na poczatku maja, ale za to w poludnie zaczal padac przelotny deszcz. Trener Kokusia odwolal wieczorny trening, za co bylam mu bardzo wdzieczna. Niestety, kwestia odwolania meczow nalezy juz do miasta/zarzadu terenow sportowych. Opady zapowiadane byly na cala noc oraz polowe soboty, ale od obu trenerow (Nika i Bi) dostalam wiadomosci, ze ostateczna decyzja zostanie podjeta do 7 rano dnia nastepnego. :O No to super, bo Bi mecz ma juz o 9 rano, czyli informacje czy sie odbedzie, czy nie, dostaniemy na ostatnia chwile. :/ Wkurzajace jest to tym bardziej, ze Potworki maja mecze jedno po drugim, ale w dwoch roznych miejscowosciach i M. zaoferowal, ze wezmie wolne i pojedzie z jednym dzieckiem. I teraz niewiadomo czy wysylac chlopa do roboty, czy nie... :/ Na pocieszenie, Bi znalazla takie cudo:

Kolor przepiekny!
 

Rudziki zalozyly sobie gniazdko na tui rosnacej zaraz przy frontowym wejsciu! Widac je jak na dloni, ale zastanawiam sie, czy zdolaja odchowac mlode w takim miejcu. Wchodzimy glownie garazem, ale z przodu wypuszczamy psa, przychodza kurierzy, itd. A kiedy tylko wychodzi sie na ganek, matka sploszona z krzykiem wylatuje z krzaka. Nie mowiac juz o tym, ze gniazdo jest bardzo nisko - nawet nie 1.5m od ziemi, za to zaraz przy schodach i balustradzie, a u nas kreca sie dwie kotki sasiadow... Oby maluchy szczesliwie sie wykluly, odchowaly i odlecialy w swiat. :)

A poki co pozdrawiam z deszczowej i (znow) lodowatej Hameryki!