piątek, 10 lipca 2026

Po (kolejnym) dlugim weekendzie, w miare spokojny tydzien

W czwartek, 2 lipca, M. pojechal rano do roboty, ale szykowal sie na wczesniejsze wyjscie. Nie wiedzial tylko o ktorej najlepiej to zrobic. Normalnie bylaby to 10:30, tyle ze ja tego dnia normalnie pracowalam i szykowal sie pelny dzien, a to oznaczalo ze wolna bylabym dopiero o 16:30. W srode czekalam zeby zwolnili nas w czwartek 2-3 godziny wczesniej, co robia przed wiekszoscia wazniejszych swiat. Wiadomosc jednak nie przyszla i w koncu stwierdzilam, ze poniewaz swietowalismy 4 lipca, ktory wypadl w sobote, a dostalismy wolny piatek, wiec pewnie nie chca dodawac nam dodatkowych godzin. Trudno. Tymczasem, w czwartek o godzinie 10 rano, przyszedl w koncu mail, ze mozemy wyjsc 2 godziny wczesniej! Juppi! Napisalam szybko do M., ale on pojechal jeszcze po pracy do Polakowa, wiec i tak zjechal do domu grubo po 12. Ja usilowalam pogodzic prace z pakowaniem sie na kemping. Zeskanowalam telefonem kilka krotszych dokumentow, ale tez wyslalam wiadomosc do pomocy technicznej, zeby ktos naprawil mi polaczenie drukarki z laptopem. Po dwoch godzinach dostalam maila, ze ktorys technik przyjal moje zgloszenie, ale minela kolejna zanim sie zglosil. Pozniej musial przejac kontrole nad moim kompem, a ja naprzemian podlaczalam i odlaczalam drukarke. :D Po 20 minutach wszystko bylo naprawione, czyli kolezanka niepotrzebnie mnie straszyla. ;) Tak czy siak, o 14:30 moglam zamknac kompa, poukladac papiery na jedna kupke i zaczelismy szykowac sie do wyjscia. Jak to bywa, troche sie przedluzylo i z domu wyruszylismy dopiero po 15. Na szczescie jechalismy niedaleko, okolo 1.5 godziny jazdy. Dojechalismy z tylko delikatnymi zatorami i moglismy zaczac sie rozpakowywac. Niestety, tego pierwszego wieczora wszystko szlo na opak. Mielismy rekordowe temperatury (35 stopni, przy 60% wilgotnosci) i to tez nie pomagalo w jasnym mysleniu. Nasza miejscowka byla w lesie i z nierownym podlozem, wiec malzonek niezle sie nameczyl zeby ustawic przyczepe w miare rowno. I juz to chyba wybilo go z rytmu, a potem bylo juz coraz gorzej. W ktoryms momencie zaczal panikowac, ze nie moze znalezc zapasowych kluczykow do przyczepy, ale kiedy dopytywalam czy na pewno wzial je z domu, nie pamietal. Ostatecznie znalazl je w jednym ze schowkow, z ktorego wczesniej bral podstawki do wypoziomowania przyczepy. :O Zaczal wysuwac jadalnie zanim wyjal podpory i dobrze ze akurat stalam przy wejsciu i krzyknelam co on robi?! Jedna podpora sie lekko wygiela, ale na szczescie jeszcze nie zdazyl wyrzadzic prawdziwych szkod. Pozniej zaczal odczepiac specjalne nakrycie z przedniej szyby, ktore ma ja chronic przed peknieciem gdyby w drodze uderzyl w nia jakis kamyk lub inny twardy smiec wybity spod kol auta. Nakrycie trzyma sie na rzepie, a ten jest przyklejony do ramy klejem, tyle ze okazalo sie, ze (pewnie pod wplywem upalow) klej sie roztopil i nie tylko nakrycie odeszlo u gory razem z obydwiema czesciami rzepa, to jeszcze klej umazial szybe. Malzonek caly byl zlany potem po pakowaniu w domu i rozpakowywaniu na kempingu, wiec stwierdzil ze pojdzie sie wykapac do publicznych lazienek. Ktore zreszta byly swiezo po remoncie, wiec nowoczesne i czysciutkie. Po czym... wrocil jak niepyszny, bowiem prysznice okazaly sie... na monety! :D Bylismy juz na tylu kempingach i nigdzie nie widzialam platnych prysznicow. Na tym kempingu jestesmy regularnie, ale jakos tak sie zlozylo, ze nikt sie tam nigdy nie probowal wykapac, wiec nie mielismy pojecia ze trzeba wziac woreczek 25-centowek. ;) Na szczescie mamy przyczepe, a w niej prysznic, wiec malzonek wykapal sie w niej, ryzykujac ze zapelni caly zbiornik, ale coz... Byla niemozliwa duchota i parno jak przed burza, wiec stwierdzilismy ze trzeba wlaczyc klimatyzacje, poki jeszcze mozna. O 20 bowiem nalezy wylaczac agregatory, a bez nich klima nie pojdzie. No coz... Okazalo sie, ze nasz agregator jest za slaby dla przyczepowej klimy. Nie udalo jej sie wlaczyc, wiec wiedzielismy, ze to bedzie ciezkie kilka dni. Zas wisienka na torcie bylo to, ze Nik dwa razy znalazl na nogach... kleszcze! Bylismy w lesie, wiec nie ma co sie zbytnio dziwic, ale pozniej juz obsesyjnie psikalismy sie plynem odstraszajacym i ogladalismy sie kiedy tylko cos nas zaswedzialo. ;) Tego wieczora zeszlismy jeszcze nad jezioro. Kemping ma malutka plaze wlasnie dla biwakowiczow. Okazala sie ona pusciutka, co zdziwilo nas przy takich temperaturach, ale z drugiej strony, bylo pol godziny do zachodu slonca, wiec bardzo sie nad tym nie zastanawialismy.

Jezioro tylko dla nas :) 

Potworki sie wykapaly, ja nawet nie zalozylam stroju, bo nie bylam pewna jaka bedzie temperatura wody. W przeszlosci, kiedy bysmy nie byli nad tym jeziorem, byla lodowata. Wieczorem zapalilismy ognisko, ale tak bardziej dla utrzymania tradycji, bo temperatura spadla tylko do 25 kresek, wiec siedzielismy 3-4 metry od ognia. Blizej bylo za goraco. :D

Piatek zaczelismy bardzo wczesnie jak na kemping. Noc byla tragiczna, bo pomimo otwartych wszystkich okien, w przyczepie panowala duchota, a juz od samego rana temperatura ostro szla w gore. Wszyscy wstalismy tuz po 7 rano, bo nikt nie mogl wytrzymac w lozku. Tak naprawde, wiekszosc kempingu minela nam na leniwym siedzeniu i przenoszeniu lezakow i krzesel za przesuwajacym sie cieniem. Kremy ochronne nie przydaly sie kompletnie, bo nikt nie mial nawet ochoty wychodzic na slonce. Jedynie Nik od czasu do czasu robil rundke do sklepiku, glownie po czekoladowe mleko. Probowal tez lowic ryby, ale zjezdzal nad jezioro z samego rana lub pod wieczor. A i tak nic nie zlapal. Jezdzilam tez oczywiscie z nimi poplywac.

W dzien na plazy juz bylo troche zycia 

Ja, ktora zwykle nie znosze moczyc wlosow, teraz zanurzalam sie razem z glowa zeby sie choc troche schlodzic. Ba! Kilka razy zanurzyl sie nawet M., ktory zwykle wody unika jak ognia! Hitem okazal sie hamak, ktory przypadkiem wpadl mi w oko w sklepie i kosztowal grosze. Bujanie wprowadzalo delikatny ruch powietrza, a ze zawiesilismy go dalej od przyczepy, wiec bylo przy nim wiecej przewiewu.

Jeden z lepszych zakupow ;) 

Kiedy tylko akurat nie padalo na niego slonce, mielismy wyscig, kto pierwszy go dopadnie. ;) Tego wieczora Nik tak jeczal, ze nie da rady spac na gorze lozka pietrowego, ze rozlozylismy mu poslanie w jadalni. Stol sie obniza, a z poduch robi sie materac. Proste w teorii, ale chwile zajela nam zabawa w Tetrisa poduchami, bo za cholere sie nie miescily. :D

W sobote ponownie nie dalo sie dlugo spac. Jak najszybciej zjedlismy sniadanie, umylismy sie i ucieklismy z przyczepy. Temperatury na dworze nie byly duzo lepsze, ale przynajmniej zdarzala sie delikatna bryza. ;)

Bi spora czesc dnia przesiedziala w hamaku szydelkujac 

Niestety, pojawil sie kolejny problem. Okazalo sie, ze lodowka (ktora dziala na prad lub gaz) na gazie ledwie chlodzi. Lody mielismy praktycznie roztopione, ale tez popsulo sie mleko i wszystkie szynki zrobily podejrzanie "sliskie". Z wielkim narzekaniem, ale M. po poludniu zrobil na grillu hamburgery, bo balam sie, ze mieso rowniez sie zepsuje.

Dobrze, ze chociaz je udalo sie uratowac... 

Bylo tez oczywiscie plywanie w jeziorze oraz walka o hamak. ;) Po poludniu pojechalismy do kosciola, a potem zauwazylismy ze sie podejrzanie zachmurzylo. To byl Dzien Niepodleglosci, wiec przez chwile ciezko bylo powiedziec czy dalekie odglosy to grzmoty czy fajerwerki. Nie pomagaly dwie wieksze grupy obok, ktore urzadzily spiewy oraz tance. Mielismy pecha ze z obu stron rozlozyly sie doslownie "miasteczka" z namiotow, a w nich Latynosi. To sa ogolnie sympatyczni, weseli ludzie, ale kurna, jacy glosni! A ta ich hiszpanska muzyka potrafi doprowadzic do rozpaczy. W kazdym razie, rozpalilismy ognisko i probowalismy nasluchiwac czy nadchodzi burza, bo moj tata zadzwonil, ze w domu rozpetala sie straszna nawalnica, blyskalo, grzmialo i strasznie wialo. W koncu stracil prad i odzyskal go dopiero kolejnego ranka. :O Tuz po zmroku, burza dogonila i kemping. Biegiem zbieralismy krzesla i chowalismy je pod przyczepe. Nadal bylo bardzo cieplo, a przy deszczu temperatura obnizyla sie do znosnego poziomu, wiec Nik wychodzil spod zadaszenia i urzadzal jakis taniec radosci. :D

Szaman przywoluje deszcz :D 

W koncu stalo sie jasne, ze burza bedzie walic przez wiekszosc nocy, wiec posiedzielismy w srodku, a potem poszlismy spac. Przynajmniej przy takiej pogodzie imprezy obok sie skonczyly, bo inaczej pewnie ciezko byloby zasnac. ;)

Niedziela rano przywitala nas sloncem i duzo przyjemniejszymi temperaturami. Bylo 28 stopni, ale bez wilgotnosci, wiec idealnie. W koncu pojezdzilam z Kokusiem po kempingu, na co wczesniej, w upale, nie mialam ani ochoty, ani sil. Po nocnych burzach mielismy jednak troche sprzatania. Bylismy otoczeni przez sosny i na delikatnym wzniesieniu. Przez drzewa iglaste, nie rosla tam praktycznie trawa, poza marna kepka tu i owdzie. Kiedy poprzedniego wieczora lunelo, szybko wrzucilismy krzesla pod przyczepe. Coz..., woda splywala z gory, niosac piach oraz igly. Krzesla cale byly zapaskudzone, podobnie jak dywan sprzed przyczepy, na ktorym nazbierala sie taka kupa piachu, ze wymiatalam ja po trochu caly dzien. Rano byla mokra, wiec jak tylko warstwa przeschla, zmiatalam, ale pod spodem byl mokry piach, wiec znow musialam czekac. Oczywiscie, przy calym sprzecie zapakowanym na kemping, nie mielismy... lopatki. :D W kazdym razie, widzac co tam sie dzieje w czasie deszczu, patrzylismy z niepokojem na prognozy, bo nastepnego dnia mielismy wracac, a zapowiadali opady na kolejna noc i pozniej dwa dni. Ostatecznie, stwierdzilismy ze nie ma co na sile siedziec do nastepnego dnia, tylko zebrac sie i wracac. Poniewaz mielismy wykupiona jeszcze jedna noc, nie spieszylismy sie jakos specjalnie i zaczelismy szykowac okolo 14. Zal bylo wyjezdzac kiedy zrobila sie taka piekna pogoda, ale jednoczesnie prognozy zapowiadaly gwaltowny zwrot, wiec spakowalismy i zabezpieczylismy wszystkie pierdoly, po czym wyruszylismy do domu. Dojechalismy tuz po 17, wiec nie tragicznie. Rozpakowalismy przyczepe, wszyscy po kolei ruszyli pod prysznice, a pozniej juz zasiedlismy do powtorek meczow. Na kempingu, okazuje sie, ze bez pradu nie szedl tez telewizor. ;)

W poniedzialek mialam wolne, ktore wzielam z mysla o kempingu. Zastanawialam sie czy nie pisac do szefa ze jednak moge pracowac, ale nie bylam pewna czy tak na ostatnia chwile uda sie to odkrecic. Pozniej zas uznalam ze w sumie moge choc raz po kempingu odsapnac, na spokojnie porobic pranie, itd. Ogolnie to pogratulowalismy sobie decyzji o wczesniejszym powrocie, bo prognozy sie niestety sprawdzily. Juz w nocy zaczelo padac, a temperatura jak spadla do 19 stopni, to tak juz zostala. Cieszylam sie, ze nie musze sie tego dnia ruszac z domu. To znaczy, ruszyc sie "musialam", ale bez wysiadania z auta. Mlodszy bowiem uparl sie, ze deszcz to pogoda idealna na ryby, wiec o 11 zawiozlam go nad jezioro i zostawilam na prawie 3 godziny. ;) Okazalo sie, ze faktycznie mial branie, bo zlowil 4 rybki, co jest chyba jego rekordem przy jednorazowym wypadzie.

Z kazda zrobil sobie selfiaka ;)

Popoludnie mijalo sobie spokojnie, az do wieczornego meczu. Malzonek poszedl spac bo czekala go wczesna pobudka, ale ja z Potworkami kibicowalismy. Niestety, "nasi" grali jak potluczeni, przegrali 1:4 i odpadli z mundialu. :D

Wtorek to juz dla mnie praca, ale na szczescie z domu, wiec moglam pospac do 7, spokojnie zjesc sniadanie, umyc sie i zasiasc w koncu do laptoka. Nadal mordowalam sie ze skanowaniem i co chwila cos mnie irytowalo. Drukarka ma bardzo krotki kabelek do pradu, wiec musialam ja ustawic na krzesle obok stolu.

Tragedia z tym moim domowym biurem 

Skanuje w tempie dwoch dokumentow na minute, co moze nie wydawac sie takie zle, ale kiedy ma sie kilkaset stron do zeskanowania, to trafia czlowieka szlag. W dodatku, chcialam maksymalnie przyspieszyc ten proces, wiec podkladalam jedna kartke za druga. Blad! Dziadostwo... stracilo polaczenie z laptopem! Zeskanowalam 4 strony i doopa! Najdziwniejsze, ze nadal drukowala (sprawdzilam), ale kiedy chcialam skanowac, pokazywalo blad, ze "nie widzi" kompa, mimo ze podlaczone bylo kablem. :/ Zaczelam klikac, odlaczac, przelaczyc, zamykac program, itd. Juz mialam wizje wysylania polejnego maila do pomocy technicznej, bo kombinowalam 20 minut i bez skutku. Az nagle... zaskoczylo! :O Nie wiem jak to zrobilam, ale ucieszylam sie jak prosie w deszcz. A na koniec chcialam przeskanowac najdluzsza czesc jednego z dokumentow, wynoszaca 74 strony, zeby pamietac, w ktorym miejscu skonczylam. Program zaczal zachowywac strony. Jedna na... 18 sekund! Zmierzylam ze stoperem, bo stalam tam i rwalam wlosy z glowy, bojac sie ze na koniec wywali mi kolejny blad i bede musiala zaczynac zabawe od nowa! Na szczescie, po prawie polgodzinnym czekaniu, jednak strony zachowaly sie jak trzeba, ufff... A pozniej mialam juz wolne, bo wzielam pol dnia urlopu. Dlaczego, o tym za moment. W kazdym razie, kiedy ja modlilalm sie nad skanerem, Nik stal juz kolo mnie i przytupywal odnozami. Byl kolejny deszczowy, ponury dzien, ale ze dzien wczesniej syn mial szczescie do polowow, wiec oczywiscie chcial jechac ponownie. Odstawilam wiec go nad jezioro, po czym wrocilam, obejrzalam koncowke meczu Argentyna - Egipt (wczesniej lecial sobie w tle, a ja zagladalam tylko jak dziala sie jakas akcja) i zabralysmy sie z Bi na zakupy. Juz od jakiegos czasu planowalam wypad, a mialam akurat karte podarunkowa, wiec trzeba bylo skorzystac. No a Bi oczywiscie zadnych zakupow nie przepusci. ;) Szukalam nowej "nerki", bo w mojej popsul sie zamek i skora brzydko przetarla w kilku miejscach. Nie znalazlam jednak nic, co wpadlo mi w oko, za to wzielam taki jakby duzy portfel z kieszonka na telefon i z paskiem niczym torebka. Poza tym szukalam jakichs letnich bluzeczek na inspekcje. Okazuje sie, ze wiekszosc posiadanych jest zbyt przeswitujaca. Jeszcze do biura to pol biedy, ale jadac do obcych firm trzeba sie prezentowac powazniej. ;) Ostatecznie znalazlam trzy, wiec narazie bedzie ok, za to Bi przytaszczyla stos (i to juz przebrany po przymierzeniu), byla bardzo niezadowolona kiedy kazalam jej polowe odlozyc, a potem chciala jeszcze pojsc na dzial ze strojami kapielowymi, ale ja prawie na sile pociagnelam do kasy. :D Ledwie weszlam do domu, a zadzwonil Nik zeby go odebrac znad jeziora. Wsiadlam wiec w auto ponownie i pojechalam po syna. Ten, po raz kolejny, byl przemoczony, ale szczesliwy, bo zlapal 3 ryby. ;) Wrocilismy do domu i cieszylam sie, ze nigdzie sie juz nie ruszam. Radosc byla przedwczesna, bo M. zawiozl Kokusia na trening, wiec musialam go odebrac. :D Obejrzelismy mecz Kolumbia - Szwajcaria, ktory mnie zaskoczyl bo spodziewalam sie, ze Kolumbijczycy sprawia Szwajcarom manto i wieczor sie skonczyl. A teraz, dlaczego w ogole mialam tego dnia pol dnia wolnego. Otoz, moja siorka oraz szwagier przylecieli do Hameryki, a konkretnie do Bostonu! Przez firme szwagra wygrali bilet VIP na mecz mundialu, ktory odbywal sie w czwartek. Dowiedzialam sie o tym juz w maju i zaczelam planowac ze po nich pojade, wezme do nas na 1-2 dni, itd. Poczatkowo oni tez gadali, ze o tak, super bedzie sie spotkac, itd. Mieli troche napiety grafik, bo przylatywali we wtorek i wracali w piatek, ale uznalam, ze na jedna noc to na pewno dadza rade nad odwiedzic. Tymczasem kiedy jakies 4 tygodnie temu zadzwonilam zeby ustalic szczegoly, siostra zaczela tlumaczyc, ze beda czescia wiekszej grupy i beda mieli wycieczki, spotkania i atrakcje, wiec tak naprawde to wolny bedzie tylko wtorkowe popoludnie. Wzielam wiec pol dnia urlopu z mysla, ze pojade do Bostonu chociaz na te kilka godzin. Niestety, Potworki powiedzialy ze jechac 3 godziny zeby spedzic z ciocia i wujkiem 2-3, po czym kolejne 3 wracac, to im sie nie chce. Nie dziwilam sie, ze wtedy odpadl M., tlumaczac, ze jak jechac to razem, bo jak pojedzie ze mna sam, a cos nam sie stanie, to dzieci zostana sierotami, bla bla bla... Typowe dla mojego malzonka, ktory zreszta od poczatku powtarzal, ze jechac zeby posiedziec z nimi w hotelu kilka godzin, jest bez sensu. Zostal jeszcze moj tata, ktory tez gadal, ze taka jazda to niepotrzebna meczarnia, a on dopiero co ich widzial w kwietniu, ale jak ja pojade, to on tez czuje sie zobowiazany. Im jednak blizej bylo przylotu siostry, tym bardziej tata narzekal, ze korki, ze strata czasu, ze oni beda zmeczeni, beda chcieli sie wykapac i odsapnac i ze lepiej odpuscic. Typowe dla mojego ojca, ze nie powie wprost, ze on nie jedzie, tylko bedzie obrzydzal pomysl wszystkim naokolo. Pozniej nawet moj szef (z ktorym rozmawialam, bo przez ten przylot kilka razy zmienialam termin urlopu, myslac, ze moze uda sie przywiezc N.+M. do nas) powiedzial ze nie poleca, bo przez mundial korki wokol Bostonu sa niemozliwe, szczegolnie ze to sezon wakacyjny. Mialam sie zreszta okazje przekonac o tym wracajac z inspekcji, a bylam nadal okolo godziny od miasta. Im wiec bylo blizej, tym bardziej zastanawialam sie czy powinnam jechac. W koncu wyszlo ze musialabym jechac sama, a ze w gre wchodzilo popoludnie, to wracalabym juz po ciemku. Pozniej okazalo sie, ze siostra i szwagier tez dali plamy, bo dowiedzieli sie ze mogli przyleciec 2 dni wczesniej, lub wyleciec pozniej, ale kiedy otrzymali ta informacje, bylo juz za pozno na zmiany. :/ Wolne we wtorkowe popoludnie jednak trzymalam, z mysla, ze a moze jednak najdzie mnie na jazde. No coz, nawet gdyby, to pogoda skutecznie mnie zniechecila. Caly dzien padalo, bylo szaro i ciemno, widocznosc na drogach tragiczna i wez tu jedz 3 godziny... Ostatecznie zas dowiedzialam sie, ze oni wcale wtorku nie mieli wolnego, bo zaraz po dotarciu do hotelu, mieli wycieczke po Bostonie, a pozniej uroczysta kolacje z drinkami, itd. Dobrze wiec, ze odpuscilam, bo tylko czulabym sie tam niezrecznie. Tyle, ze jednak troche mi smutno, ze nie zobacze siostry, a jest tak blisko...

W srode nie bylo juz dluzszego spania, bo musialam jechac do biura. Zostawilam Potworki z lista rzeczy do ogarniecia i pojechalam. W biurze mielismy doslownie tlumy, bo poza mna naliczylam 4 osoby. ;) Niestety, nadal walczylam ze skanerem i mialam ochote nim trzasnac. Tym razem zeskanowalam strony (na szczescie tylko dwie), kliknelam zeby je zachowac i... nic. Okienko mysli, mysli, mysli... Minelo piec minut, wiec kliknelam "cancel". Wyskoczyla wiadomosc, ze akcja anulowana i okienko... dalej mysli. Minela kolejna chwila, wiec zaczelam klikac gdzie popadnie, w nadziei ze cos zaskoczy. A gdzie. Zawiesilo sie i tyle. Musialam wejsc na glowne komendy kompa i na sile zamknac program. O dziwo, kiedy ponownie zeskanowalam tamte strony, zachowaly sie bez problemu. No i cale szczescie, ze bylo ich tylko dwie, a nie 70. :O Pozniej kontynuowalam skanowanie najdluzszego dokumentu, ale podzielilam go sobie na kilka czesci, bo stwierdzilam, ze jak sie znow zawiesi, to latwiej bedzie od nowa zeskanowac 30 stron, a nie 100.

Inna lokalizacja, ta sama zabawa ;) 

Moja ostroznosc okazala sie niepotrzebna, bo tym razem nic sie nie zawiesilo. W koncu udalo mi sie zeskanowac wszystko, co mnie wydaje sie niezbedne do raportu. Moja radosc jest jednak lekko stonowana, bo kiedy szef sprawdzi raport, moze kazac mi dodac inne dokumenty, lub dodatkowe strony. Samo zeskanowanie zalacznikow to jedno, pozniej jednak trzeba je oznaczyc. Nie ma lekko! Oznaczenie okazalo sie banalnie proste, bo trzeba bylo po prostu dodac odnosnik. Dawno tego nie robilam, wiec chwile musialam sie "pobawic" z formatowaniem, ale poszlo mi sprawnie. Bardzo bylam z siebie dumna, dopoki nie zaczelam dodawac go do kolejnych dokumentow. Niby kazdy dokument to ten sam format, a w jednym czcionka wielkosci 8 to byl drobny maczek, praktycznie niewidoczny, wiec powiekszalam ja do 16, po czym w kolejnych papierach nagle ta szesnastka robila sie prawie na pol strony i wyskakiwala po srodku, zamiast po prawej. Poprawilam co sie dalo, choc jeden dokument pozostal troche dziwaczny, bo nie dalam rady go poprawic. Trudno. W kazdym razie, skonczylam. Teraz pozostalo podczepic zalaczniki do programu generujacego raport, co pewnie tez bedzie mnie kosztowac troche nerwow. Nastepnie przeczytac raz jeszcze moje wypociny i wyslac szkic szefowi. I zostanie mi zawrotny jeden dzien na przygotowanie do kolejnej inspekcji. Przeciez nie moge sie nudzic... ;) Wrocilam do domu i mialam dosc leniwy wieczor. Akurat jak weszlam do domu, zadzwonila moja Siorka, wiec pogadalam z nia przez pol godziny, kiedy szykowala sie na uroczysta kolacje. Powiedziala, ze Boston im sie bardzo podoba i jedyne na co moze narzekac, to ze wiekszosc zwiedzania maja wewnatrz i przy klimatyzacji, strasznie marzna. No tak, zapomnialam ja ostrzec, ze Hamerykanie kochaja swoja klime i jak w budynku jest wiecej niz 18 stopni, to zrzedza ze za goraco. :D Pozniej wzielam prysznic, wstawilam zmywarke i moglam nawet usiasc na chwile w bujanym fotelu z przodu. Mimo, ze tego dnia mielismy juz 28 stopni i slonce, to po dwoch dniach nieustannego deszczu, caly ogrod nadal byl mokry, wiec odpuscilam podlewanie.

Czwartek to troszke dluzsze spanie, bo pracowalam z domu.

Rano Nik wzial sie za pancakes'y. Wyszly mu smaczne, choc zamiast estetycznych koleczek, mial jakies bezksztaltne placki :D 

Wreszcie skonczylam walke z zalacznikami i moglam przeslac szefowi szkic raportu. Az sie boje ile znajdzie bledow i niedociagniec. :O Potem skontaktowalam sie z jedna kolezanka w sprawie kolejnej inspekcji, na ktora jedziemy razem, a jeszcze pozniej inna kolezanka spytala czy mam czas przejrzec raport z tej, na ktorej bylysmy razem kilka tygodni temu. Nie ma nudy. ;) Podjelam tez szkolenie, ktore zaczelam jeszcze na wyjezdzie, ale potem nie mialam czasu go dokonczyc. Niestety, sklada sie ono z modulow, ktore nie zapamietuja gdzie sie stanelo, wiec troche na slepo zaczelam od trzeciego, bo nie pamietalam gdzie skonczylam. :D Jak tylko uporalam sie z robota, zapakowalam mlodziez i pojechalismy na zakupy, mimo ze akurat szedl jeden z meczow mundialu. To wlasnie na ten przylecieli moja Siorka z mezem, ale wiadomo ze nie bylo szans zobaczyc ich gdzies na ekranie. ;)

Dostalam potem takie fajne zdjecie 

Ogarnelam spozywke, zajechalismy  do Dunkin' po napoje bo byl gorac i wilgotnosc i wrocilismy do chalupy. Myslalam, ze zdaze na chociaz koncowke meczu, ale weszlam akurat na ostatni gwizdek. ;) W domu czekala na mnie niezbyt fajna "niespodzianka", mianowicie mail od szefa ze zmiana grafiku. Na szczescie dla czterech osob, nie tylko dla mnie. Centrala sypnela jakimis pilnymi inspekcjami, wiec musial je gdzies wcisnac. Kurcze, a w sumie nawet lubilam poprzedni grafik... Jak na zlosc, mogl mi zabrac wyjazdowa inspekcje (a tylko ja przesunal), a zabral inna, lokalna. Na jej miejsce wskoczyla w sumie tez lokalna, ale na tamta mialam jechac z kolezanka, a na ta bede musiala sie udac sama. :/ No i tamta to mial byc nowy dla mnie rodzaj inspekcji, ktorego mialam sie uczyc. Teraz bede miala podobna tylko raz, we wrzesniu i wyglada ze po tym jednym razie, bede musiala juz na nie jezdzic sama. :/ Nie mowiac tez ze na poczatek pazdziernika wladowal mi kolejna wyjazdowa. Narazie jednak sie o to nie martwie, bo jak widac, zmiany w grafiku zdarzaja sie caly czas, wiec zanim ten pazdziernik nadejdzie, jeszcze 5 razy moze sie wszystko pozmieniac... Reszta wieczora minela bez sensacji. Nik mial plywanie, wiec M. go zawiozl, ja odebralam. Najlepsze, ze podjezdzam pod basen, patrze, na schodach siedzi gromada nastolatkow, w tym moj. Wszyscy z nosami w telefonach, nikt nawet nie podniesie glowy. Musialam zatrabic, zeby syn mnie zauwazyl i laskawie ruszyl do auta. :D

W piatek wczesna pobudka i do biura. Normalnie, jesli moge, lubie w piatki wpisywac sie na prace zdalna, ale tym razem szukali kogos, kto moze byc tego dnia w biurze, wiec niechetnie, ale napisalam, ze ja moge. Jakas babka z drugiego konca Hameryki, przyleciala na inspekcje i pozyczyla jedno z naszych sluzbowych aut. Teraz miala je oddac, tylko ze jej karta nie dziala na nasz budynek, wiec musialaby na kazdym kroku prosic straznikow, a oni pewnie musieliby ja dodatkowo sprawdzac. Zglosilam sie wiec, ze moge ja wpuscic i wziac kluczyki.

Rano na taras przyszedl kot sasiadow, a kiedy wystawilam reke zeby go poglaskac, normalnie wpychal mi sie do domu! Za to Oreo wychodzila z siebie, warczac, wyjac i syczac :D 

Tego dnia moja siostra i szwagier wracali juz do Polski. Taki mieli beznadziejnie krotki wyjazd. Niestety, Siorka stwierdzila, ze pokonala ja Hamerykancka klimatyzacja. Caly wyjazd narzekala ze w budynkach jest strasznie zimno. No fakt, ja sie juz chyba troche przyzwyczailam i odruchowo biore sweter, ale tutaj naprawde, jak chlodzic, to na maksa. Siostra wylatywala z zawalonym gardlem i goraczka, co daje mi do myslenia i nie wiem czy nie zlapala jakiego wirusa podczas pierwszej podrozy. Bo jakis tam katarek, to rozumiem, ale zeby od razu goraczka? Nie wiem czy to od klimy... Po poludniu dostalam od szefa sprawdzony raport i... lo matko! Nie dosc, ze pelno poprawek, bo tu jakas literowka (a sprawdzalam!), tam cos zjadlo, a jeszcze gdzie indziej zdanie kiepsko gramatyczne... No niestety, mimo ze plynnie posluguje sie angielskim, to jednak czasem insza gramatyka mnie pokonuje. ;) Dopiero po fakcie przyszlo mi do glowy zeby przepuscic tekst przez ChatGPT. Przy nastepnym raporcie tak zrobie. :D Oprocz jednak poprawek, dostalam pierdylion pytan. Doslownie kazdy paragraf mial jakis komentrz czy pytanie czy mam to czy tamto, czy sprawdzilam podana informacje, czy mam dokument zeby to potwierdzic, itd. Troche sie podlamalam... Spieszylam sie zeby odpowiedziec na wszystkie pytania, bo w przyszlym tygodniu jestem na inspekcji, wiec nie bedzie czasu, poza tym podejrzewam ze nie obejdzie sie bez kolejnej "rundy". Godzine mi to zajelo, ale wklepalam wszystkie wyjasnienia i odeslalam. Do tego dokonczylam w koncu tamto szkolenie, dokonczylam czytanie raportu przyslanego przez kolzanke, zbieglam wpuscic kobitke oddajaca auto (ktora miala, serio, 3 spore walizki, torbe, a do tego  normalna torebke. Na dwa tygodnie! :O), a oprocz tego usilowalam choc pobieznie przeleciec dokumenty na nastepna inspekcje, zeby wiedziec choc czesciowo, z czym przyjdzie nam sie zmierzyc... Przynajmniej bylam w biurze sama, wiec nie rozpraszalo mnie towarzystwo. ;) Po pracy wrocilam do chalupy, byla godzina 17:15, a syn przywital mnie w garazu, ze kolega chce sie z nim spotkac o 17:30! :O W tym tygodniu w naszym miasteczku odbywal sie doroczny festyn i choc Nik poczatkowo wzruszal ramionami, to kiedy kolega napisal czy idzie, oczywiscie sie zgodzil. ;) Festyn zaczynal sie jednak o 18, wiec nie wiem skad ten pospiech. W kazdym razie, zanim weszlam, przebralam sie i zebralam mysli, to i tak wiozlam go tuz przed godzina otwarcia. Pozniej podlalam kwiatki i warzywa, posiedzialam troche z mezem, a o 21 pojechalam odebrac syna. Na szczescie chlopak nie mial ochoty na fajerwerki, ktorych pokaz zaczynal sie pol godziny pozniej. Rok temu zostali na nich z Bi, a potem zajelo nam pol godziny zeby przebic sie przez korek w centrum, bo wszyscy wracali po pokazie do domu. Teraz podjechalam tylko, zgarnelam go po drodze i moglismy spokojnie ruszyc do domu. Tak to lubie. :) Bi za to na festyn nie pojechala w ogole w tym roku. Jej grupa znajomych, taka zwykle szybka do organizacji roznorakich wyjsc i spotkan, teraz zupelnie nie mogla sie zgrac. Moze zreszta pomalu wyrastaja z takich atrakcji. ;)

Do poczytania! 

środa, 1 lipca 2026

Kolejny przyspieszony post

W sobote, 27 czerwca, rozkosznie bylo sie obudzic we wlasnym lozku. Tego dnia wszyscy odsypialismy, bo M. tez mial swoj czwarty w miesiacu, wymagany dzien wolny. ;) Malzonek wstal o 7, co jak na niego jest wyczynem, Bi (ktora przyznala ze polozyla sie o... 3 :O) o 9, ja nieco pozniej, a Nik spal do 10:30. :D Jak ostatnio kazda sobota oznaczala sprzatanie, tym razem sobie odpuscilam, bo planuje dac liste Potworkom kiedy bede jechac do biura. A co, niech sie zbytnio nie nudza w wakacje. :D

Kiedy usiadlam na chwile na tarasie, ciekawski kiciul musial sprawdzic co to takiego. Nie wiedziala jednak, ze dwie poduszki wyjelam, wiec w ktoryms momencie reszta sie rozjechala i Oreo prawie wpadla do srodka. :D 

Za to musialam sie bawic w pranie za praniem. Napisalam ostatnio, ze pokempingowy ladunek, kisil sie w suszarce od niedzieli do piatku, bo M. "zapomnial" ze mu o nim wspomnialam. Kiedy mu to wytknelam, odbil paleczke, ze "dlaczego mu nie przypomnialam?". :O Bo, kurna, nawet nie przyszlo mi do glowy, ze mogl o tym zapomniec! Przy okazji jednak, M. nie wstawil zadnego dodatkowego prania, wiec teraz i obydwa brudowniki (na jasne i ciemne) na dole i te w pokojach dzieci, byly niemal pelne. W piatek wstawilam jedno pranie, ktore w sobote poskladalam i wstawilam kolejne, a potem jeszcze zmienilam dzieciakom posciel, wiec trzeba bylo wstawic nastepne. Upieklam tez chlebek bananowy, bo przyszlo lato i cieplo, wiec banany brazowieja w strasznym tempie. Tego tez malzonek nie raczy ogranac, a obecnie tylko on je to ciasto. Tymczasem w lodowce lezalo piec bananow, ktore tam wsadzilam jeszcze przed kempingiem, kolejne 6 lezalo na wierzchu, a ja w piatek kupilam dodatkowa kisc, bo tych z brazowymi plamkami (nawet jesli dopiero zaczynaja sie pojawiac) nikt nie je. Niestety, kupilam tez jablka, a w domu okazalo sie, ze mamy cala miske, na horyzoncie widze wiec duzo pieczenia... Tym razem upieklam bananowca, ale z czekolada, bo Nik ostatnio marudzil, ze zawsze pieke z orzechami, a on orzechow nie lubi i jakbym dodala czekolady, to by jadl. No to upieklam i zobaczymy czy zje. Mam powazne watpliwosci. ;) Malzonek zabral tez syna do fryzjera. Niestety, Nik ma teraz bardzo specyficzna fryzure, z wlosami przystrzyzonymi z tylu i po bokach, ale dluzszymi na gorze i z przodu, ktore on jeszcze specjalnie "mierzwi". :D

Przed

Po

Niestety, przez te dluzsze wlosy, szybko odrastaja i wpadaja do oczu, a reszty Nik tez nie pozwala zgolic na 0, tylko zostawia kilka mm. W rezultacie, wlasciwie co miesiac musi je podcinac zeby spelnialy jego "standardy".

Teraz musi wyrownac opalenizne, bo widac wyraznie dokad wczesniej siegaly mu wlosy :D 

Cale szczescie, ze meski fryzjer to $25. :D Pojechalismy tez do kosciola, a po powrocie ogladalismy mecze. Zadne z nas nie jest wielkim fanem, ale mundial przyciaga. ;)

Kiedy kladlam sie spac, znalazlam syna tak :D

Niedziela to ponownie odpoczynek i relaks dla mnie i Potworkow. Malzonek pojechal do pracy, ale konczyl juz o 11, wiec byl w domu dosc wczesnie. Ja wstalam, ogarnelam sie i dalej walczylam z praniami, bo zostalo mi reczne (ktore piore na delikatnym programie w pralce ;P), no i zmienilam posciel u nas, wiec ja tez musialam wstawic do prania. W miedzyczasie upieklam ciasto z jablkami, zeby zuzyc kilka najbardziej "kapciowatych". Przyjechal tez jak zwykle moj tata, ale pojechal o 14:30 zeby zdazyc do domu na mecz o 15. Wyszorowalam jeszcze nasza lazienke i przykazalam Kokusiowi zeby posprzatal u dzieciakow, ale oczywiscie zwlekal i sie ociagal i w koncu tego nie zrobil. Byl bez humoru, bo mial jechac na noc do domku nad jeziorem kolegi, ale ostatecznie go nie puscilismy. Mial juz pozwolenie i w ogole, ale potem kolega mu napisal, ze wieczorem mieli miec rodzinne zdjecia z fotografem. Napisal co prawda, ze Nik pojechalby z nimi i zostal w samochodzie, ale stwierdzilismy z M. ze to bez sensu. Jak oni maja swoje rodzinne plany, to glupio zeby im sie Mlodszy tam platal. Podejrzewam, ze kolega zaprosil Kokusia zanim zapytal sie rodzicow czy moze... ;) Nik byl, rzecz jasna, zly jak osa, ale pocieszyl sie planami jazdy na ryby. Tu jednak sam dal plamy, bo zdecydowal sie jechac o 18, kiedy akurat zaczelo kropic i grzmiec w oddali. Ostatecznie burza przeszla bokiem, ale tez postukalismy sie w czola i kazalismy mu zostac w domu i nie kombinowac. No ale kawaler byl oczywscie bardzo na nas zly. :D Aha, zapytalam tez oczywiscie ta moja corke, co to sie zadzialo na egzaminie z matematyki. Okazalo sie, ze wlasciwie to nic specjalnego. Panna odparla, ze egzamin byl na ostatniej lekcji ostatniego dnia i ona juz marzyla zeby isc do domu i zaczac wakacje. Czyli co? Czyli to moje bardziej ambitne i walczace o oceny dziecko, po prostu mialo... kompletna zlewke. :O W szoku jestem... Ma dziewczyna szczescie, ze egzamin to ulamek oceny koncowej. Na studiach juz tak fajnie miec nie bedzie...

Za to, od konca roku szkolnego minely 2 tygodnie, a ona juz zdazyla sobie wydziergac kolejna bluzeczke ;)

W poniedzialek moglam na szczescie pracowac z domu. Po calym tygodniu w innym Stanie, cieszylam sie ze moge pomieszkac we wlasnej chalupie.

Rano przyszla mnie przywitac w lozku nasza kota ;) 

Tyle, ze niestety praca z domu wymaga samodyscypliny, a przy Potworkach wrecz zelaznej sily woli. Mielismy dzien goracy, ale jeszcze nie rekordowo. Takie tam 28 stopni i 60% wilgotnosci; nic specjalnego. ;) Bi rano poszla z kolezanka pobiegac, poki jeszcze bylo chlodniej. Pozniej nadal probowala zwerbowac kogos nad jezioro, ale wszysciutkie psiapsiolki mialy jakies plany lub wyjechaly. Nik takiego problemu nie mial, bo jego obecny najlepszy kumpel byl nadal w domku nad jeziorem, wiec kawaler chcial jechac na ryby, tyle ze sam. Rano mialam meeting z szefem, ale kiedy go skonczylam, powiedzialam synowi zeby zjadl sniadanie (bo gotow byl jechac na glodniaka) to go zawioze. Kiedy zjadl, odstawilam go wiec nad jezioro i polecilam zeby napisal jak bedzie chcial wrocic do domu. Odezwal sie w koncu prawie o 12 zebym przyjechala, ale tez przywiozla mu siatke, bo chce sprobowac zlapac narybku. Przyjechalam, a tymczasem kawaler zaczyna cos napomykac, ze moze by zostal troche dluzej... :O Mialam ochote go udusic. Okazalo sie, ze akurat tuz przed moim przyjazdem, zlapal dwie ryby, nabral wiec ochoty na wiecej.

Zrobil sobie selfiaka na pamiatke :D 

Oczywiscie kategorycznie odmowilam, bo nie bede co godzine przyjezdzac; w koncu oficjalnie bylam w pracy. :/ Pozniej, przez jakis czas usilowalam skupic sie na raporcie, co szlo mi niestety opornie. Zawsze mi sie wydawalo, ze fajniej jest klepac w klawiature, niz siedziec w obcych firmach i przepytywac ludzi. Nie wiem jednak czy z czasem nie bede gadac jak niektorzy ludzie z mojej grupy, ktorzy twierdza ze wola juz przeprowadzac inspekcje niz spisywac z niej raport. ;) W miedzyczasie wstawilam gulasz, ktory na szczescie jest obiadem, ktory robi sie wlasciwie "sam". O 15 Bi stwierdzila, ze chcialaby pojechac nad jezioro, zeby sie wykapac. Nik na to podskoczyl, ze on w takim razie chce pojechac znowu na ryby. Zanim sie zebrali, zrobila sie prawie 16 i juz mialam im powiedziec zeby poczekali az skoncze prace, ale przypomnialo mi sie, ze tego dnia o 18 zamykali wszelakie aktywnosci na/przy jeziorze. Nie mieli wiec zbyt duzo czasu. Mlodszy co prawda moglby lowic ryby do zamkniecia, ale zostal mu tylko staw, a wiem, ze przy zamknietej plazy, praktycznie wszyscy ludzie zwina sie do domu, bo to glowna atrakcja latem i przy upalach. Zawiozlam ich i powiedzialam ze przyjade o 18. Pozniej jednak skonczylam robote, zjadlam obiad i o 17 stwierdzilam, ze moze tez podjade sie wykapac. W kolejne dni nie bede juz miec tyle czasu, a pod koniec tygodnia mialam dostac okres, wiec to mogla byc prawie ostatnia okazja na jakis czas. Pojechalam wiec, znalazlam corke i poszlam sie zamoczyc. Latwo nie bylo, ale woda byla na oko nieco cieplejsza niz w hotelowym basenie, wiec sie udalo. Pochlapalam sie troche i w tym momencie doszedl Nik. Wczesniej byl nad stawem, a teraz przyszedl, bo zostalo 10 minut do zamkniecia jeziora. I zamiast wskakiwac do wody, to on sie zastanawia, czy chce! :O Bo tak samemu... Bi stwierdzila, ze wczesniej byla w wodzie 40 minut, wiec juz nie idzie plywac. Zaoferowalam, ze z nim pojde, ale oznajmil, ze z mama to troche obciachowo. Swietnie; do czego to doszlo. ;) Ostatecznie poszedl sam, poplynal do pomostu, skoczyl i oglosili ze zamykaja plaze.

Przymierza sie do skoku 

Nik oczywiscie znow cos tam sie burzyl, ze chcialby zostac na rybach (wczesniej zlowil kolejna), ale powiedzialam, ze nie ma mowy. Nie chce zeby tam lazil jak to miejsce opustoszeje, a poza tym dosc sie tego dnia ujezdzilam w ta i spowrotem. :/ Wrocilismy wiec do domu, gdzie po chwili wpadl na kolejny pomysl, mianowicie ze kolega zaprosil go do swojego domku nad jeziorem na noc z wtorku na srode. Najpierw sklanialam sie, zeby mu pozwolic, bo w weekend nie pojechal, ale po namysle stwierdzilam, ze nie da rady. We wtorek moglabym go od biedy po pracy zawiezc (to 40 minut od nas), ale w srode nie bedzie mial go kto odebrac. Ja po robocie musze jechac na zakupy, a M. pakowac co sie da na kemping, bo kolejnego dnia bedziemy wyjezdzac. Nikt nie ma czasu na prawie 2-godzinne jazdy po syna. Chlopaki nie odpuszczali i po jakims czasie Mlodszy przyszedl, zeby powiedziec ze rodzice kolegi moga go zabrac i potem odwiezc. Oszaleje z nimi. :D Ponownie jednak odmowilam, bo po prostu glupio mi zeby obcy ludzie wozili moje dziecko. No i wkurzylam sie na syna, bo kombinuja, a wakacje zaczely sie ledwie 2 tygodnie temu, wiec maja jeszcze mnostwo czasu na nocowanki. :/

Wtorek musialam zaczac wczesnym rankiem, bo jechalam do biura. Ostatnio bylam w nim rowno 2 tygodnie wczesniej. ;) Zostawilam Potworkom liste rzeczy do ogarniecia w chalupie, a sama podazylam do pracy. Mimo ze jechalam (jakby inaczej) w korku, to po ostatnich 2-godzinnych podrozach, jazda do biura wydala mi sie niczym mrugniecie okiem. :D Okazalo sie, ze poza mna byly kolejne 3 osoby, wiec prawie tlum. Szkoda, ze nikt, z kim sie juz troche lepiej poznalam... Tego dnia, mimo ze teoretycznie nie nadeszla jeszcze zapowiadana fala goraca, mielismy 30 stopni i ponad 60% wilgotnosci. No ale to przeciez nie goraco... U nas ostrzezenia zaczynaja sie od 32 stopni wzwyz. :D W pracy jednak klima szla az milo, wiec siedzialam w dlugich spodniach oraz swetrze. Nadal meczylam raport i nadal szlo mi opornie, mimo ze w pracy nie ma wlasciwie rozpraszaczy. Mialam tez krotkie spotkanie (online) z pania doktor, ktora przepytala mnie z formularza, ktory wypisalam kilka tygodni temu, po czym zatwierdzila, ze jestem wystarczajaco zdrowa zeby uzywac... respiratora. Mam nadzieje, ze nigdy nie bedzie mi on potrzebny, ale jakby co, mam pozwolenie. ;) Do domu dojechalam po 17, wiec wieczor zlecial niewiadomo kiedy. Trzeba bylo wyszorowac kuchenke i kuchenne zlewy oraz poscielic w przyczepie, bo wypralam poszewki i przescieradla. Bylo duszno i parno, wiec w kamperze goraco i bezruch powietrza, nawet przy otwartych drzwiach i rozszczelnionych wszystkich oknach. Najlepsze, ze ja na gorze pietrowego lozka, zgieta wpol, poce sie i sapie nakladajac przescieradlo, a tu wkracza Nik i oznajmia ze za pare minut zaczyna sie trening, wiec chyba nie zdazy. Malo mnie szlag nie trafil, bo trening jak trening, ale po pierwsze, nie pojechal juz dzien wczesniej, a my placimy za ta jego druzyne. Po drugie i wazniejsze jednak, ojciec siedzi w salonie i oglada mecz, a to zwykle on wozi syna na treningi. Ja go pozniej odbieram. I co?! Jak w tych wszystkich kawalach, Mlodszy przeszedl przez chalupe, zignorowal ojca i jakims cudem znalazl mnie w przyczepie, zeby powiedziec mi ze za chwile zaczyna sie trening! Ostatecznie chlopaki pojechali razem, bo M. zostal na silowni. Ja w tym czasie wzielam prysznic, nakarmilam zwierzyniec, itd. Cale popoludnie sie chmurzylo, ale deszcz raz pojawial sie w prognozach, raz znikal, wiec zastanawialam sie czy podlewac. W koncu jednak sie rozpadalo, na krotko, ale uznalam ze wystarczy. I dobrze ze sobie odpusicilam bo nad ranem obudzila mnie burza. Grzmialo i blyskalo az milo, a charakterystyczny szum swiadczyl o tym, ze musialo lac jak z cebra.

W srode pobudka tak samo i ponownie do biura. Zaczal sie lipiec i w tym miesiacu mam szanse byc tam kilka razy. Tak z szesc. :D Tego dnia byla moja kolezanka z innej grupy, ale z tego miesiecznego wyjazdu, wiec nagadalam sie za wszystkie czasy. Poza tym, nadal walczylam z raportem. Zalamalo mnie to, ze juz trzeci dzien pracowalam nad czescia pisana, a przede mna bylo najgorsze, czyli skanowanie, oznaczanie i podpinanie dokumentow. :O Kiedy jednak, wczesnym popoludniem, sie za to zabralam, okazalo sie, ze... drukarka nie dziala! To znaczy, dziala, ale nie laczy sie z laptopem, mimo ze podlaczona byla do niego kablem! :O Ani wiec skanowac, ani drukowac, nic. Kolezanka powiedziala ze kilka tygodni temu miala tak samo i musiala prosic o pomoc technikow, ktorym zajelo to prawie 4 godziny. :/ Stwierdzilam ze sprobuje skanowac telefonem, ale ze w sumie mialam kilkaset stron, wiec szlo to opornie. Zeskanowalam kilka krotszych dokumentow, ale z najdluzszymi sie poddalam. Musze miec skaner i koniec. :/ Po pracy wpadlam tylko do domu, wstawilam pranie, bo musialam oproznic brudowniki przed kempingiem, napilam sie i popedzilam na zakupy. Tego dnia przyszla juz fala upalow. Mielismy 33 stopnie z odczuwalna 35 oraz 60% wilgotnosci. Za kazdym razem kiedy wychodzilam z klimatyzowanych pomieszczen lub auta, zaparowywaly mi okulary. ;) Po zakupie spozywki, obiecalam Kokusiowi ze podjedziemy do sportowego po drugiej stronie ulicy, bo kawaler chcial sobie kupic jakas upatrzona przynete na ryby. :D Bi, ktora zadnych zakupow nie odpusci, wybrala sobie szybko stanik sportowy do biegania. Oboje mieli jednak 15 minut z zegarkiem w reku, bowiem w samochodzie zostaly zakupy, w tym lody, a upal byl niemozliwy. Po powrocie do domu wpakowalismy to co nie musialo byc w lodowce do przyczepy, nakarmilam zwierzaki, podlalam warzywa oraz kwiatki i przyszla pora meczu. O 20 naszego czasu gralo znow USA, wiec wiadomo ze trzeba bylo popatrzec. Wygrali bardzo ladnie i znow z glosnikow oraz trybun rozbrzmialo "Country roads". :)

Kiciul ma ostatnio obsesje na punkcie tego plecaka. Wlazi do niego, plecak sie przewraca, a ona siedzi w nim i sie czai. Ale za kazdym razem jak chce zrobic zdjecie przyczajonemu "tygrysowi", natychmiast z niego wychodzi :D

Ponownie jak 2 tygodnie temu, musze skonczyc w srode. Jutro wyjezdzamy na dlugi weekend; co prawda w dzien jeszcze pracujemy, ale nie bedzie raczej czasu na klepanie. :) Pogoda zapowiada sie zupelnie inna niz poprzednio. Przez wiekszosc czasu bedzie potwornie goraco i wilgotno. Pechowo, na tym kempingu nie ma podlaczen do pradu. Zeby wlaczyc klime, bedzie trzeba uzyc agregatora. Regulamin kempingu mowi jednak, ze nalezy go wylaczyc o 20 wieczorem. Noce moga wiec byc dosc ciezkie, bo nawet przy otwartych oknach, przy takiej wilgotnosci, powietrze stoi niczym zupa...

Do poczytania!

piątek, 26 czerwca 2026

Dlugi weekend, a po nim dluuugi tydzien

Tym razem musze zaczac od czwartku. Jak nietypowo, ha! :D

A wiec, w czwartek 18 czerwca, malzonek pojechal jeszcze na kilka godzin do roboty. Ja wzielam wolne, a Potworki oczywiscie cieszyly sie juz wakacjami, szczesciarze. ;) Wstalam w miare wczesnie, zeby szybko zjesc sniadanie i ogarnac sie, a pozniej niestety wziac sie za pakowanie przyczepy. Przynajmniej mialam juz w niej posciel, a ciuchy zanioslam w srode, ale zostala do spakowania praktycznie cala reszta. Podczas biegania w te i spowrotem, trzeba bardzo uwazac i zasuwac za soba siatke w drzwiach kampera, bo Oreo jest nim bardzo zainteresowana i obawiam sie, ze kiedys mozemy dojechac na na miejsce i znalezc kiciula w srodku. :D Poki co, zadowolila sie lazeniem po moim aucie. ;)

Nie rozumiem co koty tak ciagnie do aut... 

Bi spakowala swoje ciuchy juz dzien wczesniej, Kokusiowi musialam oczywiscie kilka razy przypominac, bo przeciez on ma czaaas. A potem zawsze czegos zapomni... :/ Malzonek wrocil na sam koniec pakowania, szybko wzial prysznic i konczyl co tam jeszcze mial do roboty. Planowalismy wyjechac o 12, ale jak to bywa, troche sie przeciagnelo i ruszylismy o 12:40. Nie tak zle, ale po drodze korki byly niemozliwe. Caly czas jakies zatory bez powodu. Ani wypadku, ani robot drogowych, a autostrada wlecze sie kolo za kolem... Moglismy dojechac na 15, a dotarlismy pol godziny pozniej. Nie bylo to jednak jakos strasznie pozno, wiec rozpakowalismy sie, a pozniej usiedlismy przed przyczepa, zeby podelektowac sie sloncem. Caly weekend potwornie wialo i nikt na kempingu nie odwazyl sie rozlozyc zadaszenia. Za to widzielismy czesciowo zdmuchniety namiot. ;) Niestety, na horyzoncie pojawily sie ciemne chmury i choc mialam nadzieje, ze przejda bokiem, to pechowo - przyniosly deszcz. A raczej istna ulewe. Lalo strasznie przez niemal dwie godziny, czyli wiekszosc naszego pierwszego popoludnia, ech... :/ Za to pozniej, na niebie pojawila sie piekna tecza. Nawet podwojna, choc na zdjeciu tego nie widac.

Pedzimy po ten garnek zlota :D 

Przestalo padac idealnie zeby rozpalic wieczorne ognisko, ale niestety - lunelo wczesniej tak nagle i tak gwaltownie, ze popedzilismy do przyczepy nie patrzac zupelnie co zostawiamy na zewnatrz. Zostawilismy krzesla i choc dwa maja plastikowe, plecione siedziska, wiec wystarczylo je wytrzec, to dwa pozostale sa materialowe, wiec przemokly dokumentnie. Postawilam je przy ogniu, ale juz nie doschly i proba usiadniecia na jednym, zakonczyla sie przemoknietymi portkami. ;)

Piatek zaczal sie pozniej, choc obudzilam sie przed budzikiem, ktory nastawilam na 9. Nadal strasznie wialo, wiec pomimo 24 stopni, w cieniu bylo chlodno. Mielismy taka zdradliwa pogode, bo co czlowiek chwile schowal sie przed sloncem, zaraz zaczynal marznac. Wychodzil wiec sie wygrzac, ale o tej porze roku slonce prazy az milo, wiec mozna sie bylo niechcacy szybko strzaskac. Przekonal sie o tym Nik, ktory dosc mial swojej bialej klaty oraz plecow. Cala wiosne przechodzil w koszulkach, wiec opalil sobie tylko twarz, kark oraz ramiona. Teraz wiec uparl sie, ze chce opalic reszte. Niestety, nie mial zamiaru sluchac mojej rady, zeby robic to stopniowo. Gore plecow, ktora spala sie najszybciej, posmarowalam mu niemal na sile. Reszte zostawilam, bo nie mam ochoty szarpac sie z chlopem, ktory jest juz wyzszy ode mnie. Tak jak przewidywalam, pod wieczor Mlodszy wygladal niczym raczek - nieboraczek. ;) Dzien spedzilismy jak to na kempingu - troche rowerow, troche spacerow, troche zwyczajnego leniuchowania. Nik chcial lowic ryby, ale okazalo sie, ze wiatr byl tak mocny, ze przywiewal mu haczyk z przyneta z powrotem. Kiedy niemal nie oberwal tym haczykiem, poddal sie i wrocil. :D Podczas odplywu poszlismy oczywiscie na plaze przy skalkach, zeby polapac kraby. Niestety, tu tez wiatr przeszkadzal. Krabiszony pochowaly sie gleboko, a woda zmarszczona byla od podmuchow i ciezko bylo cos zobaczyc. Nik zlapal tylko jednego.

Jeden, ale jest ;) 

Po poludniu M. pomajstrowal przy antenie i udalo mu sie znalezc kilka lokalnych kanalow. Mielismy farta, bo na jednym z nich transmitowali mundial, wiec udalo nam sie obejrzec dwa mecze, w tym USA - Australia. Skoro Polska sie nie zakwalifikowala, to kibicujemy drugim "rodakom". :)

Jak w domu ;) 

Pod wieczor poszlam z Potworkami na glowna plaze, bo Bi chciala sie wykapac i troche posiedziec. Nik poszedl z nami, ale szybko sie zmyl, bo woda byla lodowata, a on nie lubi siedziec na plazy dla samego siedzenia. Starsza tez zrezygnowala z moczenia jak tylko weszla po kostki do wody, wiec usiadla z ksiazka, a ja rozlozylam sie na kocu, leniwie obserwujac ocean, mewy i innych plazowiczow.

Wietrznie i pustawo

Pod wieczor wiatr na chwile ucichl, wiec szybko skorzystalysmy z Bi i zagralysmy runde badmingtona. Nawet sie dobrze bawilysmy, dopoki wichura nie wrocila i nie zaczela nam zwiewac lotki na drzewo. ;) Wieczorem znow rozpalilismy ognisko i tym razem nawet udalo nam sie przy nim posiedziec. Upieklismy tez kielbaski, choc zjedlismy je tylko my oraz Nik. Bi rzadko daje sie namowic...

W sobote pobudka tak samo i leniwe szykowanie sie na kolejny dzien relaksu. Liczylam na to, ze przestanie tak potwornie wiac, ale sie przeliczylam. Co gorsza, bylo nieco chlodniej niz poprzedniego dnia, wiec kolejny raz trzeba bylo uwazac zeby nie zmarznac ani sie nie spalic. Dzien spedzilismy podobnie jak piatek. W czasie odplywu poszlam z Kokusiem na kraby i zabrala sie z nami Bi, bo dzien wczesniej woda od strony rzeki byla dosc "ciepla". W cudzyslowiu, bo tak naprawde byla lodowata, ale przynajmniej stopy nie dretwialy zaraz po wejsciu do niej. ;) Tego dnia juz byla chlodniejsza, ale Bi zawziela sie i zanurzyla, choc kapiel trwala cale dwie minuty. ;)

Przy odplywie tworzy sie spora plycizna 

Nik niestety nie mial szczescia do krabow. Ponownie wszystkie sie pochowaly. Probowal zlapac chociaz narybku, ale lawice drobnicy, ktorych tam zwykle pelno, tez sie pochowaly. Po powrocie zjedlismy lunch, a potem pojechalam z synem na wycieczke rowerowa.

Tutaj spuszcza sie na wode lodzie, ale glownymi "bohaterami" ujecia, sa nadchodzace, ciemne chmury 

Zdazylismy wrocic i za kilka minut zaczelo kropic. Nauczona doswiadczeniem z czwartku, szybko schowalam krzesla i zawolalam Maye do przyczepy. Psiur gramolil sie opornie, ale w tym momencie lunelo, co pomoglo jej w podjeciu decyzji. :D Ulewa potrwala zawrotny kwadrans, a pozniej wyszlo ponownie slonce. Tym razem jednak mielismy suchutkie krzesla na wieczorne siedzenie przy ognisku. ;) Zanim ono jednak nastapilo, pojechalismy jeszcze do kosciola. Kolejnego dnia musielismy sie rano pakowac do wyjazdu, wiec nie dalibysmy rady, pojechalismy wiec w sobote. W niedziele byl tutejszy Dzien Ojca, wiec tradycyjnie wszyscy ojcowie, dziadkowie, itd. mieli wstac na specjalne blogoslawienstwo. :)

 

Malzonek stanal raczej niechetnie :D

Na kemping wrocilismy akurat na pore rozpalenia wieczornego ogniska. Tym razem, podczas wieczornej ciszy, chwycilismy z Kokusiem za frisbee. To na szczescie nie jest az tak wrazliwe na podmuchy wiatru, wiec gralismy az ledwie bylo widac talerz i balam sie, ze ktores z nas oberwie w nos, albo ja w okulary. ;) A pozniej, nad polem kempingowym rozblysly fajerwerki. To jest wlasnie swietne w tym miejscu, ze zwykle pokazy sztucznych ogni sa w Hameryce z okazji 4 lipca, ale na tym kempingu, kiedy bysmy nie przyjechali, strzelaja niemal co noc.

Och i ach :)

Niedziela to juz niestety powrot do domu... Rano jeszcze pospalismy troche dluzej, potem sniadanie i spokojna kawka w sloncu. Oczywiscie kiedy ustala wichura? Ostatniego dnia, no jakby inaczej?! :D Wreszcie moglismy rozlozyc zadaszenie, co sie przydalo, bo bez wiatru temperatura szybko podniosla sie do 26 stopni. Wiadomo, ze najlepsza pogoda przychodzi zawsze na ostatni dzien. ;) Malzonek zaczal podlaczac auto pod przyczepe i pakowac wszystkie zewnetrzne, ciezkie rzeczy, a ja wzielam sie za srodek. Tu akurat nie ma az tak duzo. Trzeba po prostu zabezpieczyc wszystko zeby nie poprzewracalo sie i nie stluklo lub polamalo w drodze. Zwykle zajmuje to jakies pol godziny. M. potrzebuje znacznie wiecej na zrobienie swojej czesci, wiec zostalo mi sporo czasu, a Potworki snuly sie znudzone. Stwierdzilam, ze moze przejdziemy sie na skalki, poniewaz nadchodzil odplyw, a ze nie bylo az takiego wiatru, istniala szansa, ze Nik znajdzie pare krabow.

Odplyw to pokryte wodorostami skalki i dno uslane ostrymi odlamkami muszli oraz kamykami - nie raz wyszlam z tego z rozcieta stopa 

Mimo ze mielismy jeszcze ponad godzine, do maksymalnego odplywu, poniewaz plywy sie miedzy soba roznia, tego dnia poziom wody byl naprawde niski. Bi poczatkowo poszla poplywac, ale pozniej dolaczyla do naszych poszukiwan.

Ta to ma zdrowie... ;) 

W koncu mielismy naprawde udany "polow", choc Nik znalazl tylko jednego malego kraba, za to prawdziwa "krolowa" bylam ja. ;)

To JA go znalazlam! :) 

Nie wiem jak to sie dzialo, bo znajdowalam jednego za drugim. Wiekszosc malutkich (moze to sezon na mlode?), ale kilka wiekszych tez. I wcale jakos specjalnie ich nie szukalam, ot przewrocilam jakis kamien od czasu do czasu, albo zajrzalam pod wodorosty... ;)

Tego tez!

I tego!

Tego maluszka tez! I kilka nastepnych :)

Nie zapomnijmy o krewetce, choc na zdjeciu ciezko ja rozpoznac :D 

Niestety, nasze polowy potrwaly jakies 40 minut i trzeba bylo wracac, bo wiedzialam ze M. skonczyl pakowanie i przebiera nozkami niecierpliwie zeby jechac. Faktycznie mial juz wszystko podpiete i zlozone i czekal tylko zebysmy sie zalatwili, zeby odlaczyc wode i prad. Droga do domu uplynela w korkach, choc niewielkich na szczescie. Dojechalismy przed 16 i trzeba sie bylo wypakowywac... Ledwie wszystko przenieslismy, wykapalismy sie i wstawilam po-kempingowe pranie, a musialam wyciagac walizke, bowiem kolejnego dnia wyjezdzalam na inspekcje. Ech... :(

Poniewaz przezornie uprzedzilam firme, do ktorej sie udawalam, ze przyjade okolo 10, wiec moglam pospac do 6:30, a pozniej spokojnie sie wyszykowac i o 8 wyjechac z domu. Po drodze musialam wymienic auto na sluzbowe, po czym ruszylam na miejsce i o dziwo, dojechalam praktycznie o czasie. Firma okazala sie malutka. Biuro maja w czesci administracyjnej szpitala, ale tak na prawde to "firma", a raczej "komisja" skladala sie z 3 osob. Z tego, administratorka byla na wakacjach, a prezes (ktory poza tym pracuje jako lekarz) nie zawracal sobie glowy inspekcja. ;) Zostala mi kierowniczka, sympatyczna starsza pani, ktora miala jednak zwyczaj na kazde pytanie odpowiadac zawile i z historiami pobocznymi. Czesto nie majacymi nic wspolnego z praca. Dowiedzialam sie m.in. ze jej ziec zaatakowal jej corke i teraz maja sprawe rozwodowa. Ta wiedza nie byla mi oczywiscie do niczego potrzebna, chyba ze kobita chciala wzbudzic litosc. :D

Maly wglad na moje inspekcje - laptop, papiery i mnostwo dokumentow na polkach... 

Stwierdzam, ze ten pierwszy dzien to byl kompletny chaos. Pierwszy raz bylam sama i choc zwykle jestem niezle zorganizowana i lubie miec wszystko zaplanowane i dopiete na ostatni guzik, to teraz patrzylam raz na to, raz na tamto i gubilam sie w tym, co mialam sprawdzic i kopie ktorych dokumentow wziac ze soba. Najbardziej przeszkadzal mi elektroniczny protokol, ktory mamy tylko dla tego rodzaju inspekcji i ktory musimy wypelnic. Nie dosc, ze pytania mial bardziej szczegolowe niz przepisy, to jeszcze po odpowiedzeniu na niektore, otwieraly sie kolejne, ale w zupelnie innej jego czesci. Pozniej, dla pewnosci przelatywalam pytania i zaskoczenie! Nie ma odpowiedzi na jakies, a bylam pewna, ze cala ta sekcje przerobilam! Ostatecznie, przez calutka inspekcje sprawdzalam caly protokol kilkanascie razy, zeby sie upewnic czy nie otworzylo sie nic dodatkowego. Kompletna strata czasu... :/ O 16 stwierdzilam, ze mam dosc i pojechalam do hotelu. W miedzyczasie zaczal padac deszcz, co przypomnialo mi, ze zapomnialam spakowac parasolki lub kurtki przeciwdeszczowej. Brawo ja, zwlaszcza, ze jakies opady zapowiadali na niemal kazdy dzien w tamtym tygodniu... :/ Bylo deszczowo i sennie, a ja zmeczona stresem inspekcji, wiec czulam sie kompletnie wypompowana. Jak wlazlam do pokoju hotelowego, tak juz nie chcialo mi sie z niego wychodzic.

Nie byl to NAJlepszy hotel, w ktorym mieszkalam, ale zdecydowanie jeden z lepszych 

Na szczescie spakowalam prowiant, bo hotel serwowal tylko sniadania i nie mial restauracji zeby cos kupic. Mala "sensacja" tego dnia bylo to, ze dostalam raporty Potworkow. W Polsce swiadectwa rozdawane sa w dzien zakonczenia roku szkolnego, a tutaj... w sumie kazdego roku inaczej. W tym, przyszly 4 dni robocze pozniej. :D U Kokusia, tak jak sie spodziewalam - A ma ze wszystkich malo waznych przedmiotow poza naukami scislymi oraz "fizyka i inzynieria stosowana". Reszta to B.

Ostatni raport z gimbazy ;) 

Za to u Bi zaskoczenie i to z tych malo pozytywnych. Ogolnie oceny koncowe to A i B, gdzie jeszcze rok temu miala praktycznie same A. No ale uparcie wziela wszystkie mozliwe przedmioty w trybie rozszerzonym, to teraz ciezko wyciagnac na 90% lub wiecej... Nie to mnie jednak zaskoczylo, tylko fakt, ze z egzaminu koncowego z matmy dostala... F. Czyli go nie zdala! :O

Pierwszy koncowy raport ze szkoly sredniej ;) 

Na szczescie to nie studia i egzamin stanowi tylko jakas czesc oceny koncowej (chyba 10%), ale jestem w szoku. Odkad zmienila "zwykla" matematyke na rozszerzona, oceny spadly jej na B, ale to jednak B, czyli odpowiednik naszej 4. A tu nagle tak po prostu oblac?! :O To juz z cholernej rozszerzonej fizyki dostala C, czyli nasza 3. Nie bylo mnie na miejscu, wiec nie mialam jak porozmawiac z corka o tym, co tam sie zadzialo, a nie chcialam robic tego przez telefon. Rozmowa musiala poczekac...

We wtorek dzien uplynal podobnie, tyle ze nie musialam jechac dwoch godzin do pracy. Pierwszy raz bylam na inspekcji sama, czego zaleta bylo to, ze moglam sama sobie ustawic grafik. W hotelach genralnie slabo sypiam, wiec postanowilam nastawic budzik na 7, spokojnie sie wyszykowac, zejsc na sniadanie i do sprawdzanej firmy dojechac okolo 9. Moglam zjesc bez stresu i zerkania na zegarek, bo wiedzialam, ze nikt na mnie nie czeka. Tak jak dzien wczesniej, na inspekcji zostalam do 16. Na dluzej po prostu nie mialam sil, szczegolnie ze caly dzien padal deszcz i chcialo mi sie spac. Pechowo, tego dnia jeden z meczow mundialu odbywal sie pod Bostonem, wiec ruch na drogach po poludniu byl niemozliwy. Nawigacja poprowadzila mnie przez jakies osiedla i uliczki tak male, ze dwa auta ledwie sie mijaly... Przyjechalam, pogadalam z rodzina i zauwazylam ze jakby przestalo padac. Poniewaz caly dzien przesiedzialam w srodku, wiec postanowilam zrobic kilka okrazen wokol hotelu. Niestety, znajdowal sie on na lekkim zadupiu, z autostrada z jednej strony i ruchliwa droga bez chodnikow z drugiej. Nie mialam wiec opcji pojscia gdzie indziej, ale przynajmniej od autostrady oddzielal go pas zieleni, wiec choc ja nadal slyszalam, moglam sobie wyobrazic, ze chodze obok lasu. ;) Pogoda zrobila mi psikusa, bo nadal kropilo, ale oporcz tego, ze zachlapalo mi okulary, nie mialam co narzekac. W tym hotelu byl basen, wiec poszlam zobaczyc jak wyglada, ale woda wydala mi sie raczej chlodna, wiec zrezygnowalam z kapieli. Wieczor spedzilam na kompie i marzeniach zeby juz wrocic do domu.

Wieczorem niebo zaplonelo kolorami, choc na zywo bylo bardziej rozowe, a na zdjeciu wyszlo pomaranczowe

Sroda to pobudka o tej samej porze, sniadanie i jazda na inspekcje. Niestety, firma okazala sie, nie dosc ze malutka (to akurat jest zaleta), to jeszcze bidna i z marnymi finansami. W rezultacie, gdzie wiekszosc odwiedzanych przeze mnie miejsc ma elektroniczna dokumentacje, tutaj operowali starym, dobrym papierem. Ktory zreszta mi nie przeszkadza, bo mam wrazenie ze sama moge sobie wszystko sprawdzic i doczytac, zamiast polegac na kims kto bedzie mi pokazywal to na ekranie i moze latwo cos "niechcacy" przeleciec i ominac. Kiedy jednak zaczelam robic liste dokumentow, ktore musze zebrac zgodnie z przepisami, a dodatkowo zeby pokazac co sprawdzalam, zlapalam sie za glowe. Wyszly z tego setki stron, a dzungla Amazonska placze... ;) W dodatku, lekko sie wkurzylam, choc tak naprawde to nie mam kogo winic. Okazalo sie, ze tej babki, ktora przynosila mi dokumenty i odpowiadal na pytania, w czwartek nie bedzie, bo ma jakies wazne sprawy rodzinne. Niestety, jak pisalam wyzej, administratorka byla na wakacjach, a prezes sie nie pokazal, zreszta wyglada ze on tam jest tylko od podpisywania dokumentow. Nie bylo wiec nikogo, kto bylby tam ze mna w czwartek. Jeszcze w poniedzialek, optymistycznie myslalam, ze a noz widelec wyrobie sie do srody. Niestety, w srode bylo jasne, ze nie zdaze. To znaczy, moze bym dala rade, ale musialabym sie bardzo spieszyc, a wiadomo, ze wtedy latwo cos pominac. Chcialam miec jeszcze takie spokojne kilka godzin zeby dopiac wszystko na ostatni guzik. Poza tym, za pozno bylo zeby sie wymeldowac, wiec i tak hotel skasowalby mnie za kolejna noc. No pech po prostu, ze szef wyznaczyl mi ta inspekcje akurat na ten tydzien. Czyli to jego wina. :D A zla bylam, bo wiedzialam, ze spokojnie zamknelabym ta inspekcje w czwartek, a tak to musialam czekac do piatku. :/ Ponownie zostalam do 16 i wracalam do hotelu w potwornych korkach. Po powrocie znow zrobilam kilka okrazen wokol hotelu, a pozniej przysiadlam na laweczce, delektujac sie sloncem. A jeszcze, ja sie tu wieczorem kapie, a malzonek przysyla mi w tym czasie zdjecie... kuchenki. :O

Brak mi slow

Moge sobie tylko wyobrazic ile tam przeklenstw poplynelo... :D Pozniej przypomnialo mi sie, ze leci przeciez mundial i choc wielkim fanem pilki nie jestem, to wlaczylam, tak dla towarzystwa. Przynajmniej przelamalam troche ta cisze pokoju hotelowego.

W czwartek, mimo ze wiedzialam ze nie bedzie nikogo, kto odpowiedzialby na potencjalne pytania, pojechalam ponownie na inspekcje. Tam mialam prawie cala dokumentacje, wiec w razie czego moglam sama czegos poszukac. I pod tym wzgledem ta firma jest dziwna. Zwykle ludzie robia wszystko zeby inspektor nigdzie sam nie lazil i nie wsciubial nosa. Zdarza sie, ze chodza za toba nawet do lazienki. A tutaj moglam sobie grzebac w ich dokumentacji bez zadnych przeszkod. :D Nie siedzialam jednak dlugo, sprawdzilam papiery z ostatniego badania klinicznego, przepatrzylam jeszcze raz moj elektroniczny protokol oraz notatki i napisalam do kolezanki zastepujacej mojego szefa. Znalazlam pare bledow oraz niedociagniec, ale nic nie rzucilo mi sie w oczy jako na tyle powazne zeby wreczyc oficjalne, pisemne upomnienie. Bardziej sklanialam sie zeby zamknac inspekcje z ustna "dyskusja". Poniewaz jednak to moja pierwsza inspekcja, a poza tym ja ogolnie nie pale sie zeby ludziom wlepiac upomnienia, wiec napisalam do kolezanki, pytajac co ona o tym mysli i czy nie jestem moze zbyt mila. ;) Istnieje bowiem ryzyko, ze jesli blad jest powazny, a ja go zignoruje, to potem centrum, po sprawdzeniu mojego raportu, odpisze ze mam wrocic i jednak wlepic upomnienie. Wolalam uniknac takiej sytuacji, wiec wolalam sie poradzic kogos z wiekszym doswiadczeniem. Na szczescie kolezanka zgodzila sie z moim rozumowaniem, ze wiekszosc bledow byla raczej trywialna, a jeden powazniejszy byl pojedynczy w calym stosie przerobionych papierow, wiec mozna zalozyc ze to przypadek. Zostalam tam do 13, bo skoro nie mialam nikogo do odpowiedzi na pytania, to nie mialam po co tam siedziec. Zreszta, wlasciwie skonczylam, zostalo mi tylko dokladne sprawdzenie czy mam wszystkie potrzebne dokumenty.  Pojechalam spowrotem do hotelu i, korzystajac z ladnej pogody, ponownie zrobilam kilka okrazen wokol hotelu i posiedzialam na sloneczku. Wrocilam do pokoju, ale stwierdzilam, ze to moje ostatnie tam popoludnie, wiec moze powinnam skorzystac z basenu.

Na dowod, ze faktycznie sie zamoczylam :D 

Nie bylam pewna czy sie zamocze, ale poszlam. Zajelo mi 5 minut, ale wlazlam i poplywalam. :) Pozniej musialam powyciagac moj stos papierzyskow i przepatrzec co mam, a czego mi brakuje. I dobrze, ze to zrobilam, bo dwoch przepisow nie dostalam.

Zdjecie zrobione od gory, wiec nie pokazuje dobrze tych stosikow, ale zebrane do kupy, to spokojnie grubo ponad tysiac stron... :O 

Wlaczylam w miedzyczasie meczyk i patrzylam jednym okiem, choc tak naprawde to czekalam tylko na ten USA, ktory mial byc jednak dopiero o 22 mojego czasu. Tego obejrzalam tylko pierwsza polowe bo musialam sie klasc spac, ale wystarczylo zeby Turcja zdobyla przewage. ;)

W piatek pobudka jak przez caly tydzien, sniadanie i... musialam upewnic sie, ze nie zostawilam nic w jakims kacie pokoju hotelowego, czas byl bowiem sie wymeldowac. ;)

Sniadanie miszczow... i pewnie 1000 kalorii :D 

Pojechalam na inspekcje, ale tego dnia wpadlam tylko na 1.5 godzinki. Domknelam wszystko co trzeba, przeprowadzilam podsumowujace spotkanie (15 minut i po krzyku) i moglam ruszyc do domu. Po drodze oczywiscie byly lekkie korki i musialam zatankowac, wiec do biura dojechalam o 12:15. Wymienilam auto na wlasne i moglam w koncu pojechac do domu. Malzonek byl jeszcze w pracy, ale Potworki przybiegly radosnie na powitanie, z psem do kompletu. Kot przede mna uciekl. :D Po rozejrzeniu sie po domu, leciutko sie zalamalam. Podczas mojego miesiecznego wyjazdu, M. sie sprezyl i calkiem niezle ogarnial rzeczywistosc. Teraz wyjezdzam na krocej, to chyba wlaczyl tryb przetrwania - czekam az wroci zona i to ogarnie. ;) W zmywarce czyste naczynia, o dziwo. Ale na suszarce normalnie Tetris. Naczynia myte recznie chyba kilka dni i tylko dokladane, bo przeciez po co odkladac suche na miejsce. Pod wieczor odkrylam ze przez 4 dni kot nie dostawal puszek. Spokojnie, dostawala suche, wiec nie glodowala, ale wieczorem zawsze dostaje puszeczke, a teraz o kotku zapomnieli. Podobnie, dla psa zawsze dodaje do chrupek troche mokrej karmy. Maya slabo je, wiec w ten sposob zachecam zeby zjadla wiecej. Coz, kiedy mnie nie bylo, dostawala same chrupki i tyle. Wszystko jednak mi opadlo, kiedy okazalo sie, ze pranie ktore zrobilam w niedziele, po przyjezdzie z kempingu, nadal siedzi w suszarce! Robilam je na wieczor, wiec nie chcialo mi sie po nocy skladac, ale Malzonek mowil, ze nie ma sprawy; on posklada. No i prosze. Najlepsze, ze teraz twierdzil, ze nawet nie pamieta, ze ja mu cos mowilam! :O W kazdym razie, po przyjezdzie do domu, na chwile usiadlam, ale potem zmusilam sie, zeby ponownie ruszyc tylek i pojechac na zakupy. Potworki zabraly sie ze mna i potem zajechalismy po bubble tea, zeby uczcic moj powrot do domu. :)

W ten sposob jakos przezylam pierwsza samodzielna inspekcje. Teraz ciekawe ile moj szef znajdzie niedociagniec. ;) Najwspanialsze jest jednak to, ze kolejny wyjazd (wedlug grafiku) dopiero za ponad miesiac!