Sobota, 6 czerwca, to odsypianie tygodnia. Niby nie mialam inspekcji i siedzialam na tylku w biurze i w domu, ale i tak bylam zmeczona calym tygodniem. ;) Kiedy wreszcie wstalam, zjadlam sniadanie i sie ogarnelam, zabralam sie za sprzatanie. Nie wiem co my robilismy, ale podloga w kuchni i korytarzu byla w strasznym stanie. A nawet ostatnio bardzo nie padalo, wiec zwierzaki nie wlazily mokrymi lapkami... Kiedy M. nad ranem wstawal do pracy, zauwazyl ze na zewnatrz zrobilo sie 16 stopni, wiec wylaczyl klime i pootwieral okna. Dla mnie bylo idealnie, ale mlodziez juz od rana jeczala ze im za goraco. Tego dnia znow mielismy prawie 30 stopni, a w dodatku bardzo podskoczyla wilgotnosc powietrza. Kiedy chodzilam po domu, slyszalam jak kapcie mi "skrzypia", bo wszedzie byla warstewka wilgoci. Zanim zaczelam myc podloge, uleglam wiec blaganiom Potworkow i wlaczylam klime, bo inaczej pewnie pol dnia by minelo, zanim by wyschla. W miedzyczasie do domu wrocil M. i zaczal dopytywac czy w czyms mi pomoc. Nie poznaje, slowo honoru. ;) Chyba musze czesciej wyjezdzac, zeby malzonek nie zapomnial, ze moje obowiazki wcale nie sa takie proste i szybkie, a nie jak kiedys potrafil palnac, ze "przeciez pranie robi pralka", albo "naczynia myja sie w zmywarce". No tak, i to "samo" sie tak laduje, wyjmuje, sklada, itd. :D Widze, ze troche mu sie oczy otworzyly... W kazdym razie, jak skonczylam sprzatac, moglam chwile odetchnac, choc nie za dlugo, bo tego dnia jechalismy do spowiedzi, a pozniej na msze. Zawsze tak planujemy, zeby do spowiedzi jechac do polskiego kosciola w sasiednim miescie, ale potem przejechac do naszego zwyklego. Niestety, to tak 25 minut jazdy, wiec troche nas gonil czas. Nieraz nie zdazylismy, bo jak trafi sie duzo ludzi, albo jakas osoba spowiadajaca sie z polowy zycia, to niestety. Tym razem tez mielismy pecha, bo kilka osob przed nami byla staruszka, ktora siedziala w konfesjonale ponad 10 minut! Wiem, bo w ktoryms momencie, z inna kobieta przede mna, patrzylysmy na zegarki i smialysmy sie, ze te babcie to nie maja sie z czego spowiadac, a do ksiedza laza co tydzien na pogaduchy. W konfesjonale sa male okienka, wiec w koncu zaczelysmy zagladac, co sie dzieje. Staruszka byla irytujaca, samolubna i po prostu bezczelna, bo nie dosc, ze z ksiedzem gadala niewiadomo ile, to pozniej usiadla na krzeselku (ktore po jakies licho bylo w konfesjonale, obok klecznika) i tam siedziala! Nie wiem czy zmawiala pokute, czy co, no ale ma caly kosciol zeby usiasc. Serio korcilo mnie zeby zastukac i opiep**yc glupia babe, tylko pomyslalam, ze w takim przybytku chyba troche nie wypada. ;) Zeby bylo smieszniej, po tej babie byly kolejne dwie osoby, potem nasza czworka, a kiedy wychodzilismy, ona nadal siedziala w lawce z rozancem! Widac, ze przychodzi sobie do kosciola dla rozrywki, no i krzyzyk jej na droge, ale powinna ruszyc mozgownica i pomyslec, ze cala kolejka czeka za nia na spowiedz. :/ W kazdym razie, wyspowiadalismy sie i popatrzylismy na zegarek. Mielismy niecale 25 minut do mszy w "naszym" kosciele, wiec stwierdzilismy ze powinnismy na styk dojechac. Jak to bywa, po drodze zaliczylismy chyba wszystkie mozliwe swiatla i zatory, ale na msze wpadlismy akurat w srodku pierwszego hymnu. Cale szczescie, ze w Hamerykanckich kosciolach zwykle tlumow nie ma i nawet spozniony czlowiek, znajdzie miejsce w lawce. :D Po powrocie do domu, Bi namawiala mnie na jazde rowerowa, ale po pierwsze mialam okres, wiec srednio mi sie chcialo, a po drugie M. przypomnial mi ze w lodowce nadal lezy reszta masy serowej, pozostala po pieczeniu tortu dla panny! :O To juz prawie miesiac, wiec otworzylam wiaderko bez wiekszych nadziei, a tymczasem masa wygladala i pachniala zupelnie normalnie. Strach sie bac czego oni do niej dodaja. ;) Stwierdzilam wiec, ze zamiast jezdzic na rowerach, lepiej szybko wskocze pod prysznic, a pozniej machne mini cytrynowe serniczki. W koncu kolejnego dnia niedziela, a wiec obowiazkowa wizyta dziadka. ;) I dobrze sie zlozylo, bo jak tylko zeszlam na dol po prysznicu, okazalo sie, ze kropi i w oddali grzmi. Po chwili zrobilo sie ciemno i lunelo. Gdybysmy pojechaly z Bi, na bank zlapal by nas deszcz. Burze przechodzily co chwila przez reszte wieczora, wiec nikt juz sie nigdzie nie ruszyl. Z jedynych "sensacji", to wczesniej, w dzien, na tarasie przysiadl sobie taki piekny gosc:
Nie wiem dlaczego postanowil usiasc akurat na balustradzie naszego tarasu, ale balam sie, ze bedzie probowal zapolowac na naszego kota, choc ten byl w sumie podobnej wielkosci. Oreo jednak przepadla na caly dzien i przebiegla do drzwi dopiero kiedy nadeszly wieczorne burze. A! Noga Bi nadal wyglada kiepskawo. Nie wiem czy nie skonczy sie kolejna wizyta u lekarza... Tego wieczora zaczela jej z tego wyplywac krew z chyba ropa. Pisze "chyba", bo ropa zwykle paskudnie smierdzi, a tego nie czuc. Moze wiec to tylko jakis "wysiak". Mam cicha nadzieje, ze to dobry znak, wyjdzie to co powinno, a reszta sie zagoi, ale nie wiem...
W niedziele znow moglam pospac, choc juz wylegiwac sie, to nie bardzo. Tego dnia panna umowila sie z kolezanka w tym naszym klubie, na 10 rano. Wstalam wiec, szybko zjadlam sniadanie i wyszykowalam sie, po czym corke zawiozlam. Przy tym sie zirytowalam, bo Bi, jak zawsze kiedy spotyka sie z jakas kolezanka, poganiala mnie i niemal przytupywala noga z niecierpliwoscia. Szkoda, ze kiedy wychodzimy gdzies jako rodzina, to wtedy rusza sie jak mucha w smole... W kazdym razie, dojechalysmy punktualnie, a tymczasem kolezanka spoznila sie prawie 15 minut! I nie odpowiadala na sms'y Bi, telefony zas przelaczaly sie natychmiast na poczte glosowa. Krazylam tam z panna z nudow po tym parku, bo nie bylam pewna czy kolezanka w ogole dojedzie (a nie chcialam za chwile wracac kiedy Starsza stwierdzi ze nie chce zostac tam sama), ale wreszcie dotarla... Zostawilam wiec Bi i wrocilam do domu, ale tego dnia Nik wymyslil, ze chce jechac na ryby. Wszyscy koledzy mieli jakies sporty i uroczystosci rodzinne, wiec stwierdzil, ze pojedzie sam, wlasnie do tego klubu! Tyle ze nie chcial jechac juz o 10, wiec w koncu, okolo 11:30 spytalam o ktorej on zamierza sie tam wybrac, bo umawialam sie z dziadkiem. Wtedy nagle stwierdzil, ze "teraz"! Zasuwalam wiec do klubu kolejny raz, zeby odstawic syna... Dobrze ze to doslownie 5 minut drogi, bo inaczej wscieklabym sie z taka jazda pierdylion razy.
Dziadek przyjechal i posiedzial na tyle dlugo, ze Mlodziez zdazyla wrocic. Malzonek wzial moje auto (bo to ono wpisane jest w rejestracje czlonka klubu) i po nich pojechal. Panna twierdzila, ze smarowala sie kremem ochronnym co chwila, ale niestety robila to nie do konca dokladnie, bo miala zaczerwienione ramiona, a do tego smieszne placki na ramieniu, na nodze, a nawet na... stopie. :D Za to kawaler strzaskal kark oraz ramiona, bo o smarowaniu nawet nie pomyslal. :D Za to wreszcie udalo mu sie zlowic pierwsza rybe! Niestety, nie ma foty, bo okazalo sie, ze mial problem z odczepieniem haczyka, na pomoc pospieszyl mu jakis pracownik klubu, po czym rybe... wypuscil, zanim Mlodszy zdazyl poprosic o zdjecie. ;) Ale nawet bez "dowodu", byl oczywiscie dumny jak paw. Po odjezdzie dziadka, popoludnie minelo zwyczajnie, na wstawianiu prania, zmywarki, podlewaniu warzywnika, itd. Wybralismy sie tez z M. na spacer. Bi siedziala nad ksiazkami, bo zblizaja sie egzaminy koncowe, ale tradycyjnie, Nik dogonil nas na rowerze.
W poniedzialek pracowalam z domu, wiec zawiozlam rano Potworki do szkol, po czym wrocilam do domu, zdazylam zjesc sniadanie i musialam sie laczyc na cotygodniowa rozmowe z szefem. Ta na szczescie potrwala raptem 15 minut, po czym moglam kontynuowac przygotowania do kolejnych inspekcji.
Byla piekna pogoda, slonce i bardzo cieplo, ale nie upalnie i bez wysokiej wilgotnosci. Myslalam, ze znow usadowie sie na tarasie, pod parasolem, ale jak na zlosc, gdzies ciagle ktos kosil trawe, sasiad naprzeciwko trzaskal naprawiajac cos w garazu, a dodatkowo jakas ekipa z miasta kopala najpierw w ogrodzie jednego sasiada, a potem kolejnego. Nie mam pojecia co robili; moze cos z kanalizacja, moze linie wysokiego napiecia, bo u nas sa pod ziemia... W kazdym razie, w calym sasiedztwie tak halasowali, ze przeszlo mi przez mysl, iz latwiej byloby sie skupic w biurze. ;) W miedzyczasie, skoro bylam w domu, zaoferowalam ze zamarynuje, a potem upieke lososia, a do tego mlode ziemniaki. Wrocil ze szkoly Nik i pierwsze co, to burknal, ze nie ma ochoty na rybe i ze my lososia jemy prawie co tydzien. Co jest bzdura, bo mamy go srednio raz na miesiac, a pamietam z dziecinstwa, ze mielismy na obiad rybe naprawde w kazdy piatek, wiec niech nie narzeka. Ale pozniej jednak zjadl i to ze smakiem... ;) Bi napisala zeby po nia pojechac jeszcze przed 15, co do niej niepodobne, ale skoro chciala... Ona przynajmniej od razu sie ucieszyla na wiesc o lososiu na obiad. Na 17:15, Nik umowil sie z kolega na ryby w tym naszym klubie. Zawiozlam go, a potem wrocilam do domu, zgarnelam corke i pojechalysmy w koncu po kwiatki do doniczek na tarasie. Juz prawie polowa czerwca, a ja nie moglam sie za to zabrac. Oczywiscie taka mundra jestem, ze w ogrodniczym wzielam kwiatki, ale juz o dodatkowych klatkach na pomidory, to zapomnialam. Trudno, bede sie ratowac tyczkami, bo po same klatki nie chce mi sie tam jechac. Klub gdzie Nik pojechal na ryby, otwarty jest do "zmierzchu". Problem w tym, ze to oznacza inna godzine w roznych miesiacach. Kiedy go zawozilam, spytalam pania w budce, ktora poinformowala mnie, ze obecnie to okolo 20:15. Pojechalam wiec po syna o 20, bo nie chcialam ryzykowac, ze mnie nie wpuszcza i bede musiala szukac go na piechote. ;) Zgarnelam panicza, ktory byl caly nieszczesliwy, bo kolega zlowil 4 ryby, a on sam... zadnej. Nie wiem czy zawinila wedka, czy technika, choc Nik twierdzi, ze kolega mial jakies lepsze przynety. Hmmm... Mlodszy ma ich cale pudelko, mniejszych, wiekszych, blyszczacych, kolorowych, z fredzelkami, itd. No i ostatnio zlowil jedna, wiec nie wiem czy to akurat problem z przyneta, chociaz przyznaje, ze nie znam sie na tym kompletnie. W kazdym razie, wieczor minal juz spokojnie i bez pospiechu.
Wtorek oznaczal dla mnie kolejny dzien pracy zdalnej. Niby nam nie wolno brac dwoch dni pod rzad, ale teraz juz zglupialam, bo kiedy wpisalam sobie prace z domu na pierwsze dwa dni w tygodniu, spodziewalam sie, ze szef odpisze, ze musze ktorys wybrac. Tymczasem zatwierdzil je bez komentarza. Mozliwe, ze dlatego, ze teraz moge nie miec okazji na prace z domu przez dluzszy czas. Jak by nie bylo, nie narzekalam. :) Byl kolejny dzien pieknej pogody: po poludniu goraco, ale bez wilgotnosci. Sporo czasu pracowalam wiec z laptokiem na kolanach, pod parasolem, na tarasie. ;) W czasie przerwy na lunch pojechalam oddac przesylke z Amazona, bo pozniej moglabym to zrobic dopiero w weekend, a odkladalam to juz jakis czas i balam sie, ze w koncu zapomne. Przy okazji zamowilam i odebalam dzieciakom bubble tea, bo znajduje sie zaraz obok.
To niestety skonczylo sie lekka porazka, bo kiedy Nik wrocil ze szkoly i radosnie chwycil za napoj, okazalo sie, ze zle smakuje. Najprawdopodobniej uzyli zepsutego mleka. Ja swoje wypilam, bo wzielam cos innego niz zwykle, wiec nie wiedzialam ze cos jest nie tak ze smakiem. Bi powiedziala, ze jej smakuje troche dziwnie, ale da sie wypic. Mlodszy jednak jest bardzo wrazliwy na nieswieze mleko (w domu to on zwykle pierwszy wyczuwa nie taki smak czy zapach, gdzie ja pije i dla mnie smakuje normalnie), wiec swoje wylal, odcedzil tylko i zjadl tapioke. Przypomnialo mi sie, ze jeszcze 2 lata temu odcedzal ja, ale nasiona wyrzucal, a napoj wypijal. :D W kazdym razie, wrocilam do domu zanim jeszcze wszyscy dojechali i kontynuowalam prace, a gdy ja w koncu skonczylam, zabralam sie za przesadzenie kwiatkow w doniczki. Przy okazji stwierdzam, ze jestem strasznie stara, bo wszystko ustawilam sobie na najnizszym schodku przy patio, wiec chwile spedzilam taka pochylona. A kiedy przyszla pora sie wyprostowac... nie moglam! :O Bol i sztywnosc i musialam to robic pomalutku i stopniowo, niczym zgrzybiala staruszka. ;) Kwiatki jednak posadzilam, choc pomylilam sie i mimo ze chcialam wziac dwie mieszanki, to chyba jeden zestaw sadzonek ma wszystkie kwiatki jednakowego koloru. Dotarlo to do mnie jednak dopiero w momencie gdy zostala mi ostatnia doniczka, wiec trudno, dwie beda mialy rozne kolory, a jedna tylko rozowe. :D
Malzonek pojechal z Kokusiem na trening, wiec nie musialam po syna jechac, co dalo mi godzinke bez nikogo zawracajacego mi gitare. Bi siedzi w ksiazkach, wiec prawie jej nie widac. ;) Ten wieczor juz taki spokojny nie byl, bo musialam szykowac sie na kolejna inspekcje, ktora mialam zaczac z kolezanka kolejnego dnia. Bez sensu tak w srode, ale ona miala poniedz - wt jakies szkolenia, wiec nie mogla zaczac wczesniej.
W srode niestety ranek byl juz chaotyczny i nieco w pospiechu. Wyszykowac sie, spakowac laptoka oraz przekaski i musialam pedzic do biura. Nie mialam kluczykow do sluzbowego auta, wiec musialam zapitalac dwie kondygnacje, po czym zbiec na dol, wymienic auta i w koncu moglam ruszyc na inspekcje. Okazalo sie, ze dojechalam pierwsza. Umowilismy sie o 9:30, ale wiadomo, ze nie wiedzialam jaki bedzie ruch na drodze, wiec wyjechalam z zapasem czasu i dotarlam tam juz o 9:15. Przynajmniej mialam czas "pobawic" sie autem, bo pierwszy raz mialam Forda i nie moglam sie w nim ogarnac. Kiedy je wzielam, przysunelam tylko siedzenie blizej i pojechalam, bo nie chcialam tracic czasu. W drodze jednak szybko zaczelam sie wkurzac. Wiem ktory chlopak jezdzil nim wczesniej i to nie jest jakis wielki "byczek"; chlopina tylko troche wyzsza ode mnie. Tymczasem fotel odsuniety 2m od kierownicy i maksymalnie obnizony - siedzialam niemal zgieta wpol i ledwie cos widzialam znad kierownicy. :/ Wszystkie lusterka tez mialam ustawione zupelnie od czapy, choc te akurat latwo bylo poprawic. Probowalam cos tam macac i patrzec, ale jednoczesnie prowadzac, nie bardzo moglam. Dopiero na miejscu zaczelam sie blizej przygladac wszystkim guziczkom i na szczescie udalo mi sie fotel podniesc i ustawic. Pozniej uswiadomilam sobie, ze ostatniego dnia bede musiala zatankowac i... nie moglam znalezc guzika do otwarcia wlewu! Patrzylam, szukalam, podnioslam dywanik, bo w ktoryms aucie kiedys mialam "wajche" wlasnie pod dywanikiem. Nic! Dopiero kiedy podjechal moj szef i wychodzilam z auta zeby sie przywitac, patrze, a guzik na drzwiach! :O A jeszcze skrzynia biegow to nie galka, ktora sie przesuwa, tylko takie pokretelko. Nie moge sie przyzwyczaic i ciagle wrzucam zly bieg. :D Pierwszy dzien inspekcji to dla mnie zawsze lekki chaos i opatrzenie sie z dokumentami. W mojej pracy najtrudniejsze jest to, ze choc mam sprawdzic te same rzeczy, to kazda firma ma inny system dokumentacji, inne programy, itd. Tak naprawde tylko dane pacjentow maja podobne kategorie, ale w jednych miejscach sa one papierowe, a w innych elektroniczne, te ostatnie zas wszedzie sa inne bo kazda klinika dopasowuje je do swoich potrzeb. W kazdym razie, staralam sie byc jak najbardziej pomocna, a jednoczesnie probowalam bacznie obserwowac kolezanke, bo na tym rodzaju inspekcji jestem drugi raz i jak znam mojego szefa, za trzecim wysle mnie sama. ;) Tutaj dodatkowo, nie mieli (lub nie chcieli nas tam umiescic) pomieszczenia gdzie moglibysmy wygodnie usiasc. Wpakowali nas do malego pokoiku zabiegowego (takiego serio, 5x4m), gdzie wstawili dwa male stoliki turystyczne. :D Przy jednym stoliku ja i kolezanka usiadlysmy z laptopami, na drugim pracownicy rozlozyli dokumentacje pacjentow. Na reszte segregatorow zabraklo miejsca, wiec ulozyli piramide na... kozetce. :D Nasz szef (ktory byl tylko obserwatorem) usiadl na fotelu w kacie. Skonczylismy zaraz po 16, ale niestety, o tej porze sa juz takie korki, ze z zajazdem do biura i wymiana aut, do chalupy doturlalam sie dopiero o 17:40. Po calym dniu siedzenia w pokoiku wielkosci celi wieziennej, potrzebowalam powietrza. Poszlam na spacer, a M. oczywiscie ze mna. Po powrocie ucielam do wazonu kilka kwiatow piwoni, bo przygina je az do ziemi, a na kolejny dzien zapowiadali burze. Wiedzialam, ze jesli popada na nie deszcz, to przygniecie je kompletnie i do niczego nie beda sie juz nadawaly.
Tego dnia nie bylo jeszcze bardzo goraco (28 stopni), ale wyraznie podskoczyla wilgotnosc. Poniewaz w nocy temperatura miala spasc ale tylko do 20-21 stopni, wiec wiedzialam ze chalupa sie nie schlodzi, a przy wilgotnosci czlowiek bedzie sie caly kleil. Zarzadzilam wiec wlaczenie klimatyzacji, mimo ze malzonek cos tam kwekal, ze po co... ;) W srode Bi konczyla lekcje wczesniej, bowiem tego dnia bylo zakonczenie roku dla najstarszych klas. Za to zostala chwile po lekcjach, bo na angielskim mieli w grupach odegrac wybrana scene z "Romea i Julii", ale w jakiejs alternatywnej wersji. Jej grupa nagrala pojedynek z bohaterami z "Krainy Lodu" w roli glownej. Niestety, nie mieli zadnych kostiumow, wiec poznac mozna to tylko po slowach narratora, ktory komentowal cala scenke. ;)
Czwartek oznaczal pobudke jak dzien wczesniej i jazde do biura, szybka wymiane auta i wio, na inspekcje. Szlo nam calkiem sprawnie, ale i tak siedzielismy tam do 16. Ponownie, zanim dojechalam do chalupy, byla 17:30. Tego dnia juz od rana czuc bylo wysoka wilgotnosc. Powietrze mozna bylo doslownie krajac nozem. Cala droge widzialam na horyzoncie ciemne chmury, a kiedy dojechalam do biura, straznik pytal czy zlapal mnie deszcz, ale na mnie nie spadla ani kropelka. Tymczasem, kiedy dojechalam do domu, moje osiedle bylo cale mokre. Malzonek mowil ze przeszla tam krotka, ale intensywana ulewa. Niestety, popadalo za krotko zeby porzadnie podlac moj warzywnik i juz godzine pozniej byl wlasciwie suchy. Ucieszylam sie, ze ucielam piwonie, bo jej kwiaty sa bardzo delikatne i raczej nie przetrwalyby nawet krotkiego deszczu. Kiedy wrocilam, okazalo sie ze Nik, po powrocie do domu i zjedzeniu obiadu... zasnal. Balam sie, ze bedzie chory, wiec poszlam pomacac mu czolo. Obudzil sie, ale tylko burknal, fuknal i polozyl sie spowrotem. ;) Powinien jechac na trening, ale poniewaz spal w najlepsze kiedy przyszla pora sie zbierac, to zostawilismy do w spokoju. Co ciekawe, pozniej niechcacy obudzil go M., a jeszcze chwile potem, sam zszedl na dol, po czym stwierdzil ze dalej czuje sie zmeczony i wrocil do lozka. O ktorej sie obudzil? O 21:45! :O I oznajmil, ze nie pamieta, ze go budzilismy, nawet tego ze zszedl na dol! Tego dnia Bi ponownie mialam skrocone lekcje, tym razem poniewaz dla wszystkich klas (poza najstarszymi) zaczynaly sie egzaminy koncowe. W czwartek panna pisala egzamin z fizyki oraz historii, ale poza tym miala czas wolny. Jak dla mnie taki grafik jest mocno bez sensu, ale co ja tam wiem. ;) Skoro juz mowa o Starszej, to noga jej sie w koncu chyba goi. Rozowa otoczka sie wyraznie zmniejsza, tyle ze strasznie jej sie z niej luszczy skora. Tam, gdzie zrobil sie niemal otwor, z ktorego wyplywala ropa, teraz jest strup. Kiedy odpadnie, podejrzewam, ze zostanie mala blizna, ale na szczesnie to malo rzucajace sie w oczy miejsce.
W piatek, niczym w Dzien Swistaka, zerwac sie rano i na inspekcje. Tego dnia, jakims cudem, prawie nie bylo korkow po drodze do biura, wiec na miejsce inspekcji dojechalam dobre 20 minut przed reszta. Co zreszta bardzo mnie ucieszylo, bo moglam spokojnie posiedziec na telefonie i zrelaksowac sie przed intensywnymi kilkoma godzinami. Tego dnia ponownie bylo 30 stopni i 75% wilgotnosci i juz dzien wczesniej nasze miasteczko oglosilo, ze wszystkie szkoly maja skrocone lekcje. Zupelnie tego nie rozumiem, bo fakt, ze nasze podstawowki nie maja klimatyzacji, wiec ok. Szkola Kokusia jednak, klime posiada, wiec nie wiem dlaczego nie pozostawili "gimnazjum" na caly dzien... Chyba ze chodzilo czesciowo o autobusy szkolne, ktore chlodzenia nie maja i ponoc panuje w nich koszmarny zaduch, pomimo otwartych wszystkich okien... Szkola Bi oczywiscie i tak miala skrocone lekcje ze wzgledu na egzaminy. Ktorych nie ma zreszta z kazdego przedmiotu. I tak, tego dnia panna zdawala skrzypce, gdzie musiala zagrac melodie na ocene i zoologie, z ktorej miala do napisania raport. A! Chyba zapomnialam, ze 2-3 tygodnie temu, "licealisci" mieli specjalny test ze znajomosci hiszpanskiego. Jesli sie go zda, jest sie zwolnionym z uczeszczania na ten jezyk. Bi zdala, wiec moglaby nie brac hiszpanskiego do konca high school, ale rozsadnie planuje zaliczyc jeszcze kilka poziomow. W kazdym razie, oba Potworki wrocily do domu wczesniej, z czego oczywiscie byli niezmiernie zadowoleni, bo to prawie jak dlugi weekend. ;) Nam, na inspekcji, tez udalo sie wyjsc nieco wczesniej. Kolezanka i szef mieli okolo 2 godzin drogi, a piatkowe korki, szczegolnie latem, zapowiadaly sie dosc koszmarnie, wiec stwierdzili, ze im szybciej wyjada, tym lepiej. Wyszlismy o 14:30, co oznaczalo, ze do domu dojechalam o 16 i wydawalo mi sie, ze jest tak wczeeesnie! ;) Tego dnia Nik umowil sie ponownie z kolega na ryby w tym naszym klubie. Poniewaz nie bylam pewna o ktorej dotre do domu, a wjechac musial moim autem, bo to na nie mam zarejstrowane czlonkostwo, wiec mial jechac na 18. Kiedy wyjezdzalam, napisalam do niego ze jade wczesniej, wiec moze dac znac koledze, ze przyjedzie okolo 17. Nie odpisal, a kiedy dojechalam do domu, okazalo sie, ze po szkole... ponownie zasnal! Zjadlam wiec przywieziona przez M. pizze i zabralysmy sie z Bi na zakupy. Najlepsze, ze jeszcze jestem w sklepie, a syn odpisuje "ok". Dopiero sie zbudzil i zobaczyl moja wiadomosc. :D Napisalam mu, ze teraz za pozno, bo jestem na zakupach i moge go zawiezc dopiero jak wroce. Odpisal z jakimis pretensjami, ze go nie budzimy, wiec musialam mu przypomniec poprzedni dzien, gdzie zostal obudzony trzy razy, bezskutecznie i nawet tego nie pamieta! W kazdym razie, wrocilam do chalupy, wnioslam torby, po czym zgarnelam syna i zawiozlam go do klubu. Kiedy jechalam ze sklepu, na horyzoncie widzialam ciemne chmury, ale teraz wydawalo sie, ze przechodza bokiem. Odwiozlam syna, zdazylam wziac prysznic i usiadlam sobie spokojnie na werandzie z przodu, kiedy zaczelo padac. Nie przejelam sie bardzo, bo bylo goraco, a chlopaki wiedzialy ze moze im troche popadac na glowe i sie nie przejeli. W razie czego sa tam budynki i wiaty pod ktore mozna sie schowac. Niestety, po chwili zaczelo grzmiec, blyskac i rozpadalo sie na dobre. Nik wczesniej twierdzil, ze burza mu niestraszna, ale teraz zadzwonil, zeby po niego pojechac. Mieli zostac do 20, a skonczylo sie na 19:25. ;) W ciagu tej 1.5 godziny jednak, Kokusiowi udalo sie zlapac rybe, wiec wyjechal w szampanskim humorze. Tym razem mial zdjecie na dowod. :D
Jak to bywa, jak tylko wrocilismy, zaczelo sie przejasniac, ale w oddali grzmialo co chwila przez kolejna godzine. Coz, przynajmniej odpadlo mi podlewanie warzywnika. :)
Milego weekendu!

































