A moze nie tyle nudny, co na inspekcji, co oznacza dlugie dni w pracy i malo czasu na cokolwiek innego... Zrobilam w nim "az" 3 zdjecia...
Mialam ostatnio dokonczyc piatek, wiec oto jest. ;)
Po robocie popedzilam do chalupy, przebralam sie tylko w krotkie spodenki i pojechalam na basen. Tego dnia Nik mial zawody wsrod kolegow z druzyny, a potem imprezke z pizza oraz babeczkami. Niestety, w porownaniu z zeszlym rokiem, zjawilo sie niewiele dzieciakow. Podejrzewam, ze winna byla troche pora roku, bo wiadomo ze w wakacje sporo osob wyjezdza, ale trener chcial chyba urzadzic przyjecie na basenie zewnetrznym, wiec wyszlo jak wyszlo. Poniewaz dzieciakow bylo niewiele, wiec wyscigi polaczone byly w dziwacznych kombinacjach, np. trzy rozne przedzialy wiekowe. Nik oraz jego dwoch kolegow sa najszybsi z tej druzyny, wiec umowili sie, ze beda tak plynac, zeby doplynac ostatni. ;) Usmialam sie do rozpuku, bo Nik ledwie machal rekoma czy nogami, a i tak w jednym wyscigu byl drugi, a w kolejnym wygral. ;) Na koniec mieli sztafety, gdzie w "grupie" Kokusia znalazlo sie troje maluchow. Musze przyznac, ze starsi nastolatkowie bardzo fajnie zaopiekowali sie mlodszymi kolegami. Maluchy zagadywaly dryblasow prawie dwa razy od nich wyzszych, a oni cierpliwie odpowiadali, Nik ze "swoim" przybil zolwika... :D Pozniej wszyscy rzucili sie na gleboka czesc basenu, az trener musial trzy razy przypominac ze czeka na nich pizza.
Stala tam ta trojka i patrzylam na nich z lekkim wzruszeniem. Plywaja razem juz od kilku lat i wlasciwie od poczatku sie przyjaznia. Bi jakos zupelnie nie znalazla blizszych kolezanek w druzynie, ale Nik ma tych kumpli od wielu lat. Oczywiscie pomaga to, ze sa z tego samego miasteczka, gdzie chyba wszystkie dziewczynki sa z innych niz nasze. Chlopaki widywali sie wiec w szkole, choc w zeszlym roku tamta dwojka poszla juz do high school, a Nik zostal w middle school, bo jest o rok mlodszy. Za to w tym beda juz razem plywac w szkolnej druzynie. :)
Po imprezce wrocilismy z Mlodszym do domu i w koncu moglam oficjalnie zaczac weekend. Ktorego bardzo potrzebowalam, bo choc miniony tydzien byl w miare spokojny, to nadchodzacy zapowiadal sie cholernie stresujaco.
Sobota, 15 sierpnia to w koncu dluzsze spanie. Obudzilam sie jednak sama juz o 8 i choc probowalam dospac, to zaczelam myslec o nadchodzacej inspekcji, cisnienie mi podskoczylo ze stresu i tyle bylo spania. ;) Ledwie zdazylam podniesc glowe, a juz Nik siedzial na brzegu mojego lozka i pytal kiedy moge zawiezc go na ryby. :D Tego dnia w klubie gdzie zawsze lowi, wieczorem odbywala sie impreza z fajerwerkami na zakonczenie lata. Z tego powodu, caly dzien wejscie do niego bylo tylko dla czlonkow i nie wolno bylo przywozic gosci. Nie moglam wiec zabrac tam Kokusia, wiec stwierdzil ze chce jechac nad rzeke. Mial sie zabrac na rowerze, ale zwyciezylo lenistwo. Poniewaz syn niemal przytupywal niecierpliwie, stwierdzilam, ze dobra, zawioze go od razu. Chyba pierwszy raz pojechalam przez cale miasteczko w pizamie. Przeszlo mi przez mysl, ze jak zlapie gume czy cos, to bede miala "problemik", bo isc pieszo w kusej koszulce to tak nie bardzo. :D Na szczescie nic mi sie po drodze nie przydarzylo, choc troche zwatpilam kiedy dojechalam do parku nad rzeka. W klubie latem kreci sie zawsze mnostwo osob, a tutaj pustka. To teren zaraz obok boisk pilkarskich, ale nie zaczal sie jeszcze sezon, wiec bylo pusciutko. Nikogo tez ani na placu zabaw, ani na boisku do kosza. Jakis samotny jezdziec w skate park'u... Po drugiej stronie sa ogrodki, ale tam tez nie widzialam zbyt wielu osob. Nawet Nik oznajmil, ze ma ciarki, ale kiedy zaproponowalam zeby sobie odpuscil, stwierdzil, ze jednak chce zostac. Wrocilam do domu i zaczelam normalne odgruzowywanie. Po syna pojechal potem M., ale okazalo sie, ze chlopak znalapa tylko jakas mala plotke, zamiast wymarzonego pstraga. ;) Po poludniu pojechalismy do kosciola, a pozniej zmusilam sie do wyszorowania naszego prysznica. Zawsze zabieram sie do tego jak do jeza, bo te drzwi strasznie ciezko doszorowac, dusze sie w oparach srodkow czyszczacych i ogolnie, na sama mysl natychmiast psuje mi sie humor. ;) Pozniej zas zabralam sie za ciasto. Tym razem mialam kilka przejrzalych bananow, ale tez kilka "skapcialych" jablek, wiec zastanawialam sie czy machnac chlebek bananowy, czy ciasto z jablkami. W koncu postanowilam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i przygotowalam chlebek bananowy z jablkami. Takiej wersji jeszcze nie robilam! Balam sie, ze wyjdzie zakalec, bo to moja czesta "przypadlosc", a w dodatku jablka dodatkowo dodaja wilgoci. Pieklam wiec ciasto troche dluzej i... przedobrzylam. Wyszlo odrobine za suche. ;)
W niedziele znow moglam sie wyspac. Ledwie zdazylam wstac i zjesc sniadanie, a Nik oczywiscie koniecznie chcial na ryby. Tym razem do klubu, bo tego dnia mozna juz bylo przywozic gosci. Kiedy sie wiec troche ogarnelam, zawiozlam syna, po czym napisalam do taty ze moze wpadac na kawe. Dziadek przyjechal, niestety z "praca domowa" dla mnie. Niedawno mial stluczke; nic sie nie stalo, ale facet, ktory w niego wjechal, rozwalil mu blotnik, zderzak oraz tylne swiatlo. Trzeba wiec bylo wypisac formularz do ubezpiecznia, a moj tata swoje dane owszem, napisze, ale tekstu gdzie, co i jak sie stalo, to tak nie bardzo. Musialam sie wiec produkowac ja. Poniewaz tata siedzial w najlepsze, kiedy Nik napisal zeby po niego przyjechac, wyruszyl M. Dziadek jak zwykle pojechal przed 15, a ja z dzieciakami zabralam sie w koncu na zakupy szkolne. Akurat zaczal sie u nas tydzien bez podatku od sprzedazy na artykuly papiernicze, ciuchy, plecaki, itd. Troche do bani, bo z zeszlego roku pamietam, ze Bi dostala konkretna liste od nauczycieli, dopiero pierwszego dnia szkoly, stwierdzilam jednak, ze mozemy zakupic takie podstawy jak zeszyty, dlugopisy, itd. Nik potrzebowal tez olowkow, bo wszystkie w zeszlym roku... zgubil (!), a dla obojga chcialam kupic tez nowe plecaki. Mlodszy swoj z zeszlego roku przeznaczyl na ryby (a jak :D), zas Starsza zdecydowanie potrzebuje czegos wiekszego. Ciesze sie, ze lubi czytac, ale wybiera doslownie "cegly" i kiedy upchnie je w plecaku, malo co sie tam, poza ksiazka, miesci. Tu jednak nam sie nie udalo, bo w sklepie byly tlumy, polki z wyprawka tak przebrane, ze niektore wrecz puste. Plecakow zostala garstka, w tym wiekszosc dla maluchow. No nic, trzeba sie bedzie wybrac jeszcze raz, lub sprobowac gdzie indziej... Wieczor mialam juz spokojny, choc jednoczesnie bardzo stresujacy, bo jechalam na kolejna samotna inspekcje, w nowe miejsce oczywiscie....
Poniedzialek zaczelam wczesnie, bo nie dosc ze inspekcja, to jeszcze musialam odebrac sluzbowe auto z pracy. Kolejny raz stwierdzilismy z M., ze lepiej moj samochod zostawic w domu, wiec malzonek urwal sie z pracy, przyjechal po mnie, po czym podrzucil pod robote. Tam wzielam sluzbowego Ford'a i wyruszylam. Kiedy wczesniej sprawdzalam droge, pokazalo ze powinnam jechac gdzies godzine i 10 minut. Taaa... Niestety, poranne korki daly mi sie we znaki i jechalam 1.5. Dojechalam i niestety, firma ogromna, wiec podjezdzam pod budke straznika, mowie kim jestem, pokazuje legitymacje, a on szczeka w dol i pyta z kim jestem umowiona. Tlumacze, ze z nikim, bo to inspekcja - niespodzianka. On na to kogo ma powiadomic. Mowie, ze pojecia nie mam, bo jestem tu pierwszy raz, a ostatnio ten rodzaj inspekcji byl tam dwa lata temu, wiec nie wiem nawet kto z tamtej ekipy nadal pracuje. Ostatecznie okazalo sie, ze prawie wszyscy, ale to wyszlo dopiero pozniej. W koncu ktos dal straznikowi zielone swiatlo, ze moze mnie wpuscic i dostalam... eskorte. :D Ktora zreszta sie przydala, bo na terenie bylo kilka budynkow, droga sie rozwidlala i gdyby straznik powiedzial mi tylko jedz tak i tak, to nie wiem czy nie skrecilabym w zle miejsce. Eskorta doprowadzila mnie do parkingu dla wizytorow, a stamtad pomaszerowalam do glownego budynku. Myslalam, ze od tego momentu juz wszystko pojdzie bardziej gladko, ale gdzie tam. Pan administrator, podobnie jak straznik, pyta mnie kogo ma zawiadomic. Tlumacze, ze to od nich zalezy, nie ode mnie. W koncu wyciagnelam laptoka i znalazlam imie osoby, ktora byla odpowiedzialna za przeprowadzenie badan, ktore mam sprawdzic oraz managera, z ktorym rozmawial poprzedni inspektor. No coz, mamy sezon ogorkowy, wiec oboje byli na wakacjach. Takie moje szczescie. :D W koncu, na gwaltu, sprowadzili kogos z kontroli jakosci. Okazalo sie jednak, ze to osoby nieprzygotowane na inspekcje z federalnej agencji. Wiekszosc ich zespolu pracuje z domu, wiec zaczeli wydzwaniac do wszyskich, sprawdzajac kto moze jak najszybciej sie zjawic. A ja siedzialam w tym chaosie, sprawdzalam maile i czekalam az znajda kogo im trzeba. Ogolnie ludzie przychodzili i wychodzili. Zjawila sie jakas managerka, zeby odebrac formularz oficjalnie otwierajacy inspekcje. Zwykle zarzad chce zostac, zobaczyc czego inspekcja bedzie dotyczyc, itd. Ta babka wziela formularz, spytala czy czegos jeszcze od niej potrzebuje, po czym zniknela. :D Chyba 1.5 godziny minelo zanim zebrala sie grupka ludzi z kontroli jakosci, ktorej zadaniem byla asysta zeby inspekcja poszla jak najsprawniej. Reszta to juz sprawdzanie dokumentow, wizyta w laboratoriach, itd. Okazuje sie, ze firma odchodzi od badan, ktore mialam sprawdzic, pol budynku bylo pod przebudowa i przelecialo mi przez mysl, ze "co ja tu wlasciwie robie". No ale mialam dwa badania do sprawdzenia, wiec stwierdzilam, ze sprawdze wszystko co ich dotyczy. Musialam tez wyslac grafik badan z ostatnich dwoch lat do ludzi z centrum, zeby mogli wybrac kolejne badanie do potencjalnego sprawdzenia. Dopisalam, ze firma nie ma w planach kolejnych i na szczescie odpisali, ze w takim razie zostana przy tamtych dwoch. Do domu wyjechalam o 15:30 i w korkach doturlalam sie na miejsce o 17:15. Nik pojechal na basen z M., ktory wybral sie na silownie, wiec mialam cichy wieczor. Tylko Bi przezywala jak mrowka okres, bo uparla sie ostatnio na... depilator. Nowoczesne wymysly. Ja cale zycie gole sie zyletka i zyje. ;) A panna pachy woskuje, ale za na nogi schodzi mnostwo paskow z woskiem, no i dlugo to trwa, to wiercila mi dziure w brzuchu, az w koncu uleglam. Tyle, ze jak juz miala depilator w lapkach, to... sie bala. :O Ze bedzie bolalo. No coz, sama nigdy nie uzywalam, ale od innych slyszalam, ze na poczatku boli, ale potem sie czlowiek przyzwyczaja. W kazdym razie, Bi chodzila pol godziny w kolko, pytajac czy ma sprobowac, coraz bardziej mnie irytujac, bo kiedy mowilam, ze jak chce, bo to ona chciala depilator, odpowiadala, ze chce, ale sie boi. I tak w kolko, wiec konwersacja prowadzaca do nikad. :D W koncu jednak zebrala sie na odwage, sprobowala i... oznajmila, ze nie jest tak zle. Tylko przewrocilam oczami, bo naprawde...? ;)
We wtorek ponownie zebrac sie rano na inspekcje, a tam dzien przegladania papierow oraz sprawdzania systemow elektronicznych, czego nie lubie, bo ktos musi mi to wyswietlac, wiec czuje presje zeby sprawdzic jak najszybciej. Wole sama, paluchem po kartkach, wszystko dopasowywac. ;) Powrot znow w korkach, ale dotarlam do chalupy i wiekszosc wieczoru przesiedzialam na ganku z przodu. Po calym dniu w budynku i samochodzie, potrzebowalam troche swiezego powietrza i slonca. Tego dnia Potworki dostaly wreszcie plany zajec. Bi cala zadowolona, bo prawie wszystkie lekcje ma z jakas dobra kolezanka. Tylko na chemie trafila sama, ale napisala do doradcy szkolnego, czy moze zmienic na inna klase, bo jedna z jej kolezanek ma ten przedmiot w te same dni i o tej samej godzinie, ale z innym nauczycielem. Tutaj niezbyt przychylnie patrza na prosby zmiany nauczycieli, ale moze jej sie uda. Nik niestety, jak na pierwszy rok w high school, trafil kiepsko, bo tylko na jednej lekcji ma znajomego kolege. Reszta z samymi, moze nie obcymi, bo zna ich z widzenia, ale mniej bliskimi kolegami. A, no i kilku bedzie mial w zespole, bo nadal gra w tym roku, ale poza tym, bedzie zmuszony nawiazywac nowe przyjaznie. Nik to jednak nie Bi i nie wydaje sie tym zbytnio przejmowac.
Sroda niczym dzien swistaka. Rano zwlec sie z lozka i na inspekcje. Tym razem mialam male urozmaicenie, bowiem musialam zobaczyc archiwum, to zas okazalo sie byc w zupelnie innym budynku. Mielismy wiec przyjemny spacerek, bo firma ma spory teren, zielony i nawet ze stawem, po ktorym plywaja sobie gesi kanadyjskie. Powrot do domu okazal sie intersujacy, bo nawigacja pokazala ze trasa ominie korki na autostradzie. Nie zwrocilam na to uwagi, bo pomyslalam, ze zjade z autostrady, a po jakims czasie na nia wroce A gdzie! Poprowadzilo mnie zupelnie naokolo, przez tereny, w ktorych nie bylam nigdy, lub ktore odwiedzilam kiedys przy jakiejs pojedynczej okazji. Nie powiem, mijalalm urocze wioski oraz male miasteczka, a droga zajela 1.5 godziny, czyli jak w poprzednie dwa dni, ale zastanawialam sie czy szybciej nie byloby jednak autostrada, nawet pomimo korkow. Zanim jednak wyruszylam, jak tylko wyszlam z budynku, dopadly mnie wiadomosci od Kokusia. Nie pisalam bowiem, ze w srodku budynku, nie wiem czy maja jakas blokade, czy po prostu grube sciany, ale nie lapie nic. Zero kreski. Jak tylko wyszlam, dostalam wiec chyba z 10 wiadomosci, kilkanascie powiadomien z kamer i splynelo tylez samo maili. ;) Okazalo sie, ze kolega Nika wrocil z Japonii i wymyslil nocowanko. I syn wysyla wiadomosc do mnie, zamiast spytac sie ojca, ktory byl juz w domu. To znaczy, okazalo sie, ze ojca tez pytal, tylko nie wiem dlaczego do mnie nie wyslal po prostu, ze "jade do M. Tata pozwolil." I tyle by wystarczylo. ;) W kazdym razie, wieczor spedzilam znow spokojnie, podlalam warzywnik, ogarnelam co nieco w chalupie i szykowalam sie na kolejny dzien pracy.
W czwartek rano wstalam i jak zwykle przymknelam drzwi w pokojach Potworow, zeby nie budzic ich kiedy sie bede krecic po chalupie. Tyle, ze pokoj Kokusia zastalam pusty, bo przez noc wylecialo mi z glowy, ze jest u kolegi. ;) Na inspekcji dzien jak codzien, zas po niej... Olaboga! Nawigacja kolejny raz pokazala mi ze chce ominac korki, ale tym razem przelaczylam zeby jednak prowadzila normalna trasa. I to byl blad. Nie dosc, ze byly straszne korki, to jeszcze, akurat jak wyjezdzalam z parkingu, zaczelo padac, co dodatkowo pogorszylo sprawe. Przy normalnym ruchu powinnam jechac godzine i kilanascie minut. Jechalam... ponad 2 godziny! Kiedy dotarlam do domu, mialam juz dosc wszystkiego. Za to Nik wrocil juz do domu i opowiadal z entuzjazmem, ze byli z kolega na rybach (tym razem w naszym klubie), a dodatkowo kumpel ma nowego szczeniaka, wiec mieli kupe zabawy wychodzac z nim co chwila na dwor. ;)
Piatek, czyli dzis, to znow jazda na inspekcje. Najsmieszniejsze, ze nadal rano daja mi eskorte od budki stranikow do glownego budynku. Ktoregos dnia powiedzialam straznikowi, ze jedzie sie wlasciwie caly czas prosto, a droga tylko w jednym miejscu sie rozwidla, wiec moge pojechac sama. Pan zaczal mi tlumaczyc, ze kiedys ktos im sie zgubil, wiec teraz wszystkich gosci eskortuja. Bajery rowery. Podejrzewam, ze nie chca zebym gdzies myszkowala, tylko co ja moge zrobic, skoro do wszystkich budynkow potrzebna jest elektroniczna przepustka? Nie bede sie przeciez skradac niczym szpieg z krainy deszczowcow i wchodzic przez wentylacje czy cus. :D Podobnie, mam towarzystwo w toalecie. Caly czas mam ze soba w pokoju dwoje ludzi, w tym jedna pania, ktora albo idzie do lazienki w tym samym czasie, albo czeka za drzwiami. Moze nie konkretnie kibelka, tylko za drzwiami lazienki, ale i tak stresuje mnie to, ze ona tam stoi i wysikac sie jeszcze dam rade, ale dwojeczki za cholere nie zrobie. :/ Zupelnie nie rozumiem takiego podejscia, bo nawet jesli probowalabym gdzies myszkowac, to i tak nigdzie nie mam dostepu, a pracownicy znaja sie z widzenia i na bank zaraz ktos zauwazyl ze obca osoba krazy po budynku... Po koszmarnej drodze poprzedniego dnia, chcialam wyjsc troche wczesniej zeby zdazyc przed korkami. Celowalam w 14, ale ostatecznie wyjechalam 20 minut pozniej. Tym razem nawigacja pokazala ze jazda autostrada i zadupiami wyniesie mnie wiecej tyle samo. Wybralam wiec autostrade, co okazalo sie bledem. Najwyrazniej tuz przed moim wyjsciem zrobil sie gigantyczny korek i jechalam moze krocej niz w czwartek, ale tez prawie 2 godziny. :/ Dojechalam do domu, zalatwilam, przebralam w wygodniejsze ciuchy, po czym znow wsiadlam w auto, tym razem wlasne. Trzeba bylo zrobic zakupy spozywcze, a wiadomo ze M. nie pomysli zeby samemu pojechac, skoro wie, ze ja spedzam ponad 3 godziny dziennie w samochodzie. :/ Zabraly sie ze mna oczywiscie Potwory, choc tym razem mialy w tym konkretny cel. Po spozywce zajechalismy bowiem do sportowego, bo tam widzielismy wczesniej sporo plecakow. Po porazce na zakupach szkolnych w niedziele, stwierdzilam ze sprobujemy tam, a ze tydzien bez podatkow trwal tylko do soboty, wiec to byl juz naprawde ostatni gwizdek. Oczywiscie w tym sklepie wszystko markowe, wiec ceny takie, ze prosze siadac. Tym bardziej, ze Bi wybrala sobie plecak North Face (ktory podobno ma polowa szkoly), a Nik Adidasa, choc jego byl akurat sporo tanszy. Na szczescie, nie tylko nie placilam podatkow, ale plecaki mialy 25% znizke, wiec jakos to przelknelam. Mam tylko nadzieje, ze przy ciezarach, ktore Bi nosi, plecak wytrzyma chociaz caly rok szkolny, a nie jak jeden kilka lat temu, w ktorym po trzech miesiacach popsul sie zamek...
A teraz przede mna blogi weekend, a po nim niestety kontynuacja inspekcji... :/








































