piątek, 16 października 2026

Dlugi weekend i sportowy tydzien

Skonczylam ostatnio na tym, ze w piatek, 9 pazdziernika, Bi po poludniu miala zawody. Mimo marudzenia M. zebym sobie odpuscila, pojechalam. Tym razem niestety byly wyjazdowe i to dosc daleko, bo pol godziny drogi i to autostrada. Na szczescie w takim fajnym kierunku, gdzie malo kiedy sa korki. Dojechalam bez problemu i troche zglupialam. Szkola ogromna, glowne wejscie, parkingi po bokach, ale niewiadomo gdzie tu wchodzic. Sporo aut jechalo na lewo, tam tez widzialam ludzi idacych w jednym kierunku, wiec pojechalam. Niestety, okazalo sie, ze wszyscy zdaja sie zmierzac na boiska. Sprawdzilam kilka bocznych wejsc, ale wszystkie byly zamkniete. Wrocilam wiec do auta, przejechalam na drugi parking i pomaszerowalam do glownego wejscia. Akurat jakis pan wychodzil, ale powiedzial mi ze basen jest po przeciwnej stronie budynku. W dodatku, byl tylko jakims zastepca, wiec jak juz wyszedl, to nie mial ponownie wstepu, a w biurze nikogo nie bylo. No to coz... Znow wrocilam do auta i podjechalam do dalszego parkingu, gdzie jak byk minelam tabliczke ze strzalka wskazujaca wejscie na basen i sale gimnastyczna. Wczesniej po prostu nie pojechalam wystarczajaco daleko. :D Zaparkowalam i poczlapalam w poszukiwaniu tego wejscia, ktore okazalo sie faktycznie po przeciwnej stronie glownego i jeszcze schowane za jakimis szopami i szklarniami. Palnelam sie mentalnie w lepetyne, bo gdybym poszla dalej z pierwszego parkingu, tez doszlabym do tego wejscia, ale za szybko sie cofnelam, myslac ze tam przejscie bylo tylko do boisk. Najwazniejsze jednak, ze w koncu znalazlam basen, ktory okazal sie niewielki, ze strasznie ciemnymi trybunami. Momentalnie zachcialo mi sie spac. Na szczescie pozniej siadla kolo mnie mama innej dziewczynki i od czasu do czasu wymienialysmy pare zdan. Tym razem nasze dziewczyny doslownie zmiotly przeciwna druzyne, bo wygraly 96:83. Tyle, ze tamte panny mialy mniej zawodniczek i w niemal kazdym wyscigu plynely 2-3 nasze i jedna tamtych. Troche to niesprawiedliwe i myslalam, ze punkty sa jakos wyrownywane w stosunku do liczby uczestnikow, ale chyba nie. Trzeba jednak tez przyznac, ze w prawie wszystkich wyscigach, nasze dziewczyny zdecydowanie prowadzily. Bi rowniez poszlo bardzo dobrze. Plynela na 50m kraulem, 50m grzbietowym oraz 2M, czyli dwie dlugosci basenu kazdym stylem (razem 8) i w kazdym zajela drugie miejsce.

Grzbietowy

Trener znow dal ja do tego najdluzszego wyscigu - 500m kraulem i tu juz doplynela przedostatnia (na 4 zawodniczki, wiec trzecia ;P), ale pozniej powiedzialam, ze nastepnym razem ja nagram, bo plynela w tak slimaczym tempie, ze glowa mala. Gdyby troche tylko przyspieszyla, mialaby szanse zajac duzo lepsze miejsce. Po zawodach panna z radoscia pomachala dziewczynom, ktore wracaly autobusem i poszla za mna do samochodu. Zajechalysmy po drodze do Dunkin' bo Bi nie mogla przepuscic takiej okazji i potem juz ruszylysmy w kierunku domu. Obie zadowolone, bo zaczynal sie dlugi weekend. :)

W sobote niestety nie moglam pospac ile bym chciala, choc i tak dalam sobie czas do 8:30. Musialam sie zerwac bo Nik mial zawody i choc jechal autobusem, to trzeba go bylo odstawic na ten autobus do szkoly. Plan byl zeby pojechal ze wszystkimi, bo trenerzy nie dali znac o ktorej jest rozgrzewka, inaczej bym go na nia po prostu zawiozla. Bieg byl o 11, wiec stwierdzilam, ze dojade juz na same zawody, pokibicowac synowi. Niestety, tego dnia M. wzial wolne i oczywiscie musial wtracic swoje 4 grosze i kompletnie namieszac. Dzien wczesniej powiedzialam mu, zeby zawiozl Mlodszego na ten autobus (to jest 5 minut w jedna strone), bo i tak wstaje o 6. Na to puscil mi swoje zwyczajowe marudzenie, ze po co Nik w ogole tam jedzie. Tlumacze jak krowie na rowie, ze te sobotnie zawody sa dla najlepszych zawodnikow. Dziewczyny biegna wszystkie, bo jest ich tylko 11, ale ze chlopcow jest ponad 40, to dostanie sie do tej najlepszej 20stki, to naprawde wyroznienie. Otrzymalam tylko przewrot oczami. Czesto sprzeczamy sie o te zawody dzieciakow, bo jesli pamietacie, odkad byli mali, zapisywalam ich na wszystko czego tylko chcieli sprobowac, liczac na to, ze cos ich wciagnie. I malzonek wiecznie zrzedzil, ze ich zmuszam, ze to bez sensu bo i tak nic w tym nie osiagna, itd. Tym bardziej, ze jak to dzieciakom, czesto zdarzalo im sie marudzic ze nie chca jechac na trening czy mecz/zawody. Troche mu sie oczy otworzyly kiedy pojechal pare razy na pilke nozna i zobaczyl, ze na boiskach jest doslownie polowa dzieciarni z naszej miejscowosci. Ale i tak wiecznie mnie oskarzal, ze ich przymuszam, gadal ze jak nie chca to mam ich wypisac, itd. Pozniej oni sami zaczeli mowic, ze chca chodzic (co nie przeszkadzalo w jeczeniu przed treningami :D), a malzonek juz otwarcie oznajmial ze go to nie interesuje i nie bedzie sobie marnowal weekendow na jezdzenie na zawody potomstwa. Kiedy probowalam tlumaczyc ze to wazne zeby dzieci wspierac w ich pasjach i kibicowac, wzruszal ramionami ze jak dostana sie do szczebla narodowego albo olimpiade, to pojedzie. Wszystko mi opada, bo wiadomo ze to malutki odsetek, a nasi zadnych az takich talentow nie wykazuja. Nie mniej, Nik niespodziewanie odnosi sukcesy w biegach. Olimpiady z tego nie bedzie, ale jakby rozwinal tempo i utrzymal sie w grupie najlepszych do konca szkoly, kto wie, moze byc z tego stypendium na studia. Kiedy jednak mowie to M., otrzymuje kolejny przewrot oczami. Jemu zupelnie brakuje wiary we wlasne dzieci... W sobote wkurzyl mnie tak, ze mialam ochote wyjsc, trzasnac drzwiami i wrocic wieczorem. Kiedy wstalam, o dziwo oba chlopaki szykowaly sie do wyjscia, ale ojciec chodzil i smecil synowi, ze gdzie on tam bedzie jechal, ze szkoda soboty, ze czy mu sie chce, ze lepiej by sobie na ryby (!) pojechal. Doszedl w koncu do tego, ze powiedzial Kokusiowi, ze jak odpusci sobie te zawody, to on go osobiscie na te ryby zawiezie!!! :O Po prostu nie moglam uwierzyc wlasnym uszom! Nik, jak to on, zupelnie niezdecydowany, zaczal pytac mnie, co ma robic. Poniewaz mam dosc bycia wiecznie tym zlym policjantem, oznajmilam zeby mnie w to nie mieszal. Ja uwazam ze skoro powiedzial trenerom, ze bedzie, to powinien jechac i ze to wstyd tak odmawiac w ostatniej chwili, ale to jego decyzja. Malzonek zripostowal, ze przeciez moglo cos nagle wyskoczyc, Nik mogl wstac chory, itd. Jasne, ale nic nie wyskoczylo! To M. cos kompletnie odbilo i zrzedzil jakby musial syna na te zawody wiezc, zostac tam i kibicowac, a potem przywiezc go do domu! Tymczasem mial go tylko podrzucic pod szkole, a na zawody mialam dojechac ja! Ostatecznie, jak mozna bylo przewidziec, Mlodszy przyznal ze tak naprawde to mu sie nie chce jechac i woli na ryby. Powiedzialam mu, ze to jego decyzja, to on bedzie musial sie wytlumaczyc trenerom, ale z takim podejsciem to marnie widze jakiekolwiek sukcesy. Czy mi sie chcialo jechac? Pewnie, ze nie! Ale jak juz sie powiedzialo "hop", to trzeba skoczyc. Poza tym, Potwory zawsze mialy taka tendencje, ze pytalam czy jada na zawody (np. plywackie). Tak, jada. Pytam tydzien przed, potem 3 dni przed, dzien przed - czy na pewna chca, bo jak cos to moge napisac do trenera, ze ich nie bedzie. Nie, chca. OK. Przychodzi sobotni ranek i nagle: "nie chce mi sie, nie chce jechac, moge jednak zostac?", itd. Szlag moze trafic czlowieka na miejscu! W kazdym razie, ostatecznie, pod goraca namowa trzepnietego ojca, Nik zostal w domu. Czy sie ucieszylam, ze nie musze popylac 40 minut na miejsce zawodow? Czesciowo tak. Bardziej jednak mam poczucie, ze Nik uczy sie, ze moze sobie odpuscic jak mu troche zabraknie checi. No i to mialy byc ostatnie zawody, ktorym moglam kibicowac. Nastepne to mistrzostwa, ale nie sa dla calej druzyny, tylko naprawde najlepszych z najlepszych. Nik sie na nie nie lapie. Pozniej beda mistrzostwa dla najmlodszego rocznika, gdzie bedzie biegl, ale ja w ten tydzien bede miala inspekcje z wlasnym szefem, wiec mowy nie ma zebym mogla sie urwac wczesniej. No trudno. :( Skoro juz zostalismy, M. faktycznie zawiozl syna do klubu, choc ciezko wzdychajac, bo zaczal przykrywac na zime przyczepe i nie chcialo mu sie od tego odrywac. Mialam ochote powiedziec ze gdyby nie on, to Nik i ja bylibysmy wlasnie na zawodach i nikt by mu nie przeszkadzal, ale ugryzlam sie w jezyk. Moglam oczywiscie zaproponowac, ze sama go zawioze, ale nadal bylam zla, wiec nic nie powiedzialam. Wyciagnelam odkurzacz oraz mopa i doprowadzilam podlogi na gorze do jako takiego porzadku. Mlodziez ogarnela wlasne pokoje. Poza tym jakies pranko, zmywarka i zrobila sie 15. Pojechalam po syna nad jezioro i po powrocie trzeba sie bylo szykowac do kosciola. Kiedy wrocilismy, ogarnelam dolna lazienke i zabralam sie za chlebek bananowy. Tym razem postanowilam wykorzystac make kokosowa, ktora ostatnio zakupil malzonek. Naczytal sie, ze jest duzo zdrowsza niz zwykla maka ze strasznym glutenem i postanowil przestawic sie na ta. Tyle, ze nic mu z nia nie wychodzilo. Nalesniki sie rozpadaly, placki kruszyly, po prostu nic nie trzymalo kupy, nawet kiedy sie poddal i dodal zwyklej maki. ;) Mam wiec spory worek tej cholernej kokosowej i szukam gdzie by ja tu wykorzystac. W koncu stwierdzilam, ze moze nada sie do pieczenia. Znalazlam przepis i trzymajac sie go scisle, ciasto faktycznie wyszlo. A przynajmniej sie nie rozpadlo, choc prawie nie uroslo. ;) Niestety, nie pomyslalam, ze dodaje sie do niego tylko 2 lyzki miodu i zero cukru. Wyszlo wiec praktycznie nieslodkie. Zjadliwe, ale takie malo smaczne. ;)

Niedziela to juz spanie do oporu, tym bardziej, ze ciasto mialam, wiec nie musialam sie zrywac zeby cos upiec przed przyjazdem dziadka. Na spokojnie wstalam, zjadlam sniadanie i ogarnelam sie. Zanim zdazylam napisac do taty ze moze wpadac, wrocil z pracy M. I przywiozl nowiny i to takie, ze szczeka mi opadla. Okazalo sie, ze zadzwonil do niego nasz przyjaciel, chrzestny dzieciakow, zeby zawiadomic, ze za tydzien bierze slub. Za TYDZIEN!!! Wiedzielismy, ze sa zareczeni, ale jak pytalismy, to mowili ze nie wiedza kiedy, ze to narazie tak dla samych siebie, itd. A tu nagle slub! Zadzwonilam potem do pani narzeczonej i tlumaczyla mi, ze gadala sobie ze znajomym ksiedzem i wspomniala o slubie, a on na to ze ma miejsce za tydzien lub dwa. No to mu powiedziala, ze za tydzien bedzie ok!!! :D Jestesmy zaproszeni cala czworka i ona oczywiscie mowi zeby sie nie stroic, bo poza nami beda jeszcze dwie znajome pary i to wszystko, wiec zadna wielka impreza. Podobno A. (chrzestny) nawet nie chce do zadnej restauracji pozniej isc, ale mowila, ze go "urobi". No to mamy slub do zaliczenia i prowadzimy z M. dyskusje ile im dac kasy. ;) To byla pierwsza wiadomosc od nich. Druga to taka, ze przygarneli wyrzucona przez kogos kotke, a ta im sie... okocila! Maja 5 maluchow. Jednego zostawiaja sobie, a pozostale sa do oddania. Oczywiscie i ja i Bi probujemy namowic M. zeby wziac od nich kociaka, ale ten narazie wscieka sie, ze nie ma mowy. Powiedzial mi wprost "po moim trupie". Odpowiedzialam zartem, ze to sie da zalatwic. :D W kazdym razie, przyjechal moj tata, posiedzial jak zwykle do 15 i pojechal. Popoludnie spedzilismy na spokojnie. Zbieralo sie na deszcz, wiec nie poszlismy nawet na spacer, bo nie chcialam ryzykowac bycia zlapana przez ulewe. Wieczorem malzonek szykowal sie do pracy, z zadroscia patrzac na mnie i Potworki, ktorzy radosnie oczekiwalismy kolejnego dnia wolnego. :)

W poniedzialek byl Columbus Day, wiec szkoly, poczty, banki oraz urzedy stanowe i federalne, mialy wolne. Ponownie moglam pospac sobie ile chcialam, ale nastawilam budzik na 9, bo inaczej pewnie przespalabym caly dzien. Jak zaczelo padac poprzedniego wieczora, tak padalo jeszcze troche rano, ale potem przestalo i nawet momentami wychodzilo slonce. Bi tego dnia umowila sie do galerii handlowej z dwiema kolezankami. Wszystkie trzy mialy po poludniu treningi, wiec chcialy jechac juz od rana. Umowilam sie z mama jednej, ze ona je zawiezie na 11, a ja o 14 odbiore. Po odjezdzie panny, zebralismy sie z Kokusiem i pojechalismy po rybki na przynete. Mlodszy umowil sie bowiem z kolega na ryby. Niestety, nawet nie przyszlo nam do glowy zeby sprawdzic (a zadne tego wczesniej nie zarejestrowalo) i kiedy podjechalismy do sklepu, okazalo sie, ze w poniedzialki maja zamkniete. :/ Nie tylko wiec Nik nie dostal rybek, ale tez zmarnowalismy czas, bo to 20 minut jazdy w jedna strone... Pozniej syn sie wkurzyl, bo napisal do kolegi, a ten stwierdzil, ze bez narybku nie jedzie na ryby. Mlodszy stwierdzil, ze czuje sie wykorzystywany. :D Wrocilismy wiec do domu i zyskalam odrobine spokoju, choc nie duzo, bo juz o 13:30 musialam wyruszac po corke. Powiedzialam jej, ze punkt 14 ma byc przy wyjsciu, bo na 15 ma trening, a jeszcze musimy odwiezc jej kolezanki. Na szczescie dziewczyny karnie staly juz przy drzwiach. Niestety, obie mieszkaja po przeciwnej stronie miasteczka od nas, wiec zanim odwiozlam jedna, potem druga i dojechalam do nas, byla juz 14:35. Bi poszla sie przebierac i pakowac rzeczy, ale z gory bylo wiadomo, ze sie spozni. Tym bardziej, ze obiecalam Kokusiowi, ze po drodze wyrzuce go nad jeziorem, bo stwierdzil, ze chce polowic nawet bez kolegi, na wabiki. A ze on tego dnia treningu nie mial, wiec czemu nie. Zanim dotarlysmy na basen, byla 15:10, wiec stwierdzam, ze i tak niezle. ;) Po powrocie mialam czas chwile posiedziec z malzonkiem, po czym, o 16:30, trzeba bylo wyruszyc po corke. Wrocilysmy, zaparzylam kawy i usiadlam i w tym momencie... zadzwonil syn! :D Pojechalam wiec po drugie dziecko. Oczywiscie zanim wrocilismy, byla prawie 17:30. I tak mi minal dodatkowy dzien wolny - na jezdzie w te i nazad. ;)

Wtorek byl dla Potworkow kolejnym dniem wolnym. Tradycyjnie, po dniu Kolumba, nauczyciele mieli dzien szkolen, a dzieciarnia cieszyla sie czwartym dniem weekendu. Ja juz tak dobrze nie mialam, ale ze pracowalam z domu, to tez nie bylo zle. Kiedy sie obudzilam, przyszedl do mnie, na poranne mizianie, kiciul.

Mruzy oczka od lampy blyskowej, nie ze taka jest zdegustowana :D 

Wstalam po 7, zeby zjesc i ogarnac sie zanim bede musiala zasiasc do laptoka. Kiedy wreszcie usiadlam do pracy, spotkala mnie niemila niespodzianka. Cos im sie porobilo po dlugim weekendzie i praktycznie zadne systemy nie dzialaly. :D Jednoczesnie napisala do mnie kolezanka z biura, ze tam nie dzialal nawet internet. No to bez wyrzutow sumienia porzucilam robote i zajelam sie domem. Wstawilam zmywarke, ogarnelam kuchnie, itd. W miedzyczasie powstawaly Potwory i Nik chcial zrobic kolejne podejscie do kupna zywej przynety i wypadu na ryby z kolega, ktoremu juz wybaczyl, ze tamten go wystawil do wiatru dzien wczesniej. ;) Poniewaz laptok nadal pokazywal awarie, stwierdzilam, ze mozemy pojechac. Zabrala sie z nami Bi, ktora chciala sie wyrwac z domu i zobaczyc sklep z przynetami. Co w tym takiego interesujacego? Nie mam pojecia. ;) W kazdym razie, podjechalismy pod sklep (tym razem byl otwarty), mlodziez poszla po rybki i za pare minut przyszli z wiaderkiem wypelnionym "ofiarami". Zawiozlam Mlodszego nad staw w klubie, gdzie siostra zapragnela zobaczyc jak zarzuca wedke. Brat zapewnial ze na zywa przynete lapie sie jedna rybka za druga, wiec poszlismy. Faktycznie, w ciagu moze 5 minut, ktore tam spedzilysmy, zdazyl zlapac dwie.

Rybka nr. 2

Siostra koniecznie chciala tez zdjecie z rybskiem, ale tak sie do tego zabierala, ze ryba dwa razy jej spadla i "skakala" po pomoscie. :D Juz myslalam, ze wskoczy spowrotem do wody, ale w koncu pannie udalo sie porzadnie chwycic. 

Dumna i blada :D

Ona byla chetna zeby tam siedziec i siedziec, ale powiedzialam, ze moge ja zostawic, sama jednak musze wracac, bo systemy w robocie kiedys wreszcie naprawia. I faktycznie, jak chwile pozniej dojechalysmy i sprawdzilam laptopa, wszystko juz smigalo. Zasiadlam wiec do pracy, choc skupic sie bylo ciezko. W dodatku, umowilam sie z Kokusiem, ze odbiore go okolo 14, bo tego dnia on tez mial juz trening. Tymczasem wybila godzina druga, a tu zero wiadomosci. Napisalam sms'a, czy jest gotowy do powrotu. Nic. Po 10 minutach dzwonie. Znow nic. Zaczyna mnie juz cos trafiac, bo tyle razy powtarzam, ze ma miec wlaczony dzwiek w telefonie, a tu oczywiscie nie dosc, ze tylko wibracje, to telefon gdzies w czelusciach plecaka i zero lacznosci z dzieciakiem! Zadzwonilam pozniej kolejne dwa razy, wyslalam chyba z piec sms'ow i bez rezultatu. W koncu stwierdzilam, ze jak nie odezwie sie do 14:30, to pojade, odszukam go w tym klubie i nogi z doopy powyrywam! Mial szczescie, bo zadzwonil o 14:26, ale i tak dostal zdrowy opiernicz! Oczywiscie ja mu mowie, ze dzwonie i wysylam wiadomosci, a on na to ze niiic nieeee wiiiidziaaal... :/ Przywiozlam go do domu, ale zrobila sie juz oczywiscie prawie 15. Myslalam, ze Mlodszy wroci na tyle wczesniej zeby cos przekasic przed bieganiem, a tak to nie bylo szans. Tyle ze Bi przebrala sie w stroj i spakowala recznik i pojechalismy. Ostawilam syna pod szkole, a potem zawiozlam corke na basen. Wrocilam do chalupy i zasiadlam ponownie do pracy. Wrocil malzonek, wiec moglismy chwile posiedziec w samotnosci, zanim sie rozdzielilismy - on pojechal po syna, ja po corke. Ta znow miala pasta party, wiec od razu z basenu podwiozlam ja do kolezanki. Wrocilam do domu, ale spedzilam w nim 20 minut i musialam jechac po panne. Moglaby zostac dluzej, ale na 18 umowilam sie na paznokcie, a ona chciala jechac ze mna, nawet kosztem skrocenia imprezy.

Nowe szpony

Poniewaz nadal mialam na paznokciach stary lakier, musieli mi go najpierw odmoczyc, a potem zdrapywac, wiec troche to potrwalo. Do domu wrocilysmy o 19 i okazalo sie, ze malzonek juz zdazyl pojsc spac. Czyli nie spedzilam zadnego konstruktywnego czasu z M. (poza ta godzinka przed treningami mlodziezy) i kolejny dzien spedzilam w rozjazdach...

W srode czekala mnie juz duzo wczesniejsza pobudka. Potwory szly do szkoly, a ja jechalam do biura. 

Poranne mgly sa naprawde urzekajace

Tam tylko ja i jeden kolega, wiec cisza i spokoj. Spedzilam dzien troche sie obijajac, a troche zaliczajac szkolenia. Jedno obowiazkowe - coroczne, drugie dla chetnych, ale warto bylo posluchac. Z pracy urwalam sie tyci wczesniej, bo Bi miala zawody. Na szczescie akurat w to miejsce bylo blizej z mojej pracy, niz z domu. A i tak troche sie spoznilam, a ze panna plynela w pierwszym wyscigu, to mnie on ominal. Szczescie, ze byla to sztafeta, to az tak bardzo mi na tym nie zalezalo. Akurat jak dojechalam, zaczely sie skoki, wiec stwierdzilam, ze moglam z pracy wyjsc normalnie i akurat dojechalabym po nich. Nie umniejszajac nic skaczacym dziewczynom, one sa gietkie niczym gimnastyczki, ale strasznie mnie to nuuudzi... Najpierw dziewczyny maja rozgrzewke, wiec po kilka razy skacza sobie z trampoliny, pozniej zaczyna sie wlasciwy konkurs. Siedem (czasem wiecej, czasem mniej, zalezy ile kazda druzyna ma skoczkow) panien skacze po kolei, a kazda ma 6 skokow. Oczywiscie przed kazdym przymierzaja sie, ustawiaja, potem sedziowie musza kazdy pokazac karteczke z punktami i wszystko trwa i trwa... Bardzo czesto skoki sa przerwane, bo sedziowie sie naradzaja czy nie bylo dyskwalifikacji, co jeszcze wszystko przedluza...

Panny na brzegu kibicuja skoczkom z wlasnej druzyny 

W dodatku, po skonczonych skokach, znow robia krotka rozgrzewke dla plywaczek, zanim podejma dalsza czesc zawodow. Tym razem trener zupelnie zmienil pannie wyscigi i plynela dwie sztafety i tylko jeden wyscig indywidualny - 50m stylem grzbietowym. Przyplynela czwarta na 6 dziewczyn, wiec niezle, choc bez fajerwerkow. Te zawody skonczyly sie dla naszych porazka - 90:96, ale jak widac byly bardzo wyrownane. Po zawodach podjechalysmy do Dunkin' i w koncu do domu. Mimo ze byly blisko, to jakos dlugo trwaly i bylysmy dopiero prawie o 18. Wieczor zlecial wiec ekspresowo i stwierdzam, ze czesc mnie czeka juz az jesienne sporty sie skoncza, bo zaczynam byc zmeczona. Bi nie planuje nic uprawiac zima, zas Nik chce plywac, ale miedzy biegami przelajowymi a plywaniem bedzie okolo miesiaca przerwy. Z blogoscia mysle o leniwych popoludniach i wieczorach. :)

Czwartek zaczal sie troche nerwowo, bo dzien wczesniej na mediach spolecznosciowych pojawily sie jakies plotki o ataku planowanym na szkole dzieciakow na ten dzien. Rodzice dostali maila od administracji, ze po sprawdzeniu wszelkich poszlak, nie widza dowodow na jakikolwiek planowany atak, ale w szkole bedzie tego dnia policja. Jednoczesnie, niektorzy ludzie komentowali, ze slyszeli juz o tym kilka dni wczesniej, inni (jak ja) dopytywali co to w ogole byly za plotki. Potworki o niczym nie slyszaly, dopiero kiedy rodzice zaczeli dopytywac, koledzy wysylali im wiadomosci. Nadal nikt jednak nie wiedzial o co chodzi - bomba, nozownicy, strzelanina? W koncu ktos na Fejsie zamiescil zdjecia wiadomosci, ze gdzies ktos cos slyszal, ze moze byc strzelanina. Kilkoro rodzicow napisalo, ze na wszelki wypadek zatrzymuja dzieci w domu. Tez przeszlo mi to przez mysl, zadzwonilam do M. zeby sie poradzic, ostatecznie jednak stwierdzilam, ze na chlopski rozum, skoro w szkole maja byc partole policyjne, to raczej ryzyko, ze cos sie wydarzy jest mniejsze niz zwykle. Kiedy dojechalam pod szkole, faktycznie staly pod nia 4 radiowozy, a przed wejsciem kilku policjantow. 

Niestety, dopiero pozniej zauwazylam, ze fota wyszla mi zamazana

Kolejka aut odstawiajacych dzieciarnie nie wydawala sie krotsza, wiec wiekszosc rodzicow raczej wyciagnela te same wnioski, co ja. ;) Potwory poszly, a ja pojechalam do roboty. Plan na ten dzien mialam zupelnie inny, ale jak tylko otworzylam maile, wyskoczyla mi wiadomosc, przypominajaca ze do kolejnego dnia trzeba napisac i wyslac roczna samoocene. :O Wiadomosci o tym przyszly na poczatku... sierpnia, wiec machnelam reka ze mam czas, a ze wtedy mialam tez straszny zapiernicz, to natychmiast wylecialo mi to z glowy. W zeszlym tygodniu szefowa mojego szefa wyslala maila przypominajacego i dodala instrukcje. Tu juz nie mam usprawiedliwienia; po prostu przeczytalam i natychmiast zapomnialam. Kiedy wiec w czwartek nagle przyszla wiadomosc, ze ma to byc zrobione do nastepnego dnia, wpadlam w lekka panike. Na szczescie moja kolezanka z kwietniowego wyjazdu jest niesamowicie ogarnieta w takich administracyjnych sprawach, wiec pomogla mi wydobyc z czelusci programow komputerowych, potrzebne informacje. To byl niestety jednak tylko poczatek. Instrukcje wyraznie mowily, zeby mozna napisac samemu, ale ze oni sugeruja uzycie naszego wewnetrznego chatGPT. :D Wydawalo sie proste: wrzuce potrzebne informacje, a system "wypluje" mi gotowy tekst. Taaa... Najpierw dostalam szereg powiadomien, ze chat potrzebuje jeszcze tego i tego i tamtego. Przeszukiwalam wiec czeluscie swoich dokumentow, pisalam do kolegow gdzie odkopali to czy tamto, a potem okazalo sie, ze w systemie cos pozmieniali i trzeba bylo w chat'cie kliknac inaczej. O luuuudzie! Zla bylam tez przy okazji, bo moj szef oczywiscie byl na wakacjach! Ten chlop zawsze wyjezdza kiedy potrzebowalabym jego pomocy! :/ Po pracy zajechalam do naszego klubu, bo biegi przelajowe mialy tego dnia senior night, czyli celebracje najstarszego rocznika, ktory wiosna odchodzi. Z tego co wiem, wszystkie zespoly maja taka "nocke seniorow", tyle ze gdzie na plywaniu faktycznie impreza jest wieczorem, tak tutaj urzadzono ja o 3 po poludniu, zamiast treningu, wiec co to za "night"? ;) W kazdym razie, z tej okazji kazdy rocznik mial sie ubrac w okreslony sposob - sophomores (X klasa) miala koszulki w stylu tie-dye, juniors kolorowe czapeczki z wiatraczkami, a seniors swoje koszulki szkolne dla najstarszych. Grupa Kokusia, czyli freshmen, miala zalozyc koszulki w zarowiastych kolorach. Okazalo sie jednak ze posluchala tego tylko jedna dziewczynka oraz kolega Kokusia, ktory przywiozl koszulke rowniez dla niego.

Najmlodsza grupa zagrzewa sie do walki. Nik w oczojebnej, rozowej koszulce :D 

Ja nie wiedzialam nawet ze maja sie specjalnie ubrac, inaczej pozyczylabym mu cos swojego lub Bi, ale nic wczesniej nie powiedzial, to trudno. Poza tym, trzech chlopcow mialo koszulki w kolorze zoltym, a reszta normalne. Mimo ze wieczorek mial byc glownie dla najstarszych, trenerzy zorganizowali jeszcze calej druzynie wyscig, tylko z "haczykiem". :D Poniewaz scigali sie miedzy soba, trenerzy puszczali ich grupkami na podstawie czasow - od najwolniejszych, do najszybszych. Tak to rozlozyli, ze miedzy pierwsza a ostatnia grupa bylo 9 minut! :O Nie wiem jak oni to podzielili, bo w niektorych grupkach byly 3 osoby, w innych 5, niektore dzieciaki biegly same... Mlodszy pobiedl w grupce czterech osob, trzeciej od konca. Zrobili koleczko przez las, przebiegajac obok klaszczacej grupki rodzicow ktora przyjechala (i to wiekszosc wcale nie byla rodzicami najstarszych), a pozniej mieli kolejne kolko, ktore w polowie skrecalo do lini mety, tak zeby razem wyszlo 3.2 km.

Pedem do mety 

Zwykle w zawodach biegna duzo dalej, no ale to miala byc zabawa. :) O dziwo, Nik, ktory pobiegl jako jeden z ostatnich, przybiegl z numerem 4. Szkoda, ze ten wynik do niczego sie nie zalicza. ;) Po wyscigu mieli pizze oraz ciasto (ale tylko dla mlodziezy), a pozniej mialy byc juz oficjalne przemowienia na czesc seniorow oraz rozdawanie nagrod. Stwierdzilam wiec, ze pojade do domu, bo po pierwsze, nie bardzo chcialo mi sie tam sterczec, a po drugie M. mial dentyste i nie bylam pewna czy zdazy odebrac Bi z treningu. O to ostatnie martwilam sie zupelnie niepotrzebnie, bo kiedy dojechalam do domu, napisal ze czeka juz pod basenem. Niedlugo wiec ze Starsza dojechali, a pozniej pozostalo czekac az Mlodszy napisze ze jest gotow na powrot do domu. Wiedzac, ze jest w naszym klubie, w pelni spodziewalam sie, ze napisze zeby mu dowiezc wedke i ze chce zostac na rybach. Niespodziewanie jednak, chcial wracac, ale za to jeczal o Dunkin'. Tlumaczylam, ze to nie byly "prawdziwe" zawody, wiec mu sie nie nalezy, ale zrobil mine kota ze Shreka, wiec wiadomo - uleglam. Nie mam kregoslupa... :D Okazalo sie, ze trenerzy oceniali czasy freshmen przeciwko sophomores i juniors przeciw seniors. Najmlodszy rocznik, czyli Kokusia, wygral ze starszym o rok i w nagrode dostali breloczki. Zanim wrocilismy byla juz znowu prawie 18 i kolejny dzien przemknal...

Uskrzydlone buty niosa ich przez te laki i lasy. :D XC to skrot od cross country. Dlaczego nie CC? Nie mam pojecia ;) 

Piatek zaczelam troche pozniej, bo pracowalam z domu i tylko podwozilam Potwory do szkoly. Dzien byl jednak ponury i deszczowy, wiec kiedy zadzwonil budzik, wydawalo mi sie, ze nastawilam go na zla godzine, tak bylo ciemno. Pod szkola znow staly dwa radiowozy. Ciekawe ile jeszcze czasu policja bedzie patrolowac nasza placowke... Wrocilam do chalupy i zabralam sie za robote. Mialam troche administracyjnych pierdolek przed kolejnymi inspekcjami, bylo tez wirtualne spotkanie z jakims "wazniakiem", ktorego sobie posluchalam, a pozniej zaczelam patrzec na liste rzeczy ktore powinnam wiedziec przed moja obserwacja na ocene. Przeczytalam i... cycki opadaja. Niektore rzeczy faktycznie przydatne i musze zrobic sobie liste zeby o czyms nie zapomniec. Ale niektore... Zeby ubrac sie profesjonalnie, a nie w dres. Zeby nie spedzac polowy dnia na telefonie, piszac sms'y i odbierajac prywatne telefony. I pare jeszcze podobnych "kwiatkow". Serio?! Kto robi takie rzeczy?! W miedzyczasie odebralam ze szkoly Bi, bo tego dnia nie miala treningu, konczyla wiec juz o 14:23. Zamiast tego, zaprosila kolezanke, bo trening tamtej tez zostal odwolany. Podwiozlam panny pod dom, po czym pojechalam jak najszybciej do okulisty, bo dostalam wczesniej wiadomosc, ze maja moje nowe okulary. Odebralam patrzalki i o raju! Faktycznie widze duuuzo lepiej, choc czesciowo pewnie jest to spowodowane tym, co juz ostatnio pisalam, ze poprzednim razem okulistka jakos dziwnie dobrala mi szkla i jednym okiem widzialam duzo gorzej. Tym razem przez obydwa widze podobnie, wiec nie ma takiego irytujacego wrazenia, choc za to dziwnie chodze, bo patrzac w dol, mam wrazenie jakbym patrzyla przez akwarium. ;) No nic, za pare dni przywykne. Przyjechalam do domu, gdzie Bi, z typowa dla siebie szczeroscia, stwierdzila, ze nie podobaja jej sie moje nowe okulary i wolala mnie w starych. :D Kiedy ironicznie "podziekowalam", zaczela sie bronic, ze musi sie przyzwyczaic. Okeeeey... Po powrocie zabralam sie ponownie za robote, co chwila uciszajac Bi, bo ja siedzialam w salonie, a panny urzedowaly w kuchni, piekac cynamonowe kuleczki. Wrocil z pracy M., pojechal po syna, a zanim wrocil, po kolezanke zdazyl przyjechac tata. Najlepiej, ze malzonek siedzial w domu prawie godzine, zasiadl przy mnie na kanapie i cos tam co chwila gadal i nie zauwazyl nawet, ze mam na nosie nowe okulary! :D Dopiero jak przywiozl Kokusia, to ten od razu sie zorientowal i pokazal ojcu. Nik zasiadl do obiadu, ja dokonczylam prace, a potem pojechalismy na tygodniowe zakupy spozywcze. Po nich dzieciaki chcialy jechac na bubble tea, ale kiedy chcialam zlozyc zamowienie, pan poinformowal, ze nie maja... tapioki. To tak jakby podstawa tego napoju? :D Pojechalismy wiec jak niepyszni do domu, choc moze to i dobrze, bo ostatnio tyle kupujemy Dunkin'a, ze zaczynaja mi sie te wszystkie napoje przejadac. ;)

Do poczytania!

piątek, 9 października 2026

Pazdziernikowy tydzien pod znakiem roboczego wku*wu

Jak juz napisalam ostatnio, w piatek, 2 pazdziernika, Bi miala po poludniu zawody. Zawiozlam ja na 15 na rozgrzewke, ale nie chcialo mi sie na nia patrzec, a do domu wracac sie nie oplacalo, wiec poszlam powygrzewac sie w sloncu. Basen jest czescia prywatnej szkoly dla dziewczat, wiec maja nie tylko piekny budynek, ale tez teren naokolo, m.in. patio z krzeselkami oraz stolikami. Klaplam na jednym z nich i spedzilam blogie pol godziny, cieszac sie pewnie ostatnim upalnym dniem w tym roku. Az za upalnym. Czlowiek zdazyl sie odzwyczaic od takich temperatur, a tu zrobilo sie 27 stopni i zwyczajnie sie roztapialam. Kiedy sobie spokojnie siedzialam, zadzwonil Nik, ze kolega chce z nim jechac na ryby do naszego klubu, ale wzielam moje auto, ktore ma "przepustke". Odpowiedzialam, ze przeciez tata moze go zawiezc przed bramke, a wjedzie z kolega i jego rodzicem. Okazalo sie, ze malzonkowi sie nie chcialo, wiec syn dzwonil, czy moze nie opuscilabym kawalka zawodow i go nie zawiozla. :O No chyba obaj oszaleli! Mialam do klubu 3x dalej niz M. z domu, a jeszcze musialabym jechac az do chalupy po Kokusia! Odpowiedzialam twardo ze ojciec ma go zawiezc, a on niech odda tacie kolegi kase za przywiezienie go jako goscia. Napisalam pozniej do Nika czy jedzie i odpisal, ze tata go zawiezie. Laskawca, slowo daje! :/ W koncu zawody sie rozpoczely, wiec poczlapalam na trybuny.

Dziewczyny zagrzewaja sie do "walki"

Pisalam juz kilkukrotnie, ze Bi to sprinter, a nie maratonczyk? Ja to wiem, ona to wie i nie wierze ze jej trener rowniez tego nie zauwazyl. Tymczasem, tego dnia wszystkie wyscigi miala najdluzsze z mozliwych. Jeszcze na 100m kraulem poszedl jej ok, bo doplynela 6 na 8. Pozniej jednak plynela 200m, a na koniec maraton wszystkich zawodow, czyli kraulem na 500m. To jest 20 dlugosci basenu! Wyscig jest tak dlugi, ze na jednym koncu zawsze siedza dziewczyny z tablicami, na ktorych otwieraja numery i zanurzaja tablice w wodzie, zeby plynace widzialy przy ktorej sa dlugosci i sie nie pomylily. Oba wyscigi, i ten na 200m (8 dlugosci basenu) i ten na 500m Bi przyplynela ostatnia. Przy czym, pozniej zla byla sama na siebie, bo mowila, ze wiedzac o tym, ze wyscigi byly dlugie, nalozyla sobie takie rowne tempo, zeby wytrzymac, szczegolnie przy tym drugim. No i po fakcie stwierdzila, ze mogla jednak plynac szybciej, bo nie zmeczyla sie az tak, jak sie obawiala. Mysle, ze to dobra lekcja...

Najlepsza czesc zawodow, czyli pogaduchy z kolezankami 

Po powrocie do domu, usiadlam sobie na chwilke, za to panna zaczela sie goraczkowo szykowac, przebierac i suszyc wlosy. Tego dnia w szkole Potworkow odbywal sie mecz football'u. Z jakiegos powodu to wazne wydarzenie. Schodzi sie wiekszosc uczniow, nawet tych, ktorzy sie tym sportem malo interesuja. Grupa cheerleader'ek oczywiscie pokrzykuje i macha pomponami, a orkiestra deta przygrywa w przerwach. Poza rodzinami i znajomymi graczy, dla reszty to zwykle spotkanie towarzyskie. Na ktorym szkola niezle zarabia, bo wstep dla uczniow kosztowal $4, ale dla rodzin juz wiecej. Cale wydarzenie ochrzczono jako "blackout" i wszyscy mieli sie ubrac na czarno. Mecz zaczynal sie o 19 i Starsza wychodzila z domu w tym samym czasie, kiedy ja wyjezdzalam po syna zeby odebrac go z ryb. Bi umowila sie z cala gromada kolezanek, a z jedna, ktora mieszka na sasiednim osiedlu, pojechaly na rowerach i spotkaly w polowie drogi. Tu oczywiscie nasluchalam sie od M., ze ja tak puszczam i ze jak one beda po nocy wracac, itd. Gledzil i gledzil, ze jego rodzice w tym wieku nigdzie nie puszczali, ze kto to slyszal, itd. W sumie moja matka mnie tez trzymala pod kloszem, chyba ze jakas jej znajoma namawiala zebym jechala z dziecmi jej krewnych i znajomych, gdzie sama tupalam noga, ze nigdzie nie jade z obcymi. Z drugiej strony, my dorastalismy w innym kraju z nieco innymi tradycjami. W moim liceum, jedyna aktrakcja (poza studniowka) byla szkolna dystkoteka, ktora zreszta mialam tylko w I klasie, bo pozniej dyrektor zabronil. Nawet nie pamietam co tam sie wydarzylo, ale wiem, ze w pozniejszych latach nasza szkola fundowala zero, null przyjemnosci. Nie bylo tez zadnych konkursow ani zajec dodatkowych. Z perspektywy czasu stwierdzam, ze beznadziejnie nudne bylo to moje liceum... Tak czy siak, malzonek sie umarudzil i oczywiscie cala wina byla po mojej stronie, bo nie chcialam dziecka odebrac. Tyle, ze ja wiem jak wyglada odbior dzieciaka po takiej "imprezie" i sam wyjazd spod szkoly, gdzie na raz wyjezdza kilkaset aut. Poza tym, tu juz oboje, dalismy Bi kilka rad oraz przykazan, ktorych nie bardzo chciala sluchac: zeby uwazala na siebie, zeby trzymala sie z kolezankami, zeby wziela gaz pieprzowy, zeby patrzyla jadac na rowerze, bo na osiedlach zdarzaja sie auta, ale tez laza cholerne niedzwiedzie, itd. Panna przewracala oczami, ale kiedy wracala, sama przyznala ze cala droge glosno spiewala, zeby "misie" slyszaly ze nadjezdza. Biedni sasiedzi. :D Kiedy siostra brylowala na salonach trybunach, ja pojechalam do klubu po mlodsze dziecko. W dzien bylo goraco, sporo ludzi skorzystalo z pogody, wiec minelam kilka aut wyjezdzajacych, a kilka innych stalo nadal na parkingu. Mimo wszystko, kiedy dojechalam nad staw, ktory jest otoczony drzewami, panowal juz zmrok i z kazda minuta robilo sie ciemniej. Oczywiscie, jak to z Kokusiem; pisze zeby go odebrac o 18:45. Dojezdzam, wysylam sms'a ze jestem. Nic. Po kilku minutach dzwonie. Nie odbiera. Wytezam wzrok patrzac na sciezke nad staw, ale ciemno jak w doopie, wiec guzik widze. Mija kolejne kilka minut i powaznie zaczynam sie zastanawiac czy nie isc go szukac. Tyle, ze ciemno, staw otoczony drzewami, a ja nie mam nawet latarki, poza telefonem. Naokolo las i tylko jedno inne auto (ktore okazalo sie nalezalo do taty kolegi Nika); mowy nie ma zebym wylazla z bezpiecznego samochodu. Siedze wiec i sie wkurzam. W koncu - ida. Okazalo sie, ze im sie przeciagnelo, bo choc kolega przywiozl zywa przynete, to chcial lowic na wabiki. W rezultacie, Mlodszy zlowil chyba z 8 ryb, a tamten zadnej. I na sam koniec stwierdzil, ze musi choc jedna zlowic, wiec wziac przynete... Tyle, ze oczywiscie ryba nie zawsze zlapie sie natychmiast, wiec czekali az jakas sie nabierze... Wkurzylam sie oczywiscie, bo skoro pisze, ze mam byc o okreslonej porze, to on tez ma pilnowac zegarka i w tylku mam ze kolega na sam koniec uparl sie, ze musi miec rybe i koniec. :/ W kazdym razie, w koncu wrocilam z synem do domu i pozostalo czekac na corke. Swoja droga, to jest wlasnie roznica pomiedzy Bi a Nikiem. Ona z wlasnej woli nie przepusci zadnej szkolnej imprezie. Musimy albo my jej nie puscic, albo okazuje sie, ze polowa jej kolezanek nie idzie bo cos tam. Nik? Wolal ryby od jakiegos tam football'u. ;) Mecz skonczyl sie podobno o 21, wiec panna dojechala kwadrans pozniej. Mowila, ze troche mialy jednak z kolezanka cykora, dlatego gromko spiewaly po drodze. No ale wrocily bezpiecznie, a to najwazniejsze.

W sobote z blogoscia odsypialam. Nadeszla pora roku, kiedy o 6 rano nadal jest ciemnawo, wiec ciezko sie obudzic i choc tydzien byl w miare spokojny, czulam sie potwornie zmeczona. Nie pomagalo, ze w piatek przyszedl okres, choc przynajmniej raz o czasie... Kiedy wreszcie zwloklam sie z wyrka, ogarnelam i zjadlam sniadanie, to wyciagnelam odkurzacz oraz mopa i polatalam po podlogach na dole. Pozniej cos przekasic, a na 14 Bi miala zawody. Takie dla "wybrancow", wiec panna miala mieszane uczucia, bo z jednej strony byla dumna, a z drugiej jej sie zwyczajnie nie chcialo. ;) Rok temu jej zespol liczyl tyle dziewczyn, ze na te zawody dla najlepszych sie nie lapala, bo tu trener moze wystawic ograniczona liczbe zawodnikow. W tym roku dziewczyn jest mniej, wiec i ona dostala sie do tej grupki. Poniewaz na takie specjalne zawody zjezdza sie duzo druzyn (naliczylam 10) to rozgrzewka byla na 14, ale wyscigi rozpoczynaly sie dopiero o 15, zeby kazdy zespol mial czas sie rozgrzac. Nie mialam daleko do domu, bo okolo 15 minut, ale nie chcialo mi sie wracac, zeby za pol godziny jechac ponownie. Tym bardziej, ze (jak zobaczycie za chwile) i tak sobie pojezdzilam w te i spowrotem. Przesiedzialam wiec cala rozgrzewke i doczekalam zawodow. 

Kolejka przy rozgrzewce

Cale szczescie, ze Bi poplynela zaraz w pierwszym wyscigu, 25m kraulem, czyli jedna dlugosc basenu. Takiej mini odleglosci nie plynela chyba odkad ukonczyla 8 lat! :D Te zawody byly troche dziwne, bo samych wyscigow bylo tylko 10, ale z powodu ilosci zawodniczek, w kazdym bylo kilka (lub kilkanascie) "kolejek" (heats). W pierwszym bylo ich az 17! :O Bi plynela w osmej kolejce, czyli mniej wiecej polowie stawki, bo zawodniczki jak zwykle dobierane byly wedlug czasow. Przyplynela 6 na 8 w swojej grupie, wiec tak srednio, choc nie wiem jakie ostatecznie zajela miejsce, bo nie znam liczby zawodniczek, a trener nie wyslal jeszcze wynikow. Pozniej plynela w wyscigu nr. 3, czyli kraulem na 50m i nr. 5, czyli stylem grzbietowym, rowniez na 50m. Mialam nadzieje, ze uda mi sie zobaczyc chociaz trzeci, ale pierwszy trwal w nieskonczonosc, a potem wieki cale przymierzali sie do nastepnego, zbierali dziewczyny, ludzie mierzacy czasy musieli przejsc na druga strone basenu, itd. Tymczasem ja umowilam sie z M. ze dojade do niego i Kokusia na 16 do kosciola na msze. Tam mialam juz troche dalej, wiec wyszlam o 15:35. Zastanawialismy sie co robic, bo od biedy moglabym pojechac na msze sama z Potworkami lub Bi w niedziele. Tyle, ze u nas w niedziele msze sa tylko poranne, a ja naprawde potrzebuje odespania i takiego spokojnego powylegiwania sie w weekend. Stwierdzilismy wiec, ze pojedziemy z Kokusiem normalnie, w sobote, a panna sobie odpusci, z czego ta ostatnia byla zreszta bardzo zadowolona. ;) Jak na zlosc, nie dosc ze msze prowadzil taki ksiadz - flegmatyk, to do tego mial pierdylion ogloszen i jeszcze pierdzielil kilka minut o specjalnym wydarzeniu z okazji dnia Franciszka z Asyzu (swiecenie zwierzakow - zartowalam z M., ze przywioze Maye, to moze przestanie popuszczac :D). Jak o 17 wszystko sie skonczylo, to pedem stamtad wypryslam i popedzilam spowrotem na basen. Kiedy dojechalam, oczywiscie nie mialam pojecia ktory wyscig akurat trwa, ani ile jeszcze zostalo. Na szczescie akurat obok wejscia rozlozyla sie jedna z druzyn i na scianie przyczepila kartki z rozpiska. Poniewaz wszystkie panny gdzies polazly, to przelawirowalam miedzy rozrzuconymi plecakami i zerknelam na grafik. Okazalo sie, ze akurat trwal wyscig #9, a wiedzialam ze Bi plynie w #10 w kolejce nr. 5. Tym razem plynela w czyms zwanym 1 IM, czyli jedna dlugosc basenu kazdym stylem. Razem 100m. Style w okreslonej kolejnosci; jak sie pomylisz, to cie zdyskwalifikuja. ;) Tym razem doplynela 7 na 8 w swojej kolejce. Coz, przynajmniej nie ostatnia. :D Pozniej mowila mi, ze w obu wyscigach nr. 3 i 5 przyplynela 6 na 8. Cos ta szostka jej sie uczepila. Panna byla zla na siebie, bo w stylu grzbietowym zle policzyla odleglosc od choragiewek i zamiast dotknac brzegu reka, uderzyla w niego glowa. :O Nie dosc, ze ma guza i obtarla o brzeg palec (bo ramie miala juz w gorze), to jeszcze na pewno stracila na tym cenne sekundy. Coz, bywa... Po ostatnim wyscigu Bi zawody nadal trwaly bo plynely nastpne kolejki, ale Starsza mogla sie przebrac i jechac do domu. Zajechalysmy jeszcze po drodze do Dunkin' bo pannie sie przypomnialo, ze po kazdych zawodach Kokusia kupuje napoje. Tyle, ze przy biegach przelajowych, wiadomo, Nik zawsze jest zgrzany i spocony, wiec wiadomo ze chce mu sie pic. Ale po basenie to raczej chyba potrzeba czegos na rozgrzewke, bo ta woda jest raczej chlodna, a czlowiek wilgotny i z mokrymi wlosami... No ale jak chciala, to zajechalysmy. Na szczescie na tym zakonczylam ta zalatana sobote...

W niedziele moglam ponownie pospac i bardzo sie zdziwilam, kiedy zadzwonil budzik, oglaszajacy ze zrobila sie 9 rano. ;) Kiedy wstalam (co opoznilo przyjscie kiciula, ktory tym razem postanowil byc mily i sie pomiziac), szybko upieklam ciasto z jablkami. Malzonek jak tak to zrzedzi mi "nie kupuj tyle tego czy tamtego", ale jak ostatnio zrobil zakupy, kupil dwie paczki jablek (ktorych poza nim u nas praktycznie nikt nie je) i teraz niektore zaczely juz sie marszczyc. Zuzylam wiec chociaz czesc, a przy tym w domu zapachnialo jesienia. Ranki zrobily sie chlodne, w domu nieprzyjemnie bo ogrzewanie nadal praktycznie sie nie wlacza, a do tego zapach pieczonych jablek i normalnie jesien panie dziejku! :) Nik od rana strzelal focha, bo dzien wczesniej chcial jechac po kosciele na ryby, ale kiedy wrocilam z Bi (moje auto ma przepustke do klubu) bylo za pozno. Myslal wiec, ze pojedzie w niedziele rano, tymczasem M. wzial moj samochod do pracy. Kiedy wrocil, zaproponowalam synowi podwozke, ale stwierdzil ze wtedy nie zobaczy dziadka. Milo ze o tym pomyslal, ale potem chodzi zly. Kiedy moj tata pojechal, zebralam sie na zakupy, w towarzystwie Bi. Nik sie wahal, bo stwierdzil ze nie pamietam co mu kupic, ale z drugiej strony ciagnelo go na rybki. ;) W koncu dal mi liste swoich "zyczen", z ktorych i tak polowy nie dostalam, ale wybral ryby. Odstawilam go do klubu, a potem pojechalysmy ze Starsza do supermarketu. Pozniej podjechalysmy do ksiegarni, bo niedawno wyszla ksiazka, ktora Bi chciala przeczytac. Ostatecznie wziela jeszcze jedna, zabraklo jej kasy i zaplacic musialam ja. Ta to wie jak sie urzadzic. :D Nastepnie podjechalysmy po bubble tea, a po drodze zaczelo... padac. Prognozy nic takiego nie zapowiadaly, a tu masz. Martwilam sie, ze Nik siedzi tam w deszczu nad jeziorem, ale okazalo sie, ze u niego przeszlo bokiem. Wrocilam do domu, zdazylam otworzyc bagaznik i... zadzwonil Mlodszy, czy ktos moze go odebrac. No to szybko przenioslam torby do garazu, M. z corka zabrali sie za wnoszenie ich do gory i rozpakowywanie, a ja pojechalam po syna. Zaskakujaco, byl w calkiem niezlym nastroju, mimo ze zlapal tylko 1 rybe. I tak zlecial weekend, po czym trzeba bylo sie szykowac na tygodniowy kieracik.

Poniedzialek to wczesna pobudka, ogarniecie sie i do roboty. Jeszcze zdazylam ochrzanic Kokusia, bo latam jak wsciekla, pakuje sobie sniadaniowke, wypuszczam psiura, myje sie, maluje, wpuszczam Maye, zakladam jej na tylek pieluche i wolam zeby sie szykowali do wyjscia, a ten mi wyskakuje z jakims tekstem, ze on jest gotowy i to oni czekaja na mnie. Cisnienie mi sie w sekunde podnioslo i opierdzielilam, ze w niczym nie pomoga, a mogliby chociaz psa wypuscic, wpuscic, nalozyc jej pieluche i pozasuwac bramki. Ale nie, wszystko na mojej glowie, a on mi jeszcze powie, ze musi na mnie czekac! :/ Zawiozlam niesforna mlodziez pod szkole i pojechalam do roboty. Tam z jednej strony fajnie, bo byla kolezanka z kwietniowego wyjazdu, wiec sobie pogadalysmy. Okazalo sie, ze facet z jej grupy, ktory byl z nami na tym wyjezdzie i juz wtedy miedzy wierszami mozna bylo wyczytac, ze nie jest zadowolony, odszedl. Troche przykro, bo mial fajna osobowosc, a do tego z czasem myslal o przeniesieniu sie do naszego biura, wiec byloby wesolo, a tu masz. W dodatku ponoc odszedl znienacka i dal tylko kilka dni wypowiedzenia. Nikt z jego grupy nawet nie wie dokladnie kiedy odszedl i dokad.

Podczas spacerow wokol budynku, nadal widuje tego goscia, uprawiajacego joge czy palates na chodniku przy ulicy :D

Pozniej mialam moja cotygodniowa rozmowe z szefem, wszystko mi opadlo i przeszlo przez mysl, ze moze tez powinnam powiedziec do widzenia. Okazuje sie, ze polowa tego co znalazlam i za co wystawilam doktorkowi uwage przy ostatniej inspekcji, jednak nie powinna byc uwaga. Tylko, do kurwynedzy (wybaczcie, ale jestem naprawde wsciekla), ja sobie tej uwagi nie wystawilam, tak o! Tylko obgadalam z szefem to, co znalazlam! Co jeszcze, w mojej uwadze byly dwie czesci i co do drugiej to sam moj szef zasugerowal, ze pownna sie tam znalezc! A teraz, kiedy przeczytal moj raport, nagle odkreca kota ogonem i wymysla, ze nieee, to jednak nie jest odpowiedzialnosc firmy, itd. Szlag mnie trafi! Najgorsze, ze poprawic uwage to jedno. Ale potem, taka poprawiona, trzeba zawiezc do firmy i wreczyc doktorkowi z wyjasnieniem dlaczego zostala zmieniona! :O Czyli, nie dosc, ze szef sam mnie wkopal, to jeszcze teraz to ja mam sie wystawiac na obciach! Kiedy to pisze, minelo juz kilka dni, a ja nadal sie gotuje... :/ Po robocie wrocilam do chalupy, gdzie M. przed momentem przywiozl z treningu Bi. Nik mial tego dnia pasta party, ale zaraz na sasiednim osiedlu, wiec poszli z kolegami gromada po bieganiu, a pozniej wrocil piechota do domu. Bylam bez humoru, wiec wieczor spedzilam na sprzataniu i skladaniu prania. Wiadomo, ze na stres nie ma jak polatac ze szmata... ;)

We wtorek pracowalam z domu, wiec wstalam pozniej bo musialam zwlec sie tylko na czas zeby zawiezc mlodziez do szkoly. Tego dnia obydwoje mieli po lekcjach zawody, Bi wyjazdowe, wiec wzdychala ciezko, a Nik u "siebie", tyle ze w biegach przelajowych, to "u siebie" oznacza nasz klub. Co gorsza, szkola zapewniala autobus do klubu, ale stamtad mieli juz dzieciaki odebrac rodzice. Serio, widze, ze czesc mlodziezy moze chciec brac udzial w szkolnych sportach, ale nie moze, bo ma rodzicow pracujacych do pozna i nie ma ich kto wozic i odbierac. Bo przeciez co chwila z tych czy innych zawodow, czy jak przy plywaniu z kazdego treningu, wymagaja zeby dzieciaka odebrac... Dla mnie dzien byl kontynuacja wku*wu na szefa. Rano musialam poprawiac cholerna uwage, gdzie okazalo sie, ze szef sam nie do konca wiedzial jak to robic. W dodatku, w przepisach jak byk bylo napisane, ze ogolnie uwag nie poprawiamy (bo firma moze na nie odpowiedziec i centrala we wlasnym raporcie wpisac, ze byla bezpodstawna), chyba ze naprawde musimy. I tu, uwazam, ze nie musialam tego robic, bo obydwie uwagi byly uzasadnione, szef uparl sie tylko usunac takie doslownie szczegoliki. Nie mam pojecia dlaczego sie tak zawzial... W kazdym razie, przy poprawianiu doszlismy do punktu, gdzie przepisy mowily zeby dodac tekst, ale guzik, gdzie mozna bylo to zrobic automatycznie, byl zablokowany w systemie. Mozna bylo recznie dodac tekst, ale szef nie byl pewnien czy ta sytuacja tego dotyczy i stwierdzil, ze skonsultuje sie z wlasna szefowa. Trzymalam kciuki zeby moze ona poszla po rozum do glowy i oznajmila, ze co tu w ogole poprawiac? No niestety, po jakims czasie szef odpowiedzial, ze tekstu nie trzeba dodawac, wystarcza poprawki. Musialam wiec zadzwonic, zeby umowic sie z doktorkiem na odebranie poprawionej uwagi. Oczywiscie skonczylo sie zostawieniem wiadomosci, bo kto by odbieral. Po paru godzinach doczekalam sie zwrotnego telefonu i zonk. Zadzwonila pani, ktora asystowala przy ostatniej inspekcji, zeby przekazac mi, ze doktorek wyjechal na slub corki, do Kalifornii. I nie wraca do konca nastepnego tygodnia. Spytalam kiedy dokladnie bedzie, ale wiadomo, skoro chlop jest na urlopie, to pani nie byla pewna ani dokladnie ktorego dnia pojawi sie w klinice, ani czy bedzie w stanie polaczyc sie telefonicznie. Zwlaszcza, ze Kalifornia jest w innej strefie czasowej... Musialam ponownie pisac do szefa, ktory odpowiedzial ze w takim razie chyba bede musiala wyslac poprawiona uwage listownie. Tyle, ze przepisy mowia, ze wowczas trzeba przez telefon objasnic osobie otrzymujacej ja, co sie zmienilo. A jak napisalam wyzej, nie bylo gwarancji ze doktorek bedzie pod telefonem. Ja zas nie moge sfinalizowac raportu az nie wrecze komus poprawionej uwagi i nie wyluszcze zmian. Bledne kolo. :/ Ponownie trzymalam kciuki, zeby szef odpuscil, ale gdzie. Po jakims czasie odpisal, ze skonsultowal sie ze swoja szefowa, ktora odpisala, ze poniewaz nic do uwagi nie dodajemy, tylko czesc szczegolow skreslamy, wedlug niej mozemy ja wreczyc komus innemu. To wg. niej troche mnie zaniepokoilo skoro nawet ona nie jest pewna... Pojawil sie za to kolejny problem, bowiem z calego zespolu doktora nie zostal nikt. Komu wiec mam to wreczyc?! Stanelo na managerce, ktora asystowala przy inspekcji. Zadzwonilam i na szczescie miala czas kolejnego dnia, ale dopiero po poludniu. A ja mialam nadzieje pojechac tam z rana i jak najszybciej obrocic, bo to 45 min jazdy w jedna strone, ech... :/ Jak pisalam wyzej, tego dnia Potwory mialy zawody, M. zas postanowil od razu po pracy pojechac na silownie. Nikogo z rodziny nie widzialam wiec az do konca mojej roboty, a zaraz po jej zakonczeniu popedzilam na umowiona wizyte u okulisty. Nie bylam tam juz prawie 3 lata i choc moje okulary trzymaja sie calkiem niezle, to jednak musialy mi gdzies spasc plasko na szkla, bo na prawym mam cala plame delikatnych rysek centralnie na lini wzroku. Poza tym, ostatnio okulistka tak mi dziwnie dobrala korekte, ze choc myslalam, ze sie przyzwyczaje, do konca mi one przeszkadzaly. Nie wiem co ona zrobila, ale patrzac na nieco dalsze odleglosci, lewe oko widzi zdecydowanie wyrazniej, zas patrzac blizej, jak w ekran kompa lub telefonu odsunietego na dlugosc ramienia, to prawe oko lepiej lapie ostrosc. Przez trzy lata ciagle mnie to irytowalo, ale bylam zbyt leniwa zeby pojechac i umowic sie na zmiane. Teraz jednak doszly te rysy, no i przyszedl ogolnie czas na cos nowego, wiec pojechalam. Troche zmotywowal mnie M., ktory mial badania w pracy i powiedzieli mu, ze czas juz na okulary, bo u niego wymagany jest poprawny wzrok. Bronil sie jak dlugo mogl, ale w koncu musial zaakceptowac fakt starzenia sie. I tak dlugo mu sie udalo, bo przeciez ma juz prawie 5 w kodzie na przodzie. :D Swoja droga, to nie wiem dlaczego az tak przezywa te okulary, choc moze nie rozumiem tego bo sama zaczelam je nosic w wieku 17 lat... ;) No to pojechalam i na szczescie teraz maja maszyne robiaca zdjecie dna oka bez zakraplania, wiec wszystko poszlo szybko i sprawnie. Niestety, wada troche mi sie poglebila, a w ktoryms momencie juz stala w miejscu. Mozliwe, ze duzo jazdy i wytezania wzroku zrobilo swoje. Co ciekawe, okulistka powidziala ze poglebila mi sie tez wada do czytania, chociaz narazie zupelnie tego nie odczuwam. Wystarczy, ze zdejme okulary i moge czytac bez problemu. Z mniej przyjemnych spraw, gdzies w glebi oka znalezli malego krwiaka i lekarka spytala czy mam cukrzyce lub nadcisnienie! :O Z tego co wiem, to nie mam, ale w sumie nie chodze po lekarzach, wiec kto wie... Babka poradzila zeby znalezc ogolnego lekarza i przechodzic coroczne "ogledziny", ktore moga wykryc poczatki czegos niepozadanego. Oczywiscie ten krwiak mogl byc tez od mocniejszego odkaszlniecia, wiec mam wrocic za 6 miesiecy zeby zobaczyc czy znikl i nie pojawia sie nic nowego. Suuuper... Starosc nie radosc. W kazdym razie, wzielam sobie do serca rade i musze znalezc jakas lekarke. Mysle, ze wole kobiete, bo przeciez stoje juz u progu menopauzy i kobiecie latwiej bedzie okreslic czy rozne przypadlosci to przypadek, czy po prostu zmiany zwiazane z hormonami... Poza tym, niestety, tutaj bez skierowania od lekarza ogolnego, nawet morfologii nie zrobisz. Moze wiec to dobry pomysl zaczac chodzic do kogos regularnie. Bedac tam, spytalam o okulary malzonka, bo on mial wizyte w polowie wrzesnia i nie pamietal (!) czy ktos do niego dzwonil, ze przyszly. Okazalo sie, ze sa i pozniej M. mial pretensje, ze ich nie wzielam, ale oni przeciez musza zobaczyc jak leza na nosie, czy gdzies sie nie przekrzywiaja, itd. W domu chlopaki juz urzedowaly w najlepsze, ale Bi jeszcze nie wrocila z zawodow. Byly dosc dlugie, bo choc jechaly tylko do sasiedniej miejscowosci (na ten sam basen co w sobote), to dojechaly dopiero dobrze po 18. Wieczor byl wiec mocno skrocony, ale to ostatnio norma. ;)

Na ta noc zapowiadali pierwsze przymrozki, choc rano okazalo sie, ze bylo +2. I tak dosc zimno jak na poczatek pazdziernika i w nocy powlaczaly sie kaloryfery. Zebralismy sie i zabralam mlodziez (nawet sasiadke) do szkoly. Pozniej podazylam do roboty, mijajac po drodze zamglone pola. 

Wygladalo to bardzo malowniczo

To az niesamowite ile mgly ciagnie sie od naszej, niezbyt duzej, rzeki. Pozniej niestety wpakowalam sie w kosmiczne korki. Znow po drodze byl wypadek i znow zamkneli autostrade, puszczajac auta tylko jednym pasem. Nawigacja pokazala mi zebym zjechala wczesniej i tak zrobilam, myslac ze moze przejade miastem. Niestety, polowa podazajacych w moim kierunku, miala chyba takie same plany i wpadalam w zator po zatorze. Miasto w godzinach szczytu to koszmar i szybko pozalowalam, ze nie zostalam na autostradzie. Tym bardziej, ze glupia nawigacja, poprowadzila mnie przez kilkanascie zakorkowanych ulic, zeby... ponownie pokierowac mnie na autostrade! Nie znam tego miasta na tyle dobrze, zeby pojechac samej, wiec bylam zdana na laske i nielaske nawigacji. Ta zas skierowala mnie znow autostrada na odleglosc 1.5 km od mojego zjazdu! Podejrzewam, ze miastem bylabym na miejscu w kilka minut, ale nie. Ostatecznie jechalam ponad godzine, a przypominam, ze powinnam jechac niecale 20... :/ W pracy poczatek dnia byl w miare spokojny. Walczylam z poprawa tej cholernej uwagi, bo nasz system niestety czasem przeczy temu, co mamy w przepisach. Dla przykladu, w przepisach napisane jest jak byk, ze poprawa uwagi nie zmienia daty zakonczenia inspekcji. Ta data jest wazna, bo firmy maja 15 dni roboczych na odpowiedz. W przepisach jest wiec jedno, a w systemie, kiedy klikalam zeby drukowac, wyskakiwalo mi okienko, zeby upewnic sie ze zmienilam date konca inspekcji na dzisiejsza! :O Kilka razy musialam wiec pisac do szefa z pytaniem, co mam robic. W koncu udalo sie glupia poprawke wydrukowac i o 13 spakowalam na wszelki wypadek laptoka, po czym pomaszerowalam do garazu po sluzbowe auto. Na miejscu mialam byc na 14 i wydawalo mi sie ze wyszlam z zapasem, tymczasem zanim zeszlam do piwnicy, zanim wklepalam milaz i gdzie jade oraz podlaczylam telefon (zeby miec nawigacje), to okazalo sie, ze czas dojazdu pokazalo na 14:01. No swietnie, bo jak bylyby jakies korki, to dojechalabym spozniona. Na szczescie nie bylo, w trasie troche nadrobilam i dojechalam o 13:57. Babka, z ktora bylam umowiona, juz czekala, wiec szybko pokazalam jej zmiany, podziekowalam za czas i pojechalam. Kolejne 45 minut na autostradzie i o 15 bylam spowrotem w biurze. :D Niestety, teraz musialam jeszcze dodac szczegoly zmian do raportu, bo nie ma lekko... Po pracy wrocilam do chalupy i, chyba przez stress i jazde jak glupia przez prawie caly Stan, rozbolala mnie glowa. Wzielam prysznic, posiedzialam na kanapie tepo patrzac w telefon, po czym poszlam spac. A! Jeszcze zdazylam popodziwiac nowe bryle malzonka! Mnie sie podoba. Wyglada niczym intelektualista. Powiedzialam, ze w koncu pasuje do niego ten tytul inzyniera. ;) On jest za to strasznie niezadowolony i twierdzi, ze nie bedzie ich nosil, poza badaniami w pracy. Poradzilam zeby zakladal je chociaz do jazdy autem i ogladania telewizji, ale oznajmil twardo, ze nie chce zeby mu sie oczy przyzwyczaily. No tak, lepiej sie meczyc. A niedawno sam mowil, ze nawracajace bole glowy to moze przez oczy... Co robic; jest dorosly. Niech robi co chce. Choc ta jego wada faktycznie jest malutka - -0.5.

Czwartek to ponownie wczesna pobudka, zebrac sie i mlodziez do szkoly, ja do roboty. Tam kontynuacja poprawek do raportu, gdzie konca nie bylo widac. Szef co chwila, do tego samego paragrafu kaze dodawac nowe szczegoly, az mialam ochote napisac, ze jak chce zeby to bylo napisane w jakis szczegolny sposob, to moze napisac to sam. Ja sie nie pogniewam. :/ W koncu, poznym popoludniem, raport zostal zakonczony, szef go "przyklepal", a ja odetchnelam z ulga. Zaczelam tez porzadkowac foldery z inspekcji, bo mam w nich straszny burdel: zalaczniki tego rodzaju, zalaczniki tamtego rodzaju, pierdylion wersji raportu w formacie Word, kolejnych kilka w PDF, a do tego jakies przypadkowe dokumenty, ktore zebralam, a ostatecznie nie wykorzystalam. Stwierdzam, ze w kazdym musze porobic dodatkowe foldery i wszystko posegregowac. Wyszlam i... utknelam. Na trasie byly dwa wypadki (ladna pogoda, a ludzie jezdzic nie umieja...) i choc jeden juz posprzatali, a przy drugim juz tylko auta ladowali na lawety, korki, ktore sie porobily nie rozladowaly sie przez kilka dobrych godzin... A ja tego dnia musialam odebrac Bi z basenu, bo M. jechal po pracy do dentysty. Nik sobie wrocil po treningu piechota. Na szczescie dojechalam na czas i panny (zabieralam tez kolezanke) nie musialy czekac. Odwiozlam kolezanke, wrocilysmy z Bi do domu, gdzie byl juz Nik, a po obiedzie niestety musialam zabrac mlodziez do sklepu. Niestety, bo mielismy 22 stopnie i wolalabym posiedziec sobie na ganku zamiast szlajac sie po supermarketach, ale coz. Druzyna Kokusia na kolejny dzien wymyslila sobie wymianke slodyczowo-napojowa, ja ta, ktora Bi ma co zawody. Tyle, ze trenerzy zamiescili liste kto dla kogo kupuje, dopiero w czwartek na treningu. Uwielbiam takie akcje na ostatnia chwile. :/ Pojechala z nami oczywiscie Bi, ktora zadnemu sklepowi nie przepusci, a przy okazji kupila tez slodycze i chipsy na wlasna wymianke, choc jej najblizsze zawody sa dopiero w srode. Po powrocie do domu, uparcie siadlam na ganku, choc posiedzialam raptem 10 minut, bo robilo sie pomalu ciemno, a temperatura gwaltownie spadala...

Kamery uchwycily "polujacego" psiura. Widzicie ten ciemniejszy punkcik przed Maya? Oreo cos zlapala, ale pies "to" (mysz lub nornice) sploszyl. "Cos" zaczelo uciekac po podjezdzie, a co ciekawe, to nie kiciul za tym pobiegl, tylko nasz stary, leniwy psiur! :D

W piatek moglam pospac troche dluzej, bo pracowalam z domu. Wstalam tuz przed 7 zeby zawiezc mlodziez do szkoly, po czym wrocilam do chalupy. Umylam sie i zjadlam sniadanie i czas byl odpalic sluzbowego kompa. Teraz, kiedy raport wreszcie skonczylam, a kolejna inspekcje mam dopiero za 2 tygodnie, wlasciwie nie wiedzialam co ze soba zrobic.  Zadzwonilam nawet na moment do siostry, bo przy napietym grafiku i szesciu godzinach roznicy czasu, nie pamietam kiedy ostatnio dluzej gadalysmy. Okazalo sie, ze cala jej trojca byla tego dnia w domu, bo ponoc w Polsce krazyly plotki, ze mial to byc "krwawy piatek" czy cos w tym stylu. Slyszalyscie cos o tym? :O Podobno cala klasa licealna najstarszej siostrzenicy nie szla do szkoly, wiec siostra zostawila tez w domu mlodsza dwojke. Fajnie bylo poplotkowac i poobgadywac glownie nasze latorosle, ale w koncu ja musialam wracac do pracy, a siostra do sprzatania, bo na wieczor mieli zapowiedzianych gosci. Mila niespodzianka w pracy okazala sie wiadomosc, ze z okazji majacego sie rozpoczac dlugiego weekendu, dostalismy pozwolenie na wyjscie o dwie godziny wczesniej. To znaczy, pozwolenie bylo od departamentu, ale i tak trzeba bylo prosic o nie osobno wlasnego szefa. :D Na szczescie moj zwykle nie robi problemu. O 14 skonczylam wiec prace i moglam oficjalnie rozpoczac weekend. Malzonek wrocil do domu wczesniej, ale wlasciwie prawie sie z nim wyminelam w drzwiach, bo jechalam na zawody Bi. On, jak to on, nie tylko nie mial zamiaru jechac, ale jeszcze namawial mnie zebym zostala. Po pierwsze jednak, dla mnie wazne jest zeby brac udzial w wydarzeniach Potworkow, a po drugie, zwyczajnie sprawia mi to przyjemnosc. Nie mowiac juz o tym, ze wiozac panne autem, wraca do domu duzo wczesniej, bo i jade szybciej i nie musi zatrzymywac sie najpierw przy szkole. Ale o reszcie piatku na basenie, to juz nastepnym razem, bo nie chce mi sie wgrywac zdjec. ;)

Milego weekendu! U nas bedzie on dlugi!

piątek, 2 października 2026

Powroty bez oddechu ;)

Sobote, 26 wrzesnia, zaczelam wczesnie, bo juz o 5:30. Niestety, bylam srednio przytomna, bo w piatek do hotelu przybylo mnostwo nowych gosci, wiec gdzie w tygodniu bylo raczej cicho i spokojnie, teraz zaczal tetnic zyciem. Caly wieczor co chwila ktos przelazil korytarzem glosno gadajac, a nade mna mieli chyba male dziecko, bo slychac bylo szybki tupot stop, jakby ktos biegal po pokoju. Niestety, noc przyniosla niewielka poprawe. Po korytarzu nadal lazily pielgrzymki, ktos lomotal w drzwi, ktos inny poszedl do maszyny z lodem (a to potwornie glosne ustrojstwo), zas wisienka na torcie byla jakas para uprawiajaca milosc. Zaczynam podejrzewac, ze ludzie bzykajacy sie w hotelach robia to najglosniej jak sie da, celowo. Logicznie bowiem jest pomyslec, ze kurcze, mam naokolo kupe ludzi, to moze wypadaloby byc dyskretnym? Dodatkowo, do cholery, ile moze trwac jedna akcja?! To juz zaczynalo byc jak w pornolu, kiedy baba steka i pokrzykuje 15, 20, 30 minut! Nie wiem ile normalnych par tyle czasu wytrzymuje kopulacje bez szczytowania, tymczasem w hotelach zawsze ci ludzie lomocza sie w nieskonczonosc. :/ Byl srodek nocy i naprawde korcilo mnie zeby zadzwonic na recepcje, bo wiedzialam ze przede mna wczesna pobudka i dluga droga w kiepskich warunkach. No ale jakos zacisnelam zeby i przeczekalam harce. Tuz przed budzikiem zbudzilo mnie trzasniecie drzwi, bowiem moja wlasna kolezanka miala Ubera na lotnisko zamowionego juz na 5:30. :O Zwloklam sie z lozka, umylam, dopakowalam reszte rzeczy i zjadlam na sniadanie resztki zarelka z calego tygodnia. W soboty sniadanie zaczynalo sie dopiero o 7, wiec je sobie odpuscilam, bo nie chcialam wyjezdzac przed 8. Zaparzylam sobie jeszcze kawe na droge, wymeldowalam sie z hotelu i przed siodma wladowalam walizki do auta i ruszylam. Poczatkowo bylo sucho i miejscami przebijalo nawet wschodzace slonce, ale nie minela nawet godzina, a zaczelo padac. I tak padalo, raz mocniej, raz lzej, z tylko krotkimi przerwami, az do samego domu. Oczywiscie na autostradzie widocznosc byla tragiczna, bo nawet kiedy przestawalo lub troche odpuszczalo, rozbryzg wody spod kol sprawial, ze wycieraczki nie nadazaly. Kiedy padalo mocniej, cala autostrada zwalniala do slimaczego tempa, bo ledwie bylo widac auta przed toba, a pasy "znikaly". Musze jednak przyznac, ze polaczenie paskudnej pogody, wczesnej godziny oraz soboty, sprawilo, ze ruch byl niewielki i zupelnie nie bylo korkow. Obawialam sie, ze przy takiej pogodzie beda poslizgi i wypadki, a tu nic.

Ja jechalam, a Nik wysylal mi zdjecia kiciula owinietego kolderka, bo ten zdecydowal sie przywitac go w lozku ;) 

Zrobilam sobie krociutka przerwe na toalete oraz kupienie kawy ponownie w New Jersey, mniej wiecej w polowie drogi, a pozniej stanelam juz prawie na wysokosci mojej miejscowosci, zeby zatankowac. Dopiero tu odczulam zmeczenie. Dystrybutor nie wydrukowal mi rachunku i musialam pojsc po niego do srodka. Idac czulam lekkie zawroty glowy, choc to moze tez przez to, ze poza kawa, wypilam tylko 1/3 butelki wody. Pozniej pojechalam kolejne 15 minut do biura, zeby wreszcie pozbyc sie sluzbowej fury. Oczywiscie namordowalam sie z drzwiami, bo nie chcialy odczytac mojej karty, a w weekendy nie ma straznikow zeby mnie wpuscili. Na szczescie w koncu zalapaly, a juz mialam wizje, ze musze wracac autem spowrotem do domu. ;) Wpisalam w formularz koncowy przebieg, wyladowalam walizki oraz plecak i z ulga pozegnalam auto, przynajmniej na jakis czas. Mialam szczescie, bo M. (ktoremu dalam znac jak bylam na stacji benzynowej) przyjechal doslownie dwie minuty po mnie, wiec nie musialam czekac. Zreszta i tak stalam w srodku, bo caly czas padalo. Do domu dotarlam wiec niemal rowno o 13 i nie moglam uwierzyc, ze jeszcze tego ranka pilam herbatke w hotelu. ;) Rozczarowal mnie pies, bo wiem, ze jest gluchawa i mogla mnie nie slyszec, wiec to ja podeszlam do niej, zeby sie przywitac. A pies machnal ogonem, odwrocil sie i poszedl na poslanie! To juz bardziej sie cieszy jak po poludniu dzieciaki wracaja ze szkoly, albo jak przyjezdza moj tata! Tymczasem nie bylo mnie tydzien, a Maya najwyrazniej miala to w nosie. Zartowalam potem z Kokusiem, ze pewnie mnie znienawidzila za te pieluchy. :D A co do Kokusia, to zbiegl steskniony na dol zeby przywitac sie z mamusia. Bi odwrotnie, musialam pojsc do jej pokoju, a ona stwierdzila, ze nie wiedziala ze przyjechalam, choc jak pisalam w polowie drogi, to odpisala ze widzi gdzie jestem, bo sledzi moja lokalizacje. Kot za to przede mna uciekl, bo pewnie cala bylam przesiaknieta obcymi zapachami. ;) Wreszcie klaplam na wygodnej kanapie, we wlasnej chalupie i popijajac najlepsza na swiecie kawe, czyli ta z wlasnego zaparzacza. ;) Bardzo dlugo nie posiedzialam, bo na 16 jechalismy do kosciola. Po powrocie Nik skonczyl pakowac plecak i pojechal na nocowanko do kolegi. Ponoc chcial jechac juz poprzedniego dnia, ale M. go ochrzanil, ze mama wraca, a on chce sobie jechac. Podobno strzelil focha. :D W sobote, troche niesmialo, spytal mnie czy bedzie mi przykro jak pojedzie, wiec nie mialam serca mu odmowic. Na szczescie odwiozl go M., bo po tylu godzinach jazdy, na mysl o ponowne siadniecie za kolkiem, az mi sie niedobrze robilo. ;) Wieczor spedzilismy na normalnych kanapowych pogaduchach, a Bi zaszyla sie w swoim pokoju.

W niedziele wreszcie moglam odespac, choc przeszkodzil mi w tym psiur. O 4:40 obudzila mnie, krazac po korytarzu i popiskujac. Pomyslalam, ze moze przycisnelo ja do toalety, wiec niechetnie, ale zwloklam sie z lozka i poczlapalam na dol. Znalazlam odsunieta bramke i pieluche w jadalni, czyli cholerny siersciuch przepchnal sobie przejscie i lazil po calym dole. :/ Faktycznie, kiedy mnie zobaczyla, popedzila pod drzwi. Wypuscilam ja, ale pomimo deszczu, zamiast zrobic co trzeba i wrocic, to ta zolza lazila niewiadomo gdzie. W koncu wrocila, a okazje wykorzystal kiciul i pomaszerowal na dwor. Coz, jak chce sie szlajac w deszcz, to jej wola. ;) Wrocilam do lozka, ale oczywiscie ciezko bylo mi ponownie zasnac, bo zdazylam sie kompletnie rozbudzic. Kiedy w koncu padlam, spalam jak zabita i kiedy o 9 zadzwonil budzik, zupelnie nie wiedzialam co sie dzieje. Wstalam w koncu i ogarnelam sie, ale zanim zaprosilam dziadka na kawe, najpierw wstawilam zmywarke, poskladalam pranie i wlaczylam kolejne. Niestety, podczas mojej nieobecnosci, wszelkie domowe obowiazki staja w miejscu. Nikt nie robi prania, nikt nie sprzata, nooo, czasem ktos (M.) wstawi zmywarke. Wrocilam po tygodniu i nie wiedzialam w co wlozyc rece, a ze w sobote bylam po poludniu kompletnie otumaniona i nie moglam sie za nic zabrac, to wszystko zostalo na niedziele. Wreszcie napisalam do taty, ktory oczywiscie pedem przyjechal, nawet pomimo ulewy. Posiedzielismy z dziadkiem w sumie jak zwykle, tylko trzeba bylo bardziej pilnowac zegarka bowiem na 15 Bi jechala do galerii handlowej. Jedna z jej kolezanek stwierdzila, ze zamiast przyjecia urodzinowego, chce polazic z kolezankami po sklepach. Jestem juz stara i zupelnie nie widze co to za atrakcja, ale coz. ;) Poza tym, dziewczyna zaprosila 16 (!) znajomych pannic, wiec Starsza powiedziala pozniej, ze razem zostaly tylko na wspolnym jedzeniu (za ktore zaplacila solenizantka), a pozniej wszystkie rozeszly sie w grupkach po galerii. I tyle z "przyjecia". :D Wracajac jednak do poczatku. Ja odstawilam corke pod galerie, a M. w tym czasie odebral syna z nocowania. Wrocilam do domu, gdzie Nik czekal juz na mnie niecierpliwie, bowiem powiedzialam ze mozemy pojechac na zakupy ciuchowe. Jak tylko zaczelo sie robic troche chlodniej i Mlodszy zaczal siegac po dlugie spodnie, okazalo sie, ze zostala mu jedna para (z wyszarpana w nogawce dziura) ktora pasuje, oraz dwie, ktore juz sa lekuchno nad kostke. Czyli nie ma w czym chodzic i to doslownie. No to pojechalismy i na szczescie M. przypomnial mi o placu, ktory ma 3 niezle sklepy w jednym miejscu. Obeszlismy wszystkie i choc wybral sobie kilka par, stwierdzam, ze Nik jest gorszy niz Bi. Ona wykupilaby polowe sklepu i musze ja ograniczac z wyborami, za to Kokusiowi nie podoba sie nic. Chodzi, oglada i kreci nosem. :D I to wszystko markowe ciuchy uwielbiane przez nastoletnich chlopcow, czyli Nike, Columbia, The North Face, itd. A on wzdycha, ze beznadziejne. Zaczne go chyba brac do lumpeksow... ;) Wracalismy do domu i na skrzyzowaniu juz w naszej miejscowosci, patrze, a Bi jest do odebrania za 12 minut. Tym razem nie moglo byc przeciagania, bo galerie zamykaja o 18 w niedziele. Zamiast wiec jechac w lewo, skrecilismy w prawo i pojechalismy z Kokusiem po corke/siostre. Ta na szczescie byla juz gotowa do powrotu, choc zzieleniala z zazdrosci na widok toreb z zakupami brata. Od razu zaczela mi wiercic dziure w brzuchu zeby ja tez zabrac na zakupy. Nie bardzo mam ochote, bo jej akurat ubran nie brakuje, ale chyba nie bede miala wyjscia, bo mi nie da zyc. ;) Wreszcie wrocilam do chalupy i moglam spokojnie klapnac na kanape. Pytalam malzonka (retorycznie) jak to jest, ze wrocilam z wyjazdu i nie moge nawet spokojnie posiedziec i nacieszyc sie domkiem...

Poniedzialek byl juz trzecim pod rzad, deszczowym dniem. Jak w sobote nadplynal nad nas Nor'easter, tak nie mial zamiaru odpuscic. Tak przy okazji, owo zjawisko pogodowe zwykle przydarza nam sie zima i przynosi kupe mokrego, ciezkiego sniegu. Tym razem bylo za cieplo na snieg, za to mielismy deszcz, deszcz i jeszcze wiecej deszczu. Taka listopadowa pogoda... Na szczescie pracowalam tego dnia z domu, wiec pogode "podziwialam" glownie zza okna. Malzonek musial wziac jeszcze jeden dzien wolny we wrzesniu, wiec zostal w domu. Poniewaz jego zwykle lekko "nosi", to rano zawiozl dzieciaki (plus sasiadke) do szkoly, potem pojechal na silownie, po powrocie zaproponowal ze moze jechac na zakupy spozywcze (na co przystalam z wielka radoscia), a pozniej jeszcze odebral mlodziez ze szkoly. Dzieki temu moglam sie skupic na pracy i dalszemu nadrabianiu prania. A jeszcze, kiedy odwozil Potworki, przypomnialo mu sie, ze "chyba" zapomnial odebrac rower Bi spod szkoly w piatek! Byl pod szkola, ale ze tam rano dzieje sie istne wariactwo, wiec nie chcial lawirowac pomiedzy autobusami szkolnymi zeby dostac sie do stojaka na rowery. Zajrzal do schowka pod tarasem, jednoslada tam nie bylo, wiec inne wytlumaczenie nie wchodzilo w gre. Modlilam sie zeby rower nadal stal pod szkola, bo juz pare razy zlapalismy Potwory na tym, ze zapomnieli zamkow, wiec pojazdow nie przypieli. :O Niby stoi tam mnostwo elektrycznych hulajnog oraz rowerow, wiec komu potrzebny taki zwyczajny. No ale troche kosztowal, wiec nam byloby szkoda. Po silowni M. podjechal i na szczescie rower nadal sobie tam stal. Tym razem przypiety, wiec moze dlatego. ;) Tyle ze calutki weekend lalo, wiec teraz nie wiem czy nie bedzie wylazic rdza... Tego dnia Potwory nie zostawaly na treningach, bo na 16 mialy dentyste. Ojciec odebral ich wiec o 14:23 (tak, dokladnie o tej godzinie dzwoni dzwonek :D), mieli okolo godziny na zjedzenie oraz dychniecie i tym razem wzielam ich ja. U dentysty byly niezle tlumy i choc przyjechalismy o czasie, musielismy 15 minut poczekac. Kiedy jednak wzieli Potworki (na szczescie prawie w tym samym czasie), poszlo relatywnie szybko. Wyszlismy, zajechalismy w "nagrode" do Dunkin', a pozniej niestety do supermarketu. Dzieciaki wiedzialy, ze planowalam tego dnia zrobic zakupy, wiec kiedy dowiedzialy sie ze pojechal M. podniosly larum, ze chcieli sobie kupic to czy tamto na przekaski do szkoly. Faktycznie, o niektorych rzeczach nie pomyslalam, wiec stwierdzilam, ze mozemy podjechac przy okazji. Bi kupila tez od razu slodycze oraz chipsy na wymianke przy zawodach, mimo ze po to moglysmy w sumie podjechac w tygodniu. Chociaz tak to przynajmniej juz bylo z glowy. Wrocilismy po 18, wzielam szybko prysznic, chwile posiedzielismy i tak zlecial kolejny dzien.

We wtorek rano spotkala mnie bardzo niemila "przygoda", mianowicie moja noga przegrala w walce z pazurami kiciula. I zebym ja jakos sprowokowala! Ja tylko przechodzilam obok! Najwyrazniej, po trzech dniach zamkniecia w domu z powodu deszczu, kotu zaczyna odbijac palma. W dodatku nie chciala sie od tej mojej biednej nogi odczepic! Zabrala pazury dopiero kiedy oberwala kapciem po wlochatym zadzie! :O

Lydka kontra kiciul - 0:1 

Na szczescie nie wbila ich bardzo gleboko, wiec krew wlasciwie nie leciala, ale caly dzien szczypalo jak jasna cholera. Poza tym ranek uplynal migiem, popedzilam odstawic Potworki do szkoly, po czym ruszylam do pracy. I tu niestety niezle sie wpakowalam. Zaraz za granica mojej miejscowosci, zdarzyl sie wypadek i zamkneli autostrade; wszystkie 3 pasy!

Zamkneli w takim niefortunnym miejscu, ze nas kierowali na pobocze, a w tym samym miejscu od prawej ludzie wjezdzali na autostrade, wiec tworzyl sie dodatkowy zator 

Przepuszczali auta pojedynczym sznureczkiem po poboczu, ale wiadomo, trzy linie musialy sie wcisnac na to pobocze, wiec zator zrobil sie taki, ze jak powinnam jechac okolo 20 minut, jechalam... 45. :O Najlepiej, ze dojechalam, zaplacilam za parking, doczlapalam do budynku i wdrapalam sie na pietro, wlaczam kompa jednoczesnie parzac kawe, a tam mail od szefa, ze chcialby o 8:30 odbyc ze mna rozmowe, ktora normalnie mamy w poniedzialki (sam ja dzien wczesniej odwolal). Kiedy zobaczylam wiadomosc, byla 8:27! :D Okazalo sie, ze wpadlo nam jakies nowe zlecenie w mojej okolicy, ktore chcial mi przypisac, tylko nie wiem skad ten pospiech z rozmowa, bo inspekcje wyznaczyl na poczatek grudnia... Dzien uplynal mi w duzej mierze na odhaczaniu szkolen. Mielismy 3, ktore sa obowiazkowe dla wszystkich, a mialy byc zrobione do 30 wrzesnia. Czyli robilam je na ostatnia chwile, chociaz nie z wlasnego wyboru, lecz z natloku obowiazkow. Dwa szkolenia odbebnilam w godzine, ale ostatnie okazalo sie tak dlugie, ze siedzialam kolejna godzine i w koncu go nie skonczylam. A! Jeszcze nastepna idiotyczna sytuacja. Pisalam Wam ostatnio o formularzu do wypelnienia kiedy chce sie otrzymac bonusowe godziny za czas w podrozy w dzien, ktory powinien byc wolnym. Wypelnilam jego druga czesc i odeslalam szefowi. On podpisal i... odeslal, ale bez zadnego wyjasnienia! No to pytam co ja mam teraz z tym zrobic. Bo te godziny przeciez same sie do systemu nie nabija? :/ Na to szef wysyla mi... kolejny formularz, ktory tez musze wypisac (z tymi samymi godzinami i datami) i tym razem laskawie dodal, ze po podpisaniu przeze mnie i niego, musze obydwa odeslac do jakiegos urzednika! Formularz do formularza, rozumiecie?! Rece i cycki razem opadaja! Nie mialam juz nawet sily wsciekac sie na szefa, ze znow musze o wszystko dopytywac, a on nie przekaze mi nawet calej procedury za jednym razem... Z roboty wypryslam nieco wczesniej, bowiem Nik mial kolejne zawody. W miejscowosci graniczacej z nasza, ale na szczescie nawigacja poprowadzila tylko chwile autostrada, a pozniej juz po spokojnych, osiedlowych ulicach. Tyle, ze Nik mial mi dac znac gdzie beda, bowiem to jest rezerwuar wody, wokol ktorego zrobiono dosc popularny park. 

Czterech muszkieterow :D

Myslalam, ze zobacze w ktorym miejscu stoi autobus szkolny, tymczasem zadnego nie dostrzeglam. Objechalam parkingi i w koncu zaparkowalam i musialam zdecydowac ktora sciezka podazyc. Miejsce jest mocno zalesione, wiec ciezko bylo cokolwiek zobaczyc. Gdzies w oddali slyszalam jakby wiecej glosow, ale posrod drzew nie moglam dokladnie zlokalizowac skad dochodzily. Ciesze sie, ze choc bylam ubrana "biurowo", to zwykle nie nosze butow na obcasach, bo tym razem musialam przejsc spory dystans. ;) Wreszcie w oddali dojrzalam bande chlopcow podskakujacych i rozciagajacych nogi. Czyli: rozgrzewka, a wiec jestem na dobrej drodze! :D Idac za chlopakami, trafilam niestety na linie startu, wiec pozniej musialam dalej szukac gdzie jest meta. ;)

Niestety, nie udalo mi sie uchwycic Kokusia na zdjeciu; tu widac tylko czubek blond czupryny 

Zwykle jest ona oznaczona jakims lukiem z napisem "finish". Tym razem byly to dwa marne pacholki. Nie bylo tez elektronicznego pomiaru czasow, tylko pani rozdawala numerki. :D

Strus Pedziwiatr :D 

Co moglo byc dosc kontrowersyjne, bo chlopcy czesto dobiegali w 2-3-osobowych grupach i na sam koniec probowali jeden drugiego przescigac. Obok stal pan, ktory dodatkowo dokladnie sie przygladal, ktory przekroczyl linie pacholkow, w jakiej kolejnosci. Widzialam sytuacje, gdzie chlopak, ktorego inny przescignal przed sama meta, strzelil focha, kiedy musial oddac karteczke z nizszym numerem. :D

Chlopcy biegnacy przed nim, zaslonili Kokusia jak wbiegal na mete, wiec fota juz przy ogledzinach karteczki z numerkiem

Karteczka Kokusia miala nr. 33, wiec to jakas jego magiczna cyfra, choc zapomnialam go spytac wieczorem czy gdzies zamiescili wyniki i ilu zawodnikow bieglo. Po biegu na szczescie Nik chcial od razu jechac, wiec poszlismy do auta, zajechalismy jeszcze do ublaganego Dunkin' i wreszcie do domu. Po deszczu i nizszych temperaturach, na kilka dni wrocilo do nas lato. Slonca co prawda za bardzo nie bylo, ale zrobilo sie 20 stopni, wiec cala szczesliwa klaplam na ganku z przodu. Wieczor uplynal juz leniwie i spokojnie, jesli nie liczyc prania do poskladania. Tak, nadal odkopywalam sie ze stosu zebranego w czasie mojej nieobecnosci, no i dodatkowego, z niedzielnych zakupow z Kokusiem.

Sroda to pobudka jak w poprzedni dzien. Zebralam sie, podwiozlam Potworki pod szkole, po czym pojechalam do pracy. Przynajmniej tym razem nie bylo zbyt wielkich korkow, choc o tej porze autostrada miejscami posuwa sie noga za noga... Na dzien dobry dokonczylam szkolenie zaczete dzien wczesniej, zeby miec je juz z glowy. Pozniej klepalam oczywiscie raport, ale po jakims czasie stwierdzilam, ze musze w koncu wypisac formularz z godzinami za podroz. Przymierzalam sie do tego jak do jeza, bo kiedy dzien wczesniej tylko na niego spojrzalam, wydal mi sie potwornie zagmatwany. Nie pomylilam sie. Nawet z instrukcja, skrobalam sie po glowie i zajelo mi pol godziny zeby go wypelnic. A kiedy odeslalam, szef przyslal go spowrotem, bo zrobilam blad! :D Na szczescie, za drugim razem juz go podpisal, wyslalam do pana odpowiedzialnego za system nadzorujacy nasz czas pracy, a ten za niecala godzine odpisal, ze zatwierdzil te dodatkowe godziny w systemie. Tyle, ze kiedy sprawdzilam, one sa oznaczone w zupelnie innej tabelce i osobno. Musze spytac szefa czy sa jakies zasady co do ich wykorzystania. U nas panuje taka biurokracja, ze wcale bym sie nie zdziwila... Reszte dnia spedzilam juz nad raportem, choc jak zwykle, idzie mi jak krew z nosa. Pamietam moje poczatki, kiedy myslalam, ze co tam pisanie raportu; inspekcja to koszmar, ale raport to pikus! Coz, teraz nie wiem czy nie wolalabym odhaczyc kolejnej inspekcji. ;) Tak naprawde to wszystko rozbija sie o to, ze poza kilkoma rzeczami, ktore musisz standardowo sprawdzic za kazdym razem, poza tym przeglada sie dokumentacje pacjentow i robi notatki. I pozniej czasem ciezko stwierdzic gdzie te wiadomosci wcisnac i w jaki sposob je opisac. Tak przy okazji, to przepisowo na napisanie raportu ma sie 30 dni. Chociaz, jedna z babek z zeszlego tygodnia, oznajmila, ze ona od inspektorow ze swojej grupy wymaga, ze raport ma byc napisany w polowe czasu spedzonego na inspekcji! Czyli, jak inspekcja trwala np. 4 dni, to raport musza napisac w 2! Nie wiem jak to jest w ogole fizycznie mozliwe... Na to jej stwierdzenie, cala sala rozbrzmiala szeptami i stlumionymi okrzykami, ze jak to, niemozliwe, nie da sie... ;) Ale kobita dalej szla w zaparte, a poparl ja "szef nad szefami", czyli glowny przewodniczacy naszej grupy, ktory powiedzial, ze musimy zglaszac sie do jednej inspekcji po drugiej, nie robic sobie przerw i ze on wlasnie tak pial sie po szczeblach kariery. Mialam ochote powiedziec mu, ze ja za stara jestem na kariere, za to chce utrzymac rownowage miedzy praca a zyciem prywatnym i jak najnizszy poziom stresu... Jedno jednak zauwazylam, mianowicie, kiedy nie zaczelam raportu od razu po inspekcji, otwieram teraz zeskanowane dokumenty i przy niektorych musialam naprawde sie naglowic zeby sobie przypomniec po co je wzielam. :D Nie wyobrazam sobie pisac po prawie miesiacu przerwy... :O Kiedy wrocilam do chalupy, M. akurat przywiozl Bi z treningu (Kokusia odebral wczesniej) i mlodziez jadla obiad. Szybko sie przebralam i tez siadlam do stolu. Malzonka naszlo na placuszki serowe i stal przy kuchence, ale chetnie przystal na propozycje spaceru kiedy skonczy. Tyle ze zrobilo sie juz po 18, a dni wyraznie sie skrocily. Pod koniec spaceru dosc nerwowo zerkalam w ciemne zakatki mijanych ogrodow, bo wiadomo - niedzwiedzie! To taka pora roku kiedy sa wyjatkowo aktywne i szukaja zarcia zeby sie najesc przed zima... Wieczorem zas dostalam wiadomosc od trenera Bi, ze w kolejne dwa dni sa skrocone lekcje i dziewczyny musza same zalatwic sobie transport na trening oraz piatkowe zawody. Zdziwiona, sprawdzilam szkolny kalendarz i faktycznie! Jak byk wpisane dwa dni skroconych lekcji... Nie wiem jak to przeoczylam. Napisalam szybko ze niestety, w czwartek musze jechac do biura, wiec Starszej nie bedzie na treningu, bo nie ma nikogo kto zawiozlby ja na 15. Na szczescie, w piatek planowalam prace z domu, wiec moglam zawiezc ja na zawody. Swoja droga, to trener moglby wyslac wiadomosc troche wczesniej niz dzien przed, choc pewnie wychodzi z zalozenia, ze w szkole sredniej mlodziez powinna juz sama pilnowac swoich spraw. ;)

W czwartek moglam pospac 10 minut dluzej bo nie zawozilam Potworkow do szkoly. Powiedzialam im dzien przed, ze moge ich zawiezc, ale konczyli wczesniej (szkolenia nauczycieli), a ja musialam jechac do biura, wiec musieliby albo wrocic piechota, albo czekac az M. wroci z pracy. Wybrali oczywiscie rowery. :) Mialam wiec calkiem spokojne szykowanie sie do wyjscia, bo mlodziez zwykle pospiesza mnie i nerwowo przytupuje odnozami, mimo ze nigdy sie jeszcze nie spoznilismy... W pracy glownie sleczalam nad raportem, choc mialam tez przerywnik, bo dwie osoby z centrum chcialy ze mna porozmawiac na temat tejze inspekcji. Niczego konkretnego w sumie nie chcieli, bardziej chodzilo o wyjasnienie kilku spostrzezen i nie bardzo wiem dlaczego koniecznie chcieli ze mna rozmawiac, zamiast wyslac maila... Poza tym jednak tylko klepalam, klepalam i klepalam w klawiature... Wreszcie, pod koniec dnia, skonczylam czesc pisana. Niestety, to nie koniec. Zaczelam oznaczac w tekscie wszystkie zalaczniki i nie zdolalam tego skonczyc, a to tylko czesc dodatkowej "zabawy". A jeszcze dostalam od znajomej wiadomosc, ze zostalam oznaczona w jednym z artykulow w "gazetce" (wirtualnej) naszego dzialu. To z tej szalonej inspekcji laboratorium w lipcu.

Honorowa wzmianka :D

Zazwyczaj nawet tych gazetek nie otwieram, chyba ze na pierwszej stronie mignie mi cos wartego uwagi. Ten krotki artykul byl tez daleko, daleko na dole, wiec dziwie sie ze ktokolwiek zjechal az tam. A jednak. :) W miedzyczasie, Potworki skonczyly lekcje juz o 12:08, ale tylko corka wrocila do domu. Nik pojechal z kolega do centrum miasteczka, gdzie zaszli i do Mac'a i do Dunkin' i do supermarketu. :D Myslalam, ze Mlodszy pozniej pojedzie do domu, ale wrocili do szkoly, gdzie zostali juz do treningu i syn wrocil dopiero po nim. Bi za to miala znow pasta party po treningu (na ktorym jej nie bylo), ale ku mojemu zdziwieniu, stwierdzila ze jej sie nie chce. A mogl ja podwiezc M., albo mogla pojsc lub pojechac na rowerze, bo tym razem imprezka byla na sasiednim osiedlu, a wiec rzut beretem. W koncu i dla mnie nadszedl czas jazdy do domu, przy czym czulam sie jakbym zaczynala weekend, bo kolejnego dnia mialam pracowac zdalnie. ;) Przyjechalam, zjadlam obiad przygotowany juz przez niezawodnego M., po czym poszlismy na spacer. Zrobily sie 23 stopnie, ale takie cieplo nie potrwa dlugo, wiec trzeba bylo skorzystac. ;) Pozniej wstawic pranie, bo przeciez bez niego to popoludnie stracone i dzien zlecial.

Piatek zaczelam troche pozniej, bo nie jadac do biura, zwykle zwlekam sie tylko chwile przed odwiezieniem mlodziezy, naciagam na pizame spodnie dresowe, sweter na gore i jestem gotowa. ;) Choc zebym byla jakos specjalnie wyspana to nie powiem, bo juz od 6 po osiedlu jezdzila smieciarka, a ta nie dosc ze silnik ma stary i warczacy, to jeszcze hamulce piszczaly jej niemozebnie. A ze musi zahamowac przed kazda chalupa, wiec o glebszym snie nie bylo mowy... Odwiozlam Potworki, ktore byly oczywiscie cale szczesliwe ze znow maja skrocone lekcje. Wrocilam do domu, ogarnelam sie i zasiadlam do roboty. Uparlam sie, ze tego dnia skoncze wszystko z tym cholernym raportem, chocbym miala sie pochlastac. :D Oczywiscie caly czas gapic sie w ekran tez nie moglam, wiec dla "relaksu" wyszorowalam szuflady z air fryer'a, posprzatalam w dolnej lazience i namoczylam, a pozniej wrzucilam do prania poslanie Mayi. Ani sie obejrzalam, a czas byl jechac po mlodziez. Wyjechalam z 20-minutowym wyprzedzeniem i udalo mi sie trafic do pierwszego rzadku, pod sama szkola, choc i tak bylam chyba 8 w kolei. ;) Mlodziez zaczela wychodzic zaraz po dzwonku i w koncu pojawily sie Potworki oraz sasiadka, ktorej zaproponowalam podwiezienie. Odwiozlam panne, wrocilam z potomstwem do domu, szybko podalam im obiad bo skarzyli sie, ze przy skroconych lekcjach jest za malo czasu zeby jesc lunch (:O) i zasiadlam ponownie do roboty. Patrzec juz nie moglam na ten raport, ale coz... W przerwie wykapalam zasikanego psiura, bo mielismy niespodziewanie 27 stopni i az zal bylo tego nie wykorzystac. Niestety, nawet pielucha do konca nie pomaga. Maya wierci sie i merda ogonem i ta sie obsuwa, albo wrecz zjezdza jej z tylka. Srednio co drugi dzien znajduje rano psa bez pieluchy, za to w kaluzy na poslaniu. :( Tymczasem robi sie coraz zimniej i za chwile nie bedzie opcji zeby wykapac ja za pomoca weza ogrodowego. A do wlasnej wanny jej nie wsadze... Skonczylam i odeslalam w koncu raport okolo 14:30 i cale szczescie, bo Bi miala zawody i choc najpierw mowila ze rozgrzewka zaczyna sie o 15:30, to pozniej dostala wiadomosc, ze to godzina rozpoczecia zawodow, a rozgrzewka jest o 15. Czym predzej sie wiec sie zebralysmy i pojechalysmy. Ale popoludnie opisze juz innym razem bo poza zawodami troche sie dzialo.

Do poczytania!