sobota, 2 maja 2026

Czwaaarty tydzien "zsylki"

Sobota, 25 kwietnia, to byl moj dzien relaksu. Budzik nastawilam na 10, ale ostatecznie sama obudzilam sie o 9:30. Umylam sie, pokrecilam po pokoju, poczytalam ksiazke, pomaszerowalam zaparzyc sobie kawe, a w poludnie poszlam na lunch. W jadalni krecily sie tylko jakies niedobitki z naszej grupy, bo czesc pojechala znowu na miasto, a inni odsypiali piatkowe imprezy. Ktos gdzies slyszal, ze ktoras grupka wrocila o 3 nad ranem. :O Po lunchu wrocilam do pokoju i z niechecia zabralam torbe z rzeczami do prania. Na szczescie, juz kolejny raz sie przekonalam, ze sobota to swietny dzien na pranie, bo wiekszosc ludu sie rozjezdza po roznorakich atrakcjach i pralki sa wolne.

Dobrze, ze mamy jeszcze druga pralnie, gdzie jest chyba z 10 pralek i suszarek, bo inaczej o te 3 bylaby niezla walka ;)

Bez problemu wiec wstawilam, a pozniej przelozylam rzeczy do suszarki. Dopiero kiedy przyszlam zeby je zabrac, zapomnialam przyniesc torbe, wiec musialam poczlapac do pokoju i przyjsc kolejny raz. ;) Pozniej stwierdzilam, ze trzeba sie przejsc. Caly dzien sie chmurzylo i wygladalo jakby miala przejsc burza, ale kiedy wyszlam, oczywiscie zrobilo sie slonecznie i znow przeklinalam w myslach, ze nie posmarowalam sie kremem ochronnym. Doszlam az do sadzawki z aligatorem (ktorego oczywiscie nie uswiadczylam), po czym wrocilam do "akademika". Znow klaplam, zadzwonil M., z ktorym gadalam prawie godzine i zrobila sie pora kolacji. Pozniej prysznic i juz siedzenie w pokoju, bo nawet gdybym chciala, w pizamie nigdzie sie nie rusze. ;) Tak to wygladaja dni wolne tutaj. Smigaja niewiadomo kiedy.

Na niedziele mialam juz plany, ale na szczescie popoludniowe. Moglam sie wiec wyspac, na spokojnie wyszykowac, a takze pojsc do sasiedniego budynku po kawe. Maja ja tam z maszyny, ale jest naprawde smaczna. Tyle ze tego dnia cos sie zacielo i nie opadla poleczka, na ktora wpada kubek, ktory zawisl w poprzek. Maszyna wyswietlila, ze nie ma kubkow i juz myslalam, ze obejde sie smakiem, ale pogrzebalam i udalo mi sie poleczke na sile obnizyc oraz ustawic kubek. Wtedy maszyna grzecznie kawe nalala. :) Posiedzialam w pokoju, pogadalam z tata, poczytalam ksiazke, spakowalam torbe na pozniej, az o 12 trzeba bylo ruszyc na lunch. Po zjedzeniu, niestety nie mialam juz czasu wrocic do pokoju, tylko podeszlam dalej, pod jeden z budynkow, zeby zaladowac sie do busa. Na ten dzien klub rekreacyjny bazy zaplanowal wyjazd do pobliskiego miasteczka - Folly Beach. Zgodnie z nazwa, jest to miejscowosc slynaca przede wszystkim z plazy i luznego, plazowego klimatu.

Taki tam wakacyjny domek za, bagatela, 2 miliony :O 

Cos jak nasza Leba. ;) Miasteczko znajduje sie na wyspie otoczonej mokradlami i najpierw podjechalismy na najwyzszy punkt wysepki - cale 2.7 metra npm! :D Stamtad mozna bylo podejsc krotka, asfaltowa trasa na niewielka plaze. Trasa ta zwie sie "lovers lane".

Trasa znana, bowiem cala pokryta grafiti 

Plaza byla urocza, a woda okazala sie calkiem ciepla. Niestety, wielka tablica zabraniala kapieli, ze wzgledu na silne prady.

Z plazy widac latarnie morska, do ktorej az korci zeby przejsc w czasie odplywu, ale i wszelkie przewodniki i tablice ostrzegaja, zeby tego nie probowac

Z boku znajdowala sie bardziej "dzika" czesc plazy 

Pobrodzilismy wiec w wodzie, niektorzy poszukali muszelek i wrocilismy do busa, wczesniej pstrykajac pare pamiatkowych ujec.

Nasza banda (ja w pomaranczowych spodenkach)

Dolozylismy tez wlasna "cegielke" do malunkow na sciezce. Dwunastka to numer naszej grupy, a to obok to nasza"maskotka", czyli karaluch :D 

Przewodniczka opowiadala nam po drodze o historii owej miejscowosci. Teraz jest ona typowo turystyczna i wlasciwie nie ma tam stalych mieszkancow, zas domki sa wynajmowane letnikom. W latach 80-ych, zanim miasteczko zniknelo pod woda w czasie huraganu, a 95% domow zostala zmyta do oceanu, byla to hipsterska miejscowosc pelna surferow mieszkajacych w niemal szalasach schowanych wsrod bujnej roslinnosci. Po huraganie, Stan postaral sie zeby wylozyc srodki na odbudowe i powstala tam preznie dzialajaca miejscowosc wypoczynkowa. Cofajac sie jednak w historii jeszcze wczesniej, wysepka ta byla znana jako "coffin island", od angielskiego coffin = trumna. Taka urocza nazwa wziela sie stad, ze w dawnych czasach, przed powszechnym uzyciem antybiotykow, wiele chorob zakaznych bylo smiertelnych. Na otoczona moczarami wyspe, zarosnieta i pelna komarow (i aligatorow), nikt nie mial ochoty sie zapuszczac. Stala sie miejscem, gdzie wywozono chorych, ktorzy tam umierali. Podobnie, statki plynace do pobliskich portow, jesli mialy na pokladzie kogos chorego, podplywaly i wyrzucaly go bez ceremonii za burte. Osoba albo tonela, albo, jesli miala wiecej sil, doplywala do wyspy, gdzie wkrotce i tak umierala. Takich to optymistycznych opowiesci sluchalismy po drodze do centrum miasteczka. ;) Tam, pierwsze co, to ruszylismy na drewniany pomost, z ktorego podziwialismy widok na plaze oraz sureferow probujacych lapac fale.

Niby jeszcze swiecilo slonce, ale te chmury nie zwiastowaly niczego dobrego 

Bylo slonecznie i goraco i w koncu wszyscy po kolei ustawili sie do baru po drinka. Najpierw mialam dac sobie spokoj, ale potem pomyslalam, ze kurcze, praktycznie alkoholu nie pije, wiec ten raz nie zaszkodzi. 

Smaczny, ale "procentow" to nie bylo czuc kompletnie

Jak to z moim szczesciem bywa, jak tylko zaczelam pic tego (mrozonego) drinka, zachmurzylo sie, zerwal sie wiatr i zaczelo kropic. :O Ostatecznie go nie dopilam, bo zrobilo mi sie tak zimno, ze myslalam iz wyciagne z torby bluze. Wpadlismy na przewodniczke, ktora stwierdzila ze teoretycznie powinnismy wracac o 17, ale ona planuje ogladac jakis mecz, wiec nie bedzie nas poganiac, bo wtedy bedzie mogla spokojnie go obejrzec. Praktycznie wszyscy podskoczyli radosnie, ale niestety, jedna babka powiedziala ze ona chce wracac o 17 i koniec. Podejrzewam, ze nie chciala kupowac tam jedzenia i zalapac sie jeszcze na kolacje w bazie. Cala nasza pozostala grupa pomaszerowala na druga strone ulicy, gdzie znajdowala sie restauracja/bar, ktora polecala przewodniczka. Zamowilismy jedzenie, reszta kolejne drinki (ja juz sobie odpuscilam), posiedzielismy, ale o 17 grzecznie wrocilismy do busa. Kiedy dotarlismy na baze, okazalo sie ze mielismy fuksa, bo podobno solidnie tam lalo, wszedzie bylo mokro i staly wielkie kaluze. Zaszlam jeszcze do jadalni po kawe, ale wpadlam na kolezanke i zostalam, mimo ze nie mialam juz jesc. ;) No a pozniej juz wiadomo, zadzwonic do rodziny i zdac im relacje i szykowac sie na kolejny tydzien "lekcji". Niestey, przez acaly dzien lekko kapalo mi z nosa, a na wieczor juz puscilo sie jak z kranu. Polowa naszej grupy jest chora, wiec moglam sie spodziewac, ze sie zaraze. No i masz. Nie ma jak byc chorym w obcym miejscu. Dobrze, ze przezornie spakowalam sobie tabletki na przeziebienie. :/

O dziwo, w nocy spalam niezle. Kilka razy musialam wydmuchac nos, ale musialam byc zmeczona po wycieczce, bo pozniej jak zasnelam, to spalam jak zabita do rana. Niestety, kiedy juz sie spionizowalam, z nosa zaczelo mi kapac tak, ze nie nadazalam z braniem chusteczek. A tu trzeba bylo maszerowac na zajecia! :O Doczlapalam do klasy, gdzie okazalo sie, ze przyjechalo doslownie 10 instruktorow, bo nie tylko prowadzili wyklady, ale jeszcze mielismy miec zajecia w mniejszych grupach, dedykowane juz konkretnie typom inspekcji, ktorymi bedziemy sie zajmowac. Czyli w koncu naprawde przydatne informacje oraz cwiczenia, a ja zasmarkana i ze lzawiacymi oczami i bolem glowy. Czyli bezuzyteczna. :/

Tak wygladalo moje biurko. W tym tygodniu prowadzacy rozsadzili nas wedlug swojego widzimisie, trafilam do pierwszego rzedu i glupio bylo mi co chwila wstawac i przechodzic przez cala klase (wyjscie mielismy z tylu) zeby wydmuchac nos 

Juz ranek sprawil, ze mialam wszystkiego dosc, bowiem przez 4 godziny, od 8 do 12, mielismy dwie przerwy po 5 (!) minut! Ledwie zdazylam dojsc do lazienki, zalatwic co trzeba i wrocic, bo ta znajduje sie na koncu dluuugiego korytarza i w dodatku czesto jest kolejka. Potem przerwa na lunch, a po niej w klasie do 17, choc tym razem przerwe zrobili dluzsza, bo "az" 10-minutowa. Laskawcy. :/ Jakos tak co tydzien sie sklada, ze w poniedzialki mamy ochlodzenie. Nie inaczej bylo tez w minionym tygodniu. Bylo pochmurno i ledwie 17 stopni. Po zajeciach wypuscilam sie wiec tylko na obiadokolacje, a potem wrocilam do pokoju i juz nie wysciubialam z niego nosa.

Bylam nad tym naszym stawem kilka razy i aligatora nie uswiadczylam. Za to moim kolegom udalo sie zrobic takie swietne zdjecie

Niestety, kolejna noc byla juz tragiczna. Przysypialam doslownie po pol godziny, po czym budzil mnie zawalony nos. Wiem, bo patrzylam na zegarek. Oczywiscie przed samym budzikiem zasnelam mocniej, wiec kiedy zadzwonil, nie wiedzialam co sie dzieje. Czulam sie tragicznie, choc bardziej przez niewyspanie, niz sam katar. Z nosa nadal cieklo jak z kranu, ale bralam tabletki i jakos sie trzymalam. Bardziej chyba przeszkadzaly mi ciagle lzawiace oczy. Dzien w "szkole" byl intensywny, duzo wykladow, ale tez zajecia w grupach. Co do tego podzialu, to mialam mieszane uczucia. Podejrzewam, ze organizatorzy chcieli nam troche urozmaicic dzien, zebysmy nie usneli przy prezentacjach. Z drugiej jednak strony, mielismy 1-2 godziny wykladow, po czym na godzine (a czasem ledwie na pol!) szlismy do mniejszej sali na zajecia w grupach. Pozniej powrot do sali na kolejna prezentacje, lunch, prezentacja, rozejsc sie na grupy, po czym znow wyklad. Takie lazenie w te i nazad kompletnie wybijalo mnie z pantalyku, nie mowiac juz, ze trzeba bylo taszczyc ze soba plecak, materialy, laptopa... W dodatku, na zajeciach grupowych mielismy konkretne zadania do zrobienia, ale przez te ciagle przerywanie na wyklady, ciagle z kazdym bylismy do tylu. Chyba lepiej byloby zrobic caly ranek prezentacji, a po poludniu zajecia w grupach. No ale to nie ja ukladam grafik... Tego dnia bylo juz troche cieplej, wiec po powrocie do pokoju i rzuceniu plecaka, przed kolacja poszlam na marsz po bazie. Pozniej zarelko, prysznic i juz siedzialam w "akademiku".

Kiedy zeszlam do recepcji zeby odgrzac kawe w jedynej (!) w budynku mikrofali, znalazlam chlopakow z mojej grupy, ktorzy podlaczyli konsole do telewizora i urzadzali sobie zawody w Mario Cars :D

Kolejna noc minela juz lepiej, bo na wysmarkanie obudzilam sie "tylko" 2 razy. ;) Dzien zaczal sie malo fajnymi wiesciami, bo jedna dziewczyna z naszej gromady i to w dodatku moja kolezanka z biura, nie przyszla na zajecia, bowiem zachorowala na... polpasiec! Wspolczuje kobiecie, bo choc 80% grupy chorowala lub nadal choruje, to wiekszosc jednak po prostu smarcze i kaszle. Tylko jedna panna spedzila weekend w lozku z goraczka, no a teraz J. zapadla na polpasiec. :O Na szczescie akurat polpascem podobno nie jest latwo sie zarazic, ale i tak pare osob przezywalo, ze siedzialo zaraz przed/za/obok niej. Napisalam z pytaniem czy moge jej jakos pomoc, przyniesc cos do jedzenia, itd. Ale odpisala tylko ze czuje sie parszywie i chce do domu. ;) Zajecia minely ciekawie, ale siedzenie tam od 8 do 17 bylo niemozliwie meczace. 

Tak wyglada przejscie prowadzace do wejscia do naszej "szkoly"

Rano chwilke popadalo, ale pozniej przejasnilo sie i wyszlo slonce. W rezultacie zrobila sie potworna wilgoc, ale ze ja lubie takie klimaty, wiec nie narzekalam, w przeciwienstwie do wiekszosci grupy. Wieczorem, juz po kolacji, poszlam na spacer po bazie, delektujac sie cieplym wieczorem. 

Podziwialam ladne kwiatki :)

Kiedy wroce do domu, na takie temperatury bede musiala poczekac gdzies do czerwca, chyba ze trafi sie wyjatkowo goracy maj. ;)

W jednej czesci bazy znajduje sie kilkanascie takich "bud", gdzie stoja (zabudowane pomostami) lodzie, roznej wielkosci i w roznych stylach, na ktorych mlodzi chlopcy ze Strazy Przybrzeznej maja cwiczenia 

W czwartek katar wlasciwie mi przeszedl, za to pojawil sie... kaszel. Normalka. Na ranek zapowiadali deszcz, wiec wrzucilam do plecaka parasol. Nad baza krazyly naprawde nieciekawie wygladajace chmury i z daleka grzmialo.

Ten budynek jest tym nowiutkim i czysciutkim, w ktorym nasza grupa miala zamieszkac, a potem zostalismy upchnieci w starej ruderze z karaluchami :D 

Padac zaczelo jednak dopiero kiedy dochodzilam juz na stolowke. W czasie, kiedy jadlam sniadanie za oknem szalala nawalnica, ktora jednak trwala zawrotne 10 minut. Zanim zjadlam i wyszlam, juz tylko lekko kropilo. A gdy wyszlismy na lunch, juz swiecilo slonce. Zajecia w tym tygodniu mijaly ekspresowo, bo jak pisalam, uczymy sie rzeczy, ktore realnie beda nam potrzebne w codziennej pracy. Szkoda tylko, ze z powodu braku czasu, zajecia w mniejszych grupach (czyli ta najwazniejsza czesc) jest bardzo przyspieszona i ukrocona. Znow trzymali nas do 17, a po zajeciach wrocilam do pokoju i jak zwykle, ledwie mi sie udalo pogadac z malzonkiem, a musialam maszerowac na obiadokolacje. Po niej, odstawilam kubek z kawa do pokoju i wyruszylam na (prawie) codzienny spacer. Nie planowalam az takiej odleglosci, ale jakos mnie tak dobrze nogi niosly i w koncu wyladowalam az przy wjezdzie, gdzie znajduje sie sadzawka z aligatorem. Ten jak zwykle przede mna uciekl, ale za to moglam poobserwowac zurawia, ktory probowal (bezskutecznie) cos upolowac. 

Ten byl madrzejszy niz czapla i stanowczo trzymal sie brzegu

I jeszcze troche ladnego zielska ;)

Pod wieczor niestety dostalam srednio dobre wiesci, bowiem okazalo sie, ze tesciowa ma... cukrzyce. Narazie nie musi brac insuliny, ma jakies inne lekarstwa i musi przestrzegac diety, no ale ta kobieta ma naprawde sporo problemow zdrowotnych, przeszla kilka operacji, rok temu miala wymiane biodra, a teraz jeszcze cukrzyca do kompletu...

Piatek przywitalam z radoscia, ze konczy sie kolejny tydzien nauki! Tego dnia mialo padac dopiero wieczorem, wiec jakie bylo nasze zdziwienie, kiedy po wyjsciu ze stolowki po lunchu okazalo sie, ze kropi. I w dodatku coraz gesciej. Kiedy wyszlismy z zajec, okazalo sie, ze leje jak z cebra. Oczywiscie, jak dwa dni nosilam parasolke, to mi sie nie przydala. Jak w piatek stwierdzilam, ze nie bedzie potrzebna, to akurat powinnam byla ja wziac. Na szczescie zmiescilysmy sie z kolezanka pod jedna. Zajecia minely ekspresowo. Nie tylko byl piatek, wiec cala grupa byla rozgadana, pelna entuzjazmu i chetnie odpowiadala lub zwyczajnie zgadywala na pytania prowadzacych. Ci w dodatku, pewnie tez majac juz dosc, wypuscili nas juz o 15:30. Szkoda, ze jak sie rozpadalo, tak nie mialo ochoty przestac, wiec nie bylo mowy o spacerze. Mialam parasolke, ale wszedzie bylo mokro, wiec nie chcialam chlapac blotem po butach i spodniach. A! Wroce jeszcze na chwile do czwartku. Siedze sobie grzecznie na lekcjach, a tu telefon mi bzyczy, bo aktywowala sie kamera. Zerkam ukradkiem, a tam:

Jeden...

A za nim drugi!

Czyli matka z mlodym. Swietnie. To bylo okolo godziny 13. Tymczasem po 15:

Kolejny!

Musial sie wczesniej odlaczyc od matki i teraz jej szukal, bo caly czas weszyl i byl w wyrazniej panice. Mialam tylko nadzieje, ze mamusia tez go nie szuka i nie bedzie potem wracac ta sama trasa ;)

Milego weekendu!

sobota, 25 kwietnia 2026

Trzeci tydzien "wygnania"

 Tak, moi drodzy, szkolenie nadal trwa... :/

Sobote, 18 kwietnia, zaczelam troszke pozniej, choc o porzadnym wyspaniu moglam pomarzyc. Nie wiem kto to tak glupio wymyslil, ale (juz chyba pisalam) sniadanie w weekendy zamykaja juz o 9:15. Zeby wiec sie wyszykowac, a potem moc w miare w spokoju zjesc, trzeba bylo sie zerwac o 7:40. Pozniej niz w tygodniu, ale jednak bez szalu jesli chodzi o wyspanie sie. Gdybym nie miala planow, ominelabym sniadanie i pospala, ale niestety, z moja mala grupka zaplanowalismy wyjazd do oceanarium. Bilety kupilismy na 11, wiec trzeba bylo cos wczesniej zjesc. Choc okazalo sie, ze z naszej czworki tylko ja mialam taka potrzebe. Pozostali woleli sie wyspac. W kazdym razie, spotkalismy sie o 10:30 przy samochodzie kolezanki i pojechalismy. Samo oceanarium bylo niedaleko - okolo 15 minut jazdy. Mieli taras widokowy, z ktorego widzielismy dzwigi ze stoczni, ktora znajduje sie zaraz obok naszego "wiezienia". Oceanarium okazalo sie malutkie, ale ciekawe i ladnie utrzymane. Bylo oczywiscie mnostwo akwariow, w tym ogromne i wysokie, od sufitu po drugie pietro. Plywaly tam ogromne rybska, w tym rekiny oraz zolw morski.

Najwieksza atrakcja oceanarium

To sa podobno zupelnie nieagresywne rekiny 

Ten zolw (a raczej zolwica) to ciekawostka, bo podobno jakas para z Kanady wykradla jajo z gniazda i zolwiatko wyleglo sie i trzymane bylo jako mlodziak wsrod ludzi. Oddali ja do akwarium dopiero kiedy wyrosla zbyt duza i nie mogli sobie poradzic z opieka nad nia. Niestety, przez to ze wychowana zostala przez ludzi, nie ma odpowiednich zachowan oraz instynktu zeby poradzic sobie na wolnosci. Taka interesujaca historia. :) Oceanarium podzielone bylo na rozne ekosystemy i wiekszosc stref pokazywala gatunki, ktore mozna znalezc w Poludniowej Karolinie. Najwiecej bylo oczywiscie rybek, w koncu to akwarium, ale znalazly sie tez zabki, weze oraz male aligatorki.

Zaznaczylam je strzalkami, bo mialy w swoim wybiegu dziwne, fioletowe swiatlo i ciezko je dostrzec 

Do tego byl wybieg dla wydr oraz orla, ktory rowniez mieszka tam na stale, bo ma uszkodzone skrzydlo.

Baraszkujace wydry sa pocieszne, ale kolezanka (ktora z wyksztalcenia jest weterynarzem i pracowala w zoo) twierdzi, ze to jedne z najagresywniejszych zwierzat

Dumny symbol narodowy 

Osobna sekcja w oceanarium to miejsce gdzie leczone sa zolwie morskie, ktore trafily pod opieke ludzi z powodu uszczerbku na zdrowiu lub chorob.

Smutno wygladaly te mlodziaki w takich pustych akwariach 

Ten pierwszy spowodowany jest zreszta rowniez przez ludzi. Niektore byly oplatane zylkami do wedki, inne polknely haczyki, jeszcze inne potracone przez lodzie, itp. Bylo tez plytkie akwarium gdzie mozna dotknac jezowce lub rozgwiazdy oraz glebsze, w ktorym daly sie nakarmic i poglaskac plaszczki.

Wszystkie stworzenia mozna bylo pomacac, ale nie wolno bylo wyciagac ich z wody 

Z tarasu widokowego podobno czesto widac baraszkujace delfiny, ale jak to z moim szczesciem bywa, nie udalo nam sie ich dojrzec.

Za to moglismy podziwiac piekna panorame 

Przy okazji za to, moge sie pochwalic, ze zaliczylam kolejny park narodowy! ;) Po Wielkim Kanionie, Parku Zion oraz Death Valley, ktore widzielismy podczas wyjazdu do Las Vegas, teraz, zupelnie niechcacy i sie nie spodziewajac, zahaczylam o przybrzezna czesc parku Fort Sumter.

To niestety tylko wejscie na przystan, z ktorej odplywa prom na wyspe 

Szkoda, ze glowna czesc parku to wyspa, na ktora trzeba bylo doplynac promem, a na to reszta nie miala ochoty, ale jakby ktos sie pytal, to moge pokazac zdjecie tabliczki i powiedziec, ze bylam. :D

Mimo maksymalnego przyblizenia, nada slabo widac, wiec musicie mi uwierzyc, ze na tej wyspie jest twierdza, zbombardowanie ktorej uznaje sie za poczatek Wojny Secesyjnej 

A wychodzac juz z oceanarium, zahaczylismy o pokaz, gdzie pan opowiadal o gatunku sowy. Smialam sie, bo nikt nie zadawal zadnych sensownych pytan, tylko wszystkie dzieciaki pytaly jedno po drugim, czy moga ja poglaskac. Nie mogly. ;)

Sprawdzilam i jest to plomykowka

Kiedy rano wychodzilam, mialam nadzieje, ze pojedziemy, obejrzymy oceanarium i wrocimy. Taaa... Pozostala trojka byla bez sniadania, a zrobila sie godzina 13, wiec wiadomo, szukamy zeby gdzies zjesc. Dwoje z nas mialo pomysl na jakas restauracje, ktora polecali inni, wiec poszlismy w tamtym kierunku.

Przy okazji przeszlismy sie znowu uroczymi uliczkami Charleston 

Nie wiem dlaczego uparli sie wlasnie na nia, bo szlismy i szlismy, a restauracji nie bylo. Kiedy do niej doszlismy, okazalo sie ze trzeba bylo czekac 40 minut (!) na stolik. Osobiscie szla bym poszukac czegos innego, ale reszta chciala czekac, wiec coz... Restauracja miala ciekawy wystroj. Ewidentnie przerobiona byla ze starego domu, bo pokoje, korytarzyki i waskie przejscia ciagnely sie w nieskonczonosc. Cala byla w drewnie, a sciany obwieszone byly roznymi zdjeciami i eksponatami, jak stare strzelby. Restauracja slynie z owocow morza, wiec troje z nas zamowilo dania z rybami oraz krewetkami, tylko jedna dziewczyna uparla sie, ze ryb nie jada. :D Jak na restauracje, ktora jest taka znana i polecana, zarelko okazalo sie... okey. I tyle. Nie bylo zle, ale nie wywolalo w nas jakiegos wiekszego zachwytu. Zamowilam bezalkoholowe mojito, ale okazuje sie, ze bez rumu smakowalo jak woda z lekkim posmakiem limonki za prawie $8. :D Milym gestem bylo to, ze wlasciciel chodzil od stolika do stolika, zagadujac klientow, pytajac skad sa i czy pierwszy raz u nich, itd. Kiedy uporalismy sie z lunchem, znow pojawila sie nadzieja, ze wrocimy, ale reszta zakrzyknela, ze czas na lody! No to krazylismy chwile w poszukiwaniu lodziarni. Na szczescie, akurat sklepikow ze slodyczami oraz lodami, w Charleston nie brakuje. ;) Kupilismy po kubeczku lodow i zasiedlismy w pobliskim parku zeby je skonsumowac. Wtedy w koncu reszta laskawie uznala, ze pora wracac. Niestety, nie ma dobrze, bo jedna z dziewczyn oraz nasz jedyny rodzynek, oznajmili ze musza poszukac jakiejs publicznej lazienki. Nie rozumiem... Wszyscy skorzystalismy z niej w oceanarium, a pozniej w restauracji. I oni znowu musza?! :O Jak z dziecmi, jak z dziecmi... Na szczescie ktores z nich pamietalo o miejscu z lazienkami, ktore bylo w poblizu, wiec znow musielismy zboczyc z kursu. Po zaliczeniu przybytku, wreeeszcie dobrnelismy do auta, a stamtad na nasza zsylke. W ten sposob, jak wyjechalam o 10:30, spodziewajac sie 2-3 godzin lazenia, tak wrocilam o... 17. :D Mimo ze wlasciwie nie bylam glodna, zdecydowalam sie podejsc o 18 na obiadokolacje. Chcialam zjesc cos lekkiego, bo kolejnego dnia planowalam porzadnie sie wyspac i nie wstawac na sniadanie.

W miedzyczasie ludzie z naszej grupy mieli szczescie i udalo im sie zobaczyc aligatora, ktory zamieszkuje sadzawke przy wjezdzie na teren bazy :) 

Po kolacji musialam sie niestety zabrac za niechciane zadanie - wstawic pranie. Mialam szczescie i na 3 pralki w malutkiej pralni najblizej mojego pokoju, dwie byly wolne. Wstawilam wiec pranie, wlaczylam alarm na telefonie zeby przelozyc je na czas i usiadlam z ksiazka. Kiedy przyszlam przelozyc ciuchy do suszarki, akurat robil cos tam chlopak z naszej gromady, ktory co chwila zerkal na mnie zaskoczony, jakby nie wiedzial co ja tam robie. Nie wiem o co mu chodzilo, bo pralnia jest dla wszystkich. Ponownie nastawilam alarm zeby przelozyc pranie na czas i znow wrocilam do pokoju, zeby kontynuowac czytanie. Cos jednak zle spojrzalam, bo kiedy przyszlam spowrotem, suszarka pokazala kolejne 6 minut. Sprawdzilam jednak i pranie bylo suche, wiec je zabralam. W pralni inna dziewczyna przekladala swoje rzeczy i przyszedl jeszcze kolejny chlopak zeby wstawic wlasne pranie. Tlumy normalnie. ;) Ciekawe jak czesto im sie te pralki psuja, bo zdecydowanie sa mocno eksploatowane. Kiedy juz poskladalam czyste ciuchy, w koncu moglam sie w pelni zrelaksowac. Na szczescie mialam to blogie uczucie, ze kolejnego dnia nigdzie sie nie spieszylam i nic mnie nie gonilo.

W niedziele przeszlam sama siebie, bo spalam do... 10 rano. Co prawda, pierwszy raz przebudzilam sie o 8:40 i pozniej tylko przysypialam. Przynajmniej tak mi sie wydawalo, bo spodziewalam sie, ze minelo moze pol godziny, a tu nagle zadzwonil budzik. ;) Ranek uplynal leniwie. Troche posiedzialam w lozku na telefonie, a pozniej pomalu i spokojnie sie szykowalam. Zadzwonilam tez najpierw do jednego dziecka, a potem do drugiego. Malzonek byl jeszcze w pracy. ;) 

Zdjecie przyslane przez Bi - kto znajdzie kota? :D

Dopiero o 12 wylonilam sie z pokoju zeby pojsc na sniadanio - lunch. Po nim wrocilam do pokoju, ale postanowilam zazyc troche ruchu. Dzien zaczal sie pogodnie, ale potem zachmurzylo sie i zerwal sie straszny wiatr. Temperatura zaczela tez pomalu, ale sukcesywnie spadac. Nie mniej stwierdzilam, ze pojde na stawik przy wjezdzie, zobaczyc czy tym razem bede miala szczescie do aligatora. Nie mialam. :) Za to udalo mi sie zobaczyc czaple, ktora odwaznie schodzila w przybrzezne szuwary i cos tam wylawiala z wody. 

Ryzykuje zyciem ;)

Kiedy wracalam, wialo juz tak potwornie, ze nad przystania, kolo ktorej przechodzilam, podniosla sie chmura kurzu. Poczatkowo az pomyslalam, ze to dym i cos sie pali, ale nie, to tylko burza piaskowa. ;) Ktora dala mi sie we znaki, bo naproszylo mi w oczy i nawdychalam sie kurzu. Zaczelam kaszlec i kichac jednoczesnie, oczy mi lzawily i w pewnym momencie nie widzialam gdzie ide. :D Jak wreszcie dotarlam do pokoju, stwierdzilam, ze poza kolacja nigdzie sie juz nie ruszam. Wzielam za to wczesniejszy prysznic, zeby miec wiecej czasu wieczorem na takie zwykle posiedzenie. Polowa naszej grupy ponownie zorganizowala grilla. Tym razem nie zglosilam sie zeby dolozyc kase, ale planowalam po kolacji podejsc tam, pogadac i moze wypic lampke wina. Zrobilo sie jednak tak nieprzyjemnie, ze sobie odpuscilam. Wieczor przesiedzialam wiec juz na fotelu, z kawa w reku i kompem przed nosem, myslac z niechecia o kolejnym tygodniu zajec...

Poniedzialek to juz wczesna pobudka, sniadanie i na lekcje. Ktore okazaly sie... porazka. Ten tydzien uplywal pod znakiem komunikacji, bezpieczenstwa i sposobow na przepytywanie (tak, zeby uzyskac odpowiedz). Agencja, w ktorej pracuje, zatrudnila do tego specjalna firme i prowadzacy mieli naprawde dar przekazywania wiedzy we w miare ciekawy sposob. Kurs rowniez potrzebny dla otworzenia oczu, bowiem w roku 2000 trzy osoby (nie z mojej, ale innej rzadowej agencji), ktore przyjechaly na kontrole, zostaly zamordowane przez wlasciciela przetworni. Chlop mial problemy psychiczne, uwazal ze rzad uwzial sie zeby zamknac jego rodzinny biznes i uznal ze jedynym sposobem zeby zostawiono go w spokoju, bylo zastrzelenie inspektorow. :O Wracajac do naszego szkolenia, niestety, z jakiegos powodu, do opowiesci o roznorakich sytuacjach oraz instrukcji jak odczytywac mowe ciala i rozpoznawac zagrozenia, prowadzacy wprowadzili zadania w mniejszych lub wiekszych grupach, demonstracje oraz odgrywanie scenek. Wiekszosc ludzi ciezko wzdychala, bo jednak wszyscy jestesmy juz dorosli i nikomu nie chce sie czytac z kartki i udawac, ze jest sie wscieklym. To juz nie ten etap, o czym najlepiej swiadczy fakt, ze swietnie sie przy tym zdawala bawic najmlodsza z naszej grupy, 23-letnia dziewczyna, swiezo po studiach. Reszta przewracala oczami ze czuja sie jak ponownie w szkole. :/ Wszystko jednak przebil projekt przygotowywany w duzych, 10-osobowych grupach, a nad ktorym mielismy pracowac po godzine kazdego dnia, zas w piatek przedstawic prezentacje. Mielismy przygotowac "plan bezpieczenstwa" zeby przeprowadzic inspekcje w miejscu, gdzie poprzednicy mieli problemy z agresywnymi pracownikami. Przydatne? Byc moze, ale niestety caly plan byl niepotrzebnie rozbudowany, wlaczajac w to przygotowanie planu budynku i zaznaczenie drogi ucieczki. Piekne to, tyle ze jadac na inspekcje, w najlepszym wypadku znajdzie sie widok firmy z ulicy. :D W kazdym razie, musielismy podzielic rozdzialy na osoby, a do tego przygotowac prezentacje, ktora miala byc w dodatku "ciekawa i smieszna". Wspaniale. :/ Najgorsze, ze znow klania sie to, ze bez takich dodatkowych "atrakcji", cale zajecia zajelyby polowe czasu. Do tego inne krotsze dni i moglismy wracac do domow tydzien wczesniej. :( Nie mowiac juz o tym, ze przez cale to glupie zadanie grupowe, siedzielismy tam do 17. Powloklam sie do pokoju, pogadalam z M. i zrobila sie prawie pora kolacji.

Fota pstryknieta w czasie rozmowy - widzicie ta dziure w suficie nad glowa M. ? ;)

Kiedy zjadlam, stwierdzilam, ze musze sie choc troche przejsc i zazyc swiezego powietrza i slonca. Pisalam juz ze w pokoju nie otwiera mi sie okno, ale w dodatku w budynku "szkolnym", okien nie ma w ogole. Tak, dobrze czytacie. Caly teren nalezy do Gwardii Przybrzeznej i podobno nie chciano zeby ktos mogl zajrzec jak przeprowadzane sa szkolenia. Nie kupuje takiego tlumaczenia, bo mogli zrobic okna chociaz od strony calego kompleksu. Budynek jest bardzo stary (smierdzi wilgocia i kocia kuweta, serio!), wiec wybudowany dlugo zanim uzycie dronow do szpiegowania bylo powszechne. Tak czy siak, po calym dniu (nie liczac przerwy na lunch) siedzenia nie tylko bez swiezego powietrza, ale nawet bez widoku zewnetrznego swiata, po prostu musialam zrobic male koleczko. Akurat poprzedniego wieczora spadla temperatura i na krotki czas pozegnalismy sie z upalami. Zalozylam bluze, ale ze wial chlodny wiatr, to nawet w niej nie bylo mi zbyt przyjemnie. W koncu wrocilam wiec do pokoju i siedzialm juz na kompie, bo co innego mi pozostalo? :/

We wtorek znow pobudka, sniadanie i na zajecia. Te sa niby ciekawe, ale ze caly czas klepiemy to samo, o mimice, mowie ciala, itd. to wszystko mi sie zlewa i mam wrazenie, ze nie ucze sie niczego. A nie! W ramach zajec chodzilismy po calym budynku oraz parkingu, obserwujac miejsca gdzie mozna w razie czego uciec lub sie schowac. Takie mamy, nieco paranoiczne, lekcje, choc w Hameryce, w obecnych czasach moze sie to przydac. W kazdym razie, dowiedzialam sie, ze chowajac sie, w razie strzelaniny, za samochodem, lepiej nie robic tego od strony bagaznika. Ten jest bowiem wlasciwie pusty i kule sa w stanie przez niego sie przebic. Lepiej schowac sie za maska silnika, lub za kolami. Taka to zdobywam "wiedze. :D Na koniec ponownie mielismy godzine na prace nad swoja czescia prezentacji. Czesc pisana skonczylam ukradkiem w czasie zajec, bo mialam tylko krotki paragraf, wiec ta godzine pracowalam nad slajdem do prezentacji. Mialam tylko 1, ale ze minely juz lata odkad musialam cos przygotowac w Power Point'cie, wiec niezle sie nad nim umeczylam. Co chwila cos mi wskakiwalo, przeskakiwalo, szukalam obrazka w necie, ktory potem nie chcial sie kopiowac, itd. W koncu jednak skonczylam i powloklam sie do pokoju. Tu spotkala mnie irytacja, gdzie myslalam ze nie odezwe sie juz do meza przez reszte wyjazdu. Tego dnia Bi miala w szkole koncert. Juz tu bylam zalamana, bo panna od kolejnego roku rezygnuje ze skrzypiec, wiec to juz jej ostatni, a mnie tam nie bylo! Powiedzialam wiec (uznajac ze to oczywiste) zeby M. mi cos nagral. Tymczasem, malzonek oznajmil ze jest zmeczony, ze ma kupe roboty w domu i nie jedzie. Szczeka mi opadla, bo znam malzonka, wiem ze ma wszelkie zajecia i wystepy dzieci w powazaniu, ale tu jednak bylam w szoku. Po pierwsze - ostatni koncert, po drugie - wie ile to dla mnie znaczy, ale wazniejsze ze jemu sie nie chce. Troche mu pozrzedzilam i sie rozlaczylam, bo chcialo mi sie ryczec. Kiedy juz przegryzlam wku*wa, pomyslalam ze poprosze sasiadke zeby przeslala mi nagrane filmiki. Oni sa na kazdym koncercie corek i praktycznie zawsze razem. :/ Ostatecznie okazalo sie jednak, ze do M. cos dotarlo, bo pojechal i przeslal mi pozniej filmiki. :)

Przed poprzednim koncertem specjalnie kupilam jej sukienke, a teraz nie dosc, ze zalozyla spodnie, to jeszcze podkradla moja marynarke! ;)

Bardzo powazna, mloda skrzypaczka ;) 

Oczywiscie musial sobie pomarudzic, ze to takie rzepolenie (nieprawda, na tym etapie mlodziez brzmi niczym symfonia), ze glosno, ze nie lubi, ze pozno i jest niewyspany, itd. Ja sama wolalabym 100x bardziej byc tam osobiscie, ale ciesze sie ze chociaz cos mam z tego ostatniego koncertu panny. A w miedzyczasie bylam na kolacji, potem na spacerze (ponownie w chlodzie i przy wichurze), a pozniej juz zwyczajowe siedzenie na kompie. :)

Nadeszla sroda, a z nia kolejne zajecia. Tego dnia przynajmniej mowilismy o przeprowadzaniu z ludzmi wywiadu i rozmowy i jak odpowiadac na odmowe inspekcji. Czyli przekonywac, prosic, pokazywac prawne paragrafy, straszyc ze firma straci powazanie oraz klientow i dostanie zakaz produkcji, udawac zainteresowanie tym, czym sie zajmuja, itd. Kolejny raz tematy nie trafione, bo akurat moja grupa ma do czynienia z firmami farmaceutycznymi oraz lekarzami. Oni dobrze wiedza, ze inspekcja z naszej agencji jest praktycznie wpisana w ich prace i przeprowadzona pomyslnie, lezy w ich interesie. Nie spotkamy sie tu z kategoryczna odmowa. Raczej grozi nam, ze beda chcieli cos ukryc, pominac jakies dokumenty, czy jakis doktorek bedzie sie z nami wyklocal, ze zna sie na swoich badaniach lepiej. I to prawda, ale my sie lepiej znamy na przeprowadzaniu badan i dokumentacji wedlug federalnych przepisow. ;) Tak czy siak, przez dzien trzeba bylo sie po prostu przemeczyc z zacisnietymi zebami... Skonczylismy ponownie dopiero o 17, wiec zanim doczlapalam do pokoju i zadzwonilam do M., zostala mi tylko chwilka zeby sie przejsc przed kolacja. 

Na spacerze natknelam sie na lisa, ktory najwyrazniej nie zna strachu

Tego dnia bylo juz cieplej, ale nadal bez upalu, wiec pod wieczor robilo sie juz dosc chlodno. Po kolacji wrocilam do pokoju, wzielam prysznic i pozniej juz siedzialam przed kompem. W naszym bazowym barze tego dnia odbywalo sie karaoke i pare osob zachecalo zeby przyjsc i popatrzec, a moze i zaspiewac, ale jednak uznalam ze srednio mnie to interesuje. ;)

Czwartek, czyli dzien swistaka. Spalam zle, bo cholerne pociagi znowu jezdzily co chwila od 4 nad ranem. Pozniej doszlo trzaskanie oraz skrzypienie drzwi, bo mamy w grupie zapalencow chodzacych o 5:30 na silownie. :O Rano ledwie sie wiec zwloklam, ale jakos wyszykowalam i powloklam na sniadanie. Na zajeciach kontynuowalismy temat jak siadac i stawac, zeby moc natychmiast uciec, a dodatkowo jak poznac ze ktos nas oklamuje. Tutaj lekcja okazala sie porazka, bo nawet prowadzacy przyznali ze aby to rozpoznac, trzeba troche znac klamiaca osobe, zeby wiedziec jak zachowuje sie normalnie i zauwazyc roznice. Np. oznaka klamania moze byc podrygujaca nerwowo noga, ale ja siedzac caly czas macham stopa i krece sie na obrotowym krzesle to w jedna, to w druga strone. Po prostu nie potrafie siedziec bez ruchu, ale ktos patrzac na mnie moglby pomyslec, ze opowiadam klamstwo. Mielismy zreszta w parach opowiedziec sobie kilka faktow, jedno z nich klamstwo i prawie nikt nie zgadl kiedy druga osoba klamala. Podobnie, ogladalismy filmiki z przestepcami klamiacymi w czasie przesluchan, a pozniej mielismy scenki gdzie ludzie mowili prawde, albo klamali i mielismy to ocenic. Zamienilo to sie w wielkie zgadywanie, bo jednym wydawalo sie tak, drugim inaczej, albo czasami prawie wszyscy twierdzili ze ktos mowil prawde, a tymczasem osoba klamala. Pod koniec juz prawie kazdy watpil w swoja intuicje. :D To na zajeciach, a w miedzyczasie przyszedl do mnie raport kwartalny Bi.

Jeszcze chwila, a bedzie raport koncowy ;) 

Przyznaje, ze patrzac na niego, nie wiem o co chodzi (bede musiala sie spytac corki kiedy wroce do domu), bo ma oceny koncowe na trzeci kwartal (oznaczone jako Q3), ale obok jest kilka ocen w rubryce E1. Nie mam pojecia co to E1 oznacza, bo nie jest to ocena koncowa (ta jest pod rubryka F). Nie jest to tez srednia, bo z B, B+ oraz A- nie wyjdzie B-. Raport jednak swietny, bo wszystkie przedmioty to jakas wariacja A, poza rozszerzona matematyka. Z niej ma B+, wiec tez bez zarzutu. Po powrocie do pokoju po lekcjach, humor popsul mi M. Dostal mianowicie mandacik na $200. :O Za korzystanie z telefonu w czasie jazdy. Tlumaczyl mi, ze jechal w korku i kiedy stal, faktycznie zerkal w telefon, ale kiedy auta ruszaly, podnosil glowe i podjezdzal. Policjanci jednak zauwazyli ze sie pochylal i wlepili mandacik. Probowal sie wywinac klamstewkiem, ze przestawial cos w radiu, ale mu nie uwierzyli. :D Bedzie sie odwolywal, ale niewiadomo czy to cos da... Po kolacji poszlam na spacer o zachodzie slonca. Na linach cumujacych te ogromne statki wojenne, siedzialy sobie w rzadku kormorany. Czekalam czy ktorys zanurkuje, ze zaden nie chcial dac popisu. ;)

Siedzialy tak po kilka przy kazdym statku

W koncu dobrnelismy do piatku. Tym razem spalam jak zabita i gdzies tylko przez sen slyszalam w oddali te przeklete pociagi. Czy rano bylam bardziej wyspana? Nie. :D Pedem na sniadanie, a potem na zajecia. Tego dnia wreszcie mielismy tematy, ktore moga sie przydac, np. co zrobic w przypadku strzelaniny. Choc z ich "rad" smieli sie pozniej ci, ktorzy mieli do czynienia z bronia, jak np. z sugestii, ze kiedy wchodzi do pomieszczenia, mozna atakujacemu wytracic bron z rak. Bo juz widze jak ktos rzuca sie na karabin! :D Mowili tez o pozarach, choc tu nie powiedzieli niczego przydatnego, tylko zeby w pracy znac wyjscia ewakuacyjne, a w domu miec kilka potencjalnych wyjsc, przez ktore mozna sie wydostac. I zeby z rodzina ustalic gdzie spotykamy sie po ucieczce z plonacej chalupy. No i swietnie, tylko najpierw trzeba uciec z pozaru. A nie powiedzieli np. ze ogien i dym ida w gore, wiec wieksze szanse ma sie czolgajac przy samej podlodze. Takich rzeczy ucza juz dzieciaki w podstawowce! :O Tego dnia zajecia trwaly tylko dwie godziny, a pozniej kazda grupa miala wreszcie pokazac swoje prezentacje. Moja byla pierwsza i cale szczescie, bo dzien wczesniej przypomnial sobie o mnie szef, ktory chcial przeprowadzic szybka, kilkunastominutowa rozmowe. Nie bylam pewna jak mi sie ulozy dzien, wiec odpowiedzialam, ze dam mu znac i po naszej prezentacji (gdzie mialam cholerna treme, ale chyba poszlo mi niezle) napisalam ze moge sie wymknac. Polecialam wiec do sasiedniej auli i pogadalam z dawno niewidzianym szefunciem. Okazalo sie, ze w czasie jego nieobecnosci minal czas podpisywania kwartalnych ocen pracownikow, wiec teraz z kazdym chcial przeprowadzic rozmowe. Dodatkowo, powiedzial ze mam zarejestrowanych za malo godzin szkolen. Tyle, ze o programie gdzie mam je zapisywac, dowiedzialam sie przypadkiem bodajze w lutym. W dodatku, nikt nie powiedzial mi jakie szkolenia mam tam wpisywac. Myslalam, ze tylko te, ktore odnosza sie czysto do mojej pracy, tymczasem musze np. wklepac obecne, wyjazdowe szkolenie. Ale juz szkolenia podczas inspekcji z kims, sie tam nie zapisuje, bowiem rejestrowane sa w innym miejscu. I badz tu czlowieku madry. W kazdym razie, pogadalam chwile z szefem, a potem wrocilam na "lekcje". Skonczylismy prezentacje, przyszla pora na lunch i... wedlug grafiku mielismy skonczyc, ale kazano nam po jedzeniu wrocic jeszcze do klasy. W kazdym tygodniu mamy osobe, ktora nie prowadzi zajec, ale koordynuje aktywnosci. Ta babka chciala jeszcze raz sprawdzic czy mozemy otworzyc egzamin koncowy. Pewnie nie pamietacie, ze po dlugich bojach, udalo mi sie otworzyc ten testowy. Oczekiwalam wiec, ze tym razem tez otworzy sie juz bez problemu. Taaa... Caly czas pojawial sie blad za bledem. Wychodzilam, logowalam sie ponownie, cudowalam, a program ciagle pokazywal ze juz idzie w tle, choc sie nie otwieral. Naokolo mnie, inni tez sie meczyli (choc niektorym wszystko smigalo bez problemu), az nagle sie... otworzyl. Bez zadnej dodatkowej ingerencji z mojej strony. :O Co do samego egzaminu tez nic nie wiemy. Poprzednia koordynatorka powiedziala zeby sie nim nie martwic, ze nie bedzie oceniany, a wynikow nie beda nikomu przesylac. Obecna polaczyla nas z osobami, ktore podobno ukladaja ten egzamin i sa odpowiedzialne za jego organizacje. I te osoby niby twierdza, ze nie dostaniemy wynikow, ale oni je beda mieli i na ich podstawie chca ukladac przyszle egzaminy. Czyli jednak w jakis sposob bedzie oceniany! Dodali tez przy okazji, ze jednak wymagane bedzie ciut wiecej niz taka ogolna wiedza. :/ W dodatku, powiedzieli ze mozna bedzie korzystac z materialow, a tych... nie dostalismy (choc mielismy)!!! Ktos ma sprawdzic co stalo sie z materialami, ktore miala poprzednia grupa, tyle ze liczyla ona 12 osob, a u nas jest 40. Czy starczy ich dla wszystkich? Hmmm... Podsumowujac, jest burdel. Nikt nic nie wie, niczego nie jest pewny, uczyc sie nie trzeba, nie mamy spedzac wieczorow zakuwajac, ale wiedza musimy sie wykazac. :O Skonczylismy o 14, wiec wrocilam do pokoju, przebralam sie w spodenki, bo gorac byl niemozliwy, chwile posiedzialam, po czym postanowilam sie przejsc. Nad baza krazyly ciemne chmury i wygladalo jakby mialo sie zaniesc na burze, ale ostatecznie przeszlo bokiem. Balam sie jednak zapuszczac zbyt daleko, wiec zrobilam koleczko mniejsze niz zwykle. Pozniej zadzwonilam do malzonka, z ktorym przegadalam prawie godzine i skonczylam dopiero, kiedy przyszla pora kolacji. Nik cieszyl sie juz weekendem, a dla Bi weekend zaczal sie polowicznie juz rano, bo po dwoch lekcjach, jechali do parku rozrywki. Miala to byc wycieczka gratulujaca orkiestrze, zespolowi oraz chorowi, za caly rok wysilku. Bi byla cala szczesliwa, bo nie jechali do naszego malego, lokalnego parku, tylko takiego z prawdziwego zdarzenia, w sasiednim Stanie. Wedlug mnie powinni poczekac na cieplejsza pogode, ale najwyrazniej poza mna nikt takich obiekcji nie zglaszal. I tak mieli szczescie, bo bylo 15 stopni, gdzie w kwietniu moglo byc znacznie gorzej. ;)

I tak minely juz 3 tygodnie odkad wygnano mnie na poludnie. Przyznaje, ze warunki mieszkalne mamy slabe, jedzenie ujdzie w tloku, ale tutejszy klimat mi bardzo odpowiada, lubie cieplo i jest to jedna z niewielu rzeczy, ktore sa zaleta tego wyjazdu. 

piątek, 17 kwietnia 2026

Drugi tydzien "wygnania"

W sobote, 11 kwietnia, planowalam wyspac sie do oporu i zafundowac sobie spokojny, leniwy ranek. Niestety, mimo ze w weekend sniadanie konczy sie troche pozniej, to niewiele, bo juz o 9:15. To oznacza, ze musze wstac o 7:40, zeby sie rozbudzic, wyszykowac, dojsc na stolowke i spokojnie zjesc. Poczatkowo wiec stwierdzilam, ze pierdziele. Wyspie sie i pojde prosto na obiad, ktory zaczynal sie o 11:30. Niestety, moja mala grupka dzien wczesniej nagle stwierdzila, ze chce pojechac na pobliska plantacje herbaty i wyjazd zaplanowala na okolo 10. Co bylo robic; zmusilam sie do zwleczenia z lozka i pojscia na sniadanie. Oczywiscie moglam odmowic, szczegolnie ze dzien wczesniej lazilam po starym miescie w Charleston, ale alternatywa moglo byc spedzenie weekendu krecac sie po bazie i "podziwiajac" w kolko te same widoki. Po sniadaniu wrocilam do pokoju oczekujac szybkiego wyjscia, ale okazalo sie ze kolega musial jeszcze podejsc do sklepiku i w koncu wyjechalismy dopiero po 11. Troche martwilam sie o samopoczucie, bo dzien wczesniej dostalam okres, a temperatury nagle podskoczyly i organizm tez potrzebuje troche przywyknac. Ostatecznie okazalo sie, ze jedyne co mnie dopadlo, to straszny bol glowy po poludniu. Serio, jak malo kiedy glowa mnie boli, bardziej odczuwam takie "zamulenie", tak teraz mialam wrazenie, ze ktos wkreca mi w czolo srubokret. Przyznaje jednak, ze warto bylo sie wybrac. Poludnie Hameryki slynie z plantacji, glownie bawelny oraz tytoniu, ale plantacje herbaty sa tylko dwie - tutaj w Poludniowej Karolinie oraz w Stanie Mississippi. Plantacja okazala sie bardzo urokliwym, spokojnym miejscem.

Droga przez plantacje (tylko dla specjalnego autobusu)

Moglabym tak siedziec tam caly dzien pod tymi drzewami 

Poza zbiorem, miejsce to przetwarza herbate na miejscu i mozna bylo z przewodnikiem (telewizyjnym) zwiedzic przetwornie. Szkoda tylko, ze jak normalnie mielibysmy szanse zalapac sie na pierwsze zbiory, tak w tym roku te okolice mialy wyjatkowo chlodna zime, a nawet jeden (:D) dzien sniegu i krzewy jeszcze "budza" sie do zycia. Przetwornia stala wiec pusta. Nauczylismy sie za to, ze wytworzenie herbaty czarnej, oolong oraz zielonej, zalezy wylacznie od czasu jej suszenia. ;) Wykupilismy przejazd wagonikiem po plantacji, gdzie pani opowiadala o historii owego miejsca i pokazala nam kilka poletek.

W takich rowniutkich rzadkach, rosnie sobie herbatka :)

Okazalo sie, ze jakis bogaty pan, ponad 100 lat temu, jako wielki milosnik herbatki, zamawial ja z Chin. Poniewaz jednak nie lubil dlugo czekac na przesylke, wiec wpadl na pomysl, zeby sprowadzic stamtad krzaczki i sprobowac wyhodowac sobie herbate na miejscu. Niespodziewanie, klimat Karoliny Poludniowej bardzo krzewom herbacianym podpasowal i tak to sie zaczelo. :)

Na zdjeciach slabo to widac, ale krzewy przypominaja troche jagode, tylko sa wyzsze

Jedynym rozczarowaniem bylo, ze w jednym ze stawow maja aligatora - rezydenta, ale niestety akurat trwa okres godowy i powedrowal gdzies w poszukiwaniu milosci. :D W sklepiku z pamiatkami wydalam oczywiscie zbyt duzo, ale no przeciez musialam zakupic pudelko ich herbatki, tak? A do tego pare lyzeczek ichniego miodku, kremik i balsam do ust z ekstraktem z herbaty, mydlo i pare innych pierdolek. ;) Za darmo mozna tez bylo poprobowac ich herbaty, zarowno goracej, jak i mrozonej. W koncu ruszylismy w droge powrotna, ale polowa z nas nie jadla w ogole sniadania, wiec chcieli zatrzymac sie gdzies na jedzenie. Mnie juz wtedy strasznie napierdzielala lepetyna, ale co mialam robic. Zamowilam kanapke, lecz zjadlam tylko polowe i poprosilam o zapakowanie reszty. Kiedy dojechalismy do "domu", nie mialam juz ochoty sie nigdzie ruszac. Posiedzialam w moim fotelu, wypilam kawe i na szczescie bol glowy zaczal przechodzic. Niby nie bylam glodna, ale poszlam na obiadokolocje, glownie zeby wziac kawe. Niestety, drugi wieczor pod rzad, jej nie bylo. :/ Stwierdzilam, ze wezme "troche" jedzenia, ale pani nalozyla mi caly talerz. Oczywiscie zjesc nie musialam, siadlam jednak ze znajomymi i tak gadajac oraz sluchajac, nieswiadomie pochlonelam caly talerz. :D Wieczorem niestety juz musialam wstawic pranie. Strasznie nie lubie publicznych pralni. Nie tylko sie brzydze, bo nie wiem kto i co przede mna pral, ale tez juz niektorzy opowiadali ze ludzie zostawiaja mokre ciuchy w pralce, albo suche w suszarce i zapominaja... Na szczescie ja unikelam takich dodatkowych frustracji i wstawilam pranie bez problemu. Nastawialam tez alarm telefonie, zeby nie zapomniec. ;)

Moja mala grupka zaczela planowac na niedziele wypad na stare miasto w Charleston, ale choc poczatkowo przytaknelam, pozniej stwierdzilam, ze jednak mi sie nie chce. Nadchodzil poniedzialek, a z nim calodniowe "lekcje" oraz wczesne pobudki. Mialam okres i czulam sie tak sobie, jeszcze ten sobotni bol glowy i w koncu napisalam, ze jednak nie jade, a niedziele planuje spedzic leniwie i spokojnie. Ominelam wiec sniadanie i spalam do 9. Potem powylegiwalam sie w lozku i ostatecznie zwloklam o 10. Szykowalam sie powolnie, pogadalam z M. i o 12 poszlam na lunch. Po powrocie musialam zrobic tacie bezrobocie bo sie dopominal (:/), a pozniej zadzwonil i on i kolejny raz malzonek. Ten ostatni w ogole wydzwanial do mnie co chwila, bo robil porzadki w ogrodku, rozsadzal rosliny i potrzebowal moich porad oraz opinii. Nie da sie wyjechac z chalupy i uciec przed domowymi decyzjami. :D

Poszlam na spacer i chwile posiedzialam na brzegu rzeki

Ta rzeka wydaje sie dosc waska, ale kiedy przeplywa nia taki kontenerowiec, widac jej prawdziwy rozmiar... 

Na wieczor polowa naszej 40-osobowej gromady zaplanowala grillowanie przy barze. Tak, mamy tu lekko "syfiasty" akademik, marna stolowke, ale jest tez BAR. Niestety, ponoc mieli spore problemy z mlodziencami ze Strazy Przybrzeznej. Jak to mlodzi, ostro popijali i tu jeden nasikal komus na drzwi, tam inny zasnal pod prysznicem, zatkal odplyw i zalal pokoj. Skonczylo sie tak, ze bar serwuje wylacznie piwo oraz wino, zadnych mocniejszych trunkow. W kazdym razie, trzy osoby sie skrzyknely, zaplanowaly zakupy (co nie jest taka prosta sprawa, bo trzeba sie zabrac busem), po czym zaczely zbierac imiona osob, ktore chca sie zlozyc na prowiant oraz akcesoria. Musieli bowiem kupic jeszcze brykiet do grilla, ale tez noze, deske do krojenia, talerze, sztucce, itd. Kiedy zaczely wplywac imiona, troche z rozpedu tez sie zglosilam. Pozniej mi sie odchcialo, bo okazalo sie, ze zglosilo sie "tylko" 19 osob, a osoby robiace zakupy, zamiast spodziewanych burgerow i hot-dogow, zakupily befsztyki, kurczaka i jakas pikantna kielbase. Do tego awokado oraz pomidory na guacamole, limonki, przyprawy, wszystkie kuchenne "narzedzia" i kazdy musial wybulic $18. Nooo, bylo to drugie tyle, ile sie spodziewalam... Ale coz, zglosilam sie, no to grzecznie z kasy wyskoczylam. Stwierdzilam, ze posiedze, zjem cos, wypije lampke wina... Taaa... Pierwsze rozczarowanie - wino okazalo sie produktem deficytowym. Po ostatnim czesciowym zamknieciu rzadu, baza dopiero wracala do zycia. Bar byl zamkniety pierwsze kilka dni, a pozniej, choc go otworzono, to zaopatrzono tylko w piwo. :/ Na jedzenie tez trzeba bylo czekac wieki, bo nakupili tego jak dla armii. W dodatku, osoby organizujace, nie chcialy po prostu ugrillowac miesiwa, tylko zrobic tacos. Kiedy bylo wiec upieczone, kroili je na paseczki. Mimo ze pracowaly nad tym dwie osoby (tylko tyle zmiescilo sie przy jednej desce do krojenia), cale przygotowanie trwalo prawie 2 godziny. :O

Impreza pod palmami 

Umijalismy sobie czas jak sie dalo, czesciowo podziwiajac faune, ktora sama sie do nas pchala. Na poczatek przebiegl nieopodal lis, ktorego juz wczesniej pare osob widywalo.

Obiekt w ruchu i wtapial sie w otoczenie, ale mam nadzieje, ze go dojrzycie 

Pozniej na drzwie siedziala zabka. A na koniec zaczely nam nad glowami latac nietoperze i to pogonilo kilka osob do srodka. :D

Rzekotka :)

W miedzyczasie zaczelam dostawac telefony oraz wiadomosci od M., niestety niezbyt pozytywne. Okazalo sie, ze sufit w kuchni, z ktorego kapalo od czasu do czasu od jakichs 2 lat, a ktory M. mial naprawic "i nie trzeba mu przypominac co pol roku", w koncu sie poddal i zaczelo z niego leciec juz konkretnie. To znaczy, nie z sufitu, tylko z jakiejsc rurki przy wannie u dzieciakow, bo kapalo tylko wtedy kiedy Nik bral prysznic. Bi upiera sie brac go u nas. ;) W kazdym razie, malzonek wycial dziure w suficie i odkryl, ze wszystko tam jest wilgotne i poplesniale. A to "niespodzianka"! :/ Dzwonil tak i pisal, bo M. po prostu musi wszystko od razu relacjonowac, ze chodzilam po parkingu, rozmawialam, odpisywalam i w koncu odechcialo mi sie wszystkiego, wiec wrocilam po prostu do pokoju. Mialam nadzieje, ze wszyscy wypili wystarczajaco piwska, zeby nie zwrocic uwagi, ze zniknelam. :D Posiedzialam sobie jeszcze spokojnie w pokoju i w koncu polozylam sie do lozka, bo kolejnego dnia czekaly mnie juz lekcje. :(

W poniedzialek musialam sie juz zwlec wczesnie, wyszykowac i pedzic na "lekcje". Niestety, gdzie w zeszlym tygodniu mielismy luzik, bo zaczynalismy o 8:30, o 11 mielismy godzinna przerwe na lunch, a juz okolo 15 konczylismy, w tym, jak to mowia, przykrecili nam srube. Zaczynalismy juz o 8, zajecia rano trwaly do 12, a o 13 wracalismy do klasy, gdzie kiblowalismy prawie do 17. :( Caly tydzien uczylismy sie przepisow prawnych. Temat w sumie przydatny, tyle ze nikt nie zapamieta na raz tylu paragrafow, ktore w dodatku rozrzucone byly po roznych grupach. Moja jest dosc specyficzna, wiec praktycznie nic jej nie dotyczylo. Na dodatek, pani prowadzaca zajecia w poniedzialek byla srednio przygotowana. Twierdzila ze zwykle nie prowadzi tych zajec, wiec po prostu czytala ze slajdow i z notatek przygotowanych przez kogos innego. W rezultacie calosc byla nudna niczym flaki z olejem. Rano jeszcze jakos sie trzymalam, ale po poludniu po prostu nie moglam utrzymac otwartych oczu. W dodatku, na przerwie popedzilam do kafejki po kawe, a ta okazala sie zamknieta, choc wedlug grafiku powinna dzialac jeszcze pol godziny. :( Po zakonczeniu zajec, powloklam sie do pokoju, gdzie padlam na fotel i tyle, ze zadzwonilam do meza. O 18 jak zwykle ruszylam na kolacje, ale po niej zmusilam sie do zrobienia koleczka naokolo budynku "akademika". Spotkalam po drodze kilka dziewczyn z naszej gromady, wiec chwile z nimi pogadalam, po czym nie pozostalo mi nic innego, jak wrocic do pokoju i zakonczyc dzien przy ksiazce i w necie. Za to w domu Potworki mialy ferie wiosenne, wiec sie lenily. Z tej "okazji" malzonek tez postanowil wychodzic z pracy wczesniej, zeby spedzic w nimi troche czasu. Bi opiekuje sie krolikami sasiadow, ktorzy polecieli w cieple kraje, a poza tym miala miec treningi lekkoatletyki. Okazalo sie jednak ze byly one tylko w poniedzialek i czwartek, przy czym w ten pierwszy, zlapala lenia i nie pojechala, choc pogoda byla niezla i mogla wskoczyc na rower. Nika koledzy tez porozjezdzali sie po swiecie oraz Hameryce, wiec spedzil dzien ogladajac od nowa wszystkie czesni Harrego Pottera. :D

Wtorek zaczal sie ponownie wczesnie i pedem na stolowke, a pozniej na zajecia. Spotkala mnie tez niespodzianka kiedy popatrzylam na nagrania z kamer wokol domu, bo okolo 6 rano, przeszedl sobie z tylu niedzwiedz. ;)

Lezie sobie taki misiek 

Tym razem pan prawnik byl przygotowany przyzwoicie i jak na przepisy prawne, to opowiadal o nich dosc ciekawie. Ranek minal wiec nawet znosnie, pozniej przerwa na lunch i spowrotem na zajecia. Niestety, popoludnie przynioslo spadek energii, nawet pomimo wypitej kawy. Na pierwszej przerwie popedzilam do kafejki, a pani oznajmila ze wlasciwie to sa juz zamknieci, ale moze znajdzie cos co moze zrobic. Okazuje sie, ze zamykaja o 14, ale wszedzie jest napisane, ze o 15:30. Pani przewrocila oczami, ze do tej godziny to nie pracuja od 3 lat, ale nikt nie chce tego zmienic w broszurach ani na aplikacji. Laskawie jednak przygotowala mi latte z lodem. Normalnie nie lubie napojow z lodem, ale przyznaje ze tym razem mnie orzezwial i pomogl w utrzymaniu uwagi przez jakis czas. Dzieki temu popoludnie nie poszlo na stracenie, choc ostatnie 1.5 godziny juz tylko powstrzymywalam ziewanie i co chwila zerkalam na zegarek. Zreszta, malo kto specjalnie uwazal. Chlopak obok mnie przegladal strony internetowe z butami, a ludzie przede mna sprawdzali maile i ogolne aplikacje z pracy. :D Kiedy skonczylismy, wrocilam do pokoju, zmienilam dlugie spodnie na krotkie spodenki i pomaszerowalam do stawu przy wjezdzie na caly teren, zeby sprobowac podejrzec rezydujacego tam aligatora. Niestety, stalam tam z kwadrans, a gadzina sie nie pokazala.

Za to w jednym miejscu znalazlam jakies glupie gesi, ktore zadomowily sie w... kaluzy (nie widac, ale jedna z gesi siedzi w wodzie), ktora tworza zraszacze do trawy

Wrocilam pospiesznie na kolacje, a pozniej juz siedzialam w pokoju. Noc okazala sie tragiczna. Nie wiem czy w poblizu przejezdzaja pociagi, czy to statki, ale kilka razy w nocy budzily mnie ni to syreny, ni to jakies trabienie. Najgorzej, ze sygnaly pojawialy sie kilkukrotnie w ciagu kilku minut i w rezultacie kompletnie wybijaly mnie ze snu, a potem lezalam rozgladajac sie po pokoju i przeklinajac w myslach cale to miejsce.

Za to do domu tez przyszlo "lato", a ze Potworki nie mialy szkoly, wybrali sie z M. na przejazdzke rowerowa

W srode wstalam wiec nieprzytomna, ale nie bylo rady, trzeba sie bylo zbierac na zajecia. Te byly z tym samym panem, wiec wszystko wygladalo wypisz - wymaluj jak we wtorek. Musze oddac panu sprawiedliwosc, ze potrafil o tych prawnych kruczkach opowiadac z wielkim entuzjazmem i mial naprawde dar przekazywania wiedzy. Niestety, materialu bylo tyle, ze wszystkie paragrafy mi sie kompletnie mieszaja i nawet jesli powtorze wiadomosci, to marnie widze wynik egzaminu... Skoro pani w kafejce oswiecila mnie ze zamykaja o 14, wiec tego dnia, po kawe poszlam zaraz po lunchu. Dzien wczesniej wzielam bowiem mrozone latte i zauwazylam ze taki zimny napoj pomogl mi nieco w utrzymaniu uwagi. Jeszcze wkurzyl mnie kolega, z ktorym bylam na inspekcji w marcu. Minely prawie 4 tygodnie, a on nagle pisze zebym sprawdzila i podpisala raport! Dla niezorientowanych, mimo ze wedlug przepisow mamy 30 dni na skonczenie go, to niepisana zasada mowi, ze powinno sie napisac go w tyle dni, ile bylo sie na inspekcji. Wiem, ze kolega mial inny, zalegly raport, bo mial inspekcje jedna po druga, ale o to co ja sprawdzalam, pytal juz w pierwszym tygodniu po powrocie, a w drugim o jakies szczegoly. Wydawalo sie, ze pracuje nad raportem, a tu prosze, 4 tygodnie sobie minely i dopiero go napisal. Odpisalam, ze jestem na szkoleniu, wiec bede mogla do niego zajrzec dopiero wieczorem. Po godzinie dostaje wiadomosc, ze pomylily mu sie daty i raport musi byc wyslany juz tego dnia, ale ze ok, bo inna kierowniczka (nasz byl na zwolnieniu) juz go sprawdzila, wiec zebym tylko podpisala i odeslala. No super; wiec teraz nagle mam podpisywac dokumenty bez chocby przeczytania... Po kolejnej godzinie dostalam ponaglenie, ze "on nie wie czy widzialam, ale ten raport musi byc podpisany dzisiaj"... Co bylo robic, skoro to takie pilne, to podpisalam i odeslalam. Wieczorem jednak siadlam i przeczytalam z ciekawosci. I co?! Znalazlam blad! I to taki oczywisty, ze nie wiem jak mozna bylo go nie zauwazyc! Podejrzewam, ze kolega sie spieszyl i nie poprawil danych z poprzedniego raportu, tyle ze zatwierdzil go nasz szef, a przedtem niby sprawdzila "szefowa szefa"! Mam teorie, ze kolega jest bardzo doswiadczonym inspektorem i szefostwo bardzo sie w jego raporty nie wglebia, tylko przelatuje na szybko i zatwierdza. :/ Wracajac do srody, to wieczor minal jak zwykle. Po zajeciach spacer, potem obiadokolacja, troche na kompie i do spania.

Czwartek to pobudka jak zawsze, tyle ze bylam bardziej wyspana, bo dziwne syreny w nocy obudzily mnie tylko raz. Szybko zaliczyc sniadanie i na "lekcje". Tego dnia prowadzily je dwie panie i niestety byly tak "pomiedzy" kobitka z poniedzialku, a panem z wtorku i srody. Nie mialy w sobie az takiego entuzjazmu i duzo czytaly z kartek, ale przynajmniej nie mowily tak "sucho" i bezjajowo. Dzien dluzyl sie niemilosiernie, ale z przerwa na lunch jakos przezylismy i mozna bylo wrocic do pokoju. Chwile odsapnelam dzwoniac do malzonka, po czym poszlam na moj tradycyjny juz, przedobiadowy spacer. Potem kolacja i wrocic do pokoju, juz na reszte wieczora. Jeszcze, poszlam sobie zaparzyc kawy obok recepcji, a tu wpada kolezanka, panikujac, bo w pokoju lazil jej wielki... karaluch! Jestesmy na poludniu, gdzie zyja wielkie karaluchowate owady, choc one akurat trzymaja sie raczej podworka. Przed przyjazdem ostrzegano nas jednak, ze moga czasem pojawic sie w srodku. Sa nieszkodliwe, nie mnoza sie w domu, nie gryza (chyba ze sprowokowane), ale ze moga dorosnac do 7 cm, to wzbudzaja panike. Wlasnie taki "okaz" wlazl kolezance do pokoju. Stwierdzila ze to bylo wielkosci malej myszy i zazadala zmiany pokoju. Najlepiej na pietro. Niestety, na pietrze nie bylo juz wolnych pokoi, ale pani zaoferowala jej inny, choc nadal na parterze. Wczesniejszy miala na samym koncu korytarza, przy tylnych wyjsciowych drzwiach, wiec moze stad robal sie tam znalazl. Teraz bedzie bardziej w glebi. Kolejny raz pogratulowalam sobie, ze juz pierwszego dnia zmienili mi pokoj. Nie tylko wczesniej bylam na parterze, ale tez na samym koncu, dokladnie naprzeciwko kolezanki. ;) Reszta wieczora uplynela juz bez sensacji. Przede mna byl kolejny dzien prawa, wiec trzeba sie bylo znow polozyc w miare wczesnie.

Niestety, wiemy juz ze zwiedzanie ktoregos z wielkich, wojskowych statkow sie nie odbedzie. Przy obecnej sytuacji politycznej sa w pelnej gotowosci i czekaja na potencjalny rozkaz natychmiastowego wyplyniecia

W piatek podobny schemat. Wstac, wyszykowac sie, na sniadanie, a stamtad na zajecia. To byl juz ostatni dzien prawa i coraz trudniej bylo utrzymac uwage. Do lunchu jeszcze jakos szlo, ale po nim juz nie dalo sie wytrzymac. W drugiej czesci juz porzucilam wszelkie proby utrzymania uwagi i siedzialam na telefonie. Marnie widze ten egzamin, choc naprawde, to prawo nie bylo nam do niczego potrzebne. Jesli trafimy na inspekcjach na problemy wymagajace interwencji, to po prostu zadzwonimy do ich departamentu i zajma sie tym prawnicy. Ja nie musze wiedziec pod jakie paragrafy to podczepia i jakie zarzuty przedstawia. A jeszcze prowadzaca na koniec urzadzila "zabawe" dla sprawdzenia naszej wiedzy i w rezultacie skonczylismy pol godziny po czasie. :/ Kiedy wreszcie nas wypuscili, popedzilam do pokoju, przebralam sie w krotkie spodenki bo mielismy 31 stopni, zadzwonilam do malzonka, po czym ruszylam do sklepiku. Musialam kupic sobie wode, a przy okazji zrobilam zdjecia rzeczom z logo roznorakich agencji rzadowych oraz Charleston. Przeslalam je potem Potworkom zeby spytac czy cos im nie wpadlo w oko. Pozniej kolacja i juz relaksik w pokoju. Mlodsza czesc naszej ekipy ruszyla na miasto. Czesc zeby zaliczyc jakies poszukiwanie duchow, a reszta juz zwyczajnie - zeby sie poszlajac po restauracjach i barach. :D Ja juz za stara jestem na takie atrakcje, wiec nigdzie sie nie ruszalam.

Z domu dostaje zdjecia zwierzynca - Maya ze swoja ukochana pileczka

I kiciul spiacy smacznie na stole, bo czemu by nie  ;)

I tak minal kolejny tydzien. Niestety, nic sie tu nie dzieje, wiec post nudny jak flaki z olejem, sorki!