W piatek wieczorem dostalam od Kokusia oraz mamy jego kolegi, foty. Chlopaki, jak widac, bawili sie szampansko i namietnie lowili ryby.
Nik zlapal dwa pstragi, ktore bardzo go ucieszyly, bo to w koncu inne ryby niz zawsze. Ponoc chwycil tez jakis bardzo duzy okaz, ale kiedy juz mial go wciagac do lodki i inni szykowali siatke zeby rybsko zlapac, to sie... urwalo i odplynelo w sina dal. ;)
W sobote, 18 lipca, odsypialam trudy inspekcji i spedzania w domu tylko tyle czasu, zeby sie przespac. ;) O 6 rano wygonil mnie z lozka pecherz, ale potem jeszcze zasnelam. Budzik nastawilam na 9 i obudzil mnie, lecz pozniej znow mi sie przysnelo na 20 minut. Kiedy wreszcie sie przebudzilam, akurat wstala Bi. Malzonek byl "oczywiscie" w robocie, a Nik u kolegi, wiec jakos tak dziwnie pusto bylo w domu bez obu panow. Zeby nam nie bylo zbyt smutno, okazalo sie, ze M. wyszedl z pracy wczesniej i dojechal akurat, kiedy ogarnialam jeszcze poranna toalete. Co go zreszta bardzo ucieszylo i zaczal sie do mnie, hmmm... dobierac! Zwariowac z tymi chlopami mozna... :D Wypilam jeszcze poranna kawe, po czym malzonek polozyl sie na drzemke, a my z Bi podazylysmy na zakupy. Zwykle lubie je robic w czwartek lub piatek, zeby miec spokojniejszy weekend, no ale przez moje szalone towarzyszki nie bylo mowy. O 19 czy 20, po godzinnej jezdzie do domu, ostatnie na co mialam ochote, to dralowac jeszcze po spozywke. :/ Po upalnym tygodniu, w sobote bylo zdecydowanie chlodniej. Moze nie zimno, bo 22 stopnie trudno nazwac chlodem, ale taka roznica, przy dodatkowym zachmurzeniu oraz deszczu, sprawiala, ze zalozylam bluzke na dlugi rekaw, bo mialam zwyczajnie gesia skorke. Po zakupach podjechalysmy jeszcze na bubble tea, a potem juz wrocilysmy do domu. W sama zreszta pore, bo chwile pozniej zaczelo padac, a w oddali tez grzmiec. Rozpakowalam torby i mielismy chwile spokoju, to znaczy M. oraz Bi go mieli, bo ja zajelam sie wstawianiem zmywarki oraz pralki. :D Po poludniu pojechalismy do kosciola, a potem pedem wracalismy na mecz Anglia : Francja. Tym razem ja i M. bylismy za "zabojadami", a Bi za "Angolami". ;) Rozgrywka byla intensywna i az milo sie ogladalo, szczegolnie w drugiej polowie. Szkoda mi troche Francuzow, bo przez chwile wydawalo sie, ze moga wyrownac, ale niestety... Wieczor uplynal juz bardzo leniwie i tylko Nik wkurzal, bo mial odpowiadac na wiadomosci, a najwyrazniej zaaferowany kolegami, mial je w powazaniu... Dobrze ze czasem dostalam cos od mamy kolegi, wiec wiedzialam ze zyja i maja sie dobrze. ;) Ze zdjec wynika, ze chlopaki albo siedzieli w wodzie, albo lowili ryby z lodki.
Jak pisalam wczesniej, tego dnia bylo znacznie chlodniej, wiec Nik na zdjeciach mial pozyczona bluze, bo nie pomyslal zeby spakowac cos cieplejszego. Ja tez mu nie przypomnialam, bo Potworki chodza w bluzach w srodku zimy, a latem im raczej za goraco niz za zimno, nawet kiedy ja marzne. ;)
Upieklam jeszcze chlebek bananowy (Bosz, ile M. dokupuje tych bananow!) na przyjazd dziadka i mozna sie bylo klasc.
Niedziela to sen nieco przerywany, bo Oreo postanowila urzadzic wrzaski o 6:30 rano. Kiedy sie zwloklam, turlala sie rozkosznie na dywanie, udajac ze to wcale nie ona darla jape chwile temu. Nie dalam sie nabrac, zgarnelam gadzine i wystawilam za drzwi. :D Pozniej niestety juz tylko przysypialam po kilka minut i w koncu sama na dobre sie obudzilam przed budzikiem. Poranek byl, jak na ostatnie tygodnie, rzeski i kiedy mama kolegi Kokusia przyslala kolejne zdjecia, chlopaki na lodzi nadal siedzieli w bluzach. Nie przeszkadzalo im to oczywiscie w szalenstwach w jeziorze, choc woda w nim na pewno byla porzadnie nagrzana po ostatnich upalach.
Sniadanie, umyc sie, rozladowac zmywarke i napisalam do taty ze zapraszam na kawe. Dzien wczesniej pytalam czy moze chce obejrzec z nami mecz, ale zaczal marudzenie, ze wieczorem musi szykowac sie do pracy (bo tylko on jeden...) i mecz to chce ogladac juz w pizamie i z piwkiem w reku. Tyle ze rozgrywka rozpoczynala sie o... 15 naszego czasu! :D Tata byl jednak nieugiety, "bo moze byc dogrywka, a potem karne i wszystko skonczyc sie o 19". No coz, nie to nie. Przyjechal wiec o zwyklej porze, zjedlismy obiad, posiedzielismy przy kawie oraz ciescie i zaraz po 14 dziadek sie zmyl. W miedzyczasie wrocil Kokus, po ktorego mielismy jechac, ale ostatecznie przywiozl go tata kolegi, ktory musial po cos przyjechac do naszego miasteczka. Syn dojechal jakis bez humoru. Przywital sie wlasciwie bez usmiechu, cos tam burknal ze przeciez jego powrot to nie jakies wazne swieto, po czym zabral sie do swojego pokoju. A nam naprawde bylo jakos dziwnie bez niego w domu i cieszylismy sie jak glupki, ze wrocil. ;) Musial byc mocno wyrabany, bo polozyl sie do lozka i przespal cala reszte popoludnia. Wstal dopiero pod wieczor i wtedy wrocilo moje przytulasne "malenstwo", ktore juz teraz wyraznie nade mna goruje. ;) Czas miedzy odjazdem dziadka a finalem mundialu wykorzystalam na wyszorowanie zlewu w kuchni oraz posprzatanie rodzicielskiej lazienki. Ta dzieciakow wysprzatala pozniej Bi, ktora niestety musi sie zahartowac, bo ma odruch wymiotny przy myciu kibla i brzydzi sie gabki do czyszczenia zlewu, mimo ze dotyka jej przez rekawiczki. Powiedzialam pannie zeby lepiej szykowala sie na dobrze platna prace albo bogatego meza, bo inaczej czeka ja mycie i sprzatanie wlasnej lazienki do konca zycia. :D W kazdym razie, nasza trojka (poza Kokusiem, ktory spal) zasiadla podekscytowana do meczu Hiszpania : Argentyna. Pisalysmy do siebie z siostra, bo oni sa akurat w Hiszpanii i mowili ze na ulicach jeszcze przed meczem dzialo sie wariactwo, a pozniej to pewnie fiesta do bialego rana. :D Wszyscy bylismy oczywiscie za Hiszpania, wiec mecz ogladalo sie... ciezko. Grali fenomenalnie, zdominowali boisko, strzaly byly co chwila, tylko co z tego, skoro kazdy obroniony. Kiedy zaczela sie dogrywka, stwierdzilam ze nie moge juz na to patrzec. Bylam przekonana, ze dojdzie do karnych, a te to juz mocno loteria, gdzie w dodatku druzyna Argentyny grala jakby jej nie bylo, ale bramkarza mieli swietnego. Poszlam wiec wziac prysznic, a kiedy wylonilam sie z lazienki, bylo juz po meczu i na szczescie Hiszpania, po pierdylionie prob, w koncu wygrala jednym golem. ;) Obie z Bi zachwycalysmy sie chlopaczkiem, ktory owego gola strzelil. Przystojniaczek, ze hej. Smiesznie tak, ze z corka jestesmy na etapie podziwiania tych samych osobnikow plci odmiennej, choc oczywiscie ten smarkacz mlodzieniec moglby byc moim synem. ;p Ogrod byl nadal mokry po sobotnim oraz nocnym deszczu, wiec odpadlo mi podlewanie. Za to poskladalam jedno pranie i wstawilam kolejne. Przez ten szalony poprzedni tydzien to zaniedbalam, wiec uzbieralo sie go na przynajmniej 4 ladunki... Pozniej przygotowac sniadaniowke oraz ciuchy na kolejny dzien i wlaczylam sobie powtorke dogrywki meczu zeby zobaczyc jak to Hiszpania zmiotla Argentyne. ;)
W poniedzialek musialam sie zerwac wczesnie i podralowac do roboty. W porownaniu z wyprawa na inspekcje w poprzednim tygodniu, droga do biura, choc w tragicznych korkach, wydawala sie niemal jak mrugniecie okiem. ;) Biuro pustawe choc jakies 3 zablakane duszyczki (poza mna) sie znalazly. Glownym zadaniem bylo oczywiscie naniesienie do raportu poprawek od szefa. Mialam to zrobic do 12:30, ale ostatecznie odeslalam okolo 11:40. Ucieszylam sie ze tak ladnie mi poszlo i czekalam na odpowiedz. Minela jednak godzina, druga i nic. W poprzednim tygodniu pisal, ze chce do 14:30 (kiedy teoretycznie konczy prace) miec to zamkniete. Tymczasem odeslal mi raport dopiero tuz przed 14 i to... z dodatkowymi poprawkami i pytaniami. Niektore, mialam wrazenie, ze to takie zwyczajne czepianie sie szczegolikow. Nie wiem czy to przez to, ze jestem nowa, czy ze to moj pierwszy raport, czy po prostu chlop taki ma styl. Mozliwe ze kazda z tych rzeczy po trochu, bo podczas minionej inspekcji grupowej, tak sobie nieraz gadalysmy ogolnie o pracy i mialam wrazenie, ze tamte 3 babki nie bardzo mojego szefa lubia (dla jednej to tez jej szef, hmmm...). ;) Jedna z nich mowila, ze kiedy maja do napisania jakies grupowe sprawozdania, on potrafi poprawic jej czesc, mimo ze nie jest jego podwladna i w ogole pracuje w centrali na kompletnie odrebnym stanowisku. Podejrzewam wiec, ze facet nie moze sie powstrzymac. ;) Tak czy siak, wymienilam z nim jeszcze kilka maili, wyjasniajac niektore pytania, a poza tym musialam napisac do tamtej kobiety ze sprawdzanej firmy, zeby dopytac o jedna rzecz. To tez mam wrazenie, ze bylo kompletnie niepotrzebne, bo sprawdzilam raport z poprzedniej inspekcji tamtego miejsca, ta informacja nigdzie nie byla podana i tez bylo dobrze. A ten sie czepia. :/ Na szczescie kobitka szybko odpisala, ale zaczynalam juz zgrzytac zebami ze zlosci. Pewna ulga byla za to "niespodzianka" w lazience. Okres w koncu przyszedl. Ponad 2 tygodnie spozniony. Mialam go dostac przed ostatnim kempingiem i poczatkowo ucieszylam sie, ze nie przyszedl, bo jesli pamietacie, mielismy wtedy rekordowe upaly i wez tu sie jeszcze morduj z fizjologia. Pare dni przed "terminem" przelecialo mi przez glowe, ze "hmmm... w ogole mnie cycki nie bolaly", ale sie nie przejelam, bo czasami tak bywalo, a okres i tak sie zjawial. Czasem zajmowalo mu kilka dni, ale przychodzil. A teraz nic i nic. Malzonek juz paznokcie nerwowo obgryzal i dopytywal czy jestem pewna, ze to nie ciaza, bo w naszym wieku to juz raczej trzeba czekac na wnuki, a nie odchowywac kolejnego rozdarciucha. :D Ja bylam jednak na 99% pewna, ze to nie ciaza, bo czulam sie zwyczajnie, a pamietam nawet slowa mojego ginekologa, kiedy przechodzilam moje dwie stracone ciaze - nie da sie byc "przy nadziei" i czuc sie normalnie, bo hormony na to nie pozwola. W koncu, po ponad tygodniu, zaczely mnie bolec piersi, wiec wiedzialam ze pomalu okres sie zbiera, no i w koncu przylazl. ;) Pytanie teraz czy to zawirowania przez stres, czy trzeba sie witac z babcia Menopauza... ;) Najlepsze, ze poinformowalam malzonka, ze jednak nie zostanie ojcem kolejny raz, a on na to, ze "dzieki Bogu". :D No to pytam co sie stalo, bo zawsze i on i jego rodzice powtarzaja, ze dzieci to blogoslawienstwo i im wiecej, tym lepiej... Przeciez wiecznie slyszymy peany zachwytu na temat jego najmlodszego brata, bo oni maja 5 dzieciakow. Juz o nich pisalam. Ani on, ani ona, nie skonczyli nawet szkoly sredniej, on sie chwytal byle jakich dorywczych prac, ona nigdy nie pracowala. W Polsce zyli z 500+ i zasilku rodzinnego. Potem, w Anglii, glownie z socjalu, choc na szczescie on ma wreszcie stala prace. No ale, jak moj tesc o nich gada, to liczy sie tylko to, ze ma tam tyle "wnuczusiow". A ze rodzicow tych wnuczusiow stac moooze na jedno, a nie piatke, to juz niewazne. ;) Dobrze ze te ich dzieciaki sa w miare madre, choc i tu pojawil sie problem. Najstarsza rok temu miala isc na studia, ale kto za nie zaplaci? Kasy nie ma, bo skad, a dofinansowania nie dostanie, bo nie maja stalego pobytu. A nie maja, bo kilka lat temu, jak glupki, wrocili z Anglii do Polski, liczac na spadek. Spadku nie dostali i po trzech latach wyemigrowali ponownie, jak niepyszni. Poniewaz jednak przerwali pobyt, wiec musza lata zbierac od nowa. Pozyczki z banku tez nie dostana, bo nie maja wydolnosci kredytowej. Mloda placze, bo przyjeli ja warunkowo, ale grozilo jej wyrzucenie za brak oplat, wiec kto pomogl? Tesciowie! Wyslali z Polski kase na studia dla wnuczki! Od razu uprzedze, ze wiem ze zrobiliby to samo dla nas gdyby bylo trzeba. Chodzi tylko o fakt, ze tamci popelniaja jeden zyciowy blad za drugim, ale tesc ma klapki na oczach, bo "cudownie, ze az piecioro dzieci". :/ Teraz ona ma w koncu ponoc pojsc do pracy, ale bedac po 30tce, bez zadnego wyksztalcenia, jedyne gdzie znalazla zatrudnienie, to na nocki w pralni. I tak sobie mysle, czy nie lepiej bylo skonczyc szkole, zamiast rodzic jednego smarkacza za drugim? Ale do brzegu. Pytam wiec M. co sie stalo z tymi dziecmi jako bozym blogoslawienstwem, a on na to, ze "juz nie w tym wieku, bo przeciez on zaraz 50tke konczy!". Dziadek sie znalazl, ale bzykac to by sie nadal chcialo. :D Dojechalam do domu cala szczesliwa, ze byla godzina 17, a nie 19 czy jeszcze pozniej. Tego dnia mielismy rodzinne swieto, bo obiad pierwszy raz przygotowala Bi! Zrobila male tacos z jakiegos przepisu, ktory sama wynalazla. Musze przyznac, ze wyszly pyszne i wszyscy zjedlismy je ze smakiem. Nik mial trening, wiec M. go zawiozl, a my w tym czasie zasiedlismy do kolejnego odcinka Rodu Smoka. Nowe leca w niedziele wieczorem, ale przy godzinach pracy malzonka, nie ma mowy zeby siedzial do 22. Pozniej syna odebralam i dzien przelecial.
Wtorek to ponownie dzien mordowania sie z raportem. Ostatecznie przerobilam 5 jego wersji (nie w jeden dzien, we wtorek bylo ich "tylko" dwie). :O Niektore poprawki zniknely po pierwszych korektach, inne pojawily sie pozniej, a jeszcze kolejne ciagnely sie przez wszystkie wersje z kolejnymi komentarzami, ech... Nastepnym wyzwaniem bylo naniesc je w programie, bo ten automatycznie "wypluwa" raport, ale niektore rozdzialy i podpunkty sa w nim w innej kolejnosci! No bo przeciez po co ma byc zbyt latwo... Zaczelam to robic jeszcze w pracy, ale ze ostatnia wersje dostalam od szefa dopiero po 15, to nie skonczylam. Tego dnia dostalam tez od kolezanki z poprzedniej inspekcji prosbe o napisanie rozdzialu z tego, co ja na niej przerobilam. Poniewaz nadal walczylam z raportem, a w dodatku nadchodzila kolejna inspekcja, spytalam na kiedy to potrzebuje. Niestety, odpisala ze chcialaby miec to w tym tygodniu, bo ekspertka, ktora z nami byla jest na 2-tygodniowym urlopie i ona chcialaby miec cala swoja czesc gotowa na jej powrot. Suuuper. Bo ja nie mam co robic... :/ Jedynym bezproblemowym zadaniem tego dnia, okazalo sie uprzedzenie o nastepnej inspekcji. Zabralam sie za to juz we wtorek, bo wiem, ze czesto trudno jest zlapac odpowiednia osobe, ma sie nieaktualne numery telefonu, albo jakies ogolne, np. na centrale szpitala, itd. Na wypadek gdyby kilka dni zajelo mi dobijanie sie do docelowej osoby, stwierdzilam ze na numer podany w zleceniu, zadzwonie we wtorek. A tu niespodzianka, bo doktorek sam od razu odebral, wiec uprzedzilam, spytalam o parking i jestem "umowiona". Malo kiedy chyba odbywa sie to tak sprawnie. ;) Musialam tez napisac do osoby z centrali, zeby poinformowac ze za kilka dni zaczne zlecona przez nich inspekcje. Po co im ta informacja, nie mam pojecia, ale trzeba, to informuje. Tym razem mialam zreszta kilka pytan, bo brakowalo mi informacji. Babka przeslala link, w ktorym bylo wszystko, co mi potrzeba i az mi sie glupio zrobilo, bo wchodzilam na niego wczesniej i moglabym przysiac, ze byl tam tylko protokol z kilkoma poprawkami... Po pracy wrocilam do chalupy, gdzie Potworki od razu rzucily sie do mnie z marudzeniem, ze jest wilgoc i czy mozemy wlaczyc klime. Rzeczywiscie, tego dnia mielismy 24 stopnie i 95% wilgotnosci. Bylo parno jak przed burza. Burze byly zreszta zapowiadane, ale ostatecznie zadna nie nadeszla. Duchota byla jednak okropna, a przy tym nic nie schlo: ani podloga umyta wczesniej przez dzieciaki, ani reczniki w lazienkach, ani nawet wlosy Bi po prysznicu. ;) "Najlepsze" jednak, ze M. byl w domu od 1.5 godziny i jemu mlodziez nic na temat klimatyzacji nie wspomniala! :D Tak jak poprzedniego dnia, Nik mial trening i ponownie M. go zawiozl, a ja odebralam. W miedzyczasie poskladalam pranie, a kiedy przywiozlam syna, szybko wstawilam ciasto z jablkami, z kilku zrobily sie juz bowiem pomarszczone "kapcie" i trzeba je bylo zuzyc.
W srode moglam pospac dluzej bowiem pracowalam z domu, huhuhu! ;) Przy czym nie pospalam ile bym mogla, bo wczesniej Oreo przytuptala do sypialni wrzeszczac ile sil w mordce. Kiedy zwloklam sie z wyrka, okazalo sie, ze Nik tez juz nie spi. Syn postanowil skorzystac z mojej obecnosci w domu i pojechac na ryby, a na sniadanie machnac sobie pancakes.
Z jakiegos powodu nie chce ich robic kiedy nie ma doroslych, choc nie ma problemu, zeby przygotowac sobie np. jajecznice. Tak czy siak, zjadlam sniadanie, umylam sie i zasiadlam do dalszych poprawek w raporcie. Moj szef zdazyl mi juz z samego rana wyslac wiadomosc, zebym dala mu znac jak wysle raport do zatwierdzenia (to sie robi w specjalnym programie i on musi na niego wejsc), a pozniej kolejna, o ktorej mysle ze uda mi sie to zrobic. Uch... Wiem ze chlop teoretycznie jest na urlopie, wiec pewnie tez chce juz to odhaczyc i miec z glowy, ale kurna, nikt go nie zmusza, tak? Mogl machnac reka, ze sprawdzi jak wroci do pracy, ale nieee... W koncu mu to odeslalam i odetchnelam z ulga. W miedzyczasie Nik jeczal, ze chce na ryby, wiec go szybko zawiozlam. Cale szczescie, ze obrocenie w obie strony, to raptem 10 minut. W ktoryms momencie wyslal mi filmik. Cos za duzo on napotyka tam zwierzyny:
Po jakims czasie przyszla automatyczna wiadomosc z systemu, informujaca o raporcie. Czytam, a tam... ze szef odsyla go spowrotem do poprawy! Myslalam, ze wyjde z siebie! To oprogramowanie nie dziala zbyt szybko, wiec chwile zajelo zeby raport ponownie sie w nim pojawil, ale wczesniej napisalam do szefa z pytaniem, o czym zapomnialam. Okazalo sie, ze raport jest ok, tylko nie oznaczylam odpowiednio wszystkich biurokatycznych pierdol. Tu jednak kompletnie nie czuje sie winna, bowiem nikt mi tego wczesniej nie pokazal. Kiedy odsylalam w poprzednim tygodniu pierwsza wersje przy pomocy kolezanki, ta spojrzala i machnela reka. Teraz sie okazuje ze musze nie tylko wklepac odpowiednie kody (na szczescie znalazlam je w zleceniu), ale nawet czas spedzony na inspekcji musialam podzielic na "centra". Szef napisal mi ze polowe godzin mam podpiac do centrum, ktore zlecilo inspekcje, 0.25 pod kolejne i reszte pod trzecie. Tyle ze weszlam, a w systemie mam wszystko poblokowane i nic nie moge zrobic. Napisalam do szefa i... bez odzewu. Za to dostalam wiadomosc od syna, zeby go odebrac. No to odpisalam, ze ma byc zwarty i gotowy i pojechalam. Odebralam dziecko, a po powrocie okazalo sie, ze szef pisal i dzwonil, a w koncu wyslal wiadomosc ze musi wyjsc na 15 minut i zebym pozniej zadzwonila. :D Kiedy jednak czekalam, sama klikalam gdzie popadnie i w koncu odblokowalam. Okazalo sie, ze trzeba bylo usunac raport, co mnie troche przerazalo, ale na szczescie pozniej system go bez problemu wygenerowal od nowa. ;) Grzecznie, pod wytyczne szefa, pod glowne centrum dalam polowe wszystkich godzin, a reszte podzielilam po 1/4. I odeslalam. Po kilkunastu minutach pojawia sie kolejny automatyczny mail, ze... szef znow go odeslal! Przyznaje, ze mialam ochote wrzeszczec i tupac nogami! :D Co tym razem?! A to, ze szefowi chodzilo, ze jedno centrum ma polowe godzin, drugie mniej niz 1, a reszte ma dostac trzecie. To nie mogl tak napisac od razu?! A nie, pisze mi 0.25, co dla mnie oznaczalo automatycznie 1/4 godzin! Przy okazji napisal, zebym potwierdzila ilosc godzin, bo to ma byc czas spedzony na inspekcji, przygotowaniu oraz pisaniu raportu, nie wlicza sie dojazdu. Przeliczylam wiec godziny jeszcze raz, po czym dodalam te spedzone na poprawkach tego dziadowstwa. I odeslalam. Po chwili dostaje maila od szefa, ze ma ostatnie pytanie, bo rano mialam 97 godzin, a teraz zmienilam na 111. Zazgrzytalam zebami, ale wytlumaczylam ze dodalam czas poprawek i czy te sie nie licza. A, no tak, licza sie, to ok. Ugh... Za moment dostalam maila wyslanego przez system i az przeszly mnie ciarki, ale tym razem jednak raport zostal zaakceptowany! Juhuuu!!! :D Niestety, w przyszlym tygodniu znow mam inspekcje i az sie boje... :/
Jak napisalam wyzej, w srode pracowalam z domu, a wybralam ten dzien z konkretnego powodu, mianowicie syn mial zawody plywackie! Tego lata bylo ich 5, ale zapisalam go tylko na 2, bo inne wypadaly w tygodniach kiedy mialam inspekcje, a wtedy ciezko mi przewidziec, o ktorej wroce do domu. A w przeciwienstwie do zimy, letnie zawody sa zawsze w srodku tygodnia. Na M. zas wiadomo, ze nie mam co liczyc. Pozniej, jedne z zawodow, na ktore mial jechac, zostaly odwolane i w koncu zostaly tylko te. One tez przez chwile staly pod znakiem zapytania, bo prognozy zapowiadaly burze, a basen na zewnatrz. Ostatecznie popadalo tylko chwile w srodku dnia, zawodow nikt nie odwolal, wiec kiedy skonczylam prace, czym predzej zamknelam laptoka, chwycilam syna i pognalismy. Wpakowalismy sie w koszmarne korki i zamiast jechac 45 minut, droga zajela nam ponad godzine. Poniewaz nie chcialam sie zwalniac z pracy, wiedzialam, ze na rozgrzewke syn nie zdazy. Okazalo sie jednak, ze ominela go tez jedna ze sztafet i cale szczescie ze wczesniej wyslalam trenerowi maila, ze bedziemy spoznieni. A i tak weszlismy i juz inna trenerka biegla za Kokusiem zeby sie szybko rozbieral, bo za chwile ma wyscig. Faktycznie, ledwie zdjal spodenki oraz koszulke i wcisnal na glowe czepek, a juz musial ustawic sie na starcie.
Przy tym pierwszym wyscigu (50m kraulem) mial malego pecha, bo plynal przeciwko swojemu dobremu kumplowi, ktory jest jednak o rok starszy i plywal w high school, a w dodatku jakis czas temu rodzice zalatwili mu prywatne treningi. Nie mial wiec z nim wiekszych szans i przyplynal drugi. Okazalo sie przy tym, ze przeciwna druzyna nie miala w ogole chlopcow w przedziale wiekowym 13-14 lat, wiec wszystkie wyscigi nasze chlopaki mialy przeciw sobie. Pozniej plynal 100m kraulem i 50m motylkowym. Tutaj juz mial innych przeciwnikow i w obydwu wyscigach wygral.
Mnie bardzo podobaly sie te zawody, bo prowadzacy mieli wszystko pieknie zorganizowane, laczyli wyscigi gdzie sie da i mijaly ekspresowo. Spakowalam sobie i wode i kawe oraz przekaski, a tymczasem wypilam kawusie, a cala reszte przywiozlam spowrotem, bo nawet nie zdazylam zglodniec. Smialam sie tez, bo kazdemu kto wygral swoj wyscig, trenerzy rozdawali gumowe krokodylki, jak kaczuszki do wanny. Na koniec troche im ich zostalo i dzieciaki mogly sobie wziac dodatkowe. Pomyslalby ktos, ze "stare", nastoletnie chlopy wzrusza ramionami, ale gdzie - pierwsi wyciagali lapy. :D Krokodylki piszczaly przy nacisnieciu i potem kawalerowie nawzajem piszczeli sobie do uszu, rechoczac. Jak dzieci... :D Spodziewalam sie, ze bedziemy tam kwitli do 20, tymczasem skonczylismy tuz przd 19. O tej porze na drogach nie bylo juz praktycznie korkow, wiec przejechalismy do domu w 40 minut i moglismy cieszyc sie wieczorem.
Czwartek juz taki fajny nie byl, bo trzeba bylo jechac do biura. ;) Zwloklam sie rano, wyszykowalam i wio do stolycy. ;) W biurze prawie tlumy, bo 3 inne osoby, w tym moja polska kolezanka, ktorej przez urlopy oraz inspekcje nie widzialam juz chyba ponad miesiac.
Dzien zlecial na przegladaniu instrukcji na kolejna inspekcje i pierdolach organizacyjnych. Wrocilam do chalupy i w koncu mialam popoludnie, gdzie poza podlaniem kwiatkow i warzywnika, nic nie musialam. Chlopaki mialy jechac na basen/silownie, ale ostatecznie Nik stwierdzil, ze mu sie nie chce, a ze dzien wczesniej mial zawody, to mu odpuscilismy. Aha. W koncu siadlam i zabralam sie za zarejestrowanie Potworkow na sporty w szkole. Bi, choc zrezygnowala z rekreacyjnej druzyny, nadal chce plywac w szkole, a jej trener wyslal juz przynajmniej trzy przypomnienia. Nie chcialo mi sie, bo to strasznie duzo wypelniania, ale w koncu trzeba bylo przysiasc. Pozniej zarejestrowalam Kokusia i tu mialam jeszcze wiecej kruczkow, bo u Bi strona pamietala czesc rzeczy z zeszlego roku, u niego nie bylo nic. No ale w koncu sa zarejstrowani. Jeszcze musze tylko zeskanowac i wgrac formularz Nika od lekarza, bo juz mi sie nie chcialo, a bez tego nie bedzie mogl uprawiac sportu w szkole. On tez chce plywac, ale druzyna chlopcow ma swoj sezon zima. Poki co, na jesien chce uprawiac biegi przelajowe. Zobaczymy jak mu sie spodoba bieganie kilometrow po wertepach. :D
W piatek ponownie pracowalam z domu, wiec moglam pospac dluzej. Mielismy fajna, chlodna noc - 13 stopni, wiec spalo sie wysmienicie i kiedy zadzwonil budzik, nie wiedzialam co sie dzieje. ;) Wstalam, w miare sie ogarnelam (co za ulga siadac do pracy w koszulce i byle jakis spodenkach ;P) i odpalilam kompa. Chwile po mnie wstala Bi, cala podniecona, bo umowila sie z kolezanka nad jezioro. Ma pecha w te wakacje, bo wszystkie jej kumpelki ciagle maja jakies zajecia, albo sa w rozjazdach. Tyle, ze z jedna czasem razem biegaja. Byla nad jeziorem raz, na samym poczatku wakacji, potem kiedys zawiozlam ja sama, ale to zadna frajda i dopiero teraz ponownie udalo jej sie z kims umowic. Dzien wczesniej Nik twierdzil ze chce z samego rana jechac na ryby, ale spal do 10:20 i kiedy sie przebudzil, stwierdzil ze jednak mu sie odechcialo. Pojechalysmy wiec po kolezanke Bi, a potem odstawilam panny nad jezioro i wrocilam do pracy. Zalamala mnie lekko inspekcja, ktora mam przeprowadzic w kolejnym tygodniu, choc w sumie nie powinnam byc zaskoczona. No, moglam sie domyslic, ze w wielkiej instytucji (tutaj uniwersystecie) nie bedzie ona kameralna i spokojna. W teorii mam sprawdzac doktorka, a w praktyce bedzie ze mna jakas managerka, wpadac jakis dyrektor, coordynator, itd. Na samym poczatkowym spotkaniu bedzie chyba z 5-6 osob. I ja, samotna bidulka. :O W kazdym razie, dzien spedzilam glownie czytajac materialy, ktore centrum przyslalo na temat wlasnie badania, ktore przeprowadza doktorek. Poza tym, musialam zadzwonic do pomocy technicznej, bo odkrylam kolejny program, ktory mi sie nie otwiera. Niestety, moj szef nie jest zbyt dobry w informowaniu o wszystkich potrzebnych mi programach, ale za to pierwszy, zeby poinformowac, ze cos musisz zrobic. Zazwyczaj wiec dowiaduje sie o problemach z oprogramowaniem, kiedy probuje wykonac polecenie i okazuje sie, ze nie mam dostepu. ;) Pierwsza pani, ktora odebrala telefon, pyta mnie czy zmienilam grupe, departament, itd., bo zwykle do tego programu traci sie dostep, kiedy sie gdzies przenosi. Odpowiadam, ze nie. No to pyta kiedy go ostatnio otwieralam. Tu zaczelam sie smiac i odparlam, ze nigdy na niego nie wchodzilam. Ona zdziwiona, a ja tlumacze, ze dotychczas nikt mnie nie poinformowal, ze musze w tym programie cokolwiek robic. Tak czy siak, ta kobitka tylko zebrala informacje i powiedziala, ze ktos sie ze mna skontaktuje. Pomyslalam, ze bede czekac niewiadomo ile, ale okazalo sie, ze godzine pozniej na Teams napisala inna, ze cos tam pozmieniala i zebym sprobowala wejsc na program. I okazalo sie, ze tym razem mialam juz dostep! Wkurza mnie tylko, ze jest tyle ceregieli zeby to zalatwic. Wysylasz zgloszenie, w ktorym wyluszczasz o co chodzi i oni powinni to naprawic i juz. Ale nie, dostajesz wiadomosc zeby zadzwonic, dzwonisz to zadadza tylko kilka pytan i przesylaja twoje zgloszenie dalej, a potem okazuje sie, ze trzecia osoba naprawia to zupelnie bez twojego udzialu. :O Kolejna rozmowe mialam z kolezanka z poprzedniej inspekcji. Musze przyznac, ze ona jedna tak jakby wziela mnie pod swoje skrzydla i probuje pokazac niektore logistyczne rzeczy, ktore powinien mi pokazac szef, ale ma na to najwyrazniej wylane. Dopiero ona pokazala mi jak sprawdzic ilosc godzin, ktore loguje ze szkolen oraz inspekcji. Tu tez wychodzi nieogarniecie mojego szefa, bo o programie gdzie mam rejestrowac szkolenia, powiedziala mi kolezanka z biura i dopiero kiedy spytalam go jak to zrobic, pokazal mi, choc tez najpierw nie mialam dostepu, musialam wysylac zgloszenie i czekac. Pozniej okazalo sie, ze godziny rejestruje sie w jednym programie, ale raport z nich pokazuje sie w innym, bo to przeciez bardzo logiczne, ale tego szefunio juz mi nie powiedzial. A kiedy mialam rozmowe z nim na temat postepow, mruknal cos, ze mam wpisanych za malo godzin treningu. To mu powiedzialam, ze nie mialam pojecia ze musze je wpisywac oraz gdzie, dopoki kolezanka mnie nie poinformowala, tyle ze to byl juz chyba koniec lutego lub marzec... Facet nie raczyl jednak nic wytlumczyc, a potem zastanawialam sie, ze wbijam te godziny szkolen, ale nie moge nawet podejrzec co wpisalam, zeby chociazby sprawdzic czy sie nie pomylilam! Dopiero teraz kolezanka pokazala mi jak wygenerowac raport, tylko znowu, takie informacje powinny isc od szefa! Poza tym, pokazala mi gdzie wklepac nadgodziny oraz dodatkowy czas w podrozy. Mamy pensje, wiec ile godzin bysmy nie pracowali, zaplaca nam tyle samo, ale okazuje sie, ze za te dodatkowe godziny mozemy pozniej wziac wolne. Fajnie byloby o tym wiedziec, ale moj szef nie pisnal ani slowa, nawet kiedy jechalam dwa razy na inspekcje w niedziele! Szkopul w tym, ze niby trzeba o te dodatkowe godziny poprosic z wyprzedzeniem, co jak dla mnie jest nielogiczne. Podroz to jeszcze moze, ale np. jak wracalam z mojego miesiecznego wyjazdu i moj lot zostal odwolany, to jest sytuacja, ktorej nie da sie przewidziec. Albo kiedy jezdzilam tydzien temu na inspekcje i siedzialam tam do 18-19, bo musialam sie dopasowac do innych inspektorow. Zreszta, jezdzac samej, tez moze sie czasem okazac, ze musze siedziec dluzej zeby sie wyrobic w okreslonym czasie, tylko ze tego nie da sie przewidziec. Za tamten poprzedni tydzien chyba juz nic nie wygryze, bowiem nawet kolezanka nie wpisala sobie nadgodzin, bo nie poprosila z gory o dodatkowy czas, ale musze pamietac zawczasu np. o podrozy, bo to juz jestem w stanie czesciej przewidziec. W kazdym razie, pomiedzy czytaniem materialow oraz telefonami, zawiozlam Bi oraz kolezanke nad jezioro i po 4 godzinach odebralam. W koncu dzien pracy sie skonczyl, zamknelam kompa, zgarnelam mlodziez i pojechalismy po spozywke. Po zakupach, na szybko i z zegarkiem w reku, podjechalismy do sportowego, bo Nik chcial kupic nowy pojemnik na przynety. Ten, ktory dostal na poczatku z wedka, jest malutki i juz nic tam nie moze upchnac. Bi oczywiscie skorzystala i wziela sobie kolejny stanik do biegania. ;) Wrocilismy do domu, podlalam warzywa, troche posiedzialam na ganku delektujac sie cieplym wieczorem i dzien sie skonczyl.
Do poczytania!

































