piątek, 12 czerwca 2026

Praca, praca, a poza tym upal i nudy

Sobota, 6 czerwca, to odsypianie tygodnia. Niby nie mialam inspekcji i siedzialam na tylku w biurze i w domu, ale i tak bylam zmeczona calym tygodniem. ;) Kiedy wreszcie wstalam, zjadlam sniadanie i sie ogarnelam, zabralam sie za sprzatanie. Nie wiem co my robilismy, ale podloga w kuchni i korytarzu byla w strasznym stanie. A nawet ostatnio bardzo nie padalo, wiec zwierzaki nie wlazily mokrymi lapkami... Kiedy M. nad ranem wstawal do pracy, zauwazyl ze na zewnatrz zrobilo sie 16 stopni, wiec wylaczyl klime i pootwieral okna. Dla mnie bylo idealnie, ale mlodziez juz od rana jeczala ze im za goraco. Tego dnia znow mielismy prawie 30 stopni, a w dodatku bardzo podskoczyla wilgotnosc powietrza. Kiedy chodzilam po domu, slyszalam jak kapcie mi "skrzypia", bo wszedzie byla warstewka wilgoci. Zanim zaczelam myc podloge, uleglam wiec blaganiom Potworkow i wlaczylam klime, bo inaczej pewnie pol dnia by minelo, zanim by wyschla. W miedzyczasie do domu wrocil M. i zaczal dopytywac czy w czyms mi pomoc. Nie poznaje, slowo honoru. ;) Chyba musze czesciej wyjezdzac, zeby malzonek nie zapomnial, ze moje obowiazki wcale nie sa takie proste i szybkie, a nie jak kiedys potrafil palnac, ze "przeciez pranie robi pralka", albo "naczynia myja sie w zmywarce". No tak, i to "samo" sie tak laduje, wyjmuje, sklada, itd. :D Widze, ze troche mu sie oczy otworzyly... W kazdym razie, jak skonczylam sprzatac, moglam chwile odetchnac, choc nie za dlugo, bo tego dnia jechalismy do spowiedzi, a pozniej na msze. Zawsze tak planujemy, zeby do spowiedzi jechac do polskiego kosciola w sasiednim miescie, ale potem przejechac do naszego zwyklego. Niestety, to tak 25 minut jazdy, wiec troche nas gonil czas. Nieraz nie zdazylismy, bo jak trafi sie duzo ludzi, albo jakas osoba spowiadajaca sie z polowy zycia, to niestety. Tym razem tez mielismy pecha, bo kilka osob przed nami byla staruszka, ktora siedziala w konfesjonale ponad 10 minut! Wiem, bo w ktoryms momencie, z inna kobieta przede mna, patrzylysmy na zegarki i smialysmy sie, ze te babcie to nie maja sie z czego spowiadac, a do ksiedza laza co tydzien na pogaduchy. W konfesjonale sa male okienka, wiec w koncu zaczelysmy zagladac, co sie dzieje. Staruszka byla irytujaca, samolubna i po prostu bezczelna, bo nie dosc, ze z ksiedzem gadala niewiadomo ile, to pozniej usiadla na krzeselku (ktore po jakies licho bylo w konfesjonale, obok klecznika) i tam siedziala! Nie wiem czy zmawiala pokute, czy co, no ale ma caly kosciol zeby usiasc. Serio korcilo mnie zeby zastukac i opiep**yc glupia babe, tylko pomyslalam, ze w takim przybytku chyba troche nie wypada. ;) Zeby bylo smieszniej, po tej babie byly kolejne dwie osoby, potem nasza czworka, a kiedy wychodzilismy, ona nadal siedziala w lawce z rozancem! Widac, ze przychodzi sobie do kosciola dla rozrywki, no i krzyzyk jej na droge, ale powinna ruszyc mozgownica i pomyslec, ze cala kolejka czeka za nia na spowiedz. :/ W kazdym razie, wyspowiadalismy sie i popatrzylismy na zegarek. Mielismy niecale 25 minut do mszy w "naszym" kosciele, wiec stwierdzilismy ze powinnismy na styk dojechac. Jak to bywa, po drodze zaliczylismy chyba wszystkie mozliwe swiatla i zatory, ale na msze wpadlismy akurat w srodku pierwszego hymnu. Cale szczescie, ze w Hamerykanckich kosciolach zwykle tlumow nie ma i nawet spozniony czlowiek, znajdzie miejsce w lawce. :D Po powrocie do domu, Bi namawiala mnie na jazde rowerowa, ale po pierwsze mialam okres, wiec srednio mi sie chcialo, a po drugie M. przypomnial mi ze w lodowce nadal lezy reszta masy serowej, pozostala po pieczeniu tortu dla panny! :O To juz prawie miesiac, wiec otworzylam wiaderko bez wiekszych nadziei, a tymczasem masa wygladala i pachniala zupelnie normalnie. Strach sie bac czego oni do niej dodaja. ;) Stwierdzilam wiec, ze zamiast jezdzic na rowerach, lepiej szybko wskocze pod prysznic, a pozniej machne mini cytrynowe serniczki. W koncu kolejnego dnia niedziela, a wiec obowiazkowa wizyta dziadka. ;) I dobrze sie zlozylo, bo jak tylko zeszlam na dol po prysznicu, okazalo sie, ze kropi i w oddali grzmi. Po chwili zrobilo sie ciemno i lunelo. Gdybysmy pojechaly z Bi, na bank zlapal by nas deszcz. Burze przechodzily co chwila przez reszte wieczora, wiec nikt juz sie nigdzie nie ruszyl. Z jedynych "sensacji", to wczesniej, w dzien, na tarasie przysiadl sobie taki piekny gosc:

To mlody jastrzab rdzawosterny, co mozna poznac po braku upierzenia charakterystycznego dla doroslych osobnikow

Nie wiem dlaczego postanowil usiasc akurat na balustradzie naszego tarasu, ale balam sie, ze bedzie probowal zapolowac na naszego kota, choc ten byl w sumie podobnej wielkosci. Oreo jednak przepadla na caly dzien i przebiegla do drzwi dopiero kiedy nadeszly wieczorne burze. A! Noga Bi nadal wyglada kiepskawo. Nie wiem czy nie skonczy sie kolejna wizyta u lekarza... Tego wieczora zaczela jej z tego wyplywac krew z chyba ropa. Pisze "chyba", bo ropa zwykle paskudnie smierdzi, a tego nie czuc. Moze wiec to tylko jakis "wysiak". Mam cicha nadzieje, ze to dobry znak, wyjdzie to co powinno, a reszta sie zagoi, ale nie wiem...

W niedziele znow moglam pospac, choc juz wylegiwac sie, to nie bardzo. Tego dnia panna umowila sie z kolezanka w tym naszym klubie, na 10 rano. Wstalam wiec, szybko zjadlam sniadanie i wyszykowalam sie, po czym corke zawiozlam. Przy tym sie zirytowalam, bo Bi, jak zawsze kiedy spotyka sie z jakas kolezanka, poganiala mnie i niemal przytupywala noga z niecierpliwoscia. Szkoda, ze kiedy wychodzimy gdzies jako rodzina, to wtedy rusza sie jak mucha w smole... W kazdym razie, dojechalysmy punktualnie, a tymczasem kolezanka spoznila sie prawie 15 minut! I nie odpowiadala na sms'y Bi, telefony zas przelaczaly sie natychmiast na poczte glosowa. Krazylam tam z panna z nudow po tym parku, bo nie bylam pewna czy kolezanka w ogole dojedzie (a nie chcialam za chwile wracac kiedy Starsza stwierdzi ze nie chce zostac tam sama), ale wreszcie dotarla... Zostawilam wiec Bi i wrocilam do domu, ale tego dnia Nik wymyslil, ze chce jechac na ryby. Wszyscy koledzy mieli jakies sporty i uroczystosci rodzinne, wiec stwierdzil, ze pojedzie sam, wlasnie do tego klubu! Tyle ze nie chcial jechac juz o 10, wiec w koncu, okolo 11:30 spytalam o ktorej on zamierza sie tam wybrac, bo umawialam sie z dziadkiem. Wtedy nagle stwierdzil, ze "teraz"! Zasuwalam wiec do klubu kolejny raz, zeby odstawic syna... Dobrze ze to doslownie 5 minut drogi, bo inaczej wscieklabym sie z taka jazda pierdylion razy. 

Zima, na tym stawie jezdzilismy na lyzwach :)

Dziadek przyjechal i posiedzial na tyle dlugo, ze Mlodziez zdazyla wrocic. Malzonek wzial moje auto (bo to ono wpisane jest w rejestracje czlonka klubu) i po nich pojechal. Panna twierdzila, ze smarowala sie kremem ochronnym co chwila, ale niestety robila to nie do konca dokladnie, bo miala zaczerwienione ramiona, a do tego smieszne placki na ramieniu, na nodze, a nawet na... stopie. :D Za to kawaler strzaskal kark oraz ramiona, bo o smarowaniu nawet nie pomyslal. :D Za to wreszcie udalo mu sie zlowic pierwsza rybe! Niestety, nie ma foty, bo okazalo sie, ze mial problem z odczepieniem haczyka, na pomoc pospieszyl mu jakis pracownik klubu, po czym rybe... wypuscil, zanim Mlodszy zdazyl poprosic o zdjecie. ;) Ale nawet bez "dowodu", byl oczywiscie dumny jak paw. Po odjezdzie dziadka, popoludnie minelo zwyczajnie, na wstawianiu prania, zmywarki, podlewaniu warzywnika, itd. Wybralismy sie tez z M. na spacer. Bi siedziala nad ksiazkami, bo zblizaja sie egzaminy koncowe, ale tradycyjnie, Nik dogonil nas na rowerze. 

W poniedzialek pracowalam z domu, wiec zawiozlam rano Potworki do szkol, po czym wrocilam do domu, zdazylam zjesc sniadanie i musialam sie laczyc na cotygodniowa rozmowe z szefem. Ta na szczescie potrwala raptem 15 minut, po czym moglam kontynuowac przygotowania do kolejnych inspekcji.

Zanim to nastapilo, dobudzalam sie w lozku z kiciulem na brzuchu :) 

Byla piekna pogoda, slonce i bardzo cieplo, ale nie upalnie i bez wysokiej wilgotnosci. Myslalam, ze znow usadowie sie na tarasie, pod parasolem, ale jak na zlosc, gdzies ciagle ktos kosil trawe, sasiad naprzeciwko trzaskal naprawiajac cos w garazu, a dodatkowo jakas ekipa z miasta kopala najpierw w ogrodzie jednego sasiada, a potem kolejnego. Nie mam pojecia co robili; moze cos z kanalizacja, moze linie wysokiego napiecia, bo u nas sa pod ziemia... W kazdym razie, w calym sasiedztwie tak halasowali, ze przeszlo mi przez mysl, iz latwiej byloby sie skupic w biurze. ;) W miedzyczasie, skoro bylam w domu, zaoferowalam ze zamarynuje, a potem upieke lososia, a do tego mlode ziemniaki. Wrocil ze szkoly Nik i pierwsze co, to burknal, ze nie ma ochoty na rybe i ze my lososia jemy prawie co tydzien. Co jest bzdura, bo mamy go srednio raz na miesiac, a pamietam z dziecinstwa, ze mielismy na obiad rybe naprawde w kazdy piatek, wiec niech nie narzeka. Ale pozniej jednak zjadl i to ze smakiem... ;) Bi napisala zeby po nia pojechac jeszcze przed 15, co do niej niepodobne, ale skoro chciala... Ona przynajmniej od razu sie ucieszyla na wiesc o lososiu na obiad. Na 17:15, Nik umowil sie z kolega na ryby w tym naszym klubie. Zawiozlam go, a potem wrocilam do domu, zgarnelam corke i pojechalysmy w koncu po kwiatki do doniczek na tarasie. Juz prawie polowa czerwca, a ja nie moglam sie za to zabrac. Oczywiscie taka mundra jestem, ze w ogrodniczym wzielam kwiatki, ale juz o dodatkowych klatkach na pomidory, to zapomnialam. Trudno, bede sie ratowac tyczkami, bo po same klatki nie chce mi sie tam jechac. Klub gdzie Nik pojechal na ryby, otwarty jest do "zmierzchu". Problem w tym, ze to oznacza inna godzine w roznych miesiacach. Kiedy go zawozilam, spytalam pania w budce, ktora poinformowala mnie, ze obecnie to okolo 20:15. Pojechalam wiec po syna o 20, bo nie chcialam ryzykowac, ze mnie nie wpuszcza i bede musiala szukac go na piechote. ;) Zgarnelam panicza, ktory byl caly nieszczesliwy, bo kolega zlowil 4 ryby, a on sam... zadnej. Nie wiem czy zawinila wedka, czy technika, choc Nik twierdzi, ze kolega mial jakies lepsze przynety. Hmmm... Mlodszy ma ich cale pudelko, mniejszych, wiekszych, blyszczacych, kolorowych, z fredzelkami, itd. No i ostatnio zlowil jedna, wiec nie wiem czy to akurat problem z przyneta, chociaz przyznaje, ze nie znam sie na tym kompletnie. W kazdym razie, wieczor minal juz spokojnie i bez pospiechu.

Wtorek oznaczal dla mnie kolejny dzien pracy zdalnej. Niby nam nie wolno brac dwoch dni pod rzad, ale teraz juz zglupialam, bo kiedy wpisalam sobie prace z domu na pierwsze dwa dni w tygodniu, spodziewalam sie, ze szef odpisze, ze musze ktorys wybrac. Tymczasem zatwierdzil je bez komentarza. Mozliwe, ze dlatego, ze teraz moge nie miec okazji na prace z domu przez dluzszy czas. Jak by nie bylo, nie narzekalam. :) Byl kolejny dzien pieknej pogody: po poludniu goraco, ale bez wilgotnosci. Sporo czasu pracowalam wiec z laptokiem na kolanach, pod parasolem, na tarasie. ;) W czasie przerwy na lunch pojechalam oddac przesylke z Amazona, bo pozniej moglabym to zrobic dopiero w weekend, a odkladalam to juz jakis czas i balam sie, ze w koncu zapomne. Przy okazji zamowilam i odebalam dzieciakom bubble tea, bo znajduje sie zaraz obok.

Mialo byc pysznie, a wyszlo... inaczej 

To niestety skonczylo sie lekka porazka, bo kiedy Nik wrocil ze szkoly i radosnie chwycil za napoj, okazalo sie, ze zle smakuje. Najprawdopodobniej uzyli zepsutego mleka. Ja swoje wypilam, bo wzielam cos innego niz zwykle, wiec nie wiedzialam ze cos jest nie tak ze smakiem. Bi powiedziala, ze jej smakuje troche dziwnie, ale da sie wypic. Mlodszy jednak jest bardzo wrazliwy na nieswieze mleko (w domu to on zwykle pierwszy wyczuwa nie taki smak czy zapach, gdzie ja pije i dla mnie smakuje normalnie), wiec swoje wylal, odcedzil tylko i zjadl tapioke. Przypomnialo mi sie, ze jeszcze 2 lata temu odcedzal ja, ale nasiona wyrzucal, a napoj wypijal. :D W kazdym razie, wrocilam do domu zanim jeszcze wszyscy dojechali i kontynuowalam prace, a gdy ja w koncu skonczylam, zabralam sie za przesadzenie kwiatkow w doniczki. Przy okazji stwierdzam, ze jestem strasznie stara, bo wszystko ustawilam sobie na najnizszym schodku przy patio, wiec chwile spedzilam taka pochylona. A kiedy przyszla pora sie wyprostowac... nie moglam! :O Bol i sztywnosc i musialam to robic pomalutku i stopniowo, niczym zgrzybiala staruszka. ;) Kwiatki jednak posadzilam, choc pomylilam sie i mimo ze chcialam wziac dwie mieszanki, to chyba jeden zestaw sadzonek ma wszystkie kwiatki jednakowego koloru. Dotarlo to do mnie jednak dopiero w momencie gdy zostala mi ostatnia doniczka, wiec trudno, dwie beda mialy rozne kolory, a jedna tylko rozowe. :D

Narazie wygladaja jakos tak slabowato, ale mam nadzieje, ze sie porzadnie rozrosna 

Malzonek pojechal z Kokusiem na trening, wiec nie musialam po syna jechac, co dalo mi godzinke bez nikogo zawracajacego mi gitare. Bi siedzi w ksiazkach, wiec prawie jej nie widac. ;) Ten wieczor juz taki spokojny nie byl, bo musialam szykowac sie na kolejna inspekcje, ktora mialam zaczac z kolezanka kolejnego dnia. Bez sensu tak w srode, ale ona miala poniedz - wt jakies szkolenia, wiec nie mogla zaczac wczesniej.

W srode niestety ranek byl juz chaotyczny i nieco w pospiechu. Wyszykowac sie, spakowac laptoka oraz przekaski i musialam pedzic do biura. Nie mialam kluczykow do sluzbowego auta, wiec musialam zapitalac dwie kondygnacje, po czym zbiec na dol, wymienic auta i w koncu moglam ruszyc na inspekcje. Okazalo sie, ze dojechalam pierwsza. Umowilismy sie o 9:30, ale wiadomo, ze nie wiedzialam jaki bedzie ruch na drodze, wiec wyjechalam z zapasem czasu i dotarlam tam juz o 9:15. Przynajmniej mialam czas "pobawic" sie autem, bo pierwszy raz mialam Forda i nie moglam sie w nim ogarnac. Kiedy je wzielam, przysunelam tylko siedzenie blizej i pojechalam, bo nie chcialam tracic czasu. W drodze jednak szybko zaczelam sie wkurzac. Wiem ktory chlopak jezdzil nim wczesniej i to nie jest jakis wielki "byczek"; chlopina tylko troche wyzsza ode mnie. Tymczasem fotel odsuniety 2m od kierownicy i maksymalnie obnizony - siedzialam niemal zgieta wpol i ledwie cos widzialam znad kierownicy. :/ Wszystkie lusterka tez mialam ustawione zupelnie od czapy, choc te akurat latwo bylo poprawic. Probowalam cos tam macac i patrzec, ale jednoczesnie prowadzac, nie bardzo moglam. Dopiero na miejscu zaczelam sie blizej przygladac wszystkim guziczkom i na szczescie udalo mi sie fotel podniesc i ustawic. Pozniej uswiadomilam sobie, ze ostatniego dnia bede musiala zatankowac i... nie moglam znalezc guzika do otwarcia wlewu! Patrzylam, szukalam, podnioslam dywanik, bo w ktoryms aucie kiedys mialam "wajche" wlasnie pod dywanikiem. Nic! Dopiero kiedy podjechal moj szef i wychodzilam z auta zeby sie przywitac, patrze, a guzik na drzwiach! :O A jeszcze skrzynia biegow to nie galka, ktora sie przesuwa, tylko takie pokretelko. Nie moge sie przyzwyczaic i ciagle wrzucam zly bieg. :D Pierwszy dzien inspekcji to dla mnie zawsze lekki chaos i opatrzenie sie z dokumentami. W mojej pracy najtrudniejsze jest to, ze choc mam sprawdzic te same rzeczy, to kazda firma ma inny system dokumentacji, inne programy, itd. Tak naprawde tylko dane pacjentow maja podobne kategorie, ale w jednych miejscach sa one papierowe, a w innych elektroniczne, te ostatnie zas wszedzie sa inne bo kazda klinika dopasowuje je do swoich potrzeb. W kazdym razie, staralam sie byc jak najbardziej pomocna, a jednoczesnie probowalam bacznie obserwowac kolezanke, bo na tym rodzaju inspekcji jestem drugi raz i jak znam mojego szefa, za trzecim wysle mnie sama. ;) Tutaj dodatkowo, nie mieli (lub nie chcieli nas tam umiescic) pomieszczenia gdzie moglibysmy wygodnie usiasc. Wpakowali nas do malego pokoiku zabiegowego (takiego serio, 5x4m), gdzie wstawili dwa male stoliki turystyczne. :D Przy jednym stoliku ja i kolezanka usiadlysmy z laptopami, na drugim pracownicy rozlozyli dokumentacje pacjentow. Na reszte segregatorow zabraklo miejsca, wiec ulozyli piramide na... kozetce. :D Nasz szef (ktory byl tylko obserwatorem) usiadl na fotelu w kacie. Skonczylismy zaraz po 16, ale niestety, o tej porze sa juz takie korki, ze z zajazdem do biura i wymiana aut, do chalupy doturlalam sie dopiero o 17:40. Po calym dniu siedzenia w pokoiku wielkosci celi wieziennej, potrzebowalam powietrza. Poszlam na spacer, a M. oczywiscie ze mna. Po powrocie ucielam do wazonu kilka kwiatow piwoni, bo przygina je az do ziemi, a na kolejny dzien zapowiadali burze. Wiedzialam, ze jesli popada na nie deszcz, to przygniecie je kompletnie i do niczego nie beda sie juz nadawaly.

Jak one pachna!

Tego dnia nie bylo jeszcze bardzo goraco (28 stopni), ale wyraznie podskoczyla wilgotnosc. Poniewaz w nocy temperatura miala spasc ale tylko do 20-21 stopni, wiec wiedzialam ze chalupa sie nie schlodzi, a przy wilgotnosci czlowiek bedzie sie caly kleil. Zarzadzilam wiec wlaczenie klimatyzacji, mimo ze malzonek cos tam kwekal, ze po co... ;) W srode Bi konczyla lekcje wczesniej, bowiem tego dnia bylo zakonczenie roku dla najstarszych klas. Za to zostala chwile po lekcjach, bo na angielskim mieli w grupach odegrac wybrana scene z "Romea i Julii", ale w jakiejs alternatywnej wersji. Jej grupa nagrala pojedynek z bohaterami z "Krainy Lodu" w roli glownej. Niestety, nie mieli zadnych kostiumow, wiec poznac mozna to tylko po slowach narratora, ktory komentowal cala scenke. ;)

Jakosc calego filmiku (a wiec i zdjecia) fatalna, ale tu wlasnie Bi Hans dzga mieczem (chyba) Else :D

Czwartek oznaczal pobudke jak dzien wczesniej i jazde do biura, szybka wymiane auta i wio, na inspekcje. Szlo nam calkiem sprawnie, ale i tak siedzielismy tam do 16. Ponownie, zanim dojechalam do chalupy, byla 17:30. Tego dnia juz od rana czuc bylo wysoka wilgotnosc. Powietrze mozna bylo doslownie krajac nozem. Cala droge widzialam na horyzoncie ciemne chmury, a kiedy dojechalam do biura, straznik pytal czy zlapal mnie deszcz, ale na mnie nie spadla ani kropelka. Tymczasem, kiedy dojechalam do domu, moje osiedle bylo cale mokre. Malzonek mowil ze przeszla tam krotka, ale intensywana ulewa. Niestety, popadalo za krotko zeby porzadnie podlac moj warzywnik i juz godzine pozniej byl wlasciwie suchy. Ucieszylam sie, ze ucielam piwonie, bo jej kwiaty sa bardzo delikatne i raczej nie przetrwalyby nawet krotkiego deszczu. Kiedy wrocilam, okazalo sie ze Nik, po powrocie do domu i zjedzeniu obiadu... zasnal. Balam sie, ze bedzie chory, wiec poszlam pomacac mu czolo. Obudzil sie, ale tylko burknal, fuknal i polozyl sie spowrotem. ;) Powinien jechac na trening, ale poniewaz spal w najlepsze kiedy przyszla pora sie zbierac, to zostawilismy do w spokoju. Co ciekawe, pozniej niechcacy obudzil go M., a jeszcze chwile potem, sam zszedl na dol, po czym stwierdzil ze dalej czuje sie zmeczony i wrocil do lozka. O ktorej sie obudzil? O 21:45! :O I oznajmil, ze nie pamieta, ze go budzilismy, nawet tego ze zszedl na dol! Tego dnia Bi ponownie mialam skrocone lekcje, tym razem poniewaz dla wszystkich klas (poza najstarszymi) zaczynaly sie egzaminy koncowe. W czwartek panna pisala egzamin z fizyki oraz historii, ale poza tym miala czas wolny. Jak dla mnie taki grafik jest mocno bez sensu, ale co ja tam wiem. ;) Skoro juz mowa o Starszej, to noga jej sie w koncu chyba goi. Rozowa otoczka sie wyraznie zmniejsza, tyle ze strasznie jej sie z niej luszczy skora. Tam, gdzie zrobil sie niemal otwor, z ktorego wyplywala ropa, teraz jest strup. Kiedy odpadnie, podejrzewam, ze zostanie mala blizna, ale na szczesnie to malo rzucajace sie w oczy miejsce.

W piatek, niczym w Dzien Swistaka, zerwac sie rano i na inspekcje. Tego dnia, jakims cudem, prawie nie bylo korkow po drodze do biura, wiec na miejsce inspekcji dojechalam dobre 20 minut przed reszta. Co zreszta bardzo mnie ucieszylo, bo moglam spokojnie posiedziec na telefonie i zrelaksowac sie przed intensywnymi kilkoma godzinami. Tego dnia ponownie bylo 30 stopni i 75% wilgotnosci i juz dzien wczesniej nasze miasteczko oglosilo, ze wszystkie szkoly maja skrocone lekcje. Zupelnie tego nie rozumiem, bo fakt, ze nasze podstawowki nie maja klimatyzacji, wiec ok. Szkola Kokusia jednak, klime posiada, wiec nie wiem dlaczego nie pozostawili "gimnazjum" na caly dzien... Chyba ze chodzilo czesciowo o autobusy szkolne, ktore chlodzenia nie maja i ponoc panuje w nich koszmarny zaduch, pomimo otwartych wszystkich okien... Szkola Bi oczywiscie i tak miala skrocone lekcje ze wzgledu na egzaminy. Ktorych nie ma zreszta z kazdego przedmiotu. I tak, tego dnia panna zdawala skrzypce, gdzie musiala zagrac melodie na ocene i zoologie, z ktorej miala do napisania raport. A! Chyba zapomnialam, ze 2-3 tygodnie temu, "licealisci" mieli specjalny test ze znajomosci hiszpanskiego. Jesli sie go zda, jest sie zwolnionym z uczeszczania na ten jezyk. Bi zdala, wiec moglaby nie brac hiszpanskiego do konca high school, ale rozsadnie planuje zaliczyc jeszcze kilka poziomow. W kazdym razie, oba Potworki wrocily do domu wczesniej, z czego oczywiscie byli niezmiernie zadowoleni, bo to prawie jak dlugi weekend. ;) Nam, na inspekcji, tez udalo sie wyjsc nieco wczesniej. Kolezanka i szef mieli okolo 2 godzin drogi, a piatkowe korki, szczegolnie latem, zapowiadaly sie dosc koszmarnie, wiec stwierdzili, ze im szybciej wyjada, tym lepiej. Wyszlismy o 14:30, co oznaczalo, ze do domu dojechalam o 16 i wydawalo mi sie, ze jest tak wczeeesnie! ;) Tego dnia Nik umowil sie ponownie z kolega na ryby w tym naszym klubie. Poniewaz nie bylam pewna o ktorej dotre do domu, a wjechac musial moim autem, bo to na nie mam zarejstrowane czlonkostwo, wiec mial jechac na 18. Kiedy wyjezdzalam, napisalam do niego ze jade wczesniej, wiec moze dac znac koledze, ze przyjedzie okolo 17. Nie odpisal, a kiedy dojechalam do domu, okazalo sie, ze po szkole... ponownie zasnal! Zjadlam wiec przywieziona przez M. pizze i zabralysmy sie z Bi na zakupy. Najlepsze, ze jeszcze jestem w sklepie, a syn odpisuje "ok". Dopiero sie zbudzil i zobaczyl moja wiadomosc. :D Napisalam mu, ze teraz za pozno, bo jestem na zakupach i moge go zawiezc dopiero jak wroce. Odpisal z jakimis pretensjami, ze go nie budzimy, wiec musialam mu przypomniec poprzedni dzien, gdzie zostal obudzony trzy razy, bezskutecznie i nawet tego nie pamieta! W kazdym razie, wrocilam do chalupy, wnioslam torby, po czym zgarnelam syna i zawiozlam go do klubu. Kiedy jechalam ze sklepu, na horyzoncie widzialam ciemne chmury, ale teraz wydawalo sie, ze przechodza bokiem. Odwiozlam syna, zdazylam wziac prysznic i usiadlam sobie spokojnie na werandzie z przodu, kiedy zaczelo padac. Nie przejelam sie bardzo, bo bylo goraco, a chlopaki wiedzialy ze moze im troche popadac na glowe i sie nie przejeli. W razie czego sa tam budynki i wiaty pod ktore mozna sie schowac. Niestety, po chwili zaczelo grzmiec, blyskac i rozpadalo sie na dobre. Nik wczesniej twierdzil, ze burza mu niestraszna, ale teraz zadzwonil, zeby po niego pojechac. Mieli zostac do 20, a skonczylo sie na 19:25. ;) W ciagu tej 1.5 godziny jednak, Kokusiowi udalo sie zlapac rybe, wiec wyjechal w szampanskim humorze. Tym razem mial zdjecie na dowod. :D

To jest bas wielkogebowy, powszechna tutaj slodkowodna ryba, jesli wierzyc tlumaczowi Google :D

Jak to bywa, jak tylko wrocilismy, zaczelo sie przejasniac, ale w oddali grzmialo co chwila przez kolejna godzine. Coz, przynajmniej odpadlo mi podlewanie warzywnika. :)

Milego weekendu!

piątek, 5 czerwca 2026

Przeskakujemy z maja w czerwiec w nieco spokojniejszym stylu

Przez ten miesieczny wyjazd, mam wrazenie, ze nie bylo kwietnia i calutki maj mylilam sie i mowilam wlasnie "kwiecien", "teraz, w kwietniu", itd. Caly czas musialam sobie przypominac, ze mamy juz maj. ;) A on i tak smignal mi zupelnie niezauwazenie. Wrocilam 6-ego, potem przyjecie urodzinowe Bi, inspekcja z szefem, poczatek kolejnej, dlugi weekend, kontynuacja zaczetej inspekcji i prosze, mamy czerwiec. Ktory zleci pewnie rownie szybko, bo w planach jest, tak jak w maju i kemping i wyjazdowa inspekcja...

Sobota, 30 maja, to oczywiscie odsypianie hotelowych nocy. Budzik nastawilam na 9, ale sama obudzilam sie wczesniej, tyle ze mialam lenia i lezalam az zadzwonil. Dzien przywital nas deszczem oraz 8 stopniami. Do tego niesamowita wichura, ktora sprawiala, ze temperatura odczuwalna wyniosla... 0. Tak, dobrze czytacie. ZERO! Praktycznie w czerwcu!!! :O Okazalo sie tez przy okazaji, ze w ciagu minionego tygodnia, malzonek zdazyl skrecic termostaty do 15 stopni, wiec chalupa sie wychlodzila, a ogrzewanie nie wlaczalo. Szybko je podkrecilam. ;) Taki dzien bylby odealny na zaszycie sie w domowych pieleszach, ale niestety, nie bylo mi dane. Najpierw jednak chwycilam za odkurzacz i mopa i ogarnelam podlogi na gorze, a Potworki swoje pokoje. Mamy juz koncowke wiosny, a nasz kot, pomimo ciaglego wyczesywania, gubi tyle klakow ze mozna oszalec. Wszedzie fruwaja czarne klaczki, niczym piorka, a dywanik w korytarzu u gory, na ktorym kot uwielbia spac, wygladal jak pokryty futrem. Najlepsze, ze to dziadostwo strasznie jest ciezko odkurzyc. Trzeba naprawde wyczesywac pod wlos, pasmo za pasmem. Odkurzanie oraz mycie podlog to jednak bylo przynajmniej zajecie domowe. Tego dnia niestety bylo ostateczne wydarzenie zwiazane ze zbiorka pieniedzy na badania nad leczeniem raka. Nie wiem czy pamietacie jak Nik niedawno sprzedawal ciasto? To byla jedna ze zbiorek pieniedzy, a teraz wszystkie zespoly oraz chetni przypadkowi ludzie, zjechali do sasiedniego miasteczka, zeby urzadzic "sztafete zycia". Ogolnie chodzilo o to, zeby przez caly dzien, od 8 rano do 23 wieczorem, caly czas ludzie chodzili naokolo wyznaczonej trasy. Wokol niej ustawione byly pojazdy z roznorakim jedzeniem i to chyba na nich byl glowny zarobek. :) W kazdym razie, grupa Kokusia oczywiscie chodzila, a ja, jak glupia, zapisalam sie jako opiekun. Na swoje usprawiedliwienie, wpisalam sie jeszcze bedac na miesiecznym wyjezdzie, a potem zapomnialam w ogole ze to juz w ten weekend. ;) Dobrze, ze znajac moje upodobanie do weekendowego spania, zapisalam sie od 13 do 15, ale widzac pogode za oknem, odechcialo mi sie jechac. Nik byl oczywiscie jednak caly podekscytowany i mial do mnie jakies pretensje, ze on chcial byc tam juz o 8! Kiedy przypomnialam, ze nic mi o tym nie powiedzial, burknal ze zapomnial ze to w ta sobote, co byloby logiczne, tyle ze bylo nieprawdziwe. Kiedy bowiem wiozlam go dzien wczesniej ze szkoly, przypomnialam mu ze maja sztefete kolejnego dnia. Czy syn wspomnial, ze chce jechac juz o 8? Ani slowka! A M. byl tego dnia w domu, wiec mogl go spokojnie zawiezc. Ale nie, lepiej strzelac jakies fochy do matki... :/ Tak czy siak, pojechalismy na 13 i szybko pozalowalam ze wydarzenia nie odwolano. Na szczescie, poranny deszcz przeszedl w mzawke od czasu do czasu, ale wichura urywala glowe i bylo potwornie zimno. Temperatura utknela na 8 stopniach i nie miala zamiaru podniesc sie ani o jote.

Nie pamietam z jakiej byli organizacji, ale jako dodatkowa atrakcja, przez chwile po torze jezdzily konie 

Sama nie planowalam marszu, ale szybko znalazlam sie na torze, bo chodzac bylo po prostu cieplej. ;) W dodatku, organizatorzy nie przewidzieli najwyrazniej ze na koniec maja beda potrzebowali cieplych napojow, wiec sprzedawali wode (z lodowki!) oraz lemoniade, ale ani kawy, ani herbaty nie mieli... :/ Nik oczywiscie nie zglaszal pretensji co do pogody. Ja mialam koszuke, polarowa bluze oraz grube ponczo. Moj syn zalozyl spodnie oraz bluze, ale takie najciensze, bez zadnego polarka w srodku. Rano w ogole chcial zalozyc krotkie spodenki, ale na szczesnie sam stwierdzil, ze moze byc mu zimno. Choc widzialam kilku takich delikwentow. Nik twierdzil ze jest mu cieplo i chodzil dziarsko wokol toru.

Na drugim planie, grupka wesolkow. Raz bylo ich wiecej, raz mniej, ale wszystkim dopisywaly humory. I tak, oni wszyscy sa w VIII klasie! :D

Za kazde okrazenie, ludzie mogli nawlec na sznurek koralik, a po zebraniu pieciu, czyli tyluz okrazeniach, robilo sie jedna mile (1.6 km). Ja nie bawilam sie w zadne koraliki, ale dzieciaki, nawet nastoletni chlopcy, jak najbardziej. ;)

Przy chodzeniu oraz zimnie, Mlodszy zglodnial. To "cos" to Mac&cheese (makaron z serem) w rozku na lody. Takie dziwaczne polaczenie, ale wsrod dzieciakow zrobilo furore :) 

Niestety, popelnilam strategiczny blad i skoro bylo zimno, to zalozylam kozaki zamiast adidasow. Te okazaly sie niezbyt wygodne do takiego lazenia. Pod koniec juz co chwila gdzies przysiadalam, bo choc nogi dawaly rade, to zaczely mnie bolec podeszwy stop. Wreszcie nadeszla upragniona 15, zgarnelam syna i wrocilismy do domu. Pojechalismy oczywiscie, bo trzeba bylo jechac do kosciola, ale cieszylam sie ze przed wyjsciem moge sie napic goracej kawy. Po powrocie Nik sie szybko przebral i zazadal zawiezienia spowrotem. W miedzyczasie w koncu sie rozpogodzilo, ale nadal pizdzilo jak w Kieleckim i temperatura podniosla sie ledwie do 12 stopni. Stopy nadal mi dokuczaly, wiec tylko odstawilam Kokusia i wrocilam bez zalu do domu. Mialam nadzieje odebrac go o 20, ale jego grupa planowala zostac na jakiejs ceremonii o 20:30, wiec wiedzialam ze pojade pewnie okolo 21. Pozniej jednak mnie wkurzyl, bo napisal, ze dwoch kolegow zostaje do 23 i on tez chce. Po krotkiej wymianie sms'ow, gdzie ja pisalam ze nie ma mowy, a on sie ze mna wyklocal, napisalam wkurzona zeby robil co chce. Po jakims czasie jednak nagle napisal, ze jednak wraca o 21. Moment pozniej dostalam kolejna wiadomosc - ze ceremonia sie przedluza i bedzie musial zostac dluzej. Odpisalam mu wiec zeby napisal mi kiedy mam po niego wyjechac. O 21:08 - dzwoni: gdzie ja jestem?! Bo on myslal, ze bede gdzies tam na niego czekac! Nosz, do cholery! Ta, zadzieram kiece i lece! Wypadlam z domu i... z przyzwyczajenia pojechalam w strone basenu, czyli przeciwna do tej, co powinnam! :D Syna jednak w koncu odebralam i na szczescie nadal krecilo sie tam sporo ludzi, a tata jednego z kolegow poczekal az dojade, za co bylam mu bardzo wdzieczna. I wreszcie moglam klapnac na kanapie bez cieglego zerkania na telefon. Ostatecznie przeszedl 11 mil, czyli 17.7 km. :)

W niedziele moglam znow pospac, z czego chetnie skorzystalam. Niestety, o 7:30 Oreo (Klakier :D) zaczela jazgot bo chciala wyjsc, wiec zwloklam sie z lozka, poczlapalam na dol, wypuscilam niesfornego kotecka i wrocilam do lozka. Glownie chcialam sie zagrzac, bo w nocy bylo 7 stopni, wiec w domu zrobilo sie lodowato i nad ranem slyszalam ze wlaczal sie piec. Spodziewalam sie, ze juz nie zasne, a jednak mi sie przysnelo. Budzik nastawilam na 9, ale obudzilam sie sama o 8:45 i tu juz nie zasnelam. Wstalam i jak to w domu, zaraz po sniadaniu i lekkim ogarnieciu musialam sie zabrac za robote. Kiedys oszaleje z ta moja rodzina, choc glownie z M., bo Potwory, choc sa coraz starsze, jednak nadal sie ucza patrzenia wokol siebie i zauwazania syfu. Pomalu idzie to do przodu, choc przyznaje ze Bi ma wzrok "wybiorczy", bo w swoim pokoju wiecznie robi jakies czystki, natomiast reszte domu ma w nosie. ;) Nik ma burdel na kolkach u siebie, ale czasem bez przypominania rozladuje zmywarke, a w sobote umyl podlogi w swoim pokoju, ale tez w sypialni rodzicow. Ale do brzegu. W poprzednim tygodniu wyjechalam w czwartek, potem bylismy na kempingu, a zaraz po nim nie bylo mnie reszte tygodnia w domu. Przyznaje, ze malzonek radzi sobie calkiem niezle beze mnie; nikt nie chodzi glodny i wszyscy zyja, ale chalupa cierpi na jego "gospodarzeniu". Kiedy po powrocie w koncu sie rozejrzalam, wszystko mi opadlo. Lazienka na dole usyfiona, zlew brudny, lustro zachlapane. Kuchenka tylko przetarta, cala w tlustych smugach i przypalonych kropkach. Mikrofala wola o pomste do nieba. I najwyrazniej nikomu poza mna, to nie przeszkadza! :( Mialam to ogarnac juz w sobote, ale po powrocie z chodzenia tak bolaly mnie stopy, ze odpuscilam. W sumie w niedziele (i poniedzialek) nadal je czulam, ale stwierdzilam, ze nie dam rady tego dluzej ignorowac... Wyszorowalam co trzeba, z czego najgorsza jest zawsze mikrofala. Nie dosc, ze wiekszosc z jej plam jest zaschnieta, trzeba odmaczac, czekac i pierdylion razy wycierac, to jeszcze nasza jest podwieszona, wiec ciezko siegnac do samego tylu. Jak juz skonczylam, to napisalam do taty, ze moze wpadac na kawe, z czego oczywiscie radosnie skorzystal. ;) Dziadek posiedzial jak zawsze ze 3 godzinki, a pozniej z M. poszlismy na spacer, gdzie po chwili dogonil nas Nik. Jak wychodzilismy, to gadal przez telefon z kolega, wiec tylko powiedzialam mu ze idziemy i nie przyszlo mi do glowy, ze bedzie chcial isc z nami. Najlepsze, ze poszlismy inna trasa niz zwykle, wiec lazil w kolko po sasiednim osiedlu, az w koncu przyszlo mu do glowy sprawdzic nasza lokalizacje. :D Tego dnia bylo cieplej niz dzien wczesniej, bo temperatura doszla do 20 stopni, ale na noc zaczela gwaltownie spadac, a do tego nadal mocno wialo, wiec szybko zamykalismy okna, bo robilo sie lodowato. Na wieczor trzeba bylo sie szykowac do roboty, ale przyznaje, ze po tych ciaglych wyjazdach, praca we wlasnym biurze to niczym wakacje. :D

Poniedzialek zaczal sie normalna ranna pobudka. W nocy bylo 8 stopni, wiec w domu tez bylo zimno jak cholera. Malzonek powtarza ze musimy sie cieszyc, ze nie ma upalow, z racji ze klima jest nadal nie naprawiona, ale ja dziekuje za takie temperatury w czerwcu. Jechalam normalnie do biura, wiec zaproponowalam Potworkom ze podwioze ich do szkol, z tym ze Bi musialaby wracac potem na piechote. Moze zostac na terenie szkoly do 17, a ja zwykle z pracy dojezdzam 15-20 minut pozniej. Niestety, w sobote zadarla z ojcem, reagujac na ochrzan strzelaniem morderczych min i mamrotaniem "madrosci" pod nosem, a M. jest osobnikiem bardzo zawzietym, wiec twierdzi ze nie moze w tej chwili na nia patrzec. Wiedzialam wiec, ze nie ma szans zeby odebral ja ze szkoly. ;) Panna pojechala wiec na rowerze, ale podrzucilam Kokusia i dobrze, bo panicz ma ostatnio obsesje na punkcie fryzury; rano nie mogl jej ulozyc, wiec umyl glowe. I byl gotow tak isc na autobus z mokrymi wlosami! Przypominam, ze o tej porze bylo jakies 9-10 stopni. :O W kazdym razie, odwiozlam syna do szkoly, a potem pojechalam do mojego cichego i spokojnego biura, w ktorym byly az... 2 osoby! :D Dzien mijal szybko, tym bardziej ze niespodziewanie musialam wyjsc wczesniej. Od 2-3 tygodni Bi babrze sie cos na nodze. Ona mowi ze zaczelo sie jak ugryzienie komara, z tym ze zrobilo sie duzo wieksze, czerwone naokolo, a w tej chwili wyglada jakby na srodku bylo wypelnione plynem lub ropa. No, wyglada paskudnie i choc na poczatku mowilismy jej zeby smarowala mascia na ugryzienia, to niestety, zupelnie nie pomagala. Juz na kempingu myslalam ze moze dobrze by bylo gdyby obejrzal to lekarz, ale potem wyjechalam, M. mial ta noge ogladac i oczywiscie... olal. "Bo jak mnie nie ma, to on nie ma na nic czasu." Taaa... Ale z Kokusiem w kosza to mial czas grac, zamiast spedzic 10 sekund spogladajac na lydke corki. Tak czy siak, jak w piatek wrocilam i sama popatrzylam, wiedzialam ze trzeba z tym pojsc do lekarza. Tyle ze zanim Bi wrocila bylo juz pozne popoludnie i kiedy przypomnialo mi sie o jej nodze, za pozno bylo zeby sie umawiac na wizyte. Zadzwonilam w poniedzialek rano i na szczescie wcisneli nas na 15 tego samego popoludnia. Panna nie musiala sie zwalniac ze szkoly, ale ja z pracy juz tak. Jeszcze sie zalamalam, bo po pierwsze, byly korki i balam sie ze nie dojade na czas na wizyte, a po drugie, u lekarza byl straszny tlok. Nasz pediatra ma osobna przychodnie dla dzieci chorych, bylam tam wielokrotnie z Kokusiem i serio, tylu dzieci jeszcze tam nie widzialam! Zwykle tylko wchodzilismy i zaraz bylismy brani do gabinetu, a teraz czekalysmy 25 minut. Kurcze, jest juz praktycznie lato, sezon grypowy za nami; skad tyle chorych dzieci?! Teraz boje sie, ze przyjechalysmy z czyms na nodze, a zarazic tam sie moglysmy czyms duzo paskudniejszym. :/ Tak jak przewidzialam, lekarka tez stwierdzila, ze cokolwiek bylo to na poczatku, teraz wdarlo sie tam zakazenie i przepisala antybiotyk. Odwiozlam panne do domu, chwile pogadalam z malzonkiem, ktory akurat wrocil z pracy, po czym pojechalam do apteki. Na szczescie antybiotyk byl juz gotowy, a nie jak czasem bywalo z Kokusiem, gdzie musialam wydzwaniac do lekarza i dopraszac sie recepty. Lek Bi dostala na 7 dni i 3 razy w tygodniu, wiec kolejna zalamka, bo oczywiscie ze kto bedzie tego pilnowal? No przeciez ja! :/ Ludzilam sie, ze panna (ktora dopytywala o lekarza od tygodnia) sama bedzie pamietac, ale gdzie. Juz pierwszego wieczora zapomniala. Ech... Wieczor minal juz w miare spokojnie. Pan od klimy wspominal wczesniej, ze moze przyjedzie w poniedzialek, ale... nie przyjechal. :/ Za to poszlismy z M. na spacer, gdzie ponownie dolaczyl do nas na rowerze Mlodszy. Ktory tez doprowadzal mnie do bialej goraczki, bo kurna, wraca do domu o 15. Trening ma o 18:45, wiec mnostwo czasu. A on nagle, o 17:30, zaczyna wymyslanie. Ze pojedzie do centrum. Za chwile, ze z kolega podjada do parku pograc w kosza. Mowie, ze gdzie, jak za godzine musi sie szykowac na basen. On zdazy. Taaa, juz to widze. Jeszcze do centrum moze by obrocil, ale ile on chce grac w kosza, 10 minut? W koncu strzelil focha, bo powiedzialam, ze kategorycznie nie i zeby z kolegami wymyslali takie cuda przynajmniej godzine wczesniej... Pozniej ojciec zawiozl go na trening, ja odebralam i dzien zlecial.

We wtorek pracowalam z domu, wiec moglam pospac tyci dluzej. Zwloklam sie tylko na czas zeby zawiezc Potworki (plus sasiadke) do szkol. Wrocilam do domu, zjadlam sniadanie, umylam sie i zasiadlam do roboty. Tego dnia w koncu bylo wyraznie cieplej, wiec rozlozylam na tarasie parasol i pracowalam z takiego przyjemnego stanowiska. :)

Z jednej strony mialam przylatujace do karmnika kolibry

Z drugiej zwierzyniec domowy 

Poniewaz kolega wyjechal natychmiast po naszej inspekcji, wiec wiadomo, ze mnie przypadlo w udziale napisanie wiekszosci raportu. Wczesniej pisalam tylko takie najprostsze rozdzialy, wiec teraz szlo mi jak po grudzie. Sporo mialam tez szukania, we wlasnych notatkach, w starszych raportach, protokolach, itd., bo co i rusz skrobalam sie po glowie, probujac domyslic sie, co napisac w tej sekcji, czy innej. Tuz przed 15 przyszla ze szkoly Bi, z sasiadka oraz jeszcze inna kolezanka. Tego dnia grupa lekkoatletyczna organizowala bankiet, w tym klubie, gdzie jestem czlonkiem. Niestety, mimo ze byl on w sumie zaraz po szkole i mogli przewiezc mlodziez autobusami, to jednak oglosili ze sportowcy musza sie tam dostac na wlasna reke. Dlatego wlasnie tego dnia wybralam prace z domu, zeby moc zawiezc Bi. Potem okazalo sie, ze tamte dwie dziewczyny nie mialy jak sie dostac na bankiet, bo ich rodzice byli w pracy, wiec zaproponowalam, ze je wezme. W koncu i tak tam jechalam. ;) Zawiozlam panny i wrocilam do chalupy. Tymczasem Nik mial zastepczego kierowce autobusu, ktory kompletnie pomylil trase. Patrzylam na jego lokalizacje i w ktoryms momencie jechali w zupelnie zlym kierunku i wyladowali w sasiedniej miejscowosci. :D Zamiast jechac 15 minut, jechali 40. :O Pracowalam grzecznie do konca mojej dniowki, a potem zdazylam szybko zjescobiad i zaraz ponownie wybywalam z chalupy. Bankiet lekkoatletyczny byl glownie dla mlodych sportowcow, ale na 17:15 zaproszono rodzicow na rozdanie nagrod i dyplomow. Tam okazalo sie, zgodnie z moimi przewidywaniami, ze brakowalo doslownie polowy dzieciakow, ktore podejrzewam ze nie mialy jak dojechac. No i dowiedzialam sie, ze cala grupa lekkoatletyczna liczy sobie 230 sportowcow! :O Tu naszla mnie tez refleksja, ze jednak te mniejsze zespoly, jak plywacki, fajniejsze sa wlasnie przez swoja kameralnosc. A wczesniej mi sie wydawalo, ze 30 dziewczyn to taaak duzo! :D Tam jednak trenerzy starali sie zeby kazda zawodniczka zostala za cos wyrozniona, zeby te najstarsze byly odpowiednio wynagrodzone i uhonorowane przed odejsciem ze szkoly, itd. Tutaj, przy takiej ilosci zawodnikow, trzeba bylo sie naprawde wykazac zeby byc zauwazonym.

Panna odbiera dyplom 

Zgodnie z moimi przewidywaniami, wszyscy dostali dyplomy, ale wyroznienia trafily do garstki (doslownie 10) zawodnikow, ktorzy przeszli do szczebla stanowego. Oprocz tego, jakies pojedyncze nagrody dla seniorow, ktorzy startowali przez wszystkie 4 lata i tyle. Reszta mogla tylko popatrzec i poklaskac. Troche smutne. ;) Po wszystkim zabralam panne do domu. Na szczescie nie wymyslala, ze chce jeszcze pogadac z kolezankami. Wspomniala tylko ze chcialaby w weekend przyjechac z nimi tam do klubu, bo okazalo sie, ze otworzyli juz plaze. Bylo po 18, wiec ledwie dojechalysmy do domu, a M. wzial moje auto i pojechali z Kokusiem na silownie/basen. Ja w tym czasie podlalam warzywnik i wstawilam pranie, a takze przyszykowalam sie na kolejny dzien w biurze. Po powrocie obaj chlopaki popedzili pod prysznice, a ja wygrzebalam z piwnicy moja swieczuszke i "bzyczek" na owady. Malzonek zrobil porzadki, wiec teraz nic nie moge tam znalezc. :D Wyszperalam je jednak w koncu i przysiadlam na frontowym ganku.

Nawet klimatycznie :) 

Poki co, noce nadal sa chlodne, wiec komary az tak nie dokuczaja, choc juz kilka ugryzien niewiadomo skad mam. Wystarczy sie przejsc po ogrodzie. ;)

Sroda to juz wczesniejsza pobudka i jazda do biura. Ponownie podwiozlam Kokusia do szkoly, a Bi wolala rower, zeby moc wrocic na nim potem domu. ;) W biurze cisza, spokoj i pustki. Poza mna slyszalam chyba w oddali jedna osobe. Sama zas kolejny dzien walczylam z motywacja do pisania raportu. I mocno ta walke przegrywalam. :D W koncu nadeszlo (czy tez wrocilo, bo mielismy juz troche pieknej pogody) lato, bylo 28 stopni, wiec wczesnym popoludniem wyszlam zeby zrobic pare koleczek wokol budynku. Dalej sie nie zapuszczam, bo centrum naszej stolycy to niezbyt bezpieczna okolica, a w dodatku, zaraz za rogiem mamy stacje kolejowa, gdzie kreci sie rozny "element". Na kazdym rogu budynku mamy jednak kamery, przy tym byl srodek dnia, wiec mialam jako takie poczucie bezpieczenstwa. Moze zludne, ale jednak. ;) Chodzac tak w kolko, dojrzalam faceta, ktory na chodniku, miedzy ulica a jakims plotem, uprawial... joge. :D W dodatku zaraz nad nim przechodzi autostrada, wiec powietrze tez nie jest tam zbyt czyste. A zaraz za naszym budynkiem jest malutenki skrawek trawy i nawet (marne, bo marne, ale zawsze) drzewko, wiec byloby mu duzo przyjemniej, no ale jak woli brudny chodnik... ;)

Zarosniety chwastami chodnik, ulica, brama, a nad nim autostrada. Po prostu wymarzone miejsce na joge :D

Niechetnie wrocilam do srodka, ale coz, trzeba bylo nadal walczyc z raportem. Zrobilam zreszta maly postep i mialam nadzieje, ze kolejnego dnia skoncze swoja czesc, przynajmniej dopoki kolega tego nie sprawdzi i nie zazada jakichs poprawek. ;) Dostalam tez wlasne konto, na ktore w czasie inspekcji, ludzie moga mi przesylac dokumenty. Teraz musze sie tego ustrojstwa nauczyc, hehe... W obecnych czasach wiekszosc firm rezygnuje z papieru i wiekszosc dokumentacji ma w wersji elektronicznej. Najczesciej oni maja zabezpieczenia, my mamy wlasne i potem nikt nikomu nic nie moze wgrac na USB. Takie konto ponoc zazwyczaj dziala, choc zdarza sie ze firmy maja taka ochrone systemow, ze nie da sie tego obejsc i musza wszystko drukowac. Problem w tym, ze dokumentacja medyczna to czesto sa tysiace stron i wez to drukuj... Po pracy, w tragicznych korkach, doturlalam sie do domu, gdzie wieczor spedzilam juz leniwie. Obiad, lody na tarasie i jedyne co musialam, to podlac warzywnik, bo po takim goracym dniu i bez zapowiadanego deszczu, roslinki wolaja o ratunek. 

"Klakier" spi i sni pewnie o zlapaniu kolibra :D

Jak to w srode, Nik nie pojechal na trening, wiec cala nasza czworka rozproszyla sie po domu i leniuchowala ile wlezie. ;) A pod wieczor, przez ogrod sasiadow naprzeciwko, pod samymi ich frontowymi drzwiami, przelazl... niedzwiedz! Jeden z wielkich samcow, ktory ma na ludzi wylane, bo M. wyszedl i zaczal krzyczec i klaskac, ale misiek nawet nie odwrocil glowy. Ja niestety tez wybieglam przed dom i probowalam pstryknac fotke, ale zaslanialy mi krzaki. Gdybym zostala w domu, to z okna w salonie mialabym duzo lepszy widok. ;)

W czwartek w Polsce swieto, ale u nas dzien jak codzien. Trzeba sie bylo zwlec z lozka, co nie bylo latwe, bo Oreo przylazla i mruczala ugniatajac mi pecherz. ;) Wyszykowalam sie i znow zabralam syna, zas corka pojechala do szkoly na rowerze. W porannych korkach doczolgalam sie do biura, w ktorym nie bylo... nikogo. :) Na szczescie dojechala jedna babka z zywnosci, a pozniej moja polska kolezanka, wiec mialam z kim pogadac. :) Lekko sie zirytowalam, bo na przyszly tydzien zarezerwowalam sobie auto. Forda wczesniej nie bralam, ani nigdy nie mialam, wiec chcialam go sobie obejrzec. Mamy teraz appke w kompie, gdzie mozemy zaklepywac samochody. U nas zwykle nie ma z tym problemow, a tu na kolejny tydzien nagle praktycznie wszystkie zarezerwowane! W kazdym razie, chcialam obejrzec sobie pojazd, ide do szafki z kluczykami, a ich nie ma! :/ Okazalo sie, ze kolega zarezerwowal auto (ale nim nie jezdzil, bo stalo nadal w garazu), wzial kluczyki, ale rezerwacje wklepal tylko w nasz stary kalendarz, do ktorego nie mam dostepu, zamiast w nowy system. Coz, obiecal ze je odstawi zanim bede musiala wziac auto, ale zobaczymy. ;) Tego dnia wreszcie udalo mi sie skonczyc raport, juhu! Patrzec juz na niego nie moglam i nawet nie chcialo mi sie przeczytac tego, co naklepalam, zanim wysle to do kolegi. ;) Po odhaczeniu dniowki, wrocilam do domu, gdzie juz rezydowala reszta rodziny.

Podczas poszkolnych biegow, Bi i jej kolezanki dojrzaly kacza mame, przy ktorej plynelo 26 kaczat. DWADZIESCIA SZESC!!! :O 

Malzonek nadal obolaly byl po silowni we wtorek, wiec stwierdzil ze nie jedzie i spytal Kokusia czy ten chce jechac na trening. Nie poznaje tego mojego meza, bo jeszcze niedawno wsciekal sie jak Potworki marudzily przed basenem, a teraz nagle pyta czy syn chce jechac. :O Mlodszy oczywiscie sam nie wie czego chce, bo najpierw odpowiada zebysmy mu powiedzieli czy ma jechac. Zaczelam sie smiac, ze ma okazje sie wywinac od treningu, a nas pyta? Pytam wiec ponownie, czy ON chce jechac? On nie bardzo chce, ale zebysmy my zdecydowali. Taka wymiana zdan trwala chwile, po czym stracilam cierpliwosc i oznajmilam, ze dobra, w takim razie nie jedzie. Oooo, ale wtedy nie bedzie mial zadnego sportu... Nie no, udusze kiedys! ;) No to ok, jedzie! Ooooo, ale on wroci o 20 i na nic juz czasu miec nie bedzie... Pisalam, ze udusze?! :D Ostatecznie nie pojechal, ale poszedl... pobiegac. Nie mam pojecia co moje dzieciaki maja ostatnio z bieganiem i ogolnie ze sportem, ale nie poznaje. :O

Piatek moglam zaczac tyci pozniej, bo pracowalam z domu. Z tej "okazji" zawiozlam do szkol oba Potworki. Ciesze sie, ze jeszcze chwila a beda wakacje, a potem oboje beda w tej samej szkole, 5 minut od domu. Rozwiozlam mlodziez i wrocilam do chalupy, gdzie ciagle ktos mi o cos zawracal tylek. Szef, jedna kolezanka, druga... Wlasciwie to z jedna sie umowilam kilka dni wczesniej, ze da mi znac kiedy bedzie dzwonic do firmy, gdzie mamy miec inspekcje w przyszlym tygodniu. Wiekszosc naszych inspekcji jest bowiem zapowiedziana i trzeba kilka dni wczesniej zadzwonic i uprzedzic. Troche to irytujace, bo i dodatkowy stres i kolejna strata czasu, ale mozna sie dowiedziec pozytecznych informacji logistycznyc, np. czy adres jest nadal aktualny i jak wyglada sytuacja z parkingiem. Tym razem jednak nie mialysmy szczescia bo najpierw odezwala sie automatyczna sekretarka z pierdylionem opcji, a kiedy w koncu odebrala administratorka, przekazala ze pani doktor (ktora mamy sprawdzac) akurat jest na telefonie i oddzwoni za kilkanascie minut. Okey. Minely dwie godziny i nie oddzwonila, wiec kolezanka ponowila probe. Po kolejnym odsluchaniu mechanizmu, odezwala sie ta sama osoba i na prosbe o przelaczeniu do lekarki, przelaczyla, ale wlaczyla sie automatyczna sekretarka. Tu jednak kolezanka juz zostawila szczegolowa wiadomosc, z ktorej jest agencji, kiedy przyjezdza na kontrole i ktore badania bedzie sprawdzac. Pozniej powiedziala mi, ze z naszej strony to wystarczy, bo dostala sie w koncu bezposrednio do pani doktor i zostawila jej wiadomosc na poczte glosowa. Teraz od niej bedzie zalezalo czy oddzwoni, czy zignoruje. Kolezanka smiala sie, ze czasem ludzie tak robia, majac nadzieje ze jak nie odbiora i nie oddzwonia, to sie nie pojawimy. No to sie moga zdziwic. :D Ostatecznie stwierdzila, ze jesli do konca dnia nikt sie nie odezwie, to moze w poniedzialek jeszcze raz sprobuje zadzwonic, ale tak czy siak, inspekcje zaczniemy zgodnie z planem. To byla pozyteczna czesc dnia, ale poza tym chcialam na spokojnie poczytac dokumentacje oraz przepisy na ta inspekcje, a takze na kolejna bo nie bede miala miedzy nimi czasu. Tymczasem inna dziewczyna zawracala mi gitare, bo chciala pogadac o inspekcji, ktora bedziemy robic w... polowie lipca! Serio kobieto?! Mam po drodze dwie inne, na tamta akurat powinnam miec troszke czasu na przygotowanie, a ona chce rozmawiac o niej ponad miesiac wczesniej?! A do kompletu mialam jeszcze szefa, ktory dopiero teraz skonczyl raport z inspekcji, ktora robilismy zaraz po moim powrocie ze szkolenia. Przeslal mi go do sprawdzenia, jakbym malo miala na glowie. :/ Coz, sprawdzilam i znalazlam kilka bledow, wiec na szczescie mialam dowod, ze faktycznie raport przeczytalam. ;) Wrocil z pracy M., troche wczesniej, bo w koncu mial przyjechac facet od naprawy klimatyzacji. Zaraz po nim dojechal Nik, z ktorego po prostu padlam ze smiechu. Okna mielismy pootwierane, wiec slyszalam zatrzymujacy sie autobus, a chwile pozniej chodnikiem przeszly dzieciaki z jego szkoly. Czekam az zadzwoni do drzwi, albo trzasna garazowe, a tu nic. Po kilku minutach zaczelam wygladac przez okna, zastanawiajac sie gdzie ten chlopak sie zaszyl, ze jeszcze nie dotarl pod drzwi. Nigdzie go nie widze, wiec sprawdzam jego lokalizacje, ktora jednak utknela na glownej drodze przy szkole. Pozniej widze autobus, ktory musi na naszym osiedlu zrobic koleczko i dopiero wyjechac. A moment pozniej - idzie Nik! Kiedy w koncu dotarl, pierwsze to pytam czy zasnal w autobusie?! No i mialam nosa, bo Mlodszy przyznal, ze upal dziala na niego usypiajaco. ;) Dobrze, ze przebudzil sie jeszcze na naszym osiedlu, bo jakby odjechal gdzies dalej, kierowca musialby go chyba ostawic do szkoly i dzwoniliby zeby go odebrac. Cos takiego kojarze z przepisow. ;) Niedlugo po Kokusiu dojechal na szczescie pan od klimy i zabral sie za robote. Niestety, musielismy wymienic caly kompresor, a jeszcze istnialo ryzyko ze nie da sie go dopasowac do systemu, albo z jakiegos powodu nie zadziala. Ja za to w kolko jezdzilam, bo najpier pojechalam po corke, ktora po szkole pobiegala z kolezankami, wrocilam i posiedzialam do konca dniowki nad praca, a pozniej czym predzej pojechalam na zakupy. Po nich podjechalysmy jeszcze na bubble tea, bo czemu by nie. ;)

Panna musiala pstryknac fote i wrzucic na Insta :D 

Kiedy wrocilysmy, na podjezdzie wyminelam sie z panem od klimy. Okazalo sie, ze udalo mu sie wszystko podlaczyc i hula az milo! :D Panna nie miala dosc i poszla jeszcze na rower. Ja za to po chwili jechalam po syna. W czasie, kiedy bylam na zakupach, przyjechala po niego mama kolegi i zabrala chlopakow na szkolny bal. Pozegnalny dla VIII klas.

Gromada pryszczatych nastolatkow :D

Dopiero co w zeszlym roku jechala Bi, a tu juz kolej Kokusia. Musialam chlopakow odebrac i odwiezc kolege, ale na szczescie impreza skonczyla sie wczesniej niz zimowa, gdzie przed nimi mialy tance klasy VII, wiec wszystko sie opoznilo. W kazdym razie, chlopaki przyznali ze dobrze sie bawili, choc chlopcy jednak chyba mniej przezywaja takie zabawy niz dziewczyny. ;) Odwiozlam kolege i w koncu moglam wrocic na dobre do domu.

Do poczytania!

piątek, 29 maja 2026

Dlugi weekend i kolejny wyjazdowy tydzien

Piatek, 22 maja, byl niestety tak szalony, jak sie obawialam. ;) W nocy spalam fatalnie, bo po pierwsze, w nowych miejscach ogolnie mam problem ze snem, a po drugie, znow mialam pecha z pokojem. Bylam zaraz obok pomieszczenia z maszynami z napojami oraz przekaskami. Wydawaloby sie, ze to niewielki problem, ale niestety, do tych maszyn ciagnely doslownie pielgrzymki. Zaczelo sie juz wieczorem, co jeszcze mi nie przeszkadzalo, bo nie spalam. Pozniej jednak ludzie lazili do nich o 2 nad ranem, potem o 5... Kurna! Najgorzej, ze maszyny najwyrazaniej byly zepsute lub nie mialy wszystkich pokazanych opcji. Najpierw slychac bylo pipczenie naciskanych guzikow: pip, pip, pip, pip, pip... Pozniej jednak okazywalo sie chyba ze wybranej rzeczy nie ma, bo ponownie: pip, pip, pip... A na koniec, poniewaz ktos chyba rezygnowal, lub maszyna byla zwyczajnie popsuta (zgaduje, bo nie sprawdzalam), slychac bylo: brzdek, brzedek, brzdek, brzdek oddawanych monet! I zeby zdarzylo sie to raz, to ok, ale ci ludzie najwyrazniej nie spali, bo jedna osoba pipczala i brzeczala, a po chwili pojawiala sie kolejna, pytajac co tak dlugo i zabawa zaczynala sie od poczatku! W srodku nocy!!! :O Obudzilam sie wiec o 6 lekko nieprzytomna, ale dospac nie mialam jak. Zwloklam sie, wyszykowalam i poszlam na sniadanie. Bufet okazal sie skromny, ale przynajmniej byl. Ot jajka, kielbaski, jogurty, mozna bylo sobie zrobic gofry z masy z automatu, a do tego soki (z maszyny) oraz kawa. Pozywilam sie niezle i wrocilam do pokoju, jeszcze raz upewnic sie czy niczego nie zapomnialam, chwycilam kawe przy recepcji, wymeldowalam sie z hotelu i pojechalam. Poniewaz tym razem inspekcje mielismy niezapowiedziana, wiec umowilismy sie najpierw w kafejce nieopodal firmy, do ktorej jechalismy. Tam chwile pogadalismy, choc duzo do obgadania nie bylo i podjechalismy na miejsce. Oczywiscie ludzie byli niemozliwie zaskoczeni, bo po pierwsze, inspekcja, a po drugie, dzien przed dlugim weekendem. Musze przyznac jednak, ze nie okazali jakiejs otwartej niecheci, wszyscy byli sympatyczni, choc najwazniejszych managerow oczywiscie nie bylo. Mysle ze poprawilismy im humor, kiedy kolega oswiadczyl, ze planujemy skonczyc na ten dzien juz w poludnie. Okazalo sie, ze zaczynalismy na wariata juz w piatek, bowiem kolega tydzien pozniej mial wylatywac na wakacje. Ucieszylam sie, bo oznaczalo to, ze powinnismy skonczyc w czwartek lub najpozniej w piatek rano. Poki co jednak, krotko po 12 zwinelismy sie, odstawilam auto sluzbowe do pracy, po czym pojechalam do domu. O tej porze na szczescie nie bylo jeszcze wielkich korkow, wiec przejechalam w miare sprawnie. Po czym sie wpienilam, bo okazalo sie, ze beze mnie przyczepa byla praktycznie nie spakowana! Malzonek popakowal to co zwykle sam pakuje, a poza tym wrzucil posciel do przyczepy (bez scielenia lozek) i wsadzil jakies przekaski i drozdzowki, ktore kupil w Polakowie. Zapomnial jednak i o poduszkach i o nakladce na materac Bi, bo panna ma bardzo twardy, wiec w zeszlym roku kupilam jej taki miekki podklad. O reszcie jedzenia, kosmetykach czy lekarstwach tez moglam sobie oczywiscie pomarzyc... Czyli wrocilam z wyjazdu i na dzien dobry musialam sie nabiegac po schodach zeby dopakowac to, co M. olal. W miedzyczasie wrocily ze szkoly Potwory i Nik z miejsca dostal ochrzan, bo okazalo sie, ze nie spakowal swoich ciuchow, a mial to zrobic dzien wczesniej. Pozniej tak sie spieszyl, ze wieczorem okazalo sie iz zapomnial... pizamy. Na szczescie pizama to maly problem, spal po prostu w koszulce i spodenkach. Gorzej byloby gdyby zapomnial czystych gaci. ;) W kazdym razie, spodziewalam sie, ze wskoczymy w auto jak tylko mlodziez wroci, a tymczasem nie dosc ze konczylismy pakowanie, to jeszcze Potworki zazyczyly sobie obiad. W ten sposob wyruszylismy dopiero o 16:10, a na miejsce mielismy 2.5 godziny jazdy. O tej porze juz wszedzie byly oczywiscie korki, wiec jechalismy ponad 3. :/ Dojechalismy jednak i troche nas zatkalo. ;) Na tym kempingu bylismy pierwszy raz i choc miejsc kempingowych nie mieli zbyt wielu, to teren byl ogromny! Od budynku rejestracji, jechalismy dobre kilkanascie minut zeby dotrzec do naszej miejscowki. Jest to las stanowy, ktory jest pod ochrona, z racji ze to bardzo rzadki ekosystem - pine barrens, czyli w wolnym tlumaczeniu "sosnowe pustkowie". Podloze piaszczyste, o kwasnym odczynie, rosnie tam bardzo rzadka mieszanka sosen oraz karlowatych debow, a calosc usiana jest wieloma niewielkimi polodowcowymi stawami. Tworzy sie tam wiele otwartych przestrzeni, gdzie naturalnie rosnie zurawina. Dojezdzajac na miejsce, mijalismy wiele pol wlasnie ja uprawiajacych. W kazdym razie, dojechalismy tak pozno, ze kiedy w koncu ustawilismy i rozlozylismy przyczepe oraz rozpakowalismy niezbedniki, pozostalo juz tylko na tyle czasu zeby rozpalic ognisko. Posiedzielismy przy nim grzejac dupki, choc nie strasznie dlugo, bo bylam padnieta po hotelowej nocy, a M. pracowal bez przerwy 5 (!) tygodni, wiec tez marzyl juz tylko zeby sie w koncu wyspac.

Jakos tak, zawsze na pierwszym kempingu zapominamy jak szybko schladza sie przyczepa. W nocy temperatura spadla do 9 stopni i mimo pozamykanych okien, troche zmarzlismy. Obudzilam sie kilka razy bo bylo mi zimno w stopy, a Nik po ciemku szukal skarpet. Swoja droga, to nie wiem jak to bedzie z Kokusiowym spaniem za rok czy dwa. W tej chwili, kiedy glowe ma przy samej scianie, nogi dosiegaja mu konca lozka. Jak jeszcze troche urosnie, beda mu zwisac. ;) Mysle, ze bedzie musial spac na wskos, ale nawet tak moze mu zabraknac miejsca... W kazdym razie, sobota na kempingu okazala sie calkiem niezla. Z domu tata donosil, ze pada deszcz, ale u nas bylo sucho. Momentami nawet przebijalo lekko slonce.

Tak, zaraz obok ma dywan. Nie, woli lezec na piachu :D

Temperatura moze nie powalala, bo bylo 17 stopni, ale nie ma co narzekac. ;) Lazilismy na spacery, a Nik uparl sie ze chce jechac nad najblizszy staw na ryby. Pojechal z nim M., bo chcial zobaczyc gdzie to w ogole jest zeby potem syna nie szukac po calym kempingu. 

Nasza miejscowka, na ktorej M. akurat szykuje swoja wedke

Chlopaki wrocili po godzinie bez ryb, ale tez bez splawikow, bo te im... odpadly. :D Humory jednak dopisywaly. ;) Na lunch malzonek zrobil na grillu hamburgery, a jak wszystko ulozylo sie w zoladkach, stwierdzilismy, ze pojedziemy na wycieczke rowerowa. Jak wspomnialam, teren wokol kempingu jest ogromny. Oprocz kilku drog, prowadzacych z jednych miejsc kepingowych, na drugie, mieli cala siec sciezek rowerowych, a takze piaszczystych szlakow, przeznaczonych dla... koni. Dobrze czytacie. Jeden obszar kempingowy byl przeznaczony wylacznie dla ludzi z konmi. Przejechalismy sie tam zeby popatrzec na piekne koniki, ale zdjec nie robilam bo wlasciciele patrzyli. ;) W kazdym razie, wyruszylismy na rowery, ale niestety, ja dosc szybko wymieklam. Niestety, Nowa Anglia to gorki i doliny, wiec caly czas to zjezdzalismy w dol, to trzeba sie bylo wspinac.

Bi tez z nami byla, ale wysforowala sie gdzies do przodu 

Moj rower z naszych jest najstarszy, z najgorszymi przerzutkami i najciezszy, bo pozostala trojka ma leciutkie aluminiowe ramy. Dodac do tego, ze ze wszystkich jestem w najgorszej formie i ledwie zipialam. ;) Przejechalismy sie jeszcze potem po miejscach kempingowych obok (m.in. tych z konmi) i stwierdzilam ze nigdzie sie juz nie ruszam. Pomimo zachmurzonego nieba i niezbyt wysokiej temperatury, Bi zapragnela sie wykapac, pobliski staw mial bowiem wydzielona plaze. Litosciwie, malzonek zabral corke, a ta wrocila zachwycona, twierdzac ze woda byla bardzo przyjemna. Taaa... Kiedy ich nie bylo, Mlodszy wzial mala siekierke ojca i oddal sie z pasja ciosaniu patykow.

Co za zabawa! :D 

Pytal co ma z nich robic, ale ze wprawy nie ma zadnej, wiec byl mocno obrazony kiedy stwierdzilam, ze jego pierwszy twor przypomina koreczek do doopki. :D Wieczorem znow ognisko i trzymalam kciuki zeby pogoda kolejnego dnia nas zakoczyla, bo prognozy byly po prostu tragiczne.

No coz, nie zaskoczyla. :D W niedziele od rana lalo, raz mocniej, raz slabiej. Temperatura byla rownie przygnebiajaca, bo mielismy 13 stopni. Oznaczalo to, ze na praktycznie caly dzien utknelismy w przyczepie. Mlodziez zaszyla sie w swoich "pokojach", Malzonek rozlozyl na lozku, a ja siedzialam patrzac tepo przez okno.

Kemping z nastolatkami 

Przynajmniej udalo mi sie dojrzec ruda wiewiorke, siedzaca na galezi zaraz obok przyczepy! Tutejsze wygladaja prawie jak te europejskie, ale nie maja "fredzelkow" nad uszami. :) Musicie wiedziec, ze rude wiewiorki sa w Hameryce bardzo rzadkie, bo wypierane sa przez szare, ktore sa od nich duzo wieksze.

Fota autorstwa Kokusia 

Poza tym lapalismy okienka pogodowe, kiedy udalo sie wyjsc z przyczepy i pojsc na spacer. Przez wiekszosc dnia sie nie dalo, nie bylo tez mozliwosci zrobienia ogniska wieczorem, ale za to mielismy do dyspozycji niezawodne Uno, wiec zagralismy kilka partyjek.

Skoro nie da sie wyjsc na zewnatrz... 

Normalnie pewnie strasznie narzekalibysmy na taka aure, ale ze to pierwszy kemping, a w dodatku M. byl wykonczony po kilku tygodniach pracy bez wolnego, a ja moim wlasnym grafikiem, wiec cala nasza czworka przyjela taki dzien nicnierobienia raczej z ulga. ;)

Jak to z naszym szczesciem bywa, w poniedzialek pogoda byla duzo lepsza. Co prawda rano jeszcze przelotnie padalo, ale za to bylo duuuzo cieplej. Pomimo deszczu, temperatura podniosla sie do 18 stopni. Dla nas niestety byl to dzien wyjazdu, wiec po sniadaniu byl tylko czas na ostatnia kawke pod drzewami (a raczej zadaszeniem przyczepy :D) i trzeba sie bylo pakowac. Wyruszylismy tuz przed poludniem, ale musielismy jeszcze spuscic scieki, a chwile nam to zajelo, bo kemping nie oznaczyl miejsca "zrzutu", wiec musielismy go szukac i w koncu zapytac. Okazalo sie, ze bylo schowane za glownym biurem kempingu, ale nie bylo tam zadnego znaku, ani przy drodze, ani na mapie, bo po co? Po wyjezdzie musielismy jeszcze zahaczyc o stacje benzynowa, plus sam dojazd i dotarlismy do domu po 15. Nie poznaje moich dzieci, bo po przyjezdzie oboje na wyscigi popedzili pod prysznic. Skonczyly sie czasy gdzie mogli sie nie kapac na kempingu 4-5 dni, a potem i tak musialam ich niemal sila wsadzac do wanny. :D Ja ekspresem wypakowywalam przyczepe, wstawialam pranie wszystkich brudow, potem sama wskoczylam pod prysznic, a na koniec musialam pakowac walizke, bo kolejnego dnia wracalam na inspekcje, ktora zaczelismy w piatek... Taki "relaksik" po dlugim weekendzie. ;)

Wtorek zaczal sie na wariata, bo rano musialam dopakowac walizke, zajechac do biura wymienic auta, po czym dojechac na inspekcje. Wiedzialam, ze po pokempingowym rozpakowywaniu bede padnieta i nie usmiechalo mi sie zrywac bladym switem, wiec uprzedzilam kolege, ze dojade dopiero okolo 9. Rano jednak zupelnie nie moglam sie zorganizowac. Caly czas przypominaly mi sie dodatkowe rzeczy do spakowania, az w koncu, zamiast tuz po 7, wyjechalam przed 8 rano. Od biura na miejsce mialam okolo godziny, wiec juz mialam dojechac pol godziny spozniona. A pozniej wzielam zly zjazd i... mialam kolejne 20 minut w plecy! :O Dojechalam o 10, kiedy wszyscy byli juz srodku inspekcji i przez dobra godzine nie wiedzialam kompletnie co sie dzieje... Z tym kolega pracowalam juz wczesniej, wiec wiedzialam ze "uwielbia" dlugie godziny w robocie. Tym razem mial dodatkowa motywacje, bo chcial zamknac inspekcje w czwartek, wiec siedzielismy tam do 17:30. Na szczescie do hotelu mialam zawrotne 5 minut jazdy, wiec po chwili moglam klapnac w pokoju. Tym razem, zupelnym przypadkiem, trafilam super. No, ale moglam sie tego spodziewac, rezerwujac Hilton'a. ;)

Wreszcie w miare przyzwoite warunki 

Pokoj mialam nie tylko ogromny, ale tez wlasna mini kuchnie. Nie zebym zapragnela gotowac.

Nie widac, ale za scianka byla normalnej wielkosci lodowka 

Takie male studio. ;) Nawet telewizor mnie przywital. :D

Az parsknelam smiechem ;) 

Po calym dniu siedzenia na tylku, pragnelam odrobiny powietrza. Hotel niestety mial z jednej strony autostrade, a z drugiej ruchliwa ulice, wiec swieze to powietrze nie bylo, ale zawsze to troche ruchu i slonca. Jak przystalo na porzadny hotel, przy recepcji byla caly dzien kawa, wiec chwycilam kubek i wrocilam do pokoju juz na reszte wieczoru.

Spalam srednio, jak to w nowym miejscu. Zreszta, lozko bylo dla mnie za miekkie i zapadalam sie w materac. W srode pobudka byla troche pozniejsza, bo na inspekcje mialam rzut beretem. Wstalam, wyszykowalam sie i zeszlam na sniadanie. Bufet byl wypasiony, ale nie dalabym rady sprobowac wszystkiego, wiec chwycilam troche owsianki, zrobilam sobie gofra i juz. Pozniej wrocilam do pokoju, dopakowalam plecak oraz przekaski na caly dzien i pojechalam na miejsce. Moj kolega juz tam byl, a dojechalam praktycznie punktualnie. No, ale pamietam jak na poprzedniej inspekcji dojezdzal o 6:30 rano. Facet chyba spac nie moze... Tego dnia trzymal nas (czyli mnie oraz biednych pracownikow tamtej firmy) prawie do 18. :O Zalamal mnie tez szef, bo znow zmienil mi grafik. Co prawda wyjazdy zostawil w tych samych tygodniach, ale w czerwcu mialam jechac z kolezanka na podobna inspekcje jak w tym tygodniu (i to niemal obok firmy gdzie bylam teraz! :D), tymczasem jade na inna, pol godziny dalej (prawie do samego Bostonu) i to samiutka! :/ Zeby bylo smieszniej, to inspekcja, na ktorej mialam wlasnie byc z inna dziewczyna, a z ktorej szef mnie zdjal zebym pojechala tutaj. Myslalam, ze tamta kolezanka pojedzie sama, ale okazalo sie ze zostala wyslana gdzie indziej, a ja mam odhaczyc tamta inspekcje samodzielnie w innym terminie. Serio, dosc mam juz tych ciaglych zmian... No i tyle z mojej nadziei, ze kiedy zaczne byc samodzielna, to skonczy sie ciagle wyjezdzanie. :/ Kiedy dotarlam do hotelu, na nic juz nie mialam ochoty, trzeba sie jednak bylo zmusic do jakiegos ruchu. Hotel mial basen i to ze slona woda, a nie chlorem, wiec stwierdzilam, ze grzechem byloby nie skorzystac. Woda okazala sie dosc chlodna jak na moje upodobania, ale znosna. Basen byl w sumie malutki, ale za to mialam caly dla siebie.

Moj ci on! :D 

Poplywalam w te i we wte przez kilkanascie minut, po czym uznalam ze starczy tego sportu. I tak byla juz 19:30. Tego dnia w hotelu zorganizowali cotygodniowy poczestunek dla gosci, wiec poza kawa chwycilam jeszcze zapiekane ziemniaczki na osto z bekonem oraz zupe brokulowa. Calkiem niezle sie pozywilam. ;)

Niby nic specjalnego, ale milo bylo jeden wieczor nie martwic sie o obiad ;) 

Pogadalam z rodzina, u ktorej tez troche sie dzialo. Malzonek zalatwil fachowca od klimatyzacji, ktory przyjechal i doladowal nam gaz. Mlodszy zas mial pozegnalna wycieczke dla VIII klas, do kompleksu rekreacyjnego, gdzie maja basen, roznorakie pola sportowe, scianki wspinaczkowe oraz park linowy. Nawet przez kamere widzialam ze spalil sobie strasznie buzie, a mowilam zeby wzial krem ochronny, ech...

Malzonek oparl o cos telefon i pokazywal mi jak graja z Kokusiem w kosza ;)

Nie wiem dlaczego, ale w czwartek obudzilam sie o 4:47 nad ranem i klops. Przysypialam po 10 minut, po czym znow sie budzilam. Kiedy wiec przyszedl czas wstawac, czulam sie zupelnie nieprzytomna. Dzien wczesniej kolega poradzil mi zebym sie spakowala i wziela walizke, ale nie wymeldowywala sie jeszcze z hotelu. Wiedzialam ze on bardzo chcial skonczyc tego dnia, ale patrzac na to, jak nam szlo, mialam powazne watpliwosci. W koncu stwierdzilam, ze nie chce mi sie taszczyc walizy i brac przekasek, z ktorych czesc powinna byc w lodowce, zeby lezaly potem w goracym aucie. Spakowalam sie na wszelki wypadek, ale wszystko zostawilam. Do hotelu mialam 5 minut jazdy, wiec uznalam, ze w razie czego podjade, wezme swoje rzeczy, wymelduje sie i wroce na inspekcje. Moglam jednak sobie odpuscic nawet to pakowanie, bo szybko sie okazalo, ze tego dnia nie ma szans na skonczenie. Siedzielismy znow prawie do 18, a jeszcze resztka zostala na kolejny ranek. Kolega byl troche rozczarowany, ale stwierdzil ze lot ma o 17, wiec powinien zdazyc. :O Osobiscie lekko sie podlamalam, bo myslalam ze w czwartek wyspie sie juz we wlasnym lozku, a tu nieee. :/ A jeszcze dobily mnie wiesci z domu. Kiedy facet od klimy dzien wczesniej doladowal gaz, stwierdzil ze wroci kolejnego dnia zobaczyc ile go ucieklo i znalezc przeciek. Przyjechal i okazalo sie, ze przez jedna dobe zeszla prawie polowa, zas przecieki sa w samym kompresorze. Mowi ze w tej chwili przypomina sito i wlasciwie nie ma co ratowac. Trzeba kupic nowy. Problem w tym, ze caly system ma juz 20 lat i nie wszystkie beda pasowac. Ma poszukac i dac znac, a ja juz cierpne na mysl ile to bedzie nas kosztowac. :O A! Jeszcze ponoc facet nie mogl zapamietac ze nasz kot wabi sie Oreo i przezwal ja... Klakier! :D W kazdym razie, nie dosc ze wrocilam pozno, to jeszcze po takich wiesciach odechcialo mi sie juz basenu, silowni czy nawet spaceru. Wzielam prysznic i zaszylam sie w pokoju, marzac juz o powrocie w domowe pielesze...

Wieczorem, po parkingu kical jakis krolik - samobojca ;)

W nocy spalam lepiej, choc tez obudzilam sie o 5:30. Udalo mi sie jednak w miare szybko ponownie zasnac. Wstalam, wyszykowalam sie i pobieglam na sniadanie. Pozniej w pokoju dopakowalam walizke, obejrzalam go trzy razy naokolo zeby upewnic sie, ze niczego nie zostawilam, zataszczylam swoje rzeczy do auta i poszlam sie wymeldowac. Jak to bywa, przed momentem, na sniadaniu, widzialam faceta na recepcji, a jak taraz przyszlam, to ani widu, ani slychu. Maszerowalam tam wzdluz korytarza i juz zaczelam rozgladac sie za jakims dzwonkiem zeby zadzwonic, ale na szczescie wreszcie sie pojawil. Moze w toalecie byl. ;) Samo wymeldowanie zajelo doslownie kilka minut, choc zastanawia mnie, ze rezerwacje zawsze robie przez ta sama strone w pracy, wszystkie moje dane tam sa, a jedne hotele maja juz mojego maila, zas inne nie. Tu nie mieli i musialam mozolnie go literowac, modlac sie zeby pan nie przekrecil zadnej literki. Musieli mi bowiem wyslac rachunek, bo bez niego ludzie od podrozy nie zatwierdza mi kosztorysu... Dojechalam wiec na koncowke inspekcji nieco spozniona, ale i tak zadowolona, ze wreszcie skonczylismy. I tak musze dziekowac niebiosom za wyjazd kolegi, bo podejrzewam, ze bez niego, siedzielibysmy tam jeszcze kawalek nastepnego tygodnia... Spotkanie podsumowujace mielismy o 10 i pol godziny pozniej wyruszylismy, kazde w swoja strone. Po drodze musialam jeszcze zatankowac i tu tez sie wkurzylam. Ja to zawsze musze miec jakies problemiki. Pompa najpierw odbila mi zaraz po nacisnieciu, ale nacisnelam jeszcze raz i zaczela pompowac. Po jakims czasie odbila jeszcze raz, a kiedy nacisnelam, odbila kolejny. Wzruszylam ramionami, ze najwidoczniej bak jest juz pelny; w koncu to male autko. No coz, okazalo sie, ze napelnilo z polowy do troche ponad 3/4. :/ Nie chcialo mi sie jednak ponownie wysiadac i zaczynac zabawy, tym bardziej ze wypelnilam juz dokumenty (tak, z tankowania tez musimy sie "spowiadac"). Glupio tylko, bo w nastepnym tygodniu ktos inny ma to auto zarezerwowane, wiec pomysli pewnie, ze wcale go nie tankowalam... Dojechalam do biura i zalamalam sie, bo naprzeciwko mojego miejsca znow stala ta wielka "krowa" i to nawet nie cofnieta porzadnie do scianki. Nie moglam wyjechac moim wlasnym wehikulem, az pan straznik sie zlitowal i poprowadzil mnie, bo czujniki pikaly mi na czerwono, a on sprawdzil i powiedzial ze mam spokojnie miejsce. Glupia elektronika. :/ Przez to, ze ktos ma auto sluzbowe zamowione, musialam pedzic jeszcze na gore zeby odwiesic kluczyki do szafki i w koncu moglam wyruszyc do domu. Dojechalam okolo 12:30, wiec mialam czas zeby spokojnie odetchnac zanim zjechala sie reszta. Zdazylam sie rozpakowac, wstawic pranie i wladowac naczynia do zmywarki, a takze posiedziec chwile na tarasie w sloncu, zanim przyjechala Bi. Pozniej zajechal malzonek, a po Kokusia musialam jechac, bo mial ostatnie zajecia z lekkoatletyki. Czyli wrocilam na lono rodziny, gdzie ciagle jest cos do zrobienia, odhaczenia, cos do zalatwienia, ktos do odebrania, itd. :D

A przyszly tydzien mam normalny, nie-wyjazdowy i bez inspekcji, juhuuu! ;)