piątek, 6 marca 2026

Zaczynamy marzec inaczej niz bylo w planach

Sobota, 28 lutego, czyli ostatni dzien astronomicznej zimy, zaczela sie (nie zgadniecie! :D) od dluzszego snu. Wreszcie skonczyla sie koszykowka, wiec w pelni odzyskalismy soboty dla siebie. Budzik nastawilam na 9, ale po jego wylaczeniu jeszcze mi sie przysnelo, wiec wstalam dopiero po 10. Tym razem bylam ostatnia, choc spodziewalam sie, ze po wieczorze na nartach, Nik bedzie odsypial. Ogolnie jednak bylam jakas bez humoru. Musialam odkurzyc i pomyc podlogi na dole, bo niestety juz o to prosily, a malzonek rano usmazyl racuchy, po czym oznajmil ze jest piekna pogoda, wiec idzie sie przejsc. Fakt, ze mielsmy +12 stopni, co po poprzednim, snieznym tygodniu, bylo az nie do uwierzenia. Chlop jednak zaczal mnie namawiac zebym tez sie przeszla, po czym oznajmil z lekka pretensja, ze ja to nigdy nie chce chodzic na spacery. No to burknelam, ze chalupa sama sie nie posprzata, ze wszyscy (lacznie z nim) brudza na potege, ale zeby po sobie ogarnac, to nie, i nie bede lazic, podziwiac okolice, jak mam syf. Malzonek oczywiscie przewrocil oczami, ze przeciez sprzatanie nie zajmie mi calego dnia i moge sie przejsc pozniej. Warknelam, zeby sobie wyobrazil, ze "pozniej" to moge byc zmeczona. Wiecie, jak sprzatam, to nie ze odkurze srodek i czesc. Dla mnie sprzatnie wiaze sie z odsuwaniem mebli, albo ciaglym pochylaniem i klekaniem zeby dosiegnac pod spodem. Jak koncze to jestem zgrzana, spocona i zwyczajnie umordowana. Ale mam przeciez jeszcze wzuc adidasy i ruszyc na energiczny marsz po osiedlu! :/ Tak jak przewidzialam, kiedy wreszcie skonczylam, mialam ochote tylko klapnac na kanape. Wlaczylam sobie skoki narciarskie, ktore odbyly sie rano, choc tym razem Polacy  skakaki tak jak przez wiekszosc sezonu, czyli tragicznie. Pozniej trzeba sie bylo zebrac do kosciola, bo malzonek jak zwykle ostatnio, wzial wolna sobote, ale w niedziele pracowal. Po powrocie napalilismy w kominku, bo po cieplym dniu, na noc znow zapowiadali mroz, wiec milo bylo powygrzewac dupke. Panna Bi zas zabrala sie za pieczenie... chleba. Niestety, tym razem wyszedl jej sredni, bowiem zle odmierzyla ilosc wody, wiec potem ciasto mialo zla konsystencje, a ona dokladala i dokladala maki... W rezultacie wyszlo jej go sporo wiecej niz zwykle i podejrzewam ze mialo nie do konca dobre proporcje. Tyle, ze przyznala sie dopiero po fakcie. Tymczasem, kiedy zostalo 12 minut pieczenia, powiedzialam jej ze bochenki nadal wygladaja na surowe i nie wiem czy beda upieczone. Kiedy czas minal, z zewnatrz zdazyly sie juz przyrumienic, wiec panna je wyjela i dopiero kiedy przestygly i ukroila kromke, stwierdzila, ze jakos dziwnie smakuje. :O Sprobowalam i byl po prostu niedopieczony! Dopiero wtedy Bi przyznala sie do bledu, ale bylo troche pozno. Bochenki nie byly jeszcze zupelnie zimne, wiec szybko zagrzalam ponownie piekarnik i wsadzilam je na jeszcze pol godziny, ale oczywiscie teraz to juz malo co dalo... :/ Jak to czesto w weekend, polozylam sie grubo po polnocy. Juz zaczynalo mi byc milo, juz zaczynalam odplywac, po czym... rozpikal sie telefon M.! Jak on mnie wkurza z tym zostawianiem wlaczonego glosu! Wielokrotnie mu mowilam, zeby go wylaczal, to nie! Nie zlicze ile razy w nocy budza mnie jakies jego powiadomienia. Po za tym, ja mam w telefonie apke do mniejszych kamer, tyle ze w nocy moj telefon tylko wibruje. Zwykle i tak mnie to budzi, jest jednak duzo mniej irytujace niz pikanie. Malzonek ma u siebie apki i do mniejszych kamer i do duzej przy garazu, wiec teraz wszystkie zaczely pikac raz za razem. W koncu chwycilam za swoj telefon (ktory tez bzykal) zeby zobaczyc co sie, do cholery, dzieje. Okazalo sie, ze to dwie sarny postanowily sobie przejsc (i to spokojnie, bez pospiechu) pod samym garazem! :O

Najpierw jedna, a potem druga

W niedziele ja oraz Potworki smacznie spalismy, ale dla M. weekend sie skonczyl. ;) Zaczal sie marzec, czyli astronomiczna wiosna, choc poki co nie bylo tego czuc. Po pieknej sobocie, nad ranem popadal snieg, ale ze powierzchnie nadal byly nagrzane, to osiadl tylko troche po brzegach. Wstalismy, zjedlismy sniadanie i Nik zabral sie (tradycyjnie) za babke na oleju. Troche bylam zla, bo mialam juz zaplanowane ciasto, ale okazalo sie, ze musialam miec miekkie (ale nie roztopione) maslo, a tego oczywiscie zapomnialam wyjac. Ech... Kiedy zjadlam, umylam sie i ogarnelam zmywarke oraz zlew brudow, napisalam do taty ze moze wpadac na kawe. Przyjechal i znow musialam mu pomoc, choc tym razem troche z wlasnej "winy". Pamietacie, w piatek pisalam ze moje szkolenie zostalo odwolane? Otoz, moj tata zarezerwowal swoj lot na Floryde na ten sam dzien i podobna pore, zebysmy jechali razem na lotnisko. Planowal zaparkowac i zostawic tam auto na tydzien. Kiedy powiedzialam mu w sobote ze jednak nie lece, zapal mu nieco opadl i stwierdzil ze w takim razie moze zawiozlabym go na lotnisko. Nie bylo mi to wsmak, bo musialabym przebic sie przez poranne korki w stolycy dwa razy - w jedna i druga strone. A jak na zlosc, mialam meeting z szefem o 8:30, a pozniej kolejny o 10. Ostatecznie stwierdzilam, ze ok, moge go zawiezc, ale musialby byc u mnie o 6:30 rano, zebym bez stresu obrocila. W niedziele jednak tata przyjechal i stwierdzil, zebym mu zarezewowala miejsce parkingowe na tydzien. Nasze lokalne lotnisko jest niewielkie i przy glownych parkingach nie trzeba rezerwacji. Przyjezdzasz, parkujesz i tyle. Malo kiedy sa pelne. Kiedy lecielismy do Las Vegas tak podjechalismy i w czerwcu, w czasie wakacji, miejsca byly. Tym bardziej nie powninno byc problemu w marcu. No ale tata panikowal, ze co jesli tam podjedzie, a parkingi beda zajete. No wiec siadlam i zarezerwowalam mu miejsce na prywatnym, nieco dalej od lotniska, ale zapewniajacego transport do i z terminalu. Pozniej juz posiedzielismy, obejrzelismy niedzielne skoki (rezultaty zgodnie z oczekiwaniami, a raczej ich brakiem), itd. i dziadek pojechal prawie o 16. Dziwie sie, ze przed wyjazdem nie spieszyl sie zeby jeszcze sprawdzic czy wszystko spakowal i jest gotowy do podrozy. Wiem, ze ja bylabym cala w panice. ;) Po odjezdzie taty, poszlam po drzewo, bo na noc szedl solidny mroz, wiec fajnie byloby sie powygrzewac, a przy okazji zdjelam karmnik dla ptakow z tarasu. Wiosna tak naprawde jeszcze sie dobrze nie zaczela, ale dzien wczesniej ktos z fejsbukowej grupy z naszego miasteczka, wrzucil zdjecie niedzwiedzicy z trzema mlodymi, ktore nawiedzily jego ogrod tego ranka. Czyli skubance sie juz pobudzily. U nas nadal wszedzie lezy gruba warstwa sniegu, wiec dla takiego misia, karmnik dla ptakow (oraz smietniki) to najlatwiej dostepne zrodlo pozywienia. Przyciagaja je niczym magnes. Reszte nasion w tluszczu wyrzucilam wiec do lasu, a karmnik oraz "klatke" na kostke karmy, schowalam do piwnicy. Beda czekac na kolejny sezon. Przynieslismy z malzonkiem drzewo i mozna bylo sie powygrzewac. Szczegolnie fajne jest to po kapieli, kiedy mokre wlosy chlodza kark. :D Mimo ze nadal zostalo sporo kokusiowej babki, stwierdzilam, ze upieke kolejne ciasto. Zostalo mi sporo sera Ricotta, ktory mialam wykorzystac do lasagni, ale po ostatnim razie Potwory krecily nosem, ze "nie smakuje im to biale". Mialam dwa pojemniczki i akurat sprawdzilam, ze za dwa tygodnie tracily waznosc. Trzeba bylo je do czegos wykorzystac, wiec padlo na deser. Upieklam ciasto cytrynowe, ktore okazalo sie dosc nietypowe. Przy dodatku sera spodziewalam sie czegos przypominajacego sernik, ale przez to ze dawalo sie rowniez make, ciasto przypomina babke, ale bardzo ciezka i wilgotna. Dodalam ekstraktu cutrynowego, wiec ma leciutko cytrynowy posmak. Dla mnie bomba, ale M. nie jest fanem cytrusow, wiec sie krzywi. ;) A jakby malo bylo slodkosci, Bi wieczorem naszlo na upieczenie ciasteczek czekoladowych, ale bez dodatku jajek, bo jedna z jej kolezanek ma alergie. Wiekszosc ciastek bowiem pojechala z nia do szkoly, dla grupki przyjaciol.

Poniedzialek to wlasnie moja tytulowa zmiana planow. Odkad zaczelam prace, wiedzialam ze bede musiala wyjechac na szkolenie. Pierwsza sesja byla w styczniu, ale musialabym wylatywac doslownie 5 dni po powrocie z Polski. Dodatkowo, ten styczen (a w tym roku i luty) to takie wariactwo z klubami narciarskimi oraz koszykowka Kokusia, przy jeszcze plywaniu. Mialam opcje jazdy w styczniu albo w marcu, wiec wybralam marzec, wiedzac ze grafik sie nieco uspokoi. W poniedzialek, 2 marca, mialam wiec rano wskoczyc z tata w auto i podazyc na lotnisko, a stamtad do Karoliny Poludniowej. No ale, skoro szkolenie odwolali, to nie pozostalo mi nic innego, tylko normalnie wstac, zebrac sie i pojechac do roboty. Tego dnia mialam meeting z szefem o 8:30 rano i nie chcialam sie spoznic jakby byly korki (a zwykle sa), wiec Bi pojechala z sasiadka, a Nik pomaszerowal na autobus. Troche mi go bylo szkoda, bo mielismy -9 stopni, ale stwierdzilam, ze ma ciepla kurtke i jakos przezyje. W pracy, poza mna byly jeszcze 4 osoby, wiec prawie tlok. :D Pogadalam z szefem, ktory przekazal, ze to nagle odwolanie szkolenia jego tez wybilo z pantalyku, bo caly plan mojego treningu "praktycznego" ustawiony byl wokol tego wyjazdu. Teraz musi sie zastanowic i porozumiec z innymi grupami, zeby zobaczyc czy uda sie wyslac mnie z kims na inspekcje. Coz, ja tam specjalnie nie narzekam. Wole siedziec spokojnie w biurze niz w obcym miejscu, na jakims zadupiu, gdzie spisz niczym w akademiku (tyle ze w jednoosobowym pokoju) i zywisz sie na stolowce. Troche jak w wojsku, a troche jak w wiezieniu, bo tam naokolo nie ma nawet gdzie wyjsc. Nistety, jak to mowia, co sie odwlecze, to nie uciecze i na szkolenie i tak bede musiala poleciec, tylko nie wiadomo jeszcze kiedy. :/ Po jakims czasie zadzwonilam do taty, ktory musial samotnie wyruszyc na lotnisko. Okazalo sie, ze z parkingiem nie mial problemow, ale z odprawa juz tak. Na poczatek kazali mu zaplacic za nadany bagaz, a moglabym przysiac, ze byl wliczony! W dodatku, kiedy lecialam do Polski, za walizke zaplacilam $70, a tacie kazali wybulic $105! :O Pozniej tez powiedzieli mu, ze musi sie odprawic przez internet, bo oni sobie za taka usluge zycza $25! Niech mi ktos wytlumaczy, po co ci ludzie tam sa?! Czy nie po to zeby obslugiwac i pomagac pasazerom?! W kazdym razie, tata na szczescie jakos sie dogadal i uiscil dodatkowe oplaty, ale dlugo z nim nie pogadalam, bo mialam zaraz kolejny meeting. Tam uczyli nas, nowych biedakow, jak cofnac dodatkowe oplaty z rezerwacji wyjazdu. "Super", bo agencja sama, automatycznie odwolala loty, ale wszystko inne w rezerwacji (jak oplata za bagaz) musi byc cofniete przez ciebie, inaczej skasuja twoja korpo karte kredytowa. :/ Pan, ktory to pokazywal, skakal po stronie, kliknij tu, kliknij tam, zmien na to, zatwierdz tu, w takim tempie, ze ludzie podniesli larum, ze wolniej, spokojnie! W koncu wszyscy jestesmy nowi, wiec dopiero uczymy sie jak to robic. Jakos, z dodatkowym instruktazem, udalo sie (mam nadzieje) wszystko pozmieniac, usunac i cofnac. Reszta dnia minela juz na odhaczaniu wirtualnych szkolen. Przyjechalam do domu, ale tylko wpadlam do lazienki, po czym musialam pedzic dalej, bo bylismy z M. umowieni do pana ksiegowego na coroczne rozliczenie podatkow. Wrocilismy i za pol godziny trzeba bylo wiezc Potworki na trening. Malzonek stwierdzil, ze nie chce mu sie jechac na silownie, wiec tylko zawiozl mlodziez, a ja ich odebralam. Przez popoludnie w biegu, stracilam nieco poczucie czasu i dojechalam dopiero, kiedy juz sie przebierali.

Nie wiem czy przybijaja sobie "zolwika", czy graja w "kamien, nozyczki, papier" :D

Wieczor to typowe szykowanie sie na kolejny dzien, tyle ze musialam tez siasc z Bi, zeby zapisac ja w szkole na... lekkoatletyke. Bylo pierdylion formularzy, ale co dziwne, poki co zadnych oplat. Pamietam, ze placilam cos dla szkoly na poczatku roku, kiedy zapisywalam corke do druzyny plywackiej, wiec moze to jednorazowa oplata za caly rok. Tak ogolnie to jakos tak Bi w tej lekkoatletyce nie widze, ale nie bede jej stopowac skoro chce sprobowac. Kiedy sie mysli o tych sportach, widzi sie szczuple i mocno umiesnione jednostki. Starsza nie ma nadwagi, ale zdecydowanie posiada... mase. :D To nie jest chudzielec, zreszta widzicie po zdjeciach. Tymczasem bedzie musiala sobie wybrac dyscypliny i twierdzi, ze chce wziac sprint na krotkich dystansach oraz... skok wzwyz. Coz, zobaczymy na ile jej starczy zapalu. Jesli pamietacie, dwa lata temu w wakacje chciala biegac i wytrzymala... 3 tygodnie. :D

Dzien musia byc wyczerpujacy, bo idac spac zastalam Kokusia tak. Spi z glowa w nogach. :D

Po obudzeniu sie we wtorek, spotkala mnie kolejna niespodzianka, bowiem na telefonie juz czekal sms, ze... zamkneli szkoly. :O Fakt, ze prognozy cos tam pokazywaly, ze jakis snieg, jakis marznacy deszcz, itd., ale mialo tego spasc niewiele i padac tylko przez kilka godzin. No ale skoro zarzad szkol spanikowal, to coz. Tyle, ze teraz Potworki beda mialy zajecia do 17 czerwca, a to jak na tutejsze szkoly baaardzo pozno. Najsmieszniejsze, ze Bi, ktora zwykle skrupulatnie sprawdza wiadomosci, tym razem jakos nie zerknela i juz krzatala sie na dole. Kiedy schodzilam, Nik sie akurat przebudzil, wiec powiedzialam mu tylko, ze szkoly nie ma i moze spac, po czym zawolalam to samo do Starszej. Panna za chwile przyczlapala do gory i ponownie wskoczyla do lozka. ;) Zastanawialam sie co robic z praca, bo skoro szkoly zamkneli, to oznaczalo, ze spodziewali sie faktycznie kiepskich warunkow. Sprawdzilam jednak i jedna strona pokazala, ze snieg zacznie padac o 11, druga, ze o 13 i obie twierdzily ze marznacy deszcz zacznie sie dopiero okolo 16, zas samego sniegu mialo spasc ze 3-5 cm. Stwierdzilam wiec, ze pojade do biura i bede co jakis czas wygladac przez okno. Tak zrobilam i choc snieg zaczal padac juz o 10, to na poczatku nie osiadal. Dopiero okolo 13 zauwazylam ze przykleja sie do dachu pod oknami naszego biura. Na fejsbukowej stronie naszego miasta pokazala sie jednak wiadomosc zeby uwazac na drogach bo niedaleko centrum mielismy dachowanie auta. Odwolali tez trening Potworkow, z powodu warunkow na drogach. Stwierdzilam wiec, ze nie bede czekac az zrobi sie naprawde paskudnie i pojechalam do domu. I dobrze ze to zrobilam, bo kiedy jechalam, to co padalo, to byl wlasciwie marznacy deszcz, przemieszany troche ze sniegiem. Zanim dotarlam do domu, cale auto mialam pokryte warstwa lodu.

Przed wejsciem jeszcze wygladalo to jak snieg, ale szybko zostal rozmyty i pokryty lodem 

Kiedy M. dojechal do domu, nasz podjazd to bylo juz lodowisko. Wiem, bo poszlam po drzewo, pomyslalam bowiem, ze skoro siedzimy w domu, a za oknem jest paskudnie, to mozemy napalic w kominku. Oczywiscie, po powrocie do domu, kontynuowalam prace, ale kiedy wybila 16:30, z radoscia odlozylam laptoka i zajelam sie zyciem rodzinnym. Czyli niekonczacym sie odgruzowywaniem. ;) Wstawilam zmywarke, posprzatalam kuchnie, poskladalam pranie... Na szczescie czasu starczylo tez na wygrzewanie dupki przy ogniu. ;)

Po tym jak wygladalo wszystko naokolo wieczorem, spodziewalam sie, ze w srode moga opoznic lekcje i sie nie pomylilam. Kiedy sie obudzilam, znalazlam wiadomosc na telefonie o 2-godzinnym opoznieniu, po czym wstalam zeby sie upewnic ze Potworki widzialy, ze moga spac. Tym razem sami sprawdzili wiadomosci i oboje byli w lozkach. Poniewaz wszystko na zewnatrz wygladalo niczyl pokryte szklem, stwierdzilam, ze do pracy tez pojade troche pozniej. Polezalam w lozku, nawet lekko przysnelam, ale niestety, kiedy pozniej zerknelam na sluzbowy telefon, spotkala mnie bardzo niemila niespodzianka, bo szef wyznaczyl nam meeting o godzinie 9. Byla 7:30, wiec wpadlam w lekka panike. Predko zjadlam sniadanie i zaczelam sie szykowac, porzucilam jednak robienie makijazu, bo wolalam zaoszczedzic te pare minut czasu. Balam sie jak beda wygladac drogi, ale poza moim osiedlem byly calkiem niezle. Az dojechalam do uliczki przed budynkiem pracy, ktora wygladala jakby plugi o niej zapomnialy. :O Pedem zaplacilam za parking i popedzilam do srodka (slizgajac sie na parkingu oraz chodniku) i na pierwsze pietro. O dziwo, zasapana dotarlam do biurka 8 minut przed meetingiem i mialam nawet czas zeby przyszykowac sobie kawe. ;) Tak jak sie obawialam, szef mial dla mnie nieciekawe wiesci dotyczace grafiku. Ogolnie nasza grupa traci jedna osobe, wiec wiadomo ze wszyscy musieli przejac inspekcje, ktore normalnie przypadlyby jemu. Poniewaz jestem nowa, wiec poki co musze dolaczac do innych, a akurat czesc jest na jakichs bardziej skomplikowanych projektach, inni na inspekcjach zagranicznych, itd. Zla jestem tylko, bo szef na sile probuje mnie gdzies "upchnac", jakby sie bal, zebym bron Boze nie przesiedziala tego miesiaca zbijajac baki. :/ W kolejnym tygodniu mam wiec jechac do... New Jersey. Nie jest to moze jakas straszna odleglosc, tak okolo 3 godziny drogi, ale za to, zeby moc spokojnie zaczac w poniedzialek rano, bede musiala jechac tam juz w niedziele po poludniu. :( Zeby bylo "zabawniej", zaraz w nastepnym tygodniu mam jechac pod Boston, a ze chlopak do ktorego mam dolaczyc, chce zaczac w poniedzialek o 8 rano (!), wiec ponownie bede musiala jechac tam juz w niedziele. Oznacza to, ze najprawdopodobniej wroce do domu w piatek wieczorem z jednej inspekcji i zaraz w niedziele po poludniu bede wyruszac na kolejna. :( Rozumiem, ze szef daje mnie gdzie sie da i tak akurat sie zlozylo ze te dwie inspekcje wypadly jedna za druga, ale szczerze, to moglby sobie ktoras darowac. Pozniej poki co wydaje sie, ze bede miala 2 tygodnie spokoju (chyba ze szefunio cos wymysli), a nastepnie mozliwe ze wyjazd na to odwolane szkolenie. Dostalam kilka maili, ze tym razem powinno dojsc do skutku, ale uwierze jak zobacze... Wiekszosc dnia spedzilam probujac zarezerwowac hotel, bo musi to byc zatwierdzone przez kilka osob zanim rezerwacja "przejdzie". Jak na zlosc, rezerwacje musza spelniac rzadowe kryteria (ogolnie wyglada, ze musza sie wiazac z jak najmniejszymi kosztami) i okazalo sie, ze w tamtych okolicach tylko dwa hotele sie kwalifikuja. Ten ktory wybralam ciagle blokowal strone, wiec w koncu musialam wziac drugi, najtanszy i taki troche... obskurny. :D Pozniej dzwonila do mnie pani z oddzialu podrozy. Najpierw pyta co to za wyjazd, bo w jednym miejscu jest "inspekcja", a w drugim "szkolenie". Wytlumaczylam ze teoretycznie bedzie to inspekcja, ale w praktyce, dla mnie to szkolenie. OK. Pol godziny pozniej dzwoni ponownie i pyta czy lece samolotem. Kobieto, skoro w rezerwacji nie ma lotu, to chyba wiadomo ze nie? No dobra, ale czy biore auto swoje czy sluzbowe? Planuje sluzbowe. OK, a czy beda platne autostrady? Ludzie, a skad ja mam wiedziec, skoro nigdy tam nie bylam?! Znajac te tereny, zakladam, ze jakies oplaty beda, ale pewnosci nie mam. Dobra, niby wszystko wyjasnilysmy. Za jakis czas kolejny telefon! Bo jej tam pokazuje konflikt z innym wyjazdem! No i wiem, bo kiedy rezerwowalam, wyskoczylo mi to samo, ze mam w tym czasie to wyjazdowe szkolenie, pomimo ze zostalo odwolane! Nie rozumiem w ogole dlaczego, skoro odwolane, dalej siedzi ono na tej stronce wyjazdowej. Wyjasnilam pani co i jak, ale ona i tak dobrych kilka minut klikala tu, klikala tam, nawet pokazala mi swoj ekran i co ona widzi. Cierpliwie tlumaczylam, ze nie mam pojecia dlaczego dalej to tam jest, zastanawiajac sie czy to ona nie powinna wyjasnic tego mi. W koncu zajmuje sie potwierdzeniami podrozy, a nie ja. Podejrzewam, ze tez jest nowa. ;) W kazdym razie, z pracy wyszlam wykonczna psychicznie i z bolem glowy, a jeszcze musialam podjechac do taty wyjac mu listy. Mimo ze polecial tylko na 5 dni, chcial zeby sprawdzac poczte. W domu bylam gdzies o 17:30, wiec juz mi sie nic nie chcialo. Tymczasem w lodowce od 3 dni lezalo mielone na sos do lasagni i nie chcialam zeby sie zasmiardlo, wiec szybko wzielam prysznic i zabralam sie za obiad na kolejny dzien. To oznaczalo praktycznie nici z wieczoru, ale coz...

W czwartek szkola zaczela sie normalnie, ale za to Potworki mialy skrocone lekcje. :D Zawiozlam mlodziez do placowek, a potem pojechalam do roboty. Tam kolejny dzien stresu, szykowania sie na wyjazdy i przygotowywania pozwolen. Mialam tez rozmowe z szefem dot. corocznych ocen pracownikow. Weszly jakies nowe zasady, ktore kompletnie nie maja sensu nawet dla niego, ale coz. Moze to dobrze, ze poki co chyba jeszcze nie beda az tak patrzec na moje postepy, bo z jakiegos powodu, okres roku przy tych ocenach jest od wrzesnia do wrzesnia. Skoro zaczelam w grudniu, to juz automatycznie stracilam 3 miesiace na "wykazanie" sie. Kiedy meczylam sie w robocie, Potworki konczyly radosnie lekcje. Poniewaz ani ja, ani M. nie moglismy wyjsc wczesniej, a sasiadka utknela na meetingach, powiedzialam Bi ze musi albo wrocic na piechote, albo znalezc kogos innego do podwozki (choc wiem ze nikt inny w poblizu nie mieszka). Po namysle zasugerowalam, ze przeciez moze tez podjechac szkolnym autobusem. W mlodszych klasach trzeba zaznaczac czy dziecko jest dowozone, czy jezdzi school bus'em. W high school autobusy kursuja i uczniowie moga do nich wsiadac wedlug potrzeby, albo nie. Na moja sugestie jednak Bi wykrzyknela, ze w zyciu! Zdziwilam sie, bo tyle lat jezdzila i nie bylo zle. Okazuje sie, ze to byla tortura, panna ledwie uszla z zyciem i za zadne skarby tego nie powtorzy. :D Nie, to nie. Ostatecznie, z kolezanka - sasiadka wrocily razem piechota, kulac sie pod wspolnym parasolem, bo caly dzien padal deszcz. ;) Mnie w pracy za to spotkala kolejna irytacja, bo spytalam szefa, czy moge nastepnego dnia pracowac z domu. Poniewaz mam wyjechac juz w niedziele, musze sie przygotowac, porobic pranie, itd. Zawahal sie, ale po namysle oznajmil, ze przykro mu, ale nie, bo ktos odgornie ma niby sprawdzac skad sie laczymy. :( Ugh... Po robocie wpadlam tylko do domu, zostawilam plecak oraz sniadaniowke i popedzilam na zakupy, wiedzialam bowiem ze w piatek nie bede miala czasu. Zabrala sie ze mna oczywiscie Bi i dopiero w drodze powrotnej przypomnialo mi sie, ze przeciez Potworki mialy o 18:30 trening i powinnam byla panne zostawic w domu. A tak, mlodziezy uciekl kolejny basen, tym razem przez moja glupote, choc w sumie M. tez moglby pamietac... Juz zapowiedzial Potworkom, ze kiedy mnie w przyszlym tygodniu nie bedzie, jada 3 dni bez marudzenia. ;)

W koncu piateczek. Zaczal sie tak samo jak czwartek, czyli zawiezieniem Potworkow do szkol. Tego dnia rowniez mieli skrocone lekcje, ale Bi odebrala sasiadka, wiec nie musiala maszerowac. Tego dnia juz nie padalo, ale bylo pochmurno i ponuro i w dodatku wial nieprzyjemny, zimny wiatr. W pracy mielismy niespodziewane "tlumy", bo poza mna jeszcze 3 osoby. ;) Jedna z kobiet opowiadala cos, ze musi sie zastanowic w ktore dni przyjezdzac, bo podobno teraz bardzo sprawdzaja czy nikt nie przekracza 2 dni zdalnej pracy w tygodniu. Coz... Ten tydzien przejezdzilam do biura calutki i jakos nie zauwazylam zeby ktos sie tym specjalnie przejmowal. ;) Nawet moja kolezanka - rowniez nowa, stwierdzila ze jej szef nie widzi problemu. Choc kiedy chciala ktoregos dnia przesunac nieco godziny pracy - przyjsc wczesniej i wyjsc wczesniej, podobno wyznaczyl specjalna rozmowe i powiedzial, ze absolutnie nie. To samo powiedzial mi kiedys moj szef, jak rowniez to, ze musze brac przerwe na lunch, nie moge jesc pracujac i skrocic w ten sposob czasu pracy o pol godziny. Tego nie rozumiem juz kompletnie, bo poza miejscami pracy, ktore maja scisle zmiany, zwykle szefostwa nie interesowalo czy ktos bral przerwe czy nie i o ktorej przyszedl, byle by przepracowal swoje 8 godziny. No ale praca dla "rzadu" jednak ma swoje zasady, czasem dziwne, albo wrecz glupie. Kolejnym problemem bylo sluzbowe auto. Mamy ich 5, ale okazalo sie, ze jedno wlasciwie zarezerwowane jest dla ludzi od zywnosci, a dwa maja rozladowane akumulatory. Zostaly dwa i planowalam wziac jednego forda, ale uprzedzila mnie kolezanka. Zostal hyundai, o ktorym inna dziewczyna powiedziala mi ze jakos dziwnie sie go odpala, ale oczywiscie nie pamietalam co i jak. Ona akurat jest na inspekcji zagranica, wiec choc do niej napisalam, to nie odpisala. Poszlam wiec do garazu zeby zobaczyc czy uda mi sie je odpalic. Naciskam guzik, drzwi ani drgna. Mysle sobie, super, kolejne auto bez akumulatora. Przyszlo mi jednak do glowy, ze moze rozladowaly sie baterie w pilocie. No dobra, wyjelam kluczyk, otworzylam drzwi. Probuje odpalic auto guzikiem i... nic. Pamietalam jednak ze gdzies trzeba bylo cos nacisnac, wiec kliknelam na guzik z czyms jak bateria. Auto rozwylo sie na caly garaz! Ale obciach, bo w budce jest straznik. :D Nacisnelam guzik zeby auto otworzyc i o dziwo przestalo wyc. I... odpalilo! Ki diabel? Nie wiem co zrobilam, ale moze jednak uda mi sie nim gdzies pojechac, choc troche sie boje, ze gdzies utkne. Po pracy zajechalam jeszcze do taty wyjac mu poczte, choc w sumie nie wiem po co, bo jutro wraca. Pozniej wpadlam do domu, pol godziny sie pokrecilam i pojechalismy z Kokusiem na... basen. Nie na plywanie jednak, tylko na (juz chyba doroczne) przyjecie z okazji zakonczenia sezonu zimowych zawodow. Trzeba bylo zaznaczyc kto bedzie juz ze dwa tygodnie temu. Bi oznajmila, ze nie idzie, ale Nik byl chetny. I dobrze ze pojechal, bo byl tez jego chyba najlepszy kolega z druzyny, ktory opowiada mu historie z high school, bo jest z rocznika Starszej. Nik nie slucha tak siostry, jak kolegi. :D Trener najpierw rozdawal kazdemu po kolei wstazki z zawodow oraz medale.

 

Ten w bialej koszuli to glowny trener i nie, Nik nadal jest od niego tyci nizszy, choc juz niewiele mu brakuje

Te ostatnie to podobno rezultat mlodszych dzieci, marudzacych ze naleza im sie medale za wysilek. Mowisz - masz. Dostali medale. :D Niestety, zamiast zamowic jakis tani plastik, trener zamowil cos metalicznego. A kazdy dostal przynajmniej dwa, wiec przy kazdym kroku brzeczaly jeden o drugi. Maluchy szybko to podchwycily i specjalnie potrzasaly tymi medalami, robiac niemozliwy harmider. Zastanawiaja mnie niektorzy rodzice. Trener nadal wywoluje dzieciaki po dbior medali oraz wstazek, dzieciak napierdziela medalami stojac obok ojca czy matki, a oni...nic. Ja bym juz dawno przytrzymala reke i skarcila ze nie dzwonimy niczym w kosciele, ale ci rodzice jakby byli glusi. :O Jakos wytrzymalam, choc korcilo mnie zeby huknac na jednego czy drugiego malolata, ze zaraz mu tymi medalami zadzwonie po lepetynie. :D Trener zarzadzil wspolne zdjecie wszystkich plywakow, a potem juz dzieciarnia oraz mlodziez rzucila sie na pizze oraz ciasteczka.

Jakos malo w tym roku zjawilo sie dzieciakow... 

Zjedli (rodzice tez), posiedzieli i po chwili jedna rodzina po drugiej zaczela sie wykruszac. Dalam Kokusiowi 15 minut zeby sobie pogadal z kolega, ale sala pomalu pustoszala, wiec zgarnelam syna i moglam wrocic do domu, zeby zaczac niestety skrocony weekend...

Do przeczytania!

piątek, 27 lutego 2026

W ostatni tydzien lutego, zima nie odpuszczala

Nie do wiary jak ten czas zapie*rza...

W sobote, 21 lutego, niestety dlugiego spania nie bylo. Nik mial ostatni mecz koszykowki i gdzie caly sezon mecze mieli o calkiem fajnych porach, tak ten wyznaczony byl juz na 9 rano. To oznaczalo pobudke o 7 i jedyne pocieszenie, to ze klub narciarski sie skonczyl, wiec nie byl czlowiek obolaly po piatkowym szusowaniu. ;) Choc mam wrazenie, ze w tym roku i koszykowka i narty sie strasznie ciagnely... W kazdym razie, jakos sie czlowiek zwlokl z wyrka, zebral i pojechal. Jeszcze, po sniegu z deszczem poprzedniego popoludnia, w nocy wszystko zamarzlo i choc ulice solidnie sypali, to nasz podjazd wygladal nieciekawie i martwilam sie jak beda wygladaly drogi w reszcie miasteczka. Wyslalabym na mecz M. (wstyd po prostu, ze nie byl na ani jednym), ale akurat jechal na wizyte u lekarza (spokojnie, tylko kontrola), wiec pojechalam sama, nerwowo obgryzajac pazury. Zartuje, nie obgryzam, ale troche sie denerwowalam. ;) Okazalo sie, ze niepotrzebnie, bo choc parking pod szkola byl nieco sliski, to ulice drogowcy doprowadzili do przyzwoitego stanu. Mecz byl intensywny. Nasze chlopaki bardzo szybko zlapali kilka punktow przewagi i wydawalo sie, ze wygrana maja jak w banku. W polowie meczu jednak, przeciwna druzyna sie z nimi zrownala i potem przez jakis czas szala zwyciestwa przechylala sie raz na jedna, raz na druga strone.

Wszystkie foty wyszly mi tak. :D Nik kozluje, choc jak widac jakos koslawo

To spowodowalo, ze zespol Kokusia zaczal grac strasznie desperacko i za szybko. Podawali sobie pilke oraz celowali niedbale i w pospiechu. Zabraklo tez jednego z najlepszych zawodnikow (syna trenera), ktory w miniony weekend, na snowboardzie doznal pekniecia kosci w kostce i obecnie chodzi w bucie ortopedycznym i o kulach. :O W rezultacie zaczeli ciagle pudlowac i w koncu przegrali 37:41. Szkoda, ze akurat ten ostatni mecz skonczyl sie przegrana, ale bywa i tak. Mlodszy w kazdym razie zupelnie sie nie przejal. Pojechalismy do domu, zahaczajac po drodze po Dunkin' bo syn chcial "uczcic" koniec sezonu. W domu chwila na wypicie kawy, bo rano nie zdazylam, po czym zabralam sie za odkurzanie i mycie podlogi na gorze i zagonilam Potworki do zrobienia tego w swoich pokojach. Pozniej bylo troche oddechu, po czym pojechalismy do spowiedzi. Troche wczesnie przed Wielkanoca, ale wiem, ze pozniej moge nie zdazyc. Potem przejechalismy prosto na msze w naszym "zwyklym" kosciele, wiec w domu bylismy w miare wczesnie. Wstawilam zmywarke oraz pranie, ale piec na przyjazd taty nie musialam, bowiem Bi zabrala sie za przygotowanie brownies. :)

Niedziela zaczela sie w koncu dluuugim spaniem. Od poprzedniego dnia, zaczeto zapowiadac jakis istny armagedon i rekordowa zamiec sniezna, ale ta miala sie zaczac wieczorem. Jakie bylo wiec moje zdziwienie, kiedy wstalam i okazalo sie, ze juz proszy snieg. I tak popadywal sobie caly dzien, ale nie osiadal, bo mielismy +2 stopnie. Dziadek wiec jednak przyjechal i posiedzial nawet dluzej niz zwykle. Musialam mu ustawic nowy komputer, a poza tym czekal az Nik... upiecze babke na oleju. Brownies to dla Mlodszego bylo najwyrazniej za malo i stwierdzil ze machnie swoje ulubione ciasto. Przy okazji wkurzajac mnie, bo co chwila wolal o pomoc, a ja najpierw sleczalam nad laptokiem taty, a potem ogladalam skoki. Cofnelam bowiem do poniedzialkowego srebrnego medalu zdobytego w parach, ale przez Kokusia malo co z tego konkursu wiem. :/ Dziadek pojechal tuz przed 16, akurat kiedy temperatura zaczela spadac i snieg pomalu zaczynal osiadac. Podjechal po drodze do sklepu i potem napisal mi, ze polki byly doslownie wymiecione. Ludzie znow rzucili sie jakby mieli utknac w domu przez tydzien, a nie jeden dzien. Dobrze, ze prognozy sie skrystalizowaly w sumie w ostatniej chwili i jeszcze w piatek wydawalo sie, ze zamiec nas ominie, bo inaczej moje zakupy tez skonczylyby sie na pustych polkach i frustracji. ;) Juz wczesnym popoludniem przyszedl mail, ze lekcje kolejnego dnia sa odwolane. Pol godziny pozniej dostalam na sluzbowego maila wiadomosc, ze biura w Nowej Anglii (moje tez) sa w poniedzialek zamkniete i ludzie maja albo pracowac zdalnie, albo wykorzystac dzien urlopu. Zastanawialam sie co powinnam zrobic, bo z jednej strony dzien wolny byl kuszacy, ale poki co uzbieralam sobie zawrotne 1.5 dnia, wiec szkoda bylo mi zuzywac 2/3. :D Z drugiej strony, jako nowej, niby nie wolno mi narazie pracowac zdalnie, choc nie wiem czy ktos to az tak skrupulatnie sprawdza. Myslalam, ze moj szef moze wysle jakies wskazowki, ale sie ich nie doczekalam. Wieczor minal na typowym domowym kieracie, czyli wstawic zmywarke, poskladac pranie i wlaczyc kolejne, itd. Patrzylismy tez za okno, gdzie snieg padal coraz mocniej i warstwa sie systematycznie pogrubiala, ale poki co nie bylo wiatru, a ten zapowiadali huraganowy. Do samego wieczora jednak wichury nie bylo, wiec mielismy sniezyce, ale bez zamieci. Co mnie wcale nie martwilo, bo przy ciezkim, mokrym sniegu, bylo spore ryzyko awarii pradu, a to ostatnie czego bym sobie zyczyla...

W poniedzialek Potworki mogly spac do woli, ale ja zrywalam sie o 7:15, zeby sie dobudzic i doprowadzic do porzadku przed spotkaniem z szefem o 8:30. Sama nie wiem po co, ale spytalam go, co powinnam robic z tym dniem i po krotkim zastanowieniu sie, stwierdzil ze faktycznie, jako nowa osoba, powinnam wziac wolne. No to po spotkaniu wylogowalam sie i cieszylam urlopem. Od rana juz niestety potwornie wialo i caly czas sypalo. Przez wichure wszedzie tworzyly sie zaspy, wiec ciezko bylo stwierdzic ile napadalo sniegu, ale tak na oko juz bylo 20-25 cm.

Z balustady puch zostal zwiany, za to te "zamazy" to snieg, ktory osadzil sie na szybie pod wplywem wiatru 

Maye musialam doslownie wypchnac na zewnatrz, bo snieg zawiewal az pod frontowe drzwi i psiur odmawial wyjscia na siusiu. :D Karmnik byl caly zasypany (zapomnialam go sciagnac), ale od tylu, gdzie wisiala klatka z kostka nasion w tluszczu, jakies uparte dziecioly nadal probowaly sie pozywic.

Nasza sniezna pantera (pod stolem) co chwila domagala sie wypuszczenia, po czym za kilka minut wracala, bardzo zdegustowana pogoda :D

Skoro zyskalam kolejny dzien "weekendu", postanowilam przynajmniej spedzic go pozytecznie. Rozladowalam zmywarke, poskladalam pranie, wstawilam kolejne i zabralam sie za dlugo odkladane szorowanie lodowki. To chyba jedno z najgorszych obowiazkow w domu. Nienawidze tego robic. Pozniej mialam sprzatac kuchnie, ale Bi postanowila zabrac sie za tacos, wiec mialam chwile przerwy. Wiedzialam, ze sprzatanie przed jej kucharzeniem nie ma najmniejszego sensu i sie nie pomylilam. ;) Zamiast tego, wzielam sie za scieranie kurzy. W miedzyczasie Nik ubral sniegowe ciuchy i poszedl sie tarzac. Liczylam, ze moze bedzie mial ochote poodsniezac, ale gdzie tam. 

Proba zrobienia zdjecia, skonczyla sie tak :D

Przynajmniej doniosl drzewa do kominka, bo wieczor mial byc wietrzny i zimny, a trening odwolano (bo musieli odsniezyc parking), wiec pomyslalam, ze fajnie bedzie sie powygrzewac. Kiedy Starsza skonczyla pichcic, zjedlismy te jej tacos'y, ktore wyszly naprawde pyszne, po czym wreszcie zabralam sie za kuchnie. Wrocil z roboty M., bo jemu oczywiscie zamiecie nie przeszkodza w zarobieniu kasy i zdal raport, ze po poludniu glowne drogi byly juz calkiem przyzwoicie oczyszczone. Mimo wszystko, sporo miejscowosci w naszym Stanie oglosilo zamkniecie szkol kolejnego dnia, wiec Potworki czekaly z zapartym tchem na jakies wiadomosci u nas. Doczekali sie, ale nie do konca takiej wiadomosci, na jaka liczyli, bo lekcje zostaly "tylko" opoznione o 2 godziny. :D Ja niestety mialam juz jechac normalnie do biura, ale przez opoznienie wiedzialam ze nie dam rady Potworkow odwiezc, wiec napisalam do sasiadki ze tym razem to oni beda musieli dziewczyny zabrac. Malzonek zaraz po powrocie zabral sie za odsniezanie, wiec ja i Potworki wyszlismy zeby mu pomoc. Snieg byl ciezki, wiec M. wzial odsniezarke i przejechal nia podjazd oraz chodnik, a nasza trojka wspolnie oczyscila kostke oraz schody. 

Malzonek dal Potworkom (tutaj Nik) poodsniezac troche odsniezarka. Dla obojga byla to oczywiscie niesamowita frajda

Robota byla straszna, bo napadalo tak z 30 cm, ale miejscami nawialo wiecej, a ze tym razem nie bylo puchu, tylko mokry, klejacy ciezar, wiec nie dalo sie nabierac na szufle calej grubosci. Rozkladalam na mniej wiecej dwa razy, ale i tak ramiona i plecy protestowaly. Okazalo sie przy okazji, ze kiedy dzien wczesniej spadla temperatura, wszystko momentalnie zamarzlo i teraz na powierzchniach byla taka cieniutka warstwa lodu. To sprawialo, ze kiedy zapieralam sie zeby nabrac szufle, odjezdzaly mi nogi. :O Jakos dalismy rade; odgarnelam tez sciezke na tarasie, od drzwi do karmnika, choc ptaszydla jeszcze nie wiedza ze zostalo im tylko kilka dni dokarmiania. Zazwyczaj juz 1 marca w wiadomosciach grzmia, zeby posciagac karmniki, bowiem przyciagaja one niedzwiedzie... Po powrocie do chalupy, po kolei wszyscy ruszalismy pod prysznic, a M. rozpalil w kominku. A wieczorem musialam wyciagnac sniadaniowke i szykowac sie na powrot do biura. Nie bylo mnie tam prawie 2 tygodnie i w sumie sie odzwyczailam. :D

Wtorek rozpoczelam o wschodzie slonca, bo mamy taka pore roku, ze akurat kiedy sie przebudzam, horyzont robi sie rozowy i po chwili pojawiaja sie pierwsze sloneczne promienie. Szkoda, ze u nas juz za 1.5 tygodnia zmieniamy czas i znow rano bedzie przez jakis czas ciemno... :( Dzien wczesniej dostalam sluzbowego maila, ze ponownie mozna bylo pracowac zdalnie lub wziac wolne. Ja oczywiscie zdalnie oficjalnie pracowac nie moglam, a zeby wziac wolne, nie mialam wystarczajaco uzbieranych godzin. Poniewaz jednak juz dzien wczesniej M. mowil ze glowne drogi sa ok, wiec pojechalam do biura. Potworki, ktore mialy opoznione lekcje, wstaly zaraz po 7, choc nie musialy tak wczesnie, wiec udalo mi sie z nimi pozegnac przed wyjsciem. Coz... Malzonek mowil o glownych drogach, ale "zapomnial" wspomniec, ze te boczne byly w strasznym stanie. Jechalam doslownie 10 km/h, a na zakretach auto mi pieknie zarzucalo. Zastanawialam sie czy szkol nie zamkna, ale jednak uznali ze autobusy jakos przejada. Ja tez przejechalam bez wiekszych problemow, bo faktycznie, autostrada byla czysciutka. W biurze oczywiscie pustki, bo wszyscy skrupulatnie skorzystali z mozliwosci pozostania w domu. Nawet druga nowa dziewczyna, ktora napisala mi, ze jej szef nie robi problemu skoro warunki sa kiepskie, a biura i tak oficjalnie zamkniete. To "super". Jak widac, moj szefunio to naprawde sluzbista. :/ Dzien jakos zlecial i w koncu wyruszylam do domu. Zaleta tego, ze sporo szkol w okolicy bylo nadal zamknietych, bylo to, ze na drogach panowal wiekszy luz i choc raz nie utknelam w popoludniowych korkach. W domu za to czlowiek zjadl, dychnal po robocie i czas byl na trening Potworkow. Tu jednak mi sie udalo, bo M. ponownie podjal probe powrotu do regularnych cwiczen, wiec wzial mlodziez i poszedl na silownie. To dalo mi chwile spokoju, choc wykorzystalam ja m.in. do poskladania prania, zamiast relaksu. ;) Tuz przed powrotem reszty, piknely kamery. Zdziwilam sie, bo nie slyszalam zeby otwieral sie garaz. Spojrzalam w telefon, a tam przeszedl sobie taki gosc:

Wiem ze slabo widac, bo byl w ruchu i polozyl uszy, wiec nie widac fredzelkow, wiec musicie mi uwierzyc na slowo, ze to rys ;)

Po powrocie, Nik polecial pod prysznic, a oboje z Bi zastanawiali sie co bedzie ze szkola kolejnego dnia. Prognozy zapowiadaly ponownie opady sniegu, tyle ze o dosc nieszczesliwej porze. Mial przejsc krotki, ale intensywny front, z opadami od ~5 do 9 rano. Czyli akurat w porze porannych godzin szczytu. Oczywiscie nikt nie wiedzial ile napada, a przewidywania wahaly sie od okolo 3 do 8 cm. Jak to w naszej miejscowosci bywa, kladlismy sie do lozek nadal nie wiedzac co i jak.

W srode wstalam jak zwykle kiedy jade do pracy i po spojrzeniu na telefon, okazalo sie, ze o 5:08 przyszed sms, ze szkoly maja 2-godzinne opoznienie. Cale szczescie, ze go przespalam. ;) Kiedy wstalam, zwatpilam. Snieg sypal jak glupi i juz byla warstwa na wszystkich, dopiero co odsniezonych w poniedzialek, powierzchniach. :/ Uznalam, ze poniewaz pozniej mialo przestac padac, to pojade do biura jak plugi beda juz jezdzic i Potworki wyrusza do szkol. Wrocilam wiec do lozka na 1.5 godzinki. :) Niestety, kiedy ponownie wstalam, za oknem wygladalo jeszcze gorzej. Na ziemi gruba warstwa sniegu i dalej sypalo az milo.

Stan podworka o 8 rano 

Zaczelam sie jednak szykowac, bo nie widzialam innego wyjscia. Akurat dostalam smsa od sasiadki, ze moze zabrac dziewczyny do szkoly i mialam jej odpisac ze ja tez moge bo jade do pracy pozniej, kiedy telefon zadzwonil z wiadomoscia, ze... placowki edukacyjne beda jednak zamkniete. :O Przynajmniej jeden problem z glowy. Potworki odtanczyly oczywiscie taniec radosci, mimo ze oboje byli juz ubrani i wlasciwie wyszykowani. :D Ja za to patrzylam z niepokojem za okno, zastanawiajac sie co robic. Napisala do mnie ta nowa dziewczyna z biura, ze ona zostaje w domu, bo drogi wygladaja strasznie, a jej szef zupelnie nie robi problemu jesli pogoda nie sprzyja. Szczesciara. Krecilam sie patrzac co chwila za okno, az dostalam wiadomosc, ze za kwadrans mialam meeting! Przez ten caly snieg, zupelnie o nim zapomnialam. Stwierdzilam, ze polacze sie i zobacze jakie beda warunki po nim. Spodziewalam sie szybkiej rozmowy "zapoznawczej", a tymczasem siedzialam z kobieta przez 1.5 godziny! :O Gdzies pod koniec naszej rozmowy, faktycznie przestalo sypac, tylko ze skonczylysmy o 11. Uznalam, ze jazda do pracy o tej porze, to zwykle marnowanie czasu i zostaje w domu. Jesli szef jakos dowiedzialby sie, ze nie ma mnie w biurze, powiedzialabym ze sypal snieg. I najwyzej wzielabym te kilka dodatkowych godzin wolnego, choc wolalam je "chomikowac" na pozniej... Urzadzilam wiec sobie stanowisko pracy na kanapie w salonie i bylo mi calkiem milutko. ;) Dni w domu, nawet pracujace, mijaja znacznie szybciej niz te w biurze, wiec ten tez zlecial ekspresowo. W ktoryms momencie stwierdzilam ze wyjde odgarnac to, co nam napadalo. Okazalo sie jednak, ze poza kostka tuz przed frontowym wejsciem, gdzie praktycznie nie dochodzi slonce, wszystko stopnialo, bo mielismy temperature plusowa. Po powrocie M. z pracy, napalilismy w kominku bo jak to w srody, nigdzie nie jechalismy i pozostal tylko lekki domowy kieracik. Wieczorem Bi sprawdzala obsesyjnie prognozy i wzdychala ciezko ze nie zapowiadaja kolejnego sniegu. A przeciez i tak dostali bonusowe dwa dni wolne oraz jeden skrocony w tym tygodniu! :D

Poniewaz moj szef to albo sluzbista, albo strachajpupa, zastanawialam sie co robic w czwartek. Na popoludnie mialam umowionego fryzjera, tyle ze moja fryzjerka powiedziala ze na taka wieksza robote, z cieciem oraz balejazem, musze przyjechac najpozniej o 15. Poczatkowo planowalam byc w biurze poniedz - sroda, a w czwartek i piatek pracowac z domu i po prostu porzucic kompa troche wczesniej. Nowe zasady oraz snieg popsuly mi plany, a w dodatku okazalo sie, ze szefunio przestrzega zasad co do joty, wiec w czwartek musialam przyjechac do biura. Poczatkowo zastanawialam sie czy nie poprosic o dwie godziny urlopu, ale zostalo mi ich tylko 5, wiec szkoda mi bylo zuzywac kolejnych. Ostatecznie stwierdzilam ze przyjade na 7 i wyjde wczesniej, bez brania wolnego. Na maile moge ostatecznie odpowiedziec z telefonu. A potem w biurze okazalo sie, ze byla ta druga nowa dziewczyna i przekazala, ze po pierwsze, jej szef twierdzi, ze praca z domu z powodu pogody nie podlega takim normalnym zasadom, a po drugie, ona poprosila o prace zdalna na kolejny dzien i bez problemu sie zgodzil, mimo ze teoretycznie nam nie wolno. Czyli to tylko moj taki "sztywniak". :/ W kazdym razie, w biurze byly prawie "tlumy", bo poza mna oraz kolezanka, jeszcze jeden chlopak oraz ktos z dzialu zywnosci. :D Dzien zlecial szybko, glownie dlatego ze "ucieklam" wczesniej niz zwykle. Pojechalam prosto do fryzjera, gdzie spedzilam niestety calutkie 3 godziny... Efekt jest bardzo zadowalajacy, ale zapomnialam zrobic zdjecia "przed", wiec nie ma sensu wrzucac "po", bo i tak nie ma go z czym porownac. ;) Do domu dojechalam akurat kiedy M. wychodzil z Potworkami z domu, bo wiozl ich na trening. Sam na silowni nie zostawal, bo nadal byl polamany po wtorku. Zaraz po powrocie pomaszerowal spac, a ja pozniej po mlodziez pojechalam.

Chwila oddechu przed kolejnymi dlugosciami basenu 

Udalo mi sie nawet popatrzec na kilka minut treningu. Po powrocie oboje popedzili pod prysznic, a pozniej trzeba sie bylo szykowac na kolejny dzien.

Piatek to pobudka o normalnej porze i jazda do roboty na 8, z podrzuceniem po drodze dzieciakow (+ sasiadki) do szkol. W pracy wielkie poruszenie, bowiem wyjazdowy trening, na ktory wszyscy sie szykowali, zostal znienacka odwolany. Najlepsze, ze maila zawiadamiajacego o odwolaniu, wyslali do uczestnikow, ale ani szefostwo, ani nawet instruktorzy (!) nic nie dostali i dowiedzieli sie dopiero od nas. :O Oczywiscie wszystko znow przez klotnie w rzadzie i blokowanie budzetu. Miejsce, do ktorego mielismy jechac, nalezy formalnie do Departamentu Obrony Kraju i akurat oni maja czesciowe zamkniecie. To nic, ze nasz departament za szkolenie placi i ma osobne srodki. :/ Tak ogolnie to wcale mi na tym wyjezdzie nie zalezy, wrecz przeciwnie. Chcialabym go po prostu odhaczyc i zajac sie spokojnie treningiem, ktory faktycznie dotyczy mojej pracy. Najgorzej, ze kolejna sesja ma byc w kwietniu, ale na nia na pewno maja juz komplet, a kolejna bedzie dopiero w... lipcu! W srodku wakacji to ja chce myslec o jakims kempingu i spedzeniu czasu z rodzina, a nie o wyjazdach na szkolenia. :( W kazdym razie, wszyscy w zarzadach sa mocno niepowazni, bo po pierwsze, o zamknieciu wiedzieli od ponad tygodnia, ale szkolenie odwolali bez zadnego ostrzezenia czy uprzedzenia, w czwartek o 14 po poludniu. Tymczasem wszyscy mieli wyjezdzac/wylatywac na nie w... poniedzialek! Po drugie, nasz departament, zamiast zaakceptowac odwolanie i na spokojnie zastanowic sie co dalej, trzymal nas w niepewnosci do popoludnia w piatek. Kilka osob, wlaczajac w to mnie, napisalo do nich, probujac troche ponaglic, bo mielismy loty porezerwowane na poniedzialek rano. Balam sie, ze jesli zadna decyzja nie zapadnie w piatek, to potem przez weekend na pewno nic nie zdecyduja i co wtedy? W koncu jednak, prawie o 16, przyszedl mail, ze (niespodzianka :/) jednak szkolenie odwoluja. Z kolezanka liczylysmy, ze moze przeprowadza je wirtualnie, bo tak odbywalo sie ono w czasach covidu, ale uparcie chca je przeprowadzic osobiscie. Teraz niestety bedzie trwanie w zawieszeniu oraz niepewnosci, co do tego na kiedy je przeloza, no i juz sie boje co moj szef wymysli zeby mnie szkolic w miedzyczasie... No i ciesze sie, ze jeszcze nie zaczelam sie pakowac, bo dopiero bylabym zla. ;) Po powrocie do domu, niestety wiekszego relaksu nie bylo, bo Nik umowil sie z kolega akurat na ten piatek zeby pojechac po szkole na narty. Kumpel byl na przedluzonym dlugim weekendzie na wyjezdzie, wiec przepadl mu klub narciarski, a Mlodszy raz byl chory, wiec tez zostalo mu jedno wejscie na karnecie. A ze ten klub kosztuje mala fortunke, to szkoda zeby sie to zmarnowalo. Mama kolegi zawiozla chlopakow, ale pojechali zanim dojechalam z pracy, a ja mialam ich potem odebrac. Pechowo, chlopcy tak sie dogadali wczesniej, bez zapytania mnie o zdanie, bo wolalabym ich zawiezc, niz jezdzic po nocy. Na karnetach mieli wejscie 4-godzinne, a pojechali na pi razy drzwi 17, wiec do odebrania byli o 21.

Moj telefon jest genialny inaczej. Robilam zdjecie Kokusiowi, a ostrosc ustawil sobie na jego kolege z tylu. Niestety, zauwazylam to dopiero po fakcie 

Zanim jednak wyruszylam na stok, najpierw pojechalysmy z Bi na zakupy. Wrocilysmy prawie o 18, a krotko po 20 musialam jechac po Kokusia, wiec siedzialam co chwila zerkajac na zegarek. Zgarnelam chlopakow ze stoku, ale zanim jeszcze ostatni raz zjechali, zanim sie przebrali, zanim w koncu jeszcze odwiozlam kolege, to do domu dojechalismy z Nikiem prawie o 22. To by bylo tyle z piatkowego wieczoru. :/ Mlodszy jednak opowiadal zachwycony, jak bylo fajnie, wiec umowmy sie, ze warto bylo poswiecic troche swojego relaksu. ;)

Do przeczytania w marcu! 

piątek, 20 lutego 2026

Mini "ferie" i krotki tydzien

Sobota, 14 lutego, zaczela sie dluzszym spaniem. Jak pisalam ostatnio, w tym tygodniu Nik nie mial meczu, co z jednej strony irytowalo (bo chcialabym juz zakonczyc ten sezon), ale z drugiej, przynajmniej moglismy sie wylegiwac do wypeku. Tylko M. wstal przed 7, bo on wiadomo, ma problem z dluzszym spaniem. Pozostala nasza trojka, zwlokla sie grubo po 10. ;) Tego dnia byly oczywiscie Wale-w-tynki, ale mysle ze wiekszosc z Was odwiedza mnie juz na tyle dlugo, zeby wiedziec ze wlasciwie ich nie obchodzimy. Zdarzylo mi sie kupic czasem Potworkom po paczce serduszkowych cukierkow (w tym roku mi kompletnie umknelo), ale z malzonkiem praktycznie nigdy nie dajemy sobie zadnych romantycznych upominkow, ze juz o wyjsciu na obiad nie wspomne. Zacytuje Wam za to wierszyk podpatrzony u Klarki Mrozek, bowiem rozmieszyl mnie idealnie na poczatek dnia:

"Na gorze roze, na dole deby, jak cie ktora dotknie, dostanie w zeby!".

No, czyz nie piekna, walentynkowa rymowanka?! :D Poza tym, dzien minal bardzo nie-romantycznie, bo kiedy juz zjadlam sniadanie, ogarnelam sie i wypilam kawe na rozruch, zabralam sie za sprzatanie. A konkretnie, to musialam odkurzyc i pomyc podlogi na dole. Na szczescie M. pojechal po pizze na obiad, a Potworki pogonilam na gore, wiec nikt nie platal mi sie pod nogami. Przez wiekszosc czasu, bo kiedy odkurzalam, Oreo spierdzielila na gore i zaszyla sie u nas w sypialni, ale kiedy latalam na mopie, juz zlazla i chodzila za mna sprawdzajac co robie i przy okazji zostawiajac slady lapek... Jeden kot w domu, a na taras co chwila przylazil nam kolejny. Bi opiekowala sie kocurem sasiadow, a ten pieszczoch o wdziecznym imieniu "Bandyta", caly czas przychodzil, miauczal, a gdy otworzylo sie drzwi, probowal wepchnac sie do srodka! Nawet bym mu pozwolila wejsc, ale obok Oreo dostawala apopleksji, syczac i parskajac! :D

Nie jest tak puchaty jak Oreo, ale za to duzo bardziej przymilny 

Kiedy skonczylam, zrobilam sobie swieza kawe i wlaczylam skoki. Tego dnia znow nasi skakali, ale ja akurat cofnelam do poniedzialku, bo nie zdazylam jeszcze zobaczyc zdobycia srebrnego medalu przez nasza mloda gwiazde. Musze przyznac, ze niezle sie ogladalo znajac wynik, bo gdybym go nie znala, to po pierwszym skoku w zyciu bym nie przypuszczala, ze bedzie podium! :) Niestety, nie udalo sie obejrzec do konca, bo nadszedl czas jazdy na msze i koczylismy po powrocie. Potem wykapac sie i zasiadlam z mezem do zamawiania kempingow. Meczyl mnie o to od tygodni, ale przez nowa prace nie mialam za bardzo do tego glowy. Teraz w koncu wzielam kompa i... zonk. Na wybranym kempingu, rezerwacje otwieraja sie... kolejnego dnia! Pozniej z ciekawosci chcialam zerknac na inny kemping w inny dlugi weekend, a tam rezerwacje mozna zaczac robic od... 18-ego. No to sobie porezerwowalam kempingi. :D Poza tym, dzwonil do mnie tata, bowiem padl mu laptok, ktorego uzywal do podlaczenia polskiej telewizji. Od lat wykupuje taki serwis internetowy i laptopa podlacza do telewizora, zeby miec wiekszy ekran i tego dnia po prostu sie on nie wlaczyl. Zero swiatelek, zero reakcji. Wyzional ducha i tyle. Tata chcial sie poradzic jakiej firmy sprzet najlepiej kupic, no ale ja akurat nie znam sie na takich rzeczach. Przy okazji opowiadal, ze rozliczal podatki i oddal juz wszystkie dokumenty ksiegowej, po czym przypomnial sobie, ze moja mamuska pobiera teraz tez emeryture na podstawie jego. Nie wiem czy w Polsce tez cos takiego funkcjonuje, ale przy hamerykanckiej emeryturze, matka mogla zglosic ze chce pobierac emeryture "od" malzonka, z racji ze nigdy w Stanach nie pracowala. Co ciekawe, moglaby sie po nia zglosic nawet, gdyby byli z tata rozwiedzeni, pod warunkiem, ze bylaby pierwsza zona. :O Tak naprawde to nie wiem po co tacie rozliczac sie z tej jej emerytury (chyba zeby dostac wiecej zwrotu), bo gdyby wlasnie byli po rozwodzie, nawet by nie wiedzial, ze byla zona pobiera sobie dzieki niemu emeryturke. ;) No ale poradzil sie ksiegowej, a ona powiedziala, ze jesli matka ma przesylana ta sume do Polski, to musi tez sie z niej rozliczac, a wiec na pewno dostaje jakies podsumowanie. Tata wiec zadzwonil do swej malzonki, a ona odpowiedziala ze owszem, jakies pismo dostala. Na to jej maz prosi zeby zrobila zdjecie i mu je przeslala, bo chce je do rozliczenia. I co? Nie, nie przesle mu. Nie i koniec. I rzucenie sluchawka. :O No co za... babsko. Wiem, ze to moja matka, ale czasem to mi az wstyd, ze jestesmy spokrewnione. Doszlismy razem z tata do wniosku, ze nie chce zeby wiedzial, ile ona dostaje kasy. Niby mu kiedys podala sume, ale cos nam sie widzi, ze ta musi byc sporo wyzsza, skoro teraz matka chce ja za wszelka cene ukryc. Cala ona. Zawsze nalogowo klamala co do wydanych pieniedzy. Gdy jeszcze mieszkalam w domu, a tata pracowal zagranica, kiedy cos kupowala (np. nowa pralke), zawsze mowila mu ze kosztowala kilkaset zlotych wiecej, zeby przeslal jej odpowiednio wieksza sumke. Tak samo zmuszala mnie i siostre (biciem, krzykiem i wyzwiskami, jakby ktos sie zastanawial) zebysmy tacie mowily, ze np. potrzebujemy nowych butow czy kurtki i zeby przyslal na to dodatkowe pieniazki. Pamietam, ze nie chcialam (i obrywalam za to) i strasznie bylo mi wstyd, ale niestety, mieszkajac z matka pod jednym dachem, a tate majac daleko, bylam zdana na laske i nielaske tej wiedzmy, wiec poslusznie - klamalam... :( W kazdym razie, jestem przekonana, ze mamuska teraz tez za zadne skarby nie chce sie przyznac ile tak naprawde dostaje kasy, bo i tak ciagle jeczy o wiecej...

W niedziele M. pojechal do pracy, a ja z Potworkami moglismy spac do wypeku. Kiedy juz wstalam, zjadlam i sie ogarnelam, zabralam sie za babke na oleju, bo mial przyjechac tata, nie mialam za bardzo pomyslu na nic innego, no i Nik juz od kilku dni twierdzil, ze sam ja upiecze. Ostatecznie przyszedl do kuchni i zamiast piec, to mi "pomagal", czyli glownie gadal jak nakrecony. :D Przed przyjazdem seniora udalo mi sie tez poskladac pranie, ktore czekalo w suszarce. Dziadek przyjechal, ale byla to jedna z tych "meczacych" wizyt. Moj tata, wyobrazcie sobie, za dwa tygodnie leci na... Floryde, zeby rozejrzec sie po okolicy i popatrzec jakie ewentualnie sa tam domy w jego przedziale cenowym. W szoku jestem, bo odkad razem wyladowalismy w Hameryce, caly czas byla mowa, ze on na emeryture wraca do Polski. I tak naprawde to nic nie jest przesadzone, tyle, ze moja matka od wielu lat (wlasciwie to chyba od zawsze) daje popalic i widze ze tata nie bardzo ma ochote tam z nia utknac do konca zycia. No i chyba slucha tez naszego gadania, ze za kilka lat, kiedy dzieciaki wyjada na studia, my tez chcielibysmy przeniesc sie gdzies na poludnie, gdzie cieplutko jest caly rok. Tyle, ze my bylismy juz wielokrotnie w kilku poludniowych Stanach, wiemy jak wyglada tam w srodku lata, a jak zima, wiemy tez orientacyjnie gdzie moglibysmy potencjalnie osiasc. Moj tata nigdy nie byl ponizej Stanu New Jersey, ktory jest "zawrotne" 3 godziny od nas. A tu nagle wyskakuje z Floryda! :O Tyle, ze jadac na tydzien, nie wiem ile on zdazy tam obejrzec. Nie mowiac juz, ze marzec to chyba czas najfajniejszej pogody. Juz wlasciwie pozna wiosna (szczegolnie w porownaniu z nasza polnoca), a jeszcze bez strasznych upalow oraz wilgotnosci, bo bedzie tak mniej wiecej w polowie polwyspu, wiec dalej od Miami gdzie zaczyna sie juz klimat subtropikalny. Moze to byc nieco mylace, bo o ile zima bedzie fajnie, bo cieplo, ale jak przyjdzie srodek lata, to moze sie chlop mocno zdziwic. Opowiadalismy mu juz o kempingach, gdzie Nik nie chcial wychodzic z przyczepy, tak bylo goraco, ale tego nie da sie wyobrazic. To trzeba poczuc na wlasnej skorze. ;) I gdzie my z M. i tak wolimy taki ekstremalny gorac od zimna, to zdecydowanie nie jest to dla kazdego. No nic, zobaczymy czy mu sie spodoba. Narazie tylko wszedl na Google w okolicach gdzie jedzie i zdziwil sie jak tam plasko! :D Padlam ze smiechu, bo bylam tam juz tyle razy, ze wlasciwie nie zwracam juz na to uwagi. U nas drogi wija sie i wspinaja na wzgorza, a potem opadaja. Tam sa plaskie jak deska i proste jak od linijki. ;) W kazdym razie, martwie sie jak tata sie tam sam ogarnie, bo leciec chce, ale zeby mu zrobic rezerwacje, tu juz bylam potrzebna ja. Tak naprawde tata sam lata tylko do Polski i dowoz rezerwuje przez polska agencje. Teraz bedzie sie musial zorientowac i dogadac po angielsku... Pomoglam mu wiec z lotem, wynajmem auta, dlugoterminowym parkingiem na lotnisku oraz hotelem. Gdybym mogla, polecialabym z nim, ale sama bede miala akurat wyjazdowe szkolenie... :/ Kiedy juz odhaczylismy to wszystko, wlaczylam olimpiade, a konkretnie to skoki narciarskie z poprzedniego dnia. Tym razem nasz mlody wywalczyl brazowy medal. Zaczelismy ogladac pozno, a potem wszystko trwalo, wiec jak tata zwykle przyjezdza na okolo 3 godziny, tak tego dnia zostal ponad 4. W miedzyczasie Bi zabrala sie za pieczenie chleba i wyszedl jej pyszny. Napisalabym "jak zwykle", ale to dopiero drugi raz, kiedy go upiekla. ;) Najwazniejsze jednak, ze wszystko zrobila samiutka, nie to co Nik, ktory oznajmia, ze "piecze", po czym wola co 5 minut o pomoc. ;) Po odjezdzie taty, zmienilam u dzieciakow posciel i wstawilam ja do pralki, po czym posprzatalam w swojej lazience i zagonilam Kokusia do posprzatania u dzieciakow, bo wypadala jego kolej. Potem siadlam z M. do sprawozdania finansowego. To kolejny, upierdliwy wymog mojej pracy. Raz do roku, kazdy musi sporzadzic raport dla oddzialu etyki, gdzie wypisuje wszystkie posiadane zaplecze finansowe, a takze "obciazenia". Zasady maja jednak niemozliwie skomplikowane, bo np. (jesli dobrze kojarze) nie musisz podawac zarobkow malzonka czy kredytu za dom lub samochod, ale jesli masz lodz, to ta musisz juz podac. My lodzi nie mamy, ale posiadamy przyczepe, ktora wymieniona nie jest, wiec musze wyslac im maila, bo nie wiem czy zalicza sie jako "obciazenie". W dodatku, trzeba podac jakie ma sie akcje gieldowe (kazda z osobna), choc tu tez maja jakies kruczki, gdzie niektorych nie musisz zglaszac. Zeby bylo "smieszniej", trzeba je podac zarowno dla siebie, jak i dla malzonka oraz dzieci. U nas pechowo M. dlubie w akcjach gieldowych, wiec bede teraz musiala nad tym siedziec. Dodatkowo, trzeba podac posiadane plany emerytalne (u nas to M., bo swoich federalnych nie musze), ale np. stare, gdzie pracodawca juz nie odprowadza skladek - nie (podobno). Siadlam z malzonkiem do tego, ale juz po chwili zlapalam sie za glowe i stwierdzilam, ze jest niedzielny wieczor i nie chce go zmarnowac na cos takiego. Stwierdzilismy, ze M. w pracy to wydrukuje, a ja siade w godzinach wlasnej roboty. Tym bardziej, ze dopiero co na szkoleniu mowili, ze w dni wolne mozna pracowac wylacznie za pozwoleniem szefa i lepiej nawet sie nie logowac w komputerze. Kolejna dziwna zasada federalnej pracy, bowiem normalnie szefostwo ronilo by lzy wdziecznosci gdyby ktos dobrowolnie harowal w weekend. Albo wrecz domagalo sie zeby cos konczyc po godzinach. A tu - nie wolno. ;) A na wieczor sie podlamalam, siadlam bowiem znow do kempingow. Ten, na ktory jezdzimy zawsze na majowy dlugi weekend, pokazywal dzien wczesniej, ze rezerwacje mialy sie zaczac w niedziele. Wchodze, a tam teraz pokazuje, ze w poniedzialek. Zglupialam i zaczelam szukac na stronie o co chodzi. Doczytalam, ze z powodu remontow, opozniaja otwarcia rezerwacji. No dobrze; przynajmniej wiem o co chodzi. Tyle, ze na ten kemping mozna robic rezerwacje na dwa sposoby - na ogolnokrajowej stronie i lokalnie - na stronce tamtego stanu. I teraz, jedna pokazuje ze nowe wiadomosci pojawia sie 1 marca, a druga, ze... 31. :D I badz tu czlowieku madry! Aha! Jeszcze Nik przypomnial sobie, ze zostal wybrany na jakis krajowy test w szkole. Nie stanowy, bo te maja co roku, tylko na cale Hameryke. O rany... Mysle, ze to jego wybrany, to raczej "wylosowany", bo szkola raczej wybralaby jakichs prymusow, a Mlodszy sie do nich zdecydowanie nie zalicza. ;) Mam tylko nadzieje, ze nie przyniesie szkole, ani naszemu Stanowi wiekszego obciachu. :D

Poniedzialek to swieto, President's Day, ktore jednak obchodzone jest glownie przez urzedy stanowe i federalne, szkoly, banki oraz poczte. Oznaczalo to, ze zarowno ja, jak i Potworki mielismy wolne, ale M. normalnie pracowal. Trojka z nas mogla wiec sie wyspac i wylegiwac w lozku. Kiedy w koncu sie zwloklam, po sniadaniu wstawilam kawe, po czym zabralam syna na wyczekane i wyproszone strzyzenie. Zeby nie bylo, oboje z M. juz od dlugiego czasu pytalismy czy chce sie obciac, bo zarosl i odpowiedz ciagle byla, ze "jeszcze nie", "narazie jest ok", itp. W koncu wiec machnelismy reka, ze sam poprosi jak sie zdecyduje. No i nadszedl ten czas, tylko ze teraz oczywiscie wszystko bylo "juz, zaraz, natychmiast". Poniewaz z czasem jestesmy na bakier, wiec minelo kilka tygodni i w koncu stwierdzilam, ze moze wlasnie w dlugi weekend. Zebralismy sie wiec z synem i pojechalismy, choc nie obylo sie bez potkniec. Fryzjer, do ktorego zwykle jezdzilismy, zrobil sobie wolne. Pojechalismy wiec do salonu z sieci, gdzie kiedys Mlodszego niezle obcieli (wedlug mnie), choc on sam marudzil ze za krotko. Niestety, pewnie przez to ze sporo osob mialo wolne, akurat jedna osoba byla strzyzona, kolejna siedziala w poczekalni, a pani oznajmila ze nie ma miejsc i zeby przyjechac po 14:30. Nie wiem dlaczego byla sama w wielkim salonie, ale trudno. Postanowilam zostawic decyzje synowi, choc samej nie bardzo usmiechalo mi sie wracac tam za niecale 3 godziny. Nie lubie takiego jezdzenia w kolko, no. ;) Nik jednak podzielal moje zdanie, ze chce tez skorzystac z wolnego dnia, a nie jezdzic w te i spowrotem. Bylismy blisko miejsca z bubble tea, wiec pojechalismy, po drodze zastanawiajac sie co robic. Traf chcial, ze na placu obok minelismy miejsce, ktore wygladalo na fryzjera, choc nazwa byla nieco mylaca. Kiedy czekalismy na herbatki, udalo mi sie ich znalezc w necie i okazalo sie, ze to jeden z kolejnej sieci salonow. Takie sieci sa raczej znane z niezbyt porywajacych rezultatow, ale Mlodszy byl zdesperowany, a okazalo sie, ze tam mozna sie bylo zapisac przez internet i czas oczekiwania wynosil 16 minut. Szybko wiec Kokusia wpisalam i po odebraniu napojow, pojechalismy. I trzeba przyznac, ze syn trafil niesamowicie, bo nie dosc, ze wzieli go z miejsca, to jeszcze dziewczyna byla mloda i sympatyczna. Dopytywala Mlodego jak chce miec kudly przyciete, podcinala po trochu, pytajac czy jeszcze, czy zostawic, i choc raz Nik wyszedl zachwycony fryzura!

Przed

Po - ja bym mu ta gore obciela troche krocej, ale coz; taka moda ;) 

Ja zas bylam zadowolona, ze mamy to z glowy i mozemy spokojnie wrocic do domu. Tam, jak to w chalupie, caly czas cos. Poskladac pranie, cos tam ogarnac, odgrzac obiad dla mlodziezy...Wrocil M. i chwilke posiedzielismy razem, ale po chwili zaczelam sie z dzieciakami zbierac, bowiem zauwazylam, ze w klubie, do ktorego nalezymy, otworzyli w koncu jazde na lyzwach na stawie. Swoja droga to zastanawia mnie, dlaczego jak mielismy potezne mrozy, to staw byl nieoczyszczony ze sniegu i jazdy na nim nie bylo, a teraz, jak przyszla odwilz i wszystko sie pomalu topi, nagle mozna jezdzic po nim na lyzwach. Dla mnie to jakies totalne zaprzeczenie logice... Spytalam Potworki czy chca pojezdzic i chcieli, bo pamietali z zeszlego roku, ze to byla niezla frajda. Okazalo sie jednak, ze lod owszem, oczyscili ze sniegu, ale go praktycznie nie wyrownali. Strasznie duzo bylo nierownosci i jakichs wyrw w lodzie. 

Oprocz glownej czesci, odsniezyli tez "sciezke", ktora byla jednak naprawde poryta i nierowna. To z brzegu, to "balkonik", ktory wzielam zeby sie przytrzymywac, bo bylam pewna ze wywine tam orla (a widzicie o ile Nik juz przerosl starsza siostre? :D)

A ze jakims cudem to byl w tym roku nasz pierwszy (i pewnie ostatni) wypad na lyzwy, to jezdzilismy jak ostatnie mimozy, szczegolnie ja. Potworki w koncu zlapaly wiecej pewnosci, do tego stopnia, ze przyniesli z szopki kijki oraz krazek i zaczeli grac w hokeja, choc zadne nigdy nie mialo okazji sprobowac tego sportu. :D

W tle, za Potworkami, widac ogrzewany, czerwony domek, w ktorym mozna sie przebrac bez klekotania zebami, a obok niego jest "zejscie" na lod, czyli drewniana (i niezbyt stabilna) porecz do przytrzymania, bo zdjecie jest za daleko, ale tam jest lekki spad, wiec szybciej sie zjedzie na tylku, niz wejdzie na lod ;) 

Musze przyznac, ze potrzebne bylo mi to wyjscie. Dotlenilam sie i fajnie spedzilam czas, nie mowiac juz ze rozruszalam troche stare miesnie. Po powrocie wrocilam do domowego kieraciku, czyli poskladalam kolejne pranie, zmienilam i wstawilam posciel u nas, itd. Nie ma ze sie czlowiek ponudzi. ;) Potworki mialy kolejny dzien na leniuchowanie, ale dla mnie dlugi weekend sie konczyl. Na szczescie nie musialam sie jakos szczegolnie szykowac do roboty, bowiem kontynuowalam (prawie) calodzienne wirtualne szkolenia z domu.

We wtorek budzik zadzwonil o 7, choc mialam straszne problemy zeby sie dobudzic. Troche pomoglo to, ze nie bylam sama. Do Kokusia napisal dzien wczesniej kolega, czy chcialby wybrac sie z jego rodzina na narty. Wiadomo, ze na mysl o szusowaniu Mlodszemu zaswiecily sie oczy, choc pol wieczora przezywal, ze "chce jechac, ale tez chcialby spedzic caly dzien grajac w Minecraft". Ostatecznie zostal przy nartach, bo nie dosc ze to jego ulubiony sport, to jeszcze z najlepszym kumplem, ktory juz za niecale 2 tygodnie sie przeprowadza... Mnie z kolei cieszylo, ze mama kolegi byla opiekunka w klubie narciarskim w szkole Bi i dostala kupe darmowych karnetow, wiec nie musialam za syna placic; dalam mu tylko kase na jedzenie. Przyjezdzali jednak po niego juz o 8:45, wiec Nik tez musial wstac krotko po 7, bo dzien wczesniej nie chcialo mu sie nawet spakowac plecaka. Pomalu zabieralam sie za prace, a w miedzyczasie syn wyszykowal sie i pojechal.

Zlapany przez kamery ;) 

Ja zasiadlam do tego raportu dla oddzialu etyki, bo zostalo mi juz tylko 1.5 tygodnia na skonczenie. O luuuudzie, ile to zajmuje czasu! Niby wcale M. nie ma tych akcji tak strasznie duzo, ale wypisywanie kazdej, jej kodu, zaznaczanie czy jest tylko jego czy dzieciaki (im malzonek tez zalozyl konta, zeby zbierala sie kasa na studia) tez ja maja, ilosc przydzialow, kwota... Jeszcze mialam kilka pytan co trzeba zglosic, a co nie i spedzilam nad caloscia ponad dwie godziny. :O Okazalo sie przy okazji, ze M. ma tez w pracy takie troche dziwne (nie wiem jak to opisac) konto z akcjami gieldowymi i pani z informacji odpowiedziala, ze tak, to tez trzeba zglosic. Suuuper... ciesze sie niezmiernie. :/ Nie zdazylam, bowiem musialam zasiadac na szkolenie. Ktore bylo rownie nudne jak zwykle, ale o dziwo panie zmiescily sie idealnie w czasie. W dodatku, tego dnia bylo ono jakies krotsze i skonczylo sie okolo 15:20. Zostalo mi wiec troche czasu zeby dokonczyc jedno z tych wirtualnych lekcji, ktore przerabiam samodzielnie. Zostal mi wlasciwie tylko test i choc nie robilam sobie wiekszych nadziei, to zdalam go za pierwszym razem. ;) Pozostala wiec tylko jedna "lekcja" z tych, ktore musze zaliczyc w trybie pilnym. Pozniej siadlam i wklepalam te akcje gieldowe M., ktorych nie zdazylam rano i akurat skonczyl sie moj oficjalny dzien pracy. Szkoda, ze to nadal nie koniec tego raportu, ale juz widac swiatelko w tunelu. Te akcje to byla chyba najbardziej czasochlonna rzecz do wpisania. Myslalam, ze Nik wroci z nart zanim skoncze pracowac, ale okazalo sie, ze dzieciarnia (kolega Kokusia ma troje rodzenstwa, a jeden z braci tez wzial kolege) tak dobrze sie bawila, ze jezdzili do 16, wiec w domu byl dopiero przed 17. Oczywiscie wrocil wykonczony, bo nieprzyzwyczajony jest do calodniowego szusowania. W takim razie, nie bylo mowy zeby jechal na basen, a Bi strzelila focha, ze dlaczego ma jechac sama. Ostatecznie machnelismy reka, bo nam tez srednio chcialo sie ruszac z chalupy. 

Sroda to juz dla Potworkow powrot do szkoly. Takie to nasze "ferie", ze trwaja 4 dni. :D Oczywiscie mnostwo bylo ciezkiego wzdychania i krecenia sie w kolko. Po poludniu okazalo sie, ze Nik zapomnial spakowac jedzenia, bo... odzwyczail sie od przygotowywania przekasek. ;) Poniewaz nadal mialam miec szkolenie z domu, wiec zawiozlam rano Potworki oraz sasiadke do szkol. Potem wrocilam, zjadlam sniadanie, ogarnelam sie i zasiadlam do pracy. W koooncu skonczylam to cholerne sprawozdanie dla dzialu etyki. Ciekawe teraz kiedy je sprawdza i odesla liste pytan i restrykcji, bo na pewno sie bez tego nie obejdzie... Pozniej zaczelam kolejna, wirtualna "lekcje", ale jej nie skonczylam, bo musialam sie laczyc na szkolenie. To byl niestety jeden z tych dni, kiedy trzymali nas do godziny 16:30, z tylko krotkimi przerwami... Wrocil do domu Nik (na szczescie akurat mialam jedna z przerw, wiec odgrzalam mu obiad), wrocili M. z Bi., a ja dalej tam kwitlam. Przez chwile nawet malzonek usiadl kawalek obok (zeby go nie widzieli) i sie przysluchiwal. :D Wreszcie skonczylismy i przez wiekszosc wieczora bylam juz nie do zycia, bo lepetyna mnie rypala. M. zreszta tez, wiec moze cos bylo po prostu w powietrzu. ;)

W czwartek pobudka tak samo jak w poprzednie dni. Zawiozlam Potworki do szkol, tym razem bez sasiadki, bo jej mama napisala, ze ta... jest chora i zostaje w domu. Swietnie po prostu, bo dzien wczesniej wiozlam ja z nami w aucie i na bank juz rozsiewala zaraze. :( Wrocilam, zjadlam sniadanie, ogarnelam sie nieco i zasiadlam zeby dokonczyc ostatnie wirtualne szkolenie. Po nim planowalam zaliczyc akcje pt. lapanie siuskow psiura. Nie pamietam czy pisalam (a nie chce mi sie grzebac), ale ostatnio cos znalezli w moczu i Maya dostala antybiotyk na 10 dni. Skonczyla go, ale zanim przepisze tabletki na popuszczanie, pani weterynarz uparla sie sprawdzic jej mocz kolejny raz. Zalamac sie mozna, bo tabletki zaraz sie skoncza, wszystko znow bedzie zasikane, a wet wymysla... Ciekawe tylko co wykombinuje jesli znow cos znajda. Nic tylko wybudowac psu bude na podworku, bo naprawde serdecznie dosc mam ciaglego wycierania kaluz i poslania smierdzacego szczynami. :/ Tak czy srak, plany planami, a tymczasem nagle wskoczylo mi zawiadomienie, ze mam... meeting! Wczesniej zle spojrzalam i myslalam ze bedzie w przyszlym tygodniu, a tu taka niemila niespodzianka. Zanim uporalam sie z testem na koniec "lekcji", wlasciwie czas bylo sie laczyc. To comiesieczne spotkanie i pamietam ze poprzednie trwalo ledwie pol godziny, wiec stwierdzilam ze miedzy nim, a szkoleniem, pojde pochodzic za psiurem z tacka. Taaa... Tym razem trwalo 45 minut, wiec zostal mi kwadrans. Mialam odpuscic, ale stwierdzilam, ze sprobowac nie zaszkodzi. Tak w ogole, to pani doktor mnie wkurzyla, bo poprzednio dostalam tacke i sterylny pojemniczek, a tym razem nic. Kiedy napisalam ze nie mam "akcesoriow", odpisano mi ze mozna umyc obojetnie jaki pojemnik. Zaczelam sie glowic, co jestem sklonna "poswiecic", bo wiadomo ze niczego po psich siuskach juz nie uzyje. W koncu wzielam plastikowy pojemnik po jakims gotowym daniu, a za tacke rozcielam dwuskrzydlowy plastik po ciastkach. Na szczescie zdalo to egzamin. I cale szczescie, ze tym razem Maya wspolpracowala i tylko kilka minut krecila sie w kolko nie wiedzac dlaczego jest na smyczy na wlasnym ogrodzie. ;) Ledwie uporalam sie z tym paskudnym zadaniem, wstawilam pojemniczek do lodowki i popedzilam laczyc sie na szkolenie. Tego dnia bylo na szczescie nieco krotsze i zakonczylo sie dokladnie w momencie kiedy do domu wszedl M. z Bi. Mialam jechac z pojemniczkiem do weta, ale M. zaoferowal ze pojedzie, wiec zbytnio nie protestowalam. Ja w tym czasie zabralam sie obieranie i gotowanie ziemniakow oraz jaj na twardo, bo mielismy zurek, ale jesc czysta zupe, to tak nie bardzo. ;) Za badanie siurow, wet zazyczyl sobie prawie $70. Normalnie fortuna idzie na tego psa, a nadal niczego konkretnego nie zdiagnozowali, nie mowiac o przedluzeniu recepty. Po poznym obiedzie posiedzielismy chwile na kanapie, po czym na 19 zawiozlam syna na ostatni (w koncu!) trening koszykowki. Malzonek za chwile poszedl spac, wiec pozniej po Kokusia pojechalam. Mlodszy szybko wzial prysznic, co mnie smieszy, bo jeszcze kilka miesiecy temu nie mozna go bylo zagonic do kapieli. Albo przypominalo mu sie po 10 razy, a on przewracal oczami i ciezko wzdychal, albo obliczal zeby kapac sie maksymalnie 2x w tygodniu. A obecnie, sam z siebie, bierze prysznic niemal codziennie, zdecydowanie czesciej niz siostra. Az M. zaczal go podpytywac czy ma jakies ladne dziewczyny w klasie, ale poki co syn stanowczo odmawia rozmow na ten temat. :D

Piatek zaczelam tak samo jak przez ostatnie 1.5 tygodnia, czyli nieco pozniej niz przy jezdzie do biura, a za to zawozac dzieciaki do szkol. Tego dnia sasiadka cudownie "ozdrowiala" i zabrala sie z nami. Nie musielismy jednak taszczyc nart Kokusia, bo klub narciarski sie wreszcie skonczyl. Rozwiozlam mlodziez i wrocilam do domu, gdzie szybko zjadlam sniadanie i umylam sie, po czym zasiadlam do komputera. Za oknem za to zaczal padac snieg i sypal az milo. Najsmieszniejsze, ze i moj telefon i komputer uparcie pokazywaly, ze pada deszcz. Po 2-3 godzinach opad faktycznie przeszedl w deszcz ze sniegiem, ale w miedzyczasie zdazyla napadac porzadna warstwa sniegu.

Czy to wyglada niczym deszcz? 

Pierwsze dwie godziny pracy smignely w sumie szyko i znow musialam laczyc sie na szkolenie. Po tylu dniach wszyscy juz pomalu mieli dosc. Niby mielismy miec wlaczone kamery, ale jedna dziewczyna miala swoja wylaczona caly dzien, a i inni co chwila wylaczali na chwile, albo wpisywali ze ida do lazienki. Ewidentnie kazdy marzyl juz o koncu, mnie w to wlaczajac. ;) Niestety, mimo ze ostatni dzien, mimo ze piatek, trzymali nas niemal do 16. :/ A jeszcze, w miedzyczasie, pisalam maila bo przypomnialo mi sie, ze na treningu "wyjazdowym" musi mnie ktos odebrac z lotniska. Mialam wyslac wiadomosc z podstawowymi informacjami, jak imie, data i godzina przylotu, itd., i dostac potwierdzenie. Wyslalam i... dostalam w odpowiedzi rozklad jazdy busa do tego miejsca. Ani zadnego tlumaczenia, ani nawet jakiegos slowa przywitania, tylko wklejona tabela. Mialam juz odpisac z sarkazmem, ale ugryzlam sie w klawiature, podziekowalam za grafik i spytalam czy musze wybrac o ktorej chce byc odebrana, czy busy przyjezdzaja po prostu co godzine. Odpowiedz byla jednozdaniowa, ze autobus jest co godzine. Ani hello, ani do widzenia, ani pocaluj mnie w doope. Jak tak bedzie wygladala wspolpraca ze wszystkimi tam, to ja dziekuje... Kiedy juz skonczylam szkolenie, szybko jeszcze posprawdzalam co i jak, po czym wylogowalam sie, przebralam i popedzilam na zakupy. Zabrala sie ze mna oczywiscie nieodlaczna Bi. Typowa baba - kocha sklepy, nawet jesli to tylko spozywczy. Wrocilysmy i po rozpakowaniu toreb, popedzilam pod prysznic, po czym moglam juz grzac sie przy kominku, ktory rozpalil M. I cieszyc nadchodzacym weekendem; szkoda, ze tym razem juz tylko 2-dniowym. ;)

piątek, 13 lutego 2026

W koncu odwilz

Taaa... Odwilz. Tyle ze nie na samym poczatku tego posta... ;)

Sobota, 7 lutego to dluzsze spanie dla calej rodziny, lacznie z M. Tak jak pisalam ostatnio, jesli w pracy nie beda kombinowac z grafikiem, malzonek planuje wziac wszystkie soboty w lutym wolne. Niestety, kiedy wstaje sie codziennie o 2-3 nad ranem, to potem ciezko spac niewiadomo ile. Zaraz po 6, M. wiec wstal i poszedl... odsniezac. Od poprzedniego wieczora padal bowiem snieg, drobniutko i niezbyt gesto, ale kilkucentymetrowa warstewka sie zrobila. A ze moj maz ma problem z relaksem, to poszedl pomachac szufla. Nik potem sie skarzyl, ze ojciec obudzil go zgrzytajac o kostke, jego okno wychodzi bowiem akurat na frontowe wejscie. ;) Dodatkowo, M. spedzil troche czasu odsniezajac "polanke" w grubym sniegu, zeby zwierzyniec mial sie gdzie zalatwiac. To co nam spadlo dwa tygodnie temu, jakis czas polezy, a tymczasem siersciuchy doprowadzaja do szalu. Maya zalatwia sie na podjezdzie oraz kostce (wiec idzie sie zygzakiem zeby nie wdepnac w mine lub pozostalosc po niej), a Oreo przerzucila sie zupelnie na kuwete. Co samo w sobie by mi nie przeszkadzalo; w koncu po to jest, tyle ze kiciul... nie trafia! :O Ciagle znajdujemy bobki obok i smugi na scianie! :/ Co prawda, podejrzewam ze z "polanki" chetnie skorzysta Maya, ale kot potrzebuje sypkiego piasku, wiec i tak tam nie pojdzie. Zreszta, ostatnio w ogole malo z domu wychodzi, a co dopiero mowic o zalatwianiu potrzeb na zewnatrz... :/ W kazdym razie, ja oraz Potworki pospalismy dluzej, bo Nik mial mecz na 11, wiec nie bylo pospiechu. Mielismy za to najzimniejszy dzien tej zimy. Rano bylo "tylko" -12, ale temperatura spadala zamiast rosnac, a w dodatku zerwal sie doslownie huraganowy wiatr, wiec wczesnym popoludniem mielismy -18, przy odczuwalnej -26. :O W dodatku, wiekszosc dnia co chwile proszyl snieg, wiec smagal cie po wszystkich odslonietych czesciach ciala... Wystarczylo, ze po meczu przeszlam od drzwi szkoly do samochodu i mialam dreszcze przez kolejna godzine. Kompletnie nie moglam sie rozgrzac. A musze nadmienic, ze zalozylam buty zimowe oraz zimowa kurtke. Nik mial dlugie spodnie oraz bluze i sie ze mnie smial. ;) Co do meczu, to tym razem grali przeciw innej druzynie z naszego miasteczka. Jakos jednak te dwie grupki chyba sie za bardzo nie lubia, bo pamietam ze kiedy grali przeciwko innej, to byla kupa wyglupow oraz smiechu, a tu nic. Pelna powaga i rywalizacja. Ktora zreszta byla bardzo wyrownana. Przez dwie pierwsze cwiartki, druzyna Kokusia przegrywala, choc szli niemal leb w leb. W koncu, w trzeciej, zaczeli nadrabiac, az wygrali 33:23. Tym razem to drugi kosz dla jego druzyny, zostal wbity przez Nika, ale cala akcja wydarzyla sie tak szybko, ze nawet nie zdazylam uniesc telefonu. :D

Za to mam fote kawalera z rozwianym wlosem, bo juz pilnie potrzebuje strzyzenia ;) 

Po meczu wrocilismy do domu, gdzie szybko zaparzylam sobie goracej kawy, ale i tak klekotalam zebami. W koncu zabralam sie za odkurzanie i mycie podlogi na gorze, co wreszcie skutcznie mnie rozgrzalo. Nie ma jak male odgruzowanko. ;) Pozniej chwila na odpoczynek i trzeba sie bylo zebrac do kosciola, bo M. w niedziele juz pracowal. Po powrocie, kiedy temperatura spadala nadal na leb na szyje, a wiatr lomotal w okna oraz huczal w kominie, zapalilismy w kominku i wygrzewalismy dupki. Tyle ze musialam pranie wstawic, bo Nik zniosl mi swoj pelniusienki brudownik. Kurcze, musze nauczyc dzieciaki jak wlaczyc pralke, bo szlag mnie kiedys trafi. Patrzylam ze mam jeszcze kupe miejsca i nie musze wstawiac prania, to Mlodszy przytaszczyl swoje brudy, a kiedy zobaczyla to Bi, natychmiast zbiegla tez z wlasnym brudownikiem. :/ W ten sposob nie tylko, ze musialam pilnie wlaczyc pralke, to jeszcze czesc zostala do kolejnego ladunku... Poza tym upieklam chlebek bananowy, bo pierwszy raz od dluzszego czasu zostaly nam przejrzale banany, a w niedziele mial oczywiscie przyjechac dziadek. Na noc ponownie zapowiadali rekordowe zimno, wiec znow zostawilam lekko kapiacy kran. Nie wiem czy to faktycznie cos daje, ale przezorny zawsze ubezpieczony, tak? ;)

W niedziele malzonek rano pracowal, a ja i dzieciaki odsypialismy. Nastawilam budzik na 8:30, ale wylaczylam go i zamknelam oczy "na chwile", po czym obudzilam sie o 9:40. :D Zjadlam sniadanie i jako tako sie ogarnelam, po czym napisalam do dziadka, ze kawa gotowa. :D W nocy bylo -20 stopni, ale rano przycichl wiatr i w sloncu zrobilo sie -9. Tak juz jestem "skrzywiona" tymi ostatnimi temperaturami, ze kiedy wypuszczalam psa, przeszlo mi przez mysl, ze "o, nie jest tak zle". Przy prawie -10 stopniach! :D Niestety, wczesnym popoludniem wiatr ponownie sie zerwal i zrobilo minus kilkanascie stopni. Cieszylam sie, ze nie musze wychodzic. Moj tata dzielnie przedarl sie przez Arktyke, zeby wpasc na kawke, choc narzekal ze nie wie czy odpali samochod, ktorym zwykle jezdzi do pracy (ma dwa). Niby jest na bezrobociu, ale koncza jakis specjalny projekt i nie ma ze zima im w tym przeszkodzi. ;) Posiedzial jak zwykle ze 3 godzinki, po czym opatulil sie ponownie na cebulke i pojechal. Ja jak zwykle wzielam sie za wstawianie i skladanie prania, ogarniecie kuchni i tym podobne. Wieczorem oficjalnie zegnalismy weekend, wiec trzeba bylo wyciagac sniadaniowki i szykowac ubrania. No i klasc sie spac troche wczesniej niz przed polnoca. ;)

Poniedzialek zaczelismy wczesna pobudka i szykowaniem sie do kieraciku. Mielismy -15 stopni, wiec stwierdzilam ze zawioze Kokusia, a wiec dziewczyny tez. Tyle, ze zajezdzajac do dwoch szkol schodzi mi tyle czasu, ze ostatnio dojechalam do biura o 8:15. Wtedy mialam meeting o 10, tego dnia juz o 8:30, wiec powiedzialam dzieciakom ze musimy wyjsc o 7:05. Nie chcialam bowiem ryzykowac, ze utkne w korku i sie spoznie. Napisalam tez do sasiadow z pytaniem, czy ich corka da rade byc gotowa na ta godzine. Mama odpisala, ze sama ja zawiezie. No i tym lepiej. ;) Zaoferowala, ze wezmie tez Bi, ale ta stwierdzila ze woli jechac wczesniej. Odwiozlam wiec corke, zajechalam jeszcze na 30 sekund pod biblioteke (ktora jest zaraz obok jej szkoly) i wrzucilam do schowka ksiazke, po czym popedzilam dalej z Kokusiem, a potem do roboty. Okazalo sie, ze dobrze wymierzylam czas, bo na parking w pracy dotarlam o 7:55, wiec zanim zaplacilam i doczlapalam do budynku a potem na pietro, zrobila sie 8:10. Akurat starczylo mi czasu zeby sie rozebrac, rozpakowac, podlaczyc laptoka i zrobic sobie kawe i za momencik laczylam sie na rozmowe. Moj szef ogolnie jest sympatyczny, ale tym razem podniosl mi cisnienie. W zeszlym tygodniu wyszlo, ze z wymaganych wirtualnych szkolen mialam dostep tylko do trzech, a do tego do kilku z innego rozdzialu (ktore nie byly wymagane, ale je tez robilam, skoro innych nie mialam). I tego dnia szef dopytywal ile te szkolenia zajmuja mi czasu, i co jeszcze robilam zanim pojechalam na inspekcje, itd. Mialam wrazenie, ze daje mi do zrozumienia, ze sie obijam. A ja przeciez caly czas sie wszystkiego ucze, wiec kazde dzialanie zajmuje mi duzo wiecej czasu, ciagle ogarniam nowe systemy oraz aplikacje i dowiaduje czegos nowego! Nie mowiac juz, ze mialam po drodze sporo problemow technicznych, gdzie pisanie "zazalen" i laczenie sie z ludzmi z IT tez troche zajmowalo. :O Nie bede klamac, zdarzaja sie dni gdzie kompletnie nie moge sie skupic, a po kazdym z tych wirtualnych szkolen musze zrobic sobie pol gdziny przerwy na cos innego, bo boli mnie glowa. No, nie jestem robotem i tyle. Staram sie jednak byc w miare produktywna, a tu szef miedzy wierszami napomyka, ze sie lenie?! No troszke mnie wkurzyl. I zmartwil, bo przeciez jestem na okresie probnym. Jesli szef stwierdzi, ze nie potrzebuje lesera, moze mi podziekowac i tyle. :( Wracajac jednak ogolnie do dnia w pracy, w biurze bylam tylko ja oraz druga nowa dziewczyna. Okazuje sie, ze jej grupa dziala na troche innych zasadach, maja nieco inaczej ulozone szkolenia (ona miala od razu dostep do wszystkich tych wirtualnych, ale za to nie miala jeszcze inspekcji), itp. Nawet niektorych formularzy nie uzywaja, bo jej szef woli zeby mu po prostu wyslac maila. Najwazniejsze jednak, ze ona ma swojego "mentora", czyli osobe, ktora kieruje jej szkoleniami. To ta osoba prowadzi ja przez wszystkie aplikacje, pilnuje zeby wypelniala i wysylala co trzeba i ktore szkolenia ma po kolei odhaczac. W porownaniu z nia, mam wrazenie, ze zostalam troche pozostawiona samej sobie i dopiero "przy okazji" wychodzi ze nie mam dostepu lub nie robie tego lub owego. Np. w zeszlym tygodniu szef skads doszedl (moze sprawdzil to pierwszy raz od jakiegos czasu), ze nie wypelnialam tabeli z czasem pracy. Tak, wspomnial mi o tym kiedys na poczatku, ale serio, przy takim natloku informacji, po prostu mi to umknelo. W poniedzialek, w czasie rozmowy wyszlo jednak, ze zwykle, jesli nie wypelni sie tej tabelki przez 2-3 dni, dostaje sie automatycznego maila, ze jest sie do tylu. Coz, ja jakims cudem nie dostaje. :D Podobnie, po poludniu szef wyslal mi maila, ze ktos zglosil mu, ze mam zalegle szkolenie z cyberbezpieczenstwa. Zdziwil sie i zdziwilam sie ja, bo to jest szkolenie, ktore musisz zrobic zanim jeszcze zaczniesz prace. Odpisalam wiec, ze pamietam wyraznie, ze je zrobilam i spytalam czy bylo jakies odswiezenie, bo nic nie dostalam. Dokopalam sie w mailach potwierdzenia, ze zrobilam je 2 grudnia i przeslalam je szefowi. Musial je przeslac gdzies dalej, bo pol godziny pozniej dostalam dwa automatyczne maile "krzyczace" ze mam zalegle szkolenie. Okazalo sie, ze to, ktore zrobilam bylo dla roku 2025, a nowe (ktore mialo byc zrobione do 28 grudnia, czyli ledwie cztery tygodnie pozniej, ale to szczegol), bylo dla roku 2026. Czyli faktycznie bylo jakies szkolenie odswiezajace wiedze, ale - ponownie, nie dostalam zadnego powiadomienia. Nie mowiac juz o tym, ze mialo byc zrobione do konca grudnia, czyli zajelo im ponad miesiac, zeby sie zorientowac, ze mam je zalegle. No coz, siadlam i je zrobilam, choc zmarnowalam na to prawie dwie godziny... Po pracy zajechalam jeszcze do UPS'u, oddac przesylke z Amazona i w koncu wrocilam do domu. Zdazylam wejsc, przebrac sie w domowe legginsy i sweter, troche poogarniac i przyszla pora treningu. Na szczescie mlodziez odwiozl M., a ja odebralam.

Bi zdazyla juz wyskoczyc z wody 

Przy okazji zalamalam sie, bo przyszedl mail od trenera koszykowki Kokusia i okazuje sie, ze w ten weekend nie maja meczu! Pamietalam z grafiku, ze zostal im jeszcze jeden i bylam przekonana, ze bedzie on w ten weekend, no i klops. Zapewne przez to, ze bedzie on dlugi i sporo ludzi wyjezdza (szczegolnie w gory, zeby szusowac). A ja sie cieszylam, ze akurat wypadaja ostatnie narty i ostatni mecz kosza i w koncu grafik troche sie poluzni, a tu doopa. Koszykowka bedzie sie ciagnac o kolejny tydzien... A skoro o Kokusiu mowa, to w koncu przymusilam go zeby przysiadl i zaznaczyl wybor przedmiotow w pierwszej klasie high school. Termin minal w piatek i dziwie sie, ze nikt go nie scigal. ;) Ostatecznie jednak zostal przy zespole i grze na trabce, bo... to samo robi kilku kolegow. Ech... Zawsze to samo, z obojgiem Potworkow. Bo koledzy/ kolezanki... Tu jednak i tak Mlodszy potrzebuje tego kredytu "artystycznego", wiec niech mu bedzie. Do tego wzial computer science, czyli po prostu informatyke. Ciekawe czego sie na niej nauczy. Wedlug mnie byl jeden czy dwa ciekawsze przedmioty zwiazane z komputerami, ale oba byly warte caly kredyt (ten wybrany przez Nika to 0.5 kredytu), a wtedy nie mialby zadnego czasu wolnego, czyli tych slynnych study halls. A Mlodszemu strasznie zalezalo zeby je miec, bo wiadomo, czas wolny w czasie lekcji; zyc nie umierac! ;) 

We wtorek znow pojechalam do biura. Od srody mialam zaczac szkolenie (wirtualne, ale "na zywo") trwajace 1.5 tygodnia i szef zgodzil sie zebym laczyla sie na nie z domu. Modle sie tylko, zeby nie weszly "oficjalnie" nowe zasady braku pracy zdalnej dla nowych, bo wtedy moze mi kazac jednak jezdzic do biura. :/ Skoro mialam siedziec w chalupie przez kolejne 7 (pracujacych) dni, to stwierdzilam, ze pojade jeszcze jeden dzien popracowac przy wlasnym biurku. Tym razem, poza mna, byla babka z dzialu zywnosci i jeszcze jeden facet. I tyle. Tlumy, panie dziejku! :D Przynajmniej bylo cieplej w budynku, bo w poniedzialek, niewiadomo dlaczego, ogrzewanie jakos slabo szlo i obie z kolezanka zmarzlysmy. Wiekszosc dnia niestety zmagalam sie z rezerwacja biletow na wyjazdowe szkolenie. Zalamac sie mozna. Mamy specjalna strone do rezerwacji, ktora niestety wylapywala polaczenia niezgodne z ich "polisa". Wiekszosc tych, ktore byly zgodne, niestety bylo beznadziejne, bo albo mialam 40 minut na przesiadke (co mnie nieco przeraza), albo wracajac dotarlabym do domu o polnocy. W koncu wybralam polaczenia, ktorych system od razu nie odrzucil, ale i tak zaznaczyl, ze nie do konca pasuja do ich "zasad" i kazal uzasadnic wybor. Juz na tym dziadostwie spedzilam kilka godzin, bo strona ogolnie dziwnie dziala i ciezko bylo nawet dojsc do tego, ktore polaczenia sa "dozwolone". Pozniej niestety musialam wypisac caly kosztorys wyjazdu. Tu juz kompletnie poleglam. Wyslalam 4 pytania do szefa, bo nie bylam pewna co zaznaczac, az w koncu do mnie zadzwonil i razem spedzilismy na Teams'ie ponad godzine. System bowiem np. uparcie wbil kwote za hotel oraz wyzywienie, mimo ze zaznaczylam w odpowiednim miejscu iz wszystko bedzie pokryte. Nawet szef mial problem zeby znalezc miejsca, gdzie sie to odkreca. :/ W koncu skonczylam cala rezerwacje i wyslalam do sprawdzenia, ale przez te loty, nie wiem czy ja zatwierdza. Jak nie, to czeka mnie szukanie od nowa... :( W domu, tak jak poprzedniego dnia, mialam wrazenie, ze ledwie weszlam, a zaraz Potworki jechaly na trening. Ponownie M. ich zawiozl, a ja odebralam. Tego dnia trener znow urzadzil im gimnastyke na suchym ladzie, wiec przynajmniej nie musieli sie wycierac i przebierac i raz-dwa bylismy spowrotem w domu.

Sroda zaczela sie wczesna pobudka, choc i tak nieco pozniejsza, bo z racji ze odpadala mi jazda do biura, moglam pospac troche dluzej. Rano byl jeszcze lekki mroz (choc minimalny w porownaniu z ostatnim miesiacem), wiec postanowilam byc mila i zawiezc Potworki (oraz sasiadke) do szkol. Rozwiozlam mlodziez po placowkach, po czym wrocilam, ogarnelam sie (bo wczesniej zalozylam tylko kurtke na pizame :D) i zaczelam prace. Poczatkowo byly to po prostu moje normalne, wirtualne szkolenia, ale o 11 laczylam sie na szkolenie grupowe. Tu niestety juz byla kompletna porazka, bo kamery musielismy miec wlaczone, wiec nie bylo ze bede sluchala chodzac po domu i robiac cokolwiek. Nie, musialam siadziec kolkiem i udawac ze interesuje mnie to, o czym mowia. "Najlepsze", ze tematyka pokrywala sie z tym, co przerabiam sama na tych indywidualnych szkoleniach! Prowadzacy zreszta przyznali ze jest to celowe, bowiem maja nadzieje, ze im wiecej bedziemy sluchac tego samego, tym wiecej nam zostanie w glowach! Zeby tego malo, czesc z wyjazdowego szkolenia, ma obejmowac to samo!!! Wiecie, moze faktycznie cos z tego zapamietam, ale jednoczesnie zgrzytam zebami na takie marnowanie czasu... Wolalabym juz chyba jezdzic na kolejne inspekcje, bo to jest faktycznie to, czym bede sie zajmowac na codzien... :/ Najgorsze jednak bylo to, ze prowadzacy kompletnie nie trzymali sie grafiku, opowiadali historyjki oraz zarty i wszystko sie przedluzalo. Po dwoch godzinach mielismy miec pol godziny przerwy, tymczasem ta zrobili dopiero po ponad 2.5 godzinie. Stwierdzilam, ze ok, wszystko przedluzy sie o pol godziny. Taaa... Pozniej miala byc godzina i po niej 15 minut przerwy. Minely prawie dwie, zanim stwierdzili, ze dadza nam odsapnac. Mielismy skonczyc o 15:45, a o tej porze zrobili dopiero druga przerwe. Najgorzej, ze tego dnia M. musial zostac dluzej w pracy, wiec to ja musialam jechac po Bi. Bylo w koncu naprawde "cieplo", +5 stopni, ale za to zerwal sie nieprzyjemny wiatr i caly dzien padal... snieg. Przy takiej temperaturze, nie osiadal, no ale bylo na tyle paskudnie, ze szkoda mi bylo zeby Starsza musiala maszerowac. Napisalam jej wiec, ze akurat mam przerwe i moge przyjechac, ale musi czekac juz na mnie w drzwiach. Na szczescie do jej szkoly jest tylko kilka minut... Obawialam sie, ze reszta szkolenia moze potrwac do 17. :/ Panna tym razem wziela sobie mojego sms'a do serca i faktycznie wyszla ze szkoly jak tylko podjechalam. Udalo mi sie wiec obrocic w czasie przerwy, choc ledwie sie zmiescilam. Za to nie mialam jak zrobic sobie nawet kawy, nie mowiac juz o ogarnieciu czegokolwiek w domu. W czasie pierwszej - dluzszej przerwy, zamarynowalam lososia na obiad i mialam go wstawic podczas kolejnej, ale nie zdazylam. Ostatecznie szkolenie skonczylo sie o 16:45, czyli trwalo o godzine dluzej, niz powinno. Co prawda w mailu napisano ze czas moze sie zmienic, ale spodziewalam sie, ze roznica bedzie moze o 15 - 20 minut, a nie godzine! Ktos tu kompletnie nie wymierzyl ilosci informacji, przygotowujac prezentacje... :/ Kiedy wreszcie skonczylismy, z radoscia wylaczylam kompa i zabralam sie za konczenie obiadu. Niestety, tego dnia M. musial zostac dluzej w robocie, wiec nie mial mnie kto wyreczyc. Jedzenie gotowe bylo wiec dopiero o 17:45, czyli praktycznie na kolacje, a nie obiad. ;) Wieczor minal ekspresowo, bo malzonek przyjechal do domu o 17:30, a juz o 19 poszedl spac. To sie nazywa traktowac dom jak hotel. ;) Wiadomo, ze jak jeden czlonek rodziny spi, to reszta tez musi juz zachowywac sie nieco ciszej i bez wariactw, wiec w naszym domu wieczory sa wczesne i bardzo spokojne. ;) A! Okazalo sie, ze moja rezerwacje jednak zatwierdzili! Nie wiem czy tak naprawde niezbyt sie w to wglebiaja, czy przewazylo to, ze tak naprawde place niemal tylko za przelot, bo reszta jest pokryta. ;) Najwazniejsze jednak, ze jest zaakceptowana, bo naprawde mialam wizje siedzenia kolejnych kilku godzin, ukladajac wszystko od nowa... Za to trzymali mnie do ostatniej chwili, bo w systemie bylo, ze kasa miala byc przelana i bilet zatwierdzony do 18, a ja maila potwierdzajacego dostalam o... 17:50! :O

W czwartek rano trzeba bylo wstac jak w srode i zawiezc dzieciarnie do szkol. Nawet gdybym chciala wyslac mlodziez samodzielnie, to Bi miala narty (ostatni raz!), wiec musialam przetransportowac jej sprzet do szkoly. Odwiozlam wiec dziewczyny, potem Kokusia i w koncu wrocilam do domu. Zjadlam, umylam sie i siadlam do kompa. Musialam zglosic do ludzi od IT problem z jedna z aplikacji (co za "niespodzianka"), a potem dalej tluklam "samodzielne" szkolenia. O 11 niestety znow czekalo mnie laczenie sie na szkolenie z instruktorami. Trzeba im przyznac, ze tym razem troche bardziej trzymali sie czasu, w czym wybitnie pomogl... moj szef. ;) Byl jednym z prowadzacych i mozliwe ze sie wkurzyl, bo (wg. grafiku) wszedl pol godziny po wyznaczonym czasie. Jako jedyny przeskoczyl kilka slajdow, nie opowiadal zadnych historii z zycia (czyt. inspekcji) wzietych, tylko przekazal material krotko i na temat. Jesli to obraz jego osobowosci, to nie wiem czy cieszyc sie, czy niepokoic. Przynajmniej, dzieki niemu, troche nadgonil opoznienie. Niestety, pozniej ponownie weszla dwojka gorszych gadul i znow wszystko zaczelo sie przedluzac, a tego dnia i tak mielismy skonczyc o 16:45. Ostatecznie skonczylismy o 17, a to i tak tylko dlatego, ze jeden z prowadzacych byl z mojej strefy czasowej i stwierdzil, ze musi isc. Druga prowadzaca zdzwila sie, ze to juz, bo u niej byla "dopiero" 16, a niektore osoby, z zachodniego wybrzeza, w ogole mialy dopiero 14. :/

Podczas przerwy poszlam zaparzyc sobie kawy i w kuchni zastalam taki widok :D

Stwierdzilam, ze jesli codziennie beda robic takie numery, to po prostu, o 16:30, bede mowic, ze musze spadac i tyle. Im sie moze bowiem nie spieszy, ale powinni zdawac sobie sprawe, ze maja ludzi z calych Stanow i trzymaja ich po godzinach, bo im sie chce pogadac... :/ Jak tylko skonczylam, szybko odgrzalam Mlodszemu obiad (bo zamiast sprawdzic lodowke, w czasie gdy matka utknela przed ekranem, on pozywil sie... chrupkami z mlekiem!) i popedzilam na tygodniowe zakupy. Wrocilam w tym samym czasie co M., ktory znow utknal w robocie. Zdazylam rozpakowac torby i zostalo mi 10 minut zanim trzeba bylo wiezc Kokusia na koszykowke. Meczu w weekend nie mieli, ale trening niestety tak... :/ Malzonek chcial sie wykapac, wiec ponownie wskoczylam za kolko i zabralam syna na kosza. Wrocilam, posiedzialam pol godziny i trzeba bylo po niego wracac! :D M. w tym czasie pojechal po Bi. Wracajac, musieli zajechac do sasiadow, bo Starsza bedzie sie pare dni zajmowac ich kotem (znanym juz Wam Bandyta :D). Dobrze, ze sasiadka napisala sms'a, bo obie z corka na smierc zapomnialysmy, ze to juz w ten weekend! ;) Poza tym, dostalam maila ze szkoly Kokusia, ze ma 9 dni usprawiedliwionej nieobecnosci. Wedlug ich zasad, kolejne dni nieobecne musza byc juz z notka od lekarza. Tyle, ze maja nieco spozniony zaplon, bo ostatnie dwa dni, kiedy byl w domu, zdarzyly sie prawie miesiac temu. A ze do szkoly chodzil, to wiem na pewno, bo wagary sa w Stanach praktycznie niemozliwe. Jesli dzieciak nie stawi sie w szkole, juz okolo 10 dostaje sie maila oraz wiadomosc telefoniczna, zeby zadzwonic i wyjasnic nieobecnosc. ;)

Piatek to ponownie poranna pobudka, zawiezc mlodziez do szkol (wraz z nartami Kokusia) i do domu. Zjesc sniadanie, umyc sie, wykonac troche codziennych, pracowniczych obowiazkow, po czym laczylam sie znow na szkolenie. To dopiero trzeci dzien, a juz mam ich dosc, tymczasem w przyszlym tygodniu czekaja mnie 4 kolejne... :/ Przynajmniej tego dnia w miare trzymali sie grafiku i wszystko przedluzylo sie "tylko" o pol godziny, ale glownie przez dodatkowe pytania uczestnikow. Tym jednak przysluchiwalam sie w miare uwaznie, bo mozna sie bylo dowiedziec czegos praktycznego, zamiast takiej suchej wiedzy. A i tak skonczylismy juz o 15:15, czyli najwczesniej z calej chyba tej serii. Po zakonczeniu porobilam jeszcze troche moich "normalnych" szkolen, jednoczesnie jedzac obiad, a punkt 16:30 zebralam sie i wiooo, na stok! ;) Wreszcie nadszedl ostatni dzien klubu narciarskiego. Nik sie smuci, ale ja troche odczulam ulge, bo przy plywaniu, koszykowce, nartach, a do tego ogarnianiu sie w nowej robocie, mam wrazenie, ze nie wyrabiam na zakretach. Teraz zostanie tylko ostatni tydzien koszykowki i pozniej w koncu juz tylko basen. Co prawda Bi twierdzi, ze chce zapisac sie na wiosne na lekkoatletyke (track and field), ale to w szkole, wiec bedzie mogla po prostu zostawac po lekcjach, a potem nawet wrocic sobie pieszo. W kazdym razie, dojechalam na stok, gdzie o dziwo bylo calkiem pustawo. W poprzednie tygodnie parking byl zawsze pelny i parkowalam gdzies na samym koncu. Tego dnia mialam miejsce zaraz przy drodze wyjazdowej, wiec idealnie na marsz przez blocko. Niestety, od paru dni mielismy w dzien temperatury plusowe, wiec wszystko pomalu sie topi. Grubej warstwie sniegu troche zejdzie, ale odsniezony, piaszczysty parking, to teraz po prostu bagienko. Ktore na wieczor zamarza i tworzy bardzo nierowne lodowisko. Kiedy przyjechalam, byl 1 stopien na plusie i miejscami szlam po blocie, a miejscami szuralam nogami, bo mialam warstwe lodu. Kiedy wyjezdzalam, bylo -2 i wszystko zamarzniete. Trzeba bylo naprawde uwazac zeby nie wywinac orla. :/

Kiedy przyjechalam, Mlodszy akurat szykowal sie zeby wyjsc ponownie na stok po obiedzie

Na stoku tez niestety bylo miejscami sporo lodu. W ktoryms momencie jedna narta zjechala mi po lodzie, ale druga byla na miekkim sniegu. Obrocilo mnie i malo sie nie wywalilam. Musialam komicznie wygladac, przegieta i z jedna noga zadarta do gory, a wydarzylo sie to przed samym zjazdem pod wyciag. No trudno, najwyzej ktos mial ubaw. Rownowage jednak utrzymalam, ha! :D Dlugo w sumie nie pojezdzilam, bo dojechalam pozno, a w dodatku, akurat jak sie przebieralam, nauczycielka, ktora opiekuje sie grupa, musiala pojsc cos zalatwic (jakis chlopiec mial problem z karnetem i nie chcieli go wpuscic na wyciag), wiec nie chcialam zeby nikogo nie bylo w schronisku, w razie gdyby cos sie dzialo. Poczekalam wiec az wroci i dopiero poszlam poszusowac. Zostala mi wiec moze godzina, a jeszcze, zlosliwe wyciagi, ciagle sie zatrzymywaly i dyndalam sobie nartami w powietrzu po pare minut.

Pozniej wpadlam jeszcze na Kokusia przy wyciagu :) 

Teraz jeszcze pozostal taki "problem", ze Nik ma na swoim karnecie jeszcze jedno wejscie na stok, bo raz ominal wyjazd z powodu choroby. Mozna je wykorzystac do konca sezonu, ale pechowo tylko w dni powszednie. Trzeba wiec bedzie pojechac pewnie w ktorys piatek, bo tak najwygodniej. Szkoda by bowiem bylo, gdyby sie zmarnowalo. Do szkoly jak zwykle wrocilam sporo przed autobusem, ale przynajmniej posiedzialam sobie w spokoju. W chalupie M. juz napalil w kominku, wiec moglam wieczor spedzic grzejac dupke przy ogniu. ;)

Na koniec, scena z zycia z brudasami nastolatkami. Ktoregos dnia Bi w przelocie wspomniala, ze nie ma czystych gaci. Podniosla mi nieco cisnienie, bo co, mam wszystko rzucac i wstawiac pranie w trybie natychmiastowym, bo pannica potrzebuje bielizny? Zaczynam jej suszyc glowe, ze musi mi takie rzeczy mowic zanim zupelnie jej sie skonczy bielizna, a nie jak juz nie ma co zalozyc! Na to moja corka, niefrasobliwie, ze wlasciwie to skonczyly jej sie ze 3 dni wczesniej i ona prowadzi swoisty "recykling". Na moja zszokowana mine, wzrusza ramionami, ze "no przeciez one wcale nie sa takie brudne". O matko i corko, fuuuuj!!! :D

Milego weekendosa! :D