Chociaz przy mojej obecnej pracy ciezko ta rutyne zlapac. ;)
Sobota, 9 maja rozpoczela sie pozno, bo w koncu moglam pospac do woli. Mialam wstac o w miare rozsadnej porze i zabrac sie za robote, ale nie moglam sie dobudzic i w koncu zwloklam sie o 10. Mimo wszystko, cudownie bylo cieszyc sie weekendem we wlasnym domu. Smialam sie, bo M. co chwila cos przecieral, przekladal rzeczy do zmywarki, itd., czyli robil to, co zwykle robilam ja. Kiedy mowilam, ze mialam sama za moment to zrobic, wzruszal ramionami, ze sie przyzwyczail. Coz, mam nadzieje ze sie zbyt szybko nie oddzwyczai. :D Kiedy zjadlam sniadanie i sie umylam, szybko upieklam biszkopt na tort. Jak zawsze wychodzily mi bez problemu, tak tym razem wbijam patyczek, a tam nadal wilgotno. Hmmm... Dalam na dodatkowe 5 minut, ale po nich musialam zostawic na kolejne, bo patyk nadal byl wilgotny. A i tak, kiedy pozniej M. kroil go na placki, ciasto bylo mocno wilgotne i zbijalo sie w grudki. Nie wiem co z nim bylo... Tak czy siak, kiedy biszkopt byl upieczony, musialam jechac na poczte. Pisalam juz kiedys, ze moja siorka zajmuje sie rekodzielem i zwykla sporo swoich wyrobow sprzedawac w Hameryce. Niestety, obecna administracja nalozyla na Europe takie taryfy, ze Poczta Polska po prostu nie wysyla paczek i koniec. Inne agencje chyba wysylaja, ale ceny maja takie, ze sie nie oplaca. Siostra skorzystala wiec z wizyty w Polsce mojego taty (a zima mojej) i przekazala mu kilka stworzen do wysylki. Tata nie czul sie na silach zeby podjechac na poczte i je wyslac (wyobrazcie tu sobie przewrot oczami), mimo ze jedyna "trudnosc" to poproszenie o kod do sledzenia paczki. Wyroby czekaly wiec prawie 3 tygodnie, az wrocilam do domu i moglam je wyslac. Zabrala sie ze mna Bi, bo liczyla na to, ze podjedziemy na bubble tea. I podjechalysmy, ale kafejka okazala sie zamknieta, mimo ze byly niby godziny otwarcia, a ani na drzwiach, ani na stronie nie bylo zadnej informacji. No coz, podjechalysmy wobec tego do Dunkin'. ;) Po drodze mijamy wielka lake, a na jej koncu idzie sobie leniwie... misiek.
Po powrocie do domu, szybko zabralam sie za kremy do tortu. Liczylam na to, ze jak poleza w lodowce kilka godzin, to stezeja i nie beda wyciekac bokami. Mialam je zrobic dzien wczesniej, ale w piatek nadal bylam calkiem oglupiala po wyjezdzie i podrozy i kompletnie nie moglam sie zmusic. Zrobilam je wiec w sobote i choc siedzialy w lodowce od godziny 14 do 19, to i tak sie laly, a mnie trafial szlag. ;) W miedzyczasie jednak wstawialam pranie i ogarnialam to i owo wokol domu, a pozniej pojechalismy do kosciola. Poniewaz kolejnego dnia mial byc tutejszy Dzien Matki, wiec mamuski dostaly specjane blogoslawienstwo, a po mszy kazda wychodzaca matka (lub kobieta wygladajaca na matke :D) dostawala kwiatka. :)
Jak napisalam wyzej, po powrocie chwile pognilam na kanapie, ale potem juz musialam zabrac sie za tort. Mimo tylu godzin w chlodzie, nadal nie stezaly; nie mam juz na nie sposobu... :/ Tort jednak zrobilam i choc nie wyszedl tak "artystyczny" jak ten Kokusiowy z grudnia, to i tak jestem w miare zadowolona z efektu.
W niedziele byl wlasnie tutejszy Dzien Matki, ktory przypada zawsze w druga niedziele maja. W tym roku jakims cudem Potworki zapamietaly. Nik nasmarowal mi laurke z zyczeniami, a Bi zrobila na szydelku pokrowiec na okulary i ogrzewacze na kubek.
Za bardzo swietowac niestety nie moglam, bo na 14 mieli przyjechac goscie na urodziny Starszej. Tydzien wczesniej mnie nadal nie bylo, wiec trzeba bylo urzadzic je dopiero teraz. Moj tata jak zwykle mnie zirytowal, bo napisal ze ma problem z bezrobociem i przyjedzie troche wczesniej. Wie, ze przed imprezka, nawet taka mala, sporo jest jednak szykowania i sprzatania, ale nie. Nic sie nie liczy, tylko jego sprawy... Najgorsze jednak, ze dla mnie "troche" wczesniej oznacza 15-20 minut, a on przyjechal godzine wczesniej! Ja w kompletnym proszku, sprzatam jadalnie, nie przebrana i bez makijazu, a on sie tlumaczy, ze wyjechal wczesniej bo nie wiedzial ile mu zejdzie tankowanie auta! Tak, sraly muszki do pietruszki! Wiadomo, ze na stacji benzynowej nie spedza sie godziny. :/ W kazdym razie, zrobilam mu kawe i zajelam sie swoimi sprawami, bo tym razem sie mocno wkurzylam i stwierdzilam, ze nie rzuce wszystkiego bo tata ma takie widzimisie. :/ Dopiero kiedy skonczylam, siadlam z nim do kompa i razem zalatwilismy to, co mu sie nie udalo, a co bylo zwyczajna zmiana hasla. Dziadek cos tam stekal, ze probowal ustawic nowe ale mu nie wchodzilo, a mnie sie wydaje, ze po prostu nie chcialo mu sie pokombinowac. Ledwie skonczylismy, a przyjechala reszta gosci, w osobie chrzestnego oraz jego narzeczonej. Zjedlismy zakupione wczesniej przez M. sushi, chwile odsapnelismy przy rozmowie, a nastepnie przyszla pora zeby zaspiewac pannie Sto Lat i zeby mogla wreszcie zdmuchnac urodzinowe swieczki.
Kiedy to 15 lat minelo, jeeeju... Mlodziez zaraz zmyla sie do swoich pokoi, ale czesc dorosla zostala przy stole i plotach. Poza moim tata, ktory kolejny raz pokazal ze ma za nic dobre wychowanie, bo powiedzial (nie poprosil - powiedzial) zebym wlaczyla mu mecz. Wiem, ze to zapalony kibic, a lecial Barcelona : Real Madryt, no ale jak jest sie w towarzystwie, to raczej nie wypada tak po prostu olac wszystkich i isc do drugiego pokoju na telewizje... Chrzestny z narzeczona pojechali krotko po 16, ale moj tata siedzial do konca meczu... :/ Kiedy pojechal, poszlismy z M. na spacer, a pozniej juz trzeba sie bylo szykowac na kolejny dzien. Nie dane mi bylo dluzej odsapnac po wyjezdzie i od poniedzialku jechalam na inspekcje. Plus taki, ze lokalnie, choc w miejscu oddalonym prawie godzine od mojego domu. Minus to, ze mialam ja z... szefem. :O To wiadomo, dodatkowy stres, bo na bank przygladal sie jak sie zachowuje i sobie radze i wyciagal wnioski...
Poniedzialek zaczelam wczesnie. Nie zawiozlam Potworkow do szkol, bo nie bylam pewna ile zajmie mi dojazd. Z szefem umowilam sie na 9, ale musialam zajechac jeszcze do biura i wymienic auto na sluzbowe. Od biedy moglam jechac swoim, ale i tak przejezdzalabym obok biura, a ceny paliwa tak podskoczyly w ciagu ostatniego miesiaca, ze stwierdzilam ze choc troche zaoszczedze. Niestety, tego dnia musialam jeszcze wbiec na gore do biura i zabrac rzeczy na inspekcje, co zajelo mi dodatkowe cenne minuty. Wymiana samochodow to tez nielatwa sprawa, bo parking jest w podziemnym garazu, gdzie jest bardzo ciasno. Auto sluzbowe jest malutkie, wiec nim bez problemu sie tam obroce. Ale przy parkowaniu mojego SUV'a niezle sie upocilam, bo z jednej strony slupki, a naprzeciwko ktos postawil jeszcze wieksza "krowe", wiec nie mialam za bardzo mozliwosci wycofania, zeby sie lepiej ustawic. :/ Jakos zaparkowalam, przesiadlam sie w sluzbowy samochod, wlaczylam nawigacje i ruszylam. Nie patrzylam w sumie az tak na odleglosc, dopoki nie zjechalam z autostrady, myslac, ze powinnam pomalu dojezdzac. Spogladam na nawigacje, a tam... 16km! No to faktycznie "dojezdzalam". :/ Firma, ktora sprawdzalismy okazala sie bardzo uprzejma i zarezerwowala nam dwa miejsca na parkingu pod samym budynkiem, mimo ze teoretycznie nie bylo tam miejsca dla gosci. Byli tez ogolnie sympatyczni i starali sie pilnie wydawac nam dokumenty oraz odpowiadac na pytania. Niespodziewanie skonczylismy wczesniej, bo moj szef pracowal bez przerwy na lunch, az okolo 14 cos tam wspomnial ze ludzie siedzacy z nami moga przerwac kiedy chca, a na to pan wyciagnal urzadzenie i oznajmil, ze poziom cukru ma jeszcze w porzadku, wiec mozemy kontynuowac! Trzymalismy biednego cukrzyka kilka godzin bez przerwy na jedzenie czy picie! :O Szef natychmiast zarzadzil koniec na ten dzien, a ja oczywiscie nie mialam zamiaru protestowac. O tej porze udalo mi sie dojechac do biura, wymienic auto na wlasne i przejechac do domu bez wiekszych zatorow. W chalupie wreszcie zjadlam, bo nie jadlam nic caly dzien, opowiedzialam o wrazeniach, a potem mozna bylo sie odmozdzyc przed tv. Pod wieczor jednak stwierdzilam, ze trzeba wykorzystac w miare ladna pogode (bylo 15 stopni) i zazyc troche ruchu oraz swiezego powietrza. Pomaszerowalam na spacer, a M. oczywiscie ze mna. Mlodziez wolala zostac; Bi byla zmeczona po treningu lekkoatletyki, a Nik siedzial w lazience. Kiedy wrocilismy, akurat przyszedl czas zeby zawiezc kawalera na jego trening. Tradycyjnie, malzonek go zawiozl, a ja odebralam.
We wtorek ranek identycznie, czyli do biura, wymienic auta i na inspekcje. Tam caly dzien sprawdzania papierow, choc tym razem osoby pomagajace w inspekcji juz same pilnowaly zeby zrobic odpowiednio przerwy. A i ja zobaczylam dzien wczesniej kuchnie z zaparzaczem na kapsulki, wiec wzielam ze soba kubek oraz kawe i napilam sie swiezej i goracej, a nie zrobionej rano i wlanej do termosu. ;) Tym razem niestety siedzielismy juz do oporu i skonczylismy prawie o 16, choc trzymalam sie tego, ze szef wspomnial iz kolejnego dnia powinnismy skonczyc. Zla bylam tylko, bo tego dnia Bi miala ostatnie zawody lekkoatletyki. Przez glupi wyjazd ominely mnie wszysciutkie, poza tym jednym. Odbywaly sie co prawda w sasiedniej miejscowosci, ale ze mieszkamy prawie na granicy z nia, wiec dojazd to zawrotne kilka minut dluzej niz do domu. Zawzielam sie wiec, ze pojade, chocbym miala dojechac na ostatnie kilkanascie minut. Okazalo sie, ze niepotrzebnie sie martwilam, bo dojechalam o 17:30, a kwitlam tam prawie do 20. Pechowo, praktycznie wszystkie konkurencje Bi, czyli wyscig oraz skoki o tyczce (a to na nich mi najbardziej zalezalo) miala na poczatku zawodow. Ja zalapalam sie tylko na ostatni sprint na 200m. Stwierdzam, ze zawody w lekkoatletyce, w porownaniu z plywackimi, to straszny chaos. Duzo wiecej zawodnikow, dziewczyny i chlopaki, mnostwo konkurencji, a w kazdej kilka grup. Prowadzacy czasem oglaszali jakie zawody sie odbeda, a czasem nie. Wyscigi, w zaleznosci od dystansu, zaczynaly sie z jednej lub drugiej strony biezni. Nie moglam ogarnac co, gdzie i jak. Dobrze, ze w ktoryms momencie udalo mi sie dowolac Bi, ktora siedziala w miejscu niedostepnym dla rodzicow i wtedy panna mnie uswiadomila, ze zostal jej juz tylko jeden wyscig. Nie mam pojecia, ktore zajela miejsce, bo ona sama nie sprawdzila, a bylo kilka grup, wiec liczyl sie czas, a nie miejsce zajete w swojej, ale przyznaje, ze sprint ma niezly.
Choc kolejny raz zastanawia mnie jej rozsadek co do ubioru. Wiadomo, w biegu najwazniejsza jest aerodynamika. Wiekszosc dziewczyn miala spodenki i to najczesciej gladko przylegajace do ciala. A moja corka? Ona zalozyla... spodniczke! Taka sportowa, ale to jednak cos majtajace sie na biodrach. Wszystko mi opadlo, bo Bi ogolnie nie jest fanka spodniczek i sukienek, zazwyczaj nosi spodenki, a jak przyszly zawody, to ona zaklada spodniczke! W kazdym razie, jej wyscig byl jednym z ostatnich zawodow, ale pozniej sie panny dowolac nie moglam, a jak w koncu mnie zauwazyla i przyszla, to spuscila nos na kwinte, bo ona chce z kolezankami siedziec. Powiedzialam, ze albo jedzie ze mna, albo zostaje do konca i wraca autobusem do szkoly, a stamtad ktos ja odbierze. Poniewaz zapowiadalo sie kolejne pol godziny zawodow, Bi laskawie pojechala ze mna do domu. I tak bylam kompletnie padnieta po takim calym dniu, nie mowiac juz ze zdychalam z glodu, bo przez caly dzien zjadlam tylko troche precelkow z humusem. W miedzyczasie M. zawiozl syna na trening, ale na szczescie tez po niego pojechal, bo Mlodszy napisal ze skonczyli jak akurat sie przebralam i zdazylam usiasc.
Sroda miala byc ostatnim dniem inspekcji, ale... nie byla. :/ Co chwila czegos brakowalo, na cos musielismy czekac, a w dodatku przegladanie wszystkiego tyle trwalo, ze zrobila sie 15:30 i szef spytal czy chce to ciagnac i wtedy moooze skonczymy gdzies po 17, ale nie jest pewnien. Oboje zgodnie wiec uznalismy, ze lepiej wrocic kolejnego dnia z nadzieja, ze zwiniemy sie w miare wczesnie. Nie bylo mi to do konca wsmak bo na czwartek zapowiadli calodzienny, ulewny deszcz, ale wiedzialam ze jak sie uprzemy skoczyc w srode, mozemy tam rownie dobrze utknac do 18 albo dluzej... Zanim jednak szef przeprowadzil jeszcze ostatnia rozmowe na ten dzien, zanim sie spakowalismy, itd., jeszcze zajechac do biura wymienic auta i do domu wrocilam o 17:25. Przynajmniej tego dnia zadne z dzieci nie mialo zadnych zawodow, ani nawet treningow, wiec moglam sobie poleniuchowac spokojnie na kanapie. :) A, zapomnialam! Rano zawsze mam na telefonie powiadomienie z kamer, bo M. wyjezdza do pracy w nocy. Otwieram je wiec, zeby mi sie pokazywalo caly czas ze mam cos nowego. Tym razem jednak, poza filmikiem z M. wyjezdzajacym z garazu, pokazal sie jeszcze inny, z... kojotem.
Niestety, prognozy na czwartek sie sprawdzily. Od rana naprzemian padalo i lalo. W taka paskudna pogode musialam popylac do biura, wymienic auta i pedzic na inspekcje. Okazalo sie, ze dobrze ze nie siedzielismy na sile dzien wczesniej, bo skonczylismy wczesniej, ale nie tak wczesnie jak sie spodziewalam. Jeszcze na koniec dopadly nas problemy techniczne. Mielismy wydac oficjalna uwage, a to wymagalo jej wydrukowania. Oboje mielismy przenosne drukarki, tylko co z tego. W mojej przysechl tusz, wiec choc drukowala, zostawiala przerwy w druku. A kiedy szef podlaczyl swoja, program do pisania uwagi caly czas pokazywal jakies bledy. Czy logowalam sie ja, czy on, ciagle cos bylo nie tak. W koncu facet sie poddal i stwierdzil, ze trudno, pierwszy raz w karierze, uwagi nie wyda. :D Musielismy jeszcze przeprowadzic oficjalne spotkanie gdzie wyluszczylismy wszystkie znalezione bledy i "przewinienia" i moglismy jechac. Dzien wczesniej szef zapewnial, ze zamkniemy inspekcje najpozniej o 12. Coz, wyjechalismy juz po 13. Lalo jeszcze mocniej, ale okazalo sie, ze tylko tam. Im blizej bylam biura, tym padalo lzej. Kiedy dojezdzalam do domu, juz tylko kropilo. Dotarlam o 14:30, wiec mialam chwilke zeby dychnac zanim zjechala sie reszta rodziny. Pierwszy dojechal Nik, ktory niestety gdzies znow zlapal wirusisko i smarczal. Na basen wiec nie pojechal, bo wolalabym zeby sie nie doprawil. Zyskalismy wiec spokojny wieczor, na co nikt nie narzekal.
W piatek moglam popraacowac z domu, z czego oczywiscie chetnie skorzystalam. Tym razem od rana pogoda byla piekna (choc nie goraca - tak okolo 17 stopni), wiec pouchylalam wszystkie okna i wietrzylam chalupe. Zawiozlam rano mlodziez do szkoly, przy czym Bi zdazyla mnie wkurzyc, bo przypomnialo jej sie, ze miala tego dnia oddac stroj do lekkoatletyki, ale zapomniala dac mi go do prania! No sorki; ja myslalam ze stroj zostaje dla niej, ale okazuje sie ze nie... A ostatecznie i tak panna zapomniala torby (kiedys zapomni glowy...), wiec stroj zostal w domu i szybko wrzucilam go do pralki. ;) Zwierzyniec doprowadzal mnie do bialej goraczki, bo obie lazily w ta i spowrotem. Kot to pol biedy, bo nadal ma klapke w siatce, wiec uchylilam drzwi i wlazila kiedy chciala. Maya jednak, co sie ruszylam, to biegla do drzwi. Wypuszczalam, po czym za jakis czas podchodze, a ona juz stoi zeby ja wpuscic. Wchodzila do domu, ale pol godziny pozniej znow leci do drzwi, bo ponownie chce wyjsc! Tymczasem ja mialam intensywny dzien w pracy, choc wirtualnej. Juz rano szef wyslal mi maila z lista sekcji, krote mam napisac do raportu z naszej inspekcji. Taka ze mnie doopa, ze zaczelam pisac, meczylam sie dwie godziny bo tez i motywacji mi brakowalo, az patrze co jeszcze mam napisac... patrze... A tej sekcji w ogole szef nie zaznaczyl, czyli nie musialam jej pisac! :O Wyslalam mu ja pozniej tak czy siak, bo ktos to napisac musial, a skoro juz mialam to moze akurat szefowi sie przyda do reszty. Ale wkurzylam sie sama na siebie, bo sie nameczylam, a potem musialam pisac juz wlasciwe rozdzialy.
Oprocz tego, dostalam wiadomosc od babki z dzialu podrozy, ze potrzebuje rachunek za oplate za walizke, bo bez niego nie moze zatwierdzic moich wydatkow z minionego wyjazdu. Cale szczescie, ze moja kolezanka, ktora jest duzo bardziej ogarnieta, poprosila o owy rachunek na lotnisku, a wtedy i mnie olsnilo, ze ja rozniez go potrzebuje! Teraz jednak odpisalam kobiecie, ze musze go zeskanowac. Caly czas mi to jednak siedzialo z tylu glowy, bo kilka dni wczesniej dostalam juz maila, ze zalegam z platnoscia na sluzbowej karcie, wiec ludzie od podrozy musza to jak najszybciej uregulowac. W koncu mnie olsnilo, ze przeciez mam telefon, wiec moge zrobic zdjecia i wyslac je mailem. Witamy w XXI wieku. ;) Wyslalam i godzine pozniej dostalam maila, ze babka zatwierdzila moj kosztorys. :) Niestety, musialam tez rezerwowac hotel na kolejny wyjazd. Jade znow na inspekcje w okolice Bostonu, wiec musialam gdzies sie zatrzymac. Niestety, pewnie przez bliskosc dlugiego weekendu, wybor mialam mocno ograniczony i przekroczylam dozwolony budzet. Nie wiem czy ludzie z dzialu podrozy mi to zatwierdza, ale nie dowiem sie dopoki nie wysle im rezerwacji, tej zas nie moge wyslac bez oficjalnego formularza podpisanego przez szefa. To kolejna rzecz, ktora musialam wypisac i wyslac, ale zrobilo sie pozne popoludnie i szef juz nie odpisal. A jeszcze przy rezerwacji tez co chwila wyskakiwal mi jakis blad, problem z serwerem, strona sie zawieszala i juz myslalam ze zanim uda mi sie cos z tym zrobic, we wszystkich okolicznych hotelach znikna wolne pokoje. ;) Ostatecznie, mimo pracy zdalnej, mialam dzien nerwowki. Kiedy w koncu moglam zatrzasnac laptoka, zgarnelam potomstwo i pojechalismy na zakupy. Niestety, mieszkamy w takim miejscu, ze jest tylko jeden wyjazd z osiedla, a z niego mozemy jechac jedynie w prawo albo w lewo. Chwile wczesniej slyszalam syreny i oczywiscie - kiedy wyjezdzalismy, droga po lewej stronie (gdzie mialam jechac) byla zablokowana przez policje. Z daleka bylo widac, ze cos mocno dymi, wiec wiedzielismy ze gdzies jest pozar. Musielismy jechac w prawo, gdzie przy wyjezdzie na glowna droge znow stala policja i zatrzymywala auta, informujac ze nie ma przejazdu. My zas musielismy jechac okrezna droga, przez centrum miejscowosci i nadlozylismy prawie drugie tyle. Po zrobieniu zakupow, stwierdzilismy ze droga moze byc nadal zamknieta, wiec lepiej jeszcze gdzies podjechac. Zabralam wiec Potworki na bubble tea, z racji, ze w sobote sie nie udalo. Jeszcze, jak na zlosc, przyszlismy akurat po wiekszej grupie, wiec czekalismy na nasze herbatki duzo dluzej niz normalnie. Moze zreszta dobrze, bo kiedy wracalismy do domu, droge juz otworzyli, ale policja i straz nadal staly na poboczu. Przynajmniej moglismy spojrzec na pozar, ktory okazal sie na szczesnie nie w domu, tylko w kontenerze przy nim, bo jest remontowany. Nie mam pojecia co tam wrzucono, bo dzien wczesniej lalo, wiec nic sie nie mialo prawa zapalic ot tak. W kazdym razie, dojechalismy, rozpakowalismy zakupy i zrobil sie juz wlasciwie wieczor. Kokusia niestety rozklada coraz mocniej. Mam nadzieje, ze przez weekend zdazy sie wykurowac. Najlepsze, ze tak to narzekal ze zle sie czuje, ze cieknie mu ciagle z nosa, ale kolega zaprosil go na nocowanie i byl chetny jechac! :O I bardzo sie zdziwil, kiedy powiedzialam, ze mowy nie ma, bo po pierwsze, nie chce zeby zarazal innych, a po drugie, chce zeby sie porzadnie wyspal i wypoczal.
Milego weekendu!

































































