sobota, 26 września 2026

Tydzien z daleka

Tak jak w zeszlym tygodniu, zaczne od piatkowego popoludnia, 18 wrzesnia. Po inspekcji dojechalam do domu, przebralam sie i popedzilam na zawody corki. Tym razem przyjechalam juz po rozgrzewce i mialam nadzieje, ze Bi nie plynela w zadnym z poczatkowych wyscigow. ;) Panna miala znow wyscig kraulem na 50m, ale tym razem plynela w pierwszej z trzech grup. To jest wyroznienie, bo grupy dobierane za wedlug czasow, czyli najszybsze dziewczyny plyna w pierwszej grupie, srednie w drugiej, a najwolniejsze oczywiscie w trzeciej. Tydzien wczesniej Bi wygrala swoja grupe, ale plynela w drugiej, teraz wiec trener przydzielil ja do najszybszej. Przyplynela czwarta na 8, wiec tak w polowie stawki. :)

Start 

To byly dla Bi zawody "kraulowe", bo potem plynela jeszcze na 100m i na 200m. W obu wyscigach przyplynela piata na 7-8 dziewczyn, czyli tak sobie, no ale juz pisalam, ze ona jest raczej sprinterem. Panna jest dopiero w X klasie (tutaj klasy w szkole sredniej liczy sie dalej, nie zaczyna od poczatku), ale juz zastanawia sie czy w najstarszej zostanie kapitanem druzyny. Zawsze bowiem kilka seniorek jest kapitanami. Czasem jest ich wiecej, czasem mniej. Rok temu bylo 5, ale ogolnie seniorki stanowily prawie polowe druzyny. W tym sa to 4 dziewczyny. Z rocznika Bi plywa 5 dziewczyn, ale z nich takie naprawde dobre sa dwie, trzecia calkiem niezla, no i potem sa Bi i jej kolezanka - przecietne. No i panna sobie marzy, ze ich cala piatka zostanie kapitanami. A mnie sie jednak wydaje, ze to bedzie zalezalo od wielkosci druzyny, bo rok temu liczyla ona prawie 30 dziewczyn, a w tym spadla do 20. Dziwnie by bylo gdyby kapitanki stanowily 1/4 druzyny. ;)

Kapitanki zagrzewaja kolezanki do "boju" 

Tak czy owak, wszystko okaze sie za dwa lata, a poki co, zawody skonczyly sie tuz po 17, czyli o bardziej ludzkiej porze. Wrocilysmy do domu i Potworki i ja cieszylismy weekendem, choc dla mnie mial byc on niestety skrocony...

W sobote moglam odespac tygodniowa inspekcje, choc tez nie moglam kimac niewiadomo do ktorej bo dzien nie byl calkiem wolny. W dodatku, kolejnego dnia wyjezdzalam, wiec musialam sie pakowac, a zeby sie spakowac, trzeba by tez zrobic pranie i to nie jedno. ;) Poza tym, jak porzadna pani domu (hahaha) chcialam tez troche ogarnac gore, bo podlogi wrecz krzyczaly o uwage. Troche wiec odespalam, ale zwloklam sie o porze calkiem przyzwoitej, zjadlam sniadanie i umylam sie, po czym chwycilam za odkurzacz oraz mopa. przy okazji Potwory mialy ogarnac u siebie, z czego byly oczywiscie srednio zadowolone. ;) Za to na 12:30 Nik mial zawody. W teorii mialy one byc dla "zaproszonych", czyli najlepszych, ale w praktyce, poniewaz byly "u siebie" (w klubie, gdzie Mlodszy wiecznie lowi ryby ;P), trenerzy pozwolili wziac udzial wszystkim zawodnikom. Nik byl bardzo zadowolony, bo i tak mial biec, ale z najmlodszego rocznika bylby jedynym, a tak to mial przy sobie wszystkich kumpli. Tyle, ze rano oznajmil, ze... boli go gardlo i czuje sie tak sobie! Spytalam co chce robic, bo przy okazji mielismy bardzo rzeski poranek, a po poludniu mialo byc maksymalnie 18 stopni. Kawaler jednak twardo oznajmil, ze jedzie. Zawody w roznorakich grupach odbywaly sie tam juz od 9 rano, ale nasz zespol zbiorke mial wlasnie o 12:30, zas bieg Mlodszego odbywal sie o 14. Zawiozlam go i sie zalamalam. Nie pomyslalam, ze to wielkie wydarzenie, wiec w klubie byly doslownie tlumy. Na jednym z parkingow stalo chyba ze 20 autobusow szkolnych i wiekszosc miejsc parkingowych byla pozajmowana. Ja akurat tylko odstawialam Kokusia, ale mialam wrocic na jego bieg i az sie balam gdzie znajde miejsce, tym bardziej, ze do wjazdu nadal stal sznureczek aut. Klub niezle zarobil na tej imprezie, bo wszystkie obce auta musialy placic za parking. Mnie, jako czlonka, wpuscili bez dodatkowej oplaty. ;) Tak czy owak, podwiozlam Nika, po czym wrocilam do domu, nadal uzerac sie z praniem i sprzataniem. Przez zatory przy wlezdzie i tak mialam moze 45 minut, bo stwierdzilam, ze chce wyjechac spowrotem o 13:30, w razie gdyby nadal ciezko bylo wjechac i znalezc miejsce parkingowe. Ogarnelam ile dalam rade i pojechalam. Zabrala sie ze mna Bi, ktora stwierdzila, ze chce sie wyrwac z domu, a poza tym bieglo tez kilka jej kolezanek (brat to wiadomo, sie nie liczy ;P), wiec stwierdzila ze im pokibicuje. Pogoda na biegi okazala sie idealna, bo nie bylo goraco i choc w sloncu krotki rekawek byl calkiem przyjemny, to w cieniu juz ciagnelo chlodem. A ze bieg byl glownie przez las, wiec mlodziezy bieglo sie duzo lepiej.

Ruszyli! 

Poza tym, wokol ustawilo sie kilka stoisk, sprzedajacy sportowe obuwie, okulary oraz bluzy z logo zawodow. Zadne z Potowkow pamiatkowej bluzy nie chcialo, ale Nik kupil sobie okulary, takie niby specjalne do biegania, choc on stwierdzil sie chce je na ryby. ;) Grupa cheerlead'erek ze szkoly dzieciakow, obslugiwala stacje z jedzeniem, gdzie mozna bylo kupic takie "przysmaki" jak frytki, hamburgera czy hot-doga. Mieli tez kawe, z czego chetnie skorzystalam. ;) Ogolnie, impreza na calego. Mlodszy niestety byl bardzo niezadowolony ze swojego wystepu. Nie dosc, ze nie czul sie do konca dobrze, to jeszcze na samym poczatku wykrecil kostke na jakims korzeniu. Nie na tyle mocno, zeby zrezygnowac, ale wystarczajaco zeby pobolewala go przez reszte biegu.

Zanim pobiegli w las, trasa prowadzila wokol boiska 

Wieczorem, na oficjalnej stronie wydarzenia pojawily sie wyniki. W grupie Kokusia mialo biec 124 chlopcow. Czesc nie dotarla, a jeszcze kilku sie... zgubilo na trasie (choc oznaczona byla kolkami), zboczyli i zostali zdyskwalifikowani i bieg ukonczylo 88. Nik zajal 56 miejsce, wiec faktycznie sporo slabiej niz ostatnio, ale coz, bywa i tak. Jego koledzy z najmlodszego rocznika i tak dobiegli sporo za nim. ;)

A tu juz ostatnie metry do mety... 

Pechowo (dla mnie) obecnosc kumpla Kokusia oznaczala, ze zaraz po biegu chlopaki zaczeli dopytywac czy moga isc na ryby. Pukalam sie w czolo, bo najpozniej o 15:15 chcialam stamtad uciekac zeby zdazyc do kosciola. Chlopaki jednak zakrzykneli, ze 45 minut tez im starczy. A Nikowi przypomnialo sie jeszcze ze jest glodny, podeszlismy zamowic hamburgera i zanim go dostal, to zostalo mu tylko pol godziny. Stwierdzilam wiec ze nie mam co jezdzic w kolko i po prostu pochodze sobie po klubie. Skorzystala z tego Bi, bo akurat zaczynal sie bieg, w ktorym brala udzial jedna z jej kolezanek, mogla jej wiec pokibicowac. Jak tylko jednak wybila wyznaczona pora, zgarnelam obydwa Potwory i popedzilam do domu. I tak wpadlismy do niej praktycznie o 15:30, czyli musielismy pedem przebierac sie i jechac na msze. Kiedy wrocilismy, niestety juz na powaznie musialam sie zaczac pakowac. Jak ja tego nie lubie! :/ W dodatku, akurat na ten tydzien zapowiadali spore ochlodzenie, a ja zupelnie odzwyczailam sie od cieplejszych ciuchow. Stalam wiec i skrobalam sie po glowie. ;) Czesc rzeczy spakowalam, czesc polozylam na szafce w sypialni, czesc kosmetykow zostala na kolejny dzien, bo wiadomo - potrzebowalam ich na rano.

Ta niedziela zaczela sie wczesniej niz moje normalne niedziele, bowiem musialam dokonczyc pakowanie. Oczywiscie moglam pospac choc tyci dluzej, ale nie tyle ile bym sobie zyczyla. ;) Docisnelam walizki, pozegnalam rodzine i o 11 wyruszylam. Nie spieszylam sie jakos strasznie, ale byla paskudna pogoda, od rana padalo, wiec wiedzialam ze to bedzie raczej powolna jazda, obawialam sie wypadkow (bo slisko), a chcialam koniecznie zajechac zanim zacznie sie sciemniac. Kiedy jest ciemno, robie sie zwyczajnie slepa, a oslepiajace auta, plus odbijajace swiatla mokre powierzchnie nie ulatwiaja sprawy. Poza tym, przebicie sie przez Nowy Jork (miasto, nie Stan ;p) oraz Stan New Jersey, bez jakiejs pomylki, zakrawa na cud. I sie nie pomylilam. Poczatkowo nawigacja pokazala troche ponad 5 godzin jazdy. Pozniej zrobilo sie 5 i pol. Ostatecznie jechalam ponad 6. A moglo byc jeszcze gorzej, bo choc wydawalo mi sie, ze jade tak, jak prowadzi mnie nawigacja, w ktoryms momencie gdzies zle zjechalam i nagle pokazalo mi, ze zamiast prawie o 17, zajade prawie o...18! Przerazilam sie, bo nie chcialam tracic godziny na jakas glupia pomylke. Potrzebowalam jej w razie jakichs korkow. Ktorych nie brakowalo. Minelam dwa wypadki oraz dwa zatory spowodowane... zwolnieniem zeby sobie popatrzec, choc wypadek byl na przeciwleglym pasie autostrady! :O W samym Nowym Jorku tez, prowadzilo mnie na jeden most, a nagle znalazlam sie na zupelnie innym i kompletnie nie wiem, gdzie zle skrecilam! A wracajac do tego godzinnego opoznienia, zorientowalam sie, ze choc zle zjechalam, nadal jestem na pasie, ktory prowadzil spowrotem na poprzednia autostrade. Zjechalam i magicznie czas dojazdu wrocil do poprzedniego! :D W New Jersey i pozniej w Pennsylvanii mialam co chwila mini zawaly serca, bo wszedzie byly roboty drogowe, pasy sie rozjezdzaly, nawigacja juz pokazywala ze jade nie tak, a pozniej pasy znow sie laczyly i bylo gucio. No nie na moje to nerwy... :D Mniej wiecej w polowie drogi musialam sie zatrzymac zeby pojsc do lazienki. Kiedy zaparkowalam i do niej doszlam, normalnie mialam zawroty glowy, chyba ze stresu. Przerwa jednak mi sie przydala, bo i chwile odsapnelam od kurczowego trzymania kierwnicy i kupilam sobie kawe i cos do przekaszenia. Oczywiscie pokazalo, ze dojazd na miejsce opoznil sie o 20 minut, ale pozniej nadrobilam w trasie i dojechalam tak jak mialam poczatkowo. Zameldowalam sie i w swoim pokoju znalazlam jeszcze przed 18. Tyle, ze juz na nic nie mialam ochoty i choc moje dwie kolezanki z poprzedniego wyjazdu pojechaly na obiad, mnie juz nie chcialo sie ruszac. Dobrze, ze wzielam dwie mniejsze walizki i do jednej wpakowalam kupe przekasek. ;) Wieczor spedzilam zapoznajac sie z pokojem. Ogolnie, kiedys mam wrazenie, ze Hilton to byla jakosc i luksus. Teraz maja tyle rodzajow tych Hiltonow, ze zalezy ktora to odmiana ich sieci. Ta niestety raczej nie powalala. Pokoj w miare przestronny, owszem, ale lazienka malutka i ze zwykla wanna i zaslona, zamiast porzadna kabina prysznicowa. W dodatku zaparzacz do kawy na kapsulki, ale tylko jedna kapsulka kawy, druga bezkofainowa, a trzecia to byla herbata. Dobrze, ze chociaz mikrofala oraz lodowka w pokoju byly. Tymczasem zawsze przy zameldowaniu pobieraja z karty depozyt i gdzie zwykle placilam $400 - 500 (potem go oddaja), tym razem skasowali ponad... $1000! :O Przyjechalam do miasta Baltimore w Stanie Maryland, bylam juz blisko stolycy, wiec ceny zbijaja z nog. W kazdym razie posiedzialam, powiesilam w szafie bluzki, ktore sie gniota, przygotowalam ciuchy na kolejny dzien i trzeba sie bylo klasc.

W poniedzialek spotkalo mnie rozczarowanie. Zwloklam sie wczesnie, wyszykowalam i zbieglam radosnie na sniadanie. Dzien wczesniej pani poinformowala mnie, ze jest bufet ale sie za niego placi. To kolejna rzecz, ktora mi sie tu nie podoba, bo w poprzednich Hiltonach zawsze sniadanie bylo wliczone. No ale ze mam przydzielona sume, ktora moge wydac na jedzenie, to ok; uznalam, ze zaplace. Tymczasem schodze na dol, a tam... owsianka i pare tostow! Miejsca na owoce czy jogurty puste. Miejsca na cieple rzeczy, jak jajka lub boczek - puste. Co bylo robic. Chwycilam tosty i troche owsianki i zaczepilam dziewczyne tam pracujaca o cene. Odpowiedziala, ze nie skasuje mnie bo mieli szalony poranek i sniadanie nie bylo jeszcze gotowe. No i fajnie, ze nie musialam placic, aaaale... Sniadanie zaczyna sie o 6. Ja zeszlam prawie o 7, a oni wlasciwie nic nie maja gotowe?! Wisienka na torcie bylo kiedy nalalam sobie goracej wody, a z nia wyplynela kupa fusow z kawy! Czyli ktos nie wyplukal nawet porzadnie baniaka... No po prostu porazka. Dobrze, ze kawe chociaz mieli. ;) Wrocilam do pokoju, spakowalam co trzeba i zeszlam do recepcji, mielismy sie bowiem spotkac o 7:30. Czesc osob byla bez aut, wiec szukali kto moze ich zawozic na zajecia i spowrotem. Poza mna i moimi kolezankami, byl tez chlopak z poprzedniego wyjazdu. On lecial az z Kalifornii i wyladowal dopiero o 23 poprzedniego dnia, a zanim dojechal do hotelu i sie zameldowal, byla 24:30. Rano wiec wszyscy stali i dopytywali, gdzie jest B., co z B., itd. Martwilismy sie, bo chlopak ma mocny sen i na poprzednim wyjezdzie potrafil przespac alarm przeciwpozarowy, wiec co to dla niego dzwonek budzika... W koncu sie jednak pojawil, wszyscy wladowali sie do samochodow i pojechalismy. Najlepsze, ze jak juz wiecie, przplyw informacji w tej robocie nie nalezy do najlepszych. Dostalismy adres, gdzie mamy sie udac. Tyle, ze dojezdzamy, a to wielki budynek z roznorakimi firmami i co kilkadziesiat metrow drzwi. Tu firma taka, tu owaka, ale nazwy naszej agencji niet. Objechalam budynek naokolo i w koncu zwolnilam do zolwiego tempa i zaczelysmy patrzec w kazde drzwi. Te zas byly schowane pod zadaszeniem, w glebi i zacienione, wiec ciezko bylo cos odczytac. W koncu - bingo! Jedna z dziewczyn zauwazyla malutki napis na drzwiach! I tu rozumiem, ze moze nie chca sie rzucac w oczy, ale dwie z instruktorek sa z tego biura, spotkaly sie z nami w hotelu i co? Tak trudno bylo wspomniec, ze po wjezdzie na parking skierujcie sie na prawo/lewo/prosto? Pozniej bowiem sie okazalo, ze tamte drzwi nie byly wejsciem i widnial na nich napis, zeby wejsc frontowymi. Tyle ze caly ten kompleks (budynek przypominal domki szeregowe, ale ustawione lekko po ukosie) byl na rogu dwoch sporych ulic i jesli sie nie wiedzialo, to ciezko bylo zgadnac gdzie ten front. Szlismy naokolo jednego jakby "domku", patrzymy  - drzwi, ale ciemne i nieoznaczone. No to idziemy dalej, mijamy rog kolejnego "domku" - znowu nie tu. Dopiero za trzecim razem doszlismy do poprawnego wejscia, przed ktorym parking byl dwupoziomowy, a poziomy oddzielone rabatka z ozdobnymi trawami, wiec nic dziwnego, ze go nie zauwazylismy. Na "dobry" poranek dostalam tez wkurzajacego maila od szefa, z podpisem na formularzu upowazniajacym do wziecia wolnego za godziny spedzone w podrozy na szkolenie. Wiecie, wedlug mnie to powinno isc z automatu - kaza ci jechac gdzies, w ramach pracy, w dzien wolny, to powinna byc za to jakas rekompensata. Ja juz tak przeciez kilka razy jechalam na inspekcje w niedziele, zeby moc zaczac w poniedzialek od samego ranka. Tyle, ze wtedy nie wiedzialam, ze owszem, mamy na to procedure. Procedura jest glupia, bo musisz prosic o ta rekompensate z wyprzedzeniem. Tak samo jest z nadgodzinami na inspekcji. Nie mozna po prostu zostac dluzej i poprosic o wynagrodzenie. Nie, musisz wczesniej zlozyc pismo i uzasadniac. Czyli jak dopiero na inspekcji zauwazysz, ze bedziesz potrzebowac wiecej czasu, to jestes w czarnej doopie. Tak samo jest z podroza, choc tutaj akurat zwykle da sie przewidziec, ze jedziesz gdzies w weekend lub swieto. Tyle, ze musisz najpierw wiedziec, ze masz taka mozliwosc. I tu jestem podwojnie zla na mojego szefa. Po pierwsze, ani sloweczka o tym nie pisnal. Musialam sie dowiadywac przypadkiem od innych inspektorow. A przeciez wiedzial, ze jade w niedziele, a teraz i jechalam i bede wracac w dzien weekendowy i ani mru-mru. Jak tak to sluzbista i przestrzega wszystkich zasad co do joty, ale juz zasady, ktore sa na korzysc pracownika, ma w powazaniu. Pamietacie kilka miesiecy temu, pisalam, ze jestem na inspekcji po 9-10 godzin dziennie? Kiedy go potem spytalam o rekompensate, mialam wrazenie, ze byl wrecz obrazony. :O W kazdym razie, teraz wiedzialam juz, ze za godziny podrozy w dzien, ktory powinien byc wolny, moge dostac rekompensate, wiec nie mialam zamiaru odpuscic. Tym bardziej, ze to nie 2 godzinki pod Boston, tylko 5-6. Spytalam szefa o formularz do wypisania. Odpisal, ze nie ma czasu szukac pustego, ale wysyla mi juz wypelniony. Fajnie, bo moge popatrzec co trzeba wpisac, ale z drugiej strony, kiedy wypelnimy i podpiszemy formularz, automatycznie jest on zablokowany i juz nic nie da sie z nim zrobic. Myslalam, ze szef pare godzin pozniej, lub kolejnego dnia, wysle mi pusty, ale gdzie tam. :/ Sama musialam sie go naszukac, a ze to wielka agancja, z wieloma oddzialami, gdzie kazdy ma swoje przepisy i dokumenty, to troche mi to zajelo. W kazdym razie, w piatek po poludniu wyslalam szefowi wypelniony formularz. I co dostaje w poniedzialek? Ze podpisal, ale na przyszlosc powinnam pamietac, zeby uzasadnic prosbe o rekompensate! Jakby, kurna, nie wiedzial ze jade na szkolenie, ze w zawiadomieniu jasno napisali ze mamy jechac w niedziele i wracac w sobote, bo zajecia sa od poniedzialku do piatku przez caly dzien, jakby nie wiedzial dokad jade, wiec mniej wiecej ile godzin zajmie mi podroz! Mam wrazenie, ze znowu byl obrazony, ze osmielilam sie poprosic o te rekompensate! A ona mi sie nalezy jak psu buda, skoro ktos wymyslil sobie, ze mam marnowac prywatny czas na jazdy, kiedy mogliby zrobic to szkolenie wirtualnie! :( W kazdym razie, pierwszy dzien szkolenia byl ok, bo przynajmniej cala grupa robi te same inspekcje, nie ma tak jak przy kwietniowym wyjezdzie, ze polowa ludzi sprawdza przetwornie zywnosci, wiec wszystko podpiete bylo pod nich. Tyle, ze to troche takie deja vu tamtego wyjazdu, bo np. musielismy przygotowac "plan bezpieczenstwa". Zeby ten plan uzasadnic, prowadzacy podal jakas historyjke, ktora mam wrazenie byla zmyslona, bo raz mowil, ze inspektor nie wiedzial ze jedzie do prywatnego domu, pozniej ze wiedzial, ale to zignorowal, ze powinien byl przeprowadzic inspekcje w pobliskiej kafejce, gdzie musicie wiedziec, ze wszelkie informacje o sprawdzanej firmie oraz pacjentach sa scisle poufne i nikt nie bedzie ich omawial w miejscu publicznym! Cala ta historia nie trzymala sie zupelnie kupy, ale my mielismy rozne scenariusze i na ich podstawie mielismy przygotowac sie do inspekcji tak, zeby bylo milo i bezpiecznie... :/ Siedzialam tam i marzylam zeby byc w domu, szczegolnie, ze Potworki mialy dzien wolny, z okazji swieta Yom Kippur. Malzonek wyszedl wczesniej i przyjechal do domu, z czego szybko skorzystal Nik i poprosil zeby ojciec zawiozl go na ryby. ;) Po zajeciach pojechalismy do hotelu, gdzie z dziewczynami z poprzedniego wyjazdu umowilam sie na kolacje. Pojechalysmy na pyszne jedzenie (taka mieszanka wszystkiego) wywodzace sie z Egiptu, po czym wrocilysmy. Nasz kolega ma jakas prezentacje do przygotowania i sie wylamal. Po powrocie klaplam juz w pokoju hotelowym na fotel i nie chcialo mi sie ruszac nawet zeby przygotowac ciuchy na kolejny dzien. Jakas taka bylam zupelnie padnieta...

Wtorek przywital mnie deszczem i 15 stopniami. Brrr... O dziwo, na sniadaniu mieli jajka oraz boczek, tyle ze na stronie hotelu obiecywali pancake'i, gofry, omlety, itd. Oczywiscie moglam sobie pomarzyc. Wzielam troche jajecznicy i pare plastrow boczku i zaplacilam grzecznie $12. Tyle, ze moj kolega wzial owsianke oraz tosta i nie zaplacil nic, chyba wiec bede robic tak samo... Po sniadaniu wpadlam do pokoju, spakowalam laptoka i reszte pierdol, po czym popedzilam, bo juz cala grupa zebrala sie, czekajac na kierowcow. ;) Szkolenie mijalo tragicznie, bo przy takiej pogodzie wszyscy przysypiali. Zadania grupowe tez nie pomagaly, bo nikomu nie chcialo sie myslec. Pozniej zas mielismy prezentacje, ktora miala sie skonczyc przed lunchem, ale byla tak dluga, a prowadzaca tak flegmatyczna i dodajaca wlasne historie, ze zrobilismy przerwe, wrocilismy, a ona potem gadala kolejna godzine... Tego dnia mielismy zaczac prezentacje kazdego z "kursantow", ale tak im sie przedluzylo, ze nie zdazylismy. Swoja droga, to kiedy wczesniej liczylam imiona w mailach, wydawalo mi sie, ze bedzie nas 14 osob. Spora grupa sie jednak najwyrazniej wylamala i jest nas 9. To kolejny argument zeby zrobic to szkolenie wirtualnie, bo ciagnac szescioro prowadzacych dla dziewieciorga ludzi, jest wg. mnie bez sensu. W kazdym razie, jedna z osob prezentujacych mialam byc ja. :D Z jednej strony ucieszylam sie, ze mi sie "upieklo", ale z drugiej, chcialam juz miec to za soba. W dodatku, mialam przeprowadzic prezentacje po poludniu, a teraz przesunieto ja na ranek, na sam poczatek zajec, kiedy wiem, ze nie bede do konca przytomna... Tego dnia moje kolezanki znow wychodzily na obiad, ale ja mialam nadal reszte dania z poprzedniego dnia, wiec zostalam w hotelu. Zadzwonilam do malzonka, ktory okazalo sie, byl zly niczym szerszen. :D Niestety, komunikacja miedzy ojcem oraz dziecmi, lezy i kwiczy. Troche za to winy ponosze ja sama (choc wcale nie jest mi przykro), bo po prostu interesuje sie i jestem na biezaco w tym, co dzieje sie u Potworkow. W rezultacie, oni nie musza mi o niczym mowic, bo zwykle o wszystkim wiem, czasem lepiej niz oni sami. :D I zeby nie bylo; wiedzac ze wyjezdzam, mowilam M., ze Nik ma luzny tydzien, ale Bi ma zawody wyjazdowe we wtorek, wiec bedzie musial ja pozniej odebrac spod szkoly, zas w piatek ma zawody u nas, czyli bedzie do odebrania z basenu, ale pozniej niz zwykle. I to zebym raz mu powiedziala! Mowilam przynajmniej trzy... Niestety, Nik mial niby luzny tydzien, ale z jakiegos powodu, na trening zabrali jego grupe do naszego klubu, zamiast przeprowadzic go normalnie, spod szkoly. Pozniej wiec zadzwonil do M. zeby go odebral, a ten przypomnial mu, ze ma przeciez pod szkola rower. Nastepnie marudzil cos ojcu, bo mieli jakas zbiorke na druzyne, ale M. oczywiscie, juz bez humoru, powiedzial ze ma to w nosie. A bez humoru byl, bo zapomnial, ze corka ma zawody, pojechal po nia jak zwykle na basen i wsciekl sie, ze jej tam nie ma. :D Oczywiscie pretensje ma do kogo? Do dzieciaka. Bo "ona musi nauczyc sie odpowiedzialnosci i zeby go informowac". Musialam mu przypomniec, ze niestety, to on nawalil, bo mowilam mu przed wyjazdem kilka razy o jej zawodach. Skoro nie potrafi zapamietac, to niech sobie zapisuje. A ze ja zwykle pamietam o takich rzeczach, to Potworki nawet nie mysla zeby mu przypominac... Chociaz, swoja droga, to nad ta odpowiedzialnoscia corka faktycznie powinna popracowac. Nagle bowiem dostalam smsa z obcego numeru, ze pisze z telefonu kolezanki, bo jej padl, zeby przekazac tacie ze bedzie pod szkola okolo 18. Swietnie, bo jestem cztery Stany dalej. A gdybym nie zobaczyla wiadomosci? Panna nie dosc, ze nie pilnuje zeby miec naladowany telefon, albo zeby brac ze soba power bank kiedy wyjezdza na zawody, to jeszcze najwyrazniej nie zna na pamiec numeru ojca! Oszalec z nimi wszystkimi mozna, slowo honoru... :D

W srode rano wisialy nad nami ciemne chmury i spodziewalam sie ponownie deszczu, ale niespodziewanie nie dosc, ze nie padalo, to po poludniu zaczelo przebijac slonce. Rano jak zwykle musialam sie zwlec i poczlapac na sniadanie. Tym razem, tak jak kolega, wzielam tylko tosta i owsianke, tymczasem znow dostalam rachunek! Kolega powiedzial, ze dzien wczesniej facet z recepcji powiedzial mu, ze placi sie tylko za cieply bufet. Poszlam wiec spytac, ale tym razem byla jakas baba i powiedziala, ze tak, mam zaplacic. Kurcze, gdyby nie to, ze rano naprawde musze cos zjesc, nie potrafie zaczac dnia na pusty zoladek, to odpuscilabym sobie. No ale coz... Dzien na szkoleniu uplywal powoli i mozolnie. Poza facetem, ktory prowadzil je w poniedzialek, nikt nie potrafi przechodzic przez slajdy w rozsadnym tempie i bez miliona pobocznych historii. Te opowiastki sa oczywiscie fajne i wprowadzaja luzniejsza atmosfere, bo tak ogolnie to nasi prowadzacy to "grube ryby" departamentu, wiec czasem strach o cos zapytac zeby nie wyjsc na idiote. ;) Tyle, ze kiedy w koncu zorientuja sie, ze dobiegaja konca wyznaczonego czasu, a sa w polowie prezentacji, pra do przodu, nie robiac przerw. Naprawde ciezko jest wysiedziec 2 godziny bez oddechu. Tego dnia w koncu moglam odhaczyc wlasna prezentacje. Poszlo w miare, choc przez chwile zapomnialam jezyka angielskiego i przekrecalam wyrazy. Niestety, mowca to ja nigdy nie bede. :D Poza mna prezentowaly jeszcze 4 inne osoby i widzialam ze wszyscy byli zdenerwowani i mowili lepiej lub gorzej, wiec nie czulam ze poszlo mi jakos tragicznie. Niestety, w drugiej polowie dnia, zaczelo mnie bolec gardlo. Kurcze, Nik juz w weekend narzekal ze cos go bierze i musialam sie od niego zarazic. Pare dni i sie "wyleglo". :( Po poludniu moi znajomi wychodzili na obiad, ale ja czulam sie tak sobie, wiec mi sie nie chcialo. Na parkingu pod hotelem ustawily sie wozy z zarlem i skusilam sie na karaibskiego kurczaka w sosie curry. Bylo pysznie, ale apetyt mialam slaby, wiec tylko go poskubalam. Pod wieczor patrzylam na lake za oknem, gdzie pastwo rzucali pileczke psiakowi. Kawalek dalej widzialam cos ruszajacego sie i myslalam, ze to drugi psiak. Oni jednak nagle psa zapieli i zaczeli odchodzic. Patrze, zwierze porusza sie jakos inaczej niz pies, trzyma blizej linii drzew... Przygladam sie, a to... sarenka! :) Dziwie sie tylko, ze nie uciekla, bo ten pies momentami podbiegal za pilka naprawde blisko.

Nie wiem czy ja na tym zdjeciu znajdziecie, ale choc jest maksymalnie przyblizone, to zrobilam je z daleka i z 4 pietra, wiec moj telefon nie dal rady ;)

Czwartek znow zaczelam wczesnie, zebralam sie i na szkolenie. Tam niestety okazalo sie, ze na ten dzien wyznaczono nam zadanie, gdzie dostalismy pakiet materialow jak z inspekcji, mielismy znalezc wszystkie niedociagniecia i napisac oficjalna uwage. Poniewaz rano mielismy jeszcze koncowke jednego wykladu, na wszystko dostalismy okolo 6 godzin, czyli do konca dnia. Osobiscie mialam ochote plakac, bo przeciez dopiero co wrocilam z inspekcji, a tu musze robic to samo. No ale, wraz z dwiema osobami wyrobilam sie po okolo 4 godzinach, po czym krecilam po budynku zeby nie przeszkadzac tym, ktorzy jeszcze pracowali. Na szczescie i tak wszyscy skonczyli mniej wiecej godzine przed czasem, wiec udalo sie wyjsc wczesniej. 

Tym razem na lace pasl sie swistak

Tego dnia, na wieczor cala nasza grupa byla zaproszona na wyjscie do restauracji. Zapowiadalo sie fajnie i w sumie tak tez bylo, wybralismy sie do meksykanskiej restauracji, byla kupa zartow, smiechu, itd. Dopiero na koniec wyszlo tak srednio, bo... okazalo sie, ze dzielimy sie rachunkiem. Pozniej rozmawialam z kolezankami, ze wszystkie zalozylysmy, ze zaplaca organizatorzy. Juz bowiem tydzien wczesniej dostalismy maila od dziewczyny, ktora jest "mozgiem" calego szkolenia (choc sama go nie prowadzi), ze w czwartek wychodzimy wszyscy do restauracji. Skoro wyslano takiego maila, zalozylam, ze to zaproszenie dla nas. Teraz okazalo sie jednak, ze kazdy ma zaplacic za siebie. Niby mamy przydzielony budzet na jedzenie, wiec organizatorzy moga myslec, ze nam wszystko jedno, ale wg. mnie wypadaloby to wczesniej jasno powiedziec. Nie do konca tez wiemy czy to ktos wymyslil, czy wyszlo jakos nagle, bo kelnerka, ktora nas obslugiwala, tez przyniosla jeden rachunek. Kiedy ktos (nie wiem kto, bo bylam zajeta rozmowa, az ktos z drugiego konca stolu przekazal informacje) rzucil, ze dzielimy sie rachunkiem, zaczela cos marudzic, ze ciezko bedzie to teraz podzielic. Pracowalam w restauracji, wiec wiem ze wszystko jest elektroniczne i podzielenie jest moze troszke pracochlonne, ale nie trudne. Podejrzewam, ze kobitka nawet nie patrzyla kto co zamawia, tylko wbijala wszystko hurtem i teraz nie pamietala co komu. W kazdym razie, ktos podzielil rachunek na 13 osob i wyszlo, ze wraz z podatkiem oraz napiwkiem, kazdy ma zaplacic po $39. Troche mi szczeka opadla, bo niektorzy brali niewiadomo jakie dania i przystawki, a do tego napoje alkoholowe. Ja nie wzielam przystawek, bo wiedzialam, ze nawet glownego dania nie dokoncze (i sie nie pomylilam), a ze prowadzilam, to pilam soczek. Moja czesc kosztowala wiec $24 i wraz z podatkiem oraz napiwkiem powinnam zaplacic gdzies $30. Moje dwie kolezanki w ogole obie powiedzialy, ze musialy zaplacic praktycznie drugie tyle... I wiecie, to nawet nie chodzi o kase, bo faktycznie, mamy przydzielony dzienny budzet, tylko o jasny przeplyw informacji. A nie, ze wysylaja maila, ze wszyscy idziemy na obiad, gdzie wyglada to niczym zaproszenie,a potem zostaje taki niesmak... Zupelnie inaczej wygladaloby to, gdyby najpierw wyslali wiadomosc, ze jest propozycja wyjscia i kto chce, ale zaznaczyc, ze kazdy placi za siebie...

W piatek rano wstalam zadowolona, ze dobrnelam do ostatniego dnia. W nocy spalam tragicznie, chyba dlatego, ze obzarlam sie przed spaniem. Zwykle obiad jem dosc wczesnie, bo okolo 17, kolacji wlasciwie nie jadam i wieczorami pozywiam sie jakimis lekkimi przekaskami. A tu nagle zjadlam spore danie o 19 i zoladek nie dal rady tego trawic. Nie dosc, ze przewracalam sie z boku na bok, nie dosc, ze bylo mi duszno, bo pokoj jakos sie nie schlodzil, to jeszcze o 2 nad ranem pod hotelem wlaczyl sie alarm samochodowy i kilkanascie minut minelo zanim wlasciciel sie obudzil i zorientowal, ze to jego. :( Rano bylam wiec tak srednio przytomna, ale nie bylo wyjscia; trzeba sie bylo szykowac i ruszac. Tyle, ze odpuscilam sniadanie i zjadlam salatke, ktora mialam w pokoju hotelowym. Na dol zeszlam tylko po goraca wode z miodem (moj poranny napoj) oraz kawe. Na szkoleniu byly jak zwykle wyklady, ale na szczescie zadnych glupich cwiczen. W czasie lunchu podjechalam zatankowac moje sluzbowe autko, zeby bylo gotowe na dluga podroz kolejnego dnia. Niestety, pogoda sie popsula i jak wczesniej myslalam, ze bede wracac przy ladnej pogodzie, teraz wychodzi, ze moze byc gorzej niz jak jechalam w ta strone. :/ Po zajeciach okazalo sie, ze jedna z dziewczyn wylatywala juz tego samego dnia, podobnie jak jedna z prowadzacych. Ona jechala autem, a miala podobnie jak ja, okolo 5 godzin. Przemknelo mi przez mysl, ze moze tez powinnam jechac tego dnia, ale byla juz 16, zanim bym sie spakowala i wymeldowala bylaby pewnie 17 lub pozniej, a potem czekalo mnie 6 godzin jazdy. Obecnie juz o 19 jest wlasciwie ciemno, wiec wiekszosc trasy jechalabym po nocy. Nie, dziekuje. Za to postanowilismy wyjsc na kolacje, tyle ze tym razem juz na wlasnych warunkach, wiedzac ze kazdy zaplaci za siebie. Myslalam ze bedzie to nasza czworka z kwietniowego wyjazdu, ale niespodziewanie dolaczyli do nas dziewcznyna i facet z grupy, ktora na wyjezdzie byla w lipcu. Inna dziewczyna spotykala sie z jakimis swoimi znajomymi, a jeszcze inna sie wylamala (choc ona nie poszla nawet dzien wczesniej na kolacje z szefostwem), wiec bylo nas szescioro. Niestety, nie przyszlo nam do glowy, ze mamy piatkowy wieczor. Umowilismy sie o 18, a potem dojazd, pol godziny czekania na stolik, zamowienie, czekanie z kolei na jedzenie i do hotelu wrocilismy dopiero o 20:30. Dobrze, ze wiekszosc rzeczy spakowalam przed wyjsciem. Zostaly mi tylko kosmetyki, bo czesc potrzebuje na rano oraz przekaski, ktore byly w lodowce.

I tak minelo kolejne szkolenie. Cos mi sie wydaje, ze w tej robocie bede niestety co "chwila" musiala odbywac takie wyjazdy. Co jest do bani, bo przeciez wyjezdzam tez czesto na inspekcje... Jak narazie jest mowa o kolejnym szkoleniu w marcu. To daloby nam maly oddech chociaz od tego, choc z drugiej strony, ktos gdzies slyszal, ze mamy leciec do Stanu Minnesota. Dla niewtajemniczonych, Stan ten slynie ze srogich zim, a marzec tam nadal oznacza snieg oraz mroz... :/ No nie mogliby nas wyslac na Floryde? :D

I na tym skoncze, ale zdjecia to juz wrzuce jutro bo nie mam sily sie z nimi bawic. Czeka mnie dluga i stresujaca podroz…

piątek, 18 września 2026

Zawody jedne i drugie oraz psujace (?) sie sprzeciory

Wroce jeszcze na moment do piatku, 11 wrzesnia.

Plywaczki kibicuja skoczkom :)

Bi powiedziala dzien wczesniej, ze trenerzy stwierdzili, ze poniewaz we wszystkich stylach jest calkiem dobra, ale nie ma zadnego, ktory jest jej "najlepszym", beda ja dawac do wyscigow gdzie brakuje im "pokazowego" zawodnika. Sama nie wiem czy to dobrze, czy zle. Chyba lepiej jest byc w jednej rzeczy wybitnym, niz we wszystkich calkiem-calkiem. :D W kazdym razie, poza sztafetami, plynela 50m kraulem i na 100m stylem grzbietowym. Pierwszy wyscig poszedl jej bardzo dobrze, bo plynely dwie grupy i w swojej (drugiej) zajela pierwsze miejsce.

Jak to milo zobaczyc "1" obok swojego nazwiska 

Styl grzbietowy juz jej tak nie podszedl, a do tego doszla dlugosc wyscigu (Bi we wszystkim jest raczej sprinterem niz maratonczykiem) i doplynela przedostatnia. Ostatecznie, te zawody dziewczyny przegraly, choc minimalnie, bo uzyskaly 90 punktow, a przeciwniczki 96. Bi mowila pozniej, ze cala druzyna zaluje ze odeszly zeszloroczne seniorki, bo nie dosc ze bylo ich duzo, wiec druzyna liczyla wiecej osob, to jeszcze prawie wszystkie plywaly po prostu rewelacyjnie. Ja za to zalowalam, ze trener pomylil sie i to solidnie, w obliczeniach czasu zawodow, bo napisal ze powinny sie skonczyc okolo 17, skonczyly zas prawie o 18! Dziewczyny oczywiscie, jak to dziewczyny, jeszcze jakies zdjecia, wyglupy, pogaduchy, itd.

Pamiatkowa fota grupowa 

Dojechalam do domu i spodziewalam sie, ze zaraz bede musiala odebrac spod szkoly syna. Niestety, na smsy nie odpowiadal, lokalizacja go nie znajdywala... Mija 15 minut, 30, 45... Juz myslalam, ze padl mu telefon i zastanawialam sie czy nie bedzie musial isc na piechote do domu, bo nie bedzie mial jak nas zawiadomic ze dojechali. Na szczescie okazalo sie, ze po prostu, przez wiekszosc trasy, nie mieli zasiegu. W koncu udalo mu sie napisac, ze za pol godziny powinni byc. Podjechalam pod szkole i odebralam syna, ktory oczywiscie byl zmeczony i bez humoru. Wcale mu sie nie dziwie, bo jednak jak wyszedl z domu o 7:10, tak wrocil o 19:30, czyli ponad 12 godzin pozniej... Niestety, jego trenerzy nigdzie nie wrzucaja wynikow, wiec nawet nie wiem jak mu poszlo. Sam Nik odpowiedzial, ze zawody byly "okey" i tyle sie dowiedzialam. ;) To juz od sasiadki uslyszalam, ze jej corka (razem biegaja) mowi ze jest bardzo szybki i ze dostal sie w ich w druzynie do "junior varsity". To jest taka grupka najlepszych zawodnikow z dwoch najmlodszych rocznikow. Troche sie to rozni w poszczegolnych dyscyplinach i druzynach, ale zwykle "varsity team" to grupa z dwoch najstarszych rocznikow, najlepsza i reprezentujaca szkole, choc mlodsi moga sie do niej dostac, jesli sa wyjatkowo zdolni, zas junior varsity to mlodsze dzieciaki, ktore sie wyrozniaja i maja szanse w przyszlosci przeskoczyc na varsity. W biegach przelajowych z naszej szkoly, wszystkie dziewczyny z marszu klasyfikuja sie na obie grupy, z racji, ze jest ich tylko 11. Chlopakow jest ponad 40, wiec tu juz mozna sie wykazac. Smieje sie, ze Nik nie wykorzystal naturalnego talentu. Kiedys bowiem, w II klasie podstawowki, mieli biegi naokolo terenu szkoly, w jakichs celach charytatywnych. Biegli rocznikami i Nik byl wowczas najszybszy ze wszystkich II klas. Pozniej jednak nigdy nie chcial nawet sprobowac zadnego biegania, ani sprintu, ani pozniej biegow przelajowych, nawet pomimo ze biegal jego dawny najlepszy kolega (ktory sie przeprowadzil do innego Stanu). Swoja droga to utrzymuja nadal kontakt i ponoc tamten kolega cieszy sie, ze rodzice pozwolili mu zrezygnowac z biegania, bo ponoc go zmuszali. ;) Nie mam pojecia co Kokusia w tym roku naszlo. Namowili go koledzy, ale namawiali od dwoch lat i nie chcial, a tu nagle sie zdecydowal i niespodziewanie odnosi sukcesy. Malzonek sie podsmiewa, ze to te biegi z psem naokolo domu go tak wytrenowaly. :D

W sobote wreszcie moglam sobie pospac do wypeku (no, nie do konca), choc wczesnym rankiem Oreo lazila po pokojach drac mordke. Udalo mi sie na szczescie ja zignorowac i przydrzemac dalej. Nastawilam budzik na 9 i tego dnia niestety nie moglam pospac dluzej, bo na 10:40 jechalam do fryzjera. Stwierdzam, ze powinnam to robic czesciej niz co 5-6 miesiecy, bo nie dosc ze odrosty mialam juz niemozliwe, to i troche mi zal fryzjerki, bo (na zdjeciu tak nie widac) mam niesamowicie grube i geste wlosy i przycinanie tego i modelowanie to koszmar, a jak jeszcze urosna takie dlugie, to juz w ogole trzeba sie umeczyc.

Przed 

Miedzy innymi dlatego, odkad mam je dluzsze, po prostu zostawiam je same sobie i nie bawie sie w zadne ukladanie ani podkrecanie. Nie mam sil na takie zabawy... Fryzjerka tez sie smiala, ze Matka Natura powinna dac kazdemu po rowno, a tu niektore dziewczyny maja rzadkie i cieniutkie wloski i nie ma czego ukladac, a inne, jak ja, chetnie by komus oddaly tak z 1/4. :D No i super byloby czesciej robic porzadek z ta gestwina, tyle ze przy pasemkach i cieciu, zawsze schodza 2-3 godziny i zwyczajnie szkoda mi czasu... 

Po - ciecie bylo dosc drastyczne ;)

Wrocilam do chalupy, wstawilam pranie, poskladalam to, ktore czekalo w suszarce, zmienilam Potworkom posciel i czas byl jechac do kosciola. Po powrocie poszlismy z M. na spacer, gdzie w polowie dogonil nas na rowerze Nik. :) Pozniej wypilam kawke zeby dac nogom odpoczac, po czym poszlam wyszorowac nasza lazienke, gdzie malo mnie cos nie trafilo. Mylam lustro, ktore cale bylo obryzgane niewiadomo czym. Biale niczym pasta do zebow, ale ja szoruje, a to ledwo schodzi. Szoruje kolejny raz - roznica minimalna. W koncu musialam kazda kropke zeskrobywac paznokciem i dopiero potem przetrzec plynem do mycia! :O Poniewaz kolejnego dnia mial jak zwykle wpasc dziadek, wiec zabralam sie za chlebek bananowy. Wszystko przygotowalam, piekarnik wlaczony, chce juz wkladac ciasto, patrze a tam dalej taka poczatkowa temperatura. Zdziwiona otwieram piekarnik - zimny! Nosz kurna, musial sie popsuc! Myslalam, ze moze cos nie zalapalo, wiec wylaczylam go i wlaczylam jeszcze raz. Po minucie wkladam reke i... super, grzeje! Pomyslalam, ze widocznie gdzies cos nie laczy i trzeba uwazac na przyszlosc. Tyle, ze dziadostwo pokazywalo caly czas ta sama temperature. Stwierdzilam, ze poczekam 10 minut bo mniej wiecej tyle zajmowalo zwykle zeby piekarnik sie nagrzal i wtedy wsadze ciasto. Kiedy jednak czas minal, otworzylam ustrojstwo i... zonk. Cieply byl, owszem, ale nie goracy. Zdecydowanie nie byla to temperatura zeby cokolwiek upiec. :/ Probowalismy jeszcze z M. kilka razy, malzonek nawet wysunal cholerstwo spomiedzy szafek i odlaczyl z pradu, po czym podlaczyl ponownie, ale nie dalo to nic. Pomyslelismy, ze czeka nas zakup nowego piekarnika. Super po prostu... I fakt, ze ten mial juz ponad 8 lat, ale to wcale nie tak duzo na domowy sprzet. Moi tesciowie maja lodowke chyba 20-letnia i dziala. ;) W miedzyczasie mialam jednak gotowe ciasto, ktore czekalo na upieczenie. Stwierdzilam, ze sprobuje w air fryer'ze, bo co innego mi pozostalo? Mialam obawy, ale okazalo sie, ze wyszlo! Jedyne co, to popelnilam blad, bo wyjelam kratke i papier pergaminowy dalam bezposrednio do szuflady. I niestety, na dnie ciasta zostala niedopieczona warstewka, ale taka ciensza nawet niz mm. Stwierdzilam, ze tyle to mozna odkroic, a na przyszlosc bede wiedziec ze trzeba jednak papier dac na kratke. Malzonek oczywiscie znalazl juz jakies piekarniki na stronie internetowej, ale ja stwierdzilam, ze musze popatrzec i "pomacac" w sklepie. :D Najwazniejsze, ze palniki w kuchence dzialaja. Od dluzszego czasu i tak pieczemy mieso czy warzywa w air frye'rze, wiec bez piekarnika mozemy sie przez jakis czas obejsc, ale kuchenka musi byc. ;)

Niedziele zaczelam troche wczesniej niz sobote, bo obiecalam synowi wypad po przynete. Od jakiegos czasu wiercil mi dziure w brzuchu o zywa, na ktora pare razy lowili z kolega. W koncu uleglam. Niestety, najblizszy sklep z przynetami jest 20 minut od nas i w niedziele zamykaja go o 12, a ja chcialam jeszcze potem odkurzyc i pomyc podlogi zanim przyjedzie dziadek, wiec trzeba sie bylo zwlec z lozka wczesniej. Jak na zlosc dzien byl ponury, od rana lalo i pogoda byla raczej na spanie, a nie wczesniejsze zrywanie. Ale coz... Oczywiscie troche sie wkurzylam, bo ja tu sie zwlekam z lozka, czlapie na dol zjesc sniadanie, a syn sobie spi w najlepsze! Na szczescie wstal zwarty i gotowy zanim sie wyszykowalam. Zawiozlama go, kupil sobie rybki (to takie male jak szprotki, strasznie mi ich szkoda :() i wrocilismy. Musze przyznac, ze przynajmniej sam z siebie pomogl mi odkurzac, choc po tej "pomocy" musialam nieco poprawic. ;) Jak moj tata przyjechal, to akurat konczylam tanczyc z mopem, ale zaparzylam mu kawy, podalam obiad i szybko dokonczylam. ;) Dziadek posiedzial troche krocej niz zwykle, bo niestety musialam go "wyprosic". Nie z wlasnej winy w sumie, ale na 15 bylam umowiona na paznokcie, co wydawalo mi sie idealne, bo tata zwykle i tak przed ta godzina wyjezdza. Pozniej jednak Nik wyskoczyl, ze umowili sie u jednego kolegi w domu, okolo... 15. No to musialam wyjechac troche wczesniej, odstawic syna i pedzic zrobic pazury. Ucierpialam sie strasznie, bo tym razem obslugiwal mnie chlopak i albo byl nowy i sie bardzo staral, albo taki z niego perfekcjonista. W kazdym razie, spytal mnie jaki chce miec ksztalt, powiedzialam ze owalne i on chyba za wszelka cene takie staral sie zrobic. Moje pazury jednak maja brzydki ksztalt, sa takie "lopatowate" i w dodatku sie zaginaja niczym szpony, wiec facet, zeby je wymodelowac, skorki mi doslownie szarpal i wyrywal. Co myslalam, ze juz skonczyl z jakims palcem, po chwili do niego wracal. Musze przyznac jednak, ze tak ladnie chyba nigdy nie mialam paznokci zrobionych. 

Dla wielu z Was to pewnie nic specjalnego, ale ja sie zachwycam ;)

Wrocilam do chalupy, poszlismy z malzonkiem na spacer i pozostalo czekac az syn napisze zeby po niego przyjechac. Poniewaz teraz juz o 19:30 jest praktycznie zupelnie ciemno, spodziewalam sie, ze bedzie to grubo przed 19. Tymczasem chlopaki mieli jechac na ryby okolo 17, a pojechali dopiero gdzies o 17:45, bo sprawdzalam lokalizacje Mlodszego. Zadzwonil wiec ze gotow jest wracac o 19:30, kiedy bylo juz ciemno i straszno. :O

Jak widac, zabawa byla przednia 

A! Jeszcze kiedy byl moj tata, tak dla "jaj" wlaczylam piekarnik, bo akurat opowiadalam tacie, ze sie zepsul. I nie uwierzycie! Nagrzal sie normalnie do ustawionej temperatury i pokazywal jak ona rosnie. Jedyne co, to zawsze pipczal 3 razy kiedy sie nagrzeje, a tym razem byla cisza. No ale wyglada, ze postanowil, przynajmniej narazie, sie naprawic! :D

Kiedy wrocilam z Kokusiem do domu, po podjezdzie skakal sobie dorodny Pan Ropuch, ktorego Nik ochrzcil "Fryderyk" :D

W poniedzialek trzeba bylo juz rano zerwac sie do roboty. Niestety, oznaczalo to dla mnie inspekcje (choc to i tak lepiej niz zapierniczac do Bostonu), a ze bralam sluzbowe auto na caly tydzien, to powiedzialam M. zeby po mnie przyjechal i zawiozl do biura. Nie chcialam zostac na tydzien bez wlasnego samochodu, bo wiadomo, Potworki maja zawody, czasem trzeba po cos podjechac, itd. Nie mowiac juz o tym, ze lubie miec opcje zawiezienia ich do szkoly. W kazdym razie, musialam wyjechac w miare sprawnie, wiec powiedzialam dzieciakom, ze musza tego dnia jechac na rowerach. Sasiadka zaproponowala ze ich podwiezie, z czego Bi oczywiscie chetnie skorzystala, ale Nik wolal jednak rower. Tego dnia akurat mogl sobie odpuscic, ale o tym za moment. Oni pojechali do szkoly, a po mnie po chwili przyjechal malzonek. Wyruszylismy do mojego biura, w poteznych korkach, a potem musialam dojechac do firmy, ktora sprawdzam. Spoznilam sie prawie 15 minut. Na szczescie bylam juz tam wczesniej, wszyscy sa sympatyczni, wiec przeprosilam i tyle. Szkoda mi bylo doktorka, bo slyszac o inspekcji, odwolal wyjazd, a przy tym widac bylo, ze jest niesamowicie zdenerwowany... Na inspekcji, jak na inspekcji, dzien zlecial na przegladaniu papierow. Okazalo sie przy tym, ze badania, ktore sprawdzalam zakonczyly sie 4 lata temu (o tym juz wiedzialam) i z grupy, ktora je przeprowadzala, zostal tylko pan doktor. Ktory tak naprawde tylko tam z doskoku nadzorowal i niczego sam nie robil poza pierwszym przyjeciem pacjentow. Laboratorium, w ktorym trzymano badany lek, zostalo przebudowane w co innego. No rewelacja. Wrocilam do chalupy, ale posiedziec w niej nie bylo mi dane.

Ledwie zdazylam zaparkowac pod domem, a Oreo juz musiala sprawdzic czy nowy pojazd nada sie na punkt obserwacyjny 

Po poludniu okazalo sie, ze Nik ma znow pasta party (o ktorym zapomnial nam powiedziec), na ktore co prawda zawiozla go mama kolegi, ale przez to jego rower zostal pod szkola. ledwie wiec weszlam, a stwierdzilam, ze najlepiej od razu po niego isc. Zmienilam tylko dlugie spodnie na krotkie spodenki i pomaszerowalismy. Tego dnia czuc bylo jesien w powietrzu i choc w sloncu byly 22 stopnie, to w cieniu ciegnelo chlodem. Doszlismy do szkoly, wzielismy rower i juz prawie dochodzilismy do naszej ulicy, kiedu Mlodszy napisal zeby po niego przyjechac. Kurcze, ostatnio siedzial na imprezie do 19 i nie mial dosc, a teraz jeszcze nie bylo 18. Kiedy doczlapalismy do domu wiec, chwycilam tylko kluczyki, wskoczylam w auto i pojechalam po syna. Wracajac, po drodze napisalam do Bi zeby odgrzala mi obiad, bo bylam juz strasznie glodna, a to nie byl koniec jezdzenia. Wpadlam do chalupy, szybko zjadlam, bo czym pojechalam z corka (i synem, ktory zabral sie na doczepke) do sklepu. Kolejnego dnia Bi miala bowiem zawody (o czym obie zapomnialysmy), a na zawodach dziewczyny wymieniaja sie napojami oraz slodyczami/chipsami. W domu nie mielismy nic, co nadawaloby sie na wymiane, wiec trzeba bylo szybko pojechac do supermarketu. Przy okazji Bi opowiadala, ze znowu sa podzielone na grupki zwane sister friends, tyle ze juz kolejny rok panna ma pecha. Zwykle w grupce sa 3-4 dziewczyny. W zeszlym byly we 3, ale jedna zrezygnowala z plywania po pierwszym tygodniu i zostaly dwie. W tym roku znow sa 3, ale jedna - nowa, z pierwszego roku, "zapomina" przyniesc czegokolwiek na wymianke. Podobno Bi oraz druga dziewczyna z nia rozmawialy, ale nadal jest ze "zapomniala" i koniec. Podejrzewam, ze rodzice panny powiedzieli ze nie beda wydawali kasy na glupoty, albo nie podoba im sie, ze dziewczyny wpierdzielaja cukierki i pija niezdrowe napoje, tyle, ze przez to ich corka wydaje sie niekolezenska. W kazdym razie, Bi oraz druga dziewczyna, stwierdzily ze beda sie wymieniac miedzy soba, a jak trzecia sie zdecyduje, to moze dolaczyc. Tak naprawde to mi wsio ryba czy wymieniaja sie we trzy czy we dwie, tyle ze te grupki zawsze sa tak dobrane, ze jedna to seniorka z najstarszego rocznika, a reszta jest mlodsza. Z tego co pamietam w zeszlym roku, dziewczyny z kazdej grupki, musialy dla swojej seniorki zrobic plakaty i kupic kosze z upominkami. Nie moge sobie przypomniec czy cos jeszcze. Zwykle te mlodsze dziela sie praca i kosztami. W zeszlym roku Bi zostala sama, wiec cale koszty ponioslam ja, a w tym roku, choc niby jest w grupie z inna dziewczyna, wyglada ze tamta sie nie dolozy. Rozumiem troche rodzicow; pewnie sa zaskoczeni, ze nie dosc iz placisz za sport szkolny, za druzyne i za stroj, to jeszcze dochodza takie koszty "rozrywkowe". Ja w zeszlym roku tez bylam zaskoczona, ale stwierdzilam, ze nie chce zeby jakas dziewczyna byla pokrzywdzona, bo Bi zostala sama... A tutaj rodzice tej maja to w tylku i tyle. Chociaz moze sie myle i wybiegam do przodu. Zobaczymy. ;) Kupilysmy wiec co tam trzeba, a przy okazji pare innych przekasek do domu i wrocilismy. Byla 19:10 i dopiero moglam sobie na spokojnie usiasc. ;)

Wtorek zaczelam ponownie wczesnie, wyszykowalam sie, choc nie do konca, i zawiozlam Potworki (oraz sasiadke) do szkoly. Pozniej wrocilam jeszcze na chwile do chalupy, umalowalam oko i spakowalam jedzenie, po czym ruszylam na inspekcje. Mialam pecha i po drodze byly niemozliwe korki. Najpierw trafilam na pozostalosci po wypadku, a pozniej byl kompletny zator prawie na samym koncu trasy, w miescie, do ktorego zmierzalam. Znow dojechalam spozniona, ale coz... Dzien mijal na dalszym przegladaniu dokumentow, przerwanym niestety przez... alarm przeciwpozarowy! Musielismy wylezc na zewnatrz i czekac az straz przyjedzie i sprawdzi co sie dzieje. Pol godziny nie moje. :O Dobrze przynajmniej, ze bylo cieplo i nie padalo... W koncu wpuscili nas spowrotem, a przyczyna pozaru okazal sie... opiekacz. :O Troche bylam zla, bo wybilo mnie to z pantalyku, a dodatkowo tego dnia i tak planowalam wyjsc troche wczesniej. Nik mial bowiem znow zawody i tym razem chcialam byc faktycznie na jego biegu, ten zas zaczynal sie o 15:45. Udalo mi sie wyjsc o czasie, po czym godzinke turlikalam sie do domu. ;) Tam przebralam sie tylko szybko w szorty, wypuscilam psiura na siusiu i pedzilam na zawody. Te byly w sasiedniej miejscowosci, ale ze mieszkamy na pograniczu, wiec mialam zawrotne 8 minut jazdy. :D Dojechalam akurat na koncowke rozzgrzewki, wiec po chwili chlopaki zaczeli sie zagrzewac do "walki".

Nawet nie wiem ktory to Nik ;) 

W koncu... ruszyli! :) Zartowalam z niektorymi rodzicami, ze biegi przelajowe to taki malo atrakcyjny dla widzow sport. Zgodnie z nazwa (cross country) biegna po lasach, lakach i wertepach.

Ruszyli!

Trasa prowadzi miedzy drzewami i jest dluga, wiec przez wiekszosc czasu zawodnikow nie widac. Widzialam start, 8 minut pozniej obok miejsca, w ktorym stalam przebiegl Nik, za kolejne 7 minut przebiegl kolejny raz, a za 5 minut dobiegl do mety.

To chyba bylo juz drugie okrazenie

Widzialam go wiec w czasie biegu 3x przez kilka sekund. :D Potem zebrali sie jeszcze na chwile do podsumowania, potem kibicowali startowi dziewczyn i moglismy wracac do domu.

Meta! 

Wieczorem na grupe wrzucili czasy i zajete miejsca. W naszej druzynie jest 42 chlopakow, druga miala mniej wiecej podobna ilosc zawodnikow i byla tez trzecia druzyna, znacznie mniejsza. Tak na oko licze, ze bieglo okolo 100 mlodziencow. Nik zajal 33 miejsce, wiec bardzo ladnie, wedlug mnie oczywiscie. ;) Wrocilismy do domu i czekalam az Bi napisze ze dojezdzaja do szkoly. Panna rowniez miala bowiem tego dnia zawody, ale wyjazdowe. Dojechali o 18:30 i panna wzdychala ze naprawde nie lubi wyjezdzac, bo potem nie ma czasu na spokojne odrabianie lekcji oraz nauke... Dobrze, ze ze szkoly do domu to tylko kilka minut jazdy i moglam juz spokojnie sie zrelaksowac. Czyli dokonczylam zmieniac nam posciel i wstawilam pranie, zeby sie zbytnio nie nudzic. ;)

Sroda zaczela sie jak poprzedni dzien. Wstalam, zawiozlam Potworki do placowki, wrocilam, dokonczylam sie szykowac i pojechalam. Tego dnia wreszcie byly rano nieco mniejsze korki, wiec dojechalam praktycznie o czasie. Dzien w robocie minal dosc szybko, niestety powrot do domu juz nie. :/ Jak tylko wlaczylam nawigacje, pokazalo mi, ze na trasie jest wypadek i czy chce go ominac. Kliknelam "tak" i wszystko byloby super, ale nowa trasa poprowadzila mnie przez roboty drogowe. Tam, wiadomo, zwezenia, blokady i niechcacy... skrecilam nie tam gdzie trzeba! Pierwsze co pomyslalam, ze trudno, bede miala dodatkowe 5 minut jazdy. Przezyje. No coz, mialam pechuncia, bo doslownie km od zjazdu nagle... wszyscy staja! Po chwili zaczely sie miedzy nami przeciskac wozy policyjne, strazackie, karetka... Juz wiadomo bylo ze byl wypadek, widzialam zreszta swiatla syren na horyzoncie, czyli zdarzylo sie to doslownie tuz przede mna... No coz... Policja zamknela droge i tak stalismy... Dopiero po pol godzinie podjechal samochod holowniczy, odsuneli zniszczone pojazdy na bok i nas puscili. Jajo mozna bylo zniesc... :/ Po powrocie do domu juz oczywiscie nic mi sie nie chcialo i cale szczescie, ze na ten wieczor nie mialam zadnych planow. Niestety, bylo to moje jedyne "wolne" popoludnie w tym tygodniu, to wrocilam o 17:40 i tyle z niego mialam. :/ Zeby go tak zupelnie nie zmarnowac na lenistwie, wstawilam pranie i poszlam posciagac i przyniesc posciel z przyczepy. Nie mamy juz zadnych planow kempingowych na ten rok, za chwile M. bedzie chcial przygotowac ja na zime, wiec trzeba bylo z niej powynosic wszystko co moze sie zniszczyc, zgnic, zawilgotniec, itd.

W czwartek ponownie zawiozlam Potworki do szkoly, po czym wrocilam, skonczylam sie szykowac i pojechalam. Tym razem ruch na drodze byl wyjatkowo sprzyjajacy i dojechalam prawie 10 minut przed czasem. Posiedzialam chwile w aucie, ale pozniej stwiedzilam, ze pojde do srodka, bo nie bylam pewna czy kobitka, ktora mnie "pilnuje" juz nie czeka. Okazalo sie ze nie i to ja musialam poczekac na nia. :) Dzien zlecial mi migiem bo zaczelam odkrywac problemy i niedociagniecia i dwa razy musialam konsultowac je z szefem. Pechowo, nie dogrzebalam do konca przed wyjsciem, wiec na kolejny dzien zostala mi rozmowa z szefem, a jeszcze musialam skonczyc, przy czym mialam nadzieje "zamknac" inspekcje troche wczesniej... :/ Powrot do domu nie byl juz tak sprawny jak poranna jazda, bo pojawily sie jakies zatory bez zadnej wyraznej przyczyny. Nie mniej, nie byly to korki z prawdziwego zdarzenia, wiec dojechalam w miare sprawnie. Bylam strasznie glodna, wiec szybko zjadlam obiad, po czym popedzilam na zakupy. Potwory zabraly sie oczywiscie ze mna, bo mieli nadzieje na bubble tea. Niestety, zwykle skladam zamowienie wczesniej, zebysmy tylko podjechali i odebrali, ale tego dnia na stronie wyskoczylo, ze zamowienia sa zablokowane. Nie bylam pewna czy cos im sie popsulo w systemie, czy sa zamknieci, ale stwierdzilam, ze nie bede ryzykowac jazdy tam, bo choc z miejsca zakupow jest duzo blizej niz z domu, to mimo wszystko niezbyt po drodze. Nie chcialam jechac, zmarnowac czasu i pocalowac klamki. Dzieciaki spuscily nochale na kwinte, wiec zajechalam po drodze do Dunkin'. A niech maja. ;) W ten sposob popoludnie wlasciwie minelo, a wieczorem czulam sie juz zupelnie jak detka. Za duzo energii wyciagaja ze mnie te inspekcje... ;)

Piatek to oczywiscie powtorka z rozrywki. Odwiezc mlodziez do szkoly i dluga jazda na inspekcje. Dojechalam dosc sprawnie i znow moglam pare minut posiedziec w aucie i zebrac energie na reszte dnia. Szef napisal rano, ze moze ze mna porozmawiac o 9:30 rano, wiec wyprosilam dwie siedzace ze mna babki z pokoju. ;) Tak jak podejrzewalam, z dwoch niedociagniec, ktore znalazlam, musialam zrobic oficjalna uwage. Mialam nadzieje, ze szef powie, ze nie i bede miala duzo spokojniejsze zamkniecie inspekcji. No ale nie ma tak dobrze. W dodatku, gdyby powiedzial mi to konkretnie dzien wczesniej, przygotowalabym sobie w domu juz tekst i sprobowala go wydrukowac. A tak, musialam sie meczyc na miejscu. Poza rozmowa z szefem, rano tez jeszcze konczylam sprawdzac reszte papierow, wiec dopiero okolo 11 zaczelam sie przygotowywac na zakonczenie. Oczywiscie mialam problem zeby znalezc odpowiedni kruczek w systemie i tu jeszcze pomogl mi szef. Wyslalam mu jednak potem gotowy tekst zeby sprawdzil gramatyke i zobaczyl czy da sie go napisac bardziej klarownie. Wyslalam i zaznaczylam, ze spotkanie "zamykajace" mam za 45 minut. Pozniej przesunelam je o kolejne 15 minut, a i tak odpisal doslownie minute przed, ze przeprasza bo cos go odciagnelo i czy juz po spotkaniu. Nie chcialo mi sie tlumaczyc ze akurat mam zaczac, wiec odpisalam po prostu "tak". Troche wczesniej ten moj tekst sama poprawilam, przeczytalam, wrzucilam w internety zeby sprawdzily gramatyke, itd. A reszte stwierdzilam, ze niech sie dzieje co chce, bo przy okazji walczylam z... drukarka. Przez cala inspekcje uzywalam skanera i dzialal jak zloto. Niestety, z drukowaniem juz tak fajnie nie mialam, bo znow wyschly tusze. :( Kolorowy wysechl juz jakis czas temu, ale ze nie drukuje nic w kolorze, to machnela reka. Teraz okazalo sie jednak, ze wysechl tez czarny! Ktory kupilam moze 2-3 miesiace temu i zgodnie z podpowiedziami trzymalam w szczelnym woreczku! :/ Sprobowalam sposobu mojego szefa, czyli namoczenia recznika papierowego goraca woda i przylozenia go do wylotu tuszu. Tyle, ze w kranie w sali konferencyjnej woda leciala letnia i zupelnie sie nie nagrzewala. Stwierdzilam, ze moze sama woda cos da. Dala, przynajmniej cos tam drukowalo, ale "naprawa" dzialala na jedna strone. Pozniej tusz znow omijal co trzecia linijke tekstu. :/ Musialam wiec przykladac i drukowac kartke po kartce. Dobrze, ze mialam tylko 4 strony. No ale kurna, fortune wydam na tusze, a nikt nam za nie nie oddaje! W kazdym razie, jakos wydrukowalam co trzeba, odbebnilam spotkanie i pojechalam do chalupy. Tam szybko zjadlam, przebralam sie i popedzilam znow na zawody Bi. Ale o tym juz kolejnym razem. ;)

Do poczytania!

piątek, 11 września 2026

Dlugi weekendos i reszta tygodnia

W piatek, 4 wrzesnia, mlodziez jechala normalnie do szkoly, ale ja pracowalam z domu. Potworki pojechaly na rowerach, z czego byli srednio zadowoleni, ale powiedzialam im, ze musze szykowac nas na wyjazd i nie mam czasu stac po poludniu w sznureczku aut odbierajacych mlodziez ze szkoly. W ciagu ranka probowalam oczywiscie cos tam przy okazji pakowac, ale szybko okazalo sie, ze jesli o prace chodzi, to byl dzien z problemikami i musialam skupic sie na tym, co robie. Po pierwsze, zaczelam przygotowywac zalaczniki do raportu i odkrylam, ze niektore dokumenty, ktore wyslala mi firma z inspekcji, sa chronione haslem! Szlag mnie trafil na miejscu! Otwieraly sie normalnie, dawaly zachowac na moim kompie, ale potem juz nic nie dalo sie z nimi zrobic. I zebym to ja probowala robic jakies cuda! A gdzie! Dostalam, np. plan kazdego pietra w kazdym budynku jako osobny dokument. Zeby nie tworzyc 11 osobnych zalacznikow, chcialam polaczyc je w jedna calosc i doopa. Nie da sie. Kombinowalam jak kon pod gore, ale nie moglam tez zachowac ich w innym formacie, nic! W koncu odkrylam, ze jedyne co moge, to zrobic screenshot kazdego dokumentu, skopiowac do Word'a, a pozniej zachowac to jako PDF. Jakos to wiec obeszlam, ale zajelo mnostwo czasu, a jeszcze nie wiedzialam czy szef sie nie przyczepi, bo niby mamy zostawiac wszystkie zalaczniki tak, jak je dostalismy, nic nie przerabiac... Pozniej mi sie przypomnialo, ze za tydzien mialam wyjechac, ale nie zrobilam jeszcze rezerwacji hotelu. Szybko weszlam na stronke i... zonk! Tym razem mam jechac do firmy praktycznie w centrum Bostonu i nie dosc, ze wiekszosc okolicznych hoteli nie mialo wolnych pokoi, to ceny mieli takie, ze wszystko opada. W koncu wybralam cokolwiek, ale ze przekroczylam dozwolony budzet o tysiac dolcow, to dostalam pozniej maila od ludzi z dzialu podrozy, ze musze miec upowaznienie, albo moge pokryc roznice z wlasnej kieszeni. No zadzieram kiece i lece! :/ Musialam odpisac, ze upowaznieniem zajme sie we wtorek, bo moj szef byl na urlopie... No ale caly dzien jakies przeszkody. :( W koncu wybila 13, napisalam jeszcze szybko dwa maile do szefunia, ze mam problem i z raportem i z wyjazdem, po czym zamknelam laptoka i postanowilam nie myslec o robocie przez kolejne 3 dni. Spojler: nie da sie. :D W miedzyczasie wrocil M. i kontynuowal pakowanie tego, czego nie zdazylam spakowac ja. Potworki dojechaly okolo 14:30, ale na szczescie oznajmili ze nie sa glodni, dopakowali tylko co tam jeszcze mieli swojego do spakowania i chwile po 15 wyjechalismy. Jechalismy niby dwa Stany dalej, ale tak po ukosie i wlasciwie bylismy na samej granicy dwoch, wiec mielismy jechac godzine i 40 minut. Pozniej jednak M. sprawdzil, ze trasa prowadzila malymi drozkami, a my mamy dosc dluga przyczepe, wiec stwierdzil, ze woli jechac autostradami, co niestety wydluzylo nam droge o pol godziny. No a juz w trasie, wpadlismy w korki, bo wiadomo - piatek przed dlugim weekendem, wiec wszyscy ruszaja. ;) Na miejsce dojechalismy wiec dopiero przed 18. W ktoryms momencie zwatpilismy, bo ostatnie 2 km jechalismy taka waziutka, zwirowa drozka i zastanawialam sie czy nie pobladzilismy. ;) Na miejscu okazalo sie, ze kemping, choc na totalnym zadupiu, byl bardzo fajny, bo mial i basen i budynek z bilardem, ping-pongiem i air hokey (cymbergaj) i staw do lowienia ryb, po ktorym mozna tez plywac rowerkiem wodnym lub kajakiem. Jak to na prywatnym kempingu, mielismy podlaczenia do wody oraz pradu, a dla mlodziezy niby tez i wi-fi, choc to ostatnie okazalo sie raczej zartem. Byly dwa modemy, ale ze kemping na koncu cywilizacji, to internet pojawial sie i znikal. Nawet dla mnie bylo to dosc frustrujace, a Bi wsciekla sie zupelnie, bo wziela laptoka i chciala odrobic lekcje, ale sie nie dalo. ;) Poniewaz ostatnio czesto mamy kempingi z "przygodami", nie moglo byc inaczej i tym razem. Okazalo sie, ze mamy... przeciek! Puscilo laczenie w jednej rurce i lalo nam sie do jednego ze schowkow. Zanim sie zorientowalismy, ze cos dziwnie szumi, mielismy tam juz kilka cm wody. :O Zaczelo sie odsaczanie szmatkami, co zajelo nam wieki, ale i tak woda juz poprzedostawala sie szparami glebiej i kiedy w poniedzialek zjechalismy z podporek dla kol i przyczepa sie przekrzywila, zaczelo kapac w kilku dziwnych miejscach. Suuuper... Przyczepy kempingowe maja to do siebie, ze jesli je zaleje, to potem ciezko jest sie pozbyc wilgoci. Tylko nam grzyba brakuje... :/ Poki co jednak, palacym problemem bylo to, ze nie moglismy podlaczyc wody. Na poczatku stwierdzilismy, ze trudno, napelnimy zbiornik i nie bedziemy sie bawic w biezaca wode. Taaa... Niestety, nawet biorac wode ze zbiornika, zeby puscic ja z kranu, trzeba wlaczyc pompe, ta zas rozprowadza wode po calej przyczepie i z rurki znow zaczelo leciec! :/ Przy tym, laczenie puscilo w takim miejscu, ze nie mogl sie czlowiek do niego dostac. Frustujace jak cholera, bo jest dziurka, przez ktora wchodzi rurka i widac gdzie woda leci, ale da sie tam wlozyc doslownie jednego palca i nic nie da sie zrobic! Calosc zaslonieta jest panelem przykreconym na sruby, ale te maja taki ksztalt wglebienia, ze M. nie mial do nich odpowiedniego srubokreta, mimo ze posiada cala skrzynke z narzedziami. W dodatku robilo sie juz ciemno, co dodatkowo utrudnialo jakiekolwiek naprawy. Juz mielismy wizje, ze przemeczymy sie jakos bez wody jedna noc, bedziemy korzystac z publicznych lazienek, a kolejnego dnia wrocimy do domu. Malzonek bowiem wpadl nawet na pomysl jazdy po srubokret, ale najblizszy sklep z narzedziami byl... 40 minut od kempingu! :O Ostatecznie, moj pomyslowy maz wymyslil, zeby dostac sie do rurki od innej strony. Szczescie w nieszczesciu bowiem, rurka nie byla gdzies gleboko w srodku, tylko biegla pod lozkiem  pietrowym. Zeby nie bylo za prosto, do deski pod lozkiem, przykrecona jest szyna od podwieszanego grilla, ktora najpierw trzeba bylo odkrecic, a dopiero pozniej dalo sie odkrecic deske z polowy lozka. Na szczescie do tych srub, malzonek mial srubokret. W tym momencie wszystko M. juz robil przy swietle latarki, ale po polgodzinnej walce, udalo mu sie dostac do przeciekajacego laczenia! I co sie okazalo?! Zadna uszczelka nie puscila, nic nie peklo, laczenie trzeba bylo po prostu... mocniej dokrecic! :O Pytalam M. jak to, kurna, mozliwe, a on stwierdzil, ze widocznie jak jedziemy i przyczepa trzesie i buja na wszystkie strony, pomalu sie odkrecila. Ja cie pierdziele; takie gowno, a tyle stresu! Kryzys z woda udalo sie wiec zazegnac, tyle, ze poniewaz wszystko bylo pootwierane, pozniej mielismy w srodku tyle komarow i innego robactwa, ze strach sie bac! ;)

W sobote rano odkrylismy, ze jestesmy w chyba najbardziej zacienionym miejscu kempingu. Co nie bylo zbyt przyjemne, bo bylismy w gorach (takich nizszych, ale jednak), wiec ogolnie bylo tam chlodniej i w dodatku akurat przyszlo lekkie ochlodzenie. Caly ranek przenosilam sie z krzeslem z jednej plamy slonca na druga. :) Bi nadal byla niezadowolona z braku internetu i zrzedzila, ze nie lubi wyjezdzac w czasie roku szkolnego, bo nie moze na spokojnie sie uczyc i odrabiac lekcji. Za to Nik szalal na calego! To znaczy, nie szalal w sumie. Lowil ryby. Na potege. :) Staw na kempingu byl specjalnie zarybiony i dosc latwo mozna bylo cos chwycic. W sklepiku nie mieli co prawda zywej przynety, ale pani podpowiedziala, ze ryby lubia... hot-dogi! :D My tychze nie posiadalismy, ale za to mielismy kielbase na ognisko. Okazuje sie, ze polska kielbasa smakuje rowniez rybom. ;) Mlodszy lowil rybsko za rybskiem. Glownie takie mniejsze sztuki, ale udalo mu sie zlowic tez rekordowa. Ta byla wieksza nawet niz ostatnio zlowiona w domu. 

Pan "cool" w okularach pozyczonych od ojca :D

Poza tym, krazylismy po kempingu, bo skoro internet raz sie pojawial, a raz znikal, trzeba bylo sie czyms zajac. Pogralismy w ping ponga i cymbergaja, ale po kule i kije do bilarda juz nam sie nie chcialo isc.

Bi spodobalo sie szydelkowanie pod wierzbami placzacymi. A ten plot po prawej, to wybieg dla psow, z ktorego tez z Maya korzystalismy

Za to po poludniu, kiedy w sloncu zrobilo sie przyjemniej, poszlam z Potworkami na basen. Woda byla w nim nadal calkiem ciepla po upalnym lecie. Ja niestety akurat na ten wyjazd dostalam okres, ech... Cale lato mialam jakies hormonalne zawirowania i udalo mi sie uniknac tej "przyjemnosci" na wyjazdach, to akurat na ostatni kemping przyszedl (mniej wiecej) punktualnie. :/ Nie plywalam wiec, ale chcialam posiedziec na krzeselku.

Nik wskakuje do basenu... piruetem :D 

I tu mialam niestety pecha... Uczepil sie mnie jakis uposledzony (chyba) dzieciak, ktorego matka zupelnie nie kontrolowala. Pierwszy raz podeszla ta dziewczynka, to sie do niej usmiechnelam, bo mialo to moze z 6-7 lat. A ta malpa... ochlapala mnie woda! Matka z daleka wola cos tam, ze nie wolno, ale nawet nie podeszla. Gowniara wskoczyla do basenu, ale za moment widze, ze idzie znowu w moja strone. Kiedy sie zblizyla, powiedzialam ostro ze "nie wolno!", a ta znow chlapnela i uciekla! :O Tu matka zaczela nad brzegiem basenu wykrzykiwac cos, ze za kare dzieciak nie dostanie telefonu i ze zaraz zadzwoni po tate i tym podobne brednie. Za trzecim razem z daleka krzyknelam do smarkuli, ze ma sobie isc i troche ja wybilam z pantalyku, a troche najwyrazniej wkurzylam. Po chwili znow szla w moja strone, wiec wstalam z krzesla szykujac sie zeby ja przegonic, a ta wredota specjalnie miala nabrana wode w buzie i cala na mnie wyplula! Przyznaje, ze sie wkurzylam, zlapalam panne za plywaczki, ta zaczela wrzeszczec, a ja... zglupialam. Az mnie reka swiezbila, ale przeciez nie dam klapsa obcemu dzieciakowi! Matka dopiero teraz zaczela biec w moja strone, bo wczesniej wolala grozic cala litania kar dzieciakowi, ktory chyba niezbyt wiele rozumial, ale z daleka. Puscilam gowniare, ktora czym predzej wskoczyla znow do basenu. Matka zadzwonila najwyrazniej do ojca (klekotala po hiszpansku, wiec nie wiem co tam gadala). Po chwili przyszedl i rozegrala sie istna komedia. I on i matka stali nad basenem i krzyczeli do smarkuli ze ma natychmiast wyjsc, a ta... miala ich kompletnie w doopie! Tu juz zapomnialam o wku*wie i razem z Bi po prostu siedzialysmy tam smiejac sie niemal w glos! :D Zadne z rodzicow nie mialo zamiaru wchodzic do wody. Byly w niej dwie starsze siostry czy kuzynki tej panny, ale tez nie kwapily sie, zeby ta mlodsza wyciagnac z basenu. Wolali i wolali, gowniara sobie plywala na srodku nawet na nich nie patrzac, a wszyscy ludzie na basenie przypatrywali sie scenie. Wreszcie, jakis chlop spytal czy ja wyciagnac, na co oni szybko przytakneli. Normalnie rece opadaja z takimi rodzicami, zeby obcy czlowiek musial im wyciagac dzieciaka z wody. A jeszcze, kiedy ja chwycil, zaczela machac lapami, kopac i wrzeszczec! W koncu ja wyciagneli, matka i ojciec przytrzymali, ale potem nie mogli jej ani zmusic do zalozenia klapkow, ani wyciagnac z terenu basenu. Myslicie, ze strzelili jej po tylku, albo chociaz opierdzielili?! Jesli tak, to sie pomyliliscie. W ktoryms momencie zorientowalam sie, ze to dziecko nie bylo do konca normalne, ale mimo wszystko, jestem zdania, ze nawet uposledzone potrzebuje dyscypliny. Tutaj ojciec prosil, obiecujac przejazdzke na rowerze, zeby gowniara w koncu pozwolila sie wyprowadzic. Pozniej glupio mi sie zrobilo, bo matka wychodzac mnie przepraszala i mowila, ze cieszy sie ze dzieciak mnie nie uderzyl, bo podobno tak tez potrafi. Powiedzialam, ze nic nie szkodzi, chociaz cisnelo mi sie na usta, ze jesli nie maja nad gowniara kontroli (a wygladalo, ze nie maja zadnej) to niech ja trzymaja w przyczepie kempingowej, albo uwiaza na smyczy, czy cos. Bo ona kiedys urosnie i skoro taka mala chodzi i pluje na ludzi czy ich bije, to co bedzie jak zrobi sie z niej wielka nastolatka? :O

Bi wybrala zupelnie inny rodzaj zabawy w basenie - ratowala zuczki, muszki i inne stworzenia

Reszta dnia to byly spacery po kempingu, a wieczorem ognisko. Niestety, pod wieczor Bi zaczela narzekac na bol gardla. Kilka dni wczesniej, niewiadomo skad, bo wszyscy w domu byli zdrowi, przeziebil sie M. Tez zaczal od bolu gardla, ktory przeszedl w zawalony nos. Czyli takie typowe przeziebienie, ale ponuro przewidywalam, ze chwycimy je wszyscy po kolei. No i wykrakalam. :/

Ciezko zobaczyc, ale M. piecze kielbaski

W srodku nocy obudzila mnie ulewa walaca po dachu przyczepy i niedzielny ranek nadal byl z przelotnym deszczem. Przy okazji temperatura spadla do 14 stopni, wiec bylo i wilgotno i chlodno. Dlugo nie bylo slonca, wiec powietrze sie nie nagrzewalo i w koncu wlaczylismy w przyczepie... kominek. Wreszcie mielismy okazje go wykorzystac. To takie elektryczne ustrojstwo i mozna wlaczyc go zeby tylko swiecil, albo zeby tez grzal. Tym razem wybralismy opcje z grzaniem i zaraz zrobilo sie przytulniej. :)

No kurcze, jak prawdziwy! :D 

Bi niestety byla wyraznie zasmarkana i tym bardziej narzekala na pobyt na kempingu. Ponura pogoda nie przeszkadzala Kokusiowi i jak w koncu wydawalo sie, ze przestalo padac na dobre (zludnie, bo mzawka pojawiala sie przez wiekszosc dnia), znow utknal z wedka przy stawie. Przynajmniej w koncu udalo mu sie zlowic kolejny gatunek ryby - okonia. I to nawet nie na kielbase, tylko na zwykly wabik.

Kolekcja sie powieksza :)

Poniewaz to byl nasz ostatni dzien tam, Nik chcial sprobowac polowic ryby ze srodka stawu. Mozna bylo wypozyczyc kajaki albo rowerek wodny. I to za darmo i na ile sie chcialo. :O Chlopak wybral rowerek w nadziei, ze bedzie bardziej stabilny. Liczyl na wielkie sztuki, ale nawet z rowerka lowil same malizny. :D Poczatkowo poplynal z nim M., ale po prawie dwoch godzinach zrobilo mi sie go zal i sie z nim zamienilam. Mialam fuksa, bo nie minela godzina, a chlopakowi skonczyla sie kielbasa i musielismy zakonczyc polowy. ;) 

Czesc dnia spedzilam "tak", czyli bujajac sie w hamaku i popijajac kawke :)

Po poludniu jednak chcial poplynac kolejny raz i tym razem wybrala sie z nami tez Bi. Jak to z nimi; sporo bylo przekomarzania i przechwalek kto lepiej steruje rowerkiem. Ryby niestety nie braly. W koncu oddalismy rowerek i my - kobiety spacerowalysmy wokol stawu, a Nik nadal probowal cos zlowic, ale z brzegu. 

Zeglujemy po siedmiu morzach

Nic jednak nie zlapal i Bi stwierdzila, ze przynosi mu pecha, bo chcialaby choc raz zobaczyc jak lowi rybe, a przy niej nic nie bierze. Cos w tym jest, bo tak to chlopak lowil jedna za druga. :D Wieczor oczywiscie przy ognisku, choc i tak niezbyt dlugo, bo zerwal sie chlodny wiatr i czuc bylo jak gwaltownie spada temperatura.

W nocy spadla chyba do 12 stopni i w poniedzialek nad ranem M. znow wlaczyl kominek. Nik spi na gorze lozka pietrowego, wiec kiedy rano wstal, od razu rzucil z pretensja, ze "czemu tak goraco w tej przyczepie?!". :D Jak to na koniec dlugiego weekendu w czasie roku szkolnego, juz od rana caly kemping sie pakowal i samochody oraz przyczepy wyjezdzaly jedno za drugim. My tez zjedlismy na spokojnie sniadanie i zaczelismy sie pakowac. Poniewaz M. ma duzo wiecej podlaczania i ustawiania, wiec kiedy skonczylam chowac wszystko w srodku, zabralam Potworki do sklepiku na obiecane lody. Pozniej czas byl juz ruszac, zahaczajac tylko o stacje zrzucania sciekow. Jak na ostatni dzien dlugiego weekendu, ruch na drogach byl zaskakujaco niewielki i juz o 13:45 bylismy w domu. Dobrze sie zlozylo, bo o 15 Nik mial trening. Dla chetnych, no ale chlopak byl chetny. :D Kiedy przyjechalismy, pierwsze co, to polecial pod prysznic, bo twierdzil ze czuje sie nieswiezy po kempingu. Pukalam sie w czolo, bo przeciez za chwile mial przez ponad godzine biegac, wiec wiadomo, ze spoci sie jak mysz, ale sie uparl... Jeszcze sie wkurzylam, bo normalnie treningi ma od 15 do 16:30, wiec zawiozlam go i na spokojnie kontynuowalam wypakowywanie przyczepy. Tymczasem po chwili dostalam smsa, ze koncza okolo 15:45. Zaraz po treningu mieli zas miec imprezke u jednego z czlonkow zespolu. To tak jak w druzynie plywackiej Bi - prawie co tydzien pasta party, czyli impreza przy spaghetti. ;) Co bylo robic; pojechalam po syna, a kiedy juz stalam pod szkola, ten pisze, ze jednak skoncza o 16! Lekko sie wpienilam, ale nie chcialo mi sie wracac na 5 minut do domu, wiec juz poczekalam.

Jak na biegi przelajowe, to jakis statyczny ten trening ;) 

Zaoferowalam tez, ze moge na imprezke podwiezc kolege Kokusia, chlopaki laduja sie wiec do auta, ale oznajmiaja, ze impreza zacznie sie dopiero o... 16:30, tak jak normalnie konczylby sie trening! Wszystko mi opadlo. No coz. Przywiozlam ich wobec tego do nas, gdzie posiedzieli zawrotne 15 minut, po czym trzeba bylo jechac. Tu kolejny zonk. Wiecie, to mile jest, ze ludziom chce sie goscic taka gromade i zapraszaja bande do siebie, kupuja jedzenie, itd. Tyle, ze dajac adres, mogliby dopisac wskazowki, jesli jest on nietypowy. Tutaj, Google pokazalo mi, ze taki adres nie figuruje w naszej miejscowosci, ale jest w sasiedniej. Po szczegolowym przejrzeniu mapy, zapytalam internety kolejny raz i powiedzialo mi, ze poniewaz adres jest na pograniczu dwoch miejscowosci, mapy czasami zle pokazuja. To super, tyle ze dla nawigacji w aucie to rowniez bylo juz sasiednie miasteczko... No ale, ufajac ze to jednak pomylka, jedziemy dalej. I co? Droga zamknieta! Wykopany row, barierki i ciezki sprzet po drugiej stronie. Przejazdu brak, chyba ze na przelaj, przez czyjs ogrod. Zawrocilam, a chlopakom kazalam zadzwonic do kogos z zespolu, kto moze wiedziec gdzie mieszkaja organizatorzy. Dowiedzieli sie tyle, ze tak, droga zamknieta bo remontuja most, a impreza jest na osiedlu takim i takim. Oczywiscie nazwa osiedla nic mi nie mowi, stwierdzilam jednak, ze wyjade z tej drogi, skrece w glowna i sprobuje znalezc przejazd naokolo. Mialam nosa, bo na zaraz kolejnej byl znak na "objazd" do poszukiwanej przeze mnie ulicy. Osiedle najwyrazniej nowe, bo na nawigacji nagle skonczyla sie ulica, pokazalo ze jestesmy na miejscu, tymczasem bylismy pod mumerem 38, a jechalismy pod 94! :D Tu na szczescie dojechalismy juz jednak bez przeszkod. I tylko zastanawiam sie, co by szkodzilo organizatorom zeby wyslac wiadomosc, ze po pierwsze, mapy pokazuja ich adres jako sasiednia miejscowosc, a po drugie, zeby nie skrecac w pierwsza uliczke, tylko pojechac dalej, gdzie jest objazd? Tak czy siak, odwiozlam chlopakow, wrocilam do domu, przynioslam ostatnie rzeczy z przyczepy, wzielam prysznic i czekalam az syn laskawie napisze ze mam po niego przyjechac. W koncu, o 19, stracilam cierpliwosc i sama napisalam z pytaniem, czy on ma zamiar wracac do domu. Odpisal zeby "teraz" po niego przyjechac. Pojechalam wiec i przywiozlam kawalera do domu, ten zas spuscil nos na kwinte bo wlasnie gromada zaczela jakas fajna gre, a on musial jechac. Jednoczesnie przyznal ze nie mial nawet odrobionych lekcji na kolejny dzien, wiec wcale nie bylo mi go zal. ;)

We wtorek wszyscy wracalismy do normalnego grafiku, czyli starzy do roboty, a mlodziez do szkoly. Jechalam do biura, wiec powiedzialam Bi ze moge ja zawiezc do szkoly, ale pozniej bedzie musiala wrocic na piechote, albo czekac godzine az M. wroci z pracy. Panna nie miala bowiem tego dnia treningu, wiec nie jechala po szkole na basen. Wybrala jazde na rowerze zeby moc spokojnie wrocic zaraz po lekcjach. Nik takiego problemu nie mial, bo po zajeciach jechal na pierwsze zawody! A konkretnie to wyjezdzali nawet 45 minut przed koncem lekcji. Swoja droga, to zastanawiam sie, ze nauczyciele zgadzaja sie na cos takiego, bo wszystkie sportowe druzyny, jesli maja zawody "wyjazdowe", wychodza wczesniej. O tej porze roku w szkole sa biegi przelajowe, football, pilka nozna, unihokej, cheerleading i plywanie dziewczat. Oznacza to, ze niemal codziennie jakas grupa uczniow urywa sie wczesniej z zajec. To zas zawsze wprowadza jakies zamieszanie. No ale sporty szkolne sa tu taka nieodlaczna kultura, ze chyba nikt nawet nie pomysli, ze to jakos nie teges. Poniewaz szkola, w ktorej odbywaly sie zawody Kokusia, byla duzo blizej z mojej pracy niz domu, stwierdzilam, ze wyjde wczesniej z biura i podjade popatrzec. Tego dnia otrzymalam dwie dobre wiesci. Juz pisalam, ze wrzesien szykowal mi sie wyjazdowy i bylam niezle o to wpieniona. Mialam bowiem jechac do Bostonu, nastepnie do Stanu Maryland, a po powrocie znow pod Boston. Przez 3 tygodnie przyjezdzalabym do domu tylko na weekendy. Rano jednak mialam rozmowe z szefem i okazalo sie, ze wskoczylo jakies inne zlecenie, ktore chcialby zebym wziela, wiec odwoluje moj wyjazd z samego konca wrzesnia. Ucieszylam sie, choc jednoczesnie powiedzial mi niestety, ze do konca listopada, a najlepiej pazdziernika, chcialby zebym zdala moj "egzamin" na level 1. Tak naprawde to nie egzamin, ale obserwacja mojej inspekcji. Najpierw obserwowalby mnie moj szef i dal mi pozniej wskazowki co moge poprawic, a pozniej juz jakis obcy kierownik, zeby byl obiektywny. Niestety, przy okazji, poniewaz kazdy inspektor musi miec te same podstawowe zdolnosci, wiec na takiej obserwowanej inspekcji musze wykonac kilka rzeczy, np. zebrac "probke" dokumentacyjna. Kazdy musi bowiem potrafic pobrac probki i wbic je w system i niewazne, ze nasza grupa nigdy nie pobiera probek, bo nie mamy z czego ich pobierac. :O Wszystko to oczywiscie wiaze sie z niepotrzebnym stresem, ale co robic. Tyle, ze jak zwykle moj szef spieszy sie niewiadomo dokad. Po poludniu zas, probowalam dokonczyc rezerwacje wyjazdu na kolejny tydzien. Jak pisalam przy piatku, niezle przekroczylam budzet i musialam dostac oficjalne pozwolenie. Moj szef dopiero tego dnia sprawdzil numerki, po czym szybciutko skontaktowal sie z wlasna szefowa i ustalili, ze... jednak nie jade! Oczywiscie zachwycona bylam takim obrotem spraw, bo z trzech tygodni poza domem, zostal mi jeden! :) Co prawda wyjazd najdalszy, ale nie bede narzekac. Tak czy owak, wreszcie praktycznie skonczylam raport. Mordowalam sie z zalacznikami i wbiciem wszystkiego w system, ale zawzielam sie, ze skoncze tego dnia. Oczywiscie, jak sie czlowiek spieszy, to wiadomo... Juz wszystko mialam wklepane, juz chcialam wyslac, to wyskoczyl jakis blad i doopa. Nie moglam za cholere wykumac o co chodzi, bo przy poprzednich raportach tego nie bylo. Kombinowalam, probowalam i przez to wyszlam z pracy w momencie kiedy zaczynaly sie zawody syna. Wedlug nawigacji jednak mialam jechac 15 minut, a chlopaki biec 3 mile (4.8 km), wiec stwierdzilam ze moze akurat na styk zdaze. Taaa... Przebicie przez popoludniowe korki zajelo mi ponad 20 minut, wiec jak dojechalam, akurat przybiegaly ostatnie niedobitki. Nik juz dawno przybiegl, bo byl drugi w grupie z najmlodszego rocznika. 

Chlopaki juz sobie spacerowali po boisku...

Okazalo sie przy okazji, ze numery identyfikacyjne na koszulkach maja magnetyczne "czipy", ktore automatycznie mierza czasy zawodnikow. Bylam oczywiscie z syna bardzo dumna, ale jednoczesnie przykro mi sie zrobilo, ze nie widzialam jak dobiega do mety. No coz. On sie za to cieszyl, ze moge go od razu zabrac do domu. Po chlopcach, biegly bowiem jeszcze dziewczyny, o czym wiedzialam, nie mialam jednak pojecia, ze przy czekaniu az cala grupa dobiegnie, a potem przygotowaniu panien, one biegna cala godzine po chlopakach! :O To dla mnie takie niepotrzebne przeciaganie. Ponoc co roku sie wymieniaja - w zeszlym dziewczeta biegaly pierwsze. Nie wiem co by im szkodzilo puscic cala gromade razem, albo np. dziewczyny 20 minut po chlopakach... W kazdym razie, zabralam syna, zajechalismy jeszcze do Dunkin' (nie moglam odmowic skoro tak dobrze mu poszlo :D) i wrocilismy do domu. Dostalam tez maila, z wynikiem egzaminu z nauk scislych (science) Kokusia z zeszlego roku. Egzaminy robia w maju, ale ze sa one na caly Stan, to wyniki przychodza dopiero we wrzesniu. To juz ostatni raz. High school ma swoje wlasne egzaminy polroczne oraz koncowe, a te stanowe sa inne. W kazdym razie, wynik mnie nieco rozczarowal. ;)

Musialam sie tez opatrzyc z nowym formatem 

Mlodszy zawsze twierdzil ze uwielbia ten przedmiot i mial z niego same A w middle school. Tymczasem, z egzaminu uzyskal 814 punktow co klasyfikuje go oczywiscie w widelkach "zaliczone". Tyle, ze srednia naszego szkolnego dystryktu to 821 punktow, czyli Nik otrzymal ich delikatnie mniej niz przecietnie. Z trzech ocenianych "kategorii", w dwoch zostal oceniony jako "dobiegajacy standardu", a w jednej jako "przekraczajacy standard" i srednia wyszla jako wlasnie zaliczone. ;) Wieczor uplynal mlodziezy na odrabianiu lekcji, a dla Bi wzdychaniu ze kolejnego dnia ma juz normalnie basen. Oj ma sie lenia w tyleczku... :D

W srode ponownie zawiozlam Potwory do szkoly, po czym pojechalam do biura. Tego dnia, poza mna, byly jeszcze "az" dwie osoby. :D Poprzedniego wieczora, juz w domu, zawzielam sie, ze wysle ten glupi raport i koniec. Kombinowalam, klikalam gdzie popadnie i w koncu udalo mi sie wyslac, choc podejrzewam ze szef moze wrocic z jakas uwaga, ze zrobilam to nie tak jak powinnam. Tak czy siak, bede sie tym martwic pozniej, za to, poniewaz szef sprawdzal raport, wiec mialam spokoj wiekszosc dnia i moglam zajac sie innymi rzeczami. Miedzy innymi, mialam zalegle szkolenie z uzycia respiratora. Teoretyczne oczywiscie. ;) Myslalam, ze hop-siup, wlacze, przejrze slajdy i bedzie gucio. A tu doopa. Najpierw musialam otworzyc konto na kolejnej stronie. Serio, nie mogliby tego jakos polaczyc?! Mam wrazenie, ze kazde szkolenie mamy w innym systemie... Pozniej szczeka mi opadla, bo wyswietlilo, ze "lekcja" potrwa 45 minut, a pozniej bede jeszcze miala test! :O Calosc zajela mi wiec okolo godziny, ale na szczescie zdalam. ;) Pozniej musialam zarezerwowac auto sluzbowe na kolejny tydzien, gdzie wyskoczylo mi, ze nie mam waznego szkolenia z uzywania federalnych pojazdow! Ktore to szkolenie zrobilam w styczniu tego roku, wiec zastanawialo mnie ile ono jest wazne. Napisalam do jakiejs osoby z zarzadzania "flota", ktora odpisala ze moje szkolenie wazne jest 2 lata, wiec powinno dzialac. W miedzyczasie cokolwiek tam sie zepsulo, samo sie naprawilo. Pozniej jeszcze wypisac pozwolenie na zabieranie auta sluzbowego do domu, zeby nie jezdzic kolejnych 20 minut do biura. Do tego mialam przygotowac prezentacje na szkolenie i wyslac ja do sprawdzenia do czwartku. To chyba moja najbardziej "na odwal-odpieprz" prezentacja w zyciu. Mialo byc nie wiecej niz 8 slajdow. Mi wyszlo 6 i sklecilam je doslownie w pol godziny. :D Na wyjazd musialam tez przygotowac upowaznienie od szefa oraz ludzi z dzialu podrozy, bo choc hotel mamy zarezerwowany osobno i jade autem wiec nie potrzebuje biletu lotniczego, ale potrzebowalam zeby przyznali mi budzet na wyzywienie. W koncu jesc cos trzeba. :D W miedzyczasie probowalam zawiadomic kolejnego doktorka o nadchodzacej inspekcji. Oczywiscie on nie odbiera, jego koordynatorka nie odbiera, departament zajmujacy sie inspekcjami nie odbiera... Sprobowalam raz i drugi i stwierdzilam, ze przed pojsciem do domu napisze do babki, ktora zarzadzala inspekcja w lipcu, bo wracam w to samo miejsce. Niespodziewanie, poznym popoludniem ktos oddzwonil, wiec chociaz to z glowy. A na koniec dostalam poprawki do raportu od szefa. Niezle ma facet podejscie, bo pisze "dobra robota", a potem buch, wrzuca ci ze 40 komentarzy! :D Dzien w pracy zlecial mi wiec dosc intensywnie i cala szczesliwa wyruszylam wreszcie do domu. Tam dowiedzialam sie, ze dzieki wynikowi we wtorkowych zawodach, Nik zakwalifikowal sie na zawody "dla wybrancow". No i super, bardzo sie ciesze, tylko ze na spotkaniu dla rodzicow, trenerzy mowili ze "specjalne" zawody sa w soboty, te zas zorganizowano w... piatek. I nie bylaby to jakas wielka tragedia, tyle, ze tego samego dnia zawody miala tez Bi! A ja juz wczesniej powiedzialam, ze chce jezdzic sprawiedliwie, do jednego i drugiego. Tu wiec Nik bedzie musial niestety jechac sam (to znaczy z kolegami, autobusem), bo M. przeciez wiadomo, ze nie pojedzie. :/ Tego dnia przyszly tez kolejne wyniki stanowych testow Kokusia, tym razem z matmy i angielskiego.

Zobaczymy co pokaze w szkole sredniej ;)

Tu mnie kompletnie zaskoczyl, bo od kilku lat zawsze mial wynik z angielskiego nieco nizszy niz srednia dystryktu, zas wynik z matematyki, nieco wyzszy. Tym razem, podobnie jak przy science, z dwoch karegorii dobijal do wymaganego poziomu, a z jednej go przekraczal. Z angielskiego dostal jednak 2656 punktow, gdzie srednia dystryktu to 2626. Pobil ja wiec i to sporo, bo tylko 12 punktow brakowalo mu do przewyzszenia wymaganego poziomu. A jak wielokrotnie pisalam, Mlodszy nie lubi czytac, pisanie zas to dla niego najwieksza kara. :D Za to z matematyki, ktora przeciez od 3 lat ma na rozszerzonym poziomie, dostal 2628 punktow, zas srednia dystryktu to 2629. Mozna wiec powiedziec ze akurat osiagnal ta srednia, bo jeden punkt w te czy we wte nie robi juz takiej roznicy. ;) Tego dnia Nik oficjalnie stwierdzil ze jednak narazie musi zrezygnowac z plywania. Mial zamiar ciagnac biegi przelajowe i druzyne plywacka, ale jednak po 3-4 przebiegnietych km na treningach, a na zawodach nawet wiecej, nie ma sil na plywanie. Nie mowiac juz o tym ze szkola srednia to duzo wiecej lekcji do odrabiania oraz nauki, a na to potrzeba czasu i spokojnego skupienia, a nie biegania z treningu na trening...

Czwartek zaczelam troche pozniej, bo pracowalam z domu. Najlepsze ze poprosilam w zeszly piatek o prace z domu w czwartek i piatek. We wtorek, z samego rana, szef odpisal ze zwykle nie wolno nam brac dwoch dni pod rzad chyba ze mamy wazny powod. Odpisalam, ze poprosilam po prostu zeby nacieszyc sie domem, skoro pozniej mialam 3 tygodnie podrozowac. Ale, ze moge to zmienic. Odpisal, ze zatwierdzi i faktycznie, po chwili dostalam potwierdzenie. Tymczasem, moze 2 godziny pozniej, odwolal jeden z moich wyjazdow, po poludniu kolejny i zastanawialam sie czy nie napisze, ze w takim razie nie potrzebuje dwoch dni w domu. Na szczescie chyba stwierdzil, ze odkrecanie tego bedzie kosztowac wiecej zachodu niz to tego warte. :D Wiekszosc dnia spedzilam poprawiajac raport oczywiscie. Dodatkowo, dostalam poprawki do prezentacji i malo sie nie spalilam ze wstydu. Jak pisalam, sklecilam ja byle jak, na szybko. No i mialam za swoje, bo pani "wytknela" (no nie, byla bardzo sympatyczna) bledy, ktore byly tak glupie i oczywiste, ze mialam ochote zapasc sie pod ziemie... Wykorzystalam tez fakt, ze bylam w domu i podjechalam na basen zamrozic plywanie Kokusia. Stwierdzilam, ze zrobie to rano, zeby bylo mniej ludzi. No i sie przeliczylam. Ludzi faktycznie nie bylo, ale za to pracownica nie bardzo wiedziala o co biega. Jak mowie ze chce zawiesic tymczasowo druzyne plywacka, a ona podaje mi wizytowke i pokazuje zeby zadzwonic pod numer. Tlumacze, ze zwykle wypelnialam formularz, wiec powiedziala ze musi spytac managerki. Oczywiscie w tym momencie musieli sie zjawic jacys ludzie zapisujacy sie na lekcje tenisa, itd., wiec stalam tam i czekalam. W koncu dziewczyna poszla do biura, z ktorego wylonila sie managerka z mina jak sroda na piatek, ale chociaz pokazala jej co i jak. Podziekowalam, a ten babsztyl nawet na mnie nie spojrzal, tylko przeszedl obok, caly naburmuszony! :D W kazdym razie, wypisalam formularz, dziewczyna go zaksiegowala i teraz gdzies do listopada Mlodszy "odpoczywa" od basenu i chloru. Malzonek wrocil z roboty, posiedzial chwile patrzac jak klepie w klawiature, po czym zaczela dochodzic 16:30, wiec pojechal po syna. Pare minut pozniej oficjalnie skonczylam robote i pojechalam z kolei po corke.

Dziewczyny sie na treningach swietnie bawia ;) 

Tego dnia to jej druzyna miala pasta party, wiec zawiozlam ja na miejsce, po czym popedzilam na zakupy. Na wszelki wypadek zostawilam M. adres, pod ktorym odbywala sie imprezka i cale szczescie, bo juz o 18 panna napisala zeby ja odebrac. No coz, ja bylam minimum pol godziny drogi od niej, wiec pojechac musial ojciec. Kiedy wrocilam z zakupow, rozpakowalam torby i w koncu siadlam z lodem na ganku (na jeden dzien wrocilo lato, mielismy 28 stopni i 60% wilgotnosci :O), malzonek wyskoczyl z propozycja spaceru. Byla prawie 19, wiec troche zwatpilam, ale poszlam, bo sama ostatnio stwierdzilam, ze musze sie wiecej ruszac. O tej porze oczywiscie strasznie pozarly nas komary, ale i tak fajnie bylo przejsc sie w pewnie jeden z ostatnich takich cieplych wieczorow... A! Jeszcze zadzwonila kolejna babka w sprawie inspekcji w kolejnym tygodniu. Bo przeciez zawsze musza byc jakies problemy... Okazuje sie, ze po pierwsze, badania zakonczyli u nich 4 lata temu, wiec wiekszosc personelu odeszla. Po drugie, doktorka nie bedzie w poniedzialek i wtorek i czy moze polaczyc sie za pomoca Zoom. Odpowiedzialam, ze tak, ale pozniej zaczelam myslec, ze przeciez musze komus wreczyc oficjalny formularz i powinien to byc doktorek. Napisalam do szefa, a ten odpisal, ze musi to byc ktos od badan, ewntualnie szef departamentu, itd. Przekazalam mu ze moga miec problem ze znalezieniem kogos i czy powinnam przelozyc rozpoczecie inspekcji na srode. Tyle, ze raczej nie zamkne sie w 3 dniach, a w kolejnym tygodniu mam wyjechac... Odpisal zebym zaczela w poniedzialek i ze "napewno kogos znajda". Taaa, ja jakos takiej pewnosci nie mam. :D

W piatek ponownie praca z domu, wiec pol godziny dluzej snu. :) Zawiozlam mlodziez do szkoly, po czym wrocilam sleczec nad praca. Dokonczylam poprawki w prezentacji i odeslalam. Pozniej zaczelam przymierzac sie do kolejnych poprawek w raporcie, ale tak jak jego pisanie, tak i poprawianie, zupelnie mi nie szlo. A jeszcze szef mnie wkurzyl, bo okazalo sie, ze nie musialam dodawac dwoch zalacznikow, wiec zmienily sie numery niektorych. To oznaczalo, ze nie tylko musze zmienic im nazwy, ale tez poprawic stopki strony i od nowa podpiac te zmienione w systemie. Jakby tego bylo malo, szef usunal z raportu nawiazania do numerow (nawet tych, ktorych zmieniac nie musialam :O) i wykasowal 2/3 z tabeli! Czyli jeszcze doszlo mi przelecenie calego raportu zeby dopisac numery i wklepanie wszystkiego od nowa w tabelke. I co by mu szkodzilo po prostu napisac zebym to poprawila i zostawic juz w spokoju?! :/ Wreszcie wszystko poprawilam, potwierdzilam zmiany w tekscie, podpielam i dopisalam co trzeba i wreszcie cholerstwo zatwierdzilam w systemie jako "gotowe". Oczywiscie to nic nie oznacza, bo szef moze w kazdej chwili odeslac z kolejnymi poprawkami. Poki co bowiem, nie dostalam automatycznej wiadomosci, ze raport zostal zatwierdzony... Po poludniu urwalam sie troche wczesniej i pojechalam na zawody Bi. Szkoda mi bylo ominac Kokusiowych, szczegolnie ze zakwalifikowal sie do grupy najlepszych zawodnikow, ale coz, musi byc sprawiedliwie. Ale o tym napisze juz innym razem, bo jeszcze musze wgrac foty, a jest 22 i juz mi sie nie chce. :D