piątek, 18 stycznia 2019

Kryzysy i sukcesy oraz o jajku, ktore robi sie madrzejsze od kury

Tytul odnosi sie do minionego weekendu (choc o malzenskich kryzysach tez moglabym napisac to i owo :D). Rozpoczal sie kryzysem, zakonczyl malym sukcesikiem i w ogolnym rozrachunku wyszlismy chyba na zero. ;)

Jak pisalam ostatnio, Bi miala w sobote kolejne zawody plywackie. I dziecko zlapalo kryzysa. Oswiadczylo, ze ono nie jedzie, nie chce plywac, jest shy i sie boi. Kiedy zaczelam dopytywac skad taka nagla zmiana, powiedzialo, ze tam sa duze dzieci, a ona nie wie gdzie jest mama. Zaalarmowala mnie wzmianka o "duzych dzieciach", wiec zaczelam drazyc czy ktos dokucza maluchom (Bi jest w najmlodszej grupie), ktos kogos gdzies popchnal, itp. No niby nie, ale ona sie boi. Co do tego, ze Bi "nie wie, gdzie jest mama", to przypomne, ze na poprzednich zawodach, na trybuny wchodzilo sie od tylu i nie bylo na nie wejscia bezposrednio z basenu. Znajdowaly sie jednak zaraz ponad laweczkami dla zawodnikow, Bi caly czas mnie widziala i szczerze, to nawet za bardzo nie zwracala uwagi. Musialam krzyknac i pomachac, zeby laskawie spojrzala w gore i odpowiedziala na pytanie. A tu nagle kryzys, bo ona mamy nie widzi? Prooosze...
W kazdym razie Bi placz, ze nie chce jechac, urzadzila juz w piatek wieczorem, ale wtedy wzielam to za zwyczajne zmeczenie materialu. Niestety, w sobote rano znow podjela te same jeki: ze nie chce, ze sie boi, ze nie bedzie wiedziec, gdzie jest mama, i tak w kolko. Nie pomogla wzmianka, ze bedzie jej ulubiona kolezanka, ani ze przeciez nie znamy tego basenu i moze tutaj rodzice beda siedziec zaraz obok, jak na pierwszych zawodach... Wyciagnelam w koncu "gruba artylerie" i oznajmilam, ze jesli nie chce plywac, to w takim razie jedzie do polskiej szkoly, bo dostala od niej wolne tylko ze wzgledu na wlasnie zawody. To dalo jej do myslenia, choc widzialam, ze waha sie pomiedzy "mniejszym zlem". :D
M. stwierdzil, ze skoro tak bardzo nie chce, to trzeba dac sobie spokoj. Problem tylko w tym, ze juz od kilku dni mialam rozpiske od trenera, w ktorych wyscigach Bi plynie i dwa z nich to byly sztafety. Jesli ktores dziecko nie dotrze na sztafete, musza znalezc na jego miejsce inne, albo ktos musi poplynac dwa razy. A w druzynie Bi, w tej najmlodszej grupie (8 lat i ponizej) jest tylko garsteczka dziewczynek, wiec niespodziewany "wylam" jednej z nich to juz klopot. No, nie robi sie tego zespolowi i tyle. Mimo protestow Bi zdecydowalam wiec, ze jedziemy, choc M. ponuro przewidywal, ze zaraz bedziemy wracac. ;)

Finalnie okazalo sie, ze nie taki diabel straszny, choc nie moge zaliczyc tych zawodow do zupelnie udanych. ;) Bi zajela dwa drugie miejsca, w jednej ze sztafet jej druzyna zajela pierwsze, a w drugiej sztafecie nie mam pojecia. :D
Ale nie o miejsca mi chodzilo, kiedy pisalam, ze zawody nie do konca sie udaly. Mielismy szczescie i tym razem wejscie na trybuny bylo od strony basenu, wiec tu pierwsze ufff... Bi byla bardzo zadowolona, ze miedzy wyscigami moze przyjsc do nas na laweczke i sama przyznala, ze teraz, kiedy juz tam jest, sie nie boi. Niestety, dobry humor szybko prysl. Nie wiem jak to sie stalo, ale przed trzecim wyscigiem Bi sie pogubila. Mimo, ze miala karteczke, na ktorej napisane jest, ktora linia ma plynac i jakim stylem, podeszla na start, a tam krecil sie tlumek ludzi, bo i zawodnicy (ci sa ustawiani na kilka wyscigow przed czasem) i trenerzy i wolontariusze mierzacy czas (jest ich troje na kazda linie!) i Bi... kompletnie spanikowala! Bylam na tyle daleko, ze w pierwszej chwili nie zauwazylam co sie dzieje, kiedy Bi nagle wrocila na swoje miejsce na laweczce. Dopiero po chwili dotarlo do mnie, ze zamiast szykowac sie do wyscigu, moje dziecko siedzi i placze. :( Pobieglam do niej, ale wtedy Bi byla juz w stanie kompletnej histerii i chyba tylko ludzie krecacy sie naokolo powstrzymywali ja przed klapnieciem na ziemie i rozryczeniem sie w glos. ;) Pytana co sie stalo, odpowiadala tylko w kolko, ze nie wiedziala gdzie ma plynac. Kiedy tlumaczylam, ze przeciez ma i trenerow i mnie, zeby podejsc i zapytac, sama nie wiedziala dlaczego nikogo nie poprosila o pomoc...
Na poczatku odmowila plyniecia, ale ze byl to wyscig stylem na plecach, ktory bardzo lubi, dala sie namowiac.

Tu nasz "delfinek" plynie wlasnie w owym feralnym wyscigu ;)

Mimo, ze nadal splakana i roztrzesiona, poplynela i zajela 2 miejsce, wiec niezle. Ale potem caly czas blagala zebym pozwolila jej opuscic ostatni wyscig. Niestety, ten ostatni rowniez byl sztafeta, wiec musialam tlumaczyc, ze kolezanki na nia licza, itp. Na szczescie dala sie przekonac. ;)

Koniec koncow, to zdecydowanie nie byl dzien Bi. ;)
Z tego jednak co moge wywnioskowac, to nie tak, ze Starsza nagle znienawidzila plywanie. Zaraz kolejnego dnia miala trening skokow do wody, na ktory pojechala bez szemrania. Na normalne treningi biegnie w podskokach. Tylko zawody zaczely ja nagle przerazac. Najwyrazniej dopadla ja trema. ;)
Coz... Kolejne ma za troche ponad tydzien. Czy bedzie chciala na nie jechac? Zobaczymy. Zaoferowalam, ze moge zglosic sie jako wolontariuszka do pomocy oraz mierzenia czasu zawodnikow. W ten sposob zawsze bede sie krecic przy basenie. Moze to troche doda Bi pewnosci siebie, mimo ze nie bede mogla caly czas sie nad nia cackac...

Z mojej strony wkurzyl mnie brak organizacji przeciwnej druzyny. Przeniesli godzine zawodow z 9:20 na 11:45. Ok, no moze bali sie, ze sie nie wyrobia. Tyle, ze przyjechalismy idealnie o tej godzinie i oni dopiero rozkladali sznury oddzielajace linie! No ludzie kochani! Pozniej nasza druzyna juz cala zebrana rozpoczela rozgrzewke, a tamci dopiero zaczynali sie schodzic! Faktyczne zawody zaczely sie dopiero gdzies o 13:30. Bylismy z M. zalamani, przewidujac, ze bedziemy tam siedziec do us*anej smierci. Albo przynajmniej do wieczora. ;) Dobrze, ze ktos pomyslal i sporo wyscigow polaczono, np. dziewczynki z chlopcami lub rozne grupy wiekowe, czego normalnie nie robia. To pozwolilo zaoszczedzic sporo czasu i wyszlismy w miare wczesnie.

Takie laczenie wyscigow okazalo sie problematyczne, ale dopiero przy wpisywaniu wynikow. Widzicie, kazdy wyscig ma przypisany numerek, a jesli w danej grupie wiekowej jest wiecej dzieci, do numerkow dodane jest "heat 1" oraz "heat 2". Kiedy polaczyli rozne numery wyscigow, zrobil sie balagan. W rezultacie, za pierwszy indywidualny wyscig, Bi ma wpisane miejsce #3 zamiast #2, a kolezanka, ktora wygrala, wpisane ma miejsce #2. Ktos sie ewidentnie pomylil. Pewnie nie zwrocilabym na to wiekszej uwagi, ale ten akurat wyscig nagralam na telefonie. Widac tam, ze kolezanka juz wychodzi z basenu, Bi wlasnie doplynela do brzegu, a na wszystkich pozostalych liniach dzieciaki nadal plyna. Powinna miec 2 miejsce jak w morde strzelil! A w wynikach jak byk stoi 3... :/

Druga rzecza, ktora mnie zalamala, byla temperatura. Bylo tam zimno! Na wysokosci trybun az tak sie tego nie czulo, bo wiadomo, cieplo idzie do gory. Ale za kazdym razem kiedy schodzilam na poziom basenu, czulam chlod. W dodatku co chwila ktos wychodzil na korytarz, powodujac dodatkowe podmuchy zimnego powietrza. Bi miala dwa reczniki, ale szybko je przemoczyla i trzesla sie jak osika. Mam nadzieje, ze sie nie pochoruje... :/

Tyle o zawodach. W sezonie zimowym zostaly jeszcze tylko jedne, a potem w lutym sa mistrzostwa... O rety... Nie wiem czy Bi zdecyduje sie w nich poplynac, nie wiem czy sa jakies kryteria dopuszczajace, ani czy sa to mistrzostwa Stanu czy jakies miedzydruzynowe (mysle, ze raczej to drugie)... Coz... kiedys w koncu sie dowiem. ;)

Po takiej emocjonujacej sobocie, w niedziele wypadalo sie nieco odstresowac, chociaz tu tez grafik wchodzi w parade. Rano, jak juz wspomnialam, Bi miala trening skokow do wody. Nie wiem kto ustalil, zeby dodatkowy trening robic juz nastepnego dnia po zawodach, ale zgodnie z moimi przewidywaniami, zjawila sie garstka dzieci. Ja Bi przywiozlam, bowiem kolejny taki trening najprawdopodobniej nam przepadnie (bowiem bedziemy na innych zajeciach, haha!), wiekszosc rodzicow jednak najwyrazniej machnela reka i wcale im sie nie dziwie. ;)

Jakby malo bylo sportu na jeden weekend, w niedzielne popoludnie postanowilam zabrac Potworki na lodowisko. Sama chcialam sie poruszac, no i dac okazje do ruchu Kokusiowi, ktory poki co, oprocz plywania raz w tygodniu, zalicza tylko zawody Bi i to w charakterze widza niestety... Bi oczywiscie za nic nie przepuscilaby takiej okazji, mimo, ze akurat jej wcale nie ciagnelam, bo zakladalam, ze moze byc zmecznona.
Taaa, zmeczona, phi! ;)
Lyzwy okazaly sie swietnym wypadem, mimo ze M. sie na nas wypial i nie pojechal. Bi szlifowala jazde i idzie jej naprawde swietnie, choc swoim zwyczajem, jedzie raczej wolno i ostroznie. Ale rownowage trzyma znakomicie i upadla moze dwa razy w ciagu godziny jazdy. Dla porownania, podczas naszego noworocznego wypadu, co chwila ladowala na lodzie. ;)

Nie dosc, ze plywaczka, skrzypaczka i narciarka, to jeszcze lyzwiarka ;)

Za to Nik, ha! Nik nauczyl sie jezdzic! Zaczal z takim czerwonym "balkonikiem", ktore daja tu zamiast pingwinkow.

Tu w jednym kadrze udalo mi sie nawet ujac Bi (w rozowych spodniach) i Nika zapierdzielajacego z "chodzikiem" :D

Dosc szybko, jak to Nik, zaczal kombinowac. Probowal jazdy naokolo "chodzika" albo odsuwal go i dojezdzal do niego. Widzac to zachecilam go zeby sprobowal pojechac przytrzymujac sie scianki i wtedy juz po-szlo! Oczywiscie Nik to nie Bi, zamiast jechac pomalu i cwiczyc rownowage, on zapieprza na wariata! :D Boszzz... Nie macie pojecia ile razy patrzac na niego, mialam serce w gardle! Bo oczywiscie, przy takiej jezdzie, co chwila lezal, a upadki mial, hmmm... spektakularne, ze tak powiem.

Najwazniejsze, ze jest usmiech, nawet jesli co chwila siostra (lub matka) musiala pomoc gramolic sie w gore ;)

Zdecydowanie, kolejnym razem biore jego kask (najchetniej kupilabym mu taki hokejowy, ktory oslania tez zeby :D). Tym razem nawet nie przyszlo mi do glowy zeby go wziac, bo spodziewalam sie, ze cala jazde spedzi przy balkoniku. A tu niespodzianka! Pozytywna, rzecz jasna, choc nieco przyprawiajaca o zawal. ;)
Tak wiec, Moi Drodzy, malutki Kokusio jezdzi samodzielnie na lyzwach! Brak mu zarowno stylu, jak i gracji, ale jedzie! :D

Jade, jade! Ale nie na dlugo, bo zaraz bede lezal! :D

Zebysmy sie za bardzo nie nudzili, szkola Potworkow rowniez dostarcza nam atrakcji. ;)

W tym tygodniu rozpoczelo sie trwajace miesiac wyzwanie czytelnicze dla wszystkich klas. Dzieciaki mialy przyniesc formularz, w ktorym deklaruja, ze beda czytac okreslona ilosc minut dziennie. Co tydzien beda dostawac kolejny, w ktorym zaznaczaja ile czytali. Oczywiscie czytam im glownie JA wieczorem, jak rowniez to mi przypada codzienne zaznaczenie ile przeczytali (czy raczej JA przeczytalam :D). Tylko pierwszego dnia Bi miala zryw i czytala sama bite 40 minut. ;) Raz w tygodniu, w piatek, miedzy wszystkimi dziecmi bioracymi udzial w wyzwaniu, losowana jest ksiazka. Zobaczymy czy ktoremus z Potworow uda sie wygrac. ;)
Dodatkowo, w okazji tego wyzwania, co srode dzieciaki beda mialy dzien z tematem przewodnim. W tym tygodniu byl to "crazy hair day". I tu juz zgrzytalam zebami, bo wyzwanie wyzwaniem, ale nie lubie kiedy zajecia szkolne utrudniaja zycie mi. Poranki mamy chaotyczne i w biegu, a tu jeszcze trzeba wymyslic jakas zwariowana fryzure??? No dajcie na luz! Na szczescie Bi nie miala zbyt wygorowanych wymagan. Zrobilam jej kitke wysoko na glowie, a z tej kitki zaplotlam kilka warkoczykow. Chcialam jeszcze te warkoczyki podpiac pod spod, zeby tworzyly jakby pierscienie, ale corka uznala, ze to juz przesada. Coz, nie bede sie upierac. :) Zawsze jednak przy takich szkolnych "wymaganiach" zla jestem na siebie, ze brak mi kreatywnosci, polotu i co najwazniejsze, checi. Wsciekam sie raczej, ze szkolne lata mam dawno za soba, a tu znow dzieciaki przynosza zadania, ktore okazuja sie zadaniami dla rodzica. :/
Nik ma wlosy blagajace juz o strzyzenie, ale tu akurat sie to przydalo. Co prawda jego wlosy to takie sliskie "piorka", ale z pomoca tapirowania, ktore dzielnie zniosl oraz lakieru do wlosow (zostawionego przez tesciowa), udalo mi sie je zaczesac do gory. Probowalam ulozyc z nich cos a'la Elvis, ale zapomnij. Wyszedl malowniczy koltun. :D

Cale szczescie, ze Kokusia cieszylo zwyczajnie to, ze ma na glowie cos "innego" :)

Dodatkowym szkolnym bolem glowy (na szczescie tu mam sporo czasu zeby cos wymyslic) jest setny dzien szkoly. Tak, tak, w Polsce sa studniowki w klasach maturalnych, tutaj za to obchodzi sie 100 dzien roku szkolnego, chyba za to tylko w podstawowkach. Zazwyczaj z tej okazji dzieciaki maja przyniesc kolekcje stu przedmiotow, co juz jest upierdliwe, ale w tym roku nauczycielki klas I poszly o krok dalej. Kokus musi nie tylko uzbierac (bardziej realnie "kupic") sto przedmiocikow, ale jeszcze ulozyc je w obrazek o okreslonych wymiarach! Wezcie mnie zastrzelcie! Czeka mnie wyprawa z synem do sklepu, gdzie bedziemy przegladac guziczki, cekiny i tym podobne pierdoly i zastanawiac sie co mozna z nich ulozyc. :/ A jak potem okaze sie, ze to go*no bedzie sie odklejalo od kartki, to chyba kogos pogryze!
Az sie boje, co wymysla nauczycielki klas II i co bedzie musiala zrobic Bi. Powaznie zastanawiam sie czy w ten arcy-wazny setny dzien, nie zatrzymac dzieci w domu. :/

A na koniec, mala angdotka.

Okno w mojej sypialni wychodzi na poludnie, ale ze jest duze, dom polozony na wzgorzu, a lozko mam odpowiednio ustawione (przypadek), siedzac w nim z samego ranka, mozna podziwiac wschody slonca. Latem je zwykle przesypiam, ale teraz - zima, ich czas wypada akurat na pore, kiedy ziewajac i przecierajac patrzalki, usiluje zwlec sie z lozka. Ktoregos z takich porankow, przydreptal ze swojego pokoju Nik. Tego dnia, dzieki wysokim, plaskim chmurkom, wschod slonca byl iscie spektakularny - cale niebo plonelo rozem i purpura. Nik az oczy otworzyl z podziwu.
"Mama, a dlaczego cale niebo jest takie kolorowe?"
Ja: "Widzisz jak pieknie? To slonko wstaje i nas wita" - polecialam romantyzmem. :)
Nik (patrzy na mnie krytycznie): "Ale przeciez to nie slonce wstaje, tylko ziemia sie do niego obraca..."

Koniec swiata. Moje mlodsze dziecko zaczyna mi tlumaczyc madrosci tego swiata... Jeszcze rok temu slepo by uwierzylo, ze slonce budzi sie i caluje rosa kazdy kwiatek. A dzis serwuje mi wyklad o astrologii.
Sama nie wiem, czy powinnam sie cieszyc, czy zaplakac nad tym, ze dzieci mi sie "starzeja". :D

piątek, 11 stycznia 2019

Styczen sobie mija...

Zaczal sie drugi tydzien Nowego Roku, a raczej pierwszy pelny jego tydzien, a mnie juz przeraza ten ped. ;) Nie wiem w zasadzie dlaczego, ale uplyw czasu zawsze doprowadza mnie do stanu paniki. Mam wrazenie, ze z niczym nie nadazam, a lista zadan do wykonania i przyjemnosci do odhaczenia (to szczegolnie!) rosnie zamiast sie kurczyc. ;)

Zamiast przejde jednak do aktualnych wiekszych i mniejszych wydarzen, male zaleglosci z okresu okoloswiatecznego, ktore mi jakos umknely. ;)

Ostatniego dnia przed feriami swiatecznymi, Bi dostala w szkole dyplom. Juz raz trafil sie jej on w zeszlym roku, teraz otrzymala go powtornie. Dyplom jest rozdawany raz w miesiacu dwojce dzieci z kazdej klasy, ktore konsekwentnie zachowuja sie odpowiedzialnie, z szacunkiem dla innych oraz bezpiecznie. :) Dzieki temu, ze nagrody rozdawane byly na apelu, podczas ktorego wystep mieli zerowkowicze, a na ktory to z owego powodu przybyla moja kolezanka - sasiadka, mam nawet pamiatkowe zdjecie. :) Swoja droga to dziwie sie, ze nauczyciele, ktorzy normalnie staraja sie raczej informowac oraz angazowac rodzicow w sprawy szkolne, o fakcie otrzymywania przez dziecko jakichs dyplomow, uparcie milcza. Przeciez gdybym wiedziala, ze Bi go otrzyma, z wielka checia urwalabym sie z pracy i podjechala, zeby zobaczyc jak go odbiera! :/

Ostatni dzien szkoly przed Swietami, a wiec i outfit Swiateczny! :)

I jak jestem bardzo dumna z corki, tak nie moge sie nadziwic, ze to dziecko, ktore w domu przybiera postac tornada oraz despoty usilujacego rzadzic zarowno mlodszym bratem jak i swoimi Starymi, w szkole potrafi byc spokojne i ulozone, a nawet (wstrzymujemy oddech!)... lekko niesmiale! ;)

Oprocz tego, w czasie ferii swiatecznych, Bi uraczyla nas kilka razy "koncertem".

Taka gra, ze az... zeby bola! :D

Czyli, zeby ja sprytnie podejsc i zachecic do cwiczen gry na skrzypcach, proponowalam "A moze zagrasz tu na dole, dla nas?". Bi niechetnie cwiczy gre, ale za to jest pierwsza do wystepow oraz popisywania sie, wiec z entuzjazmem biegla po instrument, a nam... pozostalo wsadzic zatyczki do uszu. :D
No bez jaj. Skrzypce pieknie brzmia podczas symfonii, w grupie i z daleka. Takie pojedyncze skrzypeczki, kiedy muzykant zahaczy w dodatku czasem o zla nute, rzepola straszliwie! ;)

Teraz juz bardziej biezace sprawy.
Pamietacie, pisalam ostatnio, ze szukam dla Bi kursu jazdy na lyzwach? Okazuje sie, ze to wcale nie taka prosta sprawa. Nie wszystkie dni oraz godziny nam pasuja, a te rozsadniejsze oczywiscie znikaja niczym cieple buleczki. Trzy dni siedzialam z nosem w necie, ale w koncu znalazlam zajecia w sobote popoludniu, na ktorych (az dziw!) nadal byly wolne miejsca. Dziecko ucieszone, dopytywalo ile jeszcze dni, pozniej caly dzien zawracalo gitare, ze kiedy i kieeedy, po czym wzdychalo ciezko, ze jeszcze tak dluuugo (wiecie, 3 godziny to jak wiecznosc ;P), a jak w koncu oznajmilam, ze czas sie zbierac, ona... stwierdzila, ze w zasadzie to jej sie nie chce! Ze ma zwykla szkole, polska, do tego plywanie, ze odpowiada jej styl wlasnej jazdy (czy raczej jego brak) i nie chce jej sie juz nic wiecej uczyc! :O Myslalam, ze ja udusze i cieszylam sie, ze nie zaplacilam za lekcje z gory (bo mialam taka mozliwosc)... :/ Coz, lyzwiarki z niej nie bedzie. :D

Powrot po przerwie do polskiej szkoly okazal sie brutalny... Dzieciaki mialy dwie soboty wolne ze wzgledu na przerwe swiateczna, a dodatkowo ominely je ostatnie zajecia przed przerwa, bowiem Bi miala zawody plywackie. Dodatkowo, w miniona sobote lalo jak z cebra, wiec kiedy rano podnioslam sie z lozka, samej przeszlo mi przez mysl, czy moze im odpuscic. ;) Poniewaz jednak w nadchodzaca sobote Bi znow ma zawody i nie bedzie jej na lekcjach, zmusilam sie do wstania... Nik zostal bez wiekszych problemow, za to Bi... Ta juz od kilku dni marudzila, ze nie chce isc do polskiej szkoly, a kiedy odprowadzilam ja do klasy, po prostu sie rozplakala i uczepila mnie, nie dajac mi wyjsc. Najpierw ja pocieszalam, potem ja ofuknelam, zeby nie urzadzala cyrkow (i przez reszte poranka gryzlo mnie sumienie...), ale w koncu udalo mi sie "uciec". A po odebraniu oczywiscie okazalo sie, ze Bi calkiem niezle sie bawila... :/ Niestety, obawiam sie, ze przez te ciagle przerwy, Bi nie moze sie na dobre wdrozyc w te polska szkole, bo przeciez juz w pazdzierniku i listopadzie bylo ok. A teraz znow jakies problemy z zostawaniem. A jak na zlosc, zawody plywackie ustalaja zazwyczaj wlasnie na soboty! W niedziele zdarzyly sie tylko dwa razy... :(

Jak pisalam wyzej, z lyzwami wiec nie wyszlo, chociaz mam nadzieje wybrac sie z dzieciakami jeszcze kilka razy tej zimy. Zobaczymy co z tego wyjdzie...
Za to, poniewaz mnie ciagle "nosi" i weekend bez planow uwazam za stracony, postanowilam wyciagnac rodzinke na narty! :D A scislej mowiac, "wyciagnac" musialam M., bo Potworkom nie trzeba bylo dwa razy powtarzac! ;)
Tym razem, moj entuzjazm okazal sie niestety nieco na wyrost. Snieg nie padal u nas od listopada. Stoki sa sztucznie nasniezane, ale sztuczny snieg to wlasciwie krysztalki lodu. Dodatkowo dzien wczesniej padal ulewny deszcz i w rezultacie warunki byly straszne. Bylo slisko, a polowa stoku dla poczatkujacych byla oblodzona. W zeszlym roku, przez kaprysna pogode oraz przeprowadzke, nie bylismy na nartach ani razu i po 2 latach, przy tak fatalnych warunkach, nawet mi bylo ciezko i pierwsze 3 zjazdy z (naprawde malej) gorki, wiem, ze jechalam jak ostatnia lamaga. :D Za to Potworki... Przezylam szok. Dwa lata temu to byly maluchy, ale po naszych 3-4 wizytach na stoku, jezdzili naprawde rewelacyjnie i zalowalismy, ze sezon sie skonczyl, a nie zabralismy ich na normalne, zielone stoki, tylko pozostalismy na "oslej laczce". Jadac wiec w niedziele, optymistycznie zalozylam, ze zjada 2-3 razy z gorki dla poczatkujacych, a potem przeniesiemy sie na reszte stokow, tym bardziej, ze nasze lokalne sa naprawde niewielkie. Tiaaa... Niestety, dwa lata przerwy oraz lod sprawily, ze Potworki wlasciwie ucza sie jezdzic od nowa. :/ Nik wiecej lezal i sie podnosil niz jezdzil... Bi troche lepiej, ale jak to ona, wsciekala sie, ze jej nie wychodzi... No katastrofa! Po troche ponad dwugodzinnej jezdzie, dzieciarnia byla umeczona, Bi oswiadczyla, ze chce juz do domu i sama nie wiem jaka bedzie reakcja, kiedy wspomne kolejnym razem, czy moze chcieliby na narty? ;)

Pomimo ciezkich warunkow, starczylo sil na usmiechy :)

Co jeszcze ciekawego...
Odkad wprowadzilismy sie do obecnego domu, zastanawiamy sie, co zrobic z kuchnia. Nie jest ona w zlym stanie, na pewno w ciagu 40 lat od budowy byla remontowana i chyba to jest najwiekszym "problemem". Jest na tyle stara, ze nie do konca nam sie podoba, ale na tyle nowa, ze troche szkoda nam jej kompletnie zdemolowac i urzadzic od nowa. Poki co, postanowilismy, ze unowoczesnimy ja nieco zmieniajac raczki w drzwiczkach.

Przed

Po

Efekt? Hmmm... No niby jest lepiej, ale to nadal nie to. ;) Marzy nam sie nieco ciemniejszy lakier, choc troche boje sie, ze to optycznie zmniejszy kuchnie... Patrzymy wiec jakby tu szafki w miare latwo i szybko przemalowac. Niestety, nie za bardzo usmiecha mi sie niekonczaca sie praca z papierem sciernym, a to raczej nieuniknione. ;) Najgorsze, ze zdjac, przeszlifowac i przemalowac drzwiczki to pikus. Gorzej z bokami, bo nad tymi nalezaloby pracowac w kuchni. Wyobrazacie sobie ten syf...? A najgorsza czesc, to ozdobna listwa idaca nad szafkami. Cala w rowkach, ktore tez trzeba byloby oszlifowac do malowania. Jakos nie porywa mnie ta perspektywa...
Poza tym, kuchnia ma jedna, ogromna wade - jest baaardzo zimna. Oczywiscie, czesciowo wine za to ponosi jej umiejscowienie - zaraz nad garazem i na rogu domu, a w dodatku z wielkimi drzwiami tarasowymi. Z drugiej jednak strony, cos jest tam nie tak. Pomiedzy szafkami sa gdzieniegdzie od spodu szpary i z tych szpar wyraznie dmucha zimne powietrze! Nie wiemy czy miedzy szafami a zewnetrzna sciana jest w ogole jakas izolacja. Ale nawet jesli nie ma, to nie jest chyba normalne, ze zimne powietrze sobie pizdzi, ot tak. Tegoroczna zima jest bardzo lagodna, ale po nocnych przymrozkach, temperatura w kuchni spada do 17 stopni (przy samej ziemi do 15!), podczas gdy termostat ustawiony jest na 25! :O
Wymiana jednak wszystkich szafek, wiaze sie ze zrownaniem kuchni z ziemia. Niemozliwe bedzie bowiem dostanie szaf o idealnie takich samych wymiarach ze wszystkich stron. Na bank gdzies cos nie pasowaloby do blatu, gdzies do kafelek, gdzies do podlogi... Jak juz remontowac, to tak, zeby wszystko mialo rece i nogi... Dlatego myslimy i debatujemy i nie mozemy jakos podjac decyzji... Ja w ogole jestem przeciwniczka remontow zima, ale wiem, ze gdybym tylko wspomniala M., ze "robimy", dla niego bylaby to jak woda na mlyn. ;)

Poza tym, zycie uplywa nam w rytmie treningow oraz zawodow Bi. W poniedzialki spedzam polowe wieczoru na basenie, w srode siedze tam w ogole cale popoludnie, najpierw z Nikiem, potem z Bi. I chociaz zostawiam M. instrukcje z kim ma kiedy odrobic lekcje, to okazuje sie, ze wracam w porze kolacji, a zadania nie zostaly odrobione, bo Nik uparl sie, ze on chce z mama i koniec. :/
W sobote, jak wspomnialam, Bi ma kolejne zawody plywackie i jestem wsciekla na maksa, bowiem przeniesli godzine z 9:20 na 11:45! A tak sie cieszylam, ze rano odbebnimy zawody, a reszte popoludnia bedziemy mieli wolne! To nie. Musieli przeniesc na samiutki srodek dnia. Ni w gruche, ni w pietruche! :/

Trzymajcie sie dziewczyny i podeslijcie troche sniegu! Slysze, ze w Polsce sypie w tym roku az milo, a u nas ani platka! Dzieciaki dopytuja kiedy sypnie (szczegolnie Bi, bo chcialaby miec wolne od szkoly :D) i nie przyjmuja do wiadomosci, ze nie mam wplywu na Matke Nature! ;)

PS. Hej! Udalo mi sie NIE splodzic tasiemca! To chyba oznacza, ze zupelnie nic sie u nas nie dzieje! Nudy, panie, nuuudy! ;)

czwartek, 3 stycznia 2019

Konce i poczatki

I tak Stary Rok odszedl do historii...
Nie jestem dobra w podsumowaniach, ale wypadaloby go opisac w choc paru slowach. Jaki byl wiec 2018? Na pewno poczatek jego byl bardzo ekscytujacy. Zaraz pod koniec drugiego miesiaca roku sprzedalismy bowiem stary domek i przeprowadzilismy sie do nowego. Ktory to nadal, po 10 miesiacach, nie jest do konca "nasz". Ciagle, mowiac o starym domu, czesto uzywamy okreslenia "tam u nas". I jedno drugiemu przypomina, ze "u nas" jest teraz tu. ;)
Stary Rok uplynal rowniez pod znakiem wizyty tesciow. Trzy miesiace to w koncu caly kwartal! Jedna czwarta roku spedzona z tesciami! :O Poza tym bylo tez kilka wyjazdow kempingowych, lokalnych atrakcji oraz imprez, byl cudowny wyjazd pod koniec listopada oraz krotszy, ale rowniez fajny tuz przed Sylwestrem (ale o nim za chwile).
W ogolnym rozrachunku byl to wiec... dobry rok. Oby 2019 nie byl gorszy. Tego zycze i sobie i Wam! ;)

Sama koncowka roku uplynela nam znacznie milej niz Swieta. Kiedy juz wszyscy "wychorowalismy sie" i jelitowka zdawala sie odplynac w zapomnienie, odwazylam sie zaprosic kolezanke z dzieciakami. Pomyslalam, ze my sobie poplotkujemy, a mlodziez sie pobawi. Potworki tak strasznie sie cieszyly, a potem... byla kicha. ;) Nooo, moze nie do konca az tak zle, ale wiem, ze Bi z cala pewnoscia bawila sie slabo. Coz jednak poradzic, skoro za towarzystwo przypadla jej 3-latka... ;) Starsza zna i lubi te dziewczynke, ale na wlasnym "gruncie" przekonala sie, ze taki maluch rozwala misternie ulozone Lego, a takze ze przechodzi akurat faze na "moje!" i uzywa tego zwrotu nawet w stosunku do rzeczy, ktore do niego nie naleza. Bylo mi niesamowicie wstyd kiedy moja prawie 8-latka, szarpala sie z 3-latkiem, przy czym i jedno i drugie wrzeszczalo "To moje!!!". Widac, ze Potworki nie maja do czynienia z mlodszymi dziecmi. Zreszta, Nik bawiacy sie z o rok starszym kumplem, po 2 godzinach tez mial juz wyraznie dosc i pojawily sie sprzeczki o to, ze np. obaj chcieli miec zielone naboje do pistoletu (szkopul w tym, ze takiego koloru byly tylko dwa), albo ze ktorys ma o jeden naboj wiecej. Ech... ;)

Jak wspomnialam wyzej, na przedsylwestrowy weekend zaplanowalismy maly wyjazd. Poczatkowo myslalam o wycieczce w samego Sylwestra, ale ze ceny zwalily mnie z nog, przesunelam go bez wiekszego zalu o dwa dni wczesniej. Wycieczka miala byc atrakcja glownie dla Potworkow i... taka byla. Liczylam na to, ze moze i nam - rodzicom sie spodoba, ale coz, raczej wynudzilismy sie. Ja moze i bawilabym sie lepiej gdyby nie to, ze akurat na wyjazd dostalam okres (taki juz moj los, ze na 90% rodzinnych wycieczek walcze z "tymi" dniami), ale M... coz, nie jego klimaty. ;)

Ale, klepie i klepie, ale nie napisalam w koncu gdzie pojechalismy! :D
Otoz wybralismy sie do miejsca zwanego Great Wolf Lodge. Jest to siec hoteli polaczonych z aquaparkiem. W Polsce krytych aquaparkow jest w cholere, ale w Hameryce to rzadkosc. Zazwyczaj polaczone sa one z parkami rozrywki na swiezym powietrzu i dzialaja wylacznie latem. W naszej okolicy nie ma krytego aquaparku do ktorego mozna sie wybrac zima. Ten, do ktorego pojechalismy ma jednak haczyk. Jaki? Znajduje sie on (jak napisalam) w hotelu i zeby miec do niego wstep, nalezy zaplacic za noc w hotelowym pokoju. Osobom z zewnatrz wstep wzbroniony. Mozna oczywiscie wykupic pokoj i z niego nie skorzystac, ale ze ceny sa sporo wyzsze od nocy w zwyklym hotelu, wiekszy sens ma jednak przenocowanie. Poniewaz jednak, jak juz wpomnialam, w okolicy krytych aquaparkow brak, taka drobna niedogodnosc nikomu specjalnie nie przeszkadza i hotel doslownie pekal w szwach. Oczywiscie byla to koncowka przerwy swiatecznej w szkolach. Mozliwe, ze w zwykly weekend jest tam spokojniej. ;)

Mimo, ze pokoj w hotelu przysluguje dopiero od 16, mozna sie zameldowac i korzystac z aquaparku juz od 13. W sobote rano M. jeszcze pracowal, planowalismy wiec dojechac troche pozniej, okolo 14-15, rozejrzec sie na spokojnie po hotelu i dopiero potem wrzucic toboly do pokoju i ruszyc na podboj basenow. Poniewaz jednak u nas nigdy nie moze sie obyc bez przygod, dojechalismy tuz po 16. ;) Nie, droga byla spokojna i nawet niezbyt dluga - troche ponad 1.5 godziny. Co wiec sie stalo, spytacie?
Maya zwiala, to sie stalo. :D
Tak tak, zajelo jej to 10 miesiecy, ale w koncu postanowila wyruszyc ku przygodzie z nowego adresu. ;) Oczywiscie zawinil M., ktory owszem, nalozyl jej obroze, ale nie wlaczyl "niewidzialnego pastucha". Tak juz ten moj malzonek ma, ze czasem machnie sobie reka na oczywiste sprawy. Ja mowie, zeby nakladal obroze, sprawdzal baterie, a ten sobie nie wlaczy urzadzenia, bo "No przeciez nie ucieknie!".
Tiaa... No wlasnie wziela i uciekla. I co teraz? :D
Oczywiscie kiedy zauwazylismy, ze psa nie ma? Kiedy juz spakowalismy walizke do samochodu i zaczelismy ubierac sie do wyjscia. M. wyszedl przed dom i zagwizdal. Zazwyczaj wtedy Maya przylatuje malo nie zabijajac sie o wlasne lapy, a tym razem... nic. ;)
Kiedy stwierdzilismy, ze Mai z cala pewnoscia nie ma na naszym ogrodzie, M. wsiadl w auto i zaczal objezdzac okolice. Okazalo sie, ze sasiadka kilka domow dalej pol godziny wczesniej widziala naszego psiura i nawet probowala go zwabic i zlapac, ale nadaremno. Maya uciekla w przeciwnym kierunku, czyli w strone naszego domu, ale zamiast do niego wrocic jak Pan Bog przykazal, pobiegla najwyrazniej dalej. :/
W skrocie. M. objezdzal okolice przez ponad godzine. Od czasu do czasu zajezdzal pod dom sprawdzic, czy nie wrocila. Naradzalismy sie wowczas, co robic. Czy juz zglaszac zaginiecie, czy jeszcze poczekac? Jechac, czy odwolywac wyjazd? A jak odwolamy, a pies sie za kilka godzin znajdzie? A jak pojedziemy, polecimy tacie, zeby przyjechal pozniej i sprawdzil czy wrocila, a ona nie wroci?
Ponad godzine siedzialam jak na szpilkach, zastanawiajac sie, co zrobic... Az w koncu M. wrocil... z Maya! :) Wypatrzyl ja na czyims ogrodzie dwie ulice dalej! Dobrze, ze ta cholera do niego podbiegla, bo pamietam, ze jak w starym domu uciekala do sasiadow, to czlowiek gardlo sobie zdzieral wolajac, a ona miala cie w... odwloku. ;)
W kazdym razie kryzys zostal pozytywnie zazegnany i pojechalismy. Ponad godzine pozniej niz planowalismy, no ale to niewazne. ;)

Mysle, ze wiekszosc z Was byla kiedys w aquaparku, wiec nie ma tu co za duzo opowiadac. Dla mnie w zupelnosci wystarczyloby kilka godzin. Zupelnie nie potrzebowalam spedzac tam dwoch dni, ale jak nie ma wyjscia, to trudno. ;) Dla uwielbiajacych wode Potworkow, to byla oczywiscie bajka.

Wyglada prosto? Nie bardzo. Kazda czesc "kladki" byla ruchoma i rozjezdzala sie na wszystkie strony ;)

Najchetniej nie wychodziliby z basenow, albo biegali non-stop gora - dol na zjezdzalnie.

W tym basenie robily sie od czasu do czasu ogromne fale :)

Dla mnie bylo... za zimno. :D Jestem okropnym zmarzluchem i chociaz wewnatrz aquaparku bylo 29 stopni, to woda byla letnia. Dla mnie zdecydowanie za chlodna. W rezultacie, jak tylko sie zamoczylam, zaraz szczekalam zebami. ;) Dodatkowo, jak juz wspomnialam, mialam okres i choc tampony to zdecydowanie swietny wynalazek, to niestety, zdarzyl mi sie lekki przeciek i przeklinalam swoja kobieca dole. :D

M. pierwszego wieczora nawet jeszcze zjezdzal z dzieciakami i wydawalo sie, ze dobrze sie bawi, ale kolejnego juz znudzony siedzial z nosem w telefonie i to mi przypadlo w udziale wdrapywanie sie z pontonami na wysokie zjezdzalnie, mimo, ze zoladek mialam w gardle jak tylko spojrzalam w dol. Czego sie dla frajdy dzieci nie robi. ;)

Tu jeszcze tata zapewnial dzieciom rozrywke, a matka foty pstrykala :)

Zanim pojechalismy do tego miejsca, dziwilam sie, ze ktokolwiek jedzie tam na dluzej niz jedna noc. Teraz juz sie nie dziwie, chociaz ja tam pieknie dziekuje. ;) Hotel, poza aquaparkiem, ma mnostwo atrakcji i wszystkie sa ukierunkowane na dzieci. Zeby dojsc na baseny, trzeba przejsc przez  dluuugi korytarz z automatami do gier.  Oczywiscie dzieciarnia az piszczala zeby tam pograc! :)


W osobnej czesci hotelu znajdowaly sie wieksze, wirtualne gry dla starszych dzieciakow. Poza tym, w holu obok rejestracji, caly czas odbywaly sie jakies atrakcje. A to zajecia plastyczne, a to tance z "maskotkami" hotelu, a to ktos robil zwierzatka z balonow...

Potworki i hotelowe "maskotki"

Wieczorem bylo czytanie przez owe maskotki opowiastek, a jeszcze pozniej z wielkiego monitora wyswietlana byla bajka. Dodatkowa atrakcja dla dzieciakow bylo to, ze przy meldowaniu sie do hotelu, otrzymywaly po opasce z wilczymi uszkami (glownymi maskotkami hotelu jest para wilkow, co mozecie zobaczyc na zdjeciu wyzej).


Wilczki dwa ;)

Podsumowujac, miejsce zapewnia mnostwo rozrywek dzieciom, a doroslym pozostaje wieczorne siedzenie w barze, jak juz potomstwo zasnie wymordowane calodziennymi uciechami. ;)

Do czego moge sie przyczepic, to jedzenie. O ile kolacje mozna bylo zjesc w jednej z kilku restauracji (czy raczej bardziej pub'ow), to juz ze sniadaniem bylo gorzej. W zasadzie tylko jedno miejsce serwowalo cos "sniadaniopodobnego", ale na slodko. Byla tam jednak jeszcze znana siec z kawa - Dunkin' Donuts. Dla tych, ktorzy nie wiedza, siec ta, poza kawa oraz slynnymi, hamerykanckimi paczkami, serwuje tez rozne kanapki sniadaniowe, np. croissant'y z jajkiem, szynka/ boczkiem i serem, lub bagel z serkiem, itp. W niedziele rano, nie chcac ciagnac na dol calej naszej czworki, wyslalam wiec do Dunkin' Donuts M., zeby kupil nam cos, co od biedy da sie zjesc. Za kilka minut otrzymalam zdjecie... kolejki na pol hotelowego korytarza! :O Najwyrazniej nie my jedni mielismy taki pomysl, zreszta trudno sie dziwic, skoro poza DD, tam naprawde nie bylo gdzie zjesc sniadania, a hotel znajdowal sie na totalnym zadupiu! :/ Nic to jednak. Po 40 minutach czekania, M. wrocil ze sniadaniem, przy czym okazalo sie, ze chwycil ostatnia butelke z mlekiem, a moje zamowienie pomylono i zamiast boczku, w kanapce mialam jakas ohydna kielbase. ;)

Nieco posileni, ruszylismy znow na podboj aquaparku. Potem obowiazkowo zaliczylismy rundke na automatach, po czym byla pora sie zbierac. ;) Wyjazd krociutki, ale Potworki juz dopytuja kiedy wrocimy. ;)
A! Jako bonusik, podczas jedzenia sniadania, Kokusiowi wypadla druga dolna jedynka! :D


Sylwestra spedzilismy juz wiec po staremu, w domu. Ja musialam nawet podjechac na chwile do pracy, ale na szczescie na raptem pol godziny. ;) Wieczorem machnelam salatke, na ktora produkty czekaly az od nieszczesnej Wigilii, przyjechal dziadek, ogladalismy transmisje Sylwestra w Zakopanem na polskiej tv i calkiem milo spedzilismy czas.


Zapalilismy ogien w kominku i przyrzadzilismy s'mores'y. :)


A przed polozeniem dzieciakow do lozek (na szczescie oni nawet nie wiedza, ze Nowy Rok rozpoczyna sie o polnocy, wiec wcale nie chca do niej czekac ;P) wyszlam z nimi przed dom i zamiast fajerwerkow zapalilismy zimne ognie.


Szkoda ze padalo, wiec musielismy stac na ganku, ale wazne ze Potworki mialy namiastke swietowania. :)

Zapomnialabym! W Sylwestra musielismy tez podjechac na szybkie zakupy poniewaz w lodowce zaczynalo brakowac kilku podstawowych produktow. Traf chcial, ze droga prowadzila kolo parku, w ktorym kilka dni wczesniej na drzewie utknal Kokusiowy dron. Bez wiekszej nadziei postanowilismy zajechac i sprawdzic czy nadal siedzi na galezi. I wiecie co?! Spadl! :D Piec dni spedzil najpierw na drzewie, potem na ziemi, w miedzyczasie padalo, a w nocy mamy przymrozki, tymczasem ta cholera nadal dziala! Jestem pod wrazeniem! Nie wiem jednak kiedy (i gdzie) znow odwazymy sie go puscic... :D

Po takim, calkiem udanym Sylwestrze, Nowy Rok rowno sie spieprzyl. Poprztykalismy sie z M. i choc tym razem nie skonczylo sie na "cichych dniach", to atmosfera nadal do konca sie nie oczyscila. Zaczelo sie od tego, ze kiedy wracalismy z wyjazdu, Bi ogladala stare zdjecia na moim telefonie i natknela sie na jedno z lodowiska. Oczywiscie poprosila czy mozemy znow sie wybrac i nieopatrznie stwierdzilam (tak troche na odczepnego), ze kolejne 2 dni sa wolne, wiec w ktorys mozemy jechac. Niestety, Bi o tej obietnicy nie zapomniala i w Nowy Rok juz od rana jeczala, ze ona chce na lyzwy. Na to M. oswiadczyl, ze on nigdzie nie jedzie, moge sobie jechac sama, on w tym czasie pojedzie na silownie i do sklepu. Wygarnelam mu rzecz jasna, ze zamiast spedzic Nowy Rok z rodzina, woli silownie i zakupy. I tak juz lawinowo polecialo, az w koncu (jestem pewna, ze zrobil to zlosliwie) namowil cichcem Kokusia, ze jesli nie pojedzie na lyzwy, to on zabierze go na rower! Majac taki wybor, wiadomo na co Nik sie zdecydowal? A wieczorem, kiedy utulalam go do snu, powiedzial ze smutno mu, ze z nami nie pojechal, bo na lyzwy tez chcial. :( Czyli co? Znow przepychanki rodzicow odbijaja sie tylko na dzieciach... :/
Nie mniej, wypad na lyzwy, pomijajac nieobecnosc Nika, uwazam za bardzo udany. Bi radzi sobie swietnie! Jezdzi sama, zupelnie nie przytrzymujac sie scianki i to szybciej ode mnie, bo ja to cykor jestem i wole jechac pomalutku i ostroznie. :)

Z drogi sledzie bo Bi jedzie! :D

Starsza wyrazila nawet zazdrosc co do umiejetnosci niektorych dzieci na lodowisku, wiec obecnie szukam jakichs lekcji z lyzwiarstwa. Niestety, na tym lodowisku, na ktorym bylysmy, nie maja juz miejsc. :/ Na szczescie w okregu 15-20 minut od nas, sa jeszcze trzy inne :)

Na koniec jeszcze raz:

Do Siego Roku!!!

sobota, 29 grudnia 2018

Pierwsze takie Swieta

To zdecydowanie byly niezapomniane Swieta! :D

Nie, wroc. Z Wigilii w sumie malo co pamietam. I wcale nie dlatego, ze pilam "procenty"! Bo nie pilam! W zasadzie to nawet za bardzo nie jadlam... Ale od poczatku... ;)

Tegoroczne Swieta mialy byc wyjatkowe. W koncu to nasze pierwsze Boze Narodzenie pod nowym adresem! Dom udekorowany, kreacje wybrane, prezenty zgromadzone i schowane, menu sklecone i nawet nic z zakupow nie zapomniane! Mialo byc uroczyscie i wesolo, rodzinnie (na miare naszej mocno "okrojonej" rodziny) i goscinnie.

Swiatelka wokol domu. Mamy jeszcze jeden sznur lampek, idacy nad garazem z boku :)

A potem okazalo sie, ze choc przygotowania w wiekszosci poszly wedlug planu, to obchody samych Swiat czesciowo szlag trafil. Cieszac sie, ze Wigilia wypada w poniedzialek, a wiec mam caaaly weekend na spokojne wszystkiego przygotowanie, nie wiedzialam jeszcze, ze czas nie jest moim sprzymierzencem...

Zaczelo sie w sumie niewinnie. W sobote nad ranem, Bi przyszla do naszego lozka narzekajac na bol brzucha. Okazalo sie przy okazji, ze nawet prawie 8-latka nie odroznia bolu brzucha od mdlosci, ale nie uprzedzajmy wypadkow. Przyszla, ale zamiast sie polozyc, przewalala sie z boku na bok. Kiedy pytalam, w ktorym miejscu boli, pokazywala (jak zawsze) okolice pepka. Probowalismy z M. przekonac ja, zeby znalazla sobie jakas pozycje, w ktorej odczuje ulge i probowala zasnac. W koncu moj zaspany umysl przypomnial sobie o zgromadzonych na okazje wyjazdu na Dominikane lekach i podalam jej tabletke dla dzieci na niestrawnosc. Pomyslalam, ze moze pomoze, a raczej nie zaszkodzi, poniewaz Bi znana jest w naszej rodzinie jako lubiaca dramatyzowac, a nadal nie moglam dociec co jej tak naprawde jest. Niestety, nawet po tabletce Bi nie przestala pojekiwac i juz zaczela mi sie jawic wizja ataku wyrostka. Ja to jednak jestem panikara. ;)
W miedzyczasie M. wstal, wyszykowal sie i pojechal do pracy, a Bi poszla jeczec do wlasnego lozka. Nie mogac juz zniesc jej stekania, poszlam na dol, zeby podgrzac oklad zelowy, pomyslalam bowiem, ze moze to przyniesie jej ulge.
Niestety, kiedy wdrapywalam sie z cieplym okladem z powrotem na gore, uslyszalam charakterystyczny odglos... wymiotow! Dochodzacy na szczescie z lazienki. Coz, lepsze to niz lozko, ale dywanik raczej tego nie przezyje. ;) Okazalo sie, ze Bi pogonilo na kibelek, ale organizm postanowil jednak zbuntowac sie na dwa konce, ze to tak uroczo ujme. :D

Na poczatku mialam nadzieje, ze to tylko zatrucie. Z czwartkowego dekorowania piernikow, zostalo nam bowiem kilka tubek lukru, a w piatkowy wieczor Bi dorwala sie do jednej i wyssala lukier co do ostatniej kropelki! Ludzilam sie wiec, ze to po tym. Moje nadzieje rozwiala sama Bi dzielac sie wiadomoscia, ze jedna z kolezanek zwymiotowala tuz przed koncem lekcji w piatek. Wtedy juz wiedzialam, ze pierwsze Swieta w nowym domku spedzimy pod znakiem... JELITOWKI! Mowie Wam, wrazenia - niezapomniane! :D

Reszta nocy (czy raczej bardzo wczesnego ranka) uplynela na jeszcze jednym chluscie, na szczescie tym razem do przytaszczonego przeze mnie z garazu wiaderka. ;)
Oczywiscie reszte dnia Bi w wiekszosci przespala lub snula sie po domu niczym blade zombie z podgrazonymi oczami. Do poludnia akcje kibelkowo - rzygankowe powtorzyly sie jeszcze dwa razy, ale potem litosciwie ustaly. Nie mniej jednak, nie spiac od 4 nad ranem i ogarniajac rzygajace dziecko oraz przygotowania swiateczne bez meza, bo ten zostal w pracy do 15, mialam humor, ze hoho! Wku*wiona bylam glownie dlatego, ze M. nie musial jechac tego dnia do roboty w ogole, a nie tylko pojechal, ale jeszcze na 10 godzin, korzystajac z tego, ze szef powiedzial mu, ze moze zostac tak dlugo jak chce (firma miala byc zamknieta przez kolejne 4 dni, wiec chcieli nadrobic ile sie da). I ja naprawde jestem w stanie zrozumiec, ze to dodatkowa kasa z nadgodzin i w ogole, tym bardziej, ze rachunki za karty kredytowe rzeczywiscie przyszly horrendalne. Ale, do jasnej, pierdzielonej cholery, wie ze przed samymi Swietami jestem urobiona po lokcie, napisalam mu ze Bi wymiotuje, wiedzial wiec, ze mam tez na stanie chore dziecko, a do tego drugie, ktore roznosi energia a nie ma sie nawet z kim pobawic! Biedny Kokus spedzil wiekszosc soboty na tablecie, bo nie mialam go po prostu jak zajac i szczerze mowiac nie mialam nawet nastroju! I po takim dniu, wkracza moj maz, wesolutki jak skurwonek i cieszacy sie, ze "Ale nadrobilem godzin!" (tak, mam meza - pracoholika), po czym... nie pytajac co moze zrobic zeby mi pomoc, oznajmia, ze on "wezmie mieso i je zamarynuje w "tym" garnku"! Myslalam, ze mnie cos strzeli! Mieso, ktore wczesniej wlasnorecznie natarlam marynata i w garnku, ktory juz umyty czekal na zaczecie przeze mnie bigosu! Huknelam, zeby sie trzymal i od miesa i od garnka z daleka i tak atmosfera zostala do reszty skwaszona. W sobote schodzilismy sobie jeszcze z drogi, ale w niedziele rano poklocilismy sie na calego. On wygarnal mi, ze psuje atmosfere i wku*wiam sie niewiadomo o co, a ja jemu, ze jeszcze przed swiatecznymi przygotowaniami poprosilam go tylko o jedno - zeby zajal sie w tym czasie Potworkami. I co? I g*wno! Zostawia mnie na wieksza czesc dnia nie tylko ze z dziecmi, ale jeszcze z jednym chorym, wiec wymagajacym dodatkowej opieki! I jeszcze okazuje sie, ze to ja jestem ta "zla", bo mam popsuty humor!!!

Uch. Wpieniona bylam jak cholera, ale jakos dokonczylam to, co miala zaplanowane na weekend. Na poniedzialek zostawilam sobie tylko jedna salatke, ktora musi byc swieza oraz mufinki lososiowe, bo te tez najlepsze sa swiezutkie i pulchne. I skladniki na obie leza sobie dalej w lodoce, bo los chcial, ze tego roku w ogole ich nie zrobilam! :) Okazalo sie bowiem, ze jako druga padlam ofiara tego cholernego wirusa i w nocy z niedzieli na poniedzialek biegalam sobie co pol godzinki do lazienki. Swoja droga co to za zjadliwy wirus, ze w sumie glowne dolegliwosci trwaja raptem kilka godzin, ale pozniej czlowieka doslownie scina z nog! W dzien Wigilii, po nocnych "atrakcjach", nie bylam w stanie ustac. Najpierw pomyslalam, ze sprobuje choc troche odespac, ale kiedy biegunka odpuscila, pojawily sie dreszcze i lamanie w kosciach. Bylo mi ciagle zimno, wszystko mnie bolalo i tak naprawde nie moglam ani spac ani funkcjonowac. W koncu zmusilam sie do zejscia na dol, ale taki wysilek mnie pokonal i zaleglam na kanapie, nie mogac sie ruszyc.

Pozostal problem Wigilii. Mieli do nas wpasc moj tata oraz chrzestny Potworkow, ale wypadalo ich uprzedzic, ze hodujemy wirusa i wigilijna uczte moga przyplacic czyms wiecej niz tylko wzdeciem. ;) Obawialam sie, ze to moze oznaczac Wigilie tylko w gronie naszej czworki, ale wtedy wydalo mi sie to calkiem kuszaca perspektywa. ;) Moj tata jednak, ktory normalnie panicznie unika zarazenia sie czymkolwiek i nie przyjezdza kiedy choc jedno z nas kichnie, kompletnie nas zaskoczyl. Oswiadczyl, ze szkoda mu dzieciakow, ze nie beda miec wiekszego towarzystwa na Wigilie i on zaryzykuje i przyjedzie. Poniekad rozwiazal za nas dylemat, bo zastanawialismy sie juz czy nie zadzwonic do obu panow i nie powiedziec, ze po prostu Wigilia sie u nas nie odbedzie i koniec. Poniewaz jednak moj tata byl chetny zmierzyc sie nawet z jelitowka, chrzestnemu pozostalo przekazac, ze nadal zapraszamy, tylko lojalnie uprzedzamy, ze roznie moze sie to skonczyc. On byl ostrozniejszy, bo juz w srode musial wrocic do pracy (ja zreszta tez), ale uslyszawszy, ze moj tata mimo wszystko przyjezdza, rowniez stwierdzil, ze wpadnie.

Co bylo robic... Wdrapalam sie z powrotem na gore (to jedno pietro to byl dla mnie Mt. Everest! :D) i postanowilam ponownie sprobowac sie zdrzemnac. Tym razem na szczescie sie udalo i po 1.5 godzinie wstalam nieco zwawsza. Zdolalam wziac prysznic i z pomoca Bi nakryc do stolu.

Tiaaa... Czas zainwestowac w nowa zastawe, bo nie mamy nawet szesciu kompletnych zestawow ;)

A takze podac Potworkom ich kreacje. Swoja olalam i zamiast zaplanowanej sukienki, wbilam sie w getry oraz gruby sweter bo nadal bylo mi ciagle zimno. ;) Kiedy nadszedl czas wlasciwiej Wigilii, spedzilam ja juz co prawda glownie na siedzaco, ale przynajmniej dalam rade. ;)
Musze przyznac, ze kiedy ja dogorywalam na kanapie, a potem odsypialam i doprowadzalam sie do jako takiego stanu, M. zrehabilitowal sie za weekend, stanal na wysokosci zadania i zajal sie dzieciakami oraz wieczerza. Wlasciwie to praktycznie wszystko bylo gotowe, ale musial jeszcze usmazyc rybke oraz popodgrzewac wszystko, co mialo byc podane na cieplo. Nawet brudy ze zlewu wsadzil do zmywarki, co jest dla M. cudem nad Wisla. I wlaczyl ja, a nie wiedzialam nawet, ze potrafi! :D Ja, po wysilku, ktory kosztowalo mnie nakrycie do stolu, klaplam na krzeslo i siedzialam na nim, dopoki nie trzeba bylo pojsc z dziecmi na gore wypatrywac Mikolaja przez okno. ;) Potem zaleglam na kanapie i juz z niej nie wstalam az do konca "imprezy". Przelamac sie ze mna oplatkiem odwazyli sie tylko M. oraz Potworki. Moj tata zrobil to ostroznie i z daleka, a A. (chrzestny) pomachal tylko z drugiego konca stolu. Wcale mu sie nie dziwie, bo mimo, ze umalowalam "oko", to podejrzewam, ze wygladalam niczym kupka nieszczescia. ;)

Dodatkowo zalatwilam sie na I Dzien Swiat i to przez wlasna glupote. W Wigilie bowiem, nie bardzo chcialo mi sie jesc, wiec wmusilam w siebie tylko odrobine przysmakow. Traf chcial, ze byl to barszcz z uszkami, pierogi z grzybami oraz zupa grzybowa. I we wtorek okazalo sie, ze brzuch napiep**a mnie tak, ze nie jestem w stanie sie wyprostowac! Dopiero kiedy zastanawialam sie skad taka dolegliwosc, przypomnialo mi sie, ze przeciez grzyby sa ciezkostrawne! A ja, jak idiotka, nazarlam sie na podraznione flaki samych grzybkow!
Zwale to na zacmiony wirusem umysl... :D

Obecny bilans jest taki, ze wirus zaatakowal najgorzej Bi oraz mnie. W Boze Narodzenie (u nas to tylko 1 dzien) po poludniu M. zaczal narzekac, ze cos mu "siedzi" na zoladku. Na sam wieczor jednak przeszlo, za to wrocilo w srodowe popoludnie. Trudno powiedziec wiec czy to wirus, czy poswiateczna niestrawnosc. ;) Kokus mial hmm... luzny stolec (przepraszam! :D) w srode rano i na sam wieczor tego samego dnia. Wyglada to jakby wirus tracil zjadliwosc przechodzac z jednej osoby na druga. Mam nadzieje, ze moj tata oraz chrzestny Potworkow w ogole sie nie zaraza, choc ten pierszy byl u nas i na Wigilie i w dzien Bozego Narodzenia, wiec nie wiem... ;)

Wystarczy jednak o zoladkowych dolegliwosciach! Teraz bedzie o przyjemniejszej czesci Swiat, czyli glownie o Potworkach i prezentach! ;)

Dzieciaki, jak to dzieciaki. Najbardziej czekaly wlasnie na upominki. Co tam dla nich spotkania rodzinne, uroczysta atmosfera, caly stol przysmakow! Wszystko sprowadzalo sie wlasnie do tego, ze jak juz wszyscy sie wystroimy, zbierzemy i pojemy pysznosci (dla nich to tylko barszcz oraz smazona rybka, reszta jest niejadalna ;P) przyjdzie Mikolaj i przywiezie prezenty!
Trudno w zasadzie oczekiwac czegos innego po 7.5-latce i 6-latku. :)
Potworki byly w tym roku najwyrazniej baaardzo grzeczne, bo dostaly taki stos zabawek, ze glowa mala. M. spytal mnie z ironia czy Mikolaj przyniosl im wszystko w listow, ktore do niego napisaly? Coz, nie, nie wszystko... ale prawie. ;)
Poniewaz nie czulam sie na silach ani zeby wyjsc z dziecmi wypatrywac Mikolaja na podworko, ani zeby taszczyc stos pakunkow z piwnicy, poszlam z dzieciakami na gore, wygladac przez duze okno w pokoju Kokusia. Mlodszy osiagnal w tym roku chyba ten najlepszy wiek, kiedy ekscytacja bierze gore nad wszystkim innym. Podczas kiedy Bi siedziala i probowala wypatrzyc na niebie jakies swiatelka, Nik az podskakiwal i co chwila wykrzykiwal:
"Ja pojde sprawdzic na dole!"
"Cos slyszalem na dachu, naprawde!"
"Cos sie dzieje na dole, Mikolaj tam na pewno jest!"

Na dole krecili sie oczywiscie M., moj tata oraz chrzestny, biegiem przynoszac upominki z garazu i piwnicy. A ja z trudem powstrzymywalam Kokusia, zeby nie wystrzelil z pokoju i polecial spojrzec co sie dzieje! ;)
Kiedy w koncu M. zawolal, ze Mikolaj juz byl, Potworki prawie sfrunely po schodach. Nik, widzac stos paczek (ktore w wiekszosci nalezaly do dzieci), zaczal podskakiwac niczym kauczukowa pileczka. M. polecil Potworkom, zeby rozdawaly wszystkim prezenty, ale udalo sie... polowicznie. Mam nagrane na filmiku, jak Bi grzecznie rozdaje torebeczki kazdemu po kolei, ale Nik niczym w amoku, rozpakowuje swoje paczki jedna za druga, nie reagujac ani na nasze upomnienia, ani komentarze. :D

Zanim zaczal sie szal, udalo mi sie strzelic zdjecie :)

Reszta Wigilii uplynela na rozpakowywaniu przez dzieciaki prezentow i zabawy pierwszymi, tymi wymarzonymi. Przyznaje, ze kiedy dotarlismy do tego punktu "programu", bylam juz tak wymordowana, ze zaleglam na kanapie i zapomnialam o zaproponowaniu gosciom kawy i ciasta! Alez bylo mi wstyd, kiedy sobie o tym przypomnialam (a goscie juz poszli!)! :D

Rozczochrani i rozchlestani, ale za to jacy szczesliwi!

Dzien Bozego Narodzenia uplynal juz spokojniej. Rano pojechalismy na msze i choc nadal bylam oslabiona, bolal mnie brzuch i balam sie, ze nie ustoje, ciesze sie, ze sie zmusilam i nie wyslalam M. samego. Na poranna - polska msze, proboszcz zaprosil bowiem kapele z Bukowiny Tatrzanskiej (to rodzina kogos z naszej parafii). Pieknie bylo posluchac koled spiewanych po goralsku! Nawet M., ten moj "twardziel" wzruszyl sie i uronil lezke! :)
Reszte dnia spedzilismy juz w domu. Przyjechal moj tata, a Potwory oddaly sie rozpakowywaniu prezentow, ktore zostaly im po Wigilii, bo bylo tego tyle, ze czesc po prostu zostala odlozona na bok.

Bi dostala Lego Friends - kamper, za ktorego ukladanie zabrala sie juz w Boze Narodzenie

Poza tym, skoro juz mam zawieszone na kominku skarpetki, postanowilam wykorzystac te hamerykanska tradycje i wlozylam do nich pare drobiazgow. Nie macie pojecia jak szczesliwe byly Potworki, ze Mikolaj przyjechal do nas jeszcze raz w srodku nocy! ;)

Te trase wyscigowa tez zlozylismy do kupy dopiero w I Dzien Swiat

Wlasnie. Prezenty. Wszystkich nie wymienie rzecz jasna, ale wspomne, ze wsrod sporego stosu znalazlo sie oczywiscie kilka "bubli". Przedstawiam kronike nieudanych upominkow:

Miejsce # 3

Piesek FurReal Pets. Wymarzony przez Bi i wpisany na pierwszym miejscu na liscie do Mikolaja. Niestety, zadna zabawka nie zastapi zywego stworzenia i wszystkie te pieski, kotki i co tam jeszcze produkuja z tej serii, maja jedna wade - ograniczona ilosc ruchow, odglosow oraz interakcji. Juz w Dzien Bozego Narodzenia Bi oswiadczyla, ze jej piesek jest nudny bo tylko skacze i wydaje rozne odglosy. Coz... Ona chyba spodziewala sie, ze bedzie za nia biegal, robil "siad", dawal lape i sikal pod krzaczkiem. ;)

Miejsce # 2

Jeden z Mikolajow uszczesliwil Potworki puzzlami. No i swietnie. Uwazam, ze puzzle to rewelacyjna zabawka, a przy okazji Bi bardzo je lubi. Nik juz mniej, ale czasem ma zrywy na ukladanie. Co wiec nie tak? Niestety, "Mikolaj" (nie ja tym razem) kupil puzzle przeznaczone ewidentnie dla doroslych i to zaawansowanych w "te klocki". W pudelku na oko 1000 elementow. Jeden zestaw to wilki na tle brzoz - wszystko szaro - biale. Drugi to myszolow wsrod zboza - caly obrazek zolto - rdzawy. Bi ambitnie za swoj zestaw sie zabrala, zeby po pol godzinie z wyciem porzucic te watpliwa rozrywke. M. ruszyl corce na pomoc i po kilku minutach wrocil obiecujac jej, ze kupi jej "normalny" zestaw, a ten odlozy sie na pozniej. Jak dla mnie, na oko na za 15 lat. :D

Miejsce #1

Tu prezent byl jak najbardziej udany, a dziecko zachwycone. Tyle, ze nie dla 6-latka. Kokus otrzymal wymarzonego drona ("Jerome", jak to okreslil :D). Takiego bardziej zabawkowego, ale jednak dron to dron. I juz podczas dziewiczego lotu w Boze Narodzenie, dron zawisl na choince kolo naszego domu. Ups... Na szczescie na tyle nisko, ze M. sciagnal go za pomoca dlugiego draga, ktory sprawil sobie na okolicznosc malowania salonu. Powinno nam to bylo dac do myslenia. Nie dalo.

Tyle z drona pozostalo - zdjecie na pamiatke ;)

Kolejnego dnia, kiedy bylam w pracy, M. postanowil uszczesliwic syna i zabral go na wielka lake zeby tam puscic drona, z daleka od wszelkich drzew. Taaa... Jakims cudem, dron wymknal sie Kokusiowi spod kontroli i... wyladowal na drzewie! I to nieszczesliwie tak wysoko, ze nic nie dalo sie zrobic. Strazy pozarnej dla zabawki wzywac przeciez nie bedziemy. Cztery ramiona plus smigla tak go zaklinowaly, ze utknal na dobre. Pozostalo ewentualnie podjezdzanie codziennie zeby sprawdzic czy wiatr nie zwial go z galezi, ale po kilku mroznych nocach, nawet jak kiedys spadnie, nic juz z niego nie bedzie...

A! W sama Wigilie, podczas konsumpcji barszczyku, Nik otrzymal nieco przyspieszony prezent Gwiazdkowy. Mianowicie, wypadl mu pierwszy mleczak! Zabek wisial juz niemal w poprzek od jakiegos czasu, ale uparcie sie trzymal. I wylecial w koncu w samiutka Wigilie! :) Radosc byla oczywiscie ogromna, a jeszcze wieksza z kaski podlozonej przez Zebowa Wrozke. ;)


Tak wygladaly moje Swieta. Mialy byc wyjatkowe i zdecydowanie takimi byly. I przynajmniej choc raz moge powiedziec, ze w ogole sie nie objadlam! ;)
Ciekawa jestem za to Waszych wrazen!

piątek, 21 grudnia 2018

W tym domu sie gada + przedswiatecznie + zapomniana swiateczna fota ;)

Garstka teksciorow na dobry, swiateczny nastroj. :)

*

Starsza swoim zwyczajem jest "najmadrzejsza" i na wszystko ma ostatnie slowo. Matka stara sie (naprawde!) byc cierpliwa, ale w koncu nie wytrzymuje.
"Bi, przestan sie wreszcie wymadrzac!"
Bi (oburzona): "Ja nie madrzuje sie!"

Trudna ta polska jezyk. :)


***

Teraz beda trzy teksty jeszcze urlopowe. Pierwszy - ostrzegam! - jest fizjologiczny.
Otoz, w pokoju hotelowym byla oczywiscie tylko jedna lazienka, co chwila wiec ktos sie komus dobijal do tego przybytku. Ktoregos dnia to ja siedzialam na tronie, a dzieciaki co chwila walily drzwi pytajac sie kiedy wyjde. Nik wkurzal mnie nieziemsko, bo za kazdym razem pytal czy nadal tam jestem. W lazience nie bylo nawet okna, ktorym moglam uciec, wiec burczalam na niego, polecajac, zeby zajal sie w koncu czyms ciekawszym. Po chwili slysze jak Nik odchodzac od drzwi, oglasza wszem i wobec:

"I guess mommy is still doing kupe!"

Zaiste, reszta NA PEWNO o tym nie wiedziala! :D


***

Jak (chyba) wiadomo, moj malzonek jest gleboko wierzacy, praktycznie co niedziela jestesmy wiec w kosciele. Mimo, ze Potworki zdaja sie nic tam nie robic tylko nudzic sie, gadac i dopytywac kiedy idziemy do domu, cos tam widocznie jednak w ich glowkach zostaje. Podczas cyrkowego pokazu, ktory odbyl sie w hotelu, cyrkowiec zawisl na wstazkach z rozlozonymi ramionami i uniesiona glowa.
Nik: "He thinks he's God"

Chwile pozniej jeden facet staje drugiemu na glowie, ale do gory nogami, tak, ze obie glowy sie stykaja, a rozlozone ramiona maja rowno zlaczone.
Nik: "They're making a cross, dla Bozi"


***

Cos Nik ma ostatnio "faze" na Boga. ;)
Pierniczymy. Potworki wycinaja rozne ksztalty piernikow, Kokus jednak najczesciej wybiera ksiezyc. Bi troche sie podsmiewa, ze Nik nic, tylko wycina ksiezyce. Mlodszy tlumaczy spokojnie:
"I like moon, because that's where God lives"

Wiecie wiec... Jesli zastanawiacie sie, gdzie znajduje sie to biblijne Niebo, Kokus zna odpowiedz: na ksiezycu! :D


***

Na koniec dialog zapamietany z czasu remontu kominka.
Chodzimy po markecie budowlanym, a Nik marudzi i placze o kazda pierdolke, ktora sobie akurat upatrzyl. Tlumaczymy, ze ida Swieta, ze na dniach ma urodziny, ze dostal juz prezent na Mikolajki i ze obsolutnie, definitywnie, NIC mu nie kupimy. Mlody wychodzi ze sklepu z placzem, ktory momentalnie przemienia sie w foch. Kiedy zapinam mu pasy, rzuca mi obrazony:

"Thanks for buying me NOTHING!"

Taaa... Sarkazm mamy opanowany... ;)


***

I zostalo juz tylko kilka dni do Swiat... Menu w miare poskladane, zakupy zrobione (mam nadzieje, ze nie przypomne sobie o czyms w ostatniej chwili!), prezenty wszystkie dotarly... Nie dotarly za to kartki, ktore maja przyjsc dopiero w czwartek (prawie 2 tygodnie po zamowieniu!). Rodzina w Polsce dostanie je wiec grubo po Nowym Roku, ale coz... Z mojej oraz M. familii jestem juz jedna z ostatnich dinozaurow ktore wysylaja prawdziwe kartki, wiec mam nadzieje, ze liczy sie gest... ;)
Dopisek: kartki dotarly w srode. W czwartek poszly te przeznaczone dla hamerykanckich znajomych. Do Polski pojda... pozniej, bowiem okazalo sie, ze zostaly mi tylko 2 znaczki na zagranice, musze wiec zlozyc wizyte urzedowi pocztowemu! :D

Za nami kolejny nieco zabiegany weekend. Ostatni zajety "zwyklymi" sprawami, nadchodzacy bowiem bedzie juz uplywal pod znakiem swiatecznych przygotowan, z koledami w tle...

W sobote rano Bi miala kolejne zawody plywackie. Tym razem odbyly sie w jednej ze szkol srednich (high school), co dla nas - widzow okazalo sie niezlym przeklenstwem. Obszar wokol basenu byl niewielki i tylko plywakom, trenerom oraz wolontariuszom wolno bylo wchodzic na jego teren. Trybuny znajdowaly sie wyzej i byly... malutkie. Rodzice, rodzenstwo i inni ciekawi krewni obu druzyn stloczyli sie tam jak sardynki w puszce, a ze na basenie ogolnie bylo goraco, po chwili zrobilo sie nie do wytrzymania... Dobrze, ze wszystkim bylo rownie ciezko, a ze zawody poszczegolnych dzieci byly jak zwykle rozrzucone w czasie (Bi startowala w 1, 9, 43 i 61 wyscigu), sporo osob w przerwach wychodzilo na zewnatrz schlodzic sie i rozprostowac nogi. Tak robil tez i M., zabierajac przy okazji Nika. Wtedy cieszylam sie, ze mlody ma przez chwile zajecie, nie pomyslalam jednak, ze moze sie to okazac brzemienne w skutki. Otoz, obaj wychodzili na dwor i chociaz bylo cieplo jak na grudzien - 10 stopni na plusie, to jednak roznica temperatur miedzy basenem a swiezym powietrzem byla znaczna. A Nik nie mial czapki! Efekt? W poniedzialek rano mial juz wyraznie zatkany nos! W czwartek wieczorem zas, Bi zaczela chrypiec jak stary gramofon... A tak dlugo wszyscy trzymalismy sie w zdrowiu! Od przeziebienia, z ktorym Nik bujal sie caly wrzesien oraz pol pazdziernika, wszyscy bylismy zdrowi. Az do teraz... :/

Ech... W kazdym razie, kiedy akurat siedzielismy scisnieci na trybunach, Nik po 10 minutach jeczal, ze goraco, ze nudno, ze ile jeszcze, ze on nie chce tak siedziec... Po godzinie tego marudzenia, wyciagnelam tajna, zachomikowana bron (kupiona z mysla o takich wlasnie okazjach) - gierke. Takie male, elektroniczne pudelko na baterie. I to byl strzal w dziesiatke! Przez reszte zawodow nie wiedzialam, ze mam ze soba mlodsze dziecko! I jak na codzien jestem przeciwniczka zbyt duzej ilosci elektroniki dla dzieciakow, tak tym razem ta gierka ocalila mnie od postradania zmyslow i/ lub wybuchu. ;)

Bi, jak wymienilam wyzej, miala 4 wyscigi. Dwa z nich byly druzynowe, cos na ksztalt sztafety. Jedna osoba plynie dlugosc basenu, a kiedy dociera do scianki, do wody wskakuje kolejna. I tak dalej, az basen przeplyna cztery osoby. Bi w jednej plynela na plecach, a w drugiej kraulem. Przy obu bylam jednak dosc rozproszona, wiec nie wiedzialam nawet ktora druzyna wygrala. :) Starsza miala  rowniez dwa wyscigi indywidualne - kraulem oraz stylem motylkowym i w obu zajela drugie miejsce. Poszlo jej wiec rewelacyjnie, choc Mloda spuscila nos na kwinte, bo ona chciala wygrac! Po pierwszym wyscigu trener podszedl nawet do nas do trybun i pochwalil ja za skok do wody. :)

Plynie nasza "ryba" (jak to okreslil moj tata) ;)

Sobota "nalezala" wiec do Bi, bo oboje z M. nie moglismy sie jej nachwalic i obdzwonilismy dziadkow. Okazalo sie, ze tego dnia moja starsza siostrzenica zajela tez drugie miejsce w turnieju judo, wiec byl to zdecydowanie dzien naszych dziewczyn! :D

W zeszly czwartek M. w koncu pojechal po choinke. W piatek Potworki ubraly ja, pokrzykujac na mnie, zebym nie przeszkadzala. :D W sobote przyszly ostatnie ozdoby, wiec tamtaramtam! Oto swiateczna odslona (kawalka) salonu:


Niestety, jak to czesto bywa o tej porze roku, dodajac do tego prace na pelen etat, malo mam czasu zeby siedziec i sie nim delektowac, ale ilekroc mam na to chwile, siadam i czuje sie jak w ckliwych, bozonarodzeniowych filmach. :) Dodatkowo, robiac zwykle, spozywcze zakupy, dojrzalam w sklepie taki kubeczek i po prostu musialam go miec! :)


Kawa z niego smakuje przepysznie, a dodatkowo sluzy mi jako zaklinacz pogody i przyciagacz sniegu. Chociaz poki co nie dziala i Swieta beda juz na 100% zielone i cieple (jak na grudzien). :/ W utrzymaniu nastroju, pomagam sobie wiec tez ksiazka "naszej" Asi:


Niestety, cholera, po przeczytaniu 5 rozdzialow, ksiazke zmuszona bylam odlozyc na szafke, bo tyle jest rzeczy do ogarniecia, ze wieczorami nie mam czasu na czytanie ani ksiazki ani nawet blogow... :( Podczytuje (i pisze) po trochu z pracy, ale to nie to samo...

W zeszla sobote musialam niestety wziac sie ostro za sprzatanie chalupy. Ostatnie kilka weekendow bylo tak zajetych, ze od powrotu z wakacji nie udalo mi sie posprzatac calej chalupy na raz. Owszem, sprzatalam to te czesc domu, to tamta, ale w takim ukladzie, caly czas i tak wszedzie sie nosilo. Mam tu na mysli oczywiscie glownie podloge. W sobote odkurzylam wiec i pomylam podlogi w calutkim domu, a potem bonusowo wysprzatalam lazienki. Tylko co z tego, jak przed Swietami czeka mnie runda #2, a moze i #3. :/
W sobote upieklam tez biszkopt na tort Nika. Tym razem wyszedl mi idealny! Byl wyrosniety, leciutki i pulchny, a przy tym nadal lekko wilgotny. M. stwierdzil z podziwem, ze robi sie ze mnie mistrzyni pieczenia biszkoptow, problem tylko w tym, ze za kazdym razem pieke je tak samo, a raz wychodza, raz nie. :D
Najwazniejsze jednak, ze wyszedl, bo kolejnego dnia, po kosciele i zakupach, wzielam sie za kremy. Pieklam ten sam tort co na urodziny moje, M. oraz taty, z cichutka nadzieja, ze ten wyjdzie lepszy. I wyszedl! Nie tylko biszkopt sam w sobie byl delikatniejszy i wilgotniejszy, ale tez tym razem go nasaczylam. ;) Dodatkowo, do ciemnego kremu dodalam ociupinke whisky, ktora walala nam sie po szafie. Tak tyci-tyci, dla zaostrzenia smaku. W kazdym razie torcik wszystkim bardzo smakowal. Moj tato oraz chrzestny Potworkow zjedli po dwa wielkie kawalki, co jest chyba najlepszym komplementem. Tylko solenizant we wlasnej osobie, choc swieczki zdmuchnal chetnie, torta nawet nie tknal.


Nik z ciast lubi tak naprawde tylko galaretke, ale ze w tej galaretce znalazly sie owoce, to nawej jej nie chcial sprobowac. Nastepnym razem na wierzch pokroje banany, moze wtedy zje. :D

W niedziele po poludniu mielismy wiec mini-przyjecie urodzinowe dla Mlodszego. W domu pojawil sie kolejny zestaw swiecaco - grajaco - jezdzacych zabawek. Az uszy bola, a za kilka dni kolejna fala prezentow. ;) Hitem okazal sie helikopterek, ktory lata i to, cholera, (za) szybko. Zabawka od 10 lat wzwyz, ale nawet dorosli maja problem z jej opanowaniem. Moja proba lotu zakonczyla sie tym, ze helikopter walnal w sufit (a ten w salonie mamy wysoooki!), spadl, odbil sie od pufy, przeturlal po ziemi straszac psa i zanim zdolalam go wylaczyc, rabnal jeszcze w kominek! Wiadomo, baba za kierownica! :D Ide o zaklad, ze ta konkretna zabawka nie wytrzyma u nas nawet tygodnia. ;)

Poza tym gubie sie juz komu, co i kiedy. Na poniedzialek Nik musial przygotowac plakat z jaszczurkami, bo mial prezentacje na ich temat (sam sobie wybral taki motyw przewodni). :D Oczywiscie w domu brak takiego duzego kawalka brystolu, wiec musiala matka zasuwac do sklepu. ;) Na srode Nik musial tez przyniesc kolekcje 5 przedmiotow, obojetnie co to bedzie. Oczywiscie, kto z synem przekopywal pudla z zabawkami w poszukiwaniu czegos ciekawego? No ja przeciez mam tyyyle czasu... :/
Dodatkowo, na ten ostatni tydzien "wszedzie" zaplanowane sa imprezy. Rzecz jasna, organizatorzy sa wylacznie pomyslodawcymi, ale juz materialy musza dostarczac rodzice. Bo mowa oczywiscie o imprezach dzieciecych. ;) Pomoc nie jest obowiazkowa, ale jakos tak mi glupio nie przylaczyc sie, skoro moje dziecko chodzi do danej klasy. I tak, u Bi beda dekorowac swiateczne ciasteczka. Zglosilam sie, ze przyniose 3 puszki polewy waniliowej. Pojechalam we wtorek po pracy do sklepu, a tu zonk! Polewy waniliowej brak, zostala tylko czekoladowa. Najwyrazniej biala polewa jest o tej porze roku szalenie popularna. ;)
U Nika beda mieli po prostu przyjecie. Tutaj zgodzilam sie dostarczyc soczki i na szczescie tych w sklepie nie brakowalo. ;) Dodatkowo, koordynatorka druzyny plywackiej, postanowila urzadzic impreze na basenie zamiast srodowego treningu! Poprosila o zbiorke po $3 od rodziny na pizze oraz przyniesienie innych przekasek. Tu znow stwierdzilam, ze najprosciej dla mnie bedzie dostarczyc soczki. ;)
A na piatek musialam pamietac, zeby spakowac Potworkom kocyki oraz ksiazki, bowiem mieli ogolnoszkolne czytanie. Piatek w ogole byl dla dzieciakow dniem rozrywkowym, bowiem mieli wspomniane czytanie, apel polaczony ze spiewaniem swiatecznych (w to zalicza sie Boze Narodzenie, ale tez Hanukkah i Kwanzaa :D) piosenek oraz klasowe przyjecia swiateczne. Mysle, ze nauki to tego dnia nie bylo za grosz... ;)

Jakbym malo miala na glowie, to na wtorek obiecalam Potworkom pieczenie piernikow. Wtorek jest dniem strategicznym, bowiem w poniedzialki i srody wieczory spedzam na basenie. ;) Niestety, na ten wtorek mialam tez zaplanowane zakupy w polskim sklepie oraz musialam podjechac do hamerykanckiego supermarketu i do taty, dla ktorego wypelnialam pewne formularze (dluuuga historia), marnujac 2 godziny mojego cennego, wieczornego czasu... :/
Tego dnia w pracy bylo wyjatkowo spokojnie. Brakowalo szefa, jeden kolega pracowal z domu, kolezanka wyszla wczesniej na umowiona wizyte u dentysty. Korzystajac ze spokoju, rowniez ja ucielam nieco godziny, majac nadzieje wrocic do domu o rozsadnej porze. Tiaaa... Zanim objechalam jeden sklep, drugi, wpadlam do taty i w koncu dojechalam do domu, zrobila sie 17:30. Zanim sie lekko ogarnelam, przebralam, rozladowalam zmywarke, zaladowalam do niej brudy ze zlewu, a na koniec zrobilam miejsce na blacie, byla 18:30. A Potworki deptaly mi po pietach, dopytujac kiedy bedziemy w koncu piec?! :)
Gdy wreszcie sie za to zabralismy, dwie godziny minely niewiadomo kiedy, ale byl to czas fantastycznie spedzony!

Mialo byc piekne zdjecie na pamiatke, a tu Nik wyglada na przestraszonego, a Bi pajacuje... ;)

Troche bylo rywalizacji, troche przekomarzania, ale ogolnie Potworki pracowaly zgodnie i nawet sobie pomagaly, co jest bardzo niecodzienne. To chyba ta bozonarodzeniowa atmosfera pokoju i milosci. :) Moja rola ograniczala sie do walkowania ciasta oraz wkladania i wyjmowania kolejnych partii z piekarnika. Reszta zajely sie dzieciaki, ja tylko nadzorowalam i pilnowalam, zeby nie pozerali surowego ciasta, bo ono przeciez tak kuszaco pachnie. ;)
Efektem pracy byly dwa kopiaste talerze piernikow. Trzy pierDniki zniknely w paszczy Kokusia. ;) Obawiam sie, ze przy dekorowaniu, kilka kolejnych sie tajemniczo ulotni. :D


W srode rano Nik mial bilans 6-latka. U nowego pediatry nadal lekko sie gubie. Bilans Bi w czerwcu mialam wrazenie, ze zrobiony byl tak "na odpieprz". Zwazyli, zmierzyli, osluchali, sprawdzili wzrok i tyle. Odbyl sie on nawet nie z lekarzem, tylko z pielegniarka. Z Nikiem spodziewalam sie czegos podobnego, tymczasem bilans przeprowadzil doktor i oprocz standardowych pomiarow sprawdzil Mlodszemu kregoslup, sposob chodzenia, refleksy (popukal w kolanka), pomacal czy jajka (:D) zeszly do moszny oraz kazal nasiusiac do kubeczka. Zrobil nawet wymaz z gardla, bo Nik akurat sie przeziebil i mial je zaczerwienione. Nie wiem czy dokladniejszy bilans to przypadek, czy komus pomylil sie wiek Kokusia i zaznaczyl go jako dziecko rozpoczynajace szkole (pamietam, ze wtedy oba Potworki byly dokladniej przebadane). Kiedy go rejestrowalam, panie pytaly bowiem czy Mlodszy idzie do zerowki. Odpowiedzialam, ze nie, jest w I klasie. Panie na to, ze "Aaaa... idzie do I klasy w nastepnym roku?". Sprostowalam, ze nie, ze w kolejnym roku szkolnym idzie juz do II i dopiero administratorki sie ocknely, ze "A, on ma 6 lat!". O ludzie! :D
Niestety, lekarz zaserwowal mi tez wyklad na temat szczepien na grype. W sensie, ze popelniam ogromny blad nie szczepiac Nika. Cisnienie mi skoczylo, ale ugryzlam sie w jezyk i nic nie powiedzialam. Moja mina mowila jednak chyba sama za siebie, bo doktorek dodal, ze to oczywiscie moja decyzja, choc powinnam ja przemyslec. Coz... Za rok wysle M., bo nie lubie sie klocic, a za stara juz jestem zeby sluchac wykladow. ;)
W kazdym razie, dane "techniczne" Kokusia mnie nieco zaskoczyly, ale pozytywnie!

waga - 22.7 kg
wzrost - 118.7 cm

To praktycznie identycznie jak u 6-letniej Bi, ktora wazyla 22.9 kg i mierzyla 118.9 kg. Niesamowite! :D W pierwszych 3 latach zycia tez szli leb w leb, ale przez ostatnie dwa lata Nik znacznie od siostry odstawal, bedac o kilka cm nizszym oraz srednio o kg lzejszym. Najwyrazniej jednak albo konczac 6 lat Bi zwolnila tempo wzrostu, albo Kokus wreszcie przyspieszyl, bo znow sie wyrownali. :) Dziwne, bo patrzac na Nika, ktory dla mnie nadal jest malenstwem, nie moge sobie przypomniec, ze Bi tez byla taka malutka...

W srode wieczorem jak wspomnialam, na basenie odbylo sie przyjecie swiateczne dla druzyny plywackiej. Okazuje sie, ze to byl pierwszy raz kiedy zorganizowano cos takiego i niestety widac bylo te amatorszczyzne. :D Zaproszone byly wszystkie trzy poziomy na te sama godzine i rozumiem  ze organizatorka uznala, ze tak bedzie latwiej - jedno przyjecie zamiast 2 - 3. Niestety wiekszosc imprezy to byly zabawy w wodzie, a nie ukrywajmy, w grach 6-8 latki nie beda mialy wiekszych szans z dzieciakami 12-14 letnimi. Dzieci bylo okolo 50, a wiec sporo i przy jednej z zabaw az stalam na brzegu basenu i nie spuszczalam oka z Bi. Gra wygladala bowiem jak pilka reczna w wodzie. Dwie druzyny mialy za zadanie zdobyc pilke i strzelic "gola", czyli odbic ja o przeciwlegla krawedz basenu. Teraz wyobrazcie sobie piecdziesiatke dzieciakow, lecacych na oslep przez wode. Te starsze rzucaly sie nie patrzac, ze pod nogami maja maluchy, ktorym glowy ledwie wystaja nad powierzchnie. To cud, ze nikt sie nie utopil, naprawde. Na podwyzszeniu co prawda siedziala ratowniczka, ale to byl taki chaos, wzburzona woda i kilkadziesiat cial przez te wode lecacych, ze ja, skupiajac wzrok tylko na moim dziecku, mialam czasem problem, zeby je zlokalizowac. Nie wyobrazam sobie upilnowac calej gromady. Moze i jestem nadopiekuncza, ale zupelnie mi sie ta zabawa nie podobala i zamierzam napisac na jej temat do koordynatorki, tylko jeszcze nie wiem jak zrobic to dobitnie ale w miare uprzejmie. ;)

Wszystkie dzieciaki tak siadaly, a jedna z instruktorek chodzila naookolo, goniac je, zeby trzymali zarcie daleko od wody :D

Nie musze oczywiscie dodawac, ze Bi sie podobalo i gdzie ja w myslach uznalam, ze za rok sobie odpuszcze te "przyjemnosc", Starsza oznajmila, ze ma wielka ochote na kolejna taka impreze... ;) Oczywiscie male zgrzyty sie pojawily. Do gry podzielono dzieci na dwie grupy i Bi zostala rozdzielona z psiapsiolka. Tamta szybko skumala sie z jakas inna dziewczynka i biegala za nia jak w amoku, na Bi nawet nie spogladajac. Starsza sie oczywiscie poplakala na takie traktowanie. Na koniec za to, kiedy juz (w koncu!) wychodzilysmy, okazalo sie ze w folderach znajduja sie juz wstazki za ostatnie zawody. Bi otrzymala swoje za dwa drugie miejsca w wyscigach indywidualnych, a oprocz tego wstazke za drugie miejsce w jednej ze sztafet i niespodziewanie za pierwsze miejsce w innej sztafecie!

"Medale", hihihi...

Bi oczywiscie cala w skowronkach, tymczasem jej kolezanka poplakala sie, ze ona tez chce niebieska wstazke, bo ona nigdy nie zajmuje pierwszego miejsca! ;) Zeby bylo smieszniej, ona rowniez miala plynac w tej sztafecie, ale tuz przed nia poszla do toalety i zabawila tam nieco za dlugo. Kiedy nie zjawila sie na przygotowania do wyscigu, na jej miejsce podstawiono inna dziewczynke. A. zjawila sie tuz przed startem, ale wtedy juz wszystko bylo gotowe, dziewczyny przygotowane i w koncu nie poplynela. I pechowo w tym akurat wyscigu ich druzyna zajela pierwsze miejsce! :D No, ale to juz tylko nauczka na przyszlosc, zeby pilnowac numerow wyscigow i potrzeby fizjologiczne zalatwiac z duzym wyprzedzeniem (chyba ze to nagly przypadek, to wiadomo ;P). Ja tez korzystajac z dluzszej przerwy, zeszlam z trybun i zabralam Bi do lazienki, choc nie bardzo chciala. Obawialam sie jednak, ze przyjdzie i powie, ze musi siusiu akurat kiedy trzeba sie przygotowac do wyscigu. Trenerzy wiedzac, ze roznie to bywa, ustawiaja dzieciaki w kolejce juz okolo 10 minut wczesniej. Jesli nie ma dziecka, podstawiaja na to miejsce inne i sorry batory, ale jak sie nagle znajdziesz, to moze byc za pozno. ;)

W czwartek wieczorem trzeba sie bylo zabrac za dekorowanie piernikow, bowiem plan byl, zeby podarowac je nauczycielkom, a wiadomo, piatek byl ostatnim dniem szkoly. Potworki zabraly sie raznie do roboty, ale strasznie kusil ich lukier i oprocz dekorowania, sporo bylo oblizywania tubek. ;) Dodatkowo, 5 albo 6 (stracilam rachube) piernikow zniknelo w Kokusiowej (i nie tylko) paszczy. ;)

Zaczynamy!

Podczas calej operacji, Maya ulokowala sie sprytnie pod stolem.

A wyglada tak niewinnie, no obraz psiej milosci... Tak naprawde chodzi jej tylko o wyzerke :D

Madry psiur wie, ze jak dzieciaki robia cos na stole, to bedzie z niego spadac "manna", prosto w lakoma paszcze pieska. :) I rzeczywiscie, dwa pierniki spadly i zostaly pozarte zanim ktokolwiek zdazyl zareagowac. ;) Dobrze, ze tylko dwa, bo Maya niestety nie jest psem o mocnym zoladku i nawet te nedzne dwa pierniki przyplacila... sraczka. Ech... :/

Stwierdzam, ze jesli w przyszlym roku wpadne na pomysl, zeby podarowac sasiadom oraz nauczycielkom pierniczki, musze podwoic przepis. W Potworkach obudzil sie bowiem duch szczodrosci i kiedy polecilam, zeby zapakowaly paczuszki dla wychowawczyn, natychmiast odezwaly sie nawolywania, ze "A ja chce jeszcze dla tej pani!", "I dla tamtej!" "A ja mam jutro w-f i chce dac pierniki panu!", "A ja mam hiszpanski i chce dac pani od hiszpanskiego!". W ten sposob, z 4 planowanych torebeczek z piernikami zrobilo sie 10! :O

Gotowe paczuszki, oparte o dzielo Kokusia - balwana wykonanego w szkole ze... skarpety :D

Dla nas zostala doslownie garsteczka piernikow, ktora wieczorem powiesilam na choince, a kolejnego ranka zostaly z owej choinki niemal kompletnie wyzarte. :D

Przez JEDEN wieczor mozna bylo odszukac na choince taki widok ;)

Ja w tym roku zjadlam cale DWA pierniki i to tylko dlatego, ze Potworki udekorowaly je specjalnie dla mnie. Oba w ksztalcie serduszek. :* Dziecieca milosc jest nisamowicie wzruszajaca w swej prostocie.
Moze w czasie miedzyswiatecznym upieczemy wiecej, bo M. chyba nie uszczknal ani jednego! ;)

A na koniec Moje Drogie, poniewaz watpie zebym tu jeszcze wpadla na dluzej przez nastepne kilka dni:

Wesolych Swiat Bozego Narodzenia!
Czasu wspaniale spedzonego z Najdrozszymi!!!
Czegos fajniejszego niz rozga pod choinka! ;)
I Zdrowia (wiem co pisze, bo oba Potwory chrypia)!!!
Tak sie spieszylam, zeby opublikowac posta, ze zapomnialam o zdjeciu! :D

zycza Potworki i ich Matka ;)