poniedziałek, 12 stycznia 2026

W krainie (lodu) sniegu, czyli nasze polskie ferie ;)

W poniedzialek, 22 grudnia, wczesnym popoludniem wsiedlismy w auto i wyruszylismy w niemal 3-godzinna podroz na lotnisko. Pierwszy raz wylatywalismy z Bostonu, a nie z Nowego Jorku, wiec bylo troche stresu, bo nowe miejsce oraz trasa. Okazalo sie jednak, ze droga minela szybko i bezproblemowo, a bostonskie lotnisko jest duzo latwiejsze w ogarnieciu i bez niekonczacych sie kolejek do odprawy oraz kontroli celnej. Poszlo nam tak sprawnie, ze kiedy dotarlismy do bramki, mielismy jeszcze ponad 2 godziny do odlotu, wiec M. siedzial i pilnowal bagazu podrecznego, zas ja i Potworki walesalismy sie po terminalu. 

Gdyby ktos sie zastanawial o ile Nik juz przerosl siostre ;)

W koncu nadszedl czas lotu, ktory minal bez wiekszych turbulencji. Niestety, mimo ze lot do Polski jest zawsze nocny, kompletnie nie moglam spac. Nie pomagalo ze zakrylam glowe kocem. Nie moglam sie za cholere ulozyc, a siedzialam miedzy Potworkami, wiec nie mialam miejsca zeby chociaz gdzies noge wyciagnac i ostatecznie nie zmruzylam oka. W dodatku, wkurzyla mnie baba przed nami. Siedziala z dwojka malych corek i do spania, wszystkie trzy rozlozyly maksymalnie fotele. Przez to, mialam ekran telewizorka doslownie przed samym nosem, co tez nie bylo komfortowe. Najglupsze jednak bylo, ze te dzieciaki byly na tyle male, ze spaly w poprzek na siedzeniach i rozlozone oparcia nie byly im do niczego potrzebne. Co gorsza, nawet kiedy obsluga pozapala swiatla i podala sniadanie, wiec smarkule przed nami juz sie obudzily, mamusia zostawila wszystkie oparcia rozlozone! Kiedy w koncu padlo ogloszenie, ze przygotowujemy sie do ladowania, w koncu je wyprostowala, a ja na to glosno westchnelam ze "no wreszcie". Baba (przez szpare miedzy fotelami) rzucila mi takie spojrzenie, jakby miala mnie ochote zabic wzrokiem. ;) Nienawidze takich ludzi majacych w doopie wszystkich naokolo. :/

Kiedy wyladowalismy w Monachium, byl juz oczywiscie wtorek. Na przesiadke mielismy niecala godzine, ale lotnisko, choc ogromne, bylo swietnie oznaczone i do bramki dotarlismy sporo przed czasem wejscia na poklad. Po wyladowaniu w Krakowie, musielismy oczywiscie przejechac podmiejskim pociagiem na dworzec i zlapac transport do Zakopanego. Ja szykowalam sie na pociag, M. stwierdzil ze autobus bedzie lepszy. Taaa... Pierwszy uciekl nam sprzed nosa, mimo ze kierowca nas doskonale widzial. Podejrzewam jednak ze byl pelny. Czekalismy pol godziny na kolejny, podjezdza, a kierowca wysiada i oznajmia ze w pierwszej kolejnosci bierze tych, ktorzy maja juz bilety! My ich oczywiscie nie mielismy, bo malzonek twierdzil, ze zawsze kupowal je u kierowcy... Kiedy szczesciarze sie wladowali, kierowca rzucil kolejnym stwierdzeniem, ze wszystkie miejsca siedzace ma zajete i moze wziac jeszcze 10 osob stojacych. Las rak. :O Tu juz odpuscilismy i pomaszerowalismy do kasy po bilety na kolejny. Na ten na szczescie sie zalapalismy, ale i tak droga byla tragiczna. Na szczescie w tym momencie bylismy juz tak wykonczeni, ze przespalismy niemal cala trase. A najpierw byl korek w Krakowie, pozniej chwile jechalo sie spokojniej, ale pod Nowym Targiem dogonilismy korek na Zakopiance. Jakby tego bylo malo, deszcz, ktory przywital nas w Krakowie, zamienil sie w snieg i im blizej Zakopanego, tym warunki robily sie tragiczniejsze. Droga powinna nam zajac okolo 2 godzin, a zajela niemal 4. :O W koncu jednak dojechalismy, z dworca odebral nas tesc, tesciowa juz czekala z kolacja, zjedlismy i padlismy do lozek.

Kolejny dzien to byla juz oczywiscie Wigilia. Bylam gotowa zeby pomoc tesciowej w ostatnich przygotowaniach, ale okazalo sie ze zostala jej tylko do usmazenia ryba, a wszystko inne miala juz gotowe. Po podrozy bylismy oczywiscie srednio przytomni, wiec przez wiekszosc dnia snulismy sie w zasadzie bez celu. Tylko Nik chcial koniecznie pojsc na sanki. Wielka laka przed blokiem tesciow, zwana Lipkami, zamienila sie w ogromna zjezdzalnie, okupowana przez tlumy dzieciakow oraz ich rodzicow, do poznego wieczora. Czesc jej jest oddzielona na osla laczke do nauki jazdy na nartach, ale ta akurat byla nieczynna przez pierwszych kilka dni. Malzonek poszedl z synem i zabrala sie z nimi Bi, choc tylko po to, zeby pochodzic. Zaraz zreszta wrocila, bo byl mroz i do tego potworny wiatr. Wieczorem oczywiscie polamalismy sie oplatkiem i zasiedlismy do wieczerzy, przy czym spotkal mnie lekki szok. U mnie w domu, Wigilia to byla uroczystosc; kazdy sie ladnie ubieral, dziewczyny malowaly i podkrecaly wlosy... Spakowalam zreszta specjalnie kiecke i kazalam Potworkom spakowac cos elegantszego. Tymczasem u M. wszyscy zasiedli do stolu w getrach, dresach i wyciagnietych koszulkach. :D To wyjasnia nasze tradycyjne sprzeczki o ubior na Swieta...

Ktos by pomyslal ze to Wigilia i Potworki pokazuja otrzymane karty podarunkowe?

Ladniej ubrali sie dopiero do kosciola. Do ktorego zreszta tescie poszli dopiero rano. My chcielismy zaliczyc pasterke, bo wiedzielismy, ze nadal nie odespalismy podrozy i rano bedzie problem ze wstaniem. I mielismy szczescie, bo poszlismy na wczesniejsza - o 22, do malutkiego, drewnianego kosciolka, gdzie do mszy przygrywala prawdziwa (choc damska) kapela goralska! :)

Brzmialy niesamowicie!

I tu moglabym zakonczyc opowiesc, bowiem wlasciwie z pobytu w gorach nie skorzystalismy. Tylko jeden dzien mielismy z odwilza, a poza tym caly czas trzymal mroz i codziennie przez pare godzin padal snieg. Czasem rano, czasem pod wieczor, czasem caly dzien, ale padal. Oczywiscie zima taka pogoda to marzenie i Nik codziennie zabieral sanki na gorke. 

Heeen, daleko w dole, bloki tesciow, a na szczycie wzgorza rozswietlona stacja na Gubalowce

Po kilku dniach otworzono maly wyciag orczykowy na Lipkach, wiec myslalam ze Potworki beda chcialy na narty. Niestety, M. nagadal im ze ta gorka jest niemal plaska i beda sie odpychac zamiast szusowac. No niby racja, ale tesc gdzies obcykal stok nieopodal, ktory polecila mu sasiadka, bo tam jezdza jej dzieci, w wieku zblizonym do moich. Malzonek jednak stanowczo oznajmil, ze on jezdzic nie bedzie. A tyyyle wczesniej nagadal Kokusiowi o szusowaniu z Kasprowego Wierchu. :D Tesciowie jakos specjalnie nie namawiali, a Potworki, co dziwne, tez nie dopytywaly i tak skonczyl sie plan jazdy na nartach. Byc zima w Zakopanem i nie zaliczyc ani jednego stoku... Porazka. Bylam dosc mocno rozczarowana, ale coz. Glownym celem podrozy bylo spedzenie Swiat z tesciami i na tym najbardziej zalezalo M. A skoro dzieciaki zupelnie sie nie palily, to co ja moge z tym zrobic? Nie naciskalam, bo potem slysze od malzonka, ze Potworki "zmuszam" do wszelakich aktywnosci... Tyle, ze zupelnie niepotrzebnie spakowalam narciarskie ciuchy, bo poza spodniami ktore Nik nosil na sanki, zupelnie sie nie przydaly. Dobrze za to, ze wzielam sniegowce, bo patrzac na prognozy przed wyjazdem, mielismy watpliwosci czy sie przydadza, a zajely mnostwo miejsca w walizkach. Na szczescie spakowalam je na wszelki wypadek, bo sniegu nie brakowalo. Oczywiscie lazilismy, a to na Krupowki, a to na rynek pod Gubalowke, wiec to nie tak ze caly czas siedzielismy na tylkach, ale ze dni o tej porze roku sa duzo krotsze, a na wieczor zawsze sciskal ostry mroz, to ruchu mielismy zdecydowanie mniej niz zwykle w Starym Kraju. 

Iluminacje byly oczywiscie piekne

Chyba 2 czy 3 razy wybralismy sie na Krupowki wieczorem, zeby popatrzec na swiatelka. Wiadomo, dekoracje robia najpiekniejsze wrazenie w ciemnosci. W dzien slynny deptak odstraszal tlumami. Serio, ludzi bylo wiecej niz latem! Na rozgrzewke czasem bralam sobie grzane wino, ale odradzam. Strasznie scina z nog. :D Glownie jednak wieczory spedzalismy u tesciow. Ich mieszkanie jest niesamowite, bo odkrecony maja tylko jeden kaloryfer, w sypialni tescia, a wszedzie bylo tak cieplo, ze chodzilismy w krotkich rekawkach. Na noc, poniewaz spalismy we czworke w jednym pokoju, musialam rozszczelniac okno, bo nie dalo sie wytrzymac. :) Przepiekny widok na Giewont niestety przez wiekszosc czasu zasloniety byl przez albo mgle, albo padajacy snieg.

Nik, a nad nim Giewont w chmurach :)

I tak minelo 6 dni. Potworki dostaly kaske od dziadkow, wiec codziennie obowiazkowo ciagneli na ryneczek. Bi nakupowala sobie pierdol, ale Nik jakos nie mogl znalezc nic dla siebie. A jak juz wychodzilismy, to oczywiscie po drodze byly albo gofry, albo zakrecona frytka. Grillowanych oscypkow jakos nikt nie chcial. ;) I tylko tesciowa zalamywala rece, bo jak to ona, gotowala jak wsciekla i starala sie kazdemu dogodzic, a tymczasem Potworki wracaly z miasta pojedzone. ;)

Ani sie obejrzelismy, a przyszedl czas zeby wsiasc w Pendolino i ruszyc ku wybrzezu. Chyba nie pisalam, ale z calym tym pociagiem tez sie zrobilismy w bambuko. Pendolino zaczelo kursy z Zakopanego 17 grudnia i nie od razu mozna bylo rezerwowac bilety. Od jakiegos czasu powtarzalam M. zebysmy siedli i zamowili, na co poczatkowo machal tylko reka, ze kupimy bilety juz w Polsce. Wkurzylam sie, bo juz kiedys tak kupilismy i ledwie zlapalismy ostatnie miejsca oraz siedzielismy osobno. A teraz mielismy szczyt sezonu swiatecznego, wiec wiedzialam, ze w Zakopanem beda tlumy, ktore beda tez sie chcialy stamtad wydostac. Malzonek jednak odsuwal i odsuwal, az w koncu w niedziele oznajmilam, ze sama to zrobie. Wtedy natychmiast oczywiscie do tego usiadl. I co??? Okazalo sie, ze mialam racje. Planowalismy jechac 30 grudnia, bo w ten sposob mielismy spedzic po 6 dni u jednej i drugiej rodziny. Tymczasem weszlam na strone PKP, a tam na ten dzien, na Pendolino, nie ma juz w ogole miejsc w II klasie, zas w I zostalo... jedno. :O No i konsternacja, bo co teraz? Patrzylismy na inne polaczenia, rozwazalismy normalny pospieszny, az w koncu z westchnieniem spojrzalam na kolejny dzien, czyli Sylwestra. Bingo! Druga klasa zajeta, ale w pierwszej miejsca jeszcze byly. Ostatecznie zostalismy wiec dzien dluzej w Zakopanem, a krocej w Trojmiescie. Malzonek zadowolony, ja mniej, ale coz. Pociag okazal sie faktycznie wypchany po brzegi, przy czym okazalo sie, ze sporo ludu (mowiacego w obcych jezykach, wiec pewnie lapiacych potem samolot) jechalo tylko do Krakowa. Czyli blokowali miejsca i potem osoby jak my, jadace niemal cala trase, nie mogly zalapac sie na wybrany dzien. :/

Potworki szpanuja w pierwszej klasie ;) 

Pendolino podrozuje sie oczywiscie mega szybko i wygodnie, choc zastanawia mnie jedna rzecz. Kiedy ostatnio jechalismy pierwsza klasa (czyli 4 lata temu) dostalismy napoje oraz jedzenie w Gdansku i potem ponownie w Warszawie. Tym razem pociag mial kilka wiekszych postojow: w Krakowie, Warszawie, Ilawie oraz Malborku. Kazdy z nowych pasazerow dostawal poczestunek. Nas pani odhaczyla w kajeciku po wyjezdzie z Zakopanego i wiecej juz nic nie dostalismy. Czyli my - jadacy 7 godzin i na pewno placacych znacznie wiecej za bilet, dostalismy tyle samo co osoby jadace 2-3 godziny. Troche to niesprawiedliwe, ale bardzo sobie nie krzywdowalam. Tesciowa i tak zrobila nam kanapki, a po kolejna kawe poszlam do wagonu restauracyjnego. :) Podroz minela wiec dosc przyjemnie, glownie na podziwianiu zmieniajacej sie pogody. W tamtych dniach przez Polske przechodzil jakis dziwny front. Zakopane pozegnalo nas oczywiscie zima, ktora jednak w Krakowie byla ledwie zauwazalna, a zanim dojechalismy do Warszawy, wlasciwie zupelnie zniknela. Zaraz jednak po wyjezdzie ze stolicy, za oknem zaczelo ponownie robic sie bialo, a tuz przed Ilawa krajobraz zaczal wrecz straszyc. Byla sniezyca, a naokolo zaspy. Pociag mial pol godziny opoznienia z powodu warunkow atmosferycznych. Pozniej jednak nagle ilosc sniegu ponownie zmalala i w Trojmiescie bylo juz zimowo, ale do zniesienia. W Gdansku czekal szwagier, ktory sprawnie przewiozl nas do domu i weszlismy niemal jednoczesnie z moja kuzynka, ktora wraz z mezem przyjechala na wspolnego Sylwestra.

Impreza byla sympatyczna, choc bez wiekszego szalenstwa. Posiedzielismy, podrinkowalismy, a o polnocy zapalilismy zimne ognie.

Prawie wszyscy zlapani na zdjeciu :) 

Siostra fajerwerkow nie miala, ale wiekszosc okolicznych domow rozblysla, wiec bylo co podziwiac. Wiekszosc z nas padla okolo 2 nad ranem i tylko szwagier z mezem kuzynki siedzieli ponoc prawie do... 6! :O Nowy Rok przywitalismy wiec ciezka glowa, szczegolnie ze siostrzeniec, najmlodszy z naszej gromady, juz od 8 urzadzal biegi oraz budzenie kogo sie dalo. Glownie Kokusia oraz wujka (tego od kuzynki), ktory mial pecha bo probowal dosypiac w salonie. ;) Wiekszosc dnia przesnulismy sie leniwie, czekajac az dojedzie corka kuzynki, ktora spedzila Sylwestra w Gdynii, ze swoja siostra cioteczna od strony taty i po poludniu mialy obie dojechac do mojej siostry i wrocic do domu z kuzynka i jej mezem. Pojechali dosc pozno, bo po 19, a przed nimi byly dwie godziny jazdy w padajacym ponownie sniegu. Fajnie jednak, ze udalo sie z nimi spedzic praktycznie caly jeden dzien. Pozniej zostalismy juz w 9, plus moja mamuska, ktora ponownie zostala na noc, ale poszla spac juz o 20, razem z malym siostrzencem. Za to "starszaki" strasznie chcialy obejrzec final serialu Stranger Things i choc siostra miala watpliwosci czy to film dla jej 11-latki, w koncu ulegla, cala banda wiec radosnie zasiadla na kanapie. I ponoc nikt nie mial pozniej koszmarow. ;)

Reszta pobytu w Trojmiescie niestety wygladala podobnie jak w Zakopanem, czyli wiekszosc czasu spedzilismy zagrzebani w domowych pieleszach. W najsmielszych marzeniach (a moze koszmarach) nie przypuszczalam, ze na wybrzezu bedziemy sie zmagac z taka zima. Niemal codziennie padal snieg i caly czas trzymal mroz, co najfajniej ogladalo sie z cieplutkiej chalupy. U mojej siostry odkrylam, ze marzy mi sie ogrzewanie podlogowe. W Stanach nie jest ono zbyt popularne, a tymczasem ja, ktorej zawsze (nawet w srodku lata) marzna stopy, chodzilam na boso, lub w samych skarpetkach i bylo mi raczej za goraco. Takie ogrzewanie jest najwyrazniej duzo bardziej wydajne niz kaloryfery, bo w nocy spalismy z M. przy uchylonym oknie, bo inaczej lezelismy zlani potem. U siebie w domu mamy raczej chlodno, tak okolo 18-20 stopni, wiec kiedy w Polsce wszedzie temperatura oscylowala okolo 25, niestety momentami ciezko bylo nam wytrzymac. W kazdym razie, z atrakcji, to tylko w sobote pojechalismy na prosbe starszych dzieci obejrzec Avatara. Siostrzeniec zostal z babcia, a my pojechalismy w sniezycy i zasypanych drogach. Bilety byly juz jednak kupione, wiec nie bylo odwrotu. Film mlodziezy sie oczywiscie podobal, ale wszyscy dorosli jednoglosnie stwierdzili, ze byl sredni. Obejrzelismy go w trojwymiarze, wiec wizualnie zachwycal, ale sama fabula? Przewidywalna, sporo scen mocno inspirowanych (zeby nie powiedziec "skopiowanych") z poprzednich czesci i nieco nudnawy. Moze kolejna czesc bedzie lepsza, bo tu ma ponoc byc kolejny skok czasowy, wiec do scenariusza wpadnie kilka swiezych pomyslow. ;) W piatek za to, dosc spontanicznie wybralismy sie (dorosli + chlopaki) na spacer do Parku Oliwskiego w Gdansku. Dziewczyny chcialy pochodzic po galerii, wiec je odstawilismy i planowalismy jechac na obiad do restauracji, a ze byla niedaleko wspomnianego parku, to zaszlismy tam popatrzec na iluminacje.

Nik z ciotka oraz kuzynkiem 

Te oczywiscie zachwycily, choc byl taki mroz, ze zrobilismy tylko szybkie koleczko i pobieglismy do srodka. Poza tym jednak, siedzielismy w domu. Mlodsza siostrzenica marudzila o aquapark i gdzie myslalam ze Potworki az podskocza z entuzjazmem, tak oni wzruszyli ramionami, ze moga jechac, ale nie musza, a Bi wresz stwierdzila, ze bardziej nie chce, niz chce. Do tego M. oznajmil, ze on nie jedzie, a moja siostra ze sie zmusi, choc takich miejsc nie lubi. Ja oraz szwagier bylismy raczej neutralnie nastawieni i ostatecznie nie pojechalismy. Tym bardziej, ze wstepnie myslelismy o niedzieli, ale kiedy wyszlismy z domu zeby pojechac do kosciola, okazalo sie, ze wieje taki silny, mrozny wiatr, ze kazdemu od razu odechcialo sie moczyc. Oczywiscie, przy takiej pogodzie, Nik oraz mlodsza siostrzenica odkryli wspolna pasje zabawy na sniegu i codziennie wychodzili do ogrodu tarzac sie i uklepywac kupe pozostala po odsniezaniu podjazdu. Raz zabralysmy z siostra chlopakow (nie pamietam co robila reszta) oraz mlodsza siostrzenice na spacer, gdzie na zmiane z Kokusiem ciagnelysmy sanki, a trzy psiaki biegaly naokolo w kubraczkach. :) Z psami w ogole byla uciecha, bo wszystkie sa male i przymilne, zebraja przy stole i nadstwiaja sie do glaskania. Dom ciotki to w ogole dla Potworkow miejsce jak z marzen, bo dziewczyny maja caly zwierzyniec. Mlodsza gekona oraz chomika, a starsza tyle tego ze pewnie wszystkiego nie zapamietalam: trzy wieksze jaszczurki, dwa gekony, dwie zaby, wije, slimaki afrykanskie, krolika, a na dodatek na przerwe swiateczna przywiozla ze szkoly... ptasznika. :O Po obejrzeniu Avatara lazilismy jeszcze po galerii w poszukiwaniu przedluzacza, bo jedna z jaszczurek potrzebowala lampy, oraz zoologicznego, bo siostrzenicy skonczyly sie... swierszcze do karmienia tego calego zoo. A Potworki teraz jecza odpowiednio o chomika (Nik) oraz agame brodata (Bi). :D

Wtorek, 6 stycznia to juz byl czas powrotu. Choc raz zamowilismy bilety na ludzka godzine i na lotnisko wyjechalismy o 11 rano. Zeby nie bylo zbyt fajnie, kontrola w Gdansku przyczepila sie do bagazy podrecznych M. oraz Bi. W Bostonie puscili nas bez mrugniecia okiem, tutaj nie bylo zmiluj. Za duze i koniec, co bylo bzdura, bo pozniej widzielismy sporo wiekszych. Starszej zabrali walizke i nadali ja na samolot (dobrze ze nie kazali zaplacic), M. oddal mi pare rzeczy z plecaka i udalo mu sie go na tyle scisnac, ze pan machnal reka. Co ciekawe, Nik w plecaku mial metalowe sztucce (nie pytajcie...) z lotu w tamta strone, w tym noz, i jakos je przepuscili. Pozniej lot opoznil sie o pol godziny, a ze na przesiadke mielismy tylko 50 minut, to czekal nas dziki bieg przez lotnisko w Monachium. Dobrze, ze jeszcze kilka innych osob lapalo ten sam samolot, wiec na nas poczekali. Co jakis czas obsluga machala, pytala czy my do Bostonu i pokazywala w ktorym kierunku mamy pedzic. :D Na dodatek, akurat rano kopnelam niechcacy w walizke i stluklam paluch u stopy. Pozniej musialam ja scisnac na caly dzien w bucie i przy pedzie przez lotnisko chcialo mi sie plakac, tak mnie bolal. Dopiero w domu moglam go dokladnie obejrzec i serio przeszlo mi przez mysl, ze mogl byc zlamany. :O

Kto zgadnie ktory paluszek mnie bolal? :D

Na szczescie, na dlugi lot zdjelam buta, co troche pomoglo i nawet po ponownym zalozeniu, juz tylko lekko pulsowal. Wsiadalismy jednak jako ostatni i caly bagaz podreczny musielimy zostawic na poczatku samolotu, zas sami siedzielismy prawie na ogonie. Tym razem M. siedzial z dzieciakami, a ja niestety obok jakiegos malzenstwa, wiec nie byl to przyjemny lot. Tyle, ze w strone Hameryki leci sie w dzien, nawet wiec nie probowalam spac. Caly lot gralam oraz ogladalam filmy i jakos zlecialo. Niestety, mielismy dosc spore turbulencje i na jakis czas pilot oglosil nawet zeby usiasc i zapiac pasy. W ktoryms momencie tak trzeslo i bujalo, ze pomyslalam, ze jeszcze troche, a zrobi mi sie niedobrze. ;) No ale dolecielismy szczesliwie, a to najwazniejsze. Pozniej mialam kolejnego stresa, bo strasznie dlugo czekalismy na moja walizke. Bi (zabrana w Gdansku) pojawila sie zaraz na poczatku, a mojej nie bylo i nie bylo. Wiekszosc pasazerow odeszla juz ze swoimi bagazami, a my dalej czekalismy. Tak naprawde to wracajac do domu, takie rzeczy jak ciuchy nie byly mi az tak potrzebne, ale niestety w walizce zostal moj jedyny sloiczek kremu do twarzy, jak i przybory do makijazu. Na szczescie wreszcie waliza sie pojawila. Pozniej juz wszystko poszlo w miare sprawnie. Przejechalismy do wypozyczalni aut, wladowalismy sie do przydzielonego samochodu (niby maly SUV, ale mielismy problem zeby upchnac walizki) i po 2 godzinach dotarlismy do chalupy.

I ogolnie, cala wizyte w Polsce mozna by uznac za udana, choc moze troche nudna, ale wszystko popsula... moja matka i zostawila niesmak jeszcze na dlugo. Nie wiem czy to nie temat na osobnego posta; w kazdym razie szykujcie sie na dluuugi akapit. Tak w ogole, to ktoregos dnia gadalysmy z moja siostra, ze nasza mamuska jest jednak niemozliwie falszywa. Pierwszego dnia byla do rany przyloz, no ale dopiero przylecielismy, dojechala kuzynka, byl Sylwester, wiec duzo sie dzialo, a ona brylowala w towarzystwie. Kolejnego dnia juz zaczela pokazywac pazury, bo uparla sie, ze mlodsza siostrzenica ma jej odstapic wlasny pokoj, mimo ze siostra chciala ja polozyc gdzie indziej. Nie, bo ona jest juz starsza pania (ma 68 lat, wiec to nie zgrzybiala staruszka) i musi miec komfort. Byla jednak nadal kuzynka, a jak przyjechala potem jej corka z tamta dziewczynka, to bym nie uwierzyla, ze to moja rodzicielka. Jak ona slodko cwierkala do tamtej panienki: a corka ktorej ty cioci jestes, a ktora to siostra ktorej krewnej, a do jakiego liceum chodzisz, o jak fajnie, o jak cudownie! Normalnie rzygac sie chcialo, ale wiekszosc ludzi daje sie na to nabrac i z siostra slyszymy potem jak to nasza matka jest taka sympatyczna, radosna osoba. Mistrzyni pierwszego wrazenia po prostu... W kazdym razie, w piatek przyszedl zwykly, szary dzien, kuzynki juz nie bylo, wiec matka szybko pokazala co potrafi. Zaczelo sie niewinnie, od rozmowy o ksiazkach, ktora przeszla w rozmowe o dzieciakach (bo Bi kocha czytac) oraz o ich szkolach. Najstarsza siostrzenica, choc bardzo inteligentna, jest na bakier z nauka, ma ADHD i ogolnie szkoly nie darzy miloscia. I moja matka stwierdzila, ze to po ciotce, czyli po mnie. Najpierw wzruszylam ramionami, bo faktycznie szkoly nie lubilam i przyznaje, ze choc z przedmiotow scislych bylam noga, to co do reszty, to bylam po prostu niemozliwie leniwa. Matka zaczela jednak wspominki, a musicie wiedziec, ze ona lubi te swoje historie mocno ubarwiac i przekrecac jak jej pasuje. Zalamala mnie wiec tekstem, ze bylam nawet zagrozona z matematyki i pani powiedziala, ze powinnam byc moze przepisana do zawodowki. :O Przypomnialam wiec matce, ze juz rozmawialysmy o tym kilka tygodni wczesniej (bo jakos tez wyszedl ten temat) i dogadalysmy sie, ze taka sytuacja w ogole nie miala miejsca. Musicie wiedziec, ze ogolnie liceum to byl dla mnie szok i tak, bylam w I klasie zagrozona, ale z fizyki. Pan nie umial uczyc, ogolnie byl tragiczny i wystawil paly na pierwszy semestr wszystkim dziewczynom. Wiekszosc jednak poplakala sie i chlop poprawil im na mierne. Ja bylam w takim szoku, ze na zawolanie nie potrafilam sie rozplakac i zostalam z pala. Potem jednak znalazlam korepetytora i zaliczylam material bez problemu, natomiast w kolejnym semestrze tematyka bardziej mi podpasowala i wyszlam na 4. Kiedy dostalam pierwsza 5, pan prychnal, ze cuda sie zdarzaja. Ch*j jeden. :D A tekst o zawodowce to rzucila polonistka w VIII klasie, ale do taty mojej kolezanki, ze zamiast do liceum, Iwonka powinna skladac podanie do szkoly zawodowej! Nie mam pojecia jak moja mamuska podpiela to pode mnie, ale kiedy poprawilam fakty, warknela wsciekle, ze bez niej, to ja nawet bym sie nie dostala do tego liceum! O ludzie! Skad jej sie to wzielo? Zdawalam do szkoly sredniej w czasach, kiedy egzamin pisalo sie w wybranej szkole; nie bylo tzw. egzaminu osmoklasisty. Nikt nie znal swoich punktow, po prostu albo sie trafialo na liste przyjetych, albo nie. Po powrocie do domu po egzaminie, oczywiscie matka dopadla do mnie z pytaniem, jak mi poszlo. Nigdy nie mialam jakiejs wiekszej pewnosci siebie, a dodatkowo wiadomo, kilku pytan nie bylam pewna, wiec nie brzmialam pewnie zbyt przekonujaco. Na to oczywiscie mamuska na mnie naskoczyla, ze czy ja jestem nienormalna, ze przeciez sie moge nie dostac i co ludzie powiedza (bo to najwazniejsze) i ona zna jakas tam nauczycielke, ktora zna byla dyrektorke tamtej szkoly (matka jest emerytowana nauczycielka, wiec zna sporo osob z tej kliki) i czy ma szukac kogos zeby przepchnal moje papiery? Widzicie to? Ona sie pyta wystraszonej, zdenerwowanej 14-latki, ktora po jej naskoku sama w siebie zwatpila, czy ma szukac znajomosci zeby pomoc jej dostac sie do liceum! Oczywiscie baknelam, ze moze by kogos poszukac, bo co innego mialam powiedziec?! Matka wykonala kilka telefonow i do liceum sie dostalam. Czy bylo to potrzebne, tego nie wie nikt. Mamuska lubi jednak powtarzac, ze tamta pani powiedziala ze jestem przyjeta, ale nie wspomniala nic ze interwencja nie byla konieczna. Dla mojej matki oznacza to automatycznie, ze byla potrzebna. Ja mam swoje watpliwosci, bo widzac jaki poziom reprezentowala spora czesc klasy, to ze kilka osob wyrzucili po pierwszym roku, kilka kolejnych nie przystapilo do matury, zas kolejna jej nie zdala, to raczej sklaniam sie ku opinii, ze dostalabym sie bez pomocy. No ale wg. mojej matki, bez niej bylabym w zawodowce... :/ Tutaj tez poprawilam mamuske i to co ona uwaza za "prawde", na co ta oznajmila ze jak sie dostalam, tak dostalam, ale przeciez ja w tym liceum pozniej to ledwie ciagnelam i w dodatku ciagle wagarowalam! Wszystko mi opadlo, bo oprocz tej nieszczesnej fizyki, to oceny mialam po prostu srednie, ani same bardzo dobre, ani najgorsze. Najczesciej lapalam paly bo panicznie balam sie ustnych odpowiedzi. Paralizowalo mnie i wolalam powiedziec, ze jestem nieprzygotowana i jak najszybciej usiasc, niz probowac odpowiadac, nawet jesli sie uczylam. Wiedzialam zreszta, ze potem poprawie ocene na klasowce. Ale wagary?! Zdarzylo mi sie, owszem, wyjsc przed religia czy w-f'em kiedy mialam je ostatnie, bo nie lubilam tych przedmiotow, a nie uwazalam ich za szczegolnie wazne. To byly jednak sporadyczne przypadki, wiec trudno tu mowic o "ciaglych" wagarach! Na to matka dobila mnie juz zupelnie tekstem, ze przeciez wychodzilam z domu, czekalam az siostra wyjdzie do szkoly, po czym wracalam! Tutaj juz sie wkurzylam nie na zarty, bo i M. (ktory sie przysluchiwal) rzucil ze smiechem, ze czego on sie tu dowiaduje! Przypomnialam wiec tej niemozliwej kobiecie, ze sytuacja, o ktorej mowi to byla juz klasa maturalna, gdzie zapisalam sie na dodatkowe zajecia z polskiego oraz biologii, natomiast na angielskim juz zabraklo miejsc, wiec wpisana zostalam jako "wolny sluchacz". Po kilku zajeciach okazalo sie, ze klasa jest przepelniona, wolni sluchacze zostali wypchnieci na koniec sali gdzie siedzieli po dwie osoby na krzesle, nie mieli nawet jak wygodnie cos zapisac i nie wolno im bylo sie nawet odezwac. Jeden po drugim, zaczeli sie wiec wykruszac i jak w koncu z mojej klasy nie zostal nikt, to stwierdzilam ze wole sama sie pouczyc, niz przyjezdzac 3 godziny wczesniej do szkoly. Kiedy jednak uczciwie probowalam matce powiedziec ze nie chce juz chodzic na te zajecia, dostalam lanie (tak, matka nie bala sie uzywac reki, pasa, a czasem nawet nogi) i zostalam wyzwana od najgorszych. Tak wiec znalazlam wlasny "sposob". ;) Tutaj tez przypomnialam to matce, ktora stwierdzila, ze przeciez to bzdura, bo przeciez gdybym jej wytlumaczyla, to ona by mi pozwolila nie chodzic... Buhahahaha!!! Dodala tez, ze klamie, bo ona przeczytala o tym w moim pamietniku! Z tym pamietnikiem to tez jest niezla historia, bo kiedy chcialam go wziac wyjezdzajac do Stanow, matka urzadzila karczemna awanture i schowala go tak, ze nie znalazlam! Rozumiecie to; moj wlasny pamietnik! Machnelam na to zreszta reka, bo od wielu lat juz nic w nim nie pisalam, bowiem matka nie dosc, ze go czytala, to robila afery o wszystko, co tam znalazla, czyli glownie o moje zale o niej samej. Ona zawsze z luboscia powtarzala, ze nie sra sie we wlasne gniazdo. Szkoda, ze sama lubi opowiadac wyssane z palca historyjki o mnie i siostrze... :/ W ktoryms momencie nawet Bi wtracila, zeby babka zostawila jej mame juz w spokoju! Rzadko mnie ta moja corka az tak chwyta za serce... :D Wracajac jednak do klotni, oznajmilam ze nie mogla o tym przeczytac w moim pamietniku, bo nie pisalam nic w nim od bodajze pierwszych klas liceum, a poza tym pamietam ze o tej calej sytuacji z wychodzeniem i potem wracaniem, sama jej powiedzialam (jako anegdotke i potem plulam sobie w brode) jak bylam juz po studiach. Nie uwierzylysbyscie jaka ona zrobila mi awanture i ile wyzwisk uslyszalam pod swoim adresem za cos, co wydarzylo sie 6-7 lat wczesniej!!! :O Teraz przypomnialam o tym matce, ktora oczywiscie wszystkiego sie wyparla, oznajmila ze musi sprawdzic w tym pamietniku, ktory to byl rok, ale dziwnie szybko zmianila temat, czyli siadla na moja siostre. N. tez nie dala sobie wmowic jakichs bzdur, bo przez ta kobiete wyladowala juz na terapii, gdzie nauczyla sie jak skutecznie odpierac jej ataki. Oczywiscie matka, widzac ze nie wygra, natychmiast sie zerwala i tupnela noga ze ona jedzie do domu, ze oczywiscie wedlug nas jest najgorsza, ze ciagle ja atakujemy, itd. Widzicie ta taktyke? Natychmiastowe odwracanie kota ogonem! Popatrzylysmy z siostra po sobie, jakos te wiedzme (no sorki, wiem ze matka, ale taka prawda) zagadalysmy i wydawalo sie, ze jest ok. Minela moze godzina, wszyscy porozchodzili sie po pokojach, poszlam do lazienki, wychodze, a po chwili ktos pyta "a gdzie babcia?". Patrzymy po sobie, jedno pyta drugie, w koncu Nik oznajmia, ze widzial jak wychodzila. Mlodsza siostrzenica potwierdzila. Wyszla, z nikim sie nie zegnajac, nawet z Kokusiem, choc siedzial zaraz naprzeciwko wyjscia, wiec musiala go widziec! Poniewaz to juz nie jej pierwszy taki wyskok (ostentacyjne wyjscie z wielka obraza, to jej element pokazowy), wiec szybko przeszlismy do porzadku dziennego. To byl dzien gdzie wieczorem zawiezlismy dziewczyny do galerii, a z chlopakami pojechalismy do Parku Oliwskiego i restauracji. Kolejnego dnia mielismy jechac do kina i powstala zagroska, bo nie bylismy pewni czy babcia przyjedzie do najmlodszego siostrzenca. W sumie juz M. zglosil sie na ochotnika ze zostanie, choc moja siostra probowala zglosic swoja starsza corke, ktora juz ten film widziala. Ostatecznie jednak babcia (jakims cudem) przyjechala. Wrocilismy z kina, wyladowalismy sie z auta, wchodzimy do domu, a matka przeciska sie w przedpokoju w odwrotnym kierunku! Akurat przepychala sie kolo mnie, wiec spytalam zaskoczona czy jedzie, spodziewalam sie bowiem ze zostanie na reszte dnia. Na to mamuska spojrzala na mnie z takim swoim kretynskim usmieszkiem, niczym dziecko, ktore wie ze zbroilo, ale nie moze sie powstrzymac, rzucila krotkie "tak" i uciekla na zewnatrz! Znowu polowa naszej gromady nawet nie zauwazyla ze ona pojechala! No coz... To byla sobota, wiec w niedziele napisalam do niej czy przyjedzie kolejnego dnia. Odpowiedziala jeszcze "normalnie", ze "milo ze pytam i ze myslala nawet dzis zeby przyjechac, ale nikt oczywiscie nie pamieta ze ona gdzies tam siedzi sama". Rzecz jasna musiala dodac ziarenko dramaturgii... ;) Dopisala jednak, ze "po co ma przyjechac". Odpowiedzialam ze przeciez pozegnac sie z nami. Na to napisala, ze przeciez wyjezdzamy we wtorek, wiec musialam odpisywac jak dziecku, ze tak, czyli poniedzialek to nasz ostatni dzien. Na to juz nic nie odpisala, a ja nie dopytywalam. Czas mijal blyskawicznie, wiec jakos wczesnym popoludniem wlasnie w poniedzialek, dotarlo do mnie, ze mamuska nie dojechala. Napisalam wiec czy wpada, bo uznalam, ze jest na tyle wczesnie, ze majac 25 minut drogi, spokojnie zdazy z nami posiedziec. I sie zaczelo!!! Najwyrazniej po mojej wiadomosci poprzedniego dnia, ona oczekiwala, ze bede do niej pisac caly czas i blagac o przyjazd, a kiedy tak sie nie stalo, spedzila caly dzien sama siebie nakrecajac! Nie bede przytaczac calej wymiany, bo szkoda miejsca, ale kilka jej tekstow zacytuje, szczegolnie te, gdzie znow przekreca fakty i robi z siebie ofiare.

"Musze zyc dalej. Musze pogodzic sie z mysla, ze tylko wam przeszkadzam. Musze poszukac po swietach pomocy psychologicznej. Dzis jestem na ziolach. N. zawsze mowi ze lepiej Wam beze mnie. Potrzebna jestem tylko do pilnowania dzieci"

Na to odpisalam, ze akurat moich dzieci to nigdy nie pilnowala i wlasciwie to nie zalezalo jej zeby ich nawet poznac skoro przez 10 lat nie przyleciala do Stanow, mimo posiadania wizy i bycia na emeryturze. Zero reakcji. Zamiast tego dostalam:

"Nigdy nie zapytalyscie jak sie czuje z tym? Jak ukladaja mi sie sprawy materialne? Jak sobie radze? Czy czegos potrzebuje?"

Tu akurat wiem ze finansowo ma sie swietnie, bo poza wlasna emerytura, tata wysyla jej kase z Hameryki, wiec to takie zale dla lepszego efektu. ;)

"Bardzo sie cieszylam na wasz przyjazd... Myslalam ze sobie pogadamy sam na sam... Niestety, tylko mnie atakowalas (przy dzieciach!), a gdy w pospiechu wybieraliscie sie do restauracji nikt nawet nie spojrzal w moja strone! Nikt nie zapytal, a ty mamo jedziesz z nami? Nikt nie zareagowal, jak z wielka torba wychodzilam z domu, Nie masz pojecia jak ja sie czulam! Jak smiec! Bylo mi bardzo przykro. Chcieliscie zebym was opuscila. A wczoraj, gdy wrociliscie z kina, czy ktos zapytal mnie: mamo zostaniesz? Nikt! Jak ja sie znow czulam??? Pomyslalas o tym?"

Widzicie to robienie z siebie ofiary i odkrecanie kota ogonem? Gdyby mnie tam nie bylo, pomyslalabym ze mowimy o dwoch zupelnie roznych sytuacjach! Oczywiscie wyprostowalam wszystkie fakty, to ze nikt nie widzial kiedy wychodzila, ale matka, jak wpadla w trans uzalania sie nad sama soba, to byla juz nie do zatrzymania.

"Ja mowie o przedwczorajszym dniu. Wychodzilam z wielka torba i koldra, patrzyliscie. Szkoda slow! Szczesliwego lotu i powrotu do domu zycze wam!"

Juz mi sie odechcialo prostowac, ze mowi o trzech dniach do tylu i powtarzac, ze nikt (poza Nikiem) nie widzial jej wychodzacej. I tu powinien byc koniec, ale...

"A sorry! Jeszcze jedno, ostatnie slowo... Jesli ci zalezalo pozegnac sie z matka, to przyjechalabys do mnie. Wiesz gdzie mieszkam. Szczerze mowic liczylam na to i czekalam. Moglas wziac auto N. i po prostu wpasc. Ja caly czas jestem w domu."

W tym momencie opadly mi nawet cycki, bo taaa... bede brala auto siostry i probowala ogarnac sie na rozbudowanej obwodnicy (dwa lata temu, mimo nawigacji, tak pobladzilismy z M., ze przez pol godziny krecilismy sie w kolko). Nie mowiac juz o tym, ze przed naszym przylotem, matka sama zaznaczyla, ze do siebie nie zaprasza, bo ma mieszkanie do remontu i straszny balagan! I nawet mi sie wtedy przykro zrobilo, bo przeciez tam sie wychowalam i myslalam, ze Potworki jeszcze raz zobacza dawny pokoik ich rodzicielki... Ale teraz nagle mialam tak po prostu przyjechac! :O

W kazdym razie, nie chcialo mi sie juz przytaczac kolejnych argumentow, bo ta wymiana do niczego nie prowadzila, wiec napisalam tylko ze mamy pozny lot, wiec jesli chce przyjechac sie pozegnac, to wychodzimy dopiero o 11.

"Juz zyczylam Wam szczesliwego lotu"

I to koniec. Przyznaje, ze spodziewalam sie, ze przemysli, ochlonie i z wielkim fochem, ale przyjedzie sie pozegnac. No i sie zdziwilam. Nie przyjechala i do dzis nie otrzymalam od niej ani slowa. Jej druga corka oraz wnuki przylatuja raz na dwa lata, a ona nie dosc ze nie potrafi tak normalnie, serdecznie ucieszyc sie ze nas widzi, to jeszcze urzadza awantury (ale twierdzi, ze to ja i siostra) i nawet nie raczy sie po ludzku pozegnac!!! Tym razem jestem jej zachowaniem tak rozczarowana i zdegustowana, ze sama nie wiem kiedy sie odezwe. Rozwazam odciecie sie zupelne. :/

Jesli ktos przez to przebrnal, to sorki. Musialam dac sobie upust. Niestety, w swiecie toksycznych rodzicow, moja matka wiedzie prym...

Ale poza tym, to w Polsce bylo calkiem przyjemnie. ;)

środa, 7 stycznia 2026

Pojawiam sie i znikam :D

Melduje, ze wrocilismy z wojazy szczesliwie. Tyle ze spisanie polskich wspomnien i nadgonienie codziennosci, troche zajmie, wiec nie wiem kiedy pojawie sie z jakims tasiemcem. ;)

Wszystkiego Wspanialego w Roku 2026!!!

niedziela, 21 grudnia 2025

Wesolych Swiat!

Kochane! Przed Wigilia raczej juz nie dam rady tu wejsc, wiec zyczenia zloze juz teraz:

Zdrowych, Wesolych Swiat Bozego Narodzenia, Spedzonych wsrod Najblizszych! Bogatego Mikolaja i Odrobiny Sniegu! ;)

Maye trzeba bylo przekupiac przysmaczkami zeby nie sciagala czapy, a Oreo ledwie widac na tle kurtki Bi (dobrze, ze ma biale skarpetki i mordke), ale cala banda jakos trafila na wspolne zdjecie ;)

Do przeczytania w Nowym Roku!

piątek, 19 grudnia 2025

Nowy rozdzial w ksiazce zwanej "Zyciem"

A w sobote, 13 grudnia, niespodzianka! Mialam wolne! O tym dlaczego, kawalek nizej. Poki co, zostanmy przy sobocie, ktora zaczela sie spaniem do budzika, czyli do 8:30. Nie moglam za bardzo sie powylegiwac dluzej, bo grafik mielismy napiety, wiec szybko wstalam, zjadlam sniadanie i umylam sie. Pozniej zabralam sie za odkurzanie i mycie podlogi na gorze i przykazalam Potworkom zrobienie tego u siebie. Bi poskrobala sie po glowie, bo kilka dni temu wyciagnela i zaczela ukladac puzzle z 1000 czesci. Lezaly zapomniane na polce, bo dostala je kilka lat temu i wowczas pokonaly ja juz na starcie. Na obrazku sa wilki na sniegu. Wszystko bialo-szare z tylko malymi elementami w innym kolorze. Tym razem idzie jej lepiej, ale jednak troche to zajmie, a ona zawalila puzzlami najwiekszy otwarty obszar paneli. Teraz odkurzyla i umyla podloge naokolo, ale tam gdzie puzzle, bedzie sie zbieral kurz i kocie klaki az skonczy. :/ Pozniej zostal mi czas tylko na szybciutka kawe, po czym na 12:15 pedzilam z Kokusiem na kolejny mecz koszykowki. Smiac mi sie chcialo, bo Nik ciagle powtarza, ze ma taka super druzyne i ze sa najlepsi. I co? Drugi mecz, a juz trafila kosa na kamien. Przeciwnicy byli z sasiedniej miejscowosci i tez okazali sie mocni. Gra byla baaardzo wyrownana, ale nasze chlopaki ostatecznie przegraly 20:21. :O

Kokusiowi udalo sie dorwac do pilki ;) 

Mlodszy wyszedl z nosem na kwinte i narzekal ze przegrali przez chlopaka (jedynego, ktorego nie lubi ze swojej druzyny), ktory ciagle zapominal kryc przydzielonego mu przeciwnika i tamci to wykorzystywali. Mnie sie wydaje, ze po prostu grali na tak podobnym poziomie, ze zadzialalo tu zwyczajne szczescie, bo zespol Kokusia mial mnostwo okazji do strzalow, ktore konczyly sie pudlem. Po meczu musialam zajechac do UPS'u nadac dwie przesylki z nieudanymi zakupami z Amazona, po czym pojechalismy do domu. Dlugo w nim nie posiedzielismy, bo chcielismy juz tego dnia zaliczyc przedswiateczna spowiedz, w nadziei unikniecia tlumow. Taaa... Spowiedz byla w Polakowie, wiec kawalek trzeba bylo przejechac, a zaczynala sie o 15, wiec juz od 14:40 powtarzalam zeby sie zbierac, bo 1.5 tygodnia przed Swietami na pewno bedzie juz wiecej ludzi. Nikt mnie nie sluchal, nawet M. i wszyscy sie snuli. Wyjechalismy tuz przed 15 i co? Tak jak myslalam, kolejki byly juz na kilkanascie osob. Normalnie nie byloby tak zle, ale na 16 chcielismy zdazyc ma msze w kosciele nieopodal naszego domu, zeby potem skrocic sobie powrot. No coz, kazdy po kilka minut spowiedzi i nie zdazylismy. :/ Przejechalismy do innego kosciola, rowniez w Polakowie, gdzie tez msza jest w soboty o 16, tyle ze potem czekalo nas 20 minut jazdy do domu... Po powrocie szybko chcialam zabrac sie za kremy do tortu bo pamietalam ze one musza potem stezec w lodowce, inaczej sie leja. Niestety, tym razem sama dalam plamy, bo wczesniej zapomnialam... wyjac maslo! :O Suuuper... Musialam wiec kombinowac jak tu jak najszybciej je zmiekczyc. Akurat M. rozpalil w kominku, wiec w koncu pokroilam je na kawaleczki i przekladalam  przed ogniem to na jedna strone, to na druga. ;) Kiedy w koncu zmieklo, ukrecilam kremy, ale tak jak sie obawialam, wyszla z nich zupa. :/ Wladowalam je do lodowki, a w miedzyczasie stwierdzilam, ze przygotuje sobie juz wszystko inne, czyli ubilam bita smietane z serkiem mascarpone, przygotowalam herbate z cytryna do nasaczania biszkoptu, no i pokruszylam ciasteczka Oreo, bo tym razem dekoracje wymyslilam sobie wlasnie z nimi. Tutaj sama troche zrobilam sie w bambuko, ale o tym za momencik. Kiedy juz wszystko co moglam, przygotowalam, pozostalo czekac na masy. W koncu zrobilo sie jednak po 20 i stwierdzilam, ze moze nie bedzie zle. Coz, bylo... :/ Nie wiem kiedy ja sie naucze, zeby te masy robic dzien wczesniej. Za kazdym razem ten sam blad. Czasu malo, a krem sobie wyplywa bokami, ech. Jakby malo bylo zbierania lyzka wyplywajacej masy, po tylku dala mi tez dekoracja. Tak jak pisalam, uzylam skruszonych ciasteczek Oreo, ktore dodalam do bitej smietany. Pomysl niezly, ale dopiero po fakcie stwierdzilam, ze do tego celu potrzebne sa chyba same ciasteczka, bez nadzienia. Pokruszone ciastka byly bowiem nadal dosc wilgotne, a bita smietana jeszcze dodala wilgoci i w rezultacie okruchy zbijaly sie w grudki, ktore zatykaly mi koncowki do rekawa cukierniczego! Musialam wydlubywac je wykalaczka i mamrotalam pod nosem przeklenstwa. Skonczylam po 23 i juz nie chcialo mi sie nawet siadac na kompa, tylko padlam do lozka. Efekt koncowy byl jednak calkiem zadowalajacy.

Nieskromnie przyznam, ze wyglada bardzo profesjonalnie, choc tylko ja wiem, ile mnie ten tort kosztowal nerwow :D

Niedziela ponownie byla dla mnie wolna, ha! :) Malzonek niestety juz takiego szczescia nie mial, a jeszcze jak na zlosc, Matka Natura zeslala opady sniegu. Naprawde cieszylam sie, ze nie musze w taka pogode jechac, a przede wszystkim wracac (bo warunki musialy byc coraz gorsze zanim drogowcy sie sprezyli) z pracy. 

Taki widok po wstaniu z lozka

Tym razem prognozy kompletnie sie pomylily, bo nie mialo wlasciwie nic napadac, jakas tam warstewka i tyle. Mialo tez skonczyc juz o 8 rano, tymczasem padalo do poludnia i w rezultacie moze nie spadlo niewiadomo ile, ale kilka cm bylo, a ze kiedy zaczynalo padac, bylo okolo 0 stopni, zas pozniej scisnal mroz, to zrobilo sie slisko.

Samiec kardynala (na balustradzie) pysznie prezentuje sie na tle sniegu

Samiczka (w karmniku) ma duzo skromniejsze upierzenie 

Nastawilam budzik na 8 bo mialam napiety plan na poranek, wstalam, ogarnelam sie i zabralam za sprzatanie. Na popoludnie mielismy zaproszonego mojego tate oraz chrzestnego Kokusia, wiec szybko zabralam sie za odgruzowywanie dolu. Jakby malo bylo sprzatania domowego, to jeszcze musielismy z M. odsniezyc podjazd oraz kostke. Bi byla mocno zasmarkana, a Nik po kapieli, wiec tym razem zostalismy sami na polu bitwy. Pozniej M. pojechal po zamowiona pizze, a ja konczylam szykowanie. Wkurzyl mnie nieco moj tata, bo wiedzialam ze chce przyjechac wczesniej zebym zrobila mu bezrobocie, tylko ze dla mnie wczesniej oznaczalo 10-15 minut. Tymczasem umowieni bylismy ze wszystkimi na 14, zrobila sie 13:22, akurat poszlam na gore zeby umalowac oko i sie przebrac w cos bardziej "dla gosci", a tu podjezdza dziadek! Nosz kurna chata, nic czlowiek na spokojnie nie zrobi! Zawolalam do Bi zeby otworzyla dziadkowi drzwi i przekazala ze zaraz zejde i jak najszybciej sie wyszykowalam. Zrobilismy co trzeba i chwile trzeba bylo poczekac na chrzestnego ze swoja pania. Potem moglismy juz zaczac "impreze". Nik od dziadka dostal kase, a od wujka miniaturowa, ale bardzo mocna latarke, ktorej pudelko zluzy jednoczesnie za ladowarke i ma elektorniczny wyswietlacz, ktory pokazuje ile zostalo jeszcze baterii. Mlodszy mial chwile radochy, bo kiedy rozpakowal prezent, wyswietlacz pokazal 67, wiec syn zakrzyknal radosnie "six seeeveeen!!!" (kto wie, ten wie :D). Zjedlismy pizze i po krotkim odpoczynku zaspiewalismy Kokusiowi Sto Lat i popchnelismy jeszcze tortem.

Swieczki zdmuchniete drugi raz w jednym tygodniu 

Nie jadlam juz potem nic do wieczora. :D Goscie zwineli sie juz po 2 godzinach i mielismy jeszcze troche spokoju, choc M. pokonalo poranne (a bardziej nocne) wstawanie i padl zaraz po 18. Ja oraz Potworki "balowalismy" znacznie dluzej.

No dobrze. Teraz pora wyjasnic Wam skad moje nagle weekendowe wolne oraz tytul posta. ;) Nic nie pisalam, zeby nie zapeszyc, ale ostatni miesiac mialam podwojnie stresujacy i na wariackich papierach. Poza normalna robota bowiem, proba odespania kretynskich godzin pracy oraz weekendow, zalatwialam przejscie do... nowej pracy! :D To znaczy "troche" nowej. Pod koniec pazdziernika odezwala sie do mnie tamta agencja rzadowa, w ktorej praca przeszla mi w styczniu kolo nosa z powodu zamrozenia federalnych zatrudnien. Zostawili mi wiadomosc na telefonie, czy nadal jestem zainteresowana. Nieee, no gdzie! :D Od tego czasu ciagle mialam cos do wypelnienia, jakies telefony do odebrania, itd. Dzwonili tez po ludziach z bylej oraz obecnej pracy i zadawali mnie oraz im takie interesujace pytania jak to, czy nie mialabym powodow do obalenia rzadu Stanow Zjednoczonych! :D Cale szczescie, ze sporo komunikacji dostawalam w poniedzialki i wtorki, kiedy mialam czesto wolne. Gdy mnie na poczatku spytali kiedy chcialabym zaczac (!), odpowiedzialam ze moge zaraz 1 grudnia, ale odpowiedzieli ze ze swojej strony potrzebuja wiecej czasu i przesuneli rozpoczecie na 15 grudnia. Zmartwilam sie, bo to oznaczalo, ze zaczne prace tydzien przed wylotem do Polski i balam sie jak zareaguja. A przeplyw informacji byl tak slaby, ze dopiero tydzien przed rozpoczeciem dowiedzialam sie na 100% kto bedzie moim bezposrednim przelozonym. Poza tym wkurzona bylam, bo w obecnej (teraz juz bylej) pracy strasznie mnie cisneli ze szkoleniami, a wiedzac ze odchodze, kompletnie nie mialam ochoty sie na nich skupiac. No ale zacisnelam zeby i wytrzymalam zeby dac standardowe 2 tygodnie wypowiedzenia. Wszyscy byli mocno zaskoczeni, bo niewiele osob odchodzi po kilku miesiacach. Choc zdarzyly im sie ponoc jednostki znikajace po kilku dniach, ale to juz troche ewenement. ;) Ogolnie to lekko sie rozczarowalam, bo moj szef nawet bardzo nie probowal mnie zatrzymac. Wspomnial tylko, ze jego szef powiedzial zeby sprobowal mnie przekonac do zostania, ale spytal tylko czy dostalam wiecej pieniedzy, a kiedy potwierdzilam, wzruszyl ramionami, ze wobec tego nie ma karty przetargowej. I ze wie, ze praca u nich to nocki, weekendy i czasem swieta, wiec ludzie odchodza w poszukiwaniu lepszego grafiku. Mimo wszystko, od przypadkowych osob, takze z apteki (a z nimi mialam niewiele do czynienia) uslyszalam mnostwo milych slow, ze szkoda, ze w koncu przyszla sympatyczna i kompetentna osoba to zaraz odchodzi, ze fajnie sie razem pracowalo, a od mojego szefa...nic. Ani slowka ze zal mu tracic dobrego pracownika. Zastanawiam sie czy on w ogole mnie tak naprawde lubil, uwazal za cenna osobe w firmie i docenial to, ze bez szemrania pracowalam wszystkie te nocki oraz weekendy. Trudno, walic dziada... :D Dopiero na koniec podziekowal za pomoc w trakcie czasu wypowiedzenia. Kto wie, moze mieli ludzi, ktorzy odchodzili z dnia na dzien i mieli wszystko w tylku, a tu jednak dalam im tyci czasu na ustalenie co dalej. W kazdym razie, te ostatnie dwa tygodnie, pomimo nocek, byly chyba najlepszymi w ciagu tych 7 miesiecy. Nikt nie mordowal mnie szkoleniami i moglam spokojnie wypuszczac sobie 3 partie, a potem ogarniac dokumenty i inwentaryzacje. Roboty mialam po uszy, ale dzieki temu nocki mijaly mi ekspresowo. Oczywiscie ostatni dzien wpisalam sobie w poprzedni piatek, bo stwierdzilam, ze nie ma mowy zebym pracowala w ostatni weekend przed przejsciem w nowe miejsce. Dzieki temu wlasnie zyskalam spokojne (choc cholernie zabiegne) dwa dni. W poniedzialek rano mielismy -11, wiec rozwiozlam Potworki po szkolach, po czym moglam wrocic do domu. Mialam niesamowite szczescie, ze w pierwszy dzien nowej pracy mialam tylko prezentacje organizacyjna, co prawda trwajaca prawie 3 godziny, ale za to wirtualna, wiec laczylam sie spokojnie z chalupy. Okazalo sie bowiem, ze moje stanowisko pracy w biurze nie jest jeszcze gotowe. Coz, nie powiem zebym narzekala. ;) Poniewaz to praca w agencji federalnej, musielismy zlozyc przysiege ze bedziemy godnie sluzyc krajowi, a po niej, na ekranie wyskoczylo cos takiego:

:D

Po tym spotkaniu mialam pol godziny przerwy, po czym laczylam sie ponownie na rozmowe z nowym szefem. Musze przyznac, ze mialam przed nia niezla treme, bo po pierwsze, wiadomo, nowy boss to zawsze niewiadoma. Poza tym, jak tylko mialam jakies informacje, ze to on jest faktycznie moim przelozonym oraz odnosnie rozpoczecia pracy, napisalam do niego w sprawie mojego wylotu do Polski. Z wymiany mailowej potem, wydawalo mi sie, ze nie byl zbyt zadowolony, ale ze przez maile ciezko kogos wyczuc, to wiedzialam, ze musze poruszyc owy temat na rozmowie. Okazalo sie, ze niepotrzebnie sie martwilam, bo facet wydal sie przemily i powiedzial ze nie tylko nie ma problemu, ale tez nawet dobrze sie zlozylo, bo w moim biurze maja zaczac kolejne 2-3 osoby, doslownie kilka dni po moim powrocie. Poniekad zaczniemy wiec razem. W kazdym razie, rozmowa przebiegla w bardzo sympatycznej atmosferze, a pozniej mialam juz wolne. Dostalam co prawda materialy do poczytania, ale bylam tak nabuzowana adrenalina, ze zupelnie nie moglam sie skupic. Krecilam sie po domu az wrocil ze szkoly Nik. Bi zostala oczywiscie dluzej, ale o dziwo, chciala zeby po nia przyjechac juz o 15. Wrocil z pracy M., wypytal o wrazenia, przygotowalismy czesc obiadu na kolejny dzien i pozniej mozna juz bylo klapnac na tylkach. Bi nadal miala wyraznie przytkany nos i choc twierdzila, ze czuje ze juz jej przechodzi, to nie ryzykowalismy brania jej na basen. A ze na noc znow szedl siarczysty mroz i juz bylo -5 stopni, to M. stwierdzil ze jemu tez nie chce sie jechac na silownie. Zostalismy wiec w domu i Nik przypomnial sobie o ciescie na pierniki, ktore nadal lezakowalo w lodowce. Bi tez chciala pobawic sie w wycinanie ksztaltow, wiec we dwoje uporali sie z tym raz-dwa. Nie ma jak para nastolatkow. Ja tylko wyjmowalam blache z piekarnika, reszte wykonali sami. :)

Bi stanowczo odmowila spojrzenia w obiektyw 

Mimo ogrzewania w domu, przez mroz, na dole tak nieprzyjemnie ciagnelo (pewnie przez nieogrzewany garaz pod jadalnia oraz polowa kuchni), ze zapalilismy w kominku, a potem jeszcze piekarnik rozgrzal druga czesc dolu i zrobilo sie naprawde milutko i przytulnie.

We wtorek musialam zerwac sie juz o 6, choc w porownaniu z godzinami pracy w ostatnich miesiacach, wydawalo sie to prawie luksusem. Na dobry poczatek dnia, kiedy zdjelam nogi z lozka, nadepnelam na... Oreo, ktora ulozyla sie do snu zaraz przy moich kapciach. :D Nowy szef zasugerowal zebym pojechala do biura, zorientowac sie jak wyglada i poznac ludzi. Babka tam na miejscu napisala, ze bedzie okolo 7 rano, wiec odpisalam ze przyjade o 8. Niestety, nigdzie nie moze byc za dobrze, wiec okazalo sie, ze budynek z federalnymi biurami znajduje sie w samym centrum stolicy naszego Stanu i... nie maja parkingu! :O Mozna albo lapac miejsca na ulicy (gdzie sa parkometry), albo parkowac na kilku okolicznych parkingach (rowniez platnych). Za parking nie oddaja kasy, a miesiecznie (zalezy oczywiscie ile dni spedzi sie w biurze) to wychodzi prawie $200. :/ Zaparkowalam w garazu pietrowym, ktory jest chyba najwygodniejsza opcja, szczegolnie ze znajduje sie doslownie po drugiej stronie ulicy. Tyle, ze potem ludzie z pracy mnie oswiecili, ze czesto robi sie w nim zator i nie mozna wyjechac. Super. Parking fatalnie oznaczony i na dzien dobry, pojechalam pod prad. :D Na szczescie zorientowalam sie niemal od razu, szybko zawrocilam i pojechalam zgodnie z ruchem. Z miejscem nie bylo zbyt latwo i dopiero na 5 (przedostatnim) pietrze znalazlam wolna przestrzen. Nie pomagalo, ze ludzie parkuja jak swiete krowy, na liniach i czesto zostawalo puste miejsce miedzy autami, bo zaden samochod juz sie tam nie mogl wcisnac. Weszlam do budynku pracy, a tam, poniewaz nie mialam jeszcze federalnego indentyfikatora, musialam przelezc przez wykrywacz metali, a moje rzeczy przejechac przez rentgen, jak na lotnisku. :D Biuro znalazlam juz bez przeszkod, jedna z wyzej postawionych pracownic mnie oprowadzila, ale poznalam tylko czworo ludzi. Reszta byla na inspekcjach, ktos zaczal razem ze mna ale jeszcze go nie bylo, dwie inne osoby wlasnie wrocily do pracy zdalnej, itd. Okazuje sie wiec, ze to takie troche pustawe, ciche i nieco straszne miejsce. :D Trzy wieksze biura, sala konferencyjna, a poza tym to slynne, biurowe "cubicles", czyli przestrzenie wydzielone sciankami dzialowymi. Na szczescie sa one niestandardowe i maja wielkosc niewielkich biur, tyle ze bez drzwi i scian do sufitu. :D Dowiedzialam sie tez, ze pracujac w federalnej agencji, cofamy sie troche do innej epoki i tak np., budynek nie ma wi-fi. Z internetem laczymy sie nadal kablami. :D

Dostalam tez "pamietniczek", ktory wyglada jak zwykly notatnik, ale jesli wierzyc napisowi w czarnym kolku, produkuje sie je (lub produkowalo) specjalnie dla pracownikow federalnych ;)

Ogolnie nie mialam tam narazie co robic, wiec po pol godzinie sie pozegnalam i ruszylam do domu. Przy wyjezdzie z garazu tez mialam przygody, bo nawigacja pokazala mi, ze mam jechac w lewo, wiec nie kwestionujac zaczelam skrecac i dopiero wtedy zauwazylam, ze to ulica jednokierunkowa i musze jechac w prawo! Nie ma jak GPS. :/ Do domu dojechalam 45 minut przed kolejna sesja spotkania organizacyjnego, wiec moglam spokojnie przewietrzyc sypialnie, wypic kawe i nieco dychnac, zanim znow utknelam przed ekranem na 2.5 godziny. Na koniec spotkania powiedziano nam, ze mamy do podpisania (elektronicznie) cztery formularze z listy, ktora dostalismy zaraz po propozycji pracy i ze musimy to zrobic w ciagu 2 dni, zeby oficjalnie zaklepac nas jako pracownikow federalnych. Po rozlaczeniu sie, polecialam do toalety, zaparzylam sobie kawe, a tu nagle telefon: dzwoni pani z glownej siedziby, zeby mi przypomniec, ze mam formularze do podpisania! :O Nie ma, ze jakies dwa dni, teraz masz czlowieku to zrobic, bo panie z kadr czekaja! :D W kazdym razie, podpisalam co musialam, a potem wzielam sie za konczenie obiadu i usiadlam na moment, zeby dychnac zanim zjedzie sie reszta. Nik dojechal o normalnej porze, ale Bi napisala zeby ja odebrac okolo 16. Podalam wiec Kokusiowi obiad, a potem pojechalam na poczte, bo jak zwykle wysylam kartki swiateczne na ostatnia chwile i okazalo sie, ze nie mam znaczkow. :O Pozniej zajechalam do biblioteki, ktora mam po drodze i w koncu dotarlam pod szkole corki. Akurat zrobila sie 15:55, wiec idealnie. Panna nadal pokaslywala i miala przytkany nos, wiec wiadomo ze o basenie nie bylo mowy. Malzonek tez oswiadczyl, ze nie chce mu sie isc na silownie, a Nik sie wahal i zastanawial, az w koncu zapomnial. Co gorsza, zapomnialam tez ja, bo zajelam sie domowymi porzadkami i nie mialam glowy do niczego innego. Ostatecznie wiec nikt nigdzie nie pojechal, ale za to napalilismy ponownie w kominku. :)

Sroda to byl potwornie meczacy dzien... Niestety, nie rozumiem dlaczego po przejsciu miliona rozmow i bycia sprawdzanym (az po... historie kredytowa), po karte identyfikacyjna i laptopa musialam jechac osobiscie do glownej, regionalnej siedziby. Czyli pod Boston, oddalony od nas, bagatela, 2.5 godziny jazdy. :O W dodatku, zeby odebrac karte identyfikacyjna, musialam pokazac dwa dokumenty potwierdzajace moja tozsamosc. Niewazne ze i paszport i prawo jazdy pokazywalam juz chyba 10 razy przy tyluz okazjach... Oczywiscie, kiedy M. uslyszal ze musze jechac do Bostonu, stwierdzil, ze bede zestresowana poznaniem osobiscie nowego szefa i zalatwianiem wszystkiego, wiec pojedzie ze mna. Dzieciaki oczywiscie tez podchwycily pomysl i w ten sposob urzadzilismy sobie rodzinna wycieczke. Nawet pomimo ze ostrzeglam, ze moze mi tym razem dlugo zejsc i nie starczy czasu zeby pojechac cos zwiedzic. Wiadomo, pokusa opuszczenia lekcji byla za silna. ;) Trzeba oddac sprawiedliwosc Bi, ktora zastanawiala sie do ostatniej chwili czy jechac, czy jednak isc normalnie do szkoly, ale ostatecznie pojechala. Wziela ze soba wszystkie notatki i w drodze sie uczyla i odrabiala co mogla. Zaraz po wyjezdzie z chalupy okazalo sie, ze dobrze sie stalo iz M. postanowil jechac, bo odjechalismy przecznice od domu i spytal mnie zdawkowo czy wzielam wszystko co potrzeba. I wtedy mnie olsnilo, ze... zapomnialam paszportu!!! :D Musielismy wrocic i dobrze, ze bylismy doslownie minute od chalupy. Gdybym pojechala sama, na bank bym zapomniala! Pozniej juz wszystko poszlo gladko i nawet nie bylo wielkich korkow po drodze. Poznalam osobiscie nowego przelozonego i facet wydaje sie calkiem mily, choc lekko mnie zirytowal, bo wspomnial ze myslal, ze przyjade nieco wczesniej przed godzina, na ktora mnie umowili! Nie dosc bowiem, ze musialam przyjechac taki kawal osobiscie, to jeszcze bylam umowiona na konkretna godzine. Tyle, ze nikt nie powiedzial mi, ze moge lub powinnam przyjechac wczesniej! :O Gdybym wiedziala, sama chetnie bym to zrobila, tym bardziej ze dojechalismy pol godziny przed czasem i zajechalismy jeszcze po kawe! Zanim weszlam do budynku, umowilam sie z M. ze jak pojdzie mi szybciej, to dam mu znac, ale jak nie, to zeby wrocil o 14. Dostali z Potworkami liste zakupow, a poza tym mieli sami sobie znalezc zajecie. Mnie niestety zeszlo strasznie dlugo, bo najpierw w koncu odebralam identyfikator, gdzie babka od nowa wbijala moje dane, numery dokumentow, itd. Musialam tez wymyslic sobie PIN i wbijac go trzy razy w roznych miejscach. Pozniej godzine rozmawialam z szefem, a nastepnie zostalam zgarnieta na meeting, na ktory nie mialam ochoty, bo zaden z tematow nic mi nie mowil. Spotkanie przeszlo z oficjalnej czesci w swiateczna (choc wirtualna, wiec bez sensu) i na szczescie szef wiedzial ze mam spora trase do pokonania, wiec zawolal inna babke, ktora z kolei poprowdzila mnie do panow od IT. Jeden z nich zabral mnie do pustego biura i zaczal ustawiac mojego laptoka, przenosna drukarke, itd. Wspomnialam niesmialo, ze sama raczej dam rade, ale powiedzial, ze musialabym miec uprawnienia administratora. A i tak paru rzeczy nie udalo mu sie ustawic, jak np. dostepu do Adobe, ktory jest chyba najbardziej podstawowa postawa oprogramowania. :D Niestety, zeszlo mi do 14:45 i az wzdrygalam sie na mysl ile bedziemy wracac. Niestety, nie pomylilam sie i do domu dojechalismy dopiero o 17:50. :O A Nik musial o 19 byc w szkole, bo mial koncert! Co prawda twierdzil, ze maja taka zasade, ze jak kogos nie ma w szkole, to nie wolno mu potem przyjezdzac na koncert. Mnie wydawalo sie, ze to tylko w razie choroby, zeby nie rozsiewac zarazkow. Mlodszy upieral sie, ze nie i konsultowal z kolegami, ktorzy potwierdzali, ze go nie wpuszcza. Jednoczesnie, gdyby nie wzial w nim udzialu, musialby zaliczac utwory sam, bo udzial w koncercie stanowi spora czesc semestralnej oceny z orkiestry. Mlodszy bardzo chcial chociaz sprobowac "dostac" sie na koncert, wiec powiedzialam mu ze gdyby nauczycielka sie czepiala, to ma zwalic to na mnie, ze mama myslala, ze skoro nie byl chory tylko mielismy rodzinna wycieczke, to moze wziac w nim udzial. A w razie czego po prostu wrocimy do domu i zaliczy gre sam, trudno. No i co? Pani spytala czy jest chory, a kiedy powiedzial, ze nie i ze nie bylo go w szkole z "powodow rodzinnych", bez problemu pozwolila mu zagrac ze wszystkimi. Czyli jak zwykle matka miala racje. :D Koncert oczywiscie byl bardzo fajny, choc tu duzo zalezy od melodii, bo to orkiestra deta i perkusyjna, wiec jest bardzo glosna i daje po uszach. 

Pan trabalski zaznaczony strzalka ;)

Pierwszy utwor byl dla mnie beznadziejny. Wydawalo sie jakby chodzilo o zrobienie jak najwiekszego halasu i tyle. Drugi byl chyba najlepszy, bo najbardziej znany - "Rolling in the deep" Adele. Trzeci mial tytul "Wielka lokomotywa" i faktycznie brzmial troche jak ciuchcia, czyli bylo rytmicznie i potwornie glosno. :D W koncertach Kokusia najlepsze jest to, ze ich orkiestra gra pierwsza i na sali gimnastycznej, zas reszta koncertu odbywa sie w audytorium. Oznacza to, ze po czesci Mlodszego, mozna pojsc prosto do domu i nie trzeba zostawac na chor oraz orkiestre smyczkowa. Juz o 20 bylismy wiec w domu i cale szczescie, bo kolejnego dnia czekala mnie jazda pierwszy raz na caly dzien do nowego biura. :)

W czwartek rano wiec zebralam sie, pozegnalam Potworki, ktore wychodzily pierwsze i pojechalam. Wybralam tym razem inny parking, ktory mial byc tanszy, ale okazalo sie, ze to zwykle oszustwo. ;) Tablica przy wjezdzie informowala, ze kosztuje $7 za dzien, ale potem dodali sobie oplate "technologiczna", a do tego podatek i wyszlo $10.1. Tymczasem w garazu pietrowym to $9.90. Roznica 20 centow, ale jednak. ;) Tym razem mialam juz identyfikator, wiec tylko zamachalam panom straznikom przy wejsciu i moglam bez przeszkod ruszac do biura. Pierwsze co, to musialam zgarnac wozek i dowiezc do budynku, a potem biura caly stos pudel, ktore dostalam dzien wczesniej w Bostonie.

Dopiero jak to juz zaladowalam na wozek pod autem, naszly mnie watpliwosci jak ja to dowioze w calosci ;)

Chodniki oraz ulica strasznie nierowne, wiec klawiatura ze trzy razy mi spadla. :D W budynku juz bylo latwiej, bo posadzke maja gladziutka i cale szczescie jest winda. Pozniej musialam wszystko rozpakowac i urzadzic sie w nowym "biurze". W ostatniej pracy, biurka mielismy wspolne i mimo ze teoretycznie jedno nalezalo do mnie i kolezanki, wszyscy inni rzucali na nie przypadkowe przybory, papiery, a nawet zmietoszone fartuchy laboratoryjne. Bez pytania podlaczali sie tez do kabla od mojego laptopa, albo po prostu siadali sobie przy tym biurku zeby z kims pogadac. Tutaj mam przestrzen cala dla siebie i choc scianki sa dzialowe i nie ma drzwi, to jednak jest ona wielkosci malego biura. Nawet wiekszego niz byloby mi potrzebne.

Widok od wejscia na lewo

I na prawo. Czego mi wiecej trzeba? 

Udalo mi sie wszystko podlaczyc (a kabli mialam w cholere i tylko po koncowkach poznawalam co jest do czego :D) i poustawiac, monitor przykrecilam do stojaka i od razu przestrzen zrobila sie bardzej "moja". 

Prosze jak swojsko ;) Tylko nie wiem co z tym stosem kartonow...

I jedyne, na co moge narzekac, to to, ze akurat moje "biuro" nie ma okna. Wiekszosc wydzielonych przestrzeni znajduje sie po przeciwnej stronie i maja okna. Moje jest jednym z zaledwie czterech bez dostepu do naturalnego swiatla. :/ Poza tym, niestety cale biuro nie ma wydzielonego administratora. Panuje w nim balagan, wiele sprzetow jest sprzed 10-15 lat, a niektore, juz nie dzialajace, walaja sie po katach w pudlach. Nie ma tez wody do picia, poza kranowa, ktorej oczywiscie nie rusze. ;) Zeby sie napic, przepuszczalam ja przez ekspres do kawy. ;) Kiedy juz sie zadomowilam, zaczelam przegladac maile, ktorych mialam 118. :O Zajelo mi to wiekszosc dnia, ale pod koniec udalo sie tez zaliczyc szkolenie. No i dostalam w koncu dostep do Adobe, czyli kolejnego dnia moglam wypisac pierdylion formularzy, ktore przyszly "pilnie", a nie moglam ich otworzyc. Okazalo sie tez, ze kazdy u nas jest odpowiedzialny za troche inne kontrole i ma innego szefa, wiec ma tez swoj wlasny grafik. W biurze, przez caly dzien, napotkalam 4 osoby; jedna przemknela sie cichcem kolo mojego stanowiska pracy. Byla dziewczyna, ktora tez zaczela w tym tygodniu i okazalo sie, ze jej szef powiedzial ze moze pracowac w biurze czy zdalnie, jemu wszystko jedno. Z moim nie mam tak dobrze, bo powiedzial dzien wczesniej, ze mamy pozwolenie na prace zdalna dwa dni w tygodniu. Planuje to skrupulatnie wykorzystac zeby zaoszczedzic na parkingu. ;) Przy okazji okazalo sie, ze w piatki wlasciwie nikt sie w biurze nie pojawia, wiec szybko napisalam do szefa czy ja tez moge pracowac zdalnie. Na szczescie sie zgodzil. :) Jazda do domu zajela mi wieki, bo wracalam wraz ze wszystkimi pracujacymi w stolycy. ;) Dotarlam o 17:12, a na 19 trzeba bylo zawiezc Kokusia na trening koszykowki. Malzonek zawolal ze moze go zawiezc w momencie, kiedy wlasnie otwieralam drzwi, czyli rychlo w czas. :/ Nie siedzialam jednak w czasie treningu, tylko wrocilam do domu. Na pol godziny, ale coz... Po powrocie Nik polecial sie wykapac, a ja cieszylam na perspektywe pracy z domu, tym bardziej, ze pogoda miala byc paskudna.

Piateczek zaczal sie wiec blogim, dluzszym spankiem, bo odpadala mi jazda do biura. Poniewaz potwornie lalo i do tego wialo, rozwiozlam Potworki do szkol, a potem wpadlam do domu i pedem zaczelam logowac sie do sluzbowego kompa. W srode facet dal mi instrukcje jak to po kolei robic, bo podobno jesli zrobi sie zle, moze cie wywalic w wlasnego laptopa i dopiero sa jaja. ;) U mnie na szczescie obylo sie bez takich potkniec. Dzien minal mi glownie na wypisywaniu formularzy, a takze na godzinnej rozmowie z nowym szefem oraz telefonie na infolinie, bo jedna z aplikacji nie miala zamiaru zaczac dzialac. Problem w tym, ze jako nowy pracownik, do wielu rzeczy nie mam po prostu jeszcze dostepu i niewiadomo czy cos jest nie tak, czy trzeba po prostu poczekac... W kazdym razie, dzien zlecial iscie ekspresowo i ani sie obejrzalam, a ze szkoly dojechal Nik, zas chwile pozniej Bi napisala kiedy moge po nia przyjechac. Odpowiedzialam ze moge w kazdej chwili, ale ze musi wyjsc natychmiast kiedy podjade, bo teoretycznie nadal jestem w pracy. Panna obiecala, ze od razu wyjdzie, wiec po nia podjechalam i na szczescie dotrzymala slowa. Na szczescie high school mamy tak blisko, ze obrocenie w obie strony zajelo mi tylko 10 minut. Komp nawet nie zdazyl mnie wylogowac. ;) Chwile pozniej dojechal z roboty M. wraz z sushi na obiad, ale ja grzecznie konczylam wypisywac formularze i odpowiadac na maile prawie do 17. ;) Mielismy rozpalic w kominku, ale caly czas lalo i potwornie wialo, wiec nikomu nie chcialo sie lazic po drzewo. I tak zlecial mi pierwszy tydzien nowej roboty. Sama jestem ciekawa ile w tej wytrzymam. :D

Milego weekendu!

piątek, 12 grudnia 2025

Tydzien pelen wrazen mniejszych i wiekszych :)

Sobota, 6 grudnia, zaczela sie jak zwykle zbyt wczesnie, bo wiadomo - praca. Musze przyznac, ze mam coraz wiekszy zal, czy zlosc, na mojego szefa, ze tak zwalil na mnie wszystkie soboty oraz niedziele. Odkad we wrzesniu zaczelam wypuszczac partie, mialam tylko dwa weekendy wolne - jeden, kiedy remontowali w laboratorium podloge, a drugi, kiedy mialam szkolenie, zas instruktor byl u nas od poniedzialku. Poza tym, szefuncio radosnie zrzucil soboty oraz niedziele na moja glowe. I tak, za jakis czas mialam sie wymieniac z kolezanka, ale jej szkolenie idzie w slimaczym tempie. Moge tez brac potem poniedzialek i wtorek wolny, ale co z tego skoro cala rodzina jest w pracy i szkole? I tak nie mozemy nic na te dni zaplanowac... Zanim wyruszylam do pracy, podlozylam Potworkom prezenty od Mikolaja.

Prezent Kokusia duzo mniejszy, a znacznie drozszy ;)

Oboje zazyczyli sobie prezenty bardzo podobne. Nik chcial AirPods i na szczescie udalo mi sie znalezc niezla okazje przy Black Friday. Bi chciala, dla odmiany, duze i wygodne sluchawki, a ze te wybrane przez nia byly sporo tansze niz Kokusia, to dorzucilam jej jeszcze ksiazke. Tego dnia spotkalo mnie nie lada zaskoczenie przy wyjezdzie z garazu, kiedy okazalo sie, ze pada snieg i jest juz go warstewka na podjezdzie. Tylko ciezko westchnelam, ze bedzie slisko. I bylo naprawde nieciekawie, ale dojechalam bez problemu. Niestety, kiedy wracalam, snieg nadal padal. Na szczescie nie strasznie mocno, ale wystarczajaco zebym jechala pomalu i ostroznie, niczym stara babcia. ;) W kazdym razie, jak na zwykle spokojna sobote, to nie dane bylo mi poleniuchowac miedzy wypuszczaniem partii. Mialam do zatwierdzenia materialy, odhaczenie koncowej dokumentacji z partii wypuszczonych 2 tygodnie temu (tyle trwa inkubacja probek, zeby pokazac, ze nie zostaly czyms zakazone), a pozniej zaksiegowanie dokumentow. Dodatkowo, chcialam przygotowac papiery na wtorek, bo w poniedzialek szef bedzie sam, a przed nami troche szalony tydzien i chcialam ulatwic mu nieco zycie. Choc sama nie wiem czemu jestem taka mila, bowiem spotkala mnie kolejna irytacja. W piatek bowiem ja, szef, kolezanka oraz kierowniczka laboratorium dostalismy maila z oddzialu mikrobiologii, z wiadomoscia (cytuje): "dostalismy szalke petriego i mamy analize, ale potrzebujemy formularza wysylkowego zeby wypisac raport". Dokladnie tyle, nie mniej i nie wiecej. Wiadomosc przyszla akurat kiedy wypuszczalam jedna z partii, a kierowniczka laboratorium siedziala nieopodal i obie poskrobalysmy sie po glowach, nie wiedzac o ktora szalke chodzi. Skazenia zdarzaja sie u nas bowiem dosc czesto, wiec taka enigmatyczna wiadomosc nic nam nie mowila. Tak jak napisalam, wypuszczalam akurat partie, wiec nie mialam czasu sie nad tym glebiej zastanawiac. Jakis czas pozniej jednak, manager tej kierowniczki (ktorego nie ma na miejscu) wlaczyl sie w maile i napisal zeby jak najszybciej przeslac formularz do oddzialu mikrobiologii. Tu juz sie wkurzylam i napisalam, ze prosze o jakies dokladniejsze informacje, bo z maila nic nie wynika. Mialam ochote dodac, ze nie jestem wrozka ani nie czytam w myslach, ale ugryzlam sie w jezyk (klawiature). Po tym mailu, w koncu przyszla odpowiedz z dokladna informacja o ktora probke chodzi oraz kiedy wyszla z inkubatora i odkryli skazenie. No i fajnie, ale to bylo w momencie kiedy za chwile mialam wychodzic. Jak napisalam wyzej, maile poza mna, otrzymali tez: moj szef, moja kolezanka oraz kierowniczka laboratorium. Stwierdzilam wiec, ze ktoras z tych trzech (!) osob sie tym zajmie. Taaa... Przyjezdzam do pracy w sobote, a tam mail od managera kierowniczki do goscia z mikrobiologii, czy dostal formularz. Odpisal ze nie, wiec manager wyslal maila zeby jutro rano (czyli w sobote) to wyslac. Mail oczywiscie zaadresowany do tych samych osob. Nie wiem czy facet zapomnial ze wysyla go w piatek, wiec kolejnego dnia mial byc juz weekend i mikrobiologia nawet nie pracuje, czy faktycznie chcial zeby bylo to zrobione w sobote, ale wpienilam sie niemozliwie, ze w piatek byly TRZY osoby, ktore tez dostaly tego maila, a przyszly do pracy 4 godziny pozniej ode mnie, wiec z zalozenia zostawaly tyle samo dluzej. I co? Zadnej nie chcialo sie pofatygowac z formularzem? Nawet moja kolezanka nie potrzebuje do tego specjalnej kwalifikacji, a dodatkowo miala na miejscu szefa, ktory mogl jej dac wskazowki. Ostatecznie stwierdzilam, ze moge ten formularz wyslac. Znalazlam go, informacje co do probki mialam i... zorientowalam sie, ze nigdy czegos takiego nie wysylalam i nie wiem czy powinnam wsadzic to w koperte i wyslac poczta (ktorej w sobote nie odbieraja, a nie bede przeciez jezdzic po urzedach) czy mail wystarczy. Moglam zadzwonic do szefa, ale nie chcialm budzic go z taka pierdola, a po drugie przeciez byl dzien wczesniej w robocie i mogl to zrobic. W koncu umylam rece i napisalam do niego maila zeby zajal sie tym w poniedzialek, bo ja nie wiem jak. Moze pomyslal, ze jestem idiotka - blondynka, ale trudno. Niech chlop zajmie sie czyms pozytecznym. ;) Wrocilam do domu o 7 i polozylam sie oczywiscie do lozka, ale tym razem spanie kompletnie mi nie szlo. Przysypialam tylko po pare minut i bardziej sie meczylam. Kiedy ja spalam, Potworki dobraly sie do prezentow mikolajkowych i w rezultacie nic nie slyszeli i trzeba ich bylo szturchac zeby zareagowali, bo wlaczali opcje wyciszajaca. :D W koncu o 9 wstalam, zjadlam sniadanie, wyszykowalam sie i troche ogarnelam kuchnie, po czym trzeba bylo znow wyruszac. Zaczal sie sezon koszykowki i Nik mial pierwszy mecz. Pojechalismy wiec do jego szkoly, gdzie sala gimnastyczna znajduje sie pod ziemia (szkola jest na gorce i tak akurat idzie teren), wiec jest tam ciemnawo i ogolnie jakos tak ponuro. ;) Grali przeciw innej druzynie z naszej miejscowosci, w ktorej Nik ma dwoch dobrych kolegow. Sporo bylo wiec smiechu i wyglupow. 

Nik (z numerem 5) strzela do kosza. Nie trafil :D

Druzyna Kokusia okazala sie bardzo dobra. Zwykle w kazdej bylo kilku "nowicjuszy", ktorzy dotychczas grali tylko na lekcjach w-f, ale tym razem widac, ze kazdy lubi kosza i potrafi grac. Efektem bylo doslownie "zmiazdzenie" przeciwnikow. Wygrali 37:23. :D Kiedy wrocilismy, M. akura wieszal swiatelka na domu. Poniewaz rok temu okazalo sie, ze polowa swiatelek sie wypalila, w tym roku zakupil nowy sznur. Okazal sie on tak dlugi, ze malzonek opowiadal ze nie wiedzial juz gdzie te swiatelka wieszac. Przeciagnal je wzdluz domu, oplatal w moje hortensje, a na koniec jeszcze owinal balustrade. :D Pozniej byl czas na obiad i chwila spokoju, ale niezbyt dluga, bo oczywiscie jechalismy do kosciola. Po powrocie w koncu moglismy ocenic efekt pracy malzonka i przyznaje ze wyszlo mu to bardzo fajnie.

W zeszla sobote nadal lezalo sporo sniegu. Teraz praktycznie nie ma po nim sladu 

Poza tym myslimy coraz intensywniej o locie do Polski i stwierdzilismy, ze kupimy Potworkom wlasne walizki podreczne. Mamy nadzieje, ze uda im sie spakowac sporo wlasnych ciuchow, a ja wezme jeszcze dodatkowo jedna wielka walize. W sobote wlasnie M. kupil jedna walizke, ktora przypadla Bi. Polozyl ja na chwile w salonie i predko stala sie poslaniem dla kiciula. ;)

Zastanawiajace jest co koty maja z tym uwielbieniem dla walizek... :D 

Wieczorem zapalilismy w kominku, z racji ze tylko malzonek zrywal sie rano do pracy. Ta niedziela u nas byla bez produkcji, wiec moglam posiedziec dluzej razem z Potworkami.

W niedziele moglam pospac do oporu i najwyrazniej organizm tego potrzebowal. W sobote zauwazylam wieczorem, ze mam nie tylko podgrazone oczy, ale i straszne worki pod nimi. Poszlam spac przed 23, a w niedziele wylaczylam budzik o 9:30 i spalam jeszcze kolejna godzine. Obudzilam sie z mruczadlem ulozonym miedzy moimi kolanami, jak niegdys, gdy byla malym kociakiem. :)

No i jak tu teraz wstac? ;)

Kiedy wstalam, szybko zjadlam sniadanie i ogarniajac sie, napisalam do taty zeby wpadal na kawke. Dziadek przyjechal, zrobilam mu bezrobocie, a potem ogladalismy skoki. W miedzyczasie matka uparla sie zeby grac mi na nerwach. Wpadla bowiem na pomysl, ze moze ona by przyjechala na Boze Narodzenie do Zakopanego i przyszla na Wigilie do moich tesciow! Pomysl sam w sobie nie taki tragiczny, ale od razu zaznaczyla, ze moj tesc bedzie musial jej zarezerwowac jakis hotel w poblizu ich mieszkania. Swietnie. Bo moi tesciowie nie maja co robic, tylko martwic sie o obca babe, ktora jak zwykle kombinuje. Moja matka co roku na Swieta ma jakies odchyly i nieraz doprowadzala moja siostre do lez, bo wymyslala: przyjade, nie przyjade, musicie przyjechac w I dzien swiat, musicie zostac na noc, nie przyjezdzajcie, nie chce was widziec, i tak w kolko. Siostra jedzie na Wigilie do swoich tesciow, ktorych moja matka doskonale zna, widuja sie na wszystkich rodzinnych imprezach, na swieta, kiedys odwiedzala ich w domku nad jeziorem, itd. I jest do nich rowniez zaproszona! I co? Nie pojedzie, bo albo ich akurat nie lubi, albo czuje sie przy nich jak "uboga krewna". Ale co Boze Narodzenie ma "depresje" i czuje sie samotna. Tylko nie widzi ze to z wlasnej winy. I zeby nie bylo; to nie tak ze ona chcialaby zeby siostra z rodzina przyjchala do niej, nie! Ona upiera sie, ze N. MUSI zrobic Wigilie u siebie, zeby ona mogla przyjechac do niej! Czego siorka nie chce, bo wiadomo, to burdel na kolkach, chaos i stanie przy garach. A ze tesciowie zapraszaja, to chetnie korzysta. A ze w tym roku my mamy byc w Polsce, to matka wymyslila, ze sie wprosi do moich tesciow, ludzi, ktorych widziala tylko raz w zyciu, na moim slubie, 13 lat temu! Nie mowiac juz o tym, ze zrobila wtedy koszmarne pierwsze wrazenie. Nie wiem kto pamieta tamte posty, gdzie obrazila sie ze zaprosilam jedna z ciotek, odgrazala, ze na slub nie przyjedzie, domagala sie zebym zaprosila jej przyjaciolke, a na koniec wymyslila ze chce wracac nastepnego dnia i ktos MA ja odwiezc do Krakowa na lot o 8 rano!? Na moich tesciow zadarla nosa, caly czas przesiadywala z moim wujkiem z Niemiec i nie wiem czy zamienila z nimi wiecej nic kilka zdawkowych zdan. Ale oni teraz maja jej szukac hotelu i przyjmowac na Wigilie... :/ Nie mowiac juz o tym, ze gdziekolwiek by nie byla, mamuska zawsze musi byc w centum uwagi, wszystko musi sie krecic wkolo niej i choc twierdzi ze ona bedzie sobie siedziec w hotelu, to taaa, juz to widze. Zaraz bedzie wydzwanianie: a przyjdz do mnie, a co bedziesz tak siedziec u tesciow, a choc pojdziemy na spacer, a przyprowadz dzieciaki, itd. Kiedy zas odmowie, bedzie wielka obraza. My zas (troche samolubnie, przyznaje) chcielibysmy sami polazic po zasniezonym Zakopanem, wziac dzieciaki na narty, dziadki chca tez zwyczajnie spedzic czas z wnukami, a moja mamuska bedzie na wszystko marudzila, ze po co, ze ona specjalnie przyjechala, itd. Juz ja dobrze znam... Niestety, na moje delikatne, dyplomatyczne dopytywanie co z Wigilia u tesciow mojej siostry i czy potem sie spotkaja w Swieta, dostalam odpowiedz, cytuje: "A, rozumiem, czyli mnie nie chcesz.". I buch, juz mamy obraze majestatu! :O Niedzielny wieczor spedzilismy spokojnie, grzejac dupki przy kominku. Malzonek i dzieciaki szykowali sie na kieracik, a ja cieszylam na kolejny dzien wolny. :)

Uwielbiam swiateczny klimat w salonie...

Poniedzialek zaczelam o 6:50, zeby wstac zanim Potworki wychodzily do szkoly. Tego dnia mielismy -6 stopni, przy ostrym wietrze, sprawiajacym ze odczuwalna wyniosla -12. :O Stwierdzilam wiec, ze skoro mam wolne, to zawioze dzieciaki do szkol. Bi miala szanse pojechac z sasiadka, ale Nik musialby sterczec na przystanku. Najpierw jednak sam sie wahal, bo bal sie, ze odwozac najpierw dziewczyny (zaproponowalam oczywiscie sasiadce, ze wezme jej corke), spoznie sie do jego szkoly. A musialam odwiezc je pierwsze, bo zaczynaja juz o 7:28, zas u niego maja niby byc o 7:40, ale lekcje oficjalnie rozpoczynaja sie o 7:48. W koncu jednak stwierdzil, ze zaryzykuje. ;) Odwiozlam wiec najpierw panny, a potem Mlodszego, gdzie dojechalismy rowniutko o 7:30, wiec mial spory zapas czasu. Wrocilam do domu i stwierdzilam, ze sprobuje sie jeszcze zdrzemnac, bo w nocy juz musialam jechac do roboty. Polozylam sie i juz przysypialam, kiedy dostalam wiadomosc od M. :/ Chwile pozniej zaczelo mi sie robic cieplutko i odplywalam, kiedy... wibracje oglosily, ze dzwoni telefon! No cholera jasna! :/ Telefon okazal sie niestety z tych, ktore musialam odebrac, a pozniej zejsc na dol szukac dokumentow. To oczywiscie sprawilo, ze rozbudzilam sie kompletnie, a ze jak skonczylam rozmowe zrobila sie praktycznie 9:30, wiec uznalam, ze nie ma sie juz co klasc. Dzien zlecial na typowym domowym ogarnianiu.

Przy karmniku para Bluebirds. To rodzimy gatunek z Ameryki Pn i obawiam sie, ze zdjecie nie oddaje koloru ich upierzenia, ktore jest po prostu przepiekne

Wrocil ze szkoly Nik, a po Bi musialam jechac, ale na szczescie juz o 15:15. Ogolnie to mogla sobie w ogole odpuscic zostanie dluzej, bo na 17:50 musiala byc spowrotem w szkole. W domu, wiadomo, co chwila jest cos do roboty, wiec czas szybko zlecial.

Przyszly buty narciarskie Bi. Na szczescie rozmiar sie zgadza, styl pannie pasuje, wiec nie trzeba odsylac, ufff... 

Zawiozlam panne do szkoly, na probe generalna przed koncertem. Swoja droga, to powinni zrobic to w czasie lekcji (jak w poprzednich szkolach), albo zaraz po, a nie na wieczor. Tym bardziej, ze dyrygentka rozpisala grafik (sa rozne grupy grajace razem lub oddzielnie) i wyszlo, ze calosc potrwa do 20:45! :O Bylo mi to bardzo nie w smak, bo przeciez chodze o 21 spac, ale na szczescie sasiadka zoferowala, ze dziewczyny odbierze. Pozniej okazalo sie jednak, ze skonczyli juz o 20:15, wiec w sumie moglam po Bi jechac. ;) Po powrocie panna narzekala, ze taka jest zmeczona, a niestety, kolejnego dnia czekal ja juz wlasciwy koncert, a wiec powtorka z rozrywki...

We wtorek niestety wolne sie skonczylo i trzeba sie bylo zerwac o polnocy i ruszac do pracy. Mielismy -11 stopni i cieszylam sie, ze woze tylek samochodem, bo w dzien nie mialo byc duzo lepiej. ;) W pracy, bez pomocnikow, mam teraz caly czas bieg. Jak nie wypuszczam partii, to caly czas cos zatwierdzam, cos ksieguje, cos sprawdzam, albo drukuje dokumenty na kolejny dzien. Tego dnia ponownie spotkala mnie irytacja, bo akurat wypuszczalam jedna z naszych partii, kiedy facet of produkcji poprosil o dokumenty do partii klienta. Zagladam do segregatora gdzie trzymamy wszystkie papiery na kolejne partie - nie ma. Zajrzalam na liste wydanych dokumentow - nie ma. Stwierdzilam, ze szef musial byc zajety i nie zdazyl albo zapomnial. Weszlam na program do wydawania numerow seryjnych, a ten wydal mi automatycznie nr. 7. Zazwyczaj mamy partii 5, gora 6, chyba ze cos pojdzie nie tak i trzeba powtorzyc. Tego dnia jednak jeszcze nic takiego sie nie zadzialo. Zrozumialam, ze szef jednak musial wydac dokumenty, ale niewiadomo co z nimi zrobil. Mialam juz jednak numer 7, wiec wydrukowalam wszystkie dokumenty i podbilam, zeby produkcja juz je miala. Dopiero jakas godzine pozniej odkrylam tamte papiery szefa, w stosie dokumentow na stole w laboratorium. I sie wpienilam. Kiedy bowiem przychodze w nocy, stol jest zawsze zawalony jakimis przypadkowymi formularzami, kartkami samoprzylepnymi, dlugopisami, pieczatkami, pudelkami i Bog wie czym jeszcze. Z takimi "swinkami" pracuje. Wszedzie zostawiaja burdel na kolkach. Prace zaczynam wiec od ogarniecia swojego stanowiska. Odkladam przybory biurowe do koszyczka (ktory lezy na tym stole!), pudelka do magazynu, to co wyglada na smieci wyrzucam, a wszelkie papiery odkladam na schludny stosik, bo nie wiem co komu jest potrzebne. I tak co noc! No i tego dnia okazalo sie, ze dokumenty (zreszta nie wydrukowane w calosci) walaly sie przypadkowo po stole, a ja je zgarnelam na bok, nie patrzac dokladnie co to jest. Super... Pomogloby jednak gdyby szef cos napisal. Tyle ze on sam potem przyszedl i ich szukal, bo nie byl nawet pewien czy je wydrukowal!!! :O W kazdym razie, noc minela ekspresowo, pojechalam do chalupy, a tam na dzien dobry okazalo sie, ze Maya znow ma po czyms rewolucje zoladkowe! Po prostu nie ma nic lepszego niz powrot z nocnej zmiany i koniecznosc sprzatania psich odchodow. :/ Kiedy juz to ogarnelam, a potem nieco kuchnie, bo potworkowym sniadaniu wyglada jakby przeszlo przez nia tornado i zjadlam sniadanie, walnelam sie spac. Niestety, pospalam 1.5 godziny i obudzila mnie... Maya, ktora biegala na dole i piszczala. Zerwalam sie, bo wiedzialam, ze znow ja goni i jak nie wyjdzie, to bede miala kolejne sprzatanie. Pies polecial i nie wracal cale wieki, za to przylecial kot, ktorego wypuscilam wczesniej. Pozniej wrocilam oczywiscie do lozka, ale bylam tak rozbudzona, ze nie moglam zasnac. Nie pomagalo, ze Oreo probowala dostac sie do mojej sypialni i uderzala drzwi, ktore stukaly o framuge, a potem lazila po pokojach i slyszalam wyraznie, ze cos sie przewrocilo lub spadlo. :/ Meczylam sie tak dwie godziny, od czasu do czasu przysypiajac po kilka minut, ale w wiekszosci przewalajac sie z boku na bok. W koncu sie poddalam, tym bardziej, ze trzeba bylo jechac po Bi. Rano znow mielismy -10 i sasiadka zawiozla dziewczyny, ale to oznaczalo, ze musialam panne odebrac. Nooo, nie musialam, ale inaczej szla by pieszo przy -3 stopniach w samej bluzie, bo przeciez kurtka parzy. ;) Poniewaz zas wieczorem miala koncert, chciala ze szkoly wrocic nieco wczesniej niz ostatnio, zeby miec troche czasu na odpoczynek, zjedzenie i odrobienie lekcji. Szybko sie wiec zebralam i udalo mi sie dotrzec do szkoly o 15:25. W domu, panna miala nieco ponad 2 godziny, po czym na 18 zawozilam ja spowrotem do placowki. Nie rozumiem dlaczego tak wczesnie skoro koncert zaczynal sie o 19, ale ze mieszkamy tak blisko, to odwiozlam ja i wrocilam do domu.

Gotowa na koncert :)

Posiedzialam z chlopakami, a pozniej oni wychodzili na basen/silownie, a ja jechalam na koncert corki. Jak to z M. bywa, nie mial ochoty sluchac jak dziecko gra. Ojciec roku. :/ A grali pieknie! Cala orkiestra dzieli sie na kilka grupek i Bi jest oczywiscie w tej najslabszej, ale tak to bywa jak rodzice nie funduja prywatnych lekcji, a dzieciakowi nie chce sie cwiczyc. Panna nawet ostatnio (bardzo wygodnie) zostawia skrzypce w szkole, wiec nie mam jak jej gonic do cwiczen. :/ Nawet jednak ta najslabsza grupa grala pieknie, bo wszystkie te dzieciaki zaczely w II klasie, a teraz sa minimum (w high school wszystkie roczniki graja razem) w IX, wiec lata cwiczen robia swoje.

Tutaj ta mniejsz (co nie znaczy ze "mala") grupa. Bi po lewej, w ostatnim rzedzie

Wiekszosc zagrala bardziej klasyczne i mniej znane kawalki, chociaz jedna z bardziej zaawansowanych grup miala w repertuarze "Cicha Noc" i wyszlo im to przepieknie. Na koniec zas, cala orkiestra zagrala wspolnie "All I want for Christmas" i taki zywy, wesoly kawalek byl swietnym zakonczeniem. :) Wszystko skonczylo sie tuz przed 20, ale oczywiscie zanim mlodziez wyszla, zanim czlowiek doszedl do auta i dojechal do domu, zrobila sie 20:10. Z braku konkretniejszego snu bylam tak wykonczona, ze tylko szybko cos przekasilam i pomaszerowalam do lozka. Dzieciaki sie jeszcze na dole ogarnialy, ale ja nie mialam juz sily na nich czekac.

W srode wstalam nawet rzeska, ale w pracy szybko przekonalam sie, ze zmeczenie mnie dogania. Oczy mnie bolaly i ciagle ziewalam. Zreszta nie ja jedna. Cale laboratorium jakies sniete bylo. Moze cos bylo w powietrzu bo na popoludnie zapowiadali deszcz. ;) Nocka zleciala oczywiscie niemozliwie szybko. Troche udalo mi sie "podszkolic" kolezanke. W cudzyslowiu, bo oficjalnie nikogo nie moge trenowac przed ukonczeniem roku od zatrudnienia. Tyle, ze tu chodzilo o taki durny program do inwentaryzacji, w ktorym trzeba przed egzaminem przejsc wszystkie kroki wedlug instrukcji. Instrukcja jest niemozliwie zagmatwana, a na dodatek wszyscy musza najpierw przejsc czesc dla laborantow i dopiero pozniej ta dla kontroli jakosci. Kazdy lapie sie za glowe kiedy musi to zrobic po raz pierwszy i nikt potem nie pamieta gdzie i po co musi kliknac. Wszystkie komendy ten program ma bowiem "z kapusza" wyjete i jak nie wiesz, to w zyciu sie nie domyslisz o co chodzi. Oficjalnie jednak ma sie kwalifikacje. Musialam tylko kolezance jeszcze raz pokazac co ma robic, bo dla nas - kontroli jakosci, to jest doslownie 5 klikniec. :) Przynajmniej teraz bedzie mogla sama zatwierdzac materialy, bo nieraz magazyn peka w szwach, laboranci pilnie czegos potrzebuja i czlowiek miedzy innymi obowiazkami jeszcze probuje na wariata to ogarnac. :/ Wrocilam do domu, ale jak na zlosc nie moglam isc spac, bo o 11 musialam polaczyc sie na meeting. Ten potrwal 45 minut i w koncu moglam walnac sie do lozka. :) Zbieralo sie na deszcz i bylo ponuro i ciemnawo, wiec spalo mi sie rewelacyjnie, choc po niecalych 3 godzinach obudzil mnie pecherz i niestety spanie sie skonczylo. :( Na telefonie mialam wiadomosc od Bi zebym odebrala ja najszybciej jak moge (rano znow pojechala z sasiadka), wiec nie bylo nawet jak sprobowac jeszcze dospac. A potem sie wkurzylam, bo zerwalam sie, migiem ogarnelam i polecialam do szkoly, wyslalam pannie wiadomosc, ze jestem i czekalam... 9 minut! Powiedzialam smarkuli, ze kolejnym razem, jesli minie 5 minut a jej nie bedzie, to odjezdzam, a ona moze wrocic piechota. :/ Z innych srodowych wiadomosci, to przyszedl raport semestralny Kokusia. Ogolnie nie ma na co (zbytnio) narzekac, bo ma tyle samo B, co A.

Raporcik

Trzeba jednak dodac, ze te A sa glownie z przedmiotow jak sztuka czy w-f. :D Jedynie nauki scisle (science) maja jakies wieksze znaczenie. Po przebojach z rozszerzona matma u Bi, jestem z Mlodszego dumna, ze ma B i to bez chodzenia do nauczycielki zeby cos dodatkowo wytlumaczyla. Co ciekawe, Nik wydaje sie lekko rozczarowany wlasnymi wynikami, ale sorry, ma to na co sobie (nie)zapracowal. Najwazniejszym jednak faktem tego dnia bylo to, ze mielismy 10 grudnia, czyli kawaler konczyl 13 lat! :) Zgodnie z nasza mala, rodzinna tradycja, M. po drodze kupil ulubione ciasto Kokusia i po obiedzie zaspiewalismy mu Happy Birthday i zdmuchnal swieczki.

No i kolejny nastolatek w domu ;) 

Prezent dostal malo wyszukany, bo karte (a raczej kart-y, bo chcialam kupic jedna na $100, ale nie bylo i musialam wziac dwie po $30 i dwie po $20 :D) podarunkowa do Steam, czyli strony, z ktorej moze sobie sciagac gry komputerowe. Tego dnia M. i dzieciaki zostali w domu, Bi nie miala w koncu zadnych koncertow ani przygotowan, skorzystalam wiec i ogarnelam dwa prania, a potem zagniotlam ciasto na pierniczki. To na szczescie musi polezakowac w lodowce, bo na pieczenie juz nie starczylo czasu, ale Nik i tak byl przeszczesliwy, bo dopraszal sie o nie chyba od miesiaca. ;)

Czwartek to znow niczym dzien swistaka, pobudka o polnocy i do roboty. Tam ten sam schemat: wypuscic trzy partie, a w miedzyczasie cos ksiegowac. Szkoda, ze nie mielismy nowych materialow do zatwierdzenia, bo jeszcze raz pokazalabym kolezance. Po wypuszczeniu trzeciej partii, szybko podrukowalam dokumenty na kolejny dzien i "ucieklam" do domu. Po poludniu bylam umowiona z Maya do weta, a kiedy rezerwowalam wizyte kilka tygodni temu, najpozniejsza byla o 14:45. Nie bylo mi to zbytnio wsmak, ale coz. Postanowilam wyjsc tego dnia jak najszybciej sie uda (i tak zrobila sie prawie 8 rano), zeby w domu szybko cos zjesc i sie polozyc. Zwykle jeszcze ogarniam zmywarke oraz naczynia w zlewie, ale tym razem tylko szybko zjadlam i polozylam sie do lozka. Oczywiscie, jak na zlosc, jak nie moglam za dlugo spac, to spalo mi sie wysmienicie i brutalnie zerwalam sie z budzikiem. ;) Wstalam, ogarnelam sie, ale zjesc juz nie mialam czasu. Szybko tylko pozarlam banana, zeby zagluszyc burczenie w brzuchu. :D Wypuscilam psiura na dwor (okazalo sie, ze niepotrzebnie), zapakowalam do auta i pojechalysmy. U weta przyjeli nas od razu, tylko co z tego, skoro po kazdej krotkiej rozmowie, czy badaniu, zostawiali mnie z psem na kilkanascie minut w sali zabiegowej. Przyjechalam rowniutko na czas, a wyszlam o... 15:51. :O

Wzrok pt. "Czy mozemy juz stad isc?" :D 

Panie oczywiscie zabraly Maye na tyl zeby pobrac jej krew i mocz i ostrzeglam ze ona strasznie dramatyzuje i ostatnio skonczyla w kagancu. Slyszalam potem skowyt i szczekanie zza drzwi, ale pies wrocil bez kaganca. Panie powiedzialy, ze taki protest byl tylko przy zagladaniu "pod ogon", a na uklucie nawet nie zareagowala. Niestety, okazalo sie ze pecherz miala pusty i nie udalo im sie pobrac moczu. Tak jak kiedys, dostalam tacke oraz buteleczke i mam sprobowac "zlapac" probke. :D Ale czy to nie ironia? Pies gdzie lezy, tam posikuje. A jak potrzeba probki moczu, to nagle nie ma nic... Jesli o to posikiwanie chodzi, wreszcie trafilam na pania doktor (tam sie ciagle zmieniaja), ktora wysluchala ze obecne tabletki praktycznie nie pomagaja. Przeliczyla dawke w stosunku wagi psa i stwierdzila, ze dostaja juz maksymalnie. Skoro te nie pomagaja, przepisala cos nowego - hormonalne, z estrogenem. Problem z trzymaniem moczu bowiem czesto dotyczy wysterylizowanych suk i ma podloze hormonalne. Musze zamowic nowe tableteczki i zobaczymy. Niestety, nowa terapie sprobuje juz raczej wdrozyc po powrocie z Polski, bo musze ja obserwowac uwaznie przez 2 tygodnie i wrocic potem do weta, a przeciez nas nie bedzie. Nie bardzo ufam mojemu tacie (ktory bedzie sie opiekowal psem) ze to ogarnie. Wrocilysmy z Maya do domu i biedny, straumatyzowany pies przespal reszte popoludnia i wieczor. :D Fajnie by bylo juz klapnac na kanape, ale niestety Nik mial trening koszykowki. Na szczescie w tym tygodniu juz normalnie - na 19. W dodatku M. sie zlitowal, bo wczesniej sie wykapalam i mialam nadal wilgotne wlosy i zawiozl syna, a ja go potem odebralam. A po powrocie wiadomka - szybko cos zjesc i lulu. ;)

A w piatek powtorka z rozrywki, czyli pobudka o polnocy i do roboty. Bylo -5 stopni, z odczuwalna -8, wiec cieszylam sie, ze znow moge parkowac zaraz pod budynkiem. ;) W pracy dzien minal jak zwykle szybko. Mialam szczescie, ze przez caly tydzien wszystkie partie przechodzily bez problemu. Moglam tez troche podszkolic kolezanke, bo w piatki przychodzi "weekendowa" dziewczyna, ktora zwykle sklada fiolki do produkcji. Trzeba sprawdzic kazda po kolei. Tym razem zlozyla (czyli powbijala odpowiednie filtry oraz igly) dwa rodzaje. Jednego bylo fiolek 20, a drugiego... 70. :O Troche nam wiec zeszlo... Poza tym przyszly sterylne fartuchy uzywane w produkcji, a z jakiegos powodu to jedyny material, ktory sprawdzamy poza systemem. Moglam wiec tez pokazac jej co i jak. Przygotowalam papiery na weekend oraz poniedzialek, pozegnalam sie i pojechalam. Niestety, jak to w piatek, pognalam najpierw na zakupy. Zanim obrocilam, dotarlam do domu, rozpakowalam torby i w koncu cos zjadlam, zrobilo sie po 12. Polozylam sie o 12:30 i obudzilam sie kiedy o 14:50 Nik dotarl do domu. Za duzo tego spania wiec nie mialam. :/ Kiedy wstalam mialam juz wiadomosci od Bi, pytajacej czy po nia przyjade. Pozniej jednak panna zdecydowac sie nie mogla o ktorej i ostatecznie stanelo na 16:15. Tym razem Starsza wyszla ze szkoly jak tylko podjechalam; nie zdazylam nawet wyslac smsa ze jestem. :D Przez to spanie oraz jazdy po corke, bylam tak zakrecona, ze zaczelam skladac i wstawiac prania, ogarnialam zmywarke i bylo juz po 18, kiedy przypomnialo mi sie, ze mialam... piec biszkopt na tort Kokusia! :O Na ta niedziele zaprosilismy bowiem dziadka oraz chrzestnego... No coz... Na szczescie biszkopt miesza sie szybko, a potem juz "sam" sie piecze. Nik dopytywal o pierniczki, ale juz nie mialam na nie sily. :/ Poniewaz na noc szedl siarczysty mroz, a w dodatku paskudnie wialo, wiec napalilismy w kominku zeby zrobilo sie przytulniej. I tak wieczor migiem zlecial.

Na koniec wrzuce Wam fote szkolna Kokusia. Zdjecia przyszly juz jakis czas temu, ale na smierc zapomnialam pokazac. To niesamowite jak on sie zmienil i jak powaznie juz wyglada. Moj maly chlopiec, chlip... ;)

Wlos nastroszony, ale i tak przystojniak z niego ;)