piątek, 12 grudnia 2025

Tydzien pelen wrazen mniejszych i wiekszych :)

Sobota, 6 grudnia, zaczela sie jak zwykle zbyt wczesnie, bo wiadomo - praca. Musze przyznac, ze mam coraz wiekszy zal, czy zlosc, na mojego szefa, ze tak zwalil na mnie wszystkie soboty oraz niedziele. Odkad we wrzesniu zaczelam wypuszczac partie, mialam tylko dwa weekendy wolne - jeden, kiedy remontowali w laboratorium podloge, a drugi, kiedy mialam szkolenie, zas instruktor byl u nas od poniedzialku. Poza tym, szefuncio radosnie zrzucil soboty oraz niedziele na moja glowe. I tak, za jakis czas mialam sie wymieniac z kolezanka, ale jej szkolenie idzie w slimaczym tempie. Moge tez brac potem poniedzialek i wtorek wolny, ale co z tego skoro cala rodzina jest w pracy i szkole? I tak nie mozemy nic na te dni zaplanowac... Zanim wyruszylam do pracy, podlozylam Potworkom prezenty od Mikolaja.

Prezent Kokusia duzo mniejszy, a znacznie drozszy ;)

Oboje zazyczyli sobie prezenty bardzo podobne. Nik chcial AirPods i na szczescie udalo mi sie znalezc niezla okazje przy Black Friday. Bi chciala, dla odmiany, duze i wygodne sluchawki, a ze te wybrane przez nia byly sporo tansze niz Kokusia, to dorzucilam jej jeszcze ksiazke. Tego dnia spotkalo mnie nie lada zaskoczenie przy wyjezdzie z garazu, kiedy okazalo sie, ze pada snieg i jest juz go warstewka na podjezdzie. Tylko ciezko westchnelam, ze bedzie slisko. I bylo naprawde nieciekawie, ale dojechalam bez problemu. Niestety, kiedy wracalam, snieg nadal padal. Na szczescie nie strasznie mocno, ale wystarczajaco zebym jechala pomalu i ostroznie, niczym stara babcia. ;) W kazdym razie, jak na zwykle spokojna sobote, to nie dane bylo mi poleniuchowac miedzy wypuszczaniem partii. Mialam do zatwierdzenia materialy, odhaczenie koncowej dokumentacji z partii wypuszczonych 2 tygodnie temu (tyle trwa inkubacja probek, zeby pokazac, ze nie zostaly czyms zakazone), a pozniej zaksiegowanie dokumentow. Dodatkowo, chcialam przygotowac papiery na wtorek, bo w poniedzialek szef bedzie sam, a przed nami troche szalony tydzien i chcialam ulatwic mu nieco zycie. Choc sama nie wiem czemu jestem taka mila, bowiem spotkala mnie kolejna irytacja. W piatek bowiem ja, szef, kolezanka oraz kierowniczka laboratorium dostalismy maila z oddzialu mikrobiologii, z wiadomoscia (cytuje): "dostalismy szalke petriego i mamy analize, ale potrzebujemy formularza wysylkowego zeby wypisac raport". Dokladnie tyle, nie mniej i nie wiecej. Wiadomosc przyszla akurat kiedy wypuszczalam jedna z partii, a kierowniczka laboratorium siedziala nieopodal i obie poskrobalysmy sie po glowach, nie wiedzac o ktora szalke chodzi. Skazenia zdarzaja sie u nas bowiem dosc czesto, wiec taka enigmatyczna wiadomosc nic nam nie mowila. Tak jak napisalam, wypuszczalam akurat partie, wiec nie mialam czasu sie nad tym glebiej zastanawiac. Jakis czas pozniej jednak, manager tej kierowniczki (ktorego nie ma na miejscu) wlaczyl sie w maile i napisal zeby jak najszybciej przeslac formularz do oddzialu mikrobiologii. Tu juz sie wkurzylam i napisalam, ze prosze o jakies dokladniejsze informacje, bo z maila nic nie wynika. Mialam ochote dodac, ze nie jestem wrozka ani nie czytam w myslach, ale ugryzlam sie w jezyk (klawiature). Po tym mailu, w koncu przyszla odpowiedz z dokladna informacja o ktora probke chodzi oraz kiedy wyszla z inkubatora i odkryli skazenie. No i fajnie, ale to bylo w momencie kiedy za chwile mialam wychodzic. Jak napisalam wyzej, maile poza mna, otrzymali tez: moj szef, moja kolezanka oraz kierowniczka laboratorium. Stwierdzilam wiec, ze ktoras z tych trzech (!) osob sie tym zajmie. Taaa... Przyjezdzam do pracy w sobote, a tam mail od managera kierowniczki do goscia z mikrobiologii, czy dostal formularz. Odpisal ze nie, wiec manager wyslal maila zeby jutro rano (czyli w sobote) to wyslac. Mail oczywiscie zaadresowany do tych samych osob. Nie wiem czy facet zapomnial ze wysyla go w piatek, wiec kolejnego dnia mial byc juz weekend i mikrobiologia nawet nie pracuje, czy faktycznie chcial zeby bylo to zrobione w sobote, ale wpienilam sie niemozliwie, ze w piatek byly TRZY osoby, ktore tez dostaly tego maila, a przyszly do pracy 4 godziny pozniej ode mnie, wiec z zalozenia zostawaly tyle samo dluzej. I co? Zadnej nie chcialo sie pofatygowac z formularzem? Nawet moja kolezanka nie potrzebuje do tego specjalnej kwalifikacji, a dodatkowo miala na miejscu szefa, ktory mogl jej dac wskazowki. Ostatecznie stwierdzilam, ze moge ten formularz wyslac. Znalazlam go, informacje co do probki mialam i... zorientowalam sie, ze nigdy czegos takiego nie wysylalam i nie wiem czy powinnam wsadzic to w koperte i wyslac poczta (ktorej w sobote nie odbieraja, a nie bede przeciez jezdzic po urzedach) czy mail wystarczy. Moglam zadzwonic do szefa, ale nie chcialm budzic go z taka pierdola, a po drugie przeciez byl dzien wczesniej w robocie i mogl to zrobic. W koncu umylam rece i napisalam do niego maila zeby zajal sie tym w poniedzialek, bo ja nie wiem jak. Moze pomyslal, ze jestem idiotka - blondynka, ale trudno. Niech chlop zajmie sie czyms pozytecznym. ;) Wrocilam do domu o 7 i polozylam sie oczywiscie do lozka, ale tym razem spanie kompletnie mi nie szlo. Przysypialam tylko po pare minut i bardziej sie meczylam. Kiedy ja spalam, Potworki dobraly sie do prezentow mikolajkowych i w rezultacie nic nie slyszeli i trzeba ich bylo szturchac zeby zareagowali, bo wlaczali opcje wyciszajaca. :D W koncu o 9 wstalam, zjadlam sniadanie, wyszykowalam sie i troche ogarnelam kuchnie, po czym trzeba bylo znow wyruszac. Zaczal sie sezon koszykowki i Nik mial pierwszy mecz. Pojechalismy wiec do jego szkoly, gdzie sala gimnastyczna znajduje sie pod ziemia (szkola jest na gorce i tak akurat idzie teren), wiec jest tam ciemnawo i ogolnie jakos tak ponuro. ;) Grali przeciw innej druzynie z naszej miejscowosci, w ktorej Nik ma dwoch dobrych kolegow. Sporo bylo wiec smiechu i wyglupow. 

Nik (z numerem 5) strzela do kosza. Nie trafil :D

Druzyna Kokusia okazala sie bardzo dobra. Zwykle w kazdej bylo kilku "nowicjuszy", ktorzy dotychczas grali tylko na lekcjach w-f, ale tym razem widac, ze kazdy lubi kosza i potrafi grac. Efektem bylo doslownie "zmiazdzenie" przeciwnikow. Wygrali 37:23. :D Kiedy wrocilismy, M. akura wieszal swiatelka na domu. Poniewaz rok temu okazalo sie, ze polowa swiatelek sie wypalila, w tym roku zakupil nowy sznur. Okazal sie on tak dlugi, ze malzonek opowiadal ze nie wiedzial juz gdzie te swiatelka wieszac. Przeciagnal je wzdluz domu, oplatal w moje hortensje, a na koniec jeszcze owinal balustrade. :D Pozniej byl czas na obiad i chwila spokoju, ale niezbyt dluga, bo oczywiscie jechalismy do kosciola. Po powrocie w koncu moglismy ocenic efekt pracy malzonka i przyznaje ze wyszlo mu to bardzo fajnie.

W zeszla sobote nadal lezalo sporo sniegu. Teraz praktycznie nie ma po nim sladu 

Poza tym myslimy coraz intensywniej o locie do Polski i stwierdzilismy, ze kupimy Potworkom wlasne walizki podreczne. Mamy nadzieje, ze uda im sie spakowac sporo wlasnych ciuchow, a ja wezme jeszcze dodatkowo jedna wielka walize. W sobote wlasnie M. kupil jedna walizke, ktora przypadla Bi. Polozyl ja na chwile w salonie i predko stala sie poslaniem dla kiciula. ;)

Zastanawiajace jest co koty maja z tym uwielbieniem dla walizek... :D 

Wieczorem zapalilismy w kominku, z racji ze tylko malzonek zrywal sie rano do pracy. Ta niedziela u nas byla bez produkcji, wiec moglam posiedziec dluzej razem z Potworkami.

W niedziele moglam pospac do oporu i najwyrazniej organizm tego potrzebowal. W sobote zauwazylam wieczorem, ze mam nie tylko podgrazone oczy, ale i straszne worki pod nimi. Poszlam spac przed 23, a w niedziele wylaczylam budzik o 9:30 i spalam jeszcze kolejna godzine. Obudzilam sie z mruczadlem ulozonym miedzy moimi kolanami, jak niegdys, gdy byla malym kociakiem. :)

No i jak tu teraz wstac? ;)

Kiedy wstalam, szybko zjadlam sniadanie i ogarniajac sie, napisalam do taty zeby wpadal na kawke. Dziadek przyjechal, zrobilam mu bezrobocie, a potem ogladalismy skoki. W miedzyczasie matka uparla sie zeby grac mi na nerwach. Wpadla bowiem na pomysl, ze moze ona by przyjechala na Boze Narodzenie do Zakopanego i przyszla na Wigilie do moich tesciow! Pomysl sam w sobie nie taki tragiczny, ale od razu zaznaczyla, ze moj tesc bedzie musial jej zarezerwowac jakis hotel w poblizu ich mieszkania. Swietnie. Bo moi tesciowie nie maja co robic, tylko martwic sie o obca babe, ktora jak zwykle kombinuje. Moja matka co roku na Swieta ma jakies odchyly i nieraz doprowadzala moja siostre do lez, bo wymyslala: przyjade, nie przyjade, musicie przyjechac w I dzien swiat, musicie zostac na noc, nie przyjezdzajcie, nie chce was widziec, i tak w kolko. Siostra jedzie na Wigilie do swoich tesciow, ktorych moja matka doskonale zna, widuja sie na wszystkich rodzinnych imprezach, na swieta, kiedys odwiedzala ich w domku nad jeziorem, itd. I jest do nich rowniez zaproszona! I co? Nie pojedzie, bo albo ich akurat nie lubi, albo czuje sie przy nich jak "uboga krewna". Ale co Boze Narodzenie ma "depresje" i czuje sie samotna. Tylko nie widzi ze to z wlasnej winy. I zeby nie bylo; to nie tak ze ona chcialaby zeby siostra z rodzina przyjchala do niej, nie! Ona upiera sie, ze N. MUSI zrobic Wigilie u siebie, zeby ona mogla przyjechac do niej! Czego siorka nie chce, bo wiadomo, to burdel na kolkach, chaos i stanie przy garach. A ze tesciowie zapraszaja, to chetnie korzysta. A ze w tym roku my mamy byc w Polsce, to matka wymyslila, ze sie wprosi do moich tesciow, ludzi, ktorych widziala tylko raz w zyciu, na moim slubie, 13 lat temu! Nie mowiac juz o tym, ze zrobila wtedy koszmarne pierwsze wrazenie. Nie wiem kto pamieta tamte posty, gdzie obrazila sie ze zaprosilam jedna z ciotek, odgrazala, ze na slub nie przyjedzie, domagala sie zebym zaprosila jej przyjaciolke, a na koniec wymyslila ze chce wracac nastepnego dnia i ktos MA ja odwiezc do Krakowa na lot o 8 rano!? Na moich tesciow zadarla nosa, caly czas przesiadywala z moim wujkiem z Niemiec i nie wiem czy zamienila z nimi wiecej nic kilka zdawkowych zdan. Ale oni teraz maja jej szukac hotelu i przyjmowac na Wigilie... :/ Nie mowiac juz o tym, ze gdziekolwiek by nie byla, mamuska zawsze musi byc w centum uwagi, wszystko musi sie krecic wkolo niej i choc twierdzi ze ona bedzie sobie siedziec w hotelu, to taaa, juz to widze. Zaraz bedzie wydzwanianie: a przyjdz do mnie, a co bedziesz tak siedziec u tesciow, a choc pojdziemy na spacer, a przyprowadz dzieciaki, itd. Kiedy zas odmowie, bedzie wielka obraza. My zas (troche samolubnie, przyznaje) chcielibysmy sami polazic po zasniezonym Zakopanem, wziac dzieciaki na narty, dziadki chca tez zwyczajnie spedzic czas z wnukami, a moja mamuska bedzie na wszystko marudzila, ze po co, ze ona specjalnie przyjechala, itd. Juz ja dobrze znam... Niestety, na moje delikatne, dyplomatyczne dopytywanie co z Wigilia u tesciow mojej siostry i czy potem sie spotkaja w Swieta, dostalam odpowiedz, cytuje: "A, rozumiem, czyli mnie nie chcesz.". I buch, juz mamy obraze majestatu! :O Niedzielny wieczor spedzilismy spokojnie, grzejac dupki przy kominku. Malzonek i dzieciaki szykowali sie na kieracik, a ja cieszylam na kolejny dzien wolny. :)

Uwielbiam swiateczny klimat w salonie...

Poniedzialek zaczelam o 6:50, zeby wstac zanim Potworki wychodzily do szkoly. Tego dnia mielismy -6 stopni, przy ostrym wietrze, sprawiajacym ze odczuwalna wyniosla -12. :O Stwierdzilam wiec, ze skoro mam wolne, to zawioze dzieciaki do szkol. Bi miala szanse pojechac z sasiadka, ale Nik musialby sterczec na przystanku. Najpierw jednak sam sie wahal, bo bal sie, ze odwozac najpierw dziewczyny (zaproponowalam oczywiscie sasiadce, ze wezme jej corke), spoznie sie do jego szkoly. A musialam odwiezc je pierwsze, bo zaczynaja juz o 7:28, zas u niego maja niby byc o 7:40, ale lekcje oficjalnie rozpoczynaja sie o 7:48. W koncu jednak stwierdzil, ze zaryzykuje. ;) Odwiozlam wiec najpierw panny, a potem Mlodszego, gdzie dojechalismy rowniutko o 7:30, wiec mial spory zapas czasu. Wrocilam do domu i stwierdzilam, ze sprobuje sie jeszcze zdrzemnac, bo w nocy juz musialam jechac do roboty. Polozylam sie i juz przysypialam, kiedy dostalam wiadomosc od M. :/ Chwile pozniej zaczelo mi sie robic cieplutko i odplywalam, kiedy... wibracje oglosily, ze dzwoni telefon! No cholera jasna! :/ Telefon okazal sie niestety z tych, ktore musialam odebrac, a pozniej zejsc na dol szukac dokumentow. To oczywiscie sprawilo, ze rozbudzilam sie kompletnie, a ze jak skonczylam rozmowe zrobila sie praktycznie 9:30, wiec uznalam, ze nie ma sie juz co klasc. Dzien zlecial na typowym domowym ogarnianiu.

Przy karmniku para Bluebirds. To rodzimy gatunek z Ameryki Pn i obawiam sie, ze zdjecie nie oddaje koloru ich upierzenia, ktore jest po prostu przepiekne

Wrocil ze szkoly Nik, a po Bi musialam jechac, ale na szczescie juz o 15:15. Ogolnie to mogla sobie w ogole odpuscic zostanie dluzej, bo na 17:50 musiala byc spowrotem w szkole. W domu, wiadomo, co chwila jest cos do roboty, wiec czas szybko zlecial.

Przyszly buty narciarskie Bi. Na szczescie rozmiar sie zgadza, styl pannie pasuje, wiec nie trzeba odsylac, ufff... 

Zawiozlam panne do szkoly, na probe generalna przed koncertem. Swoja droga, to powinni zrobic to w czasie lekcji (jak w poprzednich szkolach), albo zaraz po, a nie na wieczor. Tym bardziej, ze dyrygentka rozpisala grafik (sa rozne grupy grajace razem lub oddzielnie) i wyszlo, ze calosc potrwa do 20:45! :O Bylo mi to bardzo nie w smak, bo przeciez chodze o 21 spac, ale na szczescie sasiadka zoferowala, ze dziewczyny odbierze. Pozniej okazalo sie jednak, ze skonczyli juz o 20:15, wiec w sumie moglam po Bi jechac. ;) Po powrocie panna narzekala, ze taka jest zmeczona, a niestety, kolejnego dnia czekal ja juz wlasciwy koncert, a wiec powtorka z rozrywki...

We wtorek niestety wolne sie skonczylo i trzeba sie bylo zerwac o polnocy i ruszac do pracy. Mielismy -11 stopni i cieszylam sie, ze woze tylek samochodem, bo w dzien nie mialo byc duzo lepiej. ;) W pracy, bez pomocnikow, mam teraz caly czas bieg. Jak nie wypuszczam partii, to caly czas cos zatwierdzam, cos ksieguje, cos sprawdzam, albo drukuje dokumenty na kolejny dzien. Tego dnia ponownie spotkala mnie irytacja, bo akurat wypuszczalam jedna z naszych partii, kiedy facet of produkcji poprosil o dokumenty do partii klienta. Zagladam do segregatora gdzie trzymamy wszystkie papiery na kolejne partie - nie ma. Zajrzalam na liste wydanych dokumentow - nie ma. Stwierdzilam, ze szef musial byc zajety i nie zdazyl albo zapomnial. Weszlam na program do wydawania numerow seryjnych, a ten wydal mi automatycznie nr. 7. Zazwyczaj mamy partii 5, gora 6, chyba ze cos pojdzie nie tak i trzeba powtorzyc. Tego dnia jednak jeszcze nic takiego sie nie zadzialo. Zrozumialam, ze szef jednak musial wydac dokumenty, ale niewiadomo co z nimi zrobil. Mialam juz jednak numer 7, wiec wydrukowalam wszystkie dokumenty i podbilam, zeby produkcja juz je miala. Dopiero jakas godzine pozniej odkrylam tamte papiery szefa, w stosie dokumentow na stole w laboratorium. I sie wpienilam. Kiedy bowiem przychodze w nocy, stol jest zawsze zawalony jakimis przypadkowymi formularzami, kartkami samoprzylepnymi, dlugopisami, pieczatkami, pudelkami i Bog wie czym jeszcze. Z takimi "swinkami" pracuje. Wszedzie zostawiaja burdel na kolkach. Prace zaczynam wiec od ogarniecia swojego stanowiska. Odkladam przybory biurowe do koszyczka (ktory lezy na tym stole!), pudelka do magazynu, to co wyglada na smieci wyrzucam, a wszelkie papiery odkladam na schludny stosik, bo nie wiem co komu jest potrzebne. I tak co noc! No i tego dnia okazalo sie, ze dokumenty (zreszta nie wydrukowane w calosci) walaly sie przypadkowo po stole, a ja je zgarnelam na bok, nie patrzac dokladnie co to jest. Super... Pomogloby jednak gdyby szef cos napisal. Tyle ze on sam potem przyszedl i ich szukal, bo nie byl nawet pewien czy je wydrukowal!!! :O W kazdym razie, noc minela ekspresowo, pojechalam do chalupy, a tam na dzien dobry okazalo sie, ze Maya znow ma po czyms rewolucje zoladkowe! Po prostu nie ma nic lepszego niz powrot z nocnej zmiany i koniecznosc sprzatania psich odchodow. :/ Kiedy juz to ogarnelam, a potem nieco kuchnie, bo potworkowym sniadaniu wyglada jakby przeszlo przez nia tornado i zjadlam sniadanie, walnelam sie spac. Niestety, pospalam 1.5 godziny i obudzila mnie... Maya, ktora biegala na dole i piszczala. Zerwalam sie, bo wiedzialam, ze znow ja goni i jak nie wyjdzie, to bede miala kolejne sprzatanie. Pies polecial i nie wracal cale wieki, za to przylecial kot, ktorego wypuscilam wczesniej. Pozniej wrocilam oczywiscie do lozka, ale bylam tak rozbudzona, ze nie moglam zasnac. Nie pomagalo, ze Oreo probowala dostac sie do mojej sypialni i uderzala drzwi, ktore stukaly o framuge, a potem lazila po pokojach i slyszalam wyraznie, ze cos sie przewrocilo lub spadlo. :/ Meczylam sie tak dwie godziny, od czasu do czasu przysypiajac po kilka minut, ale w wiekszosci przewalajac sie z boku na bok. W koncu sie poddalam, tym bardziej, ze trzeba bylo jechac po Bi. Rano znow mielismy -10 i sasiadka zawiozla dziewczyny, ale to oznaczalo, ze musialam panne odebrac. Nooo, nie musialam, ale inaczej szla by pieszo przy -3 stopniach w samej bluzie, bo przeciez kurtka parzy. ;) Poniewaz zas wieczorem miala koncert, chciala ze szkoly wrocic nieco wczesniej niz ostatnio, zeby miec troche czasu na odpoczynek, zjedzenie i odrobienie lekcji. Szybko sie wiec zebralam i udalo mi sie dotrzec do szkoly o 15:25. W domu, panna miala nieco ponad 2 godziny, po czym na 18 zawozilam ja spowrotem do placowki. Nie rozumiem dlaczego tak wczesnie skoro koncert zaczynal sie o 19, ale ze mieszkamy tak blisko, to odwiozlam ja i wrocilam do domu.

Gotowa na koncert :)

Posiedzialam z chlopakami, a pozniej oni wychodzili na basen/silownie, a ja jechalam na koncert corki. Jak to z M. bywa, nie mial ochoty sluchac jak dziecko gra. Ojciec roku. :/ A grali pieknie! Cala orkiestra dzieli sie na kilka grupek i Bi jest oczywiscie w tej najslabszej, ale tak to bywa jak rodzice nie funduja prywatnych lekcji, a dzieciakowi nie chce sie cwiczyc. Panna nawet ostatnio (bardzo wygodnie) zostawia skrzypce w szkole, wiec nie mam jak jej gonic do cwiczen. :/ Nawet jednak ta najslabsza grupa grala pieknie, bo wszystkie te dzieciaki zaczely w II klasie, a teraz sa minimum (w high school wszystkie roczniki graja razem) w IX, wiec lata cwiczen robia swoje.

Tutaj ta mniejsz (co nie znaczy ze "mala") grupa. Bi po lewej, w ostatnim rzedzie

Wiekszosc zagrala bardziej klasyczne i mniej znane kawalki, chociaz jedna z bardziej zaawansowanych grup miala w repertuarze "Cicha Noc" i wyszlo im to przepieknie. Na koniec zas, cala orkiestra zagrala wspolnie "All I want for Christmas" i taki zywy, wesoly kawalek byl swietnym zakonczeniem. :) Wszystko skonczylo sie tuz przed 20, ale oczywiscie zanim mlodziez wyszla, zanim czlowiek doszedl do auta i dojechal do domu, zrobila sie 20:10. Z braku konkretniejszego snu bylam tak wykonczona, ze tylko szybko cos przekasilam i pomaszerowalam do lozka. Dzieciaki sie jeszcze na dole ogarnialy, ale ja nie mialam juz sily na nich czekac.

W srode wstalam nawet rzeska, ale w pracy szybko przekonalam sie, ze zmeczenie mnie dogania. Oczy mnie bolaly i ciagle ziewalam. Zreszta nie ja jedna. Cale laboratorium jakies sniete bylo. Moze cos bylo w powietrzu bo na popoludnie zapowiadali deszcz. ;) Nocka zleciala oczywiscie niemozliwie szybko. Troche udalo mi sie "podszkolic" kolezanke. W cudzyslowiu, bo oficjalnie nikogo nie moge trenowac przed ukonczeniem roku od zatrudnienia. Tyle, ze tu chodzilo o taki durny program do inwentaryzacji, w ktorym trzeba przed egzaminem przejsc wszystkie kroki wedlug instrukcji. Instrukcja jest niemozliwie zagmatwana, a na dodatek wszyscy musza najpierw przejsc czesc dla laborantow i dopiero pozniej ta dla kontroli jakosci. Kazdy lapie sie za glowe kiedy musi to zrobic po raz pierwszy i nikt potem nie pamieta gdzie i po co musi kliknac. Wszystkie komendy ten program ma bowiem "z kapusza" wyjete i jak nie wiesz, to w zyciu sie nie domyslisz o co chodzi. Oficjalnie jednak ma sie kwalifikacje. Musialam tylko kolezance jeszcze raz pokazac co ma robic, bo dla nas - kontroli jakosci, to jest doslownie 5 klikniec. :) Przynajmniej teraz bedzie mogla sama zatwierdzac materialy, bo nieraz magazyn peka w szwach, laboranci pilnie czegos potrzebuja i czlowiek miedzy innymi obowiazkami jeszcze probuje na wariata to ogarnac. :/ Wrocilam do domu, ale jak na zlosc nie moglam isc spac, bo o 11 musialam polaczyc sie na meeting. Ten potrwal 45 minut i w koncu moglam walnac sie do lozka. :) Zbieralo sie na deszcz i bylo ponuro i ciemnawo, wiec spalo mi sie rewelacyjnie, choc po niecalych 3 godzinach obudzil mnie pecherz i niestety spanie sie skonczylo. :( Na telefonie mialam wiadomosc od Bi zebym odebrala ja najszybciej jak moge (rano znow pojechala z sasiadka), wiec nie bylo nawet jak sprobowac jeszcze dospac. A potem sie wkurzylam, bo zerwalam sie, migiem ogarnelam i polecialam do szkoly, wyslalam pannie wiadomosc, ze jestem i czekalam... 9 minut! Powiedzialam smarkuli, ze kolejnym razem, jesli minie 5 minut a jej nie bedzie, to odjezdzam, a ona moze wrocic piechota. :/ Z innych srodowych wiadomosci, to przyszedl raport semestralny Kokusia. Ogolnie nie ma na co (zbytnio) narzekac, bo ma tyle samo B, co A.

Raporcik

Trzeba jednak dodac, ze te A sa glownie z przedmiotow jak sztuka czy w-f. :D Jedynie nauki scisle (science) maja jakies wieksze znaczenie. Po przebojach z rozszerzona matma u Bi, jestem z Mlodszego dumna, ze ma B i to bez chodzenia do nauczycielki zeby cos dodatkowo wytlumaczyla. Co ciekawe, Nik wydaje sie lekko rozczarowany wlasnymi wynikami, ale sorry, ma to na co sobie (nie)zapracowal. Najwazniejszym jednak faktem tego dnia bylo to, ze mielismy 10 grudnia, czyli kawaler konczyl 13 lat! :) Zgodnie z nasza mala, rodzinna tradycja, M. po drodze kupil ulubione ciasto Kokusia i po obiedzie zaspiewalismy mu Happy Birthday i zdmuchnal swieczki.

No i kolejny nastolatek w domu ;) 

Prezent dostal malo wyszukany, bo karte (a raczej kart-y, bo chcialam kupic jedna na $100, ale nie bylo i musialam wziac dwie po $30 i dwie po $20 :D) podarunkowa do Steam, czyli strony, z ktorej moze sobie sciagac gry komputerowe. Tego dnia M. i dzieciaki zostali w domu, Bi nie miala w koncu zadnych koncertow ani przygotowan, skorzystalam wiec i ogarnelam dwa prania, a potem zagniotlam ciasto na pierniczki. To na szczescie musi polezakowac w lodowce, bo na pieczenie juz nie starczylo czasu, ale Nik i tak byl przeszczesliwy, bo dopraszal sie o nie chyba od miesiaca. ;)

Czwartek to znow niczym dzien swistaka, pobudka o polnocy i do roboty. Tam ten sam schemat: wypuscic trzy partie, a w miedzyczasie cos ksiegowac. Szkoda, ze nie mielismy nowych materialow do zatwierdzenia, bo jeszcze raz pokazalabym kolezance. Po wypuszczeniu trzeciej partii, szybko podrukowalam dokumenty na kolejny dzien i "ucieklam" do domu. Po poludniu bylam umowiona z Maya do weta, a kiedy rezerwowalam wizyte kilka tygodni temu, najpozniejsza byla o 14:45. Nie bylo mi to zbytnio wsmak, ale coz. Postanowilam wyjsc tego dnia jak najszybciej sie uda (i tak zrobila sie prawie 8 rano), zeby w domu szybko cos zjesc i sie polozyc. Zwykle jeszcze ogarniam zmywarke oraz naczynia w zlewie, ale tym razem tylko szybko zjadlam i polozylam sie do lozka. Oczywiscie, jak na zlosc, jak nie moglam za dlugo spac, to spalo mi sie wysmienicie i brutalnie zerwalam sie z budzikiem. ;) Wstalam, ogarnelam sie, ale zjesc juz nie mialam czasu. Szybko tylko pozarlam banana, zeby zagluszyc burczenie w brzuchu. :D Wypuscilam psiura na dwor (okazalo sie, ze niepotrzebnie), zapakowalam do auta i pojechalysmy. U weta przyjeli nas od razu, tylko co z tego, skoro po kazdej krotkiej rozmowie, czy badaniu, zostawiali mnie z psem na kilkanascie minut w sali zabiegowej. Przyjechalam rowniutko na czas, a wyszlam o... 15:51. :O

Wzrok pt. "Czy mozemy juz stad isc?" :D 

Panie oczywiscie zabraly Maye na tyl zeby pobrac jej krew i mocz i ostrzeglam ze ona strasznie dramatyzuje i ostatnio skonczyla w kagancu. Slyszalam potem skowyt i szczekanie zza drzwi, ale pies wrocil bez kaganca. Panie powiedzialy, ze taki protest byl tylko przy zagladaniu "pod ogon", a na uklucie nawet nie zareagowala. Niestety, okazalo sie ze pecherz miala pusty i nie udalo im sie pobrac moczu. Tak jak kiedys, dostalam tacke oraz buteleczke i mam sprobowac "zlapac" probke. :D Ale czy to nie ironia? Pies gdzie lezy, tam posikuje. A jak potrzeba probki moczu, to nagle nie ma nic... Jesli o to posikiwanie chodzi, wreszcie trafilam na pania doktor (tam sie ciagle zmieniaja), ktora wysluchala ze obecne tabletki praktycznie nie pomagaja. Przeliczyla dawke w stosunku wagi psa i stwierdzila, ze dostaja juz maksymalnie. Skoro te nie pomagaja, przepisala cos nowego - hormonalne, z estrogenem. Problem z trzymaniem moczu bowiem czesto dotyczy wysterylizowanych suk i ma podloze hormonalne. Musze zamowic nowe tableteczki i zobaczymy. Niestety, nowa terapie sprobuje juz raczej wdrozyc po powrocie z Polski, bo musze ja obserwowac uwaznie przez 2 tygodnie i wrocic potem do weta, a przeciez nas nie bedzie. Nie bardzo ufam mojemu tacie (ktory bedzie sie opiekowal psem) ze to ogarnie. Wrocilysmy z Maya do domu i biedny, straumatyzowany pies przespal reszte popoludnia i wieczor. :D Fajnie by bylo juz klapnac na kanape, ale niestety Nik mial trening koszykowki. Na szczescie w tym tygodniu juz normalnie - na 19. W dodatku M. sie zlitowal, bo wczesniej sie wykapalam i mialam nadal wilgotne wlosy i zawiozl syna, a ja go potem odebralam. A po powrocie wiadomka - szybko cos zjesc i lulu. ;)

A w piatek powtorka z rozrywki, czyli pobudka o polnocy i do roboty. Bylo -5 stopni, z odczuwalna -8, wiec cieszylam sie, ze znow moge parkowac zaraz pod budynkiem. ;) W pracy dzien minal jak zwykle szybko. Mialam szczescie, ze przez caly tydzien wszystkie partie przechodzily bez problemu. Moglam tez troche podszkolic kolezanke, bo w piatki przychodzi "weekendowa" dziewczyna, ktora zwykle sklada fiolki do produkcji. Trzeba sprawdzic kazda po kolei. Tym razem zlozyla (czyli powbijala odpowiednie filtry oraz igly) dwa rodzaje. Jednego bylo fiolek 20, a drugiego... 70. :O Troche nam wiec zeszlo... Poza tym przyszly sterylne fartuchy uzywane w produkcji, a z jakiegos powodu to jedyny material, ktory sprawdzamy poza systemem. Moglam wiec tez pokazac jej co i jak. Przygotowalam papiery na weekend oraz poniedzialek, pozegnalam sie i pojechalam. Niestety, jak to w piatek, pognalam najpierw na zakupy. Zanim obrocilam, dotarlam do domu, rozpakowalam torby i w koncu cos zjadlam, zrobilo sie po 12. Polozylam sie o 12:30 i obudzilam sie kiedy o 14:50 Nik dotarl do domu. Za duzo tego spania wiec nie mialam. :/ Kiedy wstalam mialam juz wiadomosci od Bi, pytajacej czy po nia przyjade. Pozniej jednak panna zdecydowac sie nie mogla o ktorej i ostatecznie stanelo na 16:15. Tym razem Starsza wyszla ze szkoly jak tylko podjechalam; nie zdazylam nawet wyslac smsa ze jestem. :D Przez to spanie oraz jazdy po corke, bylam tak zakrecona, ze zaczelam skladac i wstawiac prania, ogarnialam zmywarke i bylo juz po 18, kiedy przypomnialo mi sie, ze mialam... piec biszkopt na tort Kokusia! :O Na ta niedziele zaprosilismy bowiem dziadka oraz chrzestnego... No coz... Na szczescie biszkopt miesza sie szybko, a potem juz "sam" sie piecze. Nik dopytywal o pierniczki, ale juz nie mialam na nie sily. :/ Poniewaz na noc szedl siarczysty mroz, a w dodatku paskudnie wialo, wiec napalilismy w kominku zeby zrobilo sie przytulniej. I tak wieczor migiem zlecial.

Na koniec wrzuce Wam fote szkolna Kokusia. Zdjecia przyszly juz jakis czas temu, ale na smierc zapomnialam pokazac. To niesamowite jak on sie zmienil i jak powaznie juz wyglada. Moj maly chlopiec, chlip... ;)

Wlos nastroszony, ale i tak przystojniak z niego ;)

środa, 10 grudnia 2025

Kolejna szczesliwa trzynastka w domu, czyli urodziny Kokusia :)

Nie wiem kiedy zlecial kolejny rok i ponownie obchodzimy urodziny najmlodszego czlonka rodziny. :)

13

Zastanawiam sie o czym w sumie pisac, bo poza szalonym wzrostem, Nik az tak sie przez ten rok nie zmienil. Jak wysoki jest, bede wiedziec po bilansie (w kwietniu...), ale praktycznie zrownal sie ze mna, a mam prawie 170 cm. Stope ma od mojej wieksza... Nawet dlonie ma wieksze. :D Siostre juz dawno przerosl, czego ona nie moze przebolec, bo przeciez przez cale dziecinstwo byla zawsze wyzsza. ;) Przez to, ze Nik tak rosnie, jest oczywiscie chudy jak tyczka, bo jak tu nabrac masy kiedy sie ciagle ciagnie w gore. :) Zebiszcza ma juz (chyba) wszystkie stale, choc jeden uparty mleczak tkwi nadal, a za nim rosnie sobie juz staly zab. Na czole ma mnostwo drobniutkich wypryskow, ale poza tym tradzik go zbytnio nie atakuje.

Mamy poprawe jesli chodzi o higiene osobista. Nie musze juz gonic panicza pod prysznic. Sam idzie i to po kazdym basenie. Twierdzi, ze chce umyc wlosy z chloru, ale zapomina i caly sie kapie. :D Odkad zaczelam ta prace, zmuszony byl tez sam pakowac sie do szkoly, pamietac o przekaskach, ladowaniu kompa, itd. To zaowocowalo ogolnie wieksza samodzielnoscia i kawaler nagle sam pamieta tez o kolacji, a ta to ostatnio jajka - albo smazone, albo jajecznica.

Jesli chodzi o szkole, to zaczelo mu w tym roku jakby bardziej zalezec. Nie idzie jednak za tym wieksze przylozenie sie, a przynajmniej ja tego nie zauwazam. Nik marudzi, ze znow dostal B a liczyl na A, tyle ze przy Bi widzialam to sleczenie w papierach i kompie, a u niego tylko minimalne, wiec czego oczekuje? ;) Ogolnie jednak z ocen na semestr nie mial ani jednej C, ze o nizszej juz nie wspomne, wiec w sumie nie ma powodow do narzekania.

Jak na nastolatka (teraz juz "pelna geba" bo thirteen zobowiazuje ;P) przystalo, coraz czesciej ma swoje humory i foszki. Zawsze byla z niego maruda, ale teraz odpyskowuje i wkurzony idzie do swojego pokoju, jesli cos mu nie podpasuje. Nadal jednak przychodzi i przeprasza kiedy ochlonie, najczesciej tlumaczac ze byl... glodny. :D Wiadomo, Polak glodny to zly, choc Nik raczej okresla siebie jako "hangry", czyli polaczenie hungry oraz angry. :D

Nadal plywa i ostatnio jezdzi bez szemrania na treningi. Widzial jaki wycisk dostala Bi w szkolnej druzynie, a ze sam tez planuje dolaczyc do zespolu w high school, to zawzial sie zeby zbudowac jak najlepsza forme. Ponownie zdecydowal sie tez zima grac w koszykowke. To juz bedzie prawdopodobnie ostatni raz, bo rekreacyjne sporty organizowane przez miasto koncza sie na middle school. W przyszlym roku musialby startowac do szkolnej druzyny, ale na to twierdzi, ze jest za slaby. ;)

Jakos ostatnio zapalal miloscia do naszego psiura. Wypuszcza Maye (twierdzac, ze "biedny" piesek musi sie zalatwic, nawet jesli dopiero co byl ;P), biega z nia po ogrodzie, rozdaje przysmaczki i caly czas powtarza ze ma nadzieje ze bedzie zyla jak najdluzej. Za to kota zwykle omija z daleka. ;)

I to chyba by bylo na tyle. Wzrost i waga jak zwykle po bilansie. ;)


Sto Lat Synku! Rosnij, ale pozostan z tym wrazliwym, przymilnym charakterem!!!

piątek, 5 grudnia 2025

Wkraczamy w grudzien

Sobota, 29 listopada, zaczela sie, nie zgadniecie... praca! :D O tyle fajniej, ze w weekendy moge pospac do 1:40 zamiast zrywac sie o polnocy. No ale, tak czy srak, to nadal pobudka o nieludzkiej porze. Razem ze mna zerwal sie M., ktory stwierdzil, ze i tak juz nie zasnie, wiec woli pojechac do pracy. ;) Kiedy wyszlam z sypialni, zobaczylam przez szpary w drzwiach u Kokusia, ze pali sie u niego swiatlo. Szykowalam sie zeby go solidnie opiep**yc ze jeszcze nie spi, ale okazalo sie, ze po prostu zasnal przy zapalonym swietle. Co tez w sumie oznacza, ze siedzial tak dlugo, ze byl nieprzytomny ze zmeczenia i po prostu padl, nawet nie zauwazajac, ze przy glowie swieci mu lampa... W robocie niestety nie mialam jak odpoczac miedzy wypuszczaniem partii, bo na poniedzialek laboratorium pilnie potrzebowalo zatwierdzenia czesci materialow. Musialam sie wiec tym zajac, czy mialam ochote, czy nie... Wrocilam do domu o 7 i polozylam sie szybko spac, ale zasnac bylo mi ciezko i przysypialam po 10 minut. Kiedy o 9:30 zadzwonil moj budzik, chcialam jeszcze "polezec" i... obudzilam sie o 10:28. :D Kiedy wstalam, akurat dojechal z pracy M. W poprzednim poscie pisalam, ze na Black Friday i weekend po nim, nie planuje jezdzic po sklepach. Coz, okazalo sie, ze nie bylo mi dane dotrzymac slowa. ;) Juz pisalam, ze w piatek pojechalismy szukac butow do koszykowki dla Kokusia. W sobote zas, M. wpadl na pomysl zeby pojechac do innego sportowego sklepu, popatrzec za butami narciarskimi dla Bi. Wypad okazal sie porazka, bo okazalo sie, ze w sklepie przeceny na "czarny piatek" mieli, ale na takie rzeczy jak kurtki, a nie powazny sprzet. :/ Panna przymierzyla dwie pary, ale kiedy za jedne zaspiewali $499, a M. w tym czasie znalazl na Amazonie identyczne za $179, to szybko podziekowalismy i pojechalismy. 

W sklepie Nik dorwal wygodna laweczke zbita z... desek do snowboard'u :D

Jedyna zaleta bylo, ze przynajmniej zmierzyli Bi porzadnie stope, bo wczesniej zastanawialo mnie dlaczego ma buty w tym samym rozmiarze, co ja, skoro stope ma o 1.5 rozmiaru mniejsza. ;) Okazalo sie, ze faktycznie panna poprzednie buty miala za duze. Ostatecznie jednak w necie wybrala sobie zupelnie inne niz te przymierzone i $240 nie nasze, choc to i tak niezla cena. Ciekawe tylko czy jak przyjda, wszystko bedzie ok, bo juz kiedys zamawialam Kokusiowi crocs'y i najpierw przyszly o dwa numery za male, potem o jeden numer i dopiero za trzecim razem przyslali poprawne. :D W domu mielismy 1.5 godziny na obiad i dychniecie, po czym jechalismy do kosciola. Po powrocie planowalam upiec jakies ciasto bo w niedziele przyjezdzal tata. Ostatecznie jednak stwierdzilam, ze w minionym tygodniu pieklam 3 razy i po prostu mi sie juz nie chce. Mielismy jakies kupne ciastka, paluszki, chipsy... Bylo czym poczestowac seniora. ;) Zamiast tego, wzielam prysznic i spedzilam wieczor na relaksie.

W niedziele ponownie wczesna pobudka. W pracy wszystko poczatkowo szlo ok, poza tym, ze jeden chlopak spoznil sie 20 minut. A wlasciwie to duzo wiecej, bo kolezanka skarzyla sie, ze laboranci powinni w weekend przyjezdzac godzine przed wypuszczeniem partii, bo jest ich tylko dwoje, wiec musza odhaczyc sami wszystkie zadania, ktore sa do zrobienia przed i po testach. Tymczasem, kiedy przyszedl, juz wypuszczalismy partie, a testami musiala zajac sie kobitka, ktora miala w tym czasie przygotowywac odczynniki. Tych oczywiscie nie przygotowala, a pozniej wzruszyla ramionami, ze jest zmeczona (tak naprawde to pewnie wku*wiona) i pojechala. Mnie zas chlop z produkcji poprosil zebym zostala i zatwierdzila te odczynniki, kiedy on je przygotuje. Probowalam przekonac go, ze ktos z kolejnej nocnej zmiany moze je przygotowac, a moj szef zatwierdzic, ale podobno potrzebowali je na sam poczatek zmiany i nie bedzie komu ich potem "przyklepac" w systemie. Szlag. :( Rada nie rada, zostalam, choc zgrzytalam zebami ze zlosci, bo ostatecznie, zeby nieco przyspieszyc, pomagalam facetowi przyklejac etykiety na fiolki, tymczasem spoznialski dupek zabral sie i... pojechal do domu! Nawet nie spytal czy moze jakos pomoc! Zeby bylo "lepiej", tej nocy zjawila sie niespodziewanie kierowniczka laboratorium, zeby obejrzec jakies czyszczenie w ramach wlasnego szkolenia. Nie zainteresowala sie jednak zupelnie tym jak idzie, co zostalo zrobione, a co nie i dlaczego... nie mowiac juz o propozycji pomocy. Przyjechala na moze 45 minut, obejrzala co musiala i zwinela sie do domu! :O Tymczasem facet od produkcji zostal dluzej i ja tak samo. Zamiast juz o 5 byc w domu, dotarlam do niego o 6:30. Korcilo mnie zeby opisac w mailu ta cala sytuacje i wyslac go nie tylko do mojego szefa (bo to typ, ktorego malo co interesuje), ale tez do kilku innych managerow, w tym szefa owej kierowniczki. Ta niedziela pokazala bowiem po raz kolejny, ze poza facetem z produkcji (starszym i jedynym, ktory pracuje tam wiele lat), wszyscy tu maja klapki na oczach i widza tylko swoj kawalek obowiazkow. Nie ma pracy zespolowej, gdzie kazdy interesuje sie czy wszystko zostalo zrobione i czy mozna jakos pomoc i ulatwic zycie kolegom ze swojej oraz kolejnej zmiany. W kazdym razie, wreszcie wrocilam do domu i od razu zapakowalam sie do lozka. Snu zostalo mi jednak nie tak wiele, bo budzik nastawilam na 9:30 i tym razem bylam zdeterminowana zeby nie spac dluzej.

 

Kiedy wstalam, znalazlam Oreo dosypiajaca na krzesle Kokusia

Dzien wczesniej chcialam odkurzyc i pomyc podlogi na gorze, a takze zagonic Potworki do ogarniecia swoich katow, ale przez odsypianie zmiany, a pozniej wyprawe do sklepu narciarskiego, nic oczywiscie nie zrobilam... Zawzielam sie wiec, ze odhacze to w niedziele. To jednak jest dzien kiedy wpada moj tata, a do tego po poludniu bylam umowiona do weta z kotem, wiec chcialam wstac w miare wczesnie, zeby szybko ogarnac sprzatanie zanim zjawi sie dziadek. Zmusilam sie wiec do wstania zaraz po dzwonku budzika, szybko zjadlam sniadanie i ogarnelam sie nieco, po czym chwycilam za odkurzacz. O dziwo, Potworki tez odkurzyly u siebie bez marudzenia, a Nik nawet zaofiarowal ze umyje podloge na calej gorze. Poza pokojem siostry oczywiscie. Az tak mily to nie jest. :D Przyjechal dziadek i jak zwykle posiedzielismy i pogadalismy o pierdolach i obejrzelismy powtorke sobotnich skokow narciarskich, bo niedzielne odwolali. ;) Przed godzina 15 musialam sie zbierac do weta, wiec moj tata pojechal do domu. Bi zabrala sie oczywiscie ze mna. Mialysmy szczescie i jakas rodzina akurat wyszla, wiec z marszu zostalysmy przyjete. Zawsze to mniej stresu dla kota, ktory skulil sie w transporterze, jakby chcial zniknac. :D Tutaj tez spotkala mnie lekka irytacja (cos ostatnio duzo sie irytuje ;P) bo pani doktor nagle wyskoczyla ze szczepionka przeciw kociej bialaczce, bo to wazne przy wychodzacym kocie. Oreo ma prawie 3 lata, a jakos wczesniej nikt tej szczepionki jakos szczegolnie nie sugerowal. No ale fakt, ze kot wychodzi, ma stycznosc z innymi kotami, ktore szwendaja sie po naszym osiedlu, wiec jak ma ja to dodatkowo zabezpieczyc, to ok. Pani doktor oznajmila, ze najpierw musza zrobic badanie krwi. No dobra, jak trzeba, to trzeba. Nastepnie jednak poinformowala, ze po tym szczepieniu, musze wrocic za 4 tygodnie po dawke przypominajaca. I cale szczescie ze jeszcze nie zaczela kota kluc, bo z marszu zaczeli nas umawiac na... 28 grudnia. Szybko przystopowalam, ze wtedy nas nie bedzie. No dobra, to maja miejsce kilka dni wczesniej. Tlumacze ze wyjezdzamy przed Swietami i wracamy dopiero 6 stycznia. To ona szybko szuka godziny na ten dzien! Stopuje ponownie, mowiac ze 6-ego wracamy, ale w domu to bedziemy pewnie o polnocy. Pani sekretarka zmienila strategie i pyta czy mozemy przyjechac 21 grudnia. W koncu czy to 4 tygodnie, czy 3, co za roznica. :D Mowie ze ok, wtedy jeszcze jestesmy. Tu jednak pani wyskakuje z faktem, ze oni tego dnia nie pracuja i bede musiala jechac do ich filii... ponad pol godziny jazdy od naszego domu. Jesli nie ma korkow, bo wtedy moze sie zrobic prawie godzina. O nie, tu juz w koncu powiedzialam, ze jednak na to szczepienie umowie sie jak wrocimy z wojazy, bo to juz zaczynalo wygladac niczym bieg przez oplotki... A na koniec okazalo sie, ze przy glownym celu mojej wizyty, czyli odebraniu kropelek przeciw pasozytom, pani Oreo nawet nie musiala ogladac. W sumie czlowiek targal kiciula tylko po to, zeby pokazac ze kupuje dla zwierzaka, a nie zeby sprzedac je na czarnym rynku. :D Nasza wizyta potrwala wiec jakies 10 minut, z czego wiekszosc to bylo gapienie sie w kalendarz i proba umowienia mnie niemal na sile na szczepienie, o ktorym wczesniej nawet nie myslalam. :/ Wrocilysmy do chalupy gdzie buzowal ogien w kominku, co bylo szczegolnie przyjemne po mzawce i 5 stopniach na zewnatrz. Reszta popoludnia i wieczor uplynely juz na relaksie. Na wieczor Potworki musialy szykowac sie do szkoly po 4 dniach laby, czym oczywiscie nie byly zachwycone. Za to ja cieszylam sie poczatkiem mojego "weekendu". :)

W poniedzialek pospalam do zawrotnej godziny 7, po czym wstalam zeby pozegnac Potworki wychodzace do szkoly. Bi miala szczescie, bo mama kolezanki ponownie ja podwozila, co jednak oznaczalo, ze po poludniu musialam ja odebrac.

Nik podaza na przystanek 

Po odjezdzie dzieciakow, zjadlam, umylam sie i mialam sprzatac na parterze, ale zlapal mnie kompletny brak motywacji. :D Snulam sie po domu bez celu i ostatecznie (jak juz wzielam sama siebie w karby), zamiast zaczac sprzatac o 8, zaczynalam po 10. A potem bylam oczywiscie zla na siebie, ze mam tak malo czasu zeby usiasc spokojnie z kawka. ;) No ale chalupa wygladala duzo lepiej. Naprawde, jak wszyscy jestesmy w domu, balagan generuje sie w kazdym kacie i to w zastraszajacym tempie. Powiesilam tez ponownie karmnik dla ptakow. Mam nadzieje, ze wszystkie niedzwiedzie poszly juz spac. :D Niby dla naszych okolic "bezpieczna" data zeby wywiesic karmniki to 30 listopada, ale wszystko w sumie zalezy od pogody danej jesieni. W kazdym razie, wystarczyla godzina, zeby przy karmniku ptaszydla urzadzaly popas na calego. ;)

Slabo widac, ale jeden darmozjad siedzi w karmniku, a drugi na palaku, na ktorym karmnik wisi 

Wrocil do domu Nik, a pozniej M., ktory po drodze odebral narty dla Kokusia. Kiedy mierzylismy, wydawalo mi sie, ze beda krotsze, wiec bylam w leciutkim szoku. ;) Nikowi jednak sie bardzo podobaja i dlugosc mu nie przeszkadza. 

Zdjecie jakos dziwnie znieksztalcilo proporcje. Tak naprawde narty siegaja Kokusiowi mniej wiecej do oczu :D

No i w ten sposob powinny mu starczyc na minimum dwa sezony, a M. stwierdzil ze jak z nich wyrosnie, to on je wezmie. Juz to widze, jak od kilku lat w ogole nie jezdzi... :D Malzonka naszlo na zapiekanki, a w czasie kiedy je robil, ja pojechalam po Bi. Przy okazji odebralam tez jej kolezanke - sasiadke, dzieki czemu mialam sie okazje odwdzieczyc za to ciagle podwozenie Bi ostatnio. Popoludnie szybko zlecialo, a pod wieczor Potworki mialy trening. Malzonek zdecydowal sie pojechac pocwiczyc, wiec zyskalam spokojna godzine, ktora wykorzystalam m.in. na poskladania prania. Tyle z relaksu, choc w sumie mialam wolne, wiec odpoczywalam wczesniej. ;)

Wtorek to praca dla M., a dla mnie kolejny dzien "weekendu". :D Niespodziewanie (choc troche "spodziewanie") wolne dostalo sie tez Potworkom. Juz od kilku dni zapowiadali opady sniegu, ale prognozy, z kilkudziesieciu cm przeszly w kilkanascie, pozniej kilka, a w poniedzialek pokazywaly juz ze w naszej okolicy snieg szybko przejdzie w deszcz i wlasciwie nic nie napada. Kiedy kladlismy sie do lozek, nadal nie przewidywaly niczego spektakularnego i w wiadomosciach zadnych zamkniec szkol nie pokazywali. Oczywiscie Potworki liczyly na cos wrecz przeciwnego, wiec Nik wykorzystal uczniowski przesad i wsadzil pod poduszke... lyzeczke! :D Co ma piernik do wiatraka, nie mam pojecia. Za moich szkolnych czasow, wsadzalo sie zeszyt pod poduche zeby zapewnic sobie pomyslnosc na sprawdzianie. Tu mozna zalozyc, ze notatki z zeszytu, podczas snu, magicznie "przesiakna" do pamieci. Ale lyzeczka zeby dostac snow day? Zupelnie z czapy wyjete... :D Najwyrazniej jednak podzialalo, bo o 5:30 obudzilo mnie bzykniecie telefonu, gdzie sms informowal ze szkoly we wtorek beda w naszej miejscowosci zamkniete. Zastanawialam sie czy nie wstac i nie zostawic wiadomosci dzieciakom, ale nie chcialo mi sie schodzic na dol w poszukiwaniu jakiejs kartki i dlugopisu, a oboje maja telefony wiec moga sami sprawdzic czy cos wskoczylo, wiec sobie odpuscilam. Pozniej okazalo sie, ze moglam jednak to zrobic, przynajmniej dla Kokusia, ten bowiem powiedzial ze wstal, ubral sie i dopiero kiedy zauwazyl ze Bi (ktora przezornie sprawdzila zanim wstala) nadal spi, sprawdzil maile i dowiedzial sie ze maja wolne, wiec wrocil do lozka. :D

Stan z 11:40 i duzo wiecej nie napadalo, bo snieg przeszedl w marznacy deszcz

Tak czy owak, cala nasza trojka pospala dlugo i blogo. Moj budzik zadzwonil o 9:30, ale za oknem sypalo az milo, w sypialni bylo ciemno i kompletnie nie moglam sie obudzic... Po sniadaniu szybko dosypalam nasion do karmnika, bo ptaszydla juz krazyly, a wszystko zasypal im snieg. Dzien uplywal leniwie.

Laba na calego ;) 

Pomyslalby kto, ze widok za oknem zmotywuje do ubrania choinki i udekorowania chalupy, ale zamiast tego, przez niskie cisnienie, chcialo mi sie spac i nie robic nic. ;) Tylko Nik wyciagnal slizgacza i zjezdzal za domem, trzymajac majusiowa pileczke, a wiec zmuszajac psiura do gimnastyki.

Wrocil mokrusienki

Niestety, jak to w naszym klimacie, po poludniu snieg przeszedl w marznacy deszcz i nie dosc, ze uklepal to, co napadalo, ale jeszcze sprawil ze zrobilo sie strasznie slisko. Malzonek na szczescie dojechal z pracy bez problemu, ale powiedzial ze warunki na drogach sa koszmarne i juz nigdzie sie nie rusza. Wobec tego, Potworki na basen nie pojechaly, bo jak M. twierdzi ze zima (jak zwykle) zaskoczyla drogowcow, to ja tez nie mialam ochoty sie pchac na ulice w taka pogode. Za to zmotywowalam sie w koncu i wyciagnelam wieniec na drzwi oraz dekoracje na kominek. Choinka (ktora malzonek postawil w poniedzialek) zostala nadal bez dekoracji, tylko ze swiatelkami. Jakos nikt nie ma ochoty jej ubrac. :D

W srode moj "weekend" sie skonczyl, wiec o polnocy zwloklam sie z wyrka i pojechalam do roboty. Troche obawialam sie warunkow, ale na szczescie plugi jezdzily wczesniej i solidnie sypaly sola, a temperatura podniosla sie do +1, wiec bylo mokro, ale nie slisko. Sypal tez snieg, czego w prognozach na noc juz nie bylo, ale wiadomo jak to z prognozami bywa. Obawialam sie jak to bedzie w drodze powrotnej, bo nad ranem mial ponownie scisnac mroz. Poki co jednak, dojechalam bez problemu. W pracy, o dziwo, moje trzy partie wyszly bez problemu i bardzo sprawnie. Pozniej paleczke przejal moj szef, a ja przygotowywalam papiery na kolejny dzien i zatwierdzalam materialy. Przyjechalam do domu, zjadlam sniadanie i czym predzej polozylam sie do lozka. Wiedzialam ze bedzie ciezko ze spaniem, tego dnia bowiem Potworki mialy skrocone lekcje. W szkolach odbywaly sie wywiadowki, tyle ze w middle oraz high school sa one bez sensu, bo prowadzone przez uczniow. Kazdy ma przygotowac prezentacje i opowiadac o wlasnych postepach. Poczatkowo wpisalam sie na liste, ale Bi oraz Nik urzadzili ostry protest, ze praktycznie nikogo rodzice nie przychodza. Pozniej na dodatek okazalo sie, ze u Starszej wywiadowka odbylaby sie z takim jakby opiekunem (to nawet nie jest wychowawca), z ktorym ona nie ma zadnej lekcji! Ostatecznie napisalam wiec do nauczycieli, ze jednak mnie nie bedzie. U Kokusia spytalam tylko czy moze wychowawczyni chcialaby ze mna o czyms porozmawiac, bo wiadomo, oceny sobie sprawdze, syn niby mowi o tym co sie w szkole dzieje, ale nauczyciele zawsze moga miec troche inna perspektywe. W kazdym razie, wiedzac ze Potwory przyjada do domu ponad 2 godziny wczesniej, nie tracac czasu sie polozylam. Niestety, tak jak przewidzialam, telefon wibrowal kiedy kamery wychwycily ruch, potem drzwi garazowe zgrzytaly przy otwieraniu i zamykaniu, nastepnie Nik wypuscil psa, ktory latal wkolo domu, aktywujac ponownie kamery, a pozniej przyjechala Bi, wiec od nowa bzykanie telefonu kiedy zlapaly ja kamery oraz zgrzyt drzwi od garazu. W ten sposob spanie skonczylo sie po dwoch godzinach. Lezalam jeszcze kolejna godzine, desperacko probujac zasnac ponownie, ale tylko przysypialam po kilka minut. Nie pomoglo, ze swiecilo slonce, wiec w sypialni ponownie zrobilo sie strasznie goraco. W koncu stwierdzilam, ze nie ma po co sie meczyc i wstalam. Mlodziez, bardzo zadowolona, cieszyla sie oczywiscie wolnym popludniem. Szczegolnie Nik, ktory okazalo sie nie mial nawet pracy domowej. Za to chwycil ponownie slizgacz i poszedl pozjezdzac, poki lezy jeszcze ta odrobina zmarznietego sniegu.

Po trawniku, przez podjazd, az pod dom sasiadow :D 

Umylam sie i ubralam, a w miedzyczasie wrocil z pracy M. i zabral sie za probe oczyszczenia podjazdu z warstwy lodu. Poszlam mu pomoc i o dziwo, dolaczyly do nas Potworki. We czworke praca szla szybko, bo i duzo tego nie napadalo, ale niestety, podjazd wlasciwie zostawilismy nieoczyszczony, bo tak go zmrozilo, ze trzeba by najpierw skuc lod.

Jak milo popatrzec na mlodziez przy robocie :D

Odgarnelismy ile sie dalo i liczylismy, ze reszty juz dokona slonce kolejnego dnia. Kiedy dzien wczesniej zostali w domu, M. stwierdzil ze najwyzej na basen oraz silownie pojada w srode. Kiedy jednak przyszlo co do czego, dzieciaki urzadzily marudzenie, ze namachali sie szuflami i sa zmeczeni. A ze M. tez nie chcialo sie ruszac, to odpuscili... Mielismy wiec kolejny spokojny wieczor, choc ja oczywiscie bylam ledwie przytomna ze zmeczenia...

Czwartek oznaczal oczywiscie ponownie nocne wstawanko i do roboty. Kiedy dojechalam i zerknelam w telefon, znalazlam powiadomienie kamer. Wiedzialam, ze zlapaly mnie kiedy wyjezdzalam z garazu, ale ze zdumieniem znalazlam kolejny filmik, nagrany doslownie 10 minut po moim wyjezdzie, pokazujacy jak po naszym podjezdzie idzie sobie... rys!

Duza kamera uchwycila go wyrazniej, ale na nia wglad ma tylko M., wiec musicie uwierzyc mi na slowo ze to rysiek 

Jak nie niedzwiedzie, to rysie; jakbym w lesie mieszkala! :D Dzien w pracy zlecial podobnym schematem co w srode. Wrocilam do domu, zjadlam i szybko polozylam sie do lozka. Tym razem mialam szczescie, bo dzien byl pochmurny, a wiec w sypialni ciemniej i nie nagrzala sie tak jak poprzedniego dnia. Od razu lepiej sie spalo, choc oczywiscie sen trwal 2 godziny, a potem do domu wrocil Nik (Potworki kolejny dzien mialy skrocone lekcje) i obudzily mnie garazowe drzwi. Udalo mi sie jeszcze przysnac, ale obudzila mnie z kolei Bi, ktora zostala w szkole troche dluzej, zeby dokonczyc jakis projekt. Probowalam jeszcze na sile przylozyc glowe do poduszki, ale przyjechal z kolei kurier od Amazona, zaparkowal pod moim oknem i na caly glos rozmawial z kims przez krotkofalowke. :O Szlag. W koncu rozbudzilam sie na tyle, ze wiedzialam iz spanie sie skonczylo. Wstalam i zaczelam sie ogarniac, a w miedzyczasie M. wrocil z roboty, odbierajac po drodze chinszczyzne. ;) Popoludnie uplynelo na skladaniu jednego prania, wstawianiu kolejnego i jakiejs kawie z relaksem po drodze. Na noc zbieralo sie na siarczysty mroz i fajnie byloby zaszyc sie w ciepelku, ale niestety. Tego dnia Nik mial pierwszy trening koszykowki w tym sezonie. Jak na zlosc, choc normalnie treningi beda sie odbywaly w jego szkole i o 19 (co i tak jest pozno), ale tego dnia sala gimnastyczna byla zajeta. Normalnie pewnie by trening odwolali, ale ze byl to pierwszy, chlopaki sie slabo znaja a zaraz w sobote maja miec mecz, wiec trenerzy zalatwili sale w innej, dalszej szkole i dopiero na godzine 20. :/ Szczesliwa nie bylam, bo przeciez klade sie o 21 na te 3 godziny drzemki, a tu wiedzialam ze zrobi sie minimum pol godziny pozniej. Korcilo mnie, zeby odpuscic, ale Nikowi zalezalo zeby jechac, bo znal tylko dwoch czy trzech chlopakow, wiec chcial sie troche zintegrowac z zespolem. Czego sie nie robi dla syna. ;) Pojechalismy wiec, chlopaki pobiegaly, Mlodszy zadowolony bo ponoc druzyna calkiem fajna i wrocilismy. Migiem wypuscilam Maye i zaczelam szykowac sie zeby pasc w objecia Morfeusza. Oczywiscie, jak na zlosc, psiur urzadzil sobie spacery po ogrodzie jak ja musialam sie klasc, mimo ze mielismy wichure i -7 stopni. Zanim w koncu wrocila pod drzwi, zanim przebralam sie i wdrapalam na gore, zrobila sie 21:40. Ech...

W nocy spalam slabo, bo jak tylko zaczelam przysypiac, do sypialni wparowala Oreo, ktora wyczyniala cuda: wdrapywala sie na szafki, ganiala po dywanie i pomrukiwala. Kilka raz mnie wybudzila i spalam pewnie ze dwie godziny. W pracy znow trzy partie wypuscic, a potem ogarniac inwentaryzacje, bo polki zapelniaja sie w zastraszajacym tempie, a nikt poza mna tego nie zatwierdza. :O Szef zadowolony, wypuszcza tylko jedna lub dwie partie i czesc. I wiem, ze jako manager ma tez kupe wlasnych obowiazkow, ale sorki. Wie, ze jestesmy tylko we dwoje, wiec moglby troche pomoc, ale nie. :/ A najlepsze, ze juz wychodzilam, wlasnie zapielam kurtke, kiedy przychodzi kierowniczka i stwierdza, ze "czyli nie wypuszcze ostatniej partii". Odpowiadam, ze szef ja wypusci, co z nim rano potwierdzilam. "Ale ona potrzebuje zeby szef pomogl jej pozamykac jakies dochodzenia, bo musza byc zamkniete do tego dnia". Sorry dziewczyno, ale ja siedze tam 8 godzin, po ledwie 2 godzinach snu. Padam na pysk i na pewno nie zostane godzine dluzej (jesli wszystko pojdzie gladko) bo ty masz takie zyczenie. Na zamkniecie dochodzen mialas miesiac. Trzeba bylo sie troche sprezyc. Zreszta, tego dnia nie bylo produktu klienta, wiec szef zyskal troche czasu, a wypuszczajac nasze partie to nie tak, ze nic innego nie da sie zrobic. Sa przestoje, po kilka, a nieraz kilkanascie minut. Ja zwykle w tym czasie sprawdzam jakies fiolki i zatwierdzam materialy. Czyli szef z powodzeniem moze w miedzyczasie pomagac z dochodzeniami. Nie ugielam sie wiec i pojechalam do domu. Jak najszybciej polozylam sie do lozka, podziewajac sie ponownie problemow ze spaniem, ale przebudzilam sie kiedy Potworki wrocily (znowu wczesniej!) i spalam dalej Przespalam 4 godziny i... wcale nie czulam sie bardziej wypoczeta. ;) Jak tylko wstalam, umylam sie i zjadlam obiad, zgarnelam Bi i pojechalysmy na zakupy. Nie lubie jezdzic po poludniu, bo na drogach ruch jest niemozliwy i w sklepie tlumy, ale tym razem nie bylo wyjscia. Kiedy nas nie bylo, M. napalil w kominku, wiec przynajmniej moglysmy sie zagrzac. To byl najzimniejszy dzien w tym sezonie (poki co), bo w nocy mielismy -12, a w dzien temperatura podniosla sie tylko do -3. Niestety, wieczorem znow trzeba sie bylo szykowac wczesnie do spania, bo sobote jak zwykle mialam pracujaca...

Do poczytania!

piątek, 28 listopada 2025

Thanksgiving i ostatni tydzien listopada

Sobota, 22 listopada, to oczywiscie pobudka o 1:40 i do roboty. Tam na dzien dobry dostalam w pakiecie irytacje, bo papiery nie byly przygotowane. Wiecie, dane do wypuszczenia kazdej partii wypisuje sie na kilku dokumentach. Wystawienie numerow seryjnych, a potem wydrukowanie wszystkiego i przybicie owego numeru oraz daty na kazda strone, sporo trwa, wiec zawsze robi sie to poprzedniego dnia, zeby potem nie biegac w srodku nocy z obledem w oczach. I robi sie to z grzecznosci dla osoby, ktora otwiera, nawet jesli to nie ty. W piatki drukujemy i przybijamy papiery nie tylko na weekend, ale tez przynajmniej na poniedzialek, bo w weekendy pracujemy krocej, wiec jest mniej czasu na takie pierdoly. W piatek pomocnik wspomnial zebym poprosila moja kolezanke o zrobienie tego, z racji ze ona nadal nie jest wykwalifikowana do niczego konkretnego i wiekszosc czasu siedzi nic nie robiac. Spytalam ja czy da rade (bardziej pro forma, bo wiedzialam ze ma czasu po kokarde) i powiedziala, ze tak. I co? I jajco. Zajechalam do roboty, szukam papierow i... nie ma. Przeszukalam laboratorium (zwykle zostawiamy papiery wlasnie tam, w specjalnym segregatorze), wlasne biurko, nawet sale konferencyjna... Nie ma. W koncu otworzylam system komputerowy, ktory potwierdzil niestety, ze papiery nie zostaly w ogole wystawione. Super. Facet od produkcji potrzebuje dokumentow, chlopak od testow rowniez, a tych nie ma! Migusiem musialam wszystko przygotowac do pierwszej partii, a wypuszczajac ja, drukowalam i przybijalam do drugiej. Pozniej, miedzy wypuszczaniem obu partii, musialam przygotowac wszystko na poniedzialek. Zamiast posiedziec i porelaksowac sie, ja biegalam miedzy drukarka i biurkiem, a kiedy siadalam, to tylko po to, zeby machac pieczatkami. :/ Pozniej, w laboratorium, okazalo sie, ze dziewczyna nie sprawdzila dokumentow z codziennej sterylizacji oraz czyszczenia, co ostatnio tez bylo jej codziennym obowiazkiem. Najbardziej jednak wkurzylo mnie nie to, ze w piatek praktycznie nic nie zrobila (z i tak juz minimalnej listy), ale ze nawet nie pomyslala ze fajnie byloby mi wyslac sms'a, ze sorki, ale nie dalam rady, czy cos. Tymczasem, kiedy w piatek wychodzilam, ona, pomocnik oraz kierowniczka laboratorium siedzieli sobie razem i mieli ubaw po pachy. Kolezanka wylatywala na caly tydzien na swieto Indyka, wiec pewnie juz myslami byla na wyjezdzie, ale lot miala dopiero wieczorem. Skoro przyjechala do pracy, to powinna chociaz z przyzwoitosci zrobic cos pozytecznego... Zaloze sie jednak o milion, ze poniewaz dzien byl calkiem luzny, bez produktu klienta, jak tylko pomocnik wypuscil ostatnia partie naszego, ona sie zmyla do domu, po zawrotnych 3 godzinach pracy. Bardzo czesto tak wychodzi, tlumaczac, ze i tak nie ma co robic. Zwykle bylam pelna zrozumienia, bo z poczatkow wlasnego zatrudnienia wiem, ze czlowiek kota dostaje tak siedzac. Wydawaloby sie jednak, ze wypada chociaz odhaczyc te kilka drobnych obowiazkow z wlasnej listy? Najwyrazniej nie. W tylku miala wszelkie obowiazki, bo juz widziala tylko "wakacje". Jak tak ma wygladac nasza przyszla wspolpraca, to ja dziekuje. :/ W kazdym razie, na szczescie tym razem w sobote obie partie wyszly bez problemu. Malego zawalu sprawil mi tylko jeden z maili, gdzie jedna z aptek z naszego regionu, ktora nie ma wlasnego laboratorium, napisala ze ma zamowienie na niedziele na tyle i tyle. Ta niedziela byla u nas niepracujaca, wiec ktos przyjal u nich to zamowienie przez pomylke i nikt sie nie skapnal. Dyspozytor probowal do nich zadzwonic, ale nie podnosili sluchawki. Wyslalam wiec im maila, ze laboratorium (a wiec produkcja) nie dziala w ta niedziele, ale przez wiekszosc dnia tkwilo mi z tylu glowy, ze jak ktos sie uprze, to bedzie wydzwanial po managerach, a ci z kolei po pracownikach, szukajac jelenia, ktory zgodzi sie przyjechac do pracy. Na szczescie do mnie nikt nie zadzwonil. ;) A jeszcze w pracy popsul sie ekspres do kawy na kapsulki, wiec ktos z apteki zamowil kawe dla wszystkich.

Przy lokalnych "wodopojach" czuc juz swiateczny nastroj ;) 

Ta okazala sie bardzo mocna, wiec kiedy dojechalam do domu i polozylam sie jeszcze na chwile spac, za cholere nie moglam zasnac. Malo kiedy mi sie to zdarza; zwykle kawa na mnie nie dziala. ;) W koncu przysnelam, ale o 10 zmusilam sie zeby wstac i skorzystac jeszcze z soboty. Wlasciwie to duzo nie osiagnelam, poza odfajkowaniem jednego prania i przymuszeniem Bi do wyszorowania lazienki dzieciakow. Tak jak przy Kokusiu, z jakiegos powodu wymagala ona mojej obecnosci oraz wskazowek, choc te przyjmowala stwierdzeniem, ze "przeciez wie". No skoro wie, to po co jak tam stalam? :D Poznym popoludniem pojechalismy jak zwykle do kosciola, a po powrocie M. rozpalil w kominku, wiec wieczor uplynal na wygrzewaniu starych kosci. ;) A, jeszcze Nik zaczal sie przymierzac do nart oraz butow narciarskich, bo klub za miesiac, wiec trzeba sprawdzic czy wszystko pasuje. Buty (M.) nadal pasuja, choc podejrzewam, ze to drugi i ostatni sezon kiedy Nik bedzie w nich jezdzil. Narty zrobily sie krotkawe jak na poziom jazdy Kokusia, wiec zaczynamy sie rozgladac za czyms dluzszym.

Tak naprawde to od biedy by jeszcze uszly, tyle ze Mlodszy juz rok temu krzywil sie na ich kolor, a w tym juz konkretnie protestuje

Tak jak w poprzednich latach, malzonek szuka czegos z drugiej reki bo Nik tak rosnie, ze niewiadomo na ile mu starcza nawet takie dluzsze. Moglby od biedy jezdzic na nartach M., bo sa idealnie jego wzrostu, ale Mlodszy marudzi ze on lubi skakac i robic sztuczki, a na takich dlugich nie da rady. Zobaczymy wiec co M. znajdzie, bo tym razem Nik juz mocno sie interesuje i krytykuje jego "znaleziska". Bi za to prosi o nowe buty narciarskie, bo jej obecne maja elementy niebieskie oraz czerwone i uwaza je za zbyt dziecinne. Z nia jednak nie ma problemu, bo stopa jej juz nie rosnie, wiec nawet nowe, drogie buty to bedzie zakup na lata.

W niedziele nie pracowalam, wiec moglam spac do wypeku. Czyli obudzilam sie o 8:30. :D Wstalam. ogarnelam sie i zabralam za pieczenie ciasta, bo oczywiscie mial wpasc moj tata. Upieklam moj ulubiony placek z jablkami i pomiedzy dziadkiem, M. oraz mna, do wieczora zostal tylko kawaleczek. :) Tacie musialam oczywiscie pomoc w wyslaniu bezrobocia, bo starszy pan ma problem z ogarnieciem komputera, a potem wspolnie ogladalismy skoki narciarskie. Po poludniu planowalam pojechac z Potworkami popatrzec za sniegowcami dla nich oraz butami do koszykowki dla Kokusia, ale zrobilo sie pochmurno z przelotnym deszczem i juz nigdzie mi sie nie chcialo jechac. Malzonek ponownie rozpalil w kominku i spedzilam popoludnie naprzemian wygrzewajac tylek i wstawiajac pranie i ogarniajac chalupe.

Przy kominku, poza mna, najbardziej lubi przesiadywac Nik

Poniedzialek rowniez mialam wolny, wiec wstalam tylko zeby pozegnac Potworki, po czym polozylam sie spowrotem do lozka.

Dwie licealistki w drodze do szkoly. Kolezanka Bi przynajmniej w czapie oraz kurtce, a moje dziecko nadal jezdzi w bluzie. :/

Tego wieczora mialam juz isc do pracy, wiec chcialam jeszcze troche dospac. O dziwo, udalo mi sie zasnac i choc byl to sen mocno przerywany, to jednak dolezalam do 9:30. Pozniej trzeba bylo sie zwlec i skorzystac z tego, ze mialam wolna chate, moglam wiec na spokojnie sprzatac, bez towarzystwa placzacego mi sie pod odnozami. ;) W koncu ze szkoly wrocil Nik, a zaraz po nim M. z pracy. Bi jak zwykle zostala w szkole dluzej, ale ze rano pojechala na rowerze, to wrocila sama. Wieczor uplynal w sumie spokojnie, az przyszla pora treningu. Bi w koncu wrocila na plywanie do wczesniejszej druzyny, tam gdzie Nik. Zachwycona nie byla, ani przed, ani po. ;) Tym razem malzonkowi nie chcialo sie cwiczyc, wiec tylko zawiozl Potworki, a ja ich odebralam.

Nik jakby zdziwiony ze mnie widzi ;)

Widzialam, ze dwie dziewczyny (nieco mlodsze), z ktorymi wczesniej Bi nawet sie trzymala, zagadywaly ja i zaczepialy, ale panna odpowiadala tylko polslowkami. Najwyrazniej zadziera nosa, bo przeciez teraz jest wazna "licealistka". :D Wada tych treningow jest pora. Kiedy docieramy do domu, pozostaje tylko szybko prysznic, szykowac sie na kolejny dzien i do lozka. To znaczy dla mnie, bo dzieciaki jeszcze siedzialy sobie w swoich pokojach i spac o 21 nie planowaly. ;)

We wtorek w nocy niestety trzeba sie juz bylo zebrac do roboty. Na szczescie byl to jeden z tych niewielu dni, kiedy wszystko poszlo (prawie) gladko. Jeden instrumencik nie przeszedl wewnetrznego testu, ale na szczescie byl to taki blad, ze test mozna bylo po prostu powtorzyc. Kosztowalo nas to wiec tylko 10 minut opoznienia i obylo sie bez papierologii. Niestety, musialam oddac szefowi papiery ze szkolenia i spodziewalam sie, ze zaraz wysle mi kolejny egzamin... :/ Wkurzyl mnie tez nieco, bo okazalo sie, ze na kolejny tydzien nie zalatwil zadnego pomocnika (choc samo to, nie bylo powodem wkurzenia). Zostalismy we dwoje na posterunku, spytalam wiec co chce zrobic z weekendem. Ten mamy caly pracujacy, wiec gdybym miala przyjechac na dyzur, to potem chcialabym miec dwa dni wolne. Jesli mam pracowac pon-wt, to chcialabym zeby szef wypuscil w weekend partie zdalnie. On ma taka mozliwosc, ja nie. Odpowiedzial, ze tak naprawde zadna z opcji mu nie odpowiada, ale sie zastanowi i da mi znac. Jasne, bo najlepiej by mu bylo gdybym pracowala w weekend ORAZ caly kolejny tydzien. A takiego... :/ Do konca dnia w robocie, egzaminu nie dostalam i mialam nadzieje, ze szef sie zlituje i wystawi go po Thanksgiving, bo ten tydzien, przez wolny czwartek, mamy taki porozrywany... Po pracy zajechalam jeszcze do biblioteki oddac puzzle, ktore zapakowalam w zeszly czwartek, a potem juz do domu, spac. Mielismy pochmurny dzien, zbieralo sie na deszcz, wiec wyjatkowo spalo mi sie calkiem niezle. Jak polozylam sie przed 11 (kurcze, no nie daje rady wczesniej sie wyrobic...), tak obudzilam sie, gdy przed 15 wrocil do domu Nik. Malo kiedy udaje mi sie tak ciagiem przespac w dzien 4 godziny. Pozniej wstalam i ogarnelam sie, bo o 15:45 mialam jechac po Bi. Rano pojechala z sasiadka, wiec nie miala roweru i musialaby isc pieszo. Zlitowalam sie i pojechalam po dziecko. ;) Malzonek po pracy pojechal po indycze udka, bo nie chcialo nam sie piec calego indora. Niestety... nie dostal. :O Postanowil pojechac do innego supermarketu kolejnego dnia, a jak i tam nie bedzie, stwierdzilismy ze zjemy kurczaka. :D Pod wieczor dzieciaki znow mialy trening i tym razem M. pojechal rowniez na silownie. Dalo mi to czas na posiedzenie z kawa w samotnosci, ale tez na upieczenie ciasta z jablkami. W pracy bowiem postanowili urzadzic tzw. potluck z okazji swieta Dziekczynienia, czyli kazdy mial cos przyniesc wedlug swojego uznania. Nie znam sie na tradycyjnych hamerykanckich daniach na Thanksgiving, wiec stwierdzilam, ze najlatwiej bedzie przyniesc deser. A ciasto z jablkami jak znalazl wpisuje sie w klimat jesiennego swieta. :) Kiedy reszta wrocila, rzucili sie oczywiscie pod prysznice, a potem rodzice uciekli do spania, a mlodziez relaksowala sie w swoich pokojach.

Sroda to ponownie nocna pobudka, ale wstawalo sie calkiem niezle, wiedzac ze kolejny dzien jest wolny. :) Kot wyszedl wieczorem w deszcz i pomimo siedzenia pod zadaszeniem z przodu, odmowil powrotu do chalupy, wiec kiedy w nocy go wpuscilam, czym predzej znalazl sobie przytulne lozeczko na drzemke. ;)

Tym razem padlo na Bi. Zdjecie zamazane, bo ciemno bylo 

W pracy wypuscilam dwie partie, ktore (o cudzie) poszly bezproblemowo, a pozniej mielismy ta mala imprezke. Niestety - stety, wiekszosc ludzi poszla w deser, podobnie jak ja, wiec mielismy tylko dwa dania, a reszta to ciasta, ciasteczka oraz paczki. ;)

Slodka wyzerka ;)

Reszta dnia (w pracy) uplynela mi bardzo szybko. Niestety, kiedy rano sprawdzilam maile, okazalo sie, ze egzamin juz mialam w skrzynce. Troche nad nim posiedzialam, ale ze szef dal mi czas do nastepnego piatku, to bardzo sie nie spinalam. Mialam pilniejsze rzeczy do odhaczenia, bo sroda to dzien kiedy wyciagamy szalki petriego oraz tubki z inkubatorow i sprawdzamy czy wszystkie testy wyszly sterylne. Jesli nie... to lepiej nie mowic, ale wiaze sie to z ogromna iloscia papierow, maili, podpisow, meetingow, itd. ;) Jesli tak, to czesc papierow idzie po prostu do zaksiegowania, ale czesc jest doczepiana do dokumentacji z kazdej wypuszczonej partii, w ktorej trzeba jeszcze wypelnic odpowiedni formularz, po czym ja tez mozna zaksiegowac. Troche to wszystko trwa, wiec czesto zaksiegowywanie zostawiamy na kolejny dzien. Ten jednak mial byc tym razem wolny, a w piatek kolejna partia szalek oraz tubek wychodzi z inkubatora, wiec chcialam uporac sie ze srodowym stosem tego samego dnia. Dodatkowo, w zeszly piatek spedzilam chyba dwie godziny zeby pozatwierdzac wszystkie nowe materialy w inwentaryzacji, a kiedy we wtorek przyszlam do pracy, szczeka mi opadla, bo zobaczylam pod magazynem ogromny stos pudel oraz pakunkow. Dwie osoby z laboratorium zaczely to wszystko odpakowywac i wklepywac w system, wiec zawzielam sie zeby zatwierdzic to, co juz wbili, bo gora pudel wcale nie wydawala sie zmniejszac... Z jednej strony szkoda, ze czwartek mielismy wolny, bo chcialam jak najbardziej wykorzystac fakt, ze w tym tygodniu mamy pomocnika. W kolejnym bede sama z szefem (oraz kolezanka, ktora nadal nie ma wiekszosci uprawnien), wiec marnie widze wyrabianie sie ze wszystkim... Czas do 9 zlecial wiec migiem, a potem szybko zyczylam wszystkim Happy Thanksgiving i ucieklam do domu. :) Przyjechalam, zjadlam, po czym jak najszybciej sie polozylam. Wiedzialam, ze ze spaniem moze byc kiepsko, bo Potworki mialy skrocone lekcje. Bi dojechala wiec juz o 12:30, a Nik niedlugo po niej. Oczywiscie obudzily mnie za kazdym razem tlukace sie drzwi od garazu, potem pies biegal podniecony po korytrzu, ktos wlazil po skrzypiacych schodach, itd. Polozylam sie jak zwykle przed 11, a juz okolo 13:30 spanie sie skonczylo. Usilowalam jeszcze przysnac, ale o 14 sie poddalam i wstalam. Tego dnia w koncu wzielismy Potworki na zakupy obuwnicze, odkladane od dluzszego czasu. Nie chcialo sie jak cholera, ale czas ucieka, w srody nie jezdza na basen, a reszta dlugiego (dla dzieciakow) weekendu laczy sie z Black Friday, ktore tak naprawde trwa cale trzy dni, wiec nie planuje wtedy jezdzic na zadne zakupy poza spozywczymi. ;) Tymczasem oboje dzieciakow potrzebowalo sniegowce, bo Nik ze swoich wyrosl, a u Bi pekly sznurki do zaciskania ich na nodze. Mamy leciec do Polski, w tym do Zakopanego, a tam wiadomo, ze snieg zima jest niemal gwarantowany. Dodatkowo, Mlodszy chcial buty do koszykowki, a Starsza potrzebowala pantofelki na koncert w szkole.

Przebierala, wybierala i ostatecznie wziela... szpilki, ale nie zrobilam zdjecia :O

Przy okazji chcialam tez spojrzec na polbuty oraz kozaki dla siebie, bo jedne z kozakow mi ostatnio pekly przy podeszwie, a polbuty do pracy w jednym miejscu wygladaja jakby sie zaczynaly przecierac. Udalo nam sie dostac wszystko poza butami do koszykowki, bo Kokusiowi nic nie podpasowalo. Mielismy tez farta, bo w sklepie juz zaczely sie przeceny na "czarny piatek". A i tak wyszlismy lzejsi o prawie $600. :O Po powrocie do domu to juz kolacja oraz relaks troche dluzej niz zwykle w tygodniu, bo wszyscy moglismy kolejnego dnia pospac dluzej.

W czwartek wypadalo tutejsze Swieto Dziekczynienia, zwane powszechnie Turkey Day. :D Cala nasza czworka skorzystala i pospala dluzej, przy czym to "dluzej" oznaczalo dla M. pobudke okolo 7, dla Bi o 8, ja wstalam gdzies o 9, a Nik spal jeszcze w najlepsze kiedy schodzilam na dol. ;) Malzonek rano wyruszyl na marsz po osiedlu, mimo ze bylo tylko kilka stopni na plusie. Ja po sniadaniu wzielam sie za marynate do indyka. Kupilam gotowa mieszanke przypraw oraz ziol, ale okazalo sie, ze trzeba ja bylo przegotowac, a potem musiala sie schlodzic. Szkoda, ze nie przeczytalam wczesniej, to zrobilabym to dzien wczesniej. No nic, zostawilam marynate do schlodzenia i poszlam sie umyc, potem wypilam kawe i w koncu mozna bylo zamarynowac zakupione przez M. udziska. W czasie, kiedy one nabieraly kruchosci, upieklam babke na oleju i akurat w tym czasie wreszcie zszedl na dol Nik. Reszta ranka oraz wczesne popoludnie uplynelo na sprzataniu jadalni, obieraniu ziemniakow oraz wreszcie wstawieniu do pieczenia zamarynowanych indyczych udek. Umowilam sie z tata na 15, przyjechal o 14:45, ale niestety wszystko tak sie nam przedluzylo, ze do stolu siedlismy dopiero przed 16.

Smieje sie, bo M., choc 20 lat mlodszy od mojego taty, jest duzo bardziej siwy :D 

Chrzestny Potworkow z "przyjaciolka" juz ktorys rok z rzedu sie wymigali, wiec byla nas tylko piatka. Nie bylo wiec po co szykowac niewiadomo jakiej ilosci jedzenia i nasz stol wygladal raczej skromnie. Po obiedzie przyszla pora na deser. Oprocz babki, mialam jeszcze reszte placka z jablkami, bo z pracy przywiozlam spowrotem polowe, a kilka dni wczesniej M. kupil w Polakowie makowiec. Do tego kawa i calkiem przyzwoicie sie pozywilismy. ;) Dziadek posiedzial do 18, a po jego wyjsciu M. i ja musielismy szykowac sie na dzien w pracy. Ciezka dola. Tylko Potworki cieszyly sie kolejnymi dniami laby. ;)

Piatek to juz niestety pobudka o polnocy. Nieco sie zdziwilam, kiedy wychodzac z sypialni, wpadlam na... Kokusia, ktory jeszcze nie spal! Byla 12:20! :O W pracy na dzien dobry mialam wku*w, bo kiedy w srode wychodzilam, nadal byla mowa ze w piatek mamy dwie partie i ze bedzie to luzniejszy dzien. Taaa... Przyjechalam i okazalo sie, ze mamy cztery partie, czyli normalny dzien w produkcji. Jedynie produktu dla klienta nie bylo, ale to akurat dosc czeste w piatki, wiec nic specjalnego. Jeszcze myslalam ze przez brak tego produktu, pomocnik polecial do domu, ale na szczescie okazalo sie ze o tym nie wiedzial. :) Liczylam wiec, ze uda mi sie wyjsc moze o 5-6 rano, ale sie przeliczylam. Dobrze, ze przynajmniej pomocnik przejal ostatnia partie, wiec pokonczylam to i owo i udalo mi sie wymknac o 7. ;) W domu polozylam sie spac, ale tym razem szlo mi opornie. Ciagle sie przebudzalam. W koncu, o 10 wstalam, bo ile mozna... Dojechal z pracy M. i wybralismy sie na zakupy. Mialam jechac sama i tylko po spozywke, ale malzonek namowil mnie na zajechanie do sportowego, popatrzec na buty do koszykowki dla Kokusia. Byl Black Friday, wiec M. liczyl na przeceny. Ja bylam sceptyczna... Zabraly sie z nami oczywiscie Potworki. Nik musial, bo przeciez buty same sie nie przymierza. Bi pojechala, bo malzonek liczyl ze beda tam narciarskie, choc tlumaczylam, ze w tym konkretnym sklepie ich nie ma. Nie uwierzyl, a mialam racje. ;) Tak czy siak, Nik jakims cudem znalazl buty, ktore mu odpowiadaly. Bi chodzila z nosem na kwinte i szukajac na sile czegos do kupienia, bo nie mogla byc gorsza od brata. ;) Butow narciarskich nie bylo, ale popatrzyla na gogle, bo te jej sa bardziej dziecinne i zrobily sie za male.

Trzeba w kamerze sprawdzic jak sie wyglada ;) 

Niestety, tych, ktore jej sie spodobaly, oczywiscie nie bylo; zostal tylko model do przymierzenia. ;) Zreszta, ceny maja tam takie, ze prosze siadac. Ja wiem, ze narciarstwo ogolnie nie jest tanim sportem, ale wiekszosc takich samych rzeczy znajde na Amazonie za 2/3 ceny. :O Ostatecznie oboje z Kokusiem wyszli ze sklepu ze spodniami, a Mlodszy dodatkowo z butami do kosza. Zrobilo sie juz popoludnie, wiec reszte dnia chcielismy spedzic juz na zwyklym relaksie, tym bardziej, ze rodzice ponownie mieli wstac w srodku nocy...

Milego weekendu!