Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

czwartek, 23 maja 2024

Odliczanie do majowki

W koncu i my bedziemy mogli pocieszyc sie dlugim, majowym weekendem. Chociaz w Polsce nie macie nam co zazdroscic, bo za tydzien u Was znow swieto. ;)

W piatek wieczorem jak zwykle znajome widoki, tym razem za sprawa obydwojga dzieciakow. :D

Spiaca krolewna
 
Nie dosc, ze zapalone swiatlo w pokoju oraz tablet, nie dosc ze sluchawki w uszach, to jeszcze negliz :D

Sobota, 18 maja, oznaczala, juz tradycyjnie M. w pracy, a Potworkow i mnie spiacych do oporu. ;) Nastawilam sobie budzik na 9, ale jakims cudem obudzilam sie przed nim. "Zaleta" poszukiwania pracy i stresu jest to, ze jak juz sie przebudzilam, to za moment mialam milion mysli na minute i chocbym chciala, nie dalabym rady juz zasnac... Polezalam chwile w lozku, a kiedy wstalam, okazalo sie ze dzieciaki juz nie spia. Bi zjadla sniadanie, ale Kokusia nie moglam namowic. W koncu zjadl o... 10:30. :O

Kot przyniosl kolejna zdobycz i tej akurat strasznie mi szkoda. Mam nadzieje, ze to nieopierzone jeszcze piskle (rudzika), wypadlo z gniazda i bylo juz ledwie zywe zanim dorwala je Oreo... :(
 

Malzonek po pracy pojechal do takiego miejsca w naszej miejscowosci, gdzie mieszkancy moga sobie za darmo wziac kompost, ktory robia tam z lisci. Nie wiem ile takie cos moze miec skladnikow odzywczych, ale stwierdzilam, ze przyda sie chociaz do spulchnienia naszej warzywnikowej gleby. Niestety, widzialam wczesniej na Fejsie, ze ludzie skarza sie, ze ciagle go brakuje. I faktycznie, M. przyjechal, a tam pusto. Pojechal tez do ogrodniczego, gdzie bylam dzien wczesniej (mimo ze mowilam mu, ze kompostu nie widzialam), bo "moze zle popatrzylam". Serio, czasem zastanawiam sie czy bycie ciagle traktowana jak totalna blondynka, jest podstawa do rozwodu... ;) Oczywiscie kompostu nie dostal (a nie mowilam?!), wiec wrocil wkurzony, zajezdzajac jeszcze tylko po drodze po sushi. Zasiedlismy do lunchu, to znaczy M., ja oraz Bi, bo przeciez Nik dopiero co skonczyl sniadanie i nie byl glodny.

Mojemu kochanemu dziecku nadal nie znudzila sie zabawa w ogrodniczke i po pokrzepieniu sie sushi, ruszyla pielic warzywnik. Szkoda, ze robi to tak pomalu i metodycznie, ze nie skonczyla ;)
 

Po zjedzeniu malzonek polozyl sie na drzemke, a ja uprzatnelam kuchnie, zmienilam nasza posciel, po czym stwierdzilam, ze mam sporo czasu. Postanowilam zabrac sie wiec za to, co odkladalam juz jakis czas, bo po prostu straszliwie mi sie nie chcialo, mianowicie sprzatanie frontowego ganka. Jesli chodzi o pajeczyny i zdechle zuczki, to i tak narazie nie wygladal zle, bo to poczatek sezonu, ale balustrada od zeszlego roku pokryla sie warstwa glonow i nie wiem czego jeszcze. Najchetniej wzielabym maszynke do czyszczenia pod cisnieniem, ale nie bylam pewna gdzie M. ja trzyma, ani jak jej uzywac, a nie chcialam budzic spiacego krolewicza. Nalalam wiec wody w wiaderko, chlapnelam plynu do czyszczenia i zabralam sie za to metoda kamienia lupanego. :D Wyszorowalam balustrade, po czym stwierdzilam, ze dobrze by bylo ja wyplukac, bo balam sie, ze od plynu moze byc mniej sliska i latwiej bedzie sie do niej przyklejal syf. Nie mialam ochoty znow robic tego szmatka, wiec Bi przyciagnela mi weza ogrodowego i splukalam ja bez problemu.

Przed

Po - zdjecie nie oddaje dobrze roznicy, wiec musicie uwierzyc mi na slowo, ze wyglada to teraz o niebo lepiej

Jak juz mialam tam zrodlo wody, to znioslam na kostke wycieraczke oraz stolik i pod najmocniejszym cisnieniem wody spryskalam te pare pajeczyn oraz zdechlych robaczkow. Z tymi pierwszymi nie do konca wyszlo, bo okazuje sie, ze pajeczyny tylko zawisly ociekajac woda i jednak najlepiej zebrac je miotla. ;) Splukalam tez stolik, otrzepalam wycieraczke i przeplukalam tez czesciowo chodnik. Przed samymi schodkami jest lekkie zaglebienie, ale kiedy M. rok temu to czyscil i potem zasypywal specjalnym piaskiem, nie chcialo mu sie wyciagac kostek i podsypywac zeby siedzialy wyzej. Teraz za to placimy, bo przy kazdym deszczu robi sie tam kaluza, a przez to ze szpary zasypane sa tym piaskiem, woda stoi tam duzo dluzej niz normalnie, bo wolniej wsiaka. Oznacza to, ze w tym miejscu, po roku, kostka pokryla sie warstewka zaschnietego szlamu. Mniej wiecej udalo mi sie go splukac, ale nadal nie wyglada to idealnie. :/ Skonczylam i pozostalo troche odsapnac zanim trzeba bylo jechac do kosciola. Po mszy podjechalismy ponownie do ogrodniczego, niestety filii tego samego sklepu co poprzednio i tu rowniez kompostu niet. Malzonek stwierdzil, ze kolejnego dnia pojedzie do innego i miejmy nadzieje, ze dostanie co trzeba. Po powrocie do domu, Nik oczywiscie chcial zagrac w kosza, ale mialam buty na obcasie, co prawda takie bardziej koturny niz szpilki, nie mniej nie chcialam ryzykowac zwichniecia kostki. Dopiero co przestal mnie bolec stluczony palec, nie potrzeba mi kolejnej kontuzji. :D

Idac sprawdzic poczte, zaczelam sie rozgladac ze zrodlem ladnego zapachu i przypomnialam sobie, ze przeciez my mamy caly kobierzec konwalii w przodu! Jak one cudownie pachna!!! <3
 

W czasie kiedy nas nie bylo, ganek przesechl do konca, wiec przynioslysmy z Bi wycieraczke, stolik oraz nasze hamako - krzeselko, ktore przezimowalo w piwnicy. 

I gotowe!
 

Oczywiscie kto pierwszy tam zasiadl? Bi rzecz jasna! Normalnie pewnie bym sie wyklocala o ulubiona miejscowke, ale tego dnia i tak chcialam upiec ciasto na przyjazd taty. Szybko machnelam placek z jablkami bo kilka bylo lekko pomarszczonych, wzielam prysznic i reszte wieczoru spedzilam juz na relaksie. ;)

W niedziele dluzsze spanie mi nie do konca wyszlo, bo najpierw o swicie darly sie ptaszydla (a spalam przy uchylonym oknie) i rabal w cos dzieciol. Mam nadzieje, ze nie w chalupe. :/ Udalo mi sie ponownie przysnac, ale krotko po 7 Oreo zaczela lazenie od pokoju do pokoju i swoje wrzaski. Zwloklam sie wiec i wypuscilam upierdliwego kotka.

Juz pozniej, Oreo wcisnela sie pod lezak oparty o balustrade i chcialam jej pstryknac zdjecie, ale byla wcisnieta w kat, wiec moglam tylko wyciagnac reke z telefonem i strzelac na slepo. Proba #1. :D

Proba #2 - byloby ladnie, gdybym nie uciela 1/3 pyszczka :D

Zastanawialam sie czy jest jeszcze sens sie klasc, ale postanowilam sprobowac zasnac. Udalo sie, co z jednej strony bylo dobre, ale z drugiej, kiedy o 8:45 zadzwonil budzik, nie wiedzialam jak sie nazywam. Zanim sie dobudzilam i odlezalam swoje gapiac sie w telefon, zrobila sie prawie 10. Kiedy jednak wstalam, okazalo sie, ze Nik dopiero sie przebudzal. :O Niestety, gdy zszedl na sniadanie, oznajmil, ze... boli go gardlo. Suuuper... Pogoda w miare ladna, w zeszlym tygodniu poza poniedzialkiem nie byl nawet na basenie, wiec nie mial gdzie zmarznac, a tu prosze. I to piec dni przed planowanym kempingiem! Na poczatku mialam nadzieje, ze przez noc po prostu mu zaschlo, ale niestety. Ani picie, ani nawet cukierki na gardlo, nie pomagaly. :( Kiedy juz zjadlam sniadanie, umylam sie i wypilam obowiazkowa kawe, poszlysmy z Bi do jej pokoju zeby zaczac oklejac tasma to, co trzeba ochronic przed przypadkowym popackaniem farba. Niestety, u niej oznacza to framuge drzwi, framuge szafy, ramy obu okien, kaloryfer oraz listwy przypodlogowe. :O Wiedzialam, ze tego dnia nie bedziemy malowac, ale ze samo oklejanie zajmie nam wieki, stwierdzilam, ze trzeba choc ruszyc z tym obiecanym remontem. Od urodzin panny minely prawie 3 tygodnie, a my nawet nie zaczelismy. Jak to bywa, oklejanie dosc szybko porzucilysmy na rzecz przemeblowania, bo Bi chciala tez zmienic ustawienie mebli. Szczerze, to nie wiem co to za frajda. Nasza sypialnia oraz pokoj Nika maja nadal ustawienie z poczatkowego urzadzania pokoi. A Bi u siebie meble przestawiala juz dobrych kilka razy, bo nowy uklad nudzi jej sie po kilku miesiacach. W kazdym razie, pomoglam jej poprzesuwac je wedlug nowego pomyslu i zobaczymy jak dlugo przy nim wytrwa. ;)

Zapomnialam zrobic zdjecia "przed". Regal na ksiazki (teraz widac tylko jego bok po lewej) stal wczesniej pod sciana w miejscu lozka, a ono na srodku, oparte zaglowkiem o lewa sciane
 

Ledwie skonczylysmy i zaczelysmy wnosic do pokoju wszystkie pierdolki, ktore nam przeszkadzaly w przemeblowaniu, a przyjechal moj tata. Na tym wiec moja rola sie skonczyla, ale Bi spedzila spora czesc popoludnia organizujac swoja przestrzen. Dziadek posiedzial jak zwykle przy obiedzie, deserze i kawie, a na koniec obejrzal nawet druga polowe meczu. W miedzyczasie przyjechal M., ktory tym razem dostal i ziemie i kompost. Jak to on jednak, nie slucha mnie, robi po swojemu, a potem zrzedzi. Tak jak nie chce mu sie kosic, wiec wscieka sie ze niepotrzebny mu dom z ogrodem, tak teraz pulta sie, ze nie ma sensu wydawac kasy na te ziemie i kompost, bo potem mamy garstke pomidorow i gdzie tu sens. I nie da sobie przetlumaczyc, ze tylko rok temu w warzywniku panowal jakis straszny pomor i praktycznie nic nie roslo, a we wczesniejszych latach przeciez nieraz nie wiedzialam jak to wszystko przerobic. Nie mowiac juz o tym, ze dla mnie to po prostu radosc i satysfakcja patrzec jak cos sadze, dbam, chodze przy tym i potem to rodzi dla mnie plony. A juz na narzekanie na zbyt mala ilosc pomidorow, rece mi opadly. Ani ja bowiem, ani Nik za nimi nie przepadamy. Bi lubi tylko ta malutka odmiane. To na prosbe M. sadze wiecej niz dwa krzaczki. Kiedy mielismy wiecej plonow, pomidory lezaly w lodowce i malzonek ich nie jadl, a potem wsciekal sie ze gnija i trzeba wyrzucic! Zamiast jednak sie cieszyc, ze rok temu slabo obrodzily, teraz miota sie, ze bez sensu! :/ W dodatku, narzeka ze tyle kasy wydal, a mnie nie slucha. Mowie kup 3 wory ziemi ogrodowej i trzy kompostu. Kupil po... piec. :O W kazdym razie, moj tata dosiedzial do konca meczu, a potem pojechal do siebie, a my zabralismy sie za warzywnik. Co prawda powiedzialam M., ze sama sobie poradze, ale oznajmil jak zwykle, ze "nie dam rady". :O Oczywiscie, co meska sila, to meska i kiedy przekopywalismy ziemie, ja zrobilam dwa rzadki, a on w tym samym czasie piec, ale powiedzialam, ze przeciez to nie wyscig i po prostu zamiast kopac 15 minut, zajeloby mi to godzine, bo pewnie musialabym tez odpoczac. Ale dalabym rade? Oczywiscie. Tutaj ponownie musialam wysluchac marudzenia, ze tyyyle roboty na te pare warzywek, a na koniec zirytowal mnie juz kompletnie, bo powtarza "madrosci" mojego tescia. Juz pare razy wspominalam, ze dla M. wszystko co mowia rodzice to jest swietosc i jak sie na czyms nie zna, to jak oni cos powiedza, to to musi byc prawda. Tymczasem moj tesc w zyciu nie zajmowal sie ogrodem tylko tesciowa (i jesli dobrze kojarze, to sadzila wylacznie kwiaty), poza tym niestety ma juz solidna skleroze (i 82 lata) i w dodatku jest typem, ktory na wszystkim sie zna i wszystko wie najlepiej, a tymczasem jest wrecz odwrotnie. Tym razem, jak zwykle, wiedzial ze gdzies dzwonia, ale nie wiedzial w ktorym kosciele i powiedzial malzonkowi, ze pomidory i ogorki nie moga rosnac obok siebie. Oczywiscie M. mi to powtorzyl tonem wyroczni, bo "jego tata gdzies to uslyszal i nas przestrzega i pewnie dlatego nam pomidory nie rosna". Z tymi pomidorami to juz w tym roku jakas obsesja. :O Kurde, nie jestem zadnym ekspertem, a warzywnik prowadze hobbistycznie, ale mam go tyle lat, ze troche doswiadczenia zdobylam, nie mowiac juz ze caly czas sprawdzam i doczytuje. Wiem wiec, ze pomidorow oraz ogorkow w hodowli komercyjnej nie trzyma sie razem, bo sa podatne na te same choroby. Natomiast w malych, przydomowych ogrodkach, jak najbardziej moga sobie rosnac obok siebie. No ale nie przetlumaczysz. Mam wrazenie, ze M. po prostu wszystko przeszkadza, a tu zapomnial juz jak bylo w poprzednich latach, gdzie warzywa rosly jak szalone i pamieta tylko zeszloroczny sezon, ktory byl tragiczny. Zeby jednak jasnie hrabia nie zrzedzil mi cale lato, dla swietego spokoju posadzilam ogorki oraz pomidory osobno, w czym z entuzjazmem pomogla mi Bi. Oba Potworki zawsze lubily pomagac przy sadzeniu, a tym razem, korzystajac z tego, ze brat z bolacym gardlem byl bez humoru, wykonala naprawde prawie polowe pracy. :)

Jestem sobie ogrodniczka...
 

Zla jestem tylko na siebie, bo jak zwykle zabralam sie za to za pozno. Nie dosc, ze mamy juz druga polowe maja, to jeszcze na wtorek, srode oraz czwartek zapowiadali solidne upaly. A te swiezo posadzone maluchy nie mialy jeszcze szansy sie porzadnie ukorzenic... No ale lepiej ze byly juz w ziemi, niz w doniczkach.

Wszystko obsadzone; koper z nasion, wiec go jeszcze nie widac
 

Jeszcze tylko musze posadzic groch w domu, bo w tym roku nie mam juz zamiaru nawet wysiewac go bezposrednio do gruntu, po ostatnich przygodach. Zrobilo sie pozne popoludnie, wiec reszte dnia spedzilismy juz na spokojnym relaksie. Ja z Bi scigalysmy sie kto pierwszy zajmie nasza ulubiona miejscowke na froncie. :D Wygralam, ale po pol godzinie zwolnilam miejsce zeby i corcia mogla tam posiedziec skoro tak lubi. ;)

I pomyslec, ze do zeszlego roku ganek stal pusty, bo na kazdy moj pomysl M. twierdzil, ze "kto tam bedzie siedzial"...
 

Wieczorem to juz szykowanie na kolejne kilka dni szkoly dla dzieciakow i pracy dla M. I tylko ten bol gardla Nika martwil, choc jak to Mlodszy, tabletki possie z wielka laska, ale juz sola poplukac to nie. Niewiadomo w sumie jak mu pomoc.

Pierwsza polowa nocy minela spokojnie, ale druga... dajcie spokoj. Najpierw Maya zaczela szczekac przez sen. Pies, ktory normalnie nie daje glosu, przez sen ujadal jak doberman. Dziwne, ze samej siebie nie obudzila. No ale poszczeka i przestanie, tak? No nie, szczekala i szczekala i zanim w koncu przestalo jej sie snic cokolwiek to bylo, kompletnie sie rozbudzilam. Pozniej to juz klasyka. Kot miauczacy o 5:47, ptaszydla drace sie za oknem i dzieciol napierniczajacy gdzies blisko. Tym razem bylam pewna, ze to gdzies w sciane domu od strony naszej sypialni. :/ No nie pospi czlowiek... Bi wstala o swojej normalnej porze, ja jeszcze dolezalam, ale o spaniu nie bylo juz mowy. W koncu trzeba bylo opuscic wyrko i zbierac sie z corka. Miala farta, bo choc autobus przyjechal juz o 7:18, to akurat w tym momencie doszla na przystanek.

Oreo na porannym patrolu
 

Wrocilam do domu, gdzie Nik juz wstal, niestety nadal z bolacym gardlem. Twierdzil, ze poza tym nic mu nie dolegalo, wiec puscilam go do szkoly, tym bardziej ze kontynuowali testy stanowe. Tym razem przyszla kolej na angielski. Zastanawialam sie tylko, czy przy bolacym gardle Mlodszy bedzie w stanie w ogole porzadnie sie skupic. :/ Tym razem to on mial pecha i autobus podjechal akurat jak doszlismy do ulicy, wiec musial wlaczyc bieg. Na szczescie dobiegl i nie musial czekac az pojazd zrobi koleczko. ;) Wrocilam do domu i zaczelam tradycyjne ogarnianie, pranie, po czym zabralam sie za obiad. W koncu teraz jestem kura domowa. ;) W przerwie wzielam Maye na spacer bo z ponurego ranka nagle zrobil sie piekny, sloneczny dzien.

Widzicie ten entuzjazm w pozie psiura? :D
 

Posiedzialam tez oczywiscie nad ofertami pracy, ale tym razem nic ciekawego nie znalazlam. Dzien zlecial szybko i ani sie obejrzalam, musialam jechac po Kokusia, bo M. wybral sie po pracy kupic pare rzeczy na kemping. Wrocilam z synem, nakarmilam towarzystwo i wrocil malzonek. Nik przyznal ze gardlo go boli troche mniej, ale za to puscilo mu sie z nosa. Na dodatek M. tez zaczal lekko chrypiec, wiec syn przywlokl jakies wirusisko. :/ Mimo, ze bylo 25 stopni, obawialam sie troche puszczac Kokusia na basen. Nie chcialam zeby go mocniej rozlozylo akurat na wyjazd. Oczywiscie kiedy wspomnialam o tym Bi, ta natychmiast oznajmila, ze sama nie jedzie. Poniewaz malzonek tez czul, ze go rozklada, wszyscy zostalismy w domu.

Plama na kamieniu, to Oreo. Uwielbiam kolor tej rozowej azalii - malo kiedy jakies kwiaty maja tak intensywny roz!
 

Do wyjazdu trzy dni, ale zaczelam pomalutku pierwsze przygotowania. Przetarlam wszystkie powierzchnie w przyczepie, bo pokryte byly kurzem po zimie i zoltym pylkiem, ktory obecnie pokrywa doslownie wszystko. Wyciagnelam ze schowka poduszki, nasze przescieradlo, itd. Pomalenku kazdego dnia i moze uda sie wszystko przygotowac na spokojnie, bez dzikiego biegu na ostatnia chwile. Tym bardziej, ze juz powiedzialam Bi, ze w tym roku pakuje sie sama (dam jej liste), bo tak wybrzydza z ciuchami, ze musi sobie wybrac co zalozy. Poniewaz kwiaty w doniczkach oraz warzywa zostaly posadzone, wiec teraz co wieczor czeka mnie tez bieganie w wezem ogrodowym. Narazie entuzjazm jeszcze jest; ciekawe na jak dlugo. ;) Poza tym znow scigalysmy sie ze Starsza kto pierwszy zajmie bujak na ganku (serio, chyba postawie tam drugie krzeslo), szczegolnie ze kupilam specjalna swiece, ktorej zapach mial odstraszac komary. W koncu rozsiadla sie tam Bi, ale twierdzila, ze nie jest pewna czy komarzydla atakowaly. Coz, trzeba bedzie ocenic ilosc ugryzien, choc latwo nie bedzie, bo po sadzeniu warzywnika w duszny, wilgotny dzien, obie jestesmy rowno pozarte. ;)

Zrobilo sie bardzo klimatycznie
 

A na wieczor, w sumie bez zaskoczenia, i mnie zaczelo cos drapac w gardle. Na dodatek w srode mialam dostac okres. Nie ma jak byc przeziebionym i z kobiecymi dniami idealnie na wyjazd. :/

Po pieknym, niemal goracym poniedzialku, wtorek zaczal sie pochmurnie i zaskakujaco chlodno - 13 stopniami. Dzien zaczal sie od drobnego spiecia z corka. Bi popsul sie zamek w plecaku i albo sie nie zapina, albo pomalu sie rozchodzi i klapa wisi sobie luzno. Normalnie kupilabym jej nowy, ale ze zostaly dwa tygodnie do konca roku szkolnego, nie widze sensu, zreszta ona tez nie. Prosze jednak zeby jak najmniej pakowala, bo kiedy plecak nie jest przeladowany, zamek jakos sie trzyma. Niestety, Bi upiera sie zeby przynosic codziennie kilka folderow (mimo ze z nich nie korzysta), bo twierdzi ze rano nie ma czasu przepakowywac plecaka i ma w nim wszystko, co potrzebuje na dany dzien. Oczywiscie mowa o przepakowaniu przy szkolnej szafce, co jak dla mnie jest bzdura, bo Bi i tak zostawia w niej co rano bluze oraz sniadaniowke, wiec co za problem szybko wsunac kilka przygotowanych dzien wczesniej folderow? Zreszta, z tym "potrzebowaniem" wszystkiego tez nie bardzo jej wierze, bo bedac w szkole, w ktorej obecnie jest Nik, codziennie nosila wielki segregator i planer, twierdzac ze musi i ze nauczyciele kaza im to zawsze miec w plecaku. Tymczasem Mlodszy w ogole tego nie nosi, a kiedy o to zapytalam, odpowiedzial ze jest mu do niczego niepotrzebne i nikt nie sprawdza czy to ma. Okazuje sie wiec, ze Bi sama zdecydowala, ze chce taszczyc segregatory i niewiadomo co jeszcze. W tym roku, nie dosc ze ma caly zestaw folderow, to jeszcze po dwie wielkie ksiazki. Tego ranka bylo to samo - plecak zaladowany, a ona wpycha do niego kolejna ksiazke. Mowie zeby jedna zostawila. Nie, bo musi ja oddac do biblioteki. Okey, no to niech zostawi ta druga. Nie, bo nie bedzie miala co czytac. Mowie, ze na pewno znajdzie cos innego do zrobienia (maja w szkole specjalnie wydzielony czas na dokonczenie zadan, czytanie lub douczenie sie, w zaleznosci od potrzeby). Corka upiera sie oczywiscie, ze nic nie bedzie miala do zrobienia w czasie flex time (tak to sie nazywa) i muuusi miec ksiazke. W miedzyczasie szarpie sie z zamkiem, ktory rzecz jasna sie rozszedl. W koncu zostawila go jak byl, wiec wszystko siedzialo w srodku tylko na slowo honoru. Poniewaz ostatnio jej autobus przyjezdza bardzo wczesniej, wiec teraz zaczynam ja poganiac. Zmarnowala bowiem czas wpychajac ksiazke i szamoczac sie z zamkiem, a teraz chodzi sobie noga za noga, pomalu zawiazujac buty, mozolnie wkladajac bluze, wracajac jeszcze do kuchni nalac sobie wody zeby sie napic... W koncu nie wytrzymalam i wykrzyknelam zeby troche przyspieszyla, bo rusza sie jak mucha w smole. Na to moja "nastolatka" odburknela, ze nie musze sie od razu wkurzac, bo jej wszystko jedno czy zlapie autobus od razu, czy przy wyjezdzie z osiedla. Musialam pannicy wyjasnic, ze mam gdzies kiedy zlapie transport; chodzi mi tylko o to, zeby go w ogole zlapala! A w tej chwili krzaki oraz drzewa tak zarosly, ze z okna nie widze juz przystanku, wiec nie wiem nawet czy autobus juz podjechal, czy nie. Oczywiscie slimaczenie Bi zaowocowalo tym, ze autobus podjechal kiedy szla na przystanek, wiec musiala podbiec. No nic, troche ruchu jej nie zaszkodzi. ;) W domu Nik juz jadl sniadanie, ale przed wyjsciem zdazyl zawrocic mi jeszcze glowe praca domowa z matematyki. :O Dzien wczesniej nie pojechali na trening, wiec mial caaaly wieczor, ale pyta mnie o to, kiedy mamy 5 minut do wyjscia! Oszalec mozna! Na dodatek to zaawansowana matematyka, wiec praktycznie caly ten czas zajelo mi zeby samej zorientowac sie o co w tym chodzi. Na koniec tylko szybko wytlumaczylam mu mniej wiecej jak rozwiazac zadanie, ale czy zapamietal? Watpie... Kawaler odjechal, a ja pogadalam z sasiadka, ktora znow zjawila sie na przystanku, po czym wrocilam do chalupy i zabralam sie za domowe pierdoly. Poskladalam jedno pranie, wstawilam kolejne, a pozniej zmywarke, umylam kuchenke, podlalam kwiatki i tak krzatalam sie, az w koncu zaparzylam kawy i zasiadlam przed ogloszeniami o pracy. Z ponurego ranka nagle zrobil sie piekny dzien i temperatura po poludniu doszla do 30 stopni. Kiedy rano sie rozpogodzilo i zaczelo robic cieplej, szybko zabralam Maye na spacer, zanim bedzie za goraco. Niestety psiur znow mi zapieral sie i nie chcial isc, chociaz nawet nie dyszal, wiec naprawde nie wiem czasem o co jej chodzi... Po powrocie postanowilam jeszcze chwile skorzystac z pogody, umylam stol na tarasie, rozlozylam parasol i posiedzialam pod nim, czujac sie jak na wakacjach. ;)

Po torturze zwanej spacerem, pies zalegl w cieniu na trawie
 

Dlugo to nie potrwalo, bo trzeba bylo dokonczyc obiad, no i ogloszenia o prace wolaly. Posiedzialam tak do przyjazdu Starszej, po czym podalam jej obiad i zaraz przyjechaly chlopaki. Wszyscy zjedlismy, chwile przysiedlismy zeby ulozyc zarelko w zoladkach, po czym M. zabral sie za czyszczenie przyczepy (niestety, zostaly na niej odbarwienia, ktorych raczej sie juz nie domyje), a ja skorzystalam z tego, ze nad tylem ogrodu zapadl w koncu cien i spadla temperatura i popsikalam chwasciory, pozbieralam psie miny i podwiazalam piwonie, bo co roku kwiaty przygina jej az do ziemi. Boje sie ze rozkwitnie akurat w czasie naszego wyjazdu bo paczki ma juz spore, wiec na wszelki wypadek juz teraz wbilam wokol niej tyczki i przewiazalam je sznurkiem. Mam nadzieje, ze choc troche podtrzyma ciezkie kwiaty. Zauwazylam tez przy okazji, ze doslownie krok od piwoni, kielkuja... mieczyki! Niby trzeba im co roku wykopywac cebulki i nie zostawiac ich w ziemi, a w tym jednym miejscu wracaja juz trzeci rok. Mozliwe ze podziekowac za to nalezy wyjatkowo ostatnio lagodnym zimom. ;)

Malzonek czyscil przyczepe, a Oreo kombinowala jak dostac sie do srodka
 

Akurat krazylam spocona i purpurowa na twarzy, kiedy Nik oznajmil ze chce jechac do biblioteki zeby wypozyczyc sobie upatrzona gre na dlugi weekend. Tylko prychnelam, ze jestem cala upocona i nie mam zamiaru pokazywac sie ludziom. ;) Na to syn stwierdzil, ze moze pojechac sam, na rowerze. Hmmm... trasa to w sumie doslownie kilka minut, glownie spokojnymi, osiedlowymi uliczkami, choc trzeba przeciac jedna bardziej ruchliwa, a potem chaotyczny parking pod high school. Osobiscie bym Mlodszego puscila, bo jezdzilismy juz tamtedy tyle razy, ze wie gdzie trzeba uwazac, ale znajac M., powiedzialam synowi zeby spytal tate. Ten jednak pozwolil tylko w towarzystwie siostry i troche Nikowi zajelo, zeby ja uprosic. Juz myslalam, ze skonczy sie przekupstwem. :D W koncu jednak pojechali i to byl kolejny krok ku niezaleznosci.

Czlowiek sie martwi, a oni obrocili w 20 minut ;)
 

Az mi sie troche smutno zrobilo, bo wiadomo, pierwsze koty za ploty i od teraz pewnie czesciej beda chcieli jechac sobie tak samym, bez rodzicow. :( Lato to oczywiscie czas rozdarcia miedzy robota w chalupie, a ta w ogrodzie. Przypomnialam sobie, ze mialam umyc zlewy w gornych lazienkach, wiec wyruszylam tam, ale kiedy slonce na dobre zniknelo znad warzywnika, musialam wyjsc ponownie, zeby go podlac. Malzonek dalej szorowal przyczepe, a Oreo nadal miauczala stojac na schodkach i wyraznie domagala sie zeby ja wpuscic. Obawiam sie, ze kiedys, w czasie pakowania, wslizgnie sie do srodka i niechcacy wezmiemy ja ze soba na kemping. :D Potem to juz pora na prysznice i szykowanie na kolejny dzien.

Sroda zaczela sie znow wczesna pobudka. W nocy sie schlodzilo, choc 17 stopni o 6:30 rano, to tez nie zimnica. ;) Dzieciaki odpuscily sobie nawet bluzy. Autobus Bi, zgodnie z ostatnimi trendami, przyjechal juz o 7:17, kiedy panna dopiero doszla na chodnik. Oczywiscie musiala przejsc na przeciwna strone ulicy od przystanku i poczekac az ja zabierze wyjezdzajac z osiedla, ale przynajmniej miala towarzystwo bo jej kolezanka tez nie dojechala na czas. Wrocilam do Kokusia, ktory w koncu przyznal, ze troche mu lepiej. Mam podejrzenie, ze to jego "przeziebienie" to czesciowo alergia, bo dzien wczesniej zaczal narzekac tez na swedzace oczy, wiec wieczorem dalam mu tabletki na alergie. I prosze, rano lepiej, cos moze wiec byc na rzeczy. Panicz odjechal do szkoly na ostatni dzien testow stanowych, a ja wrocilam do domu. Szybka kawa i musialam lapac za odkurzacz i mopa. Tego dnia chcialam zrobic porzadek z podlogami na gorze, a ze znow mielismy miec 30 stopni, to wolalam zabrac sie za to jak najwczesniej, zanim chalupa sie nagrzeje. Pozniej tradycyjnie, jedno pranie poskladac, drugie wstawic i przerzucic pozniej do suszarki, uprzatnac naczynia, itd. Oczywiscie siadlam rowniez nad ofertami pracy, choc nic ciekawego nie znalazlam. Trzeba tez bylo zaczac pakowac pomalu przyczepe, bo skoro nie pracuje, chcialabym choc raz zrobic to na spokojnie, bez zadyszki. ;) Poniewaz jesienia mielismy przeciek, wiec materace z lozka pietrowego Potworkow byly w piwnicy. Na szczescie to taka lekka gabka, powleczona czyms przypominajacym aksamit, wiec niezbyt ciezkie, ale dlugie i nieporeczne. Wnioslam do przyczepy, nawloklam ochraniacze, ale wsadzenie ich na lozka to juz byla gimnastyka. Przyczepa zlozona, wiec malo miejsca i musialam sie przeciskac miedzy stolem, kuchenka, a lodowka. ;) Z rozpedu przynioslam tez spiwory dzieciakow, a nasze wywiesilam na tarasie, bo cala zime lezaly w piwnicy i chcialam je przewietrzyc. Nawloklam poszewki na poduszki i stwierdzilam, ze na dobra sprawe to moge zaczac przenosic ciuchy. Na 3 noce duzo tego nie trzeba, ale wiadomo ze zawsze musi byc cos na zapas oraz dlugie spodnie i bluza na wieczor. Bi miala mi przyszykowac to, co chce wziac, ale na szczescie Nik nadal nosi to, co mu przygotuje. ;) I tak wiekszosc dnia chodzilam do przyczepy i spowrotem, bo jak to przed pierwszym kempingiem, nie moglam sie zorganizowac i nosilam po 2-3 rzeczy. W 30-stopniowym upale, musze nadmienic, wiec pot ciekl ciurkiem po plecach. :D

Ja rozkladalam rzeczy po polkach, a to-to zerkalo ze schodow, choc wejsc sie nie odwazylo
 

Wrocila Bi, wrocily chlopaki, zjedlismy obiad i rodzice nadal szykowali przyczepe do wyjazdu, a dzieciaki leniuchowaly. Ogolnie lubie ta nasza przyczepke, ale ma jedna, zasadnicza wade - jest bardzo ciemna w srodku. Ma niewielkie, przyciemniane okna i w ogole ich malo, wiec wpada do niej niewiele swiatla. Teraz w dodatku jest zlozona i bez pradu, wiec jest ciasno, ciemno i nie ma nawet jak zapalic swiatla. Poprzecieralam przykurzone i pokryte pylkiem powierzchnie, ale ciezko jest mi dokladnie obejrzec wszystkie katy. W srode jednak cos mnie tknelo i poswiecilam sobie telefonem. Zalamka! Mimo, ze po skonczonym sezonie posprzatalismy, to lodowka wygladala strasznie! Cala pokryta czyms co przypominalo plesn, choc nie wiem skad sie pojawila na czystej powierzchni. Moze to tylko kurz tak dziwnie osiadl w wilgoci. W kazdym razie, musialam wyciagnac wszystkie szuflady oraz polki, przytaszczyc do domu i porzadnie wyszorowac. Ciesze sie przynajmniej, ze odkrylam to tego dnia, a nie w piatek rano kiedy M. w koncu podlaczy prad... Dzien uplywal wiec dosc pracowicie az nadeszla godzina 18 i dzieciaki musialy zaczac sie szykowac na trening. Malzonek stwierdzil, ze pojedzie na silownie, wiec przynajmiej ja nie musialam sie ogarniac, a po upalnym dniu marzylam tylko o prysznicu. Kiedy oni pojechali, podlalam warzywnik i doniczki z kwiatami, przygotowalam Kokusiowi sniadaniowke na kolejny dzien, wyszorowalam karmnik dla kolibrow zeby przed wyjazdem nalac do niego swiezego nektaru i moglam na moment usiasc z kawa.

Relaksik na ganku wzywa ;)
 

Tuz przed przyjazdem reszty przygotowalam dzieciakom kolacje, kiedy zjedli musialam zagonic Mlodszego pod prysznic i dzien wlasciwie sie skonczyl.

W czwartek rano bylo jeszcze cieplej - 19 stopni. Autobus Bi dojechal wczesnie, jak to ostatnio (jej kolezanka nie dotarla na czas i tata musial ja zawiezc do szkoly ;P), a Kokusia normalnie i Potworki pojechaly na ostatni dzien w szkole przed dlugim weekendem. Tak naprawde w piatek tez byly lekcje, ale stwierdzilismy, ze zrobimy dzieciakom wolne zeby wyjechac jak najwczesniej. :) Dzien zaczal sie pogodnie, ale dosc szybko nadplynely chmury i w oddali zaczelo grzmiec. Cudnie, zwlaszcza, ze musialam jechac na zakupy, a potem planowalam dalej pakowac przyczepe. Nie ma jak biegac w deszczu. ;) Co jednak bylo robic - pojechalam, wrocilam, rozpakowalam torby, ale ze za oknem lalo jak z cebra, to stwierdzilam najpierw siade z kawa nad ogloszeniami o prace. Coraz bardziej ogarnia mnie poczucie beznadziei, ale nie widze wyboru, tylko codziennie przegladac te cholerne ogloszenia... :/ Pogoda w koncu zdecydowala sie poprawic i wyszlo slonce, tyle ze po deszczu wszystko parowalo i przy 26 stopniach i zerowej bryzie, moglo sie wydawac, ze jest czlowiek w saunie. No ale coz... Przyczepa sama sie nie spakuje. Zaczelam marsze w te i nazad i tak chodzilam probujac sobie przypomniec co jeszcze potrzebuje. Akurat bylam w przyczepie, kiedy uslyszalam wsciekle szczekniecie Mayi. Juz nieraz pisalam, ze nasz psiur praktycznie nie szczeka, wiec wyszlam zdziwiona, sprawdzic co sie dzieje. Stala przy zaroslach z przodu, wiec myslalam, ze pogonila kocura sasiadow, ale nic w roslinach nie widzialam, wiec zaczelam isc w tym kierunku. Coz... dobrze, ze doszlam tylko do slupa od koszykowki, bo katem oka zlapalam ruch na drzewie, patrze, a tam... niedzwiedz!!! No, raczej niedzwiadek, pewnie jedno z tych mlodych, ktore wczesniej chodzily z matka.

Wystraszony biedak
 

Szybko zaczelam nawolywac psa, a sama stanelam pod garazem, zeby w razie czego do niego czmychnac. :D Dopiero po chwili przyszlo mi do glowy, zeby pstryknac jakies zdjecia i nagrac filmik. Na szczescie mlody misiek byl bardziej wystraszony ode mnie i na filmie widac jak zlazi z drzewa i zwiewa ile sil w lapkach przez ulice i w krzaki sasiadow. ;) Oczywiscie musialo sie to zdarzyc 10 minut przed powrotem Bi ze szkoly, wiec napisalam jej smsa zeby uwazala, a po namysle stanelam na chodniku przy naszym podjezdzie i na nia poczekalam. Caly czas sie nerwowo rozgladalam, bo mlodych niedzwiadkow byla trojka, wiec gdzies kraza pozostale dwa. ;) Bi doszla jednak z przystanku bez zadnych przygod, a niedlugo potem dojechaly chlopaki z pizza. To nasza piatkowa tradycja, ale choc byl czwartek, dla nas jednak jakby piatek, wiec pojechali tego dnia. Potem nadal skrobanie sie po glowie i proby przypomnienia co jeszcze trzeba zapakowac, az przyszla pora na trening. Bi mocno protestowala, ale przypomnielismy jej, ze w zeszlym tygodniu nie byli ani razu, teraz w poniedzialek Nik byl przeziebiony i rowniez zostali w chalupie, a na dodatek w nadchodzacy poniedzialek nie ma treningu, bo bedzie swieto. Ze sporym fochem, ale pojechala. ;) Tym razem zabralam ich ja, bo M. nadal mial sporo przygotowan przedkempingowych. Oni poplywali, a ja pochodzilam przy budynku oraz w srodku i troche popatrzylam jak trenuja (w ich grupie byly "az" trzy osoby :O).

To chyba byla zabka
 

W koncu moglismy wrocic, ale to byla juz taka pora, ze tylko szybkie prysznice i szykowac sie do lozek.

Tym razem bonusowo post dzien wczesniej, bo jutro wieczorem bedziemy (mam nadzieje) siedziec przy ognisku na kempingu. :D

piątek, 17 maja 2024

Stresujacy tydzien

W piatek wieczorem jak zwykle znalazlam Kokusia spiacego przy zapalonym swietle i elektronice, a nawet nie kladlam sie jakos bardzo pozno spac...

Ze mu tak wygodnie, jak cos ciagnie go za ramie...
 

Najlepsze, ze ramie mial calkowicie oplatane kabelkiem od sluchawek. Kupilam mu je specjalnie na testy w szkole bo rodzice dostali wiadomosc, ze dzieciakom nie wolno w ich trakcie uzywac bezprzewodowych. Mlodszy - ucieszony, natychmiast zaczal z nich korzystac, ale jak widac ma lekkie problemy "techniczne". Niestety, kiedy wyjelam mu je z uszu i probowalam odplatac, obudzil sie i byl bardzo niezadowolony. ;)

Sobota, 11 maja, zaczela sie jak zwykle od dlugiego spania. Nooo, nie dla M., ktory pracowal oczywiscie. :) Przebudzilam sie wczesniej nad ranem z takim "przerazeniem", ze zapomnialam zostawic malzonkowi karteczki ze kot nie wrocil na noc. Juz podnosilam sie z lozka zeby pobiec sprawdzic czy Oreo nie miauczy pod drzwiami, kiedy oprzytomnialam i przypomnialam sobie, ze przeciez kiciul... wrocil! Nie wiem co mialam za zacmienie. :D Ostatecznie obudzilam sie o 9:08 i chwile polezalam patrzac w telefon oraz sluchajac mruczenia kota, ktory ulozyl sie w nogach.

"Frecia"
 

Wreszcie wstalam, zapodalam sniadanie dzieciakom oraz sobie i probowalam nakarmic Oreo, ktora jednak zignorowala miske z zarciem i poszla drzec sie pod drzwiami. Wypuscilam ja, spodziewajac sie, ze za moment wroci, bo najczesciej tak wlasnie bywa. Coz... nie tym razem. Kiciul spedzil poza domem cala reszte ranka i wczesne popoludnie. Przyszla kilka razy na taras, ale ulozyla sie na drzemke pod krzeslami i zupelnie nie chciala wejsc do srodka. Dopiero okolo 15 przyszla w koncu, zjadla "sniadanie" i ulozyla sie na drzemke. W miedzyczasie zdazyla wdac sie w awanture z kocurem sasiadow, ale akurat Bi byla z kolezanka na ogrodzie, wiec chwycila jednego, potem drugiego i obeszlo sie bez rozlewu krwi. ;) Za to bylismy swiadkami, jak ten sam kocur starl sie z kotka sasiadow. Cos tego dnia byl w bardzo wojowniczym nastroju. Pierwszy raz widzialam taka walke. Koty kotlowaly sie tak, ze ciezko bylo poznac ktory jest ktory, tym bardziej ze oba szaro - bure w paski. Gonily sie, po czym znow zbijaly w drapiaco - gryzaca kule. :O W koncu kotka wbiegla na taras sasiadow i najprawdopodobniej wslizgnela sie do domu, albo schowala gdzies pod meble ogrodowe. W kazdym razie, z naszego wlasnego tarasu mielismy przez kilka minut niezle widowisko. :D Tymczasem M. po pracy podjechal jeszcze do Polakowa gdzie nakupowal przeroznych przysmakow i slodyczy. Zawsze mnie pyta co kupic, a ja zawsze mowie, ze nic, bo potem kusi, ale malzonek za kazdym razem cos tam znajdzie. ;) Do Bi przyjechala kolezanka i spedzily czesc popoludnia spacerujac, jezdzac na rowerach (kolezanka wziela moj) i szydelkujac na swiezym powietrzu.

Dwie rusalki, jedna ciemnowosa, druga jasna :)
 

Ledwie panna odjechala, a czas byl zbierac sie do kosciola, bo M. znow pracowal w niedziele. Kolejnego dnia mial byc tutejszy Dzien Matki (zawsze w druga niedziele maja), wiec po mszy wszystkie kobiety dostawaly po rozy.

Kwiatek juz kolejnego dnia zwiedl, wiec nie byl zbyt szczery ;)
 

Po kosciele wyjatkowo nie wrocilismy od razu do domu, tylko pojechalismy na male zakupy ciuchowe, bo mialam pilna potrzebe, a malzonek stwierdzil, ze w takim razie mozemy pojechac wszyscy. Bi radosnie rzucila sie miedzy regaly i szybko wyszukala sobie kilka bluzek, ale ku mojemu zaskoczeniu Nik rowniez chwycil dwa zestawy t-shirtow i spodenek. Normalnie dzieciaki mi dorastaja... ;) Przez te zakupy jednak, do chalupy wrocilismy tuz przed 19, wiec czasu zostalo tylko na kolacje i wlasciwie przyszla pora spania. No, ja machnelam jeszcze szybko chlebek bananowy, bo to ciasto, ktore robi sie w 10 minut. :)

A Bi skonczyla wieczorem dziergac sobie bluzeczke. Tak, zrobila ja na szydelku sama! :O

Niedziela, dla mnie i dzieciakow, zaczela sie pozniej. Mielismy leniwy poranek z powolnym sniadaniem i dobudzaniem sie. Jak napisalam wyzej, tego dnia wypadal tutejszy Dzien Matki, wiec Bi nie mogla sie juz doczekac i jak najszybciej wreczyla mi przygotowane upominki. Przyznaje, ze w tym roku bardzo sie postarala. Dostalam przesliczny szydelkowy koszyk z kwiatkami.

Bukiecik
 

Sklada sie z trzech "bukiecikow", tworzacych podstawki na szklanki.

Jedna z podstawek
 

Do tego oczywiscie bransoletka zrobiona w bibliotece. Wiedzialam, ze bedzie to bransoletka, nie wiedzialam jednak jaka. Okazala sie prostym kawalkiem metalu, ale niespodziewanie Bi wybrala napis w jezyku polskim, brzmiacy: "Kocham cie mama". Oczywiscie bylam zachwycona. <3

Teraz mam dylemat, bo chcialabym ja nosic, a jednoczesnie boje sie, ze zaraz ja gdzies obdrapie...
 

Jak co niedziela, na kawe (i obiad i ciasto i lody :D) przyjechal moj tata. Posiedzial pare godzinek, ale w koncu uznal, ze pora wracac i szykowac sie na kolejny tydzien pracy. W miedzyczasie wrocil M., obejrzal upominki od Bi i spytal co dostalam od Kokusia. Otoz... nic. ;) Syn zlozyl mi rano zyczenia i przeprosil, ze nic nie zrobil, bo zabraklo mu weny artystycznej. Ja mu powiedzialam, ze nie szkodzi, bo wiem ze mnie kocha i bez upominku, ale ojciec poszedl i opierniczyl syna, ze siedzi i gra, zamiast zrobic cos dla mamy. Podzialalo i zaniedlugo Mlodszy przyszedl do mnie jednak z laurka. :D Caly dzien bylo pochmurno, ale pogoda jakos sie trzymala. A jak dziadek odjechal i mozna bylo wreszcie wyruszyc na jakis spacerek, albo chociaz zagrac w kosza przy domu, to nagle zaczelo padac. I tak juz kropilo przez reszte dnia, a my utknelismy w domu. Przynajmniej szykowanie sie na kolejny tydzien odbylo sie leniwie i spokojnie. ;)

Tym razem Nik normalnie zgasil swiatlo i sie polozyl, ale za to z przyjacielem - Pokemonem :D
 

Poniedzialek byl bardzo stresujacy. Trzynasty dzien miesiaca, ale w sumie nie tyle pechowy, co... przygnebiajacy. Poranek zlecial jak zwykle. Na autobus z Bi, gdzie chwile musialysmy poczekac, choc bez tragedii. Chwile pozniej wyjsc z Kokusiem i jego autobus juz spoznil sie dosc mocno, ale na szczescie na przystanek dotarla tez sasiadka, wiec mialam z kim pogadac. Wrocilam do chalupy i... nie za bardzo moglam sobie znalezc miejsce. Musialam obrac ziemniaki na pozniej i zaczac wywar na zupe, ale poza tym snulam sie bez celu. Tego dnia bowiem jechalam na rozmowe kwalifikacyjna! Napisze Wam, ze cale to szukanie roboty przyprawia o depresje. Przyznaje ze kiedy w listopadzie moja praca oglosila problemy finansowe, poczatkowo mialam naprawde spora nadzieje ze za chwile wezwa wszystkich spowrotem. Ogloszenia o prace przegladalam wiec sporadycznie i wysylalam CV tylko okazjonalnie. W miare jak moj brak wyplaty sie przedluzal, tym czesciej zagladalam w oferty. Jakos tak jednak od dwoch miesiecy, szukanie pracy stalo sie dla mnie praktycznie zajeciem na pol etatu lub wiecej. Obowiazkowy codzienny przeglad ofert (no, poza weekendami, bo wtedy raczej wole spedzac czas z rodzina) i niemal codzienna wysylka przynajmniej jednej aplikacji. Rezultaty sa... slabe to malo powiedziane. W tym intensywnym okresie (wczesniejszego nawet nie licze) wyslalam jakies 40-50 podan. Jak myslicie, z ilu potencjalny pracodawca w ogole odpowiedzial (pozytywnie lub negatywnie)? Moze z 10-15. Na wiekszosc nie dostalam nawet marnego "dziekujemy za aplikacje, ale jednak zdecydowalismy sie na innych kandydatow". Z ilu dostalam zaproszenie na rozmowe? Z... trzech. :O No siasc i plakac. Szczerze, to w ktoryms momencie az wspominalam M., ze chyba cos nie tak jest z moim CV skoro nikogo nie interesuje moja kandydatura. Z tych trzech zaproszen, z jednego od razu zrezygnowalam, bo po rozmowie z malzonkiem stwierdzilismy ze daleko, slabo placa, a na dodatek praca nie do konca byla tym, czym sie obecnie zajmuje. Zostaly dwie, z ktorych jedna mialam wlasnie w poniedzialek. Nie tak daleko, bo niecale pol godziny drogi, ale jak sie przez 7 lat pracowalo w miejscu zamieszkania, to nawet taki dojazd wydawal sie zajmowac wieki. ;) Rozmawialam z trzema osobami i ogolnie wydawalo mi sie, ze poszlo mi calkiem dobrze, ale... Po powrocie do domu wyslalam maila z podziekowaniem do jednej z managerek (nie mialam informacji kontaktowych dwoch pozostalych osob), a ona odpisala ze rowniez dziekuje i odezwie sie kiedy odbedzie rozmowy z pozostalymi kandydatami. Przyznaje, ze poczulam sie jakby ktos obcial mi skrzydla, bo tak, malo prawdopodobne zebym byla jedyna chetna, ale zawsze mam wrazenie, ze kiedy rekrutantom ktos sie spodoba, to jak najszybciej wysylaja oferte pracy, zeby taka osoba im nie "uciekla". Tutaj najwyrazniej nie spodobalam sie az tak. A ja mialam takie dobre samopoczucie po tej rozmowie, ech... :( W kazdym razie, to nie byl koniec rozczarowan na ten dzien. Otoz, jakby malo bylo mi szukania nowej roboty, kilka tygodni temu stwierdzilismy, ze trzeba dzieciakom zmienic druzyne plywacka. Po odejsciu glownego trenera, ich obecna po prostu zaczyna wymierac smiercia naturalna. W najlatwiejszej grupie z najmlodszymi dziecmi, jest ich nadal sporo, ale obydwie bardziej zaawansowane grupy znikaja. Czesto na treningach, poza Potworkami jest tylko dwoje innych dzieci. W dodatku, w zeszlym tygodniu pozostali trenerzy spotkali sie z rodzicami i powiedzieli jasno, ze w tej chwili, poza trenowaniem, nie ma komu poprowadzic druzyny i w wakacje nie bedzie zadnych zawodow. Do bani, skoro dla tej druzyny sezon zimowy i letni to zawsze byl czas najintensywniejszych treningow i wyscigow. Zaczelismy sie wiec rozgladac, ale w pierwszej druzynie (prywatnej i z poglosek bardzo drogiej) mialam problem zeby sie z kimkolwiek skontaktowac. W koncu zdobylam telefon glownego trenera, ktory polecil mi wyslac mu maila z informacja o dzieciakach, mial dac znac kiedy moga przyjechac na ewaluacje i... nic. Cisza, zero, nul. Zaczelam wiec patrzec na inna druzyne. Rowniez przy silowni i takim klubie gdzie sa wszelakie zajecia, polkolonie, swietlica, itd. Tu niestety rowniez cena lekko nas znokautowala. Zalezy ona od wieku dziecka i za Bi wyniosla niemal 3x tyle co obecnie. :O W dodatku, dzieciaki musialyby byc czlonkami tego klubu, za co oczywiscie placi sie dodatkowo. Najbardziej jednak zalamalo nas, ze tutaj dzieciaki nie sa rozdzielane pod wzgledem poziomu, lecz scisle wieku. Oznaczalo to, ze Potworki trafily do dwoch roznych grup, a te maja diametralnie rozne godziny treningu. Nik zaczynalby juz o 16:30, czyli po szkole nie mialby praktycznie na nic czasu. Treningi Bi mialyby sie zaczac o 18 lub 18:30, czyli zaraz po Kokusiowych. Oznaczaloby to dla nas mnostwo jezdzenia w te i we wte. Niestety, poza nasza zalamka, Bi (ktora najbardziej naciskala na zmiane, bo wszystkie jej kolezanki odeszly) rowniez spuscila nos na kwinte, bo wiekszosc treningow w jej grupie trwa po 2 godziny, a trener oznajmil, ze jest ich 6 w tygodniu i prosza zeby dzieciaki przyjezdzaly na przynajmniej 4. Grupa Nika ma ich 4, a prosza zeby byli na trzech. W tej chwili wiec nadal zastanawiamy sie co z tym fantem poczac, bo ani my, ani Potworki nie sa specjalnie podekscytowane propozycja zmiany, ale z drugiej strony, w obecnej druzynie, w ich grupie za chwile beda plywac sami. :/ Taki to poniedzialek. Znikad dobrych wiesci. :/

Wtorek byl znow pelen stresu. Przynajmniej moglam pospac pol godziny dluzej i odpadl mi dwukrotny marsz z dzieciakami na autobusy, bo tego dnia mieli rano kontrole u dentysty.

Do mojego lozka ponownie zawital puszysty gosc
 

Dojechalismy wyjatkowo na czas, a pod budynkiem... wszystko rozkopane, bo klada nowe chodniki, miejsca parkingowe zajete przez auta robotnikow i musialam stawac na jakims skrawku przestrzeni, ktora nawet nie byla miejscem parkingowym... Tym razem gabinet poszedl po rozum do glowy i zarezerwowal dla Potworkow dwie rozne higienistki, dzieki czemu wezwali ich niemal jednoczesnie. Dzieciaki zaliczyly sprawdzenie, czyszczenie i fluoryzacje, u Bi mielismy standardowe pytanie o ortodonte (haha, taaak, jak ja nie zarabiam :/), u Kokusia dowiedzielismy sie, ze zostalo mu 5 mleczakow do wymiany (wszystkie u gory) i moglismy sie stamtad zabierac. Potem musialam zrobic koleczko rozwozac Potworki do szkol (jak dobrze, ze za trzy miesiace beda w tej samej!) i do domu wrocilam okolo 10:30. Niespodziewanie z pracy wyszedl wczesniej M., czym tylko mnie wkurzyl, bo prosilam zeby tego nie robil i mnie nie stresowal. Od razu zabral sie za malowanie dachu przyczepki i do domu nawet dobrze nie wszedl. Cale szczescie, bo o 12 mialam kolejna rozmowe o prace, tym razem wirtualna i balam sie, ze zapomni sie i wparuje nagle do jadalni. Tym razem rozmowa poszla mi fatalnie. No, nie ma co owijac w bawelne. Aplikacje zlozylam do wielkiej korpo i chyba troche porwalam sie z motyka na slonce. Tydzien wczesniej przeszlam pierwsza rozmowe, taka bardziej "przesiewowa", a tym razem mialam juz konkretne przesluchanie. Wtedy dzwonila babka z Anglii, teraz ze Szwajcarii. :O Przemaglowala mnie rowno i na koniec stwierdzila, ze musi skonsultowac sie ze swoim szefem, bo mam ogromne doswiadczenie i nie ma watpliwosci, ze poradzilabym sobie z rodzajem pracy, ktorej ode mnie oczekuja, nie jestem jednak obyta z nowoczesnymi, elektronicznymi systemami, zawsze pracowalam z "prymitywnymi" papierami i obawia sie, ze moge nie dac rady tego ogarnac, a dodatkowo pracowalam w malych firmach, a tu byloby ogromne, miedzynarodowe przedsiebiorstwo i roboty huk. Praca niestety zdalna, co ma oczywiscie ogrom zalet, ale wada jest, ze wytrenowanie pracownika moze byc problematyczne. Ogolnie mialam odczucie, ze szukaja kogos kto juz ma doswiadczenie z ich systemami albo czyms bardzo podobnym, zeby mogl przejsc tylko szybkie szkolenie i zaczac pracowac. Mnie czekalby dluuugi i mozolny trening... W kazdym razie rozlaczylam sie i zalamalam, ze nie mam zadnych rozmow przez dwa miesiace, potem mam dwie praktycznie na raz, wiec liczylby czlowiek, ze choc jedna zaowocuje oferta pracy i... doopa. :( Wyszlam na dwor pozalic sie mezowi, ktory oczywiscie pocieszal, ze ciagnie ten wozek pol roku, to pociagnie go dalej i ze na pewno cos w koncu znajde, ale jakos slabo mnie to pocieszylo... Malzonek wrocil do roboty przy przyczepie, a ja zabralam sie za konczenie obiadu, bo co innego mi pozostalo? Akurat M. wyjezdzal po Kokusia, kiedy wrocila Bi. Tego dnia, jak to we wtorek, dzieciaki nie jechaly na trening. Decyzja co do nowej druzyny nadal nie zapadla. ;) Planowalismy po obiedzie pojsc na jakis spacer, ale zamiast tego zabralismy sie za porzadki na ogrodzie. Malzonek kosil, ja zbieralam galezie, ktorych masa ciagle leci z drzew, a pozniej namowilam go w koncu zeby i mi dal pokosic, a on wzial taczke i zaczal oczyszczac z chwastow taka jakby rabate z boku domu, od strony sasiada. Kiedy sie tu wprowadzilismy, sasiad mial od tej strony rzad sosen, a ze to polnocno - zachodnia strona domu, wiec panowal tam wieczny cien. Wszystko bylo przykryte dywanem igiel i roslo tam tylko troche paproci. Niestety - stety, 2-3 lata temu, sasiad te sosny wycial. Ucieszylismy sie, bo od tej strony do domu zaczelo wpadac wiecej swiatla, a na zewnatrz odpadlo wywozenie taczkami kupy igiel. Niestety, za to teraz na tej rabacie, wsrod paproci, zaczela rosnac kupa chwastow. To czesc domu, ktorej my praktycznie nie widzimy, chyba ze chodzimy wokol chlupy, ale sasiad pewnie patrzec na to nie moze. Mimo wiec, ze moglibysmy udawac, ze tego nie widzimy, od czasu do czasu wypada to troche uprzatnac. ;) Musze zaznaczyc, ze malzonek pierwszy raz dal mi pobiegac z kosiarka. Mamy taka, ktora sama jedzie kiedy trzyma sie dzwignie, wiec tylko pod gorke trzeba ja troche pchac, za to z gorki wrecz ciagnie cie za soba. :D Nie wiem o co tyle krzyku, choc M. znow zrzedzil na temat koszenia i ogolnego ogarniania ogrodu. Jedyne co, to w miejscach gdzie trawa jest nadal krotka, kosiarka wzbija kupe kurzu i po koszeniu przez godzine co chwile kichalam. :D Wieczorem Nik wyciagnal mnie na partyjke kosza, gdzie ku zaskoczeniu nas obojga, poczatkowo go ogrywalam. ;) Smieszny jest ten moj syn, bo najpierw, po koszeniu i pracy w ogrodzie, jak usiadlam z kawa, to wcale nie chcialo mi sie juz wychodzic. Powiedzialam mu, ze zobacze jak dopije kawe, a on na to, ze nie musze i jest ok. Po kilkunastu minutach jednak zaczal co chwila przychodzic, sprawdzac poziom kawy w moim kubku i dopytywac czy przyjde, ale zapewniajac, ze nie musze. :D Nie mordowal siostry, ani ojca, tylko mnie. Mam nauczke za zbytnie angazowanie sie w spedzanie czasu z dzieciakami. ;) Poniewaz jednak jest coraz starszy i za kilka lat pewnie taka gra z mama to bedzie dla Mlodszego obciach, wiec poszlam, cieszac sie ze nadal chce spedzac ze mna czas. 

Sroda to juz normalna, wczesna pobudka. Najpierw z Bi, ktorej autobus dojechal bardzo wczesnie, bo juz o 7:18. Chlopiec z drugiej czesci osiedla nie dojechal, a sasiadka powiedziala, ze dzien wczesniej jej corce tez "uciekl" transport do szkoly. ;) Wrocilam do domu, zjadlam sniadanie, przypilnowalam szykowanie sie Kokusia i przyszla pora na wyjscie z nim. Od rana bylo duszno i pochmurno, a w tym momencie zaczelo na dodatek padac. ;) Na szczescie przy 15 stopniach nie bylo to strasznie dokuczliwe. Autobus Kokusia tez przyjechal bardzo szybko, wiec za moment moglam zaszyc sie w chalupie. Tego dnia chcialam w koncu pojechac po sadzonki do warzywnika, ale stwierdzilam, ze w deszcz nie bede sie pchala i postanowilam zobaczyc jak bedzie wygladalo popoludnie. Niestety, calutki dzien kropilo. Moze nie byla to jakas straszliwa ulewa, ale sklep ogrodniczy nie ma wylanej posadzki, tylko ziemie i wyobrazilam sobie to bloto, ktore tam wszedzie sie nosi. Po ogarnieciu tego i owego w domu, zasiadlam ponownie nad ogloszeniami o prace. Szczerze, to az sie poplakalam, bo zrobila sie sroda i z zadnej potencjalnej pracy zero odzewu, wiec raczej bedzie doopa. Wrocila do domu Bi, ktora pocieszala mnie, ze ona sie cieszy, ze nadazie nie mam pracy, bo zaraz wakacje i bedziemy mogly jezdzic codziennie nad jezioro. Dzieciece priorytety. ;) Wrocily chlopaki, zjedlismy obiad i... M. stwierdzil, ze nie chce mu sie jechac na silownie i moze by zrobic dzieciakom przerwe. Bylam chetna zeby samej ich zabrac, ale jak Potworki uslyszaly, ze moga zostac w domu, to oczywiscie mowy nie bylo zeby pojechali. :/ Wieczor spedzilismy wiec na kolejnych prysznicach i relaksie. Ktorego ja mam ostatnio i tak za duzo... A! Wieczorem, malzonek juz spal, Nik siedzial u gory w swoim pokoju i nagle wola: "Bear!!!". Na to my z Bi, jak glupie: "Where?!". :D Po sekundzie olsnilo nas zeby rzucic co akurat robilysmy i popedzic na gore. Akurat dobieglysmy do okna w pokoju Nika, kiedy niedzwiedz ruszal za dom sasiadow. Nie zdazylam nawet pstryknac foty. ;)

A o 23 znow to samo...
 

W czwartek jak zwykle wczesna pobudka i tym razem niestety od rana solidnie lalo. To by bylo ponownie na tyle jesli chodzi o sadzonki. ;) Autobus Bi znow przyjechal juz o 7:18 i jej kolezanka dojechala akurat kiedy juz zamknal drzwi i zbieral sie do odjazdu. :D Wrocilam do Kokusia, ktory juz jadl sniadanie. Tego dnia w jego szkole zaczynaly sie te stanowe testy, ktore jakis czas temu miala Bi. Ona - ambitniejsza, troche je przezywala, Nik stwierdzil ze mu wszystko jedno jak mu pojdzie i ze nawet sie na nich nie stara. :O Ciekawe, ze statystycznie, punktow ma zawsze wiecej niz siostra. Czyli zdolna bestia, tylko leser. :D Jak na zlosc, leje deszcz, stoimy pod parasolami, a autobusu nie ma i nie ma. W koncu dojechal, choc solidnie spozniony. Mlodszy odjechal, a ja z radoscia popedzilam do domu i zabralam sie za tak wdzieczne zajecie jak odkurzanie i mycie podlog, jej! ;) Najchetniej zostalabym juz w domu, ale po pierwsze, jakims cudem zabraklo nam ziemniakow i musialam dokupic bo potrzebne byly na obiad, a po drugie, niespodziewanie napisal szef czy moge przyjechac okolo poludnia, bo ma dla mnie czek. Szok, szok. :O Pojechalam wiec do roboty, przyznaje ze 10 minut spozniona, bo jakos nie moglam sie zorganizowac, przysiadlam przy biurku (dobrze, ze kompa wzielam), a tymczasem Chinczyka nieee ma. Po pol godzinie napisalam mu, ze jestem i czekam, a on odpisal, ze bedzie za... 20 minut. :O Kurna, no, jak sie umawiasz okolo poludnia, to przyjezdzaj okolo poludnia, a nie o 13. :/ Juz zaczelam myslec ponuro, ze odwola, ale jednak dojechal. Kasa... ech. Znow takie ni w gruche, ni w pietruche. Troche wiecej niz 2/3 mojej normalnej, miesiecznej wyplaty. No ale, dobrze ze chociaz cos, a z zasilkiem dla bezrobotnych bedzie to juz przyzwoita sumka. Kiedy w koncu dostalam czek, wyprysnelam z roboty i pojechalam do sklepu. Kupilam kartofle i pare innych rzeczy, ktore wpadly mi w oko. Poza tym, jak juz tam bylam, podjechalam do sklepu po drugiej stronie ulicy, tzw. "dolarowca". Tutaj jest kilka sieci takich sklepow, gdzie wszystko kosztuje $1. Nooo, w tym akurat $1.25. :D Maja tam wszystko, od jakichs przypadkowych czesci garderoby, przez zabawki, miniatury chemii domowej, naczynia i dekoracje. Ja akurat potrzebowalam wiekszej miseczki na wode dla kota. Kiedy wyjedziemy na kemping, Oreo zajma sie sasiedzi, ale beda ja rano po prostu wypuszczac na dwor i wpuszczac wieczorem. Chce wiec zeby miala dostep do wody przez caly dzien, bo jest juz naprawde cieplo. Po zakupach wrocilam do domu, chwilke odsapnelam i zabralam sie za obiad. Doslownie pol godziny pozniej wrocila Bi, zla na sama siebie, bo zapomniala telefonu. :D Niedlugo dojechaly chlopaki i akurat siedlismy razem do stolu. Niestety, Bi narzekala na bol brzucha, a M. glowy i basen stanal pod znakiem zapytania. Myslalam, ze Starsza moze byc po prostu glodna, bo maja dluga przerwe o 10:08, a potem juz tylko krociutkie, gdzie nie ma czasu na jedzenie. Zjadla jednak i nic nie pomoglo. Pomyslalam oczywiscie, ze moze to zapowiedz "tych" dni, ale panna sie oburzyla, ze to jeszcze ponad tydzien, a poza tym jej nigdy brzuch wczesniej nie boli. Coz, nie oznacza to, ze tym razem nie mogl zaczac, ale nie chcialo mi sie z panna klocic. Dalam jej tabletke, ale choc bol zelzal, to utrzymywal sie lekko do wieczora. Przynajmniej wedlug slow corki, bo nie watpie, ze mogla miec wymowke przed treningiem. ;) Malzonek rowniez oznajmil, ze na silownie nie idzie, wiec spytalam syna czy chce jechac na basen ze mna. Odpowiedzial, ze mu wszystko jedno czy pojedzie i choc korcilo mnie zeby go wziac, to wiedzialam ze bedzie mu przykro ze siostra leni sie w domu i zrezygnowalam. Powiedzialam jednak M., ze zastanawiam sie czy jest sens przepisywac dzieciaki do innej druzyny, skoro oni i tak nie jezdza na treningi. Oczywiscie M., ktory dzien wczesniej sam stwierdzil, ze moga zostac w domu, teraz probowal zwalic wine na mnie, ze nawet jak jemu sie nie chce, to ja moge z nimi jechac. :O Taaa, bardzo chetnie, ale niech wczesniej nie pyta dzieciakow czy chca jechac, bo jak maja perspektywe relaksu w domu, to ja nie bede potem wysluchiwac pretensji, ze ich zmuszam. :/ W kazdym razie, popoludnie i wieczor minely spokojnie, bo padac przestalo dopiero o 18, a wtedy nikomu juz nie chcialo sie nigdzie wychodzic. Wieczorem, kiedy M. juz spal i Nik tez szykowal sie na gorze do snu, uslyszalysmy z Bi straszny wrzask kotow gdzies zaraz pod domem. Popedzilam do okienka i zobaczylam tylko ruda kotke sasiadow uciekajaca za rog chalupy. Uchylilam drzwi i Oreo wpadla jak burza i swoim zwyczajem zaczela uciekac na gore. Bi udalo sie ja zlapac i obejrzalysmy ja na wszystkie strony. Wydawala sie cala i zdrowa. Dopiero godzine pozniej zauwazylysmy na pyszczku czerwona plame. Akurat byla na bialej latce, bo na czarnym futrze nawet bysmy tego nie zauwazyly. Tamta kotka musiala ja wiec drapnac lub ugryzc. Nie wiem co w tym roku z tymi kotami, ze tak zazarcie ze soba walcza. :/ Maja tyle terenu wokol siebie, ze spokojnie moga sie unikac, a gonia i trzepia sie bez litosci... Traumy wielkiej jednak najwyrazniej nie zaliczyla, bo godzine pozniej, kiedy otworzylam drzwi zeby wypuscic przed snem Maye, Oreo pierwsza pedzila zeby wyjsc. Oczywiscie juz nie wrocila i M. wpuscil ja dopiero o 3 nad ranem, a i tak musial kilka razy wolac.

No i nadszedl piatek. Nie zeby robilo mi to roznice, ale dzieciaki sie cieszyly. ;) Rano wstac oczywiscie z Bi, ktora przezywala, ze miala tego dnia wystapienie w szkole. Cala jej klasa robila prezentacje dla reszty VII klas z nauk socjalnych. Kazdy mial kilka zdan do powiedzenia. Starsza jednak pechowo trafila tak, ze musiala wejsc na scene, powiedziec dwa zdania, potem puszczony byl filmik i musiala tam stac i ogladac go ze wszystkimi i dopiero pozniej dokonczyc swoje przemowienie. Przez to, wiekszosc dzieciakow wychodzila na podium parami, a ona byla sama. Stwierdzam, ze i tak w miare spokojnie do tego podchodzila, bo ja pewnie mialabym s*aczke. :D Jej autobus przyjechal juz o 7:16. Tym razem zadna z trojki dzieciakow na jej przystanku na niego nie zdazyla. Dobrze ze wszystkie widzialy z daleka, ze przejezdza, ustawily sie wiec tak, zeby zabral ich przy wyjezdzie z osiedla. ;) Pozniej do domu na sniadanie i wyszlam z Kokusiem. Tego dnia mial drugi dzien stanowych testow z matmy. Wspomnial, ze rok temu duzo dzieciakow spieszylo sie zeby jak najszybciej skonczyc (i wyobrazam sobie jakie porobily kwiatki :D) wiec w tym roku nauczyciele przykazali im zeby zrobili mniej wiecej polowe zadan kazdego nia. Mlodszy odjechal, ja pogadalam z sasiadka i wrocilam do chalupy na szybka kawke przed zakupami. Pojechalam po spozywke, wrocilam do domu rozpakowac torby, bo dzien byl bardzo cieply (okolo 23 stopni) i sloneczny, a ja kupilam m.in. lody. Wkladajac wszystko do szafek i lodowki, popijalam kolejna kawe, po czym znow wyruszylam. Tym razem po, ponownie w tym roku mocno spoznione, sadzonki do warzywnika oraz kwiatki do doniczek. Po drodze jeszcze musialam zatankowac bo auto wolalo jesc, a w ogrodniczym jak zwykle nie dostalam wszystkiego. Co roku ta sama historia, ze brakuje im ogorkow gruntowych. Tym razem zostaly im 4 sztuki, a ja zawsze sadze przynajmniej 6-7. W dodatku nie mieli kompostu, ech... Musialam wiec zaliczyc kolejny ogrodniczy, w ktorym juz wczesniej bywalam, ale nigdy nie zwrocilam uwagi, ze maja sadzonki, kwiaty, nasiona, ale ani ziemi ani kompostu. Dokupilam wiec brakujace ogorki, ale po kompost bede musiala pojechac znow gdzie indziej. :/

Niby kupilam tyle co zawsze, a jakos malo sie wydaje
 

Jakby malo bylo jezdzenia, to wracajac zajechac trzeba bylo tez do biblioteki, oddac Kokusiowe gry (ktore i tak przetrzymal) i wypozyczyc mu ksiazki. Do domu dotarlam po 14 i cale szczescie, ze piatek to ostatnio tradycyjnie pizza, wiec nie musialam robic obiadu.

Rozpakowywaniu auta bacznie przygladala sie Oreo ;)
 

Zasiadlam wiec do ogloszen o prace (kiedy to sie skonczy...), a niedlugo pozniej dojechala Bi. Niespodziewanie zostaly chwile na podworku z kolezanka - sasiadka, ale panna zmyla sie zanim dojechaly chlopaki. Zmienilam dzieciakom posciel, wstawilam pranie i rozmyslalam co tu dalej robic. Myslalam, ze tego dnia zaczne juz cos sadzic w warzywniku, ale bez kompostu nie mialam co z nim robic. Zabralam sie wiec za sadzenie kwiatow w doniczkach, zeby to juz chociaz bylo z glowy.

Jak mi sie teraz kot ulozy w tych doniczkach, to ukrece maly lepek! ;)
 

Z entuzjazmem dolaczyla do mnie Bi i choc nie do konca byla mi jej "pomoc" na reke, to co bylo robic? ;) Zreszta, okazala sie calkiem przydatna, a na dodatek pozniej stwierdzila, ze pojdzie posprzatac troche w warzywniku zanim M. przywiezie kompost. Wygrabila wiec zeszloroczne liscie i zaczela wyrywac chwasty, choc nie skonczyla, bo komary pogonily ja do domu.

Pracus
 

Przy tym sprzataniu, znalazlysmy pierwsza marchewke. ;) I jedyna, bo reszta wypuscila dlugie pedy i szykuje sie raczej do kwitniecia. ;)

Plony :D
 

W koncu wrocilysmy do domu, ale jak tylko przymierzalam sie zeby spokojnie usiasc, Nik poszedl grac w kosza, wiec wyszlam porzucac z nim chwilke.

Zdjecie nie uchwycilo entuzjazmu ;)
 

Kiedy na dobre przyszlam do domu, malzonek szykowal sie juz do spania, a i Mlodszego trzeba bylo zagonic do lozka. ;)

Ufff, to byl bardzo meczacy i stresujacy tydzien. Jeszcze zeby cos z tego wyszlo, a tu doopa... :/ Jak sie pewnie domyslacie, z zadnej z potencjalnych prac juz sie nie odezwali i nie dostalam innych zaproszen na rozmowe kwalifikacyjna. :(

piątek, 10 maja 2024

Majowe przygody

Kolejny piatek i kolejne piatkowe widoki:

:D
 

W sobote, 4 maja, cala nasza czworka mogla pospac sobie dluzej. Malzonek mial wolne, choc (poniewaz pod koniec miesiaca szykuje sie dlugi weekend) jesli nie zamkna jego pracy w ktorys weekend, moze to byc dla niego ostatni dzien wolny poza nasza majowka. ;) Przeszlam sama siebie, bo obudzilam sie o... 9:41! :O Zerwalam sie czym predzej, ale M. juz byl niezadowolony, bo tyyyle rzeczy mial zaplanowane, a nie chcial mnie budzic. Powiedzialam mu, ze o tej porze spokojnie mogl zaczac halasowac, bo nawet bym sie ucieszyla gdyby mnie zbudzil. Poza tym, dobra, mikser na dole w kuchni to faktycznie porzadny halas. Ale kosiarka na ogrodzie, gdzie sypialnia jest na trzeciej kondygnacji, a okno nie wychodzi bezposrednio na trawnik ani z przodu, ani z tylu, to naprawde pikus. Kiedy zeszlam na dol, malzonek popedzil szybko wlasnie kosic. Bylo to juz wrecz niezbedne, bo nasz trawnik wygladal najgorzej na calym osiedlu. Nie dosc, ze pelno mleczy, to jeszcze trawa rosnie takimi kepami i wyglada to zupelnie nierowno. Sasiad pewnie poplakal sie ze szczescia. :D Niestety, M. nie znosi koszenia i znow wrocil bez humoru, zrzedzac ze on chce sprzedac ten dom i kupic mieszkanie, bo pierdzieli te ciagla robote kolo chalupy. I pyta mnie co ja na to. No i prawie sie posprzeczalismy, bo tylko przewrocilam oczami ze ja wcale nie mam ochoty mieszkac w mieszkaniu, bo ten ogrod to taki moj wlasny kawalek przestrzeni, gdzie nikt mi nie lazi, ktory jest tylko dla mnie. Poza tym, malzonkowi rzeczywiscie odpadloby to znienawidzone koszenie, ale dla mnie cala domowa robota zostalaby bez zmian. To co to dla mnie za oferta? ;) Dodatkowo, M. kosi najrzadziej jak sie da, srednio raz na 3-4 tygodnie i po kazdym koszeniu przez dluzszy czas trawniki wygladaja calkiem schludnie. Ja odkurze i tego samego dnia na podlogach walaja sie juz jakies paprochy i zwierzece klaki. Zrobie pranie, a wieczorem w brudownikach juz zalegaja kolejne rzeczy. Zaproponowalam, ze ja bardzo chetnie pokosze, bo to i troche ruchu i taka fajna robota, gdzie idziesz niemal bezmyslnie wzdluz trawnika i nikt ci nie zawraca gitary, bo i tak jest za glosno... Wole to, niz takie odkurzanie, gdzie ciagle czlowiek musi albo cos odsuwac, albo klekac zeby wsunac rure pod meble. Oczywiscie malzonek na to juz kreci nosem, ze nie umiem. No tak, "nie umiem" pchac przed soba kosiarki! :/ Kiedy tu stracil argument, przyczepil sie, ze mowilam, ze pozbieram galezie. Zrobilam wielkie oczy, bo rzeczywiscie wspominalam o tym, ale malzonek zripostowal, ze nie trzeba, bo kosiarka zmieli te mniejsze, a on wczesniej sie przejdzie i uprzatnie te wieksze. A teraz, jak nie ma humoru, nagle oskarza, ze mowilam, ze to zrobie, a nie zrobilam! :O Przyznaje, ze po wczesniejszej rozmowie i tak planowalam to zrobic, ale (jak pisalam w poprzednim poscie) w piatek bylam jakas kompletnie bez zycia i nie mialam na to sil. Oczywiscie teraz, kiedy przypomnialam M. o tym co mowil, burknal tylko cos pod nosem, ze on nic nie bedzie mi juz mowil, za to zaczal sie czepiac ze jak jestem w domu, to moglabym wziac lopatke i powykopywac mlecze rosnace pod tarasem! Nosz kurna, jasnie hrabia mial zdecydowanie dzien zrzedzenia, a wszystko dlatego, ze musial skosic trawe! W dodatku, zadzieram kiece i lece; na pewno bede te mlecze mu wykopywac! Pod tarasem jest kostka i kamyki i chwasty wyrastaja w szparach! Juz w tych kamykach ciezko jest kopac, a miedzy kostke nie ma w ogole jak wbic lopatki! Nie wiem skad M. w ogole wpadl na pomysl, zeby je wykopac... Poza tym to kolejna robota, ktora sama zauwazylam, tylko ze po prostu jej nie lubie i sie ociagam, za to nie potrzebuje zeby mi malzonek na jej temat zrzedzil kiedy nie robi swojej. ;) Mam wrazenie, ze on zazdrosci ze siedze teraz w domu i nie rozumie, ze ja chetnie bym sie z nim zamienila! :/ W kazdym razie, M. zabral sie za smazenie racuchow (do czego nikt go nie zmuszal; samego go naszlo), a ja zabralam sie za wlasna robote. Musialam wstawic pranie, potem zmywarke, posprzatac w gornych lazienkach, itd. Malzonek planowal pomalowac kolejna warstwa dach przyczepy, ale okazalo sie, ze nie ma odpowiedniego walka, a nie chcialo mu sie jechac do sklepu. I prosze jaki to hipokryta. Jemu wolno nie miec na cos ochoty, mnie juz nie. :( Na szczescie dlugo nie musialam sie z nim sprzeczac, bo na 14 zabieralam dzieciaki do biblioteki z okazji dnia Gwiezdnych Wojen. To zadne oficjalne swieto, po prostu taki smieszny dzien, wiazacy sie z data. Kojarzycie pewnie slynne zdanie z tego filmu: "Niech moc bedzie z toba!". Otoz, w jezyku angielskim brzmi to: "May the force be with you!". Tego dnia zas byl czwarty maja, ktory w tym jezyku okresla sie jako: "May the fourth", co brzmi bardzo podobnie do powyzszego i stad stal sie nieoficjalnym swietem fanow Gwiezdnych Wojen. :D Dzieciaki w bibliotece mogly zrobic sobie laserowe miecze (ang. light saber) z piankowych "makaronow" i dostaly torebki z tematycznymi naklejkami, stempelkami oraz slodyczami.

Jedis ;)
 

Zal bylo mi bibliotekarek, bo wszystko zorganizowaly, a tymczasem frekwencja nie dopisala i poza Potworkami widzialam tylko jeszcze troje dzieci. Niestety, nie dosc ze 4 maja wypadl w tym roku w sobote, to jeszcze byla piekna pogoda, 19 stopni i slonce, wiec sporo osob moglo sie zapisac, a potem jednak pojechac w plener. Poza tym nie trafili chyba za bardzo w przedzial wiekowy, bo zajecia byly dla dzieciakow od V do XII klasy (w Hameryce w middle i high school nie liczy sie klas od nowa, tylko cala publiczna edukacja liczona jest od pierwszej klasy, do dwunastej), ale i robienie piankowych mieczy i upominki byly raczej dla mlodszych dzieciakow. Calosc odbyla sie w mniejszej, starej bibliotece, a ze byl to pierwszy raz Nika tam, wiec musielismy urzadzic sobie zwiedzanie zakamarkow.

Starsza chciala wygladac niczym dystyngowana, powazna dama...
 

Dzien okazal sie "biblioteczny", bo bedac tam przypomnialo mi sie, ze w glownej filii mieli tego dnia "dzien komiksu", gdzie rozdawali darmowe male komiksy i rozne duperelki. Oczywiscie Mlodszy nie mogl przepuscic takiej okazji. Pojechalismy wiec i wybral sobie ksiazeczke oraz zawieszke na klucze.

Nie powiem zeby wybor byl jakis niesamowity, no ale "darowanemu koniowi w zeby sie nie zaglada" ;)
 

A! Jedna z bibliotekarek spytala czy Potworki to blizniaki! Faktycznie, jeszcze niedawno bardzo roznili sie wzrostem bo Bi wystrzelila w gore. Teraz ona jednak zwolnila, za to Nik przyspieszyl i choc roznica jest, to juz nie tak wielka. Do tego oboje to takie blondasy i rzeczywiscie mozna pomyslec, ze sa w tym samym wieku. ;) Do domu wrocilismy chwile po 15, ale juz na 16 jechalismy na msze. Po powrocie oczywiscie nie dalo sie obejsc bez rundki gry w kosza. Nawet M. i Bi sie przylaczyli. Pod wieczor stwierdzilam, ze ciasta cytrynowego w sumie zostala tylko resztka, a za to jablek mielismy cala wielka miche, wiec upieklam szybko placek z jablkami. Troche spokojnego kanapowania i czas spac. :)

Wieczorna tradycja. Tak Martus, telefon nadal kurczowo w lapce! :D
 

W niedziele rano M. pojechal do pracy, a ja oraz Potworki odsypialismy. Nadprogramowe spanie z dnia poprzedniego podzialalo i obudzilam sie przed 9. Nawet pomimo tego, ze wieczorem Oreo nie wrocila do domu, wiec kiedy malzonek wpuscil ja o 3 nad ranem, odsypiala nocne harce i ulozyla sie centralnie w zgieciu mojej nogi. Za kazdym razem kiedy sie przekrecalam, niechcacy ja kopalam. Budzilam siebie, budzilam kota, ale ten tylko przekrecal sie i spal dalej. :)

No i wez tu wstan, kiedy taki rozkoszny klebuszek lezy ci na koldrze ;)
 

Kiedy cala nasza trojka wstala i zjedlismy sniadanie, dzieciaki chcialy obejrzec film. Bi wypozyczyla pierwsza czesc Straznikow Galaktyki, bo znow chce obejrzec cala serie, twierdzac, ze to jej ulubione filmy. Akurat skonczyli, a przyjechal dziadek, a niedlugo po nim M. wrocil z pracy. Moj tata posiedzial 3 godziny, mimo ze wiedzial ze mam plany. Ech... Nie jakies wielkie, ale jednak musialam sie przebrac, umalowac zeby ludzi nie straszyc, itd. Na to musialam pojsc na gore, a wiec zostawic dziadka samego w salonie, bo dzieciaki akurat jadly, a M. cos tam robil. No ale chyba dziadkowi to szczegonie nie przeszkadzalo, skoro ja wspominam, ze musze sie zaczac szykowac, a on nadal siedzial. ;) W koncu wyszedl razem ze mna i Bi, a my jechalysmy zabrac Maye na szczepienie. Po zeszlorocznych piskach u weta, spodziewalam sie kolejnego dramatu, ale okazalo sie, ze siersciuch nawet sie nie wzdrygnal. ;) W sumie to gorzej zniosla jazde autem, bo to zawsze mocno ja stresuje, ale tym razem jechalysmy tylko 10 minut od domu, tam gdzie zwykle z kotem i dala rade. Po szczepieniu polazilysmy jeszcze chwile po sklepie, poogladac fretki oraz swinki morskie, a Maya wybierala sobie przysmaczki. :D

Psiur na zakupach ;)
 

Po powrocie do domu czekalo nas juz siedzenie w chalupie, bo tego dnia bylo jakies zalamanie pogody. Caly dzien siapil deszcz i mielismy tylko 10 stopni, brrr... Po ostatnich cieplejszych dniach, teraz wydawalo sie lodowato, a w chalupie znow wlaczalo sie ogrzewanie. Oreo co chwila miauczala zeby ja wypuscic, po czym za moment wracala, cala mokra. Niestety, kocie mlode i glupie i poza myszami, poluje tez na owady. No i w koncu sie doigrala. Cos uzarlo ja kolo oka, miala wyrazna spuchnieta gule, a oko lzawiace i przymkniete. Obawialam sie, ze moge za chwile jechac do weterynarza z kiciulem, bo na poczatku nie wiedzielismy czy sobie cos w oko nie zrobila. Na szczescie samo przeszlo. :) Wieczor to juz tylko prysznice wszystkich po kolei i szykowanie sie na kolejny tydzien.

Poniedzialek zaczal sie wczesniej niz bym sobie zyczyla. Oreo nie wyszalala sie poprzedniego dnia na dworze, wiec juz od 5 rano chodzila od drzwi do drzwi i miauczala zeby ja wypuscic. Kiedy nikt sie nie pojawil, przybiegla do gory i darla sie w sypialniach, przelatywala po lozkach, itd. Szalu mozna bylo dostac. ;) Bi powiedziala, ze ja tez obudzila, ale zadnej z nas nie chcialo sie wstawac i wypuscic upierdliwego stworzenia. :) Zalowalam, ze nie mieszkam nadal w parterowym domu, bo duzo latwiej byloby wstac i otworzyc jej drzwi. A tak, na mysl ze mialabym maszerowac na dol, wcisnelam jedno ucho w poduszke, drugie przykrylam koldra (co i tak niewiele dalo) i usilowalam ponownie zasnac. Przysypialam lekko co jakis czas, ale za kazdym razem wybudzal mnie, wyjatkowo tego ranka zawziety, kiciul. W koncu jednak zadzwonil budzik i trzeba bylo sie zwlec. Jak zwykle wyszlam najpierw z Bi, a potem z Kokusiem, po czym musialam wrocic ogarniac domowa rzeczywistosc. Zmywarka, jakies pranie, itd. Przegladalam tez oczywiscie oferty pracy, ech... Po ponurym i mglistym poranku, zrobilo sie 19 stopni i zaczelo wychodzic slonce, wyciagnelam wiec Maye na spacer.

Na tle kwitnacej azalii; ach, jak pieknie!
 

To "wyciagnelam" niemal doslownie, bo siersciuch najpierw cieszyl sie, skakal i przygryzal smycz, a po chwili zaczal stawac i wrecz ciagnac spowrotem w strone domu. Ostatnio zwalalam to na "podeszly" wiek, ale teraz sama juz nie wiem. Psiur biega jak glupi za swoja pileczka, gdzie czesto musi zbiegac i wdrapywac sie ponownie na taras. I jakos ma energie. Na spacerze tez, po kilku minutach oporu, potem juz przeszla cala trase bez odpoczynku i przystawania. Nie wiem wiec o co temu stworzeniu chodzi. :) Wrocilam i musialam brac sie za obiad. Nie znosze gotowac, ale skoro siedze teraz w domu, to glupio tak troche czekac az M. wroci i cos ugotuje. :D Udaje wiec przykladna zone i staram sie pichcic... Autobus powrotny Bi mial spore opoznienie i dotarla tuz przed chlopakami. Niespodziewanie wiec zjedlismy obiad rodzinnie, w tym samym czasie. Potem troche relaksu, troche dalszego ogarniania (bo w domu to przeciez nigdy sie nie konczy), az w koncu M. z dzieciakami jechali na trening. Ja zostalam w chalupie, a poniewaz wczesniej, strategicznie odhaczylam najwazniejsze obowiazki, mialam wiec czas zeby usiasc spokojnie na tarasie. Naszemu kotu przypomnialy sie zeszloroczne ulubione miejscowki i wlazl do zawieszonych doniczek.

Jaki sliczny "kwiatek"!
 

Coz... poki co nic w nich nie posadzilam, ale jak mi zgniecie sadzonki kwiatow, to moge jej "zgniesc" wlochate pupsko... :D Wrocila rodzina, kolacja, prysznice i wszyscy zaczeli sie po kolei wykruszac, z malzonkiem na czele. ;) Za to kot wrocil do chalupy przed 20, zjadl suchych chrupek, zdrzemnal sie, zjadl mokrej karmy, po czym o 21:40 poszedl wieczorne polowanko. Myslalam ze juz nie wroci, bo noc byla przyjemna i cieplutka, ale kiedy wypuszczalam Maye na siusiu przed snem, do chalupy wslizgnal sie tez kiciul.

W nocy spalam kiepsko, bo widzac zapowiadane 10 stopni, kladac sie spac pozamykalam okna. Okazalo sie to bledem, bo dom schladzal sie wolniej niz przewidzialam i bylo troche duszno. Rano wstalam, wyszykowalam sie z Bi i na szczescie udalo nam sie wyjsc sprawnie, bo jej autobus przyjechal juz o 9:19. Sasiadka nie zdazyla, mimo ze napisalam do jej taty, ze pojazd wlasnie podjechal. Widzialam ze potem podjechali na przystanek, pewnie zrobili narade i ostatecznie sasiad pewnie zawiozl corke do szkoly. :) Z Kokusiem tez poszlo sprawnie, choc jego autobus przyjechal kilka minut spozniony, a ja zaczynalam juz miec czarne wizje, bo o 9 mialam zalatwic cos waznego. Na szczescie w koncu pojechal, a ja spokojnie wrocilam do zwierzakow. Sprawe zalatwilam, a potem zabralam sie juz za normalne domowe pierdolki. Niestety, doszla mi kolejna rzecz do zalatwienia, bo weszlam na swoje konto z bezrobocia i okazalo sie, ze za miniony tydzien mi... nie zaplacili! Oczywiscie przyczyne podali tak lakoniczna i ogolnikowa, ze mozna sobie zgadywac. Umowilam sie wiec na rozmowe z nimi kolejnego dnia. Podejrzewam, ze cos namieszalam, bo juz otwierajac konto, nie bylo opcji "tymczasowego" zwolnienia z pracy, ale jednoczesnie pytalo czy nadal jestem zatrudniona. Poniewaz to tymczasowe bezrobocie z zalozenia oznacza utrzymanie zatrudnienia, wiec zaznaczylam, ze nadal jestem zatrudniona, ale jednoczesnie zwolniona? Bez sensu to zupelnie bylo, a potem robiac tygogodniowy raport tez wyskoczyly mi jakies dziwne pytania co do przepracowanych godzin i zarobionych pieniedzy. Nie mowiac juz o tym, ze wedlug zasad, podajac powrot do pracy w ciagu 13 tygodni, nie powinnam byla miec obowiazku wbijania poszukiwania pracy, a jednak tu kazalo mi to zrobic. Nie wiedzialam wiec co tam zle naklikalam, ale musialam wyjasnic. :/ Reszta ranka minela juz dosc przyjemnie, bo staralam sie odhaczyc takie "komputerowe" sprawy (jak szukanie pracy) siedzac na tarasie, pod parasolem. Mielismy 25 stopni i lekka bryze, wiec bylo po prostu cudownie. Na obiad konczylismy ugotowana w weekend zupe, wiec musialam tylko dogotowac makaron, co oznaczalo ze mialam sporo czasu na relaksik. Nie taki zupelny jednak. Tego dnia musialam odebrac ze szkoly Bi i jej kolezanke, bowiem zapisane byly na zajecia do biblioteki. Mieli robic grawerowane bransoletki na Dzien Matki, ktory jest w ta niedziele. Zajecia byly dla nastolatkow, a nawet gdyby mlodsze dzieciaki chcialy sie zalapac, to nie mialy jak, bo zaczynaly sie o 15 (Bi konczy o 14:30), wiec jeszcze przed koncem lekcji w mlodszych rocznikach. Odebralam wiec panny ze szkoly, zawiozlam do biblioteki i tu musze przyznac, ze kompletnie mnie zaskoczyly. Wiecie, Starsza w domu jest uparta i pyskata, ale poza nim juz nagle lapie ja niesmialosc. Pomyslalam jednak, ze jak beda we dwie to juz sie osmiela i jak cos, to dopytaja. Tymczasem juz w aucie zaczely podpytywac gdzie isc i co mowic, mimo ze Bi byla w bibliotece setki razy i doskonale wiedziala gdzie beda zajecia. Jest tam bowiem specjalna salka z drukarkami 3D, maszyna wlasnie do grawerowania i jakimi innymi urzadzeniami. Poniewaz jednak panny nie byly pewne co i jak, spytalam czy z nimi wejsc. Tak. No to poszlam. Bylysmy pare minut wczesniej, wiec pochodzilysmy miedzy regalami. W ktoryms momencie panny zauwazyly, ze w salce jest juz kilka osob i pytaja mnie, czy powinny isc. Mowie, ze skoro zapisane osoby sie zbieraja, to tak, niech ida. Podeszly, ale zamiast wejsc, to stoja przed drzwiami, dyskutujac czy wejsc! :D Wlasnie ruszylam, zeby w ich imieniu spytac czy zajecia juz sie zaczynaja, kiedy na szczescie bibliotekarka je zauwazyla i spytala czy przyszly na grawerowanie. A ja zawsze myslalam, ze hamerykanckie dzieci to sa przebojowe z zasady. :D

Sala pod znakiem technologii
 

Poszly wiec w koncu, a ja wrocilam do domu, bo nie chcialo mi sie godziny tam siedziec. Wrocily chlopaki, zaczelismy jesc obiad, oni skonczyli, a ja nagle spostrzeglam, ze musze jechac juz po dziewczyny! Mielismy plan jechac tego dnia po farbe do pokoju Bi (pamietacie, ze na urodziny chciala remont), a tymczasem panna, zaslepiona towarzystwem kolezanki, pyta czy moga chwile pokrecic sie po bibliotece. Przypominam o planie, na ktorym przeciez to jej najbardziej zalezalo. A, no tak... Niestety musialysmy odwiezc kolezanke, co wiazalo sie z przebijaniem przez korki w centrum miasteczka. Dojechalismy, a Bi jeszcze chce poglaskac jej pieska, jeszcze zegna sie z kolezanka jakby mialy sie zobaczyc dopiero za miesiac, a ja probuje ja zagonic do auta, przypominajac, ze jesli chce jeszcze jechac do sklepu, musi sie pospieszyc. :/ Do chalupy wrocilysmy o 17, a przeciez Starsza jeszcze musiala zjesc obiad. Ani mnie, ani M. nie chcialo sie juz nigdzie jechac, tym bardziej ze pogoda zachecala raczej do aktywnosci na swiezym powietrzu niz lazeniu po sklepach, ale fakt, ze obiecalismy to juz Bi na weekend, przelozylismy na wtorek, wiec brzydko tak przekladac kolejny raz. O dziwo zabral sie z nami Nik, wiec pojechalismy rodzinnie. Bi wybrala kolor, choc zajelo jej to chyba 20 minut patrzenia na karteczki. :D

Potencjalne kolorki
 

Popatrzyla tez na dywany, ale ostatecznie na zaden sie nie zdecydowala. Najprawdopodobniej w weekend czeka nas malowanie, na co kompletnie nie mam ochoty, ale coz. Obiecalo sie. ;) Wracajac zajechalismy jeszcze po kawe, potem zagralam z Kokusiem w kosza juz pod domem i nadszedl czas do lozek. A, wczesniej znow znalazlam w domu kleszcza, tym razem przy kociej wiezy, wiec pewnie "przyjechal" na Oreo. Akurat i tak nadeszla pora na comiesieczne kropienie i tabletke na robaki dla psa. Akurat Maya to zaden problem; tabletke polknie, da sie bez problemu pokropic, itd. Z kotem to zadanie dla dwoch osob: jedna kropi, druga trzyma. A kot wyrywa sie i otrzasa jak moze. :D Ciesze sie, ze nie musze jej wciskac tabletki do pyszczka. Coz, na miesiac mamy spokoj.

W srode zbudzilam sie juz bardziej wyspana. Dom porzadnie nagrzal sie poprzedniego dnia, ale zostawilam wszedzie szpary w oknach i temperatura byla znosna. Malzonek za to powiedzial, ze zle spal, bo chrapalam mu nad uchem. ;) Kiedy sie obudzilam, na horyzoncie przebijalo wschodzace slonce, ale kiedy pol godziny pozniej wychodzilam z Bi, juz sie zachmurzylo i od czasu do czasu kropilo. Bylo tez parno i duszno, wiec wydawalo sie cieplej niz te 12 topni. Panna odjechala, a ja wrocilam do domu i juz slyszalam dalekie grzmoty. Po paru minutach zaczelo blyskac, grzmiec na calego i do tego lunelo jak z cebra. Super. :/ Mialam nadzieje, ze zaraz przejdzie, ale choc przestalo grzmiec, to nadal lalo. Moj syn oznajmil, ze lubi deszcz i jemu to nie przeszkadza. :D Zla matka uparla sie jednak, ze zawiezie dziecko na przystanek autem. Okazalo sie zreszta, ze wszyscy inni rodzice wpadli na ten sam pomysl i przed przystankiem staly sobie 4 samochody. ;) Pomimo paskudnej pogody, autobus przyjechal na czas, dzieciaki przebiegly przez ulewe i pojechaly do szkoly. Ja wrocilam do chalupy i siedzialam jak na szpilkach, czekajac na telefon z urzedu pracy. Zadzwonili punktualnie, ale... kiedy odebralam, uslyszalam automatyczna wiadomosc: "To jest twoj telefon zwrotny. Laczymy." i... zaczela grac muzyczka! I zeby tam zagrala melodyjka i zaraz ktos sie zglosil! O nie; grala DZIESIEC minut!!! Mialam ochote rzucic telefonem, ale zagryzlam zeby bo zalezalo mi zeby to wszystko wyjasnic. ;) W koncu zglosila sie babka. Okazalo sie, ze brak zaplaty to standardowe opoznienie, bo pracodawca ma 10 dni na potwierdzenie zwolnienia pracownika. W przyszlym tygodniu "powinnam" dostac zalegla kase. Oby. :/ Poza tym jednak kobieta sama nie mogla znalezc przyczyny dlaczego musialam wbijac poszukiwania pracy, przepracowanych godzin, itd. Podobno cos tam poprawila i powiedziala, ze w tym tygodniu nie powinnam musiec tego robic, ale pozyjemy zobaczymy. ;) Tego dnia dzieciaki mialy skrocone lekcje, wiec musialam odebrac ze szkoly Kokusia. Przy okazji stwierdzilam, ze skoro beda wczesniej w domu, to moga zaprosic kogos do zabawy. Do Bi miala po szkole przyjsc kolezanka - sasiadka, a ja odebrac Nika z kolega oraz siostra kolezanki Starszej. Bi przyjechala z przyjaciolka akurat jak wyjezdzalam po mlodsze towarzystwo. Odebralam ich ze szkoly i... zaraz mialam dosc. A konkretnie to Nika i jego kumpla. Mlodsza sasiadka jest o klase nizej, w dodatku dziewczynka, wiec caly czas jej docinali. Nie jakos specjalnie zlosliwie czy wrednie, ale jednak takie durne zarty. Na szczescie mloda panienka nic sobie z tego nie robila i rowno im sie odgryzala, ale i tak ciagle ich strofowalam, bo skoro ja zaprosilam, to czulam sie zobowiazana zeby sprawic zeby czas minal jej przyjemnie. :) Kiedy dojechalismy, Bi i jej kolezanka siedzialy spokojnie na kanapie grajac na Nintendo. Pozniej przeniosly sie na taras, gdzie gadaly, a Starsza cos szydelkowala. Dla kontrastu, mlodsza banda wpadla jak burza i na dzien dobry zaczeli sie napierniczac tymi piankowymi mieczami, ktore Potworki zrobily w bibliotece.

Dwoch mlodych lobuzow, na jedna dziewczynke
 

Na szczescie zaczelo sie rozpogadzac, wiec pogonilam ich na dwor. :D Zostali tam zreszta dluzsza chwile i nawet starsze dziewczyny dolaczyly, gdzie wszyscy grali w kosza.

Podejrzani z okna jadalni
 

Bylo nadal duszno i niemozliwie wilgotno, wiec Nik wrocil do domu z kropelkami potu doslownie lejacymi sie po twarzy. :O Po tym chlopaki stwierdzili ze na dworze jest za goraco i zaszyli sie na reszte czasu w chalupie. Mialam gotowe ciasto na pizze, wiec cala piatka zrobila sobie mini pizzerinki, zjedli i bawili sie dalej. Byla ich piatka, wiec troche nie do pary i tak jak sie obawialam, najmlodsza panna snula sie od jednych do drugich. Ostatnimi czasy raczej lazila za siostra i Bi, ale tym razem wybrala chlopakow. Chyba jednak sie bidula nudzila, bo kiedy przyjechala po nie opiekunka, pierwsza wybiegla, nawet nie pytajac czy moze jeszcze zostac (w przeciwienstwie do siostry). ;) Niedlugo po odjezdzie dziewczyn pojechal tez kolega Kokusia i odzyskalismy cisze oraz spokoj. Malzonek odebral pracy po drzewo, ktore ktos oddawal za darmo. Przywiozl takie wielkie, ciezkie kloce, ktore nie wiem jak dal rade zaladowac na pake auta. Do domu wrocil jednak pozno i wymordowany, wiec nie chcialo mu sie juz jechac z Potworkami na basen. Przyznaje, ze i mnie sie nie chcialo. Byla piekna pogoda i wolalam troche popielic w ogrodzie niz siedziec w zamknietym pomieszczeniu smierdzacym chlorem. ;) Dzieciaki tez oczywiscie wykazywaly bardzo umiarkowany entuzjazm, wiec ostatecznie zostalismy w domu.

Czwartek rano juz bez przygod pogodowych. :) Odjechala Bi, potem Nik, a ja moglam wrocic do chalupy. Tego dnia dzieciaki znow mialy skrocone lekcje, musialam wiec odebrac syna, ale najpierw mialam kilka godzin zeby ogarnac to i owo w domu. Rozladowalam zmywarke, zaladowalam ponownie (kurcze, konca nie ma), odkurzylam i umylam podlogi w sypialniach, a potem musialam zaczac przygotowania do obiadu. Ranek minal ekspresowo i musialam pedzic po Mlodszego. Wyjezdzajac z osiedla minelam autobus Bi. ;) Wrocilismy z Kokusiem do domu, ale nie na dlugo. Panicz juz jakis czas dopytywal kiedy zabierzemy go na podciecie kudelkow i obiecalam mu, ze wezme go wlasnie w ktorys z tych dni ze skroconymi lekcjami. Liczylam, ze wczesnym popoludniem obedzie sie bez czekania, ale sie przeliczylam. Kiedy przyjechalismy na miejsce, jakis jegomosc byl strzyzony, a kolejny czekal. Nik nie pomyslal (ja w sumie tez nie) zeby wziac ze soba Nintendo, wiec nudzil sie i jeczal. Czekalismy tylko jakies 15-20 minut, ale ile sie nasluchalam marudzenia, to moje. ;) W koncu przyszla kolej Kokusia i... coz, tym razem kawaler naprawde zaszalal. Kiedy podcinal wlosy ostatnio, naprawde tylko je "podcial". Tym razem wybral solidne ciecie. 

Przed - wiadomo ;)

No i "po". Teraz oczywiscie ma juz te wlosy mniej ulizane i wyglada troche inaczej

Zeby nie bylo; wczesniej w necie znalazl fryzure ktora mu sie podobala i pokazalam ja fryzjerce. Mniej wiecej wyszlo tak jak powinno, choc na modelu wlosy na gorze byly lekko zmierzwione i podniesione. Nik chyba z ciecia zadowolony, choc skwitowal jedynie, ze koledzy znow powiedza, ze lepiej mu w dlugich. :D Osobiscie musze sie jeszcze przyzwyczaic, bo co na niego spojrze, to az podskakuje z zaskoczenia. No i jednak wole go jednak w dluzszych wlosach, ale coz, to jego wybor. Przyznam tez, ze na lato taka fryzura na pewno jest duzo praktyczniejsza, bo bedzie mu zwyczajnie chlodniej. Wrocilismy do domu, dokonczylam obiad, zjedlismy i czekalismy na ojca. Ten pojechal po kolejna partie drzewa, wiec wrocil pozno. Myslalam, ze znow powie ze jest zbyt zmeczony na silownie, ale jednak pojechal z mlodzieza. Ja mialam czas na poskladanie prania, posprzatanie w kuchni, a potem nawet usiadlam na tarasie z kawa. Tego dnia nie bylo tak cieplo jak poprzedniego, ale znosnie, a ze na kolejne trzy zapowiadano przelotne deszcze i sporo nizsza temperature, to chcialam skorzystac. Reszta wrocila, po kolei ruszyli pod prysznic i za chwile kolejno ewakuowali sie do lozek. ;)

Piatek przywital nas lekkim deszczem. Niestety, caly dzien byl taki ponury, mokry i na dodatek chlodny - ledwie 14 stopni.  Wyszlysmy z Bi, ktora odjechala troche pozniej niz zwykle (7:24), a potem wrocilam do Kokusia, jedzacego sniadanie i wygladajacego malo przytomnie. ;) Za chwile wychodzilam z nim i litosciwie akurat przestalo padac. Mialam ochote zaszyc sie w chalupie na reszte dnia, ale niestety. Nie tylko musialam zrobic tygodniowe zakupy, ale jeszcze zalatwic kilka spraw. Wypilam kawe i jak wyjechalam po 9 rano, to wrocilam tuz po 12. Rozpakowalam torby i w koncu moglam usiasc spokojnie z kolejna kawa. :) Zanim wrocila Bi siedzialam w ofertach pracy, potem juz skoncentrowalam sie na zyciu rodzinnym. Wrocily chlopaki z tradycyjna piatkowa pizza i reszta popoludnia i wieczor zeszla na pogaduchach. Na koniec wrzucam zdjecie jedynej kisci kwiatow, jaka zdecydowal sie wypuscic moj bez. 

Pachnie oblednie i tak bym chciala narwac sobie bzu do wazonu...
 

Nie mam pojecia co ten krzew ma za problem, ale kwitnie srednio raz na dwa lata i wlasnie taka pojedyncza galazka. :/

Fajnego weekendu!