Sobota, 22 sierpnia, jak zawsze zaczela sie od odespania tygodnia. Kiedy obudzilam sie i dolegiwalam w lozu, zjawila sie Oreo, ktora pomiziala sie, pomruczala, po czym sobie poszla. W tym samym czasie zjawil sie tez Nik, z niesmiertelnym juz pytaniem, kiedy moge go zawiezc na ryby.
Laskawie oznajmil, ze czas go nie gonil, bo caly dzien mialo byc pochmurno, wiec pogoda na ryby idealna. Spokojnie wiec zjadlam sniadanie i mylam sie, a potem go zawiozlam. Po powrocie zabralam sie za sprzatanie kuchni, bo przy tak poznych powrotach do domu, udawalam ze nie widze co sie tam dzieje, poza przekladaniem naczyn ze zlewu do zmywarki. A "sprzatanie" M. ogranicza sie np. do przetarcia opryskanej tluszczem kuchenki... recznikiem papierowym. Wiadomo, ze tylko rozmazal to na calosc powierzchni... W sobote wyszorowalam wiec porzadnie kuchenke, blaty, zlew, itd. Poodkladalam tez naczynia z suszarki na miejsce, bo malzonek nadal ma obsesje zmywania recznego, ale suchych nie odklada, doklada tylko wiecej, bawiac sie w domowa Jenge i czekajac chyba az wszystko sie posypie. ;) Wstawilam tez pranie, bo to praktycznie zawsze jest do wstawienia, a pozniej musialam jechac po syna. Wrocil niezadowolony, bo mimo pogody niby idealnej na ryby, nic nie zlapal. Mowil ze trzy razy czul szarpniecie na lince, ale jednak ryba nie chwycila haczyka. Po poludniu jak zwykle pojechalismy na msze. Tego dnia w naszej miejscowosci odbywala sie doroczna akcja charytatywna z pokazem aut, ktore potem robily koleczko po okolicy. Trasa przebiega akurat ulica prowadzaca z kosciola do domu, wiec udalo nam sie zobaczyc pare klasycznych lub ultra wyscigowych aut.
Szkoda, ze zaczynaja jechac w czasie kiedy nadal trwa msza, wiec zobaczylismy koncowke, kiedy te pokazowe auta przemieszane sa juz ze zwyklymi, ktorym udalo sie gdzies po drodze wlaczyc do ruchu. Po powrocie upieklam jeszcze babke na oleju. W koncu, choc raz, nie mielismy ani starych jablek, ani brazowych bananow i ucieszylam sie jak dziecko na mysl, ze wreszcie moge upiec cos innego. ;)
W niedziele oczywiscie dluzsze spanie. Dzien zaczal sie ulewnym deszczem i ciemnica, wiec ogolnie ciezko bylo sie zwlec z lozka. Po sniadaniu i jako takim ogarnieciu, napisalam jak zwykle do dziadka, ze zapraszam na kawe. Przyjechal, posiedzial jak zawsze prawie do 15, a zaraz po jego odjezdzie, do Kokusia przyjechal kolega. Chlopaki zyc normalnie bez siebie nie moga, bo a to wspolne ryby, a to nocowanko, a teraz kumpel przyjechal do nas. Na szczescie nie na noc. ;) Tata przyjechal po niego dosc szybko, bo juz o 17, wiec Nik od razu oznajmil ze chce na ryby. Tutaj jednak tupnelam noga, ze nie chce mi sie go ciagle wozic. Lowil dzien wczesniej, wiec niech sobie ta niedziele odpusci, tym bardziej ze mial przez dwie godziny kolege, wiec rozrywki mu nie brakowalo. Chlopak sie lekko obrazil, ale trudno. ;) Malzonek byl oczywiscie rano w pracy, a ze znow pracuje 2 tygodnie bez chociaz jednego dnia wolnego, wiec jest lekko wymordowany i gdy jeszcze siedzial moj tato, polozyl sie na drzemke. Wstal o 17 i stwierdzil, ze on "tylko na chwile przysnal". Taaa, tylko ze polozyl sie jeszcze przed wyjsciem dziadka i nie slyszal ani jak ten wychodzil, ani jak potem u Kokusia byl kolega (a chlopaki nie silili sie zbytnio na cisze), ani jak potem kumpel pojechal. :D Po takim spaniu w srodku dnia, byl oczywiscie niczym snieta ryba, wiec wyciagnelam go na spacer. Troche swiezego powietrza dobrze by zrobilo, tyle ze po porannym deszczu powietrze wcale "swieze" nie bylo, bo pozostalo duszne i wilgotne. A komary ciely jak wsciekle... Przejsc sie jednak bylo bardzo fajnie. Ostatnio niestety odpuscilam regularne chodzenia, ale chcialabym sie zmobilizowac i do tego wrocic, bo po takim 40-minutowym spacerku, mialam zakwasy w udach, a przeciez szlam spokojnym tempem, nie truchtalam. Wieczor to znow mobilizacja przed kolejnym tygodniem, ktory oznaczal dla mnie kontynuacje inspekcji. Pocieszalam sie tylko, ze we wtorek, a juz najpozniej w srode, mialam ja zamknac.
Poniedzialek oznaczal wiec dosc wczesna pobudke i dluuuga jazde. Nie wiem co to bylo, bo caly poprzedni tydzien rano przejezdzalam w miare sprawnie, z tylko kilkuminutowym opoznieniem. Tymczasem tego dnia nagle wszystkie auta zaczely hamowac, a nawigacja pokazala... 19 minut opoznienia. A na drodze ani wypadku, ani robot drogowych, nic... Suuuper. Dobrze, ze z czasu na inspekcji nikt mnie nie rozlicza, wiec moglam dojechac o ktorej mi sie dojechalo. ;) Na miejscu w koncu zaczelam widziec swiatelko w tunelu i wychodzac powiedzialam, ze kolejnego dnia planuje zamknac inspekcje. I modlilam sie zeby nic w ostatniej chwili nie wyskoczylo. ;) Jeszcze tego samego dnia rano, bylam zaskoczona, bo Fejsbukowi znajomi zaczeli wrzucac zdjecia dzieciakow z pierwszego dnia szkoly. Najwyrazniej niektore miejscowosci w naszym Stanie zaczely juz rok szkolny. Cieszylam sie, ze przed Potworkami nadal tydzien laby. :) Za to oficjalnie zaczely sie treningi. Bi bedzie, jak w poprzednim roku, plywac, ale napisalam do jej trenera, ze nie ma jej kto w tym tygodniu wozic. Malzonek wraca dosc wczesnie, ale i tak stracilaby polowe treningu gdyby ja zawozil, wiec bez sensu. Ja zas nie wiedzialam ile dni zajmie mi inspekcja, a dojezdzalam tak pozno, ze nie bylo szans zebym zdazyla, wiec wolalam z gory uprzedzic ze jej nie bedzie. Pozniej okazalo sie, ze przynajmniej w piatek moglam ja zawiezc, ale panna stwierdzila ze jej sie nie chce. :D Swoja droga, to przesadzaja z tymi treningami. Wszystkie jesienne sporty, zaczely treningi juz w tym tygodniu. Pol biedy dla takich jak my, co mieszkaja blisko, wiec dzieciak do szkoly dojdzie lub dojedzie na rowerze. Ale ci co mieszkaja dalej, a maja pracujacych rodzicow, nie maja transportu i jak mozna od nich oczekiwac uczestnictwa? Basen tez jest na drugim koncu miasteczka, wiec Bi nie ma jak tam sama dotrzec, bo u nas nie ma komunikacji miejskiej. A skoro mowa o treningach, to Nik zaczal biegi przelajowe! On ma akurat szczescie, bo choc biegaja po calej okolicy, to zbiorke maja pod szkola, wiec dojezdza sobie na rowerze. Podziwiam ze mu sie chce i zobaczymy ile da rade, bo treningi to biegi po prawie 5 km, wiec taka prawdziwa mordownia. ;) Przy okazji, w niedziele oswiecilo mnie ze Nik bedzie potrzebowal butow do biegania z prawdziwego zdarzenia, a mialam kupon do sklepu sportowego, wazny do... poniedzialku! :D Malzonek sie wiec urwal z roboty i zabral syna, zeby mial buty jeszcze przed pierwszym treningiem. Zaraz po, Nik pojechal do kumpla, bo przeciez zyc bez siebie nie moga. To niestety oznaczalo, ze prawie po 2-godzinnej jezdzie do domu, tylko ogarnelam sie troche, zjadlam obiad i po 1.5 godzinie musialam po niego jechac, bo M. poszedl juz spac. :/ Tego dnia, nie wiem po jakim czasie, w koncu spadla wilgotnosc i moglismy wylaczyc klimatyzacje i otworzyc okna. Ostatnio bowiem, nawet jesli temperatury nie byly upalne, to panowala potworna wilgoc, posciel byla taka ohydnie mokrawa, drzwi utykaly we framugach i trzymalismy wlaczona klime zeby osuszac powietrze. Teaz wreszcie bylo sucho, a w nocy mialo byc 13 stopni, wiec czuc bylo juz jesien w powietrzu.
We wtorek ponownie poranna pobudka i jazda na inspekcje. Na dzien dobry, pan oraz pani, ktorzy siedzieli ze mna w sali, spytali, o ktorej godzinie planuje spotkanie zakanczajace inspekcje, bo ona slyszala, ze o 12, a on ze o 14. jestem pewna, ze zwyczajnie cwaniakowali i chcieli mnie "przymusic" zebym sie zadeklarowala, bo wiem, ze dzien wczesniej nic o godzinie nie mowilam. Najpierw bowiem chcialam pogadac z M., zeby umowic sie jakos pod moja praca. Musialam bowiem odstawic sluzbowe auto, ale potrzebowalam zeby malzonek po mnie przyjechal, bo moje zostalo w domu. Ostatecznie ustalilismy, ze postaram sie wyjechac o 13:30, zeby dojechac na 15, kiedy on wychodzi z pracy, do mojego biura ma bowiem jakies 5-10 minut. I ze dam mu znac jakby cos sie przedluzylo. Ludziom z inspekcji powiedzialam wiec, ze wstepnie meeting zrobimy o 13. Na szczescie sie udalo, choc na ostatnia chwile znalazlam troche brakow w dokumentacji i nie wszystko udalo im sie odszukac. Poniewaz jednak tu musieli sie skontaktowac z firma, ktora im kalibrowala zamrazarki, wiec nie wiedzieli czy zajmie to kilka godzin, czy kilka dni. Nie widzialam wiec sensu zeby przedluzac inspekcje i czekac. Zakonczylam wiec inspekcje zgodnie z planem, co i tak kosztowalo mnie sporo nerwow, bo w sali zebralo sie 8 osob, plus 3 polaczyly przez Zoom. Bardzo nie lubie przemawiac przed grupa ludzi. :O W koncu, cala szczesliwa, wyruszylam i jak codziennie mialam jakies opoznienia i korki, tak tego dnia byl lekki zator, ale dosc sprawnie dalo sie przez niego przejechac. Zatrzymalam sie jeszcze zeby dotankowac sluzbowe auto do pelna, a i tak dojechalam o 14:50. Musialam wiec troche na M. poczekac, ale pogoda byla piekna, wiec postalam sobie na sloneczku. Tyle ze straznik wylazl i spytal co ja tam robie. Po takim czasie mogliby mnie, kurde, zapamietac. ;) Wreszcie malzonek podjechal i wrocilismy do domu. Ponad tydzien wracalam do chalupy w okolicach 17:30 - 18, wiec kiedy zjawilam sie tam wpol do 16, nie wiedzialam co ze soba zrobic. :D Z euforii, po obiedzie zabralam sie za frontowy ganek. Pod sufitem uzbieralo sie mnostwo pajeczyn oraz zdechlych robakow, a poza tym wiadomo, troche piachu, kurzu, jakies listki, trawa, itd. W koncu ganek, choc zadaszony, jest na zewnatrz. Pozniej nalalam wody z plynem i zaczelam czyscic balustrade i porecze. Po calej wiosnie oraz lecie, byly juz miejscami mocno zielone. Niestety, ta strona domu dostaje tylko troche slonca poznym popoludniem, wiec zawsze mam tam problem z glonami, zas zima z lodem, ktory nie chce topniec. Tu pomogla mi Bi, ktora nie wiedziec czemu, uznala ze to swietna zabawa. ;) Niestety, kiedy w zeszlym roku szorowalysmy z Bi schody, starlysmy miejscami farbe (a zimowe odsniezanie tez nie pomoglo), bo poprzedni wlasciciele wpadli na "genialny" pomysl zeby pomalowac ganek oraz schodki. No i teraz zaczal przebijac beton i schody wygladaja jakby byly zwyczajnie brudne. No nie o taki efekt mi chodzilo... :/ W miedzyczasie przyjechal (na rowerze) z treningu Nik. Oznajmil ze trening bylo ok i ze wybiera sie wieczorem na plywanie. Myslalam, ze jak usiadzie, to poczuje zmeczenie i sobie odpusci, ale nie. Uparl sie pojechac. Ma chlopak zaciecie. Malzonek go zawiozl, ja potem odebralam i wtorek zlecial.
Ostatnio, Leacathy spytala ile Bi przeczytala ksiazek w wakacje. Przyznam, ze nie mam pojecia, choc ona praktycznie ciagle ma w reku jakas lekture. No chyba ze szydelkuje lub robi na drutach. Jakos w te wakacje Nik i jego ryby wyszly na pierwszy plan, ale Starsza, poza czytaniem, nadal kontynuuje swoje hobby, tylko ze ono jest stacjonarne i nie rzuca sie w oczy i zapomnialam Wam pokazac. W kazdym razie, poza bluzeczka, ktorej zdjecie wrzucilam w czerwcu, potem szybko wydziergala takie jakby bolerko, ale nie zawiazywane, tylko w calosci.
Nastepnie zabrala sie za powazniejszy projekt i powstal najprawdziwszy sweter! Zajal jej sporo czasu, bo kilka razy musiala go czesciowo spruwac i zaczynac od nowa, no ale wreszcie skonczyla. Obecnie dzierga podobny, ale w innym kolorze. :)
W srode musialam wstac wczesniej niz w czasie inspekcji, bo normalny grafik pracy nie daje juz taryfy ulgowej i musialam byc na 8 w biurze. To nic, i tak jechalam cala szczesliwa, bo 20 minut to zupelnie co innego niz 2 godziny. ;) W biurze cisza, poza mna tylko dwoje ludzi, nie-inspektorow, ale wszystkie auta staly, wiec nie wiem gdzie podziali sie inspektorzy. Niektorzy pewnie wzieli swoje auta na inspekcje, ale raczej nie wszyscy... Rano mialam indywidualna rozmowe z szefem, pozniej mielismy spotkanie naszej grupy, wiec caly ranek na meetingach. Niestety, dostalismy kiepskie wiesci. Kilka miesiecy temu, odszedl z naszej grupy jeden facet, a od nowego roku odchodzi dziewczyna. Osoba, ktora miala byc zatrudniona na miejsce faceta, zmienila zdanie z powodow rodzinnych, wiec zaraz bedzie nam brakowac dwojga ludzi, a roboty nie ubywa. :/ Podobno maja jakies dwie potencjalne osoby, ale nie maja jeszcze nawet wyznaczonych dat rozmow o prace. A wiem juz z doswiadczenia, ze tu rekrutacja zajmuje pol roku albo dluzej. W dodatku jedna z tych osob musialaby sie przeniesc z innej czesci Stanow, wiec bedzie sie tez o nia ubiegac inny dystrykt i to on(a) wybierze gdzie jej bardziej pasuje. Po meetingach, musialam sie oczywiscie zabrac za raport z inspekcji i jak zwykle motywacje mialam ponizej dna. Stwierdzam, ze po kazdej inspekcji czlowiek powinien miec obowiazkowo dwa dni na odparowanie mozgu. :D Cos tam porobilam, ale przyznaje sie bez bicia, ze napisalam moze trzy paragrafy... W drodze do domu, pomyslalam, ze za kilka dni koniec wakacji, Nik zaczal juz treningi, a jeszcze chce nadal wieczorami plywac. W srody zazwyczaj robi sobie przerwe w basenie, wiec to ostatnia okazja (poza weekendem) zeby skorzystac z konca lata. Kiedy przyjechalam, zaproponowalam wiec zeby wybrac sie do lodziarni dwa miasteczka dalej, gdzie robia wlasne lody, a dodatkowo sklepik jest czescia farmy, ktora posiada sciezke spacerowa wsrod pol. Malzonek sie skrzywil, ze tak nagle, ze pozno, ze moze innego dnia, albo w weekend... Wiedzialam jednak, ze kolejnego dnia popoludniu mialy byc burze, na weekend tez zapowiadali srednia pogode, w piatek trzeba odhaczyc zakupy, a pozniej wpadniemy w wir szkoly i treningow obojga Potworkow i pewnie nigdzie sie nie wybierzemy. Dzieciaki byly chetne, wiec zabralam sie z nimi, pytajac oczywiscie M. czy nie zmienil zdania. Moj maz ma chyba dziury w pamieci, bo wczesniej zaczal czyscic przyczepe i teraz burknal, ze jest spocony, brudny i moglam mu powiedziec 40 minut wczesniej. A powiedzialam przeciez jak tylko weszlam do domu, gdzie nie minela jeszcze nawet godzina! Zjedlismy z Kokusiem obiad, bo wrocil zaraz przede mna, i zebralismy sie do wyjscia. A malzonek pretensje, ze nie powiedzialam wczesniej! :O W kazdym razie, pojechalam z mlodzieza, kupilismy lody i poszlismy spacerkiem przez pola, zajadajac. Po powrocie poszlam podlac warzywa, choc w sumie malo co tam nadal rosnie. Cukinie padly, groszek tez, pomidory sie praktycznie skonczyly... Nadal rosnie marchew oraz pietrucha i... ogorki. Te cholerne ogorasy salatkowe, ktore za cholere nie rosly kiedy mialam koper, teraz produkuja jak glupie. Koper dawno wypusil kwiatki (najlepsze do malosolnych) i usechl, a ogorki dopiero teraz cale sa obwieszone owocami. :/ Podejrzewam, ze M. kupil jakas pozna odmiane, ale wiecej go po sadzonki samego nie puszcze. ;) Wlaczylam tez klimatyzacje, bo chwilowa "jesien" sie skonczyla. Znow wrocil nasz slynny humid, byla duchota, a w nocy mialo byc 18-19 stopni, wiec chalupa tez by sie nie schlodzila. Nik zostal przy garazu i rzucal sobie do kosza, wiec chwile z nim pogralam i... wywinela mi sie noga i skrecilam kostke! Pokustykalam po podjezdzie klnac i posykujac z bolu, ale pozniej troche to rozchodzilam i bylo ok, a przynajmniej tak mi sie wydawalo.
Noc okazala sie... tragiczna. Wieczorem posiedzialam sobie na kompie, a kiedy wstalam, okazalo sie, ze nie moge nawet stanac na prawej stopie! :O Jakos pokustykalam, powylaczalam swiatla i wdrapalam sie po schodach, bo mialam nadzieje, ze jak sie poloze i zdejme ze stopy jakikolwiek ciezar, przestanie bolec. Taaa... Przewracalam sie z boku na bok, bo kazda zmiana ulozenia stopy dawala dwie sekundy ulgi, po czym bol wracal i byl na tyle silny ze nie moglam zasnac. Polozylam sie o 23, a kiedy w koncu, poza stopa, zaczal mi dokuczac pecherz, zrobila sie 1:57. Tak, meczylam sie bez zasniecia przez dwie godziny! Wreszcie zacisnelam zeby i postanowilam, ze musze jakosc dokustykac do lazienki, a potem niestety na dol po tabletki przeciwbolowe. Praktycznie "przeskakalam" przez sypialnie, opierajac sie o parapet, a potem szafke, ale i tak az syczalam z bolu. Obudzilam niechcacy M., ktory spytal czy chce zeby mi przyniosl tabletki z dolu, ale jak kretynska bohaterka, odpowiedzialam ze dam rade. Przez ten, bol, szok, no i pewnie to, ze wyszlam z lozka, dostalam takich dreszczy, ze jak w koncu udalo mi sie zejsc po schodach i dojsc do kuchni, kiedy chcialam przeczytac na buteleczce o dawce, rece telepaly mi tak, ze nie bylam w stanie nic przeczytac. Cudowne po prostu przygody o 2 nad ranem. :( No i zaczelam sie powaznie zastanawiac czy moze jednak czegos w tej stopie nie zlamalam. Na szczescie, po powrocie do lozka, tabletki w miare szybko zadzialaly i reszte nocy (czy raczej jakies 5 godzin) udalo mi sie przespac.
Czwartek moglam zaczac nieco pozniej, bo pracowalam z domu. Gratulowalam sobie tej decyzji, bo choc wybralam na prace z chalupy czwartek i piatek z zupelnie innych powodow, to teraz cieszylam sie ze nie musze jechac do biura i zastanawiac sie jak przejde z parkingu do budynku. Na dzien dobry stope obejrzalam, ale nie byla ani spuchnieta, ani sina. Niestety, stanac moglam na niej tylko bardzo delikatnie, inaczej bolala jak sk**wysynstwo. :/ Okazalo sie jednak, ze tabletki przeciwbolowe, i to takie lagodne, pomagaly jak marzenie. Po nich czulam tylko lekka sztywnosc. Dzien wczesniej obiecalam Kokusiowi ze zabiore go do fryzjera (chlopak chcial byc przystojny na poczatek roku szkolnego), ale teraz zastanawialam sie czy w ogole dam rade prowadzic, bo to prawa stopa. Umowilam go jednak i stwierdzilam ze jak cos, to zadzwonie ze jednak nie przyjedzie. Okazalo sie jednak, ze poniewaz bolala kostka i promieniowalo na piete, a pedaly naciska sie glownie dalsza czescia stopy, moglam bez problemu prowadzic auto. Gorzej z dojsciem z parkingu do salonu, ale tabletki dzialaly, wiec jakos przeszlam. Na szczescie w tym salonie nigdy sie nie czeka (jesli sie wczesniej umowilo), bo oficjalnie bylam w pracy. :D Panicz poszedl na fotel z marszu i po 20 minutach byl przystrzyzony, bo to tylko takie podciecie. Za cholere nie chce sie sciac troche krocej, a potem co miesiac jeczy zeby go zabrac do fryzjera. :/
Wczesniej umowili sie tez z kolega na ryby w naszym klubie, wiec potem jeszcze go tam odstawilam i moglam wrocic do domu/pracy.
Niestety, pisanie raportu jak zwykle idzie mi niczym po grudzie. Nie znosze podsumowywac swoich notatek i laczyc tego w jakas logiczna calosc. :/ W miedzyczasie szybko wstawilam gulasz, ktory na szczescie robi sie 10 minut, a potem juz dusi sie sam. Po dwoch godzinach pojechalam po syna, ktory byl rozczarowany bo nic nie zlapal. Zjedlismy swiezo zrobiony gulasz, a po pracy musialam pedzic z Potworkami do dentysty. Niestety to byl czas na doroczne przeswietlenia zebiszczy, wiec wizyta od razu dosc dluga, a w dodatku zakonczyla sie niezbyt fajnymi wiesciami. Bi, ktora od dluzszego czasu w koncu nie miala zadnych ubytkow, tym razem dorobila sie prochnicy. Jedna dziurka (na szczescie niewielka) to nie tragedia, tyle ze pani doktor odkryla poczatki kolejnych... czterech. CZTERECH!!!! Te narazie sa w szkliwie, wiec panna dostala recepte na specjalna paste do zebow i nie tylko bedzie musiala myc nia zeby, ale jeszcze nakladac na nitke i czyscic ta nicia miedzy zebami. Wszystkie bowiem dziury robia jej sie wlasnie miedzy zebiszczami. Niestety, panna odziedziczyla uzebienie po mnie i ma nie tylko duze zeby, ale tez ciasno ustawione. Ja tez wiecznie mialam dziury miedzy zebami... :/ W kazdym razie, dentystka powiedziala, ze poniewaz narazie prochnica nie przebila sie do zebiny (czy jak to sie nazywa), mozna sprobowac sie jej pozbyc ta specjalna pasta. Oczywiscie Bi zalamana, bo od dluzszego czasu dopytuje o aparat, a ja sie tak umawiam i umawiam do ortodonty i umowic nie moge. Teraz jednak pani doktor powiedziala, ze narazie trzeba o ortodoncie zapomniec i najpierw zobaczyc co z tymi dziurkami, bo jak na to zalozy aparat, to zeby poleca jej kompletnie. Musimy wrocic za dwa tygodnie na leczenie tej jednej dziury, a na kolejnej kontroli zobaczymy jak wyglada reszta i czy nie trzeba ich bedzie tez przeleczyc. To Bi. Teraz Nik. Ten ubytkow nie ma, ale za to w tylnych zebach ma bardzo glebokie bruzdy i... dziurki. Ale nie prochnice, tylko takie malenkie koleczka, jakby ktos wzial igle i wkrecil sie w zab! :D Pani doktor nie ma pojecia skad takie cos powstalo, ale powiedziala, ze bedzie sie w tym zbieral osad, kamien, no i to wieksze ryzyko prochnicy. Trzeba wiec bylo umowic kawalera na zalatanie tego, zeby nie szkodzilo na przyszlosc. Wracajac po drodze, zajechalismy po napoje, ktorych Potwory nie mogly wypic przez godzine bo mieli fluor na zebach. ;) W domu jeszcze podlac warzywnik bo mialo padac, a tymczasem tylko lekko pokropilo, i po kolejnym dniu.
W piatek kolejna pobudka troche pozniej i praca z domu. Kostka na szczescie odpuscila i chodzilam prawie normalnie. "Prawie", bo jednak od czasu do czasu zle stanelam, wygielam stope, czy szlam ze zbyt duzym "entuzjazmem" i zabolalo. A pod wieczor, niewiadomo czemu, lekko spuchla. Na szczescie wystarczylo, ze polozylam ja wyzej, a opuchlizna zaraz zeszla. Dzien mialam strasznie porozrywany i gdyby szef widzial jak "pracuje", od razu zabronilby pracy zdalnej. A wszystko przez to, ze czlowiek chce byc dobra matka. ;) Rano chwile popisalam, po czym na 10 Nik mial spotkanie zapoznawcze w high school. Mogl pojechac na rowerze, ale ze bylam w domu, stwierdzilam, ze go zawioze. Wrocilam do domu, ale ze spotkanie potrwalo tylko 50 minut (mieli 3 grupy o pelnych godzinach, wiec nie bylo mowy o opoznieniu), to spedzilam w nim pol godziny i musialam po niego wracac.
Chlopak stwierdzil, ze to bylo bez sensu, bo wiekszosc z uczniow byla juz, przy roznorakich okazjach, w szkole wielokrotnie, wiec nie dowiedzieli sie niczego konkretnego. Dostali grafik na pierwszy tydzien, ktory Nik uznal za bezuzyteczny, bo ma elektroniczny, ktory moze sprawdzic w telefonie, oraz identyfikatory, ktorych i tak (wedlug starszych uczniow, w tym Bi) nikt nie uzywa. :D Jedyne z czego sie ucieszyl to koszulka, choc ta i tak zaklada sie tylko przy jakichs specjalnych szkolnych okazjach, raptem kilka razy w roku.
Jak tylko wrocil do domu, zaczal mi oczywiscie wiercic dziure w brzuchu zeby go zawiezc na ryby. Chcialam wrocic do pisania raportu, ale wiedzialam ze bedzie mi smecil, a tak to sie go "pozbede" na kilka godzin, wiec odstawilam chlopaka do klubu. Kiedy z niego wyjezdzalam, przy drodze dojrzalam zolwia sepiego, siedzacego sobie na trawce. I to spora sztuke, bo sama skorupa miala, na oko, jakies 40cm! :O Niestety, zdjecie nie oddaje rozmiaru, a w dodatku, kiedy chcialam pstryknac fote, zaczal uciekac i schowal dluga szyje.
Pozniej w koncu moglam na spokojnie wrocic do raportu choc bylam mocno zniechecona bo odkrylam, ze zapomnialam spytac o kilka rzeczy. Takie niby pierdoly, ale wiem ze szef moze sie do tego przyczepic. :/ Przywiozlam w koncu syna do domu, podalam obiad i wrocilam do klepania w klawiature. Kawaler ponownie byl nieszczesliwy, bo zamiast ryb, lapal... zaby. :D Cos ostatnio rybska sie zmowily i nie biora.
Niestety, to nie byl koniec jazdy, bo na 15 syn mial trening. Takie biegi przelajowe to nie spacerek, wiec majac mozliwosc, stwierdzilam, ze go zawioze, zeby nie musial jechac na rowerze. Niby nie bylo strasznego upalu, ale mielismy 27 stopni i 67% wilgotnosci, wiec taka troche tropikalna dzungla. Dodac do tego bieganie i balam sie, ze chlopak dostanie jakiegos udaru. To niestety oznaczalo kolejne oderwanie sie od raportu... Na szczescie Nik konczyl trening akurat w porze, kiedy konczylam prace, wiec odebrac moglam go juz bez wyrzutow sumienia. ;) Niestety, panicz ponownie umowil sie z kolega na nocowanko. Az mi glupio, ze znow tam jechal i mam nadzieje, ze jak zacznie sie szkola, to troche odpuszcza. Chcialam jechac jak najszybciej na zakupy, wiec zawiozl go M., a ja z Bi popedzilysmy do sklepu. Zrobilysmy zakupy, ale nie bylo ulubionych jogurtow panny, a strasznie chciala je do szkoly, wiec pojechalysmy do kolejnego supermarketu. Pozniej jeszcze na bubble tea i do domu doczolgalysmy sie o 18:40... Znow musialam podlac warzywnik, bo pogoda znow zrobila mnie w bambuko. Mialo padac w czwartek, mialo padac w piatek i... nic. A jakby bylo malo moich "przygod" ze stopa, malzonek czyscil przyczepe i chodzac naokolo, kopnal niechcacy w jakis wystajacy kolek. Na goleni spuchla mu gula wielkosci drugiego kolana. :O Mam nadzieje, ze to tylko krwiak, bo nie rozcial skory, a nie ze cos tam peklo... Ech, zawsze cos...
Milego ostatniego wakacyjnego weekendu! :)



































