piątek, 14 sierpnia 2026

Morska bryza na poczatek sierpnia

Zaczal sie sierpien, ktory dla mnie od zawsze byl swoistym "poczatkiem konca". Cos jest takiego w wakacjach, ze lipiec ciagnie sie guma w gaciach i czlowiekowi wydaje sie, ze ma tyyyle czasu na wszystkie atrakcje i ekscytacje, a potem nadchodzi sierpien i wlasciwie tylko sie mrugnie i juz czas witac szkole. :/

Sobota, 1 sierpnia to odsypianie tygodnia inspekcji, choc takie srednie, bo juz drugi tydzien pod rzad ktorys z sasiadow uznal, ze 8 rano to idealna pora na koszenie kosiarka zylkowa. Normalna kosiarka to taki jednostajny warkot, ze przy zamknietych oknach robi sie z tego bialy szum, ale zylkowa to zupelnie inna historia, bo to takie przerywane bzyczenie, strasznie irytujace. W koncu nie moglam juz tego zniesc i podnioslam sie na lozku zeby sie dobudzic. W tym samym czasie obudzil sie Nik, ktory przylazl do mojego lozka, polozyl sie na miejscu M. i lezal tak opowiadajac glupoty. ;) W koncu wstalam, ogarnelam sie conieco i trzeba bylo zabrac sie za cos pozytecznego. Kiedy dzien wczesnie sprawdzalam prognozy, wydawalo mi sie, ze w koncu spadnie wilgotnosc powietrza i da sie otworzyc okna i przewietrzyc. Niestety, nie wiem na co ja patrzylam, ale nadal mielismy 60% wilgoci, wiec powietrze bylo ciezkie i duszne i zostawilam klimatyzacje, bo bez niej siedzielibysmy ciagle zlani potem. Poskladalam jedno pranie, wstawilam kolejne, wysprzatalam kuchnie, a w miedzyczasie udalo sie tez troche posiedziec na ganku oraz tarasie. Malzonek sie ze mnie smieje, bo w domu klima, a ja siedze na zewnatrz. Nic jednak nie poradze, bo choc wiem, ze ta klimatyzacja to wybawienie przy naszym klimacie, to jednak mi sie momentami robi zwyczajnie zimno, mimo ze temperature mamy nastawiona na 23 stopnie. Wychodze wiec na zewnatrz zeby sie zagrzac. :D Wscieklam sie tez, bo mimo lata, kiciul nadal zostawia "prezenty" w kuwecie i trzeba ja czyscic. To jednak ok; wiadomo, jest kot, jest i kuweta. Tyle ze otwieram kosz (mamy do kuwety taki specjalny z zapadka, zeby blokowal nieprzyjemne zapachy), a tam worek sciagniety do polowy i kocie kupy obok worka, na dnie pojemnika! No zesz kurna!!! Skonczyl sie worek i wyszedl z ramy z jednej strony. I, do cholery, nikt inny tego albo nie zauwazyl, albo mial w doopie! Mysle, ze to drugie, bo jak mozna nie zauwazyc, ze odchody leca obok worka, a nie do niego?! Ja zauwazylam sciagniety worek natychmiast po otworzeniu kosza! Oszaleje czasem z ta moja rodzina. :/ Rzecz jasna to mnie przypadlo w udziale otworzenie calego kosza, wyjecie worka i przesypanie do niego tego, co bylo obok, "delektujac" sie wszystkimi zapaszkami. No i zalozenie nowego wkladu z workiem. :/ Pojechalismy do kosciola, a pozniej Nik umowil sie z kolega na ryby w naszym klubie. Zawiozlam go, a o 20 odwiozl go tata kolegi. 

W niedziele znow moglam pospac i znow nie bylo mi dane, tym razem przez kota, ktory chodzil i darl pyszczek. Juz ktorys raz mam wrazenie, ze ten siersciuch zwyczajnie probuje nas obudzic, bo jak tylko podnioslam sie na lozku, to przylazla, pokrecila sie na moim brzuchu, pochlastala mnie ogonem po twarzy, po czym ulozyla sie w nogach lozka i poszla spac. Co za cholerna zolza! ;) Tradycji stalo sie zadosc, czyli wstalam, ogarnelam sie, zjadlam sniadanie, po czym wstawilam chlebek bananowy i napisalam do taty zeby wpadal na kawe. Dziadek przyjechal, posiedzial do 15 i pojechal. Chwile pozniej Nik oznajmil ze chcialby... jechac na ryby. Jaka niespodzianka! :D Zawiozlam kawalera, po czym spedzilam popoludnie skladajac pranie, zmieniajac dzieciakom posciel, sprzatajac nasza lazienke, itd. Malzonek kladl sie spac o 19:30 i zaczal panikowac, ze synka nadal nie ma i ze "mam natychmiast po niego jechac". Smialam sie, ze tak, zadzieram kiece i lece. Nasluchalam sie oczywiscie marudzenia, ze w klubie na pewno jest pusto bo pogoda kiepska i on tam biedny sam. Taaa... Po pierwsze, po poludniu sie faktycznie troche zachmurzylo, ale nie zmienia to faktu, ze mielismy 29 stopni i 60% wilgotnosci. Panowala sauna i kiedy syna odwozilam, na plazy oraz jeziorze siedzialy istne tlumy. Plaze zamykaja teraz o 19:15, ale wiem ze nawet kiedy nie mozna juz plywac, ludzie nadal siedza, kreca sie, dzieciaki pedza na plac zabaw, starsi graja w siatkowke czy kosza... Nie ma, ze w ciagu 10 minut wszystko pustoszeje. Zachod slonca jest o 20:08 i choc kolo domu juz ciemnawo, to w klubie calkiem jasno. Pojechalam po syna tuz przed 20 i choc przy stawie byl sam, to przy jeziorze i na parkingach nadal krecilo sie mnostwo ludzi.

Samotny rybak

A podobno kolo stawu wczesniej tez byla rodzina, ktora poszla doslownie kilka minut zanim przyjechalam. Syn zlapal dwie ryby, wiec byl calkiem zadowolony i od razu zaczal planowac kolejny wypad nastepnego dnia bo mialam pracowac z domu.

A wieczorem posiedzialam sobie w calkiem "klimatycznych" okolicznosciach

Poniedzialek musialam juz zaczac wczesniej, choc po wylaczeniu budzika mi sie przysnelo i obudzilam sie 15 minut pozniej. Takie cos praktycznie mi sie nie zdarza, ale jednak. Dobrze, ze zasnelam na kwadrans, a nie godzine. :D

Zanim wstalam, przywitac sie przyszla Oreo 

Tego dnia pogoda byla paskudna i gratulowalam sobie tego, ze pracuje z domu. Bylo cieplo, 26 stopni, ale za to przez wieksza czesc dnia padalo i to czasem tak, ze swiata nie bylo widac. Powietrze bylo ciezkie jak zupa, a okna zaparowaly. W ktoryms momencie usiadlam w bujanym fotelu na ganku zeby popatrzec na deszcz spod zadaszenia i po chwili mialam mokre plecy i tylek, bo fotel byl nasycony wilgocia. Oczywiscie kiedy pozniej weszlam do klimatyzowanego domu, dostalam gesiej skorki i zalozylam sweter. ;) Co do pracy, to przede wszystkim musialam sie zajac raportem, ale najpierw przejrzalam tez maile, bo bedac na inspekcji oznaczalam tylko te, ktore byly wazne, ale nie mialam nawet czasu ich dobrze przeczytac. Teraz okazalo sie, ze jednym z nich byla informacja na temat szkolenia, na ktore mam wyjechac we wrzesniu, gdzie bylo napisane, zeby rezerwacje zrobic "jak najszybciej". Zrobilam ja, wyslalam tez szefowi autoryzacje do podpisania. Wiecie, niewazne ze wysylaja cie gdzies "odgornie"; i tak musisz miec oficjalne "pozwolenie" od szefa. Ciekawe co by bylo gdyby napisal, ze nie daje zgody? :D W kazdym razie, pozniej musialam juz zajac sie raportem. To juz, albo dopiero, drugi samodzielny i szlo mi niestety jak po grudzie. Praktycznie caly dzien meczylam sie, a napisalam... 3 strony. ;) Najgorzej, ze nawet kiedy skoncze czesc pisana, bede miala nadal pierdylion papierow do zeskanowania. :/ Wrocil z roboty M., a chwile pozniej po Kokusia przyjechala mama kolegi. Tym razem chlopaki wybraly sie do kina na nowego Spiderman'a. Zaproponowalam, ze moge ich potem odebrac i odwiezc kolege do domu, z czego jego mama sie oczywiscie bardzo ucieszyla. A ja sie wrobilam. :D Wybrali kino oddalone o jakies 10 minut od naszego domu, wiec super, tyle ze kolega mieszka prawie na drugim koncu naszej miejscowosci. Juz to oznaczalo wiec prawie polgodzinna jazde. A pozniej okazalo sie, ze odbieralam ich tuz przed 19, za to o tej porze zamkneli glowna droge przez centrum naszego miasteczka. Wprowadzili ruch wahadlowy i wracajac po odwiezieniu kolegi, utknelismy przed glownym skrzyzowaniem na 20 minut! :/ Wieczorem zas, mielismy kolejna "kocia" przygode. Siedzialam sobie spokojnie na kanapie, az uslyszalam wsciekly miauk napierdzielajacych sie kotow. Wygladam na taras, a tam na balustradzie stoi sobie Oreo, zas spod stolu zerka na mnie... drugie Oreo! :D Nasz kiciul ma sobowtora, ktorego czasem widywalam na kamerach. W ciemnosci mi sie myli, bo tamten tez ma biala mordke i biale skarpetki. Jedyna roznica, to nie ma bialej koncowki ogona. Kot jest jednak bardzo plochliwy. Zwykle widzialam go tylko przemykajacego sie chylkiem kolo domu. W zyciu nie przypuszczalabym, ze przylezie za Oreo na taras, jak Bandyta, ktory jest bardzo przyjacielski i lubi ludzi. Otworzylam drzwi i zawolalam kiciula, ale ten zbyt zajety byl syczeniem na intruza. ;) Tamten zbiegl na schody, ale wcale specjalnie nie uciekal. Dopiero kiedy wyszlam na taras, zwial na sam dol, ale musialam klasnac w rece zeby spierdzielil za garaz. Oreo nadal jednak wyla, syczala i nie chciala wejsc do chalupy. Po chwili wyszlam, patrze, a tamten kot znow jest przy schodach na taras. Uciekl troche nizej, tam gdzie jest miejsce na ognisko, ale znow musialam kilka razy klasnac zeby odbiegl w mrok. Nie wiem jednak czy nadal gdzies sie tam nie czail, bo Oreo nie odpuszczala i caly czas posykiwala. Tyle, ze w koncu Nik wzial ja i sile wniosl do domu i nadal syczala, wiec moze po prostu ma problem z kontrola wlasnych emocji. :D

We wtorek trzeba bylo wstac jeszcze wczesniej, ale tym razem udalo mi sie nie zasnac po wylaczeniu budzika. ;) Za to nasz kiciul wskoczyl mi na brzuch, dal sie podrapac za uchem i pochlastal po twarzy ogonem, nadstawiajac dupke do drapania. :D Wyszykowalm sie do roboty, zostawilam Potworkom wiadro z czysta woda i poleceniem odkurzenia i umycia podlog na gorze, po czym popedzilam do roboty. W biurze doslownie tlumy, bo poza mna dwoch kolegow i dwie kolezanki. Wiekszosc dnia mordowalam sie oczywiscie z raportem, choc szef zdolal mnie tez wkurzyc. Napisala do mnie babka z centrum, pytajac kiedy wysle podsumowanie inspekcji. Spytalam wiec szefa co to za podsumowanie? Okazalo sie, ze jest to lista pytan ze zlecenia. Widzialam ja wczesniej, ale zapomnialam. Szef dodal jednak, ze to powinno byc wyslane w dzien zakonczenia inspekcji. No swietnie, tylko skad ja mam o tym wiedziec?! Z poprzedniej inspekcji nic takiego nie bylo potrzebne, a w zleceniu bylo napisane zeby wyslac podsumowanie, ale nie bylo kiedy. Gdy wczesniej to czytalam, pomyslalam ze jak juz napisze raport. W kazdym razie, stwierdzilam, ze szybko odpowiem na pytania, po czym to "szybko" okazalo sie ponad polgodzinnym szukaniem informacji w notatkach oraz zebranych papierach. No ale odeslalam... Z raportem tez mialam wrazenie, ze idzie mi wolniej niz powinno, no ale pomalu brnelam do przodu. Oczywiscie najgorzej ze nie wiem do czego szef sie przypierdzieli. :/ Po powrocie do chalupy, szybko zgarnelam Potworki i pojechalismy na zakupy. Robilam je dopiero co w piatek, ale teraz chcialam dokupic to, co potrzebne bylo nam na kemping. Pozniej zajechalismy jeszcze do Dunkin' po kawe i napoje i do domu. Poniewaz mielismy wyjechac na kilka dni, poszlam do warzywnika zeby zobaczyc co trzeba zebrac. Malzonek przyniosl wczesniej jednego ogorka, ale jakims cudem zignorowal dwa pomidory oraz cukinie. Ta ostatnia niestety ponownie padla ofiara tych owadow, ktorych larwy draza w ich lodygach. Jedna uschla kompletnie, dwie pozostale ledwie ciagna. Za to odkrylam, ze groch, ktory cos nadgryzlo, dzielnie wypuszcza listki na dole smetnych lodyzek, wiec go podpielam do tyczek. Moze cos jeszcze z niego bedzie. Poki co tylko pogryzly mnie komary. ;) Wieczorem musialam zabrac sie za malosolne.

Pierwsze (i mozliwe ze ostatnie) malosolne 

To kolejna ogrodowa porazka. Malzonek kupowal w tym roku sadzonki i chociaz mowilam mu ktory gatunek ogorkow jest do kiszenia, kupil zwykle ogorasy salatkowe. Pozniej tesciowa mu nagadala, ze w Polsce nikt nie patrzy na gatunek, tylko kisi sie po prostu z malych ogorkow. Najwieksza bzdura jaka slyszalam, ale oczywiscie nie moglam przekonac malzonka, ze jego mamusia nie ma racji. :/ Teraz wyszlo jednak na moje, bo ogorki rosna dlugie i cieniutkie jak palec. Do czasu, kiedy zrobia sie nieco grubsze, maja juz z 15 cm dlugosci lub wiecej. Ledwie zmiescily sie na wysokosc do sloika. A malzonek wscieka sie i miota jakby to nie on sam kupil nie taki gatunek jak trzeba. :/

W srode pracowalam z domu, ale bralam tez pol dnia wolnego, wyjezdzalismy bowiem na kemping i chcielismy wyruszyc jak najszybciej. Przez to mialam wiec taki bez sensu dzien, bo staralam sie i pisac dalej raport i konczyc pakowac. W rezultacie ciezko bylo mi sie skupic na jednym i na drugim. Malo co dopisalam do raportu i zapomnialam spakowac sciereczek do mycia okularow. Na szczescie znalazlam jakies zachomikowane kiedys w przyczepie, modlilam sie tylko zeby nie byly wyschniete. Aha! Jeszcze rano schodze na dol, nadal rozespana i polprzytomna, a tam za oknem przy frontowych drzwiach taki widok:

Misiu ;)

Bardzo szybko sie obudzilam. :D No i dobrze, ze nie wypuscilam akurat psa czy kota... Polowa dnia zleciala migiem, w miedzyczasie dojechal z pracy M. i pomogl troche w pakowaniu i tuz po 13 wyruszylismy. Mimo srodka tygodnia i w miare wczesnej godziny, korki juz sie niestety pojawily, wiec dojechalismy pozniej niz bysmy chcieli. Pojechalismy w jedno z naszych ulubionych miejsc, nad sam ocean. Droga to jednak 2.5 godziny bez korkow. Tym razem jechalismy grubo ponad 3. Na miejscu rozpakowac wszystko, rozlozyc sie na naszej miejscowce, Nik poszedl na ryby (nic nie zlapal) i dzien zlecial.

Tym razem mielismy podlaczenie do pradu i cale szczescie, bo kolejny raz wyjezdzalismy w rekordowe upaly. Nie ma co narzekac oczywiscie. Lepiej tak, niz deszcz. ;) No i tam akurat, nad samym oceanem, bylo o kilka stopni chlodniej. Niestety, byla tez wysoka wilgotnosc, wiec cale szczescie ze moglismy wlaczyc klimatyzacje. Choc najpierw trzeba bylo ja rozgryzc i tak naprawde dopiero ostatniego dnia mielismy chlod w przyczepie. Wczesniej bylo po prostu chlodniej niz na zewnatrz. :D W rezultacie, w czwartek wszyscy poza Kokusiem wstalismy dosc wczesnie, bo jak tylko wzeszlo slonce, zrobilo sie za goraco.

Powtarzam do znudzenia zeby spal w poprzek. Lozko jest na tyle szerokie, ze wtedy spokojnie by sie zmiescil. Ale nie, kawaler woli zeby mu zwisaly stopy... 

Mnie jeszcze wkurzyl M., bo okno od mojej strony bylo akurat od wschodu, a ten z samego rana odslonil zaluzje. Slonce tak grzalo mi po nogach, ze nie dalo sie wytrzymac. I tak co rano. Ja wieczorem zaslanialam zaluzje wlasnie zeby slonce nie nagrzewalo sypialni, a malzonek niczym maniak je odslanial. Zreszta w domu mamy wiecznie ta sama walke. Okna w naszej sypialni oraz jadalni wychodza centralnie na poludnie i caly dzien swieci przez nie slonce. Tlumacze jak krowie na rowie, ze materialy plowieja, a drewno ciemnieje, nie mowiac juz ze nasza sypialnia nagrzewa sie niczym piec. Ja zamykam zaluzje w sloneczne dni, a M. zrzedzi ze ciemno jak w piwnicy (choc nawet tam nie siedzi!) i je otwiera... :/ Tak czy srak, w czwartek zaczelismy dzien wczesnie, ogarnal sie czlowiek i zaczal odpoczywanie. :) Czyli obszedl caly kemping naokolo, pojezdzil na rowerze, pozarl loda i wypil kawe, po czym nadszedl maksymalny odplyw. Na tym kempingu oznacza to jedno - kraby! :D

Maly, ale zadziorny! Krab oczywiscie ;) 

Poszlismy na plaze przy rzece, gdzie Bi poszla sie wykapac, a ja z Kokusiem oddalismy sie lowom. Niestety, Nik zapomnial przywiezc swojej siatki, co zdecydowanie utrudnilo wygrzebywanie krabiszonow spod wodorostow, ale pare zlapalismy. Co ciekawe, ja wiecej, bo jakos mam po prostu lepsze "oko". A moze zwyczajnie wiecej cierpliwosci, bo chodze przez wode pomalu i ostroznie, patrzac uwaznie i przewracajac kamienie. Nik biega przez wode niczym wydra i skacze przez skalki, ploszac wszystko naokolo. ;) Kiedy wrocilismy na kemping, malzonek zabral sie za hamburgery, narzekajac ze przy grillu jest strasznie goraco. Ameryke odkryl. ;)

Kuchnia polowa :) 

No coz, goraco czy nie, jesc trzeba. Przez wiekszosc czasu i tak zywilismy sie glownie lodami i pilismy niemozliwe ilosci wody, ale raz dziennie fajnie bylo zjesc normalny posilek. Po poludniu stwierdzilam, ze malo mi ruchu i postanowilam przejsc sie wzdluz glownej plazy. Towarzyszyly mi oczywiscie Potworki.

Bi stanela strategicznie na gorze, zeby wydawac sie niemal rowna z bratem :D 

Po powrocie Nik chcial isc na ryby, ale do maksymalnego przyplywu troche brakowalo, wiec woda nie docierala do scianki idacej wzdluz kempingu, a z ktorej lowi sie najlepiej. Pojechalismy wiec w poszukiwaniu lepszego miejsca, ale skonczylo sie tak, ze przeciagalismy nasze rowery przez piach na plazy. ;) Kola Kokusiowego roweru sa dosc grube i on przez wiekszosc czasu mogl jechac. Moje sa duzo ciensze i niestety - co kilka krokow sie zakopywalam... :/ 

To pudlo po prawej, to nie smiec. Obok lowil jakis facet i mial tam kupe kawalkow ryb na przynete :)

Wieczorem siedzielismy przy ognisku, choc moze bardziej akuratne byloby stwierdzenie "z dala od ogniska". ;) Rozpalilismy je dla towarzystwa, ale nawet o 22 wieczorem nadal bylo 25 stopni, wiec siedzial czlowiek 3-4 metry od ognia.

Bi ostatnio odpuscila bieganie, za to wieczorami cwiczyla palates :)

W piatek pobudka ponownie byla dosc wczesna, bo slonce podgrzewalo przyczepe niczym piekarnik. Dopiero po poludniu tego dnia udalo sie M. podkrecic cos w klimatyzacji i wreszcie porzadnie obnizyc temperature. Tego dnia Potworki chcialy isc nad ocean w czasie odplywu, liczac na porzadne fale do plywania na deskach. Niestety, jak zwykle na tej plazy fale nie zawodza, tym razem ocean byl niemal niczym tafla jeziora. Tylko od czasu do czasu nadplynelo kilka fal pod rzad, ale bardzo delikatnych. Troche udalo im sie po "surfowac", ale mieli zdecydowany niedosyt.

Surfin' USA? ;) 

Spedzilismy tam duzo wiecej czasu niz planowalismy, bo mimo wszystko bawili sie calkiem niezle, wiec kiedy dotarlismy spowrotem na kemping, nie bylo juz po co isc "na kraby", bo przyplyw trwal w najlepsze i skalki w wiekszosci byly juz pod woda. Za to wieczorem poszlismy nad rzeke, troche na spacer, a troche dla Kokusia, ktory chcial sprobowac znow poslizgac sie na swojej skimboard (nie wiem jak taka deska zwie sie po polsku).

Rok temu swietnie sie przy tym bawil; w tym chyba juz nie

Mowilam mu wczesniej, ze duze polacie plytkiej wody w czasie odplywu, to miejsce idealne, ale krepowal sie tlumu ludzi. Podczas przyplywu to juz nie to samo, ale troche sie poslizgal. Pozniej znalazl wielka klode z gwozdziami. Nie mam pojecia od czego sie oderwala, ale Potworki zasmiewaly sie, ze to czesc z Czarnej Perly. :D

Zwykla kloda, a zabawa przednia ;)

W sobote bylo odrobine wiecej chmur, a wiec nieco nizsza temperatura. Tak okolo 27 stopni. Mroz po prostu. ;) Co mialo znaczenie kiedy poszlam z Potworkami wykapac sie w oceanie. Przy sloncu co chwila znikajacym za chmurami, duzo trudniej bylo sie zamoczyc w lodowatej wodzie. Zapomnialam bowiem wspomniec, ze miala ona 18-19 stopni i choc stop nie przeszywal bol zaraz po wejsciu, jak to mialo miejsce jeszcze w czerwcu, to jednak nawet zimnolubny Nik stwierdzil, ze teskni za oceanem na Florydzie. :D A jeszcze co chwila czuc bylo przeplywajace chlodniejsze prady... Nie zdawalam sobie sprawy z tego jak zimna byla ta woda, dopoki nie zaczelam z niej wychodzic i na plyciznie zorientowalam sie, ze ledwie ide bo stopy oraz lydki mialam kompletnie zdretwiale! :D No ale pochlapalismy sie i wrocilismy do M., ktory oczywiscie na wspomnienie o plazy spasowal. Tym razem plywalismy przed kompletnym odplywem, wiec kiedy ten nadszedl, poszlam z Kokusiem na skalki. Tym razem trafilo nam sie kilka wiekszych krabow, tylko ciezko je zlapac bez siatki.

To byla chyba najwieksza zlapana sztuka ;) 

Sa zaskakujaco szybkie i w dodatku zawziecie sie bronia. Cwaniaki, nawet trzymane od tylu, potrafia siegac szczypcami pod spod i dziabnac cie w palca. ;) Kilka jednak udalo sie Nikowi schwytac.

Wiem, ze zdjecie kiepsko oddaje kolor, ale w jednym miejscu przy rzece, mozna znalezc polacie fioletowego piasku. Podobno jest tam charakterystyczne podloze skalne, ktore wymywane tworzy taki wlasnie piasek. Nie dosc, ze ma on taki ciekawy kolor, to jeszcze jest delikatny w dotyku i mialki niczym cukier puder 

Byla sobota, wiec tradycyjnie po poludniu pojechalismy do kosciola. Kiedy z niego wyszlismy, okazalo sie, ze nadeszly ciemne chmury i prognozy zapowiadaly przelotne burze. Ostatecznie jednak tylko lekko pokropilo kiedy siedzielismy przy ognisku i to tak delikatnie, ze czlowiek nawet nie pomyslal zeby sie schowac. Za to juz po zmroku, nad kempingiem rozblysly fajerwerki. To jest wlasnie fajne w tej miejscowosci, ze nawet kiedy dawno po 4 lipca, tutaj co weekend jest pokaz sztucznych ogni. I puszczaja je tak blisko, ze mozna je podziwiac nie ruszajac sie ze swojej miejscowki.

Po co jezdzic specjalnie na pokazy, jak mozna siedziec pod przyczepa ;)

Niedziela oznaczala niestety powrot do domu, na ktory nikt z nas nie mial ochoty. Najpierw jednak posiedzielismy z kawa przy przyczepce, delektujac sie pieknym porankiem. W nocy przeszedl jednak deszcz, ale juz od rana przypiekalo slonce, wiec zostawione nieopatrznie reczniki oraz stroje, schly w blyskawicznym tempie. Malzonek zaczal pakowac to i owo, a ja migiem pochowalam wszystko z wnetrza przyczepy i przetarlam powierzchnie, po czym stwierdzilam, ze musze "pozegnac" ocean.

Znowu przyplyw 

W tym roku juz na pewno na ten kemping nie wrocimy, a ze z domu na plaze (oceaniczna) mamy okolo 1.5 godziny jazdy, to raczej nie planuje takiego wypadu. Poszlam wiec na krotki spacer wzdluz wody. Mialam zalozyc stroj, ale ze byl mokry, wiec stwierdzilam, ze pojde w normalnych ciuchach. Blad! Byl przyplyw, woda bila wysoko o brzeg i zaraz pierwsza fala chlapnela mi po tylku. ;) I zeby to jedna...Wracalam w lekko wilgotnych portkach, ale warto bylo. :D Dopakowalismy wszystko co konieczne, zahaczylismy o zrzut sciekow i ruszylismy do domu. Po drodze bylo troche zatorow, ale przejechalismy dosc sprawnie i o 15 dotarlismy na miejsce.

Latka mijaja, a widoki w drodze te same :D 

Reszta to oczywiscie rozpakowywanie, kazdy kolejno pod prysznic, no i dla rodzicow szykowac sie na dzien w robocie. Poczatkowo myslalam, zeby w poniedzialek pracowac z domu, ale chcialam koniecznie dokonczyc czesc pisana raportu, a w biurze jednak duzo latwiej sie skupic, szczegolnie teraz, kiedy Potworki nadal maja wakacje.

W poniedzialek musialam sie wiec zwlec dosc wczesnie i ruszyc do biura. Ktos tam musial byc tuz przede mna, bo bylo zapalone swiatlo przy wejsciu i wlaczony ekspres do kawy, a ten sam sie wylacza po jakims czasie. Przez caly dzien jednak nikogo nie widzialam, wiec musial wpasc, wypic szybka kawe i ruszyc na inspekcje. Sleczalam oczywiscie nad raportem, za to w lazience mialam niespodzianke - okres! Ostatnio przyszedl dwa tygodnie pozniej, tym razem o tydzien wczesniej. Oszalec mozna... :/ Przetrwalam jakos dzien i wyszlam o kwadrans wczesniej. Na 18 jechalam z Potworkami do kina, wiec nie chcialam tylko wpasc z wywieszonym jezorem, w biegu cos przekasic i pedzic dalej... Przyjechalam, przebralam sie, na spokojnie zjadlam i pojechalismy. Bi chciala wziac kolezanke, ale na szczescie do kina podwiozl ja rodzic. Pojechalismy na Odyseje i poczatkowo Starsza miala z kolezanka jechac sama, a ja z Kokusiem w jakims innym terminie (bo pannie marzyl sie samotny wypad). Potem jednak doczytalam, ze na film wpuszczaja mlodziez tylko pod opieka doroslego, wiec pojechalismy razem na wszelki wypadek. Okazalo sie jednak, ze nikt chyba na to nie patrzyl i Bi mogla spokojnie pojechac z kolezanka sama...

Kinoman 

Co do filmu, to stwierdzam, ze sie starzeje i coraz mniej produkcji mnie satysfakcjonuje. Tutaj podobno film zdobyl uznanie krytykow i zarobil miliony, tymczasem dla mnie fabula momentami nie trzymala sie kupy, niewiadomo bylo kto z kim i dlaczego, mimo ze znam mitologie i pamietam historie Odyseusza. W dodatku filmisko ciagnelo sie niemal 3 godziny, ale pierwsza to byly jakies pomniejsze retrospekcje, bohaterowie snuli sie, gadali i wlasciwie to nic sie nie dzialo. Spokojnie mogli to przyspieszyc i skrocic produkcje o godzine. Poza tymi niedociagnieciami oczywiscie film byl calkiem fajny, chociaz w srodku poszlam do lazienki i zupelnie nie bylo mi zal tych kilku minut. Raczej dlugo nie bede miala ochoty obejrzec go ponownie. ;) Z kina wyszlismy o 21:20, a jeszcze musialam zjechac z trasy zeby odwiezc kolezanke Bi, wiec do domu dojechalismy tuz przed 22. Cieszylam sie, ze kolejnego dnia pracowalam z domu.

Wtorek to pobudka nieco pozniejsza, z racji ze nie musialam jechac do biura. Mimo wszystko, trzeba bylo wstac tak, zeby zjesc sniadanie i ogarnac sie do 8, po czym siasc do pracy. Przyznaje ze bywaja dni kiedy zaczynam prace w pizamie i potem biegne na chwile na gore zeby sie umyc i ubrac, ale ostatnio malzonek "zastrzelil" mnie tekstem, ze on tam wie jak sie pracuje z domu. I ze jest pewien, ze ja tylko wstaje za piec osma, wlaczam kompa i ide ponownie spac! :O I nie moglam go przekonac, ze to bzdura! Super... Tak wlasnie wiekszosci narodu kojarzy sie praca zdalna i nic dziwnego ze pracodawcy bronia sie przed nia jak moga. Osobiscie przyznaje, ze w domu jestem mniej produktywna niz w biurze, bo mam za duzo rozpraszaczy, ale absolutnie nie wlaczam lapka o 8 zeby pojsc spac do 10! I na pewno zdarzaja sie jednostki, ktore tak wlasnie "pracuja", ale nie ma co wrzucac wszystkich do jednego worka... :/ W kazdym razie, od rana mordowalam sie z raportem, a wlasciwie ze skanowaniem wszystkich dokumentow, bo dzien wczesniej skonczylam wreszcie czesc pisana. Niestety, na malym, przenosnym skanerze szlo to jak po grudzie. Nik chcial oczywiscie skorzystac z mojej obecnosci i pojechac na ryby i chetnie go zawiozlam, bo mialam ochote cos roztrzaskac. Pojechal w sumie tylko na 1.5 godziny, ale wrocil zachwycony, bo zlapal 3 male rybki, ale tez jednego giganta. Ponoc to byla najwieksza ryba jaka dotychczas zlowil. Dla proporcji zrobil fote obok swojego crocs'a. :D

Mlodszy nosi rozmiar buta 43 ;) 

Kiedy po niego przyjechalam, zaszlam tez do budki z zarciem i zamowilam nam jedzenie na lunch, nie chcialo mi sie bowiem nic gotowac. Wolalam skupic sie na skanowaniu. Po poludniu niestety nagle cos sie porobilo z Outlook'iem oraz Teams'em. Caly czas wyskakiwala mi wiadomosc zeby sie jeszcze raz zalogowac, ale kiedy klikalam zeby to zrobic, pojawialo sie okienko, ze logowanie sie powiodlo, ale system nie pozwala otworzyc aplikacji. Tak nie to wkurzalo, ze wreszcie zadzwonilam na numer pomocy technicznej. Tam od razu wlaczyla sie automatyczna wiadomosc, ze wiedza o problemach z Microsoft'em i zeby sprobowac wylaczyc taki program do automatycznego logowania i zrestartowac kompa. Troche sie przerazilam kiedy uslyszalam, ze problem ma Microsoft, bo moj raport pisalam w Wordzie. Co prawda moglam nadal skanowac, ale kazdy zalacznik musialam wpisac w tabele oraz wklepac odnosnik w tekscie. Balam sie, ze szlag mi trafi cala robote, wiec zrestartowalam laptoka i... nic. Bez zmiany. :/ Stwierdzilam, ze ok, przynajmniej poskanuje ile sie da. Na sam koniec dnia spotkala mnie zalamka, bowiem o 16:15 zaczelam skanowac jeden z dluzszych dokumentow. Nie wyrobilam sie do konca dniowki, ale nie chcialam przerywac w polowie, wiec skanowalam dalej. Skonczylam o 16:50 i... program sie zawiesil! :O Nie mglam ani zachowac zeskanowanego dokumentu, ani cofnac i sprobowac jeszcze raz! W koncu musialam wylaczyc go na sile i oczywiscie stracilam ponad pol godziny skanowania. :( Tego wieczora Nik mial basen, wiec tradycyjnie M. go zawiozl, a ja pozniej odebralam. Podlalam warzywnik bo nadal mamy upaly, posiedzialam na ganku zajadajac lody (ach te kalorie :D) i dzionek zlecial. 

W srode ponownie musialam zerwac sie wczesniej, bo jechalam do biura. W ktorym panowaly kompletne pustki. Dopiero pod koniec dnia pojawila sie moja polska kolezanka, ale nadal sleczalam nad raportem, a ona wrocila z inspekcji i tez cos pilnie wpisywala, wiec mialysmy tylko pare minut na pogadanie. Zostalam 10 minut dluzej, ale wreszcie skonczylam skanowac, podpielam wszystkie 30 (!) zalacznikow, wklepalam regulke do systemu i wyslalam oficjalnie raport jako skonczony. Co jest glupie, bo wiedzialam, ze bede miala poprawki, ale szef chce zeby system mial date zakonczenia pisania raportu po inspekcji, bo podobno gdzies odgornie sprawdzaja ile zajmuje nam pisanie w stosunku do czasu spedzonego w firmie. Po pracy pojechalam do domu i z miejsca dopadl mnie Nik, bo z racji, ze w srody nie jezdzi na treningi, chcial wybrac sie na ryby. Nie bardzo mi sie chcialo go wiezc, ale ze syn robil oczy kota ze Shreka, no to uleglam. I okazalo sie to bledem, bo w klubie odbywala sie jakas wielka impreza czy koncert, czy ch*j wie co. Odwiozlam Mlodszego bez problemow, bo i tak nie wysiadalam. Kiedy jednak pozniej po niego przyjechalam, okazalo sie, ze impreza wlasnie sie skonczyla i korek do wyjazdu byl od glownej ulicy az gleboko wglab klubu. Kilkanascie minut stalam w sznureczku... Syn jednak zlapal 3 rybki, wiec wracal calkiem usatysfakcjonowany. ;)

Czwartek to ponownie praca z domu, huhuhu! :D Mialam nadzieje spedzic dzien glownie na przygotowaniu do kolejnej inspekcji, ale wiadomo, ze szef odeslal raport z poprawkami. Parsknelam gorzkim smiechem, bo w mailu napisal, ze "dobrze napisany raport", wiec pomyslalam ze moze beda tylko jakies pojedyncze poprawki. Tiaaa... Ponownie, po 2-3 komentarze na kazdej stronie! Dobrze, ze przy tym rodzaju inspekcji raport ma "tylko" 13 stron. W miedzyczasie powstawala mlodziez i nie zgadniecie! Mlodszy znow chcial na ryby! :D Zazgrzytalam zebami, ale wiedzialam, ze po poludniu bedzie mial trening, w piatek nie bedzie czasu, zas w sobote w klubie jest pozegnalna impreza tylko dla czlonkow i nie wolno przywozic gosci, wiec nie bedzie mogl tam pojechac. A ze to raptem 5 minut, to porzucilam na chwile poprawianie raportu (bez zalu) i zawiozlam chlopaka. Wrocilam i zakopalam sie w cholernych poprawkach. Niestety, w jednym z komentarzy, szef napisal ze musze poprawic oznaczenia zalacznikow. Wszystkich! Chodzilo o glupie dwie literki, a musialam otwierac wszystkie trzydziesci dokumentow i edytowac. Trzy z nich musialam zreszta od nowa zeskanowac bo zawieraly faktyczne imiona pacjentow. Wczesniej je zamazalam, bo bylam pewna, ze nie powinnismy zostawiac czyichs danych, tymczasem szef napisal, ze nie, zostawiamy dokumenty tak, jak je dostalismy. :/ Skonczylam dopiero tuz przed 16, wiec zostalo mi zawrotne pol godziny zeby zaczal patrzec na materialy do kolejnej inspekcji. Jeeej... :/ W miedzyczasie podjechalam tez po Kokusia, ktoremu starczylo lowienia (cos tam zlapal, ale nie pamietam ile), a potem dalam Potworkom ciasto na domowa pizze zeby sobie zrobili male pizzerinki. Juz dawno ich nie robili, wiec oboje sie ucieszyli. Po pracy szybko zgarnelam Potwory i ruszylismy na zakupy. Po nich pedem do domu, bo Nik mial trening. Pojechal z nim M., zeby pocwiczyc na silowni. Mialam podlac warzywnik, ale niespodziewanie... zaczal padac deszcz. Ktorego w ogole nie bylo w prognozach! Przynajmniej odpadlo mi podlewanie, bo padalo dosc krotko, ale intensywnie. Tego dnia zaczelam tez eksperyment. Nasza Maya zaczela nosic... pieluchy. :D

Psiur zachwycony oczywiscie nie jest ;) 

Poki co tylko wtedy, kiedy wiem ze bedzie w domu dluzszy czas. Niestety, woda po prostu przez nia przelatuje. Moja praca jest obecnie bardzo absorbujaca i nie mam czasu latac z nia ciagle do weta, ktory kombinuje: a moze to zbadac, a moze tamto. Malzonek niestety potrafi byc kompletnym gburem i oznajmil kiedys, ze on nie bedzie jezdzil z siersciuchem po lekarzach. Sprobowalismy dwoch rodzajow lekarstw i nawet przy najwyzszej dawce, nie dzialaly na 100%. Tymczasem poslanie oraz sam pies byly cale zalane i smierdzialy sikami. Gdzie sie psiur nie polozyl, zostawial wieksza lub mniejsza kaluze, a ile mozna go ciagle kapac?! Cala kuchnia (gdzie Maya spi) smierdziala szczynami. Stwierdzilam wiec, ze poki co sprobuje z pieluchami. O malo sie o nie zreszta nie poklocilam z malzonkiem, bo ten zaczal sie rzucac, ze "no tak, bedziemy wydawac fortune na pieluchy dla psa. To juz lepiej zeby w domu smierdzialo szczochami!". Kiedys zdziele tego faceta patelnia, serio! Bo do weta nie bedzie sie urywal z pracy, na tabletki tez wiecznie zrzedzil, ze nie pomagaja i weterynarze tylko kase trzepia a nie potrafia pomoc, tyle ze (jak napisalam wyzej) kiedy wetka kombinowala, to byly pretensje, ze ciagle trzeba jezdzic na wizyty, teraz pieluchy tez nie, wiec czego on do k*rwy nedzy chce?! Rzecz jasna, kiedy wszedzie zasikane, to pierwszy sie rzucal ze ma dosc "tego psa" i ciagle wywala Maye na dwor. Sam nie probuje znalezc rozwiazania i wykazuje zero zaangazowania, ale do krytyki jest pierwszy... :/ W kazdym razie, zobaczymy jak z tymi pieluchami bedzie. Niestety, bede musiala kombinowac z roznymi markami, bo obecne zsuwaja sie psu z tylka i dziura na ogon przesuwa sie za nisko, przez co tamtedy przecieka. :(

W piatek ponownie trzeba bylo wstac wczesniej i jechac do biura. W piatki fajnie byloby zostac w domu, ale chcialam upewnic sie ze mam wszystko na inspekcje, no i wziac kluczyki do auta sluzbowego zeby nie biegac w poniedzialek trzech kondygnacji na gore. ;) Na dzien dobry szef oczywiscie wyslal kolejne poprawki. Musialam tez zeskanowac jeszcze raz jeden z zalacznikow, to nagle zauwazyl, ze druk jakis jasny i miejscami ciezko go przeczytac. No nie mogl tego zauwazyc dzien wczesniej, kiedy skanowalam inne trzy? W biurze skaner nie laczy sie z naszymi laptopami (pomoc techniczna "naprawia" to od miesiaca), wiec kazde skanowanie oznacza dla mnie wyciaganie mojej przenosnej drukareczki, kabli, podlaczanie wszystkiego, itd. Wolalabym wiec skanowac wszystko za jednym zamachem... Musialam podpiac tez w systemie zalaczniki, ktore poprawilam dzien wczesniej, po czym odeslalam poprawki i zabralam sie w koncu za przegladanie materialow na kolejna inspekcje. Tyle, ze niedlugo potem dostalam maila, ze szef odsyla raport, bo mialam zle oznaczenia w systemie! Tyle, ze nie zmienilam ich od czwartku, wiec za pierwszym razem szefunio nawet ich nie sprawdzil! A ja niestety, jeszcze pewnie kilka razy sie pomyle zanim wszystko zapamietam. Poprawilam, odeslalam, po czym znow siadlam do materialow na kolejny tydzien. Po chwili kolejna wiadomosc z systemu, ze szef... znow odsyla raport! Tym razem mialam zlego maila do oddzialu centrali, bo taki szkic dala mi wczesniej kolezanka i nie wiedzialam ze musze go zmienic! No ale kolejny raz, wklepalam to dzien wczesniej, a jeszcze lepiej, ten sam mialam w raporcie z poprzedniej inspekcji i tez byl zly, a szef tego nie zauwazyl! :D Poprawilam, odeslalam i w koncu dostalam automatycznego maila z systemu, ze moj raport zostal zatwierdzony przez szefa... W tym momencie bylam juz tak wsciekla, ze nawet sie specjalnie nie ucieszylam. No co za marnotrawstwo czasu, bo naprawde, wiekszosc tych poprawek to takie czepialstwo. Szkic bowiem wzielam z raportow dwoch bardziej doswiadczonych ludzi z mojej grupy, a potem szef pisze, ze to powinno byc w innej sekcji, tu musisz dodac to, tam wykasowac tamto... Ale jak inni napisali w taki sposob, to bylo dobrze?! :/ Ostatecznie raport skonczylam okolo 14 i dopiero wtedy moglam spokojnie sie skupic na kolejnej inspekcji. Duzo juz nie udalo mi sie posprawdzac, wiec bede musiala mocno improwizowac...

O reszcie piatku napisze w przyszlym tygodniu. Poki co, milego weekendu!

piątek, 31 lipca 2026

Ostatni tydzien lipca

Sobota, 25 lipca zaczela sie pozniej, choc w sumie poprzedni tydzien byl bez inspekcji, wiec w miare spokojny i nie mialam nawet po czym zbytnio odsypiac. ;) No, ale ze z natury jestem spiochem, to spalam do 9. Chociaz wczesniej przebudzilam sie, bo Oreo lazila po sypialniach drac pyszczek, a pozniej sasiad z naprzeciwka postanowil kosic trawe o 8 rano. Moze nie jest to "blady swit", ale kurcze, w weekend wiekszosc narodu lubi pospac nieco dluzej, a tego naszlo na koszenie... :/

Fota z poprzedniego piatku, kiedy to kawaler spal prawie do 11 ;) 

W koncu wstalam i z miejsca "zaatakowal" mnie Nik, ze chce jechac na ryby. Musial jednak poczekac az zjem sniadanie i doprowadze sie do stanu uzywalnosci, bo nie bede pedzic z nim nad jezioro nieumyta i w pizamie. Oczywiscie, jak to z Kokusiem, tak to mnie pogania, jak w koncu zeszlam na dol i spytalam czy jest gotowy, natychmiast odpowiedzial ze "absoFRUTly" (taki angielski zarcik - gra slow :D), a po sekundzie przypomnial sobie, ze zapomnial... wedki! To tak jakby najwazniejszy sprzet na ryby? :D Chwile pozniej jedziemy, a syn wykrzykuje, ze zapomnial... telefonu! Glowy kiedys zapomni... Musialam zawrocic, bo bez telefonu nie byloby z nim kontaktu i nie mialabym pojecia, o ktorej po niego pojechac... Tak czy siak, w koncu odstawilam go nad jezioro, wrocilam i zajelam sie sprzataniem, zmywarka, praniem i innymi porywajacymi, domowymi zajeciami. Wrocil z roboty M. i przywiozl odebranego po drodze chinczyka, wiec przynajmniej mielismy obiad. W koncu mlodsze dziecko napisalo zeby po niego pojechac, po czym okazalo sie, ze zlapal 5 ryb. Mielismy 28 stopni, choc bez wilgotnosci, wiec nie wydawalo sie strasznie goraco, ale myslalam ze ryby w taka pogode srednio biora, a tu prosze. Nik twierdzil, ze to zasluga nowej przynety, ktora kupil sobie poprzedniego dnia.

Znowu bass ;) 

Zjedlismy obiad, byl czas na moment relaksu, po czym pojechalismy na msze. Po drodze Nik dostal wiadomosc od kolegi, ze znow zapraszaja go na noc do ich domku nad jeziorem i ze moga go wieczorem zabrac, bo sa na meczu jego brata w naszej miejscowosci. Nie bardzo mi sie to podobalo tak drugi weekend z rzedu, ale Mlodszy oczywiscie az przebieral nozkami. Poza tym wiemy, ze za tydzien rodzina kolegi wylatuje na 2 tygodnie do Japonii (szczesciarze), wiec pozniej chlopaki nie beda sie widzieli prawie do konca wakacji. Zgodzilismy sie wiec, bo nie bardzo mielismy argumentu zeby go zatrzymac w domu, poza tym, ze bedzie nam bez niego smutno. ;) Po powrocie, Nik zaczal sie wiec goraczkowo pakowac i tuz przed 18 podjechal po niego tata kolegi. Tego wieczora mialysmy z Bi niezla "przygode". M. poszedl juz spac, a my siedzialysmy sobie w salonie. Oreo spala zwinieta na fotelu. A tu nagle, do salonu wchodzi... kot sasiadow! :D I rozglada sie zaciekawiony. Zostawilam uchylone drzwi tarasowe z "klapka" dla naszego kota, no i mam. :D Nasz kiciul oczywiscie nie zdzierzyl i rzucil sie na intruza z parskaniem i syczeniem. On na to tez sie caly zjezyl. Staly tak naprzeciwko siebie, wsciekle wyjac, a my nad nimi, nie wiedzac co robic. Kazdy dotkniety, syczal wsciekle rowniez na nas. ;) W koncu uznalysmy, ze jednak kotu sasiadow ufamy nieco mniej, wiec Bi chwycila wijaca sie Oreo, ja popedzilam otworzyc drzwi do piwnicy, zamknelysmy kiciula i trzeba bylo jakos wykurzyc z chalupy Bandyte. Tyle, ze ten... zniknal! Przeszukalysmy wszystkie zakamarki, takze na gorze, ale jak kamien w wode. W koncu stwierdzilysmy, ze w zamieszaniu, musial ponownie wyjsc na zewnatrz, tylko nie wiem jak tego nie zauwazylysmy. A najlepsze, ze w obie strony kot musial sie przemknac zaraz obok psiura spiacego na swoim poslaniu, a Maya co? No nic. Takiego mamy czujnego psa obronnego! :D

W niedziele znow pospalam dluzej. Juz o 7 rano dostalam od Kokusia zdjecie, bo zlapal sobie... szczupaczka. :)

Allle... szczupak! :D 

Nie dziwie sie, ze on wraca z tych nocowanek taki wyrabany, skoro buszuja pewnie do pozna w nocy, a potem wstaja o takiej porze... W kazdym razie, kawaler napisal, ze tata kolegi odwiezie go po poludniu do domu, bo ich mlodszy syn znow ma mecz. Nie powiem zebym sie specjalnie zmartwila. ;) Jak zawsze, kiedy juz zjadlam sniadanie i sie ogarnelam, napisalam do taty, ze kawa czeka. Dziadek przyjechal, posiedzial i tak minelo wczesne popoludnie. Po odjezdzie seniora, trzeba bylo zabrac sie za cos pozytecznego. Wstawilam zmywarke, a pozniej poskladalam pranie. Bi upiekla jakies ciasto. Ciezko to do czegos przyrownac, ale uzyla do niego szklanke syropu klonowego, wiec mialo taki charakterystyczny smak, ktory potegowala jeszcze polewa, bo do niej tez dodawalo sie syropu. Wyszlo ciezkie i wilgotne, ale mnie bardzo smakowalo. W koncu po 17 wrocil do domu nasz rybak. :) Tym razem byl zwawszy i dolaczyl nawet na rowerze do mojego i M. spaceru. Malzonek potrzebowal jeszcze jednego dnia wolnego w tym miesiacu i stwierdzil, ze wezmie poniedzialek, wiec w niedziele mogl posiedziec dluzej. Udalo nam sie wiec choc raz obejrzec Rod Smoka kiedy puszczali nowy odcinek, a nie powtorki. :) Pozniej M. poszedl spac z bloga swiadomoscia, ze moze sie wyspac, a ja niestety musialam szykowac sie na dzien w robocie. I to niestety na inspekcji.

Poniedzialek zaczal sie niestety dosc wczesnie, bo nie dosc, ze jechalam na inspekcje, nie dosc, ze sama jazda to okolo 50 minut, to jeszcze najpierw musialam odebrac auto sluzbowe. Chetniej wzielabym wlasne, ale ze ceny benzyny sa takie, a nie inne, to stwierdzilam, ze nie ma co grymasic. Lekkim nagieciem zasad i ladnym argumentem, udalo mi sie zalatwic zeby auto przez tydzien stalo pod moim domem, wiec coz. ;) Podwiozl mnie M., dzieki czemu zostawilismy tez w domu moje auto. Na inspekcje jechalam do jednego z najwiekszych uniwersytetow naszego Stanu, ktory ma tez szkole medyczna oraz wlasny szpital i pierdylion klinik roznych specjalizacji. Na pierwszym spotkaniu mialam 7 osob, ktore pewnie byly bardzo rozczarowane, bowiem przywitalam wszystkich, wreczylam doktorkowi oficjalny formularz otwierajacy inspekcje, po czym rzucilam moze ze 3 ogolnikowe zdania i powiedzialam, ze poki co to wszystko. Nic nie zaczelam jeszcze sprawdzac, wiec nie mialam co im opowiadac. :) Okazalo sie, ze zostala ze mna jedna managerka i siedziala w sali przez calutki czas. Nawet kiedy wyszla na lunch, przyszla inna za nia. Nie wiem czego oni sie boja? Ze zaczne myszkowac po budynku, czy ze wyniose cichcem jakies dokumenty? Nie mialam ochoty ani na jedno, ani na drugie. ;) Dzien minal mi na sprawdzaniu kartoteki pierwszego pacjenta. Jak to bywa w nowym miejscu, caly dzien praktycznie zajelo mi zeby obeznac sie ogolnie ze stylem dokumentacji. Dopiero pod koniec troche przyspieszylam, ale ze kazdy pacjent ma 3-4 grubasne segregatory, to niestety, nie skonczylam nawet tego pierwszego. I tak chcialam zakonczyc we w miare logicznym miejscu, zeby kolejnego dnia nie szukac, wiec kiedy wyszlam, zaplacilam za parking i dotarlam do auta, zrobila sie 16:18. Nawigacja pokazala ze droga zajmie mi godzine i mniej wiecej tyle jechalam. Przyjechalam do chalupy, gdzie urzedowali M. oraz Bi, bo syna ojciec zawiozl wczesniej na ryby.

Tym razem, zamiast ryb, lapal... maciupenkie zabki. Sadzac po wzorze, to rzekotka 

Auto sluzbowe postawilam nieco z boku, na trawie i doslownie w ciagu 15 minut, na dachu siedzial nasz kiciul. ;) Szkoda, ze foty nie pstryknelam. Ledwie zdazylam zjesc obiad, a Nik napisal ze mozemy go odebrac, to pojechalam po synusia. Ktory wlasciwie tez wszedl i wyszedl, bo pol godziny pozniej mial trening. Juz tradycyjnie, zawiozl go M., a ja potem po niego pojechalam. Kiedy wrocilam, okazalo sie, ze Oreo postanowila posiedziec na innym dachu. :D

W sumie, jak by nie patrzec, nasz kiciul to pospolity "dachowiec" :D 

I tak zlecial pierwszy dzien inspekcji, po ktorym bylam wyrabana, jakbym przebiegla maraton...

We wtorek moglam pospac pol godziny dluzej, bowiem rano odpadlo mi zasuwanie po sluzbowe auto. Dojechalam do miejsca inspekcji, gdzie czekala na mnie moja "strazniczka" i wsiaklam ponownie w papiery. Mialam spotkanie z koordynatorka badan klinicznych, ktora musiala pokazac mi pare rzeczy. Okazuje sie, ze maja papierowe formularze oraz elektroniczny system od sponsora badan, do ktorego musza wklepywac wszystkie dane. Tyle ze niestety, to wklepywanie roznie im szlo. ;) Dodatkowo musialam sprawdzac czy testowane leki byly odpowiednio przechowywane, tyle ze to wielka instytucja i leki sa trzymane w wielkiej "aptece", przeznaczonej dla badan naukowych, ale tez szpitala. Ta zas znajdowala sie w kompletnie innym budynku, wiec czekal nas spacerek przez miasto. Nie narzekalam zreszta specjalnie; fajnie bylo sie wyrwac z sali konferencyjnej, ktora miescila sie w piwnicy budynku i byla zimna i wilgotna. Na dworze byl upal oraz wysoka wilgotnosc, wiec zaraz byl czlowiek mokry, ale przynajmniej nie padalo, a przez reszte tygodnia pogoda miala nas juz nie rozpieszczac. Troche bez sensu byla ta wyprawa, bo szlysmy jakies 10 minut, zeby w aptece spedzic kilka minut, po czym wracalysmy. Po poludniu zirytowal mnie szef, bo uparl sie na meeting w tym tygodniu. W zeszlym niby mial wolne, ale polowe go spedzil sprawdzajac moj raport, to co, nie mogl sie polaczyc na kilkanascie minut? No ale lepiej przeszkadzac mi w inspekcji... :/ W koncu umowilam sie z nim na 9 rano kolejnego dnia, wiec wiedzialam ze bede musiala wyjechac wczesniej zeby miec pewnosc ze bede tam na czas. Tego dnia udalo mi sie wyjechac do domu juz o 16, wiec godzine pozniej zawitalam na lono rodziny. Nik mial jechac na trening, ale narzekal, ze bola go miesnie nog, co bylo dziwne, bo nic specjalnego nie robil. Zaniepokoilam sie lekko, ze moze go tak lamie na grype czy cos, wiec zostal w domu. Wczesniej u nas lekko padalo, a w nocy miala przyjac ulewa, wiec odpuscilam podlewanie. Dzieki temu wieczor byl bardzo leniwy. Posiedzialam na ganku z przodu, choc panowala duchota i lataly komary, wiec troche sredni byl to relaks. :D

Srode musialam zaczac troche wczesniej, zeby na miejsce dojechac na 9. Zgodnie z zapowiedziami, lalo jak z cebra, widocznosc byla tragiczna, auta sie snuly i droga zajela dluzej niz powinna. Dodatkowo okazalo sie, ze sluzbowy samochod ma tragiczne wycieraczki, ktore bardziej rozmazywaly wode niz ja zgarnialy. Zanim dotarlam, zanim zjechalysmy z moja "strazniczka" na dol, zanim wlaczylam kompa, itd., to oczywiscie zrobilo sie juz po 9, ale na szczescie szef jeszcze czekal. To bylo spotkanie podsumowujace kolejny kwartal mojej pracy. Bez sensu; nie wiem czego oni oczekuja co 3 miesiace. W kazdym razie, szef powiedzial ze jest bardzo zadowolony z moich postepow i tego jak sobie gospodaruje czas. Hmm... czyzby przestal mnie podejrzewac o siedzenie i pierdzenie w stolek? ;) Oczywiscie milo bylo posluchac pochwal, choc nadal bylam troche zla, ze marnuje czas, ktory powinnam przeznaczyc na inspekcje. Reszta dnia to dalsze sprawdzanie papierow oraz krotka wizyta w gabinetach kliniki, pokojach zabiegowych oraz laboratorium. O 16 wyruszylam do domu i choc na horyzoncie czaily sie ciemne chmury, to nade mna swiecilo slonce. Ten ulewny deszcz z wczesniej mial przynajmniej ta zalete, ze wyczyscil przednia szybe. Kiedy bowiem wzielam auto w poniedzialek, okazalo sie, ze ktos inny mial je na bardzo daleka podroz i cala szyba upstrzona byla odpryskami po zamordowanych owadach. Nawet plyn ze spryskiwacza nie dal rady. Dopiero jazda w ulewe to doczyscila. ;) Wrocilam do chalupy, zdazylam zjesc obiad i Nik oznajmil, ze chcialby na ryby. Spytalam dlaczego (do cholery) nie poprosil ojca, ktory byl w domu od 1.5 godziny?! Bo kawaler nie chcial jechac w slonce i upal, wolal na wieczor. Rewelacja... Zawiozlam chlopaka, po czym wrocilam, wzielam prysznic i na chwile przysiadlam na ganku. O 20 wyruszylam po niego, bo klub otwarty "do zmierzchu", tylko wez przewidz, o ktorej ten zmierzch. Zachod slonca u nas jest obecnie o 20:12, wiec uznalam ze powinno byc ok. Wkolo naszego domu, gdzie jest duzo drzew, bylo juz naprawde szaro, ale w klubie, nad jeziorem i otwartej przestrzeni, nadal sporo bylo dziennego swiatla. Kokusiowi udalo sie zlapac rybe akurat jak podjechalam.

Kolejny basik do kolekcji. Nie wiem czy w tym naszym jeziorze sa inne ryby :D 

Zlapal dwie tylko tego jednego wieczora, wiec byl calkiem zadowolony. W domu to juz szykowanie sie na kolejny dzien inspekcji. Byla szansa ze skoncze w czwartek, ale wolalam nie robic tego na wariata i wrocic jednak w piatek, choc na krotka chwile.

Moj szef poczatkowo wyznaczyl meeting dla calej naszej grupy na czwartek, ale na szczescie pozniej stwierdzil, ze nie ma zadnych waznych wiadomosci i go odwolal. Dzieki temu moglam jechac na spokojnie, co sie przydalo, bo po pierwsze, znow padalo, a po drugie, na trasie byl wypadek i nawigacja poprowadzila mnie okrezna droga. Inspekcja uplywala sobie spokojnie, tyle ze rano wyskoczyla mi wiadomosc, ze za 4 godziny moj komputer musi zrobic sobie restart i odswiezyc jakies aplikacje. Kazdy komp tak ma, tyle ze w dawnych robotach oraz na prywatnych laptopach, moglam przesunac to na bardziej pasujacy termin. Tutaj sie nie da. Komp sie zrestartuje i bedzie sobie zaladowywal co musi i nie ma znaczenia, ze czlowiek jest w pracy. Czasem zajmuje to 15 minut, a czasem... godzine. Tym razem czas wypadl tuz przed 15, wiec od razu uprzedzilam panie siedzace ze mna, ze kiedy sie zacznie, skoncze na ten dzien, bo bez sensu zebym siedziala i czekala. W dodatku (tego juz im nie powiedzialam) szykowalam sie na zamkniecie inspekcji, ale planowalam dac im oficjalna uwage. Poniewaz jednak mialam to zrobic samodzielnie pierwszy raz (jesli pamietacie, na poprzedniej samotnej inspekcji mialam tylko punkty "dyskusyjne"), musialam troche sie pobawic aplikacja, bo nie bylam pewna czy pamietam jak. Nie mowiac tez, ze moja przenosna drukarka jest raczej kaprysna i chcialam tez sprawdzic czy drukuje. Wolalam wiec meczyc sie w domu, zamiast u nich, gdzie odrobine prywatnosci mialam wylacznie w toalecie. I dobrze, ze pojechalam, bo i tak do chalupy dojechalam po 16, a pozniej samo znalezienie odpowiedniego kruczka w przepisach zajelo mi pol godziny. Aplikacja jest bowiem beznadziejna, bo mamy liste odchylen od przepisow i musimy wybrac jedno z nich. Czasem trafi sie cos, gdzie faktycznie sie zgadza, ale najczesciej trzeba po prostu wybrac najbardziej pasujacy tekst, bo nie mozemy go zmienic. A pozniej i tak musimy dopisac o co naprawde chodzi. No, durnego robota... :/ Poza tym, na szczescie drukarka bez problemu wydrukowala probny dokument. Wyslalam szkic mojej uwagi szefowi zeby go sprawdzil z samego rana i moglam zakonczyc prace na ten dzien. Nik z M. pojechali na basen/silownie, wiec mialysmy z Bi chalupe dla siebie i dzien zlecial.

W piatek wreszcie wyszlo slonce. Przy okazji byla wysoka wilgotnosc, wiec powietrze ciezkie jak przed burza, ale przynajmniej w koncu nie lalo. Okazalo sie tez przy okazji, ze piatek to najlepszy dzien na jazde w okolice mojej inspekcji, bo po drodze nie bylo zadnych zatorow i dojechalam w 45 minut, ha! Przyjechalam o 9 i wyznaczylam spotkanie konczace inspekcje na 10:30, modlac sie zeby wyrobic sie ze wszystkim. Szef wyslal mi poprawki (oczywiscie :/), choc juz kolejny raz mialam wrazenie ze wpisal je dla samego czepialstwa. Musialam wiec moja uwage poprawic, a do tego, kiedy sprawdzilam czy wszystko mam, okazalo sie, ze brakuje mi dwoch papierkow. Mialam tez troche do podrukowania, bo i uwage i tabele do listy obecnosci i jeszcze formularz instruujacy gdzie mozna oficjalnie odpisac. Modlilam sie zeby drukarka sie nagle nie zbiesila, ale na szczescie mnie nie zawiodla. Udalo sie wiec rozpoczac meeting o czasie. Wyluszczylam wszystkie znaleziska, podziekowalam za mila atmosfere oraz czas, doktorek podziekowal mi za cenne uwagi (podejrzewam, ze nie do konca szczerze :D) i moglismy sie rozejsc. Mam nadzieje, ze zostawilam po sobie pozytywne wrazenie, a nie ze jak ktos z federalnej agencji, to bedzie gburem co szuka dziury w calym. ;) Pojechalam do biura, po drodze tankujac i odstawilam sluzbowe auto. Bylo praktycznie poludnie, ale M. urwal sie z pracy wczesniej, zeby mnie odebrac i pojechalismy do domu. Teoretycznie nadal trwal moj dzien pracy, wiec zanim bede musiala sie wziac za raport, chcialam odhaczyc choc troche glupot administracyjnych. Musialam wbic godziny pracy, ale tez przejechany dzienny milaz na sluzbowym aucie. Do tego przygotowac i wyslac kosztorys, zeby oddali mi kase za dzienny parking pod budynkiem inspekcji. Musialam poskanowac wszystkie rachunki, tyle ze, jak to ja, za poniedzialek zapomnialam go wziac. Trudno, najwyzej wybule te $22 z wlasnej kieszeni. To nadal nie koniec. Musialam tez wypisac oficjalny formularz z danymi firmy, mamy bowiem sprawdzac czy wszystko sie zgadza. Tutaj akurat mialam poprawki, ale musimy go wypisywac nawet kiedy dane sa poprawne. :/ Pozniej przypomnialo mi sie jeszcze, ze poniewaz wystawilam oficjalna uwage, musialam zawiadomic odpowiednia osobe z centrum i wyslac im kopie. Mowie Wam, papierologia mnie wykancza... W kazdym razie, okolo 15:30 stwierdzilam ze wystarczy tego dobrego. I tak dzien wczesniej posiedzialam sporo po godzinach, wiec teraz rzucilam wszystko i pojechalam na zakupy, w towarzystwie nieodlacznych Potworkow oczywiscie. Pozniej pojechalismy jeszcze po bubble tea i wrocilismy do domu. Poniewaz mielismy 3 dni ulewnego deszczu, gleba jest mocno nasaczona, wiec odpuscilam podlewanie. I tak w tym roku plony szykuja sie byle jakie, wiec jakos stracilam serce do warzywnika...

I to na tyle. Na szczescie teraz mam 2 tygodnie bez inspekcji, wiec pociesze sie troche chalupa i cichym, nudnym biurem. ;)

No i nie moge uwierzyc, ze za nami juz wiecej niz polowa wakacji. :O Jak to ostatnio M. stwierdzil, zaraz bedzie Indyk. :D

piątek, 24 lipca 2026

Tym razem bez inspekcji, a post glownie Kokusiowy

W piatek wieczorem, dostalam od Kokusia oraz mamy jego kolegi, foty. Chlopaki, jak widac, bawili sie szampansko i namietnie lowili ryby. 

Ta "poducha", czy jak to nazwac, ponoc jest zakotwiczona w zatoczce i wszyscy z okolicznych domow moga sie na niej bawic

Nik zlapal dwa pstragi, ktore bardzo go ucieszyly, bo to w koncu inne ryby niz zawsze. Ponoc chwycil tez jakis wyjatkowo duzy okaz, ale kiedy juz mial go wciagac do lodki i inni szykowali siatke zeby rybsko zlapac, to sie... urwalo i odplynelo w sina dal. ;)

Mala rybka, a tyle radosci ;)

W sobote, 18 lipca, odsypialam trudy inspekcji i spedzania w domu tylko tyle czasu, zeby sie przespac. ;) O 6 rano wygonil mnie z lozka pecherz, ale potem jeszcze zasnelam. Budzik nastawilam na 9 i obudzil mnie, lecz pozniej znow mi sie przysnelo na 20 minut. Kiedy wreszcie sie przebudzilam, akurat wstala Bi. Malzonek byl "oczywiscie" w robocie, a Nik u kolegi, wiec jakos tak dziwnie pusto bylo w domu bez obu panow. Zeby nam nie bylo zbyt smutno, okazalo sie, ze M. wyszedl z pracy wczesniej i dojechal akurat, kiedy ogarnialam jeszcze poranna toalete. Co go zreszta bardzo ucieszylo i zaczal sie do mnie, hmmm... dobierac! Zwariowac z tymi chlopami mozna... :D Wypilam jeszcze poranna kawe, po czym malzonek polozyl sie na drzemke, a my z Bi podazylysmy na zakupy. Zwykle lubie je robic w czwartek lub piatek, zeby miec spokojniejszy weekend, no ale przez moje szalone towarzyszki, nie bylo mowy. O 19 czy 20, po godzinnej jezdzie do domu, ostatnie na co mialam ochote, to dralowac jeszcze po spozywke. :/ Po upalnym tygodniu, w sobote bylo zdecydowanie chlodniej. Moze nie zimno, bo 22 stopnie trudno nazwac chlodem, ale taka roznica, przy dodatkowym zachmurzeniu oraz deszczu, sprawila, ze zalozylam bluzke na dlugi rekaw, bo mialam zwyczajnie gesia skorke. Po zakupach podjechalysmy jeszcze na bubble tea, a potem juz wrocilysmy do domu. W sama zreszta pore, bo chwile pozniej zaczelo padac, a w oddali tez grzmiec. Rozpakowalam torby i mielismy chwile spokoju, to znaczy M. oraz Bi go mieli, bo ja zajelam sie wstawianiem zmywarki oraz pralki. :D Po poludniu pojechalismy do kosciola, a potem pedem wracalismy na mecz Anglia : Francja. Tym razem ja i M. bylismy za "zabojadami", a Bi za "Angolami". ;) Rozgrywka byla intensywna i az milo sie ogladalo, szczegolnie w drugiej polowie. Szkoda mi troche Francuzow, bo przez chwile wydawalo sie, ze moga wyrownac, ale niestety... Wieczor uplynal juz bardzo leniwie i tylko Nik wkurzal, bo mial odpowiadac na wiadomosci, a najwyrazniej zaaferowany kolegami, mial je w powazaniu... Dobrze ze czasem dostalam cos od mamy kolegi, wiec wiedzialam ze zyja i maja sie dobrze. ;) Ze zdjec wynika, ze chlopaki albo siedzieli w wodzie, albo lowili ryby z lodki.

Latajacy plywajacy dywan :)

Jak pisalam wczesniej, tego dnia bylo znacznie chlodniej, wiec Nik na zdjeciach mial pozyczona bluze, bo nie pomyslal zeby spakowac cos cieplejszego. Ja tez mu nie przypomnialam, bo Potworki chodza w bluzach w srodku zimy, a latem im raczej za goraco niz za zimno, nawet kiedy ja marzne. ;)

Szaro i niezbyt cieplo, ale humory dopisuja 

Upieklam jeszcze chlebek bananowy (Bosz, ile M. dokupuje tych bananow!) na przyjazd dziadka i mozna sie bylo klasc.

Niedziela to sen nieco przerywany, bo Oreo postanowila urzadzic wrzaski o 6:30 rano. Kiedy sie zwloklam, turlala sie rozkosznie na dywanie, udajac ze to wcale nie ona darla jape chwile temu. Nie dalam sie nabrac, zgarnelam gadzine i wystawilam za drzwi. :D Pozniej niestety juz tylko przysypialam po kilka minut i w koncu sama na dobre sie obudzilam przed budzikiem. Poranek byl, jak na ostatnie tygodnie, rzeski i kiedy mama kolegi Kokusia przyslala kolejne zdjecia, chlopaki na lodzi nadal siedzieli w bluzach. Nie przeszkadzalo im to oczywiscie w szalenstwach w jeziorze, choc woda w nim na pewno byla porzadnie nagrzana po ostatnich upalach.

Jakby malo bylo atrakcji... 

Sniadanie, umyc sie, rozladowac zmywarke i napisalam do taty ze zapraszam na kawe. Dzien wczesniej pytalam czy moze chce obejrzec z nami mecz, ale zaczal marudzenie, ze wieczorem musi szykowac sie do pracy (bo tylko on jeden...) i mecz to chce ogladac juz w pizamie i z piwkiem w reku. Tyle ze rozgrywka rozpoczynala sie o... 15 naszego czasu! :D Tata byl jednak nieugiety, "bo moze byc dogrywka, a potem karne i wszystko skonczyc sie o 19". No coz, nie to nie. Przyjechal wiec o zwyklej porze, zjedlismy obiad, posiedzielismy przy kawie oraz ciescie i zaraz po 14 dziadek sie zmyl. W miedzyczasie wrocil Kokus, po ktorego mielismy jechac, ale ostatecznie przywiozl go tata kolegi, ktory musial po cos przyjechac do naszego miasteczka. Syn dojechal jakis bez humoru. Przywital sie wlasciwie bez usmiechu, cos tam burknal ze przeciez jego powrot to nie jakies wazne swieto, po czym zabral sie do swojego pokoju. A nam naprawde bylo jakos dziwnie bez niego w domu i cieszylismy sie jak glupki, ze wrocil. ;) Musial byc mocno wyrabany, bo polozyl sie do lozka i przespal cala reszte popoludnia. Wstal dopiero pod wieczor i wtedy wrocilo moje przytulasne "malenstwo", ktore juz teraz wyraznie nade mna goruje. ;) Czas miedzy odjazdem dziadka a finalem mundialu wykorzystalam na wyszorowanie zlewu w kuchni oraz posprzatanie rodzicielskiej lazienki. Ta dzieciakow wysprzatala pozniej Bi, ktora niestety musi sie zahartowac, bo ma odruch wymiotny przy myciu kibla i brzydzi sie gabki do czyszczenia zlewu, mimo ze dotyka jej przez rekawiczki. Powiedzialam pannie zeby lepiej szykowala sie na dobrze platna prace albo bogatego meza, bo inaczej czeka ja mycie i sprzatanie wlasnej lazienki do konca zycia. :D W kazdym razie, nasza trojka (poza Kokusiem, ktory spal) zasiadla podekscytowana do meczu Hiszpania : Argentyna. Pisalysmy do siebie z siostra, bo oni sa akurat w Hiszpanii i mowili ze na ulicach jeszcze przed meczem dzialo sie wariactwo, a pozniej to pewnie fiesta do bialego rana. :D Wszyscy bylismy oczywiscie za Hiszpania, wiec mecz ogladalo sie... ciezko. Grali fenomenalnie, zdominowali boisko, strzaly byly co chwila, tylko co z tego, skoro kazdy obroniony. Kiedy zaczela sie dogrywka, stwierdzilam ze nie moge juz na to patrzec. Bylam przekonana, ze dojdzie do karnych, a te to juz mocno loteria, gdzie w dodatku druzyna Argentyny grala jakby jej nie bylo, ale bramkarza mieli swietnego. Poszlam wiec wziac prysznic, a kiedy wylonilam sie z lazienki, bylo juz po meczu i na szczescie Hiszpania, po pierdylionie prob, w koncu wygrala jednym golem. ;) Obie z Bi zachwycalysmy sie chlopaczkiem, ktory owego gola strzelil. Przystojniaczek, ze hej. Smiesznie tak, ze z corka jestesmy na etapie podziwiania tych samych osobnikow plci odmiennej, choc oczywiscie ten smarkacz mlodzieniec moglby byc moim synem. ;p Ogrod byl nadal mokry po sobotnim oraz nocnym deszczu, wiec odpadlo mi podlewanie. Za to poskladalam jedno pranie i wstawilam kolejne. Przez ten szalony poprzedni tydzien to zaniedbalam, wiec uzbieralo sie go na przynajmniej 4 ladunki... Pozniej przygotowac sniadaniowke oraz ciuchy na kolejny dzien i wlaczylam sobie powtorke dogrywki meczu zeby zobaczyc jak to Hiszpania zmiotla Argentyne. ;)

W poniedzialek musialam sie zerwac wczesnie i podralowac do roboty. W porownaniu z wyprawa na inspekcje w poprzednim tygodniu, droga do biura, choc w tragicznych korkach, wydawala sie niemal jak mrugniecie okiem. ;) Biuro pustawe choc jakies 3 zablakane duszyczki (poza mna) sie znalazly. Glownym zadaniem bylo oczywiscie naniesienie do raportu poprawek od szefa. Mialam to zrobic do 12:30, ale ostatecznie odeslalam okolo 11:40. Ucieszylam sie ze tak ladnie mi poszlo i czekalam na odpowiedz. Minela jednak godzina, druga i nic. W poprzednim tygodniu pisal, ze chce do 14:30 (kiedy teoretycznie konczy prace) miec to zamkniete. Tymczasem odeslal mi raport dopiero tuz przed 14 i to... z dodatkowymi poprawkami i pytaniami. Niektore, mialam wrazenie, ze to takie zwyczajne czepianie sie szczegolikow. Nie wiem czy to przez to, ze jestem nowa, czy ze to moj pierwszy raport, czy po prostu chlop taki ma styl. Mozliwe ze kazda z tych rzeczy po trochu, bo podczas minionej inspekcji grupowej, tak sobie nieraz gadalysmy ogolnie o pracy i mialam wrazenie, ze tamte 3 babki nie bardzo mojego szefa lubia (dla jednej to tez jej szef, hmmm...). ;) Jedna z nich mowila, ze kiedy maja do napisania jakies grupowe sprawozdania, on potrafi poprawic jej czesc, mimo ze nie jest jego podwladna i w ogole pracuje w centrali na kompletnie odrebnym stanowisku. Podejrzewam wiec, ze facet nie moze sie powstrzymac. ;) Tak czy siak, wymienilam z nim jeszcze kilka maili, wyjasniajac niektore pytania, a poza tym musialam napisac do tamtej kobiety ze sprawdzanej firmy, zeby dopytac o jedna rzecz. To tez mam wrazenie, ze bylo kompletnie niepotrzebne, bo sprawdzilam raport z poprzedniej inspekcji tamtego miejsca, ta informacja nigdzie nie byla podana i tez bylo dobrze. A ten sie czepia. :/ Na szczescie kobitka szybko odpisala, ale zaczynalam juz zgrzytac zebami ze zlosci. Pewna ulga byla za to "niespodzianka" w lazience. Okres w koncu przyszedl. Ponad 2 tygodnie spozniony. Mialam go dostac przed ostatnim kempingiem i poczatkowo ucieszylam sie, ze nie przyszedl, bo jesli pamietacie, mielismy wtedy rekordowe upaly i wez tu sie jeszcze morduj z fizjologia. Pare dni przed "terminem" przelecialo mi przez glowe, ze "hmmm... w ogole mnie cycki nie bolaly", ale sie nie przejelam, bo czasami tak bywalo, a okres i tak sie zjawial. Czasem zajmowalo mu kilka dni, ale przychodzil. A teraz nic i nic. Malzonek juz paznokcie nerwowo obgryzal i dopytywal czy jestem pewna, ze to nie ciaza, bo w naszym wieku to juz raczej trzeba czekac na wnuki, a nie odchowywac kolejnego rozdarciucha. :D Ja bylam jednak na 99% pewna, ze to nie ciaza, bo czulam sie zwyczajnie, a pamietam nawet slowa mojego ginekologa, kiedy przechodzilam moje dwie stracone ciaze - nie da sie byc "przy nadziei" i czuc sie normalnie, bo hormony na to nie pozwola. W koncu, po ponad tygodniu, zaczely mnie bolec piersi, wiec wiedzialam ze pomalu okres sie zbiera, no i wreszcie przylazl. ;) Pytanie teraz czy to zawirowania przez stres, czy trzeba sie witac z babcia Menopauza... ;) Najlepsze, ze poinformowalam malzonka, ze jednak nie zostanie ojcem kolejny raz, a on na to, ze "dzieki Bogu". :D No to pytam co sie stalo, bo zawsze i on i jego rodzice powtarzaja, ze dzieci to blogoslawienstwo i im wiecej, tym lepiej... Przeciez wiecznie slyszymy peany zachwytu na temat jego najmlodszego brata, bo oni maja 5 dzieciakow. Juz o nich pisalam. Ani on, ani ona, nie skonczyli nawet szkoly sredniej, on sie chwytal byle jakich dorywczych prac, ona nigdy nie pracowala. W Polsce zyli z 500+ i zasilku rodzinnego. Potem, w Anglii, glownie z socjalu, choc na szczescie on ma wreszcie stala prace. No ale, jak moj tesc o nich gada, to liczy sie tylko to, ze ma tam tyle "wnuczusiow". A ze rodzicow tych wnuczusiow stac moooze na jedno, a nie piatke, to juz niewazne. ;) Dobrze ze te ich dzieciaki sa w miare madre, choc i tu pojawil sie problem. Najstarsza rok temu miala isc na studia, ale kto za nie zaplaci? Kasy nie ma, bo skad, a dofinansowania nie dostanie, bo nie maja stalego pobytu. A nie maja, bo kilka lat temu, jak glupki, wrocili z Anglii do Polski, liczac na spadek. Spadku nie dostali i po trzech latach wyemigrowali ponownie, jak niepyszni. Poniewaz jednak przerwali pobyt, wiec musza lata zbierac od nowa. Pozyczki z banku tez nie dostana, bo nie maja wydolnosci kredytowej. Mloda placze, bo przyjeli ja warunkowo, ale grozilo jej wyrzucenie za brak oplat, wiec kto pomogl? Tesciowie! Wyslali z Polski kase na studia dla wnuczki! Od razu uprzedze, ze wiem ze zrobiliby to samo dla nas gdyby bylo trzeba. Chodzi tylko o fakt, ze tamci popelniaja jeden zyciowy blad za drugim, ale tesc ma klapki na oczach, bo "cudownie, ze az piecioro dzieci". :/ Teraz ona ma w koncu ponoc pojsc do pracy, ale bedac po 30tce, bez zadnego wyksztalcenia, jedyne gdzie znalazla zatrudnienie, to na nocki w pralni. I tak sobie mysle, czy nie lepiej bylo skonczyc szkole, zamiast rodzic jednego smarkacza za drugim? Ale do brzegu. Pytam wiec M. co sie stalo z tymi dziecmi jako bozym blogoslawienstwem, a on na to, ze "juz nie w tym wieku, bo przeciez on zaraz 50tke konczy!". Dziadek sie znalazl, ale bzykac to by sie nadal chcialo. :D Dojechalam do domu cala szczesliwa, ze byla godzina 17, a nie 19 czy jeszcze pozniej. Tego dnia mielismy rodzinne swieto, bo obiad pierwszy raz przygotowala Bi! Zrobila male tacos z jakiegos przepisu, ktory sama wynalazla. Musze przyznac, ze wyszly pyszne i wszyscy zjedlismy je ze smakiem. Nik mial trening, wiec M. go zawiozl, a my w tym czasie zasiedlismy do kolejnego odcinka Rodu Smoka. Nowe leca w niedziele wieczorem, ale przy godzinach pracy malzonka, nie ma mowy zeby siedzial do 22. Pozniej syna odebralam i dzien przelecial.

Wtorek to ponownie dzien mordowania sie z raportem. Ostatecznie przerobilam 5 jego wersji (nie w jeden dzien, we wtorek bylo ich "tylko" dwie). :O Niektore poprawki zniknely po pierwszych korektach, inne pojawily sie pozniej, a jeszcze kolejne ciagnely sie przez wszystkie wersje z kolejnymi komentarzami, ech... Nastepnym wyzwaniem bylo naniesc je w programie, bo ten automatycznie "wypluwa" raport, ale niektore rozdzialy i podpunkty sa w nim w innej kolejnosci! No bo przeciez po co ma byc zbyt latwo... Zaczelam to robic jeszcze w pracy, ale ze ostatnia wersje dostalam od szefa dopiero po 15, to nie skonczylam. Tego dnia dostalam tez od kolezanki z poprzedniej inspekcji prosbe o napisanie rozdzialu z tego, co ja na niej przerobilam. Poniewaz nadal walczylam z raportem, a w dodatku nadchodzila kolejna inspekcja, spytalam na kiedy to potrzebuje. Niestety, odpisala ze chcialaby miec to w tym tygodniu, bo ekspertka, ktora z nami byla jest na 2-tygodniowym urlopie i ona chcialaby miec cala swoja czesc gotowa na jej powrot. Suuuper. Bo ja nie mam co robic... :/ Jedynym bezproblemowym zadaniem tego dnia, okazalo sie uprzedzenie o nastepnej inspekcji. Zabralam sie za to juz we wtorek, bo wiem, ze czesto trudno jest zlapac odpowiednia osobe, ma sie nieaktualne numery telefonu, albo jakies ogolne, np. na centrale szpitala, itd. Na wypadek gdyby kilka dni zajelo mi dobijanie sie do docelowej osoby, stwierdzilam ze na numer podany w zleceniu, zadzwonie we wtorek. A tu niespodzianka, bo doktorek sam od razu odebral, wiec uprzedzilam, spytalam o parking i jestem "umowiona". Malo kiedy chyba odbywa sie to tak sprawnie. ;) Musialam tez napisac do osoby z centrali, zeby poinformowac ze za kilka dni zaczne zlecona przez nich inspekcje. Po co im ta informacja, nie mam pojecia, ale trzeba, to informuje. Tym razem mialam zreszta kilka pytan, bo brakowalo mi informacji. Babka przeslala link, w ktorym bylo wszystko, co mi potrzeba i az mi sie glupio zrobilo, bo wchodzilam na niego wczesniej i moglabym przysiac, ze byl tam tylko protokol z kilkoma poprawkami... Po pracy wrocilam do chalupy, gdzie Potworki od razu rzucily sie do mnie z marudzeniem, ze jest wilgoc i czy mozemy wlaczyc klime. Rzeczywiscie, tego dnia mielismy 24 stopnie i 95% wilgotnosci. Bylo parno jak przed burza. Burze byly zreszta zapowiadane, ale ostatecznie zadna nie nadeszla. Duchota byla jednak okropna, a przy tym nic nie schlo: ani podloga umyta wczesniej przez dzieciaki, ani reczniki w lazienkach, ani nawet wlosy Bi po prysznicu. ;) "Najlepsze" jednak, ze M. byl w domu od 1.5 godziny i jemu mlodziez nic na temat klimatyzacji nie wspomniala! :D Tak jak poprzedniego dnia, Nik mial trening i ponownie M. go zawiozl, a ja odebralam. W miedzyczasie poskladalam pranie, a kiedy przywiozlam syna, szybko wstawilam ciasto z jablkami, z kilku zrobily sie juz bowiem pomarszczone "kapcie" i trzeba je bylo zuzyc.

W srode moglam pospac dluzej bowiem pracowalam z domu, huhuhu! ;) Przy czym nie pospalam ile bym mogla, bo wczesniej Oreo przytuptala do sypialni wrzeszczac ile sil w mordce. Kiedy zwloklam sie z wyrka, okazalo sie, ze Nik tez juz nie spi. Syn postanowil skorzystac z mojej obecnosci w domu i pojechac na ryby, a na sniadanie machnac sobie pancakes.

Jak to milo miec choc troche samoobslugowe dzieciaki ;) 

Z jakiegos powodu nie chce ich robic kiedy nie ma doroslych, choc nie ma problemu, zeby przygotowac sobie np. jajecznice. Tak czy siak, zjadlam sniadanie, umylam sie i zasiadlam do dalszych poprawek w raporcie. Moj szef zdazyl mi juz z samego rana wyslac wiadomosc, zebym dala mu znac jak wysle raport do zatwierdzenia (to sie robi w specjalnym programie i on musi na niego wejsc), a pozniej kolejna, o ktorej mysle ze uda mi sie to zrobic. Uch... Wiem ze chlop teoretycznie jest na urlopie, wiec pewnie tez chce juz to odhaczyc i miec z glowy, ale kurna, nikt go nie zmusza, tak? Mogl machnac reka, ze sprawdzi jak wroci do pracy, ale nieee... W koncu mu to odeslalam i odetchnelam z ulga. W miedzyczasie Nik jeczal, ze chce na ryby, wiec go szybko zawiozlam. Cale szczescie, ze obrocenie w obie strony, to raptem 10 minut. W ktoryms momencie wyslal mi filmik. Cos za duzo on napotyka tam zwierzyny:

Wiem, ze troche zamazany, ale przeszedl skubaniec doslownie za plecami Kokusia! :O

Po jakims czasie przyszla automatyczna wiadomosc z systemu, informujaca o raporcie. Czytam, a tam... ze szef odsyla go spowrotem do poprawy! Myslalam, ze wyjde z siebie! To oprogramowanie nie dziala zbyt szybko, wiec chwile zajelo zeby raport ponownie sie w nim pojawil, ale wczesniej napisalam do szefa z pytaniem, o czym zapomnialam. Okazalo sie, ze raport jest ok, tylko nie oznaczylam odpowiednio wszystkich biurokatycznych pierdol. Tu jednak kompletnie nie czuje sie winna, bowiem nikt mi tego wczesniej nie pokazal. Kiedy odsylalam w poprzednim tygodniu pierwsza wersje przy pomocy kolezanki, ta spojrzala i machnela reka. Teraz sie okazuje ze musze nie tylko wklepac odpowiednie kody (na szczescie znalazlam je w zleceniu), ale nawet czas spedzony na inspekcji musialam podzielic na "centra". Szef napisal mi ze polowe godzin mam podpiac do centrum, ktore zlecilo inspekcje, 0.25 pod kolejne i reszte pod trzecie. Tyle ze weszlam, a w systemie mam wszystko poblokowane i nic nie moge zrobic. Napisalam do szefa i... bez odzewu. Za to dostalam wiadomosc od syna, zeby go odebrac. No to odpisalam, ze ma byc zwarty i gotowy i pojechalam. Odebralam dziecko, a po powrocie okazalo sie, ze szef pisal i dzwonil, a w koncu wyslal wiadomosc ze musi wyjsc na 15 minut i zebym pozniej zadzwonila. :D Kiedy jednak czekalam, sama klikalam gdzie popadnie i w koncu odblokowalam. Okazalo sie, ze trzeba bylo usunac raport, co mnie troche przerazalo, ale na szczescie pozniej system go bez problemu wygenerowal od nowa. ;) Grzecznie, pod wytyczne szefa, pod glowne centrum dalam polowe wszystkich godzin, a reszte podzielilam po 1/4. I odeslalam. Po kilkunastu minutach pojawia sie kolejny automatyczny mail, ze... szef znow go odeslal! Przyznaje, ze mialam ochote wrzeszczec i tupac nogami! :D Co tym razem?! A to, ze szefowi chodzilo, ze jedno centrum ma polowe godzin, drugie mniej niz 1, a reszte ma dostac trzecie. To nie mogl tak napisac od razu?! A nie, pisze mi 0.25, co dla mnie oznaczalo automatycznie 1/4 godzin! Przy okazji napisal, zebym potwierdzila ilosc godzin, bo to ma byc czas spedzony na inspekcji, przygotowaniu oraz pisaniu raportu, nie wlicza sie dojazdu. Przeliczylam wiec godziny jeszcze raz, po czym dodalam te spedzone na poprawkach tego dziadowstwa. I odeslalam. Po chwili dostaje maila od szefa, ze ma ostatnie pytanie, bo rano mialam 97 godzin, a teraz zmienilam na 111. Zazgrzytalam zebami, ale wytlumaczylam ze dodalam czas poprawek i czy te sie nie licza. A, no tak, licza sie, to ok. Ugh... Za moment dostalam maila wyslanego przez system i az przeszly mnie ciarki, ale tym razem jednak raport zostal zaakceptowany! Juhuuu!!! :D Niestety, w przyszlym tygodniu znow mam inspekcje i az sie boje... :/ 

Jak napisalam wyzej, w srode pracowalam z domu, a wybralam ten dzien z konkretnego powodu, mianowicie syn mial zawody plywackie! Tego lata bylo ich 5, ale zapisalam go tylko na 2, bo inne wypadaly w tygodniach kiedy mialam inspekcje, a wtedy ciezko mi przewidziec, o ktorej wroce do domu. A w przeciwienstwie do zimy, letnie zawody sa zawsze w srodku tygodnia. Na M. zas wiadomo, ze nie mam co liczyc. Pozniej, jedne z zawodow, na ktore mial jechac, zostaly odwolane i w koncu zostaly tylko te. One tez przez chwile staly pod znakiem zapytania, bo prognozy zapowiadaly burze, a basen na zewnatrz. Ostatecznie popadalo tylko chwile w srodku dnia, zawodow nikt nie odwolal, wiec kiedy skonczylam prace, czym predzej zamknelam laptoka, chwycilam syna i pognalismy. Wpakowalismy sie w koszmarne korki i zamiast jechac 45 minut, droga zajela nam ponad godzine. Poniewaz nie chcialam sie zwalniac z pracy, wiedzialam, ze na rozgrzewke syn nie zdazy. Okazalo sie jednak, ze ominela go tez jedna ze sztafet i cale szczescie ze wczesniej wyslalam trenerowi maila, ze bedziemy spoznieni. A i tak weszlismy i juz inna trenerka biegla za Kokusiem zeby sie szybko rozbieral, bo za chwile ma wyscig. Faktycznie, ledwie zdjal spodenki oraz koszulke i wcisnal na glowe czepek, a juz musial ustawic sie na starcie.

Najlepsza czesc zawodow to oczywiscie spotkanie z kumplami - Nik w bialym czepku 

Przy tym pierwszym wyscigu (50m kraulem) mial malego pecha, bo plynal przeciwko swojemu dobremu kumplowi, ktory jest jednak o rok starszy i plywal w high school, a w dodatku jakis czas temu rodzice zalatwili mu prywatne treningi. Nie mial wiec z nim wiekszych szans i przyplynal drugi. Okazalo sie przy tym, ze przeciwna druzyna nie miala w ogole chlopcow w przedziale wiekowym 13-14 lat, wiec wszystkie wyscigi nasze chlopaki mialy przeciw sobie. Pozniej plynal 100m kraulem i 50m motylkowym. Tutaj juz mial innych przeciwnikow i w obydwu wyscigach wygral.

Nik (bialy czepek) juz przy sciance, dwoch pomalu doplywa, reszty nawet nie widac na horyzoncie 

Mnie bardzo podobaly sie te zawody, bo prowadzacy mieli wszystko pieknie zorganizowane, laczyli wyscigi gdzie sie da i mijaly ekspresowo. Spakowalam sobie i wode i kawe oraz przekaski, a tymczasem wypilam kawusie, a cala reszte przywiozlam spowrotem, bo nawet nie zdazylam zglodniec. Smialam sie tez, bo kazdemu kto wygral swoj wyscig, trenerzy rozdawali gumowe krokodylki, jak kaczuszki do wanny. Na koniec troche im ich zostalo i dzieciaki mogly sobie wziac dodatkowe. Pomyslalby ktos, ze "stare", nastoletnie chlopy wzrusza ramionami, ale gdzie - pierwsi wyciagali lapy. :D Krokodylki piszczaly przy nacisnieciu i potem kawalerowie nawzajem piszczeli sobie do uszu, rechoczac. Jak dzieci... :D Spodziewalam sie, ze bedziemy tam kwitli do 20, tymczasem skonczylismy tuz przd 19. O tej porze na drogach nie bylo juz praktycznie korkow, wiec przejechalismy do domu w 40 minut i moglismy cieszyc sie wieczorem.

Czwartek juz taki fajny nie byl, bo trzeba bylo jechac do biura. ;) Zwloklam sie rano, wyszykowalam i wio do stolycy. ;) W biurze prawie tlumy, bo 3 inne osoby, w tym moja polska kolezanka, ktorej przez urlopy oraz inspekcje nie widzialam juz chyba ponad miesiac.

Z rodzina integrowalam sie "platonicznie", czyli podgladajac przez kamery. Tu Mlodszy z obydwoma zwierzakami :) 

Dzien zlecial na przegladaniu instrukcji na kolejna inspekcje i pierdolach organizacyjnych. Wrocilam do chalupy i w koncu mialam popoludnie, gdzie poza podlaniem kwiatkow i warzywnika, nic nie musialam. Chlopaki mialy jechac na basen/silownie, ale ostatecznie Nik stwierdzil, ze mu sie nie chce, a ze dzien wczesniej mial zawody, to mu odpuscilismy. Aha. W koncu siadlam i zabralam sie za zarejestrowanie Potworkow na sporty w szkole. Bi, choc zrezygnowala z rekreacyjnej druzyny, nadal chce plywac w szkole, a jej trener wyslal juz przynajmniej trzy przypomnienia. Nie chcialo mi sie, bo to strasznie duzo wypelniania, ale w koncu trzeba bylo przysiasc. Pozniej zarejestrowalam Kokusia i tu mialam jeszcze wiecej kruczkow, bo u Bi strona pamietala czesc rzeczy z zeszlego roku, u niego nie bylo nic. No ale w koncu sa zarejstrowani. Jeszcze musze tylko zeskanowac i wgrac formularz Nika od lekarza, bo juz mi sie nie chcialo, a bez tego nie bedzie mogl uprawiac sportu w szkole. On tez chce plywac, ale druzyna chlopcow ma swoj sezon zima. Poki co, na jesien chce uprawiac biegi przelajowe. Zobaczymy jak mu sie spodoba bieganie kilometrow po wertepach. :D

W piatek ponownie pracowalam z domu, wiec moglam pospac dluzej. Mielismy fajna, chlodna noc - 13 stopni, wiec spalo sie wysmienicie i kiedy zadzwonil budzik, nie wiedzialam co sie dzieje. ;) Wstalam, w miare sie ogarnelam (co za ulga siadac do pracy w koszulce i byle jakich spodenkach ;P) i odpalilam kompa. Chwile po mnie wstala Bi, cala podniecona, bo umowila sie z kolezanka nad jezioro. Ma pecha w te wakacje, bo wszystkie jej kumpelki ciagle maja jakies zajecia, albo sa w rozjazdach. Tyle, ze z jedna czasem razem biegaja. Byla nad jeziorem raz, na samym poczatku wakacji, potem kiedys zawiozlam ja sama, ale to zadna frajda i dopiero teraz ponownie udalo jej sie z kims umowic. Dzien wczesniej Nik twierdzil ze chce z samego rana jechac na ryby, ale spal do 10:20 i kiedy sie przebudzil, stwierdzil ze jednak mu sie odechcialo. Pojechalysmy wiec po kolezanke Bi, a potem odstawilam panny nad jezioro i wrocilam do pracy. Zalamala mnie lekko inspekcja, ktora mam przeprowadzic w kolejnym tygodniu, choc w sumie nie powinnam byc zaskoczona. No, moglam sie domyslic, ze w wielkiej instytucji (tutaj uniwersystecie) nie bedzie ona kameralna i spokojna. W teorii mam sprawdzac doktorka, a w praktyce bedzie ze mna jakas managerka, wpadac jakis dyrektor, coordynator, itd. Na samym poczatkowym spotkaniu bedzie chyba z 5-6 osob. I ja, samotna bidulka. :O W kazdym razie, dzien spedzilam glownie czytajac materialy, ktore centrum przyslalo na temat wlasnie badania, ktore przeprowadza doktorek. Poza tym, musialam zadzwonic do pomocy technicznej, bo odkrylam kolejny program, ktory mi sie nie otwiera. Niestety, moj szef nie jest zbyt dobry w informowaniu o wszystkich potrzebnych mi programach, ale za to pierwszy, zeby poinformowac, ze cos musisz zrobic. Zazwyczaj wiec dowiaduje sie o problemach z oprogramowaniem, kiedy probuje wykonac polecenie i okazuje sie, ze nie mam dostepu. ;) Pierwsza pani, ktora odebrala telefon, pyta mnie czy zmienilam grupe, departament, itd., bo zwykle do tego programu traci sie dostep, kiedy sie gdzies przenosi. Odpowiadam, ze nie. No to pyta kiedy go ostatnio otwieralam. Tu zaczelam sie smiac i odparlam, ze nigdy na niego nie wchodzilam. Ona zdziwiona, a ja tlumacze, ze dotychczas nikt mnie nie poinformowal, ze musze w tym programie cokolwiek robic. Tak czy siak, ta kobitka tylko zebrala informacje i powiedziala, ze ktos sie ze mna skontaktuje. Pomyslalam, ze bede czekac niewiadomo ile, ale okazalo sie, ze godzine pozniej na Teams napisala inna, ze cos tam pozmieniala i zebym sprobowala wejsc na program. I okazalo sie, ze tym razem mialam juz dostep! Wkurza mnie tylko, ze jest tyle ceregieli zeby to zalatwic. Wysylasz zgloszenie, w ktorym wyluszczasz o co chodzi i oni powinni to naprawic i juz. Ale nie, dostajesz wiadomosc zeby zadzwonic, dzwonisz to zadadza tylko kilka pytan i przesylaja twoje zgloszenie dalej, a potem okazuje sie, ze trzecia osoba naprawia to zupelnie bez twojego udzialu. :O Kolejna rozmowe mialam z kolezanka z poprzedniej inspekcji. Musze przyznac, ze ona jedna tak jakby wziela mnie pod swoje skrzydla i probuje pokazac niektore logistyczne rzeczy, ktore powinien mi pokazac szef, ale ma na to najwyrazniej wylane. Dopiero ona pokazala mi jak sprawdzic ilosc godzin, ktore loguje ze szkolen oraz inspekcji. Tu tez wychodzi nieogarniecie mojego szefa, bo o programie gdzie mam rejestrowac szkolenia, powiedziala mi kolezanka z biura i dopiero kiedy spytalam go jak to zrobic, pokazal mi, choc tez najpierw nie mialam dostepu, musialam wysylac zgloszenie i czekac. Pozniej okazalo sie, ze godziny rejestruje sie w jednym programie, ale raport z nich pokazuje sie w innym, bo to przeciez bardzo logiczne, ale tego szefunio juz mi nie powiedzial. A kiedy mialam rozmowe z nim na temat postepow, mruknal cos, ze mam wpisanych za malo godzin treningu. To mu powiedzialam, ze nie mialam pojecia ze musze je wpisywac oraz gdzie, dopoki kolezanka mnie nie poinformowala, tyle ze to byl juz chyba koniec lutego lub marzec... Facet nie raczyl jednak nic wytlumczyc, a potem zastanawialam sie, ze wbijam te godziny szkolen, ale nie moge nawet podejrzec co wpisalam, zeby chociazby sprawdzic czy sie nie pomylilam! Dopiero teraz kolezanka pokazala mi jak wygenerowac raport, tylko znowu, takie informacje powinny isc od szefa! Poza tym, pokazala mi gdzie wklepac nadgodziny oraz dodatkowy czas w podrozy. Mamy pensje, wiec ile godzin bysmy nie pracowali, zaplaca nam tyle samo, ale okazuje sie, ze za te dodatkowe godziny mozemy pozniej wziac wolne. Fajnie byloby o tym wiedziec, ale moj szef nie pisnal ani slowa, nawet kiedy jechalam dwa razy na inspekcje w niedziele! Szkopul w tym, ze niby trzeba o te dodatkowe godziny poprosic z wyprzedzeniem, co jak dla mnie jest nielogiczne. Podroz to jeszcze moze, ale np. jak wracalam z mojego miesiecznego wyjazdu i moj lot zostal odwolany, to jest sytuacja, ktorej nie da sie przewidziec. Albo kiedy jezdzilam tydzien temu na inspekcje i siedzialam tam do 18-19, bo musialam sie dopasowac do innych inspektorow. Zreszta, jezdzac samej, tez moze sie czasem okazac, ze musze siedziec dluzej zeby sie wyrobic w okreslonym czasie, tylko ze tego nie da sie przewidziec. Za tamten poprzedni tydzien chyba juz nic nie wygryze, bowiem nawet kolezanka nie wpisala sobie nadgodzin, bo nie poprosila z gory o dodatkowy czas, ale musze pamietac zawczasu np. o podrozy, bo to juz jestem w stanie czesciej przewidziec. W kazdym razie, pomiedzy czytaniem materialow oraz telefonami, zawiozlam Bi oraz kolezanke nad jezioro i po 4 godzinach odebralam. W koncu dzien pracy sie skonczyl, zamknelam kompa, zgarnelam mlodziez i pojechalismy po spozywke. Po zakupach, na szybko i z zegarkiem w reku, podjechalismy do sportowego, bo Nik chcial kupic nowy pojemnik na przynety. Ten, ktory dostal na poczatku z wedka, jest malutki i juz nic tam nie moze upchnac. Bi oczywiscie skorzystala i wziela sobie kolejny stanik do biegania. ;) Wrocilismy do domu, podlalam warzywa, troche posiedzialam na ganku delektujac sie cieplym wieczorem i dzien sie skonczyl.

Do poczytania!