środa, 26 lutego 2020

Kiedy nadchodza spokojne dni...

Matka kompletnie nie moze sie odnalezc! :D

Tak wlasnie bylo podczas lutowego dlugiego weekendu.

Moje zagubienie potegowal jeszcze fakt, ze ten nagly zastoj nie byl absolutnie wynikiem naszego zmeczenia i pragnienia odpoczynku. Wrecz przeciwnie. Wlasnie nadszedl wyczekany dlugi weekend, ktory jest dla nas namiastka ferii zimowych, bo tych tutaj zwyczajnie nie ma. Jeszcze kilka lat temu, kiedy Potworki byly w przedszkolu (najpierw Bi, rok pozniej Nik), mielismy caly tydzien wolnego w lutym. Dla pracujacego rodzica to w sumie koszmar logistyczny, ale odpoczac jest fajnie. ;) Dobre czasy sie skonczyly co prawda, ale nadal mamy w lutym 4-dniowy weekend z okazji President's Day. Dla wielu miasteczek oznacza to wolny tylko poniedzialek (kiedy poczta i inne urzedy nie pracuja), ale my mamy tez wtorek do kompletu. Jak napisalam ostatnio, rok temu bylismy w tym czasie na nartach. W tym roku nigdzie nie wyjezdzalismy, ale ze przez 3 z czterech dni mialo byc ladnie i temperatury przynajmniej zblizone do zimowych, mialam kilka pomyslow, jak zagospodarowac sobie i Potworkom czas. Myslalam o nartach oczywiscie, lyzwach, tudziez tubing'u, o ktorym juz kilka razy wspominaly dzieciaki.

No i coz. Nadeszly Walentynki, czyli piatek przed dlugim weekendem... Matka snula plany co bedziemy robic, a Nik, jak na komende... zaczal kaszlec! :O Upierdliwy, suchy kaszel. A Mlodszy ma w dodatku taki "feler", ze jak go zrywa na kaszel, to trzyma go pol godziny, albo i dluzej. Takie: "Ehe! Ehe!". Minuta ciszy. I znow: "Ehe! Ehe!". Minuta ciszy. "Ehe! Ehe!". Minuta ciszy. "Ehe! Ehe!". I tak w kolko... Przy czyms takim, czlowiek poczatkowo zaluje biedaka, wyciaga wszelkie syropki i inne specyfiki i probuje ulzyc... Po kilku jednak dniach, zaczyna miec dosc, szczegolnie, ze takie zrywy na kaszel lapia go nieraz w srodku nocy. Budzi nas, w koncu rozbudza siebie, zaczyna ryczec, ze spac nie moze i w ten sposob 3/4 rodziny zostaje postawione na nogi (bo Bi spi oczywiscie snem sprawiedliwego i nic nie slyszy).
Zanim ktos wspomni, ze moze trzeba by sie wybrac do lekarza, dodam, ze takie "akcje" przechodzimy z Kokusiem co roku. Tak jak ma tendencje do zapalen ucha, tak jak dostaje kaszlu, to ciaaagnie mu sie ten kaszel w nieskonczonosc. Pamietam sprzed 2-3 lat, ze naprawde dawal czadu, bo byl mlodszy i wyl pol nocy, bo kaszlal i sie wybudzal. Pamietam, jak bylam u pediatry doslownie co dwa tygodnie, bo ani Nik, ani my- rodzice nie spalismy juz dwie noce, a diagnoza? Wirusowka, bo osluchowo czysto, gardlo moze tyci zaczerwienione, ale wezly nie powiekszone, goraczki brak, itd... Potem lekka poprawa, jakby zaczynalo przechodzic, po czym... znow kaszel wracal! I znow jazda do pediatry, bo moze cos sie tym razem "wyklulo" i ponownie diagnoza: wirus! Szalu mozna bylo dostac! ;)
Znajac historie Mlodego i jego kaszlu, poczatkowo wzruszylam rmionami, ze to pewnie kaszel po-infekcyjny (bo sama go mialam po moim ciagnacym sie niemal miesiac przeziebieniu) i nadal planowalam co bedziemy robic.
Tiaaa... to se poplanowalam. ;)

W sobote, 15 lutego, jeszcze wszystko wygladalo w miare pozytywnie. Nie mielismy na ten dzien nic zaplanowane, ale ze Potworki nie szly do Polskiej Szkoly, ja oraz Nik wykorzystalismy to na porzadne wyspanie sie, zas Bi... nastawila budzik na 6 (!) rano! Bez zadnego konkretnego powodu, po prostu uznala, ze ona lubi rano wstawac, choc podejrzewam, ze chec jak najdluzszego ogladania tableta, mogla miec z tym cos wspolnego. ;) W kazdym razie, mimo, ze wieczorem zupelnie nie wydawala sie zmeczona, to na niedziele nastawila budzik juz na 15 minut pozniej, a w kolejne dni przestala go wlaczac w ogole. Sama z siebie i tak budzila sie grubo przed 7. ;)
Wracajac jednak do soboty. Jak wspomnialam, Polska Szkola rowniez miala przerwe, zabralam wiec Potworki na trening na basenie.

Trener cos tam tlumaczy... :)

Nie byli jakos szczegolnie chetni, ale napomkniecie, ze potem podjedziemy do biblioteki (mielismy stosik ksiazek do oddania) skutecznie ich zmotywowalo. ;)

Szczerbulec pospolity :D

Poplywali, a potem pojechalismy do krolestwa ksiazek, chociaz stwierdzam, ze dla Potworkow wieksza atrakcja sa tam gry komputerowe. Edukacyjne, ale jednak gry. :/

Zawsze graja w te samiutkie gry i ciagle im sie nie nudzi...

Przed nami byly 4 dni wolne, wiec mimo, ze planowalam spedzic je raczej aktywnie, pozwolilam jednak dzieciom, poza ksiazkami, wypozyczyc filmy (kazde wzielo po 3! :O). Normalnie nawet w weekendy brakuje nam czasu na ogladanie dluzszego filmu lub bajki. Ostatnio Potworki mialy okazje do pochlaniania dvd podczas wieczorow na Florydzie, wiec teraz tez rzucili sie z entuzjazmem do polki z plytami. ;) I choc wtedy myslalam sama do siebie, ze w zyciu nie obejrza szesciu flmow, to potem cieszylam sie, ze jednak wzieli zapasik. Utknelismy bowiem w domu na cale 4 dni, a biblioteka byla zamknieta zarowno w niedziele jak i poniedzialek i jakby pozniej przyszla ochota na bajke, nawet nie byloby jej gdzie wypozyczyc. :)
Nie jestem pewna czy to przypadek, czy basen "pomogl", ale w sobotni wieczor Nik rozkaszlal sie na dobre. Ja nadal uparcie twierdzilam, ze to musi byc pozostalosc po przeziebieniu i podpytywalam malzonka, czy kolejnego dnia nie skoczylibysmy moze na narty. ;) Niestety - stety, M. wyciagnal ciezka artylerie, wskazal paluchem na Nika i oznajmil, ze jak na jego oko (i ucho), to Mlodszy srednio sie na narty nadaje. Niezbyt zadowolona, ale zmuszona bylam przyznac mu racje...

W niedziele (16 lutego) prawie sie poklocilismy, po tym jak oskarzylam meza o hipokryzje. Dzien wczesniej bowiem ostro zaoponowal przed wypadem na narty, twierdzac, ze Mlody jest "chory", natomiast juz kolejnego dnia nawet nie mrugnal, twierdzac, ze do kosciola jak najbardziej moze jechac. Takie podwojne standardy... ;) Ja tez potrafie byc wredna i oznajmilam, ze w takim razie siadam 3 lawki za reszta familii, bo nie mam ochoty zeby ludzie krzywo sie na mnie patrzyli, ze przyprowadzam do przybytku mlodziez wypluwajaca sobie pluca kaszlem. I klotnia gotowa... ;)
Po poludniu M. wzial tez dzieciaki na spacer po osiedlu, choc tu juz bardzo nie protestowalam. Bylo cieplo (jak na luty, nawet bardzo), a Nikowi poza kaszlem i od miesiaca przytkanym nosem, nic zdawalo sie nie dolegac...

Bi prowadzi na spacer psa, a Nik... zdalnie sterowane auto! :D

Niestety, wieczorem, podczas czytania ksiazki na dobranoc, Nik skulil sie pod koldra narzekajac, ze strasznie mu zimno w stopy. Pomacalam - cieple. Po chwili jednak, Mlodszy juz caly trzasl sie z zimna. Zapalila mi sie czerwona lampka i poszlam po termometr. Tak jak sie obawialam - rowniutko 37 stopni. Niby jeszcze nawet nie stan podgoraczkowy, ale wnioskujac z dreszczy i uczucia zimna, temperatura szla w gore, wiec nie czekajac, zaaplikowalam mu syrop przeciwgoraczkowy. Zostawilam zapas na szafce, spodziewajac sie, ze w nocy bedzie powtorka z rozrywki. Na szczescie noc przespal spokojnie (poza atakiem kaszlu o polnocy), ale rano na termometrze ciagle mial 36.9, ktore po poludniu uroslo do 37.2. Tutaj ucieszylam sie, ze akurat mamy wolne, bo normalnie maszerowalabym z Nikiem do przychodni. Poniewaz jednak kolejnego dnia nadal nie mial lekcji, postanowilam odczekac dzien i zobaczyc co sie bedzie dzialo. Na wieczor temperature mial juz normalna, a kaszel zrobil mu sie mokry, odrywajacy. Nastepnego dnia stan podgoraczkowy juz nie wrocil, wiec wnioskuje, ze bylo to po prostu mocniejsze przeziebienie...

Tymczasem, poniewaz siedzielismy w domu, w poniedzialek (17 lutego) Potworki pomalu zaczely dostawac kota z nudow. Kombinowaly, wymyslaly, klocily sie i nawet nieograniczony dostep do tabletow (no prawie, bo co godzine musieli robic sobie godzinna przerwe) nie pomagal. Po ktorejs klotni, zagonilam potomstwo do roboty. ;) Bi od jakiegos czasu rozladowuje z zapalem zmywarke. Nie zmuszam jej, sama dopytuje sie, czy nie ma w niej czystych naczyn. Nie ukrywam, ze nawet mi to na reke. ;) Akurat puscilam zmywarke poprzedniego wieczora, wiec w poniedzialek moglam polecic Bi rozladowanie.

Fote pstryknelam z zaskoczenia, dlatego ostrosc jest zadna ;)

Nikowi zas wreczylam reczniki papierowe oraz plyn do mycia szyb i nakazalam umyc roznorakie szklane powierzchnie. A troche tego mamy, od drzwi piekarnika, przez stolik w kacie sniadaniowym, az po upackane psim nosem drzwi tarasowe i szybka przy frontowych drzwiach. ;)
Sprzatanie mialo byc "kara", czy raczej odciagnieciem Potworow od dreczenia siebie nawzajem (i mnie przy okazji), ale okazalo sie dla nich swietna zabawa i po skonczeniu, dopraszali sie o jeszcze. :D

Mimo, ze prosze Bi tylko, zeby naczynia wyjela, Starsza upiera sie, zeby je tez chowac na miejsce (coz, nie bede protestowac... :D). Niestety, do wiekszosci szafek nie dosiega, rozladowywanie zmywarki polaczone jest wiec ze wspinaczka ;)

Nastepnym razem wrecze im odkurzacz i mopa. ;)

We wtorek (18 lutego) juz na powaznie i ja i Potworki, zaczynalismy sie w domu dusic. Dodatkowo, padal deszcz, wiec jak na meteopate przystalo, glowa mnie rypala, a okres tez nie odpuszczal, wiec czulam sie ogolnie bleeee...
Tak sie zlozylo, ze tego dnia w bibliotece organizowane byly zajecia plastyczne, na ktore zapisalam dzieciaki jeszcze w poprzednim tygodniu, zanim Nik sie rozkaszlal. W swietle jego "choroby", zastanawialam sie czy zabrac na nie dzieciaki, czy odpuscic, ale kilka porannych klotni szybko przekonalo mnie, zeby jechac. :D Tym bardziej, ze juz w poniedzialek wieczorem, temperatura Kokusia wrocila do normy i stan podgoraczkowy nie wrocil. Kaszlal nadal dosc mocno, ale juz rzadziej, wiec uznalam, ze moze nikt nie bedzie na nas krzywo patrzyl. ;)
Na miejscu okazalo sie, ze w sali bylo kilka "stacji" z roznymi aktywnosciami. Szkoda, ze zajecia trwaly tylko godzine, bo Potworki sprobowaly tylko dwoch. Jedna, to malowanie kamieni. Swoja droga, nie wiem, co w tym az tak fascynujacego, ale oboje to uwielbiaja i uskuteczniaja nawet na zwyklych kamolach znalezionych w ogrodzie. ;)

Nik, z jakiegos powodu, najchetniej pracuje na stojaco...

W drugiej stacji, ze starych kalendarzy oraz czasopism, dzieci mogly powycinac co im sie podobalo i tworzyc kolaze. Biblioteka poswiecila nawet kilka wyjatkowo zniszczonych egzemplarzy ksiazek, co mi sie w glowie nie miescilo. To po prostu swietokradztwo! ;)

Zgadnijmy, kto znowu stoi? :D

Na szczescie, Potworki zadowolone z nieco fajniejszej aktywnosci, odzyskaly humor i przez reszte dnia juz zgodnie sie bawili z przerwa na ogladanie filmow. Bo tak, uparli sie, ze przez weekend obejrza wszystkie 6 wypozyczonych bajek i w rezultacie ogladali dwie dziennie. Mozna wiec powiedziec, ze mieli weekend filmowy. ;)

Tak z grubsza wygladal nasz dlugi weekend. Dawno nie robilam prania i nie zmienialam poscieli w takim spokojnym tempie, dawno nie mialam tak dokladnie wysprzatanej chalupy, ale tez dawno sie tak nie wynudzilam... ;)

Na dzien dzisiejszy (a minal juz tydzien), Nik nadal 2-3 razy dziennie musi odkaszlnac. Glos ciagle ma "przytkany", mimo, ze proby wydmuchania nosa spelzaja na niczym.  W akcie desperacji, wczoraj zaczelam mu podawac syrop na alergie, bo juz sama nie wiem, co robic... Zobaczymy czy cos da...

No i prosze, jaki mi krotki post wyszedl! :D

czwartek, 20 lutego 2020

Przebieglam przez styczen, polowe lutego, a potem nagle STOP :)

Jakos tak moje posty ostatnio leca od jednego szalonego weekendu, po drugi. Nie inaczej bedzie tym razem, choc w zasadzie to juz wyladowalismy na dupkach. Nie z wlasnej woli niestety... ;)

No to co? Lecimy z tym koksem. :D

Sobota, 8 luty

Rano Polska Szkola dla Potworkow, a zakupy (spozywka, zadnej sensacji... :D) dla matki. Dzieciarnia nawet wyjatkowo jechala bez wiekszego marudzenia. Mnie na zakupy nie chcialo sie jak jasna cholera, ale coz, jesc niestety trzeba... :D

Po poludniu Potworki uzywaly zycia towarzyskiego. Nik zostal zaproszony na urodziny kumpla, z ktorym nie jest w tym roku w klasie (ale nadal jezdza razem autobusem), ale ktory byl na jego urodzinach rok temu i najwyrazniej mama zachowala moj numer. ;) Mialam cichutka nadzieje, ze Nik nie bedzie chcial jechac wlasnie dlatego, ze nie bedzie kolegow z jego obecnej klasy (przypominam, ze tutaj co roku dzieci z jednego rocznika sa "mieszane"). Niestety, stwierdzil, ze zna prawie wszystkich chlopcow z II klas, wiec nie przeszkadza mu to. Cholera. :D

Urodziny odbyly sie w strasznie popularnym ostatnio miejscu. To bylo juz chyba trzecie przyjecie, na ktore tam pojechalismy, a dodatkowo mielismy jeszcze kilka zaproszen gdzie z roznych powodow nie moglismy sie zjawic. Trzeba przyznac, ze maja wszystko to, co tygryski (czyli smarkateria) lubia najbardziej. I tak, na poczatku mlodziez grala w kregle.

Kula akurat "schowana" za Kokusiem :)

Tu stwierdzam, ze o ile na mini-golfa Nik sie nie nadaje, to na kregle mozna spokojnie Potworki juz zabrac. Nawet Mlodszy da rade i nikogo przy tym nie zabije, co przy pileczce golfowej, ktora wystrzeliwal co chwila z impetem, wcale nie bylo takie oczywiste. ;)
Po godzinie kregli, dzieciaki zostaly nakarmione pizza i dopchane tortem, ktory jak na te amerykanskie swinstwa okazal sie calkiem niezly. :)


Nik spiewal bardzo donosnie ;)

Nastepnie smarkacze przeszli na laserowa bitwe w przyciemnionym pokoju. Wyganiali sie i Nik narzekal tylko, ze grupa starszej mlodziezy psula im zabawe, bo ich ciagle "zabijali". :D

TO byla bez watpienia najlepsza zabawa dla tej bandy :D Tu czekaja ustawieni do wejscia na sale

Na koniec kazde dziecko dostalo karte do gier na automatach. Niestety, jedna gra kosztowala $1.25 lub $1.50, a na karcie bylo tylko 5 dolarow. Nik zagral w trzy gry i zostalo mu 75 centow, za ktore nie mogl juz w nic zagrac.

Wszystkie trzy gry byly wyscigami. Zdecydowanie mam w domu... chlopa :)

Podejrzewam, ze to celowa zagrywka tamtego miejsca, zeby "przymusic" rodzicow do nabicia karty ponownie. Nie wiem co by im szkodzilo dodac te 50 centow i pozwolic dzieciom zagrac rowno w 4 gry. Ale nieeee... W kazdym razie Nik byl niepocieszony, bo zla mama kategorycznie odmowila nabicia mu karty na kolejne kilka gier. :D Ja marzylam zas zeby juz z tamtad wyjsc. Spedzilismy tam i tak prawie 2.5 godziny, bylam glodna, bo oprocz kawaleczka torta nic nie zjadlam (pizza rodzicow nie czestowali :/), a po drodze musialam jeszcze zatankowac auto.

W czasie kiedy Nik szalal na imprezie, Bi bawila sie u swojej ukochanej kolezanki. Tak sie jakos dobrze zlozylo, ze akurat sasiadka pytala czy tego dnia Potworki chca sie pobawic. Dziewczyny blagaly o "play date" juz od dawna, ale ciagle nie moglysmy znalezc czasu, co przy naszych ostatnich weekendach nie jest niczym dziwnym. Tym razem moglam odpowiedziec sasiadce, ze ja z Kokusiem co prawda jedziemy na przyjecie urodzinowe, ale jesli zgodzi sie zeby przyszla do nich, M. moze Bi podrzucic. Na szczescie wszystko styklo i z tego co wiem, Bi spedzila wesole popoludnie.

Tu uczy siostre przyjaciolki grac w "lapki", podczas gdy psiapsiolka tancuje w tle ;)

Nik, mimo ze przeciez na nude nie mogl narzekac, byl niepocieszony, kiedy dowiedzial sie, ze Bi byla w tym czasie u A., ale ja ide o zaklad, ze dziewczyny duzo lepiej sie bawily bez takiego chlopiecego ogonka. ;)

Niedziela, 9 luty

To byl wazny dzien dla Bi. Czy raczej popoludnie. ;)

Rano zdazylismy jeszcze na spokojnie skoczyc do kosciola, gdzie Potworkom trafila sie niezla gratka. Po mszy parafianie byli bowiem zaproszeni na kawe i goraca czekolade. My co prawda do parafii (jeszcze) oficjalnie nie nalezymy, ale dzieciakom oczy az sie zaswiecily, wiec czemu by nie? ;)

Mniam, pycha... nie. :D

Dostali po kubku czekolady, do tego dosypali pianek, pani polala im bitej smietany, a potem... polowe zostawili. Goraca czekolada jest slodka sama w sobie, a z takimi dodatkami podejrzewam, ze pic sie tego nie dalo. :D

Popoludnie mielismy zas "zarezerwowane" na mistrzostwa ligi w plywaniu (chyba na nasze hrabstwo; tak, kazdy Stan podzielony jest jeszcze na mniejsze "hrabstwa" ;P). To byly pierwsze mistrzostwa Bi, bo rok temu tuz przed nimi byla dosc mocno zaziebiona, a ze tydzien pozniej jechalismy na kilka dni na narty, balam sie, ze pare godzin na basenie ja zalatwi na "cacy" i odpuscilam. Tak jak tydzien wczesniej, Bi byla zaskakujaco chetna zeby wziac udzial, ja zas zupelnie niefrasobliwie szykowalam sie na kolejne 4 godziny na basenie. Rozgrzewka zaczynala sie o 13:15, wiec zakladalam, ze powinno sie skonczyc gdzies okolo 17. Bardzo sie wiec zdziwilam, kiedy trener oznajmil, ze ma nadzieje, ze skonczymy... przed 19. :O Z powodu ilosci dzieci, mistrzostwa byly rozdzielone na 3 tury. W sobote po poludniu plynela grupa w wieku 13+, a niedziele porozdzielano strasznie dziwnie, bo rano plyneli chlopcy w wieku 8 i ponizej, dziewczynki 9-10 oraz chlopcy 11-12. Bi znalazla sie zas w grupie popoludniowej: dziewczynki w wieku 8 i ponizej, chlopcy 9-10 oraz dziewczynki 11-12. W ten sposob zostala rozdzielona ze swoja ulubiona kolezanka, ktora znalazla sie w grupie porannej, ale coz. Za rok (jesli obie nadal beda plywaly) beda juz w tej samej grupie. :)
W kazdym razie, nawet w samej popoludniowej czesci, plynelo okolo 200 dzieci z kilkunastu druzyn i 3 grup wiekowych. Chaos byl niemozliwy. Mistrzostwa odbywaja sie chyba co roku w tej samej szkole sredniej i zupelnie nie rozumiem dlaczego akurat tam. Basen wcale nie jest jakis specjalnie nowoczesny, ani duzy. W dodatku nie ma tam ani jednego okna, sciany sa ciemne, a i oswietlenie jest slabe, wiec mi skojarzyl sie z ciemna, brzydka nora. ;)

Tak to wygladalo... brzydko, co? Bi plynie tu zaraz w pierwszej z brzegu lini, choc widac jej tylko reke :)

Co jednak najbardziej mi sie nie podobalo to to, ze ktos uparcie otwieral drzwi na zewnatrz. Rozumiem, ze bylo tam goraco, ale do cholery, o to chyba chodzi na basenie! Ja bylam na trybunach po przeciwnej stronie tych drzwi, a czulam powiew chlodu. Wszystkie zas dzieci wychodzace z wody, musialy przejsc bezposrednio obok nich! W dodatku, z powodu ilosci dzieciakow, nie bylo szans zmiescic ich na basenie, wiec pomiedzy wyscigami siedzialy one na sali gimnastycznej. Wszystkie dzieci w mokrych strojach, a ogrzewanie tam, jak to w Hameryce, ledwo - ledwo.

Z kolezankami

W ktoryms momencie poszlam sprawdzic co u Bi, a ona siedzi owinieta w mokry recznik (bo oba miala juz przemoczone) i szczeka zebami, ze jej zimno! :O I niestety, nic nie moglam z tym zrobic! :( Na kolejny rok musze pamietac o spakowaniu czterech recznikow (a nie dwoch) i jeszcze szlafroka...
To byla organizacja, a jak ogolnie poszlo Starszej? Jak dla mnie calkiem niezle, zwazywszy na to, ze przez Polska Szkole oraz klub narciarski, od poczatku stycznia Bi trenowala tylko raz w tygodniu. Na pewno musialo to wplynac na jej wyniki. Plynela jak zwykle szafete mieszanych stylow (gdzie jej przypadl styl motylkowy), na koniec sztafete kraulem, a pomiedzy nimi dwa wyscigi indywidualne - kraulem i motylkiem. Lini w basenie bylo tylko 6, a dzieci duzo wiecej, wiec plynely w roznych grupach. Na poczatku myslalam, ze byly przypadkowe, ale potem skumalam, ze dzieci plynely wedlug sredniego czasu, ktory osiagnely w zawodach towarzyskich. Co ma oczywiscie sens, bo scigaly sie z rownymi sobie. W pierwszej sztafecie (mieszanej) nasza druzyna zajela 8 miejsce (na bodajze 12-13 druzyn), wiec raczej slabo, ale w sztafecie kraulem, nasze dziewczyny byly juz 4 (na wszystkie druzyny) i zajely pierwsze miejsce podczas ich konkretnego wyscigu. :)
Indywidualnie, Bi kraulem zajela miejsce #16 na 44 dziewczynki, a stylem motylkowym miejsce #7 na 20 dziewczynek. Moj maz prychnal na to, ze Starsza kariery w plywaniu to nie zrobi. Nie wiem czego on sie spodziewal, szybkosci olimpijskiej?! Ja uwazam, ze to naprawde niezle wyniki. Gdyby plywala wiecej, mozliwe, ze bylaby o miejsce, moze dwa-trzy, wyzej, ale i tak jest solidnie w tej lepszej polowie. :) Oczywiscie M. zrzedzil, ze Bi powinna byc juz w grupie srednio-zaawansowanej, ktora ma treningi czesciej i dluzsze. Tylko, ze razem zdecydowalismy przeciez, ze poki co zostawiamy Bi w grupie poczatkujacej, bo nie ma co jej zmuszac (Starsza protestowala, jesli pamietacie), a poza tym latwiej jest wozic dwoje dzieci na te sama godzine i w te same dni. Dodatkowo oberwalo mi sie od meza, ze zapisuje dzieciaki na wszystko co sie da i lapie dziesiec srok za ogon, a powinni skupic sie wylacznie na plywaniu. Jesssu, ale sie wkurzylam! Przeciez Bi ma 8 lat! Ona chce sprobowac tez innych sportow! Jak dzieciaki maja kiedys wybrac, ktory sport lubia najbardziej, jak nie beda znaly nic poza plywaniem?! To nie jest jeszcze wiek, kiedy walczy sie o miejsce w szkolnej druzynie czy o stypendium sportowe na studia! Bi bardzo chciala nalezec do klubu narciarskiego, oboje z Nikiem lubia tez lyzwy i co mam zrobic, ze akurat te dwa sporty uprawia sie zima, ktora jest rownoczesnie czasem zawodow plywackich?! Zreszta, zeby M. jeszcze jakos szczegolnie sie zawodami dzieci interesowal! A on woli isc do pracy lub zostac w domu z Nikiem, zamiast kibicowac corce. Na mistrzostwa pojechal, po czym stwierdzil, ze szkoda mu czasu, bo tyle moglby w domu zrobic, obejrzal jeden wyscig Starszej, po czym... zabral sie do domu z Kokusiem! I on mi smie zrzedzic, ze Bi ma slabe wyniki bo za malo plywa i to moja wina, kiedy on sam wykazuje zerowe zainteresowanie aktywnosciami swoich dzieci!
Uch, sorki, musialam sie wygadac... ;)

W kazdym razie, ja tam jestem z Bi bardzo dumna. I z wynikow i z tego, ze dala rade, bo sama nie wiem czy by mnie trema nie zjadla jakbym miala tak plynac kiedy tylu ludzi na mnie patrzy. ;)

Kolkiem zaznaczylam Wam wyraznie poddenerwowana Bi, czekajaca na swoja kolej...


Poniedzialek, 10 luty

Poniedzialek, czyli klub narciarski. ;) Juz ostatni! Dobrnelismy do konca! Z tej "okazji" postanowilam wziac ze soba Kokusia. Caly styczen plakal, ze on tez chce i dlaczego nie moze. Potem to jakby zaakceptowal, ale na moje pytanie czy chcialby pojechac, buzia usmiechnela mu sie od ucha do ucha. :) M. jak zwykle zachwial moja pewnoscia serwujac mi monolog, ze jeszcze cos sie stanie i zebym potem nie plakala, ale zaczynam sie w sumie do tego przyzwyczajac. ;)
Ja zas stwierdzilam, ze taka jazda zaraz po pracy i jeszcze zahaczajac po drodze o szkole, to troche dla mnie za duzo, wzielam wiec wolne pol dnia, wrocilam do domu juz po 13, na luzie popakowalam caly sprzet, zdazylam posiedziec chwile na kompie, wypic kawe i dopiero pojechalam na spokojnie po mlodsze dziecko.
Nik byl tak podekscytowany, ze skakal niczym pileczka, za to Bi w niedziele wieczor i poniedzialek rano znow urzadzila awanturke, ze nie chce jechac. :/ Serio, na ostatni raz mogla juz sobie darowac sceny... Najpierw na sile pociagala nosem, twierdzac, ze ma katar. Rano w poniedzialek zas... oznajmila, ze boli ja podeszwa w jednej stopie i nie da rady jezdzic. Kustykala przy tym po domu niczym zawodowa aktorka. :D
Coz, przemknelo mi przez mysl zeby jej odpuscic ten ostatni wypad, ale obiecalam juz Nikowi, ze pojedzie, wiec i Bi uslyszala, zeby nie kombinowala. :D
Na dzien dzisiejszy, Starsza twierdzi, ze za rok na pewno sie juz nie zapisze, a Nik wrecz przeciwnie, doczekac sie nie moze. :D

Wejscia pilnuje takie psisko ;)

Jak bylo do przewidzenia, kiedy juz dotarly na gore, oba Potworki bawily sie przednio. Bi nawet z entuzjazmem przyjela role przewodnika, pokazujac Nikowi gdzie sie przebrac, gdzie mozna kupic jedzenie oraz swoje ulubione trasy. Pomagala mu tez w zakladaniu butow narciarskich, co w ogole bylo szokiem. :) Mlodszy mam nadzieje, ze przyjrzal sie dokladnie i zauwazyl, ze tam kazde dziecko ubieralo sie szybko i sprawnie, jadlo tez pedem, zeby jak najszybciej wyruszyc na stok. Jesli w przyszlym roku bedzie chcial nalezec do klubu, musi wiedziec, ze tam opiekunowie, owszem, pomoga, ale nikt go nianczyc nie bedzie. ;) Czy ja znowu zapisze sie jako opiekun, narazie nie jest pewne. Zalezy jaka bedzie sytuacja w pracy.

Gotowi do jazdy. Stok jest sztucznie nasniezany, ale jak widac w tle, klimaty mamy zupelnie niezimowe...

Nik bawil sie i radzil sobie tak swietnie, ze pozalowalam, ze nie nagielam zasad wczesniej i nie wzielam go wiecej razy. No trudno. Za rok bedzie juz mogl pelnoprawnie zapisac sie do klubu jako oficjalny czlonek. ;) Mielismy tez szczescie, ze choc w pierwszej polowie wypadu dokoptowano nam jakas dziewczynke, ktora choc grzeczna, byla bardzo dobrym narciarzem i zamarudzila kilka razy, ze chcialaby zjechac najtrudniejszymi trasami. Tiaaa... to nie ze mna, choc Potworki byly chetne (nawet Bi!). :D Po przerwie na obiado-kolacje, jezdzilam juz sama z Potworkami i przyznaje, ze tak lubie najbardziej.

To juz pod koniec. Osobiscie nie lubie jezdzenia przy sztucznym swietle. Za duzo cieni i jestem na wpol slepa, ale Potworkom wsio ryba...

Mimo, ze sama zglosilam sie na opiekuna, to jednak odpowiedzialnosc za obce dzieci, mocno mi ciazy. Tym bardziej, ze za przedostatnim razem, jedna z dziewczynek dosc pechowo sie wywrocila (dobrze, ze nie byla pod moja opieka), ze stoku zabral ja gorski patrol, widzialam, ze ogladali jej noge, a z autobusu wysiadla z reka na temblaku. Nic nie wspomnialam o tym M., bo w ogole by panikowal, zeby Bi z klubu wypisac, a Nika Boze bron nie brac, chociaz jako doswiadczony narciarz powinien wiedziec, ze ten sport niesie za soba jednak pewne ryzyko... I dobrze, ze nic nie pisnelam, tydzien pozniej okazalo sie bowiem, ze patrol potraktowal upadek tamtej dziewczynki troche na wyrost i jej "obrazenia" to byly glownie stluczenia. Podobno nastepnego dnia pojechala normalnie na gimnastyke artystyczna, wiec tego... :D

Wtorek, 11 luty

Nudy. :D Praca domowa i cwiczenie gry na skrzypcach...

Sroda, 12 luty

Trening na basenie, a poza tym znow zieeew. ;)

Czwartek, 13 luty

W nocy ze srody na czwartek sypnelo nam odrobinka sniegu. Temperatury plusowe, wiec byla go doslownie warsteweczka. Niestety, po snieznym grudniu, przez styczen i luty, nawet taka ilosc sniegu to sensacja... Wiedzialam, ze sie nie utrzyma, wiec chociaz pstryknelam fote Mai podczas porannej gonitwy za pileczka. :)

Poranne, obowiazkowe rozprostowywanie lapek :)

Po poludniu Potworki mialy ostatnie zajecia na lodowisku. Nawet M. z nami pojechal, jakims cudem. ;) Poniewaz byly to ostatnie zajecia, grupe obserwowala inna instruktorka, ktora sprawdzala umiejetnosci dzieci. Bi jak zwykle jezdzi ostroznie i spokojnie i kobieta chyba zauwazyla te jej niepewnosc, wiec na certyfikacie zaznaczyla zeby Bi zostala nadal na poziomie 2. ;) Zaskoczyl mnie jednak Nik, ktory w poprzedniej sesji zaliczyl wszystko spiewajaco. Pechowo, zasnal w samochodzie na ostatnie 10 minut jazdy i obudzil sie w niemozliwie wisielczym nastroju. Marudzil, wsciekal sie o wszystko, na dzien dobry wywalil sie na lodzie i patrzyl na instruktorke spode lba lub odwracal tylem i kompletnie nie sluchal. Nie wiem co w niego wstapilo, bo przeciez on uwielbia lyzwy! Tego jednak dnia, przez poczatkowe pol lekcji zupelnie nie wspolpracowal. Niestety, pierwsza polowa to byl wlasnie test umiejetnosci, a ze Nik odmowil pokazania przynajmniej dwoch czynnosci (pomimo mojej ostrej gestykulacji przez szybe :D), to tak jak Bi, nie otrzymal "promocji" na poziom 3. ;)

Potworki ze swoimi "swiadectwami", przy tematycznym muralu kolo lodowiska

Moze to zreszta i dobrze, bo Bi, wkurzona poprzednia sesja, kiedy jego puscili na dalszy poziom, a jej nie (chociaz i tak ja zapisalam i nikt nawet nie sprawdzil ;P), pierwsze co, to obejrzala certyfikat brata, czy bron Boze nie pozwolono go zapisac wyzej, a jej nie. ;)

Piatek, 14 luty

Wale-w-tynki! :D

Z Walentynkami, ja i M. mamy tak, jak z innymi rocznicami czy wlasnymi urodzinami. Od czasu do czasu ktores ma "zryw" zeby sprawic drugiemu prezent - niespodzianke, ale tak ogolnie, to nie obchodzimy. ;)
W klasach Potworkow jednak, dzieci wymieniaja sie drobnymi prezencikami (czyt. zawalajacymi-miejsce-duperelami). Warunkiem jest, ze jesli dziecko bierze udzial w wymianie, musi przyniesc upominki dla wszystkich dzieci w klasie. Warunek bardzo dobry, bo Bi chcialaby kompletnie pominac chlopcow (pogadamy za 5-6 lat, hehe...), zas Nik poczatkowo oznajmil, ze jednej z dziewczynek upominku nie da i koniec. Troche zaniepokoilam sie kiedy okazalo sie, ze nielubiana osobniczka plci zenskiej, to jedyna w klasie murzynka. Ktos robi z mojego syna rasiste, czy co? ;) Na szczescie, po dopytaniu, okazalo sie, ze owa panna nie tylko sie szarogesi, ale tez o wszystko urzadza histerie. ;) Tak czy owak, chcial czy nie, zasady to zasady i Nik musial jej rowniez wreczyc prezencik. ;)
Mimo, ze te upominki to, jak napisalam wyzej, bzdury w rodzaju olowkow, wodnych tatuazy, gumek do scierania, czy miniaturowych (5x7 cm) puzzli, ale Potworki na piatek czekaly niemal jak na Boze Narodzenie. ;) W poprzednich latach nauczycielki zawsze dolaczaly notki, zeby nie rozdawac slodyczy. W tym roku nie dostalam takiego listu, ale z zasady nie rozdaje slodkosci. Wielu rodzicow poszlo jednak na latwizne i w torebkach Potworkow znalazla sie masa cukierkow i batonikow. :/
Ode mnie zas, Potworki otrzymaly po koszulce. Tym razem utrafilam idealnie w ich gusta i oboje z entuzjazmem ubrali je do szkoly. ;)

Nie dla Potworkow milosne uniesienia. A przynajmniej nie sa one ukierunkowane do ludzi :D


Tym sposobem doszlam do nastepnego weekendu i zgodnie z ostatnim trendem postowym, skoncze. Dodam tylko, ze kolejny weekend (czyli ten wlasnie miniony) mielismy dlugi. Rok temu spedzilismy go na nartach w zimowym Stanie Vermont. W tym roku planow wyjazdowych nie mielismy, ale mialam mnostwo pomyslow jak lokalnie zagospodarowac te 4 dni. Niestety, jak to w zyciu bywa, planowac to sobie mozna... ;) Praktycznie cale cztery dni spedzilam w domu. Chalupy dawno nie mialam tak wysprzatanej i skonczylam w koncu ksiazke, ktora "meczylam" od 4 tygodni, ale w miedzyczasie kota dostawalam i wsciekalam sie na glupi los i sezon chorobowy.
Ale o tym to juz nastepnym razem. ;)

czwartek, 13 lutego 2020

Zwolnic? Moze kiedys, ale nie w tym poscie :D

Calkiem niespodziewanie, w poprzednim poscie, prawie udalo mi sie nadgonic codziennosc. To na pewno dlatego, ze w tygodniu, poza sportem dzieci, malo sie w sumie dzieje, ot, wyscigi przez oplotki miedzy szkola, praca, a domem.

Doszlam do ostatniego dnia stycznia. A potem zaczal sie luty i zaraz jego pierwszy weekend przejechal po mnie niczym walec drogowy. Na szczescie tylko fizycznie, bo psychicznie bylo ok. Wszystko co mialo wypalic i sie udac, wypalilo i sie udalo.
Ale moze troche konkretow? ;)

Sobota, 1 luty

To byl ten spokojniejszy dzien. Rano oczywiscie Polska Szkola. Poprzedniego wieczora Potwory marudzily, ze nie chca, bo wiadomo, tym razem juz zadnej imprezy nie mieli. ;) Spodziewalam sie bitwy w sobote rano, ale o dziwo oboje grzecznie zjedli sniadanie, ubrali sie i pojechalismy. Cuda sie jednak zdarzaja czasami. :D Ja zrobilam zakupy, udalo mi sie nawet na szybka kawe spotkac w kafejce z kolezanka, po czym trzeba bylo leciec po mlodziez.
Po poludniu niestety nie dane bylo nam odpoczac. Wiedzialam, ze niedziele bede miala wyrwana z zyciorysu, wiec w reszte soboty staralam sie upchnac wszystko, co normalnie rozlozylabym sobie na dwa dni. Wstawialam wiec jedno pranie za drugim, ogarnialam kurze i lazienki, dodatkowe zakupy bo paru artykulow nie dostalam rano... I jeszcze trzeba bylo na msze skoczyc, bo kolejnego dnia nie byloby jak, a M. przeciez bez kosciolka nie da rady. ;) A po polozeniu Potworkow spac, jeszcze ciasto pieklam...
W samym srodku tego chaosu zadzwonil moj tata z pytaniem o plany na "przyszlosc". Chcial bowiem, zeby wydrukowc mu dokument do rozliczenia podatkow. Nie ma sprawy, tylko ja tu w wirze (gdzie, w trabie powietrznej!) ogarniania czego sie da, nie wiem, w co rece wlozyc, a tate wiadomo, jeszcze kawa wypada ugoscic, usiasc i porozmawiac... No, nie wsmak mi to bylo. Poza tym moj tata na "starosc" robi sie strasznie upierdliwy, w sensie, ze jak cos potrzebuje, to musi to miec teraz, zaraz, natychmiast. Nieraz nie doczyta, narobi balaganu, a potem oczywiscie JA musze to odkrecac, bo on slabo mowi po angielsku. Strach pomyslec co bedzie dalej, bo ma 62 lata, a juz kilka razy narobil sobie takich glupot, ze ksiazki mozna pisac. Najbardziej jednak wkurza mnie jego roszczeniowosc. Jak cos chce, to mamy z M. rzucic co robimy i zalatwiac jego sprawy. Jak czasem jednego dnia sie nie uda, dzwoni codziennie z pytaniem czy juz mu to zalatwilismy! :O
Wtedy, w sobote tez, tlumacze, ze nie wiem za co mam sie chwycic, ze cala praktycznie niedziele bede poza domem, ze przeciez papier moze poczekac... Nie wiem, jak to bowiem jest w Polsce, ale tutaj urzedy wysylajace podsumowania do rozlicznia musza je nadac do 31 stycznia. Oznacza to, ze niektore moga przyjsc spokojnie 4-5 lutego (rozliczyc sie trzeba do 15 kwietnia, wiec jest kupa czasu). Tlumacze to tacie, ze przeciez nie ma pospiechu, ze jeszcze i tak musi czekac z rozliczeniem, itd. Kiedys bowiem narobil sobie problemow, bo myslal, ze ma juz wszystkie dokumenty, rozliczyl sie na lapu-capu, a kilka dni pozniej cos mu przyszlo i musial wysylac poprawki, placic kary, itd. Nic go to, jak widac, nie nauczylo. Przypominam o tamtej sytuacji, a on ze tym razem jest pewnien, ze wszystko ma. Taaa, wtedy tez tak myslal... :D Na moje tlumaczenie, ze przeciez nie musi miec tego swistka wydrukowanego juz w tamten weekend, uslyszalam pretensje, ze przeciez on nastepnym razem bedzie u nas dopiero tydzien pozniej! No fakt, swiat sie przez ten czas zawali... ;)
Z tym rozliczeniem to tylko drobny przyklad, ale ostatnio przy moim tacie jest tak ze wszystkim! Ja, jako corka, przewracam oczami i czasem sie smieje, ale M. nieraz jest porzadnie wkurzony, jak tesc przyjezdza i zada zeby mu cos z miejsca zalatwiac. ;)
W kazdym razie, w poniedzialek, juz na spokojnie, zadzwonilam do taty z pracy, ze moge mu to wydrukowac i podrzucic po robocie skoro az tak pilnie tego potrzebuje. Okazalo sie, ze "pan niecierpliwy" pojechal juz do urzedu, gdzie jakas murzynka probowala mu z tym pomoc, ale tylko namieszala (podejrzewam, ze sie po prostu nie dogadali z angielskim mojego taty :D). Coz, kiedy podal mi swoje loginy i hasla, udalo mi sie to zrobic w 15 minut. Po czym, kiedy spytalam czy moge mu podwiezc ten wydruk we wtorek, kiedy Potworki nie maja zajec, uslyszalam, ze nie musze sie spieszyc, bo umowiony jest z ksiegowym dopiero na... 18 lutego! :O
Mowie Wam, nie dosc, ze ma czlowiek na glowie nieletnie dzieci, to jeszcze nieraz skaranie boskie z wlasnymi rodzicami... ;)

Niedziela, 2 luty

To teraz ciekawe pewnie jestescie, co takiego dzialo sie w niedziele, ze w sobote upchnelam obowiazki z calego weekendu? Coz, niedziele mialam szalona, sama jednak bylam sobie winna, ale to wyjasnie pozniej. ;)

Z samego rana pedzilam na kolejne zawody plywackie z Bi. Na szczescie tylko do sasiedniego miasteczka, oddalonego ledwie o 15 minut. Nik i M. wybrali pozostanie w domu. To ze Nikowi nie chce sie siedziec pare godzin na goracym basenie, to sie nie dziwie, caly czas jednak krece glowa nad tym, ze M. nie ma ochoty kibicowac corce. :/
O dziwo, tym razem Bi pojechala chetnie i bez marudzenia. Nie wiem skad taka zmiana, ale bylam wdzieczna, bo poziom hormonu stresu siegal juz u mnie zenitu i jakby jeszcze panna pokazywala humory, to chyba bym wybuchla. ;) Wiedzac, ze po zawodach bede miala niezla bieganine, poprosilam wczesniej trenera, zeby nie ustawial Bi do ostatnich wyscigow w jej grupie wiekowej. Wytlumaczylam, ze najpozniej w poludnie musimy wyjsc. Zazwyczaj bowiem plynie sztafete, ktora jest numerem 61 na liscie (na 68 wyscigow). Tym razem, przy wczesniejszych wyscigach, wyszlysmy o 11 i cale szczescie, ze nie o 12 jak planowalam, bo za cholere nie udaloby mi sie wyrobic. ;)

Panna szykuje sie do wyscigu. Bi jest trzecia od prawej. Pechowo, druzyna przeciwna, miala identyczne stroje i czesto nie bylo wiadomo, komu kibicowac, bo nie wiedzial czlowiek ktorzy to "swoi" :D

Zawody poszly Bi jak zwykle dobrze, choc tym razem trafila na rowna sobie przeciwniczke w drugiej druzynie. Dodatkowo, zauwazylam, ze jedna z dziewczynek w druzynie Bi ma prywatne treningi i bardzo sie podciagnela. Na poczatku sezonu Bi ja z latwoscia wyprzedzala; teraz ida leb w leb. W rezultacie Bi zajela jedno miejsce pierwsze, jedno drugie, a w trzecim wyscigu nie wiem czy drugie czy trzecie, bo wlasnie szly z kolezanka tak rowno, ze tu beda sie liczyc ulamki sekundy. Bede wiedziala, jak trener wysle oficjalne wyniki. :)

Slabo to widac, ale Bi (w czarnym czepku) wlasnie dotknela scianki, kawalek dalej po prawej, jej kolezance (w rozowym czepku) zostalo doslownie jedno machniecie, zeby doplynac

Martwilam sie, ze Bi straci "ducha" tymi slabszymi miejscami, bo jednak w poprzednich zawodach zgarniala same pierwsze, ale okazalo sie, ze dzieciaki (przynajmniej te mlodsze) zupelnie inaczej patrza na swiat. Za zawody dzieci otrzymuja wstazki w kolorze odpowiadajacym zajetemu miejscu. Bi zgarnela dotychczas 8 niebieskich. Na wiesc o zajetych drugich (a moze i trzecim) miejscach, ucieszyla sie, ze... bedzie miala inne kolory wstazek! :D

Kumpele z druzyny :) Ta mala dziewczynka, to nie ta, z ktora sa z Bi tak blisko wynikami, chociaz czepek ma identyczny ;)

To nie koniec niedzielnych wydarzen.

Wczesnym popoludniem zas, odbylo sie, spoznione o prawie dwa miesiace, przyjecie urodzinowe Nika! :) Tak, mozecie sie smiac! Kolejny rok przyjecie odbywa sie tak pozno, ze M. buntuje sie, ze mozna je sobie darowac.  I ja chetnie bym sobie darowala, ale Nik przeciez nie odpusci. Naprawde, M. zachowuje sie jakby przyjecie dla jego dzieci to byla moja fanaberia! A przeciez oni sa juz duzi, chodza na imprezy kolegow, wiec i swoje chca miec! Wiem, ze chwilami moga zapomniec, ale od czasu do czasu przypominaja sobie i dopytuja i gdybym powiedziala, ze imprezy nie bedzie, to przeciez bylby placz i rozczarowanie. Oczywiscie, M. wzrusza ramionami, ze co z tego, poplacza i przestana, ale ja nie mam serca, zeby im tego zrobic...
A zreszta, w tym roku akurat przyjecie jest tak pozno, bo szanowny solenizant nie mogl sie zdecydowac gdzie chce je miec! ;) Mlodszy jest osobka strasznie niezdecydowana, a ja nieopatrznie dalam mu wybor. I sie doigralam! Nik myslal, prawie plakal bo najchetniej mialby przyjecie w dwoch miejscach na raz i prawie miesiac zajelo mu podjecie decyzji! :O
A potem sama sobie strzelilam w kolano, bo zamowilam przyjecie, zarzadowi owego miejsca zajelo prawie tydzien zeby wyslac mi dokumenty zwiazane z rejestracja (wysylali poczta, gdzie zwykle takie rzeczy to szybki e-mail i po sprawie!), wiec czym predzej powysylalam zaproszenia i dopiero kiedy poszlam wpisac impreze w kalendarz, zorientowalam sie, ze Bi ma tego dnia zawody! Kompletnie mi to umknelo! Wtedy bylo juz za pozno zeby to odkrecac, wiec uznalam, ze musze dac rade i juz. Na szczescie zawody byly z samego rana i przy odrobinie logistyki, udalo sie obskoczyc oba wydarzenia w jeden dzien. :)

A gdzie Nik w koncu zazyczyl sobie urodziny?
Ci, ktorzy czytaja posty uwaznie, mogli sie domyslic, ze... na lodowisku! :D Wpadlam na ten pomysl poniewaz Nik naprawde uwielbia lyzwy i pomyslalam, ze bedzie to cos innego, a przy tym bardzo Kokusia ucieszy. Urodziny Bi na farmie spotkaly sie z wielkim entuzjazmem wlasnie z powodu oryginalnosci, wiec dla Nika tez pomyslalam o czyms innym niz zwykla sala zabaw. Zeby nie bylo, sale zabaw dalam mu do wyboru. Chcialam, zeby to byla jego decyzja jak chce spedzic swoje urodziny. Po wielkim niezdecydowaniu i placzu, ze on nie wie, wybral jednak lodowisko, co chyba pokazuje najlepiej jak ukochal sobie jazde na lyzwach. :)

Zgrzany dzika jazda solenizant z dwojka gosci ;)

Niestety, tak jak w przypadku farmy, gdzie odbyly sie urodziny Bi, lodowisko nie jest nastawione na regularne przyjecia urodzinowe, czyli dali nam do dyspozycji "sale", darmowe wejscie na lodowisko oraz wypozyczenie lyzew dla gosci i... to by bylo na tyle. Cala reszta byla juz na glowie gospodarzy, czyli mojej, bo M. oczywiscie palcem nie kiwnal przy organizacji. Po zawodach Bi, odstawilam ja wiec do domu, po czym popedzilam odebrac zamowiony tort. Tym razem dluuugo zastanawialam sie jaki obrazek wybrac dla Nika, nic mi bowiem do niego nie pasowalo tak w 100%. W koncu wybralam Mario Bros. i mysle, ze solenizant byl zadowolony, szczegolnie, ze samochodziki z dekoracji faktycznie jezdza i zostawil je sobie jako zabawki.


Po powrocie zostawilam juz tort w aucie i zaczelam pakowac reszte: obrusy (plastikowe), kubeczki, talerzyki, widelce, przekaski, upieczona przeze mnie babke oraz nieszczesne "goodie bags", czyli upominki dla malych gosci. Poszlam przy tym po rozum do glowy i kazde dziecko dostalo karnet na darmowa jazde na lyzwach na tym lodowisku oraz po jajku, w ktorym znajduja sie zanurzone w "glutku" czesci figurki do poskladania. Bi i Nik uwielbiaja te figurki (Mlodszy ma juz ich niezla kolekcje) pomyslalam wiec, ze wiekszosc (jak nie wszystkie) malolatow powinna sie ucieszyc, a nie bedzie to przynajmniej kupa duperelkow, z ktorymi potem nie wiadomo co zrobic i wiekszosc i tak laduje w koszu... Wiadomo, dzieci lubia gluty. Ich rodzice juz mniej. ;) Corka kolezanki podeszla do mnie po imprezie z wielkimi oczami mowiac: "Tam jest glutek. Moja mama nie lubi glutow.". Ups, chyba narazilam sie kumpeli. :D
Z domu musielismy wyjechac ze sporym wyprzedzeniem, bo chcialam koniecznie zajechac do Dunkin Donuts po wielkie pudla kawy (dla doroslych) oraz goracej czekolady (dla mlodziezy). Ta goraca czekolada to byl zreszta hit i zalowalam potem, ze nie kupilam podwojnej porcji. Dokupilam do niej mini pianki i rozeszla sie jak swieze buleczki. Podobnie zreszta jak moje ciasto, zwykla babka na oleju, ktora dzieci wrecz rozchwytywaly. A ja liczylam, ze zostanie troche na kolejny dzien do pracy. :D
Poniewaz nigdy wszystko nie moze byc idealnie, to pokoj ktory przeznaczono na impreze, byl... straszny. Glowny budynek przy lodowisku kilka lat temu przeszedl gruntowny remont, kiedy wiec przeczytalam, ze maja sale na imprezy urodzinowe, wyobrazilam sobie salke wlasnie gdzies tam. Tiaaa... Dostalismy... przebieralnie dla hokeistow! :O Wyobrazcie sobie pusty pokoj z gumowa podloga, gola sciana z pustakow zamalowanych na bialo, drewniana lawka biegnaca z 3 stron pokoju wzdluz scian oraz wieszakami nad nimi. Zero okna i lekki smrodek obuwia. No zalamka... Na srodku ustawili rozkladane stoly, a z boku, na wozku przyjechaly zamowione przeze mnie wczesniej lyzwy. Impreza odbywala sie w czasie kiedy na lodowisku byla tura wolnej jazdy, wiec moglam wczesniej zamowic rozmiary, zeby dla nikogo nie zabraklo. Oczywiscie po przymierzeniu, wiekszosc dzieci i tak poszla wymienic rozmiar na inny. :D
Co bylo robic. Jak sie nie ma co sie lubi, to sie lubi co sie ma, c'nie? ;) Obrusy na stole, przekaski oraz wszystkie akcesoria troche "udomowily" to mocno surowe wnetrze. Rodzice z wdziecznoscia pili kawe, a dzieciaki rzucily sie z entuzjazmem na lod, mimo, ze czesc nigdy nie miala lyzew na nogach.

Nawet 4-letnia coreczka mojej kolezanki sprobowala swoich sil z pomoca "chodzika" :D

Z pozniejszych raportow wiem, ze wiele osob bardzo chce wrocic na taka rodzinna jazde. Ciesze sie, bo widac, ze maluchy swietnie sie bawily, wyszalaly, rodzice sobie poplotkowali i impreza sie udala. Dzieciarnia bawila sie tak przednio, ze nie moglam sie ich dowolac na pizze i torta.

A tu (w centrum zdjecia), Bi pomagajaca naszej malej sasiadce

Strategicznie wybralam na ten moment przerwe na czyszczenie lodowiska, ale okazalo sie, ze maszyna do czyszczenia lodu byla sensacja sama w sobie i wiekszosc chlopcow wolala stac i patrzec na nia zamiast jesc i spiewac koledze "Happy Birthday". :D

Jak widac, dzieciarnia nie miala nawet czasu sie rozebrac. Wpadli, odspiewali co trzeba i popedzili z powrotem rzucajac tylko przez ramie, ze nie, nie chca torta :D

Ogolnie impreze oceniam wiec na plus, choc szczerze to wstyd mi bylo wprowadzac gosci do tej "przebieralni". Dobrze, ze chociaz cieplo tam bylo, bo mimo, ze temperatury na zewnatrz byly wiosenne, to od lodu niezle zawsze ciagnie.

Przybylo nam oczywiscie mnostwa zabawek. Najwiekszymi hitami okazaly sie figurki Bakugan (matki synow moga wiedziec co to zacz) oraz dwa takie:

A ja sie cieszylam, ze stare mu sie ponudzily i poszly w odstawke...


Poniedzialek, 3 luty

Jak poniedzialek to oczywiscie klub narciarski. Poczatkowo zakladalam, ze wezme tez Nika, ale po tamtej niedzieli bylam po prostu tak wyrabana, ze nie mialam sily. Nik zreszta chyba tez byl zmeczony, albo przyjecie zaspokoilo chwilowo zadze wydarzen, bo nawet nie jojczal, ze tez chce. Bi za to, tradycyjnie, urzadzila marudzenie w niedziele wieczor, ze nie chce na narty, a w poniedzialek rano wstala obrazona i nie odzywala sie, dopoki nie oswiadczylam, ze pytam ostatni raz, co chce na sniadanie i jak tym razem nie odpowie (to juz chyba bylo moje trzecie pytanie), jedzie do szkoly glodna.
W przyszlym roku juz na pewno tej cholery nie zapisze, chocby blagala mnie na kolanach. Bez jaj, zebym przez 4 tygodnie wysluchiwala cotygodniowych awantur! :/ Poki co jednak, nawet sama cholera twierdzi, ze za rok juz nie chce byc w klubie. Najsmieszniejsze jest to, ze jak juz sie znajdzie na stoku, Bi sie naprawde swietnie bawi!

Przypomnijcie mi na przyszlosc, zebym sobie odpuscila selfiaki. Nie widac tego tu oczywiscie, ale kurzymi lapkami w kacikach oczu wystraszylam sama siebie...

W dodatku te (niewielka raczej) gorke poznala juz od poszewki, zna kazda trase (z instruktorem jezdzila nawet na najtrudniejszych), a wiec radzi sobie na niej rewelacyjnie. Ale awanturka przed kazdym poniedzialkiem musi byc. :D

Wtorek, 4 luty

Jak ja lubie wtorki! To nasze dni "wolne", kiedy poza praca i szkola nigdzie sie nie spieszymy. Tylko praca domowa, skrzypce i poza tym blogi czas wolny. Dla dzieci rzecz jasna, bo matka to wiadomo, zawsze jest zmywarka do rozladowania lub zaladowania, jakis zlew do umycia, ubrania i lunch'e do przygotowania, itd. ;)
Bi ostatnio (tfu, odpukac!) polubila gre na skrzypcach i nie buntuje sie (az tak) przed cwiczeniami. Ma muzykalne ucho, wiec niezle jej to wychodzi. Nik... lepiej nie mowic. :D

Nik cwiczy, siostra kontroluje i poprawia, czego Mlodszy po prostu nie znosi i awanturka wisi w powietrzu... :D

Wydaje mi sie, ze on tez ma dobry sluch, ale cwiczenia to nie jego bajka. Jak we wszystkim, on chce szybko, szybko, macha smyczkiem po trzech strunach na raz, wyjezdzajac raz po raz za obszar, gdzie instrument najlepiej wydaje dzwiek... Rezultat jest taki, ze czlowiek marzy o zatyczkach do uszu, a Mlodszy dopomina sie, zebym na czas cwiczen siedziala z nim w pokoju. :O Jesli cos dobrego wychodzi z tych skrzypiec, jest to zdecydowanie trening cierpliwosci, dla Mlodszego i dla mnie. :)

Sroda, 5 luty

W srody Potworki maja oczywiscie trening na basenie. Dla mnie oznacza to 45 minut blogiego siedzenia w goracu ciepelku z ksiazka. Pelen relaks! :)
Piatego lutego sa oczywiscie moje imieniny. Przy okazji: dziekuje za zyczenia, Iwosiu!
Imienin od dawna nie obchodze, bo nie ma po prostu kto podtrzymac tradycji. Pamietala o nich zawsze moja babcia od strony taty, ale juz moi rodzice wylacznie utyskiwali na gosci zwalajacych sie bez zapowiedzi. Mojej matce udawalo sie wymigac, bo jej imieniny wypadaja w jedno z glownych Swiat, ale juz na mojego taty, sasiedzi oraz znajomi hucznie sie zwalali. Po jakims czasie jednak towarzystwo zaczelo sie wykruszac, ktos sie daleko wyprowadzil, ktos inny sie rozwodzil, jeszcze ktos powaznie zachorowal i takie odwiedziny bez zapowiedzi na imieniny, odeszly do lamusa. U mojego M. w rodzinie imienin sie nie obchodzilo, w Hameryce tez nikt o nich nie slyszal, wiec choc pamietam, to nic z tej okazji nie przygotowuje.
Kiedy dla zartu przypomnialam o imieninach mezowi, stwierdzil, ze moze mnie z tej okazji... wybzykac. Meskie myslenie... :D

Czwartek, 6 luty

Czwartki to lyzwy, choc kolejna tura juz dobiega konca. Potworki beda tesknic. Coz, zostanie im jazda publiczna, a ja odpoczne od pedzenia do domu na zlamanie karku, po czym przebijania sie 20 minut przez popoludniowe korki, zeby dowiezc ich na zajecia na czas. :)

Tu cwicza slizg na jednej nodze. Jednym wychodzi to lepiej, drugim gorzej, trzecim wcale... Coz, ja nalezalabym do tej ostatniej grupy :D

Lyzwiazy figurowych to nadal z nich nie ma. Bi jezdzi ostroznie i spokojnie, a Nik odwrotnie - zapitala na wariata. Na pewno jednak duzo im te zajecia daly i podejrzewam, ze w przyszlym roku tez beda chcieli na nie chodzic. No, za Bi to moze nie recze, ale Nik to na bank. :D

Bi ten jednonozny slizg wychodzi z duzo wieksza gracja niz Nikowi, pewnie dlatego, ze az tak sie nie rozpedza, wiec i rownowage latwiej jej utrzymac

Piatek, 7 luty

W piatki jak zawsze odrabianie lekcji do Polskiej Szkoly, a dla Bi doszlo jeszcze przygotowanie do dyktanda. Najlepiej, ze mialysmy zaczac sie na nie przygotowywac we wtorek, ten nasz jedyny spokojny dzien i... obie na smierc zapomnialysmy. Podobnie, wylecialo nam ono z glowy w srode, gdzie ambitna Bi az sie poplakala, ze nie zdazy sie nauczyc. Ostro wzielysmy sie wiec za cwiczenie w czwartek, ale po powrocie z lyzew i odrobieniu zwyklych lekcji bylo juz malo czasu, a Bi zmeczona i marudna. Cwiczenie skonczylo sie frustracja i placzem. W piatek, juz z lepszym humorem, wziela sie za cwiczenie i widac bylo swiatelko w tunelu. Niestety, jeden dzien to malo, a dyktando trudne, bo Pani wziela na wokande "rz" oraz "sz", a wiadomo, ze obie te gloski brzmia nieraz tak samo. Bi sie znow uwkurzala i tym razem nawet jej sie nie dziwilam. Na szczescie jakos ja przekonalam, ze to tylko dodatkowa szkola, ze nikt nie bedzie sie na nia zloscil jak napisze slabo i zeby sie nie przejmowala.
A na koniec, po calym tym stresie okazalo sie, ze Pani przelozyla dyktando na za dwa tygodnie. Szlag! :/ Ale moze Bi zdazy sie dobrze przygotowac. ;)

W piatek tez, Nik stracil kolejna gorna jedynke. Swiszczy teraz mowiac, wykrzywia smiesznie buzie i wyglada jak maly, slodki wampirek. :D

Szczerbulec :D

No i coz... Przebrnelam przez kolejny tydzien. Nastepny weekend znow byl zwariowany, wiec zostawie go na kolejny raz. :)

środa, 5 lutego 2020

Padam na pysk ;)

Czuje sie przezuta i wypluta. ;) Od 3 tygodni doleczam sie z przeziebienia i nadal nie jestem tak do konca, w 100% zdrowa, a nasza codziennosc nie ma zamiaru zwalniac. Za 1.5 tygodnia Potworki maja dlugi, 4-dniowy weekend i nie wiem komu jest on bardziej potrzebny - im, czy mi. :D

Skonczylam ostatnio na 20 stycznia.
Kolejny (pracujacy) tydzien byl krotszy i to niespodziewanie duzo krotszy. Pisalam juz, ze w poniedzialek byl Dzien Martina Luthera Kinga i zostalam w domu z dziecmi. To znaczy, wyladowalismy rodzinnie na stoku narciarkim. ;)
We wtorek, srode i czwartek normalnie pracowalismy, a Mlodziez chodzila do szkoly. W srode oczywiscie mieli basen, w czwartek lyzwy.

Nik jak zwykle w pedzie :D

Bi cwiczy duzo spokojniej...

W piatek rano zas, wsadzilam Potworki w autobus, przyjechalam do pracy, zaparzylam kawe i w koncu zasiadlam przed komputer. Odpalilam skrzynke, a tam... mail od szefa, ze kolejnego dnia jest Chinski Nowy Rok (pracuje, jak pamitacie, glownie z Chinczykami) i z tej okazji mozemy pracowac w piatek z domu! Wyslal maila o 2 nad ranem i wnioskuje, ze wszyscy go przeczytali, bo nikt (oprocz mnie) sie w biurze nie zjawil. :D No i fajnie, absolutnie nie narzekalam, dopilam kawe (no przeciez nie wyleje, toz to by bylo swietokradztwo! :D) i pojechalam radosnie do domu. Pies cieszyl sie jakbym wrocila po calym dniu, a nie po 1.5 godziny, a ja choc raz moglam w spokoju i bez ciaglego "Maaamooo!" odkurzyc i pomyc podlogi, ha! ;)
Tak naprawde pracowalam wiec calutkie 3 dni, ale mialam wrazenie, ze ciagnely sie niczym dziesiec. Moze dlatego, ze po raz pierwszy od bodajze 15 lat, "bralam prace do domu"? Tyle mi zajelo zbieranie materialow do szkolenia, ktore mam przeprowadzic, ze kiedy zaczelam juz konkretnie wklepywac informacje w slajdy, okazalo sie, ze za cholere sie nie wyrobie. Zaczelam wiec brac notatki do domu i klepac jeszcze wieczorem, po polozeniu Potworkow spac. A na koniec, kiedy ledwie zipiac stwierdzilam z rozpacza, ze bede musiala zarwac ze dwie nocki, zeby to wszystko poukladac w logiczna calosc, szkolenie przelozono z czwartku na kolejny poniedzialek. Nastepnie dwie osoby zbuntowaly sie, ze w poniedzialek maja bardzo duzo pracy i nie moga sobie pozwolic zeby siedziec dwie godziny na szkoleniu, wiec szef zarzadzil przelozenie go... na polowe lutego.
Kurtyna. :D

To teraz moze, wzorem Iwosi, polece datami. Tak chyba latwiej wszystko ulozyc we w miare logiczna calosc. :)

Sobota, 25 stycznia

Potworki mialy zabawe karnawalowa w polskiej szkole, a ja (glupia! ;P) zglosilam sie jako opiekun. Dzieciaki mogly sie przebrac i wiekszosc to zrobila. Troche szkoda mi bylo nieprzebranych maluchow, szczegolnie tych z II klas, bo dla nich to juz ostatni rok zeby zalapac sie na bal. Wiem po rozmowach uslyszanych przypadkiem w klasach Potworkow, ze wielu rodzicow nie sprawdza podawanych informacji, nie zapisuje sie na liste telefonow czy maili do klasowej komunikacji, nie pomaga przy imprezach... Ogolnie obchodzi ich tylko, zeby dziecko przywiezc do szkoly i do widzenia. Cztery godziny wolnosci! :D To ze ktos nie moze lub nie chce pomoc w uroczystosciach, jeszcze rozumiem. Ze nie przyniesie nawet nic na te impreze, tez moge zrozumiec. Niektorzy uznaja, ze placa za szkole, wiec powinna ona potem wszystko sponsorowac, inni uwazaja, ze szkoda im kasy, choc zwykle to sa drobiazgi w stylu papierowych kubeczkow i jego dziecko tez bedzie przeciez z nich korzystac. Ale juz nie doczytanie takich szczegolow, ze trzeba przyniesc kolorowy papier, albo wlasnie zeby dziecko sie przebralo, tego juz nie rozumiem. Bal karnawalowy nie jest az taki wazny, ale zdarzylo sie np. przy pasowaniu na ucznia, ze rodzice zapomnieli ze dzieci maja miec biale bluzeczki, ciemne spodnie, itd. Pamietam jak w klasie Bi jedna dziewczynka przyszla na pasowanie ubrana w zwykle, codzienne ubranie i nauczycielki dopytywaly wszystkie mamy czy nie maja zapasowej bialej bluzki lub rajstop. Jak by to dziecko wygladalo w legginsach i bluzie, kiedy wszystkie pozostale dziewczynki byly w eleganckich bialych bluzeczkach i rajstopkach?! Ta sama dziewczynka przyszla na bal w sobote bez przebrania. Czy jestem zaskoczona? Ani troche. Nie wierze, ze nie bylo jej przykro. Najwyrazniej jej mama jest jednym z tych rodzicow, ktorym wszystko zwisa i powiewa, byle dzieciaka sie pozbyc na kilka godzin.

Dobra, wstep wyszedl mi przydlugi. W kazdym razie, rok temu ten bal jakos lepiej byl zorganizowany. Zawody "sportowe" i tance byly na sali gimnastycznej, a stacje z aktywnosciami jak malowanie twarzy czy wodne tatuaze, porozstawiane w korytarzu. Tym razem wszystko upchneli w stolowce. Nie powiem, jest ona bardzo duza, ale na zajecia sportowe juz miejsca nie bylo, a dzieciakom ewidentnie byly potrzebne. Co poniektorzy w skorze sie nie miescili i nie mogli wysiedziec na pokazie iluzjonisty - klauna. Ze wstydem przyznaje, ze jednym z tych "niewyzytych" dzieci, byl moj osobisty Nik, ktory z tylu sali szalal z kolegami niczym pijany zajac. ;)
W tym roku Nik koniecznie chcial byc... triceratopsem. ;)

Moj uroczy triceratopsik :*

Kostiumem byl zachwycony, dopoki go nie przymierzyl. Okazalo sie, ze na brzuchu go drapia rzepy, a na pleckach cos gryzie... Dalam mu podkoszulek, ale okazalo sie, ze na ramionkach tez cos uwiera! :) W koncu ubral pod spod t-shirt, ktory wylazil mu na karku, ale coz... ;)
Za to Bi kompletnie mnie zaskoczyla, bo wybrala zeszloroczny kostium tygrysa, ktory poza opaska z uszkami, ogonem oraz kilkoma pasiastymi dodatkami, kostiumem jako takim nie jest. Dla mnie to jednak mniej szukania i zachodu, wiec co bede narzekac. ;)

Bi z coreczka znajomych. W tej Polskiej Szkole ciagle sie wpada na kogos znajomego... ;)

Po pokazie klauna, wlaczono cos na ksztalt tanecznego karaoke, czyli postacie na ekranie pokazywaly dzieciakom jak tanczyc do muzyki.

Bi wytancowuje z kolezankami z klasy

Nie wszystkie dzieci jednak chcialy tancowac, a dookola przy stolach mozna bylo pograc w gry lub zrobic bizuterie z gumek albo koralikow, panie malowaly buzie, inne urwisy (glownie chlopcy) woleli ganiac jak wsciekli i cala sala szumiala niczym ul.

Nawet oboje zalapali sie na te sama aktywnosc, bo zwykle sie do siebie w szkole nie zblizaja ;)

Muzyke z glosnikow ledwo bylo slychac, a ja po okolo godzinie juz mialam dosc. Ogolnie, tegoroczna impreze zapamietalam jako wielki chaos i halas, ale Potworkom sie podobalo. No ba, przeciez dzieki temu nie bylo normalnych lekcji, to jak mialo sie nie podobac?! ;)

Tego samego popoludnia pedzilismy na przyjecie urodzinowe corki mojej dobrej kolezanki. Okazalo sie ono byc... nietypowe. Zamiast jakichs dmuchancow, czy innego miejsca na wyzycie sie dla malolatow, ci, przy stolikach wspolnie mieszali ciasto na babeczki.

Nik miesza...

Upieczenie i udekorowanie wlasnych babeczek bylo glowna atrakcja, tyle, ze pomiedzy wymieszaniem skladnikow, a dekorowaniem, bylo sporo wolnego czasu kiedy opiekunki przelewaly ciasto do foremek, piekly je, studzily, a potem przygotowywaly wlasny, kolorowy lukier.

Miesza i Bi...

I tu zabraklo mi jakiegos pomyslu na zabawienie dzieci. Opiekunek bylo az 3, ale przez wiekszosc czasu dwie z nich zajete byly w kuchni, stanowiacej jedna sciane w salce. Sala byla spora, ale poza stolami wlasciwie pusta. Na tej wolnej przestrzeni, pozostala opiekunka probowala zorganizowac gry w "znikajace krzesla" (czy jak to sie zwie) lub inne muzyczne zabawy, ale okazalo sie, ze wiekszosc dzieciakow zupelnie nie byla zainteresowana.

W ktoryms momencie dzieciaki odwiedzil... kurczak, ale tylko przybil wszystkim piatki i sie zwinal

Zadnych innych gier czy zabawek tam nie bylo, wiec malolaty szybko zaczely robic to, co wychodzi im najlepiej, czyli ganiac w kolko jak wsciekli. ;) A nadmienie, ze kolezanke znam z polskiej szkoly, wiekszosc dzieci tez byla polska (z pochodzenia rzecz jasna) i rano wybawily sie na balu przebierancow. Pomyslalby kto, ze powinny byc zmeczone. Taaa... :D
W kazdym razie gromada Potworow usiadla w koncu spokojnie kiedy przyszedl czas na dekorowanie babeczek. Pomaziali je kolorowym lukrem, poproszyli posypkami i mogli te swoje arcydziela wziac do domu.

Dekorowanie to chyba byla dla dzieciakow najfajniejsza czesc imprezy

Moje osobiste Potworki potem wcale nie mialy zamiaru ich zjadac (ale wyrzucic tez nie dali). W koncu zaczelam pakowac im po jednej do szkoly w ramach deseru. Nauczycielki pewnie za glowe sie lapaly na te ociekajace cukrem przekaski, ale co tam. ;)
Do domu wrocilismy wszyscy troje wymordowani jak po maratonie o godzinie 18, przy czym dzieci odzyly po 10 minutach, a matka dostala bolu glowy i przesiedziala reszte wieczora patrzac tepo w przestrzen. :D

Niedziela, 26 stycznia

Po takiej sobocie uznalam, ze w niedziele trzeba dojsc do siebie, tym bardziej, ze juz od dwoch tygodni smarkalam i nie moglam przestac, a na dodatek kilka dni wczesniej dolaczyl do mnie Nik. Poza wyjsciem na msze w kosciele, przesiedzielismy wiec caly dzien w domu, ja doczyszczajac chalupe, a Potworki oraz M. snujac sie po katach, troche ogladajac tablety i troche sie bawiac. Taki spokojny dzien, chociaz i tak nie czulam sie po nim jakos szczegolnie wypoczeta. ;)

Poniedzialek, 27 stycznia

Poniedzialek oznacza klub narciarski. Juz poprzedniego wieczora oraz tego ranka, Bi urzadzila awanture, ze ona nie chce jechac, ze traci na ski club caly dzien, nie ma ochoty i w ogole. Porazka z naszego rodzinnego wypadu tydzien wczesniej, tez mogla miec cos wspolnego z tym buntem. ;) Nagle nic jej nie pasowalo, nawet kurtke narciarska skwitowala nienawistnym epitetem. :) W kazdym razie urzadzilam pannie pogadanke, ze wrecz blagala mnie o zapisanie do tego klubu, ze zaplacilam za niego kupe kasy i zeby wybila sobie z glowy, ze ot tak zrezygnuje po dwoch razach. Starsza wsiadala do autobusu szkolnego ze lzami wscieklosci w oczach, a ja jechalam odwiezc narty do szkoly z para buchajaca uszami. ;)

Najpierw mekolenie, a potem taaaki usmiech...

I co? I potem okazalo sie, ze bawila sie tak przednio, ze sama stwierdzila, ze nie wie dlaczego rano marudzila, a we wtorek rano... rozplakala sie, ze klubu narciarskiego nie ma kolejny dzien! :O
Nie nadazam czasem, no...

Wtorek, 28 stycznia

Wtorki to nasze dni relaksu, przynajmniej narazie. ;) Dzieciaki nie maja zadnych zajec pozalekcyjnych, wiec spokojnie odrabiaja lekcje i maja czas na zabawe. Zeby nie bylo za latwo, z powodu jego "luzu" jest to tez dzien, kiedy cwicza gre na skrzypcach. I tak mi wstyd, bo powinni cwiczyc codziennie, ale z racji napietego grafiku i pragnienia, zeby mieli choc godzine dziennie swobody, cwicza srednio 1-2 razy w tygodniu.
Tego dnia, kiedy wjechalam na nasze osiedle, droge przebiegl mi najprawdziwszy RYS! I dobrze, ze nikt za mna nie jechal, bo najpierw jadac, przygladalam sie temu stworzeniu, myslac, ze "troche jak kot, ale jakis taki dziwny...", a kiedy rozpoznalam to, co widze, dalam ostro po hamulcach, chcac lepiej sie przyjrzec. Siegnelam tez po telefon zeby pstryknac fote, ale rys uciekl juz w geste krzaki! ;)

Sroda, 29 stycznia

W srody Potworki maja trening na basenie, poniewaz jednak Nik nadal byl wyraznie "przytkany", pojechalam tylko z Bi.

Tym razem cwiczyli styl na plecach - to w wodzie z wyciagnieta reka, to Bi :)

Musze tu dodac, ze mialam ochote udusic malzonka, bowiem w poniedzialek, w czasie, kiedy ja pilnowalam bandy mlodocianych narciarzy, on zabral Nika na trening na basenie. Mowilam wyraznie, ze Mlody jest podziebiony i moze trzeba mu ten trening odpuscic, ale tatus uznal, ze nic mu nie jest. Efekt byl natychmiastowy. Jeszcze w niedziele tylko przez sen bylo slychac, ze Kokusiowi cos "furczy" w nosie, we wtorek mowil juz wyraznie "nosowo". Coz... Na szczescie, poki co, wydaje sie, ze to tylko leciutkie przeziebienie, bez goraczki i nawet niespecjalnie dokuczliwe. Najbardziel chwycilo mnie i puszcza bardzo opornie. :/
Tego samego wieczora, Nik mowil cos do mnie, kiedy zauwazylam cosik dziwnego. Najpierw myslalam, ze resztka jedzenia siedzi mu miedzy zebami, ale po chwili zauwazylam, ze to cos ciemnego, to korzen gornej jedynki, ktora wisiala doslownie na wlosku, kompletnie przekrecona! :D Niestety, mimo, ze byl to cud, iz ten zab w ogole jeszcze sie trzymal, Nik nie dal go dotknac, ani sam nie mial na tyle zimnej krwi, zeby go sobie "usunac". Zaproponowalam kawalek chlebka. Po jednym kesie uslyszalam, ze suchy chleb jest fuj i on jesc nie bedzie. A zab nadal sie trzymal. Na szczescie na ratunek przyszedl tost z miodkiem. Nie dosc, ze smaczna przekaska, to wystarczyl jeden gryz, zeby niesforna jedynka w koncu wyleciala. ;)


Wrozka Zebuszka lekko spanikowala, bo po przeszukaniu portfela wlasnego oraz meza, okazalo sie, ze znalazla caly... $1. :D Na szczescie, od czego ma sie butle na drobniaki? Nasypala do woreczka troche monet i nastepnego dnia dziecko cieszylo sie jakby dostalo sakiewke pelna zlotych dukatow. ;)
Usmiech Nika jest teraz mocno szczerbaty, bo dolne dwojki, z ktorych jedna wypadla we wrzesniu (!), dopiero co zaczely sie wyrzynac. Nie mam pojecia dlaczego tak wczesnie wypadly skoro ewidentnie nie byly na to gotowe...


Na szczescie pod jedynka, ktora wyleciala w srode, juz wyraznie widac stalego zeba (lopate - masz racje Iwosiu! :D). Kolejna gorna jedynka juz tez mocno sie kiwa, wiec Zebowa Wrozka lepiej niech podjedzie do banku po troche gotowki... ;)

Czwartek, 30 styczen

Czwartki to lekcja lyzew. Mimo, ze Nik nadal byl lekko "pociagajacy", stwierdzilam, ze go wezme. Juz dzien wczesniej marudzil, ze tez chce na plywanie, a ze lyzwy uwielbia, wiec nie mialam serca go tego pozbawiac. Tym bardziej, ze nie mial goraczki i w ogole nie widac bylo po nim, ze cos mu dolega. Na szczescie na lodowisku wiadomo, jest chlodno, wiec trzeba sie ubrac cieplo, ale bez przesady i jest szansa, ze jesli sie nie spoci i go nie przewieje, Nikowi sie nie pogorszy. Wrecz przeciwnie, troche ruchu na swiezym powietrzu, moze wrecz pomoc. Tamten czwartek to byl chyba dzien dobroci dla zwierzat (potworow! :D), bo M. zdecydowal sie jechac z nami na lekcje, zeby popatrzec jak radzi sobie jego progenitura. Pierwszy raz!

To cud, ze zlapalam usmiech, bo zwykle jest strasznie skupiona i wyglada raczej na przejeta :)

I on rowniez byl pod wrazeniem umiejetnosci Nika.
Troche slabsze wrazenie robi zachowanie Mlodszego, bo on pragnie po prostu jezdzic i to jak najszybciej.

Tym razem Nik jakis powazny, jak nie on ;)

Kiedy maja wykonac jakies cwiczenie, robi je od niechcenia, a dodatkowo najszybciej jest po drugiej stronie lodowiska, wiec nudzi sie i zaczyna pedzic w kolko. Po chwili tak sie zapamietuje w tym pedzie, ze kompletnie nie zauwaza, ze instruktor wydaje juz kolejne polecenie i tak sie to kreci... ;)

Piatek, 31 styczen

Nawet w piatek nie ma pelnego relaksu, bo trzeba odrabiac lekcje do Polskiej Szkoly. ;) Szczegolnie Nik ma zadawane duzo, z racji, ze to I klasa i cwicza polskie litery. Ma wiec zawsze 2-3 strony przepisywania liter i wyrazow. Nie lubi, oj nie. Nawet po angielsku, Mlodszy nie lubi pisania, a juz po polsku to w ogole. Co ciekawe, bez wiekszych problemow radzi sobie z czytaniem. Czasem sie walnie lub polegnie na jakims trudniejszym wyrazie, ale ogolnie nawet nauczycielka go chwali. Z pisaniem juz gorzej. Mieli ostatnio dyktando i pani przyznala, ze w koncu oceny wystawila tylko dzieciom, ktore dostaly 4,5 lub 6. Reszte zignorowala i Nik wlasnie w tej "reszcie" sie znalazl. :D Nie bylam jednak zaskoczona, bo wyrazy do dyktanda przecwiczylismy tylko raz, wiec trudno, zeby Nik sie ich nauczyl. Mea culpa. ;)


Dobrnelam do kolejnego weekendu i czas chyba przerwac. Koniec tasiemcowatego codziennika, pozdrawiam! ;)