piątek, 23 października 2026

Slub i kolejny meczacy tydzien

Sobota, 17 pazdziernika to oczywiscie odsypianie tygodnia. Poniewaz w tym miesiacu zabraklo jakiegokolwiek swieta (dla wszystkich, bo Potwory i ja mielismy poprzedni weekend przedluzony), wiec nawet M. zmuszony jest brac soboty wolne. Normalnie zaczelabym dzien od sprzatania, tym razem jednak wlazlam pod prysznic, bo szykowalismy sie na slub. Moje wlosy maja naturalnie (bardzo) delikatny skret i jak uzyje pianki czy zelu i je "pougniatam", robia sie na nich ladne fale. Ktore niestety trzymaja sie tylko pare godzin, bo wlosy mam dodatkowo strasznie geste i ciezkie. Dodatkowo, kiedy sa skrecone, duzo dluzej schna. Jak sie wiec z samego rana wykapalam zeby dac kudlom czas na wyschniecie, to pozniej juz tylko lezalam i pachnialam. :D Slub mial sie zaczac o 13, wiec chcialam wyjechac pol godziny wczesniej. Oczywiscie poganialam wszystkich, a i tak wyjechalismy 5 minut pozniej. Myslalam, ze dojedziemy z zapasem czasu, a tu wpadlismy jak juz mloda para i swiadkowie ustawiali sie na koncu lawek, zeby podejsc do oltarza. Ogolnie, bylo bardzo prosto i skromnie, bo panstwo mlodzi to juz ludzie po 50tce, wiec nie zalezalo im na otoczce, tylko na samym sakramencie. Nie bylo organisty ani spiewania, wiec msza byla ekspresowa i wraz z zaslubinami, wszystko zamknelo sie w 35 minut.

Zaslubiny 

Pozniej oczywiscie trzeba bylo porobic szereg pamiatkowych zdjec, gdzie nowozency chcieli z ksiedzem, a on zdazyl sie juz przebrac i potem szybko spowrotem wrzucal na siebie komze. :D Nastepnie podjechalismy do restauracji, ktora na szczescie byla tylko okolo 10 minut od kosciola. Czesc gosci, ktorzy byli na slubie, mialo juz plany (wiadomo, skoro zaproszenie wyszlo tydzien wczesniej) i nie zostawali na obiedzie, wiec byla nas tylko grupka 14 osob. 

Maz i zona zgodnie kroja tort :)

Zjedlismy, posiedzielismy, byly rozmowy i zarty i zaraz po 16 wszyscy zebralismy sie do wyjscia. Mielismy wiec jeszcze calkiem sporo spokojnego wieczoru, ale przyznaje ze jakas taka wypompowana bylam po tym calym slubie oraz restauracji i przesiedzialam go na kanapie. I zla jestem tylko na sama siebie, bo martwie sie, ze popelnilam kardynalny blad. Otoz, kiedy wszyscy skladali zyczenia nowozencom juz po ceremonii, my oczywiscie tez podeszlismy i zauwazylam, ze jedna z kobitek chciala wreczyc pani mlodej kwiaty, a ta przekazala je swiadkowej. Pamietajac, ze w Polsce na slubach (co prawda duuuzo wiekszych) tez dawalo sie kwiaty i prezenty swiadkom, zeby panstwo mlodzi mieli wolne rece, wiec ja tez koperte podalam swiadkowej zeby przekazala potem nowozencom. Byla nas niewielka grupka, wiec zerkalam od czasu do czasu, ale nie widzialam zeby to zrobila, choc oczywiscie moge sie mylic. Przekazalam pozniej i panu i pani mlodej, ze koperte dalam swiadkowej i pytalam czy im ja oddala, ale zadne nie pamietalo. Super. Nie sadze zeby ja sobie "przygarnela", bo byla nas tylko grupka bliskich znajomych, ale akurat ta cholerna swiadkowa musiala wyjsc z obiadu wczesniej i mam nadzieje, ze nie pojechala z koperta i gdzies jej nie posiala, bo wsadzilismy do niej naprawde sporo kasy... :/

W niedziele moglam sie wyspac i rozpoczac dzien spokojnie i leniwie. A i tak czulam sie jakas zmeczona i bez humoru, co jest dziwne, bo ani nie bylo w prognozach deszczu, ani nie zblizal mi sie jeszcze okres... Kiedy wstalam i sie ogarnelam, wzielam sie za chlebek bananowy, bo znow mialam 3 brazowe banany. Tym razem dalam sobie spokoj z maka kokosowa. Ten ostatni wyszedl tak ohydny, ze polowe w srodku tygodnia wyrzucilam, bo nikt go nie jadl i w koncu pojawila sie na nim plesn. Tym razem wiec zrobilam (prawie) normalny, bo dodalam do niego masla orzechowego. Jak kiedys tak zrobilam, to malzonek mruczal mi cos, ze dziwnie smakowal, wiec tym razem wrzucilam tez rodzynek. ;) I to bylo bardzo dobre polaczenie, bo z pomoca mojego taty, cale ciasto poszlo w jeden dzien. Niestety, piekarnik znow postanowil sie zbuntowac. Poczatkowo zaczal grzac, ale doszedl do 112 stopni i... stanal. :/ Czekalam 10 minut czy moze ruszy dalej, ale nie. Wylaczylam go i wlaczylam ponownie i o cudzie, zagrzal sie do konca. Niestety, po poludniu Bi postanowila upiec ciasteczka i tym razem nie chcial nawet zaczac grzac. Trzy razy go wylaczalysmy i wlaczalysmy ponownie, no i nic. Juz mowilam pannie, ze bedzie musiala upiec ciastka w airfryerze (oburzyla sie, ze w zyciu! :D), ale uparcie jeszcze raz wylaczylam i wlaczylam i... ruszyl! No ale teraz to juz wyraznie kwestia czasu az padnie kompletnie, wiec jednak trzeba bedzie zainwestowac w nowy, tylko jeszcze nie wiem kiedy sie zmobilizujemy... Dziadek posiedzial jak zwykle prawie do 15, a po jego odjezdzie Nik zaczal marudzic zeby go zawiezc na ryby. Bylo chlodno, okolo 10 stopni, wiec tym razem nawet ja stwierdzilam, ze pewnie nie bedzie praktycznie ludzi i nie ma mowy zeby tam sam stal. Chlopak sie obrazil, ale trudno. Niestety, po godzinie przyszedl zadowolony, ze jego kolega tez chce jechac na ryby! Tu juz nie mialam za bardzo argumentu, ale szczesliwa nie bylam. Zawiozlam go, gdzie bardzo sie zdziwilam, bo nie tylko w budce byl straznik, ale na terenie krecilo sie tez sporo samochodow, choc poza meczem pilki noznej dzieciakow, nie widzialam zadnego wiekszego wydarzenia. Po powrocie oczywiscie jakies pranko, skladanko i ani sie obejrzalam, syn zadzwonil zeby po niego przyjechac, bo dni sa juz coraz krotsze. Reszta wieczora uplynela na kanapie z malzonkiem, gdzie razem wzdychalismy, ze rozpoczyna sie kolejny pracujacy dzien. ;)

Poniedzialkowy ranek zaczelam tyci pozniej, bo pracowalam z domu. Ranek byl bardzo zimny i choc termometr pokazal 2 stopnie, to w nocy musialo byc chlodniej, bo przejezdzalam przez osiedle domkow szeregowych, gdzie widzialam jak ktos skrobie szyby. :O Odwiozlam Potworki do placowki, po czym zjadlam sniadanie, umylam sie i zasiadlam do cotygodniowej rozmowy z szefem. Ten okazal sie w srednim humorze, bo bolaly go plecy. Typowa przypadlosc panow w srednim wieku. :D Malzonek tez od kilku dni prostuje sie powoli niczym 90-letni staruszek, bo byl w sobote rano na silowni i cos sobie naciagnal. ;) Po rozmowie musialam chwile odeagowac stres, wiec rozladowalam zmywarke i zaladowalam tym, co bylo w zlewie. Pozniej siadlam ponownie do kompa i probowalam sie skupic, kiedy kot zaczal... rzygac. Super. Poszlam sprawdzic gdzie czeka mnie sprzatanie, ale kot niestety lazil w kolo i co chwila probowal zwracac. W ktoryms momencie zauwazylam, ze zwisa jej z pyszczka cos czerwonego i malo nie zemdlalam, bo myslalam, ze wymiotuje krwia. :O Tyle, ze patrze, a ona polyka to z powrotem!!! Tu juz sie domyslilam, ze zjadla wloczke, ktora Potwory ciagnely po domu, a ona gonila! To takie szorstkie, wlochate i czerwone cos. A tyle mowilam smarkaczom, ze po zabawie maja ta wloczke zwijac i chowac! Dobrze ze kota nadal zbieralo na wymioty, wiec udalo mi sie ja chwycic, zlapac koniec wloczki zanim polknela go spowrotem i zaczelam ciagnac! Niestety, urwala sie! Juz mialam wizje jazdy do weterynarza, bo nie wiedzialam ile ona tej wloczki zezarla! Na szczescie Oreo nadal bralo na pawia, wiec udalo mi sie ja zlapac ponownie, chwycic koniec wloczki i ciaaaagnac... Tym razem wyszla (chyba) w calosci. Durnowate stworzenie zjadlo z 1.5m! :O

Zdjecie nie oddaje jakie to bylo dlugie :O

Kiciul oczywiscie na mnie pozniej warczal kiedy podchodzilam, ale nie wie, ze moglam wlasnie uratowac jej zycie. A nam solidny rachunek u weterynarza, bo nie wiem czy tak dluga wloczka by jej nie zatkala gdzies jelit. No i mam nadzieje, ze faktycznie nic jej tam nie zostalo. Chyba nie, bo po mojej "akcji" przestala wymiotowac. No, ale ja dziekuje ze takie zabawy z samego rana... :/ Reszta dnia na szczescie minela juz duzo spokojniej, jesli nie liczyc nerwowego przygladania sie kotu. Martwilam sie, ze nie wiem gdzie ta wloczka dokladnie byla i czy jej czegos nie uszkodzilam wyciagajac ja. Kot troche jadl, bardzo duzo pil, ale poza tym wydawal sie calkiem "normalny". Poza faktem, ze caly dzien warczala i syczala na mnie kiedy podchodzilam, ale tu sie jej akurat bardzo nie dziwie. :D Poniewaz w weekend odpuscilam sobie sprzatanie, postanowilam niecnie zmarnowac troche czasu "pracowniczego" i odkurzylam i umylam podloge. I tak po kocich "akcjach" przydalo sie ja porzadnie wyszorowac, a ze nikogo nie bylo, to przynajmniej nikt mi sie nie platal pod nogami. ;) Zrobilam tez spaghetti na obiad, ktore na szczescie robi sie ekspresowo. Wrocil do domu malzonek i siedzielismy razem na kanapie - ja konczac prace, on ogladajac jakies duronoty na telefonie. ;) W ktoryms momencie slysze jakby znajome glosy, a tu Nik wpada z kolega! Okazalo sie, ze na treningu przebiegali kolo naszej ulicy, wiec postanowili zboczyc z trasy i wpasc sie napic. :D

Kolega ma szczeniaka, wiec kiciul to dla niego sensacja

Pozniej Mlodszy zadzwonil, ze wroci po treningu piechota, wiec odpadla nam jazda po niego. Malzonek pojechal wiec tylko po Bi, a ja zamknelam co robilam w robocie. Wieczor minal juz typowo - posprzatac kuchnie, przygotowac ciuchy i przekaski na kolejny dzien, poskladac jedno pranie, wstawic kolejne... Niestety, ranki sa chlodne, wiec Potwory zakladaja dlugie spodnie oraz bluzy, a ze rozmiary nosza juz wlasciwie dorosle, to brudowniki zapelniaja sie w zastraszajacym tempie...

We wtorek pobudka byla juz brutalnie wczesna. Nie znosze tej pory roku, kiedy wstajesz po ciemku i nie mozesz sie dobudzic... Wyszykowalam sie, zapielam psiurowi (ktorego wczesniej wypuscilam) na tylku pieluche, zgarnelam Potwory i pojechalismy. Kot nie wykazywal checi na wyjscie, wiec kiblowal w domu. Mialam nadzieje, ze bez zadnych "akcji". W biurze poza mna tylko jeden facet, wiec cisza i... frustracja. Przyszla pora zeby uprzedzic o kolejnej inspekcji i za cholere nie moge dorwac doktorka. Dorwac jak dorwac, ale zeby chociaz dostac wlasciwy telefon! Zwykle w zleceniu jest jakis numer; tym razem nic. No, ale od czego jest wujek Google? Znalazlam dwa potencjalne numery, a w miedzyczasie napisalam do ludzi z mojej grupy czy ktos ma jakas osobe do kontaktu z tym szpitalem. W wielu bowiem jest jakis departament, do ktorego sie dzwoni i oni zalatwiaja wszystko z lekarzami. Tym razem nikt nic nie wiedzial, wiec zadzwonilam pod znalezione telefony. W obydwu automatyczna wiadomosc od sieci komorkowej, ze abonament "tymczasowo niedostepny". Znalazlam inny numer, gdzie pani poinformowala, ze ten lekarz jest z innego departamentu, ale znalazla jakis inny numer. Pod tym niestety wlaczyla sie sekretarka jakiejs kobiety. Dzwonie wiec na jeszcze inny numer. Ponownie pudlo, ale pani powiedziala ze znalazla jakis numer tego lekarza i moze mnie przelaczyc. Przelaczyla i... kolejna poczta glosowa zupelnie innej osoby. Zadzwonilam jeszcze raz pod poprzedni numer, ale odebrala jakas inna babka, znacznie mniej pomocna i poradzila zebym zadzwonila na numer administracyjny szpitala. Marnie to widzialam, ale zadzwonilam. Tam odebral jakis pan i podal mi kolejny (!) numer. Pod tym dzwonek dzwonil i dzwonil w nieskonczonosc, ale ani nikt nie odbieral, ani nie wlaczala sie poczta glosowa. W tym momencie sie poddalam, bo pod niektore z numerow dzwonilam po kilka razy i bylam po prostu wku*wiona. Powinnam byla czytac protokow i przygotowywac sie do odbycia inspekcji, a tymczasem spedzilam doslownie pol dnia na telefonie... :/ W koncu, cala szczesliwa, wypryslam z biura, ale podazyc musialam w kierunku przeciwnym do domu, bowiem Nik mial zawody. Bylam pewna, ze na te sie juz nie zalapie, bowiem to miszczostfa, a tu niespodzianka! No to wiadomo, ze pojechalam kibicowac. Na szczescie park, w ktorym sie odbywaly byl 12 minut od mojej pracy, bo z chalupy musialabym jechac 40 minut. Dojechalam i na dzien dobry lekka zalamka, bo kasuja za wstep. Na szczescie tylko $7, ale to publiczny park, wiec troche tak niesmacznie. Miasto na litere M postanowilo zarobic sobie na zawodach. Slyszalam pozniej jak ktos zalil sie, ze nie mial przy sobie gotowki i go nie wpuscili! Musial zaparkowac gdzies w bocznej uliczce. Ja mialam kase, wiec wjechalam, a tam pelna mobilizacja! Nie ma, ze zaparkujesz gdzie chcesz, tylko alejki poblokowane, ludzie z choragiewkami kieruja ruchem i pokazuja gdzie mozesz zostawic auto. Zaparkowalam i troche zglupialam. Tak jak napisalam, to zwykly, publiczny park w miescie, tyle ze ogromny. Przypominal bardziej las. Wysiadlam, naokolo cisza i cwierkanie ptakow i gdzie mam isc?Niektorzy ludzie wygladali na spacerowiczow, inni uprawiali jogging, wiec poszlam za jakims panem w garniturowych spodniach i pod krawatem, zakladajac, ze tez przyjechal po pracy na zawody dziecka. ;) Idac tak, co chwila odwracalam sie zeby zapamietac droge, balam sie bowiem, ze nie znajde pozniej swojego auta! W koncu sciezka doszla do konca lini drzew i otworzyla sie na ogromna lake, na ktorej, ku mojej uldze, rozsiane byly namioty wszystkich druzyn. Trzeba bylo tylko znalezc Kokusiowa. Odszukalam nasza baze, ale syna juz tam nie bylo, bo druzyny "juniorow" (junior varsity, czyli tych najlepszych z mlodszych rocznikow) ustawione byly na starcie, hen, hen na dole. Dawno nie widzialam taaakiej grupy... 

Widzicie te gromade? A czesc nadal byla schowana za wzniesieniem! :O

Na szczescie poczatek wyscigu, ktory byl zarazem jego koncem, byl wyraznie oddzielony siatka, wiec stanelam przy niej i czekalam. Niestety, w tym tlumie nie udalo mi sie znalezc Kokusia. Trasa jednak pozniej tak biegla, ze robila petle i po kilku minutach chlopcy zaczeli wracac ta sama droga, tylko biegnac w dol.

Z gorki na pazurki, choc aparat wyplaszcza i wydaje sie plasko ;) 

Tutaj juz szybsi wysforowali sie naprzod, wolniejsi zostali w tyle i latwiej bylo znalezc swojego zawodnika. Pozniej chlopaki znow gdzies zawracali i do mety biegli w tym samym miejscu, ale pod gorke.

Wbiega na mete. Te czarne pasy na ziemi to chyba wlasnie odbiorniki rejestrujace czas zawodnika

Nik mowil potem, ze to byla najtrudniejsza trasa jaka zaliczyl, bo mieli kilka naprawde wysokich pagorkow. W kazdym razie, widzialam jak dobiega na mete, ale nie malam pojecia ktore zajal miejsce. Udalo mi sie dorwac go po biegu i powiedziec mu ze jestem i zeby dal mi znac kiedy chce jechac do domu. Zaraz po jego biegu zaczynaly wyscig dziewczyny, a po nich mialo byc rozdanie medali i pucharow.

Karteczka z numerem, a zarazem elektroniczny czujnik z miszczostf 

Myslalam, ze bedzie chcial zostac na rozdaniu nagrod i w pelni przygotowalam sie na siedzenie tam kolejnej godziny jak nie dluzej. Mieli wozy z zarciem i napojami, wiec pomyslalam, ze kupie sobie kawe i cos do jedzenia i bedzie git. Tymczasem Nik po chwili przyszedl, ze chce jechac. Nie spodziewal sie zadnej nagrody, wiec wolal wracac. Tyle, ze dopiero po chwili powiedzial ze nie wiedzial gdzie sa jego trenerzy, wiec nie dal im znac, ze jedzie. Domyslam sie, ze trenerzy byli z dziewczynami, bo te za moment mialy zaczac swoj bieg. Spytalam czy powiedzial chociaz komus z druzyny, ale nie, bo po co... Kiedy gotowa bylam wracac zeby zawiadomic kogokolwiek, stwierdzil, ze moze wyslac wiadomosc na group chat. OK. Tyle ze do wieczora nikt nie odpowiedzial, wiec nie wiem czy ktos przekazal trenerom i go potem nie szukali... Trudno, jego wina. Jak dostanie kiedys opiernicz, to sie nauczy. Droge do domu mielismy niestety w koszmarnych korkach, bo musielismy sie przebic przez stolyce. Jechalismy 48 minut, bleee... Po drodze oczywiscie trzeba bylo zajechac po Dunkin', choc na szczescie ta rozpusta pomalu dobiega konca. :) Biedny Nik, byl wymordowany i pogryziony przez komary. Ze szkoly wyjechali juz o 12:35, wiec spedzil cale popoludnie na tej lace, rozgrzewajac sie, przechodzac trase zeby ja zapamietac, itd. Po drodze do domu zwyczajnie mi zasnal. :D Do chalupy dojechalismy tuz przed 18, wiec tylko oboje wskoczylismy szybko pod prysznice i dzien przelecial.

Sroda to taka sama pobudka, odstawic dzieciaki i jazda do roboty. Tam ponownie walka zeby dorwac doktorka. Zostawilam trzy wiadomosci trzem roznym osobom i wyslalam doktorkowi maila zeby zadzwonil. Okazalo sie jednak, ze najlepsze informacje ma departament ochrony pacjenta. Tam w koncu dali mi bezposredni numer jego komorki. :) Zadzwonilam, ale byl akurat zajety i powiedzial ze oddzwoni za okolo 45 minut. Super, tyle ze oddzwonil prawie 1.5 godziny pozniej, kiedy szykowalam sie juz do wyjscia. Okazal sie tez niezla gadula, wiec kiedy skonczylam rozmowe bylo juz sporo po moim normalnym czasie konca pracy. A jeszcze szybko napisalam maila do szefa, bo jak zawsze, mam pecha i doktorka nie ma ani w poniedzialek, ani w czwartek i piatek. Nie bylam pewna czy mozemy zaczac inspekcje bez niego, czy powinnam raczej przelozyc poczatek na wtorek. To by sie jednak laczylo z prawdopodobnym powrotem tam w kolejny poniedzialek. Dla mnie nie ma problemu, no ale tym razem ma byc ze mna szef i wiem ze chce obejrzec inspekcje od A do Z. Wyszlam wiec z pracy prawie pol godziny pozniej niz normalnie, a to oznaczalo tez wieksze korki. Dojechalam tuz przed 18, wiec z wieczora malo co zostalo. Na szczescie M. wczesniej urzadzil grillowanie, wiec byl juz obiad i nie musialam sie chociaz o to martwic. Za to zabralam sie za skladanie i wstawianie kolejnego prania, bo wiadomo ze to zawsze jest do zrobienia... Aha! Udalo mi sie odkopac wyniki biegu Kokusia z poprzedniego dnia. Szkoda ze trenerzy nie potrafia wyslac maila z informacjami, tylko czlowiek sam musi grzebac. Na szczescie takie miszczostfa to juz nie lada wydarzenie, a czasy mierzyli elektronicznie, wiec link byl pieknie wrzucony na stronce parku, w ktorym sie odbywaly. W gromadzie Nika, czyli Junior Varsity (JV), bieglo 336 chlopcow. Z tego, 14 nie ukonczylo biegu, w tym jeden z druzyny Mlodszego. Syn mowil, ze chlopak po prostu w ktoryms momencie usiadl i stwierdzil, ze dalej nie da rady. ;) Z pozostalych, Nik dobiegl z numerem 135. 

Kokusia zaznaczylam na czerwono

Wydaje sie daleko, ale tak naprawde to calkiem przyzwoity wynik, mieszczacy sie w pierwszych 40%. Jak na poczatkujacego biegacza, to wrecz bardzo dobrze. W biegach przelajowych bowiem, w JV biegna tez starsi chlopcy. Wiekszosc sportow ogranicza najstarszy rocznik do Varsity. Jesli nie dostana sie do tej grupy najlepszych, to sorki. W biegach przelajowych jednak, jesli seniorzy nie znajda sie w grupie Varsity, moga biec w JV. Nik scigal sie wiec z chlopakami o rok, dwa, a nawet trzy lata starszymi. I jak jeszcze tydzien wczesniej twierdzil ze raczej na pewno trenerzy go do tego biegu nie wybiora, tak prosze, znalazl sie w grupie wybrancow i jeszcze zajal niezle miejsce. :) Jako druzyna, chlopaki byli 8 na 21, wiec rowniez bardzo ladnie.

W czwartek moglam pospac pol godziny dluzej, bo pracowalam z domu, wiec tylko zawozilam Potworki. 

Po drodze mijalam jezioro, nad ktorym mgla sprawiala ze woda wygladala niczym gotujacy sie w kociolku magiczny eliksir :)

Dzien spedzilam oczywiscie na szykowaniu sie do inspekcji, z mala przerwa na odebranie ze szkoly Bi. Panna dzien wczesniej tak nieszczesliwie wskoczyla (na nogi) do basenu, ze uderzyla w dno pieta i choc potem w wodzie malo co czula, to kiedy wyszla okazalo sie, ze boli ja kostka i kuleje. Rano bylo troche lepiej, ale nadal lekko kustykala, wiec napisalam do trenera, ze nie bedzie jej na treningu, zeby dala nodze odpoczac, bo kolejnego dnia dziewczyny mialy miec zawody. Odstalam wiec swoje w sznureczku aut, a jeszcze sie wkurzylam, bo panna wie, ze pracuje, a ze szkoly wyszla... ostatnia! Bo szukala kolezanki, ktora miala dac jej zakupione przez siebie rzeczy. Zbliza sie koniec sezonu plywackiego, wiec dziewczyny ponownie robia kosze z prezentami dla seniorek. Tym razem panna z grupy Bi, ktora caly sezon migala sie od wymianki slodyczowo - napojowej, jednak sie wlaczyla, ale zgodzila sie kupic... slodycze. Troche ochrzanilam Starsza, ze tak sie dala wrobic, bo tamta kupila jakis napoj, czekolade, batoniki, itd. Slowem cos, co kosztowalo ja moze $15 max. Dla nas zas zostal kocyk, kosmetyki, nie mowiac juz o samym koszu. Czyli wydamy pewnie okolo $100. I nie chodzi o to czy mnie stac, tylko uwazam, ze to powinno byc jakos sprawiedliwie rozlozone. Najlepsza opcja byloby gdyby pojechaly na zakupy razem i kazda zaplacila po polowie. Tu jednak Bi pierwsza zakrzyknela, ze one sie wlasciwie nie znaja i ona nie chce sie z tamta umawiac. Czyli co? Trenerzy wymyslaja jakies grupki sister-friends zeby niby sie dziewczyny zintegrowaly, a w praktyce i tak wszystkie trzymaja sie w swoich grupkach... :/ Nie mowiac juz o tym, ze nie kazda druzyna sportowa wymysla jakies kosze, kwiaty, prezenty, itd. W biegach przelajowych seniorzy dostali koszulki i oklaski od trenerow. Tutaj daja kosze upominkow, nie mowiac juz o tym, ze cale to wreczenie odbywa sie w obecnosci rodzicow, kazdy ma zdjecia z rodzina, itd., a wszystko zaczyna sie o 21 wieczorem w zwykly dzien tygodnia. Porazka... :/ Az sie boje co kombinuja w druzynie chlopcow, bo w tym roku Nik tez planuje plywac... Odplynelam od brzegu. ;) W kazdym razie, Bi oraz ta druga dziewczyna, maja razem jakas lekcje, ale tamta gdzies zniknela, nie odpowiadala na sms'y i tak sie szukaly po calej szkole... A ja siedzialam w aucie i wszyscy po kolei mnie wymijali i sobie jechali. Mialam ochote napisac pannie ze jade do domu i moze wrocic pieszo, ale pamietalam ze boli ja kostka... W koncu wyszla, przeprosila i moglam wrocic do domu i roboty... Akurat konczylam prace, kiedy trzeba bylo jechac po syna. Malzonek zaczal smazyc racuchy, wiec pojechalam ja.

Idzie, z nieodlacznym "ogonem" w postaci kolegi ;)

Wrocilam z Mlodszym, chwycilismy po racuchu i trzeba bylo pojechac na zakupy spozywcze. Zabrala sie z nami oczywiscie Bi, ktora nie przepusci nawet spozywczakowi. ;) Mlodziez chciala pozniej jechac na bubble tea, ale juz kolejny raz nie mieli tapioki, wiec skonczylismy znow w Dunkin', ktorego mamy idealnie po drodze. Kiedy wracalismy, bylo po 18 i praktycznie ciemno, tylko niebo jeszcze troche jasniejsze. Z westchnieniem uswiadomilam sobie, ze za tydzien zmienimy czas i o tej porze bedzie dopiero 17, a juz zmierzch... W Polsce zmieniacie juz w ten weekend. Czesc mnie zazdrosci, bo to jednak godzina wiecej snu, ale ta ciemnica wieczorem to natychmiastowa chandra. ;)

Piatek to ponownie wczesniejsza pobudka, wyszykowac sie i do roboty. Tam niespodziewanie bylo kilka osob, a myslalam ze tuz przed weekendem bedzie pustka. Byla tez moja wyjazdowa kolezanka, choc niestety chora i ciagle kaszlala, rozsiewajac zaraze. :/ Czas uplynal mi oczywiscie na szykowaniu sie na inspekcje, choc po drodze musialam tez popatrzec na loty oraz hotele. Nastepna mam niestety wyjazdowa i to daleko, wiec trzeba juz konkretnie zaczac myslec o rezerwacjach. :/ 

A po pracy jechalam na kolejne zawody, ale to juz nastepnym razem. ;)

piątek, 16 października 2026

Dlugi weekend i sportowy tydzien

Skonczylam ostatnio na tym, ze w piatek, 9 pazdziernika, Bi po poludniu miala zawody. Mimo marudzenia M. zebym sobie odpuscila, pojechalam. Tym razem niestety byly wyjazdowe i to dosc daleko, bo pol godziny drogi i to autostrada. Na szczescie w takim fajnym kierunku, gdzie malo kiedy sa korki. Dojechalam bez problemu i troche zglupialam. Szkola ogromna, glowne wejscie, parkingi po bokach, ale niewiadomo gdzie tu wchodzic. Sporo aut jechalo na lewo, tam tez widzialam ludzi idacych w jednym kierunku, wiec pojechalam. Niestety, okazalo sie, ze wszyscy zdaja sie zmierzac na boiska. Sprawdzilam kilka bocznych wejsc, ale wszystkie byly zamkniete. Wrocilam wiec do auta, przejechalam na drugi parking i pomaszerowalam do glownego wejscia. Akurat jakis pan wychodzil, ale powiedzial mi ze basen jest po przeciwnej stronie budynku. W dodatku, byl tylko jakims zastepca, wiec jak juz wyszedl, to nie mial ponownie wstepu, a w biurze nikogo nie bylo. No to coz... Znow wrocilam do auta i podjechalam do dalszego parkingu, gdzie jak byk minelam tabliczke ze strzalka wskazujaca wejscie na basen i sale gimnastyczna. Wczesniej po prostu nie pojechalam wystarczajaco daleko. :D Zaparkowalam i poczlapalam w poszukiwaniu tego wejscia, ktore okazalo sie faktycznie po przeciwnej stronie glownego i jeszcze schowane za jakimis szopami i szklarniami. Palnelam sie mentalnie w lepetyne, bo gdybym poszla dalej z pierwszego parkingu, tez doszlabym do tego wejscia, ale za szybko sie cofnelam, myslac ze tam przejscie bylo tylko do boisk. Najwazniejsze jednak, ze w koncu znalazlam basen, ktory okazal sie niewielki, ze strasznie ciemnymi trybunami. Momentalnie zachcialo mi sie spac. Na szczescie pozniej siadla kolo mnie mama innej dziewczynki i od czasu do czasu wymienialysmy pare zdan. Tym razem nasze dziewczyny doslownie zmiotly przeciwna druzyne, bo wygraly 96:83. Tyle, ze tamte panny mialy mniej zawodniczek i w niemal kazdym wyscigu plynely 2-3 nasze i jedna tamtych. Troche to niesprawiedliwe i myslalam, ze punkty sa jakos wyrownywane w stosunku do liczby uczestnikow, ale chyba nie. Trzeba jednak tez przyznac, ze w prawie wszystkich wyscigach, nasze dziewczyny zdecydowanie prowadzily. Bi rowniez poszlo bardzo dobrze. Plynela na 50m kraulem, 50m grzbietowym oraz 2M, czyli dwie dlugosci basenu kazdym stylem (razem 8) i w kazdym zajela drugie miejsce.

Grzbietowy

Trener znow dal ja do tego najdluzszego wyscigu - 500m kraulem i tu juz doplynela przedostatnia (na 4 zawodniczki, wiec trzecia ;P), ale pozniej powiedzialam, ze nastepnym razem ja nagram, bo plynela w tak slimaczym tempie, ze glowa mala. Gdyby troche tylko przyspieszyla, mialaby szanse zajac duzo lepsze miejsce. Po zawodach panna z radoscia pomachala dziewczynom, ktore wracaly autobusem i poszla za mna do samochodu. Zajechalysmy po drodze do Dunkin' bo Bi nie mogla przepuscic takiej okazji i potem juz ruszylysmy w kierunku domu. Obie zadowolone, bo zaczynal sie dlugi weekend. :)

W sobote niestety nie moglam pospac ile bym chciala, choc i tak dalam sobie czas do 8:30. Musialam sie zerwac bo Nik mial zawody i choc jechal autobusem, to trzeba go bylo odstawic na ten autobus do szkoly. Plan byl zeby pojechal ze wszystkimi, bo trenerzy nie dali znac o ktorej jest rozgrzewka, inaczej bym go na nia po prostu zawiozla. Bieg byl o 11, wiec stwierdzilam, ze dojade juz na same zawody, pokibicowac synowi. Niestety, tego dnia M. wzial wolne i oczywiscie musial wtracic swoje 4 grosze i kompletnie namieszac. Dzien wczesniej powiedzialam mu, zeby zawiozl Mlodszego na ten autobus (to jest 5 minut w jedna strone), bo i tak wstaje o 6. Na to puscil mi swoje zwyczajowe marudzenie, ze po co Nik w ogole tam jedzie. Tlumacze jak krowie na rowie, ze te sobotnie zawody sa dla najlepszych zawodnikow. Dziewczyny biegna wszystkie, bo jest ich tylko 11, ale ze chlopcow jest ponad 40, to dostanie sie do tej najlepszej 20stki, to naprawde wyroznienie. Otrzymalam tylko przewrot oczami. Czesto sprzeczamy sie o te zawody dzieciakow, bo jesli pamietacie, odkad byli mali, zapisywalam ich na wszystko czego tylko chcieli sprobowac, liczac na to, ze cos ich wciagnie. I malzonek wiecznie zrzedzil, ze ich zmuszam, ze to bez sensu bo i tak nic w tym nie osiagna, itd. Tym bardziej, ze jak to dzieciakom, czesto zdarzalo im sie marudzic ze nie chca jechac na trening czy mecz/zawody. Troche mu sie oczy otworzyly kiedy pojechal pare razy na pilke nozna i zobaczyl, ze na boiskach jest doslownie polowa dzieciarni z naszej miejscowosci. Ale i tak wiecznie mnie oskarzal, ze ich przymuszam, gadal ze jak nie chca to mam ich wypisac, itd. Pozniej oni sami zaczeli mowic, ze chca chodzic (co nie przeszkadzalo w jeczeniu przed treningami :D), a malzonek juz otwarcie oznajmial ze go to nie interesuje i nie bedzie sobie marnowal weekendow na jezdzenie na zawody potomstwa. Kiedy probowalam tlumaczyc ze to wazne zeby dzieci wspierac w ich pasjach i kibicowac, wzruszal ramionami ze jak dostana sie do szczebla narodowego albo olimpiade, to pojedzie. Wszystko mi opada, bo wiadomo ze to malutki odsetek, a nasi zadnych az takich talentow nie wykazuja. Nie mniej, Nik niespodziewanie odnosi sukcesy w biegach. Olimpiady z tego nie bedzie, ale jakby rozwinal tempo i utrzymal sie w grupie najlepszych do konca szkoly, kto wie, moze byc z tego stypendium na studia. Kiedy jednak mowie to M., otrzymuje kolejny przewrot oczami. Jemu zupelnie brakuje wiary we wlasne dzieci... W sobote wkurzyl mnie tak, ze mialam ochote wyjsc, trzasnac drzwiami i wrocic wieczorem. Kiedy wstalam, o dziwo oba chlopaki szykowaly sie do wyjscia, ale ojciec chodzil i smecil synowi, ze gdzie on tam bedzie jechal, ze szkoda soboty, ze czy mu sie chce, ze lepiej by sobie na ryby (!) pojechal. Doszedl w koncu do tego, ze powiedzial Kokusiowi, ze jak odpusci sobie te zawody, to on go osobiscie na te ryby zawiezie!!! :O Po prostu nie moglam uwierzyc wlasnym uszom! Nik, jak to on, zupelnie niezdecydowany, zaczal pytac mnie, co ma robic. Poniewaz mam dosc bycia wiecznie tym zlym policjantem, oznajmilam zeby mnie w to nie mieszal. Ja uwazam ze skoro powiedzial trenerom, ze bedzie, to powinien jechac i ze to wstyd tak odmawiac w ostatniej chwili, ale to jego decyzja. Malzonek zripostowal, ze przeciez moglo cos nagle wyskoczyc, Nik mogl wstac chory, itd. Jasne, ale nic nie wyskoczylo! To M. cos kompletnie odbilo i zrzedzil jakby musial syna na te zawody wiezc, zostac tam i kibicowac, a potem przywiezc go do domu! Tymczasem mial go tylko podrzucic pod szkole, a na zawody mialam dojechac ja! Ostatecznie, jak mozna bylo przewidziec, Mlodszy przyznal ze tak naprawde to mu sie nie chce jechac i woli na ryby. Powiedzialam mu, ze to jego decyzja, to on bedzie musial sie wytlumaczyc trenerom, ale z takim podejsciem to marnie widze jakiekolwiek sukcesy. Czy mi sie chcialo jechac? Pewnie, ze nie! Ale jak juz sie powiedzialo "hop", to trzeba skoczyc. Poza tym, Potwory zawsze mialy taka tendencje, ze pytalam czy jada na zawody (np. plywackie). Tak, jada. Pytam tydzien przed, potem 3 dni przed, dzien przed - czy na pewna chca, bo jak cos to moge napisac do trenera, ze ich nie bedzie. Nie, chca. OK. Przychodzi sobotni ranek i nagle: "nie chce mi sie, nie chce jechac, moge jednak zostac?", itd. Szlag moze trafic czlowieka na miejscu! W kazdym razie, ostatecznie, pod goraca namowa trzepnietego ojca, Nik zostal w domu. Czy sie ucieszylam, ze nie musze popylac 40 minut na miejsce zawodow? Czesciowo tak. Bardziej jednak mam poczucie, ze Nik uczy sie, ze moze sobie odpuscic jak mu troche zabraknie checi. No i to mialy byc ostatnie zawody, ktorym moglam kibicowac. Nastepne to mistrzostwa, ale nie sa dla calej druzyny, tylko naprawde najlepszych z najlepszych. Nik sie na nie nie lapie. Pozniej beda mistrzostwa dla najmlodszego rocznika, gdzie bedzie biegl, ale ja w ten tydzien bede miala inspekcje z wlasnym szefem, wiec mowy nie ma zebym mogla sie urwac wczesniej. No trudno. :( Skoro juz zostalismy, M. faktycznie zawiozl syna do klubu, choc ciezko wzdychajac, bo zaczal przykrywac na zime przyczepe i nie chcialo mu sie od tego odrywac. Mialam ochote powiedziec ze gdyby nie on, to Nik i ja bylibysmy wlasnie na zawodach i nikt by mu nie przeszkadzal, ale ugryzlam sie w jezyk. Moglam oczywiscie zaproponowac, ze sama go zawioze, ale nadal bylam zla, wiec nic nie powiedzialam. Wyciagnelam odkurzacz oraz mopa i doprowadzilam podlogi na gorze do jako takiego porzadku. Mlodziez ogarnela wlasne pokoje. Poza tym jakies pranko, zmywarka i zrobila sie 15. Pojechalam po syna nad jezioro i po powrocie trzeba sie bylo szykowac do kosciola. Kiedy wrocilismy, ogarnelam dolna lazienke i zabralam sie za chlebek bananowy. Tym razem postanowilam wykorzystac make kokosowa, ktora ostatnio zakupil malzonek. Naczytal sie, ze jest duzo zdrowsza niz zwykla maka ze strasznym glutenem i postanowil przestawic sie na ta. Tyle, ze nic mu z nia nie wychodzilo. Nalesniki sie rozpadaly, placki kruszyly, po prostu nic nie trzymalo kupy, nawet kiedy sie poddal i dodal zwyklej maki. ;) Mam wiec spory worek tej cholernej kokosowej i szukam gdzie by ja tu wykorzystac. W koncu stwierdzilam, ze moze nada sie do pieczenia. Znalazlam przepis i trzymajac sie go scisle, ciasto faktycznie wyszlo. A przynajmniej sie nie rozpadlo, choc prawie nie uroslo. ;) Niestety, nie pomyslalam, ze dodaje sie do niego tylko 2 lyzki miodu i zero cukru. Wyszlo wiec praktycznie nieslodkie. Zjadliwe, ale takie malo smaczne. ;)

Niedziela to juz spanie do oporu, tym bardziej, ze ciasto mialam, wiec nie musialam sie zrywac zeby cos upiec przed przyjazdem dziadka. Na spokojnie wstalam, zjadlam sniadanie i ogarnelam sie. Zanim zdazylam napisac do taty ze moze wpadac, wrocil z pracy M. I przywiozl nowiny i to takie, ze szczeka mi opadla. Okazalo sie, ze zadzwonil do niego nasz przyjaciel, chrzestny dzieciakow, zeby zawiadomic, ze za tydzien bierze slub. Za TYDZIEN!!! Wiedzielismy, ze sa zareczeni, ale jak pytalismy, to mowili ze nie wiedza kiedy, ze to narazie tak dla samych siebie, itd. A tu nagle slub! Zadzwonilam potem do pani narzeczonej i tlumaczyla mi, ze gadala sobie ze znajomym ksiedzem i wspomniala o slubie, a on na to ze ma miejsce za tydzien lub dwa. No to mu powiedziala, ze za tydzien bedzie ok!!! :D Jestesmy zaproszeni cala czworka i ona oczywiscie mowi zeby sie nie stroic, bo poza nami beda jeszcze dwie znajome pary i to wszystko, wiec zadna wielka impreza. Podobno A. (chrzestny) nawet nie chce do zadnej restauracji pozniej isc, ale mowila, ze go "urobi". No to mamy slub do zaliczenia i prowadzimy z M. dyskusje ile im dac kasy. ;) To byla pierwsza wiadomosc od nich. Druga to taka, ze przygarneli wyrzucona przez kogos kotke, a ta im sie... okocila! Maja 5 maluchow. Jednego zostawiaja sobie, a pozostale sa do oddania. Oczywiscie i ja i Bi probujemy namowic M. zeby wziac od nich kociaka, ale ten narazie wscieka sie, ze nie ma mowy. Powiedzial mi wprost "po moim trupie". Odpowiedzialam zartem, ze to sie da zalatwic. :D W kazdym razie, przyjechal moj tata, posiedzial jak zwykle do 15 i pojechal. Popoludnie spedzilismy na spokojnie. Zbieralo sie na deszcz, wiec nie poszlismy nawet na spacer, bo nie chcialam ryzykowac bycia zlapana przez ulewe. Wieczorem malzonek szykowal sie do pracy, z zadroscia patrzac na mnie i Potworki, ktorzy radosnie oczekiwalismy kolejnego dnia wolnego. :)

W poniedzialek byl Columbus Day, wiec szkoly, poczty, banki oraz urzedy stanowe i federalne, mialy wolne. Ponownie moglam pospac sobie ile chcialam, ale nastawilam budzik na 9, bo inaczej pewnie przespalabym caly dzien. Jak zaczelo padac poprzedniego wieczora, tak padalo jeszcze troche rano, ale potem przestalo i nawet momentami wychodzilo slonce. Bi tego dnia umowila sie do galerii handlowej z dwiema kolezankami. Wszystkie trzy mialy po poludniu treningi, wiec chcialy jechac juz od rana. Umowilam sie z mama jednej, ze ona je zawiezie na 11, a ja o 14 odbiore. Po odjezdzie panny, zebralismy sie z Kokusiem i pojechalismy po rybki na przynete. Mlodszy umowil sie bowiem z kolega na ryby. Niestety, nawet nie przyszlo nam do glowy zeby sprawdzic (a zadne tego wczesniej nie zarejestrowalo) i kiedy podjechalismy do sklepu, okazalo sie, ze w poniedzialki maja zamkniete. :/ Nie tylko wiec Nik nie dostal rybek, ale tez zmarnowalismy czas, bo to 20 minut jazdy w jedna strone... Pozniej syn sie wkurzyl, bo napisal do kolegi, a ten stwierdzil, ze bez narybku nie jedzie na ryby. Mlodszy stwierdzil, ze czuje sie wykorzystywany. :D Wrocilismy wiec do domu i zyskalam odrobine spokoju, choc nie duzo, bo juz o 13:30 musialam wyruszac po corke. Powiedzialam jej, ze punkt 14 ma byc przy wyjsciu, bo na 15 ma trening, a jeszcze musimy odwiezc jej kolezanki. Na szczescie dziewczyny karnie staly juz przy drzwiach. Niestety, obie mieszkaja po przeciwnej stronie miasteczka od nas, wiec zanim odwiozlam jedna, potem druga i dojechalam do nas, byla juz 14:35. Bi poszla sie przebierac i pakowac rzeczy, ale z gory bylo wiadomo, ze sie spozni. Tym bardziej, ze obiecalam Kokusiowi, ze po drodze wyrzuce go nad jeziorem, bo stwierdzil, ze chce polowic nawet bez kolegi, na wabiki. A ze on tego dnia treningu nie mial, wiec czemu nie. Zanim dotarlysmy na basen, byla 15:10, wiec stwierdzam, ze i tak niezle. ;) Po powrocie mialam czas chwile posiedziec z malzonkiem, po czym, o 16:30, trzeba bylo wyruszyc po corke. Wrocilysmy, zaparzylam kawy i usiadlam i w tym momencie... zadzwonil syn! :D Pojechalam wiec po drugie dziecko. Oczywiscie zanim wrocilismy, byla prawie 17:30. I tak mi minal dodatkowy dzien wolny - na jezdzie w te i nazad. ;)

Wtorek byl dla Potworkow kolejnym dniem wolnym. Tradycyjnie, po dniu Kolumba, nauczyciele mieli dzien szkolen, a dzieciarnia cieszyla sie czwartym dniem weekendu. Ja juz tak dobrze nie mialam, ale ze pracowalam z domu, to tez nie bylo zle. Kiedy sie obudzilam, przyszedl do mnie, na poranne mizianie, kiciul.

Mruzy oczka od lampy blyskowej, nie ze taka jest zdegustowana :D 

Wstalam po 7, zeby zjesc i ogarnac sie zanim bede musiala zasiasc do laptoka. Kiedy wreszcie usiadlam do pracy, spotkala mnie niemila niespodzianka. Cos im sie porobilo po dlugim weekendzie i praktycznie zadne systemy nie dzialaly. :D Jednoczesnie napisala do mnie kolezanka z biura, ze tam nie dzialal nawet internet. No to bez wyrzutow sumienia porzucilam robote i zajelam sie domem. Wstawilam zmywarke, ogarnelam kuchnie, itd. W miedzyczasie powstawaly Potwory i Nik chcial zrobic kolejne podejscie do kupna zywej przynety i wypadu na ryby z kolega, ktoremu juz wybaczyl, ze tamten go wystawil do wiatru dzien wczesniej. ;) Poniewaz laptok nadal pokazywal awarie, stwierdzilam, ze mozemy pojechac. Zabrala sie z nami Bi, ktora chciala sie wyrwac z domu i zobaczyc sklep z przynetami. Co w tym takiego interesujacego? Nie mam pojecia. ;) W kazdym razie, podjechalismy pod sklep (tym razem byl otwarty), mlodziez poszla po rybki i za pare minut przyszli z wiaderkiem wypelnionym "ofiarami". Zawiozlam Mlodszego nad staw w klubie, gdzie siostra zapragnela zobaczyc jak zarzuca wedke. Brat zapewnial ze na zywa przynete lapie sie jedna rybka za druga, wiec poszlismy. Faktycznie, w ciagu moze 5 minut, ktore tam spedzilysmy, zdazyl zlapac dwie.

Rybka nr. 2

Siostra koniecznie chciala tez zdjecie z rybskiem, ale tak sie do tego zabierala, ze ryba dwa razy jej spadla i "skakala" po pomoscie. :D Juz myslalam, ze wskoczy spowrotem do wody, ale w koncu pannie udalo sie porzadnie chwycic. 

Dumna i blada :D

Ona byla chetna zeby tam siedziec i siedziec, ale powiedzialam, ze moge ja zostawic, sama jednak musze wracac, bo systemy w robocie kiedys wreszcie naprawia. I faktycznie, jak chwile pozniej dojechalysmy i sprawdzilam laptopa, wszystko juz smigalo. Zasiadlam wiec do pracy, choc skupic sie bylo ciezko. W dodatku, umowilam sie z Kokusiem, ze odbiore go okolo 14, bo tego dnia on tez mial juz trening. Tymczasem wybila godzina druga, a tu zero wiadomosci. Napisalam sms'a, czy jest gotowy do powrotu. Nic. Po 10 minutach dzwonie. Znow nic. Zaczyna mnie juz cos trafiac, bo tyle razy powtarzam, ze ma miec wlaczony dzwiek w telefonie, a tu oczywiscie nie dosc, ze tylko wibracje, to telefon gdzies w czelusciach plecaka i zero lacznosci z dzieciakiem! Zadzwonilam pozniej kolejne dwa razy, wyslalam chyba z piec sms'ow i bez rezultatu. W koncu stwierdzilam, ze jak nie odezwie sie do 14:30, to pojade, odszukam go w tym klubie i nogi z doopy powyrywam! Mial szczescie, bo zadzwonil o 14:26, ale i tak dostal zdrowy opiernicz! Oczywiscie ja mu mowie, ze dzwonie i wysylam wiadomosci, a on na to ze niiic nieeee wiiiidziaaal... :/ Przywiozlam go do domu, ale zrobila sie juz oczywiscie prawie 15. Myslalam, ze Mlodszy wroci na tyle wczesniej zeby cos przekasic przed bieganiem, a tak to nie bylo szans. Tyle ze Bi przebrala sie w stroj i spakowala recznik i pojechalismy. Ostawilam syna pod szkole, a potem zawiozlam corke na basen. Wrocilam do chalupy i zasiadlam ponownie do pracy. Wrocil malzonek, wiec moglismy chwile posiedziec w samotnosci, zanim sie rozdzielilismy - on pojechal po syna, ja po corke. Ta znow miala pasta party, wiec od razu z basenu podwiozlam ja do kolezanki. Wrocilam do domu, ale spedzilam w nim 20 minut i musialam jechac po panne. Moglaby zostac dluzej, ale na 18 umowilam sie na paznokcie, a ona chciala jechac ze mna, nawet kosztem skrocenia imprezy.

Nowe szpony

Poniewaz nadal mialam na paznokciach stary lakier, musieli mi go najpierw odmoczyc, a potem zdrapywac, wiec troche to potrwalo. Do domu wrocilysmy o 19 i okazalo sie, ze malzonek juz zdazyl pojsc spac. Czyli nie spedzilam zadnego konstruktywnego czasu z M. (poza ta godzinka przed treningami mlodziezy) i kolejny dzien spedzilam w rozjazdach...

W srode czekala mnie juz duzo wczesniejsza pobudka. Potwory szly do szkoly, a ja jechalam do biura. 

Poranne mgly sa naprawde urzekajace

Tam tylko ja i jeden kolega, wiec cisza i spokoj. Spedzilam dzien troche sie obijajac, a troche zaliczajac szkolenia. Jedno obowiazkowe - coroczne, drugie dla chetnych, ale warto bylo posluchac. Z pracy urwalam sie tyci wczesniej, bo Bi miala zawody. Na szczescie akurat w to miejsce bylo blizej z mojej pracy, niz z domu. A i tak troche sie spoznilam, a ze panna plynela w pierwszym wyscigu, to mnie on ominal. Szczescie, ze byla to sztafeta, to az tak bardzo mi na tym nie zalezalo. Akurat jak dojechalam, zaczely sie skoki, wiec stwierdzilam, ze moglam z pracy wyjsc normalnie i akurat dojechalabym po nich. Nie umniejszajac nic skaczacym dziewczynom, one sa gietkie niczym gimnastyczki, ale strasznie mnie to nuuudzi... Najpierw dziewczyny maja rozgrzewke, wiec po kilka razy skacza sobie z trampoliny, pozniej zaczyna sie wlasciwy konkurs. Siedem (czasem wiecej, czasem mniej, zalezy ile kazda druzyna ma skoczkow) panien skacze po kolei, a kazda ma 6 skokow. Oczywiscie przed kazdym przymierzaja sie, ustawiaja, potem sedziowie musza kazdy pokazac karteczke z punktami i wszystko trwa i trwa... Bardzo czesto skoki sa przerwane, bo sedziowie sie naradzaja czy nie bylo dyskwalifikacji, co jeszcze wszystko przedluza...

Panny na brzegu kibicuja skoczkom z wlasnej druzyny 

W dodatku, po skonczonych skokach, znow robia krotka rozgrzewke dla plywaczek, zanim podejma dalsza czesc zawodow. Tym razem trener zupelnie zmienil pannie wyscigi i plynela dwie sztafety i tylko jeden wyscig indywidualny - 50m stylem grzbietowym. Przyplynela czwarta na 6 dziewczyn, wiec niezle, choc bez fajerwerkow. Te zawody skonczyly sie dla naszych porazka - 90:96, ale jak widac byly bardzo wyrownane. Po zawodach podjechalysmy do Dunkin' i w koncu do domu. Mimo ze byly blisko, to jakos dlugo trwaly i bylysmy dopiero prawie o 18. Wieczor zlecial wiec ekspresowo i stwierdzam, ze czesc mnie czeka juz az jesienne sporty sie skoncza, bo zaczynam byc zmeczona. Bi nie planuje nic uprawiac zima, zas Nik chce plywac, ale miedzy biegami przelajowymi a plywaniem bedzie okolo miesiaca przerwy. Z blogoscia mysle o leniwych popoludniach i wieczorach. :)

Czwartek zaczal sie troche nerwowo, bo dzien wczesniej na mediach spolecznosciowych pojawily sie jakies plotki o ataku planowanym na szkole dzieciakow na ten dzien. Rodzice dostali maila od administracji, ze po sprawdzeniu wszelkich poszlak, nie widza dowodow na jakikolwiek planowany atak, ale w szkole bedzie tego dnia policja. Jednoczesnie, niektorzy ludzie komentowali, ze slyszeli juz o tym kilka dni wczesniej, inni (jak ja) dopytywali co to w ogole byly za plotki. Potworki o niczym nie slyszaly, dopiero kiedy rodzice zaczeli dopytywac, koledzy wysylali im wiadomosci. Nadal nikt jednak nie wiedzial o co chodzi - bomba, nozownicy, strzelanina? W koncu ktos na Fejsie zamiescil zdjecia wiadomosci, ze gdzies ktos cos slyszal, ze moze byc strzelanina. Kilkoro rodzicow napisalo, ze na wszelki wypadek zatrzymuja dzieci w domu. Tez przeszlo mi to przez mysl, zadzwonilam do M. zeby sie poradzic, ostatecznie jednak stwierdzilam, ze na chlopski rozum, skoro w szkole maja byc partole policyjne, to raczej ryzyko, ze cos sie wydarzy jest mniejsze niz zwykle. Kiedy dojechalam pod szkole, faktycznie staly pod nia 4 radiowozy, a przed wejsciem kilku policjantow. 

Niestety, dopiero pozniej zauwazylam, ze fota wyszla mi zamazana

Kolejka aut odstawiajacych dzieciarnie nie wydawala sie krotsza, wiec wiekszosc rodzicow raczej wyciagnela te same wnioski, co ja. ;) Potwory poszly, a ja pojechalam do roboty. Plan na ten dzien mialam zupelnie inny, ale jak tylko otworzylam maile, wyskoczyla mi wiadomosc, przypominajaca ze do kolejnego dnia trzeba napisac i wyslac roczna samoocene. :O Wiadomosci o tym przyszly na poczatku... sierpnia, wiec machnelam reka ze mam czas, a ze wtedy mialam tez straszny zapiernicz, to natychmiast wylecialo mi to z glowy. W zeszlym tygodniu szefowa mojego szefa wyslala maila przypominajacego i dodala instrukcje. Tu juz nie mam usprawiedliwienia; po prostu przeczytalam i natychmiast zapomnialam. Kiedy wiec w czwartek nagle przyszla wiadomosc, ze ma to byc zrobione do nastepnego dnia, wpadlam w lekka panike. Na szczescie moja kolezanka z kwietniowego wyjazdu jest niesamowicie ogarnieta w takich administracyjnych sprawach, wiec pomogla mi wydobyc z czelusci programow komputerowych, potrzebne informacje. To byl niestety jednak tylko poczatek. Instrukcje wyraznie mowily, zeby mozna napisac samemu, ale ze oni sugeruja uzycie naszego wewnetrznego chatGPT. :D Wydawalo sie proste: wrzuce potrzebne informacje, a system "wypluje" mi gotowy tekst. Taaa... Najpierw dostalam szereg powiadomien, ze chat potrzebuje jeszcze tego i tego i tamtego. Przeszukiwalam wiec czeluscie swoich dokumentow, pisalam do kolegow gdzie odkopali to czy tamto, a potem okazalo sie, ze w systemie cos pozmieniali i trzeba bylo w chat'cie kliknac inaczej. O luuuudzie! Zla bylam tez przy okazji, bo moj szef oczywiscie byl na wakacjach! Ten chlop zawsze wyjezdza kiedy potrzebowalabym jego pomocy! :/ Po pracy zajechalam do naszego klubu, bo biegi przelajowe mialy tego dnia senior night, czyli celebracje najstarszego rocznika, ktory wiosna odchodzi. Z tego co wiem, wszystkie zespoly maja taka "nocke seniorow", tyle ze gdzie na plywaniu faktycznie impreza jest wieczorem, tak tutaj urzadzono ja o 3 po poludniu, zamiast treningu, wiec co to za "night"? ;) W kazdym razie, z tej okazji kazdy rocznik mial sie ubrac w okreslony sposob - sophomores (X klasa) miala koszulki w stylu tie-dye, juniors kolorowe czapeczki z wiatraczkami, a seniors swoje koszulki szkolne dla najstarszych. Grupa Kokusia, czyli freshmen, miala zalozyc koszulki w zarowiastych kolorach. Okazalo sie jednak ze posluchala tego tylko jedna dziewczynka oraz kolega Kokusia, ktory przywiozl koszulke rowniez dla niego.

Najmlodsza grupa zagrzewa sie do walki. Nik w oczojebnej, rozowej koszulce :D 

Ja nie wiedzialam nawet ze maja sie specjalnie ubrac, inaczej pozyczylabym mu cos swojego lub Bi, ale nic wczesniej nie powiedzial, to trudno. Poza tym, trzech chlopcow mialo koszulki w kolorze zoltym, a reszta normalne. Mimo ze wieczorek mial byc glownie dla najstarszych, trenerzy zorganizowali jeszcze calej druzynie wyscig, tylko z "haczykiem". :D Poniewaz scigali sie miedzy soba, trenerzy puszczali ich grupkami na podstawie czasow - od najwolniejszych, do najszybszych. Tak to rozlozyli, ze miedzy pierwsza a ostatnia grupa bylo 9 minut! :O Nie wiem jak oni to podzielili, bo w niektorych grupkach byly 3 osoby, w innych 5, niektore dzieciaki biegly same... Mlodszy pobiedl w grupce czterech osob, trzeciej od konca. Zrobili koleczko przez las, przebiegajac obok klaszczacej grupki rodzicow ktora przyjechala (i to wiekszosc wcale nie byla rodzicami najstarszych), a pozniej mieli kolejne kolko, ktore w polowie skrecalo do lini mety, tak zeby razem wyszlo 3.2 km.

Pedem do mety 

Zwykle w zawodach biegna duzo dalej, no ale to miala byc zabawa. :) O dziwo, Nik, ktory pobiegl jako jeden z ostatnich, przybiegl z numerem 4. Szkoda, ze ten wynik do niczego sie nie zalicza. ;) Po wyscigu mieli pizze oraz ciasto (ale tylko dla mlodziezy), a pozniej mialy byc juz oficjalne przemowienia na czesc seniorow oraz rozdawanie nagrod. Stwierdzilam wiec, ze pojade do domu, bo po pierwsze, nie bardzo chcialo mi sie tam sterczec, a po drugie M. mial dentyste i nie bylam pewna czy zdazy odebrac Bi z treningu. O to ostatnie martwilam sie zupelnie niepotrzebnie, bo kiedy dojechalam do domu, napisal ze czeka juz pod basenem. Niedlugo wiec ze Starsza dojechali, a pozniej pozostalo czekac az Mlodszy napisze ze jest gotow na powrot do domu. Wiedzac, ze jest w naszym klubie, w pelni spodziewalam sie, ze napisze zeby mu dowiezc wedke i ze chce zostac na rybach. Niespodziewanie jednak, chcial wracac, ale za to jeczal o Dunkin'. Tlumaczylam, ze to nie byly "prawdziwe" zawody, wiec mu sie nie nalezy, ale zrobil mine kota ze Shreka, wiec wiadomo - uleglam. Nie mam kregoslupa... :D Okazalo sie, ze trenerzy oceniali czasy freshmen przeciwko sophomores i juniors przeciw seniors. Najmlodszy rocznik, czyli Kokusia, wygral ze starszym o rok i w nagrode dostali breloczki. Zanim wrocilismy byla juz znowu prawie 18 i kolejny dzien przemknal...

Uskrzydlone buty niosa ich przez te laki i lasy. :D XC to skrot od cross country. Dlaczego nie CC? Nie mam pojecia ;) 

Piatek zaczelam troche pozniej, bo pracowalam z domu i tylko podwozilam Potwory do szkoly. Dzien byl jednak ponury i deszczowy, wiec kiedy zadzwonil budzik, wydawalo mi sie, ze nastawilam go na zla godzine, tak bylo ciemno. Pod szkola znow staly dwa radiowozy. Ciekawe ile jeszcze czasu policja bedzie patrolowac nasza placowke... Wrocilam do chalupy i zabralam sie za robote. Mialam troche administracyjnych pierdolek przed kolejnymi inspekcjami, bylo tez wirtualne spotkanie z jakims "wazniakiem", ktorego sobie posluchalam, a pozniej zaczelam patrzec na liste rzeczy ktore powinnam wiedziec przed moja obserwacja na ocene. Przeczytalam i... cycki opadaja. Niektore rzeczy faktycznie przydatne i musze zrobic sobie liste zeby o czyms nie zapomniec. Ale niektore... Zeby ubrac sie profesjonalnie, a nie w dres. Zeby nie spedzac polowy dnia na telefonie, piszac sms'y i odbierajac prywatne telefony. I pare jeszcze podobnych "kwiatkow". Serio?! Kto robi takie rzeczy?! W miedzyczasie odebralam ze szkoly Bi, bo tego dnia nie miala treningu, konczyla wiec juz o 14:23. Zamiast tego, zaprosila kolezanke, bo trening tamtej tez zostal odwolany. Podwiozlam panny pod dom, po czym pojechalam jak najszybciej do okulisty, bo dostalam wczesniej wiadomosc, ze maja moje nowe okulary. Odebralam patrzalki i o raju! Faktycznie widze duuuzo lepiej, choc czesciowo pewnie jest to spowodowane tym, co juz ostatnio pisalam, ze poprzednim razem okulistka jakos dziwnie dobrala mi szkla i jednym okiem widzialam duzo gorzej. Tym razem przez obydwa widze podobnie, wiec nie ma takiego irytujacego wrazenia, choc za to dziwnie chodze, bo patrzac w dol, mam wrazenie jakbym patrzyla przez akwarium. ;) No nic, za pare dni przywykne. Przyjechalam do domu, gdzie Bi, z typowa dla siebie szczeroscia, stwierdzila, ze nie podobaja jej sie moje nowe okulary i wolala mnie w starych. :D Kiedy ironicznie "podziekowalam", zaczela sie bronic, ze musi sie przyzwyczaic. Okeeeey... Po powrocie zabralam sie ponownie za robote, co chwila uciszajac Bi, bo ja siedzialam w salonie, a panny urzedowaly w kuchni, piekac cynamonowe kuleczki. Wrocil z pracy M., pojechal po syna, a zanim wrocil, po kolezanke zdazyl przyjechac tata. Najlepiej, ze malzonek siedzial w domu prawie godzine, zasiadl przy mnie na kanapie i cos tam co chwila gadal i nie zauwazyl nawet, ze mam na nosie nowe okulary! :D Dopiero jak przywiozl Kokusia, to ten od razu sie zorientowal i pokazal ojcu. Nik zasiadl do obiadu, ja dokonczylam prace, a potem pojechalismy na tygodniowe zakupy spozywcze. Po nich dzieciaki chcialy jechac na bubble tea, ale kiedy chcialam zlozyc zamowienie, pan poinformowal, ze nie maja... tapioki. To tak jakby podstawa tego napoju? :D Pojechalismy wiec jak niepyszni do domu, choc moze to i dobrze, bo ostatnio tyle kupujemy Dunkin'a, ze zaczynaja mi sie te wszystkie napoje przejadac. ;)

Do poczytania!

piątek, 9 października 2026

Pazdziernikowy tydzien pod znakiem roboczego wku*wu

Jak juz napisalam ostatnio, w piatek, 2 pazdziernika, Bi miala po poludniu zawody. Zawiozlam ja na 15 na rozgrzewke, ale nie chcialo mi sie na nia patrzec, a do domu wracac sie nie oplacalo, wiec poszlam powygrzewac sie w sloncu. Basen jest czescia prywatnej szkoly dla dziewczat, wiec maja nie tylko piekny budynek, ale tez teren naokolo, m.in. patio z krzeselkami oraz stolikami. Klaplam na jednym z nich i spedzilam blogie pol godziny, cieszac sie pewnie ostatnim upalnym dniem w tym roku. Az za upalnym. Czlowiek zdazyl sie odzwyczaic od takich temperatur, a tu zrobilo sie 27 stopni i zwyczajnie sie roztapialam. Kiedy sobie spokojnie siedzialam, zadzwonil Nik, ze kolega chce z nim jechac na ryby do naszego klubu, ale wzielam moje auto, ktore ma "przepustke". Odpowiedzialam, ze przeciez tata moze go zawiezc przed bramke, a wjedzie z kolega i jego rodzicem. Okazalo sie, ze malzonkowi sie nie chcialo, wiec syn dzwonil, czy moze nie opuscilabym kawalka zawodow i go nie zawiozla. :O No chyba obaj oszaleli! Mialam do klubu 3x dalej niz M. z domu, a jeszcze musialabym jechac az do chalupy po Kokusia! Odpowiedzialam twardo ze ojciec ma go zawiezc, a on niech odda tacie kolegi kase za przywiezienie go jako goscia. Napisalam pozniej do Nika czy jedzie i odpisal, ze tata go zawiezie. Laskawca, slowo daje! :/ W koncu zawody sie rozpoczely, wiec poczlapalam na trybuny.

Dziewczyny zagrzewaja sie do "walki"

Pisalam juz kilkukrotnie, ze Bi to sprinter, a nie maratonczyk? Ja to wiem, ona to wie i nie wierze ze jej trener rowniez tego nie zauwazyl. Tymczasem, tego dnia wszystkie wyscigi miala najdluzsze z mozliwych. Jeszcze na 100m kraulem poszedl jej ok, bo doplynela 6 na 8. Pozniej jednak plynela 200m, a na koniec maraton wszystkich zawodow, czyli kraulem na 500m. To jest 20 dlugosci basenu! Wyscig jest tak dlugi, ze na jednym koncu zawsze siedza dziewczyny z tablicami, na ktorych otwieraja numery i zanurzaja tablice w wodzie, zeby plynace widzialy przy ktorej sa dlugosci i sie nie pomylily. Oba wyscigi, i ten na 200m (8 dlugosci basenu) i ten na 500m Bi przyplynela ostatnia. Przy czym, pozniej zla byla sama na siebie, bo mowila, ze wiedzac o tym, ze wyscigi byly dlugie, nalozyla sobie takie rowne tempo, zeby wytrzymac, szczegolnie przy tym drugim. No i po fakcie stwierdzila, ze mogla jednak plynac szybciej, bo nie zmeczyla sie az tak, jak sie obawiala. Mysle, ze to dobra lekcja...

Najlepsza czesc zawodow, czyli pogaduchy z kolezankami 

Po powrocie do domu, usiadlam sobie na chwilke, za to panna zaczela sie goraczkowo szykowac, przebierac i suszyc wlosy. Tego dnia w szkole Potworkow odbywal sie mecz football'u. Z jakiegos powodu to wazne wydarzenie. Schodzi sie wiekszosc uczniow, nawet tych, ktorzy sie tym sportem malo interesuja. Grupa cheerleader'ek oczywiscie pokrzykuje i macha pomponami, a orkiestra deta przygrywa w przerwach. Poza rodzinami i znajomymi graczy, dla reszty to zwykle spotkanie towarzyskie. Na ktorym szkola niezle zarabia, bo wstep dla uczniow kosztowal $4, ale dla rodzin juz wiecej. Cale wydarzenie ochrzczono jako "blackout" i wszyscy mieli sie ubrac na czarno. Mecz zaczynal sie o 19 i Starsza wychodzila z domu w tym samym czasie, kiedy ja wyjezdzalam po syna zeby odebrac go z ryb. Bi umowila sie z cala gromada kolezanek, a z jedna, ktora mieszka na sasiednim osiedlu, pojechaly na rowerach i spotkaly w polowie drogi. Tu oczywiscie nasluchalam sie od M., ze ja tak puszczam i ze jak one beda po nocy wracac, itd. Gledzil i gledzil, ze jego rodzice w tym wieku nigdzie nie puszczali, ze kto to slyszal, itd. W sumie moja matka mnie tez trzymala pod kloszem, chyba ze jakas jej znajoma namawiala zebym jechala z dziecmi jej krewnych i znajomych, gdzie sama tupalam noga, ze nigdzie nie jade z obcymi. Z drugiej strony, my dorastalismy w innym kraju z nieco innymi tradycjami. W moim liceum, jedyna aktrakcja (poza studniowka) byla szkolna dystkoteka, ktora zreszta mialam tylko w I klasie, bo pozniej dyrektor zabronil. Nawet nie pamietam co tam sie wydarzylo, ale wiem, ze w pozniejszych latach nasza szkola fundowala zero, null przyjemnosci. Nie bylo tez zadnych konkursow ani zajec dodatkowych. Z perspektywy czasu stwierdzam, ze beznadziejnie nudne bylo to moje liceum... Tak czy siak, malzonek sie umarudzil i oczywiscie cala wina byla po mojej stronie, bo nie chcialam dziecka odebrac. Tyle, ze ja wiem jak wyglada odbior dzieciaka po takiej "imprezie" i sam wyjazd spod szkoly, gdzie na raz wyjezdza kilkaset aut. Poza tym, tu juz oboje, dalismy Bi kilka rad oraz przykazan, ktorych nie bardzo chciala sluchac: zeby uwazala na siebie, zeby trzymala sie z kolezankami, zeby wziela gaz pieprzowy, zeby patrzyla jadac na rowerze, bo na osiedlach zdarzaja sie auta, ale tez laza cholerne niedzwiedzie, itd. Panna przewracala oczami, ale kiedy wracala, sama przyznala ze cala droge glosno spiewala, zeby "misie" slyszaly ze nadjezdza. Biedni sasiedzi. :D Kiedy siostra brylowala na salonach trybunach, ja pojechalam do klubu po mlodsze dziecko. W dzien bylo goraco, sporo ludzi skorzystalo z pogody, wiec minelam kilka aut wyjezdzajacych, a kilka innych stalo nadal na parkingu. Mimo wszystko, kiedy dojechalam nad staw, ktory jest otoczony drzewami, panowal juz zmrok i z kazda minuta robilo sie ciemniej. Oczywiscie, jak to z Kokusiem; pisze zeby go odebrac o 18:45. Dojezdzam, wysylam sms'a ze jestem. Nic. Po kilku minutach dzwonie. Nie odbiera. Wytezam wzrok patrzac na sciezke nad staw, ale ciemno jak w doopie, wiec guzik widze. Mija kolejne kilka minut i powaznie zaczynam sie zastanawiac czy nie isc go szukac. Tyle, ze ciemno, staw otoczony drzewami, a ja nie mam nawet latarki, poza telefonem. Naokolo las i tylko jedno inne auto (ktore okazalo sie nalezalo do taty kolegi Nika); mowy nie ma zebym wylazla z bezpiecznego samochodu. Siedze wiec i sie wkurzam. W koncu - ida. Okazalo sie, ze im sie przeciagnelo, bo choc kolega przywiozl zywa przynete, to chcial lowic na wabiki. W rezultacie, Mlodszy zlowil chyba z 8 ryb, a tamten zadnej. I na sam koniec stwierdzil, ze musi choc jedna zlowic, wiec wziac przynete... Tyle, ze oczywiscie ryba nie zawsze zlapie sie natychmiast, wiec czekali az jakas sie nabierze... Wkurzylam sie oczywiscie, bo skoro pisze, ze mam byc o okreslonej porze, to on tez ma pilnowac zegarka i w tylku mam ze kolega na sam koniec uparl sie, ze musi miec rybe i koniec. :/ W kazdym razie, w koncu wrocilam z synem do domu i pozostalo czekac na corke. Swoja droga, to jest wlasnie roznica pomiedzy Bi a Nikiem. Ona z wlasnej woli nie przepusci zadnej szkolnej imprezie. Musimy albo my jej nie puscic, albo okazuje sie, ze polowa jej kolezanek nie idzie bo cos tam. Nik? Wolal ryby od jakiegos tam football'u. ;) Mecz skonczyl sie podobno o 21, wiec panna dojechala kwadrans pozniej. Mowila, ze troche mialy jednak z kolezanka cykora, dlatego gromko spiewaly po drodze. No ale wrocily bezpiecznie, a to najwazniejsze.

W sobote z blogoscia odsypialam. Nadeszla pora roku, kiedy o 6 rano nadal jest ciemnawo, wiec ciezko sie obudzic i choc tydzien byl w miare spokojny, czulam sie potwornie zmeczona. Nie pomagalo, ze w piatek przyszedl okres, choc przynajmniej raz o czasie... Kiedy wreszcie zwloklam sie z wyrka, ogarnelam i zjadlam sniadanie, to wyciagnelam odkurzacz oraz mopa i polatalam po podlogach na dole. Pozniej cos przekasic, a na 14 Bi miala zawody. Takie dla "wybrancow", wiec panna miala mieszane uczucia, bo z jednej strony byla dumna, a z drugiej jej sie zwyczajnie nie chcialo. ;) Rok temu jej zespol liczyl tyle dziewczyn, ze na te zawody dla najlepszych sie nie lapala, bo tu trener moze wystawic ograniczona liczbe zawodnikow. W tym roku dziewczyn jest mniej, wiec i ona dostala sie do tej grupki. Poniewaz na takie specjalne zawody zjezdza sie duzo druzyn (naliczylam 10) to rozgrzewka byla na 14, ale wyscigi rozpoczynaly sie dopiero o 15, zeby kazdy zespol mial czas sie rozgrzac. Nie mialam daleko do domu, bo okolo 15 minut, ale nie chcialo mi sie wracac, zeby za pol godziny jechac ponownie. Tym bardziej, ze (jak zobaczycie za chwile) i tak sobie pojezdzilam w te i spowrotem. Przesiedzialam wiec cala rozgrzewke i doczekalam zawodow. 

Kolejka przy rozgrzewce

Cale szczescie, ze Bi poplynela zaraz w pierwszym wyscigu, 25m kraulem, czyli jedna dlugosc basenu. Takiej mini odleglosci nie plynela chyba odkad ukonczyla 8 lat! :D Te zawody byly troche dziwne, bo samych wyscigow bylo tylko 10, ale z powodu ilosci zawodniczek, w kazdym bylo kilka (lub kilkanascie) "kolejek" (heats). W pierwszym bylo ich az 17! :O Bi plynela w osmej kolejce, czyli mniej wiecej polowie stawki, bo zawodniczki jak zwykle dobierane byly wedlug czasow. Przyplynela 6 na 8 w swojej grupie, wiec tak srednio, choc nie wiem jakie ostatecznie zajela miejsce, bo nie znam liczby zawodniczek, a trener nie wyslal jeszcze wynikow. Pozniej plynela w wyscigu nr. 3, czyli kraulem na 50m i nr. 5, czyli stylem grzbietowym, rowniez na 50m. Mialam nadzieje, ze uda mi sie zobaczyc chociaz trzeci, ale pierwszy trwal w nieskonczonosc, a potem wieki cale przymierzali sie do nastepnego, zbierali dziewczyny, ludzie mierzacy czasy musieli przejsc na druga strone basenu, itd. Tymczasem ja umowilam sie z M. ze dojade do niego i Kokusia na 16 do kosciola na msze. Tam mialam juz troche dalej, wiec wyszlam o 15:35. Zastanawialismy sie co robic, bo od biedy moglabym pojechac na msze sama z Potworkami lub Bi w niedziele. Tyle, ze u nas w niedziele msze sa tylko poranne, a ja naprawde potrzebuje odespania i takiego spokojnego powylegiwania sie w weekend. Stwierdzilismy wiec, ze pojedziemy z Kokusiem normalnie, w sobote, a panna sobie odpusci, z czego ta ostatnia byla zreszta bardzo zadowolona. ;) Jak na zlosc, nie dosc ze msze prowadzil taki ksiadz - flegmatyk, to do tego mial pierdylion ogloszen i jeszcze pierdzielil kilka minut o specjalnym wydarzeniu z okazji dnia Franciszka z Asyzu (swiecenie zwierzakow - zartowalam z M., ze przywioze Maye, to moze przestanie popuszczac :D). Jak o 17 wszystko sie skonczylo, to pedem stamtad wypryslam i popedzilam spowrotem na basen. Kiedy dojechalam, oczywiscie nie mialam pojecia ktory wyscig akurat trwa, ani ile jeszcze zostalo. Na szczescie akurat obok wejscia rozlozyla sie jedna z druzyn i na scianie przyczepila kartki z rozpiska. Poniewaz wszystkie panny gdzies polazly, to przelawirowalam miedzy rozrzuconymi plecakami i zerknelam na grafik. Okazalo sie, ze akurat trwal wyscig #9, a wiedzialam ze Bi plynie w #10 w kolejce nr. 5. Tym razem plynela w czyms zwanym 1 IM, czyli jedna dlugosc basenu kazdym stylem. Razem 100m. Style w okreslonej kolejnosci; jak sie pomylisz, to cie zdyskwalifikuja. ;) Tym razem doplynela 7 na 8 w swojej kolejce. Coz, przynajmniej nie ostatnia. :D Pozniej mowila mi, ze w obu wyscigach nr. 3 i 5 przyplynela 6 na 8. Cos ta szostka jej sie uczepila. Panna byla zla na siebie, bo w stylu grzbietowym zle policzyla odleglosc od choragiewek i zamiast dotknac brzegu reka, uderzyla w niego glowa. :O Nie dosc, ze ma guza i obtarla o brzeg palec (bo ramie miala juz w gorze), to jeszcze na pewno stracila na tym cenne sekundy. Coz, bywa... Po ostatnim wyscigu Bi zawody nadal trwaly bo plynely nastpne kolejki, ale Starsza mogla sie przebrac i jechac do domu. Zajechalysmy jeszcze po drodze do Dunkin' bo pannie sie przypomnialo, ze po kazdych zawodach Kokusia kupuje napoje. Tyle, ze przy biegach przelajowych, wiadomo, Nik zawsze jest zgrzany i spocony, wiec wiadomo ze chce mu sie pic. Ale po basenie to raczej chyba potrzeba czegos na rozgrzewke, bo ta woda jest raczej chlodna, a czlowiek wilgotny i z mokrymi wlosami... No ale jak chciala, to zajechalysmy. Na szczescie na tym zakonczylam ta zalatana sobote...

W niedziele moglam ponownie pospac i bardzo sie zdziwilam, kiedy zadzwonil budzik, oglaszajacy ze zrobila sie 9 rano. ;) Kiedy wstalam (co opoznilo przyjscie kiciula, ktory tym razem postanowil byc mily i sie pomiziac), szybko upieklam ciasto z jablkami. Malzonek jak tak to zrzedzi mi "nie kupuj tyle tego czy tamtego", ale jak ostatnio zrobil zakupy, kupil dwie paczki jablek (ktorych poza nim u nas praktycznie nikt nie je) i teraz niektore zaczely juz sie marszczyc. Zuzylam wiec chociaz czesc, a przy tym w domu zapachnialo jesienia. Ranki zrobily sie chlodne, w domu nieprzyjemnie bo ogrzewanie nadal praktycznie sie nie wlacza, a do tego zapach pieczonych jablek i normalnie jesien panie dziejku! :) Nik od rana strzelal focha, bo dzien wczesniej chcial jechac po kosciele na ryby, ale kiedy wrocilam z Bi (moje auto ma przepustke do klubu) bylo za pozno. Myslal wiec, ze pojedzie w niedziele rano, tymczasem M. wzial moj samochod do pracy. Kiedy wrocil, zaproponowalam synowi podwozke, ale stwierdzil ze wtedy nie zobaczy dziadka. Milo ze o tym pomyslal, ale potem chodzi zly. Kiedy moj tata pojechal, zebralam sie na zakupy, w towarzystwie Bi. Nik sie wahal, bo stwierdzil ze nie pamietam co mu kupic, ale z drugiej strony ciagnelo go na rybki. ;) W koncu dal mi liste swoich "zyczen", z ktorych i tak polowy nie dostalam, ale wybral ryby. Odstawilam go do klubu, a potem pojechalysmy ze Starsza do supermarketu. Pozniej podjechalysmy do ksiegarni, bo niedawno wyszla ksiazka, ktora Bi chciala przeczytac. Ostatecznie wziela jeszcze jedna, zabraklo jej kasy i zaplacic musialam ja. Ta to wie jak sie urzadzic. :D Nastepnie podjechalysmy po bubble tea, a po drodze zaczelo... padac. Prognozy nic takiego nie zapowiadaly, a tu masz. Martwilam sie, ze Nik siedzi tam w deszczu nad jeziorem, ale okazalo sie, ze u niego przeszlo bokiem. Wrocilam do domu, zdazylam otworzyc bagaznik i... zadzwonil Mlodszy, czy ktos moze go odebrac. No to szybko przenioslam torby do garazu, M. z corka zabrali sie za wnoszenie ich do gory i rozpakowywanie, a ja pojechalam po syna. Zaskakujaco, byl w calkiem niezlym nastroju, mimo ze zlapal tylko 1 rybe. I tak zlecial weekend, po czym trzeba bylo sie szykowac na tygodniowy kieracik.

Poniedzialek to wczesna pobudka, ogarniecie sie i do roboty. Jeszcze zdazylam ochrzanic Kokusia, bo latam jak wsciekla, pakuje sobie sniadaniowke, wypuszczam psiura, myje sie, maluje, wpuszczam Maye, zakladam jej na tylek pieluche i wolam zeby sie szykowali do wyjscia, a ten mi wyskakuje z jakims tekstem, ze on jest gotowy i to oni czekaja na mnie. Cisnienie mi sie w sekunde podnioslo i opierdzielilam, ze w niczym nie pomoga, a mogliby chociaz psa wypuscic, wpuscic, nalozyc jej pieluche i pozasuwac bramki. Ale nie, wszystko na mojej glowie, a on mi jeszcze powie, ze musi na mnie czekac! :/ Zawiozlam niesforna mlodziez pod szkole i pojechalam do roboty. Tam z jednej strony fajnie, bo byla kolezanka z kwietniowego wyjazdu, wiec sobie pogadalysmy. Okazalo sie, ze facet z jej grupy, ktory byl z nami na tym wyjezdzie i juz wtedy miedzy wierszami mozna bylo wyczytac, ze nie jest zadowolony, odszedl. Troche przykro, bo mial fajna osobowosc, a do tego z czasem myslal o przeniesieniu sie do naszego biura, wiec byloby wesolo, a tu masz. W dodatku ponoc odszedl znienacka i dal tylko kilka dni wypowiedzenia. Nikt z jego grupy nawet nie wie dokladnie kiedy odszedl i dokad.

Podczas spacerow wokol budynku, nadal widuje tego goscia, uprawiajacego joge czy palates na chodniku przy ulicy :D

Pozniej mialam moja cotygodniowa rozmowe z szefem, wszystko mi opadlo i przeszlo przez mysl, ze moze tez powinnam powiedziec do widzenia. Okazuje sie, ze polowa tego co znalazlam i za co wystawilam doktorkowi uwage przy ostatniej inspekcji, jednak nie powinna byc uwaga. Tylko, do kurwynedzy (wybaczcie, ale jestem naprawde wsciekla), ja sobie tej uwagi nie wystawilam, tak o! Tylko obgadalam z szefem to, co znalazlam! Co jeszcze, w mojej uwadze byly dwie czesci i co do drugiej to sam moj szef zasugerowal, ze pownna sie tam znalezc! A teraz, kiedy przeczytal moj raport, nagle odkreca kota ogonem i wymysla, ze nieee, to jednak nie jest odpowiedzialnosc firmy, itd. Szlag mnie trafi! Najgorsze, ze poprawic uwage to jedno. Ale potem, taka poprawiona, trzeba zawiezc do firmy i wreczyc doktorkowi z wyjasnieniem dlaczego zostala zmieniona! :O Czyli, nie dosc, ze szef sam mnie wkopal, to jeszcze teraz to ja mam sie wystawiac na obciach! Kiedy to pisze, minelo juz kilka dni, a ja nadal sie gotuje... :/ Po robocie wrocilam do chalupy, gdzie M. przed momentem przywiozl z treningu Bi. Nik mial tego dnia pasta party, ale zaraz na sasiednim osiedlu, wiec poszli z kolegami gromada po bieganiu, a pozniej wrocil piechota do domu. Bylam bez humoru, wiec wieczor spedzilam na sprzataniu i skladaniu prania. Wiadomo, ze na stres nie ma jak polatac ze szmata... ;)

We wtorek pracowalam z domu, wiec wstalam pozniej bo musialam zwlec sie tylko na czas zeby zawiezc mlodziez do szkoly. Tego dnia obydwoje mieli po lekcjach zawody, Bi wyjazdowe, wiec wzdychala ciezko, a Nik u "siebie", tyle ze w biegach przelajowych, to "u siebie" oznacza nasz klub. Co gorsza, szkola zapewniala autobus do klubu, ale stamtad mieli juz dzieciaki odebrac rodzice. Serio, widze, ze czesc mlodziezy moze chciec brac udzial w szkolnych sportach, ale nie moze, bo ma rodzicow pracujacych do pozna i nie ma ich kto wozic i odbierac. Bo przeciez co chwila z tych czy innych zawodow, czy jak przy plywaniu z kazdego treningu, wymagaja zeby dzieciaka odebrac... Dla mnie dzien byl kontynuacja wku*wu na szefa. Rano musialam poprawiac cholerna uwage, gdzie okazalo sie, ze szef sam nie do konca wiedzial jak to robic. W dodatku, w przepisach jak byk bylo napisane, ze ogolnie uwag nie poprawiamy (bo firma moze na nie odpowiedziec i centrala we wlasnym raporcie wpisac, ze byla bezpodstawna), chyba ze naprawde musimy. I tu, uwazam, ze nie musialam tego robic, bo obydwie uwagi byly uzasadnione, szef uparl sie tylko usunac takie doslownie szczegoliki. Nie mam pojecia dlaczego sie tak zawzial... W kazdym razie, przy poprawianiu doszlismy do punktu, gdzie przepisy mowily zeby dodac tekst, ale guzik, gdzie mozna bylo to zrobic automatycznie, byl zablokowany w systemie. Mozna bylo recznie dodac tekst, ale szef nie byl pewnien czy ta sytuacja tego dotyczy i stwierdzil, ze skonsultuje sie z wlasna szefowa. Trzymalam kciuki zeby moze ona poszla po rozum do glowy i oznajmila, ze co tu w ogole poprawiac? No niestety, po jakims czasie szef odpowiedzial, ze tekstu nie trzeba dodawac, wystarcza poprawki. Musialam wiec zadzwonic, zeby umowic sie z doktorkiem na odebranie poprawionej uwagi. Oczywiscie skonczylo sie zostawieniem wiadomosci, bo kto by odbieral. Po paru godzinach doczekalam sie zwrotnego telefonu i zonk. Zadzwonila pani, ktora asystowala przy ostatniej inspekcji, zeby przekazac mi, ze doktorek wyjechal na slub corki, do Kalifornii. I nie wraca do konca nastepnego tygodnia. Spytalam kiedy dokladnie bedzie, ale wiadomo, skoro chlop jest na urlopie, to pani nie byla pewna ani dokladnie ktorego dnia pojawi sie w klinice, ani czy bedzie w stanie polaczyc sie telefonicznie. Zwlaszcza, ze Kalifornia jest w innej strefie czasowej... Musialam ponownie pisac do szefa, ktory odpowiedzial ze w takim razie chyba bede musiala wyslac poprawiona uwage listownie. Tyle, ze przepisy mowia, ze wowczas trzeba przez telefon objasnic osobie otrzymujacej ja, co sie zmienilo. A jak napisalam wyzej, nie bylo gwarancji ze doktorek bedzie pod telefonem. Ja zas nie moge sfinalizowac raportu az nie wrecze komus poprawionej uwagi i nie wyluszcze zmian. Bledne kolo. :/ Ponownie trzymalam kciuki, zeby szef odpuscil, ale gdzie. Po jakims czasie odpisal, ze skonsultowal sie ze swoja szefowa, ktora odpisala, ze poniewaz nic do uwagi nie dodajemy, tylko czesc szczegolow skreslamy, wedlug niej mozemy ja wreczyc komus innemu. To wg. niej troche mnie zaniepokoilo skoro nawet ona nie jest pewna... Pojawil sie za to kolejny problem, bowiem z calego zespolu doktora nie zostal nikt. Komu wiec mam to wreczyc?! Stanelo na managerce, ktora asystowala przy inspekcji. Zadzwonilam i na szczescie miala czas kolejnego dnia, ale dopiero po poludniu. A ja mialam nadzieje pojechac tam z rana i jak najszybciej obrocic, bo to 45 min jazdy w jedna strone, ech... :/ Jak pisalam wyzej, tego dnia Potwory mialy zawody, M. zas postanowil od razu po pracy pojechac na silownie. Nikogo z rodziny nie widzialam wiec az do konca mojej roboty, a zaraz po jej zakonczeniu popedzilam na umowiona wizyte u okulisty. Nie bylam tam juz prawie 3 lata i choc moje okulary trzymaja sie calkiem niezle, to jednak musialy mi gdzies spasc plasko na szkla, bo na prawym mam cala plame delikatnych rysek centralnie na lini wzroku. Poza tym, ostatnio okulistka tak mi dziwnie dobrala korekte, ze choc myslalam, ze sie przyzwyczaje, do konca mi one przeszkadzaly. Nie wiem co ona zrobila, ale patrzac na nieco dalsze odleglosci, lewe oko widzi zdecydowanie wyrazniej, zas patrzac blizej, jak w ekran kompa lub telefonu odsunietego na dlugosc ramienia, to prawe oko lepiej lapie ostrosc. Przez trzy lata ciagle mnie to irytowalo, ale bylam zbyt leniwa zeby pojechac i umowic sie na zmiane. Teraz jednak doszly te rysy, no i przyszedl ogolnie czas na cos nowego, wiec pojechalam. Troche zmotywowal mnie M., ktory mial badania w pracy i powiedzieli mu, ze czas juz na okulary, bo u niego wymagany jest poprawny wzrok. Bronil sie jak dlugo mogl, ale w koncu musial zaakceptowac fakt starzenia sie. I tak dlugo mu sie udalo, bo przeciez ma juz prawie 5 w kodzie na przodzie. :D Swoja droga, to nie wiem dlaczego az tak przezywa te okulary, choc moze nie rozumiem tego bo sama zaczelam je nosic w wieku 17 lat... ;) No to pojechalam i na szczescie teraz maja maszyne robiaca zdjecie dna oka bez zakraplania, wiec wszystko poszlo szybko i sprawnie. Niestety, wada troche mi sie poglebila, a w ktoryms momencie juz stala w miejscu. Mozliwe, ze duzo jazdy i wytezania wzroku zrobilo swoje. Co ciekawe, okulistka powidziala ze poglebila mi sie tez wada do czytania, chociaz narazie zupelnie tego nie odczuwam. Wystarczy, ze zdejme okulary i moge czytac bez problemu. Z mniej przyjemnych spraw, gdzies w glebi oka znalezli malego krwiaka i lekarka spytala czy mam cukrzyce lub nadcisnienie! :O Z tego co wiem, to nie mam, ale w sumie nie chodze po lekarzach, wiec kto wie... Babka poradzila zeby znalezc ogolnego lekarza i przechodzic coroczne "ogledziny", ktore moga wykryc poczatki czegos niepozadanego. Oczywiscie ten krwiak mogl byc tez od mocniejszego odkaszlniecia, wiec mam wrocic za 6 miesiecy zeby zobaczyc czy znikl i nie pojawia sie nic nowego. Suuuper... Starosc nie radosc. W kazdym razie, wzielam sobie do serca rade i musze znalezc jakas lekarke. Mysle, ze wole kobiete, bo przeciez stoje juz u progu menopauzy i kobiecie latwiej bedzie okreslic czy rozne przypadlosci to przypadek, czy po prostu zmiany zwiazane z hormonami... Poza tym, niestety, tutaj bez skierowania od lekarza ogolnego, nawet morfologii nie zrobisz. Moze wiec to dobry pomysl zaczac chodzic do kogos regularnie. Bedac tam, spytalam o okulary malzonka, bo on mial wizyte w polowie wrzesnia i nie pamietal (!) czy ktos do niego dzwonil, ze przyszly. Okazalo sie, ze sa i pozniej M. mial pretensje, ze ich nie wzielam, ale oni przeciez musza zobaczyc jak leza na nosie, czy gdzies sie nie przekrzywiaja, itd. W domu chlopaki juz urzedowaly w najlepsze, ale Bi jeszcze nie wrocila z zawodow. Byly dosc dlugie, bo choc jechaly tylko do sasiedniej miejscowosci (na ten sam basen co w sobote), to dojechaly dopiero dobrze po 18. Wieczor byl wiec mocno skrocony, ale to ostatnio norma. ;)

Na ta noc zapowiadali pierwsze przymrozki, choc rano okazalo sie, ze bylo +2. I tak dosc zimno jak na poczatek pazdziernika i w nocy powlaczaly sie kaloryfery. Zebralismy sie i zabralam mlodziez (nawet sasiadke) do szkoly. Pozniej podazylam do roboty, mijajac po drodze zamglone pola. 

Wygladalo to bardzo malowniczo

To az niesamowite ile mgly ciagnie sie od naszej, niezbyt duzej, rzeki. Pozniej niestety wpakowalam sie w kosmiczne korki. Znow po drodze byl wypadek i znow zamkneli autostrade, puszczajac auta tylko jednym pasem. Nawigacja pokazala mi zebym zjechala wczesniej i tak zrobilam, myslac ze moze przejade miastem. Niestety, polowa podazajacych w moim kierunku, miala chyba takie same plany i wpadalam w zator po zatorze. Miasto w godzinach szczytu to koszmar i szybko pozalowalam, ze nie zostalam na autostradzie. Tym bardziej, ze glupia nawigacja, poprowadzila mnie przez kilkanascie zakorkowanych ulic, zeby... ponownie pokierowac mnie na autostrade! Nie znam tego miasta na tyle dobrze, zeby pojechac samej, wiec bylam zdana na laske i nielaske nawigacji. Ta zas skierowala mnie znow autostrada na odleglosc 1.5 km od mojego zjazdu! Podejrzewam, ze miastem bylabym na miejscu w kilka minut, ale nie. Ostatecznie jechalam ponad godzine, a przypominam, ze powinnam jechac niecale 20... :/ W pracy poczatek dnia byl w miare spokojny. Walczylam z poprawa tej cholernej uwagi, bo nasz system niestety czasem przeczy temu, co mamy w przepisach. Dla przykladu, w przepisach napisane jest jak byk, ze poprawa uwagi nie zmienia daty zakonczenia inspekcji. Ta data jest wazna, bo firmy maja 15 dni roboczych na odpowiedz. W przepisach jest wiec jedno, a w systemie, kiedy klikalam zeby drukowac, wyskakiwalo mi okienko, zeby upewnic sie ze zmienilam date konca inspekcji na dzisiejsza! :O Kilka razy musialam wiec pisac do szefa z pytaniem, co mam robic. W koncu udalo sie glupia poprawke wydrukowac i o 13 spakowalam na wszelki wypadek laptoka, po czym pomaszerowalam do garazu po sluzbowe auto. Na miejscu mialam byc na 14 i wydawalo mi sie ze wyszlam z zapasem, tymczasem zanim zeszlam do piwnicy, zanim wklepalam milaz i gdzie jade oraz podlaczylam telefon (zeby miec nawigacje), to okazalo sie, ze czas dojazdu pokazalo na 14:01. No swietnie, bo jak bylyby jakies korki, to dojechalabym spozniona. Na szczescie nie bylo, w trasie troche nadrobilam i dojechalam o 13:57. Babka, z ktora bylam umowiona, juz czekala, wiec szybko pokazalam jej zmiany, podziekowalam za czas i pojechalam. Kolejne 45 minut na autostradzie i o 15 bylam spowrotem w biurze. :D Niestety, teraz musialam jeszcze dodac szczegoly zmian do raportu, bo nie ma lekko... Po pracy wrocilam do chalupy i, chyba przez stress i jazde jak glupia przez prawie caly Stan, rozbolala mnie glowa. Wzielam prysznic, posiedzialam na kanapie tepo patrzac w telefon, po czym poszlam spac. A! Jeszcze zdazylam popodziwiac nowe bryle malzonka! Mnie sie podoba. Wyglada niczym intelektualista. Powiedzialam, ze w koncu pasuje do niego ten tytul inzyniera. ;) On jest za to strasznie niezadowolony i twierdzi, ze nie bedzie ich nosil, poza badaniami w pracy. Poradzilam zeby zakladal je chociaz do jazdy autem i ogladania telewizji, ale oznajmil twardo, ze nie chce zeby mu sie oczy przyzwyczaily. No tak, lepiej sie meczyc. A niedawno sam mowil, ze nawracajace bole glowy to moze przez oczy... Co robic; jest dorosly. Niech robi co chce. Choc ta jego wada faktycznie jest malutka - -0.5.

Czwartek to ponownie wczesna pobudka, zebrac sie i mlodziez do szkoly, ja do roboty. Tam kontynuacja poprawek do raportu, gdzie konca nie bylo widac. Szef co chwila, do tego samego paragrafu kaze dodawac nowe szczegoly, az mialam ochote napisac, ze jak chce zeby to bylo napisane w jakis szczegolny sposob, to moze napisac to sam. Ja sie nie pogniewam. :/ W koncu, poznym popoludniem, raport zostal zakonczony, szef go "przyklepal", a ja odetchnelam z ulga. Zaczelam tez porzadkowac foldery z inspekcji, bo mam w nich straszny burdel: zalaczniki tego rodzaju, zalaczniki tamtego rodzaju, pierdylion wersji raportu w formacie Word, kolejnych kilka w PDF, a do tego jakies przypadkowe dokumenty, ktore zebralam, a ostatecznie nie wykorzystalam. Stwierdzam, ze w kazdym musze porobic dodatkowe foldery i wszystko posegregowac. Wyszlam i... utknelam. Na trasie byly dwa wypadki (ladna pogoda, a ludzie jezdzic nie umieja...) i choc jeden juz posprzatali, a przy drugim juz tylko auta ladowali na lawety, korki, ktore sie porobily nie rozladowaly sie przez kilka dobrych godzin... A ja tego dnia musialam odebrac Bi z basenu, bo M. jechal po pracy do dentysty. Nik sobie wrocil po treningu piechota. Na szczescie dojechalam na czas i panny (zabieralam tez kolezanke) nie musialy czekac. Odwiozlam kolezanke, wrocilysmy z Bi do domu, gdzie byl juz Nik, a po obiedzie niestety musialam zabrac mlodziez do sklepu. Niestety, bo mielismy 22 stopnie i wolalabym posiedziec sobie na ganku zamiast szlajac sie po supermarketach, ale coz. Druzyna Kokusia na kolejny dzien wymyslila sobie wymianke slodyczowo-napojowa, ja ta, ktora Bi ma co zawody. Tyle, ze trenerzy zamiescili liste kto dla kogo kupuje, dopiero w czwartek na treningu. Uwielbiam takie akcje na ostatnia chwile. :/ Pojechala z nami oczywiscie Bi, ktora zadnemu sklepowi nie przepusci, a przy okazji kupila tez slodycze i chipsy na wlasna wymianke, choc jej najblizsze zawody sa dopiero w srode. Po powrocie do domu, uparcie siadlam na ganku, choc posiedzialam raptem 10 minut, bo robilo sie pomalu ciemno, a temperatura gwaltownie spadala...

Kamery uchwycily "polujacego" psiura. Widzicie ten ciemniejszy punkcik przed Maya? Oreo cos zlapala, ale pies "to" (mysz lub nornice) sploszyl. "Cos" zaczelo uciekac po podjezdzie, a co ciekawe, to nie kiciul za tym pobiegl, tylko nasz stary, leniwy psiur! :D

W piatek moglam pospac troche dluzej, bo pracowalam z domu. Wstalam tuz przed 7 zeby zawiezc mlodziez do szkoly, po czym wrocilam do chalupy. Umylam sie i zjadlam sniadanie i czas byl odpalic sluzbowego kompa. Teraz, kiedy raport wreszcie skonczylam, a kolejna inspekcje mam dopiero za 2 tygodnie, wlasciwie nie wiedzialam co ze soba zrobic.  Zadzwonilam nawet na moment do siostry, bo przy napietym grafiku i szesciu godzinach roznicy czasu, nie pamietam kiedy ostatnio dluzej gadalysmy. Okazalo sie, ze cala jej trojca byla tego dnia w domu, bo ponoc w Polsce krazyly plotki, ze mial to byc "krwawy piatek" czy cos w tym stylu. Slyszalyscie cos o tym? :O Podobno cala klasa licealna najstarszej siostrzenicy nie szla do szkoly, wiec siostra zostawila tez w domu mlodsza dwojke. Fajnie bylo poplotkowac i poobgadywac glownie nasze latorosle, ale w koncu ja musialam wracac do pracy, a siostra do sprzatania, bo na wieczor mieli zapowiedzianych gosci. Mila niespodzianka w pracy okazala sie wiadomosc, ze z okazji majacego sie rozpoczac dlugiego weekendu, dostalismy pozwolenie na wyjscie o dwie godziny wczesniej. To znaczy, pozwolenie bylo od departamentu, ale i tak trzeba bylo prosic o nie osobno wlasnego szefa. :D Na szczescie moj zwykle nie robi problemu. O 14 skonczylam wiec prace i moglam oficjalnie rozpoczac weekend. Malzonek wrocil do domu wczesniej, ale wlasciwie prawie sie z nim wyminelam w drzwiach, bo jechalam na zawody Bi. On, jak to on, nie tylko nie mial zamiaru jechac, ale jeszcze namawial mnie zebym zostala. Po pierwsze jednak, dla mnie wazne jest zeby brac udzial w wydarzeniach Potworkow, a po drugie, zwyczajnie sprawia mi to przyjemnosc. Nie mowiac juz o tym, ze wiozac panne autem, wraca do domu duzo wczesniej, bo i jade szybciej i nie musi zatrzymywac sie najpierw przy szkole. Ale o reszcie piatku na basenie, to juz nastepnym razem, bo nie chce mi sie wgrywac zdjec. ;)

Milego weekendu! U nas bedzie on dlugi!