Sobota, 7 marca, to juz prawdziwa panika. Martwilam sie, ze auto mi nie zapali i martwilam ze sie pogubie. Kiedy w piatek sprawdzalam samochod, nie znalazlam w nim nawigacji, ale stwierdzilam ze uzyje sluzbowego telefonu. W sobote wiec chcialam sprawdzic jak to bedzie wygladac i... doopa. Strona zablokowana, a jeszcze przed poprzednia inspekcja sprawdzalam i sie wlaczala. Wtedy jednak w koncu wzielam wlasne auto, wiec potem juz tego nie sprawdzalam. Teraz na wszelkie sposoby probowalam obejsc blokade, M. tez sprobowal kilku sztuczek i nic nie wskoralismy. W koncu musialam zainstalowac aplikacje na wlasnym telefonie, czego chcialam uniknac bo i tak jest mocno przeladowany... W dodatku, dotarlo do mnie, ze firma, do ktorej jade, jest ogromna. To nie jeden budynek, ale caly kompleks. Weszlam na mape i probowalam ogarnac gdzie powinnam tam zaparkowac, ale przy wjedzie na kazdy parking byl szlaban, a w dodatku nie moglam znalezc gdzie jest tam parking dla gosci... Napisalam do dziewczyny z ktora jade, ale nie odpisala. Wiadomo, weekend. Dzien zlecial mi glownie na wstawianiu prania za praniem, musialam sie bowiem spakowac, a ze nie udalo mi sie z praca z domu w piatek, to zostalo mi 1.5 dnia. Jeeej. Chwycilam tez za odkurzacz oraz mopa i ogarnelam podlogi na gorze, to znaczy moja czesc. Potworki odkurzyly i pomyly je u siebie. W miedzyczasie stresowalam sie tez podroza taty. Wracal tego dnia z Florydy (gdzie ostatecznie nic nie kupil), ale jego lot najpierw opoznili o godzine, a nastepnie zuplenie... zniknal z grafikow. :O Przy bramce podstawili samolot zupelnie innej linii oraz lecacy w inne miejsce, a jego ani widu, ani slychu. Najgorsze, ze poczatkowo nawet panie z obslugi klienta nic nie wiedzialy. Tata juz spodziewal sie, ze bedzie musial zostac na noc w Orlando, ale w koncu, po 3 godzinach, samolot dotarl. Pozniej jednak ladowanie pasazerwo itd., sam lot i do domu dotarl o polnocy. :O Chwile poogladalam skoki narciarskie, po czym musielismy jechac do kosciola, bo M. jak zwykle pracowal w niedziele. Dzien zlecial w sumie az za szybko, jak to ostatnie pare godzin spokoju. Kladac sie spac, mialam to niemile uczucie, ze to ostatnia nocka we wlasnym lozku przed kilkoma dniami tulania sie po hotelu.
W niedziele wstalam z suplem w zoladku i ogromna niechecia do swojej pracy. Malzonek pytal czy wolalalbym wrocic na poczte, do granoli albo na nocki w poprzedniej robocie i akurat w tym momencie nie bylam pewna czy odpowiedz byla definitywnie przeczaca. :D Musialam poskladac jeszcze ostatnie pranie i dopchnac walizke, po czym napisalam do taty czy chce wpasc na szybka kawke. Szczerze, to mialam nadzieje ze odpisze ze nie, ale "niestety" przyjechal. Opowiadal glownie oczywiscie historie z Florydy, na ktorej w zasadzie nic nie widzial, bo szuka chalupy na calkowitych zadupiach i w zaroslach. :D Okazalo sie tez, ze kiedy poprzedniego dnia (czy raczej juz nocy) dotarl w koncu do parkingu, na ktorym zostawil auto, pan powiedzial, ze... nie ma go w systemie! :O Na szczescie, po krotkiej sprzeczce, rezerwacja sie znalazla. ;) Wizyta nie byla dla mnie zbyt przyjemna, bo w sumie caly czas zerkalam na zegarek. O 14 szybko sie przebralam, zgarnelam wszystkie torby, pozegnalam rodzine i wyruszylam. Do bani ze aby wziac sluzbowe auto, musialam jechac do biura, a potem cofac sie ta sama droga, ktora przyjechalam, minac zjazd do domu (chlip) i jechac dalej. O dziwo, droga uplynela mi spokojnie. Dzieki temu ze byla niedziela, wszelkie roboty drogowe lezaly odlogiem i nie bylo korkow. Pogubilam sie dopiero (paradoksalnie) po zjezdzie z autostrad, bo hotel otoczony jest z dwoch stron lokalnymi drogami, ktore jednak funkcjonuja jak autostrady, a wiec maja zjazdy i jak raz ominie sie ten wlasciwy, to potem krazy sie w kolko zanim odnajdzie sie trase. Hotel okazal sie dosc obskorny, a najgorsza niespodzianka bylo to, ze w pokojach nie maja ekspresow do kawy. Dotarlam wykonczona i marzylam o goracej kawie, na stronie pisalo ze kolo recepcji ja serwuja, a tej niet. :( W dodatku, po prawie 3 godzinach jazdy, nie mialam ochoty ponownie wsiadac w auto i szukac mojego nektaru. A jak jeszcze spojrzalam na mape gdzie najblizej mozna go dostac i zobaczylam kilka minut krecenia po tych lokalnych "autostradach", to sie poddalam. Tak samo, mimo ze sklepy sa w sumie w poblizu, dojazd laczy sie z jezdzeniem w kolko, a chodnika brak. Dobrze, ze spakowalam troche suchego prowiantu oraz napojow, bo inaczej czekal by mnie tydzien istnej glodowki. :/
Obeszlam za to hotel naokolo i sprawdzilam sobie silownie. Okazal sie nia maciupenki pokoik z jedna bieznia, jedna maszynka do "wioslowania" oraz jedna do podnoszenia ciezarow. Wypas! :D W koncu wrocilam do pokoju, pogadalam z M. oraz Potworkami, pogadalam z tata, po czym zasiadlam przed kompem, bo co innego mi pozostalo? Czulam sie strasznie zmeczona i stwierdzilam, ze poloze sie chyba o 22, mimo ze akurat zmienilismy czas i normalnie bylaby ledwie 21...
W poniedzialek trzeba bylo sie zerwac z samego rana, co bylo tym gorsze, ze wlasnie zmienilismy czas. Jakos sie ogarnelam (zawsze brzydze sie hotelowych lazienek), przy czym podczas porannej toalety odkrylam z przerazeniem, ze zapomnialam... dezodorantu! Poniewaz czlowiek w stresie ogolnie bardziej sie poci, wiec przez chwile stalam tam panikujac. Ostatecznie psiknelam pod pachami perfumem. Bo tak, taka jestem mundra, ze perfum to spakowalam, a dezodorantu nie. :D Kiedy juz bylam w miare gotowa, popedzilam na dol, na sniadanie. I rece mi opadly, bo w pokoju sniadaniowym byla tylko kawa, herbata oraz sok. Nic do jedzenia! Poszlam na recepcje spytac czy bedzie jakies jedzenie czy tylko kawa, a pan odowiedzial, ze tylko to ostatnie. Super, bo wybralam ten hotel wlasnie ze wzgledu na wliczone sniadanie, zeby nie jechac do pracy na glodniaka, ani nie musiec zatrzymywac sie po drodze po cos do jedzenia... :( Niestety, hotel nie posiada nawet restauracji zeby kupic cos do jedzenia. Jedyne co ma, to lodowki, w ktorych na szczescie mieli (poza slodyczami oraz niezdrowymi napojami) jakies kanapki, malutkie pizze czy burgery. Kupilam sobie kanapke sniadaniowa, odgrzalam w mikrofali i okazala sie nawet zjadliwa. W kazdym razie bylo to cos w zoladku, bo nie wyobrazalam sobie jechac na caly dzien na glodniaka. Nie bylam pewna ile zajmie mi dojazd, bo obawialam sie ze moge sie pogubic, wiec wyjechalam ponad pol godziny wczesniej. Wyjazd spod hotelu mnie przerazil, bo musialam wyjechac na autostrade i natychmiast wziac zjazd po przeciwnej stronie. Czyli za jednym zamachem przejachac 6 pasow, gdzie auta zapiep**aja jak to na autostradzie. Luuuzik. :O Jakos znalazlam male okienko, ale i tak praktycznie tam stanelam, a auta mijaly mnie z dwoch stron. Dziwne, ze nikt we mnie nie przypiep**yl. Najstraszniejsze kilkanascie sekund w moim zyciu. :D Reszta drogi uplynela juz duzo spokojniej i dojechalam z prawie polgodzinnym zapasem. Kiedy zaparkowalam, okazalo sie, ze akurat przed chwila dzwonil moj szef na nasza cotygodniowa rozmowe. Zglupial, czy co?! Wysyla mnie na inspekcje, a potem dzwoni w takiej godzinie, ze wiadomo ze albo juz tam jestem, albo akurat jade. Oddzwonilam skoro siedzialam w aucie, ale wtedy oczywiscie juz sie rozlaczyl i nie odpowiadal. Poczekalam na dziewczyne, z ktora mialam tam byc, po czym zaczelysmy. To znaczy, wroc. Firma do ktorej przyjechalysmy jest ogromna. To wlasciwie male miasteczko. Musialysmy wziac przepustki, wsiasc w busa, a ten zawiozl nas gdzies w czeluscie kompleksu. Gdyby mnie tam zostawili, nie wiedzialabym jak wrocic na parking. ;) Sama inspekcja okazala sie niemozliwie intensywna. Ogromna sala konferencyjna, my dwie i kilkanascie innych ludziow, glownie jakichs dyrektorow, managerow i specjalistow. Jak wielka byla sala niech Wam powie to, ze na scianie byly DWA ogromne monitory, zeby wszystko widac bylo z kazdej strony, a na stolikach staly mikrofony, bo inaczej, jesli znalazlo sie po przeciwnych, ciezko bylo sie uslyszec. Na szczescie, po glownej prezentacji ze strony firmy, wiekszosc osob wyszla, a z nami zostaly "tylko" cztery kobiety. W ich towarzystwie ciezko bylo oczywiscie swobodnie sie porozumiec. Cale szczescie, ze kolezanka ma male dzieci i powiedziala, ze jej "styl" to inspekcja od 9 do 15. W dodatku jest muzulmanka, a trwa akurat Ramadan, wiec nie je calutki dzien i twierdzi, ze ciezko jej myslec. No nie wiem; jak dla mnie to i tak super wszystko ogarniala, dopytywala i kontrolowala co robimy, czego jeszcze brakuje, itd. Tak jak zaplanowala, skonczylysmy o 15, bus odwiozl nas na parking i moglysmy ruszac do domu/hotelu. Po powrocie wlasciwie nie wiedzialam co zrobic z taka iloscia czasu. Poniewaz zrobilo nam sie niespodziewanie lato (22 stopnie! :O), wiec wyszlam i zrobilam kilka okrazen wokol hotelu, zeby poczuc to slonce i cieplo. Dalej wolalam sie nie zapuszczac, bowiem ta okolica nie wyglada zbyt zachecajaco. Pozniej juz siedzialam w pokoju, zadzwonilam do M., do taty, itd. Troche zajrzalam tez w pliki z pracy, choc kolejnego dnia okazalo sie to niepotrzebne, bo przeskoczylysmy do zupelnie innego tematu.
Noc z poniedzialku na wtorek mialam... straszna. W pokoju obok mieszkala para i byli niemozliwi. Juz w niedziele troche halasowali, ale trwalo to dosc krotko, wiec nie zwrocilam uwagi. Za to w poniedzialek... tragedia. Wlaczyli muzyke, nawet nie bardzo glosno, ale potem caly czas ja przekrzykiwali. Jak wrocili do pokoju o 21, tylko sie bzykneli (slychac bylo), a pozniej dziewczyna do 2 nad ranem(!) wisiala na telefonie. I zeby tylko gadala! Ona caly czas wrzeszczala do sluchawki, bo musiala przeciez mowic glosniej od muzyki. Do tego, co chwila piszczala, krzyczala jeszcze glosniej, tlukla sie po tym pokoju i co chwila wchodzila do lazienki, gdzie oczywiscie nioslo jeszcze bardziej. Dopiero po 2 godzinie kilka razy trzasnely drzwi (nie wiem ile razy mozna wchodzic i wychodzic) i zrobila sie cisza. Zanim zasnelam zrobila sie prawie 3, a o 7 czekala mnie pobudka. :/ Zanim zapytacie, przyszlo mi do glowy zeby zadzwonic na recepcje, ale nie wiedzialam co to za jedni, a jestem sama, wiec wolalam nikogo nie prowokowac. Ich pokoj zas ma z jednej strony schody, zas pod nimi jest to pomieszczenie "sniadaniowe", wiec nie sasiadowali z nikim poza mna. Rano bylam wiec dosc nieprzytomna, ale coz. Jak na zlosc, dzien wczesniej szef zaproponowal ze mozemy miec nasz meeting tego dnia o 8:30 rano. Gdyby nie to, moglabym troche odespac bo kolezanka mogla zaczac dopiero o 10. No ale niestety, musialam sie zerwac o normalnej porze. :/ Tego dnia pojechalam do pracy inna trasa. Troche dluzsza, bo przez osiedla, a potem centrum miasteczka, ale przynajmniej bez przejezdzanie na hurra wszystkich pasow autostrady. Kolejny dzien minal jak poniedzialek. Czulam sie kompletnie niekompetentna, bo nie tylko nie ogarnialam co jeszcze powinnismy sprawdzac, to jeszcze kolezance szlo to 5x szybciej. Choc musze tez oddac sama sobie sprawiedliwosc, ze ten rodzaj inspekcji zazwyczaj robi sie po zdobyciu nieco doswiadczenia, a nie tak na samym poczatku. Potwierdza to i ta dziewczyna, z ktora jestem i sam moj szef. Tego dnia skonczylysmy o 16, bo zaczelysmy o godzine pozniej. Po pracy podjechalam jeszcze do sklepiku, bo wyczailam, ze mam jeden, do ktorego moge podjechac od tylu, bez wyjezdzania na ta nieszczesna autostrade. Kupilam wode, jakies jedzeniowe gotowce tylko do odgrzania i stwierdzilam, ze jakos przetrwam jeszcze dwa dni. Kiedy juz dotarlam do hotelu, poprosilam o zmiane pokoju, bo stwierdzilam ze oszaleje z takimi sasiadami. Facet jednak powiedzial, ze oni maja sie wymeldowac kolejnego dnia, stwierdzilam wiec ze jedna noc to moze jakos przezyje. Wiadomo, ze w pokoju zdazylam juz rozwlec kosmetyki, jedzenie, ciuchy, itd. i jak moglam uniknac przenoszenia tego wszystkiego, to stwierdzilam ze dam sobie spokoj. Tego dnia ponownie bylo goraco - 25 stopni, wiec znow ruszylam na marsz wokol hotelu. W domu bylo nieco chlodniej, bo mieszkamy troche wyzej na polnoc, ale Potworki poszly do szkol w krotkich spodenkach, a Bi pojechala na rowerze. Widzialam na kamerach. ;)
Za to po poludniu Nik spotkal sie z kolega na rowery, a kiedy znudzila im sie jazda, zostali pod garazem zeby pograc w kosza.
Wieczorem posiedzialam znow troche nad plikami z pracy, choc tych glownych, na ktore mialam spojrzec, kolezanka zapomniala mi przeslac. Ponownie pogadalam z rodzina, posnulam sie po pokoju i dzien jakos zlecial. Niby dopiero drugi, a mialam wrazenie, ze nie ma mnie juz w domu z tydzien. ;)
Ta noc byla lepsza, choc moi sasiedzi przyjechali prawie o 23 i zaczeli swoje zwykle halasy. Obudzili mnie gdzies o polnocy, ale wlaczylam wiatrak i udalo mi sie ich zagluszyc. Nie wariowali zreszta zbyt dlugo, pewnie dlatego, ze musieli rano sie zerwac. W srode wstalam wiec troche przytomniejsza, choc nadal takie hotelowe zycie to nie dla mnie. Aha! Dzien wczesniej wyczailam inna trase do firmy, jadac glownie przez osiedla domkow. Jedzie sie wolniej, a wiec dluzej, ale za to bez wariackich manewrow na autostradzie. We wtorek przejechalam gladko i cieszylam sie, ze znalazlam taka fajna droge, wiec w srode przejazd zablokowaly roboty drogowe i musialam snuc sie objazdami. Utknelam w sporym korku i ledwie dojechalam na czas. ;) Na inspekcji nadal to samo, czyli kolezanka odwalala lwia czesc roboty, a ja probowalam zapamietac co sprawdzamy i po co. Nie czulam sie z tym dobrze, ale coz. Tego dnia nadal trwalo "lato", wiec po inspekcji znow zrobilam kilka koleczek wokol hotelu. Pozniej juz siedzialam w pokoju, cieszac sie otwartym oknem i wpadajacym przez nie swiezym powietrzem. Zadzwonilam do M., zadzwonilam do taty, posiedzialam w necie i jakos dzien zlecial.
Spodziewalam sie w koncu spokojnej nocy i... zonk. Tym razem, okolo 3 nad ranem, obudzila mnie ponownie muzyka i glosne smiechy, ale dochodzace z innego kierunku i nieco przytlumione. Podejrzewam, ze teraz pode mna zamieszkaly jakies przyglupy. Swira mozna dostac. :/ Nie chce myslec co sie dzieje w tym hotelu w weekendy, skoro w srodku tygodnia odbywa sie takie wariactwo. Nie mniej to i tak byla najlepsza nocka w tym tygodniu. Rano w czwartek jednak nie czulam sie jakos specjalnie bardziej wyspana, bowiem za oknem bylo pochmurno, ciemno i deszczowo. Lato sie skonczylo i nie tylko zrobilo sie paskudnie, ale tez temperatura spadla na leb na szyje. Kiedy rano wychodzilam bylo okolo 10 stopni, ale kiedy po poludniu wychodzilam z inspekcji, juz tylko 5. :O To tyle z lata w marcu. ;) Na inspekcji wlasciwie mialam wrazenie ze siedzimy na sile. Kolezanka przyznala, ze glownie czeka na kilka ostatnich dokumentow, inaczej moglaby skonczyc nawet tego samego dnia. Glownie z nudow sprawdzalysmy wiec jakies dokumenty. Zaczelam jeszcze raz przegladac nasze przepisy dotyczace przeprowadzenia takiego rodzaju inspekcji i z zaskoczeniem stwierdzilam, ze jednak sporo mi sie przejasnilo. Wczesniej probowalam sporzadzic notki w punktach z tego co trzeba sprawdzic, ale takie skopiowane z suchych przepisow byly nadal slabo zrozumiale. Teraz jednak widze o co chodzi w wiekszoscia wymagan, czyli cos z tej inspekcji wynioslam, mimo ze czulam sie kompletnie bezuzyteczna. Kiedy dojechalam do hotelu, z zaskoczeniem stwierdzilam, ze pada...snieg! To sie nazywa wariactwo, zeby w ciagu jednej nocy, z 25 stopni i slonca, spasc na kilka i padajacy snieg. Poniewaz spacer wokol hotelu nie byl zbyt zachecajacy, stwierdzilam, ze skorzystam z hotelowej silowni. Wyobrazcie sobie, ze pierwszy raz w zyciu chodzilam na biezni. Od jakiegos czasu gadam M., ze fajnie by bylo kupic takie ustrojstwo do domu, ale sie opiera. ;) Teraz jednak sama nie jestem pewna. Bylo... dziwnie. Jakos tak niestabilnie. Kiedy z niej zeszlam, zakrecilo mi sie w glowie. ;) No ale przynajmniej czulam ze nie siedzialam caly dzien na tylku. Pod wieczor stwierdzilam, ze trzeba by spakowac co sie da, zeby rano nie biegac na wariata. Okazalo sie jednak, ze bez wariactwa nie moglo sie obyc, bowiem mialam naprawde niewiele rzeczy ktorych nie potrzebowalam na piatek. Kosmetyki - wiadomo, rano trzeba sie umyc i umalowac. Jedzenie tez musialo zostac w lodowce. Spakowalam wiec tak naprawde tylko kosmetyki pod prysznic i jedna pare butow. :D
Kolejna noc i kolejny szal. Tym razem, tuz po 5 nad ranem, jakas para klocila sie w... korytarzu! Jak juz musieli sie sprzeczac, to nie mogli tego zrobic w pokoju? Albo jeszcze lepiej - na zewnatrz?! Nie, najlepiej przeciez stac w hotelowym korytarzu i drzec mordy! :/ Na szczescie nie trwalo to bardzo dlugo, ale zdazylam sie kompletnie rozbudzic. Szlag. Przewracalam sie potem z boku na bok i w koncu przysnelam. Na szczescie kolezanka nie jest fanka zaczynania skoro swit, wiec moglam pospac do 7. Tego dnia na inspekcji wlasciwie nie zajmowalysmy sie juz inspekcja. Tamta dziewczyna jeszcze raz upewniala sie czy na pewno ma wszystko konieczne do napisania raportu, a ja w tym czasie sprawdzalam maile, odpisywalam i przegladalam papiery na inspekcje, do ktorej mam dolaczyc w nastepnym tygodniu. Juz na poczatku tygodnia zaznaczylam, ze w piatek chcialabym wyjsc stamtad w poludnie, zeby zdazyc ominac popoludniowe korki. Szczegolnie, ze przed weekendem zawsze sa gorsze niz w tygodniu. Ostatecznie kolezanka zwolala spotkanie podsumowujace na godzine 11 i juz pol godziny pozniej szlysmy przez parking do swoich aut. Wyruszylam do domu i o dziwo, poza kilkoma miejscami gdzie auta zwalnialy bo na poboczu stala policja, wiekszosc trasy pokonalam bez wiekszych przeszkod. Tak sie obawialam przebijania przez Nowy Jork, a tymczasem problemy napotkalam juz wlasciwie prawie w domu! Tuz przez zjazdami na moja miejscowosc (z ktorych i tak akurat bym nie korzystala, bo musialam jechac do biura) zatrzymalam sie na stacji benzynowej, zeby zgodnie z wymogami zatankowac sluzbowe auto. Pomijam fakt, ze powinnam byla wziac rachunek, ale w maszynie nie bylo papieru, bylam wykonczona prawie 3-godzinna jazda, na telefonie mialam liste wiadomosci i zupelnie nie pomyslalam zeby pojsc do srodka i poprosic o wydrukowanie pracownika. :D Pozniej zostalo mi juz tylko doslownie kilka mil do pracy i... wpakowalam sie w korek. Niby byly roboty drogowe i jeden pas zamkniety, tyle ze byla prawie 15, wiec robotnicy zdazyli sie zwinac, wszystkie pasy byly otwarte, a korek... pozostal. :( Zamiast 10 minut, jechalam prawie pol godziny. A kiedy w koncu dotarlam do budynku pracy, nie moglam otworzyc drzwi do garazu! Moja karta nie dzialala i juz. Ale kiedy sprobowalam w bocznych drzwiach dla pieszych, czary-mary i drzwi sie otworzyly. Pytalam pana straznika (ktory otworzyl mi drzwi od srodka) czy cos sie zepsulo, on wyszedl ze mna popatrzec, ale tez nic nie wymyslil. Pokazal mi za to guziki, ktore otwieraja drzwi od srodka, jakby sie zaciely. No tak, ale najpierw musze jakos tam wejsc. Przeparkowalam auta, szykuje sie zeby wyjechac wlasna fura, wkladam karte do czujnika (tak, od srodka tez jest) i... nic. Wszystko mi opadlo, ale wsadzam karte jeszcze raz i... drzwi sie otwieraja. :O Niewiadomo o co chodzi, ale nie wiem czy nastepnym razem uda mi sie wziac sluzbowe auto, a jak je wezme, to czy pozniej dam rade zabrac swoje. :D Tak czy siak, wreszcie dojechalam do domu, gdzie byl juz Mlodszy. Wysciskalam syna i wyglaskalam Maye, ktora (jak to ona) machnela uprzejmie ogonem i poszla. Temu psu wszystko jedno przy jakim jest ludziu. ;) To juz kot przyszedl, obcieral sie i mruczal na powitanie. Niedlugo pozniej przyjechal M. z Bi, ktora odebral ze szkoly i pojechali po sushi na obiad. Popoludnie i wieczor spedzilismy przy kominku i telewizorze. Dla reszty to normalka, ale ja staralam sie jak najbardziej rozkoszowac tymi chwilami we wlasnym domku. :)
I tak minela mi pierwsza (i niestety nie ostatnia) wyjazdowa inspekcja. Szkoda, ze tak szybko musze ja powtorzyc. ;)
























