Jak juz napisalam ostatnio, w piatek, 2 pazdziernika, Bi miala po poludniu zawody. Zawiozlam ja na 15 na rozgrzewke, ale nie chcialo mi sie na nia patrzec, a do domu wracac sie nie oplacalo, wiec poszlam powygrzewac sie w sloncu. Basen jest czescia prywatnej szkoly dla dziewczat, wiec maja nie tylko piekny budynek, ale tez teren naokolo, m.in. patio z krzeselkami oraz stolikami. Klaplam na jednym z nich i spedzilam blogie pol godziny, cieszac sie pewnie ostatnim upalnym dniem w tym roku. Az za upalnym. Czlowiek zdazyl sie odzwyczaic od takich temperatur, a tu zrobilo sie 27 stopni i zwyczajnie sie roztapialam. Kiedy sobie spokojnie siedzialam, zadzwonil Nik, ze kolega chce z nim jechac na ryby do naszego klubu, ale wzielam moje auto, ktore ma "przepustke". Odpowiedzialam, ze przeciez tata moze go zawiezc przed bramke, a wjedzie z kolega i jego rodzicem. Okazalo sie, ze malzonkowi sie nie chcialo, wiec syn dzwonil, czy moze nie opuscilabym kawalka zawodow i go nie zawiozla. :O No chyba obaj oszaleli! Mialam do klubu 3x dalej niz M. z domu, a jeszcze musialabym jechac az do chalupy po Kokusia! Odpowiedzialam twardo ze ojciec ma go zawiezc, a on niech odda tacie kolegi kase za przywiezienie go jako goscia. Napisalam pozniej do Nika czy jedzie i odpisal, ze tata go zawiezie. Laskawca, slowo daje! :/ W koncu zawody sie rozpoczely, wiec poczlapalam na trybuny.
Pisalam juz kilkukrotnie, ze Bi to sprinter, a nie maratonczyk? Ja to wiem, ona to wie i nie wierze ze jej trener rowniez tego nie zauwazyl. Tymczasem, tego dnia wszystkie wyscigi miala najdluzsze z mozliwych. Jeszcze na 100m kraulem poszedl jej ok, bo doplynela 6 na 8. Pozniej jednak plynela 200m, a na koniec maraton wszystkich zawodow, czyli kraulem na 500m. To jest 20 dlugosci basenu! Wyscig jest tak dlugi, ze na jednym koncu zawsze siedza dziewczyny z tablicami, na ktorych otwieraja numery i zanurzaja tablice w wodzie, zeby plynace widzialy przy ktorej sa dlugosci i sie nie pomylily. Oba wyscigi, i ten na 200 (8 dlugosci basenu) i ten na 500 Bi przyplynela ostatnia. Przy czym, pozniej zla byla sama na siebie, bo mowila, ze wiedzac o tym, ze wyscigi byly dlugie, nalozyla sobie takie rowne tempo, zeby wytrzymac, szczegolnie przy tym drugim. No i po fakcie stwierdzila, ze mogla jednak plynac szybciej, bo nie zmeczyla sie az tak, jak sie obawiala. Mysle, ze to dobra lekcja...
Po powrocie do domu, usiadlam sobie na chwilke, za to panna zaczela sie goraczkowo szykowac, przebierac i suszyc wlosy. Tego dnia w szkole Potworkow odbywal sie mecz football'u. Z jakiegos powodu to wazne wydarzenie. Schodzi sie wiekszosc uczniow, nawet tych, ktorzy sie tym sportem malo interesuja. Grupa cheerleader'ek oczywiscie pokrzykuje i macha pomponami, a orkiestra deta przygrywa w przerwach. Poza rodzinami i znajomymi graczy, dla reszty to zwykle spotkanie towarzyskie. Na ktorym szkola niezle zarabia, bo wstep dla uczniow kosztowal $4, ale dla rodzin juz wiecej. Cale wydarzenie ochrzczono jako "blackout" i wszyscy mieli sie ubrac na czarno. Mecz zaczynal sie o 19 i Starsza wychodzila z domu w tym samym czasie kiedy ja wyjezdzalam po syna zeby odebrac go z ryb. Bi umowila sie z cala gromada kolezanek, a z jedna, ktora mieszka na sasiednim osiedlu, pojechaly na rowerach i spotkaly w polowie drogi. Tu oczywiscie nasluchalam sie od M., ze ja tak puszczam i ze jak one beda po nocy wracac, itd. Gledzil i gledzil, ze jego rodzice w tym wieku nigdzie nie puszczali, ze kto to slyszal, itd. W sumie moja matka mnie tez trzymala pod kloszem, chyba ze jakas jej znajoma namawiala zebym jechala z dziecmi jej krewnych i znajomych, gdzie sama tupalam noga, ze nigdzie nie jade z obcymi. Z drugiej strony, my dorastalismy w innym kraju z nieco innymi tradycjami. W moim liceum, jedyna aktrakcja (poza studniowka) byla szkolna dystkoteka, ktora zreszta mialam tylko w I klasie, bo pozniej dyrektor zabronil. Nawet nie pamietam co tam sie wydarzylo, ale wiem, ze w pozniejszych latach nasza szkola fundowala zero, null przyjemnosci. Nie bylo tez zadnych konkursow ani zajec dodatkowych. Z perspektywy czasu stwierdzam, ze beznadziejnie nudne bylo to moje liceum... Tak czy siak, malzonek sie umarudzil i oczywiscie cala wina byla po mojej stronie, bo nie chcialam dziecka odebrac. Tyle, ze ja wiem jak wyglada odbior dzieciaka po takiej "imprezie" i sam wyjazd spod szkoly, gdzie na raz wyjezdza kilkaset aut. Poza tym, tu juz oboje, dalismy Bi kilka rad oraz przykazan, ktorych nie bardzo chciala sluchac: zeby uwazala na siebie, zeby trzymala sie z kolezankami, zeby wziela gaz pieprzowy, zeby patrzyla jadac na rowerze, bo na osiedlach zdarzaja sie auta, ale tez laza cholerne niedzwiedzie, itd. Panna przewracala oczami, ale kiedy wracala, sama przyznala ze cala droge glosno spiewala zeby "misie" slyszaly ze nadjezdza. Biedni sasiedzi. :D Kiedy siostra brylowala na salonach trybunach, ja pojechalam do klubu po mlodsze dziecko. W dzien bylo goraco, wiec sporo ludzi skorzystalo z pogody, wiec minelam kilka aut wyjezdzajacych, a kilka innych stalo nadal na parkingu. Mimo wszystko, kiedy dojechalam nad staw, ktory jest otoczony drzewami, panowal juz zmrok i z kazda minuta robilo sie ciemno. Oczywiscie, jak to z Kokusiem; pisze zeby go odebrac o 18:45. Dojezdzam, wysylam sms'a ze jestem. Nic. Po kilku minutach dzwonie. Nie odbiera. Wytezam wzrok patrzac na sciezke nad staw, ale ciemno jak w doopie, wiec guzik widze. Mija kolejne kilka minut i powaznie zaczynam sie zastanawiac czy nie isc go szukac. Tyle, ze ciemno, staw otoczony drzewami, a ja nie mam nawet latarki, poza telefonem. Naokolo las i tylko jedno inne auto (ktore okazalo sie nalezalo do taty kolegi Nika), mowy nie ma zebym wylazla z bezpiecznego auta. Siedze wiec i sie wkurzam. W koncu - ida. Okazalo sie, ze im sie przeciagnelo, bo choc kolega przywiozl zywa przynete, to chcial lowic na wabiki. W rezultacie, Mlodszy zlowil chyba z 8 ryb, a tamten zadnej. I na sam koniec stwierdzil, ze musi choc jedna zlowic, wiec wziac przynete... Tyle, ze oczywiscie ryba nie zawsze zlapie sie natychmiast, wiec czekali az jakas sie nabierze... Wkurzylam sie oczywiscie, bo skoro pisze, ze mam byc o okreslonej porze, to on tez ma pilnowac zegarka i w tylku mam ze kolega na sam koniec uparl sie, ze musi miec rybe i koniec. :/ W kazdym razie, w koncu wrocilam z synem do domu i pozostalo czekac na corke. Swoja droga, to jest wlasnie roznica pomiedzy Bi a Nikiem. Ona z wlasnej woli nie przepusci zadnej szkolnej imprezie. Musimy albo my jej nie puscic, albo okazuje sie, ze polowa jej kolezanek nie idzie bo cos tam. Nik? Wolal ryby od jakiegos tam football'u. ;) Mecz skonczyl sie podobno o 21, wiec panna dojechala kwadrans pozniej. Mowila, ze troche mialy jednak z kolezanka cykora, dlatego gromko spiewaly po drodze. No ale wrocily bezpiecznie, a to najwazniejsze.
W sobote z blogoscia odsypialam. Nadeszla pora roku, kiedy o 6 rano nadal jest ciemnawo, wiec ciezko sie obudzic i choc tydzien byl w miare spokojny, czulam sie potwornie zmeczona. Nie pomagalo, ze w piatek przyszedl okres, choc przynajmniej raz o czasie... Kiedy wreszcie zwloklam sie z wyrka, ogarnelam i zjadlam sniadanie, to wyciagnelam odkurzacz oraz mopa i polatalam po podlogach na dole. Pozniej cos przekasic, a na 14 Bi miala zawody. Takie dla "wybrancow", wiec panna miala mieszane uczucia, bo z jednej strony byla dumna, a z drugiej jej sie zwyczajnie nie chcialo. ;) Rok temu jej zespol liczyl tyle dziewczyn, ze na te zawody dla najlepszych sie nie lapala, bo tu trener moze wystawic ograniczona liczbe zawodnikow. W tym roku dziewczyn jest mniej, wiec i ona dostala sie do tej grupki. Poniewaz na takie specjalne zawody zjezdza sie duzo druzyn (naliczylam 10) to rozgrzewka byla na 14, ale wyscigi rozpoczynaly sie dopiero o 15, zeby kazdy zespol mial czas sie rozgrzac. Nie mialam daleko do domu, bo okolo 15 minut, ale nie chcialo mi sie wracac, zeby za pol godziny jechac ponownie. Tym bardziej, ze (jak zobaczycie za chwile) i tak sobie pojezdzilam w te i spowrotem. Przesiedzialam wiec cala rozgrzewke i doczekalam zawodow.
Cale szczescie, ze Bi plynela zaraz w pierwszym wyscigu, 25m kraulem, czyli jedna dlugosc basenu. Takiej mini odleglosci nie plynela chyba odkad ukonczyla 8 lat! :D Te zawody byly troche dziwne, bo samych wyscigow bylo tylko 10, ale z powodu ilosci zawodniczek, w kazdym bylo kilka (lub kilkanascie) "kolejek" (heats). W pierwszym bylo ich az 17! :O Bi plynela w osmej kolejce, czyli mniej wiecej polowie stawki, bo zawodniczki jak zwykle dobierane byly wedlug czasow. Przyplynela 6 na 8 w swojej grupie, wiec tak srednio, choc nie wiem jakie ostatecznie zajela miejsce, bo nie znam liczby zawodniczek, a trener nie wyslal jeszcze wynikow. Pozniej plynela w wyscigu nr. 3, czyli kraulem na 50m i nr. 5, czyli stylem grzbietowym, rowniez na 50m. Mialam nadzieje, ze uda mi sie zobaczyc chociaz trzeci, ale pierwszy trwal w nieskonczonosc, a potem wieki cale przymierzali sie do nastepnego, zbierali dziewczyny, ludzie mierzacy czasy musieli przejsc na druga strone basenu, itd. Tymczasem ja umowilam sie z M. ze dojade do niego i Kokusia na 16 do kosciola na msze. Tam mialam juz troche dalej, wiec wyszlam o 15:35. Zastanawialismy sie co robic, bo od biedy moglabym pojechac na msze sama z Potworkami lub Bi w niedziele. Tyle, ze u nas w niedziele msze sa tylko poranne, a ja naprawde potrzebuje odespania i takiego spokojnego powylegiwania sie w weekend. Stwierdzilismy wiec, ze pojedziemy z Kokusiem normalnie, w sobote, a panna sobie odpusci, z czego ta ostatnia byla zreszta bardzo zadowolona. ;) Jak na zlosc, nie dosc ze msze prowadzil taki ksiadz - flegmatyk, to do tego mial pierdylion ogloszen i jeszcze pierdzielil kilka minut o specjalnym wydarzeniu z okazji dnia Franciszka z Asyzu (swiecenie zwierzakow - zartowalam z M., ze przywioze Maye, to moze przestanie popuszczac :D). Jak o 17 wszystko sie skonczylo, to pedem stamtad wypryslam i popedzilam spowrotem na basen. Kiedy dojechalam, oczywiscie nie mialam pojecia ktory wyscig akurat trwa, ani ile jeszcze zostalo. Na szczescie akurat obok wejscia rozlozyla sie jedna z druzyn i na scianie przyczepila kartki z rozpiska. Poniewaz wszystkie panny gdzies polazly, to przelawirowalam miedzy rozrzuconymi plecakami i zerknelam na grafik. Okazalo sie, ze akurat trwal wyscig #9, a wiedzialam ze Bi plynie w #10 w kolejce nr. 5. Tym razem plynela w czyms zwanym 1 IM, czyli jedna dlugosc basenu kazdym stylem. Razem 100m. Style w okreslonej kolejnosci; jak sie pomylisz, to cie zdyskwalifikuja. ;) Tym razem doplynela 7 na 8 w swojej kolejce. Coz, przynajmniej nie ostatnia. :D Pozniej mowila mi, ze w obu wyscigach nr. 3 i 5 przyplynela 6 na 8. Cos ta szostka jej sie uczepila. Panna byla zla na siebie, bo w stylu grzbietowym zle policzyla odleglosc od choragiewek i zamiast dotknac brzegu reka, uderzyla w niego glowa. :O Nie dosc, ze ma guza i obtarla o brzeg palec (bo ramie miala juz w gorze), to jeszcze na pewno stracila na tym cenne sekundy. Coz, bywa... Po ostatnim wyscigu Bi zawody nadal trwaly bo plynely nastpne kolejki, ale Starsza mogla sie przebrac i jechac do domu. Zajechalysmy jeszcze po drodze do Dunkin' bo pannie sie przypomnialo, ze po kazdych zawodach Kokusia kupuje napoje. Tyle, ze przy biegach przelajowych, wiadomo, Nik zawsze jest zgrzany i spocony, wiec wiadomo ze chce mu sie pic. Ale po basenie to raczej chyba potrzeba czegos na rozgrzewke, bo ta woda jest raczej chlodna, a czlowiek wilgotny i z mokrymi wlosami... No ale jak chciala to zajechalysmy. Na szczescie na tym zakonczylam ta zalatana sobote...
W niedziele moglam ponownie pospac i bardzo sie zdziwilam, kiedy zadzwonil budzik, oglaszajacy ze zrobila sie 9 rano. ;) Kiedy wstalam (co opoznilo przyjscie kiciula, ktory tym razem postanowil byc mily i sie pomiziac), szybko upieklam ciasto z jablkami. Malzonek jak tak to zrzedzi mi "nie kupuj tyle tego czy tamtego", ale jak ostatnio zrobil zakupy, kupil dwie paczki jablek (ktorych poza nim u nas praktycznie nikt nie je) i teraz niektore zaczely juz sie marszczyc. Zuzylam wiec chociaz czesc, a przy tym w domu zapachnialo jesienia. Ranki zrobily sie chlodne, w domu nieprzyjemnie bo ogrzewanie nadal praktycznie sie nie wlacza, a do tego zapach pieczonych jablek i normalnie jesien panie dziejku! :) Nik od rana strzelal focha, bo dzien wczesniej chcial jechac po kosciele na ryby, ale kiedy wrocilam z Bi (moje auto ma przepustke do klubu) bylo za pozno. Myslal wiec, ze pojedzie w niedziele rano, tymczasem M. wzial moj samochod do pracy. Kiedy wrocil, zaproponowalam synowi podwozke, ale stwierdzil ze wtedy nie zobaczy dziadka. Milo ze o tym pomyslal, ale potem chodzi zly. Kiedy moj tata pojechal, zebralam sie na zakupy, w towarzystwie Bi. Nik sie wahal, bo stwierdzil ze nie pamietam co mu kupic, ale z drugiej strony ciagnelo go na rybki. ;) W koncu dal mi liste swoich "zyczen", z ktorych i tak polowy nie dostalam, ale wybral ryby. Odstawilam go do klubu, a potem pojechalysmy ze Starsza do supermarketu. Potem podjechalysmy do ksiegarni, bo niedawno wyszla ksiazka, ktora Bi chciala przeczytac. Ostatecznie wziela jeszcze jedna, zabraklo jej kasy i zaplacic musialam ja. Ta to wie jak sie urzadzic. :D Nastepnie podjechalysmy po bubble tea, a po drodze zaczelo... padac. Prognozy nic takiego nie zapowiadaly, a tu masz. Martwilam sie, ze Nik siedzi tam w deszczu nad jeziorem, ale okazalo sie, ze u niego przeszlo bokiem. Wrocilam do domu, zdazylam otworzyc bagaznik i... zadzwonil Mlodszy, czy ktos moze go odebrac. No to szybko przenioslam torby do garazu, M. z corka zabrali sie za wnoszenie ich do gory i rozpakowywanie, a ja pojechalam po syna. Zaskakujaco, byl w calkiem niezlym nastroju, mimo ze zlapal tylko 1 rybe. I tak zlecial weekend, po czym trzeba bylo sie szykowac na tygodniowy kieracik.
Poniedzialek to wczesna pobudka, ogarniecie sie i do roboty. Jeszcze zdazylam ochrzanic Kokusia, bo latam jak wsciekla, pakuje sobie sniadaniowke, wypuszczam psiura, myje sie, maluje, wpuszczam Maye, zakladam jej na tylek pieluche i wolam zeby sie szykowali do wyjscia, a ten mi wyskakuje z jakims tekstem, ze on jest gotowy i to oni czekaja na mnie. Cisnienie mi sie w sekunde podnioslo i opierdzielilam, ze w niczym nie pomoga, a mogliby chociaz psa wypuscic, wpuscic, nalozyc jej pieluche i pozasuwac bramki. Ale nie, wszystko na mojej glowie, a on mi jeszcze powie, ze musi na mnie czekac! :/ Zawiozlam niesforna mlodziez pod szkole i pojechalam do roboty. Tam z jednej strony fajnie, bo byla kolezanka z kwietniowego wyjazdu, wiec sobie pogadalysmy. Okazalo sie, ze facet z jej grupy, ktory byl z nami na tym wyjezdzie i juz wtedy miedzy wierszami mozna bylo wyczytac, ze nie jest zadowolony, odszedl. Troche przykro, bo mial fajna osobowosc, a do tego z czasem myslal o przeniesieniu sie do naszego biura, wiec byloby wesolo, a tu masz. W dodatku ponoc odszedl znienacka i dal tylko kilka dni wypowiedzenia. Nikt z jego grupy nawet nie wie dokladnie kiedy odszedl i dokad.
Pozniej mialam moja cotygodniowa rozmowe z szefem, wszystko mi opadlo i przeszlo przez mysl, ze moze tez powinnam powiedziec do widzenia. Okazuje sie, ze polowa tego co znalazlam i za co wystawilam doktorkowi uwage przy ostatniej inspekcji, jednak nie powinna byc uwaga. Tylko, do kurwynedzy (wybaczcie, ale jestem naprawde wsciekla), ja sobie tej uwagi nie wystawilam tak o! Tylko obgadalam z szefem to, co znalazlam! Co jeszcze, w mojej uwadze byly dwie czesci i co do drugiej to sam moj szef zasugerowal, ze pownna sie tam znalezc! A teraz, kiedy przeczytal moj raport, nagle odkreca kota ogonem i wymysla, ze nieee, to jednak nie jest odpowiedzialnosc firmy, itd. Szlag mnie trafi! Najgorsze, ze poprawic uwage to jedno. Ale potem, taka poprawiona, trzeba zawiezc do firmy i wreczyc doktorkowi z wyjasnieniem dlaczego zostala zmieniona! :O Czyli, nie dosc, ze szef sam mnie wkopal, to jeszcze teraz to ja mam sie wystawiac na obciach! Kiedy to pisze, minelo juz kilka dni, a ja nadal sie gotuje... :/ Po robocie wrocilam do chalupy, gdzie M. przed momentem przywiozl z treningu Bi. Nik mial tego dnia pasta party, ale zaraz na sasiednim osiedlu, wiec poszli z kolegami gromada po bieganiu, a pozniej wrocil piechota do domu. Bylam bez humoru, wiec wieczor spedzilam na sprzataniu i skladaniu prania. Wiadomo, ze na stres nie ma jak polatac ze szmata... ;)
We wtorek pracowalam z domu, wiec wstalam pozniej bo musialam zwlec sie tylko na czas zeby zawiezc mlodziez do szkoly. Tego dnia obydwoje mieli po lekcjach zawody, Bi wyjazdowe, wiec wzdychala ciezko, a Nik u "siebie", tyle ze w biegach przelajowych, to "u siebie" oznacza nasz klub. Co gorsza, szkola zapewniala autobus do klubu, ale stamtad mieli juz dzieciaki odebrac rodzice. Serio, widze, ze czesc mlodziezy moze chciec brac udzial w szkolnych sportach, ale nie moze, bo ma rodzicow pracujacych do pozna i nie ma ich kto wozic i odbierac. Bo przeciez co chwila z tych czy innych zawodow, czy jak przy plywaniu z kazdego treningu, wymagaja zeby dzieciaka odebrac... Dla mnie dzien byl kontynuacja wku*wu na szefa. Rano musialam poprawiac cholerna uwage, gdzie okazalo sie, ze szef sam nie do konca wiedzial jak to robic. W dodatku, w przepisach jak byk bylo napisane, ze ogolnie uwag nie poprawiamy (bo firma moze na nie odpowiedziec i centrala we wlasnym raporcie wpisac, ze byla bezpodstawna), chyba ze naprawde musimy. I tu, uwazam, ze nie musialam tego robic, bo obydwie uwagi byly uzasadnione, szef uparl sie tylko usunac takie doslownie szczegoliki. Nie mam pojecia dlaczego sie tak zawzial... W kazdym razie, przy poprawianiu doszlismy do punktu, gdzie przepisy mowily zeby dodac tekst, ale guzik, gdzie mozna bylo to zrobic automatycznie, byl zablokowany w systemie. Mozna bylo recznie dodac tekst, ale szef nie byl pewnien czy ta sytuacja tego dotyczy i stwierdzil, ze skonsultuje sie z wlasna szefowa. Trzymalam kciuki zeby moze ona poszla po rozum do glowy i oznajmila, ze co tu w ogole poprawiac? No niestety, po jakims czasie szef odpowiedzial, ze tekstu nie trzeba dodawac, wystarcza poprawki. Musialam wiec zadzwonic, zeby umowic sie z doktorkiem na odebranie poprawionej uwagi. Oczywiscie skonczylo sie zostawieniem wiadomosci, bo kto by odbieral. Po paru godzinach doczekalam sie zwrotnego telefonu i zonk. Zadzwonila pani, ktora asystowala przy ostatniej inspekcji, zeby przekazac mi, ze doktorek wyjechal na slub corki, do Kalifornii. I nie wraca do konca nastepnego tygodnia. Spytalam kiedy dokladnie bedzie, ale wiadomo, skoro chlop jest na urlopie, to pani nie byla pewna ani dokladnie ktorego dnia pojawi sie w klinice, ani czy bedzie w stanie polaczyc sie telefonicznie. Zwlaszcza, ze Kalifornia jest w innej strefie czasowej... Musialam ponownie pisac do szefa, ktory odpowiedzial ze w takim razie chyba bede musiala wyslac poprawiona uwage listownie. Tyle, ze przepisy mowia, ze wowczas trzeba przez telefon objasnic osobie otrzymujacej ja, co sie zmienilo. A jak napisalam wyzej, nie bylo gwarancji ze doktorek bedzie pod telefonem. Ja zas nie moge sfinalizowac raportu az nie wrecze komus poprawionej uwagi i nie wyluszcze zmian. Bledne kolo. :/ Ponownie trzymalam kciuki, zeby szef odpuscil, ale gdzie. Po jakims czasie odpisal, ze skonsultowal sie ze swoja szefowa, ktora odpisala, ze poniewaz nic do uwagi nie dodajemy, tylko czesc szczegolow skreslamy, wedlug niej mozemy ja wreczyc komus innemu. To wg. niej troche mnie zaniepokoilo skoro nawet ona nie jest pewna... Pojawil sie za to kolejny problem, bowiem z calego zespolu doktora nie zostal nikt. Komu wiec mam to wreczyc?! Stanelo na managerce, ktora asystowala przy inspekcji. Zadzwonilam i na szczescie miala czas kolejnego dnia, ale dopiero po poludniu. A ja mialam nadzieje pojechac tam z rana i jak najszybciej obrocic, bo to 45 min jazdy w jedna strone, ech... :/ Jak pisalam wyzej, tego dnia Potwory mialy zawody, M. zas postanowil od razu po pracy pojechac na silownie. Nikogo z rodziny nie widzialam wiec az do konca mojej roboty, a zaraz po jej zakonczeniu popedzilam na umowiona wizyte u okulisty. Nie bylam tam juz prawie 3 lata i choc moje okulary trzymaja sie calkiem niezle, to jednak musialy mi gdzies spasc plasko na szkla, bo na prawym mam cala plame delikatnych rysek centralnie na lini wzroku. Poza tym, ostatnio okulistka tak mi dziwnie dobrala korekte, ze choc myslalam, ze sie przyzwyczaje, do konca mi one przeszkadzaly. Nie wiem co ona zrobila, ale patrzac na nieco dalsze odleglosci, lewe oko widzi zdecydowanie wyrazniej, za patrzac blizej, jak w ekran kompa lub telefonu odsunietego na dlugosc ramienia, to prawe oko lepiej lapie ostrosc. Przez trzy lata ciagle mnie to irytowalo, ale bylam zbyt leniwa zeby pojechac i umowic na zmiane. Teraz jednak doszly te rysy, no i przyszedl ogolnie czas na cos nowego, wiec pojechalam. Troche zmotywowal mnie M., ktory mial badania w pracy i powiedzieli mu, ze czas juz na okulary, bo w jego pracy wymagany jest poprawny wzrok. Bronil sie jak dlugo mogl, ale w koncu musial zaakceptowac fakt starzenia sie. I tak dlugo mu sie udalo, bo przeciez ma juz prawie 5 w kodzie na przodzie. :D Swoja droga to nie wiem dlaczego az tak przezywa te okulary, choc moze nie rozumiem tego bo sama zaczelam je nosic w wieku 17 lat... ;) No to pojechalam i na szczescie teraz maja maszyne robiaca zdjecie dna oka bez zakraplania, wiec wszystko poszlo szybko i sprawnie. Niestety, wada troche mi sie poglebila, a w ktoryms momencie juz stala w miejscu. Mozliwe, ze duzo jazdy i wytezania wzroku zrobilo swoje. Co ciekawe, okulistka powidziala ze poglebila mi sie tez wada do czytania, chociaz narazie zupelnie tego nie odczuwam. Wystarczy, ze zdejme okulary i moge czytac bez problemu. Z mniej przyjemnych spraw, gdzies w glebi oka znalezli malego krwiaka i lekarka spytala czy mam cukrzyce lub nadcisnienie! :O Z tego co wiem, to nie mam, ale w sumie nie chodze do lekarza, wiec kto wie... Babka poradzila zeby znalezc ogolnego lekarza i przechodzic coroczne "ogledziny", ktore moga wykryc poczatki czegos niepozadanego. Oczywiscie ten krwiak mogl byc tez od mocniejszego odkaszlniecia, wiec mam wrocic za 6 miesiecy zeby zobaczyc czy znikl i nie pojawia sie nic nowego. Suuuper... Starosc nie radosc. W kazdym razie, wzielam sobie do serca rade i musze znalezc jakas lekarke. Mysle, ze wole kobiete, bo przeciez stoje juz u progu menopauzy i mysle ze kobiecie latwiej bedzie okreslic czy rozne przypadlosci to przypadek, czy po prostu zmiany zwiazane z hormonami... Poza tym, niestety, tutaj bez skierowania od lekarza ogolnego, nawet morfologii nie zrobisz. Moze wiec to dobry pomysl zaczac chodzic do kogos regularnie. Bedac tam spytalam o okulary malzonka, bo on mial wizyte w polowie wrzesnia i nie pamietal (!) czy ktos do niego dzwonil, ze przyszly. Okazalo sie, ze sa i pozniej M. mial pretensje, ze ich nie wzielam, ale oni przeciez musza zobaczyc jak leza na nosie, czy gdzies sie nie przekrzywiaja, itd. W domu chlopaki juz urzedowaly w najlepsze, ale Bi jeszcze nie wrocila z zawodow. Byly dosc dlugie, bo choc jechaly tylko do sasiedniej miejscowosci (na ten sam basen co w sobote), to dojechaly dopiero dobrze po 18. Wieczor byl wiec mocno skrocony, ale to ostatnio norma. ;)
Na ta noc zapowiadali pierwsze przymrozki, choc rano okazalo sie, ze bylo +2. I tak dosc zimno jak na poczatek pazdziernika i w nocy powlaczaly sie kaloryfery. Zebralismy sie i zabralam mlodziez (nawet sasiadke) do szkoly. Pozniej podazylam do roboty, mijajac po drodze zamglone pola.
To az niesamowite ile mgly ciagnie sie od naszej, niezbyt duzej, rzeki. Pozniej niestety wpakowalam sie w kosmiczne korki. Znow po drodze byl wypadek i znow zamkneli autostrade, puszczajac auta tylko jednym pasem. Nawigacja pokazala mi zebym zjechala wczesniej i tak zrobilam, myslac ze moze przejade miastem. Niestety, polowa podazajacych w moim kierunku, miala chyba takie same plany i wpadalam w zator po zatorze. Miasto w godzinach szczytu to koszmar i szybko pozalowalam, ze nie zostalam na autostradzie. Tym bardziej, ze glupia nawigacja, poprowadzila mnie przez kilkanascie zakorkowanych ulic, zeby... ponownie pokierowac mnie na autostrade! Nie znam tego miasta na tyle dobrze, zeby pojechac samej, wiec bylam zdana na laske i nielaske nawigacji. Ta zas skierowala mnie ponownie autostrada na odleglosc 1.5 km od mojego zjazdu! Podejrzewam, ze miastem bylabym na miejscu w kilka minut, ale nie. Ostatecznie jechalam ponad godzine, a przypominam, ze powinnam jechac niecale 20... :/ W pracy poczatek dnia byl w miare spokojny. Walczylam z poprawa tej cholernej uwagi, bo nasz system niestety czasem przeczy temu, co mamy w przepisach. Dla przykladu, w przepisach napisane jest jak byk, ze poprawa uwagi nie zmienia daty zakonczenia inspekcji. Ta data jest wazna, bo firmy maja 15 dni roboczych na odpowiedz. W przepisach jest wiec jedno, a w systemie, kiedy klikalam zeby drukowac, wyskakiwalo mi okienko, zeby upewnic sie ze zmienilam date konca inspekcji na dzisiejsza! :O Kilka razy musialam wiec pisac do szefa z pytaniem, co mam robic. W koncu udalo sie glupia poprawke wydrukowac i o 13 spakowalam na wszelki wypadek laptoka i pomaszerowalam do garazu po sluzbowe auto. Na miejscu mialam byc na 14 i wydawalo mi sie ze wyszlam z zapasem, tymczasem zanim zeszlam do piwnicy, zanim wklepalam milaz i gdzie jade i podlaczylam telefon (zeby miec nawigacje), to okazalo sie, ze czas dojazdu pokazalo na 14:01. No swietnie, bo jak bylyby jakies korki, to dojechalabym spozniona. Na szczescie nie bylo, w trasie troche nadrobilam i dojechalam o 13:57. Babka, z ktora bylam umowiona, juz czekala, wiec szybko pokazalam jej zmiany, podziekowalam za czas i pojechalam. Kolejne 45 minut na autostradzie i o 15 bylam spowrotem w biurze. :D Niestety, teraz musialam jeszcze dodac szczegoly zmian do raportu, bo nie ma lekko... Po pracy wrocilam do chalupy i, chyba przez stress i jazde jak glupia przez prawie caly Stan, rozbolala mnie glowa. Wzielam prysznic, posiedzialam na kanapie tepo patrzac w telefon, po czym poszlam spac. A! Jeszcze zdazylam popodziwiac nowe bryle malzonka! Mnie sie podoba. Wyglada niczym intelektualista. Powiedzialam, ze w koncu pasuje do niego ten tytul inzyniera. ;) On jest za to strasznie niezadowolony i twierdzi, ze nie bedzie ich nosil, poza badaniami w pracy. Poradzilam zeby zakladal je chociaz do jazdy autem i ogladania telewizji, ale oznajmil twardo, ze nie chce zeby mu sie oczy przyzwyczaily. No tak, lepiej sie meczyc. A niedawno sam mowil, ze nawracajace bole glowy to moze przez oczy... Co robic; jest dorosly. Niech robi co chce. Choc ta jego wada faktycznie jest malutka - -0.5.
Czwartek to ponownie wczesna pobudka, zebrac sie i mlodziez do szkoly, ja do roboty. Tam kontynuacja poprawek do raportu, gdzie konca nie bylo widac. Szef co chwila, do tego samego paragrafu kaze dodawac nowe szczegoly, az mialam ochote napisac, ze jak chce zeby to bylo napisane w jakis szczegolny sposob, to moze napisac to sam. Ja sie nie pogniewam. :/ W koncu, poznym popoludniem, raport zostal zakonczony, szef go "przyklepal", a ja odetchnelam z ulga. Zaczelam tez porzadkowac foldery z inspekcji, bo mam w nich straszny burdel: zalaczniki tego rodzaju, zalaczniki tamtego rodzaju, pierdylion wersji raportu w formacie Word, kolejnych kilka w PDF, a do tego jakies przypadkowe dokumenty, ktore zebralam, a ostatecznie nie wykorzystalam. Stwierdzam, ze w kazdym musze porobic dodatkowe foldery i wszystko posegregowac. Wyszlam i... utknelam. Na trasie byly dwa wypadki (ladna pogoda, a ludzie jezdzic nie umieja...) i choc jeden juz posprzatali, a przy drugim juz tylko auta ladowali na lawety, korki, ktore sie porobily nie rozladowaly sie przez kilka dobrych godzin... A ja tego dnia musialam odebrac Bi z basenu, bo M. jechal po pracy do dentysty. Nik sobie wrocil po treningu piechota. Na szczescie dojechalam na czas i panny (zabieralam tez kolezanke) nie musialy czekac. Odwiozlam kolezanke, wrocilysmy z Bi do domu, gdzie byl juz Nik, a po obiedzie niestety musialam zabrac mlodziez do sklepu. Niestety, bo mielismy 22 stopnie i wolalabym posiedziec sobie na ganku zamiast szlajac sie po supermarketach, ale coz. Druzyna Kokusia na kolejny dzien wymyslila sobie wymianke slodyczowo-napojowa, ja ta, ktora Bi ma co zawody. Tyle, ze trenerzy zamiescili liste kto dla kogo kupuje, dopiero w czwartek na treningu. Uwielbiam takie akcje na ostatnia chwile. :/ Pojechala z nami oczywiscie Bi, ktora zadnemu sklepowi nie przepusci, a przy okazji kupila tez slodycze i chipsy na wlasna wymianke, choc jej najblizsze zawody sa dopiero w srode. Po powrocie do domu, uparcie siadlam na ganku, choc posiedzialam raptem 10 minut, bo robilo sie pomalu ciemno, a temperatura gwaltownie spadala...
W piatek moglam pospac troche dluzej, bo pracowalam z domu. Wstalam tuz przed 7 zeby zawiezc mlodziez do szkoly, po czym wrocilam do chalupy. Umylam sie i zjadlam sniadanie i czas byl odpalic sluzbowego kompa. Teraz, kiedy raport wreszcie skonczylam, a kolejna inspekcje mam dopiero za 2 tygodnie, wlasciwie nie wiedzialam co ze soba zrobic. Zadzwonilam nawet na moment do siostry, bo przy napietym grafiku i szesciu godzinach roznicy czasu, nie pamietam nawet kiedy ostatnio dluzej gadalysmy. Okazalo sie, ze cala jej trojca byla tego dnia w domu, bo ponoc w Polsce krazyly plotki, ze mial to byc "krwawy piatek" czy cos w tym stylu. Slyszalyscie cos o tym? :O Podobno cala klasa licealna najstarszej siostrzenicy nie szla do szkoly, wiec siostra zostawila tez w domu mlodsza dwojke. Fajnie bylo poplotkowac i poobgadywac glownie nasze latorosle, ale w koncu ja musialam wracac do pracy, a siostra do sprzatania, bo na wieczor mieli zapowiedzianych gosci. Mila niespodzianka w pracy okazala sie wiadomosc, ze z okazji majcego sie rozpoczac dlugiego weekendu, dostalismy pozwolenie na wyjscie o dwie godziny wczesniej. To znaczy, pozwolenie bylo od departamentu, ale i tak trzeba bylo prosic o nie osobno wlasnego szefa. :D Na szczescie moj zwykle nie robi problemu. O 14 skonczylam wiec prace i moglam oficjalnie rozpoczac weekend. Malzonek wrocil do domu wczesniej, ale wlasciwie prawie sie z nim wyminelam w drzwiach, bo jechalam na zawody Bi. On, jak to on, nie tylko nie mial zamiaru jechac, ale jeszcze namawial mnie zebym zostala. Po pierwsze jednak, dla mnie wazne jest zeby brac udzial w wydarzeniach Potworkow, a po drugie zwyczajnie sprawia mi to przyjemnosc. Ale o reszcie piatku na basenie, to juz nastepnym razem, bo nie chce mi sie wgrywac zdjec. ;)
Milego weekendu! U nas bedzie on dlugi!




















