Tym razem musze zaczac od czwartku. Jak nietypowo, ha! :D
A wiec, w czwartek 18 czerwca, malzonek pojechal jeszcze na kilka godzin do roboty. Ja wzielam wolne, a Potworki oczywiscie cieszyly sie juz wakacjami, szczesciarze. ;) Wstalam w miare wczesnie, zeby szybko zjesc sniadanie i ogarnac sie, a pozniej niestety wziac sie za pakowanie przyczepy. Przynajmniej mialam juz w niej posciel, a ciuchy zanioslam w srode, ale zostala do spakowania praktycznie cala reszta. Podczas biegania do w te i spowrotem, trzeba bardzo uwazac i zasuwac za soba siatke w drzwiach kampera, bo Oreo jest nim bardzo zainteresowana i obawiam sie, ze kiedys mozemy dojechac na na miejsce i znalezc kiciula w srodku. :D Poki co, zadowolila sie lazeniem po moim aucie. ;)
Bi spakowala swoje ciuchy juz dzien wczesniej, Kokusiowi musialam oczywiscie kilka razy przypominac, bo przeciez on ma czaaas. A potem zawsze czegos zapomni... :/ Malzonek wrocil na sam koniec pakowania, szybko wzial prysznic i konczyl co tam jeszcze mial do roboty. Planowalismy wyjechac o 12, ale jak to bywa, troche sie przeciagnelo i ruszylismy o 12:40. Nie tak zle, ale po drodze korki byly niemozliwe. Caly czas jakies zatory bez powodu. Ani wypadku, ani robot drogowych, a autostrada wlecze sie kolo za kolem... Moglismy dojechac na 15, a dotarlismy pol godziny pozniej. Nie bylo to jednak jakos strasznie pozno, wiec rozpakowalismy sie, a pozniej usiedlismy przed przyczepa, zeby podelektowac sie sloncem. Caly weekend potwornie wialo i nikt na kempingu nie odwazyl sie rozlozyc zadaszenia. Za to widzielismy czesciowo zdmuchniety namiot. ;) Niestety, na horyzoncie pojawily sie ciemne chmury i choc mialam nadzieje, ze przejda bokiem, to niestety - przyniosly deszcz. A raczej istna ulewe. Lalo strasznie przez niemal dwie godziny, czyli wiekszosc naszego pierwszego popoludnia, ech... :/ Za to pozniej, na niebie pojawila sie piekna tecza. Nawet podwojna, choc na zdjeciu tego nie widac.
Przestalo padac idealnie zeby rozpalic wieczorne ognisko, ale niestety - lunelo wczesniej tak nagle i tak gwaltownie, ze popedzilismy do przyczepy nie patrzac zupelnie co zostawiamy na zewnatrz. Zostawilismy krzesla i choc dwa maja plastikowe, plecione siedziska, wiec wystarczylo je wytrzec, ale dwa pozostale sa materialowe, wiec niestety przemokly dokumentnie. Postawilam je przy ogniu, ale juz nie doschly i proba usiadniecia na jednym, zakonczyla sie przemoknietymi portkami. ;)
Piatek zaczal sie pozniej, choc obudzilam sie przed budzikiem, ktory nastawilam na 9. Nadal strasznie wialo, wiec pomimo 24 stopni, w cieniu bylo chlodno. Mielismy taka zdradliwa pogode, bo co czlowiek chwile schowal sie przed sloncem, zaraz zaczynal marznac. Wychodzil wiec sie wygrzac, ale o tej porze roku slonce prazy az milo, wiec mozna sie bylo niechcacy szybko strzaskac. Przekonal sie o tym Nik, ktory dosc mial swojej bialej klaty oraz plecow. Cala wiosne przechodzil w koszulkach, wiec opalil sobie tylko twarz, kark oraz ramiona. Teraz wiec uparl sie, ze chce opalic reszte. Niestety, nie mial zamiaru sluchac mojej rady, zeby robic to stopniowo. Gore plecow, ktora spala sie najszybciej, posmarowalam mu niemal na sile. Reszte zostawilam, bo nie mam ochoty szarpac sie z chlopem, ktory jest juz wyzszy ode mnie. Tak jak przewidywalam, pod wieczor Mlodszy wygladal niczym raczek - nieboraczek. ;) Dzien spedzilismy jak to na kempingu - troche rowerow, troche spacerow, troche zwyczajnego leniuchowania. Nik chcial lowic ryby, ale okazalo sie, ze wiatr byl tak mocny, ze przywiewal mu haczyk z przyneta z powrotem. Kiedy niemal nie oberwal tym haczykiem, poddal sie i wrocil. :D Podczas odplywu poszlismy oczywiscie na plaze przy skalkach, zeby polapac kraby. Niestety, tu tez wiatr przeszkadzal. Krabiszony pochowaly sie gleboko, a woda zmarszczona byla od podmuchow i ciezko bylo cos zobaczyc. Nik zlapal tylko jednego.
Po poludniu M. pomajstrowal przy antenie i udalo mu sie znalezc kilka lokalnych kanalow. Mielismy farta, bo na jednym z nich transmitowali mundial, wiec udalo nam sie obejrzec dwa mecze, w tym USA - Australia. Skoro Polska sie nie zakwalifikowala, to kibicujemy drugim "rodakom". :)
Pod wieczor poszlam z Potworkami na glowna plaze, bo Bi chciala sie wykapac i troche posiedziec. Nik poszedl z nami, ale szybko sie zmyl, bo woda byla lodowata, a on nie lubi siedziec na plazy dla samego siedzenia. Starsza tez zrezygnowala z moczenia jak tylko weszla po kostki do wody, wiec usiadla z ksiazka, a ja rozlozylam sie na kocu, leniwie obserwujac ocean, mewy i innych plazowiczow.
Pod wieczor wiatr na chwile ucichl, wiec szybko skorzystalysmy z Bi i zagralysmy runde badmingtona. Nawet sie dobrze bawilysmy, dopoki wichura nie wrocila i nie zaczela nam zwiewac lotki na drzewo. ;) Wieczorem znow rozpalilismy ognisko i tym razem nawet udalo nam sie przy nim posiedziec. Upieklismy tez kielbaski, choc zjedlismy je tylko my oraz Nik. Bi rzadko daje sie namowic...
W sobote pobudka tak samo i leniwe szykowanie sie na kolejny dzien relaksu. Liczylam na to, ze przestanie tak potwornie wiac, ale sie przeliczylam. Co gorsza, bylo nieco chlodniej niz poprzedniego dnia, wiec kolejny raz trzeba bylo uwazac zeby nie zmarznac ani sie nie spalic. Dzien spedzilismy podobnie jak piatek. W czasie odplywu poszlam z Kokusiem na kraby i zabrala sie z nami Bi, bo dzien wczesniej woda od strony rzeki byla dosc "ciepla". W cudzyslowiu, bo tak naprawde byla lodowata, ale przynajmniej stopy nie dretwialy zaraz po wejsciu do niej. ;) Tego dnia woda juz byla chlodniejsza, ale Bi zawziela sie i zanurzyla, choc kapiel trwala cale dwie minuty. ;)
Nik niestety nie mial szczescia do krabow. Ponownie wszystkie sie pochowaly. Probowal zlapac chociaz narybku, ale lawice drobnicy, ktorych tam zwykle pelno, tez sie pochowaly. Po powrocie zjedlismy lunch, a potem pojechalam z synem na wycieczke rowerowa.
Zdazylismy wrocic i za kilka minut zaczelo kropic. Nauczona doswiadczeniem z czwartku, szybko schowalam krzesla i zawolalam Maye do przyczepy. Psiur gramolil sie opornie, ale w tym momencie lunelo, co pomoglo jej w podjeciu decyzji. :D Ulewa potrwala zawrotny kwadrans, a pozniej wyszlo ponownie slonce. Tym razem jednak mielismy suchutkie krzesla na wieczorne siedzenie przy ognisku. ;) Zanim ono jednak nastapilo, pojechalismy jeszcze do kosciola. Kolejnego dnia musielismy sie rano pakowac do wyjazdu, wiec nie dalibysmy rady, pojechalismy wiec w sobote. W niedziele byl tutejszy Dzien Ojca, wiec tradycyjnie wszyscy ojcowie, dziadkowie, itd. mieli wstac na specjalne blogoslawienstwo. :)
Na kemping wrocilismy akurat na pore rozpalenia wieczornego ogniska. Tym razem, podczas wieczornej ciszy, chwycilismy z Kokusiem za frisbee. To na szczescie nie jest az tak wrazliwe na podmuchy wiatru, wiec gralismy az ledwie bylo widac talerz i balam sie, ze ktores z nas oberwie w nos, albo ja w okulary. ;) A pozniej, nad polem kempingowym rozblysly fajerwerki. To jest wlasnie swietne w tym miejscu, ze zwykle pokazy sztucznych ogni sa w Hameryce z okazji 4 lipca, ale na tym kempingu, kiedy bysmy nie przyjechali, strzelaja niemal co noc.
Niedziela to juz niestety powrot do domu... Rano jeszcze pospalismy troche dluzej, potem sniadanie i spokojna kawka w sloncu. Oczywiscie kiedy ustala wichura? Ostatniego dnia, no jakby inaczej?! :D Wreszcie moglismy rozlozyc zadaszenie, co sie przydalo, bo bez wiatru temperatura szybko podniosla sie do 26 stopni. Wiadomo, ze najlepsza pogoda przychodzi zawsze na ostatni dzien. ;) Malzonek zaczal podlaczac auto pod przyczepe i pakowac wszystkie zewnetrzne, ciezkie rzeczy, a ja wzielam sie za srodek. Tu akurat nie ma az tak duzo. Trzeba po prostu zabezpieczyc wszystko zeby nie poprzewracalo sie i nie stluklo lub polamalo w drodze. Zwykle zajmuje to jakies pol godziny. M. potrzebuje znacznie wiecej na zrobienie swojej czesci, wiec zostalo mi sporo czasu, a Potworki snuly sie znudzone. Stwierdzilam, ze moze przejdziemy sie na skalki, poniewaz nadchodzil odplyw, a ze nie bylo az takiego wiatru, istniala szansa, ze Nik znajdzie pare krabow.
Mimo ze mielismy jeszcze ponad godzine, do maksymalnego odplywu, poniewaz plywy sie miedzy soba roznia, tego dnia poziom wody byl naprawde niski. Bi poczatkowo poszla poplywac, ale pozniej dolaczyla do naszych poszukiwan.
W koncu mielismy naprawde udany "polow", choc Nik znalazl tylko jednego malego kraba, za to prawdziwa "krolowa" bylam ja. ;)
Nie wiem jak to sie dzialo, bo znajdowalam jednego za drugim. Wiekszosc malutkich (moze to sezon na mlode?), ale kilka wiekszych tez. I wcale jakos specjalnie ich nie szukalam, ot przewrocilam jakis kamien od czasu do czasu, albo zajrzalam pod wodorosty... ;)
Niestety, nasze polowy potrwaly jakies 40 minut i trzeba bylo wracac, bo wiedzialam ze M. skonczyl pakowanie i przebiera nozkami niecierpliwie zeby jechac. Faktycznie mial juz wszystko podpiete i zlozone i czekal tylko zebysmy sie zalatwili, zeby odlaczyc wode i prad. Droga do domu uplynela w korkach, choc niewielkich na szczescie. Dojechalismy przed 16 i trzeba sie bylo wypakowywac... Ledwie wszystko przenieslismy, wykapalismy sie i wstawilam po-kempingowe pranie, a musialam wyciagac walizke, bowiem kolejnego dnia wyjezdzalam na inspekcje. Ech... :(
Poniewaz przezornie uprzedzilam firme, do ktorej sie udawalam, ze przyjade okolo 10, wiec moglam pospac do 6:30, a pozniej spokojnie sie wyszykowac i o 8 wyjechac z domu. Po drodze musialam wymienic auto na sluzbowe, po czym ruszylam na miejsce i o dziwo, dojechalam praktycznie o czasie. Firma okazala sie malutka. Biuro maja w czesci administracyjnej szpitala, ale tak na prawde to "firma", a raczej "komisja" skladala sie z 3 osob. Z tego, administratorka byla na wakacjach, a prezes (ktory poza tym pracuje jako lekarz) nie zawracal sobie glowy inspekcja. ;) Zostala mi kierowniczka, sympatyczna starsza pani, ktora miala jednak zwyczaj na kazde pytanie odpowiadac zawile i z historiami pobocznymi. Czesto nie majacymi nic wspolnego z praca. Dowiedzialam sie m.in. ze jej ziec zaatakowal jej corke i teraz maja sprawe rozwodowa. Ta wiedza nie byla mi oczywiscie do niczego potrzebna, chyba ze kobita chciala wzbudzic litosc. :D
Stwierdzam, ze ten pierwszy dzien to byl kompletny chaos. Pierwszy raz bylam sama i choc zwykle jestem niezle zorganizowana i lubie miec wszystko zaplanowane i dopiete na ostatni guzik, to teraz patrzylam raz na to, raz na tamto i gubilam sie w tym, co mialam sprawdzic i kopie ktorych dokumentow wziac ze soba. Najbardziej przeszkadzal mi elektroniczny protokol, ktory mamy tylko dla tego rodzaju inspekcji i ktory musimy wypelnic. Nie dosc, ze pytania mial bardziej szczegolowe niz przepisy, to jeszcze po odpowiedzeniu na niektore pytania, otwieraly sie kolejne, ale w zupelnie innej jego czesci. Pozniej, dla pewnosci przelatywalam pytania i zaskoczenie! Nie ma odpowiedzi na jakies, a bylam pewna, ze cala ta sekcje przerobilam! Ostatecznie, przez cala inspekcje sprawdzalam caly protokol kilkanascie razy, zeby sie upewnic czy nie otworzylo sie nic dodatkowego. Kompletna strata czasu... :/ O 16 stwierdzilam, ze mam dosc i pojechalam do hotelu. W miedzyczasie zaczal padac deszcz, co przypomnialo mi, ze zapomnialam spakowac parasolki lub kurtki przeciwdeszczowej. Brawo ja, zwlaszcza, ze jakies opady zapowiadali na niemal kazdy dzien w tym tygodniu... :/ Bylo deszczowo i sennie, a ja zmeczona stresem inspekcji, wiec czulam sie kompletnie wypompowana. Jak wlazlam do pokoju hotelowego, tak juz nie chcialo mi sie z niego wychodzic.
Na szczescie spakowalam prowiant, bo hotel serwowal tylko sniadania i nie mial restauracji zeby cos kupic. Mala "sensacja" tego dnia bylo to, ze dostalam raporty Potworkow. W Polsce swiadectwa rozdawane sa w dzien zakonczenia roku szkolnego, a tutaj... w sumie kazdego roku inaczej. W tym, przyszly 4 dni robocze pozniej. :D U Kokusia, tak jak sie spodziewalam - A ma ze wszystkich malo waznych przedmiotow poza naukami scislymi. Reszta to B.
Za to u Bi zaskoczenie i to z tych malo pozytywnych. Ogolnie oceny koncowe to A i B, gdzie jeszcze rok temu miala praktycznie same A. No ale uparcie wziela wszystkie mozliwe przedmioty w trybie rozszerzonym, to teraz ciezko wyciagnac na 90% lub wiecej... Nie to mnie jednak zaskoczylo, tylko fakt, ze z egzaminu koncowego z matmy dostala... F. Czyli go nie zdala! :O
Na szczescie to nie studia i egzamin stanowi tylko jakas czesc oceny koncowej (chyba 10%), ale jestem w szoku. Odkad zmienila "zwykla" matematyke na rozszerzona, oceny spadly jej na B, ale to jednak B, czyli odpowiednik naszej 4. A tu nagle tak po prostu oblac?! :O Nie bylo mnie na miejscu, wiec nie mialam jak porozmawiac z corka o tym, co tam sie zadzialo, a nie chcialam robic tego przez telefon. Rozmowa musiala poczekac...
We wtorek dzien uplynal podobnie, tyle ze nie musialam jechac dwoch godzin do pracy. Pierwszy raz bylam na inspekcji sama, czego zaleta bylo to, ze moglam sama sobie ustawic grafik. W hotelach genralnie slabo sypiam, wiec postanowilam nastawic budzik na 7, spokojnie sie wyszykowac, zejsc na sniadanie i do sprawdzanej firmy dojechac okolo 9. Moglam zjesc bez stresu i zerkania na zegarek, bo wiedzialam, ze nikt na mnie nie czeka. Tak jak dzien wczesniej, na inspekcji zostalam do 16. Na dluzej po prostu nie mialam sil, szczegolnie ze caly dzien padal deszcz i chcialo mi sie spac. Pechowo, tego dnia jeden z meczow mundialu odbywal sie pod Bostonem, wiec ruch na drogach po poludniu byl niemozliwy. Nawigacja poprowadzila mnie przez jakies osiedla i uliczki tak male, ze dwa auta ledwie sie mijaly... Przyjechalam, pogadalam z rodzina i zauwazylam ze jakby przestalo padac. Poniewaz caly dzien przesiedzialam w srodku, wiec postanowilam zrobic kilka okrazen wokol hotelu. Niestety, znajdowal sie on na lekkim zadupiu, z autostrada z jednej strony i ruchliwa droga bez chodnikow z drugiej. Nie mialam wiec opcji pojscia gdzie indziej, ale przynajmniej od autostrady oddzielal go pas zieleni, wiec choc ja nadal slyszalam, moglam sobie wyobrazic, ze chodze obok lasu. ;) Pogoda zrobila mi psikusa, bo nadal kropilo, ale oporcz tego, ze zachlapalo mi okulary, nie mialam co narzekac. W tym hotelu mialam basen, wiec poszlam zobaczyc jak wyglada, ale woda wydala mi sie raczej chlodna, wiec zrezygnowalam z kapieli. Wieczor spedzilam na kompie i marzeniach zeby juz wrocic do domu.
Sroda to pobudka o tej samej porze, sniadanie i jazda na inspekcje. Niestety, firma okazala sie, nie dosc ze malutka (to akurat jest zaleta), to jeszcze bidna i z marnymi finansami. W rezultacie, gdzie wiekszosc odwiedzanych przeze mnie miejsc ma elektroniczna dokumentacje, tutaj operowali starym, dobrym papierem. Ktory zreszta mi nie przeszkadza, bo mam wrazenie ze sama moge sobie wszystko sprawdzic i doczytac, zamiast polegac na kims kto bedzie mi pokazywal to na ekranie i moze latwo cos "niechcacy" przeleciec i ominac. Kiedy jednak zaczelam robic liste dokumentow, ktore musze zebrac zgodnie z przepisami, a dodatkowo zeby pokazac co sprawdzalam, zlapalam sie za glowe. Wyszly z tego setki stron, a dzungla Amazonska placze... ;) W dodatku, lekko sie wkurzylam, choc tak naprawde to nie mam kogo winic. Okazalo sie, ze tej babki, ktora przynosila mi dokumenty i odpowiadal na pytania, w czwartek nie bedzie, bo ma jakies wazne sprawy rodzinne. Niestety, jak pisalam wyzej, administratorka byla na wakacjach, a prezes sie nie pokazal, zreszta wyglada ze on tam jest tylko od podpisywania dokumentow. Nie bylo wiec nikogo, kto bylby tam ze mna w czwartek. Jeszcze w poniedzialek, optymistycznie myslalam, ze a noz widelec wyrobie sie do srody. Niestety, w srode bylo jasne, ze nie zdaze. To znaczy, moze bym dala rade, ale musialabym sie bardzo spieszyc, a wiadomo, ze wtedy latwo cos pominac. Chcialam miec jeszcze takie spokojne kilka godzin zeby dopiac wszystko na ostatni guzik. Poza tym, za pozno bylo zeby sie wymeldowac, wiec i tak hotel skasowalby mnie za kolejna noc. No pech po prostu, ze szef wyznaczyl mi ta inspekcje akurat na ten tydzien. Czyli to jego wina. :D A zla bylam, bo wiedzialam, ze spokojnie zamknelabym ta inspekcje w czwartek, a tak to musialam czekac do piatku. :/ Ponownie zostalam do 16 i wracalam do hotelu w potwornych korkach. Po powrocie znow zrobilam kilka okrazen wokol hotelu, a pozniej przysiadlam na laweczce, delektujac sie sloncem. A jeszcze, ja sie tu kapie, a malzonek przysyla mi w tym czasie zdjecie... kuchenki. :O
Moge sobie tylko wyobrazic ile tam przeklenstw poplynelo... :D Wieczorem przypomnialo mi sie, ze leci przeciez mundial i choc wielkim fanem pilki nie jestem, to wlaczylam, tak dla towarzystwa. Przynajmniej przelamalam troche ta cisze pokoju hotelowego.
W czwartek, mimo ze wiedzialam ze nie bedzie nikogo, kto odpowiedzialby na potencjalne pytania, pojechalam ponownie na inspekcje. Tam mialam prawie cala dokumentacje, wiec w razie czego moglam sama czegos poszukac. I pod tym wzgledem ta firma jest dziwna. Zwykle ludzie robia wszystko zeby inspektor nigdzie sam nie lazil i nie wsciubial nosa. Zdarza sie, ze chodza za toba nawet do lazienki. A tutaj moglam sobie grzebac w ich dokumentacji bez zadnych przeszkod. :D Nie siedzialam jednak dlugo, sprawdzilam dokumentacje z ostatniego badania klinicznego, przepatrzylam jeszcze raz moj elektroniczny protokol oraz notatki i napisalam do kolezanki zastepujacej moje szefa. Znalazlam pare bledow oraz niedociagniec, ale nic nie rzucilo mi sie w oczy jako na tyle powazne zeby wreczyc oficjalne, pisemne upomnienie. Bardziej sklanialam sie zeby zamknac inspekcje z ustna "dyskusja". Poniewaz jednak to moja pierwsza inspekcja, a poza tym ja ogolnie nie pale sie zeby ludziom wlepiac upomnienia, wiec napisalam do kolezanki, pytajac co ona o tym mysli i czy nie jestem moze zbyt mila. ;) Istnieje bowiem ryzyko, ze jesli blad jest powazny, a ja go zignoruje, to potem centrum, po sprawdzeniu mojego raportu, odpisze ze mam wrocic i jednak wlepic upomnienie. Wolalam uniknac takiej sytuacji, wiec wolalam sie poradzic kogos z wiekszym doswiadczeniem. Na szczescie kolezanka zgodzila sie z moim rozumowaniem, ze wiekszosc bledow byla raczej trywialna, a jeden powazniejszy byl pojedynczy w calym stosie przerobionych papierow, wiec mozna zalozyc ze to przypadek. Zostalam tam do 13, bo skoro nie mialam nikogo do odpowiedzi na pytania, to nie mialam po co tam siedziec. Zreszta, wlasciwie skonczylam, zostalo mi tylko dokladne sprawdzenie czy mam wszystkie potrzebne dokumenty. Wrocilam do hotelu i, korzystajac z ladnej pogody, ponownie zrobilam kilka okrazen wokol hotelu i posiedzialam na sloneczku. Wrocilam do pokoju, ale stwierdzilam, ze to moje ostatnie tam popoludnie, wiec moze powinnam skorzystac z basenu.
Nie bylam pewna czy sie zamocze, ale poszlam. Zajelo mi 5 minut, ale wlazlam i poplywalam. :) Pozniej musialam powyciagac moj stos papierzyskow i przepatrzec co mam, a czego mi brakuje. I dobrze, ze to zrobilam, bo dwoch przepisow nie dostalam.
Wlaczylam w miedzyczasie meczyk i patrzylam jednym okiem, choc tak naprawde to czekalam tylko na ten USA, ktory mial byc jednak dopiero o 22 mojego czasu. Tego obejrzalam tylko pierwsza polowe bo musialam sie klasc spac, ale wystarczylo zeby Turcja zdobyla przewage. ;)
W piatek pobudka jak przez caly tydzien, sniadanie i... musialam upewnic sie, ze nie zostawilam nic w jakims kacie pokoju hotelowego, czas byl bowiem sie wymeldowac. ;)
Pojechalam na inspekcje, ale tego dnia wladlam tylko na 1.5 godzinki. Domknelam wszystko co trzeba, przeprowadzilam podsumowujace spotkanie (15 minut i po krzyku) i moglam ruszyc do domu. Po drodze oczywiscie byly lekkie korki i musialam zatankowac, wiec do biura dojechalam o 12:15. Wymienilam auto na wlasne i moglam w koncu pojechac do domu. Malzonek byl jeszcze w pracy, ale Potworki przybiegly radosnie na powitanie, z psem do kompletu. Kot przede mna uciekl. :D Po rozejrzeniu sie po domu, leciutko sie zalamalam. Podczas mojego miesiecznego wyjazdu, M. sie sprezyl i calkiem niezle ogarnial rzeczywistosc. Teraz wyjezdzam na krocej, to chyba wlaczyl tryb przetrwania - czekam az wroci zona i to ogarnie. ;) W zmywarce czyste naczynia, o dziwo. Ale na suszarce normalnie Tetris. Naczynia myte recznie chyba kilka dni i tylko dokladane, bo przeciez po co odkladac suche na miejsce. Pod wieczor odkrylam ze przez 4 dni kot nie dostawal puszek. Spokojnie, dostawala suche, wiec nie glodowala, ale wieczorem zawsze dostaje puszeczke, a teraz o kotku zapomnieli. Podobnie, dla psa zawsze dodaje do chrupek troche mokrej karmy. Maya slabo je, wiec w ten sposob zachecam zeby zjadla wiecej. Coz, kiedy mnie nie bylo, dostawala same chrupki i tyle. Wszystko jednak mi opadlo, kiedy okazalo sie, ze pranie ktore zrobilam w niedziele, po przyjezdzie z kempingu, nadal siedzi w suszarce! Robilam je na wieczor, wiec nie chcialo mi sie po nocy skladac, ale Malzonek mowil, ze nie ma sprawy; on posklada. No i prosze. Najlepsze, ze teraz twierdzil, ze nawet nie pamieta, ze ja mu cos mowilam! :O W kazdym razie, po przyjezdzie do domu, na chwile usiadlam, ale potem zmusilam sie, zeby ponownie ruszyc tylek i pojechac na zakupy. Potworki zabraly sie ze mna i potem zajechalismy po bubble tea, zeby uczcic moj powrot do domu. :)
W ten sposob jakos przezylam pierwsza samodzielna inspekcje. Teraz ciekawe ile moj szef znajdzie niedociagniec. ;) Najwspanialsze jest jednak to, ze kolejny wyjazd (wedlug grafiku) dopiero za ponad miesiac!







































