piątek, 5 czerwca 2026

Przeskakujemy z maja w czerwiec w nieco spokojniejszej formie

Przez ten miesieczny wyjazd, mam wrazenie, ze nie bylo kwietnia i calutki maj mylilam sie i mowilam wlasnie "kwiecien", "teraz, w kwietniu", itd. Caly czas musialam sobie przypominac, ze mamy juz maj. ;) A on i tak smignal mi zupelnie niezauwazenie. Wrocilam 6-ego, potem przyjecie urodzinowe Bi, inspekcja z szefem, poczatek kolejnej, dlugi weekend, kontynuacja zaczetej inspekcji i prosze, mamy czerwiec. Ktory zleci pewnie rownie szybko, bo w planach jest, tak jak w maju i kemping i wyjazdowa inspekcja...

Sobota, 30 maja, to oczywiscie odsypianie hotelowych nocy. Budzik nastawilam na 9, ale sama obudzilam sie wczesniej, tyle ze mialam lenia i lezalam az zadzwonil. Dzien przywital nas deszczem oraz 8 stopniami. Do tego niesamowita wichura, ktora sprawiala, ze temperatura odczuwalna wyniosla... 0. Tak, dobrze czytacie. ZERO! Praktycznie w czerwcu!!! :O Okazalo sie tez przy okazaji, ze w ciagu minionego tygodnia, malzonek zdazyl skrecic termostaty do 15 stopni, wiec chalupa sie wychlodzila, a ogrzewanie nie wlaczalo. Szybko je podkrecilam. ;) Taki dzien bylby odealny na zaszycie sie w domowych pieleszach, ale niestety, nie bylo mi dane. Najpierw jednak chwycilam za odkurzacz i mopa i ogarnelam podlogi na gorze, a Potworki swoje pokoje. Mamy juz koncowke wiosny, a nasz kot, pomimo ciaglego wyczesywania, gubi tyle klakow ze mozna oszalec. Wszedzie fruwaja czarne klaczki, niczym piorka, a dywanik w korytarzu u gory, na ktorym kot uwielbia spac, wygladal jak pokryty futrem. Najlepsze, ze to dziadostwo strasznie jest ciezko odkurzyc. Trzeba naprawde wyczesywac pod wlos, pasmo za pasmem. Odkurzanie oraz mycie podlog to jednak bylo przynajmniej zajecie domowe. Tego dnia niestety bylo ostateczne wydarzenie zwiazane ze zbiorka pieniedzy na badania nad leczeniem raka. Nie wiem czy pamietacie jak Nik niedawno sprzedawal ciasto? To byla jedna ze zbiorek pieniedzy, a teraz wszystkie zespoly oraz chetni przypadkowi ludzie, zjechali do sasiedniego miasteczka, zeby urzadzic "sztafete zycia". Ogolnie chodzilo o to, zeby przez caly dzien, od 8 rano do 23 wieczorem, caly czas ludzie chodzili naokolo wyznaczonej trasy. Wokol niej ustawione byly pojazdy z roznorakim jedzeniem i to chyba na nich byl glowny zarobek. :) W kazdym razie, grupa Kokusia oczywiscie chodzila, a ja, jak glupia, zapisalam sie jako opiekun. Na swoje usprawiedliwienie, wpisalam sie jeszcze bedac na miesiecznym wyjezdzie, a potem zapomnialam w ogole ze to juz w ten weekend. ;) Dobrze, ze znajac moje upodobanie do weekendowego spania, zapisalam sie od 13 do 15, ale widzac pogode za oknem, odechcialo mi sie jechac. Nik byl oczywiscie jednak caly podekscytowany i mial do mnie jakies pretensje, ze on chcial byc tam juz o 8! Kiedy przypomnialam, ze nic mi o tym nie powiedzial, burknal ze zapomnial ze to w ta sobote, co byloby logiczne, tyle ze bylo nieprawdziwe. Kiedy bowiem wiozlam go dzien wczesniej ze szkoly, przypomnialam mu ze maja sztefete kolejnego dnia. Czy syn wspomnial, ze chce jechac juz o 8? Ani slowka! A M. byl tego dnia w domu, wiec mogl go spokojnie zawiezc. Ale nie, lepiej strzelac jakies fochy do matki... :/ Tak czy siak, pojechalismy na 13 i szybko pozalowalam ze wydarzenia nie odwolano. Na szczescie, poranny deszcz przeszedl w mzawke od czasu do czasu, ale wichura urywala glowe i bylo potwornie zimno. Temperatura utknela na 8 stopniach i nie miala zamiaru podniesc sie ani o jote.

Nie pamietam z jakiej byli organizacji, ale jako dodatkowa atrakcja, przez chwile po torze jezdzily konie 

Sama nie planowalam marszu, ale szybko znalazlam sie na torze, bo chodzac bylo po prostu cieplej. ;) W dodatku, organizatorzy nie przewidzieli najwyrazniej ze na koniec maja beda potrzebowali cieplych napojow, wiec sprzedawali wode (z lodowki!) oraz lemoniade, ale ani kawy, ani herbaty nie mieli... :/ Nik oczywiscie nie zglaszal pretensji co do pogody. Ja mialam koszuke, polarowa bluze oraz grube ponczo. Moj syn zalozyl spodnie oraz bluze, ale takie najciensze, bez zadnego polarka w srodku. Rano w ogole chcial zalozyc krotkie spodenki, ale na szczesnie sam stwierdzil, ze moze byc mu zimno. Choc widzialam kilku takich delikwentow. Nik twierdzil ze jest mu cieplo i chodzil dziarsko wokol toru.

Na drugim planie, grupka wesolkow. Raz bylo ich wiecej, raz mniej, ale wszystkim dopisywaly humory. I tak, oni wszyscy sa w VIII klasie! :D

Za kazde okrazenie, ludzie mogli nawlec na sznurek koralik, a po zebraniu pieciu, czyli tyluz okrazeniach, robilo sie jedna mile (1.6 km). Ja nie bawilam sie w zadne koraliki, ale dzieciaki, nawet nastoletni chlopcy, jak najbardziej. ;)

Przy chodzeniu oraz zimnie, Mlodszy zglodnial. To "cos" to Mac&cheese (makaron z serem) w rozku na lody. Takie dziwaczne polaczenie, ale wsrod dzieciakow zrobilo furore :) 

Niestety, popelnilam strategiczny blad i skoro bylo zimno, to zalozylam kozaki zamiast adidasow. Te okazaly sie niezbyt wygodne do takiego lazenia. Pod koniec juz co chwila gdzies przysiadalam, bo choc nogi dawaly rade, to zaczely mnie bolec podeszwy stop. Wreszcie nadeszla upragniona 15, zgarnelam syna i wrocilismy do domu. Pojechalismy oczywiscie, bo trzeba bylo jechac do kosciola, ale cieszylam sie ze przed wyjsciem moge sie napic goracej kawy. Po powrocie Nik sie szybko przebral i zazadal zawiezienia spowrotem. W miedzyczasie w koncu sie rozpogodzilo, ale nadal pizdzilo jak w Kieleckim i temperatura podniosla sie ledwie do 12 stopni. Stopy nadal mi dokuczaly, wiec tylko odstawilam Kokusia i wrocilam bez zalu do domu. Mialam nadzieje odebrac go o 20, ale jego grupa planowala zostac na jakiejs ceremonii o 20:30, wiec wiedzialam ze pojade pewnie okolo 21. Pozniej jednak mnie wkurzyl, bo napisal, ze dwoch kolegow zostaje do 23 i on tez chce. Po krotkiej wymianie sms'ow, gdzie ja pisalam ze nie ma mowy, a on sie ze mna wyklocal, napisalam wkurzona zeby robil co chce. Po jakims czasie jednak nagle napisal, ze jednak wraca o 21. Moment pozniej dostalam kolejna wiadomosc - ze ceremonia sie przedluza i bedzie musial zostac dluzej. Odpisalam mu wiec zeby napisal mi kiedy mam po niego wyjechac. O 21:08 - dzwoni: gdzie ja jestem?! Bo on myslal, ze bede gdzies tam na niego czekac! Nosz, do cholery! Ta, zadzieram kiece i lece! Wypadlam z domu i... z przyzwyczajenia pojechalam w strone basenu, czyli przeciwna do tej, co powinnam! :D Syna jednak w koncu odebralam i na szczescie nadal krecilo sie tam sporo ludzi, a tata jednego z kolegow poczekal az dojade, za co bylam mu bardzo wdzieczna. I wreszcie moglam klapnac na kanapie bez cieglego zerkania na telefon. Ostatecznie przeszedl 11 mil, czyli 17.7 km. :)

W niedziele moglam znow pospac, z czego chetnie skorzystalam. Niestety, o 7:30 Oreo (Klakier :D) zaczela jazgot bo chciala wyjsc, wiec zwloklam sie z lozka, poczlapalam na dol, wypuscilam niesfornego kotecka i wrocilam do lozka. Glownie chcialam sie zagrzac, bo w nocy bylo 7 stopni, wiec w domu zrobilo sie lodowato i nad ranem slyszalam ze wlaczal sie piec. Spodziewalam sie, ze juz nie zasne, a jednak mi sie przysnelo. Budzik nastawilam na 9, ale obudzilam sie sama o 8:45 i tu juz nie zasnelam. Wstalam i jak to w domu, zaraz po sniadaniu i lekkim ogarnieciu musialam sie zabrac za robote. Kiedys oszaleje z ta moja rodzina, choc glownie z M., bo Potwory, choc sa coraz starsze, jednak nadal sie ucza patrzenia wokol siebie i zauwazania syfu. Pomalu idzie to do przodu, choc przyznaje ze Bi ma wzrok "wybiorczy", bo w swoim pokoju wiecznie robi jakies czystki, natomiast reszte domu ma w nosie. ;) Nik ma burdel na kolkach u siebie, ale czasem bez przypominania rozladuje zmywarke, a w sobote umyl podlogi w swoim pokoju, ale tez w sypialni rodzicow. Ale do brzegu. W poprzednim tygodniu wyjechalam w czwartek, potem bylismy na kempingu, a zaraz po nim nie bylo mnie reszte tygodnia w domu. Przyznaje, ze malzonek radzi sobie calkiem niezle beze mnie; nikt nie chodzi glodny i wszyscy zyja, ale chalupa cierpi na jego "gospodarzeniu". Kiedy po powrocie w koncu sie rozejrzalam, wszystko mi opadlo. Lazienka na dole usyfiona, zlew brudny, lustro zachlapane. Kuchenka tylko przetarta, cala w tlustych smugach i przypalonych kropkach. Mikrofala wola o pomste do nieba. I najwyrazniej nikomu poza mna, to nie przeszkadza! :( Mialam to ogarnac juz w sobote, ale po powrocie z chodzenia tak bolaly mnie stopy, ze odpuscilam. W sumie w niedziele (i poniedzialek) nadal je czulam, ale stwierdzilam, ze nie dam rady tego dluzej ignorowac... Wyszorowalam co trzeba, z czego najgorsza jest zawsze mikrofala. Nie dosc, ze wiekszosc z jej plam jest zaschnieta, trzeba odmaczac, czekac i pierdylion razy wycierac, to jeszcze nasza jest podwieszona, wiec ciezko siegnac do samego tylu. Jak juz skonczylam, to napisalam do taty, ze moze wpadac na kawe, z czego oczywiscie radosnie skorzystal. ;) Dziadek posiedzial jak zawsze ze 3 godzinki, a pozniej z M. poszlismy na spacer, gdzie po chwili dogonil nas Nik. Jak wychodzilismy, to gadal przez telefon z kolega, wiec tylko powiedzialam mu ze idziemy i nie przyszlo mi do glowy, ze bedzie chcial isc z nami. Najlepsze, ze poszlismy inna trasa niz zwykle, wiec lazil w kolko po sasiednim osiedlu, az w koncu przyszlo mu do glowy sprawdzic nasza lokalizacje. :D Tego dnia bylo cieplej niz dzien wczesniej, bo temperatura doszla do 20 stopni, ale na noc zaczela gwaltownie spadac, a do tego nadal mocno wialo, wiec szybko zamykalismy okna, bo robilo sie lodowato. Na wieczor trzeba bylo sie szykowac do roboty, ale przyznaje, ze po tych ciaglych wyjazdach, praca we wlasnym biurze to niczym wakacje. :D

Poniedzialek zaczal sie normalna ranna pobudka. W nocy bylo 8 stopni, wiec w domu tez bylo zimno jak cholera. Malzonek powtarza ze musimy sie cieszyc, ze nie ma upalow, z racji ze klima jest nadal nie naprawiona, ale ja dziekuje za takie temperatury w czerwcu. Jechalam normalnie do biura, wiec zaproponowalam Potworkom ze podwioze ich do szkol, z tym ze Bi musialaby wracac potem na piechote. Moze zostac na terenie szkoly do 17, a ja zwykle z pracy dojezdzam 15-20 minut pozniej. Niestety, w sobote zadarla z ojcem, reagujac na ochrzan strzelaniem morderczych min i mamrotaniem "madrosci" pod nosem, a M. jest osobnikiem bardzo zawzietym, wiec twierdzi ze nie moze w tej chwili na nia patrzec. Wiedzialam wiec, ze nie ma szans zeby odebral ja ze szkoly. ;) Panna pojechala wiec na rowerze, ale podrzucilam Kokusia i dobrze, bo panicz ma ostatnio obsesje na punkcie fryzury; rano nie mogl jej ulozyc, wiec umyl glowe. I byl gotow tak isc na autobus z mokrymi wlosami! Przypominam, ze o tej porze bylo jakies 9-10 stopni. :O W kazdym razie, odwiozlam syna do szkoly, a potem pojechalam do mojego cichego i spokojnego biura, w ktorym byly az... 2 osoby! :D Dzien mijal szybko, tym bardziej ze niespodziewanie musialam wyjsc wczesniej. Od 2-3 tygodni Bi babrze sie cos na nodze. Ona mowi ze zaczelo sie jak ugryzienie komara, z tym ze zrobilo sie duzo wieksze, czerwone naokolo, a w tej chwili wyglada jakby na srodku bylo wypelnione plynem lub ropa. No, wyglada paskudnie i choc na poczatku mowilismy jej zeby smarowala mascia na ugryzienia, to niestety, zupelnie nie pomagala. Juz na kempingu myslalam ze moze dobrze by bylo gdyby obejrzal to lekarz, ale potem wyjechalam, M. mial ta noge ogladac i oczywiscie... olal. "Bo jak mnie nie ma, to on nie ma na nic czasu." Taaa... Ale z Kokusiem w kosza to mial czas grac, zamiast spedzic 10 sekund spogladajac na lydke corki. Tak czy siak, jak w piatek wrocilam i sama popatrzylam, wiedzialam ze trzeba z tym pojsc do lekarza. Tyle ze zanim Bi wrocila bylo juz pozne popoludnie i kiedy przypomnialo mi sie o jej nodze, za pozno bylo zeby sie umawiac na wizyte. Zadzwonilam w poniedzialek rano i na szczescie wcisneli nas na 15 tego samego popoludnia. Panna nie musiala sie zwalniac ze szkoly, ale ja z pracy juz tak. Jeszcze sie zalamalam, bo po pierwsze, byly korki i balam sie ze nie dojade na czas na wizyte, a po drugie, u lekarza byl straszny tlok. Nasz pediatra ma osobna przychodnie dla dzieci chorych, bylam tam wielokrotnie z Kokusiem i serio, tylu dzieci jeszcze tam nie widzialam! Zwykle tylko wchodzilismy i zaraz bylismy brani do gabinetu, a teraz czekalysmy 25 minut. Kurcze, jest juz praktycznie lato, sezon grypowy za nami; skad tyle chorych dzieci?! Teraz boje sie, ze przyjechalysmy z czyms na nodze, a zarazic tam sie moglysmy czyms duzo paskudniejszym. :/ Tak jak przewidzialam, lekarka tez stwierdzila, ze cokolwiek bylo to na poczatku, teraz wdarlo sie tam zakazenie i przepisala antybiotyk. Odwiozlam panne do domu, chwile pogadalam z malzonkiem, ktory akurat wrocil z pracy, po czym pojechalam do apteki. Na szczescie antybiotyk byl juz gotowy, a nie jak czasem bywalo z Kokusiem, gdzie musialam wydzwaniac do lekarza i dopraszac sie recepty. Lek Bi dostala na 7 dni i 3 razy w tygodniu, wiec kolejna zalamka, bo oczywiscie ze kto bedzie tego pilnowal? No przeciez ja! :/ Ludzilam sie, ze panna (ktora dopytywala o lekarza od tygodnia) sama bedzie pamietac, ale gdzie. Juz pierwszego wieczora zapomniala. Ech... Wieczor minal juz w miare spokojnie. Pan od klimy wspominal wczesniej, ze moze przyjedzie w poniedzialek, ale... nie przyjechal. :/ Za to poszlismy z M. na spacer, gdzie ponownie dolaczyl do nas na rowerze Mlodszy. Ktory tez doprowadzal mnie do bialej goraczki, bo kurna, wraca do domu o 15. Trening ma o 18:45, wiec mnostwo czasu. A on nagle, o 17:30, zaczyna wymyslanie. Ze pojedzie do centrum. Za chwile, ze z kolega podjada do parku pograc w kosza. Mowie, ze gdzie, jak za godzine musi sie szykowac na basen. On zdazy. Taaa, juz to widze. Jeszcze do centrum moze by obrocil, ale ile on chce grac w kosza, 10 minut? W koncu strzelil focha, bo powiedzialam, ze kategorycznie nie i zeby z kolegami wymyslali takie cuda przynajmniej godzine wczesniej... Pozniej ojciec zawiozl go na trening, ja odebralam i dzien zlecial.

We wtorek pracowalam z domu, wiec moglam pospac tyci dluzej. Zwloklam sie tylko na czas zeby zawiezc Potworki (plus sasiadke) do szkol. Wrocilam do domu, zjadlam sniadanie, umylam sie i zasiadlam do roboty. Tego dnia w koncu bylo wyraznie cieplej, wiec rozlozylam na tarasie parasol i pracowalam z takiego przyjemnego stanowiska. :)

Z jednej strony mialam przylatujace do karmnika kolibry

Z drugiej zwierzyniec domowy 

Poniewaz kolega wyjechal natychmiast po naszej inspekcji, wiec wiadomo, ze mnie przypadlo w udziale napisanie wiekszosci raportu. Wczesniej pisalam tylko takie najprostsze rozdzialy, wiec teraz szlo mi jak po grudzie. Sporo mialam tez szukania, we wlasnych notatkach, w starszych raportach, protokolach, itd., bo co i rusz skrobalam sie po glowie, probujac domyslic sie, co napisac w tej sekcji, czy innej. Tuz przed 15 przyszla ze szkoly Bi, z sasiadka oraz jeszcze inna kolezanka. Tego dnia grupa lekkoatletyczna organizowala bankiet, w tym klubie, gdzie jestem czlonkiem. Niestety, mimo ze byl on w sumie zaraz po szkole i mogli przewiezc mlodziez autobusami, to jednak oglosili ze sportowcy musza sie tam dostac na wlasna reke. Dlatego wlasnie tego dnia wybralam prace z domu, zeby moc zawiezc Bi. Potem okazalo sie, ze tamte dwie dziewczyny nie mialy jak sie dostac na bankiet, bo ich rodzice byli w pracy, wiec zaproponowalam, ze je wezme. W koncu i tak tam jechalam. ;) Zawiozlam panny i wrocilam do chalupy. Tymczasem Nik mial zastepczego kierowce autobusu, ktory kompletnie pomylil trase. Patrzylam na jego lokalizacje i w ktoryms momencie jechali w zupelnie zlym kierunku i wyladowali w sasiedniej miejscowosci. :D Zamiast jechac 15 minut, jechali 40. :O Pracowalam grzecznie do konca mojej dniowki, a potem zdazylam szybko zjescobiad i zaraz ponownie wybywalam z chalupy. Bankiet lekkoatletyczny byl glownie dla mlodych sportowcow, ale na 17:15 zaproszono rodzicow na rozdanie nagrod i dyplomow. Tam okazalo sie, zgodnie z moimi przewidywaniami, ze brakowalo doslownie polowy dzieciakow, ktore podejrzewam ze nie mialy jak dojechac. No i dowiedzialam sie, ze cala grupa lekkoatletyczna liczy sobie 230 sportowcow! :O Tu naszla mnie tez refleksja, ze jednak te mniejsze zespoly, jak plywacki, fajniejsze sa wlasnie przez swoja kameralnosc. A wczesniej mi sie wydawalo, ze 30 dziewczyn to taaak duzo! :D Tam jednak trenerzy starali sie zeby kazda zawodniczka zostala za cos wyrozniona, zeby te najstarsze byly odpowiednio wynagrodzone i uhonorowane przed odejsciem ze szkoly, itd. Tutaj, przy takiej ilosci zawodnikow, trzeba bylo sie naprawde wykazac zeby byc zauwazonym.

Panna odbiera dyplom 

Zgodnie z moimi przewidywaniami, wszyscy dostali dyplomy, ale wyroznienia trafily do garstki (doslownie 10) zawodnikow, ktorzy przeszli do szczebla stanowego. Oprocz tego, jakies pojedyncze nagrody dla seniorow, ktorzy startowali przez wszystkie 4 lata i tyle. Reszta mogla tylko popatrzec i poklaskac. Troche smutne. ;) Po wszystkim zabralam panne do domu. Na szczescie nie wymyslala, ze chce jeszcze pogadac z kolezankami. Wspomniala tylko ze chcialaby w weekend przyjechac z nimi tam do klubu, bo okazalo sie, ze otworzyli juz plaze. Bylo po 18, wiec ledwie dojechalysmy do domu, a M. wzial moje auto i pojechali z Kokusiem na silownie/basen. Ja w tym czasie podlalam warzywnik i wstawilam pranie, a takze przyszykowalam sie na kolejny dzien w biurze. Po powrocie obaj chlopaki popedzili pod prysznice, a ja wygrzebalam z piwnicy moja swieczuszke i "bzyczek" na owady. Malzonek zrobil porzadki, wiec teraz nic nie moge tam znalezc. :D Wyszperalam je jednak w koncu i przysiadlam na frontowym ganku.

Nawet klimatycznie :) 

Poki co, noce nadal sa chlodne, wiec komary az tak nie dokuczaja, choc juz kilka ugryzien niewiadomo skad mam. Wystarczy sie przejsc po ogrodzie. ;)

Sroda to juz wczesniejsza pobudka i jazda do biura. Ponownie podwiozlam Kokusia do szkoly, a Bi wolala rower, zeby moc wrocic na nim potem domu. ;) W biurze cisza, spokoj i pustki. Poza mna slyszalam chyba w oddali jedna osobe. Sama zas kolejny dzien walczylam z motywacja do pisania raportu. I mocno ta walke przegrywalam. :D W koncu nadeszlo (czy tez wrocilo, bo mielismy juz troche pieknej pogody) lato, bylo 28 stopni, wiec wczesnym popoludniem wyszlam zeby zrobic pare koleczek wokol budynku. Dalej sie nie zapuszczam, bo centrum naszej stolycy to niezbyt bezpieczna okolica, a w dodatku, zaraz za rogiem mamy stacje kolejowa, gdzie kreci sie rozny "element". Na kazdym rogu budynku mamy jednak kamery, przy tym byl srodek dnia, wiec mialam jako takie poczucie bezpieczenstwa. Moze zludne, ale jednak. ;) Chodzac tak w kolko, dojrzalam faceta, ktory na chodniku, miedzy ulica a jakims plotem, uprawial... joge. :D W dodatku zaraz nad nim przechodzi autostrada, wiec powietrze tez nie jest tam zbyt czyste. A zaraz za naszym budynkiem jest malutenki skrawek trawy i nawet (marne, bo marne, ale zawsze) drzewko, wiec byloby mu duzo przyjemniej, no ale jak woli brudny chodnik... ;)

Zarosniety chwastami chodnik, ulica, brama, a nad nim autostrada. Po prostu wymarzone miejsce na joge :D

Niechetnie wrocilam do srodka, ale coz, trzeba bylo nadal walczyc z raportem. Zrobilam zreszta maly postep i mialam nadzieje, ze kolejnego dnia skoncze swoja czesc, przynajmniej dopoki kolega tego nie sprawdzi i nie zazada jakichs poprawek. ;) Dostalam tez wlasne konto, na ktore w czasie inspekcji, ludzie moga mi przesylac dokumenty. Teraz musze sie tego ustrojstwa nauczyc, hehe... W obecnych czasach wiekszosc firm rezygnuje z papieru i wiekszosc dokumentacji ma w wersji elektronicznej. Najczesciej oni maja zabezpieczenia, my mamy wlasne i potem nikt nikomu nic nie moze wgrac na USB. Takie konto ponoc zazwyczaj dziala, choc zdarza sie ze firmy maja taka ochrone systemow, ze nie da sie tego obejsc i musza wszystko drukowac. Problem w tym, ze dokumentacja medyczna to czesto sa tysiace stron i wez to drukuj... Po pracy, w tragicznych korkach, doturlalam sie do domu, gdzie wieczor spedzilam juz leniwie. Obiad, lody na tarasie i jedyne co musialam, to podlac warzywnik, bo po takim goracym dniu i bez zapowiadanego deszczu, roslinki wolaja o ratunek. 

"Klakier" spi i sni pewnie o zlapaniu kolibra :D

Jak to w srode, Nik nie pojechal na trening, wiec cala nasza czworka rozproszyla sie po domu i leniuchowala ile wlezie. ;) A pod wieczor, przez ogrod sasiadow naprzeciwko, pod samymi ich frontowymi drzwiami, przelazl... niedzwiedz! Jeden z wielkich samcow, ktory ma na ludzi wylane, bo M. wyszedl i zaczal krzyczec i klaskac, ale misiek nawet nie odwrocil glowy. Ja niestety tez wybieglam przed dom i probowalam pstryknac fotke, ale zaslanialy mi krzaki. Gdybym zostala w domu, to z okna w salonie mialabym duzo lepszy widok. ;)

W czwartek w Polsce swieto, ale u nas dzien jak codzien. Trzeba sie bylo zwlec z lozka, co nie bylo latwe, bo Oreo przylazla i mruczala ugniatajac mi pecherz. ;) Wyszykowalam sie i znow zabralam syna, zas corka pojechala do szkoly na rowerze. W porannych korkach doczolgalam sie do biura, w ktorym nie bylo... nikogo. :) Na szczescie dojechala jedna babka z zywnosci, a pozniej moja polska kolezanka, wiec mialam z kim pogadac. :) Lekko sie zirytowalam, bo na przyszly tydzien zarezerwowalam sobie auto. Forda wczesniej nie bralam, ani nigdy nie mialam, wiec chcialam go sobie obejrzec. Mamy teraz appke w kompie, gdzie mozemy zaklepywac samochody. U nas zwykle nie ma z tym problemow, a tu na kolejny tydzien nagle praktycznie wszystkie zarezerwowane! W kazdym razie, chcialam obejrzec sobie pojazd, ide do szafki z kluczykami, a ich nie ma! :/ Okazalo sie, ze kolega zarezerwowal auto (ale nim nie jezdzil, bo stalo nadal w garazu), wzial kluczyki, ale rezerwacje wklepal tylko w nasz stary kalendarz, do ktorego nie mam dostepu, zamiast w nowy system. Coz, obiecal ze je odstawi zanim bede musiala wziac auto, ale zobaczymy. ;) Tego dnia wreszcie udalo mi sie skonczyc raport, juhu! Patrzec juz na niego nie moglam i nawet nie chcialo mi sie przeczytac tego, co naklepalam, zanim wysle to do kolegi. ;) Po odhaczeniu dniowki, wrocilam do domu, gdzie juz rezydowala reszta rodziny.

Podczas poszkolnych biegow, Bi i jej kolezanki dojrzaly kacza mame, przy ktorej plynelo 26 kaczat. DWADZIESCIA SZESC!!! :O 

Malzonek nadal obolaly byl po silowni we wtorek, wiec stwierdzil ze nie jedzie i spytal Kokusia czy ten chce jechac na trening. Nie poznaje tego mojego meza, bo jeszcze niedawno wsciekal sie jak Potworki marudzily przed basenem, a teraz nagle pyta czy syn chce jechac. :O Mlodszy oczywiscie sam nie wie czego chce, bo najpierw odpowiada zebysmy mu powiedzieli czy ma jechac. Zaczelam sie smiac, ze ma okazje sie wywinac od treningu, a nas pyta? Pytam wiec ponownie, czy ON chce jechac? On nie bardzo chce, ale zebysmy my zdecydowali. Taka wymiana zdan trwala chwile, po czym stracilam cierpliwosc i oznajmilam, ze dobra, w takim razie nie jedzie. Oooo, ale wtedy nie bedzie mial zadnego sportu... Nie no, udusze kiedys! ;) No to ok, jedzie! Ooooo, ale on wroci o 20 i na nic juz czasu miec nie bedzie... Pisalam, ze udusze?! :D Ostatecznie nie pojechal, ale poszedl... pobiegac. Nie mam pojecia co moje dzieciaki maja ostatnio z bieganiem i ogolnie ze sportem, ale nie poznaje. :O

Piatek moglam zaczac tyci pozniej, bo pracowalam z domu. Z tej "okazji" zawiozlam do szkol oba Potworki. Ciesze sie, ze jeszcze chwila a beda wakacje, a potem oboje beda w tej samej szkole, 5 minut od domu. Rozwiozlam mlodziez i wrocilam do chalupy, gdzie ciagle ktos mi o cos zawracal tylek. Szef, jedna kolezanka, druga... Wlasciwie to z jedna sie umowilam kilka dni wczesniej, ze da mi znac kiedy bedzie dzwonic do firmy, gdzie mamy miec inspekcje w przyszlym tygodniu. Wiekszosc naszych inspekcji jest bowiem zapowiedziana i trzeba kilka dni wczesniej zadzwonic i uprzedzic. Troche to irytujace, bo i dodatkowy stres i kolejna strata czasu, ale mozna sie dowiedziec pozytecznych informacji logistycznyc, np. czy adres jest nadal aktualny i jak wyglada sytuacja z parkingiem. Tym razem jednak nie mialysmy szczescia bo najpierw odezwala sie automatyczna sekretarka z pierdylionem opcji, a kiedy w koncu odebrala administratorka, przekazala ze pani doktor (ktora mamy sprawdzac) akurat jest na telefonie i oddzwoni za kilkanascie minut. Okey. Minely dwie godziny i nie oddzwonila, wiec kolezanka ponowila probe. Po kolejnym odsluchaniu mechanizmu, odezwala sie ta sama osoba i na prosbe o przelaczeniu do lekarki, przelaczyla, ale wlaczyla sie automatyczna sekretarka. Tu jednak kolezanka juz zostawila szczegolowa wiadomosc, z ktorej jest agencji, kiedy przyjezdza na kontrole i ktore badania bedzie sprawdzac. Pozniej powiedziala mi, ze z naszej strony to wystarczy, bo dostala sie w koncu bezposrednio do pani doktor i zostawila jej wiadomosc na poczte glosowa. Teraz od niej bedzie zalezalo czy oddzwoni, czy zignoruje. Kolezanka smiala sie, ze czasem ludzie tak robia, majac nadzieje ze jak nie odbiora i nie oddzwonia, to sie nie pojawimy. No to sie moga zdziwic. :D Ostatecznie stwierdzila, ze jesli do konca dnia nikt sie nie odezwie, to moze w poniedzialek jeszcze raz sprobuje zadzwonic, ale tak czy siak, inspekcje zaczniemy zgodnie z planem. To byla pozyteczna czesc dnia, ale poza tym chcialam na spokojnie poczytac dokumentacje oraz przepisy na ta inspekcje, a takze na kolejna bo nie bede miala miedzy nimi czasu. Tymczasem inna dziewczyna zawracala mi gitare, bo chciala pogadac o inspekcji, ktora bedziemy robic w... polowie lipca! Serio kobieto?! Mam po drodze dwie inne, na tamta akurat powinnam miec troszke czasu na przygotowanie, a ona chce rozmawiac o niej ponad miesiac wczesniej?! A do kompletu mialam jeszcze szefa, ktory dopiero teraz skonczyl raport z inspekcji, ktora robilismy zaraz po moim powrocie ze szkolenia. Przeslal mi go do sprawdzenia, jakbym malo miala na glowie. :/ Coz, sprawdzilam i znalazlam kilka bledow, wiec na szczescie mialam dowod, ze faktycznie raport przeczytalam. ;) Wrocil z pracy M., troche wczesniej, bo w koncu mial przyjechac facet od naprawy klimatyzacji. Zaraz po nim dojechal Nik, z ktorego po prostu padlam ze smiechu. Okna mielismy pootwierane, wiec slyszalam zatrzymujacy sie autobus, a chwile pozniej chodnikiem przeszly dzieciaki z jego szkoly. Czekam az zadzwoni do drzwi, albo trzasna garazowe, a tu nic. Po kilku minutach zaczelam wygladac przez okna, zastanawiajac sie gdzie ten chlopak sie zaszyl, ze jeszcze nie dotarl pod drzwi. Nigdzie go nie widze, wiec sprawdzam jego lokalizacje, ktora jednak utknela na glownej drodze przy szkole. Pozniej widze autobus, ktory musi na naszym osiedlu zrobic koleczko i dopiero wyjechac. A moment pozniej - idzie Nik! Kiedy w koncu dotarl, pierwsze to pytam czy zasnal w autobusie?! No i mialam nosa, bo Mlodszy przyznal, ze upal dziala na niego usypiajaco. ;) Dobrze, ze przebudzil sie jeszcze na naszym osiedlu, bo jakby odjechal gdzies dalej, kierowca musialby go chyba ostawic do szkoly i dzwoniliby zeby go odebrac. Cos takiego kojarze z przepisow. ;) Niedlugo po Kokusiu dojechal na szczescie pan od klimy i zabral sie za robote. Niestety, musielismy wymienic caly kompresor, a jeszcze istnialo ryzyko ze nie da sie go dopasowac do systemu, albo z jakiegos powodu nie zadziala. Ja za to w kolko jezdzilam, bo najpier pojechalam po corke, ktora po szkole pobiegala z kolezankami, wrocilam i posiedzialam do konca dniowki nad praca, a pozniej czym predzej pojechalam na zakupy. Po nich podjechalysmy jeszcze na bubble tea, bo czemu by nie. ;)

Panna musiala pstryknac fote i wrzucic na Insta :D 

Kiedy wrocilysmy, na podjezdzie wyminelam sie z panem od klimy. Okazalo sie, ze udalo mu sie wszystko podlaczyc i hula az milo! :D Panna nie miala dosc i poszla jeszcze na rower. Ja za to po chwili jechalam po syna. W czasie, kiedy bylam na zakupach, przyjechala po niego mama kolegi i zabrala chlopakow na szkolny bal. Pozegnalny dla VIII klas.

Gromada pryszczatych nastolatkow :D

Dopiero co w zeszlym roku jechala Bi, a tu juz kolej Kokusia. Musialam chlopakow odebrac i odwiezc kolege, ale na szczescie impreza skonczyla sie wczesniej niz zimowa, gdzie przed nimi mialy tance klasy VII, wiec wszystko sie opoznilo. W kazdym razie, chlopaki przyznali ze dobrze sie bawili, choc chlopcy jednak chyba mniej przezywaja takie zabawy niz dziewczyny. ;) Odwiozlam kolege i w koncu moglam wrocic na dobre do domu.

Do poczytania!

piątek, 29 maja 2026

Dlugi weekend i kolejny wyjazdowy tydzien

Piatek, 22 maja, byl niestety tak szalony, jak sie obawialam. ;) W nocy spalam fatalnie, bo po pierwsze, w nowych miejscach ogolnie mam problem ze snem, a po drugie, znow mialam pecha z pokojem. Bylam zaraz obok pomieszczenia z maszynami z napojami oraz przekaskami. Wydawaloby sie, ze to niewielki problem, ale niestety, do tych maszyn ciagnely doslownie pielgrzymki. Zaczelo sie juz wieczorem, co jeszcze mi nie przeszkadzalo, bo nie spalam. Pozniej jednak ludzie lazili do nich o 2 nad ranem, potem o 5... Kurna! Najgorzej, ze maszyny najwyrazaniej byly zepsute lub nie mialy wszystkich pokazanych opcji. Najpierw slychac bylo pipczenie naciskanych guzikow: pip, pip, pip, pip, pip... Pozniej jednak okazywalo sie chyba ze wybranej rzeczy nie ma, bo ponownie: pip, pip, pip... A na koniec, poniewaz ktos chyba rezygnowal, lub maszyna byla zwyczajnie popsuta (zgaduje, bo nie sprawdzalam), slychac bylo: brzdek, brzedek, brzdek, brzdek oddawanych monet! I zeby zdarzylo sie to raz, to ok, ale ci ludzie najwyrazniej nie spali, bo jedna osoba pipczala i brzeczala, a po chwili pojawiala sie kolejna, pytajac co tak dlugo i zabawa zaczynala sie od poczatku! W srodku nocy!!! :O Obudzilam sie wiec o 6 lekko nieprzytomna, ale dospac nie mialam jak. Zwloklam sie, wyszykowalam i poszlam na sniadanie. Bufet okazal sie skromny, ale przynajmniej byl. Ot jajka, kielbaski, jogurty, mozna bylo sobie zrobic gofry z masy z automatu, a do tego soki (z maszyny) oraz kawa. Pozywilam sie niezle i wrocilam do pokoju, jeszcze raz upewnic sie czy niczego nie zapomnialam, chwycilam kawe przy recepcji, wymeldowalam sie z hotelu i pojechalam. Poniewaz tym razem inspekcje mielismy niezapowiedziana, wiec umowilismy sie najpierw w kafejce nieopodal firmy, do ktorej jechalismy. Tam chwile pogadalismy, choc duzo do obgadania nie bylo i podjechalismy na miejsce. Oczywiscie ludzie byli niemozliwie zaskoczeni, bo po pierwsze, inspekcja, a po drugie, dzien przed dlugim weekendem. Musze przyznac jednak, ze nie okazali jakiejs otwartej niecheci, wszyscy byli sympatyczni, choc najwazniejszych managerow oczywiscie nie bylo. Mysle ze poprawilismy im humor, kiedy kolega oswiadczyl, ze planujemy skonczyc na ten dzien juz w poludnie. Okazalo sie, ze zaczynalismy na wariata juz w piatek, bowiem kolega tydzien pozniej mial wylatywac na wakacje. Ucieszylam sie, bo oznaczalo to, ze powinnismy skonczyc w czwartek lub najpozniej w piatek rano. Poki co jednak, krotko po 12 zwinelismy sie, odstawilam auto sluzbowe do pracy, po czym pojechalam do domu. O tej porze na szczescie nie bylo jeszcze wielkich korkow, wiec przejechalam w miare sprawnie. Po czym sie wpienilam, bo okazalo sie, ze beze mnie przyczepa byla praktycznie nie spakowana! Malzonek popakowal to co zwykle sam pakuje, a poza tym wrzucil posciel do przyczepy (bez scielenia lozek) i wsadzil jakies przekaski i drozdzowki, ktore kupil w Polakowie. Zapomnial jednak i o poduszkach i o nakladce na materac Bi, bo panna ma bardzo twardy, wiec w zeszlym roku kupilam jej taki miekki podklad. O reszcie jedzenia, kosmetykach czy lekarstwach tez moglam sobie oczywiscie pomarzyc... Czyli wrocilam z wyjazdu i na dzien dobry musialam sie nabiegac po schodach zeby dopakowac to, co M. olal. W miedzyczasie wrocily ze szkoly Potwory i Nik z miejsca dostal ochrzan, bo okazalo sie, ze nie spakowal swoich ciuchow, a mial to zrobic dzien wczesniej. Pozniej tak sie spieszyl, ze wieczorem okazalo sie iz zapomnial... pizamy. Na szczescie pizama to maly problem, spal po prostu w koszulce i spodenkach. Gorzej byloby gdyby zapomnial czystych gaci. ;) W kazdym razie, spodziewalam sie, ze wskoczymy w auto jak tylko mlodziez wroci, a tymczasem nie dosc ze konczylismy pakowanie, to jeszcze Potworki zazyczyly sobie obiad. W ten sposob wyruszylismy dopiero o 16:10, a na miejsce mielismy 2.5 godziny jazdy. O tej porze juz wszedzie byly oczywiscie korki, wiec jechalismy ponad 3. :/ Dojechalismy jednak i troche nas zatkalo. ;) Na tym kempingu bylismy pierwszy raz i choc miejsc kempingowych nie mieli zbyt wielu, to teren byl ogromny! Od budynku rejestracji, jechalismy dobre kilkanascie minut zeby dotrzec do naszej miejscowki. Jest to las stanowy, ktory jest pod ochrona, z racji ze to bardzo rzadki ekosystem - pine barrens, czyli w wolnym tlumaczeniu "sosnowe pustkowie". Podloze piaszczyste, o kwasnym odczynie, rosnie tam bardzo rzadka mieszanka sosen oraz karlowatych debow, a calosc usiana jest wieloma niewielkimi polodowcowymi stawami. Tworzy sie tam wiele otwartych przestrzeni, gdzie naturalnie rosnie zurawina. Dojezdzajac na miejsce, mijalismy wiele pol wlasnie ja uprawiajacych. W kazdym razie, dojechalismy tak pozno, ze kiedy w koncu ustawilismy i rozlozylismy przyczepe oraz rozpakowalismy niezbedniki, pozostalo juz tylko na tyle czasu zeby rozpalic ognisko. Posiedzielismy przy nim grzejac dupki, choc nie strasznie dlugo, bo bylam padnieta po hotelowej nocy, a M. pracowal bez przerwy 5 (!) tygodni, wiec tez marzyl juz tylko zeby sie w koncu wyspac.

Jakos tak, zawsze na pierwszym kempingu zapominamy jak szybko schladza sie przyczepa. W nocy temperatura spadla do 9 stopni i mimo pozamykanych okien, troche zmarzlismy. Obudzilam sie kilka razy bo bylo mi zimno w stopy, a Nik po ciemku szukal skarpet. Swoja droga, to nie wiem jak to bedzie z Kokusiowym spaniem za rok czy dwa. W tej chwili, kiedy glowe ma przy samej scianie, nogi dosiegaja mu konca lozka. Jak jeszcze troche urosnie, beda mu zwisac. ;) Mysle, ze bedzie musial spac na wskos, ale nawet tak moze mu zabraknac miejsca... W kazdym razie, sobota na kempingu okazala sie calkiem niezla. Z domu tata donosil, ze pada deszcz, ale u nas bylo sucho. Momentami nawet przebijalo lekko slonce.

Tak, zaraz obok ma dywan. Nie, woli lezec na piachu :D

Temperatura moze nie powalala, bo bylo 17 stopni, ale nie ma co narzekac. ;) Lazilismy na spacery, a Nik uparl sie ze chce jechac nad najblizszy staw na ryby. Pojechal z nim M., bo chcial zobaczyc gdzie to w ogole jest zeby potem syna nie szukac po calym kempingu. 

Nasza miejscowka, na ktorej M. akurat szykuje swoja wedke

Chlopaki wrocili po godzinie bez ryb, ale tez bez splawikow, bo te im... odpadly. :D Humory jednak dopisywaly. ;) Na lunch malzonek zrobil na grillu hamburgery, a jak wszystko ulozylo sie w zoladkach, stwierdzilismy, ze pojedziemy na wycieczke rowerowa. Jak wspomnialam, teren wokol kempingu jest ogromny. Oprocz kilku drog, prowadzacych z jednych miejsc kepingowych, na drugie, mieli cala siec sciezek rowerowych, a takze piaszczystych szlakow, przeznaczonych dla... koni. Dobrze czytacie. Jeden obszar kempingowy byl przeznaczony wylacznie dla ludzi z konmi. Przejechalismy sie tam zeby popatrzec na piekne koniki, ale zdjec nie robilam bo wlasciciele patrzyli. ;) W kazdym razie, wyruszylismy na rowery, ale niestety, ja dosc szybko wymieklam. Niestety, Nowa Anglia to gorki i doliny, wiec caly czas to zjezdzalismy w dol, to trzeba sie bylo wspinac.

Bi tez z nami byla, ale wysforowala sie gdzies do przodu 

Moj rower z naszych jest najstarszy, z najgorszymi przerzutkami i najciezszy, bo pozostala trojka ma leciutkie aluminiowe ramy. Dodac do tego, ze ze wszystkich jestem w najgorszej formie i ledwie zipialam. ;) Przejechalismy sie jeszcze potem po miejscach kempingowych obok (m.in. tych z konmi) i stwierdzilam ze nigdzie sie juz nie ruszam. Pomimo zachmurzonego nieba i niezbyt wysokiej temperatury, Bi zapragnela sie wykapac, pobliski staw mial bowiem wydzielona plaze. Litosciwie, malzonek zabral corke, a ta wrocila zachwycona, twierdzac ze woda byla bardzo przyjemna. Taaa... Kiedy ich nie bylo, Mlodszy wzial mala siekierke ojca i oddal sie z pasja ciosaniu patykow.

Co za zabawa! :D 

Pytal co ma z nich robic, ale ze wprawy nie ma zadnej, wiec byl mocno obrazony kiedy stwierdzilam, ze jego pierwszy twor przypomina koreczek do doopki. :D Wieczorem znow ognisko i trzymalam kciuki zeby pogoda kolejnego dnia nas zakoczyla, bo prognozy byly po prostu tragiczne.

No coz, nie zaskoczyla. :D W niedziele od rana lalo, raz mocniej, raz slabiej. Temperatura byla rownie przygnebiajaca, bo mielismy 13 stopni. Oznaczalo to, ze na praktycznie caly dzien utknelismy w przyczepie. Mlodziez zaszyla sie w swoich "pokojach", Malzonek rozlozyl na lozku, a ja siedzialam patrzac tepo przez okno.

Kemping z nastolatkami 

Przynajmniej udalo mi sie dojrzec ruda wiewiorke, siedzaca na galezi zaraz obok przyczepy! Tutejsze wygladaja prawie jak te europejskie, ale nie maja "fredzelkow" nad uszami. :) Musicie wiedziec, ze rude wiewiorki sa w Hameryce bardzo rzadkie, bo wypierane sa przez szare, ktore sa od nich duzo wieksze.

Fota autorstwa Kokusia 

Poza tym lapalismy okienka pogodowe, kiedy udalo sie wyjsc z przyczepy i pojsc na spacer. Przez wiekszosc dnia sie nie dalo, nie bylo tez mozliwosci zrobienia ogniska wieczorem, ale za to mielismy do dyspozycji niezawodne Uno, wiec zagralismy kilka partyjek.

Skoro nie da sie wyjsc na zewnatrz... 

Normalnie pewnie strasznie narzekalibysmy na taka aure, ale ze to pierwszy kemping, a w dodatku M. byl wykonczony po kilku tygodniach pracy bez wolnego, a ja moim wlasnym grafikiem, wiec cala nasza czworka przyjela taki dzien nicnierobienia raczej z ulga. ;)

Jak to z naszym szczesciem bywa, w poniedzialek pogoda byla duzo lepsza. Co prawda rano jeszcze przelotnie padalo, ale za to bylo duuuzo cieplej. Pomimo deszczu, temperatura podniosla sie do 18 stopni. Dla nas niestety byl to dzien wyjazdu, wiec po sniadaniu byl tylko czas na ostatnia kawke pod drzewami (a raczej zadaszeniem przyczepy :D) i trzeba sie bylo pakowac. Wyruszylismy tuz przed poludniem, ale musielismy jeszcze spuscic scieki, a chwile nam to zajelo, bo kemping nie oznaczyl miejsca "zrzutu", wiec musielismy go szukac i w koncu zapytac. Okazalo sie, ze bylo schowane za glownym biurem kempingu, ale nie bylo tam zadnego znaku, ani przy drodze, ani na mapie, bo po co? Po wyjezdzie musielismy jeszcze zahaczyc o stacje benzynowa, plus sam dojazd i dotarlismy do domu po 15. Nie poznaje moich dzieci, bo po przyjezdzie oboje na wyscigi popedzili pod prysznic. Skonczyly sie czasy gdzie mogli sie nie kapac na kempingu 4-5 dni, a potem i tak musialam ich niemal sila wsadzac do wanny. :D Ja ekspresem wypakowywalam przyczepe, wstawialam pranie wszystkich brudow, potem sama wskoczylam pod prysznic, a na koniec musialam pakowac walizke, bo kolejnego dnia wracalam na inspekcje, ktora zaczelismy w piatek... Taki "relaksik" po dlugim weekendzie. ;)

Wtorek zaczal sie na wariata, bo rano musialam dopakowac walizke, zajechac do biura wymienic auta, po czym dojechac na inspekcje. Wiedzialam, ze po pokempingowym rozpakowywaniu bede padnieta i nie usmiechalo mi sie zrywac bladym switem, wiec uprzedzilam kolege, ze dojade dopiero okolo 9. Rano jednak zupelnie nie moglam sie zorganizowac. Caly czas przypominaly mi sie dodatkowe rzeczy do spakowania, az w koncu, zamiast tuz po 7, wyjechalam przed 8 rano. Od biura na miejsce mialam okolo godziny, wiec juz mialam dojechac pol godziny spozniona. A pozniej wzielam zly zjazd i... mialam kolejne 20 minut w plecy! :O Dojechalam o 10, kiedy wszyscy byli juz srodku inspekcji i przez dobra godzine nie wiedzialam kompletnie co sie dzieje... Z tym kolega pracowalam juz wczesniej, wiec wiedzialam ze "uwielbia" dlugie godziny w robocie. Tym razem mial dodatkowa motywacje, bo chcial zamknac inspekcje w czwartek, wiec siedzielismy tam do 17:30. Na szczescie do hotelu mialam zawrotne 5 minut jazdy, wiec po chwili moglam klapnac w pokoju. Tym razem, zupelnym przypadkiem, trafilam super. No, ale moglam sie tego spodziewac, rezerwujac Hilton'a. ;)

Wreszcie w miare przyzwoite warunki 

Pokoj mialam nie tylko ogromny, ale tez wlasna mini kuchnie. Nie zebym zapragnela gotowac.

Nie widac, ale za scianka byla normalnej wielkosci lodowka 

Takie male studio. ;) Nawet telewizor mnie przywital. :D

Az parsknelam smiechem ;) 

Po calym dniu siedzenia na tylku, pragnelam odrobiny powietrza. Hotel niestety mial z jednej strony autostrade, a z drugiej ruchliwa ulice, wiec swieze to powietrze nie bylo, ale zawsze to troche ruchu i slonca. Jak przystalo na porzadny hotel, przy recepcji byla caly dzien kawa, wiec chwycilam kubek i wrocilam do pokoju juz na reszte wieczoru.

Spalam srednio, jak to w nowym miejscu. Zreszta, lozko bylo dla mnie za miekkie i zapadalam sie w materac. W srode pobudka byla troche pozniejsza, bo na inspekcje mialam rzut beretem. Wstalam, wyszykowalam sie i zeszlam na sniadanie. Bufet byl wypasiony, ale nie dalabym rady sprobowac wszystkiego, wiec chwycilam troche owsianki, zrobilam sobie gofra i juz. Pozniej wrocilam do pokoju, dopakowalam plecak oraz przekaski na caly dzien i pojechalam na miejsce. Moj kolega juz tam byl, a dojechalam praktycznie punktualnie. No, ale pamietam jak na poprzedniej inspekcji dojezdzal o 6:30 rano. Facet chyba spac nie moze... Tego dnia trzymal nas (czyli mnie oraz biednych pracownikow tamtej firmy) prawie do 18. :O Zalamal mnie tez szef, bo znow zmienil mi grafik. Co prawda wyjazdy zostawil w tych samych tygodniach, ale w czerwcu mialam jechac z kolezanka na podobna inspekcje jak w tym tygodniu (i to niemal obok firmy gdzie bylam teraz! :D), tymczasem jade na inna, pol godziny dalej (prawie do samego Bostonu) i to samiutka! :/ Zeby bylo smieszniej, to inspekcja, na ktorej mialam wlasnie byc z inna dziewczyna, a z ktorej szef mnie zdjal zebym pojechala tutaj. Myslalam, ze tamta kolezanka pojedzie sama, ale okazalo sie ze zostala wyslana gdzie indziej, a ja mam odhaczyc tamta inspekcje samodzielnie w innym terminie. Serio, dosc mam juz tych ciaglych zmian... No i tyle z mojej nadziei, ze kiedy zaczne byc samodzielna, to skonczy sie ciagle wyjezdzanie. :/ Kiedy dotarlam do hotelu, na nic juz nie mialam ochoty, trzeba sie jednak bylo zmusic do jakiegos ruchu. Hotel mial basen i to ze slona woda, a nie chlorem, wiec stwierdzilam, ze grzechem byloby nie skorzystac. Woda okazala sie dosc chlodna jak na moje upodobania, ale znosna. Basen byl w sumie malutki, ale za to mialam caly dla siebie.

Moj ci on! :D 

Poplywalam w te i we wte przez kilkanascie minut, po czym uznalam ze starczy tego sportu. I tak byla juz 19:30. Tego dnia w hotelu zorganizowali cotygodniowy poczestunek dla gosci, wiec poza kawa chwycilam jeszcze zapiekane ziemniaczki na osto z bekonem oraz zupe brokulowa. Calkiem niezle sie pozywilam. ;)

Niby nic specjalnego, ale milo bylo jeden wieczor nie martwic sie o obiad ;) 

Pogadalam z rodzina, u ktorej tez troche sie dzialo. Malzonek zalatwil fachowca od klimatyzacji, ktory przyjechal i doladowal nam gaz. Mlodszy zas mial pozegnalna wycieczke dla VIII klas, do kompleksu rekreacyjnego, gdzie maja basen, roznorakie pola sportowe, scianki wspinaczkowe oraz park linowy. Nawet przez kamere widzialam ze spalil sobie strasznie buzie, a mowilam zeby wzial krem ochronny, ech...

Malzonek oparl o cos telefon i pokazywal mi jak graja z Kokusiem w kosza ;)

Nie wiem dlaczego, ale w czwartek obudzilam sie o 4:47 nad ranem i klops. Przysypialam po 10 minut, po czym znow sie budzilam. Kiedy wiec przyszedl czas wstawac, czulam sie zupelnie nieprzytomna. Dzien wczesniej kolega poradzil mi zebym sie spakowala i wziela walizke, ale nie wymeldowywala sie jeszcze z hotelu. Wiedzialam ze on bardzo chcial skonczyc tego dnia, ale patrzac na to, jak nam szlo, mialam powazne watpliwosci. W koncu stwierdzilam, ze nie chce mi sie taszczyc walizy i brac przekasek, z ktorych czesc powinna byc w lodowce, zeby lezaly potem w goracym aucie. Spakowalam sie na wszelki wypadek, ale wszystko zostawilam. Do hotelu mialam 5 minut jazdy, wiec uznalam, ze w razie czego podjade, wezme swoje rzeczy, wymelduje sie i wroce na inspekcje. Moglam jednak sobie odpuscic nawet to pakowanie, bo szybko sie okazalo, ze tego dnia nie ma szans na skonczenie. Siedzielismy znow prawie do 18, a jeszcze resztka zostala na kolejny ranek. Kolega byl troche rozczarowany, ale stwierdzil ze lot ma o 17, wiec powinien zdazyc. :O Osobiscie lekko sie podlamalam, bo myslalam ze w czwartek wyspie sie juz we wlasnym lozku, a tu nieee. :/ A jeszcze dobily mnie wiesci z domu. Kiedy facet od klimy dzien wczesniej doladowal gaz, stwierdzil ze wroci kolejnego dnia zobaczyc ile go ucieklo i znalezc przeciek. Przyjechal i okazalo sie, ze przez jedna dobe zeszla prawie polowa, zas przecieki sa w samym kompresorze. Mowi ze w tej chwili przypomina sito i wlasciwie nie ma co ratowac. Trzeba kupic nowy. Problem w tym, ze caly system ma juz 20 lat i nie wszystkie beda pasowac. Ma poszukac i dac znac, a ja juz cierpne na mysl ile to bedzie nas kosztowac. :O A! Jeszcze ponoc facet nie mogl zapamietac ze nasz kot wabi sie Oreo i przezwal ja... Klakier! :D W kazdym razie, nie dosc ze wrocilam pozno, to jeszcze po takich wiesciach odechcialo mi sie juz basenu, silowni czy nawet spaceru. Wzielam prysznic i zaszylam sie w pokoju, marzac juz o powrocie w domowe pielesze...

Wieczorem, po parkingu kical jakis krolik - samobojca ;)

W nocy spalam lepiej, choc tez obudzilam sie o 5:30. Udalo mi sie jednak w miare szybko ponownie zasnac. Wstalam, wyszykowalam sie i pobieglam na sniadanie. Pozniej w pokoju dopakowalam walizke, obejrzalam go trzy razy naokolo zeby upewnic sie, ze niczego nie zostawilam, zataszczylam swoje rzeczy do auta i poszlam sie wymeldowac. Jak to bywa, przed momentem, na sniadaniu, widzialam faceta na recepcji, a jak taraz przyszlam, to ani widu, ani slychu. Maszerowalam tam wzdluz korytarza i juz zaczelam rozgladac sie za jakims dzwonkiem zeby zadzwonic, ale na szczescie wreszcie sie pojawil. Moze w toalecie byl. ;) Samo wymeldowanie zajelo doslownie kilka minut, choc zastanawia mnie, ze rezerwacje zawsze robie przez ta sama strone w pracy, wszystkie moje dane tam sa, a jedne hotele maja juz mojego maila, zas inne nie. Tu nie mieli i musialam mozolnie go literowac, modlac sie zeby pan nie przekrecil zadnej literki. Musieli mi bowiem wyslac rachunek, bo bez niego ludzie od podrozy nie zatwierdza mi kosztorysu... Dojechalam wiec na koncowke inspekcji nieco spozniona, ale i tak zadowolona, ze wreszcie skonczylismy. I tak musze dziekowac niebiosom za wyjazd kolegi, bo podejrzewam, ze bez niego, siedzielibysmy tam jeszcze kawalek nastepnego tygodnia... Spotkanie podsumowujace mielismy o 10 i pol godziny pozniej wyruszylismy, kazde w swoja strone. Po drodze musialam jeszcze zatankowac i tu tez sie wkurzylam. Ja to zawsze musze miec jakies problemiki. Pompa najpierw odbila mi zaraz po nacisnieciu, ale nacisnelam jeszcze raz i zaczela pompowac. Po jakims czasie odbila jeszcze raz, a kiedy nacisnelam, odbila kolejny. Wzruszylam ramionami, ze najwidoczniej bak jest juz pelny; w koncu to male autko. No coz, okazalo sie, ze napelnilo z polowy do troche ponad 3/4. :/ Nie chcialo mi sie jednak ponownie wysiadac i zaczynac zabawy, tym bardziej ze wypelnilam juz dokumenty (tak, z tankowania tez musimy sie "spowiadac"). Glupio tylko, bo w nastepnym tygodniu ktos inny ma to auto zarezerwowane, wiec pomysli pewnie, ze wcale go nie tankowalam... Dojechalam do biura i zalamalam sie, bo naprzeciwko mojego miejsca znow stala ta wielka "krowa" i to nawet nie cofnieta porzadnie do scianki. Nie moglam wyjechac moim wlasnym wehikulem, az pan straznik sie zlitowal i poprowadzil mnie, bo czujniki pikaly mi na czerwono, a on sprawdzil i powiedzial ze mam spokojnie miejsce. Glupia elektronika. :/ Przez to, ze ktos ma auto sluzbowe zamowione, musialam pedzic jeszcze na gore zeby odwiesic kluczyki do szafki i w koncu moglam wyruszyc do domu. Dojechalam okolo 12:30, wiec mialam czas zeby spokojnie odetchnac zanim zjechala sie reszta. Zdazylam sie rozpakowac, wstawic pranie i wladowac naczynia do zmywarki, a takze posiedziec chwile na tarasie w sloncu, zanim przyjechala Bi. Pozniej zajechal malzonek, a po Kokusia musialam jechac, bo mial ostatnie zajecia z lekkoatletyki. Czyli wrocilam na lono rodziny, gdzie ciagle jest cos do zrobienia, odhaczenia, cos do zalatwienia, ktos do odebrania, itd. :D

A przyszly tydzien mam normalny, nie-wyjazdowy i bez inspekcji, juhuuu! ;)

czwartek, 21 maja 2026

Krotkie lato w maju

Sobota, 15 maja, to oczywiscie dluzszy sen. Zaraz po 7 rano, Oreo zaczela lazenie i darcie malej mordki. Najpierw probowalam ja zignorowac, ale sie nie dalo. Poczlapalam na dol i otworzylam drzwi, na co kiciul z radoscia pobiegl do ogrodu. Wrocilam do lozka, spodziewajac sie, ze bedzie mi ciezko ponownie zasnac, musialam jednak byc bardzo zmeczona, bo odplynelam niemal natychmiast. Obudzil mnie budzik o 9, ale zamknelam oczy "na chwile", po czym zbudzilam sie o... 9:34. :D W tym momencie podparlam sie juz o zaglowek, bo stwierdzilam, ze inaczej przespie caly dzien. ;) Kiedy tak polezalam, probujac sie dobudzic, przydreptala Oreo, ktora musiala wpuscic Bi.

Pieszczoch, ale tylko kiedy ona ma na to ochote ;) 

Pomiziala sie, pochlastala mnie ogonem po twarzy, przydrzemala na moim brzuchu, po czym stwierdzila, ze za duzo bylo czulosci i przeniosla sie w nogi lozka. ;) Kiedy w koncu wstalam, zjadlam sniadanie i sie umylam, zabralam sie za sprzatanie. Malzonek posprzatal na moj przyjazd, ale juz dawno zdazylo sie nabrudzic, tyle ze mialam zbyt zalatany tydzien zeby cos ogarnac. Teraz wiec chwycilam za odkurzacz oraz mopa, bo podlogi brudza sie oczywiscie najszybciej. W miedzyczasie Nik jojczal ze chce jechac z kolega na ryby. Nie bardzo mialam ochote go puscic, bo chcieli jechac nad rzeke i nie dosc ze lowic przy ktoryms zejsciu do wody w lesie, to jeszcze Mlodszy musial dojechac trasa rowerowa. Co prawda w weekend i przy pieknej pogodzie (mielismy 24 stopnie) kreci sie tam duzo ludzi, ale po pierwsze, zawsze moze trafic sie jakis swir, a po drugie, czesto przelaza tamtedy niedzwiedzie. Zreszta, obszar nad rzeka, w lesie, lub wzdluz pol kukurydzy, to tez miejsca gdzie misie lubia sie krecic. No ale nie chce byc moja matka, ktora trzymala mnie pod kloszem, a kiedy poszlam na studia to nagle zaczela miec pretensje, ze za malo wychodze i nie mam chlopaka. Wiem, ze Potworki chca robic to, co moga ich koledzy, a jakos ich rodzice maja silniejsze nerwy (albo mniejsza wyobraznie ;P). Staram sie wiec przekonywac M. (bo on ma jeszcze wieksze problemy z dawaniem dzieciakom swobody, niz ja) ze w granicach rozsadku, ale maja prawo na wymyslanie jakichs aktywnosci z kolegami. Chlopaki wiec ostatecznie pojechali i Nik wrocil 3 godziny pozniej, zadowolony jak prosie w deszcz, mimo ze nic nie zlowil. Mowil, ze raz pociagnelo mu wedke, ale kiedy wyciagnal haczyk, okazalo sie, ze ryba odgryzla robaka i odplynela. ;) Jak to ostatnio w sobote, pojechalismy do kosciola, a pozniej wzielam sie za ciasto z jablkami. W misce znalazlam szesc jablek, ktore lezaly tam chyba jeszcze sprzed mojego wyjazdu, bo byly cale skurczone i pomarszczone. Az dziwne, ze nie zgnily... Do zjedzenia sie juz zupelnie nie nadawaly, ale na ciasto jak najbardziej. A ze w niedziele zawsze wpada dziadek, to bylo jak znalazl.

W niedziele znow mozna bylo pospac, poza M., ktory oczywiscie pracowal. Nadeszla pierwsza w tym roku fala upalow. Mielismy 30 stopni i bezruch powietrza. Mimo otwartych wszystkich okien, w domu panowala straszna duchota, ale nie chcielismy wlaczac klimy, bo i filter nie wyczyszczony, ale przede wszystkim termostat (ktory mamy osobny do klimatyzacji i osobny do ogrzewania) cos nie laczy. W zeszlym roku zauwazylismy, ze caly "lata" i jak raz ustawilismy temperature, tak juz go nie dotykalismy, bo przy kazdej probie sie wylaczal, a z nim klima. Malzonek mial go na wiosne wymienic, bo wyglada, ze gdzies nie stykaja kabelki, ale jak widac mamy koniec maja, a nie wymienil. :/ Na szczescie w nocy nadal temperatura spada do kilkunastu stopni, a pogoda miala sie pod koniec tygodnia popsuc, wiec stwierdzilismy, ze wytrzymamy. Przyjechal oczywiscie dziadek, ktory posiedzial jak zwykle 3 godzinki, glownie narzekajac na koszenie trawy oraz pylki pokrywajace jego samochod. Z mojego taty na starosc robi sie pedant. Pucuje chalupe, trawe kosi chyba co 3 dni zeby Boze bron nie urosla dluzsza niz 3 cm. ;) A auto kupil sobie... czarne. Jak wyglada czarny samochod o tej porze roku (albo zima, kiedy drogi sypia sola) chyba nie musze pisac. Tata nie moze zdzierzyc. Kiedy ma wolne, splukuje je kilka razy dziennie. Taka syzyfowa robota, ale chyba przy okazji mu sie nudzi. :D Kiedy dziadek pojechal, poczekalismy az slonce przesunie sie poza dom i zabralismy sie za sadzenie warzyw. Szczerze, to mialam nadzieje, ze kiedy wroce z wyjazdu warzywnik bedzie juz przekopany i gotowy, ale malzonek stwierdzil, ze beze mnie na nic nie mial czasu. :D Dopiero teraz wreszcie poszedl go przekopac, a wczesniej, po drodze z pracy, zajechal po sadzonki. Kupil przy okazji zle ogorki, bo zamiast takich do kiszenia, wzial salatkowe. Coz, bedziemy je zbierac kiedy beda nadal male i tez powinny wyjsc malosolne. ;) Kiedy malzonek skonczyl kopac, ja wzielam sie za sadzenie. Zaczelam zas od... klapniecia na laweczke przy warzywniku i kontemplacji jak to wszystko rozlozyc. Malzonek kupil bowiem  po jednej wiecej kazdej sadzonce. Niby niewiele, ale juz zaburzylo mi porzadek.

Warzywnik zawsze tak lyso wyglada na poczatku, a potem robi sie dzungla :) 

A jak juz wydawalo mi sie, ze mam wszystko rozplanowane i konczylam sadzic, przyjechal ze sklepu Nik i... przywiozl nasiona. Pojechal spotkac sie z kolega i kupic slodycze (bo przeciez w domu nic nie ma :D), ale na przecenie znalazl nasiona i kupil. Musielismy wiec wcisnac jeszcze grzadke marchwi oraz kukurydzy. Ja za to szybko zamowilam koper bo M. go nie dostal, a Kokusiowi o nim nie wspomnialam, bo nie przyszlo mi nawet do glowy, ze bedzie patrzyl za nasionami! ;) W koncu nadszedl wieczor i musialam szykowac sie na jazde do biura, w ktorym nie bylo mnie ponad miesiac.

Poniedzialek zaczal sie wiec wczesnie; trzeba sie bylo zebrac i pedzic do pracy. Powiedzialam mlodziezy ze mam meeting wiec zeby ich zawiezc, musze wyjechac wczesniej. Sasiadka sie wykruszyla, ale Potworki stwierdzily ze jada. No to ok, choc oczywiscie wyjechalam kilka minut pozniej niz bym chciala. Do pracy jednak dojechalam w rozsadnym czasie i nawet udalo mi sie zaparzyc kawe i pogadac chwile z kolezanka, zanim musialam sie laczyc na rozmowe z szefem. Rozmowa byla w miare krotka, a pozniej juz zajmowalam sie innymi pierdolami, m.in. skonczeniem planu kosztorysu na wyjazd, ktory mialam zaczac w tym tygodniu. Rezerwacje zrobilam juz w piatek, ale teraz musialam podczepic podpisana przez szefa autoryzacje. Dopiero wtedy ludzie od podrozy to przejrzeli i doszukali ze hotel za jedna noc wzial $125, ale za kolejna podniosl sobie do... $211. :O Prawdopodobnie przez bliskosc dlugiego weekendu. Okazuje sie, ze choc osoby sprawdzajace sie o to doczepily, to chodzi tylko o biurokracje. Musialam wypisac i dac do podpisania szefowi formularz, ktory niestety nie dzialal. Wbilam dane osobowe, a reszta nie wchodzila i koniec. Moglam sobie klikac do wypeku, formularz brzeczal, a nic sie nie pojawialo. Napisalam do goscia, a on odpisuje zebym... wklepala dane. Pisze ponownie, ze probuje, ale nic sie nie pojawia. Wyslal mi kolejny raz ten sam formularz, ktory... ponownie nie dzialal! :D Odpisuje wiec, ze nadal nic nie moge zrobic. Facet laczy sie ze mna przez Teams, zebym pokazala mu jak klikam i nic nie moge wpisac. W koncu wysyla mi juz czesciowo wypelniony formularz. Nie wiem jak jemu udalo sie to wklepac, ale kurcze; pol godziny takiego bezsensu. Szef na szczescie zatwierdzil bez problemu i po chwili dostalam wiadomosc z dzialu podrozy, ze potwierdzaja moja rezerwacje. Napisalam jednak do kolegi, z ktorym mam jechac na inspekcje zeby potwierdzic dzien, a on odpisal ze nadal planuje zaczac w czwartek, ale zgubil legitymacje (z pracy), wiec nie moze jechac az nie wyrobi nowej. Ze swojej strony ucieszylam sie, ze moze nie bede musiala jechac juz w tym tygodniu, ale poki co, moglam tylko czekac i zaciskac kciuki. W pracy bylam tylko ja oraz druga nowa dziewczyna (i ktos od zywnosci), wiec mialysmy czas zeby kolejny raz obgadac wyjazd i szkolenia. :) Dzien zlecial zaskakujaco szybko i w popoludniowym korku doturlalam sie do domu. Poza typowym, domowym kieratem, przyszly zamowione dzien wczesniej nasiona kopru (uwielbiam Amazon!), wiec szybko pomaszerowalam go wysiac. Kokusia jakims cudem nie rozlozylo jakos strasznie, ale nadal byl lekko przytkany, wiec odpuscilismy mu basen. A pod wieczor poszlismy z malzonkiem na spacer po osiedlu. Staram sie nie stracic formy, ktora zlapalam w czasie wyjazdu, ale to chyba nieuniknione. Tam, nie dosc ze musialam przejsc na zajecia i posilki, to jeszcze codziennie zaliczalam dlugi marsz. W domu nie mam czesto czasu nawet na krotki spacerek... :(

We wtorek pracowalam z domu, wiec rano moglam zwlec sie pozniej, rozwiozlam dzieciaki po szkolach, po czym wrocilam do zwierzynca. Od poprzedniego dnia, mielismy ponad 30-stopniowe upaly i choc rano bylo calkiem przyjemnie, bardzo szybko zaczelo sie robic nie do wytrzymania. W domu panowala duchota, wiec pomyslalam, ze moge wziac laptoka na przednia werande. Niestety, byla dosc mocna bryza, ktora niosla tyle pylkow oraz kurzu, ze jak zaczelam kichac, to nie moglam przestac. :D Wreszcie skapitulowalam i przenioslam sie spowrotem do srodka. Poniewaz upal mial trwac jeszcze kolejnego dnia, stwierdzilam ze wlacze klime. Taaa... Kompresor dziala, powietrze dmucha, ale... cieple. :( Tak jak dwa lata temu ostrzegl nas chlop od klimatyzacji, gdzies jest wyciek i znow zabraklo gazu (freonu?). Znowu trzeba go bedzie nabic, ale jak widac, starcza na gora dwa sezony... Poki co jednak, musialam zacisnac zeby i kisic sie we wlasnym potku. Fuuuj. :D W miedzyczasie dostalam telefon od szefa, zeby porozmawiac o wyjezdzie na inspekcje. Mialam jechac kolejnego dnia, ale okazuje sie, ze kolega nie zgubil odznaki, tylko mu ja ukradli. Z calym plecakiem, laptopem, oraz paszportem do kompletu. W pociagu we Wloszech. :O Musieli zlozyc raport na policji i z tym raportem wyslac podanie o przyspieszone wydanie odznaki, ale nie wiedzieli jak szybko ona przyjdzie. Poczatek inspekcji stanal wiec pod znakiem zapytania. Myslalam ze juz sobie odpuszcza i przeloza poczatek na czas nieokreslony, ale okazalo sie ze szef uparl sie, ze mamy zaczac jak tylko kolega dostanie nowa odznake. Dla mnie oznaczalo to normalna prace, ale w ciaglej gotowosci. Co gorsza, spytalam czy jesli kolega dostanie odznake w czwartek, jest sens dla mnie jechac pod Boston zeby w piatek zaliczyc 4 godziny inspekcji (przed dlugim weekendem konczymy wczesniej) i wracac spowrotem. Odpowiedzial ze chce zebym zobaczyla jak najwiecej, wiec coz. Musialam spakowac walizke i wziac ja do pracy, na wypadek gdybym dostala maila, ze odznaka przyszla i zaczynamy kolejnego dnia. :/ Wrocil ze szkoly Nik, a potem z pracy M., obaj wkurzeni na brak klimy. Malzonek w ogole wymordowany upalem, bo jego budynek pracy jest tak stary, ze klimatyzacji w ogole nie maja. Wlaczaja tylko wiatraki pod sufitem i zwykle rozdaja zimna wode, ale narazie nie zaczeli, pewnie dlatego ze jest bardzo wczesnie w sezonie. Oczywiscie M. pogrzebal w termostacie, majac nadzieje ze to z nim cos nie tak, ale nic nie wskoral, a klima nadal puszczala powietrze o takiej samej temperaturze jak na zewnatrz. :) Mlodszy ostatnio wsciekl sie z jazda do centrum na rowerze. Jak raz mu pozwolilismy, to teraz bedzie jezdzil az mu sie znudzi. ;) Przez upaly, pozarlismy wszystkie lody, ktore kupilam w piatek, wiec Nik stwierdzil ze pojedzie kupic sobie kubelek lodow. Zaraz jak pojechal, Bi napisala zeby odebrac ja ze szkoly. Pojechalam po corke i po drodze patrzylam z niepokojem na ciemne chmury. Wrocilysmy do domu, a kilka minut po nas przyjechal Nik. Mial szczescie, bo zrobilo sie ciemno i wlasnie zaczelo kropic. Stwierdzilam, ze szybko jeszcze wyrzuce smieci i... to byl blad. :D Wyrzucilam i w tym momencie lunelo! Bylam w skladziku pod tarasem, wiec mialam schron i juz myslalam, ze bede tam siedziec az przestanie padac. Nie wiedzialam jednak jak dlugo moze to potrwac, wiec zaryzykowalam bieg do domu. Dobrze, ze przez garaz, wiec tylko troche mnie zlalo po glowie i ramionach. :D I dobrze, ze nie zdecydowalam sie przeczekac, bo burza trwala prawie godzine, a w ktoryms momencie przeszedl... grad! Na szczescie wielkosci mniej wiecej grochu, wiec nie wyrzadzil szkod, ale sensacja byla. ;) Poniewaz pogoda zrobila sie taka sobie (nawet po przejsciu burzy, pozniej w oddali jeszcze pare razy grzmialo), a Nik dalej mial troche przytkany nos, wiec znow nie pojechal na basen. Skoro istnialo ryzyko, ze bede musiala kolejnego dnia prosto z pracy zasuwac do Bostonu, to spakowalam walizke, choc kosmetyki musialam zostawic na kolejny dzien... Poniewaz nie wiedzialam czy bede w domu podczas pakowania na kemping, wiec wyjelam tez przyczepowa posciel oraz przygotowalam swoje ciuchy, zeby M. wrzucil je do przyczepy kiedy zacznie pakowanie. Oczywiscie malzonek utyskiwal, ale kurcze, zawsze sie nabiegam pakujac zarcie i inne niezbedniki a on potem ma pretensje jak czegos zapomne, to teraz niech zobaczy jak to fajnie. ;)

W srode rano musialam dopakowac kosmetyki i sprawdzic czy na pewno wszystko mam, wiec nie wiozlam Potworkow do szkol.

Za to rano znow wpakowala mi sie do lozka Oreo 

Nik pomaszerowal na autobus, a Bi z kolezanka zdecydowaly sie jechac na rowerach. Mam nadzieje, ze wreszcie zaczna regularne pedalowanie, bo narazie tej wiosny pojechaly rowerami moze ze 3 razy.

Jak widac po ubiorze, nadal trwalo lato, choc ani nie kalendarzowe, ani nie astronomiczne ;)

Mlodszy jechal na luzie, bo tego dnia jego szkolna "druzyna" (klasy sa tak pogrupowane; juz kiedys pisalam) jechala na wycieczke do... high school. Niby na "dzien otwarty", ale serio, wiekszosc tych dzieciakow byla tam juz wielokrotnie, przy roznych okazjach, wiec nie widze sensu. No ale niby opowiadali im wiecej o przedmiotach (ktore i tak musieli wybrac kilka miesiecy temu) oraz zajeciach dodatkowych, a mlodziez oczywiscie cieszyla sie z braku lekcji, wiec niech im bedzie. ;) Ja dopakowalam co trzeba i ruszylam do pracy. Niestety, na autostradzie wczesniej zdarzyl sie wypadek (mowili w radiu) i zrobil sie taki korek, iz trasa, ktora powinnam pokonac w niecale 20 minut, zajela mi godzine i kwadrans. :O Dzien mijal spokojnie, az dostalam wiadomosc, ktorej sie obawialam - koledze dostarczyli nowa odznake. :/ Z jakiegos powodu zdecydowal sie zaczac inspekcje w piatek a nie czwartek, wiec chociaz tyle... Musialam tylko zadzwonic do hotelu i zawiadomic, ze zamelduje sie kolejnego dnia. Mam jednak obawy, ze bede jezdzic na wariata w te i spowrotem, a potem sie okaze, ze firma bedzie zamknieta, albo bedzie brakowalo polowy zarzadu, bo to dzien przed dlugim weekendem. :/ W tej firmie mamy bowiem instrukcje, zeby nie ostrzegac przed inspekcja, wiec roznie moze byc. Po pracy wrocilam do domu, cieszac sie oczywiscie z kolejnej nocy we wlasnym lozku, ale nadal utyskujac na koniecznosc jazdy do hotelu kolejnego dnia. To byl ostatni dzien upalow. Po poludniu przeszedl deszcz, lekki, ale skutecznie schlodzil powietrze. Poszlam pozniej do warzywnika, zeby nalozyc klatki na sadzonki pomidorow. Jak zwykle, przesadzone do gruntu, rosna jak szalone. Niestety, sadzonek mam 7, a klatek tylko 4. Trzeba bedzie dokupic, albo jak rok temu, ratowac sie tyczkami. Po powrocie do domu, niestety, na bluzce znalazlam... kleszcza. :O Dobrze, ze bluzke mialam biala, to od razu bylo go widac. Musialam sie o cos obetrzec na ogrodzie i prosze. Kilka dni temu jakis lazil sobie po siatce w drzwiach tarasowych. Tu podejrzewam, ze przyjechal na kocie, a kiedy wchodzila przez klapke, go stracila. Ale kurcze, to jedna z najgorszych rzeczy o tej porze roku. Normalnie caly czas czlowiek sie z panika oglada. Najgorzej, ze Maya jest brazowa, wiec na niej latwo to robactwo dojrzec, ale na czarnym kocie - nie ma mowy.

A to-to uwielbia polegiwac w krzaczorach...

No nic, wieczor minal spokojnie, bo choc Mlodszy mial jechac na trening, to... zasnal i nie moglam go dobudzic. Mruczal cos nieprzytomnie i choc odmykal jedno oko, to kompletnie nie kojarzyl co sie dzieje. Zostawilam go, bo pomyslalam ze moze, poza przeziebieniem, cos go mocniej rozklada. Kiedy jednak w koncu wstal, twierdzil ze czuje sie dobrze, wiec nie wiem co go tak zmoglo w srodku dnia...

Poniewaz wiedzialam juz ze bede musiala jechac pod Boston, wiec w czwartek zostalam w domu. Na szczescie szef zatwierdzil to bez problemu. Musialam przygotowac sie na inspekcje, ale tez mialam sporo do zorganizowania na dlugi weekenu. Malzonek musial sam spakowac wiekszosc rzeczy, ale chcialam mu choc troche ulatwic zadanie. Swoje ciuchy przygotowalam, ale zostala jeszcze posciel, reczniki, jakies kosmetyki, lekarstwa, ubrania mlodziezy... O ile dla Potworkow juz od zeszlego roku zostawiam listy z ciuchami do spakowania, o tyle spiwory nadal schowane byly w piwnicy, a poduszki upchniete na zime do plastikowego pojemnika. Powyciagalam wiec to wszystko, ale przyczepa byla nie rozlozona, wiec i tak nie mialam jak czegokolwiek spakowac. Zrobilam tez jeszcze szybko pranie, bo potrzebne byly rzeczy na kemping, ale ja potrzebowalam tez ciuchow juz na kolejny tydzien, a po kempingu zawsze jest gora brudow. W miedzyczasie postalam tez chwile z kawa na tarasie, ale nie dane bylo mi posiedziec i podelektowac sie zielenia, bo co co chwila kropilo. Probowalam podejrzec kolibry przy karmniku, ale jak zwykle sa za szybkie dla mojego aparatu. ;)

Ten "zamaz" po prawej od karmnika, to moj koliber :D 

Poniewaz jechalam tylko na jedna noc, wiec przelozylam potrzebne ciuchy oraz kosmetyki do torby, zeby nie ciagac calej walizki. W koncu przyszla pora zeby wyruszyc z domu. Do biura mialam oczywiscie po drodze korki, ale nie takie jak dzien wczesniej. Snulam sie noga za noga, ale przynajmniej posuwalam sie do przodu. ;) Balam sie co bedzie sie dzialo dalej, ale okazalo sie, ze do hotelu mialam tylko godzine jazdy i obylo sie bez korkow. Na sam koniec oczywiscie pobladzilam, bo autostrada tak dziwnie sie rozjezdzala, ze wydawalo sie, ze aby z niej zjechac musze jechac w prawo, a okazalo sie, ze powinnam byla pojechac lewym odgalezieniem, ktore najwyrazniej prowadzilo do zjazdu w przeciwnym kierunku. No nic, musialam po prostu zawrocic na najblizszym skrzyzowaniu. ;) Hotel byl z tej samej sieci jak ten z New Jersey z marca, wiec troche sie go obawialam, ale na szczescie okazal sie duzo lepszy. Pokoje odremontowane i przestronne, otwarta recepcja (tam byla za szyba z tylko dziurkami do rozmowy) i wyglada na to, ze maja normalne sniadanie. O tym ostatnim bede mogla cos napisac dopiero jutro. ;) Dla mnie najwazniejsze, ze w pokoju mam ekspres do kawy!

Niezbedne wyposazenie :D 

Choc widzialam tez kawe przy recepcji, wiec tutaj ogolnie jej chyba nie skapia. ;) Zla jestem strasznie, ze zmuszona bylam tu przyjechac, ale moge sobie wyobrazic jacy wsciekli beda ludzie w firmie, ktora bedziemy sprawdzac. Nie dosc, ze w piatek, to jeszcze przed dlugim weekendem! Na pewno sporo ludzi pobralo wolne, albo planowalo sie urwac wczesniej, nikomu raczej nie chce sie myslec o robocie, a tu kontrola! :O

Posta skoncze juz dzis, bo jesli wszystko pojdzie zgodnie z planem, jutro o tej porze bede grzala dupke gdzies przy ognisku. Chyba ze bedzie padalo, bo niestety, ale pogoda postanowila sie zbiesic i ma byc nie tylko deszczowo, ale tez zimno - ledwie 14 stopni! Widaj przygodo! :D

Dla moich hamerykanckich czytelniczek: fajnego dlugiego weekendu! Mam nadzieje, ze u Was pogoda bedzie lepsza niz u mnie! :)

piątek, 15 maja 2026

Powrot rutyny

Chociaz przy mojej obecnej pracy ciezko ta rutyne zlapac. ;)

Sobota, 9 maja rozpoczela sie pozno, bo w koncu moglam pospac do woli. Mialam wstac o w miare rozsadnej porze i zabrac sie za robote, ale nie moglam sie dobudzic i w koncu zwloklam sie o 10. Mimo wszystko, cudownie bylo cieszyc sie weekendem we wlasnym domu. Smialam sie, bo M. co chwila cos przecieral, przekladal rzeczy do zmywarki, itd., czyli robil to, co zwykle robilam ja. Kiedy mowilam, ze mialam sama za moment to zrobic, wzruszal ramionami, ze sie przyzwyczail. Coz, mam nadzieje ze sie zbyt predko nie oddzwyczai. :D Kiedy zjadlam sniadanie i sie umylam, szybko upieklam biszkopt na tort. Jak zawsze wychodzily mi bez problemu, tak tym razem wbijam patyczek, a tam nadal wilgotno. Hmmm... Dalam na dodatkowe 5 minut, ale po nich musialam zostawic na kolejne, bo patyk nadal byl klejacy. A i tak, kiedy pozniej M. kroil go na placki, ciasto bylo mocno wilgotne i zbijalo sie w grudki. Nie wiem co to sie zadzialo... Tak czy siak, kiedy biszkopt byl upieczony, musialam jechac na poczte. Pisalam juz kiedys, ze moja siorka zajmuje sie rekodzielem i zwykla sporo swoich wyrobow sprzedawac w Hameryce. Niestety, obecna administracja nalozyla na Europe takie taryfy, ze Poczta Polska po prostu nie wysyla paczek i koniec. Inne agencje chyba wysylaja, ale ceny maja takie, ze sie nie oplaca. Siostra skorzystala wiec z wizyty w Polsce mojego taty (a zima mojej) i przekazala mu kilka stworzen do wysylki. Tata nie czul sie na silach zeby podjechac na poczte i je wyslac (wyobrazcie tu sobie przewrot oczami), mimo ze jedyna "trudnosc" to poproszenie o kod do sledzenia paczki. Wyroby czekaly wiec prawie 3 tygodnie, az wrocilam do domu i moglam je wyslac. Zabrala sie ze mna Bi, bo liczyla na to, ze podjedziemy na bubble tea. I podjechalysmy, ale kafejka okazala sie zamknieta, mimo ze byly niby godziny otwarcia, a ani na drzwiach, ani na stronie nie bylo zadnej informacji. No coz, podjechalysmy wobec tego do Dunkin'. ;) Po drodze mijalysmy wielka lake, a na jej koncu szedl sobie leniwie... misiek.

Coz, przynajmniej nie przewraca smietnikow... w tym momencie ;) 

Po powrocie do domu, szybko zabralam sie za kremy do tortu. Liczylam na to, ze jak poleza w lodowce kilka godzin, to stezeja i nie beda wyciekac bokami. Mialam je zrobic dzien wczesniej, ale w piatek nadal bylam calkiem oglupiala po wyjezdzie i podrozy i kompletnie nie moglam sie zmusic. Zrobilam je wiec w sobote i choc siedzialy w lodowce od godziny 14 do 19, to i tak sie laly, a mnie trafial szlag. ;) W miedzyczasie wstawialam pranie i ogarnialam to i owo wokol domu, a pozniej pojechalismy do kosciola. Poniewaz kolejnego dnia mial byc tutejszy Dzien Matki, mamuski dostaly specjane blogoslawienstwo, a po mszy kazda wychodzaca matka (lub kobieta wygladajaca na matke :D) dostawala kwiatka. :)

Przynajmniej w tym roku wygladala zywo, bo w zeszlym trafila mi sie przywiedla :) 

Po powrocie chwile pognilam na kanapie, ale potem juz musialam zabrac sie za tort. Jak napisalam wyzej, mimo tylu godzin w chlodzie, kremy nadal nie stezaly; nie mam juz na nie sposobu... :/ Tort jednak zrobilam i choc nie wyszedl tak "artystyczny" jak ten Kokusiowy z grudnia, to i tak jestem w miare zadowolona z efektu.

Kiedy wyjelam go rano z lodowki, przerazilam sie, ze brzoskwinie zaczely gnic, po czym olsnilo mnie, ze to przeciez czekolada! :D

W niedziele byl wlasnie tutejszy Dzien Matki, ktory przypada zawsze w druga niedziele maja. W tym roku jakims cudem Potworki zapamietaly. Nik nasmarowal mi laurke z zyczeniami, a Bi zrobila na szydelku pokrowiec na okulary i ogrzewacze na kubek.

Nik musial rysunkiem koniecznie podkreslic, ze jest juz ode mnie wyzszy :D 

Za bardzo swietowac niestety nie moglam, bo na 14 mieli przyjechac goscie na urodziny Starszej. Tydzien wczesniej mnie nadal nie bylo, wiec trzeba bylo urzadzic je dopiero teraz. Moj tata jak zwykle mnie zirytowal, bo napisal ze ma problem z bezrobociem i przyjedzie troche wczesniej. Wie, ze przed imprezka, nawet taka mala, sporo jest jednak szykowania i sprzatania, ale nie. Nic sie nie liczy, tylko jego sprawy... Najgorsze jednak, ze dla mnie "troche" wczesniej oznacza 15-20 minut, a on przyjechal godzine wczesniej! Ja w kompletnym proszku, sprzatam jadalnie, nie przebrana i bez makijazu, a on sie tlumaczy, ze wyjechal wczesniej bo nie wiedzial ile mu zejdzie tankowanie auta! Tak, sraly muszki do pietruszki! Wiadomo, ze na stacji benzynowej nie spedza sie godziny. :/ W kazdym razie, zrobilam mu kawe i zajelam sie swoimi sprawami, bo tym razem sie mocno wkurzylam i stwierdzilam, ze nie rzuce wszystkiego bo tata ma takie widzimisie. :/ Dopiero kiedy skonczylam, siadlam z nim do kompa i razem zalatwilismy to, co mu sie nie udalo, a co bylo zwyczajna zmiana hasla. Dziadek cos tam stekal, ze probowal ustawic nowe ale mu nie wchodzilo, a mnie sie wydaje, ze po prostu nie chcialo mu sie pokombinowac. Ledwie skonczylismy, a przyjechala reszta gosci, w osobie chrzestnego oraz jego narzeczonej. Zjedlismy zakupione wczesniej przez M. sushi, chwile odsapnelismy przy rozmowie, a nastepnie przyszla pora zeby zaspiewac pannie Sto Lat i zeby mogla wreszcie zdmuchnac urodzinowe swieczki.

To juz prawdziwa mloda dama... 

Kiedy to 15 lat minelo, jeeeju... Mlodziez zaraz zmyla sie do swoich pokoi, ale czesc dorosla zostala przy stole i plotach. Poza moim tata, ktory kolejny raz pokazal ze ma za nic dobre wychowanie, bo powiedzial (nie poprosil - powiedzial) zebym wlaczyla mu mecz. Wiem, ze to zapalony kibic, a lecial Barcelona : Real Madryt, no ale jak jest sie w towarzystwie, to raczej nie wypada tak po prostu olac wszystkich i isc do drugiego pokoju na telewizje... Chrzestny z narzeczona pojechali krotko po 16, ale moj tata siedzial do konca meczu... :/ Kiedy pojechal, poszlismy z M. na spacer, a pozniej juz trzeba sie bylo szykowac na kolejny dzien. Nie dane mi bylo dluzej odsapnac po wyjezdzie i od poniedzialku jechalam na inspekcje. Plus taki, ze lokalnie, choc w miejscu oddalonym prawie godzine od mojego domu. Minus to, ze mialam ja z... szefem. :O To wiadomo, dodatkowy stres, bo na bank przygladal sie jak sie zachowuje i sobie radze i wyciagal wnioski...

Poniedzialek zaczelam wczesnie. Nie zawiozlam Potworkow do szkol, bo nie bylam pewna ile zajmie mi dojazd. Z szefem umowilam sie na 9, ale musialam zajechac jeszcze do biura i wymienic auto na sluzbowe. Od biedy moglam jechac swoim, ale i tak przejezdzalabym obok biura, a ceny paliwa tak podskoczyly w ciagu ostatniego miesiaca, ze stwierdzilam ze choc troche zaoszczedze. Niestety, tego dnia musialam jeszcze wbiec na gore do biura i zabrac rzeczy na inspekcje, co zajelo mi dodatkowe cenne minuty. Wymiana samochodow to tez nielatwa sprawa, bo parking jest w podziemnym garazu, gdzie jest bardzo ciasno. Auto sluzbowe jest malutkie, wiec nim bez problemu sie tam obroce. Ale przy parkowaniu mojego SUV'a niezle sie upocilam, bo z jednej strony slupki, a naprzeciwko ktos postawil jeszcze wieksza "krowe", wiec nie mialam za bardzo mozliwosci wycofania, zeby sie lepiej ustawic. :/ Jakos zaparkowalam, przesiadlam sie w sluzbowy samochod, wlaczylam nawigacje i ruszylam. Nie patrzylam w sumie az tak na odleglosc, dopoki nie zjechalam z autostrady, myslac, ze powinnam pomalu dojezdzac. Spogladam na nawigacje, a tam... 16km! No to faktycznie "dojezdzalam". :/ Firma, ktora sprawdzalismy okazala sie bardzo uprzejma i zarezerwowala nam dwa miejsca na parkingu pod samym budynkiem, mimo ze teoretycznie nie bylo tam miejsca dla gosci. Byli tez ogolnie sympatyczni i starali sie pilnie wydawac nam dokumenty oraz odpowiadac na pytania. Niespodziewanie skonczylismy wczesniej, bo moj szef pracowal bez przerwy na lunch, az okolo 14 cos tam wspomnial ze ludzie siedzacy z nami moga przerwac kiedy chca, a na to pan wyciagnal urzadzenie i oznajmil, ze poziom cukru ma jeszcze w porzadku, wiec mozemy kontynuowac! Trzymalismy biednego cukrzyka kilka godzin bez przerwy na jedzenie czy picie! :O Szef natychmiast zarzadzil koniec na ten dzien, a ja oczywiscie nie mialam zamiaru protestowac. O tej porze udalo mi sie dojechac do biura, wymienic auto na wlasne i przejechac do domu bez wiekszych zatorow. W chalupie wreszcie zjadlam, bo nie jadlam nic caly dzien, opowiedzialam o wrazeniach, a potem mozna bylo sie odmozdzyc przed tv. Pod wieczor jednak stwierdzilam, ze trzeba wykorzystac w miare ladna pogode (bylo 15 stopni) i zazyc troche ruchu oraz swiezego powietrza. Pomaszerowalam na spacer, a M. oczywiscie ze mna. Mlodziez wolala zostac; Bi byla zmeczona po treningu lekkoatletyki, a Nik siedzial w lazience. Kiedy wrocilismy, akurat przyszedl czas zeby zawiezc kawalera na jego trening. Tradycyjnie, malzonek go zawiozl, a ja odebralam.

We wtorek ranek identycznie, czyli do biura, wymienic auta i na inspekcje. Tam caly dzien sprawdzania papierow, choc tym razem osoby pomagajace w inspekcji juz same pilnowaly zeby zrobic odpowiednio przerwy. A i ja zobaczylam dzien wczesniej kuchnie z zaparzaczem na kapsulki, wiec wzielam ze soba kubek oraz kawe i napilam sie swiezej i goracej, a nie zrobionej rano i wlanej do termosu. ;) Tym razem niestety siedzielismy juz do oporu i skonczylismy prawie o 16, choc trzymalam sie tego, ze szef wspomnial iz kolejnego dnia powinnismy skonczyc. Zla bylam tylko, bo tego dnia Bi miala ostatnie zawody lekkoatletyki. Przez glupi wyjazd ominely mnie wszysciutkie, poza tym jednym. Odbywaly sie co prawda w sasiedniej miejscowosci, ale ze mieszkamy prawie na granicy z nia, wiec dojazd to zawrotne kilka minut dluzej niz do domu. Zawzielam sie wiec, ze pojade, chocbym miala dojechac na ostatnie kilkanascie minut. Okazalo sie, ze niepotrzebnie sie martwilam, bo dojechalam o 17:30, a kwitlam tam prawie do 20. Pechowo, praktycznie wszystkie konkurencje Bi, czyli wyscig oraz skoki o tyczce (a to na nich mi najbardziej zalezalo) miala na poczatku zawodow. Ja zalapalam sie tylko na ostatni sprint na 200m. Stwierdzam, ze zawody w lekkoatletyce, w porownaniu z plywackimi, to straszny chaos. Duzo wiecej zawodnikow, dziewczyny i chlopaki, mnostwo konkurencji, a w kazdej kilka grup. Prowadzacy czasem oglaszali jakie zawody sie odbeda, a czasem nie. Wyscigi, w zaleznosci od dystansu, zaczynaly sie z jednej lub drugiej strony biezni. Nie moglam ogarnac co, gdzie i jak. Dobrze, ze w ktoryms momencie udalo mi sie dowolac Bi, ktora siedziala w miejscu niedostepnym dla rodzicow i wtedy panna mnie uswiadomila, ze zostal jej juz tylko jeden wyscig. Nie mam pojecia, ktore zajela miejsce, bo ona sama nie sprawdzila, a bylo kilka grup, wiec liczyl sie czas, a nie miejsce zajete w swojej, ale przyznaje, ze sprint ma niezly.

 

Bi piata od lewej

Choc kolejny raz zastanawia mnie jej rozsadek co do ubioru. Wiadomo, w biegu najwazniejsza jest aerodynamika. Wiekszosc dziewczyn miala spodenki i to najczesciej gladko przylegajace do ciala. A moja corka? Ona zalozyla... spodniczke! Taka sportowa, ale to jednak cos majtajace sie na biodrach. Wszystko mi opadlo, bo Bi ogolnie nie jest fanka spodniczek i sukienek, zazwyczaj nosi spodenki, a jak przyszly zawody, to ona zaklada spodniczke! W kazdym razie, jej wyscig byl jednym z ostatnich zawodow, ale pozniej sie panny dowolac nie moglam, a jak w koncu mnie zauwazyla i przyszla, to spuscila nos na kwinte, bo ona chce z kolezankami siedziec. Powiedzialam, ze albo jedzie ze mna, albo zostaje do konca i wraca autobusem do szkoly, a stamtad ktos ja odbierze. Poniewaz zapowiadalo sie kolejne pol godziny zawodow, Bi laskawie pojechala ze mna do domu. I tak bylam kompletnie padnieta po takim calym dniu, nie mowiac juz ze zdychalam z glodu, bo przez caly dzien zjadlam tylko troche precelkow z humusem. W miedzyczasie M. zawiozl syna na trening, ale na szczescie tez po niego pojechal, bo Mlodszy napisal ze skonczyli jak akurat sie przebralam i zdazylam usiasc. 

Sroda miala byc ostatnim dniem inspekcji, ale... nie byla. :/ Co chwila czegos brakowalo, na cos musielismy czekac, a w dodatku przegladanie wszystkiego tyle trwalo, ze zrobila sie 15:30 i szef spytal czy chce to ciagnac i wtedy moooze skonczymy gdzies po 17, ale nie jest pewnien. Oboje zgodnie wiec uznalismy, ze lepiej wrocic kolejnego dnia z nadzieja, ze zwiniemy sie w miare wczesnie. Nie bylo mi to do konca wsmak bo na czwartek zapowiadli calodzienny, ulewny deszcz, ale wiedzialam ze jak sie uprzemy skoczyc w srode, mozemy tam rownie dobrze utknac do 18 albo dluzej... Zanim jednak szef przeprowadzil jeszcze ostatnia rozmowe na ten dzien, zanim sie spakowalismy, itd., jeszcze zajechac do biura wymienic auta i do domu wrocilam o 17:25. Przynajmniej tego dnia dzieci nie mialy zadnych zawodow, ani nawet treningow, wiec moglam sobie poleniuchowac spokojnie na kanapie. :) A, zapomnialam! Rano zawsze mam na telefonie powiadomienie z kamer, bo M. wyjezdza do pracy w nocy. Otwieram je wiec, zeby mi sie nie pokazywalo caly czas ze mam cos nowego. Tym razem jednak, poza filmikiem z M. wyjezdzajacym z garazu, pokazal sie jeszcze inny, z... kojotem.

Najpierw myslalam, ze komus uciekl wilczur, dopiero kiedy sie obrocil poznalam charakterystyczny pysk 

Niestety, prognozy na czwartek sie sprawdzily. Od rana naprzemian padalo i lalo. W taka paskudna pogode musialam popylac do biura, wymienic auta i pedzic na inspekcje. Okazalo sie, ze dobrze ze nie siedzielismy na sile poprzedniego dnia, bo skonczylismy wczesniej, ale nie tak wczesnie jak sie spodziewalam. Jeszcze na koniec dopadly nas problemy techniczne. Mielismy wydac oficjalna uwage, a to wymagalo jej wydrukowania. Oboje mielismy przenosne drukarki, tylko co z tego. W mojej przysechl tusz, wiec choc drukowala, zostawiala przerwy w druku. A kiedy szef podlaczyl swoja, program do pisania uwagi caly czas pokazywal jakies bledy. Czy logowalam sie ja, czy on, ciagle cos bylo nie tak. W koncu facet sie poddal i stwierdzil, ze trudno, pierwszy raz w karierze, uwagi nie wyda. :D Musielismy jeszcze przeprowadzic oficjalne spotkanie gdzie wyluszczylismy wszystkie znalezione bledy i "przewinienia" i moglismy jechac. Dzien wczesniej szef zapewnial, ze zamkniemy inspekcje najpozniej o 12. Coz, wyjechalismy juz po 13. Lalo jeszcze mocniej, ale okazalo sie, ze tylko tam. Im blizej bylam biura, tym padalo lzej. Kiedy dojezdzalam do domu, juz tylko kropilo. Dotarlam o 14:30, wiec mialam chwilke zeby dychnac zanim zjechala sie reszta rodziny. Pierwszy dojechal Nik, ktory niestety gdzies znow zlapal wirusisko i smarczal. Na basen wiec nie pojechal, bo wolalabym zeby sie nie doprawil. Zyskalismy wiec spokojny wieczor, na co nikt nie narzekal.

W piatek moglam popracowac z domu, z czego oczywiscie chetnie skorzystalam. Tym razem od rana pogoda byla piekna (choc nie goraca - tak okolo 17 stopni), wiec pouchylalam wszystkie okna i wietrzylam chalupe. Zawiozlam rano mlodziez do szkoly, przy czym Bi zdazyla mnie wkurzyc, bo przypomnialo jej sie, ze miala tego dnia oddac stroj do lekkoatletyki, ale zapomniala dac mi go do prania! No sorki; ja myslalam ze stroj zostaje dla niej, ale okazuje sie ze nie... A ostatecznie i tak panna zapomniala torby (kiedys zapomni glowy...), wiec stroj zostal w domu i szybko wrzucilam go do pralki. ;) Zwierzyniec doprowadzal mnie do bialej goraczki, bo obie lazily w ta i spowrotem. Kot to pol biedy, bo nadal ma klapke w siatce, wiec uchylilam drzwi i wlazila kiedy chciala. Maya jednak, co sie ruszylam, to biegla do drzwi. Wypuszczalam, po czym za jakis czas podchodze, a ona juz stoi zeby ja wpuscic. Wchodzila do domu, ale pol godziny pozniej znow leci do drzwi, bo ponownie chce wyjsc! Tymczasem ja mialam intensywny dzien w pracy, choc wirtualnej. Juz rano szef wyslal mi maila z lista sekcji, krote mam napisac do raportu z naszej inspekcji. Taka ze mnie doopa, ze zaczelam pisac, meczylam sie dwie godziny bo tez i motywacji mi brakowalo, az patrze co jeszcze mam napisac... patrze... A tej sekcji w ogole szef nie zaznaczyl, czyli nie musialam jej pisac! :O Wyslalam mu ja pozniej tak czy siak, bo ktos to napisac musial, a skoro juz mialam to moze akurat szefowi sie przyda do reszty. Ale wkurzylam sie sama na siebie, bo sie nameczylam, a potem musialam pisac juz wlasciwe rozdzialy.

Kiedy byla w domu, w pracy towarzyszyla mi Oreo. Z bezpiecznej odleglosci oczywiscie, bo jeszcze naszlaby mnie ochota ja poglaskac... :D 

Oprocz tego, dostalam wiadomosc od babki z dzialu podrozy, ze potrzebuje rachunek za oplate za walizke, bo bez niego nie moze zatwierdzic moich wydatkow z minionego wyjazdu. Cale szczescie, ze moja kolezanka, ktora jest duzo bardziej ogarnieta, poprosila o owy rachunek na lotnisku, a wtedy i mnie olsnilo, ze ja rozniez go potrzebuje! Teraz jednak odpisalam kobiecie, ze musze go zeskanowac, wiec zrobie to w poniedzialek w biurze. Caly czas mi to jednak siedzialo z tylu glowy, bo kilka dni wczesniej dostalam juz maila, ze zalegam z platnoscia na sluzbowej karcie, wiec ludzie od podrozy musza to jak najszybciej uregulowac. W koncu mnie olsnilo, ze przeciez mam telefon, wiec moge zrobic zdjecia i wyslac je mailem. Witamy w XXI wieku. ;) Wyslalam i godzine pozniej dostalam maila, ze babka zatwierdzila moj kosztorys. :) Niestety, musialam tez rezerwowac hotel na kolejny wyjazd. Jade znow na inspekcje w okolice Bostonu, wiec musialam gdzies sie zatrzymac. Niestety, pewnie przez bliskosc dlugiego weekendu, wybor mialam mocno ograniczony i przekroczylam dozwolony budzet. Nie wiem czy ludzie z dzialu podrozy mi to zatwierdza, ale nie dowiem sie dopoki nie wysle im rezerwacji, tej zas nie moge wyslac bez oficjalnego formularza podpisanego przez szefa. To kolejna rzecz, ktora musialam wypisac i wyslac, ale zrobilo sie pozne popoludnie i szef juz nie odpisal. A jeszcze przy rezerwacji tez co chwila wyskakiwal mi jakis blad, problem z serwerem, strona sie zawieszala i juz myslalam ze zanim uda mi sie cos z tym zrobic, we wszystkich okolicznych hotelach znikna wolne pokoje. ;) Ostatecznie, mimo pracy zdalnej, mialam dzien nerwowki. Kiedy w koncu moglam zatrzasnac laptoka, zgarnelam potomstwo i pojechalismy na zakupy. Niestety, mieszkamy w takim miejscu, ze jest tylko jeden wyjazd z osiedla, a z niego mozemy jechac jedynie w prawo albo w lewo. Chwile wczesniej slyszalam syreny i oczywiscie - kiedy wyjezdzalismy, droga po lewej stronie (gdzie mialam jechac) byla zablokowana przez policje. Z daleka bylo widac, ze cos mocno dymi, wiec wiedzielismy ze gdzies jest pozar. Musielismy jechac w prawo, gdzie przy wyjezdzie na glowna droge znow stala policja i zatrzymywala auta, informujac ze nie ma przejazdu. My zas musielismy jechac okrezna droga, przez centrum miejscowosci i nadlozylismy prawie drugie tyle. Po zrobieniu zakupow, stwierdzilismy ze droga moze byc nadal zamknieta, wiec lepiej jeszcze gdzies podjechac. Zabralam wiec Potworki na bubble tea, z racji, ze w sobote sie nie udalo. Jeszcze, jak na zlosc, przyszlismy akurat po wiekszej grupie, wiec czekalismy na nasze herbatki duzo dluzej niz normalnie. Moze to zreszta dobrze, bo kiedy wracalismy do domu, droge juz otworzyli, ale policja i straz nadal staly na poboczu. Przynajmniej moglismy spojrzec na pozar, ktory okazal sie na szczesnie nie w domu, tylko w kontenerze na smieci stojacym przy nim, bo jest remontowany. Nie mam pojecia co tam wrzucono, bo dzien wczesniej lalo, wiec nic sie nie mialo prawa zapalic ot tak. W kazdym razie, dojechalismy, rozpakowalismy zakupy i zrobil sie juz wlasciwie wieczor. Kokusia niestety rozklada coraz mocniej. Mam nadzieje, ze przez weekend zdazy sie wykurowac. Najlepsze, ze tak to narzekal ze zle sie czuje, ze cieknie mu ciagle z nosa, ale kolega zaprosil go na nocowanie i byl chetny jechac! :O I bardzo sie zdziwil, kiedy powiedzialam, ze mowy nie ma, bo po pierwsze, nie chce zeby zarazal innych, a po drugie, chce zeby sie porzadnie wyspal i wypoczal. 

Milego weekendu!