piątek, 8 maja 2026

Wreszcie do domu!

Ale nie od razu!

Za dobrze by mi bylo. :D

Sobota, 2 maja byla oczywiscie jednym z dwoch najwazniejszych dni w roku. Moje pierwsze dziecko, moja jedyna coreczka, konczyla 15 lat! Te z Was, ktore sa ze mna od dluzszego czasu, pewnie same nie moga w to uwierzyc. ;) Strasznie smutno mi bylo ze nie ma mnie w domu w ten dzien, ale moglam tylko ze zlosci pozgrzytac zebami. :( Zadzwonilam oczywiscie do panienki z zyczeniami, przy czym okazalo sie, ze akurat na urodziny dorobila sie przeziebienia i byla w srednim humorze. ;)

Sto Lat! :) 

Z prezentow (dostarczonych przez niezawodnego Amazona) sie oczywiscie ucieszyla. Niestety, mimo ze namawialam M. zeby kupil babeczke lub maly torcik i zeby zaspiewali jej z Kokusiem Sto Lat (ja tez moglam sie polaczyc przez WhatsAppa), to nie. :/ Pojechal po kwiatka i czekoladki, chociaz tyle. Niestety, pierwsza doniczke z chwastem... rozbil na parkingu. Szedl i tak podziwial zakup, ze uderzyl lokciem w slupek i kwiatek upuscil. :D

Byla sobie doniczka... 

Moja sobota okazala sie nudna i deszczowa. Lalo calutki dzien. Temperatury tez nie rozpieszczaly jak na Poludniowa Karoline, bo bylo okolo 15 stopni. Przez 4 tygodnie tylko czasem pokropilo, a akurat na ostatni weekend tutaj, musialo sie rozpadac na calego. No nic. Uznalam, ze taka pogoda to znak, ze trzeba sie pouczyc do egzaminu. :D Wstalam pozno, bo wiadomo, weekend, pozniej leniwie sie zbieralam, polazlam do drugiego budynku po kawe, ale okazalo sie, ze w maszynie nie ma kubkow... Zmuszona bylam zrobic w niezawodnym Keurigu, choc zostaly mi juz tylko 3 kubeczki, wiec balam sie, ze nie starczy mi ich do wyjazdu. W poludnie, w ulewe, poczlapalam do jadalni na lunch, a kiedy wrocilam, wstawilam pranie i grzecznie wzielam sie za nauke.

Ksiazka miala 180 stron, ale wiekszosc to wlasnie zdjecia slajdow 

Szlo mi zreszta calkiem niezle, ale tylko tak do 16:30. Pozniej juz mozgownica mi wysiadla. Trzy razy czytalam strone i nie pamietalam ani slowa. Na sile dokonczylam pierwsza ksiazke, ale druga zostawilam juz sobie na inny dzien... Zadzwonilam do M. ktory dziwil sie, ze caly dzien sie nie kontaktuje, oraz do taty, ktory myslal ze stolowke mam w tym samym budynku. Taaa... Fajnie by bylo. Niestety, o 18 czekal mnie marsz w mzawke na kolacje. Kiedy z niej wyszlam, okazalo sie, ze przestalo padac, wiec kiedy wrocilam do pokoju, stwierdzilam, ze moze milo jednak byloby wyjsc troche na swieze powietrze. Nadal bylo chlodno, a jeszcze zerwal sie wiatr, przez ktory wydawalo sie jeszcze zimniej, wiec na dlugi spacer nie mialam ochoty. Przeszlam sie jednak do sklepiku, zeby kupic wszystkim pamiatki. Wyslalam rodzinie wczesniej zdjecia asortymentu i kazdy wybral po koszulce.

Kupilam tez kupe innych pierdolek w prawie wszystkich odwiedzonych przeze mnie miejscach

Tzn. dzieciaki po jednej (plus Nik breloczek aligator :D), a M. trzy. Poki co, nie kupilam nic dla siebie. 

W nocy temperatura spadla do 9 stopni i moj pokoj solidnie sie schlodzil. Dobrze, ze przezornie rozlozylam troche narzute, wiec bylo mi w miare cieplo. Tutaj nie daja nawet koldry, tylko "kocyk", ale taki bawelniany i cieniutki prawie jak przescieradlo. :/ W kazdym razie, niedziele ponownie zaczelam pozniej, a kiedy w koncu wstalam i sie ogarnelam, znow podjelam probe zdobycia kawy w drugim budynku. Dzien wczesniej pani na recepcji powiedziala mi, ze ktos od maszyny powinien przyjechac tego dnia. No coz... nie przyjechal, bo w niedziele nadal nie bylo kubkow. Wrocilam jak niepyszna i znow musialam zaparzyc z kapsulki. Kiedy wrocilam, w korytarzu wpadlam na kolege, ktory probowal sie dowiedziec, w ktorym pokoju mieszka jeszcze inny, bo ponoc ten ma jego telefon i on zostal bez kontaktu z kimkolwiek. Tak to jest jak sie razem pije. :D Pozwolilam mu zadzwonic z wlasnego telefonu i kolege obudzil, bo coz, o 10 rano, wiele osob odsypialo jeszcze wieczorne lazenie po barach. ;) Dla mojej malej grupki, nagle wpadla propozycja wycieczki. Nie moglismy sie zdecydowac gdzie chcemy jechac, az nasz "rodzynek", jedyny chlopak, napisal ze wybiera sie do rezerwatu przyrody - Cypress Garden i czy chcemy do niego dolaczyc. Czyli w sumie zdecydowal za nas, ale przynajmniej mielismy jakis cel. Poniewaz jednak mial jeszcze cos do zalatwienia, pojechalismy dopiero o 12:30. Udalo nam sie wiec zjesc normalnie lunch i cale szczescie, bo wrocilismy dopiero na kolacje. Miejsce okazalo sie ladne, choc przeznaczone glownie dla rodzin. Mieli ogromny plac zabaw i plac wodny, a wiekszosc sciezek byla wyasfaltowana, z kilkoma laczacymi sie trasami, wiec mozna bylo przejsc albo male koleczko, albo obejsc je wszystkie. Wejscie bylo zaskakujaco tanie - $10. Z ciekawostek, krecono tu kilka filmow, m.in. "Pamietnik" oraz "Patriote". Miejsce to bylo niby rezerwatem przyrody, ale teren poza czescia "bagienna" przypominal miniaturowe zoo. Byla motylarnia, ale malutka i nieco rozczarowujaca.

Motylarnia bez motyli, ale za to z sadzawka i zolwiami :) 

W wiekszej, do ktorejs kiedys pojechalam, wszedzie byly pokrojone owoce, zeby slodycz zwabiala owady na dol. Tutaj byly specjalne miseczki oraz poidla, ale... puste. Przez to, wszystkie motyle lataly wysoko pod sufitem.

Za to wszedze biegaly male jaszczurki, ktore sie pewnie owymi motylami zywily ;) 

Byl tez pawilon ze spora iloscia akwariow oraz terrariow. O ile ryby mieli glownie z lokalnych gatunkow, o tyle gady i plazy byly juz z calego swiata. Chociaz znalazly sie tez hamerykanckie okazy, jak grzechotnik, czy jeden z gatunkow zmiji.

Grzechotnik

Na zewnatrz, przy ogrodzonym stawie, leniwie wylegiwaly sie dwa ogromne aligatory. Jeden mial spokojnie ze 3m dlugosci, a drugi byl niewiele mniejszy.

Na taka gadzine na wolnosci, wolalabym sie nie natknac 

Nie wiem dlaczego akurat te dwa byly zamkniete, kiedy naokolo mielismy pelno mokradel oraz bagien. Podziwialismy tez ogromne zolwie oraz pawia, ktory rozkladal ogon i "tanczyl", choc jego przyjaciolka miala go zupelnie w nosie. ;)

Nie pamietam jaki to gatunek. Policzylismy, ze mialy okolo 20 lat i skorupe dlugosci mniej wiecej 40cm

Pan paw 

Glowna atrakcja tego miejsca bylo przeplyniecie kawalka bagien lodka, samemu lub z przewodnikiem.

Lodki plyna po moczarach

Kiedy wjezdzalismy, juz w budce pani poinformowala nas, ze wszystkie lodki sa zarezerwowane az do zamkniecia, wiec stwierdzilismy ze przejdziemy sie kilkoma z ich szlakow spacerowych. Sciezka fajna, dobrze utrzymana i co chwila to z jednej, to z drugiej strony mokradla.

Lepiej tam nie zabladzic...

Przeszlismy tez przez najprawdziwszy bambusowy lasek

Znaki ostrzegawcze pokazywalay zeby uwazac na aligatory, ale my zadnego nie zobaczylismy praktycznie do konca, gdzie prawie przy brzegu plywal sobie maluch. :)

Dobrze zakamuflowany... kto go znajdzie? ;) 

Mielismy swietna pogode do takiego lazenia. Bylo 21 stopni i chlodny wiatr, wiec w sloncu bylo goraco, ale sciezki byly zacienione, wiec mimo dosc raznego marszu nawet sie nie spocilicmy. Jedna z dziewczyn nie chciala odpuscic i kiedy spacerowalismy, wpisala sie w kolejke po lodke. Byla 37 z kolei, a do zamkniecia zostalo 1.5 godziny, wiec stwierdzilismy, ze w zyciu sie nie zalapiemy. A tu niespodzianka, bo doslownie 5 minut przed zamknieciem przystani (45 min. wczesniej niz calego rezerwatu) udalo nam sie dorwac lodke! Mielismy szczescie, bo mniejszych nie bylo, ale mieli jedna wielka, ktora zwykle uzywaja przewodnicy. Poniewaz byla nas jednak piatka, a wiec wystarczajaco do wioslowania, pozwolili nam nia poplynac. Przezycie bylo niezwykle, bo mimo ze obok ludzie chodzili sciezka, to na srodku bagna bylo jednak ciszej. Szlak plyniecia oznaczony byl strzalkami i okazalo sie, ze lepiej jest sie go trzymac, bo kiedy (jako niewprawni wioslarze) z niego zboczylismy, zaraz wpadlismy na mielizne albo jakas klode.

Widzicie biale strzalki na drzewach? 

W ktoryms momencie utknelismy tak, ze zaczelam ze smiechem pytac kto na ochotnika wskoczy do wody i popchnie, ale jakos nikt nie chcial. :D Nie ma sie co dziwic, bo na szlaku szczescia nie mielismy, ale z wody udalo nam sie dojrzec poteznego aligatora, ktory postanowil sie powygrzewac na sciezce, kompletnie ja blokujac.

To sobie znalazl miejsce... 

Widzielismy dalej ludzi, ktorzy stali i czekali az gadzina sobie pojdzie, bo nie bylo go jak ominac; trzeba bylo cofnac sie ta sama droga, ktora sie przyszlo. Pozniej, widzielismy na malej wysepce kolejnego, a za moment utknelismy, bo wszyscy patrzyli na aligatora zamiast uwazac gdzie znosi nam lodke.

Ten byl ledwie widoczny, a tylko kilka metrow od nas 

Nie dziwota, ze nikt sie nie kwapil zeby wyskoczyc, nawet przy brzegu, i ja odepchnac. :D Do bazy wrocilismy bardzo zadowoleni z wycieczki i akurat zalapalismy sie na obiadokolacje. Po takim lazeniu wieczorem odpuscilam sobie juz moj zwyczajowy spacer i przesiedzialam go leniwie w fotelu.

Palmy o zachodzie slonca, podziwialam przez okno

Poniedzialek, wedlug grafiku, mial byc dniem wolnym, przeznaczonym na przygotowanie do egzaminu. W praktyce, organizatorzy przygotowali grupe "ekspertow", ktorzy mieli odpowiedziec na jakies nasze pytania. Ranek mialam wiec leniwy jak w weekend. Wyspalam sie, ponowilam probe dostania kawy w drugim budynku (kolejna porazka), po czym odgrzalam ta, ktora przezornie wzielam dzien wczesniej ze stolowki. Wyszlam tez na chwile na zewnatrz, zeby podelektowac sie sloncemi niczym jaszczurka. :)

Kawa w sloncu o poranku; zyc nie umierac

Pogadalam z siorka, pokrecilam sie i... mialam sie pouczyc drugiej ksiazki, ale zrobila sie pora lunchu. Spotkanie z ekspertami mialo byc o 12:15, wiec o 11:30 poszlam na lunch, a stamtad prosto do klasy. Najlepsze, ze rano na drzwiach wywiesilam karteczke zeby nie przeszkadzac, ale kiedy wyszlam, zdjelam ja, myslac, ze panie posprzataja. Taaa. Najwyrazniej, jak raz ominely twoj pokoj, to juz nie wracaja sprawdzic czy ktos wyszedl. ;) Cale to spotkanie z ekspertami okazalo sie bez sensu, bo nikt nie mial dla nich zadnych konkretnych pytan. Padaly wiec takie ogolne, np. co robic zeby sobie poradzic w pracy, co zrobic kiedy szef chce cie rzucic na gleboka wode, jak zmienic swoja grupe, itd. Cali ci "eksperci " tez nie mieli konkretnych odpowiedzi, tylko pierdzielili trzy po trzy. Mialam wrazenie, ze oni byli tam zeby poopowiadac o swoich doswiadczeniach w pracy, bo kazda odpowiedz nawiazywala do jakiegos tam wydarzenia, najczesciej majacego niewiele lub nic wspolnego z pytaniem. Liczylam na to, ze szybko skonczymy, ale niestety, trzymali nas do 14:30. Po powrocie do pokoju mialam kontynuowac nauke, ale kompletnie nie moglam sie skupic. Kilka razy odwieralam ksiazke, po czym ja zamykalam. W koncu tylko pozaznaczalam karteczkami rozdzialy zeby szybciej je znalezc i dalam sobie spokoj. Przeszlam sie do sklepiku zeby w koncu kupic i sobie jakies pamiatkowe koszulki.

Upominki dla samej siebie :)

Pozniej wrocilam i choc ksiazka z prawem patrzyla na mnie z wyrzutem, stwierdzilam ze pojde na spacer. Tym razem w koncu mialam szczescie i dorwalam naszego aligatora - rezydenta! :D

George albo Georgiana :D 

Wygrzewal sie na ladzie i to tuz za plotem, przy ktorym stalam! Po powrocie ze spaceru pogadalam oczywiscie z rodzina, poszlam na kolacje i w koncu wrocilam juz do pokoju na reszte wieczoru.

Wtorek niestety musialam juz zaczac wczesnie, bo choc egzamin mial sie zaczac o 8:30, to mielismy sie stawic w klasie juz o 8. Myslelismy, ze to przez to ze beda kolejny raz sprawdzac oprogramowanie do testu, tymczasem to zajelo nam raptem kilka minut i tym razem kazdemu otworzylo sie bez problemu. Reszte czasu sprawdzali czy kazdy siedzi na swoim miejscu (ktos zrobil zarys klasy i wpisal nasze imiona) i odczytywali zasady egzaminu. Okazalo sie, ze mieli go trzy wersje (ja dostalam B), a do tego nie wolno bylo miec na stole ani telefonow, ani tabletow, ani nawet czapki. Trzeba tez bylo zdjac elektroniczne zegarki. Zeby bylo smieszniej, wolno bylo korzystac z notatek oraz ksiazek, wiec nie mam pojecia skad takie surowe zasady, ale jedna z kobiet ostrzegla, ze zdarzylo jej sie kogos wyrzucic z klasy za sciaganie. Sciaganie! Serio, co za roznica czy znajde odpowiedz w notatkach, czy spytam Google? W kazdym razie, mielismy 100 pytan i 3 godziny. Dwie osoby wyszly chyba po pol godzinie. Pozniej co chwila slyszalam szuranie kolejnej osoby pakujacej swoje rzeczy. Siedzialam w pierwszej lawce, wiec co jakis czas odwracalam sie z panika, zeby zobaczyc ile nas jeszcze zostalo. Kiedy kolezanki i kolega z mojej malej grupki wyszli, a ja nadal mialam dwadziescia kilka pytan, kompletnie sie zalamalam. ;) Gdy jednak skonczylam, okazalo sie, ze na oko nadal w klasie zostala polowa grupy. Ogolnie wszyscy byli bardzo niezadowoleni. Mielismy kilka pytan, gdzie nikt nie pamietal zebysmy cos takiego przerabiali, a wiele innych bylo tak napisane, ze nawet po znalezieniu odpowiedniego miejsca w ksiazce, ciezko bylo odpowiedziec. Ogolnie, bylo moze 10-15 pytan, na ktore odpowiedzialam od razu i praktycznie bez zastanowienia, reszta to bylo szukanie w ksiazce, kilkukrotne czytanie pytania i skrobanie sie po glowie. Ciesze sie, ze (podobno) wyniki sa tylko dla organizatorow zeby ocenic sposob nauczania i nikt inny ich nie zobaczy. ;) Po ciezkim egzaminie mielismy "nagrode", bo tego dnia znowu przyjechal pojazd z lodem z sokiem, czyli shaved ice.

Pina Colada i limonkowy 

Pan rozdawal je za darmo, wiec jednego zjadlam od razu, pozniej poszlismy na lunch, a po nim wzielismy po kolejnym kubeczku. Rozpusta! :) Wrocilam na chwile do pokoju, pokrecilam sie, przebralam, po czym trzeba bylo wracac na ceremonie rozdania certyfikatow. Kazdemu po po kolei robili zdjecia przy odbiorze, a potem zrobilismy grupowe, ale narazie ich nie dostalam. Za to zrobilismy sobie fote naszej nierozlacznej czworki. :)

Dumni i bladzi :) 

Ceremonia miala potrwac do 15, ale na szczescie juz pol godziny wczesniej sie zwinelismy. Na popoludnie grupa najwiekszych imprezowiczow zorganizowala pozegnalna pizze oraz impreze w barze przy naszej bazie. Stwierdzilam, ze pojde wypic z nimi lampke wina, ale najpierw urzadzilam sobie spacer w sloncu i pod palmami.

Mozna by pomyslec, ze to tropikalne wakacje ;) 

Wiedzialam, ze bedzie mi brakowac tego ciepla, bo na mojej polnocy nadal trwa lagodna wiosna, a za to w Poludniowej Karolinie juz praktycznie lato pelna geba. Pozniej poszlam do tej bandy wariatow. Okazalo sie zreszta, ze na 40 osob, bylo nas okolo 26. Niektorzy podeszli tylko szybko sie pozegnac, kilka osob wolalo imprezowac w miescie we wlasnym towarzystwie, a dwie czy trzy polecialy do domu tego samego dnia.

Moja pierwsza i ostatnia lampka wina przy bazowym barze 

Wypilam lampke wina, zrobilismy pamiatkowe zdjecie, po czym poszlam na ostatnia kolacje w gronie mojej malej grupki.

Prawie 3/4 calej bandy 

Po niej jeszcze raz zaszlismy na impreze, gdzie robilo sie coraz glosniej i zaczely sie tance na stolach. :D Nie mialam ochoty na az takie hulanki, a obcy ludzie podchodzili i pytali z ktorej jestesmy agencji, wiec troche obciach, wobec czego szybko sie stamtad zmylam. :D

Dopiero ostatniego dnia uswiadomilam sobie, ze nie pokazalam Wam jak mieszkalam przez ten miesiac. To bylo miejsce, ktore zmuszona bylam nazywac "domem" :D 

Poszlam za to na jeszcze ostatni spacer o zachodzie slonca. Mimo ze daleko od domu i dlugo, mimo ze warunki takie a nie inne, to czego jak czego, ale poludniowego klimatu bedzie mi brakowac. Obeszlam jeszcze raz glowne trasy bazy, popstrykalam ostatnie zdjecia i trzeba bylo wracac do pokoju, skonczyc sie pakowac.

Zacumowane lodzie Strazy Przybrzeznej, w swietle zachodzacego slonca 

Wczesniej tylko zaczelam, ale teraz juz musialam wdusic do walizki wszystko, poza kosmetykami potrzebnymi na kolejny ranek. A! Tego dnia ominelo mnie kolejne rodzinne wydarzenie, mianowicie Nik mial wieczorem koncert.

Mama kolegi pstryknela chlopakom fote 

Jego ostatni w middle school, a mnie tam nie bylo! :( Malzonek mi oczywiscie troche nagral, ale to zupelnie nie to samo...

Trebacz :)

Sroda okazala sie koszmarna, choc zaczela zupelnie niewinnie. Wstalam normalnie, umylam sie, ubralam, skonczylam pakowac (na walizke musialam sie prawie polozyc zeby ja zamknac) po czym pomaszerowalam na ostatnie na bazie sniadanie.

Co jak co, ale sniadanie mozna sobie bylo urozmaicac 

O 7 rano bylo juz ponad 20 stopni, wiec kolejny raz wzdychalam, ze wracam na polnoc. Po sniadaniu wrocilam jeszcze do pokoju, upewnilam sie, ze nigdzie nic nie zostawilam i wytoczylam sie z waliza na korytarz. Zniesc to dziadostwo z jednych schodow, potem z drugich, pozniej wtaszczyc na polpietro, a nastepnie wyniesc z budynku i kolejnego dnia nie moglam ruszyc prawa reka. :/ Bus przyjechal na czas i pojechalismy na lotnisko. Poczatkowo mialam szczescie, bo busem jechalo ze mna jeszcze trzech chlopakow z grupy, a kolezanka z biura oraz kolega, ktory z nia pracuje, ale jest z innego biura, mieli zarezerwowane te same loty co ja.

Tu jeszcze nam humory dopisywaly :/ 

Pierwszy odbyl sie bez opoznien i bez problemow, a pozniej wszystko trafil jasny szlag. :( Mielismy 2.5 godziny oczekiwania w Waszyngtonie, wiec kupilismy na spolke pizze, pozniej poszlam po kawe, gadalismy i zartowalismy, wspominalismy wariactwo minionego miesiaca. Az... telefony wyswietlily zawiadomienia, ze nasz lot zostal... odwolany! Nie opozniony, tylko odwolany i czesc! Z powodu pogody, choc ta pokazywala... deszcz. Przeciez samoloty lataja zima, w duzo gorsza pogode! Po chwilowej konsternacji, ludzie rzucili sie do biurka obslugi, a my chwycilismy za telefony, bo rezerwacje mielismy zrobione przez specjalna agencje, wiec musielismy pierwsze co, to dzwonic do nich. Moja kolezanka miala szczescie i dodzwonila sie pierwsza, wiec udalo jej sie wcisnac na kolejny lot trzy godziny pozniej. Kiedy dodzwonilam sie ja, pan powiedzial mi ze niestety tamten lot jest juz pelny, ale jest kolejny, o 10 wieczorem, tylko ze on nie moze mi go zarezerwowac bez dodatkowych oplat, wiec musze zrobic to bezposrednio u obslugi. Super. Kolejka na pol terminalu. Kolega stanal tam wczesniej i po chwili przyszedl powiedziec, ze niestety, tamten lot jest pelny i zarezewowal na kolejny dzien, a na ten wpisal sie na liste oczekujacych. Porzucilam wiec kolejke i zadzwonilam kolejny raz do agencji, bo stwierdzilam, ze przeciez musi byc jeszcze jakis lot do naszego miasta, inna linia lotnicza. Byl, jeden, ale odlatywal za pol godziny, wiec odpadal. Tym razem trafilam na pania, ktora byla bardzo sympatyczna i starala sie pomoc. Niestety, wszystkie loty na ten dzien, ale tez na kolejny (!) byly juz pelne! W koncu wyszukala lot za dwie godziny, ale na lotnisko w innym Stanie, oddalone od naszego domu jakies 1.5 godziny. Kolejny lot znalazla do Bostonu, ale tam to juz ponad 2 godziny jazdy. Zadzwonilam do M. i na szczescie powiedzial ze przyjedzie. W ktoryms momencie biedak wspominal juz cos, ze przyjedzie po mnie do Waszyngtonu, ale to 6.5 godzin! :O Zaczelysmy wiec z kolezanka oczekiwanie, ale obie zastanawialysmy sie czy nasze kolejne loty sie odbeda. Kolega nadal chodzil od biurka do biurka i wisial na telefonie, probujac cos znalezc. Powiedzialam mu o moim locie, ale stwierdzil, ze zona po niego nie przyjedzie, a na Uber'a wydalby fortune. Zreszta, w miedzyczasie musialam jeszcze dzwonic do ludzi od podrozy z mojej pracy, bo agencja podrozy powiedziala, ze nie moze mi wydac biletu bo przekroczylam budzet i musza miec oficjalna autoryzacje. Czy Wy widzicie ta cholerna biurokracje?! Powiedzialam pani, ze zaplace roznice z wlasnej kieszeni, ale odpowiedziala, ze im nie wolno. Kiedy w koncu wszystko przeszlo, okazalo sie, ze chwycilam ostatnie miejsce w tamtym samolocie. W koncu musialam podejsc do nowej bramki, gdzie nerwowo patrzylam na licznik, pokazujacy ile jeszcze zostalo do wpuszczania pasazerow. W koncu otworzyli drzwi, ludzie zaczeli wchodzic, weszlo kilkanascie osob, a pracownik oglasza, ze musza na 5 minut przerwac! Najpierw pomyslalam, ze moze cos sie stalo komus z tych juz wpuszczonych pasazerow. Po chwili jednak ponownie wyszedl i oznajmil ze mamy wszyscy usiasc, bo samolot nie ma pozwolenia na ladowanie w miejscu docelowym i musimy czekac. Ludzie naokolo zaczeli gadac, ze to lotnisko jest malusienkie i przy byle troche gorszej pogodzie opozniaja lub odwoluja loty, co wcale nie wplynelo dobrze na moj humor... Wreszcie jednak nas wpuscili, wiec odetchnelam z ulga. Wszyscy wsiedli, kapitan oglosil ze za chwile beda nas odpychac od bramki i... czekamy, czekamy, czekamy... Po kilkunastu minutach kapitan ponownie sie polaczyl i oznajmil, ze niestety lotnisko docelowe ma z powodu pogody zatrzymane ladowania oraz starty, wiec utknelismy i za pol godziny powinnismy miec dalsze wiesci. Facet siedzacy obok mnie zaczal glosno gadac przez telefon, tlumaczac komus wsciekly co sie dzieje i ze na bank ten lot odwolaja. Wlasciwie zaczelam sie juz szykowac na szukanie hotelu, ale poki co nadal siedzialam w samolocie. W koncu jednak (niespodzianka!) pilot oglosil, ze mozemy leciec. Minelo jednak kolejne kilanascie minut zanim odepchneli nas od bramki, a w czasie kolowania samolot co chwila stawal na dluzsza chwile. Za kazdym razem serce stawalo mi w gardle, bo spodziewalam sie, ze zaraz oznajmia ze jednak lot sie nie odbedzie. W koncu, o cudzie, polecielismy, ale zamiast o 17:24, wystartowalismy prawie o 19. Lot byl krotki i tuz przed 20 wyladowalismy. Lotnisko docelowe okazalo sie naprawde maciupenkie. Mieli tylko jedna tasme na bagaze, a cala sala byla niewiele wieksza od mojego salonu. Przy calym zamieszaniu z lotami, o dziwo moja walizka doleciala razem ze mna. Odebralam ja i napisalam do M, ktory czekal w poblizu zeby podjechac. Wreszcie, po miesiacu zobaczylam malzonka na zywo! :) Wyruszylismy okolo 21 i o 22:30 w kooooncu bylam w domu! Nik juz spal, ale udalo mi sie przywidac z Bi. Maya jak zwykle pomerdala ogonem i poszla spac, za to Oreo probowala ode mnie zwiac. Pewnie pachnialam strasznie obco. :)

W miedzyczasie i kolejnego dnia, dochodzily relacje innych podrozujacych z naszej grupy. Kolega, z ktorym rozpoczelam podroz, byl oczekujacym na lot o 22, pozniej przesuneli go na 23:20, a nastepnie opoznili kolejny raz. Myslalam, ze zrezygnuje i przenocuje, ale okazalo sie, ze cierpliwie czekal, zaskakujaco dostal miejsce i polecial. Do domu dotarl o 2 nad ranem. Kolega z mojej najblizszej czworki mial podobne przygody do mojej. Pierwszy lot zaliczyl bez problemu, a kolejny opoznili, a nastepnie juz w samolocie czekali prawie 2 godziny na pozwolenie na ladowanie, bo gdzies po drodze przechodzily burze. Co ciekawe, lecial w zupelnie innym kierunku, bo do Kalifornii. Samolot innej dziewczyny juz przy starcie uderzyl w ptaka. Na szczescie nic powaznego sie nie stalo, ale oczywiscie start przerwano i nie wiem jak skonczyla sie ta historia. Jeszcze pare osob zglaszalo jakies problemy i opoznienia. Smialismy sie (przez lzy), ze to jakas klatwa wiszaca nad nasza grupa...

W czwartek wstalam mocno nieprzytomna i nie wiedzac co sie dzieje. Skoro wrocilam, to zawiozlam mlodziez do szkoly. Na szczescie moglam pracowac z domu, wiec z ulga wrocilam do chalupy. Niestety, przez miesiac nieobecnosci i caly dzien ciezkiej podrozy, bylam zupelnie oglupiala i nie moglam sie skupic. Mialam rozmowe z szefem, musialam tez sporzadzic raport wydatkow, ale poza tym zupelnie nie wiedzialam co mam ze soba zrobic. Staralam sie robic cos w miare produktywnego, ale przyznaje sie bez bicia, ze wychodzilo mi to srednio. Troche siedzialam w laptopie, troche sie rozpakowywalam. udalo mi sie tez wstawic pranie, wiec oficjalnie zmylam smrody "akademika". :D Potworki mialy tego dnia skrocone lekcje, wiec cieszylam sie, ze bede mogla spedzic z nimi troche wiecej czasu pierwszego dnia po powrocie. Oczywiscie rozmawiam z szefem, to najpierw dzwoni jakis spam. Chwile pozniej moja tata. A na koniec zaczyna wysylac sms'y oraz dzwonic Bi, zebym odebrala ja ze szkoly! Oszalec mozna. Dobrze ze po pierwszym telefonie wylaczylam glos, a kamere mialam wylaczona, wiec ukradkiem odpisalam ze mam rozmowe i przyjade jak skoncze. ;) Odebralam panne, a kiedy wracalysmy, dogonilysmy Kokusia, ktory akurat dojechal ze szkoly. Popoludnie mijalo szybko, mimo ze odpadlo mi wiezienie Bi na trening. Nadal byla "pociagajaca", wiec jej odpuscilam. Za to z Kokusiem musialam jechac na coroczny bilans. Oczywiscie obejrzeli go, osluchali, zajrzeli w oczy, uszy, itd.

Mierza dryblasa :) 

Niestety, juz kilka tygodni wczesniej, dostal ze szkoly kartke, ze sprawdzali dzieciakom kregoslupy i u Nika zauwazyli nierowne lopatki. Pani doktor obejrzala go pod takim katem, innym, pochylonego, prosto, siedzacego... Po czym oznajmila ze problemem nie jest kregoslup, tylko to, ze Mlodszy ma lewa noge nieco... krotsza od prawej! :O Podobno to sie zdarza w czasie intensywnego wzrostu, a on urosl w rok 10cm! Mamy wrocic za pol roku zeby zobaczyc czy roznica sie wyrownuje. Ogolnie to w mojej rodzinie skrzywienie kregoslupa jest dziedziczne; ja mam fatalna posture, moja babcia miala garba, moj tato sie wyraznie pochylil i garbi sie strasznie nawet moja mlodsza siostra, ktora cale zycie intensywnie wykonywala cwiczenia na kregoslup. Nie zdziwilabym sie wiec gdyby Nik tez mial skolioze, choc pani doktor zapewnia, ze narazie to nie tu lezy problem, tylko w tej nodze. W kazdym razie, aktualne dane techniczne:

Wzrost: 169cm (89 centyl) 

Waga: 54kg (75 centyl)

Stwierdzam, ze cale zycie mnie oklamywano, albo Kokusia zle zmierzono, bo zawsze myslalam, ze mam wlasnie 169cm wzrostu. Tymczasem, po mojej miesiecznej nieobecnosci, Nik jest juz ode mnie wyraznie wyzszy. Wyglada wiec, ze jednak musze miec najwyzej 168cm. ;) Reszta dnia minela na dalszym niedowierzaniu, ze jestem w domu, choc pomalu wkradala sie tez normalna codziennosc. Mlodszy mial trening, wiec M. go zawiozl, a ja odebralam. Pozniej malzonek poszedl spac, a ja jeszcze posiedzialam chwile na kompie.

Piatek to pobudka o tej samej porze, niestety nadal z lekkim otepieniem. Znow zawiozlam Potworki do szkol, tym razem juz na caly dzien. Staralam sie juz bardziej przylozyc do pracy, z roznym skutkiem. ;) Popoludnie bylo juz zalatane. Ledwie skonczylam oficjalnie prace, a ruszylam na zakupy. Zabral sie ze mna Nik oraz Bi, po ktora pojechal do szkoly M. Ledwie dojechalismy, przytaszczylismy do gory torby, a Nik musial pokroic i zapakowac brownies (ktore upiekl dzien wczesniej) i jechalismy pod lokalna pizzerie, gdzie chlopaki urzadzily sprzedaz wypiekow zeby zebrac pieniadze na fundacje sponsorujaca badania nad walka z rakiem.

Mlodszy i jego brownies 

Po powrocie zaproponowalam malzonkowi spacer. Przez ostatni miesiac nauczylam sie regularnie lazic i jakos tak nogi same chcialy maszerowac. Na szczescie M. na to jak na lato. Tak jak podejrzewalam, brakuje mi poludniowego ciepla. Tam, nawet w najchlodniejsze dni, bylo 18-20 stopni (poza ostatnia deszczowa sobota), a tu mielismy 15 stopni i powietrze bylo odczuwalnie bardziej "ostre". Przeszlam sie pozniej jeszcze po ogrodzie, gdzie z zaskoczeniem odkrylam, ze moj bez zakwitl! 

Co roku licze na pelen rozkwit i co roku sie rozczarowuje

Co prawda bardzo skromnie, ale ze przez ostatnie 3 sezony nie wypuscil ani jednego kwiatka, to i tak sukces! Ledwie wrocilismy, a po chwili trzeba bylo syna odebrac.

Zbieraja to, co zostalo 

Troche byl rozczarowany, bo sprzedal tylko jeden kawalek ze swojego wypieku, ale pocieszalam ze po pierwsze, wiecej dla nas, a po drugie, ludzie nie wiedza co stracili. ;)

Dostali po koszulce

Tak zakonczyl sie kolejny tydzien, a takze moj miesieczny wyjazd. Bylam, przezylam, choc z pozytywow moge wyliczyc tylko brak sprzatania oraz pogode. A teraz wracamy juz do normalnego nadawania. :)

sobota, 2 maja 2026

15-nastka Bi

Nie moge uwierzyc, ze moje pierwsze dziecko ma juz 15 lat! Jak, kiedy?! To niemozliwe... Za ledwie 3 lata bedzie pelnoletnia...

Im Potworki sa starsze, tym ciezej mi klecic te coroczne podsumowania. W tym roku, przez ten cholerny wyjazd, przypomnialam sobie o nim dopiero w dniu urodzin panny i juz-juz mialam odpuscic, ale stwierdzilam, ze moze jeszcze to pociagne. Mimo ze zmiany sa minimalne (jesli w ogole), ale zawsze to pamiatka, a lubie wracac do tych starych wpisow.

Fizycznie oczywiscie juz sie nie zmienia. Wzrost ten sam, waga chyba z grubsza tez, choc na pewno dowiemy sie dopiero po bilansie. Panna wazyc sie nie chce, chyba w obawie ze zobaczy cos, czego by nie chciala. :D Po bilansie dodam konkretne cyfry. Cera jak to u nastolatki - raz lepsza, raz gorsza. Czasem Bi sama przyznaje, ze odpuscila regularna pielegnacja i ja wysypalo, a czasem po prostu nadchodza "te" dni w miesiacu i co by nie robila, pryszcze sie pojawiaja.

Ogromna zmiana w minionym roku bylo oczywiscie przejscie do high school. Na szczescie u nas odbywa sie ono plynnie i naturanie, bez zadnych stresujacych egzaminow. Mieszkamy w malej miejscowosci, wiec mamy tylko jedno middle school, z ktorego wszystkie dzieciaki przechodza po prostu do jedynego high school. ;) Przyznaje sie, ze obawialam sie tej zmiany, bo mialam w pamieci jak ciezko Bi zniosla przejscie do "gimbazy". High school to juz zupelnie inny swiat, bo lekcje ma sie dobierane do poziomu i nie dosc ze kazda ma sie z innymi ludzmi (wiec albo trafi sie na kogos znajomego, albo nie), to jeszcze w klasie jest przekroj wszystkich czterech rocznikow. Tym razem jednak Bi mnie pozytywnie zaskoczyla, bo weszla w ten swiat szturmem i od poczatku roku szkole uwielbia. Jak to Starsza, uczy sie pilnie i zawziecie poprawia nawet B. Musi miec same A i koniec. :D Nie jest to zas taka prosta sprawa, bowiem wiekszosc przedmiotow bierze w trybie rozszerzonym. Nawet matematyke zamienila na rozszerzona i choc bylam sceptyczna (bo pamietam porazke z VII klasy), to jednak dziewcze sobie radzi.

Co do sportu, to jednak (po mnie) to raczej leniuszek. Na poczatku roku szkolnego plywala w szkolnym zespole, ale choc na poczatku byla zachwycona, zapal pomalu sie wytracal i na koniec juz ciezko wzdychala na mysl o treningach. Nie bylo marudzenia chyba tylko dlatego, ze jechala na nie od razu po szkole i pewnie glupio jej bylo przed kolezankami. ;) Kiedy sezon szkolny sie skonczyl, wrocila na zwykla, rekreacyjna druzyne i marudzenie zaczelo sie od nowa, choc na propozycje wypisania odpowiadala przeczaco. Zima, ku mojemu zaskoczeniu, jezdzila ze szkolna grupa na narty i bardzo sobie chwalila. A teraz, wiosna, sama poprosila zeby ja zapisac do szkolnego zespolu lekkoatletyki, gdzie zupelnie mnie zaskoczyla, twierdzac ze najbardziej lubi skok o tyczce. :O 

Za to od kolejnego roku rezygnuje ze skrzypiec. Twierdzi, ze gdyby nie potrzebowala zarobienia kredytu "artstycznego" w szkole, w high school juz by nie grala. Szkoda mi bardzo, bo na tym etapie, mlodziez brzmi juz praktycznie jak profesjonalna orkiestra, ale coz. Nie moja decyzja, a w dodatku wiem, ze szkola srednia ma do zaoferowania taka ilosc ciekawych przedmiotow, ze nie da sie zaliczyc wszystkich. Z czegos trzeba zrezygnowac, a brak prob orkiestry otwiera dla Panny mozliwosc wziecia czegos bardziej fascynujacego, lub przydatnego w przyszlosci.

Ostatnio wrocila do szydelka, a raczej do drutow. Cierpliwie dzierga sobie azurowy sweterek. W sumie teraz moze juz skonczyla, bo kiedy wyjezdzalam, brakowalo jej tylko jednego rekawa. ;) Na urodziny zazyczyla sobie kolejne motki wloczki, wiec jakies projekty nadal sie tworza. ;)

Panna (jak wiekszosc hamerykanckich dzieciakow) czeka juz z niecierpliwoscia na kolejna urodziny. Zgodnie z tutejszymi przepisami, po ukonczeniu 16 lat, mlodziez moze robic prawo jazdy. Bi az przebiera nozkami na sama mysl. Ciekawe tylko kto jej da poprowadzic wlasny samochod? :D

To jednak dopiero za rok, a tymczasem...

Wszystkiego Najlepszego, corciu, z okazji 15-tych Urodzin!!! :)

Niestety, jestem na wyjezdzie, a M. nie zrobil pannie tradycyjnego dmuchania swieczek w dzien urodzin, choc mu przypominalam, ech...

Czwaaarty tydzien "zsylki"

Sobota, 25 kwietnia, to byl moj dzien relaksu. Budzik nastawilam na 10, ale ostatecznie sama obudzilam sie o 9:30. Umylam sie, pokrecilam po pokoju, poczytalam ksiazke, pomaszerowalam zaparzyc sobie kawe, a w poludnie poszlam na lunch. W jadalni krecily sie tylko jakies niedobitki z naszej grupy, bo czesc pojechala znowu na miasto, a inni odsypiali piatkowe imprezy. Ktos gdzies slyszal, ze ktoras grupka wrocila o 3 nad ranem. :O Po lunchu wrocilam do pokoju i z niechecia zabralam torbe z rzeczami do prania. Na szczescie, juz kolejny raz sie przekonalam, ze sobota to swietny dzien na pranie, bo wiekszosc ludu sie rozjezdza po roznorakich atrakcjach i pralki sa wolne.

Dobrze, ze mamy jeszcze druga pralnie, gdzie jest chyba z 10 pralek i suszarek, bo inaczej o te 3 bylaby niezla walka ;)

Bez problemu wiec wstawilam, a pozniej przelozylam rzeczy do suszarki. Dopiero kiedy przyszlam zeby je zabrac, zapomnialam przyniesc torbe, wiec musialam poczlapac do pokoju i przyjsc kolejny raz. ;) Pozniej stwierdzilam, ze trzeba sie przejsc. Caly dzien sie chmurzylo i wygladalo jakby miala przejsc burza, ale kiedy wyszlam, oczywiscie zrobilo sie slonecznie i znow przeklinalam w myslach, ze nie posmarowalam sie kremem ochronnym. Doszlam az do sadzawki z aligatorem (ktorego oczywiscie nie uswiadczylam), po czym wrocilam do "akademika". Znow klaplam, zadzwonil M., z ktorym gadalam prawie godzine i zrobila sie pora kolacji. Pozniej prysznic i juz siedzenie w pokoju, bo nawet gdybym chciala, w pizamie nigdzie sie nie rusze. ;) Tak to wygladaja dni wolne tutaj. Smigaja niewiadomo kiedy.

Na niedziele mialam juz plany, ale na szczescie popoludniowe. Moglam sie wiec wyspac, na spokojnie wyszykowac, a takze pojsc do sasiedniego budynku po kawe. Maja ja tam z maszyny, ale jest naprawde smaczna. Tyle ze tego dnia cos sie zacielo i nie opadla poleczka, na ktora wpada kubek, ktory zawisl w poprzek. Maszyna wyswietlila, ze nie ma kubkow i juz myslalam, ze obejde sie smakiem, ale pogrzebalam i udalo mi sie poleczke na sile obnizyc oraz ustawic kubek. Wtedy maszyna grzecznie kawe nalala. :) Posiedzialam w pokoju, pogadalam z tata, poczytalam ksiazke, spakowalam torbe na pozniej, az o 12 trzeba bylo ruszyc na lunch. Po zjedzeniu, niestety nie mialam juz czasu wrocic do pokoju, tylko podeszlam dalej, pod jeden z budynkow, zeby zaladowac sie do busa. Na ten dzien klub rekreacyjny bazy zaplanowal wyjazd do pobliskiego miasteczka - Folly Beach. Zgodnie z nazwa, jest to miejscowosc slynaca przede wszystkim z plazy i luznego, plazowego klimatu.

Taki tam wakacyjny domek za, bagatela, 2 miliony :O 

Cos jak nasza Leba. ;) Miasteczko znajduje sie na wyspie otoczonej mokradlami i najpierw podjechalismy na najwyzszy punkt wysepki - cale 2.7 metra npm! :D Stamtad mozna bylo podejsc krotka, asfaltowa trasa na niewielka plaze. Trasa ta zwie sie "lovers lane".

Trasa znana, bowiem cala pokryta grafiti 

Plaza byla urocza, a woda okazala sie calkiem ciepla. Niestety, wielka tablica zabraniala kapieli, ze wzgledu na silne prady.

Z plazy widac latarnie morska, do ktorej az korci zeby przejsc w czasie odplywu, ale i wszelkie przewodniki i tablice ostrzegaja, zeby tego nie probowac

Z boku znajdowala sie bardziej "dzika" czesc plazy 

Pobrodzilismy wiec w wodzie, niektorzy poszukali muszelek i wrocilismy do busa, wczesniej pstrykajac pare pamiatkowych ujec.

Nasza banda (ja w pomaranczowych spodenkach)

Dolozylismy tez wlasna "cegielke" do malunkow na sciezce. Dwunastka to numer naszej grupy, a to obok to nasza"maskotka", czyli karaluch :D 

Przewodniczka opowiadala nam po drodze o historii owej miejscowosci. Teraz jest ona typowo turystyczna i wlasciwie nie ma tam stalych mieszkancow, zas domki sa wynajmowane letnikom. W latach 80-ych, zanim miasteczko zniknelo pod woda w czasie huraganu, a 95% domow zostala zmyta do oceanu, byla to hipsterska miejscowosc pelna surferow mieszkajacych w niemal szalasach schowanych wsrod bujnej roslinnosci. Po huraganie, Stan postaral sie zeby wylozyc srodki na odbudowe i powstala tam preznie dzialajaca miejscowosc wypoczynkowa. Cofajac sie jednak w historii jeszcze wczesniej, wysepka ta byla znana jako "coffin island", od angielskiego coffin = trumna. Taka urocza nazwa wziela sie stad, ze w dawnych czasach, przed powszechnym uzyciem antybiotykow, wiele chorob zakaznych bylo smiertelnych. Na otoczona moczarami wyspe, zarosnieta i pelna komarow (i aligatorow), nikt nie mial ochoty sie zapuszczac. Stala sie miejscem, gdzie wywozono chorych, ktorzy tam umierali. Podobnie, statki plynace do pobliskich portow, jesli mialy na pokladzie kogos chorego, podplywaly i wyrzucaly go bez ceremonii za burte. Osoba albo tonela, albo, jesli miala wiecej sil, doplywala do wyspy, gdzie wkrotce i tak umierala. Takich to optymistycznych opowiesci sluchalismy po drodze do centrum miasteczka. ;) Tam, pierwsze co, to ruszylismy na drewniany pomost, z ktorego podziwialismy widok na plaze oraz sureferow probujacych lapac fale.

Niby jeszcze swiecilo slonce, ale te chmury nie zwiastowaly niczego dobrego 

Bylo slonecznie i goraco i w koncu wszyscy po kolei ustawili sie do baru po drinka. Najpierw mialam dac sobie spokoj, ale potem pomyslalam, ze kurcze, praktycznie alkoholu nie pije, wiec ten raz nie zaszkodzi. 

Smaczny, ale "procentow" to nie bylo czuc kompletnie

Jak to z moim szczesciem bywa, jak tylko zaczelam pic tego (mrozonego) drinka, zachmurzylo sie, zerwal sie wiatr i zaczelo kropic. :O Ostatecznie go nie dopilam, bo zrobilo mi sie tak zimno, ze myslalam iz wyciagne z torby bluze. Wpadlismy na przewodniczke, ktora stwierdzila ze teoretycznie powinnismy wracac o 17, ale ona planuje ogladac jakis mecz, wiec nie bedzie nas poganiac, bo wtedy bedzie mogla spokojnie go obejrzec. Praktycznie wszyscy podskoczyli radosnie, ale niestety, jedna babka powiedziala ze ona chce wracac o 17 i koniec. Podejrzewam, ze nie chciala kupowac tam jedzenia i zalapac sie jeszcze na kolacje w bazie. Cala nasza pozostala grupa pomaszerowala na druga strone ulicy, gdzie znajdowala sie restauracja/bar, ktora polecala przewodniczka. Zamowilismy jedzenie, reszta kolejne drinki (ja juz sobie odpuscilam), posiedzielismy, ale o 17 grzecznie wrocilismy do busa. Kiedy dotarlismy na baze, okazalo sie ze mielismy fuksa, bo podobno solidnie tam lalo, wszedzie bylo mokro i staly wielkie kaluze. Zaszlam jeszcze do jadalni po kawe, ale wpadlam na kolezanke i zostalam, mimo ze nie mialam juz jesc. ;) No a pozniej juz wiadomo, zadzwonic do rodziny i zdac im relacje i szykowac sie na kolejny tydzien "lekcji". Niestey, przez acaly dzien lekko kapalo mi z nosa, a na wieczor juz puscilo sie jak z kranu. Polowa naszej grupy jest chora, wiec moglam sie spodziewac, ze sie zaraze. No i masz. Nie ma jak byc chorym w obcym miejscu. Dobrze, ze przezornie spakowalam sobie tabletki na przeziebienie. :/

O dziwo, w nocy spalam niezle. Kilka razy musialam wydmuchac nos, ale musialam byc zmeczona po wycieczce, bo pozniej jak zasnelam, to spalam jak zabita do rana. Niestety, kiedy juz sie spionizowalam, z nosa zaczelo mi kapac tak, ze nie nadazalam z braniem chusteczek. A tu trzeba bylo maszerowac na zajecia! :O Doczlapalam do klasy, gdzie okazalo sie, ze przyjechalo doslownie 10 instruktorow, bo nie tylko prowadzili wyklady, ale jeszcze mielismy miec zajecia w mniejszych grupach, dedykowane juz konkretnie typom inspekcji, ktorymi bedziemy sie zajmowac. Czyli w koncu naprawde przydatne informacje oraz cwiczenia, a ja zasmarkana i ze lzawiacymi oczami i bolem glowy. Czyli bezuzyteczna. :/

Tak wygladalo moje biurko. W tym tygodniu prowadzacy rozsadzili nas wedlug swojego widzimisie, trafilam do pierwszego rzedu i glupio bylo mi co chwila wstawac i przechodzic przez cala klase (wyjscie mielismy z tylu) zeby wydmuchac nos 

Juz ranek sprawil, ze mialam wszystkiego dosc, bowiem przez 4 godziny, od 8 do 12, mielismy dwie przerwy po 5 (!) minut! Ledwie zdazylam dojsc do lazienki, zalatwic co trzeba i wrocic, bo ta znajduje sie na koncu dluuugiego korytarza i w dodatku czesto jest kolejka. Potem przerwa na lunch, a po niej w klasie do 17, choc tym razem przerwe zrobili dluzsza, bo "az" 10-minutowa. Laskawcy. :/ Jakos tak co tydzien sie sklada, ze w poniedzialki mamy ochlodzenie. Nie inaczej bylo tez w minionym tygodniu. Bylo pochmurno i ledwie 17 stopni. Po zajeciach wypuscilam sie wiec tylko na obiadokolacje, a potem wrocilam do pokoju i juz nie wysciubialam z niego nosa.

Bylam nad tym naszym stawem kilka razy i aligatora nie uswiadczylam. Za to moim kolegom udalo sie zrobic takie swietne zdjecie

Niestety, kolejna noc byla juz tragiczna. Przysypialam doslownie po pol godziny, po czym budzil mnie zawalony nos. Wiem, bo patrzylam na zegarek. Oczywiscie przed samym budzikiem zasnelam mocniej, wiec kiedy zadzwonil, nie wiedzialam co sie dzieje. Czulam sie tragicznie, choc bardziej przez niewyspanie, niz sam katar. Z nosa nadal cieklo jak z kranu, ale bralam tabletki i jakos sie trzymalam. Bardziej chyba przeszkadzaly mi ciagle lzawiace oczy. Dzien w "szkole" byl intensywny, duzo wykladow, ale tez zajecia w grupach. Co do tego podzialu, to mialam mieszane uczucia. Podejrzewam, ze organizatorzy chcieli nam troche urozmaicic dzien, zebysmy nie usneli przy prezentacjach. Z drugiej jednak strony, mielismy 1-2 godziny wykladow, po czym na godzine (a czasem ledwie na pol!) szlismy do mniejszej sali na zajecia w grupach. Pozniej powrot do sali na kolejna prezentacje, lunch, prezentacja, rozejsc sie na grupy, po czym znow wyklad. Takie lazenie w te i nazad kompletnie wybijalo mnie z pantalyku, nie mowiac juz, ze trzeba bylo taszczyc ze soba plecak, materialy, laptopa... W dodatku, na zajeciach grupowych mielismy konkretne zadania do zrobienia, ale przez te ciagle przerywanie na wyklady, ciagle z kazdym bylismy do tylu. Chyba lepiej byloby zrobic caly ranek prezentacji, a po poludniu zajecia w grupach. No ale to nie ja ukladam grafik... Tego dnia bylo juz troche cieplej, wiec po powrocie do pokoju i rzuceniu plecaka, przed kolacja poszlam na marsz po bazie. Pozniej zarelko, prysznic i juz siedzialam w "akademiku".

Kiedy zeszlam do recepcji zeby odgrzac kawe w jedynej (!) w budynku mikrofali, znalazlam chlopakow z mojej grupy, ktorzy podlaczyli konsole do telewizora i urzadzali sobie zawody w Mario Cars :D

Kolejna noc minela juz lepiej, bo na wysmarkanie obudzilam sie "tylko" 2 razy. ;) Dzien zaczal sie malo fajnymi wiesciami, bo jedna dziewczyna z naszej gromady i to w dodatku moja kolezanka z biura, nie przyszla na zajecia, bowiem zachorowala na... polpasiec! Wspolczuje kobiecie, bo choc 80% grupy chorowala lub nadal choruje, to wiekszosc jednak po prostu smarcze i kaszle. Tylko jedna panna spedzila weekend w lozku z goraczka, no a teraz J. zapadla na polpasiec. :O Na szczescie akurat polpascem podobno nie jest latwo sie zarazic, ale i tak pare osob przezywalo, ze siedzialo zaraz przed/za/obok niej. Napisalam z pytaniem czy moge jej jakos pomoc, przyniesc cos do jedzenia, itd. Ale odpisala tylko ze czuje sie parszywie i chce do domu. ;) Zajecia minely ciekawie, ale siedzenie tam od 8 do 17 bylo niemozliwie meczace. 

Tak wyglada przejscie prowadzace do wejscia do naszej "szkoly"

Rano chwilke popadalo, ale pozniej przejasnilo sie i wyszlo slonce. W rezultacie zrobila sie potworna wilgoc, ale ze ja lubie takie klimaty, wiec nie narzekalam, w przeciwienstwie do wiekszosci grupy. Wieczorem, juz po kolacji, poszlam na spacer po bazie, delektujac sie cieplym wieczorem. 

Podziwialam ladne kwiatki :)

Kiedy wroce do domu, na takie temperatury bede musiala poczekac gdzies do czerwca, chyba ze trafi sie wyjatkowo goracy maj. ;)

W jednej czesci bazy znajduje sie kilkanascie takich "bud", gdzie stoja (zabudowane pomostami) lodzie, roznej wielkosci i w roznych stylach, na ktorych mlodzi chlopcy ze Strazy Przybrzeznej maja cwiczenia 

W czwartek katar wlasciwie mi przeszedl, za to pojawil sie... kaszel. Normalka. Na ranek zapowiadali deszcz, wiec wrzucilam do plecaka parasol. Nad baza krazyly naprawde nieciekawie wygladajace chmury i z daleka grzmialo.

Ten budynek jest tym nowiutkim i czysciutkim, w ktorym nasza grupa miala zamieszkac, a potem zostalismy upchnieci w starej ruderze z karaluchami :D 

Padac zaczelo jednak dopiero kiedy dochodzilam juz na stolowke. W czasie, kiedy jadlam sniadanie za oknem szalala nawalnica, ktora jednak trwala zawrotne 10 minut. Zanim zjadlam i wyszlam, juz tylko lekko kropilo. A gdy wyszlismy na lunch, juz swiecilo slonce. Zajecia w tym tygodniu mijaly ekspresowo, bo jak pisalam, uczymy sie rzeczy, ktore realnie beda nam potrzebne w codziennej pracy. Szkoda tylko, ze z powodu braku czasu, zajecia w mniejszych grupach (czyli ta najwazniejsza czesc) jest bardzo przyspieszona i ukrocona. Znow trzymali nas do 17, a po zajeciach wrocilam do pokoju i jak zwykle, ledwie mi sie udalo pogadac z malzonkiem, a musialam maszerowac na obiadokolacje. Po niej, odstawilam kubek z kawa do pokoju i wyruszylam na (prawie) codzienny spacer. Nie planowalam az takiej odleglosci, ale jakos mnie tak dobrze nogi niosly i w koncu wyladowalam az przy wjezdzie, gdzie znajduje sie sadzawka z aligatorem. Ten jak zwykle przede mna uciekl, ale za to moglam poobserwowac zurawia, ktory probowal (bezskutecznie) cos upolowac. 

Ten byl madrzejszy niz czapla i stanowczo trzymal sie brzegu

I jeszcze troche ladnego zielska ;)

Pod wieczor niestety dostalam srednio dobre wiesci, bowiem okazalo sie, ze tesciowa ma... cukrzyce. Narazie nie musi brac insuliny, ma jakies inne lekarstwa i musi przestrzegac diety, no ale ta kobieta ma naprawde sporo problemow zdrowotnych, przeszla kilka operacji, rok temu miala wymiane biodra, a teraz jeszcze cukrzyca do kompletu...

Piatek to w Polsce majowka, a ja przywitalam go z radoscia, ze konczy sie kolejny tydzien nauki! Tego dnia mialo padac dopiero wieczorem, wiec jakie bylo nasze zdziwienie, kiedy po wyjsciu ze stolowki po lunchu okazalo sie, ze kropi. I w dodatku coraz gesciej. Kiedy wyszlismy z zajec, okazalo sie, ze leje jak z cebra. Oczywiscie, jak dwa dni nosilam parasolke, to mi sie nie przydala. Jak w piatek stwierdzilam, ze nie bedzie potrzebna, to akurat powinnam byla ja wziac. Na szczescie zmiescilysmy sie z kolezanka pod jedna. Zajecia minely ekspresowo. Nie tylko byl piatek, wiec cala grupa byla rozgadana, pelna entuzjazmu i chetnie odpowiadala lub zwyczajnie zgadywala na pytania prowadzacych. Ci w dodatku, pewnie tez majac juz dosc, wypuscili nas juz o 15:30. Szkoda, ze jak sie rozpadalo, tak nie mialo ochoty przestac, wiec nie bylo mowy o spacerze. Mialam parasolke, ale wszedzie bylo mokro, wiec nie chcialam chlapac blotem po butach i spodniach. A! Wroce jeszcze na chwile do czwartku. Siedze sobie grzecznie na lekcjach, a tu telefon mi bzyczy, bo aktywowala sie kamera. Zerkam ukradkiem, a tam:

Jeden...

A za nim drugi!

Czyli matka z mlodym. Swietnie. To bylo okolo godziny 13. Tymczasem po 15:

Kolejny!

Musial sie wczesniej odlaczyc od matki i teraz jej szukal, bo caly czas weszyl i byl w wyrazniej panice. Mialam tylko nadzieje, ze mamusia tez go nie szuka i nie bedzie potem wracac ta sama trasa ;)

Milego weekendu!