piątek, 28 sierpnia 2026

Ostatni tydzien Potworkowych wakacji

Sobota, 22 sierpnia, jak zawsze zaczela sie od odespania tygodnia. Kiedy obudzilam sie i dolegiwalam w lozu, zjawila sie Oreo, ktora pomiziala sie, pomruczala, po czym sobie poszla. W tym samym czasie zjawil sie tez Nik, z niesmiertelnym juz pytaniem, kiedy moge go zawiezc na ryby.

Chcialam ujac na zdjeciu Kokusia, ale za kazdym razem szyko chowal sie za moje nogi :/

Laskawie oznajmil, ze czas go nie gonil, bo caly dzien mialo byc pochmurno, wiec pogoda na ryby idealna. Spokojnie wiec zjadlam sniadanie i mylam sie, a potem go zawiozlam. Po powrocie zabralam sie za sprzatanie kuchni, bo przy tak poznych powrotach do domu, udawalam ze nie widze co sie tam dzieje, poza przekladaniem naczyn ze zlewu do zmywarki. A "sprzatanie" M. ogranicza sie np. do przetarcia opryskanej tluszczem kuchenki... recznikiem papierowym. Wiadomo, ze tylko rozmazal to na calosc powierzchni... W sobote wyszorowalam wiec porzadnie kuchenke, blaty, zlew, itd. Poodkladalam tez naczynia z suszarki na miejsce, bo malzonek nadal ma obsesje zmywania recznego, ale suchych nie odklada, doklada tylko wiecej, bawiac sie w domowa Jenge i czekajac chyba az wszystko sie posypie. ;) Wstawilam tez pranie, bo to praktycznie zawsze jest do wstawienia, a pozniej musialam jechac po syna. Wrocil niezadowolony, bo mimo pogody niby idealnej na ryby, nic nie zlapal. Mowil ze trzy razy czul szarpniecie na lince, ale jednak ryba nie chwycila haczyka. Po poludniu jak zwykle pojechalismy na msze. Tego dnia w naszej miejscowosci odbywala sie doroczna akcja charytatywna z pokazem aut, ktore potem robily koleczko po okolicy. Trasa przebiega akurat ulica prowadzaca z kosciola do domu, wiec udalo nam sie zobaczyc pare klasycznych lub ultra wyscigowych aut.

O, np. takich! 

Szkoda, ze zaczynaja jechac w czasie kiedy nadal trwa msza, wiec zobaczylismy koncowke, kiedy te pokazowe auta przemieszane sa juz ze zwyklymi, ktorym udalo sie gdzies po drodze wlaczyc do ruchu. Po powrocie upieklam jeszcze babke na oleju. W koncu, choc raz, nie mielismy ani starych jablek, ani brazowych bananow i ucieszylam sie jak dziecko na mysl, ze wreszcie moge upiec cos innego. ;)

W niedziele oczywiscie dluzsze spanie. Dzien zaczal sie ulewnym deszczem i ciemnica, wiec ogolnie ciezko bylo sie zwlec z lozka. Po sniadaniu i jako takim ogarnieciu, napisalam jak zwykle do dziadka, ze zapraszam na kawe. Przyjechal, posiedzial jak zawsze prawie do 15, a zaraz po jego odjezdzie, do Kokusia przyjechal kolega. Chlopaki zyc normalnie bez siebie nie moga, bo a to wspolne ryby, a to nocowanko, a teraz kumpel przyjechal do nas. Na szczescie nie na noc. ;) Tata przyjechal po niego dosc szybko, bo juz o 17, wiec Nik od razu oznajmil ze chce na ryby. Tutaj jednak tupnelam noga, ze nie chce mi sie go ciagle wozic. Lowil dzien wczesniej, wiec niech sobie ta niedziele odpusci, tym bardziej ze mial przez dwie godziny kolege, wiec rozrywki mu nie brakowalo. Chlopak sie lekko obrazil, ale trudno. ;) Malzonek byl oczywiscie rano w pracy, a ze znow pracuje 2 tygodnie bez chociaz jednego dnia wolnego, wiec jest lekko wymordowany i gdy jeszcze siedzial moj tato, polozyl sie na drzemke. Wstal o 17 i stwierdzil, ze on "tylko na chwile przysnal". Taaa, tylko ze polozyl sie jeszcze przed wyjsciem dziadka i nie slyszal ani jak ten wychodzil, ani jak potem u Kokusia byl kolega (a chlopaki nie silili sie zbytnio na cisze), ani jak potem kumpel pojechal. :D Po takim spaniu w srodku dnia, byl oczywiscie niczym snieta ryba, wiec wyciagnelam go na spacer. Troche swiezego powietrza dobrze by zrobilo, tyle ze po porannym deszczu powietrze wcale "swieze" nie bylo, bo pozostalo duszne i wilgotne. A komary ciely jak wsciekle... Przejsc sie jednak bylo bardzo fajnie. Ostatnio niestety odpuscilam regularne chodzenia, ale chcialabym sie zmobilizowac i do tego wrocic, bo po takim 40-minutowym spacerku, mialam zakwasy w udach, a przeciez szlam spokojnym tempem, nie truchtalam. Wieczor to znow mobilizacja przed kolejnym tygodniem, ktory oznaczal dla mnie kontynuacje inspekcji. Pocieszalam sie tylko, ze we wtorek, a juz najpozniej w srode, mialam ja zamknac.

Poniedzialek oznaczal wiec dosc wczesna pobudke i dluuuga jazde. Nie wiem co to bylo, bo caly poprzedni tydzien rano przejezdzalam w miare sprawnie, z tylko kilkuminutowym opoznieniem. Tymczasem tego dnia nagle wszystkie auta zaczely hamowac, a nawigacja pokazala... 19 minut opoznienia. A na drodze ani wypadku, ani robot drogowych, nic... Suuuper. Dobrze, ze z czasu na inspekcji nikt mnie nie rozlicza, wiec moglam dojechac o ktorej mi sie dojechalo. ;) Na miejscu w koncu zaczelam widziec swiatelko w tunelu i wychodzac powiedzialam, ze kolejnego dnia planuje zamknac inspekcje. I modlilam sie zeby nic w ostatniej chwili nie wyskoczylo. ;) Jeszcze tego samego dnia rano, bylam zaskoczona, bo Fejsbukowi znajomi zaczeli wrzucac zdjecia dzieciakow z pierwszego dnia szkoly. Najwyrazniej niektore miejscowosci w naszym Stanie zaczely juz rok szkolny. Cieszylam sie, ze przed Potworkami nadal tydzien laby. :) Za to oficjalnie zaczely sie treningi. Bi bedzie, jak w poprzednim roku, plywac, ale napisalam do jej trenera, ze nie ma jej kto w tym tygodniu wozic. Malzonek wraca dosc wczesnie, ale i tak stracilaby polowe treningu gdyby ja zawozil, wiec bez sensu. Ja zas nie wiedzialam ile dni zajmie mi inspekcja, a dojezdzalam tak pozno, ze nie bylo szans zebym zdazyla, wiec wolalam z gory uprzedzic ze jej nie bedzie. Pozniej okazalo sie, ze przynajmniej w piatek moglam ja zawiezc, ale panna stwierdzila ze jej sie nie chce. :D Swoja droga, to przesadzaja z tymi treningami. Wszystkie jesienne sporty, zaczely treningi juz w tym tygodniu. Pol biedy dla takich jak my, co mieszkaja blisko, wiec dzieciak do szkoly dojdzie lub dojedzie na rowerze. Ale ci co mieszkaja dalej, a maja pracujacych rodzicow, nie maja transportu i jak mozna od nich oczekiwac uczestnictwa? Basen tez jest na drugim koncu miasteczka, wiec Bi nie ma jak tam sama dotrzec, bo u nas nie ma komunikacji miejskiej. A skoro mowa o treningach, to Nik zaczal biegi przelajowe! On ma akurat szczescie, bo choc biegaja po calej okolicy, to zbiorke maja pod szkola, wiec dojezdza sobie na rowerze. Podziwiam ze mu sie chce i zobaczymy ile da rade, bo treningi to biegi po prawie 5 km, wiec taka prawdziwa mordownia. ;) Przy okazji, w niedziele oswiecilo mnie ze Nik bedzie potrzebowal butow do biegania z prawdziwego zdarzenia, a mialam kupon do sklepu sportowego, wazny do... poniedzialku! :D Malzonek sie wiec urwal z roboty i zabral syna, zeby mial buty jeszcze przed pierwszym treningiem. Zaraz po, Nik pojechal do kumpla, bo przeciez zyc bez siebie nie moga. To niestety oznaczalo, ze prawie po 2-godzinnej jezdzie do domu, tylko ogarnelam sie troche, zjadlam obiad i po 1.5 godzinie musialam po niego jechac, bo M. poszedl juz spac. :/ Tego dnia, nie wiem po jakim czasie, w koncu spadla wilgotnosc i moglismy wylaczyc klimatyzacje i otworzyc okna. Ostatnio bowiem, nawet jesli temperatury nie byly upalne, to panowala potworna wilgoc, posciel byla taka ohydnie mokrawa, drzwi utykaly we framugach i trzymalismy wlaczona klime zeby osuszac powietrze. Teaz wreszcie bylo sucho, a w nocy mialo byc 13 stopni, wiec czuc bylo juz jesien w powietrzu.

We wtorek ponownie poranna pobudka i jazda na inspekcje. Na dzien dobry, pan oraz pani, ktorzy siedzieli ze mna w sali, spytali, o ktorej godzinie planuje spotkanie zakanczajace inspekcje, bo ona slyszala, ze o 12, a on ze o 14. jestem pewna, ze zwyczajnie cwaniakowali i chcieli mnie "przymusic" zebym sie zadeklarowala, bo wiem, ze dzien wczesniej nic o godzinie nie mowilam. Najpierw bowiem chcialam pogadac z M., zeby umowic sie jakos pod moja praca. Musialam bowiem odstawic sluzbowe auto, ale potrzebowalam zeby malzonek po mnie przyjechal, bo moje zostalo w domu. Ostatecznie ustalilismy, ze postaram sie wyjechac o 13:30, zeby dojechac na 15, kiedy on wychodzi z pracy, do mojego biura ma bowiem jakies 5-10 minut. I ze dam mu znac jakby cos sie przedluzylo. Ludziom z inspekcji powiedzialam wiec, ze wstepnie meeting zrobimy o 13. Na szczescie sie udalo, choc na ostatnia chwile znalazlam troche brakow w dokumentacji i nie wszystko udalo im sie odszukac. Poniewaz jednak tu musieli sie skontaktowac z firma, ktora im kalibrowala zamrazarki, wiec nie wiedzieli czy zajmie to kilka godzin, czy kilka dni. Nie widzialam wiec sensu zeby przedluzac inspekcje i czekac. Zakonczylam wiec inspekcje zgodnie z planem, co i tak kosztowalo mnie sporo nerwow, bo w sali zebralo sie 8 osob, plus 3 polaczyly przez Zoom. Bardzo nie lubie przemawiac przed grupa ludzi. :O W koncu, cala szczesliwa, wyruszylam i jak codziennie mialam jakies opoznienia i korki, tak tego dnia byl lekki zator, ale dosc sprawnie dalo sie przez niego przejechac. Zatrzymalam sie jeszcze zeby dotankowac sluzbowe auto do pelna, a i tak dojechalam o 14:50. Musialam wiec troche na M. poczekac, ale pogoda byla piekna, wiec postalam sobie na sloneczku. Tyle ze straznik wylazl i spytal co ja tam robie. Po takim czasie mogliby mnie, kurde, zapamietac. ;) Wreszcie malzonek podjechal i wrocilismy do domu. Ponad tydzien wracalam do chalupy w okolicach 17:30 - 18, wiec kiedy zjawilam sie tam wpol do 16, nie wiedzialam co ze soba zrobic. :D Z euforii, po obiedzie zabralam sie za frontowy ganek. Pod sufitem uzbieralo sie mnostwo pajeczyn oraz zdechlych robakow, a poza tym wiadomo, troche piachu, kurzu, jakies listki, trawa, itd. W koncu ganek, choc zadaszony, jest na zewnatrz. Pozniej nalalam wody z plynem i zaczelam czyscic balustrade i porecze. Po calej wiosnie oraz lecie, byly juz miejscami mocno zielone. Niestety, ta strona domu dostaje tylko troche slonca poznym popoludniem, wiec zawsze mam tam problem z glonami, zas zima z lodem, ktory nie chce topniec. Tu pomogla mi Bi, ktora nie wiedziec czemu, uznala ze to swietna zabawa. ;) Niestety, kiedy w zeszlym roku szorowalysmy z Bi schody, starlysmy miejscami farbe (a zimowe odsniezanie tez nie pomoglo), bo poprzedni wlasciciele wpadli na "genialny" pomysl zeby pomalowac ganek oraz schodki. No i teraz zaczal przebijac beton i schody wygladaja jakby byly zwyczajnie brudne. No nie o taki efekt mi chodzilo... :/ W miedzyczasie przyjechal (na rowerze) z treningu Nik. Oznajmil ze trening bylo ok i ze wybiera sie wieczorem na plywanie. Myslalam, ze jak usiadzie, to poczuje zmeczenie i sobie odpusci, ale nie. Uparl sie pojechac. Ma chlopak zaciecie. Malzonek go zawiozl, ja potem odebralam i wtorek zlecial.

Ostatnio, Leacathy spytala ile Bi przeczytala ksiazek w wakacje. Przyznam, ze nie mam pojecia, choc ona praktycznie ciagle ma w reku jakas lekture. No chyba ze szydelkuje lub robi na drutach. Jakos w te wakacje Nik i jego ryby wyszly na pierwszy plan, ale Starsza, poza czytaniem, nadal kontynuuje swoje hobby, tylko ze ono jest stacjonarne i nie rzuca sie w oczy i zapomnialam Wam pokazac. W kazdym razie, poza bluzeczka, ktorej zdjecie wrzucilam w czerwcu, potem szybko wydziergala takie jakby bolerko, ale nie zawiazywane, tylko w calosci.

Wyglada troche jak szalik z dziura w srodku oraz rekawami :D 

Nastepnie zabrala sie za powazniejszy projekt i powstal najprawdziwszy sweter! Zajal jej sporo czasu, bo kilka razy musiala go czesciowo spruwac i zaczynac od nowa, no ale wreszcie skonczyla. Obecnie dzierga podobny, ale w innym kolorze. :)

Nie wiem dlaczego naszlo ja na bialy, ale nie wroze mu zbyt dlugiego istnienia bez plam i odbarwien :D

W srode musialam wstac wczesniej niz w czasie inspekcji, bo normalny grafik pracy nie daje juz taryfy ulgowej i musialam byc na 8 w biurze. To nic, i tak jechalam cala szczesliwa, bo 20 minut to zupelnie co innego niz 2 godziny. ;) W biurze cisza, poza mna tylko dwoje ludzi, nie-inspektorow, ale wszystkie auta staly, wiec nie wiem gdzie podziali sie inspektorzy. Niektorzy pewnie wzieli swoje auta na inspekcje, ale raczej nie wszyscy... Rano mialam indywidualna rozmowe z szefem, pozniej mielismy spotkanie naszej grupy, wiec caly ranek na meetingach. Niestety, dostalismy kiepskie wiesci. Kilka miesiecy temu, odszedl z naszej grupy jeden facet, a od nowego roku odchodzi dziewczyna. Osoba, ktora miala byc zatrudniona na miejsce faceta, zmienila zdanie z powodow rodzinnych, wiec zaraz bedzie nam brakowac dwojga ludzi, a roboty nie ubywa. :/ Podobno maja jakies dwie potencjalne osoby, ale nie maja jeszcze nawet wyznaczonych dat rozmow o prace. A wiem juz z doswiadczenia, ze tu rekrutacja zajmuje pol roku albo dluzej. W dodatku jedna z tych osob musialaby sie przeniesc z innej czesci Stanow, wiec bedzie sie tez o nia ubiegac inny dystrykt i to on(a) wybierze gdzie jej bardziej pasuje. Po meetingach, musialam sie oczywiscie zabrac za raport z inspekcji i jak zwykle motywacje mialam ponizej dna. Stwierdzam, ze po kazdej inspekcji czlowiek powinien miec obowiazkowo dwa dni na odparowanie mozgu. :D Cos tam porobilam, ale przyznaje sie bez bicia, ze napisalam moze trzy paragrafy... W drodze do domu, pomyslalam, ze za kilka dni koniec wakacji, Nik zaczal juz treningi, a jeszcze chce nadal wieczorami plywac. W srody zazwyczaj robi sobie przerwe w basenie, wiec to ostatnia okazja (poza weekendem) zeby skorzystac z konca lata. Kiedy przyjechalam, zaproponowalam wiec zeby wybrac sie do lodziarni dwa miasteczka dalej, gdzie robia wlasne lody, a dodatkowo sklepik jest czescia farmy, ktora posiada sciezke spacerowa wsrod pol. Malzonek sie skrzywil, ze tak nagle, ze pozno, ze moze innego dnia, albo w weekend... Wiedzialam jednak, ze kolejnego dnia popoludniu mialy byc burze, na weekend tez zapowiadali srednia pogode, w piatek trzeba odhaczyc zakupy, a pozniej wpadniemy w wir szkoly i treningow obojga Potworkow i pewnie nigdzie sie nie wybierzemy. Dzieciaki byly chetne, wiec zabralam sie z nimi, pytajac oczywiscie M. czy nie zmienil zdania. Moj maz ma chyba dziury w pamieci, bo wczesniej zaczal czyscic przyczepe i teraz burknal, ze jest spocony, brudny i moglam mu powiedziec 40 minut wczesniej. A powiedzialam przeciez jak tylko weszlam do domu, gdzie nie minela jeszcze nawet godzina! Zjedlismy z Kokusiem obiad, bo wrocil zaraz przede mna, i zebralismy sie do wyjscia. A malzonek pretensje, ze nie powiedzialam wczesniej! :O W kazdym razie, pojechalam z mlodzieza, kupilismy lody i poszlismy spacerkiem przez pola, zajadajac. Po powrocie poszlam podlac warzywa, choc w sumie malo co tam nadal rosnie. Cukinie padly, groszek tez, pomidory sie praktycznie skonczyly... Nadal rosnie marchew oraz pietrucha i... ogorki. Te cholerne ogorasy salatkowe, ktore za cholere nie rosly kiedy mialam koper, teraz produkuja jak glupie. Koper dawno wypusil kwiatki (najlepsze do malosolnych) i usechl, a ogorki dopiero teraz cale sa obwieszone owocami. :/ Podejrzewam, ze M. kupil jakas pozna odmiane, ale wiecej go po sadzonki samego nie puszcze. ;) Wlaczylam tez klimatyzacje, bo chwilowa "jesien" sie skonczyla. Znow wrocil nasz slynny humid, byla duchota, a w nocy mialo byc 18-19 stopni, wiec chalupa tez by sie nie schlodzila. Nik zostal przy garazu i rzucal sobie do kosza, wiec chwile z nim pogralam i... wywinela mi sie noga i skrecilam kostke! Pokustykalam po podjezdzie klnac i posykujac z bolu, ale pozniej troche to rozchodzilam i bylo ok, a przynajmniej tak mi sie wydawalo.

Noc okazala sie... tragiczna. Wieczorem posiedzialam sobie na kompie, a kiedy wstalam, okazalo sie, ze nie moge nawet stanac na prawej stopie! :O Jakos pokustykalam, powylaczalam swiatla i wdrapalam sie po schodach, bo mialam nadzieje, ze jak sie poloze i zdejme ze stopy jakikolwiek ciezar, przestanie bolec. Taaa... Przewracalam sie z boku na bok, bo kazda zmiana ulozenia stopy dawala dwie sekundy ulgi, po czym bol wracal i byl na tyle silny ze nie moglam zasnac. Polozylam sie o 23, a kiedy w koncu, poza stopa, zaczal mi dokuczac pecherz, zrobila sie 1:57. Tak, meczylam sie bez zasniecia przez dwie godziny! Wreszcie zacisnelam zeby i postanowilam, ze musze jakosc dokustykac do lazienki, a potem niestety na dol po tabletki przeciwbolowe. Praktycznie "przeskakalam" przez sypialnie, opierajac sie o parapet, a potem szafke, ale i tak az syczalam z bolu. Obudzilam niechcacy M., ktory spytal czy chce zeby mi przyniosl tabletki z dolu, ale jak kretynska bohaterka, odpowiedzialam ze dam rade. Przez ten, bol, szok, no i pewnie to, ze wyszlam z lozka, dostalam takich dreszczy, ze jak w koncu udalo mi sie zejsc po schodach i dojsc do kuchni, kiedy chcialam przeczytac na buteleczce o dawce, rece telepaly mi tak, ze nie bylam w stanie nic przeczytac. Cudowne po prostu przygody o 2 nad ranem. :( No i zaczelam sie powaznie zastanawiac czy moze jednak czegos w tej stopie nie zlamalam. Na szczescie, po powrocie do lozka, tabletki w miare szybko zadzialaly i reszte nocy (czy raczej jakies 5 godzin) udalo mi sie przespac.

Czwartek moglam zaczac nieco pozniej, bo pracowalam z domu. Gratulowalam sobie tej decyzji, bo choc wybralam na prace z chalupy czwartek i piatek z zupelnie innych powodow, to teraz cieszylam sie ze nie musze jechac do biura i zastanawiac sie jak przejde z parkingu do budynku. Na dzien dobry stope obejrzalam, ale nie byla ani spuchnieta, ani sina. Niestety, stanac moglam na niej tylko bardzo delikatnie, inaczej bolala jak sk**wysynstwo. :/ Okazalo sie jednak, ze tabletki przeciwbolowe, i to takie lagodne, pomagaly jak marzenie. Po nich czulam tylko lekka sztywnosc. Dzien wczesniej obiecalam Kokusiowi ze zabiore go do fryzjera (chlopak chcial byc przystojny na poczatek roku szkolnego), ale teraz zastanawialam sie czy w ogole dam rade prowadzic, bo to prawa stopa. Umowilam go jednak i stwierdzilam ze jak cos, to zadzwonie ze jednak nie przyjedzie. Okazalo sie jednak, ze poniewaz bolala kostka i promieniowalo na piete, a pedaly naciska sie glownie dalsza czescia stopy, moglam bez problemu prowadzic auto. Gorzej z dojsciem z parkingu do salonu, ale tabletki dzialaly, wiec jakos przeszlam. Na szczescie w tym salonie nigdy sie nie czeka (jesli sie wczesniej umowilo), bo oficjalnie bylam w pracy. :D Panicz poszedl na fotel z marszu i po 20 minutach byl przystrzyzony, bo to tylko takie podciecie. Za cholere nie chce sie sciac troche krocej, a potem co miesiac jeczy zeby go zabrac do fryzjera. :/

Przed - ta mina pokazuje ze ma dosc swoich kudlow :D

Po - czy Wy widzicie roznice, bo ja tak nie bardzo... 

Wczesniej umowili sie tez z kolega na ryby w naszym klubie, wiec potem jeszcze go tam odstawilam i moglam wrocic do domu/pracy.

Tak jechal, az w koncu dostal porzadna z*ebke 

Niestety, pisanie raportu jak zwykle idzie mi niczym po grudzie. Nie znosze podsumowywac swoich notatek i laczyc tego w jakas logiczna calosc. :/ W miedzyczasie szybko wstawilam gulasz, ktory na szczescie robi sie 10 minut, a potem juz dusi sie sam. Po dwoch godzinach pojechalam po syna, ktory byl rozczarowany bo nic nie zlapal. Zjedlismy swiezo zrobiony gulasz, a po pracy musialam pedzic z Potworkami do dentysty. Niestety to byl czas na doroczne przeswietlenia zebiszczy, wiec wizyta od razu dosc dluga, a w dodatku zakonczyla sie niezbyt fajnymi wiesciami. Bi, ktora od dluzszego czasu w koncu nie miala zadnych ubytkow, tym razem dorobila sie prochnicy. Jedna dziurka (na szczescie niewielka) to nie tragedia, tyle ze pani doktor odkryla poczatki kolejnych... czterech. CZTERECH!!!! Te narazie sa w szkliwie, wiec panna dostala recepte na specjalna paste do zebow i nie tylko bedzie musiala myc nia zeby, ale jeszcze nakladac na nitke i czyscic ta nicia miedzy zebami. Wszystkie bowiem dziury robia jej sie wlasnie miedzy zebiszczami. Niestety, panna odziedziczyla uzebienie po mnie i ma nie tylko duze zeby, ale tez ciasno ustawione. Ja tez wiecznie mialam dziury miedzy zebami... :/ W kazdym razie, dentystka powiedziala, ze poniewaz narazie prochnica nie przebila sie do zebiny (czy jak to sie nazywa), mozna sprobowac sie jej pozbyc ta specjalna pasta. Oczywiscie Bi zalamana, bo od dluzszego czasu dopytuje o aparat, a ja sie tak umawiam i umawiam do ortodonty i umowic nie moge. Teraz jednak pani doktor powiedziala, ze narazie trzeba o ortodoncie zapomniec i najpierw zobaczyc co z tymi dziurkami, bo jak na to zalozy aparat, to zeby poleca jej kompletnie. Musimy wrocic za dwa tygodnie na leczenie tej jednej dziury, a na kolejnej kontroli zobaczymy jak wyglada reszta i czy nie trzeba ich bedzie tez przeleczyc. To Bi. Teraz Nik. Ten ubytkow nie ma, ale za to w tylnych zebach ma bardzo glebokie bruzdy i... dziurki. Ale nie prochnice, tylko takie malenkie koleczka, jakby ktos wzial igle i wkrecil sie w zab! :D Pani doktor nie ma pojecia skad takie cos powstalo, ale powiedziala, ze bedzie sie w tym zbieral osad, kamien, no i to wieksze ryzyko prochnicy. Trzeba wiec bylo umowic kawalera na zalatanie tego, zeby nie szkodzilo na przyszlosc. Wracajac po drodze, zajechalismy po napoje, ktorych Potwory nie mogly wypic przez godzine bo mieli fluor na zebach. ;) W domu jeszcze podlac warzywnik bo mialo padac, a tymczasem tylko lekko pokropilo, i po kolejnym dniu.

W piatek kolejna pobudka troche pozniej i praca z domu. Kostka na szczescie odpuscila i chodzilam prawie normalnie. "Prawie", bo jednak od czasu do czasu zle stanelam, wygielam stope, czy szlam ze zbyt duzym "entuzjazmem" i zabolalo. A pod wieczor, niewiadomo czemu, lekko spuchla. Na szczescie wystarczylo, ze polozylam ja wyzej, a opuchlizna zaraz zeszla. Dzien mialam strasznie porozrywany i gdyby szef widzial jak "pracuje", od razu zabronilby pracy zdalnej. A wszystko przez to, ze czlowiek chce byc dobra matka. ;) Rano chwile popisalam, po czym na 10 Nik mial spotkanie zapoznawcze w high school. Mogl pojechac na rowerze, ale ze bylam w domu, stwierdzilam, ze go zawioze. Wrocilam do domu, ale ze spotkanie potrwalo tylko 50 minut (mieli 3 grupy o pelnych godzinach, wiec nie bylo mowy o opoznieniu), to spedzilam w nim pol godziny i musialam po niego wracac.

Pstrykalam fote jednoczesnie podjezdzajac i nie patrzac co pstrykam i w ten sposob pamiatkowe zdjecie wyszlo zamazane i w dodatku Nik jest tylem :/ 

Chlopak stwierdzil, ze to bylo bez sensu, bo wiekszosc z uczniow byla juz, przy roznorakich okazjach, w szkole wielokrotnie, wiec nie dowiedzieli sie niczego konkretnego. Dostali grafik na pierwszy tydzien, ktory Nik uznal za bezuzyteczny, bo ma elektroniczny, ktory moze sprawdzic w telefonie, oraz identyfikatory, ktorych i tak (wedlug starszych uczniow, w tym Bi) nikt nie uzywa. :D Jedyne z czego sie ucieszyl to koszulka, choc ta i tak zaklada sie tylko przy jakichs specjalnych szkolnych okazjach, raptem kilka razy w roku. 

Tak, jak to bylo u Bi, 2030 oznacza rok ukonczenia high school :)

Jak tylko wrocil do domu, zaczal mi oczywiscie wiercic dziure w brzuchu zeby go zawiezc na ryby. Chcialam wrocic do pisania raportu, ale wiedzialam ze bedzie mi smecil, a tak to sie go "pozbede" na kilka godzin, wiec odstawilam chlopaka do klubu. Kiedy z niego wyjezdzalam, przy drodze dojrzalam zolwia sepiego, siedzacego sobie na trawce. I to spora sztuke, bo sama skorupa miala, na oko, jakies 40cm! :O Niestety, zdjecie nie oddaje rozmiaru, a w dodatku, kiedy chcialam pstryknac fote, zaczal uciekac i schowal dluga szyje.

Szyja schowana, ale jak sie przyjrzycie, to widac dlugi, gruby ogon i potezne lapy 

Pozniej w koncu moglam na spokojnie wrocic do raportu choc bylam mocno zniechecona bo odkrylam, ze zapomnialam spytac o kilka rzeczy. Takie niby pierdoly, ale wiem ze szef moze sie do tego przyczepic. :/ Przywiozlam w koncu syna do domu, podalam obiad i wrocilam do klepania w klawiature. Kawaler ponownie byl nieszczesliwy, bo zamiast ryb, lapal... zaby. :D Cos ostatnio rybska sie zmowily i nie biora. 

Czy nie sliczna? I jaka dorodna! :D

Niestety, to nie byl koniec jazdy, bo na 15 syn mial trening. Takie biegi przelajowe to nie spacerek, wiec majac mozliwosc, stwierdzilam, ze go zawioze, zeby nie musial jechac na rowerze. Niby nie bylo strasznego upalu, ale mielismy  27 stopni i 67% wilgotnosci, wiec taka troche tropikalna dzungla. Dodac do tego bieganie i balam sie, ze chlopak dostanie jakiegos udaru. To niestety oznaczalo kolejne oderwanie sie od raportu... Na szczescie Nik konczyl trening akurat w porze, kiedy konczylam prace, wiec odebrac moglam go juz bez wyrzutow sumienia. ;) Niestety, panicz ponownie umowil sie z kolega na nocowanko. Az mi glupio, ze znow tam jechal i mam nadzieje, ze jak zacznie sie szkola, to troche odpuszcza. Chcialam jechac jak najszybciej na zakupy, wiec zawiozl go M., a ja z Bi popedzilysmy do sklepu. Zrobilysmy zakupy, ale nie bylo ulubionych jogurtow panny, a strasznie chciala je do szkoly, wiec pojechalysmy do kolejnego supermarketu. Pozniej jeszcze na bubble tea i do domu doczolgalysmy sie o 18:40... Znow musialam podlac warzywnik, bo pogoda znow zrobila mnie w bambuko. Mialo padac w czwartek, mialo padac w piatek i... nic. A jakby bylo malo moich "przygod" ze stopa, malzonek czyscil przyczepe i chodzac naokolo, kopnal niechcacy w jakis wystajacy kolek. Na goleni spuchla mu gula wielkosci drugiego kolana. :O Mam nadzieje, ze to tylko krwiak, bo nie rozcial skory, a nie ze cos tam peklo... Ech, zawsze cos...

Milego ostatniego wakacyjnego weekendu! :)

piątek, 21 sierpnia 2026

Nudny tydzien w polowie sierpnia

A moze nie tyle nudny, co na inspekcji, co oznacza dlugie dni w pracy i malo czasu na cokolwiek innego... Zrobilam w nim "az" 3 zdjecia...

Mialam ostatnio dokonczyc piatek, wiec oto jest. ;)

Po robocie popedzilam do chalupy, przebralam sie tylko w krotkie spodenki i pojechalam na basen. Tego dnia Nik mial zawody wsrod kolegow z druzyny, a potem imprezke z pizza oraz babeczkami. Niestety, w porownaniu z zeszlym rokiem, zjawilo sie niewiele dzieciakow. Podejrzewam, ze winna byla troche pora roku, bo wiadomo ze w wakacje sporo osob wyjezdza, ale trener chcial chyba urzadzic przyjecie na basenie zewnetrznym, wiec wyszlo jak wyszlo. Poniewaz dzieciakow bylo niewiele, wiec wyscigi polaczone byly w dziwacznych kombinacjach, np. trzy rozne przedzialy wiekowe. Nik oraz jego dwoch kolegow sa najszybsi z tej druzyny, wiec umowili sie, ze beda tak plynac, zeby doplynac ostatni. ;) Usmialam sie do rozpuku, bo Nik ledwie machal rekoma czy nogami, a i tak w jednym wyscigu byl drugi, a w kolejnym wygral. ;) Na koniec mieli sztafety, gdzie w "grupie" Kokusia znalazlo sie troje maluchow. Musze przyznac, ze starsi nastolatkowie bardzo fajnie zaopiekowali sie mlodszymi kolegami. Maluchy zagadywaly dryblasow prawie dwa razy od nich wyzszych, a oni cierpliwie odpowiadali, Nik ze "swoim" przybil zolwika... :D Pozniej wszyscy rzucili sie na gleboka czesc basenu, az trener musial trzy razy przypominac ze czeka na nich pizza.

To w bialym czepku, to Nik 

Stala tam ta trojka i patrzylam na nich z lekkim wzruszeniem. Plywaja razem juz od kilku lat i wlasciwie od poczatku sie przyjaznia. Bi jakos zupelnie nie znalazla blizszych kolezanek w druzynie, ale Nik ma tych kumpli od wielu lat. Oczywiscie pomaga to, ze sa z tego samego miasteczka, gdzie chyba wszystkie dziewczynki sa z innych niz nasze. Chlopaki widywali sie wiec w szkole, choc w zeszlym roku tamta dwojka poszla juz do high school, a Nik zostal w middle school, bo jest o rok mlodszy. Za to w tym beda juz razem plywac w szkolnej druzynie. :)

Kumple :) 

Po imprezce wrocilismy z Mlodszym do domu i w koncu moglam oficjalnie zaczac weekend. Ktorego bardzo potrzebowalam, bo choc miniony tydzien byl w miare spokojny, to nadchodzacy zapowiadal sie cholernie stresujaco.

Sobota, 15 sierpnia to w koncu dluzsze spanie. Obudzilam sie jednak sama juz o 8 i choc probowalam dospac, to zaczelam myslec o nadchodzacej inspekcji, cisnienie mi podskoczylo ze stresu i tyle bylo spania. ;) Ledwie zdazylam podniesc glowe, a juz Nik siedzial na brzegu mojego lozka i pytal kiedy moge zawiezc go na ryby. :D Tego dnia w klubie gdzie zawsze lowi, wieczorem odbywala sie impreza z fajerwerkami na zakonczenie lata. Z tego powodu, caly dzien wejscie do niego bylo tylko dla czlonkow i nie wolno bylo przywozic gosci. Nie moglam wiec zabrac tam Kokusia, totez stwierdzil ze chce jechac nad rzeke. Mial pojechac na rowerze, ale zwyciezylo lenistwo. Poniewaz syn niemal przytupywal niecierpliwie, stwierdzilam, ze dobra, zawioze go od razu. Chyba pierwszy raz pojechalam przez cale miasteczko w pizamie. Przeszlo mi przez mysl, ze jak zlapie gume czy cos, to bede miala "problemik", bo isc pieszo w kusej koszulce to tak nie bardzo. :D Na szczescie nic mi sie po drodze nie przydarzylo, choc troche zwatpilam kiedy dojechalam do parku nad rzeka. W klubie latem kreci sie zawsze mnostwo osob, a tutaj pustka. To teren zaraz obok boisk pilkarskich, ale nie zaczal sie jeszcze sezon, wiec bylo pusciutko. Nikogo tez ani na placu zabaw, ani na boisku do kosza. Jakis samotny jezdziec w skate park'u... Po drugiej stronie sa ogrodki, ale tam tez nie widzialam zbyt wielu osob. Nawet Nik oznajmil, ze ma ciarki, ale kiedy zaproponowalam zeby sobie odpuscil, stwierdzil, ze jednak chce zostac. Wrocilam do domu i zaczelam normalne odgruzowywanie. Po syna pojechal potem M., ale okazalo sie, ze chlopak zlapal tylko jakas mala plotke, zamiast wymarzonego pstraga. ;) Po poludniu pojechalismy do kosciola, a pozniej zmusilam sie do wyszorowania naszego prysznica. Zawsze zabieram sie do tego jak do jeza, bo te drzwi strasznie ciezko doszorowac, dusze sie w oparach srodkow czyszczacych i ogolnie, na sama mysl natychmiast psuje mi sie humor. ;) Pozniej zas zabralam sie za ciasto. Tym razem mialam kilka przejrzalych bananow, ale tez kilka "skapcialych" jablek, wiec zastanawialam sie czy machnac chlebek bananowy, czy ciasto z jablkami. W koncu postanowilam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i przygotowalam chlebek bananowy z jablkami. Takiej wersji jeszcze nie robilam! Balam sie, ze wyjdzie zakalec, bo to moja czesta "przypadlosc", a w dodatku jablka dodatkowo dodaja wilgoci. Pieklam wiec ciasto troche dluzej i... przedobrzylam. Wyszlo odrobine za suche. ;)

W niedziele znow moglam sie wyspac. Ledwie zdazylam wstac i zjesc sniadanie, a Nik oczywiscie koniecznie chcial na ryby. Tym razem do klubu, bo tego dnia mozna juz bylo przywozic gosci. Kiedy sie wiec troche ogarnelam, zawiozlam syna, po czym napisalam do taty ze moze wpadac na kawe. Dziadek przyjechal, niestety z "praca domowa" dla mnie. Niedawno mial stluczke; nic sie nie stalo, ale facet, ktory w niego wjechal, rozwalil mu blotnik, zderzak oraz tylne swiatlo. Trzeba wiec bylo wypisac formularz do ubezpiecznia, a moj tata swoje dane owszem, napisze, ale tekstu gdzie, co i jak sie stalo, to tak nie bardzo. Musialam sie wiec produkowac ja. Poniewaz tata siedzial w najlepsze, kiedy Nik napisal zeby po niego przyjechac, wyruszyl M. Dziadek jak zwykle pojechal przed 15, a ja z dzieciakami zabralam sie w koncu na zakupy szkolne. Akurat zaczal sie u nas tydzien bez podatku od sprzedazy na artykuly papiernicze, ciuchy, plecaki, itd. Troche do bani, bo z zeszlego roku pamietam, ze Bi dostala konkretna liste od nauczycieli, dopiero pierwszego dnia szkoly, stwierdzilam jednak, ze mozemy zakupic takie podstawy jak zeszyty, dlugopisy, itd. Nik potrzebowal tez olowkow, bo wszystkie w zeszlym roku... zgubil (!), a dla obojga chcialam kupic tez nowe plecaki. Mlodszy swoj z zeszlego roku przeznaczyl na ryby (a jak :D), zas Starsza zdecydowanie potrzebuje czegos wiekszego. Ciesze sie, ze lubi czytac, ale wybiera doslownie "cegly" i kiedy upchnie je w plecaku, malo co sie tam, poza ksiazka, miesci. Tu jednak nam sie nie udalo, bo w sklepie byly tlumy, a polki z wyprawka tak przebrane, ze niektore wrecz puste. Plecakow zostala garstka, w tym wiekszosc dla maluchow. No nic, trzeba sie bedzie wybrac jeszcze raz, lub sprobowac gdzie indziej... Wieczor mialam juz spokojny, choc jednoczesnie bardzo stresujacy, bo jechalam na kolejna samotna inspekcje, w nowe miejsce oczywiscie....

Poniedzialek zaczelam wczesnie, bo nie dosc ze inspekcja, to jeszcze musialam odebrac sluzbowe auto z pracy. Kolejny raz stwierdzilismy z M., ze lepiej moj samochod zostawic w domu, wiec malzonek urwal sie z pracy, przyjechal po mnie, po czym podrzucil pod robote. Tam wzielam sluzbowego Ford'a i wyruszylam. Kiedy wczesniej sprawdzalam droge, pokazalo ze powinnam jechac gdzies godzine i 10 minut. Taaa... Niestety, poranne korki daly mi sie we znaki i jechalam 1.5. Dojechalam i niestety, firma ogromna, wiec podjezdzam pod budke straznika, mowie kim jestem, pokazuje legitymacje, a on szczeka w dol i pyta z kim jestem umowiona. Tlumacze, ze z nikim, bo to inspekcja - niespodzianka. On na to, kogo ma powiadomic. Mowie, ze pojecia nie mam, bo jestem tu pierwszy raz, a ostatnio ten rodzaj inspekcji byl tam dwa lata temu, wiec nie wiem nawet kto z tamtej ekipy nadal pracuje. Ostatecznie okazalo sie, ze prawie wszyscy, ale to wyszlo dopiero pozniej. W koncu ktos dal straznikowi zielone swiatlo, ze moze mnie wpuscic i dostalam... eskorte. :D Ktora zreszta sie przydala, bo na terenie bylo kilka budynkow, droga sie rozwidlala i gdyby straznik powiedzial mi tylko jedz tak i tak, to nie wiem czy nie skrecilabym w zle miejsce. Eskorta doprowadzila mnie do parkingu dla wizytorow, a stamtad pomaszerowalam do glownego budynku. Myslalam, ze od tego momentu juz wszystko pojdzie bardziej gladko, ale gdzie tam. Pan administrator, podobnie jak straznik, pyta mnie kogo ma zawiadomic. Tlumacze, ze to od nich zalezy, nie ode mnie. W koncu wyciagnelam laptoka i znalazlam imie osoby, ktora byla odpowiedzialna za przeprowadzenie badan, ktore mam sprawdzic oraz managera, z ktorym rozmawial poprzedni inspektor. No coz, mamy sezon ogorkowy, wiec oboje byli na wakacjach. Takie moje szczescie. :D W koncu, na gwaltu, sprowadzili kogos z kontroli jakosci. Okazalo sie jednak, ze to osoby nieprzygotowane na inspekcje z federalnej agencji. Wiekszosc ich zespolu pracuje z domu, wiec zaczeli wydzwaniac do wszyskich, sprawdzajac kto moze jak najszybciej sie zjawic. A ja siedzialam w tym chaosie, sprawdzalam maile i czekalam az znajda kogo im trzeba. Ogolnie ludzie przychodzili i wychodzili. Zjawila sie jakas managerka, zeby odebrac formularz oficjalnie otwierajacy inspekcje. Zwykle zarzad chce zostac, zobaczyc czego inspekcja bedzie dotyczyc, itd. Ta babka wziela formularz, spytala czy czegos jeszcze od niej potrzebuje, po czym zniknela. :D Chyba 1.5 godziny minelo zanim zebrala sie grupka ludzi z kontroli jakosci, ktorej zadaniem byla asysta zeby inspekcja poszla jak najsprawniej. Reszta to juz sprawdzanie dokumentow, wizyta w laboratoriach, itd. Okazuje sie, ze firma odchodzi od badan, ktore mialam sprawdzic, pol budynku bylo pod przebudowa i przelecialo mi przez mysl, ze "co ja tu wlasciwie robie". No ale mialam dwa badania do sprawdzenia, wiec stwierdzilam, ze przejrze wszystko, co ich dotyczy. Musialam tez wyslac grafik badan z ostatnich dwoch lat do ludzi z centrum, zeby mogli wybrac kolejne do potencjalnego sprawdzenia. Dopisalam, ze firma nie ma w planach kolejnych i na szczescie odpisali, ze w takim razie zostana przy tamtych dwoch. Do domu wyjechalam o 15:30 i w korkach doturlalam sie na miejsce o 17:15. Nik pojechal na basen z M., ktory wybral sie na silownie, wiec mialam cichy wieczor. Tylko Bi przezywala jak mrowka okres, bo uparla sie ostatnio na... depilator. Nowoczesne wymysly. Ja cale zycie gole sie zyletka i zyje. ;) A panna pachy woskuje, ale na nogi schodzi mnostwo paskow z woskiem, no i dlugo to trwa, wiec wiercila mi dziure w brzuchu, az w koncu uleglam. Tyle, ze jak juz miala depilator w lapkach, to... sie bala. :O Ze bedzie bolalo. No coz, sama nigdy nie uzywalam, ale od innych slyszalam, ze na poczatku boli, ale potem sie czlowiek przyzwyczaja. W kazdym razie, Bi chodzila pol godziny w kolko, pytajac czy ma sprobowac, coraz bardziej mnie irytujac, bo kiedy mowilam, ze jak chce, bo to ona chciala depilator, odpowiadala, ze chce, ale sie boi. I tak w kolko, wiec konwersacja prowadzaca do nikad. :D W koncu jednak zebrala sie na odwage, sprobowala i... oznajmila, ze nie jest tak zle. Tylko przewrocilam oczami, bo naprawde...? ;)

Jedna reka trzyma depilator, druga jest nerwowo przygryzana :D

We wtorek ponownie zebrac sie rano na inspekcje, a tam dzien przegladania papierow oraz sprawdzania systemow elektronicznych, czego nie lubie, bo ktos musi mi to wyswietlac, wiec czuje presje zeby sprawdzic jak najszybciej. Wole sama, paluchem po kartkach, wszystko dopasowywac. ;) Powrot znow w korkach, ale dotarlam do chalupy i wiekszosc wieczoru przesiedzialam na ganku z przodu. Po calym dniu w budynku i samochodzie, potrzebowalam troche swiezego powietrza i slonca. Tego dnia Potworki dostaly wreszcie plany zajec. Bi cala zadowolona, bo prawie wszystkie lekcje ma z jakas dobra kolezanka. Tylko na chemie trafila sama, ale napisala do doradcy szkolnego, czy moze zmienic na inna klase, bo jedna z jej kolezanek ma ten przedmiot w te same dni i o tej samej godzinie, ale z innym nauczycielem. Tutaj niezbyt przychylnie patrza na prosby zmiany nauczycieli, ale moze jej sie uda. Nik niestety, jak na pierwszy rok w high school, trafil kiepsko, bo tylko na jednej lekcji ma znajomego kumpla. Reszta z samymi, moze nie obcymi, bo zna ich z widzenia, ale mniej bliskimi kolegami. A, no i kilku bedzie mial w zespole, bo nadal gra w tym roku, ale poza tym, bedzie zmuszony nawiazywac nowe przyjaznie. Nik to jednak nie Bi i nie wydaje sie tym zbytnio przejmowac.

Sroda niczym dzien swistaka. Rano zwlec sie z lozka i na inspekcje. Tym razem mialam male urozmaicenie, bowiem musialam zobaczyc archiwum, to zas okazalo sie byc w zupelnie innym budynku. Mielismy wiec przyjemny spacerek, bo firma ma spory teren, zielony i nawet ze stawem, po ktorym plywaja sobie gesi kanadyjskie. Powrot do domu okazal sie interesujacy, bo nawigacja pokazala ze trasa ominie korki na autostradzie. Nie zwrocilam na to uwagi, bo pomyslalam, ze zjade z autostrady, a po jakims czasie na nia wroce. A gdzie! Poprowadzilo mnie zupelnie naokolo, przez tereny, w ktorych nie bylam nigdy, lub ktore odwiedzilam kiedys przy jakiejs pojedynczej okazji. Nie powiem, mijalalm urocze wioski oraz male miasteczka, a droga zajela 1.5 godziny, czyli jak w poprzednie dwa dni, ale zastanawialam sie czy szybciej nie byloby jednak autostrada, nawet pomimo korkow. Zanim jednak wyruszylam, jak tylko wyszlam z budynku, dopadly mnie wiadomosci od Kokusia. Nie pisalam bowiem, ze w srodku, nie wiem czy maja jakas blokade, czy po prostu grube sciany, ale nie lapie nic. Zero kreski. Jak tylko wyszlam, dostalam wiec chyba z 10 wiadomosci, kilkanascie powiadomien z kamer i splynelo tylez samo maili. ;) Okazalo sie, ze kolega Nika wrocil z Japonii i wymyslil nocowanko. I syn wysyla wiadomosc do mnie, zamiast spytac sie ojca, ktory byl juz w domu. To znaczy, okazalo sie, ze ojca tez pytal, tylko nie wiem dlaczego do mnie nie wyslal po prostu, ze "jade do M. Tata pozwolil." I tyle by wystarczylo. ;) W kazdym razie, wieczor spedzilam znow spokojnie, podlalam warzywnik, ogarnelam co nieco w chalupie i szykowalam sie na kolejny dzien pracy.

W czwartek rano wstalam i jak zwykle przymknelam drzwi w pokojach Potworow, zeby nie budzic ich kiedy sie bede krecic po chalupie. Tyle, ze pokoj Kokusia zastalam pusty, bo przez noc wylecialo mi z glowy, ze jest u kolegi. ;) Na inspekcji dzien jak codzien, zas po niej... Olaboga! Nawigacja kolejny raz pokazala mi ze chce ominac zatory, ale tym razem przelaczylam zeby jednak prowadzila normalna trasa. I to byl blad. Nie dosc, ze byly straszne korki, to jeszcze, akurat jak wyjezdzalam z parkingu, zaczelo padac, co dodatkowo pogorszylo sprawe. Przy normalnym ruchu powinnam jechac godzine i kilkanascie minut. Jechalam... ponad 2 godziny! Kiedy dotarlam do domu, mialam juz dosc wszystkiego. Za to Nik juz wrocil i opowiadal z entuzjazmem, ze byli z kolega na rybach (tym razem w naszym klubie), a dodatkowo kumpel ma nowego szczeniaka, wiec mieli kupe zabawy wychodzac z nim co chwila na dwor. ;)

Piatek, czyli dzis, to znow jazda na inspekcje. Najsmieszniejsze, ze nadal rano daja mi eskorte od budki straznikow do glownego budynku. Ktoregos dnia powiedzialam panu, ze jedzie sie wlasciwie caly czas prosto, a droga tylko w jednym miejscu sie rozwidla, wiec moge pojechac sama. Pan zaczal mi tlumaczyc, ze kiedys ktos im sie zgubil, wiec teraz wszystkich gosci eskortuja. Bajery rowery. Podejrzewam, ze nie chca zebym gdzies myszkowala, tylko co ja moge zrobic, skoro do wszystkich budynkow potrzebna jest elektroniczna przepustka? Nie bede sie przeciez skradac niczym szpieg z krainy deszczowcow i wchodzic przez wentylacje czy cus. :D Podobnie, mam towarzystwo w toalecie. Caly czas mam ze soba w pokoju dwoje ludzi, w tym jedna pania, ktora albo idzie do lazienki w tym samym czasie, albo czeka za drzwiami. Moze nie konkretnie kibelka, tylko za drzwiami lazienki, ale i tak stresuje mnie to, ze ona tam stoi i wysikac sie jeszcze dam rade, ale dwojeczki za cholere nie zrobie. :/ Zupelnie nie rozumiem takiego podejscia, bo nawet jesli probowalabym gdzies myszkowac, to i tak nigdzie nie mam dostepu, a pracownicy znaja sie z widzenia i na bank zaraz ktos by zauwazyl ze obca osoba krazy po budynku... Po koszmarnej drodze poprzedniego dnia, chcialam wyjsc troche wczesniej zeby zdazyc przed korkami. Celowalam w 14, ale ostatecznie wyjechalam 20 minut pozniej. Tym razem nawigacja pokazala ze jazda autostrada i zadupiami wyniesie mnie wiecej tyle samo. Wybralam wiec autostrade, co okazalo sie bledem. Najwyrazniej tuz przed moim wyjsciem zrobil sie gigantyczny korek i jechalam moze krocej niz w czwartek, ale tez prawie 2 godziny. :/ Dojechalam do domu, zalatwilam, przebralam w wygodniejsze ciuchy, po czym znow wsiadlam w auto, tym razem wlasne. Trzeba bylo zrobic zakupy spozywcze, a wiadomo ze M. nie pomysli zeby samemu pojechac, mimo ze wie, iz ja spedzam ponad 3 godziny dziennie w samochodzie. :/ Zabraly sie ze mna oczywiscie Potwory, choc tym razem mialy w tym konkretny cel. Po spozywce zajechalismy bowiem do sportowego, bo tam widzielismy wczesniej sporo plecakow. Po porazce na zakupach szkolnych w niedziele, stwierdzilam ze sprobujemy tam, a ze tydzien bez podatkow trwal tylko do soboty, wiec to byl juz naprawde ostatni gwizdek. Oczywiscie w tym sklepie wszystko markowe, wiec ceny takie, ze prosze siadac. Tym bardziej, ze Bi wybrala sobie plecak North Face (ktory podobno ma polowa szkoly), a Nik Adidasa, choc jego byl akurat sporo tanszy. Na szczescie, nie tylko nie placilam podatkow, ale plecaki mialy 25% znizke, wiec jakos to przelknelam. Mam tylko nadzieje, ze przy ciezarach, ktore Bi nosi, plecak wytrzyma chociaz caly rok szkolny, a nie jak jeden kilka lat temu, w ktorym po trzech miesiacach popsul sie zamek...

A teraz przede mna blogi weekend, a po nim niestety kontynuacja inspekcji... :/

piątek, 14 sierpnia 2026

Morska bryza na poczatek sierpnia

Zaczal sie sierpien, ktory dla mnie od zawsze byl swoistym "poczatkiem konca". Cos jest takiego w wakacjach, ze lipiec ciagnie sie guma w gaciach i czlowiekowi wydaje sie, ze ma tyyyle czasu na wszystkie atrakcje i ekscytacje, a potem nadchodzi sierpien i wlasciwie tylko sie mrugnie i juz czas witac szkole. :/

Sobota, 1 sierpnia to odsypianie tygodnia inspekcji, choc takie srednie, bo juz drugi tydzien pod rzad ktorys z sasiadow uznal, ze 8 rano to idealna pora na koszenie kosiarka zylkowa. Normalna kosiarka to taki jednostajny warkot, ze przy zamknietych oknach robi sie z tego bialy szum, ale zylkowa to zupelnie inna historia, bo to takie przerywane bzyczenie, strasznie irytujace. W koncu nie moglam juz tego zniesc i podnioslam sie na lozku zeby sie dobudzic. W tym samym czasie obudzil sie Nik, ktory przylazl do mojego lozka, polozyl sie na miejscu M. i lezal tak opowiadajac glupoty. ;) W koncu wstalam, ogarnelam sie conieco i trzeba bylo zabrac sie za cos pozytecznego. Kiedy dzien wczesnie sprawdzalam prognozy, wydawalo mi sie, ze w koncu spadnie wilgotnosc powietrza i da sie otworzyc okna i przewietrzyc. Niestety, nie wiem na co ja patrzylam, ale nadal mielismy 60% wilgoci, wiec powietrze bylo ciezkie i duszne i zostawilam klimatyzacje, bo bez niej siedzielibysmy ciagle zlani potem. Poskladalam jedno pranie, wstawilam kolejne, wysprzatalam kuchnie, a w miedzyczasie udalo sie tez troche posiedziec na ganku oraz tarasie. Malzonek sie ze mnie smieje, bo w domu klima, a ja siedze na zewnatrz. Nic jednak nie poradze, bo choc wiem, ze ta klimatyzacja to wybawienie przy naszym klimacie, to jednak mi sie momentami robi zwyczajnie zimno, mimo ze temperature mamy nastawiona na 23 stopnie. Wychodze wiec na zewnatrz zeby sie zagrzac. :D Wscieklam sie tez, bo mimo lata, kiciul nadal zostawia "prezenty" w kuwecie i trzeba ja czyscic. To jednak ok; wiadomo, jest kot, jest i kuweta. Tyle ze otwieram kosz (mamy do kuwety taki specjalny z zapadka, zeby blokowal nieprzyjemne zapachy), a tam worek sciagniety do polowy i kocie kupy obok worka, na dnie pojemnika! No zesz kurna!!! Skonczyl sie worek i wyszedl z ramy z jednej strony. I, do cholery, nikt inny tego albo nie zauwazyl, albo mial w doopie! Mysle, ze to drugie, bo jak mozna nie zauwazyc, ze odchody leca obok worka, a nie do niego?! Ja zauwazylam sciagniety worek natychmiast po otworzeniu kosza! Oszaleje czasem z ta moja rodzina. :/ Rzecz jasna to mnie przypadlo w udziale otworzenie calego kosza, wyjecie worka i przesypanie do niego tego, co bylo obok, "delektujac" sie wszystkimi zapaszkami. No i zalozenie nowego wkladu z workiem. :/ Pojechalismy do kosciola, a pozniej Nik umowil sie z kolega na ryby w naszym klubie. Zawiozlam go, a o 20 odwiozl go tata kolegi. 

W niedziele znow moglam pospac i znow nie bylo mi dane, tym razem przez kota, ktory chodzil i darl pyszczek. Juz ktorys raz mam wrazenie, ze ten siersciuch zwyczajnie probuje nas obudzic, bo jak tylko podnioslam sie na lozku, to przylazla, pokrecila sie na moim brzuchu, pochlastala mnie ogonem po twarzy, po czym ulozyla sie w nogach lozka i poszla spac. Co za cholerna zolza! ;) Tradycji stalo sie zadosc, czyli wstalam, ogarnelam sie, zjadlam sniadanie, po czym wstawilam chlebek bananowy i napisalam do taty zeby wpadal na kawe. Dziadek przyjechal, posiedzial do 15 i pojechal. Chwile pozniej Nik oznajmil ze chcialby... jechac na ryby. Jaka niespodzianka! :D Zawiozlam kawalera, po czym spedzilam popoludnie skladajac pranie, zmieniajac dzieciakom posciel, sprzatajac nasza lazienke, itd. Malzonek kladl sie spac o 19:30 i zaczal panikowac, ze synka nadal nie ma i ze "mam natychmiast po niego jechac". Smialam sie, ze tak, zadzieram kiece i lece. Nasluchalam sie oczywiscie marudzenia, ze w klubie na pewno jest pusto bo pogoda kiepska i on tam biedny sam. Taaa... Po pierwsze, po poludniu sie faktycznie troche zachmurzylo, ale nie zmienia to faktu, ze mielismy 29 stopni i 60% wilgotnosci. Panowala sauna i kiedy syna odwozilam, na plazy oraz jeziorze siedzialy istne tlumy. Plaze zamykaja teraz o 19:15, ale wiem ze nawet kiedy nie mozna juz plywac, ludzie nadal siedza, kreca sie, dzieciaki pedza na plac zabaw, starsi graja w siatkowke czy kosza... Nie ma, ze w ciagu 10 minut wszystko pustoszeje. Zachod slonca jest o 20:08 i choc kolo domu juz ciemnawo, to w klubie calkiem jasno. Pojechalam po syna tuz przed 20 i choc przy stawie byl sam, to przy jeziorze i na parkingach nadal krecilo sie mnostwo ludzi.

Samotny rybak

A podobno kolo stawu wczesniej tez byla rodzina, ktora poszla doslownie kilka minut zanim przyjechalam. Syn zlapal dwie ryby, wiec byl calkiem zadowolony i od razu zaczal planowac kolejny wypad nastepnego dnia bo mialam pracowac z domu.

A wieczorem posiedzialam sobie w calkiem "klimatycznych" okolicznosciach

Poniedzialek musialam juz zaczac wczesniej, choc po wylaczeniu budzika mi sie przysnelo i obudzilam sie 15 minut pozniej. Takie cos praktycznie mi sie nie zdarza, ale jednak. Dobrze, ze zasnelam na kwadrans, a nie godzine. :D

Zanim wstalam, przywitac sie przyszla Oreo 

Tego dnia pogoda byla paskudna i gratulowalam sobie tego, ze pracuje z domu. Bylo cieplo, 26 stopni, ale za to przez wieksza czesc dnia padalo i to czasem tak, ze swiata nie bylo widac. Powietrze bylo ciezkie jak zupa, a okna zaparowaly. W ktoryms momencie usiadlam w bujanym fotelu na ganku zeby popatrzec na deszcz spod zadaszenia i po chwili mialam mokre plecy i tylek, bo fotel byl nasycony wilgocia. Oczywiscie kiedy pozniej weszlam do klimatyzowanego domu, dostalam gesiej skorki i zalozylam sweter. ;) Co do pracy, to przede wszystkim musialam sie zajac raportem, ale najpierw przejrzalam tez maile, bo bedac na inspekcji oznaczalam tylko te, ktore byly wazne, ale nie mialam nawet czasu ich dobrze przeczytac. Teraz okazalo sie, ze jednym z nich byla informacja na temat szkolenia, na ktore mam wyjechac we wrzesniu, gdzie bylo napisane, zeby rezerwacje zrobic "jak najszybciej". Zrobilam ja, wyslalam tez szefowi autoryzacje do podpisania. Wiecie, niewazne ze wysylaja cie gdzies "odgornie"; i tak musisz miec oficjalne "pozwolenie" od szefa. Ciekawe co by bylo gdyby napisal, ze nie daje zgody? :D W kazdym razie, pozniej musialam juz zajac sie raportem. To juz, albo dopiero, drugi samodzielny i szlo mi niestety jak po grudzie. Praktycznie caly dzien meczylam sie, a napisalam... 3 strony. ;) Najgorzej, ze nawet kiedy skoncze czesc pisana, bede miala nadal pierdylion papierow do zeskanowania. :/ Wrocil z roboty M., a chwile pozniej po Kokusia przyjechala mama kolegi. Tym razem chlopaki wybraly sie do kina na nowego Spiderman'a. Zaproponowalam, ze moge ich potem odebrac i odwiezc kolege do domu, z czego jego mama sie oczywiscie bardzo ucieszyla. A ja sie wrobilam. :D Wybrali kino oddalone o jakies 10 minut od naszego domu, wiec super, tyle ze kolega mieszka prawie na drugim koncu naszej miejscowosci. Juz to oznaczalo wiec prawie polgodzinna jazde. A pozniej okazalo sie, ze odbieralam ich tuz przed 19, za to o tej porze zamkneli glowna droge przez centrum naszego miasteczka. Wprowadzili ruch wahadlowy i wracajac po odwiezieniu kolegi, utknelismy przed glownym skrzyzowaniem na 20 minut! :/ Wieczorem zas, mielismy kolejna "kocia" przygode. Siedzialam sobie spokojnie na kanapie, az uslyszalam wsciekly miauk napierdzielajacych sie kotow. Wygladam na taras, a tam na balustradzie stoi sobie Oreo, zas spod stolu zerka na mnie... drugie Oreo! :D Nasz kiciul ma sobowtora, ktorego czasem widywalam na kamerach. W ciemnosci mi sie myli, bo tamten tez ma biala mordke i biale skarpetki. Jedyna roznica, to nie ma bialej koncowki ogona. Kot jest jednak bardzo plochliwy. Zwykle widzialam go tylko przemykajacego sie chylkiem kolo domu. W zyciu nie przypuszczalabym, ze przylezie za Oreo na taras, jak Bandyta, ktory jest bardzo przyjacielski i lubi ludzi. Otworzylam drzwi i zawolalam kiciula, ale ten zbyt zajety byl syczeniem na intruza. ;) Tamten zbiegl na schody, ale wcale specjalnie nie uciekal. Dopiero kiedy wyszlam na taras, zwial na sam dol, ale musialam klasnac w rece zeby spierdzielil za garaz. Oreo nadal jednak wyla, syczala i nie chciala wejsc do chalupy. Po chwili wyszlam, patrze, a tamten kot znow jest przy schodach na taras. Uciekl troche nizej, tam gdzie jest miejsce na ognisko, ale znow musialam kilka razy klasnac zeby odbiegl w mrok. Nie wiem jednak czy nadal gdzies sie tam nie czail, bo Oreo nie odpuszczala i caly czas posykiwala. Tyle, ze w koncu Nik wzial ja i sile wniosl do domu i nadal syczala, wiec moze po prostu ma problem z kontrola wlasnych emocji. :D

We wtorek trzeba bylo wstac jeszcze wczesniej, ale tym razem udalo mi sie nie zasnac po wylaczeniu budzika. ;) Za to nasz kiciul wskoczyl mi na brzuch, dal sie podrapac za uchem i pochlastal po twarzy ogonem, nadstawiajac dupke do drapania. :D Wyszykowalm sie do roboty, zostawilam Potworkom wiadro z czysta woda i poleceniem odkurzenia i umycia podlog na gorze, po czym popedzilam do roboty. W biurze doslownie tlumy, bo poza mna dwoch kolegow i dwie kolezanki. Wiekszosc dnia mordowalam sie oczywiscie z raportem, choc szef zdolal mnie tez wkurzyc. Napisala do mnie babka z centrum, pytajac kiedy wysle podsumowanie inspekcji. Spytalam wiec szefa co to za podsumowanie? Okazalo sie, ze jest to lista pytan ze zlecenia. Widzialam ja wczesniej, ale zapomnialam. Szef dodal jednak, ze to powinno byc wyslane w dzien zakonczenia inspekcji. No swietnie, tylko skad ja mam o tym wiedziec?! Z poprzedniej inspekcji nic takiego nie bylo potrzebne, a w zleceniu bylo napisane zeby wyslac podsumowanie, ale nie bylo kiedy. Gdy wczesniej to czytalam, pomyslalam ze jak juz napisze raport. W kazdym razie, stwierdzilam, ze szybko odpowiem na pytania, po czym to "szybko" okazalo sie ponad polgodzinnym szukaniem informacji w notatkach oraz zebranych papierach. No ale odeslalam... Z raportem tez mialam wrazenie, ze idzie mi wolniej niz powinno, no ale pomalu brnelam do przodu. Oczywiscie najgorzej ze nie wiem do czego szef sie przypierdzieli. :/ Po powrocie do chalupy, szybko zgarnelam Potworki i pojechalismy na zakupy. Robilam je dopiero co w piatek, ale teraz chcialam dokupic to, co potrzebne bylo nam na kemping. Pozniej zajechalismy jeszcze do Dunkin' po kawe i napoje i do domu. Poniewaz mielismy wyjechac na kilka dni, poszlam do warzywnika zeby zobaczyc co trzeba zebrac. Malzonek przyniosl wczesniej jednego ogorka, ale jakims cudem zignorowal dwa pomidory oraz cukinie. Ta ostatnia niestety ponownie padla ofiara tych owadow, ktorych larwy draza w ich lodygach. Jedna uschla kompletnie, dwie pozostale ledwie ciagna. Za to odkrylam, ze groch, ktory cos nadgryzlo, dzielnie wypuszcza listki na dole smetnych lodyzek, wiec go podpielam do tyczek. Moze cos jeszcze z niego bedzie. Poki co tylko pogryzly mnie komary. ;) Wieczorem musialam zabrac sie za malosolne.

Pierwsze (i mozliwe ze ostatnie) malosolne 

To kolejna ogrodowa porazka. Malzonek kupowal w tym roku sadzonki i chociaz mowilam mu ktory gatunek ogorkow jest do kiszenia, kupil zwykle ogorasy salatkowe. Pozniej tesciowa mu nagadala, ze w Polsce nikt nie patrzy na gatunek, tylko kisi sie po prostu z malych ogorkow. Najwieksza bzdura jaka slyszalam, ale oczywiscie nie moglam przekonac malzonka, ze jego mamusia nie ma racji. :/ Teraz wyszlo jednak na moje, bo ogorki rosna dlugie i cieniutkie jak palec. Do czasu, kiedy zrobia sie nieco grubsze, maja juz z 15 cm dlugosci lub wiecej. Ledwie zmiescily sie na wysokosc do sloika. A malzonek wscieka sie i miota jakby to nie on sam kupil nie taki gatunek jak trzeba. :/

W srode pracowalam z domu, ale bralam tez pol dnia wolnego, wyjezdzalismy bowiem na kemping i chcielismy wyruszyc jak najszybciej. Przez to mialam wiec taki bez sensu dzien, bo staralam sie i pisac dalej raport i konczyc pakowac. W rezultacie ciezko bylo mi sie skupic na jednym i na drugim. Malo co dopisalam do raportu i zapomnialam spakowac sciereczek do mycia okularow. Na szczescie znalazlam jakies zachomikowane kiedys w przyczepie, modlilam sie tylko zeby nie byly wyschniete. Aha! Jeszcze rano schodze na dol, nadal rozespana i polprzytomna, a tam za oknem przy frontowych drzwiach taki widok:

Misiu ;)

Bardzo szybko sie obudzilam. :D No i dobrze, ze nie wypuscilam akurat psa czy kota... Polowa dnia zleciala migiem, w miedzyczasie dojechal z pracy M. i pomogl troche w pakowaniu i tuz po 13 wyruszylismy. Mimo srodka tygodnia i w miare wczesnej godziny, korki juz sie niestety pojawily, wiec dojechalismy pozniej niz bysmy chcieli. Pojechalismy w jedno z naszych ulubionych miejsc, nad sam ocean. Droga to jednak 2.5 godziny bez korkow. Tym razem jechalismy grubo ponad 3. Na miejscu rozpakowac wszystko, rozlozyc sie na naszej miejscowce, Nik poszedl na ryby (nic nie zlapal) i dzien zlecial.

Tym razem mielismy podlaczenie do pradu i cale szczescie, bo kolejny raz wyjezdzalismy w rekordowe upaly. Nie ma co narzekac oczywiscie. Lepiej tak, niz deszcz. ;) No i tam akurat, nad samym oceanem, bylo o kilka stopni chlodniej. Niestety, byla tez wysoka wilgotnosc, wiec cale szczescie ze moglismy wlaczyc klimatyzacje. Choc najpierw trzeba bylo ja rozgryzc i tak naprawde dopiero ostatniego dnia mielismy chlod w przyczepie. Wczesniej bylo po prostu chlodniej niz na zewnatrz. :D W rezultacie, w czwartek wszyscy poza Kokusiem wstalismy dosc wczesnie, bo jak tylko wzeszlo slonce, zrobilo sie za goraco.

Powtarzam do znudzenia zeby spal w poprzek. Lozko jest na tyle szerokie, ze wtedy spokojnie by sie zmiescil. Ale nie, kawaler woli zeby mu zwisaly stopy... 

Mnie jeszcze wkurzyl M., bo okno od mojej strony bylo akurat od wschodu, a ten z samego rana odslonil zaluzje. Slonce tak grzalo mi po nogach, ze nie dalo sie wytrzymac. I tak co rano. Ja wieczorem zaslanialam zaluzje wlasnie zeby slonce nie nagrzewalo sypialni, a malzonek niczym maniak je odslanial. Zreszta w domu mamy wiecznie ta sama walke. Okna w naszej sypialni oraz jadalni wychodza centralnie na poludnie i caly dzien swieci przez nie slonce. Tlumacze jak krowie na rowie, ze materialy plowieja, a drewno ciemnieje, nie mowiac juz ze nasza sypialnia nagrzewa sie niczym piec. Ja zamykam zaluzje w sloneczne dni, a M. zrzedzi ze ciemno jak w piwnicy (choc nawet tam nie siedzi!) i je otwiera... :/ Tak czy srak, w czwartek zaczelismy dzien wczesnie, ogarnal sie czlowiek i zaczal odpoczywanie. :) Czyli obszedl caly kemping naokolo, pojezdzil na rowerze, pozarl loda i wypil kawe, po czym nadszedl maksymalny odplyw. Na tym kempingu oznacza to jedno - kraby! :D

Maly, ale zadziorny! Krab oczywiscie ;) 

Poszlismy na plaze przy rzece, gdzie Bi poszla sie wykapac, a ja z Kokusiem oddalismy sie lowom. Niestety, Nik zapomnial przywiezc swojej siatki, co zdecydowanie utrudnilo wygrzebywanie krabiszonow spod wodorostow, ale pare zlapalismy. Co ciekawe, ja wiecej, bo jakos mam po prostu lepsze "oko". A moze zwyczajnie wiecej cierpliwosci, bo chodze przez wode pomalu i ostroznie, patrzac uwaznie i przewracajac kamienie. Nik biega przez wode niczym wydra i skacze przez skalki, ploszac wszystko naokolo. ;) Kiedy wrocilismy na kemping, malzonek zabral sie za hamburgery, narzekajac ze przy grillu jest strasznie goraco. Ameryke odkryl. ;)

Kuchnia polowa :) 

No coz, goraco czy nie, jesc trzeba. Przez wiekszosc czasu i tak zywilismy sie glownie lodami i pilismy niemozliwe ilosci wody, ale raz dziennie fajnie bylo zjesc normalny posilek. Po poludniu stwierdzilam, ze malo mi ruchu i postanowilam przejsc sie wzdluz glownej plazy. Towarzyszyly mi oczywiscie Potworki.

Bi stanela strategicznie na gorze, zeby wydawac sie niemal rowna z bratem :D 

Po powrocie Nik chcial isc na ryby, ale do maksymalnego przyplywu troche brakowalo, wiec woda nie docierala do scianki idacej wzdluz kempingu, a z ktorej lowi sie najlepiej. Pojechalismy wiec w poszukiwaniu lepszego miejsca, ale skonczylo sie tak, ze przeciagalismy nasze rowery przez piach na plazy. ;) Kola Kokusiowego roweru sa dosc grube i on przez wiekszosc czasu mogl jechac. Moje sa duzo ciensze i niestety - co kilka krokow sie zakopywalam... :/ 

To pudlo po prawej, to nie smiec. Obok lowil jakis facet i mial tam kupe kawalkow ryb na przynete :)

Wieczorem siedzielismy przy ognisku, choc moze bardziej akuratne byloby stwierdzenie "z dala od ogniska". ;) Rozpalilismy je dla towarzystwa, ale nawet o 22 wieczorem nadal bylo 25 stopni, wiec siedzial czlowiek 3-4 metry od ognia.

Bi ostatnio odpuscila bieganie, za to wieczorami cwiczyla palates :)

W piatek pobudka ponownie byla dosc wczesna, bo slonce podgrzewalo przyczepe niczym piekarnik. Dopiero po poludniu tego dnia udalo sie M. podkrecic cos w klimatyzacji i wreszcie porzadnie obnizyc temperature. Tego dnia Potworki chcialy isc nad ocean w czasie odplywu, liczac na porzadne fale do plywania na deskach. Niestety, jak zwykle na tej plazy fale nie zawodza, tym razem ocean byl niemal niczym tafla jeziora. Tylko od czasu do czasu nadplynelo kilka fal pod rzad, ale bardzo delikatnych. Troche udalo im sie po "surfowac", ale mieli zdecydowany niedosyt.

Surfin' USA? ;) 

Spedzilismy tam duzo wiecej czasu niz planowalismy, bo mimo wszystko bawili sie calkiem niezle, wiec kiedy dotarlismy spowrotem na kemping, nie bylo juz po co isc "na kraby", bo przyplyw trwal w najlepsze i skalki w wiekszosci byly juz pod woda. Za to wieczorem poszlismy nad rzeke, troche na spacer, a troche dla Kokusia, ktory chcial sprobowac znow poslizgac sie na swojej skimboard (nie wiem jak taka deska zwie sie po polsku).

Rok temu swietnie sie przy tym bawil; w tym chyba juz nie

Mowilam mu wczesniej, ze duze polacie plytkiej wody w czasie odplywu, to miejsce idealne, ale krepowal sie tlumu ludzi. Podczas przyplywu to juz nie to samo, ale troche sie poslizgal. Pozniej znalazl wielka klode z gwozdziami. Nie mam pojecia od czego sie oderwala, ale Potworki zasmiewaly sie, ze to czesc z Czarnej Perly. :D

Zwykla kloda, a zabawa przednia ;)

W sobote bylo odrobine wiecej chmur, a wiec nieco nizsza temperatura. Tak okolo 27 stopni. Mroz po prostu. ;) Co mialo znaczenie kiedy poszlam z Potworkami wykapac sie w oceanie. Przy sloncu co chwila znikajacym za chmurami, duzo trudniej bylo sie zamoczyc w lodowatej wodzie. Zapomnialam bowiem wspomniec, ze miala ona 18-19 stopni i choc stop nie przeszywal bol zaraz po wejsciu, jak to mialo miejsce jeszcze w czerwcu, to jednak nawet zimnolubny Nik stwierdzil, ze teskni za oceanem na Florydzie. :D A jeszcze co chwila czuc bylo przeplywajace chlodniejsze prady... Nie zdawalam sobie sprawy z tego jak zimna byla ta woda, dopoki nie zaczelam z niej wychodzic i na plyciznie zorientowalam sie, ze ledwie ide bo stopy oraz lydki mialam kompletnie zdretwiale! :D No ale pochlapalismy sie i wrocilismy do M., ktory oczywiscie na wspomnienie o plazy spasowal. Tym razem plywalismy przed kompletnym odplywem, wiec kiedy ten nadszedl, poszlam z Kokusiem na skalki. Tym razem trafilo nam sie kilka wiekszych krabow, tylko ciezko je zlapac bez siatki.

To byla chyba najwieksza zlapana sztuka ;) 

Sa zaskakujaco szybkie i w dodatku zawziecie sie bronia. Cwaniaki, nawet trzymane od tylu, potrafia siegac szczypcami pod spod i dziabnac cie w palca. ;) Kilka jednak udalo sie Nikowi schwytac.

Wiem, ze zdjecie kiepsko oddaje kolor, ale w jednym miejscu przy rzece, mozna znalezc polacie fioletowego piasku. Podobno jest tam charakterystyczne podloze skalne, ktore wymywane tworzy taki wlasnie piasek. Nie dosc, ze ma on taki ciekawy kolor, to jeszcze jest delikatny w dotyku i mialki niczym cukier puder 

Byla sobota, wiec tradycyjnie po poludniu pojechalismy do kosciola. Kiedy z niego wyszlismy, okazalo sie, ze nadeszly ciemne chmury i prognozy zapowiadaly przelotne burze. Ostatecznie jednak tylko lekko pokropilo kiedy siedzielismy przy ognisku i to tak delikatnie, ze czlowiek nawet nie pomyslal zeby sie schowac. Za to juz po zmroku, nad kempingiem rozblysly fajerwerki. To jest wlasnie fajne w tej miejscowosci, ze nawet kiedy dawno po 4 lipca, tutaj co weekend jest pokaz sztucznych ogni. I puszczaja je tak blisko, ze mozna je podziwiac nie ruszajac sie ze swojej miejscowki.

Po co jezdzic specjalnie na pokazy, jak mozna siedziec pod przyczepa ;)

Niedziela oznaczala niestety powrot do domu, na ktory nikt z nas nie mial ochoty. Najpierw jednak posiedzielismy z kawa przy przyczepce, delektujac sie pieknym porankiem. W nocy przeszedl jednak deszcz, ale juz od rana przypiekalo slonce, wiec zostawione nieopatrznie reczniki oraz stroje, schly w blyskawicznym tempie. Malzonek zaczal pakowac to i owo, a ja migiem pochowalam wszystko z wnetrza przyczepy i przetarlam powierzchnie, po czym stwierdzilam, ze musze "pozegnac" ocean.

Znowu przyplyw 

W tym roku juz na pewno na ten kemping nie wrocimy, a ze z domu na plaze (oceaniczna) mamy okolo 1.5 godziny jazdy, to raczej nie planuje takiego wypadu. Poszlam wiec na krotki spacer wzdluz wody. Mialam zalozyc stroj, ale ze byl mokry, wiec stwierdzilam, ze pojde w normalnych ciuchach. Blad! Byl przyplyw, woda bila wysoko o brzeg i zaraz pierwsza fala chlapnela mi po tylku. ;) I zeby to jedna...Wracalam w lekko wilgotnych portkach, ale warto bylo. :D Dopakowalismy wszystko co konieczne, zahaczylismy o zrzut sciekow i ruszylismy do domu. Po drodze bylo troche zatorow, ale przejechalismy dosc sprawnie i o 15 dotarlismy na miejsce.

Latka mijaja, a widoki w drodze te same :D 

Reszta to oczywiscie rozpakowywanie, kazdy kolejno pod prysznic, no i dla rodzicow szykowac sie na dzien w robocie. Poczatkowo myslalam, zeby w poniedzialek pracowac z domu, ale chcialam koniecznie dokonczyc czesc pisana raportu, a w biurze jednak duzo latwiej sie skupic, szczegolnie teraz, kiedy Potworki nadal maja wakacje.

W poniedzialek musialam sie wiec zwlec dosc wczesnie i ruszyc do biura. Ktos tam musial byc tuz przede mna, bo bylo zapalone swiatlo przy wejsciu i wlaczony ekspres do kawy, a ten sam sie wylacza po jakims czasie. Przez caly dzien jednak nikogo nie widzialam, wiec musial wpasc, wypic szybka kawe i ruszyc na inspekcje. Sleczalam oczywiscie nad raportem, za to w lazience mialam niespodzianke - okres! Ostatnio przyszedl dwa tygodnie pozniej, tym razem o tydzien wczesniej. Oszalec mozna... :/ Przetrwalam jakos dzien i wyszlam o kwadrans wczesniej. Na 18 jechalam z Potworkami do kina, wiec nie chcialam tylko wpasc z wywieszonym jezorem, w biegu cos przekasic i pedzic dalej... Przyjechalam, przebralam sie, na spokojnie zjadlam i pojechalismy. Bi chciala wziac kolezanke, ale na szczescie do kina podwiozl ja rodzic. Pojechalismy na Odyseje i poczatkowo Starsza miala z kolezanka jechac sama, a ja z Kokusiem w jakims innym terminie (bo pannie marzyl sie samotny wypad). Potem jednak doczytalam, ze na film wpuszczaja mlodziez tylko pod opieka doroslego, wiec pojechalismy razem na wszelki wypadek. Okazalo sie jednak, ze nikt chyba na to nie patrzyl i Bi mogla spokojnie pojechac z kolezanka sama...

Kinoman 

Co do filmu, to stwierdzam, ze sie starzeje i coraz mniej produkcji mnie satysfakcjonuje. Tutaj podobno film zdobyl uznanie krytykow i zarobil miliony, tymczasem dla mnie fabula momentami nie trzymala sie kupy, niewiadomo bylo kto z kim i dlaczego, mimo ze znam mitologie i pamietam historie Odyseusza. W dodatku filmisko ciagnelo sie niemal 3 godziny, ale pierwsza to byly jakies pomniejsze retrospekcje, bohaterowie snuli sie, gadali i wlasciwie to nic sie nie dzialo. Spokojnie mogli to przyspieszyc i skrocic produkcje o godzine. Poza tymi niedociagnieciami oczywiscie film byl calkiem fajny, chociaz w srodku poszlam do lazienki i zupelnie nie bylo mi zal tych kilku minut. Raczej dlugo nie bede miala ochoty obejrzec go ponownie. ;) Z kina wyszlismy o 21:20, a jeszcze musialam zjechac z trasy zeby odwiezc kolezanke Bi, wiec do domu dojechalismy tuz przed 22. Cieszylam sie, ze kolejnego dnia pracowalam z domu.

Wtorek to pobudka nieco pozniejsza, z racji ze nie musialam jechac do biura. Mimo wszystko, trzeba bylo wstac tak, zeby zjesc sniadanie i ogarnac sie do 8, po czym siasc do pracy. Przyznaje ze bywaja dni kiedy zaczynam prace w pizamie i potem biegne na chwile na gore zeby sie umyc i ubrac, ale ostatnio malzonek "zastrzelil" mnie tekstem, ze on tam wie jak sie pracuje z domu. I ze jest pewien, ze ja tylko wstaje za piec osma, wlaczam kompa i ide ponownie spac! :O I nie moglam go przekonac, ze to bzdura! Super... Tak wlasnie wiekszosci narodu kojarzy sie praca zdalna i nic dziwnego ze pracodawcy bronia sie przed nia jak moga. Osobiscie przyznaje, ze w domu jestem mniej produktywna niz w biurze, bo mam za duzo rozpraszaczy, ale absolutnie nie wlaczam lapka o 8 zeby pojsc spac do 10! I na pewno zdarzaja sie jednostki, ktore tak wlasnie "pracuja", ale nie ma co wrzucac wszystkich do jednego worka... :/ W kazdym razie, od rana mordowalam sie z raportem, a wlasciwie ze skanowaniem wszystkich dokumentow, bo dzien wczesniej skonczylam wreszcie czesc pisana. Niestety, na malym, przenosnym skanerze szlo to jak po grudzie. Nik chcial oczywiscie skorzystac z mojej obecnosci i pojechac na ryby i chetnie go zawiozlam, bo mialam ochote cos roztrzaskac. Pojechal w sumie tylko na 1.5 godziny, ale wrocil zachwycony, bo zlapal 3 male rybki, ale tez jednego giganta. Ponoc to byla najwieksza ryba jaka dotychczas zlowil. Dla proporcji zrobil fote obok swojego crocs'a. :D

Mlodszy nosi rozmiar buta 43 ;) 

Kiedy po niego przyjechalam, zaszlam tez do budki z zarciem i zamowilam nam jedzenie na lunch, nie chcialo mi sie bowiem nic gotowac. Wolalam skupic sie na skanowaniu. Po poludniu niestety nagle cos sie porobilo z Outlook'iem oraz Teams'em. Caly czas wyskakiwala mi wiadomosc zeby sie jeszcze raz zalogowac, ale kiedy klikalam zeby to zrobic, pojawialo sie okienko, ze logowanie sie powiodlo, ale system nie pozwala otworzyc aplikacji. Tak nie to wkurzalo, ze wreszcie zadzwonilam na numer pomocy technicznej. Tam od razu wlaczyla sie automatyczna wiadomosc, ze wiedza o problemach z Microsoft'em i zeby sprobowac wylaczyc taki program do automatycznego logowania i zrestartowac kompa. Troche sie przerazilam kiedy uslyszalam, ze problem ma Microsoft, bo moj raport pisalam w Wordzie. Co prawda moglam nadal skanowac, ale kazdy zalacznik musialam wpisac w tabele oraz wklepac odnosnik w tekscie. Balam sie, ze szlag mi trafi cala robote, wiec zrestartowalam laptoka i... nic. Bez zmiany. :/ Stwierdzilam, ze ok, przynajmniej poskanuje ile sie da. Na sam koniec dnia spotkala mnie zalamka, bowiem o 16:15 zaczelam skanowac jeden z dluzszych dokumentow. Nie wyrobilam sie do konca dniowki, ale nie chcialam przerywac w polowie, wiec skanowalam dalej. Skonczylam o 16:50 i... program sie zawiesil! :O Nie mglam ani zachowac zeskanowanego dokumentu, ani cofnac i sprobowac jeszcze raz! W koncu musialam wylaczyc go na sile i oczywiscie stracilam ponad pol godziny skanowania. :( Tego wieczora Nik mial basen, wiec tradycyjnie M. go zawiozl, a ja pozniej odebralam. Podlalam warzywnik bo nadal mamy upaly, posiedzialam na ganku zajadajac lody (ach te kalorie :D) i dzionek zlecial. 

W srode ponownie musialam zerwac sie wczesniej, bo jechalam do biura. W ktorym panowaly kompletne pustki. Dopiero pod koniec dnia pojawila sie moja polska kolezanka, ale nadal sleczalam nad raportem, a ona wrocila z inspekcji i tez cos pilnie wpisywala, wiec mialysmy tylko pare minut na pogadanie. Zostalam 10 minut dluzej, ale wreszcie skonczylam skanowac, podpielam wszystkie 30 (!) zalacznikow, wklepalam regulke do systemu i wyslalam oficjalnie raport jako skonczony. Co jest glupie, bo wiedzialam, ze bede miala poprawki, ale szef chce zeby system mial date zakonczenia pisania raportu po inspekcji, bo podobno gdzies odgornie sprawdzaja ile zajmuje nam pisanie w stosunku do czasu spedzonego w firmie. Po pracy pojechalam do domu i z miejsca dopadl mnie Nik, bo z racji, ze w srody nie jezdzi na treningi, chcial wybrac sie na ryby. Nie bardzo mi sie chcialo go wiezc, ale ze syn robil oczy kota ze Shreka, no to uleglam. I okazalo sie to bledem, bo w klubie odbywala sie jakas wielka impreza czy koncert, czy ch*j wie co. Odwiozlam Mlodszego bez problemow, bo i tak nie wysiadalam. Kiedy jednak pozniej po niego przyjechalam, okazalo sie, ze impreza wlasnie sie skonczyla i korek do wyjazdu byl od glownej ulicy az gleboko wglab klubu. Kilkanascie minut stalam w sznureczku... Syn jednak zlapal 3 rybki, wiec wracal calkiem usatysfakcjonowany. ;)

Czwartek to ponownie praca z domu, huhuhu! :D Mialam nadzieje spedzic dzien glownie na przygotowaniu do kolejnej inspekcji, ale wiadomo, ze szef odeslal raport z poprawkami. Parsknelam gorzkim smiechem, bo w mailu napisal, ze "dobrze napisany raport", wiec pomyslalam ze moze beda tylko jakies pojedyncze poprawki. Tiaaa... Ponownie, po 2-3 komentarze na kazdej stronie! Dobrze, ze przy tym rodzaju inspekcji raport ma "tylko" 13 stron. W miedzyczasie powstawala mlodziez i nie zgadniecie! Mlodszy znow chcial na ryby! :D Zazgrzytalam zebami, ale wiedzialam, ze po poludniu bedzie mial trening, w piatek nie bedzie czasu, zas w sobote w klubie jest pozegnalna impreza tylko dla czlonkow i nie wolno przywozic gosci, wiec nie bedzie mogl tam pojechac. A ze to raptem 5 minut, to porzucilam na chwile poprawianie raportu (bez zalu) i zawiozlam chlopaka. Wrocilam i zakopalam sie w cholernych poprawkach. Niestety, w jednym z komentarzy, szef napisal ze musze poprawic oznaczenia zalacznikow. Wszystkich! Chodzilo o glupie dwie literki, a musialam otwierac wszystkie trzydziesci dokumentow i edytowac. Trzy z nich musialam zreszta od nowa zeskanowac bo zawieraly faktyczne imiona pacjentow. Wczesniej je zamazalam, bo bylam pewna, ze nie powinnismy zostawiac czyichs danych, tymczasem szef napisal, ze nie, zostawiamy dokumenty tak, jak je dostalismy. :/ Skonczylam dopiero tuz przed 16, wiec zostalo mi zawrotne pol godziny zeby zaczal patrzec na materialy do kolejnej inspekcji. Jeeej... :/ W miedzyczasie podjechalam tez po Kokusia, ktoremu starczylo lowienia (cos tam zlapal, ale nie pamietam ile), a potem dalam Potworkom ciasto na domowa pizze zeby sobie zrobili male pizzerinki. Juz dawno ich nie robili, wiec oboje sie ucieszyli. Po pracy szybko zgarnelam Potwory i ruszylismy na zakupy. Po nich pedem do domu, bo Nik mial trening. Pojechal z nim M., zeby pocwiczyc na silowni. Mialam podlac warzywnik, ale niespodziewanie... zaczal padac deszcz. Ktorego w ogole nie bylo w prognozach! Przynajmniej odpadlo mi podlewanie, bo padalo dosc krotko, ale intensywnie. Tego dnia zaczelam tez eksperyment. Nasza Maya zaczela nosic... pieluchy. :D

Psiur zachwycony oczywiscie nie jest ;) 

Poki co tylko wtedy, kiedy wiem ze bedzie w domu dluzszy czas. Niestety, woda po prostu przez nia przelatuje. Moja praca jest obecnie bardzo absorbujaca i nie mam czasu latac z nia ciagle do weta, ktory kombinuje: a moze to zbadac, a moze tamto. Malzonek niestety potrafi byc kompletnym gburem i oznajmil kiedys, ze on nie bedzie jezdzil z siersciuchem po lekarzach. Sprobowalismy dwoch rodzajow lekarstw i nawet przy najwyzszej dawce, nie dzialaly na 100%. Tymczasem poslanie oraz sam pies byly cale zalane i smierdzialy sikami. Gdzie sie psiur nie polozyl, zostawial wieksza lub mniejsza kaluze, a ile mozna go ciagle kapac?! Cala kuchnia (gdzie Maya spi) smierdziala szczynami. Stwierdzilam wiec, ze poki co sprobuje z pieluchami. O malo sie o nie zreszta nie poklocilam z malzonkiem, bo ten zaczal sie rzucac, ze "no tak, bedziemy wydawac fortune na pieluchy dla psa. To juz lepiej zeby w domu smierdzialo szczochami!". Kiedys zdziele tego faceta patelnia, serio! Bo do weta nie bedzie sie urywal z pracy, na tabletki tez wiecznie zrzedzil, ze nie pomagaja i weterynarze tylko kase trzepia a nie potrafia pomoc, tyle ze (jak napisalam wyzej) kiedy wetka kombinowala, to byly pretensje, ze ciagle trzeba jezdzic na wizyty, teraz pieluchy tez nie, wiec czego on do k*rwy nedzy chce?! Rzecz jasna, kiedy wszedzie zasikane, to pierwszy sie rzucal ze ma dosc "tego psa" i ciagle wywala Maye na dwor. Sam nie probuje znalezc rozwiazania i wykazuje zero zaangazowania, ale do krytyki jest pierwszy... :/ W kazdym razie, zobaczymy jak z tymi pieluchami bedzie. Niestety, bede musiala kombinowac z roznymi markami, bo obecne zsuwaja sie psu z tylka i dziura na ogon przesuwa sie za nisko, przez co tamtedy przecieka. :(

W piatek ponownie trzeba bylo wstac wczesniej i jechac do biura. W piatki fajnie byloby zostac w domu, ale chcialam upewnic sie ze mam wszystko na inspekcje, no i wziac kluczyki do auta sluzbowego zeby nie biegac w poniedzialek trzech kondygnacji na gore. ;) Na dzien dobry szef oczywiscie wyslal kolejne poprawki. Musialam tez zeskanowac jeszcze raz jeden z zalacznikow, to nagle zauwazyl, ze druk jakis jasny i miejscami ciezko go przeczytac. No nie mogl tego zauwazyc dzien wczesniej, kiedy skanowalam inne trzy? W biurze skaner nie laczy sie z naszymi laptopami (pomoc techniczna "naprawia" to od miesiaca), wiec kazde skanowanie oznacza dla mnie wyciaganie mojej przenosnej drukareczki, kabli, podlaczanie wszystkiego, itd. Wolalabym wiec skanowac wszystko za jednym zamachem... Musialam podpiac tez w systemie zalaczniki, ktore poprawilam dzien wczesniej, po czym odeslalam poprawki i zabralam sie w koncu za przegladanie materialow na kolejna inspekcje. Tyle, ze niedlugo potem dostalam maila, ze szef odsyla raport, bo mialam zle oznaczenia w systemie! Tyle, ze nie zmienilam ich od czwartku, wiec za pierwszym razem szefunio nawet ich nie sprawdzil! A ja niestety, jeszcze pewnie kilka razy sie pomyle zanim wszystko zapamietam. Poprawilam, odeslalam, po czym znow siadlam do materialow na kolejny tydzien. Po chwili kolejna wiadomosc z systemu, ze szef... znow odsyla raport! Tym razem mialam zlego maila do oddzialu centrali, bo taki szkic dala mi wczesniej kolezanka i nie wiedzialam ze musze go zmienic! No ale kolejny raz, wklepalam to dzien wczesniej, a jeszcze lepiej, ten sam mialam w raporcie z poprzedniej inspekcji i tez byl zly, a szef tego nie zauwazyl! :D Poprawilam, odeslalam i w koncu dostalam automatycznego maila z systemu, ze moj raport zostal zatwierdzony przez szefa... W tym momencie bylam juz tak wsciekla, ze nawet sie specjalnie nie ucieszylam. No co za marnotrawstwo czasu, bo naprawde, wiekszosc tych poprawek to takie czepialstwo. Szkic bowiem wzielam z raportow dwoch bardziej doswiadczonych ludzi z mojej grupy, a potem szef pisze, ze to powinno byc w innej sekcji, tu musisz dodac to, tam wykasowac tamto... Ale jak inni napisali w taki sposob, to bylo dobrze?! :/ Ostatecznie raport skonczylam okolo 14 i dopiero wtedy moglam spokojnie sie skupic na kolejnej inspekcji. Duzo juz nie udalo mi sie posprawdzac, wiec bede musiala mocno improwizowac...

O reszcie piatku napisze w przyszlym tygodniu. Poki co, milego weekendu!