piątek, 2 października 2026

Powroty bez oddechu ;)

Sobote, 26 wrzesnia, zaczelam wczesnie, bo juz o 5:30. Niestety, bylam srednio przytomna, bo w piatek do hotelu przybylo mnostwo nowych gosci, wiec gdzie w tygodniu bylo raczej cicho i spokojnie, teraz zaczal tetnic zyciem. Caly wieczor co chwila ktos przelazil korytarzem glosno gadajac, a nade mna mieli chyba male dziecko, bo slychac bylo szybki tupot stop, jakby ktos biegal po pokoju. Niestety, noc przyniosla niewielka poprawe. Po korytarzu nadal lazily pielgrzymki, ktos lomotal w drzwi, ktos inny poszedl do maszyny z lodem (a to potwornie glosne ustrojstwo), zas wisienka na torcie byla jakas para uprawiajaca milosc. Zaczynam podejrzewac, ze ludzie bzykajacy sie w hotelach robia to najglosniej jak sie da, celowo. Logicznie bowiem jest pomyslec, ze kurcze, mam naokolo kupe ludzi, to moze wypadaloby byc dyskretnym. Dodatkowo, do cholery, ile moze trwac jedna akcja?! To juz zaczynalo byc jak w pornolu, kiedy baba steka i pokrzykuje 15, 20, 30 minut! Nie wiem ile normalnych par tyle czasu wytrzymuje kopulacje bez szczytowania, tymczasem w hotelach zawsze ci ludzie lomocza sie w nieskonczonosc. :/ Byl srodek nocy i naprawde korcilo mnie zeby zadzwonic na recepcje, bo wiedzialam ze przede mna wczesna pobudka i dluga droga w kiepskich warunkach. No ale jakos zacisnelam zeby i przeczekalam harce. Tuz przed budzikiem zbudzilo mnie trzasniecie drzwi, bowiem moja wlasna kolezanka miala Ubera na lotnisko zamowionego juz na 5:30. :O Zwloklam sie z lozka, umylam, dopakowalam reszte rzeczy i zjadlam na sniadanie resztki zarelka z calego tygodnia. W soboty sniadanie zaczynalo sie dopiero o 7, wiec je sobie odpuscilam, bo nie chcialam wyjezdzac przed 8. Zaparzylam sobie jeszcze kawe na droge, wymeldowalam sie z hotelu i jeszcze przed siodma wladowalam walizki do auta i ruszylam. Poczatkowo bylo sucho i miejscami przebijalo nawet wschodzace slonce, ale nie minela nawet godzina, a zaczelo padac. I tak padalo, raz mocniej, raz lzej, z tylko krotkimi przerwami, az do samego domu. Oczywiscie na autostradzie widocznosc byla tragiczna, bo nawet kiedy przestawalo lub troche odpuszczalo, rozbryzg wody spod kol sprawial, ze wycieraczki nie nadazaly. Kiedy padalo mocniej, cala autostrada zwalniala do slimaczego tempa, bo ledwie bylo widac auta przed toba, a pasy "znikaly". Musze jednak przyznac, ze polaczenie paskudnej pogody, wczesnej godziny oraz soboty, sprawilo, ze ruch byl niewielki i zupelnie nie bylo korkow. Obawialam sie, ze przy takiej pogodzie beda poslizgi i wypadki, a tu nic.

Ja jechalam, a Nik wysylal mi zdjecia kiciula owinietego kolderka, bo ten zdecydowal sie przywitac do w lozku ;) 

Zrobilam sobie krociutka przerwe na toalete oraz kupienie kawy ponownie w New Jersey, mniej wiecej w polowie drogi, a pozniej stanelam juz prawie na wysokosci mojej miejscowosci, zeby zatankowac. Dopiero tu odczulam zmeczenie. Dystrybutor nie wydrukowal mi rachunku i musialam pojsc po niego do srodka. Idac czulam lekkie zawroty glowy, choc to moze tez przez to, ze poza kawa, wypilam tylko 1/3 butelki wody. Pozniej pojechalam kolejne 15 minut do biura, zeby wreszcie pozbyc sie sluzbowej fury. Oczywiscie namordowalam sie z drzwiami, bo nie chcialy odczytac mojej karty, a w weekendy nie ma straznikow zeby mnie wpuscili. Na szczescie w koncu zalapaly, a juz mialam wizje, ze musze wracac autem spowrotem do domu. ;) Wpisalam w formularz koncowy przebieg, wyladowalam walizki oraz plecak i z ulga pozegnalam auto, przynajmniej na jakis czas. Mialam szczescie, bo M. (ktoremu dalam znac jak bylam na stacji benzynowej) przyjechal doslownie dwie minuty po mnie, wiec nie musialam czekac. Zreszta i tak stalam w srodku, bo caly czas padalo. Do domu dotarlam wiec niemal rowno o 13 i nie moglam uwierzyc, ze jeszcze tego ranka pilam herbatke w hotelu. ;) Rozczarowal mnie pies, bo wiem, ze jest gluchawa i mogla mnie nie slyszec, wiec to ja podeszlam do niej, zeby sie przywitac. A pies machnal ogonem, odwrocil sie i poszedl na poslanie! To juz bardziej sie cieszy jak po poludniu dzieciaki wracaja ze szkoly, albo jak przyjezdza moj tata! Tymczasem nie bylo mnie tydzien, a Maya najwyrazniej miala to w nosie. Zartowalam potem z Kokusiem, ze pewnie mnie znienawidzila za te pieluchy. :D A co do Kokusia, to zbiegl steskniony na dol zeby przywitac sie z mamusia. Bi odwrotnie, musialam pojsc do jej pokoju, a ona stwierdzila, ze nie wiedziala ze przyjechalam, choc jak pisalam w polowie drogi, to odpisala ze widzi gdzie jestem, bo sledzi moja lokalizacje. Kot za to przede mna uciekl, bo pewnie cala bylam przesiaknieta obcymi zapachami. ;) Wreszcie klaplam na wygodnej kanapie, we wlasnej chalupie i popijajac najlepsza na swiecie kawe, czyli ta z wlasnego zaparzacza. ;) Bardzo dlugo nie posiedzialam, bo na 16 jechalismy do kosciola. Po powrocie Nik skonczyl pakowac plecak i pojechal na nocowanko do kolegi. Ponoc chcial jechac juz poprzedniego dnia, ale M. go ochrzanil, ze mama wraca, a on chce sobie jechac. Podobno strzelil focha. :D W sobote, troche niesmialo, spytal mnie czy bedzie mi przykro jak pojedzie, wiec nie mialam serca mu odmowic. Na szczescie odwiozl go M., bo po tylu godzinach jazdy, na mysl o ponowne siadniecie za kolkiem, az mi sie niedobrze robilo. ;) Wieczor spedzilismy na normalnych kanapowych pogaduchach, a Bi zaszyla sie w swoim pokoju.

W niedziele wreszcie moglam odespac, choc przeszkodzil mi w tym psiur. O 4:40 obudzila mnie, krazac po korytarzu i popiskujac. Pomyslalam, ze moze przycisnelo ja do toalety, wiec niechetnie, ale zwloklam sie z lozka i poczlapalam na dol. Znalazlam odsunieta bramke i pieluche w jadalni, czyli cholerny siersciuch przepchnal sobie przejscie i lazil po calym dole. :/ Faktycznie, kiedy mnie zobaczyla, popedzila pod drzwi. Wypuscilam ja, ale pomimo deszczu, zamiast zrobic co trzeba i wrocic, to ta zolza lazila niewiadomo gdzie. W koncu wrocila, a okazje wykorzystal kiciul i pomaszerowal na dwor. Coz, jak chce sie szlajac w deszcz, to jej wola. ;) Wrocilam do lozka, ale oczywiscie ciezko bylo mi ponownie zasnac, bo zdazylam sie kompletnie rozbudzic. Kiedy w koncu padlam, spalam jak zabita i kiedy o 9 zadzwonil budzik, zupelnie nie wiedzialam co sie dzieje. Wstalam w koncu i ogarnelam sie, ale zanim zaprosilam dziadka na kawe, najpierw wstawilam zmywarke, poskladalam pranie i wlaczylam kolejne. Niestety, podczas mojej nieobecnosci, wszelkie domowe obowiazki staja w miejscu. Nikt nie robi prania, nikt nie sprzata, nooo, czasem ktos (M.) wstawi zmywarke. Wrocilam po tygodniu i nie wiedzialam w co wlozyc rece, a ze w sobote bylam po poludniu kompletnie otumaniona i nie moglam sie za nic zabrac, to wszystko zostalo na niedziele. Wreszcie napisalam do taty, ktory oczywiscie pedem przyjechal, nawet pomimo ulewy. Posiedzielismy z dziadkiem w sumie jak zwykle, tylko trzeba bylo bardziej pilnowac zegarka bowiem na 15 Bi jechala do galerii handlowej. Jedna z jej kolezanek stwierdzila, ze zamiast przyjecia urodzinowego, chce polazic z kolezankami po sklepach. Jestem juz stara i zupelnie nie widze co to za atrakcja, ale coz. ;) Poza tym, dziewczyna zaprosila 16 (!) znajomych pannic, wiec Starsza powiedziala pozniej, ze razem zostaly tylko na wspolnym jedzeniu (za ktore zaplacila solenizantka), a pozniej wszystkie rozeszly sie w grupkach po galerii. I tyle z "przyjecia". :D Wracajac jednak do poczatku. Ja odstawilam corke pod galerie, a M. w tym czasie odebral syna z nocowania. Wrocilam do domu, gdzie Nik czekal juz na mnie niecierpliwie, bowiem powiedzialam ze mozemy pojechac na zakupy ciuchowe. Jak tylko zaczelo sie robic troche chlodniej i Mlodszy zaczal siegac po dlugie spodnie, okazalo sie, ze zostala mu jedna para (z wyszarpana w nogawce dziura) ktora pasuje, oraz dwie, ktore juz sa lekuchno nad kostke. Czyli nie ma w czym chodzic i to doslownie. No to pojechalismy i na szczescie M. przypomnial mi o placu, ktory ma 3 niezle sklepy w jednym miejscu. Obeszlismy wszystkie i choc wybral sobie kilka par, stwierdzam, ze Nik jest gorszy niz Bi. Ona wykupilaby polowe sklepu i musze ja ograniczac z wyborami, za to Kokusiowi nie podoba sie nic. Chodzi, oglada i kreci nosem. :D I to wszystko markowe ciuchy uwielbiane przez nastoletnich chlopcow, czyli Nike, Columbia, The North Face, itd. A on wzdycha, ze beznadziejne. Zaczne go chyba brac do lumpeksow... ;) Wracalismy do domu i na skrzyzowaniu juz w naszej miejscowosci, patrze, a Bi jest do odebrania za 12 minut. Tym razem nie moglo byc przeciagania, bo galerie zamykaja o 18 w niedziele. Zamiast wiec jechac w lewo, skrecilismy w prawo i pojechalismy z Kokusiem po corke/siostre. Ta na szczescie byla juz gotowa do powrotu, choc zzieleniala z zazdrosci na widok toreb z zakupami brata. Od razu zaczela mi wiercic dziure w brzuchu zeby ja tez zabrac na zakupy. Nie bardzo mam ochote, bo jej akurat ubran nie brakuje, ale chyba nie bede miala wyjscia, bo mi nie da zyc. ;) Wreszcie wrocilam do chalupy i moglam spokojnie klapnac na kanape. Pytalam malzonka (retorycznie) jak to jest, ze wrocilam z wyjazdu i nie moge nawet spokojnie posiedziec i nacieszyc sie domkiem...

Poniedzialek byl juz trzecim pod rzad, deszczowym dniem. Jak w sobote nadplynal nad nas Nor'easter, tak nie mial zamiaru odpuscic. Tak przy okazji, owo zjawisko pogodowe zwykle przydarza nam sie zima i przynosi kupe mokrego, ciezkiego sniegu. Tym razem bylo za cieplo na snieg, za to mielismy deszcz, deszcz i jeszcze wiecej deszczu. Taka listopadowa pogoda... Na szczescie pracowalam tego dnia z domu, wiec pogode "podziwialam" glownie zza okna. Malzonek musial wziac jeszcze jeden dzien wolny we wrzesniu, wiec zostal w domu. Poniewaz jego zwykle lekko "nosi", to rano zawiozl dzieciaki (plus sasiadke) do szkoly, potem pojechal na silownie, po powrocie zaproponowal ze moze jechac na zakupy spozywcze (na co przystalam z wielka radoscia), a pozniej jeszcze odebral mlodziez ze szkoly. Dzieki temu moglam sie skupic na pracy i dalszemu nadrabianiu prania. A jeszcze, kiedy odwozil Potworki, przypomnialo mu sie, ze "chyba" zapomnial odebrac roweru Bi spod szkoly w piatek! Byl pod szkola, ale ze tam rano dzieje sie istne wariactwo, wiec nie chcial lawirowac pomiedzy autobusami szkolnymi zeby dostac sie do stojaka na rowery. Zajrzal do schowka pod tarasem, jednoslada tam nie bylo, wiec inne wytlumaczenie nie wchodzilo w gre. Modlilam sie zeby rower nadal stal pod szkola, bo juz pare razy zlapalismy Potwory na tym, ze zapomnieli zamkow, wiec pojazdow nie przypieli. :O Niby stoi tam mnostwo elektrycznych hulajnog oraz rowerow, wiec komu potrzebny taki zwyczajny. No ale troche kosztowal, wiec nam byloby szkoda. Po silowni M. podjechal i na szczescie rower nadal sobie tam stal. Tym razem przypiety, wiec moze dlatego. ;) Tyle ze calutki weekend lalo, wiec teraz nie wiem czy nie bedzie wylazic rdza... Tego dnia Potwory nie zostawaly na treningach, bo na 16 mialy dentyste. Ojciec odebral ich wiec o 14:23 (tak, dokladnie o tej godzinie dzwoni dzwonek :D), mieli okolo godziny na zjedzenie oraz dychniecie i tym razem wzielam ich ja. U dentysty byly niezle tlumy i choc przyjechalismy o czasie, musielismy 15 minut poczekac. Kiedy jednak wzieli Potworki (na szczescie prawie w tym samym czasie), poszlo relatywnie szybko. Wyszlismy, zajechalismy w "nagrode" do Dunkin', a pozniej niestety do supermarketu. Dzieciaki wiedzialy, ze planowalam tego dnia zrobic zakupy, wiec kiedy dowiedzialy sie ze pojechal M. podniosly larum, ze chcieli sobie kupic to czy tamto na przekaski do szkoly. Faktycznie, o niektorych rzeczach nie pomyslalam, wiec stwierdzilam, ze mozemy podjechac przy okazji. Bi kupila tez przy okazji slodycze oraz chipsy na wymianke przy zawodach, mimo ze po to moglysmy w sumie podjechac w tygodniu. Chociaz tak to przynajmniej juz bylo z glowy. Wrocilismy po 18, wzielam szybko prysznic, chwile posiedzielismy i tak zlecial kolejny dzien.

We wtorek rano spotkala mnie bardzo niemila "przygoda", mianowicie moja noga przegrala w walce z pazurami kiciula. I zebym ja jakos sprowokowala! Ja tylko przechodzilam obok! Najwyrazniej, po trzech dniach zamkniecia w domu z powodu deszczu, kotu zaczyna odbijac palma. W dodatku nie chciala sie od tej mojej biednej nogi odczepic! Zabrala pazury dopiero kiedy oberwala kapciem po wlochatym zadzie! :O

Lydka kontra kiciul - 0:1 

Na szczescie nie wbila ich bardzo gleboko, wiec krew wlasciwie nie leciala, ale caly dzien szczypalo jak jasna cholera. Poza tym ranek uplynal migiem, popedzilam odstawic Potworki do szkoly, po czym ruszylam do pracy. I tu niestety niezle sie wpakowalam. Zaraz za granica mojej miejscowosci, zdarzyl sie wypadek i zamkneli autostrade; wszystkie 3 pasy!

Zamkneli w takim niefortunnym miejscu, ze nas kierowali na pobocze, a w tym samym miejscu od prawej ludzie wjezdzali na autostrade, wiec tworzyl sie dodatkowy zator 

Przepuszczali auta pojedynczym sznureczkiem po poboczu, ale wiadomo, trzy linie musialy sie wcisnac na to pobocze, wiec zator zrobil sie taki, ze jak powinnam jechac okolo 20 minut, jechalam... 45. :O Najlepiej, ze dojechalam, zaplacilam za parking, doczlapalam do budynku i wdrapalam sie na pietro, wlaczam kompa jednoczesnie parzac kawe, a tam mail od szefa, ze chcialby o 8:30 odbyc ze mna rozmowe, ktora normalnie mamy w poniedzialki (sam ja dzien wczesniej odwolal). Kiedy zobaczylam wiadomosc, byla 8:27! :D Okazalo sie, ze wpadlo nam jakies nowe zlecenie w mojej okolicy, ktore chcial mi przypisac, tylko nie wiem skad ten pospiech z rozmowa, bo inspekcje wyznaczyl na poczatek grudnia... Dzien uplynal mi w duzej mierze na odhaczaniu szkolen. Mielismy 3, ktore sa obowiazkowe dla wszystkich, a mialy byc zrobione do 30 wrzesnia. Czyli robilam je na ostatnia chwile, chociaz nie z wlasnego wyboru, lecz z natloku obowiazkow. Dwa szkolenia odbebnilam w godzine, ale ostatnie okazalo sie tak dlugie, ze siedzialam kolejna godzine i w koncu go nie skonczylam. A! Jeszcze nastepna idiotyczna sytuacja. Pisalam Wam ostatnio o formularzu do wypelnienia kiedy chce sie otrzymac bonusowe godziny za czas w podrozy w dzien, ktory powinien byc wolnym. Wypelnilam jego druga czesc i odeslalam szefowi. On podpisal i... odeslal, ale bez zadnego wyjasnienia! No to pytam co ja mam teraz z tym zrobic. Bo te godziny przeciez same sie do systemu nie nabija? :/ Na to szef wysyla mi... kolejny formularz, ktory tez musze wypisac (z tymi samymi godzinami i datami) i tym razem laskawie dodal, ze po podpisaniu przeze mnie i niego, musze obydwa odeslac do jakiegos urzednika! Formularz do formularza, rozumiecie?! Rece i cycki razem opadaja! Nie mialam juz nawet sily wsciekac sie na szefa, ze znow musze o wszystko dopytywac, a on nie przekaze mi nawet calej procedury za jednym razem... Z roboty wypryslam nieco wczesniej, bowiem Nik mial kolejne zawody. W miejscowosci graniczacej z nasza, ale na szczescie nawigacja poprowadzila tylko chwile autostrada, a pozniej juz po spokojnych, osiedlowych ulicach. Tyle, ze Nik mial mi dac znac gdzie beda, bowiem to jest rezerwuar wody, wokol ktorego zrobiono dosc popularny park. 

Czterech muszkieterow :D

Myslalam, ze zobacze w ktorym miejscu stoi autobus szkolny, tymczasem zadnego nie dostrzeglam. Objechalam parkingi i w koncu zaparkowalam i musialam zdecydowac ktora sciezka podazyc. Miejsce jest mocno zalesione, wiec ciezko bylo cokolwiek zobaczyc. Gdzies w oddali slyszalam jakby wiecej glosow, ale posrod drzew nie moglam dokladnie zlokalizowac skad dochodzily. Ciesze sie, ze choc bylam ubrana "biurowo", to zwykle nie nosze butow na obcasach, bo tym razem musialam przejsc spory dystans. ;) Wreszcie w oddali dojrzalam bande chlopcow podskakujacych i rozciagajacych nogi. Czyli: rozgrzewka, a wiec jestem na dobrej drodze! :D Idac za chlopakami, trafilam niestety na linie startu, wiec pozniej musialam dalej szukac gdzie jest meta. ;)

Niestety, nie udalo mi sie uchwycic Kokusia na zdjeciu; tu widac tylko czubek blond czupryny 

Zwykle jest ona oznaczona jakims lukiem z napisem "finish". Tym razem byly to dwa marne pacholki. Nie bylo tez elektronicznego pomiaru czasow, tylko pani rozdawala numerki. :D

Strus Pedziwiatr :D 

Co moglo byc dosc kontrowersyjne, bo chlopcy czesto dobiegali w 2-3-osobowych grupach i na sam koniec probowali jeden drugiego przescigac. Obok stal pan, ktory dodatkowo dokladnie sie przygladal, ktory przekroczyl linie pacholkow, w jakiej kolejnosci. Widzialam sytuacje, gdzie chlopak, ktorego inny przescignal przed sama meta, strzelil focha, kiedy musial oddac karteczke z nizszym numerem. :D

Chlopcy biegnacy przed nim, zaslonili Kokusia jak wbiegal na mete, wiec fota juz przy ogledzinach karteczki z numerkiem

Karteczka Kokusia miala nr. 33, wiec to jakas jego magiczna cyfra, choc zapomnialam go spytac wieczorem czy gdzies zamiescili wyniki i ilu zawodnikow bieglo. Po biegu na szczescie Nik chcial od razu jechac, wiec poszlismy do auta, zajechalismy jeszcze do ublaganego Dunkin' i wreszcie do domu. Po deszczu i nizszych temperaturach, na kilka dni wrocilo do nas lato. Slonca co prawda za bardzo nie bylo, ale zrobilo sie 20 stopni, wiec cala szczesliwa klaplam na ganku z przodu. Wieczor uplynal juz leniwie i spokojnie, jesli nie liczyc prania do poskladania. Tak, nadal odkopywalam sie ze stosu zebranego w czasie mojej nieobecnosci, no i dodatkowego, z niedzielnych zakupow z Kokusiem.

Sroda to pobudka jak w poprzedni dzien. Zebralam sie, podwiozlam Potworki pod szkole, po czym pojechalam do pracy. Przynajmniej tym razem nie bylo zbyt wielkich korkow, choc o tej porze autostrada miejscami posuwa sie noga za noga... Na dzien dobry dokonczylam szkolenie zaczete dzien wczesniej, zeby miec je juz z glowy. Pozniej klepalam oczywiscie raport, ale po jakims czasie stwierdzilam, ze musze w koncu wypisac formularz z godzinami za podroz. Przymierzalam sie do tego jak do jeza, bo kiedy dzien wczesniej tylko na niego spojrzalam, wydal mi sie potwornie zagmatwany. Nie pomylilam sie. Nawet z instrukcja, skrobalam sie po glowie i zajelo mi pol godziny zeby go wypelnic. A kiedy odeslalam, szef przyslal go spowrotem, bo zrobilam blad! :D Na szczescie, za drugim razem juz go podpisal, wyslalam do pana odpowiedzialnego za system nadzorujacy nasz czas pracy, a ten za niecala godzine odpisal, ze zatwierdzil te dodatkowe godziny w systemie. Tyle, ze kiedy sprawdzilam, one sa oznaczone w zupelnie innej tabelce i osobno. Musze spytac szefa czy sa jakies zasady co do ich wykorzystania. U nas panuje taka biurokracja, ze wcale bym sie nie zdziwila... Reszte dnia spedzilam juz nad raportem, choc jak zwykle, idzie mi jak krew z nosa. Pamietam moje poczatki, kiedy myslalam, ze co tam pisanie raportu; inspekcja to koszmar, ale raport to pikus! Coz, teraz nie wiem czy nie wolalabym odhaczyc kolejnej inspekcji. ;) Tak naprawde to wszystko rozbija sie o to, ze poza kilkoma rzeczami, ktore musisz standardowo sprawdzic za kazdym razem, poza tym przeglada sie dokumentacje pacjentow i robi notatki. I pozniej czasem ciezko stwierdzic gdzie te wiadomosci wcisnac i w jaki sposob je opisac. Tak przy okazji, to przepisowo na napisanie raportu ma sie 30 dni. Chociaz, jedna z babek z zeszlego tygodnia, oznajmila, ze ona od inspektorow ze swojej grupy wymaga, ze raport ma byc napisany w polowe czasu spedzonego na inspekcji! Czyli, jak inspekcja trwala np. 4 dni, to raport musza napisac w 2! Nie wiem jak to jest w ogole fizycznie mozliwe... Na to jej stwierdzenie, cala sala rozbrzmiala szeptami i stlumionymi okrzykami, ze jak to, niemozliwe, nie da sie... ;) Ale kobita dalej szla w zaparte, a poparl ja "szef nad szefami", czyli glowny przewodniczacy naszej grupy, ktory powiedzial, ze musimy zglaszac sie do jednej inspekcji po drugiej, nie robic sobie przerw i ze on wlasnie tak pial sie po szczeblach kariery. Mialam ochote powiedziec mu, ze ja za stara jestem na kariere, za to chce utrzymac rownowage miedzy praca z zyciem prywatnym i jak najnizszy poziom stresu... Jedno jednak zauwazylam, mianowicie, kiedy nie zaczelam raportu od razu po przyjezdzie, otwieram teraz zeskanowane dokumenty i przy niektorych musialam naprawde sie naglowic zeby sobie przypomniec po co je wzielam. :D Nie wyobrazam sobie pisac raportu po prawie miesiacu przerwy... :O Kiedy wrocilam do chalupy, M. akurat przywiozl Bi z treningu (Kokusia odebral wczesniej) i mlodziez jadla obiad. Szybko sie przebralam i tez siadlam do stolu. Malzonka naszlo na placuszki serowe i stal przy kuchence, ale chetnie przystal na propozycje spaceru kiedy skonczy. Tyle ze zrobilo sie juz po 18, a dni wyraznie sie skrocily. Pod koniec spaceru dosc nerwowo zerkalam w ciemne zakatki mijanych ogrodow, bo wiadomo - niedzwiedzie! To taka pora roku kiedy sa wyjatkowo aktywne i szukaja zarcia zeby sie najesc przed zima... Wieczorem zas dostalam wiadomosc od trenera Bi, ze w kolejne dwa dni sa skrocone lekcje i dziewczyny musza same zalatwic sobie transport na trening oraz piatkowe zawody. Zdziwiona, sprawdzilam szkolny kalendarz i faktycznie! Jak byk wpisane dwa dni skroconych lekcji... Nie wiem jak to przeoczylam. Napisalam szybko ze niestety, w czwartek musze jechac do biura, wiec Starszej nie bedzie na treningu, bo nie ma nikogo kto zawiozlby ja na 15. Na szczescie, w piatek planowalam prace z domu, wiec moglam zawiezc ja na zawody. Swoja droga, to trener moglby wyslac wiadomosc troche wczesniej niz dzien przed, choc pewnie wychodzi z zalozenia, ze w szkole sredniej mlodziez powinna juz sama pilnowac swoich spraw. ;)

W czwartek moglam pospac 10 minut dluzej bo nie zawozilam Potworkow do szkoly. Powiedzialam im dzien wczesniej, ze moge ich zawiezc, ale konczyli wczesniej (szkolenia nauczycieli), a ja musialam jechac do biura, wiec musieliby albo wrocic piechota, albo czekac az M. wroci z pracy. Wybrali oczywiscie rowery. :) Mialam wiec calkiem spokojne szykowanie sie do wyjscia, bo mlodziez zwykle pospiesza mnie i nerwowo przytupuje odnozami, mimo ze nigdy sie jeszcze nie spoznilismy... W pracy glownie sleczalam nad raportem, choc mialam tez przerywnik, bo dwie osoby z centrum chcialy ze mna porozmawiac na temat tejze inspekcji. Niczego konkretnego w sumie nie chcieli, bardziej chodzilo o wyjasnienie kilku spostrzezen i nie bardzo wiem dlaczego koniecznie chcieli ze mna rozmawiac, zamiast wyslac maila... Poza tym jednak tylko klepalam, klepalam i klepalam w klawiature... Wreszcie, pod koniec dnia, skonczylam czesc pisana. Niestety, to nie koniec. Zaczelam oznaczac w tekscie wszystkie zalaczniki i nie zdolalam tego skonczyc, a to tylko czesc dodatkowej "zabawy". A jeszcze dostalam od znajomej wiadomosc, ze zostalam oznaczona w jednym z artykulow w "gazetce" (wirtualnej) naszego dzialu. To z tej szalonej inspekcji laboratorium w lipcu.

Honorowa wzmianka :D

Zazwyczaj nawet tych gazetek nie otwieram, chyba ze na pierwszej stronie mignie mi cos wartego uwagi. Ten krotki artykul byl tez daleko, daleko na dole, wiec dziwie sie ze ktokolwiek zjechal az tam. A jednak. :) W miedzyczasie, Potworki skonczyly lekcje juz o 12:08, ale tylko corka wrocila do domu. Nik po lekcjach pojechal z kolega do centrum miasteczka, gdzie zaszli i do Mac'a i do Dunkin' i do supermarketu. :D Myslalam, ze Mlodszy pozniej pojedzie do domu, ale wrocili do szkoly, gdzie zostali juz do treningu i syn wrocil dopiero po nim. Bi za to miala znow pasta party po treningu (na ktorym jej nie bylo), ale ku mojemu zdziwieniu, stwierdzila ze jej sie nie chce. A mogl ja podwiezc M., albo mogla pojsc lub pojechac na rowerze, bo tym razem imprezka byla na sasiednim osiedlu, a wiec rzut beretem. W koncu i dla mnie nadszedl czas jazdy do domu, przy czym czulam sie jakbym zaczynala weekend, bo kolejnego dnia mialam pracowac zdalnie. ;) Przyjechalam, zjadlam obiad przygotowany juz przez niezawodnego M., po czym poszlismy na spacer. Zrobily sie 23 stopnie, ale takie cieplo nie potrwa dlugo, wiec trzeba bylo skorzystac. ;) Pozniej wstawic pranie, bo przeciez bez niego to popoludnie stracone i dzien zlecial.

Piatek zaczelam troche pozniej, bo nie jadac do biura zwykle zwlekam sie tylko chwile przed odwiezieniem mlodziezy, naciagam na pizame spodnie dresowe, sweter na gore i jestem gotowa. ;) Choc zebym byla jakos specjalnie wyspana to nie powiem, bo juz od 6 po osiedlu jezdzila smieciarka, a ta nie dosc ze silnik ma stary i warczacy, to jeszcze hamulce piszczaly jej niemozebnie. A ze musi zahamowac przed kazda chalupa, wiec o glebszym snie nie bylo mowy... Odwiozlam Potworki, ktore byly oczywiscie cale szczesliwe ze znow maja skrocone lekcje. Wrocilam do domu, ogarnelam sie i zasiadlam do roboty. Uparlam sie, ze tego dnia skoncze wszystko z tym cholernym raportem, chocbym miala sie pochlastac. :D Oczywiscie caly czas gapic sie w ekran tez nie moglam, wiec dla "relaksu" wyszorowalam szuflady z air fryer'a, posprzatalam w dolnej lazience i namoczylam, a pozniej wrzucilam do prania poslanie Mayi. Ani sie obejrzalam, a czas byl jechac po mlodziez. Wyjechalam z 20-minutowym wyprzedzeniem i udalo mi sie trafic do pierwszego rzadku, pod sama szkola, choc i tak bylam chyba 8 w kolei. ;) Mlodziez zaczela wychodzic zaraz po dzwonku i w koncu pojawily sie Potworki oraz sasiadka, ktorej zaproponowalam podwiezienie. Odwiozlam panne, wrocilam z potomstwem do domu, szybko podalam im obiad bo skarzyli sie, ze przy skroconych lekcjach jest za malo czasu zeby jesc lunch (:O) i zasiadlam ponownie do roboty. Patrzyc juz nie moglam na ten raport, ale coz... W przerwie wykapalam zasikanego psiura, bo mielismy niespodziewanie 27 stopni i az zal bylo tego nie wykorzystac. Niestety, nawet pielucha do konca nie pomaga. Maya wierci sie i merda ogonem i ta sie obsuwa, albo wrecz zjezdza jej z tylka. Srednio co drugi dzien znajduje rano psa bez pieluchy, za to w kaluzy na poslaniu. :( Tymczasem robi sie coraz zimniej i za chwile nie bedzie opcji zeby wykapac ja za pomoca weza ogrodowego. A do wlasnej wanny jej nie wsadze... Skonczylam i odeslalam w koncu raport okolo 14:30 i cale szczescie, bo Bi miala zawody i choc najpierw mowila ze rozgrzewka zaczyna sie o 15:30, to pozniej dostala wiadomosc, ze to godzina rozpoczecia zawodow, a rozgrzewka jest o 15. Czym predzej sie wiec sie zebralysmy i pojechalysmy. Ale popoludnie opisze juz innym razem bo poza zawodami troche sie dzialo.

Do poczytania!

sobota, 26 września 2026

Tydzien z daleka

Tak jak w zeszlym tygodniu, zaczne od piatkowego popoludnia, 18 wrzesnia. Po inspekcji dojechalam do domu, przebralam sie i popedzilam na zawody corki. Tym razem przyjechalam juz po rozgrzewce i mialam nadzieje, ze Bi nie plynela w zadnym z poczatkowych wyscigow. ;) Panna miala znow wyscig kraulem na 50m, ale tym razem plynela w pierwszej z trzech grup. To jest wyroznienie, bo grupy dobierane sa wedlug czasow, czyli najszybsze dziewczyny plyna w pierwszej grupie, srednie w drugiej, a najwolniejsze oczywiscie w trzeciej. Tydzien wczesniej Bi wygrala swoja grupe, ale plynela w drugiej, teraz wiec trener przydzielil ja do najszybszej. Przyplynela czwarta na 8, wiec tak w polowie stawki. :)

Start 

To byly dla Bi zawody "kraulowe", bo potem plynela jeszcze na 100m i na 200m. W obu wyscigach przyplynela piata na 7-8 dziewczyn, czyli tak sobie, no ale juz pisalam, ze ona jest raczej sprinterem. Panna jest dopiero w X klasie (tutaj klasy w szkole sredniej liczy sie dalej, nie zaczyna od poczatku), ale juz zastanawia sie czy w najstarszej zostanie kapitanem druzyny. Zawsze bowiem kilka seniorek jest kapitanami. Czasem jest ich wiecej, czasem mniej. Rok temu bylo 5, ale ogolnie seniorki stanowily prawie polowe druzyny. W tym sa to 4 dziewczyny. Z rocznika Bi plywa 5 dziewczyn, ale z nich takie naprawde dobre sa dwie, trzecia calkiem niezla, no i potem sa Bi i jej kolezanka - przecietne. No i panna sobie marzy, ze ich cala piatka zostanie kapitanami. A mnie sie jednak wydaje, ze to bedzie zalezalo od wielkosci druzyny, bo rok temu liczyla ona prawie 30 dziewczyn, a w tym spadla do 20. Dziwnie by bylo gdyby kapitanki stanowily 1/4 druzyny. ;)

Kapitanki zagrzewaja kolezanki do "boju" 

Tak czy owak, wszystko okaze sie za dwa lata, a poki co, zawody skonczyly sie tuz po 17, czyli o bardziej ludzkiej porze. Wrocilysmy do domu i Potworki i ja cieszylismy sie weekendem, choc dla mnie mial byc on niestety skrocony...

W sobote moglam odespac tygodniowa inspekcje, choc tez nie moglam kimac niewiadomo do ktorej, bo dzien nie byl calkiem wolny. W dodatku, kolejnego dnia wyjezdzalam, wiec musialam sie pakowac, a zeby sie spakowac, trzeba by tez zrobic pranie i to niejedno. ;) Poza tym, jak porzadna pani domu (hahaha) chcialam tez troche ogarnac gore, bo podlogi wrecz krzyczaly o uwage. Troche wiec odespalam, ale zwloklam sie o porze calkiem przyzwoitej, zjadlam sniadanie i umylam sie, po czym chwycilam za odkurzacz oraz mopa. przy okazji Potwory mialy ogarnac u siebie, z czego byly oczywiscie srednio zadowolone. ;) Za to na 12:30 Nik mial zawody. W teorii mialy one byc dla "zaproszonych", czyli najlepszych, ale w praktyce, poniewaz byly "u siebie" (w klubie, gdzie Mlodszy wiecznie lowi ryby ;P), trenerzy pozwolili wziac udzial wszystkim zawodnikom. Nik byl bardzo zadowolony, bo i tak mial biec, ale z najmlodszego rocznika bylby jedynym, a tak to mial przy sobie wszystkich kumpli. Tyle, ze rano oznajmil, ze... boli go gardlo i czuje sie tak sobie! Spytalam co chce robic, bo przy okazji mielismy bardzo rzeski poranek, a po poludniu mialo byc maksymalnie 18 stopni. Kawaler jednak twardo oznajmil, ze jedzie. Zawody w roznorakich grupach odbywaly sie tam juz od 9 rano, ale nasz zespol zbiorke mial wlasnie o 12:30, zas bieg Mlodszego odbywal sie o 14. Zawiozlam go i sie zalamalam. Nie pomyslalam, ze to wielkie wydarzenie, wiec w klubie byly doslownie tlumy. Na jednym z parkingow stalo chyba ze 20 autobusow szkolnych i wiekszosc miejsc parkingowych byla pozajmowana. Ja akurat tylko odstawialam Kokusia, ale mialam wrocic na jego bieg i az sie balam gdzie znajde miejsce, tym bardziej, ze do wjazdu nadal stal sznureczek aut. Klub niezle zarobil na tej imprezie, bo wszystkie obce auta musialy placic za parking. Mnie, jako czlonka, wpuscili bez dodatkowej oplaty. ;) Tak czy owak, podwiozlam Nika, po czym wrocilam do domu, nadal uzerac sie z praniem i sprzataniem. Przez zatory przy wlezdzie i tak mialam moze 45 minut, bo stwierdzilam, ze chce wyjechac spowrotem o 13:30, w razie gdyby nadal ciezko bylo wjechac i znalezc miejsce parkingowe. Ogarnelam ile dalam rade i pojechalam. Zabrala sie ze mna Bi, ktora stwierdzila, ze chce sie wyrwac z domu, a poza tym bieglo tez kilka jej kolezanek (brat to wiadomo, sie nie liczy ;P), wiec stwierdzila ze im pokibicuje. Pogoda na biegi okazala sie idealna, bo nie bylo goraco i choc w sloncu krotki rekawek byl calkiem przyjemny, to w cieniu juz ciagnelo chlodem. A ze bieg byl glownie przez las, wiec mlodziezy bieglo sie duzo lepiej.

Ruszyli! 

Poza tym, wokol ustawilo sie kilka stoisk, sprzedajacych sportowe obuwie, okulary oraz bluzy z logo zawodow. Zadne z Potowkow pamiatkowej bluzy nie chcialo, ale Nik kupil sobie okulary, takie niby specjalne do biegania, choc on stwierdzil sie chce je na ryby. ;) Grupa cheerlead'erek ze szkoly dzieciakow, obslugiwala stacje z jedzeniem, gdzie mozna bylo kupic takie "przysmaki" jak frytki, hamburgera czy hot-doga. Mieli tez kawe, z czego chetnie skorzystalam. ;) Ogolnie, impreza na calego. Mlodszy niestety byl bardzo niezadowolony ze swojego wystepu. Nie dosc, ze nie czul sie do konca dobrze, to jeszcze na samym poczatku wykrecil kostke na jakims korzeniu. Nie na tyle mocno, zeby zrezygnowac, ale wystarczajaco zeby pobolewala go przez reszte biegu.

Zanim pobiegli w las, trasa prowadzila wokol boiska 

Wieczorem, na oficjalnej stronie wydarzenia pojawily sie wyniki. W grupie Kokusia bieglo 124 chlopcow. Czesc nie dotarla do mety, a jeszcze kilku sie... zgubilo na trasie (choc oznaczona byla kolkami), zboczyli i zostali zdyskwalifikowani i bieg ukonczylo 88. Nik zajal 56 miejsce, wiec faktycznie sporo slabiej niz ostatnio, ale coz, bywa i tak. Jego koledzy z najmlodszego rocznika i tak dobiegli sporo za nim. ;)

A tu juz ostatnie metry do mety... 

Pechowo (dla mnie) obecnosc kumpla Kokusia oznaczala, ze zaraz po biegu chlopaki zaczeli dopytywac czy moga isc na ryby. Pukalam sie w czolo, bo najpozniej o 15:15 chcialam stamtad uciekac zeby zdazyc do kosciola. Chlopaki jednak zakrzykneli, ze 45 minut tez im starczy. A Nikowi przypomnialo sie jeszcze ze jest glodny, podeszlismy zamowic hamburgera i zanim go dostal, to zostalo mu tylko pol godziny. Stwierdzilam wiec ze nie mam co jezdzic w kolko i po prostu pochodze sobie po klubie. Skorzystala z tego Bi, bo akurat zaczynal sie bieg, w ktorym brala udzial jedna z jej kolezanek, mogla jej wiec pokibicowac. Jak tylko jednak wybila wyznaczona pora, zgarnelam obydwa Potwory i popedzilam do domu. I tak wpadlismy do niego praktycznie o 15:30, czyli musielismy pedem przebierac sie i jechac na msze. Kiedy wrocilismy, niestety juz na powaznie musialam sie zaczac pakowac. Jak ja tego nie lubie! :/ W dodatku, akurat na ten tydzien zapowiadali spore ochlodzenie, a ja zupelnie odzwyczailam sie od cieplejszych ciuchow. Stalam wiec i skrobalam sie po glowie. ;) Czesc rzeczy spakowalam, czesc polozylam na szafce w sypialni, czesc kosmetykow zostala na kolejny dzien, bo wiadomo - potrzebowalam ich na rano.

Ta niedziela zaczela sie wczesniej niz moje normalne niedziele, bowiem musialam dokonczyc pakowanie. Oczywiscie moglam pospac choc tyci dluzej, ale nie tyle ile bym sobie zyczyla. ;) Docisnelam walizki, pozegnalam rodzine i o 11 wyruszylam. Nie spieszylam sie jakos strasznie, ale byla paskudna pogoda, od rana padalo, wiec wiedzialam ze to bedzie raczej powolna jazda, obawialam sie wypadkow (bo slisko), a chcialam koniecznie zajechac zanim zacznie sie sciemniac. Kiedy jest ciemno, robie sie zwyczajnie slepa, a oslepiajace auta, plus odbijajace swiatla mokre powierzchnie nie ulatwiaja sprawy. Poza tym, przebicie sie przez Nowy Jork (miasto, nie Stan ;p) oraz New Jersey, bez jakiejs pomylki, zakrawa na cud. I sie nie pomylilam. Poczatkowo nawigacja pokazala troche ponad 5 godzin jazdy. Pozniej zrobilo sie 5 i pol. Ostatecznie jechalam ponad 6. A moglo byc jeszcze gorzej, bo choc wydawalo mi sie, ze jade tak, jak prowadzi mnie nawigacja, w ktoryms momencie gdzies zle zjechalam i nagle pokazalo mi, ze zamiast prawie o 17, zajade prawie o...18! Przerazilam sie, bo nie chcialam tracic godziny na jakas glupia pomylke. Potrzebowalam jej w razie jakichs korkow. Ktorych nie brakowalo. Minelam dwa wypadki oraz dwa zatory spowodowane... zwolnieniem zeby sobie popatrzec, choc wypadek byl na przeciwleglym pasie autostrady! :O W samym Nowym Jorku tez, prowadzilo mnie na jeden most, a nagle znalazlam sie na zupelnie innym i kompletnie nie wiem, gdzie zle skrecilam! A wracajac do tego godzinnego opoznienia, zorientowalam sie, ze choc zle zjechalam, nadal jestem na pasie, ktory prowadzil spowrotem na poprzednia autostrade. Zjechalam i magicznie czas dojazdu wrocil do poprzedniego! :D W New Jersey i pozniej w Pennsylvanii mialam co chwila mini zawaly serca, bo wszedzie byly roboty drogowe, pasy sie rozjezdzaly, nawigacja juz pokazywala ze jade nie tak, a pozniej pasy znow sie laczyly i bylo gucio. No nie na moje to nerwy... :D Mniej wiecej w polowie drogi musialam sie zatrzymac zeby pojsc do lazienki. Kiedy zaparkowalam i do niej doszlam, normalnie mialam zawroty glowy, chyba ze stresu. Przerwa jednak mi sie przydala, bo i chwile odsapnelam od kurczowego trzymania kierownicy i kupilam sobie kawe i cos do przekaszenia. Oczywiscie pokazalo, ze dojazd na miejsce opoznil sie o 20 minut, ale pozniej nadrobilam w trasie i dojechalam tak jak mialam poczatkowo. Zameldowalam sie i w swoim pokoju znalazlam jeszcze przed 18. Tyle, ze juz na nic nie mialam ochoty i choc moje dwie kolezanki z poprzedniego wyjazdu pojechaly na obiad, mnie juz nie chcialo sie ruszac. Dobrze, ze wzielam dwie mniejsze walizki i do jednej wpakowalam kupe przekasek. ;) Wieczor spedzilam zapoznajac sie z pokojem. Ogolnie, kiedys mam wrazenie, ze Hilton to byla jakosc i luksus. Teraz maja tyle rodzajow tych Hiltonow, ze zalezy ktora to odmiana ich sieci. Ta niestety raczej nie powalala. Pokoj w miare przestronny, owszem, ale lazienka malutka i ze zwykla wanna i zaslona, zamiast porzadna kabina prysznicowa. W dodatku zaparzacz do kawy na kapsulki, ale tylko jedna kapsulka kawy, druga bezkofainowa, a trzecia to byla herbata. Dobrze, ze chociaz mikrofala oraz lodowka w pokoju byly. Tymczasem zawsze przy zameldowaniu pobieraja z karty depozyt i gdzie zwykle placilam $400 - 500 (potem go oddaja), tym razem skasowali ponad... $1000! :O Przyjechalam do miasta Baltimore w Stanie Maryland, bylam juz blisko stolycy, wiec ceny zbijaja z nog. W kazdym razie posiedzialam, powiesilam w szafie bluzki, ktore sie gniota, przygotowalam ciuchy na kolejny dzien i trzeba sie bylo klasc.

W poniedzialek spotkalo mnie rozczarowanie. Zwloklam sie wczesnie, wyszykowalam i zbieglam radosnie na sniadanie. Dzien wczesniej pani poinformowala mnie, ze jest bufet ale sie za niego placi. To kolejna rzecz, ktora mi sie tu nie podoba, bo w poprzednich Hiltonach zawsze sniadanie bylo wliczone. No ale ze mam przydzielona sume, ktora moge wydac na jedzenie, to ok; uznalam, ze zaplace. Tymczasem schodze na dol, a tam... owsianka i pare tostow! Miejsca na owoce czy jogurty puste. Miejsca na cieple rzeczy, jak jajka lub boczek - puste. Co bylo robic. Chwycilam tosty i troche owsianki i zaczepilam dziewczyne tam pracujaca o cene. Odpowiedziala, ze nie skasuje mnie bo mieli szalony poranek i sniadanie nie bylo jeszcze gotowe. No i fajnie, ze nie musialam placic, aaaale... Sniadanie zaczyna sie o 6. Ja zeszlam prawie o 7, a oni wlasciwie nic nie maja gotowe?! Wisienka na torcie bylo kiedy nalalam sobie goracej wody, a z nia wyplynela kupa fusow z kawy! Czyli ktos nie wyplukal nawet porzadnie baniaka... No po prostu porazka. Dobrze, ze kawe chociaz mieli. ;) Wrocilam do pokoju, spakowalam co trzeba i zeszlam do recepcji, mielismy sie bowiem spotkac o 7:30. Czesc osob byla bez aut, wiec szukali kto moze ich zawozic na zajecia i spowrotem. Poza mna i moimi kolezankami, byl tez chlopak z poprzedniego wyjazdu. On lecial az z Kalifornii i wyladowal dopiero o 23 poprzedniego dnia, a zanim dojechal do hotelu i sie zameldowal, byla 24:30. Rano wiec wszyscy stali i dopytywali, gdzie jest B., co z B., itd. Martwilismy sie, bo chlopak ma mocny sen i na poprzednim wyjezdzie potrafil przespac alarm przeciwpozarowy, wiec co to dla niego dzwonek budzika... W koncu sie jednak pojawil, wszyscy wladowali sie do samochodow i pojechalismy. Najlepsze, ze jak juz wiecie, przeplyw informacji w tej robocie nie nalezy do najlepszych. Dostalismy adres, gdzie mamy sie udac. Tyle, ze dojezdzamy, a to wielki budynek z roznorakimi firmami i co kilkadziesiat metrow drzwi. Tu firma taka, tu owaka, ale nazwy naszej agencji niet. Objechalam budynek naokolo i w koncu zwolnilam do zolwiego tempa i zaczelysmy patrzec w kazde drzwi. Te zas byly schowane pod zadaszeniem, w glebi i zacienione, wiec ciezko bylo cos odczytac. W koncu - bingo! Jedna z dziewczyn zauwazyla malutki napis na drzwiach! I tu rozumiem, ze moze nie chca sie rzucac w oczy, ale dwie z instruktorek sa z tego biura, spotkaly sie z nami w hotelu i co? Tak trudno bylo wspomniec, ze po wjezdzie na parking skierujcie sie na prawo/lewo/prosto? Pozniej bowiem sie okazalo, ze tamte drzwi nie byly wejsciem i widnial na nich napis, zeby wejsc frontowymi. Tyle ze caly ten kompleks (budynek przypominal domki szeregowe, ale ustawione lekko po ukosie) byl na rogu dwoch sporych ulic i jesli sie nie wiedzialo, to ciezko bylo zgadnac gdzie ten front. Szlismy naokolo jednego jakby "domku", patrzymy  - drzwi, ale ciemne i nieoznaczone. No to idziemy dalej, mijamy rog kolejnego "domku" - znowu nie tu. Dopiero za trzecim razem doszlismy do poprawnego wejscia, przed ktorym parking byl dwupoziomowy, a poziomy oddzielone rabatka z ozdobnymi trawami, wiec nic dziwnego, ze go nie zauwazylismy. Na "dobry" poranek dostalam tez wkurzajacego maila od szefa, z podpisem na formularzu upowazniajacym do wziecia wolnego za godziny spedzone w podrozy na szkolenie. Wiecie, wedlug mnie to powinno isc z automatu - kaza ci jechac gdzies, w ramach pracy, w dzien wolny, to powinna byc za to jakas rekompensata. Ja juz tak przeciez kilka razy jechalam na inspekcje w niedziele, zeby moc zaczac w poniedzialek od samego ranka. Tyle, ze wtedy nie wiedzialam, ze owszem, mamy na to procedure. Procedura jest glupia, bo musisz prosic o ta rekompensate z wyprzedzeniem. Tak samo jest z nadgodzinami na inspekcji. Nie mozna po prostu zostac dluzej i poprosic o wynagrodzenie. Nie, musisz wczesniej zlozyc pismo i uzasadniac. Czyli jak dopiero na inspekcji zauwazysz, ze bedziesz potrzebowac wiecej czasu, to jestes w czarnej doopie. Tak samo jest z podroza, choc tutaj akurat zwykle da sie przewidziec, ze jedziesz gdzies w weekend lub swieto. Tyle, ze musisz najpierw wiedziec, ze masz taka mozliwosc. I tu jestem podwojnie zla na mojego szefa. Po pierwsze, ani sloweczka o tym nie pisnal. Musialam sie dowiadywac przypadkiem od innych inspektorow. A przeciez wiedzial, ze jade w niedziele, a teraz i jechalam i bede wracac w dzien weekendowy i ani mru-mru. Jak tak to sluzbista i przestrzega wszystkich zasad co do joty, ale juz zasady, ktore sa na korzysc pracownika, ma w powazaniu. Pamietacie kilka miesiecy temu, pisalam, ze jestem na inspekcji po 9-10 godzin dziennie? Kiedy go potem spytalam o rekompensate, mialam wrazenie, ze byl wrecz obrazony. :O W kazdym razie, teraz wiedzialam juz, ze za godziny podrozy w dzien, ktory powinien byc wolny, moge dostac rekompensate, wiec nie mialam zamiaru odpuscic. Tym bardziej, ze to nie 2 godzinki pod Boston, tylko 5-6. Spytalam szefa o formularz do wypisania. Odpisal, ze nie ma czasu szukac pustego, ale wysyla mi juz wypelniony. Fajnie, bo moge popatrzec co trzeba wpisac, ale z drugiej strony, kiedy wypelnimy i podpiszemy formularz, automatycznie jest on zablokowany i juz nic nie da sie z nim zrobic. Myslalam, ze szef pare godzin pozniej, lub kolejnego dnia, wysle mi pusty, ale gdzie tam. :/ Sama musialam sie go naszukac, a ze to wielka agancja, z wieloma oddzialami, gdzie kazdy ma swoje przepisy i dokumenty, to troche mi to zajelo. W kazdym razie, w piatek po poludniu wyslalam szefowi wypelniony formularz. I co dostaje w poniedzialek? Ze podpisal, ale na przyszlosc powinnam pamietac, zeby uzasadnic prosbe o rekompensate! Jakby, kurna, nie wiedzial ze jade na szkolenie, ze w zawiadomieniu jasno napisali ze mamy jechac w niedziele i wracac w sobote, bo zajecia sa od poniedzialku do piatku przez caly dzien, jakby nie wiedzial dokad jade, wiec mniej wiecej ile godzin zajmie mi podroz! Mam wrazenie, ze znowu byl obrazony, ze osmielilam sie poprosic o te rekompensate! A ona mi sie nalezy jak psu buda, skoro ktos wymyslil sobie, ze mam marnowac prywatny czas na jazdy, kiedy mogliby zrobic to szkolenie wirtualnie! :( W kazdym razie, pierwszy dzien szkolenia byl ok, bo przynajmniej cala grupa robi te same inspekcje, nie ma tak jak przy kwietniowym wyjezdzie, ze polowa ludzi sprawdza przetwornie zywnosci, wiec wszystko podpiete bylo pod nich. Tyle, ze to troche takie deja vu tamtego wyjazdu, bo np. musielismy przygotowac "plan bezpieczenstwa". Zeby ten plan uzasadnic, prowadzacy podal jakas historyjke, ktora mam wrazenie byla zmyslona, bo raz mowil, ze inspektor nie wiedzial ze jedzie do prywatnego domu, pozniej ze wiedzial, ale to zignorowal, ze powinien byl przeprowadzic inspekcje w pobliskiej kafejce, gdzie musicie wiedziec, ze wszelkie informacje o sprawdzanej firmie oraz pacjentach sa scisle poufne i nikt nie bedzie ich omawial w miejscu publicznym! Cala ta historia nie trzymala sie zupelnie kupy, ale my mielismy rozne scenariusze i na ich podstawie mielismy przygotowac sie do inspekcji tak, zeby bylo milo i bezpiecznie... :/ Siedzialam tam i marzylam zeby byc w domu, szczegolnie, ze Potworki mialy dzien wolny, z okazji swieta Yom Kippur. Malzonek wyszedl wczesniej i przyjechal do domu, z czego szybko skorzystal Nik i poprosil zeby ojciec zawiozl go na ryby. ;) Po zajeciach pojechalismy do hotelu, gdzie z dziewczynami z poprzedniego wyjazdu umowilam sie na kolacje. Pojechalysmy na pyszne jedzenie (taka mieszanka wszystkiego) wywodzace sie z Egiptu, po czym wrocilysmy. Nasz kolega ma jakas prezentacje do przygotowania i sie wylamal. Po powrocie klaplam juz w pokoju hotelowym na fotel i nie chcialo mi sie ruszac nawet zeby przygotowac ciuchy na kolejny dzien. Jakas taka bylam zupelnie padnieta...

Wtorek przywital mnie deszczem i 15 stopniami. Brrr... O dziwo, na sniadaniu mieli jajka oraz boczek, tyle ze na stronie hotelu obiecywali pancake'i, gofry, omlety, itd. Oczywiscie moglam sobie pomarzyc. Wzielam troche jajecznicy i pare plastrow boczku i zaplacilam grzecznie $12. Tyle, ze moj kolega wzial owsianke oraz tosta i nie zaplacil nic, chyba wiec bede robic tak samo... Po sniadaniu wpadlam do pokoju, spakowalam laptoka i reszte pierdol, po czym popedzilam, bo juz cala grupa zebrala sie, czekajac na kierowcow. ;) Szkolenie mijalo tragicznie, bo przy takiej pogodzie wszyscy przysypiali. Zadania grupowe tez nie pomagaly, bo nikomu nie chcialo sie myslec. Pozniej zas mielismy prezentacje, ktora miala sie skonczyc przed lunchem, ale byla tak dluga, a prowadzaca tak flegmatyczna i dodajaca wlasne historie, ze zrobilismy przerwe, wrocilismy, a ona potem gadala kolejna godzine... Tego dnia mielismy zaczac prezentacje kazdego z "kursantow", ale tak im sie przedluzylo, ze nie zdazylismy. Swoja droga, to kiedy wczesniej liczylam imiona w mailach, wydawalo mi sie, ze bedzie nas 14 osob. Spora grupa sie jednak najwyrazniej wylamala i jest nas 9. To kolejny argument zeby zrobic to szkolenie wirtualnie, bo ciagnac szescioro prowadzacych dla dziewieciorga ludzi, jest wg. mnie bez sensu. W kazdym razie, jedna z osob prezentujacych mialam byc ja. :D Z jednej strony ucieszylam sie, ze mi sie "upieklo", ale z drugiej, chcialam juz miec to za soba. W dodatku, mialam przeprowadzic prezentacje po poludniu, a teraz przesunieto ja na ranek, na sam poczatek zajec, kiedy wiem, ze nie bede do konca przytomna... Tego dnia moje kolezanki znow wychodzily na obiad, ale ja mialam nadal reszte dania z poprzedniego dnia, wiec zostalam w hotelu. Zadzwonilam do malzonka, ktory okazalo sie, byl zly niczym szerszen. :D Niestety, komunikacja miedzy ojcem oraz dziecmi, lezy i kwiczy. Troche za to winy ponosze ja sama (choc wcale nie jest mi przykro), bo po prostu interesuje sie i jestem na biezaco w tym, co dzieje sie u Potworkow. W rezultacie, oni nie musza mi o niczym mowic, bo zwykle o wszystkim wiem, czasem lepiej niz oni sami. :D I zeby nie bylo; wiedzac ze wyjezdzam, mowilam M., ze Nik ma luzny tydzien, ale Bi ma zawody wyjazdowe we wtorek, wiec bedzie musial ja pozniej odebrac spod szkoly, zas w piatek ma zawody u nas, czyli bedzie do odebrania z basenu, ale pozniej niz zwykle. I to zebym raz mu powiedziala! Mowilam przynajmniej trzy... Niestety, Nik mial niby luzny tydzien, ale z jakiegos powodu, na trening zabrali jego grupe do naszego klubu, zamiast przeprowadzic go normalnie, spod szkoly. Pozniej wiec zadzwonil do M. zeby go odebral, a ten przypomnial mu, ze ma przeciez pod szkola rower. Nastepnie marudzil cos ojcu, bo mieli jakas zbiorke na druzyne, ale M. oczywiscie, juz bez humoru, powiedzial ze ma to w nosie. A bez humoru byl, bo zapomnial, ze corka ma zawody, pojechal po nia jak zwykle na basen i wsciekl sie, ze jej tam nie ma. :D Oczywiscie pretensje ma do kogo? Do dzieciaka. Bo "ona musi nauczyc sie odpowiedzialnosci i zeby go informowac". Musialam mu przypomniec, ze niestety, to on nawalil, bo mowilam mu przed wyjazdem kilka razy o jej zawodach. Skoro nie potrafi zapamietac, to niech sobie zapisuje. A ze ja zwykle pamietam o takich rzeczach, to Potworki nawet nie mysla zeby mu przypominac... Chociaz, swoja droga, to nad ta odpowiedzialnoscia corka faktycznie powinna popracowac. Nagle bowiem dostalam smsa z obcego numeru, ze pisze z telefonu kolezanki, bo jej padl, zeby przekazac tacie ze bedzie pod szkola okolo 18. Swietnie, bo jestem cztery Stany dalej. A gdybym nie zobaczyla wiadomosci? Panna nie dosc, ze nie pilnuje zeby miec naladowany telefon, albo zeby brac ze soba power bank kiedy wyjezdza na zawody, to jeszcze najwyrazniej nie zna na pamiec numeru ojca! Oszalec z nimi wszystkimi mozna, slowo honoru... :D

W srode rano wisialy nad nami ciemne chmury i spodziewalam sie ponownie deszczu, ale niespodziewanie nie dosc, ze nie padalo, to po poludniu zaczelo przebijac slonce. Rano jak zwykle musialam sie zwlec i poczlapac na sniadanie. Tym razem, tak jak kolega, wzielam tylko tosta i owsianke, tymczasem znow dostalam rachunek! Kolega powiedzial, ze dzien wczesniej facet z recepcji powiedzial mu, ze placi sie tylko za cieply bufet. Poszlam wiec spytac, ale tym razem byla jakas baba i powiedziala, ze tak, mam zaplacic. Kurcze, gdyby nie to, ze rano naprawde musze cos zjesc, nie potrafie zaczac dnia na pusty zoladek, to odpuscilabym sobie. No ale coz... Dzien na szkoleniu uplywal powoli i mozolnie. Poza facetem, ktory prowadzil je w poniedzialek, nikt nie potrafi przechodzic przez slajdy w rozsadnym tempie i bez miliona pobocznych historii. Te opowiastki sa oczywiscie fajne i wprowadzaja luzniejsza atmosfere, bo tak ogolnie to nasi prowadzacy to "grube ryby" departamentu, wiec czasem strach o cos zapytac zeby nie wyjsc na idiote. ;) Tyle, ze kiedy w koncu zorientuja sie, ze dobiegaja konca wyznaczonego czasu, a sa w polowie prezentacji, pra do przodu, nie robiac przerw. Naprawde ciezko jest wysiedziec 2 godziny bez oddechu. Tego dnia w koncu moglam odhaczyc wlasna prezentacje. Poszlo w miare, choc przez chwile zapomnialam jezyka angielskiego i przekrecalam wyrazy. Niestety, mowca to ja nigdy nie bede. :D Poza mna prezentowaly jeszcze 4 inne osoby i widzialam ze wszyscy byli zdenerwowani i mowili lepiej lub gorzej, wiec nie czulam ze poszlo mi jakos tragicznie. Niestety, w drugiej polowie dnia, zaczelo mnie bolec gardlo. Kurcze, Nik juz w weekend narzekal ze cos go bierze i musialam sie od niego zarazic. Pare dni i sie "wyleglo". :( Po poludniu moi znajomi wychodzili na obiad, ale ja czulam sie tak sobie, wiec mi sie nie chcialo. Na parkingu pod hotelem ustawily sie wozy z zarlem i skusilam sie na karaibskiego kurczaka w sosie curry. Bylo pysznie, ale apetyt mialam slaby, wiec tylko go poskubalam. Pod wieczor patrzylam na lake za oknem, gdzie panstwo rzucali pileczke psiakowi. Kawalek dalej widzialam cos ruszajacego sie i myslalam, ze to drugi psiak. Oni jednak nagle psa zapieli i zaczeli odchodzic. Patrze, zwierze porusza sie jakos inaczej niz pies, trzyma blizej linii drzew... Przygladam sie, a to... sarenka! :) Dziwie sie tylko, ze nie uciekla, bo ten pies momentami podbiegal za pilka naprawde blisko.

Nie wiem czy ja na tym zdjeciu znajdziecie, ale choc jest maksymalnie przyblizone, to zrobilam je z daleka i z 4 pietra, wiec moj telefon nie dal rady ;)

Czwartek znow zaczelam wczesnie, zebralam sie i na szkolenie. Tam niestety okazalo sie, ze na ten dzien wyznaczono nam zadanie, gdzie dostalismy pakiet materialow jak z inspekcji, mielismy znalezc wszystkie niedociagniecia i napisac oficjalna uwage. Poniewaz rano mielismy jeszcze koncowke jednego wykladu, na wszystko dostalismy okolo 6 godzin, czyli do konca dnia. Osobiscie mialam ochote plakac, bo przeciez dopiero co wrocilam z inspekcji, a tu musze robic to samo. No ale, wraz z dwiema osobami wyrobilam sie po okolo 4 godzinach, po czym krecilam po budynku zeby nie przeszkadzac tym, ktorzy jeszcze pracowali. Na szczescie i tak wszyscy skonczyli mniej wiecej godzine przed czasem, wiec udalo sie wyjsc wczesniej. 

Tym razem na lace pasl sie swistak

Tego dnia, na wieczor cala nasza grupa byla zaproszona na wyjscie do restauracji. Zapowiadalo sie fajnie i w sumie tak tez bylo, wybralismy sie do meksykanskiej knajpki, byla kupa zartow, smiechu, itd. Dopiero na koniec wyszlo tak srednio, bo... okazalo sie, ze dzielimy sie rachunkiem. Pozniej rozmawialam z kolezankami, ze wszystkie zalozylysmy, ze zaplaca organizatorzy. Juz bowiem tydzien wczesniej dostalismy maila od dziewczyny, ktora jest "mozgiem" calego szkolenia (choc sama go nie prowadzi), ze w czwartek wychodzimy wszyscy do restauracji. Skoro wyslano takiego maila, zalozylam, ze to zaproszenie dla nas. Teraz okazalo sie jednak, ze kazdy ma zaplacic za siebie. Niby mamy przydzielony budzet na jedzenie, wiec organizatorzy moga myslec, ze nam wszystko jedno, ale wg. mnie wypadaloby to wczesniej jasno powiedziec. Nie do konca tez wiemy czy to ktos wymyslil, czy wyszlo jakos nagle, bo kelnerka, ktora nas obslugiwala, tez przyniosla jeden rachunek. Kiedy ktos (nie wiem kto, bo bylam zajeta rozmowa, az z drugiego konca stolu przyszla informacja) rzucil, ze dzielimy sie rachunkiem, zaczela cos marudzic, ze ciezko bedzie to teraz podzielic. Pracowalam w restauracji, wiec wiem ze wszystko jest elektroniczne i podzielenie jest moze troszke pracochlonne, ale nie trudne. Podejrzewam, ze kobitka nawet nie patrzyla kto co zamawia, tylko wbijala wszystko hurtem i teraz nie pamietala co komu. W kazdym razie, ktos podzielil rachunek na 13 osob i wyszlo, ze wraz z podatkiem oraz napiwkiem, kazdy ma zaplacic po $39. Troche mi szczeka opadla, bo niektorzy brali niewiadomo jakie dania i przystawki, a do tego napoje alkoholowe. Ja nie wzielam przystawek, bo wiedzialam, ze nawet glownego dania nie dokoncze (i sie nie pomylilam), a ze prowadzilam, to pilam soczek. Moja czesc kosztowala wiec $24 i wraz z podatkiem oraz napiwkiem powinnam zaplacic gdzies $30. Moje dwie kolezanki w ogole obie powiedzialy, ze musialy doplacic praktycznie drugie tyle... I wiecie, to nawet nie chodzi o kase, bo faktycznie, mamy przydzielony dzienny budzet, tylko o jasny przeplyw informacji. A nie, ze wysylaja maila, ze wszyscy idziemy na obiad, gdzie wyglada to niczym zaproszenie, a potem zostaje taki niesmak... Zupelnie inaczej wygladaloby to, gdyby najpierw wyslali wiadomosc, ze jest propozycja wyjscia i kto chce, ale zaznaczyc, ze kazdy placi za siebie...

W piatek rano wstalam zadowolona, ze dobrnelam do ostatniego dnia. W nocy spalam tragicznie, chyba dlatego, ze obzarlam sie przed spaniem. Zwykle obiad jem dosc wczesnie, bo okolo 17, kolacji wlasciwie nie jadam i wieczorami pozywiam sie jakimis lekkimi przekaskami. A tu nagle zjadlam spore danie o 19 i zoladek nie dal rady tego trawic. Nie dosc, ze przewracalam sie z boku na bok, nie dosc, ze bylo mi duszno, bo pokoj jakos sie nie schlodzil, to jeszcze o 2 nad ranem pod hotelem wlaczyl sie alarm samochodowy i kilkanascie minut minelo zanim wlasciciel sie obudzil i zorientowal, ze to jego. :( Rano bylam wiec tak srednio przytomna, ale nie bylo wyjscia; trzeba sie bylo szykowac i ruszac. Tyle, ze odpuscilam sniadanie i zjadlam salatke, ktora mialam w pokoju hotelowym. Na dol zeszlam tylko po goraca wode z miodem (moj poranny napoj) oraz kawe. Na szkoleniu byly jak zwykle wyklady, ale na szczescie zadnych glupich cwiczen. W czasie lunchu podjechalam zatankowac moje sluzbowe autko, zeby bylo gotowe na dluga podroz kolejnego dnia. Niestety, prognozy sie popsuly i jak wczesniej myslalam, ze bede wracac przy ladnej pogodzie, teraz wychodzi, ze moze byc gorzej niz jak jechalam w ta strone. :/ Po zajeciach okazalo sie, ze jedna z dziewczyn wylatywala juz tego samego dnia, podobnie jak jedna z prowadzacych. Ona jechala autem, a miala podobnie jak ja, okolo 5 godzin. Przemknelo mi przez mysl, ze moze tez powinnam jechac tego dnia, ale byla juz 16, zanim bym sie spakowala i wymeldowala bylaby pewnie 17 lub pozniej, a potem czekalo mnie 6 godzin jazdy. Obecnie juz o 19 jest wlasciwie ciemno, wiec wiekszosc trasy jechalabym po nocy. Nie, dziekuje. Za to postanowilismy wyjsc na kolacje, tyle ze tym razem juz na wlasnych warunkach, wiedzac ze kazdy zaplaci za siebie. Myslalam ze bedzie to nasza czworka z kwietniowego wyjazdu, ale niespodziewanie dolaczyli do nas dziewczyna i facet z grupy, ktora na wyjezdzie byla w lipcu. Inna kobitka spotykala sie z jakimis swoimi znajomymi, a jeszcze inna sie wylamala (choc ona nie poszla nawet dzien wczesniej na kolacje z szefostwem), wiec bylo nas szescioro. Niestety, nie przyszlo nam do glowy, ze mamy piatkowy wieczor. Umowilismy sie o 18, a potem dojazd, pol godziny czekania na stolik, zamowienie, czekanie z kolei na jedzenie i do hotelu wrocilismy dopiero o 20:30. Dobrze, ze wiekszosc rzeczy spakowalam przed wyjsciem. Zostaly mi tylko kosmetyki, bo czesc potrzebuje na rano, oraz przekaski, ktore sa w lodowce.

I tak minelo kolejne szkolenie. Cos mi sie wydaje, ze w tej robocie bede niestety co "chwila" musiala odbywac takie wyjazdy. Co jest do bani, bo przeciez wyjezdzam tez czesto na inspekcje... Jak narazie jest mowa o kolejnym szkoleniu w marcu. To daloby nam maly oddech chociaz od tego, choc z drugiej strony, ktos gdzies slyszal, ze mamy leciec do Stanu Minnesota. Dla niewtajemniczonych, Stan ten slynie ze srogich zim, a marzec tam nadal oznacza snieg oraz mroz... :/ No nie mogliby nas wyslac na Floryde? :D

I na tym skoncze, ale zdjecia to juz wrzuce jutro bo nie mam sily sie z nimi bawic. Czeka mnie dluga i stresujaca podroz…

piątek, 18 września 2026

Zawody jedne i drugie oraz psujace (?) sie sprzeciory

Wroce jeszcze na moment do piatku, 11 wrzesnia.

Plywaczki kibicuja skoczkom :)

Bi powiedziala dzien wczesniej, ze trenerzy stwierdzili, ze poniewaz we wszystkich stylach jest calkiem dobra, ale nie ma zadnego, ktory jest jej "najlepszym", beda ja dawac do wyscigow gdzie brakuje im "pokazowego" zawodnika. Sama nie wiem czy to dobrze, czy zle. Chyba lepiej jest byc w jednej rzeczy wybitnym, niz we wszystkich calkiem-calkiem. :D W kazdym razie, poza sztafetami, plynela 50m kraulem i na 100m stylem grzbietowym. Pierwszy wyscig poszedl jej bardzo dobrze, bo plynely dwie grupy i w swojej (drugiej) zajela pierwsze miejsce.

Jak to milo zobaczyc "1" obok swojego nazwiska 

Styl grzbietowy juz jej tak nie podszedl, a do tego doszla dlugosc wyscigu (Bi we wszystkim jest raczej sprinterem niz maratonczykiem) i doplynela przedostatnia. Ostatecznie, te zawody dziewczyny przegraly, choc minimalnie, bo uzyskaly 90 punktow, a przeciwniczki 96. Bi mowila pozniej, ze cala druzyna zaluje ze odeszly zeszloroczne seniorki, bo nie dosc ze bylo ich duzo, wiec druzyna liczyla wiecej osob, to jeszcze prawie wszystkie plywaly po prostu rewelacyjnie. Ja za to zalowalam, ze trener pomylil sie i to solidnie, w obliczeniach czasu zawodow, bo napisal ze powinny sie skonczyc okolo 17, skonczyly zas prawie o 18! Dziewczyny oczywiscie, jak to dziewczyny, jeszcze jakies zdjecia, wyglupy, pogaduchy, itd.

Pamiatkowa fota grupowa 

Dojechalam do domu i spodziewalam sie, ze zaraz bede musiala odebrac spod szkoly syna. Niestety, na smsy nie odpowiadal, lokalizacja go nie znajdywala... Mija 15 minut, 30, 45... Juz myslalam, ze padl mu telefon i zastanawialam sie czy nie bedzie musial isc na piechote do domu, bo nie bedzie mial jak nas zawiadomic ze dojechali. Na szczescie okazalo sie, ze po prostu, przez wiekszosc trasy, nie mieli zasiegu. W koncu udalo mu sie napisac, ze za pol godziny powinni byc. Podjechalam pod szkole i odebralam syna, ktory oczywiscie byl zmeczony i bez humoru. Wcale mu sie nie dziwie, bo jednak jak wyszedl z domu o 7:10, tak wrocil o 19:30, czyli ponad 12 godzin pozniej... Niestety, jego trenerzy nigdzie nie wrzucaja wynikow, wiec nawet nie wiem jak mu poszlo. Sam Nik odpowiedzial, ze zawody byly "okey" i tyle sie dowiedzialam. ;) To juz od sasiadki uslyszalam, ze jej corka (razem biegaja) mowi ze jest bardzo szybki i ze dostal sie w ich w druzynie do "junior varsity". To jest taka grupka najlepszych zawodnikow z dwoch najmlodszych rocznikow. Troche sie to rozni w poszczegolnych dyscyplinach i druzynach, ale zwykle "varsity team" to grupa z dwoch najstarszych rocznikow, najlepsza i reprezentujaca szkole, choc mlodsi moga sie do niej dostac, jesli sa wyjatkowo zdolni, zas junior varsity to mlodsze dzieciaki, ktore sie wyrozniaja i maja szanse w przyszlosci przeskoczyc na varsity. W biegach przelajowych z naszej szkoly, wszystkie dziewczyny z marszu klasyfikuja sie na obie grupy, z racji, ze jest ich tylko 11. Chlopakow jest ponad 40, wiec tu juz mozna sie wykazac. Smieje sie, ze Nik nie wykorzystal naturalnego talentu. Kiedys bowiem, w II klasie podstawowki, mieli biegi naokolo terenu szkoly, w jakichs celach charytatywnych. Biegli rocznikami i Nik byl wowczas najszybszy ze wszystkich II klas. Pozniej jednak nigdy nie chcial nawet sprobowac zadnego biegania, ani sprintu, ani pozniej biegow przelajowych, nawet pomimo ze biegal jego dawny najlepszy kolega (ktory sie przeprowadzil do innego Stanu). Swoja droga to utrzymuja nadal kontakt i ponoc tamten kolega cieszy sie, ze rodzice pozwolili mu zrezygnowac z biegania, bo ponoc go zmuszali. ;) Nie mam pojecia co Kokusia w tym roku naszlo. Namowili go koledzy, ale namawiali od dwoch lat i nie chcial, a tu nagle sie zdecydowal i niespodziewanie odnosi sukcesy. Malzonek sie podsmiewa, ze to te biegi z psem naokolo domu go tak wytrenowaly. :D

W sobote wreszcie moglam sobie pospac do wypeku (no, nie do konca), choc wczesnym rankiem Oreo lazila po pokojach drac mordke. Udalo mi sie na szczescie ja zignorowac i przydrzemac dalej. Nastawilam budzik na 9 i tego dnia niestety nie moglam pospac dluzej, bo na 10:40 jechalam do fryzjera. Stwierdzam, ze powinnam to robic czesciej niz co 5-6 miesiecy, bo nie dosc ze odrosty mialam juz niemozliwe, to i troche mi zal fryzjerki, bo (na zdjeciu tak nie widac) mam niesamowicie grube i geste wlosy i przycinanie tego i modelowanie to koszmar, a jak jeszcze urosna takie dlugie, to juz w ogole trzeba sie umeczyc.

Przed 

Miedzy innymi dlatego, odkad mam je dluzsze, po prostu zostawiam je same sobie i nie bawie sie w zadne ukladanie ani podkrecanie. Nie mam sil na takie zabawy... Fryzjerka tez sie smiala, ze Matka Natura powinna dac kazdemu po rowno, a tu niektore dziewczyny maja rzadkie i cieniutkie wloski i nie ma czego ukladac, a inne, jak ja, chetnie by komus oddaly tak z 1/4. :D No i super byloby czesciej robic porzadek z ta gestwina, tyle ze przy pasemkach i cieciu, zawsze schodza 2-3 godziny i zwyczajnie szkoda mi czasu... 

Po - ciecie bylo dosc drastyczne ;)

Wrocilam do chalupy, wstawilam pranie, poskladalam to, ktore czekalo w suszarce, zmienilam Potworkom posciel i czas byl jechac do kosciola. Po powrocie poszlismy z M. na spacer, gdzie w polowie dogonil nas na rowerze Nik. :) Pozniej wypilam kawke zeby dac nogom odpoczac, po czym poszlam wyszorowac nasza lazienke, gdzie malo mnie cos nie trafilo. Mylam lustro, ktore cale bylo obryzgane niewiadomo czym. Biale niczym pasta do zebow, ale ja szoruje, a to ledwo schodzi. Szoruje kolejny raz - roznica minimalna. W koncu musialam kazda kropke zeskrobywac paznokciem i dopiero potem przetrzec plynem do mycia! :O Poniewaz kolejnego dnia mial jak zwykle wpasc dziadek, wiec zabralam sie za chlebek bananowy. Wszystko przygotowalam, piekarnik wlaczony, chce juz wkladac ciasto, patrze a tam dalej taka poczatkowa temperatura. Zdziwiona otwieram piekarnik - zimny! Nosz kurna, musial sie popsuc! Myslalam, ze moze cos nie zalapalo, wiec wylaczylam go i wlaczylam jeszcze raz. Po minucie wkladam reke i... super, grzeje! Pomyslalam, ze widocznie gdzies cos nie laczy i trzeba uwazac na przyszlosc. Tyle, ze dziadostwo pokazywalo caly czas ta sama temperature. Stwierdzilam, ze poczekam 10 minut bo mniej wiecej tyle zajmowalo zwykle zeby piekarnik sie nagrzal i wtedy wsadze ciasto. Kiedy jednak czas minal, otworzylam ustrojstwo i... zonk. Cieply byl, owszem, ale nie goracy. Zdecydowanie nie byla to temperatura zeby cokolwiek upiec. :/ Probowalismy jeszcze z M. kilka razy, malzonek nawet wysunal cholerstwo spomiedzy szafek i odlaczyl z pradu, po czym podlaczyl ponownie, ale nie dalo to nic. Pomyslelismy, ze czeka nas zakup nowego piekarnika. Super po prostu... I fakt, ze ten mial juz ponad 8 lat, ale to wcale nie tak duzo na domowy sprzet. Moi tesciowie maja lodowke chyba 20-letnia i dziala. ;) W miedzyczasie mialam jednak gotowe ciasto, ktore czekalo na upieczenie. Stwierdzilam, ze sprobuje w air fryer'ze, bo co innego mi pozostalo? Mialam obawy, ale okazalo sie, ze wyszlo! Jedyne co, to popelnilam blad, bo wyjelam kratke i papier pergaminowy dalam bezposrednio do szuflady. I niestety, na dnie ciasta zostala niedopieczona warstewka, ale taka ciensza nawet niz mm. Stwierdzilam, ze tyle to mozna odkroic, a na przyszlosc bede wiedziec ze trzeba jednak papier dac na kratke. Malzonek oczywiscie znalazl juz jakies piekarniki na stronie internetowej, ale ja stwierdzilam, ze musze popatrzec i "pomacac" w sklepie. :D Najwazniejsze, ze palniki w kuchence dzialaja. Od dluzszego czasu i tak pieczemy mieso czy warzywa w air frye'rze, wiec bez piekarnika mozemy sie przez jakis czas obejsc, ale kuchenka musi byc. ;)

Niedziele zaczelam troche wczesniej niz sobote, bo obiecalam synowi wypad po przynete. Od jakiegos czasu wiercil mi dziure w brzuchu o zywa, na ktora pare razy lowili z kolega. W koncu uleglam. Niestety, najblizszy sklep z przynetami jest 20 minut od nas i w niedziele zamykaja go o 12, a ja chcialam jeszcze potem odkurzyc i pomyc podlogi zanim przyjedzie dziadek, wiec trzeba sie bylo zwlec z lozka wczesniej. Jak na zlosc dzien byl ponury, od rana lalo i pogoda byla raczej na spanie, a nie wczesniejsze zrywanie. Ale coz... Oczywiscie troche sie wkurzylam, bo ja tu sie zwlekam z lozka, czlapie na dol zjesc sniadanie, a syn sobie spi w najlepsze! Na szczescie wstal zwarty i gotowy zanim sie wyszykowalam. Zawiozlama go, kupil sobie rybki (to takie male jak szprotki, strasznie mi ich szkoda :() i wrocilismy. Musze przyznac, ze przynajmniej sam z siebie pomogl mi odkurzac, choc po tej "pomocy" musialam nieco poprawic. ;) Jak moj tata przyjechal, to akurat konczylam tanczyc z mopem, ale zaparzylam mu kawy, podalam obiad i szybko dokonczylam. ;) Dziadek posiedzial troche krocej niz zwykle, bo niestety musialam go "wyprosic". Nie z wlasnej winy w sumie, ale na 15 bylam umowiona na paznokcie, co wydawalo mi sie idealne, bo tata zwykle i tak przed ta godzina wyjezdza. Pozniej jednak Nik wyskoczyl, ze umowili sie u jednego kolegi w domu, okolo... 15. No to musialam wyjechac troche wczesniej, odstawic syna i pedzic zrobic pazury. Ucierpialam sie strasznie, bo tym razem obslugiwal mnie chlopak i albo byl nowy i sie bardzo staral, albo taki z niego perfekcjonista. W kazdym razie, spytal mnie jaki chce miec ksztalt, powiedzialam ze owalne i on chyba za wszelka cene takie staral sie zrobic. Moje pazury jednak maja brzydki ksztalt, sa takie "lopatowate" i w dodatku sie zaginaja niczym szpony, wiec facet, zeby je wymodelowac, skorki mi doslownie szarpal i wyrywal. Co myslalam, ze juz skonczyl z jakims palcem, po chwili do niego wracal. Musze przyznac jednak, ze tak ladnie chyba nigdy nie mialam paznokci zrobionych. 

Dla wielu z Was to pewnie nic specjalnego, ale ja sie zachwycam ;)

Wrocilam do chalupy, poszlismy z malzonkiem na spacer i pozostalo czekac az syn napisze zeby po niego przyjechac. Poniewaz teraz juz o 19:30 jest praktycznie zupelnie ciemno, spodziewalam sie, ze bedzie to grubo przed 19. Tymczasem chlopaki mieli jechac na ryby okolo 17, a pojechali dopiero gdzies o 17:45, bo sprawdzalam lokalizacje Mlodszego. Zadzwonil wiec ze gotow jest wracac o 19:30, kiedy bylo juz ciemno i straszno. :O

Jak widac, zabawa byla przednia 

A! Jeszcze kiedy byl moj tata, tak dla "jaj" wlaczylam piekarnik, bo akurat opowiadalam tacie, ze sie zepsul. I nie uwierzycie! Nagrzal sie normalnie do ustawionej temperatury i pokazywal jak ona rosnie. Jedyne co, to zawsze pipczal 3 razy kiedy sie nagrzeje, a tym razem byla cisza. No ale wyglada, ze postanowil, przynajmniej narazie, sie naprawic! :D

Kiedy wrocilam z Kokusiem do domu, po podjezdzie skakal sobie dorodny Pan Ropuch, ktorego Nik ochrzcil "Fryderyk" :D

W poniedzialek trzeba bylo juz rano zerwac sie do roboty. Niestety, oznaczalo to dla mnie inspekcje (choc to i tak lepiej niz zapierniczac do Bostonu), a ze bralam sluzbowe auto na caly tydzien, to powiedzialam M. zeby po mnie przyjechal i zawiozl do biura. Nie chcialam zostac na tydzien bez wlasnego samochodu, bo wiadomo, Potworki maja zawody, czasem trzeba po cos podjechac, itd. Nie mowiac juz o tym, ze lubie miec opcje zawiezienia ich do szkoly. W kazdym razie, musialam wyjechac w miare sprawnie, wiec powiedzialam dzieciakom, ze musza tego dnia jechac na rowerach. Sasiadka zaproponowala ze ich podwiezie, z czego Bi oczywiscie chetnie skorzystala, ale Nik wolal jednak rower. Tego dnia akurat mogl sobie odpuscic, ale o tym za moment. Oni pojechali do szkoly, a po mnie po chwili przyjechal malzonek. Wyruszylismy do mojego biura, w poteznych korkach, a potem musialam dojechac do firmy, ktora sprawdzam. Spoznilam sie prawie 15 minut. Na szczescie bylam juz tam wczesniej, wszyscy sa sympatyczni, wiec przeprosilam i tyle. Szkoda mi bylo doktorka, bo slyszac o inspekcji, odwolal wyjazd, a przy tym widac bylo, ze jest niesamowicie zdenerwowany... Na inspekcji, jak na inspekcji, dzien zlecial na przegladaniu papierow. Okazalo sie przy tym, ze badania, ktore sprawdzalam zakonczyly sie 4 lata temu (o tym juz wiedzialam) i z grupy, ktora je przeprowadzala, zostal tylko pan doktor. Ktory tak naprawde tylko tam z doskoku nadzorowal i niczego sam nie robil poza pierwszym przyjeciem pacjentow. Laboratorium, w ktorym trzymano badany lek, zostalo przebudowane w co innego. No rewelacja. Wrocilam do chalupy, ale posiedziec w niej nie bylo mi dane.

Ledwie zdazylam zaparkowac pod domem, a Oreo juz musiala sprawdzic czy nowy pojazd nada sie na punkt obserwacyjny 

Po poludniu okazalo sie, ze Nik ma znow pasta party (o ktorym zapomnial nam powiedziec), na ktore co prawda zawiozla go mama kolegi, ale przez to jego rower zostal pod szkola. ledwie wiec weszlam, a stwierdzilam, ze najlepiej od razu po niego isc. Zmienilam tylko dlugie spodnie na krotkie spodenki i pomaszerowalismy. Tego dnia czuc bylo jesien w powietrzu i choc w sloncu byly 22 stopnie, to w cieniu ciegnelo chlodem. Doszlismy do szkoly, wzielismy rower i juz prawie dochodzilismy do naszej ulicy, kiedu Mlodszy napisal zeby po niego przyjechac. Kurcze, ostatnio siedzial na imprezie do 19 i nie mial dosc, a teraz jeszcze nie bylo 18. Kiedy doczlapalismy do domu wiec, chwycilam tylko kluczyki, wskoczylam w auto i pojechalam po syna. Wracajac, po drodze napisalam do Bi zeby odgrzala mi obiad, bo bylam juz strasznie glodna, a to nie byl koniec jezdzenia. Wpadlam do chalupy, szybko zjadlam, bo czym pojechalam z corka (i synem, ktory zabral sie na doczepke) do sklepu. Kolejnego dnia Bi miala bowiem zawody (o czym obie zapomnialysmy), a na zawodach dziewczyny wymieniaja sie napojami oraz slodyczami/chipsami. W domu nie mielismy nic, co nadawaloby sie na wymiane, wiec trzeba bylo szybko pojechac do supermarketu. Przy okazji Bi opowiadala, ze znowu sa podzielone na grupki zwane sister friends, tyle ze juz kolejny rok panna ma pecha. Zwykle w grupce sa 3-4 dziewczyny. W zeszlym byly we 3, ale jedna zrezygnowala z plywania po pierwszym tygodniu i zostaly dwie. W tym roku znow sa 3, ale jedna - nowa, z pierwszego roku, "zapomina" przyniesc czegokolwiek na wymianke. Podobno Bi oraz druga dziewczyna z nia rozmawialy, ale nadal jest ze "zapomniala" i koniec. Podejrzewam, ze rodzice panny powiedzieli ze nie beda wydawali kasy na glupoty, albo nie podoba im sie, ze dziewczyny wpierdzielaja cukierki i pija niezdrowe napoje, tyle, ze przez to ich corka wydaje sie niekolezenska. W kazdym razie, Bi oraz druga dziewczyna, stwierdzily ze beda sie wymieniac miedzy soba, a jak trzecia sie zdecyduje, to moze dolaczyc. Tak naprawde to mi wsio ryba czy wymieniaja sie we trzy czy we dwie, tyle ze te grupki zawsze sa tak dobrane, ze jedna to seniorka z najstarszego rocznika, a reszta jest mlodsza. Z tego co pamietam w zeszlym roku, dziewczyny z kazdej grupki, musialy dla swojej seniorki zrobic plakaty i kupic kosze z upominkami. Nie moge sobie przypomniec czy cos jeszcze. Zwykle te mlodsze dziela sie praca i kosztami. W zeszlym roku Bi zostala sama, wiec cale koszty ponioslam ja, a w tym roku, choc niby jest w grupie z inna dziewczyna, wyglada ze tamta sie nie dolozy. Rozumiem troche rodzicow; pewnie sa zaskoczeni, ze nie dosc iz placisz za sport szkolny, za druzyne i za stroj, to jeszcze dochodza takie koszty "rozrywkowe". Ja w zeszlym roku tez bylam zaskoczona, ale stwierdzilam, ze nie chce zeby jakas dziewczyna byla pokrzywdzona, bo Bi zostala sama... A tutaj rodzice tej maja to w tylku i tyle. Chociaz moze sie myle i wybiegam do przodu. Zobaczymy. ;) Kupilysmy wiec co tam trzeba, a przy okazji pare innych przekasek do domu i wrocilismy. Byla 19:10 i dopiero moglam sobie na spokojnie usiasc. ;)

Wtorek zaczelam ponownie wczesnie, wyszykowalam sie, choc nie do konca, i zawiozlam Potworki (oraz sasiadke) do szkoly. Pozniej wrocilam jeszcze na chwile do chalupy, umalowalam oko i spakowalam jedzenie, po czym ruszylam na inspekcje. Mialam pecha i po drodze byly niemozliwe korki. Najpierw trafilam na pozostalosci po wypadku, a pozniej byl kompletny zator prawie na samym koncu trasy, w miescie, do ktorego zmierzalam. Znow dojechalam spozniona, ale coz... Dzien mijal na dalszym przegladaniu dokumentow, przerwanym niestety przez... alarm przeciwpozarowy! Musielismy wylezc na zewnatrz i czekac az straz przyjedzie i sprawdzi co sie dzieje. Pol godziny nie moje. :O Dobrze przynajmniej, ze bylo cieplo i nie padalo... W koncu wpuscili nas spowrotem, a przyczyna pozaru okazal sie... opiekacz. :O Troche bylam zla, bo wybilo mnie to z pantalyku, a dodatkowo tego dnia i tak planowalam wyjsc troche wczesniej. Nik mial bowiem znow zawody i tym razem chcialam byc faktycznie na jego biegu, ten zas zaczynal sie o 15:45. Udalo mi sie wyjsc o czasie, po czym godzinke turlikalam sie do domu. ;) Tam przebralam sie tylko szybko w szorty, wypuscilam psiura na siusiu i pedzilam na zawody. Te byly w sasiedniej miejscowosci, ale ze mieszkamy na pograniczu, wiec mialam zawrotne 8 minut jazdy. :D Dojechalam akurat na koncowke rozzgrzewki, wiec po chwili chlopaki zaczeli sie zagrzewac do "walki".

Nawet nie wiem ktory to Nik ;) 

W koncu... ruszyli! :) Zartowalam z niektorymi rodzicami, ze biegi przelajowe to taki malo atrakcyjny dla widzow sport. Zgodnie z nazwa (cross country) biegna po lasach, lakach i wertepach.

Ruszyli!

Trasa prowadzi miedzy drzewami i jest dluga, wiec przez wiekszosc czasu zawodnikow nie widac. Widzialam start, 8 minut pozniej obok miejsca, w ktorym stalam przebiegl Nik, za kolejne 7 minut przebiegl kolejny raz, a za 5 minut dobiegl do mety.

To chyba bylo juz drugie okrazenie

Widzialam go wiec w czasie biegu 3x przez kilka sekund. :D Potem zebrali sie jeszcze na chwile do podsumowania, potem kibicowali startowi dziewczyn i moglismy wracac do domu.

Meta! 

Wieczorem na grupe wrzucili czasy i zajete miejsca. W naszej druzynie jest 42 chlopakow, druga miala mniej wiecej podobna ilosc zawodnikow i byla tez trzecia druzyna, znacznie mniejsza. Tak na oko licze, ze bieglo okolo 100 mlodziencow. Nik zajal 33 miejsce, wiec bardzo ladnie, wedlug mnie oczywiscie. ;) Wrocilismy do domu i czekalam az Bi napisze ze dojezdzaja do szkoly. Panna rowniez miala bowiem tego dnia zawody, ale wyjazdowe. Dojechali o 18:30 i panna wzdychala ze naprawde nie lubi wyjezdzac, bo potem nie ma czasu na spokojne odrabianie lekcji oraz nauke... Dobrze, ze ze szkoly do domu to tylko kilka minut jazdy i moglam juz spokojnie sie zrelaksowac. Czyli dokonczylam zmieniac nam posciel i wstawilam pranie, zeby sie zbytnio nie nudzic. ;)

Sroda zaczela sie jak poprzedni dzien. Wstalam, zawiozlam Potworki do placowki, wrocilam, dokonczylam sie szykowac i pojechalam. Tego dnia wreszcie byly rano nieco mniejsze korki, wiec dojechalam praktycznie o czasie. Dzien w robocie minal dosc szybko, niestety powrot do domu juz nie. :/ Jak tylko wlaczylam nawigacje, pokazalo mi, ze na trasie jest wypadek i czy chce go ominac. Kliknelam "tak" i wszystko byloby super, ale nowa trasa poprowadzila mnie przez roboty drogowe. Tam, wiadomo, zwezenia, blokady i niechcacy... skrecilam nie tam gdzie trzeba! Pierwsze co pomyslalam, ze trudno, bede miala dodatkowe 5 minut jazdy. Przezyje. No coz, mialam pechuncia, bo doslownie km od zjazdu nagle... wszyscy staja! Po chwili zaczely sie miedzy nami przeciskac wozy policyjne, strazackie, karetka... Juz wiadomo bylo ze byl wypadek, widzialam zreszta swiatla syren na horyzoncie, czyli zdarzylo sie to doslownie tuz przede mna... No coz... Policja zamknela droge i tak stalismy... Dopiero po pol godzinie podjechal samochod holowniczy, odsuneli zniszczone pojazdy na bok i nas puscili. Jajo mozna bylo zniesc... :/ Po powrocie do domu juz oczywiscie nic mi sie nie chcialo i cale szczescie, ze na ten wieczor nie mialam zadnych planow. Niestety, bylo to moje jedyne "wolne" popoludnie w tym tygodniu, to wrocilam o 17:40 i tyle z niego mialam. :/ Zeby go tak zupelnie nie zmarnowac na lenistwie, wstawilam pranie i poszlam posciagac i przyniesc posciel z przyczepy. Nie mamy juz zadnych planow kempingowych na ten rok, za chwile M. bedzie chcial przygotowac ja na zime, wiec trzeba bylo z niej powynosic wszystko co moze sie zniszczyc, zgnic, zawilgotniec, itd.

W czwartek ponownie zawiozlam Potworki do szkoly, po czym wrocilam, skonczylam sie szykowac i pojechalam. Tym razem ruch na drodze byl wyjatkowo sprzyjajacy i dojechalam prawie 10 minut przed czasem. Posiedzialam chwile w aucie, ale pozniej stwiedzilam, ze pojde do srodka, bo nie bylam pewna czy kobitka, ktora mnie "pilnuje" juz nie czeka. Okazalo sie ze nie i to ja musialam poczekac na nia. :) Dzien zlecial mi migiem bo zaczelam odkrywac problemy i niedociagniecia i dwa razy musialam konsultowac je z szefem. Pechowo, nie dogrzebalam do konca przed wyjsciem, wiec na kolejny dzien zostala mi rozmowa z szefem, a jeszcze musialam skonczyc, przy czym mialam nadzieje "zamknac" inspekcje troche wczesniej... :/ Powrot do domu nie byl juz tak sprawny jak poranna jazda, bo pojawily sie jakies zatory bez zadnej wyraznej przyczyny. Nie mniej, nie byly to korki z prawdziwego zdarzenia, wiec dojechalam w miare sprawnie. Bylam strasznie glodna, wiec szybko zjadlam obiad, po czym popedzilam na zakupy. Potwory zabraly sie oczywiscie ze mna, bo mieli nadzieje na bubble tea. Niestety, zwykle skladam zamowienie wczesniej, zebysmy tylko podjechali i odebrali, ale tego dnia na stronie wyskoczylo, ze zamowienia sa zablokowane. Nie bylam pewna czy cos im sie popsulo w systemie, czy sa zamknieci, ale stwierdzilam, ze nie bede ryzykowac jazdy tam, bo choc z miejsca zakupow jest duzo blizej niz z domu, to mimo wszystko niezbyt po drodze. Nie chcialam jechac, zmarnowac czasu i pocalowac klamki. Dzieciaki spuscily nochale na kwinte, wiec zajechalam po drodze do Dunkin'. A niech maja. ;) W ten sposob popoludnie wlasciwie minelo, a wieczorem czulam sie juz zupelnie jak detka. Za duzo energii wyciagaja ze mnie te inspekcje... ;)

Piatek to oczywiscie powtorka z rozrywki. Odwiezc mlodziez do szkoly i dluga jazda na inspekcje. Dojechalam dosc sprawnie i znow moglam pare minut posiedziec w aucie i zebrac energie na reszte dnia. Szef napisal rano, ze moze ze mna porozmawiac o 9:30 rano, wiec wyprosilam dwie siedzace ze mna babki z pokoju. ;) Tak jak podejrzewalam, z dwoch niedociagniec, ktore znalazlam, musialam zrobic oficjalna uwage. Mialam nadzieje, ze szef powie, ze nie i bede miala duzo spokojniejsze zamkniecie inspekcji. No ale nie ma tak dobrze. W dodatku, gdyby powiedzial mi to konkretnie dzien wczesniej, przygotowalabym sobie w domu juz tekst i sprobowala go wydrukowac. A tak, musialam sie meczyc na miejscu. Poza rozmowa z szefem, rano tez jeszcze konczylam sprawdzac reszte papierow, wiec dopiero okolo 11 zaczelam sie przygotowywac na zakonczenie. Oczywiscie mialam problem zeby znalezc odpowiedni kruczek w systemie i tu jeszcze pomogl mi szef. Wyslalam mu jednak potem gotowy tekst zeby sprawdzil gramatyke i zobaczyl czy da sie go napisac bardziej klarownie. Wyslalam i zaznaczylam, ze spotkanie "zamykajace" mam za 45 minut. Pozniej przesunelam je o kolejne 15 minut, a i tak odpisal doslownie minute przed, ze przeprasza bo cos go odciagnelo i czy juz po spotkaniu. Nie chcialo mi sie tlumaczyc ze akurat mam zaczac, wiec odpisalam po prostu "tak". Troche wczesniej ten moj tekst sama poprawilam, przeczytalam, wrzucilam w internety zeby sprawdzily gramatyke, itd. A reszte stwierdzilam, ze niech sie dzieje co chce, bo przy okazji walczylam z... drukarka. Przez cala inspekcje uzywalam skanera i dzialal jak zloto. Niestety, z drukowaniem juz tak fajnie nie mialam, bo znow wyschly tusze. :( Kolorowy wysechl juz jakis czas temu, ale ze nie drukuje nic w kolorze, to machnela reka. Teraz okazalo sie jednak, ze wysechl tez czarny! Ktory kupilam moze 2-3 miesiace temu i zgodnie z podpowiedziami trzymalam w szczelnym woreczku! :/ Sprobowalam sposobu mojego szefa, czyli namoczenia recznika papierowego goraca woda i przylozenia go do wylotu tuszu. Tyle, ze w kranie w sali konferencyjnej woda leciala letnia i zupelnie sie nie nagrzewala. Stwierdzilam, ze moze sama woda cos da. Dala, przynajmniej cos tam drukowalo, ale "naprawa" dzialala na jedna strone. Pozniej tusz znow omijal co trzecia linijke tekstu. :/ Musialam wiec przykladac i drukowac kartke po kartce. Dobrze, ze mialam tylko 4 strony. No ale kurna, fortune wydam na tusze, a nikt nam za nie nie oddaje! W kazdym razie, jakos wydrukowalam co trzeba, odbebnilam spotkanie i pojechalam do chalupy. Tam szybko zjadlam, przebralam sie i popedzilam znow na zawody Bi. Ale o tym juz kolejnym razem. ;)

Do poczytania!