Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 22 października 2021

Nieco szalony weekend i rownie zabiegany tydzien, czyli stara bida :D

Wole co prawda tak niz sie nudzic, ale sa pewne granice... :D Po minionym weekendzie, w niedziele wieczor czulam sie jak przeciagnieta przez praske...

Wspomnialam ostatnio, ze w sobote, 16 pazdziernika, miala sie odbyc sesja zdjeciowa dla druzyn pilkarskich. Niestety rano, Potworki odurzone tym poczuciem wolnosci, ktore daje jedynie weekend, robily wszystko, tylko nie szykowaly do wyjscia... :/ W rezultacie, sesja zaczynala sie o 8:15, a my wyjechalismy z domu o... 8:10. :O Dodam, ze na miejsce mamy jakies 10-15 minut jazdy, wiec juz z gory wiedzialam, ze sie spoznimy. Liczylam na to, ze takich spoznialskich bedzie wiecej, ale sie przeliczylam. ;)

Na tym dalszym stolku sekunde wczesniej stala Bi, ale zagapilam sie i zanim wytargalam telefon z torebki, juz zdazyla odejsc...
 

Na szczescie zdazylismy, bo jednak dzieci do zdjec byla gromadka i Potworki zalapaly sie tez na zdjecia druzynowe.

Z dziewczyn brakuje chyba tylko jednej...

Z obu druzyn bylo jeszcze kilkoro dzieciakow, ktore na zdjecia nie dojechaly w ogole, choc trudno powiedziec czy ich nie chcieli, czy mieli takie samo poczucie czasu (czy raczej jego brak), jak my. :D

U Kokusia nawet bez wysilku zauwazam brak 4 chlopcow, wiec pewnie brakuje ich wiecej... A Nik oraz dwoch jego kolegow zerka na mnie, zamiast fotografa :D
 

Fotografowie krecili sie tam pol dnia, wiec spoznialscy zdjecie portretowe mogli sobie jeszcze machnac, ale grupowych juz nie powtarzano...

Potworki mialy mecze jednoczesnie, ale choc bylo to duza oszczednoscia czasu, to mialam wrazenie, ze usiluje sie rozdwoic (wlasciwie to faktycznie probowalam ;P) i nie moge skupic na zadnym. ;) Krzeselko postawilam sobie miedzy boiskami (na szczescie grali na sasiednich), ale wlasciwie to chodzilam w te i we wte. Oba Potworki graly jak zwykle bardzo dobrze, choc niestety u Bi trafila sie mocna przeciwna druzyna i dziewczyny przegraly 1:2. No coz, bywa i tak. ;)

Starsza przy pilce :)
 

Dla odmiany, przeciwnicy druzyny Kokusia byli slabiutcy i "nasi" wygrali 5:1. Nik znow usilnie probowal strzelic gola, ale musi popracowac nad celnoscia, bo na dwie bliskie akcje, raz pilka poleciala gdzies w bok, a za drugim razem odbila sie od slupka. :D

Dlugonogi Nik w akcji ;)
 

Zeby bylo smieszniej, trener postawil go tez na chwile na bramce. Obrona w jego druzynie jest jednak bardzo aktywna i tylko raz pilka poleciala w jego strone.

Bramkarz :D
 

Na szczescie zlapal, ufff... A jaki byl z siebie dumny! :D

Niestety, ujecie kiedy Mlodszy zlapal pilke zupelnie mi nie wyszlo, bo jego kolega wlazl mi centralnie w kadr...
 

Po meczach niestety trzeba bylo jechac po spozywke, skoro poprzedniego dnia wywineli mi w sklepie numer. ;) Potworki pojechaly bez marudzenia, bo z jakiegos powodu lubia zakupy, nawet spozywcze. :) A po powrocie do domu i rozpakowaniu toreb, zaczelam zastanawiac sie, co zrobic z reszta dnia. Mimo pazdziernika w kalendarzu, bylo wrecz goraco: 27 stopni! Na wieczor zapowiadano przejscie burz i gwaltowne ochlodzenie, wiec grzechem byloby nie skorzystac z takiej pogody. Pomyslalam o jesiennym festynie, ktory staje sie pomalu moja i Potworkow coroczna tradycja. Napomknelam o tym pomysle M., a on, o dziwo, oznajmil, ze pojedzie z nami. :O No nie poznaje ostatnio tego mojego chlopa... Na szybko dalismy wiec dzieciakom lunch i pognalismy. Dojechalismy na miejsce i...zonk. Parking pelny, a kolejki (zaczynajac od tej do kasy) juz z daleka widoczne niczym wijace sie sznureczki. Miny nam zrzedly i zaproponowalismy Potworkom, zeby przyjechac innego dnia z samego rana. Jakos kurcze, w poprzednich latach bylam tam sama z dziecmi i nigdy nie widzialam az takich kolejek! :O Dzieciaki oczywiscie strzelily focha, ale na szczescie sami widzieli, ze zamiast zabawy, mieliby ciagle stanie i czekanie. W dodatku tatus obiecal, ze przyjedziemy tam nastepnego dnia, wiec jakos to przelkneli. Osobiscie zaproponowalam kolejna niedziele, bo akurat w tym tygodniu Bi miala tego dnia mecz, ale M. uznal, ze co tam, przyjedziemy rano, dzieciaki sie pobawia, a potem pojedziemy na pilkarska rozgrywke. Okeeey... ;) Wracajac zatrzymalismy sie po kawe dla staruszkow, a ze niedaleko byla nasza ulubiona lodziarnia, a pogoda "lipcowa", to pojechalismy jeszcze na lody. :)

Lody byly pyszne, naprawde, to slonce Kokusia razi :D
 

A potem juz pedem do chalupy, bo z racji planow na kolejny ranek, M. chcial zaliczyc wieczorna msze. Kiedy w koncu zawitalismy na dobre do domu, zabralam sie za ogarnianie wnetrza, zas ojciec z dzieciakami ruszyli na ogrod. Spalili suche galezie i liscie, ktore lezaly juz jakis czas uskladane na ognisku oraz zaczeli dmuchac podjazd z igiel, bo choinki zrzucaja ich tyle o tej porze roku, ze wyglada to niczym rdzawy kobierzec.

Mlodszy "pozuje" :D
 

Przy okazji, Nik, ktory naprawde lubi takie ogrodowe "meskie" roboty, ublagal ojca, zeby ten pozwolil mu uzyc dmuchawy. Balam sie, ze Mlodszy "odfrunie" do tylu pod sila wydmuchu, ale dal rade. ;)

Naprawde go podziwiam, bo ta dmuchawa wcale nie jest taka lekka...
 

Lubie aktywne weekendy, lubie zapewnic dzieciakom jakas frajde, ale lubie tez sobie pospac. Pobudka w niedzielny poranek byla wiec dosc bolesna... ;) Slowo sie jednak rzeklo i jak obiecalismy Potworkom jesienny festiwal, to trzeba bylo jechac. Poniewaz na 12:30 musielismy byc z powrotem w naszej miejscowosci na mecz Bi, wiec na "impreze" dojechalismy juz o 10 rano. Jak dla mnie to i tak pozno, bo zwykle spedzalam tam z dzieciakami przynajmniej 2-3 godziny... Temperatury byly znacznie nizsze niz poprzedniego dnia, bo raptem 13 stopni, choc w slonku bylo calkiem przyjemnie. Trzeba przyznac, ze to jakas odmiana, bo zwykle bywalam tam z Potworkami wczesniej w sezonie i wychodzili po zabawie purpurowi z goraca i kompletnie przepoceni. Tym razem rozgrzali sie ruchem, ale bylo im w sam raz i nawet sie bardzo nie spocili. Pierwsze co, to zaliczyli plac zabaw w kukurydzy. 

Jak sobie pomysle, ile w tym moze byc zyjatek, to tak mi sie troche slabo robi... :D
 

Mielismy szczescie, bo juz o 10 rano (otwieraja o 9) parking byl pelnawy i ludzi walily tlumy. Potworki zdazyly wskoczyc w kukurydze i pracownik oglosil przez megafon, ze wiecej osob nie moga narazie wpuscic, wiec dzieci, ktore juz sa, maja 10 minut na zabawe, a potem beda musialy wyjsc i zostanie wpuszczona kolejna grupa. Nam to nawet pasowalo, bo bylismy ograniczeni czasowo. A w ciagu tych 10 minut, na zewnatrz zebrala sie juz spora kolejka... Potwory wyszly z kukurydzy jak zwykle cale ukurzone, a Nik mial ziarno wepchniete nawet w dziurke od ucha! :O Na szczescie dalo sie je w miare latwo wyjac... Potem ruszylismy na trampoline, bo pamietam z doswiadczenia, ze tam tez szybko robila sie kolejka. Tu juz Potwory musialy poczekac, ale na szczescie tylko jedna ture.

Chyba jedyne ostre zdjecie, na ktorym oboje sa odwroceni mniej wiecej w moja strone ;)
 

Kiedy przyszla ich kolej, nie dalo sie nie zauwazyc, ze Bi jest jednym z najwyzszych dzieciakow tam. Niestety, pomalu bedzie przemijal etap takich zabaw, a to, ze Bi jest wysoka na swoj wiek, nie pomaga... Potwory, jak to oni, bez doroslego stojacego im nad glowa, zaczeli na tej trampolinie jakies przepychanki i czekalam tylko az Bi popchnie Mlodszego mocniej, a ten zleci na ziemie, ale na szczescie nic takiego sie nie stalo. ;) Nastepnym obowiazkowym punktem byly go-carty na pedaly.

Bi zadowolona jak prosie w deszcz ;)
 

Tu juz tez byla kolejka, ale pracownicy pozwalaja kazdemu zrobic dwa okrazenia (swoja droga to podziwiam, ze potrafia spamietac kto zrobil ile) i potem musi oddac autko (rower?), wiec szlo to w miare szybko.

Nik to wiadomo; kazdy pojazd to jego marzenie :D
 

Musielismy koniecznie przejsc obok zwierzatek, bo Bi by nie darowala, ale w tym roku byly tylko kozy i dwa wystraszone kroliczki, ktore siedzialy skulone w pudelku i mialy gdzies jedzenie wrzucane przez dzieciaki...

"zoo"
 

Nastepnie poszlismy do labiryntu. Potworki zawsze strasznie chcialy go przejsc, ale sama nigdy nie mialam ochoty w nim bladzic... Tym razem jednak ojciec obiecal dzieciom, ze z nimi pojdzie, no to polezlismy. Labirynt okazal sie nie taki zly, szczegolnie, ze cos slabo im w tym roku wyrosla kukurydza i miejscami mozna bylo zobaczyc co jest dalej. :D Niestety, matka - gapa wyrzucila wczesniej niechcacy (z jakimis papierkami) mapke, wiec znalezlismy tylko jeden z kilku zaznaczonych punktow.

"Dzieci kukurydzy" - zawsze mam to samo skojarzenie i moze dlatego tak nie lubie tych labiryntow :D
 

Najwazniejsze jednak, ze przeszlismy (i to bez mapy, ha!) i udalo nam sie znalezc wyjscie (zawsze mam wizje przedzierania sie przez kukurydze "na przelaj" w desperacji). ;) Pozniej Potworki wybraly sobie po dyni i pora byla sie zbierac.

Tych dwoch co ukradli... dynie ;P
 

Nik byl rozczarowany, bo nie zaliczyli zjezdzalni, a mial ponadto ochote jeszcze raz wskoczyc do kukurydzy i pojezdzic na go-carcie. Niestety, zdazyl tylko pogonic za pojazdem udajacym statek, puszczajacym za soba banki mydlane. ;)

Nik mial szczescie, ze statek "przeplywal" akurat obok dyniowego pola :)
 

Co ciekawe, Bi kompletnie olala te atrakcje, choc jeszcze dwa tygodnie wczesniej szalala w bankach przy innej okazji... ;)

Dojechalismy do chalupy przezuwajac po plastrze pizzy zgarnietej ze stacji benzynowej (takie zdrowe zarlo! ;P), bo spojrzawszy na zegarek, z przerazeniem stwierdzilam, ze nie zdazymy nic zjesc, a Bi nie moze przeciez grac meczu o pustym zoladku. Panna szybko sie przebrala i popedzilismy na boisko. Tata juz-juz sie zbieral z nami, ale w ostatniej chwili stwierdzil, ze jednak pojedzie na silownie... Najwyrazniej limit czasu z rodzina zostal na ten dzien wyczerpany. :D Poniewaz byla to niedziela, na mecz dojechal za to dziadek, wiec wielkiej krzywdy nie bylo. :) Nik nudzil sie jak mops i wymyslal, za to ja oraz nasz "senior" zmarzlismy jak jasna cholera. Mimo 15 stopni, slonce zaszlo za chmury a na boiskach strasznie zawsze pizdzi, wiec bylo gorzej niz nieprzyjemnie... I ja i moj tato wychodzilismy akurat z przeziebienia, wiec choc sie nie doprawilismy, to jednak czas zdrowienia znacznie nam sie przeciagnal i jeszcze w srode oboje ciagalismy nosem i pokaslywalismy... :/ Za to druzyna Bi znow trafila na mocne przeciwniczki i przegrala 4:1.

Jak widac kolory strojow mialy dziewczyny tak podobne, ze pomylic sie mozna bylo do kogo sie podaje ;)
 

Nie ma sie co jednak dziwic. Tamte dziewczyny mialy bardzo aktywna obrone, przez ktora ciezko bylo sie przebic, a nasze... szkoda gadac. ;) Obie obronczynie co chwila wlaczaly sie do glownej gry, wybiegaly gleboko w boisko, a potem, kiedy nieuchronnie przeciwna druzyna przejmowala pilke, okazywalo sie, ze miedzy ich napastniczkami a nasza bramka jest... puste pole. Nic, tylko strzelac, a w takiej bezposredniej konfrontacji tylko najlepsi bramkarze daja rade. Nasza biedna bramkarka (?) kilka razy az nawolywala kolezanki z obrony zeby wracaly z powrotem, ale najczesciej bylo juz za pozno. ;) Mecz skonczyl sie wiec spektakularna przegrana, choc z "honorem". Najlepsze, ze tego jedynego gola strzelila... Bi! Nooo, tak naprawde pilke pod bramke doprowadzila jej kolezanka, ale potem przeciwniczki kompletnie ja zablokowaly. Pilka wyskoczyla z kotlowaniny w strone Bi, ktora na szczescie w sekunde zorientowala sie, ze to jej szansa i strzelila! :D No ale nie ma co ukrywac, ze wynik sie dziewczynom nie podobal ani troche. ;) Dodatkowo, Starsza zaliczyla dosc spektakularne ladowanie na trawie, wiec wyszla z meczu ze lzami wscieklosci w oczach. :D Twierdzila przy tym, ze inna dziewczynka celowo podciela jej nogi, choc mi sie wydaje, ze po prostu obie usilowaly kopnac pilke i niechcacy o siebie zahaczyly, bo obydwie wyladowaly na ziemi. ;)

W kazdym razie Bi wrocila zla jak osa, ale na szczescie za chwile zjawily sie sasiadki zapraszajac Potworki do zabawy i oboje wyprysneli z domu jak z procy!

Dzieciaki bawia sie u sasiadow, a Maya siedzi na granicy naszego ogrodu i "pilnuje" :D
 

Sasiedzka grupka Potworkow to same dziewczyny, ale Nik zupelnie nie ma z tym problemu. Zeby bylo smieszniej, to Bi przyszla na chwile do domu, raz bo byla glodna, a drugi, bo stwierdzila, ze kolezanki bawia sie w jakas nudna zabawe, zas Mlodszy latal z tymi dziewczynami bez przerwy prawie do 18!

Jak widac, zabawa byla przednia :D
 

I to o jednym plasterku pizzy zjedzonym w poludnie, bo szkoda mu bylo czasu na jedzenie, a mi szkoda bylo przerywac mu dobrej zabawy. ;) Na szczescie w koncu zaczelo sie sciemniac i wszystkie dziewczyny zaczely pomalu rozchodzic sie do domow. Gdyby to bylo lato, nie widzialabym syna do 21. ;) Nie przeszkadza mi to jednak. Na tym polega dziecinstwo, wiec niech sie bawi.

Poniedzialek to zawsze ciezki dzien do wstawania, a jeszcze po takim weekendzie gdzie czlowiek nie odespal, to juz w ogole. Bi nawolywalam z dolu trzy razy, ale zwlokla sie z lozka dopiero o 7:20. Poniewaz o 7:45 musimy wychodzic na autobus, a panna nigdy nie dostaje motorka w tylku, bo ona ma przeciez czaaas... to rozumiecie, bylo nerwowo. ;) Po pracy, jak w jeszcze przez kilka kolejnych poniedzialkow, musialam jechac po Bi i jej kolezanke, bo zostawaly po lekcjach na gazetce szkolnej. Poniedzialek jest jednym z dni bez zadnych sportow, z czego chetnie skorzystalismy, oddajac sie blogiemu lenistwu. :) Dzieciaki odrobily lekcje, a potem zajely sie rysowaniem, czego nie robily juz od bardzo dawna. Okazalo sie jednak, ze Nik mial tego dnia zastepstwo i nauczyciel pokazal im jakis program do komponowania gier. Od tego jakos ruszylo, a potem z kolega podobno zaczeli projektowac wlasne wymiary Minecraft'a, co Nik z zapalem kontynuowal w domu. Obecnie wszystko z motywem tej gry jest na czasie. Moj syn ma bardzo jednostronne zainteresowania. ;) Z racji, ze temperatury poszybowaly ostro w dol a przy okazji nigdzie nie jechalismy, rozpalilismy w kominku. Nie ma lepszego sposobu na dodanie przytulnosci salonowi. :)

Nik rysowal zawziecie caly wieczor :)

Nadszedl wtorek, a wstac wcale nie bylo latwiej. Jakos sie zwloklam, a ze mna Nik, ktory zasypia okolo godziny 21 tylko przylozy glowe do poduszki. Bi wieczorami nie mozna zagonic do spania. Pomijam ostatnia sytuacje z tabletem, ale ja z nia co wieczor walcze zeby szla na gore. Koncze jej czytac okolo 21:40 i zawsze musi potem zejsc za mna na dol, bo piciu, bo powiedziec dobranoc Mayi, itd. Ja powtarzam tuzin razy: Bi, pora spac, a ona otwarcie mnie ignoruje albo wymysla 645328 buziakow, przytulasow, uklady "zolwikow" i tym podobne bzdury. Wszystko, byle przeciagnac czas pojscia do lozka. Ze swojej strony nie lubie na wieczorne pozegnanie krzyczec, ze ma sie klasc w tej chwili i bez dyskusji, choc czasem tak sie wlasnie konczy, bo ile mozna ladnie prosic... Ona idzie obrazona, a ja zostaje z poczuciem winy. :/ W kazdym razie w poniedzialkowy wieczor Bi znow snula sie na dole po 22, wiec we wtorek rano wolalam ja trzy razy zanim w koncu laskawie zeszla... I znowu poranek z pospieszaniem i irytacja w tle... Ale najsmieszniejsza sytuacja przyszla kiedy przyjechaly autobusy. My ze znajoma sasiadka bylysmy sobie w zwyklym miejscu, a po przeciwnej stronie ulicy stala mama z synem. Nowa "twarz" na osiedlu, ale domyslilam sie, ze mieszka w domu, ktory kilka tygodni temu sprzedano. Najpierw przyjechal autobus Kokusia, Mlodszy i corka sasiadki wsiedli, podeszla tez tamta mama, zagadala do kierowcy, jej syn wsiadl i "zoltek" pojechal. Dopiero wtedy kobieta sie odwrocila i przywitala z nami. W tym momencie podjechal autobus Bi. Sasiadka zagadnela "nowa" czy jej syn tez jest w szkole Kokusia (i swojej corki) i w ktorej klasie, a ona z przerazeniem odpowiada, ze nie. Pytam o szkole Bi, a ona kiwa glowa, ze syn ma isc wlasnie do niej. No pieknie; babka wsadzila syna do zlego autobusu!!! :D Na jej usprawiedliwienie jest nowa, a kierowcy i autobusy zmieniaja sie tak czesto, ze przestali przyklejac kartki z numerami, ktore powinni miec obok drzwi, zeby bylo wiadomo, gdzie ktory jedzie. A o ile rano autobusy do high school i potem middle school jezdza o kompletnie roznych godzinach, wiec nie da sie pomylic, o tyle szkoly Kokusia i Bi zaczynaja o tej samej porze, wiec i autobusy podjezdzaja w podobnym czasie. W kazdym razie, nie mozna tak bylo zostawic kobitki, bo jest nowa na osiedlu i nie znala tras autobusow. Zaczelysmy wiec wyscig przez osiedle, zeby zlapac najpierw autobus Nika i zabrac z niego syna tamtej mamy, a w tym czasie akurat zblizal sie autobus Bi, ktory udalo mi sie zatrzymac i poprosic kierowce o poczekanie na jeszcze jednego pasazera. ;) Poranna gimnastyke mialam w ten sposob zapewniona. :D

Wtorek to nadal dzien kiedy Nik ma pilke nozna, a Bi gimnastyke, wiec oboje z M. musimy podzielic sie jazda. Z jednej strony ciesze sie, ze zostaly tylko dwa tygodnie pilki, a potem we wtorki bedzie tylko gimnastyka Starszej. Zawsze to wiecej spokoju, a i ze mnie taka Zosia - samosia, przyzwyczajona, ze ogarniam dzieciaki i ich zajecia samodzielnie i nie lubie prosic meza zeby sie wlaczyl... Z drugiej strony, moze to lepiej dla M. jak jednak tez musi gdzies zawiezc i przywiezc, badz co badz, wlasne potomstwo? Przynajmniej ma szanse sie zaangazowac w codziennosc swoich dzieci... Tak czy owak, w miniony wtorek M. zabral Kokusia na pilke, a ja pojechalam z Bi na gimnastyke, gdzie jak zwykle mialam kolezanke do pogadania.

Bi sie do czegos przymierza, ale do czego?
 

Zanim jednak wyruszylismy na zajecia sportowe, jeszcze Potworki dobrze nie ogarnely sie po szkole, a juz sasiadki pukaly do drzwi z pytaniem czy moga wyjsc sie pobawic. ;) Obydwoje byli oczywiscie chetni, a na moj protest, ze obiad i lekcje, odpowiedzieli, ze te drugie moga odrobic po powrocie. Ostrzeglam, ze wrocimy pozno. Niewazne, nic nie jest wazne, tylko zabawa. ;) Z westchnieniem, ale pozwolilam, pamietajac, ze idzie zima, a za 2 tygodnie zmieniamy czas i skonczy sie latanie po podworku do wieczora, bo bedzie zwyczajnie ciemno. ;) Po powrocie z gimnastyki, Bi grzecznie zabrala sie za odrabianie lekcji i poszlo jej na szczescie calkiem sprawnie. A Nik? Coooz... Panicz Nik zapomnial foldera z praca domowa!!! I bluzy na dodatek... Juz jakis czas udalo mu sie o wszystkim pamietac, ale widze, ze znow dopadlo go zapominalstwo... :D

Nadeszla sroda, a nam wcale sie lepiej nie wstawalo, mimo, ze nawet Bi wieczorem w miare szybko skapitulowala. :) Trzeci dzien z rzedu z zaskoczeniem zauwazalam, ze jest 7:43, zas Bi nadal na dole ubiera sie lub czesze i ma nieumyte zeby... A o 7:45 musimy wyjsc. Autobus Straszej planowo powinien przyjezdzac o 7:47. Na szczescie nigdy nie przyjezdza, ale co jak kiedys jednak sie zjawi na czas? :O Z domu wybieglismy wiec pedem, ale na szczescie na autobusy nawet musielismy chwile poczekac. :) Kiedy Potwory pojechaly, ja jak zwykle wrocilam jeszcze do domu, zabralam psiura do ogrodu porzucac mu pileczke (a co, Mayi tez sie cos od zycia nalezy :D), pootwieralam okna, wstawilam pranie, powsadzalam do zmywarki naczynia po sniadaniu, puscilam odkurzacz... Rano nie ma czasu, zeby puscic go na caly cykl, ktory trwa okolo 1.5 godziny, ale chociaz na te 40 minut zawsze warto. :) Potem popedzilam do pracy, choc wcale mi sie nie chcialo. W tym tygodniu mialo przyjsc ochlodzenie, tymczasem juz we wtorek temperatury poszybowaly powyzej 20 kresek. W srode, po chlodnym poranku, temperatura wzrosla do 24 stopni i kiedy po poludniu wyszlam przejsc sie wokol budynku, w dlugich spodniach i bluzce z rekawem 3/4 (lekkiej, koszulowej) bylo mi zwyczajnie za goraco. :O Zamiast siedziec w biurze, wolalabym porobic porzadki w ogrodzie, ale coz...

Po pracy wpadlam do domu akurat zeby pomoc Kokusiowi w pracy domowej. Mam wrazenie, ze zbyt szybko przeskoczyli w matmie z mnozenia na dzielenie, a zaraz po nim dolozyli dzielenie z "reszta". To juz dla Nika czarna magia i co chwila sie w tym gubi... Po odrobieniu lekcji i wszamaniu obiadu, Potworki zdazyly jeszcze wyjsc na podworko do sasiadek, ktore krazyly juz pod naszym domem kiedy wjezdzalam na podjazd. Serio, te dziewczyny wracaja chyba do domu po szkole i nie jedza, lekcji nie odrabiaja, tylko wskakuja na rowery i podjezdzaja na nasza czesc osiedla. :O Bi mogla z nimi latac do rozpeku, ale Nika po chwili musialam zawolac, bo tego dnia rozpoczela sie wyczekana przez niego... szermierka. :)

Zdjecie nie do konca ostre, ale obaj chlopcy byli w ruchu i to szybkim. Nik to ten po prawej ;)
 

Wrazenia? Mi, jako obserwatorowi sie nawet podobalo; instruktora maja charyzmatycznego i ze sporym poczuciem humoru. Pare razy az sie zgielam wpol ze smiechu z jego komentarzy. Nik zdawal sie dobrze bawic, ale kiedy wsiadl do auta, oznajmil, ze nie podobalo mu sie za bardzo i juz nie chce chodzic. :O Trudno mi bylo z niego wydusic co sie stalo, bo podczas zajec naprawde zdawal sie i dobrze sobie radzic i miec niezla zabawe... Troche zdeprymowalo go chyba to, ze z 6 zapisanych osob, zjawilo sie tylko troje (razem z nim) i obaj inni chlopcy chodzili juz na szermierke wczesniej. No i nie bardzo podpasowala mu osobowosc trenera. Gdzie mi wydal sie on smieszny, Nik chyba sie go troche wystraszyl... :D Coz... zobaczymy w kolejna srode ile bedzie placzu, ze Mlody nie chce... Poki co zapowiedzialam, ze sesja trwa tylko 5 tygodni, jest juz oplacona, wiec jakos musi ja przetrzymac. Ale do samej siebie po cichu mysle, ze jak Nik bedzie bardzo protestowal, to mu odpuszcze i go wypisze... Sprobowal, nie podpasowalo mu, trudno. Wiem, ze przy wypisaniu powinni oddac czesc kasy...

Czwartek i kolejny ranek w biegu. Ja serio kiedys Bi udusze... Jestem w lazience, ogarniam sama siebie. Patrze na zegarek: 7:37. Wolam z gory gdzie jest Starsza i co robi. Odpowiada, ze zaczyna sie ubierac. Wychodzi, ze 17 minut jadla miseczke platkow, ale co tam... Odkrzykuje, zeby sie pospieszyla i wracam do szykowania swojej osoby. Po jakims czasie spogladam znow kontrolnie na zegarek: 7:42. Juz wkurzona, krzycze kolejny raz, gdzie jest Bi? Ta odkrzykuje, ze wlasnie skonczyla sie ubierac. Kuffa, pannicy zabralo 5 minut, zeby nalozyc ubranie!!! PIEC minut! Tu juz sie naprawde wkurw... wkurzylam i zaserwowalam Starszej opierdo... opierdziel. :D Nosz kurna, codziennie to samo! Bo ona jest zmeczona i senna i wszystko jej wolniej wychodzi... Trzymajcie mnie, bo kiedys nie wyrobie nerwowo!!! Nie chce mi sie nawet myslec co to bedzie za dwa lata, kiedy Bi pojdzie do middle school i bedzie zaczynac lekcje o godzine wczesniej! :O

Po pracy male urozmaicenie w postaci odebrania Starszej ze szkoly (plus jej przyjaciolki na dokladke ;P). Pisalam juz, ze jej trener pilki noznej przelozyl trening na godzine 5, wiec jesli Bi jechalaby autobusem, wpadalaby tylko do domu i musiala od razu pedzic na trening. Poniewaz pilka za dwa tygodnie sie konczy, a moj szef jeszcze "baluje" w Chinach, stwierdzilam, ze nic sie nie stanie jak te trzy czwartki pod rzad wyjde o 15. ;) Bi oczywiscie szczesliwa, bo jej autobus nie dosc, ze wiecznie jest opozniony, to jeszcze zalicza kilka osiedli, wiec jedzie godzine. A autem to 15 minut i jest sie w domu. Sasiadka nastraszyla mnie, ze kolejka do odbioru dzieci jest straszna, a okazalo sie, ze nie bylo tak zle. Moze dlatego, ze dojechalam kilka minut przed zakonczeniem zajec. Zaskoczylo mnie to, ze kiedy odbieram Bi pozniej, z gazetki, wszystkie dzieciaki (ktore nie jada autobusami) czekaja na chodniku przed szkola i wsiadaja do auta kiedy rodzic podjezdza. Po zwyklych lekcjach jednak jest chyba tych dzieci za duzo, wiec przy wjezdzie na parking stoi pani z krotkofalowka i przekazuje ktore dziecko (wszystkie do odbioru przez rodzicow czekaja w sali gimnastycznej) ma sie szykowac do wyjscia. Nie podaje sie jednak imienia i nazwiska, tylko numerek. Nie wiem czy chodzi o ochrone danych osobowych, czy o to ze jest tutaj tyle kultur, ze czasem te imiona sa trudne do wymowienia. Np. ta nowa sasiadka mi sie przedstawila, ale ledwie bylam w stanie powtorzyc jej imie (to Hinduska) i pare minut pozniej juz nie bylam go sobie w stanie przypomniec. A numerek to numerek. ;) W kazdym razie, wywolane dzieci pomalu wychodza ze szkoly i szukaja w przesuwajacym sie pomalu sznureczku aut, swojego rodzica. :) Odebralam dziewczyny i odstawilam sasiadke pod podjazd, ktory maja strasznie dlugi, ale na szczescie tym razem nie musialam wjezdzac, bo jej niania stala przy ulicy czekajac na autobus mlodszej siostry. :) Tego dnia, wyjatkowo school bus Kokusia byl opozniony. Myslalam, ze znowu zabraklo benzyny, ale tym razem powod byl nieznany. ;)

W czwartek, podobnie jak we wtorek, narazie zajecia sportowe maja oba Potworki: Bi pilke, Nik plywanie. Trzeba sie bylo rozdzielic i tu zonk, bo kazde chcialo jechac z matka. Uzaleznione jakies... ;) Udalo sie jednak przekonac Bi, ze z nia pojade nastepnym razem, bo Mlodszy zaparl sie, ze mama i koniec. Cos mi sie wydaje, ze to czesciowo sila przyzwyczajenia, a czesciowo to, ze ja jadac z nimi, jestem na miejscu i z grubsza obserwuje. A M. albo zostawia Kokusia na basenie i idzie cwiczyc (bo basen znajduje sie na silowni), albo lazi szybkim marszem naokolo boisk podczas treningow pilki i to nie akurat tego boiska gdzie cwicza dzieciaki, tylko dalszego. Takze de fakto na treningach go nie ma, a dzieciaki chyba lubia miec ten komfort psychiczny, ze rodzic siedzi i "pilnuje". :) M. zabral wiec Bi na pilke, a ja pojechalam z Kokusiem na basen i ciesze sie, ze popatrzylam jak wspaniale plywa, bo poki co zawiesilam jego czlonkostwo w druzynie plywackiej.

Tego dnia cwiczyli styl grzbietowy
 

Mlodszy wahal sie i sam nie wiedzial czego chce, ale w koncu stwierdzil, ze trzy sporty na raz, to jednak troche duzo. Trudno nie przyznac mu racji. ;) Szkoda mi tego plywania strasznie, bo obawiam sie, ze po przerwie Nikowi bedzie trudno do niego wrocic. Z drugiej strony, akurat za dwa tygodnie skonczy sie pilka i zostanie tylko szermierka, ale za za to dojdzie Polska Szkola. To nawet dobrze, ze Potworki beda sie mogly wdrozyc w sobotnie lekcje i odrabianie polskiej pracy domowej, majac tylko po jednym sporcie...

I w koncu przyszedl piateczek! :D Na "mily" poczatek dnia... zaspalam! :O Wylaczylam budzik o 6:40, polozylam glowe na poduszce jeszcze na "minutke" i... obudzilam sie z przerazeniem o 7:10! Aaaaaa!!!! Jak caly tydzien mielismy poranki w biegu, tak piatek to byl wyscig! :D Jak wydawalo mi sie, ze troche nadrobilismy i damy rade, spojrzalam na zegarek, a tam... 7:48! Przypominam, ze planowo powinnismy wychodzic z domu o 7:45, a autobus Bi powinien przyjezdzac o 7:47! :O Cale szczescie, ze autobusy szkolne jezdza jak chca... Tego dnia Kokusiowy podjechal przed 8, ale Bi dotarl dopiero o 8:07, czyli 20 minut po czasie... :O Matka po pracy jechala na zakupy (tego dnia prad normalnie w sklepie dzialal! :D), zas Bi zostala odebrana przez mame swojej ukochanej przyjaciolki i zostala u niej chwile sie pobawic. Ta "chwila" zas przedluzyla sie do 17:30. Starsza byla przeszczesliwa, zas Nik strzelil focha, bo okazalo sie, ze tez mial ochote tam pojsc, czyli zamienic towarzystwo jednej pary dziewczyn, na druga pare. :D

Zegnam jesiennym akcentem w salonie :)


 Takie fajne poduchy dorwalam ostatnio w sklepie. Nie bardzo pasuja do raczej nowoczesnego wystroju salonu, ale zupelnie mi to nie przeszkadza :D

piątek, 15 października 2021

Pizdziernik po raz drugi :)

"Pizdziernik" napisalam zartobliwie, bo poki co, dziesiaty miesiac roku byl pod wzgledem pogody po prostu cudowny. Noce, a wiec ranki i wieczory, wiadomo - zimne (choc bez przesady, bo 11-13 stopni na te pore roku to nie jest zle), ale w dzien przewaznie slonce i ponad 20 stopni. Zyc nie umierac! I nie pamietam kiedy spadl porzadny deszcz! Czasem sie chmurzy, czasem pokropi, ale mocniejszej ulewy nie bylo od... nie wiem kiedy. ;) Ogrzewanie, ktore pod koniec wrzesnia zaczelam od czasu do czasu wlaczac bo dom nad ranem zamienial sie w lodowke, ponownie wylaczylam. Znow okna otwarte sa przez caly dzien i nawet rano, po calej nocy (choc na noc je zamykam) temperatura w chalupie nadal jest do zniesienia. :) Niestety, ten okres pieknej, zlotej jesieni dobiega juz konca. Od niedzieli ma przyjsc ochlodzenie. Nie bedzie moze mrozow, ale slupek rteci w dzien ma dochodzic ledwie do 15-16 stopni, a wiec i noce beda odpowiednio chlodniejsze. Przychodzi zimna, smutna jesien...

Poki co jednak, zostal przynajmniej jeden wyjatkowo cieply dzien, a zimnem bede sie martwila od niedzieli. :D

Jak pisalam ostatnio, w sobote 9 pazdziernika, dzieciaki w naszej miejscowosci zaczely 4-dniowy weekend. Rano odczuwalam tylko delikatnie choc upierdliwie cieknacy nos, wiec nie mialam zamiaru rezygnowac z ogniska, ktore zorganizowala dla dzieci Polska Szkola. Zreszta, zalezalo mi na tym, zeby Potworki mialy jakas forme kontaktu z ta szkola pomiedzy rozpoczeciem roku a listopadem, kiedy faktycznie zaczna uczeszczac na lekcje. Przy okazji wyjasnilo sie dlaczego owe ognisko zostalo odwolane tydzien wczesniej. Jesli pamietacie, w wiadomosci szkola oznajmila, ze impreza nie odbedzie sie "z powodu zlej pogody". Jeszcze na lekcji, nauczycielka Kokusia usilowala wmowic mojej kolezance, ktora o to pytala, ze no przeciez mial padac deszcz! Taaa... burze z piorunami po prostu... Najwyrazniej w tej szkole uwazaja rodzicow za idiotow, ktorzy w dodatku nie sprawdzaja tak podstawowej rzeczy jak prognoza pogody... :/ W ten wlasnie sposob, zamiast miec ognisko przy wspanialym sloncu oraz 23 stopniach, dzieciaki mialy je przy zachmurzonym niebie (dobrze, ze chociaz bez deszczu) i stopniach... 15. Idealnie na weekend przyszlo dwudniowe ochlodzenie... Jak zawial wiatr robilo sie w ogole nieprzyjemnie jak cholera... :/ Tymczasem moja znajoma, ktora preznie dziala w zarzadzie owej szkoly, wygadala sie co do prawdziwej przyczyny odwolania. Otoz, w miejscu, gdzie ognisko mialo sie odbyc, akurat zaczeto masowa wycinke drzew. W miniony weekend, jeszcze miejscami lezalo sporo niezabranych klod oraz stosow galezi. R. powiedziala jednak, ze tydzien wczesniej, kiedy ognisko mialo sie planowo odbyc, stosy drewna walaly sie wszedzie i byle jak, do tego staly jeszcze maszyny i bylo tam po prostu niebezpiecznie. Ot i cala tajemnica i nie rozumiem dlaczego nie mozna bylo tego zwyczajnie rodzicom powiedziec... Niewazne jednak... Nik wybawil sie na calego. Latal z kolegami, opchal sie pizza i s'mores'ami "pod korek" (doslownie co na niego spojrzalam, to cos przezuwal! :D) i sam przyznal, ze bylo super.

Znalezli sie z kolega nawet wsrod oficjalnej fotorelacji z imprezy. ;)
 

Bi zachowywala sie jak... dzika. To dziecko czasem zachowaniami "towarzyskimi" przypomina swego rodziciela... ;) Pierwsze wrazenie, jak tylko przyszlismy i staralam sie odgadnac po chaosie co i jak, oznajmila, ze jej sie nie podoba i chce do domu. :O Niestety, ja zglosilam sie do pomocy, Nik rzucil sie do zabawy, powiedzialam wiec pannie, ze jak nie chce, nie musi sie bawic, moze po prostu stac przy mnie, ale do domu wrocimy wedlug planu, czyli za dwie godziny. Kolezanka z klasy na jej widok rzucila sie i usciskala ja. Bi stala sztywno i odmowila dolaczenia do grupki dziewczynek (z ktorymi do polskiej szkoly chodzi czwarty rok!). Potem znalazlysmy moja kolezanke oraz jej corke, z ktora Bi chodzi na gimnastyke. Tu Starsza pobiegla za E. i myslalam, ze w koncu sie rozbawi. Taaa... Po chwili dolaczyla do nich jakas kolezanka tamtej, wiec Bi odlaczyla sie i zaczela snuc samotnie po placu... Nie chciala jesc ani pizzy, ani s'morse'ow i tylko co chwila przychodzila z pytaniem, ktora godzina i ile jeszcze... :/

Jak widac, pomimo mojej prosby, Bi nawet do zdjecia odmowila pokazania chociazby cienia usmiechu. Czasem nalezaloby jej sie porzadne lanie :/
 

A na koniec podniosla mi cisnienie inna kolezanka, ktora probowala sie ze mna skontaktowac od rana, ale cos jej nie wychodzilo. Zadzwonila jak mylam zeby, ale nie zostawila wiadomosci. Oddzwonilam - nie odbiera. Potem juz na imprezie, patrze, mam od niej znow nieodebrane polaczenie. Bylo tam tak glosno, ze nawet nie slyszalam telefonu. Znowu zero wiadomosci. Rozgladalam sie tam zreszta za nia, widzialam jej syna, ktory jest z Nikiem w klasie, ale jej nie bylo. Oddzwaniam - ponownie, bez odbioru. W koncu, za trzecim razem udalo mi sie wylapac dzwiek telefonu, odebralam i... sie wkurzylam, bo kolezanka na dzien dobry pyta czy nie poczekalabym chwile z jej synem, bo ona chyba nie zdazy dojechac na koniec imprezy. Dodam, ze byla wowczas 11:20, a ognisko mialo sie konczyc o 12, wiec czasu bylo dosc, no ale... W kazdym razie nie ma sprawy, rozne rzeczy czlowiekowi czasem wyskakuja, wiec odpowiedzialam, ze jasne, poczekam z jej mlodym. A ona na to, ze o, to fajnie, bo ona najpierw odbierze corke! Hola, hola!!! Musze tu wyjasnic, ze impreza byla dla klas III-VI, zas jej coreczka jest w zerowce, wiec miala normalne lekcje. I tu wlasnie zylka mi zaczela pulsowac, bo impreza miala skonczyc sie w poludnie, zreszta juz zaczynali pomalu zbierac wszystko i sprzatac, zas zwykle lekcje koncza sie o 12:30! Zanim ona by przejechala z jednego konca miasta na drugi, to ja musialabym siedziec z jej mlodym (i moimi, znudzonymi i marudzacymi zapewne) prawie do 13!!! A ze kolezanka jest z tych co to zawsze jakos maja problem, zeby odbierac wlasne dzieci na czas, wiec irytacja byla podwojna, ze tej znooowu cos wypadlo! Przy okazji przeszlo mi przez mysl, ze mozliwe iz ona tak od rana probowala sie do mnie dodzwonic bo juz z gory zakladala, ze sie spozni... Nie wiem czy bylaby az tak perfidna, ale kto wie... :/ Na szczescie kolezanka chyba wyczula panike (i irytacje) w moim glosie, bo zaczela sie tlumaczyc, ze ostatnio nauczycielka u corki skonczyla lekcje juz o 12:10 zeby te maluchy nie musialy przechodzic przez zatloczony korytarz. Dobra, ale to nadal pozniej niz tutaj, wiec jak odbierze mlodego na czas, to najwyzej spozni sie pare minut po mloda. Jesli nauczycielka konczy sobie lekcje wczesniej bo tak, to poczeka chwilke na rodzicow, gdzie ja musialabym sterczec przy aucie prawie godzine! W koncu kolezanka, niezbyt zadowolona, ale oznajmila, ze ok, ale ma cale auto zakupow, wiec najpierw pojedzie je zawiezc do domu, a potem przyjedzie po syna. Wszystko mi opadlo... Czyli mamuska pozbyla sie dzieci, radosnie ruszyla na zakupy i dobre pol godziny przed koncem stwierdzila, ze co bedzie sie spieszyc z powrotem jak ktos moze jej porobic za nianke... Wlasciwie to nastawilam sie od razu na dlugie czekanie, bo z domu kolezanka miala jakies 20 minut do miejsca, gdzie odbywalo sie ognisko (a nie wiem nawet gdzie w tym momencie przebywala), a jak konczylysmy gadac byla juz prawie 11:30. Tymczasem niespodzianka! Kobita pojawila sie jeszcze przed 12. Nie wiem jak to zrobila, chyba przefrunela, bo jeszcze miala cala historyjke, ze wrzucila zakupy do kuchni, papier toaletowy i na wierzch ciastka polozyla na kuchence, w tym czasie pies tanczyl pod drzwiami, wiec jeszcze zdazyla z psem wyjsc na pare minut, a kiedy wrocila, papier toaletowy i ciastka staly w ogniu! :O Podobno ciastka zsunely sie z papieru i spadajac przekrecily kurek... Nie mam pojecia czy cos takiego jest w ogole mozliwe, ale macie mniej wiecej obraz tego, co to za agentka. Nie powiem, fajna, wesola dziewczyna (no, kobieta, w moim wieku), ale zakrecona niemozliwie, wciaz przytrafiaja jej sie jakies niestworzone historie, a jak tylko uda jej sie gdzies "opylic" dzieciaki, rusza na zakupy i co i rusz potem gdzies "utyka" i po te dzieci sie spoznia... :O Najwazniejsze jednak, ze przyjechala i to jeszcze przed czasem konca imprezy, choc gdybym na nia nie czekala, odjechalabym z tamtad dobre 10 minut wczesniej...

Reszta dnia to byl juz wlasciwie relaks. Aura na zewnatrz byla bardzo ponura, jesienna, ale nie padalo, wybralismy sie wiec na spacer, zas pod wieczor czekala Potworki kolejna atrakcja, tym razem bardzo wyczekiwana przez Bi: karmienie kota sasiadow, o wdziecznym imieniu "Bandyta" [ang. Bandit]! :D Co za frajda! Nooo, dla Potworkow to czysta przyjemnosc, bo to ja nakladalam jedzenie, czyscilam miseczki, itd. Dzieciaki chcialy tylko kotka pomietosic albo sie z nim pobawic. Sasiadka tyle naopowiadala, ze to taki przyjacielski kocurek, spragniony pieszczot i uwagi, a tymczasem kot byl chyba skolowany tym, ze przyszli jakies obce male ludzie i za nim ganiaja. ;) Podszedl, dal sie poglaskac, zjadl, ale potem zaczal sie chowac w katy, a wreszcie uciekl do innego pokoju i schowal za zaslone w oknie. Wyraznie dal znac, ze nie ma ochoty sie bawic. Potworki byly oczywiscie niepocieszone... ;)

Bandyta :D
 

Niedziela byla kolejnym chlodnym, pochmurnym dniem. Na popoludnie zapowiadali nawet przelotne opady deszczu, choc ostatecznie nie spadla ani kropla. ;) Ja za to caly dzien czulam jak rozklada mnie coraz mocniej. Rano jeszcze tylko od czasu do czasu musialam wydmuchac nos, wieczorem juz dmuchalam co chwila, zatoki mialam zawalone, oczy lzawiace a kinol obtarty. Nie mialam przy tym goraczki, ani nawet stanu podgoraczkowego, wiec trafilo mi sie po prostu wyjatkowo zjadliwe przeziebienie, zlapane zreszta zapewne od dzieci... Rano czekala nas kolejna wizyta u kota i tym razem byl znacznie chetniejszy do zabawy. Moze stesknil sie za ludzka uwaga, a moze po prostu byl ranek i mial wiecej energii. ;) W kazdym razie, ku uciesze dzieciakow, ganial za zabawkami, wyskakiwal zza kanapy i ocieral sie o nas, mruczac. Oczywiscie nie obylo sie bez klotni, bo Nik, mniej cierpliwy, nie wytrzymywal dluzszego potrzasania rybka na sznurku zeby zwabic zwierza, a jeszcze Bi, jak zwykle zaborcza, wyskakiwala przed niego z inna zabawka, odwracajac uwage kocura. Do tego doszly krzyki, ze "On/ona juz dluzej sie z nim bawi niz ja!". Wyszlam z tamtad z ulga, ze to bylo juz ostatnie karmienie i zapowiedzia, ze jesli jeszcze kiedys bedziemy karmic czyjegos kota, to rano bede brala jedno, a wieczorem drugie z Potworkow. ;) Poniewaz w miare jak uplywal dzien, coraz czesciej i mocniej kichalam i lecialo mi z nosa, odpuscilismy wiec sobie spacer, choc mowilam M., zeby wzial psa i dzieci. Tiaaa, na co ja licze. Za to wieczorem, z racji nieprzyjemnej aury za oknem, otworzylismy sezon kominkowy! :) Z czego najbardziej ucieszyla sie rzecz jasna Maya, lezaca przy samym kamieniu, z grzbietem rozgrzanym prawie do zaplonu. :D Poki co "sezon" byl jednodniowy, bo juz nastepnego dnia przyszlo ocieplenie i kominek stoi pusty i zimny. :)

Pies nam sie zaraz zapali! :D
 

Poniedzialek byl dla mnie po prostu dniem straconym. Wstalam po 8, a okolo 11:30 pojechalam do pracy. Pozniej, bo i spodziewalam sie tam utknac do wieczora. Nie mniej czas w domu to sniadanie, szykowanie sie, zaladowanie zmywarki i poskladanie prania, ktore lezalo w suszarce od poprzedniego dnia (ups...). Jedynym relaksem bylo kilka minut spedzone na wypiciu kawki. :/ Na szczescie tego dnia laborantom poszlo calkiem sprawnie (drugi pacjent to chudzina, wiec nie potrzebowal duzej dawki, co zredukowalo ilosc flaszek, ktore musielismy wyprodukowac; to tak w sporym skrocie myslowym ;P), a jak oni sie szybciej uwineli, to i ja wczesniej dostalam wszystkie papiery do sprawdzenia i podpisania. W ten sposob "juz" o 19:30 bylam w domu, co nie jest moze moja wymarzona pora wracania z pracy, ale jednak jest duzo lepsze niz zakladana 20-21. ;)

We wtorek za to odbilam sobie "stracony" poniedzialek. ;) Malzonek pojechal do pracy, za to Potworki cieszyly sie juz ostatnim dniem wolnym, a ja z nimi. Przez to ze dzien wczesniej pracowalam, teraz mialam upierdliwe poczucie, ze jest sobota i musialam sobie na sile uswiadamiac, ze nastepnego dnia nie mam wolnego. ;) Ranek uplynal na drobnym ogarnianiu: zmywarka, jakies male pranko, przetarcie blatow, itd. Nic wielkiego, bo uparlam sie ze ten dzien to ma byc reset. Dzieciaki oczywiscie od rana jakis film, jak nie film to tablet, jak nie tablet to konsola i tak w kolko. Ubrali sie dopiero w poludnie... Ci to dopiero mieli reset! :D Po obiedzie stwierdzilam wiec, ze wystarczy tych ekranow! Jedziemy w plener! Nie chcialo mi sie robic zwyczajowego koleczka po osiedlu, ani ruszac na szlak obok naszego osiedla, bo te miejsca dawno sie opatrzyly. Wstyd sie przyznac, ale po 12 latach w naszej miejscowosci, nadal mam kilka miejsc na liscie "do obcykania", ale jakos malo kiedy sklada sie, zeby je sprawdzic. Troche w tym winy naszego wygodnictwa, bo majac pod domem chodnik, najlatwiej jest zapiac smycz psu i ruszyc po prostu na przechadzke po osiedlu. A jesli zapragnie czlowiek swiezszego powietrza i przyrody, zawsze moze pojsc dalej, na szlak. Czego zreszta nie robimy za czesto, bo (pewnie Was to nie zdziwi) M. nie przepada za spacerem wsrod drzew. Woli gapic sie na domy i ogrodki, a jak czasem jednak wybierzemy ten szlak, idzie z nosem na kwinte i marudzac, ze mu sie nudzi. Jak dziecko! :( A ze na spacery zwykle nie mamy zbyt duzo czasu w tygodniu, wiec chodzimy glownie w weekendy, rodzinnie, z malzonkiem. Po osiedlu oczywiscie... Tym razem jednak zapragnelam zmienic scenerie, a ze tatusiek kiblowal w pracy, to moglam poszukac kontaktu z przyroda. Nik sie troche opieral bo chcial wziac rower, ale zostal przeglosowany. ;) Niestety, obydwa miejsca, ktore chcialam sprawdzic, okazaly sie niewypalem. Liczylam na spacer przy rzece, ktora plynie przez nasze miasteczko, a dostalam parking, troche trawiastej przestrzeni z drewnianymi lawkami i stolikami oraz male zejscie do brzegu rzeki.

Niepowtarzalne, jesienne swiatlo przefiltrowane przez zlote liscie...
 

Obydwie miejscowki fajne moze na piknik przy wodzie, w jednym latem nawet ludzie sie podobno kapia, ale nie o to mi chodzilo. W koncu trafilismy wiec do miejsca juz nam troche znanego, ale ze bylo po drodze, a robilo sie pozno, wiec uznalam, ze z braku laku... ;) To park w naszej miejscowosci, ktory w sumie parkiem jako takim byl jakies 100 lat temu. Sa porozstawiane pamiatkowe tabliczki ze zdjeciami dam w wielkich kapeluszach oraz dlugich sukniach, przechadzajacych sie po trawnikach. :) Byla tam niegdys fontanna, byla karuzela (napedzana para wodna!), w pozniejszych latach byl nawet publiczny basen, ktory zlikwidowano niestety jakies 20-30 lat temu. :(

To pozostalosc po fontannie i jedna z pamiatkowych tablic

Potem pozostawiono teren samemu sobie i w tej chwili jest tam niewielki las ze sciezkami oraz ukrytymi pozostalosciami po dawnych czasach. ;) Co dla mnie jest bardzo dziwne, te hamerykanckie lasy, w ogole nie pachna grzybami! Nie znam sie i ich nie zbieram, ale z Polski pamietam, ze jak tylko weszlo sie do lasu, czuc bylo charakterystyczny zapach. Tutaj, grzyby wyrastaja mi w ogrodzie obok domu, ale pojdzie sie do lasu i... nic. Zero grzyba! :O To tak na marginesie, bo naszym celem byl zwykly spacer. ;) Potworki z wlasciwym dzieciom entuzjazmem ganialy po sciezkach i sprawdzaly kazda pamiatkowa tabliczke.

Z gorki na pazurki! Nie widac tego na zdjeciu, ale tam naprawde bylo stromo!
 

Fajnie sie tak szlo i pewnie spacerowalibysmy duzo dluzej, gdyby nie to, ze Nik nagle oznajmil, ze musi... kupe! No ten to ma wyczucie czasu! :D

Kto znajdzie Potworki? ;) Wdrapywali sie wysoko, wysoko w gore, a potem bali schodzic i zjezdzali na tylkach :D

Pozniej M. wrocil do domu, Potworki skonsumowaly podwieczorek, a ze w szkole nie byly i nie mialy lekcji, to mogly dalej oddawac sie grom. ;) Przynajmniej przez jakis czas, bo choc lekcji nie bylo, zajecia pozalekcyjne odbywaly sie jak zwykle. Ponownie rozdzielilismy sie i M. pojechal z Kokusiem na pilke, a ja zabralam Bi na gimnastyke. 

Bi cwiczy opuszczanie sie do pozycji mostka pod bacznym okiem instruktorki
 

Tam jak zwykle mialam kolezanke do pogadania, choc tego dnia jej 3-latka wyjatkowo dala nam w kosc i wymyslala, a to na podworko (a ciemno sie juz zaczynalo robic), a to uparla sie wsiasc do samochodu i na szczescie bylo na tyle cieplo, ze my stalysmy sobie na zewnatrz. Ale co sie nagadalam, to moje! :)

W srode nastapil powrot do brutalnej rzeczywistosci. Ciezko sie wstawalo po czterech dniach dluzszego snu, ojjjj ciezko. Nie moglam uwierzyc jak bylo ciemno. Nie dosc, ze noce sa coraz dluzsze, to jeszcze naszla nad nas gesta mgla i dodatkowo przyciemniala otoczenie. Nawet Bi zeszla na dol ziewajac i narzekajac, ze jest taka zmeczona, ze na pewno zasnie w autobusie. ;) Ostatnio zreszta M. przylapal te nasza panne, ze po pojsciu na gore, zamiast spac, ogladala sobie w lozku filmiki na tablecie. I potem dziwic sie, ze rano nie moze sie dobudzic! :O Mam nadzieje, ze to byl jednorazowy wybryk, choc kto wie... Przylapac ja ciezko, bo schody strasznie skrzypia, wiec nie ma szans zebym niepostrzezenie wkradla sie na gore i sprawdzila czy spi. ;) W kazdym razie w koncu wszyscy obudzili sie, wyszykowali i wyszlismy na autobusy. Nikowy przyjechal az 6 minut przed czasem, Bi spozniony o 15 minut (to juz norma ;P), ale oboje zaraz po 8 rano byli juz w drodze do szkoly. Ja wrocilam jeszcze na chwile do chalupy, wzielam psiura do ogrodu porzucac jej pileczke, potem wstawilam pranie, zmywarke i popedzilam do roboty. O 10 mialam meeting, a lubie przyjechac na tyle wczesniej, zeby sie troche ogarnac i wypic w spokoju kawe, inaczej mam spaczony humor i na spotkaniach odpowiadam na pytania polslowkami. :D Poniewaz wtorek mialam wolny, wiec po szalonym poniedzialku na moim biurku wygladalo jakby po nim przelecial papierowy huragan. Wiekszosc dnia spedzilam doprowadzajac je do stanu pozwalajacego mi ujrzec blat. :D Nie wysililam sie jednak zbytnio, bo mimo srody dla mnie mentalnie byl poniedzialek i checi do pracy mialam zadne. ;) Na szczescie byl to dzien, gdzie dzieciaki nie mialy zadnego sportu, wiec przynajmniej nigdzie nie musialam po poludniu biec. Kiedy dojechalam do domu Nik wlasnie konczyl odrabiac lekcje (trafila mu sie latwizna, wiec nie czekal na matke, grzeczny chlopczyk! :D), Bi okazalo sie, ze nie ma nic zadane, wiec to byl naprawde fajny wieczor. Wiekszosc czasu zreszta Potworki spedzily biegajac znow z sasiadkami miedzy ich ogrodem a naszym. Nie powiem zebym narzekala. :)

Tym razem przeniesli sie za nasza szopke. W sumie tam tez cieniscie i wilgotno, czyli raj dla salamander...
 

W czwartek znow pobudka zdecydowanie za wczesnie. ;) I tego dnia i poprzedniego, w srode, probujac otworzyc oko po wylaczeniu budzika, pocieszalam sie, ze odespie w sobote. Coz, jak zawsze w takich przypadkach, los postanowil sobie zachichotac. ;) Okazuje sie, ze akurat na te sobote zaplanowano sesje zdjeciowe dla druzyn pilkarskich. Pamietam, ze w poprzednich latach widzialam piekne, profesjonalne foty mlodych pilkarzykow wrzucane na Fejsa, ale w zeszlym roku tego nie zrobili, ani na jesien, ani na wiosne. Nie wiem czy ktos nawalil organizacyjnie, czy to kolejna rzecz, ktora zabrala pandemia. Jakikolwiek byl powod, w tym sezonie foty wrocily i super, tylko podejrzewam, ze chcieli zrobic je jeszcze przed meczami zanim dzieciaki beda zgrzane i rozczochrane. A ze Potworki maja mecze na 9 rano (oboje na te sama godzine w tym samym miejscu, choc raz!), wiec zdjecia dla ich druzyn maja byc robione o... 8 rano! No to tyle z dluzszego spania w sobote... ;)

Poza tym, czwartek byl dniem jak codzien. Rano czekanie na autobusy, potem praca, a po pracy chwila w domu, obiad i Potworki ublagaly czy moga pojsc pobawic sie z sasiadkami. Swoja droga, ciekawe kiedy znudzi im sie to szukanie salamander? ;) Ostrzegalam, ze za moment musimy wyjezdzac na sporty i lepiej zeby zaczeli odrabiac lekcje. Odpowiedzieli, ze odrobia jak wroca. Ostrzeglam z kolei, ze wrocimy w porze, kiedy zwykle maja pozwolenie na chwile elektroniki (tablet lub konsole). Odpowiedzieli, ze nic nie szkodzi; Bi nawet mundrze wtracila, ze fajniej jest sie bawic z kolegami niz patrzec w ekran. ;) Bardzo ladnie powiedziane, bardzo, tylko jak zwykle teoria pomylila sie pannie z praktyka. Kiedy wrocilismy, Nik bez szemrania zabral sie za swoje lekcje. Bi wrocila chwile pozniej i wymyslila, ze wlaczy sobie tablet i bedzie odrabiac i jednoczesnie ogladac. Moj ostry protest, gdzie wyjasnilam, ze na lekcjach trzeba sie skupic i ze ostrzegalam, ze jesli nie zrobi pracy domowej wczesniej to bedzie ja odrabiac zamiast czasu na elektronice, skonczyl sie oczywiscie awantura. Bylam doslownie tuz przed okresem, a wtedy lepiej mnie nie denerwowac... :D A! Czwartki poki co sa dniem, gdzie oba Potworki maja sporty - Bi pilke, Nik plywanie. Zwykle to ja biore Starsza na trening, a M. jedzie z Kokusiem, bo moze sobie pocwiczyc w czasie, kiedy Mlodszy plywa. Nik jednak ostatnio bardzo prosil, zeby to mama choc raz wziela go na basen. Nie wiem co to za roznica, ale co tam. Zamienilismy sie z malzonkiem i w ten sposob po raz pierwszy od dluzszego czasu moglam popatrzec jak moj syn plywa, a musze przyznac, ze robi to niesamowicie. Plynnie i lekko niczym uchatka. ;)

Mlodszy juz doplywa...
 

Sama przyjemnosc na niego patrzec i zaluje, ze wyraznie w tym roku nie szykuja znow zadnych zawodow. Ciekawa bylabym jak Mlodszy by sie na nich odnalazl, choc znajac go, na pewno zzeralyby go nerwy. ;)

I cieszy sie do mamuski ;)

Uff... piatek... Mimo ze tydzien mialam nieco luzniejszy z tym wolnym wtorkiem, to jakas padnieta sie czulam... Moze dlatego, ze akurat rano przyszly "moje" dni. Nie dosc, ze na weekend, to jeszcze taki, gdzie w sobote oba Potworki maja mecze, a Bi ma dodatkowo kolejny w niedziele... Nie ma latwo... ;) W kazdym razie, cieszylam sie, ze dobrnelam do konca pracowniczego tygodnia i nie moglam sie doczekac, zeby wyprysnac z biura. A i pogoda byla cudowna, slonce i 24 stopnie. Lato w pazdzierniku! Po pracy pojechalam jeszcze na tygodniowe zakupy spozywcze. Najlepsze, ze obeszlam supermarket wzdluz i wszerz, uzbieralam caly kosz, podjezdzam do kasy, zaczynam wyladowywac produkty na tasme... i nagle pyk! Swiatla zamigotaly i zgasly, a po kilkunastu sekundach manager wyszedl i przepraszajac oznajmil, ze nie maja pradu i prosi wszystkich o opuszczenie sklepu! :O K&(%#%!!! Bylam juz tak blisko!!! :D Co bylo robic, wyszlam, pokrecilam sie pod sklepem pol godziny w nadziei, ze odzyskaja prad i ponownie otworza, po czym pojechalam wkurzona do domu...

Poniewaz to byl taki dzien bez dodatkowych planow i nie ma o czym pisac, pokaze Wam odrobine hamerykanckiej szkoly. Wiem, ze sporo z Was jest zainteresowane tym, jak to tutaj sie odbywa i moze szkoda, ze czesciej nie pisze o czyms takim, ale brak mi zwyczajnie materialu. ;) W piatek jednak nauczycielka Kokusia przyslala kilka zdjec z tego, jak uczyli sie w minionym tygodniu dzielenia. Przypominam, ze to jest IV klasa podstawowki, choc tutejsza szkola podstawowa rzadzi sie nieco innymi prawami niz polska. W czwartej klasie dzieci nadal maja lekcje glownie z jednym nauczycielem (na dobra sprawe tak samo jest w piatej ;P) i to on/ona uklada plan dnia i decyduje kiedy robia sobie przerwe. Oprocz glownej przerwy na lunch oraz reset, ktora razem trwa prawie godzine. Tak wiec, mimo ze dzieciaki sa w szkole 6.5 godziny, to jednak lekcji maja okolo 5 godzin, odliczajac wszystkie przerwy. Nie ma dzwonkow. Glowna nauczycielka uczy zagadnien z jezyka (czytanie, pisanie), matematyki oraz elementow historii i przyrody. Oprocz tego dzieci maja lekcje "dodatkowe" z innymi nauczycielami, na ktore (czasem cala klasa, czasem grupkami) przechodza do innych pomieszczen w szkole. Takimi zajeciami jest plastyka, w-f, jez. hiszpanski, muzyka oraz (osobno) skrzypce. Ciekawostka jest to, ze do takich dodatkowych zajec zalicza sie tez wizyte w bibliotece, gdzie cala klasa maja czas zeby przeszukac polki w celu znalezienia ciekawej lektury. :) Musze dodac tez, ze jestem dinozaurem, ktory podstawowke skonczyl prawie 30 lat temu, wiec pamietam juz od najmlodszych lat podwojne lawki ustawione w rownym szeregu, twarde krzesla i porysowane linoleum na podlodze. ;) Mozliwe, ze obecnie szkola w Polsce wyglada juz inaczej, ale mnie zachwycily zdjecia klasy Kokusia, z lawkami polaczonymi w koleczka, i miejscem na wykladzinie do pracy z pomocami naukowymi.

Tu akurat Nika nie ma, ale chcialam Wam pokazac jak maja poustawiane lawki
 

W dodatku wiem, ze w klasie maja tez specjalne stolki z polokraglymi podstawami, ktore wobec tego kolysza sie na boki. Czasem nauczycielka pozwala dzieciom wymienic krzeselko na taki stolek (kazde dziecko ma swoja kolej), bo wiadomo, ze malolatom lepiej sie mysli, jesli moga krecic dupka. :D

A tu juz Nik (po lewej) usiluje rozgryzc tajniki dzielenia :D
 

Dla mnie (ale jak wspomnialam wyzej, jestem stara ;P) wyglada to troche jak przedszkole, a nie IV klasa! Choc tu trzeba dodac, ze obowiazek szkolny zaczyna sie tu od zerowki w wieku 5 lat, wiec ci czwartoklasisci to rocznikowo dopiero 9-latki (poza tymi, ktorych rodzice przetrzymali o rok, bo mozna). Patrzac jednak i sluchajac opowiesci Potworkow ze szkol, nie dziwie sie, ze oni uwielbiaja swoje placowki! Ja swojej nie lubilam juz od najmlodszych lat. ;)

Na koniec kolejna zagadka. Ostatnio zgadywalyscie, za co przebiera sie Nik. Wygrala Anula! ;) Nik bedzie postacia z ukochanego Minecraft'a, koniecznie w zbroi. Bedzie tez mial miecz, choc pewnie skonczy sie tak, ze to ja bede go taszczyc. ;) A teraz: za co przebiera sie Bi?! Hm?! Tym razem powinno byc prosto! ;) 

Co to za stworzonko? :D

A! Dostalam maila, ze w tym roku znowu ruszaja w szkolach kluby narciarskie! Nik jest oczywiscie caly szczesliwy i oznajmil, ze nie ma znaczenia czy jakis jeszcze kolega sie zapisze, czy nie. Bi (na moje pytanie) odparla, ze w zyciu... :D

sobota, 9 października 2021

Przyszedl pazdziernik

I przyniosl smarki. :) 

Bi dosc szybko otrzasa sie z takich dolegliwosci. Posmarkala w czwartek wieczorem, piatek, sobote, a w niedziele juz zaczelo jej przechodzic. Glos miala nadal "przytkany", ale przestala go caly czas obcierac i twierdzila, ze moze przez niego oddychac. Niestety, wirusy maja to do siebie, ze lubia przechodzic na kolejnych czlonkow rodziny. W poniedzialek Nik obudzil sie i  natychmiast zaczal narzekac na bol gardla, a wieczorem doszedl juz cieknacy nochal. :/ Pomalu mu przechodzi na szczescie, ale z naciskiem na pomaaaaluuu... Kazde dziecko jest inne i choc Bi zawsze otrzasa sie z przeziebien ekspresowo, Mlodszemu ciagnie sie niczym... wlasnie gluty z nosa. ;) W piatek jeszcze Kokusiowi do konca nie przeszlo, a z bolem gardla obudzilam sie ja, wiec nie ominelo takze mojej skromnej osoby...

Pierwszy weekend pazdziernika minal pod znakiem pilki noznej osmiolatkow, bowiem Nik mial mecz i w sobote i w niedziele. Czesciowo tez i przez to, sobota (2 pazdziernika) byla dosc zalatana. Zaczelismy ja od meczu, na szczescie na 10:15, wiec nie tragicznie. Byl czas zeby troche odespac, a potem na spokojnie sie wyszykowac. Tym razem druzyna Kokusia trafila na inna z naszej miejscowosci, ale niestety lepsza.

Historia jednej akcji. Nik, jak widac, leeeci do pilki...

...ktora pierwszy dopada jego, wyraznie wystraszony, kolega, zas Nik z trudem wyhamowuje :D

A wlasciwie to u "nas" nie ma po prostu dobrego bramkarza. Chlopaki stoja na tej pozycji na zmiane, ale tylko jeden wykazuje choc minimalny talent. Reszta ma dziurawe lapki. Zartuje oczywiscie, wiem, ze to dzieciaki, choc faktycznie na bramce radza sobie kiepsko. Ostatecznie przegrali 4:2, wiec przynajmniej "z honorem". ;) Po meczu jednak nie bylo czasu na dluzszy odpoczynek. Przyjechalismy do domu na doslownie 15 minut, szybkie siusiu, matka zalozyc cos bardziej "wyjsciowego" (bo na mecz pojechalam w dresie i t-shircie) i trzeba bylo jechac do pobliskiego miasta, gdzie na 12 umowiona bylam w wypozyczalni skrzypiec, na wymiane Kokusiowego smyczka. Mialam nadzieje, ze Potworki zostana w domu i pojade sama, ale M. po pracy podjechal jeszcze do Polakowa i nie zdazyl dojechac na czas. Rada nie rada, zmuszona bylam wziac dzieciaki ze soba, choc oni zgodnie zakrzykneli, ze i tak chcieli jechac zobaczyc jak wyglada taki sklep muzyczny. :O Przyznaje, ze wypozyczalnia zrobila niesamowite wrazenie, bo miesci sie w starym, zabytkowym domu, przepieknym i cudownie utrzymanym. Sciany cale w drewnianej boazerii, zakrecone szerokie schody, okna z kolorowymi szkielkami niczym witraze... Nawet zwykla kratka wentylacyjna byla z pieknie rzezbionego metalu. No cudo! Nawet Bi stwierdzila, ze gdyby tam zamieszkala, czulaby sie jak ksiezniczka. ;) Moja wlasna chalupa nagle wydala mi sie zbyt nowoczesna, zbyt "funkcjonalna", zeby nie powiedziec pospolita. ;) Jesli wygram kiedys na loterii (w ktora nawet nie gram, haha!), to nie kupie sobie ultra-nowoczesnej posiadlosci, tylko wlasnie taki piekny dom z historia. :)

Jak to czesto ze mna bywa, po zabieganym poranku, kiedy dojechalam wreszcie do domu, rozbolala mnie glowa i nie mialam sily na zadna konkretna robote. Bylo to podwojnie deprymujace, bo nie tylko lepetyna rypala, ale tez dokuczalo to wewnetrzne poczucie, ze zamiast siedziec, powinnam cos porobic... ;) Na szczescie wyrzuty sumienia udalo mi sie uciszyc, bo z racji, ze kolejnego ranka Mlodszy znow mial miec mecz, jechalismy po poludniu do kosciola. Nie bylo wiec sensu zaczynac zadnej wiekszej roboty, a przynajmniej tak sobie powtarzalam. ;) Dobrze, ze mlodsza sasiadka z naprzeciwka z inna dziewczynka z naszego osiedla przyszly po Potworki zeby zaprosic do wspolnej zabawy. Juz kilka dni popoludniami szukaja w ogrodach naszym oraz sasiadow zab i salamander. Zabawa niemozliwie brudna, paznokcie Bi nie do odszorowania, ale najwazniejsze, ze lataja po swiezym powietrzu zamiast siedziec przed ekranami. Po to wlasnie przeprowadzalismy sie z domku przy ruchliwej ulicy na spokojne osiedle; wlasnie zeby dzieciaki mialy kolegow do wspolnych zabaw. Po mszy zmusilam sie do pojscia z rodzina na spacer i na szczescie po poczulam sie nieco lepiej.

Malzonek chetnie wyprobowuje bajery w aparacie nowego srajfona, wiec ostatnio nawet mi przybylo fotek ;)
 

Poniewaz na kolejny dzien mialam plany, wiec zabralam sie za lekkie ogarnianie ogrodu. Az wstyd sie przyznac, ale po lecie nie mialam jakos czasu ani weny zeby cos tam porobic, teraz wiec zaczelam przycinac uschniete i przywiedle badyle. Uzbieralam trzy spore kupy zielska, tylko co z tego, skoro to naprawde kropla w morzu i na pierwszy rzut oka nie widac nawet roznicy. :/ Nie mowiac juz o tym, ze komary kasaly jak wsciekle i znow jestem cala w bablach. :/

Niedziela rozpoczela sie od kolejnego meczu Kokusia i to juz o 9 rano! Ktokolwiek ukladal ten grafik, nie ma serca normalnie! ;) Dzieci jak dzieci, same obudza sie o 7, ale co z biednymi rodzicami?! :D

Z tego meczu nie mam zadnych "dynamicznych" zdjec. Na wszystkich wyglada jakby Nik chodzil sobie po boisku :D
 

Jakos jednak sie zwleklismy, a co niesamowite, na rozgrywke pojechal z nami M. Pojechal i mnie wkurzyl, bo zamiast kibicowac synowi, ruszyl na przechadzke i wrocil dopiero 10 minut przed koncem. :/ Z racji, ze mecz odbyl sie w niedziele, przyjechal tez moj tata zeby popatrzec tym razem na gre wnuka. Na szczescie dziadek grzecznie zasiadl w krzeselku i obserwowal, a nie szwendal sie po okolicy... ;)

Pamiatkowe zdjecie z dziadziem musialo byc. ;) Widzicie to niebo? Tylko wczesna jesienia mozna zobaczyc taki lazur! :O
 

Nik dawal z siebie wszystko i nawet bedac rezerwowym az podskakiwal w miejscu i biegal wzdluz boiska przezywajac mecz. :) Niestety, w druzynie maja przynajmniej szesciu nadprogramowych zawodnikow, wiec czesto ich wymieniaja. Ponoc trener ma aplikacje w telefonie, gdzie moze sledzic ile gral ktory z chlopcow, zeby kazdy mial szanse byc na boisku mniej wiecej po rowno. Moze pod wplywem obecnosci dziadka (bo ojciec gdzies wzial i znikl :/), Nik wyraznie probowal strzelic gola. Nie udalo sie, choc raz bylo juz bardzo blisko; niestety pilka odbila sie od slupka. ;) Po meczu dzieciarnia miala chetke na plac zabaw, ale z racji, ze dziadek zaproszony byl do nas na poranna kawe, pojechalismy do domu, bo dorosli potrzebowali dawki kofeiny. :D Moj tata chwile posiedzial, pogadalismy, a potem byla pora zeby zjesc szybki lunch, bo o 13 wybywalismy z domu. Klub w naszym miasteczku urzadzil coroczna wystawe "domkow wrozek i krasnali", a ja, jak co roku zakupilam bilety. Wzielam cztery na wszelki wypadek, choc potem zalowalam, bo M. co prawda pojechal, ale umarudzil sie za wszystkie czasy. Wiadomo, te "domki" to nic niesamowitego (szczegolnie dla chlopa bez artystycznej duszy), a w dodatku od zeszlego roku (zapewne z powodu pandemii) jest ich wyraznie mniej. Niektore to jednak male cacka, wykonane przez artystow, lub ludzi, ktorzy maja zwyczajnie dryg do takich spraw.

Ten np. byl niesamowity!
 

Dla mnie to jednak przede wszystkim okazja na spacer w lesie. W Hameryce nie ma wejsc do lasu "na dziko". Wszystkie tereny sa albo prywatnymi posiadlosciami, albo czesciami parkow. Dla nas, najblizszym laskiem jest wlasnie owy klub, ale zeby wejsc, trzeba miec czlonkowstwo, a ja od dwoch lat jestem na liscie oczekujacych i zanim je w koncu dostane, chyba predzej Potworki dorosna i nie bedzie mi ono do niczego potrzebne. :/ Klub zreszta jest rozleglym, pieknym terenem i az milo sie tam poszwedac. Bez czlonkowstwa, jedyna mozliwoscia zeby tam wejsc sa wlasnie takie okazje otwarte dla ogolu, lub wjazd jako gosc.

Tutaj, bardziej niz domki, urzekl Bi wilk w tle :)
 

Tak przyjechalam tam latem nad jezioro z kolezanka. Do brzegu, bo jak zwykle sie rozpisalam. Mimo, ze powiedzialam M., ze jesli chce, moze zostac w domu, zdecydowal sie pojechac, "bo jak juz kupilas bilet, to po co ma sie zmarnowac". Hmm... Bilet kosztowal $6, wiec nie majatek, ale najwyrazniej M. mysli za Sapkowskim, ze "miec 6 dolcow, a nie miec szesciu dolcow, to juz 12 dolcow". :D

Tutaj to byla cala "wrozkowa" farma, eksponowana zreszta chyba trzeci rok z rzedu :D
 

Ucieszylam sie, ze pojechal, ale dosc szybko moja radosc zastapila irytacja, bo malzonek szedl i zrzedzil. Tak pol zartem, ale i tak wkurzajaco, ze och i ech, co on tam w ogole robi. Kiedy oswiadczylam, ze spedza czas z rodzina, odpowiedzial, ze on juz tego dnia spedzil z nami czas! Trzymajcie mnie, bo kiedys tego chlopa zdziele czyms twardym!!! :/ Tak, pojechal z nami na mecz... i polazl gdzies przychodzac na sam koniec! Potem, kiedy przyjechalismy do domu, zostawil nas z moim tata i pojechal na silownie! To tyle z nami wlasnie czasu spedzil, chyba ze liczyl te kilka minut, ktore spedzil odgrzewajac dzieciom zupe przed wyjsciem. :/ Potem zaczal jeczec, ze tam sa same matki z dziecmi i czy ja widze jakichs innych tatusiow. Kiedy, niechybnie, pojawili sie i ojcowie, uslyszalam, ze ten to jakis "pedzio", tamten wyglada na "cipke", itd. No kurna, sami zniewiesciali pantoflarze, tylko on, wielki macho sie znalazl! ;) Mimo wszystko, spacer minal ok, pomimo marudzenia pana M. Na koniec sciezki jest miejsce gdzie dzieci moga zbudowac wlasne domki. Bi jak co roku przystapila do dziela, a ze chwile pozniej dolaczyla do niej przypadkiem kolezanka, to byla cala szczesliwa.

Ukonczone "dzielo", ktorego w sumie za bardzo nie widac :D
 

Kokusia budowanie domkow nigdy specjalnie nie interesowalo, ale za to organizatorzy zafundowali "mu" inna atrakcje, a mianowicie rozpalili nad brzegiem stawu ognisko. Takiej okazji Mlodszy nie mogl przepuscic i zajal sie podpalaniem jednego kija po drugim. ;) Kiedy Starsza w koncu ukonczyla swoja konstrukcje, ruszylismy w droge powrotna, zahaczajac jeszcze po drodze o maszyne do baniek mydlanych.

Nie wiem czy bedzie to widac, ale Nik probuje lapac banki... jezykiem! Boszzzz... :O
 

Naprawde, taka prosta atrakcja, Potworki coraz starsze, ale banki sa nieustajacym zrodlem dobrej zabawy. :D

Pomyslalabym, ze taka zabawa nada sie juz tylko dla tego maluszka po prawej... ;)
 

Pozniej niestety M. ciagnal niczym wol do auta, Potworki zas koniecznie chcialy zaliczyc place zabaw.

Kolejna zabawa, na ktora Bi wydaje sie sporo za duza, a jednak... :D
 

Skonczylo sie tym, ze ja poszlam z dziecmi (jakzeby inaczej), a ojciec przesiedzial w samochodzie, tlumaczac, ze nogi go bola po porannym lazeniu podczas meczu Nika i pozniej silowni.

Stare, dobre turlanie sie z gory jest zawsze na czasie ;)
 

Rodzinny wypad, taka jego mac... :/

Jeden z placow zabaw - fajny, caly w drewnie
 

Najlepsze, ze po powrocie do domu, poszlismy jeszcze na spacer z psem, bo i Mai cos sie z weekendu nalezalo. Szanowny malzonek przejsc sie na place zabaw nie mial sily, ale na koleczko po osiedlu i owszem...

Przy parkingu Nik natknal sie na swoja ostatnia milosc i to tandem!!! :D
 

Poniedzialek przywital nas prawdziwie jesienna pogoda. Bylo ponuro i deszczowo, choc w miare cieplo bo 15 stopni. Nie mniej, jako typowa meteopatka, czulam sie senna i zamulona i gdybym miala przy sobie laptoka z pracy, wyslalabym wiadomosc, ze pracuje z domu. ;) Niestety laptok zostal w piatek w pracy, wiec w poniedzialek,  deszcz nie deszcz, musialam jechac do biura... Po pracy zas, jak ostatnio co poniedzialek, odebrac Bi i jej kolezanke ze szkoly, bo konczyly pozniej ze wzgledu na klub gazetki szkolnej. Wieczor to juz tylko lekkie ogarnianie chalupy (to to prawdziwa syzyfowa praca...) i odrabianie lekcji. Naprawde tesknie za zeszlym rokiem kiedy dzieciaki, z powodu korony, nie mialy w ogole zadawanych lekcji, bo te sa zawsze rozdawane na kartkach, a wiecie, te wirusy to najbardziej lubia sie uczepiac papieru i potem tylko czyhaja zeby przeskoczyc na nieswiadomego ludzia. :D Oj, jak mi dobrze bylo bez tego codziennego siedzenia w Kokusiem (bo Bi ogarnia sama i o pomoc pyta tylko jak sie gdzies krytycznie pogubi) nad zadaniami, glownie matematycznymi. Nauczycielka wyslala maila, ze zadawana praca powinna dzieciom zajac okolo pol godziny. Taaa... W poniedzialek siedzialam z Nikiem prawie godzine! Nie to, ze mlody nie kuma zadan... On wie dokladnie co ma robic i jak, ale co z tego, jak wszystko go rozprasza, a jak tylko sie odwroce, to znika w kuchni bo nagle straaasznie mu sie chce pic albo przypomni sobie, ze po obiedzie nie wzial cukierka na deser... Dodatkowo jest niemozliwie roztrzepany, zaczyna mnozyc gdzie ma dodawac (mimo, ze sam wpisuje +), bazgroli, wiec potem w slupkach podlicza niewiadomo co i wychodza cuda na kiju. Na tym duzym tescie pod koniec trzeciej klasy wyszlo mu, ze z matematyki reprezentuje poziom powyzej przecietnej, najwyrazniej wiec kiedy musi, potrafi spiac dupke i sie postarac, ale na codzien to ja sie nieraz za glowe lapie co to dziecko wypisuje! :D Dobrze chociaz, ze to inna osobowosc niz siostra. Kiedy zwroci sie uwage pannie Bi, ze cos zle policzyla, od razu nerwus sie wkurza i albo wzrusza ramionami, ze ma to gdzies i nie bedzie poprawiac, albo uderza w ryk, ze ona nie wie, nie umie i nie zrobi... Nik, kiedy pokaze mu jakiegos byka, tylko sie chichra i grzecznie poprawia, choc czasem z przewrotem patrzalek. ;)

Jak udalo sie Wam przetrwac awarie Fejsbuczka? :D Mnie, szczerze mowiac, malo obeszla. Konta na instagramie nie posiadam, wiec na telefonie czesto nawet mi sie nie chce otworzyc, a na kompie od razu wyskakuje okienko do zalogowania. Komentowac, rzecz jasna i tak nie moge. Na samego Fejsa zagladam, ale sama malo kiedy cos tam wrzucam. Jedynie brak WhatsApp'a uwieral, bo to przez niego glownie sie komunikuje z rodzina w Polsce. Wiedzialam jednak, ze awarie naprawia w ciagu kilku godzin, nic pilnego sie nie dzialo, wiec wzruszylam ramionami i tyle. ;)

Wtorek byl juz suchy, ale przy zachmurzonym niebie, 14 stopniach, 90% wilgotnosci i sporym wietrze, bylo po prostu nieprzyjemnie. Nik smarkal az milo i do poznego popoludnia mialam dylemat czy poslac go na trening pilki, czy nie. Z jednej strony, katar bez goraczki ani innych dolegliwosci nie jest przeciwskazaniem do aktywnosci na swiezym powietrzu. Z drugiej jednak, Mlody na treningach szaleje, zawsze sie spoci i balam sie, ze sie doprawi. Z trzeciej strony (:D), w soboty nie mialo byc meczow, wiec to byla jedyna okazja na kontakt z pilka w tym tygodniu. Wkoncu stwierdzilam, ze basen mu odpuszcze, ale pilke niech sobie pokopie. Kazalam mu tylko zostawic na sobie dlugie spodnie, a pod koszulke dalam bluzke na dlugi rekaw, zeby mial dodatkowa warstwe. Rowniez we wtorek Bi zaczela swoja wyblagana gimnastyke. Do konca nie bylam przekonana czy dobrze robie zapisujac ja zanim skonczyla sie pilka nozna, teraz jednak jestem zadowolona. Nie tylko Starsza jest w grupie z corka mojej kolezanki, ale w dodatku wszystkie grupy maja pelne oblozenie. Gdybym poczekala kolejny miesiac, nie wiadomo czy nie musialaby trafic na liste oczekujacych, a juz dostanie sie do grupki z kims znajomym, graniczyloby z cudem. Fajnie wiec, ze sie udalo zlapac miejsce i to z kolezanka. To byly zalety. Wada rozpoczecia gimnastyki przez Bi jest to, ze zaczyna sie ona o 18, zas tego samego dnia o 17:30 Nik ma trening pilki noznej. Znajac podejscie i zaangazowanie M., planowalam urzadzic sobie jazde krajoznawcza po dwoch miasteczkach, zawozac Nika, potem Bi, nastepnie wracajac po Mlodszego i zabierajac go po Starsza. Mozliwe, ze jeszcze bede musiala wykorzystac ten karkolomny plan, akurat jednak w miniony wtorek, M. pojechal z Kokusiem na trening, wiec ja moglam ze spokojem zabrac Bi. Przy takim ukladzie oczywiscie nie mam pojecia co dzialo sie na pilce, bo z Nika wydusilam tylko, ze "bylo fajnie", a malzonek spedzil wiekszosc jego treningu na przejazdzce do pobliskiego supermarketu. Niespodziewanie skonczyla nam sie smietanka do kawy, kawa bez smietanki jest obrzydliwa, a bez kawy to... wiadomo. ;) No ale przez to, M. wlasciwie treningu nie widzial. Zreszta, nie bede sie oszukiwac, nawet nigdzie nie odjezdzajac, M. raczej spacerowalby po okolicy lub siedzial w aucie, zamiast sie przygladac... :) Ja oczywiscie obserwowalam wyczyny Bi z checia i nieslabnacym entuzjazmem, choc mialam rozpraszacz w postaci kumpelki. ;)

Tu akurat Bi balansuje wysoooko nad ziemia! :D Spokojnie, dziewczyny sie wymienialy i wchodzila tez na te wysokie belki ;)
 

Obydwie: Starsza i cora mojej kolezanki wyszly zachwycone. Serio, nie wiem co te wszystkie dziewczynki widza w gimnastyce... ;) Troche pobalansowaly, poskakaly na trampolinie, powspinaly sie na linie, cwiczyly robienie mostka przez wygiecie sie do tylu i tyle... Ale obie panny juz pytaja czy moglyby chodzic wiecej niz raz w tygodniu. Cale szczescie, ze w zadnej grupie nie ma miejsc, bo z torbami bym poszla. :D Bi w ogole jest cala w skurwonkach, bo wpadla na conajmniej trzy dziewczynki, ktore kojarzy ze szkoly. Z jedna jest nawet w klasie, choc ona akurat jest na wyzszym poziomie. Niestety, poniewaz zajecia sa tak pozno, do domu wpadlysmy dopiero o 19:20, a wiec czasu starczylo tylko na szybka kolacje, prysznic, przygotowanie przekasek do szkoly oraz ubran na kolejny dzien i przyszla pora kladzenia Potworkow spac.

Hmm... Skoro tak pisze "sprawozdanie" z calego tygodnia, to wypadaloby wspomniec o srodzie, tylko, ze nie bardzo jest o czym. ;) Dla dzieci szkola, dla rodzicow praca, a po poludniu "relaks". Dzien wczesniej Nik wyrazil chec jazdy na trening plywacki wlasnie w srode, ze mna. Zwykle jezdzi w czwartki, z M., a ja w tym czasie biore Bi na pilke. Zapragnal jednak towarzystwa mamy, wiec zaproponowalam, ze moge go zabrac w srode. W tym tygodniu jednak, z powodu przeziebienia, postanowilam mu jednak ten basen odpuscic i w ten sposob zyskalismy spokojne popoludnie. Poszlismy tylko na szybki spacer, bo bylo calkiem cieplo (prawie 20 stopni, oho ho!), dzieciaki odrobily lekcje, naszkicowaly mape trasy, ktora chca w tym roku przejsc na Halloween (zachcialo im sie pojsc na sasiednie osiedle, bo ponoc w ktoryms domu rozdaja tam ogromne batony ;P), ja z nudow umylam zlewy w obu gornych lazienkach...

Skoro mowa o Halloween, to przyszedl stroj Kokusia, ktory zamowilam wczesniej, na wypadek gdyby gdzies utknal. Kto zgadnie za co Mlodszy sie przebiera? Fani gier komputerowych nie powinni miec problemu ;)
 

I po srodzie. A! Udalo mi sie spiep**yc skaner w pracy! :O Utknela mi skanowana kartka, a kiedy chcialam ja wyciagnac kawalek sie urwal i zostal w srodku. Pootwieralam i poodchylalam wszystkie mozliwe panele, ale kawalek papieru siedzi gdzies tak gleboko, ze pozostalo zaczac rozkrecac drukarke kawalek po kawalku... na co sie nie odwaze. Nie ufam sobie, ze potem poskladalabym ja w jedna calosc. :D Skaner stanowi tez drukarke, a ta na szczescie dziala, no i mamy drugi. Ten poczeka az szef wroci z Chin i zdecyduje co dalej... ;)

Czwartek... Praca, praca... Zazdroszcze sasiadowi, ktory nie tylko nadal pracuje z domu i jego firma nie ma planow zeby sciagac ludzi z powrotem, ale jeszcze pracuje tylko 3 dni w tygodniu (za to po 12 godzin, zeby byla odrobina sprawiedliwosci)! No zeby tak sie ustawic?! :D Autobusy juz drugi dzien przyjechaly rano praktycznie o tej samej porze, czyli tuz przed 8 rano. Niewazne, ze Bi powinien byc przynajmniej 10 minut wczesniej. ;) Odpukac w niemalowane, po poludniu tez autobusy przyjezdzaja o calkiem rozsadnych porach. Nik najczesciej juz o 15:40 jest w domu i kilka razy sie zdarzylo, ze M. jeszcze nie dojechal. Na szczescie Mlody zna kod do garazu, otwiera go wiec sobie i jezdzi hulajnoga po pustej przestrzeni. :D Z jakiegos powodu nie lubi isc na gore, gdzie czeka na niego steskniony psiur. ;) Bi niestety nadal przyjezdza dopiero okolo 16:30, ale nie za bardzo jest to jak obejsc. Zadne z nas nie da rady codziennie przyjezdzac na 15:15 do szkoly, a placic za swietlice, w ktorej przebywalaby w porywach 20 minut, tez nie nie oplaca...

I w tym miejscu, a jest juz piatek, blogger sprawil, ze wyszlam z siebie i stanelam obok. Wlasnie czytalam moje wypociny, kiedy sie zawiesil, a kiedy laskawie "ruszyl", okazalo sie, ze opis czwartkowego popoludnia, ktory wklepalam poprzedniego wieczora, pufff!!! i wsiakl!!! :((((( 

Dopisze jeszcze raz, choc nie chce mi sie juz wrzucac tylu szczegolow. Moze to i dobrze, znajac moje tasiemce... ;)

W czwartek po poludniu Bi miala jak zwykle trening pilki. Nik mialby normalnie basen, ale ze nadal smarkal, stwierdzilam, ze lepiej niech zostanie w domu. Na basenie wiadomo, po wyjsciu z wody latwo jest zmarznac, zreszta tutaj nawet woda jest (dla mnie) lodowata! :O Pojechalam wiec ze starsza, a Mlodszy zostal i ganial  z sasiedzka gupa, ktora tego dnia uzbierala sobie szesciu czlonkow. ;)

Taki mam widok z okna prawie kazdego dnia - banda mlodziezy ganiajaca po podworku (Nik siedzi na schodkach i w bialej koszulce zlewa sie z drzwiami :D). W sumie to wspolczuje sasiadom, bo to na ich podworku glownie szaleja ;)
 

Bi trafil sie w tym roku jakis strasznie ambitny trener. Nie dosc, ze treningi maja o 15 minut dluzsze niz zawsze, to jeszcze nigdy nie odwoluje ich (np. z powodu pogody), tylko jak juz, przeklada na inny dzien. W minionym tygodniu zas, z racji, ze dziewczyny nie graly w poprzedni weekend, a w nadchodzacy ogolnie nie ma meczow, wiec trener spiknal sie z trenerka innej druzyny z naszego miasteczka i zorganizowali mecz "towarzyski". Dziewczyny zachwycone, bo z jakiegos powodu mecze to najlesza czesc pilki, mimo, ze to na treningach jest najwiecej wesolych wyglupow. ;) W tamtej druzynie znalazl sie nawet jakis chlopiec i przyznaje, ze podziwiam, ze zgodzil sie grac z dziewczynami. Nik w zyciu by na to nie przystal. :)

Wyscig po pilke miedzy Bi a owym chlopcem... Musicie mi uwierzyc na slowo, ze nasza druzyna ma czarne koszulki, a tamta miala brazowo - czerwone. Na zdjeciach, przy marnym swietle, kolor wyglada prawie identycznie ;)

I jednak Bi okazala sie szybsza :D

Mecz zakonczyl sie wygrana "naszych" 2:1, choc bez zadnych uraz, bo dziewczyny (i chlopak) chodza do jednej szkoly, znaja sie chocby z widzenia, wiec duzo bylo zartobliwych nawolywan i przepychanek. :D A po powrocie do domu... wk*rw. Kiedy wyjezdzalam z Bi, krzyknelam do Kokusia (ktory nadal latal po ogrodzie sasiadow) zeby wracal do domu zjesc obiad, ale przed wyjsciem powiedzialam M. (glosno i wyraznie), zeby odrobil z Mlodszym lekcje. Wracam, jest godzina 19, pytam o prace domowa i co slysze?! Obaj zapomnieeeli!!! No kurna! Dobra, Nik ma 8 lat i cierpi na wrodzone roztrzepanie, wiec duzo nie mozna oczekiwac, ale ojciec tez buja w oblokach?! :/ Zaczelam na szybko robic kolacje, szykowac siebie i dzieci na kolejny dzien, a w miedzyczasie jednym okiem pomagalam Kokusiowi w lekcjach. O tej porze jednak Mlodszy juz byl zmeczony, a ja tez rozroszona, robil blad za bledem i kiedy dochodzila 20 stwierdzilam, ze wystarczy. Ile zrobil, tyle zrobil. Nie mniej nerw na malzonka pozostal. :///

Piatek. Poza wspomnianym wyzej buntem Bloggera, wstalam rano z bolem gardla, wiec jestem nastepna "ofiara" wirusa. Ciekawe czy M. chwyci? ;) Poza tym, po wsadzeniu Potworkow w autobusy, podeszlam do sasiadow po instrukcje obslugi kota (;P), ktorego mamy karmic przez weekend. Dodatkowa atrakcja dla dzieciakow. ;)

Przed Potworkami dlugi, 4-dniowy weekend. W poniedzialek mamy Columbus Day, we wtorek szkola sie nauczyciele z naszej miejscowosci. :) Dla mnie niestety weekend bedzie "rozerwany". Wtorek biore wolny, ale w poniedzialek nie dosc, ze musze byc w pracy, to jeszcze bede w niej do wieczora, bo szykujemy dawke dla kolejnego pacjenta. Wolne zmuszony jest wiec wziac M., ale mysle, ze dobrze mu to zrobi. Bedzie mial okazje spedzic z dzieciakami troche czasu i sie wykazac. ;)