piątek, 30 stycznia 2026

Ostatni tydzien stycznia i grafikowe niespodzianki

Sobota, 24 stycznia, to upragniony weekend i dluzsze spanie. Mimo ze poprzedni tydzien byl krotszy bo mielismy wolny poniedzialek, i ogolnie spokojny, to jakos mi sie dluzyl i zmeczyl... Moglismy spac do woli, bo mimo ze Nik mial mecz, to dopiero na 11:30 i co prawda w sasiedniej miejscowosci, ale w szkole, ktora jest od nas blizej niz jego wlasna. Wstalismy wiec pozno i po leniwym sniadaniu zebralismy sie i pojechalismy. Niestety, nasze chlopaki trafily na bardzo mocna druzyne, a dodatkowo sami mieli miesiac przerwy w meczach. Najpierw byla przerwa swiateczna, a pozniej jakos dziwnie ustawiony grafik i dopiero tego dnia doczekali sie pierwszego meczu od polowy grudnia.

Mlodszy przy pilce 

Jak grali, mozna sie domyslic. Przegrali sromotnie, bo 21:36. :D Nik wyjatkowo nie wyszedl zly, tylko smial sie, bo faulowali tak, ze jeden z chlopcow zostal zdjety z boiska (za kare) na reszte meczu. Tlumaczylam Kokusiowi, ze nie ma sie z czego cieszyc, bo to bardzo niesportowe, ale jakos sie nie przejal. Z typowa logika 13-latka stwierdzil, ze dla swoich kolegow trzeba byc milym, ale obcym mozna dowalac ile wlezie. Suuuper... Wrocilismu do chalupy gdzie zdazyl dojechac M. i utknac w kuchni. Jak to malzonek; mial zrobic jedna rzecz (schabowe), ale powyciagal z lodowki wszelkie resztki i polprodukty i przerabial co sie dalo. W sumie zazdroszcze mu takiej weny, bo sama gotowac nie znosze i jak cos robie, to scisle to, co zaplanowalam. ;) Obejrzalam sobie skoki narciarskie (nasi jak zwykle beznadzieja) i za chwile czas byl jechac do kosciola. Tak jak sie spodziewalam, na mszy byly tlumy jak na Boze Narodzenie czy Wielkanoc. Poniewaz na kolejny dzien zapowiadali rekordowe opady sniegu, wiec wszyscy stwierdzili ze trzeba zaliczyc kosciol w sobote. Po mszy weszlam tylko na moment do domu, Nik chwycil plecak i znow wyruszylismy. A gdzie, zapytacie? Ano, moj syn jechal na pierwsze w zyciu... nocowanko. :O W zyciu bym nie przypuszczala, ze to Mlodszy pierwszy bedzie nocowal poza domem, bez rodzicow. Pewnie nie pamietacie, ale kilka lat temu Bi dostala zaproszenie na nocowanko u swojej najlepszej przyjaciolki - sasiadki. I w ostatniej chwili (kiedy juz miala wychodzic) spanikowala, poplakala sie i stwierdzila ze nie idzie. Poniewaz jednak ma w miare stale grono bliskich kolezanek, spodziewalam sie, ze predzej czy pozniej ktoras urzadzi sleepover. U nas oczywiscie odpada, bo M. kategorycznie sie nie zgadza. Dziewczyny jakos jednak sie nie zebraly, za to chlopaki - prosze. Zadzialalo to, ze najlepszy kumpel Kokusia, z ktorym znaja sie od przedszkola, pod koniec lutego przeprowadza sie do innego Stanu. Samej mi smutno, bo znam rodzicow tego chlopca; to wyksztalceni, przyzwoici i tacy "normalni" ludzie. Przez tyle lat, kiedy Nik szedl do H., to wiedzialam ze tam bedzie dopilnowany i zadne dziecko nie wpadnie na jakis glupi pomysl. Teraz, kiedy wyjada, kto wie z kim Mlodszy sie najbardziej zaprzyjazni... :O W kazdym razie, ktorys z chlopcow wpadl na pomysl, ze zanim H. wyjedzie, trzeba urzadzic pozegnalne nocowanie! Myslalam, ze to takie tam gadanie smarkaczy i pomysl umrze smiercia naturalna, tymczasem juz 3 tygodnie pozniej sie skrzykneli. Co prawda spodziewalam sie ze Nik, podobnie jak Bi, w ostatniej chwili stchorzy, tym bardziej ze wydaje sie bardzo z nami zwiazany, ale do konca twardo twierdzil ze jedzie. No to go zawiozlam. Pozostala trojka chlopcow juz tam byla i wybiegli mu na spotkanie, probujac skakac na barana, bo obecnie Nik jest z nich najwyzszy. ;) Wczesniej powiedzialam synowi, ze jesli bedzie chcial wrocic do domu, to niech pisze, nawet w srodku nocy. Spytalam mamy, ktora zorganizowala spotkanie o ktorej Kokusia odebrac nastepnego dnia i pojechalam. Nik napisal jeszcze tylko pozniej, ze z kolegami wlezli do... jacuzzi. :O

Brrrr...

Bosz... Caly dzien mielismy -10 stopni, na wieczor temperatura jeszcze zaczela spadac, a oni lataja w strojach kapielowych... Nik dopiero co wyzdrowial. Koszmar, ale coz, byl poza nasza kontrola. ;) O maly zawal przyprawil mnie kiedy zadzwonil prawie o 22. Myslalam, ze jednak chce do mamusi, ale okazalo sie, ze chcial tylko powiedziec ze swietnie sie bawi. :D

Mama kolegi Kokusia powiedziala zeby odebrac go okolo 10, bo snieg mial zaczac padac gdzies o 11. W niedziele mialam wiec budzik nastawiony na 8, zeby sie spokojnie dobudzic i ogarnac. Spokojnie jednak nie bylo, bo kiedy w koncu sie podnioslam na lozku i zalozylam okulary, okazalo sie, ze juz sypie! :O Szykowalam sie w lekkiej panice, jednoczesnie piszac do syna ze bede wczesniej. Dlugo nie odpisywal i obawialam sie, ze spi jak zabity i nie slyszy telefonu. Na szczescie wreszcie sie odezwal, wiec krotko po 9 pojechalam. Drogi byly... straszne. Wszedzie lezalo juz kilkanascie cm sniegu i bylo baaardzo slisko. Wiem, bo pare razy testowalam hamulce, a i auto mi czasem zarzucilo. Paradoksalnie, tam gdzie chwile wczesniej przejechaly plugi, bylo najgorzej, bo zostawialy taka ugnieciona, sliska warstwe na lodowatym asfalcie. Juz lepiej jechalo sie po sniegu. A dom kolegi stoi na szczycie dlugasnego wzgorza. W sumie, pod gore jakos sie jechalo, tylko potem trzeba zjechac, a ulica nie dosc, ze opada w dol, to jeszcze skreca raz w jedna, raz w druga strone. No ale dojechalismy do domu szczesliwie i tylko Nik byl niezadowolony, bo dzien wczesniej ostatni przyjechal, a tego ranka pierwszy pojechal do domu. Nie moglam tez z niego wydobyc co z kolegami porabial, oprocz tego, ze poszedl spac prawie o 4 nad ranem. :O Dzien spedzilismy oczywiscie leniwie, bo co innego robic w taka zawieruche? Tylko Nik po poludniu poszedl potarzac sie w sniegu. I lekko mnie zirytowal, bo postanowil urzadzic "lawine", spychajac snieg z tarasu po schodach. A ja chcialam po tarasie poznac ile nam go napadalo, bo tam zawsze najlatwiej to sprawdzic. :D Nawet jednak bez tej pierwszej warstwy, widac bylo ze spadlo duuuzo. O 16 uznalam ze pora zaliczyc odsniezanko nr. 1. Kiedy wyszlam, okazalo sie ze sniegu mialam po kolana i wpadal do butow. Musialam wrocic i zalozyc spodnie narciarskie. Odsniezanie okazalo sie troche syzyfowa praca, bo zanim z Bi skonczylysmy kostke, od drugiej strony juz byla zasypana kilkucentymetrowa warstwa. A snieg sypal i sypal... Juz nie pamietam kiedy spadlo nam az tyle na raz. Chyba w 2012 roku, kiedy po jednej sniezycy, zeby odsniezyc, M. musial wychodzic okienkiem w lazience, bo drzwi nie dalo sie otworzyc, a kupa sniegu byla wyzsza od rocznej Bi. Dobrze ze chociaz byla niedziela, wiec ogolnie mniejszy ruch na drogach. A zamkniecie szkol na kolejny dzien ogloszono juz o 11 rano, jak nigdy. ;) Z pracy przyszedl mail (teraz moge je sprawdzac w telefonie, ha!) ze federalne biura w stolicy maja byc zamkniete w poniedzialek, a pracownicy przejsc w tryb zdalny. Z mojego regionu takiego zawiadomienia nie bylo, ale i tak z gory wiedzialam ze bede pracowac z domu. Malzonek nie poszedl z nami odsniezac, bo stwierdzil ze przejedzie maszyna pod wieczor, zeby odsniezyc jak najwiecej przed noca. Potem troche zalowal, bo zrobilo sie ciemno, snieg nadal zawiewal, a on musial isc. Nie dosc, ze pogoda nie wspolpracowala (tyle ze temperatura podniosla sie z -10 na "az" -6 :D), to jeszcze wszystko szlo mu na opak. Najpierw nie mogl znalezc kluczyka do odsniezarki. Zawsze lezal w szufladzie gdzie mamy wszystkie zapasowe klucze do aut, przyczepy, itd., a teraz go wcielo. Po dlugich poszukiwaniach znalazl go w kieszeni spodni, gdzie zostawil po sprawdzeniu odsniezarki kilka dni temu. Poszedl wiec do skladziku, po czym po chwili przyszedl klnac niczym szewc, bowiem... urwal linke! Odsniezarka ma bowiem kluczyk do wlaczenia, ale odpala sie ja za pomoca pociagniecia za sznurek, jak kosiarke czy pile lancuchowa. Nasza ma juz wiele lat, wiec linka musiala po prostu przetrzec sie z wiekiem. No cudnie po prostu. Odsniezyc musielismy, bo nawet przy napedzie na 4 kola, przez taka ilosc sniegu nasze auta mialyby problem sie przebic. Szczesliwa nie bylam bo juz sie tego dnia namachalam szufla, ale stwierdzilam, ze meza tak samego nie zostawie i zaczelam szykowac sie zeby pojsc mu pomoc. Uratowalo mnie na szczescie to, ze M. przypomnial sobie ze odsniezarke moze tez odpalic od kontaktu. Przeciagnal kabel z gniazdka na tarasie i po chwili rzezenia, ufff... odpalila! Za pomoca maszyny wszystko poszlo juz jak po masle, wiec raz-dwa i caly podjazd byl odsniezony. Szkoda, ze na poniedzialek szykowala sie powtorka, bo sniezyca nie odpuszczala...

Poniedzialkowy ranek byl leniwy dla Potworkow; dla mnie juz nie, bo pracowalam. Z domu, ale zawsze to praca. Juz o 8:30 mialam wirtualne spotkanie z szefem, wiec musialam zerwac sie odpowiednio wczesnie zeby sie dobudzic i doprowadzic do porzadku. Mimo ze mlodziez mogla pospac, to juz o 8 oboje byli na nogach. Kokusiowi sie nie dziwie, bo po nocowaniu u kolegi i nocnych szalenstwach, w niedziele padl juz o 21. Bi jednak siedziala do polnocy, no ale z niej zawsze byl ranny ptaszek. Ostatecznie spadlo nam pol metra sniegu, z czego Nik radosnie skorzystal, zaraz po sniadaniu ruszajac na male tarzanko. :D

Widzicie ta biala "gorke" za oknem, zaslaniajaca widok? To zaspa, ktora utworzyla sie na dachu garazu

Tak wygladal taras, a to juz po zrzuceniu z niego pierwszej warstwy kiedy Nik bawil sie w "lawine" 

Nik cos tam pomachal szufla, ale bez wiekszych rezultatow

Ja mialam wyjsc i odsniezyc jeszcze raz kostke, ale od rana nadal padal snieg, raz mocniej, raz slabiej, wiec czekalam i czekalam... W koncu stwierdzilam, ze trudno, ide. I w tym momencie syn oznajmil, ze umowil sie z kolegami (tymi samymi co na nocowanku) na sanki przy szkole Bi. No to, bedac kochajaca matka, stwierdzilam, ze go podwioze, bo zimno, lezy snieg, itd. Tak po prawdzie to mielismy "najcieplejszy" dzien w tym tygodniu, bo termometr pokazal "az" -3 stopnie. ;) Pojechalam i pozalowalam tego juz przy wyjezdzie z wlasnego podworka. Po tym co M. odsniezyl, dowalilo nam kolejne kilkanascie cm sniegu. Ulica byla biala i plugow tego dnia nawet nie widzialam, ale skubance musialy jednak przejezdzac, bo wjazd mialam caly zawalony. Niestety, kupa sniegu tak sie jakos wtopila w reszte lezaca na podjezdzie, ze dopiero kiedy auto mi ugrzezlo i wszystkie kola zaboksowaly, dotarlo do mnie, jak tam bylo gleboko. Cale szczescie, ze mam naped na 4 kola, wiec silnik glosniej zawyl i wyjechalam z potrzasku. Gdybym go nie miala, utknelabym tam na dobre. Dalej wcale nie bylo lepiej. Drogi na naszym osiedlu byly biale. Droga prowadzaca do glownej - biala. Glowna w miare odsniezona, ale pokryta snieznym, sliskim blotem. Praktycznie na kazdym zakrecie auto mi zarzucalo, ale to z wlasnej winy, bo nie mam cierpliwosci do slimaczej jazdy. ;) Tak czy siak, dowiozlam syna na miejsce, ale powiedzialam mu ze kolejny raz nie wyjezdzam i ze musi wrocic pieszo. W drodze powrotniej oczywiscie znow utknelam na sekunde wjezdzajac na wlasny podjazd, ale teraz juz sie tego spodziewalam. Pozniej przystapilam do odsniezania kostki. Okazalo sie, ze odsniezone pieknie przez Bi schodki, zostaly zupelnie zasypane przez zawiewajacy snieg. Nik rano je odsniezyl, ale tylko taka waska sciezke. A teraz i tam i przed frontowym wejsciem, lezala znow warstwa swiezego sniegu. Odsniezylam, oczyscilam przed wejsciem do skladziku, bo tam chowamy szufle i M. odsniezarke, a potem pomyslalam, ze moze odkopie troche przy wjezdzie. Taaaa... Snieg nawalony przez plugi byl ubity i ciezki, wiec szybko sie poddalam. Okazalo sie, ze syn na gorce spedzil niecala godzine, po czym napisal, ze juz wraca. Patrzylam potem na jego lokalizacje i zastanawialam sie czemu idzie jakas dziwna trasa. Domyslilam sie, ze wdrapal sie na wzgorze, zeby potem zjechac z niego prosto na nasza ulice. Przynajmniej mial tyle rozsadku zeby zjezdzac chodnikiem. ;)

Doszedl do domu. No i same popatrzcie, czy tam wyglada ze jest tak gleboko, ze utknie samochod?! 

Bi wzielo tego dnia na gotowanie. Wymyslila domowe tacos i wyszly jej bardzo smaczne, choc wlasciwie przygotowala empanadas, bo zamknela tortille niczym pierogi. :D Brat nie pozostal dluzny i stwierdzil ze upiecze swoja ukochana babke na oleju. Tym razem bardziej pilnowal ilosci skladnikow, ale ze zawsze musi cos schrzanic, to nie obylo sie bez przygod. Nastawil zegar na kuchence na 35 minut, a kiedy powiedzialam ze musi poprawic na 45, zamiast wylaczyc zegar, nacisnal guzik wylaczenia... piekarnika. Niestety, nikt tego nie zauwazyl i kiedy czas minal i poszlam wyjac ciasto, znalazlam je nadal surowe. :D Szybko wlaczylam piekarnik i zostawilam babke do upieczenia choc M. ponuro przewidywal ze wyjdzie zakalec. Stwierdzilam, ze zakalec tez da sie zjesc. ;) Okazalo sie jednak, ze babka wyszla normalna i jedyne co, to prawie nie urosla. Ale zakalca nie bylo. Mowie Wam, ze to jest ciasto nie do zepsucia. :D A jeszcze po poludniu Potworki dostaly podwojne dobre wiadomosci. Po pierwsze, odwolano trening na basenie, bo przed budynkiem nadal oczyszczano parking. A po drugie, szkoly we wtorek mialy lekcje opoznione o 2 godziny. Zyc nie umierac. ;)

We wtorek Potworki mogly wiec zaczac dzien pozniej. Teoretycznie mialam tego dnia rozpoczac szkolenie "w terenie", czyli pojechac na pierwsza inspekcje z innym inspektorem. Tyle, ze on mial jechac od strony Bostonu, a ja od przeciwnej i gdzie ja mialam okolo godziny jazdy, on mial ponad dwie i planowal zostac na te pare dni w hotelu. Poczatkowo zamierzal zanocowac tam juz w poniedzialek i zaczac inspekcje we wtorek o 9:30 rano, ale kiedy stalo sie pewne, ze idzie porzadna sniezyca i w poniedzialek drogi moga byc niepewne, przelozyl podroz na wtorek rano i poczatek inspekcji na 12-13. Dzieki temu ja rowniez nie musialam sie zrywac bladym switem. Stwierdzilam, ze po 9 odstawie Potworki do szkol (bo znow mielismy rano -10 stopni) i na 10 pojade do biura, a z tamtad na inspekcje. Krotko po 7 jednak dostalam wiadomosc, ze szkoly jednak sa... zamkniete! :O No to polozylam sie jeszcze na godzinke, bo uznalam ze pojade po prostu bezposrednio do kliniki, nie zahaczajac o biuro. Kiedy jednak wstalam, w sluzbowych mailach znalazlam wiadomosc, ze wszystkie regionalne biura sa nieczynne! Napisane bylo ze pracownicy ktorzy pracuja zdalnie, maja normalnie pracowac, ale wszyscy stacjonarni maja dostac dzien wolny z powodu pogody. Przyznaje, ze po tym mailu zglupialam. Teoretycznie jestem pracownikiem stacjonarnym, ale wolno nam pracowac czasem z domu. Tego dnia jednak mialam i tak jechac w teren. Niby logiczne, ze skoro drogi sa na tyle niebezpieczne zeby zamknac biura, to tym bardziej warunki nie pozwalaja jechac gdzies na inspekcje, tak? Nie wiedzialam jednak jakie panuja zasady, wiec wyslalam wiadomosc koledze. Potem nastepna. Bez odzewu. Nastepnie wyslalam maila szefowi. Rowniez nic. W koncu uznalam, ze kolega sie nie odzywa bowiem jest w drodze, wiec zaczelam sama szykowac sie do wyjscia. Akurat kiedy mialam sie malowac, oddzwonil. Mialam racje - juz jechal. Tyle, ze wlasnie zajechal do swojego regionalnego biura zeby wziac sluzbowe auto, to zas okazalo sie... puste (biuro, nie auto :D). Dopiero wtedy sprawdzil maile i znalazl wiadomosc o zamknieciu. Mial zadzwonic do naszego szefa i dac mi znac. Po polgodzinie zadzwonil ze szef nie odpowiada, ale ze warunki u niego sa nieciekawe, a przed nim kolejne 1.5 godziny drogi, wiec podjal decyzje, ze przelozymy rozpoczecie inspekcji na srode. W ten sposob zyskalam kolejny dzien w domu, choc w sumie to sama nie wiedzialam co z nim zrobic, bo nie bylam pewna czy powinnam zrobic sobie wolne, czy pracowac zdalnie. W koncu wybralam druga opcje, ale na luzie, tak zeby po prostu bylo widac, ze cos dzialalam. ;) Po poludniu poszlam przyniesc troche drewna do kominka i okazalo sie, ze sciezka na cholernych schodkach znow jest zasypana! Nie wiem czy to wiatr tak zdmuchiwal snieg, czy zasypal ja Nik, ktory lazi i tarza sie po sniegu, nie patrzac czy nie nanosi go na odsniezone przez nas powierzchnie... W kazdym razie, chwycilam za szufle i odsniezylam je juz kolejny raz... Wieczorem Potworki mialy trening i pojechaly, choc oboje z fochem. Nie wiem co to za moda, ze jak maja wolne od szkoly, automatycznie uznaja ze powinni miec wolne od wszystkiego... Malzonek ich zawiozl i poszedl spac, a ja pozniej odebralam, choc przyjechalam w momencie jak wlasnie wychodzili z wody, wiec za duzo nie zobaczylam.

Udalo mi sie dojrzec jeszcze w wodzie Bi, choc juz szykowala sie do wyjscia i niestety zaslania ja trener

Sroda to juz byla normalna pobudka i dla dzieciakow i dla mnie. Poniewaz na termometrze bylo -14 stopni, wiec stwierdzilam, ze zawioze Kokusia do szkoly. A jak jego, to i Bi (no i sasiadke), wiadomo. Tego dnia w koncu jechalam na pierwsza w zyciu inspekcje, czyli szkolenie w terenie (nawet sie rymuje ;P)! Na miejsce mialam jakas godzine jazdy, a dojechac planowalam o 9:30-10, wiec stwierdzilam ze wyjade okolo 8:20, zeby miec lekki zapas czasu. Taaa... :D Kiedy odwiozlam dzieciaki, byla 7:40, wiec wrocilam jeszcze do domu zeby umalowac oko bo nie zdazylam i zapakowac do auta wszelkie pierdoly na inspekcje. Okazalo sie to bledem, bo kiedy wlaczylam nawigacje, ta pokazala ze bede jechac godzine i 20 minut! :O Najpierw wzruszylam ramionami, bo zwykle spokojnie nadrabiam w drodze i zajezdzam szybciej. Choc te prawie pol godziny roznicy powinno mnie zastanowic. No niestety. Najpierw byl wypadek w moim wlasnym miasteczku, wiec zamiast jechac przez nie 10 minut, jechalam dwa razy tyle. Potem byl korek na autostradzie do samej naszej stolicy. Kiedy tam przejezdzalam, bylo juz po 9, a w dodatku (z tego co dojrzalam) ulice byly kiepsko odsniezone, wiec nawet nie zjezdzalam do biura zeby zmienic samochod, tylko pojechalam dalej swoim. Droga z biura do sprawdzanej firmy, wg. Google powinna mi zajac 37 minut. Niestety, pod sama miejscowoscia docelowa byl kolejny wypadek i korek jak ta lala. W ten sposob dojechalam prawie o 10. :/ Bylo mi wstyd i wiedzialam juz ze zdecydowanie musze wyjezdzac z wiekszym zapasem czasu, ech... O inspekcji nie mam wlasciwie co pisac, bo to po prostu mnostwo nowych wiadomosci. Samo sprawdzanie nie bylo w zasadzie tak doglebne, bo tego pierwszego dnia bardziej sie zapoznawalismy z firma, ludzmi, ich procedurami, itd. Za to mam do zapamietania pierdylion formularzy, kwestionariuszy, dokumentow i stron. Nie wiem ile inspekcji zalicze zanim to wszystko zapamietam... Czasowo niestety jestem zalezna od glownego inspektora, wiec skonczylismy dopiero po 17. Nawigacja pokazala, ze do domu bede jechala godzine i 12 minut, wiec juz nastawiona bylam na dluga jazde. Tymczasem, nie wiem co tam sie porobilo, moze kiedys byly remonty drog i nawigacja ma stare informacje. Wyjezdzam bowiem na autostrade, a ta kaze mi brac pierwszy zjazd! Jak na zlosc, na autostradzie tez nie bylo jakiegos znaku, ze jestem na poprawnej. Najpierw zignorowalam polecenie i jechalam dalej, ale ze nawigacja dalej "krzyczy" zeby zjechac, to zjechalam, bo jest ciemno, jestem w obcym miejscu i na dobra sprawe nie wiem czy na pewno dobrze jade. Zjechalam, po czym glupia nawigacja przeprowadzila mnie doslownie przez pol miasta zanim znow doprowadzila do autostrady. Wjezdzam i... nie uwierzycie! To go*no znow kaze zjechac! Jak ostatnia idiotka zjechalam, po czym kolejny raz skazana bylam na krazenie po miescie. Za trzecim razem, wjechalam na autostrade, ale kiedy nawigacja znow polecila zjechac, zignorowalam ja. Przejechalam kilka km zanim pojawil sie znak, ze jade dobra droga, a w miedzyczasie dostalam polecenie wziecia przynajmniej dwoch zjazdow. :O Nie mam pojecia co sie dzialo z tym pudlem, czy mroz oszronil jakies kabelki, czy co... W kazdym razie, dojechalam dopiero o 18:40, a moj maz ma jakies pretensje, ze nie biore sluzbowego auta! Kurna, mam marnowac kolejne 15 minut na zajezdzanie do pracy i wymiane aut?! W kazdym razie, dojechalam wykonczona i na szczescie tego dnia Potworki nigdzie nie jechaly. Co prawda w poniedzialek nie mieli treningu, wiec mogli w sumie pojechac tego dnia, ale ze w srody zawsze robia sobie przerwy, wiec gdzie... ;)

W czwartek nastapila powtorka z rozrywki. Trzeba sie bylo zerwac rano, wyszykowac i pedzic na inspekcje, po drodze zawozac Potworki do szkol. Ponownie mielismy -15 stopni, ale nawet gdyby bylo cieplej, Bi miala klub narciarski, wiec i tak musialam ja zawiezc, razem ze sprzetem. Tym razem nie wracalam do domu, tylko po odstawieniu Kokusia pojechalam prosto na inspekcje. Po drodze mialam troche zatorow, ale dojechalam o 8:45. Myslalam, ze bede tam czekac niewiadomo ile, ale moj instruktor dojechal juz o 9. Zaczelismy wiec troche wczesniej, ale i tak siedzielismy prawie do 17. Niestety, choc mielismy nadzieje na bezproblemowa inspekcje, znajdowalismy co i rusz jakies problemy. Raz cos blahego (ale jednak blednego), innym razem cos powazniejszego, co kolega zapisywal sobie zeby to przemyslec i skonsultowac z naszym szefem. Tym razem zrobilismy sobie kilka krotkich przerw, wiec nie bylo az tak meczaco jak w pierwszy dzien. Wyjechalam minimalnie wczesniej, ale to wystarczylo zebym miala troche wiecej dziennego swiatla. Dzieki temu, widzialam dokladnie gdzie jade i nie dalam sie nawigacji sprowadzic na manowce. Ta zas, w polowie drogi, tuz przed stolica naszego Stanu, kazala mi zjechac z autostrady! Zaraz potem wpakowalam sie w potezny korek, ide jednak o zaklad, ze i tak tamtedy przejechalam szybciej (choc w slimaczym tempie) niz gdybym tlukla sie przez srodek miasta... Do domu doturlalam sie o 18:20, a na 19 Nik mial trening kosza. Na szczescie M. go zawiozl, bo ostatnie na co mialam ochote, to prawie od razu wsiadac ponownie w samochod. Niestety, pozniej nie mialam wyjscia, bo o 20, kiedy Mlodszy konczyl, z nart wracala tez Bi. Malzonek wiec po nia pojechal, a ja jednak musialam znow siadac za kolko i pedzic po syna.

No i piatek, ktory zaczal sie jak dzien wczesniej, z ta roznica, ze tym razem to Nik mial klub narciarski, wiec jego sprzet wiozlam do szkoly. Ponownie pojechalam prosto na inspekcje. Oczywiscie tym razem ruch na drodze byl calkowicie luzny, wiec dojechalam juz o 8:34. :O Na szczescie kolega przyjechal kwadrans po mnie, wiec zaczelismy jak najszybciej. Stwierdzil tez, ze chce skonczyc juz o 14, zeby spokojnie zajechac do swojego biura i oddac auto, bo wiadomo ze bedzie sie przebijal przez bostonskie, piatkowe korki. Hmmm... gdybym wiedziala, sama wzielabym rano sluzbowe auto, zeby chociaz raz sprobowac jak to wyglada. Niestety, przez to ze skonczylismy wczesniej, nie bylo nawet szans zeby zakonczyc inspekcje tego dnia, wiec czeka nas powrot w przyszlym tygodniu. W dodatku, patrzac na to jak to idzie, nie wiem czy zamkniemy sie w jednym dniu. Ech... Spytalam kolegi ile ma inspekcji, gdzie wszystko idzie gladko i nie znajduje nic powaznego. Powiedzial, ze prawie kazda. Czyli mam pecha (albo szczescie, bo moge zobaczyc procedury przy bledach) i trafilam oczywiscie na problemy... Przynajmniej do domu dotarlam o przyzwoitej porze, bo tak wczesnie prawie nie bylo korkow (choc juz zaczynaly sie te popoludniowe) i dojechalam o 15:30. Akurat dojechal tez M., ktory odebral po drodze Bi. Przeszlo mi przez mysl zeby dolaczyc do Kokusia na nartach, mielismy jednak -9 stopni z odczuwalna -12. A zblizal sie wieczor, kiedy wiadomo, temperatura zaczynala spadac. Na sama mysl az przechodzily mnie ciarki. Poza tym pomyslalam ze lepiej zrobic tygodniowe zakupy, to bede miala spokojniejszy weekend. Gdybym ich bowiem nie zrobila w piatek, musialabym jechac w sobote. A ze dzien wczesniej napisalam juz do nauczycielki nadzorujacej klub, ze nie dam rady przyjechac (bo spodziewalam sie znowu powrotu po 18), wiec stwierdzilam ze wole jechac do sklepu. Pojechalam wiec z niezawodnie towarzyszaca mi Bi, a po powrocie moglam sie troche zrelaksowac po trzech intensywnych dniach. A jeszcze, kiedy bylam w sklepie, zadzwonil M. bo Nik napisal do niego, ze zapomnial... biletu na wyciag! Dzieciaki z klubu maja bowiem karnety na wszystkie piec wyjazdow. Wiekszosc przyczepia je do kurtek, a moj syn... trzyma w kieszeni spodni. Pomijajac fakt, ze latwo moze go zgubic, to tym razem wzial cieplejsze spodnie, ale o tym, ze w lzejszych ma karnet, juz zapomnial. Malo tego. Rano, juz w czasie jazdy do szkoly, przypomnialo mi sie ze nie dalam mu kasy na jedzenie na stoku, na co syn klepnal sie w czolo, ze on tez zapomnial! Na szczescie mialam troche gotowki w portfelu. Ech... Najpierw Bi, teraz on... Tacy niby juz duzi, a caly czas trzeba za nimi dreptac i przypominac... Tymczasem Mlodszy zadzwonil do ojca, ktory oczywiscie nie ma pojecia gdzie leza spodnie narciarskie syna, ani w ogole jak wygladaja, wiec zadzwonil do mnie. Na szczescie matka wiedziala, bo jak nie ja, to kto. :D Okazalo sie ze wystarczylo ze M. wyslal mu zdjecie karnetu i na stoku pracownicy mogli z tego zdjecia skanowac kod. Nie mialam pojecia, ze tak sie da, a co ciekawe pracownicy tez nie. Nik opowiadal, ze musieli sobie przekazywac owe wiesci, bo ktorys go skanowal i skomentowal "o, to ty jestes ten dzieciak ze zdjeciem?". :D Malzonek poszedl spac juz o 19, wiec na 20 jechalam po syna pod szkole. I malo zawalu nie dostalam, bo wysiadl z autobusu w samej bluzie, a mielismy juz -15, przy odczuwalnej -18. Stwierdzil ze jest mu cieplo, a na nartach jezdzil w samej kurtce, tylko z koszulka pod spodem. :O Po powrocie do domu, moglam sie juz spokojnie powygrzewac przed kominkiem i wreszcie cieszyc, ze doczolgalam sie do weekendu. :D

Z malych ciekawostek, w tym semestrze Bi ma w koncu wybrana przez siebie zoologie. Program brzmi powaznie, bowiem poza wkuwaniem naukowych pojec i spora dawka laciny, beda przeprowadzac sekcje. Zaczna od najprostszego organizmu - robaka i przejda przez rybe, zabe, jakiegos ptaka, az po TO:

Makabra w sloiku ;)

"To" to (jak mysle widac) jest swinski plod. Podobno nie zostal ukatrupiony do celow naukowych, tylko zmarl smiercia naturalna, ale i tak wydaje mi sie to dosc... makabryczne. Szkoda mi prosiaczka. :(

piątek, 23 stycznia 2026

Cisza przed burza, czyli spokojny tydzien przed (doslownym) sztormem

Niedziela, 18 stycznia to dluzsze spanie. Bardzo dlugie. Dzien wczesniej zasiedzialam sie i bylo grubo po polnocy gdy kladlam sie spac. Wobec tego, kiedy budzik zadzwonil o 8:30 rano, zamknelam oczy jeszcze "na chwile". Kiedy je otworzylam, byla 10:10, wiec to byla dosc dluga chwila. :D W sobote spadlo nam troche sniegu, ktory rano nadal proszyl, wiec napisalam do taty z pytaniem czy wpada na zwyczajowa kawe, czy boi sie zimy.

Zimowe widoki o poranku 

Odpisal, ze zima mu nie straszna i przyjedzie. ;) Posiedzielismy wiec jak zwykle z dziadkiem, a po jego odjezdzie zmusilam sie zeby jechac na zakupy. Strasznie mi sie nie chcialo, ale kotu skonczylo sie mokre zarcie, wiec nie bylo wyjscia. W ciagu dnia snieg przestal padac, a solidnie sypane sola drogi wydawaly sie calkiem niezle, wiec wymowki brak. ;) Zabraly sie ze mna Potworki, a po wyjsciu z puszkami, stwierdzilam ze podjedziemy jeszcze do spozywczego, bo jak zwykle mielismy kryzys z jajami, choc w czwartek kupilam 2 tuziny. :O Jak na zlosc, snieg, ktory mial zaczac ponownie padac o 18, zaczal juz teraz, a byla 16. I to padal na tyle mocno, ze osiadal na posniegowym blocie, ktorego resztki lezaly na jezdni. Warunki robily sie wiec gorsze doslownie w oczach. Wpadlismy do sklepu, chwycilismy jaja, Bi zgarnela jeszcze po drodze sushi i popedzilam (ale wolno i ostroznie) do domu.

Po powrocie, czemu by nie zagrac w snieznego kosza?

Tam napalone juz bylo w kominku, wiec mozna sie bylo zagrzac i zrelaksowac, patrzac na sypiacy snieg za oknem. No i z mila swiadomoscia, ze mielismy kolejnego dnia wolne; znaczy sie ja i Potworki. ;)

W poniedzialek moglismy wiec znow pospac dluzej. Byl dzien Martina Luthera Kinga Jr., wiec szkoly oraz urzedy federalne byly zamkniete. U M. niby pracowali, ale kazdy mogl wziac dzien wolny, bezplatny, za to bez zuzywania wakacji. Poniewaz pojawilo sie u niego zawrotne 6 osob, wiec wyszedl w poludnie. ;) Gdzies w nocy snieg przestal padac, wiec rano przywitala nas iscie bajkowa sceneria. 

Mozna nie lubic zimna, mozna nie lubic sniegu, ale na Florydzie takich widokow nie znajdziecie :)

Po powolnym ogranieciu sie, chwycilam za odkurzacz oraz mopa, tym razem chcac zrobic porzadek z podlogami na gorze. Nik z entuzjazmem zabral sie za swoj pokoj, a Bi z duzo mniejszym, ale ogarnela u siebie. Panna byla na popoludnie umowiona z kolezankami do galerii, gdzie mialam zawiezc ja oraz sasiadke, a sasiad mial potem dziewczyny odebrac. Ja nie moglam (i nie chcialam) bo M. bral moje auto na zmiane oleju i nie wiedzialam ile mu to zajmie. Na 13:30 odstawilam wiec pannice pod galeria, a potem wrocilam do chalupy. Poskladalam pranie, wstawilam kolejne oraz zmywarke, troche posiedzialam na spokojnie z kawa, po czym stwierdzilam, ze czas brac sie za lasagne. Tyle, ze olsnilo mnie iz... nie wyciagnelam miesa z zamrazarki! :O Poniewaz nie bylo szans zeby rozmrozilo sie szybciej niz za kilka godzin, wiec z westchnieniem przelozylam to danie na inny dzien. Za to, skoro zyskalam czas, szybko upieklam mini serniczki. Wyobrazcie sobie, ze zostala mi masa sernikowa z urodzin Kokusia. To juz ponad miesiac i mialam ja wyrzucic, ale zajrzalam w wiaderko i ani nie porosla plesnia, ani nie pachniala jakos podejrzanie. Stwierdzilam wiec, ze grzechem byloby jej nie wykorzystac, a ze wszyscy poza Nikiem lubia te cytrynowe serniczki, wiec raz dwa je machnelam. Poza tym, Potworkom (a w szczegolnosci Bi, bo wiadomo ze po lazeniu po galerii byla zmeczona) sie poszczescilo, bo na basenie wysiadlo ogrzewanie wody, wiec odwolano trening. Pozniej niestety nadszedl koniec laby i trzeba bylo wyciagnac sniadaniowki i szykowac sie na powrot do kieratu.

Wtorek przywital nas -7 stopniami na termometrze. Nik dopiero co wydobrzal, wiec stwierdzilam ze lepiej zeby nie sterczal na takim mrozie i stwierdzilam ze go zawioze. Spytalam Bi czy woli jechac ze mna czy z sasiadka (bo oni teraz codziennie woza corke, wiec zabieraja i ja), ale odparla ze woli ze mna, bo jej kolezanka ma problemy z wyrobieniem sie i wiecznie dojezdzaja na ostatnia chwile, lub wrecz spoznieni. Co prawda sasiadce tez musialam zaproponowac podwozke bo ciagle zabieraja Starsza, ale kiedy jedzie z nami, jakos presja dziala i sie nie spoznia. ;) Tym razem okazalo sie, ze wszyscy jakos tak sie slimaczylismy, ze sasiadka zdazyla juz corke podwiezc pod nasz dom. Odstawilam dziewczyny, odstawilam syna, po czym "popedzilam" do pracy. W cudzyslowiu, bo na autostradzie byl wypadek, zablokowali dwa z trzech pasow i korek zrobil sie, ze ho-ho. Trzy km pokonalam w... 40 minut! :O A pozostale 6 w 10... Dobrze, ze moje cotygodniowe wirtualne spotkanie szef przelozyl na 10, bo w zyciu bym nie zdazyla... W biurze byly nas az... dwie osoby. :D Dzien sie troche dluzyl, ale nadal mam szkolenia, a do tego upomniec sie o uwage ludziskow z IT, aktywowac korpo karte kredytowa i wklepac ja w profil do rezerwacji podrozy. A, bo zapomnialam napisac, ze moja karta przyszla poprzedniego dnia. Prosilam o przyspieszone rozpatrzenie i sprawili sie na medal. Zamiast wyslac poczta (ktora w poniedzialek miala wolne), wyslali FedEx'em, wiec niezle sie zdziwilam kiedy znalazlam koperte pod drzwiami. Teraz z M. zartujemy, ze jedziemy na zakupy, wydawac pieniadze podatnikow. :D Zarty zartami, ale przy kazdej prezentacji czy szkoleniu w pracy, podkreslane jest na kazdym kroku, ze wszystko mamy oplacane z publicznej kasy. Smieje sie, ze powinnam przestac placic podatki, bo to tak jakbym sama sobie placila pensje. :D W kazdym razie, dzien jakos zlecial, przebilam sie przez popoludniowe korki i doturlalam do domu. Caly dzien trzymal solidny mroz, a na wieczor temperatura zaczela jeszcze spadac, wiec bardzo ucieszyl nas mail, ze naprawa grzalki na basenie nadal trwa i trening ponownie zostal odwolany. Napalilismy w kominku i spedzilismy wieczor na leniuchowaniu, poza codziennym ogarnianiem. Spojrzalam tez z Kokusiem na wybor przedmiotow na kolejny rok. Podobnie jak Bi, on rowniez musi wybrac przedmioty do 9 klasy, czyli pierwszej szkoly sredniej. W przeciwienstwie do siostry jednak, Nik nie ma pojecia co kiedys chcialby robic, ani co go interesuje. Niektore przedmioty, jak angielski, matematyka, historia oraz fizyka, ma obowiazkowe, ale reszte musi wybrac. Zreszta, nawet te obowiazkowe, ma wpisane jako rozszerzone, ale jesli nie czuje sie na silach, moze wziac je na zwyklym poziomie. Zamiast hiszpanskiego zas (a pani wpisala mu rozszerzony na poziomie III) moze wziac poziom II, lub zaczac od poczatku i wziac francuski I. ;) Po wpisaniu obowiazkowych przedmiotow oraz jezyka, Nik ma 5.5 kredytu, a musi miec pomiedzy 6.5 a 7.5. Mlodszy, podobnie jak rok temu siostra, celuje w 7, zeby miec tez w grafiku przerwy, tzw. study halls. W czasie tych przerw, uczniowie moga odrabiac lekcje, pojsc do biblioteki, konczyc jakies projekty, czy tez po prostu poczytac ksiazki lub odpoczac. Dla Kokusia oznacza to jednak wybor kolejnych dwoch przedmiotow, jednego z 1, drugiego z 0.5 kredu, lub trzech po 0.5. Te kredyty (credits) jeszcze dodatkowo komplikuja sprawe. ;) W dodatku, zeby w przyszlosci ukonczyc szkole, uczniowie musza miec jeden kredyt "artystyczny" i wiekszosc bierze wlasnie cos ze sztuka lub muzyka w I klasie, zeby juz miec z glowy. Mlodszy caly czas twierdzil ze wezmie znow zespol i jeszcze rok pogra na trabce (to daloby mu caly kredyt), teraz jednak nie jest pewnien i zastanawia sie nad jakas grafika komputerowa itd. Problem w tym, ze jest cholernie niezdecydowany, wiec siedzielismy nad tym prawie godzine i ostatecznie nie dokonal zadnego wyboru. Coz, ma jeszcze dwa tygodnie...

W srode pracowalam z domu, a poniewaz termometry rano pokazaly -15, wiec wiadomo ze zawiozlam mlodziez do szkoly. Objechalam polowe miejscowosci, po czym wrocilam do cieplutkiej chalupy. Fajnie nie byloby wysciubiac z niej nosa, ale zawzielam sie zeby w koncu "zlapac" probke siuskow psiura i zawiezc do weta. Lazilam z psem na smyczy po ogrodzie 15 minut, ale misja zakonczyla sie sukcesem! Teraz trzeba bylo niestety cenny sloiczek przetransportowac do kliniki. Poki co, trafil do lodowki. :D Tego dnia Bi miala kolejny dzien polrocznych zaliczen i ponownie konczyla o 12:08. Na szczescie bylam w domu, wiec powiedzialam zeby dala mi znac kiedy po nia podjechac, pod warunkiem ze bedzie to przez 13, lub po 14, mialam bowiem meeting w srodku dnia. Stwierdzila, ze najlepiej bedzie o 12:40. :D Mialam wiec jeden meeting, potem chwila "normalnej" pracy, jazda po corke i za chwile kolejny meeting, ktory z planowanej godziny przeciagnal sie do 1.5... Akurat skonczylam i przyjechal ze szkoly Nik. Zrobilam sobie chwile przerwy zeby odparowac mozgownice i wstawic lasagne, po czym do domu dotarl M. Pechowo, kiedy bylam z psiurem u weta w grudniu, pani przestrzegla mnie ze mocz musi do nich trafic tego samego dnia, kiedy "zlapie" probke. Klinika czynna do 17, wiec co bylo robic; zostawilam laptoka, modlac sie zeby nikt mnie nie szukal i o 16 pojechalam. Co prawda mogl pojechac M., ale ze dopiero co wrocil, to nie mialam sumienia gonic go dalej, a sam nie proponowal, bo gdzie... Wiedzialam, ze korki beda niemilosierne i sie nie pomylilam, ale dojechalam nawet kilkanascie minut przed zamknieciem. Niestety, pani sprawdzila kartoteke i doszukala sie, ze badanie zlecili ponad 30 dni temu. Wobec tego nie mogli tego podpiac pod caly panel badan i musieli wyslac osobno, a to oznaczalo zaplacenie za badanie pelnej ceny. Cholera. No i o $80 lzejszy portfel. :/ Coz, sama jestem sobie winna, bo moglam zebrac sie wczesniej, ale przed wylotem do Polski nie zdazylam, a po powrocie nie mialam do tego glowy. Wrocilam do domu, gdzie pierwsze co, to sprawdzilam maile z pracy i na szczescie nikt mnie nie szukal. :) Kilka godzin wczesniej dostalam maila (prywatnego), ze na basenie musza wymienic jakas glowna czesc, wiec treningi odwolane sa na reszte tygodnia. Mielismy wiec kolejny leniwy wieczor. Mial proszyc lekko snieg, ale wlasciwie nie osiadac, tymczasem znow spadlo kilka cm i na drogi ruszyly odsniezarki. Mialam tylko nadzieje, ze uprzatna co trzeba przez noc, bo kolejnego dnia musialam byc w biurze.

Rano w czwartek okazalo sie, ze moje nadzieje byly plonne, bo drogi odgarniete byly "na odwal - odpie*rz". Za to chodniki w ogole, bo wiadomo ze te kazdy musi odgarnac sam, a wiekszosc ludzi albo jedzie do pracy, albo nawet nie mysli zeby o 6 rano odsniezac. Mroz troche odpuscil, wiec mialam Kokusia wyslac w koncu normalnie na autobus, ale ze na chodnikach sniegu bylo po kostki, to zlitowalam sie i stwierdzilam ze go zawioze. Panna Bi za to miala dluzsze spanie i pol dnia laby, bo... nie szla do szkoly. Okazuje sie, ze w czwartek byly egzaminy dla tych, ktorzy z jakiegos powodu opuscili ktorys egzamin w jeden z poprzednich dni. Uczniowie, ktorzy odhaczyli wszystkie zaliczenia, mieli... dzien wolny. :O No nie ma po prostu jak chodzic do high school. ;) Dla mnie lepiej by bylo gdyby szla do szkoly, ale o tym za moment. Ona wiec sobie odsypiala, zas Nik i ja zapakowalismy sie do auta i pojechalismy. Normalnie, widzac nieciekawe warunki, zostalabym moze w domu, ale akurat tego dnia miala do biura przyjsc paczka, ktorej odbior mialam pokwitowac podpisem. Co bylo wiec robic... Na szczescie, poza niektorymi nieciekawymi, zle odsniezonymi miejscami, warunki byly znosne. Odstawilam do szkoly syna i dojechalam do roboty. Byla tam "az" jedna kolezanka, ktora zreszta zostala tylko do 10. :D Kiedy ona pojechala, siedzialam jak na szpilkach i nasluchiwalam, bowiem pan z UPS'u czesto puka do tylnych drzwi i ledwie to slychac. Na szczescie uslyszalam i odebralam paczuszke, w ktorej byl... sluzbowy telefon! W ten sposob dorobilam sie kolejnego srajfona. ;) Tak naprawde to nie jest mi on do niczego potrzebny. Wszyscy zreszta mowia, ze te sluzbowe maja wrzucone gdzies do plecaka i wiecznie rozladowane. :D Z entuzjazmem zabralam sie za aktywowanie ustrojstwa i... poleglam. Prosi o zalogowanie sie, wbijam maila z pracy, prosi o haslo i... doopa, bo tego nie mam. Wbilam wszelkie mozliwe haselka i numerki i nic. W biurze oczywiscie takie "tlumy" ze nie ma nawet kogo poprosic o pomoc... :/ Okazalo sie jednak, ze niepotrzebnie sie meczylam, bo pan z IT sam do mnie zadzwonil. Kazdy bowiem, kto dostaje te telefony, ma automatycznie przydzielona osobe do pomocy w aktywacji. Szkoda tylko ze o tym nie wiedzialam... :/ Tak czy siak, ustrojstwo ma tyle zabezpieczen, ze sama w zyciu nie doszlabym jak to wszystko poustawiac. Spedzilam z panem na linii ponad pol godziny, ale w koncu telefon mialam dzialajacy. Tyle, ze do kazdej aplikacji kazal mi wlaczyc powiadomienia, wiec teraz mi dziadostwo co chwila irytujaco plumka. Wracajac do dnia wolnego Bi, panna szkoly nie miala, ale klub narciarski niestety tak. Wszyscy nauczyciele normalnie byli w szkole, wiec nikomu nie przyszlo do glowy zeby go odwolac. To oznaczalo ze trzeba bylo normalnie odstawic sprzet, a mlodziez miala sie o 14:10 stawic na autobus. O ile sprzet mozna bylo podrzucic jak zwykle rano, o tyle Bi musiala sie jakos po poludniu stawic w szkole. Oczywiscie panna strzelila focha, ze na piechote nie pojdzie (bo sie zmeczy...), a M. z kolei burknal ze on sie nie bedzie z pracy zwalnial zeby ja odwozic. Super. Czyli komu przyszlo ratowac sytuacje? Mi oczywiscie! Wyszlam z biura o 13 i pojechalam do domu, modlac sie zeby nikt mnie pilnie nie szukal w czasie, kiedy bede jechac. W sumie moglam pannie powiedziec stanowczo, ze korona jej z glowy nie spadnie jak sie przejdzie, no ale. Mietka jestem. :D W chalupie czym predzej sie zalogowalam i ufff... na szczescie nikt nie pisal. Zawiozlam Bi na autobus, choc tu akurat obrocenie w ta i z powrotem zajmuje ledwie 10 minut. 

Panna wyciaga plecak i narty i krzywi sie, ze dlaczego pstrykam zdjecia :D

Chwile posiedzialam nad aplikacjami, ale potem postanowilam skorzystac z tego, ze mamy +3 stopnie i slonce i oczyscic podjazc ze sniegu, ktory spadl poprzedniego wieczora. Widzialam, ze u sasiadow, ktorzy musieli odsniezyc rano, podjazdy sa suche, wiec mialam nadzieje ze i u nas obeschnie. To byla taka glupiego robota, bo co chwila przerywalam zeby pojsc do domu i sprawdzic kompa. Za to snieg i lod na podjezdzie byly miejscami tak ugniecione przez auta, ze nie dalo sie tego ruszyc. Odszuflowalam ile dalam rade, a reszte mam nadzieje roztopi slonce, bo tam zawsze przygrzewa, nawet jesli temperatury sa teoretycznie ujemne. Wrocily chlopaki, przy czym M. wszedl na raptem 15 minut, bo na 16 Nik mial polroczna kontrole u dentysty. Tym razem powiedzialam ze nie bede ryzykowac i odchodzic od kompa o prawie godzine wczesniej. Malzonek pojechal wiec z synem i potem nawet bylo mi go troche zal, bo wizyta powinna im zajac nie wiecej niz pol godziny, tymczasem w przychodni mieli jakies opoznienie i razem z dojazdem nie bylo ich prawie dwie. :O To niestety nie byl koniec wariactw na ten dzien, bowiem Nik mial trening koszykowki na 19. To nie problem; zawiozlam go i wrocilam do domu. Tyle ze konczyl o 20, a rowniez mniej wiecej o tej porze Bi wraca z nart. Oczywiscie na przeciwleglych koncach naszej miejscowosci, bo jakby inaczej... Coz, sa takie wlasnie sytuacje, gdzie sie nie rozdwoje. M. ostatnio kladzie sie przed 19, ale tym razem musial wytrzymac do 20, odebrac Bi i dopiero mogl isc spac.

A samej kladac sie spac, napotkalam u Kokusia znajomy widok

Piatek oznaczal pelny dzien szkoly wreszcie dla obojga dzieci. Bi oczywiscie ciezko wzdychala, ale ja sie cieszylam, ze wracamy do normalnego grafiku. I tak na niedziele zapowiadaja jakas straszna sniezyce, wiec wyglada ze w poniedzialek moze nie byc szkoly. Nie wiem jak ta mlodziez w high school moze sie wdrozyc w systematyczna nauke kiedy caly czas maja jakies skrocone lekcje i wolne dni... Postanowilam pracowac z domu, a ze rano termometr pokazal -6, to stwierdzilam ze zawioze Potworki do szkoly. Tego dnia klub narciarski Kokusia odwolano z powodu szkolnego balu, z racji, ze w poprzednich latach polowa dzieciakow z klubu i tak wybierala tance. Co ciekawe, Mlodszy, ktory rok temu oznajmil, ze mowy nie ma zeby sie dal namowic na jakis tam bal, w tym roku idzie. :D Umowil sie z kolegami i bedzie to dla nich po prostu okazja do spotkania towarzystkiego. Problem w tym, ze on rosnie teraz w takim tempie, ze wszystko nagle robi sie za krotkie. Powiedzialam mu ponad tydzien temu zeby przymierzyl ciuchy, w ktorych chce isc, bo w razie czego bedzie czas jechac na zakupy czy cos zamowic. Myslicie ze przymierzyl? Taaa... Dzien mijal mi szybko, na probie zaliczenia kolejnego szkolenia. Wkurzylam sie, bo przerobilam jeden z rozdzialow, przeszlam test, a pozniej musialam oddac kontrole nad kompem pani z IT zeby naprawila mi jedna z aplikacji. Kiedy ponownie otworzylam szkolenie (ktore powinno automatycznie zapisywac gdzie skonczylam) okazalo sie, ze zawieszalo sie i nie chcialo otworzyc tam gdzie bylam. Musialam zaczac od nowa, lacznie z testem. :/ Na szczescie zaliczylam, ale i tak mialam ochote pie*rznac tym szkoleniem i wylaczyc kompa. Spodziewalam sie, ze Bi znow zostanie w szkole gdzies do 16, ale o dziwo napisala zebym przyjechala po nia o 14:50. Wszystkie kolezanki mialy jakies zajecia, to nie bylo po co siedziec samej. ;) W czasie kiedy ja szybko podjechalam po corke, ze szkoly wrocil Nik. Szybko jeszcze przynioslam troche drewna na wieczorne palenie w kominku, po czym zasiadlam dalej przed szkoleniami. Rowniutko o 16:30 zamknelam laptoka, ladowarke wrzucilam do plecaka, po czym popedzilam na zakupy. Zabrala sie ze mna Bi i kiedy dojechalysmy do supermarketu, obie przezylysmy w szok! Wiadomo, ze w telewizji oraz necie trabia o strasznej, rekordowej sniezycy, ktora ma nas nawiedzic w niedziele, ale ja oraz M. podchodzimy do takich rewelacji raczej ze wzruszeniem ramion. Jakies zapasy mamy, bo nigdy nie kupujemy jedzenia na styk, wiec jechalam na takie zwykle, tygodniowe zakupy. Tymczasem pod sklepem pelny parking! Ludzie kraza zeby znalezc miejsce! W sklepie polki opustoszale: nie ma chleba, nie ma miesa, nie ma sera, nie ma jajek z wolnego wybiegu, nawet mojego mleka migdalowego bez dodatku cukru nie ma! Przebrane jablka, a nawet ziemniaki. :O Ludzie szykuja sie jakby mieli utknac w chalupie na miesiac, a nie na 1-2 dni... W kazdym razie, kupilysmy co sie dalo, po czym w korkach wrocilysmy do domu. Ledwie zdazylam rozpakowac torby, a dla Kokusia przyszedl czas jazdy na "bal". Na szczescie jego oraz jeszcze innego chlopca, zabrala mama jednego z kolegow.

Chlopak kategorycznie odmowil zapozowania, wiec fota pstryknieta z zaskoczenia. :D Jak pisalam wyzej, koszula nieco przykrotka, ale sam jest sobie winien

Ja zaoferowalam, ze chlopakow odbiore. Mialam wiec taki troche wieczor do pupy, bo na 20:45 musialam zasuwac do szkoly. Tam rece mi opadly, bo kolejka do odebrania dzieciarni, stala zygzakiem przez caly parking az na ulice. Dwa razy dzwonil do mnie syn gdzie jestem, bo czekali na zewnatrz i bylo mu zimno. Coz, przed wyjsciem mowilam zeby wzial cieplejsza kurtke, ale nie. Zalozyl taka zupelnie nieocieplana. W ogole, gdyby nie ochrzan, poszedlby przy -5 stopniach w krotkim rekawku. :O A teraz mu ziiiimno... Zrobilam koleczko po miasteczku bo jeden z chlopcow mieszka w zupelnie innej czesci niz my, po czym w koncu moglam wrocic na dobre do domu i zasiasc przy ogniu. Na szczescie, przed wyjsciem wrzucilam do kominka wieksza klode, wiec kiedy dojechalam jeszcze sie lekko palila.

Trzymajcie kciuki zeby nas kompletnie nie zasypalo! ;)   

niedziela, 18 stycznia 2026

Krotko o tym co tuz przed wyjazdem i wracamy do szalonej codziennosci

Sobota, 20 grudnia, rozpoczela sie od dluzszego spania dla calej rodziny. Nawet M. mial wolne. 

Wpusccie ludzie, wlochate dupki nam sie odmroza!!!

Tym razem Nik mial mecz juz na 10, a przy tym w innej miejscowosci, wiec strasznie dlugo wylegiwac sie tez nie moglismy. Szykowanie szlo tak opornie, ze wyjechalismy z Kokusiem na ostatnia chwile i na miejsce dotarlismy idealnie na rozpoczecie meczu. Przez to niestety, kiedy gral w pierwszej cwiartce, widac bylo po Niku, ze jest troche "sztywny", nierozgrzany. Mlodszy nigdy nie mial takich pewnych, stanowczych ruchow, zawsze wydaje sie nieco wycofany, ale mam wrazenie, ze teraz, kiedy tak szybko rosnie, jeszcze bardziej nie wie co poczac z tymi dlugimi konczynami. Taki jakis "niezgrabny" sie zrobil. :D Pozniej jednak sie rozruszal i gral tak intensywnie, ze raz czy dwa przeciwna druzyna dostawala rzut wolny, bo kogos lekko sfaulowal. ;) W koncu tez udalo mu sie strzelic i trafic do kosza! Dotychczas czesto probowal, ale byly pudla, a teraz w koncu trafil.

Szkoda, ze fota wyszla mi zamazana i widac na niej, ze celowal, ale nie uchwycilam momentu "gola"

Co ciekawe, wcale nie byl szczegolnie zadowolony i twierdzi ze i tak woli byc w obronie niz napasci. Ogolnie, to gra byla tym razem baaardzo nierowna, bo przeciwna druzyna okazala sie... slabiutka. Serio, pod koniec juz wysylalam naszym chlopakom telepatyczne wiadomosci, zeby troche odpuscili i dali tamtym strzelic. Mam mietkie serce i az szkoda mi bylo tych chlopaczkow, bo starali sie ze wszystkich sil i bezskutecznie. Zostali doslownie zmiazdzeni, bo zespol Kokusia wygral 45:16. :O Po meczyku zajechalismy do sklepu kupic karty podarunkowe, bo Nik chcial dokupic sobie cos z jakiejs gry, chcialam tez mu kupic jakas pod choinke, a dodatkowo dla listonosza. Po mojej przygodzie z tym "cudownym" urzedem rok temu, przekonalam sie, ze ludzie dosc czesto daja listonoszom ze swojej trasy drobne upominki, najczesciej wlasnie karty podarunkowe i obiecalam sobie pamietac zeby dac cos naszemu, mimo ze zdarza mu sie rzucic czasem paczka. ;) Przyznaje, ze troche mnie to wpienia, ale z drugiej strony, przekonalam sie na wlasnej skorze jak niewdzieczna i zwyczajnie ciezka jest to robota, wiec troche go rozumiem. Jak sie ma do dostarczenia ponad 100 paczek i paczuszek, to nic dziwnego ze czasem ma sie ochote czyms pierdzielnac. ;) W kazdym razie, po zakupie kart podjechalismy do Dunkin' bo Mlodszy jeczal o cos do picia, a wygrany mecz wypadalo "oblac". :D Pozniej odstawilam syna do domu, a sama pojechalam do banku zeby wybrac troche kaski, nastepnie zas zajechalam umowic sie na... paznokcie. ;) Kiedy wreszcie dotarlam do domu, zabralam sie za wielkie pranie. Trzeba bylo zaczac pakowanie do Polski, ale najpierw musialam poprac wszystko co zalegalo w brudowniku. Nie pamietam kiedy ostatnio zrobilam tyle ladunkow jeden po drugim. Dzieki losowi za automatyczna suszarke, inaczej byloby to zwyczajnie niemozliwe! A tak, do wieczora uporalam sie z wiekszoscia brudow. Na niedziele zostal mi tylko jeden ladunek do poskladania i jeden do wstawienia. W miedzyczasie mialam krotka przerwe, bo pojechalismy do kosciola, ale dobrze sie w nia wstrzelilam, bo akurat i pralka i suszarka chodzily. Kiedy wrocilam, mialam akurat jeden ladunek wysuszony i drugi do przelozenia do suszarki. Upieklam tez chlebek bananowy, bo kolejnego dnia mial oczywiscie wpasc moj tata, a poza tym mielismy akurat 4 przejrzale banany, ktore trzeba bylo zutylizowac przed wyjazdem; inaczej mozna by je bylo po prostu wyrzucic.

W niedziele znow mogl czlowiek pospac.

Kiciul przyszedl rano sie pomiziac i smutno zrobilo sie na mysl, ze zostawiamy ja na dwa tygodnie...

Na dzien dobry czekalo na mnie kolejne pranie do poskladania i do wstawienia. Na szczescie to juz bylo ostatnie przed wyjazdem. Wypadalo zaczac sie pakowac, ale motywacja siegala dna. Walizki. :D W dodatku przyjechal oczywiscie tata, bo musialam mu zrobic bezrobocie, wiec wiadomo ze nie odpuscil. I przesiedzial u nas 3 (!) godziny, mimo ze staralam sie dawac mu delikatne aluzje, ze pakowanie czeka. Niestety, nie dotarlo... Dopiero o 15, kiedy musialam sie z Bi zbierac do wyjscia, senior rowniez pojechal. Z corka zas jechalysmy wlasnie na wspomniane wyzej paznokcie. :) Moje sa niestety bardzo brzydkie. Nie maja ksztaltu, sa plaskie i bardzo miekkie, wobec tego zaginaja sie niczym szpony. Fortune wydalam na wszelakie odzywki oraz suple i doopa. Taka moja (nie)uroda. W dodatku, zwykle lakiery kompletnie sie na moich paznokciach nie trzymaja. Zazwyczaj juz nastepnego dnia schodza calymi platami. Dlatego na wyjazd postanowilam zrobic sobie zelowe, w nadziei ze wytrzymaja wiekszosc z 2-tygodniowej wizyty w Kraju. Wybralam tylko inny salon, bo poprzednim razem nawet zelowy lakier odprysl mi juz pierwszego popoludnia, a nie mialam czasu wrocic i zlozyc reklamacji. No i spytalam corke czy ma ochote wybrac sie na "prawdziwe" pazurki. ;) Jasne, ze miala. Tyle ze, zupelnie nie myslac, dzien wczesniej... obciela paznokcie! :O Zamiast zostawic paniom pole do popisu, zeby mogly je ladnie wymodelowac, to ona sciela je niemal do zera. Nie mowiac juz o tym, ze jeszcze z miesiac wczesniej, panna cieszyla sie ze na Swieta bedzie mogla przyczepic takie przyklejane, zeby byly dluzsze. Do skrzypiec musi miec je bowiem bardzo krotkie, inaczej przeszkadzaja. A tu prosze, wiedziala ze pojedziemy zrobic manicure, a obciela je i tyle... Tak czy siak, pojechalysmy i ja wybralam czerwone i blyszczace - takie naprawde swiateczne. Bi wziela... zielone. I to nawet (jak dla mnie) niezbyt ladny ten zielony, bo taki szarawy, smutny. Tak jednak wybrala i coz. ;) Po powrocie trzeba juz bylo naprawde zaczac wyciagac z szaf ciuchy do spakowania. Motywacja byla nadal na poziomie -10 i szczerze, to zaczelam pluc sobie w brode ze zdecydowalam sie na ten wyjazd i to w dodatku zima. :/

Oreo uznala najwyrazniej, ze jedzie z nami ;)

Poniedzialek byl juz dniem naszego wyjazdu. Tym razem jednak lot mielismy dosc pozno, co oznaczalo ze rano spokojnie dopychalam w walizki ostatnie rzeczy, zawiozlam psiura do taty na "wakacje", a M. pojechal nawet na pare godzin do pracy. Potem, w drodze z Maya, odstawilam go pod wypozyczalnie aut, zeby zalatwil juz transport. Tym razem dostalismy Toyote Camry i okazala sie nie tylko bardzo wygodna, ale jeszcze z rewelacyjnym bagaznikiem. Zostawilam jeszcze tylko instrukcje oraz jedzenie dla kota i o 13 rozpoczelismy baaardzo dluga droge, czyli wyjechalismy na lotnisko. ;)

O tym, jak spedzilismy czas w Polsce bylo w poprzednim poscie, a teraz juz przeskakujemy do wtorku, 6 stycznia, kiedy to ponownie postawilismy stopy na hamerykanckiej ziemi. :)

Do domu dojechalismy z Bostonu okolo 22:30, wymordowani nieziemsko, bo bylismy przeciez po 18 godzinach w podrozy. Potworki znalazly cos do przekaszenia w czelusciach szafek, a ja bylam tak zmeczona, ze nawet nie jadlam. Wyjelam z walizek to, co konieczne (jak kupione dla taty oraz chrzestnego dzieciakow oscypki) i walnelam sie spac. O matko! Nie macie pojecia jak cudownie spalo sie na wlasnym, wygodnym lozku! U tesciow spalismy z M. na rozlozonej wersalce. Byla calkiem wygodna, nie powiem, ale potwornie waska. Nie bylo nawet jak wygodnie wysunac reki czy nogi. U mojej siostry lozko bylo szersze, ale cos w nim puscilo i wygina sie w palak. W rezultacie, oboje ciagle turlalismy sie do srodka i jedno przepychalo drugie. Kiedy wiec w koncu rozlozylam sie na swoim szerokim i prostym materacu, malo nie uronilam lez szczescia. :D

Reka do gory kto pomyslal, ze M. pojechal w srode do pracy?! Tym, ktorzy odpowiedzieli twierdzaco, gratuluje! Poznalyscie juz troche mojego pracoholika! :D Tak, malzonek przespal zawrotne 3 godziny i pojechal do roboty, zeby (wedlug wlasnych slow) odpracowac wakacje. Bardzo ciekawe, bo przez to, ze malo co robilismy, wyjatkowo wydalismy w Polsce niewiele kasy. Potworki i ja pospalismy znacznie dluzej, choc bedac na polskim czasie, cala nasza trojka zbudzila sie juz okolo 7 i tyle bylo spania. Jak tylko zjadlam sniadanie i jako tako sie ogarnelam, popedzilam po Maye. Moj tata, jak to moj tata, nie daje tak popalic jak matka, ale tez ma swoje za uszami. Wie, ze dopiero co przylecialam, ze musze jechac na zakupy i ogarnac rozpakowywanie. I co? Jeszcze musialam mu wypelnic podanie do bezrobocia, bo maja takie dziwne zasady, ze poprzednie wygasa na poczatku nowego roku i trzeba je od nowa aktywowac. Moglo to spokojnie poczekac kilka dni do niedzieli, ale nie, bo wtedy kasa moglaby wplynac z opoznieniem. No straszne po prostu... W kazdym razie, zrobilam to bezrobocie, zabralam siersciucha i przyjechalam do domu, gdzie wypuscilam czworonoga, zgarnelam Bi i pojechalysmy na zakupy, bo w lodowce mielismy tylko swiatlo. Po drodze jeszcze wsadzilam do skrzynki sasiadow koperte z kasa dla ich corki, za opieke nad Oreo. Ktora nota bene kompletnie nam sie "udomowila". Teraz juz zaczyna pomalu odkrywac bardziej podworko, ale przez pierwsze kilka dni po naszym powrocie, nie chciala wychodzic kompletnie. Niby szla do drzwi, ale kiedy je otwieralismy, natychmiast sie odwracala i uciekala. :O Podejrzewam, ze podczas naszej nieobecnosci, ona wlasciwie nie wychodzila. Kot bowiem, jak to kot. Nieraz trzeba jej drzwi trzymac uchylone dluzsza chwile. Nieraz otwierac je co kilka minut az kiciul sie zdecyduje wyjsc... A sasiadka pewnie otwierala drzwi, kot sie czail niewiadomo na co, wiec stwierdzala ze jednak nie chce wyjsc, zamykala je i tak Oreo spedzila 2 tygodnie zamknieta w chalupie... Po powrocie z zakupow, zabralam sie juz powaznie za rozpakowywanie oraz pranie. Dzieki temu ze pralam ciuchy regularnie u tesciow oraz siostry, to na szczescie wiekszosc rzeczy musialam tylko przelozyc do szaf. Nawet to jednak, troche czasu zajelo. Poza tym, wypisalam pare rachunkow, ktore mialy niedlugi termin platnosci, a przy okazji wsadzilam wreszcie w koperte recepte na nowe tabletki psiura. Do dupy, ze w XXI wieku, nasz wet stwierdzil ze zatwierdzanie recept wirtualnie to ciagle jakies problemy i daje tylko normalne - papierowe. Normalnie byloby mi wszystko jedno, tyle ze wyslanie takiej recepty to juz strata kilku dni. W koncu z roboty wrocil M., a Nik juz na niego czekal. Nie pisalam w poprzednim poscie, ale Mlodszy policzyl kase ktora mial w skarbonce, do tego to, co dostal od dziadkow, a jeszcze u wujka wymienil sobie wszystkie (rowniez otrzymane od dziadkow) zlotowki na dolary i wyszlo mu ze ma wystarczajaco kasy na McBook'a. Wiercil nam o to dziure w brzuchu juz od jakiegos czasu i bylismy z M. sklonni moze nawet mu sie dolozyc, ale kiedy zacznie high school, bo wtedy wlasny laptok moze mu sie realnie przydac. Nie, Nik uparl sie, ze chce teraz. Wczesniej mielismy argument, ze nie styknie mu kasy, a narazie mu nie dolozymy. Poniewaz jednak chlopak uskladal sobie cala sume, to co bylo robic. Ojciec zamowil mu ten nieszczesny komputer jeszcze z Polski i do odebrania byl zaraz po powrocie. Mimo wiec, ze M. byl po trzech godzinach snu, to jeszcze popedzil z synem do sklepu... ;) Wieczorem wszyscy wczesnie padlismy, bo po pierwsze, nadal bylismy na polskim czasie, a po drugie wiedzielismy ze kolejnego dnia czekal nas juz powrot do kieraciku.

Jak zaczac powrot do rzeczywistosci, to z przytupem. W czwartek Bi wracala do szkoly i na dzien dobry miala pierwszy wyjazd na stok z klubem narciarskim. Oznaczalo to, ze rano musialam ja zawiezc do szkoly ze sprzetem, a wtedy wiadomo, zabral sie z nami tez Nik. Zreszta, akurat jego szkole to mam niemal idealnie po drodze do pracy. Odstawilam Potwory, a pozniej popedzilam do biura. To jak zwykle bylo niemal wymarle i oprocz mnie byla tam tylko jeszcze jedna nowa dziewczyna. Dzien zlecial szybko, bo po 2-tygodniowej przerwie wlasciwie poznawalam wszystko od nowa, a w dodatku okazalo sie, ze moj szef jest na wakacjach do poniedzialku. Po pracy dojechalam do domu, gdzie oczywiscie juz urzedowali Nik z M., bo Starsza szusowala. Poniewaz w sobote nie bylo meczu koszykowki, a za to Mlodszy byl zapisany na zawody plywackie, wiec stwierdzilam, ze zamiast na trening kosza, powinien raczej pojechac na basen. Tym bardziej, ze przed wyjazdem Potworki tez opuscily chyba ze dwa tygodnie (juz nie pamietam dlaczego), wiec tak naprawde to nie plywal niemal miesiac. Niestety, trening konczyl sie mniej wiecej w czasie, kiedy wracala Bi i trzeba ja bylo odebrac spod szkoly. Liczylam na to, ze M. odbierze jedno, a ja drugie, ale po poprzednim dniu byl tak wymordowany, ze padl przed 19. Kazalam wiec Kokusiowi wyjsc z treningu wczesniej, po czym popedzilismy razem po Starsza. Na szczescie w high school zostawiaja szkolne plecaki w jakiejs klasie czy szatni, wiec po przyjezdzie musieli jeszcze po nie podejsc, co dalo mi czas zeby dojechac. Starsza wrocila bardzo zadowolna, choc oczywiscie zmeczona, a tu kolejnego dnia czekala ja normalnie szkola...

W piatek narty mial, dla odmiany, Nik, wiec rano ponownie zawozilam dzieciaki do szkol, bo wiadomo ze jak wiozlam Kokusia, to Bi bylaby niepocieszona, gdybym jej nie wziela. Na szczescie tego dnia pracowalam z domu, wiec na spokojnie ich rozwiozlam po placowkach i wrocilam do chalupy, gdzie odpalilam kompa i staralam sie byc produktywna. Niestety, dostalam wiadomosc od tej innej nowej dziewczyny z mojego biura, ze zmieniaja sie zasady pracy z domu i nowym osobom nie wolno tego robic przez pierwsze 90 dni. Co prawda nowe zasady nie weszly jeszcze w zycie, ale jej szef juz zawczasu kazal przyjezdzac do biura. Mojego szefa nie bylo, a o nowych zasadach nie wiedzialam, wiec dzien wczesniej napisalam tylko ze pracuje z domu i tak zrobilam. Ups... ;) Punkt 16:30 wylaczylam kompa i wyjechalam z domu, bo tradycyjnie zapisalam sie jako opiekun w klubie narciarskim w middle school. Uprzedzilam nauczycielke, ze niestety akurat zmienilam prace, wiec dam rade dojechac dopiero okolo 17. I faktycznie o tej porze dotarlam na stok. Okazalo sie przy okazji, ze jestem jedynym rodzicem, ktory sie zglosil! :O Na szczescie to juz praktycznie mlodziez, wiec ogarniaja sie sami. Moglam wiec spokojnie jezdzic i pomoglam dopiero na koniec, idac pierwsza do autokaru i zaznaczajac na liscie powracajacych uczniow.

Mlodszy cos do mnie gada 

Pierwszy dzien klubu jednak nie nalezal do zbyt udanych (dla mnie), a wszystko przez... pogode. Juz kiedy jechalam na stok, zaczelo kropic. Na miejscu, cala reszte wieczora, padala upierdliwa, rowna mzawka. W dodatku bylo na tyle cieplo, ze snieg zaczal parowac i zrobila sie mgla. W ktoryms momencie juz nie wiedzialam czy nic nie widze przez mgle, czy okulary mam cale brudne od ciaglego wycierania. W dodatku, na krzeselkach od wyciagu porobily sie kaluze i po jakims czasie spodnie (choc niby nieprzemakalne) mialam dokumentnie przesiakniete, jak rowniez getry pod nimi oraz majty. :D Woda dostala sie tez pod mankiety kurtki (niedokladnie zakrylam je rekawicami) i zrobilo mi sie mokro, zimno i niekomfortowo. Gdzie zwykle jezdze jak najdluzej, to tego dnia, mimo ze dotarlam tam pozno, juz po godzinie wolalam sie zaszyc w cieplutkim, suchym budynku. Pozniej musialam jeszcze pomoc nauczycielce w odhaczeniu wracajacych dzieciakow, czyli pomaszerowalam do autobusu i zaznaczalam na liscie kto wrocil. Tak naprawde to mlodziez odhaczala sie sama, bo przy tylu nazwiskach z roznych krancow swiata, najlatwiej bylo mi wreczyc im kartke i nakazac "zaznacz sie". ;) Po powrocie do domu, pierwsze co, to jak najszybciej zdjac mokre ciuchy, wypakowac plecaki (bo w nich tez wszystko ociekalo woda) i w koncu sie zagrzac. Byl piatek, ale niestety, na kolejny dzien Nik zapisany byl na zawody, wiec nie bylo ani poznego siedzenia, ani swiadomosci, ze w sobote spimy do oporu. ;)

Kogos tu narty (oraz roznica czasu) ostro wymordowaly :D

Sobota oznaczala wiec pobudke o 7, bo choc zawody byly na 9, to w miasteczku oddalonym od nas o 45 minut jazdy, trzeba wiec bylo wyjechac krotko po 8. O dziwo Nik sam chcial jechac. Pytalam go kilka razy wczesniej, bo wiedzialam ze bedziemy dopiero kilka dni po podrozy, a dzien wczesniej bedzie mial narty. Chcial wziac udzial i dopiero w sobote rano oczywiscie zaczal wzdychac ze fajniej byloby zostac w domu... ;) Tak jak pisalam w czwartek, Mlodszy nie chodzil na treningi przez prawie miesiac, wiec trener nie byl pewien czy faktycznie sie pojawi. Wobec tego wpisany byl tylko na dwa wyscigi indywidualne i dwie sztafety.

Najlepsza czescia zawodow to oczywiscie czas na socjalizacje 

Zaleta bycia w najstarszej grupie wiekowej jest to, ze ma sie malo konkurencji. Druzyny zazwyczaj maja cala gromade maluchow, a im dzieciaki starsze, tym ich mniej. W naszej, oprocz Kokusia bylo jeszcze trzech chlopcow +13, zas przeciwnicy mieli dwoch. Niestety, wada bycia w grupie 13 wzwyz, jest to ze przekroj wiekowy to 13-18, wiec nie wiesz z kim bedziesz sie scigal. I w swoich dwoch wyscigach, Nik plynal przeciwko 15-latkowi. To nie jakas wielka roznica, ale chlopak byl juz zupelnie inaczej zbudowany niz chudy 13-latek - wyzszy o glowe i z szerokimi barami. Oczywiscie Nik w obu przypadkach zajal drugie miejsce, choc trzeba przyznac, ze deptal tamtemu "po pietach" i wcale nie byl bardzo daleko w tyle.

Nik wylania sie z wody. Ten rozbryzg przed nim to wlasnie tamten kawaler, dalej kolejny, a zaraz w pierwszej ode mnie linii plynela jakas dziewczyna, ktora tez niezle dawala rade 

Po zawodach zrobilismy male koleczko, bowiem Mlodszy oznajmil, ze nalezy mu sie bubble tea za wysilek. :D W domu mielismy troche czasu na relaks, ale pod wieczor jechalismy na msze. A po powrocie szybko wzielam sie za placek z jablkami, bo w niedziele oczywiscie przyjezdzal dziadek, a w dodatku zostaly nam jablka sprzed 2 tygodni, ktore niestety robily sie juz pomarszczone i kapciowate. ;)

Komus sie tu znow zasnelo ;)

Niedziela byla tak spokojna i leniwa, jak byc powinna. Przyjechal moj tata oczywiscie, posiedzial okolo trzech godzin i pojechal. Zmienilam tez posciel bo mialam to zrobic tuz przed wyjazdem, ale wylecialo mi z glowy. Poza tym to juz blogie nicnierobienie. Zastanawialam sie tez co zrobic z kolejnym dniem. W czwartek wyslalam szefowi maila, ze w poniedzialek planuje pracowac z domu, ale po piatkowej wiadomosci ze nam nie wolno, zwatpilam. Ostatecznie uznalam ze jednak pojade do biura i zobacze co sie wyklaruje.

Przyszly jakies przesylki z Amazona i zanim zdazylam rozciac i wyrzucic pudla, Oreo skorzystala z najlepszej miejscowki ;)

W poniedzialek wiec niestety czekala mnie poranna pobudka i pospieszne szykowanie sie, bo na 8 rano mialam wirtualne spotkanie z szefem. Pedzilam ze wszystkim na wariata, klnelam na powolnych kierowcow na drodze, rece mi sie trzesly kiedy logowalam sie na aplikacje zeby zaplacic za parking, wpadlam jak burza do biura, odpalam kompa, a tam... meeting o 8:30!!! :D Przynajmniej mialam czas zeby spokojnie zrobic sobie kawe i przejrzec maile. ;)

Przyczepilam sobie zdjecia Potworkow zeby sie troche "zadomowic". Musze dodac jeszcza jakies dekoracje, zeby to biuro stalo sie bardziej "moje"

Tego dnia, w biurze, poza mna byly "az" dwie osoby. ;) Staralam sie byc w miare produktywna, choc narazie mam oczywiscie tylko roznego rodzaju szkolenia. No i proby sciagniecia wszelakich aplikacji, a tych potrzebuje bez liku. Niestety, to takie szukanie czegos do zrobienia na sile, a poza tym, wszystko szlo na opak. "Bilety" wysylane do obslugi klienta (czyli pracownikow) byly niby zakonczone, a aplikacje dalej nie dzialaly. Miedzy innymi ta, zeby zlozyc podanie o korpo karte kredytowa. Mojego szefa "olsnilo" tego dnia, ze nie mam karty kredytowej, a zeby jechac na inspekcje z innym inspektorem, bede musiala zatrzymac sie w hotelu. Ta bowiem odbedzie sie okolo 2 godzin od mojego domu i zajmie minimum 3 dni. Na 4 godziny (i to bez korkow) dziennie za kierownica to ja sie nie pisze... Wlasciwie sklonna bylabym zaplacic wlasna karta i potem zglosic o oddanie kasy, ale chyba arcy-wazne, federalne przepisy takiej okolicznosci nie przewiduja. Musze miec karte korpo i juz. ;) A widze, ze szefowi jakos strasznie zalezy zebym pojechala na ta inspekcje. Jak najszybciej chce szkolic ludzi "w terenie". Tymczasem strona do aplikacji o karte nie dzialala i rob se co chcesz. Zglosilam problem, dostalam "bilecik" od IT i moglam tylko czekac. Po powrocie do domu, spotkala mnie niemala niespodzianka, ale z tych przyjemnych. Dostalam mianowicie list od Stanu, ze w zwiazku z bardzo dobrymi wynikami w nauce Bi, zachecaja zeby w high school brala przedmioty o programie na poziomie college'u. Co ciekawe, chodzilo im o wyniki z middle school, a przeciez w VII klasie Starsza mordowala sie z rozszerzona matma. ;)

Jak tu nie byc dumnym? 

Ogolnie jednak, choc list polechtal oczywiscie moje matczyne "ego", to te przedmioty z poziomem powyzej szkoly sredniej, to nie taka prosta sprawa. Szkola niektore oferuje, ale trzeba najpierw wziac jakies wieczorne lub wakacyjne kursy. Nawet juz je probowalam odszukac, ale bezskutecznie. Bi miala spytac doradce zawodowego, ale zastanawia sie (a ja z nia), czy warto. Panna i tak bierze juz prawie wszystkie przedmioty na poziomie "rozszerzonym" i z taka np. fizyka, ma spore trudnosci. A tamte poziomy sa jeszcze wyzsze. Zaliczenie ich moze zapunktowac przy skladaniu podan na studia, ale z drugiej strony, jesli skonczy sie na marnej ocenie, poleci to po sredniej... Poki co temat mamy w zawieszeniu, za to Bi urzadzila awanturke przy samym wyborze przedmiotow na kolejny rok szkolny. Tak, juz teraz musza dokonac wyboru, bo szkola potrzebuje czasu na ulozenie grafikow. Niestety, kiedy kazdy uczen ma wlasny, indywidualny plan, ulozenie tego w jakas logiczna calosc, to musi byc nie lada wyzwanie... W kazdym razie, czesc przedmiotow ma sie obowiazkowa, jak angielski, "zwykla" matme, hiszpanski oraz historie. Do tego dochodza przedmioty dodatkowe. W kolejnym roku nie bedzie juz miala fizyki, ale za to wpisana zostala na rozszerzona chemie. Do tego musiala wybrac sobie kolejne 3 przedmioty. I panna wybrala dwa rodzaje ekonomii i kolejne cos matematyczne. Nie pamietam juz do to bylo. Tlumcze wiec, ze w ten sposob, w 10 klasie umrze z nudow. Bi wykloca sie, ze ma tabele z wymaganiami do ukonczenia szkoly i tam jest napisane ile przedmiotow musi wziac z jakiej dziedziny nauk i te akurat musi wziac. No to mowie, ze przeciez ma jeszcze 3 lata szkoly, wiec dlaczego nie urozmaicic sobie troche grafiku i nie wziac czegos bardziej powiazanego z medycyna czy biologia. Nie, bo ona chce juz miec z glowy przedmioty, ktorymi nie jest zbyt zainteresowana, zeby potem juz skupic sie na tym, co lubi. Nie powiem ze to kiepska logika, przekonuje jednak ze jesli bedzie miala ciagle, w kolko nielubiane przedmioty, to szybko znienawidzi szkole. Oczywiscie z Bi nie ma czegos takiego jak spokojna rozmowa, zaczyna tupac i krzyczec, wiec w koncu sama stracilam cierpliwosc i wyslalam ja do jej pokoju. :D A pozniej panna i tak musiala wziac jakis biomedyczny przedmiot, bo okazalo sie, ze trzeba go zaliczyc 3 lata pod rzad. ;) Wiem, ze te zasady maja zagmatwane. Pewnie jak Wam tak pisze, to wychodzi kogel mogel, ale niestety, sama sie tego ucze na wlasnych dzieciach. ;) Wracajac jednak do poniedzialku, czas byl zeby oba Potworki wrocily na treningi na basenie. Bi pojechala oczywiscie ciezko wzdychajac i patrzac (na mnie!) z wyrzutem, ale kiedy powiedzialam ze moge ja wypisac, oznajmila ze chce chodzic zeby trzymac forme, wiec sie zmusza... Tylko dlaczego ja musze znosic jej przewracanie oczami? ;) Na szczescie tego dnia M. pojechal tez na silownie, wiec nie tylko nie musialam ich wozic, ale jeszcze mialam chwile dom dla siebie.

Wtorek to ponownie jazda do biura, gdzie poza mna byla "az" jedna osoba! :D Normalnie czlowiek mial ochote chodzic na paluszkach, bo pomieszczenia niczym wymarle. Dzien ponownie spedzilam na wirtualnych szkoleniach, a pozniej na wysylaniu kolejnych bilecikow do IT.

Uczylam sie m.in. czego nie robic prowadzac sluzbowe auto :D 

W domu powtorka z poprzedniego dnia, bo Potworki mialy basen. Tym razem M. stwierdzil ze nie jedzie na silownie, wiec tylko ich podwiozl, a ja potem odebralam. Okazalo sie, ze zapomnialam o mailu otrzymanym kiedy bylismy w Polsce i tego dnia dzieciaki mialy cwiczenia na "suchym ladzie". Nik byl zawiedziony i zly, za to Bi zachwycona, bo stwierdzila, ze to bylo jak zajecia fitness. :D

Kolejny wieczor, kolejne padniecie przy zapalonym swietle :D

W srode za to, w biurze byl niemal tlok, bo poza mna przyjechalo jeszcze PIEC osob! :D Przynajmniej bylo z kim pogadac, na lunch kilkoro z nas usiadlo razem w sali konferencyjnej i choc raz czuc bylo ze to miejsce pracy, a nie jakas samotnia. Dzieki temu dzien minal ekspresowo. Przyszla tez moja oficjalna "odznaka". Bede ludziom podstawiac pod nos, niczym policjant. :D

Huhuhu :D 

Skorzystalam z okazji i poprosilam kolezanke zeby pokazala mi gdzie znajduja sie sluzbowe auta i jak mozna dostac sie do garazu. Troche to labirynt, ale moze znajde. W sumie to wolalabym juz chyba jezdzic wlasnym, bo wygodniej i wiadomo - moje, to mniejszy stres i odpowiedzialnosc... No, ale nam nie wolno. :/ Spytalam tez szefa czy moge w czwartek i piatek pracowac z domu i zadzwonil ze dla niego nie ma problemu, ale poniewaz maja wprowadzic te nowe zasady, wiec zebym nie pisala oficjalnie az nie minie moich pierwszych 90 dni. ;) Zrozumialam to jako ze moge te 2 dni z domu pracowac, ale zeby sie nie chwalic. :D Wrocilam wiec do domu w niezlym humorze, ktory zaraz mi opadl. Nik dzien wczesniej narzekal na bolace gardlo, a tego dnia wrocil ze szkoly z zawolonym nosem, bolem glowy i ogolnie kiepskim samopoczuciem. Mial miec wieczorem trening koszykowki, ktory przesuneli z czwartku, ale wygladal tak mizernie, ze stwierdzilam ze lepiej zeby zostal w domu, a nie meczyl sie i potem spocony wychodzil do samochodu. Zostalismy wiec i zupelnie sobie nie krzywdowalismy, tylko cieszylismy sie spokojnym wieczorem. :) 

Czwartek zaczal sie normalnie, ale szybko przeszedl w "ech"... Bi miala klub narciarski, wiec musialam odstawic ja do szkoly, a wtedy wiadomo, Kokusia tez. Ten jednak tak narzekal na oslabienie i bol glowy, ze kontrolnie kazalam mu zmierzyc temperature. Termometr pokazal 37.7, wiec wiadomo ze do szkoly go nie puscilam. Kazalam przebrac sie spowrotem w pizame i wracac do lozka. Zalamalam sie jednak, bo po przylocie z Polski byl w szkole zawrotne 5 dni (z weekendem w srodku) i juz cos podlapal... :/ Zawiozlam wiec do szkoly tylko Bi oraz sasiadke i wrocilam zeby zasiasc przed laptokiem. Niestety, poki co to tylko roznorakie wirtualne szkolenia oraz proby wgrania tej czy owej aplikacji. Oczywiscie pomoc techniczna w wiekszosci przypadkow dziala baaardzo opornie. ;) No i cale szczescie, ze akurat zostalam w domu, bo przynajmniej bylam na miejscu zeby dopilnowac brania lekarstw przez Kokusia i jedzenia, bo kawaler byl bez apetytu. U Bi w szkole tego dnia zaczely sie tzw. mid-terms, czyli egzaminy polroczne. Tak, w hamerykanckim liceum wyglada to podobnie jak na studiach, mimo ze niektore przedmioty trwaja caly rok. Nie wszystkie maja jednak "prawdziwe" egzaminy. Nauczyciele z niektorych przedmiotow wymagaja przygotowanie prezentacji albo napisanie jakiegos dluzszego opracowania na podstawie artykulow naukowych zwiazanych z przerobionym materialem. 

Bi od kilku dni zawziecie cwiczyla gre, bowiem miala na ocene zagrac z nut nieznany sobie utwor. Solo, wiec nie bylo komfortu, ze w razie czego inni ja zaglusza i na zywo, przy nauczycielce ;)

Poniewaz biedna mlodziez, wykonczona egzaminami, nie moze sie przemeczac, wiec zajecia konczyly sie juz o 12:08. Spodziewalam sie, ze klub narciarski odwolaja, ale nie. Dzieciaki mialy do wyboru zeby pojechac do domu (tyle, ze wtedy ktos musial ich spowrotem odwiezc do szkoly), albo zostac i poczekac 2 godziny, az przyjdzie czas jazdy na stok. Bylam w domu, wiec zaoferowalam Bi, ze moge po nia przyjechac i odpocznie spokojnie w chalupie, zje obiad, itd. Stwierdzila jednak, ze woli zostac i z ktoras z kolezanek pracowac nad jakims projektem. Nie, to nie. Najlepsze, ze panna pakowala sie dzien wczesniej, a pozniej dostaje sms'a: "Zapomnialam pieniedzy!". Niestety, wyslane jak juz byli w drodze na stok. Zaproponowalam zeby pozyczyla kase od ktorejs z kolezanek. Godzine pozniej otrzymuje wiadomosc z pytaniem, gdzie jej rekawice! Pieknie sie panna pakowala... ;) To jednak akurat dobra nauczka, bo jak jej sie przypomina, to jest prychanie, ze "ona przeciez wie, bo nie jest juz malym dzieckiem". No to prosze, jaka dorosla i wszystkowiedzaca. :D Nie mialam ochoty zasuwac na stok i spowrotem zeby zawiezc jej rekawice, wiec stwierdzilam ze jakos musi dac rade. Temperatura spadala i pomalu robil sie mroz, ale pomyslalam, ze najwyzej wroci do budynku wczesniej i tyle. Ja za to, punkt 16:30, wylogowalam sie z kompa i popedzilam na tygodniowe zakupy. Zdazylam wrocic, rozpakowac i usiasc na moze godzinke i trzeba bylo jechac po corke. Jakos dala rade, nie zmarzla zbytnio ani nie umarla z glodu, wiec bilans pomyslny. ;) Nik caly dzien niemozliwie smarczal i wieczorem padl jak kawka. Caly wieczor zastanawialismy sie z M. co zrobic z kolejnym dniem. Z jednej strony, nie chcialam zeby robil sobie kolejny dzien zaleglosci. Z drugiej, mialo byc bardzo zimno, calodniowy mroz, a wiem ze w srodku dnia wyrzucaja ich obowiazkowo na dwor. W dodatku, po poludniu mial miec narty, a na te juz zdecydowanie nie chcialam zeby jechal... Ostatecznie powiedzialam mu zeby wylaczyl budzik i porzadnie sie wyspal, w nadziei, ze szybciej postawi go to na nogi.

W piatek wiec Mlodszy ponownie zostal w domu, a ja zawiozlam dziewczyny do szkoly, po czym wrocilam do zdalnej roboty. Wszystkie zalatwiania pomalu ida do przodu, bo podanie o korpo karte kredytowa zostalo pozytywnie rozpatrzone. Teraz trzeba czekac az przyjdzie. Spedzilam tez dobre 40 minut na telefonie z pania od obslugi klienta, ale udalo jej sie przejac kontrole nad moim kompem i wgrac dwie aplikacje, na ktore czekalam od prawie tygodnia. Mialy sie "wgrac" same, w nocy, ale okazalo sie, ze pani musiala uzyc swoich "przywilejow" i zaladowac je na sile. Inna pani, administratorka z glownej regionalnej siedziby, zalatwila mi tez wlasne konto w UPS, w razie gdybym musiala kiedys pilnie wyslac sobie do biura jakies probki. Poza tym to kolejne wirtualne szkolenia, ktore tym razem szly jak po grudzie. Byly na temat historii calej agencji oraz departamentu i zawieraly mnostwo informacji, w stylu po jakiej epidemii czy tragedii, tudziez sensacji, kongres uchwalil takie czy takie ustawy, w zwiazku z ktorymi nasza agencja otrzymala taki czy siaki przywilej lub nakaz kontroli. Zawsze myslalam, ze takie rzeczy to bardziej ciekawostki, a teraz okazalo sie, ze musialam zapamietywac nie dosc, ze definicje, ale jeszcze daty, imiona i nazwy ustaw. Masakra... Tymczasem Bi miala kolejny dzien mid-terms, wiec znow konczyla o 12:08. Umowilam sie z nia, ze da mi znac jak bedzie gotowa jechac do domu, bo panna jak zwykle chciala zostac po lekcjach. Napisala dopiero o 13:45, wiec pojechalam po nia, po czym wrocilam do domu dalej mordowac sie ze szkoleniami. Nik mialby tego dnia klub narciarski, ale ze zostal z domu, wiec nie pojechal, co oznaczalo ze nie pojechalam rowniez ja. Troche zaluje, bo okazalo sie, ze Mlodszy rano wstal dopiero o 9 i strasznie zawalony, wiec najpierw wydawalo sie to dobra decyzja, ale w miare jak mijal dzien, mozna powiedziec, ze zdrowial w oczach. A zaleglosci w szkole rosna... :/ Z drugiej strony, przyszlo straszne ochlodzenie i juz po poludniu byl kilkustopniowy mroz, wiec moze to i lepiej, ze Nik nie jezdzil i nie lykal tego lodowatego powietrza... Wieczor spedzilismy leniwie, ja oraz Potworki cieszac sie z rozpoczecia dlugiego weekendu.

Sobota to dlusze spanie, a kiedy spojrzalam przez okno, przywitala mnie... biel. Nad ranem zaczal padac snieg i sypal tak raz mocniej, raz slabiej, przez wiekszosc dnia. Mialo spadc o 8 cm sniegu, ale spadlo go spokojnie dwadziescia kilka. W dodatku granica zroznicowanego opadu przebiegala tak smiesznie, ze M. opowiadal, ze pojechal najpierw na zakupy i w tamtej miejscowosci padal deszcz z lekka domieszka sniegu. Przyjezdza do nas, a tu jakby chmura sniegowa krazyla nad naszym miasteczkiem - wszystko zasypane! :D Na podjedzie wpadl w poslizg i znioslo go na przyczepe! Dobrze, ze nic wielkiego sie nie stalo; ma tylko mala ryse na zderzaku. Planowalam jechac na zakupy, bo skonczylo sie mokre zarcie dla Oreo, ale przy takich warunkach uznalam ze nie mam gdzie sie pchac. Za to odkurzylam i pomylam podlogi na dole, bo juz o to prosily. Obejrzalam skoki narciarskie, a potem ruszylismy z M. odsniezyc podjazd. Po Niku wlasciwie choroby nie bylo widac, oprocz tego ze z jednej strony nos obtarl sobie od wycierania do krwi. Odmawia jednak smarowania nozdrzy kremem (bo piecze!), no to ma... Na wszelki wypadek nie pozwolilam mu wyjsc na dwor, bo wiedzialam ze mniej bedzie pomocy, a wiecej tarzania sie w sniegu. A skoro Mlodszy nie pomagal szuflowac, wiec sprawiedliwie nie gonilismy tez Bi i starzy musieli poradzic sobie sami. ;) Tego dnia przyszly nowe tabletki na to posikiwanie Mayi. Skoro te na wzmocnienie zwieraczy pomagaly tylko minimalnie, teraz lekarka przepisala hormonalne, z estrogenem. Popuszczanie to bowiem ponoc czesta przypadlosc u wysterylizowanych suczek. Modle sie zeby te dzialaly lepiej, bo ciagle wycieranie podlogi doprowadza mnie juz do szalu, a w dodatku, tamte tabletki skonczyly jej sie w czasie naszego wyjazdu. Przez poltora tygodnia byla bez niczego i... nie chcecie wiedziec jak capi jej poslanie. Jak tylko zobaczymy ze nowe tabletki dzialaja, musze kupic jej nowe... Pod wieczor pojechalismy do kosciola, gdzie bylo oczywiscie duzo mniej ludzi niz zwykle, mimo ze glowne drogi byly juz odsniezone i porzadnie posypane sola. Po powrocie Nik uparl sie na pieczenie babki na oleju. Nie protestowalam, bo kolejnego dnia mial wpasc dziadek, wiec deser byl mile widziany. Pomoglam mu oddzielic zoltka od bialek, po czym zostawilam go niemal samego, choc i tak co chwila wolal mnie do pomocy lub po rade. A i tak zdolal zapomniec wyzerowac wage, wiec nie wiem ile dal cukru (ciasto i tak wyszlo slodkie :D), pozniej o malo nie dal sody oczyszczonej zamiast proszku do pieczenia, a na koniec, zamiast 300g maki, odmierzyl 350, bo pomylilo mu sie z cukrem. O dziwo, ciasto wyszlo bez zarzutu. :D A kiedy konczylo sie piec, do kuchni wparowala Bi i oznajmila ze chce upiec brownies. Zaslodzimy dziadka dokumentnie. ;)

Dobra, chyba nadrobilam zaleglosci. Teraz wracam juz do normalnego nadawania ;)