piątek, 26 czerwca 2026

Dlugi weekend, a po nim dluuugi tydzien

Tym razem musze zaczac od czwartku. Jak nietypowo, ha! :D

A wiec, w czwartek 18 czerwca, malzonek pojechal jeszcze na kilka godzin do roboty. Ja wzielam wolne, a Potworki oczywiscie cieszyly sie juz wakacjami, szczesciarze. ;) Wstalam w miare wczesnie, zeby szybko zjesc sniadanie i ogarnac sie, a pozniej niestety wziac sie za pakowanie przyczepy. Przynajmniej mialam juz w niej posciel, a ciuchy zanioslam w srode, ale zostala do spakowania praktycznie cala reszta. Podczas biegania do w te i spowrotem, trzeba bardzo uwazac i zasuwac za soba siatke w drzwiach kampera, bo Oreo jest nim bardzo zainteresowana i obawiam sie, ze kiedys mozemy dojechac na na miejsce i znalezc kiciula w srodku. :D Poki co, zadowolila sie lazeniem po moim aucie. ;)

Nie rozumiem co koty tak ciagnie do aut... 

Bi spakowala swoje ciuchy juz dzien wczesniej, Kokusiowi musialam oczywiscie kilka razy przypominac, bo przeciez on ma czaaas. A potem zawsze czegos zapomni... :/ Malzonek wrocil na sam koniec pakowania, szybko wzial prysznic i konczyl co tam jeszcze mial do roboty. Planowalismy wyjechac o 12, ale jak to bywa, troche sie przeciagnelo i ruszylismy o 12:40. Nie tak zle, ale po drodze korki byly niemozliwe. Caly czas jakies zatory bez powodu. Ani wypadku, ani robot drogowych, a autostrada wlecze sie kolo za kolem... Moglismy dojechac na 15, a dotarlismy pol godziny pozniej. Nie bylo to jednak jakos strasznie pozno, wiec rozpakowalismy sie, a pozniej usiedlismy przed przyczepa, zeby podelektowac sie sloncem. Caly weekend potwornie wialo i nikt na kempingu nie odwazyl sie rozlozyc zadaszenia. Za to widzielismy czesciowo zdmuchniety namiot. ;) Niestety, na horyzoncie pojawily sie ciemne chmury i choc mialam nadzieje, ze przejda bokiem, to niestety - przyniosly deszcz. A raczej istna ulewe. Lalo strasznie przez niemal dwie godziny, czyli wiekszosc naszego pierwszego popoludnia, ech... :/ Za to pozniej, na niebie pojawila sie piekna tecza. Nawet podwojna, choc na zdjeciu tego nie widac.

Pedzimy po ten garnek zlota :D 

Przestalo padac idealnie zeby rozpalic wieczorne ognisko, ale niestety - lunelo wczesniej tak nagle i tak gwaltownie, ze popedzilismy do przyczepy nie patrzac zupelnie co zostawiamy na zewnatrz. Zostawilismy krzesla i choc dwa maja plastikowe, plecione siedziska, wiec wystarczylo je wytrzec, ale dwa pozostale sa materialowe, wiec niestety przemokly dokumentnie. Postawilam je przy ogniu, ale juz nie doschly i proba usiadniecia na jednym, zakonczyla sie przemoknietymi portkami. ;)

Piatek zaczal sie pozniej, choc obudzilam sie przed budzikiem, ktory nastawilam na 9. Nadal strasznie wialo, wiec pomimo 24 stopni, w cieniu bylo chlodno. Mielismy taka zdradliwa pogode, bo co czlowiek chwile schowal sie przed sloncem, zaraz zaczynal marznac. Wychodzil wiec sie wygrzac, ale o tej porze roku slonce prazy az milo, wiec mozna sie bylo niechcacy szybko strzaskac. Przekonal sie o tym Nik, ktory dosc mial swojej bialej klaty oraz plecow. Cala wiosne przechodzil w koszulkach, wiec opalil sobie tylko twarz, kark oraz ramiona. Teraz wiec uparl sie, ze chce opalic reszte. Niestety, nie mial zamiaru sluchac mojej rady, zeby robic to stopniowo. Gore plecow, ktora spala sie najszybciej, posmarowalam mu niemal na sile. Reszte zostawilam, bo nie mam ochoty szarpac sie z chlopem, ktory jest juz wyzszy ode mnie. Tak jak przewidywalam, pod wieczor Mlodszy wygladal niczym raczek - nieboraczek. ;) Dzien spedzilismy jak to na kempingu - troche rowerow, troche spacerow, troche zwyczajnego leniuchowania. Nik chcial lowic ryby, ale okazalo sie, ze wiatr byl tak mocny, ze przywiewal mu haczyk z przyneta z powrotem. Kiedy niemal nie oberwal tym haczykiem, poddal sie i wrocil. :D Podczas odplywu poszlismy oczywiscie na plaze przy skalkach, zeby polapac kraby. Niestety, tu tez wiatr przeszkadzal. Krabiszony pochowaly sie gleboko, a woda zmarszczona byla od podmuchow i ciezko bylo cos zobaczyc. Nik zlapal tylko jednego.

Jeden, ale jest ;) 

Po poludniu M. pomajstrowal przy antenie i udalo mu sie znalezc kilka lokalnych kanalow. Mielismy farta, bo na jednym z nich transmitowali mundial, wiec udalo nam sie obejrzec dwa mecze, w tym USA - Australia. Skoro Polska sie nie zakwalifikowala, to kibicujemy drugim "rodakom". :)

Jak w domu ;) 

Pod wieczor poszlam z Potworkami na glowna plaze, bo Bi chciala sie wykapac i troche posiedziec. Nik poszedl z nami, ale szybko sie zmyl, bo woda byla lodowata, a on nie lubi siedziec na plazy dla samego siedzenia. Starsza tez zrezygnowala z moczenia jak tylko weszla po kostki do wody, wiec usiadla z ksiazka, a ja rozlozylam sie na kocu, leniwie obserwujac ocean, mewy i innych plazowiczow.

Wietrznie i pustawo

Pod wieczor wiatr na chwile ucichl, wiec szybko skorzystalysmy z Bi i zagralysmy runde badmingtona. Nawet sie dobrze bawilysmy, dopoki wichura nie wrocila i nie zaczela nam zwiewac lotki na drzewo. ;) Wieczorem znow rozpalilismy ognisko i tym razem nawet udalo nam sie przy nim posiedziec. Upieklismy tez kielbaski, choc zjedlismy je tylko my oraz Nik. Bi rzadko daje sie namowic...

W sobote pobudka tak samo i leniwe szykowanie sie na kolejny dzien relaksu. Liczylam na to, ze przestanie tak potwornie wiac, ale sie przeliczylam. Co gorsza, bylo nieco chlodniej niz poprzedniego dnia, wiec kolejny raz trzeba bylo uwazac zeby nie zmarznac ani sie nie spalic. Dzien spedzilismy podobnie jak piatek. W czasie odplywu poszlam z Kokusiem na kraby i zabrala sie z nami Bi, bo dzien wczesniej woda od strony rzeki byla dosc "ciepla". W cudzyslowiu, bo tak naprawde byla lodowata, ale przynajmniej stopy nie dretwialy zaraz po wejsciu do niej. ;) Tego dnia woda juz byla chlodniejsza, ale Bi zawziela sie i zanurzyla, choc kapiel trwala cale dwie minuty. ;)

Przy odplywie tworzy sie spora plycizna 

Nik niestety nie mial szczescia do krabow. Ponownie wszystkie sie pochowaly. Probowal zlapac chociaz narybku, ale lawice drobnicy, ktorych tam zwykle pelno, tez sie pochowaly. Po powrocie zjedlismy lunch, a potem pojechalam z synem na wycieczke rowerowa.

Tutaj spuszcza sie na wode lodzie, ale glownymi "bohaterami" ujecia, sa nadchodzace, ciemne chmury 

Zdazylismy wrocic i za kilka minut zaczelo kropic. Nauczona doswiadczeniem z czwartku, szybko schowalam krzesla i zawolalam Maye do przyczepy. Psiur gramolil sie opornie, ale w tym momencie lunelo, co pomoglo jej w podjeciu decyzji. :D Ulewa potrwala zawrotny kwadrans, a pozniej wyszlo ponownie slonce. Tym razem jednak mielismy suchutkie krzesla na wieczorne siedzenie przy ognisku. ;) Zanim ono jednak nastapilo, pojechalismy jeszcze do kosciola. Kolejnego dnia musielismy sie rano pakowac do wyjazdu, wiec nie dalibysmy rady, pojechalismy wiec w sobote. W niedziele byl tutejszy Dzien Ojca, wiec tradycyjnie wszyscy ojcowie, dziadkowie, itd. mieli wstac na specjalne blogoslawienstwo. :)

 

Malzonek stanal raczej niechetnie :D

Na kemping wrocilismy akurat na pore rozpalenia wieczornego ogniska. Tym razem, podczas wieczornej ciszy, chwycilismy z Kokusiem za frisbee. To na szczescie nie jest az tak wrazliwe na podmuchy wiatru, wiec gralismy az ledwie bylo widac talerz i balam sie, ze ktores z nas oberwie w nos, albo ja w okulary. ;) A pozniej, nad polem kempingowym rozblysly fajerwerki. To jest wlasnie swietne w tym miejscu, ze zwykle pokazy sztucznych ogni sa w Hameryce z okazji 4 lipca, ale na tym kempingu, kiedy bysmy nie przyjechali, strzelaja niemal co noc.

Och i ach :)

Niedziela to juz niestety powrot do domu... Rano jeszcze pospalismy troche dluzej, potem sniadanie i spokojna kawka w sloncu. Oczywiscie kiedy ustala wichura? Ostatniego dnia, no jakby inaczej?! :D Wreszcie moglismy rozlozyc zadaszenie, co sie przydalo, bo bez wiatru temperatura szybko podniosla sie do 26 stopni. Wiadomo, ze najlepsza pogoda przychodzi zawsze na ostatni dzien. ;) Malzonek zaczal podlaczac auto pod przyczepe i pakowac wszystkie zewnetrzne, ciezkie rzeczy, a ja wzielam sie za srodek. Tu akurat nie ma az tak duzo. Trzeba po prostu zabezpieczyc wszystko zeby nie poprzewracalo sie i nie stluklo lub polamalo w drodze. Zwykle zajmuje to jakies pol godziny. M. potrzebuje znacznie wiecej na zrobienie swojej czesci, wiec zostalo mi sporo czasu, a Potworki snuly sie znudzone. Stwierdzilam, ze moze przejdziemy sie na skalki, poniewaz nadchodzil odplyw, a ze nie bylo az takiego wiatru, istniala szansa, ze Nik znajdzie pare krabow.

Odplyw to pokryte wodorostami skalki i dno uslane ostrymi odlamkami muszli oraz kamykami - nie raz wyszlam z tego z rozcieta stopa 

Mimo ze mielismy jeszcze ponad godzine, do maksymalnego odplywu, poniewaz plywy sie miedzy soba roznia, tego dnia poziom wody byl naprawde niski. Bi poczatkowo poszla poplywac, ale pozniej dolaczyla do naszych poszukiwan.

Ta to ma zdrowie... ;) 

W koncu mielismy naprawde udany "polow", choc Nik znalazl tylko jednego malego kraba, za to prawdziwa "krolowa" bylam ja. ;)

To JA go znalazlam! :) 

Nie wiem jak to sie dzialo, bo znajdowalam jednego za drugim. Wiekszosc malutkich (moze to sezon na mlode?), ale kilka wiekszych tez. I wcale jakos specjalnie ich nie szukalam, ot przewrocilam jakis kamien od czasu do czasu, albo zajrzalam pod wodorosty... ;)

Tego tez!

I tego!

Tego maluszka tez! I kilka nastepnych :)

Nie zapomnijmy o krewetce, choc na zdjeciu ciezko ja rozpoznac :D 

Niestety, nasze polowy potrwaly jakies 40 minut i trzeba bylo wracac, bo wiedzialam ze M. skonczyl pakowanie i przebiera nozkami niecierpliwie zeby jechac. Faktycznie mial juz wszystko podpiete i zlozone i czekal tylko zebysmy sie zalatwili, zeby odlaczyc wode i prad. Droga do domu uplynela w korkach, choc niewielkich na szczescie. Dojechalismy przed 16 i trzeba sie bylo wypakowywac... Ledwie wszystko przenieslismy, wykapalismy sie i wstawilam po-kempingowe pranie, a musialam wyciagac walizke, bowiem kolejnego dnia wyjezdzalam na inspekcje. Ech... :(

Poniewaz przezornie uprzedzilam firme, do ktorej sie udawalam, ze przyjade okolo 10, wiec moglam pospac do 6:30, a pozniej spokojnie sie wyszykowac i o 8 wyjechac z domu. Po drodze musialam wymienic auto na sluzbowe, po czym ruszylam na miejsce i o dziwo, dojechalam praktycznie o czasie. Firma okazala sie malutka. Biuro maja w czesci administracyjnej szpitala, ale tak na prawde to "firma", a raczej "komisja" skladala sie z 3 osob. Z tego, administratorka byla na wakacjach, a prezes (ktory poza tym pracuje jako lekarz) nie zawracal sobie glowy inspekcja. ;) Zostala mi kierowniczka, sympatyczna starsza pani, ktora miala jednak zwyczaj na kazde pytanie odpowiadac zawile i z historiami pobocznymi. Czesto nie majacymi nic wspolnego z praca. Dowiedzialam sie m.in. ze jej ziec zaatakowal jej corke i teraz maja sprawe rozwodowa. Ta wiedza nie byla mi oczywiscie do niczego potrzebna, chyba ze kobita chciala wzbudzic litosc. :D

Maly wglad na moje inspekcje - laptop, papiery i mnostwo dokumentow na polkach... 

Stwierdzam, ze ten pierwszy dzien to byl kompletny chaos. Pierwszy raz bylam sama i choc zwykle jestem niezle zorganizowana i lubie miec wszystko zaplanowane i dopiete na ostatni guzik, to teraz patrzylam raz na to, raz na tamto i gubilam sie w tym, co mialam sprawdzic i kopie ktorych dokumentow wziac ze soba. Najbardziej przeszkadzal mi elektroniczny protokol, ktory mamy tylko dla tego rodzaju inspekcji i ktory musimy wypelnic. Nie dosc, ze pytania mial bardziej szczegolowe niz przepisy, to jeszcze po odpowiedzeniu na niektore pytania, otwieraly sie kolejne, ale w zupelnie innej jego czesci. Pozniej, dla pewnosci przelatywalam pytania i zaskoczenie! Nie ma odpowiedzi na jakies, a bylam pewna, ze cala ta sekcje przerobilam! Ostatecznie, przez cala inspekcje sprawdzalam caly protokol kilkanascie razy, zeby sie upewnic czy nie otworzylo sie nic dodatkowego. Kompletna strata czasu... :/ O 16 stwierdzilam, ze mam dosc i pojechalam do hotelu. W miedzyczasie zaczal padac deszcz, co przypomnialo mi, ze zapomnialam spakowac parasolki lub kurtki przeciwdeszczowej. Brawo ja, zwlaszcza, ze jakies opady zapowiadali na niemal kazdy dzien w tym tygodniu... :/ Bylo deszczowo i sennie, a ja zmeczona stresem inspekcji, wiec czulam sie kompletnie wypompowana. Jak wlazlam do pokoju hotelowego, tak juz nie chcialo mi sie z niego wychodzic.

Nie byl to NAJlepszy hotel, w ktorym mieszkalam, ale zdecydowanie jeden z lepszych 

Na szczescie spakowalam prowiant, bo hotel serwowal tylko sniadania i nie mial restauracji zeby cos kupic. Mala "sensacja" tego dnia bylo to, ze dostalam raporty Potworkow. W Polsce swiadectwa rozdawane sa w dzien zakonczenia roku szkolnego, a tutaj... w sumie kazdego roku inaczej. W tym, przyszly 4 dni robocze pozniej. :D U Kokusia, tak jak sie spodziewalam - A ma ze wszystkich malo waznych przedmiotow poza naukami scislymi. Reszta to B.

Ostatni raport z gimbazy ;) 

Za to u Bi zaskoczenie i to z tych malo pozytywnych. Ogolnie oceny koncowe to A i B, gdzie jeszcze rok temu miala praktycznie same A. No ale uparcie wziela wszystkie mozliwe przedmioty w trybie rozszerzonym, to teraz ciezko wyciagnac na 90% lub wiecej... Nie to mnie jednak zaskoczylo, tylko fakt, ze z egzaminu koncowego z matmy dostala... F. Czyli go nie zdala! :O

Pierwszy koncowy raport ze szkoly sredniej ;) 

Na szczescie to nie studia i egzamin stanowi tylko jakas czesc oceny koncowej (chyba 10%), ale jestem w szoku. Odkad zmienila "zwykla" matematyke na rozszerzona, oceny spadly jej na B, ale to jednak B, czyli odpowiednik naszej 4. A tu nagle tak po prostu oblac?! :O Nie bylo mnie na miejscu, wiec nie mialam jak porozmawiac z corka o tym, co tam sie zadzialo, a nie chcialam robic tego przez telefon. Rozmowa musiala poczekac...

We wtorek dzien uplynal podobnie, tyle ze nie musialam jechac dwoch godzin do pracy. Pierwszy raz bylam na inspekcji sama, czego zaleta bylo to, ze moglam sama sobie ustawic grafik. W hotelach genralnie slabo sypiam, wiec postanowilam nastawic budzik na 7, spokojnie sie wyszykowac, zejsc na sniadanie i do sprawdzanej firmy dojechac okolo 9. Moglam zjesc bez stresu i zerkania na zegarek, bo wiedzialam, ze nikt na mnie nie czeka. Tak jak dzien wczesniej, na inspekcji zostalam do 16. Na dluzej po prostu nie mialam sil, szczegolnie ze caly dzien padal deszcz i chcialo mi sie spac. Pechowo, tego dnia jeden z meczow mundialu odbywal sie pod Bostonem, wiec ruch na drogach po poludniu byl niemozliwy. Nawigacja poprowadzila mnie przez jakies osiedla i uliczki tak male, ze dwa auta ledwie sie mijaly... Przyjechalam, pogadalam z rodzina i zauwazylam ze jakby przestalo padac. Poniewaz caly dzien przesiedzialam w srodku, wiec postanowilam zrobic kilka okrazen wokol hotelu. Niestety, znajdowal sie on na lekkim zadupiu, z autostrada z jednej strony i ruchliwa droga bez chodnikow z drugiej. Nie mialam wiec opcji pojscia gdzie indziej, ale przynajmniej od autostrady oddzielal go pas zieleni, wiec choc ja nadal slyszalam, moglam sobie wyobrazic, ze chodze obok lasu. ;) Pogoda zrobila mi psikusa, bo nadal kropilo, ale oporcz tego, ze zachlapalo mi okulary, nie mialam co narzekac. W tym hotelu mialam basen, wiec poszlam zobaczyc jak wyglada, ale woda wydala mi sie raczej chlodna, wiec zrezygnowalam z kapieli. Wieczor spedzilam na kompie i marzeniach zeby juz wrocic do domu.

Wieczorem niebo zaplonelo kolorami, choc na zywo bylo bardziej rozowe, a na zdjeciu wyszlo pomaranczowe

Sroda to pobudka o tej samej porze, sniadanie i jazda na inspekcje. Niestety, firma okazala sie, nie dosc ze malutka (to akurat jest zaleta), to jeszcze bidna i z marnymi finansami. W rezultacie, gdzie wiekszosc odwiedzanych przeze mnie miejsc ma elektroniczna dokumentacje, tutaj operowali starym, dobrym papierem. Ktory zreszta mi nie przeszkadza, bo mam wrazenie ze sama moge sobie wszystko sprawdzic i doczytac, zamiast polegac na kims kto bedzie mi pokazywal to na ekranie i moze latwo cos "niechcacy" przeleciec i ominac. Kiedy jednak zaczelam robic liste dokumentow, ktore musze zebrac zgodnie z przepisami, a dodatkowo zeby pokazac co sprawdzalam, zlapalam sie za glowe. Wyszly z tego setki stron, a dzungla Amazonska placze... ;) W dodatku, lekko sie wkurzylam, choc tak naprawde to nie mam kogo winic. Okazalo sie, ze tej babki, ktora przynosila mi dokumenty i odpowiadal na pytania, w czwartek nie bedzie, bo ma jakies wazne sprawy rodzinne. Niestety, jak pisalam wyzej, administratorka byla na wakacjach, a prezes sie nie pokazal, zreszta wyglada ze on tam jest tylko od podpisywania dokumentow. Nie bylo wiec nikogo, kto bylby tam ze mna w czwartek. Jeszcze w poniedzialek, optymistycznie myslalam, ze a noz widelec wyrobie sie do srody. Niestety, w srode bylo jasne, ze nie zdaze. To znaczy, moze bym dala rade, ale musialabym sie bardzo spieszyc, a wiadomo, ze wtedy latwo cos pominac. Chcialam miec jeszcze takie spokojne kilka godzin zeby dopiac wszystko na ostatni guzik. Poza tym, za pozno bylo zeby sie wymeldowac, wiec i tak hotel skasowalby mnie za kolejna noc. No pech po prostu, ze szef wyznaczyl mi ta inspekcje akurat na ten tydzien. Czyli to jego wina. :D A zla bylam, bo wiedzialam, ze spokojnie zamknelabym ta inspekcje w czwartek, a tak to musialam czekac do piatku. :/ Ponownie zostalam do 16 i wracalam do hotelu w potwornych korkach. Po powrocie znow zrobilam kilka okrazen wokol hotelu, a pozniej przysiadlam na laweczce, delektujac sie sloncem. A jeszcze, ja sie tu kapie, a malzonek przysyla mi w tym czasie zdjecie... kuchenki. :O

Brak mi slow

Moge sobie tylko wyobrazic ile tam przeklenstw poplynelo... :D Wieczorem przypomnialo mi sie, ze leci przeciez mundial i choc wielkim fanem pilki nie jestem, to wlaczylam, tak dla towarzystwa. Przynajmniej przelamalam troche ta cisze pokoju hotelowego.

W czwartek, mimo ze wiedzialam ze nie bedzie nikogo, kto odpowiedzialby na potencjalne pytania, pojechalam ponownie na inspekcje. Tam mialam prawie cala dokumentacje, wiec w razie czego moglam sama czegos poszukac. I pod tym wzgledem ta firma jest dziwna. Zwykle ludzie robia wszystko zeby inspektor nigdzie sam nie lazil i nie wsciubial nosa. Zdarza sie, ze chodza za toba nawet do lazienki. A tutaj moglam sobie grzebac w ich dokumentacji bez zadnych przeszkod. :D Nie siedzialam jednak dlugo, sprawdzilam dokumentacje z ostatniego badania klinicznego, przepatrzylam jeszcze raz moj elektroniczny protokol oraz notatki i napisalam do kolezanki zastepujacej moje szefa. Znalazlam pare bledow oraz niedociagniec, ale nic nie rzucilo mi sie w oczy jako na tyle powazne zeby wreczyc oficjalne, pisemne upomnienie. Bardziej sklanialam sie zeby zamknac inspekcje z ustna "dyskusja". Poniewaz jednak to moja pierwsza inspekcja, a poza tym ja ogolnie nie pale sie zeby ludziom wlepiac upomnienia, wiec napisalam do kolezanki, pytajac co ona o tym mysli i czy nie jestem moze zbyt mila. ;) Istnieje bowiem ryzyko, ze jesli blad jest powazny, a ja go zignoruje, to potem centrum, po sprawdzeniu mojego raportu, odpisze ze mam wrocic i jednak wlepic upomnienie. Wolalam uniknac takiej sytuacji, wiec wolalam sie poradzic kogos z wiekszym doswiadczeniem. Na szczescie kolezanka zgodzila sie z moim rozumowaniem, ze wiekszosc bledow byla raczej trywialna, a jeden powazniejszy byl pojedynczy w calym stosie przerobionych papierow, wiec mozna zalozyc ze to przypadek. Zostalam tam do 13, bo skoro nie mialam nikogo do odpowiedzi na pytania, to nie mialam po co tam siedziec. Zreszta, wlasciwie skonczylam, zostalo mi tylko dokladne sprawdzenie czy mam wszystkie potrzebne dokumenty. Wrocilam do hotelu i, korzystajac z ladnej pogody, ponownie zrobilam kilka okrazen wokol hotelu i posiedzialam na sloneczku. Wrocilam do pokoju, ale stwierdzilam, ze to moje ostatnie tam popoludnie, wiec moze powinnam skorzystac z basenu.

Na dowod, ze faktycznie sie zamoczylam :D 

Nie bylam pewna czy sie zamocze, ale poszlam. Zajelo mi 5 minut, ale wlazlam i poplywalam. :) Pozniej musialam powyciagac moj stos papierzyskow i przepatrzec co mam, a czego mi brakuje. I dobrze, ze to zrobilam, bo dwoch przepisow nie dostalam.

Zdjecie zrobione od gory, wiec nie pokazuje dobrze tych stosikow, ale zebrane do kupy, to spokojnie grubo ponad tysiac stron... :O 

Wlaczylam w miedzyczasie meczyk i patrzylam jednym okiem, choc tak naprawde to czekalam tylko na ten USA, ktory mial byc jednak dopiero o 22 mojego czasu. Tego obejrzalam tylko pierwsza polowe bo musialam sie klasc spac, ale wystarczylo zeby Turcja zdobyla przewage. ;)

W piatek pobudka jak przez caly tydzien, sniadanie i... musialam upewnic sie, ze nie zostawilam nic w jakims kacie pokoju hotelowego, czas byl bowiem sie wymeldowac. ;)

Sniadanie miszczow... i pewnie 1000 kalorii :D 

Pojechalam na inspekcje, ale tego dnia wladlam tylko na 1.5 godzinki. Domknelam wszystko co trzeba, przeprowadzilam podsumowujace spotkanie (15 minut i po krzyku) i moglam ruszyc do domu. Po drodze oczywiscie byly lekkie korki i musialam zatankowac, wiec do biura dojechalam o 12:15. Wymienilam auto na wlasne i moglam w koncu pojechac do domu. Malzonek byl jeszcze w pracy, ale Potworki przybiegly radosnie na powitanie, z psem do kompletu. Kot przede mna uciekl. :D Po rozejrzeniu sie po domu, leciutko sie zalamalam. Podczas mojego miesiecznego wyjazdu, M. sie sprezyl i calkiem niezle ogarnial rzeczywistosc. Teraz wyjezdzam na krocej, to chyba wlaczyl tryb przetrwania - czekam az wroci zona i to ogarnie. ;) W zmywarce czyste naczynia, o dziwo. Ale na suszarce normalnie Tetris. Naczynia myte recznie chyba kilka dni i tylko dokladane, bo przeciez po co odkladac suche na miejsce. Pod wieczor odkrylam ze przez 4 dni kot nie dostawal puszek. Spokojnie, dostawala suche, wiec nie glodowala, ale wieczorem zawsze dostaje puszeczke, a teraz o kotku zapomnieli. Podobnie, dla psa zawsze dodaje do chrupek troche mokrej karmy. Maya slabo je, wiec w ten sposob zachecam zeby zjadla wiecej. Coz, kiedy mnie nie bylo, dostawala same chrupki i tyle. Wszystko jednak mi opadlo, kiedy okazalo sie, ze pranie ktore zrobilam w niedziele, po przyjezdzie z kempingu, nadal siedzi w suszarce! Robilam je na wieczor, wiec nie chcialo mi sie po nocy skladac, ale Malzonek mowil, ze nie ma sprawy; on posklada. No i prosze. Najlepsze, ze teraz twierdzil, ze nawet nie pamieta, ze ja mu cos mowilam! :O W kazdym razie, po przyjezdzie do domu, na chwile usiadlam, ale potem zmusilam sie, zeby ponownie ruszyc tylek i pojechac na zakupy. Potworki zabraly sie ze mna i potem zajechalismy po bubble tea, zeby uczcic moj powrot do domu. :)

W ten sposob jakos przezylam pierwsza samodzielna inspekcje. Teraz ciekawe ile moj szef znajdzie niedociagniec. ;) Najwspanialsze jest jednak to, ze kolejny wyjazd (wedlug grafiku) dopiero za ponad miesiac!

środa, 17 czerwca 2026

Krotszy tydzien z waznym, rodzinnym wydarzeniem

Krotszy w sensie "pracujacym" oczywiscie, bo niestety, chocbym pekla, nie puszcze kilku dni w niebyt, choc by sie chcialo... :D

Sobota, 13 czerwca to dla M. praca, dla naszej reszty odsypianie. Swiatlo w mojej sypialni tak sie zmienia w czasie roku, ze teraz, kiedy czesto wyjezdzam, nie moge sie przyzwyczaic. Obecnie drzewa maja juz w pelni rozwiniete liscie, wiec slonce tylko przez nie przebija tak do godziny 10. Przebudzilam sie wiec, otworzylam jedno oko, po czym stwierdzilam, ze jeszcze wczesnie i zakopalam sie glebiej pod koldre. Cos mnie jednak tknelo i zerknelam na telefon - 8:45. No faktycznie "wczesnie"... Podnioslam sie wiec na lozku, bo o tej porze nie ma juz co dosypiac. Kiedy wstalam, zjadlam i sie ogarnelam, zgodnie z weekendowa tradycja wzielam sie za sprzatanie. Tym razem trzeba bylo ogarnac gore, co lubie, bo mlodziez odhacza swoje pokoje, a ja moge sie zajac reszta. Wstawilam, a potem przelozylam do suszarki pranie, a M. w tym czasie wzial Kokusia do sklepu z akcesoriami rybackimi. Przywiezli caly zestaw przynet i Mlodszego az swierzbilo oczywiscie, zeby jechac na ryby. Najpierw jednak pojechalismy do kosciola i dopiero po powrocie i przebraniu sie, zabralam syna. Byl tam akurat kolega, z ktorym ostatnio ciagle lowi, ale tym razem chlopak za chwile wracal z rodzicami do domu, wiec tylko zagrali szybko w kosza.

Nie ma jak koszykowka w crocs'ach... 

Ja mialam sie przejsc po klubie, ale nieopatrznie wyszlam z domu w takich luznych klapkach, ktore spadaja mi ze stop, wiec wrocilam do chalupy i wyciagnelam meza na spacer po osiedlu. Tego dnia wilgotnosc powietrza byla nizsza, ale ze temperatura znow skoczyla do 30 stopni, wiec podlalam warzywa i kwiatki. Pozniej usiadlam na tarasie z kawa i szykowalam sie na dlugi relaks, tymczasem juz o 19:30 zadzwonil Nik, zeby po niego przyjechac. Okazalo sie, ze ryba odgryzla mu pol przynety, ale zeby ja wymienic, musial odciac kawalek linki, a nie mial ani nozyczek, ani noza. Ponownie wrocil wkurzony, bo nic nie zlapal. Pol drogi zrzedzil mi, ze chyba ma juz dosc lowienia, skoro jego kolega zlapal ostatnio 7 ryb w jeden wieczor, a on dwie w... tydzien. Tyle, ze kolega lowil na zywa przynete, ale kiedy zaproponowalam mu ze mozemy kupic robaki lub male rybki, to fuknal, ze takie lowienie jest nudne i on nie chce. Ok, nudne to nudne. Dla mnie chyba fajniejsze jest zarzucenie linki ze splawikiem, czekanie i wyciaganie ryby, niz takie nie konczace sie zarzucanie i sciaganie, zarzucanie i sciaganie... Ogolnie to zly humor syna czesciowo wywolany byl tym, ze nie jadl nic od sniadania, poza lodami. Pojechali z ojcem na zakupy, potem ten pytal czy ma mu odgrzac obiad, ale nie chcial. Pojechalismy do kosciola, a pozniej tak sie Kokusiowi spieszylo na ryby, ze zapomnial ze jest glodny. Mogl sobie cos kupic w budce w klubie, ale najwyrazniej bylo mu szkoda czasu. Dopiero kiedy wrocil i wreszcie zjadl obiadokolacje, wrocil usmiech i okazalo sie, ze jeszcze z wedkarstwa nie rezygnuje. :D

W niedziele ponownie ja z dzieciakami spalismy do wypeku, a M. pracowal. Kiedy w koncu zwloklam sie z wyrka, zabralam sie za sprzatanie kuchni oraz dolnej lazienki, ale najpierw szybko ukrecilam ciasto z jablkami na przyjazd taty. Przyjechal dziadek i posiedzial dluzej niz zwykle, bo w czasie jego wizyty zaczal sie jeden z meczow Pucharu Swiata, wiec jako zagorzaly kibic, musial obejrzec do konca. Ja za pilka srednio przepadam, wiec choc pierwsza polowe obejrzalam, to w czasie drugiej juz lazilam po domu zajmujac sie swoimi sprawami. Kiedy mecz sie skonczyl, dziadek szybciutko sie zebral i "uciekl", bo godzine pozniej zaczynal sie kolejny i chcial na niego zdazyc juz w domu. ;) Poskladalam jedno pranie, wstawilam kolejne, po czym pojechalam z synem na... ryby. :D Mialam go tylko zawiezc i wrocic, ale Mlodszy chcial lowic nad stawem, ktory znajduje sie troche na uboczu. Przy duzym jeziorze, a zwlaszcza w okolicach plazy, byly doslownie tlumy, bo byl to kolejny dzien gdzie mielismy 30 stopni. A przy stawie pustki. Ani innych wedkarzy, ani spacerowiczow... Poszlam z Kokusiem, z mysla, ze postoje i zobacze czy pojawia sie jacys ludzie. Nie pojawil sie nikt, wiec krecilam sie tak z nim przez godzine, przekonujac go zeby przeniosl sie nad jezioro, gdzie placze sie wiecej osob. Ryby nie braly, za to plywalo wkolo pelno zolwi, mniejszych z pomaranczowymi znakami oraz wielkich zolwi sepich.

Niestety, nie chcial sie wynurzyc 

W koncu Nik sam stwierdzil ze sprobuje nad jeziorem, ale chcial jeszcze zarzucic kilka ostatnich razy. I pech, bo za ktoryms, haczyk mu kompletnie utknal. Szarpalismy sie z linka chyba pol godziny, bo stwierdzilam, ze przeciez nie mogl az tak utknac i wystarczy mocniej szarpnac zeby go wyrwac z potrzasku. Taaa... jednak mogl. :D Szarpanie i ciagniecie nic nie dalo i w koncu zgodnie stwierdzlismy, ze trzeba linke odciac. I tu wyszla glupota rybaka - amatora, bo syn nie ma... nic. Ani nozyczek, ani jakiegos noza. A musicie wiedziec, ze Mlodszy rok - dwa temu mial obsesje na punkcie scyzorykow i posiada chyba ze trzy. Ale nie pomyslal ze warto ktorys spakowac do torby z wedkarskimi akcesoriami... Jedyne co mielismy, to haczyki, wiec bezskutecznie probowalismy nadziewac na nie linke i probowac ja rozszczepic. Wlasciwie to juz szykowalam sie ze bede musiala jechac do domu po cos do przeciecia (bo przeciez nie zostawimy calej wedki), kiedy pojawilo sie dwoch chlopcow. Ci na szczescie byli duzo lepiej przygotowani i jeden mial nozyczki. Nik przecial linke, ale oczywiscie chec na dalsze lowienie sie skonczyla, tym bardziej ze zrobila sie 19:36. Pojechalismy wiec do domu, gdzie trzeba sie bylo szykowac na kolejny dzien.

W poniedzialek Nik mial normalnie szkole, choc robia coraz mniej i pisal do mnie czy ma wziac szkolne przybory do domu, czy po prostu wyrzucic. :O Nadeszla bowiem pora oprozniania szafek, a jak sie przez caly rok zbieralo burdel, to teraz ciezko to posegregowac. Bi miala kolejny skrocony dzien. Ona tego dnia miala "egzamin" z historii, a pisze w cudzyslowiu, bo akurat z tego przedmiotu nie mieli typowego egzaminu, tylko przygotowac odpowiedzi do dyskusji w klasie. Nauczyciel mial owa dyskusje prowadzic i oceniac poziom odpowiedzi oraz aktywnosc dyskutantow. Panna do domu wrocila zaraz po 12 i zawracala mi gitare czy moze isc z kolezanka na rower. Kiedy odpisalam ze moze, ale niech najpierw rozladuje zmywarke, dostalam szereg oburzonych sms'ow, ze dlaczego ona, czemu nie Nik i ze to taaaka ciezka praca. Bylam bezlitosna i w koncu rozladowala. :D Ja mialam kolejny dzien inspekcji, ale na szczescie skonczylysmy. Tak naprawde to nie wiem po co na sile przeciagnelysmy to o kolejny dzien, bo kolezanka dojechala prawie o 10 (umawialysmy sie na 9:30, ale ponoc pobladzila), a potem mialam wrazenie ze sprawdzila jeszcze dwie rzeczy tak troche na wyrost. Godzine siedzialysmy patrzac we wlasne laptopy oraz telefony i mysle, ze spokojnie moglysmy to wszystko zamknac w piatek, bez przyjezdzania tam kolejny raz. No ale ze jeszcze w poprzednim tygodniu planowala zamknac inspekcje we wtorek, albo nawet w srode, to chyba nie mam co narzekac. Wyszlysmy stamtad niemal idealnie o 13, wiec zanim dojechalam, po drodze jeszcze zatankowalam i wymienilam auta, to do domu dojechalam o 14:25. I tak niezle sie wyrobilam, bo praktycznie nie bylo korkow. Dojechalam do domu i w tym samym czasie Bi wrocila z przejazdzki, a chwile pozniej dojechal ze szkoly Nik. Przywiozl w koncu trabke, wiec wreszcie moge jechac i oddac instrumenty. Na obiad M. mial tego dnia robic tacos, wiec szybko przygotowalam mieso i wyrobilam sie idealnie na jego przyjazd. Tego dnia w koncu mielismy chlodniejsza pogode. Byly 22 stopnie i mocny wiatr, wiec wydawalo sie nawet chlodniej. W koncu, po paru dniach wylaczylismy klimatyzacje i pootwieralismy okna. Rano Bi cos tam sie burzyla, ze nadal jest wilgoc, ale po poludniu nikt juz nie zglaszal pretensji. Nik mial tego dnia trening, a M. pojechal na silownie, wiec mialam spokojna godzine. Podlalam warzywa oraz kwiatki, wzielam prysznic, a pozniej musialam sie szykowac na dzien w biurze. Przez ten moj ostatni grafik, nie pamietam nawet kiedy tam ostatni raz bylam. :D

Wtorek musialam rozpoczac wczesniej, a w dodatku nieprzytomna. O 3:30 nad ranem obudzil mnie pecherz i potem za cholere nie moglam zasnac. Bylo mi duszno, mimo ze uchylilam okno i przewracalam sie z boku na bok. Nie wiem o ktorej zasnelam, ale bylo juz jasno i ptaszydla darly dzioby, wiec zakladam ze gdzies po 5. Kiedy wiec o 6 zadzwonil budzik, marzylam zeby sie zakopac pod koldre i spac dalej. Nie bylo jednak tak dobrze. ;) Bi miala we wtorek ostatni dzien szkoly. Teoretycznie byl on w srode, ale tego dnia mieli przyjsc tylko ci, ktorzy czegos jeszcze nie zaliczyli. Panna we wtorek miala ostatni egzamin - matematyke. Tym razem naprawde pisali test i chyba ta matma stresowala ja najbardziej ze wszystkich egzaminow. No ale coz, skoro sama chciala przejsc na "rozszerzona". Na zwyklym poziomie miala same A bez wiekszego wysilku. Tutaj musi sie juz troche pomeczyc. ;) Pojechala do szkoly na rowerze, z racji ze nie mialby jej kto potem odebrac.

Ostatni raz jako freshman, odprowadzana przez kiciula ;) 

Kokusia za to zawiozlam po drodze do pracy. On mial ostatni "pelny" dzien szkoly, bo sroda to juz skrocone lekcje. I tak mieli chyba polowe czasu spedzic podpisujac nawzajem yearbooks, czyli takie pamiatkowe albumy, ktore podstawowki robily tylko na zakonczenie, ale middle i highschool robia co roku. Dojechalam w koncu do biura, gdzie okazalo sie, ze poprzednio bylam prawie 2 tygodnie wczesniej. Czyli, jesli plan mojego szefa gdzies nie nawali, w czerwcu bede w biurze zawrotne 5 razy. :D Zeby nie bylo; wcale mnie to nie cieszy, bo wiekszosc z tej "nieobecnosci" to inspekcje, gdzie pracuje, tylko ze w obcych firmach. A wolalabym siedziec na doopie przy wlasnym biurku... Najwazniejszym zadaniem na ten dzien bylo dla mnie uprzedzic firme o inspekcji. W niektorych przypadkach jedziemy z zaskoczenia, w innych dzwonimy kilka dni wczesniej. Tym razem mialam inspekcje z uprzedzeniem, tylko okazuje sie, ze dodzwonienie sie do wlasciwej osoby to niezly wyczyn. Poprzednia inspekcja tam, odbyla sie... 10 lat temu! :O Okazalo sie tez, ze ta firma, choc znajduje sie przy sporym szpitalu, nie dziala zbyt preznie. Nie mieli ani osobnej strony internetowej, ani zadnych konkretnych informacji o personelu czy glupim numerze telefonu! Mialam numer z poprzedniej inspekcji, ale wiadomo, przez 10 lat to mogli sie kilka razy przeniesc w inne miejsca, albo kompletnie zwinac manatki. Dzwonie raz, kilka dzwonkow i zglasza sie poczta glosowa. Dzwonie kolejny raz, od razu poczta. Zostawilam wiadomosc, tlumaczac kim jestem i kiedy przyjezdzam. Mijaja dwie godziny i zero odzewu. Dzwonie kolejny raz. Teraz dzwoni i dzwoni i nawet poczta glosowa sie nie zglasza! :O Dzwonie wiec do szpitala, ale mimo ze mam nazwe departamentu oraz dwa potencjalne imiona osob, ktore zarzadzaja firma, administratorki przesylaja mnie albo na glowny numer, gdzie musisz miec kod pacjenta zeby przedostac sie dalej, albo pod jakis numer gdzie po kilku dzwonkach cie rozlacza. Szczerze, to juz myslalam, ze firma przestala istniec. Moj szef jednak powiedzial, ze to uprzedzenie to taka grzecznosc i ze i tak musialabym pojechac i sprobowac ich znalezc. No "super", szczegolnie, ze to kolejna inspekcja wyjazdowa, 2 godziny od domu. :/ Na szczescie, niespodzianka, bez wiekszych nadziei zadzwonilam na pierwszy numer i pani odebrala! Udalo mi sie wiec uprzedzic ktorego dnia i o ktorej godzinie bede, spytac o parking i przy okazji przekazac im jakie dokumenty moga przygotowac zeby oszczedzic mi bezczynnego siedzenia pierwszego dnia. Maly kroczek do przodu. ;) W biurze tego dnia nie bylo nikogutko. Pustki i cisza... Pozniej pojechalam do chalupy, do ktorej jednak tylko weszlam, zjadlam obiad i wyszlam. Musialam pojechac na zakupy, bo jedziemy na kemping, wiec trzeba bylo dokupic kilka rzeczy. Wiedzialam, ze kolejnego dnia bedzie z tym ciezko. A przy okazji zajechalam do wypozyczalni, zeby oddac skrzypce i trabke, bo wyjezdzam znow na inspekcje, a jakbym poczekala za dlugo, to mogli mnie skasowac za trzymanie instrumentow przez wakacje. Wrocilam do chalupy po 19, wiec wlasciwie to spedzilam caly dzionek poza nia. Bardzo mnie wiec cieszylo, ze kolejnego dnia wpisalam sobie prace z domu. :)

W srode Bi oficjalnie zaczela wakacje, czyli mogla sie porzadnie wyspac, a potem robic nic. Zazdroszcze dzieciakom takiej letniej beztroski. Dlaczego ja nie zostalam nauczycielem? :D Pracowalam z domu, wiec zwloklam sie na tyle wczesnie, zeby zawiezc Kokusia na ostatni dzien middle school.

Nie wiem kiedy moj maly chlopczyk tak wydoroslal... 

Kurcze, nie moge uwierzyc ze to juz. I ze za ledwie 4 lata bede sie szykowac na pusty dom po wakacjach. :O Wracajac jednak do terazniejszosci, zawiozlam syna do szkoly na skrocony dzien "nauki", a pozniej wrocilam do chalupy, zjadlam sniadanie, umylam sie i odpalilam kompa. Praca szla mi slabo, bo brakowalo motywacji. Moje mysli krazyly raczej wokol tego co powinnam spakowac na kemping. ;) Mlodszy konczyl o 12:15, wiec urwalam sie z pracy (teoretycznie i tak mialam przerwe na lunch) zeby go odebrac, skoro to ostatni dzien. Zgodnie z tradycja, Nik chcial bubble tea na uczczenie poczatku wakacji, wiec pojechalismy do najblizszej kafejki i... zonk. Nie dosc ze straszne korki (chyba wszystkie szkoly w okolicy wypuscily dzieciaki wczesniej), nie dosc ze utknelam za jakims school bus'em, to jeszcze w kafejce byly dwie spore grupy, a tylko jeden pracownik i to wyraznie nowy. Pechowo, obie grupki, poza napojami zamowily tez jedzenie, wiec szybki podjazd po herbatki skonczyl sie polgodzinnym czekaniem. W ktoryms momencie wstalam, bo chcialam cofnac zamowienie i jechac, ale zauwazylam ze chlopak robi nasze, wiec zacisnelam zeby i poczekalam te dodatkowe kilka minut. W miedzyczasie moj syn umawial sie z kolega nad jezioro zeby poplywac. Bylo 26 stopni i slonce, wiec pogoda idealna, ale poznym popoludniem mieli uroczyste zakonczenie "gimbazy", wiec nie widzialam sensu. Chlopaki jednak naciskali na chociaz 2 godziny, potem zaczeli kombinowac, ze moze jakies nocowanko i w koncu stwierdzilam, ze dobra, nad jezioro ok, ale nocowanie to juz po powrocie z naszego kempingu i wyjazdu kolegi. Wpadlismy do domu, Nik sie przebral w stroj kapielowy i popedzilismy nad jezioro. Wyrzucilam go tam, a sama wrocilam do chalupy i kontynuowalam robote. Dobrze, ze tego dnia akurat duzo pracy nie mialam, ale akurat szef przyslal poprawki do raportu z inspekcji, ktora pod koniec maja robilam z kolega. Mimo ze wiekszosc raportu pisalam ja, szef wyslal maila koledze, a mnie tylko zalaczyl. Zauwazylam zreszta, ze wiekszosc poprawek to byly jakies uciecia slowa lub polowy zdania. Podejrzewam, ze kolega kopiowal moje rozdzialy w raport z odpowiednim formatem, ale robil to niechlujnie. Myslalam, ze napisze zebym cos poprawila, ale ostatecznie wszystko zrobil sam, a mi polecil tylko sprawdzic i podpisac jesli nie znajde bledow. Po poludniu juz laczylam prace z szykowaniem sie na kemping, no i musialam odebrac Kokusia znad jeziora. Dobrze ze mieszkamy tak blisko... Malzonek wyszedl wczesniej i tez pakowal. W zasadzie to i tak nie mialam tego zbyt duzo, bo jedzenie wolalam zostawic na dzien wyjazdu. Dalam wiec liste Kokusiowi (ktory i tak czekal niewiadomo na co) i spakowalam wlasne ciuchy, wstawilam pranie zeby miec pusty brudownik na rzeczy po kempingu, ogarnelam nieco chalupe, itd.

O godzinie 17 (ale mlodziez miala przyjechac o 16:30) odbylo sie wazne wydarzenie w Kokusiowym zyciu, a przy okazji w naszej rodzinie. Nasze mlodsze dziecko mialo uroczyste zakonczenie middle school! W sumie to mam wrazenie, ze dopiero co miala je Bi, a tu juz kolej syna. ;) W kazdym razie, specjalnie na ta okazje Nik zazyczyl sobie spodnie w kolorze khaki. Modnis sie znalazl... ;) Oczywiscie kiedy o tym pomyslal? W poniedzialek wieczorem! Nie mialam pewnosci czy gdzies takie dostane, a juz na pewno nie mialam ochoty spedzic wtorkowego wieczoru latajac po sklepach, wiec zostal Amazon. Na szczescie znalezlismy model i marke, ktora przyszla w ciagu jednego dnia. Obawialam sie tylko o rozmiar, bo Mlodszy rosnie w gore jak szalony, ale jest chudy jak tyczka. Idealne spodnie maja dlugosc na lat 16, a szerokosc na 10. :D Na szczescie wiele tych dzieciecych oraz mlodziezowych, ma specjalne wsuwki zeby je zwezic. Spodnie bowiem okazaly sie jak ulal na dlugosc (czyli za kilka miesiecy beda za krotkie, ech...), ale za to spadaly z Kokusiowego tylka. :D Tak czy siak, uroczystosc odbyla sie w high school, wiec przyjechalismy i trzeba sie bylo rozdzielic - Nik pomaszerowal dolaczyc do grupy VIII-klasistow, a my z Bi ruszylismy zajac jak najlepsze miejsca na trybunach sali gimnastycznej. Pol godziny czekalismy na rozpoczecie, ale na szczescie organizatorzy sie nie pierdzielili i rozpoczeli punktualnie, mimo ze nadal naplywali goscie. Trudno, spoznili sie, to musieli stac w drzwiach. ;) Wszystko rozpoczelo sie przemarszem mlodziezy naokolo sali i zajeciem miejsc.

Wyglada jakby patrzyl prosto na nas, ale tak naprawde nawet nas nie zauwazyl ;)

Siedzieli bowiem wedlug scislego porzadku - osobno kazda "druzyna", a w niej osobno kazda klasa, dzieciaki alfabetycznie. Ponoc wczesniej cwiczyli to kilka razy w szkole, wiec teraz kazdy wiedzial za kim stoi i zajmowali krzesla kolejno. ;)

Uroczystosc dla nich, ale wszyscy siedza znudzeni i nikt sie nawet nie usmiechnie :D 

Po przemowieniach pani dyrektor, wice dyrektor oraz przewodniczacej samorzadu uczniow, rozpoczelo sie rozdanie dyplomow. Dzieki wczesniej opisanemu porzadkowi, wszystkie rzedy po kolei wstawaly i mlodziez tak sznureczkiem podchodzila, odbierajac koperte i sciskajac dlonie.

Nik podaje reke (chyba) pani dyrektor 

Nikt sie nie pomylil i o nikim nie zapomniano. Dwie dziewczyny musialy podchodzac zrobic gwiazdy i salta do tylu. Te to na pewno beda w grupie "popularnych". ;) Kiedy wszyscy dostali dyplomy, kolejny raz pogratulowala im pani dyrektor, a pozniej krotka przemowe strzelil dyrektor high school, oficjalnie witajac ich jako "swoich" uczniow w szkole sredniej, do ktorej przyjda po wakacjach. Nik przez wiekszosc czasu wygladal na potwornie niezadowolonego.

Dyplomik 

Po zakonczeniu, uczniowie wyszli wczesniej, a pozniej dolaczaly rodziny. Szykowalismy sie, jak rok temu, na kolejne pol godziny zdjec, bo Bi przeciez chciala ich kilkanascie, w roznych miejscach i z roznymi kolezankami. Mlodszy tylko nas zobaczyl i od razu stwierdzil, ze "wychodzimy". Spytalam czy nie chce zdjecia na z kolegami, ale oznajmil ze zupelnie mu to zwisa. Bylam w takim szoku, ze dopiero pozniej pomyslalam ze moglam pstryknac mu chociaz samemu na pamiatke. No coz... I wlasnie w ten sposob zakonczylismy kolejny etap. Jak zawsze troche mi rzewnie, ale zycie pedzi naprzod i sentymenty tego nie zmienia.

Tym razem zakoncze nietypowo bo w srode, ale wyjezdzamy i obawiam sie ze potem z telefonu moge tego nie ogarnac. ;)

piątek, 12 czerwca 2026

Praca, praca, a poza tym upal i nudy

Sobota, 6 czerwca, to odsypianie tygodnia. Niby nie mialam inspekcji i siedzialam na tylku w biurze i w domu, ale i tak bylam zmeczona calym tygodniem. ;) Kiedy wreszcie wstalam, zjadlam sniadanie i sie ogarnelam, zabralam sie za sprzatanie. Nie wiem co my robilismy, ale podloga w kuchni i korytarzu byla w strasznym stanie. A nawet ostatnio bardzo nie padalo, wiec zwierzaki nie wlazily mokrymi lapkami... Kiedy M. nad ranem wstawal do pracy, zauwazyl ze na zewnatrz zrobilo sie 16 stopni, wiec wylaczyl klime i pootwieral okna. Dla mnie bylo idealnie, ale mlodziez juz od rana jeczala ze im za goraco. Tego dnia znow mielismy prawie 30 stopni, a w dodatku bardzo podskoczyla wilgotnosc powietrza. Kiedy chodzilam po domu, slyszalam jak kapcie mi "skrzypia", bo wszedzie byla warstewka wilgoci. Zanim zaczelam myc podloge, uleglam wiec blaganiom Potworkow i wlaczylam klime, bo inaczej pewnie pol dnia by minelo, zanim by wyschla. W miedzyczasie do domu wrocil M. i zaczal dopytywac czy w czyms mi pomoc. Nie poznaje, slowo honoru. ;) Chyba musze czesciej wyjezdzac, zeby malzonek nie zapomnial, ze moje obowiazki wcale nie sa takie proste i szybkie, a nie jak kiedys potrafil palnac, ze "przeciez pranie robi pralka", albo "naczynia myja sie w zmywarce". No tak, i to "samo" sie tak laduje, wyjmuje, sklada, itd. :D Widze, ze troche mu sie oczy otworzyly... W kazdym razie, jak skonczylam sprzatac, moglam chwile odetchnac, choc nie za dlugo, bo tego dnia jechalismy do spowiedzi, a pozniej na msze. Zawsze tak planujemy, zeby do spowiedzi jechac do polskiego kosciola w sasiednim miescie, ale potem przejechac do naszego zwyklego. Niestety, to tak 25 minut jazdy, wiec troche nas gonil czas. Nieraz nie zdazylismy, bo jak trafi sie duzo ludzi, albo jakas osoba spowiadajaca sie z polowy zycia, to niestety. Tym razem tez mielismy pecha, bo kilka osob przed nami byla staruszka, ktora siedziala w konfesjonale ponad 10 minut! Wiem, bo w ktoryms momencie, z inna kobieta przede mna, patrzylysmy na zegarki i smialysmy sie, ze te babcie to nie maja sie z czego spowiadac, a do ksiedza laza co tydzien na pogaduchy. W konfesjonale sa male okienka, wiec w koncu zaczelysmy zagladac, co sie dzieje. Staruszka byla irytujaca, samolubna i po prostu bezczelna, bo nie dosc, ze z ksiedzem gadala niewiadomo ile, to pozniej usiadla na krzeselku (ktore po jakies licho bylo w konfesjonale, obok klecznika) i tam siedziala! Nie wiem czy zmawiala pokute, czy co, no ale ma caly kosciol zeby usiasc. Serio korcilo mnie zeby zastukac i opiep**yc glupia babe, tylko pomyslalam, ze w takim przybytku chyba troche nie wypada. ;) Zeby bylo smieszniej, po tej babie byly kolejne dwie osoby, potem nasza czworka, a kiedy wychodzilismy, ona nadal siedziala w lawce z rozancem! Widac, ze przychodzi sobie do kosciola dla rozrywki, no i krzyzyk jej na droge, ale powinna ruszyc mozgownica i pomyslec, ze cala kolejka czeka za nia na spowiedz. :/ W kazdym razie, wyspowiadalismy sie i popatrzylismy na zegarek. Mielismy niecale 25 minut do mszy w "naszym" kosciele, wiec stwierdzilismy ze powinnismy na styk dojechac. Jak to bywa, po drodze zaliczylismy chyba wszystkie mozliwe swiatla i zatory, ale na msze wpadlismy akurat w srodku pierwszego hymnu. Cale szczescie, ze w Hamerykanckich kosciolach zwykle tlumow nie ma i nawet spozniony czlowiek, znajdzie miejsce w lawce. :D Po powrocie do domu, Bi namawiala mnie na jazde rowerowa, ale po pierwsze mialam okres, wiec srednio mi sie chcialo, a po drugie M. przypomnial mi ze w lodowce nadal lezy reszta masy serowej, pozostala po pieczeniu tortu dla panny! :O To juz prawie miesiac, wiec otworzylam wiaderko bez wiekszych nadziei, a tymczasem masa wygladala i pachniala zupelnie normalnie. Strach sie bac czego oni do niej dodaja. ;) Stwierdzilam wiec, ze zamiast jezdzic na rowerach, lepiej szybko wskocze pod prysznic, a pozniej machne mini cytrynowe serniczki. W koncu kolejnego dnia niedziela, a wiec obowiazkowa wizyta dziadka. ;) I dobrze sie zlozylo, bo jak tylko zeszlam na dol po prysznicu, okazalo sie, ze kropi i w oddali grzmi. Po chwili zrobilo sie ciemno i lunelo. Gdybysmy pojechaly z Bi, na bank zlapal by nas deszcz. Burze przechodzily co chwila przez reszte wieczora, wiec nikt juz sie nigdzie nie ruszyl. Z jedynych "sensacji", to wczesniej, w dzien, na tarasie przysiadl sobie taki piekny gosc:

To mlody jastrzab rdzawosterny, co mozna poznac po braku upierzenia charakterystycznego dla doroslych osobnikow

Nie wiem dlaczego postanowil usiasc akurat na balustradzie naszego tarasu, ale balam sie, ze bedzie probowal zapolowac na naszego kota, choc ten byl w sumie podobnej wielkosci. Oreo jednak przepadla na caly dzien i przebiegla do drzwi dopiero kiedy nadeszly wieczorne burze. A! Noga Bi nadal wyglada kiepskawo. Nie wiem czy nie skonczy sie kolejna wizyta u lekarza... Tego wieczora zaczela jej z tego wyplywac krew z chyba ropa. Pisze "chyba", bo ropa zwykle paskudnie smierdzi, a tego nie czuc. Moze wiec to tylko jakis "wysiak". Mam cicha nadzieje, ze to dobry znak, wyjdzie to co powinno, a reszta sie zagoi, ale nie wiem...

W niedziele znow moglam pospac, choc juz wylegiwac sie, to nie bardzo. Tego dnia panna umowila sie z kolezanka w tym naszym klubie, na 10 rano. Wstalam wiec, szybko zjadlam sniadanie i wyszykowalam sie, po czym corke zawiozlam. Przy tym sie zirytowalam, bo Bi, jak zawsze kiedy spotyka sie z jakas kolezanka, poganiala mnie i niemal przytupywala noga z niecierpliwoscia. Szkoda, ze kiedy wychodzimy gdzies jako rodzina, to wtedy rusza sie jak mucha w smole... W kazdym razie, dojechalysmy punktualnie, a tymczasem kolezanka spoznila sie prawie 15 minut! I nie odpowiadala na sms'y Bi, telefony zas przelaczaly sie natychmiast na poczte glosowa. Krazylam tam z panna z nudow po tym parku, bo nie bylam pewna czy kolezanka w ogole dojedzie (a nie chcialam za chwile wracac kiedy Starsza stwierdzi ze nie chce zostac tam sama), ale wreszcie dotarla... Zostawilam wiec Bi i wrocilam do domu, ale tego dnia Nik wymyslil, ze chce jechac na ryby. Wszyscy koledzy mieli jakies sporty i uroczystosci rodzinne, wiec stwierdzil, ze pojedzie sam, wlasnie do tego klubu! Tyle ze nie chcial jechac juz o 10, wiec w koncu, okolo 11:30 spytalam o ktorej on zamierza sie tam wybrac, bo umawialam sie z dziadkiem. Wtedy nagle stwierdzil, ze "teraz"! Zasuwalam wiec do klubu kolejny raz, zeby odstawic syna... Dobrze ze to doslownie 5 minut drogi, bo inaczej wscieklabym sie z taka jazda pierdylion razy. 

Zima, na tym stawie jezdzilismy na lyzwach :)

Dziadek przyjechal i posiedzial na tyle dlugo, ze Mlodziez zdazyla wrocic. Malzonek wzial moje auto (bo to ono wpisane jest w rejestracje czlonka klubu) i po nich pojechal. Panna twierdzila, ze smarowala sie kremem ochronnym co chwila, ale niestety robila to nie do konca dokladnie, bo miala zaczerwienione ramiona, a do tego smieszne placki na ramieniu, na nodze, a nawet na... stopie. :D Za to kawaler strzaskal kark oraz ramiona, bo o smarowaniu nawet nie pomyslal. :D Za to wreszcie udalo mu sie zlowic pierwsza rybe! Niestety, nie ma foty, bo okazalo sie, ze mial problem z odczepieniem haczyka, na pomoc pospieszyl mu jakis pracownik klubu, po czym rybe... wypuscil, zanim Mlodszy zdazyl poprosic o zdjecie. ;) Ale nawet bez "dowodu", byl oczywiscie dumny jak paw. Po odjezdzie dziadka, popoludnie minelo zwyczajnie, na wstawianiu prania, zmywarki, podlewaniu warzywnika, itd. Wybralismy sie tez z M. na spacer. Bi siedziala nad ksiazkami, bo zblizaja sie egzaminy koncowe, ale tradycyjnie, Nik dogonil nas na rowerze. 

W poniedzialek pracowalam z domu, wiec zawiozlam rano Potworki do szkol, po czym wrocilam do domu, zdazylam zjesc sniadanie i musialam sie laczyc na cotygodniowa rozmowe z szefem. Ta na szczescie potrwala raptem 15 minut, po czym moglam kontynuowac przygotowania do kolejnych inspekcji.

Zanim to nastapilo, dobudzalam sie w lozku z kiciulem na brzuchu :) 

Byla piekna pogoda, slonce i bardzo cieplo, ale nie upalnie i bez wysokiej wilgotnosci. Myslalam, ze znow usadowie sie na tarasie, pod parasolem, ale jak na zlosc, gdzies ciagle ktos kosil trawe, sasiad naprzeciwko trzaskal naprawiajac cos w garazu, a dodatkowo jakas ekipa z miasta kopala najpierw w ogrodzie jednego sasiada, a potem kolejnego. Nie mam pojecia co robili; moze cos z kanalizacja, moze linie wysokiego napiecia, bo u nas sa pod ziemia... W kazdym razie, w calym sasiedztwie tak halasowali, ze przeszlo mi przez mysl, iz latwiej byloby sie skupic w biurze. ;) W miedzyczasie, skoro bylam w domu, zaoferowalam ze zamarynuje, a potem upieke lososia, a do tego mlode ziemniaki. Wrocil ze szkoly Nik i pierwsze co, to burknal, ze nie ma ochoty na rybe i ze my lososia jemy prawie co tydzien. Co jest bzdura, bo mamy go srednio raz na miesiac, a pamietam z dziecinstwa, ze mielismy na obiad rybe naprawde w kazdy piatek, wiec niech nie narzeka. Ale pozniej jednak zjadl i to ze smakiem... ;) Bi napisala zeby po nia pojechac jeszcze przed 15, co do niej niepodobne, ale skoro chciala... Ona przynajmniej od razu sie ucieszyla na wiesc o lososiu na obiad. Na 17:15, Nik umowil sie z kolega na ryby w tym naszym klubie. Zawiozlam go, a potem wrocilam do domu, zgarnelam corke i pojechalysmy w koncu po kwiatki do doniczek na tarasie. Juz prawie polowa czerwca, a ja nie moglam sie za to zabrac. Oczywiscie taka mundra jestem, ze w ogrodniczym wzielam kwiatki, ale juz o dodatkowych klatkach na pomidory, to zapomnialam. Trudno, bede sie ratowac tyczkami, bo po same klatki nie chce mi sie tam jechac. Klub gdzie Nik pojechal na ryby, otwarty jest do "zmierzchu". Problem w tym, ze to oznacza inna godzine w roznych miesiacach. Kiedy go zawozilam, spytalam pania w budce, ktora poinformowala mnie, ze obecnie to okolo 20:15. Pojechalam wiec po syna o 20, bo nie chcialam ryzykowac, ze mnie nie wpuszcza i bede musiala szukac go na piechote. ;) Zgarnelam panicza, ktory byl caly nieszczesliwy, bo kolega zlowil 4 ryby, a on sam... zadnej. Nie wiem czy zawinila wedka, czy technika, choc Nik twierdzi, ze kolega mial jakies lepsze przynety. Hmmm... Mlodszy ma ich cale pudelko, mniejszych, wiekszych, blyszczacych, kolorowych, z fredzelkami, itd. No i ostatnio zlowil jedna, wiec nie wiem czy to akurat problem z przyneta, chociaz przyznaje, ze nie znam sie na tym kompletnie. W kazdym razie, wieczor minal juz spokojnie i bez pospiechu.

Wtorek oznaczal dla mnie kolejny dzien pracy zdalnej. Niby nam nie wolno brac dwoch dni pod rzad, ale teraz juz zglupialam, bo kiedy wpisalam sobie prace z domu na pierwsze dwa dni w tygodniu, spodziewalam sie, ze szef odpisze, ze musze ktorys wybrac. Tymczasem zatwierdzil je bez komentarza. Mozliwe, ze dlatego, ze teraz moge nie miec okazji na prace z domu przez dluzszy czas. Jak by nie bylo, nie narzekalam. :) Byl kolejny dzien pieknej pogody: po poludniu goraco, ale bez wilgotnosci. Sporo czasu pracowalam wiec z laptokiem na kolanach, pod parasolem, na tarasie. ;) W czasie przerwy na lunch pojechalam oddac przesylke z Amazona, bo pozniej moglabym to zrobic dopiero w weekend, a odkladalam to juz jakis czas i balam sie, ze w koncu zapomne. Przy okazji zamowilam i odebalam dzieciakom bubble tea, bo znajduje sie zaraz obok.

Mialo byc pysznie, a wyszlo... inaczej 

To niestety skonczylo sie lekka porazka, bo kiedy Nik wrocil ze szkoly i radosnie chwycil za napoj, okazalo sie, ze zle smakuje. Najprawdopodobniej uzyli zepsutego mleka. Ja swoje wypilam, bo wzielam cos innego niz zwykle, wiec nie wiedzialam ze cos jest nie tak ze smakiem. Bi powiedziala, ze jej smakuje troche dziwnie, ale da sie wypic. Mlodszy jednak jest bardzo wrazliwy na nieswieze mleko (w domu to on zwykle pierwszy wyczuwa nie taki smak czy zapach, gdzie ja pije i dla mnie smakuje normalnie), wiec swoje wylal, odcedzil tylko i zjadl tapioke. Przypomnialo mi sie, ze jeszcze 2 lata temu odcedzal ja, ale nasiona wyrzucal, a napoj wypijal. :D W kazdym razie, wrocilam do domu zanim jeszcze wszyscy dojechali i kontynuowalam prace, a gdy ja w koncu skonczylam, zabralam sie za przesadzenie kwiatkow w doniczki. Przy okazji stwierdzam, ze jestem strasznie stara, bo wszystko ustawilam sobie na najnizszym schodku przy patio, wiec chwile spedzilam taka pochylona. A kiedy przyszla pora sie wyprostowac... nie moglam! :O Bol i sztywnosc i musialam to robic pomalutku i stopniowo, niczym zgrzybiala staruszka. ;) Kwiatki jednak posadzilam, choc pomylilam sie i mimo ze chcialam wziac dwie mieszanki, to chyba jeden zestaw sadzonek ma wszystkie kwiatki jednakowego koloru. Dotarlo to do mnie jednak dopiero w momencie gdy zostala mi ostatnia doniczka, wiec trudno, dwie beda mialy rozne kolory, a jedna tylko rozowe. :D

Narazie wygladaja jakos tak slabowato, ale mam nadzieje, ze sie porzadnie rozrosna 

Malzonek pojechal z Kokusiem na trening, wiec nie musialam po syna jechac, co dalo mi godzinke bez nikogo zawracajacego mi gitare. Bi siedzi w ksiazkach, wiec prawie jej nie widac. ;) Ten wieczor juz taki spokojny nie byl, bo musialam szykowac sie na kolejna inspekcje, ktora mialam zaczac z kolezanka kolejnego dnia. Bez sensu tak w srode, ale ona miala poniedz - wt jakies szkolenia, wiec nie mogla zaczac wczesniej.

W srode niestety ranek byl juz chaotyczny i nieco w pospiechu. Wyszykowac sie, spakowac laptoka oraz przekaski i musialam pedzic do biura. Nie mialam kluczykow do sluzbowego auta, wiec musialam zapitalac dwie kondygnacje, po czym zbiec na dol, wymienic auta i w koncu moglam ruszyc na inspekcje. Okazalo sie, ze dojechalam pierwsza. Umowilismy sie o 9:30, ale wiadomo, ze nie wiedzialam jaki bedzie ruch na drodze, wiec wyjechalam z zapasem czasu i dotarlam tam juz o 9:15. Przynajmniej mialam czas "pobawic" sie autem, bo pierwszy raz mialam Forda i nie moglam sie w nim ogarnac. Kiedy je wzielam, przysunelam tylko siedzenie blizej i pojechalam, bo nie chcialam tracic czasu. W drodze jednak szybko zaczelam sie wkurzac. Wiem ktory chlopak jezdzil nim wczesniej i to nie jest jakis wielki "byczek"; chlopina tylko troche wyzsza ode mnie. Tymczasem fotel odsuniety 2m od kierownicy i maksymalnie obnizony - siedzialam niemal zgieta wpol i ledwie cos widzialam znad kierownicy. :/ Wszystkie lusterka tez mialam ustawione zupelnie od czapy, choc te akurat latwo bylo poprawic. Probowalam cos tam macac i patrzec, ale jednoczesnie prowadzac, nie bardzo moglam. Dopiero na miejscu zaczelam sie blizej przygladac wszystkim guziczkom i na szczescie udalo mi sie fotel podniesc i ustawic. Pozniej uswiadomilam sobie, ze ostatniego dnia bede musiala zatankowac i... nie moglam znalezc guzika do otwarcia wlewu! Patrzylam, szukalam, podnioslam dywanik, bo w ktoryms aucie kiedys mialam "wajche" wlasnie pod dywanikiem. Nic! Dopiero kiedy podjechal moj szef i wychodzilam z auta zeby sie przywitac, patrze, a guzik na drzwiach! :O A jeszcze skrzynia biegow to nie galka, ktora sie przesuwa, tylko takie pokretelko. Nie moge sie przyzwyczaic i ciagle wrzucam zly bieg. :D Pierwszy dzien inspekcji to dla mnie zawsze lekki chaos i opatrzenie sie z dokumentami. W mojej pracy najtrudniejsze jest to, ze choc mam sprawdzic te same rzeczy, to kazda firma ma inny system dokumentacji, inne programy, itd. Tak naprawde tylko dane pacjentow maja podobne kategorie, ale w jednych miejscach sa one papierowe, a w innych elektroniczne, te ostatnie zas wszedzie sa inne bo kazda klinika dopasowuje je do swoich potrzeb. W kazdym razie, staralam sie byc jak najbardziej pomocna, a jednoczesnie probowalam bacznie obserwowac kolezanke, bo na tym rodzaju inspekcji jestem drugi raz i jak znam mojego szefa, za trzecim wysle mnie sama. ;) Tutaj dodatkowo, nie mieli (lub nie chcieli nas tam umiescic) pomieszczenia gdzie moglibysmy wygodnie usiasc. Wpakowali nas do malego pokoiku zabiegowego (takiego serio, 5x4m), gdzie wstawili dwa male stoliki turystyczne. :D Przy jednym stoliku ja i kolezanka usiadlysmy z laptopami, na drugim pracownicy rozlozyli dokumentacje pacjentow. Na reszte segregatorow zabraklo miejsca, wiec ulozyli piramide na... kozetce. :D Nasz szef (ktory byl tylko obserwatorem) usiadl na fotelu w kacie. Skonczylismy zaraz po 16, ale niestety, o tej porze sa juz takie korki, ze z zajazdem do biura i wymiana aut, do chalupy doturlalam sie dopiero o 17:40. Po calym dniu siedzenia w pokoiku wielkosci celi wieziennej, potrzebowalam powietrza. Poszlam na spacer, a M. oczywiscie ze mna. Po powrocie ucielam do wazonu kilka kwiatow piwoni, bo przygina je az do ziemi, a na kolejny dzien zapowiadali burze. Wiedzialam, ze jesli popada na nie deszcz, to przygniecie je kompletnie i do niczego nie beda sie juz nadawaly.

Jak one pachna!

Tego dnia nie bylo jeszcze bardzo goraco (28 stopni), ale wyraznie podskoczyla wilgotnosc. Poniewaz w nocy temperatura miala spasc ale tylko do 20-21 stopni, wiec wiedzialam ze chalupa sie nie schlodzi, a przy wilgotnosci czlowiek bedzie sie caly kleil. Zarzadzilam wiec wlaczenie klimatyzacji, mimo ze malzonek cos tam kwekal, ze po co... ;) W srode Bi konczyla lekcje wczesniej, bowiem tego dnia bylo zakonczenie roku dla najstarszych klas. Za to zostala chwile po lekcjach, bo na angielskim mieli w grupach odegrac wybrana scene z "Romea i Julii", ale w jakiejs alternatywnej wersji. Jej grupa nagrala pojedynek z bohaterami z "Krainy Lodu" w roli glownej. Niestety, nie mieli zadnych kostiumow, wiec poznac mozna to tylko po slowach narratora, ktory komentowal cala scenke. ;)

Jakosc calego filmiku (a wiec i zdjecia) fatalna, ale tu wlasnie Bi Hans dzga mieczem (chyba) Else :D

Czwartek oznaczal pobudke jak dzien wczesniej i jazde do biura, szybka wymiane auta i wio, na inspekcje. Szlo nam calkiem sprawnie, ale i tak siedzielismy tam do 16. Ponownie, zanim dojechalam do chalupy, byla 17:30. Tego dnia juz od rana czuc bylo wysoka wilgotnosc. Powietrze mozna bylo doslownie krajac nozem. Cala droge widzialam na horyzoncie ciemne chmury, a kiedy dojechalam do biura, straznik pytal czy zlapal mnie deszcz, ale na mnie nie spadla ani kropelka. Tymczasem, kiedy dojechalam do domu, moje osiedle bylo cale mokre. Malzonek mowil ze przeszla tam krotka, ale intensywana ulewa. Niestety, popadalo za krotko zeby porzadnie podlac moj warzywnik i juz godzine pozniej byl wlasciwie suchy. Ucieszylam sie, ze ucielam piwonie, bo jej kwiaty sa bardzo delikatne i raczej nie przetrwalyby nawet krotkiego deszczu. Kiedy wrocilam, okazalo sie ze Nik, po powrocie do domu i zjedzeniu obiadu... zasnal. Balam sie, ze bedzie chory, wiec poszlam pomacac mu czolo. Obudzil sie, ale tylko burknal, fuknal i polozyl sie spowrotem. ;) Powinien jechac na trening, ale poniewaz spal w najlepsze kiedy przyszla pora sie zbierac, to zostawilismy do w spokoju. Co ciekawe, pozniej niechcacy obudzil go M., a jeszcze chwile potem, sam zszedl na dol, po czym stwierdzil ze dalej czuje sie zmeczony i wrocil do lozka. O ktorej sie obudzil? O 21:45! :O I oznajmil, ze nie pamieta, ze go budzilismy, nawet tego ze zszedl na dol! Tego dnia Bi ponownie mialam skrocone lekcje, tym razem poniewaz dla wszystkich klas (poza najstarszymi) zaczynaly sie egzaminy koncowe. W czwartek panna pisala egzamin z fizyki oraz historii, ale poza tym miala czas wolny. Jak dla mnie taki grafik jest mocno bez sensu, ale co ja tam wiem. ;) Skoro juz mowa o Starszej, to noga jej sie w koncu chyba goi. Rozowa otoczka sie wyraznie zmniejsza, tyle ze strasznie jej sie z niej luszczy skora. Tam, gdzie zrobil sie niemal otwor, z ktorego wyplywala ropa, teraz jest strup. Kiedy odpadnie, podejrzewam, ze zostanie mala blizna, ale na szczesnie to malo rzucajace sie w oczy miejsce.

W piatek, niczym w Dzien Swistaka, zerwac sie rano i na inspekcje. Tego dnia, jakims cudem, prawie nie bylo korkow po drodze do biura, wiec na miejsce inspekcji dojechalam dobre 20 minut przed reszta. Co zreszta bardzo mnie ucieszylo, bo moglam spokojnie posiedziec na telefonie i zrelaksowac sie przed intensywnymi kilkoma godzinami. Tego dnia ponownie bylo 30 stopni i 75% wilgotnosci i juz dzien wczesniej nasze miasteczko oglosilo, ze wszystkie szkoly maja skrocone lekcje. Zupelnie tego nie rozumiem, bo fakt, ze nasze podstawowki nie maja klimatyzacji, wiec ok. Szkola Kokusia jednak, klime posiada, wiec nie wiem dlaczego nie pozostawili "gimnazjum" na caly dzien... Chyba ze chodzilo czesciowo o autobusy szkolne, ktore chlodzenia nie maja i ponoc panuje w nich koszmarny zaduch, pomimo otwartych wszystkich okien... Szkola Bi oczywiscie i tak miala skrocone lekcje ze wzgledu na egzaminy. Ktorych nie ma zreszta z kazdego przedmiotu. I tak, tego dnia panna zdawala skrzypce, gdzie musiala zagrac melodie na ocene i zoologie, z ktorej miala do napisania raport. A! Chyba zapomnialam, ze 2-3 tygodnie temu, "licealisci" mieli specjalny test ze znajomosci hiszpanskiego. Jesli sie go zda, jest sie zwolnionym z uczeszczania na ten jezyk. Bi zdala, wiec moglaby nie brac hiszpanskiego do konca high school, ale rozsadnie planuje zaliczyc jeszcze kilka poziomow. W kazdym razie, oba Potworki wrocily do domu wczesniej, z czego oczywiscie byli niezmiernie zadowoleni, bo to prawie jak dlugi weekend. ;) Nam, na inspekcji, tez udalo sie wyjsc nieco wczesniej. Kolezanka i szef mieli okolo 2 godzin drogi, a piatkowe korki, szczegolnie latem, zapowiadaly sie dosc koszmarnie, wiec stwierdzili, ze im szybciej wyjada, tym lepiej. Wyszlismy o 14:30, co oznaczalo, ze do domu dojechalam o 16 i wydawalo mi sie, ze jest tak wczeeesnie! ;) Tego dnia Nik umowil sie ponownie z kolega na ryby w tym naszym klubie. Poniewaz nie bylam pewna o ktorej dotre do domu, a wjechac musial moim autem, bo to na nie mam zarejstrowane czlonkostwo, wiec mial jechac na 18. Kiedy wyjezdzalam, napisalam do niego ze jade wczesniej, wiec moze dac znac koledze, ze przyjedzie okolo 17. Nie odpisal, a kiedy dojechalam do domu, okazalo sie, ze po szkole... ponownie zasnal! Zjadlam wiec przywieziona przez M. pizze i zabralysmy sie z Bi na zakupy. Najlepsze, ze jeszcze jestem w sklepie, a syn odpisuje "ok". Dopiero sie zbudzil i zobaczyl moja wiadomosc. :D Napisalam mu, ze teraz za pozno, bo jestem na zakupach i moge go zawiezc dopiero jak wroce. Odpisal z jakimis pretensjami, ze go nie budzimy, wiec musialam mu przypomniec poprzedni dzien, gdzie zostal obudzony trzy razy, bezskutecznie i nawet tego nie pamieta! W kazdym razie, wrocilam do chalupy, wnioslam torby, po czym zgarnelam syna i zawiozlam go do klubu. Kiedy jechalam ze sklepu, na horyzoncie widzialam ciemne chmury, ale teraz wydawalo sie, ze przechodza bokiem. Odwiozlam syna, zdazylam wziac prysznic i usiadlam sobie spokojnie na werandzie z przodu, kiedy zaczelo padac. Nie przejelam sie bardzo, bo bylo goraco, a chlopaki wiedzialy ze moze im troche popadac na glowe i sie nie przejeli. W razie czego sa tam budynki i wiaty pod ktore mozna sie schowac. Niestety, po chwili zaczelo grzmiec, blyskac i rozpadalo sie na dobre. Nik wczesniej twierdzil, ze burza mu niestraszna, ale teraz zadzwonil, zeby po niego pojechac. Mieli zostac do 20, a skonczylo sie na 19:25. ;) W ciagu tej 1.5 godziny jednak, Kokusiowi udalo sie zlapac rybe, wiec wyjechal w szampanskim humorze. Tym razem mial zdjecie na dowod. :D

To jest bas wielkogebowy, powszechna tutaj slodkowodna ryba, jesli wierzyc tlumaczowi Google :D

Jak to bywa, jak tylko wrocilismy, zaczelo sie przejasniac, ale w oddali grzmialo co chwila przez kolejna godzine. Coz, przynajmniej odpadlo mi podlewanie warzywnika. :)

Milego weekendu!