Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 29 grudnia 2023

Swieta i dni poswiateczne

Chcialabym napisac, ze sobota, 23 grudnia to byl dzien spedzony na intensywnych przygotowaniach, ale niestety... mialam sporego lenia. ;) Juz od kilku lat praktycznie nie czuje ducha Swiat, a w tym roku nastapil jakis punkt kulminacyjny. Normalnie mogloby ich dla mnie nie byc i kompletnie nie mialam ochoty na przygotowania. Pozazdroscilam mojej siostrze, bo ona upiekla ciasto i jechala "na gotowe" do tesciow. A ja od tylu juz lat Wigilie zawsze mam u siebie i stercze przy garach po dwa dni. Chyba juz mi sie pomalu odechciewa... No ale ze to do nas przyjezdzala ta skromna grupka gosci, wiec co robic, cos tam trzeba bylo przygotowac. Rano pospalam do 8:30, choc gdyby nie budzik, pewnie obudzilabym sie gdzies okolo 10, bo bylam kompletnie nieprzytomna... Chwile polezalam zeby sie dobudzic, po czym z lekkim niepokojem poszlam sprawdzic jak syn. Juz nie spal i zgodzil sie na sniadanie - czyli odzyskal nieco apetyt i idzie ku lepszemu. Uff... Po sniadaniu dzieciaki urzadzily sobie ranek filmowy w duchu Xmas, czyli najpierw obejrzeli Ekspress Polarny, a potem Elfa. Ja w tym czasie zjadlam wlasne sniadanie, umylam sie i pomalu zaczelam myslec o przygotowaniach swiatecznych. Na poczatek ukrecilam mase do metrowca i wlasciwie opuscil mnie entuzjazm. ;) Do domu wrocil M., a mi sie przypomnialo, ze skoro siostra jedzie do tesciow, to pewnie bedzie wyjezdzac dosc wczesnie i jesli chce jej zlozyc zyczenia, to musze to zrobic tego dnia. Napisalam wiec szybko czy ma czas na Skypa i odpowiedziala, ze ma 15 min. zanim bedzie musiala klasc najmlodszego spac. Okazalo sie, ze mialam nosa, bo planowali wyjechac o 8 rano mojego czasu, czyli w zyciu bym sie nie zwlokla z lozka... Z kilkunastu minut zrobila nam sie prawie godzina gadania, a mnie robil sie coraz wiekszy poslizg. ;) W miedzyczasie M. zaczal swoja czesc, czyli barszcz oraz "smazona" rybe. W tym roku wybralismy szybsza i przy okazji zdrowsza opcje. Rybe obtoczylismy w panierce, ale zamiast smazyc, upieklismy ja w piekarniku. Po rozmowie zabralam sie wiec ostro do roboty. Przelozylam metrowca, polalam polewa, machnelam jedna z salatek, a potem postanowilam sprobowac czy moj nowy mikser planetarny zdola ukrecic ciasto na spod do sernika. Kiedy ostatnio zagniatalam je na pierniczki, zupelnie zapomialam, ze ma taka koncowke. Tym razem postanowilam go wyprobowac. Poczatkowo nie wygladalo to obiecujaco, bo co chwila musialam go wylaczac zeby zebrac lyzka to, co zbieralo sie na bokach i mikser omijal. Po jakims czasie jednak wszystko ladnie wymieszal i faktycznie zrobila sie z tego prawie kula ciasta. I teraz sama nie wiem co lepsze - rekoma na pewno poszloby szybciej. Z drugiej strony, czasem przy tym zagniataniu az rece bola. Tutaj mikserowi zajelo to dluzej, ale za to niemal bez wysilku z mojej strony. ;) Gotowa kule wsadzilam do lodowki, po czym zabralam Kokusia pod prysznic, nakazujac M. w tym czasie pokroic i podsmazyc cebule. Potem wrocilam na dol i zabralam sie za kapuste z grzybami, a malzonkowi polecilam z kolei rozwalkowac schlodzone ciasto i wsadzic je do formy. Kiedy kapusta w grzybami sie juz dusila, zabralam sie za reszte sernika. W tym przepisie na szczescie "reszta" to tylko zmiksowanie sera wraz z pozostalymi skladnikami. Na koniec pieczenia trzeba bylo polac go ubita piana z kokosem, ale zamiast godziny, musialam piec cholerstwo poltorej, bo caly czas wygladalo na niedopieczone. Kiedy sernik sie upiekl i  kapusta z grzybami zmiekla, poszlam poczytac Nikowi, a potem wstawilam do gotowania warzywa potrzebne na salatke, ktora planowalam zrobic kolejnego dnia. I na tym postanowilam zakonczyc "zabawe", bo i tak plecy mnie juz bolaly od stania. ;)

W niedzielny ranek juz mniej poddalam sie lenistwu, bo presja wieczornej Wigilii na to nie pozwolila. ;) Planowalam trzymac tego dnia post, czesciowo zeby zrobic miejsce na pozniejsze obzarstwo, wiec zjadlam tylko troche owsianki na sniadanie i potem juz nic. Jak zawsze, kiedy czlowiek chcialby spowolnic troche czas, to ten pedzil jak glupi. Zrobilam salatke - sledzie pod pierzyna, namoczylam bulki do makielek i polecialam sie wykapac. Potem skonczylam makielki i szybko wyszorowalam dolna lazienke i powycieralam kurze na dole. Przynioslam prezenty dla dzieciakow z piwnicy (bardzo zdziwieni byli, ze rano nie bylo ich pod choinka), po czym zabralam sie za pakowanie upominkow dla gosci. Na szczescie poszlo dosc sprawnie, ale i tak plulam sobie w brode, ze zostawilam to na ostatnia chwile. W miedzyczasie wlosy mi przeschly, wiec polecialam na gore, zeby je podkrecic. Celem bylo ich lekkie utemperowanie, bo mam niesamowicie geste kudly, a w dodatku teraz sa nadprogramowo dlugie, wiec myslalam ze troche je uglaszcze. Niestety, raczej uzyskalam jeszcze wieksza objetosciowo grzywe. ;) Potem przyszedl czas na pazury. Normalnie bym je przeleciala lakierem i czesc. Ostatnio wygladaja jednak gorzej niz zwykle. Zawsze mialam slabe, miekkie paznokie, zaginajace sie pod spod - tragicznie to wyglada. Zupelnie nie ciagnie mnie do salonow, ale kilka miesiecy temu kupilam sobie takie przyklejane i czekaly w szufladzie az nabiora mocy urzedowej. ;) Postanowilam wyciagnac je wlasnie na Wigilie i... nie byl to dobry pomysl. :D Nigdy wczesniej czegos takiego nie uzywalam, a dodatkowo gonil mnie czas, wiec rece mi sie trzesly, posmarowane juz klejem paznokcie spadaly na stol lub podloge, itd.

Takie ladne paznokcie, to u mnie rzadkosc ;)
 

W dodatku, w jednym z palcow zle dobralam rozmiar i zaczal bolec mnie opuszek, ale pechowo dopiero po godzinie czy dwoch... Kiedy uporalam sie z paznokciami, nakrylam do stolu, po czym trzeba bylo ogarnac chyba najgorsza logistyke - co podac na czym i jak to odgrzewac zeby wszystko bylo cieple w tym samym czasie... Aha. Gdzies w srodku calego chaosu musialam stoczyc tez bitwe z Bi zeby ubrala na siebie cos uroczystego. Ma ladne sukienki (ktorych nie cierpi), strojne bluzeczki, ale nieee... Ze wszystkich opcji, ktore jej podsuwalam, laskawie zgodzila sie na koszule z koncertu. :/ Nik na szczescie zalozyl grzecznie co mu przygotowalam. ;)

Nik prezy chuda piers :D
 

Wkrotce po przygotowaniu wszystkiego, dotarl moj tata, a chwile pozniej chrzestny Potworkow ze swoja pania. Niestety, my zadowoleni ze wszystko odgrzane i wylozone na stol, a oni przywiezli jeszcze rybe w sosie smietanowymi i... kapuste z grzybami, zdublowana z moja... ;) Trzeba bylo podgrzac jeszcze polmisek z ryba oraz choc troche ich kapusty. W koncu wszystko bylo gotowe, zrobilismy gosciom kawy lub herbaty i przystapilismy do dzielenia sie oplatkiem. W tym roku byla nas niestety siodemka, wiec zawsze ktos stal z boku i czekal... Potem wreszcie wszyscy zasiedli z ulga do szamania. ;) Zrobilo nam sie tego na stole tyle, ze nie sposob bylo wszystkiego sprobowac. Nie ruszylam kompletnie moich makielkow, a za to bylam jedyna osoba, ktora wziela troche mojej salatki warstwowej. Wszyscy rzucili sie na ta sledziowa. ;) Bi zjadla bardzo ladnie barszcz, potem rybe, poprobowala jeszcze innych rzeczy, za to Nik... porazka. Barszcz (a raczej uszka) meczyl chyba godzine, az w koncu pozwolilismy mu wychleptac sama zupe. Wmusilismy w niego malutki kawalek ryby, a poza tym, wpierdzielal... chleb. Suchy. :D Kiedy wszyscy sobie pojedli, przeszlismy do salonu, na gwozdz programu (dla Potworkow), czyli rozdanie prezentow. Przy moim tacie oraz A., sporo sie tego zebralo. Nik dostal skarbonke - sejf, bo wiecznie wsadza kase w rozne dziwne miejsca, a potem urzadza awantury, ze Bi mu ja wykrada. Dodatkowo kolejne Lego Technic oraz kamere na ruch, ktora mozna ustawic na zewnatrz i zobaczyc jakie zwierzaki kreca sie w okolicy.

Najlepsza czesc Swiat ;)
 

Bi otrzymala zestaw perfumikow, torebke, podswietlane lustereczko, blyszczyki, rowniez zestaw Lego oraz... scyzoryk. Podczas urodzin Kokusia tak glosno wyrazala zazdrosc na widok upominku Kokusia, ze "Mikolaj" posluchal i panna dostala swoje "noze". :D Oboje otrzymali tez wlasne lyzwy i tu sie zdziwilam, bo spodziewalam sie, ze to Nik bardziej sie ucieszy, tymczasem to Bi az podskoczyla ze szczescia. 

Chyba sie cieszy, co? ;)
 

M. dostal zestaw... nozy (cos u nas ostatnio wszyscy dostaja ostrza :D) oraz perfum, a ja komplet czapki z szalikiem i... Lego, hehehe... Po raz kolejny okazuje sie, ze Mikolaj uwaznie slucha, bo rok temu, kiedy Bi dostala orchidee, westchnelam, ze ale super i ze sama bym sobie cos takiego poukladala. No i prosze. :D Dostalam tez nowa, wypasiona szczoteczke do zebow, bo stara zaczela mi sie juz praktycznie rozpadac. To teraz mam taka, ktora laduje sie w... kubeczku, ktory moze sluzyc rowniez zwyczajnie, do plukania ust. :D Kiedy juz wszyscy otrzymali (a dzieciaki rozpakowaly) swoje prezenty, a przy okazji wieczerza ulozyla sie nieco w brzuchach, wylozylismy ciasta i ogladajac koledy nadawane gdzies z Polski, zjedlismy deser. Troche pogadalismy i goscie zaczeli sie zbierac. Po odjezdzie chrzestnego i przyjaciolki, zasiadlam jeszcze z tata zeby zrobic mu bezrobocie, po czym i on pojechal do domu. W sumie wyszlo idealnie, bo planowalismy jechac na pasterke na 22, a sami zostalismy jakos po 20. Zanim wszystko pozbieralismy i zaladowalam pierwszy ladunek zmywarki, zrobila sie 20:50. Mielismy wiec raptem 40 minut do zabicia zanim trzeba bylo sie zbierac do wyjscia, bo spodziewalismy sie tlumow i chcielismy wyjsc znacznie wczesniej. Posiedzielismy wiec troche przed tv, zgodnie narzekajac na przejedzenie, po czym zwolalismy potomstwo do wyjscia. Oboje cos tam przewracali oczami, ale zgodnie stwierdzili, ze wola isc wieczorem niz zrywac sie rano. Okazalo sie, ze niepotrzebnie sie spieszylismy, bo choc kosciol byl tloczny, to zostalo kilka lawek z pustymi miejscami. To nie czasy sprzed covida, gdzie jednego roku dostawiali krzesla do przedsionka, zeby wszyscy mieli szanse usiasc... ;) Poniewaz uwielbiam ten czas bozonarodzeniowy i koledy, wiec bylam zachwycona, tym bardziej ze chor przepieknie spiewal. Wyjatkowo, zachwycony byl tez Nik, bo opocz choru, na gorze pojawilo sie kilka osob z instrumentami, wiec poza organami slychac bylo flety, klarnet, delikatne dzwonienie trojkata, a nawet beben. Malzonek zwykle chodzi spac przed 20, wiec nie wiem ile on na tej mszy kontaktowal i tylko Bi co chwila jeczala, ze ale nudy i ile jeszcze. :D Po powrocie do domu zagonilam ich na gore, ale niestety spac nie mieli zamiaru. Krecilam sie na dole ile moglam, ale sama padalam z nog, wiec w koncu, najciszej jak sie dalo, przynioslam drobiazgi i wcisnelam je do skarpet na kominku, a potem w koncu walnelam sie do lozka. I tak bylo grubo po polnocy. ;)

Nasz jedyny swiateczny dzien minal leniwie i spokojnie, czyli tak, jak powinien. Bi wstala pierwsza i slyszalam jak polazla na dol zeby sprawdzic skarpety. Skad wiem, ze je sprawdzala? Po pierwsze, to oczywiste. :D A po drugie, one wisza na takich specjalnych, ciezkich "trzymadlach". Panna sciagnela swoja nieostroznie, trzymadlo spadlo i rabnelo o podloge tak, ze obudziloby umarlaka. :D Poki co zbudzilo chlopakow, wiec po chwili reszta rodziny wyruszyla na dol. Ja desperacko probowalam zlapac jeszcze troche snu, ale zapomnij. Malzonek, jak zwykle nie myslac, zadzwonil do rodzicow i gadal sobie na caly glos, nie przejmujac sie, ze ktos moze jeszcze dosypiac. A tyle razy mowie mu, ze jesli chce rozmawiac przez telefon lub Skypa, to zeby zamknal mi drzwi do sypialni. Nigdy nie pamieta... W skarpetach Potworniccy znalezli po grze na Nintendo, pudelko - niespodzianke z Minecraft'a oraz po parze... cieplych skarpet. ;) Te Bi byly kupione w zestawie po dwie pary, wiec jedna zwinelam dla siebie i potem chodzilismy we trojke w puchatych skarpetkach.

Na te nasze kafle w holu oraz kuchni, idealne
 

Ranek minal na leniwym snuciu sie, rozladowywaniu zmywarki ze swiatecznych naczyn i szybkiego ponownego jej zaladowania, sniadaniu z przysmakow wigilijnych a dla dzieciakow oczywiscie graniu, bo nowe gry zobowiazuja. ;) W porze obiadowej przyjechal oczywiscie moj tata i pomogl dzielnie w uszczupleniu swiatecznych zapasow. Po jego odjezdzie stwierdzilismy, ze choc raz obejrzymy rodzinnie film, a ze wypozyczylismy nowego Avatar'a, ktorego i ja i M. bylismy ciekawi, wiec zasiedlismy na kanapie z dzieciakami. Stwierdzam, ze film byl fajny, ale jak to bywa, wole jednak pierwsza czesc. ;) A przy zakonczeniu, obie z Bi sie zgodnie poplakalysmy. Ja ogolnie jestem beksa, a juz przy filmach i ksiazkach zawsze sie wzruszam i rycze. Ale Starszej sie dziwie, bo przy jej charakterze wydaje sie raczej chlodna i bezuczuciowa. A jednak nie zawsze. :) Mimo ze bylo jakies 8 stopni, a wiec bardzo cieplo jak na grudzien, to w powietrzu wisiala mgla i panowala nieprzyjemna wilgoc, napalilismy wiec w kominku dla ogrzania atmosfery.

Nie ma nic przytulniejszego
 

A wieczorem jak zwykle naszla mnie mysl, ze kurcze, dwa dni sterczenia w kuchni i sprzatania chalupy, dla jednego wieczora i dnia... Nieoplacalne. :D

We wtorek to u nas juz dzien jak codzien, choc moj tata pojechal do Polakowa i okazalo sie, ze polowa sklepow byla pozamykana. Najwyrazniej Polacy postanowili swietowac dwa dni, tak jak rodacy w Kraju. ;) Malzonek musial juz jechac do roboty, ale ja z dzieciakami znow wstalismy pozno i mielismy kolejny, spokojny dzien. Nos wytknelam z Bi z domu tylko po to, zeby podjechac do biblioteki, bo pannie skonczyly sie czytadla, a stos ksiazek, plyt i gier do oddania zaczynal przypominac krzywa wieze w Pizie i straszyl z jadalnego stolu. ;) Myslalam, ze wyciagne z chalupy rowniez Kokusia, ale wolal ukladac swoje Lego. Ledwie zdazylysmy z corka wrocic, a przybyl dziadek, ktory sie nudzil, wiec wpadl, skoro i tak bylismy w domu. Posiedzial, pomogl ponownie uszczuplic swiateczne resztki, po czym pojechal i zaraz za zakretem wyminal sie z M. wracajacym do domu. ;) Reszta popoludnia oraz wieczor to juz takie snucie nieco bez celu i podjadanie bez umiaru. :D Az strach stanac na wage po tych Swietach... ;) A wieczorem, kiedy juz wszyscy domownicy powedrowali na gore, natchnelo mnie w koncu zeby otworzyc swoj zestaw Lego i zaczac ukladac. Na poczatek zmontowalam jeden woreczek (jest ich 7 w zestawie), ktory okazal sie mala podstawka do reszty aranzacji. Fajna sprawa okazal sie fakt, ze z tylu ma specjalny otwor i jesli bede chciala, moge zawiesic gotowy zestaw na scianie.

To juz etap z kolejnego dnia. Reszte pokaze Wam jak skoncze ;)
 

Sroda byla juz prawdziwym dniem lenia, bo nie wyszlam z dzieciakami z domu ani na chwile, a Nik nawet nie przebral sie z pizamy. ;) Zreszta, caly dzien kropilo (choc porzadnie rozpadalo sie dopiero na wieczor), wiec pogoda rowniez trzymala nas w zamknieciu. Dzieciaki poznym rankiem urzadzily sobie seans filmowy, ogladajac Dungeons and dragons, ktory okazal sie lekka i zabawna historia pelna przygod i humoru. Reszta dnia minela im juz niemal tradycyjnie na te przerwe swiateczna, czyli naprzemian ukladali Lego i Bi czytala, a Nik gral. Ja ogarnialam pranie, zmywarke, jakies tam male sprzatanko bo wszystko nadal mialam w miare uporzadkowane na Swieta. Dalej dojadalismy swiateczne resztki, wiec gotowac nic nie musialam, totez zasiadlam ponownie do wlasnego zestawu klockow. Tym razem opierdzielilam z rozpedu dwie torebki, skonczylam polowe zestawu i jedna ksiazeczke instrukcji. I stwierdzilam, ze od teraz musze sobie dawkowac ta frajde i ukladac po jednej torebce dziennie. Czy wytrzymam, zobaczymy. ;) Malzonek po drodze zajechal po psia karme i przy okazji zrobil male przemyslowe zakupy oraz kupil kawe dla nas. I strasznie sie nad soba uzalal, ale jak ja proponuje, ze pojade, to nie; on to zrobi... :/ Po powrocie probowal namowic Potworki na trening na basenie i o dziwo, Nik byl w miare chetny, za to Bi ostro zaprotestowala, ze w tym tygodniu chce odpoczac. W koncu M. machnal reka, wszyscy ruszyli pod prysznic i reszte dnia spedzilismy przed tv. Opychajac sie ciastami i ostatkami salatek oczywiscie... :D

W czwartek trzeba bylo pojechac na zakupy. Nie chcialo mi sie jak jasna cholera, wiec wstalam, zjadlam sniadanie (i przygotowalam je Bi), umylam sie, ubralam i pojechalam, bo wiedzialam ze jak usiade, to z lenistwa bede sie zbierac kolejne dwie godziny. ;) Przed samym wyjsciem obudzilam Kokusia - byla 10:19. :O Zreszta, nie dziwie sie mu, bo ewidentnie cos wisialo w powietrzu. Sama obudzilam sie o 8:30 i po chwili przysnelam zeby zbudzic sie o 8:57, po czym znow nie wiem kiedy zasnelam, choc tym razem przebudzilam sie juz o 9:08. W tym momencie juz podnioslam sie do pozycji pollezacej, bo balam sie ze jak bede lezec, to za moment znow zasne. ;) W kazdym razie, Mlodszy i tak nie mial ochoty jechac, za to zabrala sie ze mna corka. Zakupy poszly szybko i sprawnie, ale w drodze powrotnej czulam sie kompletnie zamulona i dopiero po chwili dotarlo do mnie, ze z tego pospiechu, zeby wyjechac zanim mi sie odechce, nie wypilam ani lyczka kawy! :D Po powrocie rozpakowac zakupy i reszta dnia to juz relaks. Dzieciaki dojadly reszte wigilijnego barszczu, a potem ogladali ostatnia czesc Piratow z Karaibow. Za to zirytowala mnie mamuska. Pisalam juz, ze wyslalismy z M. koszyki ze slodyczami dla jego rodzicow i mojej siostry. Mialy przyjsc 27-ego, ale przyszly w czwartek. Ponoc w srode nie pracowali, ale ciekawe dlaczego kalendarz pokazal, ze w ten dzien dostarczenie jest mozliwe? :/ No ale pal szesc; wazne ze doszly. Jak juz napisalam, kiedy wysylalam cos takiego mojej matce, nigdy nie uslyszalam podziekowania, tylko zawsze pretensje, ze po co, ze szkoda pieniedzy, ze lepiej bym te kase wyslala jej, ze to nigdy nie wyglada jak w zamowieniu, ze ona nie lubi odbierac telefonow ani domofonu, a tu musi czekac na kuriera, itd. W ktoryms momencie przestalam wysylac jej takich zamowien na Dzien Matki i tym razem tez stwierdzilam, ze jak mam znow sluchac marudzenia, to dziekuje, postoje. Tymczasem po poludniu dostalam sms'a od mamuski, z pytaniem czy jej tez wyslalam i czy ma sie spodziewac kuriera. I kolejnego, ze musi wiedziec, bo chce wyjechac na 4 dni. Tu musze nadmienic, ze moja matka zrobila sie mocno zdziwaczala i nigdzie nie wyjezdza, wiec podejrzewam, ze to takie klamstewko zeby zmusic mnie do szybkiej odpowiedzi. Odpisalam pytaniem czy chcialaby cos takiego otrzymac, bo przeciez zwykle miala raczej pretensje zeby jej nie zawracac gitary? Nie doczekalam sie komentarza, wiec prawdopodobnie jest obrazona. Z ta kobieta jak z dzieckiem. Kiedy jest pominieta, to zle, ale jesli nie jest, to zamiast okazac wdziecznosc, woli marudzic zeby jeszcze bardziej zwrocic na siebie uwage. Strasznie meczace jest to jej zachowanie i dziecinne... Jakby mojej matki bylo malo, wkurzyl mnie M. Przyjechal do domu i oznajmil ze zje reszte kapusty z grzybami. Z ziemniakami. Poniewaz dojadalismy nadal resztki swiateczne, to przytaknelam, ze to dobry pomysl. Malzonek zabral sie za obieranie i gotowanie kartofli i rzuca tekstem, ze "jakbym byla dobra zona, to ugotowalabym mu te ziemniaki wczesniej". Mowie, ze przeciez nie wiedzialam, ze bedzie chcial jesc kapuste, a on na to, ze moglam pomyslec co bedzie jadl, tak jak on zawsze przyjezdza po pracy i mysli co przygotowac dzieciakom po szkole. Zagotowalam sie i prychnelam, zeby mnie nawet nie wkurzal, bo zwykle ustalamy wspolnie co bedzie na obiad, a ja nie jestem wrozka zeby sie domyslac, ze jasnie pan bedzie chcial zjesc kartofle z kapusta. I ze mogl mi wyslac sms'a. Malzonek dalej, ze myslal, ze sie domysle. No bo, kur*a, ja umiem najwyrazniej czytac w myslach! :/ Reszta popoludnia minela juz na szczescie zgodniej. Dzieciaki zrobily sobie na obiadokolacje domowe pizze, a ze oboje nadal twardo protestowali przed treningiem, to wieczor spedzilismy przed tv lub z ksiazka, w zaleznosci od upodoban. ;)

Czy oni nie moga jakos normalnie sie usmiechnac...
 

W piatek stwierdzilam, ze trzeba w koncu wyrwac Kokusia z domowych pieleszy i pojechac na lodowisko. W koncu Potworki mialy nowy "sprzet" do wyprobowania. ;) Tak naprawde to myslalam, ze ten wypad na lodowisko zaliczymy troche wczesniej niz niemal na koniec przerwy, ale wiadomo, w dzien swiateczny sie nie chcialo, we wtorek "odpoczywalam" po Swietach (:D), w srode na lodowisku byl turniej hokeja i nie bylo jazdy publicznej, a w czwartek byla, ale dopiero o 18. Padlo wiec na piatek, bo obawialam sie, ze w weekend moga byc tam dzikie tlumy. Tak w ogole, jeszcze w Swieta dzieciaki dopytywaly kiedy pojedziemy na lyzwy, a kiedy w piatek rano spytalam czy chca jechac, Bi wzruszyla ramionami, ze jesli Nik chce, to ona tez moze, a Mlodszy stwierdzil, ze moooze jechac, ale niekoniecznie. W sumie to nie bardzo mu sie dziwilam, bo wiekszosc tygodnia nie ruszyl sie z domu, ani nawet nie przebral z pizamy. Nie dziwota wiec, ze zgnusnial juz w tej chalupie kompletnie. ;) To byla jednak glowna przyczyna, dla ktorej tego dnia juz nie odpuscilam, tylko oznajmilam, ze jedziemy. Wstalismy, jak przez caly tydzien, pozno. Zanim zjedlismy sniadanie i troche sie ogarnelismy, zostala nam niecala godzina, bo jazda publiczna w tym tygodniu byla o prawie dwie godziny wczesniej niz zwykle. Zdazylam na szczescie wypic szybka kawe, bo pogoda byla znow ponura i deszczowa, wiec raczej na spanie, a nie aktywnosc. Na lodowisku oczywiscie byly tlumy. Mimo ze dojechalismy raptem kilka minut po rozpoczeciu, na parkingu byly juz tylko pojedyncze wolne miejsca, a w wypozyczalni znow zaczynalo brakowac rozmiarow. Na szczescie nas to nie dotyczylo. ;) Troche obawialam sie czy Potworki "polubia" sie z nowymi lyzwami, przyzwyczajeni bowiem byli do figurowek, zas te maja plozy bardziej hokejowe. Uznalam jednak, ze oboje jezdza tak dobrze, ze chwilka i przyzwyczaja sie. Faktycznie, na poczatku oboje miny mieli nietegie i pretensje, ze musza uczyc sie jezdzic od nowa. Szczegolnie Nik, ktory lubil na tych "zabkach" z przodu lyzew robic gwaltowne skrety i inne figury. Po chwili Bi oznajmila, ze juz to "czuje", ale Mlodszy dalej sie burzyl.

Panna Bi cala w czerni ;)
 

Myslalam, ze pojezdzimy do czyszczenia lodowiska, ktore robia mniej wiecej w polowie publicznej jazdy, ale zanim dojechalismy, zalozylismy lyzwy i wyszlismy na lod, zostalo raptem pol godziny, bo czyszczenie urzadzili szybciej niz przewidywalam. Zgodnie postanowilismy wiec zostac jeszcze troche po czyszczeniu. Tu juz Bi zaczela marudzic, ze z boku boli ja stopa. To jest jej stala bolaczka i najwyrazniej to raczej cos z jej noga, a nie z lyzwami, skoro nawet w nowych, z mieciutkim, wygodnym butem, jej dokucza. Za to Nik zlapal "rytm", ze tak powiem i jak zwykle nie mozna bylo go sciagnac z lodu.

Poczul sie pewniej, to od razu caly uchachany :D
 

Zrobilismy chyba ze cztery "ostatnie" koleczka, zanim w koncu oznajmilam, ze starczy. ;) Juz wracajac, Mlodszy oznajmil, ze chetnie znow pojedzie na lyzwy, a Starsza, ze w sumie to ona coraz mniej to lubi... A tyle bylo radosci z nowych lyzew... Chyba je oddam jak maja lezec. Zajechalismy po kawe oraz napoje i pizze i dojechalismy do chalupy ledwie pol godziny przed M. Fajnie jednak bylo sie w koncu troche poruszac. Wieczor to juz byl spokojny relaksik. Jedyne co, to wyciagnelam z szaf dzieciakow 3 wielkie wory za malych ciuchow, a potem z rozpedu zrobilam segregacje w szafie w przedpokoju, bo szukajac rekawiczek na lodowisko, odkrylam tam cala kolekcje zbyt malych czapek, rekawic i kominow. A kolejnego dnia M. chcial po pracy oddac to wszystko do skupu, zeby dostac karteczke do odliczenia tego od podatkow.

Przed nami ostatnie dwa dni starego roku. Na Nowy mam dla Was bardzo proste zyczenie:

Oby byl lepszy od minionego!!! :D

piątek, 22 grudnia 2023

Niespodziewany dlugi weekend w tygodniu przedswiatecznym

Sobota, 16 grudnia to powtorka z rozrywki z poprzedniej. Ponownie Nik mial mecz koszykowki na 12, a Bi zawody plywackie niemal na ta sama godzine, bo 12:45. Mialam wiec z Potworkami spokojny ranek i moglismy odespac tydzien wczesnego wstawania. Kiedy juz zwleklismy sie na dol, zaproponowalam dzieciakom zeby zaczeli ogladac kolejna czesc "Piratow", w poniedzialek bowiem musielismy oddac plyte. Myslalam, ze zaczna i dokoncza kolejnego dnia, ale okazalo sie, ze ta czesc jest krotsza i zdazyli obejrzec caly film. Skonczyl sie idealnie kiedy M. dojechal z pracy i chlopaki musialy sie zbierac do wyjscia, a my jakies 45 minut po nich. Oni jechali znow do szkoly Kokusia, a my na szczescie tym razem znacznie blizej niz tydzien wczesniej. Jak ostatnio bylysmy w miejscu gdzie Mlodszy mial mistrzostwa w lutym, tak tym razem trafilysmy tam, gdzie miala je Bi - kilka lat temu. :)

Spotkanie towarzyskie na plyciznie przed rozgrzewka
 

Ponownie zglosilam sie do mierzenia czasu i tak dlugo ociagalam sie z przydzieleniem lini, ze dostalam ostatnia - 6. I o to mi chodzilo. ;) Znow mialam luzy i przerwy w dzieciakach co kilkanascie minut, moglam wiec pojsc popic kawy i skubnac cos do jedzenia. Bi ponownie plynela sztafety kraulem. Mimo ze trener wymienil jedna z dziewczynek w ich grupie na inna, plywajaca duzo lepiej, to dwie pozostale - swiezynki w druzynie, spowolnily je wystarczajaco, zeby zajac znow ostatnie miejsca. No coz. ;) Indywidualnie, Bi plynela tak jak ostatnio na 50 m (dwie dlugosci basenu) kraulem. Ostatnio wygrala z palcem w nosie, ale tym razem przeciwna druzyna miala bardzo szybka dziewczynke. W sumie jak patrzylam na jej styl, to byl raczej "rozpaczliwy". Panna machala ramionami kompletnie bez gracji, ale za to szybko. ;) A Bi podeszla tym razem do zawodow na jakims luzie i mialam wrazenie, ze plynie sobie takim spokojnym tempem. No i zajela drugie miejsce, a z trzecia dziewczynka wygrala o ulamki sekundy.

Jedna dziewczynka juz stoi, Bi wlasnie dotyka scianki, a trzecia panna doplywa. Reszta daleko w tyle ;)
 

Jej drugi indywidualny wyscig byl na 100 m, z kazda dlugoscia basenu innym stylem. Pechowo, plynela znow przeciwko tej samej dziewczynce i ponownie zajela drugie miejsce.

Tamta juz odpoczywa, a Bi wlasnie doplynela. Plynelo z nimi dwoch chlopcow, ale nawet ich jeszcze nie widac ;)
 

Oczywiscie potem sama przyznala, ze nie dala z siebie wszystkiego, ale pocieszalam ja, ze nie zawsze sie wygrywa i czasem trafi sie wlasnie ktos szybszy i tyle. Jedyne co moze zrobic, to trenowac jak najmocniej, zeby poprawic szybkosc i wytrzymalosc. Przeciwna druzyna okazala sie malutenka (albo tyle dzieci nie dojechalo), wiec znow wiele wyscigow bylo laczonych i skonczylismy duuuzo wczesniej. Na poczatkowej rozpisce planowy czas konca wynosil 17:30, a tymczasem zakonczylismy o 15:20. Ucieszylam sie jak glupia, zajechalysmy z Bi po kawe, a potem... pannie zachcialo sie jechac do biblioteki. Mowila jednak, ze ksiazke, ktora chciala wypozyczyc widziala wczesniej na polce, uznalam wiec, ze powinno pojsc szybko. Taaa, ja naiwna. Poczatkowo wszystko szlo sprawnie. Zgarnelysmy stosik plyt, zeby miec co ogladac podczas przerwy swiatecznej. Wzielismy tez gry, ktore Potworkom sie ostatnio spodobaly. Tymczasem ksiazki... nie bylo. I to nie tylko na polce, ale kiedy spytalysmy bibliotekarke, okazalo sie ze w ogole jej nie maja. Pani byla jednak bardzo sympatyczna i zlozyla zamowienie zeby przeslac ja dla Bi z biblioteki w sasiednim miasteczku. Starsza jednak, mimo ze ma stosik ksiazek kupionych na kiermaszu w szkole, stwierdzila ze zostawia je sobie zeby przeczytac po skonczeniu obecnej serii. A w czasie kiedy czeka na dotarcie upatrzonej ksiazki, chce wypozyczyc jakas inna. Tyle, ze oczywiscie nie mogla sie na nic zdecydowac i chodzila miedzy regalami dobre 45 minut. Na szczescie przez glosniki ogloszono, ze za 20 minut zamykaja biblioteke. To dalo jej motywacje zeby szybciutko cos sobie znalezc. No ale moglysmy byc w domu o 16, a dojechalysmy prawie o 17... :/ Na szczescie w ten weekend nie mielismy zadnych imprez, wiec po powrocie Bi, a potem ja wskoczylysmy pod prysznic i juz moglam sie delektowac spokojnym wieczorem. Dowiedzialam sie tez, ze zespol Kokusia ponownie mecz wygral, a piec z chyba 14 koszy, strzelil syn. No i super, jestem dumna, choc i tak wolalabym zeby pojechal na zawody plywackie. :D

W niedziele ponownie moglam z dzieciakami dluzej pospac, choc znow nie az tak dlugo. Budzik nastawilam na 8:30 i kiedy wstalam, Bi juz nie spala, ale Nik owszem. Obudzil sie dopiero po 9. Niestety, przez zawody Starszej, znow nie udalo nam sie pojechac do kosciola w sobote, wiec trzeba bylo sie wybrac w niedziele rano. Zabralam Potworki do tego samego co tydzien wczesniej i kurcze, wiecej tam chyba nie pojade. Tlumy ludzi, brak miejsc parkingowych i ostatecznie musielismy w kosciele stac, bo pojedyncze miejsca siedzace by sie znalazly, ale trzy obok siebie juz nie, a dzieciaki nie chcialy sie rozdzielac. Jakos dalismy rade, za to w czasie mszy zaczal padac deszcz, wiec dlugi marsz do auta jeszcze bardziej popsul mi humor. Po powrocie do domu nie mialam ochoty juz sie ruszac z chalupy, a niestety Bi umowila sie z kolezanka i chciala zeby ja zawiezc. Ech... Naprzemian deszcz i mzawka, ciemno i ponuro, a ona akurat tego dnia uparla sie na spotkania towarzyskie i to na drugim koncu miejscowosci... Ledwie zdazylismy dojechac z kosciola, a przyjechal moj tata, jak co niedziele. Tym razem, poza bezrobociem, musialam pomoc mu wypelnic jeszcze kilkanascie stron formularzy, potrzebnych klinice, ktora bedzie przeprowadzac jego operacje kolana. Tak naprawde, poza trzema stronami, nigdzie nie bylo, ze musi to odeslac teraz-zaraz-natychmiast, a do operacji zostal ponad miesiac. Ale tata uparl sie oczywiscie ze jak juz to otworzylismy, to chce to zrobic od razu. Zdecydowanie tendencji do prokrastynacji po nim nie odziedziczylam. :D W koncu dojechal M. i wlasciwie byla pora zeby zawiezc Bi do kolezanki. Widzac, ze ja siedze nad formularzami taty, zlitowal sie i pojechal z corka. Dziadek znow posiedzial kilka godzin, znajdl obiad i obejrzelismy razem skoki narciarskie, choc w sumie nad wynikami "naszych" mozna sie raczej zalamac niz kibicowac. ;) Tata pojechal, a ja za chwile musialam odebrac Bi. Wrocilysmy do chalupy i cale szczescie nic juz nie musialam robic ani nigdzie jechac, bo pogoda robila sie coraz gorsza. Caly dzien wlasciwie mzylo, z tylko okazjonalnym mocniejszym deszczem. A na wieczor nie tylko zaczelo lac, ale jeszcze zerwal sie wiatr. Zewszad walily ostrzezenia przed huraganowymi porywami i kladlismy sie spac zastanawiajac sie czy nie zerwie gdzies lini wysokiego napiecia i obudzimy sie bez pradu w domu...

W nocy spalam fatalnie. Gorsza wichura niz ta, zdarzyla sie tylko 3 lata temu, kiedy drzwewo zwalilo nam sie na przyczepe... Tym razem przypomnialo mi sie dziecinstwo i zimowe sztormy na Baltyku. Pamietam dokladnie ten swist w szparach okiennych, wiatr walacy w nie i grozacy wywaleniem z framug. Marsz pod wiatr, gdzie czlowiek mial wrazenie, ze wcale nie posuwa sie naprzod. "Zassane" przeciagiem drzwi od klatki schodowej, otworzone tylko dzieki uprzejmosci silnego sasiada. Takie to uroki dorastania w Trojmiescie. ;) Tym razem wiatr zawiewal akurat glownie w strone domu od mojej sypialni, wiec mocno gwizdal w oknie. Slychac bylo jakies stuki, metaliczne uderzenia, itd. Co chwila wlaczalo sie swiatlo nad garazem na sensor ruchu. Mowiac ogolnie bylo nieciekawie. Przy kazdym przebudzeniu zerkalam pierwsze do lazienki dzieci, bo tam mamy male swiatelko, jakby ktores z mlodziakow musialo pojsc siusiu w nocy. Na szczescie za kazdym razem nadal sie swiecilo, wiec prad byl. Tuz po 6 rano obudzil mnie sms ze szkol, ze z powodu pogody, opozniaja lekcje o dwie godziny. Hmmm... O tej porze roku, opoznienia i zamkniecia sa zwykle z powodu sniegu, a nie deszczu oraz wiatru. ;) Z ulga przesunelam budzik na 8 rano, ale poki co nie oplacalo mi sie ukladac wygodniej. Lezalam i czekalam az zadzwoni budzik Bi, po czym poszlam powiedziec jej, ze lekcje zaczyna dopiero o 9:30, a nastepnie obie polozylysmy sie spowrotem spac. Tuz przed moim (nowym) budzikiem wstal spanikowany Nik, ktory oczywiscie  nie wiedzial o przesunieciu. :D W koncu wstala Bi, wstalam ja i pierwsze co, to pozagladalam naokolo domu, zeby zobaczyc czy nie ma zadnych zniszczen. Wiatr mocno przyginal drzewa do ziemi, wiec obawialam sie, ze smietniki moga fruwac po calym ogrodzie. Ku mojemu zdumieniu staly na miejscu (mielismy farta, ze w czwartek zapomnielismy ich wystawic do oproznienia, wiec byly dosc ciezkie :D) i w ogole, jedynym sladem wichury, byla czerwona kokarda, ktora powinna wisiec pomiedzy drzwiami garazowymi, a tymczasem, zerwana, lezala w kaluzy. ;) Mielismy kupe szczescia, bo tysiace ludzi w naszym Stanie zostalo bez pradu i do wieczora nadal nie wszedzie go przywrocili. W naszym miasteczku rowniez sporo miejsc stracilo prad, m.in, w okolicach jednej ze szkol (wiec moze stad te zamkniecia), ludzie zglaszali drzewa zwalone na domy, szopki, itd., a takze mielismy sporo zalanych i zamknietych drog. U mojego taty podobno ulica plynela doslownie rzeka, a sasiad biegal z lopata i probowal odtykac studzienki. :O Ja za to, po ogledzinach chalupy na tyle, na ile pozwolil mi na to deszcz lejacy wiadrami i zawiewany w twarz wiatrem, zaczelam szykowac Starszej sniadanie. Patrzac na sytuacje za oknem stwierdzilam, ze tego dnia jednak podjade autem do konca naszej uliczki, zeby nie musiala w ten deszcz oraz wichure stac na przystanku. Uslyszalam pikniecie sms'a i myslalam ze M. sprawdza czy mamy prad, a tymczasem... byla to kolejna wiadomosc ze szkol. Tym razem, "z powodu nadal pogarszajacej sie sytuacji", zamkneli je kompletnie. :O Potworki oczywiscie oszalaly ze szczescia. Ja nieco mniej, bo chcialam tego dnia popakowac prezenty swiateczne dla nich, porobic pranie i kontynuowac porzadki. A z dzieciakami to wiadomo jaka robota. Niby to juz nie maluchy, ale i tak ciagle cos chca i przeszkadzaja. Nie mowiac juz o prezentach, ktorych pakowanie odpadalo kompletnie... Dzien minal jednak calkiem fajnie i bardzo spokojnie. Zapominalismy momentami, ze to poniedzialek, a nie weekend. Kiedy zjedlismy sniadanie, Nik poprosil zeby wlaczyc mu "Avatar". Poczatkowo myslal oczywiscie o tej najnowszej czesci, bo pierwsza wyszla przeciez 3 lata przed jego narodzinami. Zasugerowalam jednak, ze moze trzeba zaczac od oryginalu, bo to od niego wszystko sie zaczelo. ;) Ku mojemu zdziwieniu, Bi oznajmila, ze jej ten film w ogole nie interesuje, ale ze i tak siedziala w salonie, to zaczela mimochodem ogladac, a potem wciagnal ja tak, ze uznala, ze to jeden z najlepszych jakie widziala. ;)

Kinomani
 

Malzonkowi uzbierala sie resztka dni wolnych, ktore musial wykorzystac przed Swietami (jego firma oficjalnie ma wolny tydzien przed Nowym Rokiem), wiec w tym tygodniu wychodzil z pracy juz o 10:30. Dalam mu liste zakupow swiatecznych z Polakowa i w poniedzialek pojechal tam, nie zwazajac na paskudna pogode. Calutki dzien potwornie wialo (choc juz slabiej niz w nocy) i lalo. Bylo jednak bardzo cieplo jak na druga polowe grudnia - 16 stopni, choc po poludniu temperatura zaczela gwaltownie spadac. Ojciec wrocil do domu calkiem wczesnie i wiekszosc dnia spedzilismy raczej leniwie. W ktoryms momencie wydawalo sie, ze niebo zrobilo sie jakby jasniejsze i deszcz przeszedl w mzawke, a ze Bi meczyla mnie zeby podjechac do biblioteki, wiec pojechalysmy, zabierajac ze soba tez Kokusia. Bi zgarnela kilka ksiazek, Nik stosik gier, a do tego najnowsza czesc "Avatar'a", oczywiscie. A kiedy wyszlismy... tragedia. Leje jak z cebra i pizdzi jak w Kieleckiem. Wygladalo to jak, wypisz - wymaluj, sceny z Florydy nawiedzonej przez huragan! Najpierw lekko zwatpilismy, ale potem Potworki schowaly ksiazki za pazuchy, na glowy naciagnelismy kaptury (ktore po drodze i tak nam zwialo) i puscilismy sie pedem przez parking. Kilkanascie sekund, a bylismy przemoczeni! :D Po powrocie nie wysciubialismy juz nosa z domu. Tylko Oreo naprzemian wychodzila i wracala przemoczona, zeby za kwadrans znow drzec sie pod drzwiami zeby ja wypuscic. Maya glupia nie jest, wiec nawet wieczorem nie bardzo miala ochote wychodzic na ostatnie siusiu. ;) Potworki oczywiscie powinny byly jechac na basen, ale oboje marudzili, ze to taki bonusowy dzien "weekendowy" i im sie nie chce. Pogoda byla taka a nie inna, wiec M. tez srednio sie chcialo i ostatecznie zostali w domu. 

Wtorek zaczal sie juz normalnie, czyli od wczesnej pobudki. Wyszykowalysmy sie z Bi, przygotowalam Nikowi sniadanie, obudzilam go i wyszlysmy z corka. Cale szczescie ze zaczelam budzic kawalera przed wyjsciem ze Starsza, bo jej autobus znow przyjechal o 7:26, a ze kokusiowy mial zaczac przyjezdzac wczesniej, wiec w zyciu by sie nie wyrobil. Oczywiscie, wbrew temu, co napisali w mailu, my wyszlismy z domu wczesniej, a jego autobus przyjechal pozniej. Babka tlumaczyla, ze gdzies po drodze byly strasznie korki. No, moze... A jeszcze, wyszlismy z naszego podjazdu na chodnik i przypomnialo mi sie, ze przeciez mamy wtorek, a Nik nie wzial trabki! Ten wolny poniedzialek naprawde mnie zamotal! :D Kazalam synowi isc na przystanek, bo wazniejsze bylo zeby zlapal autobus, a sama pobieglam spowrotem do chalupy. Bieg do domu, po schodach na gore, potem znow na przystanek i mialam niezla zadyszke. A wszystko na darmo, bo autobus i tak sie spoznil i nie musialam sie spieszyc. :D Po odjezdzie syna, rozladowalam zmywarke, zaladowalam ponownie to, co uzbieralo sie w zlewie, umylam kuchenke, poskladalam ostatnie pranie z poprzedniego dnia, po czym w koncu usiadlam na chwile z kawa. W tle puscilam sobie jednak radio z piosenkami bozonarodzeniowymi i tak mnie chwycil nastroj na... wyrobienie w koncu ciasta na pierniki. ;) Mielismy je piec w miniony weekend, ale potem jakos tak smignal, ze wylecialo mi z glowy zeby wczesniej zagniesc ciasto, a ono musi sobie chwilke polezakowac w lodowce. Potem mielismy niespodziewanie wolny od szkoly poniedzialek i... znow zapomnialam. :D A o dziwo, Nik spytal o pierniki tylko raz, w czasie Indyka i chyba sam zapomnial. Jak nikt mi nie przypomina, to mam skleroze. :D W kazdym razie, spojrzalam na zegarek i bylo jakos 15 minut zanim planowalam jechac do roboty. Stwierdzilam, ze zdaze. Coz, nie zdazylam, ale ze i tak moge przyjezdzac kiedy i na ile chce, wiec wyjechalam 20 minut pozniej niz chcialam i juz. ;) W pracy tym razem na nikogo nie wpadlam, skrzynka pocztowa byla pusta, wiec posiedzialam, odbebnilam troche papierow i wrocilam do domu. Rano dostalam maila, ze trening koszykowki Kokusia, zostal odwolany. Nie powiem, wcale mnie to nie zmartwilo. ;) Dotarlo do mnie za to, ze za dwa tygodnie, przez 5 tygodni wtorkowe popoludnia bede spedzac na sniegu i mrozie (?). Poki co, pogoda nie wspolpracuje i tydzien miedzyswiateczny ma byc raczej wiosenny niz zimowy. :D W kazdym razie, z klubu narciarskiego troche sie ciesze, bo w koncu lubie ten sport, a troche mi sie zwyczanie nie chce... Lenia mam i tyle i odrobine cierpne na mysl o spedzaniu calutenkiego popoludnia pilnujac mlodocianej bandy. ;) Wracajac do odwolanej koszykowki, Nik byl i rozczarowany i zly. Ponoc trener obiecal im jakis "zabawowy" trening, poniewaz mial to byc ostatni przed przerwa, a dodatkowo Mlodszy wiedzial, ze inaczej bedzie musial jechac na basen. ;) Poniewaz trening plywacki we wtorki jest pozniej, wiec wyciagnelam ciasto na pierniki z lodowki i Potworki zabraly sie ochoczo za walkowanie i wykrawanie.

To zdecydowanie ulubione ciastka Kokusia
 

Te czarne bluzki, po zabawie z maka, byly oczywiscie bardziej biale ;)
 

Nigdy nie robie tego ciasta za wiele, wiec poszlo im ekspresowo i w 40 minut mielismy wszystkie upieczone. Dekorowac mielismy innego dnia. Kiedy ja i dzieciaki "walczylismy" z pierniczkami, M. zaczal zmieniac podlaczenie do polskiej telewizji. Dostalismy nowe urzadzonko, ktore jednak sprawialo mu kupe problemow. Mowilam mu zeby zostawil i ze popatrzymy w weekend, na spokojnie, zapominajac, ze to Swieta. :D Nie, jak to moj maz, on bedzie robil teraz. Potem przyznal, ze myslal, ze raz-dwa i zrobi. Tymczasem urzadzenie, zamiast sie wlaczyc, raz po raz prosilo o zalogowanie sie. Probowalam zalogowac sie ja, potem M. i za kazdym razem wyskakiwalo, ze konto jest nieaktywne. Malzonek, wsciekly ze cos mu nie wychodzi, najpierw stwierdzil, ze na pewno to zapomnialam hasla! Mina mu zrzedla, kiedy jego tez nie zadzialalo. ;) Kilka razy powtarzalam, ze dzieja sie tu jakies "cuda" i ze trzeba zadzwonic do tej agencji co sprzedaje telewizje. Oczywiscie malzonek, juz wkurzony, burknal zebym sama sobie dzwonila, ze on nie bedzie nigdzie dzwonil. Przewrocilam oczami i powiedzialam, zeby dal mi numer telefonu to zadzwonie. On to zawsze zalatwial, wszystko zapisane na niego, a teraz sie rzuca. W kazdym razie tak kombinowal ze starym urzadzeniem oraz nowym, ze w koncu stare zresetowal do ustawien fabrycznych (choc odradzalam) i ono tez przestalo dzialac. Brawo. :D W miedzyczasie dzieciaki szykowaly sie na basen, a ojciec dodatkowo miotal sie, naprzemian warczac ze nigdzie nie jedzie i mowiac ze ok, niech sie przebieraja. Wreszcie jednak zdecydowal sie posluchac zony i zadzwonic do tej agencji. Miesci sie ona w Chicago, wiec sa o godzine wczesniej od nas i o dziwo o 17:30 (ich czasu) ktos odebral. Pan na szczescie wiedzial jak obejsc to niefortunne logowanie. W tym momencie M. podziekowal i sie... rozlaczyl, choc pokazywalam na migi zeby najpierw wszystko do konca wlaczyc. Poniewaz nie ma za latwo, urzadzenie wydawalo sie teraz dzialac, ale w mnogosci app'ek nie moglismy namierzyc polskiej telewizji, a kiedy juz ja namierzylismy, wyskoczyla prosba o... haslo! :D I niestety inne niz to, ktorym M. logowal sie przed chwila. No to co - kolejny telefonik do agencji. A mowilam zeby sie nie rozlaczal?! ;) Pan i tu na szczescie umial pomoc, a haslem okazala sie kombinacja cyfr, ech... Po tym juz jednak telewizja sie wlaczyla jak powinna. Niestety zrobila sie 18:45, czyli poczatek treningu. Malzonek najpierw stwierdzil, ze dobra, najwyzej dzieciakom umknie rozgrzewka, ale po kilku minutach jednak zrezygnowal z jazdy. Bi sie poplakala. ;) Na oslode wyciagnelam lukry i dalam im do dekorowania piernikow. Niezle sobie radzili, ale ostatecznie Starsza poddala sie szybciej niz brat, a i on nie skonczyl. A wydawalo sie, ze wcale nie tak duzo tych piernikow...

Dekorowanie to chyba lepsza zabawa niz pieczenie ;)
 

Sroda to poranek jak zwykle. Kiedy usiadlam na lozku, na horyzoncie akurat zrobila sie delikatna, jasnozolta linia. To stad chyba wzielo sie okreslenie "wstac bladym switem". :D Zapakowalam Bi sniadaniowke i wode, po czym polecialam sie umyc. Potem przyszykowalam Kokusiowi sniadanie, obudzilam go i pobieglysmy ze Starsza na przystanek. Tym razem nie musialam sie az tak spieszyc, bo autobus dojechal juz o 7:21. Przynajmniej jednak Nik mial mniejszy bieg z samego rana, choc to byl kolejny dzien kiedy wyszlismy wczesniej, a autobus przyjechal pozniej niz zwykle. W koncu jednak dojechal, Mlodszy zostal powieziony do szkoly, a ja wrocilam do chalupy juz na caly dzien. Planowalam tego dnia zrobic ostatnie zakupy spozywcze przed Swietami, ale jak zwykle, plany planami, a zycie zyciem... Akurat na ten dzien malzonek umowil sie na zmiane moich opon, wzial wiec do pracy moje auto zeby zaoszczedzic sobie jazdy w te i we w te. A ja zostalam udupiona w domu, bo jego "krowy" nie biore jesli absolutnie nie musze. ;) Myslalam zreszta optymistycznie, ze skoro wychodzi o 10:30, to okolo 12 powinien byc w domu i wtedy pojade. Taaa. Pojechal do zaufanego mechanika, ktory jednak, przez to ze ma dobre opinie, byl mocno oblegany i, pomimo pomocnikow, robil kilka rzeczy na raz. W rezultacie M. do domu dojechal dopiero przed 14. W tym momencie nie chcialo mi sie juz nigdzie ruszac, szczegolnie ze na mysl o korkach robilo mi sie mdlo, a po calym dniu ogarniania, juz nic mi sie nie chcialo. Zrobilam jeden ladunek prania zeby mniej zostalo mi na sobote przed Swietami. Zaczelam myc lodowke, bo niestety juz sie o to prosila. Wypralam i powiesilam reszte zaslon, kichajac raz za razem przy ich sciaganiu. Jak juz sciagnelam zaslony, to od razu umylam przykurzone okna. Wyszorowalam przegrody ze sztuccami, bo sa na samej gorze pod blatem roboczym i wiecznie wpada do niej kupa paprochow. Umylam tez szuflade do air fryer'a. I juz pogubilam sie w tym co jeszcze odhaczylam z przedswiatecznych porzadkow. A ze sie zmeczylam, to naszla mnie taka ponura mysl, ze jaki to sens pucowac kuchnie na blysk, skoro za chwile totalnie ja ufaflunimy przy pichceniu na Wigilie... ;) Wkrotce dojechala Bi, a niedlugo po niej M. z Kokusiem. Zjedlismy obiad i chwile posiedzielismy, Bi odrobila lekcje i czas byl dla ich trojki jechac na basen/ silownie. Oni pojechali, a ja wskoczylam pod prysznic, a potem popedzilam do piwnicy, przypomnialo mi sie bowiem, ze przyszla przesylka z prezentami swiatecznymi Potworkow, a ja zapomnialam otworzyc i sprawdzic czy wszystko sie zgadza. Na szczescie tak. :) Rodzina wrocila po ponad godzinie, kolacja, chwile ochlonac i do czas do lozek.

W nocy znow spalam srednio, bo martwilam sie o kota. Tak, Oreo w srode wieczor znow wyszla, pojawila sie na chwile pod drzwiami o 22, ale uciekla kiedy je otworzylam i... przepadla. Kladlam sie do lozka o 23:30, specjalnie przedluzalam, krecilam sie po dole i co chwila wychodzilam z jednej lub drugiej strony, nawolujac. W ktoryms momencie z tarasu uslyszalam jak cos na dole zaszelescilo, ale oczywiscie w ciemnosci nic nie moglam dojrzec, a kot nie przyszedl, jesli to byl on. Jak na zlosc, na noc zapowiadali lekki przymrozek, -1, ale przy porywistym wietrze, obnizajacym odczuwalna temperature do -5. Zal mi bylo zostawiac zwierzaka, ale co robic. W koncu poszlam spac, ale co chwila przebudzalam sie, przewracalam z boku na bok, itd. Okolo 3 nad ranem slyszalam jak M. wola Oreo, bo zostawilam mu kartke, ze jej nie ma i zeby sprobowal ja zawolac. Wolal i wolal i juz myslalam, ze nie przybiegnie, ale w koncu uslyszalam jak malzonek do niej zagaduje. Czyli moglam juz spac spokojnie. :) A swoja droga zastanawiam sie gdzie ona sie chowa, bo na tarasie zostawilam jej "domek, zeby mogla do niego wejsc i schronic sie przed wiatrem, ale tam jej nie bylo...

Czwartek rano, poza zmeczeniem to bylo takie kopiuj - wklej srody. Przynajmniej do momentu odjechania Kokusia do szkoly. ;) Potem wrocilam, wypilam kawe i umylam kolejna szuflade oraz polke z lodowki. Wole to robic wlasnie na raty i po trochu. Schodzi dluzej, ale nie mam wrazenia ze pol dnia szoruje lodowke. ;) Zebralam sie tez i w koncu zapakowalam prezenty dla Potworkow. Oni klada sie teraz tak pozno (szczegolnie Bi), ze nie mam szans zrobic tego wieczorem, wiec zostaly tylko dwa ranki, ewentualnie czas, kiedy beda na treningu. Wolalam jednak nie zostawiac pakowania na ostatnia chwile, bo wiadomo, zawsze cos moze wyskoczyc. Dla dziadka czy wujka moge zrobic w ich obecnosci, ale juz dla nich samych to nie bardzo. ;)

I juz - stosik dla Potworkow gotowy. Skromnie, ale pare drobiazgow dostana jeszcze do skarpet w wigilijna noc
 

Tego dnia chcialam pojechac do pracy, planowo ostatni raz przed Nowym Rokiem, a potem na ostatnie zakupy spozywcze przed Swietami. Poczatkowo mialam jechac jak zwykle, po pracy, ale potem poszlam po rozum do glowy i stwierdzilam, ze o nie! Nie bede sie pchala w te korki i szalenstwo. Wyjatkowo, pojechalam przed praca. Na szczescie tego dnia mielismy miec tylko 3 stopnie, a nie planowalam kupowac niczego mrozonego, wiec stwierdzilam, ze wszystko powinno jakos wytrzymac w aucie te kilka godzin. ;) Zirytowac musial mnie oczywiscie tez malzonek, jakby inaczej. Dzwoni i ni z gruchy, ni z pietruchy pyta czy zamowilam kalendarz dla jego rodzicow. Oczywiscie nie zamowilam i sam byl sobie winny, ale musial rzucic jakims tekstem, ze "no przeciez zawsze zamawialas i moi rodzice tak strasznie czekaja na te kalendarze". Kur*a. Zeby oddac Wam przyczyne mojej irytacji, musze wyjasnic, ze po pierwsze, z racji naszych klopotow finansowych, uzgodnilismy ze w tym roku nie wysylamy paczek do Polski. Ja stwierdzilam, ze jak zaczne zarabiac to wtedy moze wysle, albo przekaze cos przez mojego tate jak bedzie lecial do Kraju w kwietniu. Malzonek za to chcial wyslac przez agencje kurierska taki koszyk z lakociami. Zaledwie dzien wczesniej siedzielismy i przegladalismy te koszyki zeby ktorys wybrac, a on mi teraz dzwoni ze jednak zamierza jakas mala paczuszke wyslac i z glupia franc pyta gdzie kalendarz! I jeszcze probuje wpedzic w jakies poczucie winy! A tymczasem, po drugie, rok temu zamowilam kalendarz, ale M. sie z kolei z paczka pospieszyl i choc mowilam mu ze kalendarze juz ida, strwierdzil (jak to on) ze czekac nie bedzie i wyslal ja bez niego. Kiedy potem kalendarze doszly, powiedzialam mu zeby moze wyslal osobno, to fuknal ze nie bedzie wydawal kupy kasy za przesylke z samym kalendarzem! Okey, to w koncu jego rodzice, to co ja sie bede wtracac. I lezy sobie on w piwnicy do dzisiaj. A teraz nagle M. chce kalendarz, bo jego rodzice tak ich pragna! No ludzie! Niestety, ale u mojego meza duzo zalezy od tego jaki ma akurat humor, bez wzgledu czy jest to logiczne, czy nie. A kiedy przypomnialam mu o zeszlorocznej sytuacji z kalendarzem, wiecie co odpowiedzial?! Ze go nie wyslal, bo mu nie przypomnialam! Mial szczescie, ze to byla rozmowa telefoniczna, bo chyba bym go ugryzla! ;) W robocie, na stole lezal stos babeczek wraz z zyczeniami dla wszystkich od zarzadu budynku. No to chwycilam jedna. ;)

Niezbyt smaczne, ale slodkie ;)
 

Wrocilam do domu, zajezdzajac jeszcze do oddzialu biblioteki, ktory mam po drodze. Dojechalam, rozpakowalam torby i... Bi zrobila oczy kota ze Shrek'a, zeby pojechac do biblioteki, bo nie ma co czytac! Najpierw odpowiedzialam, ze nie ma mowy, potem jednak stwierdzilam, ze skoro od nastepnego dnia chcialam zaczac swiateczne gotowanie, to moze lepiej pojechac z nia jednak tego dnia, zeby wziela zapas ksiazek na cale Swieta. No to pojechalysmy, a z nami Nik, bo kolejnego dnia mieli miec w szkole film oraz czytanie ksiazek pod kocykiem, wiec chcial tez sobie cos wybrac. Tym razem Bi wiedziala juz czego szuka, natomiast syn grzebal i grzebal w komiksach... Najpierw na dziale dzieciecym, potem mlodziezowym. Wreszcie znalazl sobie trzy i moglismy wrocic do chalupy. Na noc zapowiadali solidny mroz, -7 stopni, z odczuwalna jeszcze nizsza bo nadal wialo. Bylam przeszczesliwa, ze nie musze sie juz nigdzie ruszac. Reszta pojechala oczywiscie na trening na basenie. Ja w tym czasie zabralam sie za szorowanie kafelkow na scianie w kuchni, a w miedzyczasie zdzwonilam sie z kolezanka, wiec przynajmniej czas mi fajnie zlecial. ;) Zalamalam sie za to, bo kiedy odsunelam nasz air fryer, okazalo sie, ze za nim, na kaflach jest spora, tlusta plama! Dziadostwo ma jakis wywietrznik, ktorego dotychczas nawet nie zauwazylam, ale ktory wypluwa najwyrazniej tluszcz. :/ W koncu wrocila rodzina: Bi zachwycona, Nik wkurzony. ;)  Z racji, ze byl to ostatni trening przed Swietami, mieli jakies gry, ktore wymagaly wziecia jakichs pianek i innych akcesoriow. Niestety, ktorys trener wpadl na "genialny" pomysl, ze grupa, ktora przegra, bedzie musiala posprzatac. Padlo niestety na Kokusiowa i stad jego podly nastroj. ;) Za to poznym wieczorem syn przylazl na dol, skarzac sie, ze gardlo boli go tak, ze nie moze mowic. Spytalam czy sie napil, myslac ze moze mu po prostu w nim zaschlo. Podobno pil. Pytam czy chce tabletke do ssania, ale nie, bo ich nie lubi... Super... Wrocil z basenu, czytalam mu, itd. i nic, a potem nagle chwyta go cos takiego? Poza tym czas, wiadomo, idealny - prosto na Boze Narodzenie... :(

W koncu nadszedl piatek, czyli ostatni dzien szkoly przed Swietami dla Potworkow. Wstalam zamulona, bo kot znow przepadl wieczorem, a potem obudzilam sie o 4 nad ranem, przestraszona ze M. juz pojechal do pracy, wiec pewnie wolal kota, a ten sie nie zjawil. Tej nocy mielismy -7 stopni, z odczuwalna temperatura jeszcze nizsza. Wyobrazilam sobie Oreo jak siedzi gdzies skulona i umiera z wyziebienia. Zeszlam na dol, zajrzalam we wszystkie mozliwe katy, ale kiciula nie bylo. Napisalam smsa do malzonka, pytajac czy ja wolal. Potem postanowilam jeszcze obejsc gore, bo czasem lubi spac w nogach lozek dzieciakow. Kontrolnie jednak zawolalam jej imie glosnym szeptem i za sekunde uslyszalam tup-tup-tup na schodach. A, czyli jest! W tym momencie dostalam smsa od M., ze kot siedzial pod drzwiami i ja wpuscil. Rychlo w czas. Z ulga wrocilam do lozka, ale po takiej pobudce oczywiscie nie moglam zasnac... Bi wstala i wyszykowala sie normalnie i wlasnie mialam zaczac szykowac sniadanie dla syna, kiedy sam zszedl na dol. Narzekajac oczywiscie ze gardlo dalej go boli i ze jest zmeczony bo zapchany nos nie dal mu w nocy spac. Super. Dalam mu szybko sniadanie i polecialam z Bi na autobus. Tym razem dojechal nieco pozniej niz ostatnio, bo o 7:25. Czego mozna sie spodziewac po najzimniejszym poranku w sezonie? ;) Wrocilam do domu i mialam w koncu czas przyjrzec sie blizej synowi. Coz, ogolnie wygladal niezle, nie mial tez goraczki, wiec stwierdzilam ze moze isc do szkoly. Tym bardziej, ze tutaj bardzo zwracaja uwage na obecnosc, a z racji ostatniego dnia przed przerwa, i tak nie mieli lekcji, tylko apel, ogladanie filmu oraz czytanie ksiazek pod kocykiem. Po odjezdzie dzieciakow wypilam kawke, po czym kontynuowalam czyszczenie lodowki, wyszorowalam czajnik, maszynke do gotowania ryzu i wrzucilam do pracnie dywanik z dolnej lazienki, spod drzwi oraz misek psa. Przy okazji sama narobilam sobie dodatkowej roboty, bo zabralam sie za odkurzanie oraz mycie podlog na dole. Wiadomo, ze ludzie przybywajacy w niedziele, zobowiazuja. ;) Wyjelam dywaniki z pralki i powiesilam je na krzeslach dla przeschniecia. Okazalo sie niestety, ze dywanik (starutki, jeszcze z dawnego domu) zaczyna sie rozpadac, a wlasciwie kruszy sie ta antyposlizgowa warstwa ze spodu. Pod krzeslem mialam kupke bialych kuleczek, ktore musialam jeszcze raz odkurzyc. Ech... Do domu znow wczesniej zawital M. i siedlismy zeby wyslac te kosze upominkowe dla jego taty i mojej siostry. Do matki nie wysylam, bo zawsze kiedy to zrobilam, slyszalam tylko pretensje, ze to glupota, ze te kosze nigdy nie wygladaja tak jak na zdjeciach i te agencje oszukuja, a tak w ogole to ona nigdy nie odbiera domofonu i nie chce zeby jej sie kurierzy dobijali. Od kilku wiec lat nie wysylam jej juz takich upominkow na imieniny czy Dzien Matki... A tak w ogole, to tesciowa pokazuje upominki wyslane im i poza drobnymi zamiennikami czasem (wiadomo ze moga miec troche inny rodzaj czekoladek czy czegos takiego), te kosze wygladaja jak w zamowieniu. W kazdym razie, tego kosza, ktory dzien wczesniej sobie upatrzylam, oczywiscie juz nie bylo, wiec zaczelo sie przegladanie ofert od nowa. A malzonek mial kosza rodzicom nie wysylac, tylko paczke, ale wymyslil, ze jednak kosz tez wysle, bo tesc ma w II dzien Swiat urodziny... Wkrotce potem pojechal po Kokusia, do domu wrocila Bi, a ja zabralam sie za pierwsze ciasto. W tym roku, po kilkunastoletniej przerwie, wzielo mnie na metrowca. To bylo popisowe ciasto mojej mamuski i goscilo u nas na stole przy kazdym swiecie i innych okazjach. W ktoryms momencie tak mi sie przejadlo, ze po przyjezdzie do Stanow zrobilam je jeszcze 2-3 razy, po czym stwierdzilam, ze sa inne ciasta. Moj tata przez pare lat cos tam wspominal na Wigilie o metrowcu, ale sama na mysl o nim az cierplam. Malzonek kiedys stwierdzil, ze to dosc "trudne" ciasto, choc nie wiem skad mu sie to wzielo. Tak naprawde jest po prostu czasochlonne, bo i ciasta i krojenie ich w plastry i czekanie az budyn wystygnie i krecenie kremu, polewa, itd. Dzis wiec upieklam placki i ugotowalam budyn na krem i bede wszystko konczyc jutro. Namoczylam tez grzyby i na tym piatkowa robota sie skonczyla. ;) Nik na szczescie ze szkoly wrocil w stanie mniej wiecej podobnym do porannego. Podobno byl u pielegniarki, ale ta go obejrzala, zmierzyla mu goraczke (nie mial) i stwierdzila, ze to tylko katar i ze ma duzo pic i "sie trzymac". Mlodszy byl z tego powodu bardzo rozgoryczony, ale przyznal, ze dzien w szkole minal bardzo fajnie i poza proba zespolu, nie mial prawdziwych lekcji. Bi rowniez byla zadowolona, bo z okazji ostatniego dnia przed przerwa, mieli turniej siatkowki (Frosty tournament) miedzy dzieciakami a nauczycielami. Jakis czas temu mieli rozgrywki miedzyklasowe, gdzie zwycieska klasa miala grac z belframi (klasa Starszej odpadla), a potem glosowali ktory z nauczycieli mial grac. Oczywiscie wybrani zostali ci mlodsi i/lub lubiani. :D

Pozostalo mi tylko zyczyc Wam: Zdrowych, Wesolych Swiat, wspanialego czasu z rodzina, jak najmniej stresu przy przygotowaniach i solidnego odpoczynku w wolne dni!

Proba zrobienia przyzwoitego swiatecznego zdjecia - pies gdzies uciekl, kot sie wyrywa, a Bi trzyma wyrywajacego sie kota, wiec usmiech ma dosc wymuszony. Tylko Nik pozuje jak trzeba :D

piątek, 15 grudnia 2023

Tydzien pelen ekscytacji malych i duzych

Sobota, 9 grudnia zaczela sie nieco pozniej, choc spac do oporu tez nie moglismy. Nik mial mecz koszykowki, a Bi zawody plywackie; co prawda oboje dopiero na 12, ale oznaczalo to poranek z zerkaniem na zegarek. Poniewaz mieli sporty na ta sama godzine, wiec musielismy sie z M. rozdzielic. Oczywiscie malzonek wybral mecz, bo wiadomo, to tylko godzina, a nie potencjalnie 4. :D On pojechal rano do pracy, ale ja z Potworkami powylegiwalismy sie do 9, po czym trzeba bylo wstac, zjesc sniadanie i szykowac sie na reszte dnia. Nik na mecz potrzebowal tylko koszulke zespolu oraz butelke z piciem, ale Bi juz jednak sporo wiecej. Dwa reczniki (wiadomo, ze jeden raz-dwa zostanie przemoczony) i gogle i czepek, nie mowiac juz o calej torbie picia i przekasek zeby nie zabraklo energii do plywania. ;) Dla siebie tez spakowalam termos z kawa oraz cos do przegryzienia, choc watpilam zebym miala czas na jedzenie czy picie. Zglosilam sie bowiem do mierzenia czasow, a ze wyscigi leca jeden za drugim, bez przerwy, wiec i mierzacy odpoczynku nie maja... Okazalo sie jednak, ze dobrze trafilam, bo do lini #6, w ktorej plynelo duzo mniej dzieciakow. Co chwila mialysmy wiec (z kobieta z przeciwnej druzyny) okienka i moglam popic pare lykow kawki oraz chwycic jakiegos batonika. Bi jechala cala poddenerwowana i przezywajac ze mogla jednak nie zapisywac sie na zaraz pierwsze zawody. Na szczescie w druzynie juz ma jakies tam kolezanki, wiec wiedziala, ze bedzie miala towarzystwo. Namawialam na zawody rowniez Kokusia, ale zaparl sie, ze nie i koniec. Po fakcie stwierdzilam, ze moze to i dobrze. ;) Kiedy bowiem dojezdzalam na miejsce, okolica wydawala mi sie dziwnie znajoma. Gdy dojechalam pod szkole w ktorej odbywaly sie zawody, olsnilo mnie, ze to to samo miejsce, w ktorym odbyly sie mistrzostwa. Obawiam sie, ze Mlodszemu moglaby wrocic trauma, z ktorej tak naprawde nadal sie dobrze nie otrzasnal. :D Przed zawodami, na nerwy Bi odpowiadalam ze ma sie nie przejmowac, bo najwazniejsze, zeby dala z siebie wszystko. To dopiero pierwsze zawody, a ona dopiero co dolaczyla do druzyny, wiec ma caly sezon zeby poprawic wyniki. Trener ma bowiem zapisane najlepsze czasy kazdego dzieciaka i zanotowane sa one na karteczkach dostawanych przed kazdym wyscigiem. Niektore, starsze i ambitniejsze dzieciaki, pytaja po wyscigu czy pobili swoj najlepszy czas. Najpierw jednak trzeba miec co pobijac, a Bi to czysta karta. ;) W kazdym razie, niepotrzebnie Bi przygotowywalam na gorsze rezultaty. ;) Plynela dwie sztafety i dwa wyscigi indywidualne. Pierwsza sztafeta byla mieszana na 200m, czyli kazda z czterech dziewczynek plynela innym stylem po dwie dlugosci basenu. Bi byla ostatnia w grupie i miala kraul. Druga sztafeta byla rowniez na 200m, ale wszystkie dziewczyny plynely tym samym stylem - kraulem. ;) Tym razem Starsza plynela pierwsza. Niestety, mimo ze w grupie wiekowej 11-12 lat jest jeszcze jedna dziewczynka, ktora plywa juz dlugo i osiaga swietne wyniki, do sztafet, poza Bi, trener wystawil jeszcze trzy inne panny, ktore sa w plywaniu swiezynkami i to niestety widac. ;) Wiadomo, ze inaczej plywaja dzieciaki, ktore zaczynaja w druzynie jako maluchy, a inaczej takie, ktore wczesniej plywaly tylko dla zabawy i do druzyny dolaczaja jako 11-latki. W pierwszej sztafecie w dodatku, mierzacy czas sie pomylili i myslac, ze to juz koniec wyscigu, powstrzymali Bi przed skokiem do wody i dopiero interwencja trenera sprawila, ze mogla poplynac swoja czesc. Nie wiem jak oni to policza, bo podejrzewam, ze wylaczyli juz stopery. Mozliwe, ze ich grupe zdyskwalifikuja, choc nie bylo tu ich zadnej winy. W ostatniej sztafecie za to, mimo ze Bi poplynela znakomicie i wyrobila dla kolezanek wyrazna przewage, one jednak szybko ja zmarnowaly i ponownie ich grupa przyplynela ostatnia... Te rozczarowania Bi zrekompensowala sobie jednak wyscigami indywidualnymi.

Na 50 m - Bi w drugiej lini od przeciwnego brzegu. Widac, ze jest juz przy sciance, a reszta doplywa, choc tu ta wygrana nie byla az tak powalajaca
 

Plynela kraulem na 50m (dwie dlugosci basenu) oraz na 100m (4 dlugosci) i w obu zajela bezsprzecznie pierwsze miejsca. Szczegolnie wyraznie zostawila konkurencje w tyle przy tym drugim, bo tam, oprocz szybkosci, liczyla sie bardzo wytrzymalosc. 

Na 100 m - Bi juz przy sciance, w lini obok jakas dziewczynka doplywa, a reszty nawet jeszcze nie widac w kadrze
 

Wyscigow bylo 68, a ostatnia sztafeta Bi miala numer 65, choc to mialo niewiele znaczenia, bo jako mierzaca i tak musialam zostac do konca. Na szczescie obie druzyny byly raczej niewielkie, bo mialy okolo trzydziestki dzieci. Gdzie sie dalo, laczono wiec wyscigi i choc planowo wszystko mialo sie skonczyc o 16, zakonczylo sie o 15:10. Ucieszylam sie, bo mielismy ponad pol godziny jazdy, w tym przez stolice naszego Stanu, z kupa zjazdow, rozjazdow i zmieniajacych sie lini, ze o tlumie aut nie wspomne, wiec odetchnelam ze nie musze sie w tym orientowac po ciemku. Wrocilysmy do chalupy, gdzie dowiedzialysmy sie, ze zespol Kokusia swoj mecz wygral. Prosilam M. o jakies zdjecia "w akcji" lub filmiki, ale oczywiscie pstryknal tylko trzy i to takie bardziej "statyczne".

Nik "kryje" gracza z przeciwnej druzyny
 

Po trzech godzinach stania, mialam ochote klapnac na kanape i juz z niej nie schodzic, ale nie bylo tak dobrze. Kolejnego dnia mielismy miec gosci na urodziny syna, wiec musialam sie zajac kremami oraz dekoracja tortu. Zajelo mi to wieksza czesc wieczoru, ale przynajmniej choc raz nie robilam tego po nocy. Zwykle pytam sie Potworkow jaki obrazek chca miec na torcie, ale tym razem jakos sie zagapilam i pozno zamawialam, wiec wybralam sama zeby nie marnowac czasu.

Nik skrzywil sie tylko, ze dlaczego "kwiatki" sa rozowe. ;) Coz, w ktoryms momencie ile bym nie dala barwnika, masa nie zmieniala koloru. Okazalo sie jednak, ze po nocy w lodowce jakos kolor sam zrobil sie bardziej soczysty
 

Z Kokusiem jest tez ten dodatkowy problem, ze zawsze strasznie dlugo sie nad wszystkim zastanawia, wiec czasem lepiej go nie pytac. ;) Padlo na jego chyba obecnie ulubiona gre komputerowa - Zelda. Za postac z niej przebral sie na Halloween. Okazalo sie, ze obrazek bardzo mu sie spodobal, wiec kontrola jakosci odhaczona. ;)

To nie koniec sobotnich "sensacji", choc ta druga jest nieco... odrzucajaca. :D Otoz, nasz maloletni kot, ktory za kilka dni konczy raptem 11 miesiecy, przyniosl swoja pierwsza... mysz! I uparcie sie z ta mysza pchala do domu, a ja obawialam sie, ze moze byc taka nie do konca niezywa... :D

Dumny lowca
 

Pozniej okazalo sie, ze zycia w niej juz nie zostalo, ale kot dla odmiany zaczal nia podrzucac i popychac lapka, majac pewnie nadzieje, ze "zabawka" jeszcze ozyje i zacznie uciekac. Koty sa jednak krolami makabry. :D

"No dalej, ruszaj sie!" :D
 

Niedziela niestety zaczela sie wczesniej niz bym sobie zyczyla. :) Przez zawody Bi nie mielismy szans zeby jechac do kosciola w sobote, wiec trzeba bylo to zrobic nastepnego dnia. Malzonek pracowal i od razu stwierdzil, ze pojedzie na polska msze na 11:30. Ja jednak chcialam jeszcze ogarnac pare rzeczy przed przyjazdem gosci na urodziny Kokusia, wiec ta godzina to bylo dla mnie troche pozno i w dodatku daleko (a wiec marnowanie czasu na dojazdy). Z drugiej strony, czulam potrzebe dodatkowego snu, wiec msza na 9 lub 9:30 tez mnie zniechecala, a o wczesniejszych nawet nie bylo mowy. ;) W koncu pojechalam z Potworkami na 10:30 i to byl taki zloty srodek - w miare wczesnie, ale na tyle pozno, ze czlowiek nie musial sie zrywac bladym switem z lozka. To byl tez oczywiscie jeden z dwoch najwazniejszych dni w roku, czyli urodziny Kokusia. :) Dzien wczesniej Mlodszy sie dopytywal o prezenty, wiec powiedzialam mu, ze jak pojdzie spac o rozsadnej porze, to rano znajdzie je przy lozku. Tymczasem kladlam sie o polnocy, a panicz jeszcze nie spi! :O Oczywiscie wymadrzal sie, ze teoretycznie jest juz 10-ty, czyli dzien jego urodzin i moge dac mu prezenty. Taaa. :D Zabralam je do swojej sypialni, szczegolnie ze byla wsrod nich gra na Nintendo. Jak znam Nika, natychmiast chcialby ja wyprobowac i gralby do 2 nad ranem. ;) Dopiero kiedy wstalam w niedziele rano, kawaler doczekal sie wiec upominkow. Jak pisalam, dostal gre komputerowa, lamiglowki do rozwiazywania oraz czapke z logo Los Angeles Lakers. Jakby ktos nie wiedzial, to jest druzyna koszykarska. Podobno dobra, ale sie nie znam; Kokus sam wybral. :D Po mszy zajechalam z dzieciakami do Dunkin' Donuts bo Nik poprosil o napoj, a ze to byl "jego" dzien, to jak moglabym odmowic? ;) Przy okazji wkurzyl mnie moj tata. W sobote bylam tak zalatana, ze dopiero poznym wieczorem przypomnialam sobie, ze nie napisalam mu, o ktorej urzadzamy przyjecie. Choc powinnam chyba napisac "przyjecie", bo w sumie to tylko szybka przekaska, tort i kawa. ;) Napisalam mu wiec w niedziele rano, ze chrzestny dzieciakow przyjedzie o 15, ale on pewnie bedzie chcial zjawic sie troche wczesniej zeby zrobic bezrobocie. A dziadek na to, ze on przyjedzie wczesniej na kawe i ciasto, bo to nie Wigilia zeby wszyscy musieli razem siadac do stolu. Szczeka mi opadla i odpisalam, ze przeciez tort jest tylko jeden, a innego ciasta nie mam. Na to on, ze nie musi czekac na A., bo to nie jego rodzina. Bylam zupelnie zbita z tropu, bo skad nagle jakies pretensje, skoro zawsze razem spotykamy sie na urodziny dzieciakow?! W tym momencie musialam juz wychodzic do kosciola, ale po mszy mialam czas na spokojnie do taty zadzwonic, zeby spytac o co chodzi. A on wyskakuje z pretensjami, ze jak sie robi przyjecie, to sie zaprasza na konkretna godzine, a nie dostosowuje do innych i ze jak chrzestnemu nie pasuje, to nie musi przyjezdzac! Po raz juz kolejny opadla mi szczeka, bo ja sie do nikogo nie dostosowuje i sama A. zaprosilam na 15, bo wydalo mi sie to najrozsadniejsza pora. Chcialam jeszcze posprzatac, a wiedzialam tez ze M. wroci najwczesniej o 13, wiec dobrze zeby mial chwilke na odetchniecie. Moje tlumaczenia wywolaly kolejne pretensje, ze ostatnio przeciez zawsze jezdzimy do kosciola w soboty, a o 15 to juz sie robi ciemno. Nosz kurna! Mialam na koncu jezyka, ze skoro jemu najwyrazniej nie pasuje, to moze nie przyjezdzac! Naprawde, z rodzina czasem najlepiej na zdjeciu... :/ Zebym ja sie musiala tlumaczyc dlaczego jade do kosciola kiedy jade i dlaczego przyjecie jest o 15!!! A tak w ogole, to u nas zmierzcha sie dopiero grubo po 16... W kazdym razie, dziadek sie namarudzil, ale ostatecznie stwierdzil ze przyjedzie o 14, zrobimy to bezrobocie, a kiedy dojedzie A. zjemy torta i pojedzie. Potem ruszylam do ostatniego wycierania kurzy i wynoszenia potworkowych pierdol z jadalni i salonu. I malzonkowych tez, bo niestety moj chlop lubi trzymac wszelkie "przydasie" na stole lub komodzie. Nie mamy domowego biura, wiec sama tez trzymam na nim jakies papiery, rachunki i tak dalej. Malzonek jednak na stole ma tubke voltarenu, bo dwa razy dziennie smaruje nim noge. Moglby zaniesc go do szuflady w lazience, do ktorej ma 10 krokow, ale po co... Tak samo, ma trzy zegarki na reke, ktore nosi na zmiane. Dwa akurat nieuzywane leza na komodzie, podobnie jak ladowarka do laptopa, choc zaraz pod spodem jest szuflada na wlasnie takie rzeczy... W miedzyczasie M. wrocil do domu i uzgodnilismy, ze zamiast planowanej pizzy dla gosci, pojedzie po sushi. Dwa tygodnie przed Swietami nikomu nie chcialo sie stac przy garach, a sushi to jednak ciekawsze danie niz taka tam zwyczajna pizzucha. ;) Zabral wiec dzieciaki zeby wybrali sobie te rolls'y, ktore lubia, a ja biegalam ze szmata. Tak jak powiedzial, zaraz po 14 przybyl moj tata, zaskakujaco w niezlym humorze, choc spodziewalam sie dalszych pretensji niewiadomo o co. Zachwycil tez wnuka prezentem - pistoletami i opaskami na piers z czujnikami, do gry w laser tag. Nie wiem jak to nazywaja w Polsce. ;)

Niestety, gra bardzo dynamiczna, wiec wszystkie zdjecia wyszly zamazane ;)
 

Nasz dom nie jest ogromny, ale dol jest czesciowo otwarty i mozna biegac w kolko wokol kominka oraz scian miedzy jadalnia a korytarzem i kuchnia. Miejsce na zabawe wiec jest. Niestety, Bi pierwsza runde przegrala, wiec obrazila sie i stwierdzila, ze to glupia gra. :D Dziadek ma chore kolano, a M. dopadla rwa kulszowa, wiec padlo na mnie. Coz, ja tez przegrywam z szybszym i bardziej zwrotnym Kokusiem, ale przynajmniej sie nie obrazam. No i przyznaje, ze to dobra zabawa wytrzymalosciowa. Srednio po trzech rundach mam zadyszke i zakwasy w udach od przemykania na ugietych nogach. :D Punkt 15 przyjechal chrzestny dzieciakow ze swoja Pania, zjedlismy wiec sushi, wypilismy kawe, herbatke, czy co tam kto chcial, a potem nadszed czas na gwozdz programu, czyli kawe i tort.

No i juz. Jedenascie lat minelo niewiadomo kiedy...
 

Odspiewalismy Sto Lat i kazdy dostal po kawale tortu, nawet dzieciaki. O dziwo, Nik stwierdzil, ze calkiem dobry, a przeciez od tylu lat nawet nie chcial go posmakowac. :D Na koniec Kokus otworzyl prezent od wujka i nowej cioci, ktorym okazal sie najprawdziszy zestaw mlodego podroznika. :O W takiej malej, porecznej torebeczce miesci sie cala kupa narzedzi! Poczynajac od typowej pierwszej pomocy, czyli plastrow, bandazy oraz koca termicznego i glow stick'ow, az po zestaw srubokretow, skladana lopatke, toporek i kilofek oraz podpalke i krzemien z ostrzem do rozpalenia ognia. I cala masa nozy. :O Nozyk skladany, scyzoryk, ostrze przy linijce i nie pamietam jeszcze z czym innym, ale naliczylismy ich 5 lub 6. Smialismy sie, ze to zestaw dla bandytow i pijakow, bo przy niemal kazdym narzedziu, byl tez... otwieracz do butelek. :D Najlepsze, ze Nik od dlugiego czasu prosil nas o scyzoryk, twierdzac, ze chcialby go do zabawy na kempingach. Bylam sklonna mu go kupic, bo malo kiedy zdarza mu sie prosic o cos tak konsekwentnie. Malzonek jednak postawil weto, ze gdzieee, jeszcze sie zatnie, albo gorzej, wezmie ten scyzoryk do szkoly i bedziemy miec klopoty. No to teraz Nik, poza scyzorykiem ma kilka innych ostrzy do zabawy. :D

W jednym reku kilofek/ lopatka, w drugiej mini toporek
 

Wkrotce potem goscie rozjechali sie do domow. Przynajmniej mielismy okazje osobiscie zaprosic A. wraz z przyjaciolka na Wigilie i otrzymac od razu odpowiedz ze beda, bez zastanawiania sie do ostatniej chwili. :D Reszta wieczoru to zabawa z Kokusiem, ktory stwierdzil, ze w tym roku dostal chyba najlepsze prezenty, a potem juz przygotowania na kolejny tydzien.

Poniewaz weekend obfitowal w wydarzenia, wiec w poniedzialek mialam wrazenie, ze w ogole go nie bylo i jestem jeszcze bardziej zmeczona niz w piatek. :D Autobus Bi ponownie przyjechal pozno - o 7:26. W koncu jednak dostalam odpowiedz od firmy przewozowej, co prawda napisana troche bez ladu i skladu, ale udalo mi sie z niej wywnioskowac, ze poza pojedynczymi przypadkami, bedzie on juz tak pozniej przyjezdzal. Panna odjechala, a ja polecialam budzic Kokusia. Musze mu niestety chyba dac moj stary budzik (przynajmniej na cos sie przyda, bo tak to stoi od lat na komodzie w sypialni), zeby cos mu pikalo przy uchu nieco wczesniej niz ja dobiegne do domu. Pozna pobudka oznacza bowiem, ze potem biedak musi jesc i szykowac sie w biegu... W kazdym razie, w koncu i on odjechal do szkoly, a ja wrocilam do chalupy, z ktorej tego dnia nie planowalam sie juz ruszac. ;) Ponownie weekend tak mi smignal, ze nie zrobilam tygodniowego prania, a to oznaczalo ze brudownik pekal w szwach i wyjda z tego przynajmniej trzy ladunki.

Widac ten merdajacy z zadowoleniem ogon ;)
 

Poza tym wzielam Maye na spacer i planowalam zrobic troche gruntowniejsze porzadki w kuchni, ale ostatecznie bylam jakas bez energii i zamiast tego, udekorowalam kominek w salonie i wyciagnelam reszte innych swiatecznych duperelek. I taka ze mnie gapa, ze dopiero kolejnego dnia spostrzeglam, ze zapomnialam o poduszkach na kanapie, ktore nadal maja jesienne kolory. ;)

Do salonu ponownie zawital nastroj swiateczny :)
 

Bi dojechala jak zwykle o 15, bo nie zostala na fitnessie. Ostatnio nie ma na nim jej kolezanki, a dodatkowo ponoc nauczyciel slabo grupe pilnuje i nie mogla dopchac sie do wszystkich przyrzadow, wiec nie zostaje juz na nim tak chetnie. Zreszta to dobrze, bo po fitnessie byla zwykle dosc zmeczona i miala mniej energii na plywanie. Chlopaki dojechaly jakies 40 minut po Starszej, potem obiad, praca domowa Bi, chwile posiedziec i musieli jechac na basen. Co prawda Nik marudzil cos, ze glowa go boli i nie wie czy da rade plywac. Nie wiem czy faktycznie go cos bolalo, bo mowil ze zaczelo juz w szkole, tymczasem w domu szalal znow z pistoletami laserowymi i wyczynial jakies akrobacje, wiec nie widac bylo zeby mu cos dolegalo. ;) Ostatecznie stwierdzil, ze najwyzej powie trenerowi, ze musi sobie zrobic przerwe. Myslalam, ze w tym czasie poskladam ostatnie wysuszone pranie i posiedze w spokoju, ale tego dnia przyszedl mail z przypomnieniem, ze akurat wieczorem mialo sie odbyc wirtualne spotkanie informacyjne, dotyczace klubu narciarskiego. Podobno obowiazkowe, choc watpie ze wszyscy sie laczyli. Moje dzieciaki juz dwa razy byly w tym klubie, ale wiadomo, zasady sa rozne dla roznych szkol, poza tym od ostatniego razu minely dwa lata, wiec polaczylam sie zeby zobaczyc czy pojawily sie jakies zmiany. Jak sie okazalo, jesli jakies byly, to minimalne. Jedyna pozyteczna informacja bylo gdzie w szkole Kokusia zostawia sie sprzet (daleeeko od wejscia, zeby nie bylo za latwo :D) oraz ze do rodzicow, ktorzy zglosili sie na opiekunow, organizatorzy z poszczegolnych szkol odezwa sie w przyszlym tygodniu. Dobrze wiedziec, bo juz zaczynala mnie ta cisza niepokoic. Meeting odbyl sie w tym samym czasie co trening, wiec po jego koncu zaraz dojechala reszta rodziny. Trener wyslal oficjalne wyniki sobotnich zawodow i jest juz oficjalnie potwierdzone, ze Bi zajela dwa 1 miejsca, a w sztafetach jej grupa zajela ostatnie - 5. :D Przyslal tez wstepna liste na kolejne zawody i ponownie sztafety maja plynac te same dziewczynki, wiec nie ma co spodziewac sie cudow, zas indywidualnie Starsza znow ma plynac kraulem na 50m oraz taka dziwna kombinacja na 100m, gdzie kazda dlugosc basenu plynie sie innym stylem. Panna niezbyt zadowolona, ale nie protestuje. ;)

W zeszlym tygodniu przyszly raporty semestralne Potworkow. Po raz pierwszy, nieco rozczarowujace sa wyniki w nauce Kokusia. Nie zeby byly jakies straszne, chlopak przyzwyczail nas jednak, ze zwykle ze wszystkich przedmiotow oceniany byl spokojnie na M, czyli ze na poziom, na ktorym nauczyciele oczekuja, ze dziecko powinno byc. Tak w ogole to ciezko jest te "oceny" przypisac do polskich. Zaczynaja sie bowiem od E, czyli exceeds. Slowo to oznacza "przekroczenie" danego poziomu, wiec na chlopski rozum powinna byc to nasza 6. Skoro to jest szostka, to nastepne jest M, czyli meets, ktore powinno oznaczac 5. Skoro jednak M oznacza poziom ktory nauczyciele oczekuja, ze (kazde) dziecko powinno osiagnac, czy realne jest, ze kazdy uczen dochrapie sie piatki z kazdego przedmiotu? Watpliwe. Nastepne jest N (near), czyli blisko wymaganego poziomu, a na koniec B (below), czyli ponizej. Tyle, ze teoretycznie to "near" tez jest ponizej. :D Probujac przypisac wiec oceny polskim, mozna zalozyc, ze skala jest od 6 do 3. Tyle, ze dla mnie troja jest ocena srednia, ani strasznie slaba, ani zdecydowanie dobra, wiec niezbyt pasuje jako ta najnizsza. Zakladajac, ze skala jest od 5 do 2, ma to juz wiekszy sens, choc wtedy nie pasuje mi to exceeds, bo piatka to nie przekroczenie programu, tylko jego bardzo dobra znajomosc. ;) A najgorzej, ze w szkole Bi skala ocen wyglada jeszcze inaczej, ale o tym za moment. :D Tak czy siak, Nik z wiekszosci przedmiotow i ich "zagadnien" ma to wymagane M. Tym razem jednak pojawilo sie jednak rowniez sporo N, czyli troszenke brakuje mu do osiagniecia tego wymaganego przez nauczycieli poziomu.

Pewnie jak zwykle niewiele bedzie widac...
 

Nawet z czytania ma N z wysnuwania wnioskow na podstawie przeczytanych tekstow. Z pisania w ogole porazka - na piec zagadnien, tylko z jednego otrzymal M, reszta to N. Klania sie to, ze Mlodszy nie lubi pisac, nigdy nie lubil rozszerzac watkow, jest roztrzepany, nie czyta tego co napisal i na dodatku nadal ma w powazaniu wielkie litery oraz kropki i przecinki. :/ Oprocz tego, dostal N z jednego z zagadnien z nauk socjalnych (ze zrozumienia i angazowania sie w procesy odkrywania i nauki, czy jakos tak :D) oraz (to juz chyba zawsze) z zespolu muzycznego, za rozumienie nut. ;) Tu nalezy nadmienic, ze wszystkie te N Mlodszy dostal od nauczycielek (w sumie to dwoch, bo jedna uczy kilku przedmiotow), z ktorymi niezbyt sie lubi. Mozliwe ze ten brak sympatii jest wzajemny, choc w sumie nie powinien wplywac na ocenianie, ale wiadomo jak to jest. W kazdym razie, na 31 zagadnien (z roznych przedmiotow, bo te maja ich od dwoch do pieciu) Nik otrzymal 7 N. Nie jest to moze bardzo slabo, ale zwykle bylo ich duzo mniej. Dostal za to dwa E, tradycyjnie ze... sztuki. No i, w przeciwienstwie do tego, co ostatnio miala siostra, z zaawansowanej matematyki otrzymal same M. ;)

Skoro juz o Bi mowa... U niej oceny sa normalne - od A do D, plus F (fail), ale to ostatnie jest juz za brak jakiejkolwiek checi i zaangazowania, nie oddawanie prac i testow w ogole, itd. Reszta ocen odpowiada procentom, czyli 60-70% - D, 70-80% - C, 80-90% - B i 90-100% - A. Czyli z grubsza nasza dwoja do piatki. Tyle, ze zawsze myslalam, iz zaliczenie przedmiotu jest dopiero od C, okazuje sie jednak, ze jest od D. Ponizej oczekiwan, ale zaliczenie. ;)

Pierwszy raporcik z "gimbazy" ;)
 

W kazdym razie, na 9 przedmiotow w pierwszym trymestrze, panna Bi otrzymala szesc A (niektore z plusami lub minusami), dwa B+ i nieszczesne... D+ z zaawansowanej matematyki. :D Z ostatniego testu dostala niemal 100%, co podreperowaloby te ocene, ale niestety poszlo juz na kolejny trymestr. Nic, trzeba trzymac kciuki zeby ta poprawa byla juz na stale. ;) Ogolnie nie ma co na wyniki narzekac, a Bi za rok (albo w high school) moze przejdzie na zwykla matematyke i wtedy na pewno szybko podciagnie srednia.

We wtorek typowy ranek, czyli wstac z Bi, wyszykowac sie i odstac swoje czekajac az przyjedzie jej autobus, rzucajac w tym czasie pileczke siersciuchowi. Potem pedem do domu budzic Kokusia, bo "zoltek" ponownie dojechal dopiero o 7:26. Wyszykowal sie z kolei kawaler i pomaszerowalismy na przystanek. Po odjezdzie Mlodszego do domu ogarnac to i owo, po czym pojechalam do roboty. Niespodziewanie wpadlam na kolezanke, ktora wrocila akurat z wakacji i pojawila sie po cos w biurze. Po pracy pojechalam do chalupy, gdzie po obiedzie zostalo troche czasu na "dychniecie", po czym trzeba sie bylo rozdzielic. Zabralam Kokusia na koszykowke, a niedlugo po nas M. wychodzil z Bi na basen/ silownie.

Pedzi Mlodszy z rozwianym wlosem ;)
 

Spedzilam godzine maszerujac w te i we w te korytarzem biegnacym przez cala szkole. Zwykle zachodze w jego odnogi prowadzace do klas, tam bowiem wywieszone sa roznorakie prace dzieciakow, jest wiec co poczytac i na co popatrzec. Tym razem w stolowce odbywalo sie jakies wydarzenie dla przedszkolakow i drzwi do wszystkich bocznych korytarzy zostaly zamkniete. :/ W miedzyczasie dostalam irytujacego maila od jednej ze szkolnych administratorek. Otoz, autobus Nika od poniedzialku ma przyjezdzac okolo 5 minut wczesniej. Niby nie tak duzo, ale czas podany na poczatku roku szkolnego to byla 8:08. Potem dodali do jego autobusu dzieciaki z innego, bo nie mieli wystarczajacej ilosci kierowcow. Zeby zdazyc wszystkie odebrac, pani kierowca zaczela przyjezdzac okolo 7:55. Teraz ma to byc znowu szybciej o 5 minut? Jak tak dalej pojdzie, to za chwile Nik bedzie wyjezdzal o tej samej porze co Bi, a ona zaczyna lekcje godzine wczesniej! :/ W drodze do domu zrobilismy oczywiscie koleczko po osiedlu podziwiajac swiatelka i liczac w ilu domach je maja. Wyszlo 67 (nawet nie wiedzialam, ze tyle domow tu mamy! :D), a tydzien temu bylo 53. Zaraz po nas dojechala reszta i pozostalo juz tylko szykowac sie na kolejny dzien.

W srode autobus Bi dotarl "juz" o 7:22. Ucieszylam sie, bo mialo byc cieplej niz we wtorek, a tymczasem nie dosc, ze bylo chlodniej, bo -2, to jeszcze ze sporym wiatrem, ktory sprawial ze wydawalo sie dodatkowo zimniej. Panna odjechala, a ja obudzilam Kokusia, ktory wyszykowal sie i za chwile ruszalismy na przystanek. Tym razem jego autobus podjechal akurat jak wyszlismy z naszego podjazdu i kierowca przekazal przez stojacych na przystanku sasiadow, ze zaraz po niego wroci, bo i tak musi zrobic kolko i przejechac obok naszego domu. Poczekalismy wiec i za chwile Mlodszy odjechal. Wrocilam do domu, wypilam kawe na wzrost energii i zabralam sie jak zwykle za sprzatanie. Tym razem odkurzylam i pomylam podlogi na gorze. Wstawilam tez pranie "ciuchowe" i w ramach porzadkow przedswiatecznych wrzucilam do pralki zaslony i firanki z okien. Zaczelam od tych w kuchni oraz jadalni i juz na poczatek sobie poklelam. ;) Przy sciaganiu karniszy bowiem, walnelam w lampke wiszaca nad zlewem (ktora niebezpiecznie sie zakolysala), pozniej pierdzielnelam sie w lepetyne o wystajacy w jadalni gzyms, a na koniec malo nie stracilam wiszacego tam kwiatka. Na szczescie skonczylo sie tylko na kilku przeklenstwach, a wieszanie spowrotem poszlo juz gladko. Moze dlatego, ze nauczona doswiadczeniem, kwiatka na chwile zdjelam. :D W miedzyczasie zabralam Maye na spacer, choc okazal sie malo przyjemny. Temperatura pokazywala +6, ale przy wietrze odczuwalna utrzymywala sie w okolicach 0. No ale troche ruchu zawsze jest mile widziane, zarowno dla psa, jak i panci. ;) Wyslalam sms'a do M. czy mam zaczac obiad, a malzonek na to, ze on zrobi, a ja moge upiec chlebek bananowy. No to co mialam robic... Ostatnio unikam tego ciasta jak ognia, bo wiecznie wychodza mi zakalce, ale stwierdzilam, ze dam mu kolejna szanse. W tym czasie w domu byla juz Bi i zaczela wiercic mi dziure w brzuchu, zebym pozwolila jej upiec ciasto. Okey, przynajmniej jak wyjdzie zakalec, nie bedzie na mnie. :D Wyszlo jednak wilgotne i ciezkie, ale bez zakalca. Oczywiscie. ;) Dojechali chlopaki, zjedlismy obiad i zostala chwila na dychniecie. Kiedy zarelko jako tako ulozylo sie w brzuchu, poczlapalam jeszcze na gore zaniesc poskladane wczesniej pranie i umyc zlewy w obu lazienkach. Sprzatanie chalupy to niekonczaca sie opowiesc. :D Dzieciaki z tata pojechaly na basen, a ja w tym czasie wskoczylam pod prysznic i zaczelam szykowac wszystko na kolejny dzien. Jak to ja, przygotowalam Kokusiowi ciuchy, a dopiero poznym wieczorem przypomnialo mi sie, ze w czwartek mieli jechac do teatru na "Opowiesc Wigilijna" i dostalam maila, zeby dzieciaki zalozyly ubrania odpowiednie na takie wyjscie. No to musialam mu kompletnie wymienic spodnie oraz bluzke. ;)

Moje poranki to istne dni swistaka. W czwartek wstalam jak zwykle skoro swit z Bi, spakowalam jej jedzenie, wyszykowalam sie i wyszlysmy z domu. Zanim wyszlam, obudzilam Kokusia, bo mial tego dnia wycieczke, wiec musial zjesc porzadne sniadanie. Mieli wrocic do szkoly dopiero o 13, wiedzialam wiec, ze bedzie glodny. A ze czas przyjazdu autobusu Starszej to zawsze niespodzianka, wiec wolalam zeby byl juz obudzony. School bus przyjechal jednak w miare wczesnie, bo identycznie jak dnia poprzedniego. Przynajmniej reszta ranka z synem minela spokojnie. Panicz marudzil tylko dlaczego przygotowalam mu dzinsy. No niestety, jak napisalam wyzej, mial sie ubrac odpowiednio na wizyte w teatrze, wiec spodnie dresowe odpadaly. Niech sie mlodziez od malego uczy kultury. :D Przynajmniej czekal go naprawde luzny dzien, bo po wycieczce mieli miec tylko normalne zajecia muzyczne, a reszte czasu spedzic nad jakims projektem plastycznym. Nie musial nawet brac plecaka, bo do sniadaniowki wrzucil spinacz do papieru, tasme klejaca oraz nozyczki (plus przekaski i butelke z woda ;P), do drugiej reki wzial skrzypce i gotowe.

"Projektem plastycznym" okazaly sie takie piekne gwiazdy
 

Mail sprzed dwoch dni mowil ze autobus mial zaczac przyjezdzac wczesniej od nastepnego tygodnia, tymczasem kiedy wyszlismy z domu, zauwazylam go dojezdzajacego akurat do naszego osiedla. Nik puscil sie pedem i tym razem dobiegl na tyle blisko, ze kierowca na niego poczekal(a). Mlodszy odjechal, a ja wrocilam do domu, przewietrzylam sypialnie, wstawilam zmywarke, przetarlam szafke oraz kafelki w dolnej lazience (w porannym sloncu najlepiej widac na nich wszelkie zaschniete krople oraz zacieki) i wypilam poranna kawe. Kot, ktory rano wypuscil sie oczywiscie na dwor, wrocil kiedy odjechal Nik (przypadek? :D) i nie mial zamiaru ponownie wysciubiac nosa. Rano mielismy -4 stopnie, z odczuwalna -8, brrr... Nawet w dzien temperatura doszla tylko do +2. Po ogarnieciu tego co chcialam, pojechalam do pracy, choc ten brak wyplaty coraz bardziej mnie przygnebia i brak motywacji tlumi wszelkie checi... Po robocie zajechalam do biblioteki oddac czytnik, ksiazke oraz stosik gier, po czym wrocilam do chalupy. Obiad, chwilka relaksu i M. z Potworkami powinni pedzic na basen, ale tym razem mielismy lepsze atrakcje. Otoz, panna Bi miala w szkole koncert. Dziadek sie wykrecil mowiac, ze pozno i boi sie covid'a (!) i poczatkowo zakladalam ze pojade sama z corka. Tymczasem Nik wykorzystal wymowke i stwierdzil, ze chce jechac na koncert zeby opuscic trening plywacki. Wtedy i M. jakims cudem stwierdzil, ze pojedzie. Pechowo, mimo ze koncert byl o 19, dzieciaki musialy przyjechac juz o 18:30 zeby dostroic instrumenty i zrobic rozgrzewke wokalna. Przy okazji jednak wyszly problemy z komunikacja. Bi w nowej szkole nadal spiewa w chorze i gra na skrzypcach, ale szkola (podobnie jak Kokusia) ma tez "zespol" czyli w sumie tez orkiestre, ale skladajaca sie z roznych instrumentow, innych niz smyczkowe. W zeszlym roku (czyli w obecnej szkole Nika) szczegolowe informacje o koncertach byly wysylane ogolnie, dla wszystkich, bo wszystkie dzieci maja obowiazek uczeszczania na jakies zajecia muzyczne. Tutaj otrzymalam informacje o chorze oraz orkiestrze, ale nic o zespole. Zwalilam to jednak na to, ze Bi w zespole nie gra. Kiedy przyjechalismy do szkoly, przy wejsciu pokierowano rodzicow dzieci z zespolu na sale gimnastyczna, a choru oraz orkiestry do audytorium. I siedzimy tam, czekamy, wybija 19 i nic sie nie dzieje. Ludzie zaczeli sie rozgladac, zerkac na zegarki, ja tez z M. utyskiwalismy, ze u Kokusia to wszystko jak w zegarku, a tu jakis poslizg. Az tu nagle weszla do audytorium pani od choru, wyszla na scene i oznajmila, ze zespol jest w polowie swojego koncertu, czyli jeszcze niecale 10 minut i powinna sie zaczac czesc w audytorium. Na to kilka rodzin zerwalo sie i wybieglo z audytorium! Czyli nikt nie zostal poinformowany w jakiej kolejnosci beda graly/spiewaly poszczegolne grupy! Nas wkurzylo tylko opoznienie, bo rownie dobrze moglam przyjechac z Bi sama, a M. z Kokusiem dojechaliby juz na 19. Ale co z biednymi rodzicami, ktorym przepadla polowa koncertu ich dzieci?! No wkurzylabym sie niesamowicie! W kazdym razie, wreszcie doczekalismy sie i na schodkach przed scena pojawil sie chor. Spiewali... srednio. :D Ta szkola laczy VII oraz VIII klasy i na zajeciach muzycznych lacza dwa roczniki.

Bi druga od lewej, a to tak 1/3 choru. Gwoli scislosci, to uczniow spiewajacych lub grajacych na instrumentach jest tylu, ze koncerty podzielone zostaly na trzy dni
 

W chorze spiewaja wiec dziewczynki oraz chlopcy majacy od 12 do 14 lat. Panny jeszcze jako tako brzmialy, ale czesc kawalerow chyba juz przechodzi mutacje, bo spiewali strasznie. ;) Normalnie jakos tak bez wyrazu i jakby falszowali, choc watpie zeby do choru zglaszaly sie dzieciaki bez glosu i muzykalnego ucha, bo w tej szkole muzyka nie jest juz obowiazkowa. Ladniej juz brzmi mlodziez ze szkoly Kokusia, mimo ze mlodsza, choc tam do choru zglaszaja sie wszyscy, ktorzy nie maja muzycznego talentu i musza gdzies przebimbac dwa lata. ;) W kazdym razie, jakos wytrzymalismy to "pianie", a potem przyszedl czas na orkiestre. Tutaj dzieciarnia brzmiala juz rewelacyjnie i naprawde slychac, ze wszyscy graja przynajmniej 6-7 lat.

Bi zaznaczylam strzalka
 

Szkoda, ze na bloggerze nie moge wstawic filmikow (probowalam), bo to serio niesamowite jak potrafi grac taka niby szkolna orkiestra. :) Po koncercie, M. chcial oczywiscie jak najszybciej wracac do domu, ale Potworki mialy inne plany. Oboje koniecznie chcieli zajrzec na kiermasz ksiazek w bibliotece. Bi byla juz tam z klasa w poniedzialek, ale nie starczylo jej kasy na wszystkie, ktore sobie upatrzyla. Nik zas chcial ogolnie podejrzec co maja, mimo ze jego szkola bedzie miala wlasny kiermasz. Chwala im chociaz za to, ze wydawali wlasna kase. :D

Nik w mikolajowej czapie, a w tle Bi
 

Ostatecznie oboje wybrali sobie po dwie ksiazki, a Nik dodatkowo dwa... dlugopisy. Bo przeciez w domu posucha i nie ma czym pisac. :D Wrocilismy do chalupy dopiero o 20:30, wiec zostalo tylko szybko cos przekasic i do spania.

W piatek ponownie taki sam ranek. Autobus Bi przyjechal o swojej nowej - zwyklej porze. Z Nikiem wyszlismy kilka minut wczesniej i... oczywiscie autobus przyjechal troche pozniej. :D Po odjezdzie dzieciarni wrocilam do domu, przewietrzylam, rozladowalam zmywarke i mialam jechac na zakupy, kiedy... dostalam sms'a od M. ze wychodzi o 10:30 i mozemy pojechac do sklepu razem. W sumie nie byl mi na zakupach do niczego potrzebny, ale ok. Posiedzialam wiec z kawka, a kiedy malzonek dojechal, ruszylismy po spozywke. Do Swiat jeszcze ponad tydzien, nadal ranek, a w sklepie, moze nie tlumy, ale ludzi wiecej niz czasem po poludniu. :O Zakupy zrobilismy, rozpakowalismy i M. mial konczyc rozwieszac swiatelka na domu, a tymczasem polozyl sie na drzemke i... tyle. Chwala mu chociaz, ze wstal na czas zeby pojechac po Kokusia, a po drodze zatankowal moje auto. ;) Swiatelka zas zawiesil po powrocie. Ja z dzieciakami posiedzielismy chwile, ale szybko ruszylismy na spotkanie towarzyskie. Sasiadka, czyli mama najlepszej (ale czy nadal ;P) przyjaciolki Bi, zaprosila mnie na hinduska herbatke, a dzieciaki na zabawe z jej corkami. Przezornie najpierw spytalam corke czy chce, bo przeciez z kolezanka nie odzywaly sie do siebie przez jakis miesiac, ale od kilku dni znow rozmawiaja, wiec chciala. :D Fajnie sie gadalo, ale niestety dziewczyny o 18 musialy wyjezdzac na taekwondo. Sama w sumie myslalam zeby o tej porze wyjsc, tylko zawsze ciezko sie wyrwac, wiec przynajmniej raz byl pretekst. W domu juz relaksik, jak to w piatek, z tym milym poczuciem, ze kolejnego dnia mozemy sie w koncu wyspac. Oprocz M. oczywiscie, ktory ponownie ma pracowac caly weekend. ;)

Do poczytania!