Duzo sie dzieje, wszystko mi umyka, a nie mam czasu pisac. A przepraszam, wlasciwie to mam bo w pracy troche zwolnilo, ale jak zwykle po weekendzie mam tyle blogowych zaleglosci, ze nie wyrabiam. Chcialam najpierw skomentowac u Was, potem poodpowiadac na komentarze u siebie, a potem dopiero sklecic kolejnego posta. Ale w takim tempie to zaraz zrobi sie piatek i nic nie napisze... :)
Nikowi przebily sie minimalnie gorne trojki. Dolne dalej siedza tuz-tuz pod powierzchnia. Do smarkania przez weekend dolaczyl okazjonalny kaszel, Mlodszy stracil niemal kompletnie apetyt, marudny byl jak cholera, a w niedziele wieczor dostal goraczki, wiedzialam wiec, ze znow ze szczepienia nici, ale cieszylam sie, ze mamy juz umowiona kontrole u pediatry bo i tak chcialam, zeby go obejrzala. Okazuje sie, ze gardlo czyste, osluchowo tez w porzadku, tylko wykryte dwa tygodnie temu zapalenie ucha ani mysli odejsc, wiec tym razem dostalam recepte na antybiotyk.
A wlasciwie nie recepte. Opisze Wam jak to tu wyglada, bo chyba troche inaczej niz w Polsce (wlasciwie to nie wiem jak to sie obecnie w Kraju odbywa). W naszej przychodni panuje pelna komputeryzacja, wiec pani doktor pyta tylko z ktorej apteki chce skorzystac i przesyla im zamowienie. Minusem jest to, ze musze pamietac adres apteki, ale zawsze prosze zeby przeslali do jednej doslownie dwie przecznice dalej. :) W kazdym razie wychodze od pediatry, podjezdzam do apteki, podaje imie, nazwisko, date urodzenia pacjenta oraz numer telefonu i pozostaje tylko czekac na wywolanie. Tutaj bowiem nie sprzedaja calego opakowania lekow, tylko dokladnie wyliczaja ile tabletek potrzebuje na dawke, powiedzmy 2 kapsulki trzy razy dziennie przez 5 dni. I tylko tyle sprzedaja. W przypadku malych dzieci, plynne lekarstwo musi byc wymieszane, a to dodatkowo sprawdzone i zatwierdzone przez kierownika apteki. Lekarstwa sprzedawane sa w plastikowych pojemniczkach z naklejonym imieniem pacjenta i dawka. Takie przygotowanie trwa najczesciej okolo 15 minut, ale kiedys trafilam na spory ruch i czekalam prawie godzine. Kiedy zamowienie jest gotowe, farmaceuta wklada je do koszyka i glosno wywoluje nazwisko (czyt. drze jape na caly sklep). Poniewaz apteki tutaj to takie mini supermarkety i wiele osob zamiast siedziec kolkiem robi drobne zakupy, wiec dostaje sie jeszcze automatyczna wiadomosc na komorke, ze zamowienie gotowe. Wtedy wystarczy juz podejsc do kasy, zaplacic i odebrac lekarsto. Leki sprzedawane bez recepty, bierze sie po prostu z polki. Proste? Proste! :)
Ale wracajac do Nika. Zapalenie ucha tlumaczyloby jego wisielczy humor przez weekend... Mam nadzieje, ze antybiotyk zadziala jak trzeba i tym razem cholerstwo przejdzie na dobre. Niestety, za 3 tygodnie czeka mnie ponowne zwalnianie sie z pracy i wizyta w przychodni na kontrole i moze w koncu dadza mu te zalegle szczepionki... A ja sie cieszylam, ze jeszcze tylko bilans pod koniec czerwca i mamy spokoj do grudnia. Haha, naiwna! ;)
Niko spedzil wiec weekend na marudzeniu, placzu oraz wiszeniu nam na rekach, z przerwa na drzemke i nocny sen. Ktory zreszta tez mial kiepski, ciagle sie wybudzal z placzem. Bi zas spedzila sobote i niedziele walczac z bratem o nasza uwage, czyli drac sie albo biegajac z dzikim piskiem, tudziez uczepiajac sie naszych nog z okrzykiem "opa!". Ataki agresji w stosunku do Nika tez sie zdarzaly. To wszystko z kolei podnosilo cisnienie nam, wiec w weekend bylo w miedzy nami raczej ostro, a potem "cicho". ;) Nie, zdecydowanie nie byly to najlepsze dwa dni...
Poza tym, moj malzonek dosc juz mial mojego narzekania na oponke na brzuchu i grube uda, przy upartej odmowie zapisania sie na silownie i poskladal do kupy rowerek gimnastyczny, ktorego czesci "odziedziczylismy" wraz z domem. :) Troche mial z tym przebojow, bo glowna czesc, ta z pedalami, wygladajaca troche jak skrzynka, stala w szopce i kiedy ja rozkrecil, okazalo sie, ze "siedzi" w niej caly stos zgnilych zoledzi i dwa zdechle, zasuszone chipmunk'i, bleee... W kazdym razie, po oczyszczeniu, podmalowaniu i poskladaniu do kupy, rowerek prezentuje sie calkiem-calkiem i chodzi jak zloto, tyle ze nie ma siodelka. M. przysiega, ze gdzies bylo, ale najprawdopodobniej wyrzucilismy je niechcacy podczas ktorys porzadkow... Trudno, trzeba zamowic. Probowalam "pojezdzic" bez siodelka, ale szybko sie poddalam, nie daje rady. Chociaz na miesnie ud byloby to idealne, bo juz po kilku minutach pedalowania czulam zakwasy przez reszte dnia. :)
Mialam zrobic zdjecie mojego nowego sprzetu "ujedrniajacego", ale wylecialo mi z glowy. ;)
Chyba tez odkrylismy co tak pozarlo Maye tydzien temu. M. bowiem wypatrzyl na jednym z drzew juz calkiem spore gniazdo os. Takie o srednicy dobrych 20-30 cm... Durne owady, zamiast przytwierdzic je do czegos stabilnego, to zawiesily je na dwoch cienutkich galazkach, bardziej w zasadzie pasuje tu slowo witkach. Buja sie to przy kazdym podmuchu wiatru niczym hustawka. Podejrzewamy wiec, ze musialy wczesniej zaczac tam gniazdo, ktore zostalo stracone przez wiatr lub wieksza galaz. Spadlo na ziemie, a Maya podeszla, zeby poniuchac i wtedy ja zaatakowaly. Najpierw balismy sie podejsc blizej, zeby przeszukac okoliczne krzaki na obecnosc "dowodu" co do naszej teorii, a potem sie rozpadalo i tak pada przez 3 dni bez przerwy, co tez zniecheca do przeczesywania chaszczy... Na szczescie zanim nadeszly kilkudniowe opady, M. zdazyl w niedziele wieczorem, po zmroku i przy swietle latarki, wdrapac sie na drabine i spsikac gniazdo dokladnie trucizna. Podeszlam tam ostroznie w poniedzialek po poludniu i nie zaobserwowalam zadnej aktywnosci, co mnie bardzo ucieszylo, ale czy napewno wszystkie mieszkanki gniazda zostaly wytrute, przekonamy sie jak w koncu przestanie padac.
Dodatkowo mamy ostatnio problemy z Bi. Nie pisalam o tym wczesniej bo myslalam, ze to jednorazowy wybryk, ale okazuje sie ze nie. Otoz, moje dziecko gryzie! Samo gryzienie to nic niesamowitego, wiele dzieci tak ma i z tego wyrasta. Tyle, ze zwykle sa to maluchy w wieku Kokusia, nie potrafiace jeszcze mowic. Bi jest na takie zachowanie troche za "stara". W kazdym razie ugryzla juz dwa razy Nika i raz innego chlopca u opiekunki. Porzadnie, do siniakow. Nikowi tak sie wbila w ramie, ze az zdarla mu naskorek! I zeby na gryzieniu sie skonczylo... Ale nie, Bi ma ostatnio w sobie takie poklady agresji, ze nie wiem co z nia robic. Ogolnie wybiera sobie slabsze dzieci i jak ma gorszy dzien, co chwila je tlucze, szczypie lub ciagnie za wlosy. Zazwyczaj jej ofiarami padaja Niko i jeszcze jeden, bardzo spokojny chlopiec u Pani Marysi. Oczywiscie i ona i ja, probujemy Bi stopowac, ale nie da sie chodzic za nia krok w krok. Chociazby dzis rano, kiedy Niko podszedl do niej, tak po prostu, nie zeby jej cos zabrac, a ona najpierw chwycila go za wlosy i zaczela z calej sily ciagnac, a potem jeszcze, dla lepszej miarki, walnela go w glowe! A kiedy odciagalam ja od niego, probowala go jeszcze raz trzepnac z daleka! Poza tym wrzeszczy na mnie i M., wytrzeszczajac przy tym oczy i "pyskujac". Otwarcie ignoruje nasze zakazy, zwyczajnie udaje glucha. Stala sie tez potwornie placzliwa, o byle bzdure uderza w taki jeczaco-wyjacy ton, ze nawet gdyby czlowiek chcial, to nie zrozumie czego oczekuje. Mysle, ze ona sama tego nie wie... Jednoczesnie, od okolo tygodnia strasznie tuli sie do mnie kiedy rano odwoze dzieci do opiekunki. Nie placze, ze nie chce tam zostac, nie prosi, zebym ja wziela ze soba, po poludniu odbieram ja zadowolona i usmiechnieta, ale rano usciskom i buziakom nie ma konca, czasem Bi sie nawet poplacze. Ewidentnie ma problem z emocjami dziewczyna i nie wiem czy to normalne w tym wieku, czy powinnam poradzic sie pediatry i poprosic o skierowanie do psychologa...
Tu znow mala dygresja co do tego jak podchodzi do problemow dziecka matka, a jak ojciec. Oboje z M. zauwazylismy pogorszenie w zachowaniu Bi. Mi sie wydaje, ze albo to taki wiek, albo Bi reaguje z lekkim opoznieniem na pojawienie sie rodzenstwa. Zdaje sobie tez sprawe, ze z racji wieku Nika, wiele atrakcji, ktore moglibysmy sobie zafundowac jako rodzinie, ja omija. Pomyslalam wiec, ze moze pomogloby jej, gdyby zabieralo sie ja regularnie na jakies zajecia, gdzie bedzie miala rodzica do swojej, niepodzielnej dyspozycji. Mysle o zajeciach muzycznych dla maluchow, chce tez przejechac sie do naszej lokalnej biblioteki i spytac czy maja jakies spotkania i zabawy organizowane dla najmlodszych. Mysle, ze nawet sama wyprawa z mama do biblioteki to bylaby dla Bi nie lada gratka. Ale, wracajac do roznic miedzy kobieta a mezczyzna, kiedy podzielilam sie swoimi przemysleniami i pomyslem z M., co uslyszalam? "Ja mysle, ze przydaloby jej sie porzadne lanie.". Rece opadaja... Owszem, kiedy Bi piecdziesiaty raz tego samego dnia uderzy Nika, tez reka mnie swierzbi, zeby ja trzepnac po tylku. Ale wydaje mi sie, ze nie tedy droga. Nie da sie agresji wyleczyc agresja. Mysle, ze zachowanie Bi wynika z jakiegos problemu, z ktorym zmaga sie ta mala glowka. Bardzo chcialabym jej pomoc, ale nie wiem jak...
Oczywiscie to nie tak, ze nasze dzieci sie tylko caly czas tluka, kloca i rycza. Czasem bawia sie zgodnie, oczywiscie pod warunkiem ze zabawa odbywa sie na zasadach narzuconych przez Bi. ;) Caly czas powieksza sie tez ich slownik, zarowno ten polski, jak angielski. Na przyklad wczoraj, w telewizji pojawil sie kogut, a Bi wykrzyknela: "Ziobac mama, chicken!". Skad zna to slowo, nie mam pojecia... Chwilke pozniej cos jej spadlo i zawolala sfrustrowana: "Oh my gosh!". To akurat mogla uslyszec ode mnie, czesto mi sie wyrywa. No co, lepsze to niz k**wa... ;) A wieczorem Niko pokazujac na zdarte kolano, oznajmil: "Boo-boo!". :)
W sobote i niedziele, podczas drzemki Nika, pozwolilam Bi wyniesc na taras farbki do malowania palcami. Radosci bylo co niemiara! Najpierw kulturalnie i ostroznie, za pomoca pieczatek:
Bi szybko jednak odkryla (przy drobnej pomocy obrazkow na opakowaniu), do czego sluza takie farbki:
A tak cala "trojka" moich dzieci wypatruje tatusia jesli tylko osmieli sie on wyjsc poza brame:
Tak, Bi ma na tylku same gatki. To ostatnio jej ulubiona rzecz: po powrocie do domu sciagnac portki i gumki i latac tak, w bieliznie i z rozwianym wlosem... ;)
