W komentarzu pod ktoryms z niedawnych postow, Abby poprosila o zdjecie zimowych butow, w ktore zaopatrzylam Bi. Oczywiscie ja jestem zdolna inaczej, mialam ciagle problemy ze zrobieniem fot nowym nabytkom, stad post pojawia sie ponad tydzien pozniej. :)
Najpierw padla mi bateria w aparacie. No nic, pikus, naladowalam. Pozniej okazalo sie, ze nie moge zrobic zdjec przy Bi, bo natychmiast zabierala mi buciory, nakladala i zwiewala! Jak w koncu zdjecia zrobilam, to przy dzieciakach nie mam czasu ich wgrac! A Nik spi w pokoju, w ktorym jest komp, wiec wtedy tez odpada. Wgrywac zdjec z nowego telefonu jeszcze sie nie nauczylam (wiem, wiem, ciemna masa!). ;)
W koncu stwierdzilam, ze post chyba nigdy sie nie pojawi. A potem wpadlam na pomysl, zeby znalezc foty w internecie! No i sa, ale niektore slabej jakosci. Jesli uznacie, ze kompletnie nic tam nie widac, a jestescie bardzo ciekawe, dajcie znac. Powalcze jeszcze z moim domowym sprzetem i brakiem czasu... :)
Z gory uprzedzam czytelniczki z Polski, ze buty sa zupelnie zwyczajne, nic specjalnego. Czesciowo dlatego, ze kupujac ubrania, czy to dla siebie, czy dla dzieci, stawiam przede wszystkim na wygode, a nie fason. A czesciowo dlatego, ze w Stanach, buty sa po prostu brzydkie (moja, subiektywna opinia, zanim mnie tu ktos wirtualnie zlinczuje)! Pracuja ze mna jeszcze Rosjanka i Albanka i jesli ktoras z nas przywiezie sobie obuwie z Rodzimego Kraju, natychmiast rzuca sie ono w oczy i wszyscy pytaja skad mamy takie piekne buciki. A my na to: "z Europy!". Brzmi dumnie, co? ;)
W zeszlym roku w Polsce wybralam sie do obuwniczego, zeby zaopatrzyc Bi w butki na nastepny rok. Nie pamietam, w ktorym bylam sklepie, ale myslalam, ze dostane oczoplasu! Taki wybor! I wszystkie buciki sliczne, ale tez zrobione idealnie na rosnaca i formujaca sie stopke dziecka! Nie moge patrzec na tutejsze 3-latki chodzace w japonkach albo ledwo trzymajacych sie nogi sandalkach. Crocks'y to dla mnie tez nie obuwie. Nic dziwnego, ze wiekszosc tutejszych dzieci ma krzywe, iksowate nogi... :( W kazdym razie, chociaz nie lubie kupowac butow, to w Polskim obuwniczym czulam sie jak w niebie! :)
Ale odbieglam od tematu. Jak zwykle zreszta, dygresja to moje drugie imie! :)
Dlugo szukalam odpowiednich butow dla Bi. Az wreszcie trafilam na firme, ktora posiada akceptacje Amerykanskiej Akademii Pediatrii, czy jak to sie tam tlumaczy. Firma nazywa sie Pediped. Z ciekawosci sprawdzilam i jest nawet w Polsce jeden, jedyny sklep (nie pamietam nazwy miasteczka), gdzie mozna dostac buty z tej firmy. :)
Przedstawiam wiec, buty nr. 1:
Tak jak uprzedzalam, but prezentuje sie przecietnie, ale jest w srodku wymoszczony takim polarko-podobnym misiem, wiec powinien byc cieplutki, no i jest wodoodporny. Idealny na zimowa pluche, albo zabawy na sniegu.
Buty nr. 2:
Te wygladaja troche bardziej elegancko i kupilam je z mysla o wyjsciach do kosciola, albo z wizyta do znajomych. Poza tym but jest tez wodoodporny, wiec moze posluzyc jako obuwie na zmiane, jesli Bi zmoczy dokumentnie pierwsza pare. :) Zamowilam je przez internet i w jednym sie rozczarowalam. Widzicie to futerko na cholewce? Myslalam, ze caly but bedzie nim wyscielony. Tymczasem futerko siega gdzies do polowy cholewki, a reszta buta to takie gabczaste cos. :/ Nie jestem wiec pewna, czy bedzie on bardzo cieply. Poniewaz jednak ma to byc para zapasowa, ujdzie w tloku...
Przy okazji pokaze Wam jakie buciki kupilam Nikowi. Dorasta mi synek... A tak scislej, to mlody strasznie swiruje nam ostatnio na spacerach, wytrzymuje w wozku maksymalnie 10 minut, potem jest wrzask. Podejrzewam, ze zwyczajnie mu sie nudzi. Normalnie jest w koncu w ciaglym ruchu, a tu nagle uwiazany w pozycji siedzacej. Poniewaz chodzi juz pieknie trzymany za raczki, a nawet za jedna sobie niezle radzi, stwierdzilam, ze chyba czas na pierwsze butki. Dzieki nim, bede mogla wyjac go z wozka i dac mu troche pochodzic. Moze uda nam sie dzieki temu przedluzyc nieco spacery.
A oto i pierwsze butki synusia! Chlip, chyba sie poplacze...
Wybaczcie jakosc zdjecia, ten fason chyba zostal doszczetnie wykupiony i nie moglam znalezc zadnej porzadnej foty. Ale cos tam widac...
A na koniec pomyslalam, ze pokaze Wam podgrzewacz do chusteczek. Jestem w szczerym szoku, ze sa tak malo popularne w Polsce! Ja mam taki model:
Jest on firmy Munchkin i kosztuje tutaj okolo $20, wiec to zaden wydatek, a jaka ulga dla dzidziorkow. :) Mimo, ze tani, sluzy nam juz 2.5 roku bez zadnych (odpukac) awarii.
A na koniec obiecany humor z pracy. :) Otoz, dostalismy wczoraj maila, z wiadomoscia, ze firma dostala propozycje (bo managerowie sie jeszcze zastanawiaja) projektu, w ktorym nasze laboratorium mialoby testowac konopie indyjskie hodowane w celach medycznych! :))
Oczywiscie, jak kazda substancja narkotyczna, marycha trzymana bylaby w sejfie, pod kluczem, ale i tak rozmarzylismy sie z kolega. Jakby tak dostac w lapki kluczyk (nietrudno, bo za sejf odpowiada jeden z laborantow) i podkrasc troche "probek"... A potem zorganizowac firmowa imprezke... To by byla zabawa! ;)
piątek, 25 października 2013
środa, 23 października 2013
Smarkasz ty, smarkam ja...
No i bylismy z malym na kontroli. Na ktora sam zainteresowany niemal nie dotarl, gdyz tatusiowi sie przysnelo i obudzil sie 10 minut przed umowiona wizyta! Dojechali z 10-minutowym spoznieniem (wole nie wiedziec jak M. jechal, raczej chyba frunal!) ale na szczescie lekarka nas przyjela.
Osluchowo Nik jest czysty, gardlo czyste, uszy czyste. Wyglada wiec na mocne przeziebienie i tyle... Mamy go obserowowac, gdyby doszedl jakis nowy symptom, goraczka skoczyla do 40 stopni, albo utrzymywala sie dluzej niz 5 dni, wtedy wrocic na kontrole... A poki co podniesc glowe do spania, nawilzac powietrze, do nawilzacza wlac troche olejkow eterycznych, psikac do noska sol fizjologiczna i odciagac. I czekac na poprawe...
Taaa... Poduszka pod glowe zostala odrzucona z glosnym wrzaskiem... Pod nogi lozeczka z jednej strony wsunelismy opasle tomiska...
Proba odciagniecia glutow (i tak nic nie wylecialo) skonczyla sie znow zaniesieniem niemal do omdlenia. Nie odciagam mu wiecej nosa, jak co splynie to wytre i juz... A i tak nic nie splywa, tylko go przytyka.
Poza tym Juniora wszystko wkurza. Przy wieczornej probie podania leku przeciwgoraczkowego, znow sie zaniosl. A zwykle ten syrop lubi! Tym razem wstrzymanie oddechu, potem "gulgotanie" syropem w gardle (bo cwaniak, jak czegos nie chce, to nie polyka, tylko trzyma w buzi). Jak w koncu udalo mi sie wdusic w niego cala dawke, to z tego wrzasku i napinania brzuszka zwymiotowal. I dawke szlag trafil, a nie ryzykowalam nastepnej, bo nie wiem ile zwrocil, a ile poszlo dalej. :( Za to mam wizje przyszlosci z tym malym agentem. Wiadomo, dzieci czesto choruja, ale wmusic w mojego gagatka lekarstwa, to bedzie niezla przeprawa...
O dziwo, jak juz udalo sie go uspic, to spal calkiem ladnie, obudzil sie "tylko" 3 razy i nie bylo problemu z ponownym uspieniem. Pisze "jak juz udalo sie uspic", bo jeczal ponad godzine na moich rekach, zanim zasnal na tyle mocno, ze dal sie odlozyc do lozeczka. W miedzy czasie pocwiczyl tez wrzaski, bo musialam go na chwile odlozyc do lozeczka, zeby polozyc Bi spac. Starsza byla zas w takim szoku, ze o ile zwykle domaga sie, zeby z nia posiedziec zanim zasnie, o tyle wczoraj sama oznajmila "mama Koko idz" (mama idz do Niko) i zasnela bez szemrania...
Zasnela bez szemrania, zeby obudzic sie o 3 nad ranem i najpierw szukac pluszowego pieska, a potem kubka z piciem... A potem przyjsc do naszej sypialni i domagac sie, zebysmy wstali, bo przeciez juz dzien... Kiedy stanowczo zaprotestowalismy, obrazila sie na nas, odrzucila zaproszenie do lozka rodzicow i wrocila do siebie. :)
Nie na dlugo. O 4 Nik obudzil sie na cyca, a Bi natychmiast wyskoczyla z lozka i zaczela sie domagac na rece. Koniecznie mamy. Kiedy wyjasnilam, ze ide nakarmic braciszka i zaraz przyjde, wgramolila sie na moje miejsce. Zeby chociaz zasnela! Ale nie, kiedy wrocilam do lozka, natychmiast zaczela mnie ciagnac do salonu. Po krotkim ryku, uciszaniu i tlumaczeniu, ze jest noc, Krolewna laskawie zgodzila sie spac, ale tylko z nami. Co dla nas oznacza praktycznie zero snu. Bi, choc najmniejsza,w niewyjasniony sposob potrzebuje w lozku najwiecej miejsca... :)
Juz nad ranem, kiedy Bi z nami spala, slyszalam, ze gra jej w nosie. To by wyjasnialo problemy ze snem. A po poludniu odebralam ja od opiekunki ze stanem podgoraczkowym i glutem po pas. Czy raczej rozmazanym po calych policzkach... :/
Od godziny i mnie podejrzanie kreci w nosie i swedzi w gardle... Lyknelam sobie prochy. Tak profilaktycznie. Wyglada na to, ze juz tradycyjnie, podzielimy sie rodzinnie wiruskiem. Hurra... :(
Osluchowo Nik jest czysty, gardlo czyste, uszy czyste. Wyglada wiec na mocne przeziebienie i tyle... Mamy go obserowowac, gdyby doszedl jakis nowy symptom, goraczka skoczyla do 40 stopni, albo utrzymywala sie dluzej niz 5 dni, wtedy wrocic na kontrole... A poki co podniesc glowe do spania, nawilzac powietrze, do nawilzacza wlac troche olejkow eterycznych, psikac do noska sol fizjologiczna i odciagac. I czekac na poprawe...
Taaa... Poduszka pod glowe zostala odrzucona z glosnym wrzaskiem... Pod nogi lozeczka z jednej strony wsunelismy opasle tomiska...
Proba odciagniecia glutow (i tak nic nie wylecialo) skonczyla sie znow zaniesieniem niemal do omdlenia. Nie odciagam mu wiecej nosa, jak co splynie to wytre i juz... A i tak nic nie splywa, tylko go przytyka.
Poza tym Juniora wszystko wkurza. Przy wieczornej probie podania leku przeciwgoraczkowego, znow sie zaniosl. A zwykle ten syrop lubi! Tym razem wstrzymanie oddechu, potem "gulgotanie" syropem w gardle (bo cwaniak, jak czegos nie chce, to nie polyka, tylko trzyma w buzi). Jak w koncu udalo mi sie wdusic w niego cala dawke, to z tego wrzasku i napinania brzuszka zwymiotowal. I dawke szlag trafil, a nie ryzykowalam nastepnej, bo nie wiem ile zwrocil, a ile poszlo dalej. :( Za to mam wizje przyszlosci z tym malym agentem. Wiadomo, dzieci czesto choruja, ale wmusic w mojego gagatka lekarstwa, to bedzie niezla przeprawa...
O dziwo, jak juz udalo sie go uspic, to spal calkiem ladnie, obudzil sie "tylko" 3 razy i nie bylo problemu z ponownym uspieniem. Pisze "jak juz udalo sie uspic", bo jeczal ponad godzine na moich rekach, zanim zasnal na tyle mocno, ze dal sie odlozyc do lozeczka. W miedzy czasie pocwiczyl tez wrzaski, bo musialam go na chwile odlozyc do lozeczka, zeby polozyc Bi spac. Starsza byla zas w takim szoku, ze o ile zwykle domaga sie, zeby z nia posiedziec zanim zasnie, o tyle wczoraj sama oznajmila "mama Koko idz" (mama idz do Niko) i zasnela bez szemrania...
Zasnela bez szemrania, zeby obudzic sie o 3 nad ranem i najpierw szukac pluszowego pieska, a potem kubka z piciem... A potem przyjsc do naszej sypialni i domagac sie, zebysmy wstali, bo przeciez juz dzien... Kiedy stanowczo zaprotestowalismy, obrazila sie na nas, odrzucila zaproszenie do lozka rodzicow i wrocila do siebie. :)
Nie na dlugo. O 4 Nik obudzil sie na cyca, a Bi natychmiast wyskoczyla z lozka i zaczela sie domagac na rece. Koniecznie mamy. Kiedy wyjasnilam, ze ide nakarmic braciszka i zaraz przyjde, wgramolila sie na moje miejsce. Zeby chociaz zasnela! Ale nie, kiedy wrocilam do lozka, natychmiast zaczela mnie ciagnac do salonu. Po krotkim ryku, uciszaniu i tlumaczeniu, ze jest noc, Krolewna laskawie zgodzila sie spac, ale tylko z nami. Co dla nas oznacza praktycznie zero snu. Bi, choc najmniejsza,w niewyjasniony sposob potrzebuje w lozku najwiecej miejsca... :)
Juz nad ranem, kiedy Bi z nami spala, slyszalam, ze gra jej w nosie. To by wyjasnialo problemy ze snem. A po poludniu odebralam ja od opiekunki ze stanem podgoraczkowym i glutem po pas. Czy raczej rozmazanym po calych policzkach... :/
Od godziny i mnie podejrzanie kreci w nosie i swedzi w gardle... Lyknelam sobie prochy. Tak profilaktycznie. Wyglada na to, ze juz tradycyjnie, podzielimy sie rodzinnie wiruskiem. Hurra... :(
wtorek, 22 października 2013
Uwaga: marudze!
Zreszta widze po znajomych blogach, ze nie tylko ja... Jakies przesilenie jesienne nas wszystkich dopada, czy jak? A ja wczoraj wzielam wolne z pracy, wiec przez 3 dni nie mialam nawet mozliwosci, zeby napisac, skomentowac, pocieszyc...
Mam dwa posty w roboczych, jeden tez zrzedzacy, ale chwilowo nie mam nastroju, zeby je konczyc. I sily, bo wypilam dzis (narazie) zaledwie jedna kawe. Napewno nie ostatnia...
Najmlodszego dopadlo jakies chorobsko... Wlasciwie wyglada to jak przeziebienie, ale niestety z goraczka i to wysoka. Wczoraj wieczorem doszla do 38.9 C... :( Od niedzieli ma zatkany nos, slychac ze nie moze oddychac, ale nic mu nie scieka... :/ W dodatku prawa gorna jedynka jest juz-juz, ale ciagle sie nie przebila. Buzia caly czas otwarta, plus pchajacy sie zabek, oznaczaja hektolitry sliny, co go przebiore, za chwilke bodziak znow mokry...
Wiadomo tez jakie mielismy ostatnie dwie nocki. Nie wiadomo? No to opisze. :)
W niedziele Niko budzil sie co godzine az do 23:30. Potem stanowczo odmowil odlozenia do lozeczka. Wtedy tez poraz pierwszy wydal mi sie podejrzanie cieply. Poniewaz zawodzil i jojczal, dalam mu dawke syropu przeciwgoraczkowego/ przeciwbolowego. Nie pomoglo, za to go rozbudzilo. Naprzemian ryczal i usilowal sie bawic moimi wlosami. Wszystko, byle by nie spac. I tak do 3:15. Wymordowany wreszcie usnal. Na szczescie mialam wolne, a Nik wymeczony nocnymi harcami spal do 8:30, wiec i reszta domownikow odespala.
Wczoraj w nocy znow zbudzil sie o magicznej godzinie 23:30 i nie mogac oddychac marudzil, swirowal, zasypial tylko na rekach w pozycji pionowej. Probowalam przysypiac razem z nim na kanapie, ale sie nie dalo. Caly czas bylam czujna, bo balam sie, ze sie ze mnie sturla. I wez tu przydrzemaj... :( Jakos wytrwalam do 2:00. M. wrocil do domu, a ja przekazalam mu tylko syna i walnelam sie do lozka, zeby zlapac chociaz te 2 godzinki snu. O 4:30 zbudzily mnie ryki Mlodego. Przejelam go z powrotem, zeby z kolei M. mogl sie przespac. Nawet po cycku, Nik domagal sie noszenia i kolysania. Wreszcie padl o 5:20. Przestawilam budzik na 6:10, zeby jeszcze choc chwilke sie kimnac. I znow wyladowalam w pracy z prawie polgodzinnym spoznieniem...
Najgorsze, ze nie mam pojecia skad Nik zlapal to przeziebienie. Oprocz niego wszyscy jestesmy zdrowi. Musial gdzies zmarznac, albo go przewialo. Pogode rzeczywiscie mamy troche zdradliwa. Niby cieple slonko, ale jak zawieje, to az dreszcze przechodza... Staram sie ubierac dzieciaki odpowiednio, ale widocznie zawiodlam... :(
No nic, wyzalilam sie. :) Poniewaz Niko od rana ciagle wyje, umowilam sie na 15 do lekarza. Niech go obejrzy, oslucha... Oby to bylo zwykle przeziebienie...
Ide po nastepna kawe...
Mam dwa posty w roboczych, jeden tez zrzedzacy, ale chwilowo nie mam nastroju, zeby je konczyc. I sily, bo wypilam dzis (narazie) zaledwie jedna kawe. Napewno nie ostatnia...
Najmlodszego dopadlo jakies chorobsko... Wlasciwie wyglada to jak przeziebienie, ale niestety z goraczka i to wysoka. Wczoraj wieczorem doszla do 38.9 C... :( Od niedzieli ma zatkany nos, slychac ze nie moze oddychac, ale nic mu nie scieka... :/ W dodatku prawa gorna jedynka jest juz-juz, ale ciagle sie nie przebila. Buzia caly czas otwarta, plus pchajacy sie zabek, oznaczaja hektolitry sliny, co go przebiore, za chwilke bodziak znow mokry...
Wiadomo tez jakie mielismy ostatnie dwie nocki. Nie wiadomo? No to opisze. :)
W niedziele Niko budzil sie co godzine az do 23:30. Potem stanowczo odmowil odlozenia do lozeczka. Wtedy tez poraz pierwszy wydal mi sie podejrzanie cieply. Poniewaz zawodzil i jojczal, dalam mu dawke syropu przeciwgoraczkowego/ przeciwbolowego. Nie pomoglo, za to go rozbudzilo. Naprzemian ryczal i usilowal sie bawic moimi wlosami. Wszystko, byle by nie spac. I tak do 3:15. Wymordowany wreszcie usnal. Na szczescie mialam wolne, a Nik wymeczony nocnymi harcami spal do 8:30, wiec i reszta domownikow odespala.
Wczoraj w nocy znow zbudzil sie o magicznej godzinie 23:30 i nie mogac oddychac marudzil, swirowal, zasypial tylko na rekach w pozycji pionowej. Probowalam przysypiac razem z nim na kanapie, ale sie nie dalo. Caly czas bylam czujna, bo balam sie, ze sie ze mnie sturla. I wez tu przydrzemaj... :( Jakos wytrwalam do 2:00. M. wrocil do domu, a ja przekazalam mu tylko syna i walnelam sie do lozka, zeby zlapac chociaz te 2 godzinki snu. O 4:30 zbudzily mnie ryki Mlodego. Przejelam go z powrotem, zeby z kolei M. mogl sie przespac. Nawet po cycku, Nik domagal sie noszenia i kolysania. Wreszcie padl o 5:20. Przestawilam budzik na 6:10, zeby jeszcze choc chwilke sie kimnac. I znow wyladowalam w pracy z prawie polgodzinnym spoznieniem...
Najgorsze, ze nie mam pojecia skad Nik zlapal to przeziebienie. Oprocz niego wszyscy jestesmy zdrowi. Musial gdzies zmarznac, albo go przewialo. Pogode rzeczywiscie mamy troche zdradliwa. Niby cieple slonko, ale jak zawieje, to az dreszcze przechodza... Staram sie ubierac dzieciaki odpowiednio, ale widocznie zawiodlam... :(
No nic, wyzalilam sie. :) Poniewaz Niko od rana ciagle wyje, umowilam sie na 15 do lekarza. Niech go obejrzy, oslucha... Oby to bylo zwykle przeziebienie...
Ide po nastepna kawe...
piątek, 18 października 2013
Jak nie zwariowac z niemowleciem, czyli Niezbednik Mlodego Rodzica + dopisany laktator :)
Przedstawiam liste dupereli, ktore uratowaly maja nadwatlona psychike przed kompletna kapitulacja podczas pierwszych miesiecy zycia moich dzieci. Po czesci dla siebie na pamiatke. A moze przy okazji przeczytaja to jacys przyszli rodzice i skorzystaja? :)
Bi:
Lezaczek, koniecznie z wibracjami
Oj tak, to byl hit! Kilka razy juz chyba wspominalam, ze Bi byla stra-szna! do spania w dzien. Po pierwszych kilku dniach rwania wlosow z glowy, odkrylismy wibracje! Sam lezaczek tez Malej Damie nie odpowiadal, muzyczki denerwowaly, ale wlaczone wibracje i Panna natychmiast zaliczala odplyw w objecia Morfeusza! :) Szkoda, ze przy wyborze lezaczka, zachwycila nas moskitiera, dzieki czemu moglismy wystawiac Bi do spania na swieze powietrze. Oprocz tej, w sumie waznej zalety, nasz lezaczek okazal sie malo wytrzymaly. Wg. instrukcji powinien sluzyc nam okolo pol roku, ale w praktyce (poniewaz Bi jak i jej brat byla sporym niemowleciem) posluzyl nam niecale 3 miesiace, po czym zaczal uginac sie niemal do ziemi pod ciezarem malego klopsa. :)
Kolyska
Nie wiem co bym bez niej zrobila. Chociaz nie, wlasciwie to wiem. Nosilabym Bi na rekach pol nocy. A tak? Poniewaz kolyska stala zaraz kolo lozka, wiec jak Mloda zaczynala swoje jeki, na wpol spiac wyciagalam reke i bujalam i bujalam i buuujaaalam... Poki kolyska byla w ruchu, Bi przysypiala. Przestawalam bujac - budzila sie. I tak nieraz pol godziny, kilka razy w nocy... Ale jakie bicepsy sobie wyrobilam w prawym ramieniu! ;)
Nik:
Bujak
To bylo prawdziwe wybawienie w nocy! Szczegolnie, ze Nik, w przeciwienstwie do siostry, dostawal spazmow kiedy zaczynalam bujac kolyska. A kolysanie bujaka, mimo, ze pozornie takie same, uspokajalo go. I badz tu czlowieku madry... W ktoryms momencie spedzal w tym bujaku niemal pol nocy i strasznie sie balam co bedzie, jak z niego wyrosnie. Niepotrzebnie. Kiedy skonczyl okolo 6-7 miesiecy, Nik sam z niego zrezygnowal. W tym czasie zaczal spac na brzuszku, a w bujaku musial byc na pleckach i jeszcze dodatkowo przypiety. Nic dziwnego, ze wsadzony do niego, zaczynal glosno protestowac... :)
Kocyki do otulania
Gotowe otulacze zupelnie nie zdaly u nas egzaminu, bo Nikowi zawsze udawalo sie oswobodzic przynajmniej jedna reke i natychmiast sie budzil. A sposob owijania cieniutkimi, flanelowymi kocykami podpatrzylam u pielegniarek w szpitalu (tu nie stosuje sie rozkow, tylko dzieci sa wlasnie ciasno otulane kocykami na "gasienniczke") i choc na poczatku wydawalo mi sie, ze dziecku musi byc strasznie ciasno, to predko sie przekonalam, ze kiedy zablokuje sie noworodkowi naturalny odruch wyrzutu ramion, jest znacznie spokojniejszy. Wszystko zalezy oczywiscie od dziecka. Bi tolerowala owijanie w szpitalu, ale w ciagu kilku dni od wyjscia do domu, otulanie zaczelo ja draznic. Nik za to je uwielbial! Dopiero kiedy mial okolo miesiaca zaczal okazywac zlosc kiedy sie go owijalo. A wtedy i tak robil sie juz za "stary" na otulanie, poniewaz po miesiacu moze ono hamowac rozwoj ruchowy dziecka.
Oboje:
Rozek
Tak jak pisalam wyzej, tutaj sie ich nie stosuje i ciezko je w ogole dostac, ja jednak mialam szczescie i otrzymalam dwa po mojej siostrzenicy. Co ja bym bez nich zrobila! Szkoda, ze niemowlaki tak szybko z nich wyrastaja... Bi owijalam w rozek od poczatku, Nika od czasu kiedy znienawidzil otulanie. Pokochalam rozki za to, ze tak latwo mozna w nich odlozyc spiace dziecko, nie budzac go. Poniewaz moje dzieci usypialy niemal zawsze przy piersi, szczegolnie w nocy rozek to bylo zbawienie. Tak tak, wbrew zaleceniom lekarzy, specjalistow, tesciowej i calej rzeszy innych madrali, odkladalam spiace dzieci po karmieniu bez odbijania. I zadne nie mialo kolek, gazow, czy innych brzuszkowych problemow. :)
Spiworki do spania
Kiedy moje maluchy (ku rozpaczy rodzicow) wyrosly z rozkow, powstal problem z rozkopywaniem sie z kocykow i budzeniem z powodu chlodu. Bylo to szczegolnie wazne przy Niku, ktory urodzil sie zima. Tu z pomoca przyszly mi spiworki. Kolejny cudowny wynalazek! Pokochalam je tak bardzo, ze Bi spi w spiworkach do dzis, chociaz dochodzimy juz do najwiekszego posiadanego rozmiaru i niedlugo trzeba bedzie przejsc na zwykla koldre. :( Tutaj znow przyszla mi z pomoca siostra, bo mozna u mnie dostac spiworki, ale wylacznie polarkowe i tylko do rozmiaru okolo 18 mies. Od siorki dostalam caly stos grubszych, kolderkowych i takich duzych, ze Bi spokojnie powinna pospac w nich do okolo 3 lat.
Karuzela
Zarowno Bi jak i Nik, po skonczeniu okolo 4-6 tygodni, zakochali sie w karuzeli (my mielismy FisherPrice Rainforest) zawieszonej nad kolyska. Dawalo mi to chwile wytchnienia po kazdym karmieniu, kiedy moglam sie spokojnie oporzadzic, a oni ukladali sobie zarelko w brzuszkach (szczegolnie wazne bylo to przy Bi, ktorej strasznie sie ulewalo). :) Nik lubil patrzec na karuzelke jeszcze niedawno, ale jakis miesiac temu bardziej spodobalo mu sie majstrowanie przy niej, w koncu udalo mu sie sciagnac ja sobie na glowe i wyladowala w piwnicy. :)
Mata edukacyjna
Kolejna zabawka dajaca chwile spokoju rodzicom. Moje dzieci po prostu ja uwielbialy. W naszej (nie pamietam firmy) u gory byla pozytywka ze swiatelkami i oboje przygladali sie im z fascynacja. Bi uwielbiala tez kiedy gimnastykowalam jej nozki w rytm muzyczki (a Nik sie zawsze wsciekal, kazde dziecko inne...). Mata przydala sie tez do lezenia na brzuszku, bo mamy w domu niewiele dywanow, wiec stanowila miekkie podloze. U nas matka edukacyjna byla w uzyciu praktycznie az dzieci zaczely raczkowac.
Podgrzewacz na nawilzone chusteczki
Ktos moze uznac to za zbedny luksus, ale ja bardzo polecam. W koncu wyobrazcie sobie, ze macie cieplutka dupke, owinieta w pieluche i spiochy, a tu nagle nie dosc, ze ktos was rozbiera, to jeszcze dotyka was mokra, zimna szmatka. Brr... Ja mialam podgrzewacz juz z Bi, ale przy Niku szczegolnie go sobie cenilam, bo wiadomo, zima w domu bylo raczej chlodno.
Podgrzewacz do mleka
Tu oczywiscie zalezy od karmienia. Nam podgrzewacz przydal sie dopiero jak wrocilam do pracy, bo M. musial podgrzewac moje zamrozone mleko. Wczesniej, kiedy karmilam wylacznie piersia, stal sobie na polce zbierajac kurz.
Mamy tez podgrzewacz samochodowy, ktorego nie uzylismy ani razu, bo nie bylo takiej potrzeby, w koncu matka zawsze ma cycki przy sobie. :)
Laktator
Nie moge uwierzyc, ze o nim zapomnialam! Po urodzeniu Bi przez kilka dobrych dni nie mialam pokarmu. Az balam sie, ze nie dane mi bedzie karmic piersia. Za to jak juz zaczelam mleko produkowac, to jak prawdziwa dojna krowa! Myslalam, ze cycki pekna mi w szwach! Bi nie mogla sie dobrze przyssac tak byly pelne, krztusila sie, koniec koncow wypijala tylko troche, a ja dalej zostawalam z piersiami jak kamienie, bolem i uczuciem goraca. Zaopatrzylam sie jeszcze przed porodem w taniutka, elektryczna pompke, wiec poszla w ruch. Coz, okazalo sie, ze laktator to cos, na czym nie mozna oszczedzac! Ten pierwszy, tani, w ogole nie ciagnal! M. pedzil do sklepu na zlamanie karku (a ja, cala obolala i rozhisteryzowana modlilam sie, zeby juz wrocil!), zeby zdazyc przed zamknieciem i kupic mi pompe z prawdziwego zdarzenia. Wybralam Philips Avent i byl to strzal w dziesiatke! Pompa przezyla pierwszy nawal pokarmu, potem 4 miesiace odciagania w pracy mleka dla Bi, a nastepnie 5 miesiecy odciagania dla Nika. Ani razu nie zawiodla.
Mialam tez malutka, reczna pompke Medeli, ktora dostalam w szpitalu. Dzialala w porzadku, ale reczne odciaganie to ciezka praca. Pomagalam nia sobie czasem w domu, na szybkiego, ale do regularnego, porzadnego odciagania w pracy, konieczna jest jednak mocna, elektryczna pompa.
No dobrze, wymienilam to, co mi sie bardzo przydalo. Czemu wiec nie dodac rzeczy, ktore przy moich dzieciach nie zdaly egzaminu? ;)
Smoczki
W przeciwienstwie do niektorych rodzicow, chcialam, zeby moje dzieci uzywaly smoczka. Niemowleta smoczkowe sa ogolnie spokojniejsze i latwiej zasypiaja. Niestety, moje okazaly sie kompletnie antysmoczkowe. Bi, przez pierwsze pol roku dawala sie jeszcze "zapchac" smokiem od czasu do czasu, ale Nik odrzucil go zupelnie juz w szpitalu.
Chodzik
Tutaj to byl akurat nasz, swiadomy wybor. Jestem zdecydowana przeciwniczka chodzikow. Dziecko nie uczy sie w nich ani prawidlowej postawy, ani utrzymywania rownowagi. Wyjete potem z chodzika nie ma pojecia jak stanac opierajac na stopach caly ciezar ciala i chodzic. Wole, zeby moje dzieci uczyly sie poruszac przy meblach, stopniowo sie puszczajac i samodzielnie stawiajac pierwsze kroczki.
Elektroniczna niania/ monitor oddechu
Monitor oddechu sprawilismy sobie, a jakze. Tyle, ze okazalo sie, ze nie da rady go zastosowac w kolysce. A kiedy Bi urosla na tyle, ze przenieslismy ja do lozeczka, cala panika i paranoja swiezo upieczonych rodzicow juz nam przeszla. Kiedy urodzil sie Nik, nawet juz jej nie wyciagalismy. :)Natomiast elektroniczna niania, w naszym parterowym, malutkim i mega akustycznym domku, byla zupelnie bez sensu i nawet jej nie kupilismy.
Po spisaniu tego wszystkiego, poraz kolejny naszla mnie refleksja, jak do cholery radzily sobie nasze matki, babki, prababki??? Bez pieluch jednorazowych, bez pralki automatycznej lub nawet bez biezacej wody??? Bez centralnego ogrzewania w domu? O kolorowych, grajacych zabawkach, karuzelach czy matach edukacyjnych juz nie wspomne... Ja teraz, w dzisiejszych czasach narzekam, ze przy dzieciach nie mam na nic czasu! A gdybym jeszcze musiala zagrzac wode w garnku do pralki "Frani" (pomine juz przynoszenie wody ze studni), wyprac ubranka i pieluchy, wygotowac te ostatnie i wykrochmalic? Zdjac ze sznura te suche, wyprasowac i poskladac? Samo przygotowanie pieluch na dzien-dwa zajmowalo pol dnia! A gdzie jeszcze opieka nad niemowlakiem, spacer, ugotowanie obiadu i posprzatanie domu???
Moi rodzice mieli co prawda centralne ogrzewanie i biezaca ciepla wode, ale jeszcze jak urodzila sie siostra, mieli wlasnie "Franie". Jedna z moich babci miala biezaca wode, ale tylko zimna, a mieszkanie opalane weglem. Druga babcia musiala nosic wode ze studni i miala w domu piece kaflowe i kuchenke zeliwna na drewno. Jak one to wszystko ogarnialy??? Ja nie wiem, ale chyba 30 lat temu i dawniej, doba musiala miec wiecej niz 24 godziny! :)
Bi:
Lezaczek, koniecznie z wibracjami
Oj tak, to byl hit! Kilka razy juz chyba wspominalam, ze Bi byla stra-szna! do spania w dzien. Po pierwszych kilku dniach rwania wlosow z glowy, odkrylismy wibracje! Sam lezaczek tez Malej Damie nie odpowiadal, muzyczki denerwowaly, ale wlaczone wibracje i Panna natychmiast zaliczala odplyw w objecia Morfeusza! :) Szkoda, ze przy wyborze lezaczka, zachwycila nas moskitiera, dzieki czemu moglismy wystawiac Bi do spania na swieze powietrze. Oprocz tej, w sumie waznej zalety, nasz lezaczek okazal sie malo wytrzymaly. Wg. instrukcji powinien sluzyc nam okolo pol roku, ale w praktyce (poniewaz Bi jak i jej brat byla sporym niemowleciem) posluzyl nam niecale 3 miesiace, po czym zaczal uginac sie niemal do ziemi pod ciezarem malego klopsa. :)
Kolyska
Nie wiem co bym bez niej zrobila. Chociaz nie, wlasciwie to wiem. Nosilabym Bi na rekach pol nocy. A tak? Poniewaz kolyska stala zaraz kolo lozka, wiec jak Mloda zaczynala swoje jeki, na wpol spiac wyciagalam reke i bujalam i bujalam i buuujaaalam... Poki kolyska byla w ruchu, Bi przysypiala. Przestawalam bujac - budzila sie. I tak nieraz pol godziny, kilka razy w nocy... Ale jakie bicepsy sobie wyrobilam w prawym ramieniu! ;)
Nik:
Bujak
To bylo prawdziwe wybawienie w nocy! Szczegolnie, ze Nik, w przeciwienstwie do siostry, dostawal spazmow kiedy zaczynalam bujac kolyska. A kolysanie bujaka, mimo, ze pozornie takie same, uspokajalo go. I badz tu czlowieku madry... W ktoryms momencie spedzal w tym bujaku niemal pol nocy i strasznie sie balam co bedzie, jak z niego wyrosnie. Niepotrzebnie. Kiedy skonczyl okolo 6-7 miesiecy, Nik sam z niego zrezygnowal. W tym czasie zaczal spac na brzuszku, a w bujaku musial byc na pleckach i jeszcze dodatkowo przypiety. Nic dziwnego, ze wsadzony do niego, zaczynal glosno protestowac... :)
Kocyki do otulania
Gotowe otulacze zupelnie nie zdaly u nas egzaminu, bo Nikowi zawsze udawalo sie oswobodzic przynajmniej jedna reke i natychmiast sie budzil. A sposob owijania cieniutkimi, flanelowymi kocykami podpatrzylam u pielegniarek w szpitalu (tu nie stosuje sie rozkow, tylko dzieci sa wlasnie ciasno otulane kocykami na "gasienniczke") i choc na poczatku wydawalo mi sie, ze dziecku musi byc strasznie ciasno, to predko sie przekonalam, ze kiedy zablokuje sie noworodkowi naturalny odruch wyrzutu ramion, jest znacznie spokojniejszy. Wszystko zalezy oczywiscie od dziecka. Bi tolerowala owijanie w szpitalu, ale w ciagu kilku dni od wyjscia do domu, otulanie zaczelo ja draznic. Nik za to je uwielbial! Dopiero kiedy mial okolo miesiaca zaczal okazywac zlosc kiedy sie go owijalo. A wtedy i tak robil sie juz za "stary" na otulanie, poniewaz po miesiacu moze ono hamowac rozwoj ruchowy dziecka.
Oboje:
Rozek
Tak jak pisalam wyzej, tutaj sie ich nie stosuje i ciezko je w ogole dostac, ja jednak mialam szczescie i otrzymalam dwa po mojej siostrzenicy. Co ja bym bez nich zrobila! Szkoda, ze niemowlaki tak szybko z nich wyrastaja... Bi owijalam w rozek od poczatku, Nika od czasu kiedy znienawidzil otulanie. Pokochalam rozki za to, ze tak latwo mozna w nich odlozyc spiace dziecko, nie budzac go. Poniewaz moje dzieci usypialy niemal zawsze przy piersi, szczegolnie w nocy rozek to bylo zbawienie. Tak tak, wbrew zaleceniom lekarzy, specjalistow, tesciowej i calej rzeszy innych madrali, odkladalam spiace dzieci po karmieniu bez odbijania. I zadne nie mialo kolek, gazow, czy innych brzuszkowych problemow. :)
Spiworki do spania
Kiedy moje maluchy (ku rozpaczy rodzicow) wyrosly z rozkow, powstal problem z rozkopywaniem sie z kocykow i budzeniem z powodu chlodu. Bylo to szczegolnie wazne przy Niku, ktory urodzil sie zima. Tu z pomoca przyszly mi spiworki. Kolejny cudowny wynalazek! Pokochalam je tak bardzo, ze Bi spi w spiworkach do dzis, chociaz dochodzimy juz do najwiekszego posiadanego rozmiaru i niedlugo trzeba bedzie przejsc na zwykla koldre. :( Tutaj znow przyszla mi z pomoca siostra, bo mozna u mnie dostac spiworki, ale wylacznie polarkowe i tylko do rozmiaru okolo 18 mies. Od siorki dostalam caly stos grubszych, kolderkowych i takich duzych, ze Bi spokojnie powinna pospac w nich do okolo 3 lat.
Karuzela
Zarowno Bi jak i Nik, po skonczeniu okolo 4-6 tygodni, zakochali sie w karuzeli (my mielismy FisherPrice Rainforest) zawieszonej nad kolyska. Dawalo mi to chwile wytchnienia po kazdym karmieniu, kiedy moglam sie spokojnie oporzadzic, a oni ukladali sobie zarelko w brzuszkach (szczegolnie wazne bylo to przy Bi, ktorej strasznie sie ulewalo). :) Nik lubil patrzec na karuzelke jeszcze niedawno, ale jakis miesiac temu bardziej spodobalo mu sie majstrowanie przy niej, w koncu udalo mu sie sciagnac ja sobie na glowe i wyladowala w piwnicy. :)
Mata edukacyjna
Kolejna zabawka dajaca chwile spokoju rodzicom. Moje dzieci po prostu ja uwielbialy. W naszej (nie pamietam firmy) u gory byla pozytywka ze swiatelkami i oboje przygladali sie im z fascynacja. Bi uwielbiala tez kiedy gimnastykowalam jej nozki w rytm muzyczki (a Nik sie zawsze wsciekal, kazde dziecko inne...). Mata przydala sie tez do lezenia na brzuszku, bo mamy w domu niewiele dywanow, wiec stanowila miekkie podloze. U nas matka edukacyjna byla w uzyciu praktycznie az dzieci zaczely raczkowac.
Podgrzewacz na nawilzone chusteczki
Ktos moze uznac to za zbedny luksus, ale ja bardzo polecam. W koncu wyobrazcie sobie, ze macie cieplutka dupke, owinieta w pieluche i spiochy, a tu nagle nie dosc, ze ktos was rozbiera, to jeszcze dotyka was mokra, zimna szmatka. Brr... Ja mialam podgrzewacz juz z Bi, ale przy Niku szczegolnie go sobie cenilam, bo wiadomo, zima w domu bylo raczej chlodno.
Podgrzewacz do mleka
Tu oczywiscie zalezy od karmienia. Nam podgrzewacz przydal sie dopiero jak wrocilam do pracy, bo M. musial podgrzewac moje zamrozone mleko. Wczesniej, kiedy karmilam wylacznie piersia, stal sobie na polce zbierajac kurz.
Mamy tez podgrzewacz samochodowy, ktorego nie uzylismy ani razu, bo nie bylo takiej potrzeby, w koncu matka zawsze ma cycki przy sobie. :)
Laktator
Nie moge uwierzyc, ze o nim zapomnialam! Po urodzeniu Bi przez kilka dobrych dni nie mialam pokarmu. Az balam sie, ze nie dane mi bedzie karmic piersia. Za to jak juz zaczelam mleko produkowac, to jak prawdziwa dojna krowa! Myslalam, ze cycki pekna mi w szwach! Bi nie mogla sie dobrze przyssac tak byly pelne, krztusila sie, koniec koncow wypijala tylko troche, a ja dalej zostawalam z piersiami jak kamienie, bolem i uczuciem goraca. Zaopatrzylam sie jeszcze przed porodem w taniutka, elektryczna pompke, wiec poszla w ruch. Coz, okazalo sie, ze laktator to cos, na czym nie mozna oszczedzac! Ten pierwszy, tani, w ogole nie ciagnal! M. pedzil do sklepu na zlamanie karku (a ja, cala obolala i rozhisteryzowana modlilam sie, zeby juz wrocil!), zeby zdazyc przed zamknieciem i kupic mi pompe z prawdziwego zdarzenia. Wybralam Philips Avent i byl to strzal w dziesiatke! Pompa przezyla pierwszy nawal pokarmu, potem 4 miesiace odciagania w pracy mleka dla Bi, a nastepnie 5 miesiecy odciagania dla Nika. Ani razu nie zawiodla.
Mialam tez malutka, reczna pompke Medeli, ktora dostalam w szpitalu. Dzialala w porzadku, ale reczne odciaganie to ciezka praca. Pomagalam nia sobie czasem w domu, na szybkiego, ale do regularnego, porzadnego odciagania w pracy, konieczna jest jednak mocna, elektryczna pompa.
No dobrze, wymienilam to, co mi sie bardzo przydalo. Czemu wiec nie dodac rzeczy, ktore przy moich dzieciach nie zdaly egzaminu? ;)
Smoczki
W przeciwienstwie do niektorych rodzicow, chcialam, zeby moje dzieci uzywaly smoczka. Niemowleta smoczkowe sa ogolnie spokojniejsze i latwiej zasypiaja. Niestety, moje okazaly sie kompletnie antysmoczkowe. Bi, przez pierwsze pol roku dawala sie jeszcze "zapchac" smokiem od czasu do czasu, ale Nik odrzucil go zupelnie juz w szpitalu.
Chodzik
Tutaj to byl akurat nasz, swiadomy wybor. Jestem zdecydowana przeciwniczka chodzikow. Dziecko nie uczy sie w nich ani prawidlowej postawy, ani utrzymywania rownowagi. Wyjete potem z chodzika nie ma pojecia jak stanac opierajac na stopach caly ciezar ciala i chodzic. Wole, zeby moje dzieci uczyly sie poruszac przy meblach, stopniowo sie puszczajac i samodzielnie stawiajac pierwsze kroczki.
Elektroniczna niania/ monitor oddechu
Monitor oddechu sprawilismy sobie, a jakze. Tyle, ze okazalo sie, ze nie da rady go zastosowac w kolysce. A kiedy Bi urosla na tyle, ze przenieslismy ja do lozeczka, cala panika i paranoja swiezo upieczonych rodzicow juz nam przeszla. Kiedy urodzil sie Nik, nawet juz jej nie wyciagalismy. :)Natomiast elektroniczna niania, w naszym parterowym, malutkim i mega akustycznym domku, byla zupelnie bez sensu i nawet jej nie kupilismy.
Po spisaniu tego wszystkiego, poraz kolejny naszla mnie refleksja, jak do cholery radzily sobie nasze matki, babki, prababki??? Bez pieluch jednorazowych, bez pralki automatycznej lub nawet bez biezacej wody??? Bez centralnego ogrzewania w domu? O kolorowych, grajacych zabawkach, karuzelach czy matach edukacyjnych juz nie wspomne... Ja teraz, w dzisiejszych czasach narzekam, ze przy dzieciach nie mam na nic czasu! A gdybym jeszcze musiala zagrzac wode w garnku do pralki "Frani" (pomine juz przynoszenie wody ze studni), wyprac ubranka i pieluchy, wygotowac te ostatnie i wykrochmalic? Zdjac ze sznura te suche, wyprasowac i poskladac? Samo przygotowanie pieluch na dzien-dwa zajmowalo pol dnia! A gdzie jeszcze opieka nad niemowlakiem, spacer, ugotowanie obiadu i posprzatanie domu???
Moi rodzice mieli co prawda centralne ogrzewanie i biezaca ciepla wode, ale jeszcze jak urodzila sie siostra, mieli wlasnie "Franie". Jedna z moich babci miala biezaca wode, ale tylko zimna, a mieszkanie opalane weglem. Druga babcia musiala nosic wode ze studni i miala w domu piece kaflowe i kuchenke zeliwna na drewno. Jak one to wszystko ogarnialy??? Ja nie wiem, ale chyba 30 lat temu i dawniej, doba musiala miec wiecej niz 24 godziny! :)
czwartek, 17 października 2013
Doczekalam sie!
Dialog z wczorajszego wieczora:
Ja (przytulajac Bi): "Kocham cie, moja dziewczynko."
Bi: "ja ocham mame!"
Czekalam na to niemal dwa i pol roku, ale warto bylo... :)
Ja (przytulajac Bi): "Kocham cie, moja dziewczynko."
Bi: "ja ocham mame!"
Czekalam na to niemal dwa i pol roku, ale warto bylo... :)
środa, 16 października 2013
Misja: autodestrukcja
Chyba w miare jak Nik rozwija sie ruchowo, bede musiala zaczac nowa serie - o szalenstwach Pana Kokusia. Moj syn konsekwentnie dazy do samozaglady! Dobrze, ze w sobote bylam u fryzjera. Swieza warstwa pasemek skutecznie zakryje ta garsc siwych wlosow, ktore na bank "wyskoczyly" mi po wczorajszym wieczorze!
Niko znalazl sobie nowa, swietna zabawe. Odchyla sie do tylu i leci na glowe nie patrzac, za to zasmiewajac sie do rozpuku! Robi tak co prawda tylko jak ktos siedzi przy nim, ale nawet bedac zaraz kolo niego trzeba miec niezly refleks, zeby go zlapac! A przy tym odchyla sie tak mocno, ze kilka razy mimo, ze ramieniem podparlam mu plecki, to glowa zatrzymala mu sie doslownie kilka milimetrow od podlogi! No i w tym glupiutkim, 10-miesiecznym mozdzku nie zdaje sobie sprawy, ze matka, nawet siedzac albo lezac kolo niego, moze akurat odwrocic sie do starszego dziecka, ktore wpadlo na genialny pomysl przemalowania stolu na zielono, albo ktore wlasnie zdecydowalo rozebrac sie do rosolu. I trzeba je sprowadzic do pionu. Nie... Niko usmiechnie sie szelmowsko, z mina "lap mnie" i sruuu... leci do tylu!
Poza tym chodzi przy "pchaczu". Z tego sie akurat ciesze, bo Bi panicznie sie tego pchacza bala, zaczela sie nim bawic dopiero, jak juz samodzielnie chodzila, co bylo zupelnie bez sensu. Nik sie pchacza nie boi, a wrecz przeciwnie. Niestety, pchacz zapiernicza po parkiecie jak odrzutowiec (dywany mamy posciagane na okolicznosc nocnikowania Bi), a Nik trzyma sie go nonszalancko jedna reka! I nie, nie jest taki zdolny. Dopiero zaczyna chodzic za jedna raczke, wiec rownowage jeszcze nie do konca ma wycwiczona, ale trzymanie sie obiema najwyrazniej nie dostarcza mu wystarczajacej ilosci wrazen...
Dopiero co sie to-to nauczylo stac z podparciem, dopiero zaczelo po kilka sekund stac samodzielnie... A wczoraj ten maly agent stanal sobie przy drzwiach na paluszkach, na samych czubkach paluszkow, usilujac dosiegnac klamki! Oprocz tego, Nik poczul sie na tyle pewnie, ze stojac bez trzymanki wymachuje roznymi przedmiotami. Notorycznie powoduje to utrate rownowagi i klapniecie z calym impetem na dupke. I ryk. Ale radzi sobie coraz lepiej. :)
A na koniec zaczal bawic sie w przymykanie i otwieranie drzwi. Na poczatku bylo troche zlosci, bo wasne nogi przeszkadzaly mu w tym fascynujacym procederze. Ale szybko zalapal jak sobie samemu nie przeszkadzac i mial zabawe na calego! A ja stalam i trzymalam sie framugi, zeby w razie czego, wlasnymi rekoma zapobiec przycieciu malych paluszkow...
Lobuz... ;))
Niko znalazl sobie nowa, swietna zabawe. Odchyla sie do tylu i leci na glowe nie patrzac, za to zasmiewajac sie do rozpuku! Robi tak co prawda tylko jak ktos siedzi przy nim, ale nawet bedac zaraz kolo niego trzeba miec niezly refleks, zeby go zlapac! A przy tym odchyla sie tak mocno, ze kilka razy mimo, ze ramieniem podparlam mu plecki, to glowa zatrzymala mu sie doslownie kilka milimetrow od podlogi! No i w tym glupiutkim, 10-miesiecznym mozdzku nie zdaje sobie sprawy, ze matka, nawet siedzac albo lezac kolo niego, moze akurat odwrocic sie do starszego dziecka, ktore wpadlo na genialny pomysl przemalowania stolu na zielono, albo ktore wlasnie zdecydowalo rozebrac sie do rosolu. I trzeba je sprowadzic do pionu. Nie... Niko usmiechnie sie szelmowsko, z mina "lap mnie" i sruuu... leci do tylu!
Poza tym chodzi przy "pchaczu". Z tego sie akurat ciesze, bo Bi panicznie sie tego pchacza bala, zaczela sie nim bawic dopiero, jak juz samodzielnie chodzila, co bylo zupelnie bez sensu. Nik sie pchacza nie boi, a wrecz przeciwnie. Niestety, pchacz zapiernicza po parkiecie jak odrzutowiec (dywany mamy posciagane na okolicznosc nocnikowania Bi), a Nik trzyma sie go nonszalancko jedna reka! I nie, nie jest taki zdolny. Dopiero zaczyna chodzic za jedna raczke, wiec rownowage jeszcze nie do konca ma wycwiczona, ale trzymanie sie obiema najwyrazniej nie dostarcza mu wystarczajacej ilosci wrazen...
Dopiero co sie to-to nauczylo stac z podparciem, dopiero zaczelo po kilka sekund stac samodzielnie... A wczoraj ten maly agent stanal sobie przy drzwiach na paluszkach, na samych czubkach paluszkow, usilujac dosiegnac klamki! Oprocz tego, Nik poczul sie na tyle pewnie, ze stojac bez trzymanki wymachuje roznymi przedmiotami. Notorycznie powoduje to utrate rownowagi i klapniecie z calym impetem na dupke. I ryk. Ale radzi sobie coraz lepiej. :)
A na koniec zaczal bawic sie w przymykanie i otwieranie drzwi. Na poczatku bylo troche zlosci, bo wasne nogi przeszkadzaly mu w tym fascynujacym procederze. Ale szybko zalapal jak sobie samemu nie przeszkadzac i mial zabawe na calego! A ja stalam i trzymalam sie framugi, zeby w razie czego, wlasnymi rekoma zapobiec przycieciu malych paluszkow...
Lobuz... ;))
poniedziałek, 14 października 2013
Szalenstwa panny Bi
Chodzi to dziecko za mna i marudzi: "Ja mame opa, ooopaaa ja maaameee...". Najpierw zaczelam wyklad jak to mama jest za ciezka i Bi nie da rady, itd. Poniewaz jednak mala nie odpuszcza, w koncu stwierdzilam "dobrze, sprobuj mame podniesc". Bi ochoczo pobiegla, zlapala mnie za fraki i ciaaagnie w gore, sapie, az w koncu stwierdza z fochem: "Bibi nie mame opa!".
No ja sie nie prosilam. :)
Ktoregos dnia Bi obserwowala jak daje lekarstwo przeciwbolowe Nikowi. Poniewaz zawolana z niej lekomanka, oswiadcza, ze ona tez chce. Tlumacze, ze to nie soczek, tylko lekarstwo i pije sie je kiedy ma sie goraczke albo kiedy cos boli. Na to Bi lapie sie za policzek i jojczy "Boooliii...". :)
W ogole ostatnio czesto przychodzi i oznajmia, ze ma "boo-boo", pokazujac przypadkowe czesci ciala. Na pytanie co sie stalo, ze ja boli, bardzo obrazowo przechyla sie w bok, tlumaczac jednoczesnie, ze "Ja ba (upadlam), mama, ja ba!". Taka nieszkodliwa proba zwrocenia na siebie uwagi. :)
Bodajze w sobote rano , wpadla do lazienki w stroju "Ewy". Pytam czemu jest gola, a na to Bi: "Ja nie gola (dokladnie tak, bez polskich liter)" i pokazuje... skarpetki na stopach! ;)
Poza tym nieuchronnie nadeszla do nas faza, ktora nawiedza predzej czy pozniej chyba kazdych rodzicow. To etap na MOJE... Wszystko jest MOJE, albo angielskie MY, bo Bi stosuje je naprzemiennie. Pol biedy jak wylicza swoje misie i inne zabawki: "To moje, moje, my, moje...". Ale ostatnio "moje" jest wszystko co uda jej sie zlapac w male raczki. Mama zostawi telefon na stoliku? "MOJE"! Uda sie Bi siegnac tatowy dezodorant? "MY!!!" A wczoraj przeszla sama siebie. Na zakupach ublagala jeden z plastikowych woreczkow na warzywa lub owoce, po czym wladowala do niego co jej sie udalo zmiescic z koszyka. Przy kasie jakims cudem bez sprzeciwu wyladowala to wszystko na tasme i pozwolila zeskanowac, ale potem skrupulatnie z powrotem wladowala do woreczka. Problem zaczal sie w domu. Bi glosno odmowila rozpakowania woreczka i schowania zakupow do szafek/lodowki, bo to przeciez "MOOOJEEE!!!"... ;)
A od kilku dni zagoscily u nas w domu dwa magiczne slowa:
kuje = dziekuje
oche = prosze
Jeszcze nie stosowane tak czesto jak bym chciala, ale pracujemy nad tym . :)
No ja sie nie prosilam. :)
Ktoregos dnia Bi obserwowala jak daje lekarstwo przeciwbolowe Nikowi. Poniewaz zawolana z niej lekomanka, oswiadcza, ze ona tez chce. Tlumacze, ze to nie soczek, tylko lekarstwo i pije sie je kiedy ma sie goraczke albo kiedy cos boli. Na to Bi lapie sie za policzek i jojczy "Boooliii...". :)
W ogole ostatnio czesto przychodzi i oznajmia, ze ma "boo-boo", pokazujac przypadkowe czesci ciala. Na pytanie co sie stalo, ze ja boli, bardzo obrazowo przechyla sie w bok, tlumaczac jednoczesnie, ze "Ja ba (upadlam), mama, ja ba!". Taka nieszkodliwa proba zwrocenia na siebie uwagi. :)
Bodajze w sobote rano , wpadla do lazienki w stroju "Ewy". Pytam czemu jest gola, a na to Bi: "Ja nie gola (dokladnie tak, bez polskich liter)" i pokazuje... skarpetki na stopach! ;)
Poza tym nieuchronnie nadeszla do nas faza, ktora nawiedza predzej czy pozniej chyba kazdych rodzicow. To etap na MOJE... Wszystko jest MOJE, albo angielskie MY, bo Bi stosuje je naprzemiennie. Pol biedy jak wylicza swoje misie i inne zabawki: "To moje, moje, my, moje...". Ale ostatnio "moje" jest wszystko co uda jej sie zlapac w male raczki. Mama zostawi telefon na stoliku? "MOJE"! Uda sie Bi siegnac tatowy dezodorant? "MY!!!" A wczoraj przeszla sama siebie. Na zakupach ublagala jeden z plastikowych woreczkow na warzywa lub owoce, po czym wladowala do niego co jej sie udalo zmiescic z koszyka. Przy kasie jakims cudem bez sprzeciwu wyladowala to wszystko na tasme i pozwolila zeskanowac, ale potem skrupulatnie z powrotem wladowala do woreczka. Problem zaczal sie w domu. Bi glosno odmowila rozpakowania woreczka i schowania zakupow do szafek/lodowki, bo to przeciez "MOOOJEEE!!!"... ;)
A od kilku dni zagoscily u nas w domu dwa magiczne slowa:
kuje = dziekuje
oche = prosze
Jeszcze nie stosowane tak czesto jak bym chciala, ale pracujemy nad tym . :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



