Co do wyprawy do zoo, od poczatku mialam mieszane uczucia. Rozdarcie poglebialy jeszcze opinie innych rodzicow dzieci w podobnym wieku jak Bi i Nik. Popytalam znajomych i rodzine, poczytalam blogi i stwierdzilam, ze ile dzieci, tyle opinii. Jedni odradzali nam pomysl, mowiac ze ich dzieciaki sie wynudzily i marudzily. Inni twierdzili, ze ICH maluchy byly zachwycone.
Dlatego tez odkladalam ta wycieczke w czasie, ciagle sie zastanawiajac. Szala przewagi na "za" przechylila sie, kiedy moj malzonek zaczal namawiac coraz gorecej na wycieczke do zoo, ale w Nowym Jorku. Przerazila mnie mysl o niemal 3-godzinnej jezdzie z dwojka dzieci, ktore dotychczas w aucie spedzily najwyzej godzine. Przerazila mysl o calodziennym lazeniu (to jedno z najwiekszych zoo w kraju) z Bi i Nikiem, ktorzy moga wcale nie byc zwierzakami zainteresowani i urzadzac histerie na potege. A potem jeszcze trzeba by wracac kolejne 3 godziny do domu... Dlatego stwierdzilam, ze zanim podejmiemy sie wyprawy do Nowego Jorku, trzeba sprobowac czegos bardziej lokalnego i zobaczyc czy Potwory w ogole beda zainteresowane.
Okazalo sie, ze (jak zwykle, hehe) mialam racje. Niko mial cale zoo i zwierzeta w glebokim powazaniu. O dziwo dal sie wsadzic do wozka, ktory wzielismy bez wiekszej nadziei, ze wysiedzi w nim dluzej niz 10 minut i przejezdzil w nim niemal caly czas, ktory tam spedzilismy. Bi interesowala sie zwierzetami na poczatku, ale jak sie przekonala, ze nie tylko nie da sie ich poglaskac, ale do wiekszosci nawet nie mozna sie zblizyc, kazdy wybieg lub klatke kwitowala "Oooo... Jus nie ciem paciec, idziemy dalej...". Wiecie co wzbudzilo u niej najwiekszy entuzjazm? Klatka z SOWA! Nie zrobilam zdjecia, ale Bi niemal skakala w miejscu, powtarzajac "Hu-hu-huuu!!!". Sowy bowiem slychac czasem u nas w ogrodzie, ale nigdy nie udalo nam sie zadnej zobaczyc. Bi zna je tylko z ksiazek, a tu jedna na zywo! Taka gratka! :)
Dla moich dzieci byla to wiec wycieczka - niewypal. Dla nas zreszta tez. Wiedzialam, ze Beardsley Zoo bedzie niewielkie, ale nie przypuszczalam, ze okaze sie MALUSIENKIE. Serio, caly obiekt mozna bez pospiechu obejsc w niecale 2 godziny i jeszcze sie w kilku miejscach zatrzymac! I gdyby moje dzieci byly zainteresowane dzika fauna, jego rozmiar pewnie bylby zaleta bo Bi i Nik akurat daliby rade przejsc go na wlasnych nogach. A tak, nie dosc, ze oni sie nudzili, to i my nie mielismy na czym oka zawiesic... Ja, przyzwyczajona do zoo w Gdansku Oliwie, ktore przeciez nie jest jakies ogromne czy "wypasione", oczekiwalam znacznie wiecej. A tu kilka marnych zwierzakow. Na stronie internetowej ladnie napisali, ze koncentruja sie na gatunkach spotykanych w Amerykach Polnocnej i Poludniowej. Taaa... Nie wiem w takim razie dlaczego maja wielblady i dwa tygrysy... A nie uraczysz niedzwiedzia... Te brunatne, pospolicie wloczace sie ludziom po ogrodach, sa moze nudne, ale jak Ameryka Pn., to rowniez Niedzwiedz Polarny - to juz byloby cos! Poza tym Ameryka Pd. to przeciez tropiki, to Amazonia, tam dopiero byloby pole do popisu! A tu moze 2-3 gatunki malych malpek, jeden Tukan i przyczepa kempingowa przerobiona na objezdna wystawe plazow i gadow z doslownie kilkoma zolwiami, zabkami i wezami. W dodatku ta wystawa okazala sie byc sezonowa! Oprocz tego spora czesc zoo zostala wydzielona na pokaz zwierzat gospodarczych. Zoo miesci sie na obrzezach sporego miasta, tamtejsze dzieci napewno nie maja pod reka farmy zeby zobaczyc jak wyglada np. koza, ale czy tylko mi sie wydaje, ze zoo to miejsce dla zwierzat egzotycznych??? Szczegolnie, ze tutaj na jednym z wybiegow mieli nawet KOTA! Nie rysia, nawet nie jakiegos rasowego kocura, tylko zwyklego dachowca! Ale juz konia czy krowy nie uwzglednili... No ludzie!!! ;)
Samo miejsce mnie wiec rozczarowalo, ale postanowilam nie dac sie niecheci i cieszyc sie z tego co jest. W koncu spedzalam popoludnie kawalek od domu, z rodzinka, dzieciaki choc nie zachwycone, to jednak grzeczne, niech wiec spacer po zoo bedzie wedrowka po troche nietypowym parku. ;) I prawie mi sie udalo. Niestety, moj malzonek dostal przykra wiadomosc, ze cos co sprzedal na eBay wraca do niego bo kupujacy twierdzi, ze nie dziala. To spierdzielilo mu humor kompletnie. Nie dziwie sie, naprawde! Tylko ze ja pier-dzie-le! Jestesmy na rodzinnej wycieczce, czy on musi co chwila sprawdzac co slychac na tym piep**onym telefonie?! Nawet bedac w zoo z dziecmi nie potrafi wsadzic tego dziadostwa do kieszeni i zapomniec o nim na chwile? Do mnie tez dzwonil moj tata, ale nie odebralam, tylko oddzwonilam jak juz skonczylismy zwiedzac! W kazdym razie przez reszte czasu M. chodzil jak gradowa chmura, a raczej milczac pedzil z wsciekloscia, pchajac przed soba wozek z Nikiem, a ja, trzymajac za reke Bi, kompletnie nie moglam za nim nadazyc... Humor odzyskal nieco dopiero w drodze powrotnej, rychlo w czas! :(
Ech, a zapowiadalo sie tak pieknie!
Przez wiekszosc drogi towarzyszyly nam takie cudne widoki. Rzadko jezdzimy w tamtym kierunku, wiec jak zwykle zaparlo mi dech w piersiach z zachwytu. Czulam sie jakbym jechala w gory!
Po chwili jednak zjechalismy na dol, do miasta i czar prysl... ;)
A w samym zoo przywitaly nas ogromne zolwie:
Oraz mozliwosc przejazdzki na wielbladzie, tu podziwianym przez trzymanego przez tate Nika:
Oczywiscie "atrakcje" sobie odpuscilismy. Bi w zyciu by na wielblada nie wsiadla, a mnie bylo go zwyczajnie szkoda. Dobrze, ze mieli ich trzy i jezdzily naprzemiennie...
Potem juz bylo gorzej... Bi miala w glebokim powazaniu ogromne bizony (widac je troche po lewej), ktore z kolei mialy w powazaniu zwiedzajacych (czemu ja sie im nie dziwie?) i schowaly sie za skalkami i krzakami...
Chwilowe zainteresowanie wzbudzil wybieg z Pieskami Preriowymi. Szkoda, ze zdjecie wyszlo mi zamazane, a zauwazylam to dopiero w domu... :/
Mozna tu bylo wejsc przez waskie tuneliki, zeby wyjrzec przez przezroczysta"rure" w samym srodku kolonii. Po prawej widac wejscie do wiekszego tunelu, prowadzacego do tych mniejszych. Szkoda, ze wiekszosc tunelikow obudzila we mnie klaustrofobie, bowiem musialabym sie tam doslownie wczolgac i to tylem, inaczej potem bym nie wstala. Sa one zdaje sie pomyslane dla osobnikow o znacznie mniejszych gabarytach... Bi, ktora z kolei wlazla tam bez problemu, byla za niska zeby cos zobaczyc. Dobrze, ze najwieksze "okno" bylo szerokie i nie trzeba bylo sie do niego przeczolgiwac, tylko wdrapac po schodkach. Dzieki temu moglam sama tam wejsc i jeszcze podsadzic Bi, zeby i ona mogla cos zobaczyc... Niestety, plastikowe "rury" widoczne na zdjeciu, przez ktore sie wygladalo, byly tak obdrapane przez czas oraz zapewne zwiedzajacych, ze zrobily sie matowe i niewiele bylo przez nie widac...
Na dluzej udalo sie tez zatrzymac Bi przy wybiegu dla wydr. Chyba dlatego, ze one same sa w ciaglym ruchu, bawia sie i przesmiesznie poswistuja. Zdjecie wklejam, chociaz szczerze mowiac malo co tam widac, bo wydry bawily sie w chowanego w pustych pniach i tylko od czasu do czasu ktoras wyskakiwala i wpadala do wody. Musicie uwierzyc mi na slowo, ze tam sa. :)
W kazdym razie Bi nie mogla oderwac od nich wzroku. Ale i tak z calego zoo, najlepsze bylo to, co mialo niewiele wspolnego ze zwierzakami, przynajmniej tymi zywymi... Np. takie cos. Prosze, moja prywatna, mala "wydra":
A moze nie powinnam tak Bi nazywac? Moja mama opowiadala kiedys, ze jak babcia sie na nia zloscila, to wolala "ty mala wydro!". :)))
Mam tez wlasnego pawia, a jak!
Tak przy okazji to pawie i kilka innych ozdobnych ptakow podobno przechadza sie swobodnie po calym zoo. "Podobno", bo nam nie udalo sie zadnego zauwazyc. Chyba byly za duze tlumy...
W samym srodku parku stal sobie tez taki konik, na ktorego Bi nie omieszkala sie wdrapac:
Na terenie zoo jest tez z jakiegos powodu muzeum staroswieckich karuzeli. A wlasciwie jest to pawilon, w ktorym jest miejsce na przyjecie urodzinowe dziecka, jedna wielka, zabytkowa karuzela i mnostwo pojedynczych koni lub innych zwierzakow z takich karuzel. Bi nawet skusila sie na przejazdzke. Na poczatku, jak to ona, ostroznie, w powozie:
Za drugim razem jednak juz jak nalezy, na koniu:
Na karuzele wzielismy tez Nika, ale ten, przymulony po ponad godzinnej jezdzie w wozku, nie okazal wiekszego entuzjazmu. Na koniu nie dal sie nawet posadzic, podniosl wrzask. :)
Troche wigoru Potworki odzyskaly dopiero na placu zabaw, ktory jak wszystko w tym zoo, rowniez rozczarowal. :) No bo co to za plac zabaw, gdzie jest tylko kilka plastikowych tworow udajacych glazy do wspinania i pusty pien drzewa oraz lina symulujaca pajecza siec? Na szczescie dzieciom wiele do zabawy nie trzeba i z radoscia zaczely odkrywac mozliwosci swoich konczyn oraz malenkiego placyku. :)
A w tle mozecie podziwiac tatusia, wpatrzonego, jakzeby inaczej, w telefon... :/ Zeby bylo smieszniej, Wielmozny Pan Tata, w ktoryms momencie podniosl glowe i zawolal "Gdzie jest Niko?!". Przyznaje, ze spanikowana az podskoczylam, bo akurat pomagalam Bi przejsc po linie i na kilka sekund spuscilam Mlodszego z oczu. Na placyku zrobilo sie troche bardziej tloczno, wiec ze scisnietym w supel strachu zoladkiem rozgladam sie naokolo. Kokus jest, bawi sie doslownie kilka krokow ode mnie. Patrze poirytowana na meza o co mu chodzi, a on na to z przygana w glosie: "Trzeba go pilnowac!". Bo ja sie ku*wa rozdwoje! Sama mam strzec corki i syna, obydwojga niczym zywe srebra, sama mam za nimi ganiac, a Pan Maz siedzi wpatrzony w komorke i jeszcze smie mi zwracac uwage! Tylko obecnosc innych ludzi powstrzymala mnie przed dobitnym i glosnym wypowiedzeniem tego, co sobie o nim wtedy pomyslalam... ;)
W tym momencie powinnam chyba napisac, ze jesli macie na stanie dzieci roczne - trzyletnie, nie wybierajcie sie z nimi absolutnie do zoo! Tyle, ze to nie do konca tak... Kolega z pracy twierdzi, ze byl w tym samym miejscu z synem kiedy mial on dwa latka i maly byl zachwycony. Zeby daleko nie szukac, chlopaki Mini tez swietnie sie w zoo bawili. Wszystko zalezy wiec od dzieci. Z moimi (stwierdzilismy z M. kiedy juz odzyskal nieco humoru) wroce najwczesniej za 2-3 lata i raczej nie w to samo miejsce.
W kazdym razie czujcie sie ostrzezeni, ze moze byc tak jak u nas! :)