piątek, 15 grudnia 2023

Tydzien pelen ekscytacji malych i duzych

Sobota, 9 grudnia zaczela sie nieco pozniej, choc spac do oporu tez nie moglismy. Nik mial mecz koszykowki, a Bi zawody plywackie; co prawda oboje dopiero na 12, ale oznaczalo to poranek z zerkaniem na zegarek. Poniewaz mieli sporty na ta sama godzine, wiec musielismy sie z M. rozdzielic. Oczywiscie malzonek wybral mecz, bo wiadomo, to tylko godzina, a nie potencjalnie 4. :D On pojechal rano do pracy, ale ja z Potworkami powylegiwalismy sie do 9, po czym trzeba bylo wstac, zjesc sniadanie i szykowac sie na reszte dnia. Nik na mecz potrzebowal tylko koszulke zespolu oraz butelke z piciem, ale Bi juz jednak sporo wiecej. Dwa reczniki (wiadomo, ze jeden raz-dwa zostanie przemoczony) i gogle i czepek, nie mowiac juz o calej torbie picia i przekasek zeby nie zabraklo energii do plywania. ;) Dla siebie tez spakowalam termos z kawa oraz cos do przegryzienia, choc watpilam zebym miala czas na jedzenie czy picie. Zglosilam sie bowiem do mierzenia czasow, a ze wyscigi leca jeden za drugim, bez przerwy, wiec i mierzacy odpoczynku nie maja... Okazalo sie jednak, ze dobrze trafilam, bo do lini #6, w ktorej plynelo duzo mniej dzieciakow. Co chwila mialysmy wiec (z kobieta z przeciwnej druzyny) okienka i moglam popic pare lykow kawki oraz chwycic jakiegos batonika. Bi jechala cala poddenerwowana i przezywajac ze mogla jednak nie zapisywac sie na zaraz pierwsze zawody. Na szczescie w druzynie juz ma jakies tam kolezanki, wiec wiedziala, ze bedzie miala towarzystwo. Namawialam na zawody rowniez Kokusia, ale zaparl sie, ze nie i koniec. Po fakcie stwierdzilam, ze moze to i dobrze. ;) Kiedy bowiem dojezdzalam na miejsce, okolica wydawala mi sie dziwnie znajoma. Gdy dojechalam pod szkole w ktorej odbywaly sie zawody, olsnilo mnie, ze to to samo miejsce, w ktorym odbyly sie mistrzostwa. Obawiam sie, ze Mlodszemu moglaby wrocic trauma, z ktorej tak naprawde nadal sie dobrze nie otrzasnal. :D Przed zawodami, na nerwy Bi odpowiadalam ze ma sie nie przejmowac, bo najwazniejsze, zeby dala z siebie wszystko. To dopiero pierwsze zawody, a ona dopiero co dolaczyla do druzyny, wiec ma caly sezon zeby poprawic wyniki. Trener ma bowiem zapisane najlepsze czasy kazdego dzieciaka i zanotowane sa one na karteczkach dostawanych przed kazdym wyscigiem. Niektore, starsze i ambitniejsze dzieciaki, pytaja po wyscigu czy pobili swoj najlepszy czas. Najpierw jednak trzeba miec co pobijac, a Bi to czysta karta. ;) W kazdym razie, niepotrzebnie Bi przygotowywalam na gorsze rezultaty. ;) Plynela dwie sztafety i dwa wyscigi indywidualne. Pierwsza sztafeta byla mieszana na 200m, czyli kazda z czterech dziewczynek plynela innym stylem po dwie dlugosci basenu. Bi byla ostatnia w grupie i miala kraul. Druga sztafeta byla rowniez na 200m, ale wszystkie dziewczyny plynely tym samym stylem - kraulem. ;) Tym razem Starsza plynela pierwsza. Niestety, mimo ze w grupie wiekowej 11-12 lat jest jeszcze jedna dziewczynka, ktora plywa juz dlugo i osiaga swietne wyniki, do sztafet, poza Bi, trener wystawil jeszcze trzy inne panny, ktore sa w plywaniu swiezynkami i to niestety widac. ;) Wiadomo, ze inaczej plywaja dzieciaki, ktore zaczynaja w druzynie jako maluchy, a inaczej takie, ktore wczesniej plywaly tylko dla zabawy i do druzyny dolaczaja jako 11-latki. W pierwszej sztafecie w dodatku, mierzacy czas sie pomylili i myslac, ze to juz koniec wyscigu, powstrzymali Bi przed skokiem do wody i dopiero interwencja trenera sprawila, ze mogla poplynac swoja czesc. Nie wiem jak oni to policza, bo podejrzewam, ze wylaczyli juz stopery. Mozliwe, ze ich grupe zdyskwalifikuja, choc nie bylo tu ich zadnej winy. W ostatniej sztafecie za to, mimo ze Bi poplynela znakomicie i wyrobila dla kolezanek wyrazna przewage, one jednak szybko ja zmarnowaly i ponownie ich grupa przyplynela ostatnia... Te rozczarowania Bi zrekompensowala sobie jednak wyscigami indywidualnymi.

Na 50 m - Bi w drugiej lini od przeciwnego brzegu. Widac, ze jest juz przy sciance, a reszta doplywa, choc tu ta wygrana nie byla az tak powalajaca
 

Plynela kraulem na 50m (dwie dlugosci basenu) oraz na 100m (4 dlugosci) i w obu zajela bezsprzecznie pierwsze miejsca. Szczegolnie wyraznie zostawila konkurencje w tyle przy tym drugim, bo tam, oprocz szybkosci, liczyla sie bardzo wytrzymalosc. 

Na 100 m - Bi juz przy sciance, w lini obok jakas dziewczynka doplywa, a reszty nawet jeszcze nie widac w kadrze
 

Wyscigow bylo 68, a ostatnia sztafeta Bi miala numer 65, choc to mialo niewiele znaczenia, bo jako mierzaca i tak musialam zostac do konca. Na szczescie obie druzyny byly raczej niewielkie, bo mialy okolo trzydziestki dzieci. Gdzie sie dalo, laczono wiec wyscigi i choc planowo wszystko mialo sie skonczyc o 16, zakonczylo sie o 15:10. Ucieszylam sie, bo mielismy ponad pol godziny jazdy, w tym przez stolice naszego Stanu, z kupa zjazdow, rozjazdow i zmieniajacych sie lini, ze o tlumie aut nie wspomne, wiec odetchnelam ze nie musze sie w tym orientowac po ciemku. Wrocilysmy do chalupy, gdzie dowiedzialysmy sie, ze zespol Kokusia swoj mecz wygral. Prosilam M. o jakies zdjecia "w akcji" lub filmiki, ale oczywiscie pstryknal tylko trzy i to takie bardziej "statyczne".

Nik "kryje" gracza z przeciwnej druzyny
 

Po trzech godzinach stania, mialam ochote klapnac na kanape i juz z niej nie schodzic, ale nie bylo tak dobrze. Kolejnego dnia mielismy miec gosci na urodziny syna, wiec musialam sie zajac kremami oraz dekoracja tortu. Zajelo mi to wieksza czesc wieczoru, ale przynajmniej choc raz nie robilam tego po nocy. Zwykle pytam sie Potworkow jaki obrazek chca miec na torcie, ale tym razem jakos sie zagapilam i pozno zamawialam, wiec wybralam sama zeby nie marnowac czasu.

Nik skrzywil sie tylko, ze dlaczego "kwiatki" sa rozowe. ;) Coz, w ktoryms momencie ile bym nie dala barwnika, masa nie zmieniala koloru. Okazalo sie jednak, ze po nocy w lodowce jakos kolor sam zrobil sie bardziej soczysty
 

Z Kokusiem jest tez ten dodatkowy problem, ze zawsze strasznie dlugo sie nad wszystkim zastanawia, wiec czasem lepiej go nie pytac. ;) Padlo na jego chyba obecnie ulubiona gre komputerowa - Zelda. Za postac z niej przebral sie na Halloween. Okazalo sie, ze obrazek bardzo mu sie spodobal, wiec kontrola jakosci odhaczona. ;)

To nie koniec sobotnich "sensacji", choc ta druga jest nieco... odrzucajaca. :D Otoz, nasz maloletni kot, ktory za kilka dni konczy raptem 11 miesiecy, przyniosl swoja pierwsza... mysz! I uparcie sie z ta mysza pchala do domu, a ja obawialam sie, ze moze byc taka nie do konca niezywa... :D

Dumny lowca
 

Pozniej okazalo sie, ze zycia w niej juz nie zostalo, ale kot dla odmiany zaczal nia podrzucac i popychac lapka, majac pewnie nadzieje, ze "zabawka" jeszcze ozyje i zacznie uciekac. Koty sa jednak krolami makabry. :D

"No dalej, ruszaj sie!" :D
 

Niedziela niestety zaczela sie wczesniej niz bym sobie zyczyla. :) Przez zawody Bi nie mielismy szans zeby jechac do kosciola w sobote, wiec trzeba bylo to zrobic nastepnego dnia. Malzonek pracowal i od razu stwierdzil, ze pojedzie na polska msze na 11:30. Ja jednak chcialam jeszcze ogarnac pare rzeczy przed przyjazdem gosci na urodziny Kokusia, wiec ta godzina to bylo dla mnie troche pozno i w dodatku daleko (a wiec marnowanie czasu na dojazdy). Z drugiej strony, czulam potrzebe dodatkowego snu, wiec msza na 9 lub 9:30 tez mnie zniechecala, a o wczesniejszych nawet nie bylo mowy. ;) W koncu pojechalam z Potworkami na 10:30 i to byl taki zloty srodek - w miare wczesnie, ale na tyle pozno, ze czlowiek nie musial sie zrywac bladym switem z lozka. To byl tez oczywiscie jeden z dwoch najwazniejszych dni w roku, czyli urodziny Kokusia. :) Dzien wczesniej Mlodszy sie dopytywal o prezenty, wiec powiedzialam mu, ze jak pojdzie spac o rozsadnej porze, to rano znajdzie je przy lozku. Tymczasem kladlam sie o polnocy, a panicz jeszcze nie spi! :O Oczywiscie wymadrzal sie, ze teoretycznie jest juz 10-ty, czyli dzien jego urodzin i moge dac mu prezenty. Taaa. :D Zabralam je do swojej sypialni, szczegolnie ze byla wsrod nich gra na Nintendo. Jak znam Nika, natychmiast chcialby ja wyprobowac i gralby do 2 nad ranem. ;) Dopiero kiedy wstalam w niedziele rano, kawaler doczekal sie wiec upominkow. Jak pisalam, dostal gre komputerowa, lamiglowki do rozwiazywania oraz czapke z logo Los Angeles Lakers. Jakby ktos nie wiedzial, to jest druzyna koszykarska. Podobno dobra, ale sie nie znam; Kokus sam wybral. :D Po mszy zajechalam z dzieciakami do Dunkin' Donuts bo Nik poprosil o napoj, a ze to byl "jego" dzien, to jak moglabym odmowic? ;) Przy okazji wkurzyl mnie moj tata. W sobote bylam tak zalatana, ze dopiero poznym wieczorem przypomnialam sobie, ze nie napisalam mu, o ktorej urzadzamy przyjecie. Choc powinnam chyba napisac "przyjecie", bo w sumie to tylko szybka przekaska, tort i kawa. ;) Napisalam mu wiec w niedziele rano, ze chrzestny dzieciakow przyjedzie o 15, ale on pewnie bedzie chcial zjawic sie troche wczesniej zeby zrobic bezrobocie. A dziadek na to, ze on przyjedzie wczesniej na kawe i ciasto, bo to nie Wigilia zeby wszyscy musieli razem siadac do stolu. Szczeka mi opadla i odpisalam, ze przeciez tort jest tylko jeden, a innego ciasta nie mam. Na to on, ze nie musi czekac na A., bo to nie jego rodzina. Bylam zupelnie zbita z tropu, bo skad nagle jakies pretensje, skoro zawsze razem spotykamy sie na urodziny dzieciakow?! W tym momencie musialam juz wychodzic do kosciola, ale po mszy mialam czas na spokojnie do taty zadzwonic, zeby spytac o co chodzi. A on wyskakuje z pretensjami, ze jak sie robi przyjecie, to sie zaprasza na konkretna godzine, a nie dostosowuje do innych i ze jak chrzestnemu nie pasuje, to nie musi przyjezdzac! Po raz juz kolejny opadla mi szczeka, bo ja sie do nikogo nie dostosowuje i sama A. zaprosilam na 15, bo wydalo mi sie to najrozsadniejsza pora. Chcialam jeszcze posprzatac, a wiedzialam tez ze M. wroci najwczesniej o 13, wiec dobrze zeby mial chwilke na odetchniecie. Moje tlumaczenia wywolaly kolejne pretensje, ze ostatnio przeciez zawsze jezdzimy do kosciola w soboty, a o 15 to juz sie robi ciemno. Nosz kurna! Mialam na koncu jezyka, ze skoro jemu najwyrazniej nie pasuje, to moze nie przyjezdzac! Naprawde, z rodzina czasem najlepiej na zdjeciu... :/ Zebym ja sie musiala tlumaczyc dlaczego jade do kosciola kiedy jade i dlaczego przyjecie jest o 15!!! A tak w ogole, to u nas zmierzcha sie dopiero grubo po 16... W kazdym razie, dziadek sie namarudzil, ale ostatecznie stwierdzil ze przyjedzie o 14, zrobimy to bezrobocie, a kiedy dojedzie A. zjemy torta i pojedzie. Potem ruszylam do ostatniego wycierania kurzy i wynoszenia potworkowych pierdol z jadalni i salonu. I malzonkowych tez, bo niestety moj chlop lubi trzymac wszelkie "przydasie" na stole lub komodzie. Nie mamy domowego biura, wiec sama tez trzymam na nim jakies papiery, rachunki i tak dalej. Malzonek jednak na stole ma tubke voltarenu, bo dwa razy dziennie smaruje nim noge. Moglby zaniesc go do szuflady w lazience, do ktorej ma 10 krokow, ale po co... Tak samo, ma trzy zegarki na reke, ktore nosi na zmiane. Dwa akurat nieuzywane leza na komodzie, podobnie jak ladowarka do laptopa, choc zaraz pod spodem jest szuflada na wlasnie takie rzeczy... W miedzyczasie M. wrocil do domu i uzgodnilismy, ze zamiast planowanej pizzy dla gosci, pojedzie po sushi. Dwa tygodnie przed Swietami nikomu nie chcialo sie stac przy garach, a sushi to jednak ciekawsze danie niz taka tam zwyczajna pizzucha. ;) Zabral wiec dzieciaki zeby wybrali sobie te rolls'y, ktore lubia, a ja biegalam ze szmata. Tak jak powiedzial, zaraz po 14 przybyl moj tata, zaskakujaco w niezlym humorze, choc spodziewalam sie dalszych pretensji niewiadomo o co. Zachwycil tez wnuka prezentem - pistoletami i opaskami na piers z czujnikami, do gry w laser tag. Nie wiem jak to nazywaja w Polsce. ;)

Niestety, gra bardzo dynamiczna, wiec wszystkie zdjecia wyszly zamazane ;)
 

Nasz dom nie jest ogromny, ale dol jest czesciowo otwarty i mozna biegac w kolko wokol kominka oraz scian miedzy jadalnia a korytarzem i kuchnia. Miejsce na zabawe wiec jest. Niestety, Bi pierwsza runde przegrala, wiec obrazila sie i stwierdzila, ze to glupia gra. :D Dziadek ma chore kolano, a M. dopadla rwa kulszowa, wiec padlo na mnie. Coz, ja tez przegrywam z szybszym i bardziej zwrotnym Kokusiem, ale przynajmniej sie nie obrazam. No i przyznaje, ze to dobra zabawa wytrzymalosciowa. Srednio po trzech rundach mam zadyszke i zakwasy w udach od przemykania na ugietych nogach. :D Punkt 15 przyjechal chrzestny dzieciakow ze swoja Pania, zjedlismy wiec sushi, wypilismy kawe, herbatke, czy co tam kto chcial, a potem nadszed czas na gwozdz programu, czyli kawe i tort.

No i juz. Jedenascie lat minelo niewiadomo kiedy...
 

Odspiewalismy Sto Lat i kazdy dostal po kawale tortu, nawet dzieciaki. O dziwo, Nik stwierdzil, ze calkiem dobry, a przeciez od tylu lat nawet nie chcial go posmakowac. :D Na koniec Kokus otworzyl prezent od wujka i nowej cioci, ktorym okazal sie najprawdziszy zestaw mlodego podroznika. :O W takiej malej, porecznej torebeczce miesci sie cala kupa narzedzi! Poczynajac od typowej pierwszej pomocy, czyli plastrow, bandazy oraz koca termicznego i glow stick'ow, az po zestaw srubokretow, skladana lopatke, toporek i kilofek oraz podpalke i krzemien z ostrzem do rozpalenia ognia. I cala masa nozy. :O Nozyk skladany, scyzoryk, ostrze przy linijce i nie pamietam jeszcze z czym innym, ale naliczylismy ich 5 lub 6. Smialismy sie, ze to zestaw dla bandytow i pijakow, bo przy niemal kazdym narzedziu, byl tez... otwieracz do butelek. :D Najlepsze, ze Nik od dlugiego czasu prosil nas o scyzoryk, twierdzac, ze chcialby go do zabawy na kempingach. Bylam sklonna mu go kupic, bo malo kiedy zdarza mu sie prosic o cos tak konsekwentnie. Malzonek jednak postawil weto, ze gdzieee, jeszcze sie zatnie, albo gorzej, wezmie ten scyzoryk do szkoly i bedziemy miec klopoty. No to teraz Nik, poza scyzorykiem ma kilka innych ostrzy do zabawy. :D

W jednym reku kilofek/ lopatka, w drugiej mini toporek
 

Wkrotce potem goscie rozjechali sie do domow. Przynajmniej mielismy okazje osobiscie zaprosic A. wraz z przyjaciolka na Wigilie i otrzymac od razu odpowiedz ze beda, bez zastanawiania sie do ostatniej chwili. :D Reszta wieczoru to zabawa z Kokusiem, ktory stwierdzil, ze w tym roku dostal chyba najlepsze prezenty, a potem juz przygotowania na kolejny tydzien.

Poniewaz weekend obfitowal w wydarzenia, wiec w poniedzialek mialam wrazenie, ze w ogole go nie bylo i jestem jeszcze bardziej zmeczona niz w piatek. :D Autobus Bi ponownie przyjechal pozno - o 7:26. W koncu jednak dostalam odpowiedz od firmy przewozowej, co prawda napisana troche bez ladu i skladu, ale udalo mi sie z niej wywnioskowac, ze poza pojedynczymi przypadkami, bedzie on juz tak pozniej przyjezdzal. Panna odjechala, a ja polecialam budzic Kokusia. Musze mu niestety chyba dac moj stary budzik (przynajmniej na cos sie przyda, bo tak to stoi od lat na komodzie w sypialni), zeby cos mu pikalo przy uchu nieco wczesniej niz ja dobiegne do domu. Pozna pobudka oznacza bowiem, ze potem biedak musi jesc i szykowac sie w biegu... W kazdym razie, w koncu i on odjechal do szkoly, a ja wrocilam do chalupy, z ktorej tego dnia nie planowalam sie juz ruszac. ;) Ponownie weekend tak mi smignal, ze nie zrobilam tygodniowego prania, a to oznaczalo ze brudownik pekal w szwach i wyjda z tego przynajmniej trzy ladunki.

Widac ten merdajacy z zadowoleniem ogon ;)
 

Poza tym wzielam Maye na spacer i planowalam zrobic troche gruntowniejsze porzadki w kuchni, ale ostatecznie bylam jakas bez energii i zamiast tego, udekorowalam kominek w salonie i wyciagnelam reszte innych swiatecznych duperelek. I taka ze mnie gapa, ze dopiero kolejnego dnia spostrzeglam, ze zapomnialam o poduszkach na kanapie, ktore nadal maja jesienne kolory. ;)

Do salonu ponownie zawital nastroj swiateczny :)
 

Bi dojechala jak zwykle o 15, bo nie zostala na fitnessie. Ostatnio nie ma na nim jej kolezanki, a dodatkowo ponoc nauczyciel slabo grupe pilnuje i nie mogla dopchac sie do wszystkich przyrzadow, wiec nie zostaje juz na nim tak chetnie. Zreszta to dobrze, bo po fitnessie byla zwykle dosc zmeczona i miala mniej energii na plywanie. Chlopaki dojechaly jakies 40 minut po Starszej, potem obiad, praca domowa Bi, chwile posiedziec i musieli jechac na basen. Co prawda Nik marudzil cos, ze glowa go boli i nie wie czy da rade plywac. Nie wiem czy faktycznie go cos bolalo, bo mowil ze zaczelo juz w szkole, tymczasem w domu szalal znow z pistoletami laserowymi i wyczynial jakies akrobacje, wiec nie widac bylo zeby mu cos dolegalo. ;) Ostatecznie stwierdzil, ze najwyzej powie trenerowi, ze musi sobie zrobic przerwe. Myslalam, ze w tym czasie poskladam ostatnie wysuszone pranie i posiedze w spokoju, ale tego dnia przyszedl mail z przypomnieniem, ze akurat wieczorem mialo sie odbyc wirtualne spotkanie informacyjne, dotyczace klubu narciarskiego. Podobno obowiazkowe, choc watpie ze wszyscy sie laczyli. Moje dzieciaki juz dwa razy byly w tym klubie, ale wiadomo, zasady sa rozne dla roznych szkol, poza tym od ostatniego razu minely dwa lata, wiec polaczylam sie zeby zobaczyc czy pojawily sie jakies zmiany. Jak sie okazalo, jesli jakies byly, to minimalne. Jedyna pozyteczna informacja bylo gdzie w szkole Kokusia zostawia sie sprzet (daleeeko od wejscia, zeby nie bylo za latwo :D) oraz ze do rodzicow, ktorzy zglosili sie na opiekunow, organizatorzy z poszczegolnych szkol odezwa sie w przyszlym tygodniu. Dobrze wiedziec, bo juz zaczynala mnie ta cisza niepokoic. Meeting odbyl sie w tym samym czasie co trening, wiec po jego koncu zaraz dojechala reszta rodziny. Trener wyslal oficjalne wyniki sobotnich zawodow i jest juz oficjalnie potwierdzone, ze Bi zajela dwa 1 miejsca, a w sztafetach jej grupa zajela ostatnie - 5. :D Przyslal tez wstepna liste na kolejne zawody i ponownie sztafety maja plynac te same dziewczynki, wiec nie ma co spodziewac sie cudow, zas indywidualnie Starsza znow ma plynac kraulem na 50m oraz taka dziwna kombinacja na 100m, gdzie kazda dlugosc basenu plynie sie innym stylem. Panna niezbyt zadowolona, ale nie protestuje. ;)

W zeszlym tygodniu przyszly raporty semestralne Potworkow. Po raz pierwszy, nieco rozczarowujace sa wyniki w nauce Kokusia. Nie zeby byly jakies straszne, chlopak przyzwyczail nas jednak, ze zwykle ze wszystkich przedmiotow oceniany byl spokojnie na M, czyli ze na poziom, na ktorym nauczyciele oczekuja, ze dziecko powinno byc. Tak w ogole to ciezko jest te "oceny" przypisac do polskich. Zaczynaja sie bowiem od E, czyli exceeds. Slowo to oznacza "przekroczenie" danego poziomu, wiec na chlopski rozum powinna byc to nasza 6. Skoro to jest szostka, to nastepne jest M, czyli meets, ktore powinno oznaczac 5. Skoro jednak M oznacza poziom ktory nauczyciele oczekuja, ze (kazde) dziecko powinno osiagnac, czy realne jest, ze kazdy uczen dochrapie sie piatki z kazdego przedmiotu? Watpliwe. Nastepne jest N (near), czyli blisko wymaganego poziomu, a na koniec B (below), czyli ponizej. Tyle, ze teoretycznie to "near" tez jest ponizej. :D Probujac przypisac wiec oceny polskim, mozna zalozyc, ze skala jest od 6 do 3. Tyle, ze dla mnie troja jest ocena srednia, ani strasznie slaba, ani zdecydowanie dobra, wiec niezbyt pasuje jako ta najnizsza. Zakladajac, ze skala jest od 5 do 2, ma to juz wiekszy sens, choc wtedy nie pasuje mi to exceeds, bo piatka to nie przekroczenie programu, tylko jego bardzo dobra znajomosc. ;) A najgorzej, ze w szkole Bi skala ocen wyglada jeszcze inaczej, ale o tym za moment. :D Tak czy siak, Nik z wiekszosci przedmiotow i ich "zagadnien" ma to wymagane M. Tym razem jednak pojawilo sie jednak rowniez sporo N, czyli troszenke brakuje mu do osiagniecia tego wymaganego przez nauczycieli poziomu.

Pewnie jak zwykle niewiele bedzie widac...
 

Nawet z czytania ma N z wysnuwania wnioskow na podstawie przeczytanych tekstow. Z pisania w ogole porazka - na piec zagadnien, tylko z jednego otrzymal M, reszta to N. Klania sie to, ze Mlodszy nie lubi pisac, nigdy nie lubil rozszerzac watkow, jest roztrzepany, nie czyta tego co napisal i na dodatku nadal ma w powazaniu wielkie litery oraz kropki i przecinki. :/ Oprocz tego, dostal N z jednego z zagadnien z nauk socjalnych (ze zrozumienia i angazowania sie w procesy odkrywania i nauki, czy jakos tak :D) oraz (to juz chyba zawsze) z zespolu muzycznego, za rozumienie nut. ;) Tu nalezy nadmienic, ze wszystkie te N Mlodszy dostal od nauczycielek (w sumie to dwoch, bo jedna uczy kilku przedmiotow), z ktorymi niezbyt sie lubi. Mozliwe ze ten brak sympatii jest wzajemny, choc w sumie nie powinien wplywac na ocenianie, ale wiadomo jak to jest. W kazdym razie, na 31 zagadnien (z roznych przedmiotow, bo te maja ich od dwoch do pieciu) Nik otrzymal 7 N. Nie jest to moze bardzo slabo, ale zwykle bylo ich duzo mniej. Dostal za to dwa E, tradycyjnie ze... sztuki. No i, w przeciwienstwie do tego, co ostatnio miala siostra, z zaawansowanej matematyki otrzymal same M. ;)

Skoro juz o Bi mowa... U niej oceny sa normalne - od A do D, plus F (fail), ale to ostatnie jest juz za brak jakiejkolwiek checi i zaangazowania, nie oddawanie prac i testow w ogole, itd. Reszta ocen odpowiada procentom, czyli 60-70% - D, 70-80% - C, 80-90% - B i 90-100% - A. Czyli z grubsza nasza dwoja do piatki. Tyle, ze zawsze myslalam, iz zaliczenie przedmiotu jest dopiero od C, okazuje sie jednak, ze jest od D. Ponizej oczekiwan, ale zaliczenie. ;)

Pierwszy raporcik z "gimbazy" ;)
 

W kazdym razie, na 9 przedmiotow w pierwszym trymestrze, panna Bi otrzymala szesc A (niektore z plusami lub minusami), dwa B+ i nieszczesne... D+ z zaawansowanej matematyki. :D Z ostatniego testu dostala niemal 100%, co podreperowaloby te ocene, ale niestety poszlo juz na kolejny trymestr. Nic, trzeba trzymac kciuki zeby ta poprawa byla juz na stale. ;) Ogolnie nie ma co na wyniki narzekac, a Bi za rok (albo w high school) moze przejdzie na zwykla matematyke i wtedy na pewno szybko podciagnie srednia.

We wtorek typowy ranek, czyli wstac z Bi, wyszykowac sie i odstac swoje czekajac az przyjedzie jej autobus, rzucajac w tym czasie pileczke siersciuchowi. Potem pedem do domu budzic Kokusia, bo "zoltek" ponownie dojechal dopiero o 7:26. Wyszykowal sie z kolei kawaler i pomaszerowalismy na przystanek. Po odjezdzie Mlodszego do domu ogarnac to i owo, po czym pojechalam do roboty. Niespodziewanie wpadlam na kolezanke, ktora wrocila akurat z wakacji i pojawila sie po cos w biurze. Po pracy pojechalam do chalupy, gdzie po obiedzie zostalo troche czasu na "dychniecie", po czym trzeba sie bylo rozdzielic. Zabralam Kokusia na koszykowke, a niedlugo po nas M. wychodzil z Bi na basen/ silownie.

Pedzi Mlodszy z rozwianym wlosem ;)
 

Spedzilam godzine maszerujac w te i we w te korytarzem biegnacym przez cala szkole. Zwykle zachodze w jego odnogi prowadzace do klas, tam bowiem wywieszone sa roznorakie prace dzieciakow, jest wiec co poczytac i na co popatrzec. Tym razem w stolowce odbywalo sie jakies wydarzenie dla przedszkolakow i drzwi do wszystkich bocznych korytarzy zostaly zamkniete. :/ W miedzyczasie dostalam irytujacego maila od jednej ze szkolnych administratorek. Otoz, autobus Nika od poniedzialku ma przyjezdzac okolo 5 minut wczesniej. Niby nie tak duzo, ale czas podany na poczatku roku szkolnego to byla 8:08. Potem dodali do jego autobusu dzieciaki z innego, bo nie mieli wystarczajacej ilosci kierowcow. Zeby zdazyc wszystkie odebrac, pani kierowca zaczela przyjezdzac okolo 7:55. Teraz ma to byc znowu szybciej o 5 minut? Jak tak dalej pojdzie, to za chwile Nik bedzie wyjezdzal o tej samej porze co Bi, a ona zaczyna lekcje godzine wczesniej! :/ W drodze do domu zrobilismy oczywiscie koleczko po osiedlu podziwiajac swiatelka i liczac w ilu domach je maja. Wyszlo 67 (nawet nie wiedzialam, ze tyle domow tu mamy! :D), a tydzien temu bylo 53. Zaraz po nas dojechala reszta i pozostalo juz tylko szykowac sie na kolejny dzien.

W srode autobus Bi dotarl "juz" o 7:22. Ucieszylam sie, bo mialo byc cieplej niz we wtorek, a tymczasem nie dosc, ze bylo chlodniej, bo -2, to jeszcze ze sporym wiatrem, ktory sprawial ze wydawalo sie dodatkowo zimniej. Panna odjechala, a ja obudzilam Kokusia, ktory wyszykowal sie i za chwile ruszalismy na przystanek. Tym razem jego autobus podjechal akurat jak wyszlismy z naszego podjazdu i kierowca przekazal przez stojacych na przystanku sasiadow, ze zaraz po niego wroci, bo i tak musi zrobic kolko i przejechac obok naszego domu. Poczekalismy wiec i za chwile Mlodszy odjechal. Wrocilam do domu, wypilam kawe na wzrost energii i zabralam sie jak zwykle za sprzatanie. Tym razem odkurzylam i pomylam podlogi na gorze. Wstawilam tez pranie "ciuchowe" i w ramach porzadkow przedswiatecznych wrzucilam do pralki zaslony i firanki z okien. Zaczelam od tych w kuchni oraz jadalni i juz na poczatek sobie poklelam. ;) Przy sciaganiu karniszy bowiem, walnelam w lampke wiszaca nad zlewem (ktora niebezpiecznie sie zakolysala), pozniej pierdzielnelam sie w lepetyne o wystajacy w jadalni gzyms, a na koniec malo nie stracilam wiszacego tam kwiatka. Na szczescie skonczylo sie tylko na kilku przeklenstwach, a wieszanie spowrotem poszlo juz gladko. Moze dlatego, ze nauczona doswiadczeniem, kwiatka na chwile zdjelam. :D W miedzyczasie zabralam Maye na spacer, choc okazal sie malo przyjemny. Temperatura pokazywala +6, ale przy wietrze odczuwalna utrzymywala sie w okolicach 0. No ale troche ruchu zawsze jest mile widziane, zarowno dla psa, jak i panci. ;) Wyslalam sms'a do M. czy mam zaczac obiad, a malzonek na to, ze on zrobi, a ja moge upiec chlebek bananowy. No to co mialam robic... Ostatnio unikam tego ciasta jak ognia, bo wiecznie wychodza mi zakalce, ale stwierdzilam, ze dam mu kolejna szanse. W tym czasie w domu byla juz Bi i zaczela wiercic mi dziure w brzuchu, zebym pozwolila jej upiec ciasto. Okey, przynajmniej jak wyjdzie zakalec, nie bedzie na mnie. :D Wyszlo jednak wilgotne i ciezkie, ale bez zakalca. Oczywiscie. ;) Dojechali chlopaki, zjedlismy obiad i zostala chwila na dychniecie. Kiedy zarelko jako tako ulozylo sie w brzuchu, poczlapalam jeszcze na gore zaniesc poskladane wczesniej pranie i umyc zlewy w obu lazienkach. Sprzatanie chalupy to niekonczaca sie opowiesc. :D Dzieciaki z tata pojechaly na basen, a ja w tym czasie wskoczylam pod prysznic i zaczelam szykowac wszystko na kolejny dzien. Jak to ja, przygotowalam Kokusiowi ciuchy, a dopiero poznym wieczorem przypomnialo mi sie, ze w czwartek mieli jechac do teatru na "Opowiesc Wigilijna" i dostalam maila, zeby dzieciaki zalozyly ubrania odpowiednie na takie wyjscie. No to musialam mu kompletnie wymienic spodnie oraz bluzke. ;)

Moje poranki to istne dni swistaka. W czwartek wstalam jak zwykle skoro swit z Bi, spakowalam jej jedzenie, wyszykowalam sie i wyszlysmy z domu. Zanim wyszlam, obudzilam Kokusia, bo mial tego dnia wycieczke, wiec musial zjesc porzadne sniadanie. Mieli wrocic do szkoly dopiero o 13, wiedzialam wiec, ze bedzie glodny. A ze czas przyjazdu autobusu Starszej to zawsze niespodzianka, wiec wolalam zeby byl juz obudzony. School bus przyjechal jednak w miare wczesnie, bo identycznie jak dnia poprzedniego. Przynajmniej reszta ranka z synem minela spokojnie. Panicz marudzil tylko dlaczego przygotowalam mu dzinsy. No niestety, jak napisalam wyzej, mial sie ubrac odpowiednio na wizyte w teatrze, wiec spodnie dresowe odpadaly. Niech sie mlodziez od malego uczy kultury. :D Przynajmniej czekal go naprawde luzny dzien, bo po wycieczce mieli miec tylko normalne zajecia muzyczne, a reszte czasu spedzic nad jakims projektem plastycznym. Nie musial nawet brac plecaka, bo do sniadaniowki wrzucil spinacz do papieru, tasme klejaca oraz nozyczki (plus przekaski i butelke z woda ;P), do drugiej reki wzial skrzypce i gotowe.

"Projektem plastycznym" okazaly sie takie piekne gwiazdy
 

Mail sprzed dwoch dni mowil ze autobus mial zaczac przyjezdzac wczesniej od nastepnego tygodnia, tymczasem kiedy wyszlismy z domu, zauwazylam go dojezdzajacego akurat do naszego osiedla. Nik puscil sie pedem i tym razem dobiegl na tyle blisko, ze kierowca na niego poczekal(a). Mlodszy odjechal, a ja wrocilam do domu, przewietrzylam sypialnie, wstawilam zmywarke, przetarlam szafke oraz kafelki w dolnej lazience (w porannym sloncu najlepiej widac na nich wszelkie zaschniete krople oraz zacieki) i wypilam poranna kawe. Kot, ktory rano wypuscil sie oczywiscie na dwor, wrocil kiedy odjechal Nik (przypadek? :D) i nie mial zamiaru ponownie wysciubiac nosa. Rano mielismy -4 stopnie, z odczuwalna -8, brrr... Nawet w dzien temperatura doszla tylko do +2. Po ogarnieciu tego co chcialam, pojechalam do pracy, choc ten brak wyplaty coraz bardziej mnie przygnebia i brak motywacji tlumi wszelkie checi... Po robocie zajechalam do biblioteki oddac czytnik, ksiazke oraz stosik gier, po czym wrocilam do chalupy. Obiad, chwilka relaksu i M. z Potworkami powinni pedzic na basen, ale tym razem mielismy lepsze atrakcje. Otoz, panna Bi miala w szkole koncert. Dziadek sie wykrecil mowiac, ze pozno i boi sie covid'a (!) i poczatkowo zakladalam ze pojade sama z corka. Tymczasem Nik wykorzystal wymowke i stwierdzil, ze chce jechac na koncert zeby opuscic trening plywacki. Wtedy i M. jakims cudem stwierdzil, ze pojedzie. Pechowo, mimo ze koncert byl o 19, dzieciaki musialy przyjechac juz o 18:30 zeby dostroic instrumenty i zrobic rozgrzewke wokalna. Przy okazji jednak wyszly problemy z komunikacja. Bi w nowej szkole nadal spiewa w chorze i gra na skrzypcach, ale szkola (podobnie jak Kokusia) ma tez "zespol" czyli w sumie tez orkiestre, ale skladajaca sie z roznych instrumentow, innych niz smyczkowe. W zeszlym roku (czyli w obecnej szkole Nika) szczegolowe informacje o koncertach byly wysylane ogolnie, dla wszystkich, bo wszystkie dzieci maja obowiazek uczeszczania na jakies zajecia muzyczne. Tutaj otrzymalam informacje o chorze oraz orkiestrze, ale nic o zespole. Zwalilam to jednak na to, ze Bi w zespole nie gra. Kiedy przyjechalismy do szkoly, przy wejsciu pokierowano rodzicow dzieci z zespolu na sale gimnastyczna, a choru oraz orkiestry do audytorium. I siedzimy tam, czekamy, wybija 19 i nic sie nie dzieje. Ludzie zaczeli sie rozgladac, zerkac na zegarki, ja tez z M. utyskiwalismy, ze u Kokusia to wszystko jak w zegarku, a tu jakis poslizg. Az tu nagle weszla do audytorium pani od choru, wyszla na scene i oznajmila, ze zespol jest w polowie swojego koncertu, czyli jeszcze niecale 10 minut i powinna sie zaczac czesc w audytorium. Na to kilka rodzin zerwalo sie i wybieglo z audytorium! Czyli nikt nie zostal poinformowany w jakiej kolejnosci beda graly/spiewaly poszczegolne grupy! Nas wkurzylo tylko opoznienie, bo rownie dobrze moglam przyjechac z Bi sama, a M. z Kokusiem dojechaliby juz na 19. Ale co z biednymi rodzicami, ktorym przepadla polowa koncertu ich dzieci?! No wkurzylabym sie niesamowicie! W kazdym razie, wreszcie doczekalismy sie i na schodkach przed scena pojawil sie chor. Spiewali... srednio. :D Ta szkola laczy VII oraz VIII klasy i na zajeciach muzycznych lacza dwa roczniki.

Bi druga od lewej, a to tak 1/3 choru. Gwoli scislosci, to uczniow spiewajacych lub grajacych na instrumentach jest tylu, ze koncerty podzielone zostaly na trzy dni
 

W chorze spiewaja wiec dziewczynki oraz chlopcy majacy od 12 do 14 lat. Panny jeszcze jako tako brzmialy, ale czesc kawalerow chyba juz przechodzi mutacje, bo spiewali strasznie. ;) Normalnie jakos tak bez wyrazu i jakby falszowali, choc watpie zeby do choru zglaszaly sie dzieciaki bez glosu i muzykalnego ucha, bo w tej szkole muzyka nie jest juz obowiazkowa. Ladniej juz brzmi mlodziez ze szkoly Kokusia, mimo ze mlodsza, choc tam do choru zglaszaja sie wszyscy, ktorzy nie maja muzycznego talentu i musza gdzies przebimbac dwa lata. ;) W kazdym razie, jakos wytrzymalismy to "pianie", a potem przyszedl czas na orkiestre. Tutaj dzieciarnia brzmiala juz rewelacyjnie i naprawde slychac, ze wszyscy graja przynajmniej 6-7 lat.

Bi zaznaczylam strzalka
 

Szkoda, ze na bloggerze nie moge wstawic filmikow (probowalam), bo to serio niesamowite jak potrafi grac taka niby szkolna orkiestra. :) Po koncercie, M. chcial oczywiscie jak najszybciej wracac do domu, ale Potworki mialy inne plany. Oboje koniecznie chcieli zajrzec na kiermasz ksiazek w bibliotece. Bi byla juz tam z klasa w poniedzialek, ale nie starczylo jej kasy na wszystkie, ktore sobie upatrzyla. Nik zas chcial ogolnie podejrzec co maja, mimo ze jego szkola bedzie miala wlasny kiermasz. Chwala im chociaz za to, ze wydawali wlasna kase. :D

Nik w mikolajowej czapie, a w tle Bi
 

Ostatecznie oboje wybrali sobie po dwie ksiazki, a Nik dodatkowo dwa... dlugopisy. Bo przeciez w domu posucha i nie ma czym pisac. :D Wrocilismy do chalupy dopiero o 20:30, wiec zostalo tylko szybko cos przekasic i do spania.

W piatek ponownie taki sam ranek. Autobus Bi przyjechal o swojej nowej - zwyklej porze. Z Nikiem wyszlismy kilka minut wczesniej i... oczywiscie autobus przyjechal troche pozniej. :D Po odjezdzie dzieciarni wrocilam do domu, przewietrzylam, rozladowalam zmywarke i mialam jechac na zakupy, kiedy... dostalam sms'a od M. ze wychodzi o 10:30 i mozemy pojechac do sklepu razem. W sumie nie byl mi na zakupach do niczego potrzebny, ale ok. Posiedzialam wiec z kawka, a kiedy malzonek dojechal, ruszylismy po spozywke. Do Swiat jeszcze ponad tydzien, nadal ranek, a w sklepie, moze nie tlumy, ale ludzi wiecej niz czasem po poludniu. :O Zakupy zrobilismy, rozpakowalismy i M. mial konczyc rozwieszac swiatelka na domu, a tymczasem polozyl sie na drzemke i... tyle. Chwala mu chociaz, ze wstal na czas zeby pojechac po Kokusia, a po drodze zatankowal moje auto. ;) Swiatelka zas zawiesil po powrocie. Ja z dzieciakami posiedzielismy chwile, ale szybko ruszylismy na spotkanie towarzyskie. Sasiadka, czyli mama najlepszej (ale czy nadal ;P) przyjaciolki Bi, zaprosila mnie na hinduska herbatke, a dzieciaki na zabawe z jej corkami. Przezornie najpierw spytalam corke czy chce, bo przeciez z kolezanka nie odzywaly sie do siebie przez jakis miesiac, ale od kilku dni znow rozmawiaja, wiec chciala. :D Fajnie sie gadalo, ale niestety dziewczyny o 18 musialy wyjezdzac na taekwondo. Sama w sumie myslalam zeby o tej porze wyjsc, tylko zawsze ciezko sie wyrwac, wiec przynajmniej raz byl pretekst. W domu juz relaksik, jak to w piatek, z tym milym poczuciem, ze kolejnego dnia mozemy sie w koncu wyspac. Oprocz M. oczywiscie, ktory ponownie ma pracowac caly weekend. ;)

Do poczytania!

niedziela, 10 grudnia 2023

Kolejny "nastolatek" w domu, czyli 11 urodziny Kokusia

Kurcze, no jak to mozliwe? Jako, ze jest mlodszy, Nik w moich oczach to nadal maluch. Dopiero data urodzenia bezlitosnie udowadnia, ze czas nieublaganie plynie do przodu i z mojego syneczka niewiadomo kiedy zrobil sie kawaler...

11

Fizycznie zadnych powalajacych zmian oczywiscie nie ma. Chlopak rosnie, choc na codzien tego nie zauwazamy, rzecz jasna. Dopiero kiedy wskoczy mi czasem (tak, nadal!) na rece, az sie uginam, taki to dryblas! I kiedy czasami idzie przede mna, dociera ze kurcze, jakis wysoki sie zrobil... Poki co jednak, nadal jest sporo nizszy ode mnie i moge go przytulac jak mojego maluszka. :D No i jest straszna chudzina. Moze nie sama skora i kosci, ale zdecydowanie jest z niego patyczak i nawet moj tata okresla go zartobliwie jako "grubas". :D Jedyna zmiana jest, ze zaczely mu sie ruszac zeby trzonowe, a kilka dni temu jeden wypadl (taka ze mnie uwazna matka, ze nie pamietam nawet ktory), wiec zaczyna wymiane ostatnich zebow na dorosle.

Opisalam to juz w czerwcu, ale dodam i tu, ze zmienia mu sie charakterek i to niestety na gorsze. Nadal jest pieszczochem, lubi sie przytulac i dalby sie pokroic za drapanko po pleckach lub glowie. Chetnie rozdaje buziaki i wyznaje, ze tak bardzo cie kocha. Przy tym wszystkim zrobil sie z niego jednak straszny zlosnik. Wscieka sie o byle co, a kiedy nie ma humoru (co niestety jest coraz czestsze) odpowiada nam pogardliwie lub otwarcie prowokuje. Zlosc dosc szybko mu przechodzi, ale te utarczki slowne po kilka razy dziennie, sa mocno uciazliwe. Obawiam sie, ze tak juz moze zostac, bo w koncu ten najgorszy czas dojrzewania nadal przed nami...

W przeciwienstwie do siostry, toczymy z Kokusiem wieczna walke o samodzielnosc. Chlopak nie ma problemu z byciem traktowanym niczym dzidzius, tudziez ksieciunio. Wiele rzeczy umie sam ogarnac, ale robi to tylko kiedy musi, czyt. jak matka czy ojciec hukna. :D Ostatnio stwierdzilam, ze czas przestac juz kapac takiego starego konia. Nik oczywiscie zdziwienie, bo jemu bycie mytym przez rodzica zupelnie odpowiada. Nie ma jednak tak dobrze i teraz myje mu wlosy oraz plecy, bo z tym faktycznie moze miec problem, a reszte ogarnia juz sam. I narzeka, ze mycie to tyyyle roboty... :D

Z nauka wiekszych klopotow nie ma i o dziwo swietnie sobie radzi z zaawansowana matematyka, a jej najbardziej sie obawialam. Za to ma problem z angielskim, czego przy jego poziomie slownictwa oraz umiejetnosci spelling'u zupelnie sie nie spodziewalam. Niestety, nie podpasowala mu nauczycielka, a dodatkowo, tutaj nie przerabiaja lektur w takim sensie jak w Polsce i wypracowania pisza bardziej na tematy "zyciowe", ktore jakos go nie porwaly. A Nik bez "pasji", to Nik niechetny i leniwy. Do tego dochodzi nagminne (i w tym momencie juz po prostu zlosliwe) pomijanie kropek, przecinkow oraz duzych liter i mam ochote go czasem udusic, bo marnuje potencjal dobrego ucznia przez zwykle niechcemisie. ;)

Najbardziej na swiecie Nik kocha oczywiscie swoje Nintendo oraz gry komputerowe, choc w wakacje pozwolilam mu tez grac na moim starym telefonie, odkryl na nim jakies nowe gry i teraz wiecznie morduje mnie o pozwolenie wziecia telefonu jeszcze raz, choc na chwile. Ja zas nie chce dawac mu kolejnej elektroniki, skoro staram sie raczej odciagac go od gier. Niestety, pomimo calego pokoju zabawek, Mlodszy nie lubi i nie potrafi sie bawic kreatywnie. Wywala czasem wszystko z szuflad, przeglada i tyle. Uwielbia ukladac Lego, ale ulozona konstrukcje stawia na polce i juz tam zostawia do zbierania kurzu. ;) Jedyne co lubi to pojazdy zdalnie sterowane oraz drony i te faktycznie od czasu do czasu wyciaga i lata z nimi po domu lub podworku. Nadal kocha jazde rowerowa, choc oczywiscie teraz praktycznie nie jezdzi, bo jest zimno, a kiedy wraca ze szkoly za chwile robi sie ciemno. Naprawde lubi koszykowke i czesto wychodzi po szkole chocby na10 minut, zeby przed obiadem pocelowac do kosza, niewazne czy temperatura jest plusowa, czy idzie juz wieczorny przymrozek. :)

Pozna jesien i zapadajacy zmrok, ale koszykowka wzywa ;)
 

Jesli pogoda nie wspolpracuje, nie pogardzi celowaniem do mini kosza w swoim pokoju. Zaczal sie obecnie sezon koszykarski, gra w zespole rekreacyjnym i poki co chetnie jezdzi na treningi oraz weekendowe mecze. Bez jekow jezdzi tez na treningi plywackie, choc na zawody nie daje sie namowic. ;) Nie moze sie za to doczekac klubu narciarskiego, ktory ma zaczac wyjazdy na stok zaraz po przerwie swiatecznej.

I to chyba mniej wiecej tyle. Bilans jak zwykle w okolicach marca, wiec na wzrost i wage przyjdzie poczekac.

Po bilansie:

Wzrost: 151 cm (59.5 in) - 80 centyl

Waga: 38.8 kg (85 lbs 8 oz) - 58 centyl

Od takiego rocznego slodziaka

Po mlodego, przystojnego kawalera :D

 

piątek, 8 grudnia 2023

Odliczanie do...

Reka do gory, kto pomyslal "do Swiat"??? :D Oczywiscie to tez poprawna odpowiedz, tyle ze w naszej rodzinie pierwsze grudniowe odliczanie jest do... urodzin Kokusia. ;)

Sobota, 2 grudnia. Wyjatkowo, M. mial wolny dzien, wiec wszyscy pospalismy sporo dluzej. Ja ponownie wywinelam numer sama sobie, gdzie obudzilam sie o 8:30, zeby po chwili zasnac ponownie i zbudzic sie o... 9:27. :D Niemalym zaskoczeniem bylo, kiedy zeszlam na dol, a w salonie... stoi choinka! Malzonek wstal oczywiscie najwczesniej z rodziny i jak to on, zabral sie do roboty. Co dziwne, przytaszczyl z piwnicy pudlo z drzewkiem oraz dwa wielkie pojemniki z dekoracjami oraz bombkami, a zrobil to tak cicho, ze nikogo nie obudzil.

Jaka piekna dziewczyna! :D
 

W kazdym razie, dzieciaki ochoczo zabraly sie za dekorowanie, choc szybko sie poklocili i Nik pomaszerowal na gore obrazony. Kiedy zlosc mu przeszla i zszedl ponownie, zostala mu do powieszenia juz tylko jedna bombka, taka "jego" z odciskiem malej raczki. :)

Bi miala 5.5, a Nik 4 latka kiedy zrobli te bombki. Na szczescie sa plastikowe, wiec sie nie stluka

Pan obrazalski ;)

Potem zazyczyli sobie kolejna, ostatnia juz czesc filmu o slynnym czarodzieju. Malzonek i ja pokrecilismy sie po domu, cos tam porobilismy, ale ostatecznie koncowke obejrzelismy z dzieciakami. Mielismy jeszcze nalesniki z poprzedniego dnia i reszte rosolu, ale jakos nikt nie mial na to ochoty, wiec ostatecznie M. pojechal po sushi. Niestety, ta jazda, polaczona nasza pozna pobudka, oznaczala brak czasu na powieszenie zewnetrznych swiatelek, a taki byl poczatkowy plan na sobote. ;) Po poludniu chcielismy bowiem jeszcze jechac na msze, a wczesniej do spowiedzi. Myslalam poczatkowo o kolejnej sobocie, blizej Swiat, ale w pore przypomnialo mi sie, ze Bi ma miec zawody plywackie po poludniu. Nie chcialo mi sie pchac w tlumy przed samym Bozym Narodzeniem, wiec padlo na te sobote. A ze oboje z M. chcielismy jechac, to i dzieciaki przymusilismy. Nik wlasciwie malo protestowal, za to Bi nie przestawala sie wyklocac, ze ona nie chce. ;) Przy okazji ksiadz palnal mi komplement, bo kiedy weszlismy nikogo nie bylo w kolejce do konfesjonalu i tak stalismy zastanawiajac sie szeptem czy ktos jest w srodku, czy nie, az ksiadz wyszedl zeby zobaczyc czy czekaja jacys wierni. Poszlam wiec pierwsza i okazalo sie, ze trafilam na gadule, bo zaczal mnie zagadywac i tak od pytania do pytania, padlo ile mam dzieci. Mowie wiec, ze tylko dwoje, a on na to, ze jeszcze wszystko przede mna, bo mloda jestem! Zaczelam sie smiac, ze jestem juz po 40stce, wiec dzieci wiecej juz nie bedzie, a on na to, ze bardzo mlodo wygladam. Nie powiem, milo mi sie zrobilo. ;) Kiedy wszyscy zaliczylismy swoja kolej, okazalo sie, ze mielismy na tyle czasu, ze spokojnie wrocilismy do kosciola w naszym miasteczku (do spowiedzi jezdzimy do polskiego, w sasiednim miescie), zahaczajac nawet wczesniej o biblioteke zeby oddac caly stosik ksiazek, plyt oraz gier. Ale po mszy bylo oczywiscie zupelnie ciemno, wiec wieszanie lampek odpadalo... Tego dnia w naszej miejscowosci zorganizowano parade pojazdow przyozdobionych swiatecznie. Niestety, po powrocie z kosciola nie chcialo juz mi sie ruszac z domu, wiec nie pojechalismy. Potem na Fejsie ludzie wrzucali zdjecia oraz filmiki i fajnie to wygladalo, wiec troche zaluje. No coz, moze za rok. ;)

Jeden z calej kawalkady pojazdow
 

Niedziela ponownie zaczela sie od dluzszego spania, choc juz nie az tak dlugiego jak dzien wczesniej. ;) Dla wszystkich poza malzonkiem, ktory jechal do pracy. Bi wstala i na dzien dobry zazyczyla sobie kolejna czesc "Piratow". Nik oczywiscie tez zszedl zeby poogladac jednym okiem. Straszni kinomani sie z nich ostatnio zrobili. ;) Jak to w niedziele, poznym rankiem przyjechal dziadek, ktoremu tego dnia test na korone wyszedl juz negatywny. Mam nadzieje, ze nie trafil mu sie jakis felerny. :D W kazdym razie moj tata jak zwykle posiedzial u nas ze 3 godzinki, a w miedzyczasie do Bi przyjechala kolezanka. Poczatkowo mialy przyjechac dwie, ale jednej cos wypadlo. I cale szczescie, bo obiecalam Kokusiowi, ze napisze do mamy jego kolegi zeby nie czul sie pokrzywdzony. Szykowala nam sie wiec cala chalupa dzieciarni. Na szczescie kiedy jedna z kolezanek Starszej nie dojechala, stwierdzilam ze az tak Nikowi kolega nie jest potrzebny, a on sam tez sie nie dopraszal. W ten sposob Bi byla zajeta, a Mlodszy ogrywal dziadka raz za razem w planszowki. :D Pogoda byla paskudna. Caly dzien padalo, bez chocby krotkiej przerwy. Przez to dostalam calkowitego lenia i wstawilam tylko jedno pranie. Poza tym nie chcialo mi sie absolutnie nic. Stwierdzilam, ze zostane w domu w poniedzialek i nadrobie zaleglosci. ;) Mimo ze zdecydowanie wolalabym normalnie pracowac i zarabiac, to jednak przyznaje ze taka praca kiedy mam na to ochote, jest calkiem przyjemna. ;) Kolezanka Bi byla u nas pierwszy raz, wiec czlowiek zastanawial sie co to za dziecko i jak sie beda ze Starsza zachowywac. Na szczescie panny zaszyly sie u niej w pokoju i na dol zeszly tylko kilka razy zeby... poszukac kota. Ktory to, pomimo deszczu, co chwila darl sie pod drzwiami. Wychodzil, wracal po 10 minutach przemoczony, przeschnal, polezal i znow lecial pod drzwi. Kumpela Starszej ma w domu psiaka, ale kot to dla niej sensacja, wiec pare razy wziely Oreo do pokoju zeby poobserwowac zwierzaka. :) Tata panny okazal sie punktualny, wiec odjechala o rozsadnej porze, co oczywiscie zrobilo na mnie doskonale wrazenie, bo wiecie, ze zwykle mam wrecz odwrotne doswiadczenia z innymi rodzicami. :D Potem to juz zagonic kawalera pod prysznic i zaczac nieuchronne przygotowania na kolejny tydzien. Ktory i tak byl nieco "lagodniejszy", bo w dwa dni dzieciaki mialy skrocone lekcje.

Po dwudniowym, dlugim spaniu, pobudka w poniedzialek nie byla taka straszna. Autobus Bi ponownie dojechal dopiero o 7:25. Na szczescie byly 2 stopnie na plusie i niemal bez wiatru, wiec dalo sie wytrzymac. Kiedy ona odjechala, polecialam obudzic Kokusia, a po zjedzeniu sniadania i wyszykowaniu sie kawalera, poszlam na przystanek ponownie. Jego autobus przyjechal kilka minut pozniej i wrocilam z ulga do chalupy. Tak jak planowalam, zostalam w domu i robilam pranie za praniem, bo postanowilam tez zmienic dzieciakom posciel.

W przerwie od biegania miedzy pralka z suszarka, zabralam siersciucha na spacer. Tak, ulice naszego osiedla sa w oplakanym stanie, a na ich naprawe pewnie jeszcze dlugo poczekamy...
 

Musialam rowniez zadzwonic na infolinie karty kredytowej, bo w ciagu ostatniego tygodnia dwa razy probowalam jej uzyc i dwa razy odrzucilo. Jakies dwa tygodnie temu M. placil za nia telefonicznie, bo byl juz ostatni dzien do zaplaty, a zapomnial wczesniej wyslac czeku. Karta jest jednak moja, wiec za pierwszym razem nie pamietal ani jej dokladnego numeru, ani mojego social security (cos jak nasz PESEL). Dopiero jak zgarnal ode mnie wszystkie informacje, zdolal zaplacic, no ale teraz karta mi nie dzialala. Pomyslalam, ze moze za pierwszym razem ja zablokowali bo komputer wychwycil ze ktos nieupowazniony probuje cos robic na koncie. Tymczasem z tej karty automatycznie pobieraja oplaty za basen dzieciakow, wiec tylko czekac az z druzyny plywackiej beda mnie scigac za niezaplacone czlonkostwo. :O Zadzwonilam wiec, a tam niespodzianka. Karta niby nie zablokowana, ale tymczasowo zawieszona zostala opcja jej uzycia, bo oplate zrobiona przez M... odrzucilo. Nie wiem jak on podal dane naszego konta bankowego. :/ Super. Nie dosc, ze za niezaplacony rachunek dorzucaja ci odsetki oraz kare, to jeszcze ci karte blokuja. No by ich pokrecilo... No nic, dowiedzialam sie o co chodzi, wiec teraz musialam czekac na kolejny rachunek zeby to juz normalnie zaplacic i wtedy blokada powinna automatycznie zejsc. Dodatkowo jakies pomniejsze sprzatanko, mycie zlewu i kuchenki i dzien zlecial niewiadomo kiedy. Pierwsza dojechala oczywiscie Bi i z miejsca zaczela dusic mnie zeby jechac do biblioteki. Panna czyta jedna ksiazke, ma juz w zapasie druga i jeczy, ze chce kolejna, bo ta pierwsza "za chwile" skonczy, a upatrzona ma pierwsza czesc jakiejs popularnej serii. Dodatkowo, w sobote oddala gre komputerowa (bo nie da sie przedluzyc im wypozyczenia) i chciala wypozyczyc ja jeszcze raz. Miala jednak pecha, bo gra byla z glownej biblioteki, zas oddala ja w filii i status w katalogu brzmial jasno: "w tranzycie". Tlumacze pannie, ze lepiej poczekac ten dzien lub dwa i pojechac rownoczesnie po ksiazke oraz gre. Nie, ona chce chociaz te ksiazke, bo potem ktos ja moze wypozyczyc. Mowie, ze nie bede potem specjalnie jechac po gre, ale dalej upiera sie, ze chce jechac po ksiazke. No dobra; na szczescie do biblioteki mamy 5 minut jazdy, tyle ze ostatnio jak czegos szukamy, to nigdy nie mozemy po prostu znalezc. Nie inaczej musialo byc tym razem. Wedlug internetowego katalogu, ksiazka powinna byc na polce. Ale jej nie bylo. Byly kolejne czesci serii, ale pierwszej nie. Przeszukalysmy inne regaly, myslac ze moze zawieruszyla sie pod inna kategoria. W koncu poddalysmy sie i poszlysmy do bibliotekarek. Pani spojrzala w ich katalogu i pyta czy patrzylysmy w sekcji "nowych" ksiazek, bo ta zostala zalogowana ledwie tydzien temu. Mowie, ze to pierwsza z serii, a pozostale sa, wiec nawet nie przyszlo mi do glowy zeby szukac jej w nowych. Ona jednak tlumaczy, ze najprawdopodobniej pierwszy egzemplarz zaginal lub zostal zniszczony i musieli zamowic nowy. Poszla z nami do regalu z nowymi publikacjami, nastepnie starszymi, ale ona rowniez ksiazki nie znalazla. Obok staly dwa wozki z ksiazkami czekajacymi na odlozenie na regal, ale tam rowniez jej nie bylo. Zadzwonila na recepcje zeby sprawdzic czy nie zostala na jakims innym wozku, ktory nie wjechal jeszcze na pietro. Nie zostala. :) I wtedy druga pani wstala od biurka i poszla spojrzec na kolejny wozek, ktory mialy na zapleczu. Bingo! Ksiazka sie znalazla, ale ja zaczynam sie wstydzic tam pokazywac, bo zakazdym razem biedne bibliotekarki za czyms dla nas biegaja. :D Wrocilysmy do domu i na dzien dobry musialam wlepic Kokusiowi kare. "Zgubil" bowiem bluze w szkole. To znaczy, wyszedl bez niej, ale kiedy M. wyslal go spowrotem, nie udalo mu sie jej znalezc. No jak mozna zgubic bluze?! I to taka gruba, z podwojnej warstwy polara oraz podszewka, wiec przypominajaca bardziej kurtke! To nie cos malutkiego, co mozna posiac! Tym razem wkurzylam sie nie na zarty, bo juz w zeszlym roku zostawil w szkole podobna gruba bluze i mimo ze twierdzil, ze szukal w klasach i w kaciku rzeczy zagubionych, nigdy jej nie odnalazl. Na jesieni kupilam mu nowa, wiedzac, ze Potworki maja awersje do kurtek. No i prosze; ta rowniez posial! Dostal szlaban na wszelka elektronike na reszte tygodnia. Jesli znajdzie bluze, szlaban zostanie zdjety, jesli nie, kilka dni bez tableta oraz Nintendo dadza mu czas zeby pomyslec nad wlasnym roztrzepaniem. :/ Dzieciaki odrobily lekcje i po chwili ruszyli z M. na basen. Cieszylam sie, ze nie musze wychodzic, bylo mi bowiem jakos zimno i kiedy wyszli, z rozkosza wskoczylam pod goracy prysznic.

We wtorek troche sie z Bi wycwanilysmy. Bylo lekko na plusie, ale wial lodowaty wiatr, wiec odczuwalna temperatura byla minusowa. Nie mialam ochoty sterczec ponownie 20 minut na zewnatrz czekajac na autobus. Teraz, kiedy krzaki i drzewa nie maja lisci, widze jak na dloni przystanek oraz kawalek drogi poza osiedlem. Autobus na naszym osiedlu robi koleczko, wiec jesli za pierwszym razem ucieknie, Bi ma szanse ponownie go zlapac. Zostalysmy wiec w domu, patrzylysmy przez okno na wszelki wypadek i dopiero o 7:15 wyszlysmy z domu. I dobrze zrobilysmy, bo znow dojechal o 7:25. Tym razem wyslalam maila do firmy przewozowej, spytac czy to juz zmiana na stale, czy nadal autobus bedzie przyjezdzal chaotycznie i bez planu? Tego dnia niestety nie doczekalam sie odpowiedzi. Kiedy Starsza odjechala, polecialam do domu budzic Kokusia. Wstal na szczescie bez problemu i w humorze, bowiem dzien wczesniej, pozbawiony tableta, poszedl spac o 21:10. Przynajmniej sie porzadnie wyspal. ;) Zjadl sniadanie, wyszykowal sie i pomaszerowalismy na autobus. Przynajmniej u niego bez sensacji i odjechal do szkoly o normalnej porze. Wrocilam do chalupy i przed praca poskladalam ostatnie pranie z poprzedniego dnia i wstawilam kolejne - tym razem z nasza posciela. Podjelam rowniez probe dodzwonienia sie kolejny raz do weterynarza. Tym razem odebral ktos z centrali, ale potem musial przelaczyc mnie na linie do zalatwiania recept. Tam oczywiscie nikt juz nie odebral. Zostawilam kolejna wiadomosc i kolejny raz nie doczekalam sie zwrotnego telefonu... Sama juz nie wiem co robic. Moglabym tam pojechac, ale to 20 minut drogi, a moze byc tak, ze bez umowionej wizyty nawet mnie nie wpuszcza. :/ Inna opcja to znalezienie nowego weta, tyle ze przy okazji prob sterylizacji kota, przekonalam sie, ze wiekszosc okolicznych klinik nadal (po covidzie) nie przyjmuje nowych pacjentow. Po trzech latach! :O W kazdym razie, poznym rankiem zjawilam sie w robocie. Posiedzialam pare godzin, cos tam porobilam, po czym wrocilam do domu. Na powitanie dostalam mila wiadomosc, ze panicz odnalazl zagubiona bluze. Cud bozonarodzeniowy normalnie... ;) Ogarnelam naczynia i przygotowalam jak najwiecej wszystkiego na kolejny dzien, po czym trzeba bylo zgarniac Kokusia na kolejny trening koszykowki. Przynajmniej poki co nie protestuje. ;)

Mlodszy w akcji
 

Za to Bi sie nieco rozczarowala, bo ma miec w sobote zawody plywackie i jeszcze dzien wczesniej mowila ze najmniej lubi styl kraulem, a tymczasem trener wyslal liste wyscigow na zawody i panna ma same... kraulem. :D Dwie sztafety i dwa indywidualne o roznych dlugosciach, ale wszystkie tym samym stylem. Podejrzewam, ze po powrocie do druzyny trener nie zdolal sie jej jeszcze dobrze przyjrzec, a zawsze powtarza, ze kraul jest praktycznie niemozliwy do spartaczenia i zostania zdyskwalifikowanym. Dal wiec panne na "najbezpieczniejszy" styl. Spodziewalam sie protestu i marudzenia, ale okazuje sie, ze Bi jakos to przelknela. ;) Pojechalam wiec z synem na koszykowke, a M. z corka na basen. Malzonek mial lenia i liczyl, ze panna sobie odpusci, jak tydzien wczesniej, a tu niespodzianka. ;) We wtorki basen zaczyna sie 15 minut pozniej, wiec mimo, ze z Nikiem mielismy kilkanascie minut jazdy a potem jeszcze zrobilismy rundke po osiedlu zeby popatrzec na swiatelka, to i tak dojechalismy pierwsi, choc wyprzedzilismy ich o raptem kilka minut. ;) A potem to wiadomo, zwykle szykowanie sie na kolejny dzien. 

Sroda to oczywiscie bardzo wazny dla dzieciakow dzien, czyli Mikolajki. Upominki chyba ich jednak nieco rozczarowaly. ;) Poniewaz nie zarabiam, wiec powiedzialam Potworkom, ze w tym roku wszelkie listy maja wreczac tacie. Oni jednak, szczegolnie Nik, zwykle ociagaja sie i trzeba im pierdylion razy przypominac. A ja stwierdzilam, ze umywam rece. Malzonek znalazl gdzies okazje i kupil im po power bank'u do elektroniki, ladowana na energie sloneczna. Wiedzialam, ze to raczej cos, co srednio im przypadnie do gustu, wiec dorzucilam jeszcze sznurki swiatelek swiatecznych na baterie oraz paczke Skittles'ow. Takze tegoroczne Mikolajki skromniutkie. ;)

Prezenty czekaja na "grzeczne" dzieci
 

Bi rano wstala oczywiscie pierwsza i pytala mnie potem co ona ma wlasciwie robic z tym power bank'iem. Dobre pytanie. Mowilam M., zeby pamietal, ze to sa dzieciaki i nie ocenial ich po sobie. Na codzien mamy w domu prad, wiec power banki przydadza im sie najwczesniej na ktoryms kempingu. Niech sie potem M. nie wscieka jak dzieciaki wrzuca je do jakiejs szuflady i gdy przyjdzie pora na kemping, nie beda mogli ich nawet znalezc... Tego ranka ponownie patrolowalysmy z Bi okolice przystanku przez okno, tym bardziej, ze mielismy -2 ze sporym wiatrem, wiec odczuwalna byla kilka stopni nizsza. Wyszlysmy z domu o 7:15, a autobus dojechal o 7:18. Idealnie, bo praktycznie nie czekalysmy, ale to oznacza z kolei, ze w grafiku maja nadal chaos. Odpowiedzi na mojego maila sie oczywiscie nie doczekalam, bo po co. :/ Jesli juz mowa o "odpowiedziach", to niespodziewanie dostalam maila, ze tabletki Mayi zostaly wyslane. To oznacza, ze ktos u weta jednak potwierdzil recepte. No i fajnie, ale mogliby oddzwonic. Chcialabym bowiem zeby pies mial juz te recepte automatycznie przedluzana bez comiesiecznego telefonu. Poki co jednak ciesze sie, ze przynajmniej na miesiac jest zabezpieczona. Kiedy Bi odjechala, polecialam obudzic Kokusia. Na szczescie tego dnia bylo nieco wczesniej, wiec obylo sie bez pospiechu i paniki. Starsza z mikolajkowych upominkow zainteresowala sie bardziej swiatelkami, a power banku nawet nie rozpakowala. Mlodszy dla odmiany otworzyl power bank i natychmiast polozyl na oknie zeby sie ladowal, a swiatelka zostawil w pudelku. Oboje zgodnie pozarli za to garsc cukierkow. :D

Pudelka cukierkow rozkladaly sie w takie smieszne brody :)
 

Poszlismy z Mlodszym na przystanek, autobus wkrotce zabral dzieciaki na akcje - edukacje, a ja wrocilam do chalupy. Nie planowalam tego dnia jechac do roboty, ale i tak nie mialam jak sie zrelaksowac. Akurat w srode musialam bowiem jechac z moim tata do lekarza. Na 10:30, wiec mialam chwile na poranna kawe, ale nie na tyle czasu zeby zaczac robic cos konkretnego. U lekarza niespodziewanie wszystko zajelo az godzine czasu, mimo ze byla to taka wizyta orientacyjna przed operacja. Ale najpierw przeswietlenia, gdzie do maszyn rentgenowskich kolejka, a potem kolejne kilkanascie minut w gabinecie, czekajac na lekarza. I tak zeszlo... Przekonalam sie, ze dobrze, ze pojechalam z tata, bo chlop nie tyle nie rozumie co do niego mowia, tylko czasem zwyczajnie nie slucha uwaznie i wlacza mu sie myslenie "tunelowe". Np., z trzech miejsc gdzie moga przeprowadzic operacje, wybral to najblizej domu. Okey, logiczne. Kiedy jednak podeszlismy do recepcji zeby ustalic juz konkretny termin, babka poinformowala, ze musi sie upewnic, ale w tej wybranej przez niego klinice najprawdopodobniej nie akceptuja jego ubezpieczenia. On od razu pokazuje na kolejne miejsce, w pobliskim wiekszym miescie. Kobieta spokojnie tlumaczy, ze nie ma sprawy, tylko ze w tamtym miejscu to juz jest szpital, nie klinika i zostawia go na noc. Pokazuje trzecie miejsce i mowi ze to rowniez jest klinika wypuszczajaca pacjentow tego samego dnia. Tata od razu, ze nie, ze to za daleko, co nawet nie jest prawda, bo dojazd zajmuje raptem kilka minut dluzej. Babka potwierdza wiec, ze tata chce dowiedziec sie o te pierwsze miejsce i jesli tam sie nie da, to umowic sie do drugiego, a trzeciego w ogole nie bierze pod uwage? Rodziciel potwierdza. Tu wtracam sie ja, czy sluchal uwaznie, bo w tym drugim miejscu bedzie musial zostac na noc, a w trzecim nie. Aaaa, no to nie, to on jednak woli trzecie! :O Trzymajcie mnie! Gdyby mnie tam nie bylo, umowiliby go do tego drugiego, a potem byloby zdziwienie w dzien zabiegu, ze nie wypusza go do domu! :O W kazdym razie, umowilismy sie, ze kobieta sprawdzi pierwsze miejsce i oddzwoni do mnie. :D Wyszlismy od lekarza i zaproponowalam tacie zeby wpadl na kawe skoro i tak przyjechal juz do mojej miejscowosci. Pojechalam wiec do domu, a tata za mna. Posiedzielismy, pogadalismy, a kiedy pojechal zgadalam sie z siostra na Skypa. Dawno nie rozmawialysmy, wiec trzeba bylo nadrobic nowinki. :) Moja jedna siostrzenica jest juz w VIII klasie i przygotowuje sie do egzaminow licealnych. Kurcze, ale te dzieci sie starzeja. ;) Druga siostrzenica chodzi do prywatnej szkoly i nosi mundurek. Okazuje sie, ze roztrzepanie mamy rodzinne, bo zaraz na poczatku roku zgubila sweter od mundurka. Moga sobie podac reke z Kokusiem. Siostra za to zirytowana, bo te ciuchy od mudrurka kosztuja dwa razy tyle co zwykle, a panna sobie zostawia gdzies sweterek. :D Siostrzeniec chodzi do przedszkola i dobrze sie tam odnajduje. Niestety nie zobaczylam malego lobuziaka, bo juz lezal w lozku. Dziewczyny za to przylazly do pracowni matki zwabione glosami. ;) Bo tak, moja siostra pomalu rozkreca sie z dzialalnoscia, sprzedaje te swoje smoki na Etsy i zrobili ze szwagrem dobudowke do domu, zeby miala miejsce na rozlozenie sie z maszyna do szycia i wszystkimi akcesoriami. W miedzyczasie wrocila do domu Bi, a potem chlopaki, wiec czas bylo konczyc. Zjedlismy obiad, dzieciaki odrabialy lekcje, potem mieli chwile oddechu i czas byl dla nich zbierac sie na basen. Oni pojechali, a ja mialam chwile ciszy na ogarniecie tego i owego. Tego dnia proszyl przelotnie snieg, praktycznie od rana do nocy. Oreo oczywiscie miala niskie temperatury w powazaniu, za to wieczorem, na tarasie gonila platki sniegu, ktore widac bylo w swietle lampy. Probowalam ja nagrac, ale oczywiscie kiedy tylko wyciagalam w jej strone telefon, natychmiast stawala spokojnie jak gdyby nigdy nic. ;) Rodzina wrocila z basenu i wlasciwie zostala tylko kolacja i do spania.

W czwartek rano bylo jeszcze zimniej niz poprzedniego dnia, wiec nie ma glupich i znow zostalysmy z Bi w domu do 7:15, zerkajac tylko przez okno. Tym razem autobus przyjechal o 7:20, wiec do przezycia. Wrocilam do domu, gdzie okazalo sie, ze Nik juz nie spi, ale oczywiscie nie przyszlo mu do glowy, ze moglby zejsc na dol i zrobic sobie sniadanie... :/ Kawaler sie wyszykowal, odstawilam go na autobus, po czym jak zwykle wrocilam do chalupy na szybka kawke i jakies tam ogarnianie. Tym razem padlo m.in. na wywalenie kocich resztek przemiany materii. Mamy fajny smietniczek, w ktorym wszystko jest szczelnie zamkniete i kompletnie z niego nie smierdzi. Przy jednym kocie zapelnia sie w okolo 3-4 tygodnie, wiec niezbyt czesto. Czasem jednak trzeba go oprozniac. ;) Nie jest to szczegolnie trudne ani uciazliwe i jedyne co, to obrzydzenie bierze na mysl, co sie wyciaga. :D Ktos to jednak musi zrobic, a najwazniejsze, ze nie czuc przykrych zapachow, bo przez pierwsze kilka miesiecy wyrzucalismy kocie... "sprawy" do zwyklego smietnika i codziennie musialam wyrzucac worek, bo przy kazdym podniesieniu klapki, zbieralo na wymioty od smrodku. Po odhaczeniu co tam bylo do zrobienia, pojechalam do pracy. Tego dnia naprawde zastanawialam sie po co, bo nie tylko nie bylo nikogo od nas, ale caly budynek byl jakis opustoszaly. Dlugo tam jednak nie zabawilam, bo dzieciaki konczyly lekcje wczesniej. Bi wracala autobusem, ale Kokusia musialam odebrac. Juz o 13 wyruszylam wiec do szkoly. Zimno jak pieron, wieje lodowaty wicher, a oni czekaja z wypuszczeniem dzieciakow niewiadomo na co. Lekcje konczyly sie o 13:15, po kilku minutach dzieciarnia zebrala sie pod drzwiami, a otworzyli je chyba dopiero dziesiec minut pozniej... Na szczescie Nik pojawil sie w miare szybko i tym razem nie zapomnial ani bluzy, ani skrzypiec, ani wlasnej lepetyny. :D Po drodze do domu zajechalismy jeszcze do biblioteki, bo Bi koniecznie chciala wypozyczyc na weekend jedna z gier na Nintendo, ktora miala wczesniej wypozyczona, ale musiala oddac. Katalog pokazalywal, ze gra w koncu wrocila na polke, wiec stwierdzilam ze po nia zajade, a przy okazji Nik popatrzy jakie maja gry bo sam wie lepiej co moze go zainteresowac. Jak to z moim ostatnim szczesciem bywa, Mlodszy szybko wyszukal sobie jakies gierki, za to tej Bi... nie ma. Oczywiscie mogla zostac wypozyczona, ale sprawdzam jeszcze raz katalog i ten nadal pokazuje, ze powinna byc na polce. Ech... Az mi juz glupio chodzic do tych pan (choc w sumie po to sa). Pytam, sprawdzaja katalog, po czym jedna rusza do polki, choc moglaby uwierzyc mi na slowo, skoro mowie, ze jej tam nie ma. :D Tym razem na szczescie zguba odnalazla sie dosc szybko, bo zadzwonila do recepcji i okazalo sie, ze plyta lezy na wozku. Czyli ktos wbil ja do systemu jako oddana, ale jeszcze nikt nie odlozyl jej na odpowiednia polke. Najlepsze, ze sprawdzalam i plyta zostala zalogowana do systemu trzy dni wczesniej i nadal nie odnalazla drogi na miejsce. :D

Ja czekam na pania rejestrujaca wypozyczane rzeczy, a Nik w glebi wrzuca pieniazka do "skarbonki" (nie pamietam na co oni je zbieraja). Wlot ma forme lejka i wypuszczone ze specjalnego dinksa monety bardzo stopniowo zjezdzaja po okregu w dol. Czasami dzieciakom udaje sie zlapac je przed sama dziurka i spuszczaja je ponownie ;)
 

Wrocilismy do domu i wiekszosc popoludnia uplynela jak zwykle. Obiad, lekcje, jakis relaksik, po czym M. z dzieciakami na basen, a ja stwierdzilam, ze wskocze pod prysznic. Zdazylam jednak tylko wejsc na gore, kiedy dzwoni malzonek i pyta czy nie dostalam jakiegos maila ze basen jest zamkniety. Na drzwiach bowiem wisi kartka, ze maja problem z jakoscia wody, nikogo tam nie ma, a dzieci z druzyny kraza zdezorientowane. Nie wiem co sie stalo, ale tym razem nic nie dostalam, zreszta jak widac nie ja jedna. Poza tym, zastanawiam sie po co M. do mnie wydzwania zamiast po prostu wrocic do domu i powiedziec mi, ze basen byl zamkniety? Bez sensu... Aha. Tego dnia, trzeci raz w tym sezonie, mielismy przelotne opady sniegu. Szkoda, ze temperatury w dzien byly plusowe, wiec wszystko topilo sie przy kontakcie z gruntem.

Nie wiem czy bedzie to dobrze widac na zdjeciu, ale na tle ciemnego domu sasiadow, mozna zobaczyc biale platki

Piatek czyli dzien swistaka. Czekanie z Bi w oknie, po czym wyjscie na autobus, ktory tym razem dotarl o 7:21, czyli miesci sie w "normie". ;) Budzenie Kokusia i zabranie jego na autobus. Dzieciaki mogly tego dnia przyniesc symbolicznego dolara (lub wiecej oczywiscie) na szpital dzieciecy w naszym Stanie i przyjsc do szkoly w pizamach. To taki przejaw solidarnosci z dziecmi, ktore leza w szpitalu, a wiec spedzaja w pizamkach cale dnie. Jeszcze rok temu jakos wylecialo mi to z glowy i Nik potem byl bardzo rozczarowany, ze poszedl do szkoly w zwyklych ciuchach. W tym roku zadne z Potworkow nie chcialo juz zakladac pizamy. ;) Tego dnia musialam zrobic zakupy spozywcze, wiec wyruszylam na nie z samego ranka, bo pozniej chcialam ogarnac pare rzeczy przed przyjazdem dzieciakow. Te zas znow mialy skrocone lekcje. Po zakupach wrocilam, rozpakowalam torby, kilkanascie minut dychnelam, po czym chwycilam za odkurzacz, a potem mopa, wyszorowalam dolna lazienke, itd. W niedziele maja bowiem wpasc chrzestny i dziadek na urodziny Kokusia, wiec trzeba ogarnac chociaz dolne pietro, gdzie beda sie krecic goscie. Zdazylam odkurzyc i zaczelam myc podlogi kiedy zjawila sie Bi, ktora konczyla juz o 12:30. Na szczescie zanim dojechaly chlopaki, skonczylam. Panowie pojawili sie wkrotce potem i popoludnie minelo juz spokojniej. Odsapnelam po sprzataniu, po czym zabralam sie za biszkopt do tortu. Troche mnie przerazil bo ladnie wyrosl, ale po wyjeciu oklapl, ale na szczescie wczesniej zrobila mu sie kopulka, a teraz zrobil sie idealnie plaski, wiec nie bedzie potrzeby zeby go odcinac i rownac. :) I to w sumie na tyle z piatkowych "sensacji". ;)

Zostaly mu dwa dni do urodzin, a zapytany ile ma lat, Nik twardo odpowiada, ze 10. :D

piątek, 1 grudnia 2023

Koncowka dlugiego weekendu, koncowka listopada

Sobota, 25 listopada, dla mnie oraz Potworkow ponownie zaczela sie pozno. Malzonka wywialo do pracy, ale my sie wyspalismy i powylegiwalismy w lozku do oporu. Poczatkowo dzien mial wygladac nieco inaczej i dla dzieciakow byc bardziej towarzyskim. Niestety, od Indyka Bi smarkala i choc wydawalo sie, ze nie dzieje sie nic powazniejszego, to jednak narzekala na zatkany nos, ktory miala tez obtarty i wygladala niczym Rudolf, czyli na czasie. ;) Mialo do Potworkow przyjechac znajome rodzenstwo, a mnie teraz dopadl dylemat, bo wiedzialam, ze bardzo na to czekaja, a jednoczesnie czulam sie zobowiazana do poinformowania rodzica, ze kraza u nas wirusy. Nie chcialam tez czekac z tym do ostatniej chwili, wiec napisalam juz w piatek, ze Bi jest przeziebiona i choc nie wyglada to na nic powazniejszego, to lojalnie ostrzegam. Tak jak przewidzialam, mama odpisala, ze w takim razie lepiej przelozmy zabawe, bo nie chce zeby jej dzieciaki sie zarazily. Starsza byla bardzo rozczarowana, bo to ta kolezanka, ktora odeszla z zespolu pilkarskiego jeszcze przed sezonem i dziewczyny nie widzialy sie od konca sierpnia. Coz, sila wyzsza. Kiedy w koncu zwleklismy sie z lozek, Potworki polecialy do kotow sasiadow, zeby je nakarmic i uchylic im drzwi. Potem "zazadali" kolejnej czesci Pottera. Jeszcze tylko jedna i skoncza cala serie, uff... Mam nadzieje, ze nie zaczna ogladac calej od nowa. :D Oni ogladali, a ja skladalam pranie, wstawialam kolejne, ogarnialam kuchnie i zmywarke, itd. Malzonek po pracy pojechal do Polakowa i wrocil akurat na koncowke filmu, wiec idealnie. Zjedlismy obiad i przyszla kolej na matke zeby obejrzec sobie cos ciekawego, czyli skoki narciarskie. Niestety, chyba wiekszosc wie jak "poszlo" naszej kadrze, wiec odpuscilam sobie druga serie, bo co mam sie zalamywac. :D Obiecalam zreszta Bi, ze zabiore ja do biblioteki, bo pozera ksiazki w rekordowym tempie. I tak byla zawiedziona, bo biblioteke zamkneli na czwartek i piatek, z okazji Thanksgiving. Pojechalysmy wiec i wyszlysmy z zapasem ksiazek, filmem oraz... grami komputerowymi. To byla dla mnie spora niespodzianka, ze mozna wypozyczyc gry, ale w sumie fajnie, bo tanie to-to nie jest, a tak mozna przekonac sie, czy cos sie lubi bez wydawania kasy. Bi znalazla sobie jakas gre ktorej podobno zawsze byla ciekawa, z ja szukalam cos dla Kokusia i nie mogac sie zdecydowac, wzielam trzy. :D Pozniej okazalo sie, ze to niedobrze, bo gry mozna wypozyczac tylko na tydzien i nie wolno przedluzyc. Nie wiedzialam czy Nik da rade w ogole dobrze pograc we wszystkie trzy, bo przeciez od poniedzialku zaczynala sie szkola, a wraz z nia ograniczony czas na elektronice... Kiedy wrocilysmy do domu, mialysmy raptem godzine, po czym jechalismy na msze, bo M. znow pracowal w niedziele. Po calym piatku oraz wiekszosci soboty w pizamie, Nik w koncu zalozyl normalne ciuchy. :D Chlopak strasznie lubi takie leniwe dni, kiedy przewala sie tylko miedzy lozkiem w swoim pokoju, a kanapa w salonie. Malzonek, ktory nie wyobraza sobie tak przechodzic w tym, w czym spi, nieraz sie zzyma, ale ja sie tylko smieje. Sama, choc z wiekiem z tego wyroslam i teraz rano nie moge sie doczekac zeby sie odswiezyc i przebrac, pamietam takie leniwe dni w pizamach z dziecinstwa. Dla mnie byly to naprawde jedne z najfajniejszych dni, kiedy nic czlowieka nie gonilo, w pelni wiec rozumiem syna. :) Wrocilismy z kosciola, dzieciaki pobiegly znow nakarmic kotki sasiadow i zamknac je juz na noc (na szczescie szedl mroz, wiec obie byly w domu), M. przytaszczyl troche drewna i reszta wieczora minela na grzaniu dupki przy kominku. Szczegolnie malzonek, ktoremu wlazlo cos w plecy, wiec teraz z blogoscia wygrzewal je przy ogniu. ;)

Bi czyta, choc jak widac, swiatlo z ognia nie wystarczy, zas Nik przed samym kominkiem jeszcze przykrywa sie kocem :)

Kotel kiedys lubil spac przy samym ogniu, teraz patrzy chwile zafascynowana, ale odchodzi

Niedzielny poranek to powtorka z rozrywki z soboty. Malzonek w pracy, a ja z Potworkami pospalam do oporu. Kiedy wstalam, okazalo sie, ze Nik nadal spi, ale obudzil sie doslownie kilka minut pozniej. Nie chcialo mu sie jednak od razu wstawac, wiec do kotek sasiadow poleciala sama Bi. Pozniej oczywiscie chcieli zeby im wlaczyc ostatnia czesc Pottera. Niestety, plyta byla w kiepskim stanie i po niecalej godzinie filmu tak zaczela przerywac, ze nie dalo sie tego ogladac. Probowalam przeskakiwac do kolejnych scen, ale nie mialo zamiaru ruszyc, a Bi w koncu stwierdzila, ze i tak nie chce ogladac samej koncowki. Zaczeli wiec prosic o kolejna czesc Piratow. Wlaczylam, ale zaznaczajac, ze niedlugo przyjedzie dziadek, a wtedy dajemy pauze, bo zaczynaja ogladac pozno, wiec nie chce potem spedzic dwoch godzin z ogluszajacym filmem w tle, gdzie nie da sie nawet pogadac. Niedlugo potem wrocil z roboty M., a zaraz po nim dojechal moj tata. Tak jak ostrzeglam, kiedy wyslalam tacie bezrobocie, wylaczylam dzieciakom film, a zapodalam za to... skoki narciarskie. ;) Co prawda znow nie bylo w sumie komu kibicowac, ale obejrzelismy, tata pojadl ciasta, wypil trzy kawy i pojechal. Dzieciaki dokonczyly film, na ktory i my z M. zerkalismy jednym okiem. Reszta popoludnia minela na ogarnianiu codziennych obowiazkow domowych, az nadszedl wieczor i dotarlo do mnie, ze trzeba sie szykowac na kolejny tydzien pracy - niepracy oraz szkoly. Z wielka niechecia, ale przytaszczylam sniadaniowki oraz plecaki, wyciagnelam z szafy bidony, podlaczylam komputery do ladowania... Na koniec znow zasiedlismy przy ogniu, bo nadal mielismy naniesionego drewna, a po poludniu zaczelo padac, wiec akurat taki nastroj do grzania sie przy kominku. :) No a wieczorem, przy kapieli Nika, znow z sufitu w kuchni zaczela kapac woda... Kurcze, chcielismy z remontem poczekac do lata, bo latem wiadomo, ze przyjemniej sie robi wszelkie prace. Sufit moze jednak nie wytrzymac, bo skoro kapie az do kuchni (pojedyncze krople, ale zawsze) to strach sie bac jak to wyglada pod spodem. :(

Poniedzialek zaczal sie wczesniej niz bym chciala, niestety. :) Na szczescie autobus Bi przyjechal dosc szybko, wiec bez biegu wrocilam do chalupy i po chwili budzilam Kokusia. Panicz wypoczety po czterech dniach spania do oporu, wiec mimo ze pobudka byla wczesna, to wstal w niezlym humorze. Jego autobus rowniez przyjechal normalnie, uff... Jakies szalone opoznienia pierwszego dnia po przerwie to bylby cios ponizej pasa. ;) Wrocilam do domu i zaczelam ogarniac chalupe, jak zwykle. Bi zostawala po szkole na fitnessie, wiec musialam ja odebrac po robocie, a ze w pracy nadal bez zmian, wiec planowalam dojechac tam dopiero w poludnie. To dalo mi caly ranek na wstawienie prania, potem przelozenia go do suszarki, rozladowania zmywarki, po czym ponownego jej zaladowania. Kurde, czy u Was tez brudne ubrania oraz naczynia mnoza sie przez paczkowanie? :D Korzystajac z pieknej pogody zabralam tez Maye na spacer. Mielismy 10 stopni i slonce. Tylko nadal mokre chodniki wskazywaly, ze wiekszosc nocy lalo. Trzeba bylo korzystac, bo kolejne dwa dni mialy byc najzimniejszymi od jakiegos czasu.

Jak widac (choc chyba slabo), ogrody na naszym osiedlu sa juz swiatecznie udekorowane. To oklapniete na trawie nieco po lewej, to dmuchany Mikolaj :D
 

Po powrocie spokojna kawusia, skladanie prania, pare dodatkowych drobnych, domowych czynnosci i wyruszylam do roboty. Tam, o dziwo, wpadlam na kolezanke - Chinke, ktora czekala na jakas przesylke do laboratorium. Przynajmnie mialam z kim pogadac i nie czulam sie zupelnie osamotniona. :) Po pracy pojechalam po Bi, ktora jak zwykle zaciagnela mnie do biblioteki. O dziwo sprawnie znalazlysmy to, czego panna szukala, a nawet wiecej. Okazalo sie bowiem, ze do wypozyczenia sa tez czytniki Kindle i Bi koniecznie chciala zapytac jak to dziala. Pani przyniosla i pokazala, po czym spytala czy chcemy wziac. Najpierw podziekowalysmy i odpowiedzialysmy, ze pytalysmy z czystej ciekawosci, ale pani przekonywala, ze skoro juz mamy to w rekach, to rownie dobrze mozemy wypozyczyc. No to wzielysmy. :) W domu Bi od razu wbila haslo wifi i zaczela przegladanie. Okazalo sie, ze samemu nie mozna nic zaladowac, ale biblioteka miala na czytniku juz kilkadziesiat ksiazek i Starsza szybko znalazla sobie kilka, ktore chciala przeczytac. W ten sposob panna ma dwie ksiazki, ktore czyta jednoczesnie, na zmiane, kolejna czekajaca juz na nia i teraz czytnik z nastepnymi. Kindle wypozycza sie jednak na 2 tygodnie, wiec bedzie musiala jakos strategicznie to zorganizowac. :D Po powrocie obiad, potem lekcje, troche relaksu i pora byla zgarnac mlodziez na basen. Na szczescie to stalo sie jakos dzialka M., wiec oni pojechali, a ja zystkalam godzinke ciszy bez zawracania gitary. :) A kiedy wrocili, to wiadomo, byla juz niemal pora spania.

Wtorek przywital nas mrozem. Naprawde nienawidze takich skokow temperatury, gdzie jednego dnia mamy +10, a kolejnego ranka -3. Poniewaz bylo pieronsko zimno, wiec autobus Bi sie oczywiscie spoznil, bo dlaczego by nie. A niech dzieciaki sobie pomarzna na przystankach. :/ Kiedy zrobilia sie 7:21, a po autobusie ani widu, ani slychu, zadzwonilam do przewoznika i dowiedzialam sie, ze powinien przyjechac za niecala minute. I faktycznie, przyjechal. Tyle, ze przy czasie potrzebnym na wykrecenie numeru, sprawdzenie, itd., zrobila sie juz 7:24, wiec popedzilam do chalupy budzic Kokusia. Jego autobus na szczescie przyjechal normalnie, wiec chociaz tu nie musialam sterczec na zimnie. Po odjezdzie dzieciakow wrocilam do chalupy z ulga, ze nie musze sie juz nigdzie ruszac. Tego dnia nie planowalam bowiem jechac do roboty. W dzien zerwal sie porywisty wicher, wiec choc temperatura podniosla sie do +2, to odczuwalna wynosila... -4. Brrr... Kot oczywiscie uparcie wychodzil, tylko po to, zeby za chwile wracac, pewnie zeby sie zagrzac. Maya glupia nie jest, wiec caly dzien grzala dupke przy kaloryferze. ;) Zeby nie marnowac dnia w domu, poodkurzalam i umylam podlogi w sypialniach oraz na schodach, odkrywajac przy okazji w kacie... kocie rzygi! Pelne czarnych klakow. No fuj! Nie dosc, ze pies ze slabym zoladkiem i co chwila ma jakies "rewolucje", to jeszcze teraz kociak puszczajacy pawie! :( Tak czy owak, po podlogach zajelam sie naczyniami oraz zmywarka, a potem skladaniem prania. Na koniec, poniewac obiad mielismy z dnia wczesniejszego, upieklam chlebek bananowy. Ostatnio przysiegalam, ze juz nie tkne tego przepisu, ale cztery banany byly juz w takim stanie, ze kolejny dzien, dwa i nadawalyby sie tylko do wyrzucenia, wiec stwierdzilam, ze zaryzykuje. I nie wiem jaka magia zadzialala, bo obylo sie bez zakalca. :O Pierwsza do domu wrocila Bi, a niedlugo potem chlopaki. Po obiedzie Potworki musialy sie zabrac za lekcje, bo tym razem i Nik mial zadane. Kawaler tego dnia mial pierwszy trening koszykowki, wiec oczywiscie nie jechal na plywanie. Malzonek byl gotowy jechac z sama Bi, ale panna marudzila, ze ma duzo zadane i chce sie spokojnie skupic na nauce. Hmmm... wedlug mnie jej sie zwyczajnie nie chcialo, ale ok. ;) Poniewaz koszykowka odbywa sie na szkolnej sali gimnastycznej, a nie silowni, wiec tym razem mi przypadl w udziale zaszczyt zabrania syna. Nie przeszkadzalo mi to zreszta, bo tak jestem nauczona wiecznie gdzies dzieciaki wozic, ze az mi ostatnio dziwnie bylo, kiedy ostatnio jezdzili ciagle na basen z M. :)

Mlodszy celuje do kosza
 

Trening byl w szkole Kokusia, ktora na szczescie jest spora i na glownym pietrze ma wielki korytarz, ktorym moglam maszerowac w jedna i druga strone. Co prawda pogasili juz czesc swiatel, wiec bylo nieco ciemnawo, ale dalo sie pochodzic. Odbijalam tez w boczne korytarze, z klasami, tam jednak akurat sprzatali, wiec zbytnio "pozwiedzac" nie moglam, bo nie chcialam sie woznym platac pod nogami. Kokusiowi trening sie podobal, choc bez szalu. Kolejny raz ma pecha i trafil do zespolu bez zadnego lepszego kolegi. Podobnie jak w rekreacyjnej pilce, tutaj tez lacza dwa roczniki (a wlasciwie klasy - V i VI), wiec z klas V nie znal zadnego z chlopcow, zas z VI bylo poza nim jeszcze trzech, ktorych zna, ale niezbyt lubi. Super. ;) Po treningu, zanim wrocilismy do domu, zrobilismy sobie jeszcze objazd po naszym osiedlu, zeby zobaczyc czy ludzie powiesili juz swiatelka. O dziwo, sporo domow bylo oswietlonych, choc jeszcze nie wszystkie, ktore pamietamy z poprzednich lat. Szkoda, ze wszystkie te treningi sa tak pozno, bo po powrocie zostalo juz oczywiscie tylko czasu na kolacje i szykowanie sie do lozek...

Srodowy ranek i kolejne opoznienie autobusu Bi. :( Zaczynam zauwazac trend, ze jak jest cieplo, to przyjezdza wczesniej, a jak lodowato i czlowiek modli sie, zeby przyjechal jak najszybciej, to dociera ze sporym opoznieniem... :/ Tego dnia rano mielismy -3 stopnie, z temperatura odczuwalna wynoszaca -6. Cudna pogoda na stanie na zewnatrz. Obydwoje dzieci odjezdzajacych z tego samego przystanku, siedzialo w samochodach, bo podwiezli je rodzice. My jednak mieszkamy dwa domy od niego, wiec glupio tak troche podjezdzac te 150 m. :D O 7:22 zadzwonilam do firmy przewozowej, gdzie poinformowano mnie, ze autobus powinien dojechac za 3 minuty. Napisalam do Bi oraz do taty jej kolezanki (na wypadek gdyby jeszcze nie dzwonil), a ten odpisal mi, ze jemu powiedzieli jeszcze 5 minut. Pieknie. :O Na szczescie chyba dzwonil nieco wczesniej, bo autobus faktycznie podjechal o 7:25. Popedzilam do chalupy, gdzie na szczescie Nik wlasnie sam siadal na lozku. Mimo nieco skroconego czasu, wyszykowal sie sprawnie i poszlismy na przystanek. Jego autobus na szczescie przyjechal normalnie, bo jakbym miala tam stac kolejne 20 minut to chyba bym wyszla z siebie i stanela obok. ;) Wrocilam do chalupy zagrzac sie, pokrecic po domu i spedzic czas ze zwierzakami. Oreo wyszla rano dwa razy jak jeszcze Potworki byly w domu, ale chyba stwierdzila, ze starczy marzniecia i reszte poranka spedzila na swojej wiezy. W koncu czas i na mnie byl wyruszyc z domu, choc poza niska temperatura znow zerwal sie wiatr, wiec wolalabym zaszyc sie w ciepelku. :) Pojechalam do pracy i okazalo sie to dobrym zrzadzeniem losu, bo dzien wczesniej dostalam sms'a, ze w czwartek lub piatek maja przyjsc trzy odczynniki i jesli bede w pacy, to czy moglabym je schowac do lodowki. Okazalo sie, ze dwa z trzech przyszly juz w srode. Co prawda na dokumencie bylo napisane zeby je przechowywac w temp. pokojowej, ale skoro facet mi wczesniej napisal zeby wsadzic je do lodowki, no to wsadzilam. Do szefa przyszly tez jakies urzedowe listy, wiec wyslalam mu maila, zeby go powiadomic. Obowiazek spelniony. :) I tak, siedzac przy biurku, uswiadomilam sobie, ze stroj kapielowy Bi mial byc gotowy do odebrania w niedziele (a "moze nawet w sobote" - wedlug slow tamtego goscia), tymczasem mielismy srode i nie dostalam zadnego powiadomienia. Na szczescie zawody maja byc dopiero w nastepny weekend, no ale obiecanki cacanki, a glupiemu radosc... :/ Teraz czeka mnie telefon, bo nie bede tam jezdzic jak glupia jesli nie mam pewnosci, ze go zrobili. Podobnie jak do weta po tabletki Mayi, bo nadal nie mam automatycznie przedluzanej recepty, tylko co miesiac musze dzwonic. Cholery mozna dostac. :( Wrocilam do chalupy, obiad, zagonic Nika do odrabiania lekcji (Bi siadla sama, bez przypominania), chwila na kanapie z malzonkiem, a potem reszta pojechala na trening. Ja w tym czasie przygotowalam wszystko na kolejny dzien i usiadlam na spokojnie z kawka. Dzieciaki wrocily wymordowane, jak zawsze kiedy trening prowadzil glowny trener. ;) A potem juz wiadomo: kolacja i do lozek.

Kierowca autobusu Bi uparl sie najwyrazniej zeby mnie doprowadzic do totalnej wscieklizny. Ponownie przyjechal o 7:25. Na szczescie, mimo ze bylo -2, to praktycznie bezwietrznie, wiec dalo sie wytrzymac. Pobieglam do domu, gdzie panicz juz nie spal, ale siedzial w lozku na tablecie, zamiast zejsc na dol i zrobic sobie sniadanie. :/ Kiedy wyszlismy pozniej z Kokusiem na przystanek, bylo niby cieplej, bo -1, ale za to zerwal sie wiatr, wiec temperatura odczuwalna wynosila -4. Na szczescie jego autobus zazwyyyczaj (bo czasem zmienia sie kierowca i sa jaja) przyjezdza bardzo szybko. Tego dnia nie planowalam jechac do pracy, wiec wrocilam z ulga do chalupy i zaczelam ogarniac co tam bylo do zrobienia. A w domu, wiadomo, zawsze jest sporo. Poza tym zadzwonil moj tata bo chcial zebym pomogla mu wypelnic ankiete do lekarza. Tlumaczylam mu pytania, nieraz zgrzytajac zebami, a innym razem sie zasmiewajac. Tata bowiem mial miec operacje kolana, tymczasem cos sie nie dogadal i gdzie myslal, ze za tydzien bedzie mial zabieg, okazalo sie, ze bedzie mial dopiero wywiad z lekarzem. Ktory juz mial, tylko z innym. :O Tym razem jade z nim zeby samej zorientowac sie w sprawie, bo gdzies ktos tu nawalil i nie wiem czy zadzialala bariera jezykowa, czy maja taki burdel. Poki co jednak wypelnialismy ankiete, a tam pytania zeby w skali 1-10 okreslic natezenie bolu w ciago 24 h, 7 dni, itd. Czy czuje sie zalamany, czy bol utrudnia mu... zycie towarzyskie? :D Noooo, niektore pytania zupelnie nie dotyczyly taty, bo jego to kolano baaardzo boli, ale przy okreslonych czynnosciach, np. ledwie jest w stanie wejsc po schodach. Bardzo ciezko mu wstac z pozycji siedzacej, ale jak juz wstanie i przejdzie dwa kroki, to jest ok. W kazdym razie ankiete wypelnilismy, a potem chwile pogadalismy, przy czym rodziciel poinformowal mnie, ze ma... covid'a! :O Ponoc u niego w pracy kolejne dwie osoby tez maja i niewiadomo kto sie od kogo pozarazal. Najlepiej, ze tata byl u nas w zeszly czwartek oraz w niedziele. My ostatnio cos tam niedomagalismy i przez dlugi weekend Bi tez wlasnie raz smarkala, raz narzekala na bol glowy czy gardla... Nie wiadomo wiec czy my tez koronaswirusa nie mielismy i dziadka nie zarazilismy. Albo odwrotnie, tata zarazil sie w pracy i juz rozsiewal zarazki w niedziele i za pare dni ktoregos z nas rozlozy... :O Dzien spedzilam wiec krecac sie po chalupie, chociaz zabralam tez Maye na spacer. A niech ma cos z zycia. ;)

Moja piesa bardzo nie lubi zdjec i widzac telefon wycelowany w jej strone, natychmiast sie odwraca, jakby mial ja ugryzc :D
 

Troche zmylila mnie pogoda, bo tego dnia mialo nadejsc ocieplenie (choc i tak jakiejs srogiej zimy nie mamy) i telefon pokazywal, ze jest 8 stopni. Termometr jednak wyswietlal 5 i raczej mial racje, plys wiatr i pomimo slonca bylo raczej nieprzyjemnie. Ale koleczko zrobilysmy, co wyszlo na zdrowie zapewne i psu i mnie. ;) Zadzwonilam tez do sklepu sportowego spytac o stroj Bi. Pan potwierdzil, ze jest juz gotowy do odebrania. To super, tylko dlaczego nikt mnie nie powiadomil, skoro przy zakupie specjalnie potwierdzali numer telefonu? :/ Mniej szczescia mialam u weterynarza. Psu koncza sie tabletki, a tymczasem ta klinika nadal, od czasu covid'a, dziala na pol gwizdka i praktycznie nigdy nikt nie odbiera tam telefonu. Zazwyczaj jednak szybko oddzwaniaja. Tym razem zostawilam wiadomosc i nikt nie oddzwonil, ech... O 15 dojechala do domu Bi i cieszylam sie, ze moge jej od razu podac obiad. Zwykle bowiem musi czekac az M. dojedzie z Kokusiem, ale to okolo 45 minut pozniej. Pierwsza czesc popoludnia uplynela rodzinnie, choc Nik namowil M. na partyjke szachow, po czym obrazil sie i poplakal kiedy przegral. :D Bi oraz ja wybralysmy znacznie mniej wymagajaca gre w statki. Tutaj zostalam ograna przez corke, choc poczatkowo wygrywalam. ;) Potem malzonek zgarnal dzieciaki i pojechali na basen, a ja mialam godzinke na spokojne poczytanie ksiazki. A po powrocie to juz wiadomo, praktycznie pora spania. :)

No i doczolgalismy sie do piatku, czyli 1 grudnia. Jak co roku, mam wrazenie, ze dopiero co zaczela sie szkola, a za chwile bedziemy miec przerwe swiateczna. Tego ranka bylo nieco cieplej, bo +1, choc stanie na przystanku 20 minut tez do przyjemnych nie nalezalo. Bo tak, autobus Bi znow przyjechal o 7:25. :( Musze chyba napisac maila do firmy przewozowej i spytac czy znalezli nowego kierowce i te pozniejsze przyjazdy juz tak zostana, czy zalezy to od dnia tygodnia, itd. Bo niby co roku zalecaja zeby byc na przystanku 10 minut przed planowanym przyjazdem autobusu, ale kiedy ten przyjezdza sobie dowolnie miedzy 7:08 a 7:25, to ciezko te 10 minut wymierzyc... Kiedy panna odjechala oczywiscie popedzilam do domu budzic Kokusia, ktory natychmiast oberwal ochrzan. Nie spi bowiem, ale siedzi na tablecie zamiast zejsc na dol i zaczac sie szykowac! No naprawde, chlopak ma juz praktycznie 11 lat, wiec do cholery jest na tyle duzy, ze raczki mu nie odpadna jak zrobi sobie sniadanie! :/ Kawaler wyszykowal sie jednak na czas, a jego autobus przyjechal zaraz po naszym przyjsciu na przystanek. On pojechal, a ja wstawilam zmywarke, przewietrzylam sypialnie i ogarnelam jakies tam pomniejsze pierdolki, po czym pojechalam do pracy. Pamietalam jaka mamy date, zmienialam kalendarze i dalam dzieciakom ich adwentowe z czekoladkami.

Bi bylo wszystko jedno, byle slodko, natomiast Nik zachwycil sie krasnalami :)
 

A jednak taka ze mnie "kochajaca" zona, ze na smierc zapomnialam, ze tego dnia obchodzilismy z M. rocznice slubu! Dopiero sms z zyczeniami od mojej... siorki, mi przypomnial. :D To juz 16 lat malzenstwa! Malzonek oczywiscie tez nie pamietal, choc on zawsze sie tlumaczy, ze to slub cywilny, wiec sie nie liczy. Coz, o rocznicy koscielnego tez jakos nie pamieta. :D Po pracy pojechalam po spozywke, chodze po supermarkecie, wszystko standardowo, az dostalam telefon od M., czy dam rade odebrac Kokusia. On bowiem utknal w korku i nie wie czy dojedzie na czas. Super... jestem dwie miejscowosci dalej, wiec wiem ze nie dojade na czas, ale mowie ze moge wszystko rzucic, zostawic koszyk pelen zakupow i pojechac. A, to nie, to moze on zdazy. Przelecialam pieronem przez reszte sklepu, zaplacilam, wrzucilam wszystko byle jak do toreb i popedzilam jeszcze go sportowego, ktory znajduje sie przy tej samej drodze, calkiem blisko, tylko w popoludniowych korkach przejazd jest mocno spowolniony. Dotarlam, a tam jak na zlosc jakis pracownik, ktory najpierw nie mogl znalezc stroju, a potem mnie w systemie, zeby upewnic sie, ze juz za niego zaplacilam. :/ Dobrze, ze udalo mi sie wygrzebac z czelusci torebki rachunek... Jak wpadlam spowrotem do auta, szybko zadzwonilam do malzonka, czy wydostal sie w korka, czy mam pedzic na zlamanie karku do szkoly. Okazalo sie, ze juz tam dojechal i kurna, mogl dac mi znac, bo jezdze na wariata w stresie. :( W kazdym razie, moglam zwolnic i pojechac juz na spokojnie do domu. Udalo mi sie nawet wyprzedzic chlopakow i zanim dojechali, ja wlasciwie mialam juz zakupy rozpakowane. Reszta wieczoru minela juz na piatkowym relaksie. Uwielbiam ten moment kiedy moge na dwa dni schowac sniadaniowki oraz plecaki dzieciakow. :) Jedynym zgrzytem byl fakt, ze nadal nie oddzwonili do mnie od weterynarza. Nie mam pojecia co tam sie dzieje. Maja problem z odbieraniem telefonow, ale zwykle bardzo szybko oddzwaniali, czesto tego samego dnia, najpozniej nastepnego. A teraz zostawilam wiadomosc w czwartek, zostawilam kolejna w piatek rano i nic. :( A psu zostaly 3 tabletki i zaraz znow zacznie sie z niej lac... W akcie desperacji zamowilam kolejna porcje tabletek, ktore co prawda musza byc zatwierdzone przez weta, ale licze na to, ze maja je w systemie i moze ktos je zatwierdzi niejako "z automatu". ;)

A zeby nie bylo, ze w poscie sama Maya, to prosze - kiciul spiacy slodko (i zostawiajacy po sobie mase klakow) na spodniach Kokusia ;)
 

Pozdrawiam Was grudniowo, choc nie zimowo! ;)