Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 1 grudnia 2023

Koncowka dlugiego weekendu, koncowka listopada

Sobota, 25 listopada, dla mnie oraz Potworkow ponownie zaczela sie pozno. Malzonka wywialo do pracy, ale my sie wyspalismy i powylegiwalismy w lozku do oporu. Poczatkowo dzien mial wygladac nieco inaczej i dla dzieciakow byc bardziej towarzyskim. Niestety, od Indyka Bi smarkala i choc wydawalo sie, ze nie dzieje sie nic powazniejszego, to jednak narzekala na zatkany nos, ktory miala tez obtarty i wygladala niczym Rudolf, czyli na czasie. ;) Mialo do Potworkow przyjechac znajome rodzenstwo, a mnie teraz dopadl dylemat, bo wiedzialam, ze bardzo na to czekaja, a jednoczesnie czulam sie zobowiazana do poinformowania rodzica, ze kraza u nas wirusy. Nie chcialam tez czekac z tym do ostatniej chwili, wiec napisalam juz w piatek, ze Bi jest przeziebiona i choc nie wyglada to na nic powazniejszego, to lojalnie ostrzegam. Tak jak przewidzialam, mama odpisala, ze w takim razie lepiej przelozmy zabawe, bo nie chce zeby jej dzieciaki sie zarazily. Starsza byla bardzo rozczarowana, bo to ta kolezanka, ktora odeszla z zespolu pilkarskiego jeszcze przed sezonem i dziewczyny nie widzialy sie od konca sierpnia. Coz, sila wyzsza. Kiedy w koncu zwleklismy sie z lozek, Potworki polecialy do kotow sasiadow, zeby je nakarmic i uchylic im drzwi. Potem "zazadali" kolejnej czesci Pottera. Jeszcze tylko jedna i skoncza cala serie, uff... Mam nadzieje, ze nie zaczna ogladac calej od nowa. :D Oni ogladali, a ja skladalam pranie, wstawialam kolejne, ogarnialam kuchnie i zmywarke, itd. Malzonek po pracy pojechal do Polakowa i wrocil akurat na koncowke filmu, wiec idealnie. Zjedlismy obiad i przyszla kolej na matke zeby obejrzec sobie cos ciekawego, czyli skoki narciarskie. Niestety, chyba wiekszosc wie jak "poszlo" naszej kadrze, wiec odpuscilam sobie druga serie, bo co mam sie zalamywac. :D Obiecalam zreszta Bi, ze zabiore ja do biblioteki, bo pozera ksiazki w rekordowym tempie. I tak byla zawiedziona, bo biblioteke zamkneli na czwartek i piatek, z okazji Thanksgiving. Pojechalysmy wiec i wyszlysmy z zapasem ksiazek, filmem oraz... grami komputerowymi. To byla dla mnie spora niespodzianka, ze mozna wypozyczyc gry, ale w sumie fajnie, bo tanie to-to nie jest, a tak mozna przekonac sie, czy cos sie lubi bez wydawania kasy. Bi znalazla sobie jakas gre ktorej podobno zawsze byla ciekawa, z ja szukalam cos dla Kokusia i nie mogac sie zdecydowac, wzielam trzy. :D Pozniej okazalo sie, ze to niedobrze, bo gry mozna wypozyczac tylko na tydzien i nie wolno przedluzyc. Nie wiedzialam czy Nik da rade w ogole dobrze pograc we wszystkie trzy, bo przeciez od poniedzialku zaczynala sie szkola, a wraz z nia ograniczony czas na elektronice... Kiedy wrocilysmy do domu, mialysmy raptem godzine, po czym jechalismy na msze, bo M. znow pracowal w niedziele. Po calym piatku oraz wiekszosci soboty w pizamie, Nik w koncu zalozyl normalne ciuchy. :D Chlopak strasznie lubi takie leniwe dni, kiedy przewala sie tylko miedzy lozkiem w swoim pokoju, a kanapa w salonie. Malzonek, ktory nie wyobraza sobie tak przechodzic w tym, w czym spi, nieraz sie zzyma, ale ja sie tylko smieje. Sama, choc z wiekiem z tego wyroslam i teraz rano nie moge sie doczekac zeby sie odswiezyc i przebrac, pamietam takie leniwe dni w pizamach z dziecinstwa. Dla mnie byly to naprawde jedne z najfajniejszych dni, kiedy nic czlowieka nie gonilo, w pelni wiec rozumiem syna. :) Wrocilismy z kosciola, dzieciaki pobiegly znow nakarmic kotki sasiadow i zamknac je juz na noc (na szczescie szedl mroz, wiec obie byly w domu), M. przytaszczyl troche drewna i reszta wieczora minela na grzaniu dupki przy kominku. Szczegolnie malzonek, ktoremu wlazlo cos w plecy, wiec teraz z blogoscia wygrzewal je przy ogniu. ;)

Bi czyta, choc jak widac, swiatlo z ognia nie wystarczy, zas Nik przed samym kominkiem jeszcze przykrywa sie kocem :)

Kotel kiedys lubil spac przy samym ogniu, teraz patrzy chwile zafascynowana, ale odchodzi

Niedzielny poranek to powtorka z rozrywki z soboty. Malzonek w pracy, a ja z Potworkami pospalam do oporu. Kiedy wstalam, okazalo sie, ze Nik nadal spi, ale obudzil sie doslownie kilka minut pozniej. Nie chcialo mu sie jednak od razu wstawac, wiec do kotek sasiadow poleciala sama Bi. Pozniej oczywiscie chcieli zeby im wlaczyc ostatnia czesc Pottera. Niestety, plyta byla w kiepskim stanie i po niecalej godzinie filmu tak zaczela przerywac, ze nie dalo sie tego ogladac. Probowalam przeskakiwac do kolejnych scen, ale nie mialo zamiaru ruszyc, a Bi w koncu stwierdzila, ze i tak nie chce ogladac samej koncowki. Zaczeli wiec prosic o kolejna czesc Piratow. Wlaczylam, ale zaznaczajac, ze niedlugo przyjedzie dziadek, a wtedy dajemy pauze, bo zaczynaja ogladac pozno, wiec nie chce potem spedzic dwoch godzin z ogluszajacym filmem w tle, gdzie nie da sie nawet pogadac. Niedlugo potem wrocil z roboty M., a zaraz po nim dojechal moj tata. Tak jak ostrzeglam, kiedy wyslalam tacie bezrobocie, wylaczylam dzieciakom film, a zapodalam za to... skoki narciarskie. ;) Co prawda znow nie bylo w sumie komu kibicowac, ale obejrzelismy, tata pojadl ciasta, wypil trzy kawy i pojechal. Dzieciaki dokonczyly film, na ktory i my z M. zerkalismy jednym okiem. Reszta popoludnia minela na ogarnianiu codziennych obowiazkow domowych, az nadszedl wieczor i dotarlo do mnie, ze trzeba sie szykowac na kolejny tydzien pracy - niepracy oraz szkoly. Z wielka niechecia, ale przytaszczylam sniadaniowki oraz plecaki, wyciagnelam z szafy bidony, podlaczylam komputery do ladowania... Na koniec znow zasiedlismy przy ogniu, bo nadal mielismy naniesionego drewna, a po poludniu zaczelo padac, wiec akurat taki nastroj do grzania sie przy kominku. :) No a wieczorem, przy kapieli Nika, znow z sufitu w kuchni zaczela kapac woda... Kurcze, chcielismy z remontem poczekac do lata, bo latem wiadomo, ze przyjemniej sie robi wszelkie prace. Sufit moze jednak nie wytrzymac, bo skoro kapie az do kuchni (pojedyncze krople, ale zawsze) to strach sie bac jak to wyglada pod spodem. :(

Poniedzialek zaczal sie wczesniej niz bym chciala, niestety. :) Na szczescie autobus Bi przyjechal dosc szybko, wiec bez biegu wrocilam do chalupy i po chwili budzilam Kokusia. Panicz wypoczety po czterech dniach spania do oporu, wiec mimo ze pobudka byla wczesna, to wstal w niezlym humorze. Jego autobus rowniez przyjechal normalnie, uff... Jakies szalone opoznienia pierwszego dnia po przerwie to bylby cios ponizej pasa. ;) Wrocilam do domu i zaczelam ogarniac chalupe, jak zwykle. Bi zostawala po szkole na fitnessie, wiec musialam ja odebrac po robocie, a ze w pracy nadal bez zmian, wiec planowalam dojechac tam dopiero w poludnie. To dalo mi caly ranek na wstawienie prania, potem przelozenia go do suszarki, rozladowania zmywarki, po czym ponownego jej zaladowania. Kurde, czy u Was tez brudne ubrania oraz naczynia mnoza sie przez paczkowanie? :D Korzystajac z pieknej pogody zabralam tez Maye na spacer. Mielismy 10 stopni i slonce. Tylko nadal mokre chodniki wskazywaly, ze wiekszosc nocy lalo. Trzeba bylo korzystac, bo kolejne dwa dni mialy byc najzimniejszymi od jakiegos czasu.

Jak widac (choc chyba slabo), ogrody na naszym osiedlu sa juz swiatecznie udekorowane. To oklapniete na trawie nieco po lewej, to dmuchany Mikolaj :D
 

Po powrocie spokojna kawusia, skladanie prania, pare dodatkowych drobnych, domowych czynnosci i wyruszylam do roboty. Tam, o dziwo, wpadlam na kolezanke - Chinke, ktora czekala na jakas przesylke do laboratorium. Przynajmnie mialam z kim pogadac i nie czulam sie zupelnie osamotniona. :) Po pracy pojechalam po Bi, ktora jak zwykle zaciagnela mnie do biblioteki. O dziwo sprawnie znalazlysmy to, czego panna szukala, a nawet wiecej. Okazalo sie bowiem, ze do wypozyczenia sa tez czytniki Kindle i Bi koniecznie chciala zapytac jak to dziala. Pani przyniosla i pokazala, po czym spytala czy chcemy wziac. Najpierw podziekowalysmy i odpowiedzialysmy, ze pytalysmy z czystej ciekawosci, ale pani przekonywala, ze skoro juz mamy to w rekach, to rownie dobrze mozemy wypozyczyc. No to wzielysmy. :) W domu Bi od razu wbila haslo wifi i zaczela przegladanie. Okazalo sie, ze samemu nie mozna nic zaladowac, ale biblioteka miala na czytniku juz kilkadziesiat ksiazek i Starsza szybko znalazla sobie kilka, ktore chciala przeczytac. W ten sposob panna ma dwie ksiazki, ktore czyta jednoczesnie, na zmiane, kolejna czekajaca juz na nia i teraz czytnik z nastepnymi. Kindle wypozycza sie jednak na 2 tygodnie, wiec bedzie musiala jakos strategicznie to zorganizowac. :D Po powrocie obiad, potem lekcje, troche relaksu i pora byla zgarnac mlodziez na basen. Na szczescie to stalo sie jakos dzialka M., wiec oni pojechali, a ja zystkalam godzinke ciszy bez zawracania gitary. :) A kiedy wrocili, to wiadomo, byla juz niemal pora spania.

Wtorek przywital nas mrozem. Naprawde nienawidze takich skokow temperatury, gdzie jednego dnia mamy +10, a kolejnego ranka -3. Poniewaz bylo pieronsko zimno, wiec autobus Bi sie oczywiscie spoznil, bo dlaczego by nie. A niech dzieciaki sobie pomarzna na przystankach. :/ Kiedy zrobilia sie 7:21, a po autobusie ani widu, ani slychu, zadzwonilam do przewoznika i dowiedzialam sie, ze powinien przyjechac za niecala minute. I faktycznie, przyjechal. Tyle, ze przy czasie potrzebnym na wykrecenie numeru, sprawdzenie, itd., zrobila sie juz 7:24, wiec popedzilam do chalupy budzic Kokusia. Jego autobus na szczescie przyjechal normalnie, wiec chociaz tu nie musialam sterczec na zimnie. Po odjezdzie dzieciakow wrocilam do chalupy z ulga, ze nie musze sie juz nigdzie ruszac. Tego dnia nie planowalam bowiem jechac do roboty. W dzien zerwal sie porywisty wicher, wiec choc temperatura podniosla sie do +2, to odczuwalna wynosila... -4. Brrr... Kot oczywiscie uparcie wychodzil, tylko po to, zeby za chwile wracac, pewnie zeby sie zagrzac. Maya glupia nie jest, wiec caly dzien grzala dupke przy kaloryferze. ;) Zeby nie marnowac dnia w domu, poodkurzalam i umylam podlogi w sypialniach oraz na schodach, odkrywajac przy okazji w kacie... kocie rzygi! Pelne czarnych klakow. No fuj! Nie dosc, ze pies ze slabym zoladkiem i co chwila ma jakies "rewolucje", to jeszcze teraz kociak puszczajacy pawie! :( Tak czy owak, po podlogach zajelam sie naczyniami oraz zmywarka, a potem skladaniem prania. Na koniec, poniewac obiad mielismy z dnia wczesniejszego, upieklam chlebek bananowy. Ostatnio przysiegalam, ze juz nie tkne tego przepisu, ale cztery banany byly juz w takim stanie, ze kolejny dzien, dwa i nadawalyby sie tylko do wyrzucenia, wiec stwierdzilam, ze zaryzykuje. I nie wiem jaka magia zadzialala, bo obylo sie bez zakalca. :O Pierwsza do domu wrocila Bi, a niedlugo potem chlopaki. Po obiedzie Potworki musialy sie zabrac za lekcje, bo tym razem i Nik mial zadane. Kawaler tego dnia mial pierwszy trening koszykowki, wiec oczywiscie nie jechal na plywanie. Malzonek byl gotowy jechac z sama Bi, ale panna marudzila, ze ma duzo zadane i chce sie spokojnie skupic na nauce. Hmmm... wedlug mnie jej sie zwyczajnie nie chcialo, ale ok. ;) Poniewaz koszykowka odbywa sie na szkolnej sali gimnastycznej, a nie silowni, wiec tym razem mi przypadl w udziale zaszczyt zabrania syna. Nie przeszkadzalo mi to zreszta, bo tak jestem nauczona wiecznie gdzies dzieciaki wozic, ze az mi ostatnio dziwnie bylo, kiedy ostatnio jezdzili ciagle na basen z M. :)

Mlodszy celuje do kosza
 

Trening byl w szkole Kokusia, ktora na szczescie jest spora i na glownym pietrze ma wielki korytarz, ktorym moglam maszerowac w jedna i druga strone. Co prawda pogasili juz czesc swiatel, wiec bylo nieco ciemnawo, ale dalo sie pochodzic. Odbijalam tez w boczne korytarze, z klasami, tam jednak akurat sprzatali, wiec zbytnio "pozwiedzac" nie moglam, bo nie chcialam sie woznym platac pod nogami. Kokusiowi trening sie podobal, choc bez szalu. Kolejny raz ma pecha i trafil do zespolu bez zadnego lepszego kolegi. Podobnie jak w rekreacyjnej pilce, tutaj tez lacza dwa roczniki (a wlasciwie klasy - V i VI), wiec z klas V nie znal zadnego z chlopcow, zas z VI bylo poza nim jeszcze trzech, ktorych zna, ale niezbyt lubi. Super. ;) Po treningu, zanim wrocilismy do domu, zrobilismy sobie jeszcze objazd po naszym osiedlu, zeby zobaczyc czy ludzie powiesili juz swiatelka. O dziwo, sporo domow bylo oswietlonych, choc jeszcze nie wszystkie, ktore pamietamy z poprzednich lat. Szkoda, ze wszystkie te treningi sa tak pozno, bo po powrocie zostalo juz oczywiscie tylko czasu na kolacje i szykowanie sie do lozek...

Srodowy ranek i kolejne opoznienie autobusu Bi. :( Zaczynam zauwazac trend, ze jak jest cieplo, to przyjezdza wczesniej, a jak lodowato i czlowiek modli sie, zeby przyjechal jak najszybciej, to dociera ze sporym opoznieniem... :/ Tego dnia rano mielismy -3 stopnie, z temperatura odczuwalna wynoszaca -6. Cudna pogoda na stanie na zewnatrz. Obydwoje dzieci odjezdzajacych z tego samego przystanku, siedzialo w samochodach, bo podwiezli je rodzice. My jednak mieszkamy dwa domy od niego, wiec glupio tak troche podjezdzac te 150 m. :D O 7:22 zadzwonilam do firmy przewozowej, gdzie poinformowano mnie, ze autobus powinien dojechac za 3 minuty. Napisalam do Bi oraz do taty jej kolezanki (na wypadek gdyby jeszcze nie dzwonil), a ten odpisal mi, ze jemu powiedzieli jeszcze 5 minut. Pieknie. :O Na szczescie chyba dzwonil nieco wczesniej, bo autobus faktycznie podjechal o 7:25. Popedzilam do chalupy, gdzie na szczescie Nik wlasnie sam siadal na lozku. Mimo nieco skroconego czasu, wyszykowal sie sprawnie i poszlismy na przystanek. Jego autobus na szczescie przyjechal normalnie, bo jakbym miala tam stac kolejne 20 minut to chyba bym wyszla z siebie i stanela obok. ;) Wrocilam do chalupy zagrzac sie, pokrecic po domu i spedzic czas ze zwierzakami. Oreo wyszla rano dwa razy jak jeszcze Potworki byly w domu, ale chyba stwierdzila, ze starczy marzniecia i reszte poranka spedzila na swojej wiezy. W koncu czas i na mnie byl wyruszyc z domu, choc poza niska temperatura znow zerwal sie wiatr, wiec wolalabym zaszyc sie w ciepelku. :) Pojechalam do pracy i okazalo sie to dobrym zrzadzeniem losu, bo dzien wczesniej dostalam sms'a, ze w czwartek lub piatek maja przyjsc trzy odczynniki i jesli bede w pacy, to czy moglabym je schowac do lodowki. Okazalo sie, ze dwa z trzech przyszly juz w srode. Co prawda na dokumencie bylo napisane zeby je przechowywac w temp. pokojowej, ale skoro facet mi wczesniej napisal zeby wsadzic je do lodowki, no to wsadzilam. Do szefa przyszly tez jakies urzedowe listy, wiec wyslalam mu maila, zeby go powiadomic. Obowiazek spelniony. :) I tak, siedzac przy biurku, uswiadomilam sobie, ze stroj kapielowy Bi mial byc gotowy do odebrania w niedziele (a "moze nawet w sobote" - wedlug slow tamtego goscia), tymczasem mielismy srode i nie dostalam zadnego powiadomienia. Na szczescie zawody maja byc dopiero w nastepny weekend, no ale obiecanki cacanki, a glupiemu radosc... :/ Teraz czeka mnie telefon, bo nie bede tam jezdzic jak glupia jesli nie mam pewnosci, ze go zrobili. Podobnie jak do weta po tabletki Mayi, bo nadal nie mam automatycznie przedluzanej recepty, tylko co miesiac musze dzwonic. Cholery mozna dostac. :( Wrocilam do chalupy, obiad, zagonic Nika do odrabiania lekcji (Bi siadla sama, bez przypominania), chwila na kanapie z malzonkiem, a potem reszta pojechala na trening. Ja w tym czasie przygotowalam wszystko na kolejny dzien i usiadlam na spokojnie z kawka. Dzieciaki wrocily wymordowane, jak zawsze kiedy trening prowadzil glowny trener. ;) A potem juz wiadomo: kolacja i do lozek.

Kierowca autobusu Bi uparl sie najwyrazniej zeby mnie doprowadzic do totalnej wscieklizny. Ponownie przyjechal o 7:25. Na szczescie, mimo ze bylo -2, to praktycznie bezwietrznie, wiec dalo sie wytrzymac. Pobieglam do domu, gdzie panicz juz nie spal, ale siedzial w lozku na tablecie, zamiast zejsc na dol i zrobic sobie sniadanie. :/ Kiedy wyszlismy pozniej z Kokusiem na przystanek, bylo niby cieplej, bo -1, ale za to zerwal sie wiatr, wiec temperatura odczuwalna wynosila -4. Na szczescie jego autobus zazwyyyczaj (bo czasem zmienia sie kierowca i sa jaja) przyjezdza bardzo szybko. Tego dnia nie planowalam jechac do pracy, wiec wrocilam z ulga do chalupy i zaczelam ogarniac co tam bylo do zrobienia. A w domu, wiadomo, zawsze jest sporo. Poza tym zadzwonil moj tata bo chcial zebym pomogla mu wypelnic ankiete do lekarza. Tlumaczylam mu pytania, nieraz zgrzytajac zebami, a innym razem sie zasmiewajac. Tata bowiem mial miec operacje kolana, tymczasem cos sie nie dogadal i gdzie myslal, ze za tydzien bedzie mial zabieg, okazalo sie, ze bedzie mial dopiero wywiad z lekarzem. Ktory juz mial, tylko z innym. :O Tym razem jade z nim zeby samej zorientowac sie w sprawie, bo gdzies ktos tu nawalil i nie wiem czy zadzialala bariera jezykowa, czy maja taki burdel. Poki co jednak wypelnialismy ankiete, a tam pytania zeby w skali 1-10 okreslic natezenie bolu w ciago 24 h, 7 dni, itd. Czy czuje sie zalamany, czy bol utrudnia mu... zycie towarzyskie? :D Noooo, niektore pytania zupelnie nie dotyczyly taty, bo jego to kolano baaardzo boli, ale przy okreslonych czynnosciach, np. ledwie jest w stanie wejsc po schodach. Bardzo ciezko mu wstac z pozycji siedzacej, ale jak juz wstanie i przejdzie dwa kroki, to jest ok. W kazdym razie ankiete wypelnilismy, a potem chwile pogadalismy, przy czym rodziciel poinformowal mnie, ze ma... covid'a! :O Ponoc u niego w pracy kolejne dwie osoby tez maja i niewiadomo kto sie od kogo pozarazal. Najlepiej, ze tata byl u nas w zeszly czwartek oraz w niedziele. My ostatnio cos tam niedomagalismy i przez dlugi weekend Bi tez wlasnie raz smarkala, raz narzekala na bol glowy czy gardla... Nie wiadomo wiec czy my tez koronaswirusa nie mielismy i dziadka nie zarazilismy. Albo odwrotnie, tata zarazil sie w pracy i juz rozsiewal zarazki w niedziele i za pare dni ktoregos z nas rozlozy... :O Dzien spedzilam wiec krecac sie po chalupie, chociaz zabralam tez Maye na spacer. A niech ma cos z zycia. ;)

Moja piesa bardzo nie lubi zdjec i widzac telefon wycelowany w jej strone, natychmiast sie odwraca, jakby mial ja ugryzc :D
 

Troche zmylila mnie pogoda, bo tego dnia mialo nadejsc ocieplenie (choc i tak jakiejs srogiej zimy nie mamy) i telefon pokazywal, ze jest 8 stopni. Termometr jednak wyswietlal 5 i raczej mial racje, plys wiatr i pomimo slonca bylo raczej nieprzyjemnie. Ale koleczko zrobilysmy, co wyszlo na zdrowie zapewne i psu i mnie. ;) Zadzwonilam tez do sklepu sportowego spytac o stroj Bi. Pan potwierdzil, ze jest juz gotowy do odebrania. To super, tylko dlaczego nikt mnie nie powiadomil, skoro przy zakupie specjalnie potwierdzali numer telefonu? :/ Mniej szczescia mialam u weterynarza. Psu koncza sie tabletki, a tymczasem ta klinika nadal, od czasu covid'a, dziala na pol gwizdka i praktycznie nigdy nikt nie odbiera tam telefonu. Zazwyczaj jednak szybko oddzwaniaja. Tym razem zostawilam wiadomosc i nikt nie oddzwonil, ech... O 15 dojechala do domu Bi i cieszylam sie, ze moge jej od razu podac obiad. Zwykle bowiem musi czekac az M. dojedzie z Kokusiem, ale to okolo 45 minut pozniej. Pierwsza czesc popoludnia uplynela rodzinnie, choc Nik namowil M. na partyjke szachow, po czym obrazil sie i poplakal kiedy przegral. :D Bi oraz ja wybralysmy znacznie mniej wymagajaca gre w statki. Tutaj zostalam ograna przez corke, choc poczatkowo wygrywalam. ;) Potem malzonek zgarnal dzieciaki i pojechali na basen, a ja mialam godzinke na spokojne poczytanie ksiazki. A po powrocie to juz wiadomo, praktycznie pora spania. :)

No i doczolgalismy sie do piatku, czyli 1 grudnia. Jak co roku, mam wrazenie, ze dopiero co zaczela sie szkola, a za chwile bedziemy miec przerwe swiateczna. Tego ranka bylo nieco cieplej, bo +1, choc stanie na przystanku 20 minut tez do przyjemnych nie nalezalo. Bo tak, autobus Bi znow przyjechal o 7:25. :( Musze chyba napisac maila do firmy przewozowej i spytac czy znalezli nowego kierowce i te pozniejsze przyjazdy juz tak zostana, czy zalezy to od dnia tygodnia, itd. Bo niby co roku zalecaja zeby byc na przystanku 10 minut przed planowanym przyjazdem autobusu, ale kiedy ten przyjezdza sobie dowolnie miedzy 7:08 a 7:25, to ciezko te 10 minut wymierzyc... Kiedy panna odjechala oczywiscie popedzilam do domu budzic Kokusia, ktory natychmiast oberwal ochrzan. Nie spi bowiem, ale siedzi na tablecie zamiast zejsc na dol i zaczac sie szykowac! No naprawde, chlopak ma juz praktycznie 11 lat, wiec do cholery jest na tyle duzy, ze raczki mu nie odpadna jak zrobi sobie sniadanie! :/ Kawaler wyszykowal sie jednak na czas, a jego autobus przyjechal zaraz po naszym przyjsciu na przystanek. On pojechal, a ja wstawilam zmywarke, przewietrzylam sypialnie i ogarnelam jakies tam pomniejsze pierdolki, po czym pojechalam do pracy. Pamietalam jaka mamy date, zmienialam kalendarze i dalam dzieciakom ich adwentowe z czekoladkami.

Bi bylo wszystko jedno, byle slodko, natomiast Nik zachwycil sie krasnalami :)
 

A jednak taka ze mnie "kochajaca" zona, ze na smierc zapomnialam, ze tego dnia obchodzilismy z M. rocznice slubu! Dopiero sms z zyczeniami od mojej... siorki, mi przypomnial. :D To juz 16 lat malzenstwa! Malzonek oczywiscie tez nie pamietal, choc on zawsze sie tlumaczy, ze to slub cywilny, wiec sie nie liczy. Coz, o rocznicy koscielnego tez jakos nie pamieta. :D Po pracy pojechalam po spozywke, chodze po supermarkecie, wszystko standardowo, az dostalam telefon od M., czy dam rade odebrac Kokusia. On bowiem utknal w korku i nie wie czy dojedzie na czas. Super... jestem dwie miejscowosci dalej, wiec wiem ze nie dojade na czas, ale mowie ze moge wszystko rzucic, zostawic koszyk pelen zakupow i pojechac. A, to nie, to moze on zdazy. Przelecialam pieronem przez reszte sklepu, zaplacilam, wrzucilam wszystko byle jak do toreb i popedzilam jeszcze go sportowego, ktory znajduje sie przy tej samej drodze, calkiem blisko, tylko w popoludniowych korkach przejazd jest mocno spowolniony. Dotarlam, a tam jak na zlosc jakis pracownik, ktory najpierw nie mogl znalezc stroju, a potem mnie w systemie, zeby upewnic sie, ze juz za niego zaplacilam. :/ Dobrze, ze udalo mi sie wygrzebac z czelusci torebki rachunek... Jak wpadlam spowrotem do auta, szybko zadzwonilam do malzonka, czy wydostal sie w korka, czy mam pedzic na zlamanie karku do szkoly. Okazalo sie, ze juz tam dojechal i kurna, mogl dac mi znac, bo jezdze na wariata w stresie. :( W kazdym razie, moglam zwolnic i pojechac juz na spokojnie do domu. Udalo mi sie nawet wyprzedzic chlopakow i zanim dojechali, ja wlasciwie mialam juz zakupy rozpakowane. Reszta wieczoru minela juz na piatkowym relaksie. Uwielbiam ten moment kiedy moge na dwa dni schowac sniadaniowki oraz plecaki dzieciakow. :) Jedynym zgrzytem byl fakt, ze nadal nie oddzwonili do mnie od weterynarza. Nie mam pojecia co tam sie dzieje. Maja problem z odbieraniem telefonow, ale zwykle bardzo szybko oddzwaniali, czesto tego samego dnia, najpozniej nastepnego. A teraz zostawilam wiadomosc w czwartek, zostawilam kolejna w piatek rano i nic. :( A psu zostaly 3 tabletki i zaraz znow zacznie sie z niej lac... W akcie desperacji zamowilam kolejna porcje tabletek, ktore co prawda musza byc zatwierdzone przez weta, ale licze na to, ze maja je w systemie i moze ktos je zatwierdzi niejako "z automatu". ;)

A zeby nie bylo, ze w poscie sama Maya, to prosze - kiciul spiacy slodko (i zostawiajacy po sobie mase klakow) na spodniach Kokusia ;)
 

Pozdrawiam Was grudniowo, choc nie zimowo! ;)

5 komentarzy:

  1. A u nas zima w pełni - tyle śniegu spadło, że nawet pójście do piwnicy do pieca czy do kubła na śmieci - to wyprawa. Hehe i ciągle sypie :)
    Jeżeli chodzi o wymioty Oreo - jest to normalne. Koty co jakiś czas po prostu wypluwają swoją sierść, którą zlizały przy myciu się. Jednak rzadko to się zdarza, więc się nie martw :)
    Za to my dzisiaj w nocy mieliśmy przygody z psami. Z lenistwa mój mąż wczoraj otworzył im świeżo kupioną puszkę. Najpierw o 3 wymiotował dog, a później nasze małe "skarpety". Blee i to wszystko musiałam sprzątać.
    Pozdrawiam Was serdecznie z zaśnieżonej części Polski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czemu mnie nie zalogowało... Leacathy-Kasia

      Usuń
    2. Blogger ostatnio strasznie swiruje. Ostatnio na moim wlasnym blogu uparcie chcialo wrzucac moje komentarze jako "anonimowe". :D
      Skaranie boskie z tymi zwierzakami. My juz nauczylismy sie, ze Maya ma slaby zoladek i lepiej uwazac co jej sie daje. Czasem jednak sama dorwie cos w ogrodzie albo lasku i mamy przykre niespodzianki. ;) Oreo za to pierwszy raz tak zwymiotowala wlosami i choc w teorii wiedzialam, ze to sie zdarza, to i tak bylam w lekkim szoku. :D

      Usuń
  2. Ale fajnie mieliście z takim leniwym weekendem. Możliwość wypożyczenia gier i czytnika - super. U nas można w bibliotece dostać kody do ebooków w aplikacji Legimi, ale samych czytników nie ma do wypożyczenia.
    Ja w sobotę się śmiałam do dzieciaków, dlaczego nie mogli wybrać koszykówki - przynajmniej treningi i zawody byłyby na sali.
    U nas podobno w szkole też jest parę przypadków covida, ale to słyszeliśmy po prostu od innych rodziców. Dla mnie to już taka zwyczajna grypa :D
    Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy ślubu!!! Życzę jeszcze wielu kolejnych, szczęśliwych lat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, taki weekend byl mi bardzo potrzebny. :)
      Z tym czytnikiem okazalo sie, ze niestety mozna czytac tylko te ksiazki, ktore juz na nim sa. Okazalo sie, ze z dostepnych, Bi albo juz przeczytala, albo jej nie zainteresowaly.
      To jest wlasnie wspaniala zaleta koszykowki i pewnie dlatego jej sezon maja zawsze zima - bo wiele sportow uzaleznionych jest od pogody. ;)

      Usuń