Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 24 listopada 2023

Tym razem naprawde nudny weekend i skrocony tydzien

Sobota, 18 listopada, zaczela sie bardzo pozno. :) Przeszlam sama siebie, bo budzik zadzwonil o 8:45, wylaczylam go i ulozylam sie, zeby jeszcze chwile polezec. Mialam wrazenie, ze caly czas wszystko slysze i nie spie, ale kiedy spojrzalam na telefon, zrobila sie... 9:41! :O No to sobie polezalam. ;) Zerwalam sie szybko i zeszlam na dol zeby nie marnowac juz wiecej czasu, choc w sumie zadnych wielkich planow nie mielismy. Zrobilam sniadanie sobie oraz kotu i Bi, a potem probowalam namowic Kokusia na cos do jedzenia. Panicz nie byl chory i bez apetytu, ani nic w tym rodzaju, ale sie mocno opieral i w koncu zjadl sniadanie o... 11. :/ W miedzyczasie Bi chciala skorzystac z nieobecnosci taty (a wiec wolnego telewizora) i obejrzec kolejna czesc Harrego Pottera. Mlodszy tez oczywiscie zszedl, ale ogladal tak jednym okiem, patrzac jednoczesnie w tablet. Nie wiem jaki to sens, ale coz, jesli film go az tak nie interesuje...

Super; film sobie leci, a zdjecie ujelo moment kiedy akurat nikt nie patrzy na ekran ;)
 

Wstawilam zmywarke, pranie, w miedzyczasie wrocil M. i tak przez wiekszosc dnia snulismy sie bez wiekszego celu, ogarniajac tylko jakies drobiazgi. Malzonek, po calym tygodniu rannego wstawania, ucial sobie tez drzemke na kanapie. Poniewaz mial pracowac rowniez kolejnego dnia, wiec pojechalismy do kosciola. Kiedy wrocilismy bylo juz zupelnie ciemno i czlowiek mial wrazenie, ze mamy pozny wieczor, a byla... 17. I tak, wlasciwie niewiadomo kiedy, minal calutki dzien. ;)

Niedziela, dla mnie oraz dzieciakow, ponownie zaczela sie pozno. Spielam sie jednak i nie pozwolilam sobie ponownie przysnac, wiec wstalam zaraz po 9, walczac z checia wtulenia sie w kota i pojscia dalej spac. Oreo bowiem przylazla mi do lozka, przeciagala sie chwile w nogach, po czym wskoczyla na klate mruczac i dopraszajac glaskow. :D

Taki widok po przebudzeniu i az nie chce sie wstawac
 

Ogarnac sniadanie i dzieciaki chcialy zeby im wlaczyc kolejna czesc Pottera. Malzonek w pracy, wiec w sumie czemu nie? Oni ogladali, a ja rozladowywalam zmywarke, pokrecilam sie po kuchni, po czym poszlam sie umyc. I w tym momencie przyjechal moj tata. Najlepszy byl Nik, bo podszedl do drzwi, ale zamiast dziadka wpuscic, to drze sie, ze przyjechal. Odkrzykuje z lazienki, zeby go wpuscil, a ten ponownie, ze dziadek jest! Musialam wrzasnac z calych sil, ze ma otworzyc drzwi, a nie mnie informowac. No koniec swiata z tym dzieciakiem... Zawsze im powtarzamy oczywiscie, ze nie wolno otwierac obcym, ale dziadek obcy przeciez nie jest. :D W kazdym razie, myslalam ze film zaraz powinien sie skonczyc, wiec usiedlismy z tata w jadalni. Ledwie jednak dawalo sie rozmawiac, bo przy kazdej "akcji", w filmie tak walilo, ze nie mozna bylo wytrzymac. W dodatku nie docenilam jego dlugosci i bylismy skazani na jadalnie przez kolejna godzine. ;) Dziadek poczatkowo mial wpasc tylko na godzinke, zebym pomogla mu z co-tygodniowym zameldowaniem sie na bezrobocie. Na 13 bowiem mialam zawiezc Bi do kolezanki. Dziewczyny zglosily sie do jakiegos dodatkowego projektu z choru, gdzie mialy wspolnie z jeszcze jedna, wybrac i nagrac piosenke. Nie jestem pewna czemu mialo to sluzyc, ale fajnie ze sie zdecydowaly, bo do niedawna Bi wcale nie byla chetna do zglaszania sie do dodatkowych zadan. A tu nagle jakis konkurs czytelniczy, teraz spiewu... Mam nadzieje, ze juz jej tak zostanie. Rodzice jednej z dziewczynek zaproponowali ze moga przyjechac do nich, co bylo fajne, bo nie wyobrazam sobie takich spiewow u nas, ale kolidowalo to troche z obecnoscia taty. Na szczescie M. zaproponowal, ze zawiezie corke, choc ta troche protestowala, twierdzac, ze ojciec nie wie gdzie jechac. Zasmialam sie, ze ja tez nie wiem, bo Bi nigdy u tej dziewczynki nie byla. Czy pojedzie z tata, czy z mama, bedziemy jechac wedlug nawigacji. Mam nauczke za to jezdzenie wszedzie z dzieciakami; teraz uwazaja, ze tylko matka potrafi znalezc droge do kolegow. :D Malzonek wiec pojechal i dosc szybko wrocil, a z tata siedzielismy kolejne 1.5 godziny. Mialam odebrac Bi o 15, a ona miala mi dac znac jakby im sie przedluzylo. Tymczasem kontrolnie wyslalam sms'a o 14:30, a panna odpisuje mi (dobrze ze chociaz slyszala wiadomosc!), ze potrzeba im jeszcze troche czasu i zeby przyjechac po nia o 16. "Fajnie", ze dala mi znac. ;) Nie bardzo bylo mi to na reke, bo wiadomo, jest niedziela, trzeba sie szykowac na kolejny tydzien, mimo ze praca i szkola mialy byc solidnie ukrocone. Poza tym chcialam zagonic pod prysznic Kokusia a potem samej wskoczyc pod natrysk. Lubie to zrobic wczesniej, zeby wlosy mi na spokojnie przeschly. A tak, musialam czekac... W koncu pojechalam po panne, ktora bawila sie w najlepsze i wcale nie miala ochoty wracac. Rodzice kolezanki okazali sie przesympatyczni, wiec w czasie kiedy dziewczyny sie poraz fafnasty zegnaly, ja ucielam sobie calkiem mila pogawedke. W drodze powrotnej zas, odbylysmy rozmowe z Bi, bo panne wzielo na zwierzenia. Starsza rzadko dzieli sie przemysleniami z nami - rodzicami, wiec kiedy to robi, staram sie uwaznie sluchac. Tym razem zalila sie, ze z tymi dziewczynkami od spiewu bawila sie tak super i bez wysilku, a z najlepsza przyjaciolka cos sie ostatnio nie dogaduja. No i faktycznie w tym roku panny naprawde mialy kupe niesnasek, mimo ze (a moze przez to) widza sie czesto, bo i jezdza razem autobusem i graly w pilke w jednej druzynie. Znajac ciezki charakter Bi, w sumie zwalilam to na jej przewrazliwienie, ale moze i faktycznie prawda lezy gdzies po srodku. Dwa lata temu dziewczyny zostaly poraz pierwszy przydzielone w szkole do roznych klas i wtedy pamietam podobne sytuacje kiedy Bi zalila sie, ze A. nie odpowiada na jej powitanie, nie chce siedziec obok niej w autobusie, itd. Rok temu trafily ponownie do jednej klasy i znow sie zblizyly. W tym roku sa w innych zespolach w szkole i pechowo nie maja razem ani jednej lekcji (a dzieciaki nie sa rozdzielane klasami, tylko mieszane). I wyglada, ze aby te dwie panny sie przyjaznily, musza chyba naprawde spedzac razem wiekszosc dnia. ;) Bi znow ma te same zale, ze kolezanka nie mowi jej czesc, ze czesto zupelnie nie chce rozmawiac, a kolejnego dnia zachowuje sie jakgdyby nic sie nie dzialo. Ze czesto krytykuje Starsza, np. kiedy dostala gorszy stopien z tej nieszczesnej matematyki, powiedziala cos w stylu, ze "jej rodzice w zyciu nie pozwoliliby jej miec takich ocen". Oczywiscie jest druga strona medalu i sama bylam swiadkiem jak Bi bywala niezbyt przyjemna do owej kolezanki... Cos mi sie wydaje, ze obie dojrzewaja, u obu buzuja hormony i robia sie z nich takie typowe nastolatki, ktorym tak naprawde niewiadomo o co chodzi. :D Wrocilam do domu i natychmiast zagonilam kawalera do lazienki, bo szkoda bylo czasu. Potem ja sama wzielam prysznic, trzeba bylo popakowac sniadaniowki, naladowac komputery i... Bi przypomniala sobie, ze nie dokonczyla lekcji! :O Robila je w sobote, ale zrobila sobie przerwe i... zapomniala, a i mi wylecialo z glowy, ze jej nie skonczyla. No to musiala przysiasc w niedziele wieczorem...

Poniedzialek zaczal sie przymrozkiem. Byly -3 stopnie, wiec mocno nieprzyjemnie, szczegolnie ze kiedy Bi wychodzi z domu, slonce nie wylania sie jeszcze zza horyzontu. Zgadnijmy kto poszedl na autobus w zwyklej bluzie dresowej? ;) Rano to w ogole byla karuzela, bo o 6:43 dostalam sms'a od sasiadki, ze jej maz wiezie corke (kolezanke Bi) do szkoly i moze wziac tez Starsza. Widzialam to wahanie w jej oczach (pewnie pod wplywem wynurzen dzien wczesniej), ale ostatecznie stwierdzila, ze pojedzie i ze przynajmniej bedzie miala spokojniejszy ranek. Ja tez poszlam sie myc na gore bez wielkiego pospiechu. A tu, o 7:01, dostaje nastepnego sms'a, ze "zmiana planu i A. jedzie jednak autobusem"!!! No to pedem na dol do Bi, zeby przekazac jej niespodziewane wiesci! Na szczescie byla juz ubrana i zjadla, wiec musiala tylko ekspresem umyc zeby i polecialysmy na przystanek. Zaraz faktycznie dojechala jej kolezanka, a autobus podjechal juz o 7:08. :O Tata A. powiedzial mi pozniej, ze przeprasza za te zawirowania i ze byl w pelni gotow zawiezc Bi do szkoly, gdyby przez ich wczesniejsza wiadomosc nie zebrala sie na czas. ;) Panna wiec odjechala, a ja wrocilam do cieplutkiej chalupy, gdzie za chwile musialam budzic Kokusia. Zebralismy sie calkiem sprawnie, kawaler odjechal, a ja pokrecilam sie po domu nieco dluzej niz zwykle, ale w koncu pojechalam do roboty. Tam, o dziwo, wpadlam na kolezanke - Chinke, a po poludniu przyjechal nawet szef. Niewiadomo w sumie po co, ale pewnie dobrze ze zobaczyl iz nadal sie sumiennie pojawiam. ;) Wyjsc musialam juz o 15:40, bo musialam odebrac Bi z fitnessu. Rano pytalam czy na pewno chce na nim zostac, oczywiscie chciala, a tymczasem, kiedy ja odebralam, zaczela stekac ze jest zmeczona i chyba nie chce jechac na basen... :O Ale na zajechanie do biblioteki to sile miala. ;) Ja zbytniej chceci nie mialam bo zapomnialam plyt do oddania, ale stwierdzilam, ze ok, przynajmniej kolejnego dnia nie bede nawet wchodzic do srodka, wrzuce je tylko przez zewnetrzne drzwiczki. Jak to zwykle bywa, mialysmy tylko wejsc po dwie ostatnie czesci Pottera, a wyszlo... inaczej. ;) Starsza zaczela bowiem przegladac polki z nowosciami, gdzie mi wpadla w oko ksiazka przygodowa na bazie Minecraft'a. Pomyslalam, ze bedzie idealna dla Kokusia, ktory ostatnio chetnie slucha jak mu czytam, ale do samodzielnego czytania nie moze nic sobie znalezc. Kiedy jednak poszlam ja wypozyczyc, pani poinformowala mnie, ze jest to trzecia czesc serii, wiec stwierdzilam, ze trzeba by zaczac od pierwszej. Kobieta byla na tyle mila, ze sama popedzila na pieterko zeby ja przyniesc, ale po chwili zeszla mowiac, ze nie moze jej znalezc. Sprawdzila w katalogu, ze ksiazka jest, wiec poszla spojrzec czy przypadkiem nie zawieruszyla sie w dziale dzieciecym (powinna byc w osobnej czesci dla 10-12-latkow), a inna dziewczyna poszla jeszcze raz sprawdzic na regalach dla starszych dzieci. Normalnie powtorka z rozrywki z zeszlego czwartku! :D I juz stwierdzilam, ze trudno, najwyzej Nik zacznie czytac od trzeciej czesci, kiedy pani sie przypomnialo, ze zalogowala ksiazke nie pod nazwiskiem autora, tylko pod MIN, od "Minecraft"! Noooo, bardzo logiczne, kiedy 99% ksiazek jest wedlug autora... ;) W kazdym razie wyszlysmy ze sporym opoznieniem, ale z ksiazka oraz dwiema plytami, po ktore przyszlysmy. Wrocilysmy do domu, gdzie okazalo sie, ze jest jakis dzien dziecka i zaden z Potworkow nie mial zadanej pracy domowej. Co prawda byli bez elektroniki, wiec Nik nudzil sie jak mops i roznosila go energia. Bi na szczescie, jak juz zjadla i odsapnela po szkole, stwierdzila ze jednak na basen jedzie. Pojechali z M. a ja zyskalam 1.5 godzinki dla siebie. Wrocili calkiem zadowoleni, szczegolnie Bi, bo cwiczyli wyscig, ktory jest mieszanka stylow i jako jedyna na poczatku pamietala zeby robic przewroty przy sciance. Wszystkie dzieciaki dostawaly na koniec po kilka cukierkow, a jej pozwolono wziac kilka sztuk wiecej, wlasnie za to, ze pamietala. :) Reszta wieczora to juz szykowanie sie na kolejny dzien, choc M. wybijal mnie z rytmu, bo wzial kolejny dzien wolny, wiec ani siebie nie szykowal, ani nie zbieral sie wczesniej spac. W rezultacie, zamiast o normalnej 20:30, zagonilam Nika do lozka o 21:07. ;)

Wtorek zaczal sie nietypowo, bo jak juz napisalam, M. byl w domu, a na dodatek zabieralam Bi do dentysty przed szkola. Oznaczalo to, ze moglysmy sie z cora pobyczyc troche dluzej w lozku, ale kiedy zeszlam na dol, okazalo sie, ze rzadzil juz tam M. Czyli... zaparzyl kawe w starym zaparzaczu, z ktorego kawa mi juz kompletnie nie smakuje, przy okazji zuzywajac cala wode z czajnika oraz dzbanka z filtrem (i nie nalewajac swiezej), wiec musialam czekac az mi sie woda przefiltruje. Jakby tego bylo malo, zeby wlaczyc zaparzacz odlaczyl toster, wiec musialam szukac wolnego kontaktu zeby sobie przypiec chlebek. Nie ma to jak chlop w domu zeby wprowadzic kompletny chaos. :D W ogole sie z nim nie moge zorganizowac i kiedy w koncu zjadlam sniadanie i popedzilam na gore, musialam sie myc w biegu. A i tak wypadlismy z Kokusiem na przystanek 2 minuty pozniej i mielismy farta, bo autobus wlasnie przyjechal. Malzonek zas, zdezorganizowal mi cale pierwsze pol godziny poranka, po czym pojechal na przeglad auta, wiec nie bylo go nawet do pomocy. Bylam bardzo wdzieczna, ze autobus dotarl na czas, bo mielismy -4 stopnie, z odczuwalna temperatura -8. :O Upieklo sie rowniez Bi, bo akurat jak sie szykowalam, zerkalam sobie przez okno i jej autobus przyjechal o rekordowej godzinie... 7:27. Widzialam jak tata jej kolezanki podwiozl corke, wysadzil na przystanku, chwile tam postal, a potem zaczal odjezdzac. Widzac jednak, ze autobusu nie ma, zawrocil i stanal tak ze panna wsiadla, pewnie zeby sie zagrzac, ale zeby widziec wjazd na osiedle. Po chwili widzialam, ze A. wyszla z auta i pozbierala z chodnika plecak i skrzypce, wiec pewnie stwierdzili, ze tata ja zawiezie. Juz wsiadla do auta i czym predzej z niego wyskoczyla, bo wlasnie podjechal autobus. :D Ciesze sie, ze Bi nie musiala tam tyle czasu sterczec, a ja razem z nia. ;) Nik odjechal, a ja rzucilam psu kilka razy pileczke, po czym wrocilam do domu, gdzie udalo mi sie nawet wypic szybka kawke, nie mowiac juz o umalowaniu "oka" i przewietrzeniu sypialni. Ostatnio sie do dentysty nieco spoznilismy, wiec tym razem chcialam wyjsc z lekkim wyprzedzeniem. Niestety, cos z droga do tego gabinetu przesladuje nas pech. Na glownej ulicy biegnacej przez nasza miejscowosc, zamkneli wszystkie trzy pasy i wprowadzili ruch wahadlowy! Jaki zrobil sie korek, mozecie sobie pewnie wyobrazic! Nie moge uwierzyc, ze zrobili cos takiego przed 9 rano, kiedy jezdza jeszcze ostatnie szkolne autobusy, ludzie pedza zeby odwiezc dzieci do szkoly, a kupa ludu jedzie oczywiscie do pracy... W koncu jakos przebrnelysmy przez ten zator i reszta trasy minela sprawnie, ale i tak dojechalysmy 10 minut spoznione i recepcjonistka powiedziala, ze wzieli juz nastepna osobe. :O Szykowalam sie na dlugie czekanie, ale na szczescie juz po kilku minutach zawolali Bi. Dziurka byla na tyle mala, ze zrobili ja bez znieczulenia i wraz z fluoryzacja wszystko zajelo jakies 20 minut. Juz o 9:50 panna znalazla sie w szkole, a ja zaraz po niej w pracy. :) Smiesznie jest, bo niby oficjalnie nie pracujemy, ale wszyscy ktorzy pozostali, przyjezdzaja sobie w razie potrzeby. Tego dnia wpadl jeden z kolegow, zeby skorzystac ze skanera. ;) Przyszla paczka z odczynnikiem, ktory przelozylam do zamrazarki, ale zostalo po nim pudelko z suchym lodem. Poczatkowo mialam zostawic je otwarte w laboratorium zeby sobie odparowalo, ale potem wpadlam na pomysl, zeby wziac je do domu i pokazac Potworkom. Nik byl zachwycony, bo nigdy suchego lodu na zywo nie ogladal. Bi powiedziala, ze gdzies juz go widziala (ciekawe...), ale z checia tez popatrzyla. Wrzucilismy kilka kostek do zlewu i zalalismy woda, co wystarczylo na calkiem fajny efekt. Nawet M. przyszedl popatrzyc z ciekawoscia, bo jednak przecietny smiertelnik niewiele ma okazji zeby sie tak pobawic suchym lodem. :D

Mglista dolina w... zlewie :D
 

Sroda zaczela sie wczesniej niz bym sobie zyczyla. Malzonek zapomnial wylaczyc glosu w telefonie, a ze ma wlaczone jakies powiadomienia, to obudzil mnie kilka razy w nocy, kiedy komorka mu "plumkala" i ekran sie zaswiecal. Finalnie telefon zapikal przed 6 rano, co niestety przywabilo kota, ktory przylazl do sypialni glosno mruczac. Zeby jeszcze na tym skonczyla! Nie, kiciul musial wskoczyc na lozko, ale zamiast sie ulozyc do drzemki, to lazila mi po nogach i plecach. I po M. najwyrazniej tez, bo malzonek zaczal sie rzucac po lozku, przekrecajac to na jedna, to na druga strone, ciagac nosem, itd. Zadzwonil budzik Bi, panna wstala, a zaraz po niej malzonek poddal sie najwyrazniej i polazl na dol. Ja za to zaparlam sie, ze nie wstane przed wlasnym budzikiem. I nie wstalam, ale tez juz nie zasnelam, wiec wlasciwie na jedno wyszlo. A kiedy w koncu zeszlam na dol, okazalo sie, ze M. juz obiecal Bi, ze zabierze ja do szkoly, wiec moglam spokojnie spac lezec jeszcze pol godziny. Kiedy malzonek powiedzial mi o planie zawiezienia corki, pierwsze co, to oczywiscie pomyslalam o jej kolezance. W koncu ledwie w poniedzialek sasiad zaoferowal, ze zabierze tez Bi. Powiedzialam pannie, ze teraz wypada sie zrewanzowac i wziac A. Starsza zaczela oczywiscie protestowac, ze przeciez w koncu nie pojechaly i ze nie chce siedziec w aucie w milczeniu bo to bedzie niezreczne, itd. Rozumialam jej argumenty, ale musi sie jeszcze nauczyc, ze czasem w zyciu robi sie cos, nie dlatego ze sie chce, tylko dlatego, ze wypada. Napisalam wiec do sasiadki, ze M. zawozi Bi i moze wziac ich A. Miedzy dziewczynami jednak najwyrazniej bardzo sie popsulo, bo odpisala, ze corka woli jechac autobusem. :O Za to Starszej znow sie upieklo, bo autobus przyjechal dopiero o 7:22, wiec dlugo by czekala. Tego dnia co prawda nie bylo mrozu, ale zeby nie bylo za pieknie, padal deszcz. ;) Dzieciaki znow opiekuja sie kotami sasiadow, wiec Bi poleciala jeszcze nakarmic je i uchylic im drzwi na taras. A Nik potem strzelil focha, ze on tez chcial isc. No, ale nie bede go przeciez budzic pol godziny przed czasem zeby lecial do zwierzakow, skoro maja kolejne 4 dni, gdzie bedzie mogl isc z Bi za kazdym razem... Malzonek zawiozl Starsza, wiec zeby bylo sprawiedliwie, pozniej odwiozl syna. Zyskalam wiec spokojny ranek, niespieszne sniadanie i kawke. Laba jednak dosc szybko sie skonczyla, bo dzieciaki mialy tego dnia skrocone lekcje, a chcialam odkurzyc i pomyc podlogi zanim wroca. Oprocz tego jakies pranie, skladanie juz wysuszonego i inne drobiazgi i czas zlecial szybciej niz bym chciala. Pierwsza konczyla oczywiscie Bi i to juz o 12:30. Pojechal po nia M. i pozostalo pytanie, czy panna wyloni sie ze szkoly wystarczajaco szybko zeby zdazyl podrzucic ja pod dom i dopiero jechac po Kokusia, ktory konczyl o 13:15. Na szczescie zdazyl, bo inaczej po Mlodszego pewnie musialabym jechac ja. Reszta dnia uplynela juz z tym przyjemnym uczuciem nadchodzacego przedluzonego weekendu. Dla mnie i dzieci, bo M. mial wolne jeszcze tylko jeden dzien, wzial bowiem wtorek, srode i czwartek. W sumie wiec tez mial dlugi weekend. ;) Jak na skrzydlach pobieglam do piwnicy odlozyc na polki plecaki oraz sniadaniowki. Potworki mialy relaksujace popoludnie, bo poza odwiedzinami u kotow, a wieczorem wpadniecie zeby je nakarmic, nic nie musieli. Trening na basenie odwolali zeby instruktorzy mogli wyjechac na swieto do rodziny. Odpowiedzial wreszcie chrzestny dzieciakow. Napisalam do niego tydzien wczesniej, zeby zaprosic ich na Indyka. Zaproszenie wyslalam w czwartek, a on odpisal w sobote, ze... sie zorientuje i da znac. :O No dobra, musieli pewnie z jego "pania" uzgodnic co robia i gdzie go spedzaja. Spodziewalam sie jednak konkretnej odpowiedzi dzien, gora dwa pozniej. Taaa... W miedzyczasie zastanawialismy sie ile szykowac jedzenia i M. kupil calego indyka (zamiast planowanych udek), bo istniala mozliwosc, ze bedzie nas siodemka. Tymczasem chrzestny dopiero w srode (dzien przed Indykiem!) raczyl odpisac, ze... jednak ich nie bedzie. :/ Mam podejrzenie, ze do ostatniej chwili czekali zeby zobaczyc jak sie wyklaruje pogoda, bo jeszcze kilka dni wczesniej prognozy pokazywaly ryzyko deszczu ze sniegiem. Potem zaczelo przeskakiwac miedzy deszczem a pochmurna pogoda i kazdego dnia zapowiadano nieco wyzsza temperature. W koncu stanelo na 10 stopniach i sloncu, wiec pewnie woleli gdzies wyjechac, szczegolnie, ze oboje sa milosnikami przebywania na lonie natury i potrafili pojechac pod namiot w... kwietniu. :O Nie ukrywam jednak, ze bylam troche zla, ze nie odpowiedzial wczesniej. Zostalismy bowiem z calym indorem na nasza piatke, gdzie Potworki, wiadomo, malo co zjedza... :/ Skoro go jednak juz mielismy, to malzonek ptaszysko zamarynowal i wstawil do lodowki, ja zas zabralam sie za szarlotke. Wybralam moj ulubiony przepis, z beza. Niestety, przypomnialam sobie dlaczego tak rzadko go robie. Dziadostwo strasznie jest czasochlonne! Przynajmniej jednak wyszlo bez zakalca, bo zrobic zakalec w kruchym ciescie, to bylby niezly wyczyn. :D A w ogole, na jednej z radiostacji leca juz piosenki bozonarodzeniowe i tak szykujac bardziej uroczysty obiad z "Jingle bell rock" w tle, czulam sie jakbym sie szykowala na Wigilie! :D

W czwartek w koncu mozna bylo pospac dluzej. M. stwierdzil, ze w sumie to fajnie ze chrzestnego nie bedzie, bo tej jego "pani" jeszcze tak naprawde nie znamy (tylko raz ja widzielismy), a obca osoba to jednak lekki stres zeby wszystko wyszlo i bylo smaczne. Oczywiscie troche w tym racji, choc mi akurat bylo nieco smutno, ze kolejnego Indyka spedzimy w takim okrojonym skladzie. Przyznaje jednak, ze dzieki temu reszta przygotowan poszla szybko i sprawnie. Indyka juz mielismy, wiec trzeba bylo go upiec, ale odpuscilam sobie jedno danie, a ilosc ziemniakow oraz surowki zmniejszylam o polowe. Wiekszosc ranka dzieciaki ogladaly transmisje z dorocznej parady w Nowym Jorku.

Tu akurat "plynie" sobie gigantyczny balon postaci Bluey (Potworki na te bajke sa juz za "stare", ale rozpoznaja ;P)
 

Nie dosc, ze wydarzenie "z pompa", takie bardzo hamerykanckie, rodem z Broadway'u, to smaczku dodawaly jeszcze znajome miejsca, ktore pamietali z niedawnych wypraw do tej metropolii. :) Ja z M. za to wsadzilismy indora do piekarnika. Malzonek dzien wczesniej wyczytal, ze ptaszysko bedzie sie pieklo 6 godzin. Zdziwilam sie ze az tyle, ale ze wszystko zalezy od wielkosci indyka oraz temperatury, wiec nie kwestionowalam. Tymczasem, kiedy sama zaczelam czytac instrukcje, okazalo sie, ze pieczenie powinno zajac okolo 3 - 3.5 godzin.

Niby to specjalne worki do pieczenia, ale jakos mnie wzdryga na mysl o tym plastiku w wysokiej temperaturze... Trzeba jednak przyznac, ze mieso wyszlo naprawde bardzo soczyste
 

Zaprosilam wczesniej dziadka na okolo 16, a potem musialam dzwonic i przekladac "impreze" na 14. ;) Poza tym jednak przygotowania poszly bezproblemowo. Zdazylam wszystko uszykowac i nakryc do stolu, przyjechal moj tata i moglismy zasiasc do stolu. Dzieciaki, o dziwo, nawet sporo zjadly, szczegolnie Nik, ktory opchal sie indykiem, jak na miesozerce przystalo.

Jak widac nikt (poza mna, choc akurat mnie nie widac) sie odswietnie nie ubral, a w dodatku jest nas garstka a i tak nie da sie zrobic zdjecia tak, zeby wszyscy jakos wyszli :/
 

Dzieciaki po obiedzie spasowaly, ale ja, tata oraz M. popchnelismy jeszcze ciastem. :) Posiedzielismy, pogadalismy i czlowiek mial wrazenie, ze jest niedziela, a nie czwartek. W koncu dziadek pojechal do siebie (choc zrobilo sie juz ciemno i Potworki pytaly czy u nas spi ;P), a ze swietowanie przesunelo nam sie o dwie godziny, wiec bylo na tyle wczesnie, ze spokojnie posprzatalam ze stolu, wstawilam zmywarke i mielismy wiekszosc wieczora na relaks. I juz po kolejnym Thanksgiving. :)

W piatek M. jechal do pracy bo placili potrojnie (!) z racji swieta, choc tak naprawde to bylo juz po swiecie. ;) Ja i Potworki za to mielismy baaardzo luzny dzien. Jedyne co, to trzeba bylo pojechac na tygodniowe zakupy. Nie bylam pewna czy chce wyruszac z domu w Black Friday, ale rozumowalam, ze w sklepach spozywczych szalonych przecen nie ma, a jesli pojade z rana, powinnam ominac korki. Jak sie okazalo, mialam racje. Supermarket byl opustoszaly, bo nikt tak nie szukal okazji, a wiekszosc ludu mialo pewnie kupe resztek z Indyka. Naprzeciwko sklepu znajduje sie wielkie centrum handlowe i kiedy wracalam, przy wjezdzie byl juz lekki zator, ale przejechalam bez problemu. Bi zabrala sie ze mna, czesciowo zeby sie wyrwac z chalupy, a czesciowo, bo musialysmy jechac do sklepu sportowego, z ktorym wspolpracuje druzyna plywacka i kupic jej oficjalny stroj na zawody. Chociaz juz mi zylka skoczyla, bo dopytywalam sie Bi kilka razy czy na pewno chce plynac w pierwszych zawodach i slyszalam, ze tak, taaak, plynie. Do srody trzeba bylo dziecko wpisac na liste, wiec ja wpisalam. Jedziemy po stroj, a panna mowi, ze ona nie jest pewna, ze moze to za szybko, moze powinna jednak poplynac w nastepnym... No myslalam, ze mnie cos strzeli! Poki co stanelo, ze jest wpisana, a lista jest internetowa i zeby ja z niej zdjac, musialabym pisac do trenera, tlumaczyc dlaczego, itd. Ma wiec plynac i lepiej sie zastanowic przed kolejnymi zawodami. :/ W sklepie najpierw lekka frustracja, bo mowie, ze Bi nosi rozmiar stroju 30, a pan mi na to, ze taki rozmiar to jest dla najwiekszych dziewczyn w wieku licealnym. I ten, ktory nam podal, faktycznie byl ogromny. Zaczal szukac w pudle mniejszych rozmiarow, ale tylko sie zamotal. Na szczescie przejal nas wlasciciel sklepu i znalazl rozmiar 28. Ok, Bi poszla przymierzyc i okazal sie tak ciasny, ze nie mogla machnac ramionami. Wygrzebal z kolei ponownie 30stke, ale mlodziezowa (okazalo sie, ze ta ogromna byla juz dorosla), ktora byla... idealna. Tak to jest jak ktos nie ma o czyms pojecia, bo gosciu widzac dziecko, powinien wiedziec ze szukamy rozmiarow dzieciecych/mlodziezowych, a skoro matka mowi rozmiar 30 (no dobra, nie pomyslalam, ze musze zaznaczyc, ze chodzi o rozmiar dzieciecy), to raczej zna gabaryty swojego potomka... Stroj zakupilysmy, ale niestety nie bylo nam dane zabrac go do domu, bo musieli jeszcze wprasowac na niego logo. Zastanawia mnie ile takie cos im zajmuje, bo na mistrzostwach w zeszlym roku, gdzie kupowalam Kokusiowi koszulke, mieli maszynke i robili to na miejscu, w kilka minut. Balam sie, ze po pierwszym praniu odpadnie, ale trzyma sie do dzis. ;) W kazdym razie, maja do mnie zadzwonic jak stroj bedzie gotowy do odebrania. Wrocilysmy do domu i dzieciaki znow chcialy skorzystac z wolnego telewizora i obejrzec wypozyczony film. Padlo na starych Piratow z Karaibow. Nik, ktory blagal o nich od jakiegos czasu, teraz wzruszyl ramionami, ze wlasciwie to juz nie chce, ale potem go tak wciagnelo, ze stwierdzil, ze to najlepszy film jaki ogladal. ;) Bi od poczatku byla zachwycona i stwierdzila, ze moglaby zostac piratem. Taaa... dziecinna ta moja corka czasami. :D W miedzyczasie wlaczylam im pauze zeby mogli sobie przygotowac domowe pizze, a potem pozwolilam wyjatkowo konsumowac w salonie. Wrocil M., napalilismy w kominku, dzieciaki polecialy ogarnac sasiedzkie koty, a potem to juz bylo lenistwo przy ogniu. Cale szczescie, ze moge sobie cofnac program telewizyjny, bo moglam wieczorem, na spokojnie obejrzec kwalifikacje do skokow narciarskich. Nadeszla moja ulubiona pora roku, kiedy w weekendy rzadza skoki. :D

Milego weekendu!

6 komentarzy:

  1. U nas calkiem spokojnie mija czas wokol swieta indyczego, tzn. jak zwykle - jedzenie i spanie. Maz sklada nowe meble, co przyszly z dawna zamowione, wiec bede miec fotel "masujacy". A dla meza sa jakies szafki pod- stolowe w biurze, na szpargaly i smakolyki, niezbedne przy pracy. Uwielbiam takie leniwe, pelne dobrego jedzenia swieta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uuuu, fotel masujacy! Brzmi releksujaco. ;) U nas tez bylo bardzo leniwie i choc czasem wydaje sie nudno, to tak naprawde czasem takie spokojne dni sa potrzebne.

      Usuń
  2. Coś chyba jest z tym dojrzewaniem i niedogadywaniem się dziewczyn, bo u nas też, jak Oliwka opowiada o co koleżanki mają pretensje, albo sama na coś narzeka - zastanawiam się, o co im tak naprawdę chodzi :D
    Jak czytam o Bi na basenie, to można zapomnieć, że miała taką przerwę w pływaniu!!!
    Na filmach te autobusy podjeżdżające pod domy tak fajnie wyglądają, że Jasiu ostatnio stwierdził - też bym tak chciał. Dzięki Twoim wpisom sprowadziłam dziecko na ziemię, mówiąc, że tak fajnie to tylko na filmie, a rzeczywistość to coś innego :p
    Nie wiem czy dobrze myślę, ale to suchy lód jest wykorzystywany do puszczania mgiełki pod sceną podczas różnych koncertów?
    Ten tydzień to jak nie u Was, taki "domowy" i spokojny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do takiego samego wniosku dochodze kiedy gadam z innymi mamami 11-12-letnich panien. Cos musi byc z akurat tym wiekiem. ;)
      No z Bi w szoku jestem, bo bylam pewna, ze bedzie bez formy i jej styl tez ucierpi. A tu okazuje sie, ze wyglada jakby w ogole przerwy nie miala. :O
      Autobusy niby sa fajne, bo dziecko odbiora i odwioza, ale po tym co sie dzieje w tym roku, ciesze sie, ze mieszkamy tak blisko liceum, ze chociaz do niego dzieciaki beda mogly sobie podjechac na rowerach lub pojsc na piechote.
      Suchy lod chyba nie. U znajomych kiedys byl DJ z taka maszynka i mowil, ze ta para byla robiona jakos z parafiny.
      Wiesz, im starsza jestrm, tym bardziej ciesza mnie takie spokojne tygodnie. :D

      Usuń
  3. U nas dopiero teraz faza na Bluey, przyznam że i my mamy niezły ubaw z tej bajki :P Czytam, zaglądam. Nie zawsze komentuję. Buziaczki dla Was!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak samo - czytam zawsze, ale z komentarzami juz gorzej. Nawet u siebie odpowiadam ze sporym opoznieniem. ;)

      Usuń