sobota, 13 marca 2021

Kolejny tydzien

Tygodnie leca jak szalone... Mam wrazenie, ze caly poprzedni rok uciekl mi przez palce, mimo ze mial byc przeciez wolniejszy i spokojniejszy. Ze zdziwieniem znajduje w pracy dokumenty sprawdzone i podpisane miedzy styczniem a marcem 2020. Za kazdym razem przezywam mini szok, ze "to jeszcze wtedy bylo normalnie?". W moim umysle, caly poprzedni rok po prostu poszedl na straty, jakby go w ogole nie bylo. Teraz, dwa miesiace nowego roku tez smignely mi nie wiem kiedy i wszystko wskazuje, ze marzec rowniez przeleci niczym huragan...

Sobota zaczela sie, juz tradycyjnie, od Polskiej Szkoly i (rowniez tradycyjnie) od wku*wa. Kurcze, mamy obecnie w domu 5 (!) komputerow (plus moj - nie moj sluzbowy), a podlaczenie sie do glupiego Zoom'a zawsze wyglada niczym bieg przez oplotki. Na stacjonarnym kompie w bawialni sa jakies zabezpieczenia i nie pozwala w ogole Zoom'a otworzyc. Zreszta, zadne z dzieci i tak nie jest chetne, zeby siedziec w piwnicy (choc nie maja problemu zeby pol dnia grac tam na Playstation)... Nauczycielka Nika wysyla link do lekcji na strone szkoly, co ulatwia mi nieco zadanie, bo Mlodszy moze wejsc na te strone ze szkolnego Chrome book'a. Niestety, Zoom laduje sie na nim nieraz kilka minut. Czesto Nik zdazy rozlozyc sie z klockami i bawic w najlepsze zanim w koncu komp polaczy sie z lekcja... No, ale jakos to dziala, wiec sie (az tak) nie czepiam. Gorzej z Bi. Jej nauczycielka uparcie link przesyla wylacznie ma email rodzica. I tu zaczynaja sie schody, bo szkolne Chrome booki maja poblokowane wszystkie strony z poczta. Nie dziala ani Google Mail, ani Yahoo, etc. Chcac nie chcac, na czas lekcji oddawalam Bi mojego prywatnego laptoka. I wszystko bylo ok, az do dwa tygodnie temu, kiedy przy laczeniu z Zoomem, wyskoczyla informacja, ze Zoom "nie znajduje kamery". Ktora to jest wbudowana w komputer. wiec to nie tak, ze zapomnialam podlaczyc. Myslalam, ze to moze jakis blad, ale pozniej wieczorem probowalam cos zdzialac i okazuje sie, ze moj laptop uparcie twierdzi, ze nie ma kamery i juz. Komp ma ponad 5 lat i najwyrazniej kamera wyzionela ducha. :( W miniona sobote wiec, postanowilam dac Bi laptop M. Nie bylam pewna czy zda egzamin, bo to Apple, a (jak wspomnialam wyzej), stacjonarny Apple nie pozwala na wlaczenie Zoom'a. Nie mniej jednak, przeslalam link do lekcji na skrzynke malzonka, a kiedy przyszla pora lekcji, nieco nerwowo kliknelam. I cud, jest kamera, nauczycielka moze widziec Bi! Nasza radosc nie trwala dlugo, bowiem przy probie wlaczenia systemu glosowego, wyskoczyla wiadomosc, ze... komputer nie zezwala na uzycie go do programu Zoom! AAAAAAHHHHHHHHH!!! Myslalam, ze cos mnie trafi!!! Lekcja juz sie jednak zaczela, nie bylo czasu na atak apopleksji, wiec z dwojga zlego uznalam, ze lepiej, zeby Bi nie miala kamery niz glosnikow i polecialam jednak po mojego lapka. :D A wisienka na torcie byl Nik, ktory cos sobie nacisnal i przestal slyszec lekcje. To znaczy najpierw upieral sie ze on nic nie naciskal (no przeciez samo sie zrobilo...), a potem stwierdzil, ze mooooze cos tam nacisnal, ale nie pamieta co... Wezcie sobie tu wstawcie piekny facepalm. ;)

W sobotnie popoludnie pojechalismy odebrac rozliczenie podatkow od ksiegowego i tu mila niespodzianka, bowiem... dostaniemy zwrot! Po raz pierwszy od chyba 4-5 lat! :D Nie bedzie to jakas wielka fortuna, ale zawsze to lepiej niz doplacac. ;) A po ksiegowym pojechalismy jeszcze do kosciola, bo na niedziele mielismy plany, ktore mszy juz nie uwzglednialy. ;) Taaak, sobota byla zdecydowanie w biegu, bo pomiedzy wszystko, wciskalam jeszcze dwa ladunki prania oraz skladania, odgruzowywanie tego i owego, nie mowiac juz o normalnym dokarmianiu siebie oraz potomstwa. :)

Sobota byla wiec meczaca i zabiegana, a to dlatego, ze na niedziele wykupilam nam bilety na... NARTY!!! Przyznaje, ze tym razem, po takiej sobocie, bylam dosc zmeczona (starosc nie radosc) i gdyby nie to, ze karnety byly juz oplacone, chyba bym zrezygnowala. No strasznego mialam lenia... :D Ciesze sie, ze sie jednak wybralismy, bo raczej byl to juz ostatni raz w tym roku. Warunki byly takie sobie juz wtedy, a po kilkunastu stopniach w srodku minionego tygodnia, w ogole snieg pewnie prawie zszedl. Na horyzoncie zas z grubsza plusowe temperatury i zero porzadnego opadu swiezego puchu. Wyglada, ze czeka nas wczesna i ciepla wiosna, choc tu narazie oddechu nie wstrzymuje, bo do konca marca zostalo jeszcze troche czasu, a rok temu troche sniegu spadlo jeszcze i w kwietniu. ;) W kazdym razie, niedziela tez byla meczaca, ale w ten pelen samozadowolenia sposob, gdzie bolace miesnie sprawiaja perwersyjna przyjemnosc. ;) Z naszej czworki, tylko w sumie Nik jechal podniecony i zadowolony. Ja, jak napisalam, bylam jakas taka "detka", a Bi marudzila na potege, mimo, ze jechalismy w te samo miejsce co ostatnio, gdzie dobrze sie bawila. Jej nastroj podsycal jeszcze M., wzdychajacy ciagle ciezko jak to mu sie nie chce i jak on nie lubi nart... (facet wychowany w Zakopanem!) Nie bylo mi go zreszta ani tyci zal, bo zanim zamowilam bilety, lojalnie spytalam, czy chce jechac. Gdyby nie chcial, wzielabym po prostu Kokusia na jedna z naszych lokalnych gorek. Dla samej siebie oraz syna, nie potrzebuje sie tluc 1.5 godziny na polnoc. ;) Oczywiscie malzonek stwierdzil, ze pojedzie, a potem spedzil pol dnia narzekajac nad swoim ciezkim losem. ;)

Piekna zima... a to juz marzec ;)
 

Pechowo, nie dosc, ze 1/2 rodziny dawala wyraz swojej zalosci, to jeszcze warunki okazaly sie ciezkie i Bi kompletnie skapitulowala. Niestety, ostatni tydzien obfitowal w cieplejsze dni oraz deszcz, a potem scisnal mroz. Dodatkowo, marcowe slonce jest juz dosc mocne i mimo temperatury okolo -1, tam gdzie dochodzilo, snieg topnial, po czym natychmiast zamarzal kiedy docieral w te miejsce cien. W efekcie, wszedzie byly wielkie platy lodu. Sama trzy razy o malo sie nie wywalilam, kiedy przypadkiem wpadlam na lod podczas skretu. Udalo mi sie cudem utrzymac rownowage, ale Bi miala mniej szczescia. Wywalila sie i jeszcze zjechala tylem na brzuchu w dol, w uroczej pozycji "zaby". :D Narty jej sie wypiely i jedna zjechala w dol, na szczescie prosto w moje rece, ale druga zostala wysoko ponad Bi. Starsza probowala sie po nia wdrapac, ale bylo slisko, a w butach narciarskich ciezko sie sprawnie poruszac, wiec tylko co chwila upadala. Na szczescie jakis uprzejmy, przejezdzajacy narciarz, zobaczyl co sie dzieje, podniosl narte i "podwiozl" ja Bi. Mialam ochote go usciskac. :)

Z powodu mocnego slonca, zmuszona bylam zalozyc moje staruszki gogle. Maja one wkladki korekcyjne (swietny wynalazek!), ale niestety jedna soczewka jest za slaba i w rezultacie mam dziwne wrazenie patrzenia przez szklana kule... nie wiem jak to lepiej okreslic. ;) A nastroj Bi mozecie wyczytac bezblednie z jej miny :D
 

Po tym zdarzeniu, Starsza byla oczywiscie w stanie histerii i ryczala, ze chce wracac do samochodu. Gdybysmy juz chwile pojezdzili, moze i M. by ja zabral, ale to byl nasz pierwszy raz! :D Zeby wiec panne nieco uspokoic, zostalam z nia na zielonym (najlatwiejszym) stoku, gdzie pod koniec trzeba sie na sporym odcinku odpychac kijkami. No coz... Czego sie nie robi dla dziecka, ktore zreszta caly czas dopytywalo o godzine i czy juz pora wracac. Niestety, Bi to nie Nik, ktory lezal co chwila, po czym wstawal, otrzepywal sie, wolal "I'm OK" i jechal dalej, zasmiewajac sie w glos. :D Nawet jednak on, po przejechaniu z M. czarnej (najtrudniejszej) trasy, stwierdzil, ze bylo za slisko i uparl sie zostac na niebieskiej (sredniej), na ktorej to na poczatku wywinela orla Bi. Ten fakt chyba oddaje najlepiej, ze warunki byly slabe. ;)

Kokusia za to narty wprawiaja w iscie szampanski nastroj ;)

Wrocilismy do domu o 18 i reszta wieczoru to juz byl bieg z wywieszonym jezykiem. Kiedy bylismy na nartach ostatnio, Potworki mialy dlugi weekend, wiec luz. Tym razem jednak, kolejnego dnia szkola, wiec trzeba bylo wszystko przyszykowac i koniecznie wykapac mlodziez, ktora oczywiscie gromko protestowala... ;)

Poniedzialek, 8 marca, czyli Dzien Kobiet. :) Jak wiecie, M. kompletnie nie ma glowy do jakichkolwiek uroczystosci. W rezultacie wlasciwie to nie obchodzimy zadnych specjalnych dni, poza urodzinami dzieci. Ja bowiem z reguly pamietam o rocznicach, urodzinach, imieninach, itd., ale po 13 latach razem, juz sie przyzwyczailam, ze M. raczej nic nie przygotuje dla mnie, wiec po co mam sie wysilac dla niego? Wspominalam juz jednak, ze czasem ktores z nas cos najdzie, ma wene i checi i cos kupi lub przygotuje. Tego dnia oczywiscie nie bylo mowy zebym szykowala cos dla samej siebie, ale niespodziewanie naszlo M. Podobno tyle sie usluchal o Dniu Kobiet w radiu i polskim i hamerykanckim, ze postanowil sie wykazac. ;) Napisal tajemniczo zebym poczekala na niego z obiadem dla dzieci. Domyslilam sie, ze przywiezie zarelko. I przywiozl - sushi, ktore uwielbiamy cala czworka. Oprocz tego jednak, kupil bukiet kwiatow dla malzonki. Oczywiscie to M., ktory kompletnie nie zna sie na jakichkolwiek tradycjach, wiec zamiast tulipanow wreczyl mi lilie, ale nie bede sie czepiac, bo kwiaty od meza dostaje raz na kilka lat, wiec zawsze ciesza... :D

Oprocz zielska oraz sushi, poniedzialek oznaczal rowniez religie dla Potworkow, a dla matki pogaduchy z kolezankami. Pogaduchy mocno przerywane, bo jedna z kolezanek ganiala za swoja energiczna 2-latka. ;) Ja z druga chodzilysmy za nia z jednego konca placu zabaw (na ktory podjechalysmy), na drugi i po przekatnej. Za kazdym razem jak do niej dolaczalysmy, mloda rozpedzala sie z piskiem w zupelnie innym kierunku, jej zdyszana matka za nia, a my dwie znow powolutku w mniej wiecej tym samym kierunku. Obecnie glownym tematem jest oczywiscie Komunia i zwiazane z nia organizacje. Jedna z kolezanek bedzie miala impreze na 60 osob. Druga skromniej - kilkanascie, ale mysli o zamowieniu kateringu. Ja planuje zaprosic naszych 2, w porywach 3 gosci, po prostu do restauracji. :D Wszystkie trzy za to zzymamy sie, ze jest marzec, a my nadal nie dostalysmy wytycznych co do strojow dzieci (jesli faktycznie takowe sa), no i ze w kosciele, na dzien dzisiejszy, moga byc tylko rodzice oraz rodzenstwo komunijnych dzieci. We trzy myslimy za to zeby wynajac wspolnego fotografa i wybrac sie gdzies w plener i urzadzic sesje. Ile z tego wyjdzie, co sie pozmienia, zobaczymy. Wiadomo, ze obecnie wszystko moze sie zmienic na lepsze lub gorsze w przeciagu kilku dni...

We wtorek rano popedzilam na co kilkumiesieczne pozbywanie sie odrostow. Ciesze sie, ze po zamknieciu rok temu, a pozniejszym otwarciu, fryzjerzy dzialaja poki co w miare normalnie. W zeszlym roku o tej porze, w akcie desperacji, sama probowalam robic sobie pasemka, a efekt byl... no coz, zaden. ;) Tej wiosny udalo mi sie spotkac z moja Wiola i machnac balejaz bez przeszkod. Przy okazji umowilam sie tez na odswiezenie fryzury na dzien przed Komunia dzieci i niech mi sie gubernator nawet nie wazy zamykac ponownie zakladow! :D

Zapomnialam niestety zrobic zdjecia "przed", wiec musicie uwierzyc mi na slowo, ze odrost mialam juz potezny, taki prawie 10-centymetrowy, a koncowki to bylo jedno, rozdwajajace sie siano...
 

Juz w drodze do domu, zaczal do mnie wydzwaniac tata. Po dojechaniu do chalupy wiec, z pelnym pecherzem oraz wsciekle glodna, zmuszona bylam spedzic kolejne pol godziny na kompie z rodzicielem po przeciwnej stronie telefonu. Moj tato probuje sie bowiem usilnie dostac na szczepienie przeciwko koronie, mimo moich sugestii, zeby jednak nie pchal sie az tak predko na szczurka laboratoryjnego. Moj tata wybiera sie bowiem pod koniec miesiaca do Polski, a moja "wspaniala" matka powiedziala mu, zeby sie nieszczepiony nawet nie pokazywal, bo na pewno zarazi sie gdzies na lotnisku, a potem zarazi ja, zas ona chce jeszcze pozyc. Typowe dla mojej mamuski. ;) Tymczasem, te szczepienie to w naszym Stanie jakas enigma. Niby szczepionki sa, ale ich nie ma. Od zeszlego tygodnia szczepic sie moga osoby powyzej 55 roku zycia, ale nigdzie nie ma dostepnych preparatow. Podejrzewam, ze zostaly przejete przez wydzial oswiaty, bo jednoczesnie otwarto szczepienia dla nauczycieli. Tymczasem tata nie rezygnuje i rejestruje sie gdzie sie da, liczac, ze w koncu gdzies magicznie od razu wezma i go zaszczepia. W swojej naiwnosci uwaza, ze jak dostanie maila, ze spelnia kryteria i moze sie umowic na szczepienie, to znaczy, ze od razu, z marszu go przyjma. I nie slucha mnie kompletnie, kiedy tlumacze mu, ze to tak nie dziala. I wlasnie we wtorek otrzymal maila skads tam, ze moze dokonczyc rejestracje. Poniewaz tata jest nieco na bakier i z jezykiem angielskim i z internetami, wiec musialam mu pomoc. Oczywiscie po przejrzeniu listy klinik, szpitali i innych "szczepionkowych" miejsc w obrebie 30 km, okazalo sie, ze nigdzie nie maja dostepnych dawek, nigdzie! Kolejny raz tato odbil sie od sciany i kolejny raz zmarnowalam swoj cenny czas nad jego sprawami, mimo, ze tlumacze, zeby juz odpuscil i czekal na zawiadomienie o dostepnych szczepionkach od tych miejsc, w ktorych jest juz zarejstrowany... Ale kto by tam corki sluchal. Toz ja gowniara jestem, ledwie po 40stce, co ja tam o swiecie wiem... ;)

Poznym popoludniem zas, Potworki ochoczo zalozyly biale wdzianka i pomknelismy na sztuki walki, ktore ja zwe po prostu roboczo karate. ;) Tego dnia w koncu na chwile przyszla wiosna. W dzien bylo 14 stopni, choc dosc nieprzyjemnie wialo. Korzystajac jednak z nieco przyjemniejszej aury, po odstawieniu dzieciakow na zajecia, zamiast kisic sie w aucie, ruszylam na spacer wokol parkingu. Budynek na takim troche zadupiu, otoczony mokradlami (ale w sumie tutaj wszedzie sa mokradla), wiec troche balam sie, ze znienacka wyjdzie mi z krzakow niedzwiedz (jest marzec, a wtedy skubance sie budza), ale za to zaraz obok komendy policji, wiec raczej nikt mnie nie napadnie. ;) Po jakims czasie zaczelo sie robic gwaltownie chlodniej bo na noc zapowiadali przymrozki, ale i tak cieszylam sie z tej chwilki na swiezym powietrzu po calym dniu w budynkach, przemykajac tylko do samochodu i z powrotem. :)

Z powodu korony rodzicom nie wolno czekac pod drzwiami, wiec zostaje mi pstrykniecie pamiatkowego zdjecia na szybko, po odstawieniu Potworkow na zajecia... Za to, dzieki maseczkom nie musze "cenzurowac" zdjec ;)

Co do samych zajec, oczywiscie nie wiem dokladnie jak sie odbywaja bo rodzicom nie wolno zostac w budynku, ale wyraznie trener ma problem z dyscyplina. Rok temu zapisanych bylo tylko osmioro dzieci, a facet mial jeszcze asystenta do pomocy. W tym roku, z jakiegos powodu (moze dlatego, ze w zeszlym roku nie odbyla sie jedna sesja) zapisanych jest az 12 dzieci, a trener jest sam. Bi jest najstarsza w grupie, kolejnych 2-3 w wieku okolokokusiowym, ale reszta to naprawde smarkateria, ktora chcialaby raczej miec godzine swobodnej gimnastyki, a nie zajecia wymagajace sporej dawki dyscypliny i powtarzania gestow. W rezultacie, za kazdym razem jak ich odbieram, przynajmniej jeden delikwent stoi przed wejsciem na sale, wyrzucony z zajec za rozrabianie. :D Potworki tez przyznaja, ze trener czesto musi krzyknac zeby utrzymac klase w ryzach, co dla raczej opanowanych Hamerykanow, ktorzy nauczeni sa sie cackac z dzieciakami, jest nie lada wyczynem. Lobuziaki musza naprawde niezle dokazywac. ;)

Patrzac na mala hinduske obok Bi, zastanawiam sie, co mysleli jej rodzice, przyprowadzajac ja na zajecia, jak by nie bylo sportowe... w sukience :D
 

Sroda ponownie byla ciepla, wiec po zjedzeniu obiadu, Potworki dostaly pozwolenie na pobieganie na podworku. Bi szybko skumala sie z sasiadka i popedzily szukac w blocie i zbutwialych po zimie lisciach, salamander. Zadnej nie znalazly, ale za to Starsza wrocila z taaakimi brudnymi lapami, ze nie mogla ich domyc i ucieszylam sie podwojnie, ze jedzie na basen i je porzadnie odmoczy. ;) Zanim jednak pojechalismy, przymusilam dzieciarnie, zeby odrobila choc jedna strone pracy domowej z Polskiej Szkoly i jakims cudem zgodzili sie nawet bez wiekszych protestow. Czy to juz Dzien Matki? :D Z treningu zas za wiele nie pamietam, oprocz tego, ze dzieciaki plywaly. Zaczytalam sie w ksiazce i tylko od czasu do czasu zerkalam czy sluchaja trenera i nie rozrabiaja zanadto z kolegami...

Trener tlumaczy cwiczenie, tymczasem z osmiorga dzieci, tylko troje uwaza. Bi patrzy gdzies w przestrzen, zas Nik oraz dwie dziewczynki sa w ogole odwroceni tylem... :O

W czwartek przyszla (tylko tymczasowo) wiosna i to w wydaniu "poznym". Wlasciwie to lato wskoczylo na miejsce wiosny, bo jeden termometr pokazal 19 stopni, a drugi wrecz 21. Do tego piekne slonce i pogoda byla po prostu wymarzona, choc ja chodzilam niczym snieta ryba. Jak co roku, dopadlo mnie przesilenie wiosenne. Budze sie niewyspana, glowa mi ciazy i wlasciwie mialabym ochote polozyc sie na kanapie i zdrzemnac. W sumie, kto bogatemu zabroni skoro maz w pracy, a dzieci w szkole? ;) Coz, moje wlasne sumienie mi nie pozwolilo, bo jak to tak? Spac w srodku dnia? Przy chorobie, tudziez ciazy, ok. Ale tak bez powodu? O nie, ruszaj sie kobieto! ;) Zreszta i tak musialam podjechac do pracy, choc ta kompletnie mi nie pomogla. Wrocilam tak samo zmeczona. Zmusilam sie jednak zeby wziac Maye na spacer, bo w taka pogode to grzech po prostu nie wyjsc. I dopiero to postawilo mnie na nogi. Po powrocie umylam kuchenke, kuchenny zlew, przetarlam wszystkie blaty, pozbieralam jakies dzieciece "przydasie" porozrzucane po chalupie, puscilam odkurzacz zeby sobie pojezdzil, dokonczylam obiad... Po czym, zadowolona z siebie klaplam na dupsko i po chwili... znow zachcialo mi sie spac. :D A po poludniu kolejne zajecia z karate dla Potworkow.

"Karate kids" szykuja sie do zajec ;)
 

Oni cwiczyli kopniecia i ciosy, a ja, korzystajac z pogody, chodzilam wzdluz i wszerz i w poprzek parkingu (w jednej tylko, cienkiej bluzce! W marcu!), delektujac sie cieplem.

I znow cichcem pstrykniete podczas odstawiania na zajecia. Bi otrzymuje jakies doglebniejsze instrukcje na temat odpowiedniego wykopu ;)
 

Czwartek naznaczyl rowniez dla mnie rocznice zmian, ktore wprowadzila w moje zycie pandemia. To wlasnie 11 marca moj szef wyslala cala nasze ekipe na prace zdalna. Nastepnego dnia gubernator oglosil zamkniecie szkol od 16 marca. Jak wiemy, zamkniecie te wydluzano, az dzieci wrocily do szkoly dopiero po wakacjach. Zamknieto bary, restauracje, silownie i wiele przedsiebiorstw. Pol biedy jak ktos mogl wykonywac obowiazki z domu, wtedy mial mozliwosc dalszego zatrudnienia, ale jesli nie mogl, zasilal rzesze bezrobotnych. Ktorzy dostawali zreszta dodatkowe zapomogi, wiec wielu wcale sie z powrotem do pracy nie spieszylo... ;) Jesli pamietacie, ja oficjalnie nadal bylam zatrudniona, ale wyplate raz dostawalam, raz nie. I tak cala wiosne, lato i czesc jesieni. Oj, nie bylo wesolo... Nasz Stan formalnie zaczal luzowac obostrzenia juz pod koniec maja zeszlego roku. Pomalutku i ostroznie, czasem wracajac do niektorych restrykcji, ktore wczesniej zniesiono. Tak naprawde, prawie 10 miesiecy od poczatku wracania "do normalnosci", nadal tej normalnosci do konca nie osiagnelismy, choc jest juz blisko.


Jak jest obecnie? Po pierwsze, nie sugerujcie sie tym, co widzicie na temat Hameryki w wiadomosciach. Te, jak wiadomo, szukaja sensacji, a Stany to ogromny kraj i sytuacja rozni sie i to bardzo w poszczegolnych miejscach. U nas, obiektywnie rzecz biorac, panuje pandemiczny spokoj. Po poczatkowej histerii, wykupywaniu papieru toaletowego oraz recznikow papierowych, limitow na mieso oraz jajka, w koncu ludzie odpuscili. Obecnie w sklepach wszystko jest, a od artkulow niedawno deficytowych - mydla oraz plynow do dezynfekcji rak, polki sklepowe wrecz sie uginaja. We wszystkich budynkach obowiazuje nakaz noszenia maseczek oraz dystansu spolecznego. To samo przy wiekszych zbiorowiskach na zewnatrz. Najbardziej sceptycznie podchodzilam do tego, ile dzieci pochodza do szkoly, okazalo sie jednak, ze przechodzili juz niemal caly rok szkolny. Bary sa nadal zamkniete, ale restauracje moga obslugiwac ludzi przy stolikach wewnatrz. Otwarte sa silownie. Kina maja pozwolenie na prace (przy 50% oblozeniu), ale wiele sie nie otworzylo. Cala zime dzialaly stoki narciarskie. Lodowiska niestety jak zamkneli w grudniu, tak juz ich nie otworzyli. :( Zachorowalnosc, ktora zeszlego lata spadla ponizej 1%, jesienia podniosla sie do okolo 8%, ale po Nowym Roku zaczela systematycznie spadac i obecnie waha sie pomiedzy 2 a 3%. W zwiazku z tym, od 19 marca gubernator luzuje kolejne obostrzenia. Zwiekszy sie ilosc osob, ktore moga przebywac razem w budynku oraz na swiezym powietrzu. Wiecej osob bedzie moglo byc w restauracjach oraz na silowniach. I, najbardziej mnie dotyczace, zlikwidowany ma zostac limit osob pracujacych w biurach, jesli pracownicy beda nosic maski i zachowywac dystans socjalny. Budynek, w ktorym miesci sie moja praca nadal sie do tego nie ustosunkowal, zreszta nalezy on formalnie do akademii medycznej i czesto kieruje sie zaleceniami dla uczelni wyzszych. Przygotowuje sie jednak psychicznie (a raczej probuje, ale ciezko mi idzie), ze przede mna byc moze ostatni tydzien blogiej pracy z domu. ;) Ojjjj... Nie chce sie wracac na 8 godzin do biura, bardzo nie che... :D

No i piatek... Jak zwykle, tygodniowe zakupy, nielubiany, ale konieczny obowiazek. Niespodziewanie jednak poznym rankiem zjechal mi do domu malzonek (musial wykorzystac nadwyzke wolnych godzin, czy jakos tak). Poniewaz kolejny dzien mielismy piekna wiosne, ruszylismy na spacer z psiurem, a pozniej posiedzielismy na tarasie wygrzewajac sie w sloncu pierwszy raz w tym roku! :) Trzeba bylo tez oczywiscie skorzystac z braku Potworkow i zrealizowac bardziej, hmmm... "romantyczne" cele. Wiecie, jak nie ma w domu dzieci, to jestesmy niegrzeczni... :D Obecnie piatek jest jedynym dniem kiedy Potworniccy nie maja zadnych zajec, wiec trzeba ich bylo zagonic do skonczenia zadan do Polskiej Szkoly, a potem juz czysty relaksik. ;)

A od jutra to 2-dniowe lato ma sie podobno skonczyc. Wroci typowy wczesnowiosenny chlod, a nawet jakis snieg z deszczem...

Do poczytania!

piątek, 5 marca 2021

W marcu jak w garncu

Poprzedni weekend byl... nudny. ;) W piatek Nik wrocil ze szkoly z katarem. Skad? Kto wie... Poczatkowo winilam samego Kokusia, ktory ostatnio rutynowo wracal ze szkoly z przemoczonymi skarpetkami. Na przerwach bowiem wlazil w kupy sniegu (zapominajac wczesniej zmienic buty na sniegowce), a potem chodzil tak reszte dnia z mokrymi nogami. Idealna recepta na przeziebienie... :/ Na szczescie zadnych konkretnych planow nie mielismy. Polska Szkola nadal odbywa sie przez internet, a na dworze padalo, wiec mlodziez caly dzien spedzila w domu. Po aplikacji odpowiednich syropkow, juz w niedziele Nikowi katar zdawal sie pomalu przechodzic, pozwolilam mu wiec jechac na tenisa, z mysla, ze w maseczce raczej nikogo nie zarazi.

Moj przeziebiony syn... Wychodzi spocony, bez czapki, bez kurtki... Udusze kiedys! ;)
 

Niestety, domownicy mieli mniej szczescia i juz w niedziele wieczorem, jak na komende mnie oraz Bi rozbolaly gardla... W poniedzialek rano zas, wstalam z jedna cieknaca dziurka w nosie... A wiec chyba jakis wirus. Pieknie... :/

Fota z poniedzialku, ale z grubsza nadal mamy takie wlasnie widoki. Snieg topnieje, ale dosc opornie
 

Po poludniu byl trening druzyny plywackiej i mialam naprawde wielki dylemat czy jechac z nimi, czy nie. Oboje byli jednak chetni (Bi wrecz rozentuzjazmowana), a ze Nik mial juz tylko lekko przytkany nos, a Bi niewiadomo, stwierdzilam, ze niech jada. Bi co prawda mowila cos, ze gardlo ja lekko boli, ale to jest dziecko, ktore chetnie robi wokol siebie zamieszanie, wiec nie do konca wiedzialam na ile cos jej faktycznie dokuczalo... :D

Nik przytrzymuje sie scianki
 

Co do samej druzyny, to nie pamietam czy pisalam, ze stwierdzilismy z M., ze jesli chce, Bi moze wrocic na treningi? Tym razem to tata szybciej sie ugial. Ja bylam bardziej sceptyczna, pewnie dlatego, ze to mnie wczesniej Bi jeczala, ryczala i tupala nogami o wypisanie. Nie mialam ochoty przechodzic przez to po raz kolejny, ale ze plywanie jest ogolnie bardzo zdrowym sportem, uleglam. No i niestety okazalo sie, ze mialam nosa, bo zaraz po pierwszym treningu Bi stwierdzila, ze wlasciwie to jednak nie chce chodzic! :O Nawet obecnosc najlepszej przyjaciolki nie pomogla...

A tu wlasnie Bi doplywa
 

Oczywiscie czesciowo problemem bylo to, ze po ponad 2-miesiecznej przerwie Bi stracila forme i z treningu wyszla zmeczona i "polamana". Wieczorem zaczela dopytywac czy latwo jest sie wypisac i zaznaczyla, ze jesli jej przyjaciolka zrezygnuje, to ona tez... Nie ma latwo z ta dziewczyna, oj nie... ;)

We wtorek zas zaczely sie zajecia ze wschodnich sztuk walki, na ktore oba Potworki pedzily jak na skrzydlach. Nik pamietajac je z zeszlego roku (kiedy zostaly skrocone o kilka zajec przez korone, ech...), a Bi bo strasznie chciala sprobowac. Tutaj tez klania sie wplyw najlepszej kolezanki, ktora od wielu lat trenuje Taekwondo. Pokazuje czasem Bi jakies kopniecia czy inne cwiczenia, Starszej sie spodobalo i sama zapragnela sprobowac swoich sil. Tutaj rowniez nasuwa mi sie tylko mysl, ze zobaczymy jak dlugo potrwa entuzjazm. :D

Stroj z zeszlego roku jeszcze jako tako pasuje ;)
 

Dla mnie trening Potworkow oznaczal niestety, tak jak przy tenisie, godzine kwitniecia w aucie... Zajecia odbywaja sie w przestronnym, odnowionym budynku. Spokojnie byloby tam miejsce dla wszystkich rodzicow zeby sie rozproszyc (jest tylko osmioro dzieci w grupie), sa krzesla zeby usiasc, ale nie. Bo korona. Rodzice maja czekac na zewnatrz i koniec... :/ Nie oplacalo mi sie wracac do domu, bo z dojazdem w te i nazad, spedzilabym w nim raptem pol godziny. Przemknelo mi przez mysl, zeby podjechac do centrum miasteczka po kawe, tylko ze wlasnie tamtedy przejezdzalam i bylo totalnie zakorkowane. Na sama mysl mi sie odechcialo. ;) Przesiedzialam wiec w aucie calutka godzine, troche na telefonie, troche czytajac ksiazke... i jakos zlecialo.

Sroda oznaczala kolejny trening na basenie, a przy okazji lekcje skrocone o dwie godziny. Nauczyciele mieli szkolenie, my zas calkiem produktywnie spedzilismy czas, bowiem przymusilam Potworki do odrobienia pracy domowej do Polskiej Szkoly. Nie chcieli, oj jak bardzo, ale przekupilam pozwoleniem gry na Playstation, ktorej normalnie w tygodniu nie ma. :D Przy okazji odbylam rozmowe z corka, bowiem zaznaczajac prace domowa, zauwalylam, ze wszystkie kartki z cwiczeniami z soboty (nauczycielka wysyla konspekt tego, co robili) miala czyste. Moja corka, przez dwie godziny nie zapisala ani slowka! :O Nawet zreszta nie probowala sie tlumaczyc, tylko wykrzyknela, ze "ale sluchala, co pani mowila!" Jakos nie bardzo jej wierze... ;) Na basenie, jak na basenie, oba Potworki plywaja szybko i ladnymi stylami.

Dzieciarnia slucha, mniej lub bardziej uwaznie trenera, a ten wyglada na nieco zagubionego :D
 

Nooo, Nik ma problemy z motylkowym, ale tego akurat nie cwiczyli. ;) Za to Bi dostala kolejny lekki opiernicz, bo (czego sie obawialam zapisujac ja ponownie do druzyny) caly trening wydurniala sie z psiapsiolka, zamiast sluchac trenera. Oczywiscie panna ma milion wymowek oraz powodow do oburzenia, ze to A. sie wyglupiala i ja zaczepiala! No przeciez Bi to takie niewiniatko, tiaaaa...

Czwartkowy grafik troche nam sie pokomplikowal, bo tego dnia jest i trening druzyny plywackiej i sztuk walki. Normalnie wybralalabym raczej sztuki walki, bo trwaja tylko przez marzec, ale tego akurat dnia mialam tez wirtualny meeting o 5:30, wiec Potworki musialy jechac z tata. A ze M. chcial przy okazji pocwiczyc, to pojechali na basen. Nik nie bardzo byl zadowolony i dobitnie dal o tym znac. W ogole tego dnia wstal chyba lewa noga, bo od rana urzadzal awantury. Rano, ze pod bluzke musial ubrac podkoszulek, potem ze nie chce czapki, obiad mu nie pasowal, chcial jechac na karate, a nie na basen, itd. Ciagle cos. Tego dnia dzieciaki znow konczyly lekcje wczesniej z okazji szkolen nauczycieli i korzystajac z okazji, zaprosilam do nas przyjaciolke Bi oraz jej siostre. Akurat dobrze sie zlozylo, ze byl na to dodatkowy czas, a jednoczesnie cala czworka miala potem trening, wiec wiadomo bylo, ze sie nie zasiedza. :D Po tej wizycie naszla mnie refleksja, ze starzeja sie te dzieciaki. Spodziewalam sie jak zwykle piskow, krzykow oraz dziekigo biegania gora - dol. po domu. Tymczasem dzieciaki bawily sie raz w swoich pokojach, raz na samym dole, w bawialni, ale spokojnie i wzglednie cicho. Bylam w lekkim szoku. Zdecydowanie towarzystwo staje sie bardziej opanowane. Oczywiscie powodem tego mogl byc fakt, ze 3/4 grupy to byly dziewczynki. Podejrzewam, ze grupka z wiekszoscia chlopcow mogla byc bardziej postrzelona. ;) Moj meeting zas, o ktorym wspomnialam wyzej, byl na temat nowej szkoly, do ktorej Bi pojdzie od wrzesnia. Kilka juz chyba razy wspomnialam, ze w naszym miasteczku podstawowka to klasy 0-IV. Na dwa lata, czyli klasy V-VI, dzieci przechodza do innej szkoly, tzw. "wyzszej" podstawowki. Tak w ogole, nie wiem czy wiecie, ale w Hameryce typowy uklad to szkola podstawowa (klasy 0-V), pozniej 3 lata gimnazjum (middle school) i pozniej juz 4 lata liceum (high school). Nasze miasteczko troche sie wylamuje, zreszta nie tylko ono. Tak jak w Polsce bowiem, w szkolach czesto zaczyna brakowac miejsc i wydzialy oswiaty kombinuja jak moga. U nas postanowiono polaczyc ostatnia klase podstawowki oraz pierwsza gimnazjum w osobnej szkole. Inne miasteczka rozdzielaja klasy np. na 0-II w jednej szkole, III-V w innej, przy czym, w zaleznosci od ilosci dzieci w danym roczniku, zmienia sie to z roku na rok. Takie troche pomieszanie. To, co robi nasze miasteczko, nie bardzo mi sie podoba, bo mam wrazenie, ze po wzglednej stabilnosci podstawowki, dzieciaki beda teraz przerzucane, dwa lata w jednej szkole, dwa w drugiej i dopiero w high school znow 4 lata w jednym miejscu... Meeting w kazdym razie okazal sie raczej... nudny. ;) Ogolnych informacji bylo niewiele, a 80% czasu poswiecono na program... muzyczny. Widac od razu, ze to oczko w glowie owej szkoly. Nasze miasteczko w ogole znane jest z wysokiego poziomu nauczania muzycznego. Nauka gry na instrumentach smyczkowych oferowana jest juz od II klasy szkoly podstawowej, wtedy jednak jest dowolna. Natomiast w "wyzszej" podstawowce, ucznowie, poza zwyklymi lekcjami muzyki, musza wybrac albo orkiestre (gdzie nadal beda grac na skrzypcach, wiolonczeli badz altowce), albo zespol (ktory rozni sie od orkiestry wiekszym wyborem instrumentow), albo chor. Moga tez wybrac dwa z tych zajec. Bi poki co twierdzi, ze wybierze orkiestre, zeby nadal grac na skrzypcach, oraz chor. Zobaczymy, bo jeszcze moze jej sie odmienic, choc czasu na zastanowienie bedzie miec niewiele - wyboru nalezy dokonac juz do konca marca. :O

No i dobrnelismy do piatku. Katary zdaje sie znikly. To znaczy dzieci wydaja sie zupelnie zdrowe, mnie od czasu do czasu cos w nosie podenerwuje, ale jest ok. Wirus okazal sie malo zjadliwy. ;) Pogode mamy nadal w kratke. Po kilku cieplejszych dniach, czwartek oraz piatek znow byly okolo zerowe, a weekend ma byc wrecz lekko mrozny. Kolejnych opadow sniegu w prognozie jednak brak. ;) Zostalam tez dzis wrobiona przez sasiadke w opieke nad jej corkami. Ze ja sie zawsze tak wpakuje. ;) Dostalam od niej rano maila, czy moglabym odebrac jej dziewczyny ze szkoly, bo niania ma wolne, maz dentyste, a ona ma meeting do 16. Troche sie zdziwilam, bo panny jezdza od jakiegos czasu autobusem, a sasiadka pracuje teraz z domu, wiec wlasciwie to moglyby po prostu wejsc i pokrecic sie te 30 minut po chalupie. Dom sasiadow ma jednak bardzo dlugi podjazd, otoczony w dodatku po obu stronach wysokimi tujami, tak ze chalupy z ulicy kompletnie nie widac, pomyslalam wiec, ze sasiadka po prostu chce sie upewnic, ze corki dotra bezpicznie, skoro nie ma ich kto odebrac z przystanku. Odpisalam wiec, ze nie ma sprawy, odbiore dziewczyny. I "troche" sie zdziwilam, kiedy odpisala, ze bardzo dziekuje i ze przyjedzie po corki o 16:10! :D Nosz kurna, czyli mam je odebrac iiii zabrac do siebie?! To nie mozna tak jasno napisac or razu? ;) Pozgrzytalam nieco zebami, ale co bylo robic? Odebralam cala czworke, przywiozlam do domu, nakarmilam (a raczej probowalam, bo sasiadki to straszne niejadki) i wyslalam do zabawy. Rzecz jasna z 16:10 zrobila sie prawie 17, ale to tylko szczegol. ;) Bi miala wiec kolezanki dwa dni pod rzad, a Nik sie obrazil, ze do niego zaden kolega nie przyjezdza. Obiecalam biedakowi, ze napisze do mamy jego ulubionego kumpla i spytam czy moze przyjechac, ale szczerze, to mam cichutka nadzieje, ze sie nie zgodzi. Wiecie, pandemia i te sprawy. :D Dziewczynki dziewczynkami, ale przy kolegach w Nika wstepuje istne tornado i az cierpne na mysl, czy chalupa to wytrzyma. To nie lato, gdzie dzieciaki wyrzucilo sie na dwor i mogly tam ganiac kilka godzin. ;)

I mam wrazenie, ze jeszcze cos mialam Wam napisac, ale kompletnie nie pamietam co. Jak mnie oswieci, to najwyzej dopisze. :D

piątek, 26 lutego 2021

Przelom miesiecy

W tym tygodniu niestety temperatury w dzien juz byly caly czas solidnie na plusie, a na horyzoncie zadnego ochlodzenia, wiec zegnamy pomalu Pania Zime. Piekna byla w tym roku, choc krotka! Przyszczypala nosy, sypnela puchem, mlodziez wytarzala sie i wysankowala (prosze jakie slowotworstwo :D) za wszystkie czasy. A w kazdym razie za poprzednie dwie slabiutkie zimy, gdzie sniegu nie uswiadczylismy prawie w ogole...

W miniony piatek, jak wspomnialam, mielismy kolejny i narazie ostatni prawdziwie sniezny dzien. Nooo, "prawdziwie" to moze przesada, bo padalo leniwie i co jakis czas przestawalo. Po poludniu poszlismy odsniezac i wtedy nagle zaczelo sypac w najlepsze! Rychlo w czas! :D

Taka pogoda to byl raj dla Potwornickich :)
 

Przynajmniej Potworki sie wybawily, bo ja oraz M. dokonczylismy odsniezac z poczuciem straty czasu.

Mokrzy, ale szczesliwi ;)
 

I slusznie, bo zanim skonczylismy, na ziemi juz lezala warstwka swiezego puchu, a do poznego wieczora nazbieralo sie go kolejnych kilka cm. ;)

Pol godziny wczesniej M. odsniezyl podjazd, czy to widac? :D

Po dostawie swiezego sniegu, sobota nie mogla uplynac inaczej niz na zimowych zabawach. Zaczela sie co prawda od Polskiej Szkoly, co po 2-tygodniowej przerwie, Potworki przyjely z marudzeniem oraz fochami. No coz... :) Po zakonczeniu lekcji poszlismy na rodzinny spacer.

W poprzedni weekend kopy sniegu nadal byly prawie wyzsze od Mai :D
 

Pogoda byla przepiekna, choc zdradliwa. Slonce milo przygrzewalo, ale bylo -1 stopni i kiedy dmuchnal wiatr, nagle przelatywaly czlowieka ciarki. ;)

Nik na spacer wyjechal nowa "fura". A ja robiac zdjecie, nie zauwazylam nawet, ze w tle mamy centralnie nasza chalupe w zimowym wydaniu :)
 

Po obiedzie, szanowny ojciec pojechal na silke, a ja zabralam dzieciaki na obiecana gorke. Liczylam na to, ze pokryta swiezym sniegiem nie bedzie az tak oblodzona.

Nasza "goreczka" :)
 

Potworki pozjezdzaly w roznych konfiguracjach, nie zawsze niestety najszczesliwszych. Tym razem to Bi, zamiast trzymajac sie raczek, zjechala lezac po prostu na jabluszku. Na sam koniec, zeslizgnela sie z niego i przekoziolkowala. Narzekala potem, ze boli ja glowa, a ja modlilam sie, zeby to byl tylko nabity guz, a nie wstrzasnienie mozgu... ;)

Dobrze, ze laka ponizej gorki jest tak rozlegla, nie widac tego bowiem, ale konczy sie ona... ulica i to dosc ruchliwa. A za ulica, schowana wsrod drzew, plynie rzeka...
 

Po takich "atrakcjach", Potworki wolaly przeniesc sie na haldy sniegu utworzone podczas odsniezania parkingu. Tam natrafili na znajoma grupke dzieci i oddali sie jakiejs tajemniczej grze. Bylo juz pozne popoludnie, zaczynalo sie robic zimno, wial nieprzyjemny wiatr, a ja na dodatek dostalam okres. W koncu uznalam, ze dosc tych harcow i zaczelam nawolywac Potworki, ale gra z rowiesnikami okazala sie tak fascynujaca, ze nie moglam sie ich dowolac.

Arktyczni odkrywcy ;)

Cala droge do domu zas, blagali o pozwolenie zostania jeszcze na podworku. Nie bardzo mialam na to ochote, ale pamietajac, ze zbliza sie odwilz, w koncu sie zgodzilam. Ich zabawa przy domu ma te wspaniala zalete, ze moge na nich zerkac przez okno, nie musze sterczec na zimnie. Co tez uczynilam, pijac goraca kawe i delektujac sie cieplem. :D

Niedziela byla spokojna i prawie leniwa. Po kosciele Potworki urzadzily sobie kino domowe, ogladajac najpierw najnowsza czesc Jumanji, a pozniej Spider Man'a. W miedzyczasie przyjechal na kawe dziadek, a potem trzeba bylo sie zbierac na tenisa. Po 3-tygodniowej przerwie, zajecia ruszyly ponownie i miejmy nadzieje, ze juz zadna sniezyca nie spowoduje ich odwolania. :D

Po zajeciach. Na widok aparatu, nagle jedno usilnie musi sie napic, a drugie akurat w tej sekundzie zapinac pas...

Heh... W niedziele udalo nam sie uniknac sniezycy, ale w poniedzialek juz tak latwo nie bylo... Cos tam w prognozach straszyli, ale ze temperatury byly plusowe, nikt sie tym za bardzo nie przejal. Pojechalam do pracy, a po powrocie zabralam zachwyconego psiura na spacer. Dochodzila juz 13 i wlasnie kiedy bylam moze 200m od domu, zaczelo sypac.

Ta niezgrabna poza to wyskakiwanie ze sniegu, choc nikt nie kazal jej wczesniej tam wlazic...
 

Od razu z grubej rury, wielkie platy, ale ze grunt byl cieply, wiec poczatkowo nic nie osiadalo. Niestety, wraz ze sniegiem przyszedl spadek temperatury. Niby pozostala dodatnia, ale kiedy opadla do 1 stopnia, zrobilo sie wystarczajaco zimno, zeby snieg zaczal zasypywac drogi oraz inne powierzchnie... Jak zwykle, kiedy jechalam po dzieciaki, jezdnia byla juz biala i niemozliwie sliska. :/ W drodze powrotnej, hamujac przed wjazdem na osiedle, mialam znow okazje poczuc jak auto jedzie sobie w najlepsze dalej, a przy skrecie slicznie mnie zarzucilo. ;)

Tak wygladal swiat kiedy, siedzac w aucie, czekalam na koniec lekcji... zadymka jak ta lala

Ale najlepsze, ze chwile po moim powrocie do domu, snieg przeszedl w deszcz i temperatura zaczela znow sie podnosic. No cuda Panie Dziejku! Godzine pozniej czas byl jechac na religie i niezly mialam dylemat co robic. Kiedy wrocilam z Potworkami ze szkoly, oznajmilam, ze pierdziele, nigdzie nie jade. Teraz jednak padal sobie zwykly deszcz, i choc nasza ulica nadal wygladala dosc bialo, to bardziej ruchliwa droga, ktora moge dojrzec za domem teraz, kiedy drzewa nie maja lisci, zostala w miare porzadnie odsniezona. Po intensywnej debacie, stwierdzilam, ze wyjade troche wczesniej i jakos przejade. I faktycznie, tylko male, osiedlowe uliczki byly sliskie, reszta byla odsniezona i rozjezdzona. Potworki zaliczyly wiec religie, ktora i tak maja tylko co dwa tygodnie, a ja cieszylam sie z plotek z kolezankami. Przy okazji dowiedzialam sie od jednej z nich, ze ten kosciol jest taki " z tradycjami" (wiadomo, polski), ma wiec wymagania co do strojow dzieci komunijnych. Te moga sie oczywiscie zmieniac z roku na rok, ale z tego co R. wie, wszyscy chlopcy maja miec granatowe garnitury, a dziewczynki na glowach... tamtaramtam... welony!!! O matko i corko! Pomijam juz fakt, ze myslalam raczej o szarym garniturku dla Kokusia. Pomijam, ze takie weloniki widywalam juz na glowach dziewczynek i coz, nie moja bajka. To maja byc dziewczynki, a nie miniaturowe panie mlode... :/ Co mnie jednak najbardziej zirytowalo, to to, ze jesli ten Kosciol ma taaakie konkretne wymagania, to moze by raczyl wyslac rodzicom wytyczne?! Jest juz prawie marzec, zostaly 3 miesiace, a nie chce latac ze wszystkim na wariata. Na poczatku kwietnia jest Wielkanoc, na poczatku maja urodziny Bi, a pod koniec maja Komunia! W miedzyczasie oczywiscie milion innych spraw do ogarniecia! Ciesze sie chociaz, ze nic jeszcze nie kupilam... Rozumiem troche rozumowanie tego Kosciola, ze pomimo braku alb, chca zeby dzieci wygladaly w miare podobnie, ale jak dla mnie to powinna byc decyzja rodzicow. Jedna z moich kolezanek ma juz garnitur dla syna i coz, jest szary. Nie chce wydawac kasy na kolejny i wcale jej sie nie dziwie. Gdyby Nik mial juz garniturek, tez nie chcialabym kupowac nowego. W koncu, ile razy taki chlopczyk go ubierze, zanim z niego wyrosnie? Bylam na Komunii w amerykanskim kosciele i tam wszystkie dzieci ubrane byly dowolnie: chlopcy mieli garnitury we wszystkich mozliwych odcieniach, dziewczynki jedne krotka sukienke, inne do ziemi, niektore mialy tez te nieszczesne weloniki... I nikomu to nie przeszkadzalo. Ale kosciol polski oczywiscie musi miec wymagania... :/ Ech...

Wtorek byl dosc "waznym" dniem, byla to bowiem 3 rocznica kupna domu! To dopiero i juz trzy lata w tej chalupie! Z jednej strony nie moge uwierzyc, ze tak to smignelo, a z drugiej, nadal nie do konca sie przyzwyczailam. Wplywa na to chyba tez fakt, ze nadal sie w sumie urzadzamy... Salon dopiero co dokonczylismy i umeblowalismy. Zostal taras do remontu oraz lazienka dzieci... W pudle w piwnicy mam zdjecia i obrazki ze starego domu, ktorych nadal nie powiesilam na scianach! :D

Sroda byla najcieplejszym dniem od... grudnia, kiedy to tuz przed Bozym Narodzeniem trafil sie jakis rekordowo cieply dzien i stopil caly snieg, ktory wowczas spadl. :) Tym razem kupy sniegu sa zbyt duze zeby jeden cieplejszy dzien je unicestwil, ale ze odwilz trwa juz pare dni, wiec snieg widzialnie znika. Weekend ma byc bardzo (jak na luty) cieply i w dodatku deszczowy i po nim faktycznie moze dojrzymy trawe na trawniku. ;) W srode rowniez pojechalismy na rozliczenie podatkow, ale nie do konca je zalatwilismy. Czesciowo z naszej winy, a raczej M., bo to on przygotowywal wszystkie dokumenty. :D Pan ksiegowy zapytal czujnie bowiem, czy w zeszlym roku mielismy tylko jedno auto. Zrobilismy wielkie oczy, bo oczywiscie samochody mamy dwa. Okazalo sie, ze jeden swistek gdzies M. umknal. A najlepsze, ze szukajac go potem w stosach dokumentow, znalazlam jeszcze jeden - za moje stare auto! Sprzedalismy je bowiem juz po zaplaceniu corocznego podatku. :D Tego nie dopilnowalismy my, ale ksiegowy tez pokrzyzowal nam szyki, bowiem chcial wiedziec ile dostalismy z okazji anty-covidowej tarczy antykryzysowej (czy jak to nazwac). Wyplacane zapomogi zalezne byly bowiem od zarobkow i przy zbyt wysokich dostawalo sie mocno okrojone sumki. Teraz ksiegowy mowi, ze te osoby, ktore z racji wysokich zarobkow dostaly mniej kasy, moga otrzymac dodatkowy zwrot podatkow. No i super, tylko ze zdjecie jednego z czekow M. mial na telefonie (nie pytajcie po ch*ja mu ono bylo, ale cale szczescie...), ale pierwszego, wyplaconego jeszcze wiosna, nie. To bylo tak dawno, ze zadne z nas nie pamietalo dokladnej sumy, poza uczuciem rozczarowania, bo z maksymalnie mozliwej kasy, dostalismy mniej niz polowe. Ktos by pomyslal, ze tacy bogaci jestesmy, phi... :/ Dopiero kiedy przeszukalam stos papierow z 2020 roku, w koncu natrafilam na ten, ktory mnie olsnil. Pierwsza wyplata przyszla w formie nie czeku, ale karty platniczej! Oczywiscie kasa dawno wydana, karta wyrzucona, probowalismy telefonicznie dowiedziec sie ile na niej bylo kasy, ale gdzie tam! Pozostalo nam podac ksiegowemu orientacyjna sume, ktora zreszta pamietamy oboje taka sama, wiec chyba sie zgadza. Widzicie jednak, ze z niczym nie ma latwo... Teraz czekamy z drzeniem serca na telefon od ksiegowego i "wyrok", czyli powiadomienie ile musimy doplacic... Bo od wielu juz lat, co roku zamiast otrzymac zwrot, doplacamy... ;)

Czwartek w koncu byl dniem, gdzie nie zadzialo sie nic specjalnego i poza praca (na chwile), nigdzie nie musialam jechac. Nik mial basen, pierwszy (i ostatni) w tym tygodniu, bo w poniedzialek mial religie, a w srode jechalismy do ksiegowego. Nawet jednak na trening pojechal z M., ktory chcial znow "popakowac" na silce. ;) Ja zostalam z Bi i moim zadaniem bylo zagonic malego brudasa do kapieli. :D Przyznaje jednak, ze nawet nie bylo zbyt ciezko. Sam na sam, Bi ma znacznie przystepniejszy humor. Moze i jej potrzebna jest chwila spokoju i matka na wlasnosc. ;)

A w piatek... W piatek humor poszybowal w dol... Rano M. dostal bowiem maila, ze nasz lot z Polski do Stanow zostal odwolany! Co ciekawe, ten ze Stanow do Polski juz nie, ma tylko przesuniete godziny... Czyli co? Mozemy leciec do Kraju, ale juz z niego nie wylecimy. Dowcipnisie... Mail twierdzi, ze zmiany sa "z powodu pandemii", ale tym razem mam wrazenie, ze to pic na wode fotomontaz, bowiem termin lotu mamy na koniec lipca! To jeszcze 5 miesiacy! Skad moga wiedziec jaka bedzie sytuacja pandemiczna za taki czas?! Moj tata ma leciec pod koniec marca, czyli za miesiac i jakos jego lot nie zostal (poki co) odwolany... Podejrzewam, ze pandemia to tym razem tylko wymowka i chodzi o cene biletu. Kiedy rezerwowalismy je po raz pierwszy, termin mielismy na koncowke listopada, wiec poza sezonem wakacyjno - swiatecznym. Zlapalismy wiec calkiem niezla cene. Teraz mielismy leciec w samym srodku sezonu wakacyjnego, kiedy bilety normalnie sa ponad 2x drozsze. Podejrzewam, ze wspanialy LOT (ktory w ogole ograniczyl liczbe dziennych lotow) chce sobie zarobic i pozbywa sie tych tanszych rezerwacji pod wygodna przykrywka koronaswirusa... :/

Nom... Czyli tym malo optymistycznym akcentem czas konczyc. Do przeczytania juz w marcu!

piątek, 19 lutego 2021

Zima mowi "do widzenia"

Wyglada, ze zima potrwala u nas zawrotny miesiac, od koncowki stycznia, do przedostatniego tygodnia lutego. Teraz nadchodzi juz wiosna i na niedalekim (juz w nadchodzacym tygodniu) horyzoncie majacza plusowe temperatury oraz deszcz zamiast sniegu. Srednio mnie cieszy, bo lubie taka mrozna, sniezna zime i na moj gust moglaby ona potrwac do konca marca, a poza tym bylam tylko dwa razy na nartach i odczuwam mocny niedosyt. :) Miniony tydzien zaliczal sie jednak jeszcze do tych zimowych, choc we wtorek mielismy jakas "anomalie" w stosunku do ostatniej pogody i slupek rteci poszybowal do +9 stopni. Wlasciwie juz w poniedzialek pogoda sama nie wiedziala czego chce, bo choc wszelkie radary oraz moj "mundry" telefon twierdzily, ze pada snieg, u nas padala pospolita mzawka. :)

Poprzedni weekend za to byl zdecydowanie bardzo zimowy. W sobote umowilam sie z kolezankami oraz ich dzieciakami w parku na gorke. Dzieciarnia sie bawila, a my zmarzlysmy niemilosiernie.

Nik zapiernicza na pozyczonych sankach :)
 

Bylo raptem -1 i slonecznie, ale wial mocny wiatr i mimo plaszcza, mialam ciagle wrazenie, ze podwiewa mi tylek. ;) Mlodziez szalala najpierw na gorce, pozniej na parkowym placu zabaw (calym zasypanym sniegiem, ale kto by sie przejmowal), matki gadaly, ale po 1.5 godzinie mialysmy dosc.

Tylem tez mozna :D
 

Kiedy wrocilam do domu, dluzsza chwile zajelo mi rozgrzanie palcow u nog, mimo ze na wypad mialam ubrane cieplutkie sniegowce. Palce rak zdolalam rozgrzac juz w aucie, dzieki podgrzewanej kierownicy. To byl taki moj "must have" w nowym aucie, bo nienawidzilam wiecznie miec skostnialych lapek, nawet pomimo rekawiczek. Taka dola osob z niskim cisnieniem. :D

Za to w Walentynki - niedziele, pojechalismy na narty i to byl jeden z fajniejszych "Dni Zakochanych" w mojej karierze! To byl wlasnie nasz drugi raz w tym sezonie. Nie za dobrze, ale co robic, skoro po naszym wypadzie w przedostatni dzien Starego Roku, kolejne weekendy to byly jakies towarzystkie spotkania, w miedzyczasie dopadla mnie kolka nerkowa, dosc wolno dochodzilam po niej do siebie i jakos tak zlecialo... Niewazne jednak! Wazne, ze w koncu wybralismy sie ponownie!

To, ze w poprzednich latach Potworki wdrapywaly sie na haldy sniegu przy stokach narciarskich, sie nie dziwie, bo bylo go jak na lekarstwo. W tym roku jednak puchu im raczej nie brakuje, a jednak zadnej kupie sniegu nie przepuszcza, nawet jesli maja na nogach buty narciarskie i schodzac w dol malo sie nie zabija :D
 

Chociaz, w prognozy pogody spojrzalam juz po zrobieniu rezerwacji i lekko sie przerazilam. Zapowiadali -7 stopni!!! Na szczescie w ciagu tygodnia prognoza tak sie zdolala zmienic, ze bylo okolo 0 i praktycznie bez wiatru. W dodatku, po ostatnich opadach sniegu, na stoku bylo idealnie - puszysty snieg, malo lodu, no bajka! Wspaniale warunki.

Zdjecie pozowane... ;)
 

Oczywiscie i ja i Nik jechalismy z entuzjazmem, M. cos tam wzdychal, ze mu sie nie chce, a Bi urzadzila awanture, ze a po co, a dlaczego i ze ona nie chce. Poczatkowo byla nawet chetna na zostanie z dziadkiem, ale ze jechalismy na stok oddalony od nas o jakies 1.5 godziny, to wyliczylismy ze z samym szusowaniem, dojazdem, przebraniem sie, itd. nie bedzie nas jakies 7-8 godzin. Praktycznie caly dzien. Pannie zrzedla mina i z fochem, ale podjela decyzje, ze jednak tez chce jechac. I po fakcie przyznala, ze dobrze sie bawila. Nie wiem jakim cudem zreszta, bo jak wiadomo, Bi to panikara, a M. udalo sie ja przekonac, zeby poszla z nim oraz Kokusiem na jedna z najtrudniejszych tras! :O I tam juz z chlopakami zostala.

A tu zdjecie bardziej naturalne. Potworki "zlapane", kiedy zjezdzaly do wyciagu. W tle macie stok, z ktorego zjezdzali, a pamietajcie, ze foty optycznie "wyplaszczaja" ;)
 

Ja znalazlam dla siebie fajna trase o srednim poziomie trudnosci, ktora zreszta miejscami wcale latwa nie byla. Tylko raz niechcacy zle skrecilam, wyladowalam na jednej z najlatwiejszych (zielonych) tras i musialam odpychac sie kijkami - co za mordega! ;) Pod koniec wypadu, kiedy mlodsza czesc towarzystwa chyba rozbolaly juz nogi, zapragneli zobaczyc, ktoredy jezdzi matka. I tam juz zostalismy, bo Potworki uznaly, ze trasa mamy jest fajna. W kazdym razie byla dosc urozmaicona, bo ta "ich", choc stroma, byla prosta jak struna. "Moja" skrecala, byla raz pierunsko stroma, zeby na moment sie lekko wyplascic, trzeba bylo pilnowac zjazdu w odpowiednie miejsce, przecinac miejscami inne trasy na skroty, itd. :)

Rodzinna fota na wyciagu. M. sie podsmiewal, ze jak spadnie mi telefon, to go potem w sniegu z zyciu nie znajde, ale jak widac, zdolalam go nie upuscic :D
 

Ogolnie, bardzo fajnie sie szusowalo i 3 godziny minely niczym z bicza trzasnal. Jestem tez zadowolona, bo moje nogi wytrzymaly tym razem znacznie dluzej. Najwyrazniej moje w miare regularne cwiczenia przynosza efekty, choc pod koniec miesnie ud juz doslownie krzyczaly. ;) Ale dalam rade jeszcze zjechac ostatni raz z Kokusiem, ktory oczywiscie nie mial dosc, podczas gdy M. zabral marudzaca Bi do auta.

Poniedzialek oraz wtorek Potworki mialy wolny od szkoly z okazji President's Day. Szkoda tylko, ze pogoda nie byla fajniejsza. Poniedzialek jeszcze nie byl najgorszy. Lekki przymrozek, tylko wiatr nieprzyjemny. Nie chcialo mi sie ruszac z domu, ale ze Potworki uznaly, ze spedza dzien grajac na Playstation, zaproponowalam wypad na gorke przy high school. Na szczescie oboje sa wciaz na tyle mali, ze zabawa na powietrzu to nadal frajda. ;)

Z gorki na pazurki :)
 

Dla mnie niestety frajda byla mniejsza, bo (jak wspomnialam na poczatku posta) nad ranem mielismy marznaca mzawke i cala gorka byla tak oblodzona, ze nie dalo sie nawet swobodnie przejsc jej szczytem. A sanki oraz jabluszka pedzily z gory niczym perszingi. Po ostatnim "wypadku" Kokusia, mialam serce w gardle. ;)

Slabo widac mine Bi, musicie wiec uwierzyc mi na slowo, ze to czysta radosc :)
 

Na szczescie oboje wrocili do domu cali i zdrowi. Ja rowniez, choc zdolalam wywinac orla na lodzie. Nic groznego, ale (wredne) Potworki pokladaly sie ze smiechu. ;)

We wtorek nadeszla anomalia w postaci gwaltownego (oraz krotkotrwalego) ocieplenia. Slupek rteci skoczyl do +9 stopni! :O Niestety, przyszedl tez lekki deszcz. Nie starczyl, zeby zmyc cala warstwe sniegu, ale zeby uniemozliwic wyjscie na dwor - owszem... Spedzilam w domu calutki dzien, a Potwory, coz, obejrzaly film, pograly, posnuly sie narzekajac na nude... Za to w ogole nie przebrali sie z pizam, z czego byli bardzo zadowoleni. ;) Po poludniu wyciagnelam kupione kiedys zestawy do "hodowli" krysztalow. Niestety strzelilam sobie w kolano i to podwojnie. Pomysl byl, zeby odciagnac dzieciarnie od ekranow, ale zeby zajeli sie czyms konstruktywnym, poki ja pracuje. Niestety, okazalo sie, ze przy calej zabawie potrzebna byla pomoc osoby doroslej, bo chemikalia trzeba bylo mieszac podgrzewajac na kuchence... Nie bylo to jednak zaznaczone na pudelku (inaczej w zyciu bym tego nie kupila), tylko dopiero na schowanej w srodku instrukcji. Cwaniaki. :/ Jak juz jednak zestawy wyciagnelam, nie bylo bata - Potworki nie odpuscily i musialam im pomoc. A dlaczego strzelilam sobie w kolano podwojnie? Ano, nie wiem czy zrobilismy cos nie tak, czy zestawy byly jakies wybrakowane, ale nie utworzyl nam sie ani jeden krysztal! Nic, nul, nada... :D

W srode dzieciaki pomaszerowaly do szkoly i to nawet chetnie, a mnie czekala 2-godzinna telekonferencja z praca! Matko i corko, myslalam, ze tam jajo zniose! Najlepsze, ze prowadzacy powiedzial na koniec, ze celowo robimy te spotkania przez internet, zeby sie widziec i zeby miec na uwadze, ze przez kamerke latwo jest poznac, kiedy ktos nie uwaza. Tylko, ze sorry, ale srednio po 45 minutach juz wszyscy ziewaja, ukradkiem sprawdzaja telefony, ja musialam nawet wylaczyc kamere w ktoryms momencie i pobiec do toalety! Prawie kazda zapytana o cos osoba wydaje sie roztargniona i prosi o powtorzenie! Dla mnie limit mojej uwagi to godzina, a i ta przychodzi z trudem. Potem juz wylaczam sie kompletnie...

 

Po meetingu, dla odparowania mozgownicy, zabralam psiura na spacer. Maya ma niestety "alergie" na zdjecia i wyszla jak wyszla :D

M. jechal po poludniu poprawic jeden z tatuazy, wiec na trening druzyny plywackiej Kokusia, musialam zabrac sie z Bi. I tu niespodzianka! Bi zobaczyla dawne kolezanki z druzyny, przekonala sie naocznie, ze jej najlepsza przyjaciolka tez wrocila do druzyny (mowilismy jej o tym z M., ale najwyrazniej nie jestesmy wiarygodni ;P) i pannica oznajmila, ze chce, zeby ja ponownie zapisac! O, co to, to nie!!! Tyle sie naawanturowala, ze nie chce zeby ja zapisywac, tyle sie uplakala zanim druzyne zamknieto, gdzie uderzala w ryk, ze nie jedzie na trening juz w momencie wyjscia ze szkoly... A teraz, ot tak, stwierdzila, ze jednak chce?! Oczywiste jest, ze nie chce plywac, tylko chce sie powyglupiac z psiapsiolka! :/ Tak miedzy Bogiem a prawda, chcialabym zeby Bi nadal plywala, ale niestety Starsza musi poniesc jakies konsekwencje swojego zachowania. Tak dlugo walczyla, zeby przestac plywac i to walczac w swoim stylu - awanturami, pyskowaniem i fochami, ze teraz nie moze zobaczyc, ze tylko kiwnie paluszkiem, a mama i tata zatancza jak im zagra! ;)

Ta wystajaca z wody glowa, to Nik :)
 

Na czwartek zapowiadane byly opady sniegu. Mial sie on jednak zaczac juz nad ranem i trwac przez caly dzien, noc oraz wiekszosc piatku. Tymczasem prognozy zmienialy sie niczym w kalejdoskopie i w koncu stanely na przelotnych opadach sniegu o zmiennym nasileniu. Jak to u nas bywa, w srode wieczorem kladl sie czlowiek spac zastanawiajac sie, co ze szkola? Odbedzie sie zdalnie, czy normalnie - stacjonarnie? W czwartek rano okazalo sie, ze wydzial oswiaty wybral trzecia opcje. Lekcje odbyly sie w szkole, ale zostaly skrocone i Potworki konczyly juz o 12:45. Dla mnie oznaczalo to, ze odpuscilam sobie jazde do pracy, a za to popedzilam na zakupy, z racji, ze niewiadomo bylo, co z pogoda (oraz szkola) w piatek. Oczywiscie, jak wiekszosc dnia sniezek proszyl sobie leniwie, tak kiedy sypal najmocniej? Kiedy pora byla jechac po Potworki i pozniej, gdy trzeba bylo wyjezdzac na trening Kokusia. Typowe! ;) Jak tylko troche mocniej sypnelo, natychmiast zrobila sie slizgawka! Wracajac juz z Potworkami, myslalam przez sekunde, ze omine wjazd na nasze osiedle, bo ja hamuje, a samochod jedzie sobie dalej w najlepsze! :O Po tym, kiedy sniezyca znow przybrala na sile kiedy czas byl szykowac sie z Nikiem na basen, stwierdzilam, ze pierdziele, nigdzie nie jade. Na szczescie M. stwiedzil, ze pojedzie na silowie i zabral Mlodszego ze soba (jego na basen, rzecz jasna). :)

W czwartkowy wieczor nastapila powtorka z rozrywki i zastanawianie sie: bedzie nastepnego dnia szkola w szkole, czy nie? ;) Snieg nadal zapowiadano przelotny w nocy i na caly piatek, ale na czwartek bylo to samo, a jednak dzieciaki do szkolyposzly . Teraz, kiedy do biura nie musze codziennie jezdzic, jest mi niby wsio rybka, ale jednak wyslanie Potworkow do placowki edukacyjnej laczy sie z przygotowaniem im przekasek, ubran, itd. Nie mowiac juz o nastawieniu budzika na wczesniejsza godzine. Niestety, nasze miasteczko trzymalo sie "tradycji" i wieczorem milczalo jak zaklete, choc tym razem rowno z wiekszoscia okolicznych miejscowosci. Mail zawiadamiajacy, ze lekcje beda jednak zdalnie, przyszedl jak zwykle - po 5 rano. :/ Kiedy budzik zadzwonil o 7 rano, z jednym otwartym okiem sprawdzilam poczte, przestawilam budzik, po czym zakrylam sie koldra po uszy i poszlam spac dalej. :D No to sie w tym tygodniu "nachodzili" - zawrotne 1.5 dnia! :D

Piatek uplynal w wiekszosci na zaganianiu do lekcji Potworkow, ktore wykorzystywaly kazda wymowke, zeby przylazic na dol (szczegolnie Nik) oraz probach pracy w tzw. miedzyczasie. Oraz przygotowaniu obiadu, na ktory jedno podnioslo radosny okrzyk, a drugie strzelilo focha, ze nie bedzie tego jadlo. Tyle emocji dla zwyklych leniwych pierogow (czy tez klusek, jak zwal tak zwal)... Snieg sypal sobie faktycznie raz mocniej, raz slabiej, czasem kompletnie na chwile przestawal... Przez pol dnia, noc, a potem dzien nie nasypalo go wiec niewiadomo jak duzo. Wystarczylo, ot, zeby zakryc wszystkie miny, ktore Maya zdolala zostawic w ogrodzie, przez co chodzenie po sniegu to teraz ryzyk fizyk. ;) A kiedy po 16 stwierdzilismy z M. ze juz po sniegu i mozna odsniezyc, to przyszla taka sniezyca, ze w jednej chwili dosypala kilka centymetrow i jutro ponownie trzeba bedzie chwycic za szufle. W prognozach jednak juz na temat sniegu cisza, wiec na jakis czas bedzie to ostatnie odsniezanie. Moze nawet na reszte sezonu, bo choc marzec czesto tez bywa kaprysny, to dlugoterminowo przewiduja raczej szybkie ocieplenie. Troche szkoda tej pieknej zimy, ale taka kolej rzeczy...

Mimo nadal zimowej aury, taka odrobine wiosny zaprosilam do domu. Zobaczylam je w sklepie i byly tak piekne, ze po prostu musialam kupic :)
 

Do przeczytania! :)

piątek, 12 lutego 2021

Pada snieg, pada snieg...

Tak jak chyba na wiekszosci polkuli polnocnej w tym roku, tak i u nas zima zadomowila sie na dobre. Jak na samiutkim poczatku lutego dowalilo nam 30 cm sniegu, to nawet plusowe temperatury w dzien nie zdolaly tego stopic. Snieg lezal i choc na obrzezach pomalu go ubywalo, to wiekszosc trwala, ku uciesze dzieciarni. W sobote po poludniu wyladowalismy wiec znow na gorce pod high school. Weekend, temperatura lekko na plusie, ale dosc silny wiatr, wiec nie wydawalo sie zbyt cieplo, dzieciakow byla wiec cala gromada. W tym kilkoro ze szkoly Potworkow i to z ich rocznikow. Zabawa byla przednia, choc dla nas okazala sie raczej krotka. Dzieciaki zjezdzaly z tej "wyskoczni", ktora ostatnio Wam pokazywalam, popisywaly sie oczywiscie, kto podskoczy wyzej... Niestety, Kokusia obrocilo kiedy jechal w dol, wyskoczyl, ale przy ladowaniu zaryl buzia prosto w snieg! :O Niby to "tylko" snieg, wiec poczatkowo myslalam, ze nic sie nie stalo, ale ze przez kilka dni mielismy odwilz w dzien, a mroz w nocy, snieg roztapial sie i zamarzal i powstaly na nim ostre krysztalki. Nik wyszedl z upadku z przeoranym prawym policzkiem, od oka, az po podbrodek. Ze lzami w oczach wdrapal sie pod gore i ruszyl do auta, wstydzac sie kolegow i narzekajac, ze piecze. Ano, piecze, zdziwilabym sie gdyby sie pieklo. :D Na szczescie to tylko powierzchowne zadrapania i juz dzis (wtorek) zeszly z prawie calej buzi, zostaly tylko na podbrodku, ale tam praktycznie ich nie widac. ;)

W niedziele ponownie sypnelo sniegiem. Tym razem "tylko" okolo 20 cm. ;) Tenisa, ku rozczarowaniu Potworkow, odwolano juz poprzedniego wieczora. Mimo prognoz, rano obudzilismy sie "na sucho" i wydawalo sie, ze pogodynka sie pomylila. Niestety, zaczelo sypac niedlugo przed naszym wyjsciem do kosciola.

Sniezne widoki
 

Drogi momentalnie zrobily sie biale. Ja pewnie zostalabym w domu, ale M., wychowany w Zakopanem, stwierdzil, ze co to, te (wtedy) kilka cm sniegu, wiec pojechalismy. Chwilami wesolo nie bylo, kiedy auto lekko zarzucalo na zakretach, ale dojechalismy w te i z powrotem bez wiekszych sensacji. Zastanawia mnie jednak "inteligencja" niektorych ludzi. Ida do kosciola, a wiadomo, wtedy raczej czlowiek ubiera sie choc troche lepiej niz na codzien. No ok, rozumiem to. Ale, do cholery, dorosly czlowiek raczej powinien wiedziec, ze ubierac sie trzeba odpowiednio do pogody! Jest zima, mroz, pizga sniegiem. Zaczal padac jakies 2 godziny wczesniej, wiec nikt nie zaczal jeszcze nawet odsniezac. Pod warstwa sniegu jest lod, M. rozlozyl sie jak dlugi na chodniku (ale obciach! :D). A tu ida takie dwie damulki, plaszczyki, kapelusiki... Ida, trzymaja sie kurczowo pod ramiona i komentuja na glos, ze och, jak slisko, och, trzeba uwazac... A obie maja na nogach eleganckie botki na wysokich obcasach! W takich butach na snieg i lod?! One najwyrazniej z tych, co na Giewont w klapkach pojda, zeby dobrze wygladac. Normalnie rece opadaja! :D

Za to dzieciaki jak zawsze maja frajde ;)
 

Poniedzialek dla Potworkow oznaczal szkole, a po poludniu kolejne zajecia z religii. Dla matki oznaczalo to pogaduchy z kolezankami. ;) Niestety, obydwie mialy w autach mlodsze dzieci, wiec nie bylo jak sie wcisnac do jednego pojazdu, bo najmlodsze spalo, wiec kumpela nie chciala jej zostawic. Stalysmy wiec przy autach przy -5 i wietrze i mam nadzieje, ze nie przyplace plotek przeziebieniem. ;)

Tego dnia Bi przyniosla tez do domu oficjalna koszulke IV klas.

Piekna ta moja corka, ale na synowa nie polecam, bo charakterek ma zupelnie niepasujacy do tej anielskiej urody. Coz, poradzi sobie w zyciu :D
 

Klasy te sa ostatnim rocznikiem w naszej podstawowce. Na kolejne dwa lata dzieci ida do zupelnie innej szkoly, gdzie mieszane sa dzieciaki z calego miasteczka. Ostatni rok w podstawowce (dobra, kolejna szkola oficjalnie tez jest nadal podstawowka, ale z prefiksem "upper", czyli to taka "wyzsza" szkola podstawowa :D) wiaze sie z wieloma tradycjami oraz atrakcjami. Klasy IV maja specjalne wycieczki, wystepy, a na May Day zawsze tancza tradycyjny uklad owijajac wstazki wokol slupa oraz tzw. sword dance, gdzie z patykow udajacych miecze ukladaja gwiazdy. Na pozegnanie dostaja albumy ze zdjeciami wszystkich dzieci z ich rocznika, a na wszystkie wystepy ubieraja wlasnie te koszulki IV klas.

Z tylu koszulka ma "haselko" oraz podpisy wszystkich dzieci z IV klas. Ponoc dzieciaki z tego rocznika glosowaly nad tym projektem. Jak dla mnie to sa one raczej nudne, ale za to neutralne oraz pasujace do obu plci, a najwazniejsze jest i tak, ze malolaty sa zadowolone ;)
 

W tym roku oczywiscie "kochana" korona sprawila, ze wszelkie atrakcje, koncerty oraz tance zostaly odwolane. Nie wyglada, zeby cos mialo sie zmienic do konca roku szkolnego, wiec rocznik Bi bedzie najwyrazniej kolejnym juz, ktory straci te wszystkie tradycje. Zostaly tylko koszulki i albumy. :( Smutne to, dla rodzicow rowniez...

A we wtorek... znowu sypnelo sniegiem! Poniewaz szkoly w naszym miasteczku wyczerpaly juz wszystkie snow days na ten sezon, tym razem Potworki zostaly w domu, ale musialy zasiasc do zdalnego nauczania. ;) Nie bylo latwo, oj nie... Przylapalam Kokusia jak szedl do gory z tabletem i musialam postraszyc kara i konsekwencjami jesli uslysze od nauczycielki, ze wylacza kamerke (w domysle, zeby ogladac filmiki na tablecie). :D Snieg sypal sobie raz mocniej, raz slabiej, w poludnie na chwile w ogole przestal i wydawalo sie, ze juz po sniegu... Po pol godzinie jednak zaczal sypac od nowa i padal gdzies do 17. Nie byla to jednak jakas ogromna sniezyca. Spadlo moze 10-15 cm lekkiego puchu. Fajnie sie to odsniezalo. M. nawet nie odpalal odsniezarki, tylko pomachal szufla. :) Potworki oczywiscie wyszly z nami. Bynajmniej nie po to, zeby pomoc, no gdzie, tylko zeby potarzac sie i pospychac wyrzucony przez nas snieg z powrotem na chodnik oraz podjazd. Tacy z nich "pomocnicy". ;)

Nie ma jak swieza dostawa puchu! :D
 

W srode juz dzieciaki pomaszerowaly normalnie do szkoly, mimo, ze drogi byly srednio odsniezone i pieronsko sliskie.

A pancia wziela psiura na sniezny spacer ;)
 

Po poludniu Nik znow mial trening z druzyna plywacka. Pojechal z M.i chyba zaczyna to byc nasza srodowa tradycja. ;) Ojciec szuka motywacji zeby jechac na silownie, a tu trafia sie okazja, bo syn jedzie w to samo miejsce. :) Dla mnie dziwne jest zostawanie w domu i wysylanie Kokusia na zajecia z M. (zawsze przeciez wszedzie woze dziaciaki ja), ale nie powiem, jest to mila odmiana. :) No i moge na spokojnie zajac sie corka, bez nawijajacej mi przy uchu "katarynki". :D Odrobilysmy zadania do Polskiej Szkoly, ktorych Bi nie dokonczyla dzien wczesniej. Juz drugi raz bowiem, nauczycielka Kokusia zadala im tylko dokonczyc i uzupelnic karty pracy z lekcji. Nik ma je zawsze jednak z grubsza zrobione i zostaje mu dopisac doslownie kilka wyrazow. Bi ma zas zadawane normalnie - 2-3 strony. Starsza traktuje to oczywiscie jak dziejowa niesprawiedliwosc, ale ze tym razem nikogo nie bylo w domu i nie miala rozpraszaczy, spokojnie usiadla i skonczyla. Czyli da sie. ;) Podobnie, bez szemrania poszla sie wykapac, czym kompletnie mnie zaskoczyla. Nie wiem bowiem czy ktos tez tak ma, ale ja oraz M. toczymy ostatnio z corka wojne o higiene osobista. Nik jest jeszcze na tyle maly, ze moze sie nie kapac tydzien i kompletnie tego nie widac, ani nie czuc. Wlosy ma troche sztywniejsze i tyle. :D Bi to jednak juz inna historia. Dojrzewa panna, co chwila ma jakies wypryski na buzi, pod paszkami lekki cebulkowy smrodek, przetluszczajace sie wlosy... Jeszcze do niedawna, jesli dluzej nie myla wlosow, glowa zaczynala jej okropnie smierdziec, ale kudly wygladaly mniej wiecej tak samo. Teraz, po kilku dniach wyglada jakby tluszcz mozna z nich bylo wyciskac... A pannica nie ma ochoty na prysznic wiecej niz raz w tygodniu, a i wtedy z fochem! :O Nie lubi, nie chce, nie bedzie i juz. Wcale nie smierdzi, nie obchodzi ja, ze wlosy ma brudne, itd. No cala Bi, wyklocajaca sie do upadlego! Oznajmilam jej wczesniej, ze chce czy nie, musi zaczac brac prysznic przynajmniej 2x w tygodniu. Skonczylo sie rykiem. Ale w srode, kiedy chlopaki pojechali, nie bylo wiec zazdrosci, ze Nik sie bawi czy oglada tv, a ona biedna musi sie oddac torturom mycia, Bi wziela prysznic bez wiekszych protestow (choc tez bez entuzjazmu). Mala wygrana dla rodzicow. :)

W czwartek Bi miala kolejna wizyte u dentysty i tu juz sami z M. nie wiemy co myslec. A raczej myslimy, zeby umowic Starsza do innego dentysty i sprawdzic uzebienie. Bi ma bardzo slabe zeby, to wiemy juz odkad zaczelam z nia chodzic do dentysty, a miala wowczas zaledwie 4 lata. Do obecnej dentystki zaczelismy chodzic po feralnej historii z zapaleniem i wyrwaniem zeba ( nie wiem czy pamietacie), kiedy okazalo sie, ze zaden z hamerykanckich dentystow nie wyrwie mleczaka. Ogolnie to jestem zadowolona, babka ma na Bi dobry wplyw, potrafi ja zagadac i nieco uspokoic, wiec Starsza nie odstawia takich histerii jak to nieraz bywalo. Babka jednak gadajac uzywa jakichs skrotow myslowych, bo jak mowi, ze do zrobienia jeszcze jedno, to niewiadomo czy jeden zab, czy jedna dziura, a potem, po robocie, oznajmia, ze zrobila np. trzy! Co gorsza, kiedy probuje dopytac dokladniej, rowniez nie potrafie wydobyc klarownej informacji. W ten sposob, Bi miala w styczniu zrobione 4 zeby/dziury (Bi, jak ja, ma ubytki miedzy zebami, wiec to jest roznica). Teraz, w lutym wrocila zeby dokonczyc co tam bylo do zrobienia. Ostatnio byl z nia M. i zrozumial, ze teraz to juz miala byc jakas mala dziurka. Tymczasem, wczoraj zadzwonil do mnie wku*wiony, wrzeszczac mi do sluchawki, ze babka mu powiedziala, ze zrobila u Bi 3 zeby z jednej strony, ale z drugiej ma jeszcze 4 do zrobienia. No jaja jakies!!! Poprzednio nic o tym nie mowila, to co, w ciagu miesiaca "polecialo" Bi szesc zebow?! Podjelismy z M. decyzje, ze ktos jeszcze musi obejrzec szczeke Starszej, bo to juz wyglada na naciagactwo i niepotrzebne meczenie dzieciaka... :/

W tym czasie kiedy M. wsciekal sie w poczekalni u dentysty, ja pojechalam z Kokusiem na trening i z przyjemnoscia patrzylam na poczynania syna w wodzie.

Mlodszy odbija sie od scianki
 

Nik zrobil sie naprawde niesamowicie szybki i wyglada w wodzie jak mala, zwinna uchatka. ;) Dzieki temu tez, ze ostatnio tak urosl, kiedy stoi, glowe ma nad powierzchnia wody. To sprawia zas, ze moge oserwowac jego poczynania bez stresu, ze sie zmeczy i utopi. ;)

Zmeczony plywak po treningu :)
 

W piatek, czyli dzis nie dzialo sie nic specjalnego, poza mocno zaleglym bilansem 8-latka Kokusia. Mlody zostal obejrzany, osluchany, wymacany i poinstruowany, ze musi jesc jak najwiecej warzyw. ;) Zbadany zostal mu tez wzrok, ktory nadal ma doskonaly. :)

Dane techniczne:

wzrost - 133.4 cm

waga - 29.5 kg

Obie wartosci okolo 80 centyla. Od zeszlego roku Nik urosl 7 i pol centymetra!!! Czyli wszystkie komentarze znajomych, a takze nasze ogolne poczucie, ze Mlodszy wystrzelil w gore, to nie wyobraznia, tylko faktycznie mial ostatnio jakis okres szalonego wzrostu. :D

I wlasciwie to na tyle... Szykuje nam sie ponury, pochmurny weekend, a potem jakis szalony pogodowo tydzien z ciaglymi opadami sniegu. Za to, od drugiej polowy nastepnego tygodnia, zapowiadaja ocieplenie. W koncu slupek rteci bedzie w dzien dochodzil do plusowych temperatur. Z jednej strony ok, mrozy potrafia byc meczace, nie ma wiec co narzekac na dodatek ciepelka. Z drugiej strony, przy takich temperaturach, zapowiadany snieg bedzie mokry, ciezki i klejacy. A moje plecy odczuwaja skutki przerzucania nawet tego lekkiego puchu, ktory padal ostatnimi czasy... Zapowiadane sa tez opady paskudztwa, zwanego potocznie marznacym deszczem, co przeraza mnie jako kierowce. Szklanka na drogach to nie to, co tygryski lubia najbardziej... ;)

A co bedzie, to sie po prostu okaze. Do poczytania! :)

sobota, 6 lutego 2021

Byl koniec stycznia, no to teraz poczatek lutego ;)

 A luty zaczal nam sie atakiem zimy. :) Nie narzekam absolutnie, bo polowe grudnia i wiekszosc stycznia narzekalam razem z Potworkami, ze kurcze, pogoda kompletnie nie zimowa. Bylo sucho i ciagle powyzej zera w dzien, wieczorami wczesnie robilo sie ciemno, zabrali nam sporty i cale popoludnia kisilismy sie w chalupie. A jak sporty wrocily, to prosze, zima tez! ;)

W sobote jeszcze nic specjalnego sie nie dzialo. Nadal panowala Syberia, bylo potwornie zimno, wiec nawet kiedy Potworki skonczyly wirtualna Polska Szkole, siedzielismy w domu. Pranie, ogarnianie chalupy, takie sprawy... W niedziele za to, Potworki mialy pierwsze zajecia z tenisa. Troche dziwnie, ze w weekend, bo zazwyczaj sporty sa raczej w tygodniu, ale co tam. Podejrzewam, ze chodzi o dostepnosc kortow. Zazwyczaj zajecia sa na kortach w klubie sportowym gdzie Potworki plywaja. Tam przynajmniej sa siedzenia i wielkie szyby, wiec rodzice moga podejrzec jak sobie radza ich dzieciaki. Tym razem zajecia zrobili na sali gimnastycznej w gimnazjum (middle school). Dzieci wchodza bocznymi drzwiami i potem nimi wychodza, zero okna, ani zajrzec, ani nic. :/ Rodzice cala godzine musza siedziec w aucie (albo gdzies pojechac).

Dzieciarnia wychodzi po zajeciach (ten malutki budynek w tle za sala gimnastyczna, to dawne przedszkole Potworkow <3)
 

Potworki w grupie maja ulubionego kumpla Kokusia i jego siostre blizniaczke (ktora byla z Bi w druzynie pilki noznej), wiec dobrze sie bawia. Az za dobrze. :D Poniewaz mlodszy brat blizniakow mial zajecia godzine wczesniej, zaproponowalam ich mamie, ze moge po zajeciach odwiezc H. i L. do domu, zeby nie musiala tkwic kolejnej godziny na parkingu. Tym bardziej, ze bylo mroznie, wietrznie i pochmurno, wiec na spacer raczej nieprzyjemnie. Oczywiscie tamta mama przyjela moja propozycje z ulga, wiec z powrotem wiozlam autem czworo dzieci. Olaboga!!! Serio, wspolczuje kierowcom autobusow szkolnych! Droczyli sie ze soba, piszczeli, krzyczeli, mimo, ze przypieci byli pasami, wyrywali sobie rakiety... Kongo! :D Powiedzialam Kokusiowi (bo to on z kolega najwiecej rozrabiali), ze wiecej blizniakow nie biore, serio! ;)

W niedziele wieczorem, zgodnie zreszta z prognozami, zaczal padac snieg. Co prawda zapowiadali go juz na godzine 18, a zaczal padac po polnocy, ale nie czepiajmy sie szczegolow, nie? :D Jak w koncu zaczal sypac, to padal i padal, reszte nocy, caly dzien w poniedzialek i polowe kolejnej nocy.

Widoki w poniedzialkowe popoludnie
 

Oczywiscie szkoly zamkneli, z tym ze sporo miejscowoscie przeszlo na nauczanie zdalne. Moje dzieciaki mialy wolne, choc szkola uprzedzala, ze przysluguje im jeszcze tylko jeden snow day, a kolejne zamkniecia z powodu pogody, to juz bedzie nauka zdalna. Mi tam wsio ryba, bo dla mnie i tak oznacza to utkniecie w domu. :D W kazdym razie Potwory byly przeszczesliwe. Od rana napierdzielaly w Minecraft, to znaczy Nik, a Bi asystowala. Oczywiscie pilnowalam, zeby robili sobie regularne przerwy od grania, a na szczescie snieg skutecznie wywabial ich na dwor, mimo ze wiatr i sniezyca pizgaly po oczach. ;)

 

Jak to dobrze, ze nadal chetnie pozuja ;)

I ze zjezdzac mozna zaraz obok domu...

Jak wspomnialam wczesniej, snieg sypal calutki poniedzialek i kiedy kladlam sie spac okolo polnocy, nadal padal. Wiekszosc miejscowosci oglosila zamkniecie szkol lub nauczanie zdalne juz poznym popoludniem albo wieczorem. Nasza nie. Naprawde lubie nasze miasteczko, ale kurna, z tym oglaszaniem dni wolnych z powodu pogody, to wkurzaja mnie nieziemsko! Wszystkie okoliczne miejscowosci potrafia zdacydowac co robia do wczesnego wieczora. Do godziny 22, 99% miast w moim Stanie wrzucila zawiadomienia na nastepny dzien, a nasze oczywiscie nie... I teraz zastanawiaj sie czlowieku, czy nastawiac budzik, czy nie. Jasne, zwazywszy na pogode, raczej spodziewalam sie zamkniecia, ale wsrod ogloszen z innych miast (u nas wrzuca sie je na strony lokalnej telewizji) znalazlo sie tez pare ambitnych, gdzie zawiadamiali "tylko" o opoznieniu rozpoczecia lekcji. Nic wiec nigdy nie wiadomo. W koncu jednak i u nas szkoly zamkneli, a kiedy przyszedl mail?! O 5 nad ranem! :/ Czasem zastanawiam sie czy nasza superintendentka po prostu nie robi rodzicom na zlosc i nie nastawia automatycznej wysylki wiadomosci nad ranem, zasmiewajac sie z biedakow, ktorzy budza sie o nieludzkiej porze zeby sprawdzac czy nie ma jakichs maili... ;)

W kazdym razie, wtorek byl kolejnym dniem wolnym. W ten sposob Potworki zyskaly praktycznie mini ferie zimowe (ale za to "pozbyly sie" takich leniwych dni, bo kolejne zamkniecia to juz beda lekcje zdalne). Kilka lat temu zlikwidowali dzieciakom normalne, tygodniowe ferie, zostawili tylko 4-dniowy weekend w polowie lutego, w ramach "ferii". Tym razem tez mieli cztery dni wolne, z tym, ze dowiadywal sie czlowiek o dwoch dodatkowych z dnia na dzien. ;) Dzien spedzilismy znow dosc leniwie. Dzieciaki graly na konsoli i ogladaly filmy, a ja ogarnialam chalupe. Wyszlismy tez na snieg, matka zeby odsniezyc chodnik, Potworki zeby poszalec. :D

Potworki zjezdzaly w roznorakich kombinacjach: jako pociag, trzymajac sie za rece, nogi i co im jeszcze przyszlo do glowy :)
 

Temperatura podniosla sie lekko powyzej zera (choc nadal wial zimny wicher, wiec praktycznie sie tego nie odczuwalo) i snieg momentalnie zrobil sie ciezki i lepki.

Orzelki/aniolki na sniegu rowniez byly obowiazkowe :)
 

Jak w poniedzialek dwa razy odsniezylam chodnik i wlasciwie tego nie odczulam, tak we wtorek po jednym razie czulam plecy i ramiona. Dzieciaki tez przemoczyly ciuchy znacznie szybciej i mocniej...

Taaakie kupy sniegu powstaly przy odsniezaniu...
 

Obiecalam Potworkom, ze jesli tata odsniezy w miare szybko, zabiore ich na wieksza gorke. M. prosil bowiem zebysmy nie lazili po podjezdzie i nie ugniatali mu sniegu, bo potem ciezko jest odsniezac. Tym bardziej nie chcialam wiec jezdzic po nim autem. Po tym jednak jak wrocil z pracy i w koncu odsniezyl podjazd, dzieciaki dojrzaly sasiadke z naprzeciwka i stwierdzily, ze wola zabawe z kolezanka nic wypad na gorke. Dla mnie to w to mi graj. Malzonek jeszcze konczyl odsniezac i mial zrzucic snieg z dachu przyczepki, wiec mial oko na progeniture, a ja nie musialam drugi raz wychodzic. Win-win. :D

Maya niezmordowanie ryla nosem w sniegu, poszukujac pilki, ktora po kazdym rzucie zapadala sie w puch :D
 

Suma summarum spadlo nam ponad 30 cm puchu, a w nocy z poniedzialku na wtorek musialo tez zabraknac na jakis czas pradu, bo rano migotal zegar na kuchence. Od srody temperatury w dzien dochodza do +5 stopni, w czwartek mielismy nawet w koncu slonce, ale przy takiej ilosci oraz nocnych przymrozkach, snieg dzielnie sie trzyma. W srode juz dzieci wrocily do szkoly, ale po odebraniu ich, zatrzymalismy sie przy najlepszej gorce w miasteczku. Jest tu niedosyt publicznych miejsc z pagorkami do zjezdzania. Nasze osiedle, choc polozone na wzgorzu, sklada sie z domow oraz otaczajacych ich ogrodow. Wszystko prywatne. Pobliski szlak spacerowy z kolei jest plaski. Dzieciarnia z calego miasteczka zjezdza sie wiec zeby saneczkowac pod naszym miejscowym high school. :)

Z tej perspektywy, goreczka wydaje sie nielam plaska :D

Na zdjeciach tego nie widac, ale gorka jest dosc stroma oraz wysoka. Patrzylam na zjazdy Potworkow z niemalym niepokojem, choc oni nie mieli oczywiscie zadnych oporow i szaleli az milo.

Nik juz w polowie gorki, za nim kolega, a na gorze Bi szykuje sie do zjazdu.
 

Ze swojej strony ucieszylam sie, ze przynajmniej solidnie sie zmecza wchodzeniem pod gore. Mielismy mialo czasu, wiec zostalismy tam tylko 20 minut z hakiem, ale zgodnie z moimi przewidywaniami, Potworniccy nawet bardzo nie protestowali, kiedy zarzadzilam wymarsz. Mieli dosc. :D

Musielismy zas sie zbierac do domu, bowiem na ten dzien przypadl... tamtaramtam... powrot treningow druzyny plywackiej! :) Wlasciwie to pierwszy trening wyznaczony byl na poniedzialek, ale odwolali go z powodu sniezycy, padlo wiec na srode. Nik przeszczesliwy, polecial jak na skrzydlach. Bi kategorycznie odmowila ponownego zapisu i nawet obecnosc w druzynie ukochanej przyjaciolki nie pomogla. :/ W srode na trening Nik pojechal z M., ktory stwierdzil, ze pobiega sobie na biezni w tym czasie. Polaczenie sanek z pozniejszym treningiem sprawilo, ze Mlodszy wieczorem "odjezdzal" w czasie wieczornego czytania i musialam w polowie przerwac. Rano zas spal niemal do 8 godziny, co tez jest niespotykane. :) Niestety, nie bardzo bylo mu dane odpoczac po intensywnym popoludniu, bo w czwartek mial kolejny trening! Tak glupio teraz to urzadzili, ze sobote wymienili na czwartek. Dwa dni pod rzad po 2-miesiecznej przerwie to jednak juz bylo za duzo i Nik pozniej narzekal, ze nie moze nawet podniesc szkolnego komputera, bo bola go ramiona. :D W czwartek na trening pojechalam z Kokusiem ja. Pogadalam sobie przynajmniej z sasiadka (mama przyjaciolki Bi), a przy okazji trener zaproponowal zeby przeniesc Nika do grupy srednio-zaawansowanej. Niestety, podobnie jak niegdys siostra, Nik sie opiera, ale mam nadzieje, ze przeniesienie do owej grupy jego ulubionego kumpla z druzyny (bo rowniez otrzymal taka propozycje) zaowocuje jednak pozytywna decyzja. Oboje z M. jestesmy oczywiscie z Kokusia bardzo dumni, a Bi zrzedla mina, bowiem zawsze to ona byla ta lepsza w plywaniu, co lubila podkreslac. A tu prosze, mlodszy brat ja dogonil, a jesli Starsza nie wroci do plywania, zostanie za nim daleko w tyle. No, ale jej decyzja. ;)

Obfitujacy w wydarzenia tydzien zakonczyl sie piatkiem, ktory  mial kompletnie szalona pogode. Rano posypalo troche sniegu, ktory okolo poludnia przeszedl w deszcz, a wczesnym popoludniem rozchmurzylo sie i wyszlo slonce. Tego dnia Potworki nie mialy juz zadnych treningow, a z obowiazkow zostalo tylko nagranie czytanek dla pan z Polskiej Szkoly. Nie pamietam czy pisalam, ze poniewaz lekcje sa teraz przez Zoom, nauczycielki nie maja jak sprawdzac lekcji i czytania, wszystko trzeba wiec nagrywac (tudziez robic zdjecia) i wysylac mailem. Na piatek zostala juz tylko czytanka, wiec korzystajac z prawie wolnego popoludnia, po zjedzeniu obiadu zabralam Potworki ponownie na gorke obok high school.

W jednym miejscu ktos usypal rampe. Tutaj Bi laduje po wyskoku ;)
 

Dzieciakow bylo sporo, bo jak pisalam, to najwieksza powszechnie dostepna gorka w miasteczku. :) Bi wpadla na kolege z klasy (a w srode Nik spotkal kumpla z druzyny plywackiej). Bylo niestety solidnie na plusie, a wiec snieg byl mokry i Potwory rownie szybko przemoczyly ubrania. Na szczescie biaganie gora - dol skutecznie ich wymordowalo i juz po 40 minutach zwinelismy sie do domku. :)

A tu Nik "frunie", choc slabo to widac :)
 

I nadszedl weekend. Pisalam do kolezanek z pytaniem, czy maja ochote wybrac sie wspolnie na gorke, zeby dzieciaki mogly pozjezdzac w gromadzie. Niestety, jedna idzie w sobote na impreze rodzinna, a druga odpisala, ze bylaby chetna, ale... jej dzieciaki nie maja ani sanek, ani "jabluszek". Szok! :O Jej cora ma dopiero 5 lat, wiec w zasadzie moze nie miec (choc my Bi kupilismy sanki na pierwsza Gwiazdke, kiedy miala zaledwie 8 miesiecy :D), ale syn kumpeli ma juz 9 lat! I co, nigdy nie zjezdzal zima z gorki na sankach? Biedne dziecko... Niestety, Potworki maja tylko po jednym "jabluszku", (choc to nie do konca akuratna nazwa) i obawiam sie, ze nie za bardzo mieliby ochote dzielic sie z kolegami... Wyglada wiec na to, ze mozemy znow wyladowac sami obok szkoly. Coz... Tam i tak prawie zawsze wpadamy na jakies znajome dzieciaki. ;)

W niedziele ma ponoc znow cos sypnac... Pozyjemy, zobaczymy. Milej reszty weekendu! :)