piątek, 19 lutego 2021

Zima mowi "do widzenia"

Wyglada, ze zima potrwala u nas zawrotny miesiac, od koncowki stycznia, do przedostatniego tygodnia lutego. Teraz nadchodzi juz wiosna i na niedalekim (juz w nadchodzacym tygodniu) horyzoncie majacza plusowe temperatury oraz deszcz zamiast sniegu. Srednio mnie cieszy, bo lubie taka mrozna, sniezna zime i na moj gust moglaby ona potrwac do konca marca, a poza tym bylam tylko dwa razy na nartach i odczuwam mocny niedosyt. :) Miniony tydzien zaliczal sie jednak jeszcze do tych zimowych, choc we wtorek mielismy jakas "anomalie" w stosunku do ostatniej pogody i slupek rteci poszybowal do +9 stopni. Wlasciwie juz w poniedzialek pogoda sama nie wiedziala czego chce, bo choc wszelkie radary oraz moj "mundry" telefon twierdzily, ze pada snieg, u nas padala pospolita mzawka. :)

Poprzedni weekend za to byl zdecydowanie bardzo zimowy. W sobote umowilam sie z kolezankami oraz ich dzieciakami w parku na gorke. Dzieciarnia sie bawila, a my zmarzlysmy niemilosiernie.

Nik zapiernicza na pozyczonych sankach :)
 

Bylo raptem -1 i slonecznie, ale wial mocny wiatr i mimo plaszcza, mialam ciagle wrazenie, ze podwiewa mi tylek. ;) Mlodziez szalala najpierw na gorce, pozniej na parkowym placu zabaw (calym zasypanym sniegiem, ale kto by sie przejmowal), matki gadaly, ale po 1.5 godzinie mialysmy dosc.

Tylem tez mozna :D
 

Kiedy wrocilam do domu, dluzsza chwile zajelo mi rozgrzanie palcow u nog, mimo ze na wypad mialam ubrane cieplutkie sniegowce. Palce rak zdolalam rozgrzac juz w aucie, dzieki podgrzewanej kierownicy. To byl taki moj "must have" w nowym aucie, bo nienawidzilam wiecznie miec skostnialych lapek, nawet pomimo rekawiczek. Taka dola osob z niskim cisnieniem. :D

Za to w Walentynki - niedziele, pojechalismy na narty i to byl jeden z fajniejszych "Dni Zakochanych" w mojej karierze! To byl wlasnie nasz drugi raz w tym sezonie. Nie za dobrze, ale co robic, skoro po naszym wypadzie w przedostatni dzien Starego Roku, kolejne weekendy to byly jakies towarzystkie spotkania, w miedzyczasie dopadla mnie kolka nerkowa, dosc wolno dochodzilam po niej do siebie i jakos tak zlecialo... Niewazne jednak! Wazne, ze w koncu wybralismy sie ponownie!

To, ze w poprzednich latach Potworki wdrapywaly sie na haldy sniegu przy stokach narciarskich, sie nie dziwie, bo bylo go jak na lekarstwo. W tym roku jednak puchu im raczej nie brakuje, a jednak zadnej kupie sniegu nie przepuszcza, nawet jesli maja na nogach buty narciarskie i schodzac w dol malo sie nie zabija :D
 

Chociaz, w prognozy pogody spojrzalam juz po zrobieniu rezerwacji i lekko sie przerazilam. Zapowiadali -7 stopni!!! Na szczescie w ciagu tygodnia prognoza tak sie zdolala zmienic, ze bylo okolo 0 i praktycznie bez wiatru. W dodatku, po ostatnich opadach sniegu, na stoku bylo idealnie - puszysty snieg, malo lodu, no bajka! Wspaniale warunki.

Zdjecie pozowane... ;)
 

Oczywiscie i ja i Nik jechalismy z entuzjazmem, M. cos tam wzdychal, ze mu sie nie chce, a Bi urzadzila awanture, ze a po co, a dlaczego i ze ona nie chce. Poczatkowo byla nawet chetna na zostanie z dziadkiem, ale ze jechalismy na stok oddalony od nas o jakies 1.5 godziny, to wyliczylismy ze z samym szusowaniem, dojazdem, przebraniem sie, itd. nie bedzie nas jakies 7-8 godzin. Praktycznie caly dzien. Pannie zrzedla mina i z fochem, ale podjela decyzje, ze jednak tez chce jechac. I po fakcie przyznala, ze dobrze sie bawila. Nie wiem jakim cudem zreszta, bo jak wiadomo, Bi to panikara, a M. udalo sie ja przekonac, zeby poszla z nim oraz Kokusiem na jedna z najtrudniejszych tras! :O I tam juz z chlopakami zostala.

A tu zdjecie bardziej naturalne. Potworki "zlapane", kiedy zjezdzaly do wyciagu. W tle macie stok, z ktorego zjezdzali, a pamietajcie, ze foty optycznie "wyplaszczaja" ;)
 

Ja znalazlam dla siebie fajna trase o srednim poziomie trudnosci, ktora zreszta miejscami wcale latwa nie byla. Tylko raz niechcacy zle skrecilam, wyladowalam na jednej z najlatwiejszych (zielonych) tras i musialam odpychac sie kijkami - co za mordega! ;) Pod koniec wypadu, kiedy mlodsza czesc towarzystwa chyba rozbolaly juz nogi, zapragneli zobaczyc, ktoredy jezdzi matka. I tam juz zostalismy, bo Potworki uznaly, ze trasa mamy jest fajna. W kazdym razie byla dosc urozmaicona, bo ta "ich", choc stroma, byla prosta jak struna. "Moja" skrecala, byla raz pierunsko stroma, zeby na moment sie lekko wyplascic, trzeba bylo pilnowac zjazdu w odpowiednie miejsce, przecinac miejscami inne trasy na skroty, itd. :)

Rodzinna fota na wyciagu. M. sie podsmiewal, ze jak spadnie mi telefon, to go potem w sniegu z zyciu nie znajde, ale jak widac, zdolalam go nie upuscic :D
 

Ogolnie, bardzo fajnie sie szusowalo i 3 godziny minely niczym z bicza trzasnal. Jestem tez zadowolona, bo moje nogi wytrzymaly tym razem znacznie dluzej. Najwyrazniej moje w miare regularne cwiczenia przynosza efekty, choc pod koniec miesnie ud juz doslownie krzyczaly. ;) Ale dalam rade jeszcze zjechac ostatni raz z Kokusiem, ktory oczywiscie nie mial dosc, podczas gdy M. zabral marudzaca Bi do auta.

Poniedzialek oraz wtorek Potworki mialy wolny od szkoly z okazji President's Day. Szkoda tylko, ze pogoda nie byla fajniejsza. Poniedzialek jeszcze nie byl najgorszy. Lekki przymrozek, tylko wiatr nieprzyjemny. Nie chcialo mi sie ruszac z domu, ale ze Potworki uznaly, ze spedza dzien grajac na Playstation, zaproponowalam wypad na gorke przy high school. Na szczescie oboje sa wciaz na tyle mali, ze zabawa na powietrzu to nadal frajda. ;)

Z gorki na pazurki :)
 

Dla mnie niestety frajda byla mniejsza, bo (jak wspomnialam na poczatku posta) nad ranem mielismy marznaca mzawke i cala gorka byla tak oblodzona, ze nie dalo sie nawet swobodnie przejsc jej szczytem. A sanki oraz jabluszka pedzily z gory niczym perszingi. Po ostatnim "wypadku" Kokusia, mialam serce w gardle. ;)

Slabo widac mine Bi, musicie wiec uwierzyc mi na slowo, ze to czysta radosc :)
 

Na szczescie oboje wrocili do domu cali i zdrowi. Ja rowniez, choc zdolalam wywinac orla na lodzie. Nic groznego, ale (wredne) Potworki pokladaly sie ze smiechu. ;)

We wtorek nadeszla anomalia w postaci gwaltownego (oraz krotkotrwalego) ocieplenia. Slupek rteci skoczyl do +9 stopni! :O Niestety, przyszedl tez lekki deszcz. Nie starczyl, zeby zmyc cala warstwe sniegu, ale zeby uniemozliwic wyjscie na dwor - owszem... Spedzilam w domu calutki dzien, a Potwory, coz, obejrzaly film, pograly, posnuly sie narzekajac na nude... Za to w ogole nie przebrali sie z pizam, z czego byli bardzo zadowoleni. ;) Po poludniu wyciagnelam kupione kiedys zestawy do "hodowli" krysztalow. Niestety strzelilam sobie w kolano i to podwojnie. Pomysl byl, zeby odciagnac dzieciarnie od ekranow, ale zeby zajeli sie czyms konstruktywnym, poki ja pracuje. Niestety, okazalo sie, ze przy calej zabawie potrzebna byla pomoc osoby doroslej, bo chemikalia trzeba bylo mieszac podgrzewajac na kuchence... Nie bylo to jednak zaznaczone na pudelku (inaczej w zyciu bym tego nie kupila), tylko dopiero na schowanej w srodku instrukcji. Cwaniaki. :/ Jak juz jednak zestawy wyciagnelam, nie bylo bata - Potworki nie odpuscily i musialam im pomoc. A dlaczego strzelilam sobie w kolano podwojnie? Ano, nie wiem czy zrobilismy cos nie tak, czy zestawy byly jakies wybrakowane, ale nie utworzyl nam sie ani jeden krysztal! Nic, nul, nada... :D

W srode dzieciaki pomaszerowaly do szkoly i to nawet chetnie, a mnie czekala 2-godzinna telekonferencja z praca! Matko i corko, myslalam, ze tam jajo zniose! Najlepsze, ze prowadzacy powiedzial na koniec, ze celowo robimy te spotkania przez internet, zeby sie widziec i zeby miec na uwadze, ze przez kamerke latwo jest poznac, kiedy ktos nie uwaza. Tylko, ze sorry, ale srednio po 45 minutach juz wszyscy ziewaja, ukradkiem sprawdzaja telefony, ja musialam nawet wylaczyc kamere w ktoryms momencie i pobiec do toalety! Prawie kazda zapytana o cos osoba wydaje sie roztargniona i prosi o powtorzenie! Dla mnie limit mojej uwagi to godzina, a i ta przychodzi z trudem. Potem juz wylaczam sie kompletnie...

 

Po meetingu, dla odparowania mozgownicy, zabralam psiura na spacer. Maya ma niestety "alergie" na zdjecia i wyszla jak wyszla :D

M. jechal po poludniu poprawic jeden z tatuazy, wiec na trening druzyny plywackiej Kokusia, musialam zabrac sie z Bi. I tu niespodzianka! Bi zobaczyla dawne kolezanki z druzyny, przekonala sie naocznie, ze jej najlepsza przyjaciolka tez wrocila do druzyny (mowilismy jej o tym z M., ale najwyrazniej nie jestesmy wiarygodni ;P) i pannica oznajmila, ze chce, zeby ja ponownie zapisac! O, co to, to nie!!! Tyle sie naawanturowala, ze nie chce zeby ja zapisywac, tyle sie uplakala zanim druzyne zamknieto, gdzie uderzala w ryk, ze nie jedzie na trening juz w momencie wyjscia ze szkoly... A teraz, ot tak, stwierdzila, ze jednak chce?! Oczywiste jest, ze nie chce plywac, tylko chce sie powyglupiac z psiapsiolka! :/ Tak miedzy Bogiem a prawda, chcialabym zeby Bi nadal plywala, ale niestety Starsza musi poniesc jakies konsekwencje swojego zachowania. Tak dlugo walczyla, zeby przestac plywac i to walczac w swoim stylu - awanturami, pyskowaniem i fochami, ze teraz nie moze zobaczyc, ze tylko kiwnie paluszkiem, a mama i tata zatancza jak im zagra! ;)

Ta wystajaca z wody glowa, to Nik :)
 

Na czwartek zapowiadane byly opady sniegu. Mial sie on jednak zaczac juz nad ranem i trwac przez caly dzien, noc oraz wiekszosc piatku. Tymczasem prognozy zmienialy sie niczym w kalejdoskopie i w koncu stanely na przelotnych opadach sniegu o zmiennym nasileniu. Jak to u nas bywa, w srode wieczorem kladl sie czlowiek spac zastanawiajac sie, co ze szkola? Odbedzie sie zdalnie, czy normalnie - stacjonarnie? W czwartek rano okazalo sie, ze wydzial oswiaty wybral trzecia opcje. Lekcje odbyly sie w szkole, ale zostaly skrocone i Potworki konczyly juz o 12:45. Dla mnie oznaczalo to, ze odpuscilam sobie jazde do pracy, a za to popedzilam na zakupy, z racji, ze niewiadomo bylo, co z pogoda (oraz szkola) w piatek. Oczywiscie, jak wiekszosc dnia sniezek proszyl sobie leniwie, tak kiedy sypal najmocniej? Kiedy pora byla jechac po Potworki i pozniej, gdy trzeba bylo wyjezdzac na trening Kokusia. Typowe! ;) Jak tylko troche mocniej sypnelo, natychmiast zrobila sie slizgawka! Wracajac juz z Potworkami, myslalam przez sekunde, ze omine wjazd na nasze osiedle, bo ja hamuje, a samochod jedzie sobie dalej w najlepsze! :O Po tym, kiedy sniezyca znow przybrala na sile kiedy czas byl szykowac sie z Nikiem na basen, stwierdzilam, ze pierdziele, nigdzie nie jade. Na szczescie M. stwiedzil, ze pojedzie na silowie i zabral Mlodszego ze soba (jego na basen, rzecz jasna). :)

W czwartkowy wieczor nastapila powtorka z rozrywki i zastanawianie sie: bedzie nastepnego dnia szkola w szkole, czy nie? ;) Snieg nadal zapowiadano przelotny w nocy i na caly piatek, ale na czwartek bylo to samo, a jednak dzieciaki do szkolyposzly . Teraz, kiedy do biura nie musze codziennie jezdzic, jest mi niby wsio rybka, ale jednak wyslanie Potworkow do placowki edukacyjnej laczy sie z przygotowaniem im przekasek, ubran, itd. Nie mowiac juz o nastawieniu budzika na wczesniejsza godzine. Niestety, nasze miasteczko trzymalo sie "tradycji" i wieczorem milczalo jak zaklete, choc tym razem rowno z wiekszoscia okolicznych miejscowosci. Mail zawiadamiajacy, ze lekcje beda jednak zdalnie, przyszedl jak zwykle - po 5 rano. :/ Kiedy budzik zadzwonil o 7 rano, z jednym otwartym okiem sprawdzilam poczte, przestawilam budzik, po czym zakrylam sie koldra po uszy i poszlam spac dalej. :D No to sie w tym tygodniu "nachodzili" - zawrotne 1.5 dnia! :D

Piatek uplynal w wiekszosci na zaganianiu do lekcji Potworkow, ktore wykorzystywaly kazda wymowke, zeby przylazic na dol (szczegolnie Nik) oraz probach pracy w tzw. miedzyczasie. Oraz przygotowaniu obiadu, na ktory jedno podnioslo radosny okrzyk, a drugie strzelilo focha, ze nie bedzie tego jadlo. Tyle emocji dla zwyklych leniwych pierogow (czy tez klusek, jak zwal tak zwal)... Snieg sypal sobie faktycznie raz mocniej, raz slabiej, czasem kompletnie na chwile przestawal... Przez pol dnia, noc, a potem dzien nie nasypalo go wiec niewiadomo jak duzo. Wystarczylo, ot, zeby zakryc wszystkie miny, ktore Maya zdolala zostawic w ogrodzie, przez co chodzenie po sniegu to teraz ryzyk fizyk. ;) A kiedy po 16 stwierdzilismy z M. ze juz po sniegu i mozna odsniezyc, to przyszla taka sniezyca, ze w jednej chwili dosypala kilka centymetrow i jutro ponownie trzeba bedzie chwycic za szufle. W prognozach jednak juz na temat sniegu cisza, wiec na jakis czas bedzie to ostatnie odsniezanie. Moze nawet na reszte sezonu, bo choc marzec czesto tez bywa kaprysny, to dlugoterminowo przewiduja raczej szybkie ocieplenie. Troche szkoda tej pieknej zimy, ale taka kolej rzeczy...

Mimo nadal zimowej aury, taka odrobine wiosny zaprosilam do domu. Zobaczylam je w sklepie i byly tak piekne, ze po prostu musialam kupic :)
 

Do przeczytania! :)

9 komentarzy:

  1. Haha, u Was na polnocy i u nas w polowie pln-pld Wsch. Wybrzeza zima rzeczywiscie powiedziala "do widzenia!" Nadchodzi juz, wprawdzie powolutku, ale JUZ rzeczywiste ocieplenie wiosenne. Za to w TX, LA i MS - panuje prawdziwy kataklizm zimowy. Miliony ludzi sa bez elektrycznosci i bez wody, bo zimno i snieznie - wszystko sie zawalilo, przestalo dzialac jak w cywilizowanym swiecie. Chwala Bogu, ze nas to nie dotknelo, ale te poludniowe stany same sie o to prosily, niemalze. Zaniedbana infrastruktura i lekcewazenie natury teraz im odplaca.
    Zazdroszcze wypadu na narty. Ciesze sie, ze mieliscie duza frajde.

    OdpowiedzUsuń
  2. To super, że udało się rodzinnie spędzić czas na nartach:) U nas oczywiście pada, ale deszcz;))) Zaraz muszę właśnie odpalić kalosze, zestaw skauta i pomknąć rowerem do pracy:))

    OdpowiedzUsuń
  3. U mnie taka wiosna, że po prostu nie do uwierzenia! Słońce zagościło na dobre, aż ma się ochotę założyć trampki i rzucić w kąt zimową kurtkę.

    OdpowiedzUsuń
  4. U nas mega wiosna! Słońce! Aż chce się żyć! Teraz tylko czekam aż będzie zielono :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajnie, że chociaż trochę udało się Wam wyskoczyć na narty. U nas też już zima odeszła, temperatury na plusie, momentami nawet +17, chociaż wiadomo, że to jeszcze nie jest to ciepło co powinno, jeszcze czuć chłodem.
    Co do kryształów, to one takie są. Kiedyś Oliwka dostała takie od Młodej za naszą podpowiedzą, bo wydawało się fajne. I tak jak Ty najpierw przeżyliśmy szok, że dziecko praktycznie nic samo nie może tam zrobić, bo wcześniej mieliśmy inne rzeczy z tej serii i dzieciaki robiły praktycznie wszystko samodzielnie, nasza pomoc była minimalna. A później też praktycznie nic nie wyszło, dwa niewielkie kryształki, które po krótkim czasie znikły. A na opakowaniu wyglądały tak pięknie...

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiesz jak ja czesto kupuje tulipany?? To przy ostatnich mrozach byla taka namiastka wiosny- a teraz juz za oknem kwitna krokusy i powiem Ci fajnie, ze Potworki mogly nacieszyc sie zima, choc jestem pewna, ze Kokus rownie chetnie wsiadzie na rower i bedzie szalal po osiedlu :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne tulipany! Bo choć Potworki szczęśliwe tak dobrze widzieć, ja już zimie i widokowi śniegu chcę powiedzieć bye bye 😆 Jeny, jak ja już czekam na wiosnę. Może też dlatego, że żadnych sportów zimowych nie uprawiam... kochani ściskam Was mocno.

    OdpowiedzUsuń
  8. Tulipaaaanyyyy!!! Matko jak ja tęsknię za wiosną... Oby do maja, kwietnia!

    OdpowiedzUsuń
  9. Cudne tulipany, ale zdjęcia na nartach jeszcze fajniejsze.
    Super, że udało się poszusować. Zawsze z podziwem (i lekką zazdrością) patrzę na narciarzy, nigdy nie miałam okazji spróbować tego rodzaju sportu i przyjemności (dzieciaki też nie), więc gdzieś tam mi się to marzy...

    OdpowiedzUsuń