poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Jak sie bawia Potwory?

Dzisiaj bedzie glownie zdjeciowo. Nie chcialo mi sie klepac w klawiature, a poza tym, w przypadku tego posta zdjecia znacznie lapiej oddadza o czym mowa. :)

Pomalutku moje dzieci wkraczaja w etap, o ktorym marzylam odkad urodzil sie Nik.

Tak tak, Bi i Niko zaczynaja bawic sie razem! Juz mam przed oczami te cudowna wizje, kiedy siade sobie na tarasie, z kawka w reku i w cieniu parasola bede spokojnie obserwowac moje pacholeta zgodnie bawiace sie w ogrodzie... Ach, coz to za marzenie!!! ;)

Oczywiscie moje dzieci to zywiol. A przepraszam, wlasciwie Bi to zywiol. Niko, chociaz mlodszy, potrafi zajac sie chwile spokojna zabawa autkami, przesuwajac je po kanapie, stole i parkiecie, wydajac przy tym "brrrr...". Bi usiedzi spokojnie tylko podczas zajec plastycznych. Poza tymi (na szczescie dosc czestymi) chwilami, Starsza musi byc w ciaglym ruchu. Nie bawi sie lalkami. Puzzle uklada tylko okazjonalnie. Ukochana zabawa, w ktora wciaga Nika, jest bieg przez przeszkody, polegajacy na wdrapaniu sie na stol, nastepnie kanape, zjechanie z kanapy, pokonanie slalomem zabawek walajacych sie po podlodze, a na koniec dziki bieg w dol korytarza i z powrotem. Mowie Wam: szal! Piski, smiechy, wrzaski oraz tupot stop po parkiecie! A na koniec najczesciej placz, bo takie szalenstwa w niewielkim domku musza sie zle skonczyc. I cale szczescie, ze narazie skonczylo sie tylko na kilku guzach i siniakach...

Na podworku to jednak zupelnie inna sprawa. Ogrod to niemal niewyczerpalna skarbnica rozrywek. Oprocz podziwiania z matka kwiatkow (Niko nadal niestety namietnie je depcze), mrowek i pszczolek, jezdzenia na rowerkach i grzebaniu w piaskownicy, moje dzieci coraz czesciej wymyslaja sobie wlasne zabawy. I bawia sie - razem! Tu jestem pelna podziwu dla mojej trzylatki, ktora potrafi zainicjowac gre i wciagnac w nia brata, bez zadnej sugestii z mojej strony! Zreszta, na niektore z tych zabaw sama w zyciu bym nie wpadla, albo bym ich nie zasugerowala, bo wydawalyby mi sie zbyt ryzykowne/ mokre/ brudne. Taaak, mimo ze staram sie z tym walczyc, nadal czasem odzywa sie we mnie matka, ktora wzdryga sie na mysl o przebieraniu dzieci z ubran utytlanych blotkiem, albo przeraza na mysl o katarze zlapanym przez dokumentne zmoczenie . Nie mowiac juz o wizjach skreconych kostek i rozbitych glow...

A jak to wyglada w praktyce?

Stokrotka pytala ostatnio czy inne mamy pozwalaja swoim dzieciom chlapac sie w kaluzach. Ja pozwalam! A jak Matka Natura nie chce wspolpracowac, bo albo nie zsyla deszczu, albo zsyla tylko tyle, ze do popoludnia wszystkie kaluze wyparowuja, Bi i Niko tez sobie radza:






Patio jest jak znalazl do robienie sztucznych kaluz. :) No a jak Pogoda sie zlituje i zesle wystarczajaco deszczu na kaluze, chociazby najmniejsze, to juz jest pelnia szczescia.






Przy okazji, na powyzszych dwoch zdjeciach widac jaka mielismy pogode w sobote rano. Czytam o upalach w Polsce i az mnie skreca z zazdrosci, bo u nas, jak widac, nie tylko ze kropilo, ale bylo na tyle zimno, ze bez kurtek przeciwdeszczowych nie dalo rady! :(

Zjezdzanie z najzwyklejszej, plastikowej zjezdzalni tez jest fajne! Ponizej widac, jak brat usiluje dodac siostrze przyspieszenia. Noga...



Grzeczne zjezdzanie jest juz jednak, jak to mowia "so last season...", wiec Starsza wpada na taki pomysl:



A Mlodszy predko idzie w jej slady:



Mozna tez przyprawic matke o zawal wdrapujac sie na stoliko - zabawke i pokazujac jakim sie jest juz duzym:



Nie dajcie sie zwiesc temu "statycznemu" zdjeciu. Tak naprawde oni kucali, usilowali skakac i Bog wie co jeszcze. Zabawka ta przetrwala oprocz moich, jeszcze dwoje innych dzieci (chociaz mam przeczucie, ze Bi i Nika moze juz nie przezyc), wiec nogi jej sie wykrzywiaja, jest chybotliwa i niestabilna. Tutaj mialam naprawde spory wewnetrzny konflikt - pstryknac zdjecie, czy asekurowac Nika??? Jak widac fotograf - amator wygral. ;)

"Stolik" moze tez zostac przewrocony do gory nogami i sluzyc do skakania z zawrotnej wysokosci 15 cm. :)





Wbieganie na wyscigi do gory i na dol po schodkach prowadzacych na taras tez jest na czasie. Tutaj udalo mi sie ich uchwycic na zdjeciu kiedy w koncu zmeczeni przysiedli na dwie minutki. :)



Jakbyscie nie wiedzieli, swiat najlepiej odkrywa sie z wywalonym jezykiem, Niko poswiadczy! ;)

Kiedy brat padl na zasluzona drzemke, niezmordowana Bi zaliczyla jeszcze gonitwe za bankami mydlanymi:



Oraz wreszcie cos spokojniejszego - pierwsze malowanie farbami!



Pierwsze i nie wiem czy nie ostatnie bowiem wystarczylo, ze spuscilam dziecko z oczu na kilka minut a zastalam caly stol zalany. I nie, Bi nie potracila niechcacy kubeczka. Ona celowo wylala z niego wode w ramach eksperymentu. Nie umiala mi dokladnie wytlumaczyc o co jej chodzilo, ale najwyrazniej badala konsystencje mokrego papieru i tego jak sie zachowaja rozmoczone farbki...

Wszystkie zdjecia pochodza z raptem kilku poprzednich dni. Az jestem zmeczona kiedy na nie patrze, a nie opisalam jeszcze nawet niedzieli. Niedziela bowiem zasluguje na osobny post. ;)

czwartek, 31 lipca 2014

Z serii: szalenstwa Panny Bi i Panicza Nika (cwaniactwo jest wrodzone!)

Moje dzieci to cwaniaki. Mali, zlosliwi, uparci kombinatorzy. :)

Szczegolnie w Bi odkrywam z lekkim rozbawieniem (oraz kropla przerazenia) moja wlasna osobowosc. Daje mi to troche do myslenia o sobie samej... ;) Wiecie, ze moja matka byla osoba bardzo zaborcza. Nakazy i zakazy to byla moja codziennosc. O ile ciagle nakazy bez mozliwosci kompromisu owocowaly awanturami (wcale nie w okresie dojrzewania, ale kiedy juz doroslam i odwazylam sie glosno wypowiedziec swoje zdanie; wczesniej za bardzo sie rodzicielki balam), o tyle z zakazami to juz inna historia. Siostra moja miala taktyke smecenia i proszenia do zerzygania (za przeproszeniem). Tak dlugo chodzila za mama i marudzila, ze ona chce i prosi i blaaagaaa, az w koncu ta ulegala. Ja, jako osobka znacznie bardziej skryta, nie prosilam. Dobrze, czasem poprosilam, przedstawialam swoj punkt widzenia, probowalam przekonac matke do swoich racji. Najczesciej przegrywalam. Co robila Agata, kiedy spotkala sie ze stanowczym zakazem, w dodatku powtorzonym? Po prostu go ignorowala. :) Nie otwarcie, glosno i ostentacyjnie, o nie. Po prostu go obchodzila, cichcem, na paluszkach i stopniowo. Za plecami rodzicielki robila na co miala ochote. A przy tym, coz przyznam sie tu, na blogu, umialam klamac i to bardzo dobrze oraz doskonale zacieralam za soba slady. I mieli moi rodzice sporo szczescia, ze trafila im sie corka w sumie spokojna i rozsadna i piszac o swoich "wystepkach" mam na mysli w sumie drobiazgi, bo z takim charakterkiem mialam niezly potencjal na zmarnowanie sobie zycia... :)

Koniec pierwszej malej dygresji. :)

Kolega z pracy ma synka w wieku Bi. Od jakiegos czasu zali sie, ze maly wszystko neguje, sprzecza sie, ze on nie, ze on tak, a w ogole to inaczej... Klasyczny bunt (tak, kolejny!) trzylatka. A Bi? Ona, wierna kopia swojej matki, jak spotka sie z nakazem, wtedy owszem, placze, smarka, wrzeszczy, ze nie, ona sama nie umie ubrac sandalow, nie podciagnie sobie gaci i nie pojdzie wysikac sie do domu, bo ona chce na trawke! :) Ale zakazy, te traktuje jak kiedys ja. Jak powietrze. Tyle, ze, jak narazie, robi to nieco bardziej otwarcie. A ja pekam ze smiechu, chociaz jednoczesnie juz boje sie co bedzie za kilka lat.

Na przyklad taka sytuacja:
Zrobilam Nikowi kanapeczke (uprzednio pytajac sie corki czy tez chce - nie chciala, zeby nie bylo...). Pokroilam w kostke i polozylam talerzyk na stole. Bi natychmiast podbiega i zaczyna podkradac po kawaleczku. Prosze ja, zeby nie wyjadala bratu i pytam ponownie czy tez jest glodna i czy jej tez zrobic kanapke. Nie chce. Nie, to nie, znikam za sciana kuchni. Po chwili zagladam kontrolnie zza "winkla", a Bi oczywiscie wyzera bratu kanapke kawaleczek po kawaleczku. Tym razem juz sie wkurzam i ponownie mowie jej, ze jesli chce to zrobie i jej, ale ma w tej chwili przestac wyjadac Nikowi! Nie, Bi nie chce kanapeczki. Nakazuje wiec, zeby zostawila talerz brata w spokoju i ponownie znikam za rogiem, ale po sekundzie wychylam sie zza sciany i oczywiscie zastaje Bi z wyciagnieta reka juz-juz nad talerzem Nika i lobuzerskim usmiechem na twarzy. Na moje "Bi! Co ja ci powiedzialam?!", usmiecha sie jeszcze szerzej, po czym bezczelnie patrzac mi prosto w oczy... kleka przy bracie, otwiera buzie i z urocza minka prosi "Am-am!". A Niko oczywiscie wklada jej kanapeczke prosto w rozwarta paszcze... Bi odwraca sie w moja strone i chichocze, doskonale wiedzac, ze splatala matce figla...

I jak tu nie udusic tej cholery??? ;)

Niko, moje malenstwo, moj kochany syneczek, bardzo szybko uczy sie od siostry. Za szybko... ;)

Kilka dni temu podszedl do mnie i koniecznie chcial sie wdrapac na kolana, a rece mial cale czyms usmarowane. Zlapalam go za nadgarstki i powiedzialam cos w stylu "Yyyy, nie dotykaj mnie, masz brudne rece!". Na to Niko wyciagnal w moja strone jeden wypackany paluszek i zaczal go przysuwac do mojej bluzki rechoczac wesolo i patrzac na moja reakcje. Zlosliwiec maly! :)

Bedzie kolejna dygresja. Kilka dni temu przeczytalam na jakims przypadkowym blogu zdanie w stylu, ze dziecko nie placze, zeby nam - rodzicom dokuczyc, ze kazdy placz dziecka to komunikat, ze mu czegos brakuje, potrzeba czegos waznego... Autorka rozwodzila sie caly, calkiem spory post o tym, jakie to piekne zdanie, ze ona zawsze, ale to zawsze bedzie o tym pamietac, ze nigdy nie poczuje sie zirytowana czy zmeczona placzem swojej coreczki i takie tam blah, blah, blah... ;) Oczywiscie posypala sie lawina innych slodko-pierdzacych komentarzy, ze tak, ze to prawda, ze one chocby padaly na twarz to beda leciec z usmiechem na twarzy do swoich coreczek i synkow. Dodam, ze dziecko owej autorki ma raptem kilka miesiecy. Troche ja to usprawiedliwi, bo dziecko w tym wieku rzeczywiscie teoretycznie nie placze bez powodu. Chociaz maluchy zaskakujaco wczesnie odkrywaja, ze na dzwiek ich ryku rodzic staje na bacznosc i nie wahaja sie uzyc tej "broni"... Koniec dygresji.

Jak wiadomo ze mnie Matka Polka jak... no wiecie... Dodam od razu, ze kocham moje dzieci, zanim ktos mnie tu oskarzy o zwyrodnialstwo. Kocham je nad zycie, ale ich placz doprowadza mnie do szalu. Zawsze doprowadzal. Dziecko przewiniete, nakarmione, odbite i nie polezy/posiedzi ani chwili spokojnie, tylko ryczy. No szlag! A im dalej tym gorzej. Ryk o wszystko, co chwilka. Zeby zabawic, ponosic, najlepiej nie wypuszczac z rak. Wyjac z wozka, wyjac z lozeczka. Nosic, nosic, nosic! A potem zaczyna sie cwaniactwo. Dzieci zaskakujaco szybko przyzwyczajaja sie do dobrego...

Jakis tydzien temu Niko po polozeniu spac, zamiast jak Pan Bog przykazal usnac, po 15 minutach wlaczyl syrene. Akurat zbieglo sie to w czasie z zapaleniem ucha i wyrzynaniem trojek, wczesniej caly wieczor byl markotny, wiec nie czekajac polecielismy do niego. Ja zaaplikowalam srodek przeciwbolowy, M. ponosil do ponownego zasniecia. No i gucio. Tyle, ze nastepnego wieczora po polozeniu spac, Mlody znow stanal w lozeczku z rykiem. Zanim zdazylam zaprotestowac, M. juz byl u niego w pokoju, tulac, noszac i pocieszajac. Trzeciego wieczora uprzedzilam meza, ze Niko najwyrazniej usiluje zrobic nas w balona i ma do niego nie isc. Caly rytual sie powtorzyl. Niko wlozony do lozeczka wytrzymal grzecznie z 10 minut po czym zaczal wycie. Tym razem bylam zdecydowana go przetrzymac. Po 15 minutach placzu, ryku, nawolywania mamy i taty, skapitulowalam. Glownie pod miazdzacym wzrokiem meza, ktory mowil wyraznie co ze mnie za matka... Nie liczylam na wiele szczescia, ale weszlam do pokoju Kokusia i zamiast wziac rozzalonego syna na rece, poklepalam materac, oznajmilam ze wystarczy juz tych wrzaskow, ze czas spac i ze ma sie natychmiast polozyc. A on... polozyl sie, wsadzil raczki pod brzuszek, pupke wypial do gory i zwyczajnie poszedl spac! :)) Niestety, od tamtego czasu urzadza takie awantury co ktorys dzien. Zamiast zasnac, staje w lozeczku i ryczac nawoluje "Maaamaaa! Taaataaa!" a rozpacz ma w glosie taka, ze kamien by stopil z zalosci. Coz, kamien moze tak, ale nie skonstniale serce matki, ktora wchodzi do pokoju, pokazuje na materac i kaze klasc sie spac. :)) I on sie kladzie! Tak po prostu. I wiecej nie wstaje i nie budzi sie!

No i niech mi ktos teraz powie, ze moj synek jest taki biedniutki, placze bo cos mu dolega, czegos brakuje! Srutu tutu, klebek drutu! Smarkaczowi po prostu spodobalo sie jak tatus uspil kolyszac na raczkach i teraz niemal co wieczor probuje sztuczki z wyciem, zeby wymusic dodatkowe przedsenne pieszczotki. A takiego! Nie bedzie mna roczniak manipulowal! ;)

A jak tam Wasze "Potwory". Cwaniakuja? :)

poniedziałek, 28 lipca 2014

Intensywnie, czyli to co Agatki lubia najbardziej (z gory uprzedzam, ze znow bedzie dluuugo!)

Wybaczcie, ale znow wyszedl mi tasiemiec... Coz poradze, ze jak na zwykly, dwudniowy weekend sporo ruszalismy sie z domu i wypadaloby to opisac "dla potomnosci". Oczywiscie atrakcje zaowocowaly nieumyciem lazienki i nieodkurzeniem podlog, ale na szczescie to mala cena za przyjemnie spedzony czas. :)

Na codzien kocham cisze, spokoj i relaks. Chyba dlatego, ze w moim domu wszystkie te trzy rzeczy sa w ciaglym deficycie, wiec nieustannie o nich marze. Ale w weekend wlacza mi sie jakis ukryty wlacznik aktywnosci i chce jezdzic, dzialac, ogladac, cokolwiek, byle nie "siedziec" w domu. Oczywiscie jak to bywa kiedy czlowiek w tygodniu spedza wiekszosc czasu w pracy, na sobote i niedziele zawsze zostaje jakies sprzatanie i gotowanie, ktore koniecznie trzeba odbebnic. Dlatego jestem zadowolona jak uda nam sie zaliczyc chociaz jedna wycieczke podczas tych dwoch wolnych dni. Jak jednak nie zalicze zadnej, to snuje sie bez celu jak gradowa chmura i potem narzekam na nude na blogu. ;)

Miniony weekend byl wiec podwojnie udany, bo i w sobote i w niedziele wyrwalismy sie z domu! :) W niedziele, jak juz wspomnialam poprzednio zaliczylismy przyjecie urodzinowe. A w sobote rano udalo mi sie meza wyciagnac nad wode! Smiejcie sie, niby zwykla latem rzecz, ale troche musialam go przekonywac, bo tym wypadem zburzylam nasz normalny sobotni plan dnia. Hmm... Zakupy spozywcze to wazna rzecz, ale warto przelozyc je na pozniejsza godzine, zeby sprawic radosc dzieciom i wybyc z domowych pieleszy. Gorzej, ze kompletnie olalismy drzemke Nika. Stwierdzilam, ze tak rzadko ostatnio ruszamy sie z domu, ze nic mu nie bedzie jak raz na miesiac pospi krocej i w przypadkowych godzinach. Mlodszy spal wiec jakies 20 minut w drodze na plaze, a potem okolo godziny w drodze powrotnej. Oj, bardzo mu sie to nie spodobalo! Cale popoludnie marudzil, jeczal i ogolnie dawal w kosc. Oczywiscie M. nie omieszkal wypomniec, ze to moja wina bo zachcialo mi sie plazy... A ja nadal uwazam, ze warto bylo, szczegolnie, ze zaraz po naszym powrocie zaczelo padac i nie przestalo az do niedzielnego popoludnia...

A bylismy w Wadsworth State Park. Znamy go juz od lat, ale ze szlakow spacerowych. Swietne miejsce na dluzsze spacery przez las z psem lub samotnie. Szczegolnie, ze jeden ze szlakow prowadzi do pieknego wodospadu. Nie mam niestety zdjec bo wszystkie foty z tamtego okresu szlag trafil kiedy padl nam stary komputer. Mialam gdzies wydrukowane, ale nawet nie wiem gdzie. :)

W kazdym razie sama "woda" rozczarowuje, bo zbiornik trudno nawet nazwac "jeziorkiem", to bardziej staw:


Jak to ze stawami bywa, pelen jest glonow i kijanek. Ale zarzad parku dba, zeby go troche uatrakcyjnic. Dowoza swiezy piach zmieszany z piaskiem morskim (znalazlam pare muszelek) i tworza mala "plaze". Czesc wyznaczona na plywanie jest oczyszczana z (wiekszosci) glonow. Nie mam zdjecia z reszty terenu, ale poza plaza jest spory strumien (w ktorym podobna sa pstragi) a wokol niego porozstawiane stoly piknikowe i miejsca na grilla. Parking jest dosc maly, ale wiekszosc odwiedzajacych idzie na szlaki, wiec nie ma tloku (pomoglo tez, ze bylismy tam juz o 10 rano).

W kazdym razie, tak jak przypuszczalam, wybor cieplejszego i spokojniejszego zbiornika, okazal sie strzalem w 10. Bi najpierw pospacerowala wzdluz wody trzymajac mnie za reke. Szybko jednak przekonala sie, ze woda jest cieplutka i smialo zaczela wchodzic coraz glebiej.





I nawet glony nie byly jej straszne. Nikowi zreszta tez nie. Ja juz jako dziecko sie ich brzydzilam, sa takie oslizgle, a oni smialo wlazili w sam srodek. A rozlozylismy sie niestety blisko szuwarow, wiec w miejscu gdzie glonow bylo najwiecej, bleee... Bi mnie zadziwila, bo po pierwszym strachu, nie minelo nawet pol godziny, a ona wchodzila tak gleboko, ze musielismy ja stopowac, albo siadala w wodzie i w ten sposob zanurzala sie az po szyje.

Nikowi zas zajelo dobra godzine, zeby przekonac sie, ze woda naprawde nie gryzie i mozna w nia bezpiecznie wejsc. Na poczatku usadowil sie w grajdolku wykopanym i pieczolowicie napelnianym przez siostre. Chociaz glosno oprotestowal widoczna ponizej blotna kapiel zafundowana przez tate.



Po jakims czasie jednak nawet i on wedrowal samodzielnie po "otwartej" wodzie.



Nawet matka poplywala! To "poplywala" to troche na wyrost, bo Bi spanikowana nawolywala z plycizny "Mama! Mama! Mama!!!", wiec tak naprawde to przeplynelam sie raz na glebsza wode i zawrocilam, nie mniej jednak przypomnialy mi sie stare dzieje, kiedy latem plywalam regularnie. Zaluje, ze nie mamy zadnego kolka ani plywaczkow dla Bi, bo fajnie byloby i jej zaczac dawac lekcje plywania.

Chwila na odpoczynek w cieniu drzewka.



Oraz mala przekaske:



Moje kochane blondasy. ;)

Oczywiscie wypad nie moglby sie odbyc bez odrobiny irytacji. Tym razem wyjatkowo nie z winy M. :) Zawinila jakas kobitka, ktora rozlozyla sie doslownie 3 m od nas. No coz, jej prawo, tyle ze cala plaza pusta, a ona kladzie sie zaraz kolo naszej "bazy"! Zaczelo sie od tego, ze wpedzila mnie w kompleksy. Babka gdzies w moim wieku, a figura modelki, zero tluszczu czy cellulitu! Nooo, nie mogla gdzies dalej sie polozyc, tylko mnie non stop kluc w oczy swoim widokiem??? ;)

Szybko wyjasnilo sie dlaczego wybrala miejsce zaraz przy nas. Przyszla mianowicie z coreczka, okolo 4 letnia, ale jak sie okazalo, nie miala najmniejszej ochoty sie nia zajmowac. Mala probowala sie pobawic z moimi dziecmi, ale Bi jak wiadomo jest niesmiala i malo towarzyska, natomiast Niko mial tylko ochote podwedzic jej kilka zabawek. Tak wiec mala "przykleila" sie do innej dziewczynki, ktora bawila sie w wodzie ze swoim tata. Mamusce najwyrazniej bylo to na reke. Przez 2 godziny kiedy tam bylismy, nie ruszyla sie z kocyka ani na moment. Raz tylko podniosla na chwilke glowe, zeby krzyknac do corki, zeby nie wchodzila za gleboko do wody, ale poza tym zostawila zabawianie jej tacie innego dziecka.

Nie wiem, moze jestem jakas dziwna, ale oprocz (hmm... dosc licznych) chwil, kiedy marze o blogiej ciszy, bardzo lubie bawic sie z moimi Potworami. Wlasciwie to jest tak, ze w domu oczekuje od nich, ze choc przez moment sami sie soba zajma. Ale kiedy gdzies jedziemy, chce z nimi spedzac jak najwiecej czasu, pokazywac jak mozna fajnie sie bawic, razem obserwowac nowe otoczenie, itd. Bylo tam jeszcze kilka mam z dziecmi i wszystkie robily z maluchami babki z piasku i wchodzily z nimi do wody. Wszystkie oprocz tej jednej mamy, ktora wolala uwalic sie na kocu. Moze zreszta nieslusznie ja oceniam, po prostu zal mi sie zrobilo jej coreczki...

Poza tym stwierdzam, ze mam grzecznego synka. Niko uparcie wracal do zabawek tamtej dziewczynki, mimo, ze nasz zestaw jest prawie identyczny. Wiecie, czyjes wiaderko lub lopatka zawsze bedzie atrakcyjniejsze niz twoje wlasne, dawno opatrzone. Nie mniej jednak, kiedy podchodzilam do Kokusia i tlumaczylam, ze nie wolno, ze to nie nasze tylko dziewczynki, grzecznie zostawial zabawki i odchodzil. :)

Z innej beczki, to w drodze do domu, Bi usnela i zesikala sie w fotelik samochodowy... Troche to nasza wina, bo zapomnielismy zabrac ja do toalety przed odjazdem. Ale z drugiej strony, droga powrotna zajela nam tylko okolo pol godziny, wiec tyle to juz moglaby wytrzymac, w koncu 3 lata skonczyla niemal 3 miesiace temu... :/

A wczoraj udalismy sie na impreze urodzinowa synka kolegi. Ktora o maly wlos nie doszlaby do skutku, bo zaplanowana byla jako przyjecie "plenerowe" (czyli na gigantycznym tarasie znajomych), a pogoda do ostatniej chwili stala pod znakiem zapytania. Tak jak napisalam wyzej, bylo cieplo, wrecz duszno, ale jak w sobotnie popoludnie zaczelo padac, tak nie przestalo do niedzielnego popoludnia. Dopiero okolo 15 wyszlo slonce, a impreza zaczynala sie o 16, wiec w ostatniej chwili. :)

Impreza jak impreza, troche sie rozczarowalam. Milo bylo spedzic czas ze znajomymi (oprocz gospodarzy znalam jeszcze dwie dziewczyny), ale ogolnie to gospodarze (Amerykanie) poszli na latwizne i zorganizowali przyjecie na wzor amerykanskich imprez dla dzieci w salach zabaw. Byla pizza, calkiem smaczna, tyle, ze zimna. Byly chipsy z dip'em. I byl tort z obrzydliwie slodkim lukrem. I to by bylo na tyle jesli chodzi o jedzenie. M. byl rozczarowany, ze nawet piwa nie bylo. :) Polacy jednak wkladaja w przyjecia, nawet te dla dzieci, troche wiecej serca... Solenizant, jak tylko tort znalazl sie na stole, zaczal w nim dlubac paluchami (tak, to ten od dlubania, hehe). Tym razem to jego tort i jego sprawa, ale gdybym byla jego matka, dalabym mu po lapach... ;) Gospodarze maja swietny, nowiutki zestaw hustawek na podworku, tylko co z tego, skoro bramka z tarasu byla zamknieta na trzy spusty i dzieciom nie wolno bylo tam chodzic. Bi caly czas pytala czy moze pojsc na zjezdzalnie i szkoda mi bylo, ze musze jej odmowic...

Przy okazji imprezki moglam ponownie poobserwowac moje dzieci w gronie rowiesnikow i znow usmialam sie jak bardzo sie roznia, mimo, ze sa rodzenstwem. Bi przez caly czas trzymala sie tatusia. W koncu, jesli ktos do niej zagadal, bezpiecznie bylo schowac sie za jego noge... ;)



Smieje sie, ale tak naprawde to mocno mnie to jej zachowanie martwi. Rozumiem poczatkowe oniesmielenie, w koncu kazdy troche sie na poczatku krepuje w obcym miejscu... Ale zeby po godzinie nadal nie odejsc ani na krok od rodzicow? To juz chyba nie jest do konca normalne. Mam nadzieje, ze z wiekiem z tego wyrosnie...

Niko tez poczatkowo uciekl nam na rece, ale juz po 15 minutach ruszyl na odkrywanie nowych zabawek.



Odwaznie tez wpychal sie pomiedzy inne dzieci, zeby dostac w swoje lapki upatrzone autko. Taaak, jesli chodzi o towarzyskosc to o niego moge byc chyba spokojna... ;)

Ponownie tez zaobserwowalismy z M. jak duze sa nasze dzieciaki. Wszystkie dzieci oprocz naszych byly kolegami/kolezankami malego solenizanta z przedszkola, a wiec wszystkie mialy okolo 3 lat. A Bi gorowala nad kazdym o przynajmniej pol glowy. Niko za to, choc najmlodszy w towarzystwie, byl tylko o okolo pol glowy nizszy, a przeciez ma dopiero 1.5 roku... Takie te dzieciaczki byly drobniutkie. Nie wiem po kim te moje to takie giganty. :)

A po powrocie do domu, Niko przez dobre 20 minut cwiczyl wchodzenie i wychodzenie z samochodu.


Musze przyznac, ze idzie mu az za dobrze. Sam fotelik jest jeszcze troche za wysoko, zeby mogl sie na niego wdrapac, ale juz malo mu brakuje. Za to do samochodu juz wlezie bez problemu, a potem "wyskoczy", jak widac na zalaczonym zdjeciu... Czasem mnie przeraza w jakim tempie on nabiera nowych umiejetnosci. :)

A na koniec napisze Wam jaki moj maz "strzelil" mi komplement. Faceci to jednak nie maja wyczucia... ;) Otoz, wypad nad wode zaowocowal u mnie wzmozona fale kompleksow. Glownie dzieki pani, ktora lezala zaraz kolo nas, ale byly tam i inne laski. Po drodze do domu zaczelam wiec M. smecic, ze mial poszukac tego siodelka do rowerka stacjonarnego, albo zamowic nowe, tymczasem minely 3 tygodnie i dalej nie mam na czym cwiczyc. A jeszcze maz jak na zlosc nakupowal tyle cukierkow i czekolad, ze co otworze szafke to mnie kusi... A silnej woli to ja nie mam, o nie...
A na to moj maz: "Co ty sie przejmujesz, przeciez jak na kogos kto nic ze soba nie robi i tak niezle sie trzymasz". No i powiedzcie drogie panie, czy powinnam go w tym momencie strzelic w pysk, czy sie po prostu rozplakac??? Bo najwyrazniej trzymam sie niezle, ale w porownaniu z typowymi "kanapowcami"! Natomiast w porownaniu z reszta spoleczenstwa to powinnam sie ostro za siebie wziac... Przynajmniej tak ja to odczytalam...

P.S. to ostatnie pisane oczywiscie z przymruzeniem oka. Wiem, ze M. nie mial nic "zlego" na mysli i to mial byc autentyczny komplement, tylko mu nie wyszlo... ;)

piątek, 25 lipca 2014

Slodka codziennosc...

Nieumiejetnosc rozmowy z mezem uwiera i dokucza, chociaz od kilku dni przynajmniej probujemy. Co prawda M. nie przyjmuje do wiadomosci, ze w ogole mamy problem i twierdzi, ze jestem przewrazliwiona...

Na szczescie sa dzieci. One skutacznie rozswietlaja moj dzien. Przynajmniej kilka razy dziennie doprowadzaja tez do apopleksji, ale to zostawie sobie na inny post. :)

Tak, jesli cos mi w zyciu w ogole wyszlo, to one...

I nie! Nie chce dzis myslec o tym, ze sa malutcy i jeszcze niewiadomo co z nich moze wyrosnac... Dzis rozczulam sie nad tym, ze sa nadal (poniekad) slodcy, a napewno calkowicie niewinni. Pelni pasji do odkrywania cudow swiata. A te "cuda" narazie sa zupelnie malenkie. Tak jak oni sami.

Albo tak jak mrowka na podjezdzie (jedna z kilku setek). Fascynujace!




A w upalne popoludnia, do szczescia wystarczy im miska z odrobina wody:




Oraz piaskownica:




Zabawa w piachu oczywiscie odbywa sie pod bacznym okiem "bodyguard'a":




A tak moje "trzecie dziecko" wracalo wczoraj od weterynarza. Fotka kiepska bo pstryknelam ja na szybkiego stojac na czerwonych swiatlach:


Balam sie, ze jak gwaltowniej zahamuje, durnowaty siersciuch przeleci przez siedzenie i sturla sie na podloge! :)


Poza tym odwiedzil nas taki piekny gosc:


Mowia, ze jesli usiadzie na ciebie motyl, to odlatujac zabierze ze soba wszystkie twoje troski... Ten jednak bal sie zblizyc...


Milego weekendu!
Moj bedzie troche bardziej zabiegany niz zwykle bo w niedziele idziemy na przyjecie urodzinowe synka mojego kolegi. Niewiele wiec bede miala czasu na rozmyslanie o smuteczkach i cale szczescie. :)

czwartek, 24 lipca 2014

Co w trawie (i nie tylko) piszczy IV

Jest jak jest. Wczoraj nawet udalo nam sie z M. wprowadzic nieco zycia do naszych konwersacji i pogadac o czyms innym niz dzieci i dom. Moze jakos pomalu otrzasniemy sie z tego mentalnego letargu...

A poki co, pochwale sie, co mi aktualnie kwitnie w ogrodzie. Moj plan na najblizsze lata to posadzic wiecej roslin kwitnacych w srodku/ koncowce lata, bo o tej porze roku jest u mnie zielono, ale brakuje niemal kompletnie koloru. A wkrotce nawet te rosliny przekwitna i wtedy juz czeka mnie niemal wylacznie zielen az do jesieni kiedy zakwitaja astry i chryzantemy...

Poki co, cos tam jednak kwitnie... Z przodu np. kwitna lilie. Posadzone przez poprzedniego wlasciciela, wiec nie musze przy nich robic nic, wystarczy, ze od czasu do czasu podleje je odzywka, a na wiosne wybije w pien te okropne, pozerajace je czerwone zuki. Poza tym "same" wyrastaja. :)




Poza tym zakwitl wyczekany przeze mnie Bee Balm. Troche sie rozczarowalam, bo te kwiaty normalnie przyciagaja kolibry jak magnes. Tymczasem jak narazie zadnego nie widzialam... Nie mniej jednak, kwiaty sa przepiekne:


A pachna... mietowo! :) Roslina ta jest bowiem blisko spokrewniona z mieta. Indianie podobno przyzadzali z niej rozne "herbatki", ma tez ona wlasciwiosci lecznicze. Jakie dokladnie nie wiem, bo nie chcialo mi sie doczytac. Ja zasadzilam je dla pieknych kwiatow. :)

A ta roslinke mozecie znac. Widzialam ja chyba na ktoryms z polskich blogow:


Tutaj nazywaja ja Balloon Flower. Nazwa wziela sie stad, ze pak, zanim sie otworzy przypomina napompowany balonik. Na zdjeciu u gory widac taki malutki "balon". Tutaj przypomina zwykly pak, ale zanim sie rozwinie w kwiat bedzie znacznie wiekszy.

Zakwitl tez Purple Coneflower, czyli Echinacea:



Hosty rowniez sa w pelnym rozkwicie. Tutaj jeden egzemplarz:



Jerzyny sa juz niemal gotowe do konsumpcji, jeszcze kilka dni i powinny zrobic sie czarne:



A na koniec nasze "urocze" gniazdko, brrr...


I to by bylo na tyle. Narazie. Przed kwiatami jesiennymi powinny jeszcze zakwitnac floksy, ale narazie maja tylko zalazki paczkow. Powinna tez kwitnac Crocosmia, ale w jednym miejscu w ogole mi w tym roku nie wykielkowala, a w innym dopiero zaczela rosnac. Strasznie pozno, wiec nie wiem czy cokolwiek z niej bedzie. A szkoda, bo ma naprawde ladne kwiatki przypominajace frezje...

poniedziałek, 21 lipca 2014

Ble - weekend i (z serii:) humor z pracy

Nuuuda u nas powiewa... Nic sie nie dzieje. Caly weekend, nie liczac wypadu na zakupy spozywcze, nie ruszalismy sie z domu. Bleeee, stagnacja jak cholera... Jak smetnie minal mi weekend niech Wam powie fakt, ze nie zrobilam ani jednego zdjecia!

Nie zebysmy lezeli do gory brzuchem, co to, to nie! Ale prace w ogrodzie wyjatkowo w ogole mnie w minony weekend nie cieszyly. Jakos tak opuscila mnie typowo letnia energia i chec do dzialania. Owszem, popielilam. I starzeje sie, moi panstwo, bo po godzinie spedzonej w malo naturalnej, przykucnietej pozycji, dzis czuje, ze mam miesnie. I te miesnie desperacko prosza o ratunek...

Maz za to dostal jakiegos kopa do dzialania, szkoda, ze tylko okolodomowego. Nie powiem, ugotowal rosolek. Zaczal bigosik z mlodej kapusty (ja go dokonczylam, ale M. odwalil cale szatkowanie), dzieki czemu mamy dzis co jesc na lunch. Kontynuowal prace porzadkowe z przodu domu. Ze mnie wkurzyl przy tym, bo pracowal bez koszuli nie wspomne. Nie zeby mnie gola klata meza razila. Nie, ja - glupia, chcialam tylko zadbac o bezpieczenstwo malzonka. Bo w miejscu porzadkow, w tym roku mamy istny wysyp Poison Ivy. A, ze jak nazwa mowi jest to pnacze, wystarczy je pociagnac w zlym miejscu, nieostroznie, a chlasnie cie po dowolnej czesci ciala i kilka tygodni swedzacych, bolesnych pecherzy gwarantowane. Mialam, wiec wiem. Nic przyjemnego. Ale kiedy zona przestrzega, to trzeba przeciez machnac reka... Coz, przekonamy sie za kilka dni czy malzonek nie wsadzil lapy gdzies, gdzie nie powinien...

Tak naprawde to zla jestem bo chcialam sie wyrwac z domu. Nie, nawet nie sama. Chcialam pojechac gdzies z rodzina. Sobote odpuscilam bo pogoda byla bleee (juz kolejne w tym poscie), przez caly dzien ani na moment nie wyszlo slonce. Nie padalo, po prostu calutki bozy dzionek bylo pochmurno, chlodno i tak, no wlasnie, bleee... W ogole to beznadziejne mamy w tym roku lato i zazdrosc mi d*pe sciska jak czytam o upalach w Polsce. Kto to slyszal, zebysmy mieli tylko 22-25 stopni??? Zeby w nocy bylo ich raptem 13-14??? Pod koniec lipca!!! Wstaje rano i jest mi zimo! Dzieci spia w cieplych pizamkach! W lipcu!!! Wczoraj w koncu zrobilo sie pieknie, w poludnie mielismy 27 stopni i niska wilgotnosc powietrza, po prostu idealnie i co? I jajco, bo moj malzonek chyba potrzebuje, zeby ktos za niego postanowil co robimy, postawil przed faktem dokonanym, zeby on mogl sie nadasac, namarudzic, a potem laskawie zgodzic. Po czym dobrze sie bawic, ale wieczorem moc z czystym sumieniem narzekac, ze tyle czasu na prace domowe zmarnowalismy, ze on wcale nie chcial, itd. Nie ze mna te numery, jak podejmujemy decyzje to razem.

Poniewaz pogoda nie byla zbyt plazowa rzucilam haslo FARMA. Mimo, ze teoretycznie mieszkamy "na wsi", to jednak nasze okolice to bardziej przedmiescia i krowy, tudziez kury tu nie uswiadczysz. Troche mi dziwnie, ze moje dzieci zwierzaki domowe widza tylko na obrazkach, ale jest w poblizu (powiedzmy, bo to jakas godzina jazdy) farma, gdzie moga potrzymac, dotknac i pokarmic zwierzatka, pojezdzic kucykiem (nie ludze sie, ze Bi by na niego w ogole usiadla, ale moglaby chociaz zobaczyc co to takiego kucyk), ogolnie zobaczyc zwierzaki na zywo. Szczegolnie, ze nawet w Polsce rodziny na wsi nie posiadamy, wiec nie ma ich gdzie "wyedukowac". A jak wiadomo, dzieciaki kochaja zwierzaki, wiec farma wydaje sie jak znalazl. Niestety moj malzonek najpierw wykazal tylko umiarkowane zainteresowanie, potem tescie zadzwonili na skypa, potem nadszedl czas na obiad i drzemke Nika, ktory jak na zlosc pospal sobie dluzej niz zwykle, a jak wreszcie towarzystwo bylo wyspane i nakarmione, to zrobila sie 16:00. A farma otwarta do 17 (kto wymysla takie durne godziny w srodku lata to ja nie wiem???), wiec ten pomysl odpadl.

M., mam wrazenie zadowolony z takiego obrotu sprawy, stwierdzil, ze moze galeria handlowa? Nosz kurna, srodek lata, wreszcie po 2 dniach wyszlo troche slonca, a on chce lazic po sklepach??? Na usprawiedliwienie malza musze dodac, ze dostalismy juz jakis czas temu "gift cards" do dwoch sklepow i dobrze byloby je wykorzystac. Ale ale! Mamy srodek lata, ja chce, jak juz, to korzystac z ciepla i slonka, ktorego przeciez za jakies 2 miesiace zacznie brakowac, a nie szwendac sie po sklepach!
Moze wiec plac zabaw? Tutaj znow malz spuscil nos na kwinte, ale to przeciez nie o niego chodzi, tylko o dzieci. Szczegolnie, ze Niko wyspany, zadowolony i pelen energii roznosil nam domostwo. Bi odwrotnie - niewyspana (brak drzemki), placzliwa i naburmuszona, na haslo plac zabaw odzyla jednak troszke. Niestety, M. tak dlugo zwlekal, zastanawial sie i marudzil, ze w koncu w progu stanal sie dziadek i  w ten sposob utknelismy na reszte popoludnia w domu. Dobrze, ze chociaz mamy ogrod to dzieci choc troche zazyly swiezego powietrza. Za to M., jak tylko dziadek i ja "wyprowadzilismy" dzieciaki z domu, zaliczyl w tyl zwrot i zaszyl sie przed kompem. Rodzinne popoludnie, nie ma co... :/

Taaak, weekend nie bylby weekendem bez sprzeczki z mezem. A wlasciwie to nie bylo nawet tej sprzeczki, to moze dodaloby mu nieco pieprzu... U nas jest ostatnio jakas taka nijakosc. On ma pretensje, ze w sobote wstal pierwszy i zajal sie dzieciakami (chwala mu za to, ale nikt go nie zmuszal), a ja zaszylam sie jeszcze na godzinke pod koldra (sorry Batory, ale 6:15 to nieludzka pora, zeby zwlekac sie z lozka, wiec jak mam okazje, to spie dalej...). Ja sie wkurzam, ze znow odwrocilam sie na moment, a on dal dzieciom chipsy. Zloscimy sie, ale po cichu, nawet nasze klotnie sa jakies takie mdle, takie bleee (kolejne)... Bardziej to przypomina burczenie na siebie, a raczej zrzedzenie pod nosem. Czegos brakuje, chociaz niby nic sie nie zmienilo. Jak dzwonimy do siebie podczas pracy, to wymieniamy sie standardowym zestawem pytan i odpowiedzi. Czy wszystko ok? Czy antybiotyk Nikowi podalam? Czy okna pozamykalam? Czy dzieci grzecznie zostaly u P. Marysi? Moglabym odpowiedz nagrac na automatyczna sekretarke i tez byloby dobrze. Wieczory spedzamy osobno, on przy kompie, ja przy laptopie. Nawet w osobnych pokojach... Na tapecie w kolko te same tematy: dzieci, kasiora, dzieci, co na obiad, dzieci. Przestaje sie dziwic, ze malzenstwa najczesciej rozpadaja sie po 7 latach. Nam wlasnie leci siodmy rok i widze, ze oddalamy sie od siebie. Nasze malzenstwo rozpada sie przez zwykla stagnacje. Pomalu ogarnia mnie jesienna chandra w lipcu. Ale wiecie co? Nawet nie chce mi sie o nas zawalczyc. Albo sie cos samo zmieni i ulozy, albo bedziemy tak zyc razem ale osobno... Ze mnie pomalu ulatuje jakakolwiek pasja, a ochoty na seks nie mam juz dluzej niz pamietam...

Dobrze, ze sa chociaz dzieci. W miniony weekend ich zachowanie dalo sie nawet zniesc. Bi wyprowadzila mnie z rownowagi "tylko" kilka razy. Da sie przezyc...

Ale do smiechu tez mnie doprowadza. Np. kiedy pokazuje stosik malusienkich ubranek przygotowanych dla przyszlego kuzyna/kuzynki, a Bi oznajmila, ze jak bedzie taka malutka, to tez bedzie nosic taki miniaturowy kombinezonik. :) Albo kiedy wrzasnela na caly kosciol "A ciemu my tu jescie stoimy?!". Dobrze, ze akurat wierni spiewali ostatni hymn i tylko ludzie za nami parskneli smiechem.

Niko za to, to mala papuga. Chodzi i powtarza. Gesty, slowa. Wszystko powtorzy. Przy rozdawniu "znaku pokoju" w kosciele, sam z powaga wyciaga raczke do wszystkich naokolo. Wczoraj rano stalam w lazience, a Niko pokazuje mi Bibusina opaske na wlosy. Niewiele myslac wzielam, podziekowalam i polozylam na polce. "Mama!!!", z transu wyrywa mnie glosik pelen pretensji. "Co sie stalo synku?". A Niko pokazuje opaske, po czym wali sie raczka po glowie. Aaaa, ty chciales, zebym ci ja nalozyla... :)
M. zniknal za brama. Moj syn przybiega do mnie, ciagnie za reke i drze sie "Ziemy [idziemy], ziemy!!!". "A gdzie idziemy, kochanie?". "Tati!". I ciagnie mnie stanowczo w strone bramy. :)
Bi umyslila sobie cos i posadzila dziadka w pokoju krzyczac na niego, ze ma kare. Niko przyglada sie z korytarza, a kiedy podchodze sprawdzic o co te krzyki, Niko powtarza jak echo: "Ziazia [dziadzia]! Kaje!". Biedny dziadek, ciekawe co zmalowal? ;)

A, mial byc tez humor z pracy, przez narzekanie prawie o nim zapomnialam...

Co prawda nasi dwaj firmowi zartownisie odeszli z pracy jakis czas temu, ale ktos (nikt sie jak narazie nie przyznal) postanowil wprowadzic odrobinke humoru do naszego nudnego, korporacyjnego zycia. Przyszlam sobie do pracy jak zwykle, kliknelam ctr+alt+del zeby sie zalogowac, wklepalam login i haslo, windows sie zaladowal, chce wlaczyc poczte, przesuwam myszka, a kursor ani drgnie. Co jest?! Przyznaje, ze 7 rano to nie jest najlepsza pora na myslenie, wiec zwyczajnie zglupialam. Pierwsze to zaczelam jezdzic myszka jak oszalala, liczac chyba, ze sama sie odblokuje. Potem trzepnelam nia kilka razy o biurko (wiecie, uniwersalna metoda naprawy czegokolwiek, to porzadnie tym czyms walnac). Pozniej pomyslalam, juz z lekkim wkurwem, ze pieknie mi sie dzien zaczyna i ze potrzebuje pomocy informatyka. Tyle, ze nasz informatyk przychodzi do pracy na 9... W koncu przyszlo mi do glowy, ze kiedys, kiedy mielismy myszki z taka kulka pod spodem, czasem trzeba bylo te kulke przeczyscic, bo sie zacinala. Myszek "kulkowych" co prawda od dawna nie mamy, ale i tak postanowilam zajrzec pod spod. Odwracam myszke, a tam takie cos:


Komus sie nudzilo najwyrazniej, bo zakleil tak myszki wszystkich pracownikow... ;)

piątek, 18 lipca 2014

Dziewietnascie miesiecy i 8 dni

Tyle dokladnie ma dzis Niko. Znaczy sie bedzie mial o 21:17, ale to tylko szczegolik. ;)

Kolejny dzien z serii matka wspomina...

Kolejny dzien kiedy matka ukradkiem ociera lze... wzruszenia oczywiscie...

Kolejny dzien kiedy matka patrzy na swoje dzieci i nie moze uwierzyc...

Dziewietnascie miesiecy i osiem dni...

Dokladnie tyle miala Bi kiedy zostala starsza siostra...

Taka mi sie wtedy wydawala duza, madra, powazna...

Teraz patrze na zdjecia i widze w niej nadal malego dzidziusia...

Dziewietnascie miesiecy i osiem dni...

Patrze na "dzisiejszego" Kokusia i nie moge znalezc w nim tej dojrzalosci, ktora wtedy dostrzegalam w jego siostrze...

Tak wtedy wygladali (nie co do dnia, bo Niko ma tu "az" 5 dni, ale blisko):




Nie dziwota, ze Bi wydawala sie taaaka duza. ;)

A tak wygladaja teraz. O poranku, rozczochrani i jeszcze troche zaspani, ale dzielnie szczerzacy sie do aparatu:



Ale juz po obowiazkowym kubku cieplego kakao na dobre przebudzenie. :)



Milego weekendu, ja jeszcze sobie powspominam i pochlipie... ;)