Wybaczcie, ale znow wyszedl mi tasiemiec... Coz poradze, ze jak na zwykly, dwudniowy weekend sporo ruszalismy sie z domu i wypadaloby to opisac "dla potomnosci". Oczywiscie atrakcje zaowocowaly nieumyciem lazienki i nieodkurzeniem podlog, ale na szczescie to mala cena za przyjemnie spedzony czas. :)
Na codzien kocham cisze, spokoj i relaks. Chyba dlatego, ze w moim domu wszystkie te trzy rzeczy sa w ciaglym deficycie, wiec nieustannie o nich marze. Ale w weekend wlacza mi sie jakis ukryty wlacznik aktywnosci i chce jezdzic, dzialac, ogladac, cokolwiek, byle nie "siedziec" w domu. Oczywiscie jak to bywa kiedy czlowiek w tygodniu spedza wiekszosc czasu w pracy, na sobote i niedziele zawsze zostaje jakies sprzatanie i gotowanie, ktore koniecznie trzeba odbebnic. Dlatego jestem zadowolona jak uda nam sie zaliczyc chociaz jedna wycieczke podczas tych dwoch wolnych dni. Jak jednak nie zalicze zadnej, to snuje sie bez celu jak gradowa chmura i potem narzekam na nude na blogu. ;)
Miniony weekend byl wiec podwojnie udany, bo i w sobote i w niedziele wyrwalismy sie z domu! :) W niedziele, jak juz wspomnialam poprzednio zaliczylismy przyjecie urodzinowe. A w sobote rano udalo mi sie meza wyciagnac nad wode! Smiejcie sie, niby zwykla latem rzecz, ale troche musialam go przekonywac, bo tym wypadem zburzylam nasz normalny sobotni plan dnia. Hmm... Zakupy spozywcze to wazna rzecz, ale warto przelozyc je na pozniejsza godzine, zeby sprawic radosc dzieciom i wybyc z domowych pieleszy. Gorzej, ze kompletnie olalismy drzemke Nika. Stwierdzilam, ze tak rzadko ostatnio ruszamy sie z domu, ze nic mu nie bedzie jak raz na miesiac pospi krocej i w przypadkowych godzinach. Mlodszy spal wiec jakies 20 minut w drodze na plaze, a potem okolo godziny w drodze powrotnej. Oj, bardzo mu sie to nie spodobalo! Cale popoludnie marudzil, jeczal i ogolnie dawal w kosc. Oczywiscie M. nie omieszkal wypomniec, ze to moja wina bo zachcialo mi sie plazy... A ja nadal uwazam, ze warto bylo, szczegolnie, ze zaraz po naszym powrocie zaczelo padac i nie przestalo az do niedzielnego popoludnia...
A bylismy w
Wadsworth State Park. Znamy go juz od lat, ale ze szlakow spacerowych. Swietne miejsce na dluzsze spacery przez las z psem lub samotnie. Szczegolnie, ze jeden ze szlakow prowadzi do pieknego wodospadu. Nie mam niestety zdjec bo wszystkie foty z tamtego okresu szlag trafil kiedy padl nam stary komputer. Mialam gdzies wydrukowane, ale nawet nie wiem gdzie. :)
W kazdym razie sama "woda" rozczarowuje, bo zbiornik trudno nawet nazwac "jeziorkiem", to bardziej staw:
Jak to ze stawami bywa, pelen jest glonow i kijanek. Ale zarzad parku dba, zeby go troche uatrakcyjnic. Dowoza swiezy piach zmieszany z piaskiem morskim (znalazlam pare muszelek) i tworza mala "plaze". Czesc wyznaczona na plywanie jest oczyszczana z (wiekszosci) glonow. Nie mam zdjecia z reszty terenu, ale poza plaza jest spory strumien (w ktorym podobna sa pstragi) a wokol niego porozstawiane stoly piknikowe i miejsca na grilla. Parking jest dosc maly, ale wiekszosc odwiedzajacych idzie na szlaki, wiec nie ma tloku (pomoglo tez, ze bylismy tam juz o 10 rano).
W kazdym razie, tak jak przypuszczalam, wybor cieplejszego i spokojniejszego zbiornika, okazal sie strzalem w 10. Bi najpierw pospacerowala wzdluz wody trzymajac mnie za reke. Szybko jednak przekonala sie, ze woda jest cieplutka i smialo zaczela wchodzic coraz glebiej.
I nawet glony nie byly jej straszne. Nikowi zreszta tez nie. Ja juz jako dziecko sie ich brzydzilam, sa takie oslizgle, a oni smialo wlazili w sam srodek. A rozlozylismy sie niestety blisko szuwarow, wiec w miejscu gdzie glonow bylo najwiecej, bleee... Bi mnie zadziwila, bo po pierwszym strachu, nie minelo nawet pol godziny, a ona wchodzila tak gleboko, ze musielismy ja stopowac, albo siadala w wodzie i w ten sposob zanurzala sie az po szyje.
Nikowi zas zajelo dobra godzine, zeby przekonac sie, ze woda naprawde nie gryzie i mozna w nia bezpiecznie wejsc. Na poczatku usadowil sie w grajdolku wykopanym i pieczolowicie napelnianym przez siostre. Chociaz glosno oprotestowal widoczna ponizej blotna kapiel zafundowana przez tate.
Po jakims czasie jednak nawet i on wedrowal samodzielnie po "otwartej" wodzie.
Nawet matka poplywala! To "poplywala" to troche na wyrost, bo Bi spanikowana nawolywala z plycizny "Mama! Mama! Mama!!!", wiec tak naprawde to przeplynelam sie raz na glebsza wode i zawrocilam, nie mniej jednak przypomnialy mi sie stare dzieje, kiedy latem plywalam regularnie. Zaluje, ze nie mamy zadnego kolka ani plywaczkow dla Bi, bo fajnie byloby i jej zaczac dawac lekcje plywania.
Chwila na odpoczynek w cieniu drzewka.
Oraz mala przekaske:
Moje kochane blondasy. ;)
Oczywiscie wypad nie moglby sie odbyc bez odrobiny irytacji. Tym razem wyjatkowo nie z winy M. :) Zawinila jakas kobitka, ktora rozlozyla sie doslownie 3 m od nas. No coz, jej prawo, tyle ze cala plaza pusta, a ona kladzie sie zaraz kolo naszej "bazy"! Zaczelo sie od tego, ze wpedzila mnie w kompleksy. Babka gdzies w moim wieku, a figura modelki, zero tluszczu czy cellulitu! Nooo, nie mogla gdzies dalej sie polozyc, tylko mnie non stop kluc w oczy swoim widokiem??? ;)
Szybko wyjasnilo sie dlaczego wybrala miejsce zaraz przy nas. Przyszla mianowicie z coreczka, okolo 4 letnia, ale jak sie okazalo, nie miala najmniejszej ochoty sie nia zajmowac. Mala probowala sie pobawic z moimi dziecmi, ale Bi jak wiadomo jest niesmiala i malo towarzyska, natomiast Niko mial tylko ochote podwedzic jej kilka zabawek. Tak wiec mala "przykleila" sie do innej dziewczynki, ktora bawila sie w wodzie ze swoim tata. Mamusce najwyrazniej bylo to na reke. Przez 2 godziny kiedy tam bylismy, nie ruszyla sie z kocyka ani na moment. Raz tylko podniosla na chwilke glowe, zeby krzyknac do corki, zeby nie wchodzila za gleboko do wody, ale poza tym zostawila zabawianie jej tacie innego dziecka.
Nie wiem, moze jestem jakas dziwna, ale oprocz (hmm... dosc licznych) chwil, kiedy marze o blogiej ciszy, bardzo lubie bawic sie z moimi Potworami. Wlasciwie to jest tak, ze w domu oczekuje od nich, ze choc przez moment sami sie soba zajma. Ale kiedy gdzies jedziemy, chce z nimi spedzac jak najwiecej czasu, pokazywac jak mozna fajnie sie bawic, razem obserwowac nowe otoczenie, itd. Bylo tam jeszcze kilka mam z dziecmi i wszystkie robily z maluchami babki z piasku i wchodzily z nimi do wody. Wszystkie oprocz tej jednej mamy, ktora wolala uwalic sie na kocu. Moze zreszta nieslusznie ja oceniam, po prostu zal mi sie zrobilo jej coreczki...
Poza tym stwierdzam, ze mam grzecznego synka. Niko uparcie wracal do zabawek tamtej dziewczynki, mimo, ze nasz zestaw jest prawie identyczny. Wiecie, czyjes wiaderko lub lopatka zawsze bedzie atrakcyjniejsze niz twoje wlasne, dawno opatrzone. Nie mniej jednak, kiedy podchodzilam do Kokusia i tlumaczylam, ze nie wolno, ze to nie nasze tylko dziewczynki, grzecznie zostawial zabawki i odchodzil. :)
Z innej beczki, to w drodze do domu, Bi usnela i zesikala sie w fotelik samochodowy... Troche to nasza wina, bo zapomnielismy zabrac ja do toalety przed odjazdem. Ale z drugiej strony, droga powrotna zajela nam tylko okolo pol godziny, wiec tyle to juz moglaby wytrzymac, w koncu 3 lata skonczyla niemal 3 miesiace temu... :/
A wczoraj udalismy sie na impreze urodzinowa synka kolegi. Ktora o maly wlos nie doszlaby do skutku, bo zaplanowana byla jako przyjecie "plenerowe" (czyli na gigantycznym tarasie znajomych), a pogoda do ostatniej chwili stala pod znakiem zapytania. Tak jak napisalam wyzej, bylo cieplo, wrecz duszno, ale jak w sobotnie popoludnie zaczelo padac, tak nie przestalo do niedzielnego popoludnia. Dopiero okolo 15 wyszlo slonce, a impreza zaczynala sie o 16, wiec w ostatniej chwili. :)
Impreza jak impreza, troche sie rozczarowalam. Milo bylo spedzic czas ze znajomymi (oprocz gospodarzy znalam jeszcze dwie dziewczyny), ale ogolnie to gospodarze (Amerykanie) poszli na latwizne i zorganizowali przyjecie na wzor amerykanskich imprez dla dzieci w salach zabaw. Byla pizza, calkiem smaczna, tyle, ze zimna. Byly chipsy z dip'em. I byl tort z obrzydliwie slodkim lukrem. I to by bylo na tyle jesli chodzi o jedzenie. M. byl rozczarowany, ze nawet piwa nie bylo. :) Polacy jednak wkladaja w przyjecia, nawet te dla dzieci, troche wiecej serca... Solenizant, jak tylko tort znalazl sie na stole, zaczal w nim dlubac paluchami (tak, to ten od dlubania, hehe). Tym razem to jego tort i jego sprawa, ale gdybym byla jego matka, dalabym mu po lapach... ;) Gospodarze maja swietny, nowiutki zestaw hustawek na podworku, tylko co z tego, skoro bramka z tarasu byla zamknieta na trzy spusty i dzieciom nie wolno bylo tam chodzic. Bi caly czas pytala czy moze pojsc na zjezdzalnie i szkoda mi bylo, ze musze jej odmowic...
Przy okazji imprezki moglam ponownie poobserwowac moje dzieci w gronie rowiesnikow i znow usmialam sie jak bardzo sie roznia, mimo, ze sa rodzenstwem. Bi przez caly czas trzymala sie tatusia. W koncu, jesli ktos do niej zagadal, bezpiecznie bylo schowac sie za jego noge... ;)
Smieje sie, ale tak naprawde to mocno mnie to jej zachowanie martwi. Rozumiem poczatkowe oniesmielenie, w koncu kazdy troche sie na poczatku krepuje w obcym miejscu... Ale zeby po godzinie nadal nie odejsc ani na krok od rodzicow? To juz chyba nie jest do konca normalne. Mam nadzieje, ze z wiekiem z tego wyrosnie...
Niko tez poczatkowo uciekl nam na rece, ale juz po 15 minutach ruszyl na odkrywanie nowych zabawek.
Odwaznie tez wpychal sie pomiedzy inne dzieci, zeby dostac w swoje lapki upatrzone autko. Taaak, jesli chodzi o towarzyskosc to o niego moge byc chyba spokojna... ;)
Ponownie tez zaobserwowalismy z M. jak duze sa nasze dzieciaki. Wszystkie dzieci oprocz naszych byly kolegami/kolezankami malego solenizanta z przedszkola, a wiec wszystkie mialy okolo 3 lat. A Bi gorowala nad kazdym o przynajmniej pol glowy. Niko za to, choc najmlodszy w towarzystwie, byl tylko o okolo pol glowy nizszy, a przeciez ma dopiero 1.5 roku... Takie te dzieciaczki byly drobniutkie. Nie wiem po kim te moje to takie giganty. :)
A po powrocie do domu, Niko przez dobre 20 minut cwiczyl wchodzenie i wychodzenie z samochodu.
Musze przyznac, ze idzie mu az
za dobrze. Sam fotelik jest jeszcze troche za wysoko, zeby mogl sie na niego wdrapac, ale juz malo mu brakuje. Za to do samochodu juz wlezie bez problemu, a potem "wyskoczy", jak widac na zalaczonym zdjeciu... Czasem mnie przeraza w jakim tempie on nabiera nowych umiejetnosci. :)
A na koniec napisze Wam jaki moj maz "strzelil" mi komplement. Faceci to jednak nie maja wyczucia... ;) Otoz, wypad nad wode zaowocowal u mnie wzmozona fale kompleksow. Glownie dzieki pani, ktora lezala zaraz kolo nas, ale byly tam i inne laski. Po drodze do domu zaczelam wiec M. smecic, ze mial poszukac tego siodelka do rowerka stacjonarnego, albo zamowic nowe, tymczasem minely 3 tygodnie i dalej nie mam na czym cwiczyc. A jeszcze maz jak na zlosc nakupowal tyle cukierkow i czekolad, ze co otworze szafke to mnie kusi... A silnej woli to ja nie mam, o nie...
A na to moj maz: "Co ty sie przejmujesz, przeciez
jak na kogos kto nic ze soba nie robi i tak niezle sie trzymasz". No i powiedzcie drogie panie, czy powinnam go w tym momencie strzelic w pysk, czy sie po prostu rozplakac??? Bo najwyrazniej trzymam sie niezle, ale w porownaniu z typowymi "kanapowcami"! Natomiast w porownaniu z reszta spoleczenstwa to powinnam sie ostro za siebie wziac... Przynajmniej tak ja to odczytalam...
P.S. to ostatnie pisane oczywiscie z przymruzeniem oka. Wiem, ze M. nie mial nic "zlego" na mysli i to mial byc autentyczny komplement, tylko mu nie wyszlo... ;)