piątek, 3 listopada 2023

Weekend kontrastowej pogody i kolejny kryzys w pracy

Sobota, 28 pazdziernika, zaczela sie leniwie. Malzonek mial kolejny dzien wolny, wiec wstal rano i pojechal na silownie, a ja i Potworki spokojnie sie dobudzalismy. Ja to w ogole przegielam, bo nastawilam budzik na 8:30 (zeby nie zmarnowac dnia na spanie), po czym wylaczylam go, przysnelam i obudzilam sie o... 9:18! :O No to tyle z tego "nie marnowania". :D Reszta dnia juz jednak az tak leniwa nie byla. Poniewaz mielismy miec rekordowo wysokie temperatury, chcielismy z M. ogarnac jak najwiecej w ogrodzie, zeby przygotowac go na nadchodzaca zime. Poczatkowo dzialalam w domu, bo weekend zobowiazuje do odhaczenia tez i wnetrza, a malzonek w tym czasie malowal taras. Mimo ze byl malowany rok temu, po zimie, wiosnie oraz lecie, nie tylko farba gdzieniegdzie odprysla, ale pod stolem i krzeslami, deski zrobily sie zielone od wilgoci. Prawdopodobnie klaniaja sie wyjatkowo mokre lato oraz jesien... Dodatkowo, co widac bylo dopiero po przemalowaniu, deski byly niemozliwie brudne. Farba ma lekko kremowy kolor (baaardzo "praktyczny" na taras...), a deski przy niej wygladaly doslownie na szaro - brazowe. :O Na szczescie nasz taras nie jest jakos specjalnie duzy, a malowanie walkiem szybko idzie, wiec niecala godzinka i wyglada jak nowy. Pozniej nastapil "gwozdz programu". Tak jak rok temu, M. chwycil za kosiarke zylkowa i skosil rowno wszystkie chaberdzie pozostale na rabatce przed domem. Zostaly tylko hortensje, bo ich galezi kosiarka i tak by nie ruszyla.

Jedna galazke M. scial niechcacy, a ze akurat miala kwiatka, wiec wsadzilam do wazonika, zeby pocieszyla nasze oczy
 

Potem pozostalo "tylko" pozbieranie wszystkich badyli, zaladowanie ich na taczke i rabata gotowa na sen zimowy. Wydaje sie proste, ale zajelo prawie 1.5 godziny, bo i rundek taczka zaliczylam z 5-6. Az boje sie myslec ile bym sie meczyla, gdybym wycinala wszystko nozycami. :O Pewnie mordowalabym sie kilka dni... Kiedy tam skonczylismy, poszlismy do warzywnika zeby powyciagac wszystkie tyczki oraz klatki po pomidorach i poodczepiac tasiemki podtrzymujace rosliny (a teraz ich uschniete resztki). Zostawilam je tylko przy paprykach, bo te nadal probuja cos produkowac, podobnie zreszta jak baklazany. Niestety, na ten tydzien zapowiadali pierwsze przymrozki, wiec to, co nie dorosnie do zebrania, raczej trafi szlag. :( Malzonek, wymordowany po porannej silowni (pierszy raz po niemal trzech miesiacach!), stwierdzil po tym, ze nic juz nie robi. Zreszta i tak zostala tylko godzina do wyjscia do kosciola. Poniewaz M. mial pracowac w niedziele, wiec ponownie na msze jechalismy w sobote. Nik mial caly dzien stan podgoraczkowy, poza tym nadal byl lekko oslabiony i bez apetytu, wiec go zostawilismy, a wzielismy tylko Bi. Panna byla oczywiscie oburzona, ze jak to?! Ze jak brat nie idzie, to ona tez nie! :D Dala sie jednak udobruchac, kiedy powiedzialam, ze w nagrode zamiote z pajeczyn i zdechlych robali ganek na froncie (i tak zbieralam sie zeby to zrobic), zeby mogla sobie tam posiedziec, a dodatkowo zagram z nia w statki. ;) Ojciec zostawil swoj telefon synowi zeby mogl zadzwonic w razie czego, pojechalismy, a ja bylam taka myslaca, ze moj telefon zostawilam w aucie, wiec nawet gdyby Nik dzwonil, to i tak zobaczylabym to dopiero po mszy! :D Na szczescie nic sie nie dzialo, choc akurat kiedy nas nie bylo, chodzili lokalni politycy (zblizaja sie wybory), zadzwonili do drzwi, a Mlodszy ponoc wystraszony, schowal sie pod koldre. :D My w kosciele mielismy wlasne "przygody". Dojechalismy z kilkuminutowym zapasem, wiec nie bylo po co pedzic, ale i tak wpadlismy jak burza przez wewnetrzne drzwi, a tu zatrzymuje nas jakis facet i pyta czy nie przynieslibysmy do oltarza darow w czasie mszy! Caly kosciol ludzi, a on zaczepia akurat nas! Juz otwieralam usta zeby przeprosic, ze nie (to nie nasza parafia, mieszkamy w ogole w innym miescie, poza tym ja panikuje jesli mam byc w centrum uwagi), ale niestety, M. natychmiast przytaknal i nici z mojego wykretu. ;) Oczywiscie potem mialam wiekszosc mszy z glowy, bo caly czas ponuro przewidywalam, ze na bank potkne sie i albo osmiesze, albo nie daj Bog cos upuszcze... Oczywiscie nic takiego sie nie stalo, choc wracajac do lawki z daleka widzialam, ze Bi sie smieje, wiec sama tez malo co, a zaczelabym nerwowo rechotac. Tak u mnie dzialaja nerwy. ;) Po powrocie do domu, zgodnie z obietnica, zamiotlam wszystkie pajeczyny na ganku, choc to byl najprawdopodobniej ostatni na tyle cieply wieczor aby tam posiedziec. Pozniej chwycilam za nozyce ogrodowe zeby sciac piwonie, ktora sama prawie kompletnie juz zwiedla. Rozejrzalam sie tez za dwiema nowymi, ktore wyrosly w tym roku, ale nie znalazlam po nich sladu. Mam nadzieje, ze nie padly niespodziewanie... Moja mama sadzi piwonie na swojej dzialce i zadna nie wyrasta po zimie, a ja tez raz mialam taki przypadek, wiec zobaczymy czy te dwie dadza rade... A pozniej juz w koncu nastapil wieczorny relaksik. :) O godzinie 18 Nik nadal mial 37.0 stopni i napisalam na app'ce zespolu, ze nie bedzie go rowniez na niedzielnym meczu. Tymczasem, kiedy mierzylam mu temperature przed snem, zeby sprawdzic czy rosnie i trzeba dac mu cos na zbicie, okazalo sie, ze sama spadla do normalnej. Nie zmienialam jednak decyzji co do meczu, bo po pierwsze, nie wiedzialam czy to nie jednorazowa poprawa, a poza tym, Mlodszy nadal nie odzyskal w pelni energii ani apetytu, a kolejnego dnia mialo caly padac i byc ledwie 13 stopni.

Niedziela zaczela sie dla mnie i dzieciakow od porzadnego wyspania. Pogoda za oknem zdecydowanie nie zachecala do wychodzenia z cieplutkiego lozka. ;) Widac bylo, ze Nik odzyskuje zdrowie, bo choc glos wskazywal nadal na solidne "przytkanie", to energii mial za trzech i szalal. Glownie ganiajac za kotem, ktory desperacko probowal wychodzic na dwor, po czym po 10 minutach wracal, szukajac suchosci oraz ciepla. :D Mlodszy nawet sam, z wlasnej woli, poszedl na gore i przebral sie, choc nawet go nie prosilam, wiedzac, ze nigdzie tego dnia nie pojedzie. Widocznie po calych dwoch, przechodzonych w pizamie dniach, sam juz zatesknil za normalnymi ubraniami. :D Przez caly dzien mial juz tez normalna temperature, choc apetyt dalej niewielki. Poniewaz pogoda byla taka a nie inna, wiec spora czesc dnia Potworki spedzily ogladajac dwie pierwsze czesci Harrego Pottera.

Kino domowe
 

Malzonek wrocil z pracy z odebrana po drodze pizza, wiec chociaz lunch mielismy z glowy. Dzien mijal wiec na spokojnych pracach wewnatrzdomowych (:D), ale z czestym zerkaniem na zegarek. Bi miala kolejny mecz; pechowo dopiero na 18:30. Nie wiem kto w tym zespole jest milosnikiem meczow o takiej porze, ale zdecydowanie nie ja. Mialam nadzieje, na odwolanie, ale niestety... Moze gdyby byl na naturalnej trawie, to po calym dniu deszczu by go odwolali, ale ze mial byc grany na sztucznej nawierzchni, wiec musialaby byc chyba powodz zeby stwierdzili, ze sie nie da. :/ Bi oczywiscie caly dzien jeczala, ze nie chce jechac, a malzonek jej wtorowal, ze kto to slyszal grac przy takiej pogodzie, ze chyba ich pogielo, zebysmy zostaly w domu, bo to idiotyzm, itd. Czasem mam ochote go czyms walnac, serio. Zamiast raczej spojrzec na to od strony zespolowej, ze corka jest jego czescia, sama chciala grac, wiec teraz do konca powinna byc konsekwentna. Jesli w przyszlym roku nie bedzie juz chciala grac, to inna sprawa, ale poki oficjalnie jest w tym zespole, to powinna stawiac sie na treningi oraz mecze. Szczegolnie, ze zostal juz tylko jeden trening i dwie rozgrywki, wiec to nie jest jakies straszne poswiecenie. Malzonek sam gral kiedys w pilke, a poza tym wie jak dziala ten sport i ze w czasie sezonu, gra sie przy kazdej pogodzie. Tymczasem za kazdym razem slysze zrzedzenie (jakbym to ja ustalala zasady), ze to tylko dziecieca liga i ze to glupota grac w deszcz i ze sie pochoruja, itd. To kurna, niech napisze do zarzadu naszego miasta i zobaczy, czy cos zdziala! :/ Zreszta, to nie tylko u nas, bo nasza miejscowosc wyjatkowo czesto zamyka boiska przy deszczowej pogodzie, bojac sie o ich stan, ale okoliczne robia to tylko w ostatecznosci. Zreszta, dzieciaki Martusi tez graja w pilke, w Polsce wiec dzieje sie to samo. Nie ma ze ziab, ze deszcz, mecze maja sie odbyc i juz. Zapewne jest tak na calym swiecie, ale moj malzonek uwaza ze to idiotyzm, tylko dlatego, ze jemu nie chcialoby sie jechac. W koncu, wkurzona, powiedzialam Bi, zeby zdecydowala co chce robic, bo mam dosc sluchania marudzenia, do kompletu ze zrzedzeniem jej ojca. Przypomnialam jej tylko, ze jesli nie pojedzie, to rownie dobrze moze juz teraz zamknac sezon, bo przesiedzi mecz za tydzien, ktory bedzie juz ostatnim, a w takim razie nie ma po co jechac na czwartkowy trening. O dziwo, z fochem, ale stwierdzila, ze pojedzie. Potem oczywiscie nie chciala zalozyc termalnej bluzki pod stroj, mimo ze ostrzegalam, ze zrobilo sie ledwie 9 stopni i w dodatku caly czas mzy. Ona ma bluze, to jak nalozy ja miedzy wyjsciami na murawe, to jej wystarczy. Okey... Wyjechalysmy o 17:40 i choc o tej porze powinna byc jeszcze resztka swiatla dziennego, to przez paskudna pogode, juz w polowie 20-minutowej drogi zrobilo sie zupelnie ciemno. Jazda po zmroku w obce miejsca to nie to, co Agata lubi najbardziej, ale na szczescie trasa okazala sie dosc prosta. Polowa prowadzila znanymi drogami, a na tej drugiej, nieznanej polowie, mialam raptem trzy zakrety. :) Na miejscu okazalo sie, ze tym razem nikt nie przywiozl rozkladanego zadaszenia. Ech... Przez pierwsza polowe nie bylo zle, bo tylko mzylo, choc dziewczyny oczywiscie szybko byly zupelnie przemoczone. Wiekszosc miala termalne podkoszulki, czesc rowniez dlugie spodnie, choc kilka, jak Bi, bylo po prostu w spodenkach oraz koszulkach zespolu. Starsza sporo siedziala, wiec zakladala bluze, ale co z tego, skoro ta wkrotce tez byla mokrusienka. W plecaku miala kurtke przeciwdeszczowa, ale kto by tam cos takiego zakladal. ;) W drugiej polowie, nie tylko zaczelo porzadnie padac, ale jeszcze zerwal sie wiatr. Pod kurtka przeciwdeszczowa mialam podkoszulek oraz sweter, na nogach polarowe legginsy i puchate skarpety w kaloszach, ale co chwila i tak przechodzily mnie ciarki. Bi grala calkiem dlugo w pierwszej polowie, wiec troche sie rozgrzala, ale w drugiej wyszla na doslownie kilka minut.

Walka o pilke
 

A ten trener - idiota, zamiast zachowac przemowienia na lepsza pogode, po rozgrywce jeszcze im tam gledzil. Praktycznie wszystkie dziewczyny z przeciwnej druzyny juz sobie poszly, a ten gada i gada. Oczywiscie on sam mial kurtke przeciwdeszczowa, ale chyba widzi, ze wszystkie panny sa przemoczone do suchej nitki?! Aha, zapomnialam o najwazniejszym, ze pomimo sliskiej nawierzchni, slizgajacej sie pilki i ogolnie ciezkich warunkow, nasze dziewczyny zdolaly wygrac 1:2. Mimo ze zmarzniete, zeszly wiec z boiska bardzo zadowolone, choc Bi niezle klekotala zebami. Choc raz przyznala mi tez racje (cud!), ze powinna byla zalozyc termalny podkoszulek. ;) Po drodze wlaczylysmy ogrzewanie w aucie, podgrzewanie siedzen, a i tak po dojezdzie do domu, nadal obie mialysmy skostniale palce u rak i nog, a Bi dalej czerwony nos i policzki. Miejmy nadzieje, ze zadna z nas tego meczu nie odchoruje. :/ Jedyna osoba, ktora w tym wszystkim zachowala odrobine rozsadku, byl sedzia, ktory zrobil 25- minutowe polowy, zamiast zwyczajowych 35. Przerwe tez zakonczyl po kilku minutach. Dzieki temu juz przed 20 bylysmy w domu. A i tak mialam wrazenie, ze to bylo kompletne zmarnowanie niedzielnego wieczoru. Dobrze, ze chociaz mielismy wygrana na oslode. 

Poniedzialek zaczal sie w egipskich ciemnosciach. Mimo ze okno mojej sypialni wychodzi na poludniowy wschod i zwykle lekko sie juz w niej przejasnia, tym razem, poniewaz nadal bylo deszczowo, pokoj pozostal ciemny. Zebralysmy sie z Bi i wyszlysmy na autobus, ktory niestety kazal na siebie czekac ponad 10 minut. Przynajmniej od poprzedniego wieczora ucichl wiatr, wiec pomimo deszczu, odczuwalna temperatura nie byla taka zla. Mimo wszystko, krotkie spodenki panny to byla mocna przesada, a zauwazylam je dopiero kiedy wychodzilysmy i nie bylo czasu sie przebierac. Ona w koncu odjechala, a ja popedzilam budzic Kokusia, bo byla juz najwyzsza pora. Kawaler wstal nie w sosie, a za to... kompletnie zachrypniety! Jak dzien wczesniej wydawalo sie, ze wychodzi na prosta, teraz zwatpilam. Goraczki jednak nie mial, nos tez mniej przytkany, wiec stwierdzilam ze moze jechac do szkoly. Po odjezdzie panicza, jak zwykle pokrecilam sie po chalupie, ogarnelam zwierzyniec, po czym pojechalam do roboty. Tam niestety kolejne stresy. Zanim zaczely sie problemy z finansami firmy, co drugi wtorek mielismy meeting z managerem od badan klinicznych. Teraz, od wielu miesiecy te meetingi sa odwolywane jeden po drugim, bo nie bierzemy nowych pacjentow. W ten wtorek znow wypadal ten meeting i wszyscy spodziewali sie, ze zostanie jak zwykle odwolany. Tymczasem szef wyslal maila, ze meeting sie odbedzie. No ok, ale tamten manager zawsze wysylal liste tematow do obgadania, a tym razem szef (inny) po prostu zwolal zebranie i tamtego na nie zaprosil. No, nie wygladalo to dobrze... Pozniej dostalismy maila, ze tamten manager poprosil o przelozenie meetingu na 14. Pechowo, mialam na 1:20 okuliste, a wiem ze beda mi zakrapiac oczy i robic wszelkie badania, bo ostatnio bylam tam przed covidem. Z gory wiedzialam, ze w zyciu na 14 nie zdaze, napisalam wiec, ze przepraszam, ale nie dam rady byc na tym zebraniu. Szef odpowiedzial pytaniem, kiedy bede w biurze, to moze ze mna porozmawiac. Oho. Skoro na meetingu bedzie mowa o czyms, o czym musze byc koniecznie poinformowana, to znaczy, ze nie dzieje sie dobrze. A wiadomo, ze zwolnienie naszej kolezanki w zeszly czwartek tez pozytywnie nie wrozy. :( W kazdym razie, po pracy pojechalam po Bi, ktora zostala po szkole na fitnessie, a potem jak zwykle zajechalysmy do biblioteki. To zaczyna byc poniedzialkowa tradycja. ;) Niestety, tu panna juz mnie zirytowala, bo jestem po pracy, mam tysiac mysli na minute, a ona 40 minut szuka ksiazki "przygodowej". To na to wyzwanie czytelnicze i tlumacze zeby wybrala cokolwiek, bo tak naprawde wiekszosc ksiazek (no moze poza obyczajowymi) ma jakis element przygody. Ona przeglada kolejne tytuly i streszczenia, ja jej podsuwam to czy owo i nic jej nie pasuje. W dodatku, ma liste ksiazek, ktore chcialaby przeczytac, a na niej kilka typowo przygodowych (np. "Hobbit"), ale nie, akurat teraz nie ma na zadna z nich ochoty... Po jakims czasie bylam juz mocno nerwowa i powiedzialam pannie, zeby najpierw wybrala kilka potencjalnych tytulow, a potem sprawdzimy w katalogu (internetowym), czy ktoras biblioteka je posiada. Jesli tak, to przyjedziemy po prostu po nia, zamiast spedzac popoludnie cztery razy przegladajac te same regaly... W koncu wyszlysmy oczywiscie z niczym, ale i tak szczesliwa bylam, ze moge wreszcie wrocic do chalupy. Nadal padal deszcz i bylo zimno i paskudnie, ale zgadnijmy kto lazil po podworku w te i spowrotem? Oreo oczywiscie. Wracala z mokrym futerkiem na grzbiecie, wylizywala sie dokladnie, 10 minut polezala, po czym znow podchodzila do drzwi pomiaukujac. Kiedy sie je otworzylo, stawala zdziwiona najwyrazniej, ze nadal pada, ale po sekundzie jednak zew ogrodu byl silniejszy, bo wychodzila. :D

We wtorek pracowalam z domu. Poczatkowo mialam sie urwac wczesniej i pojechac do akulisty prosto z pracy. Byly jednak urodziny M. i chcialam zrobic mu niespodzianke i podjechac jeszcze do cukierni po maly torcik, albo kawalek innego ciasta. To oznaczaloby, ze albo dojechalabym do roboty sporo pozniej niz normalnie, albo musialabym wyjsc z niej duzo wczesniej, a w rezultacie bylabym tam moze dwie godziny. Stwierdzilam, ze w takim razie logiczniej bedzie popracowac zdalnie. Przynajmniej chalupe ogarnelam troche dokladniej niz zwykle rano. Potem pojechalam do Polakowa po torcik. Okazalo sie, ze wyprobowana piekarnio - cukiernia przestala wypiekac torty, a raczej robi je tylko na zamowienie. Poniewaz nie chcialam jezdzic po calej ulicy, od sklepu do sklepu, szukajac czegos odpowiedniego i smacznego, wiec wzielam po prostu kawal tiramisu. To ciasto, ktore u nas schodzi blyskawicznie, bo lubimy je wszyscy poza Kokusiem, ale on akurat jest do ciast i slodyczy strasznie wybredny. Wrocilam do domu, zjadlam, wypilam kawke i wlasciwie byl czas jechac do okulisty. Spedzilam tam ponad 1.5 godziny! To az niesamowite, bo choc zwykle wlasnie tyle tam siedzialam, bylo to spowodowane zakrapianiem oczu i czekaniem 20 minut na rozszerzenie zrenic. Okazalo sie jednak, ze technologia poszla do przodu i maja teraz maszyne, ktora robi badanie dna oka komputerowo. Co prawda blyska po oczach strasznym swiatlem i potem pol godziny ma sie mroczki, ale lepsze to, niz krople, po ktorych nie mozna wyjsc na dzienne swiatlo przez reszte popoludnia... Mimo to jednak, wszystko jakos strasznie sie przedluzylo i wyszlam stamtad dopiero o 15. Dobrze, ze ciasto kupilam rano, bo poczatkowo myslalam, zeby pojechac po okuliscie! Popedzilam do domu, bo M. odbiera po drodze Kokusia i zwykle dojezdzaja okolo 15:40. Bi bardzo sie zdziwila, kiedy to ja zjawilam sie w drzwiach, a nie ojciec. :D Podskoczyla jednak z entuzjazmem na pomysl przywitania taty z torcikiem i swieczkami. Wyciagnelam wiec ciacho, wsadzilam swieczki i stanelam w oknie, wypatrujac chlopakow. W koncu nadjechali, wiec predko zapalilam witki i ustawilysmy sie przy drzwiach z garazu. Malzonek sie zdziwil i nawet troche wzruszyl, bo zwykle nie obchodzimy swoich uroczystosci ani rocznic. :D

Sto lat, sto lat...
 

Na tym jednak mile urodzinowe wydarzenia sie skonczyly. :( Po powrocie do domu bowiem, pierwsze co, to sprawdzilam maile z pracy, a tam wiadomosc, ze wysylaja wszystkich poza niezbednymi pracownikami, na przymusowe, bezplatne zwolnienie. Nie wiem jak takie cos nazywa sie w Polsce; tutaj to furlough, ktore jest jakims dziwnym tworem, bo teoretycznie pozostaje sie oficjalnie zatrudnionym, nadal jest sie objetym ubezpieczeniem zdrowotnym (jesli ma sie je wykupione u siebie w pracy), ale jednoczesnie nie pracuje sie i mozna pobierac zasilek dla bezrobotnych. Przewiduja, ze od stycznia powinny zaczac sie normalne wyplaty i sciagneliby ludzi z tego zwolnienia, ale nie jest to definitywna data. Jesli ktos uwaza, ze to nie dla niego, moze wybrac zwolnienie z pracy, wraz z przysluguja "odprawa" (tylko, ze nigdzie nie mamy ile taka odprawa wynosi). Echhhhh... Z jednej strony spodziewalam sie czegos takiego po tym meetingu, ale z drugiej, uslyszec to oficjalnie to zupelnie inna para kaloszy. :( Posmucilam sie i pozalilam M., ktory jednak pocieszal, ze dwa miesiace to nie tak duzo i damy sobie rade... Po takich wiadomosciach, wiadomo, ostatnia rzecza na jaka mialam ochote, bylo lazenie po cukierki. Potworki jednak musialyby chyba byc obloznie chore zeby z tego zrezygnowac, wiec o godzinie 18 chwycili za przebrania i po chwili wyruszalismy. Bi poszla do swojej kolezanki, bo u nich zbierala sie grupka jej siostry, a one dwie - starsze, chcialy isc same. Zaproponowalam Nikowi, zeby poszedl z grupa mlodszych dzieciakow, ale stanowczo odmowil. Stwierdzil, ze woli z mama i swoim tempem, co u Kokusia oznacza "na wyscigi". Coz, matce nie chcialo sie jak cholera, ale czego nie robi sie dla syna? ;) Bylo to istne wariactwo, bo bez zatrzymywania i czekania na inne dzieciaki (albo chociaz siostre), Nik pedzil od drzwi do drzwi jakby go co gonilo. Ja szlam ulica, a on musial podbiec jeszcze kazdym podjazdem.

Niektore domy byly udekorowane niczym na Boze Narodzenie
 

Podziwiam, ze ludziom sie chce ;)
 

A ze nasze osiedle jest gorzyste, wiec zazwyczaj albo wbiegal do gory, albo zbiegal na dol ale potem musial sie spowrotem wdrapac na chodnik. Przyznaje, ze liczylam na to, ze szybko sie zmeczy, ale gdzie tam! Nasze osiedle jest z grubsza przedzielone na polowe przez droge wjazdowa i przez te ostatnie kilka lat zawsze zaliczalismy tylko jedna polowe, tudziez wybrane uliczki. W tym, dzieki narzuconemu tempu, Mlodszy zaliczyl spokojnie 90% osiedla. Pod koniec dolaczyla do nas Bi bo jej kolezanka musiala wracac i kiedy uslyszala, ze Nik byl tez po drugiej stronie, koniecznie tez chciala tam isc.

Przy okazji rozwiaze zagadke kostiumu Kokusia: to postac o imieniu Link z gry "Zelda"
 

Tym razem jednak postawilam weto, bo zblizala sie juz 20, a ja nie czulam nog. A raczej, czulam jedna, bo strasznie napierdzielala mnie kostka. ;) Musialam gdzies zle stanac, choc nawet nie zwrocilam uwagi... W domu nastapilo wysypywanie i segregowanie slodyczy, choc nie wiem po co, bo potem i tam powtornie wrzucili wszystko do toreb.

Porownywanie kto ma czego wiecej. Trzeba im oddac sprawiedliwosc, ze zgodnie powymieniali miedzy soba nielubiane slodycze
 

Przynajmniej jednak oddali matce i ojcu to, czego oboje nie lubia. W ten sposob mamy maly zapasik sneakers'ow (jak mozna nie lubic tych batonikow?!). :D

W srode rano jak zwykle wyprawic Bi do szkoly, po czym wrocic do chalupy i budzic syna. Nie moge sie juz doczekac zmiany czasu, bo Mlodszy ogolnie jest spiochem, a jak teraz ma rano w pokoju niemal ciemno, to spi jak zabity, nie moze sie dobudzic i wstaje lewa noga. Mam juz naprawde dosc jego porannych fochow i miny jak sroda na piatek. Mlodszy pojechal do szkoly, a ja niedlugo po nim, z ciezkim sercem, do pracy. Wlasciwie spodziewalam sie tylko szybkiej rozmowy z szefem i powrotu do domu. Szef sie jednak spoznial (jak to on), za to przyjechala kolezanka, wiec sobie pogadalysmy. Byla na meetingu dzien wczesniej, wiec przekazala mi, jak to wyglada z jej punktu widzenia. Dla niej brzmialo to raczej pesymistycznie i jedynym pracownikiem okreslonym jako "niezbedny" byla inna kobieta, ktora ma poleciec pod koniec grudnia do Chin, zeby pomoc w tamtejszym oddziale. Kolezanka sklania sie zeby wziac odprawe i odejsc. Przyznaje, ze mocno mnie to podlamalo, bo ogolnie to fajna babka, a do tego bardzo inteligentna i niesamowicie energiczna i zorganizowana. Pracowala u nas 3 lata i trzymala w garsci grafik testow i badan i to ona prowadzila caly proces produkcji probek dla pacjentow. Dziwie sie, ze szefostwo nie stara sie za wszelka cene jej zatrzymac, bo (choc mowia, ze nie ma ludzi niezastapionych) bedzie baaardzo trudno znalezc rownie zaradna osobe na jej miejsce. :( Tego dnia przyjechala tylko zeby pozamykac swoje sprawy i nie spodziewala sie juz wracac, wiec obie poplakalysmy sie przy pozegnaniu. W miedzyczasie pojawil sie szef i wezwal mnie do siebie. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, oznajmil, ze dla nich jestem (podobnie jak kobita lecaca do Chin) pracownikiem niezbednym i nie chca mnie wysylac na to bezplatne zwolnienie. Brzmi super, ale jest i haczyk i to niemaly. Otoz szef spytal, czy w obecnej sytuacji, zgodzilabym sie zeby mi przez jakis czas nie placil! Witki mi opadly, bo skoro jestem dla nich taka "niezbedna" i mam nadal pracowac, to fajnie, zebym jednak dostawala za to wynagrodzenie... Delikatnie powiedzialam wiec, ze wkraczamy w okres swiateczny, ktory laczy sie zawsze ze zwiekszonymi wydatkami, wiec jesli szefostwo nie chce mi placic, to chyba lepiej zeby wyslali mnie na to zwolnienie, bo wtedy moge chociaz pobierac zasilek dla bezrobotnych. Szef cos tam przebakiwal, ze to bezrobocie to strasznie upierdliwa sprawa, bo wymagaja poszukiwania pracy i dokladnego z tego raportu. Odpowiedzialam, ze wiem jak to wyglada, bo praca mojego taty jest wlasciwie sezonowa i jest na bezrobociu kazdej zimy i fakt, ze upierdliwe to strasznie, ale jak mus, to mus. Nasza rozmowa zakonczyla sie przytaknieciem przez szefa, ze poki co bedzie mi placil, wiec wyszlam stamtad jak na skrzydlach. Jednoczesnie czulam straszny zal i jakby wstyd, ze innych pracownikow wysylaja na zwolnienie... Niestety, jak to z moim szefem bywa, decyzje zmieniaja mu sie co sekunde. W pracy spedzilam jeszcze z godzinke, ale poniewaz nie wzielam nic do jedzenia ani picia, w koncu pojechalam do domu. Chwile po moim powrocie, dzwoni szef, ze on sprawdzil i jesli ma sie wpisany powrot do pracy w ciagu 13 tygodni, to zwolnionym jest sie z szukania pracy. I ze on mi wysle link. Ok, ale przeciez raptem kilka godzin wczesniej powiedzial, ze bedzie mi normalnie placil?! Coz, zaplaci mi jeszcze jedna wyplate za druga polowe pazdziernika, a potem moge wziac to zwolnienie. "Super". Chwile potem zadzwonil M. z pytaniem jak poszlo w pracy i odpowiedzialam, ze w sumie wiem, ze nic nie wiem. Zdalam mu mniej wiecej relacje z rozmowami z szefem oraz kolezanka. I tu moj malzonek mnie zaskoczyl, bo stwierdzil, ze skoro lubie te prace, to moze trzeba pojsc im na reke i skoro poczatkowo szef chcial zatrzymac mnie zatrudniona ale bez wyplaty, to moze trzeba sie zgodzic. Przypomnialam malzonkowi, ze mamy listopad, zbliza sie Indyk, a potem Boze Narodzenie, z urodzinami Kokusia pomiedzy. Grudzien to zawsze ogromne wydatki, a on chce zebysmy zostali bez jednej pensji?! Malzonek stwierdzil, ze zarabia wystarczajaco zeby utrzymac nas samodzielnie przez jakis czas, ze obetniemy niepotrzebne wydatki gdzie sie da i powinnismy dac rade. Na szczescie moje auto jest juz splacone, a rezygnacja z Polskiej Szkoly to tez oszczednosc $900. Wraca plywanie, ale ono akurat jest stosunkowo niedrogie. Ciesze sie, ze zapis Kokusia na koszykowke oraz do klubu narciarskiego to fakt dokonany, bo inaczej musialby zrezygnowac. Przyznaje, ze z mocno mieszanymi uczuciami, ale napisalam do szefa, ze po rozmowie z mezem, zgadzam sie na tymczasowe zawieszenie wyplaty. Odpowiedzial bardzo formalnie, ze dziekuje za zrozumienie, ze moja pozycja jest niezbedna, bla bla bla... Szkoda, ze nie jest az tak niezbedna zeby mi placic. ;) Kiedy sobie pozniej, na spokojnie, przeanalizowalam nasza komunikacje, doszlam do wniosku, ze szefostwo chce uciac niepotrzebne wydatki gdzie sie da, ale zaskakujaco bardzo chce mnie zatrzymac. Wydaje mi sie, ze poczatkowo szef nie chcial mnie wyslac na to zwolnienie, bo bal sie, ze zaczne szukac pracy. Kiedy sprawdzil, ze przy krotszych zwolnieniach nie trzeba jej oficjalnie poszukiwac, nie mial juz az takich obiekcji. ;) Nie wiem co prawda co on sobie wyobraza, bo bedac bez wyplaty i tak bede przegladac oferty. Nie mam przeciez gwarancji, ze do stycznia na pewno znow ruszymy. Dodatkowo, pozniej gadalam z malzonkiem, ze w sumie nie wiem czy to byla dobra decyzja. Bo, co jesli w styczniu, zamiast wezwac wszystkich i wyplacic mi zalegla pensje, oglosza upadlosc i nagle zostane bez zaleglych pieniedzy i nawet bez odprawy?! :O Zdaje sobie sprawe, ze to ogromne ryzyko... W kazdym razie chwilowo pracuje "charytatywnie", choc laczy sie to z tym, ze bede sobie przyjezdzac do biura 2-3 razy w tygodniu na kilka godzin. Reszte czasu bede w domu. Cos tam do roboty w biurze zwykle sie znajdzie, a tam latwiej mi sie skupic. Niestety, brakuje mi samodyscypliny do pracy z domu na stale... Po poludniu, kiedy reszta rodziny zjechala do chalupy, po zjedzeniu obiadu, zabralismy znicze oraz zapalniczke i podjechalismy na cmentarz w naszym miasteczku. W sumie nawet nie wiemy z jakiego dokladnie wyznania jest ten cmentarz, oprocz tego ze zdecydowanie chrzescijanski. Pozapalalismy znicze przy grobach, ktore wydawaly sie opuszczone, niektore z 1800 ktoregos roku i wrocilismy do domu. Reszta wieczora uplynela juz na zwyklych domowych obowiazkach dla rodzicow i pracy domowej dla dzieciakow.

Czwartek przywital nas solidnym przymrozkiem. -3 stopnie to najnizsza temperatura chyba od kwietnia. Bi zalozyla dlugie spodnie, ale za nic nie chciala wziac grubszej bluzo - kurtki. Jak na zlosc, jej autobus przyjechal dopiero o 7:20 (juz zaczelam sie powaznie martwic), wiec solidnie sie tam ustala. Ja mialam sweter i jesienna kurtke, a nie bylo mi zbyt przyjemnie. Kiedy Starsza w koncu pojechala, popedzilam budzic Kokusia. Ten wstal jak zwykle nie w sosie, ale chociaz nie protestowal kiedy dalam mu "misiowa" bluze z podszewka. Jego autobus na szczescie podjechal dosc szybko, wiec chociaz z nim nie wymarzlam. Tego dnia nie planowalam jechac do pracy, wiec caly dzien spedzilam wypuszczajac i wpuszczajac spowrotem kotka. :D Oreo za nic miala niskie temperatury. Wracala do domu, wylizala sie, zdrzemnela, po czym urzadzala jazgot pod drzwiami. Okolo poludnia temperatura wzrosla do 8 stopni, wiec wzielam Maye na spacer. A niech ma cos z zycia, skoro jestem w chalupie. Poza tym, rano nie mogla znalezc zadnej pileczki (przynajmniej 4 sa gdzies na ogrodzie), wiec nie pobiegala w czasie czekania na autobus Bi. Przydalo jej sie wiec troche ruchu.

Jak widac, nie proznuje ani jesien, pracowicie zrzucajac liscie, ani sasiedzi, dzielnie zdmuchujac je na brzeg ulicy
 

Poza tym dzien uplynal mi na sprzataniu, zmianie poscieli, wstawianiu prania i takich tam. Upieklam tez chlebek bananowy, bo znow zostalo nam pare przejrzalych owocow. Wrocila Bi, a wkrotce po niej chlopaki. Zjedlismy obiad i zaraz byl czas pedzic na trening. Starsza mocno protestowala, ale no kurcze! To juz ostatni trening w tym sezonie! Pojechalismy oczywiscie z sasiadka na doczepke, a potem dzieciaki biegaly, a my z M. szlismy. Na szczescie wzdluz drogi, a potem po drugiej stronie pol, nadal dochodzila resztka slonca, wiec bylo nam calkiem cieplo. Gorzej kiedy wrocilismy na boiska, bo tam slonce juz zaszlo za drzewa i po chwili zrobilo sie bardzo nieprzyjemnie. Poniewaz szybko robi sie teraz ciemno, wiec trening byl krotszy niz zwykle. Znow zespol Bi gral przeciwko zespolowi Nika i juz kolejny raz dziewczyny skopaly chlopakom tylki i wygraly 3:1. :D

Ponownie razem na boisku, ale tak daleko, ze i tak guzik widac
 

Po sasiadke na szczescie choc raz przyjechala mama, wiec potem pojechalismy po kawe i napoje dla dzieciakow. Takie male uczczenie ostatniego treningu. Jeszcze weekend meczow i koniec sezonu! :D Jak zwykle lubie sezon pilkarski, tak ten wyjatkowo dal popalic. Przez ciagle anulacje meczow, zmiany grafiku, brak komunikacji u Bi, wystawianie Kokusia na 5 minut... Czekalam na ten koniec dobry miesiac. Dodatkowo sytuacja w pracy i ciesze sie ze przynajmniej odpadnie mi ciagla irytacja zwiazana z pilka...

Dzis rano bylo juz troche cieplej bo "az" +1. Po poludniu temperatura miala jednak dojsc do 13 stopni, co dla Bi bylo sygnalem, ze wrocil sezon na szorty. :D A jej autobus znow przyjechal pozno, bo o 7:19, wiec nie wiem jak ona wystala na tym przystanku. Ja bylam w kurtce i bylo mi chlodno. W czasie kiedy czekalam na odjazd Starszej, Maya ganiala za odnaleziona pileczke (ciekawe co sie stalo z pozostalymi trzema...), zas Oreo patrolowala teren ze "lwiej skaly". :D Pozniej zgarnelam Nika, ktory jakos wstal w nieco lepszym niz zwykle humorku. On na szczescie zalozyl dlugie spodnie i gruba bluze, ale na przystanku przekonalam sie, ze nie tylko Bi ma zepsuty "termostat". Jeszcze jeden chlopiec mial zalozone krotkie spodenki. :D Ogarnelam co nieco w chalupie, w miedzyczasie wypuszczajac i wpuszczajac Oreo. Kiedy wrocila drugi raz, akurat zaczynalam zbierac sie do wyjscia, wiec zignorowalam jej darcie i zostawilam w chalupie. Pojechalam do pracy, gdzie wpadlam na kolege. On tez przyjechal pozamykac najpilniejsze sprawy i idzie na zwolnienie. Coz, przynajmniej od razu powiedzial, ze nie chce odchodzic bo pasuje mu ta praca, jej bliskosc i mozliwosc dostosowania godzin do sytuacji w domu. No i w miare optymistycznie patrzy na przyszle finanse firmy. Przyznaje, ze jego podejscie troche uspokoilo moje nerwy, choc ten spokoj moze byc oczywiscie zludny... Z pracy wyszlam wczesniej (a co; w koncu i tak mi nie placa) i pojechalam po spozywke. Reszta popoludnia byla nieco szalona, wiec o niej juz kolejnym razem.

piątek, 27 października 2023

Pilkarski wku*w i tydzien na wysokich obrotach

W sobote, 21 pazdziernika, ponownie mielismy pobudke wczesniejsza niz bysmy sobie zyczyli. :) Gral zespol Bi i co prawda mial miec mecz "dopiero" o 10, ale przed rozgrzewka chcieli zlapac fotografa i porobic zdjecia indywidualne i grupowe. Zarzadzili wiec zbiorke o 9, co oznaczalo pobudke o 7:30 zeby zdazyc na czas. Zawsze to godzina spania dluzej niz w dni powszednie, ale oczywiscie chcialoby sie wiecej. ;) Na ten sezon pilki zostala jednak rzucona jakas klatwa, bowiem zaczelo padac juz w piatek i kontynuowalo przez noc i wiekszosc soboty. Co prawda tym razem nie lalo tak jak poprzednio; bardziej byl to taki rowny, lekki deszcz, ale jednak dlugotrwaly. Kiedy rano zadzwonil moj budzik, pierwsze co, to oczywiscie sprawdzilam aplikacje czy nie ma jakichs wiadomosci i... mecz mial sie odbyc zgodnie z planem. "Uratowal" go tylko fakt, ze dziewczyny graly na sztucznej nawierzchni, bo wszystkie mecze na trawie zostaly odwolane. To oznaczalo tez brak fotografow, bo ci przyjezdzali glownie dla zespolow rekreacyjnych, majacych scisle godziny na zdjecia. Zespoly ligowe mialy sie pojawic kiedy im najlepiej pasuje. Szkoda, ze juz sie obudzilam i nie mialam szans zasnac ponownie. ;) W kazdym razie, zebralysmy sie z panna, zostawilam Nika jedzacego sniadanie i popedzilysmy do kompleksu sportowego. Bi pobiegla sie rozgrzewac, a ja wrocilam do samochodu, zeby schowac sie przed deszczem. Wyszlam dopiero na poczatek meczu, uzbrojona zarowno w kurtke przeciwdeszczowa, jak i parasol. I spotkalo mnie kompletne rozczarowanie, ktore zaowocowalo wspomnianym wku*wem. Otoz, Bi nie zostala wystawiona w ogole. Nawet na minute! :O

Moje dziecko przyjechalo na mecz zeby spedzic ponad godzine kiblujac pod zadaszeniem...
 

Na poczatku oczywiscie czekalam, bo podobnie jak u Kokusia, te najnowsze dziewczyny nigdy nie sa w pierwszej wystawionej grupie. Kiedy jednak pomalu wszystkie rezerwowe mialy swoje kilka minut, a pierwsza polowa zaczela dobiegac konca, zaczelam sie niepokoic. Tym bardziej, ze padalo i bylo chlodno, wiec pomimo rozlozonego zadaszenia, Bi zalozyla kurtke, bo zrobilo jej sie zimno. Minela przerwa, zaczela sie druga polowa, a moje dziecko dalej siedzi. W ktoryms momencie zbieralam sie w sobie (nie lubie konfrontacji) zeby pojsc i spytac o co biega. Przeszlo mi jednak przez mysl, ze Starsza ostatnio tak jeczy ze nie lubi tego zespolu, ze mozliwe iz sama powiedziala, ze nie chce grac. Nie chcialam sie osmieszyc, bo znajac Bi i jej charakterek, nie bylo to wcale niemozliwe. ;) W koncu mecz sie skonczyl i wracajac z panna do auta, pierwsze to oczywiscie zapytalam dlaczego nie grala. I... myslalam, ze mnie trafi jasny szlag! Okazalo sie, ze to byla "kara" za opuszczenie poprzedniego meczu!!! :O Pamietacie, pisalam w przedostatnim poscie, ze wcisneli mecz na piatek o godzinie 20 i to 40 minut jazdy (bez korkow) od nas. Bi miala tego dnia tez siatkowke i nie chciala jechac z jednego na drugie; ja zreszta tez nie. Napisalam wiec, ze mamy konflikt zajec i Starszej nie bedzie. I za to Bi zostala ukarana siedzeniem na lawce przez caly mecz!!! Cale chociaz szczescie, ze byl on u nas, bo jakbym jechala pol godziny albo dluzej, zeby corka przesiedziala cala rozgrywke, to naprawde para poszlaby mi uszami!!! Spytalam Bi co trener konkretnie powiedzial, bo przeciez sa rozne sytuacje i mogla byc np. chora. Odpowiedziala, ze to nie byla wystarczajaco "wazna" przyczyna. Serio?! To on bedzie teraz sedzia i decydowal kto moze opuscic mecz i z jakiego powodu, a kto zostanie za to ukarany?! Szczegolnie, ze grafik jest dopasowywany do prywatnych zespolow, w ktorych gra czesc dziewczyn i to jest ok, ale inne zajecia najwyrazniej sie nie licza?! Ostatnio ktos zlozyl na trenera oficjalna skarge i teraz bardzo mnie kusi zeby zrobic to samo, bo facetowi wydaje sie chyba ze jest "bogiem"! :O W ogole organizacja tego zespolu mnie dobija i korci mnie zeby napisac do klubu, ale zastanawiam sie jak to rozgryzc. Z jednej strony uwazam, ze nie powinnam puscic tego wszystkiego plazem, ale z drugiej, mam w pamieci, ze jesli sie gdzies nie przeniesiemy (a nie planujemy), to Bi bedzie z tymi dziewczynami chodzila do szkoly przez kolejne 5.5 lat, a ja bede sie natykac na tych rodzicow i mozliwe ze bede zmuszona wspolpracowac z nimi przy okazji jakichs szkolnych uroczystosci. Zastanawiam sie po prostu czy "oplaca" mi sie robic szum. Ale jestem bardzo, bardzo zla, co mi sie ogolnie rzadko zdarza... :/

W kazdym razie, po tej porazce zwanej meczem, wrocilysmy z Bi do domu, gdzie Nik byl juz mocno spanikowany. Kawaler nie ma oczywiscie telefonu, wiec mozliwosci kontaktu, a dziewczyny maja mecze dluzsze, z kazda polowa trwajaca 35-40 minut. W dodatku myslalam, ze M. wroci do domu zaraz po pracy, gdzie dojechalby okolo 11:25, a tymczasem pojechal do Polakowa i ostatecznie wrocilysmy z Bi pierwsze. Mlodszy bal sie, ze cos sie stalo, biedaczysko... Do domu wrocil malzonek, ale dlugo w nim nie zabawilismy, bo stwierdzilismy, ze skoro nie ma zadnych popoludniowych meczow, to bedzie idealny dzien zeby zabrac mojego tate na lunch z okazji urodzin. Te wypadaly mu w poniedzialek, ale to dzien szkolno - pracujacy, wiec wiadomo, ze ciezko bylo cos zorganizowac. Oczywiscie lekki dylemat mielismy gdzie jechac, ale Potworki jednoglosnie domagaly sie bufetu chinskiego, wiec padlo na niego. Te bufety to zawsze takie troche "straszne" miejsca, bo zastanawiam sie czy wszystko jest swieze i jak to jest przyrzadzane, ale zaleta jest, ze kazdy moze nie tylko zjesc ulubione potrawy, ale jeszcze sprobowac czegos nowego. A ze ostatnio bylismy kilka lat temu, wiec stwierdzilismy, ze ok; moze byc. Pojechalismy i wszyscy niezle sie bawili i objedli. Nawet dzieciaki, co jest szokiem, bo jeszcze ostatnio Nik na chinskim bufecie jadl pizze i frytki. :D Tym razem pojadl i mieska i poprobowal nawet owocow morza, choc zdecydowanie mu nie podeszly. Bi, wzorem swojej matki, wpierdzielala krewetki, malze, kraby oraz osmiorniczki. :D Na koniec dzieciaki, ktore przezornie wziely zapas monet cwiercdolarowych, musialy nakarmic rybki. Chinskie bufety czesto maja tu male sztuczne sadzawki. W tym maja tez maszynke z pokarmem i kazda garstka kosztuje wlasnie 25 centow. Potworki zwykle nie pamietaly o tym, tym razem jednak przyjechali przygotowani i rybska pojadly chyba "pod korek". :D

Sadzac po rozmiarach rybek, wszystkie przychodzace tam dzieciaki hojnie sypia karma :)
 

Wychodzac zgarneli jeszcze po dwie gumy z maszynki i ruszylismy do domu, odwozac po drodze dziadka. 

Te gumy-kulki to jakies wariactwo. Taka maszynka jest tez w schronisku przy stoku narciarskim i wiecznie brakuje w niej gum, bo wszystkie dzieciaki biora je garsciami (mimo, ze za kazda trzeba wrzucic pieniazka)!
 

Bylismy potwornie przejedzeni, ale do domu weszlismy tylko na moment zeby usiasc i pomoc jedzeniu ulozyc sie w brzuchu, po czym jechalismy do... kosciola. Bardziej mialam ochote na drzemke, ale M. mial w niedziele pracowac, a Bi grac mecz juz o 9 rano. Co prawda po tym porannym odechcialo mi sie pilki kompletnie, ale w pamieci mialam, ze jak nie pojedzie, to przesiedzi kolejny mecz. :/ A i tak maja duzo mniej meczow niz chlopaki... Pojechalismy wiec i podczas kazania ledwie bylam w stanie utrzymac otwarte oczy, a Nik oparl glowe o moje kolana i autentycznie zasnal! :D Wrocilismy do chalupy i dzieciaki wkrotce zaczely dopraszac sie jedzenia. Nie ma jak szybki metabolizm. ;) Sama dopiero o 20 poczulam sie glodna, a M. w ogole. Cale popoludnie narzekal na zgage i nudnosci, a wiadomo, ze jak facetowi cos dolega, to "umiera". :D Martwilam sie, ze czyms sie zatrul i w nocy bedzie wymiotowal, ale okazalo sie, ze przespal ja spokojnie, wiec raczej cos mu po prostu siadlo na zoladku. ;) Wieczorem zas dostalam wiadomosc na aplikacji z pilki, ze odwoluja mecz Bi, bo miejscowosc, do ktorej mielismy jechac, ma zalane boiska. Zdziwilam sie, bo wcale az tak nie lalo, a w sobote popoludniu przestalo padac, za to zerwal sie mocny wiatr, wszystko mialo wiec czas zeby przeschnac. Poniewaz jednak chwilowo nie mialam ochoty patrzec na trenerow, wiec wrecz sie ucieszylam. Nie mowiac juz o tym, ze dalo nam to mozliwosc odespania tygodnia i dosc wczesnej pobudki w sobote.

W niedziele moglismy wiec sobie pospac, choc calkowitego relaksu tez nie bylo, bo na 11:30 rozgrzewke mial Nik. Odwolany mecz Bi to bylo blogoslawienstwo, nie tylko ze wzgledu na dluzszy sen. Inaczej musialabym jechac ze Starsza na 8:20 na rozgrzewke, a przy dlugosci meczow dziewczyn, pewnie wrocilabym do domu tylko na szybkie siusiu, po czym pedzilabym z Kokusiem. A tak, to przynajmniej ranek byl spokojny, choc Mlodszy, otumaniony dluzszym snem i grami od rana, marudzil ze dlaczego ten mecz tak wczesnie. Wczesnie! :D Mielismy tyle czasu, ze poza sniadaniem i wzglednym ogarnieciem sie, Potworki zdazyly jeszcze przymierzyc stroje na Halloween.

To nie jest kompletny stroj Bi, choc nawet wtedy trudno rozpoznac co to za przebranie, wiec napisze od razu, ze mial to byc "pirat". Powiedzialam pannie, ze to malo "piracko" wyglada, ale sie nie przejela :D

Powiedzialam Bi, ze to raczej ostatni rok kiedy pojdzie ze mna i Kokusiem. Dla mnie 12 lat to wlasnie taki limit. Potem to juz chyba troche obciach, po pierwsze prosic o cukierki, a po drugie lazic z rodzicem. Owszem, widze bandy mlodszych nastolatkow, ale one zawsze chodza grupa, bez mamy czy taty. Jak Starsza za rok stwierdzi, ze chce isc z kolezankami, to ok. Ale mam nadzieje, ze uzna, ze to siara. :D

Kostium Kokusia moga rozpoznac milosnicy gier komputerowych i musze przyznac, ze Mlodszy ma do niego idealna urode oraz kolor wlosow. Ktos, cos? ;)
 

Ranek przelecial dosc szybko i czas byl ruszac na mecz. Odstawilam panicza na rozgrzewke, po czym zaszylam sie w aucie. Jesli spojrzycie na ponizsze zdjecie, na pewno nie domyslicie sie, ze mielismy... 12 stopni, a do tego potwornie wialo. Wiekszosc rodzicow miala kurtki i pozakladala na glowy czapki lub kaptury. Dzieciaki sa za to jakies "gorace", bo tylko niektorzy mieli pod koszulkami dodatkowa warstwe. Paradoksalnie, byli to ci, ktorzy przegrali wiekszosc meczu, wiec raczej sie w niej spocili. ;) Nik uparl sie, ze nie chce dodatkowej koszulki na dlugi rekaw i odpuscilam, wiedzac ze w plecaku ma bluze jakby co. Tu powinien nastapic kolejny wku*w, ale chyba u chlopakow juz przyzwyczailam sie do niesprawiedliwosci. Mlodszy gral naprawde dlugo w pierwszej polowie, co oslodzilo troche fakt, ze w drugiej nie wyszedl ani na chwile. Zreszta, nic chyba nie przebije soboty i meczu Bi... Dobrze, ze chociaz ten trener pozwala chlopakom z tylu kopac do siebie pilke, to nie nudza sie i jest im cieplej. Poprzedni wsciekal sie i kazal chlopakom siedziec i patrzec na mecz, strofujac ich nawet jak zaczynali z nudow glosniej gadac... Poza tym, tym razem w drugiej polowie trener nie zmienil nikogo, poza jednym chlopcem, ktory musial wyjsc za kontuzjowanego kolege. Bylam zla mniej ze wzgledu na Kokusia, a bardziej ze wzgledu na jego kolege. Ci najnowsi w druzynie zwykle bowiem graja najmniej i tak bylo juz za poprzedniego trenera. W kazdym razie, od poczatku sezonu, podstawowy sklad chlopakow jest taki sam, a potem trener ich zmienia w zaleznosci od potrzeby i humoru. Kiedy ten facet przejal pozycje trenera, inny ojciec zadeklarowal sie, ze pomoze mu "w miare swojego ograniczonego czasu". Szybko okazalo sie, ze tego czasu praktycznie nie ma i nie pojawia sie ani na treningach, ani na meczach. Jego syn oczywiscie tez nie. Tym razem, o dziwo, na mecz stawil sie caly zespol, co zdarza sie niepomiernie rzadko. Pojawil sie tez ten "asystent" i jego syn. Do czego zmierzam? Otoz, pomimo ze byl to raptem drugi mecz w tym sezonie, na ktory chlopak przyjechal, znalazl sie w pierwszym skladzie i przegral praktycznie calutka rozgrywke. Przyznaje, ze gra naprawde dobrze, ale! Przez to, ze on zostal od razu wystawiony, trener wsadzil na lawke rezerwowych innego chlopca. Ten chlopiec jest w zespole o przynajmniej rok dluzej niz Nik, a w tym sezonie byl zawsze w pierwszym skladzie. Biedak, zostal zdegradowany tylko dlatego, ze tamci w koncu znalezli czas, zeby pojawic sie na meczu! Bardzo to nie fair. I choc uwazam, ze (jak u Bi) kara za ominiecie meczu zdecydowanie nie powinien byc kompletny zakaz gry w nastepnym, ale jednak pierwszenstwo w grze powinni miec wedlug mnie chlopcy, ktorzy przyjezdzaja na wiekszosc treningow i meczow. A nie, ze ktos sie zjawi raz w miesiacu i "po znajomosci" bedzie gral caly mecz. Strasznie bylo mi szkoda tamtego "zdegradowanego" gracza... Tak czy owak, Nik nie narzekal, bo druga polowe spedzil kopiac pilke z innymi rezerwowymi, a koszulke mial tak brudna, jakby faktycznie gral, bo dla zabawy przewracal sie na trawe. ;) Chlopaki ostatecznie przegraly 1:2. A jesli wczesniej myslalam, ze mecz Bi odwolali na wyrost, to zmienilam zdanie, kiedy zobaczylam, ze za boiskiem, ktorego powierzchnia jest polokragla (pewnie dla odprowadzenia wody), zostala wielka kaluza. Jedna z pilek, ktora przeleciala nad bramka, odzyskali dopiero po meczu, bo wczesniej nikomu nie chcialo sie brodzic po kostki w wodzie. ;)

Nik jak zwykle daleko od glownej akcji ;)
 

Po meczu zajechalismy jeszcze z Kokusiem po kawe i do domu wrocilismy dopiero przed 14. Popoludnie uplynelo na wstawianiu i skladaniu prania, zmywarki, jakiegos tam ogarniania, itd., z racji, ze w sobote wiekszosc dnia spedzilismy poza domem. Dzieciaki za to obejrzaly pierwsza czesc Narnii, mimo ze widzialy ten film juz dobrych kilka razy.

Kinomani
 

Nawet my z M. od czasu do czasu przysiedlismy i obejrzelismy po kilka minut. ;) I tak weekend przelecial. Jak zwykle duzo szybciej niz czlowiek by chcial. :D

Poniedzialek zaczal sie od pobudki w niemal calkowitych ciemnosciach. Jak ja tego nie lubie!!! W Polsce nadchodzi upragniona zmiana czasu; my musimy poczekac dodatkowy tydzien... Rano jak zwykle: wyslac na autobus Bi (tym razem jej kolezanka juz tam stala, wiec nie musialam z nia isc), po czym obudzic Kokusia i wyprawic go do szkoly. Panicz mial tego dnia wycieczke szkolna, wiec bral ze soba tylko wode. Jedzenie mieli miec dostarczone ze szkoly. On odjechal, ja pokrecilam sie po domu i zaczelam zbierac do wyjscia, kiedy... dotarlo do mnie, ze przepadl kot. Wychodzilam raz, drugi, trzeci, z jednej strony domu, z drugiej... Przez ogrod z przodu przemknela ruda kotka sasiadow, a po naszym ani sladu. :/ Zrobilo sie, jak kiedys, pol godziny po moim zwyklym czasie wyjscia z domu, wiec na taras wystawilam jej wode, jedzenie oraz "domek", zeby mogla sie w razie czego schowac przed wiatrem. Jeszcze raz zawolalam, ale skoro jej nie bylo, to pojechalam do pracy. Kiedy wyjezdzalam, przez podjazd przemknela druga kotka sasiadow. Normalnie wszystkie sasiedzkie koty sie u nas skupily, tylko nasz wlasny polazl gdzie indziej... Nie moglam sie w pracy za bardzo skupic, bo caly czas wyobrazalam sobie Oreo miauczaca pod drzwiami zeby ja wpuscic. Wiem, czasem mientka jestem. :D W kazdym razie, kiedy nadeszla pora zeby zrobic moje zwyczajowe koleczko wokol budynku w pracy, zamiast chodzic, wskoczylam w auto i podjechalam do chalupy. Zaleta mieszkania 10 minut od roboty. ;) Podjechalam pod dom i szybko zlokalizowalam kiciula w chaszczach przed domem. A wiec zdecydowala sie wrocic! ;) I nawet nie biegla do mnie jakos szczegolnie steskniona, a przeciez walesala sie po podworku przez prawie 5 godzin... Bylam jednak bardzo szczesliwa, ze moge ja zamknac bezpieczna w domu. Mniej szczesliwa bylam, ze musze wracac do pracy. :D Po robocie podjechalam do szkoly Bi, zeby odebrac panne, ktora zostala tego dnia na fitnessie. Zajechalysmy jeszcze do biblioteki, bo chciala wypozyczyc kolejna ksiazke na wyzwanie. Maja w szkole biblioteke, ale wolno im ja odwiedzac tylko w okreslone dni, bo przerwy maja za krotkie zeby buszowac miedzy regalami. :) Ostatnio zazwyczaj zajezdzamy do starszej i mniejszej biblioteki, bo mamy ja niemal po drodze do domu. Sama zwykle tylko wchodze i od razu skrecam w lewo, do pokoiku wyznaczonego na literature dziecieca oraz mlodziezowa. Tymczasem w poniedzialek, Bi zapragnela zobaczyc reszte przybytku, wiec ruszylysmy na druga strone. I niespodzianka! Wiedzialam, ze budynek jest stary, ale nie mialam pojecia, ze ma az tak piekny wystroj i architekture!

Wiekszosc gory zajmuja stare egzemplarze encyklopedii i jest zamknieta dla gosci
 

Poogladalysmy sobie z zachwytem zakamarki, po czym w koncu ruszylysmy do domu.

Piekna klatka schodowa, prowadzaca do... toalet na drugim pietrze ;)
 

Korzystajac z w miare znosnej aury, porzucalam z dzieciakami do kosza.

Nik zalozyl, wyciagnieta z dna szafy, peleryne udajaca nietoperza :D
 

Potem Bi musiala odrabiac lekcje bo miala tego dnia zadane naprawde duzo. Nik lekcji nie mial wcale, z racji ze byl na wycieczce (odwiedzali rzadowe budynki w stolicy Stanu), ale przymusilam go zeby chociaz przecwiczyl gre na trabce.

Trabimy ile tchu...
 

A pozniej Bi wspomniala, ze chce mnie o cos zapytac i sprawila ze opadla mi szczeka. Otoz, panna zastanawia sie czy nie wrocic na zime na druzyne plywacka! :O No szok kompletny! Rzucila przeciez plywanie ponad 2 lata temu i od tego czasu nawet nie chciala slyszec o powrocie. Kazde, najmniejsze napomkniecie konczylo sie fochem. I nagle, sama z siebie stwierdza, ze chcialaby wrocic?! Coz, przyznaje ze zareagowalam malo entuzjastycznie... W skrocie to powiedzialam jej, ze oczywiscie, ze moze wrocic, ze byla w plywaniu naprawde dobra i rezygnacja byla naprawde kiepska decyzja, ale (!) mam pewne obiekcje co do tego pomyslu. Znam charakter tej mojej pannicy, wiec wiem co moze nas czekac. Oznajmilam wiec, ze moze wrocic razem z Kokusiem kiedy zakonczy sie pilka. Ma w ten sposob jeszcze dwa tygodnie na dobre zastanowienie sie. Jesli bowiem wroci, to nie chce po miesiacu uslyszec, ze zmienila zdanie i juz jej sie nie podoba. Musi byc przygotowana zeby plywac przez caly sezon zimowy, ktory konczy sie mistrzostwami w polowie lutego. Poza tym niech sobie zdaje sprawe, ze bez wyczynowego plywania przez taki czas, na pewno stracila plynnosc ruchow przy wszystkich stylach, nie mowiac o tym, ze na pewno nie jest w takiej formie co dzieciaki plywajace regularnie. Kilka tygodni bedzie wiec zmeczona, obolala i na pewno nie tak szybka jak moglaby byc. I na tym stanelo. Zobaczymy co panna postanowi. Decyzje bedzie jednak musiala podjac troche wczesniej niz za dwa tygodnie, bo zaden z jej strojow kapielowych nie nadaje sie na druzyne plywacka, a dodatkowo jedyny czepek, ktory walal sie po szafce w lazience, gdzies wsiakl. :/

W nocy spalam fatalnie. Gdzies musialo mnie przewiac (klania sie pewnie jazda z uchylonymi oknami w aucie) i juz w poniedzialek czulam sztywnosc karku i nie moglam przekrecic glowy w bok. Wiele razy w zyciu juz mnie dopadla i zwykle, choc upierdliwa, to dalo sie wytrzymac. Tym razem byl koszmar. Budzilam sie niezliczona ilosc razy, bo kazdy obrot i zmiana pozycji, to byl przeszywajacy bol. Niestety, rano nadal kark i prawa strone szyi mialam sztywne, a bol pojawial sie nawet przy zwyklym napieciu miesni, np. kiedy odkladalam cos na stol, czy... odchrzaknelam. :O Rano we wtorek, jak zwykle wyszlam z Bi na przystanek. Jak na zlosc, staralam sie trzymac szyje w cieple, a na zewnatrz mielismy 4 stopnie i wiatr, zas autobus przyjechal dopiero o 7:18. :/ W koncu Starsza odjechala, a ja obudzilam Kokusia, zjedlismy sniadanie i przyszla pora na jego wyjscie do szkoly. Tym razem juz normalnie z plecakiem i trabka do kompletu. ;) Jego autobus na szczescie przyjechal doslownie zaraz po naszym dojsciu na przystanek. Przysieglam sobie, ze tego dnia kota nie szukam jesli znow przepadnie i chyba to wyczula, bo sama wrocila na czas. :D Szyja i kark caly dzien mi dokuczaly, wiec stwierdzilam, ze odpuszcze sobie jazde z dzieciakami na trening. Zawsze z M. chodzimy, a wtedy - wiadomo, czlowiek troche sie zgrzeje, spoci, a ze wieczorem temperatura spada w piorunujacym tempie, wiec zaraz od nowa by mnie zawialo... Kiedy wrocilam do domu, rzucilam wiec M. propozycje: moze pojechac z dzieciakami sam, albo mozemy odpuscic sobie trening. Za ta ostatnia propozycja najbardziej optowala Bi. ;) Ewentualnie moglam jechac, ale siedziec w aucie, co bylo oczywiscie bez sensu. Spodziewalam sie, ze malzonek zrezygnuje, ale o dziwo stwierdzil, ze zabierze dzieciarnie sam. No szok. :D Oni wiec pojechali, a ja zostalam w chalupie, obkladajac szyje i kark rozgrzewajacymi kompresami. Staralam sie tez wykorzystac ten czas na cos pozytecznego, wiec poscieralam kurze, schowalam do plastikowych pojemnikow poduszki z kampera (bo lezaly luzem w piwnicy, a nie chcialam zeby sie kurzyly) i ogarnelam troche salon. Zawsze tak jest, ze jak go posprzatam, jest pustawo i porzadnie, ale potem dzieciaki, pomalu i niemal niezauwazalnie, znosza do niego kolejne pierdolki... I nagle czlowiek patrzy blizej, a zamiast salonu ma graciarnie. ;) Poznosilam wiec kupe dupereli, odpowiednio do pokoi dzieciakow albo bawialni w piwnicy, podelektowalam sie cisza i wygrzalam szyje. O dziwo, juz po kilkunastu minutach z cieplym okladem, moglam odchylic glowe maksymalnie w bok. Dobra nasza. :) Wrocila rodzina, a z nia ruch i harmider. Oczywiscie panna Bi dopiero wtedy zabrala sie odrabianie lekcji, ale na szczescie uwinela sie dosc sprawnie. Za to my z M. zasiedlismy zeby zamowic... bilety do Polski! Nie planowalismy robic tego tak wczesnie, ale malzonek kilka dni temu sprawdzil z ciekawosci i okazalo sie, ze mozna znalezc niezla cene na wakacje, gdzie zwykle placi sie jak za zboze. Troche musielismy kombinowac z powrotnym lotem, bo polaczenia byly albo o nieboskiej porze, albo trzeba bylo doplacac po $500 (za osobe), ale ostatecznie udalo sie znalezc kompromis. W ten sposob mamy bilety na... sierpien. A ja w ogole sie nie ciesze. Nie dlatego, ze nie chce leciec. Po prostu zostalo jeszcze tyle czasu, ze fatalistka we mnie szepcze, ze pierdylion razy moze cos wyskoczyc, zmienic sie, wybuchnac kolejna pandemia, itd. Nastawiam sie wiec na baaardzo dlugie czekanie. ;)

W srode rano bylo juz przyjemniej, bo "az" 7 stopni. Roznica moze niewielka, ale odczuwalna. Tylko Bi zdziwila sie, ze "przeciez mialo byc cieplej", zapomniawszy, ze dzien wczesniej zalozyla dlugie spodnie, a tego ranka miala krotkie spodenki. ;) Niestety, cieplejsze dni o tej porze roku oznaczaja, ze rano mamy kilka stopni, a po poludniu... 21. Tak, na kilka dni wrocilo prawie lato. :) Panna pojechala, a ja wrocilam do chalupy budzic Kokusia. Mimo, ze poprzedniego wieczora zasnal zaraz po czytaniu, a wiec krotko po 21, wstal niezadowolony i bez humoru. Dotarlismy w koncu na przystanek, panicz odjechal, a ja wrocilam do domu, zeby nakarmic kiciula i posiedziec jeszcze z cieplym kompresem na szyi. Bylo zdecydowanie lepiej, bo w nocy obudzilam sie tylko raz czy dwa razy i bol nie byl tak przeszywajacy, choc na tyle mocny, zeby mnie przebudzic. Rano moglam krecic glowa na boki, choc odchylenie do tylu bylo bolesne, a bol wracal przy niby zwyklych czynnosciach, jak podniesienie ramienia, czy wysuniecie go do przodu, zeby cos chwycic. Starosc nie radosc normalnie. :D W miedzyczasie Oreo wydzierala sie pod drzwiami, wiec ja wypuscilam i... tyle ja widzialam. Wolalam kilka razy, ale mialam tego dnia w pracy meeting, wiec nie moglam wyjsc pozniej. Ostatecznie wystawilam na taras jedzenie i wode i zostawilam niesfornego kiciula na zewnatrz. Na szczescie, jak pisalam wyzej, bylo bardzo cieplo, wiec przynajmniej nie bylo obawy, ze zmarznie. ;) Napisalam do Bi w porze kiedy jechala autobusem, ze kot jest gdzies na dworze i zeby sie za nia rozejrzala wkolo domu. Okazalo sie, ze dlugo szukac nie musiala, bo Oreo spala pod stolem na tarasie. Czyli pierwszy raz zaliczony. ;) Wrocilam do domu, ale, choc sroda powinna byc naszym dniem na oddech, nie dane bylo mi poleniuchowac. Przez ciagle weekendowe deszcze oraz brak organizacji w zespole Bi, wlasnie na ten dzien dziewczyny mialy wyznaczony zalegly mecz. I to na 19, czyli z rozgrzewka na 18:20. :( Porazka... Owszem, Nikowi tez zdarzalo sie grac w srodku tygodnia, ale zawsze najpozniej o 17:30, jeszcze w dziennym swietle. Tutaj mecz przy sztucznym swietle i w obcym miejscu. Bi marudzila, ze nie chce jechac, choc najbardziej nie miala ochoty na rozgrzewke, a nie sam mecz. Jechala oczywiscie z nami sasiadka i zaczynam juz zlosliwie stwierdzac, ze moze to i dobrze, ze Starsza chce zrezygnowac z pilki, bo sasiedzi beda musieli wrocic do samodzielnego zawozenia corki na treningi oraz mecze. Sasiad mial wymowke, ze... pracuje. O godzinie 19?! No ale ok, kojarze, ze kiedys jego malzonka wspomniala ze on faktycznie chyba do tej pory pracuje.. Tyle ze, po pierwsze, widzialam kilka razy, ze wykonywal sluzbowe telefony stojac na uboczu lub siedzac w aucie, a po drugie, mogl zaproponowac, ze skoro ja dziewczyny zawioze, to on je odbierze. Albo chociaz wlasna corke... Ale nie... W kazdym razie, zabralam dziewczyny i dojechalysmy tylko kilka minut spoznione. Niezlym wyczynem bylo znalezienie boiska, choc znajdowalo sie ono przy szkole sredniej. Szkole znalezlismy bez trudu, nawigacja oglosila, ze jestesmy na miejscu, a po boisku... ani sladu. Przejechalysmy naokolo budynku, przez jakies nie do konca "legalne" drozki i juz mialam zawrocic i poszukac jeszcze raz od strony glownej ulicy, kiedy z oddali zamigotaly mi swiatla. Okazalo sie, ze boiska byly upchniete hen, daleko, nie przy samej szkole, tylko na krancu terenu, przy jakims szpitalu. Coz, przynajmniej byl tam przyszpitalny parking, bo z tego przy szkole, mielibysmy dobrych 10 minut marszu. ;) Pannice pobiegly sie rozgrzewac, a ja posiedzialam jeszcze te prawie pol godziny w aucie. Poszlam na boisko popatrzec jak im idzie, dopiero na poczatek rozgrywki. Tym razem, na szczescie, Bi grala calkiem sporo. W pierwszej polowie byla pierwsza z rezerwowych, ktora weszla na boisko.

Starsza przejmuje pilke
 

Moze trener poczul sie winny po przetrzymaniu jej ostatnio na lawce przez caly mecz. :/ Niestety, dziewczynom wyraznie nie szlo i przegraly 0:3. Mozliwe, ze byla to pozna pora i byly juz zmeczone, a moze fakt, ze przeciwny zespol mial swietna, bardzo szybka napastniczke, zas u nas obrona wybiegala niewiadomo dlaczego do przodu, a potem nie nadazala zeby wrocic. Znow bede zlosliwa, ale corusia managerki zespolu byla wlasnie w obronie, a ta dziewucha jest jedna z tych, ktorych trener w ogole nie sciaga z boiska. Podejrzewam, ze jej matka w jakis sposob wymusila to na trenerze, bo to dziwne, ze wszystkie panny od czasu do czasu schodza, a ta nigdy. Dziewczyna jest baaardzo wysoka (wyzsza ode mnie, a mam 170 cm) i wyglada bardziej na lat 16 niz 12, ale nawet ona, z tymi dlugasnymi nogami nie dawala rady dogonic napastniczki przeciwnikow. W ten sposob dziewczyny stracily dwie bramki. Ktos by pomyslal, ze pierwszy raz czegos je nauczy i obrona przestanie wybiegac niemal pod bramke przeciwnej druzyny (bo i po co?!), ale gdzie tam. Musial byc ten drugi. Trzeci gol wpadl juz typowo - w zamieszaniu pod bramka niewiadomo jak pilka wleciala w siatke, a bramkarka nawet nie zdazyla drgnac. ;) Mecz skonczyl sie dopiero o 20:20 i az przebieralam nogami zeby ruszac spowrotem. Nie ma jednak tak dobrze. Trener (ktory powinien, do cholery, wiedziec, ze jest srodek tygodnia i szkola nastepnego dnia) urzadzil dziewczynom pogadanke i gledzil, gledzil... i konca nie bylo. Wszyscy rodzice stali i spogladali tesknie... W koncu panny zaczely isc przez boisko, ale oczywiscie bez pospiechu, a za to z zartami i przepychankami. ;) Do domu dotarlysmy z Bi o 20:45. :/ Malzonek juz spal, rzecz jasna, ale Nik siedzial w salonie i strzelil focha kiedy spytalam dlaczego nie umyl zebow, nie przebral sie w pizame i nie siedzi juz w lozku... Wieczor uplynal wiec dosc nerwowo, bo przygotowania na kolejny dzien musialy sie odbyc w przyspieszonym tempie.

Czwartkowy ranek uplynal zwyczajnie. Rano Bi na autobus, a potem Nik. Jedyna mala sensacja bylo kiedy Maya przegonila z ogrodu ruda kotke sasiadow. Nie wiem co sie z tym psem na starosc (konczy w tym roku 10 lat!) dzieje. Cale zycie miala koty w nosie, a teraz nagle je gania. Albo to reakcja na to jak niedawno kocur innych sasiadow zamachnal sie na nia pazurami, albo moze rozpoznaje Oreo jako "swojego" kota i jakby broni jej przed obcymi? Bo kiciul tez sie akurat krecil po ogrodzie. Nie wiem, ale wyglada, ze ma jakas osobista wendete przeciw sasiedzkim kotom. ;) Po odjezdzie ostatniego dziecka, wrocilam do domu, ale Oreo miala mnie w nosie. Zawsze rano daje jej mokra karme na sniadanie i juz spodziewalam sie, ze bede ja musiala wystawic na taras, ale o dziwo, w koncu sama przyszla (moze w brzuchu jej burczalo :D) i juz zostala w domu. Pojechalam do pracy, gdzie niestety czekaly nas kiepskie wiesci. Po pierwsze, zarzad budynku nie ma zamiaru ustapic i na sile chce nas wywalic, wraz z 16 innymi firmami. Po drugie, firmie znow koncza sie fundusze i zostala zwolniona nasza administratorka. Na wszystkich pozostalych padl oczywiscie blady strach, bo podejrzewamy, ze to tylko kwestia czasu, a przyjdzie nasza kolej... :( Do domu wrocilam wiec w fatalnym humorze, a na dzien dobry okazalo sie, ze Nik narzeka na straszny bol gardla i nie chce nic jesc. Zajrzalam mu w paszcze i gardlo mial rzeczywiscie bardzo czerwone. Na trening oczywiscie nie pojechalismy, bo i Bi marudzila ze nie chce. Dodatkowo, przez trening we wtorek i potem mecz w srode, panna byla do tylu z zadaniami do szkoly. Poza zwykla praca domowa, zadaja jej bowiem mnostwo dluzszych projektow, ktore musi oddac np. w piatek, albo do konca miesiaca, itd. Takie spokojne popoludnie bylo jej wiec ogolnie potrzebne. Pod wieczor Nik zaczal sie dodatkowo pokladac i glowe mial wyraznie cieplejsza. Termometr pokazal 37.7, wiec witamy kolejne chorobsko. :/ Wiadomo bylo, ze do szkoly oczywiscie nie pojdzie. Na szczescie M. i tak planowal wziecie dnia wolnego w piatek, zeby skorzystac z pieknej pogody i porobic przedzimowe porzadki w ogrodzie. Tego dnia mielismy bowiem 26 stopni.

Ta jesienna sceneria zupelnie przeczyla temperaturze
 

Tyle samo mialo byc w piatek, zas na sobote zapowiadaja rekord mogacy dojsc nawet do 30! A od niedzieli spadek do 12-14, czyli powrot jesieni. :(

Piatek zaczal sie zupelnie inaczej i oczywiscie bylam kompletnie zagubiona i nie moglam sie ogarnac. W dodatku bylam mocno niedospana, poniewaz sasiedzi urzadzili sobie do poznej nocy imprezke. Zrobilo sie cieplo, wiec zaprosili znajomych i siedzieli chyba do 2 nad ranem, smiejac sie, pokrzykujac i puszczajac muzyke. Normalnie ciesze sie, ze nie zamieszkalismy tu z 10 lat wczesniej, kiedy byli mlodzi! :O Wtedy tu musialy byc ciagle imprezy! Teraz oboje maja przynajmniej 50tke, a bez przerwy przyjezdzaja znajomi, krewni, corka z zieciem i kiedy noce sa cieple (jak przez wiekszosc lata), halasuja na tarasie do pozna. A ze okno naszej sypialni wychodzi wlasnie na ich taras, wiec nawet jak je zamkniemy, calkiem dobrze ich slychac... Poniewaz malzonek bral wolne, wiec zaoferowal Bi, ze zawiezie ja do szkoly. Dzieki temu moglysmy z panna pospac o 15 minut dluzej, choc kiedy zeszlam na dol, okazalo sie ze juz spakowala sobie sniadaniowke i wode, czyli nie mialam nic do roboty. Zyczylam wiec corce milego dnia i, poniewaz nie musialam szykowac Kokusia, poszlam zwinac sie jeszcze w klebek pod koldra. ;) Na wszelki wypadek nastawilam budzik i dobrze, bo jednak udalo mi sie przysnac. Kiedy zadzwonil chcialam sie jeszcze poprzeciagac i chwile delektowac lozkiem, ale uslyszal go kiciul i zaczal dobijac sie do pokoju. Normalnie wydzierala sie, skakala na drzwi, wariactwo! :D W koncu wstalam i ja wpuscilam, a wtedy... wskoczyla na lozko i siedziala tam mruczac. I to po to bylo to darcie?! Kiedy na dobre wstalam, Nik juz nie spal. Oznajmil, ze gardlo juz go nie boli, ale za to mial kompletnie zawalony nos. O 9:30 rano mial juz 37.0 stopni, co nie wrozylo dobrze na wieczor. Jak na zlosc, mial miec tego dnia ewaluacje z koszykowki. Wszyscy chlopcy zapisani do druzyn rekreacyjnych mieli byc sprawdzeni pod katem umiejetnosci, zeby ich rozdzielic mniej wiecej po rowno. Jesli nie maja gdzies notatek z zeszlego roku, beda musieli przydzielic Kokusia "na czuja". :D Mecze rowniez stanely pod znakiem zapytania, a szkoda, bo to juz przedostatni weekend sezonu. Pojechalam do pracy, gdzie atmosfera byla bardzo napieta i wszyscy az wstrzymali oddech kiedy nagle zjawil sie szef i zawolal do siebie jedna z kolezanek. Okazalo sie jednak, ze tylko ustalali kroki w jakims eksperymencie. :D Po pracy pojechalam jeszcze na zakupy spozywcze, a potem juz do domu, rozpakowac je i dychnac lekko przed zabraniem Bi na siatkowke. I tu szef znow przyprawil mnie o zawal, bo zadzwonil nagle z pytaniem, czy zmienialam informacje w automatycznym przelewie pensji. Odpowiedzialam zdziwiona, ze nie, a szef podziekowal i rozlaczyl sie zanim otrzasnelam sie i zapytalam o co chodzi. Oczywiscie mialam potem tysiac mysli na minute, ze przeciez dzien wczesniej dostalam maila potwierdzajacego, ze pensja ma wplynac w przyszlym tygodniu, wiec co sie dzieje? Pamietajac zwolnienie kolezanki dzien wczesniej, spanikowalam, ze szef mnie chce zdjac z listy plac i ze w poniedzialek dostane wypowiedzenie... Dopiero pozniej przyszlo mi do glowy zeby sprawdzic maile z pracy. Okazalo sie, ze ktos probowal podszyc sie pode mnie i zmienic konto, na ktore wplywa moja pensja! Na szczescie i strona zajmujaca sie wyplatami i szef, wylapali oszustwo, a ten ostatni zadzwonil do mnie upewnic sie, czy to faktycznie nie ja cos chcialam zmienic. I z jednej strony poczulam ulge, ze poki co mam prace, ale z drugiej, taka proba przejecia mojej wyplaty tez jest bardzo niepokojaca... :O W kazdym razie, chwilke posiedzialam i czas bylo zabrac Bi na siatkowke. Szkoda, ze to juz przedostatnie zajecia, bo panna naprawde je polubila. Mam nadzieje, ze za jakis czas ponownie cos takiego zorganizuja...

Gdzies ta pilka odlatuje jej do tylu ;)
 

Dziewczyny pocwiczyly odbijanie pilki, ja nagadalam sie az do chrypki ze znajoma i czas byl wracac. Nik dostal lekarstwo przeciwgoraczkowe o 14, ale o 19 mial nadal tylko 37 stopni, mimo ze teoretycznie nie powinno juz dzialac. Odetchnelismy troche, ale nie na dlugo, bo juz dwie godziny pozniej zaczal narzekac na bol glowy, a termometr pokazal 38. Wlasciwie jednak duzo to nie zmienilo, bo i tak nie planowalam zabierac go na mecz kolejnego dnia. Zreszta, w niedziele tez nie, bo nie sadzilam zeby calkowicie doszedl do siebie, a pogoda miala byc paskudna.

Na koniec: kiciul.

"Kot Patrol" :D
 

piątek, 20 października 2023

Niby spokojny tydzien, a sporo sie dzialo

W sobote, 14 pazdziernika, mnie oraz Kokusiowi nie dane bylo pospac. Dzien zaczal sie meczykiem, z rozgrzewka juz o 8:40 rano, a na miejsce jechalo sie okolo 20 minut. Trzeba bylo wiec wstac raptem pol godziny pozniej niz w normalny dzien. Mlodszy oczywiscie obudzil sie z fochem i tupaniem nogami i musialam mocno zagryzc zeby, zeby nie zafundowac mu opierdzielu z samego rana. W koncu mnie tez nie chcialo sie wstawac, a to byl jego mecz... Zebralismy sie jednak w miare sprawnie, zostawilismy Bi jeszcze wylegujaca sie w lozku (M. byl w pracy, rzecz jasna) i pojechalismy. Mimo, ze miejscowosc docelowa znam calkiem niezle, bo kiedys w niej pracowalam, to tych boisk nie kojarzylam. Okazalo sie dodatkowo, ze adres przynalezy do parku oddzielonego od nich rzeka. Poczatkowo krazylam tam, myslac, ze gdzies za drzewami schowane sa boiska, dopiero Nik dojrzal je, przeswitujace zza rzeki. Byl tam mostek, ale od parkingu musielibysmy przejsc praktycznie caly park. Wyjechalam wiec zeby poszukac blizszego i byl, ale trzeba bylo wyjechac na glowna droge i podjechac od zupelnie innej strony. Nie tylko ja jedna mialam problem ze zlokalizowaniem boisk (ludzie z przeciwnego zespolu mowili, ze wszyscy sie tam gubia - ciekaaawe dlaczego :D), wiec kiedy dotarlam (a przez to bladzenie, zostalo tylko kilka minut do poczatku rozgrywki), okazalo sie, ze mamy dziewieciu chlopakow - akurat tylu, zeby zaczac mecz, ale bez zadnych rezerwowych. Dla Kokusia bylo to idealne, bo przynajmniej zostal od razu wystawiony. ;) Po jakims czasie dojechal kolejny zawodnik, ale ostatni (z deklarujacych obecnosc, bo dwoch nie bylo) dotarl dopiero pod koniec pierwszej polowy. Dzieki temu, Nik gral wiekszosc czasu do przerwy, a i w drugiej polowie trener sporo go wystawial.

Mlodszy wyglada jakby szykowal sie do odebrania pilki koledze, choc to oczywiscie niemozliwe ;)
 

Moze dlatego, ze od poczatku zdecydowanie wygrywali, ale przynajmniej choc raz sobie chlopak pogral. ;) Mecz zakonczyl sie wygrana 5:1, wiec wszyscy zawodnicy (nasi oczywiscie) wyjechali zadowoleni. Wrocilam z Mlodszym do domu i przez ten wczesny dzien mialam wrazenie, ze jest juz popoludnie, a byl caly czas ranek. ;) Ogarnialam cos tam w chalupie jak zwykle, wrocil z pracy M. i tak mijal dzien, bo pogoda sie popsula i zaczelo padac. Cale szczescie, ze chlopaki mecz rozegrali jeszcze "na sucho". Po poludniu pojechalismy tez do kosciola, bo malzonek mial pracowac kolejnego dnia. Przy raptem 14 stopniach i deszczu, nie byla to przyjemna "wyprawa" i z ulga wrocilismy i zaszylismy sie juz na dobre w domu. Taki wieczor akurat zeby zakopac sie pod kocykiem z goraca kawa czy herbatka... ;)

W niedziele M. pojechal rano do pracy (biedak), ale ja i dzieciaki odsypialismy caly tydzien. I to jak! Po dlugim spaniu, wylegiwalismy sie jeszcze troche w lozkach (ja z mruczaca mi w nogach Oreo) i w koncu wstalismy dopiero o 10. Zjedlismy sniadanie i... dostalam sms'a od taty, ze wpada na kawe! A dzien wczesniej rozmawialismy, ze jada zrobic to, co przelozyli z poprzedniej niedzieli i ze raczej skoncza dopiero po poludniu! Okazalo sie, ze z dwoch robot zrobili tylko jedna, bo mieli jakies problemy. Czym predzej zabralam sie wiec za ciasto. Zaczne chyba piec ciacho obowiazkowo w soboty, bez wzgledu na to, co mowi rodziciel, tak na wszelki wypadek. ;) Na szczescie dolaczyla do mnie Bi, wiec we dwie poszlo nam duzo sprawniej niz samodzielnie. A i tak dziadek wpadl kiedy jeszcze wszystko mieszalysmy, wiec na deser musial poczekac. Posiedzial jak zwykle dosc dlugo, ale uciekl przed meczem Polska:Moldawia, choc mowilam, ze moze obejrzec u nas. Wolal jednak wracac, zeby jednoczesnie zaczac szykowac sie na kolejny tydzien pracy. Wkrotce po jego odjezdzie i my zasiedlismy przed telewizorem.

Kibicowalismy... i co z tego?! :D
 

Bi rowniez rozsiadla sie w fotelu, zapominajac, ze ostatnio jest z pilka nozna na bakier. ;) Nik wolal grac na konsoli. Ja krazylam, troche ogladajac, a troche cos tam robiac (wiadomo, ze w domu robota nigdy sie nie konczy), ale szczerze, to zupelnie nie ogladajac tez duzo bym nie stracila... :D Potem to juz zagonic Kokusia do kapieli i przygotowywac wszystko na poniedzialek.

Ten zaczal sie dosc nerwowo, bo... nie zadzwonil budzik Bi. Albo zadzwonil, ale panna go wylaczyla i spala dalej. Nie jestem pewna, bo choc zwykle mnie tez budzi, to tym razem go nie slyszalam. Zbudzilam sie o swojej zwyklej porze i zdziwila mnie cisza. Juz jednak kilka razy sie zdarzylo, ze Bi zachowywala sie na tyle cicho, iz musialam chwile nasluchiwac zeby dotarly do mnie jakies dzwieki z dolu. Tym razem jednak, po chwili stwierdzilam, ze ta cisza jest cos podejrzana. Poszlam do pokoju corki, a ona spi w najlepsze, z mruczacym donosnie (tym razem u niej) kotem. :D Zwykle kiedy wstaje, ona jest juz umyta, ubrana i je sniadanie, tym razem wiec musiala mocno przyspieszyc zeby ze wszystkim zdazyc. Wyrobila sie jednak, a autobus, jak na zlosc, przyjechal lekko spozniony. Fajnie byloby miec jakas apke, ktora sledzilaby, w ktorym jest miejscu, zeby czlowiek mogl wyjsc z domu na czas i bez czekania prawie 15 minut. ;) Pobieglam potem do domu, zeby obudzic Kokusia, ktory spal w najlepsze jak zabity. Wyprawic syna, odprowadzic na autobus (ktory przyjechal "normalnie"), a potem juz nakarmic kota i moglam jechac do pracy. Oreo wyjatkowo nie pchala sie za bardzo na dwor. Niby "wolala" pod drzwiami kiedy jeszcze byla w domu Bi, ale kiedy je otworzylam, cofnela sie spowrotem. Podobnie, kiedy wychodzilysmy na autobus, podbiegla, ale zamiast wyjsc, stala w progu. Zostawilam drzwi uchylone, bo wiem, ze te z siatka umie sobie popchnac i przecisnac sie przez utworzona w ten sporob szpare. Kiedy jednak wrocilam po odjezdzie Starszej, kot nadal byl w domu. Dopiero troche pozniej zamiauczal pod drzwiami i kiedy je otworzylam, wybiegl. Spodziewalam sie, ze nie bede sie mogla jej dowolac, ale kiedy wrocilam po odprowadzeniu Nika, przybiegla po chwili za mna. Zjadla sniadanie i o dziwo, zamiast znow domagac sie wypuszczenia, wskoczyla na swoja wieze i ulozyla sie na drzemke. Pojechalam do pracy, a z niej musialam wyjsc minimalnie wczesniej, zeby odebrac Bi, ktora zostala znow na fitnessie. Pogode mielismy tego dnia po prostu "dzika". Kiedy dojechalam do pracy, bylo piekne slonce, dosc szybko jednak sie zachmurzylo. Temperatura dobila do 14-15 stopni, wiec nie powalala, ale prawie nie bylo wiatru, wiec dalo sie wytrzymac. Poszlam na moj zwyczajowy spacer w srodku dnia i pod koniec zaczelo delikatnie kropic, ale to wszystko. Moj komp w jednym rogu pokazuje mi jednak pogode i w ktoryms momencie wskoczyl tam "ulewny deszcz". Siedze zaraz przy oknie, wiec spojrzalam, ale zadnego deszczu nie widzialam. W koncu jednak wstaje zeby wracac do chalupy, a tam... chodniki i parapet mokrusienkie, ale jednoczesnie nad drzewami blekitne niebo i slonce. Czyli w ktoryms momencie faktycznie lunelo. Podjechalam po panne nadal w sloncu, ale w ciagu kilkunastu minut jazdy do domu, zdazylo sie zachmurzyc i znow zaczac padac. Wariactwo. :D Popoludnie uplynelo spokojnie, bowiem poniedzialek to dzien bez zajec. Bi odrobila lekcje, poszla na spacer z Maya, a potem czytala. Czyta w tej chwili 4 ksiazki na raz. :D Jedna dla przyjemnosci, jedna do klubu czytelniczego (ktory "klubem" nie powinien sie nazywac, tylko lekcja z literatury, bo jest obowiazkowy ;P) oraz dwie na wyzwanie czytelnicze. Wyzwanie polega na przeczytaniu w ciagu roku szkolnego po jednej ksiazce z danego rodzaju. Rodzajow jest 15, a Bi przeczytala juz dwa. Teraz dwa kolejne, wiec ambitnie idzie do przodu. Osoby, ktore zalicza wyzwanie dostana w prezencie wybrana przez siebie ksiazke, a dodatkowo beda mieli imprezke na zakonczenie roku. Starsza siedziala wiec z nosem w ksiazce, zas Nik nudzil sie jak mops. Najpierw poszedl pograc w kosza, ale mimo, ze przestalo padac, bylo mokro i slisko, wiec szybko sie poddal. Mial odrobic prace domowa, ale... zapomnial jej wziac! :O To juz ktorys raz i kiedys go udusze, slowo honoru. Na szczescie maja w szkole czas wolny na dodatkowe powtorzenie czegos, samodzielne czytanie, czy dokonczenie jakichs zadan i Mlodszy moze w tym czasie odrobic lekcje. Ponoc liczy sie, zeby oddac ja do konca dnia. Troche martwilo mnie, ze nie bede miala jak sprawdzic czy nie porobil jakichs bledow, ale moze pora poluzowac nieco lejce i zaakceptowac, ze jak sie pomyli to nie bedzie konca swiata. ;) Przymusilam go chociaz do przecwiczenia melodii na trabke, co zreszta tez bylo potrzebne.

Probowalam wiele razy, ale nie daje rady wydobyc z tego dzwieku. Trzeba miec niezle pluca :D
 

Tego dnia otworzyli rejestracje do szkolnego klubu narciarskiego. Juz kilka maili przypominalo, ktorego dnia i o ktorej beda ja otwierac, ale poczatkowo myslalam o tym na luzie. Oczywiscie planowalam Kokusia zarejstrowac, nie czekajac az Bi zdecyduje czy chce, czy nie. W tym roku zreszta jest w innej szkole i stanowczo od poczatku mowila, ze nie chce. W sobote na meczu jednak, zagadnelam dwie mamuski, ktorych synowie zalapali sie w zeszlym roku do klubu i spytalam czy w tym roku chlopaki tez sie zapisuja. Obydwie przytaknely, a jedna dorzucila, ze punkt 18 (o tej godzinie otwierali rejestracje) bedzie siedziec przy kompie, zeby syna zapisac. Zdziwilam sie troche, bo rok temu, choc miejsca zniknely szybko, to jednak zajelo to kilka dni, wiec po co panikowac. Majac jednak w pamieci te rozmowe, jak rowniez zeszloroczna rozpacz Nika kiedy sie nie zalapal, krotko po 18 ja tez odpalilam laptoka i wyszukalam strone. Bylo troche nerwowo, bo najpierw musialam znalezc login i haslo (z tej strony korzystam maksymalnie 2-3 razy w roku), potem okazalo sie, ze potrzebuje informacje o ubezpieczeniu zdrowotnym, dodatkowe osoby do kontaktu, itd., wiec co chwila wstawalam lub siegalam po telefon, zeby czegos poszukac. Do wypelnienia bylo mnostwo stron i formularzy, a chodzi przeciez tylko o klubik ze szkoly, zawierajacy zawrotne piec wyjazdow na stok! Mlodszy stal mi nad uchem i podniecony trajkotal jak katarynka, wiec szybko go pogonilam. ;) W koncu sie jednak udalo, choc czy Nik na pewno dostal miejsce, bede wiedziec, jak sprawdza wszystkie formularze i oficjalnie napisza, ze jest ok. A najlepsze, ze kiedy wieczorem z ciekawosci weszlam na te strone, pokazalo, ze zostalo juz "mniej niz 5" miejsc. Pol godziny pozniej wyskakiwala informacja, ze mozna sie wpisac tylko na liste oczekujacych. :O To u Kokusia, ale w szkole Bi nie bylo duzo lepiej - wieczorem pokazalo, ze jest mniej niz 5 miejsc, ale o 11 rano we wtorek, juz wszystkie byly zajete i zostala lista oczekujacych. Czyli za rok bedzie taki sam wyscig, chyba ze Nik stwierdzi, ze juz nie chce (w co watpie). ;)

We wtorek budzik Bi juz zadzwonil (co ja pisze - zatrabil; nie wiem dlaczego ona nastawia go tak glosno!) juz normalnie i mimo, ze probowalam przysypiac, co chwila przebudzalo mnie skrzypienie drzwi do lazienki dzieci, gadanie panny do zwierzakow i szuranie dzwi tarasowych. Starsza po prostu ma w nosie, ze w domu sa inni, nadal spiacy ludzie... Zeszlam w koncu na dol, spakowalam Bi lunch i wode, po czym polecialam na gore umyc sie i ubrac. Poszlysmy na autobus, ktory niespodziewanie przyjechal juz o 7:10. Nigdy czlowiek nie wie czy bedzie czekac, czy niemal sie spozni. :D Na przystanku stala tylko Bi oraz chlopiec z drugiej "polowy" osiedla, a po kolezance Starszej ani widu, ani slychu. Nie bylam pewna, czy nie jest chora, ale na wszelki wypadek napisalam do jej taty, ze autobus wlasnie przyjechal. I po chwili przypedzili na przystanek! Dobrze, ze wehikul musi zrobic koleczko przez czesc osiedla i zajmuje mu to 2-3 minuty, wiec udalo im sie go zlapac, choc dotarli w ostatniej chwili. ;) Sasiad zatrzymal sie w drodze powrotnej, zeby mi pomarudzic, ze corka tyle czasu szukala po domu... skrzypiec (a to takie spore pudlo, a nie jakies malenstwo) i ze ma juz dosc bycia samotnym ojcem. :D Jego zona wyjechala na dwa tygodnie, wiec ogarnia rzeczywistosc sam. Nooo, w sumie i tak nie ma zle, bo popoludniami pomaga mu opiekunka. ;) Poza tym, moi panstwo, idzie zima! Nasz kiciul, od poczatku roku szkolnego, wychodzil z domu jak tylko Bi zeszla na dol i do mojego wyjscia do pracy, krazyl w te i we wte. Nieraz nie moglam sie go dowolac, a musialam juz wychodzic, albo (jesli pamietacie) szukalam go naokolo domu w deszczu. Tymczasem, wtorek byl drugim dniem, kiedy Oreo rano miala podworko w nosie. Niby podchodzila do drzwi, miauknela, ale jak sie je otworzylo, to popatrzyla i cofala sie do domu. W ktoryms momencie nawet wyszla na taras, ale lezala skulona pod stolem i po chwili znow darla sie, zeby ja wpuscic. Potem wychodzilam z Bi, z Nikiem, drzwi skrzypialy, szuraly, trzaskaly, Maya cala podniecona skakala z radosci, a kot... nic. Po odjezdzie Kokusia dalam jej sniadanie myslac, ze moze wyjdzie jak zapelni zoladek, ale gdzie tam. Kot wolal zaszyc sie w swoim domku, do ktorego przez cale lato nawet nie wchodzil...

Teraz zapelnia juz praktycznie cala przestrzen, a jak wchodzila do niego wiosna, miala mnostwo wolnego miejsca :)
 

Najdziwniejsze jest to, ze temperatura wcale nie spadla jakos spektakularnie. Rano jest w zasadzie taka sama od paru tygodni, tylko w dzien przestala szybowac do ponad 20 stopni. Slonce tez jest wyraznie nizej, wiec moze kot czuje zmiany i jak typowy "piecuch" woli sie wygrzewac, niz biegac przez pokryte poranna, zimna rosa, krzaki i trawy. ;) W kazdym razie, pojechalam do pracy, wrocilam z niej (zajezdzajac po drodze do biblioteki), szybko cos przekasilam i czas byl jechac na treningi dzieciakow. Oni grali, my z M. chodzilismy. Zaryzykowalismy przejscie przez las, wzdluz rzeki i na szczescie w koncu wszystko obeschlo. Za to liscie tak sie juz sypia, ze momentami nie widac bylo sciezki (a przez to wystajacych korzeni i kamieni), zas komary nadal ciely. Co prawda nie az tak jak jeszcze tydzien temu, ale dalej sa.

Nik pedzi gdzies w zupelnie zla strone ;)
 

Trening dziewczyn przesuniety zostal na 17:15, wiec, przy pochmurnej pogodzie, konczyl sie kiedy bylo juz prawie ciemno. Na koniec trenerzy znow zgadali sie z innym zespolem chlopcow (tym razem rowiesnikami dziewczyn) i zagrali meczyk na sztucznej nawierzchni. Poza pelnowymiarowym boiskiem, na ktorym graly dziewczyny z high school, to turfowe boisko jest jedynym z oswietleniem. Panny mialy niezla zabawe (chlopaki tez) bo znaly wiekszosc przeciwnej druzyny ze szkoly, z niektorymi maja razem lekcje, wiec ciekawe bylo zmierzyc sie z nimi na boisku. ;)

Bi w wyscigu do pilki
 

Wyniku nie znam, bo Bi powiedzial, ze przegraly 0:2, zas sasiad powiedzial mi kolejnego dnia, ze jego corka zrelacjonowala ze wygraly 1:0. Mamy wiec dwa kompletnie rozne wyniki. :D W czasie kiedy dziewczyny konczyly rozgrywke, Nik bawil sie obok na placu zabaw i pozniej dziewczyny do niego dolaczyly, pomimo "powaznego" wieku 12 lat. :D

Niestety, "obiekty" w ruchu, a moj telefon w przyciemnionym swietle robi zdjecia z opoznieniem, wiec zdjecie  wyszlo jak wyszlo :D
 

Odwiezlismy sasiadke, wrocilismy do domu i po chwili Oreo zaczela sie wydzierac pod drzwiami. spodziewalam sie, ze znow popatrzy i sobie odpusci, ale tym razem poszla. I... przepadla. Po jakiejs 1.5 godzinie zaczelismy sie niepokoic. Ja mialam mokre wlosy po prysznicu, wiec M. wychodzil co chwila to na taras, to przed dom i nawolywal. W koncu wzial nawet latarke oraz psa i poszedl na obchod wkolo ogrodu, ale kot albo go nie slyszal, albo ignorowal. W koncu malzonek poszedl spac, dzieciaki tez zaszyly sie juz w swoich pokojach, a kiciula nadal nie bylo. Zaczelam sie martwic, ze moze gdzies zahaczyla obroza i utknela. W koncu juz raz obrozke zgubila i podejrzewam, ze wlasnie gdzies sie na niej zaczepila i szarpiac, albo ja otworzyla, albo zsunela z lepka... Wreszcie, gdzies o 21:30, zalozylam na glowe kaptur od szlafroka i sama wyszlam na taras zawolac. I slysze: "mrrr, mrrr" i tup-tup-tup malych lapek po schodach! Wrocila niecnota! :D Nie wiem dlaczego woli sie krecic po ogrodzie w nocy...

W srode rano powtorka z rozrywki. Autobus Bi przyjechal juz o 7:10, a Oreo nie miala ochoty wychodzic. ;) Nik obudzil sie sam, wiec mial niezly humor i te pol godziny z nim minelo calkiem przyjemnie, mimo ze to w sumie tylko sniadanie i mycie. Odjechal i kiedy wrocilam do chalupy, kiciul w koncu wybiegl na dwor. Przeszlo mi przez mysl, ze "to teraz bede jej szukac...", ale nic z tych rzeczy. Wrocila sama za jakies 15 minut, zjadla i zaszyla sie znow w swoim domku. Pojechalam do pracy, gdzie mielismy nie lada sensacje. Mianowicie, pod niemal same okna podszedl nam... niedzwiadek! Taki chyba juz dorosly, ale nadal mlody, bo choc najedzony i puchaty na zime, to nie byl jakis specjalnie duzy. Choc i tak cieszylam sie, ze akurat nie musze wychodzic z budynku, bo zatrzymal sie tuz obok drzwi wejsciowych. ;)

Tak to wygladalo, z zaznaczeniem, ze zdjecia nieco wszystko oddalaja. Byl naprawde blisko! ;)
 

Najlepsze, ze niedzwiedz stoi sobie i rozglada sie naokolo, a doslownie 20m dalej, przy stolikach piknikowych, siedzi grupka ludzi i je lunch! Zreszta, prawdopodobnie to zapach ich jedzenia przywabil miska, bo mieli zamowiona swieza pizze. Manager budynku odwaznie wyszedl na zewnatrz i zaczal wolac do jedzacych, zeby uwazali, bo obok maja "towarzystwo". :D

Przyblizone zdjecie lepiej oddaje, jak widzialo sie go "na zywo"
 

Niedzwiedz zreszta na jego wolanie uciekl miedzy drzewa, co jest prawidlowa reakcja. Nie chcemy zeby miski podchodzily do ludzi zbyt blisko. Moga zagladac do smietnikow i wyjadac resztki, ale na widok ludzi powinny sie wycofac. Grupka jedzaca zebrala wszystko i smiejac sie, wrocili do budynku, choc musieli minac miejsce, gdzie niedzwiec nadal patrzyl zza krzakow. ;) A ja zrezygnowalam z mojego codziennego spaceru, bo jednak troche strach... To jeszcze nie koniec przygod "zoologicznych". Kiedy kilka godzin pozniej wychodzilam do domu, na scianie budynku (ktora niewiadomo dlaczego przyciaga owady - giganty), siedzialo to:

Fascynujace, ale do reki bym raczej nie wziela :D
 

Nie odwazylam sie przystawic dloni tuz obok, bo choc one raczej ludzi nie atakuja, to jakos tak nie czulam sie komfortowo. :D Po powrocie do domu obiad, a potem Potworki (wyjatkowo razem), chcialy pograc w kosza.

Widok Bi grajacej w kosza (ktora nadal twierdzi, ze nie lubi), to rzadkosc
 

Coz, nie dane mi bylo wczesniej pospacerowac, wiec chociaz teraz sie poruszalam. Az zakwasow sie nabawilam. ;) Pozniej rozladowac zmywarke, wsadzic do niej brudy ze zlewu, posprzatac w dolnej lazience i takie tam. Posluchalam tez jak Nik cwiczy gre na skrzypcach, choc w szkole graja w kolko te same dwa utwory, wiec Mlodszy zna je prawie na pamiec.

Skrzypek na dachu :D
 

Jest z nim za to inny problem. Slyszy, ze ktoras struna jest rozstrojona, mowi, ze nie brzmi prawidlowo, ale stwierdza, ze "jest ok", zamiast przerwac i ja dostroic! :D Bi za to ostatnio kompletnie buntuje sie przeciw cwiczeniom, twierdzac, ze maja tyle utworow, ze nigdy nie wie ktory beda grac. Juz zapowiedzialam, ze jesli nie bedzie cwiczyla, to za rok nie wypozyczam jej instrumentu. Bedzie spiewac w chorze, albo znajdzie sobie jakis inny przedmiot dodatkowy (ktorych maja chyba z tuzin), bo nie bede placic zeby ona sobie rzepolila byle jak. W szkole Kokusia zajecia muzyczne sa obowiazkowe, w middle school juz nie. Bi kiedys wspomniala, ze zaluje ze wybrala orkiestre, wiec teraz bedzie miala okazje zamienic ja na cos innego. ;) Nasz kiciul wieczorem znow przepadl bez wiesci, ale, pewnie dlatego, ze bylismy w domu i spedzila na dworze praktycznie cale popoludnie, okolo 20 sama zjawila sie pod drzwiami zeby ja wpuscic.

W czwartek rano moje przewidywania co do nadchodzacej zimy, okazaly sie bledne, bo Oreo od rana byla jakas nabuzowana. Zwykle slyszac moj budzik, przychodzi do sypialni i wskakuje na lozko mruczac i domagajac sie miziania. Tym razem siedziala gdzies schowana i dopiero kiedy schodzilam na dol, wyprzedzila mnie na schodach, a potem puscila sie dzikim pedem przez salon. Kiedy szykowalysmy sie z Bi do wyjscia, kot tez juz czekal przed drzwiami. Krecila sie przed domem kiedy czekalam na autobus Starszej (ktory dla odmiany przyjechal dopiero o 7:15), a gdy pozniej wyszlam z Kokusiem, kiciul wylonil sie zza domu. Mlodszy odjechal, wrocilam do chalupy, a Oreo za mna. Dalam jej sniadanie, ale zjadla polowe i zaczela miauczec pod drzwiami tarasowymi. Wypuscilam ja, myslac, ze jak pozniej wroci, to dokonczy jedzenie. Tymczasem kiciul... wsiakl. Kiedy zblizala sie pora mojego wyjscia do pracy, zaczelam ja nawolywac. Z przodu domu, potem z tylu... Nic. Pokonczylam co chcialam zrobic przed wyjsciem i poszlam zawolac jeszcze raz. Nie ma. Stwierdzilam, ze dam jej jeszcze 10-15 minut, po czym znow wyszlam wolac. Zalozylam kalosze i obeszlam ogrod naokolo, liczac ze moze mnie uslyszy, jesli poszla nieco dalej. Niestety, nadal nic. Ostatecznie zrobilo sie pol godziny pozniej niz moja normalna pora jazdy do roboty, wiec stwierdzilam, ze nie moge polowy dnia czekac na kota! Wystawilam na taras miseczke z woda oraz suchym jedzeniem zeby miala sie czym pozywic i jeszcze raz zawolalam, tak na wszelki wypadek. Iiii... leci cos czarnego spod tarasu!!! Miala skubana szczescie, bo tym razem to byla juz naprawde ostatnia chwila! ;) Mniej szczesliwa rzecza (choc bardziej dla mnie) bylo to, ze kiedy ja poglaskalam, poczulam cos pod palcami. Stworzenie niemozliwie puchate, ale dostrzeglam cos brazowego w czarnej siersci. Na szczescie kot nie wyrywal sie i nie uciekal, wiec udalo mi sie rozchylic kudelki i, jak sie obawialam, znalazlam... kleszcza! Nie byl wbity oczywiscie, bo kot jest kropiony, ale zostawiony na Oreo, poszedlby niewiadomo gdzie. Maya tez kropiona, wiec mozliwe ze na ktoregos czlowieka. :/ Kleszcz zostal spuszczony w kibelku i moglam w koncu jechac do pracy. Przy wejsciu do budynku okazalo sie, ze "znajoma" modliszka siedzi sobie nadal w mniej wiecej tym samym miejscu. Swoja droga to ciekawa jestem co takie "okazy" jedza i ile, zeby sie najesc... ;) Tego dnia zaryzykowalam spacer wokol budynku, przewidujac, ze niedzwiedz, skoro dzien wczesniej byl u nas, teraz powinien patrolowac inny obszar swojego terytorium. Jesli dobrze kojarze, one maja naprawde spore rewiry, na szczescie. ;) Nie wiem czy mialam racje, czy nie, ale miska nie spotkalam. :D Z pracy musialam wyjsc nieco wczesniej, bo Bi zostala na dodatkowej matematyce i musialam ja odebrac ze szkoly. Tym razem faktycznie chciala, zeby nauczycielka jeszcze raz jej cos tam wytlumaczyla. Potem powiedziala, ze poza nia, byla jeszcze tylko jedna osoba, wiec mam nadzieje, ze pani zdolala poswiecic jej tyle uwagi, ile bylo potrzebne. Przyjechalysmy do domu, gdzie szybko zjesc obiad i za chwile musielismy jechac na trening. Jak zwykle pojechala z nami sasiadka i jak zwykle, kiedy dzieciaki graly, ja z M. poszlismy na spacer. Od kilku dni popoludnia mamy znow dosc cieple, nawet 18-19 stopni (choc ranki ponizej 10), wiec znow pojawilo sie wiecej komarow niestety... Kiedy zrobilismy nasze koleczko, akurat mlodziez szykowala sie ponownie do rozegrania meczyku miedzy zespolem Bi oraz Kokusia. Zasiedlismy wiec z zadowoleniem na trybunach, zeby popatrzec. ;) Tym razem chlopaki wiecej sie wyglupiali niz skupiali na grze, obroncy caly czas porzucali pozycje i biegli do przodu i efekt byl do przewidzenia: przegrali z dziewczynami 0:2. :D

Z kilku pstryknietych zdjec, zawsze ktores z Potworkow jest odwrocone...
 

W samochodzie miedzy dzieciakami (sasiadka znow wracala z nami) wywiazala sie w zwizaku z tym jakas sprzeczka, ale co ciekawe, na koniec okazalo sie, ze to Bi obrazila sie na kolezanke. :O My z M. sami rozmawialismy, do tego gralo radio, wiec nie przysluchiwalam sie dzieciakom jakos specjalnie, nie mam wiec pojecia o co poszlo. Starsza oczywiscie nie chce nic powiedziec, poza tym, ze A. jest wredna. Hmm... Osobiscie zauwazylam, ze dziewcze lubi przechwalki i czesto mija sie z prawda, natomiast zawsze mialam wrazenie, ze charakter ma raczej otwarty i ugodowy. To raczej Bi sprawia wrazenie zolzowatej. Czyli wiem, ze nic nie wiem. ;)

Nadszedl piatek i zgodnie z trendami tegorocznej jesieni, przyszedl deszcz. :D Nie moze byc przeciez inaczej, a tymczasem Potworki maja miec w weekend mecze i ciekawe czy pozwola im je zagrac, czy bedziemy miec kolejne do przelozenia. Tymczasem, po tym zostana juz tylko dwa weekendy sezonu, grafiki sa pelne, wiec ciekawe gdzie je wcisna. ;) W kazdym razie, przy paskudnej pogodzie, kiedy zadzwonil moj budzik, w sypialni bylo prawie zupelnie ciemno. Przylozylam glowe spowrotem do poduszki i po chwili zrobilo mi sie sennie i blogo i zaczelam zastanawiac sie, czy moj budzik faktycznie juz dzwonil, czy mi sie przysnilo. Na szczescie bylam na tyle przytomna, ze chwycilam za telefon i oczywiscie powinnam byla juz wstawac! ;) Caly ranek zreszta nie moglam sie dobudzic. Myjac sie, zlamalam paznokiec otwierajac szuflade i dopiero bol sprawil, ze oprzytomnialam na tyle, zeby zobaczyc, ze otwieralam w ogole nie ta, co trzeba! :D Nasz kot jednak chyba porzuca zimowe "piecuchowanie" na dobre. Kiedy wychodzilysmy z Bi, Oreo tez wybiegla na dwor, choc kiedy pozniej wychodzilam z Kokusiem, przybiegla do domu, cala mokra. ;) Gdy jednak Mlodszy odjechal, kiciul zjadl i znow miauczal pod drzwiami, wiec go wypuscilam. Wrocil mokry po pol godzinie, ale po chwili ponownie wydzieral sie, zeby otworzyc mu drzwi. Tym razem jednak zostalam nieugieta, bo choc raz chcialam wyjsc do pracy o normalnej porze, bez opoznien spowodowanych poszukiwaniami kota! ;) Caly dzien przelotnie padalo, ale od czasu do czasu pojawialy sie suche "okienka", wiec dalam rade pojsc na spacer. Niedzwiedzia nie zarejstrowalam. ;) W deszcz pojechalam na zakupy, w ulewe pakowalam torby do auta, ale w drodze powrotnej deszcz przeszedl w mzawke i tak juz zostalo do wieczora. W domu dlugo nie zabawilam, bo Bi miala siatkowke, wiec tylko rozpakowalam wszystko, zjadlam obiad i musialysmy jechac.

Najpierw cwiczyly doskok do siatki "na sucho"
 

Dziewczyny cwiczyly odbijanie pilki, a ja gadalam sobie ze znajoma. ;)

Pozniej juz z pilka
 

I na tym w sumie dzien sie skonczyl. Przy nadal padajacym deszczu, jutrzejszy mecz dziewczyn (chlopaki graja w niedziele) stoi pod znakiem zapytania, ale oczywiscie zadne decyzje nie zostana podjete do rana. Ech... A tak by czlowiek sobie dluzej pospal... Poniewaz jednak maja grac u nas, gdzie boiska zamykane sa z byle powodu, marnie to widze. :D

Do poczytania!