wtorek, 13 grudnia 2022

Dziesieciolatek

W sobote byl wielki dzien dla Kokusia, bowiem moj "maly" chlopczyk skonczyl 10 lat. Pierwsze dziesieciolecie... Od teraz oboje moich dzieci bedzie juz mialo wiek okreslony podwojnymi cyframi...

 

Zwykle zaczynam te moje podsumowania zmianami (lub ich brakiem) fizycznymi, wiec tym razem zrobie to samo. W ciagu ostatniego polrocza, Nik stracil kolejne trzy mleczaki, obydwa dolne kly i prawa dolna czworke. Poniewaz zeby rosna mu rekordowo wolno, mimo ze dwa wylecialy juz kilka miesiecy temu, nadal ma szczerby. Kly dopiero przebily czubeczki, wiec widac w dziaslach biale punkciki. Wciaz ma dluzsze wlosy (na czubku, a od spodu zgolone), mimo, ze tesciowie przy kazdym telefonie nie omieszkaja wypomniec mu, ze wyglada jak dziewczynka i zapytac kiedy je obetnie. Na szczescie oni robia to polzartem, a Mlodszy ma tak pogodna osobowosc, ze tylko wzrusza ramionami i smiejac sie, w kolko i cierpliwie powtarza, ze jemu sie ta fryzura podoba i narazie wlosow obcinac nie planuje.

Nik nadal jest zawolanym miesozerca i steak'i, hamburgery, kotleciki, to cos, co moglby jesc non stop. Na zmiane z zupa pomidorowa. Sporo dan jednak, z naszego domowego, polskiego "menu" mu nie podchodzi. Buntuje sie wtedy i potrafi jesc 1.5 godziny talerz obiadu. Doprowadza nas to oczywiscie do szewskiej pasji i nieraz obrywal juz kary, ktore jednak jakos nic nie daja. Dla odmiany, w szkole zjada niemal wszystko co jest akurat na obiad. Czy jest to pizza, czy hamburger, tacos, czy francuskie tosty lub pancakes (czasem maja takie sniadaniowe dania na lunch), prawie zawsze wybiera, ze zje w szkole i nie prosi o kanapki. W najgorszym wypadku, kiedy czasem faktycznie jest cos, czego nie znosi, wybiera tzw. "fun lunch", ktory jest kolejna wariacja sniadania na obiad, czyli muffinka, jogurt lub platki z mlekiem, ale jest dostepne codziennie dla dzieciakow, ktorym nie podchodzi nic innego. To zupelnie inaczej niz Bi, ktora przynajmniej 3 razy w tygodniu twierdzi, ze nie zje tego, co jest na lunch, zwykle jednak nie chce tez wziac "fun lunch'u" i kaze sobie zrobic kanapke...

Mlodszy garnie sie do roznorakich sportow i chetnie probuje nowych dyscyplin. I widze, ze dobrze mu to robi, bo przynajmniej pomalu klaruje sie co lubi, a czego nie. Jeszcze rok temu chodzil na karate, ale po ktorejs z zakonczonych sesji odmowil zapisania sie na kolejna. Podobnie z szermierka, choc tu raczej nie podpasowal mu instruktor. Przestal tez wspominac o tenisie. Obawialam sie, ze po dluzszej przerwie nie bedzie chcial wrocic na druzyne plywacka, ale okazalo sie, ze wrocil bez najmniejszego problemu. Podobnie, nadal uwielbia pilke nozna i podobaja mu sie kazde zwiazane z nia zajecia, czy to treningi, mecze, czy takie zwykle cwiczenia, na ktore chodzi obecnie. Zapragnal sprobowac koszykowki i poki co, po dwoch treningach, bardzo mu sie podoba. Ciekawe co wymysli kolejnego. ;)

Mimo zapalu do sportow, najwieksza miloscia Nika sa jednak gry komputerowe. Ostatnio znudzil sie jakby, ukochany do niedawna Minecraft, zastapiony przez Animal Crossing oraz Splatoons, choc Mlodszy konsekwentnie wyciaga dyski i gra we wszystko po kolei. Niestety, jeczy tez o plyty, ktore M. kupil razem z jego starym Playstation. Konsole malzonek odkupil od 18-letniego chlopaka, wiec czesc gier skonfiskowalismy jako nieodpowiednie dla malego chlopca. Nie wyrzucilismy ich jednak, tylko leza sobie w piwnicy i czekaja az Mlodszy do nich dorosnie. On o tym wie i regularnie urzadza stekanie o ktoras z nich. ;)

Inteligentny i niemozliwie wygadany, Nik doprowadza do szalu siostre, ktora nie ma z nim szans w utarczkach slownych. Czasami konczy sie... rekoczynami. Ze strony Bi, oczywiscie, bo Nik, choc potrafi dogryzc epitetem, nie ma zrywow do bojek fizycznych. W przerwach w zwyczajowym dobrym humorze, Mlodszy potrafi strzelac niezle fochy i buntowac sie niewiadomo o co. Najczesciej kiedy jest zmeczony lub glodny. ;) Na szczescie wystarczy troche zazartowac, polaskotac, tudziez nakarmic i Nikowi wraca dobry humorek, ktory ogolnie naprawde rzadko go opuszcza. To ogromny pieszczoch i przytulas. Przychodzi i przykleja sie niczym malpiatka. Chetnie rozdaje buziaki, nawet jesli zegna sie przed wejsciem do autobusu i przez okna patrza koledzy. Uwielbia drapanie po pleckach i moze wtedy dluuugo siedziec w bezruchu. Jesli podrapie sie go wieczorem w lozku, natychmiast zasypia. ;)

Bilans Nik mial na poczatku marca, wiec tym razem rowniez czeka nas pewnie taki poslizg, bo uzalezniony jest to od pokrycia ubezpieczenia. Nie mam wiec pojecia ile wazy i mierzy ten moj dziesieciolatek...

Dopisek:

wzrost - 143.5 cm (56.5 in)

waga - 33.1 kg (72 lbs 16 oz)


Kilka fotek dla przypomnienia jak bylo raptem kilka lat temu:

Roczniak

Dwuletni mechanik ;)

Czterolatek z prezentem urodzinowym - te smieciarke (naprawde unoszaca kubel na smieci) mamy do dzis!
 
Szesciolatek
 

Osmioletni rozczochraniec (podejrzewam, ze po treningu na basenie)


No i na koniec, swiezo upieczony dziesieciolatek


Wszystkiego Wspanialego Synku! Badz zawsze naszym bystrym, kochanym i przytulasnym sloneczkiem!!! Tryskaj zawsze pozytywna energia i idz przez zycie ze swoim zwyklym entuzjazmem!

piątek, 9 grudnia 2022

Mikolajkowy tydzien

Sobota, 3 grudnia, zaczela sie (ku rozpaczy Bi) od Polskiej Szkoly. Osobiscie bardzo nie narzekalam, choc nie chcialo mi sie zrywac z samego ranka, szczegolnie ze padal deszcz i dzien ogolnie byl ciemny, ponury i spiacy. Zawiozlam Potworki, po czym na szczescie nie musialam nigdzie biec, wrocilam wiec do chalupy i na spokojnie, popijajac kawke, pomylam zlewy w kuchni i wszystkich trzech lazienkach (od przybytku czasem glowa boli, a juz na pewno rece ;P), wstawilam pranie i akurat mialam chwilke na spokojne posiedzenie w ciszy, po czym musialam wyruszac z powrotem. Odebralam dzieciaki, wrocilam do chalupy i na dzien dobry wkurzyl mnie malzonek, ktory okazalo sie byl po pracy w Polakowie, ale (jestem pewna, ze zlosliwie) nic nie napisal. Inaczej wyslalabym go od razu po Potworki (do Polskiej Szkoly mial kilka minut jazdy), zeby samej dwa razy nie jezdzic. I zaloze sie, ze dlatego wlasnie malzonek nie odzywal sie caly ranek, a zwykle pisze na przerwie co slychac i jakie plany mamy na reszte dnia. Potem oczywiscie tlumaczyl sie, ze przeciez wiedzialam, ze mial tam jechac. Tak, wiedzialam, ze ma sprawe do zalatwienia, ale nie wiedzialam kiedy, a w piatek wieczorem latalam jak ze s*aczka i zapomnialam sie spytac... W kazdym razie, po powrocie to juz obiad, kolejne prania, skladanie tego co zostalo wysuszone, zmywarka oraz ogladanie meczow. Nigdzie czlowiek sie wiecej nie ruszal, bo i pogoda kompletnie nie zachecala.

W niedziele M. pojechal do pracy, a ja z Potworkami moglismy pospac troche dluzej. Normalnie, kiedy malzonek w niedziele pracuje, jezdzimy do kosciola w sobote. Tym razem jednak stwierdzilam, ze pojedziemy na pozniejsza (polska) msze do jednego z polskich kosciolow w sasiednim miescie, a M. dojedzie akurat po pracy i sie tam spotkamy. Nie dlatego zeby mi jakos specjalnie zalezalo na mszy po polsku, bo w sumie przyzwyczailam sie juz do angielskiej i tylko w okresie bozonarodzeniowym szkoda mi koled. Tego jednak dnia, w tym kosciele Mikolaj rozdawal prezenty dla dzieciakow. Nik byl caly chetny, Bi za to w domu wzruszala ramionami, ale po mszy pierwsza chciala ustawiac sie w kolejce. ;)

Bi odbiera paczuszke
 

Prezenty, tak jak rok temu, byly na bogato i poza slodyczami, dzieciaki dostaly kupe duperelkow, w stylu zakladek do ksiazek, yo-yo, zestaw mini mazakow, figurke "Grinch'a", ktora mozna wyginac i ustawiac w roznych pozach, samochodziki - sanie Mikolaja i juz nie pamietam co jeszcze. W kazdym razie dzieciarnia zachwycona.

Zwykle yo-yo, a Nik (ktory nie wytrzymal i juz w samochodzie wszystko wywalil zeby zobaczyc co dostal) byl zachwycony
 

Szkoda, ze mogla to byc juz ostatnia wizyta Mikolaja w tym kosciele, przynajmniej w takiej formie. Latem dwa wielkie polskie koscioly z tej miejscowosci maja sie polaczyc, bowiem proboszcz tego odchodzi na emeryture, a brakuje ksiezy. Proboszcz z drugiego ma przejac zarzadzanie obu, a on znany jest ze skapstwa i w tamtym kosciele nie dzieje sie po prostu nic dodatkowego, co mogloby przyciagnac wiernych, a zwlaszcza dzieciaki.

Po kosciele M. jechal kupic cos dla rodzicow do paczki, a ja musialam podjechac do taty, pomoc mu znow ze strona internetowa dla bezrobotnych. Potworki mialy wybor z kim jada i w koncu wybraly jazde ze mna do dziadka. Moj tata mieszka w tym samym miescie gdzie znajduje sie kosciol, wiec mielismy bliziutko. Jakby malo mialy slodkosci (jeszcze zostaly im jakies z Halloween, a teraz tez dostali w paczkach z kosciola), Potworki otrzymaly slodycze na Mikolajki od dziadka. Ja z tata uwalczylismy sie z durnymi formularzami na bezrobocie, po czym chwilke posiedzielismy, ale nie za dlugo, bo mielismy juz plan na reszte popoludnia. Wpadlismy do domu, dalam dzieciakom na szybko cos to przekaszenia, po czym pojechalismy na lodowisko. Pierwszy raz w tym roku! Otwieraja je na poczatku listopada, ale w tym roku wiadomo, mialam wtedy inne problemy na glowie. Potem zas w kazdy weekend cos sie dzialo, albo po prostu nie chcialo sie ruszac z domu i  tak zlecialo. W przyszlym tygodniu w niedziele chce urzadzic rodzinne mini przyjecie dla Kokusia, wiec na pewno nie pojedziemy, a w kolejna bede juz pewnie jedna noga w przygotowaniach swiatecznych. Pomyslalam wiec, ze teraz albo nigdy. Co prawda kiedy wyszlismy z kosciola, tak nas owialo, ze zaczelam zastanawiac sie czy nie lepiej zaszyc sie na reszte popoludnia w cieplutkim domu... Na szczescie udalo sie przezwyciezyc lenistwo i pojechalismy.

Bi ostatnio wzdycha ciezko na kazda wzmianke o zdjeciach, wiec sporo ujec mam o-takich, albo z przewrotem oczu ;)
 

Okazalo sie, ze wybralismy przypadkiem niezly dzien, bo Nik wpadl na ulubionego kumpla, a Bi na jego siostre, z ktora jesienia grala w pilke. Przez dluzsza chwile mieli wiec towarzystwo. Potem oni pojechali bo byli tam juz od godziny, a my zostalismy do konca. Potworki jezdzily czasem zgodnie ale osobno, czasem bawiac sie w berka, a czasem przychodzac na skarge: "Powiedz jej/mu, zeby mnie nie dotykal(a)!". Ogolnie jednak wypad zaliczam na plus, choc u mnie odezwalo sie niewiadomo czemu kolano i pod koniec co chwila musialam usiasc i wyprostowac noge. Czulam je tez przez reszte wieczora wchodzac po schodach. Nie wrozy to dobrze na nadchodzacy sezon narciarski... :/ Po powrocie zjedlismy po misce cieplej zupy, ktora w miedzyczasie ugotowal M. (dobrze mam z tym chlopem!), a potem kapiel i przygotowanie do szkoly i pracy na nastepny dzien.

Poniedzialek minal jak zwykle. Rano Potworki na autobus, potem tyci ogarnac i do pracy. W robocie bez wiekszych sensacji i dzien w miare szybko zlecial. Po pracy tyle co wpadlam, pedem zjadlam obiad i musialam jechac z Bi na akrobatyke. Tak sie spieszylysmy, ze nie tylko zapomnialam uczesac pannie koka, ale ona sama zapomniala bidonu. Na szczescie zaraz obok znajduje sie supermarket, wiec podeszlam i kupilam jej butelke wody. Potem troche posiedzialam w aucie, a pod koniec weszlam do poczekalni, zeby podejrzec co tam tez Starsza cwiczy. Trafilam na wstanie z mostka, ale do tylu (nie wiem jak to sie profesjonalnie nazywa) oraz przekrecanie sie z mostka do przodu i z powrotem. I jedno i drugie, dla mnie niewykonalne bez wykrecenia kilku stawow. ;)

Na pierwszym planie Bi w trakcie przewrotu, narazie z pomoca instruktora
 

Zajecia znow sie troche przedluzyly, ale nie tak bardzo jak ostatnio, a dodatkowo panna nie musiala do lazienki, wiec udalo nam sie w garazu akurat wyminac z chlopakami. Oni pojechali, a ja jak zwykle cos tam podnosilam, przecieralam, szykowalam sniadaniowki oraz ubrania na kolejny dzien, pomoglam Bi w lekcjach... Wrocili chlopaki, Nik zawolal kolacje i w polowie przypomnialo mu sie, ze on tez ma zadane lekcje! A na trening wyjezdza dopiero o 18:20, wiec mial dosc czasu zeby je odrobic, tym bardziej, ze akurat nie potrzebowal niczyjej pomocy. Caly wieczor Potworki powtarzaly jak to nie moga sie juz doczekac Mikolaja i ze ciekawe co dostana, a Bi nawet oznajmila, ze pojdzie spac wczesniej, co jest swietem narodowym, bo ostatnio nie moge jej zagonic do lozka. W niedziele wieczor sama kladlam sie o 11:30 i w szoku bylam kiedy zajrzalam do Bi, a ona zamiast spac, ogladala cos na tablecie! Oczywiscie dostala ochrzan, ale co z tego, skoro potem nawet nie ma jak odespac, bo rano szkola... Tym razem nie bylo tego problemu i kiedy wkradlam sie wieczorem zeby podlozyc prezenty, oba Potworki spaly jak zabite. 

Wtorek to oczywiscie Mikolajki, wiec dzien zaczal sie wczesnie, bo zgodnie z zapowiedzia, Bi nastawila sobie budzik na 6:30, zeby juz rano nacieszyc sie chwile prezentami. Dla mnie oznaczalo to, ze najpierw obudzil mnie jej budzik, a potem (kiedy znow przysnelam) sama Starsza, ktora polazla do pokoju brata i glosnym szeptem: "Kokus! Koookus!" usilowala go obudzic. Slyszalam jak wieczorem umawiali sie, ze ktore pierwsze wstanie, obudzi drugie. Tu jednak Bi nic nie wskorala, bo Nik jest po mnie spiochem i nieraz rano trzeba sie niezle nawolac zeby sie zbudzil. ;) Potworki dostaly po grze na swoje Nintendo oraz takiej gierce nie-elektronicznej, polegajacej z grubsza na dopasowaniu czesci wedlug wzoru, tak zeby kazdy element wszedl. Bi ma juz cos podobnego, wiec wiem, ze to wciaga jak dobre bagienko, a uklady, ktore trzeba dopasowac sa coraz trudniejsze. No i najwazniejsze, ze nie jest to zabawka elektroniczna, co moze odciagnie Potworki choc troche od konsoli i tabletow. Do tego troche slodyczy, choc ilosc mocno ograniczona, bo maja spore zapasy, a ida Swieta. Najciekawsza slodycza byl czekoladowy telefon, wygladajacy naprawde autentycznie. Niestety dzieciaki nie daly sie nabrac. ;)

Od "Mikolaja"
 

Na autobus wyszli oczywiscie niechetnie, bo woleliby grac w nowe gry, ale nie ma zmiluj. Dzieciaki pojechaly, a ja jak zwykle to i owo ogarnelam i sama musialam wyruszac. Wtorki to nasze dni "wolne", bez zadnych zajec dodatkowych, wiec po przekroczeniu progu domu po poludniu, Potworki z miejsca "zaatakowaly" mnie zeby wyjatkowo pozwolic im pograc przed 19, ktora jest godzina, kiedy zwykle maja pozwolenie na elektronike. Zgodzilam sie, pod warunkiem, ze najpierw odrobia czesc pisana lekcji do Polskiej Szkoly oraz pocwicza gre na instrumentach.

Bystre oko zauwazy, ze Bi trzyma nuty oparte na lozku, a sama kleczy na podlodze. Ma specjalny stojak i moglaby wygodnie usiasc, ale nieee, tak przeciez lepiej...
 

Na szczescie wiekszych protestow nie zarejstrowalam. Chyba wiedzieli, ze gdyby zaczeli sie burzyc, nowe gry zobaczyliby normalnie, o 19 wieczorem. ;)

Nik uzywa stojaka i siedzi na lozku, ale i tak ta gra idzie jak po grudzie...

W srode rano Bi ostro sie spiela zeby ogarnac wszystko jak najszybciej i miec jeszcze czas pograc przed wyjsciem do szkoly. Zostalo jej 20 minut, ale kiedy rzucilam haslo do wymarszu i tak jeknela, ze "co, juz?!". ;) Nik z kolei nie mogl sie dobudzic (ponura aura za oknem nie pomagala), wiec na gre mial raptem kilka minut. Przyjal wiec inna strategie i zaczal blagac zeby tego wieczora znow pozwolic im siegnac po elektronike wczesniej. Taaa, na pewno... ;) Po pracy wrocilam do chalupy i w zasadzie czulam sie jakbym miala caly wieczor wolny. Oczywiscie bylo to tylko zludzenie, bo na 19 Mlodszy mial koszykowke. Trzeba wiec bylo przygotowac wszystko na kolejny dzien, bowiem po powrocie dzieciarnia natychmiast musiala byc zagoniona do lozek.

Rzucil i patrzy na rezultat. Nie trafil ;)
 

Nik koszykowka nadal jest zachwycony (ale w sumie to dopiero drugi trening) i niepocieszony, ze nie bedzie na pierwszym meczu, ktory zaplanowany jest na nadchodzaca sobote. No coz, akurat mam dyzur w Polskiej Szkole, nie ma wiec opcji opuszczenia zajec. Zreszta nawet nie chce, bo przeciez Potworki dopiero co zaczely chodzic w polowie listopada i juz maja opuszczac? Nik jeszcze nie wie (bo nie chce mi sie sluchac jekow), ze z osmiu meczow, bedzie na czterech. Na szczescie te sa popoludniu i choc bede musiala Potworki odebrac troche wczesniej z Polskiej Szkoly, to nie straca calych zajec. Moze Nik zdecyduje sie pojechac jeszcze na piaty mecz, bo jeden jest o 15, ale tego samego dnia Mlodszy ma tez zawody plywackie, wiec nie wiem czy nie bedzie padniety. A, bo z meczami jeszcze koliduje nam plywanie. Na szczescie na te zime zawody zaplanowane sa (narazie) tylko trzy razy (kiedy Bi byla w druzynie, zawodow bylo 5, plus mistrzostwa), z czego jeden wlasnie w nadchodzaca sobote, wiec Nik nie wiezmie udzialu. Ale jak widac, wszystko wiecznie kumuluje sie na te biedne soboty. A jeszcze czlowiek chcialby moze na jakies narty skoczyc w styczniu - lutym. Jak zyc? ;)

Czwartek byl meczacy i skladal sie w duzej mierze z jazdy w te i z powrotem. Nik znow potrzebowal oba instrumenty, wiec zawiozlam dzieciaki do szkoly, z tamtad podjechalam na stacje benzynowa, a nastepnie zajechalam do domu. Dlugo w nim nie zabawilam, bo musialam jechac do pracy. Tego dnia Potworki mialy skrocone lekcje i poczatkowo planowalam tego dnia pracowac z domu, ale musialam przeprowadzic w pracy szkolenie i po przeanalizowaniu terminow tak zeby nie kolidowalo zbytnio z praca laboratorium i nie wypadlo zbyt blisko Swiat (kiedy sporo osob, lacznie ze mna, bedzie tez chcialo pobrac wolne i pracowac z chalupy), padlo akurat na ten czwartek. Trudno sie mowi. Stwierdzilam wiec, ze pojade do biura, odbebnie prezentacje, po czym reszte dnia bede pracowac z chalupy. Jak zaplanowalam, tak zrobilam. Przynajmniej doroczne szkolenie mam z glowy. To znaczy, powinno byc dorocznym, ale przez covida od poprzedniego minely trzy lata. ;) W kazdym razie, wrocilam do domu, odpowiedzialam na maile, ktore zdazyly juz przyjsc w miedzyczasie, po czym zabralam sie za sprzatanie. W ten weekend mamy miec mojego tate oraz chrzestnego Kokusia na torcie, wiec musze ogarnac chalupe nieco dokladniej niz zwykle. A zreszta i tak jest pora przedswiatecznych porzadkow... Potworki dojechaly ze szkoly i przynajmniej tym razem mogly troche posiedziec, odpoczac i zjesc na spokojnie obiad przed wyjazdem na pilke nozna. To juz przedostatnie zajecia.

Udalo mi sie uchwycic Potworki goniace za pilka w tym samym momencie. Niestety, nie wiem czy to oswietlenie tam, czy problem z "obiektami" w ruchu, ale zdjecia zawsze wychodza mi zamazane, mimo, ze stoje dosc blisko
 

Jak pisalam, nie bede zapisywac Nika na kolejna sesje. Bi nadal bedzie chodzic, bowiem zapisana jest tez jej kolezanka, wiec panna chce kontynuowac. Na trzecia - ostatnia zimowa sesje, mam nadzieje, ze beda juz jezdzic razem, bo skonczy sie koszykowka. W kazdym razie, na pilce tym razem wyjatkowo nie grali mini meczu, tylko cala godzine robili cwiczenia techniczne i troche postrzelali do bramki. Mieli dostac pamiatkowe koszulki, ale podobno maja je rozdawac dopiero nastepnym razem. I lepiej zeby tak bylo, skoro beda to ostatnie zajecia. ;) A potem i tak bedzie przerwa niemal do polowy stycznia... Te zajecia na szczescie koncza sie juz o 17, wiec po powrocie do domu czlowiek mial wrazenie, ze wieczor taaaki dluuugi... :D

W piatek Potworki ponownie mialy skrocone lekcje. Tym razem pojechali do szkoly autobusem, ale poniewaz i tak pracowalam z domu, zlitowalam sie i postanowilam ich odebrac. Rano pojechalam na zakupy, a potem, zerkajac od czasu do czasu w sluzbowy komputer, odkurzalam i mylam podlogi na parterze i w piwnicy. Niestety, zakupy zajely mi tyle czasu, ze potem nie wyrobilam sie ze wszystkim i latalam na mopie juz po przyjezdzie z dzieciakami. Po poludniu trzeba bylo pocwiczyc czytanie do Polskiej Szkoly, a z Kokusiem tez slowka na dyktando. Obejrzelismy powtorke meczu Argentyny z Holandia, a potem musialam zabrac sie za pieczenie. Nie tylko znow kisc bananow nie nadawala sie juz do jedzenia, ale jeszcze mus bylo machnac biszkopt na tort Mlodszego. Biszkopty przyprawiaja mnie o stres, bo zawsze boje sie, ze nie wyrosna. I choc tylko raz, na poczatku kariery "tortowej" zdarzylo mi sie, ze zupelnie nie wyrosl, za kazdym razem nerwowo obgryzam paznokcie. W piatek na szczescie wyrosl wysoki i pulchny. ;) Tego dnia przyszly tez raporty semestralne Potworkow, ale o nich to juz innym razem...

I kolejny tydzien za nami... Uwierzycie, ze za dwa tygodnie Boze Narodzenie?! :O

piątek, 2 grudnia 2022

Co powiecie na krotka wycieczke do Nowego Jorku?

Po 4-dniowej labie, w poniedzialek (28 listopada), wstawalo sie ciezko, ojjj bardzo. Bi stekala, ze skoro kolejnego dnia mieli nie isc do szkoly, to moglabym ich zwolnic tez w poniedzialek. Taaa, zadzieram kiece i lece... Nie ma tak dobrze, a zreszta musialam byc w biurze i ogarnac choc troche papiery. Autobus przyjechal w miare o czasie, Potworki pojechaly, a ja porzucalam Mayi pileczke, poskladalam ostatnie wysuszone pranie, szybko lyknelam kawy i pojechalam do roboty. W pracy mila wiadomosc, ze audyt zaplanowany przez jednego z konsultantow, zostal odwolany. Nie martwil mnie on az tak bardzo, bo to audyt wewnetrzny, gdzie po prostu ktos spojrzalby na nasza dokumentacje swiezym okiem. Zdaje sobie bowiem sprawe, ze sama siedze w tym na codzien, a w dodatku blisko wspolpracuje z personelem laboratorium, wiec moge nie zauwazac pewnych rzeczy, lub byc nie do konca obiektywna. Ale, ze grudzien to taki zwariowany czas w roku, a poza audytem, musze jeszcze przeprowadzic szkolenie, wiec z ulga wykresle choc jedna rzecz z kalendarza. Po pracy wpadlam na krotko do domu, po czym popedzilam zawiezc Bi na akrobatyke. Przez intensywny ostatnio czas w pracy, to byl moj pierwszy raz tam. Niestety, okazuje sie, ze zajecia odbywaja sie przy zamknietych drzwiach, co zreszta jest fatalnym pomyslem, bo wprowadzajac corke czulam, ze w jej sali mozna sie bylo doslownie ugotowac. Powinni je uchylac chocby dla wymiany powietrza... Rodzice nie moga wiec obserwowac dzieciakow, a w kazdym razie nie na zywo. W poczekalni sa bowiem ekrany, gdzie wyswietlane jest to, co dzieje sie w salach. Nie do konca wyrazne i bez glosu, ale chociaz cos widac.

Bi cwiczy stanie na glowie
 

Zajecia Bi mialy sie skonczyc na tyle wczesnie, ze bylam pewna iz spokojnie zdazymy wrocic zanim chlopaki wyjada na basen. Niestety, z niewiadomych powodow przeciagnely sie o niemal 10 minut, a potem panna musiala do lazienki, ta (nie do wiary, ze maja tylko jedna!) byla zajeta i sporo sie naczekalysmy, wiec dojechalysmy juz po wyjezdzie chlopakow. Po powrocie Nik opowiadal zachwycony, ze na zaawansowanej grupie jest swietnie. Oczywiscie ta opinia wywodzi sie po prostu stad, ze ma tam kolegow. ;) Wieczorem poogladalismy troche pilki (juz nawet nie pamietam ktory mecz), ale nie siedzielismy zbyt dlugo, bowiem kolejnego dnia czekala nas pobudka przed switem. No, w sumie dla M. byla i tak pozniejsza niz zwykle, ale dla mnie to niemal srodek nocy.

Zawsze kiedy wiem, ze musze wstac sporo wczesniej, szczegolnie zanim zrobi sie jasno, spie po prostu tragicznie. Zwkle przebudzajac sie lekko, wystarczy ze uchyle oko zeby po ilosci swiatla za oknem stwierdzic, ze moge spokojnie jeszcze przysnac, lub, ze za chwile zadzwoni budzik, wiec nie ma co nawet probowac. Kiedy mam wstawac po ciemku, przebudzam sie co chwila, sprawdzajac godzine. Teraz, polaczenie tego, ze polozylam sie nieco szybciej, ze swiadomoscia ze musze obudzic sie o 5 kiedy jest jeszcze zupelnie ciemno, oraz perspektywa dlugiej trasy, jeszcze to spotegowaly. Raz bylo mi goraco, raz zimno, czasem ktores z dzieci zamruczalo cos przez sen, innym razem M. swistal przez nos, pies wstal zeby chleptac wode, itd. No po prostu budzilo mnie wszystko! Kiedy we wtorek nad ranem zadzwonil budzik, nie wiedzialam jak sie nazywam, ale coz, to bylo do przewidzenia... Mimo wczesnej pory, Potworki wstaly bez marudzenia, a wrecz cale szczesliwe (zwlaszcza Bi), bo miala je ominac szkola. Ja oraz M. mielismy tego dnia wizyte w polskiej ambasadzie, zeby wyrobic dla siebie paszporty. W koncu udalo nam sie dorwac miejsca, ale niestety, wyskoczyly tylko na 3 dni (i to raptem tydzien pozniej, nie ze czlowiek sobie zaplanuje wyjazd za np. miesiac...) i na 9 rano. Najblizsza dla nas ambasada znajduje sie w Nowym Jorku, a do niego mamy prawie trzy godziny jazdy, stad ta koszmarnie wczesna pobudka. Za to znajduje sie ona na Manhattanie, wiec stwierdzilismy, ze bedzie to niezla okazja zeby pokazac Potworkom choc kawalek jednej z najwiekszych metropolii wschodniego wybrzeza Stanow. Wyruszylismy wiec o 6 rano i szybko okazalo sie, ze poranne godziny szczytu, to nie zart. Co chwila utykalismy w mniejszych lub wiekszych korkach, a Nowy Jork to juz w ogole jeden wielki zator. Dochodzila juz 9 rano (czas naszej wizyty), kiedy zirytowany M. stwierdzil, ze bierze pierwszy lepszy zjazd z autostrady i przejedziemy miastem, bo "juz jestesmy blisko". Mruknelam, ze blisko to jestesmy na mapie, a tak naprawde to dojechanie moze nam zajac niewiadomo ile. Oczywiscie mialam racje, bo ulice miasta byly tak samo zakorkowane, a do tego dochodzily swiatla. Poza tym, mamy Nowy Jork, wiec ludzie jezdza jak chca, wpychaja sie na chama, kiedy nie maja miejsca do zaparkowania (a wierzcie mi, czesciej ich nie ma, niz sa) staja sobie po prostu na ulicy zeby wypuscic pasazerow lub cos rozladowac. I w doopie maja, ze blokuja cala linie. Kompletna samowolka, a policji ani widu ani slychu! Probujac nieco nadrobic czas, M. kilka razy skrecil i... wpakowal sie jeszcze gorzej, a na koniec okazalo sie, ze wiekszosc ulic jest jednokierunkowa, musial wiec zrobic koleczko i w efekcie sie cofnac i to sporo. Po tym juz trzymal sie nawigacji. Zrobila sie godzina 9, a my nadal mozolnie przebijalismy sie przez miasto. Jak mozolnie? Tak, ze na miejsce dotarlismy spoznieni prawie 40 minut! :O A jeszcze musielismy zaparkowac, co w tym szatanskim miescie jest nie lada wyczynem. Na szczescie doslownie przecznice od ambasady udalo sie znalezc podziemny platny parking. Zostawilismy samochod, popedzilismy na umowione spotkanie i juz wtedy poczulismy, ze jest duzo chlodniej niz przewidywalismy. Nowy Jork zwykle jest nieco cieplejszy niz nasza "polnoc", a tu nie dosc ze bylo raptem 5-6 stopni, to jeszcze pochmurno (a mialo byc tylko czesciowo zachmurzone) i potwornie wialo. Optymistycznie zalozylismy, ze jesli bedziemy w ruchu, to sie rozgrzejemy. Jaaasne... Gdyby nie wialo, faktycznie nie byloby tragicznie. Niestety, kazdy lodowaty podmuch sprawial, ze czlowiek mial ochote zbiec w tunel na piewsza lepsza stacje metra (z ktorych buchalo przyjemne ciepelko) i juz tam zostac. ;)

W ambasadzie na szczescie wszystko poszlo sprawnie i w przyjemnej atmosferze. Spodziewalam sie obslugi rodem z PRL, gdzie "biurwy" laske robia, ze spytaja z czym przyszedles, a tu niespodzianka; wszystko szybko, profesjonalnie i co najwazniejsze, sympatycznie. Zeszlo nam moze pol godziny, po czym ruszylismy "na miasto". Malzonek odpalil nawigacje w telefonie i dziarsko maszerowalismy przez Manhattan. Niestety, za kazdym razem kiedy M. chowal telefon w kieszeni, mapa sie przestawiala, wiec zanim zorientowalismy sie, ze cos jest nie halo, zrobilismy kilka bezsensownych nawrotek. ;) Naszym pierwszym celem byla slynna choinka na Rockefeller Square. Tu niestety spotkalo nas spore rozczarowanie, bo choc drzewko (raczej drzewSko!) juz stalo, to reszta ozdob swiatecznych dopiero byla instalowana, a oficjalne jej zaswiecenie mialo nastapic kolejnego dnia...

Za nami najslynniejsza choinka w Nowym Jorku... niestety nieoswietlona (choc ze slabo tu widoczna gwiazda na czubku), za to otoczona glosnikami, lampami oraz rozbebeszonymi ozdobami... Gdybysmy dojechali dwa dni pozniej, byloby pieknie...
 

Niestety tez, lodowisko, ktore sie tam znajduje, zostalo zasloniete scena dla wystepow wlasnie z okazji ceremonii zaswiecenia choinki! No pech!

Tak wlasnie prezentowalo sie lodowisko... porazka
 

Tak czy owak, obejrzelismy co sie dalo, po czym ruszylismy rozejrzec sie po okolicy. Zaszlismy do zabytkowej bazyliki Swietego Patryka, ktora zwykle jest obowiazkowym punktem kazdej wycieczki do Nowego Jorku. 

Nooo, ladny ;)
 

Idac zas dalej, minelismy slynne Radio City Music Hall. 

Szczerze, to z zewnatrz nie powala
 

Trzeba przyznac, ze nowojorczycy lubia dekoracje i co i rusz trafialismy na jakies spektakularne ozdoby.

Jak gigantyczne bombki na fontannie
 

Albo choinka cieta jak od linijki i dziadki do orzechow wielkosci czlowieka
 

Jak wspomnialam wczesniej, bylo niestety dosc paskudnie i zimno, a dzieciaki szybko znudzil marsz przez miasto. Malzonek jednak uparl sie, zeby zobaczyc jeszcze Times Square. Znajdowal sie on z grubsza w kiedunku, w ktorym sie udawalismy, wiec ruszylismy. Niestety tym razem namieszalam ja, bo zle spojrzalam i wydawalo mi sie, ze znajduje sie on przy 5-tej alei, a tymczasem jest dwie aleje dalej, przy 7-mej. Zapomnialo mi sie, ze przeciez to przy slynnym Broadway'u. ;)

Iglica, z ktorej w Sylwestra opada krysztalowa kula, znajduje sie na czubku budynku bezposrednio za M., ale niestety kolorem wtapia sie za budynek z tylu
 

Plac oczywiscie robi wrazenie, choc Potworki byly juz tak znuzone, ze w sumie niewiele je obeszlo pokazanie im iglicy, z ktorej kazdego Sylwestra spuszczana jest krysztalowa kula oznaczajaca rozpoczecie Nowego Roku. A przeciez zawsze patrza na to z fascynacja w telewizji.

Po drugiej stronie troche mozna bylo dostac oczoplasu, a i akcencik bozonarodzeniowy musial sie znalezc
 

W tym momencie stwierdzilismy, ze pora pomalu ewakuowac sie w strone auta, choc tu z kolei Bi zakrzyknela, ze musi do lazienki. No masz babo placek. U nas wystarczy wejsc do pierwszego lepszego McDonalda czy innego Dunkin' Donuts. W Nowym Jorku weszlismy do trzech miejsc i w kazdym poinformowano nas, ze nie ma toalet dla klientow. Szlismy tak i szlismy i coraz bardziej realne bylo, ze bedziemy musieli wrocic do ambasady i poprosic o skorzystanie z lazienki (tam jakims cudem ja maja). Po drodze trafilismy na wielki sklep NBA, w ktorym Nik koniecznie chcial cos sobie kupic, ale odstraszaly go ceny. ;) 

Fan i anty-fanka
 

Zgadniecie pewnie, ze nawet tam (w sporym, trzypoziomowym sklepie), lazienek nie bylo! W koncu zaszlismy do czegos jak polaczenie sklepu oraz bufetu, gdzie lazienki sie znalazly... na kod. Kodzik dostawalo sie razem z rachunkiem. Sprytnie. ;) Na szczescie ojciec okazal sie glodny, kupil sobie kanapke w stylu pity z miesem (potem stwierdzil, ze bylo pyszne) i mozna bylo skorzystac z przybytku. Po tym stwierdzilismy, ze czym predzej wracamy do auta, zanim komus znow cos sie zechce. Jeszcze szczeka opadla nam przy placeniu za przechowanie auta - $45 za trzy godziny! Dla porownania, za calodzienny parking przy plazy placi sie u nas okolo $20, wiec tutaj to bylo zdzierstwo niesamowite! Przy wyjezdzie z miasta zauwazylismy jeszcze jeden ciekawy budynek, wygladajacy jakby zaraz mial sie zawalic.

Nie, to nie kiepskie zdjecie, ani zludzenie optyczne - te budynki naprawde sa wygiete
 

A potem to juz wiecie, autostrada i korki, korki, korki... Ogolnie wrazenia wynieslismy... srednie. Ja bylam w Nowym Jorku wielokrotnie i choc "za mlodu" chcialam tam zamieszkac, teraz stwierdzam, ze oszalalabym w tym zgielku i pedzie. Malzonek rowniez. A Potworki najwyrazniej wychowalismy na malych prowincjuszy, bo choc podziwiali ulice i budynki, to jednak jednoglosnie stwierdzili, ze za glosno i za tloczno. Nie dziwie im sie zupelnie, bo kiedy w koncu zjechalismy z autostrady i minelismy znak oglaszajacy, ze wjechalismy do naszego miasteczka, westchnelam sobie: "moja kochana wiocha...". ;) Do domu dojechalismy o 16, wiec zwazywszy na ponad 3-godzinna jazde w obie strony i lazenie po miescie, wyrobilismy sie calkiem niezle. Ale reszte popoludnia i tak spedzilismy glownie na kanapie, ogladajac powtorki meczow. ;) Jedyne co, to przymusilam Kokusia do cwiczenia gry na trabce, bo ta "Oda do radosci" nadal idzie mu jak po grudzie.

Najgorzej, jak czasem z frustracji, zadmie w instrument ile sil w plucach... Dobrze, ze nie mieszkamy w bloku

A Bi sama zawziela sie i ubrala choinke. Nik pomogl jej z bombkami, choc wieszal je byle jak i glownie na kupie, wiec potem pol godziny po nim poprawiala.

Dekorowanie wymaga glebokiej kontemplacji
 

W srode mialam wrazenie, ze poprzedni dzien byl wyciety z innej czasoprzestrzeni i ze mamy dopiero wtorek. Z trudem przypominalam sobie co Potworki potrzebuja do szkoly (Nik trabke, Bi miala chorek, wiec nic) i jakie maja zajecia pozalekcyjne. Choc przyznaje, ze po pobudce o 5 we wtorek, spanie do 6:50 w srode bylo wrecz blogie. Potem wyszykowac sie, odstawic Potworki na autobus, porzucac siersciuchowi pileczke (biedula wiekszosc poprzedniego dnia przesiedziala w domu, prawdopodobnie spiac), wstawic pranie, rozladowac zmywarke, w miedzyczasie przewietrzyc sypialnie... No wiecie, normalny poranny relaksik. ;) W koncu dotarlam do pracy, gdzie niestety siedze nad prezentacja w ramach szkolenia i idzie mi jak po grudzie, bo patrzec nie moge na te kruczki prawne, ble. Dobrze, ze w sumie mam ja juz gotowa, ale chce wprowadzic lekkie modyfikacje, a parzac na te slajdy po prostu robi mi sie mdlo... Po pracy do domu, gdzie atmosfera ciezka, bo M. dowiedzial sie, ze Nik nie moze teraz chodzic w srody na plywanie, poniewaz ma trening koszykowki. Wiedzial, ze Mlodszy chcial sprobowac kosza, ale myslal chyba, ze ja moge magicznie sprawic, ze treningi beda w ktorys z wolnych dni dzieciakow. No coz... nie moge. Oczywiscie zrzedzi mi, i wlazi na ambicje Kokusiowi, smecac mu, ze nigdy nie bedzie plywal tak dobrze jak koledzy, bo oni plywaja trzy razy w tygodniu, a on tylko raz. Niestety, malzonek zbyt rzadko integruje sie z innymi rodzicami, bo inaczej wiedzialby, ze pogodzenie wszystkich zajec to jest bolaczka wiekszosci. Owszem, sa dzieciaki jak Bi, ktore niezbyt chetnie probuja nowych zajec i ogolnie nie lubia miec zbytniej ich ilosci. Wiekszosc dzieci jednak jest jak Nik. Chca probowac niemal wszystkiego, a potem okazuje sie, ze im sie podoba i pragna chodzic dalej. Wiem, ze jeden z kolegow z druzyny plywackiej ma tez hokeja i na basen dojezdza jak da rade. Wiele dzieci dociera tam w strojach pilkarskich lub karate, wiec wiadomo, ze jada z jednych zajec na drugie. To jest zupelnie normalne, bo jesli dzieciaki chca chodzic, a rodzice staja na glowie zeby to pogodzic. Ale M. tego nie rozumie kompletnie. On chcialby zeby Potworki juz teraz, majac 10 i 11 lat, zdecydowaly, ze chca uprawiac jeden wybrany sport, jezdzic (zawsze z zapalem!) na treningi 3 razy w tygodniu i zostac oczywiscie mistrzami olimpijskimi. ;)

W kazdym razie, trening o 19 to nie jest cos, co tygryski lubia najbardziej. Wrocilam do chalupy, zjadlam obiad i zaczelam ogarniac wszystko na kolejny dzien, wiedzac ze po powrocie nie bedzie na to juz czasu. Pakowalam wiec sniadaniowki, szykowalam ubrania, dwie pary skrzypiec oraz trabke, dodatkowo chwycilam buty, spodenki, skarpety i ochraniacze na pilke po szkole. Zagonilam tez Kokusia do przecwiczenia gry, tym razem na obu instrumentach, bo w czwartki ma tez probe orkiestry.

Skrzypiace skrzypce
 

 I kiedy wreszcie klaplam na kanapie i zrobilo mi sie milo i leniwie... trzeba bylo jechac. ;) Dobrze, ze chociaz tego dnia mielismy jakas anomalie pogodowa i choc padal deszcz i pizdzilo jak w Kieleckim, to zrobilo sie 13 stopni. Trening odbywa sie w jednej z miejscowych podstawowek, gdzie jeszcze nas nie bylo. Trenerka nie miala nic przeciwko zeby rodzice zostali, ale sala gimnastyczna nie posiada trybun, a przed nia byl tylko maly przedsionek bez miejsca zeby usiasc. Moglam oczywiscie pokrazyc po szkole, ale serio, nie ma tam nic szczegolnego (ot, lawki, krzesla i przybory edukacyjne), a poza tym ogrzewanie bylo wlaczone chyba na 30 stopni. Straszna duchota! Pokrecilam sie, po czym poszlam do auta, popatrzylam chwile w telefon, zadzwonilam do taty, itd., po czym wrocilam na koncowke treningu. Mlodszy wydaje sie radzic sobie bardzo dobrze. Na pewno ma mnostwo energii, wiec biega i skacze po boisku jak perszing.

Zastanawia mnie czy Mlodszy ma predyspozycje... fizyczne do koszykowki, bo jak zwykle jest jednym z wyzszych chlopcow, tak w tej grupce byl jednym z nizszych...
 

Po zajeciach stwierdzil z zadowoleniem, ze "nie byl najgorszy". Nie wiem skad mu sie w ogole wzielo podejrzenie, ze moze byc... Dusi mnie tylko teraz zeby kupic mu buty koszykarskie, bo adidasy sie slizgaja. Szczerze to nawet nie pomyslalabym, ze jest jakas roznica, ale sama bylam swiatkiem jak Mlodszy wywinal orla. Katastrofa z tymi sportami. Korki, buty do gry w pilke na sztucznej nawierzchni, teraz do kosza, do tego zwykle adidasy, polbuty, sniegowce, i niewiadomo co jeszcze i kurcze za chwile nie wiem gdzie bede te wszystkie buciory trzymac. A to tylko dzieciakow, gdzie jeszcze M. oraz moje?!

W czwartek niespodziewanie nadszedl grudzien. Pierwsza polowa listopada to byl ogromny stres, oczekiwanie na badania, a potem na wyniki. Czas zdawal sie plynac leniwie niczym zywica... Za to po otrzymaniu pomyslnych wynikow, nagle przyspieszyl i smignal jak szalony. W jednej chwili przyszlo i przelecialo Thanksgiving i znienacka zaczal sie grudzien. Zaskoczyl mnie tak bardzo, ze zapomnialam Potworkom wyciagnac kalendarzy adwentowych i przypomnialam sobie o tym dopiero w pracy. Zreszta, nie tylko kalendarze umknely mojej pamieci. Wysylajac zyczenia imieninowe siostrze (o tym jakos pamietalam), uswiadomilam sobie, ze wlasnie mija 15 rocznica cywilnego slubu mojego i M. To niby rocznica "krysztalowa", wiec nie wiem, powinnismy sobie kupic zestaw kieliszkow, czy co? ;)

Poza tym dzien minal jak zwykle. Jak to w czwartki, Nik taszczyl oba instrumenty do szkoly, wiec zawiozlam dzieciaki. Mialam potem jechac prosto do pracy, ale przypomnialam sobie, ze... nie mam pilek! Niestety, M., przygotowujac auto do jazdy do Nowego Jorku (wzielismy moje - mniejsze) wyciagnal pilki, ktore niewiadomo czemu mu przeszkadzaly, choc lezaly grzecznie w bagazniku. Zauwazylam to chowajac pilke do kosza Kokusia, ale zanim wrocilam do domu, wylecialo mi z glowy. Za skleroze niestety sie placi, musialam wiec wrocic do chalupy i zabrac cholerne pilki. W pracy spokoj i dalsze sleczenie nad slajdami, a pozniej ponownie jazda do szkoly, zeby odebrac Potworki. Czwartki to bowiem nadal pilka, przynajmniej narazie...

Bi przy pilce, Nik dalej w granatowym stroju
 

Co bedzie potem, zobaczymy. Bi chetna jest zeby dalej chodzic, ale z kolezanka. A jej mamy akurat nie bylo i nie mialam jak zapytac. Ze Nika nie zapisze na kolejna sesje, jest niemal pewne. Trener druzyny plywackiej pisze i o zawodach i o mistrzostwach, ktore maja wznowic w tym roku (nie bylo ich od wybuchu pandemii), wiec lepiej zeby Mlodszy narazie uczeszczal w czwartki na basen, skoro w srody koliduje nam koszykowka. Ta ostatnia leci akurat w tym samym czasie co kolejna sesja pilki, wiec kiedy skonczy sie w lutym, zapisze Nika po prostu na kolejna sesje pilkarska. W kazdym razie, wrocilismy do chalupy okolo 17:30 i reszta wieczora to juz obiad, przygotowania na kolejny dzien, kapiel i... o 19 Mlodszy przypomnial sobie, ze ma zadane lekcje! No udusic! Tym bardziej, ze sprawdzalam jego folder (ten chlopak znany jest ze sklerozy) i nic nie znalazlam. Okazalo sie, ze wcisnal kartke z praca domowa luzem do plecaka. Gdyby sam sobie nie przypomnial, w zyciu nie domyslilabym sie, ze bylo tam cos waznego...

Ostatnio pogode mamy mocno w kratke, w sensie temperaturowym, wiec piatek przywital nas -3 na termometrze. I dobrze; moze w koncu pogoni niedzwiedzie do snu zimowego. Kolo naszego domu ostatnio (odpukac) spokoj, ale z innych czesci miasteczka dostaje sygnaly, ze bestie nadal sie kreca... W kazdym razie, nawet Bi bez szemrania zalozyla kurtke, a stojac na przystanku az ja zapiela. Cud nad Wisla. ;) Po odjezdzie dzieciakow wrocilam poskladac pranie, ktore tkwilo w suszarce od srodowego wieczora (ups), porzucalam psiurowi pileczke i czas byl ruszac do roboty. Dobrze, ze to piatek. ;) Po pracy pojechalam jak zwykle na tygogniowe zakupy spozywcze. Nie chcem ale muszem, tym bardziej, ze w zeszly, dlugi weekend na zakupach nie bylam i w lodowce oraz polkach zrobilo sie juz naprawde pusto. Potem dojechac, rozpakowac wszystko, rozladowac zmywarke i powsadzac do niej gore naczyn (a rano zostawilam pusciutkie zlewy!), przecwiczyc z Potworkami czytanki z Polskiej Szkoly, a z Kokusiem jeszcze wyrazy na dyktando i... zrobila sie 19. Tyle z mojego piatku. Dobrze, ze po zagonieniu Potworkow do lozek i czytaniu Nikowi, moglam jeszcze spokojnie usiasc i dokonczyc posta...

Do przeczytania!

niedziela, 27 listopada 2022

Tydzien Dziekczynny

Za mna w miare leniwy weekend, potem skrocony tydzien, a na koniec kolejny przedluzony weekend. Z powodu Thanksgiving, Bi miala odwolana akrobatyke w poniedzialek, a w czwartek bylo swieto, wiec wiadomo, ze odwolali zajecia pilkarskie. To ograniczylo dodatkowe aktywnosci dzieciakow do plywania i to tylko Kokusia.

W sobote, 19 listopada, rano ponownie trzeba bylo zawiezc Potworki do Polskiej Szkoly. Co prawda probowalam wyslac ich z M., ktory znow zdecydowal sie wziac wolna sobote zamiast niedzieli, ale ten wymigal sie argumentem, ze nie wie nawet gdzie to jest. Nie do konca to prawda, bo budynek juz mu pokazywalam, tylko ze od tamtego czasu szkola przeniosla sie w jego inna czesc, dzieci wchodza innymi wejsciami, itd. A ze Bi i Nik szli dopiero drugi raz i nie pamietali na dobra sprawe nawet numerow swoich sal, wiec stwierdzilam, ze ok, rano pojade sama. Po odwiezieniu dzieciakow wrocilam do chalupy, chwile z mezem poogarnialismy to i owo oraz dziwilismy sie ciszy i pustce bez dzieci. Poltorej godziny szybko zlecialo i pojechalismy do Polakowa na zakupy, a z tamtad po Potworki. Uparlam sie bowiem, ze M. musi zobaczyc gdzie to dokladnie jest, gdzie zaparkowac, skad wychodza dzieciaki, itd. Roznie to w koncu bywa; a nuz widelec gdzies kiedys utkne, zepsuje mi sie auto, bede musiala cos zalatwic, czy zdarzy sie cos innego niespodziewanego? Pojechalismy wiec, odebralismy dzieciarnie, w domu pokrecilismy sie bez wiekszego celu, po czym czas byl wyruszyc do kosciola. Skoro bowiem M. szedl kolejnego dnia do pracy, lepiej bylo zaliczyc msze w sobote, zeby potem nie musial urywac sie wczesniej i leciec na zlamanie karku. Wiadomo, z malzonkiem nie bylo opcji zeby sobie kosciol kompletnie odpuscic. ;)

Niedziela wiec, dla mnie i Potworkow, zaczela sie od porzadnego odespania. Potem spokojne ogarniecie sie, pozne sniadanie, dlugie chodzenie w pizamach, itd. W koncu dalam znac dziadkowi, ze juz sie dobudzilismy, wiec moze przyjechac na kawe jesli ma ochote. Dziadek przyjechal, wspolnie obejrzelismy pierwszy mecz mistrzostw swiata w pilce noznej, a po odjezdzie mojego taty, stwierdzilam, ze za dlugo juz odkladam zakupy ciuchow zimowych dla dzieci i czas cos z tym zrobic. Mielismy jak narazie bardzo ciepla jesien, ale w koncu zrobilo sie na tyle zimno, ze trzeba kompletnie zapomniec o krotkich spodenkach i wskoczyc w dlugie spodnie. Tymczasem Nikowi co i rusz musze odkladac jakas pare bo robi sie za krotka, a Bi nie dosc, ze bardzo urosla wzwyz w ciagu minionego roku, to jeszcze przez dojrzewanie zmienila jej sie calkowicie figura. Cycki to jedno, ale urosl jej tez tylek oraz uda i w kilka par spodni zwyczajnie ledwie sie dopina. W rezultacie zostaly jej jedne jeans'y oraz trzy pary leggingsow. Troche malo... Do tego Nik rok temu rozerwal rekaw w nowiutkiej zimowej kurtce i choc go zaszylam, to nie wyglada to wspaniale, zas Bi ze swojej kurtki po prostu wyrosla, a dodatkowo nosila ja dwa sezony i mankiety ma w niej tak dobabrane, ze sie nie dopieraja. Trzeba bylo wyruszyc na "lowy". Oba Potworki byly chetne ze mna jechac, a ja wolalabym wyruszyc sama. Bi jednak musialam wziac ze soba, bo juz od jakiegos czasu panna ma swoje zdanie co do ciuchow, ktore najczesciej zupelnie rozmija sie z moim wlasnym. Nik nadal zaklada bez marudzenia to, co mu przygotuje, a dodatkowo zwykle w sklepach szybko sie nudzi i zaczyna biegac miedzy regalami lub wyczyniac jakies inne cuda. Zabralam sie wiec z corka, a mlodego panicza zostawilam z ojcem, ku jego wielkiemu niezadowoleniu (panicza, nie ojca). "Lowy" okazaly sie calkiem pomyslne, choc westchnelam sobie znow nad tym jak szybko rosna te moje Potworki. Popatrzylam krytycznie na dlugosc chlopiecych spodni na 10 lat, po czym musialam jednak chwycic te na lat 12. Nik bedzie mial w nich troche zapasu, ale moze przynajmniej nie wyrosnie w ciagu 2 miesiecy. Bi zas przejrzala rozmiary na 12 lat, po czym okazalo sie, ze jednak musi patrzec na lat 14. Jeszcze chwila, a bedzie buszowac w dziale kobiecym, a nie nastoletnim... Dla syna dorwalam grubsza bluze, kurtki jesienna oraz zimowa, a dla corki tylko jesienna. Nie, ze zimowych nie bylo, o nie. Po prostu pannie nic sie nie podobalo, kompletnie nic... Ja wyszukalam przynajmniej 3 kurtki dobrej jakosci i wedlug mnie ladne, ale coz, skoro Bi zaparla sie, ze ich nie zalozy... Tragedia z ta dziewczyna...

Po powrocie do chalupy, okazalo sie, ze ojciec chcial mi oszczedzic pozniejszej roboty i planowal ogolic synowi wlosy oraz go wykapac, ale Mlodszy zareagowal panika, ze przeciez zawsze kapie go mama! Juz nie pamieta dziecko, ze do ktoregos roku jego zycia, kapiela zajmowal sie tata, a ja tylko asystowalam. Pozniej ten obowiazek jakos spadl na mnie i tak juz zostalo. Na darmo moje tlumaczenia, ze przeciez ojciec tez wie jak go umyc; syn uparl sie, ze tylko mama zna jego wszystkie preferencje. Tak naprawde to mi kapanie syna nie przeszkadza, szczegolnie ze Bi robi to juz sama. Jedyne co, to Nik zaraz konczy 10 lat. Rosnie, rozwija sie. Wedlug mnie powinien juz kapac sie sam, ale (co typowe dla niego) nie wykazuje checi, a poza tym w samoobsludze brakuje mu jakiejs takiej plynnosci ruchow. Obawiam sie, ze chodzilby permamentnie niedomyty. Tyle, ze nie wyobrazam sobie, ze za jakies 2 lata mam nadal kapac dryblasa niemal rownego ze mna... Do tego czasu chlopak musi sie ogarnac, albo nie bedzie mial wyjscia i obowiazek przejmie jednak tata.

W nocy przyszedl najwiekszy mroz tego sezonu (jak narazie) i kiedy w poniedzialek rano wychodzilam z Potworkami, byly -4 stopnie. W sama pore kupilam im jesienne kurtki, bo choc sama zalozylam puchowke, to dzieciaki oczywiscie (szczegolnie Bi) slyszec nie chcialy o zimowych. Starsza wrecz jeczala, ze kolejnego dnia chce zalozyc koszulke na krotki rekaw, a na to bluze i ewentualnie kamizelke... Dzieciaki odjechaly, ja porzucalam psu pileczke i chwile krecilam sie po domu w czasie, gdy wietrzylam sypialnie, po czym pojechalam do pracy. Dzien okazal sie spokojny, bo dwoch osob nie bylo, wiec w biurze nadzwyczaj pusto i cicho. Po pracy wrocilam do chalupy, a chlopaki wkrotce wyruszali na trening plywacki Kokusia (M. na silownie). Poczatkowo mialam tam tez podjechac, zeby spytac trenera o przeniesienie Nika do mocniejszej grupy, M. jednak zaoferowal, ze sam spyta. Ciekawa sprawa, bo zwykle unika rozmow z nauczycielami/ trenerami jak ognia. Oni pojechali, a ja dokonczylam prace domowa z Bi i przygotowywalam wszystko na kolejny dzien. Po ich powrocie dowiedzialam sie, ze trener sugeruje zeby jeszcze w srode Nik pocwiczyl ze slabsza grupa, z racji, ze dopiero wrocil po dluzszej przerwie, a od kolejnego poniedzialku przeszedl do tej najmocniejszej. Bardzo nie podoba mi sie pora tego treningu - 18:30, ale coz zrobic. Zreszta, okazalo sie, ze ogolnie byl to dzien kiepskich "grafikowych" wiadomosci. Po pierwsze, dostalam maila z wykazem zawodow plywackich na sezon zimowy. Poki co sa 3, ale moze jeszcze dojsc jeden lub dwa. Pierwszy wyznaczony juz na grudzien i... wypada akurat idealnie w dzien mojego dyzuru w Polskiej Szkole. Potworki (nawet Bi, ktorej plywanie nie dotyczy) zgodnie zakrzyknely, ze co tam dyzur, lepiej pojechac na zawody... Tego samego dnia jednak ma byc w szkole Mikolaj, co szybciutko spowodowalo decyzje, ze jednak moze lepiej przelknac lekcje. Po drugie, przyszedl kolejny e-mail, ze w nastepnym tygodniu ruszaja treningi koszykowki i... wypadaja w srody. No trzeba miec pecha, ze mamy wolne wtorki, piatki, a od stycznia mozemy miec tez czwartki, a trening musial byc wyznaczony akurat na dzien basenu. Bede musiala przedyskutowac problemy logistyczne z Nikiem i zobaczyc z czego bedzie sklonny zrezygnowac. Basen w poniedzialki zostaje. W srode mysle, ze bedzie musiala byc koszykowka, bo nawet gdyby poszedl na plywanie ze slabsza grupa, pedzilby z basenu prosto na kosza zaczynajacego sie o 19. Swoja droga, to jak dla mnie strasznie pozna godzina na trening, ale niestety trenerzy ustalaja tak jak im pasuje. Teoretycznie moglby na basen jezdzic jeszcze w czwartki. Zawsze jezdzil w poniedzialki i srody, ale w czwartek tez jest trening. A mysle, ze zima, w czasie intensywnego okresu zawodow, warto zeby byl na treningach przynajmniej dwa razy w tygodniu... W czwartki jednak obecnie Potworki jezdza na pilke. Ta sesja konczy sie przed swietami, ale w styczniu rusza kolejna. Z tego co wiem, Mlodszy byl chetny zeby to ciagnac. Pilka jest od 16 do 17, wiec w zasadzie moglby wrocic na godzine do domu, a potem jechac na basen, ale czy to nie troche za duzo? Sama sie glowie jak to wszystko pogodzic i dlatego musze pomowic z synem zeby dal mi znac na czym zalezy mu najbardziej. Niestety, znajac Kokusia, bedzie chcial jezdzic na wszystko, a potem przed treningami pewnie urzadzi marudzenie... A jak on bedzie marudzil, to ja sie naslucham zrzedzenia meza... Poza wyzwaniami logistycznymi, przykra niespodzianka okazalo sie to, ze chrzestnego Potworkow nie bedzie u nas na Indyku. To juz tyle lat kiedy A. bywal u nas na praktycznie wszystkie swieta oraz urodziny dzieciakow, najpierw z ciotka M., pozniej sam, wiec wlasciwie jego obecnosc bralismy za pewnik. Jednak od powrotu ciotki M. do Polski uplynely 4 lata i facet w koncu kogos poznal, wiec albo jedzie do nowej lubej, albo ona przyjezdza do niego. Bardzo ciesze sie jego szczesciem i mocno mu kibicuje, bo to naprawde najmilszy czlowiek na swiecie, nie moge tylko otrzasnac sie z uczucia, ze wszystko sie zmienia i ze Swieta bez jego obecnosci nie beda juz takie same. Wiadomo, ze im wiecej ludzi, tym weselej, a my mamy tutaj bardzo ograniczona liczbe bliskich osob...

We wtorek nadeszlo lekkie ocieplenie i juz rano bylo 0 stopni zamiast przymrozku. W dzien temperatura doszla do 9 stopni. Pod koniec tygodnia mialo byc nawet cieplej, a wiec znow mamy wiosne, albo przynajmniej przyjemna jesien. Rano jak zwykle Potworki na autobus, a ja wstawilam pranie, ogarnelam naczynia i zmywarke, przewietrzylam sypialnie i pojechalam do pracy, zahaczaja po drodze o biblioteke. W pracy w miare spokojnie, a potem do chalupy gdzie na nude zwykle narzekac nie mozna. Lekcji dzieciaki mialy zadane niewiele, wiec korzystajac z braku innych zajec, zagonilam do choc czesciowego odrobienia pracy domowej z polskiego. Byl lekki opor bo w nadchodzacy weekend nie mieli miec zajec, ale wytlumaczylam, ze w nastepny wtorek nie bedzie czasu, poza tym sa inne aktywnosci, sam piatek to za malo czasu, a przeciez nie chca chyba odrabiac lekcji w czasie dlugiego weekendu. I w koncu odrobili cala czesc "pisana". Znow dla Bi zostalo tylko czytanie, a dla Nika niestety tez nauka slowek na kolejne dyktando. No zalamuje mnie ta jego nauczycielka... Przy okazji okazalo sie, ze za rzadko sprawdzam dzieciakom plecaki do Polskiej Szkoly. Szukajac dyktanda Kokusia z poprzedniego tygodnia, natknelam sie na dyplom z zeszlego roku szkolnego. Okazalo sie, ze moj syn zajal III miejsce w konkursie wiedzy o Chopinie i nawet sie nie pochwalil! :O Ba! Nawet nie wiedzialam, ze byl taki konkurs...

Nie wiem jakim cudem uzyskal to trzecie miejsce skoro wiem, ze w ogole sie na konkurs nie przygotowywal...
 

Po przebrnieciu przez odmiany czasownikow przez osoby (to Nik) oraz wypelnianie informacji o sobie, lacznie z panstwem, kontynentami, planeta, itd. (to Bi), zabralam syna na gore, zeby przecwiczyl gre na trabce, skoro kolejnego dnia mial probe zespolu. Ogolnie to granie idzie jak po grudzie; entuzjazm opadl i Mlodszy juz pyta czy moze zrezygnowac. 

Nie pomaga antypatia do nauczycielki gry...
 

Niestety, w tej szkole nie ma latwo i pozbyc sie trabki bedzie mogl dopiero od nastepnego roku szkolnego. Mimo jednak, ze nadal czasem pomyli klawisze i ze trabka albo "walnie" tak, ze czlowiek az podskakuje, albo nie chce wydac dzwieku w ogole, dzieciaki zaczynaja sie uczyc prostych melodyjek. W trabieniu Mlodszego bez problemu rozpoznalam "Ode do radosci" Bethoweena. Przyszly tez w koncu zdjecia szkolne dzieciakow. Akurat w pore zeby dokupic ramki i na Swieta rozdac/wyslac dziadkom.

Nik nadal mial te warkoczyki zrobione w Polsce i wysunal je na ramie niczym pirat z Karaibow (ech...), zas u Bi moglabym przysiac, ze doplacilam za wyretuszowanie pryszczy, ale oczywiscie nie zachowalam kopii zamowienia, wiec nie mam nawet jak zlozyc reklamacji (podwojne ech...)
 

W srode Potworki mialy skrocone lekcje z racji, ze sporo osob podrozuje do rodziny w czasie Indyka, a ja postanowilam popracowac z domu, skoro i tak musialabym wyjsc wczesniej. Przy okazji odkurzylam i pomylam podlogi na dole oraz w piwnicy, przy wejsciu z garazu. Sasiadka zaproponowala, ze odbierze dzieciaki ze szkoly i moga sie pobawic skoro koncza wczesniej, z czego ochoczo skorzystala Bi. Nik, jak to on, wolal jechac autobusem niz czyims autem. W kazdym razie, skoro sasiadka jechala po dzieciarnie, napisalam, ze moze wyrzucic dziewczyny u nas i moga zostac do 16, a potem zobaczymy. Po odebraniu zabrala jeszcze panny do Dunkin' Donuts po napoje i wziela goraca czekolade dla Kokusia, kochana kobieta. Dziewczyny dojechaly, a chwile po nich Nik. Ten ostatni wsadzil nos w tableta i tyle, zas Bi urzadzila kolezankom kurs szydelkowania. Niby nikt nie byl glodny, ale kiedy zaproponowalam, ze moga zrobic sobie mini pizze, wszyscy podskoczyli z entuzjazmem, wlaczajac w to Kokusia. Powyrabiali wiec wlasne ciasto, po czym kazdy ulozyl na nim ser i co tam kto jeszcze chcial i pyknelam pizzerinki do piekarnika.

Szkoda, ze cala banda tak trzyma rece, ze zaslonili wyrabiane ciasto
 

Trojka starszych zjadla ze smakiem, ale najmlodsza sasiadka (ktora najglosniej cieszyla sie na mysl o wlasnej pizzy), napierw wymemlala ciasto z sosem pomidorowym, nawalila sera i zrobila sie taka mamalyga. Podejrzewam, ze w smaku musialo i tak byc cakiem niezle, ale tylko podziubala z kilku stron i zostawila, niejadek jeden. Pozniej sasiadka podjechala zeby zabrac starsza corke do fryzjera, a Bi z mlodsza przeniosly sie do ich domu. Nik zostal, bo po pierwsze mial trening plywacki, a po drugie stwierdzil, ze panny i tak tylko szydelkuja, wiec bedzie sie nudzil. Po wyjsciu dziewczyn wreszcie w domu zrobilo sie ciszej i spokojniej (strasznie piskliwe to towarzystwo i w dodatku co chwila ktoras ganiala z psem) i mialam sie zabrac za sernik, ale... zapomnialam wczesniej wyjac margaryny. W czasie przymusowego czekania wrocil z pracy M. i za chwile zabierali sie z Mlodszym na basen. Po chwili nadeszla pora, o ktorej umowilam sie z sasiadka, ze odbiore Bi, ale kiedy napisalam, ze juz wychodze, odpisala, ze dziewczynki ladnie sie bawia, ze Starsza moze zostac dluzej i ze ja odwioza. Ja na to jak na lato, zabralam sie wiec za sernik. Niestety, tu zlapal mnie kolejny zonk. Masa twarogowa kupiona w polskim sklepie okazala sie nie byc wcale masa twarogowa, tylko czyms o konsystencji serka homogenizowanego. No niech to szlag! W tym momencie mialam juz jednak margaryne utarta z cukrem i osmioma (!) zoltkami, wiec zeby sie to nie zmarnowalo, stwierdzilam, ze trudno, dam co mam i moze wyjdzie cos sernikopodobnego... Jechac pol godziny do polskiego sklepu nie mialam ochoty... Akurat konczylam wszystko mieszac, kiedy dojechala Bi. Sernik bardzo szybko spiekl sie z wierzchu, ale w miare wyszedl. Jedyne co, to trzeba go trzymac w lodowce, bo jest baaardzo wilgotny i boje sie, ze w temperaturze pokojowej zaczalby sie rozplywac. Niestety, w miare jak dzien uplywal, czulam coraz bardziej, ze mnie rozklada jakies wirusisko. Juz poprzedniego dnia tak dziwnie laskotalo mnie w nosie, ale jeszcze wmawialam sobie, ze moze to suche powietrze. W koncu w domu wszyscy zdrowi, w pracy tez, wiec gdzie mialabym podlapac cokowiek? Coz, jak widac gdzies, bowiem w srode juz czulam sie coraz gorzej i gorzej. Na wieczor piekly mnie oczy, rypala lepetyna i bylo potwornie zimno. Podejrzewam, ze mialam minimum stan podgoraczkowy, choc wolalam nie wiedziec, bo rozumiecie, czasem czlowiek widzac podwyzszona temperature, natychmiast czuje sie gorzej...

Noc mialam srednia. Raz bylo mi goraco, raz zimno i w dodatku musialam od czasu do czasu usiasc zeby wydmuchac nos. Po ktoryms przebudzeniu, z ulga pomyslalam, ze przynajmniej bede mogla rano odespac. Taaa... nie w tym domu. Najpierw uslyszalam budzik Bi, ktorego panna zapomniala wylaczyc. Zaraz po niej wstal M., dla ktorego 6:45 to juz srodek dnia i... zadzwonil do rodzicow. Niestety, dom mamy bardzo akustyczny, a malzonek w dodatku nie zdaje sobie nawet sprawy, ze rozmawiajac przez komputer mowi duzo glosniej niz normalnie (nieraz nawet w dzien "uciekam" do gory zeby odpoczac od decybeli) i w dodatku lazi w kolko po chalupie, tupiac girami. Oczywiscie nie pomyslal nawet, ze jestem chora (choc skarzylam sie dzien wczesniej) i w ogole w wolne dni lubie odespac i zeby chociaz zamknal drzwi do sypialni. No po co... W koncu skonczyl nawijac, a ja ponownie przysnelam, ale obudzil mnie moj wlasny budzik. Bylam jednak na tyle nieprzytomna, ze wylaczylam go, po czym spalam dalej. Wstalam prawie o 10. Malzonek sie ze mnie podsmiewywal, ze ile mozna spac, ale szybko mu wyjasnilam, ze to jego wina, bo gdyby dal mi spokojnie dospac do budzika, bylabym na nogach prawie 2 godziny wczesniej... Tego dnia czulam sie juz lepiej, a przynajmniej zniknelo upierdliwe uczucie zimna, no i bol glowy znikl po pierwszej kawie. Dla rownowagi, za to mocniej lecialo z kinola. Dzien mielismy bardzo spokojny. Mimo, ze Thanksgiving zwykle jest dla mnie taka jakby Wigilia tylko bez podtekstu religijnego i przymusowej mszy w kosciele, to tym razem jakos tak wyszlo na luzie. Z racji, ze mial byc tylko moj tata, a Potworki - wiadomo, na wszystko kreca nosem, zamiast calego indora, w tym roku ponownie mielismy udka. Sernik upieklam dzien wczesniej. W czwartek szybko wrzucilam do piekarnika manicotti (wloski faszerowany i zapiekany w pomidorowym sosie makaron, przypominajacy w smaku lasagne), ktore jest malo tradycyjna potrawa na Thanksgiving, ale chcialam dodac cos jeszcze poza glownym daniem. Poza tym slodkie ziemniaki, surowka z kapusty (tu z kolei polski akcent) i swiezo pieczone buleczki. I tyle.

Nasza skromna gromadka przy rownie skromnej biesiadzie
 

Mialam jeszcze upiec szarlotke, ale z racji, ze kisc bananow znow patrzyla na mnie blagalnie, ponownie pojawil sie chlebek bananowy. Zgodnie z moimi przypuszczeniami, nasza trojka doroslych zjadla po trochu wszystkiego, z tym, ze ja podzielilam sie swoim indyczym udem z Bi, Starsza pojadla tyci mieska i troche slodkich ziemniakow, a Nik wrabal sam dwa indycze uda i nie ruszyl nic innego. Typowy miesozerny chlop. Moj tata mial niemozliwy spust, bo chwile po sutym obiedzie wpalaszowal jeszcze trzy spore kawalki sernika i dwa chlebka bananowego. Dziwilam sie, ze do auta szedl, a nie sie toczyl...

Potworki z dziadziem - Bi sama sobie wybrala ten kombinezon ostatnio w sklepie i nie moge sie nadziwic jak dorosle w nim wyglada. Gdzie sie podziala moja mala dziewczynka..?
 

I tak minelo nam najwieksze Hamerykanckie swieto. Nawet M. w tym roku tylko raz cos mruknal, ze po co sie wysilac skoro to nie nasze obchody i to tak raczej zartobliwie, a ja wiadomo, ze mialam szczegolnie za co byc wdzieczna. Ale i tak mysle, ze skoro chrzestny Potworkow juz sie wylamuje, to kiedy za chwile moj tata przeprowadzi sie do Polski, na Thanksgiving chetniej polece gdzies na wycieczke, najlepiej pod palmy.

Piatek to bylo juz leniuchowanie przez wielkie L. Pomoglo czesciowo to, ze pogoda byla w kratke i choc od czasu do czasu nawet na kilka minut wychodzilo slonce, to przez wiekszosc dnia chmurzylo sie i padala mzawka. Nawet obiadu gotowac nie musielismy, bo dojadalismy resztki z poprzedniego dnia. Malzonek umowil sie na 7:45 na zmiane oleju i potem sam sobie plul w brode, ze po co tak wczesnie. Ale to wlasnie jest moj M. - wszystko na hurra, jak najszybciej, jak najwczesniej i bez zastanowienia. Do tego przy okazji wspomnial cos mechanikom, ze przednie kola mu sie dziwnie scieraja w nowiutkim aucie, wiec dodatkowo wzieli je na wywazenie... i zeszly mu tam trzy godziny. Potworki i ja mielismy za to dlugie spanie i leniwe sniadanie. Co prawda ja odsypialam kolejna kiepska nocke. Ponownie nos jak mi sie nie przytykal, to z niego kapalo. Stracilam rachube ile razy sie wybudzilam, ale rano znow wstalam z bolem glowy. Po powrocie malzonka, wieksza czesc dnia spedzilismy ogladajac mecze. Nawet Potworki zerkaly, choc tak bardziej jednym okiem, bo gry na konsolach byly ciekawsze. Oczywiscie najbardziej interesowala nas rozgrywka USA : Anglia, z wiadomych powodow. Pieprzu dodawalo to, ze bracia M. mieszkaja w Anglii, wiec pisalismy do siebie, zastanawiajac sie kto komu skopie tylek. ;) Rzecz jasna, od poczatku raczej przewidywalismy pogrom Amerykanow i wielkie bylo zaskoczenie, ze dotrzymywali kroku Anglikom. Pod koniec meczu, kiedy szansa na remis stala sie naprawde realna, co chwila wychodzilam z pokoju, a to zrobic kawe, a to po cos innego, bo juz siedzialam jak na szpilkach. No, ale "nasi" zdolali jakos pokazac niezla klase i szkoda tylko tego multum niewykorzystanych okazji, bo jakos trafic do bramki nie potrafili. ;) Poza tym to zmiana poscieli u dzieciakow, jakies tam ogarniecie naczyn, kuchni w ogole, niesieni sportowym duchem poogladalismy jeszcze narciartwo alpejskie (tu juz Nik ogladal ze szczerym zainteresowaniem) oraz lyzwiarstwo figurowe (tu z kolei Bi podziwiala), prysznic i dzien zlecial. Kiepska wiadomoscia bylo to, ze M. stwierdzil, ze i jego cos "rozklada", a wieczorem Mlodszy zaczal... kaszlec.

Sobota byla ponownie baaardzo leniwa. Tego dnia juz naprawde pczulam, ze zdrowotnie wychodze na prosta, choc jeszcze zapas chusteczek musialam trzymac blisko siebie. O dziwo, po przekaszleniu calego piatowego wieczora, Nik w sobote nie zakaszlal ani razu... Zaczynam sie zastanawiac, czy po zmianie poscieli nie bylo u niego w sypialni wyjatkowo duzo kurzu w powietrzu, mimo, ze ja wietrzylam. Malzonek tez stwierdzil, ze nie czuje sie tak zle, moze wiec wyjdziemy w wirusow obronna reka. Oczywiscie ma na to pewnie spory wplyw, ze akurat siedzielismy i grzalismy tylki w domu. Wiekszosc soboty znow uplynela na ogladaniu meczow. W przerwach trzeba bylo cos zjesc, zmienic posciel z kolei u nas, powstawiac prania, a na koniec pojechac do kosciola, bo dla M. konczyla sie laba i kolejnego dnia mial juz jechac do pracy. Po kosciele zas nadeszla pora na zmiane "dyscypliny", bo przez dominacje pilki, nie udalo nam sie z Kokusiem wczesniej poogladac skokow narciarskich. ;) I wlasciwie to byla cala sobota. Nie pamietam kiedy ostatnio mialam tyle takich spokojnych dni pod rzad... A! W kosciele rozdawali dla chetnych wloczke na szaliki lub po kawalku polaru na czapki (wraz z wykrojem), ktore mialy byc rozdane w schronisku dla bezdomnych oraz hospicjum w naszej miejscowosci. Bi ma i maszyne, na ktorej moglaby uszyc czapki i uwiebia robotki, wiec stala tam dluzsza chwile, zastanawiajac sie co wybrac. W koncu wziela wloczke na szalik i zabrala sie za niego jeszcze tego samego dnia. Ona cieszy z dobrego uczynku, a ja jestem bardzo dumna, ze jej sie chce. Ma sporo czasu, bo gotowe czapki lub szaliki trzeba przyniesc do 18 grudnia, mam tylko nadzieje, ze starczy jej zapalu...

Niedziela byla ostatnim dniem laby dla mnie i Potworkow i nikt sie chyba nie zdziwi, ze na mysl o powrocie do roboty i szkoly, calej naszej trojce chcialo sie plakac. Poczatkowo planowalam zabrac dzieciaki na lodowisko, ale bylam nadal lekko "pociagajaca", a ze na wtorek przewidujemy sporo przebywania na swiezym powietrzu, wiec stwierdzilam, ze lepiej jeszcze ten jeden dzien sie podkurowac, skoro moge. Wczesnym popoludniem zas, zaczal padac deszcz i w ogole odechcialo sie wychodzic. Rano wpadl moj tata, zebym pomogla mu zlozyc cotygodniowy raport do urzedu pracy (firma, w ktorej pracuje jest sezonowa i wysylaja na zime pracownikow na bezrobocie), bo co roku cos tam zmieniaja i dziadzio sie gubi, a w tym w ogole tak to skomplikowali, ze chyba przez cala zime bedzie co tydzien przyjezdzal. Wypelniajac, jednym okiem ogladalismy skoki narciarskie, choc tata wolalby pewnie pilke. Trudno, moja chalupa, moje zasady. ;) Tato planowal jednak wrocic do domu na mecz Hiszpania : Niemcy, wiec pojechal zaraz po 13. My rowniez chcielismy obejrzec rozgrywke, ale czekalam na M. Ten zas przepadl, bo wracajac z pracy pojechal jeszcze do Polakowa, a potem wyczail fajny zestaw narciarski dla Kokusia, ktory ktos sprzedawal i pojechal go kupic.

Mimo, ze zestaw uzywany (dla dzieciaka serio nie oplaca sie kupowac nowego, bo za rok buty moga byc juz za male, a narty za krotkie), ale taki typowo chlopiecy, wiec Kawaler zachwycony
 

W ten sposob Mlodszy gotow jest na sezon zimowy i zostala tylko Bi, ktora jednak nadal zastanawia sie czy ma ochote jezdzic, czy nie. Wlasciwie to otwarcie mowi, ze ona nart nie lubi, ale nie chce zostawac u dziadka i wydaje mi sie, ze to kiepska motywacja. Sklanialabym sie u niej raczej do wypozyczania sprzetu, bo obawiam sie, ze kupimy jej narty oraz buty, a ona pojedzie raz i stwierdzi, ze juz nie chce... W miedzyczasie Potworki zaczely skladac piernikowe zestawy: Nik ciuchcie z wagonikiem, Bi wioske z mini-domkami.

Calkiem przypadkiem oba Potworki ubraly sie tego dnia na pomaranczowo
 

To corocznie ulubiona zabawa, choc te gotowe zestawy smakuja paskudnie i nikt ich potem nie chce jesc. Jak zwykle tez sporo bylo irytacji, bo lukier w roli kleju sprawdza sie... srednio. Bi juz nauczona poprzednimi latami, kleila kazdy domek pomalu i metodycznie.

Panna i jej bozonarodzeniowa wioseczka
 

Nik jak zwykle sie spieszyl, wiec co chwila lokomotywa mu sie rozpadala. W koncu jednak i on dopial swego.

Gotowa ciuchcia

Zapomnialam tez napisac, ze w sobote wieczorem M. uparl sie i ustawil choinke. Myslal chyba, ze dzieciaki rzuca sie do dekorowania, tymczasem nikt nie wykazal entuzjazmu. Nawet jednak bez ozdob podkreca atmosfere w salonie...

W sumie to mogloby juz tak zostac, bardzo minimalistycznie
 

I coz... Minal kolejny ponad tydzien. Za trzy dni grudzien. Czas zapiernicza jak glupi, tymczasem zamiast sie wyciszac i cieszyc na nadchodzace Swieta, pierwsze dwa tygodnie zapowiadaja mi sie po prostu koszmarne w pracy. I tyle ze spokojnego planowania urodzin Kokusia oraz Bozego Narodzenia... Tymczasem nie mam nawet zamowionych prezentow na Mikolajki, aaaa!