Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 9 grudnia 2022

Mikolajkowy tydzien

Sobota, 3 grudnia, zaczela sie (ku rozpaczy Bi) od Polskiej Szkoly. Osobiscie bardzo nie narzekalam, choc nie chcialo mi sie zrywac z samego ranka, szczegolnie ze padal deszcz i dzien ogolnie byl ciemny, ponury i spiacy. Zawiozlam Potworki, po czym na szczescie nie musialam nigdzie biec, wrocilam wiec do chalupy i na spokojnie, popijajac kawke, pomylam zlewy w kuchni i wszystkich trzech lazienkach (od przybytku czasem glowa boli, a juz na pewno rece ;P), wstawilam pranie i akurat mialam chwilke na spokojne posiedzenie w ciszy, po czym musialam wyruszac z powrotem. Odebralam dzieciaki, wrocilam do chalupy i na dzien dobry wkurzyl mnie malzonek, ktory okazalo sie byl po pracy w Polakowie, ale (jestem pewna, ze zlosliwie) nic nie napisal. Inaczej wyslalabym go od razu po Potworki (do Polskiej Szkoly mial kilka minut jazdy), zeby samej dwa razy nie jezdzic. I zaloze sie, ze dlatego wlasnie malzonek nie odzywal sie caly ranek, a zwykle pisze na przerwie co slychac i jakie plany mamy na reszte dnia. Potem oczywiscie tlumaczyl sie, ze przeciez wiedzialam, ze mial tam jechac. Tak, wiedzialam, ze ma sprawe do zalatwienia, ale nie wiedzialam kiedy, a w piatek wieczorem latalam jak ze s*aczka i zapomnialam sie spytac... W kazdym razie, po powrocie to juz obiad, kolejne prania, skladanie tego co zostalo wysuszone, zmywarka oraz ogladanie meczow. Nigdzie czlowiek sie wiecej nie ruszal, bo i pogoda kompletnie nie zachecala.

W niedziele M. pojechal do pracy, a ja z Potworkami moglismy pospac troche dluzej. Normalnie, kiedy malzonek w niedziele pracuje, jezdzimy do kosciola w sobote. Tym razem jednak stwierdzilam, ze pojedziemy na pozniejsza (polska) msze do jednego z polskich kosciolow w sasiednim miescie, a M. dojedzie akurat po pracy i sie tam spotkamy. Nie dlatego zeby mi jakos specjalnie zalezalo na mszy po polsku, bo w sumie przyzwyczailam sie juz do angielskiej i tylko w okresie bozonarodzeniowym szkoda mi koled. Tego jednak dnia, w tym kosciele Mikolaj rozdawal prezenty dla dzieciakow. Nik byl caly chetny, Bi za to w domu wzruszala ramionami, ale po mszy pierwsza chciala ustawiac sie w kolejce. ;)

Bi odbiera paczuszke
 

Prezenty, tak jak rok temu, byly na bogato i poza slodyczami, dzieciaki dostaly kupe duperelkow, w stylu zakladek do ksiazek, yo-yo, zestaw mini mazakow, figurke "Grinch'a", ktora mozna wyginac i ustawiac w roznych pozach, samochodziki - sanie Mikolaja i juz nie pamietam co jeszcze. W kazdym razie dzieciarnia zachwycona.

Zwykle yo-yo, a Nik (ktory nie wytrzymal i juz w samochodzie wszystko wywalil zeby zobaczyc co dostal) byl zachwycony
 

Szkoda, ze mogla to byc juz ostatnia wizyta Mikolaja w tym kosciele, przynajmniej w takiej formie. Latem dwa wielkie polskie koscioly z tej miejscowosci maja sie polaczyc, bowiem proboszcz tego odchodzi na emeryture, a brakuje ksiezy. Proboszcz z drugiego ma przejac zarzadzanie obu, a on znany jest ze skapstwa i w tamtym kosciele nie dzieje sie po prostu nic dodatkowego, co mogloby przyciagnac wiernych, a zwlaszcza dzieciaki.

Po kosciele M. jechal kupic cos dla rodzicow do paczki, a ja musialam podjechac do taty, pomoc mu znow ze strona internetowa dla bezrobotnych. Potworki mialy wybor z kim jada i w koncu wybraly jazde ze mna do dziadka. Moj tata mieszka w tym samym miescie gdzie znajduje sie kosciol, wiec mielismy bliziutko. Jakby malo mialy slodkosci (jeszcze zostaly im jakies z Halloween, a teraz tez dostali w paczkach z kosciola), Potworki otrzymaly slodycze na Mikolajki od dziadka. Ja z tata uwalczylismy sie z durnymi formularzami na bezrobocie, po czym chwilke posiedzielismy, ale nie za dlugo, bo mielismy juz plan na reszte popoludnia. Wpadlismy do domu, dalam dzieciakom na szybko cos to przekaszenia, po czym pojechalismy na lodowisko. Pierwszy raz w tym roku! Otwieraja je na poczatku listopada, ale w tym roku wiadomo, mialam wtedy inne problemy na glowie. Potem zas w kazdy weekend cos sie dzialo, albo po prostu nie chcialo sie ruszac z domu i  tak zlecialo. W przyszlym tygodniu w niedziele chce urzadzic rodzinne mini przyjecie dla Kokusia, wiec na pewno nie pojedziemy, a w kolejna bede juz pewnie jedna noga w przygotowaniach swiatecznych. Pomyslalam wiec, ze teraz albo nigdy. Co prawda kiedy wyszlismy z kosciola, tak nas owialo, ze zaczelam zastanawiac sie czy nie lepiej zaszyc sie na reszte popoludnia w cieplutkim domu... Na szczescie udalo sie przezwyciezyc lenistwo i pojechalismy.

Bi ostatnio wzdycha ciezko na kazda wzmianke o zdjeciach, wiec sporo ujec mam o-takich, albo z przewrotem oczu ;)
 

Okazalo sie, ze wybralismy przypadkiem niezly dzien, bo Nik wpadl na ulubionego kumpla, a Bi na jego siostre, z ktora jesienia grala w pilke. Przez dluzsza chwile mieli wiec towarzystwo. Potem oni pojechali bo byli tam juz od godziny, a my zostalismy do konca. Potworki jezdzily czasem zgodnie ale osobno, czasem bawiac sie w berka, a czasem przychodzac na skarge: "Powiedz jej/mu, zeby mnie nie dotykal(a)!". Ogolnie jednak wypad zaliczam na plus, choc u mnie odezwalo sie niewiadomo czemu kolano i pod koniec co chwila musialam usiasc i wyprostowac noge. Czulam je tez przez reszte wieczora wchodzac po schodach. Nie wrozy to dobrze na nadchodzacy sezon narciarski... :/ Po powrocie zjedlismy po misce cieplej zupy, ktora w miedzyczasie ugotowal M. (dobrze mam z tym chlopem!), a potem kapiel i przygotowanie do szkoly i pracy na nastepny dzien.

Poniedzialek minal jak zwykle. Rano Potworki na autobus, potem tyci ogarnac i do pracy. W robocie bez wiekszych sensacji i dzien w miare szybko zlecial. Po pracy tyle co wpadlam, pedem zjadlam obiad i musialam jechac z Bi na akrobatyke. Tak sie spieszylysmy, ze nie tylko zapomnialam uczesac pannie koka, ale ona sama zapomniala bidonu. Na szczescie zaraz obok znajduje sie supermarket, wiec podeszlam i kupilam jej butelke wody. Potem troche posiedzialam w aucie, a pod koniec weszlam do poczekalni, zeby podejrzec co tam tez Starsza cwiczy. Trafilam na wstanie z mostka, ale do tylu (nie wiem jak to sie profesjonalnie nazywa) oraz przekrecanie sie z mostka do przodu i z powrotem. I jedno i drugie, dla mnie niewykonalne bez wykrecenia kilku stawow. ;)

Na pierwszym planie Bi w trakcie przewrotu, narazie z pomoca instruktora
 

Zajecia znow sie troche przedluzyly, ale nie tak bardzo jak ostatnio, a dodatkowo panna nie musiala do lazienki, wiec udalo nam sie w garazu akurat wyminac z chlopakami. Oni pojechali, a ja jak zwykle cos tam podnosilam, przecieralam, szykowalam sniadaniowki oraz ubrania na kolejny dzien, pomoglam Bi w lekcjach... Wrocili chlopaki, Nik zawolal kolacje i w polowie przypomnialo mu sie, ze on tez ma zadane lekcje! A na trening wyjezdza dopiero o 18:20, wiec mial dosc czasu zeby je odrobic, tym bardziej, ze akurat nie potrzebowal niczyjej pomocy. Caly wieczor Potworki powtarzaly jak to nie moga sie juz doczekac Mikolaja i ze ciekawe co dostana, a Bi nawet oznajmila, ze pojdzie spac wczesniej, co jest swietem narodowym, bo ostatnio nie moge jej zagonic do lozka. W niedziele wieczor sama kladlam sie o 11:30 i w szoku bylam kiedy zajrzalam do Bi, a ona zamiast spac, ogladala cos na tablecie! Oczywiscie dostala ochrzan, ale co z tego, skoro potem nawet nie ma jak odespac, bo rano szkola... Tym razem nie bylo tego problemu i kiedy wkradlam sie wieczorem zeby podlozyc prezenty, oba Potworki spaly jak zabite. 

Wtorek to oczywiscie Mikolajki, wiec dzien zaczal sie wczesnie, bo zgodnie z zapowiedzia, Bi nastawila sobie budzik na 6:30, zeby juz rano nacieszyc sie chwile prezentami. Dla mnie oznaczalo to, ze najpierw obudzil mnie jej budzik, a potem (kiedy znow przysnelam) sama Starsza, ktora polazla do pokoju brata i glosnym szeptem: "Kokus! Koookus!" usilowala go obudzic. Slyszalam jak wieczorem umawiali sie, ze ktore pierwsze wstanie, obudzi drugie. Tu jednak Bi nic nie wskorala, bo Nik jest po mnie spiochem i nieraz rano trzeba sie niezle nawolac zeby sie zbudzil. ;) Potworki dostaly po grze na swoje Nintendo oraz takiej gierce nie-elektronicznej, polegajacej z grubsza na dopasowaniu czesci wedlug wzoru, tak zeby kazdy element wszedl. Bi ma juz cos podobnego, wiec wiem, ze to wciaga jak dobre bagienko, a uklady, ktore trzeba dopasowac sa coraz trudniejsze. No i najwazniejsze, ze nie jest to zabawka elektroniczna, co moze odciagnie Potworki choc troche od konsoli i tabletow. Do tego troche slodyczy, choc ilosc mocno ograniczona, bo maja spore zapasy, a ida Swieta. Najciekawsza slodycza byl czekoladowy telefon, wygladajacy naprawde autentycznie. Niestety dzieciaki nie daly sie nabrac. ;)

Od "Mikolaja"
 

Na autobus wyszli oczywiscie niechetnie, bo woleliby grac w nowe gry, ale nie ma zmiluj. Dzieciaki pojechaly, a ja jak zwykle to i owo ogarnelam i sama musialam wyruszac. Wtorki to nasze dni "wolne", bez zadnych zajec dodatkowych, wiec po przekroczeniu progu domu po poludniu, Potworki z miejsca "zaatakowaly" mnie zeby wyjatkowo pozwolic im pograc przed 19, ktora jest godzina, kiedy zwykle maja pozwolenie na elektronike. Zgodzilam sie, pod warunkiem, ze najpierw odrobia czesc pisana lekcji do Polskiej Szkoly oraz pocwicza gre na instrumentach.

Bystre oko zauwazy, ze Bi trzyma nuty oparte na lozku, a sama kleczy na podlodze. Ma specjalny stojak i moglaby wygodnie usiasc, ale nieee, tak przeciez lepiej...
 

Na szczescie wiekszych protestow nie zarejstrowalam. Chyba wiedzieli, ze gdyby zaczeli sie burzyc, nowe gry zobaczyliby normalnie, o 19 wieczorem. ;)

Nik uzywa stojaka i siedzi na lozku, ale i tak ta gra idzie jak po grudzie...

W srode rano Bi ostro sie spiela zeby ogarnac wszystko jak najszybciej i miec jeszcze czas pograc przed wyjsciem do szkoly. Zostalo jej 20 minut, ale kiedy rzucilam haslo do wymarszu i tak jeknela, ze "co, juz?!". ;) Nik z kolei nie mogl sie dobudzic (ponura aura za oknem nie pomagala), wiec na gre mial raptem kilka minut. Przyjal wiec inna strategie i zaczal blagac zeby tego wieczora znow pozwolic im siegnac po elektronike wczesniej. Taaa, na pewno... ;) Po pracy wrocilam do chalupy i w zasadzie czulam sie jakbym miala caly wieczor wolny. Oczywiscie bylo to tylko zludzenie, bo na 19 Mlodszy mial koszykowke. Trzeba wiec bylo przygotowac wszystko na kolejny dzien, bowiem po powrocie dzieciarnia natychmiast musiala byc zagoniona do lozek.

Rzucil i patrzy na rezultat. Nie trafil ;)
 

Nik koszykowka nadal jest zachwycony (ale w sumie to dopiero drugi trening) i niepocieszony, ze nie bedzie na pierwszym meczu, ktory zaplanowany jest na nadchodzaca sobote. No coz, akurat mam dyzur w Polskiej Szkole, nie ma wiec opcji opuszczenia zajec. Zreszta nawet nie chce, bo przeciez Potworki dopiero co zaczely chodzic w polowie listopada i juz maja opuszczac? Nik jeszcze nie wie (bo nie chce mi sie sluchac jekow), ze z osmiu meczow, bedzie na czterech. Na szczescie te sa popoludniu i choc bede musiala Potworki odebrac troche wczesniej z Polskiej Szkoly, to nie straca calych zajec. Moze Nik zdecyduje sie pojechac jeszcze na piaty mecz, bo jeden jest o 15, ale tego samego dnia Mlodszy ma tez zawody plywackie, wiec nie wiem czy nie bedzie padniety. A, bo z meczami jeszcze koliduje nam plywanie. Na szczescie na te zime zawody zaplanowane sa (narazie) tylko trzy razy (kiedy Bi byla w druzynie, zawodow bylo 5, plus mistrzostwa), z czego jeden wlasnie w nadchodzaca sobote, wiec Nik nie wiezmie udzialu. Ale jak widac, wszystko wiecznie kumuluje sie na te biedne soboty. A jeszcze czlowiek chcialby moze na jakies narty skoczyc w styczniu - lutym. Jak zyc? ;)

Czwartek byl meczacy i skladal sie w duzej mierze z jazdy w te i z powrotem. Nik znow potrzebowal oba instrumenty, wiec zawiozlam dzieciaki do szkoly, z tamtad podjechalam na stacje benzynowa, a nastepnie zajechalam do domu. Dlugo w nim nie zabawilam, bo musialam jechac do pracy. Tego dnia Potworki mialy skrocone lekcje i poczatkowo planowalam tego dnia pracowac z domu, ale musialam przeprowadzic w pracy szkolenie i po przeanalizowaniu terminow tak zeby nie kolidowalo zbytnio z praca laboratorium i nie wypadlo zbyt blisko Swiat (kiedy sporo osob, lacznie ze mna, bedzie tez chcialo pobrac wolne i pracowac z chalupy), padlo akurat na ten czwartek. Trudno sie mowi. Stwierdzilam wiec, ze pojade do biura, odbebnie prezentacje, po czym reszte dnia bede pracowac z chalupy. Jak zaplanowalam, tak zrobilam. Przynajmniej doroczne szkolenie mam z glowy. To znaczy, powinno byc dorocznym, ale przez covida od poprzedniego minely trzy lata. ;) W kazdym razie, wrocilam do domu, odpowiedzialam na maile, ktore zdazyly juz przyjsc w miedzyczasie, po czym zabralam sie za sprzatanie. W ten weekend mamy miec mojego tate oraz chrzestnego Kokusia na torcie, wiec musze ogarnac chalupe nieco dokladniej niz zwykle. A zreszta i tak jest pora przedswiatecznych porzadkow... Potworki dojechaly ze szkoly i przynajmniej tym razem mogly troche posiedziec, odpoczac i zjesc na spokojnie obiad przed wyjazdem na pilke nozna. To juz przedostatnie zajecia.

Udalo mi sie uchwycic Potworki goniace za pilka w tym samym momencie. Niestety, nie wiem czy to oswietlenie tam, czy problem z "obiektami" w ruchu, ale zdjecia zawsze wychodza mi zamazane, mimo, ze stoje dosc blisko
 

Jak pisalam, nie bede zapisywac Nika na kolejna sesje. Bi nadal bedzie chodzic, bowiem zapisana jest tez jej kolezanka, wiec panna chce kontynuowac. Na trzecia - ostatnia zimowa sesje, mam nadzieje, ze beda juz jezdzic razem, bo skonczy sie koszykowka. W kazdym razie, na pilce tym razem wyjatkowo nie grali mini meczu, tylko cala godzine robili cwiczenia techniczne i troche postrzelali do bramki. Mieli dostac pamiatkowe koszulki, ale podobno maja je rozdawac dopiero nastepnym razem. I lepiej zeby tak bylo, skoro beda to ostatnie zajecia. ;) A potem i tak bedzie przerwa niemal do polowy stycznia... Te zajecia na szczescie koncza sie juz o 17, wiec po powrocie do domu czlowiek mial wrazenie, ze wieczor taaaki dluuugi... :D

W piatek Potworki ponownie mialy skrocone lekcje. Tym razem pojechali do szkoly autobusem, ale poniewaz i tak pracowalam z domu, zlitowalam sie i postanowilam ich odebrac. Rano pojechalam na zakupy, a potem, zerkajac od czasu do czasu w sluzbowy komputer, odkurzalam i mylam podlogi na parterze i w piwnicy. Niestety, zakupy zajely mi tyle czasu, ze potem nie wyrobilam sie ze wszystkim i latalam na mopie juz po przyjezdzie z dzieciakami. Po poludniu trzeba bylo pocwiczyc czytanie do Polskiej Szkoly, a z Kokusiem tez slowka na dyktando. Obejrzelismy powtorke meczu Argentyny z Holandia, a potem musialam zabrac sie za pieczenie. Nie tylko znow kisc bananow nie nadawala sie juz do jedzenia, ale jeszcze mus bylo machnac biszkopt na tort Mlodszego. Biszkopty przyprawiaja mnie o stres, bo zawsze boje sie, ze nie wyrosna. I choc tylko raz, na poczatku kariery "tortowej" zdarzylo mi sie, ze zupelnie nie wyrosl, za kazdym razem nerwowo obgryzam paznokcie. W piatek na szczescie wyrosl wysoki i pulchny. ;) Tego dnia przyszly tez raporty semestralne Potworkow, ale o nich to juz innym razem...

I kolejny tydzien za nami... Uwierzycie, ze za dwa tygodnie Boze Narodzenie?! :O

6 komentarzy:

  1. Tak, juz bardzo blisko mamy Xmas! Az sie znowu z tym dziwnie czuje, ze to juz, za chwilke. Bo nawet nie pamietam dobrze, jak i kiedy jesien minela. Potworki zajete jak zwykle cudownie, a prezenty swiateczne zaczely sie sypac, od Mikolaja i z kosciola i od dziadka... Fajnie. U nas tez w kosciolach rozdaja rozne smakolyki i zabawki dla dzieci. My na lyzwy tez sie powinnismy wybrac wkrotce, bo pozazdroscilam wam takiej zabawnej odmiany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie jesien w ogole byla wycieta z zyciorysu, wiec mam wrazenie, ze wrocilismy pod koniec sierpnia z Polski, pyk! I juz nadeszlo Boze Narodzenie! :D
      Lyzwy jak lyzwy, fajne sa, ale czekam na narty! ;)

      Usuń
  2. Z jednej strony te nasze dzieci takie już duże i dorosłe. Z drugiej okazuje się, że nadal niewiele im potrzeba do szczęścia i wystarczą takie duperelki od Mikołaja, a jo-jo jest po prostu nieśmiertelne :D
    Za każdym razem zachwycam się wielkością tego Waszego lodowiska. Nam się jeszcze nie udało na żadne pojechać, chociaż widziałam, że to na które zawsze jeździmy, jest już otwarte - uruchamiają jak temperatury przez dłuższy czas są poniżej 10 stopni. Może jakieś okłady pomogłyby Ci na to kolano?
    Te czekoladowe telefony wyglądają bardzo fajnie. Szkoda, że u nas nic takiego nie widziałam.
    Tak jak Bi ćwiczy granie, tak Jasiu najczęściej czyta u nas książki. Zamiast usiąść, albo położyć się na łóżku jak człowiek, on klęczy jak do modlitwy, a książka położona na łóżku :) Jedynie u siebie leży na łóżku czytając, bo tam już nie ma jak uklęknąć.
    Właśnie te zajęte weekendy najbardziej mnie drażnią u dzieciaków w piłce. Nie dość, że człowiek biega przez cały tydzień popołudniami na zajęcia dodatkowe, to jeszcze jak przychodzą wolne dni i chciałby sobie odpocząć, albo spędzić czas po swojemu, to okazuje się, że nie, bo są zawody. No ale trenować i nie brać udziału w zawodach, które są pewnego rodzaju nagrodą dla dzieciaków - też trochę głupio.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, mnie to najbardziej uderza w Bi. Bo to wiesz, juz taka mala kobietka: i wysoka i pryszcze i biust... A od czasu do czasu wylazi z niej mala dziewczynka i zawsze w szoku jestem i musze sobie przypomniec, ze 11-latka to nadal dzieciak. ;)
      To nasze lodowisko jest calkiem pokazne, choc w porownaniu do okolicznych (zamknietych) i tak w sumie niewielkie. Ale ja je zwykle wybieram wlasnie ze wzgledu na swieze powietrze. Zabieram w koncu dzieciaki z domu, zeby sie przewietrzyly, a nie przechodzily z jednego budynku do drugiego. ;)
      Moi obydwoje, czy graja, czy odrabiaja lekcje, nie potrafia po ludzku usiasc. Stoja, kreca sie, albo wlasnie klecza, czy siedza na podlodze...
      Ja juz pogodzilam sie z tym, ze przynajmniej soboty, bede miala zajete dopoki dzieciaki nie wyjada na studia. Plywanie jest najfajniejsze, bo zawody sa tylko zima i potem latem, ale to najwyzej 5 razy w sezonie, wiec co 2-3 tygodnie. Ale u nas w roku szkolnym, dzieciaki w soboty maja polska szkole, wiec nawet bez sportow, sobota i tak bylaby zajeta. ;)

      Usuń
  3. Świąteczna magia udziela się dzieciom, niezależnie od tego ile mają lat. W zeszłym roku Tygrysowi też udało się spotkać w kościele z Mikołajem. Przez cały Adwent nie był na roratach, poszedł raz i wrócił z piłką. Chyba w tym roku zapomniał, bo się nie rwie do kościoła :)
    Niezmiennie Cię podziwiam za organizację, ogarnianie c, gdzie i kiedy. U nas tylko jedna piłka, a czasem trudno ogarnąć, zwłaszcza, że trener w niedzielę wieczorem informuje o godzinach treningów na przyszły tydzień. Wolałabym stałe godziny. Dziś np. o 19.15. Odpuszczamy.
    Kochani, pięknego przedświątecznego czasu. Tak, trudno uwierzyć, że za chwilę Święta. Ja chyba już trzeci tydzień siedzę w domu. Miałam tyle planów, a tak naprawdę za chwilę święta i nowa praca.
    Pozdrawiam Was

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wesolego Po Swietach dla Was!!!
      Moje Potworki juz wlasciwie w Mikolaja nie wierza, ale i tak cieszy ich ta cala bozonarodzeniowa otoczka. :)
      Oj, gdybym miala takich trenerow jak Wasz, to tez nie ogarnelabym. ;) U nas najczesciej na poczatku sezonu dostaje sie grafik treningow oraz meczow czy zawodow i zmiany sa bardzo rzadkie. Mozna wiec jakos to zaplanowac.

      Usuń