piątek, 6 maja 2022

Kolejny tydzien - pierwszy majowy

Za nami kolejna szalona sobota, 30 kwietnia. Chociaz, tak naprawde to moglo byc jeszcze gorzej. ;) Tego bowiem ranka, na 9 Nik mial mecz w naszym miasteczku, a na 10 Bi swoj, ale w miejscowosci obok. Wiedzac, ze M. zwykle w soboty rano pracuje, szykowalam sie, ze zgarne Mlodszego po meczu i popedzimy na rozgrywke Starszej. Juz nawet uprzedzilam jej trenera, ze spozni sie jakies 15 minut. Tymczasem niespodziewanie M. dostal wolne, dzieki czemu moglismy sie rozdzielic i kazde wziac po dziecku. :) Poniewaz tydzien wczesniej M. pojechal z nami na mecz Bi, tym razem wzial Nika, co bylo mi bardzo na reke skoro jego mecz byl wczesniej. Zyskalam odrobine wiecej czasu na spokojne wyszykowanie sie. ;) Chlopaki pojechali wiec, a my z Bi kolejna godzine pokrecilysmy sie po domu. W koncu jednak przyszla i na nas pora zeby ruszyc. Panna grala w tym samym miejscu co ostatnio, a od nas to jakies 10 minut jazdy, dojechalysmy wiec szybko. Parking niespodziewanie tez znalazlysmy zaraz po wjezdzie na teren sportowy, Bi pobiegla na rozgrzewke, a ja rozsiadlam sie na krzeselku. I... o rany jak bylo zimno! Juz trzeci dzien z rzedu wial lodowaty, polnocny wicher, strasznie porywisty. Bylo okolo 10 stopni i rano stoczylam oczywiscie walke z obojgiem dzieci, bo dalam im dlugie spodnie i bluzki z dlugimi rekawkami pod koszulki zespolow. Oboje byli oburzeni, ze "przeciez jest cieplo!". Taaa... Rzecz jasna, nawet po meczu zadne sie nie przyznalo ze bylo im zimno, tylko zarliwie zapewniali, ze goraco... :D Coz, w sumie oni biegali, ja jednak siedzialam i choc mialam wiosenna kurtke, to kiedy wial wiatr, zakladalam kaptur bo balam sie, ze mi lewe ucho zawieje. Oczywiscie o tej porze roku, kiedy wicher na chwile ustawal, robilo sie goraco, bo slonce jednak mocno juz przygrzewa. Na zmiane wiec nakladalam i zdejmowalam nieszczesny kaptur. ;)

Pilkarski balet w wykonaniu Bi
 

Druzyna Starszej jakims cudem grala przeciw tej samej co tydzien wczesniej i skonczyla ponownie z wygrana 1:0. Tym razem dziewczyny mialy odwrotny problem niz ostatnio; wtedy czekaly zeby strzelic az beda idealnie ustawione, tym razem strzelaly z daleka i z boku. W rezulatcie przynajmniej 4 razy pilka przeleciala sobie obok bramki. W dodatku wszystkie te akcje przeprowadzone byly wlasciwie przez jedna zawodniczke. Reszta druzyny nadal "spi". :D Jedna z tych spiacych byla niestety Bi. Ustawiona na pozycji srodkowego lub ataku, jak ostatnio, przejmowala pilke i natychmiast odkopywala ja dalej. Zamiast tez biegac po boisku, krazyla przy "obcej" bramce, jakby w nadziei, ze pilka sama do niej przyleci, a ona po prostu sie odwroci i strzeli gola. :D W drugiej polowie trener dal ja na obrone i tu jakby odzyla. W koncu aktywnie przecinala droge przeciwniczkom i odkopywala pilke jak najdalej. Przynajmniej widac bylo, ze biega. ;) Sama po meczu stwierdzila, ze najbardziej lubi pozycje obrony. Wracamy wiec do punktu wyjscia, bo pamietam, ze w pierwszym sezonie tez trzymala sie pozycji obroncy i nie chciala probowac zadnej innej. Potem nabrala pewnosci siebie i zaczela byc ogolnie bardzo dobrym zawodnikiem i... w tym sezonie zaliczyla kompletny zwrot. ;) Po meczu wrocilysmy do chalupy, gdzie dowiedzialam sie, ze po pierwsze, chlopaki kupili po drodze sushi, a po drugie, druzyna Kokusia wygrala 6:3. Tym razem Mlodszy nie strzelil zadnego gola, ale ze wygrali, to nie narzekal. :) To nie byl koniec zajec sportowych na ten dzien, bowiem Nik mial... zawody plywackie! Jeszcze w czwartek pytalam go czy jest pewien, ze chce jechac rano na mecz, a po poludniu na wyscigi na basenie, bo to byl taki ostatni dzwonek, zeby zmienic zdanie i dac trenerowi znac, ze nas nie bedzie, bez robienia klopotu z ustawianiem od nowa wyscigow. Mlodszy oznajmil, ze jest pewnien, ze chce. No dobra. Wracam z Bi z jej meczu, mowie ze Nik musi cos zjesc przed zawodami, a co na to ten moj syn? Ze on jednak nie chce plywac!!! Myslalam, ze go udusze! Oczywiscie musial to palnac przy M., ktory natychmiast fuknal na mnie, ze ja znowu cos wymyslam i ze jak to Nik ma zaliczac dwa sporty w jeden dzien?! Mowie, ze przeciez dzieciaka pytalam, ale malzonek juz naburmuszony, ze slucham malolata. No niestety, wydaje mi sie, ze 9-latek jest juz na tyle duzy zeby wiedziec czy ma ochote, bo ze fizycznie da rade, to wiedzialam sama. Gdybym po meczu zaproponowala mu, ze pojedziemy na rowery, zgodzilby sie bez mrugniecia okiem, bo to dziecko i ma niespozyte poklady energii. W kazdym razie fuknelam na Mlodszego zeby nie robil sobie jaj, bo nie odmawia sie tak w ostatniej chwili bez waznego powodu, on burknal, ze "Dobra, dobra, pojade!", a wiec zjadl, spakowalam torbe i pojechalismy. :) 

Pewnie pamietacie, ze trener przyslal maila z lista zawodow, na ktorej nie bylo Kokusia? Dopiero w sobote poznym rankiem odpowiedzial, ze dziekuje ze to zauwazylam i ze juz poprawil, ale poprawionej listy nie zalaczyl. :D Dopiero na miejscu Nik mogl sprawdzic wiec, jakie style mu przydzielono. Na szczescie wszystkie mu odpowiadaly. Plynal wiec 50m kraulem, 100m kraulem (bez sensu wg. mnie takie powtorzenie), 50m stylem grzbietowym oraz takie dziwne polaczenie, kazdym z 4 stylow po jedna dlugosc basenu, czyli w sumie 100m. Ponownie brakowalo dwoch najszybszych chlopcow z jego przedzialu wiekowego, wiec ta moja uchatka wygrala wszystkie cztery konkurencje. :D

Wygrana # 1. W kazdym wyscigu bralo udzial trzech zawodnikow, ale trzeci (nie ten sam) za kazdym razem zostawal tak daleko w tyle, ze nie miescil mi sie w kadrze ;)


 

Wygrana # 2. Tutaj bylo blisko, ale jednak Nik wysunal sie na prowadzenie

Wygrana # 3. Czwartego wyscigu nie nagrywalam bowiem tez byl dlugi, na 100m i stwierdzilam, ze co za duzo, to niezdrowo ;)

Osobiscie znowu bylam "biegaczem" i zgodnie z nazwa nabiegalam sie za wszystkie czasy. Szczegolnie ze okazalo sie, iz brakowalo jednej osoby do mierzenia czasu, wiec drugiemu "biegaczowi" wreczono jednak stoper i zostalam sama. ;) Nie krzywdowalam sobie jednak, powtarzajac w myslach, ze przynajmniej mam zaliczony ruch na ten dzien. ;) Dzieki temu mialam czas troche przypilnowac Kokusia. Nagralam spokojnie trzy z jego wyscigow, a potem kilka razu gonilam go z recznikiem i wycieralam. Nie rozumiem bowiem czasem tego mojego syna. Niby 9 lat to juz nie dzidzius i powinien miec troche zdrowego rozsadku. Wiekszosc dzieciakow miedzy zawodami owijala sie recznikami i tak chodzila. A Nik? Przychodzil cos do mnie gadac, sine usta, caly sie trzesie i... mokry. Pytam dlaczego sie nie wytarl. Macha reka, ze nie musi. No jak nie musisz, jak cie calego az telepie?! :O Miedzy zbieraniem karteczek wiec, ganialam jeszcze za dzieckiem zeby go wycierac, ech...

A jesli myslicie, ze na ten dzien to juz wszystko, to... sie mylicie. ;) Na niedzielny ranek M. mial bowiem plany, a to oznaczalo, ze chcial pojechac w sobote na popoludniowa msze! Po basenie wrocilam wiec z Kokusiem do chalupy, na godzine klaplam na fotel bo nogi mi, za przeproszeniem, w doope wlazily, po czym trzeba sie bylo zrywac ponownie. W kosciele na szczescie moglam chwile posiedziec i poza okazjonalnymi pytaniami dzieciarni: "A dluuugo jeszcze?", mialam spokoj. ;)

Stwierdzam, ze sie starzeje. Kiedys, jeszcze niedawno, taki bieg zupelnie mi nie przeszkadzal; przeciwnie, lubilam jak sie cos dzialo. I w zasadzie nadal to lubie, ale potem jednak padam na pyszczek. To byla kolejna sobota, kiedy wieczorem rozbolala mnie glowa i ledwie patrzylam na oczy...

I zaczal sie maj... Pierwszy jego dzien byl juz spokojniejszy. Malzonek rano wstal, pojechal na silownie, wrocil, a ja nadal "dogorywalam" w lozku. :D Potem niestety musialam sie zwlec, M. jechal bowiem na glosowanie z pracy. U nich sa zwiazki zawodowe, ktore co kilka lat negocjuja umowe o nowych warunkach z firma. Wlasnie przyszedl czas na nowy kontrakt, pracownicy musieli wiec pojechac w jakies miejsce, gdzie przedstawiciele zwiazkow zawodowych urzadzili prezentacje warunkow umowy, a pozniej wszyscy pracownicy mieli glosowac czy umowa ma zostac podpisana, czy nie. W razie gdyby zaglosowali na "nie", od nastepnego dnia wszyscy mieliby strajkowac. Juz tydzien wczesniej kazdy pracownik dostal rozpiske, gdzie ma protestowac, w ktore dni i o ktorej godzinie. Dla M. wypadalo to przed glowna ulica obok pracy, w czwartki... od 2 do 6 nad ranem! :D Malzonek twierdzil, ze strajk to ostatecznosc i ostatni raz strajkowali 20 lat temu (dlugo przed jego przyjeciem do tej pracy), ale nic nie wiadomo. On wiec pojechal, a ja dostalam sms'a od sasiadki, ze okolo 11 jej starsza corka chce rowerem podjechac do Bi i czy moga sie pobawic. Jak ja kocham takie stawianie przed faktem! Bo co mialam odpisac? Ze ma nie przyjezdzac? Zadnych planow w koncu nie mielismy, a nie bede sie, wzorem mojej mamuski, barykadowac w chalupie i udawac, ze nas nie ma. Tak, moja zdolna matka tak robila. Nie otwierala drzwi, nie odbierala domofonu, jesli byl wieczor to gasila wszystkie swiatla. Nie ma nas! :O Mi az tak na mozg (jeszcze) nie padlo, wiec odpisalam, ze ok, dziewczyny moga sie pobawic. Ogarnelam sie troche i przyjechal na kawe moj tata, a pozniej faktycznie podjechala kumpelka Starszej.

Psiapsioly zupelnie przypadkiem zalozyly takie same koszulki i nawet ten sam model skarpetek, choc to trudniej zauwazyc :D
 

Na szczescie dziewczyny zaszyly sie w pokoju Bi i oprocz jednej wyprawy na dol po soczki i lody, wlasciwie nie bylo ich slychac. Probowalam je wygonic na dwor, bo tego dnia mielismy 22 stopnie, ale sie nie daly. ;) W ktoryms momencie dostalam sms'a od taty panny (mama z mlodsza byly na lekcji tanca), o ktorej ma ja odebrac. Jak to milo z jego strony. ;) Odpisalam ze spokojnie moze zostac kolejna godzine bo grzecznie sie bawia, a on ze mlodsza ma mecz na 13:15 i wczesniej starsza mowila, ze tez chce na niego jechac. Odpisalam wiec, ze spytam czy chce, a potem przeliczylam godziny i stwierdzilam, ze lepiej zeby faktycznie chciala, bo inaczej bede ja miala na glowie gdzies do 15 (bo sasiedzi, jak wiemy, sa srednio punktualni jesli o odbior corek chodzi)! :D Na szczescie chciala, wiec pol godziny pozniej musialam jej przypomniec, ze musi ruszac do domu. Co za ulga, choc Bi byla niezbyt zadowolona, ze kolezanka juz jedzie. :D Wrocil M., ktory przekazal radosne wiesci, ze strajku nie bedzie, bo nowa umowa przeszla. Z jednej strony sie cieszyl, bo przy strajku nie zarabiaja, ale z drugiej, posiedzialby sobie w domu. :D Moj tata jeszcze chwile zostal, po czym ruszyl do domu, szykowac sie na kolejny tydzien pracy. Ja tez musialam brac sie za zalegle prania i odgruzowywanie, bo w sobote malo co zrobilam. Malzonek wymyslil spacer, ale szczerze, to tak mi sie nie chcialo, ze wymowilam sie okresem. Rzecz jasna M. cos tam burczal, ze bym sie przeszla to lepiej bym sie poczula, ale warknelam, ze ze mnie "leci" i nigdzie nie bede lazic. Przyznam, ze malzonek robi postepy, bo jeszcze jakis czas temu, sam by ze spaceru zrezygnowal, tym razem jednak "dzielnie" wzial psa oraz Potwory i pomaszerowali. ;) Ja zas odetchnelam cisza, choc niestety musialam tez poskladac jeden z ladunkow prania, bo akurat suszarka sie wylaczyla. Ale i tak lekko sie zresetowalam. Kiedy reszta wrocila, musialam wziac pod prysznic Kokusia, potem zagonic pod niego Bi, kolacja oraz takie tam i wieczor zlecial.

W poniedzialek byl oczywiscie jeden z dwoch najwazniejszych dni w roku (dla mnie ;P), czyli urodziny Bi! :) Poprzedniego wieczora zostawilam jej przy lozku maly stosik upominkow i juz rano slyszalam jak tam grzebie. Kiedy wstalam, pierwsze to zaspiewalam jej Happy Birthday i spytalam czy cieszy sie z prezentow. No coz... Poniewaz Bi tym razem kompletnie nie miala pomyslu co chcialaby dostac, wymyslilam sama. Dwa charms'y do bransoletki jej sie bardzo podobaly, wiec choc tu trafilam. Ani jednak z zestawu "pierwszej pomocy" na wypadek dostania pierwszego okresu, ani z ksiazek o dojrzewaniu, sie nie ucieszyla. A wybralam takie dla mlodszych dziewczynek, pisane przystepnym jezykiem. Nawet kiedy zaproponowalam, ze mozemy je przeczytac razem, zeby mogla spytac o niejasne rzeczy, odmowila. Wrecz poplakala sie, ze nie chce tym rozmawiac... Hmm... Moze jeszcze wczesnie, tyle, ze to jest klasyczny przyklad tego jak dojrzewanie "fizyczne" nie idzie w parze z emocjonalnym. Bi twierdzi, ze ona przeciez jeszcze okresu nie dostanie, a ja widze po tym jak wyglada, ze moze to nastapic w kazdej chwili... Coz... szkoda mi sie zrobilo, ze sprawilam jej przykrosc w dniu urodzin, ale chcialam jak najlepiej. A spodziewalam sie, ze ona raczej bedzie dumna, ze dorasta... :(

Ten tydzien w Hameryce to Teacher Appreciation Week (w wolnym tlumaczeniu: tydzien wdziecznosci dla nauczycieli). O ile w szkole Kokusia dali tylko link gdzie mozna wplacic pieniazki na budzet szkol w imieniu wybranego nauczyciela, o tyle u Bi to juz calotygodniowe wariactwo organizowane przez komitet rodzicielski. Sniadanka z kawka, poczestunki, kwiatki i co tam jeszcze. Oczywiscie tydzien wczesniej wyslali prosbe do rodzicow o wklad w kupno tego calego dobra. Wpisalam sie zeby kupic tuzin ciastek, choc ostatecznie kupilam muffiny z jagodami. ;) Dodam, ze chetniej bym cos upiekla, co byloby i zdrowsze i smaczniejsze, ale zaznaczone bylo, ze ma byc kupne. Wszystko trzeba bylo dostarczyc w poniedzialek rano, co akurat dobrze sie skladalo, bo i tak z okazji urodzin obiecalam Bi, ze zawioze ja do szkoly. Myslalam jednak ze ona wezmie te muffiny i zaniesie do sekretariatu, ale gdzie tam! Zrobila wielkie oczy, ze ona sie wstydzi i to byloby dziwne... No rzeczywiscie, dziwactwo nad dziwactwami... ;) Zamiast wiec wyrzucic Bi ze sznureczka aut podjezdzajacych pod szkole, musialam zaparkowac i podreptac do budynku osobiscie. Jak to zwykle bywa, dzien wczesniej mielismy slonce i ponad 20 stopni, a w poniedzialek rano zrobilo sie ledwie 12 i padal deszcz, musialam wiec pomykac przez parking i z powrotem w mzawce. ;)

Dostalam telefon z farmy, na ktorej Potworki mialy byc na polkoloniach. Nie znalam numeru, wiec nie odebralam, ale zostawili wiadomosc, ze zatwierdzili rezygnacje i zwrot pieniedzy. Dodali tez, ze zwykle kasuja $50 za odwolanie od dziecka, ale z racji, ze tu jest rodzenstwo, zgodzili sie, zeby potracic mi to tylko jednorazowo. No laskawcy po prostu!!! :/ Kurde, niezly biznes maja na tych polkoloniach. Nie dosc, ze trzeba rezerwowac w grudniu - styczniu, kiedy czlowiek nie mysli jeszcze o planach wakacyjnych, nie dosc, ze nie brakuje im chetnych i na pewno nie zostana z nie-zajetymi miejscami, to nawet na ludziach, ktorzy zmuszeni sa zrezygnowac, sobie zarobia!!! :/

Jak to w poniedzialek, Nik mial basen, pojechal jednak z M., ktory byl bez humoru i nie chcialo mu sie zostawac zeby pocwiczyc dluzej, wiec nie musialam po mlodego jechac. A malzonek humor mial taki a nie inny, poniewaz wyjezdzajac z parkingu pod praca, chcial zerknac na cos szybko w telefonie i... przywalil bocznym lusterkiem w slup! :O No mowie Wam, stary, a... niemadry. :D Lusterko sie sklada, wiec przypiep**ylo w szybe (dobrze, ze ta tylko zarysowalo), odpadla obudowa z tylu, a szklo cale sie stluklo i wykruszylo... Pieknie, po prostu wspaniale. A M., jak to on, chodzil wku*wiony na caly swiat, choc winny jest tylko i wylacznie on. No ale... Po powrocie chlopakow, dzieciaki siadly do pracy domowej, bo przed basenem Kokusia nie zdazyly (a Bi nie chcialo sie odrabiac samotnie), a potem szybko wsadzilam swieczki w kawalek ciasta i zaspiewalismy pannie Sto Lat.

Sto Lat!
 

Niestety, Nik sie zbiesil i oswiadczyl, ze siostra jest zawsze dla niego niemila, wiec on nie bedzie jej spiewal i koniec. Czesc filmiku mam wiec z ochrzanem, ktory w tle M. spuszczal synowi. Uroczo. ;)

Wtorek pelen byl emocji. Roznorakich. ;) Rano przybylam z Potworkami na przystanek autobusowy i w tym momencie podjechala tam jakas babka, zeby ostrzec, ze wlasnie na ulicy wyzej widziala dwa duze niedzwiedzie i zeby uwazac. Corka jednych sasiadow jest chora, drudzy raz sa na przystanku, raz ich nie ma, wiec po odjezdzie kobitki zrobilo mi sie jakos tak nieswojo. :D Zaproponowalam dzieciakom, ze moze wrocimy do domu i na przystanek podjedziemy autem. Nik byl chetny, Bi marudzila, ze co tam taki niedzwiedz, podejdzie, powacha i pojdzie. Taaa... ;) Podjelam jednak decyzje (okazuje sie sluszna), zeby cofnac sie do chalupy. Zostawilam Potworki na przy wjezdzie zeby wypatrywaly autobusow, sama zas pobieglam do domu na gore po kluczyki. Zdazylam zbiec z powrotem do garazu, a tu Potworki wpadaja do srodka z okrzykiem "Niedzwiedzie!!!". Cale szczescie, ze sobie poszlismy z przystanku, bo "misie" (matka z takim juz wyrosnietym mlodym), przewrocily smietnik pod domem zaraz po drugiej stronie ulicy od niego. :O Sasiad zdolal je przeploszyc i ruszyly sobie na kolejny ogrod. My tymczasem dojechalismy do naszego przystanku i wlasnie Bi spytala jak wyjda na autobus skoro kreca sie tam niedzwiedzie, kiedy... ten przejechal bez zatrzymywania sie! No pieknie! Stwierdzilismy wiec, ze podjedziemy na przystanek kolezanki Bi. Podjezdzamy, a A. stoi sobie sama, bez rodzicow! Ostrzeglismy ja, ze widzielismy niedzwiedzie i wyslala wiadomosc swojemu tacie, ktory zaraz przypedzil z domu (oni maja strasznie dlugi podjazd i chalupy z ulicy nie widac). Starsze dziewczyny wsiadly w swoj autobus, a my zostalismy z Kokusiem i siostra kolezanki Bi. Myslelismy, ze misiaki poszly w gore naszego osiedla, tymczasem nagle patrzymy, a one ida za domami wzdluz naszej ulicy i w dodatku centralnie w nasza strone! Mlode, troche bardziej nerwowe, przelatywalo miedzy domami, a matka szla za nim statecznie.

Idzie sobie "mamusia"
 

Popatrzyly na nasza grupke, po czym polazly na sasiednie osiedle i w tym momencie pojechal autobus. :) Tyle porannych przygod, choc kiedy potem rzucalam pileczke Mayi, rozgladalam sie naokolo z uczuciem lekkiej paniki. ;)

Tego dnia postanowilam pracowac z domu, wyslalam wiec maile do szkol Potworkow, ze odbiore ich osobiscie, po czym zaczelam bic sie z myslami czy jechac do Polakowa, czy odpuscic. Nie bardzo mi sie chcialo, poza tym mialam okolo 1.5 godziny zanim musialam sie polaczyc na meeting, myslalam jednak o masie twarogowej, potrzebnej mi do tortu na urodziny Bi. W niedziele mieli bowiem wpasc dziadek z chrzestnym. Bywalo, ze ciezko bylo ja dostac, bo to produkt sprowadzany z Polski, a wiec uzalezniony od dostaw, a ze to sezon komunijny, to jest masowo wykupywany przez okoliczne polskie restauracje i piekarnie. Balam sie, ze jak poczekam do weekendu kiedy M. moze pojechalby na zakupy, juz go nigdzie nie dostane. W koncu stwierdzilam, ze dobra, jade! Nawet jak sie spoznie na meeting to najwyzej sklamie, ze komputer mi sie zawiesil i nie moglam sie polaczyc, czy cus. ;) O tej porze dnia i w srodku tygodnia ruch na drogach byl naprawde luzny i okazalo sie, ze mialam calkiem niezly czas, ale za to moje obawy okazaly sie sluszne, bo w pierwszym sklepie, masy twarogowej nie dostalam. :O Dobrze, ze polskich sklepow jest tam kilka i w kolejnym juz byla. Moglam ruszyc z powrotem i udalo mi sie nawet zahaczyc o biblioteke, a i na meeting zdazylam bez problemu. :)

A meeting byl tego dnia wyjatkowo dlugi i upierdliwy. Czulam sie po nim kompletnie wypompowana z szarych komorek. ;) Dla odmozdzenia wiec, zlapalam za odkurzacz i polazlam na gore, odkurzyc "koty" walajace sie pod lozkami. Ot, taka rozrywka. ;) Przez to sprzatanie zafundowalam sobie kolejny dzien na wariackich papierach, bowiem odkurzyc pietro i schody zdazylam, ale juz umyc podlog nie. Moja praca z domu tego dnia, byla bowiem wymuszona impreza w szkole Kokusia. Po dwoch latach pandemii, w koncu zrobili normalne obchody May Day ("Dzien Majowy", ktory symbolizuje poczatek wiosny; taka brytyjska tradycja), ku mojej ogromnej radosci, bo w koncu od kolejnego roku szkolnego nie bede juz miala w tej szkole zadnego dziecka. Rok temu dzieciaki taczyly, ale tylko same dla siebie, co wedlug mnie bylo zupelnie idiotyczne. Nauczycielki nagrywaly tance, ale ogladanie ich z ekranu to kompletnie nie to samo (choc i tak dobrze, ze "cos" zrobili, bo dwa lata temu szkoly byly zamkniete na trzy spusty). Ciesze sie, ze chociaz Nik zalapal sie na normalne obchody, szczegolnie, ze jako najstarszy rocznik, mial honor zaplecenia wstazek wokol slupa.

Najlepsi kumple
 

Popatrzylam, wzruszylam sie, bo to ostatni raz, posmialam, bowiem charakterna corka sasiadow caly taniec spuszczala w dol glowe, zeby dlugimi wlosami zaslonic twarz. ;) Fajnie to wygladalo, bo kazdy rocznik mial koszulki w innym kolorze. Nawet przedszkolakom je kupili, choc one nie wystepowaly.

Nie za dobrze widac wszystkie kolory, bo plac byl za duzy i te dalsze sie rozmyly
 

Dzieciaki tanczyly od najmlodszych - zerowek, po III klasy. Potem czlonkowie choru z czwartych klas zatanczyli z "mieczami" czyli kijami (:D), a na koniec kazda IV klasa po kolei zaplatala wstazki wokol slupa, kazda w inny wzor, zeby nie bylo.

North Skelton Sword Dance - final
 

Nik narzekal potem, ze cwiczenia w zaplataniu zbiegly sie w czasie ze stanowymi testami z matematyki oraz czytania/pisania, wiec mieli malo czasu zeby to dobrze przecwiczyc. I faktycznie, dzieciakom sie kilka razy cos pomylilo i splot mial wyraznie pare bledow. Ale co tam. Zapletli, potem rozplatali, suplow nie porobili i zadnej wstazki nie urwali. To najwazniejsze. :D

Nik pierwszy od prawej, zaznaczony gruba, zielona strzala
 

Jedyne co nie dopisalo, to pogoda. I tak obchody mialy byc w poniedzialek, ale z powodu deszczu przeniesli je na wtorek. Tego dnia, coz, nie padalo moze, ale bylo pochmurno i chlodno. Mialo byc 16 stopni po poludniu, ale temperatura ledwie doszla do 13. :/ Az dreszcze mialam patrzac na niektore dzieciaki (w tym mojego wlasnego syna), ktore zalozone mialy tylko "klasowe" koszulki. Nik mial bluze, ale... zawiazal ja sobie w pasie... Czesc dzieci miala nawet krotkie spodenki. :O Kiedy pozniej Mlodszy wyszedl ze szkoly, mial bluze zalozona, wiec chyba jednak troche zmarzl. ;) 

Kilka dni wczesniej dostalam maila od nauczycielki Kokusia, ze jesli ktos chce zabrac dziecko tego dnia do domu osobiscie (jesli zwykle wraca ono autobusem lub idzie na swietlice), to zeby uprzedzil, bo w zwiazku z cala gromada rodzicow przychodzacych na May Day, wielu z nich decyduje sie zrobic to w ostatniej chwili. Uprzedzilam wiec nauczycielke kilka dni przed, a potem wyslalam oficjalnego maila rano, ze tak, bede zabierac Nika do domu. Co prawda i nauczycielka i potem jeszcze dyrektorka, uprzedzaly w kolejnych wiadomosciach, ze po tancach dzieciaki musza wrocic do klas po swoje rzeczy oraz zeby maluchy jeszcze raz przeliczyc i kazdego wyslac w odpowiednie miejsce (swietlica, autobus lub rodzic), ale ludzilam sie, ze zajmie to kilkanascie minut i wypuszcza dzieci do rodzicow czekajacych pod szkola. W koncu i tak znaja nas z twarzy i wypuszczaja kazde dziecko do rodzica, a nie wszystkich na hurra. Tymczasem impreza skonczyla sie o 14:30, a nauczycielka muzyki, odpowiedzialna za cala oprawe, podziekowala dzieciom za wystepy, rodzicom za przybycie i oznajmila, ze dzieci wracaja do klas i wypuszczone zostana normalnie, o 15:15. :O No i co tu robic z taka iloscia czasu?! Mnie w dodatku potwornie chcialo sie sikac, bo bedac w domu, ozlopalam sie kawy jak glupia. ;) Do chalupy jechac bez sensu, bo zostalabym w nim 10 minut i musialabym wracac. W dodatku dorwalam zarabiste miejsce parkingowe pod samiutka szkola i nie chcialam zeby ktokolwiek mi je swisnal. :D Na szczescie szkola Kokusia znajduje sie zaraz obok centrum naszego miasteczka, a w nim jest nieodlaczne Dunkin' Donuts. Stwierdzilam wiec, ze przejde sie, skorzystam z toalety, a przy okazji kupie sobie kolejna kawe. ;) Nie bylo specjalnie cieplo, ale na szczescie nie padalo, byl to wiec calkiem przyjemny spacerek. Kiedys, w Polsce, normalnym dla mnie bylo takie chodzenie po miescie. Tutaj wszedzie przemykam autem. A tak to choc raz dobrze sie przyjrzalam centrum. Przeszlam obok remizy strazackiej, muzeum, przecielam plac z pizzeria oraz salonem paznokci, popatrzylam na dawny kosciol, ktory obecnie jest centrum mlodziezowym... Moglabym jeszcze tak polazic. :) W koncu wrocilam jednak z kawa do samochodu, popatrzylam w telefon, zajecia sie skonczyly, zgarnelam Mlodszego, pojechalismy jeszcze po Bi i wreszcie dotarlismy do domu. A tam okazalo sie, ze M., wiedzac ze bede odbierac dzieciaki, wiec nie musi sie spieszyc, pojechal tez... po kawe. :D

Po powrocie znow trzeba bylo wlaczyc wieksze obroty. Potworkom obiad, zagonic do lekcji, ja zas chwycilam wiadro i mopa i szybko przelecialam podlogi na gorze zeby juz skonczyc. Po chwili zas musialam zgarnac panne Bi i pojechalysmy na gimnastyke. Tam Starsza poszla cwiczyc, ja zas mialam kolejna chwile oddechu z kolezanka i plotami. ;) Po powrocie juz tylko kolacje dzieciom, mlodziez do spania i koniec tego dlugaaasnego wtorku. Ponownie bylam tak padnieta, ze o 23 juz ledwie patrzylam na oczy. ;)

Sroda przywitala nas deszczem. Jak w zeszlym tygodniu mielismy ostrzezenia przeciwpozarowe, tak w tym co chwila pada. ;) Majac w pamieci "przygody" z dnia poprzedniego, a dodatkowo wiedzac, ze sasiadka nadal jest chora i mielibysmy byc na przystanku sami, stwierdzilam ze moze lepiej podjechac autem. Zaparkowalam tak, zeby widziec wjazd na nasze osiedle, wlaczylam awaryjne i czekalismy. Przynajmniej mielismy sucho. :) W koncu i jeden i drugi Potworek odjechal, a ja wrocilam na chwile do chalupy, wstawilam pranie, po czym pojechalam do roboty. Po pracy do domu, szybko zjadlam obiad, wypakowalam sniadaniowki, butelki na wode, przygotowalam Potworkom ciuchy na zajecia, wstawilam zmywarke i probowalam zagonic dzieciaki do lekcji. Bezskutecznie. Woleli zrobic wieczorem. Probowalam uswiadomic Kokusia, ze wroci tuz przed 19, a Bi juz po 19, a to jest ich zwyczajowa pora, kiedy wolno im wejsc na tablety w dni szkolne. Bezskutecznie; zrobia pozniej i koniec. Nie to nie, prosic sie nie bede. Po chwili musielismy sie rozdzielic. Jak w kazda obecnie srode, M. pojechal z synem na basen, a ja z corka (i jej kolezanka) na pilke. Przestalo padac, ale nadal bylo pochmurno. Niby nie bardzo zimno, ale wilgoc jednak ciagnela. Troche pokrecilam sie po terenie wokol boiska, ale na wiekszosc czasu jednak zaszylam sie w aucie. Stwierdzam, ze przynajmniej dziewczyny dobrze sie bawily, bo za kazdym razem jak zerkalam to wszystkie ganialy z wesolymi piskami i smiechem. Ostatnio M. krecil glowa, ze zastanawia sie, co dziewczyny widza w pilce noznej. No wlasnie to. Bieganie w kolko z kolezankami. :D

Bi przy pilce
 

Po treningu odwiozlam jeszcze mloda sasiadke do domu, wiec kiedy wrocilysmy z Bi, bylo faktycznie kilka minut po 19. Praca domowa Kokusia (ktory byl juz w domu) lezy sobie na stole nieodrobiona, a moj syn siedzi z nosem w tablecie. :O Myslalam, ze wyjde z siebie i wkurzylam sie przy okazji na malzonka, ktory nawet nie przypomni, a slyszal jak przed wyjsciem Potwory klocily sie, ze odrobia pozniej. Opierdzielilam, ze maja siasc i odrobic i prosic ojca w razie czego, a sama poszlam pod prysznic. Kiedy zeszlam na dol, okazalo sie, ze grzecznie odrobili, ale to nie byl koniec irytacji. Nik ma nadal te Stanowe testy, ktore robia na komputerach. Oczywiscie patrze, szkolny Chromebook nie naladowany, bo po co. Dodatkowo, sluchawki (ktore rowniez sa potrzebne do testow), zamiast w kieszonce obudowy kompa, walaja sie na szafce w salonie! Bi nie lepsza. Ja sie miotam, szykuje ubrania na kolejny dzien oraz przekaski do sniadaniowek, a panna lazi za mna i nudzi, ze jej Chromebook trzeba ladowac i ze kolejnego dnia ma wycieczke szkolna do muzeum i w nim musza miec maseczki, wiec zebym jej spakowala. Pytam dlaczego zamiast chodzic za mna, sama nie spakuje i nie podlaczy laptopa? Bo ona zapomni, a ja bede pamietac. Tyle, ze w tym czasie, kiedy krazyla za mna irytujac mnie na potege, mialaby wszystko spakowane i podlaczone! Ech... dziecieca logika, czy raczej jej brak. :/

Czwartkowy poranek i kolejna frustracja ze strony niezawodnej corki. ;) Panna zeszla rano na dol pierwsza i zanim pojawilam sie w kuchni, zdazyla juz sobie nalac mleka, zagrzac je w mikrofali i siegnac po chrupki. Tyle, ze na tym najwyrazniej jej "wklad" sie skonczyl. ;) Ponownie miotam sie po kuchni szykujac sniadanie sobie i synowi, a panna siedzi przy stole i pyta czy podam jej lyzke i slomke. Slomke, bo Potworki lubia wysysac przez nie resztke mleka. Zachnelam sie lekko, bo widzi, ze latam jak w ukropie, a do szuflady ze sztuccami ma raptem cztery kroki, ale dobra; podalam jej te cholerna lyzke. I slomke. Zamiast "dziekuje", uslyszalam: "Co?! Czerwowna?! Wiesz, ze ja nienawidze czerwonego!!!". I wstala z krzesla, podeszla i wymienila slomke na inny kolor! Czyli co? Da sie jednak ruszyc dupsko, zamiast traktowac matki jak sluzaca! Fuknelam na pannice, ale nie mialam czasu na dluzszy wyklad, bo ranek to jest bieg przez oplotki. ;) Kilkanascie minut pozniej, ubieramy juz buty i bluzy do wyjscia, a Bi burczy z pretensja, dlaczego Nikowi przygotowalam szorty, a jej spodnie?! Juz bylam poirytowana, wiec tu nie zdzierzylam, bo wiecie co mieli zalozone?! Nik mial krotkie spodenki, z ktorych pomalu wyrasta, wiec sa minimalnie nad kolano, natomiast Bi dalam legginsy tuz za kolano, z wycieciami z boku, wiec odslanialy sporo nogi. Na pewno nie byly to dlugie spodnie. Tlumacze pannie, ze przeciez ma cala odslonieta lydke, a z boku tez kawalek uda, wiec to sa rowniez krotkie spodenki. Nieee, no przeciez to Bi, wiec bedzie sie wyklocac do upadlego, bo dla niej krotkie spodenki powinny ledwie zaslaniac tylek! Az w koncu musialam na nia huknac, zeby przestala w koncu dyskutowac! Normalnie pewnie bym spokojnie tlumaczyla i przekonywala ze nie ma racji (chociaz to nie ten charakter i jej sie wydaje, ze racje ma zawsze), ale po takiej kumulacji drobnych pyskowek, mialam dosc. Na autobusy poszlam wiec juz ze slowem na "k" na koncu jezyka... ;)

Mimo, ze zaczal sie maj, pogoda nadal tkwi w mentalnym kwietniu, wiec w czwartek po poludniu temperatura miala niespodziewanie dojsc do 22 stopni. Rano bylo co prawda niby tylko 11, ale juz kiedy szlam z Potworkami na autobusy, czuc bylo, ze slonce ostro przygrzewa. Dzieciaki pojechaly, a ja porzucalam psu pileczke, po czym jeszcze biegusiem poskladalam pranie, rozladowalam zmywarke i zaladowalam naczynia ze zlewu. Najgorszy dla mnie bowiem jest powrot z pracy kiedy znajduje pelne zlewy brudow, bo przeciez M. jeszcze dolozy szykujac dzieciakom obiad... Niestety, tego dnia nie mialam juz czasu na spokojna kawke, tylko trzeba bylo zasuwac do roboty. :/ W pracy, po raz pierwszy od dawna, po poludniu zrobilam sobie rundke wokol budynku. Trzeba rozruszac stare kosci po zimie! :) Po robocie, niestety musialam pojechac po spozywke, bo wiadomka, czwartek to teraz dla mnie jedyny dzien kiedy dzieciaki nie maja zadnych zajec. Wrocilam do domu po 17, rozpakowalam torby, zjadlam obiad i korzystajac z pieknej pogody, postanowilismy pojsc na krotki spacer. Najlepszy byl Nik, ktory wykrzyknal, ze on idzie tylko wtedy, jesli ja pojde, bo "mama nigdy z nami nie chodzi!". Niezle. Raz nie poszlam, to od razu wychodzi, ze nigdy z nimi nie spaceruje. ;) Coz, ku radosci syna, tym razem poszlam. Po powrocie wpadlam jeszcze do szopki, zeby poszukac trutki na owady. Na moich liliach bowiem, juz urzeduja te czerwone zuki! Jeszcze kurde kwiaty dobrze nie wyrosly i sie nie rozwinely, a zaraz zostana pozarte! :/ Na szczescie resztke spray'u mialam, ale kolejnego dnia zapowiadali deszcz, wiec kuracje bede musiala powtorzyc jeszcze raz. Zreszta, co ja pisze; bede musiala ja powtarzac caly sezon, te cholerne zuki bowiem sa praktycznie niezniszczalne, a zjadaja i liscie i paki i juz rozwiniete kwiaty! :/ Potem juz musialam zagonic Bi pod prysznic i wieczor wlasciwie sie skonczyl.

Poniewaz pogode mamy bardzo niestabilna, wiec piatek byl dla odmiany pochmurny i chlodniejszy. Temperatura doszla do 15 stopni, co nie jest zlym wynikiem na poczatku maja, ale za to w poludnie zaczal padac przelotny deszcz. Trener Kokusia odwolal wieczorny trening, za co bylam mu bardzo wdzieczna. Niestety, kwestia odwolania meczow nalezy juz do miasta/zarzadu terenow sportowych. Opady zapowiadane byly na cala noc oraz polowe soboty, ale od obu trenerow (Nika i Bi) dostalam wiadomosci, ze ostateczna decyzja zostanie podjeta do 7 rano dnia nastepnego. :O No to super, bo Bi mecz ma juz o 9 rano, czyli informacje czy sie odbedzie, czy nie, dostaniemy na ostatnia chwile. :/ Wkurzajace jest to tym bardziej, ze Potworki maja mecze jedno po drugim, ale w dwoch roznych miejscowosciach i M. zaoferowal, ze wezmie wolne i pojedzie z jednym dzieckiem. I teraz niewiadomo czy wysylac chlopa do roboty, czy nie... :/ Na pocieszenie, Bi znalazla takie cudo:

Kolor przepiekny!
 

Rudziki zalozyly sobie gniazdko na tui rosnacej zaraz przy frontowym wejsciu! Widac je jak na dloni, ale zastanawiam sie, czy zdolaja odchowac mlode w takim miejcu. Wchodzimy glownie garazem, ale z przodu wypuszczamy psa, przychodza kurierzy, itd. A kiedy tylko wychodzi sie na ganek, matka sploszona z krzykiem wylatuje z krzaka. Nie mowiac juz o tym, ze gniazdo jest bardzo nisko - nawet nie 1.5m od ziemi, za to zaraz przy schodach i balustradzie, a u nas kreca sie dwie kotki sasiadow... Oby maluchy szczesliwie sie wykluly, odchowaly i odlecialy w swiat. :)

A poki co pozdrawiam z deszczowej i (znow) lodowatej Hameryki!

poniedziałek, 2 maja 2022

Pierwsza "nastka"

No kto by uwierzyl... Moja mala dziewczynka jest juz nastolatka... Co prawda bardziej z samej nazwy, bo dla mnie te jedenascie to taka troche "udawana" nastoletniosc. No serio, toz to jeszcze dzieciak... ;) Niewazne, ze wyglada jak miniatrowa kobietka, bo pospieszyla sie z dojrzewaniem. W lepetynce nadal fiubzdziu. :D Zamiast nazywac jedenastolatke "nastolatka", wole okreslenie w tutejszym narzeczu - "tween". Utworzone od polaczenia "twelve" i "teen", okresla wlasnie dziewczynki w wieku okolo 11-12 lat. Juz nie mlodsze dzieci, ale nastolatki? Tez nie do konca. Takie przejsciowe poczwarki. ;)


Jak zwal tak zwal, ale kolejne urodziny sa faktem. Wiekszego przyjecia nie planuje, z racji, ze Nikowe tez sobie odpuscilam ze wzgledu na covid i zagroske ilu z zaproszonych gosci w ogole by sie pojawilo. Teraz, zeby bylo sprawiedliwie, Bi tez zrobimy tylko malutkie, rodzinne spotkanie z dziadkiem i chrzestnym. Dla mnie to nawet lepiej. :D

Charakterek ma Bi chyba juz w miare uksztaltowany. Teraz musi tylko jeszcze nauczyc sie nad nim nieco panowac i nabrac oglady. Nie ma bowiem problemu z byciem upartym. To pomoze w dazeniu do upatrzonych celow w przyszlosci. Podobnie, wybuchowy temperament sam w sobie tez nie jest czyms tragicznym, bo dzieki niemu Bi nie pozwoli sobie w kasze dmuchac i jasno postawi granice. Kiedy jednak ten upor, a do tego wieczne zlosci i wrzaski przyczyniaja sie do ciaglej "walki" miedzy wola Starszej a rodzicow, staje sie to troche meczace. Ze swojej strony czesto przewracam oczami, ze"kiedy to dziecko w koncu sie uspokoi...", choc gdy czytam stare posty, widze, ze postepy sa. Na przyklad, Bi przestala sie juz w zlosci rzucac na ziemie, o! :D Do nauczenia sie kiedy pora ugryzc sie w jezyk i odpuscic, dluga jednak jeszcze droga. Starsza musi miec ostatnie slowo i odpowiada do upadlego. Nieraz ja lub M. podnosimy juz glos, bo cierpliwosc nam sie konczy, ale Bi jeszcze potrafi mamrotac pod nosem, a kiedy na to hukniemy, musi chocby wystekac "hm!". Cokolwiek, byle byc ostatnia osoba, ktora wyda z siebie glos, jakikolwiek. Czasem jest to komiczne, ale czesto, kiedy rodzice maja gorszy dzien lub panna zgarnia ochrzan za jakies powazniejsze przewinienie, potrafi irytowac tak, ze az swierzbi reka zeby jej przylac. Dostaje za to kary, ale kiedy ma lepszy humor, sama przyznaje, ze to silniejsze od niej. Gorszy jest jednak jej stosunek do Nika, bo o ile ze mna i M. kloci sie werbalnie, o tyle w stosunku do brata nie zawaha sie przed rekoczynami. Niezbyt czesto, przyznaje, to nie tak, ze ciagle go tlucze, ale znamienne jest to, ze Mlodszy nigdy jej pierwszy nie uderzy, ona zas robi to z bzdurnych powodow, zupelnie nieadekwatnie do "przewinienia" Kokusia. Niedawno wracali z podworka i Nik dla zartu zamknal jej przed nosem frontowe drzwi. Niespodziewanie tak ja tym wkurzyl (podejrzewam, ze scigali sie do domu, Mlodszy wygral i tym juz jej podniosl cisnienie), ze kiedy (po doslownie kilkunastu sekundach, bo slyszalam ich) je otworzyl, pannica wpadla i popchnela go tak mocno, ze wylozyl sie jak dlugi i rabnal ramieniem w kaloryfer. Dobrze, ze nie glowa. :O Slyszac wrzask i rumor, wylecialam z kuchni zobaczyc co sie dzieje i znalazlam oboje dzieci ryczacych, jedno z bolu, drugie z wscieklosci. Bi dostala wtedy taka zj*bke, ze az gardlo mnie potem bolalo. ;) Nik tlumaczyl sie, ze on tylko zartowal, a Starsza wyla, ze chciala wejsc do domu, a on jej nie pozwolil! Niewazne, ze gdyby zadzwonila, otworzylabym jej przeciez drzwi, a i M. byl gdzies kolo chalupy, wiec tez by ja wpuscil, nie mowiac juz o tym, ze garaz byl otwarty, a nawet do zamknietego zna kod. Nie bylo wiec mowy, ze zostalaby na podworku bez mozliwosci wejscia do domu, no ale... Nie spodobal sie jej zarcik brata, wiec sie na nim wyzyla i to grubo przesadzajac. Taki to charakterek. :D

Niestety, jak uparla sie, zeby zrezygnowac z druzyny plywackiej, a ja stwierdzilam, ze sama musi sobie znalezc sport ktory lubi, tak wybrzydza i prawie niczego nie podejmuje na dluzej. Wyjatkiem jest gimnastyka, ale ta jest tylko raz w tygodniu, a dodatkowo, poniewaz Starsza jest juz zwyczajnie "za stara", w tym sporcie juz niczego wiekszego nie osiagnie. Dla mnie jest to tylko forma wyciagniecia jej z domu zeby troche sie poruszala. Szczegolnie zima, kiedy sila rzeczy wieczorami nie ma szans na bieganie po podworku. W szkole, z 9 oferowanych sportow, sprobowala siatkowke i badmintona. Zadne jej nie "porwalo". Przyznaje, ze nawet chetnie jezdzila w tym roku na lodowisko, ale ze na nartach nie bylismy ani razu rodzinnie, wiec i panna nie jezdzila w ogole. Teraz zaczela sie pilka nozna i poki co entuzjazm jest, ale ile potrwa? Kto to wie... ;)

Fizycznie... to juz prawie kobietka. Wszelkie "atrybuty" ma, choc moze jeszcze nieco w... miniaturze. :D Podczas ktoregos z treningow pilki noznej, stwierdzilam, ze potrzebny jej stanik, bo "dziewczyny" juz widocznie skacza. :O Ostatnio buzke jej znow tragicznie wysypalo, ale kiedy na glos zastanawialam sie dlaczego plyn do mycia, ktory dzialal super cala zime, teraz przestal, okazalo sie, ze Bi urzadzila sobie ferie wiosenne w pelnej krasie i z ich okazji przestala go uzywac. :D W kazdym razie, widzac wszystkie zmiany, na urodziny kupilam jej dwie ksiazeczki o dojrzewaniu, zmianach w ciele, itd. oraz maly zestaw, ktory bedzie mogla miec w plecaku szkolnym lub na polkoloniach, ze srodkami higienicznymi. Spodziewam sie bowiem, ze to kwestia najwyzej kilku kolejnych miesiecy i panna dostanie okres. Lepiej zeby byla przygotowana, choc ja nigdy z tego tajemnicy nie robilam, a Bi zwierzyla sie kiedys ze dwie jej kolezanki w klasie juz miesiaczkuja, wiec mysle, ze nie byloby szoku ani strachu. Dodatkowo, ponoc w dziewczecej toalecie w szkole, dostepne maja i podpaski i tampony. Cale szczescie, choc zastanawiam sie jak 11-12-latki daja rade wkladac tampon. :O Wraz z dojrzewaniem, zmienia sie ogolna postura Starszej. Ona zawsze byla taka "nabita", gdzie ja jako dziecko bylam chuda jak patyk. Teraz jednak, zaczely jej sie robic jakies masywne uda i tylek. Widze po spodniach i getrach, w ktorych na jesieni miala jeszcze luzy, a teraz sa obcisle. :O Oczywiscie ona caly czas rosnie, wiec to tez moze byc przyczyna, ale moze to tez byc slabosc panny do slodyczy pod wszelaka postacia. ;) Jak zwykle dodam, ze "dentystycznie" nie pamietam jak statystyki stoja. Chyba nadal rusza jej sie ktoras czworka, ale pewnosci nie mam. ;)

Wielka miloscia Bi sa nadal zwierzeta. Prawie wszystkie, poza pajakami oraz latajaco - zadlacymi owadami. ;) Z sasiadka wciaz namietnie grzebia w ziemii, listowiu i pod kamieniami w poszukiwaniu dzdzownic i salamander, a do tego zostawiaja cukier lub okruchy przy kazdym znalezionym mrowisku. :) Poza zestawem "mlodej kobietki", na urodziny kupilam jej tez charm'sa w ksztalcie psiej lapki, skoro to taka milosniczka siersciuchow.

Ukochana czynnoscia sa robotki na szydelku. Nadal nie ma odwagi zeby sprobowac tworzyc bardziej ozdobnych ksztaltow, ale nauczyla sie zmieniac kolory i teraz tworzy jedna torebeczke za druga w kolorowe paski. ;) Obdarowala juz chyba wszystkie kolezanki, a teraz dzierga dla siebie wielka torbe. Smiesznie jest jak czytam jej wieczorem przed snem, a Bi w tym czasie obok szydelkuje dla zajecia raczek. :)

Nad tym obecnie pracuje. Moja lapa ma pomoc w okresleniu rozmiaru - a to jeszcze nie koniec!
 

Nadal lubi pisac i choc robi niemozliwe bledy, to pisze bardzo ciekawie i ma zaskakujaco bogaty zasob slownictwa, ktorego w mowie zupelnie nie stosuje, ale juz przy pisaniu potrafi jakims cudem uzyc. Niedawno przyniosla ze szkoly wiersz o tygrysach (no oczywiscie :D) oraz mala prezentacje, ktora robili w szkole na temat czytanych ksiazek.

Wlasnorecznie wyrysowana ramka pasuje idealnie :)
 

Z prezentacji zrobiono konkurs, w ktorym Bi byla jedna z wyroznionych osob. 

 

Owe tlo przypominajace notatnik bylo celowe, zeby wygladalo to jak kartka wyrwana z zeszytu

Ostatnio zas zglosila sie na konkurs, gdzie miala napisac o zagrozonych gatunkach. Starsza pisac lubi, kocha zwierzaki, wiec lepszego tematu znalezc nie mogla. :) Od jakiegos czasu, pisze tez sama dla siebie dzienniczek, spisujac wydarzenia dnia).

Interesuje sie swoim wygladem. Szkoda, ze o myciu zebow trzeba jej przypominac, ze o gonieniu pod prysznic nie wspomne. Wlosy rano jednak uklada kilka(nascie) minut, czym regularnie doprowadza mnie do furii, bo spieszymy sie do wyjscia, a panna zmienia trzy razy fryzure. ;) Krytycznie spoglada na ciuchy i czesto z tego, co jej przygotuje, wymienia bluzke lub spodnie, bo wg. niej nie pasuja do siebie. Jest z niej rowniez "sroczka". Zdecydowanie nie ma tego po mnie, bo ja bizuterii praktycznie nie zmieniam, a nosze tylko kolczyki, lancuszek oraz obraczke i pierscionek zareczynowy. Paznokci tez praktycznie nie maluje, bo wiecznie szkoda mi na to czasu. Do pojscia na pazury oczywiscie tez nie ma mowy; juz u fryzjera wkurza mnie takie siedzenie. :D Pod tym wzgledem Bi to prawdziwa kobieta. Kolczyki zmienia w zaleznosci od okazji i nastroju, dobiera wisiorki, bransoletek ma na reku chyba z piec i odkad dostala lakiery na Gwiazdke, wlasciwie caly czas ma pomalowane paznokcie. :)

I to wlasciwie tyle. Ogolnie pisze o dzieciakach regularnie, a to tylko takie podumowanko. :) Mala retrospekcja:

11-miesieczny slodziak :*

Trzylatka i 4-miesiaczna Mayusia w bonusie ;)

6 i pol-letni szczerbulec
 

A tu juz swiezo upieczona 11-latka (choc zdjecia sprzed dwoch tygodni):

Wiosenna panienka

Po kim ona taka ladna, tego nie wie nikt ;)


Dane techniczne:

154.9 (87 centyl)

43.6 kg (71 centyl)


Wszystkiego Najwspanialszego Moja Duza Dziewczynko! Niech Twoje Dni Beda Sloneczne i Wypelnione Smiechem oraz Zabawa i Tylko Od Czasu do Czasu Pojawi sie Jakas Chmurka!!!! Kocham Cie Najmocniej na Swiecie!!!

piątek, 29 kwietnia 2022

Grafik robi sie nieco szalony :D

W poprzednim tygodniu doszly treningi pilkarskie obojga dzieci, za to w minionym rowniez weekendowe mecze. Nie moze byc przeciez za nudno ;)

Sobota, 23 kwietnia to bylo po prostu wariactwo. Wstalam z Potworkami z samego rana, musielismy bowiem podjechac do Polskiej Szkoly. Co prawda dzieciaki na lekcjach nie zostawaly bo Nik mial mecz, ale chcialam wreczyc nauczycielce Kokusia formularz oraz czek na te nieszczesna wycieczke, o ktorej niedawno pisalam. Formularze trzeba bylo przyniesc do 30 kwietnia, a tego dnia ktores z Potworkow mecz ma na 9 rano, nie byloby wiec jak. Akurat w tamta sobote Nik gral o 10:15, byl wiec czas pojechac. Nie chcialam przeszkadzac w lekcjach, wiec pojechalismy juz na 8:30 rano, zeby Pania zlapac zanim rozpocznie zajecia. Wrocilismy do domu i akurat mielismy okolo godzinki zeby przygotowac sie do wyjazdu na boisko. Zajechalismy na rozgrzewke, Nik polecial do druzyny, a ja z Bi rozsiadlysmy sie na krzeselkach. Potem okazalo sie, ze na mecz przyjechala ta sama kolezanka, ktora spotkala dzien wczesniej na treningu, ktora zreszta nie byla tam przypadkowo, bo jej brat jest w druzynie Nika. Co lepsze, ta dziewczynka nalezy do druzyny Bi, tylko nie bylo jej na srodowym treningu! :) W kazdym razie, od tego momentu corki juz "nie mialam". Spokojnie przygladalam sie meczowi chlopcow, a dziewczyny ponownie wyczynialy akrobacje na barierkach. Zerkalam tylko na nie od czasu do czasu. Chlopaki grali przeciw innej druzynie z naszego miasteczka, ktora okazala sie twardym przewnikiem, choc poziomami byli chyba calkiem wyrownani.

Nik, z wlosami na twarzy, szykuje sie do przejecia pilki. A nie pisalam ostatnio, ze koszulki maja oczojebne?! :D
 

Mielismy pecha, bo poczatkowo trener (ktory nie zna jeszcze mozliwosci zawodnikow; w koncu to byl pierwszy mecz) wsadzil na bramke chlopca, ktory jest, co tu duzo mowic... ciamajda. Tak, wiem, pozycja bramkarza jest najbardziej stresujaca, ale ten chlopak, mimo iz wysoki i w sumie szczuply, to taka troche fajtlapa. Nawet na innej pozycji, wyglada jakby nie wiedzial co zrobic z ramionami, pilka przelatuje mu miedzy nogami... no gdzie on na bramke. W ciagu kilkunastu minut wpuscil trzy gole. Przy pierwszej okazji trener go wymienil i potem inni chlopcy juz obronili wszystkie. ;) Niestety, to co napsul bylo juz nie do odrobienia. Nasi chlopcy robili co mogli, ale strzelili tylko dwa gole i ostatecznie przegrali. Musze sie jednak pochwalic, ze jednego z tych dwoch goli, strzelil... Nik! :) Biegal, biegal az sie dobiegal. ;) Bardzo nieobiektywnie stwierdzam, ze Mlodszy byl jednym z najlepiej grajacych chlopcow w naszej druzynie. Nie wiem co sie stalo z dwoma innymi, ktorych pamietam z poprzednich sezonow jako swietnych graczy. No ale w koncu to pierszy mecz w sezonie i wszyscy maja prawo byc troche "zesztywniali" po zimie. :)

Na sobotnie popoludnie zaplanowalam wziac dzieciaki na impreze organizowana na znajomej farmie, z okazji Dnia Ziemii. Tak szczerze, to nie wiem co mial piernik do wiatraka, bo byl to po prostu wielki, halasliwy festyn, ktory z sama "Ziemia" nie mial nic wspolnego. No ale niech im bedzie. ;) Mielismy tylko wpasc do domu, szybko cos przekasic i jechac, ale M. w miedzyczasie napisal, ze jedzie po chinczyka. Ucieszylam sie przedwczesnie, ze przynajmniej nie musze martwic sie o to, co dzieciakom dac. Niestety, okazalo sie, ze malzonek podjechal jeszcze do Polakowa, przez co do domu zjechal w koncu dopiero przed 13. Szybko dalam dzieciakom jesc i pojechalismy, ale na miejsce dotarlismy gdzies przed 14, impreza zas konczyla sie o 16. Naiwnie myslalam, ze to nic, godzinka, poltorej i pojedziemy, bo co tam tyle czasu robic. Okazalo sie przy okazji, ze choc za samo wejscie placilo sie niewiele - $5, to wszystkie atrakcje byly dodatkowo odplatne! Dojechalismy tak pozno, ze nie sprzedawali juz karmy, bowiem objedzone zwierzaki kompletnie ja ignorowaly. Pewnie bali sie, ze sie pochoruja. :D I moze to dobrze, bo bylyby kolejne wydane dulary. ;) A tak, to wejscie na dmuchany zamek - $1, luzik.

Szalenstwa na dmuchancu. Z kolezanki Bi widac tylko chude kolana :D
 

Przejazdzka na kucyku - $5, tez ok. Po jakims czasie dolaczyla do nas sasiadka, na ktora wpadlam wychodzac wczesniej z meczu i ktorej powiedzialam o imprezie. Okazalo sie, ze poza swoimi dwiema corkami, zgarnela jeszcze dwie dziewczynki z druzyny swojej mlodszej, w sumie mialysmy wiec pod opieka szescioro dzieci. Ze sie ich doliczyc nie moglysmy, to malo powiedziane. ;) Dzieciarnia biegala w kolko, probowala glaskac wszystkie zwierzaki i lapac kury. Potworkom sie to zreszta udalo.

Komu kure? :D
 

Konie i krowy ostentacyjnie juz sie od ludzi odwracaly, ale Bi oraz Nik byli zadowoleni glaszczac chociaz zadki. :D

Dobrze, ze krowa nie miala dosc glaskow i nie kopnela ;)
 

Potem dzieciarnia ochoczo ustawila sie w kolejke do malowania twarzy. O matko i corko! Pamietam te dziewczyne z ktorejs z Komunii. Maluje pieknie, ale niemozliwie wolnooo... A ze przed nami byly grupki oraz rodziny z kilkorgiem dzieci, wiec stalysmy tam prawie godzine! :O W ktorym momencie dzieciaki przyfilowaly mala karteczke z cena - $15!!! :O O jasna cholera! Tyle kasy za malunek, ktory wieczorem i tak bede musiala zmazac?! :O No ale dzieciaki juz podniecone wybieraly z katalogu ktory chca rysunek, wiec nie mialysmy sumienia ich z tamtad odciagac. A malunki wyszly, przyznaje, piekne. ;)

Wyszlo ladnie, ale czy warte bylo trzech dyszek, tu juz moglabym polemizowac ;)
 

W tym momencie dochodzila juz 16, wiec podeszlismy szybko na przejazdzke kucykami, a tam... kolejna dlugasna kolejka. :O Znow praktycznie pol godziny stania. Dobrze, ze w zasiegu wzroku byl plac zabaw, wiec dzieciarnia poleciala szalec, a ja i sasiadka stanelysmy w ogonku.

Jezdziec, ktory nawet stop w strzemiona nie wsuwa ;)
 

Najlepszy byl jakis Meksykanin z wielka rodzinka, ktory stal kilka miejsc przed nami. W ktoryms momencie polazl z cala swoja ferajna kawalek dalej, usiasc na lawki, nic nie mowiac. Kolejka doszla do bramki, jakas inna rodzina, ktora byla za nim, zaczela jezdzic, wiec uznalam ze tamci jednak zrezygnowali. Potworki ustawily sie jako nastepne w kolejce, az tu nagle gosciu (nizszy ode mnie chyba o pol glowy), wskakuje mi przed samym nosem, rzucajac tylko "I was first!"!!! Jak to czesto bywa, z zaskoczenia zabraklo mi slow na taka jawna bezczelnosc! :D Z drugiej strony, facet faktycznie byl przede mna, ale mogl odchodzac z kolejki powiedziec cos, ze idzie tylko usiasc, ale wroci. A on nic, poszedl, rodzina za nim zdazyla juz posadzic dzieci na kucykach, a jemu nagle sie przypomnialo, ze powinna byc jego kolej! I ani przepraszam, ani pocaluj mnie w doope... Zupelnie jakbym to ja sie przed niego celowo wepchala. :D

Bi potrzebowalaby juz jednak wiekszego rumaka; na kuce robi sie za wielka ;)
 

Mimo, ze impreza byla teoretycznie do 16, nikt szczegolnie sie tym nie przejmowal, farma bowiem otwarta jest bodajze do 17. Dzieciaki polecialy wiec jeszcze na dmuchanca, gdzie nie sprawdzali juz biletow, a na koniec po mrozone napoje, bo po szalenstwach oczywiscie chcialo sie pic. Tutaj kolejny szok, bo takie niezbyt wielkie kubki mrozonej, smakowej "wody", kosztowaly $6! Na szczescie tu tez juz nikt nie pilnowal co sie dzieje, wiec dzieciarnia wtopiwszy sie w gromade ludzi, wracala po niekonczace sie dolewki. :D

Cala sasiedzka ferajna :)
 

Przy takiej zabawie, nie dziwota, ze mlodziezy nie mozna bylo z tamtad wyciagnac. Dobrze, ze nie mieszkamy bardzo daleko, ale i tak w domu bylismy po 17. Chyba sie starzeje, bo po takim dniu bylam po prostu wykonczona. Kiedy wieczorem skonczylam Potworkom czytac, ledwie patrzylam na oczy. Dochodzila 23, a ja tylko wypuscilam psa na szybkie siusiu, po czym powloklam sie do lozka, ledwie zywa. :D

Niedziela byla juz spokojniejsza. Rano kosciol, potem po kawe. Wpadlismy do chalupy na szybkie drugie sniadanie, a dla Bi przebranie i pedzilismy na jej mecz. Byl on w sasiednim miasteczku, ale akurat mieszkamy w takim miejscu, ze mamy tam blizej niz na "nasze" boiska. :) Nawet M. pojechal, co nalezy oglosic swietem narodowym. ;) Nik nie mial wyjscia i zabral sie z nami, ale nawet nie protestowal, bo wiedzial, ze bedzie kolega z druzyny, ktory jest bratem jednej z dziewczyn u Bi. Kiedy dojechalismy, przezylismy lekka konsternacje. W druzynie Bi mamy roczniki 2010 i 2011, jest wiec kilka dziewczynek wysokich, wyzszych nawet niz Bi. W tamtym zespole byly jednak istne giganty! Nie wszystkie oczywiscie, ale dobrych kilka wygladalo na 14-15 lat! Przy tym byly nie tylko wysokie, ale po prostu masywne; takie babo - chlopy. Wiem, ze u nas w tym sezonie zdolano zebrac tylko jedna druzyne 11-12-latek. Mozliwe, ze w tamtym miasteczku mieli ten sam problem i polaczyli wiecej rocznikow. Wiem, ze czasem tak robia zeby dzieciaki mialy szanse grac. Calkiem prawdopodobne wiec, ze tamte dziewczyny byly po prostu starsze.

Nie mam pojecia co Bi probuje tu zdzialac :D
 

Pomyslalam, ze one te nasze "drobinki" po prostu staranuja. :D Pozniej okazalo sie jednak, ze rozmiar to nie wszystko (hehehe), bo panny byly wielkie, ale powolne i niezgrabne. Bardzo szybko przekonalismy sie, ze "nasze" dziewczyny zwinnie je przescigaja i odbieraja im pilke. Tamte probowaly wykorzystywac swoje rozmiary przepychajac sie i szarpiac za koszulki, co zaowocowalo kilkoma wolnymi rzutami. Wydawalo sie wiec, ze mamy spora przewage i powinnismy wygrac z palcem w... nosie (:D), a tymczasem wynik koncowy to bylo 1:0. Dla naszych oczywiscie, ale patrzac na gre tych dwoch zespolow, powinnismy miec przynajmniej kilka goli wiecej. Co wiec sie stalo? Otoz, nasze panny najwyrazniej budza sie jeszcze z zimowego snu. Tylu zmarnowanych okazji jeszcze nie widzialam. Sa pod bramka, trener krzyczy: "Strzelaj!", rodzice z trybun: "Strzelaj, strzelaj!!!", a one co? One najwyrazniej czekaja na to idealne ustawienie, kiedy zadna z przeciwniczek nie bedzie stala na drodze... :D Nawet Bi, ktora na jesien swietnie grala, tym razem miala kilka "akcji", gdzie przejela pilke, ale zamiast z nia biec, natychmiast odkopywala ja do kolezanki i zadowolona. A byla na pozycji napastnika! :D Nie wiem co za zacmienie ja chwycilo. Oczywiscie panna wyszla zadowolona, bo wygraly, a ze graly jak graly, to juz bez znaczenia. ;)

Popoludnie to juz bylo nadrabianie zaleglosci domowych, czyli pranie, jakies lekkie ogarnianie, kapiel dzieciakow, itd. Pod wieczor siedlismy zeby w popatrzec jeszcze raz na bilety do Polski. Nie pamietam czy pisalam, ale dostalismy w koncu te vouchery z LOT'u. Tylko co z tego, skoro roznica 3 tygodni sprawila, ze bilety w terminie, ktory nas interesuje, podskoczyly drugie tyle! Serio! Jak M. mi o tym powiedzial, myslalam, ze cos zle spojrzal. Siadlam wiec z kompem i zaczelam patrzec sama. I malo oczy mi na wierzch nie wyszly. O ja cie pitole! Musialam isc tydzien po tygodniu i sprawdzac, a strone internetowa LOT ma stra-szna! Spedzilam godzine na internecie i dopiero na sierpien bilety troche spadaja w dol, ale nadal i tak sa drozsze niz byly nie tak dawno przeciez temu... :/ Tyle, ze ja powiedzialam juz w pracy, ze planuje wylot w czerwcu, nie mam dla Potworkow polkolonii (a nigdzie, gdzie sprawdzalam, nie ma miejsc!), za to na sierpien polkolonie mam. I wiem, ze w dwoch miejscach oddadza mi kase bez laski, ale na farmie beda robic problemy, bo juz przy zapisach to zastrzegaja. :( Nie mowiac juz o tym, ze jak nie covid, jak nie wojna, to teraz kontrolerzy lotow planuja strajk i niewiadomo co bedzie! Pie*dolca mozna dostac! :/

W poniedzialek, tradycyjnie juz, autobus Nika przyjechal 20 minut pozniej. Bi pojechala, a Nik z dwiema sasiadkami zdazyli jeszcze pograc w limbo. W koncu jednak odjechali, a ja wrocilam i planowalam porzucac psu pileczke, ale... nie znalazlam ani jednej! Jeszcze dzien wczesniej M. rzucal jej pomaranczowa, a tego dnia i tamta i niebieska, po prostu wsiakly. :/ Wrocilam wiec do chalupy, pootwieralam okna w sypialniach, rozladowalam zmywarke i siadlam nawet na moment z kawa. W drodze do roboty zahaczylam jeszcze o biblioteke, oddac ksiazke Kokusia, a wypozyczyc kolejna czesc z serii czytanej z Bi. :) W pracy spokojnie, bo nie bylo ani szefa, ani dwoch kolejnych osob, ktore wziely wolne za pracujaca sobote. Jedyna sensacja (dla mnie) bylo kiedy w lazience spojrzalam w lustro, a po moich wlosach lazi sobie... kleszcz!!! Aaaaa!!! Nienawidze dziadow!!! I nie mam pojecia skad wzial sie na moich wlosach! Rano dreptalam po ogrodzie, fakt. Ale mialam na sobie inne buty, inne spodnie i inna kurtke. Poza tym to byla juz 13 po poludniu. Mysle, ze gdyby wlazl na mnie rano, juz by sie zaszyl w jakims zakamarku, a nie lazil na wierzchu wlosow. Raczej podejrzewam, ze zaczail sie gdzies w biurze w robocie. Mamy taki dywan, na ktorym kompletnie nie widac paprochow, wiec mogl niepostrzezenie wlezc na krzeslo, a potem z oparcia juz na moje wlosy. Nie widze innego wyjscia, ale przez reszte dnia mialam wrazenie, ze wszystko mnie swedzi i zawziecie sie drapalam. :D

Po poludniu Nik mial basen. Ostatnio zazwyczaj jezdzil z M., ktory w tym czasie szedl na silownie, a potem albo wracali razem, albo ja Mlodszego odbieralam. Tym razem malzonek jednak wyjatkowo stwierdzil, ze jest zmeczony i nie chce mu sie cwiczyc. Pojechalam wiec ja i pierwszy raz od dluzszego czasu kiblowalam na goracym, dusznym basenie, patrzac jak plywa syn. Nie bede zreszta narzekac, bo nie bylo zle. Lubie podgladac aktywnosci Potworkow. :)

Plywak :)
 

Koszmar z biletami do Polski, cd. Wrocilam z Kokusiem z basenu, na szybko dalam Potworkom kolacje, po czym siedlismy z M. zeby zarezerwowac w koncu te bilety. Sierpien nie sierpien, trudno. W mailu z voucherami napisane bylo jak byk, ze przy platnosci wybrac "voucher" i wbic kod. Wybralismy polaczenie, powbijalismy mozolnie wszystkie informacje, posprawdzalismy wszystko 3 razy. Dochodzimy do placenia i... ZONK!!! Jest opcja karty platniczej, PayPal, cos tam jeszcze, a vouchera NIET!!! Ojaciepierdolechujbytopojebany!!!!! Kombinowalismy i tak i srak, odswiezalismy strone i ch*j, nie ma i tyle. Normalnie tylko siasc i plakac. :(

Wtorek to znow stanie na przystanku i czekanie na spozniony autobus Kokusia. Humor mialam tak spaczony przez ten pierdzielony LOT, ze korcilo mnie zeby zadzwonic do firmy obslugujacej school bus'y (bo to nie szkoly tym zarzadzaja, tylko osobne spolki) i spuscic tam komus porzadna zjebke! Serio, albo niech w koncu cos z tym zrobia, albo niech zawiadomia, ze permanentnie zmienia sie czas odjazdu i autobus bedzie juz tak przyjezdzal do konca roku. Wtedy czlowiek bedzie przynajmniej wiedzial na czym stoi i wyjdzie sobie z domu pare minut pozniej. :/ Rano okazalo sie, ze kiedy ma sie w LOT'cie vouchery, trzeba wylatywac z tego samego miejsca, do ktorego sie przylatywalo. My chcielismy leciec do Gdanska, a wracac z Krakowa; stad problemy. Okey, przynajmniej cos wyjasnione, chociaz serio?! Co im to robi za roznice?! W pracy wyjatkowo zapierdziel, bowiem jedna z laborantek rzucila od niechcenia, ze przygotowala raport i wydrukuje mi strone do podpisania, bo musi go wyslac najpozniej kolejnego dnia. Hola, hola, chwileczke! Ja tego raportu na oczy nie widzialam, a ona mysli, ze go tak sobie podpisze i juz?! Musialam wiec na szybko czytac, zaznaczac poprawki, potem pomagalam tamtej babce je nanosic tak, zeby mialo to rece i nogi... I niewiadomo kiedy zlecial dzien. W domu szybko zjesc, zagonic dzieciaki do lekcji, a na 18 z Bi na gimnastyke. Tu przynajmniej poplotkowalam sobie z kolezanka do wypeku. Wrocilam do chalupy i... kolejna frustracja! Na malzonka tym razem. Pytam czy zarezerwujemy te bilety w koncu. On wzrusza ramionami. Nie zrazona biore kompa i zaczynam jeszcze raz przegladac daty tydzien po tygodniu zeby porownac ceny. Fakt, ze zajelo mi to pol godziny, ale w koncu znalazlam termin z najnizsza cena. Pytam M. czy rezerwujemy. Eeee, juz pozno, on jest zmeczony, a to trzeba wbijac wszystkie dane, potem kody tych voucher'ow, zajmie to jeszcze godzine, moze jutro albo pojutrze to zrobimy, a moze ceny jeszcze spadna, a niewiadomo co z tym strajkiem kontrolerow lotow, a on w ogole to by lecial w kompletnie innym terminie... No po prostu mialam ochote kopnac go w doope! Trzasnelam pokrywa laptopa, a pan malzonek sie... obrazil oczywiscie. No i ku*wa tyle z rezewacji. Po raz fafnasty. :( Naprawde chcialam zebysmy polecieli razem, odwiedzic krewnych ale tez urzadzic sobie rodzinne wakacje. Ale pomalu zaczelam dojrzewac do tego, zeby leciec sama z Potworkami. Moj maz po prostu nie ma ochoty zobaczyc nawet swoich, starszych juz, rodzicow i bedzie wynajdywal kazdy pretekst zeby odwlec to w czasie...

W srode rano, po odczekaniu na, ponownie spozniony, autobus Kokusia, po pospiesznym porzucaniu pileczki psu oraz wstawieniu prania oraz dojezdzie do roboty - przelom. Malzonek wyslal codziennego sms'a z pytaniem jak leci, a ja mu odpisalam cala lista skarg i zazalen. Spodziewalam sie obrazy majestatu, a tymczasem malzonek moze zrozumial, ze tym razem przegial i pol godziny pozniej przeslal zdjecie potencjalnego polaczenia i spytal czy ma rezerwowac. Szok! :O Odpisalam, ze pewnie, jesli ma czas na takie rzeczy w pracy. Mialam meeting (i napisalam M. o tym), a tymczasem dostawalam co kilka minut sms'y z pytaniami o daty urodzenia, o potwierdzenie danych, itd. Odpowiadalam cichcem pod biurkiem, choc z lekka irytacja, spodziewalam sie bowiem, ze kolejny problem bedzie przy wbijaniu numerow tych voucher'ow i znow bedzie doopa. Tymczasem, niespodzianka! Chwile pozniej dostalam wiadomosc, ze... zrobione! :O A malzonek stwierdzil, ze w nagrode musze mu zrobic loda. :D W kazdym razie, po 2.5 roku ciaglego czekania i przekladania, w tej chwili nawet nie potrafie sie cieszyc. Jakos do mnie nie dociera, ze istnieje realna szansa wylotu i uwierze chyba jak bede juz siedziala w samolocie... A! Jeszcze najlepsze! Ja tu dostaje sms'y od malzonka z pytaniami odnosnie rezerwacji, a w tym czasie na meetingu szefostwo omawia mozliwosc rozpoczecia drugiej grupy pacjentow akurat w czasie, kiedy mialabym byc w Polsce!!! No nie maja kiedy?! :O Oczywiscie to wszystko to nadal jest gdybanie, bo wciaz zostalo nam czterech pacjentow z grupy pierwszej do "zaliczenia", a z tej czworki, dwoch maja problem zeby znalezc, bo dochodzimy do czasu wakacyjnego. Nie mniej cisnienie mi podskoczylo. Nie chcialam sie odzywac na meetingu, ale zaraz po nim napisalam do szefostwa oraz babek odpowiedzialnych za grafik, zeby podac kiedy mnie nie bedzie, z zaznaczeniem, ze nie moge biletow ani zwrocic ani zmienic dat. Poki  co, nikt nie odpisal ze kategorycznie zakazuje wylotu. ;) Dla mnie zas oznaczalo to bol glowy z zalatwianiem polkolonii na pierwsze 3 tygodnie wakacji oraz rezygnacja (wraz ze zwrotem kasy) za te, na ktore juz zdazylam zapisac Potworki na sierpien. A jesli komus przyszlo na mysl, ze pospieszylam sie z tymi polkoloniami, to dodam, ze na wiekszosci juz brakuje miejsc. Na tych z miasta, najtanszych, mozna sie teraz wpisac tylko na liste oczekujacych, ktora nie gwarantuje oczywiscie przyjecia... :/

Po powrocie szybki obiad, a potem rozjezdzalismy sie w dwa rozne miejsca - M. z Kokusiem na basen zeby przy okazji pocwiczyc na silowni, a ja z Bi na pilke. Tym razem wial tak nieprzyjemny, lodowaty wiatr, ze zamiast chodzic, zaszylam sie w samochodzie. ;)

To pomaranczowe po lewej, to Bi :)
 

Kazalam Starszej zalozyc bluzke z dlugim rekawem, na to koszulke oraz dlugie spodnie, ale i tak balam sie, ze zmarznie. Zimno mi sie zrobilo patrzac na jej psiapsiolke, ktora miala co prawda bluze, ale za to krotkie spodenki. Bylo 11 stopni! :O Niepotrzebnie sie zreszta martwilam, bo dziewczyny ponad godzine biegaly, wiec Bi wrocila do samochodu z wypiekami na policzkach i narzekajac, ze goraco i czy moge wlaczyc klime. Taaa, na pewno. :D

Czwartek zaczal sie lodowato. Trzy stopnie i porywisty, polnocny wiatr. Serio zastanawialam sie czy dac dzieciakom i sobie zimowe kurtki. Po poludniu jednak wiatr mial zelzec, a temperatura dojsc do 12 stopni, wiec wyciagnelam przejsciowe. Ja oraz Bi dalysmy rade, ale Nik, na te swoja ogolona lepetyne, nalozyl kaptur od bluzki, na to jeszcze kaptur od kurtki i dalej narzekal ze mu ja podwiewa. ;) Na Onet'cie przeczytalam, ze Rosja rozsiewa plotki ze Polska armia zamierza wkroczyc na Ukraine... Wiadomo, ze chodzi im o pretekst, zeby uderzyc na Polske lub inne kraje Europy. Ponuro przyszlo mi na mysl, ze niewiadomo czy zamiast odwiedzac Kraj, nie bede na gwalt sciagac rodziny do Hameryki. :(

Poniewaz do Polski mamy leciec w sierpniu, wiec, choc wcale nie mialam ochoty, musialam zadzwonic i zrezygnowac z polkolonii pilkarskich oraz tych na farmie. O ile na pilkarskich, poniewaz zapisy sa przez wydzial rekreacji naszej miejscowosci, odwolali je wiec bez laski i przelali srodki na konto rodzinne. Bez problemu wykorzystam je na jakies inne zajecia. Dowiedzialam sie tez przy okazji, ze na pierwsze tygodnie wakacji, na polkoloniach "miasteczkowych", na liscie oczekujacych sa tylko 3 osoby, wiec jak wpisze na owa liste Potworki, jest niemal pewne, ze beda przyjeci. Gorzej z farma. Nie dosc, ze maja juz oblozenie na cale wakacje i listy oczekujacych po 30 (!) osob, nie zgodzili sie wiec "wcisnac" nigdzie Potworkow, to jeszcze za rezygnacje kasuja sobie $50! Wyobrazacie sobie?! Nosz kurna... Gdyby nie to, ze dzieciaki rok temu byly tymi polkoloniami zachwycone, przysieglabym, ze moja noga wiecej tam nie postanie! :/ Na pierwsze dwa tygodnie wakacji, wpisalam wiec dzieciaki na liste oczekujacych na polkolonie z miasteczka, potem zas zaczelam patrzec co tam jeszcze jest w ofercie. Musicie wiedziec, ze lato to okres gdzie sporo jest roznych polkolonii sportowych, calo- lub poldniowych, tyle, ze zwykle trwaja po tydzien i sa w roznych terminach. Znalazlam jednak polkolonie koszykarskie, ktore maja sie odbyc zaraz na poczatku wakacji. Wspomnialam o nich Potworkom i... na poczatku zadne nie bylo chetne. ;) W koncu jednak Kokusia skusilo to, ze kazde dziecko mialo otrzymac koszulke oraz pilke do kosza, Bi zas, ze zajecia trwaja o godzine krocej niz wiekszosc polkolonii. :D

Czwartek jest w tej chwili jedynym dniem gdzie po poludniu nie ma zadnych dodatkowych zajec, po pracy pojechalam wiec na zakupy. A tam... nie uwierzycie co mi sie przydarzylo! Tego dnia wialo naprawde potwornie, ale spieszac sie, nie pomyslalam zeby bardziej uwazac. Zaparkowalam pod sklepem (niestety obok innego auta), chwycilam torebke, torby na zakupy, uchylilam drzwi... i w tym momencie wiatr wyrwal mi je z reki! :O Jak sie pewnie domyslacie, drzwi polecialy prosto na samochod obok! Pechowo, lub na szczescie, zalezy jak na to spojrzec, stanelam tak "precyzyjnie" (niechcacy rzecz jasna), ze moje drzwi przejechaly po klamce tamtego auta, a poniewaz lekko odstaje ona od reszty, drzwi za nia... utknely! Nie moglam ich juz z powrotem przesunac wzdluz klamki; za ciasno bylo. To niesamowite jaka sile mial ten wiatr, ze zdolal nimi przesunac! :O Ja oczywiscie cala bylam spanikowana, bo moje drzwi byly w takiej pozycji, ze utknely tuz za klamka tamtego auta, a jednoczesnie byly otwarte na maksa. Nie moglam ich ruszyc w zadna strone, wiec tez sprawdzic uszkodzen, ani ich, ani "sasiada". Przed oczami mialam sytuacje sprzed prawie dwoch lat, kiedy rozwalilam tylne drzwi o sciane garazu! :O Cale szczescie, ze klamka drugiego samochodu nie byla pokryta lakierem, tylko zrobiona z matowego plastiku, bo inaczej juz by tego lakieru nie mial. Kolejne szczescie to takie, ze auto jest dosc "charakterystyczne" i prawie zawsze stoi pod tym supermarketem kiedy przyjezdzam na zakupy, wiedzialam wiec, ze musi nalezec do pracownika. Polecialam wiec do sklepu, zaczepilam pierwsza lepsza osobe, ktora tam pracuje, wytlumaczylam pokrotce sytuacje i opisalam auto. Jak wspomnialam, jest latwo rozpoznawalne, wiec dziewczyna wiedziala od razu kogo wolac przez krotkofalowke. Pojawil sie mlody chlopak, ktoremu od nowa musialam tlumaczyc co sie stalo i wyszlismy razem przed sklep. On tez probowal przesunac moje drzwi z powrotem wzdluz swojej klamki, ale gdzie tam! :O Cale szczescie, kiedy leciutko wycofal, moglam je juz przymknac i moglismy ocenic zniszczenia. I wiecie co? U niego nie stalo sie NIC, mimo, ze moje drzwi na koniec uderzyly w jego. Przejazd po klamce jednak musial je spowolnic. ;) Na moich drzwiach, idealnie na brzezku, jest zdrapany lakier, ale jest to tak minimalna powierzchnia, a do tego moj samochod ma taki kolor, ze trzeba sie dobrze przyjrzec, zeby to zauwazyc. Balam sie, ze gdzies mogl sie odgiac kawalek blachy i sie nie zamkna, ale zamykaja sie bez problemu. Odetchnelam z ulga, bo moglo sie to skonczyc duuuzo gorzej, ale chlopaka przepraszalam z tuzin razy, a rece trzesly mi sie jeszcze przy wyjmowaniu portfela przy kasie, juz po zrobieniu zakupow. ;) Okazuje sie, ze czasem mam wiecej szczescia niz rozumu. Malzonkowi nic nie powiedzialam i mam nadzieje, ze nie bedzie ogladal pod lupa najwezszej czesci drzwi w aucie, moge sobie bowiem wyobrazic ile bym sie nasluchala. :D Po powrocie do domu mialam plan, zeby odrobic z dzieciakami polski bo w inne dni nie ma czasu, ale zanim wrocilam, rozpakowalam torby, odrobili lekcje z dziennej szkoly, zagonilam Bi pod prysznic, itd. zrobilo sie na tyle pozno, ze samej nie chcialo mi sie juz wyciagac ksiazek i sleczec nad czytankami oraz czesciami mowy. ;)

Piatek przywital nieco lzejszym wiatrem, ale ledwie dwoma stopniami. :O Podczas czekania na autobusy, stanelismy na sloncu, ktore na szczescie jest juz mocne i skutecznie ogrzewalo. Wedlug planu, Nik ma w te sobote zawody plywackie. Trener przyslal liste ze stylami oraz odleglosciami i... nie bylo na niej Mlodszego! Zreszta kilku innych zawodnikow tez. Podejrzewam, ze facet wyslal zly dokument, albo niechcacy doczepil jakis szkic. Wyslalam mu odpowiedz, ze cos jest nie halo i... nic. :O Jak do jutra nie przysle poprawionej listy, to nie wiem czy w ogole Kokusia na te zawody brac. :/ Z Polskiej Szkoly przyszla wiadomosc, ze bilety do parku rozrywki mozna wykorzystac w dniu wycieczki lub innego, wybranego przez siebie. Oczywiscie wtedy juz bez lunch'u. I mysle, ze wlasnie tak zrobie. Po pierwsze, Potworki nie beda musialy rezygnowac z meczow. Po drugie, upewnie sie, ze bedzie goraca pogoda, bo dzieciakom najbardziej zalezy na czesci parku z basenami i zjezdzalniami. Zdecydowanie wole zapewniac Potworkom atrakcje na wlasnych warunkach. :) Po poludniu Nik mial trening i znowu pojechalismy cala rodzina. Nie bylo zbyt przyjemnie, bo mimo 15 stopni, nadal wial lodowaty wicher, ale po calym dniu w biurze, stwierdzilam, ze przyda mi sie troche swiezego powietrza... Bi byla rozczarowana, bo tym razem nie miala zadnej kolezanki do zabawy, ale niestrudzenie wyczyniala akrobacje na barierkach. Ja za to mialam dwie sasiadki do pogadania i az zachryplam. ;)

Chlopcy cwicza wyrzut pilki nad glowa, nie wiadomo w sumie po co ;)
 

Po treningu zas trener chwalil Nika, ze ma talent, zeby smialo biegl z pilka do bramki, ze jest najszybszy w calej druzynie, itd. Mlodszy, troche oniesmielony tyloma pochwalami, baknal: "Ale trenerze, szybkosc to nie wszystko...". Filozof sie znalazl! :D

Do poczytania juz niedlugo, bo postaram sie wrzucic post o Bi w dniu jej urodzin. ;)