piątek, 8 kwietnia 2022

Odliczanie do ferii wiosennych

Jak w tytule. Kolejny tydzien oznacza dla tutejszych dzieciakow (przynajmniej z najblizszej okolicy) ferie wiosenne. Tydzien odpoczynku i laby. Szkoda, ze przed Wielkanoca, a nie po niej, ale coz, jak tu ucza przedszkolaki: "you get what you get and you don't get upset". :D

Sobota, 2 kwietnia byla meczaca. Rano zawozilam Potworki do Polskiej Szkoly i, jak wspomnialam ostatnio, zostawalam tam na dyzurze. Na szczescie zapisalysmy sie z kolezanka, wiec mialam z kim pogadac, a dodatkowo dwie kobitki, ktore siedzialy z nami na korytarzu, tez okazaly sie calkiem sympatyczne. Nauczycielki za to bezwstydnie wykorzystuja dyzurnych, stwierdzam... :/ I nie mowie tu o prosbach, zeby przypilnowac chwile klasy kiedy musza wyjsc do toalety, bo to zrozumiale. W ten sposob mialam okazje postac i w klasie Bi i Kokusia. ;) O ile u Starszej dzieciaki w miare grzecznie siedzialy, o tyle u Mlodszego juz byly jakies pokrzykiwania i proby biegania miedzy lawkami. Co za banda. ;) W kazdym razie, takie chwilowe przypilnowanie klasy lub zaprowadzenie jakiegos malucha do lazienki, to normalne obowiazki dyzurnych. Tymczasem nauczycielka Bi podeszla do naszej grupki zaraz po rozpoczeciu lekcji i spytala ktora z nas jest samochodem. Troche zbite z tropu odparlysmy, ze wszystkie. W koncu transport publiczny poza wiekszymi miastami jest tutaj mocno ograniczony. Na to pani bez jakiegos przepraszam czy czegos tym stylu wyciagnela banknot i oznajmila, ze potrzebuje zeby ktos pojechal do najblizszego sklepu i kupil jej 30 papierowych kubkow (konieeecznie do goracych napojow), smietanke do kawy i jakies ciastka. Najwyrazniej nauczycielki robily sobie pogaduchy przy kawce na przerwie, ale kobieta nie zdazyla przed lekcjami zaopatrzyc sie w potrzebne rzeczy. Kiedy wszystkie cztery spojrzalysmy po sobie, pytajac czy ktoras wie o ktorym sklepie pani mowi, babka machnela niecierpliwie reka, ze "to tu, zaraz za rogiem, niedaleko!". Ciekawe co by zrobila gdybysmy wszystkie powiedzialy, ze nie znamy tej okolicy i nie bedziemy bladzic? :D Osobiscie mialam juz na koncu jezyka, ze zapisalam sie na dyzur w szkole, a nie jestem dziewka na posylki zeby jej po sklepach latac (moze jeszcze zakupy na caly tydzien pani sobie zyczy?!), ale ugryzlam sie w jezyk, a na szczescie inna dziewczyna wzruszyla ramionami, ze pojedzie i po prostu w nawigacji sprawdzi najblizszy sklep. To byla piersza sytuacja. Potem przez wiekszosc czasu bylo pilnowanie klas, scieranie stolikow na stolowce po przerwie sniadaniowej (choc byla tam pani sprzatajaca, wiec nie wiem po co jeszcze rodzice maja to robic), czyli zwyczajne rzeczy.

Pilnowanie halastry na stolowce. Nik i koledzy jak zwykle w ruchu, zamiast siasc i zjesc ;)
 

A tam, w tle, siedzi sobie Bi z kolezankami. To juz takie panieneczki, siedza osobno, bez wyglupow i dziecinady ;)
 

Kolejna irytacja byla dyrektorka owej szkoly, ktora wparowala na korytarz i z mina krolowej spytala, ktore sale naleza do III klas. Musicie wiedziec, ze dyzurni dostaja mapke, ale przez porownanie jej z wlasna wiedza gdzie maja zajecia nasze dzieciaki, wiemy, ze mapke mozna sobie o kant doopy rozbic, bo zawiera bledy. I tu wchodzi sobie taka arcywazna dyrektorka i rozkazuje pokazania gdzie sa III klasy! Nie mowiac juz, ze my jestesmy tylko rodzicami ktorzy raz do roku przychodza odbebnic przykry obowiazek, ona zas jest dyrektorka, wiec chyba powinna lepiej od nas wiedziec ktore sale naleza do ktorych klas! No ale ten babsztyl ma juz taki zolzowaty charakter... Ostatnie podniesienie cisnienia nastapilo prawie na koniec. Zawolala jedna z nauczycielek zeby popilnowac klasy. Moja kumpela poszla bo ona jeszcze tego dnia smarkaterii nie pilnowala, a ze bylysmy w trakcie rozmowy, to poszlam za nia, bo co bede sama siedziec. Jest godzina 11:50, lekcje koncza sie o 12:30, a nauczycielka oznajmia, ze ona uzgodnila z dyrektorka, ze musi wyjsc o 12, wiec my musimy popilnowac dzieciakow. Tu juz mi sie wymknelo, ze "zaraz, ale my mamy pol godziny z nimi siedziec?!". Pani zupelnie niezrazona, odparla ze tak, ale to nic, bo oni maja zadanie, a jak skoncza to cichutko posiedza do konca lekcji. Cichutko, na peeewno... :D I ze maja pozbierac papierki z podlogi i postawic krzesla na lawki. Taaaa... Jak tylko babka zniknela na horyzoncie, cala banda pochowala ksiazki oraz zeszyty i w doopie miala konczenie zadania. ;) Dobrze, ze bylysmy z kumpela we dwie, bo ta gromada okazala sie wyjatkowo paskudna. Jakies durnowate wyglupy, ignorowanie polecen, odzywki pod nosem... Okropni gowniarze i to IV klasa, zupelnie jak Bi (na szczescie nie jej)... Jak tylko zauwazylysmy, ze niektore nauczycielki wypuszczaja swoje klasy, pozwolilysmy bandzie isc w pizdu. :D W ten sposob dyzur odhaczony, mam spokoj... na ten rok. ;)

Powyzej opisalam drobne irytacje, ale mialam tez sytuacje, ktora mnie zwyczajnie zasmucila, a co gorsza dotyczy syna mojej kolezanki (nie tej, z ktora bylam na dyzurze). Mlody jako calkowity maluch zostal zdiagnozowany z ADHD, a kiedy byl w zerowce, ze spektrum autyzmu. Ma o tyle szczescia, ze autyzm jest w jego przypadku leciutki i dzieciak jest wysoko funkcjonujacy. Zreszta zapewne dlatego diagnoza padla tak pozno, zwykle bowiem dzieci otrzymuja ja chyba w duzo mlodszym wieku. Kiedy byl maly, Mati naprawde niewiele odbiegal od innych dzieciakow. Wiadomo, prawie wszystkie maluchy maja jakies swoje upodobania, male dziwactwa i urzadzaja afery o byle bzdure. Nieraz kolezanka opowiadala mi z westchnieniem o jakichs tam zachowaniach syna, a za chwile Nik, czy nawet Bi, choc starsza, odwalili jakas durnote i parskalam, ze moje wlasne dzieciaki normalne nie sa. Niestety, im Mati jest starszy, tym wyrazniej widac, ze jest "inny", choc jednoczesnie roznica jest ciezka do opisania i ledwie uchwytna. Nie potrafie Wam nawet opisac w jaki sposob objawia sie jego autyzm, a jednak cos w mimice i ruchach zdradza, ze nie jest to zdrowe dziecko. Jednoczesnie jest to jednak fajny, bystry chlopak, ktory potrafi nawet niezle wchodzic w interakcje z innymi dziecmi. Te niestety, jak wiadomo, potrafia byc okrutne, a w dodatku w mig wyczuwaja "innosc". No i dochodzimy do brzegu. Ja pilnuje stolowki, podchodze do Kokusia, ktory zamiast jesc, stoi nad kolega, ktory gra na telefonie (a ja sie potem dziwie, ze on nic nie zjada z tego, co mu zapakuje). Nie wiem, ze rodzice pozwalaja takim smarkaczom brac telefon do szkoly... Niewazne jednak. Odstawiam syna do lawki, przykazujac mu zeby jadl. Odchodze, ale zaczepia mnie Mati, ktory z normala dla siebie bezposrednoscia, wypala: "Ciocia, w tej klasie nikt mnie nie lubi...". Musze przyznac, ze mnie zatkalo; nie wiedzialam co mu odpowiedziec, wiec wydukalam: "No cos ty, kochanie, przeciez fajny z ciebie chlopak, dlaczego tak uwazasz?". Mati: "Bo ja tak czasem musze uderzac w lawke albo tupac...". Faktycznie, Nik nie zwraca na to uwagi, ale juz corka mojej drugiej kolezanki ciagle skarzy, ze Mati gada bez ustanku, ze halasuje, wymachuje roznymi przedmiotami... To jednak niewazne... Nie macie pojecia jak mi sie szkoda zrobilo tego dziecka! To prawdziwe przeklenstwo, ze ma autyzm, ale jednoczesnie jest na tyle zdrowy, ze zdaje sobie sprawe, ze jego zachowania sa dziwne i ze wzbudzaja niechec innych! Wie, ze koledzy uwazaja go za dziwaka, a jednoczesnie nie potrafi sobie poradzic z natrectwami! Az mnie scisnelo za serce. Tak bardzo chcialabym pomoc temu dziecku... Dopiero wieczorem doczytalam, ze byl to Dzien Swiadomosci Autyzmu w dodatku... :(

To bylo ostatnie spotkanie w Polskiej Szkole przed Swietami, wiec sporo klas uczylo sie o polskich tradycjach wielkanocnych i wykonywaly tematyczne prace. Klasa Kokusia robila kurczaki i nawet ktos porobil zdjecia, ktore wrzucili potem na FB szkoly.

Kurki, oczywiscie z jajami ;)
 

Poza tym, Mlodszy zalapal sie jeszcze w tym roku na polowanie na jajka, bo to jest dla klas 0-III. Bi byla niepocieszona, bo stracila dwa lata polowan na jaja przez pandemie, a teraz, w IV klasie, jest juz na nie "za stara". ;)

Nik nie zalapal sie na zadne zdjecie z polowania na jajka, ale za to ma osobna fote z kumplami (oraz kolezanka) i ich kurczakami :)
 

A tak w ogole, to Polska Szkola organizuje w tym roku wycieczke do lokalnego parku rozrywki. Pomysl fajny, dzieciaki sie ucieszyly, a potem dostalam formularz zeby sie zapisac i... podnioslo mi sie cisnienie. Jak dla mnie, to skoro oni to organizuja, to powinni pokryc koszty, przynajmniej czesciowo, a rodziny dostac znizkowe bilety. Tymczasem kiedy sobie porownalam ceny ze strony parku rozrywki, okazalo sie, ze zamawiajac przez internet zaplacilabym mniej! Za darmo mam wiec tylko parking (ktory i tak nie kosztuje fortuny) oraz lunch, z ktorego moje dzieciaki pewnie nic nie zjedza. :( A szkola wziela kase za drugi semestr w 2019/2020 roku, kiedy przeciez lekcje skonczyly sie w marcu, zas w kolejnym roku szkolnym radosnie brala oplaty, mimo, ze lekcje byly prowadzone krotko i byle jak przez Zoom. Fajnie bylo trzepac kasiore za minim wysilku, ale zeby zalatwic jakas znizke, to juz ciezko. A, jeszcze napisali, ze rodzice maja dzieciom zapewnic transport i opieke, bo nauczyciele beda tylko pomagac w wydawaniu lunchu. Nie wiem jaki jest sens w organizowaniu wycieczki, skoro wlasciwie to ja zabieram dzieci do parku rozrywki, a jest on tak duzy, ze wiekszosci kolegow pewnie nawet nie zobacza. Zaplaca mi za parking i hot-doga, wielka mi laska. :/ No ale dzieciakom juz wczescniej o tym powiedzialam i nie moga sie doczekac, wiec chyba nie mam wyjscia. Pojade i przynajmniej wypad do parku rozrywki na ten rok bede miala zaliczony. :D Dla mnie raz do roku starczy az nadto, choc Potworki pewnie moglyby tam jezdzic co tydzien. ;)

Po Polskiej Szkole, wrocilismy do domu, choc na krotko, z racji, ze M. umyslil sobie, ze chce jechac do spowiedzi, bo potem, przed samymi Swietami beda tlumy. No to pojechalismy i zostalismy juz na mszy, skoro tam bylismy. Potem po kawe i do domu zjechalismy juz pod wieczor. I sobota sobie przeleciala. ;)

Jak sobota byla meczaca bardzie fizycznie, tak niedziela okazala sie wyczerpujaca psychicznie... Czlowiek cieszyl sie, ze ma calutki dzien wolny, nigdzie nie musi pedzic, to oczywiscie zawsze znajdzie sie cos, co go popsuje. Zaczelo sie milo. Malzonek zerwal sie oczywiscie nie wiem o ktorej i pojechal znow do kosciola, ale to juz jego wola. Ja nastawilam budzik na 8:30, ale kiedy jeszcze lezalam w lozku probujac sie dobudzic, uslyszalam ze otwieraja sie drzwi garazowe. Ucieszona pomyslalam, ze M. wrocil, wiec moze dac Potworkom sniadanie, mocniej wtulilam sie w poduszke i zasnelam. Zbudzilam sie o... 10! Dawno tyle nie spalam, ale chyba tego potrzebowalam, bo w koncu czulam sie wypoczeta. Balam sie, ze kolejna noc bede miala z glowy, ale spalam swietnie. W kazdym razie, w niedziele w koncu wstalam, zjadlam sniadanie, zalogowalam sie tacie na bezrobocie (jest w Polsce, a z tamtad ma utrudniony dostep), w miedzyczasie tata zadzwonil bo poprzychodzily mu kody dostepu na telefon i chcial mi je przekazac w razie gdybym ich nie dostala, pogadalam z nim, telefon przejela moja mamuska, ktora o dziwo choc raz miala znosny humor i niewiadomo kiedy zrobila sie prawie 13. :O A ja nadal w pizamie... W koncu sie ubralam, zrobilismy jakis obiad, upieklam ciasto bananowe i wyjatkowo dodalam do niego maliny bo byly juz strasznie przejrzale (wyszlo pyszne - polecam!) i stwierdzilismy, ze moze trzeba by zadzwonic do agencji (internetowej), przez ktora robilismy rezerwacje na bilety do Polski. Chcielismy je bowiem ostatnio od nowa zarezerwowac i okazalo sie, ze choc pokazuje ze mamy kredyt na LOT na naszym koncie, to nie mozemy go uzyc. Podano tylko numer telefonu zeby zadzwonic, bo maja jakis blad. Spodziewalismy sie, ze po prostu jest jakis chochlik na stronie, wiec wybralismy polaczenie, ktorym chcielibysmy poleciec i wykrecilismy podany numer. Byla godzina 16. I... zonk. Po przejscu calej serii naciskania jedynek, dwojek, wbijania numeru rezerwacji, itd. powiedzialo, ze agent bedzie mogl z nami porozmawiac za okolo... godziny!!! Co bylo robic. Wlaczylismy na glosnik i probowalismy wykonywac normalne, codzienne zadania, z muzyczka w tle. Po faktycznej godzinie, odezwal sie gosciu i... doopa. Nie moglismy dojsc o co mu dokladnie chodzilo, ale tlumaczyl cos, ze numery biletow, ktore oni maja, sa nieaktualne i ze oni nie moga dac nam tego kredytu bez aktualnych numerow. I musimy dzwonic do LOT'u, zeby je uzyskac. Niewazne, ze kretyt mamy u nich, oni daja go na konkretne numery i bez nich nie moga nic zrobic. Co bylo poczac. Rozlaczylismy sie i zaczelismy szukac kontaktu z LOT'em. To jednak okazalo sie gorzej niz trudne. Mozna im wyslac wiadomosc na FB (wyslalam; do dzis zero odzewu), Whatsapp albo zadzwonic. Telefon jeden na cala Hameryke, choc podane trzy centrale. Dzwonie pod numer - jakis facet drze sie Hello i Hello i Can you hear me? Wygladalo to, ze numer ten przejela prywatna osoba, bo ani przedstawienia sie, ze dodzwoniles sie do LOT'u, ani jakiejs automatycznej sekretarki, nic. Po prostu obsluga klienta pierwsza klasa. :/ Postanowilismy sie nie poddawac i, przelykajac koszta, wykrecilismy do Warszawy. A tam, kliknij 2, kliknij 1, po czym... jestes 28 w kolejce. O kur*a mac! No i coz... Znow wlaczylismy muzyczke i chodzilismy po domu probujac czyms sie zajac, pogonilam Bi do kapieli, potem wzielam do mycia Kokusia i oczywiscie w momencie kiedy mylam mu wlosy, ktos odebral! Szybko mlodego umylam, po czym pozwolilam mu sie pobawic w wodzie, a sama polecialam do M., ktory juz w najlepsze wyklocal sie z przedstawicielem LOT'u. Mowie Wam, 20 minut tlumaczenia, ze nie mozemy uzyc kredytu, bo brakuje aktualnych numerow biletow z LOT, a facet uparcie, ze to agencja wystawia bilet i oni nic nie moga zrobic. Tu na szczescie moglismy gadac po polsku, wiec M. sie wlaczyl i spuscil gosciowi ostra zjebke. I tak od slowa do slowa, w koncu dotarlismy do numerow biletow, ktore posiada LOT i rzeczywiscie sa one inne od tych, ktore agencja podala, ze sa niewazne. Facet z LOT'u zapewnil, ze te sa aktualne i wazne do 20 listopada biezacego roku (tez wazna wiadomosc, ktorej nikt wczesniej nam nie udzielil). No to co - gleboki oddech i dzwonimy kolejny raz do agencji. Tam - kliknij 1, kliknij 2, wbij numer rezerwacji i krzyzyk na koncu, pitu - pitu i czas oczekiwania - 45 minut! No niech ich szlag!!! Znow wlaczylismy na glosnik i robilismy dzieciom kolacje, ja skladalam pranie, itd. z muzyczka w tle. Od tej "relaksujacej" muzyczki, mialam ochote cos roztrzaskac. ;) Wreszcie odebrala kobieta i... gorzej trafic nie moglismy! Jakas hinduska, z akcentem takim, ze ledwie dalo sie ja zrozumiec, w tle slyszalam szczekanie psa, pianie koguta... Super po prostu. :/ Nie dosc, ze musielismy jej od nowa wszystko tlumaczyc, to w dodatku baba jakas nieogarnieta. Zanim zdazylam wyjasnic cala sytuacje, ona oznajmila, ze sprawdzi nasze bilety i bach! Przelaczyla na muzyczke! Tylko nie znowu to!!! No ale zacisnelismy zeby, bo ile zajmie jej to sprawdzenie? Poprzedni facet zrobil to od reki. Na nia czekalismy... 15 minut!!! Juz myslalam, ze przelaczyla nas na glowny numer, ale w koncu odebrala ponownie. I oznajmia, ze musze dzwonic do LOT'u, bo nie mam aktualnego numeru biletow! :O Myslalam, ze cos mnie trafi, ale przez zeby wycedzilam, ze juz dzwonilam i mam aktualne numery. Podalam jej, a ona na to, ze musi je sprawdzic i... przelaczyla na muzyczke!!! Po kolejnym kwadransie odebrala i oznajmila, ze te bilety byly wystawione ponad rok temu, wiec ona nie moze ich sprawdzic i musi skontaktowac sie z LOT'em. Przynajmniej nie kazala nam dzwonic kolejny raz. Wziela od nas daty i kierunki lotow, ktore wybralismy, ja odpytalam ja z tego jeszcze raz, bo kobieta miala problem ze znalezieniem lotniska w Gdansku... Zanim zdazyla przelaczyc nas znow na muzyczke, przerwalam jej i powiedzialam, ze telefon do lini lotniczych to znow bedzie godzina czekania. Babka uspakaja, ze oni maja jakis wewnetrzny numer. Ze ona zadzwoni i zaraz polaczy sie znow z nami, zeby powiedziec ile trzeba bedzie czekac... Jaaasne... Po prawie 20 minutach polaczyla sie zeby nam powiedziec, ze jest dwudziesta ktoras w kolejce i ze zajmie jej pewnie okolo godziny zeby sie tam z kims polaczyc. Ale, ze oddzwoni do nas jak tylko czegos sie dowie. Tu juz spasowalismy, bo byla 21:40. Spytalam, czy moze sie z nami skontaktowac mailowo, bo znajac ja, to oddzwoni nie za godzine, a za trzy, w srodku nocy. Oczywiscie tego jej dokladnie nie powiedzialam, tylko ze u nas jest juz wieczor i kladziemy sie spac. ;) U niej zapewne byl ranek, wiec mogla sobie wisiec na telefonie. Odpowiedziala, ze tak, oczywiscie i tak skonczyla sie proba zarezerwowania kolejnego lotu do Polski. Ale trzeba zachowac spokoj nie? W koncu od godziny 16 do niemal do 22, sluchalismy praktycznie caly czas muzyki relaksacyjnej! ;)

Przez niedzielna ekstrawagancje, Potworki poszly spac pozniej niz zwykle, szczegolnie Nik. Obawialam sie, ze w poniedzialek rano moge miec popis zlych humorow, ale jakos nie. Moze pomoglo, ze porzadnie sie wyspali poprzedniego dnia. Tego dnia w szkole Kokusia zaczynal sie "tydzien swiadomosci autyzmu". W poniedzialek, na znak solidarnosci z dziecmi, ktorych mozgi dzialaja "inaczej", mieli zalozyc cos na swoje mozgi. Hmmmm... Ja myslalam bardziej o czapce, ale w piatek Nik oznajmil, ze to moze byc jakas fryzura, wiec on chce zebym mu zaplotla warkoczyk i pokolorowala go kredkami do wlosow. Zdziwil mnie ten plan, bo Mlodszy zwykle nie lubi zwracac na siebie uwagi i mialam racje. W poniedzialek rano juz stwierdzil, ze jednak woli kitke i nie chce jej kolorowac. :D Na autobusy wyszlismy o normalnej porze, tymczasem w polowie drogi na rog naszej ulicy, przemknal zoltek, bez zatrzymywania sie w zwyklym miejscu! Co bylo tym dziwniejsze, ze Nik puscil sie przodem i juz prawie dobiegal na przystanek, a kierowca go kompletnie zignorowal. Autobusy Potworkow roznia sie troche, bo ten Nika to starszy model, z maska wystajaca do przodu, zas Bi ma przod "sciety". Ten wygladal jak autobus Bi, ale pojechal w zupelnie innym kierunku! Po wjezdzie na nasze osiedle, mozna jechac bowiem w trzech roznych kierunkach. Autobus Bi zwykle jedzie najpierw prosto, do gory. Nika skreca w prawo, w nasza uliczke. Ten pojechal w... lewo. :D Na szczescie w zadnym z tych kierunkow nie ma wyjazdu, wiec autobus musial predzej czy pozniej wrocic do rozjazdu. Czekalismy wiec cierpliwie wraz z dwojka innych sasiedzkich dzieci i w koncu zjechal z gory, ale zamiast skrecic najpierw w nasza uliczke i wtedy sie zatrzymac, kierowca stanal na srodku, blokujac centralnie cale skrzyzowanie. Dobrze, ze rano na osiedlu jest spokoj i przyblokowal tylko jedno auto (wyminiecie autobusu szkolnego grozi soczystym mandacikiem). Otworzyl drzwi i zaczal wykrzykiwac nazwe szkoly Kokusia oraz tlumaczenia, ze ma podana jakas zla trase. No to juz wiedzielismy czyj to autobus. :D W dodatku, przez to ze przyjechal wczesniej i pojechal inna trasa przez nasze osiedle, ominal dwoch chlopcow (pewnie nie zdazyli wyjsc przed dom), ktorzy pedzili teraz z przeciwnej uliczki, zeby go zlapac. Ciekawe czy nie zostawil jeszcze jakichs innych dzieci po drodze... ;)

M. dostal maila z agencji podrozy, czy raczej tamtej babki. Napisala, ze nie udalo jej sie skontaktowac z linia lotnicza, ale wyslala im maila z prosba o potwierdzenie numerow biletow. I ze teraz musimy czekac na odpowiedz LOT'u. Czyli babsztyl zmarnowal nasz czas i nic nie zalatwil. Podejrzewam, ze jak tylko sie z nia w niedziele rozlaczylismy, ona tez rozlaczyla sie z LOT'em i tyle. To ze jestem wsciekla to malo powiedziane. :/ Tego dnia Nik mial oczywiscie trening na basenie i z lekkim niepokojem, ale postanowilam go na niego puscic. Nie trenowal juz dwa tygodnie, bo najpierw byl przeziebiony, a potem mial te zgubne w skutkach zawody i w rezultacie przepadly mu treningi z kolejnego tygodnia. Oczywiscie jak w zeszlym tygodniu trzymalam go w domu, to w srode upieral sie, ze chce plywac. Jak teraz w poniedzialek oznajmilam, ze jedzie na basen, to zaczal jakies marudzenie, ze nie chce. Taka mania zaprzeczania... :D Na szczescie nie byla to wielka awanturka, tylko takie bardziej przekomarzanie i pojechal w zasadzie bez oporu. I dobrze, bo w przyszlym tygodniu, z powodu ferii Bi nie ma gimnastyki i jak znam zycie Mlodszy tez bedzie jeczal, ze chce miec wolne od wszelkich zajec. A dwa tygodnie po feriach znow maja miec te klubowe zawody. Niech wiec lepiej cwiczy, bo tym razem moga juz byc jego najpowazniejsi "rywale". ;) W kazdym razie pojechal z M., ktory co prawda byl na silowni dwa dni pod rzad, ale stwierdzil, ze pochodzi na biezni. Ja przynajmniej zyskalam spokojny wieczor. 

Wtorek byl dla Kokusia kolejnym dniem z tygodnia swiadomosci autyzmu. Tym razem, poniewaz autyzm to cale spektrum, wiec mieli zalozyc ubrania w kolorach teczy, z tecza lub uwielbiane przez tubylcze dzieci tie dye. Nik nie ma nic w kolorach teczy, ale na szczescie takich farbowanych koszulek posiada kilka, bo to ulubiona aktywnosc w szkolach, na polkoloniach, a nawet kempingach. ;) Wybral wlasnie koszulke, ktora zrobil na jednym z kempingow, gdzie byla to jedna z atrakcji. :) Tego dnia autobus prowadzil znow inny kierowca, ponownie przyjechal sporo wczesniej i kompletnie ominal pierwszy dom przy wjezdzie na nasze osiedle, bo mieszkajacy tam chlopcy nie zdazyli wyjsc na czas. Tyle, ze facet nawet pod ich domem nie zwolnil, a kiedy zabieral Kokusia i sasiadke, burczal, ze ma do kitu zaznaczona trase. Mnie i sasiada zaniepokoilo, ze autobus byl pusciutenki, a zwykle siedzi w nim juz kilkoro dzieci. Ciekawe ilu uczniow ominal po drodze? Nie wszystkie osiedla maja, jak u nas, zamkniete uliczki. Na niektorych, jak autobus przejedzie, to juz nie wraca ta sama trasa. ;) Zaraz po nim przyjechal ten Bi, wiec dzieciaki pojechaly, a ja na moment wrocilam do domu, po czym ruszylam do pracy, robiac tylko malenkie koleczko, zeby zahaczyc o biblioteke. Po pracy planowalam pojechac do taty zeby zabrac ze skrzynki uzbierane przez te pare dni listy i wypisac ostatnie rachunki. Oczywiscie na planach sie skonczylo, bo M. uparl sie zeby sprobowac zadzwonic i znow zalatwic cos z tymi biletami do Polski, bo Bi miala tego dnia gimnastyke, ale dopiero na 18, wiec moze uda sie cos zalatwic zanim bede musiala z nia jechac. Umowilam sie wiec z nim, ze kiedy przyjedzie do domu, przygotuje jedzenie dla Potworkow zeby potem je tylko szybko podgrzac, po czym wykreci numer i zacznie juz czekac na polaczenie. W ten sposob kiedy ja dojade z pracy, moze za chwile sie polaczymy i odbierze ktos na terenie Hameryki, mowiacy zrozumiale po angielsku i kompetentny. Myslac, ze M. slucha juz muzyczek, wyjechalam troche wczesniej, przyjezdzam do domu, a moj malzonek nawet jeszcze nie zaczal dzwonic! Zylka mi zapulsowala, bo kurna, przeciez sie umawialismy!!! No ale ok, kilka minut po moim przyjezdzie M. zadzwonil i... godzina czekania!!! :/ Myslalam, ze cos mnie trafi, ale dobra, do wyjazdu z Bi mam 1.5 godziny. Akurat moze ktos sie zglosi i jeszcze zdazymy z nim pogadac. Mija godzina, godzina dziesiec minut, godzina dwadziescia... zglasza sie! Tlumacze od nowa sprawe, tym razem podaje od razu ze mam nowe numery biletow, facet, ze musi je sprawdzic i... przelacza nas na muzyczke! Szybko podejmujemy decyzje, ze jedziemy na gimnastyke wszyscy. Bi pojdzie cwiczyc, a my bedziemy w aucie czekac az oszolom sie zglosi. W koncu odebral i ta sama spiewka, ze LOT musi potwierdzic te numery, bo u niego sa zablokowane i nie moze nic zrobic. Wsciekla mowie, zeby w takim razie dzwonil i potwierdzal. Facet przelacza nas na muzyczke, po czym, po kilkunastu minutach... rozlacza sie!!! Tym razem juz mi para buchnela uszami i zaczelam klac na czym swiat stoi!!! Siedzimy jednak nadal na parkingu czekajac na Bi, wiec po kilku glebokich oddechach, wykrecamy jeszcze raz. Tym razem cud - tylko 15 minut czekania! :D W koncu odbiera facet (to prawdziwy pech, ze za kazdym razem jest to ktos inny), wiec od nowa tlumaczymy sytuacje, nie przebierajac zreszta w slowach, bo cierpliwosc kzdego ma swoje granice. Ponownie gosciu musi sprawdzic bilety, chociaz tlumacze, ze nic nie zdziala i niech od razu kontaktuje sie z LOT'em. Ponownie czekamy dobrych kilka minut na lini. Facet nic nie zalatwil oczywiscie i powtorzyl to samo, co slyszelismy juz trzy razy - ze bilety sa zablokowane przez LOT. Mowi, ze musi sie skontaktowac z linia lotnicza, na co my wykrzykujemy, ze przeciez, do cholery, od poczatku mu to powtarzamy. Facet wzial od nas numer telefonu w razie gdyby nas rozlaczylo i musial oddzwonic (bo poskarzylam, ze poprzedni agent sie rozlaczyl) i przelaczyl na... muzyczke. Ten facet przynajmniej wydawal sie w miare pomocny. No to czekamy. W miedzyczasie wrocila Bi, dojechalismy do domu, zaczelismy szykowac kolacje i pakowac sie na kolejny dzien, a muzyczka nagle... zgasla. Biegne do telefonu myslac, ze facet odebral, a tam... rozlaczone!!! Po prostu bylam o krok od walenia glowa w sciane!!! Cos mi sie wydaje, ze znowu wyjazd do Polski przejdzie nam kolo nosa. :(

Poza walka o bilety do Polski, przypomnialam sobie, ze do konca roku szkolnego zostalo troche ponad dwa miesiace i trzeba by zaczac sie rozgladac za polkoloniami dla Potworkow. Jak sie okazalo, obudzilam sie troche poznawo, bo na jeden tydzien na zeszlorocznych polkoloniach organizowanych przez nasza miejscowosc, juz nie bylo miejsc. :O Oczywiscie wszystko komplikuje fakt, ze nadal nie wiem co z Polska. Zapisalam jednak Potworki na te polkolonie na ostatni tydzien lipca i pierwszy sierpnia. Na drugi tydzien sierpnia sa juz zapisani na polkolonie na farmie, gdzie byli rok temu. W kolejnym tygodniu wiekszosc polkolonii konczy dzialalnosc, wiec do wyboru zostaja im poldniowe polkolonie pilki noznej, albo calodzienne, organizowane przez szkoly w naszym miasteczku. Na te "szkolne" chce ich tez zapisac na drugi i trzeci tydzien lipca (bo nie ma juz miejsca na tych "miastowych"). Wczesniejsze terminy poki co zostawiam, bo... Polska. Martwie sie tylko, ze potem nigdzie juz miejsc nie bedzie i obudze sie z reka w nocniku. :/

Sroda przywitala nas deszczem. Lekkim na szczescie, ale do tego 8-9 stopni i bylo dosc paskudnie. Ku naszej wielkiej uldze, wrocil(a) normalny kierowca Kokusiowego autobusu. Mysle, ze cale sasiedztwo odetchnelo. :D Potworki pojechaly do szkol, a ja wstawilam pranie oraz zmywarke i wyruszylam do chalupy taty, bo chcialam koniecznie sprawdzic, czy od soboty wszystko tam ok. ;) Wypisalam tacie ostatnie rachunki (reszte juz wypisze jak wroci) i pojechalam do roboty. Po poludniu Nik mial basen i bylam w pelni przygotowana, zeby jak zwykle po niego pojechac, ale M. stwierdzil, ze pojedzie tylko na krotki trening i z nim wroci. Ok, nie bede sie dopraszac. ;) Troche posprzatalam kuchnie, po czym zagonilam Bi pod prysznic. Mialam tez czas siasc z panna zeby mogla sobie wybrac nowe korki, te z jesieni sa juz bowiem za male, a pilka zaczyna sie za tydzien. :O Popatrzylysmy tez na czarne spodniczki oraz biale bluzki, Bi ma miec bowiem w tym roku koncerty orkiestry oraz choru, a tam zazyczyli sobie bialo - czarne stroje, zeby wszystkie dzieciaki w miare do siebie pasowaly. Co prawda wczesniej ustalilysmy z Bi, ze zalozy czarne legginsy oraz biala bluzke z dlugim rekawem, ktora na szczescie posiada w szafie, ale ze termin koncertu przypada pod koniec maja, pomyslalam, ze moze nagle byc goraco i Starsza sie zapoci. Panna chetnie wybrala sobie biala bluzeczke na krotki rekawek, ale stanowczo odmowila kupna spodniczki. Pojdzie w legginsach i koniec. Machnelam reka. ;) Wieczorem usiadlam rowniez z Nikiem, bowiem i on potrzebuje nowych korkow, ale tym razem Mlodszy okazal sie bardziej wybredny niz siostra. Nic mu sie nie podobalo, a jak cos wpadlo w oko, to oczywiscie nie bylo jego rozmiaru. ;) Wzruszylam ramionami, oznajmiajac, ze to jego problem i jesli ma ochote, moze biegac w przyciasnych korkach; to nie moja sprawa. ;)

W czwartek w szkole Kokusia nadal trwal tydzien swiadomosci autyzmu. Tym razem, na znak milosci i akceptacji, dzieci mialy sie ubrac na czerwono lub zloto. No coz, nic zlotego Nik w szafie nie posiada, ale na szczescie czerwona bluzka sie znalazla. :D Rano na przystanku, cala trojka dzieci jadaca do tej samej szkoly, pokazywala sobie wesolo mankiety czerwonych bluzeczek. Bi czula sie nieco wyobcowana. ;) "Atrakcji" z biletami do Polski ciag dalszy. ;) Odpoczelismy od wiszenia na telefonie jeden wieczor i stwierdzilismy, ze skoro agencja ma problem zeby skontaktowac sie z LOT'em, moze powinnismy wziac sprawy w swoje rece i sami zadzwonic do nich jeszcze raz, powiedziec, ze numery biletow, ktore nam podali, sa zablokowane i poprosic o odblokowanie. M. wzial na siebie zadzwonienie o 4:30 nad ranem, bo w Polsce jest wtedy pozny ranek. Mielismy nadzieje, ze o tej porze wiekszosc ludziskow jest w pracy i oczekiwanie na polaczenie nie bedzie takie dlugie. Niestety, okazuje sie, ze nawet o tej porze M. byl czterdziesty ktorys w kolejce. Cale szczescie, ze u niego w pracy nad ranem nie ma szefostwa i nawet pracownikow jest tylko garstka. Mogl wiec siedziec z plumkajaca muzyczka przy uchu. W koncu ktos odebral... i mamy kolejna niespodzianke, przykra niestety. Okazalo sie, ze numery biletow, ktore facet podal nam w niedziele, tez sa niewazne, zamkniete i nie mozna ich uzyc! Czyli agencja dobrze mowila, ze ich system nie ma do nich dostepu. Ale kurna w LOT maja balagan! W niedziele podaja nam numery biletow, twierdzac, ze sa wazne do listopada, a w czwartek kto inny twierdzi, ze nie sa i nic nie mozna z nimi zrobic. :/ Nie bylo mnie przy rozmowie, wiec nie wiem jak sie to po kolei potoczylo, ale w koncu facet zgodzil sie dac nam vouchery na te niewykorzystane bilety. Potwierdzenie ma przyjsc do dwoch tygodni. Jak je bedziemy mieli, mozemy (niby) zrobic rezerwacje juz bezposrednio z LOT'em. Po tym wszystkim, uwierze jak zobacze... :/

Popoludnie bylo spokojne bowiem dzieciaki nie mialy zadnych treningow. Zrobilam liste na zakupy swiateczne, choc nie sa one jakies spektakularne. Tutejsza Wielkanoc to tylko niedziela, nie ma wiec co szalec z przygotowaniami. Poza tym caly wieczor przesnulismy sie leniwie. A pod wieczor zadzwonil dziadek, ze dolecial szczesliwie z powrotem do Hameryki. Szczerze, to poniewaz wylatywal i wracal w srodku tygodnia, tak naprawde nie widzielismy go tylko jeden weekend i tak to zlecialo, ze nawet tego nie odczulismy. No, ja moze troszke, bo dogladalam tatusiowego domu. Ale Potworki nawet o dziadzia nie zapytaly. ;) Dosc czesto nie widujemy dziadka po 2-3 tygodnie, jak mamy plany na weekendy, albo ktores z nas (lub senior we wlasnej osobie) jest chore, wiec dzieciaki przyzwyczajone i nie zdazyly zatesknic. ;) Pod wieczor dostalam niespodziewanie maila od Kokusiowego trenera pilki na ten sezon. Poniewaz pierwsze mecze maja sie odbyc 23-iego, spodziewalam sie, ze treningi zacznal sie od 18-ego, szczegolnie, ze w nadchodzacym tygodniu sa ferie wiosenne i wiele rodzin wyjezdza. A tu niespodzianka, Nik ma miec trening juz w nastepny piatek. Mlody oczywiscie zachwycony, szczegolnie, ze wygral "loterie" druzynowa i z trzynastu chlopcow, z ktorymi bedzie gral, szesciu to jego dobrzy kumple, a trzech kolejnych zna z poprzednich sezonow. Tak naprawde wiec w druzynie bedzie tylko kilka nowych twarzy. :)

Piatek to byl ostatni dzien z tygodnia swiadomosci autyzmu  w szkole Kokusia. Tym razem, z racji ze autyzmowi czesto towarzysza rozne zaburzenia sensoryczne, dzieciaki mialy sie ubrac "wygodnie". Zalecenie troche idiotyczne, bo jak inaczej ubierac dzieciaka do szkoly? No chyba, ze normalnie chodziliby w mundurkach, to wiadomo. ;) W kazdym razie Nik zalozyl swoj zwyczajny zestaw spodni dresowych oraz koszulki i juz. :) Tego dnia mieli skrocone lekcje. Niewiadomo dlaczego; juz sie pogubilam, ale w tym roku szkolnym to jakas "tradycja", ze przed kazdym dluzszym weekendem lub przerwa w szkole, piatek jest krotszym dniem. Z racji, ze chcialam tez tego dnia zrobic zakupy na caly tydzien oraz czesc przedswitecznych, zdecydowalam, ze tego dnia pracuje z domu. Rozwiozlam wiec dzieciarnie do szkol, zajechalam do UPS'u wyslac paczuszke, po czym wrocilam do chalupy zeby wyslac maile zawiadamiajace szkoly, ze odbieram Potworki osobiscie. Co za porazka, ze koniecznie trzeba to zrobic tego samego dnia... Nastepnie wyruszylam na zakupy, zajechalam jeszcze po kawe i zanim wrocilam i rozpakowalam torby, okazalo sie, ze mam 15 minut zanim czas bedzie jechac po dzieciaki. Pod szkola Nika stwierdzilam, ze niektorzy rodzice potraktowali to ubranie dzieci "wygodnie" bardzo doslownie. Dobrych kilkoro bylo w takich polarkowych, jednoczesciowych pizamach, ale order "cudaka" dostaly blizniaczki, ktore kojarze z ktorejs z druzyn pilkarskich Bi. Panny ubrane byly w ogromne, puchate... szlafroki! :O Obie sa w dodatku dosc... "przy kosci", wiec w tych pastelowych, rozowo - mietowych szlafrokach wygladaly po prostu niczym gigantyczne pianki marchmallows! :D Po przyjezdzie do chalupy, Potworki ucieszone zaczely oficjalnie ferie wiosenne, a ja zabralam sie za smazenie nalesnikow. Reszta dnia zleciala ekspresowo, choc tak naprawde dzialo sie niewiele. Po dwoch dniach zachmurzenia oraz przelotnego deszczu, w koncu przyszedl cieply, sloneczny dzien. Temperatura podskoczyla do 17 stopni, wiec odciagnelam Potworki na chwile od elektroniki i poszlismy na spacer. Trzeba bylo skorzystac, szczegolnie, ze kolejny dzien ponownie zapowiadano deszczowy... Humor za to popsula mi wiadomosc od siostry, ktora kontrolnie (choc po czasie) zawiadomila, ze wykupili wczasy w Hiszpani... w idealnie tym samym czasie, na ktory my szukamy biletow do Polski!!! :O Troche to oczywiscie moja wina, bo nie mowilam jej nic o dacie przylotu, skoro nadal nie mamy biletow. Oczywiscie ona pyta czy nie mozemy przesunac lotu o tydzien, zeby zawitac do trojmiasta akurat na ich powrot. No i nie byloby moze problemu, ale... sam lot to jedno, a wszystko trzeba jeszcze zgrac z moja praca, polkoloniami Potworkow, itd. :/

Poniewaz byl to wybitnie irytujacy tydzien, a za to kompletnie pozbawiony jakichs atrakcji czy przyjemniejszych wydarzen, wrzuce Wam jeszcze zdjecie cudeniek, ktore Bi ostatnio robi na szydelku.

Poki co robi takie torebeczki, bransoletki, paski, itd. Na bardziej skomplikowane rzeczy, przyjdzie czas :)
 

Wprawila sie juz tak, ze robi to ogladajac filmiki na tablecie, a na robotke tylko rzuca okiem co jakis czas :O Wdala sie w tym w swoja prababcie, ktora na drutach robila swetry, czapki, szaliki, kaputki i co tam jeszcze sie dalo. Ja szylam ubrania lalkom Barbie, ale druty czy szydelko nigdy mnie nie ciagnelo. Podobnie jak moja matke, ktora posiadala maszyne do szycia i potrafila uszyc mi oraz siostrze bluzki, spodnie czy spodniczki, ale drutow nawet nie miala w domu. :)

I tak zlecial kolejny tydzien. W szoku bylam, kiedy w mailu ze szkoly ktoregos z dzieci napisano, ze po przerwie wiosennej zostanie juz tylko 8 tygodni roku szkolnego. Az sobie przeliczylam tygodnie i faktycznie! Zostalo juz mniej szkoly niz potem bedzie wakacji! ;) Poza tym, zdrowotnie... niby lepiej. Niby, bo przez caly tydzien musialam jednak od czasu do czasu sie wysmarkac, a to co splywalo mi z zatok, bylo malo... urodziwe, jesli wiecie co mam na mysli. ;) Nikowi tez dalej cos tam furczy, co slychac szczegolnie jak spi, choc w dzien czasem tez ciaga nosem. Bi zas... ma chrypke. W dzien troche mniej, ale po nocy, rano, ledwie ja slychac. Takze, ciagle sie doleczamy i konca nie widac. :/ Dobrze, ze teraz tydzien w domu, wiec miejmy nadzieje, ze cala nasza trojka wykuruje sie juz na dobre...

Do poczytania!

piątek, 1 kwietnia 2022

Chorobowa koncowka marca

Kolejny tydzien minal, a wojna na Ukrainie nadal trwa... Czy ktos byl zaskoczony, ze ruskie oglosili wycofywanie wojsk, a nadal w najlepsze ostrzeliwali miasta? Bo ja ani troche. To bardzo w ich stylu... :/ Jednoczesnie mam wrazenie, ze w mediach jest na ten temat nieco ciszej. Przynajmniej przestaly wszem i wobec oglaszac jaka to bron i ile ktore panstwo przekazuje Ukrainskiemu wojsku. Martus, zgdzam sie z Toba, ze to byl najwiekszy idiotyzm! No przeciez takie cos to powinna byc tajemnica! Nie ma jak oszczedzac pracy wrogiemu wywiadowi (eye roll)... No chyba, ze to tez jakas taktyka i proba "postraszenia" putina (celowo mala litera), zeby wiedzial z czym beda sie mierzyc jego wojska... Niestety, w miare jak wojna sie przedluza (a pamietajmy, ze to "dopiero" tygodnie, nie jak w przypadku II Wojny Swiatowej - lata), coraz wiecej slychac glosow przeciw Ukraincom. A to, ze brudasy i wszystko niszcza, a to ze nalezy sie im wszedzie pierwszenstwo, itd. Trafilam przypadkiem na caly post wysmarowany w takim stylu, napisany przez pania podajaca sie za... katechetke! No piekny przyklad milosci do blizniego! Nie jestem specjalnie religijna, ale razi mnie niezmiernie hipokryzja ludzi udzielajacych sie w instytucjach kosciola katolickiego, a swoim podejsciem do innych ludzi, przeczacym kompletnie wartosciom, ktore owy kosciol powinien reprezentowac. No ale... Ciekawe jak to bedzie wygladalo za kolejnych pare miesiecy, bo chyba nikt nie mysli, ze ruskie szybko sie z Ukrainy wycofaja...

A jak nam minal ostatni tydzien marca? Jak w tytule. Niestety, nie mozemy sie cos doleczyc, to znaczy ja i Potworki, bo M. nic sie jakos nie ima... I moze niech tak zostanie, bo wiadomo, ze chlop to od kataru umiera... :D

Sobota, 26 marca, zaczela sie bardzo przyjemnie. Po raz pierwszy od lutowego dlugiego weekendu, ja oraz Potworki, mielismy okazje pospac sobie do oporu. Normalnie to wiadomo, w soboty Polska Szkola, w niedziele rano msza... Jak zyc? ;) Szczegolnie po zmianie czasu mialam wrazenie, ze jade juz na oparach, wiec te zawody plywackie oraz rezygnacja z sobotniej szkoly, spadla jak gwiazdka z nieba. :D Szanowny ojciec pojechal wiec do pracy, ale my pospalismy dlugo i wstalismy pozno. Zaleta byla oczywista - w koncu czlowiek sie porzadnie wyspal! Wada bylo niestety to, ze mimo iz zbiorka byla o 12:15, to ranek smignal niewiadomo kiedy i znow mialam uczucie, ze spedzam go w biegu. Na szczescie wyszykowalismy sie na czas, M. zdazyl wrocic z pracy i zostal z Bi, a ja z Mlodszym popedzilismy na basen.

Pozimowy bladzioch :D
 

Zawody odbywaly sie u nas na miejscu i tylko dla naszej druzyny, poczatkowo planowalam wiec nie zapisywac sie do pomocy, ale posiedziec sobie spokojnie i popatrzec przez szyby. Niestety, kiedy powiedzialam o tym Kokusiowi, wydal sie tak rozczarowany, ze na szybko wpisalam sie na liste. Szkoda tylko, ze moja ulubiona pozycja "biegacza" (runner) byla juz zajeta. Zostalo jednak jeszcze pare miejsc dla osob mierzacych czas (timers). Ta pozycja oznaczala jednak, ze nie moglam sobie swobodnie chodzic i fotografowac czy nagrywac filmikow synowi. Musialam stac na wyznaczonej lini i skrupulatnie sprawdzac karteczki podawane mi przez mlodych plywakow, a potem wlaczac stoper jak tylko zabrzmial gwizdek i wylaczac go, gdy tylko plywak dotknal scianki. Oczywiscie nie poddalam sie i dwa filmiki nagralam, ale zadnego od poczatku do konca, bo wtedy musialam pilnowac stopera oczywiscie. :) To jednak niewazne. Najwazniejsze to fakt, ze Mlodszy wygral wszystkie 4 wyscigi. Co prawda mial w tym troche szczescia, bo nie bylo jego dwoch najwiekszych "rywali" z tej samej grupy wiekowej, ale i tak bylam z niego baaardzo dumna. :) A i Nik wyszedl z basenu jak na skrzydlach i trudno sie dziwic. ;)

Poczatku tego wyscigu nie mam nagranego, ale udalo mi sie uchwycic doplyniecie Nika do scianki, z racji, ze ja odmierzalam czas jego kolegi. ;) Widac, ze Mlodszy juz doplynal, a kolega jeszcze ma kawalek przed soba. W tym wyscigu akurat plynelo ich tylko dwoch.
 

Wrocilismy do domu i popoludnie uplynelo spokojnie i szybko. Wszystko wydawalo sie ok, az do wieczora, kiedy Nik odmowil jedzenia jablka, bo "boli go gardlo przy przelykaniu". Oho... Zwalilam to poczatkowo na wysuszona jeszcze po przeziebieniu sluzowke. Pozniej jednak, przy czytaniu, Mlodszy zaczal narzekac, ze mu zimno. Jeszcze pozniej, kiedy schodzilam na dol po czytaniu Bi, sprawdzilam jego glowe i nie wydawala sie zbyt goraca, ale byla podejrzanie sucha. Zwykle po zasnieciu Nik poci sie jak mysz, a tym razem nic. Kiepski znak, ale nie chcialam go budzic zeby mierzyc mu temperature. Stwierdzilam, ze sprawdze jak bede sie kladla i wtedy najwyzej podam mu syrop na zbicie. Niestety, kiedy okolo polnocy wdrapalam sie na gore, Mlodszy glowe mial nadal sucha i wydawala sie jeszcze cieplejsza. Co bylo robic... zeszlam z powrotem na dol po termometr i syrop przeciwgoraczkowy, na wszelki wypadek. Musialam Kokusia obudzic, a on obudzony jest nieprzytomny i placzliwy, wiec mi sie oczywiscie poryczal... Temperatura 37.7, wiec taki wyzszy stan podgoraczkowy, dalam mu jednak dawke syropu, na wypadek gdyby dalej rosla.

Noc Mlodszy przespal spokojnie, ale rano przyszedl mi do sypialni blady i mizerny, narzekajac, ze jest oslabiony i boli go glowa. Zmierzylam mu oczywiscie temperature, ale choc o 8 rano pokazala 36.9 (a wiec tylko leciutko podwyzszona), stwierdzilam, ze nie ma go co ciagnac do kosciola. Bi, choc oznajmila, ze moze oddychac juz prawie normalnie, nadal byla "przytkana", a z nosem obtartym niemal do krwi, wygladala jak kupka nieszczescia. Do kosciola pojechal wiec sam M., a ja zostalam z dzieciarnia. I dobrze, bo juz przed 10 rano Nik zaczal marudzic, ze mu zimno i bola go nogi. Domyslam sie, ze lamalo go w kosciach. Zmierzylam temperature i znow 37.7. Potworki w ogole maja tak, ze Bi zazwyczaj goraczke ma bardzo wysoka - grubo ponad 39 kresek. Nik ma ja nizsza, bo zazwyczaj ledwie nad 38, ale duzo szybciej scina go z nog. Dla mnie wiec zalecenia zeby nie zbijac temperatury jesli jest ponizej 38 stopni (albo i 38.5 w niektorych srodlach), sa malo miarodajne. Patrze bardziej na samopoczucie dziecka. Poniewaz Mlodszy nadal byl marudno - placzliwy, a nie chcial za nic sie polozyc, dalam mu znow dawke syropu na 4 godziny. Z normalna temperatura Nik natychmiast odzywal, choc na bol kolan caly czas narzekal. Pod wieczor znow zaczal sie robic cieplawy i jeczacy, chwycilam za termometr i... ponownie 37.7! Az zmierzylam temperature sobie, zeby sprawdzic, czy to ustrojstwo potrafi pokazac inny wynik! :D Tym razem odczekalam jeszcze godzine, zeby sprawdzic czy rosnie, ale pokazalo to samo. Na szczescie to nie wysoka goraczka, ale meczaca, bo calodzienna, a przy zapchanym nosie i ogolnym oslabieniu, Nik sie przy kladzeniu do lozka rozkleil kompletnie i poplakal, ze nie moze oddychac nosem. Ech... nic nie moglam poradzic, bo nawet po plukaniu sola fizjologiczna i porzadnym wydmuchaniu, Mlodszy nie mogl dobrze oddychac, prawdopodobnie przed obrzek sluzowki. :( Juz wieczorem wiedzialam oczywiscie, ze do pracy kolejnego dnia pojsc nie bede mogla, choc bardziej przejmowalam sie, czy Bi nie rozlozy tak samo jak Nika. Starsza we wtorek oraz srode miala bowiem egzaminy dla V klas z "nauk scislych" (science). Nie byloby dobrze, gdyby ja ominely...

A! Najwieksza niedzielna senscja, bylo przejscie nam pod domem grubego zwierza.

Tu co prawda niedzwiadek odwrocil sie do nas dupskiem, ale latwiej oszacowac jego rozmiary, szczegolnie w porownaniu do przyczepy kempingowej
 

W ktoryms momencie malzonek wola: "O kuzwa, niedzwiedz! Chodz, zobacz jaki wielki bydlak!". Poniewaz M. nieraz trzymaja sie takie durne zarty, wiec podeszlam do okna z lekkim oporem, ale tym razem mialam niespodzianke, bo misiek faktycznie podszedl pod sam dom! Prosto do kubla na smieci oczywiscie! Na szczescie byl on pusty, bo w piatek jezdzily smieciarki, ale jak to skubaniec wie, gdzie isc! :/ Niedzwiedzie brunatne sa jednak raczej ostrozne w kontaktach z ludzmi, wiec kiedy malzonek uchylil tarasowe drzwi i zawolal donosnie: "A co ty tutaj robisz?!" (taka konwersacja z misiem :D), ten statecznie sie odwrocil i ruszyl do sasiadow. Zdjecia nie oddaja jego rozmiaru, ale potezne bylo bydle! W ogole jakies takie dobrze odzywione i puchate, a po zimie powinien byc raczej chuderlawy...

Tutaj ujelam jego/ jej profil (choc zlewa sie z pozolkla trawa), ale za to jest dalej i wydaje sie mniejszy, wiec musicie uwierzyc mi na slowo, ze potezny byl...
 

Polazl do sasiadow i... wszedl im do garazu! Zadzwonilam do sasiadki zeby ja ostrzec, ale nie odebrala. Oni maja jednak bardzo czujnego psa, ktory musial sie rozszczekac, bo po chwili niedzwiedz wyszedl z ich garazu, zawahal sie chwile, stanal nawet na dwoch lapach (alez to wielkie w takiej pozycji! :O), po czym puscil sie pedem przez trawnik i juz-juz zaczal wdrapywac na najblizsze drzewo! Po chwili jednak zrezygnowal. Smieszne to jednak bylo, bo pies sasiadow to taki kundelek z troche mniejszych, a tu wielgachny niedzwiedz i przed nim na drzewo chce uciekac! :D Potem misiek statecznie przeszedl przez ulice, przez ogrod kolejnych sasiadow i polazl w gore przez kolejne posesje. I lepiej zeby juz nie wracal, choc wiem ze takiego szczescia to miec nie bede. Do grudnia beda sie tu platac, lachudry jedne. ;)

Wieczorem milo bylo powygrzewac sie przy kominku.

To chyba moj ulubiony element tej chalupy :)
 

Temperatura zaczela gwaltownie spadac, a tuz przed przejsciem niedzwiedzia, mielismy przez godzine wrecz sniezyce. Za krotka byla zeby zdzialac cos wiecej niz oproszenie stolu na tarasie, ale na poludniowym zachodzie Stanu, napadalo kilka cm sniegu. :O

W poniedzialek rano niestety musialam wstac jak zwykle, bo Nik zostawal w domu, ale Bi trzeba bylo normalnie odstawic na autobus. Na szczescie Starsza jakos szczegolnie nie marudzila, a Mlodszy odsypial chorobe i wstal dopiero kiedy zbieralysmy sie juz do wyjscia. Zdazylam mu tylko podgrzac mleko, wreczyc pudelko z platkami sniadaniowymi i musialysmy biec na autobus. Zgodnie z zapowiedziami bylo pieronsko zimno, bo -6 stopni (odczuwlana -14 :O) i porywisty wiatr. Normalnie powrot zimy; tylko sniegu brakowalo.

Brakowalo, ale niewiele. Jak wspomnialam, w niedziele lekko przyproszylo, a w poniedzialek po poludniu wygladalo jak na powyzszym zdjeciu. Nie przykrylo powierzchni, ale widac wyraznie spore platki, szczegolnie na tle domu sasiadow
 

Na szczescie autobus przyjechal w miare o czasie i moglam wrocic do cieplutkiego domu. Nik stwierdzil, ze mam nos czerwony jak Rudolf. ;) Niestety, w domu dlugo nie pobylam, bo musialam jechac do pracy po komputer, jesli mialam pracowac z chalupy. Ech... nie chce mi sie kompa codziennie taszczyc w te i z powrotem, ale czasem by sie przydalo zawsze miec go ze soba. ;) Zostawilam wiec Kokusia w chalupie i podjechalam do pracy. Musialam tez wydrukowac jeden dokument, komp zawieszal sie co minute i malo mnie szlag tam nie trafil, bo najchetniej chwycilabym tylko sprzet, wrzucila go do torby i wrocila do domu, a sie nie dalo. ;) W koncu jednak zrobilam co trzeba i moglam wrocic do domku, do syna. Tego ranka goraczki juz nie mial, choc zatoki zawalone mial nadal strasznie i ciagle narzekal, ze boli go troche glowa. I tak juz w zasadzie zostalo, bo choc po poludniu temperatura wzrosla mu do 36.9 - 37.2, to nie podnosila sie wyzej. Po zachowaniu tez bylo widac, ze czuje sie lepiej, bowiem wrocilo male, wesole Kokusio, wyglupiajace sie i rechoczoce z byle czego. Niestety, mimo plukania sola i wydmuchiwania, przez nos nie mogl oddychac kompletnie. Zapadla wiec decyzja, ze zostanie w domu kolejny dzien. Decyzje ta Bi przyjela oczywiscie z buntem i pretensjami, ze to nie fair i ze ona w takim razie zostaje w domu w czwartek i piatek! No niedoczekanie... :D Tego dnia jest rowniez normalnie trening na basenie, ale wiadomo - Nik nie pojechal. Zreszta, pluje sobie w brode, bo mozliwe, ze Mlodszy zalatwil sie wlasnie podczas sobotnich zawodow. Na basenie jest goraco, ale dzieciaki przez dwie godziny biegaja mokre, przecierajac sie tylko recznikami, z ktorych po chwili tez niemal cieknie... No ale Nik juz od zeszlego czwartku wydawal sie zupelnie zdrowy i nie widzialam najmiejszego powodu zeby trzymac go w domu. Moze to zreszta przypadek, ze akurat tego samego wieczora go rozlozylo, albo dwie godziny biegania na mokro po prostu przyspieszyly rozwoj choroby. :/

Niestety, wtorek wolny od szkoly dla Nika, pasowal nam tak srednio na jeza, byl to bowiem kolejny dzien w pracy, kiedy mialam zostac do pozna. Co za tym idzie, musialam byc w biurze, nie moglam pracowac z domu. W te dluzsze dni na szczescie i tak zwykle jade do pracy pozniej, ale M. musial wyjsc ze swojej w poludnie i przyjechac mnie zmienic. Potem okazalo sie, ze w sumie niepotrzebnie zatrzymalam Kokusia w domu. To znaczy, na pewno dodatkowy spokojny dzien w cieplym domku mu nie zaszkodzil, ale juz wczesnym rankiem jasne bylo, ze Mlodszy doszedl do siebie. Pelen byl energii i entuzjazmu do zycia - radosnie nawet odkurzyl i umyl podloge w swoim pokoju, ja bowiem, korzystajac z ranka w domu, sprzatalam, a jak. ;) Potem zasiadlam z synem do kompa, postanowilam bowiem dodatkowo wykorzystac ze jestesmy razem w chalupie i nikt nie przeszkadza i wyslac w koncu formularz z wyborem zajec muzycznych na przyszly rok. Szkola wymagala ich do piatku, wiec to byl juz naprawde ostatni dzwonek. Niestety, Nik sam nie wie czego chce (zreszta, nie mozna zbyt duzo oczekiwac po 9-latku). Na poczatku twierdzil, ze nie chce juz grac na skrzypcach, nie chce tez spiewac w chorku. Chce grac w zespole. Wzruszylam ramionami, bo wiem, ze wiele dzieci w naszej miejscowosci, po trzech latach grania na skrzypcach, altowce czy wiolonczeli, rezygnuje, bo ma dosc i woli sprobowac czegos innego. Namawialam go jednak, zeby wybral choc na jedne zajecia chor, bo to taka aktywnosc, na ktora nie trzeba sie przygotowywac. Idziesz i spiewasz. Tu jednak Mlodszy uparl sie, ze nie i koniec. No to nie. Kilka dni wczesniej jednak Nik zaczal zmieniac front. Choru nadal nie chcial, ale stwierdzil, ze on jednak lubi skrzypce i chce kontynuowac. Tlumaczylam, ze mnie jest wszystko jedno, ze to jego aktywnosci, ale dwa instrumenty na raz to podwojne cwiczenia, pilnowanie ktory instrument kiedy brac do szkoly, itd. Ze juz nie wspomne o podwojnej oplacie za wypozyczenie instrumentu, ale to juz zmartwienie dla rodzica... ;) Z drugiej strony, sama przyznawalam, ze szkoda tak zrezygnowc po trzech latach z tych skrzypiec, kiedy teraz juz calkiem niezle na nich gra. Stanelo wiec na tym, ze wybiera orkiestre raz w tygodniu i zespol dwa razy, bo przy nowym instrumencie bedzie potrzebowal wiecej zajec, zeby sie z nim zapoznac. To ustalilismy juz wczesniej, wiec siadajac z nim we wtorek do formularza, spodziewalam sie, ze raz-dwa wypelnimy i gotowe. Tymczasem moj syn zaczal typowe dla niego wahania. Czy kontynuowac skrzypce, czy nie? Co ja bym wybrala? Ktory instrument wybrac do zespolu? W formularzu (elektronicznym) byly linki do obejrzenia krotkiego opisu kazdego z instrumentow i posluchania jak brzmia. Pechowo, zaznaczono rowniez, zeby kazde dziecko wybralo dwa instrumenty, bo szkola bedzie probowala dobrac je tak, zeby kazde miejsce bylo obsadzone, a nie ze np. 10 dzieci bedzie gralo na trabce, a na puzonie nikt. Rozumiem to, ale dla Kokusia to dodatkowe utrudnienie w wyborze. Ogladalismy te filmiki po kilka razy kazdy, cofalismy, puszczalismy kolejny raz niektore fragmenty... W zasadzie flet oraz klarnet Mlodszy odrzucil od razu (dlaczego?! :D) bo "za bardzo piszcza". ;) Podobnie perkusje, bo doczytalismy, ze w V klasie zamiast na prawdziwej perkusji, dzieciaki graja na... dzwonach. :O Potem odpadl jeszcze jeden instrument dety, ktorego nazwy nie pamietam. Stanelo na puzonie, trabce albo saksofonie. Powiem Wam, ze mi nie podobalo sie brzmienie zadnego i kiedy wyobrazalam sobie sluchanie tego dudnienia przy cwiczeniach Nika, az cierplam. No ale coz, on koniecznie chcial grac na ktoryms z nich. Najwyzej bedzie cwiczyl w garazu. :D Przekonalam go w koncu zeby odpuscil sobie puzon, pokazujac jak wielkie jest to ustrojstwo i przypominajac, ze bedzie go musial taszczyc do szkoly i z powrotem dwa razy w tygodniu, a czasem trzy, bowiem w piatki zajecia sa rotacyjne i co ktorys tydzien zdarzy sie, ze akurat wypadnie mu w ten dzien zespol. No wiec w koncu wybral trabke i saksofon i pod koniec roku szkolnego powinnismy dostac zawiadomienie, ktory mu przydzielili.

Zaraz po 12 przyjechal M., a ja popedzilam do pracy, zahaczajac tylko jeszcze o dom taty, zeby wyjac ze skrzynki listy, ktore uzbieraly sie przez te kilka dni od jego wylotu. W robocie na szczescie wszystko poszlo zgodnie z planem, a nawet lepiej, bo zaczeli wczesnie i nikt (w sensie najmlodsze i najslabsze ogniwo zespolu ;P) sie nie spoznil, wiec juz o 19 wyszlam do domu. Wyszlabym nawet kilkanascie minut wczesniej, ale szef spojrzal na przygotowany certyfikat, zobaczyl jeden z wynikow - 87.6% i zaczal naciskac na laborantke, zeby pogrzebala w ustawieniach programu komputerowego i sprawdzila, czy nie da sie choc leciutko podniesc tego rezultatu. Udalo jej sie podwyzszyc go do 90% i szef zadowolony stwierdzil, ze to juz lepiej wyglada, podpisal w koncu certyfikat i moglysmy wyjsc do domu. Rozczarowana bylam, bo prawie udalo mi sie podjechac po Bi na gimnastyke. Zawiezc musial ja oczywiscie M., ale gdyby nie wymysly szefostwa, akurat udaloby mi sie ja odebrac i malzonek z Kokusiem nie musieliby kiblowac w aucie do 19. Trudno... To byla jednak tylko malutka irytacja. Gorzej, ze wyglada na to, iz przez caly kwiecien nie bedziemy mieli pacjentow. Musimy miec jeszcze czterech. Kolejny odpadl bo nie przeszedl badan kontrolnych. Wiedzialam juz o tym, ale jeszcze niedawno slyszalam, ze moze uda mu sie przesunac dawkowanie o tydzien. We wtorek jednak okazalo sie, ze nie tylko tego pacjenta nie bedzie, ale tez z jakiegos powodu kolejnego! A, ze pacjentow mamy co dwa tygodnie (takie wymogi i nie mozemy nic z tym zrobic), to oznacza caly cholerny miesiac w plecy!!! :(

W srode rodzinny grafik zaczal wracac do normy. Co prawda we wtorek wieczorem Bi cos tam marudzila, ze wydaje jej sie, iz ma goraczke i zeby jej zmierzyc. Dotykam czola - chlodne. Bi uparcie, ze jak ona dotyka, to jest cieple. :D Coz, wiem, ze Starsza strasznie pozazdroscila bratu tych dwoch dni bez szkoly i bedzie teraz symulowac na calego. ;) W srode rano cala nasza trojka zwlekla sie wiec niechetnie z lozek bladym switem (:D) i oba Potworki pojechaly do placowek. Ja wrocilam na chwile do domu zeby wstawic pranie i ogarnac co nieco, po czym rowniez podazylam do roboty. Po pracy musialam pojechac po Bi i jej kolezanke bo mialy badmintona po lekcjach. To juz ostatnie zajecia, a ze Starsza stanowczo odmowila zapisania sie na jakiekolwiek wiosenne sporty oferowane przez szkole, to konczy sie moje regularne jej odbieranie. Jej wybor. :) Po pracy spokojny wieczor, bo choc w srody Nik ma zwykle basen, to nadal troche smarczal i uznalam, ze lepiej mu trening odpuscic. Niedzielno - poniedzialkowe "przygody" daly mi w kosc i nie wiem kiedy teraz odwaze sie puscic go na plywanie. ;) Oczywiscie jak zwykle Mlodszy jeczy, ze mu sie nie chce, tak tym razem urzadzil foszki, ze on jedzie i juz! Nie dogodzisz. :D O egzaminie Bi nie wiem nic. Pytam, czy trudny? "Nie wiem...". Pytam na jaki temat byly pytania? "Rozne". No to sie dowiedzialam. Jedyne co Starsza pamietala, to ze bylo 19 pytan. Dziwna taka liczba. ;) Mam nadzieje, ze moze kiedys wyniki zostana wyslane rodzicom, choc trudno powiedziec, bo poki co malo kiedy dostaje do wgladu jakiekowiek testy dzieciakow... W ogole maja tutaj dziwny system, majacy oczywiscie zwiazek z tym, ze dzieciaki maja sie uczyc w szkole i z tamtad wynosic wiadomosci. Zeby nie bylo, jestem za takim podejsciem calym sercem i czuje sie przeszczesliwa, ze moje Potworki nie musza spedzac calych popoludni zakuwajac na kolejne klasowki. Czasem jednak, moje polskie jestestwo nie moze pozbierac szczeki z podlogi. ;) Pisalam Wam juz kiedys, ze po sprawdzeniu klasowek z matematyki, nauczycielka oddaje je dzieciom z zaznaczeniem, ktore zadania zostaly rozwiazane poprawnie, a w ktorych jest blad. Oczywiscie nie podaje poprawnego wyniku, ale dziecko ma szanse samo znalezc blad i rozwiazac problem ponownie. Moze dlatego poki co nie ma ocen. ;P W minionym tygodniu Bi miala jednak egzamin (tak to tu nazwali - exam; nie test, nie quiz, ktore oznaczaja krotka kartkowke, tylko egzamin) z nauk scislych, co tez nie do konca oddaje tematyke. Mysle, ze najlepszym tlumaczeniem bedzie, ze to egzamin z "przyrody", bo z tego co Bi udalo sie wykrzesac z pamieci, mial on elementy i biologii i geografii i nawet troche fizyki. Ale niewazne. Egzamin trwal po 1.5 godziny we wtorek i srode. Okazalo sie jednak, ze i w jeden i w drugi dzien, to byly te same zadania! Po prostu, w srode dzieciaki mialy dokonczyc to, czego nie skonczyly we wtorek! Bi we wtorek odpowiedziala na 14 pytan, wiec na srode zostalo jej tylko 5. Oczywiscie nie dostala pytan do domu, no ale jesli by chialo, to co cwansze dziecko moglo przeczytac sobie pozostale pytania i douczyc sie w domu! :D Przypomnialo mi sie w jakim bylam szoku, kiedy chodzilam do tutejszego high school. Dostalam test z matematyki i przerazilam sie liczba zadan. Rzucilam sie na nie niczym pirania, cala zestresowana, ze nie zdaze w 44 minuty (tak, taki byl czas lekcji; po co zaokraglac :D), uff zdazylam. A kolejnego dnia malo z krzesla nie spadlam kiedy nauczycielka spytala kto chce dokonczyc test, po czym rozdala je chetnym i dala 10 minut na dokonczenie. To sie nazywa bezstresowa szkola. :D

W czwartek kolejna poranna pobudka. Pogoda nie pomagala sie zwlec, bo od rana padala upierdliwa i nieustajaca mzawka. Za to po poludniu mialo sie zrobic dosc cieplo, choc ranne tempteratury - +4, zdawaly sie temu zaprzeczac. ;) Autobus Kokusia znow ma jakies roszady z kierowcami i spoznil sie 20 minut... Dobrze, ze mrozu nie bylo. Tego popoludnia corka sasiadki miala wysiasc razem z Nikiem i poczekac u nas na opiekunke. Duze korporacje z pobliskiego miasta w koncu zaczynaja z powrotem sciagac ludzi do biur, to zas kreuje logistyczne zagwozdki dla rodzicow mlodszych dzieci. Sasiadka narazie wraca do biura na dwa dni w tygodniu i wtedy jej opiekunka ma odbierac ze szkoly jej starsza corke, zas mlodsza ma wysisac u nas i poczekac az ta zabierze ja po drodze. Nie mam pojecia dlaczego starsza nie moze wrocic autobusem. Wtedy opiekunka moglaby poczekac na autobus mlodszej, a druga by sobie doszla jak dojedzie. No, ale nie mnie to oceniac, szczegolnie ze to nie problem "przechowac" u nas mlodsza panne przez 15 minut. ;) Tego dnia jednak okazalo sie, ze A. wysiadla, po czym przeszla prosto do auta... taty, ktory juz czekal. ;) Biedak, podejrzewam, ze specjalnie zwolnil sie z pracy, rano bowiem poprosil kierowce zeby Mlodsza wysiadla u nas po poludniu, a kobieta bezradnie rozlozyla rece, ze nie wie czy ona bedzie prowadzic ten autobus po lekcjach. Sasiad pewnie stwierdzil, ze woli sam przyjechac zeby skontrolowac co i jak, na wypadek gdyby Mlodej nie wypuscili (juz raz ich Starszej kierowca nie wypuscil na innym przystanku), a ona by spanikowala. Ja za to po pracy pojechalam do chalupy taty zeby skontrolowac czy wszystko ok i wyjac korespondencje. Niestety przyszedl caly stos rachunkow, wiec wypisalam je i wsadzilam do skrzynki, ale przez to do domu dojechalam dopiero tuz przed 17. Malzonek pojechal na silke, a ja zagonilam Potworki do pracy domowej z Polskiej Szkoly, zeby nie zostawiac jej na ostatni dzien. Nik umarudzil sie i oczywiscie strzelil focha, a tymczasem jego lekcje zajely nam cale 15 minut. ;) Na piatek zostala tylko czytanka. Gorzej bylo z Bi, bo choc cwiczen miala niewiele, doslownie kilkanascie wyrazow do uzupelnienia, to miala zapowiedziane dyktando. Tym razem bylo dosc trudne, bo zawieralo slowa jak pejzaze, witraze, itd., czyli takie rzadko uzywane, kwieciste slownictwo, nie mowiac juz o imieniu i nazwisku Stanislawa Wyspianskiego. Dla dziecka dwujezycznego to prawdziwy lamaniec. ;) Wpisalam sie tez na dyzur w Polskiej Szkole. Wczesniej zapisana bylam na bodajze 8 stycznia, a przepadl mi, bo lekcje zostaly odwolane z powodu sniezycy i myslalam, ze sie wywine, ale ponoc nie ma tak dobrze. Bez wzgledu na to z czyjej winy nie stawilo sie na dyzur, trzeba go odrobic. Kazda rodzina, ktora nie odrobi dyzuru, ma obowiazek wplacic $100. Mi nie chodzi nawet o te kase; po prostu nie chcialo mi sie z nimi wyklocac, wiec zapisalam sie zaraz na pierwsza mozliwa sobote. Potem bedzie przerwa z powodu ferii wiosennych oraz Wielkiej Nocy, a pozniej to zacznie sie pilka nozna i niewiadomo na ilu lekcjach Potworki jeszcze beda. ;)

Piatek zaczal sie paskudna pogoda. Jeszcze dobudzajac sie w lozku, slyszalam jak ulewny deszcz szumi o dach. Odglos idealny do owiniecia sie koldra i ucieciu sobie dalszej drzemki, no ale nie ma tak dobrze. Na szczescie, zanim sie wyszykowalismy, kiedy wyszlismy na autobusy juz "tylko" kropilo. ;) Dla odmiany, przez wiekszosc dnia deszczyk leniwie popadywal od czasu do czasu, a kiedy lunal na calego, no kiedy?! Oczywiscie wtedy, gdy wyszlam z pracy i ruszylam na zakupy!!! :D Kiedy w koncu dotarlam do domu, znow bylo juz po 17. Pozostalo cos przekasic, przecwiczyc z Kokusiem czytanke, a z Bi i czytanke i dyktando, podac kolacje, przyszykowac ciuchy na kolejny dzien i zostalo raptem pol godziny na grzanie dupki przy kominku przed kladzeniem dzieci spac. ;)

I to tyle. Poza kwestiami zdrowotnymi, jak widac po znikomej ilosci zdjec, niewiele sie dzialo. Zreszta, wcale nie brakuje mi przygod i ekscytacji. Stanowczo wole spokoj, zeby tylko jeszcze zdrowie powrocilo z laski swojej. ;) Tymczasem mi nadal cos tam furczy w nosie i od czasu do czasu musze go wydmuchac. Nik nadal ma swoj zatkany, choc przy probach wydmuchiwania, nic nie leci. Tylko Bi praktycznie doszla do siebie. No i M. jednak raczej nic od nas nie zlapal, szczesciarz, bo mysle, ze inaczej juz dawno wykazywalby jakies oznaki kichania czy smarkania... ;)

Do poczytania!

piątek, 25 marca 2022

Pierwszy tydzien wiosny

Nie mialam pojecia piszac poprzedni post, ze moje luzne przemyslenia wywolaja taka burze w komentarzach! Tak naprawde tylko Tygrysia Mama chyba wczytala sie glebiej i zrozumiala, o czym chcialam napisac. Dziekuje Ci Kochana! Jesli komus sie wydaje, ze pisze, ze mamy zamknac granice przed Ukraincami, nie pomagac bo zabiora Polakom prace, zasilki, ochrone zdrowia, itd. zastanowcie sie jeszcze raz. Mieszkam za granica, wiec tak naprawde to, co dzieje sie w Polsce, mnie nie dotyczy. Pisze zwykle przemyslenia, zastanawiajac sie jak byloby dla tych wszystkich uciekinierow lepiej, wlasnie dlatego, ze zaczynalam kiedys od niemal zera w obcym kraju, a czytam, ze pisze glupoty. Wyraznie napisalam tez, ze rozumiem taka paniczna ucieczke na oslep. Ale nie. Najlepiej jest wziac dwa zdania wyrwane z kontekstu, uczepic sie ich i wysmarowac jadowity komentarz...

W kazdym razie, wojna trwa w najlepsze, choc mam wrazenie, ze obecnie utknela w martwym punkcie. Ruskie nie maja sil, zeby posuwac sie do przodu (ale czy ktos u nich ma odwage przekazac takie wiesci Putinowi?!), a Ukraina zeby wypchnac ich z wlasnych terenow raz na zawsze. Europa oraz Stany przyczaily sie i same juz nie wiedza co jeszcze moga zrobic zeby pomoc Ukrainie bez wywolania wojny swiatowej. Chiny przyczaily sie udajac dobrego wujka i probuja dobrze grac z obiema stronami. Australia bardziej przejmuje sie, ze te ostatnie rusza na Tajwan... Co mysli Putin, tego nie wie nikt (choc kazdy spekuluje). Osobiscie wyobrazam go sobie jako szalenca, ktory widzac, ze jest obecnie na przegranej, krazy wokol "czerwonego guzika" i zastanawia sie: nacisnac czy nie naciskac. Boje sie, ze jesli nie nastapi jakis wielki przewrot na Kremlu, to on w koncu ten guzik nacisnie. :(

A pomiedzy tym wszystkim, poki co, zycie plynie zwyczajnie. Pewnie, ze nie tylko tecza i jednorozce, ale problemiki na szczescie sa codzienne i choc czasem irytujace, to latwe do rozwiazania.

Ostatnio skonczylam posta piszac, ze o piatku wspomne nastepnym razem, wiec oto jest. 

W stawie za budynkiem pracy, w najlepsze bzykaja sie zaby. Wiem, jakosc slaba, ale nie daly mi podejsc. Bylo ich tam cale zatrzesienie, ale jak tylko sie zblizalam, praktycznie wszystkie dawaly nura
 

Tego dnia bylo tak cudownie cieplo (24 stopnie!), ze mimo iz przyjechalam dopiero przed 17, kiedy rozpakowalam zakupy i zjadlam szybki obiad, zapielismy Mayi smycz i ruszylismy zrobic koleczko spacerkiem, przecinajac nasze osiedle oraz kolejne obok. Pierwszy spacer w krotkich rekawkach i to w marcu! :O

Nik w swoim zywiole :)
 

Dzieciaki wziely rowery, a rodzice maszerowali dziarsko, matka probujac ujarzmic siersciucha, ktory przez pierwsza polowe spaceru zawsze ciagnie jak glupi. Dopiero kiedy sie troche zmacha, Maya zwalnia, choc chodem "przy nodze" to tez tego nie nazwe. ;)

Pisalam pare razy, ze nasze osiegle polozone jest na wzgorzu. Jestesmy tez na jego bardziej stromym zboczu. Na spacerach zawsze wiec na poczatku musimy ostro sie wspinac w gore, ale potem za to mozemy schodzic lagodnym zboczem sasiedniego osiedla, wlasnie tym na zdjeciu. Ulica jest baaardzo dluga, ale za to caly czas idzie lekko w dol :)
 

Tego dnia otrzymalam rowniez maile z raportami semestralnymi Potworkow. Akurat bylam na zakupach i czas zeby je przeczytac mialam dopiero wieczorem. Oboje maja te raporty, obiektywnie mowiac, calkiem dobre, choc szczerze to wolalabym normalny system ocen, zamiast takiego opisowego pitu-pitu. Nawet z w miare dokladna skala, wiecej o faktycznej wiedzy dzieci powiedzialaby mi lista ocen z kazdego przedmiotu, w skali od A do D (tutejszy odpowiednik 5-2). To jednak nastapi chyba dopiero w Middle School (skoro nawet u Bi nadal sa oceny opisowe...). A tak, to wedlug raportow, prawie wszystkie zagadnienia Potworki opanowaly na M ("meet"), czyli wykonuja je na poziomie odpowiednim dla drugiego semestru swojej klasy. ;) Prawie, bo Nik zebral sobie kilka N ("near"), czyli ze jest blisko, ale jeszcze nie do konca opanowal tego kawalka materialu.

Raport semestralny Kokusia
 

Nad niektorymi z tych N tylko pokiwalam glowa, inne mnie zaskoczyly. ;) No bo tak... Kompletnie nie zaskoczylo mnie N z uzywania poprawnie duzych liter, to bowiem Nik olewa kompletnie, w dwoch jezykach zreszta. Kiedy zwroci mu sie uwage, tylko rechocze. Zasady zna, ale z jakiegos powodu po prostu lubi pisac mala litera i tyle mu zrobisz. Walcze z nim o to od poczatku szkoly i w koncu odpuscilam. Mysle, ze w starszych klasach, kiedy za taki blad dostanie mniej punktow na klasowce, szybko sie nauczy. Podobnie nie zdziwila mnie N-ka z rozwijania tekstow. Do dzis pamietam ten horror podczas lekcji zdalnych, kiedy Mlodszy mial o czyms napisac, wypocil 3 (krotkie!) zdania i upieral sie, ze skonczyl. Kiedy ma ochote, potrafi pisac dlugo i kwieciscie, bo i ma bogate slownictwo, a ze woli krotko i wezlowato, to coz... ;) Za to zaskoczona bylam, ze otrzymal N za zrozumienie tekstu i wyciaganie z niego glownych wnioskow oraz szczegolow, a takze za umiejetnosc laczenia wiedzy z kilku tekstow. Co do pierwszego, to opowiada mi czesto o czym czyta, wiec jesli tekst go zaintersuje, to wiele z niego wyciagnie. Podejrzewam, ze te szkolne moga go zwyczajnie nudzic. ;) A co do drugiej sprawy, to przeciez ledwie tydzien temu ogladalam w muzeum jego prace o tsunami. Nie sadze zeby zmontowal ja korzystajac tylko z jednego zrodla... Ostatnia N-ke zlapal z matematyki za zrozumienie ulamkow, zwyklych i dziesietnych. To tez mnie zdziwilo, bo w przeciwienstwie do Bi, ktora lekcje juz zwykle ogarnia sama, Nik nadal odrabia je najczesciej pod moim okiem. Mam wiec okazje podejrzec jak sobie radzi i nie zauwazylam, zeby z czyms mial problemy. Domyslam sie, ze tu problemem nie jest (nie)znajomosc ulamkow, ale tendencja Kokusia do robienia zadan na wyscigi, jak najszybciej, zeby juz zrobic i miec z glowy. A czy poprawnie? To juz dla niego nie problem... :D Na raporcie znalazlo sie tez jedno E ("exceed"), ktore oznacza, ze dziecko opanowalo owo zagadnienie powyzej przecietnej dla swojego rocznika. Nik otrzymal je z... w-fu, czyli umowmy sie, fajnie, ale osobiscie nie traktuje wychowania fizycznego jako przedmiotu majacego wieksze znaczenie... ;)

Pora na Bi. Wszystkie zagadnienia poza trzema, opanowala na poziomie M.

I raporcik Starszej...

Na jej raporcie znalazlo sie tylko jedno N - otrzymane od nauczycielki choru, za umiejetnosc odczytywania nut. Dla mnie to czarna magia, wiec i tak podziwiam, ze Bi cokolwiek potrafi z tego odczytac. ;) Poza tym, ta sama kategorie ma rowniez orkiestra, ale tam nauczyciel dal Starszej za nie M. Czyli w orkiestrze potrafi odczytywac nuty, a w spiewie juz nie? Hmmm... Poza ta jedna N-ka, Bi w dwoch kategoriach dostala E. Jedno za plastyke, wiec podobnie jak u Nika z w-f'em, tutaj tez wzruszylam w sumie ramionami. Drugie E jest jednak za cos, z czego Nik musi sie podciagnac, bowiem dotyczy umiejetnosci rozwijania watku w tekscie. No wiadomo, Bi to "pisarka". ;) W szkole Bi, do wynikow dodaja jeszcze skale od 1-3, oznaczajaca czy dziecko konsekwentnie osiaga owe wyniki. Skala ta przypisana jest jednak ogolnie "przedmiotowi", a nie szczegolowym zagadnieniom z kazdego. U Starszej przedmioty to pisanie, czytanie (dziwne dla mnie jest to rozdzielenie), matematyka, nauki scisle, nauki socjalne, hiszpanski, plastyka, w-f, chor i orkiestra. Z kazdego Bi otrzymala "1", czyli konsekwentnie trzyma poziom. ;)

W sobote rano oczywiscie Polska Szkola. Co ciekawe, tym razem Bi jechala bez marudzenia, a awanture urzadzil Nik. Nie mial wyjscia, pojechal i tak, a tylko popsul humor sobie i mnie. ;) Kiedy dzieciaki sie uczyly, ja pojechalam do kolezanki na kawke. Po poludniu szykowalismy sie na siedzenie w chalupie i wygrzewanie przy kominku, bo od rana bylo mgliscie i chlodno. Tymczasem nagle miedzy chmurami zaczelo przebijac sie slonce i temperatura w jednej chwili skoczyla do 18 stopni. To moglo oznaczac tylko kolejny rodzinny spacer! ;) Oprocz tego wiadomo, pranie, jakies ogarniecie tego czy owego, obejrzane skoki narciarskie i to w sumie na tyle z soboty. :)

W niedziele pogoda byla odwrotna do sobotniej. Rano bylo 13 stopni, ale przy pieknym sloncu wydawalo sie, ze bylo duzo wiecej. Po kosciele zajechalismy na myjnie, zeby splukac moje auto po zimie z soli i kurzu, a potem M. zostal na dworze zeby wyszorowac felgi, co wykorzystaly dzieciaki na poganianie po ogrodzie. Niestety, wczesnym popoludniem nadciagnely chmury, zerwal sie chlodny wiatr i mimo ze nadal bylo 14 stopni, zrobilo sie bardzo nieprzyjemnie. Jak rano pootwieralam okna, tak teraz skrupulatnie wszystkie pozamykalam. Wpadl moj tata dac ostatnie instrukcje przed wylotem do Polski i pozegnac sie z wnukami. Ja mialam go odwozic na busa, wiec jeszcze go zobaczyc, ale z rozpedu tez zaczelam mu zyczyc szczesliwej podrozy. :D Po odjezdzie dziadka zabralam towarzystwo do biblioteki, bo konczylysmy ksiazke, ktora czytalam razem z Bi. Nadal meczymy serie "Wojownicy", wiec moglam podjechac i wziac po prostu kolejna czesc, z Kokusiem jestesmy jednak na ostatniej czesci jego serii ("Gregor the Overlander" - nie wiem czy byla tlumaczona na polski), wiec chcialam zabrac go zeby pobuszowal w regalach i cos sobie znalazl. Ciezko bylo... ;) Sam nie bardzo mogl czegokolwiek wyszukac, a tytuly podsuwane mu przeze mnie, jakos nie przemawialy do jasnie panicza. ;) W koncu jednak cos tam wybral... Kiedy wychodzilismy, rzucil im sie w oczy obraz, ktory czytelnicy moga ukladac. Przez cala zime omijalam go obojetnie, ale Potworki oczywiscie musialy poprosic o cegielki do wyklejania. ;)

Tak, Bi poczula zew lata. ;) Spokojnie, na to miala jeszcze bluze :D
 

Dolozylismy wiec wlasne kwadraciki i wrocilismy do chalupy. Po poludniu dostalam maila od trenera druzyny plywackiej, ze postanowil zorganizowac wewnetrzne zawody, zeby dzieciaki mialy szanse sie poscigac i wygrac pare wstazek. Z jednej strony fajnie, bo caly zeszly rok nie bylo zawodow w ogole, a w tym byly tak naprawde tylko jedne. Drugie (te dziwne - wirtualne, gdzie kazda druzyna plywala u siebie) doszly niby do skutku, ale z tego co sie wywiedzialam, trener nadal nie otrzymal listy "czasow" tamtej druzyny, wiec nie ma oficjalnych wynikow. Dobrze zeby dzieciaki mialy poczucie po co tak naprawde cwicza kilka razy w tygodniu. ;) Z drugiej strony, Nik natychmiast podniosl raban, ze on w takim razie nie chce jechac do Polskiej Szkoly, chociaz zawody sa w poludnie, wiec spokojnie moglby pojechac na dwie godziny. Woli jednak pouzalac sie nad soba, jaki to on bedzie zmeczony... ;) Coz, zawody juz w te sobote, wiec musze sie zastanowic. A niedzielny wieczor to juz zwyczajne szykowanie sie na kolejny tydzien pracy, wyciaganie plecakow, szykowanie sniadaniowek, itd.

W poniedzialek dzieciaki mialy skrocone lekcje, w podstawowkach odbywaly sie bowiem wywiadowki. Wykorzystalam okazje i napisalam w pracy, ze bede pracowac z domu. Oczywiscie moja praca z domu oznacza, ze Potwory ublagaly zeby ich zawiezc i odebrac ze szkol. To z kolei daje dodatkowe pol godziny snu, wiec nie narzekalam. ;) Wrocilam do domu po odwiezieniu potomstwa, odpalilam kompa zeby wyslac obowiazkowe maile do nauczycielek i sekretarek szkolnych, ze tego dnia odbiore dzieciaki osobiscie, po czym zabralam sie za prace i lekkie ogarnianie chalupy. Tego dnia solidnie wialo, ale ze bylo piekne slonce, wiec poznym rankiem zabralam tez Maye na spacer. Niech tez ma cos z mojej "domowki". :) Tego dnia akurat zadne z Potworkow nie mialo wywiadowki, wiec zyskali dluzsze popoludnie. Byla to tez okazja, zeby zaprosic do zabawy jakies dzieciaki. Tym razem padlo na nasze hinduskie sasiadki. Odebralam cala ferajne ze szkol i przywiozlam do chalupy. Obawialam sie, ze spedza cale ponad dwie godziny grajac na konsolach, ale na szczescie slonce i 16 stopni wywabily ich z domu.

Sorki za jakosc tego zdjecia, ale robione przez szybe, prosto w ktora akurat swiecilo slonce...
 

Za to wlasnie lubie te panny. Nie siedza z nosami w elektronice, ale lubia tez inne zabawy i aktywnosci. Nakarmienie towarzystwa bylo nieco problematyczne, bo rodzice wychowuja dziewczyny jako wegetarianki. Nie mowiac juz o tym, ze oni w domu gotuja po hindusku, a my po polsku. ;) Przyrzadzilam wiec takie "pewniaki" dla hamerykanskich dzieciakow: mac&cheese (makaron w sosie serowym; ohydztwo bez smaku, ale malolaty uwielbiaja...), frytki, paluszki rybne, kukurydze oraz mini pizze, co do ktorych sie pomylilam, bo myslalam, ze beda z samym serem, a mialy pokruszone miesko. Stwierdzilam, ze kazdy wybierze cos dla siebie. Rodzice naszych gosci, mimo ze sami sa wegetarianami, w stosunku do swoich corek maja dosc luzne podejscie, wiedza bowiem, ze u innych ludzi beda mialy okazje jesc tez produkty odzwierzece. I o dziwo, obie panny chetnie wszamaly paluszki rybne. ;) Potem Bi zaproponowala jeszcze lody, wiec cala czworka miala po prostu uczte. :D

Mlodziez "ucztuje" :D
 

 Zapraszajac dziewczyny, zaznaczylam przezornie, ze zabawa jest do 16, zeby dzieciarnia sie zmyla w mniej wiecej czasie powrotu M. do domu. Dziewczyny tym razem odebrala opiekunka, ktora na szczescie, w przeciwienstwie ich mamy, zawsze jest punktualna. :D Ja niestety przyplacilam wizyte wyrzutami sumienia. Nika, ktory tydzien wczesniej wykurowal sie z przeziebienia, rozlozylo ponownie. Juz przez weekend smarkal, ale tak "dziwnie", w sensie, ze np. byl "pociagajacy" caly wieczor, ale rano wydawalo sie, ze mu przeszlo. Albo jak w niedziele, ciagal nosem rano, w srodku dnia wydawal sie zdrow jak ryba, a wieczorem lzawily mu oczy i kichal raz po raz. Uznalam, ze to musi byc alergia, wiec nie przejelam sie zbytnio i podtrzymalam wczesniejsze zaproszenie dla sasiadek. No niestety... Teraz wyglada to na drugie przeziebienie w ciagu 3 tygodni... :/ W poniedzialek wieczorem Mlodszy, poza nadal lzawiacymi oczami i obtartym nosem, narzekal ze mu zimno, wiec mimo ze glowe mial chlodna, cos mu wyraznie dolegalo. Mam nadzieje, ze nie zarazil sasiadek, bo ze ktos z rodziny zlapie wirusa, w to nie watpie. ;)

We wtorek wrocila dosc wczesna wiosna. Rano tylko 2 stopnie (dobrze, ze na plusie), ale nawet w dzien temperatura wspiela sie ledwie do 11 kreski (ponoc to i tak powyzej normy). Wial zimny, polnocno - zachodni wicher, wiec mimo pieknego slonca bylo niezbyt przyjemnie. Kiedy poznym rankiem szlam z Maya na spacer, tempertura wskazala niby 8 stopni, ale odczuwalna wynosila raptem 5 (wedlug mojego srajfona).

Najszczesliwszy pies to ten na spacerze, albo ganiajacy za pileczka :)
 

Tego dnia Potworki ponownie mialy skrocone lekcje, wiec i ja pracowalam z domu. Tym razem moj dzien to bylo jednak takie upierdliwe jezdzenie w te i nazad. Rano porozwozic dzieciaki do szkol. Wracajac, zajechac do apteki, bo Nik znow usmarkany, a tu koncza sie wszystkie medykamenty. :/ Potem jeszcze do biblioteki wrzucic ksiazke do oddania i w koncu do domu. Tam mialam godzine na kawe i pomazanie paznokci, po czym musialam laczyc sie na meeting.

Tym razem kolory wybralam za jaskrawe i tez mi sie nie podobaja ;)
 

Kiedy ten sie skonczyl, znow troche ponad godzina na prace, wstawienie zmywarki i zabranie psiura na szybki spacer, a nastepnie trzeba bylo ruszac po Potworki. Wraz z dojazdami do obu szkol oraz czekaniem najpierw na Kokusia az wyjdzie ze szkoly, a nastepnie w sznureczku aut pod placowka Starszej, odebranie dzieciakow zajmuje teraz godzine. :O Wrocilismy do chalupy, chwilka oddechu, zajrzenie znow do laptoka czy nie poszukuje mnie ktos z pracy, chwile pozniej szybka przekaska i musialam zabierac sie z Bi na jej wywiadowke. Nik musial zostac sam w domu, bo wyjezdzalysmy jakies 20 minut przed powrotem M. Myslalam, ze bedzie sie denerwowal, tymczasem on byl caly podekscytowany. Boje sie myslec co go tak zachwycilo, ale pamietam, ze jako dziecko tez cieszylam sie z tych rzadkich chwil samotnosci. Chociaz wiecie, moja 4-osobowa rodzina kisila sie w niewielkim mieszkanku, a ja dzielilam pokoj z siostra. Teraz, w naszym domu naprawde nie trzeba sie wysilac zeby znalezc ustronne miejsce. A jednak kazdy lubi miec chalupe dla siebie, choc przez chwile. ;)

Na wywiadowce jak zwykle nie dowiedzialam sie niczego odkrywczego. Te marcowe zawsze sa dla mnie bez sensu, poniewaz "prowadza" je dzieci. wczesniej dostaja od nauczycieli formularz lub inny szablon, ktory ma ich poprowadzic w podsumowaniu samych siebie. To oczywiscie jest fajne ze dzieciaki zmuszane sa do odrobiny samokrytyki, ale i znalezienia swoich mocnych stron, z ktorych moga byc dumni.

Samoocena Bi
 

Czego jednak nie lubie, to tego, ze oczywiscie dzieciaki musza byc obecne (no nie da sie inaczej, skoro wywiadowka jest przez nie prowadzona ;P), a wiec nie ma mozliwoscie dyskretnej rozmowy z nauczycielka. Na marcowe wywiadowki jezdze bardziej z poczucia obowiazku, wiedzac ze dzieciaki poswiecaja sporo czasu na przygotowanie sie do niej, ale zawsze wychodze z nich z poczuciem, ze tak naprawde nie wiem nic o ich postepach w nauce. :D Rzecz jasna, zadne z Potworkow nie sprawia wiekszych problemow ani akademicko, ani zachowawczo (w szkole, bo w domu wiadomo... :D), wiec nie mam tez zadnych konkretnych pytan, co nie ulatwia sprawy. W kazdym razie, nauczycielka Bi wydaje sie byc z postepow Starszej zadowolona, a to najwazniejsze. Za to w drodze powrotnej panna otrzymala lekcje biologii. Jej nauczycielka jest w zaawansowanej ciazy, wiec po wyjsciu ze szkoly skomentowalam do Bi, ze jej pani ma juz taaaki duzy brzuch, to zas zaowocowalo seria pytan. Na szczescie nie o zaplodnienie (bo tu nie wiem jak bym wybrnela) i nawet nie o sama ciaze. Najbardziej Bi zainteresowal porod i to szczegoly, hm... techniczne. :D Okazalo sie tez, ze moje prawie 11-letnie dziecko myslalo, ze noworodek wychodzi przez... pepek. :O Coz, to chyba dosc popularna teoria wsrod mlodocianych, a Starsza nie miala wczesniej skad czerpac wiedzy. ;) Kiedy kilka lat temu dopytywali z Kokusiem w jaki spsob dziecko wydostaje sie z brzucha, rzucilam im tylko garstke bardzo ogolnikowych informacji, bo za mali byli na szczegoly. Natomiast w szkole rozmnazanie beda przerabiac nie wiem w ktorej klasie... :/ Narazie, w V nadal maja nauki scisle (science), z tego co jednak widzialam, ten ostatni przedmiot to bardziej troche fizyki oraz chemii z ociupinka przyrody, natomiast nic z czystej biologii. No niewazne. W kazdym razie, Bi zostala przeze mnie nieco uswiadomiona, choc przyznaje, ze jazda autem, kiedy musze sie skupic na drodze, to niezbyt dobre miejsce na takie rozmowy. Przynajmniej jednak nie mialysmy na glowie wszedobylskiego, ciekawskiego i non stop trajkoczacego (zadajacego mnostwo niewygodnych pytan) Kokusia. :D

Wrocilysmy z Bi do domu, znowu posiedzialysmy jakies 1.5 godziny, po czym musialysmy sie zbierac na gimnastyke. No taki to byl dzien jezdzenia. ;) Na gimnastyce wyjatkowo nie bylo mojej kolezanki, jej corka bowiem skrecila sobie kolano i musiala opuscic zajecia. Bi byla rozczarowana i ja tez, bo obie musialysmy sobie radzic bez towarzystwa. ;) Nie ma jednak tego zlego... Dla zabicia czasu weszlam do budynku zeby przez szyby poobserwowac jak Starsza cwiczy. Zwykle siedze z kumpela w aucie, wiec od dobrych kilku miesiecy nie widzialam w ogole jak panna sobie radzi, a zrobila niesamowite postepy, az milo bylo popatrzec. :)

Srodowy poranek przywital nas na powrot przedwiosniem. Ladne slonce, ale na termometrze -2. :O

W wielu ogrodkach na moim osiedlu widzialam juz kwitnace krokusy, ale moje nadal wygladaja tak... A obok hiacynt, ktory tez dopiero kielkuje
 

Dalam Potworkom zimowe kurtki, przy ich goracym protescie, szczegolnie Kokusia, ktory nadal jest "przytkany" i serio powinien uwazac zeby gdzies znow nie przemarznac... Tego dnia juz Potworki szly do szkoly na caly dzien, a ja niestety musialam jechac do biura. Ze mi sie nie chcialo, to malo powiedziane. ;) Dzien w pracy ciagnal sie jak guma do zucia i w dodatku znow mamy kiepskie wiesci co do pacjentow... Kolejny potwierdzony, ale nam z kolei zepsul sie inkubator. Komoreczki przeniesione zostaly do innego, ale zanim laborantka zorientowala sie, ze cos jest nie halo, zaczely wykazywac oznaki stresu. Jest wiec obawa, ze w kolejnym tygodniu, przy zbiorze, znow sobie zdechna... :/ Za to jeszcze kolejny pacjent nie przeszedl badan kontrolnych! Nosz kurna! Klinika cos tam kombinuje, nie wiemy czy beda szukac innego pacjenta, czy badac jeszcze raz tego samego, ale juz wiemy, ze planowane dozowanie przesunie sie przynajmniej o tydzien. Eeech... :( W kazdym razie, motywacji do pracy mialam tyle, co kotek naplakal, ale na szczescie juz o 15 musialam wyjsc, bo jechalam na wywiadowke u Kokusia. Wyjechalam z wyprzedzeniem, bo wujek Google pokazal mi jakies korki po drodze i az 18 minut jazdy, wiec jak to bywa, przejechalam sprawnie i czekalam 15 minut pod szkola. :D Umawiajac sie na nia kilka tygodni wczesniej, mialam zacmienie i zapomnialam, ze sroda to byl juz caly dzien szkoly. Lekcje koncza sie o 15:15, a ja zapisalam sie na 15:35. No i teraz mialam dylemat, wiedzialam bowiem, ze autobusem Nik wracac nie moze, bo autobus ze szkoly czesto wyjezdza dopiero o 15:30. ;) Nawet jednak odebranie go osobiscie mijalo sie z celem, bo nie oplacalo sie wracac do domu. Co wiec robic? Isc na 15 minut na spacer lub plac zabaw? Podjechac do pobliskiego Dunkin' Donuts po kawe i paczka? Tutejsze szkoly maja dosc surowe zasady jesli chodzi o przebywanie uczniow na jej terenie poza lekcjami, a swietlica jest odplatna i trzeba byc na nia zapisany. Nie liczylam na zbyt wiele, ale napisalam do wychowawczyni Mlodszego, czy bylaby mozliwosc, zeby przeczekal ten czas miedzy koncem lekcji a wywiadowka, w swojej klasie. O dziwo sie zgodzila, dzieki czemu moglam w pracy zostac 15 minut dluzej. Nie zeby mi na tym szczegolnie zalezalo, ale ze juz dwa dni pracowalam z domu, wiec nie ma co przeginac. ;) Straznik (portier? Jak zwal, tak zwal) sluzbista kazal mi sie wpisac na liste i przykleic znaczek "wizytora", choc dobrze mnie zna i zwykle rozpoznaje z daleka. ;) Co ciekawe, u Bi moglam od razu wejsc, a pan przy drzwiach tylko machnal reka. Moze dlatego, ze wchodzilam w asyscie Starszej? Na wywiadowce Kokusia, tak jak w przypadku Bi, nie dowiedzialam sie niczego specjalnego, bo "prowadzil" ja Nik. Przynajmniej bylo wesolo. Jakos tak jest, ze Starsza, ktora w domu jest butna i pyskata, a na wywiadowki idzie cala podekscytowana, potem robi sie jakas spieta, czyta sztywno to, co przygotowala, nie dodaje nic od siebie jesli nauczycielka jej nie podpowie i wyglada po prostu jakby chciala z tamtad uciec. ;) Nik natomiast, ktory w domu jeczy, ze sie denerwuje i nie chce, bedac juz w klasie wrzuca na luz, buja sie na krzesle i paple trzy po trzy jak to on, nie trzymajac sie zbytnio tematu wywiadowki. ;) Z moimi oraz nauczycielki delikatnymi upmnieniami, powiedzial jednak to, co przygotowal (i mnostwo dodatkowych wstawek oraz dygresji :D), ja zamienilam pare slow z pania, ktora podobnie jak wychowawczyni Bi jest w ciazy (jakas epidemia, czy co?!) i pojechalismy do domu. Byla sroda, wiec Mlodszy powinien byl miec basen, ale nadal byl troche przytkany, a ze w sobote zawody, stwierdzilam, ze lepiej niech sie teraz podkuruje. Zyskalam wiec spokojny wieczor, ktory wykorzystalam na zgranie pieciu lat zdjec z mojego laptoka na osobny dysk. Dostalam go na Gwiazdke rok temu i dotychczas zabraklo mi motywacji zeby to zrobic. W moim laptopie poszla jednak bateria. Najpierw przestala kompletnie trzymac, potem zajmowalo 12 godzin zeby ja naladowac, a rozladowywala sie w ciagu kilku minut. Zas we wtorek, mimo ciaglego juz podlaczenia do pradu, swiatelko baterii, zamiast swiecic na bialo, migalo na pomaranczowo. Wyguglalam co to oznacza i okazalo sie, ze padla albo bateria, albo adapter. W kazdym razie, wystraszylam sie, ze ktoregos dnia moze sie po prostu nie wlaczyc, a ja bede musiala szukac jakiegos komputerowego magika, zeby zgral mi foty z twardego dysku. ;) Taki strach byl najlepsza motywacja i jak wczesniej zajelo mi ponad rok przymierzania sie do tego, tak teraz zabralam sie i zgralam foty w ciagu jednego wieczora. :D 

Czwartek to byl taki typowy marzec. Dla mnie ten miesiac jest zazwyczaj rownie beznadziejny jak listopad. ;) Rano +3 stopnie i upierdliwa mzawka. Ohyda. Na szczescie autobusy dotarly na czas, ale z sasiadka nawet sie za bardzo nie chcialo gadac, bo musialybysmy sterczec na chodniku i moknac. Tego dnia niestety rozlozylo mnie przeziebienie, ktore zapewne podlapalam od Kokusia. :( Katar, a do tego niskie cisnienie atmosferyczne oraz deszcz za oknem i bol glowy oraz mgla umyslowa gotowe. :/ Po poludniu temperatura podniosla sie laskawie do +6 stopni, ale lodowata mzawka nie odpuszczala. Fajny dzien zeby zaszyc sie w cieplym biurze, albo jeszcze lepiej, przed kominkiem. ;) Ja niestety musialam wyrwac sie na chwile z pracy, zeby podjechac do taty i zabrac go na busa, ktory mial zawiezc go na lotnisko. Zajelo mi to okolo godziny, a i tak wrocilam przemarznieta (choc wiekszosc czasu spedzilam w aucie) i pierwsze co, to zaparzylam sobie goracej kawy. Mysle, ze klania sie ponad tydzien naprawde cieplej, wiosennej pogody. Organizm sie przyzwyczail, a tu buch! Znowu przedwiosnie. :/ Po odjezdzie busa z tata na "pokladzie", z trudem powstrzymalam sie od jazdy do domu. Zamiast tego musialam wrocic na godzine do pracy, bo po pierwsze, powiedzialam, ze wroce, a po drugie, mialam odebrac Bi i jej kolezanke z badmintona, a z pracy mam do szkoly blizej. ;) Napisalam za to smsa do malzonka, ze moze by tak kominek? Pogoda idealna... Ostatnimi czasy przestalismy palic, bo zrobilo sie za cieplo, ale ze wiosna postanowila jednak wrocic do stanu przedwiosnia, to mozna znow wygrzac dupki przy ogniu. Na szczescie malzonek podzielil moje zdanie i kiedy wrocilam do chalupy, ogien juz wesolo buzowal. Od razu lepiej, choc kataru nie uleczylo. :D

Piatek... Nadal zamulona katarem, wylaczylam budzik i... zasnelam jak kamien. :O Dobrze, ze 20 minut pozniej tata zadzwonil, zeby dac mi znac, iz dolecial bezpiecznie do Polski. Inaczej nie wiem do ktorej bym spala. Zerwalam sie jak oparzona i tak juz caly ranek uplynal nerwowo. Dzieciaki tez pospaly i musialam ich budzic (czyli cos w powietrzu bylo...), a zwykle jak schodze na dol, oni juz przecieraja oczy w lozkach. To zaowocowalo oczywiscie brakiem humoru u wszystkich. Nik na koniec nie mogl znalezc jakiegos glupiego samolocika zmajstrowanego z klockow Lego, wiec wyszedl z domu obrazony na caly swiat, kiedy czekalismy schowal sie za drzewo, a do autobusu wsiadl nawet nie mowiac "do widzenia". Co prawda pomachal potem przez okno, ale z mina jak sroda na piatek. ;) Po pracy na cotygodniowe zakupy spozywcze i w koncu mozna zaczac weekend! Niestety, nie dalo sie nie zauwazyc, ze choc Nik w koncu pozbyl sie praktycznie kataru, ja jednak pomecze sie jeszcze pare dni, a na dodatek... rozsmarkala sie Bi! Po prostu mala, rodzinna epidemia... :/ Dobrze, ze chociaz Starsza rozlozylo na weekend, a i tak nie planowalam brac Potworkow do Polskiej Szkoly, bedzie miala wiec czas na podkurowanie sie...

Milego weekendu!