Oczekiwany glownie przez Bi, rzecz jasna. Ja sama, po 6 tygodniach wstawania w soboty "na czas" z racji zajec na basenie, delektowalam sie kazda minuta porankow podczas dwoch, calkowicie wolnych sobot dzielacych oba zajecia. ;)
Dobra, moze strasznie wczesne te moje sobotnie poranki nie sa, bo 8 rano to nie "skoro swit". Jestem jednak strasznym spiochem, lubie zakopac sie w posciel i zlapac jeszcze 10-cio minutowa drzemke. I kolejna... I jeszcze jedna... ;) Nie lubie po prostu wstawac "bo musze". A Potworki rosna i od kilku miesiecy wstawanie z nimi to czysta przyjemnosc.
Pierwszy zazwyczaj zrywa sie Nik. Rzeski i gotowy do dzialania. "Dzialanie", jeszcze z rok temu, objawialo sie wtargnieciem do pokoju rodzicow i szarpaniem za ramiona, glowy, czy inne wystajace spod koldry czesci ciala, skandujac "Zlooob mi kakauuuuko!!!". I to zazwyczaj punkt 6 rano. No nie dal pospac, dziad maly! ;)
Od jakiegos czasu jednak, Mlodziez zrywa sie co prawda rownie wczesnie (malo kiedy dosypiaja do 7...), ale za to ktore wstanie pierwsze, maszeruje do salonu, wlacza bajki i oglada grzecznie (potem dolacza siostra/ brat) az rodzice sie nie przebudza. Zyc nie umierac! :)
Zdarzaja sie oczywiscie wyjatki, jak w ostatnia sobote, kiedy budzik mialam nastawiony na 8, wiec z rozkosza lapalam ostatki snu, mimo slonca wpadajacego do sypialni, oglaszajacego, ze dzien juz sie zaczal. ;)
Nagle budzi mnie wyszeptane prosto w ucho "Mamo!". Co sie dzieje? "Kanal z bajkami nie dziala!". To wlacz inny, mrucze i odwracam sie na drugi bok.
Po chwili: "Mamo!". Co tym razem? "A ja sama sobie obcinam paznokcie!". Uhm, ziewam i zakrywam glowe koldra, ale juz rozbudzilam sie na tyle, ze siegnelam po telefon zeby sprawdzic godzine:
7:13! No kurka na wacie! :/
Poza tym jednak jest luz blues. :) Nawet M. z rozrzewnieniem wspomina wakacje kiedy siedzial z Potworkami. Oni rano wstawali, ogladali bajki lub bawili sie (i demolowali chalupe), a on dosypial po nocce. Teraz juz trzeba sie rano zrywac, zeby potomstwo do szkoly odwiezc. ;)
No, ale jak zwykle za daleko odplynelam od brzegu (ze tak za Klarka powtorze... :D). Mialo byc o gimnastyce.
Jak wspomnialam wyzej, Bi usilowala wywabic mnie z lozka juz od 7 rano, ale sie nie dalam i twardo wylezalam do budzika. Nawet chyba przysnelam. ;)
Potem pobudka, sniadanie sobie, Potworkom, pieciokrotne przypomnienie corce, zeby ubrala pod normalne ubranie stroj gimnastyczny i zrobila siusiu przed wyjsciem. M. nie szedl do pracy, wiec zostal z Nikiem... i pojechalysmy! :)
Sala gimnastyczna okazala sie nieduza i, jak to najwyrazniej w Stanach czesto bywa, niezbyt nowoczesna. Nie robi moze tak smutnego wrazenia jak basen, na ktory uczeszczaly Potworki, ale zdecydowanie dobrze by jej zrobil remoncik. ;)
Niestety, rodzicom nie wolno na sale wejsc. Musielismy czekac w przebieralni, ktora na szczescie posiada okna, z ktorych mozna obserwowac dzieciaki. Pechowo, wiekszosc cwiczen odbywa sie sporo od owych okien, w kacie sali. Nie dosc, ze daleko, to przez szybe ciezko bylo zrobic sensowne zdjecie. :)
(Tu Bi cwiczy nogi odbijajac sie na trampolinie)
(Na to cos dzieciaki wskakiwaly po odbiciu sie, zas z drugiej strony mialy zeskoczyc. Widzialam jak dzieci z bardziej zaawansowanej grupy cwiczyly zeskok z tego saltem. Bi skakala jak kura z grzedy... :D)
Musicie wiec uwierzyc mi na slowo, ze Bi wyszla zachwycona... szczegolnie kiedy okazalo sie, ze do tej samej grupy chodzi dziewczynka z jej szkoly. :) A na zakonczenie wszystkie dzieci dostaly pieczatke na wierzch dloni, mowiaca "Good Job!". Amerykanie to wiedza jak zmotywowac maluchy! :D
Chociaz, na samym poczatku zajec, w ktoryms momencie myslalam, ze juz po "zawodach". Na rozgrzewke dzieciaki (wiekszosc dziewczynek, ale jakis chlopiec tez sie znalazl) musialy bowiem porobic serie cwiczen. Jednym z nich bylo podparcie sie na rekach i wyrzucenie nog jak nawyzej w gore. Podloze na ktorym cwiczyli bylo zrobione z czegos elastycznego, niemal jak trampolina. W rezultacie, kiedy Bi odbila sie nogami, podrzucilo ja tak, ze przez sekunde balansowala na rekach, po czym lup! zleciala do tylu, na plecy! Kiedy sie podniosla, miala na buzi wyraz totalnego szoku i popatrzyla na mnie niepewnie zza szyby. Pokazalam jej uniesiony kciuk na znak, ze wszystko jest w porzadku i na szczescie wrocila spokojnie do cwiczen. ;)
Jak sobie radzila trudno mi powiedziec po jednych zajeciach. Grupa wiekowa, do ktorej trafila jest dla 5-6-latkow, wiec Bi jest w jej gornej granicy. Mlodsze, 5-letnie czlonkinie grupy od razu mozna bylo rozpoznac, nie tylko po wzroscie. Maluchy zupelnie inaczej sie poruszaja, maja gorsza koordynacje i nawet kiedy sa szczuplutkie, to ich ruchy sa mniej pewne i takie... "kluskowate". ;) W grupie jest jednak tez kilka dziewczynek, ktore nie tylko sa gdzies w wieku Bi, ale widac tez na pierwszy rzut oka, ze uczeszczaly na gimnastyke wczesniej. Szczegolnie jedna, nie wiem co robila w grupie dla poczatkujacych, ale instruktorki szybko zaczely "uzywac" jej do pokazywania cwiczen innym dzieciom, bo widac bylo, ze obeznana jest z sala, a cwiczenia wykonywala bezblednie.
Grupa jest spora. Nie liczylam, ale na oko jest w niej okolo 20 dzieciakow. Taka grupa zajmuja sie jednak 4 instruktorki, wiec nie jest zle.
W kazdym razie Bi juz nie moze sie doczekac kolejnych zajec, wyglada wiec na to, ze przez jakis czas przy gimnastyce zostaniemy. Zeby jeszcze Kokusia namowic... ;)
O gimnastyce wystarczy. :) Pierwsza polowa tygodnia uplynela mi pod znakiem wywiadowek. W poniedzialek u Nika, we wtorek u Bi. Wywiadowki oczywiscie indywidualne, na szczescie ogolnoklasowych tu nie ma. :)
Najpierw, w piatek, otrzymalam jednak raporty obojga Potworkow. :)
(Tak wygladaja pierwsze strony raportow. U Nika na drugiej sa tylko wyniki ze "sztuki", muzyki oraz w-f'u. Bi ma dodatkowo jeszcze zagadnienia z "science" oraz socjologii czy tez nauki o spoleczenstwie, czy jak tam mozna przetlumaczyc "social studies" :D)
Martwilam sie o Nika, oczywiscie. Tak juz mam, ze czesto nawet podejmujac sluszna wedlug mnie decyzje, marwie sie o konsekwencje. Zas z wyslaniem Mlodszego do zerowki pewna bylam tak na 99%. Ten 1% niepewnosci meczyl mnie i uwieral i pewnie nie przestanie do konca roku. ;)
Na chwile obecna jednak moge odetchnac z ulga. Przynajmniej do nastepnej, marcowej wywiadowki. ;) Nik, mimo ze 5 lat konczy dopiero za miesiac, radzi sobie swietnie. We wszystkich zagadnieniach jest tam, gdzie dziecko w Kindergarten powinno byc po pierwszych trzech miesiacach. Nauczycielka az prosila o przypomnienie kiedy sa jego urodziny, bo nie pamietala. Co tylko potwierdzilo, ze Kokus, choc najmlodszy, w ogole nie wyroznia sie intelektualnie czy sprawnosciowo, mimo ze w klasie jest przynajmniej dwoje (o tylu wiem) 6-latkow. :)
Ogolnie, wychowawczyni wyrazala sie o Kokusiu w samych superlatywach. Jest bystry, wygadany, wesoly, przyjacielski, pomocny, no, troche gadatliwy, ale to efekt uboczny przyjacielskosci. ;)
Troche gorzej wypadla Bi, chociaz w sumie bez zaskoczenia. Ona tez ogolnie radzi sobie dobrze, za wyjatkiem czytania, ale to juz sama zauwazylam. Jej wychowawczyni poczynila dokladnie te same obserwacje - ze Starsza usiluje zgadywac po pierwszej literce, ale tez bardzo nie lubi byc poprawiana. Delikatnie tez napomknela, ze Bi jest "nieco" uparta, na co tylko przewrocilam oczami i powiedzialam Pani ze smiechem, ze dobrze wiem, ze Starsza jest baaardzo uparta i nie ma co tego owijac w bawelne! ;)
Dostalam kilka podpowiedzi jak popracowac nad tym nieszczesnym czytaniem. Okazuje sie przy tym, ze dotychczas robilam to zle. Zachecalam bowiem Bi do gloskowania, natomiast teraz podobno bardziej pracuje sie nad znajomoscia wzrokowa wyrazow (Bi powinna podobno okolo 100 wyrazow czytac "odruchowo"!) oraz rozbijaniem wyrazu na krotsze czesci. :/ Nauczycielka pocieszyla mnie, ze jeszcze 15-20 lat temu cwiczono czytanie wlasnie w "moj" sposob, wiec nie jestem taka zupelnie nieogarnieta, tylko ucze dziecko w ten sposob, w jaki ja bylam uczona. ;)
Wychowawczyni potwierdzila rowniez, ze Bi swietnie radzi sobie z matematyka. Niestety, na ostatnim tescie Starsza stracila kilka punktow, bo walnela sie na... slownictwie. Niestety, ale Bi ma wyraznie problem z wyrazami. Ciezko idzie jej czytanie, wolniej przyswaja nowe slowa i pojecia. Zadania na tescie zrobilaby bezblednie, ale pomylila pojecia "fewer" oraz "the same as"... :/ Tu poczulam sie zla na siebie, bo na jednej z prac domowych Bi miala zaznaczone, zeby pocwiczyc zadania z tymi wyrazeniami... Zapisalam to sobie i nawet przypielam na lodowke, ale w natloku codziennych obowiazkow jeszcze nie zdazylam. Troche tu zawinila tez Pani. W Polsce nauczyciele zawsze podawali date testu wczesniej. Zreszta, tutaj w starszych klasach tez to robia. Natomiast w najmlodszych najwyrazniej uwazaja, ze dziecko powinno wszystkie wiadomosci wyniesc ze szkoly. Wydaje mi se zreszta, ze to dobre podejscie, ale nauczycielka zaznaczajac, ze Bi powinna cos pocwiczyc, moglaby dodac, ze za dwa dni maja test. Wtedy wcisnelabym pocwiczenie tych zagadnien w nasz grafik, chocbym miala peknac! ;)
Z drugiej strony, skoro z zalozenia dziecko ma nauczyc sie wszystkiego w szkole, to wynik testu jest tez sprawdzianem dla nauczyciela. Moze wiec dobrze sie stalo, ze nie zawyzalam sztucznie wyniku corki, biorac na siebie jej "douczenie"?
No! I tego sie trzymam! :D
Poza tymi jednak, drobnymi problemami (no dobra, czytanie to nie drobiazg bo to wstep do wszystkich innych przedmiotow...), Bi zalicza wiekszosc zagadnien na poziomie swojego rocznika. W kilku jest juz blisko. W jednym nawet przewyzsza poziom dla pierwszej klasy. Mianowicie, w pisaniu. Mozecie sie zdziwic (ja sie w kazdym razie zdziwilam), ze dziecko ktore slabo czyta, dobrze pisze. Tyle tylko, ze tu nie chodzi o poprawnosc, a o umiejetnosc rozwijania tematu. ;) Bi pisze tragicznie (ale akurat pod tym wzgledem miesci sie w kryteriach I Klasy), zazwyczaj z ogromnym trudem udaje mi sie (albo i nie) rozszyfrowac jej zapiski, ale za to kocha pisac i zawsze wychodza jej elaboraty. ;) Jesli kiedys przyjdzie jej do glowy zalozyc wlasny blog, gwarantuje, ze bedzie pisac tasiemce niczym jej mamusia. :D
Skoro juz o szkole pisze, dodam moze, ze dzieci dostaja tu bardzo duzo pomocy, a przy okazji dostaje ja nauczyciel. Nie wyobrazam sobie bowiem, zeby jedna wychowawczyni skutecznie ogarnela potrzeby 19-ciorga calkowicie roznych dzieciakow. W podstawowych zagadnieniach, jak czytanie, pisanie oraz matematyka, dzieci, w zaleznosci od poziomu dzielone sa na grupki 2-3-osobowe. Owe grupy maja zajecia (nie wiem niestety jak dlugo ani jak czesto) ze "specjalistami". W szkole Potworkow jest specjalistka od matematyki oraz kilka specjalistek od czytania i pisania. Dla dzieci obcojezycznych sa tez przydzielone dodatkowe zajecia z angielskiego, ale na to Potworki juz sie nie zalapaly. ;) W ten sposob, kazde dziecko dostaje w szkole dodatkowa pomoc.
Byla pochwala, teraz musze znow ponarzekac na hamerykancka szkole, chociaz akurat pod tym wzgledem nie sadze, zeby bardzo roznila sie od polskiej czy jakiejkolwiek innej. ;)
Otoz, caly obecny tydzien w szkole trwa kiermasz ksiazek. Nie powiem, pomysl fajny, cel zaszczytny bo dochody zostana przeznaczone na nowe ksiazki w szkolnej bibliotece. W czym wiec problem?
Ano, Potworki gadaly o tym kiermaszu juz od zeszlego tygodnia, ale pytajac czy moga kupic to czy tamto, wcale nie mialy na mysli ksiazek, tylko... zabawki! Tak, na kiermaszu "ksiazek" mieli kupe dupereli, od olowkow, gumek oraz notesikow, az po maskotki, dzieciecie lakiery do paznokci i tym podobne cuda. Nosz... Kupilam im po dwie ksiazki, ale stanowczo odmowilam kupna zabawek. Co z tego. Bi przypomniala sobie, ze ona ma przeciez w skarbonce wlasna kaske, Nik rowniez i postanowili wziac ja do szkoly.
Caly ten kiermasz to jedno wielkie wyciaganie pieniedzy. Nie dosc, ze godziny przedluzyli tak, ze nawet pracujacy rodzice zdazyli podjechac, to jeszcze w czasie lekcji dzieci brane byly do pokoju, w ktorym sie odbywal, zeby mogly cos dodatkowo kupic! :O
Oczywiscie pakujac kasiorke, Nik wlozyl ja wieczorem do plecaka, po czym rano wyjal, niewiadomo po co wzial do swojego pokoju i... zapomnial wsadzic z powrotem! A po przyjezdzie ze szkoly, Bi pochwalila sie kupionym pamietnikiem (cale szczescie nie lakierami do paznokci, do ktorych swiecily jej sie oczy...), Nik zas rozryczal sie, ze zgubil swoje pieniadze! Myslalam, ze wyjal je gdzies w szkole, ale dosc szybko odnalazl je obok swojego lozeczka. ;) Ryki jednak kontynuowal, bo jaka to niesprawiedliwosc, ze siostra cos sobie kupila, a on nie! :D Nie namyslajac sie dlugo, zapakowalam Potwory do auta i pojechalismy do szkoly. W ten sposob wyladowalam na cholernym kiermaszu dwa razy, czyli o dwa za duzo! Za rok dam dzieciom kase do szkoly i niech z nia robia, co chca! Ja tego kiermaszu nie chce nawet ogladac! :D
*
A tak w ogole to za tydzien mamy Thanksgiving! Nie wiem co ugotowac i nie chce mi sie gotowac. Poza tym walcze z mezem, ktoremu znow wlaczylo sie burczenie, ze to nie "nasze" swieto i szkoda zachodu. Ktoregos roku naprawde go udusze! ;)























