Nigdy nie widzialam filmu o powyzszym tytule, ale z tego co wiem, opowiada on o kilkorgu znajomych, uciekajacych przed przeznaczona im smiercia. Jesli ktos film widzial, a sie myle, prosze mnie poprawic, nie chcialo mi sie zawracac glowy wujkowi Google. :)
Inne skojarzenie z wydarzeniami, ktore chce opisac to stara piosenka Alanis Morisette "Ironic".
Dwie historie zaslyszane w przeciagu kilku dni. Przy kazdej potrzasnalam glowa z niedowierzaniem. Nawet parsknelam smutnym smiechem, bo sa naprawde ponuro-ironiczne, az dziw, ze zycie pisze takie scenariusze...
Pierwsza. Jakies dwa tygodnie temu samolot rozbil sie przy ladowaniu w San Francisco. Wiem, ze mowiono o tym w polskiej telewizji. Cudem bylo, ze zginely tylko dwie osoby. I teraz... Jedna z ofiar, jak wykazala autopsja, przezyla sama katastrofe. Jak wiec zginela? Zostala rozjechana przez woz strazacki, jadacy na pomoc ofiarom! Czy to nie ironia??? Na obrone kierowcy wozu trzeba dodac, ze na miejscu byly juz inne jednostki, ktore obficie przykryly caly obszar katastrofy, w tym ta nieszczesna dziewczyne, piana gasnicza i byla ona praktycznie niewidoczna...
O drugim zdarzeniu bylo dosc glosno tutaj, ale nie wiem czy w Polsce o niej mowiono. Dwie kobiety wybraly sie na piesza wycieczke do rezerwatu, ale zabladzily podczas gwaltownej burzy. Blakaly sie po lesie az udalo im sie w koncu zadzwonic po pomoc. Ratownicy odnalezli je po czym bezpiecznie eskortowali do ich zaparkowanego samochodu. Godzine pozniej te same kobiety, w ulewnym deszczu pojechaly droga konczaca sie w jeziorze (sluzyla ona do wodowania lodzi). Wjechaly prosto do wody. Mimo, ze udalo im sie ponownie zadzwonic po pomoc, tym razem nadeszla za pozno. Obie kobiety i ich pies utopily sie...
Przed kostucha nie uciekniesz. Nawet jak sie wywiniesz, raz czy drugi, znajdzie Cie i dopadnie...
Przeszly Was ciarki? Bo mnie przechodza za kazdym razem jak wracam mysla do powyzszych historii...
środa, 31 lipca 2013
poniedziałek, 29 lipca 2013
Z serii: szalenstwa panny Bi
Pare scenek z jednego, intensywnego wieczoru. :)
Bi skacze po kanapie jak po trampolinie. Kilka razy chwytam ja w ostatniej chwili, zanim plasnie na podloge. Moment pozniej kanapa jej sie nudzi. Wlazi na stol, by po chwili zapomniec chyba gdzie siedzi, przechylic sie do tylu i zleciec prosto na glowe! Ryk niesamowity! Przytulam i caluje, jednoczesnie tlumaczac (poraz tysieczny juz chyba), ze stol to nie krzeslo i nikt na nim nie siada. Bi miedzy jednym szlochem a drugim, upewnia sie: "Mama nie? (chlip) Tata nie? (smark) Dziadzia nie?", itd. :)
Karmie Nika. Co Bi uwielbia robic kiedy ja karmie malego? Zalatwiac potrzeby fizjologiczne oczywiscie! Tym razem (na szczescie?) tylko siuski. Samo zrobienie jednak nie wystarcza. Bi zaczyna chlapac (znowu!) raczkami w zawartosci nocnika. Kiedy spanikowana zrywam sie z kanapy, wciera sobie jeszcze siuski w BUZIE, a potem przejezdza raczka po szczebelkach kolyski Nika, zanim decyduje sie dac noge do kuchni!
Kolejna zabawa, ktora mnie niesamowicie wkurza: zaslanianie poduszka klimatyzacji! Prosze, zeby sie odsunala. Po pierwsze jest goraco i chce, zeby pokoj sie chlodzil, po drugie lodowate powietrze wieje Bi prosto w buzie. Powtarzam raz, drugi, dziesiaty. Jak grochem o sciane. W koncu zirytowana wylaczam klime. Taaa... Taki numer moze by przeszedl, ale pol roku temu. Teraz Bi, z usmiechem siega... i wlacza sobie klimatyzacje spowrotem! I jeszcze pstryka guziczkami, zmieniajac kompletnie ustawienia!
Bi robi sie tez (na nasze nieszczescie) coraz cwansza. Juz kilka razy zdarzylo sie, ze zrobila do nocnika w tym samym czasie siku i kupe. Chcac ograniczyc troche slodycze, daje wiec dwa zelki. Myslicie, ze da sie nabrac? A gdzie tam! Zaraz wola z pretensja: "Siusiu! Am!", co w wolnym przekladzie znaczy, ze siusiu tez zrobila i za to TEZ nalezy jej sie zelka! I nie da jej sie splawic! :)
Mala szelma! ;)
Ale ten maly czort potrafi mnie tez niezle rozczulic i rozbawic.
Mamy lato, mamy tez ogrod, w ktorym spedzamy jak najwiecej czasu (zeby nie zwariowac w czterech scianach). Staram sie pokazywac malej jak najwiecej zwierzatek, owadow, nie chce zeby byla jednym z tych dzieci, ktore brzydza sie zwyklego slimaka. Mowie wiec co chwila: "zobacz Bi, mrowka! A tutaj motyl! O, pajak! Zuczek!". A Bi do kazdego insekta odzywa sie radosnie, machajac raczka: "hi (ang. czesc), hi!!!" I tylko moj maz krzywi sie z obrzydzeniem. ;))
Bi nadal czuje sie bardzo dumna z umiejetnosci zalatwiania sie na nocnik. Po ktoryms zrobieniu siusiu, pies zajrzal z ciekawosci do pokoju, a Bi zauwazywszy go, zaraz zawolala radosnie: "Bella! Siusiu! Ja! Ja! Siusiu!". W koncu siersciuch tez musi zostac poinformowany o kolejnym sukcesie malej pani! A nuz tez da zelke w nagrode? ;)
Bi skacze po kanapie jak po trampolinie. Kilka razy chwytam ja w ostatniej chwili, zanim plasnie na podloge. Moment pozniej kanapa jej sie nudzi. Wlazi na stol, by po chwili zapomniec chyba gdzie siedzi, przechylic sie do tylu i zleciec prosto na glowe! Ryk niesamowity! Przytulam i caluje, jednoczesnie tlumaczac (poraz tysieczny juz chyba), ze stol to nie krzeslo i nikt na nim nie siada. Bi miedzy jednym szlochem a drugim, upewnia sie: "Mama nie? (chlip) Tata nie? (smark) Dziadzia nie?", itd. :)
Karmie Nika. Co Bi uwielbia robic kiedy ja karmie malego? Zalatwiac potrzeby fizjologiczne oczywiscie! Tym razem (na szczescie?) tylko siuski. Samo zrobienie jednak nie wystarcza. Bi zaczyna chlapac (znowu!) raczkami w zawartosci nocnika. Kiedy spanikowana zrywam sie z kanapy, wciera sobie jeszcze siuski w BUZIE, a potem przejezdza raczka po szczebelkach kolyski Nika, zanim decyduje sie dac noge do kuchni!
Kolejna zabawa, ktora mnie niesamowicie wkurza: zaslanianie poduszka klimatyzacji! Prosze, zeby sie odsunala. Po pierwsze jest goraco i chce, zeby pokoj sie chlodzil, po drugie lodowate powietrze wieje Bi prosto w buzie. Powtarzam raz, drugi, dziesiaty. Jak grochem o sciane. W koncu zirytowana wylaczam klime. Taaa... Taki numer moze by przeszedl, ale pol roku temu. Teraz Bi, z usmiechem siega... i wlacza sobie klimatyzacje spowrotem! I jeszcze pstryka guziczkami, zmieniajac kompletnie ustawienia!
Bi robi sie tez (na nasze nieszczescie) coraz cwansza. Juz kilka razy zdarzylo sie, ze zrobila do nocnika w tym samym czasie siku i kupe. Chcac ograniczyc troche slodycze, daje wiec dwa zelki. Myslicie, ze da sie nabrac? A gdzie tam! Zaraz wola z pretensja: "Siusiu! Am!", co w wolnym przekladzie znaczy, ze siusiu tez zrobila i za to TEZ nalezy jej sie zelka! I nie da jej sie splawic! :)
Mala szelma! ;)
Ale ten maly czort potrafi mnie tez niezle rozczulic i rozbawic.
Mamy lato, mamy tez ogrod, w ktorym spedzamy jak najwiecej czasu (zeby nie zwariowac w czterech scianach). Staram sie pokazywac malej jak najwiecej zwierzatek, owadow, nie chce zeby byla jednym z tych dzieci, ktore brzydza sie zwyklego slimaka. Mowie wiec co chwila: "zobacz Bi, mrowka! A tutaj motyl! O, pajak! Zuczek!". A Bi do kazdego insekta odzywa sie radosnie, machajac raczka: "hi (ang. czesc), hi!!!" I tylko moj maz krzywi sie z obrzydzeniem. ;))
Bi nadal czuje sie bardzo dumna z umiejetnosci zalatwiania sie na nocnik. Po ktoryms zrobieniu siusiu, pies zajrzal z ciekawosci do pokoju, a Bi zauwazywszy go, zaraz zawolala radosnie: "Bella! Siusiu! Ja! Ja! Siusiu!". W koncu siersciuch tez musi zostac poinformowany o kolejnym sukcesie malej pani! A nuz tez da zelke w nagrode? ;)
piątek, 26 lipca 2013
Bez paniki, czyli jak moze sie roznic rozwoj jednego rodzenstwa
Zainspirowana raczkowaniem Nika, postanowilam spisac sobie jak kompletnie inaczej przebiegal rozwoj Bi i Nika (jak narazie, bo przed Mlodszym jeszcze dluga droga). Szkoda, ze podczas pierwszego roku zycia Bi nie prowadzilam jeszcze bloga, mialabym wszystko pod reka. A tak, musze grzebac w czelusciach (nie)pamieci (jej dzidziusiowego albumu nie chce mi sie przeszukiwac). :)
Wiadomo, kazde dziecko jest inne. Jednak rozwoj Bi przebiegal (i nadal przebiega) mniej wiecej tak samo jak rozwoj mojej siostrzenicy, wiec od Nika oczekiwalam podobnego schematu. Ktorego jednak sie nie doczekalam. Moze to roznica plci? Albo Nik postanowil od poczatku zaznaczyc, ze jest odrebna jednostka i prosze go nie wrzucac do jednego, statystycznego kotla z siostra! ;)
Podczas pierwszych 3 miesiacy, Bi i Nik osiagali kolejne stadia rozwoju w mniej wiecej tym samym czasie. W podobnym wieku nastapil pierwszy swiadomy usmiech, w podobnym zaczeli lapac za zabawki i wsadzac je do buzi, w podobnym gaworzyc i smiac sie w glos. W podobnym przeturlali sie z brzuszka na plecy. Ale na tym podobienstwa sie skonczyly... :)
Bi opanowala przewrot z pleckow na brzuch w wieku 4 miesiecy. Nikowi ta sztuka udala sie dopiero niemal dwa miesiace pozniej.
Bi, kiedy tylko nauczyla sie turlac na brzuch, wlasciwie przestala spedzac czas na pleckach. Polozona, natychmiast, myk, i juz byla na brzuchu. Nik lezec na brzuchu od poczatku nie lubil, a samodzielne przeturlanie sie uwlaszcza godnosci jego ksiazecej mosci (to mi sie zrymowalo!). Nawet teraz, polozony na plecach czesciej ryczy, zeby go przekrecic, niz zrobi to samodzielnie.
W wieku 5 miesiecy, Bi zalapala, ze kiedy zlapie sie szczebelkow kolyski, mozna sie przekrecic na brzuszek (kolyska jest za waska na porzadny "rozmach", wiec normalne przeturlanie jest utrudnione). Od tego czasu spala juz tylko na brzuchu. Nikowi sztuczka z kolyska udala sie jak narazie tylko dwa razy, kiedy o 3 nad ranem, zupelnie rozbudzony mial ochote sie bawic. Nie ma nawet mowy zeby spal na brzuszku.
Bi nie czolgala sie w ogole. Owszem, potrafila sie przesuwac na podniesionych rekach, ale tylko do tylu. Pelzac do przodu sie nie nauczyla. Nik od dobrego miesiaca czolgal sie po calym salonie stylem "zolnierskim" i to do przodu.
Po przyjeciu pozycji czworaczej, Bi w nieskonczonosc sie bujala. Do przodu, do tylu, do przodu, do tylu... Zeby w koncu odwazyla sie "wystartowac", musielismy uzyc dobrej przynety (kolorowy zszywacz do papieru). Ale kiedy juz zaczela raczkowac, od razu robila to szybko i sprawnie. Nik podnosil sie z czolgania do pozycji czworaczej od paru tygodni. Przesuwal raczki, a potem klapal spowrotem na brzuszek, bo pelzanie jednak wydawalo sie szybsze i bezpieczniejsze. Wreszcie przedwczoraj, odwazyl sie ruszyc naprzod calkowicie na czworaka. :)
Ale wlasciwie mozna powiedziec, ze oboje zaczeli raczkowac w tym samym czasie (Bi - 7 mies., 3 tyg; Nik - 7 mies., 2 tyg), doszli do tego po prostu w zupelnie inny sposob. :)
Ciekawe jak bedzie dalej? ;)
Wiadomo, kazde dziecko jest inne. Jednak rozwoj Bi przebiegal (i nadal przebiega) mniej wiecej tak samo jak rozwoj mojej siostrzenicy, wiec od Nika oczekiwalam podobnego schematu. Ktorego jednak sie nie doczekalam. Moze to roznica plci? Albo Nik postanowil od poczatku zaznaczyc, ze jest odrebna jednostka i prosze go nie wrzucac do jednego, statystycznego kotla z siostra! ;)
Podczas pierwszych 3 miesiacy, Bi i Nik osiagali kolejne stadia rozwoju w mniej wiecej tym samym czasie. W podobnym wieku nastapil pierwszy swiadomy usmiech, w podobnym zaczeli lapac za zabawki i wsadzac je do buzi, w podobnym gaworzyc i smiac sie w glos. W podobnym przeturlali sie z brzuszka na plecy. Ale na tym podobienstwa sie skonczyly... :)
Bi opanowala przewrot z pleckow na brzuch w wieku 4 miesiecy. Nikowi ta sztuka udala sie dopiero niemal dwa miesiace pozniej.
Bi, kiedy tylko nauczyla sie turlac na brzuch, wlasciwie przestala spedzac czas na pleckach. Polozona, natychmiast, myk, i juz byla na brzuchu. Nik lezec na brzuchu od poczatku nie lubil, a samodzielne przeturlanie sie uwlaszcza godnosci jego ksiazecej mosci (to mi sie zrymowalo!). Nawet teraz, polozony na plecach czesciej ryczy, zeby go przekrecic, niz zrobi to samodzielnie.
W wieku 5 miesiecy, Bi zalapala, ze kiedy zlapie sie szczebelkow kolyski, mozna sie przekrecic na brzuszek (kolyska jest za waska na porzadny "rozmach", wiec normalne przeturlanie jest utrudnione). Od tego czasu spala juz tylko na brzuchu. Nikowi sztuczka z kolyska udala sie jak narazie tylko dwa razy, kiedy o 3 nad ranem, zupelnie rozbudzony mial ochote sie bawic. Nie ma nawet mowy zeby spal na brzuszku.
Bi nie czolgala sie w ogole. Owszem, potrafila sie przesuwac na podniesionych rekach, ale tylko do tylu. Pelzac do przodu sie nie nauczyla. Nik od dobrego miesiaca czolgal sie po calym salonie stylem "zolnierskim" i to do przodu.
Po przyjeciu pozycji czworaczej, Bi w nieskonczonosc sie bujala. Do przodu, do tylu, do przodu, do tylu... Zeby w koncu odwazyla sie "wystartowac", musielismy uzyc dobrej przynety (kolorowy zszywacz do papieru). Ale kiedy juz zaczela raczkowac, od razu robila to szybko i sprawnie. Nik podnosil sie z czolgania do pozycji czworaczej od paru tygodni. Przesuwal raczki, a potem klapal spowrotem na brzuszek, bo pelzanie jednak wydawalo sie szybsze i bezpieczniejsze. Wreszcie przedwczoraj, odwazyl sie ruszyc naprzod calkowicie na czworaka. :)
Ale wlasciwie mozna powiedziec, ze oboje zaczeli raczkowac w tym samym czasie (Bi - 7 mies., 3 tyg; Nik - 7 mies., 2 tyg), doszli do tego po prostu w zupelnie inny sposob. :)
Ciekawe jak bedzie dalej? ;)
czwartek, 25 lipca 2013
Breaking news, breaking news!!! :)
Uwaga, uwaga!
Ladies and Gentlemen!
Moj syn oficjalnie... RACZKUJE!!!
Narazie mozolnie, ale do przodu. Zaczal wczoraj, ale chcialam sie upewnic, ze mi sie nie przywidzialo... ;)
Smiesznie, ze we wszystkim dotychczas byl wolniejszy niz Bi, ale w raczkowaniu pobil ja o tydzien! ;)
Ladies and Gentlemen!
Moj syn oficjalnie... RACZKUJE!!!
Narazie mozolnie, ale do przodu. Zaczal wczoraj, ale chcialam sie upewnic, ze mi sie nie przywidzialo... ;)
Smiesznie, ze we wszystkim dotychczas byl wolniejszy niz Bi, ale w raczkowaniu pobil ja o tydzien! ;)
środa, 24 lipca 2013
Porownujemy potworki poraz trzeci :)
Mialam robic takie zdjecie raz w miesiacu. Bije sie w piersi, ale jakos nie po drodze mi z aparatem. Czuje sie nieco winna, bo zdjecia Bi, zanim urodzil sie Nik, ida w setki! A Niko ma ich moze kilkadziesiat (od urodzenia!)...
No ale...
Pamietacie ta fote? Nik ma tu miesiac i tydzien:
A to zdjecie? Mlody ma 3.5 miesiaca:
No i najnowsze (chociaz nie do konca aktualne, bo zrobione prawie miesiac temu). Niko ma na nim 6.5 miesiaca:
Wlasciwie to stwierdzam, ze dwie ostatnie foty az tak bardzo sie nie roznia. Nik troche urosl (i przytyl), ale nie jakos zawrotnie. Nie widac tego na zdjeciu, ale ma tez gestsze i dluzsze wloski. Zmienila mu sie jednak juz zupelnie mimika i ruchy, np. w czasie kiedy robilam srodkowe zdjecie, Nie smial sie jeszcze az tak na zawolanie i nie umial laczyc raczek!
Z moja ostatnia pamiecia do zdjec, nastepne pewnie zrobie jak Nik nauczy sie juz stac... ;)
No ale...
Pamietacie ta fote? Nik ma tu miesiac i tydzien:
A to zdjecie? Mlody ma 3.5 miesiaca:
No i najnowsze (chociaz nie do konca aktualne, bo zrobione prawie miesiac temu). Niko ma na nim 6.5 miesiaca:
Wlasciwie to stwierdzam, ze dwie ostatnie foty az tak bardzo sie nie roznia. Nik troche urosl (i przytyl), ale nie jakos zawrotnie. Nie widac tego na zdjeciu, ale ma tez gestsze i dluzsze wloski. Zmienila mu sie jednak juz zupelnie mimika i ruchy, np. w czasie kiedy robilam srodkowe zdjecie, Nie smial sie jeszcze az tak na zawolanie i nie umial laczyc raczek!
Z moja ostatnia pamiecia do zdjec, nastepne pewnie zrobie jak Nik nauczy sie juz stac... ;)
poniedziałek, 22 lipca 2013
Z serii: szalenstwa panny Bi
Uzbieralo sie tego przez weekend. Cos mi sie wydaje, ze w miare jak Bi bedzie rosla, ta seria bedzie sie pojawiac na blogu coraz czesciej. Ponizsza relacja to "zniwo" z zaledwie 3 dni!
Robi sie z Bi zawolany pyskacz i zlosnica! To znaczy, zlosnica byla juz wczesniej, ale teraz zaczyna sie odgryzac rodzicom! Dotychczas sceny zlosci ograniczaly sie tylko do placzu (i darcia) rzewnymi lzami, kiedy dziecko nie dostalo tego, na co akurat mialo ochote. Teraz okazuje sie, ze za nieposluszenstwo lub zle zachowanie, nie wolno nawet udzielic Bi reprymendy! Mloda zaraz marszczy brewki, zaciska piastki i sie drze: "NIEE!!! MAMA/ TATA, NU-NU!!! NIEEEEE!!!!!" Brzmi to zupelnie jakby chciala nam powiedziec, ze mamy sie zamknac bo coreczce nie wolno zwracac uwagi! ;) Dobrze, ze zasob slow nadal ma ograniczony. Przynajmniej obywa sie bez przeklenstw i wyzwisk. ;)
M. odwozacy Bi rano do opiekunki byl swiadkiem takiej scenki: Pani Marysia wziela od Bi torbe z jedzeniem i polozyla ja na fotelu, zamieniajac jeszcze pare slow z moim mezem. Torba wzbudzila ciekawosc jednego z chlopcow, ktory podszedl ja dotknac. Na to Bi podbiegla, wrzasnela swoje "NIEEE!!!" i odepchnela chlopczyka tak mocno, ze sie przewrocil! Pani przyznala, ze juz pare razy musiala posadzic Bi za kare w kacie za ciagniecie za wlosy, bicie i popychanie innych dzieci. Podobno regularnie wyrywa tez innym dzieciom smakolyki... Ech, co za wstyd... ;)
W sobote M. robil cos w ogrodzie, a ja weszlam na doslownie pare sekund do lazienki. Myje szybko rece, az tu slysze huk i ryk!!! Wypadlam do salonu jak z procy, bo wydawalo mi sie, ze Bi przewrocila kolyske z malym! Ale nie, Starsza "tylko" probowala sie wdrapac do wozka dla lalek, ktory runal razem z nia! Tak wlasciwie, to czemu jak ide sie wysikac albo umyc rece, dzieciaki zawsze cos zbroja? Bi nigdy wczesniej nie usilowala wlezc do zabawkowego wozeczka!
Czasy, kiedy Bi przychodzila zaciekawiona kiedy jemy z M. obiad i chciala sprobowac naszych dan minely bezpowrotnie. Wczoraj upieklismy na grillu domowe hamburgery. Zawiniete w buleczke, z pomidorkiem, cebulka i salata, byly pyszne! Celowo czekalam z konsumpcja az Bi wstanie z drzemki, zeby skusic ja do sprobowania. Phi, akurat! Co zrobilo moje dziecko? Zobaczylo matke zajadajaca az uszy sie trzesa, podeszla, spojrzala (we mnie obudzila sie nadzieja), po czym oswiadczyla: "ja to nie!", czyli przetlumaczone na polski: ja tego nie zjem. I nie zjadla!
Ale, zeby nie bylo, ze z Bi jest samo utrapienie:
Czestuje brata woda z wlasnego kubka niekapka. Pomine, ze jesli maly chce sie tylko kubkiem pobawic, to natychmiast mu go wyrywa. Ale napic sie da. :)
Wczoraj dorwala bodziaka Nika i calkiem sprawnie ubrala go lalce. Pieluchy naklada misiom juz od dawna. Zazartowalam do meza, ze mozemy spokojnie zostawic brata pod opieka Bi. Nakarmi, przewinie, przebierze... M., zupelnie nie zalapujac, ze to zart, spojrzal na mnie z przerazeniem i wyjakal: "ale przeciez ona nie umie byc delikatna i ostrozna...". Bez komentarza... ;)
Ostatnio Bi przytachala swoje dziecinne krzeselka i przystawila do stolika w salonie. Na krzeselkach posadzila misia i lalke, a przed kazdym polozyla kartke i kredke. I tak sobie siedzialy cale popoludnie. Poczatek zabawy w szkole? ;)
Poza tym dziecko rozwija mi sie jezykowo. Juz chyba wspominalam, ze do dzieci u opiekunki czesto mowi "hi" na powitanie i "bye-bye" na pozegnanie? Wczoraj na placu zabaw tata wlaczyl sie w zabawe z corka i zjezdzal z nia ze slizgawki. Bi, wdrapujac sie po schodkach, co chwila ogladala sie za siebie i wolala cos, co brzmialo jak "maman, tata, maman!". Najpierw myslalam, ze cos jej sie myli i nie wie czy wolac mnie czy M. Tyle, ze ja stalam z Nikiem z boku i jasne bylo, ze nie biore udzialu w zabawie. Nawet raz zawolalam do niej, ze czemu wola mame, przeciez tata sie z nia bawi. Mala odpowiadala mi tylko zdziwionym spojrzeniem. Dopiero po chwili oswiecilo mnie, ze ona wola "come on"! Pewnie tak nawoluja sie u opiekunki dzieci, z ktorych przynajmniej dwoje jest dwujezycznych. Poza tym kiedy sie uderzy, albo skaleczy, nie mowi, ze ma "ala" (po mnie), albo "ziaziu" (po tacie), tylko "boo-boo (czyt bu-bu)". To prawdopodobnie tez podsluchane od innych dzieci. :)
Na koniec wiesci "nocnikowe", kto nie lubi metabolicznych opowiastek, niech nie czyta nastepnego akapitu. :)
Nocnikowanie idzie Bi calkiem niezle. Jedyne, na co moge narzekac, to fakt, ze Bi nigdy nie zrobi calej kupy za jednym podejsciem i prawie zawsze robi ja jak karmie Nika. Zawsze musze oderwac malego od cyca, odlozyc go, podetrzec Bi, wreczyc jej zelki w nagrode. Potem kontynuuje karmienie Nika, a Bi za 5 minut znow siada na nocnik za grubsza potrzeba! Czasami dwa razy! I nie usiadzie i nie dokonczy, tylko stoi tak z brudnym tylkiem i ryczy, zeby ja podetrzec! :)
Przez dobry tydzien nie mielismy zadnego "wypadku". Nawet podczas zabawy w ogrodzie, Bi wolala, ze chce siusiu i pedzila do domu. W sobote rozmawialismy wiec z M., ze moze sprobujemy wyjsc z domu na dluzej bez pieluchy. Dziecko jakby nas uslyszalo i w niedziele rano zlalo sie dwa razy w gacie! Taaak, wyjscia z domu bez pieluchy moga poczekac... ;)
Uff... Post z trzech dni, a dlugi jak z tygodnia! ;)
Robi sie z Bi zawolany pyskacz i zlosnica! To znaczy, zlosnica byla juz wczesniej, ale teraz zaczyna sie odgryzac rodzicom! Dotychczas sceny zlosci ograniczaly sie tylko do placzu (i darcia) rzewnymi lzami, kiedy dziecko nie dostalo tego, na co akurat mialo ochote. Teraz okazuje sie, ze za nieposluszenstwo lub zle zachowanie, nie wolno nawet udzielic Bi reprymendy! Mloda zaraz marszczy brewki, zaciska piastki i sie drze: "NIEE!!! MAMA/ TATA, NU-NU!!! NIEEEEE!!!!!" Brzmi to zupelnie jakby chciala nam powiedziec, ze mamy sie zamknac bo coreczce nie wolno zwracac uwagi! ;) Dobrze, ze zasob slow nadal ma ograniczony. Przynajmniej obywa sie bez przeklenstw i wyzwisk. ;)
M. odwozacy Bi rano do opiekunki byl swiadkiem takiej scenki: Pani Marysia wziela od Bi torbe z jedzeniem i polozyla ja na fotelu, zamieniajac jeszcze pare slow z moim mezem. Torba wzbudzila ciekawosc jednego z chlopcow, ktory podszedl ja dotknac. Na to Bi podbiegla, wrzasnela swoje "NIEEE!!!" i odepchnela chlopczyka tak mocno, ze sie przewrocil! Pani przyznala, ze juz pare razy musiala posadzic Bi za kare w kacie za ciagniecie za wlosy, bicie i popychanie innych dzieci. Podobno regularnie wyrywa tez innym dzieciom smakolyki... Ech, co za wstyd... ;)
W sobote M. robil cos w ogrodzie, a ja weszlam na doslownie pare sekund do lazienki. Myje szybko rece, az tu slysze huk i ryk!!! Wypadlam do salonu jak z procy, bo wydawalo mi sie, ze Bi przewrocila kolyske z malym! Ale nie, Starsza "tylko" probowala sie wdrapac do wozka dla lalek, ktory runal razem z nia! Tak wlasciwie, to czemu jak ide sie wysikac albo umyc rece, dzieciaki zawsze cos zbroja? Bi nigdy wczesniej nie usilowala wlezc do zabawkowego wozeczka!
Czasy, kiedy Bi przychodzila zaciekawiona kiedy jemy z M. obiad i chciala sprobowac naszych dan minely bezpowrotnie. Wczoraj upieklismy na grillu domowe hamburgery. Zawiniete w buleczke, z pomidorkiem, cebulka i salata, byly pyszne! Celowo czekalam z konsumpcja az Bi wstanie z drzemki, zeby skusic ja do sprobowania. Phi, akurat! Co zrobilo moje dziecko? Zobaczylo matke zajadajaca az uszy sie trzesa, podeszla, spojrzala (we mnie obudzila sie nadzieja), po czym oswiadczyla: "ja to nie!", czyli przetlumaczone na polski: ja tego nie zjem. I nie zjadla!
Ale, zeby nie bylo, ze z Bi jest samo utrapienie:
Czestuje brata woda z wlasnego kubka niekapka. Pomine, ze jesli maly chce sie tylko kubkiem pobawic, to natychmiast mu go wyrywa. Ale napic sie da. :)
Wczoraj dorwala bodziaka Nika i calkiem sprawnie ubrala go lalce. Pieluchy naklada misiom juz od dawna. Zazartowalam do meza, ze mozemy spokojnie zostawic brata pod opieka Bi. Nakarmi, przewinie, przebierze... M., zupelnie nie zalapujac, ze to zart, spojrzal na mnie z przerazeniem i wyjakal: "ale przeciez ona nie umie byc delikatna i ostrozna...". Bez komentarza... ;)
Ostatnio Bi przytachala swoje dziecinne krzeselka i przystawila do stolika w salonie. Na krzeselkach posadzila misia i lalke, a przed kazdym polozyla kartke i kredke. I tak sobie siedzialy cale popoludnie. Poczatek zabawy w szkole? ;)
Poza tym dziecko rozwija mi sie jezykowo. Juz chyba wspominalam, ze do dzieci u opiekunki czesto mowi "hi" na powitanie i "bye-bye" na pozegnanie? Wczoraj na placu zabaw tata wlaczyl sie w zabawe z corka i zjezdzal z nia ze slizgawki. Bi, wdrapujac sie po schodkach, co chwila ogladala sie za siebie i wolala cos, co brzmialo jak "maman, tata, maman!". Najpierw myslalam, ze cos jej sie myli i nie wie czy wolac mnie czy M. Tyle, ze ja stalam z Nikiem z boku i jasne bylo, ze nie biore udzialu w zabawie. Nawet raz zawolalam do niej, ze czemu wola mame, przeciez tata sie z nia bawi. Mala odpowiadala mi tylko zdziwionym spojrzeniem. Dopiero po chwili oswiecilo mnie, ze ona wola "come on"! Pewnie tak nawoluja sie u opiekunki dzieci, z ktorych przynajmniej dwoje jest dwujezycznych. Poza tym kiedy sie uderzy, albo skaleczy, nie mowi, ze ma "ala" (po mnie), albo "ziaziu" (po tacie), tylko "boo-boo (czyt bu-bu)". To prawdopodobnie tez podsluchane od innych dzieci. :)
Na koniec wiesci "nocnikowe", kto nie lubi metabolicznych opowiastek, niech nie czyta nastepnego akapitu. :)
Nocnikowanie idzie Bi calkiem niezle. Jedyne, na co moge narzekac, to fakt, ze Bi nigdy nie zrobi calej kupy za jednym podejsciem i prawie zawsze robi ja jak karmie Nika. Zawsze musze oderwac malego od cyca, odlozyc go, podetrzec Bi, wreczyc jej zelki w nagrode. Potem kontynuuje karmienie Nika, a Bi za 5 minut znow siada na nocnik za grubsza potrzeba! Czasami dwa razy! I nie usiadzie i nie dokonczy, tylko stoi tak z brudnym tylkiem i ryczy, zeby ja podetrzec! :)
Przez dobry tydzien nie mielismy zadnego "wypadku". Nawet podczas zabawy w ogrodzie, Bi wolala, ze chce siusiu i pedzila do domu. W sobote rozmawialismy wiec z M., ze moze sprobujemy wyjsc z domu na dluzej bez pieluchy. Dziecko jakby nas uslyszalo i w niedziele rano zlalo sie dwa razy w gacie! Taaak, wyjscia z domu bez pieluchy moga poczekac... ;)
Uff... Post z trzech dni, a dlugi jak z tygodnia! ;)
piątek, 19 lipca 2013
Matka idealna
Musze to zapisac ku pamieci. Dzisiaj, 19 lipca Roku Panskiego 2013 bylam matka idealna. Przynajmniej na jeden wieczor. :)
Nie wiem skad zagoscil we mnie dzis taki wewnetrzny spokoj. Zadnych prochow nie bralam, przysiegam! Nawet melisy nie pilam! Zadnej podwyzki ani awansu tez nie dostalam. A musze tez dodac, ze bylam po ciezkiej nocy. Wczoraj upaly osiagnely apogeum i nawet klimatyzacja przestala wyrabiac. Przez wiekszosc nocy temperatura w domu utrzymywala sie na okolo 26 stopniach, w zwiazku z czym Pociecha Mlodsza spala FATALNIE. Oczywista oczywistoscia jest wiec, ze i ja spalam beznadziejnie, jezeli mozna to w ogole nazwac snem. No, ale odbiegam od tematu posta.
W kazdym razie bylam dzis oaza spokoju i cierpliwosci.
Stoicko znioslam histerie Pociechy Starszej. Nawet kiedy uparcie otwierala drzwi wyjsciowe domagajac sie wyjscia na dwor (czas zamontowac haczyk poza zasiegiem malych raczek)... Nawet kiedy szarpala bramka prowadzaca do kuchni tak mocno, ze kompletnie ja wykrzywila niemal wyrywajac ze sciany... Spokojnie zanioslam ja dla uspokojenia do lozeczka. Nawet kiedy podnosila klape od piaskownicy wyjac jak potepieniec na cala ulice, kiedy oznajmilam, ze czas wracac do domu... Nawet kiedy zaparla sie obiema nogami, a nastepnie polozyla w ramach protestu na trawie (caly czas wyjac. Az dziw, ze sasiedzi nie przyszli spytac co sie dzieje)... Cierpliwie wzielam na rece i zanioslam do chalupy. Nawet po drodze uspokajalam czule i calowalam zasmarkane policzki.
Spokojnie znioslam frustracje Pociechy Mlodszej. Nawet kiedy kwiczal jak dzik ze zlosci (nie umiem raczkowac! Nie chce lezec w kolysce!)... Nawet kiedy caly sie zafajdal... Nawet kiedy wsciekal sie z nudow, rzucajac kazda podana zabawke i drac sie jeszcze glosniej... Nawet kiedy zarzygal pol maty edukacyjnej... Wycieralam z usmiechem kupe i rzygowiny, podrzucalam, spiewalam i robilam poraz setny kosi-kosi.
Taaa... Przez jedno popoludnie i wieczor bylam matka, jaka zawsze chcialam byc. Cierpliwa, kochajca i czula...
Dobrze, ze sobie to zapisalam, bo raczej predko sie nie powtorzy... ;)
Nie wiem skad zagoscil we mnie dzis taki wewnetrzny spokoj. Zadnych prochow nie bralam, przysiegam! Nawet melisy nie pilam! Zadnej podwyzki ani awansu tez nie dostalam. A musze tez dodac, ze bylam po ciezkiej nocy. Wczoraj upaly osiagnely apogeum i nawet klimatyzacja przestala wyrabiac. Przez wiekszosc nocy temperatura w domu utrzymywala sie na okolo 26 stopniach, w zwiazku z czym Pociecha Mlodsza spala FATALNIE. Oczywista oczywistoscia jest wiec, ze i ja spalam beznadziejnie, jezeli mozna to w ogole nazwac snem. No, ale odbiegam od tematu posta.
W kazdym razie bylam dzis oaza spokoju i cierpliwosci.
Stoicko znioslam histerie Pociechy Starszej. Nawet kiedy uparcie otwierala drzwi wyjsciowe domagajac sie wyjscia na dwor (czas zamontowac haczyk poza zasiegiem malych raczek)... Nawet kiedy szarpala bramka prowadzaca do kuchni tak mocno, ze kompletnie ja wykrzywila niemal wyrywajac ze sciany... Spokojnie zanioslam ja dla uspokojenia do lozeczka. Nawet kiedy podnosila klape od piaskownicy wyjac jak potepieniec na cala ulice, kiedy oznajmilam, ze czas wracac do domu... Nawet kiedy zaparla sie obiema nogami, a nastepnie polozyla w ramach protestu na trawie (caly czas wyjac. Az dziw, ze sasiedzi nie przyszli spytac co sie dzieje)... Cierpliwie wzielam na rece i zanioslam do chalupy. Nawet po drodze uspokajalam czule i calowalam zasmarkane policzki.
Spokojnie znioslam frustracje Pociechy Mlodszej. Nawet kiedy kwiczal jak dzik ze zlosci (nie umiem raczkowac! Nie chce lezec w kolysce!)... Nawet kiedy caly sie zafajdal... Nawet kiedy wsciekal sie z nudow, rzucajac kazda podana zabawke i drac sie jeszcze glosniej... Nawet kiedy zarzygal pol maty edukacyjnej... Wycieralam z usmiechem kupe i rzygowiny, podrzucalam, spiewalam i robilam poraz setny kosi-kosi.
Taaa... Przez jedno popoludnie i wieczor bylam matka, jaka zawsze chcialam byc. Cierpliwa, kochajca i czula...
Dobrze, ze sobie to zapisalam, bo raczej predko sie nie powtorzy... ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)