niedziela, 30 grudnia 2012

Cos sie konczy, cos sie zaczyna...

Cytat z Sapkowskiego, idealny na koniec roku i poczatek nowego...

Czego zycze sobie na Nowy Rok? Przede wszystkim Spokoju. Rok 2012 byl cholernie intensywny. Zaczal sie od 3-miesiecznej wizyty tesciow, potem spadla na mnie wiadomosc o kolejnej ciazy oraz koniecznosci obrony w TYM roku (tak przy okazji, zdazylam, ale o tym w ktoryms z kolejnych postow), przygotowania do slubu koscielnego, wizyta w Polsce, porod i 3 pierwsze tygodnie z noworodkiem... Po drodze byly tez pierwsze urodziny Bi i cala lista pomniejszych wydarzen. Autentycznie ciesze sie, ze ten rok dobiegl konca, jestem zwyczajnie zmeczona... Oby 2013 minal pod znakiem wszechobecnej nudy, napewno nie bede narzekac na monotonie. I jeszcze zycze sobie odrobiny czasu na czytanie ksiazek. W tym roku nie przeczytalam ani jednej, uwierzycie? A zwykle lista dochodzi do kilkudziesieciu. Ale celowo urzadzilam sobie abstynencje, zeby skupic sie na pracy magisterskiej. Teraz moge znow cieszyc sie lektura dla czystej przyjemnosci, zamiast czytac w kolko atrykuly naukowe. I w miare skromnych czasowo mozliwosci, bede pomalu nadrabiac zaleglosci. :)

A czego zycze Wam? Po prostu: Spelnienia Tego, Czego Same Sobie Zyczycie! :)

piątek, 21 grudnia 2012

Do d*** jest...

Balam sie tego. Cala ciaze z Nikiem przesladowala mnie mysl jak poradze sobie z dwojka maluchow, a szczegolnie z kolejnym niemowlakiem... Jednak pewne aspekty swojego charakteru znam doskonale...

Nie radze sobie. Z wlasnymi emocjami. Powtarza sie historia z Bi kiedy byla w wieku Nika. Nie cieszy mnie macierzynstwo. Wrecz przeciwnie, najchetniej zasnelabym i obudzila sie jeszcze w ciazy, albo najlepiej za jakies pol roku. I mam to smutne przeswiadczenie, ze gdybym mogla cofnac czas, to bylabym ostrozniejsza i zadbala, zeby ta druga ciaza pojawila sie znacznie pozniej. Nie da sie, wiem, musze zacisnac zeby i przetrwac... Ale zaczyna mnie to wszystko przerastac. Nie nadaje sie na matke niemowlecia. Z Bi radze sobie bez wiekszych problemow, teraz juz rzadko puszczaja mi nerwy. Za to placz Nika doprowadza mnie do szalu. Tak, do wscieklosci. Nie jest mi go zal, nie budzi we mnie opiekunczych instynktow. Kiedy placze mam ochote go rozszarpac, a w miare jak rosnie, placze coraz wiecej... Mierzi mnie ciagle przewijanie, bo Nik zalatwia "grubsza" potrzebe przy kazdym karmieniu. A z karmieniem tez mam zalamke. Nie mam problemow z laktacja, wymiona mam jak krowa, ale mlody nie moze zalapac jakiegos konkretnego rytmu. Raz domaga sie zarcia po poltorej godzinie, innym razem po 3-4. Nigdy nie wiem czego sie spodziewac, przewazaja jednak karmienia co 2 godziny. Ale przez brak regularnosci cycki mam ciagle obrzmiale i bolesne i przemaczam jedna wkladke laktacyjna za druga... W dodatku mlody przestal tak latwo usypiac przy piersi i teraz odlozony po karmieniu czesto zaczyna natychmiast kwekac, a po chwili juz wrzeszczy... A mi gula natychmiast skacze... W dodatku caly ciazar opieki nad nim spadl na mnie. M. pracuje na noc, wiec od 5 po poludniu, do 3 nad ranem go nie ma. Kiedy przyjezdza idzie spac i jest bezuzyteczny. Rano wstaje, zawozi Bi do niani, po czym wraca, kladzie sie spac i odsypia do 2-3 po poludniu, a kiedy wstaje zaraz musi jechac odebrac Bi. Rozumiem, ze jest zmeczony po nocce, ale ja do cholery tez spie po okolo 4 godziny i to na raty... I ja nie mam kiedy tego odespac, bo ten dzieciak jak na zlosc nie bedzie w dzien spal i koniec... :(

Matka doprowadzila mnie do placzu przedwczoraj. Wlasciwie bez powodu. Po prostu skrytykowala wszystko co robie, zaczynajac od czapeczki, ktora maly mial na glowie, az po noszenie go na rekach. Ciekawe co mam innego zrobic z dzieckiem, ktore drze sie wnieboglosy, nie akceptuje smoczka i tylko na rekach sie uspokaja? Moge go oczywiscie wystawic za drzwi, na mroz, ale to gwarantuje mi uwage sasiadow i wizyte milych ludzi z agencji ochrony praw dziecka... Kochana mamusia stwierdzila tez, ze teraz to powinnam juz sobie odpuscic ta magisterke, ze chyba mi odbilo, zeby to na sile konczyc, ze trzeba bylo sie bardziej postarac wczesniej. Mam zaprzepascic tyle miesiecy wytezonej pracy? Tak po prostu? Niedoczekanie... Zreszta, w tej chwili chetniej siadam nad praca niz zajmuje sie Nikiem...

Przed Swietami juz raczej nic nie napisze, a M. ma wolne do 2 stycznia, wiec mozliwe, ze odezwe sie dopiero wtedy.

Mimo, ze moje beda raczej srednie, zycze wiec wszystkim Wesolych Swiat, Czasu Milo Spedzonego z Rodzina, Szalowego Sylwestra i Szczesliwego Nowego Roku!

wtorek, 18 grudnia 2012

Zombie

Jeszcze zyje... Podczytuje Was nawet czasem, ale po troszku i na raty. Komentowac zwyczajnie nie mam czasu, wybaczcie...

Te z Was, ktore to jeszcze pamietaja, wiedza zapewne, ze pierwsze tygodnie z noworodkiem to nie spacer w parku, o nie... Niki budzi sie co 2 godziny na karmienie. Ma co prawda dwa razy dziennie 3 godziny przerwy, ale na moje nieszczescie przypada on na wczesne popoludnie... Najgorzej jest w nocy. Maly budzi sie co 2 godziny, albo i czesciej, je nerwowo, chwyta cyca, wypluwa, znow chwyta, za chwile juz sie drze i nie wiadomo o co mu chodzi. Ja oczywiscie tez sie wtedy wkurzam i obiecuje mu, ze znajde "okno zycia" i go oddam jak taki durny jest... Jak wreszcie uda mi sie go nakarmic to zasypia, ale budzi sie po 10-15 minutach i glosno domaga sie noszenia. Kolysanie w kolysce nie pomaga, na smoczka ma "uczulenie". Musze nieraz go nosic z 20 min zanim zasnie, a ze karmienie trwa okolo 45 minut, to zostaje mi mniej niz godzina na spanie do nastepnego... :(

W dzien zamiast spac, lece z poprawkami do tej nieszczesnej pracy (tak, tak, odebralam je wczoraj). Wiekszosc to drobiazgi, ale sporo tego. Teraz to juz prawdziwy wyscig z czasem... Zdaze, czy nie?

Dobrze, ze w dzien Bi jest u niani, ale wieczory to niezle kongo. Bi szaleje, budzi brata, ten drze sie i nie chce usnac, a jak usnie to na 15-20 min. i domaga sie noszenia... I tak az do polozenia obojga spac...

Patrze w lustro i widze wielkie, podkrazone oczy patrzace na mnie zza okularow w wychudzonej twarzy... Chcecie wiedziec jak wyglada zombie? Wpadnijcie do mnie...

sobota, 15 grudnia 2012

Nie moge uwierzyc... :(

Podejrzewam, ze wiekszosc z Was slyszala juz o szalencu, ktory w miasteczku Newtown, w stanie Connecticut wtargnal do szkoly i zastrzelil 20 malych dzieci? Ja uslyszalam dopiero wczoraj wieczorem bo w szpitalu nawet nie ogladalam wiadomosci... Ogladalam i plakalam. Tulilam Nika, a obok Bi robila rozgardiasz w pokoju. Oboje bezpieczni i szczesliwi...

To jest moj wlasny stan, stan w ktorym mieszkam... Zielony, piekny, przyjazny rodzinom... Przynajmniej zawsze tak o nim myslalam... Nigdy nie bylam w Newtown, wlasciwie to niewiele o nim slyszalam i nic dziwnego, bo to male, ciche miasteczko, ludzie zyja tam calkiem dostatnio i spokojnie. Nigdy bym nie przypuszczala, ze w takim miejscu moze dojsc do masowego morderstwa...

Bol rodzicow, ktorzy stracili swoje dzieci jest dla mnie nie do wyobrazenia... I to teraz, przed Swietami. Zaden czas nie jest odpowiedni na smierc dziecka, ale przed Bozym Narodzeniem musi to byc szczegolnie bolesne. Choinka stoi, prezenty pokupowane... Dla kogo? Zamiast na Pasterke Ci rodzice szykuja sie na pogrzeb... :(

My tez mieszkamy w spokojnym, malym miasteczku. Moje dzieci za kilka lat tez pojda do szkoly. Chcialabym odprowadzac je codzien na autobus bez strachu czy wroca do mnie bezpiecznie po poludniu. Chce wiedziec, ze zaden szaleniec mi ich nie odbierze...  I coraz czesciej stwierdzam, ze chcialabym ich zatrzymac w domu, nie spuszczac z oczu nawet na chwilke.  Tylko wtedy wydaja mi sie bezpieczni... Co sie dzieje z tym swiatem?

piątek, 14 grudnia 2012

Fota dla cioc :) i dopisek

Tak jak pisalam nie moge wgrac swoich zdjec. Ale jedna fotke Nika sciagnelam ze szpitalnej stronki (tyle, ze jest malutka). Dla blogowych cioc -  oto moj maly kawaler:



A ja nadal czekam na decyzje. Teraz jest 11 rano. O 6 rano poziom bilirubiny spadl, ale wyjeli malego spod lamp i chca sprawdzic czy zanadto nie wzrasta. Pobiora mu krew o 13 (jego male pietki sa juz calutkie poklute! :( ), zanim beda wyniki potrwa przynajmniej z godzine, wiec decyzja zapadnie pewnie okolo 15.
Rozmawialam z pielegniarkami i okazuje sie, ze takie "wynajecie" szpitalnego pokoju jest za darmo, tyle ze wtedy ja jestem juz oficjalnie wypisana i musze sama zadbac o swoje posilki, lekarstwa i inne pierdoly (co mi akurat zwisa i powiewa). Postanowione wiec. Jesli maly musi zostac, zostaje i ja, zeby kontynuowac karmienie piersia. Ale nadal trzymam kciuki, zeby jednak go wypisali...

Dopisek:


Hurra! Jedziemy do domku! Oczywiscie po wypisaniu miliona papierkow i kruczkow, ale jedziemy!!!

czwartek, 13 grudnia 2012

Samotnosc w szpitalu

Po pierwsze, odpisze hurtem na wszystkie komentarze pod poprzednim postem:

Bardzo dziekuje za wszystkie gratulacje od blogowych cioc!

Jestem jeszcze w szpitalu. Ostatnia noc, miejmy nadzieje. Mnie wypisza jutro napewno, juz nawet kilka pielegniarek i lekarzy zdziwilo sie, ze nie chce wyjsc wczesniej na zyczenie. Czuje sie w zasadzie dobrze, tylko jak chodze, to po paru minutach zszycie ciagnie mnie niemilosiernie, a jak dluzej posiedze, to potem przez chwilke chodze zgieta wpol jak stara babcia. :) Ale jest o niebo lepiej niz pierwszego dnia, kiedy z trudem doszlam do lazienki... Pielegniarki nie moga sie nadziwic, ze praktycznie nie biore srodkow przeciwbolowych, ja sama jestem zaskoczona...

Ze mna jest wiec niezle, ale z Nikiem troche gorzej. Nie jest mu nic powaznego na szczescie, ale ma zoltaczke i poziom bilirubiny na tyle wysoki, ze lekarz podjal decyzje o naswietlaniu. Zabrali mi go dzis na caly dzien, przywozili tylko na karmienia. :( Przed chwila sie dowiedzialam, ze beda go naswietlac calutka noc. Rano wyjma go spod lamp na kilka godzin i znow zmierza poziom bilirubiny, zeby zobaczyc czy nie skacze ponownie w gore. Dopiero wtedy lekarz podejmie decyzje o wypisaniu. Nie jest wiec pewne czy Nik wyjdzie jutro do domu. :( Podobno po calodobowym naswietlaniu, 95% dzieci pozbywa sie bilirubiny. Mam nadzieje, ze moj syn zmiesci sie w statystykach. Nie wyobrazam sobie wyjsc stad sama, chyba bym sie zaplakala... :( No i zostaje jeszcze kwestia karmien. Ja mam akurat naplyw mleka, mlody pieknie ssie, chce to kontynuowac... Oczywiscie jakby co, podadza mu sztuczne mleko, ale ja upieram sie przy karmieniu piersia... Jest tutaj opcja wykupienia pokoju w szpitalu, zebym mogla karmic mlodego, bo przyjezdzac co 2 godziny zupelnie nie ma sensu. Ale musimy sie dowiedziec ile taka przyjemnosc kosztuje, no i zalezy to od naplywu pacjentow, moga zwyczajnie nie miec miejsca... Poza tym tesknie za Bi, przez ostatnie 3 dni widzialam ja mniej niz godzine dziennie i brakuje mi tej mojej kaczerbichy... Juz sie nastawilam, ze w piatek do niej wracam, a tu taka niespodzianka... Ale w tej kwestii najwazniejszy jest oczywiscie Nik, Bi swietnie sobie beze mnie radzi, a Nik ma 3 dni i potrzebuje mamy non stop... :(

I siedzialam dzis caly dzien taka smutna, rozmyslajac co robic i oczywiscie jak to ja zamartwiajac sie na zapas... W dodatku M. urzadzil sobie wczoraj w pracy pepkowe (koledzy mu nie darowali, szczegolnie, ze urodzil sie SYN), wiec dzis nie nadawal sie do niczego. Przyjechal do mnie, owszem, ale przysypial na kanapie, a malego i tak nie bylo, wiec w koncu stwierdzil, ze pojedzie do domu przespac sie we wlasnym lozku. Zostalam wiec samiutka, szczegolnie, ze radze sobie tak dobrze, ze pielegniarki dzis prawie do mnie nie przychodzily. Dobrze, ze Nik byl wyjatkowo glodny i nienawidzi  swojeg inkubatora, takze "odwiedzal" mnie co 2 godzinki. :)

A na koniec zagadka:

Co robi Agata, kiedy siedzi sama w szpitalu i nie ma przy sobie nawet dziecka? I co robila Agata na porodowce, czekajac az przyjda silniejsze skurcze???
Robila wykresy do pracy magisterskiej, oczywiscie! To sie nazywa samozaparcie... :)

A zdjecie wgram dopiero z domu, bo mam problemy natury technicznej...

wtorek, 11 grudnia 2012

Witajcie! Przepraszam, ze chwilowo nie odpowiadam na komentarze, ani nie komentuje u Was, ale musze sie troche ogarnac. Moje wywolanie porodu zaczelo sie od samoistnego odejscia wod w nocy, a skonczylo na cesarskim cieciu. :( Moj drugi porod byl jeszcze "ciekawszy" od pierwszego. Ale to juz opisze w osobnym poscie.

Teraz najwazniejsze:
Maly Nik urodzil sie o 9:17 wieczorem w poniedzialek, z waga 3373 gram i dlugoscia 52 cm. Zapomnialam kabla do aparatu, ale jak maz go dowiezie to wrzuce jakas fote. :)