piątek, 22 sierpnia 2025

Rok szkolny za pasem

W ostatnim poscie zostawilam piatek, 15 sierpnia, na kolejny raz, bo to nie byl taki sobie zwyczajny dzien. ;) Zaczal sie pozno, bo musialam choc troche odespac nocke. Polozylam sie o 6, a budzik nastawilam na 11, bo plan dnia byl dosc napiety, a stwierdzilam ze skoro zwykle sypiam okolo 5 godzin, to tym razem tez dam rade pozniej funkcjonowac. Okazalo sie jednak, ze nieprzyzwyczajony do spania w dzien organizm i tak obudzil sie o 10:40. I juz nie moglam zasnac. Wstalam, ale zanim sie ogarnelam i zjadlam sniadanie, zrobilo sie poludnie. Musialam odhaczyc z Bi zakupy spozywcze, a przy okazji zaliczyc pierwsze zakupy szkolne. Zanim jeszcze szkola sie oficjalnie zacznie, Starsza juz zacznie treningi i trzeba jej bylo kupic "sprzet". Akurat po drugiej stronie ulicy od supermarketu, maja sklep sportowy. Postanowilismy wiec upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Skoro zaliczalismy cos wiecej niz spozywke, zabral sie z nami Nik. Udalo nam sie dostac deske do plywania oraz specjalna "poduszke", ktora trzyma sie nogami zeby cwiczyc same ramiona. Nie mieli jednak ani pletw, ani nakladek na dlonie. Nie chce mi sie objezdzac wszystkich sklepow sportowych w okolicy, wiec pozostaje niezawodny Amazon. :) Potworki wybraly sobie po parze nowych adidasow, a do tego Bi spodenki, a Nik koszulke. Tu musze nadmienic, ze moja corka zaczyna sie ponownie otwierac na kolory. Do niedawna wszystko musialo byc czarne, ewentualnie jakies neutralne, wiec bezowe lub szare. Czasem zalozyla cos z domieszka zoltego, bo to jej ulubiony kolor. Tym razem spodenki wybrala w... pudrowym rozu. :D Potem przejechalismy do supermarketu, a ze udalo nam sie uwinac calkiem sprawnie, pojechalismy jeszcze na bubble tea. Do domu przyjechalam w lekkiej panice, bo mielismy tylko godzine, a trzeba bylo i rozpakowac torby i zjesc obiad, zanim znow musielismy wyruszac. Na popoludnie bowiem trener druzyny plywackiej urzadzil dzieciakom zawody. Tylko miedzy soba, ale ze cala druzyna liczy 4 grupy o roznych poziomach, wiec byla szansa ze dzieciaki beda mialy sie z kim scigac. Przy okazji trener spisywal otrzymane czasy, bo one decyduja o wyscigach ktore potem przydziela zawodnikom kiedy scigaja sie z innymi druzynami. Potworki wcale nie byly chetne zeby na te zawody jechac, mimo ze stresu nie bylo niemal zadnego bo to przeciez same kolezanki/ koledzy. Trener obiecal jednak pozniej pizze, wiec sie skusili.

Rzadkosc, kiedy Potwory kibicuja tej samej osobie i stoja obok siebie ;)

Pomyslaby kto, ze w domu pizzy nie jadamy... :D Poniewaz chodzilo glownie o spisywanie czasow w dystansach oraz stylach, to trener zaszalal i Potworki wyscigow mialy w pi*du. Nik plynal kraulem na 50m, kraulem na 100m, motylkowym na 50m i taka dziwna mieszanka, gdzie kazda dlugosc basenu plynie sie innym stylem. Bi plynela rowniez kraulem na 50m, motylkowym na 50m, zabka na 50m i mieszanka stylow, ale kazdym stylem musiala przeplynac dwie dlugosci basenu. Oprocz tego, kazde plynelo sztafete, choc tu trener pomieszal dzieciaki z roznych grup wiekowych oraz zaawansowania, wiec wyscigi byly ciekawe, bo ciezko bylo przewidziec kto wygra. ;) Bylo niemozliwie goraco, ale akurat dobrze sie zlozylo, bo zawody byly na zewnatrz. Rozdawano tez butelki zmrozonej wody, zasiadlam na krzesku turystycznym w cieniu i dalo sie wytrzymac. Nik mial szczescie, bo jest na takim pograniczu, ze niby rocznikowo ma juz 13 lat, ale do urodzin sciga sie nadal w grupie 11-12, wiec bylo trzech chlopcow w jego grupie wiekowej (dwoch z tego samego rocznika), ale ze slabszej grupy. Mlodszy zostawial ich wiec daleko w tyle.

Slabe te kadry, ale Nik (w pierwszej linii) juz doplynal, jego przeciwnik wlasnie pojawil sie po lewej zdjecia. Na dzieciaka w 4 linii nie patrzcie, bo siedzial tam caly wyscig 

Nawet kiedy pomylil sie i zaczal plynac zlym stylem i dopiero na wolanie trenera zatrzymal sie, jeden zdazyl go wyprzedzic, ale Nik raz-dwa nadrobil straty i i tak wygral. ;) Bi jest juz w grupie 13+, ale okazalo sie ze na zawody przyjechala tylko jeszcze jedna dziewczynka w tym wieku. Rowniez ze slabszej grupy, wiec panna miala kilka latwych wygranych. 

Nie wiem czy bedzie to dobrze widac, ale Bi stoi przy sciance, a tamta dziewczynka dopiero pojawia sie w kadrze w drugiej linii. Nie patrzcie na osobe po prawej, bo to ktos osobno sobie plywal

Jeden "wyscig" - najdluzszy, bo na 200m (8 dlugosci basenu) plynela sama, bo trener chcial zapisac jej czas, a tamta inna dziewczyna chyba nie miala na tyle formy zeby poplynac taki dystans. Potem serwowali pizze, choc tu bylam rozczarowana, bo rodzicom nikt jej nie zaproponowal, a ja bylam glodna. ;) Do domu wrocilismy dosc zmeczeni, dzieciaki plywaniem, ja goracem. Spalam tego dnia tylko jakies 4.5 godziny, wiec czulam sie troche jak na haju i padlam wieczorem jak kawka. ;)

W sobote odsypialam oczywiscie w koncu nocke z czwartku na piatek. Wstalam o 10, czujac sie w koncu w pelni przytomna. ;) Dzien minal mi w miare leniwie, na ogarnianiu domowej rzeczywistosci. Malzonek rano pracowal, ale przyjechal o 11. Mial sie zabrac za ten magazynek pod tarasem, ale ze znow byl upal, dal sobie spokoj. Pojechalismy do spowiedzi, jak zwykle do polskiego kosciola, a potem przejechalismy na msze do tego blizej domu. Po powrocie troche odetchnac, podlac zmeczony upalem ogrod, po czym w koncu zabralam sie za leczo z cukinii. Przymierzalam sie do tego jak do jeza, az zaczelam sie obawiac ze wyhodowana przeze mnie cukinia zacznie gnic, ale wytrzymala w lodowce bez problemu i to ze dwa tygodnie. :D W koncu jednak sie za to zabralam, w czym pomogla mi Bi, ktora, z niezrozumialych powodow, bawi szatkowanie warzyw. Z radoscia pozwolilam jej przejac to zadanie. ;)

Tu juz sieka koperek

Mialam jeszcze upiec ciasto, ale Starsza juz znalazla przepis, ktory chciala wyprobowac. Zrobil sie jednak wieczor, wiec przelozyla to na kolejny dzien.

Niedziela to ponownie dluzsze spanie. Dla mnie i dzieciakow (choc oni spia ile chca od dwoch miesiecy ;P), bo malzonek pracowal. Skoro nie mial tym razem weekendu, poradzilam mu zeby chociaz pospal dluzej i pojechal na 5 rano. W weekendy maja bowiem taki uklad, ze moga zrobic okreslona ilosc godzin, ale rozpoczecie oraz koniec pracy dostosowac do potrzeb. Coz... M. uznal, ze ma "potrzebe" wczesnego powotu do domu, bo pojechal do roboty jak zwykle, ale za to znienacka zjawil sie w chalupie juz o 9:30. Jeszcze sie dobudzalam w lozku. :D Na dole Bi juz urzedowala w kuchni, bo wymyslila sobie ciasto z jablkami, na kruchym spodzie i z owsiana kruszonka na wierzchu. Nie dosc ze przepis nieco bardziej czasochlonny, to panna nadal dziala raczej pomalu. Mnie jej tempo bardzo nie przeszkadza, ale juz to, ze zajmuje caaaly blat, juz tak. Po chwili w kuchni zjawil sie Nik, chcac zrobic (jak zwykle ostatnio) jajecznice i szybko ucieklam z kuchni, bo dosc mialam burdelu oraz decybeli. Trzeba przyznac Potworkom, ze po sobie posprzatali. Z grubsza. :) Na kawke jak zwykle wpadl moj tata, choc deser do niej dopiero co "wskoczyl" do piekarnika. Poki co podalam mu moje leczo, a na ciasto przyszla pora pozniej, kiedy troche przestyglo. Wyszlo prze-pysz-ne! Jedyna wada to taka, ze przepis byl na bardzo mala blaszke, wiec wiekszosc ciasta znikla w jeden dzien, tylko kawaleczek udalo mi sie zwedzic i spakowac do pracy. Co do innych niedzielnych wydarzen, to przyszla reszta "ekwipunku" do plywania Bi, czyli pletwy na nogi i nakladki na dlonie. Smieje sie, ze wyglada jak zaba. ;)

Zabcia :D

Poniedzialek to niestety zbyt wczesna pobudka, choc po weekendzie zawsze czuje sie w miare wypoczeta. W robocie, jak pisalam, strasznie pedza do przodu z moim szkoleniem. Dziewczyna z Vegas wrocila do siebie, ale moj szef poprosil jednego z zastepcow zeby sie tym zajal, wiec sporo czasu poswiecil przegladajac ze mna przepisy. Niestety to taki facet, ze ma naprawde ogromna wiedze, ale przez to, zamiast trzymac sie tematu, co chwila rzuca jakimis opowiesciami oraz dygresjami i robi sie z tego tak zagmatwana historia, ze zapominam o co wlasciwie w danej procedurze chodzi. ;) Dzien jednak jakos przetrzymalam i wrocilam do domu, gdzie trzeba bylo zabrac Potworki na zakupy szkolne. Chcialam to odhaczyc w miare sprawnie zeby miec czas zamowic brakujace pierdolki. I mialam nosa, bo przez to ze nasza miejscowosc tak pozno wypuszcza listy, wszystko bylo przebrane i sporo pustych polek. :O Na szczescie Bi w szkole sredniej potrzebuje tylko (miejmy nadzieje) jakies zeszyty oraz dlugopisy/ olowki, a Nik sporo rzeczy mial z zeszlego roku. Ostatecznie musialam zamowic tylko wlasnie olowki (bo Potwory uparly sie na mechaniczne, a te zostaly wykupione :O) oraz jeden zeszyt dla Kokusia, bo wymagali dosc specyficzny format, ktorego sklep nie posiadal. Po powrocie mielismy chwilke, a pozniej trzeba bylo zawiezc Kokusia na trening. Samego, bo Starsza w piatek wypisalam tymczasowo z tej druzyny, jako ze w tym tygodniu zaczyna juz treningi ze szkolna. Na szczescie Mlodszemu wsio ryba czy jedzie sam, czy z siostra. ;) Jak zwykle malzonek go zawiozl, a ja pozniej odebralam.

Nik siedzi na brzegu basenu i za glowe sie lapie ;)
 

Niestety, nagle skrocily nam sie dni i kiedy dojezdzam, wlasciwie juz koncza. Oby wreszcie skonczyli remont basenu w srodku, to treningi beda mogly potrwac dluzej. A po powrocie to oczywiscie szybka kolacja, prysznice i lozeczko. ;)

We wtorek przyszlo ochlodzenie i rano trzeba bylo naciagnac na grzbiet sweterek. ;) W pracy podobny schemat jak dzien wczesniej, czyli sporo czasu spedzilam z Huy'em na przerabianiu przepisow i ogladaniu "na zywo" co sie dzieje.

Z domu dostawalam smsy, np. taki, pokazujacy w jakim Nik obudzil sie towarzystwie ;)

Po odrobieniu swojego czasu, popedzilam do domu, zgarnelam dzieciaki i pojechalismy nad jezioro. Bylo piekne slonce i temperatura okolo 24 stopni, ale wial chlodny wiatr, wiec dla mnie kapiel odpadala, mimo ze woda byla nadal w miare ciepla po ostatnich upalach. Normalnie pewnie bym odpuscila, ale wiedzialam ze prawdopodobnie bedzie to nasza ostatnia szansa zeby pojechac tam w srodku tygodnia. Potworkom wiatr oczywiscie nie przeszkadzal i najpierw poplyneli na deskach, a potem szaleli w wodzie.

Troche sztywno, ale pozuja ;)

Wreszcie zglodnieli, wiec przeszlismy sie do budy z zarciem, a potem Bi zasiadla z ksiazka, a Nik... zaczal jeczec. Chcial do wody, ale nie sam. :/ Siostra stanowczo odmowila, wiec zaczal ciagnac mnie. Na moja odmowe strzelil focha i zazadal odwiezienia do domu, tyle ze nie chcialo mi sie kursowac w te i we wte. W koncu, po chyba pol godzinie takiego marudzenia, oznajmilam ze mam dosc i zaczynamy sie zbierac. Wtedy, jak na komende, kawaler stwierdzil ze chce poplywac kajakiem. 

Przyplywa spowrotem

Mialam ochote tupnac noga, ze teraz moze mnie pocalowac i wracamy, ale Bi ucieszyla sie, ze bedzie mogla dluzej poczytac, wiec machnelam reka i dalam chlopakowi kase na wypozyczenie. Nawet po okrazeniu kajakiem calego jeziora, Nik nie mial dosc i sam poszedl poskakac z pomostu i robic jakies akrobacje.

Jeszcze go ryby w nos dziabna :D

I nie przeszkadzalo mu, ze zblizal sie wieczor, temperatury byly srednie i plaza wlasciwie opustoszala. Przyjechalismy do domu, rozwiesilam mokre rzeczy dzieciakow, troche czlowiek sie polenil i coz, znow trzeba sie bylo klasc.

Srodowy ranek niczym dzien swistaka. Nadal w srodku nocy do roboty, gdzie ciagle szkolenia. Przynajmniej widac nieco swiatelko w tunelu, choc jakos nie widze skonczenia tego do piatku. No, ale zobaczymy. Kiedy wychodzilam z pracy, jak na komende zaczelo padac i lalo jak z cebra calutki dzien. Przy okazji bylo tylko 19 stopni, wiec najchetniej zaszylby sie czlowiek z goraca kawa pod kocykiem. Niestety, tego dnia Bi miala swoj pierwszy trening ze szkolna druzyna. Byla oczywiscie mocno poddenerwowana, ale umowila sie przed wejsciem z kolezanka, wiec liczylam ze jakos sie ogarnie. I tak zreszta musialam z nia wejsc, bo mialam formularz oraz czek. Niestety, rodzicom nie wolno jest zostawac na treningu, co przyznaje troche mnie rozczarowalo. Normalnie moze bym zostala pospacerowac, bo to taka fajna, spokojna okolica, ale ze lalo, to wrocilam do domu. Po 1.5 godzinie pojechalam po corke spowrotem, ciekawa jak jej sie podobalo. Okazalo sie, ze wyszla zachwycona, ze treningi latwe, ale ciekawe, bo nie samo plywanie raz w jedna, raz w druga strone, ale tez skoki, oraz cwiczenia gdzie wychodzi sie z basenu i robi pompki, przysiady, itd. Dziewczyny rozdzielone sa pod wzgledem szybkosci, choc tych z I klasy trenerzy w sumie nie znaja. Bi trafila do ostatniej grupki, choc w trakcie "awansowala" do szybszej. ;) Faktycznie uzywaja tych pletw i desek, wiec przynajmniej wiem, ze zakup nie poszedl na darmo. Wrocilysmy do domu i juz nigdzie nie musialam sie ruszac, bo z powodu pogody trening Kokusia zostal odwolany. Oni niestety nadal plywaja na zewnatrz, a tu nie dosc ze padalo, to jeszcze spadla temperatura. Nie powiem zebym byla smutna. ;) Za to zrobilam kolejne 3 sloiki malosolnych, bo ogorki nadal intensywnie produkuja. Dobrze, ze moj tata je lubi i co tydzien wreczam mu sloik, bo sami bysmy tego nie przejedli. :D

Do karmnika dla kolibrow wlaza mi osy, ktore potem bzycza w srodku, nie mogac znalezc wyjscia. Rozkrecilam go, zeby wypuscic niesforne insekty, ale kolibry przylatuja nawet do karmnika bez nektaru i lezacego na stole ;)

W czwartek niestety musialam zaczac dzien jeszcze wczesniej niz ostatnio. W ramach treningu musialam wypuscic jedna partie, choc chlopak ktory mnie trenowal powiedzial ze ode mnie zalezy ile ich wypuszcze, choc im wiecej, tym lepiej, zeby sie obeznac z papierami oraz programami komputerowymi. Tak w ogole to pisze "partia" z braku odpowiedniego slowa, ale ze to laboratorium a nie fabryka, to tak naprawde wypuszczamy jedna lub dwie fiolki po 30mL. :D W kazdym razie, zeby jak najlepiej to zapamietac i ogarnac, stwierdzilam, ze wypuszcze dwie. Napozniejsza partia jest wypuszczana troche na wariata, bo zaraz po partii produktu klienta, wiec uznalam ze najlepiej wypuscic pierwsza, druga lub trzecia. Pierwsza od razu skreslilam bo wypuszczana jest o 1:30 w nocy. ;) Padlo wiec na druga i trzecia, choc zeby zdazyc musialam i tak przyjechac o pol godziny wczesniej. To zas oznaczalo pobudke o 2. Ech... Pojechalam i kurcze. Nie powiem, ze tego nie ogarniam, bo w miare ogarniam, ale przyzwyczajona jestem, ze wszystkie dokumenty dostawalam juz skompletowane i posegregowane w logiczna calosc i po prostu kolejno przegladalam. Tutaj przekazujemy aptece nasza fiolke i oni juz sobie rozcienczaja material i rozdzielaja na dawki, a my w miedzyczasie przeprowadzamy wlasne testy. Oznacza to, ze wszystko przebiega na wyscigi, a z pomieszczenia produkcyjnego oraz od laborantow dostaje wszystko pomieszane: tu jakis wydruk, tu jakis swistek, tam wyniki testu, itd. Czasem komplet jednego testu to 3 strony, ktore dostaje sie osobno i pomieszane z innymi. Ogolnie to na samym poczatku wszystko idzie spokojnie i pomautku, a po 10 minutach nagle zrzucaja ci caly stos na blat. W dodatku trzeba pamietac ktory numerek zweryfikowac z ktorym programem komputerowym, a i w nich posprawdzac wszystkie ustawienia. W rezultacie, mimo ze wszystko to moze 20 stron, wypuszczenie pierwszej partii zajelo mi... 1.5 godziny. :D Do wypuszczenia kolejnej zostalo pol godziny, wiec tylko szybko popedzilam do toalety oraz wypic ekspresowa kawe i cos przekasic. Druga partia zajela mi... godzine, wiec niewielki, ale byl postep. ;) Wiedzialam juz jednak, ze nie moge skonczyc na tych dwoch, mimo ze do samego treningu wystarczyly. Umowilam sie wiec z tym chlopakiem, ze w piatek znow przyjade wczesniej i wypuszcze dwie partie. Poki co, do konca dnia zajelam sie codziennymi pierdolkami. Po pracy do domu, gdzie mialam chwile na dychniecie, po czym trzeba bylo zawiezc Bi na trening. Przynajmniej pogoda sie poprawila i wyszlo slonce, choc niestety nadal bylo chlodno i w dodatku wial wiatr. Po dyskusji stwierdzilismy, ze lepiej zeby Nik odpuscil sobie ponownie trening, bo zaraz zaczyna sie szkola i nie chcielismy zeby sie akurat pochorowal. Dla Bi niestety dzien nie konczyl sie na treningu, bo jej druzyna na to popoludnie zaplanowala spotkanie. Jedni z rodzicow maja dostep do prywatnej plazy nad jeziorem przy ich osiedlu i zaprosili dziewczyny na spotkanie integracyje. Zamiast wiec odebrac Starsza i pojechac do domu, musialam wiezc ja na drugi koniec naszej miesciny. Okazalo sie tez, ze podobnie jak rodzice nie moga sobie popatrzec na treningi, tak samo tutaj tylko podjezdzali, wysadzali corki i odjezdzali. Co bylo robic; ja tez wysadzilam Bi przed wejsciem na plaze i pojechalam. Gdzie te czasy gdzie wszystkie mamuski tez staly w koleczku i plotkowaly? :D Wrocilam do domu, posiedzialam z chlopakami, po czym znow musialam odbyc kurs. :/ Wrocilam oczywiscie wykonczona, bo ile mozna tak jezdzic w te i spowrotem... Na szczescie, po ulewnym deszczu poprzedniego dnia, wszedzie nadal bylo mokro, wiec nie musialam podlewac.

W koncu nadszedl wyczekany piateczek, ktory niestety ponownie musialam zaczac zbyt wczesnie. ;) W pracy znow na dzien dobry wypuscilam partie, choc nie spojrzalam ile mi to zajelo, wiec nie wiem czy poprawiam wlasne rekordy. Zreszta, duzo zalezy tez od laborantow, bo jedni szybciej radza sobie z testami, drudzy wolniej. Kolejnej partii nie wypuscilam, bo zepsula sie maszyna i jej nie bylo. ;) Mialam usiasc z szefem do dalszego szkolenia, ale caly czas cos sie dzialo, ktos zawracal mu glowe czym innym i w koncu usiedlismy dopiero o 7. Pechowo, musialam wyjsc juz o 8, a on sie rozgadal, pomalu i flegmatycznie... Oczywiscie nie skonczyl i bede musiala scigac zastepcow zeby mnie laskawie podszkolili i (najwazniejsze) podpisali swistek. :/ Pozniej wyskoczylam z pracy jak z procy i popedzilam do domu. Tego dnia Bi miala spotkanie organizacyjne w high school. Umawialy sie z najlepsza kolezanka, ze pojada na nie razem, ale ta wziela i wyjechala na wakacje. ;) Starsza mogla je sobie odpuscic, ale uparla sie jechac. Tyle ze blagala mnie zebym ja zawiozla. Pojechalysmy, myslac ze juz tam zostane, bo pewnie dla rodzicow tez urzadza jakas prezentacje. Okazalo sie jednak, ze policja zablokowala parking, a auta puszczala tylko sznureczkiem, tak zeby kazdy mogl przed wejsciem wypuscic dziecko i do widzenia. Bi mine miala nietega, ale poszla. Wrocilam do domu, po czym po dwoch godzinach musialam jechac po corke. Tym razem policja zablokowala dojazd pod drzwi, a wszystkich kierowali na parking. :D Po chwili mlodziez wyszla, a z nimi Starsza, w gronie kolezanek.

Bi zaznaczylam Wam strzalka na chodniku ;)

Poki co zadowolona, choc nie znalazla szafki, wiec bedzie musiala ja odszukac w poniedzialek rano. Dostala koszulke, identyfikator i mape szkoly, co pewnie jej sie przyda przy poszukiwaniu sal. ;)

Cyfra 29 oznacza rok w ktorym ukoncza szkole srednia ;)

W domu dlugo nie posiedzielismy, bo trzeba bylo zaliczyc zakupy i to tak zeby zdazyc przed treningiem Bi. Udalo sie, nawet pomimo ze dzieciaki naciagnely mnie na bubble tea, a po drodze zamowilismy jeszcze pizze. Tym razem w domu mialam godzinke na dychniecie, po czym panna jechala na trening. Zeby ja odebrac, wyjechalam nieco wczesniej, bo chcialam jeszcze pospacerowac po tamtej okolicy. Zaszlam troche za daleko i potem pedzilam zeby wrocic na czas. Na szczescie Bi zawsze i zewszad wychodzi jako jedna z ostatnich. ;)

Po co sie przebierac, jak mozna wracac w stroju? :D

A po powrocie w koncu moglam cieszyc sie wyczekanym weekendem. Nawet zwierzyniec byl jakis bardziej zrelaksowany ;)

Czasem sobie tak zgodnie leza niedaleko siebie :)

piątek, 15 sierpnia 2025

Tydzien z pomieszanym grafikiem

Na poczatek zdjecie jeszcze z minionego piatku, ktore przyslal mi Nik. Chlopak strasznie byl podekscytowany, ze Oreo choc raz nawiedzila go w lozku. :D

Nasz kot zwykle przylazi do M. albo do mnie, do dzieciakow rzadko

Sobota, 9 sierpnia, zaczela sie dla mnie od dlugieeego snu. Troche przerywanego niestety, bo tuz przed 7 Oreo zaczela wrzaski. Zostawilam jej uchylone drzwi tarasowe, ale M. je nad ranem zamknal, bo noc byla bardzo zimna i dol domu sie solidnie wychlodzil. Kot nie mial wiec jak wyjsc i lazil po sypialniach drac mala mordke. :D Nie mniej, kiedy sama wstaje nad ranem, spie kiepsko, przebudzam sie co jakis czas, jakby organizm nie mogl sie do konca zrelaksowac wiedzac, ze niedlugo bedzie musial sie obudzic. Teraz spalam jak zabita. Kiedys zwykle slyszalam budzik M., jak sie kreci w lazience lub na dole, a tym razem nic. Dopiero kiciul mnie obudzil. Wstalam, wypuscilam mekole i wrocilam do lozka. Nastawilam budzik na 9 zeby nie spac do poludnia, ale po wylaczeniu go jeszcze przysnelam. Ostatecznie wstalam po 10. Bi byla juz na nogach i zdazyla nawet pojsc do krolikow sasiadow, ktorymi opiekuje sie od powrotu z kempingu. Nik dogorywal jeszcze w lozku. Akurat zdazylam zjesc sniadanie i sie ogarnac, kiedy syn uznal ze pora cos przekasic, ale chcial sie nauczyc robic jajecznice. Moglabym przysiac ze juz kiedys mu pokazywalam, ale chyba dawno, bo twierdzil ze nie pamieta. Przewrocilam oczami, bo to zadna filozofia, ale zgodzilam sie dawac mu wskazowki kiedy ja szykowal. Bi oczywiscie wyczula pismo nosem i zjawila sie w kuchni, oznajmiajac ze ona tez chce jajecznice. Wzruszylam ramionami, ze ok, Nik zrobi wieksza porcje, ale panna uparla sie ze chce dla siebie zrobic sama. No tak, czego ja sie spodziewalam... ;) Dobrze ze mamy 4 patelnie, bo nie chcialo mi sie zmywac na szybko miedzy jedna jajowa a druga. Po sniadaniu, dzien poczatkowo mijal dosc leniwie. Nadal mielismy piekna, letnia pogode, goraca ale bez wilgotnosci, wiec stwierdzilam ze klapne sobie pod parasolem na tarasie. Malo zawalu nie dostalam, kiedy zaczelam go otwierac i spod spodu wypadlo mi cos prawie na glowe. Po sekundzie bezdechu z paniki, okazalo sie, ze to pelno trawy i jakies nieruchawe, zielone owady. Dopiero pozniej doczytalam, ze najprawdopodobniej to robota osy, ktora buduje w zakamarkach takie trawiaste gniazda. Znosi pozniej do nich sparalizowane owady i sklada na nich jaja. Faktycznie, jakis czas temu widzielismy, ze w faldy zamknietego parasola co chwila wlazi osa, ale nie zwracalismy na to wiekszej uwagi. Calkiem ciekawe znalezisko. :) Wrocil z pracy M., ktory zajechal jeszcze do Polakowa, wiec przywiozl torby "dobroci". Popoludnie mijalo na domowych porzadkach, wstawianiu zmywarki, prania, itd., ale wreszcie troche sie uspokoilo, malzonek polozyl sie na drzemke, a ja ponownie siadlam na tarasie. W ktoryms momencie miedzy drzewami cos zaczelo solidnie halasowac. Najpierw myslalam ze to wiewiorki, ale cos za glosne byly. Zaczelam sie bardziej przygladac i zobaczylam jak cos ciemnego skacze przez zarosla. Pierwsza mysla bylo, ze to Oreo, po chwili jednak kawalek dalej, w przeswicie, dostrzeglam wielki, czarny ksztalt. Niedzwiedz jak malowany. ;) A za nim cos mniejszego i skocznego - niedzwiadek. Czyli matka z przynajmniej jednym mlodym. Ciesze sie, ze nie bylam akurat na dole, w warzywniku. :D Mimo lekkiej paniki, wmowilam sobie, ze rodzinka misiow poszla daleko i szybko nie wroci i zmusilam sie do zejscia do szopki po srodek na chwasty. Tym razem mialam dla niego zadanie specjalne. Mam na rabacie z przodu takie niby kwiaty, nawet calkiem ladne, ale rozsiewajace sie po calym ogrodzie. W dodatku to takie paskudztwo, ze ma mocne korzenie, ale delikatne lodygi i probujac je wyrwac, lodyga sie urywa, korzen zostaje, a za rok roslina wyrasta jeszcze mocniejsza. Jakby malo bylo tego, ze rosnie w kepach i samo sie rozsiewa, to juz na poczatku lata sie"kladzie", przygniatajac okoliczne kwiatki. Rok temu probowalysmy z Bi je wykopac, ale korzenie maja tak mocne, ze nie moglysmy sobie z nimi poradzic i w tym roku poodrastaly. Tym razem wiec postanowilam je poprzycinac, a kikuty lodyg spryskac herbicydem. Moze tym razem je ukatrupie. :D A ze psikadlo juz mialam, to spryskalam przy okazji chwasciory wyrastajace na kostce. ;) Kiedy ja walczylam z niesfornymi kwiatkami, M. zdazyl wstac z drzemki i poszedl poprzekladac drewno przy szopce. Przy okazji odkryl za nia jame wykopana przez jakies zwierze i to calkiem spore (podejrzewamy swistaka), w ktorej gniazdo urzadzily sobie... osy. Jak to z tymi uroczymi owadami bywa, calego drewna malzonek nie przelozyl, bo kiedy sie zanadto zblizal, osy zaczynaly przy nim krazyc i nie chcial zeby go ktoras uzadlila. Czyli swietnie. Trzeba sie pozbyc gniazda... :/ Poznym popoludniem Bi musiala pojsc ponownie do krolikow, bo rano wypuszcza je z klatki, a po pod wieczor zamyka spowrotem. Ze wzgledu na niedzwiedzie poprosila zebym poszla z nia, wiec skorzystalam z okazji na mala przechadzke. No coz... mialam pecha, bo u nas misie przeszly sobie bokiem, ale u sasiadow zastalysmy wywalony smietnik. Suuuper...

Szlag

Na dodatek, panna Bi miala odruch wymiotny, wiec wiekszosc musialam posprzatac ja. A moglam sobie zostac w domu. ;) A na wieczor ponownie musialam upiec chlebek bananowy, bo owoce robia sie ciemne w zastraszajacym tempie, a kolejnego dnia anonsowal sie dziadek.

W niedziele moglam pospac znacznie dluzej niz w dzien powszedni, ale krocej niz bym chciala, bo na 9:30 jechalismy do kosciola. Po powrocie napisalam do taty ze juz jestesmy i przyjechal na (prawie) coniedzielna kawke. Posiedzial jak zawsze ze 3 godzinki, po czym pojechal, wzdychajac ze trzeba sie szykowac na kolejny tydzien. Ja musialam zabrac sie za skladanie prania, co uswiadomilo mi, ze jednak bez klimatyzacji sie nie obedzie. Po kilku suchych i nieco chlodniejszych dniach, ponownie nadeszla fala wilgoci oraz ponad 30-stopniowych upalow. Dom byl nieco schlodzony, wiec poczatkowo wydawalo sie, ze w srodku klima nie bedzie potrzebna tego dnia, ale na gorze po poludniu zrobilo sie 30 stopni. Przy skladaniu prania, pot lal mi sie ciurkiem po tylku i stwierdzilam ze nie ma sensu sie meczyc. Klimatyzacja wnet schlodzila chalupe i przynajmniej czlowiek wiedzial ze spokojnie sie wyspi, bo tego snu i tak nie ma za duzo. Na wieczor trzeba bylo przygotowac ciuchy, sniadaniowke i zebrac sily na kilka dni kieratu. A kiedy juz zaczelo sie sciemniac, dzielne chlopaki ruszyly z latarka zeby wypowiedziec wojne niesfornymi owadom zza szkopki. :D

My z Bi patrzylysmy z bezpiecznej odleglosci :D

Poniedzialek zaczal sie od ostatniej "normalnosci", czyli pobudki o 2:30 nad ranem. Zaparkowalam ponownie w drugim rzadku pod naszym budynkiem. Zreszta, dyspozytor kierowcow upewnia sie caly czas, ze nikt nie parkuje na tym drugim parkingu. Poki co, wszyscy wola sie cisnac na naszym. ;)

Moja zwykla trasa spacerowa zostala zablokowana przez zwalone drzewo i po tygodniu nadal nikt nie kwapi sie do jego uprzatniecia :/

Dzien uplywal pracowicie, bo przyleciala dziewczyna z Vegas, ktora zaczela ze mna intensywnie przerabiac procedury. Przygotowala tez nowe zakladki do szuflad zeby latwiej bylo wszystko znalezc, choc mi wydaje sie to mocno na wyrost, bo kiedy juz sie wie czego szukac i gdzie mniej wiecej to jest, nie ma znaczenia czy oznaczenia beda mniejsze czy wieksze... Wiekszosc czasu spedzilam na dalszym przerabianiu wirtualnych szkolen, bo zostala mi juz ich tylko garstka, wiec chcialam miec je juz z glowy. Okazalo sie jednak ze na koniec zostaly godzinne symulacje jednego z programow komputerowych, wiec troche to zajelo. To ten sam program z ktorym zmagalam sie w Las Vegas i ponownie robia glupote, bo symulacja obejmuje to, co robia laboranci i potem to, co musi odhaczyc kontrola jakosci. Oszalec mozna bo czesc laboratoryjna jest dluga i skomplikowana i za kazym razem, kiedy doszlam juz do "mojej", zupelnie nie bylam w stanie sie skupic... Po pracy popedzilam z ulga do chalupy, gdzie jak zwykle przywital mnie natlok obowiazkow. Dobrze, ze Bi chociaz rozladowala zmywarke. Pod wieczor Potworki mialy trening. Na zewnatrz, wiec cale szczescie ze wrocily okrutne upaly. ;)

Na koniec treningu cala uwaga skupila sie na wielkiej plazowej pilce, ktora mozecie zauwazyc obok slupka

Po powrocie do domu, Mlodszy stwierdzil ze zrobi sobie jajecznice. Odkad w sobote nauczyl sie ja przygotowywac, teraz robi 2 razy dziennie - obsesja normalnie. Tego dnia zajechalam po pracy do sklepu i dokupilam wielka pake - 18 jaj. Czy wystarczy do konca tygodnia? ;)

Mmmm... pysznosci. Zartuje; ja akurat nie przepadam ;)

Wtorek rozpoczal sie typowo. Pobudka o nieludzkiej porze i do roboty. Tam ponownie tluklam wirtualne szkolenia, a dodatkowo siadla ze mna dziewczyna z Vegas. Moj szef nie ogarnia szkolenia nowych pracownikow, ale ona na szczescie orientuje sie jak to "ugryzc", wiec przerobila ze mna troche przepisow i omowila ogolny plan. W rozpisce mam kilka rzeczy stanowiacych przygotowanie do calodziennej produkcji, ktore musze obserwowac, a ktore niestety odbywaja sie wieczorem. Oprocz tego kilka punktow do obserwacji w dzien, ale to oczywiscie juz latwo odhaczyc. Zreszta, juz tego samego dnia zasiadlam z zastepca od kontroli jakosci, ktory pomaga nam w tym tygodniu. Tak w ogole, to chlopak jest azjata i ma na imie... Huy. Wymowa jednak jest zupelnie nieadekwatna do pisowni. :D W kazdym razie, poniewaz ta dziewczyna chciala zebym jak najwiecej odhaczyla w tym tygodniu, poki tu jest, wiec stwierdzilam, ze w srode nie pojade rano do pracy, tylko dopiero na wieczor i zostane juz na nocna zmiane. Spytalam szefa czy tak bedzie ok, on potwierdzil, wiec pomyslalam ze super. W srode porzadnie sie wyspie, a potem bede miala caly spokojny dzien, a w czwartek tez przyjade nad ranem, odespie ile dam rade i bede miec drugi spokojny dzien. Taaa... plan byl super, szkoda ze spalil na panewce, ale o tym pozniej. Wracajac do wtorku. Nadal trwala u nas fala niemozliwych upalow, wiec po robocie tylko zgarnelam Potworki i pojechalismy nad jezioro. Dzien wczesniej mlodziez probowala sie umowic z jakimis znajomymi, ale okazuje sie, ze mnostwo osob wyjezdza na sam koniec wakacji, inni maja treningi i zadnemu nie udalo sie zgarnac kolezanki czy kolegi. Mnie to nawet pasowalo, bo wole pilnowac wlasnych dzieciakow, a nie obcych. Nad jeziorem niespodziewanie wpadlam na swoja dobra kolezanke. Dzwonila do mnie wczesniej (zeby spytac czy wlasnie nad jezioro sie nie wybieram), ale w pracy bylam taka zalatana, ze nie mialam szans oddzwonic. Jak juz siadlam na lezaku, a Potworki odplynely na deskach, stwierdzilam ze i tak siedze, to moge pogadac.

Odplywaja w sina dal

W ten sposob okazalo sie, ze jestesmy w tym samym miejscu, tylko na dwoch koncach plazy! :D Pogadalam sobie za wszystkie czasy, szkoda tylko ze Potwory oraz starsza corka mojej kolezanki nie chcieli nawet na siebie spojrzec, a co dopiero razem spedzic czas. ;) One zreszta posiedzialy jeszcze z godzinke i pojechaly bo byly tam od 11 rano, a my dojechalismy dopiero przed 14. Potwory praktycznie nie wychodzily z wody. Byli bez kolegow, wiec nie mieli wyjscia, tylko spedzic czas ze soba. Plywali, skakali z pomostu, itd.

Nik skacze stylem mocno swobodnym ;)

Ja zreszta tez sporo czasu spedzilam moczac tylek w jeziorze, bo przy tym upale nawet w cieniu pot lecial mi po plecach. Trzeba tez bylo pojsc do budy z zarciem, bo bylismy bez obiadu, a ja w ogole nic nie jadlam chyba od 10 rano, gdzie tymczasem zrobila sie 16.

Bi posiada znacznie wieksza gracje niz brat :D

Do chalupy wrocilismy po 18 i czulam sie jak po jakims maratonie. Cieszylam sie, ze nie musialam szykowac jedzenia i ubran do pracy. Myslalam ze posiedze troszke dluzej, ale zapomnij. O 21:30 juz same mi sie oczy zamykaly i walnelam sie do lozka, cieszac sie ze kolejnego dnia moge spac do oporu.

Taaaa ;)

O 5:42 obudzil mnie sms od... szefa. Czy przyjezdzam rano bo dziewcze z Vegas chce kontynuowac moje szkolenie, a dodatkowo przyjechal jego boss oraz boss owego bossa (:D) i chcial mnie poznac. Najpierw przeszlo mi przez mysl zeby udac ze spalam i nie widzialam wiadomosci, ale potem stwierdzilam ze zbyt nowa jestem zeby sobie tak w kulki leciec. Odpisalam wiec, przypominajac mu o planie przyjscia na noc, ale ze jesli chce to przyjade rano. Odpisal ze przeprasza, ze cos zawiodla komunikacja i ze tak, chcialby zebym przyjechala rano. Co bylo robic. Wstalam i wyszykowalam sie, ale dojechalam tam dopiero okolo 7:30. I wkurzylam, bo ten szef szefa mojego szefa juz zdazyl pojechac, zas A. z Vegas caly dzien zajela sie jakimis sprawami z bossami i tyle ja widzialam. W ogole wydawala sie jakby urazona. Moze myslala ze specjalnie postanowilam nie przyjechac do roboty zeby sie od niej uwolnic. ;) Jak juz tam jednak przyjechalam, to zostalam na 8 godzin, myslac ze moze dziewczyna po poludniu bedzie miala chwile zeby ponownie usiasc ze mna nad przepisami. Nooo, nie miala. ;) W kazdym razie, musialam kompletnie zmienic plan, bo w pracy siedzialam do 15, wiec nie bylo mowy zebym na 21 wracala spowrotem. Stwierdzilam, ze przyjade w czwartek. Problem tylko w tym, ze tego dnia o 4:30 mielismy meeting, wiec wiedzialam ze bede musiala tam byc i rano i wieczorem. :/ W kazdym razie, po poludniu przywitaly nas burze i przelotne deszcze. Trening Potworkow zostal odwolany, a ja nie musialam podlewac warzywnika, wiec moglismy spokojnie posiedziec i pozbijac baki. ;)

Czwartek zaczelam juz normalnie, czyli o 2:30. ;) Dzien w pracy rozpoczal sie niemal od razu od meetingu, a ten tym razem byl dluuugi. Skonczyl sie dobrze po 5. Dziewcze z Vegas tego dnia wylatywalo, ale pojawilo sie jeszcze rano u nas. Myslalam ze moze usiadzie ze mna do szkolen, ale nadal "upiekszala" nasza dokumentacje. :/ Trudno. Przynajmniej w koncu odhaczylam wszystkie wirtualne szkolenia potrzebne do wypuszczania partii. Najlepsze, ze wydrukowalam sobie podsumowanie, zalaczylam do listy, po czym wchodze na stronke szkolen, a tam... wpadlo kolejne 6 z tego rozdzialu! Lekko sie podlamalam... ;) Wiekszosc mojej listy szkolen pozostala jednak pusta. Nie wiem jak moj szef chce to ogarnac w dwa tygodnie... Wyszlam z roboty juz o 10, bo wiedzac, ze bede musiala tam wrocic wieczorem, chcialam sie troche zdrzemnac. Lecialam na okolo pieciu godzinach snu i wiedzialam, ze nie przetrzymam nocki. Wrocilam do chalupy, gdzie chcialam sie jeszcze troche zmeczyc spacerem, a przy okazji lyknac swiezego powietrza. Dobra, raczej "swiezego", bo na zewnatrz znow mielismy "Floryde", czyli upal oraz wilgoc jak w dzungli. Bi chciala jednak sie wybrac do biblioteki, wiec stwierdzilysmy ze mozemy sie przejsc tam. Nik wybral sie oczywiscie z nami na rowerze. Coz... bylo goraco i duszno i na miejsce doszlysmy spocone jak myszy. A jeszcze trzeba bylo wrocic! :D Wspolczulam Starszej, bo jeszcze pare dni i bedzie pokonywac te trase codziennie. Co prawda planuje raczej jezdzic na rowerze. ;) Kiedy wreszcie doczolgalysmy sie do domu, trzeba bylo dokonczyc obiad i wreszcie moglam sie polozyc. Zwykle w dzien nie sypiam i kompletnie nie czulam sie zmeczona, wiec spodziewalam sie, ze poleze, pokrece sie i wstane, okazalo sie jednak ze zasnelam i spalam prawie 2 godziny. Przez to niestety reszte dnia bylam niczym snieta ryba. Wzielam prysznic, ktory troche mnie rozbudzil, ale nie do konca. Potworki mialy trening, na ktory M. ich zawiozl, a ja potem pojechalam odebrac. Tym razem jednak trener tak szybko skonczyl, ze kiedy przyjechalam (a zawsze robie to z zapasem czasu) juz wyszli z wody i zgarniali swoje rzeczy. Wrocilismy do domu, kolacja, a potem posiedziec troszke w towarzystwie "internetow" i na 22 trzeba bylo zbierac sie do roboty. :/

Cale to przedsiewziecie zakonczylo sie czesciowa porazka niestety. Dojechalam na czas, ale po zajrzeniu do laboratorium okazalo sie, ze chlopak, ktory zwykle zajmuje sie przygotowaniami do produkcji zadzwonil ze jest chory. Zostala dwojka mniej doswiadczonych pracownikow, ktorzy byli w stanie solidnej paniki i, co tu ukrywac, wku*wu. ;) Dodatkowo, brakowalo jakichs dokumentow, a plyn do sterylizacji nie byl wbity w program komputerowy. Musialam wiec zaczac dzien od pilnych telefonow do szefa. Brakujace dokumenty udalo mu sie przeslac na nasza drukarke, a plyn polecil zeby uzyc, ale powiedziec zastepcy od kontroli jakosci, zeby go wbil jak tylko sie pojawi. Ja niestety nadal nie posiadam dostepu do tej komputerowej inwentaryzacji. Wszystko bylo poopozniane, a koledzy wsciekli, wiec obawialam sie, ze guzik obejrze, a nie chcialam tez ich zbytnio stresowac stojac im nad glowa. W koncu jednak zadzwonili po innego chlopaka z wiekszym doswiadczeniem, on w koncu dojchal i wszystko nieco sie uspokoilo. Udalo mi sie obejrzec 3 z czterech aktywnosci, ale poniewaz wszystko bylo troche opoznione, jedna pracownica poprosila zebym ostatnia aktywnosc obejrzala przy wypuszczeniu drugiej partii. Zgodzilam sie, bo czemu nie, po czym, kiedy przyszlam popatrzec, okazalo sie, ze... zepsula sie maszyna. :D Tylko ja moge miec takie szczescie! No coz, nocka minela mi na przerabianiu nadal wirtualnych szkolen (choc obawialam sie, ze moge przy nich szybko zaczac przysypiac) i zaksiegowywaniu dokumentow. Kiedy nie udalo sie wypuscic drugiej partii, facet od kontroli jakosci pokazal mi jako ogarnac dokumentacje kiedy cos takiego sie wydarzy. Calkiem niespodziewanie wiec trafila mi sie pozyteczna lekcja. Kolejna proba wypuszczenia partii byla jednak po 5 rano, kiedy stwierdzilam ze pomalu czas stamtad uciekac. Zreszta, nie wiem czemu tamta dziewczyna powiedziala mi ze to jedna z aktywnosci z poczatkowej zmiany, bo partie wypuszczane sa cztery razy, w tym dwa kiedy jestem juz zwykle w pracy. Moge wiec to obejrzec kazdego dnia. Tuz przed wschodem slonca wyruszylam wiec do upragnionego domu. Wypuscilam psiura na siusiu, troche sie ogarnelam i tuz przed 6 padlam do lozka. Jakos przezylam, choc nie bardzo ciesze sie na mysl, ze juz niedlugo bedzie to moja codziennosc. ;)

A o piatku napisze juz nastepnym razem, bo przy konczeniu tego posta oczy mi sie same zamykaly... ;)

piątek, 8 sierpnia 2025

Czwarty kemping i (bardzo) brutalny powrot do rzeczywistosci

W piatek po pracy zajechalam tylko do domu po Bi, po czym popedzilysmy na zakupy. Po powrocie rozpakowac torby i musialam pedem brac sie za pakowanie. Przez to ze pogoda w czwartek byla taka a nie inna, wszystko zostalo mi wlasciwie na piatek. Troche sie nabiegalam, ale ostatecznie udalo mi sie spakowac wszystko, nawet czesc rzeczy z lodowki, bo ta zdazyla sie juz schlodzic. Wieczor to oczywiscie wszyscy po kolei pod prysznic, a ja jeszcze na szybko robilam malosolne zeby zuzyc ten stos ogorkow, ktory uzbieralam w ciagu kilku dni. 

Jeden sloik poupychala Bi

Obawialam sie, ze po powrocie bylyby z nich "kapcie". Wyszly 3 sloiki i liczylam ze po powrocie akurat beda gotowe do zjedzenia.

W sobote rano M. pracowal, a ja oraz Potworki odsypialismy. Ja prace, oni ciezki, wakacyjny czas. ;) Dlugo spac nie moglam, bo trzeba bylo skonczyc pakowanie i ogarnac chalupe przed wyjazdem. Nienawidze zostawiac burdelu, wiec na szybko szorowalam jeszcze kuchenke i zlew w kuchni, wstawialam ostatnia zmywarke, itd. Trzeba tez bylo zostawic kotu zapas jedzenia oraz wody. Poniewaz mialo nas nie byc tylko dwa pelne dni, a ostatnio zostawienie jej z uchylonymi drzwiami swietnie zdalo egzamin, postanowilismy to powtorzyc. Wrocil z pracy M., dokonczylismy co trzeba, wpakowalismy dzieciaki oraz psiura do auta i wyruszylismy. Jechalismy tylko niecale 2 godziny i na szczescie obylo sie bez wiekszych korkow, wiec jakos przed 15 bylismy na miejscu. Tym razem trafilismy na prywatny kemping z basenami, kortami tenisowymi (z ktorych nie skorzystalismy), budynkiem klubowymi i innymi atrakcjami. Swietne miejsce, ale cena niestety odpowiednia, czyli prawie jak za hotel. :D Mlodziezy sie jednak bardzo podobalo, bo jakze inaczej. Rezerwacje robilismy w ostatniej chwili, niecale 2 tygodnie wczesniej i na wybrane przez nas dni zostala juz tylko jedna (!) miejscowka. Okazala sie wiec taka sobie, bo wygladala niczym drozka przejazdowa, z minimum prywatnosci i zaraz po drugiej stronie ulicy od basenu oraz klubu. Cale dnie towarzyszyly nam wiec piski oraz krzyki dzieciarni, a w dodatku glosna muzyka ktora przez wiekszosc dnia puszczano przy basenie. W klubie zas odbywalo sie bingo oraz inne zabawy/konkursy i tez basy az dudnily. Zaleta bylo, ze stalismy pod rozlozystym debem, wiec pomimo upalu nie musielismy rozkladac zadaszenia. Wada bylo, ze drzewo przyciagalo ptaszyska, ktore s*aly nam po krzeslach i rozlozonych tam czasem (do suszenia) recznikach czy strojach kapielowych. :D

Nasza miejscowka z lotu ptaka
 

Pierwsze popoludnie spedzilismy na poznawaniu kempingu, wiec lazilismy i jezdzilismy w kolko na rowerach. Kemping jest otwarty do polowy listopada i ma nawet jeden basen oraz jacuzzi wewnatrz, wiec miejsce jest super nawet na jesien. Teraz - latem, bylo tam jednak za duszno i smierdzialo chlorem, wiec tylko zajrzelismy i szybko ucieklismy. Na zewnatrz (przy kolejnym basenie) byl plac wodny i choc Potworki sa na to stanowczo za "stare", Nik nie mogl sie oprzec pokusie. ;)

Nie ma jak sie pochlapac niczym przedszkolak...
 

Kemping ma tez farme, wiec poszlismy obejrzec zwierzaki. Wszedzie rozwieszone byly tabliczki, zeby ich nie glaskac, ale one wrecz sie nadstawialy, wiec wiadomo, ze Potworki nie mogly sie powstrzymac.

No i wez go tu nie poglaszcz!

Zreszta, jesli faktycznie chca zeby ludzie ich nie dotykali, powinni postawic podwojne ploty, jak w zoo. ;) Pod wieczor poszlismy jeszcze wyprobowac basen najblizej naszej miejscowki. Coooz... Woda okazala sie ziiiimna... :D Dla mnie za zimna zeby sie zamoczyc, choc Potworki oczywiscie stwierdzily ze cieplejsza niz na basenie gdzie trenuja.

Krotka chwila kiedy byli w wodzie razem i nie probowali sie zachlapac ;)
 

Oni wiec wlezli bez problemu, choc Nik szalal na calego, a Bi troche tylko pochodzila, twierdzac ze nie chce moczyc wlosow, po czym wyszla i usiadla na lezaku zeby poczytac. Wieczor spedzilismy jak to na kempingach - przy ognisku. Noc niestety byla bardzo chlodna, a ja okazalam sie totalna gapa. Dalam dzieciakom liste ciuchow do spakowania, a sama dla siebie zapomnialam... dlugich spodni. :O Ostatecznie przykrylam sie kocem i nie tylko bylo mi cieplo, ale tez ograniczylam dostep komarom, ktore ciely az milo.

W niedziele M. wstal jak zwykle wczesnie, Bi gdzies po 8, a ja z Kokusiem dogorywalismy do 9:30. :D Ranek byl leniwy, bo w przyczepie ogolnie ciezko sie ogarnac. W dodatku malzonkowi znow chwile zeszlo zeby wlaczyc ogrzewanie wody, wiec przyszlo mi poczekac zanim moglam sie spokojnie umyc. Potem relaksujaca kawa, a w miedzyczasie Nik odkrywal zakamarki kempingu. W sumie, dopoki pod wieczor nie pojechalam na przejazdzke rowerem, nie zdawalam sobie nawet sprawy jak ogromne bylo to miejsce. Nasz maly kacik niedaleko wjazdu, to byla moze 1/10, ale za to dzieki temu mielismy blisko do wszystkich atrakcji. Wczesnym popoludniem Nik stwierdzil ze idzie na ryby. Pole kempingowe mialo bowiem staw, wokol ktorego ustawiali sie wedkarze.

Na pienkach wokol stawu zamocowane zostaly takie smieszne, obrotowe krzeselka
 

I faktycznie co chwila bylo slychac podniecone krzyki mlodziakow, ktorym udalo sie wyciagnac zdobycz. Oni mieli jednak wedki ze splawikami. Splawiki mozna bylo kupic w sklepiku, ale Mlodszy oznajmil ze to nudno tak zarzucic wedke i czekac. Nadal wiec lowil wlasnym sposobem, choc oczywiscie nic sie nie zlapalo, poza wodorostami. ;) Za to podplywal do niego straszny zolw sepi i przygladal sie poczynaniom. Wokol bajorka pelno bylo tabliczek ostrzegajacych ze byl tam zakaz plywania, bo zolwie te sa agresywne i gryza. No ba! :O Po lunchu posiedzielismy, Nik szalal na rowerze, a Bi czytala ksiazke. Nie mozna bylo oczywiscie nie skorzystac z basenow. Najpierw poszlismy na troche dalszy, ale ze jest glebszy i zacieniony, woda byla w nim lodowata. Zaraz obok bylo jacuzzi, wiec z ulga wygrzalam w nim dupke, ale Potworki (zwlaszcza Nik) bardzo byly rozczarowane, bo nie wpuszczano do niego osob ponizej 18 roku zycia, a pracownicy bardzo tego przestrzegali. Wracajac na nasza miejscowke, stwierdzilismy ze skoro jestesmy mokrzy, mozemy rownie dobrze od razu przejsc na drugi basen. ;)

Mimo zachodzacego slonca, mozna bylo sie zagrzac
 

Ten jest wiekszy, ale plytszy i caly dzien w sloncu, wiec woda byla w nim wyraznie cieplejsza. Niestety, z racji placu wodnego na tym samym terenie, pelny byl zawsze szalejacych i wrzeszczacych dzieciakow. Juz wczesniej Potworki obczaily ze w budynku klubowym maja stoly do ping ponga oraz bilarda. O ile te pierwsze byly z reguly wolne i mozna bylo zagrac kiedy sie chcialo, o tyle do bilarda trzeba bylo wypozyczyc kije oraz kule i podac nazwisko, numer miejsca, itd. No i trzeba bylo "polowac" zeby akurat byl wolny. W niedziele po poludniu w koncu sie udalo, pewnie dlatego ze byla piekna pogoda i ludzie woleli siedziec na basenach. ;) Gralam w bilarda moze ze 3 razy w zyciu i zupelnie nie kojarzylam zasad, ale okazalo sie, ze M. grywal w mlodosci godzinami, wiec szybko wytlumaczyl dzieciakom co i jak i zagrali.

Ojciec daje lekcje synowi :)
 

Oczywiscie ogral i jedno i drugie w kilka minut. :D Wieczor spedzilismy oczywiscie przy ognisku. Tego dnia na szczescie bylo juz cieplej i dalo sie wysiedziec w krotkich spodenkach. Tyle ze trzeba sie bylo popsikac srodkiem na komary, inaczej nie dawaly spokoju.

W tzw. miedzyczasie zaczely splywac maile ze szkolnej druzyny plywackiej i wszystko mi opadlo. Pomijam fakt, ze na plywanie potrzeba wykupic cala liste "sprzetu". Ktos by pomyslal, ze wymagane beda tylko gogle oraz czepek. ;) Poza tym, trzeba zaplacic $130 za sama druzyne, ale oprocz tego dodatkowe $125 za branie udzial w szkolnych sportach. Nie wiem gdzie tu logika. :O Poza zakupami szkolnymi (gdzie u Bi nadal nie dostalam konkretnej listy), czekaja wiec mnie osobne zakupy w sklepie sportowym... Nie mowiac juz o tym, ze musze zalatwic formularz od pediatry zeby panna mogla uprawiac sport w szkole...

Poniedzialek to standard na kempingu, czyli poranna pobudka M. i Bi oraz moje i Kokusia dluzsze spanie. Ten ostatni "gnil" w lozku az do 10. ;)

Ale teraz maja miejscaaa...
 

Rano dostalismy niezbyt mila niespodzianke, kiedy kamera wychwycila Oreo wnoszaca do chalupy jakiegos zdechlaka. Najprawdopodobniej ptaszka i pozostalo tylko miec nadzieje, ze byl ukatrupiony na smierc. ;)

Pieknie dziekuje za takie "prezenty". ;)
 

Tego dnia pogoda byla dosc dziwna. Goraco i duszno, ale slonce caly dzien jakby za mgla. Dopiero pozniej doczytalam, ze znow w atmosferze nadszedl dym z pozarow gdzies w Kanadzie. Tak czy siak, po leniwym poczatku dnia, po poludniu wyruszylismy na basen. Ponownie ten mniejszy i zimny, choc przy goracej temperaturze zamoczyc bylo sie oczywiscie latwiej. 

Bi odmowila chociazby odwrocenia glowy w moja strone

No i moglam sie zagrzac w jacuzzi, czego nie mogl mi darowac Nik, marudzac ze lat prawie 13 to praktycznie 18 i dlaczego mu nie wolno. :D Po powrocie M. odpalil grilla, zjedlismy, po czym troche bylo relaksu, Nik pojechal na ryby, a pozniej poszlismy sprawdzic czy w klubie mozna w cos zagrac. W upalny dzien fajnie bylo posiedziec troche w klimatyzowanym budynku. Najpierw pogralismy w ping ponga, gdzie wszyscy bylismy tak samo kiepscy wiec niewiadomo kto wygral. ;)

Obie pary tak samo co chwila wystrzeliwaly pileczke na drugi koniec sali :)
 

Pozniej wypozyczylismy kijki oraz kule i poszlismy na bilard. Tu zdecydowanym zwyciezca byl Nik, ktory rowno ogral Bi oraz mnie. Za to my - dwie dziewczyny, jestesmy na bardzo podobnym poziomie, wiec do konca nie bylo pewne ktora wygra. Ostatecznie poszczescilo sie Starszej. ;)

Nie spodziewalabym sie, ze tak im sie spodoba
 

Poniewaz Potworkom ciagle nie bylo malo, zostawilam ich przy grze i wrocilam na nasza miejscowke, dotrzymac towarzystwa mezowi. :) Kiedy mlodziez wreszcie znudzil sie bilard, poszlismy jeszcze raz odwiedzic zwierzaki. Kozy nadstawialy sie do drapania i przewracaly oczami z "rozkoszy", ale jednoczesnie jedna zaczela mnie lizac po rece, po czym... ugryzla! Nie jakos mocno, ale jakby padlo na jakies dziecko, pewnie bylby wrzask. :D 

Niesforne miniaturowe kozki :)

A pod wieczor poszlismy jeszcze na chwile na basen i nalezy to zapisac ku potomnosci, ze M. zabral sie z nami! :O Co prawda chcial pojsc glownie na saune, ale po niej szybko oplukal sie pod prysznicem i wskoczyl dla ochlody do basenu. Potworki byly oczywiscie przeszczesliwe, bo wszedzie zawsze maja do towarzystwa matke, ale ojciec to naprawde rzadkosc. ;) 

Nie pytajcie mnie co tu Nik wykrzykuje. ;) Bi na lezaku, a M. chyba jeszcze w saunie

Wieczor to oczywiscie siedzenie przy ognisku, przy czym tym razem przywiezlismy ze soba kielbaske do upieczenia. Ja z M. zjedlismy ze smakiem i nawet Nik sie skusil, tylko Bi krecila nosem.

Wtorek zaczelam wczesniej i wstalam jeszcze przed Potworkami, zeby wyszykowac sie nim wstana, na wypadek gdyby chcieli jeszcze skorzystac z basenu czy innych atrakcji. Co prawda poranek okazal sie niespodziewanie rzeski, a do tego zerwal sie mocny wiatr, wiec sama kapac sie nie zamierzalam, ale dzieciaki to insza innosc. ;) Okazalo sie jednak, ze zadne nie wykazalo wiekszego entuzjazmu. Bi wolala spedzic ranek z ksiazka, a Nik chwycil wedke i ruszyl znow nad staw. Pojechalam tylko z Mlodszym do sklepiku, gdzie kupilismy magnesik, jemu koszulke, a dla siebie wzielam bluze. Przyda mi sie akurat pod kurtke narcirska. Niestety, przy odpinaniu przyczepy, odkrylismy przeciek i teraz pytanie co jest uszkodzone i dlaczego. :( To jednak bedzie zagadka dla M. na inny dzien. Do 12 mielismy opuscic kemping i choc raz udalo sie niemal idealnie. Dzieki temu, ze byl srodek tygodnia, nie napotkalismy tez zbytnich korkow (choc male zageszczenie bylo w jednym miejscu przez roboty drogowe) i dojechalismy do domu okolo 14. Pozostalo rozpakowac caly ten majdan, pozniej wszyscy po kolei pedzili pod prysznic, a potem zaczelam caly cykl pokempingowego prania. ;) Na sam wieczor zas, trzeba sie bylo szykowac do pracy i klasc w miare wczesnie oczywiscie. Pocieszalo tylko, ze kolejnego dnia byla juz sroda, wiec reszta tygodnia miala szybko zleciec. 

Srode zaczelam brutalna pobudka o 2:30 nad ranem. Pojechalam do roboty, gdzie na dzien dobry czekalo na mnie kilkadziesiat maili, w tym jeden "krzyczacy", ze nie wyslalam raportu wydatkow po wyprawie do Las Vegas. Kurcze, przyznaje, ze zaraz po przyjezdzie o tym pamietalam, ale kiedy spytalam szefa czy pomoze mi to wypelnic (bo nigdy wczesniej nie mialam z czyms takim do czynienia), ten odparl jak zwykle, ze "tak, tylko daj mi chwilke" i to by bylo na tyle. Pozniej wpadlam w wir szkolen oraz egzaminow i wydatki zupelnie wylecialy mi z glowy. Na swoje usprawiedliwienie dodam, ze do teraz nie dostalam zadnego przypomnienia czy ponaglenia, az nagle w poniedzialek, niemal 2 miesiace po wyjezdzie, (choc odczytalam dopiero w srode) przyslali grozbe ze za nie wyslanie raportu grozi zablokowanie korpo karty. :O W kazdym razie, stwierdzilam, ze poczekam na szefa zeby nie narobic balaganu. W miedzyczasie przegladalam reszte maili i probowalam sobie przypomniec w ktorym miejscu skonczylam sprawdzac moj egzamin. Az w ktoryms momencie slysze strzepki rozmow, cos o drugim parkingu, niebieskiej toyocie, kolach... Az mi sie goraco zrobilo! Pobieglam do rozmawiajacych facetow, potwierdzilam miejsce parkingowe, auto - moje!!! Wybieglam za nimi z budynku klnac niczym szewc! Pozniej jeden chlopak sie smial, ze ja nigdy nie przeklinam, a tu puscilam taka wiazanke. Ale w takiej sytuacji, kto by nie puscil?! :D Okazalo sie, ze jeden z kurierow chcial cos wziac ze swojego auta przed wyruszeniem w trase. Wyszedl i uslyszal odglos wiercenia. Spojrzal w strone dodatkowego parkingu i dostrzegl ludzi krecacych sie przy moim samochodzie. Krzyknal ze dzwoni na policje i banda wskoczyla w auto i odjechala. Zdazyli odkrecic sruby w trzech z moich czterech kol. :/ Na szczescie chlopaki szybko je przykrecili spowrotem, a ja przeparkowalam na nasz parking, blokujac dwa samochody, ale co zrobic skoro u nas nigdy nie ma miejsc. Zreszta, dlatego wlasnie czesc osob parkuje na tamtym parkingu, a nasza firma jeszcze za to placi. Mialam niesamowitego farta. Ta szajka najwyrazniej upatrzyla sobie tamten ciemnawy parking (nic dziwnego, skoro ludzie parkuja tam nad ranem, a nie ma kamer), bo potem sie dowiedzialam, ze poza ukradzionymi kolami tamtej dziewczyny dwa tygodnie temu, ukradziono tez kola jakiemus chlopakowi z apteki. Musialam oczywiscie zadzwonic na policje, a potem porozmawiac z panem policjantem. Facet udawal zdziwionego, bo "oni tutaj ciagle przejezdzaja". Taaa, na pewno, skoro to trzecia kradziez/ proba kradziezy w ciagu kilku tygodni. :/ W kazdym razie, wiesci w pracy szybko sie rozeszly i kazdy przechodzacy zaczepial mnie, ze "to twoje auto probowali okrasc?!". ;) Jeden z managerow powiedzial ze bedzie probowal zalatwic ochrone, ktora bedzie monitorowac tamten parking. W miedzyczasie probowali zwerbowac kierowcow, zeby parkowali tam po pol godziny kazdy, ale faceci sie zbuntowali. Wiadomo, to nie nalezy do ich obowiazkow, a poza tym mieli obawy ze w razie klopotow ktos ich postrzeli. Tak czy owak, musialam wrocic do normalnych obowiazkow w pracy. Szef sie zjawil, ale na pytanie o pomoc w raporcie wydatkow, tylko ciezko westchnal, ze nie wie kiedy bedzie mial chwile, wiec wrocilam do laptoka i probowalam sama dojsc co i jak. Zajelo mi to dobre dwie godziny, ale w koncu doszukalam sie poprawnej zakladki na naszej stronie. Zeby utrudnic ludziom zycie, jest instrukcja, ale ta pokazuje zupelnie inne miejsce. Najwyrazniej jest przedawniona, tylko nie wiem dlaczego jej nie zdjeli ze strony. Tak czy siak, jakos do wszystkiego doszlam. Okazalo sie, ze oczywiscie za prawie wszystko zadaja rachunkow, ale choc cala rezerwacje robilam przez ich strone, automatycznie zalaczyli tylko te za przeloty. Zarowno rachunek za hotel, jak i za wynajem auta musialam odszukac w mailach. Ten za dlugoterminowy parking mojego samochodu przy lotnisku, wydobylam z czelusci torebki. Dobrze, ze nie zgubilam! ;) A kiedy, po dlugich bolach, w koncu wszystko popodczepialam i pozbylam sie kilku oplat na 0.00, ktore niewiadomo skad sie pojawily i blokowaly raport, chcialam go wyslac i... zonk. Bo musze w systemie podac konto bankowe, na ktore musialyby wplynac ewentualne zwroty. Niewazne, ze za wszystko placilam karta korporacyjna i zadnych zwrotow nie oczekuje. Taki wymog i juz. Oczywiscie nie mialam przy sobie numeru konta, wiec na tym skonczylam walke z raportem na tamten dzien. Za to oddalam szefowi egzamin, bo stwierdzilam, ze juz nie moge na niego patrzec i zaczelo mi byc wszystko jedno czy znalazlam kazda pierdole. Po powrocie do domu popoludnie mialam juz nieco przyjemniejsze, choc zirytowal mnie malzonek. Wiadomo, ze zadzwonilam do niego zeby opowiedziec mu historie z kolami. Myslicie, ze uslyszalam, ze o kurcze, mialas szczescie, dobrze ze nic sie nie stalo, itd. A gdzie! Najpierw dostalam przestroge, zebym jechala w miare wolno i jakby sciagalo mi kierownice lub gdybym uslyszala jakies podejrzane dzwieki, to zebym zjechala na pobocze i nie jechala dalej. To moge jednak zrozumiec, bo nie byl pewien czy koledzy dobrze dokrecili sruby. Pozniej jednak musial sobie pogadac, ze takie zorganizowane gangi maja upatrzone kola i juz na nie kupcow, wiec skoro chcieli moje, to znaczy ze takie maja zamowione i predzej czy pozniej je ukradna. No po prostu nie ma jak komus poprawic samopoczucia!!! :O Musialam poskladac jedno pranie i wstawic kolejne, bo bede sie teraz pare dni odkopywac z pokempingowych brudow.

Malzonek naprawial dziure w dachu szopki
 

Wieczorem Potworki mialy trening i jakos pojechaly bez wiekszych oporow. Malzonek ich zawiozl, ja odebralam i popatrzylam jak plywaja. Trener z jakiegos powodu urzadza im teraz sporo zawodow, ale przynajmniej sobie kibicuja i sie nie nudza.

Bi wlasnie sie odbila od scianki i plynie stylem grzbietowym
 

Zreszta, dla Bi zostaly juz tylko 2 tygodnie w tej druzynie, po czym na jesien przechodzi do szkolnej. Po powrocie oczywiscie kolacja i dla matki zaraz lozko. Malzonek juz chrapal w najlepsze. ;)

W czwartek okazalo sie, ze nikt nie zaparkowal na tamtym drugim parkingu. Wszyscy ustawili sie w drugim rzedzie pod naszym budynkiem. Ciekawe dlaczego? :D Sama rowniez postawilam auto pod oknami i potem co chwila wychodzilam, czesciowo zeby sprawdzic czy nie zwolnilo sie jakies "normalne" miejsce, a czesciowo zeby sie upewnic, ze nadal mam kola. ;) Wzielam z domu informacje o moim banku, wiec dodalam je do swojego profilu i... znow nie moglam go wyslac. Tym razem wyskoczyla wiadomosc, ze musze poczekac az ich strona zatwierdzi konto bankowe. Oszalec z nimi mozna! :/ Za to moj szef sie spial i usiadl ze mna juz o 5 rano zeby omowic wynik egzaminu, bo stwierdzil ze to jedyna pora kiedy nikt nic od niego nie chce. Tym razem bylam z siebie niesamowicie dumna, bo znalazlam niemal wszystko i to w naprawde grubym pliku dokumentow na rozne tematy. Calosc miala okolo 100 stron i na tych stronach upchniete blisko 50 bledow. Niektore dotyczyly kilku stron i ciezko bylo zdecydowac w ktorym miejscu je zaznaczyc. Jak skomplikowane to jest, niech poswiadczy fakt, ze szef zaznaczyl, iz nie znalazlam 6 bledow, ale kiedy zaczelismy patrzec po jego tabeli, okazalo sie, ze z nich 3 znalazlam, tylko on nie zauwazyl, ze je zaznaczylam! :O Akurat ten egzamin uwazam ze powinni rozbic na dwa, bo jest tego po prostu za duzo. Tak czy siak jednak, cieszylam sie ze mam to z glowy, nawet jesli czekaja mnie przynajmniej 4 kolejne egzaminy, w tym dwa w najblizszym czasie. Po powrocie do domu, stwierdzilam ze podjade na rowerze do urzedu miasta, przypomnialo mi sie bowiem ze w czerwcu mija termin rejestrowania psow na kolejny rok. Przez Vegas kompletnie wylecialo mi z glowy. Na szczescie kara to zawrotny $1 na miesiac. Zabraly sie ze mna Potworki, zeby zajechac do biblioteki, ktora znajduje sie zaraz po drugiej stronie ulicy. Przejechalismy, a po powrocie zabralam sie za obiad. Akurat skonczylam na przyjazd malzonka. Potworki wlaczyly sobie wypozyczona trzecia czesc Venom'a, a ja zabralam sie za skladanie kolejnego prania oraz wstawienie nastepnego. Tego dnia Bi dostala juz grafik na nadchodzacy rok szkolny i na szczescie zalapala sie na wybrana przez siebie zoologie. ;) Oczywiscie w ruch poszedl telefon i wymiana informacji z kolezankami. Niektore przedmioty bedzie miala z kumpelami, ale niektore niestety sama. Nik grafiku jeszcze nie dostal, ale informacje w ktorym jest zespole klas. W tym roku ma szczescie i bedzie z najlepszym kolega. Co prawda teoretycznie w innej klasie, ale dzieciaki z kazdego zespolu sa mieszane na lekcje, wiec jest szansa ze beda mieli jakies przedmioty razem. Mielismy fajna pogode, bo cieplo ale nie upalnie i bez wysokiej wilgotnosci, wiec idealnie na roboty okolodomowe. Malzonek w koncu zaczal sie przymierzac do budowy tego skladziku pod tarasem, ale robi to zupelnie bez entuzjazmu, wiec nie wiem czy i kiedy ukonczy. ;) Ja z kolei zabralam sie za zamiecenie werandy z przodu. Nie dosc, ze z wiszacego kwiatka poopadaly listki oraz kwiatki i zasmiecily podloge, to pod sufitem oraz w katach mnostwo bylo pajeczyn i zdechlych owadow. Ten kacik az blagal o posprzatanie. Wieczorem Potworki mialy trening i choc Bi przeciagala ile sie da, pojechali. Tym razem M. walczyl z tarasem, wiec musialam ich i zawiesc i odebrac.

Przynajmniej sobie popatrzylam jak plywaja
 

A wieczorem mielismy niespodzianke, bo Oreo podlazla nam pod okno w sypialni, miauczac wnieboglosy. Jesli nie kojarzycie, nasza sypialnia znajduje sie wysoko, nad garazem i nad jadalnia. Kot wspial sie na dach garazu, z niego na zadaszenie nad oknem jadalni i najwyrazniej myslal, ze go wpuscimy przez okno. Wybieglismy z domu, zastanawiajac sie na glos jak teraz sciagnac kiciula na dol, ale na szczescie zolza sama zlazla. Niepotrzebnie bieglam na pomoc i to w pizamie. ;)

Piatek, kolejna wczesna pobudka i kolejny dzien gdzie nikt w pracy nie zaparkowal na drugim parkingu. No, prawie, bo jedna z dziewczyn, pracujaca w weekendy poczatkowo postawila tam auto i dziwila sie, ze jest sama jedna. Nic nie wiedziala o moich przebojach, ale jak tylko ja uswiadomilismy, szybko przeparkowala pod nasz budynek. ;) W pracy dzien zlecial migiem i w koncu udalo mi sie wyslac raport dla szefa, ktory od razu go zatwierdzil. Oby teraz firma grzecznie zaplacila... Do domu wpadlam tylko na kilka minut, zgarnelam Bi i pojechalysmy po spozywke. Po powrocie mielismy w miare spokojne popoludnie. Pogoda nadal rozpieszczala, wiec porobilam troche porzadku na rabacie z przodu, gdzie w niektorych miejscach kwiatki przygielo do ziemi i plozyly sie po kostce. Przy okazji spojrzalam do warzywnika i niestety cukinia pada. Wyglada, ze znow ja zjada jakies dziadostwo. :( Ogorki narazie sobie radza, ale tez zaczynaja wygladac nie do konca zdrowo... Pozniej wykapac sie i mozna bylo posiedziec troche dluzej, bo nie czekala perspektywa pobudki w srodku nocy. ;)

Do poczytania! 

piątek, 1 sierpnia 2025

Kolejny lipiec odchodzi w przeszlosc

W piatek nie chcialo mi sie na sile konczyc opisywania calego dnia, bo oczy mi sie same zamykaly, wiec skoncze w tym poscie. To byl najgoretszy dzien w tamtym tygodniu - 34 stopnie i 60% wilgotnosci. Wiedzialam ze ciezko bedzie wytrzymac bez klimy, a jednoczesnie chcialam dzieciaki wyciagnac z domu, wiec decyzja byla oczywista - jedziemy nad jezioro. Juz dzien wczesniej uprzedzilam ich o planie, zeby mogly zaprosic kolegow. Coooz... Tym razem nie za bardzo im wyszlo. Nik koniecznie chcial zaprosic najlepszego kumpla, ale okazalo sie ze ten jest na obozie, podobnie jak jedna z kolezanek Bi. Inna - nasza sasiadka, miala polkolonie smyczkowe i wieczorny koncert. Kolejna wyjechala z rodzicami, a nastepna zwyczajnie nie odpowiedziala. Co do pozostalych, Starsza nie byla pewna czy lubia plywac i czy uda sie z nimi spedzic czas tak, jak z innymi. Smialam sie, bo ma tyle kumpelek, a tu nagle zadnej zeby zabrac nad jezioro! :D Z sasiadka w ogole wyszlo glupio, bo juz bedac u niej w srode, wspomnialam ze w piatek mysle o tym wypadzie po pracy i spytalam czy dziewczyny maja ochote. Odpowiedziala ze musi sprawdzic grafik i da mi znac. A w czwartek napisala, ze starsza ma koncert, ale mlodsza jest wolna i zebym jej dala znac czy ma ja spakowac. Niestety, do sasiadki nie dociera, ze tak naprawde mlodsza zapraszana jest przeze mnie z grzecznosci, ze wzgledu na siostre, ktora jest kolezanka Bi. Rozumiem, ze obie to jej corki, wiec chce zeby traktowane tak samo, ale zawsze doczepia ta mala (juz nie taka mala, bo w tym roku skonczy 12 lat) niczym ogonek. Osobiscie bardzo ta dziewczynke lubie i Potworki wlasciwie tez, ale... Dla Bi jest ona takim przedluzeniem siostry, a nie naprawde jej kolezanka, zas Nik toleruje ja u nas w domu, lub u nich, natomiast publicznie nie bardzo chce sie pokazywac "z dziewczyna". :D Moze zmieni zdanie za kilka lat, bo A. jest naprawde sliczna i podejrzewam ze zrobi furore wsrod chlopakow, ale to jeszcze nie teraz. ;) Tak czy siak, Bi skrzywila sie na propozycje jej zabrania i oznajmila ze woli juz jechac sama. Podobnie stwierdzil Mlodszy. Nie chcialam ignorowac wiadomosci sasiadki, wiec (chociaz bylo mi strasznie niezrecznie) wyslalam jej, ze bardzo przepraszam, ale Potworki zaprosily innych kolegow. Co bylo zreszta zgodne z prawda, tyle ze z tych zaproszen ostatecznie nic nie wyszlo. W kazdym razie, pozniej smialam sie do dzieciakow, nasz wypad to byla "klatwa A." i kara za to, ze nie chcieli z nia jechac! :D Wrocilam bowiem do domu, wyszykowalismy sie, spakowalismy, posmarowalismy kremem, itd. Poniewaz rano prognozy zaczely zapowiadac popoludniowe burze, sprawdzilam jeszcze prognozy. W moim telefonie pokazalo mozliwe burze o 15, ale na stronie internetowej, ze za godzine cos tam moze przejsc. Bylismy jednak gotowi, a Potworki strasznie chcialy choc chwile poplywac, wiec uznalam ze pojedziemy i najwyzej bedzie to bardzo krotka wycieczka. Na szczescie to doslownie kilka minut drogi. Jak to z naszym szczesciem bywa, jak tylko wjechalismy na teren klubu, na horyzoncie dojrzalam ciemne chmury. Zaparkowalismy i idac z samochodu, uslyszelismy wiadomosc przez megafon. Z daleka ciezko bylo zrozumiec co sie dzieje, ale bywamy tam na tyle czesto, ze domyslilsmy sie iz kazali wyjsc wszystkim z wody. Faktycznie, kiedy znalezlismy sie blizej, dojrzelismy ze wszyscy (mniej lub bardziej opornie) opuszczali jezioro. W oddali faktycznie grzmialo, wiec to normalny protokol. Skoro juz tam jednak bylismy, stwierdzilismy ze poczekamy, bo burza moze przejsc bokiem. Skoro nie mozna bylo plywac, poszlismy najpierw po jedzenie. Pozniej usiedlismy przy stoliku, ale jeszcze nie zdazylismy zjesc, jak zaczelo kropic. Zebralismy wszystkie manele i poszlismy do zadaszonego pawilonu. Trzeba bylo isc od razu do auta, ale wtedy o tym nie wiedzialam. Deszcz szybko przeszedl w ulewe, co chwila walily pioruny, a wiatr wial tak, ze mimo iz pawilon jest spory, zawiewalo do samego srodka. Nie dalo sie uciec przed deszczem, choc zadaszenie oczywiscie troche pomagalo.

Zdjecie nie oddaje tego, co sie dzialo, ale mozecie zobaczyc, ze Bi marszczy oczy, bo wiatr zawcina deszczem nawet pod dachem...

W ktoryms momencie porywy byly niemal huraganowe, do tego stopnia, ze ciezko bylo sie utrzymac na nogach, a dzieciarnia piszczala ze strachu. :O Momentalnie spadla tez temperatura, a ze wczesniej byl upal i nie mialam nic cieplejszego, owinelam sie chociaz recznikem. :D Burza krazyla nad nami pol godziny i w tym czasie wszyscy twardo siedzieli pod dachem. Pozniej zaczelo ucichac, wiec czesc ludzi szybko pobiegla do samochodow. Nadal mialam nadzieje, ze zaraz przejdzie, choc prognozy zmienialy sie jak w kalejdoskopie. Zanim podjelam decyzje czy isc czy zostac, przyszla kolejna burza. Ta byla nieco krotsza, ale kiedy telefon nadal pokazywal mozliwosc opadow, a horyzont ciagle byl zaciagniety, stwierdzilam ze jednak trzeba jechac. Potworki byly rozczarowane, ze nie udalo im sie zamoczyc, ale czasem tak bywa. Kiedy wyjezdzalismy, znow zaczelo kropic, wiec pogratulowalam sobie decyzji. Po 10 minutach jednak, nie tylko deszcz przestal padac, ale po chwili calkowicie sie przejasnilo. Oczywiscie bylismy juz wtedy w domu, wiec nie bylo mowy zeby wracac. Stad wlasnie powiedzialam Potworkom, ze to karma za to, ze nie chcieli zabrac malej sasiadki, mimo ze i tak nie brali innych kolegow. :D

Sobota, 26 lipca, zaczela sie praca dla M. oraz dlugim spaniem dla mnie i Potworkow. Oni tego jakos specjalnie nie potrzebowali, ale ja juz tak. Nie chcialam spac tak calkowicie do oporu, wiec nastawilam budzik na 9:30, choc wczesne pobudki do pracy robia swoje i sama obudzilam sie tuz po 9. Jeszcze dolegiwalam w lozku, kiedy przyszla Oreo, najpierw pochodzila mi po wlosach (pewnie szla do M., ale zawahala sie, bo go nie bylo), po czym polozyla sie obok mnie. 

Jak zwykle wygieta w paragraf

Kiedy wstalam, zaczal sie normalny codzienny kieracik. Sniadanie, ogarnac sie, rozladowac zmywarke, itd. Bi wpadla na pomysl ze chce sie nauczyc wstawiac pranie. Pewnie dlatego, ze wiecznie zapomina przyniesc na dol swoj brudownik i przypomina sobie jak juz nie ma czystych gaci, ale ja wtedy czesto nie planuje prania i ja opierdzielam. Nie bardzo mam ochote zeby mi majstrowala przy pralce i suszarce, ale w sumie to kolejna zyciowa nauka. Za 4 lata (ktore wiem ze zleca jak mrugniecie okiem) bedzie mieszkac gdzies w akademiku, wiec chyba lepiej zeby potrafila sie oporzadzic. Od ponad roku sama sklada i chowa wlasnie ciuchy; moze to i dobry pomysl zeby potrafila zrobic pranie od poczatku. Zreszta, kiedy zacznie sie szkola, podejrzewam ze i tak znow to ja bede musiala pamietac zeby sprawdzic jej brudownik i wyprac co trzeba. ;) Po poludniu musialam wybrac sie do sklepu po zarcie dla zwierzakow, a ze maja przylegajacy ogrodniczy, to naszlo mnie na kupienie kwiatkow na taras. Wiem, mamy koncowke lipca, a ja kwiatki sadze... :D Na swoje usprawiedliwienie, o tej porze roku byly przecenione i za kazda sadzonke zaplacilam zawrotne $2. No i wiem ze beda sobie rosly spokojnie do konca wrzesnia, a jesli poczatek jesieni bedzie cieply, to moze i wiekszosc pazdziernika. Po przyjezdzie szybko wypakowalam zakupy i ruszylam do ogrodu. Chcialam od razu posadzic kwiatki, bo niedziela zapowiadala sie deszczowa, a przy okazji przesadzic tez do gruntu kolejne sadzonki groszku, ktore dobrze wybujaly. Gdy jednak zeszlam do warzywnika, zalamalam sie. Pomidory wyrosly w taki gaszcz, ze z gory wygladaly jak zwykle. Kiedy jednak popatrzylam z bliska, okazalo sie, ze wichura przy burzy dzien wczesniej, wiekszosc poprzewracala. Popodnosilam je i probowalam zabezpieczyc przy pomocy dodatkowych tyczek, ale niektore galezie juz byly zlamane, a wszystko bylo tak ciezkie, ze przyginalo sie jedno na drugie. Wzielam wiec nozyce i ostro poprzycinalam niesforne warzywo, ktorego i tak nie lubie. :D Zamiast jednak grzebac w ziemi 20 minut, spedzilam tam godzine i jak zwykle sluzylam za pozywke dla komarow.

Efekt narazie niepozorny, ale mam nadzieje ze zdolaja sie jeszcze rozrosnac

W czasie kiedy ja babralam sie w ziemi, Bi zabrala sie za pieczenie. Znow mielismy pare bananow w brazowe kropki, ale nie chciala robic "zwyklego" chlebka bananowego i wybrala muffiny z bananowe z czekolada. Musze jej przyznac, ze wyszly smaczne, choc wiecej w tym bylo czekolady niz samych muffin. :D Wieczor zlecial na "rodzinnym" relaksie, czyli Potworki kazde w swoim pokoju, a starzy na kanapie. ;)

W niedziele spania do oporu nie bylo, bo na 9:30 jechalismy do kosciola. Po powrocie napisalam do taty, ze moze wpadac na kawe, z czego oczywiscie skwapliwie skorzystal. Posiedzial, jak na niego, naprawde dlugo, bo prawie 4 godziny, ale jak tu nie siedziec kiedy serwuja obiad, ciasto, kawe, a na koniec lody. ;) Prognozy zapowiadaly deszczowa niedziele i faktycznie popadywalo caly dzien, ale z przerwami. Nie mniej bylo pochmurno i ponuro, ale jednoczesnie nadal duszno, wiec zostawilismy klimatyzacje wlaczona, szczegolnie ze kolejne dni ponownie mialy byc upalne. Po odjezdzie dziadka spedzilismy juz reszte dnia w chalupie, bo przy takiej pogodzie nie chcialo sie nigdzie ruszac. Pranie do poskladania, kolejne do wstawienia, zmywarka, jakies pomniejsze porzadki i dzien zlecial. Wieczorem trzeba sie bylo oczywiscie zbierac do spania wczesniej, bo kolejnego dnia czekala mnie ponownie brutalna pobudka.

Poniedzialek rozpoczelam (tymczasowo) nawet wczesniej niz sie spodziewalam, bowiem zaraz po polnocy obudzilo mnie piszczenie psiura. Zbieglam na dol i wypuscilam ja, a ona pobiegla na ogrod jakby ja co gonilo. Super; ciekawe co tym razem zezarla. Musiala cos dorwac na ogrodzie, bo dzien wczesniej bylismy wszyscy w domu, wiec wiem ze ani my z M., ani dzieci, nie dalismy jej nic podejrzanego... Niestety, krazyla po ogrodzie i krazyla, a ja nie zalozylam okularow, wiec widzialam tylko (w mizernym swietle latarenki) brazowa plame przemieszczajaca sie po zielonym. ;) Na szczescie zszedl na dol M., pytajac co sie dzieje, wiec zostawilam go zeby wpuscil siersciucha, bo on polozyl sie o 19, wiec mial za soba dobrych kilka godzin snu, a ja ledwie 3, zas za dwie musialam sie zrywac. :/ Gdy pozniej wstalam juz na dobre, Maya od razu zerwala sie i znow pobiegla do drzwi. Ewidentnie cos jej zaszkodzilo. :( Bi mi potem powiedziala, ze kilka godzin pozniej pies tak potrzebowal wyjsc, ze az wszedl na gore i chodzil po pokojach piszczac, a normnalnie do gory nie wlazi... Nik za to opowiadal, ze Oreo zbudzila go o 6 rano drac sie wnieboglosy, a nastepnie wpadajac galopem do jego pokoju (i przyprawiajac o zawal), wiec musial zejsc na dol i ja wypuscic. A jak przed 3 rano gapila sie na drzwi i je jej uchylilam, to nie chciala wyjsc. Dom wariatow. :D W kazdym razie, zebralam sie i pojechalam do pracy, gdzie pierwszy dzien miala dziewczyna, ktora ma byc moja partnerka. Wydaje sie sympatyczna, co najwazniejsze, a jak bedzie w rzeczywistosci to sie okaze. Zreszta, jesli beda ja szkolic w takim tempie jak mnie, w pelni razem bedziemy pracowac w okolicach listopada. ;) Niestety, otrzymalam niefajne wiadomosci od szefa, a mianowicie "oblalam" ostatni egzamin. :( Pominelam 3 glowne bledy, wiec powiedzial ze musze go powtorzyc, bo na jeden pominiety (glowny) blad moze przymknac oko, ale przy trzech ktos moze sie przyczepic. Ech... Najgorzej, ze na dwa z tych trzech patrzylam i zastanawialam sie czy je zaznaczyc, ale wydawalo mi sie, ze sa do zaakceptowania. No nie byly. ;) Tylko w jednym faktycznie nie zauwazylam bledu, bo na stronie pelno bylo cyfer 0 5 1 i w jednej kolumnie wszystkie pokazywaly 0.5, a jedna 0.05 i niestety oko tego nie wychwycilo. No coz, trzeba sie produkowac od nowa, a liczylam ze bede to juz miala z glowy... :( Po robocie wpadlam tylko do chalupy, zgarnelam starsze dziecko i pojechalysmy na zakupy. Nik mial w tym czasie rozladowac zmywarke, ale napisal do niego kolega czy chce z nim pojezdzic na rowerze po okolicy. Bylam juz w drodze do sklepu, wiec zadzwonil na telefon Bi, ktora wziela go na glosnomowiacy. Przez to, nie dosc ze rozpraszal mnie jako kierowce, to jeszcze sam zapomnial o bozym swiecie i pojechal, zapominajac o naczyniach. Zrobilysmy z Bi zakupy, zajechalysmy jeszcze na bubble tea i wrocilysmy do chalupy, gdzie nadal urzedowala dwojka mlodych kawalerow. Wrocil z pracy M., kolega Kokusia odjechal, a my posiedzielismy po czym przyszla pora na trening Potworkow. Malzonkowi nie chcialo sie jechac na silownie, wiec tylko ich zawiozl, a ja pozniej odebralam. Akurat trener urzadzal im mini zawody i mierzyl czas. Kiedy podeszlam, okazalo sie ze Bi i Nik scigaja sie przeciwko sobie.

Tu widac, ze Nik ma lepszy refleks i rzuca sie do wody duzo szybciej niz siostra

Bez niespodzianki - wygral Mlodszy. ;) Ktory zreszta powinien popracowac nad skromnoscia, bo wygral wszystkie swoje wyscigi (pozniej pary sie przemieszaly) i po kazdym oznajmial trenerowi, ze "Phi, bez wysilku!". Co prawda zartobliwie, ale jednak to takie troche przechwalki. ;) Po powrocie wiadomo, szybko kolacja, prysznic i matka do spania. Ojciec polozyl sie jak tylko wrocil po ich zawiezeniu, wiec juz spal jak susel. ;)

We wtorek pobudka jak zwykle ostatnio, ale z jakiegos powodu bylam jakas nieprzytomna. W pracy zasypialam przy biurku i szybko zaczely mnie bolec oczy. Jak na zlosc dostalam kolejny egzamin do poprawki. Po porazce opadly mi skrzydelka i zupelnie nie mialam motywacji. Jak juz przymusilam sie zeby spojrzec w papiery, nie moglam sie skupic i nie wiedzialam kompletnie na co patrzec, mimo ze czesc dokumentow dostalam podobna jak ostatnio. Bedzie ciezko, tym bardziej, ze jeden z papierow z poprzedniego mial ~40 stron, a podobny z tego - ponad 70. :O Plakac mi sie chcialo na niego patrzac... Poza tym meczylam sie dalej z wirtualnymi szkoleniami, a dodatkowo chyba godzine spedzilam segregujac dokumenty. Na nude nie moglam narzekac. ;) Dostalam tez przypomnienie, ze kolejnego dnia mielismy szkolenie dla departamentu kontroli jakosci wszystkich oddzialow. Szkolenie o bardzo dziwnej porze, bo od 14 do 17. Pracujemy glownie na nocne zmiany i o tej godzinie juz zwykle nikogo nie ma, wiec godziny podpasowane dla zachodniego wybrzeza (3 godziny wczesniej). Poczatkowo ucieszylam sie, ze bede mogla przyjsc do pracy pozniej i jeden dzien sie wyspac. Pozniej jednak cos mnie tknelo i spytalam szefa czy o tej porze jeszcze ktos bedzie, bo jak nie, to nie wiem jak aktywowac alarm wychodzac. Mialam nosa, bo szef odparl ze planuje polaczyc sie z hotelu i nie jest pewien czy po 15 jeszcze jacys pracownicy beda sie tu krecic. Musialam wiec zmienic plan i stwierdzilam ze przyjade do pracy normalnie, a na szkolenie polacze sie po poludniu z domu. To jednak byl plan na srode, a poki co wrocilam do chalupy i mialam spokojne popoludnie. To znaczy mialaBYM, bo bylo 36 stopni i 60% wilgotnosci, wiec stwierdzilam ze wezme Potworki nad jezioro. Plan byl juz od poprzedniego dnia i oczywiscie zaproponowalam dzieciakom, ze moga wziac kolegow. Bi napisala do swojej kolezanki - sasiadki, wiec ja wyslalam tez od rasu sms'a do jej mamy. Kolezanka odpisala ze ma praktyki w gabinecie lekarskim, bo chce zostac w przyszlosci lekarzem. Szczerze to watpie, bo ta panna lubi opowiadac niestworzone historie, no i co 13-latka (urodziny ma w listopadzie) mialaby niby robic u lekarza? :D W kazdym razie, Bi zaprosila w takim razie inna kolezanke, ktora zgodzila sie jechac. Nik zaprosil ulubionego kumpla, ktory na szczescie wrocil z kolonii. Wszystko wydawalo sie podopinane, az tu rano pisze do mnie sasiadka, ze co prawda jej starsza jedzie z nia do pracy (kobita pracuje w ksiegowosci i finansach, a nie w gabinecie lekarskim :D), ale czy moglabym wziac nad jezioro jej mlodsza, ze bardzo prosi, bla bla bla. Wiedzialam ze Potworki beda zle, wiec uprzedzilam zeby spytala corke, bo i Bi i Nik maja kolegow, wiec nie chce zeby czula sie zepchnieta na bok. Sasiadka odpisala, ze mala chce jechac nawet jakby miala byc sama. Ech... Co bylo robic; napisalam ze ok. Tak jak przewidzialam, Nik westchnal ciezko ale w sumie wzruszyl ramionami, ale Bi urzadzila mini bunt. Musialam ja uswiadomic, ze to siostra jej najlepszej kolezanki i w dodatku sasiadki i ze jesli ceni sobie ta przyjazn musi byc mila tez dla mlodszej. Tym bardziej jesli chce sie opiekowac ich krolikami, a oni naszym kotem. Nie mowiac juz o tym, ze od jesieni maja razem z kolezanka chodzic pieszo rano do szkoly. Jesli kolezanka sie obrazi, Bi bedzie zostanie sama, bo tamta ma taka osobowosc, ze wszedzie znajdzie towarzystwo. Moja panna juz niekoniecznie. ;) Starsza cos tam poburczala, ale ostatecznie zaakceptowala, ze A. z nami jedzie. O 13:30 przyszedl wiec kolega Kokusia, a kolezanke Bi podwiezli rodzice. Zebralismy sie, podjechalismy po mala sasiadke i pojechalismy do klubu. Okazalo sie, ze mala calkiem niezle wciskala sie do jednej czy drugiej pary. Glownie krazyla za chlopakami, bo oni sa jej blizsi wiekiem, ale ze Ci probowali uciekac i sie chowac, czasem dolaczala do dziewczyn. ;) Z tego co udalo mi sie zauwazyc jednak, nikt nie byl dla niej jakos szczegolnie niemily, wiec chyba bawila sie znosnie. Tata musial ja zreszta zabrac wczesniej, bo miala trening siatkowki. Dzieciarnia jak zwykle z wody wyszla tylko po to zeby pojsc kupic jedzenie. Jakims cudem, wszyscy kupili sobie zarelko za wlasna kase, nawet Potworki. Co za oszczednosc przy starszych dzieciakach! :D Stasze dziewczyny jak wyplynely na deskach na jezioro, tak przepadly. 

Potworki coraz starsze, wiec nie chcialam im sie wcinac na sile robiac zdjecia i fotografowalam tylko z daleka

Wypozycza sie je na pol godziny, ale ich nie bylo przynajmniej godzine. ;) Mlodsza trojka w tym czasie skakala z pomostu, raz za razem. Nie wiem skad oni biora tyle energii. Grali tez w ta smieszna gre, gdzie staje sie naprzeciwko i pokazuje "kamien, nozyczki, papier". Kto przegra, robi krok do tylu. Zabawa trwa az komus skonczy sie pomost i musi wskoczyc do wody. :D 

Nik skacze :D

W ktoryms momencie stwierdzili ze tez ida na deski (a A. oczywiscie za nimi), przy czym sasiadka wypozyczyla wlasna, a chlopaki stwierdzily ze wezma jedna. Widzialam pozniej z daleka, ze skakali z tych desek i potem z wiekszym lub mniejszym wysilkiem gramolili sie na nie z powrotem. ;)

 

Ta grupka po lewej to "moi"

Tuz po 16 sasiadke zabral tata, ale ja z pozostala czworka zostalam do 17. Potem odwiezc kolege Kokusia oraz kolezanke Bi i do domu wrocilismy prawie o 18. Zaskoczyla mnie Starsza, bo kolezanka, z ktora pojechala, byla bardzo dawno niewidziana. Dziewczyny przyjaznily sie mocno w VII klasie, ale w zeszlym roku zostaly rozdzielone do roznych zespolow w szkole i praktycznie sie nie widywaly. Bi jednak caly czas powtarzala, ze brakuje jej towarzystwa tamtej panny. Kiedy jednak spytalam po naszym wypadzie czy moze teraz odnowia przyjazn, odparla ze nie jest pewna. Podobno tamta dziewczyna byla bardzo niemila dla Kokusia i nawet za jego plecami rzucala niefajnymi komentarzami na jego temat. A ze wszystkimi innymi kolezankami Starszej, Nik trzyma sztame i czasem Bi az sie irytuje ze gadaja wiecej z nim, niz z nia. ;) Tutaj wiec mocno ja zachowanie kumpeli zaskoczylo, ale choc zwykle sama jest wredna dla Mlodszego, teraz stwierdzila, ze w koncu to jej brat i nie chce sluchac takich (nie powiedziala jakich) komentarzy na temat swojej rodziny. Przyznaje, ze mocno mnie tym wzruszyla, bo jak napisalam, zwykle jest pierwsza do docinania bratu, a tu nagle wlaczyly jej sie wiezy krwi. ;) W kazdym razie, wrocilam wykonczona i zastanawialam sie po co mi to bylo. Wypady powinny byc relaksujace, a nie meczace. :D Wieczor to juz tylko szybkie podlewanie ogrodu oraz kwiatkow i szybko szykowac sie do spania, bo w koncu byla dopiero polowa tygodnia.

Sroda miala oznaczac dluzsze spanie, ale niestety trzeba bylo wstac normalnie. ;) W pracy bez sensacji, a po robocie mialam chwile w domu na ogarniecie tego i owego. Tuz po 14 zaczelam sie przygotowywac do polaczenia na szkolenie, ale nie docenilam problemow z nowoczesna technologia. Najpierw moj komp szukal sieci, bo wiadomo ze przenioslam go z pracy do domu, wiec net mu sie nie zgadzal. ;) Niestety, poniewaz zmienilo sie wi-fi, musial sobie zweryfikowac, ze ja to ja. Za pomoca appki, ale i tak cos mu nie szlo. Wreszcie, po dlugim klikaniu, w koncu udalo mi sie polaczyc, ale spoznilam sie kilka minut. Na szczescie calosc trwala 3 godziny, a nikt nie sprawdzal obecnosci, wiec nie mialo to wiekszego znaczenia. Kiedy, o 17:30 w koncu sie skonczylo, nic juz mi sie nie chcialo robic. Na 18:45 M. zawiozl dzieciaki na trening, a ja ich pozniej odebralam.

Nik niestety stal caly czas do mnie tylem

Ku mojemu zdumieniu, mimo ze nadal byl potworny upal, plywali na basenie w srodku. Po powrocie rutynka - prysznic i spac. :)

W czwarek rano miala byc kontynuacja szkolenia. Tym razem mialo trwac od 10 do 13, a ze zwykle wychodze o 12, wiec postanowilam pojechac do pracy na piata zamiast czwartej. Rozpusta. :D Niestety, po wylaczenia budzika mi sie przysnelo i wyladowalam w pracy o pol godziny pozniej niz zamierzalam. ;) Dzien zlecial szybko. Troche mialam papierow do zaksiegowania, troche walczylam z egzaminem, a niemal polowe dnia na koniec spedzilam sluchajac szkolenia. ;) Na szczescie prezenter mial prawdziwy dar opowiadania i mimo dlugiego czasu, zupelnie czlowiek sie nie nudzil. Po szkoleniu pojechalam juz do domu, gdzie planowalam zaczac pakowac przyczepe, bowiem szykuje nam sie kolejny wyjazd. Niestety, szyki popsula mi pogoda. Chcialam zalozyc nam posciel i spakowac ubrania i jakies przekaski ktore sa nadal fabrycznie zamkniete, zeby nie dobraly sie do nich myszy. Zdazylam polozyc przescieradla Potworkom oraz nawlec poszwy na poduszki. Z reszta musialam poczekac na powrot M. i rozlozenie jadalni, bo nie bylam w stanie dostac sie nigdzie indziej. Zanim jednak malzonek przyjechal, zaczelo padac. Niby zgodnie z prognozami, ale jednak zawsze czlowiek ma nadzieje ze choc raz sie pomyla na twoja korzysc. ;) Na tym pakowanie sie skonczylo, jak rowniez robienie malosolnych. Mialam po pakowaniu zejsc i zebrac kolejne ogorki oraz koper, ale momentami lalo tak, ze swiata nie bylo widac, wiec stwierdzilam ze nie chce mi sie tam biegac. Wiekszosc popoludnia spedzilam wiec na przygotowaniu rzeczy do spakowania, ale ulozeniu ich na jadalnianym stole, zeby spakowac kolejnego dnia. Pod wieczor Potworki mialy znow trening, ale M. postanowil pojechac na silownie, wiec zabral sie z nimi, a ja mialam chwile spokoju. A! Oficjalnie zarejstrowalam Bi do druzyny plywackiej w high school. Szkola publiczna, wiec pomyslalby kto, ze zajecia beda za darmo, ale gdzie tam; $125 trzeba wybulic! ;) Niby nie fortuna, ale jednak. Najsmieszniejsze, ze przy rejstracji bylo okienko z pytaniem czy dziecko w przyszlosci planuje plywac w druzynie uczelni wyzszej. Zaznaczylam, ze "tak" i teraz morduja mnie z jakiejs agencji. Telefony, wiadomosci, sms'y oraz maile! Oferuja dodatkowe informacje, ewaluacje dziecka, itd. A ja pluje sobie w brode, bo Bi dopiero zaczyna i college'u bedziemy myslec dopiero za jakies 2 lata. Narazie musimy ogarnac nowa rzeczywistosc z high school, a dopiero wtedy pomyslimy co dalej z plywaniem...

Piatek zaczal sie juz o normalnej porze i niestety deszczowo. Zrobilo sie tez duzo chlodniej, bo 16 stopni, co moze nie jest Arktyka, ale po ostatnim czasie kiedy dzien w dzien mielismy ponad 30 stopni, zaczal czlowiek marzanac. ;) Wiekszosc czasu w pracy spedzilam nad nieszczesnym egzaminem, choc mialam tez caly stos dokumentow do ogarniecia. Ten dzien to tez pierwszy dzien sierpnia, a wiec poczatek konca wakacji. Potworkom zostaly juz tylko 3 tygodnie leniuchowania. :O Jak na zawolanie, przyszly maile ze szkoly, witajace wszystkich w nowym roku. Oraz lista zakupow. Jak zwykle nasze miasteczko zupelnie opoznione w temacie. :/ W miare jak dzien uplywal, pogoda tez sie poprawiala i jak wychodzilam zaczynalo sie przebijac slonce. Wysiedzialam jakos, ale pozniej wylecialam z roboty jak na skrzydlach, bo zaczynalam przedluzony weekend. :)