piątek, 21 lutego 2025

Dlugi weekend, krotki tydzien

W sobote 15 lutego, Potwoki zaczely lutowy dlugi weekend. Z rozrzewnieniem wspominam ze na poczatku edukacyjnej przygody dzieciakow, mieli w lutym caly tydzien wolnego, mozna bylo wiec sobie wyobrazic ze to ferie zimowe. Niestety, kilka dobrych lat temu, zarzad miasta zdecydowal, ze skracaja wolne do 4-dniowego weekendu. Coz, dobre i to. Zaczelismy go z "przytupem", bo nie tylko M. mial rowniez wolne, ale jeszcze jechalismy na kolejny pokaz przyczep kempingowych. Do sasiedniego Stanu, ale tym razem zaraz za granica z naszym, wiec raptem 45 minut od domu. Pokaz otwierali o 10, wiec optymistycznie planowalismy wyjazd tuz po 9. Taaa... Mimo wlaczonych budzikow, zanim powstawalismy i zebralismy sie do wyjazdu, byla 10:15. Tylko M. wstal skoro swit, ale dzien zaczal sie dla niego kiepskimi wiesciami rodzinnymi. Po pierwsze, moj tesc ma zapalenie pluc, a w wieku 85 lat to nie przelewki. Oczywiscie zalatwil sie poniekad na wlasne zyczenie. Poszedl na jakis rozaniec, ale zmawiany na swiezym powietrzu i w procesji. Zmarzl podobno okrutnie, a na dodatek ludzie naokolo kichali i prychali. Wiadomo, taki sezon. Po tym rozancu nie mogl sie dogrzac i juz czul, ze cos go bierze. Niestety, to czlowiek dla ktorego na wszelkie dolegliwosci najlepsza jest... sauna. Poszedl wiec do niej (nawet nie pojechal autem! :O) i potem sieklo go juz konkretnie... Dostal antybiotyk i choc nadal rzezi, to podobno czuje sie znacznie lepiej. Jakby tescia bylo malo, to jednemu z braci M. wyroslo "cos" na plecach. Nie jestem oczywiscie ekspertem, ale dla mnie to wyglada na gigantyczny ropien. Jest jednak tak duzy, ze moj szwagier spac nie moze, ani ruszac ramieniem, a dodatkowo twierdzi ze dretwieja mu palce, bo chyba uciska na jakis nerw. Niestety, mieszka on w Anglii, a tamtejsi lekarze boja sie tego ruszac. Dali mu poki co antybiotyk, a jak zbija zapalenie, beda chcieli zrobic biopsje zanim podejma decyzje co dalej. Jakby tego malo, zona tego szwagra od dluzszego czasu cierpi na nawracajace zawroty glowy. Wiadomo jakie opinie ma angielska sluzba zdrowia i tutaj rowniez byla bezsilna. Szwagierka wiec, za posrednictwem rodziny, umowila wizyty lekarskie w Polsce i poleciala na tydzien na badania... Wracajac jednak do naszej wyprawy. Dojechalismy na miejsce tuz przed godzina 11 i zszokowala nas kolejka aut do wjazdu. Na poprzedniej wystawie w bezposredniej okolicy bylo kilka pietrowych parkingow, a naokolo spokoj i pustki. Tutaj dluuugi sznurek aut. Tak dlugi, ze zaczal sie wlasciwie zaraz od zjazdu z autostrady, a ze naokolo bylo tez sporo sklepow, wiec na poczatku nie zalapalismy, ze jedna z dwoch lini jest podejrzanie zakorkowana. Dopiero po chwili dotarlo do nas, ze te wszystkie auta kieruja sie w jedna strone. Udalo nam sie wcisnac w kolejke, ale spedzilismy ponad 10 minut w sznureczku snujacym sie noga za noga (kolo za kolem? ;P) do bramek. Poprzedni pokaz byl darmowy, tutaj musielismy juz zaplacic za wstep. Oplata byla za doroslych oraz dzieci w wieku powyzej 12 lat, wiec Nik zalapal sie na darmowe wejscie. ;) Ten pokaz odbyl sie w 3 budynkach, z ktorych dwa byly wieksze niz budynek z poprzedniego, wiec bylo co ogladac. Troche sie rozczarowalismy, bo choc mieli kilka przyczep z bardziej "luksusowych" firm, to nie z tej, na ktora najbardziej chcielismy rzucic okiem. ;)

Tak jak ostatnio, sporo przyczep to byly po prostu mini domki

Chodzenia bylo jednak baaardzo duzo i po dwoch godzinach Potworki podniosly lament, ze jesc, pic, nogi bola, itd. Mnie tez zreszta zaczely bolec plecy. Odpoczac nie bardzo bylo jak, poza wyprobowywaniem miekkosci foteli oraz lozek w kamperach (:D), ale na glod i pragnienie mozna bylo cos zaradzic. Co prawda malzonek krecil nosem, ze dluga kolejka, ze marnowanie czasu, itd., ale dzieciaki zrobily oczy kota ze Shreka, wiec machnal reka. Zamowienie poszlo w miare szybko, a potem przyszla irytacja... Gotowe zamowienia wydawane byly w osobnym okienku, ale wszystko trwalo wieki. W ktoryms momencie sprawdzilismy, ze minelo 20 minut, a naszego jedzenia nie ma. W dodatku panie wykrzykiwaly imiona, ale tez numery zamowien, przy czym okazalo sie, ze nasz numer... pominely (!), choc zorientowalismy sie dopiero kiedy byly dobre 20 numerow dalej. Podeszlam do okienka, przeklinajac w myslach, ze zgubili i bedziemy czekac godzine, ale okazalo sie, ze Bi zamowila cos, czego chyba czesto nie sprzedawali, wiec nie szykowali na biezaco, jak hot-dogi czy frytki. Czyli to przez nasza panne tyle sie tam ustalismy. Zamowienie dostalismy po kolejnych 10 minutach. :/ Pozniej konczylismy juz ogladanie podjadajac jednoczesnie.

Poza przyczepami, pelno bylo stoisk z innymi kempingowymi akcesoriami lub sprzetem. Nik nie przepuscil zadnej elektrycznej hulajnodze lub rowerowi, czy (jak tutaj) wozkowi golfowemu

W tym momencie zaczynalam miec juz dosc, bo wiadomo, do kazdego kempera wchodzi sie po schodkach, a te wieksze mialy czesto nawet w srodku pare kolejnych stopni. Przestalam wiec w ogole do nich wchodzic i czekalam na reszte przed wejsciem.

Mozna bylo dac nogom odpoczac testujac wygode mebli, ale po to trzeba sie bylo jednak wdrapac do srodka, wiec... ;)

Zreszta, budynki byly tak ogromne, a przyczepy poustawiane nie zawsze rownymi rzedami, wiec czesto nie moglismy sobie przypomniec czy do ktorejs juz zagladalismy, czy nie. Kiedy w koncu wszyscy mieli dosc i nikt nie chcial sprawdzac czy obejrzelismy wszystkie rzedy, wyruszylismy do domu. Na popoludnie zapowiadano opady sniegu i juz po wyjsciu z budynku lekko proszyl. Kiedy dojechalismy do chalupy padal juz konkretnie. Poczatkowo nie planowalismy jechac tego dnia do kosciola, bo zakladalismy, ze nie wrocimy na czas, a poza tym bedziemy wykonczeni lazeniem. Ostatecznie jednak droga przebiegla sprawnie i dotarlismy do domu o 15:15. Poniewaz w nocy snieg mial przejsc w marznacy deszcz i warunki na drogach w niedziele rano zapowiadaly sie paskudnie, wiec stwierdzilismy, ze pojedziemy na 16, jak ostatnio zwykle robimy. W domu mielismy wiec tylko czas na szybkie siusiu i pare lykow kawy i znow wyjechalismy. Z rozpedu nawet nie spojrzelismy na ubrania dzieciakow i dopiero pod kosciolem zorientowalam sie, ze Nik mial zalozone spodnie... dresowe. No coz, zdarza sie. ;) Spodziewalismy sie oczywiscie, ze przy takich prognozach, w kosciele beda tlumy, wiec wyjechalismy 10 minut wczesniej niz zwykle. I mielismy nosa, bo kosciol doslownie pekal w szwach! Pamietacie jak tydzien wczesniej pisalam, ze w niedziele rano prawie nikogo nie bylo na mszy? Wszyscy musieli tez pojechac w sobote, bo ksiadz smial sie, ze mamy druga "Wigilie" pod rzad. :D Cale szczescie, ze dojechalismy duzo wczesniej, bo bez problemu znalezlismy miejsca w lawkach. Po kilkugodzinnym lazeniu, nie wyobrazalam sobie stac dodatkowej godziny na mszy. ;) W miedzyczasie snieg sypal coraz mocniej i kiedy wyszlismy, lezalo go juz ze 3 cm. Mimo intensywnie sypanej soli, drogi momentalnie zrobily sie biale i sliskie. Niedaleko naszej chalupy, przed znakiem stopu, jakies auto wyciagane bylo z rowu. :O Nie wiem jak kierowca tego dokonal, bo to jest niezbyt ruchliwa droga pomiedzy osiedlami mieszkaniowymi i zwykle nie jezdzi sie tam na wariata... My na szczescie dojechalismy do domu bez przeszkod, M. napalil w kominku i wieczor spedzilismy grzejac dupki przy ogniu.

Status wieczorny - zapowiadalo sie pieknie, a wyszlo jak zawsze :D

W niedziele nad ranem M. pojechal oczywiscie do pracy, choc patrzac na to, co dzialo sie na zewnatrz, ciezko bylo powiedziec czy byl tak odwazny, czy tak niepowazny. ;) Sam przyznal potem, ze bylo "troche" slisko, wiec, znajac jego tendencje do umniejszania warunkow na drogach, podejrzewam, ze bylo strasznie slisko. Ja oraz Potworki spalismy oczywiscie dluzej i kiedy wstalismy, warstwa sniegu przygnieciona byla juz warstwa lodu.

Moje zwleczenie sie z lozka, zostalo opoznione przez mruczaca kupe klakow, ktora uwalila mi sie na pecherzu :D

Takie mamy w tym roku opady, ze za kazdym razem snieg przechodzi po jakims czasie w marznacy deszcz, ubija to co napada i odgarnianie tego to koszmar. Poznym rankiem, marznacy deszcz przeszedl w "zwykly", wiec wszystko zrobilo sie podwojnie ciezkie, nasaczone i sliskie.

To byl najwiekszy opad sniegu w tym roku, ale poznac to mozna bylo tylko po miejscach, ktore byly troche osloniete i marznacy deszcz az tak tam nie dosiegnal
 
Powinnam byla wziac przyklad z madrzejszych sasiadow, ktorzy z rana chwycili za odsniezarki, no ale stwierdzilam, ze poczekam na malzonka. Blad! Kiedy dojechal, akurat rozpadalo sie jeszcze mocniej, wiec uznalismy ze lepiej poczekac. Malzonek w ogole palnal, ze jak nie przestanie, to najwyzej zostawimy to na kolejny dzien. Ostro zaprotestowalam, bo oboje mielismy wyjechac z domu kolejnego dnia, a ze na noc zapowiadali solidny mroz, wiec wiedzialam ze wtedy zrobi sie z tego cement. I mialam racje, bo sasiadom obok popsula sie odsniezarka, ale lopata odgarneli tylko kawalek przed wejsciem. Wiekszosc poniedzialku widzialam sasiadke jak po kawaleczku rozbijala lod i przerzucala go na boki, co chwila idac do domu, pewnie zeby odpoczac i sie rozgrzac. Zajelo jej to caly dzien, a i tak czesc zostawila, bo pewnie nie dala juz rady. Tajemnica bylo dla mnie, dlaczego nie pomogl jej maz... Ich podjazd jest o polowe krotszy od naszego, wiec moge sobie wyobrazic jak bysmy sie umordowali z naszym. Juz w niedziele bylo tragicznie. Bo tak, w koncu deszcz troche zelzal (choc padac nie przestal do pozniego wieczora) i wyszlismy oczyscic to, co zmajstrowala Matka Natura... I powiem Wam, ze to bylo najgorsze odsniezanie w tym roku! Warstwa lodu byla tak gruba, ze zbierajac lopata od dolu, nie udawalo sie jej podniesc. Trzeba bylo najpierw rozbic lod od gory i dopiero zgarniac. Balam sie, ze zlamie lopate, tyle to wazylo! Trzeba bylo brac po troszeczku, wiec wszystko oczywiscie trwalo duzo dluzej. Malzonek, jak to on, stanowczo odmowil wziecia odsniezarki, upierajac sie, ze i tak sie tym zapcha. Nie wiem czy to prawda; wiem ze z rana ludzie odsniezali maszynami, choc oczywiscie wtedy nie padal jeszcze deszcz i wszystko bylo lzejsze. Na pomoc przyszly nam Potworki, choc zabraklo szufli (nikt nie chcial wziac starej, metalowej, ktora sama w sobie wazy tone :D), wiec Bi z Nikiem sie wymieniali. Po jakims czasie uznali, ze odrobili "panszczyzne", porzucili odsniezanie i pobiegli do zabawy. Konkretnie, to "obierali" krzak, bo przez wczesniejszy marznacy deszcz, wszystko pokryte bylo lodem niczym szklana powloka.

M. nadal walczy z podjazdem, a Potwory "oczyszczaja" krzaczora

Odsniezylam na spolke z dziecmi kostke przed domem, a potem chodnik zeby ludzie mogli przejsc, a pozniej stwierdzilam ze pomoge M. z podjazdem. To juz byla tragedia, bo tam gdzie zdazyl przejechac autem, warstwa lodu tak przywarla do asfaltu, ze nie moglam jej nawet rozbic, a co dopiero odgarnac. W koncu stwierdzilam, ze ja tez zrobilam swoje i odgarnelam mniej ubite miejsca, a te najgorsze zostawilam malzonkowi. Oczywiscie deszcz padal sobie w najlepsze, wiec miejscami, tam gdzie oczyscilam, natychmiast zbierala sie kaluza wody. Wyobrazalam sobie jak to bedzie wygladalo po nocnym mrozie... Co gorsza, zalozylam kurtke zimowa, ktora kiedys impregnowalam, ale chyba nie podzialalo, bo kompletnie mi przemokla! Czulam ze jakos mi chlodno po karku, ale uparlam sie, ze skoncze. Kiedy wreszcie poszlam do domu, szczekalam juz zebami, mimo ze przeciez pracowalam fizycznie, wiec powinnam byc rozgrzana. Okazalo sie, ze koszulke mialam przemoczona na calutkich plecach, karku oraz jednym rekawie. Swietnie. Musze zapamietac, zeby absolutnie nie wychodzic w tej kurtce na deszcz. :/ Ogolnie wszyscy bylismy mokrzy w mniejszym lub wiekszym stopniu. Nik, pomimo spodni narciarskich, mial mokre majty. Najwyrazniej sa one nieprzemakalne tylko do pewnego stopnia, a Mlodszy doslownie tarzal sie po pokrytym lodem i woda sniegu. Wszystkie krzesla w jadalni mialam przykryte ciuchami rozwieszonymi do wyschniecia. Cale szczescie, ze w czasie odsniezania M. polecial na moment do domu i rozpalil w kominku. Kiedy przyszlismy do domu, ogien juz buzowal i moglismy sie od razu rozgrzac, choc i tak najlepszy byl goracy prysznic. ;) Wieczor spedzilismy grzejac dupki przy ogniu i tylko M. musial sie szykowac na kolejny dzien, bo Potworki kontynuowaly weekend. :)

Poniedzialkowy ranek przywital nas solidnym mrozem, choc temperatura podniosla sie pozniej "az" do -1. Niestety, solidnie wialo, wiec odczuwalna wyniosla -5. ;) Bi rano musiala pojsc nakarmic kota sasiadow i nie wiedziala kompletnie ktoredy. Tak jak sie obawialam, poniewaz dzien wczesniej do wieczora padal deszcz, a potem szybko scial mroz, nawet odsniezony podjazd oraz kostka byly pokryte lodem. Na kamerze nagrane bylo jak malzonkowi kola boksowaly, kiedy wyjezdzal nad ranem do pracy. ;) Pozniej oczywiscie wiekszosc odtajala w sloncu, ale z samego rana bylo nieciekawie. Bi zdecydowala sie pojsc przez snieg, na przelaj, ale okazalo sie, ze tam tez wszystko bylo zmrozone na kosc i powstala warstwa lodu, ktory nawet nie pekal pod ciezarem butow. Panna szla tiptopkami, niczym po lodowisku. Dzieciaki nie mialy szkoly z okazji President Day (urodziny George'a Waszyngtona), wiec fajnie by bylo zaszyc sie w chalupie, ale niestety, Bi umowila sie znow z kolezankami w galerii. Co ciekawe, z zupelnie inna grupka. Z tego co mi mowi, poniewaz w szkole mieszaja ich na lekcjach, a na lunch tez ida roznymi grupami, gromadki znajomych tworza sie, rozchodza, schodza w innej konfiguracji, itd. I Bi tak dryfuje sobie miedzy trzema grupami. ;) Tym razem do galerii umowila sie ze swoja przyjaciolka - sasiadka (z ktora ma godzine wychowawcza, wiec poniekad sa w jednej klasie, choc inne lekcje maja osobno), z druga dziewczynka (z ktora grala w pilke nozna, a teraz razem maja lunch) i z trzecia (z ktora chyba nie ma zadnych lekcji, ale pamietaja sie z pilki). Do kompletu, zabrala sie z nimi mlodsza siostra sasiadki, na co Bi krecila nosem, bo choc ja lubi, to uwazala ze 11-latka nie bedzie im pasowac do grupy. ;) Po cichu sie z nia zgadzalam, ale sasiadka napisala mi, ze ma tego dnia zabieg usuniecia (niezlosliwego) guza z piersi i poprosila czy nie zawiozlabym obu jej dziewczyn z Bi. Poniewaz swiezo w pamieci mam moje przeboje z guzem sprzed dwoch lat, zgodzilam sie bez namyslu, myslac ze pewnie kobita spedzi w szpitalu spora czesc dnia, a jej maz bedzie chcial z nia posiedziec i potem na spokojnie zajac sie w domu. Taaa... Okazalo sie, ze sasiadka zabieg miala o 6 rano (!) i kiedy o 12:45 podjechalam po jej dziewczyny, oboje z mezem byli juz w domu. Mlodsza panna mogla wiec z powodzeniem zostac, szczegolnie ze to nie dzidzia, ktora trzeba sie caly czas zajmowac. No ale skoro wczesniej ustalilysmy ze pojedzie ze starszymi dziewczynami (proponowalam ze moze posiedziec u nas i pograc z Kokusiem, ale wiadomo ze nie chciala ;P), wiec je zabralam i zawiozlam do galerii, gdzie spotkaly sie z pozostalymi dwiema. Przezylam tez niemaly szok, bo byl poniedzialek, a ludzi w galerii jak mrowkow! Ledwo znalazlam miejsce parkingowe! Fakt, ze szkoly oraz urzedy stanowe i federalne byly zamkniete, ale jednak wiekszosc ludzi normalnie pracowala. A raczej powinna, bo wiekszosc najwyrazniej postanowila wziac wolne i z tej okazji... ruszyc na zakupy! :O Zawsze mnie to zastanawia, bo galeria jest ostatnim miejscem gdzie chcialabym spedzic wolny dzien, ale najwyrazniej jestem jakims wyjatkiem od reguly.

Galerianki; jedna mocno nieletnia ;)

Zostawilam panny i wrocilam do domu, gdzie ledwie zdazylam podac Kokusiowi obiad, a wrocil z pracy M. Posiedzielismy chwile razem, po czym syn stwierdzil, ze pojdzie pozjezdzac kolo domu. Jak to jednak Nik, na poczatek postanowil sprawdzic, czy pokryty lodem snieg jest faktycznie sliski. Zaczal po nim skakac i podbiegac i oczywiscie wywalil sie dosc spektakularnie. Lezal potem pare sekund na ziemi bo chyba odebralo mu dech i juz mialam wyjsc i spytac czy mocno sie potlukl, ale w koncu wstal. ;)

Musial sie oczywiscie draznic z Maya, trzymajac jej pileczke i udajac, ze ja rzuca

Za moment musialam jechac po dziewczyny, wiec przypomnialam M. zeby mial na niego oko, po czym wyruszylam spowrotem do galerii... Tam oczywiscie sie zirytowalam, bo wczesniej napisalam do corki, ze wyjezdzam i ze maja konczyc pomalu zakupy, wyslalam kolejna wiadomosc kiedy zaparkowalam, tymczasem weszlam, siadlam na lawce i czekam i czekam i czekam... Pisze do corki kolejny raz, gdzie do cholery sie podziewa, a ona odpisuje, ze cos akurat przymierza! Odpisalam, ze w tej chwili ma konczyc i wracamy do domu, ale oczywiscie minelo kolejne dobrych kilka minut zanim panny wrocily. Okazalo sie, ze byly juz tylko we trzy - Bi oraz obie sasiadki, bo pozostale dwie musialy wyjsc wczesniej. Podejrzewam, ze corka specjalnie nic mi o tym nie powiedziala, zebym przypadkiem nie skrocila i jej "galeriowania". :/ Wyruszylysmy spowrotem ze sporym opoznieniem i ochrzanilam Starsza, bo jej kolezanka miala byc w domu o 17:20, bowiem miala jakies wieczorne zajecia. Jej tata czekal juz na nas przy wjezdzie na osiedle, wiec tylko przesiadla sie do jego auta i pojechali, a ja odwiozlam jej siostre. Wrocilysmy do domu, gdzie Bi na dzien dobry musiala pobiec do Bandyty, zeby go wpuscic do domu (biedny kot spedzil na mrozie 4 godziny) i nakarmic. Oczywiscie po takim dniu nie bylo mowy zeby Bi poszla na basen, bo oznajmila, ze nogi wchodza jej we wiadoma czesc ciala, co mnie zreszta nie dziwi. Zaskakujaco jednak, stwierdzila ze z ta grupka chodzilo jej sie po galerii lepiej niz z poprzednia i ma nadzieje, ze niedlugo to powtorza. Coz, ja przeciwnie, mam nadzieje, ze niezbyt szybko. :D A wieczor minal nam na relaksie przy kominku i radosci Potworkow, bo kolejny dzien rowniez mieli wolny.

Poniewaz we wtorek dzieciaki bonusowo nie mialy szkoly, wiec moglabym sie porzadnie wyspac, ale skutecznie utrudnila mi to Oreo, ktora lazila po pokojach mrrrrauczac wnieboglosy juz o 6:38. Szlag. Przez jakis czas probowalam ja zignorowac, ale ostatecznie wstalam i zamknelam w piwnicy. Na dwor nie chcialam jej wywalac, bo tego dnia bylo najzimniej z calego tygodnia. W srodku dnia temperatura podniosla sie tylko do -5, a ze nadal porzadnie wialo, odczuwalna oscylowala w okolicach -10. :O Po "pozbyciu" sie kotka, wrocilam jeszcze oczywiscie do lozka, ale ze spaniem bylo juz srednio. Tego dnia na szczescie zadne z Potworkow nie bylo z nikim umowione, bo byl to naprawde dzien idealny na zaszycie sie w cieplej chalupie. Wpadl za to moj tata, ktory ominal niedzielna kawe z powodu pogody. Jak to z dniami wolnymi bywa i ten zlecial ekspresowo. Dziadek pojechal, a niedlugo pozniej wrocil z pracy M. Pod wieczor Nikowi za to przypomnialo sie, ze juz jakis czas temu pytal mnie czy moze upiec babke na oleju, tyle ze wtedy akurat Bi miala faze pieczenia i mielismy ciasto i na dodatek ciasteczka. Tego dnia upieklam co prawda palmiery makowe, ale przy moim tacie i potem M., zostaly tylko dwie, wiec oczywiscie powiedzialam synowi ze pewnie, niech piecze. Nik od razu oznajmil, ze on chce wszystko zrobic sam i choc ogolnie to ja na to jak na lato, ale akurat w tym przepisie trzeba oddzielic zoltka od bialek i nie bardzo mu z tym ufalam. Pokazalam mu wiec jak to zrobic i potem sam probowal, choc ja zdolalam rozdzielic 5 jajek, a on w tym czasie 3. Co tam, dla poczatkujacego to i tak niezle tempo. Trzeba przyznac, ze reszte faktycznie zrobil sam i dobrze mu poszlo. I tylko Bi byla zazdrosna, bo kiedy uslyszala o pieczeniu, natychmiast spytala czy moze upiec ciasteczka, ale powiedzialam, ze innym razem, bo nie trzeba nam tylu slodkosci. ;) Stala potem w kuchni i niby nic nie robila, ale celowo ustawiala sie tak, zeby prawie chuchac Kokusiowi po karku. On sie oczywiscie wsciekal, az w koncu musialam fuknac na panne, ze ona piecze ostatnio co chwila i Nik jej wtedy nad glowa nie streczy! W koncu upieczona babka wyskoczyla z piekarnika i wyszla jak zawsze pyszna; brawo dla mlodego piekarza. :) Powiedzialam M., ze musimy chyba w weekendy zaangazowac ich w gotowanie, bo oboje rzucili sie do pieczenia, a my przeciez chcielibysmy troche schudnac! Niech moze potomstwo nauczy sie pichcic normalne zarcie, a nie tylko desery. :D A reszta wieczora uplynela Potworkom w humorach bardziej wisielczych, bowiem kolejnego dnia mieli juz szkole. Bi w dodatku narzekala, ze akurat na ten, krociutki tydzien miala zapowiedziane dwa testy i zaczecie jakichs grupowych projektow, gdzie jej partnerka wyjechala na dluzej, wiec musiala zaczynac je sama. Na pocieszenie wlaczyli sobie druga czesc Venom'a i Nik stwierdzil, ze to godne zakonczenie wolnego. ;)

Sroda rozpoczela sie o normanej, szkolnej porze. Myslalam, ze po 4 dniach dluzszego spania bedzie ciezko wstac, ale o dziwo nie bylo zle. Pomoglo to, ze o tej porze roku slonce wschodzi juz duzo wczesniej, a ze moja sypialnia wychodzi na poludniowy wschod, wiec rano jest w niej bardzo jasno. Szkoda, ze za dwa tygodnie zmieniamy czas i znow bedzie ciemnica. :/ Tak czy siak, wyszykowalismy sie i zabralam Potworki autem na przystanek, bo mielismy -11 i wichure, wiec odczuwalna -15. A w pierwszy dzien po dluzszej przerwie, gdzie w dodatku w weekend popadal snieg i lod, wiec oczyszczanie autobusow troche trwalo, nie wiedzialam o ktorej dojedzie. Okazalo sie, ze przyjechal o 7:25, czyli praktycznie idealnie, ale i tak dobrze, ze dzieciaki nie musialy sterczec na mrozie. Pojechali, a ja oczywiscie wrocilam do domu, zjadlam sniadanie i zabralam sie za sprzatanie. Tym razem padlo na odkurzanie oraz mycie podlogi na parterze. Pomijajac normalny kurz i siersc zwierzakow, Maya niestety od czasu do czasu popuszcza. Nawet po tabletkach. :( Mniej lub wiecej, ale gdzie chwile polezy, tam czesto bedzie kropelka lub kaluza. Oczywiscie scieramy na biezaco, tyle ze nie bedziemy chodzic za psem krok w krok, wiec czasem zauwazymy mokry slad przypadkiem, albo juz zaschnieta plame, kiedy slonce akurat padnie przez okno pod odpowiednim katem. Teraz dodatkowo, mimo ze mamy mroz, wiec nie ma blota, ale mimo wszystko kafelki w holu cale byly upstrzone sladami zwierzecych lapek. A po obsuszaniu ciuchow po niedzielnym odsniezaniu w deszczu, podloga w jadalni pokryta byla plamami po zaschnietej wodzie kapiacej z rozwieszonych tam ubran. :O Trzeba wiec bylo uprzatnac ten burdel. :) Pozniej siadlam oczywiscie do szukania pracy, co przez dlugi weekend kompletnie zaniedbalam, bo ciezko siasc i na spokojnie przegladac oferty i skladac aplikacje, kiedy naokolo ciagle ruch i harmider. Niedlugo pozniej musialam zabrac sie za obiad, zeby gotowy byl na przyjazd Potworkow ze szkoly. Dojechaly dzieciaki, a za nimi M. Ten ostatni w kiepskim humorze, bo dowiedzial sie, ze jego tata mial sie stawic kolejnego dnia do szpitala. Antybiotyki nie bardzo chca dzialac na to jego zapalenie pluc, a w wieku 85 lat to juz nie przelewki. Pechowo, moja tesciowa, choc o 11 lat od niego mlodsza, jest zupelnie technicznie nieogarnieta i ani nie potrafi wlaczyc Skype, ani nawet nie posiada telefonu komorkowego. Maja oczywiscie telefon stacjonarny, ale dzwonienie na niego kosztuje fortune. Malzonek bedzie musial kupic specjalna karte, tylko ze z niej ma sie ograniczony czas rozmowy... Wieczor Bi spedzila z komputerem bo musiala pracowac nad tymi projektami ze szkoly, Nik i M. na relaksie, a ja na ogarnianiu prania, sprzatania, itd. W koncu wybil czas treningu, wiec ojciec zawiozl dzieciaki na basen, pomimo ciezkiego wzdychania corki. ;) Po powrocie zaraz poszedl do lozka, a ja potem po dzieciaki pojechalam. Na parkingu byl jak zwykle scisk i kilka minut krazylam po nim, probujac zlapac miejsce, ktore nie bedzie gdzies na jego szarym koncu. Tyle czasu zmarnowalam, ze nawet nie spojrzalam na dzieciaki w wodzie, ale za to prawie nie musialam czekac az sie przebiora. ;) W domu wiadomo - szybki prysznic, kolacja i lulu.

Czwartek nie dosc ze ogolnie zaczynal sie wczesniej, to jeszcze w Oreo cos wstapilo. Nie wiem o ktorej godzinie zaczela lazic po pokojach i miauczec, ale M. juz nie bylo, za to za oknem ciemna noc, wiec gdzies pomiedzy 3 a 6. Nie wiem; marcuje, czy co?! Ale to przeciez kotka, w dodatku wysterylizowana! Mialam ochote ukrecic jej ten maly lepek, ale nie chcialo mi sie wychodzic spod cieplej kolderki. ;) Sen mialam wiec mocno przerywany, bo przysypialam, po czym ta diablica znow rozdarla swoje mrrrr! i ponownie sie wybudzalam! :/ Najglupsze, ze nie wiem o co jej chodzilo, bo pozniej slyszalam ze Bi juz na dole robila sobie sniadanie, wiec jesli kiciul chcial wyjsc, to mogl pobiec do niej i by go wypuscila. Ale nie, dalej lazil po sypialniach i sie wydzieral... :/ Rano na termometrze znow pokazalo -11, wiec kiedy przyszla pora wychodzic, zabralam dzieciaki samochodem. Rano nie bylo wiatru, wiec odczuwalna temperatura wyniosla mniej wiecej tyle samo, ale za to autobus dojechal dopiero o 7:28, wiec dobrze ze nie musieli stac dziesieciu minut na mrozie. Oni pojechali do szkoly, a ja niestety spowrotem do chalupy. Zjadlam sniadanie, popatrzylam troche za praca, po czym pojechalam na zakupy. Tym razem "zwierzece", bo Mayi konczylo sie zarcie, a przy okazji dokupilam zapas dla Oreo. Po powrocie przytaszczylam torby z psia karma i mialam moment na spokojna kawke. Pozniej przyszla pora na dokonczenie obiadu, ktory na szczescie czesciowo mialam gotowy. Dzieciaki wrocily, zdazylam podac im jedzenie i dojechal malzonek. Mial na szczescie nieco lepsze wiesci z domu, bo jego tate przebadali w szpitalu, ale stwierdzili ze nie jest zle, wiec przepisali inny antybiotyk, ale nie zostawili na oddziale. Tego dnia obydwa Potworki musialy zaszyc sie z lekcjami na reszte popoludnia i czesc wieczoru. Malzonka naszlo na smazenie racuchow, a ja mialam pranie do poskladania i takie tam duperele. W koncu M. zawiozl potomstwo na basen, a ja potem po nich pojechalam. Tak jak poprzedniego wieczora, parking przed basenem byl niemozliwie zatloczony, ale akurat przede mna wyjechalo auto zaparkowane w miare blisko wejscia, wiec zajelam jego miejsce, zeby nie krazyc bez sensu. Zreszta, kiedy podeszlam blizej, okazalo sie, ze i tak na horyzoncie wolnych miejsc byl brak. Dzieki szybkiej akcji parkingowej, udalo mi sie troche podejrzec Potworki na treningu, ale za to potem ustalam sie tam znudzona, czekajac az wyjda z przebieralni.

Nik przymierza sie do odbicia od scianki (ma plynac stylem grzbietowym), a Bi obok czeka na swoja kolej

Po powrocie do domu, standard - prysznic, zjesc i znow pora szykowac sie na nastepny dzien szkoly. Dobrze, ze kolejnego dnia ponownie piatek i znow poczatek weekendu. :)

W piateczek pobudka klasycznie, ale jakos strasznie ciezko mi sie wstawalo. Moze dlatego, ze Oreo od switu znow lazila po pokojach pomiaukujac. Bi byla pozniej juz na dole, ale kot chodzil miedzy mna a Kokusiem i miauczal. Zastanawiam sie, czy ona nie chce nas celowo obudzic. ;) Ale jak tylko Nik zszedl na dol, kiciul pobiegl za nim i po chwili uslyszalam odsuwane tarasowe drzwi. Czyli poszedl w sina dal. ;) Szykowanie uplynelo na ziewaniu, bo choc to dopiero trzeci dzien szkoly w tym tygodniu, wszyscy byli jacys nieprzytomni. ;) Tego ranka bylo "cieplej" bo az -9 stopni, ale za to znowu mocno wialo, wiec odczuwalna oscylowala w okolicach -14. Ponownie wzielam wiec Potworki na przystanek autem, choc uprzedzilam, ze w przyszlym tygodniu w koncu ma nadejsc ocieplenie, wiec zeby sie szykowali na marsz. Nik wzruszyl tylko ramionami, ale Bi oczywiscie strzelila focha. ;) Autobus ponownie dojechal jakos pozno, ale skoro dzieciaki siedzialy w aucie, to nie mialo to znaczenia. Wrocilam na sniadanie, wypilam kawe i trzeba sie bylo szykowac na tygodniowe zakupy. Po powrocie rozpakowac torbiska i mialam chwile na spokojna kawe. Pozniej znow chwila nad ofertami pracy i niedlugo wracaly Potworki, a po nich M. W Polsce wzloty i upadki, bo tesc twierdzi, ze znow mial goraczke, wiec w poniedzialek ponownie wybiera sie do lekarza. Co prawda ta "goraczka" to 37.5 C (chyba ze malzonek cos pomylil), wiec jak dla mnie to stan podgoraczkowy. Obawiam sie, ze tesc moze sobie pogorszyc takim ciaglym wylazeniem z domu. Z drugiej strony, po tylu dniach i na bodajze trzecim antybiotyku, nie powinno byc chyba juz nawet stanu podgoraczkowego... Dzien wczesniej rozmawialam z Potworkami, ze moze po poludniu podjedziemy pojezdzic na lyzwach po klubowym stawie, poki jeszcze mozna. Od niedzieli bowiem w prognozach jest solidna odwilz, wiec pewnie w ciagu paru dni, lod zacznie sie roztapiac. Zanim jednak zjedlismy obiad i troche go przetrawilismy, temperatura znow zaczela leciec w dol, do tego wichura i stwierdzilam, ze bez sensu jechac i szczekac tam zebami... Za to Bi znow wziela sie za pieczenie. Tym razem ciasteczka cytrynowo - malinowe. Wyszly oczywiscie bardzo smaczne, choc ja nie przepadam za malinami, bo ich pestki mnie draznia przy rozgryzaniu. ;) A poniewaz zaczynal sie weekend, Potworki zapodaly sobie po raz fafnasty Straznikow Galaktyki.

Fajnego weekendu! 

piątek, 14 lutego 2025

Idzie luty, podkuj buty

Sobota, 8 lutego, to ponownie dluzszy sen dla calej rodziny. Na noc zapowiadano wiekszy opad sniegu i przekonywalam malzonka zeby moze dla odmiany pojechal do pracy w sobote, a niedziele zrobil sobie wolna zeby nie jezdzic w sniezyce. On jednak zawsze wie lepiej, wiec... :/

Kiedy dobudzalam sie w lozku, wskoczyl na mnie mruczacy gosc

Wiekszosc dnia to byly male domowe sprawy, jakies tam sprzatanie i gotowanie. Bi zaprosila tego dnia kolezanke, ale to juz nie te czasy kiedy dzieciaki biegaly po calej chalupie lub rozsiadaly sie w salonie. Dziewczyny zamknely sie w pokoju Starszej i jedynie od czasu do czasu slychac bylo wybuchy smiechu. Na dol zeszly tylko po cos do picia, a potem zawolalam je zeby zrobily sobie domowe pizze. Do pizzy dolaczyl tez Nik, ktory byl bardzo niezadowolony z wizyty, mimo ze panny ani razu go nie zaczepily. ;) Dzien byl taki troche "na stracenie", bo caly czas trzeba bylo zerkac na zegarek, przypilnowac zeby Mlodszy zrobil ta pizze na czas i zdazyl potem zjesc, bo mial mecz koszykowki. Ostatni juz w tym sezonie, wiec zamykamy tez kosza, choc mecze nie przeszkadzaly az tak jak treningi. Odpada jednak obowiazkowa weekendowa jazda. Pechowo, ta ostatnia rozgrywka byla dopiero na 15:30. Po pierwsze, jak na mecz ogolnie dosc pozno, a po drugie przez to nie moglismy jechac w sobote do kosciola. Tak czy siak, o 15 wyruszylam z synem na mecz do jego jeszcze zeszlorocznej szkoly. Grali tego dnia przeciwko innemu zespolowi z naszej miejscowosci, w ktorym byl najlepszy kumpel Kokusia. Wszystkie chlopaki sie znaly i nawet ja wiekszosc kojarzylam. Poza ulubionym kolega syna, z innym lazili na Halloween, jeden mieszka na sasiednim osiedlu, a kilku innych chodzilo wczesniej na roznorakie zajecia z Nikiem. Oznaczalo to, ze caly mecz to byl ciagly rechot, a juz jak ktos popelnil jakis glupszy blad, wszyscy chlopcy niemal lezeli ze smiechu na parkiecie. Widzialam, ze trener Kokusia w ktoryms momencie sie poddal i zamiast krzyczec instrukcje, po prostu usiadl i patrzyl z rezygnacja co sie dzieje. :D

Nik (przy pilce) szuka komu ja podac, a przeciwnik (najlepszy kumpel zreszta :D) go blokuje

Obie druzyny byly dosc wyrownane, ale przeciwnicy mieli jednego chlopaka, ktory byl baaardzo wysoki i widac bylo ze cala strategie mieli ustawiona pod niego. Sam wlasciwie malo co robil, ustawial sie po prostu pod koszem, a reszta podawala mu pilke. Zaden z naszych nie dorownywal mu wzrostem i ciezko im bylo obronic, wiec jesli koledzy dobrze mu podali, to strzelal kosza za koszem. Do tego ogolnie luzna atmosfera, gdzie druzyna Kokusia grala sobie "towarzysko" i przegrali i to sromotnie, bo 12:29. :D Zaden sie jednak nie przejal, a z rozgrywki beda sie pewnie jeszcze zasmiewac kilka dni w szkole. Po meczu trener urzadzil im zwyczajowa pogadanke, choc slyszalam ze po prostu chwalil ich za caly sezon. W nagrode kazdy gracz dostal mini pilke do kosza z logo Boston Celtics. :) Po powrocie okazalo sie, ze kolezanka Bi juz pojechala (i tak siedziala 4 godziny :O), wiec od razu czlowiek poczul sie swobodniej we wlasnym domu. ;) W zasadzie juz nic ciekawego nie robilismy, wstawilam tylko zmywarke, a tak to Bi zasiadla przed laptokiem, Nik swoim kompem, a ja jednym okien zerkalam w telefon, a drugim na tv, gdzie M. skakal po kanalach. Zgodnie z prognozami, tuz po 21 zaczal padac snieg, a ze mial sypac wiekszosc nocy, to ciekawa bylam jaki widok zastaniemy rano.

W niedziele nad ranem M. pojechal do pracy, a ja oraz Potworki moglismy spac dluzej. Z gory zalozylam, ze nie ma po co sie pchac na msze o 9:30, bo drogowcy pewnie nawet nie zaczna dobrze odsniezac i lepiej jechac na 11, kiedy jest szansa ze drogi beda w miare przejezdne. Wstalam wiec o 9, ale gdy wyjrzalam przez okno, okazalo sie ze nawet ulice naszego osiedla, ktore zwykle oczyszczane sa jako jedne z ostatnich, byly zupelnie czarne. Dodac do tego, ze byla niedziela kiedy wiekszosc ludzi ma wolne, przezylam spory szok. Dopiero pozniej przypomnialo mi sie, ze tego wieczora mialo byc Super Bowl, ktore dla wiekszosci Hamerykanow jest niemal swietem. ;) Podejrzewam, ze drogowcy wiedzieli, ze ludzie beda robic ostatnie zakupy przed imprezami, nie mowiac juz o tym ze sami tez pewnie chcieli wrocic do chalup o rozsadnej porze zeby zdazyc na spotkania i obejrzec rozgrywke. Coz, gdybym wiedziala, wstalabym wczesniej, a tak to bylo juz za pozno. Dzieki temu mialam jednak z dzieciakami bardzo spokojny ranek. Ilosc sniegu rozczarowala, bo zapowiadano nawet 25cm, tymczasem wieczorem bylo okolo 10-12cm i rano wydawalo sie tyle samo, choc kiedy kladlam sie spac o polnocy, nadal ostro sypalo. Tajemnica wyjasnila sie kiedy wyszlam na taras zawiesiec spowrotem karmnik, ktory zdjelam przed sniegiem i schowalam pod stol. Tak jak kilka dni wczesniej, snieg przeszedl w marznacy deszcz, ktory nie tylko zmienil sie w skorupe lodu na tym, co juz napadalo, ale w dodatku ugniotl warstwe sniegu pod spodem. I tak byl to jednak drugi najwiekszy opad w tym roku. ;)

Szal cial po prostu :D

Pojechalismy do kosciola, ktory byl mocno wyludniony. Serio, kiedy na parkingu zobaczylam moze 8 aut, zwatpilam i zastanawialam sie czy w ogole jest msza. Juz kiedys spotkalo nas cos takiego, ze pojechalismy po sniezycy na msze, a tam ciemno i drzwi zamkniete na klucz. :O Tym razem msza sie jednak odbyla, choc ludzi byla garstka. Wrocilismy do domu i moj tata sie zaanonsowal, ze moze wpadnie na kawe. Dzien wczesniej rozmawialismy i mowil, ze szykuje sie na odsniezanie u siebie, ze pewnie drogi beda kiepskie, wiec raczej nie przyjedzie. Teraz jednak widzial odsniezone ulice, a w dodatku temperatura podniosla sie do 2 stopni na plusie, wiec chetny byl przyjechac. Kiedy jednak uslyszal, ze M. pojechal do pracy, wiec jeszcze nawet nie zaczelismy odsniezac, zrezygnowal. Moze sie wystraszyl, ze wreczymy mu szufle i zagonimy do pomocy... :D Malzonek po pracy pojechal na msze do polskiego kosciola w sasiednim miescie, a potem na niespodziewane zakupy. Znudzona czekaniem na niego, zgarnelam Kokusia i poszlismy odsniezac. Bi tym razem dostala dyspense, bo nie tylko miala okres i pobolewal ja brzuch, ale tez pomagala odsniezac dwa poprzednie razy. Zasluzyla na odpoczynek. Niestety, Nik nie byl tak pomocny jak siostra. Ona brala sie do roboty i konsekwentnie odsniezala kawalek po kawalku. Mlodszy biegal z jednego miejsca na drugie, tu przejechal kawalek, tam oczyscil pol metra... Poza tym jednak ganial za psem, rzucal jej pileczke, szedl zjezdzac na slizgaczu za domem i caly czas musialam przywolywac go spowrotem. Snieg, ubity przez warstwe lodu, byl niestety bardzo ciezki. Wszyscy sasiedzi naokolo wyciagneli odsniezarki i liczylam, ze M. tez odsniezy swoja podjazd. Zaczelam wiec od kostki przed frontowym wejsciem, bo tam i tak zwykle szuflujemy. Pozniej zaczelismy z Kokusiem odsniezac podjazd przed garazem, choc wyczekiwalam juz tesknie powrotu malzonka. Niestety, ten zabral sie dziarsko za szufle.

Dwaj chlopy, maly i duzy, przy robocie

Zrezygnowana, zostawilam mu podjazd i poszlam odsniezac chodnik. Myslalam, ze kiedy zobaczy jak ciezko to idzie, wezmie odsniezarke, ale gdzie. Zaparl sie i nie zrezygnowal nawet kiedy... zlamal trzonek od szufli. :O Mial jeszcze dwie inne, wiec chwycil za druga i dalej odsniezal recznie. :D Ja jednak skonczylam chodnik i poszlam do domu. Szybko podalam dzieciakom i sobie obiad, po czym zaproponowalam im ze mozemy pojechac do klubu na sanki. Kiedys mielismy fajna gore pod high school, ale odkad zaczeli budowe nowego oraz demolke starego, zrobili na jego dole parking, a na szczycie postawili plot. Z innych miejsc w miasteczku zostal wlasciwie tylko ten klub, bo inne gorki sa raczej dla maluszkow. W klubie jest jedno wielkie i strome wzgorze, problem tylko w tym, ze migiem znika z niego snieg i trzeba jechac w ten sam dzien po sniezycy, inaczej mozna sobie podzjezdzac, ale po blocie. ;) Tym razem mielismy farta, bo akurat spadla swieza dostawa bieli. Napisalam jeszcze do mamy kumpla Kokusia, ktora szybko odpisala, ze on tez chetnie pojedzie, ale o 17 musi byc w domu, bo maja impreze; wlasnie ten wspomniany wyzej Super Bowl. ;) O 15 zgarnelam wiec syna (Bi, jak mozna bylo przewidziec, nie chciala jechac), podjechalismy po kolege i po chwili bylismy w klubie. Tym razem niestety byl ktos na bramce. Kiedy pojechalam tam ostatnio z dzieciakami na lyzwy, nikt nie pilnowal wjazdu. Tym razem, pewnie dlatego ze dzieki sniegowi otworzyli tez szlaki na narty biegowe oraz ich wypozyczalnie, pan na bramce skasowal mnie za chlopakow. ;) Oni chwycili za slizgacze i popedzili na gorke, a ja snulam sie po boisku przed nim, patrzac na bawiaca sie dzieciarnie. Tak jak przewidzialam, na najwyzszej i najbardziej stromej czesci gory, snieg byl juz mozno wytarty, jej nizsza czesc jednak byla nadal biala.

Tak to wygladalo ledwie kilka godzin po spadnieciu sniegu

W niektorych miejscach dzieciaki zdazyly usypac skocznie, na ktore patrzylam z niepokojem. Kolega Kokusia sie bal, ale moj wlasny szugun, oczywiscie musial je wyprobowac. Na szczescie, zjezdzajac z gory, nielatwo na nie wycelowac, wiec tylko zahaczyl bokiem. Udalo mu sie w koncu odbic sie na jednej na nizszej czesci gory, ale nawet tu, przy ladowaniu obil sobie 4 litery i dal spokoj. ;)

Jak widac, na mniej stromej, czesci sniegu bylo pod dostatkiem, nawet te ciemniejsze plamy, to lod, nie bloto

Cieszylam sie, bo widzialam inne dzieciaki spadajace ze slizgaczy i ladujace naprawde paskudnie, jeczac potem z bolu na ziemi. Na szczescie nikomu nic sie nie stalo i potem wstawali stekajac, po czym wdrapywali sie spowrotem na gore. ;)

Chlopaki scigaja sie kto pierwszy bedzie na dole - tak powinna wygladac prawdziwa zima :)

W sumie chlopaki bawili sie ponad 1.5 godziny, a kiedy przyszla pora wracac, wyczailam ze w pawilonie gdzie wypozycza sie narty, sprzedaja goraca czekolade. Kupilam im po kubku na rozgrzewke i ruszylismy odstawic kolege, a potem wrocilismy do domu.

Nik twierdzil, ze to najlepsza goraca czekolada, jaka pil, ale mysle ze po zabawie na sniegu, kazda smakowalaby wybornie :D

Kokusiowi nie bylo dosc i zostal jeszcze chwile przy naszej chalupie, zjezdzajac z boku. Wzial tylko moje rekawiczki, bo swoje przemoczyl dokumentnie, probujac nimi sterowac i hamowac w sniegu. :) Reszta wieczora uplynela na relaksie i szykowaniu sie na kolejny tydzien w szkole. Potworki zaczely odliczanie, bo nadchodzacy weekend ma byc 4-dniowy, co stanowi prawie wakacje. :D

Poniedzialek zaczal sie normalna szkolna pobudka. Wyszykowalismy sie i zabralam Potworki na przystanek. Bylo -8 stopni i choc prawie bezwietrznie, wiec temperatura podobna, to jednak stanie na zewnatrz przy takim mrozie, nie brzmialo zbyt zachecajaco. Autobus dojechal dosc szybko, mlodziez wyruszyla do szkoly, a ja moglam wrocic do chalupy. Poprzedniego wieczora, po odsniezaniu, bolaly mnie plecy i nie bardzo czulam  "natchnienie" do prac domowych, wiec stan kuchni wolal o pomste do nieba. Zjadlam wiec sniadanie, wypilam kawe i trzeba sie bylo zabrac za ogarnianie chalupy. W ktoryms momencie wyjrzalam przez okno w kuchni, a tam na jednym koncu tarasu siedzi Oreo, a na drugim kocur sasiadow - Bandyta. :) Uchylilam drzwi i oba (!) koty zaczely biec w strone wejscia. Na szczescie nasz byl szybszy. Wbiegla, zamknelam Bandytowi drzwi przed nosem, a Oreo jak nie zacznie przez szybe prychac, syczec i warczec. Pare razy zamachnela sie tez groznie lapa!

Nie dajcie sie zwiesc tej dziwnej perspektywie - Bandyta jest duzo wiekszy od Oreo

Padlam ze smiechu, bo przed chwila siedziala spokojnie jak trusia, a jak jest bezpiecznie za oknem, to nagle zrobila sie odwazna! :D Udalo mi sie doprowadzic kuchnie do jako takiego porzadku, poskladac pranie i wstawic nastepne, kiedy przyjechal moj tata. Nie bylo go na zwyczajowej, niedzielnej kawe, wpadl wiec w poniedzialek. Troche popsulo mi to szyki, bo chcialam jeszcze pare rzeczy odhaczyc przed przyjazdem reszty rodziny, ale rozumiem tez ze tata nudzi sie jak mops siedzac w domu cala zime. Kiedy pojechal, musialam szybko konczyc obiad zeby zdazyc przed przyjazdem Potworkow. Dojechali, podalam im jedzenie i czekalismy na M. Jemu dojazd zajal sporo dluzej bo podjechal jeszcze do Polakowa wyslac w koncu nasze paczki, a pozniej zaszedl jeszcze do sklepu. Po fakcie zalowalam ze sama nie wyslalam tych paczek, bo malzonek do swoich rodzicow wyslal lotnicza, wiec dojdzie szybko, ale moja, poniewaz byla duza i dosc ciezka, wyslal morska, zeby bylo taniej Bedzie szla pewnie 2 miesiace. :/ Wszystkie upominki kupowalam pozna jesienia, wiec sa w klimacie bozonarodzeniowym, a przyjda prawie na Wielkanoc. :O Ja pewnie przelknelabym te $70 za przesylke i wyslala lotnicza zeby dostali ja jak najszybciej... Malzonek zasiadl przed tv, dzieciaki zaszyly sie w pokojach, a ja dalej odgruzowywalam chalupe. Nadeszla pora zabrania Potworkow na basen, ale M. stwierdzil ze dosc sie tego dnia najezdzil i idzie spac. O 18:35! :O W takim razie to mi przypadl zaszczyt odwiezienia, a pozniej odebrania mlodziezy. Tym razem nawet nie skrocono az tak treningu i udalo mi sie ich podejrzec przy plywaniu.

To blade na plecach, to Nik, choc to akurat juz wyglupy, a nie czesc treningu ;)

Po powrocie do domu zostalo juz oczywiscie tylko tyle czasu zeby wziac prysznice, zjesc kolacje i szykowac sie do lozek. Niestety, wieczorem Nik zaczal narzekac na bol gardla i ze czuje sie... dziwnie. Bardzo obrazowy opis. :D Lekko sie podlamalam, bo dopiero co Bi przeszlo przeziebienie, to teraz syn zaczyna... 

We wtorek pobudka do szkoly jak zwykle i tylko szczeka mi opadla, kiedy zobaczylam na termometrze -11. :O Oczywiscie zabralam Potworki na przystanek samochodem, choc autobus przyjechal bardzo szybko, wiec dlugo by tam nie stali. Samopoczucie Kokusia bez zmian. Rano narzekal, ze boli go gardlo i czuje sie "slaby". Goraczki jednak nie mial, a po takim opisie dolegliwosci ciezko znalezc wymowke zeby nie puszczac go do szkoly, wiec pojechal. W domu zabralam sie oczywiscie za zwykle porzadki, zlozyc pranie, rozladowac zmywarke, zmienic posciel. Syzyfowe prace. ;) Ledwie sie obejrzalam, a wrocily ze szkoly Potworki, po czym corka natychmiast podniosla mi cisnienie. Tego dnia, bylam z nia umowiona do fryzjera na 15:30. Zwykle dojezdzaja z Kokusiem do domu o 14:48-50, wiec stwierdzilam, ze akurat panna bedzie miala 20 minut zeby zjesc obiad, zanim bedziemy musialy wyjezdzac. Oczywiscie, jak na zlosc, akurat tego dnia mieli jakies opoznienie i przyjechali dopiero o 14:54. Niby tylko kilka minut pozniej, ale robi roznice. Panna od kilku dni az piszczala ze nie moze sie doczekac, tymczasem patrze jak idzie sobie z przystanku spacerkiem, wymachujac leniwie sniadanowka i gadajac z kolezanka. Tylko przekroczyla prog, a "napadlam" na nia czy ona nie patrzy na zegarek, nie widzi ktora godzina?! Zamiast pedzic do domu, to sobie pogaduchy urzadza?! Ze ma siadac natychmiast do stolu, bo juz zagrzalam jej zupe, zeby mogla od razu jesc! Bi, jak to Bi, cos tam fuknela pod nosem, po czym poszla (bez pospiechu)... poglaskac kota! Tu juz zdrowo ja ochrzanilam, bo ja ja poganiam, a ona jakby celowo jeszcze robi wszystko, tylko nie to o co ja prosze! Przy czym, kazde normalne dziecko, na ochrzan szybko popedzi do stolu, ale nie Bi, o nie! Ona zaczela jeszcze pyskowac, ze przeciez wolno jej chyba przywitac sie z kotem i jeszcze jakies tam swoje madrosci oraz racje. W koncu warknelam, ze jak natychmiast nie zamilknie to dzwonie do fryzjera odwolac wizyte i... podzialalo. ;) I jak trzeba, miske zupy zjadla w rekordowym czasie 10 minut. Pojechalysmy i strzyzenie poszlo w miare sprawnie. Bi miala wlosy czyste i myslalam ze obedzie sie bez mycia, ale fryzjerka stwierdzila, ze na mokre bedzie lepiej sie cielo. No to ok... Panna obciela sie chyba najkrocej w zyciu. Ogolnie jej sie podoba, ale chciala wlosy duzo mocniej wycieniowac, a fryzjerka wycieniowala przy twarzy, ale reszte tylko troche. Sama tez do niej chodze i nie wiem co ta kobieta ma z cieniowaniem, bo tak samo zawsze prosze o mocne cieniowanie, bo mam grube, geste wlosy i inaczej strasznie mi klapia, szczegolnie z tylu. I podobnie, praktycznie nigdy nie wycieniuje mi ich tak mocno, jak bym chciala... Moze kolejny raz wezme Bi gdzies indziej i zobaczymy.

Efekt koncowy

W kazdym razie pannie bardzo do twarzy w krotszych wlosach i jakos tak doroslej wyglada, mam wrazenie. ;) Ciekawe tylko jak beda sie prezentowac po umyciu, bo wiadomo ze Bi sama ich sobie tak nie wymodeluje. Wieczor uplynal juz leniwie, bo jak to we wtorek, nie jechalismy na basen, a Kokusiowi skonczyla sie koszykowka. Zreszta, nie wiedzialam dalej co z Nikowym przeziebieniem czy co to mu dolegalo. Po powrocie ze szkoly, twierdzil ze gardlo go nie boli, ale ma dziwne uczucie przy przelykaniu i do kompletu zapchany nos. :/

Sroda zaczela sie wczesnie i sennie... Jestem meteopata, a w nocy przeszedl jeden front, zas zaraz za nim nadchodzil kolejny. Bylo pochmurno i ponuro, wiec nie moglam sie dobudzic. Niespodziewanie rano wpakowala mi sie do lozka Oreo, a ze od dluzszego czasu nie jest "przytulasna" i mocno dawkuje nam czulosci, wiec pollezalam z nia ile moglam, glaskajac mieciutkie futerko. :) Tego dnia w koncu bylo tyci cieplej. Moj telefon twierdzil ze mielismy -4, ale termometr pokazal -1, a ze wydawalo sie bezwietrznie, to stwierdzilam ze Potworki moga pojsc na przystanek piechota. W koncu to tylko 3 posesje, a w dodatku biedna Maya od dluzszego czasu nie miala okazji poganiac za pileczka. Bi oczywiscie cos tam sie burzyla, ale nie zwrocilam na nia uwagi. Dzieciaki powiedzialy ostatnio, ze kiedy lezy snieg, nie wypuszczaja ich w szkole na dwor. W tutejszych szkolach jest zwyczaj, ktory mi sie nie do konca podoba, mianowicie, jesli jest powyzej jakiejs temperatury (zdaje sie, ze u nich jest to 0 stopni "odczuwalnych", czyli biorac pod uwage wiatr), dzieciaki sa na dluga przerwe wyrzucane na dwor. Nie, nie jest to opcja; wszystkie maja wyjsc i koniec, bez znaczenia czy sa przeziebione, kaszla, itd. A jak juz nieraz pisalam, tutejsza mlodziez ma awersje do kurtek. Okazuje sie jednak, ze jesli na trawnikach lezy snieg, dzieciarnia nie moze wychodzic. Zupelnie tego nie rozumiem, bo jeszcze w podstawowce mogli przyniesc sniegowce, nieprzemakalne spodnie oraz rekawice i bawic sie w sniegu. A teraz nie wolno im nawet wyjsc, gdzie wiadomo ze takie nastolatki nie pojda sie przeciez tarzac (chociaz za Kokusia nie dam sobie palca uciac ;P)... Tak czy owak, w Polsce wiem ze przynajmniej jest kultura wietrzenia, natomiast w Hameryce, w klasach okna sa praktycznie nie otwierane. Dzieciaki kisza sie w tych zarazkach, kurzu i duchocie. Fajnie wiec zeby mieli choc troche tego swiezego powietrza. Skoro na przerwie nie wychodza, to chociaz na przystanku niech te pare minut go powdychaja. ;) Jak to z moim szczesciem bywa, akurat jak wyszlismy, zerwal sie lekki wiatr i zrobilo dosc nieprzyjemnie. Na szczescie autobus przyjechal w miare o czasie. Potworki pojechaly, a ja moglam wrocic do zwierzynca. I kot i pies byli na dworze, ale Oreo przyleciala zaraz za mna, a psiur zalatwil co tam musial i tez po chwili zaczal patrzec tesknie przez szybke. ;)

Jesli o zwierzakach mowa, to do karmnika przylatuje nam dzieciol i straszy wszystkie inne glodomory ;)

Dzien uplynal mi na domowych pierdolkach oraz szukaniu pracy. Malzonek mial sprawe do zalatwienia, wiec wyszedl z roboty dwie godziny wczesniej i byl w domu przed Potworkami. Po obiedzie Nik odrabial lekcje, Bi czytala ksiazke, a M. drzemal na kanapie, az przyszla pora zawiezienia ich na trening. Wczesniej ojciec twierdzil, ze pojedzie pocwiczyc, ale po drzemce mu sie odechcialo. ;) Odstawil ich tylko pod silownie i wrocil do domu. W miedzyczasie zaczal padac snieg, choc zapowiadali go dopiero okolo 22. Kiedy godzine pozniej po nich jechalam, na poboczach robilo sie juz troche slisko. Pod silownia sie zalamalam, bowiem myslalam ze w taka pogode i to tuz przed 20, bedzie mniej ludzi. W poniedzialek bez problemu znalazlam miejsce naprzeciwko wejscia. Nie wiem co za zajecia maja w srodowe wieczory, ale musialam zaparkowac az z boku budynku, bo od frontu nie bylo wolnych miejsc, a ludzie parkowali wzdluz kop sniegu pozostalych po odsniezaniu, sprawiajac ze w wielu miejscach dwa auta nie mogly sie nawet wyminac... :/ Przez krazenie po parkingu, zanim weszlam do srodka i dotarlam na basen, dzieciaki akurat poszly sie przebierac, wiec nie widzialam jak Potworki plywaja. Wrocilismy do domu, szybka kolacja, prysznic i do spania. Mimo ze snieg nadal padal (choc lekko), a w nocy mial przejsc w marznacy deszcz, nic nie bylo slychac o opoznieniu lekcji, wiec do lozek kladlismy sie z niewiadoma. Bi liczyla na kompletne zamkniecie, ale na to od razu wiedzialam, ze nie ma szans. ;) No coz, czlowiek kladl sie z normalnie wlaczonym budzikiem, choc wiedzialam ze bede spac nerwowo i od 5 co chwila zerkac na telefon. ;)

Tak jak myslalam, przebudzilam sie o 5:18, zerknelam na telefon i znalazlam na nim wiadomosc, ze lekcje opoznione sa o 2 godziny. Nie wylaczalam jednak budzika, bo Nik ma swoj nastawiony na ta sama godzine, a chcialam mu powiedziec, ze moze spac dluzej. Bi wiedzialam, ze sama wie jak to sprawdzic. Niestety, nie dane bylo mi spokojnie dospac do dzwonka, bo w Oreo cos wstapilo i lazila po pokojach miauczac wnieboglosy. Podejrzewam, ze zaskoczona byla, ze Starsza nie wstala jak zwykle, ale serio, ciemno jak w doopie, a ta chodzi z jednej sypialni do drugiej i trzeciej i sie drze; oszalec mozna. W koncu zadzwonil moj budzik, poszlam do Kokusia, a tam niespodzianka - syn siedzi juz ubrany. :O Okazalo sie, ze jego tez obudzil kot i mimo ze tez sprawdzil ze lekcje sa pozniej, zamiast pojsc spac dalej, to wstal. Ja tam stwierdzilam, ze nie ma glupich i zaszylam sie spowrotem pod koldre. ;) Kiedy pozniej wstalam, oba Potworki byly juz po sniadaniu i przygotowane do szkoly. Jak zwykle nikt na osiedlu nie odsniezyl chodnikow (lacznie ze mna), wiec zabralam ich samochodem na przystanek, zeby nie musieli isc po "sniegu". W cudzyslowiu, bo choc wieczorem padal snieg, pozniej przeszedl on w marznacy deszcz, a nad ranem temperatura wzrosla powyzej zera i zaczal padac zwyczajny deszcz. Na chodnikach zrobila sie wiec zwyczajna, mokra ciapa. Bi opiekuje sie kotem sasiadow - Bandyta i wychodzac do niego zastanawiala sie glosno czy adidasy jej nie przemokna. Popukalam sie w czolo, pytajac dlaczego nie zalozy sniegowcow. Nie pomyslala. :D Tak czy siak, podwiozlam ich na przystanek, autobus wkrotce dojechal i moglam wrocic do cieplej i suchej chalupy. Zajelam sie normalnymi sprawami, czyli pranie, zmywarka, chwycilam za odkurzacz i dobrze ze jeszcze go nie wlaczylam, bo w ktoryms momencie uslyszalam cos jak miauczenie. Poniewaz moj wlasny kiciul spal na fotelu, zastanawialam sie czy mi sie nie przeslyszalo, ale nie. Pod drzwi przyszedl znow tamten rudo - bialy kocurek. Caly mokry biedak. Przynioslam mu puszke z zarciem, ale ku mojemu zaskoczeniu wcale nie chcial jesc. Zastanawiam sie wiec dlaczego lazi i sie wydziera? Chce zeby go wpuscic do domu? No coz, u nas musialby najpierw stoczyc batalie z Oreo, ktora znow przez szybe syczala i warczala. :D

Jedno z ciekawszych umaszczen, jakie widzialam

Pozniej zabralam sie juz za sprzatanie, ale ze dzieciaki pojechaly do szkoly pozniej niz zwykle, skonczylam wlasciwie tuz przed ich powrotem. Do domu dojechala reszta towarzystwa, zjedlismy obiad, a potem Nik zabral sie za odrabianie lekcji, Bi za pieczenie chlebka bananowego, M. wlaczyl jakies glupoty w telewizji, a ja stwierdzilam, ze pomacham troche szufla. Mimo ze temperatura wzrosla do 4 stopni, ale bylo pochmurno i poranna ciapa ani myslala topniec do konca. Na noc zas zapowiadali powrot mrozu i juz widzialam oczami wyobrazni, jak to wszystko zamarza. Pomyslalam, ze jak odgarne, to moze szybciej przeschnie. Pozgarnialam wiec troche, potem przyciagnelam smietniki do ulicy bo w piatki zabieraja u nas smieci. Niestety, z tego co widzialam zanim zrobilo sie ciemno, to podjazd oraz kostka nadal byly mokre. :/ Zanim zrobilo sie zupelnie ciemno, Bi pobiegla jeszcze do Bandyty, ktorego wypuscila po szkole, a teraz wpuscila i nakarmila. Potem juz siedzielismy z zerkaniem na zegarek, bo na 18:30 Potworki mialy basen. W czwartki trening jest wczesniej i wiecznie mi to umyka, teraz wiec nerwowo co chwila sprawdzalam godzine. Malzonek ich zawiozl i poczatkowo nawet zastanawial sie czy nie zostac i nie pocwiczyc, ale w koncu stwierdzil ze jednak mu sie nie chce. ;) Przyszykowal sie wiec na kolejny dzien i poszedl polozyc, a ja pojechalam po mlodziez. Kolejny dzien tlok na parkingu byl niesamowity, choc tym razem udalo mi sie zauwazyc, ze mieli jakies wieksze spotkanie tenisowe, wiec moze to stad. Mialam jednak fuksa, bo akurat niedaleko wejscia ktos wyjezdzal, wiec szybko wslizgnelam sie na jego miejsce. ;)

Bi doplynela do scianki

Trening jak zwykle skonczyl sie wczesniej, wiec choc corke udalo mi sie przyuwazyc plynaca ostatnie dwie dlugosci basenu, syn akurat wychodzil z wody. Wrocilismy do chalupy, prysznic i do spania zeby odpoczac przed ostatnia wczesna pobudka w tym tygodniu. 

Piatek przywital nas temperatura -3, ale przy sporym wietrze, wiec odczuwalna wyniosla -7. Poniewaz dodatkowo nie bylam pewna czy podjazd oraz chodnik nie sa oblodzone, zabralam Potworki na przystanek autem. Okazalo sie, ze miejscami faktycznie byly placki lodu, tam gdzie dzien wczesniej sciekala woda z topniejecego sniegu. Wiatr pomogl jednak przesuszyc wiekszosc powierzchni. W kazdym razie Potworki sie cieszyly, choc Bi przekonywala, ze moglabym ich po prostu zawiezc do szkoly. :D Dzieciarnia odjechala, a ja oczywiscie wrocilam do chalupy na sniadanie oraz kawe, po czym musialam sie zebrac na tygodniowe zakupy. Kiedy popijalam kawke, wyjrzalam przez okno, a tam... sypie! I to porzadnie, z wielkimi platkami sniegu! Niestety, wszystkie proby uchwycenia tego na zdjeciu, wyszly srednio.

Na tle ciemnego domu sasiadow, mozna bylo to najlepiej dojrzec

Snieg popadal sobie pol godzinki, po czym tylko proszyl, ale za to zaczelo sie przebijac slonce. I tak zostalo na reszte dnia. Taka dziwna pogoda. :) Zrobilam zakupy, gdzie w szoku bylam, bo zwykle w piatkowy ranek w supermarketach sa pustki, ot, garstka emerytow i mamusie z maluchami. Tym razem tlumy w sklepie, kolejki do kasy, rany! Dopiero po chwili przypomnialo mi sie, ze na sobotnie popoludnie zapowiadaja snieg, ktory w nocy ma przejsc w marznacy deszcz. Prognozy oczywiscie strasza ile wlezie i ludzie rzucili sie na ostatnie zakupy, bojac sie najwyrazniej, ze potem przez tydzien nie wydostana sie z domu. :D Gwoli scislosci, zapowiadaja zawrotne 10 cm sniegu, a drogi sa tak wysypane sola, ze nie wiem ile tego marznacego deszczu musialoby spasc zeby miec jakis efekt na jezdnie. No, ale panika wsrod tubylcow wybuchla... ;) Reszta wczesnego popoludnia uplynela mi jak zwykle na domowych porzadkach oraz przegladaniu ofert pracy. Z tym ostatnim, kicha totalna... :/ Wrocily ze szkoly Potworki, cale szczesliwe, bo przed nimi 4-dniowy weekend. Takie mini ferie zimowe. ;) Poczatkowo myslalam zeby zabrac ich na narty, skoro mam te karnety, ale pechowo na sobote mamy plany, a w niedziele zapowiadaja marznacy deszcz, a pozniej zwykly, ale do konca dnia. W poniedzialek Bi umowila sie znow do galerii z kolezankami, a we wtorek mamy miec odczuwalna temperature na kilkanascie stopni mrozu. I pewnie, ze na nartach lepiej jezdzic jak jest zimno, niz za cieplo, ale bez przesady... ;) Tak czy siak, niedlugo po Potworkach, wrocil z pracy M. Zaskoczyl mnie kompletnie, bo poza obiecanym dzieciakom sushi, przywiozl tez po bukiecie kwiatow dla mnie oraz Bi i czekoladzie dla Kokusia. Nie wiem co go napadlo, bo jak wiecie, moj malzonek nie ma zupelnie pamieci do urodzin, swiat czy rocznic... :D Zaraz po powrocie zebral sie i popedzil na silownie, majac nadzieje, ze z okazji Walentynek beda pustki, a po powrocie napalilismy w kominku, bo na noc chwytal porzadny mroz, a poza tym juz dawno nie grzalismy tylkow przy ogniu. :) Na koniec, z okazji dzisiejszego Dnia:
:D

Do przeczytania!

piątek, 7 lutego 2025

Tydzien koncow roznorakich

Poniewaz jestem ponownie bezrobotna, sobota, 1 lutego, oznaczala dluzsze spanie. Nalezy nadmienic, ze dla calej rodziny, bo i M. mial wolne, choc zerwal sie przed 7. Co do zwolnienia z poczty, mam takie mieszane uczucia, ze moglam moze troche inaczej rozegrac ta rozmowe z byla szefowa, przytaknac, ze tak, oczywiscie, jestem zawsze gotowa przyjsc do pracy, itd. A potem robic swoje. ;) Choc podejrzewam, ze to zwolnienie to i tak byla kwestia czasu, bo odmowilabym kolejny raz i kolejny i skonczyloby sie tak samo. A za kilka miesiecy przyszlaby wiosna, lato, czas kempingow... A ja bylabym udupiona, bo wszystkie soboty wstawiona bylabym w grafik. A do tego w dlugie weekendy, kiedy zwykle wyjezdzamy z przyczepa, wszyscy stali listonosze chcieliby na bank miec wolne, wiec tez mialabym pracowac. Czyli w tym roku kempingi musielibysmy sobie zupelnie odpuscic... Niestety, przy takiej robocie 1-2 dni w tygodniu, okres probny trwajacy 90 przepracowanych dni, oznacza zwyczajnie kalendarzowy rok. Cale 12 miesiecy zycia w zawieszeniu i byciu ciagle w gotowosci i na kazde zawolanie. I fakt, ze wiekszosc z tych stalych listonoszy to przeszla, choc duzo zalezy od sytuacji oraz szczescia. Wiadomo, ze gdybym nie miala dzieci i ich zajec, soboty w pracy az tak by mnie nie gryzly. Slyszalam zreszta jak jeden z listonoszy w ktoras sobote mowil, ze specjalnie sie nie spieszy, bo po co ma wracac do domu o 13. A to osoba ktora ma dwoje dzieci, a do tego, nawet jesli przepracuje 4 godziny, zaplaca jej za 8! I on sie zupelnie do rodziny nie spieszy. Czyli do roboty na poczcie jednostka idealna. Slyszalam tez sporo historii, gdzie zastepcy trafiali na trase gdzie ktos byl na zwolnieniu lekarskim, albo na taka, ktora nie byla do konca pelna (bo ta musi byc liczona na iles tam godzin tygodniowo), wiec od razu pracowali wlasciwie na pelny etat. Czesto, kiedy ktos trafial na zastepstwo, ten staly listonosz juz nie wracal i zastepca w ciagu kilku miesiecy dostawal swoja trase i pelen pakiet. Podejrzewam wiec, ze osoby ktore tam siedza, wlasnie nie maja rodziny (albo ich ona malo obchodzi), albo trafia im sie fart. Coz... ja nie mam ochoty trwac w takim zawieszeniu na kolejne lata. Troche mnie tylko gryzie to, ze nigdy wczesniej z zadnej pracy nie zostalam zwolniona; wrecz przeciwnie, z wiekszoscia szefow mialam zawsze bardzo dobre stosunki. Odzywa sie wiec we mnie reszta ambicji, ze jak to?! Zwolnili?! Mnie?! :D Najgorzej, ze w poniedzialek mam tam pojechac oddac karte, a nie mam ochoty nawet patrzec na morde tego babsztyla. Niestety, po pierwsze ma mi dac ostatni czek, a po drugie doczytalam, ze za nie oddanie karty grozi grzywna w wysokosci. $200. :O No to grzecznie pojade...

Wracajac do soboty, bo odplynelam od brzegu. ;) To byl taki dziwny dzien, gdzie rano mielismy kilka stopni na plusie, ale temperatura zamiast rosnac jak zwykle w dzien, to spadala i juz w poludnie zrobil sie mroz. Niestety, Bi poprzedniego wieczora narzekala na bol gardla, a teraz puscilo jej sie tez z nosa. Normalnie ochrzanilabym ja za wracanie z imprezy w samej sukience na ramiaczkach, bez chocby bluzy. Tym razem jednak wiem, ze jedna z jej kolezanek nie byla w szkole ktoregos dnia w zeszlym tygodniu, bo wlasnie bolalo ja gardlo, czyli Bi prawdopodobnie zlapala wirusa. :/ Rano M. pojechal na silownie, ale pozniej jedynym planem dnia byl mecz koszykowki Kokusia. Poniewaz wczesniej mialam tego dnia pracowac, caly dzien co zerknelam na zegarek, wpadalo mi do glowy, ze "Jeszcze bym pewnie sortowala poczte", albo "O, teraz moze juz bym wyjechala w trase". Pierwotnie tez na mecz Nik mial jechac z tata, ale ze matka dostala permanentne wolne, wiec zabral sie ze mna. Z czego oczywiscie bylam bardzo zadowolona. ;) To byl juz kolejny meczyk, gdzie chlopaki poczatkowo ledwo biegali i w ktoryms momencie przegrywali 9:17. Spodziewalam sie kolejnej porazki, a tymczasem w ktoryms momencie jak zaczeli strzelac kosza za koszem (Nik dwa razy rzucal, ale spudlowal), to wyrownali, a potem dorzucili jeszcze pare punktow i wygrali cos 35:27.

Jedyne zdjecie, jakie pstryknelam. Nik przy pilce, ale niestety, moj telefon ustawil sobie ostrosc gdzie chcial

Tamta druzyna grala calkiem niezle, ale chyba przyzwyczaili sie do wygranych, bo jeden chlopiec co chwila plakal i trener zatrzymywal gre (nasi go kilka razy popchneli i tamci strzelali karne), a inny wyszedl z meczu otwarcie wyjac, choc to on co chwila faulowal. ;) W kazdym razie, mielismy szczescie, bo mecz byl o 13:30, wiec do domu dojechalismy jeszcze przed 15, a to oznaczalo ze spokojnie moglismy pojechac na msze. Po powrocie mielismy juz zwykly, leniwy wieczor.

W niedziele M. rano pracowal, ale Potworki oraz ja ponownie spalismy dluzej. Kiedy sie zwloklismy i zjedlismy sniadanie, wlaczylam skoki narciarskie i napisalam do taty czy wpada na kawe. Oczywiscie wpadl, a w miedzyczasie zapodzial mi sie malzonek. Tak dlugo nie wracal, ze sprawdzilam jego lokalizacje i pokazalo gdzies w sasiedniej miejscowosci, ale chwile pozniej, ze juz jedzie w kierunku domu. Zagadka rozwiazala sie, kiedy dojechal. Okazalo sie, ze dorwal dobra okazje na krzeslo dla Kokusia - takie dla prawdziwego gamer'a. :D Uzywane, ale w stanie idealnym. Przetarlam je tylko sciereczkami odkazajacymi na wszelki wypadek i juz. Mlodszy zachwycony rzecz jasna, bo na stare krzeselko narzekal odkad dostal komputer i faktycznie - jego cztery litery ledwie sie na nim miescily. :D

Gracz w akcji

Teraz jeszcze trzeba mu kupic wieksze biurko, bo to jest naprawde za niskie, a do tego nadal upieram sie, ze chce aby mial miejsce na odrabianie lekcji. Dziadek jak zawsze posiedzial dobrych pare godzin. Okazalo sie przy tym, ze wymienil samochod i to juz 3 tygodnie temu. Tydzien temu nie byl na kawie, a dwa tygodnie temu przyjechal drugim, starszym (nie pamietam dlaczego) i nie pisnal pary z ust! :D Teraz w koncu pochwalil sie nowa bryka. Najlepsze, ze stare auto mial chyba niecaly rok. Chcial kupic Mazde, ale jak pojechal do salonu, powiedzieli mu ze sprzedana, po czym tak go zagadali i zakrecili, ze wyjechal... Nissanem! :O Auto bylo w sumie bardzo fajne; taki maly SUV i wydawalo sie, ze tata w koncu zaakceptowal, ze nie byl to jego pierwszy wybor. A tu prosze; nie mogl jednak przebolec i jak tylko Nissana splacil, wymienil go na Mazde! :D Samochod piekny i w ogole, ale... czarny. Zyczylam tacie powodzenia w utrzymaniu go w czystosci. ;) Malzonek mial kiedys i auto czarne i ciemnobrazowe i to byla zalamka. Kazdy pylek, kurz, zima sol na drogach... Te samochody wlasciwie caly rok wydawaly sie brudne, nawet jak dopiero co sie bylo z nimi w myjni. ;) W koncu moj tata pojechal, napalilismy w kominku, bo na wieczor zapowiadali snieg i w powietrzu czuc bylo taka nieprzyjemna wilgoc i... fajnie byloby sobie posiedziec w cieple, ale nie ma tak dobrze. To znaczy, M. oraz Bi siedzieli, cale zreszta szczescie, bo ta ostatnia smarkala, ale Nik niestety zaproszony byl na urodziny. On sie oczywiscie cieszyl, ja zreszta tez nie mialam nic przeciwko, tyle ze impreza na 17. Kurcze, zwykle o tej porze to wszelkie urodziny sie konczyly a nie zaczynaly. :D U Kokusia zreszta nadszedl taki okres jak u Bi, ze o przyjeciu nie wiedzialam nic, poza miejscem, dniem oraz godzina. Zaproszenie Nik dostal telefonicznie i sam wszystko ustalal. Nie wiedzialam kto jeszcze jest zaproszony, ani nie znalam solenizanta. Poczatkowo zreszta Mlodszy cos pomylil i powiedzial ze zabawa jest od 17 do... 21! :O W dzien imprezy jednak okazalo sie na szczescie, ze tylko do 19. ;) Zawiozlam wiec syna na przyjecie, ktore odbylo sie w takim klubie, gdzie maja i kregle i bitwe laserowymi pistoletami i cala sale automatow do gier. Tym razem zabawa to byly kregle oraz automaty.

Trzeba zmienic buty na "sliczne" bambosze do kregli ;) 

Zastanawialam sie co robic w czasie imprezy, ale ostatecznie wrocilam do domu. W tej okolicy jest bardzo duzo roznorakich sklepow, ale wiadomo, ze "szoping" to nie to, co Agatki lubia najbardziej. ;) Ostatecznie wrocilam do domu, choc z jazda w te i we w te, posiedzialam w nim niecala godzine, po czym musialam jechac po Kokusia.

Obawialam sie jak odnajde Kokusia w tlumie oraz wsrod automatow, ale dosc szybko sam sie znalazl

Cale szczescie, ze zabawa nie byla faktycznie do 21, bo juz kiedy wracalismy, zaczal padac snieg. Nie minelo pol godziny od naszego powrotu, a sypalo az milo. Bi oczywiscie zmawiala wszelkie modlitwy zeby kolejnego dnia zamkneli szkoly, ale powiedzialam jej, ze w najlepszym wypadku moze liczyc na opoznienie, bo mialo spasc raptem kilka cm. ;) Akurat dojechalismy z Mlodszym do domu, kiedy okazalo sie, ze odwiedzil nas ponownie kiciul, ktorego juz kiedys dokarmialysmy. W sumie to moze przychodzi pod nasz dom czesciej, tyle ze go nie widzimy, choc teraz kamery powinny go zlapac. W kazdym razie, kot jak zwykle lasil sie, mruczal, dostal troche suchych chrupek, troche mokrego zarcia i poszedl.

Tym razem udalo mi sie zajrzec mu pod ogon i jest to zdecydowanie kocur i to nie wykastrowany! :D

Szkoda mi go bylo, bo w nocy mroz i snieg, ale w sumie to poszedl z wlasnej woli. No i Oreo przez szybe syczala i warczala. Poza tym, nawet gdybym zamknela przybysza w piwnicy, nie wiem czy wytrzymalby cala noc bez dostepu do kuwety...

Obudzilam sie w poniedzialek nad ranem i szybko sprawdzilam wiadomosci. Okazalo sie, ze moje przewidywanie sie spelnilo i szkol nie zamkneli, ale opoznili lekcje o 2 godziny. Bi wiedziala jak to sprawdzic, ale co do Kokusia to stwierdzilam, ze jego budzik tak trabi, ze uslysze i przyjde powiedziec mu ze moze spac. Pechowo jednak, cos sobie sciszyl w telefonie i zorientowalam sie, ze wstal dopiero, kiedy uslyszalam kroki na schodach. Szybko zawolalam ze moze wracac do lozka, ale kawaler byl juz ubrany i rozbudzony, wiec nie chcialo mu sie spowrotem klasc. Ja oraz Bi jednak jeszcze troche dolezalysmy. Po wstaniu, panna probowala wynegocjowac zostanie w domu. I nie pomagalo przypomnienie, ze kiedy w tym domu zostaje, to potem zali sie, ze tyyyle ma do nadrobienia. Poniewaz nie miala nawet stanu podgoraczkowego i tylko zapchany nos, bezlitosnie dalam jej tabletki i wyslalam na edukacje. :D Zabralam ich jednak na przystanek autem, bo nikt nawet nie zaczal odsniezac podjazdow, ze o chodniku juz nie wspomne. Musieliby albo isc ulica, a potem na niej stac, co jest niezbyt bezpieczne, albo brodzic po kostki w sniegu. Poniewaz zadne nie chce przebrac butow w szkole, zas w sniegowcach przez caly dzien parza im sie stopy, wiec co bylo robic. Oni odjechali, a ja wrocilam do domu i siadlam z kawa. Czekalam chwile zeby pojechac na poczte oddac karte identyfikacyjna.

Zrobilam sobie fote na pamiatke ;)

Nie chcialam jechac za wczesnie, kiedy wszyscy sie tam kreca. Po co maja na mnie patrzec ze wspolczuciem lub politowaniem. ;) Stwierdzilam, ze jak wyjade po 11, to zanim tam dotre, wszyscy powinni juz wyjechac w trase. Niestety, nie przewidzialam ze przeciez nie tylko byl poniedzialek, ale jeszcze spadl snieg. Dojechalam dopiero o 11:44, a tymczasem dwoch listonoszy wlasnie wyjezdzalo w trase, jeden dopiero odsniezal woz, a trzeci nadal krecil sie w srodku. Poszlam do bylej szefowej, ktora z usmiechem i takim tonem jakby mnie po prostu witala w pracy, wreczyla mi czek. Podalam jej karte, mruknelam "do widzenia", odwrocilam sie na piecie i wyszlam. Tylko jednemu chlopakowi (temu z tej drugiej trasy, ktorej sie uczylam) zyczylam powodzenia we wszystkim. W koncu byl bardzo sympatyczny, zeby sie utrzymac, poza poczta pracuje na nocki w innej robocie, wiec zycze mu jak najlepiej. Niech sie jak najszybciej dochrapie stalej posady listonosza. :) Tak wygladalo moje finalne pozegnanie ze "wspanialym" urzedem pocztowym. :D Wrocilam do chalupy i z zalamka rozejrzalam sie wokol domu. Rano bylo -3, ale temperatura podniosla sie do 6 stopni na plusie. Poniewaz sniegu spadlo naprawde 5-6 cm, wiec spodziewalam sie, ze wszystko szybko stopnieje i obejdzie sie bez odsniezania. No niestety, mimo wzglednego ciepla, bylo pochmurno, wiec topnialo tylko miejscami, ale wiekszosc podjazdu, oraz caly chodnik i kostka prowadzaca do drzwi, byly nadal pokryte sniegiem. Co bylo robic, wypilam szybko kolejna kawke na energie i chwycilam za szufle.

Najgorsze miejsce, gdzie snieg nie topnieje, a za to czesto sie wchodzi i wychodzi

Poczatkowo chcialam zrobic porzadek glownie przy frontowym wejsciu, tam bowiem slonce praktycznie nie dochodzi, wiec wiadomo ze snieg bedzie lezal calymi dniami, a w koncu zmieni sie w lod. Poniewaz jednak napadalo naprawde niewiele, ostatecznie odszuflowalam wszystko. Moje plecy mi tego nie wybacza. :)

Maya zapozowala na zdjeciach przed i po :D

Zrobila sie 14, wiec pol godziny pozniej Potworki konczyly lekcje, ale na szczescie nie musialam szykowac obiadu, bo M. mial zajechac po chinczyka. Wrocily dzieciaki, calkiem zadowolone, bo z powodu porannego opoznienia wszystkie lekcje mieli skrocone. Bi ucielo znienawidzona (niewiadomo czemu) godzine wychowawcza, a Kokusiowi przeniesli test z matematyki na srode. Niedlugo po dzieciakach dojechal z obiadem M., a potem mielismy calkiem luzny wieczor. Bi nadal byla porzadnie zasmarkana, wiec nie jechala na basen, a Nik wiadomo, ze sam jechac tez nie chcial jak nie musial. ;) Zostalismy wiec w chalupie i Mlodszy wdal sie w jakas grupowa rozmowe z kolegami, trwajaca bita godzine. Ambitnie tez uczyl sie na test z hiszpanskiego, ktory mial miec nastepnego dnia. Az dziwilam sie kto mi podmienil syna. :D Bi zas, ktora znow nie miala nic zadane, zabrala sie ponownie za pieczenie ciasteczek, tym razem z czekolada. Probowalismy ja od tego odwiesc, bo poza Kokusiem, nikt u nas w domu specjalnie za takimi ciastkami nie przepada, ale sie uparla. Ostatecznie przekonalismy ja zeby chociaz upiekla je z polowy skladnikow. Tak zrobila, po czym wszyscy zjedlismy po ciastku, wziela kilka do szkoly dla kolezanek i zostaly... dwa. Moze to zreszta i dobrze, bo ile mozna wpierdzielac tych slodkosci. :D

We wtorek juz normalna pobudka do szkoly. Wyszykowalismy sie i pomaszerowalismy, ja na chodnik przed domem, dzieciaki na przystanek. Mimo ze w nocy bylo niby na plusie, ale jednak przy samym podlozu musialo lekko zmrozic, bo obie z Bi malo nie wywinelysmy orla przy zejsciu z kostki na podjazd. Niestety, ale to co dzien wczesniej odsniezylam, nie zdazylo wyschnac i podjazd zmienil sie miejscami w lodowisko. Na szczescie tego dnia mialo byc odrobine chlodniej, ale za to slonecznie, wiec wiedzialam, ze spokojnie doschnie. Autobus dojechal juz o 7:23 i kolezanka Bi nie zdazyla dojechac. Napisalam szybko do jej taty, ale odpisal dopiero pozniej, ze za dlugo sie szykowala. Na szczescie zlapala transport kiedy zrobil koleczko. :) Wrocilam do domu, ogarnelam troche kuchnie, zjadlam sniadanie i moglam usiasc z kawka. To byl jeden z tych dziwnych dni, gdzie rano byla najwyzsza temperatura. W poludnie zerwal sie mocny polnocny wiatr i nagle nie tylko odczuwalna zrobila sie ujemna, ale ta faktyczna rowniez zaczela gwaltownie spadac. Zmotywowalam sie wreszcie zeby zapakowac paczke dla mojej siostry. Upchniecie wszystkiego w pudle to byla istna zabawa w tetrisa, ale sie udalo, choc na wierzchu bylo troche luzu i zastanawialam sie, czym to wypchac. Pozniej siadlam do ofert pracy. Mialam cudowne 2 miesiace, kiedy czekalam na ta federalna agencje, a ze nic nie wskazywalo na to, ze cos mialo pojsc nie tak, wiec odpuscilam sobie dalsze poszukiwania. Teraz niestety musze do nich wrocic, a rynek jest tak samo beznadziejny jak kilka miesiecy temu. :( Wrocily ze szkoly Potworki, a niedlugo po nich M. Wyjatkowo nawet Nik nie mial pracy domowej, wiec wszyscy moglismy spedzic reszte popoludnia oraz poczatek wieczora na relaksie. Podjechalam z Bi do biblioteki, bo w szkolne dni maja zakaz elektroniki, a ostatnio oddalam ksiazke, ktora czytala. No niestety, panna ma zwyczaj wypozyczania calego stosu. Przyznaje, ze zwykle szybko jej idzie, ale troche sie przeliczyla kiedy wypozyczyla 4 i 5 czesc Harrego Pottera na raz. Pierwsza z nich przeczytala, ale zanim przebrnela przez kolejna, nie tylko minely pierwsze 3 tygodnie (na tyle biblioteka poczatkowo wypozycza), nie tylko kolejne trzy po przedluzeniu, ale jeszcze nastepne, po ktorych dostalam z biblioteki rachunek. :O Poniewaz nie mialam ochoty placic $30 za ksiazke ktorej nie planuje sobie zatrzymywac, wiec szybko ja oddalam, co automatycznie niweluje kare. Minelo jednak pare dni i pojechalysmy po nia ponownie i moglabym przysiac, ze to ta sama kopia! :D Po powrocie jeszcze chwila siedzenia, po czym trzeba bylo jechac na trening koszykowki z Kokusiem. Na szczescie juz ostatni. Treningi rozpoczynajace sie o 19:30 i w dodatku przedluzane do 20:45, po prostu wykanczaly... Trzeba jednak przyznac, ze Mlodszy naprawde ten sport lubi i chyba ani razu nie jeczal, ze nie chce mu sie jechac. Tym razem tez pojechal chetnie; zreszta zjawili sie prawie wszyscy chlopcy.

Wpadnie, czy nie wpadnie? :D

Nik biegal z kolegami, a ja krazylam po ciemnawej szkole, ziewajac i probujac zlapac zasieg, bo nie moglam nawet nic poczytac na telefonie. Litosciwie, trener przedluzyl trening "tylko" o 10 minut. Coz, zawsze to 5 minutek wczesniej w domu. ;) Czyli zostal tylko ostatni mecz i zegnamy koszykowke na ten sezon... Po powrocie do domu kolacja i szykowac sie do lozka, choc Nik jeszcze cos tam przegladal przed kolejnym testem z matematyki. Naprawde nie wiem co w niego ostatnio wstapilo. Zobaczymy czy te dodatkowe powtorzenia materialu beda mialy jakies odzwierciedlenie w ocenach... ;)

Imieninowy dzien, czyli srode, zaczelam zwyczajowa pobudka, jak to w dzien szkolny. ;) Z tymi imieninami to zartuje, bo "obchodzilam" je tylko jako dziecko. Obchodzenie w cudzyslowiu, bo tak naprawde to ta tradycja byla dosc mocno zakorzeniona tylko w rodzinie mojej babci od strony taty. Co roku dostawalam od niej z tej okazji wielka paczke lakoci, a pozniej i troche kasy. Niestety, wraz ze smiercia babci, imieniny zaczely sie ograniczac do przelotnego "wszystkiego najlepszego" i tyle. W rodzinie M. w ogole sie ich nie obchodzilo, do tego stopnia, ze on sam nawet nie wiedzial kiedy jest dzien jego patrona, a w Hameryce takie cos kompletnie nie istnieje. Odkad wiec wyjechalam z Kraju, czesto nawet nie pamietam, ze 5 luty to imieniny Agaty. ;) W kazdym razie, bylo -8 stopni i nadal dosc mocno wialo, wiec zabralam Potworki na przystanek autem, szczegolnie ze Bi nadal miala dosc mocno przytkany nos. Tego dnia kolezanka Starszej przyjechala pierwsza na przystanek. :D Autobus dojechal szybko, Potworki odjechaly, a ja wrocilam do chalupy. Sniadanie, kawa i trzeba sie bylo zabrac za jakas robote, a tej w domu, wiadomo, nie brakuje. Przytaszczylam odkurzacz i zabralam sie za odkurzanie parteru. Kurcze, niby w koncu wymienilismy baterie w samojezdzacym odkurzaczu i wlaczam go regularnie, ale i tak tempo w jakim pojawiaja sie jakies smieci czy okruchy, jest niesamowite. Tego ranka ktores z dzieciakow nanioslo w korytarzu oraz kuchni pelno piachu. Podejrzewam, ze to Nik, ktory zamiast isc z podjazdu kostka, zawsze lezie na przelaj, przez trawnik. Akurat trawy o tej porze roku troche brakuje, ale za to mozna liczyc na blocko. I prosze. :/ W miedzyczasie mialam "ciekawa" rozmowe o prace, o ktorej pisalam w poprzednim poscie. :D Kiedy uporalam sie ze sprzataniem, zabralam sie za obiad i zeszlo mi niemal do powrotu Potworkow ze szkoly. Wrocil M., wszyscy zjedli i malzonek zasiadl przed tv, Nik odrabial lekcje, a Bi szydelkowala. Ja mialam dalsze domowe duperele, czyli skladanie prania oraz ogarnianie naczyn. Odkad zaczely sie koszykowka oraz narty, zaczelismy w srody robic dzieciakom wolne od basenu, zeby Nik mial jeden dzien relaksu w srodku tygodnia. W ten poniedzialek nie plywali bo Bi smarkala, ale mimo wszystko chcialam sie upewnic, ze panna zupelnie wydobrzeje (mimo ze wygladala i brzmiala duzo lepiej), wiec tego dnia tez odpuscilismy. Niespodziewanie, wczesnym wieczorem dostalismy wiadomosc, ze kolejnego dnia szkoly mialy byc zamkniete. No, moze raczej "spodziewanie", bo znajac hamerykanckie zwyczaje, wszyscy uwaznie sledzili prognozy. Na czwartek zapowiadano snieg majacy przejsc w marznacy deszcz i armagedon na drogach. A wiadomo, ze to czesto - gesto oznacza snow day dla uczniow. ;) Nasza miejscowosc jednak slynie z tego, ze takie decyzje podejmuje dopiero w ostatniej chwili, najczesniej po sprawdzeniu prognoz (lub widoku za oknem) o 5 nad ranem. Nieraz bylo tak, ze wiekszosc Stanu dawno oglosila zamkniecie szkol, a my kladlismy sie spac nie wiedzac czy dzieciaki beda jechaly sie edukowac, czy nie. Takie ogloszenie dzien wczesniej to ewenement, ale milo bylo choc raz klasc sie do lozek wiedzac, ze rano nie trzeba bedzie nerwowo sprawdzac wiadomosci. Oczywiscie Potworki skorzystaly z tej wiedzy siedzac wieczorem do oporu, co zwykle przydarza im sie tylko w weekendy lub wakacje. :)

W czwartek M. pojechal jak zwykle nad ranem do roboty, ale mial szczescie, bo o tej porze jeszcze nawet nie zaczynalo padac. Potworki oraz ja moglismy pospac dluzej, choc mnie przeszkodzila Oreo. O 7 rano lazila po pokojach drac sie wnieboglosy. Najpierw probowalam ja zignorowac, ale potem slyszalam, ze dzieciaki zaczely sie krecic w lozkach, a nie chcialam zeby ich rozbudzila. Wstalam wiec i wyszlam z pokoju, na co kot natychmiast pobiegl radosnie na dol. Mialam wywalic go na dwor, ale spadla juz warstewka sniegu, wiec zrobilo mi sie jej zal. Zeby jednak dala nam jeszcze troche pospac, zamknelam ja za drzwiami do piwnicy, po czym wrocilam do lozka. Spodziewalam sie, ze juz nie zasne, ale padlam jak mucha i kiedy o 8:30 zadzwonil moj budzik, bylam zupelnie nieprzytomna. Z trudem zmusilam sie zeby podniesc glowe o zaglowek i nie dac sobie ponownie zasnac, balam sie bowiem, ze zbudze sie o 10. ;) Bi juz nie spala i po chwili zeszla na dol. Cale szczescie, bo kotu znudzila sie piwnica i tak wrzeszczal pod drzwiami, ze slychac ja bylo na gorze. :D Kiedy w koncu wstalam, okazalo sie, ze nawet Nik juz sie obudzil i gral w lozku na telefonie. Zamkniecie szkol mialo moze troche sensu, bo choc na powierzchniach lezala warstewka sniegu, delikatne dzwonienie o parapety i inne powierzchnie za oknem, wskazywaly ze padal marznacy deszcz.

Ilosc "opadu" nie powalila...

Z drugiej strony, plugi jezdzily i sypaly sola, wiec podejrzewam ze drogi byly w niezlym stanie. No dobra, na naszym osiedlu byly biale, praktycznie nie ruszone... Tak czy siak, Potworki byly zachwycone wolnym dniem. Nik oczywiscie zaszyl sie przed kompem, ale Bi doslownie nosilo. Najpierw szydelkowala podstawki do kubkow dla babci oraz dziadka z Zakopanego. Malzonek w koncu zebral sie zeby wyslac im doroczna paczke, a Starsza stwierdzila, ze tez chce cos zrobic dla dziadkow. Takie podstawki to jednak teraz dla niej nic i machnela 6 w doslownie dwie godziny. ;) Pozniej, jak to ona ostatnio, stwierdzila ze chce upiec ciasto. Znalazla przepis na cos jakby tarte cytrynowa i zabrala sie za robote. Tym razem dosc mocno mnie zirytowala, bo zajela doslownie caly blat i wybrudzila wszystkie dostepne miski oraz miseczki (oraz dwie misy od miksera planetarnego), multum kubkow, miarek, a do kompletu tarke, wyciskarke do cytryn oraz ubijaczke. Zmywarke mialam juz czesciowo zajeta, wiec potem calego tego burdelu do niej nie zmiescilam. Na dodatek ochrzanilam panne, ze zaczyna piec nie sprawdziwszy wczesniej przepisu. Wziela go z YouTuba'a, gdzie facet pokazywal po kolei co robic, ale nie podal nawet na poczatku skladnikow. :O Panna siedziala wiec w kuchni ze 3 godziny, bo po pierwsze ogolnie nadal pieczenie idzie jej dosc wolno, a musiala jeszcze zestrzec skorke z cytryn, wycisnac z nich sok oraz podpiec spod ciasta. Tu tez zmarnowala czas, bo podpiekla dno i dopiero potem zabrala sie za przyszykowanie masy cytrynowej. Ta czesc zajela straaasznie duzo czasu, ciasto dawno ostyglo, a dopiero w nastepnym kroku pan powiedzial, ze mase wylewa sie na nadal cieply spod. A mowilam wczesniej pannie zeby zaczela wszystko szykowac w czasie kiedy sie piekl, to nie.

Przelewa juz gotowa mase na spod

Nastepnie, okazalo sie sie, przepis wymaga... 8 jajek! :O Tu juz solidnie corce wygarnelam, bo byl czwartek, a zakupy najczesciej robie w piatki. Oznacza to, ze bardzo czesto w czwartki brakuje tego czy owego. A jaja u nas sa bardzo popularne i czesto zuzywamy co do jednego. No jak mozna zaczac piec bez sprawdzenia wczesniej skladnikow?! Cale szczescie, ze tym razem jajka mielismy, ale tu chodzi o zasade, bo Bi przyznala sie, ze fimik byl dlugi i nie chcialo jej sie go wczesniej ogladac! :O Trzeba jednak przyznac, ze tarta wyszla naprawde pyszna, choc przy kremie zawierajacym 8 jajek i 3 szklanki cukru, to prawdziwa bomba kaloryczna. :D

Tak wygladala po przekrojeniu. Spod wyszedl Bi o nierownej grubosci, ale co tam... ;)

Chcialam wyjsc i odgarnac ta warstwe ubitego sniegu oraz lodu, ale czekalam az przestanie padac. Mialo sie skonczyc okolo 13, ale w koncu wyszlam o 15, a nadal padalo mi na glowe. Wyszla ze mna Bi, ktora nadal cierpiala na nude, ale akurat zaczelysmy, a z pracy przyjechal M. Jak malzonek rzucil sie do roboty, to w troje skonczylismy w jakies 40 minut. Szkoda, ze niestety slonca nie bylo, wiec nic nie mialo szans zaczac topniec do kolejnego dnia... Nik na szuflowanie nie mial ochoty, ale zanim zapadl zmrok, pobiegl pozjezdzac. Poniewaz snieg przykryty byl warstwa lodu, wiec slizgacz mial niezle przyspieszenie. ;)

 

Przyfilowany na kamerze :)

Wieczor mielismy spokojny. Poczatkowo planowalismy zawiezc dzieciaki na basen, ale Bi zaczela jeczec, ze nie chce, ze dalej ma lekko zapchany nos, ze boli ja gardlo (to ostatnie podejrzewam, ze wyssane z palca ;P), ze maja dzien wolny, wiec ona chce sie zrelaksowac (a caly dzien nie wiedziala co z soba zrobic!), itd. W koncu machnelam reka, bo w sumie wlasnie wychodzila z przeziebienia, wiec jeszcze jeden dzien bez marzniecia po wyjsciu z basenu, jej nie zaszkodzil. Przypomnialam tylko pannie, ze w nastepnym tygodniu nie ma juz ani koszykowki, ani nart, wiec wraca plywanie 3x w tygodniu. I jak uslysze choc slowo protestu, zabieram jej telefon na reszte tygodnia, a na basen i tak pojedzie. Malzonek przytaknal, panna sie poplakala, ale ostatecznie zgodzila na takie ultimatum i w ten sposob zostalismy w chalupie. ;)

Przez to, ze czwartek byl wolny, ciagle mialam wrazenie, ze jest sobota, wiec pobudka w piatek byla dosc brutalna. :) Zebralismy sie z Potworkami, zapakowalismy do bagaznika narty oraz plecaki i zawiozlam ich do szkoly. Lubie szusowanie, ale cieszylam sie ze to juz ostatni raz. Po tym jak sprzatnieto mi sprzed nosa dobra posade, jakos tak opadly mi skrzydla i nie mam nic zbytniej ochoty... Tak jak sie obawialam, mimo ze w nocy temperatura byla plusowa, nie na tyle wysoka jednak zeby cos stopic. Nasze osiedle bylo w strasznym stanie. Kiedy zatrzymywalam sie na znaku stopu, wlaczyly sie ABS'y. :O Nawet nieco bardziej ruchliwa ulica przy naszym osiedlu wygladala malo zachecajaco. Dopiero glowna arteria miasteczka byla porzadnie oczyszczona. Dzieciaki odstawily sprzet przy sali gimnastycznej, pozniej musielismy odstac swoje w sznureczku aut odwozacych uczniow i wreszcie moglam wrocic do chalupy. Dlugo w niej nie posiedzialam, bo przewietrzylam sypialnie, zjadlam sniadanie, wypilam szybka kawe i trzeba bylo ruszac na tygodniowe zakupy. Uwinelam sie dosc szybko i wrocilam do domu na pare godzin delikatnego odgruzowywania i spokoju, choc wszystko z zerkaniem na zegarek. Oraz na termometr, bo to byl jeden z czestych ostatnio dni, kiedy najwyzsza temperatura byla z rana, a potem sukcesywnie spadala. Niestety, to oznaczalo, ze na stoku, wieczorem, byla zimnica, bo na dodatek zerwal sie lodowaty, polnocny wiatr. W dodatku, teraz w sloncu snieg topnial, ale potem wszystko mialo znow zamarznac, obawialam sie wiec szklanki na drodze. :/ Posiedzialam, wypilam kawe i zjadlam obiad, po czym, ani sie obejrzalam, musialam zbierac swoj wlasny sprzet i ruszac na stok. Tak jak sie obawialam, bylo niemozliwie zimno. Kiedy zaczynalismy jezdzic, bylo niby 0 stopni, ale przy wietrze, odczuwalna wynosila -8. :O Nie wzielam niestety gogli i kurcze, oczy lzawily mi od slonca odbijajacego sie od sniegu oraz zimna. Jak zwykle o 17 zjechalam zeby zjesc, a kiedy wyszlam ponownie, zrobilo sie ciemno i temperatura spadla do minusowej. Jaka byla odczuwalna, wole nawet nie myslec. Mialam podkoszulek, cienki golf, na to bluze polarowa oraz dwuwarstwowa kurtke narciarska, a jadac wyciagiem, przechodzily mnie dreszcze. Oczywiscie moje wlasne Potworki pod kurtkami mialy tylko koszulki na krotki rekaw, a Nik stanowczo odmowil zalozenia kominiarki pod kask.

Mlodszy zjezdza do wyciagu

Zreszta, widzialam sporo dzieciakow jezdzacych w samych bluzach. Moje, idac pozniej do autobusu, rowniez przebraly sie w bluzy, bo kurtki najwyrazniej parza. :)

Bi przynajmniej w goglach i kominiarce
 
W kazdym razie, po marznacym deszczu dzien wczesniej, spodziewalam sie, ze stok bedzie oblodzony, a tymczasem warunki byly idealne. Lod pojawial sie tylko miejscami, a poza tym wszedzie lezal sypki snieg. Dzieki temu i ja nie jezdzilam cala spieta, wiec spokojnie wytrzymalam caly wieczor bez bolu miesni w udach. Oczywiscie po powrocie do domu juz nogi poczulam, bo formy to ja nadal nie mam. ;) I tak nadszedl koniec klubu narciarskiego. Ciesze sie, ze nie ciagnal sie do polowy marca, jak rok temu. ;) A w bonusie dostalam od nauczycielki pilnujacej gromady, kupony na bilety na stok. Nie byla pewna czy sa calodzienne, czy tylko na pol dnia, ale nawet jesli 4-godzinne, to i tak super. :)

Milego weekendu i do przeczytania!

środa, 5 lutego 2025

Z zycia poszukiwacza pracy

Dzisiaj post zupelnie inny od mojego codziennego pamietniczka. Jak wiecie, przez ostatnie wydarzenia musialam wrocic do regularnego przegladania ofert pracy. Jak narazie bilans jest taki, ze wyslalam kilka podan, z jednego miejsca juz odpisali mi, ze dziekuja ale nie, z reszty cisza. Czyli wszystko zgodne z trendem ostatniego roku. :/ Czasem jednak zdarzaja sie sytuacje, ktore po prostu prosza zeby je opisac! Dla smiechu oraz ku przestrodze...

We wtorek wyslalam podanie do malej firmy znajdujacej sie w mojej wlasnej miejscowosci. O tym miejscu slyszalam kiedys od bylej kolezanki z pracy. Odeszla od nas i przeszla wlasnie tam, po czym uciekala gdzie pieprz rosnie, tak zalamala ja atmosfera. No ale to bylo jakies 10 lat temu, wiec sporo moglo sie zmienic, tak? Juz kilka razy pojawialy sie u nich ogloszenia o prace, ale ze pamietalam opowiadania znajomej, no i placa raczej marnie, dotychczas je ignorowalam. Tym razem jednak opis pracy, choc raczej dla osoby na poczatku kariery, ale zgadzal sie z grubsza z moim doswiadczeniem zawodowym. Kasa slaba, ale stwierdzilam, ze jak pracowalam za marne grosze raz w tygodniu na poczcie, to tutaj moge popracowac za marne grosze ale na pelen etat, a i tak zarobie wiecej niz w urzedzie pocztowym. Wyslalam wiec podanie i niespodzianka: po godzinie dostalam maila z pytaniem kiedy moge odbyc rozmowe telefoniczna. Odpisalam, ze w tym tygodniu w srode oraz czwartek jestem wolna caly dzien, a w przyszlym moge rozmawiac kazdego dnia. Do konca dnia sie juz nie odezwali, ale dzis rano dostalam kolejnego maila, z pytaniem o ktorej godzinie mi pasuje (mimo ze napisalam wczesniej, ze o kazdej). Odpisalam ponownie, ze moge rozmawiac o dowolnej porze. Siedzialam potem jak na szpilkach, czekajac na ich odpowiedz, bo chcialam zabrac sie za sprzatanie, ale balam sie, ze napisza, ze np. zadzwonia za kwadrans, a ja to przegapie. Maila wyslalam im o 8:20. Minela godzina. Druga. W koncu zaczelam odkurzac, co chwila przerywajac i zerkajac na maile. Nic. Skonczylam odkurzanie i zlapalam za mopa, ponownie co chwila patrzac w telefon... Nagle, o 11:30 dzwoni moja komorka! Normalnie nie odbieram obcych telefonow, ale tym razem mialam nosa. Baba dzwoni i pyta czy teraz jest dobry moment! Tak bez zadnego uprzedzenia, bo po co?! :O

Tu juz zapalila mi sie lampka ostrzegawcza, bo nie tak robi naprawde profesjonalna osoba... Ale coz, odpowiedzialam uprzejmie, ze oczywiscie iz to dobry moment i zaczelysmy rozmowe. Nie przytocze jej calej, bo to bez sensu, tym bardziej, ze czesc to bylo takie pitu-pitu, jakie sa moje mocne strony, czy zdarzyly mi sie w pracy konflikty (!), itd. Zapisze jednak kilka jej pytan i mniej wiecej moje odpowiedzi, ktore beda potrzebne w dalszym kontekscie:

-Dlaczego zlozylas aplikacje do naszej firmy?

Odpowiedzialam, ze wymagane doswiadczenie zawodowe pokrywa sie w wiekszosci z moim, a jestem obecnie na zwolnieniu i rozgladam sie za nowa praca.

-Czy zdaje sobie sprawe, ze ta posada jest dla poczatkujacych i placi tylko $$$?

Tu powtorzylam, ze jestem na przymusowym zwolnieniu z pracy, wiec nie za bardzo mam pole do grymaszenia i negocjacji.

-Czy pasuja mi godziny od 6:30 rano do 15 po poludniu?

Spytalam czy godziny sa do uzgodnienia, bo mam dzieci, co do ktorych lubie sie upewnic, ze wsiadaja bezpiecznie do szkolnego autobusu. Kiedy jednak odpowiedziala, ze maja linie produkcyjna, ktora dziala w tych godzinach i ktos od kontroli jakosci rowniez musi tam wtedy byc, odparlam, ze to oczywiscie nie problem i cos wymysle.

-Czy to ma byc dla mnie praca przejsciowa, czy szukam zatrudnienia na stale?

Odpowiedzialam oczywiscie, ze w kazdej pracy zostaje na dluzej, przynajmniej kilka lat i nie szukam posady tymczasowej. Ze zdaje sobie sprawe, ze ta praca jest dla osoby poczatkujacej, ale mam nadzieje, ze bede mogla rozwijac sie razem z firma i w przyszlosci doczekac podwyzki oraz awansu.


To byly cztery kluczowe pytania. Moich odpowiedzi nie przytoczylam doslownie, ale takie podalam jej informacje, nic wiecej nie dodalam, a to wazne. Dlaczego?

Bowiem glupia piz*olina, wysylala potem maila do swojego managera i niechcacy wyslala go rowniez do mnie! :D Kolejny dowod na to jak nieprofesjonalna byla ta osoba. Ciekawi co w tym mailu sie znalazlo?

Agata wydaje sie bardzo sympatyczna, ale nie sadze zeby tu pasowala. Ma odpowiednie doswiadczenie i umiejetnosci. 

Tu nastapila lista owych umiejetnosci, ktore zreszta wziela z mojego CV bo nawet mnie o nie nie pytala. ;) Do tego momentu wszystko ok, bo choc przykro mi sie zrobilo na to "nie sadze zeby tu pasowala", ale wiadomo ze ludzie maja rozne oczekiwania i nie kazdy sie spodoba. Pozniej jednak babsko dopisalo dlaczego jej nie pasuje i tu juz sie zagotowalam.

Jest obecnie na zwolnieniu z pracy i oczekuje, ze za kilka miesiecy zawolaja ja spowrotem. Bedzie musiala sie zmierzyc z ogromnym cieciem w zarobkach, bo obecnie zarabia $100,000. Zgodzi sie zostac u nas dluzej tylko jesli dostanie solidny awans oraz podwyzke. Jej zatrudnienie jest tez zalezne od tego czy uda jej sie znalezc nianie zeby odprowadzala jej dzieci na przystanek. 

Czy Wy tez widzicie "delikatna" roznice w tym co odpowiedzialam ja, a co ona wygodnie przekrecila albo wrecz wymyslila?!

Wkurzona, odpisalam jej i mam nadzieje osobie do ktorej napisala owo sprawozdanie z naszej rozmowy (pisala w dziwnym formacie, wiec nie wiem do kogo dokladnie to poszlo; zreszta zapewne dlatego i ona niechcacy wyslala to do mnie), prostujac jej informacje. Ze po pierwsze, nie oczekuje wezwania spowrotem do pracy, poniewaz firma jest na granicy bankructwa. Po drugie, ze nie pytala mnie o zarobki, a zarabialam sporo mniej niz sto kafli. Ze planuje dlugoterminowe zatrudnienie, ale podwyzka oraz awans bylyby milym bonusem w przyszlosci, a nie wymaganiem przed podjeciem pracy. A na koniec, ze nic nie wspominalam o niani, bo moje dzieciaki to juz praktycznie nastolatki i sami trafia na autobus.

W szoku jestem, ze ktos mogl tak przeinaczyc to, co powiedzialam. Ewidentnie, babsztyl dostal polecenie zeby do mnie zadzwonic, bo komus spodobalo sie moje CV, ona jednak najwyrazniej z gory zalozyla ze mnie nie chce. Zreszta, podejrzewam ze wiem dlaczego. Sadzac z jej tytulu, jest managerka od kontroli jakosci i bylaby moja przelozona, albo bezposrednia, albo ogolnie calego departamentu. Popatrzyla na moje CV oraz wieloletnie doswiadczenie i pewnie stwierdzila, ze nie zatrudni sobie potencjalnej konkurencji! Dam sobie leb uciac, ze o to wlasnie chodzilo!

No coz... Ciekawe doswiadczenie. Kolejne juz w tym nudnym i zmudnym poszukiwaniu roboty. :D