piątek, 5 listopada 2021

Sezon dyniowy

O ozdobach mowa, nie o gotowaniu. ;) Jakos w tym roku nie mam weny. Nawet na zrobienie wlasnego musu, ze juz o przygotowaniu czegos bardziej skomplikowanego nie wspomne... ;) Wokol chalupy zaroilo sie jednak od dyni. Duze stoja przed frontowym wejsciem, choc akurat tu nie mam zdjecia... Poza tym, na szafce pod telewizorem stoja dynki udekorowane na festynie przy bibliotece:

Po lewej dynia Bi - tygrys, po prawej Nika. Co to mialo byc, niewiadomo :D
 

Zas na stoliku w kuchni te, zrobione przez Potworki w szkolach:

Znowu - po lewej Bi, po prawej Kokusia. U Nika to chyba narzedzia z Minecraft'a (jakzeby inaczej), u Bi jak sie dobrze przyjrzec, to widac, ze mial byc piesek :)

Dynie jednak dyniami, za chwile bedziemy je i tak zamieniac na ozdoby bozonarodzeniowe, a co sie dzialo w ostatnie dni pazdziernika i pierwszy roboczy tydzien listopada?

Jak pisalam ostatnio, z powodu zapowiadanego ulewnego deszczu, sobote 30 pazdziernika mielismy niespodziewanie bardzo leniwa. Zreszta, co normalne, mecze poodwolywali troche na wyrost, bo co prawda padalo w nocy z piatku na sobote, ale caly sobotni ranek raczej kropilo sobie leniwie. Dopiero po poludniu naprawde sie rozpadalo... Mecze mogly sie wiec spokojnie odbyc, bo dzieciaki grywaly juz przy gorszej pogodzie... No ale odwolali to odwolali, trudno. Dzieki temu zreszta, ja oraz Potworki moglismy spokojnie sie wyspac (M. byl rano w pracy), a potem to juz ogarnianie dla matki, granie dla dzieci... Bi przebrala sie z pizamy dopiero okolo poludnia, Nik, ktory robil to na raty, w koncu zalozyl ostatnia czesc garderoby o 14! :O Naszlo ich tez jednak na cwiczenie gry na skrzypcach, gdzie i ja chetnie posluchalam, a i im sie przydalo. ;)

Skrzypek na dachu do polowy w bieliznie, boszzz... Dopiero wieczorem zauwazylam co to za fote strzelilam... :D

Panna w pizamie, ale przynajmniej nie swieci majtami :D A w bonusie przeciagajacy sie piesiur, ktory oczywiscie towarzyszy nam przy kazdej czynnosci ;)

Po poludniu upieklam w koncu ciasto z jablkami, ktore "chodzilo" za mna od dwoch tygodni, a na ktore ciagle brakowalo mi czasu.

Pyyycha...
 

Potworki zas zrobily rice krispies treat w wydaniu Halloweenowym.

Ten barwnik byl na poczatku tak ciemny, ze wygladal jak krew i az mnie ciarki przeszly... :O
 

Wyszlo im po trzy dynie i co typowe dla nich, Bi az dwie zjadla juz tego samego wieczora, a ostatnia kolejnego ranka, zas Nik swoich nie ruszyl, az zaproponowalam mu, ze bede mu je pakowac po jednej w ramach deseru do szkoly. ;)

I (prawie) gotowe dynie
 

Poza tym sobota to wygrzewanie kosci przy kominku, bo w taki ponury, deszczowy dzien, az prosilo sie o odrobine przytulnego ognia...

Zdjecie co prawda z piatku, ale w sumie kominek wyglada zawsze tak samo :) Obowiazkowo siersciuch, moja stopa i gira Kokusia ;)
 

Niedziela to oczywiscie dzien, na ktory Potworki, a szczegolnie Bi, czekaly jak na Boze Narodzenie conajmniej... :D Juz od rana slyszalam w kolko "kiedy idziemy na trick-or-treating???". Oszalec mozna bylo. A mi wyjatkowo w tym roku nie chcialo sie lazic... Po sobocie mialam nadzieje, ze w niedziele tez popada i bede miala pretekst zeby skrocic wedrowke do minimum, ale niestety... ;) Wrecz przeciwnie - bylo slonce i 19 stopni! Pogoda kompletnie nie pasowala do ostatniego dnia pazdziernika. Poniewaz byl to pierwszy dzien od dwoch tygodni, kiedy M. mial wolne, pojechalismy do kosciola troche pozniej, zeby nie trzeba bylo sie zrywac z samego rana. Potem po kawe, malzonek na chwile na silownie, rodzinny spacer, bo psiurowi przeciez tez nalezy sie cos od zycia... ;) A dzieciaki co chwila dopytywaly ktora godzina i ile jeszcze i dlaczego tak dlugo... :D W koncu sie jednak doczekali.

Jak widac, humory mieli szampanskie ;)
 

 Trzeba przyznac, ze w tym roku chodzilo duzo, DUZO wiecej dzieciakow niz rok temu. W zeszlym wszyscy nadal bali sie wiadomego wirusa, a do tego, choc bylo chyba cieplej nawet niz tym, to padalo i strasznie wialo. Pogoda nie zachecala do dlugich spacerow. W tym roku bylo sucho, choc po sobotnim deszczu wszedzie bylo pelno kaluz, oswietlenie na osiedlu mamy slabe i trzy razy wlazlam w wode przemaczajac buta, ech... :/ A dzieciakow chodzily cale, wielkie bandy! :O Sporo osob nawet w tym roku zostawilo slodycze w miskach na zewnatrz, w tym my, choc u nas to nie strach przed wirusem, tylko niechec M. do otwierania drzwi raz za razem i rozdawania slodyczy. ;) Potwory niestety juz wczesniej ustalily miedzy soba plan zeby pojsc na sasiadujace z naszym, mniejsze osiedle (ale za to z chalupami, ze ho ho!), bo tam ktos ponoc co roku rozdaje wielkie slodycze. Zgadnijmy? W tym, nikt nic takiego nie rozdawal! :D Skoro przeszlismy po innym osiedlu, spodziewalam sie, ze Potworki odpuszcza czesc naszego, ale gdzie tam! Uparli sie, zeby isc nasza stala trasa, a tamto osiedle to byla taka wisienka na torcie. ;)

Wszystkie zdjecia niestety wyszly wlasnie tak, bo i modele w ruchu i za ciemno...
 

Dziwie sie, ze dali rade, bo nasz wczesniejszy spacer byl sporo dluzszy niz zazwyczaj, a chodzac biegajac od domu do domu, Nik narzucil takie tempo, ze nawet Bi jeczala, ze dlaczego on tak pedzi, ze ona ma kolke i chce wolniej. ;) Okazalo sie, ze lecial na zlamanie karku, bo chcial koniecznie byc tym, kto dzwoni do drzwi. Serio, nie wiem co to za wyroznienie... :D Mlodszy zas zwolnil dopiero wtedy, kiedy powiedzialam, ze czy sie zmeczy czy nie, sam niesie torbe ze slodyczami. Ja jej nosic nie bede, wiec lepiej zeby oszczedzal energie. Nadal mam w pamieci pierwsze Halloween Potworkow na tym osiedlu, kiedy niespelna 6-letni Nik w polowie prawie plakal, ze jest zmeczony i zeby mu poniesc torbe, ale do domu wracac nie chcial... ;) W tym roku w koncu wrocilismy do chalupy i niespodzianka, w misce nadal byly slodycze! Dzieciaki musialy je brac bardzo kulturalnie, bo w zeszlym miske znalezlismy pusta, a dzieci chodzilo duzo mniej. Chyba, ze postrachem byl sasiad naprzeciwko, ktory rozdawal cukierki siedzac na podjezdzie, wiec widzialby gdyby ktos podszedl i wrzucil sobie cala miche slodyczy do torby. :D

Poniedzialek rozpoczal sie od zdziwienia, ze przeciez jest ciemno, wiec to niemozliwe, ze pora wstawac... :D Nie moge sie doczekac zmiany czasu (juz w ten weekend!), bo przez chwile znow bedzie jasno w porze pobudki (nie mowiac o tym, ze przeniesiony z zeszlego tygodnia mecz Bi jest na 9, wiec bedzie sie wydawalo jakby byl na 10! :D). I wcale nie przeszkadza mi wczesniejsze zapadanie zmroku. Zawsze wolalam te zimowa zmiane (ktora zreszta jest zmiana na "normalny" czas), bo jako klasyczny spioch, ciesze sie mozliwoscia dluzszego snu, nawet jesli to tyko zludzenie, bo spie tyle samo godzin, ale za to mam wrazenie, ze wstaje pozniej. :) Nik zdazyl juz odjechac swoim autobusem, kiedy dostalam telefon ze szkoly, z automatyczna wiadomoscia, ze autobus Bi spozniony jest o 10 minut. Rychlo w czas. :/ Na szczescie tym razem bylo to faktycznie "tylko" dziesiec minut...

Po pracy do szkoly Bi, po Starsza i jej przyjaciolke, ktore znow zostawaly po lekcjach na zajeciach dodatkowych. Z jakiegos powodu, szkola postanowila utrudnic rodzicom zycie i przy odbiorze z zajec pozalekcyjnych, zamiast ustawic sie w wezyku jak zwykle, kazala parkowac i podchodzic do wejscia, gdzie juz czeka gromada dzieciakow. Podobno mialo to odkorkowac droge biegnaca pod szkola. Mozna tam bowiem dojechac z dwoch stron, ale z obydwu kazdy przeciwny pas ruchu jest oddzielony pasem zieleni. Sprawia to, ze jesli utknie sie za wezykiem aut, nie da sie go juz wyminac, bo na pasie rosna drzewka i nawet jakby komus przyszlo do glowy przejechac po trawie, to nie da rady. ;) A ze rodzice ustawiaja sie w kolejce juz kilka minut przez zakonczeniem zajec, a potem auta poruszaja sie w slimaczym tempie, bo po kolei staja zeby dzieciaki mogly wsiasc, to faktycznie robi sie zator i autobusy szkolne nie moga przejechac. Rzeczywiscie, w poniedzialek, kiedy wszyscy rodzice poparkowali samochody, uliczka dalo sie przejechac bez najmniejszego problemu. Problemem za to okazalo sie znalezienie miejsca parkingowego. ;) Nie mowiac juz o tym, ze zadna to frajda kiedy trzeba wysiasc z samochodu i poczlapac pod szkole. Tego dnia przynajmniej bylo w miare cieplo i piekne slonce. Przy deszczowym dniu, lub mroznym i sliskiej, sniegowej brei zima, nie bedzie tak przyjemnie. ;)

Po odwiezieniu sasiadki do domu i powrocie do wlasnego, Bi ekspresowo zjadla obiad i popedzila poganiac z tymi dziewczynkami co zwykle. Nie wiem, ze jej sie chcialo, bo z kolei na 17:30 mielismy pojsc do jej przyjaciolki (tej sasiadki, ktora wczesniej odwiozlam do domu :D) na mini przyjecie urodzinowe. Wieksza impreze ma miec za dwa tygodnie, ale mama zaprosila kilkoro dzieci w dniu jej urodzin. Tlumaczyla, ze skoro nastepnego dnia dzieciaki nie mialy szkoly... Tyle, ze ona zawsze naciska na przyjecie w dzien urodzin, bez wzgledu czy nastepnego dnia beda miec wolne, czy nie. :D Planowalismy co prawda jechac na cmentarz zapalic symbolicznie swieczki, ale stwierdzilismy z M., ze mozemy to zrobic w Dzien Zaduszny. W poniedzialek wiec, Bi polatala pol godziny z sasiadkami, po czym popedzili z Kokusiem jak na skrzydlach do... drugich sasiadek. :D Tam doszla jeszcze dwojka rodzenstwa, bylo wiec szescioro lobuzow do zabawy.

Banda :) Mlodsza siostra solenizantki, ewidentnie zazdrosna, schowala sie pod stol :D
 

Spodziewalam sie, ze odstawie Potwory i wroce do domu, ale sasiadka zaprosila na kawe, a ze juz daaawno nie mialysmy okazji tak po prostu posiedziec i pogadac (chyba od urodzin Bi), to zostalam. Przynajmniej i ja spedzilam milo czas. :) Co prawda dzieci nie mialy we wtorek szkoly, ale sasiedzi normalnie pracowali (co prawda z domu), wiec chcialam zabrac Potworki do domu o rozsadnej porze. Troche sie jednak przedluzylo z pizza, potem tortem, a ze dzieciaki dobrze sie bawily, wiec ciezko bylo ich wyciagnac... i do domu zawitalismy o 20. ;)

We wtorek caly dzien mialam wrazenie, ze jest sobota. Taki wolny dzien w srodku tygodnia jednak strasznie wybija z rytmu. :D Jak to z wolnymi dniami bywa, zlecial ekspresowo. Malzonek pojechal oczywiscie do pracy, ale ja z Potworkami pospalam do oporu, potem powoli zjedlismy sniadanie i matka przystapila do niekonczacego sie ogarniania, a dzieciarnia do grania. ;) Nik dostal zaproszenie do kolegi z sasiedniego osiedla, wiec mialam dwa przymusowe spacery: najpierw zeby go odprowadzic,  a potem zeby go odebrac. ;) Moglam jechac samochodem, ale nasza okolica jest tak smiesznie skonstruowana, ze trzy osiedla maja na koncu drog takie male "laczniki" - przejscia miedzy ogrodami ludzi. Sa one jednak na tyle waskie, ze mozna przejsc tylko na piechote, albo przejechac rowerem. Poza tymi lacznikami zas (ktore sa zreszta tylko w kilku miejscach), uliczki kazdego osiedla konca sie slepym zaulkiem. Przejscie na piechote do kolegi Kokusia zajmuje niecale 8 minut. Zeby zas dojechac tam autem, musialabym wyjechac z naszego osiedla na wieksza droge, dojechac do glownej trasy biegnacej przez nasza miejscowosc, po czym zrobic kolko i wjechac w siec uliczek na drugim osiedlu. Czasowo wychodzi to minimalnie szybciej (6 minut), ale trasa na piechote to 0.4 mili, zas autem juz 2.8 mili. Bardziej oplaca sie wiec spacer, a i pies na tym skorzystal. :) W czasie kiedy Mlodszy bawil sie u kolegi, Bi znow biegala z sasiadka z naprzeciwka. Dobrze, ze byla w domu, inaczej musialabym sama zabawiac znudzona 10-latke. :) M. wyszedl z pracy wczesniej, wiec na spokojnie udalo sie podjechac na cmentarz zapalic symbolicznie (bo nie mamy tutaj zmarlych) znicze, a pozniej jeszcze zaglosowac. W tym roku glosowanie tylko lokalne, ale obowiazek patriotyczny spelnilismy. :D Najwieksza ucieche i tak mialy dzieci, bo dostaly po olowku (co za radosc! ;P), wrzucily do urny nasze karty, a na koniec wybraly sobie po naklejce. ;)

Tak, glosowalismy :)
 

Potem do chalupy i Potworki znowu wylecialy do sasiadki na podworko. A poznym popoludniem Nik mial ostatni trening pilki noznej, zas Bi gimnastyke, wiec znow musielismy sie z M. rozdzielic. Poki co, ostatni raz. :) Zdjec z gimnastyki brak, bo z kolezanka znow siedzialysmy w aucie, obrabiajac dupska malzonkom. :D

Sroda przywitala pierwszym przymrozkiem. Rano telefon pokazal mi, ze jest 0 stopni, choc juz termometr kolo domu upieral sie, ze mamy +2. ;) Na przystanku bylo jednak pieronsko zimno i nawet Potworki przekonaly sie chyba naocznie, ze pod jesienne kurtki musza zalozyc jeszcze jakies bluzy lub sweterki, nawet jesli potem w szkole mieliby je zdjac. Zazwyczaj bowiem kloca sie ze mna, ze przeciez cieplo jest, a mi sie wydaje. :D Dostalam maila z potwierdzeniem, ze Nik zapisany jest do klubu narciarskiego, ale nadal nic o mojej aplikacji na opiekuna, hmmm... Praca, szkola, powrot do domu, obiad, a potem Bi na dwor ganiac z sasiadka, ja zas z mlodszym na szermierke. Cale szczescie Nik polubil te zajecia i nie marudzi. Zreszta, teraz zostaly juz tylko dwa. ;)

W tych maskach i kaftanach mozna ich rozpoznac wylacznie po spodniach, wiec objasniam, ze Nik to ten w dlugich portkach ;)
 

Tym razem instruktor mnie oraz inna mame zwyczajnie "wyprosil" (choc stalysmy za drzwiami), oznajmiajac zeby sie nie martwic i chlopcom nic nie bedzie, po czym bezceremonialnie zamknal nam drzwi przed nosem! :D Cos takiego! Przeciez wiem, ze Mlodszemu nic nie bedzie, ja po prostu lubie sobie popatrzec! ;) Co prawda drzwi maja szybki, wiec moglam przykleic do nich nochal i dalej obserwowac, ale wobec wyraznej sugestii, ze przeszkadzam, przeszlam sie po budynku, a potem wrocilam do auta czytac ksiazke. :)

W czwartek rano Potworki potulnie zalozyly pod kurtki bluzy. Musieli dzien wczesniej naprawde solidnie zmarznac. :D Autobusy nadal przyjezdzaja kiedy chca, wiec choc Nik odjezdza do szkoly troche wczesniej, to Bi sterczy tam ze mna jeszcze kilka minut... Zwariowac mozna, bo wedlug grafiku to jej autobus powinien przyjezdzac pierwszy... :/ Po poludniu nastapil w koncu ostatni trening pilki noznej. Zostaly jeszcze po dwa mecze na lepka i sezon zostaje zamkniety. :) Z okazji ostatniego treningu, trener urzadzil dziewczynom rozne gry i zawody, glownie slalomy z pilka. Dlugo sie nie przygladalam, bo bylo tak zimno, ze wolalam zaszyc sie w samochodzie. ;)

To byla jakas sztafeta i Bi pedzi z powrotem do swojej grupki
 

Z okazji konca sezonu, Bi wreczyla trenerowi karte upominkowa (jak dla mnie to zloty medal mu sie nalezy za wytrzymywanie fochow niektorych jednostek :D), zas od trenera wszystkie dziewczyny otrzymaly po bidonie ze slodyczami w srodku. Mam podejrzenie, ze chlop chcial sie pozbyc czesci cukierkow pozostalych mu po Halloween. :D

Udalo mi sie strzelic taki piekny zachod slonca... Listopad to jest dobra pora na lapanie zachodow. Przychodza wczesnie i nie trzeba na nie czekac i choc zeby troche klekocza z zimna, to przynajmniej nie gryza komary! :D
 

Piatkowy ranek przywital nas znow Arktyka. ;) A moj Mlodszy Potworek wyklocal sie, ze jemu wystarczy sama bluza... W koncu, z lekkim fochem, ale zrezygnowal z bluzy na rzecz kurtki. ;) A potem lekkie zdziwko, kiedy zobaczyl biala trawe, kruszaca sie pod butem. To sie szron nazywa moj drogi... :D Dzien spedzilismy w polowie zwyczanie, na pracy, szkole, dla matki zakupach spozywczych (ble...), a w polowie... imprezowo. O tym jednak juz kolejnym razem, bo padam na pyszczek. :) Weekend zas zapowiada sie bardzo pilkarski... i ziiimny. A ze dzieciaki graja na zewnatrz, to nie jest to dobre polaczenie... :D

wtorek, 2 listopada 2021

10.5

Nie moge uwierzyc, ze minelo kolejne polrocze od urodzin Bi! Czas przelecial tak szybko, ze zagapilam sie i prawie o tym zapomnialam. Zaczynam pisac w sobote i mam nadzieje, ze do wtorku skoncze...


Nadeszla mnie w ogole refleksja, ze chyba nadszedl czas pozegnania z tymi polrocznymi podsumowaniami. Roczne wystarcza w zupelnosci. Bi przestala sie juz tak gwaltownie zmieniac. Wiadomo, rosnie, rozwija sie, ale wszelkie roznice nastepuja bardzo subtelnie i czasem wrecz ciezko je wychwycic. Po przeczytaniu jej urodzinowego podsumowania, stwierdzam, ze wlasciwie wszystko pozostalo bez wiekszych zmian...Poki co jednak, wrzucam male podsumowanko.

Charakter, czy tez osobowosc, wiadomo, nie zmieni sie juz. Bi juz po wieki wiekow zostanie uparciuchem, nerwusem i gburkiem. Nasza "Gburia - Furia" (kto pamieta serial "Pierscien i Roza"?! :D), jak ja czasem pieszczotliwie nazywamy... ;P Ma ona jednak czesto bardzo przytulasne momenty. To wysoka panna, ale nadal dzieciak, wiec potrzebuje sie czasem przytulic, dac serie buziakow, itd. W ogole, poza ciagla "walka" o to, zeby miec ostatnie slowo, Bi jest jedna, wielka, chodzaca emocja. :) Jak sie wscieknie, to az do tupania nogami, jak sie smuci, to zwija sie w klebek szlochajac, jak cie cieszy, to tanczy ze szczescia... Po prostu zyje cala soba. :)

Jest bardzo ambitna jesli chodzi o szkolne sprawy. Lubi kiedy cos wie i jest z czegos dobra. Po tygodniach upierania sie, ze jest kiepska z matmy, niedawno oznajmila, ze ona w zasadzie matematyke lubi. Najwyrazniej trafila na material, ktory jej podpasowal. ;) Nadal tez ze szkoly otrzymuje raporty, ze nie ma problemow z zachowaniem i wszystkie prace oddaje w terminie. Oby tak dalej. Najpiekniejsze jest jednak to, ze poki co, o zadnych pracach (poza domowymi) nie wiem. Bi ogarnia je sama, w szkole. :)

Jej wielka slaboscia sa slodycze. Nie przepada za czekolada, poza biala, ale poza tym trzeba ja naprawde bardzo pilnowac, bo potrafi wpierdzielac cukierki czy zelki prawie garsciami! :O Co gorsza, jesli dostana skads wieksza ilosc slodkosci (na Swieta, czy jak ostatnio, na Halloween), swoja dzialke pozera w ekspresowym tempie, a potem nie krepuje sie, zeby podkradac slodycze bratu, ktory lubi je miec, ale juz niekoniecznie jesc. :D

Jest wielka milosniczka wszelkich list i planerow. Wypisuje w slupku, co bedzie robic rano zeby wyszykowac sie do szkoly, albo w weekend, zeby zaliczyc wszystkie ulubione czynnosci. A ze trzyma sie wlasnych wytycznych raptem pare dni i potem o nich zapomina? Co tam... :D

Jak zaczela jakis czas temu dojrzewac, tak niestety postepuje to coraz dalej. Wiadome czesci ciala sie powiekszaja, na innych wyrastaja wlosy... ;) A buzie wysypalo jej po prostu tragicznie. Zawsze uwazalam, ze dla malej dziewczynki wystarczy dzieciece mydlo i woda. Niestety, poddalam sie i kupilam Bi specjalna pianke do mycia buzi. Na szczescie udalo mi sie znalezc taka dla 11-12 latkow, z w miare lagodnym skladem. I poki co Bi myje nia twarz codziennie bez marudzenia, bo sama widzi, jak wyglada. Poprawa jakby jest, ale niestety, jedne krosty zanikaja, drugie wyskakuja, wiec spektakularnej roznicy nie widac. Z takich normalniejszych rzeczy dla 10-latka, to ruszaja jej sie znow dwa zeby na raz (wydaje mi sie, ze prawy gorny i dolny kiel) i ciekawe, ktory wyleci pierwszy. Te, ktore juz wylazly, niestety sa powykrzywiane w roznych kierunkach, wiec aparat jej w przyszlosci nie ominie. ;)

Czytajac podsumowanie z maja, sama mnie zaskoczylo ile wtedy Bi jeszcze uprawiala roznych sportow. Obecnie zostala tylko gimnastyka, na ktora poki co chodzi z zapalem, oraz pilka nozna, gdzie niby zaluje, ze sezon juz sie konczy, ale na propozycje zapisania do klubu i chodzenia zima na sale, stanowczo odmowila. Podniosla tez ostry protest na pytanie o zapis do szkolnego klubu narciarskiego. Coz, nie to nie. ;) Nie chce rowniez wrocic ani na tenisa, ani na karate (gdzie sensei przy kazdej okazji wspominal, ze miala talent i szkoda...). Na wspomnienie o druzynie plywackiej tylko przewraca oczyskami, choc to wtracam glownie, zeby sie z nia podraznic. :)

Juz w maju napisalam, ze Bi przestala sie wlasciwie bawic i wyglada na to, ze to staly trend. Nawet Lego poszlo w odstawke. To znaczy, Bi chetnie je nadal uklada, owszem, ale potem stawia na polke i tyle. A jeszcze przeciez niedawno odgrywala rozne scenki ludzikami... Teraz na czasie jest Nintendo (wersja Lite, taka tylko do trzymania w rekach, bez mozliwosci podlaczenia do wiekszego ekranu). Z reszty komunijnej kasiory, Bi zakupila sobie kilka gier i teraz na rowni z Kokusiem napiernicza w gierki. ;) Co ciekawe, oboje wypracowali sobie system, ze w tygodniu, kiedy maja pozwolenie tylko na godzine elektroniki dziennie, wlasciwie wylacznie ogladaja filmiki na tabletach. Ale kiedy przychodzi weekend, albo maja dzien wolny od szkoly, w ruch ida konsole. :) Poza tym, ostatnio ganiaja cale popoludnia z sasiadka z naprzeciwka. Do niej przyjezdza na rowerze dziewczynka mieszkajaca w innej czesci osiedla, po czym obydwie tup-tup-tup, przylaza pytac czy Potworki moga wyjsc sie pobawic. Mam normalnie wrazenie, ze one po szkole nic nie jedza, wrzucaja tylko plecaki i pedza na podworko, bo przeciez wracaja do domow tym samym autobusem, co Nik. A najczesciej ledwie Mlodszy zdazy siasc do obiadu i rozlega sie dzwonek do drzwi. :D No, ale to post o Bi. ;) Ona dojezdza ze szkoly duzo pozniej, czasem prawie godzine po Niku (a juz 30-40 minut to norma), wiec sama najczesciej tylko wpada, rzuca w kat plecak oraz skrzypce, nie je i nie odrabia lekcji, tylko leci sie wyszalec. No chyba, ze to wtorek lub czwartek, wtedy nie ma bata, najpierw musi zjesc obiad i odhaczyc prace domowa, bo potem ma treningi. Poza tymi dwoma dniami jednak, nie wtracam sie. Niech lata do woli. W koncu za chwile zmienimy czas, o 17 bedzie juz ciemno, a ze Bi dojezdza ze szkoly okolo 16:30, to na bieganie po podworku nie bedzie mozliwosci... Co zas do samych zabaw z sasiadkami, nie jestem pewna co oni (bo i Nik dolacza) wlasciwie robia. Przez dluzszy czas szukali namietnie salamander. Potem rozbijali kamyki na mniejsze, sprawdzajac jaki wzor maja w srodku. Ostatnio widuje dzieciarnie siedzaca i wspinajaca sie na wielkie glazy przed naszym domem. Co to za frajda, nie mam pojecia, ale wiem, ze Bi wypryska z domu az sie za nia kurzy. ;)

I wlasciwie tutaj skonczyly mi sie pomysly. ;) Co moge dodac, to ze jest oczywiscie bardzo piekna, choc ostatnio szpeca ja nieco pryszcze na twarzy. :D

Widzicie jak bidule wysypalo?!  Kurcze, mi czasem cos wyskoczylo a to na nosie, a to na brodzie, ale takiego tradziku nie mialam nigdy... Trzeba jednak przyznac, ze Bi jest przepiekna nawet z krostami ;)

Zamawiajac szkolne zdjecia jednak, doplacilam troche za wymazanie tych paskudztw i efekt jest niesamowity! Widac sliczna buzke mojej cory! Troche zastanawialam sie, czy brac to, czy nie, bo nawet te pryszcze to jakas pamiatka, potem jednak stwierdzilam, ze widac je wystarczajaco na zdjeciach, ktore robie jej ja lub M. A raz do roku, profesjonalne odbitki niech ma takie ladniejsze. ;)

Nie ma jak dobry photoshop. Pryszcze "magicznie" znikly. :D A Bi ma taki troche wymuszony usmiech, bo (jak twierdzi) strasznie byla skrepowana ;)

piątek, 29 października 2021

Gdzie ten czas tak zapiep**a?!

 Minal juz sobie ostatni tydzien pazdziernika... Nie do wiary...

Jaki byl?

Zeszla sobota, 23 pazdziernika, to oczywiscie poranne mecze. Sezon pilkarski dobiega pomalu konca i z jednej strony troche smutno bo zawsze to sporo ekscytacji no i przyjemnosc patrzec jak Potworki z entuzjazmem jada na treningi i mecze. Z drugiej jednak strony, koncowka sesji jesiennej to juz zimnica (a w czerwcu, kiedy konczyla sie wiosenna, narzekal czlowiek, ze trupem mozna pasc z goraca :D). Z jakiegos powodu, rok temu na jesien oraz wiosne i teraz znow, druzyny dzieciakow praktycznie wszystkie mecze maja z samego ranka. A juz np. corka sasiadki, ktora jest w druzynie z kilkoma dziewczynkami, z ktorymi w zeszlym roku grala Bi, ma rozgrywki okolo poludnia! Chyba po prostu mamy pecha, bo z tego co udalo mi sie dowiedziec, sporo zalezy tu od preferencji trenerow. Nasi najwyrazniej lubia "odhaczyc" mecz rano i miec juz spokoj. Rozumiem to, ale ja z kolei wolalabym sie rano wyspac. :D Nie mowiac juz o tym, ze mamy jesien w pelnej krasie i ranki sa po prostu lodowate. O godzinie 11-12 jest juz duzo przyjemniej niz o 9... :/ Tego dnia Nik gral wlasnie z samego rana i mimo kurtek, siedzialysmy z Bi skulone i zmarzniete. Bylo 8 stopni i wichura, jak zawsze na boiskach! :O W ktoryms momencie Starsza nawet wgramolila mi sie na kolana, choc juz jest na to za wielka, szczegolnie kiedy siedze na turystycznym, rozkladanym krzeselku. Nie mniej bardzo fajnie bylo sie do siebie przytulic i podzielic cieplem. A za tydzien musze jednak wziac jakies koce, zeby sie dodatkowo owinac...

"Spacerkiem" po boisku :)
 

Druzyna Nika znowu pokazala co potrafi i wygrala 5:1. Nie pamietam czy oni w ogole jakis mecz przegrali w tym sezonie... ;) Nik znow kilka razy probowal doprowadzic pilke do bramki, ale biegl po obrzezach boiska i zanim zdazyl skrecic w strone bramki, juz byl otoczony. Za to kiedy byl na pozycji na wprost bramki, zamiast walczyc o pilke, wolal sie wycofac i pozwolic kolegom ja przejac. A potem jeczy, ze znowu nie udalo mu sie strzelic gola... ;)

Na koniec jeden z rodzicow wytaszczyl gigantyczny aparat i pstrykal pamiatkowe zdjecia. Tym razem byli (chyba) wszyscy ;)
 

Po meczu mielismy kilkanascie minut w domu na szybkie siusiu i zweryfikowanie garderoby, a potem trzeba bylo pedzic na 11 na rozgrywke Bi. Troche dalej, bo dwa miasteczka od nas, ale okazalo sie, ze to tylko kilkanascie minut jazdy. Nawigacja z lekka oszalala, bo pokazala 22 minuty, w miare jazdy doszla do 14 minut, a za zakretem nagle przeskoczyla na 6! :O Glupie urzadzenie... :D Teraz teoretycznie bylo juz cieplej, ale slonce raz wychodzilo zza chmur, a raz sie za nie chowalo. To oznaczalo, ze ja i Nik naprzemian rozpinalismy kurtki i zapinalismy je az po szyje. Tu tez mlodszy w ktoryms pomencie siadl mi dla zagrzania na kolanach. Na szczescie on ma nieco mniejsze gabaryty niz siostra i mozna go latwiej objac... ;)

Z Bi taka goraca dziewczyna, ze dlugi rekaw, ktory miala pod koszulka, podciagnela sobie po lokcie. Co tam, przeciez upal mamy :D
 

Za do druzyna Bi doslownie "zmasakrowala" przeciwniczki, bo wygrala 9:2. Dziewiec!!! :D Co lepsze, Bi byla autorka trzech z tych dziewieciu goli! Rosnie nam mloda gwiazda pilki noznej, tylko, znajac ja, pytanie ile przy tym sporcie zostanie zanim jej sie znudzi... :D

Ktos tu chyba boi sie pilki (a tak naprawde to chyba Bi sie wlasnie przymierza do kopniecia) :D

Po meczach to juz relaks dla dzieciakow, czyli Nintendo (:D), ja zas zabralam sie za sprzatanie, bo stwierdzilam, ze jak tak dalej pojdzie, to na podlodze cos nam wyrosnie. ;) Do Nika przyjechal na rowerze kolega, ale na szczescie siedli w piwnicznej bawialni grajac w Minecraft i nie latali po chalupie, moglam wiec na spokojnie robic swoje... Malzonek za to przepadl na prawie caly dzien, bo rano byl w pracy, a potem pojechal do kolegi pomoc mu w przywiezieniu i zaladowaniu pellets (ekogroszek?) do piecyka. W miedzyczasie zajechal na chwile do domu, ale sie z nim wyminelismy. A jak umowiony byl z kumplem w poludnie, tak przyjechal do domu prawie o 17... :O Tego dnia byly urodziny  mojego rodziciela i w sumie sprzatalam zawziecie z mysla, ze przyjedzie w niedziele na ciasto. Niestety, przez telefon powiedzial, ze nadal nie moze doleczyc sie z przeziebienia, a ze pracowal nawet w sobote i to wiekszosc czasu na zewnatrz, wiec chcial niedziele przeznaczyc na wygrzanie sie i odpoczynek, bez ruszania sie z chalupy. Jakies straszne dziadostwo nam sie przyplatalo, bo i ja ciagle jeszcze "odchrzakuje" i kilka razy dziennie musze wydmuchac nos. A pracuje w srodku, wiec przez wiekszosc dnia nie mam gdzie zmarznac. Ciekawe za to czy nie odbija mi sie czkawka te sobotnie mecze, bo tydzien wczesniej tez wydawalo mi sie, ze jestem juz praktycznie zdrowa, a po meczu Bi, na ktorym niemilosiernie zmarzlam, znow mi sie pogorszylo... :/

W niedziele rano M. znow w pracy (ech...). Ja z Potworkami pomalu sie wyszykowalismy, a po powrocie malzonka pojechalismy do kosciola i po kawe. Potem to juz spokoj, spacer, dla mnie niestety tez wstawianie kolejnych pran, itd. Zas na 16:30 jechalam z Potworkami na zabawe kolo naszej publicznej biblioteki. Musze przyznac, ze nasze miasteczko jest w tym roku bardzo aktywne. Chyba chca sobie odbic czas stracony w czasie pandemii. To juz kolejna imprezka zorganizowana przez biblioteke i sponsorow. Latem byly koncerty, lody dla dzieciakow, filmy wyswietlane na ekranie na swiezym powietrzu, bylo tez kilka imprez przeznaczonych bardziej dla doroslych oraz seniorow. Teraz zas urzadzili zabawe jesienno - halloweenowa. Wstep ponownie darmowy, z prosba by przyniesc tylko prowiant do food pantry w naszej miejscowowsci. Byl apple cider (nawet nie wiem jak to przetlumaczyc - grzaniec jablkowy? ;P), choc niestety zimny i zamiast lekko potraktowany przyprawami, to koszmarnie slodki. Bi smakowal, Nik swoj wylal po jednym lyku. :D Mialy byc tez cider doughnuts, ale okazalo sie, ze zamiast nich, rozdawali zwykle, z Dunkin' Donuts. :D Zalowalam, ale z drugiej strony, darmowe paczki, daja to zjadlam! ;) Reprezentanci naszej miastowej komendy policji sprzedawali hot-dogi, hamburgery i inne zarelko. Bylo kilka stanowisk z paczuszkami slodyczy, lizakami oraz cukierkami. Przyjechalismy na poczatku imprezy, wiec Potworki zalapaly sie tez na dynie i zestaw do ich dekoracji, do czego natychmiast przystapili oczywiscie. ;)

Wlasnie dotarlo do mnie, ze zapomnialam zrobic zdjecia juz udekorowanych dyniek... trudno ;)
 

Dzieciaki do lat 12 mogly przyjechac w kostiumach i zglosic sie do konkursu, ale moi nie chcieli. Odpuscili tez sobie tance z wodzirejem dla maluchow. :D Za to przejechali sie pociagiem przewozacym dzieciaki wokol trawnika.

Taka mala rzecz, a ile radosci :)
 

Jeszcze "wczoraj" zjezdzali tu na sankach... ;)
 

O godzinie 18 mialo byc ogloszenie wynikow konkursu na najlepszy kostium, a pozniej mieli wyswietlic film, ale to tez juz sobie darowalismy. Po pierwsze, kiedy tylko zaszlo slonce, zaczelo sie robic niemozliwie zimno, a po drugie, kolejnego dnia czekala mnie praca, zas dzieciaki szkola. Nie wiem dlaczego zorganizowali taka imprezke w niedziele, jakby nie mozna bylo w piatek lub sobote? Niedzielny wieczor to juz wlasciwie koniec weekendu. Trzeba szykowac sniadaniowki, wyciagac plecaki, upewnic sie, ze komputery sa naladowane (klasa Nika nadal w tym roku bardzo intensywnie je utylizuje), a potem isc do lozka o rozsadnej porze. To nie jest dzien kiedy mozna "balowac" do 20. :D

Poniedzialek, jak przystalo na pierwszy dzien tygodnia, zaczal sie koszmarnie. ;) Dzien byl pochmurny, mglisty i ponury, wiec kiedy zadzwonil budzik bylo zupelnie ciemno i w pierwszej chwili pomyslalam, ze zle go nastawilam i to niemozliwe zeby juz byla poraz wstawac. W czasie kiedy sie szykowalismy, dostalam automatyczna wiadomosc ze szkoly, ze autobus Bi ma polgodzinne opoznienie. Problem w tym, ze dla tego autobusu (czy raczej kierowcy) 20-minutowe opoznienie to norma. Pytanie wiec, czy autobus spozni sie o 10 minut dluzej niz zwykle, czy opozniony bedzie o pol godziny po tym "normalnym", 20-minutowym opoznieniu? Poranne zagroski. :D Rozklady jazdy autobusow powoduja irytacje juz od poczatku roku, tego dnia byla ona jednak podwojna, bowiem na 9 rano bylam umowiona na wymiane prawa jazdy, bo akurat konczy mi sie waznosc starego. Zwykle jednak okolo 8:10 oba Potworki sa juz w drodze do szkoly, stwierdzilam wiec ze nawet jak autobus sie spozni, powinnam spokojnie zdazyc. Tak? TAK?! No NIE, moi panstwo, nie ma tak dobrze! :/ Stoimy na rogu ulicy i stoimy, nawet autobus Kokusia sie solidnie spoznil, ale w koncu dojechal. Po autobusie Bi jednak ani widu ani slychu. Po jakims czasie zaczelam zastanawiac sie, czy nie lepiej zawiezc Starszej do szkoly, ale caly czas mialam nadzieje, ze jeszcze minuta, piec, dziesiec i zaraz przyjedzie... Poza tym, akurat tego dnia, jak na zlosc, umowiona bylam w kompletnie przeciwnym kierunku niz szkola. Jazda na miejsce miala mi zajac kilkanascie minut, ale gdybym miala wiezc Bi, a potem nawracac, zajeloby mi to jakies 45 minut... W ktoryms momencie dolaczyl do mnie tata przyjaciolki Bi z corka. Byl on na tyle rozgarniety, ze zadzwonil do firmy przewozowej. Powiedziano mu, ze jeszcze 10 minut. Ok, no to czekamy. Mija 10 minut, mija 15, nie ma autobusu! W koncu poprosilam sasiada czy nie zostalby z dziewczynami, bo ja naprawde musze juz szykowac sie na wizyte (nie umalowalam sie nawet, bo mialam przeciez miec na to czas po wsadzeniu Potworkow do autobusow!). Na szczescie zgodzil sie bez problemu. Chwile pozniej przyslal sms'a, ze autobusu dalej nie ma i jego zona zawiezie dziewczyny do szkoly. Za to moment pozniej, kiedy sama wyjezdzalam, zauwazylam, ze po osiedlu jezdzi jeden z takich mniejszych school bus'ow. Najwyrazniej, z jakiegos powodu podstawili taki (niewykluczone, ze dopiero po telefonie sasiada), ale o tej porze to mysle, ze wszyscy rodzice raczej zawiezli dzieciaki do szkoly osobiscie...

Po poludniu na szczescie Potworki nie mialy zadnych dodatkowych zajec, wiec polecialy bawic sie z sasiadkami. Malzonek za to rozpalil w kominku, bo mimo wlaczonego ogrzewania, w chalupie bylo jakos tak nieprzyjemnie, ciagnelo chlodem i wilgocia...

A na srodku pulapka na rodzicow w postaci rozwalonych klockow Lego :D
 

Nik przyniosl szkolne zdjecia i nie moge przestac sie zachwycac jak przystojnie wyszedl. <3

Kiedy rano wychodzil z domu, tego naszyjnika nie mial zalozonego, ale najwyrazniej postanowil sie "upiekszyc" :D
 

Potem M. polecial na silke, dzieciaki odrabialy lekcje, zas ja szorowalam zlewy w lazienkach. Niestety, odkad wrocilam do pracy w pracy, znow ogarniam chalupe na raty. :/

Wtorek przywital nas deszczem, a przy okazji okazalo sie, ze panicz Nik zostawil dzien wczesniej w szkole kurtke! Bo przeciez (sarkazm) bylo "az" 12 stopni, czyli pogoda idealna na wracanie do domu w jednej bluzce! Zla bylam jak jasna cholera, bo Mlodszy ma jeszcze kamizelke, ma taka grubsza bluze, ale zadna z nich nie ma kaptura, a na caly dzien zapowiadali ulewny deszcz! :/ W koncu ubral kamizelke, a na przystanku stal pod parasolem (do autobusu i szkoly nie chcial go brac), zas ja przykazalam mu, ze jak wroci znow bez kurtki, to zabieram mu czas na elektronike wieczorem. A! Kiedy wychodzilismy z domu, Bi, juz na chodniku, przypomniala sobie, ze nie wziela skrzypiec! No taki mielismy zapominalski poczatek dnia... :D Dobrze, ze chociaz autobusy przyjechaly o normalnych porach i nie musielismy sterczec w deszczu godziny. ;)

Po poludniu udalo sie ogarnac obiad oraz lekcje przed gimnastyka Bi. Ta ostatnia zreszta nie miala nic zadane, bo mieli tego dnia maly quiz (cos a'la niezapowiedziana kartkowka) z mnozenia i nauczycielka stwierdzila, ze nalezy im sie po tym odpoczynek. ;) Nik niestety lekcje zadane mial i okazaly sie jednym z tych momentow, gdzie stwierdzilam, ze bedzie musial powiedziec pani, ze nie wiedzial jak je rozwiazac. To, w jaki sposob oni ucza sie matematyki, to jakas czarna magia. Zwykle dzielenie, a nawet patrzac na przyklad, nie moglam wyczaic, co on wlasciwie mial zrobic. W koncu jednak Nik postanowil pokazac mi, jak rozwiazuja to na lekcji, bo okazuje sie, ze zupelnie inaczej niz podawal to przyklad (i jeszcze inaczej niz rozwiazalabym to ja...). Czyli matka glowkuje, a syn, ktory na poczatku zaciagnal mnie do stolu "bo on nie wie jak to zrobic", jednak wie, tylko potrzebuje wsparcia moralnego najwyrazniej... Ech... Zapowiedzialam, ze nastepnego dnia odrabia lekcje z ojcem. :D Potem popedzilysmy z Bi na gimnastyke i jak normalnie nie przeszkadza mi wozenie dzieciakow na zajecia, tak we wtorek kompletnie nie chcialo mi sie wysciubiac nosa z domu. Caly dzien lalo, a na wieczor zaczelo jeszcze wiac. Nieprzyjemnie bylo jak cholera i najchetniej posiedzialabym caly wieczor przy kominku, w ktorym M. znow napalil... Trening pilki Kokusia odwolano oczywiscie, ale ze gimnastyka odbywa sie w srodku, to nie bylo na to szans. ;) Dobrze, ze chociaz mam tam kolezanke, to przynajmniej zaliczylam ploteczki. Zdjecia tym razem nie mam i nawet nie wiem co dziewczyny tego dnia robily, bo mlodsza pociecha kolezanki zasnela w aucie, wiec sila rzeczy i my w nim utknelysmy. :)

Spora czesc zdjec z minionego tygodnia to foty przy kominku ;)
 

W srode nad ranem niespodzianka... z tych niestety malo przyjemnych. Nawet nie wiem co mnie obudzilo, ale otworzylam oczy i... az podskoczylam na widok figury stojacej nad moja glowa przy lozku! :D "Postac" okazala sie byc Bi, ktora tam stala i szlochala, bo przydarzyl jej sie "wypadek". Przypominam, ze panna ma prawie 10.5 roku i na kazdym kroku lubi podkreslac, ze ona to jest przeciez praktycznie dorosla... A potem takie cos... :/ A ostrzegalam kiedy przed spaniem wypila trzy szklanki wody, ze tak sie to skonczy, ale nie sluchala... Polecilam jej zeby przebrala mokre spodnie od pizamy i polozyla na miejscu taty, ktory zdazyl juz wyjsc do pracy. A Starsza potem mnie chyba z dziesiec razy calowala i dziekowala. Podejrzewam, ze szczesliwa byla, ze nie zarobila opierdzielu, a ja bylam po prostu taka senna, ze nie chcialo mi sie nawet podniesc glosu. Marzylam tylko, zeby przylozyc glowe do poduszki i odplynac w ramiona Morfeusza. Co okazalo sie nie takie proste, bo obok mnie, usmarkana Bi ciagala zawziecie nosem zanim zmorzyl i ja sen. :D

Srodowa pogoda byla juz prawie sucha. Przynajmniej mocniej nie padalo, choc w powietrzu unosila sie wilgoc i od czasu do czasu pojawiala sie upierdliwa mzawka. Powodowalo to, ze bylo tak paskudnie i ciagnelo w chalupie wilgocia, ze M. trzeci dzien z rzedu napalil w kominku. Od razu zrobilo sie przyjemniej! :) Niestety, ponownie za bardzo nie skorzystalam z tego ciepelka i przytulnej atmosfery, bo na 17 jechalam z Kokusiem na szermierke, potem asystowalam przy prysznicu Bi, pozniej sama wskoczylam pod wode, do tego przygotowac ubrania, przekaski do sniadaniowek, itd. I juz popoludnie minelo i trzeba bylo szykowac Potwory do spania. Kiedy zas zeszlam po czytaniu na dol, juz nie dokladalam do ognia, bo nie lubie zostawiac nawet tlacego sie drzewa; wole zeby bylo praktycznie cale wypalone kiedy ide spac...

Ja mialam na to malo czasu, ale Majucha wygrzewala sie przy ogniu ile dusza zapragnie :D
 

Na szermierce za to Nik bawil sie znacznie lepiej niz ostatnio i po zajeciach stwierdzil, ze jednak ja lubi. No dobrze, ze go po ostatnim marudzeniu nie wypisalam! :O Tym razem byla juz piatka dzieci, czyli jednego nadal brakuje. Nik jednak znacznie bardziej lubi wieksza grupe niz zajecia (prawie) indywidualne. Nawet pomimo, ze w tej grupce jest najmlodszy i najmniejszy, choc jeden z chlopcow, mimo, ze rowiesnik Bi, jest od niego tylko minimalnie wyzszy... Znaja sie zreszta z Nikiem, bo chlopiec ten uczeszczal jeszcze w zeszlym roku do szkoly Nika, byli w tym samym autobusie, a teraz jest w tej szkole, co Starsza i jezdzi z nia autobusem, choc ona oczywiscie ma to gdzies, bo chlopaki (narazie) dla niej nie istnieja. :D

To ponoc idealna poza szermierza przy ataku ;)

W czwartek rano kolejne podniesienie cisnienia... Czy ja nie moge ktoregos dnia rozpoczac na spokojnie? ;) W koncu, po 3 dniach, wyszlo slonce, lisce zolto-czerwone na drzewach, po prostu cudowna zlota jesien! Chociaz troche zimna,  bo o 7:45, kiedy wychodzilismy z domu, bylo tylko 9 stopni... Autobusy przyjechaly o w miare zwyklej porze, wrocilam do domu, porzucalam Mayi pileczke, puscilam odkurzacz, poskladalam pranie, nawet usiadlam na moment z kawa... No, fajnie bylo! ;) I wlasnie zanim klaplam na fotel z kubkiem, pomyslalam, ze wypuszcze jeszcze psiura. Rano byla na sikaniu, potem ganiala za pileczka, ale zamiast zostac, wepchala sie ze mna z powrotem do chalupy, wiec stwierdzilam, ze moze jeszcze cos "zalatwi", albo po prostu pokrazy po ogrodzie wachajac liscie. Wypuscilam bestie na doslownie 10 minut, a kiedy wyjrzalam, zeby zawolac ja z powrotem, okazalo sie, ze zniknela. Rozplynela sie doslownie w powietrzu! No kuzwa, tego mi jeszcze brakowalo z samego rana, kiedy musze juz wychodzic do pracy! :/ Obeszlam dom naokolo 3 razy nawolujac. Nic, nawet szelestu w krzakach, zeby dac znac, ze gdzies tam siedzi. W dodatku o tej porze roku, kiedy na krzakach zolkna liscie, a ziemi lezy warstwa brazowych, Maya po prostu wtapia sie w tlo! A ona jakby o tym wiedziala, bo takie wycieczki krajoznawcze urzadza sobie najczesciej wlasnie jesienia! :/ Po 20 minutach wolania i chodzenia naokolo, wrocilam do chalupy zeby ubrac sie, wziac kluczyki i ruszyc na poszukiwania autem. W myslach mialam juz liste tego, co jej zrobie jak ja w koncu znajde. :D Na szczescie... nagle zauwazylam czarny nos w szybce przy frontowych drzwiach! Wrocila cholera jedna! Na glowie miala struzke sliny, jak czasem, kiedy na spacerze slini sie z podniecenia, a potem otrzepie glowa i ta struzka osiada jej na pysku. Czyli "wycieczka" byla udana. ;) Cale szczescie w niczym sie nie wytarzala. :D Zamknelam bestie i moglam pojechac spokojnie do roboty...

Bi miala tego dnia spirit day w szkole. Nie jestem pewna na czym te "spirit days" polegaja, poza tym, ze dzieciaki maja sie ubierac w okreslone kolory. Tym razem byl to pomaranczowy lub czarny. Podejrzewam, ze ma to cos wspolnego z nadchodzacym Halloween. :D Coz, Bi pomaranczu nie znosi, wiec poszla do szkoly cala ubrana na czarno. Podobno kazde dziecko ubrane w odpowiedni kolor dostaje punkt. Punkty sa zbierane i na koniec roku podliczane. Klasa V, ktora zbierze ich najwiecej, otrzyma nagrode. :)

Z pracy wyszlam o 15 zeby popedzic po corke oraz jej przyjaciolke. Przyjechalysmy do domu i Bi udalo sie i zjesc obiad i nawet odrobic lekcje przed wyjsciem na pilke. Ba! Udalo jej sie nawet 10 minut pobiegac z sasiadkami. To ostatnie tylko dlatego, ze odrabianie lekcji polaczyla sobie z jedzeniem. :D Miala sporo zadan do rozwiazania, ale proste. Zaczynaja kolejnosc dzialan w matematyce i Bi, choc zna teorie, czasem sie jednak walnie i z rozpedu najpierw cos doda lub odejmie zanim pomnozy czy podzieli, a potem dziwi sie, ze jakies dziwne liczby jej wychodza. ;P Na szczescie poprawila bez szemrania. ;) Na pilke pojechala jak zwykle z entuzjazmem i zalujac, ze to juz przedostatni trening.

Swiatlo bylo juz kiepskie, a modelki daleko, ale mysle, ze domyslacie sie, ze ta najjasniejsza glowka, to Bi ;)
 

Ja tego dnia akurat nie zalowalam, bo na noc szlo straszne zimno i choc na poczatku chwilke pochodzilam patrzac jak dziewczyny uganiaja sie za pilka, to za chwile schowalam sie do auta, gdzie bylo znacznie cieplej. Nie narzekam jednak, bo te czekania na Potworki w czasie ich sportow daja mi cenny czas z ksiazka. :)

I w koncu nadszedl piatek. Jakos mi sie ten tydzien ciagnal; moze dlatego, ze dopadly mnie jakies dolegliwosci zoladkowe i choc nie jest to nic zwalajacego z nog, to jednak dokucza od poniedzialku i dzis nadal odczuwam dyskomfort. :( Bi miala dzis pajama day w szkole, polaczone ze zbieraniem datkow na Unicef. Serio, myslalam, ze jak uczniowie beda troche starsi, to jednak to sobie daruja. Dla mnie to jak isc do szkoly w bieliznie. Ciekawe, czy w high school tez beda przylazic do placowki w pizamach?! :D No ale Bi oczywiscie zadowolona, bo "ojeju, jak jej luzno i wygodnie!". Taaa... i to mowi ta sama panna, ktora ze spodni wybrala sobie praktycznie same obcisle jeans'y. :D Poza tym Starsza miala w piatek jesienny festiwal dla grupy D. Jedna grupa to cztery V klasy, ktore maja wlasnie wspolne atrakcje i uroczystosci. Kiedy ma sie 14 piatych klas, a do tego tylez szostych, trzeba to jakos logicznie pogrupowac zeby dalo sie ogarnac bez zbednego chaosu. W ramach festiwalu mialy byc przekaski, napoje, a takze konkurs na najfajniej udekorowana dynie, w kategorii najsmieszniejszej, najstraszniejszej, najslodszej i jeszcze kilku innych. W srode, w czasie szermierki Kokusia, pojechalam do pobliskiego supermarketu, zeby zakupic mala dynke i zonk. Nie ma! :O Na szczescie nie musiala byc koniecznie dynia, wiec zakupilam kabaczka jak najbardziej ksztaltem ja przypominajacego. Bi zamierzala udekorowac go jako pieska. Mam nadzieje, ze nauczycielka porobi jakies zdjecia i przesle je rodzicom. ;) Okazalo sie tez, ze u Nika w klasie rowniez malowali malutkie dynieczki. Jego pani nawet wyslala zdjecia, ale Nik jest tylko na jednym i to odwrocony tylem, wiec nawet go nie wgrywalam...

Przed nami weekend. Na jutro zapowiadaja ulewny deszcz, wiec mecze zostaly odwolane. Moglibysmy podazyc do Polskiej Szkoly, ale po pierwsze, pogoda ma byc naprawde paskudna i ciesze sie na dzien spedzony w cieplym (i suchym!) domu, a po drugie, klasa Kokusia ma miec dyktando, a ze nie planowalam zabierac dzieciakow do szkoly w te sobote, wiec Nik nie cwiczyl. Nie moge mu tego zrobic, bo wiem jak Mlodszy sie stresuje kiedy nie jest do czegos przygotowany. ;) W planach jest wiec spokojny i... chcialam napisac "leniwy" dzien, ale wiadomo ile tego "lenistwa" mozna zazyc w chalupie, gdzie z kazdego kata wyglada cos do zrobienia... Sobota szykuje sie wiec w kazdym razie "domowa", a jak to z relaksem bedzie, to sie zobaczy. ;)

Pozdrawiam weekendowo!

piątek, 22 października 2021

Nieco szalony weekend i rownie zabiegany tydzien, czyli stara bida :D

Wole co prawda tak niz sie nudzic, ale sa pewne granice... :D Po minionym weekendzie, w niedziele wieczor czulam sie jak przeciagnieta przez praske...

Wspomnialam ostatnio, ze w sobote, 16 pazdziernika, miala sie odbyc sesja zdjeciowa dla druzyn pilkarskich. Niestety rano, Potworki odurzone tym poczuciem wolnosci, ktore daje jedynie weekend, robily wszystko, tylko nie szykowaly do wyjscia... :/ W rezultacie, sesja zaczynala sie o 8:15, a my wyjechalismy z domu o... 8:10. :O Dodam, ze na miejsce mamy jakies 10-15 minut jazdy, wiec juz z gory wiedzialam, ze sie spoznimy. Liczylam na to, ze takich spoznialskich bedzie wiecej, ale sie przeliczylam. ;)

Na tym dalszym stolku sekunde wczesniej stala Bi, ale zagapilam sie i zanim wytargalam telefon z torebki, juz zdazyla odejsc...
 

Na szczescie zdazylismy, bo jednak dzieci do zdjec byla gromadka i Potworki zalapaly sie tez na zdjecia druzynowe.

Z dziewczyn brakuje chyba tylko jednej...

Z obu druzyn bylo jeszcze kilkoro dzieciakow, ktore na zdjecia nie dojechaly w ogole, choc trudno powiedziec czy ich nie chcieli, czy mieli takie samo poczucie czasu (czy raczej jego brak), jak my. :D

U Kokusia nawet bez wysilku zauwazam brak 4 chlopcow, wiec pewnie brakuje ich wiecej... A Nik oraz dwoch jego kolegow zerka na mnie, zamiast fotografa :D
 

Fotografowie krecili sie tam pol dnia, wiec spoznialscy zdjecie portretowe mogli sobie jeszcze machnac, ale grupowych juz nie powtarzano...

Potworki mialy mecze jednoczesnie, ale choc bylo to duza oszczednoscia czasu, to mialam wrazenie, ze usiluje sie rozdwoic (wlasciwie to faktycznie probowalam ;P) i nie moge skupic na zadnym. ;) Krzeselko postawilam sobie miedzy boiskami (na szczescie grali na sasiednich), ale wlasciwie to chodzilam w te i we wte. Oba Potworki graly jak zwykle bardzo dobrze, choc niestety u Bi trafila sie mocna przeciwna druzyna i dziewczyny przegraly 1:2. No coz, bywa i tak. ;)

Starsza przy pilce :)
 

Dla odmiany, przeciwnicy druzyny Kokusia byli slabiutcy i "nasi" wygrali 5:1. Nik znow usilnie probowal strzelic gola, ale musi popracowac nad celnoscia, bo na dwie bliskie akcje, raz pilka poleciala gdzies w bok, a za drugim razem odbila sie od slupka. :D

Dlugonogi Nik w akcji ;)
 

Zeby bylo smieszniej, trener postawil go tez na chwile na bramce. Obrona w jego druzynie jest jednak bardzo aktywna i tylko raz pilka poleciala w jego strone.

Bramkarz :D
 

Na szczescie zlapal, ufff... A jaki byl z siebie dumny! :D

Niestety, ujecie kiedy Mlodszy zlapal pilke zupelnie mi nie wyszlo, bo jego kolega wlazl mi centralnie w kadr...
 

Po meczach niestety trzeba bylo jechac po spozywke, skoro poprzedniego dnia wywineli mi w sklepie numer. ;) Potworki pojechaly bez marudzenia, bo z jakiegos powodu lubia zakupy, nawet spozywcze. :) A po powrocie do domu i rozpakowaniu toreb, zaczelam zastanawiac sie, co zrobic z reszta dnia. Mimo pazdziernika w kalendarzu, bylo wrecz goraco: 27 stopni! Na wieczor zapowiadano przejscie burz i gwaltowne ochlodzenie, wiec grzechem byloby nie skorzystac z takiej pogody. Pomyslalam o jesiennym festynie, ktory staje sie pomalu moja i Potworkow coroczna tradycja. Napomknelam o tym pomysle M., a on, o dziwo, oznajmil, ze pojedzie z nami. :O No nie poznaje ostatnio tego mojego chlopa... Na szybko dalismy wiec dzieciakom lunch i pognalismy. Dojechalismy na miejsce i...zonk. Parking pelny, a kolejki (zaczynajac od tej do kasy) juz z daleka widoczne niczym wijace sie sznureczki. Miny nam zrzedly i zaproponowalismy Potworkom, zeby przyjechac innego dnia z samego rana. Jakos kurcze, w poprzednich latach bylam tam sama z dziecmi i nigdy nie widzialam az takich kolejek! :O Dzieciaki oczywiscie strzelily focha, ale na szczescie sami widzieli, ze zamiast zabawy, mieliby ciagle stanie i czekanie. W dodatku tatus obiecal, ze przyjedziemy tam nastepnego dnia, wiec jakos to przelkneli. Osobiscie zaproponowalam kolejna niedziele, bo akurat w tym tygodniu Bi miala tego dnia mecz, ale M. uznal, ze co tam, przyjedziemy rano, dzieciaki sie pobawia, a potem pojedziemy na pilkarska rozgrywke. Okeeey... ;) Wracajac zatrzymalismy sie po kawe dla staruszkow, a ze niedaleko byla nasza ulubiona lodziarnia, a pogoda "lipcowa", to pojechalismy jeszcze na lody. :)

Lody byly pyszne, naprawde, to slonce Kokusia razi :D
 

A potem juz pedem do chalupy, bo z racji planow na kolejny ranek, M. chcial zaliczyc wieczorna msze. Kiedy w koncu zawitalismy na dobre do domu, zabralam sie za ogarnianie wnetrza, zas ojciec z dzieciakami ruszyli na ogrod. Spalili suche galezie i liscie, ktore lezaly juz jakis czas uskladane na ognisku oraz zaczeli dmuchac podjazd z igiel, bo choinki zrzucaja ich tyle o tej porze roku, ze wyglada to niczym rdzawy kobierzec.

Mlodszy "pozuje" :D
 

Przy okazji, Nik, ktory naprawde lubi takie ogrodowe "meskie" roboty, ublagal ojca, zeby ten pozwolil mu uzyc dmuchawy. Balam sie, ze Mlodszy "odfrunie" do tylu pod sila wydmuchu, ale dal rade. ;)

Naprawde go podziwiam, bo ta dmuchawa wcale nie jest taka lekka...
 

Lubie aktywne weekendy, lubie zapewnic dzieciakom jakas frajde, ale lubie tez sobie pospac. Pobudka w niedzielny poranek byla wiec dosc bolesna... ;) Slowo sie jednak rzeklo i jak obiecalismy Potworkom jesienny festiwal, to trzeba bylo jechac. Poniewaz na 12:30 musielismy byc z powrotem w naszej miejscowosci na mecz Bi, wiec na "impreze" dojechalismy juz o 10 rano. Jak dla mnie to i tak pozno, bo zwykle spedzalam tam z dzieciakami przynajmniej 2-3 godziny... Temperatury byly znacznie nizsze niz poprzedniego dnia, bo raptem 13 stopni, choc w slonku bylo calkiem przyjemnie. Trzeba przyznac, ze to jakas odmiana, bo zwykle bywalam tam z Potworkami wczesniej w sezonie i wychodzili po zabawie purpurowi z goraca i kompletnie przepoceni. Tym razem rozgrzali sie ruchem, ale bylo im w sam raz i nawet sie bardzo nie spocili. Pierwsze co, to zaliczyli plac zabaw w kukurydzy. 

Jak sobie pomysle, ile w tym moze byc zyjatek, to tak mi sie troche slabo robi... :D
 

Mielismy szczescie, bo juz o 10 rano (otwieraja o 9) parking byl pelnawy i ludzi walily tlumy. Potworki zdazyly wskoczyc w kukurydze i pracownik oglosil przez megafon, ze wiecej osob nie moga narazie wpuscic, wiec dzieci, ktore juz sa, maja 10 minut na zabawe, a potem beda musialy wyjsc i zostanie wpuszczona kolejna grupa. Nam to nawet pasowalo, bo bylismy ograniczeni czasowo. A w ciagu tych 10 minut, na zewnatrz zebrala sie juz spora kolejka... Potwory wyszly z kukurydzy jak zwykle cale ukurzone, a Nik mial ziarno wepchniete nawet w dziurke od ucha! :O Na szczescie dalo sie je w miare latwo wyjac... Potem ruszylismy na trampoline, bo pamietam z doswiadczenia, ze tam tez szybko robila sie kolejka. Tu juz Potwory musialy poczekac, ale na szczescie tylko jedna ture.

Chyba jedyne ostre zdjecie, na ktorym oboje sa odwroceni mniej wiecej w moja strone ;)
 

Kiedy przyszla ich kolej, nie dalo sie nie zauwazyc, ze Bi jest jednym z najwyzszych dzieciakow tam. Niestety, pomalu bedzie przemijal etap takich zabaw, a to, ze Bi jest wysoka na swoj wiek, nie pomaga... Potwory, jak to oni, bez doroslego stojacego im nad glowa, zaczeli na tej trampolinie jakies przepychanki i czekalam tylko az Bi popchnie Mlodszego mocniej, a ten zleci na ziemie, ale na szczescie nic takiego sie nie stalo. ;) Nastepnym obowiazkowym punktem byly go-carty na pedaly.

Bi zadowolona jak prosie w deszcz ;)
 

Tu juz tez byla kolejka, ale pracownicy pozwalaja kazdemu zrobic dwa okrazenia (swoja droga to podziwiam, ze potrafia spamietac kto zrobil ile) i potem musi oddac autko (rower?), wiec szlo to w miare szybko.

Nik to wiadomo; kazdy pojazd to jego marzenie :D
 

Musielismy koniecznie przejsc obok zwierzatek, bo Bi by nie darowala, ale w tym roku byly tylko kozy i dwa wystraszone kroliczki, ktore siedzialy skulone w pudelku i mialy gdzies jedzenie wrzucane przez dzieciaki...

"zoo"
 

Nastepnie poszlismy do labiryntu. Potworki zawsze strasznie chcialy go przejsc, ale sama nigdy nie mialam ochoty w nim bladzic... Tym razem jednak ojciec obiecal dzieciom, ze z nimi pojdzie, no to polezlismy. Labirynt okazal sie nie taki zly, szczegolnie, ze cos slabo im w tym roku wyrosla kukurydza i miejscami mozna bylo zobaczyc co jest dalej. :D Niestety, matka - gapa wyrzucila wczesniej niechcacy (z jakimis papierkami) mapke, wiec znalezlismy tylko jeden z kilku zaznaczonych punktow.

"Dzieci kukurydzy" - zawsze mam to samo skojarzenie i moze dlatego tak nie lubie tych labiryntow :D
 

Najwazniejsze jednak, ze przeszlismy (i to bez mapy, ha!) i udalo nam sie znalezc wyjscie (zawsze mam wizje przedzierania sie przez kukurydze "na przelaj" w desperacji). ;) Pozniej Potworki wybraly sobie po dyni i pora byla sie zbierac.

Tych dwoch co ukradli... dynie ;P
 

Nik byl rozczarowany, bo nie zaliczyli zjezdzalni, a mial ponadto ochote jeszcze raz wskoczyc do kukurydzy i pojezdzic na go-carcie. Niestety, zdazyl tylko pogonic za pojazdem udajacym statek, puszczajacym za soba banki mydlane. ;)

Nik mial szczescie, ze statek "przeplywal" akurat obok dyniowego pola :)
 

Co ciekawe, Bi kompletnie olala te atrakcje, choc jeszcze dwa tygodnie wczesniej szalala w bankach przy innej okazji... ;)

Dojechalismy do chalupy przezuwajac po plastrze pizzy zgarnietej ze stacji benzynowej (takie zdrowe zarlo! ;P), bo spojrzawszy na zegarek, z przerazeniem stwierdzilam, ze nie zdazymy nic zjesc, a Bi nie moze przeciez grac meczu o pustym zoladku. Panna szybko sie przebrala i popedzilismy na boisko. Tata juz-juz sie zbieral z nami, ale w ostatniej chwili stwierdzil, ze jednak pojedzie na silownie... Najwyrazniej limit czasu z rodzina zostal na ten dzien wyczerpany. :D Poniewaz byla to niedziela, na mecz dojechal za to dziadek, wiec wielkiej krzywdy nie bylo. :) Nik nudzil sie jak mops i wymyslal, za to ja oraz nasz "senior" zmarzlismy jak jasna cholera. Mimo 15 stopni, slonce zaszlo za chmury a na boiskach strasznie zawsze pizdzi, wiec bylo gorzej niz nieprzyjemnie... I ja i moj tato wychodzilismy akurat z przeziebienia, wiec choc sie nie doprawilismy, to jednak czas zdrowienia znacznie nam sie przeciagnal i jeszcze w srode oboje ciagalismy nosem i pokaslywalismy... :/ Za to druzyna Bi znow trafila na mocne przeciwniczki i przegrala 4:1.

Jak widac kolory strojow mialy dziewczyny tak podobne, ze pomylic sie mozna bylo do kogo sie podaje ;)
 

Nie ma sie co jednak dziwic. Tamte dziewczyny mialy bardzo aktywna obrone, przez ktora ciezko bylo sie przebic, a nasze... szkoda gadac. ;) Obie obronczynie co chwila wlaczaly sie do glownej gry, wybiegaly gleboko w boisko, a potem, kiedy nieuchronnie przeciwna druzyna przejmowala pilke, okazywalo sie, ze miedzy ich napastniczkami a nasza bramka jest... puste pole. Nic, tylko strzelac, a w takiej bezposredniej konfrontacji tylko najlepsi bramkarze daja rade. Nasza biedna bramkarka (?) kilka razy az nawolywala kolezanki z obrony zeby wracaly z powrotem, ale najczesciej bylo juz za pozno. ;) Mecz skonczyl sie wiec spektakularna przegrana, choc z "honorem". Najlepsze, ze tego jedynego gola strzelila... Bi! Nooo, tak naprawde pilke pod bramke doprowadzila jej kolezanka, ale potem przeciwniczki kompletnie ja zablokowaly. Pilka wyskoczyla z kotlowaniny w strone Bi, ktora na szczescie w sekunde zorientowala sie, ze to jej szansa i strzelila! :D No ale nie ma co ukrywac, ze wynik sie dziewczynom nie podobal ani troche. ;) Dodatkowo, Starsza zaliczyla dosc spektakularne ladowanie na trawie, wiec wyszla z meczu ze lzami wscieklosci w oczach. :D Twierdzila przy tym, ze inna dziewczynka celowo podciela jej nogi, choc mi sie wydaje, ze po prostu obie usilowaly kopnac pilke i niechcacy o siebie zahaczyly, bo obydwie wyladowaly na ziemi. ;)

W kazdym razie Bi wrocila zla jak osa, ale na szczescie za chwile zjawily sie sasiadki zapraszajac Potworki do zabawy i oboje wyprysneli z domu jak z procy!

Dzieciaki bawia sie u sasiadow, a Maya siedzi na granicy naszego ogrodu i "pilnuje" :D
 

Sasiedzka grupka Potworkow to same dziewczyny, ale Nik zupelnie nie ma z tym problemu. Zeby bylo smieszniej, to Bi przyszla na chwile do domu, raz bo byla glodna, a drugi, bo stwierdzila, ze kolezanki bawia sie w jakas nudna zabawe, zas Mlodszy latal z tymi dziewczynami bez przerwy prawie do 18!

Jak widac, zabawa byla przednia :D
 

I to o jednym plasterku pizzy zjedzonym w poludnie, bo szkoda mu bylo czasu na jedzenie, a mi szkoda bylo przerywac mu dobrej zabawy. ;) Na szczescie w koncu zaczelo sie sciemniac i wszystkie dziewczyny zaczely pomalu rozchodzic sie do domow. Gdyby to bylo lato, nie widzialabym syna do 21. ;) Nie przeszkadza mi to jednak. Na tym polega dziecinstwo, wiec niech sie bawi.

Poniedzialek to zawsze ciezki dzien do wstawania, a jeszcze po takim weekendzie gdzie czlowiek nie odespal, to juz w ogole. Bi nawolywalam z dolu trzy razy, ale zwlokla sie z lozka dopiero o 7:20. Poniewaz o 7:45 musimy wychodzic na autobus, a panna nigdy nie dostaje motorka w tylku, bo ona ma przeciez czaaas... to rozumiecie, bylo nerwowo. ;) Po pracy, jak w jeszcze przez kilka kolejnych poniedzialkow, musialam jechac po Bi i jej kolezanke, bo zostawaly po lekcjach na gazetce szkolnej. Poniedzialek jest jednym z dni bez zadnych sportow, z czego chetnie skorzystalismy, oddajac sie blogiemu lenistwu. :) Dzieciaki odrobily lekcje, a potem zajely sie rysowaniem, czego nie robily juz od bardzo dawna. Okazalo sie jednak, ze Nik mial tego dnia zastepstwo i nauczyciel pokazal im jakis program do komponowania gier. Od tego jakos ruszylo, a potem z kolega podobno zaczeli projektowac wlasne wymiary Minecraft'a, co Nik z zapalem kontynuowal w domu. Obecnie wszystko z motywem tej gry jest na czasie. Moj syn ma bardzo jednostronne zainteresowania. ;) Z racji, ze temperatury poszybowaly ostro w dol a przy okazji nigdzie nie jechalismy, rozpalilismy w kominku. Nie ma lepszego sposobu na dodanie przytulnosci salonowi. :)

Nik rysowal zawziecie caly wieczor :)

Nadszedl wtorek, a wstac wcale nie bylo latwiej. Jakos sie zwloklam, a ze mna Nik, ktory zasypia okolo godziny 21 tylko przylozy glowe do poduszki. Bi wieczorami nie mozna zagonic do spania. Pomijam ostatnia sytuacje z tabletem, ale ja z nia co wieczor walcze zeby szla na gore. Koncze jej czytac okolo 21:40 i zawsze musi potem zejsc za mna na dol, bo piciu, bo powiedziec dobranoc Mayi, itd. Ja powtarzam tuzin razy: Bi, pora spac, a ona otwarcie mnie ignoruje albo wymysla 645328 buziakow, przytulasow, uklady "zolwikow" i tym podobne bzdury. Wszystko, byle przeciagnac czas pojscia do lozka. Ze swojej strony nie lubie na wieczorne pozegnanie krzyczec, ze ma sie klasc w tej chwili i bez dyskusji, choc czasem tak sie wlasnie konczy, bo ile mozna ladnie prosic... Ona idzie obrazona, a ja zostaje z poczuciem winy. :/ W kazdym razie w poniedzialkowy wieczor Bi znow snula sie na dole po 22, wiec we wtorek rano wolalam ja trzy razy zanim w koncu laskawie zeszla... I znowu poranek z pospieszaniem i irytacja w tle... Ale najsmieszniejsza sytuacja przyszla kiedy przyjechaly autobusy. My ze znajoma sasiadka bylysmy sobie w zwyklym miejscu, a po przeciwnej stronie ulicy stala mama z synem. Nowa "twarz" na osiedlu, ale domyslilam sie, ze mieszka w domu, ktory kilka tygodni temu sprzedano. Najpierw przyjechal autobus Kokusia, Mlodszy i corka sasiadki wsiedli, podeszla tez tamta mama, zagadala do kierowcy, jej syn wsiadl i "zoltek" pojechal. Dopiero wtedy kobieta sie odwrocila i przywitala z nami. W tym momencie podjechal autobus Bi. Sasiadka zagadnela "nowa" czy jej syn tez jest w szkole Kokusia (i swojej corki) i w ktorej klasie, a ona z przerazeniem odpowiada, ze nie. Pytam o szkole Bi, a ona kiwa glowa, ze syn ma isc wlasnie do niej. No pieknie; babka wsadzila syna do zlego autobusu!!! :D Na jej usprawiedliwienie jest nowa, a kierowcy i autobusy zmieniaja sie tak czesto, ze przestali przyklejac kartki z numerami, ktore powinni miec obok drzwi, zeby bylo wiadomo, gdzie ktory jedzie. A o ile rano autobusy do high school i potem middle school jezdza o kompletnie roznych godzinach, wiec nie da sie pomylic, o tyle szkoly Kokusia i Bi zaczynaja o tej samej porze, wiec i autobusy podjezdzaja w podobnym czasie. W kazdym razie, nie mozna tak bylo zostawic kobitki, bo jest nowa na osiedlu i nie znala tras autobusow. Zaczelysmy wiec wyscig przez osiedle, zeby zlapac najpierw autobus Nika i zabrac z niego syna tamtej mamy, a w tym czasie akurat zblizal sie autobus Bi, ktory udalo mi sie zatrzymac i poprosic kierowce o poczekanie na jeszcze jednego pasazera. ;) Poranna gimnastyke mialam w ten sposob zapewniona. :D

Wtorek to nadal dzien kiedy Nik ma pilke nozna, a Bi gimnastyke, wiec oboje z M. musimy podzielic sie jazda. Z jednej strony ciesze sie, ze zostaly tylko dwa tygodnie pilki, a potem we wtorki bedzie tylko gimnastyka Starszej. Zawsze to wiecej spokoju, a i ze mnie taka Zosia - samosia, przyzwyczajona, ze ogarniam dzieciaki i ich zajecia samodzielnie i nie lubie prosic meza zeby sie wlaczyl... Z drugiej strony, moze to lepiej dla M. jak jednak tez musi gdzies zawiezc i przywiezc, badz co badz, wlasne potomstwo? Przynajmniej ma szanse sie zaangazowac w codziennosc swoich dzieci... Tak czy owak, w miniony wtorek M. zabral Kokusia na pilke, a ja pojechalam z Bi na gimnastyke, gdzie jak zwykle mialam kolezanke do pogadania.

Bi sie do czegos przymierza, ale do czego?
 

Zanim jednak wyruszylismy na zajecia sportowe, jeszcze Potworki dobrze nie ogarnely sie po szkole, a juz sasiadki pukaly do drzwi z pytaniem czy moga wyjsc sie pobawic. ;) Obydwoje byli oczywiscie chetni, a na moj protest, ze obiad i lekcje, odpowiedzieli, ze te drugie moga odrobic po powrocie. Ostrzeglam, ze wrocimy pozno. Niewazne, nic nie jest wazne, tylko zabawa. ;) Z westchnieniem, ale pozwolilam, pamietajac, ze idzie zima, a za 2 tygodnie zmieniamy czas i skonczy sie latanie po podworku do wieczora, bo bedzie zwyczajnie ciemno. ;) Po powrocie z gimnastyki, Bi grzecznie zabrala sie za odrabianie lekcji i poszlo jej na szczescie calkiem sprawnie. A Nik? Coooz... Panicz Nik zapomnial foldera z praca domowa!!! I bluzy na dodatek... Juz jakis czas udalo mu sie o wszystkim pamietac, ale widze, ze znow dopadlo go zapominalstwo... :D

Nadeszla sroda, a nam wcale sie lepiej nie wstawalo, mimo, ze nawet Bi wieczorem w miare szybko skapitulowala. :) Trzeci dzien z rzedu z zaskoczeniem zauwazalam, ze jest 7:43, zas Bi nadal na dole ubiera sie lub czesze i ma nieumyte zeby... A o 7:45 musimy wyjsc. Autobus Straszej planowo powinien przyjezdzac o 7:47. Na szczescie nigdy nie przyjezdza, ale co jak kiedys jednak sie zjawi na czas? :O Z domu wybieglismy wiec pedem, ale na szczescie na autobusy nawet musielismy chwile poczekac. :) Kiedy Potwory pojechaly, ja jak zwykle wrocilam jeszcze do domu, zabralam psiura do ogrodu porzucac mu pileczke (a co, Mayi tez sie cos od zycia nalezy :D), pootwieralam okna, wstawilam pranie, powsadzalam do zmywarki naczynia po sniadaniu, puscilam odkurzacz... Rano nie ma czasu, zeby puscic go na caly cykl, ktory trwa okolo 1.5 godziny, ale chociaz na te 40 minut zawsze warto. :) Potem popedzilam do pracy, choc wcale mi sie nie chcialo. W tym tygodniu mialo przyjsc ochlodzenie, tymczasem juz we wtorek temperatury poszybowaly powyzej 20 kresek. W srode, po chlodnym poranku, temperatura wzrosla do 24 stopni i kiedy po poludniu wyszlam przejsc sie wokol budynku, w dlugich spodniach i bluzce z rekawem 3/4 (lekkiej, koszulowej) bylo mi zwyczajnie za goraco. :O Zamiast siedziec w biurze, wolalabym porobic porzadki w ogrodzie, ale coz...

Po pracy wpadlam do domu akurat zeby pomoc Kokusiowi w pracy domowej. Mam wrazenie, ze zbyt szybko przeskoczyli w matmie z mnozenia na dzielenie, a zaraz po nim dolozyli dzielenie z "reszta". To juz dla Nika czarna magia i co chwila sie w tym gubi... Po odrobieniu lekcji i wszamaniu obiadu, Potworki zdazyly jeszcze wyjsc na podworko do sasiadek, ktore krazyly juz pod naszym domem kiedy wjezdzalam na podjazd. Serio, te dziewczyny wracaja chyba do domu po szkole i nie jedza, lekcji nie odrabiaja, tylko wskakuja na rowery i podjezdzaja na nasza czesc osiedla. :O Bi mogla z nimi latac do rozpeku, ale Nika po chwili musialam zawolac, bo tego dnia rozpoczela sie wyczekana przez niego... szermierka. :)

Zdjecie nie do konca ostre, ale obaj chlopcy byli w ruchu i to szybkim. Nik to ten po prawej ;)
 

Wrazenia? Mi, jako obserwatorowi sie nawet podobalo; instruktora maja charyzmatycznego i ze sporym poczuciem humoru. Pare razy az sie zgielam wpol ze smiechu z jego komentarzy. Nik zdawal sie dobrze bawic, ale kiedy wsiadl do auta, oznajmil, ze nie podobalo mu sie za bardzo i juz nie chce chodzic. :O Trudno mi bylo z niego wydusic co sie stalo, bo podczas zajec naprawde zdawal sie i dobrze sobie radzic i miec niezla zabawe... Troche zdeprymowalo go chyba to, ze z 6 zapisanych osob, zjawilo sie tylko troje (razem z nim) i obaj inni chlopcy chodzili juz na szermierke wczesniej. No i nie bardzo podpasowala mu osobowosc trenera. Gdzie mi wydal sie on smieszny, Nik chyba sie go troche wystraszyl... :D Coz... zobaczymy w kolejna srode ile bedzie placzu, ze Mlody nie chce... Poki co zapowiedzialam, ze sesja trwa tylko 5 tygodni, jest juz oplacona, wiec jakos musi ja przetrzymac. Ale do samej siebie po cichu mysle, ze jak Nik bedzie bardzo protestowal, to mu odpuszcze i go wypisze... Sprobowal, nie podpasowalo mu, trudno. Wiem, ze przy wypisaniu powinni oddac czesc kasy...

Czwartek i kolejny ranek w biegu. Ja serio kiedys Bi udusze... Jestem w lazience, ogarniam sama siebie. Patrze na zegarek: 7:37. Wolam z gory gdzie jest Starsza i co robi. Odpowiada, ze zaczyna sie ubierac. Wychodzi, ze 17 minut jadla miseczke platkow, ale co tam... Odkrzykuje, zeby sie pospieszyla i wracam do szykowania swojej osoby. Po jakims czasie spogladam znow kontrolnie na zegarek: 7:42. Juz wkurzona, krzycze kolejny raz, gdzie jest Bi? Ta odkrzykuje, ze wlasnie skonczyla sie ubierac. Kuffa, pannicy zabralo 5 minut, zeby nalozyc ubranie!!! PIEC minut! Tu juz sie naprawde wkurw... wkurzylam i zaserwowalam Starszej opierdo... opierdziel. :D Nosz kurna, codziennie to samo! Bo ona jest zmeczona i senna i wszystko jej wolniej wychodzi... Trzymajcie mnie, bo kiedys nie wyrobie nerwowo!!! Nie chce mi sie nawet myslec co to bedzie za dwa lata, kiedy Bi pojdzie do middle school i bedzie zaczynac lekcje o godzine wczesniej! :O

Po pracy male urozmaicenie w postaci odebrania Starszej ze szkoly (plus jej przyjaciolki na dokladke ;P). Pisalam juz, ze jej trener pilki noznej przelozyl trening na godzine 5, wiec jesli Bi jechalaby autobusem, wpadalaby tylko do domu i musiala od razu pedzic na trening. Poniewaz pilka za dwa tygodnie sie konczy, a moj szef jeszcze "baluje" w Chinach, stwierdzilam, ze nic sie nie stanie jak te trzy czwartki pod rzad wyjde o 15. ;) Bi oczywiscie szczesliwa, bo jej autobus nie dosc, ze wiecznie jest opozniony, to jeszcze zalicza kilka osiedli, wiec jedzie godzine. A autem to 15 minut i jest sie w domu. Sasiadka nastraszyla mnie, ze kolejka do odbioru dzieci jest straszna, a okazalo sie, ze nie bylo tak zle. Moze dlatego, ze dojechalam kilka minut przed zakonczeniem zajec. Zaskoczylo mnie to, ze kiedy odbieram Bi pozniej, z gazetki, wszystkie dzieciaki (ktore nie jada autobusami) czekaja na chodniku przed szkola i wsiadaja do auta kiedy rodzic podjezdza. Po zwyklych lekcjach jednak jest chyba tych dzieci za duzo, wiec przy wjezdzie na parking stoi pani z krotkofalowka i przekazuje ktore dziecko (wszystkie do odbioru przez rodzicow czekaja w sali gimnastycznej) ma sie szykowac do wyjscia. Nie podaje sie jednak imienia i nazwiska, tylko numerek. Nie wiem czy chodzi o ochrone danych osobowych, czy o to ze jest tutaj tyle kultur, ze czasem te imiona sa trudne do wymowienia. Np. ta nowa sasiadka mi sie przedstawila, ale ledwie bylam w stanie powtorzyc jej imie (to Hinduska) i pare minut pozniej juz nie bylam go sobie w stanie przypomniec. A numerek to numerek. ;) W kazdym razie, wywolane dzieci pomalu wychodza ze szkoly i szukaja w przesuwajacym sie pomalu sznureczku aut, swojego rodzica. :) Odebralam dziewczyny i odstawilam sasiadke pod podjazd, ktory maja strasznie dlugi, ale na szczescie tym razem nie musialam wjezdzac, bo jej niania stala przy ulicy czekajac na autobus mlodszej siostry. :) Tego dnia, wyjatkowo school bus Kokusia byl opozniony. Myslalam, ze znowu zabraklo benzyny, ale tym razem powod byl nieznany. ;)

W czwartek, podobnie jak we wtorek, narazie zajecia sportowe maja oba Potworki: Bi pilke, Nik plywanie. Trzeba sie bylo rozdzielic i tu zonk, bo kazde chcialo jechac z matka. Uzaleznione jakies... ;) Udalo sie jednak przekonac Bi, ze z nia pojade nastepnym razem, bo Mlodszy zaparl sie, ze mama i koniec. Cos mi sie wydaje, ze to czesciowo sila przyzwyczajenia, a czesciowo to, ze ja jadac z nimi, jestem na miejscu i z grubsza obserwuje. A M. albo zostawia Kokusia na basenie i idzie cwiczyc (bo basen znajduje sie na silowni), albo lazi szybkim marszem naokolo boisk podczas treningow pilki i to nie akurat tego boiska gdzie cwicza dzieciaki, tylko dalszego. Takze de fakto na treningach go nie ma, a dzieciaki chyba lubia miec ten komfort psychiczny, ze rodzic siedzi i "pilnuje". :) M. zabral wiec Bi na pilke, a ja pojechalam z Kokusiem na basen i ciesze sie, ze popatrzylam jak wspaniale plywa, bo poki co zawiesilam jego czlonkostwo w druzynie plywackiej.

Tego dnia cwiczyli styl grzbietowy
 

Mlodszy wahal sie i sam nie wiedzial czego chce, ale w koncu stwierdzil, ze trzy sporty na raz, to jednak troche duzo. Trudno nie przyznac mu racji. ;) Szkoda mi tego plywania strasznie, bo obawiam sie, ze po przerwie Nikowi bedzie trudno do niego wrocic. Z drugiej strony, akurat za dwa tygodnie skonczy sie pilka i zostanie tylko szermierka, ale za za to dojdzie Polska Szkola. To nawet dobrze, ze Potworki beda sie mogly wdrozyc w sobotnie lekcje i odrabianie polskiej pracy domowej, majac tylko po jednym sporcie...

I w koncu przyszedl piateczek! :D Na "mily" poczatek dnia... zaspalam! :O Wylaczylam budzik o 6:40, polozylam glowe na poduszce jeszcze na "minutke" i... obudzilam sie z przerazeniem o 7:10! Aaaaaa!!!! Jak caly tydzien mielismy poranki w biegu, tak piatek to byl wyscig! :D Jak wydawalo mi sie, ze troche nadrobilismy i damy rade, spojrzalam na zegarek, a tam... 7:48! Przypominam, ze planowo powinnismy wychodzic z domu o 7:45, a autobus Bi powinien przyjezdzac o 7:47! :O Cale szczescie, ze autobusy szkolne jezdza jak chca... Tego dnia Kokusiowy podjechal przed 8, ale Bi dotarl dopiero o 8:07, czyli 20 minut po czasie... :O Matka po pracy jechala na zakupy (tego dnia prad normalnie w sklepie dzialal! :D), zas Bi zostala odebrana przez mame swojej ukochanej przyjaciolki i zostala u niej chwile sie pobawic. Ta "chwila" zas przedluzyla sie do 17:30. Starsza byla przeszczesliwa, zas Nik strzelil focha, bo okazalo sie, ze tez mial ochote tam pojsc, czyli zamienic towarzystwo jednej pary dziewczyn, na druga pare. :D

Zegnam jesiennym akcentem w salonie :)


 Takie fajne poduchy dorwalam ostatnio w sklepie. Nie bardzo pasuja do raczej nowoczesnego wystroju salonu, ale zupelnie mi to nie przeszkadza :D