piątek, 18 grudnia 2020

Grudniowe poczatki (tiaaa, poczatki... :D)

Mialo byc o poczatku grudnia, ale jak widzicie, przeciagnelo mi sie na jego druga polowe... :D

W piatek, 4 grudnia, niespodziewanie dostalam (elektronicznie) raporty semestralne Potworkow. Utkwilo mi w pamieci, ze mialy przyjsc 8-ego, wiec byla to mila niespodzianka. Mila szczegolnie, ze Potworki ucza sie dobrze i nie sprawiaja klopotow. Rodzic nie cierpnie wiec kiedy ma przeczytac notatke od nauczycieli. ;) Pisalam juz kiedys, ze w mlodszych klasach nie ma tu ocen. Czasem, ale bardzo rzadko, na testach panie podaja procenty. Na raportach jednak wszystko oceniane jest jako "B" - below expectations [ponizej oczekiwan], "N" - near expectations [blisko oczekiwan], "M" - meets expectations [spelnia oczekiwania], "E" - exceeds expectations [przewyzsza oczekiwania]. U Kokusia bez niespodzianek. Wszystkie zagadnienia ma zaznaczone jako "M", czyli je opanowal. Zadne z moich dzieci nie otrzymalo nigdy "B", zdarzylo sie sporadycznie jakies "N", ale tym razem Nik ma wszystko zaliczone i juz. :) Za to Bi... Hohoho! Juz podczas wywiadowki mialam wrazenie, ze wychowawczyni zachwycona jest jej pisaniem i ten zachwyt rzutuje najwyrazniej ogolnie na osiagniecia akademickie Starszej. Az z szesciu punktow Bi zostala oceniona na "E", czyli przekracza poziomem pierwszy semestr IV klasy. Nooo, dwa z tych punktow to w sumie z zachowania - jedno za wlasna inicjatywe w podejmowanych dzialaniach, a drugie za bycie odpowiedzialna i pelna szacunku. No kto by pomyslal! :D Czy to ta sama Bi, ktora w domu usiluje rzadzic i o wszystko sie rzuca? ;) Kolejne "E" otrzymala za upor w dazeniu do poprawienia czytania. Bi zdaje sobie sprawe, ze to jej pieta achillesowa, ale najwyrazniej uparcie cwiczy, zeby to poprawic. Kolejne "E" dostala za ilosc wypracowan produkowanych na kazdy temat i kolejne za uzywanie nauczonych strategii w celu rozwiniecia tekstu. Ostatnie zas "E" to juz od pani od muzyki, za spiew. To juz wiem i kilka razy pisalam, ze Bi jest bardzo muzykalna. Gdyby byl to normalny rok, mialaby szanse zapisac sie do chorku szkolnego, a tak to maja jakies wirtualne "cos", o ktorym Bi i tak nie pamieta... :/

W sobote, Matka Natura sprawila nam niespodzianke i sypnela sniegiem. Mokrym, ktory po dwoch godzinach przeszedl w deszcz i zmyl to, co nasypal, ale przez chwilke bylo pieknie. :)

A mogloby juz tak zostac :)

Niestety, Potworki nie skorzystaly, bo mialy polska szkole (zdalnie) i zanim skonczyli, zanim sie zebralismy, padal juz deszcz. Lekkie rozczarowanie bylo, ale ze sniegu nawet na ten dzien u nas nie zapowiadali (w innych czesciach naszego Stanu tak, ale nie w naszych bezposrednich okolicach), wczesniej sie nie nastawili na szczescie, to i rozpacz byla mniejsza. ;)

Po poludniu, mimo ze aura byla paskudna, pojechalam z Potworkami na lyzwy. Coz, miejsca zaklepane, zaplacone, to jedziemy, czy sie chce, czy nie. ;)

Szkoda, ze to byl ostatni raz na jakis czas :(
 

Tym razem niestety chwycilam ostatnie dwie rezerwacje, wiec Potworki jezdzily, a ja stalam i patrzylam. Mimo, ze nie bylo mrozu, strasznie wymarzlam.

Dobrze, ze chociaz oni mieli radoche...

Bi jest gotowa pozowac w kazdej sytuacji ;)

Pod koniec juz tuptalam wzdluz lodowiska, zeby choc troche rozgrzac skostniale nogi. Duzo to nie dawalo... ;)

 

No i nagle zrobil sie 14 grudzien, a ja w poscie utknelam na 5-tym. :/ Niestety, Kokusiowy post mial oczywiste pierwszenstwo, a poza tym w pracy nagle zrobilo sie goraco i w rezultacie miotam sie na wszystkie strony i zaniedbalam blogowisko...

Coz, moze kiedys nadrobie... ;)

Skoro poprzednie akapity byly o 5 grudnia, przyszla kolej na 6-ty, czyli Mikolajki! Wole nawet nie wiedziec, od ktorej godziny Potworki krazyly po domu budzac siebie nawzajem. ;) Z tymi Mikolajkami to mamy zazwyczaj mala dyskusje z M., bo u mnie w domu Mikolaj zostawial upominki w butach, wyszorowanych i postawionych pod drzwiami, a u M. kolo lozek. Dodatkowo, w mojej rodzinie, 6-ego dostawalo sie jakis drobiazg, glownie slodycze, pomarancze (ktorych nigdy zreszta nie lubilam :D), itd., a glowny prezent na Gwiazdke. U M. byl duzy prezent na Mikolajki, a na Boze Narodzenie juz nic. Odkad urodzily sie Potworki, mamy wiec ciagly dylemat jak rozwiazac problem prezentow. To znaczy dylemat mam ja, bo M. oddaje mi paleczke, ale potem nie powstrzyma sie od jakichs kasliwych uwag o rozpuszczaniu potomstwa. Potworki bowiem w koncu dostaja spore prezenty i na Mikolajki (choc naprawde staram sie powstrzymywac, naprawde!) i jeszcze wieksze na Gwiazdke. A po drodze sa jeszcze urodziny Nika... ;) Az sie ucieszylam (choc jednoczesnie mi przykro), ze w tym roku nie bylo przyjecia bozonarodzeniowego dla dzieci w naszym kosciele. Przynajmniej o dwa prezenty w domu mniej. ;)

Na tegoroczne Mikolajki postawilam glownie na prezenty cwiczace koncentracje oraz cierpliwosc i majace oderwac Potworki troche od tabletow, do ktorych w weekendy sa niemal przyrosnieci. Dostali wiec po zestawie Lego (Bi Friends lodowisko, Nik ostatni brakujacy pojazd z kolekcji Arctic), ktorego Starsza nie miala na liscie do Mikolaja, ale i tak sie ucieszyla.

Rano, jeszcze w pizamach i z balaganem w tle, oni ukladaja... ;)
 

Do tego otrzymali po zestawie pieknych puzzli, ktorych zadne na liscie nie mialo, ale ze matka pamieta dni, kiedy Potworki wyciagaly je zeby poukladac sobie ot tak, hobbistycznie, to stwiedzila, ze juz dawno czegos takiego nie bylo. Okazalo sie przy okazji, ze (na szczescie) Potworki nadal ciesza sie z kazdej otrzymanej rzeczy, nawet jesli o nia nie prosily. ;) Po ulozeniu Lego, zabrali sie ochoczo za puzzle. I tu... zonk. Moze przez to, ze mieli dosc dluga przerwe, ale szlo im dosc opornie. Nik dostal ukladanke 200-czesciowa i tutaj oczekiwalam, ze moze go ona nieco przerosnac, wiec nie zdziwilam sie kiedy zakonczylo sie na pracy grupowej: mojej i synka. :D Bi natomiast ostatnio trzaskala 150 elementow bez wiekszego wysilku, wiec zeby podniesc poprzeczke zakupilam jej takie z 300 czesciami. I niestety, zmuszona bylam w koncu zasiasc i z nia, a ze czasu mialam malo, wiec ulozenie zajelo nam niemal 3 wieczory. Musze jednak przyznac, ze puzzle okazaly sie duzo trudniejsze niz sie spodziewalam. Ja sie przy ukladaniu swietnie relaksowalam, ale moje dziecko bylo juz bardzo zniecierpliwione. ;) Z zabawek Nik otrzymal na Mikolajki kolejnego Bakugan'a do kolekcji (tym razem konkretna figurke z listu do Mikolaja), a Bi cos, co zwie sie Loopies i jest maskotka, ktorej samemu przeplata sie wloczke, tworzac puchate zwierzatko. Nie bylo tego co prawda w liscie do Mikolaja, ale za to znalazlo sie na urodzinowej, choc ta byla dluga i wtedy wybralam co innego. Teraz przynajmniej wiedzialam, ze upominek bedzie trafiony. :) Poznym rankiem wpadl moj tata i niespodzianka, rowniez przywiozl prezenty! :D Tym razem Bi dostala zestaw bransoletek, a Nik kolejne auto do kolekcji. Toniemy juz po prostu w autach... ;)

W niedziele po poludniu, znienacka przemknelo cos pod oknem, a sekunde pozniej zadzwonil dzwonek do drzwi. Zanim do nich doszlam (i zbiegly sie zaciekawione Potworki), nikogo juz nie bylo, za to pod drzwiami stala torba na prezenty. Dzieciaki rzucily sie do okna, ale udalo im sie zauwazyc tylko odjezdzajacego, czarnego vana. Baaardzo tajemniczo. ;) Okazalo sie, ze zostalismy "elfnieci". :D W torbie znalazl sie list, kartka na drzwi oraz torebki z kakao, piankami i paroma cukierkami. I prosba, zeby zabawe podac dalej i roznosic "ducha Swiat". ;)

Takie cos to oczywiscie najlepsza zabawa dla dzieciakow. Rodzic raczej przewraca oczami, ze o jesssu, teraz musze porobic kopie listow i kupic jakies swiateczne slodycze, zeby moje potomki mialy radoche z podrzucenia upominkow pod drzwi. Tyyyle zachodu... ;)

Dobrych kilka dni zajelo nam rozszyfrowanie, kto sie kryl za naszym tajemniczym "elfem". Traf chcial, ze sasiedzi naprzeciwko maja takiego czarnego vana, wiec w pierwszej chwili wszyscy uznali, ze to oni. Mi jednak nie gralo, ze starsza corka sasiadow ma prawie 12 lat, zas mlodsza, mimo ze 9 konczy dopiero w marcu, jest wzrostu Bi oraz ma lekka nadwage, wiec jest dosc slusznej postury. Zas "to", co przemknelo pod oknem, bylo drobne i szybkie i na zadna z sasiadek nie wygladalo. Dopiero po kilku dniach zapalila mi sie lampka, ze takiego czarnego vana ma tez mama ukochanego kumpla Nika! A tajemniczy elfik faktycznie bardzo przypominal jego siostre blizniaczke! ;) Najlepsze jednak to, ze kiedy triumfalnie oznajmilam Kokusiowi wynik mojej dedukcji, odpowiedzial, ze przeciez on to juz dawno wiedzial, bo kolega powiedzial mu w szkole! :D

Kolejne trzy dni minely biegiem miedzy domem, szkola i praca i za cholere nie pamietam, co robilismy. W poniedzialek Potworki mialy religie. Tym razem w aucie "kiblowalam" tylko z jedna kolezanka, bo drugiej zaproponowalam, ze po lekcji podwioze jej starsza do domu. Szkoda mi jej mlodszej coreczki, ktora zawsze przez godzine siedzi w foteliku z nosem w telefonie. Mala ma dopiero 2 latka i zal mi jej oczek, wiec choc mieszkaja nie do konca po drodze do mojego domu, uznalam, ze co tam. Tym bardziej, ze oba Potworki bardzo lubia starsza corke kolezanki, wiec byla to dla nich namiastka spotkania towarzystkiego. A jeszcze potem zagadalam sie z kolezanka pod jej domem, dzieciaki zas polecialy na trawnik tarzac sie w resztce sniegu z soboty, ktory tam sie jakims cudem utrzymal, wiec byla pelnia szczescia. :)

Czwartek to byl oczywiscie dzien wyjatkowy, jakie dla mnie sa tylko dwa w roku. :) Moje mlodsze szczescie skonczylo 8 lat. Jak to mozliwe, ze ten maluch, ktorego do trzeciego roku zycia moj tata nazywal Wojciechem Mannem, bo taki byl okraglutki, jest juz takim "wielkoludem"?! Nawet dziadek teraz twierdzi, ze wnuk mu sie zrobil jakis "patykowaty". :D Tak naprawde to Nik, podobnie jak Bi, jest raczej nabity i do chudzielcow nie nalezy, ale fakt, ze ostatnio bardzo wyrosl. Przerosl ulubionego kolege, ktory jest od niego o pol roku starszy. Jest wyzszy od wiekszosci chlopcow z klasy (choc nie od wszystkich). Ba! Przerosl nawet syna mojej kolezanki, ktory za miesiac konczy juz 9 lat i dotychczas zawsze byl wyzszy!

Nik byl niepocieszony, bo urodziny wypadly mu w srodku tygodnia. No jak zyc?! :D Probowal wynegocjowac zostanie w domu, ale nie z matka takie numery. ;) Rano zdazyl jeszcze poluskac mineraly z glinki. Kupilam mu bowiem taki zestaw mlodego geologa, gdzie z brylki gliny mogl poluskac (podobno) autentyczne mineraly i kamienie szlachetne.

Zanim rano wstalam, solenizant zdazyl wyluskac wszystkie dwanascie "kamykow" :O

Mlodszy kocha wszelkie kolekcje, wiec byl zachwycony, ze ma 12 "kamykow", wraz z kartami opisujacymi ich zastosowanie i wlasciwosci. Poniewaz Bi byla strasznie niepocieszona, ze ona mialaby nic nie dostac, na pocieszenie zakupilam jej zestaw czterech geod, ktore mogla rozlupac, odslaniajac ukryte w srodku krysztaly.

Rozlupanie ich to wcale nie byla taka prosta sprawa :)
 

Jedna z geod pekla idealnie na pol, ku radosci Starszej

Potworki, jak wiekszosc dzieci, sa zadne wiedzy i ciekawskie, wiec takie edukacyjne zestawy to dla nich prawdziwa gratka. Po powrocie M. do domu, nastapilo podlaczenie prezentu glownego, czyli Playstation. Z gier, ktore M. odkupil razem z konsola, tylko 5 nadaje sie dla takiego malucha, ale ze wsrod nich znalazly sie dwa wyscigi samochodowe, to Nik ma pole do popisu.

To jest ten pokoj zabaw Potworkow w piwnicy, ktory powinien sie raczej nazywac pokojem chaosu :D
 

Poki co nie ma na szczescie problemu z ograniczaniem gry, czego sie obawialam. Oby tak dalej. Pod wieczor dal sie bez problemu wyciagnac do gory na dmuchanie swieczki. ;)

Zyczenie i dmuchamy :)

Piatku praktycznie nie pamietam, co oznacza, ze nie dzialo sie nic specjalnego. :) W sobote zas od rana sprzatalam oraz pieklam. Na niedziele bowiem zaprosilam moje dwie kolezanki z dziecmi na mini urodziny Nika. Poki co nie ma u nas lockdownu, a wieksza impreza w styczniu odpada z wiadomych powodow, wiec stwierdzilam, ze niech ma chlopak chociaz namiastke. Byl to tez wielki dzien dla M., ktory od rana chodzil wyczekujaco od okna do okna, mimo ze oczekiwana przesylka miala zostac dostarczona dopiero miedzy 15 a 19. Kocham takie 4-godzinne okienka, kiedy czlowiek utyka w domu! W kazdym razie w koncu sie doczekal, a ja malo wszystkich nie pogryzlam, bo rano odkurzylam i pomylam podlogi, a tymczasem padalo, wiec panowie wnoszacy pudlo, nie tylko naniesli blota, ale jeszcze ktorys wdepnal w psie gowno i rozniosl nam to po polowie korytarza! :O No ku*wa!!! Czekala mnie kolejna rundka na mopie. :/ A co przywiezli? Coz... Po trzech latach utyskiwania M. i blogiej ciszy w salonie, uleglam i zgodzilam sie na telewizor. ;) A tak naprawde to wolalam miec nieco lepszy wglad na to, co ogladaja Potworki. Na tablety ciezko im zza ramion co chwila zagladac, a tak to bedzie widac, a przynajmniej slychac. ;)

Coz... Ciezko mi sie przyzwyczaic. Tak fajnie bylo, cichutko, Potworki sluchaly tabletow przez sluchawki, a teraz dudni to glupie pudlo. ;) Glosniki ma po bokach, wiec przez otwarty plan dolu, echo niesie sie bez przeszkod do kuchni. No i jest... masywne, 75 cali. Takie sobie malzonek upatrzyl, ja tylko przewracalam oczami, ale przyznaje, ze na tej naszej ogromnej scianie wcale nie wydaje sie az tak wielkie. No i troche te sciane zapelnil, bo wczesniej straszyla pustka i nie wiadomo bylo co tam dac. A tak, problem z glowy. ;)

Ta czesc kanapy jest obecnie bezuzyteczna, a nie ma jej gdzie przesunac...

Oczywiscie teraz powstal dylemat, co z aranzacja salonu. Trzeba by kupic jakas szefeczke pod tv, na dvd i te sprawy, ale poki stoi choinka, nie ma gdzie upchnac mniejszej czesci naroznika, ktora teraz tkwi pod telewizorem. Obsluga tego ustrojstwa to tez czarna magia. Ostatni telewizor kupowalismy jakies 11 lat temu i okazuje sie, ze technologia poszla mocno do przodu. Te tv to taki komputer podlaczony do internetu  i poki co nawet nie probuje sie w nim rozeznac. Jak to obecnie bywa, pierwsze rozeznaja sie pewnie Potworki... To dopiero wazne zyciowe wyzwania, co? :D

Wracajac jednak do przyjecia urodzinowego Kokusia. Rok temu obiecalam mu, ze impreze zaklepie mu w miejscu gdzie urzadzaja "bitwy" na pistolety NERF. Tego spelnic oczywiscie nie moglam, wiec dostal chociaz tort z odpowiednim wizerunkiem (sam sobie wybral oplatek). ;)

Widac troche splywajace zolte "kropki"

Tort jak zwykle dekorowalam po nocy i jak na zlosc, tym razem kompletnie nie wspolpracowal. To znaczy bita smietana nie wspolpracowala. Biala miala super konsystencje. Zabarwilam na niebiesko - bez zarzutu. Potem chwycilam za barwnik zolty... i zonk, wszystko sie rozplynelo. Nic to, wstawilam do lodowki i czekalam az stezeje. Jest po polnocy, a ja czekam. Pol godziny, sprawdzam, dalej plywa, czekam kolejne 15 minut, nic, dalej smietanowa zupa. W koncu byla juz prawie 1 nad ranem, wiec w akcie desperacji wrzucilam smietane w rekawie do zamrazarki i poszlam spac. Rano wyciagnelam, oczywiscie zamarznieta na kosc. :D Wlozylam do lodowki, w nadziei, ze zanim wrocimy z kosciola, juz zmieknie, ale sie nie rozpusci. Taaa... Doslownie po kilku sekundach, wszystko plywalo. Zamiast planowanych, zoltych kropek, mialam wiec na torcie rozciapane smugi. :( Na szczescie smaku mu to nie ujelo. ;) A zachwyt Kokusia nad swoim tortem wynagrodzil mi sleczenie po nocy i nerwy. :)

Poznym rankiem w niedziele przyjechal moj tata, zeby przywiezc wnukowi prezent. Mlodszy dostal wiec kolejne Lego do kolekcji. Na szczescie klocki to taki pewniak i ile by ich nie mial, zawsze cieszy sie z kolejnego zestawu. :) Niestety, nie moglam z nim spokojnie posiedziec, bo musialam ogarniac reszte imprezy. Robilam koreczki i male kanapki z lososiem na przekaske dla doroslych i kupe niezdrowych przekasek dla dzieciarni. Przygotowalam rowniez stol w kuchni ze stacja dekorowania ciasteczek oraz innymi zadaniami dla malolatow, zeby choc przez moment zajeli sie czyms bez dzikiego ganiania. Okazalo sie to strzalem w dziesiatke, szczegolnie dla dziewczynek, choc i Nik przysiadl do dekoracji. Tylko syn kolezanki sie nie przylaczyl, bo nie lubi takich manualnych zajec. ;) W koncu dziewczyny przyjechaly, naplotkowalam sie za wszystkie czasy, dzieciarnia szalala jak pijane zajace, a M. uciekl na rower. :) Pod koniec zaspiewalismy Kokusiowi "Happy Birthday", tort jakos wytrzymal i sie kompletnie nie rozplynal, goscie pojechali i impreza skonczona. ;)

Prawie cala banda. Brakuje tylko najmlodszego egzemplarza :)

Nik ponownie sie oblowil, bo kolezanki maja gest i od jednej dostal zestaw Bakuganow wraz z arena do "bitew" oraz (kolejnego!) NERF gun'a, a od drugiej kolekcje resorakow Hot Wheels oraz ogromne Lego Minecraft, ktore ukladal jeszcze kolejny dzien. Toniemy w zabawkach, a przed nami jeszcze Gwiazdka, ratunku! :D

Poniedzialek przyniosl irytujaca wiadomosc, ze w nastepnym tygodniu szkoly w naszej miejscowosci przenosza sie na nauczanie zdalne. Chca w ten sposob dac uczniom oraz kadrze pelne dwa tygodnie w domu. Ech... To niby tylko trzy dni (u nas w srode dzieciaki maja lekcje), ale co bedzie po Nowym Roku? Boje sie, ze jak juz przejda na nauczanie zdalne, to zechca je sobie jeszcze pociagnac przez jakis czas... :/

Wtorek dla odmiany przyniosl wiadomosc bardzo przykra. Lodowisko, na ktore jezdzilismy sobie z Potworkami i z ktorego tak sie cieszylismy, zmuszone bylo odwolac zarowno lekcje jazdy na lyzwach, jak i sesje publiczne. Dlaczego? Otoz, ktos w zarzadzie Stanu wymyslil, ze bez wzgledu na wielkosc lodowiska, na lodzie moga przebywac tylko 4 osoby na raz. CZTERY!!! To praktycznie jazda samemu! Nie rozumiem tego, kompletnie nie kumam. Lodowisko, o ktorym mowa jest na swiezym powietrzu i wolno im wpuscic tylko 4 osoby, a jednoczesnie nadal otwarte sa silownie (ciekawe jak dlugo), gdzie ludzi jest na raz kilkadziesiat i to jest w porzadku?! Gdzie tu jakas logika?! Podobno beda pracowac nad wymysleniem czegos, zeby moc otworzyc lodowisko dla tych czterech osob w jednym czasie, ale bylo bardzo ciezko zalapac sie na rezerwacje kiedy moglo ich jezdzic okolo trzydziestki, wiec teraz bedzie to graniczylo z cudem. :(

Kolejne dni przyniosly prawdziwa zime. Juz wtorek byl zimny, z temperatura ledwie ponad 0, ale od srody przyszedl trzaskajacy mroz i slupek rteci nawet w dzien nie podniosl sie wyzej niz -3. Na noc zapowiadany byl za to pierwszy powazny opad sniegu. Matka natura miala dodatkowo walnac od razu z grubej rury i dowalic nam tak z pol metra. ;) Srodowe popoludnie przynioslo jednak watpliwosci, kiedy snieg mial zaczac padac o 17, a tymczasem zrobila sie 19 i nie spadl ani plateczek. :D Niespodziewanie jednak, godzine pozniej, zaczal w koncu sypac. Potworki zachwycone chodzily od okna do okna, podziwiajac coraz bielszy swiat. :) Osobiscie ten opad cieszy mnie znacznie mniej niz ich i jedyna radosc to to, ze choc od niedzieli ma byc cieplej, to jednak noce nadal maja pozostac mrozne, jest wiec szansa na biale Swieta. To bylyby pierwsze od kilku lat. :) Snieg padal calutka noc i wiekszosc ranka, wiec "troche" go napadalo. Moze nie zapowiadane pol metra, ale tak z 30-40 cm. Szkoly oczywiscie zamknieto, ale niektore dzieci dostaly wolne, a inne musialy niestety zasiasc do zajec zdalnie. Nasze miasteczko na szczescie "podarowalo" uczniom snow day. Potwory lazily wiec do poludnia w pizamach, leniwie grajac w gry na laptopach i droczac sie z psem oraz soba nawzajem. :) Jojczaly tez o to, kiedy beda mogli wyjsc na snieg, ale ze M. planowal wyjsc wczesniej z pracy (tak, pojechal w srodku nocy i to w sniezyce! :O), zaplanowalam niecnie, ze wysle mlodziez na mroz kiedy tata bedzie odsniezal. :D Pozniej jednak ruszyly mnie wyrzuty sumienia i odsniezylam jednak frontowe schody i kawalek chodnika. Na wiecej nie starczylo mi sily, choc i tak zdolalam zlamac jedna z naszych szufli. ;) M. ma na szczescie odsniezarke, ale niestety mamy domek na gorce i glupie schodki oraz sciezke wylozona kostka brukowa, wiodace od podjazdu do frontowych drzwi, ktorych odsniezarka sie nie ruszy. Zawsze trzeba troche poszuflowac. :) Potworki w tym czasie ganialy z sasiadka.

Zjezdzanie z jednej strony domu...

Spedzili na dworze chyba z dwie godziny, zjezdzajac z gorek, tarzajac sie w sniegu i probujac lepic balwana, choc snieg byl leciutki i sypki, wiec nic z tego nie wyszlo. :)

Zjezdzanie z drugiej (z trzeciej tez, ale zdjecia brak) :)

Cieszylam sie, ze sa juz na tyle duzi, ze (przy braku zagrozenia ze strony niedzwiedzi) moge zostawic ich na dworze samych i zerkac tylko przez okno z cieplutkiej chalupy. :D

Pamiatkowa fota, bo kto wie czy to nie ostatnia sniezyca w tym sezonie... ;)

Kiedy w koncu zawolalam ich do domu, okazalo sie, ze sami wygladaja jak dwa balwanki. :D Przy okazji spotkala mnie tez niezbyt mila niespodzianka, bowiem nowe sniegowce Nika zostaly kompletnie przemoczone. Mialy byc wodoodporne, ale albo nabralo mu sie do butow tyle sniegu, ze calutkie stopy mial mokre (co tez jest bardzo prawdopodobne), albo coz, sa wodoodporne tylko z nazwy. Mam w domu specjalne spraye do tkanin, wiec przed kolejna wyprawa na snieg, sprobuje cos z tym zrobic, mam tylko nadzieje, ze zadziala...

I tak dobrnelam do piatku, 18 grudnia. Dzien po sniezycy, wiec wiele miasteczek zamknelo szkoly na kolejny dzien, a jeszcze inne opoznily lekcje. Nasze zaskakujaco otworzylo je rano normalnie, pewnie dlatego, ze zajecia konczyly sie akurat wczesniej. ;) To po pierwsze. A po drugie, ze byl to ostatni dzien fizycznie w szkole przed przerwa swiateczna. W poniedzialek, wtorek i srode, jak juz wyzej napisalam,  zajecia odbeda sie bowiem zdalnie. Nie planowalam jechac tego dnia do biura, wiec az tak mi nie zalezalo, ale ze wybieralam sie do sklepu po pierwsza partie swiatecznego prowiantu, to fakt, ze moglam oddelegowac potomstwo do szkoly, byl mi w sumie na reke. :)

Chyba na dzis starczy... Przede mna intensywne dni: sprzatanie, pichcenie, w tle praca oraz zdalna nauka Potworkow. Nie wykluczam tez, ze bede musiala podjechac na chwile do biura... Zobaczymy. Nie wiem czy uda mi sie wrzucic tu jakiegos dluzszego posta przed Swietami, ale postaram sie wpasc i chociaz zlozyc zyczenia. :)

czwartek, 10 grudnia 2020

Osiem lat :)

Nie, nie moge uwierzyc, ze to moje male Kokusio ma juz 8 lat! Dopiero "wczoraj" przeciez tyle konczyla Bi. Taka mi sie wtedy juz duza i powazna wydawala. Zreszta, ona zawsze mi sie wydaje doroslejsza niz potem Nik w jej wieku. Taka dola mlodszego dziecka, ze zawsze bedzie tym malutkim i wypieszczonym, nawet jak skonczy 20 lat. ;)


Nik zreszta, poza tym, ze jest mlodszy, poglebia jeszcze to wrazenie dziecinnosci swoim zachowaniem i charakterem. Nie to ze jest glupiutki, czy cos, co to, to nie! ;) Mlodszy jest bardzo bystry i ma swietna pamiec. Pisalam juz niedawno, ze dobrze radzi sobie z matematyka, swietnie pisze i rewelacyjnie czyta. Od zawsze byl tez wygadany i ma bardzo bogate slownictwo. Te jego gadanie, to zreszta nasza "zmora", bo Kokusiowi buzia sie nie zamyka i gledzi nawet przez sen. :D Jest jednak uroczym przytulasem i pieszczochem, pakuje sie chetnie na kolana lub "opka" i wyznaje, ze bardzo nas kocha. To znaczy mnie, M. oraz dziadka, bo siostra czesciej widzi zmarszczone czolo i slyszy "You're an idiot!". Czasem sama jest sobie winna, bo oczywiscie wiecznie bratu dokucza, a czasem Nik rzuca te obelge bez wiekszej przyczyny. Nie pomagaja nasze upomnienia i przestrogi, ze kiedys wyrwie mu sie to do niewlasciwej osoby i konsekwencje beda malo przyjemne. Raz juz burknal, ze jestem idiotka do mojej skromnej osoby, dostal porzadny opierdziel, a potem skruszony chlipal i przepraszal, ale widze, ze nauka poszla jednak w las. ;)

 Mlodszy jest "krolewiczem", tudziez usiluje nadal byc malym dzidziusiem i kompletnie nie ma zapedow do samodzielnosci. Wieczorem nadal rodzice myja mu zeby, choc tu sama czuje sie spokojniejsza, kiedy wiem, ze choc raz dziennie ma je porzadnie wyszorowane. Znacznie gorsza koniecznoscia jest podcieranie tylka po dwojeczce. Probujemy przymusic Kokusia, zeby chociaz sprobowal, ale za kazdym razem konczy sie placzem i awantura, wiec odpuszczamy, liczac, ze juz niedlugo powinien sam zaczac sie wstydzic nas wolac. Miejmy nadzieje. ;) W kazdym razie Mlody zapiera sie, twierdzac, ze nie umie i koniec. Kiedys poszedl do lazienki na gorze, ja na dole gadalam na Skypie z siostra i nie wiem jak to sie stalo, ze zupelnie nie slyszalam jego wolania. Kiedy w koncu go znalazlam, byl tak rozhisteryzowany, ze az caly sie trzasl. Glupio mi sie zrobilo, kiedy policzylam, ze siedzial tak wolajac i placzac jakies 40 minut. Pomyslalby ktos jednak, ze w koncu wstanie z "tronu" i jesli sie nie podetrze (co chyba byloby najrozsadniejsze), to chociaz pojdzie na poszukiwanie matki. Ale nie Nik. Latwiej przeciez wyc, niz sprobowac podetrzec sobie tylek. Ech... Rozpisalam sie o kupie, ale to taka nasza mala bolaczka. Rece juz nam opadaja, a mnie i cycki. Nie dosc, ze w domu domaga sie podcierania, to w szkole trzyma dwojke za wszelka cene. Nieraz do domu wpada biegiem, bo juz nie moze wytrzymac (choc na plac zabaw da rade jeszcze wpasc na kilka minut). Czesto niestety nie wytrzymuje juz w czasie lekcji. Tyle razy mowilismy mu z M., zeby po prostu wytarl tak, jak da rade. Niewazne jak, byle sprobowal. Nieee, trzyma tak dlugo, az potem popuszcza i przyjezdza do domu z zaschnietymi "boberkami" i brudnymi gaciami. Nie mam pojecia skad takie opory, ale oszalec mozna. :/

Jakby malo bylo "smierdzacych" spraw, to Nik niestety nadal w nocy spi snem sprawiedliwego i pomimo pilnowania, zeby zalatwil sie przed samiutkim spaniem, potrafi zlac sie w lozko. Teraz juz ledwie popuszcza i chyba w tym momencie sie budzi, ale jednak. Zdarza sie to coraz rzadziej, bo przedostatnio przydarzylo jakos latem, a ostatnio dopiero co, niecale dwa tygodnie przed urodzinami. No ale... osmiolatek popuszczajacy w lozko?!

Z troche przyjemniejszych spraw. ;) Nik to zdecydowanie miesozerca. Lubi gulasz, schabowe, mielone, miesko z golabkow (bo kapusty nie ruszy), steaki, hamburgery i hot-dogi, choc za spaghetti z miesem nie przepada. Zajada sie za to nalesnikami (z miodem!) i dalby pokroic za zupe pomidorowa. :)

Jest bardzo sprawny fizycznie. Zanim zamkneli druzyne, pokazal, ze swietnie plywa i kiedy chcial, potrafil przegonic siostre. Wspaniale jezdzi na nartach, a i na lyzwach dobrze sobie radzi. To, co wyprawia na rowerze, przyprawia mnie o ciarki, tudziez zawal. ;)

Ostatnimi czasy pokochal Lego wielka miloscia. W koncu uklada samodzielnie cale, nawet bardzo duze zestawy. Do niedawna chcial zebym albo ukladala je z nim, albo chociaz siedziala obok w ramach wsparcia moralnego. ;) Ma cala kolekcje Lego Arctic i kilka pojedynczych zestawow. W koncu zaczal sie tez nimi bawic, bo dotychczas ulozone pojazdy po prostu staly na polkach i zbieraly kurz. ;) Nadal nie mija mu milosc do NERF gunow, choc ostatnio jakby mniej ma zapalu do strzelanek. Zbiera Bakugan'y. Ma juz kilkanascie figurek i caly czas sledzi jaka nowa pojawila sie do zdobycia. Co ciekawe, bajki nie widzial na oczy. ;)

Od czasu do czasu napada go obsesja na jakims punkcie, w sensie, ze probuje znalezc wszystkie egzemplarze z jakiejs grupy, np. wszystkie zwierzeta sawanny. I nie wystarcza mu te podstawowe jak slon, zyrafa, lew, itd. Szuka tych najmniejszych i najrzadszych. Dobrze, ze nie wzial sie za owady, dopiero mialby pole do popisu. :D Przez jakis czas wyszukiwal wszystkie mozliwe rasy psow. Najulubiensza zostal... corgi. ;) Obecnie wyszukuje wszelkie mozliwe rodzaje sportowych aut. A wyniki poszukiwan zapisuje na karteczkach samoprzylepnych. Swoich notatek jednak nie pozwala wyrzucic, wiec w rezultacie walaja mi sie po domu tuziny karteczek. Nawet nie wiedzialam, ze az tyle aut mozna podpiac pod "sportowe", bo ja tam wymienie corvette, porshe, chevy camarro i na tym moja wiedza sie konczy. Ale wiadomo, ja baba jestem. ;)

Na urodziny M. postanowil spelnic wielkie marzenie Kokusia. Obawiam sie, ze troche wczesnie na takie "zabawki", ale mam nadzieje, ze przy kontroli i ramach czasowych, uda sie to rozsadnie ogarnac. Otoz, od wakacji Nik marzyl o konsoli Nintendo Switch podpatrzonej u  kolegi na kempingu. Prosil, wpisywal na wszystkie listy i wreszcie zmiekczyl ojcowskie serce. Nintendo co prawda nie dostanie, ale M. odkupil od syna kolegi Play Station 3, wraz z kilkoma grami. Takze tego... Zaczyna sie u nas era gier komputerowych... Mam nadzieje, ze uda sie tak to urzadzic, zeby Potworki robily tez cos poza napierdzielaniem w guziczki. Nik juz wie jaki prezent na niego czeka i co jakis czas podchodzi do polki, na ktorej on lezy, zeby chociaz na niego popatrzec. :D

A ze zwyczajowych danych technicznych, to narazie nie dostalam nawet wezwania na bilans i zastanawiam sie, czy dzwonic, czy odpuscic i czekac na lepsze czasy. Nie wiem wiec ani ile Nik ma obecnie wzrostu, ani ile wazy. Jak juz sie ten bilans odbedzie, to dopisze. :) Za to wiem, ze Kokus liczy sobie 7 stalych zebow (poza trzonowcami): wszystkie dolne jedynki i dwojki, gorne jedynki oraz lewa gorna dwojke. Prawa uparcie nie chce sie przebic i Nik chodzi juz kilka miesiecy ze szczerba. :)

Na koniec. Jako prace domowa do Polskiej Szkoly, Nik ma nauczyc sie zwrotki wybranej koledy. Zadanie karkolomne, bo wiadomo jakim jezykiem pisane sa koledy. Nawet dziecko wychowane w Polsce poprzekreca wiele wyrazow... A tu taki Kokus, ktory na codzien po polsku w ogole mowic nie chce. Zadanie to jednak zadanie, wiec cwiczymy. Wybralam mu jak najkrotsza i (w moim odczuciu) najlatwiejsza kolede, ale poki co, w Kokusiowym wydaniu brzmi ona tak:

Pojdzmy wszystkie do stajeny, 

do Jezusa i Panienki [choc jeden wers poprawnie :D], 

powitajmy malutkiego [prawie, prawie... ;P]

i Marysie, matke jedna

 

Dopisek po bilansie:

Wzrost: 133.4 cm (7.5 cm wiecej niz rok wczesniej!)

Waga: 29.5 kg

 

"cool kid" :D

Slodziak kochany

Kiedy spi, to nadal moj najdrozszy maluszek - tu z centralnie odcisnieta na policzku reka ;)
 
A tu juz swiezynka z dzisiejszego dmuchania swieczki w naszym malym, rodzinnym gronie

Sto Lat, rosnij zdrowo Synku!!! :* 

sobota, 5 grudnia 2020

O reszcie dlugiego weekendu oraz o nastrojach, tych swiatecznych tez

Minelo sobie Thanksgiving, a po nim jest wiadomo, Black Friday. ;) Nie, nie jestem fanka zakupow w ogole, a tego konkretnego dnia to juz w szczegole. ;) Do sklepow sie wiec nie wybieralam. W ogole dzien byl dosc leniwy. Potworki prawie do poludnia lazily w pizamach i zrobily kompletny rozpierdzielnik w jadalni. Zlapali za wszystkie mozliwe koce, dodali poduszki z kanapy w salonie, konstrukcje przytrzymali za pomoca ksiazek z domowej biblioteczki (moich najgrubszych podrecznikow z biologii i biostatystyki, ktora nadal sni mi sie po nocach. ;P) i urzadzili sobie pod stolem fort. Ja w dziecinstwie nazywalam takie cos namiotem. ;) 

Tak wygladala jadalnia przez kolejne dwa dni, bowiem Potwory nie pozwolily rozebrac konstrukcji i przesiadywaly tam w kazdej wolnej chwili ;)
 

Z owej twierdzy wywabic mozna ich bylo na chwile tylko na drugie sniadanie i na dluzej kiedy zarzadzilam, ze czas zbierac sie na lodowisko. Wtedy tez w koncu naciagneli na siebie normalne ciuchy. ;)

Na lodowisku jak zwykle bylo fajnie, choc tym razem dzieciaki nie jezdzily z takim zapalem jak ostatnio. Nie ma chyba sensu jezdzic co tydzien, bo tylko szybciej im sie znudzi. ;)

I znow radosc :)
 

Szkoda, ze w tym roku trzeba sie wczesniej rejestrowac, a co za tym idzie - zaplanowac. Odpada spontaniczna decyzja "jedziemy/nie jedziemy". Troche do bani, bo wiadomo, ze zawsze moze cos wyskoczyc, ale coz... Taki mamy ten 2020...

Ponownie bylo tak cieplo, ze nie tylko jezdzili w bluzach, ale je jeszcze rozpieli :)
 

W kazdym razie pojezdzilismy, rozruszalismy sie troche i to na swiezym powietrzu (choc w maskach), ja spalilam moze nieco bezy z szarlotki (:D), a Potworki oderwaly sie od elektroniki. Zawsze na weekend daje im wiecej luzu pod tym wzgledem, ale teraz stwierdzam, ze jednak 5 dni takiej swobody, to juz za duzo. W dodatku, my nie gramy w gry komputerowe i czegos takiego nigdy w domu nie bylo. Uwazam, ze nawet gry edukacyjne sa zupelnie zbedne, a tylko mecza oczy. Niestety, sa one na platformach obecnych na szkolnych komputerach. Oczywiscie Potworki, ktore dotychczas niczego takiego nie mialy, przepadly kompletnie. Nawet w zbudowanym forcie w jadalni, co robia? Schowani pod stolem, napierniczaja w gry. :/ Na szczescie sa jeszcze na tyle mali, ze propozycja wyjazdu na lodowisko, czy nawet spacer, wywoluje entuzjazm. A po lodowisku... obiecalam Nikowi film ze stosiku przyniesionego z biblioteki. Mlodszy strasznie chcial Kunk fu Panda, a ogladanie skonczylo sie na tym, ze cala rodzina gapila sie w ekran, choc Bi marszczyla nos, ze nuuudy. Ale nie poszla. :D

Sobote zaczelismy wczesnie, bo Potworki mialy trening. Bi oczywiscie byla srednio zadowolona, ale pojechala bez buntu, dotrzymujac slowa danego wczesniej (ze skoro w czwartek treningu nie bylo, pojdzie w sobote). I cale szczescie, bo okazal sie on ostatnim na jakis czas...

Wskoczyc do basenu w klapkach - czemu by nie? ;)
 

Po treningu, korzystajac z wczesnej pory oraz braku Polskiej Szkoly, pozwolilam im pobawic sie w wodzie prawie 20 minut. Ciekawa sprawa, ze nadal nie mieli dosyc. ;) Po powrocie mielismy juz "lenia" na calego. Kiedy Bi przeschly wlosy, poszlismy na spacer, a potem M. zabral sie za wieszanie swiatelek na zewnatrz, zas Potworki z sasiadka z naprzeciwka lapaly salamandry. Biedne stworzenia, pochowaly sie juz zapewne w lisciach na zime, a tu banda dzieciakow powyciagala je z przytulnych kryjowek. ;) Malzonek za to naprzeklinal sie i nawkurzal nieziemsko, bo tradycyjnie jak co roku, lampki swieca jak chca. W jednym sznurze nie dziala polowa, w drugim pare odcinkow swieci, reszta nie. Osobiscie pewnie zostawilabym jak jest (w koncu chyba ze dwie godziny meczyl sie z kablami i splatanymi swiatelkami) i zrobila mentalny zapis, zeby w nowe kupic na przyszly rok, ale nie moj maz - perfekcjonista. Stwierdzil, ze jak ma swiecic cale poprzerywane, to nie bedzie swiecic w ogole. :/ Poza tym, poza zewnetrznymi swiatelkami nie planowalam narazie wyciagac innych dekoracji, ale M. zaczal przynosic pudla z piwnicy, ku wielkiej uciesze Potworkow, ktore natychmiast zaczely wyciagac wszystkie dekoracje po kolei. I tak, zupelnie nieplanowanie, powyciagalismy wszystko oprocz girlandy na balustrady schodow. Nawet choinke ustawilismy, z racji, ze rok temu M. kupil sztuczna! :O

Potworek Mlodszy pozuje ;)

Probowalam zrobic im zdjecia z zaskoczenia, ale niestety zawsze zauwaza i zaczynaja sie "ustawiac" :D
 

W salonie nagle zrobilo sie bardzo swiatecznie, ale obawiam sie, ze do Bozego Narodzenia mi sie znudzi i wzorem Hamerykanow, pochowam wszystko dzien po Swietach. :D

Kominek nie przestaje mnie zachwycac...


W tym roku choinka stanela centralnie przed frontowym oknem i widac ja z zewnatrz <3
 

Poza tym, wieczorem obejrzalam z Potworkami film. Padlo na "Jurassic Park" i choc to Nik wybral, pare razy wyladowal na moich kolanach z zaslonietymi oczami. ;) Ale wytrwal, a nie jak kiedys przy Narnii, gdzie w koncu sie poplakal i uciekl. ;)

Niedziela za to nie nalezala do luznych. Nawet Nik stwierdzil wieczorem, ze to byl bardzo meczacy dzien. ;) Rano wiadomo, msza. Nasza archidiecezja przedluzyla dyspense od uczestnictwa we mszy do polowy lutego, ale pomimo to, ludzi jest w kosciele wyraznie coraz wiecej. W biuletynie przeczytalam, ze trwaja debaty czy w ogole miec msze w Boze Narodzenie, zeby nie przyciagnac tlumow... Przed kosciolem wystawiono stajenke, choc Jezuska w zlobku nadal brak. ;)

Bez Jezuska to troche bez sensu ;)
 

Potem podjechalismy do sklepu zeby kupic nowe swiatelka przed dom, bo M. nie mogl przetrawic, ze czesc sznura nie dzialala. ;) Po powrocie zawieszal je od nowa, a Potworki znow dorwaly sie do lapania salamander w ogrodzie sasiadki.

Jeszcze jeden sznur swiatelek idzie wzdluz rynny nad garazem. W oknie widac nasza choinke. W porownaniu z tym, co dzieje sie na naszym osiedlu, to i tak jest skromnie ;)
 

A po poludniu jechalismy na przyjecie urodzinowe coreczki mojej kolezanki. Wielkich imprez oczywiscie nie ma jak teraz urzadzac, wiec przyjecie bylo u niej w domu i Bi stwierdzila z radoscia, ze pierwszy raz bedzie gdzies w srodku i bez maski. :D Ja nagadalam sie z reszta bab, bo bylo nas 5 Polek, a dzieciaki szalaly jak banda narwancow. Taki powiew normalnosci. ;) Nik mial do zabawy dwoch kolegow i latali oczywiscie z nieodlacznymi NERF gunami, a Bi... Coz, Bi stroila jakies fochy, chociaz miala 3 dziewczynki do towarzystwa, w tym jedna, z ktora dobrze sie zna i lubi, bo nie tylko spotykamy sie z nia dosc regularnie, to jeszcze chodza razem na religie. No, ale panna wyraznie miala jakies muchy w nosie i wiekszosc czasu, zamiast sie bawic, siedziala i glaskala psa. :O

Jak chyba wiekszosc ludzi, nie lubie poniedzialkow. Te po dlugim weekendzie sa szczegolnie przykre, nawet pomimo, ze od marca pracuje praktycznie caly czas z domu. Poniedzialek 30 listopada, okazal sie jednak wyjatkowo paskudny. Dotychczas pisalam Wam o naszej "normalnosci". Coz... W poniedzialek ta "normalnosc" zaczela odchodzic w niebyt. :( Najpierw dostalam wiadomosc, ze religia zostala przeniesiona na nastepny tydzien. W miescie gdzie sie odbywa, zamkneli na dwa tygodnie szkoly, bo spodziewali sie ("spodziewali", nie wiedzieli na pewno, ale spoko, zamknijmy wszystko tak na wszelki wypadek... :/), ze po Thanksgiving i spotkaniach rodzinnych, pojawi sie duzo zachorowan, a religia, z jakiegos powodu przestrzega grafiku szkol publicznych z tamtej miejscowosci. To akurat mi pasowalo, bo od rana lalo jak z cebra i jechac w taka pogode, a potem siedziec w samochodzie i patrzec na splywajace po nim strugi deszczu, to zadna przyjemnosc. Do pracy tez nie pojechalam, a planowane na ten dzien zakupy przelozylam na kolejny dzien. Dzionek zaczal sie wiec calkiem niezle, a w kazdym razie sucho i cieplo. I to nic, ze od rana latalam na odkurzaczu i mopie zeby usunac slady po 5-dniowej obecnosci Potworkow w domu. ;) A potem... dostalam maila, ze druzyna plywacka zawiesza dzialalnosc do 19 stycznia! Kur*a! Nie zebym sie zupelnie nie spodziewala... Tylko to sprawilo, ze sie otwarcie nie poplakalam. Ale i tak lzy stanely mi w oczach... Minal ponad tydzien odkad gubernator zakazal sportow druzynowych i myslalam, ze nasza malutka druzynka jakos sie wywinie... no i klops. :( I to teraz, zima, kiedy pogoda paskudna, wieczory dlugie i nie ma co z dziecmi zrobic! Ewentualne lyzwy, narty to tylko w weekend, a w tygodniu? Zmierzch zapada teraz tak wczesnie, ze na dobra sprawe nie ma nawet czasu na spacer po szkole, a przynajmniej nie w dziennym swietle. :( Kiedy powiedzialam Nikowi, posmutnial, ale spodziewalam sie gwaltowniejszej reakcji. Mlodszy jednak zyje teraz Swietami, Mikolajkami, Bozym Narodzeniem i oczywiscie swoimi urodzinami! ;) Co ciekawe, zawieszeniem druzyny bardziej przejeta wydawala sie Bi, ktora od miesiecy prowadzi regularna wojne, zeby ja wypisac! :O Teraz jednak oswiadczyla, ze ona ogolnie lubi wode, lubi plywac, tylko nie lubi treningow. No tak... Jak mogla chodzic, to bronila sie rekoma i nogami, jak teraz nie moze, to bedzie tesknic. Typowa, niezdecydowana baba. :D

Skoro zyskalismy wolne popoludnie, zagonilam Potworki do dokonczenia lekcji z Polskiej Szkoly. Oboje mieli napisac po 3-4 zdania o ich Thanksgiving. Wiedzialam, ze samodzielnemu napisaniu nie podolaja, wiec bez zbednych klotni polecilam, zeby oni wymyslili zdania, ja napisze na kartce, a oni przepisza. Zeby wiadomo bylo jednak, o co chodzi, napisalam tez tytul tego "wypracowanka". O matko i corko! Nik zobaczyl to i uderzyl w placz! Bo on mial napisac trzy zdania, a z tytulem zrobilo sie cztery! Niewazne, ze z tych czterech, dwa byly dwuwyrazowe, np. "zjedlismy indyka"! Normalnie lzy jak grochy i szloch jakbym mu kazala przepisac cala strone! Bi siadla i przepisala w dwie minuty, a ten ryczy i ryczy! Zeby go troche zmotywowac, kiedy Starsza skonczyla, dalam jej szablon listu do Mikolaja, bo juz czas na wyslanie zyczen prezentowych. Tiaaa... Mialo to Kokusia troche podgonic, a tymczasem spowodowalo jeszcze wiekszy napad placzu... ;)

Widac, ze Nik jeszcze zaryczany ;)
 

W koncu jednak skonczyl, dostal swoj szablon, potem zgodnie pomalowali dodane do zestawu kolorowanki i wieczor zakonczyl sie pozytywnie.

Bi przepisala zyczenia z listy ukladanej juz od lipca, a Nik, jak widac, dorysowal sobie jeszcze dwie kolejne linie :D

I gotowe do wyslania, czyli przechwycenia przez matke ;)

Wtorek to oczywiscie 1 grudnia, czyli poczatek codziennej niespodzianki w kalendarzach adwentowych. Potworki juz poprzedni dzien blagaly aby moc rozpoczac otwieranie wczesniej, zeby skonczyc na 23 grudnia, skoro 24-ego i tak jest Gwiazdka. Nie pozwolilam, zeby im sie potem wszystko nie mylilo. ;) Podziwiam jednak ich samokontrole. Za moich czasow (Boszzzz... jak staro to zabrzmialo) dostawalam tylko kalendarze z czekoladkami, a i to nie zawsze, bo moja matka uwazala kazda taka drobnostke, ktora potem wspomina sie z rozrzewnieniem, za glupote i wywalanie pieniedzy w bloto... W kazdym razie, kiedy juz ten kalendarz dostalam, to nigdy nie dawalam rady zjesc tylko jednej czekoladki dziennie. Zawsze wyzeralam je po dwie - trzy i konczyly mi sie dlugo przed Swietami. Tu chyba tez klania sie to, ze w moim domu rodzinnym malo bylo slodyczy. Matka kupowala raz w tygodniu garsc cukierkow na wage, albo po malym batoniku i to wszystko. Ciast praktycznie nie piekla, tylko na Swieta. Moze to dzieki temu obie z siostra bylysmy chude jak patyki pomimo raczej siedzacego trybu zycia. No, ale pozniej, jak juz dostalam kalendarz z 24 czekoladkami do dyspozycji, nie bylo mowy zebym wydzielala sobie po jednej dziennie. :D A Potworki wytrzymuja. W tym roku jednak, czekoladek nie maja. Widzialam te kalendarze na poczatku listopada, ale nie kupilam, bo stwierdzilam, ze co maja tak miesiac lezec. A teraz znikly niczym papier toaletowy wiosna... ;) No trudno, za to zamowilam (wole gotowce, brak mi kreatywnosci na wlasne twory) Potworkom takie z drobiazgami. W tym roku Bi zazyczyla sobie kalendarz z glutkami, a Nik z Lego Star Wars. Ze tez czegos takiego nie bylo kiedy ja mialam 8 i 9 lat... :D

Tegoroczne kalendarze
 

Jakby malo bylo zawieszonych zajec sportowych, poniewaz kiepskie wiesci lubia chodzic parami, w pracy M. potwierdzilo sie to, co dotychczas bylo tylko krazaca plotka. Otoz, korporacja, w ktorej pracuje, buduje nowiutki i ogromny oddzial na poludniu kraju. Za poltora roku, w maju 2022 mija zas umowa ze zwiazkami zawodowymi. Za kazdym razem kiedy nadchodzi czas podpisania nowej, oznacza to kilka miesiecy walki i negocjacji. Zwiazki walcza o jak najlepsze warunki i swiadczenia dla pracownikow, a korpo wiadomo, opiera sie jak moze. Tym razem jednak beda mieli karte przetargowa w postaci nowiutkiego oddzialu na poludniu Stanow i grozbe, ze "bierzcie co dajemy, albo zwijamy manatki i tu wszystko zamykamy". Nie wiadomo co bedzie, bo przez pandemie brakuje pracy, cala fabryka stoi, a w dodatku oddzial, gdzie pracuje M. jest najstarszym w owej korporacji i wrecz przedpotopowym. Moga zechciec po prostu go zamknac i poprzenosic czesc ludzi do oddzialu w innej czesci naszego Stanu, albo wymusic przeprowadzke na poludnie, pod grozba utraty pracy... I tego obawiam sie najbardziej. Mieszkam tu juz 17 lat, mamy poukladane zycie, znajomych, fajny domek w swietnym miejscu, dobre szkoly dla dzieci... Moj tata mieszka rzut beretem od nas (choc on akurat za 3 lata przechodzi na emeryture i planuje powrot do Polski). Tam, w innym Stanie, musielibysmy ukladac wszystko od nowa... Oczywiscie, do "wyroku" zostaly prawie dwa lata. Wszystko moze sie rozejsc po kosciach, zwiazki zawodowe moga wywalczyc ugode, ale jesli nie... Bedziemy musieli zobaczyc, w jakim bedziemy miejscu, jesli chodzi o zycie. Jak potoczy sie z moja praca? Czy w ogole bede nadal w tej samej pracy? Duzo niewiadomych, a ze ja lubie miec wszystko poukladane i uporzadkowane, to pomimo jeszcze sporego czasu, strasznie mnie to meczy. Przez ten caly cholerny rok mam wrazenie, ze zyje w zawieszeniu i na cos czekam, a teraz to uczucie przeciagnie sie na kolejne dwa lata. Wspanialy sposob, zeby nabawic sie nerwicy... :(

Ech... Niczym slynna Scarlett, powtarzam sobie "Nie bede dzis o tym myslec, pomysle o tym jutro". Niestety, bez zajec dodatkowych Potworkow, czas dluzy mi sie niczym guma z gaci i mam go stanowczo za duzo na myslenie i zamartwianie sie... A nasi wspaniali "rzadzacy" nie ustaja w wymyslaniu kolejnych sposobow na wprowadzanie paniki. Od wtorku, zachorowania w naszym Stanie podskoczyly o "zawrotne" 2%. Tak, dwa, nie dwadziescia. Z okolo 4% na okolo 6%. Straaaszne, nie? ;) No coz, doradcy gubernatora (ktory zreszta, po zamknieciu wszystkiego na glucho wiosna, teraz wykazuje sie znacznie wiekszym rozsadkiem) juz naciskaja na lockdown w okolicach Swiat. Gubernator poki co twierdzi, ze musi zobaczyc jaka bedzie sytuacja za te 2-3 tygodnie, ale rozwaza zamkniecie Stanu miedzy Bozym Narodzeniem a Nowym Rokiem, kiedy i tak dzieci sa w domach i po goraczce przedswiatecznej wszedzie jest duzo spokojniej. Juz ta opcja mi sie nie podoba, bo no pewnie! Dzieciaki w domu, to jeszcze zamknijcie nas w chalupach i zabroncie gdziekolwiek zabrac znudzonej progenitury! Szlag mnie trafi! Myslalam o skoczeniu w tym czasie na narty, ale widze, ze moze skonczyc sie na marzeniach... :/ W kazdym razie, nawet lockdown w okresie okoloswiatecznym mnie wkurza, a tymczasem doradcy gubernatora grzmia, ze tydzien to za malo! Ze, aby to mialo sens, musi byc przynajmniej na 2-3 tygodnie! Noszz.... Jasne, zamknijcie nas od razu az do wiosny. Glupie osly... :/

Najnowsze (piatkowe) wiesci to, ze nie wiadomo co bedzie z silowniami, ku rozpaczy M. oczywiscie. ;) Niby oficjalnego planu ich zamkniecia nie ma, ale dostal od silowni, do ktorej jest zapisany maila, ze przygotowali petycje o zostawienie jej otwartej i prosza czlonkow o podpisy. Cos sie wiec swieci, tylko nie wiadomo jezcze kiedy. Mnie podlamal zas fakt, ze nawet moje i Potworkow weekendowe lyzwy nie sa takie oczywiste... Z racji, ze moga wpuszczac na lodowisko tylko ograniczona liczbe osob, trzeba sie wczesniej zapisywac. I kiedy weszlam zeby sie zapisac na te sobote, okazalo sie, ze chwycilam dwa ostatnie miejsca dla Potworkow. Dla mnie juz nie starczylo. :( Zas obydwie sesje w kolejny weekend sa juz calkowicie zajete. :O Okazuje sie wiec, ze nie tylko nie mozna sobie spontanicznie podjechac na lodowisko, ale jeszcze trzeba zaklepywac miejsce z dwutygodniowym wyprzedzeniem! :O

Odsetek pozytywnych testow skacze sobie raz w gore, raz w dol. W czwartek podskoczyl do 7%, zeby w piatek spasc do 5%... Tak czy owak, strasza lockdownami i w ogole i chyba przez to, mojego szefa ogarnela panika i chce przeprowadzic dwie probne produkcje przed koncem roku! :O Jeszcze tydzien temu rozmawialismy, ze doszlismy do punktu, gdzie lepiej dzialac ostroznie, rozsadnie i po przemysleniu, a on znowu zaczyna wazne dzialania na lapu capu i bez przygotowania! Najbardziej sie wkurzylam jednak, ze zarzadzil konferencje ze wszystkimi swoimi Chinczykami zeby im to oznajmic, ale mnie juz nie uwzglednil! Myslal, ze zrobia to po cichu bez mojego udzialu, czy co?! Dowiedzialam sie od kolegi, ktory rzucil te informacje mimochodem, kiedy bylam w pracy. No hel-lo!!! Przeciez ja musze to wszystko nadzorowac, a potem sprawdzic papierologie! Ktora zreszta tez lezy, bo podczas miesiecy pracy czysto zdalnej, wiele przepisow stracilo waznosc i trzeba je od nowa zatwierdzic. Ale co tam, drobiazg przeciez... :/ Najlepsze jednak, ze jedna z kolezanek przygotowala grafik, ktory wiadomo, jeszcze sie pewnie rozjedzie (zywe komorki nie zawsze chca wspolpracowac przy produkcji), ale najwazniejsze wydarzenie - zbior hodowli, wyszedl jej w... Wigilie! :O Oooo, co to, to nie! Wkurzylam sie i napisalam maila, ze co prawda planowalam wziac caly miedzyswiateczny tydzien wolny, ale ostatecznie moge pracowac 28-31 grudnia, nie ma jednak mowy zebym przyszla do pracy w Wigilie i Boze Narodzenie! Oni Swiat moze nie obchodza, ale niech biora pod uwage, ze pracuja z ludzmi, ktorzy jednak swietuja... :/

Tak sobie wiec dni mijaja... Rano zawoze Potworki do szkoly, wracam do domu, wypijam kawe, przebieram sie i jade na godzinke do pracy. Po powrocie najczesciej biore Maye na spacer (w srode proszyl mi na glowe snieg!), a potem zasiadam do dalszej pracy juz z domu.

Psiur oczywiscie przeszczesliwy i po moim powrocie z pracy, kiedy tylko rusze sie w strone drzwi (niewazne czy wychodze, czy nie), leci, malo lap nie pogubi ;)
 

Cos tam ogarne i pora jest, zeby jechac po dzieciaki. A pozniej mamy dluuugi wieczor, podczas ktorego Potwory roznosi energia i co chwila zerkam na zegarek czy juz nie wybija magiczna godzina 20... Dzieki udekorowanemu swiatecznie salonowi, wprowadzamy choc odrobine nastroju, niestety, zeby go w pelni docenic, trzeba zgasic swiatla, a wtedy ja momentalnie ziewam, a Nik sie poklada.

Te lampki sa pokryte brokatem i na zywo blyszcza cudownie sie blyszcza 

Najczesciej ciesze sie wiec swiatelkami dopiero, kiedy wszyscy spia. Dzieki temu zreszta i sama zaczelam sie wczesniej klasc, bo przy przyciemnionym swietle, zaraz zamykaja mi sie oczy. ;)

Jak jeszcze napalimy w kominku, to atmosfera w ogole robi sie nieziemska. Zeby tak jeszcze sniegu troche spadlo... Pomarzyc mozna... :D

Prezenty dla Potworkow na Mikolajki przyszly na czas, choc jeden na ostatnia chwile, bo wczoraj. Poczatkowo przewidywana dostawa byla wyznaczona na dzis (!), wiec liczylam sie z tym, ze moze nie przyjsc w ogole. No, ale tak bywa jak sie zamawia na ostatnia chwile. ;) Prezenty urodzinowe dla Nika juz tez czekaja. Jeden z nich to w ogole spelnienie marzen chyba wiekszosci 8-latkow. Osobiscie bylam przeciwna, ale tatus chcial pokazac jaki jest super... ;) Coz... Prezent bedzie musial byc mocno wydzielany i tyle. Gwiazdkowych jeszcze nie zamowilam, choc wiekszosc mam zaklepane w liscie zyczen Amazonu. :) Kartki swiateczne oraz kalendarze na kolejny rok sa zas... w pupie. Jak zwykle zreszta. ;)

Trzymajcie sie! Zdrowo! :)

poniedziałek, 30 listopada 2020

Indyczy tydzien :)

Szeroko otworzylam oczy po ogloszeniu limitu osob na Swieta w Polsce. Pomijam oczywiscie ten drobny szczegol czy rzad ma w ogole jakis pomysl na egzekucje zalecenia... Co, beda chodzic od drzwi do drzwi jak po koledzie, pukac i liczyc osoby obecne w domu/mieszkaniu? Jaki jest sens zalecen, ktorych nie da sie egzekwowac, a wiekszosc obywateli i tak pewnie oleje? Smialam sie do M., (takim pustym smiechem, pozbawionym humoru) ze w Polsce, jak masz troje dzieci, to juz nie zaprosisz na Swieta dziadkow, a jak masz potomstwa dwojke, to musisz wybrac, czy zaprosisz babcie, czy dziadka, bo obojga juz nie mozesz. ;)

Tymczasem u nas nadal trwa wzgledna "normalnosc". W sklepach znow sa limity na srajtasme oraz reczniki papierowe, ale reszta produktow litosciwie na polkach jest. Szkoly sa czynne, choc w roznych miasteczkach zamykaja co i rusz na okres od kilku dni do dwoch tygodni... W naszej miejscowosci, liceum (high school) nadal uczy sie zmianowo, tzn. tydzien stacjonarnie, tydzien zdalnie. Gimbaza :) (middle school) oraz podstawowki chodza w pelni stacjonarnie. I oby jak najdluzej... Nadal nie do konca wiadomo co z zajeciami sportowymi. Pewnie sie to wyjasni w ciagu tego tygodnia.

Od poniedzialku tez, zwiazki zawodowe nauczycieli apeluja zeby gubernator pozamykal szkoly publiczne od Thanksgiving az do 18 stycznia, zeby ograniczyc roznoszenie korony po Swietach! Nosz kurna!!! Dotychczas gubernator opieral sie, tlumaczac (slusznie), ze kazda miejscowosc sama moze zadecydowac czy bedzie prowadzic nauczanie zdalnie czy stacjonarnie, zeby dostosowac to do wielkosci placowek oraz ilosci przypadkow. Ale nie, jak widac niektorym jemiolom to nie wystarczy! :/ U nas, od poczatku roku, w szkolach bylo raptem kilkanascie przypadkow, ktore szybko zostaly odizolowane i nie zdarzylo sie, zeby zarazona byla kolejna osoba w klasie. I teraz mieliby zamknac placowki?! Z jakiej racji?! Mam nadzieje, ze gubernator sie nie ugnie, bo to byloby skandaliczne! Przepraszam wszystkich czytajacych mnie nauczycieli, ale mam wrazenie, ze wielu (oczywiscie akurat u nas i wiadomo, ze nie wszystkim) nauczycielom oraz pracownikom szkol spodobalo sie to, co dzialo sie na wiosne. Jesienia nauczanie hybrydowe akurat dzialalo duzo lepiej niz wiosna i przynajmniej nauczyciele, ktorzy maja swoje klasy, faktycznie prowadzili lekcje. Niestety, tutejsze szkoly pelne sa roznej masci pomocy oraz "specjalistow", ktorzy zajmuja sie korepetycjami w mniejszych grupkach lub indywidualnie. Dla takich osob, kiedy nie ma stacjonarnych lekcji, zwyczajnie nie ma pracy, ale poprzez ochrone w zwiazkach zawodowych, nadal dostaja normalne pensje! Gdzie tu sprawiedliwosc?! I potem kupa jest osob jak moja kumpela, ktora otwarcie mowi, ze chcialaby zeby szkoly zamkneli, zeby nie musiec jezdzic do pracy, ale dostawac wyplate! :O Mam nadzieje tylko, ze nic nie uda im sie wskorac. :/

Ale wracajac do naszej codziennosci - normalnosci...

Sobote, 21 listopada, zaczelam wczesniej niz ostatnimi czasy, bo juz o 6:30 rano. Zieeew... ;) Z racji, ze skonczyla sie pilka nozna, Nik zapragnal pojechac na trening na basenie. Normalnie zrobil sie z tego chlopaka zapalony plywak. I pomyslec, ze rok temu zapisywalam go do druzyny prawie na sile i tyle bylo oporu i placzu... A teraz? Jakby mogl, chodzilby na basen chyba codziennie. ;) 

Kokusinski plynie ;)

W kazdym razie, trening jest juz o 8 rano i choc to od nas doslownie dwie minutki autem, trzeba sie bylo wygrzebac na czas. Latem kilka razy dojechalismy z prawie 15-minutowym opoznieniem, a ze zajecia trwaja 45 minut, to tak nie bardzo... ;) Tym razem dojechalismy na szczescie na czas. Bi sie rzecz jasna opierala i choc liczylam, ze zmieknie i jednak wskoczy do basenu, zaparla sie i nie i koniec. Trudno, meczy mnie juz ta ciagla walka z nia o to. Oczywiscie kiedy na koniec trener oglosil, ze z okazji Thanksgiving, w srode beda mieli zamiast treningu gry i zabawy, okazalo sie, ze na te zajecia pannica jest cala chetna. Korcilo mnie, zeby za kare zostawic ja w domu. :D

Co do samego trwania treningow, to sytuacja nadal niejasna. Trener powiedzial, ze zglosil zarzadzenie gubernatora zarzadowi silowni, w ktorej trenuje druzyna i to juz do nich bedzie nalezalo dowiedzenie sie konkretow i podjecie decyzji co dalej. Poki co, druzyna trenuje jak zwykle. Zobaczymy jak dlugo...

Po powrocie do domu, akurat byla pora zeby polaczyc sie z lekcjami w Polskiej Szkole. Bi nie miala wyjscia, bo oznajmilam, ze skoro nie plywala, to nawet nie ma mowy zeby probowala sie wymigac. Nika troche musialam namawiac, tlumczac, ze beda sie uczyc o Thanksgiving i pielgrzymach, ale po polsku i to moga byc naprawde fajne zajecia. W koncu dal sie przekonac. :) Poczatkowa umowa byla, ze bedziemy raz jezdzic na basen, a raz laczyc sie z Polska Szkola, ale kiedy spojrzalam w kalendarz, zauwazylam, ze w nastepnym tygodniu zajec w Polskiej Szkole nie bedzie, a potem odbeda sie tylko dwa razy i znow bedzie dluga - 3-tygodniowa przerwa z okazji Bozego Narodzenia. Poniewaz Potworki stracily juz kilka tygodni przez pilke nozna, chcialabym zeby teraz juz regularnie laczyly sie na lekcje...

Na popoludnie za to zaplanowalam dla Potworkow niespodziewanke. Otoz, otwarli lodowisko, na ktore jezdzilam z nimi cala zeszla jesien i zime! :) Tu rowniez zmiany, bo trzeba sie wczesniej rejestrowac i jezdzic w maseczkach, ale ze lodowisko jest na swiezym powietrzu, wiec aktywnosc jak znalazl na pandemie! :) Dzieciaki oszalaly ze szczescia, nawet Bi, ktora pod koniec poprzednego sezonu byla juz lyzwami znudzona i nie chciala jezdzic na lodowisko (zaczynam zauwazac ten "trend" w jej zachowaniu; panna po prostu robi sie leniuchem :D). Oczywiscie, M. jak na niego przystalo, urzadzil mi wyklad, ze a po co na lodowisko jak jeszcze nawet zimy nie ma, a jeszcze cos sie stanie (jego stara spiewka!), jeszcze ktores sie przewroci i zeby sobie wybije, ze dlaczego ja sie smieje, wypadki chodza po ludziach, a po dzieciach juz zwlaszcza i ze w ogole co to za przyjemnosc jezdzic w kolko po lodowisku... O matko i corko! Nie wiem, co za przyjemnosc jezdzic w kolko po lodowisku (za to kompletnie nie kumam biegania po biezni wsrod innych przepoconych osobnikow, a M. to uwielbia), ale jakos od stuleci ludzie chetnie jezdzili na lyzwach, zaczynajac od zamarznietych sadzawek i jezior. Czyli cos w tym musi byc, c'nie? ;) Osobiscie jestem slabiutkim lyzwiazem i caly wysilek wkladam zeby sie nie wylozyc jak dluga na lodzie, ale traktuje to jako aktywnosc fizyczna, ktorej wiem, ze mi brakuje. Tak samo Potworki. Weekend to czas, kiedy (w ramach rozsadku) maja nieograniczony dostep do elektroniki, ale mimo wszystko dbam, zeby robili sobie regularne przerwy. Chce tez ich wyciagac na swieze powietrze, a ze idzie zima, to co jest lepszego niz sporty zimowe? Z nartami moze w tym roku byc problem, ale lodowisko mam nadzieje, ze pozostanie otwarte. Nie dosc, ze jest ograniczona ilosc osob, nie dosc, ze jezdzic trzeba w maseczkach (ech...), to jeszcze jest prawie calkowity zakaz spedzania czasu w srodku. Zeby wypozyczyc lyzwy, trzeba razem z rezerwacja wykupic wypozyczenie i zadeklarowac rozmiar. Sprzet jest juz przygotowany w dawnym pomieszczeniu do zagrzania sie (warming room), gdzie drzwi sa teraz otwarte na osciez, wiec o ogrzaniu nie ma mowy. :D W pomieszczeniu tym, poza zmiana obuwia na lyzwy i z powrotem, rowniez nie wolno przebywac. Do glownego budynku mozna wchodzic tylko zeby zglosic przyjazd (czego nie kumam, bo skoro rejestruje sie i place przez neta, to potem juz moja sprawa czy przyjade czy nie...) albo skorzystac z toalety. Wszedzie kraza pracownicy i niczym gestapo wyganiaja ludzi na zewnatrz. ;) 

 

Uchachani jakby ktos im wreczyl worek slodyczy ;)

Tak czy owak Potworki byly przeszczesliwe mogac znow smigac po lodzie, a drobne niedogodnosci sa irytujace bardziej dla mnie niz dla nich, ktorzy zbywaja je po prostu wzruszeniem ramion. ;) Bi rozwija niezle predkosci, choc jezdzi raczej zachowawczo, a Nik... Mlodszy, tak jak rok temu, jezdzi na zlamanie karku i w ciagu godziny zaliczyl przynajmniej 4 gleby. Az martwilam sie, ze moga sie spelnic ponure przewidywania M. i jednak wybije sobie swiezo wyrosniete stale zebiszcza. ;) Na szczescie, jak rok temu pare razy polecial na twarz i zdarl sobie skore na policzku, tym razem plaskal na cztery litery. Tam ma dobra amortyzacje. :D Bylo cieplo, wiec mial ubrane dresowe portki z polarem od spodu i polarowa bluzo - kurtke. Po chwili na spodniach mial ciemne, mokre plamy i balam sie, ze przemoknie do skory i przeziebienie gotowe... Narazie jednak minely dwa dni i smarkow nie widac, wiec moze go omina...

Na pozegnanie fota z ulubionym lodowiskowym sprzetem (a matka zapomniala powiedziec, zeby zsunal na chwile maseczke) :)

Niedziela to juz byl spokojny, relaksujacy dzien. Rano przywitalo nas piekne slonce, ale juz kiedy dojechalismy o 9:30 do kosciola, zachmurzylo sie i dmuchal nieprzyjemny, chlodny wiatr. Po powrocie do domu stwierdzilismy, ze zabierzemy mlodziez i zwierza na spacer, poki jeszcze nam sie chce. Temperatura niby dzwigala sie do gory, bylo okolo 6-7 stopni, ale zaraz po wyruszeniu zaczelo kropic i ta wilgoc, polaczona z chlodnym wiatrem sprawila, ze bylo po prostu paskudnie. Z ulga wrocilismy do cieplego domu. Upieklam bananowe mufinki, a M. rozpalil w kominku. Przyjechal moj tata i tak przesiedzielismy przy ogniu wiekszosc popoludnia, grzejac dupki. Z Maya na czele, rzecz jasna. ;) 

"She's like a guardian of love" [ona jest jak straznik milosci]- Kokusiowy komentarz, kiedy Maya polozyla na nim glowe i tak sobie lezeli przed kominkiem. Strasznie mnie to rozczulilo <3

Bi nawet cos naszlo i urzadzila nam spontaniczny koncert skrzypcowy. Korzystajac z chwilowego entuzjazmu, wyszukalam jej uproszczone nuty na "Cicha Noc" i Starsza oznajmila, ze do Swiat sie ich nauczy i zakoncertuje dla dziadka i wujka. Coz, zobaczymy. Fajnie byloby jeszcze namowic Kokusia, bo pieknie by wygladal taki koncert w duecie przy choince. <3. Poki co, Nik sie opiera, bo jest niesmialy... :D

Koncercik :)

Poniedzialkowy poranek przywital nas ulewa przy ledwie szesciu stopniach. Odstawilam dzieciaki do szkoly, po czym stwierdzilam, ze pierdziele i nie jade do biura w taka pogode. Jak milo miec co do tego wybor. ;) Pozniej, miedzy zerkaniem na prace, odkurzylam i pomylam podlogi na gorze, a na dole puscilam robota, zeby troche ogarnal syf pozostaly po weekendzie. :D Poza tym, biblioteka zrobila mnie w konia. Szykujac sie na przedluzony, 5-dniowy weekend z okazji Indyka, w piatek przezornie zamowilam caly stos ksiazek oraz filmow na DVD (nadal jakos nie mozemy przemoc sie, zeby wykupic Netflix'a), aby moc rodzinnie zaszyc sie w domowym zaciszu. Zamowione ksiazki zazwyczaj sa do odebrania nastepnego pracujacego dnia, spodziewalam sie wiec, ze beda gotowe w poniedzialek. I byly, tyle ze maila dostalam o 13:30, a biblioteke zamykaja o 14! Poniewaz kolejnego dnia dzieci konczyly lekcje wczesniej, a poza tym tego dnia juz koniecznie chcialam podjechac do biura i zahaczyc jeszcze o UPS zeby oddac pare rzeczy, wiec stwierdzilam, ze wole biblioteke odfajkowac w poniedzialek. Kiedy ostatnio zamawialam ksiazki, cale zamowienie potwierdzono w jednym mailu, wiec teraz popedzilam zeby zdazyc przed zamknieciem, nawet na wiadomosc nie zerkajac. I to byl blad, bo spodziewalam sie wielkiej siaty, a tymczasem dostalam... siateczke, a w niej jedna ksiazke i jedna plyte. I tyle. W dodatku, okazuje sie, ze panie tam pracujace same nie ogarniaja systemu, bo, kiedy spytalam co z reszta (kiedys moje zamowienie zostalo przywalone innymi reklamowkami i ja oraz jedna z pan, za cholere nie moglysmy go znalezc), zaczely miotac sie jak w ukropie, szukac ze mna na stolach, gdzies dzwonic, tlumaczac, ze w poniedzialki, po weekendzie, maja zawsze urwanie glowy, jedna wydrukowala mi liste z zamowionymi przeze mnie pozycjami, po czym zdziwila sie, ze nie ma na niej tego, co juz dostalam. A nie bylo, bo lista byla pozycji "zamowionych", a nie "otrzymanych". :D W koncu sama doszlam do tego, ze po prostu ktos z mojego wielkiego zamowienia wybral dwie przypadkowe rzeczy, a reszte z jakiegos powodu olal. I kobieta chyba osobiscie byla odpowiedzialna za realizacje zamowien, bo ja tylko grzecznie spytalam, a ona zamiast odpowiedziec, ze przepraszamy, ale do reszty jeszcze nie doszlismy, zaczela sie glupio tlumaczyc, szukac, napomykac ze czegos w ogole nie maja (bzdura, bo przed zamowieniem sprawdzalam czy jest dostepne), itd. Krotko mowiac, sama sie wkopala. ;) W kazdym razie, wycieczke do biblioteki odbylam zupelnie niepotrzebnie, ale coz...

Po poludniu, jak to w poniedzialki, odbyl sie trening na basenie (ciekawe jak jeszcze dlugo...). Pojechal tylko Nik.

Plynie... Nawet nie pamietam jakim stylem ;)

Poniewaz w czwartek, kiedy Bi zwykle jezdzi na grupe srednio-zaawansowana, jest swieto, powiedzialam, ze musi wybrac, czy pojedzie za to w poniedzialek, czy w sobote. Wybrala sobote, choc podejrzewam, ze to byl celowy zabieg w celu odsuniecia treningu w czasie, a w sobote i tak bedzie kombinowac, jak tu sie wymigac. ;)

A! Jeszcze wczesniej w poniedzialek, M. udalo sie dorwac na jakiejs lokalnej grupie, buty oraz narty dla Mlodszego, po bardzo okazyjnej cenie. I to w naszym miasteczku (czasem trzeba jechac po cos i godzine...)! Odebralismy wiec Potworki ze szkoly i pojechalismy po zakup. Nie wiadomo co prawda jak to bedzie w tym sezonie z nartami, ale buty Kokusia rok temu byly juz "na styk", dotykal czubkami palcow wkladki i ledwie dalo mu sie te buty wcisnac na nogi. Nartki zas byly malutkie (70 cm) i juz w poprzednim sezonie wydawaly sie troche smieszne, szczegolnie, ze Mlodszy naprawde swietnie jezdzi, wiec w tym koniecznie poprzebowal nowego sprzetu. I buty i narty sa troche na wyrost, powinny wiec spokojnie posluzyc przez dwa sezony. Po powrocie do domu, nastapila wielka przymiarka. :)

Wybaczcie ten burdel w tle. To zejscie do naszej piwnicy i garazu, ktore, jak widac, sluzy tez za przechowalnie roznych roznosci :)

Nik oczywiscie zachwycony i dopytuje kiedy ruszamy na stoki. Niestety, jak na zlosc zime zapowiadaja wyjatkowo lagodna, takaz jest tez koncowka jesieni i nasze lokalne stoki nawet nie maja jeszcze planow otwarcia, tym bardziej, ze w tym roku beda musieli ograniczac ilosc osob, a wiec robic wczesniejsze rezerwacje, itd. Nie wiadomo kiedy uda nam sie gdzies skoczyc...

We wtorek musialam obleciec prace, UPS oraz biblioteke (tym razem odebralam reszte zamowienia!) i to niezlym tempem, bo Potworki mialy skrocone lekcje i konczyly juz o 13:15. Z okazji Thanksgiving, dzieci w szkole mialy trw. "turkey trot", czyli wyscig wokol boiska w papierowych opaskach przypominajacych indyki. :)

Zdjecie fatalnej jakosci, ale przyslane przez nauczycielke Kokusia

Zazwyczaj scigaja sie cale roczniki, w tym roku, z powodu korony, scigali sie klasami. Nik w swojej dobiegl pierwszy! :) Bi u siebie byla... dziesiata. Ale i tak rozpierala ja duma. :D


Nik w szkole mial napisac za co jest wdzieczny, ale zamiast wypisal wyznanie milosci do ojca i nadzieje, ze wkrotce otworza stoki narciarskie :D Wkradlo sie nawet polskie, choc fonetycznie angielskie "ya hocham che". Padlam!!! :D

W pracy mi sie "udalo" bo bateria w kompie zaczela padac juz po 45 minutach, a nie mialam przy sobie ladowarki, wiec zabralam sie do domu. ;) Po poludniu zwial nam ponownie pies, ale po pol godzinie "pojawil" sie w ogrodku sasiadow. Okazalo sie, ze M. wypuszczajac Maye, wlozyl jej obroze od "niewidzialnego" pastucha, ale o wlaczeniu mechanizmu przypomnial sobie dopiero po jakims czasie... Dobrze, ze wrocila, bo malzonek wlasnie szykowal sie, zeby zrobic objazd po osiedlu w poszukiwaniu tej cholery. Ale przy takiej uciekinierskiej zylce, to ja nie wroze temu psu dozycia pozniej starosci. Oczywiscie, juz pozniej, trzymal sie nas z M. lekki czarny humor i zartowalismy, ze kurcze, juz w myslach robilismy rezerwacje na te wszyskie kempigi, gdzie nie mozna przyjezdzac z psami, to musial smierdziuch wrocic... :D

Na noc zapowiadali przymrozek, a ze temperatura na zewnatrz zaczela ostro spadac, napalilismy w kominku i z rozkosza oddalam sie swiatecznej lekturze, grzejac stopy przy ogniu. 

Na ksiazke te polowalam caly zeszly sezon przedswiateczny, ale nie moglam jej dostac. Czytam wiec z rocznym opoznieniem, ale to nic :)

Niezbyt fajnym przerywnikiem w tej "rozkoszy" byla koniecznosc odrobienia lekcji do Polskiej Szkoly oraz na religie. Polskiej Szkoly w sobote co prawda nie bedzie, wiec mogla poczekac, ale lepiej odrobic czesc pisemna, a na przyszly tydzien zostawic tylko nagranie czytania. Niestety, obie panie zadaly tez zeby napisac po kilka zdan o naszym Thanksgiving, a skoro to bylo w czwartek, wiec zadania udalo sie to skonczyc dopiero w piatek, wrrrr... :/ Religia za to bedzie w nadchodzacy poniedzialek i chociaz cwiczenia w ksiazce skonczylam z Potworkami w zeszlym tygodniu, zostalo jeszcze nauczenie sie przykazan (narazie czterech) oraz powtorzenie tekstu spowiedzi. To ostatnie to dla mnie glupota. Skoro dzieciaki spowiedz beda mialy gdzies na wiosne, po chusteczke uczyc sie tego juz teraz? No ale mus to mus. Zaczelismy od przykazan. Teoretycznie na ten tydzien mieli sie nauczyc numerow 3 i 4, ale ze ostatnio nie umieli 1 i 2, wiec te tez pocwiczylismy. O matulu! Jezyk archaiczny, dziwny szyk zdania, Potworkom wszystko sie platalo i za cholere nie mogly tego powtorzyc! A im bardziej sie mylili, tym bardziej dostawali glupawki! Po chwili nie byli juz w stanie sie opanowac, az zainterweniowal M., choc i on duzo nie zdzialal. W koncu sie poddalam. Zostalo jeszcze kilka dni. Bedziemy cwiczyc, a jak sie nie ogarna, to niech potem nie placza, ze sie nie "naumiali". ;)

Na srode mialam ambitny plan zeby zaczac przygotowania do Thanksgiving i cos upichcic. Nie planowalam niewiadomo czego, bo przyjechac mial tylko moj tata, a chrzestny Potworkow jeszcze sie zastanawial, ale swieto zobowiazuje i nawet dla naszej czworki pewnie chcialabym przygotowac cos specjalnego. Zamiast calego indora, kupilismy w tym roku tylko nogi, bo M. zawsze narzeka, ze goscie chwytaja oba udka, a jemu zostaje sucha piers. ;) No to tym razem wszyscy mieli nogi. :D W kazdym razie, pieczenie udek zostawilismy na czwartek, podobnie jak slodkich ziemniakow. W srode jednak chcialam upiec szarlotke oraz butternut squash w parmezanie. To "butternut squash" wujek google przetlumaczyl jako dynie pizmowa, ale na ile jest to dobre tlumaczenie, nie mam pojecia. ;) Plany na srode mialam wiec niezbyt ambitne, a okazalo sie, ze nawet one kompletnie sie rozjechaly. Rano wstalam, nakarmilam potomstwo, wstawilam pranie, troche ogarnelam kuchnie i czas byl na telekonferencje w pracy. Pechowo okazala sie dluga - ponad 1.5 godziny! Potem uwalczylam sie z naszym starutenkim odtwarzaczem DVD, bo Potworki chcialy obejrzec film. Okazalo sie, ze odtwarzacz... wyzional ducha. :O W koncu puscilam dzieciakom film (padlo na "Jumanji") na laptoku, ale nawet tu w polowie wywalilo i trzeba bylo sie gimnastykowac. Ale coz, tak bywa z porysowanymi plytami z biblioteki. Kiedy dzieciaki ogladaly, nadal krzatalam sie po domu, z narastajaca panika z powodu uciekajacego czasu. ;) Potem zgadalysmy sie na Skypie z moja siostra i znow kupa czasu minela. Okazalo sie, ze zostala godzinka do treningu na basenie, wiec nie oplacalo mi sie za duzo zaczynac. W koncu upieklam te "dynie pizmowa", choc robilam to jak zwykle, po nocy, kiedy wszyscy juz spali. Typowe, brawo ja... ;) Szarlotki juz w srode nie ruszylam. ;)

Wyglada apetycznie, ale tym razem nawet mi srednio podeszla. Trafil sie jakis malo smaczny egzemplarz...

Skoro juz wspomnialam o treningu na basenie, to (chyba ostatnio o tym pisalam) trenerzy zorganzowali dzieciakom gry i zabawy z okazji Swieta. Potworki zachwycone i choc raz Bi pojechala na trening z entuzjazmem i jeszcze mnie poganiajac. :D Wlasciwie to wszystkie "zabawy" byly wyscigami w stylu sztafet, ale dzieciaki i tak super sie bawily. Zostali podzieleni na grupy (sami wybierali sobie czlonkow, raz najstarsi, raz najmlodsi) i scigali sie roznymi stylami, czasem pchajac przed soba gumowe kaczuszki (tak zeby ich nie dotykac) albo z tymi dlugimi basenowymi gabkami, zwinietymi na ksztalt "czapki" i nalozonymi na glowe. 

Bi zgubila to-to zaraz na poczatku wyscigu :D

Oczywiscie z czyms takim, plywac mozna bylo tylko bardzo pokracznymi stylami, bowiem przy zbyt glebokim zanurzeniu, zeslizgiwaly sie z glowy i odplywaly. ;) W kazdym razie dzieciarnia sie wybawila, choc potem i tak uparli sie zostac jeszcze choc te 10 minut dluzej, zeby poszalec bez "instrukcji". :) 

Ulubiona zabawa, czyl Bi jest potworek, a chlopaki uciekaja ;)

Wlasciwy dzien "Indyka" przywital nas ulewnym deszczem. Mimo, ze pogoda byla po prostu paskudna, tym przyjemniej bylo sie zaszyc na pol dnia w kuchni. Dzieciaki uparly sie ogladnac "Kevin sam w domu", mimo, ze to film typowo swiateczny. A zreszta, dla Amerykanow, Thanksgiving to i tak taka "przystawka" do Bozego Narodzenia. ;) Najsmieszniejsze, ze to Bi uparla sie na tego Kevina, a potem Nik stwierdzil, ze film byl super, a ona, ze w sumie to byl... nudny. Rozumiem ja, bo osobiscie tez uwazam, ze doopy nie urywa i nie rozumiem szalu na niego. Jest wiele piekniejszych, swiatecznych filmow...

Tak jak pisalam wyzej, jedzenia nie robilismy zbyt duzo, zreszta cale szczescie, bo po poludniu chrzestny Potworkow napisal, ze jednak przy obecnej sytuacji, woli nie przyjezdzac. Odpadla nam wiec jedna osoba do nakarmienia. ;) Chlop zaslania sie obawa, ze nas zarazi, choc moim zdaniem raczej boi sie, ze to my zarazimy korona jego. Na wiosne przeszedl ostre zapalenie pluc, ktore moglo byc covid'em, ale z jakiegos powodu na test nikt go nie wyslal. Od tamtego czasu nekaja go napady kaszlu i niezytu gornych drog oddechowych i twierdzi, ze nadal w pelni nie doszedl do siebie. No coz, wedlug mnie to on ma albo jakies po-zapaleniowe powiklania (zreszta, z tego co wiem, po zapeleniu pluc dlugo sie do siebie dochodzi), albo cos kompletnie odrebnego. Jesli nawet przechorwal korone, to po takim czasie i tak nie zaraza. Dlatego podejrzewam, ze boi sie, ze zlapie cos u nas. Tym bardziej, ze podczas rozmowy telefonicznej, dopytywal czy dzieciaki chodza do szkoly. ;)

Bi przygotowala dla dziadka kartke z okazji Thanksgiving. Wspiela sie nawet na wyzyny i uzyla jezyka polskiego, choc jak widac, ortografia lekko kuleje. "Szczesliwego Dziekczynienia" zgapila od wujka Google'a, wiec jest bezblednie :D

Tak karteczka wygladala po rozlozeniu. Obrazek zgapiony z internetu, ale przyznaje, ze bardzo udany :)

W kazdym razie, praktycznie wszystko co szykowalismy, wymagalo pieczenia, wiec trzeba bylo rozlozyc pichcenie w czasie. Zaraz po sniadaniu, zabralam sie wiec za szarlotke, bo ta z beza jest troche bardziej pracochlonna, niz zwykla. 

Mniam...

Potem slodkie ziemniaki, pozniej indyk... A w miedzy czasie sprzatalam dolna lazienke, scieralam kurze, itd., zeby nie przerazic gosci (wtedy jeszcze myslalam, ze bedzie ich dwoch ;P). Moj maz zas, ktory uparl sie na mizerie i specjalnie kupil ogorki, kompletnie o niej zapomnial i robil ja na szybko, juz po przyjezdzie mojego taty! :D Potem pojedlismy i dopchnelismy szarlotka, delektujac sie ogniem w kominku. Mezczyzni zgodnie uznali, ze beza jest za slodka, czym mnie tylko poirytowali. No prosze Was, a jaka ma byc? Kwasna?! Zreszta, krytykowac musieli, ale i tak zjedli ze smakiem. ;)

Potworki z Dziadziem i lapa mojego meza, siegajacego po cos :D

I na tym chyba pomalu skoncze. Reszte przedluzonego weekendu opowiem nastepnym razem. W kazdym razie strasznie fajnie siedzialo mi sie te kilka dni w domu, bez otwartego laptopa z pracy i dokumentow dopominajacych sie uwagi. Niby od tylu miesiecy "siedze" w domu, ale to zupelnie nie to samo co pozbyc sie nagabujacej w podswiadomosci wizji pracy. ;) No i z malzonkiem oraz Potworkami placzacymi sie pod nogami i dopominajacymi uwagi. ;)