O tygodniu # 16 nie ma co za duzo pisac. W poniedzialkowy wieczor odbyla sie druga czesc mojej prezentacji dla Chinczykow. Poszlo ok, ale najbardziej ciesze sie, ze to juz za mna. ;) Ne ludze sie jednak i jestem pewna, ze moi bossowie predzej czy pozniej znow cos takiego wymysla... (No i wykrakalam i wymyslili zanim nawet dokonczylam posta, ale o tym pod koniec ;P).
Tym razem Potworki uparcie na mnie czekaly, zeby jeszcze dostac buziaka na dobranoc. Slodkie to jest, choc troche przeraza mysl, jak poradza sobie psychicznie, kiedy znow przyjdzie nam spedzac wiekszosc dnia osobno, po tylu miesiacach ciaglej wzajemnej obecnosci. Staram sie jednak odsuwac od siebie takie mysli i nie stresowac na zapas...
Z innej beczki, pensja, ktora miala wplynac tamtego dnia, nie wplynela. Co za niespodzianka... :/
Z innej beczki, pensja, ktora miala wplynac tamtego dnia, nie wplynela. Co za niespodzianka... :/
We wtorek po poludniu zaczelam pomalu szykowac przyczepe - nakladac posciel, pakowac ubrania, itd. Jak to bywa, przyzwyczajona, ze przeciez zawsze, ale to ZAWSZE na naszych wyjazdach pada, zapakowalam kalosze, plaszcze przeciwdeszczowe, itp. Coz, prognozy sie poprzesuwaly i choc jeden dzien byl pochmurny, nie spadla ani kropelka. Nie zebym narzekala, ale wypakowujac potem wszystkie te, nieuzyte ani razu, klamoty, troche pozgrzytalam zebami. ;) Podobnie, zapakowalam dlugie spodnie oraz bluzy. Niekoniecznie od chlodu, bo temperatury nawet w nocy mialy byc wysokie, ale z mysla o oslonieciu przed komarami. Hehehe, bylo tak goraco, ze wolelismy ryzykowac pozarcie przez krwiopijcow, niz nakladac dodatkowych warstw na ubrania. :D
W srode juz na dobre wpadlam w wir pakowania. W zasadzie to juz okolo poludnia odpuscilam sobie prace, bo i tak nie moglam sie skupic. Chodzilam do przyczepy w te i nazac cale popoludnie, a co spojrzalam do ktorejs z szafek, przypominalam sobie o kolejnej rzeczy do spakowania. Pomyslalby ktos, ze skoro jest to nasz czwarty juz sezon kempingowy, to mam jakas liste pierdol do spakowania... Tymczasem ja nadal ide na zywiol. ;) Spontan ten jednak dziala, bo zdarza sie, ze czegos zapomne, ale tylko sporadycznie.
Wieczorem tylko ostatnie puszczenie zmywarki, przygotowanie kanapek na sniadanie, ktore mielismy zjesc w drodze i do spania. Polozylam sie "wczesniej", czyli okolo 11, ale poddenerwowana wczesna pobudka oraz dluga podroza, spalam cholernie zle i kolejnego dnia czulam sie jakby po mnie cos przejechalo. ;)
Wieczorem tylko ostatnie puszczenie zmywarki, przygotowanie kanapek na sniadanie, ktore mielismy zjesc w drodze i do spania. Polozylam sie "wczesniej", czyli okolo 11, ale poddenerwowana wczesna pobudka oraz dluga podroza, spalam cholernie zle i kolejnego dnia czulam sie jakby po mnie cos przejechalo. ;)
Budziki zadzwonily w czwartek o 3 nad ranem. Szybkie mycie, kawa na droge, kilkukrotne obejscie chalupy zeby sprawdzic czy na pewno wszystko wylaczone i mozna bylo ruszac. ;) Spod domu wytoczylismy sie okolo 4:45 rano. Niebo dopiero zaczynalo sie rozjasniac na wschodzie. Dzieki wczesnej pobudce, udalo nam sie przejechac przez cholerny Nowy Jork w okolicach 7 rano, kiedy ludziska dopiero ruszali do pracy. Ruch byl niesamowity jak na taka pore, praktycznie samochod na samochodzie, ale przynajmniej nie bylo zatorow, z ktorych owo miasto slynie i przez ktore nienawidze tamtedy przejezdzac...
Po Nowym Jorku poszlo juz sprawnie. Nasz kemping byl na niezlym zadupiu. Zeby oddac Wam jak bardzo, dopisze, ze kiedy zjechalismy z autostrady na zwykla droge ze swiatlami, nawigacja pokazala ze przed nami jeszcze 3 godziny jazdy! :O Uznalam, ze chyba sie pomylila i wyprowadzi nas na jakies manowce. System autostrad w Stanach jest bowiem swietnie rozbudowany i zazwyczaj kiedy zjezdza sie na boczne drogi, jest sie juz prawie u celu. Nie tutaj! Jechalismy sobie wiec przez rolnicza kraine Stanu Virginia, podziwiajac osiedla domkow, pola kukurydzy, male centra handlowe, pola kukurydzy, okazjonalny bar (no przeciez!) oraz pola kukurydzy. Tak, te ostatnie zdecydowanie dominowaly w krajobrazie. ;)
W koncu jednak, po 8 godzinach jazdy i jednym malym przystanku na rozprostowanie nog oraz siusiu, dojechalismy na miejsce. Byla 13 po poludniu, wiec czulismy sie jakbysmy wlasnie zyskali dodatkowy dzien na kempingu. :)
Potem to juz byl blogi wypoczynek, choc niemozliwie goracy. Niby zjechalismy "tylko" 8 godzin na poludnie i chociaz temperatury byly z grubsza podobne do naszych (okolo 30 stopni), to wilgotnosc robila swoje. Caly czas 70-80% przy bezchmurnym niebie, dawalo popalic. Klimatyzacja w przyczepie chodzila bez przerwy dzien i noc, bo nawet kiedy my gdzies jechalismy, w kemperze zostawala Maya. Nie zostawie przeciez zwierzaka w "puszce" z dykty, ktora w kilkanascie minut nagrzewala sie niczym piec.
Na szczescie to byl jeden z tych "luksusowych" kempingow, z podlaczeniem do pradu, wody oraz sciekow. Dzieki temu klima mogla sobie pizgac do woli, a do prysznica nie potrzebowalismy publicznych lazienek. Na cale pole kempingowe, widzialam raptem kilka osob chodzacych w maseczkach. Szczerze, to nie wiem jak oni to wytrzymywali przy takim upale... Do plazy mielismy moze minutke na rowerach i tam nikt juz sie maseczkami nie przejmowal. Zreszta, mimo ze plaza nie byla zbyt rozlegla, tlumow nie bylo i kazdy mogl rozlozyc sie w odpowiedniej odleglosci od innych plazowiczow.
Mielismy wyjatkowe szczescie, bo tego samego dnia rozlozyla sie naprzeciwko nas rodzina z trojka dzieci - 9-latkiem oraz 5-latka (i maluchem niespelna 2-letnim na dokladke ;P). Chlopiec - Ethan, mimo ze troche starszy, swietnie dogadal sie z Nikiem i jak to chlopcy, pomimo nieziemskich upalow, jezdzili po kempingu na rowerach, kiedy im sie znudzilo przesiadali sie na hulajnogi, a potem jeszcze robili rundke biegiem dla lepszego efektu :D Bi, z braku lepszej opcji, bawila sie z 5-letnia Ellie i choc obawialam sie, ze szybko znudzi sie takim maluchem, calkiem niezle im to wychodzilo.
A ze ganiali ciagle cala czworka, poluzowalismy z M. zwykle zakazy i dalismy im wolna reke na jezdzenie po calym kempingu, jesli tylko uprzedza w jakim kierunku sie udaja. ;)
W rezultacie, przez niemal 4 dni mozna bylo zapomniec, ze mamy dzieci. Poza wypadami na plaze (a ze ta byla niewielka, jak pisalam wyzej, tam tez czesto wpadalismy na "sasiadow") oraz krotkimi wycieczkami, prawie zapominalismy, ze mamy dzieci. Dawno nie opilam sie tylu kaw i nieoczytalam ksiazek siedzac w spokoju na lezaku. :D Na plac zabaw udalismy sie dwa razy, ale byl malo ciekawy oraz zaniedbany.
Z tego co wiem, otworzono go dopiero kilka dni przed naszym przyjazdem i nie zdazono chyba doprowadzic go do ladu. Z kory, ktora wysypane bylo podloze wyrastaly chwasty, dzieciaki jeczaly ze nie ma drabinek, a kiedy odkrylam, ze po nodze lazi mi kleszcz, oznajmilam, ze wiecej tam nie idziemy. ;)
Te kilka dni uplynelo nam wiec glownie na krazeniu od przyczepy do plazy.
Jednego wieczora, kiedy wilgotnosc litosciwie spadla, udalismy sie na przejazdzke rowerowa. Pole kempingowe mialo kilka fajnych szlakow rowerowych i szkoda tylko, ze bylo za goraco, zeby z nich skorzystac. Jestem typem sowy i zrywanie sie o 5 rano zeby pojezdzic na rowerze, mnie przerasta, choc na kempingu bywaly jednostki, ktore o 7 rano juz skads wracaly. ;)
Dwa razy pojechalismy do slynnego miasta Virginia Beach. To jedno z bardziej znanych "kurortow" wschodniego wybrzeza. Pierwszy raz byl to tylko rekonesans i zakupy, bowiem (jak ostatni idioci) spakowalismy za malo wody, a temu co lecialo z kranow pola kempingowego nie bardzo ufalismy. ;) Drugi raz pojechalismy juz konkretnie przejsc sie nadmorskim bulwarem, ciagnacym sie wzdluz plazy. Poczulam sie troche jak w Gdyni, tylko temperatury nie te. Nie pamietam, zeby w Trojmiescie kiedykolwiek byl taki gorac. ;)
Do Virginia Beach dojezdzalo sie z okolic naszego kempingu dosc niesamowitym mostem - tunelem, ciagnacym sie calutkie 28 km! :O
Dlaczego pisze: mostem tunelem? Przez wiekszosc jazdy przez zatoke (Chesapeake Bay) jedzie sie mostem. W dwoch miejscach jednak, most nagle sie "urywa", czyli droga wjezdza w tunel, biegnacy pod woda.
Tworzy to miejsca, gdzie przez zatoke nadal moga kursowac wielkie kontenerowce, most jest bowiem za niski i pale go przytrzymujace za geste, zeby mogly sie miedzy nimi zmiescic.
Samo Virginia Beach nie zrobilo na mnie jakiegos ogromnego wrazenia. Miasteczko ladne, ale typowo rekreacyjno - turystyczne. Wielkie hotele ciagnace sie wdluz plazy i bulwaru, a wszystkie uliczki, az po dwie przecznice wglab stanowiace mniejsze pensjonaty, domki oraz pokoje wynajmowane letnikom.
Jadac glowna droga (z dwoma pasami w jednym kierunku, czyli w sumie czterema) caly czas trzeba bylo miec oczy naokolo glowy, bo co chwila na ulice wychodzily grupki udajace sie na plaze, lub wlasnie z niej wracajace. Nikt nie przejmowal sie tez odzieza, ludziska paradowali w samych strojach, prezentujac czesto typowo hamerykanckie postury. ;)
Spacer po bulwarze okazal sie za to mordega. Zar lal sie z nieba, Poworki marudzily na potege i choc bulwar ciagnie sie 3 mile (4.8 km) to my przeszlismy moze z jedna trzecia.
W drodze powrotnej kupilismy dzieciakom lody, co zamknelo choc na chwile jeczace buzki, ale i tak, spoceni jak prosiaki, z ulga wrocilismy do auta.
Aha! Na bulwarze byly tlumy i choc kazda grupka grzecznie ustepowala sobie drogi i starala sie trzymac jako taki dystans, to tylko pojedyncze jednostki mialy na gebusiach maseczki. I nie ma sie co dziwic. Cala Hameryka "grzmi", ze na poludniu kraju jest teraz straszny wzrost zachorowan bo malo kto nosi maseczki. A ja sie pytam, jak przy temperaturach dochodzacych do 40 stopni albo i wyzej oraz wilgotnosci okolo 80%, na swiezym, kurna, powietrzu (dobra, przy takich warunkach ta "swiezosc" to lekka przesada ;p) czlowiek ma sobie jeszcze wsadzic na facjate cholerna maske?! Chyba po to, zeby za chwile przykleila sie do potu na twarzy!
I tyle. Wypad krotki w sumie, choc jak na nasze kempingi to calkiem spoko, bo bywalo, ze jechalismy na dwa dni. ;)
Powrot byl juz duzo gorszy, bo wyruszylismy o 8:30 rano, wiec nie udalo nam sie przemknac przed godzinami szczytu, ale zmiescilismy sie w 10 godzinach. ;) Nowy Jork jeszcze przejechalismy tuz przed 15 i nie bylo najgorzej, ale potem juz utykalismy co chwila. Do domku zajechalismy po 17, wiec calkiem niezle. Starczylo czasu na wypakowanie przyczepy przed obowiazkowa kapiela Potworkow. Zreszta teraz, wiedzac, ze nie musze rano wybywac do pracy, rozpakowywalam sie zupelnie na luzie. Planowalam wypakowac tylko to, co najwazniejsze, czyli zarcie, zeby mrowki (albo myszy) do wszystkiego nie powlazily. No, ale ze dojechalismy o znosnej porze, w koncu wypakowalam wszystko. :)
W dzien powrotu, wplynela tez moja pensja, spozniona "tylko" o tydzien oraz jeden dzien. :D
Kolejny dzien byl wyrwany z zyciorysu, bo glownie ogarnialam pranie, skladanie oraz czyscilam basen i odmierzalam chemikalia, bo poziom chloru, po 6 dniach, byl oczywiscie niewyczuwalny. ;) Za to u M. w pracy, rzucili sie na niego na dzien dobry, machneli mu przed nosem przepisami i oznajmili, ze nie powinno go tam w ogole byc, bo obowiazuje go kwarantanna. :O Zeby nie bylo, to nie szefostwo, tylko wspolpracownicy.
Tu musze chyba troche wytlumaczyc sytuacje. Pewnie w polskiej tv grzmia cos na temat "tragicznej" sytuacji zwiazanej z koronawirusem w Hameryce? Nie dajcie sie zwiesc, sytuacja jest daleka od tragedii. Nastapil po prostu spory wzrost zachorowan oraz zgonow w niektorych Stanach. Tu gdzie mieszkam, sytuacja byla (jesli wierzyc mediom oraz oficjalnym raportom) powazna w marcu - kwietniu, w tej chwili jednak zdaje sie opanowana. Tak wiec rzad kilku okolicznych Stanow oglosil, ze dla ludzi przyjezdzajacych z bodajze 14 Stanow gdzie nastapil wzrost zachorowan, musza przejsc kwarantanne. Jak zamierzaja to egzekwowac? Ch*j ich wie. ;) Ludzi przylatujacych, czy przybywajacych autobusem lub pociagiem, moga sprawdzic. Wiadomo z biletu, skad przybywaja. Ale podrozujacych samochodem? Niemozliwe. Gdyby kazdego chcieli sprawdzic, zablokowaliby ruch na autostradach na caly dzien. Jechalismy we wtorek. Drogi otwarte, nikt nic nie sprawdza, aut tysiace.
Malzonek sie wkurzyl i wygarnal "kolegom", ze zanim zaczna robic awanture, niech najpierw sprawdza, ktore Stany sa na liscie kwarantanny. Virginii bowiem na niej nie bylo. To skutecznie odebralo im argument, no ale co to za ludzie?! Wpieprzaja sie w czyjes zycie i to nie grzecznie przypominajac czy pytajac, tylko od razu z geba! A najbardziej kto? Czarni! Najwieksze lenie i awanturnicy, ktorym wszystko sie nalezy, przez media kreowane teraz na ucisnionych swietych! Uch...
W kazdym razie, po tym "incydencie" M. pracuje normalnie i nikt juz go na kwarantanne nie "wysyla". ;)
Ja mialam zas kolejna telekonferencje z praca, na ktorej szef oznajmil, ze kolejna wyplata moze byc opozniona o dzien - dwa (ech...) oraz ze Chinczycy z Chin (:D), dla ktorych przeprowadzilam szkolenie, ukladaja liste pytan, wiec bede miala z nimi jeszcze jedna sesje, zeby na nie odpowiedziec. Wiedzialam, ze tak latwo sie nie wywine. ;) Najgorzej, ze ja tego chinskiego akcentu to na zywo nie moge czesto zrozumiec, a przez internet, kiedy przerywa i slychac jakies trzeszczenia oraz echo, w ogole marnie to widze. Moze byc "interesujaco". :/
Reszta tygodnia minela juz (prawie) domowo i basenowo.
Z warzywnika zrobila mi sie dzungla, a ogorkow naroslo tyle i takie wielkie, ze na malosolne sie nie nadaja, wiec do wszystkiego jemy ogorasy. ;)
Kwiaty tez kwitna jak zwariowane, choc chwastow jest miedzy nimi tyle, ze zycie cale mozna spedzic pielac. Coz, nie moje ulubione zajecie.
Tylko mieczyki, choc liscie maja ponad moje kolana, cos nie chca kwitnac, a tak na nie liczylam. :(
Jedynym urozmaiceniem byl bilans Bi w czwartek. Nie bylam pewna, w jaki sposob sie to teraz odbywa, ale okazalo sie, ze jedyna roznica byly maseczki zalozone przez wszystkich bez wyjatku oraz brak zabawek i ksiazek w gabinetach oraz holu. Nie bylismy nawet jedyna rodzina w poczekalni. ;)
Bilans poszedl... niecodziennie. ;) Niespodziewanie, Bi weszla w wiek, kiedy odmowila lekarce zajrzenia w jej "prywatne" czesci ciala. Lekarze zazwyczaj spogladaja na szybko, sprawdzajac tylko czy nie widac jakichs oczywistych nieprawidlowosci. Mimo, ze zapewnilam Bi, ze przy mnie w gabinecie moze pokazac pani doktor to co trzeba, odmowila i koniec, a lekarka nie naciskala, twierdzac, ze to jej prawo i pytajac tylko mnie, czy nie widze nic niepokojacego, ani oznak dojrzewania. Dojrzewania!!! Bi ma 9 lat i mam nadzieje, ze przez przynajmniej 3 kolejne lata nic podobnego nie zauwaze! :D Najlepsza "zabawa" byla jednak przed nami. Pani doktor zauwazyla bowiem, ze ostatnie badanie krwi Bi miala robione kilka lat temu. Tutaj nie mozna isc tak jak w Polsce do laboratorium i zaplacic za test. Trzeba miec skierowanie od lekarza, a wszystko jest kontrolowane przez ubezpieczenie, ktore ow test pokrywa. Dla dzieci zreszta, badanie to robia zwykle tylko po katem hemoglobiny. Dokladniejsze badania zlecane sa wylacznie w razie potrzeby. W kazdym razie, kiedy Starsza uslyszala, ze beda jej pobierac krew, kompletnie spanikowala! :D Jeszcze pielegniarka nie przyszla, a ona juz wyla na cala przychodnie, ze nie chce, ze sie boi, ze bedzie bolec, itd. Nawet Nik (ktory mial to robione rok temu) pocieszal ja, ze to nic nie boli. Ja przypominalam jak kilka razy uzadlily ja takie male osy, ktore ratowala z basenu, ze tylko uklulo ja lekko i ze tu bedzie tak samo... Nic nie pomagalo, panna ryczala na calego. Kiedy przyszla pielegniarka, zacisnela piesci (w naszej przychodni nakluwaja palec i pobieraja doslownie dwie kropelki na szkielko) i pielegniarka musiala jej prawie sila odgiac kciuk. :D Kiedy palec zostal faktycznie ukluty, Bi rozdarla sie na calego, ze boli, och jak boli, ze ona nienawidzi byc kluta, itd. Normalnie ktoregos roku ja nagram, zeby potem pokazac, co to dziecko wyczynia... Cale szczescie, ze bezposrednio po pobraniu krwi miala badanie wzroku i niecnie postraszylam ja, ze musi sie uspokoic, bo jak bedzie miala lzy w oczach, to wzrok sie jej zamaze i moze sie okazac, ze musi nosic okulary. :D
Wyniki bilansu, na szczescie wyszly w porzadku. Bi rosnie rownomiernie i zarowno ze wzrostem jak i waga jest okolo 50 centyla.
wzrost: 134.0 cm
waga: 30.8 kg
Cisnienie w porzadku, saturacja w porzadku, wzrok sokoli i nawet ta nieszczesna hemoglobina w normie. ;)
A najlepsze, ze Bi juz od dlugiego czasu blaaaga doslownie, zeby przekluc jej uszy. Znajac te histeryczke, przekonuje ja jak moge, ze to kiepski pomysl i odciagam w czasie, ile sie da. W czwartek zas, po aferze u lekarza, ryku i totalnym zasmarkaniu, wysiadmy z auta, a Bi idac przez garaz oznajmia:
"But I still want to have my ears pierced!" [Ale nadal chce przekluc uszy].
Taaa... Zadzieram kiece i lece. Takim zachowaniem przypomniala mi, ze zdecydowanie nie jest na to gotowa... :D
W koncu jednak, po 8 godzinach jazdy i jednym malym przystanku na rozprostowanie nog oraz siusiu, dojechalismy na miejsce. Byla 13 po poludniu, wiec czulismy sie jakbysmy wlasnie zyskali dodatkowy dzien na kempingu. :)
Tam bylismy! To w tle, na wodzie, to otaczajace zatoczke... betonowe konstrukcje w ksztalcie statkow :O
Potem to juz byl blogi wypoczynek, choc niemozliwie goracy. Niby zjechalismy "tylko" 8 godzin na poludnie i chociaz temperatury byly z grubsza podobne do naszych (okolo 30 stopni), to wilgotnosc robila swoje. Caly czas 70-80% przy bezchmurnym niebie, dawalo popalic. Klimatyzacja w przyczepie chodzila bez przerwy dzien i noc, bo nawet kiedy my gdzies jechalismy, w kemperze zostawala Maya. Nie zostawie przeciez zwierzaka w "puszce" z dykty, ktora w kilkanascie minut nagrzewala sie niczym piec.
A zwierzak, jak glupi, przy 25 stopniach oraz 90% wilgotnosci, kladl sie przy samym ognisku :D
Na szczescie to byl jeden z tych "luksusowych" kempingow, z podlaczeniem do pradu, wody oraz sciekow. Dzieki temu klima mogla sobie pizgac do woli, a do prysznica nie potrzebowalismy publicznych lazienek. Na cale pole kempingowe, widzialam raptem kilka osob chodzacych w maseczkach. Szczerze, to nie wiem jak oni to wytrzymywali przy takim upale... Do plazy mielismy moze minutke na rowerach i tam nikt juz sie maseczkami nie przejmowal. Zreszta, mimo ze plaza nie byla zbyt rozlegla, tlumow nie bylo i kazdy mogl rozlozyc sie w odpowiedniej odleglosci od innych plazowiczow.
Woda byla cieplutka!
Mielismy wyjatkowe szczescie, bo tego samego dnia rozlozyla sie naprzeciwko nas rodzina z trojka dzieci - 9-latkiem oraz 5-latka (i maluchem niespelna 2-letnim na dokladke ;P). Chlopiec - Ethan, mimo ze troche starszy, swietnie dogadal sie z Nikiem i jak to chlopcy, pomimo nieziemskich upalow, jezdzili po kempingu na rowerach, kiedy im sie znudzilo przesiadali sie na hulajnogi, a potem jeszcze robili rundke biegiem dla lepszego efektu :D Bi, z braku lepszej opcji, bawila sie z 5-letnia Ellie i choc obawialam sie, ze szybko znudzi sie takim maluchem, calkiem niezle im to wychodzilo.
Ktoregos dnia urzadzili sobie bitwe na balony wypelnione woda :)
A ze ganiali ciagle cala czworka, poluzowalismy z M. zwykle zakazy i dalismy im wolna reke na jezdzenie po calym kempingu, jesli tylko uprzedza w jakim kierunku sie udaja. ;)
W rezultacie, przez niemal 4 dni mozna bylo zapomniec, ze mamy dzieci. Poza wypadami na plaze (a ze ta byla niewielka, jak pisalam wyzej, tam tez czesto wpadalismy na "sasiadow") oraz krotkimi wycieczkami, prawie zapominalismy, ze mamy dzieci. Dawno nie opilam sie tylu kaw i nieoczytalam ksiazek siedzac w spokoju na lezaku. :D Na plac zabaw udalismy sie dwa razy, ale byl malo ciekawy oraz zaniedbany.
Nik nie pogardzil chociaz zjezdzalniami
Z tego co wiem, otworzono go dopiero kilka dni przed naszym przyjazdem i nie zdazono chyba doprowadzic go do ladu. Z kory, ktora wysypane bylo podloze wyrastaly chwasty, dzieciaki jeczaly ze nie ma drabinek, a kiedy odkrylam, ze po nodze lazi mi kleszcz, oznajmilam, ze wiecej tam nie idziemy. ;)
Z braku laku, dobry kit. Czyli, przy braku drabinek, Bi postanowila sprawdzic sile ramion w inny sposob :D
Te kilka dni uplynelo nam wiec glownie na krazeniu od przyczepy do plazy.
Na plaze schodzilo sie dluuugim pomostem, ciagnacym sie nad wydmami
Potworki mogly z wody praktycznie nie wychodzic
Matka miala oczywiscie "te" dni i dopiero ostatniego dnia wlazla do wody, chlip...
A wodzie takie cudo - zywa skamienielina!
Jednego wieczora, kiedy wilgotnosc litosciwie spadla, udalismy sie na przejazdzke rowerowa. Pole kempingowe mialo kilka fajnych szlakow rowerowych i szkoda tylko, ze bylo za goraco, zeby z nich skorzystac. Jestem typem sowy i zrywanie sie o 5 rano zeby pojezdzic na rowerze, mnie przerasta, choc na kempingu bywaly jednostki, ktore o 7 rano juz skads wracaly. ;)
Na trasie umykaly nam spod kol kroliki, a z daleka moglismy podziwiac sarny... a raczej ich ogony, bo na nasz widok czmychaly w las ;)
Dwa razy pojechalismy do slynnego miasta Virginia Beach. To jedno z bardziej znanych "kurortow" wschodniego wybrzeza. Pierwszy raz byl to tylko rekonesans i zakupy, bowiem (jak ostatni idioci) spakowalismy za malo wody, a temu co lecialo z kranow pola kempingowego nie bardzo ufalismy. ;) Drugi raz pojechalismy juz konkretnie przejsc sie nadmorskim bulwarem, ciagnacym sie wzdluz plazy. Poczulam sie troche jak w Gdyni, tylko temperatury nie te. Nie pamietam, zeby w Trojmiescie kiedykolwiek byl taki gorac. ;)
Do Virginia Beach dojezdzalo sie z okolic naszego kempingu dosc niesamowitym mostem - tunelem, ciagnacym sie calutkie 28 km! :O
Taki tam mosteczek... po horyzon ;)
Dlaczego pisze: mostem tunelem? Przez wiekszosc jazdy przez zatoke (Chesapeake Bay) jedzie sie mostem. W dwoch miejscach jednak, most nagle sie "urywa", czyli droga wjezdza w tunel, biegnacy pod woda.
Most, most, most, a tu nagle (zaznaczone strzalka)... nie ma mostu! :D
Tworzy to miejsca, gdzie przez zatoke nadal moga kursowac wielkie kontenerowce, most jest bowiem za niski i pale go przytrzymujace za geste, zeby mogly sie miedzy nimi zmiescic.
Samo Virginia Beach nie zrobilo na mnie jakiegos ogromnego wrazenia. Miasteczko ladne, ale typowo rekreacyjno - turystyczne. Wielkie hotele ciagnace sie wdluz plazy i bulwaru, a wszystkie uliczki, az po dwie przecznice wglab stanowiace mniejsze pensjonaty, domki oraz pokoje wynajmowane letnikom.
Pare palm i mozna sie bylo poczuc jak na Florydzie ;)
Jadac glowna droga (z dwoma pasami w jednym kierunku, czyli w sumie czterema) caly czas trzeba bylo miec oczy naokolo glowy, bo co chwila na ulice wychodzily grupki udajace sie na plaze, lub wlasnie z niej wracajace. Nikt nie przejmowal sie tez odzieza, ludziska paradowali w samych strojach, prezentujac czesto typowo hamerykanckie postury. ;)
Spacer po bulwarze okazal sie za to mordega. Zar lal sie z nieba, Poworki marudzily na potege i choc bulwar ciagnie sie 3 mile (4.8 km) to my przeszlismy moze z jedna trzecia.
Statua Neptuna. Ta w Gdansku jest ladniejsza ;)
W drodze powrotnej kupilismy dzieciakom lody, co zamknelo choc na chwile jeczace buzki, ale i tak, spoceni jak prosiaki, z ulga wrocilismy do auta.
W przejsciach miedzy hotelami skrywaly sie takie "dekoracje"
Albo takie ;)
Aha! Na bulwarze byly tlumy i choc kazda grupka grzecznie ustepowala sobie drogi i starala sie trzymac jako taki dystans, to tylko pojedyncze jednostki mialy na gebusiach maseczki. I nie ma sie co dziwic. Cala Hameryka "grzmi", ze na poludniu kraju jest teraz straszny wzrost zachorowan bo malo kto nosi maseczki. A ja sie pytam, jak przy temperaturach dochodzacych do 40 stopni albo i wyzej oraz wilgotnosci okolo 80%, na swiezym, kurna, powietrzu (dobra, przy takich warunkach ta "swiezosc" to lekka przesada ;p) czlowiek ma sobie jeszcze wsadzic na facjate cholerna maske?! Chyba po to, zeby za chwile przykleila sie do potu na twarzy!
I tyle. Wypad krotki w sumie, choc jak na nasze kempingi to calkiem spoko, bo bywalo, ze jechalismy na dwa dni. ;)
Wodne akrobacje Bi
Nik wolal swoja deske. W tle mozecie zobaczyc te "tlumy" na plazy. A akurat byl przyplyw, wiec mniej miejsca
Powrot byl juz duzo gorszy, bo wyruszylismy o 8:30 rano, wiec nie udalo nam sie przemknac przed godzinami szczytu, ale zmiescilismy sie w 10 godzinach. ;) Nowy Jork jeszcze przejechalismy tuz przed 15 i nie bylo najgorzej, ale potem juz utykalismy co chwila. Do domku zajechalismy po 17, wiec calkiem niezle. Starczylo czasu na wypakowanie przyczepy przed obowiazkowa kapiela Potworkow. Zreszta teraz, wiedzac, ze nie musze rano wybywac do pracy, rozpakowywalam sie zupelnie na luzie. Planowalam wypakowac tylko to, co najwazniejsze, czyli zarcie, zeby mrowki (albo myszy) do wszystkiego nie powlazily. No, ale ze dojechalismy o znosnej porze, w koncu wypakowalam wszystko. :)
W dzien powrotu, wplynela tez moja pensja, spozniona "tylko" o tydzien oraz jeden dzien. :D
Kolejny dzien byl wyrwany z zyciorysu, bo glownie ogarnialam pranie, skladanie oraz czyscilam basen i odmierzalam chemikalia, bo poziom chloru, po 6 dniach, byl oczywiscie niewyczuwalny. ;) Za to u M. w pracy, rzucili sie na niego na dzien dobry, machneli mu przed nosem przepisami i oznajmili, ze nie powinno go tam w ogole byc, bo obowiazuje go kwarantanna. :O Zeby nie bylo, to nie szefostwo, tylko wspolpracownicy.
Tu musze chyba troche wytlumaczyc sytuacje. Pewnie w polskiej tv grzmia cos na temat "tragicznej" sytuacji zwiazanej z koronawirusem w Hameryce? Nie dajcie sie zwiesc, sytuacja jest daleka od tragedii. Nastapil po prostu spory wzrost zachorowan oraz zgonow w niektorych Stanach. Tu gdzie mieszkam, sytuacja byla (jesli wierzyc mediom oraz oficjalnym raportom) powazna w marcu - kwietniu, w tej chwili jednak zdaje sie opanowana. Tak wiec rzad kilku okolicznych Stanow oglosil, ze dla ludzi przyjezdzajacych z bodajze 14 Stanow gdzie nastapil wzrost zachorowan, musza przejsc kwarantanne. Jak zamierzaja to egzekwowac? Ch*j ich wie. ;) Ludzi przylatujacych, czy przybywajacych autobusem lub pociagiem, moga sprawdzic. Wiadomo z biletu, skad przybywaja. Ale podrozujacych samochodem? Niemozliwe. Gdyby kazdego chcieli sprawdzic, zablokowaliby ruch na autostradach na caly dzien. Jechalismy we wtorek. Drogi otwarte, nikt nic nie sprawdza, aut tysiace.
Malzonek sie wkurzyl i wygarnal "kolegom", ze zanim zaczna robic awanture, niech najpierw sprawdza, ktore Stany sa na liscie kwarantanny. Virginii bowiem na niej nie bylo. To skutecznie odebralo im argument, no ale co to za ludzie?! Wpieprzaja sie w czyjes zycie i to nie grzecznie przypominajac czy pytajac, tylko od razu z geba! A najbardziej kto? Czarni! Najwieksze lenie i awanturnicy, ktorym wszystko sie nalezy, przez media kreowane teraz na ucisnionych swietych! Uch...
W kazdym razie, po tym "incydencie" M. pracuje normalnie i nikt juz go na kwarantanne nie "wysyla". ;)
Ja mialam zas kolejna telekonferencje z praca, na ktorej szef oznajmil, ze kolejna wyplata moze byc opozniona o dzien - dwa (ech...) oraz ze Chinczycy z Chin (:D), dla ktorych przeprowadzilam szkolenie, ukladaja liste pytan, wiec bede miala z nimi jeszcze jedna sesje, zeby na nie odpowiedziec. Wiedzialam, ze tak latwo sie nie wywine. ;) Najgorzej, ze ja tego chinskiego akcentu to na zywo nie moge czesto zrozumiec, a przez internet, kiedy przerywa i slychac jakies trzeszczenia oraz echo, w ogole marnie to widze. Moze byc "interesujaco". :/
Reszta tygodnia minela juz (prawie) domowo i basenowo.
Troche czyszczenia bylo po 6 dniach nieobecnosci, ale Potworki z radoscia wskoczyly we wlasna kaluze ;)
Z warzywnika zrobila mi sie dzungla, a ogorkow naroslo tyle i takie wielkie, ze na malosolne sie nie nadaja, wiec do wszystkiego jemy ogorasy. ;)
Warzywna dzungla :D
Kwiaty tez kwitna jak zwariowane, choc chwastow jest miedzy nimi tyle, ze zycie cale mozna spedzic pielac. Coz, nie moje ulubione zajecie.
Hortensja w tym roku oszalala! A ja juz jej grozilam, ze ja wykopie... ;)
Tylko mieczyki, choc liscie maja ponad moje kolana, cos nie chca kwitnac, a tak na nie liczylam. :(
Jedna malwe gotowa do zakwitniecia, M. mi... skosil. :( Trzy kolejne nie wykazuja checi na produkcje kwiatow. Ale jedna ma paczki, wiec moze, moze...
Jedynym urozmaiceniem byl bilans Bi w czwartek. Nie bylam pewna, w jaki sposob sie to teraz odbywa, ale okazalo sie, ze jedyna roznica byly maseczki zalozone przez wszystkich bez wyjatku oraz brak zabawek i ksiazek w gabinetach oraz holu. Nie bylismy nawet jedyna rodzina w poczekalni. ;)
Dla matki byla okazja zeby naciagnac kiecke, umalowac oko oraz rozpuscic grzywe :D
Bilans poszedl... niecodziennie. ;) Niespodziewanie, Bi weszla w wiek, kiedy odmowila lekarce zajrzenia w jej "prywatne" czesci ciala. Lekarze zazwyczaj spogladaja na szybko, sprawdzajac tylko czy nie widac jakichs oczywistych nieprawidlowosci. Mimo, ze zapewnilam Bi, ze przy mnie w gabinecie moze pokazac pani doktor to co trzeba, odmowila i koniec, a lekarka nie naciskala, twierdzac, ze to jej prawo i pytajac tylko mnie, czy nie widze nic niepokojacego, ani oznak dojrzewania. Dojrzewania!!! Bi ma 9 lat i mam nadzieje, ze przez przynajmniej 3 kolejne lata nic podobnego nie zauwaze! :D Najlepsza "zabawa" byla jednak przed nami. Pani doktor zauwazyla bowiem, ze ostatnie badanie krwi Bi miala robione kilka lat temu. Tutaj nie mozna isc tak jak w Polsce do laboratorium i zaplacic za test. Trzeba miec skierowanie od lekarza, a wszystko jest kontrolowane przez ubezpieczenie, ktore ow test pokrywa. Dla dzieci zreszta, badanie to robia zwykle tylko po katem hemoglobiny. Dokladniejsze badania zlecane sa wylacznie w razie potrzeby. W kazdym razie, kiedy Starsza uslyszala, ze beda jej pobierac krew, kompletnie spanikowala! :D Jeszcze pielegniarka nie przyszla, a ona juz wyla na cala przychodnie, ze nie chce, ze sie boi, ze bedzie bolec, itd. Nawet Nik (ktory mial to robione rok temu) pocieszal ja, ze to nic nie boli. Ja przypominalam jak kilka razy uzadlily ja takie male osy, ktore ratowala z basenu, ze tylko uklulo ja lekko i ze tu bedzie tak samo... Nic nie pomagalo, panna ryczala na calego. Kiedy przyszla pielegniarka, zacisnela piesci (w naszej przychodni nakluwaja palec i pobieraja doslownie dwie kropelki na szkielko) i pielegniarka musiala jej prawie sila odgiac kciuk. :D Kiedy palec zostal faktycznie ukluty, Bi rozdarla sie na calego, ze boli, och jak boli, ze ona nienawidzi byc kluta, itd. Normalnie ktoregos roku ja nagram, zeby potem pokazac, co to dziecko wyczynia... Cale szczescie, ze bezposrednio po pobraniu krwi miala badanie wzroku i niecnie postraszylam ja, ze musi sie uspokoic, bo jak bedzie miala lzy w oczach, to wzrok sie jej zamaze i moze sie okazac, ze musi nosic okulary. :D
Wyniki bilansu, na szczescie wyszly w porzadku. Bi rosnie rownomiernie i zarowno ze wzrostem jak i waga jest okolo 50 centyla.
wzrost: 134.0 cm
waga: 30.8 kg
Cisnienie w porzadku, saturacja w porzadku, wzrok sokoli i nawet ta nieszczesna hemoglobina w normie. ;)
A najlepsze, ze Bi juz od dlugiego czasu blaaaga doslownie, zeby przekluc jej uszy. Znajac te histeryczke, przekonuje ja jak moge, ze to kiepski pomysl i odciagam w czasie, ile sie da. W czwartek zas, po aferze u lekarza, ryku i totalnym zasmarkaniu, wysiadmy z auta, a Bi idac przez garaz oznajmia:
"But I still want to have my ears pierced!" [Ale nadal chce przekluc uszy].
Taaa... Zadzieram kiece i lece. Takim zachowaniem przypomniala mi, ze zdecydowanie nie jest na to gotowa... :D

































































