piątek, 19 czerwca 2020

Areszt domowy tydzien #13 i 14

Po pierwsze, mam pytanie! Czy ktos sprawdzal jak ma wygladac ta nowa wersja bloggera? Latwa jest w obsludze, da sie w niej polapac? Boje sie probowac, zeby czegos permamentnie nie spiep*zyc. ;)

*

Weekend poprzedzajacy tydzien #13 zaczal sie potwornym upalem, wiec mlodziez juz poznym rankiem wskoczyla do basenu. :)


Po poludniu spotkala Bi gratka, bo pochlapac sie przyszly nasze sasiadki, w tym jej ukochana przyjaciolka. Szkoda tylko, ze tuz przed ich przyjsciem przeszla burza i powietrze gwaltownie sie ochlodzilo. Nie zeby to dzieciakom specjalnie przeszkadzalo oczywiscie, choc po wyjsciu, cala czworka zgodnie klekotala zebami... ;)

Dobrze, ze taki duzy ten basen :D

W poniedzialek, 8 czerwca, szkola Potworkow zorganizowala wirtualny Field Day, czyli Dzien Sportu. Co roku wszystkie podstawowki w naszym miescie maja taki dzionek gdzie zamiast lekcji, dzieci maja gry i zawody. Bi strasznie na niego zawsze czeka i bardzo byla rozczarowana, ze w tym roku gry mozemy sobie zorganizowac najwyzej w ogrodzie. Nik, nie lubiacy rywalizacji, byl calkiem zadowolony. ;)
Najfajniejsze i dla Potworkow i dla mnie bylo to, ze tego dnia panie nie przyslaly zadan. Nauczycielka Nika wyslala tabelke gdzie dzieci mogly zaznaczyc w jakich aktywnosciach wziely udzial, nauczycielka Bi tylko zyczyla im milej zabawy. ;) Lista aktywnosci byla dluuuga, od prostych jak pajacyki i przysiady, az po rzuty pilka do koszykowki, skoki w dal czy zabawe w zraszaczach do trawy. Oczywiscie wszystkie dzieci wybieraly sobie, co i ile kto chce zrobic. Oprocz typowych gier czy cwiczen, bylo kilka rodzajow "wyzwan". Potworkom, bez dwoch zdan, najbardziej podpasowalo "frozen t-shirt challenge", gdzie trzeba bylo zmoczyc koszulke, zlozyc ja w kostke i zamrozic. Potem dzieci mialy zmierzyc czas, w ktorym uda im sie te koszulke rozlozyc na tyle, zeby udalo sie ja ubrac. ;)
To ze dzieci nie mialy lekcji, nie oznaczalo oczywiscie, ze ja mialam rowniez wolne. Ilosc aktywnosci mielismy wiec dosc ograniczona. Potworki poskakaly na skakankach, Bi pokrecila hula hop, pobiegali na czas po stopniach, a potem wlaczylam im nasz zraszacz.

"photobomb" :D

Te radosc widac nawet z daleka ;)

Na te ostatnia zabawe, a pozniej chlapanie w basenie, przyszla mala sasiadka z naprzeciwka, a wraz z nia jej mama, mialam wiec i ja nieco towarzystwa. ;)
Zdjecia z wirtualnego Dnia Sportu mozna bylo przeslac nauczycielowi w-f'u (szkola Potworkow jest tak mala, ze jest tylko jeden), ten zas zmontowal je w filmik wyslany dla wszystkich rodzin. I fajnie, bo dzieciaki z wypiekami na twarzy ogladaly go, rozpoznajac na zdjeciach kolegow. ;)


W srode mialam kolejny co-dwutygodniowy meeting z praca. Dowiedzialam sie na nim, ze mam przeprowadzic szkolenie podobne do tego, ktore urzadzilam kolegom w lutym, ale dla ludzi z naszej "filii" (czy jak to zwal) z Chin (!). Przyznaje, ze niezbyt bylo mi to na reke, bo ogolnie nie znosze prezentacji szkolen, nawet telefonicznego zalatwiania spraw. No, niesmiala jestem i tam gdzie mam sie odezwac, wole schowac sie w kacik. ;) Nie za bardzo jednak mialam jak odmowic, wiec co bylo robic, zgodzilam sie...
Poza tym, moj szef dostal pomoc finansowa oferowana przez rzad dla malych firm i pomalu nadrobil wszystkie zalegle wyplaty. Napisalabym, ze "juppi!", ale na meetingu "pocieszyl" nas, ze ma jeszcze na dwie kolejne wyplaty, a potem ma nadzieje, ze beda juz przelewac pieniadze z oddzialu w Chnach. Przyznaje, ze wszystko mi opadlo... Czyli co, mam pewnosc wyplaty do konca czerwca, a potem znow co chwila beda zaleglosci i opoznienia?! Co ciekawe, nasza firma planuje za kilka miesiecy rozpoczac badania kliniczne, ktore kosztuja setki tysiecy dolarow! Jesli nie stac ich na placenie pensji 5 (pieciu!) pracownikom, jakim cudem bedzie ich stac na cos takiego?!
No ale mniejsza z tym. Moze wkurzam sie niepotrzebnie i na zapas...

Rowniez w srode znow przyszla pobawic sie z Bi jej najlepsza psiapsiolka wraz z siostra na doczepke. Dobrze, ze owa siostra, choc o rok mlodsza, calkiem niezle dogaduje sie z Kokusiem. Dzieciaki podzielily sie wiec na pary i czasem razem, a czasem osobno, ale w miare zgodnie sie bawily.


Glowna "zabawa" byl rzecz jasna basen, ale ze dziewczyny znow przyszly poznym popoludniem kiedy slonce znika znad basenu, dosc szybko wszyscy wylezli z wody szczekajac zebami. ;) Wyciagneli wiec wszystkie mozliwe zabawki ogrodowe i urzadzili tor przeszkod. Na szczescie po sobie posprzatali. :)

Czwartek, 11 czerwca byl pochmurny i deszczowy i pierwszy raz (i poki co ostatni) Potworki nie kapaly sie w basenie, ale byl jednoczesnie ostatnim dniem roku szkolnego. Nie moge uwierzyc, ze Nik idzie juz do III klasy, a Bi do IV, bedacej jednoczesnie ostatnia klasa w naszej podstawowce! A w sumie to niewiadomo jak bedzie wygladac szkola na jesien, wiec mozliwe jest, ze Potworki w ogole nie beda mialy zajec w swoim starym, znanym budynku... Smutno mi na sama mysl i mam nadzieje, ze do tego czasu rzad Stanu pozwoli na normalne otwarcie szkol na starych zasadach, moze z dodatkowa sterylizacja pomieszczen. Ktora to, badzmy szczerzy, kompletnie im nie zaszkodzi. ;)
Tego ostatniego dnia, klasa Bi miala tylko ostatnie, pozegnalne wirtualne spotkanie klasowe. Pozniej, jej nauczycielka objechala domy wszystkich uczniow, zostawiajac im drobne upominki. Udalo mi sie nawet strzelic jej fote z Bi. ;)

Wszystko z dystansu ;)

Niestety, nauczycieli klas II zdrowo porabalo, bo Nik dostal normalne, codzienne zadania! :O No ja cie krece! Ostatniego dnia, naprawde?! W kazdym razie, poza wirtualnym spotkaniem klasowym, powiedzialam Kokusiowi, ze nie musi nic z tych zadan robic. Sam z siebie poczytal jednak ksiazke, czym kompletnie mnie zaskoczyl. :)
Ostatniego dnia (pierwszego tez) dzieci w szkole Potworkow maja tzw. "clap-in ceremony", gdzie wszystkie klasy zbieraja sie przed szkola i po kolei wchodza, przedstawiane przez dyrektorke, w akompaniamencie oklaskow zebranych rodzicow. To bardzo fajna tradycja, ktora w tym roku im przepadla, nauczycielki przygotowaly wiec jej wirtualny odpowiednik. Zmontowaly filmik, w ktorym wszyscy nauczyciele oraz asystenci i inni pracownicy szkoly poskladali po zdaniu wiadomosc dla dzieciakow.

Czesc wiadomosci od nauczycielki Nika

Czesc od nauczycielki Bi

Nastepnie po kolei przedstawiano roczniki i nauczycielki danych klas klaskaly. Przyznaje, ze ogladajac ten filmik, "spocily" mi sie oczy. Szkola Potworkow ma naprawde fantastyczna kadre. :)

Klaszcze pani Kokusia...

Klaszcze pani Bi :)

W niedziele niespodziewanie zjawil sie na kawe dziadek, nie widziany od urodzin Bi na poczatku maja. :O Dzieciaki przeszczesliwe, choc moj tata, kompletnie niereformowalny czlowiek przywiozl im fajne, duze kolo do plywania, tyle, ze... jedno!

Wlasnie sie ucieszylam, ze do siatki na zabawki z basenu zmiescily mi sie wszystkie poza jedna, to dzieciaki dostaja cos takiego... :)

Jeszcze sie nie nauczyl, ze o kazda jedna rzecz jest wojna... Albo po prostu ma to w powazaniu, bo to nie on musi wysluchiwac awantur. ;)
W kazdym razie fajnie bylo znow go zobaczyc i pogadac na zywo.

Kolejny poniedzialek przyniosl niezbyt mila niespodzianke. Pamietacie, ze mialam przeprowadzic szkolenie dla pracownikow z Chin? Rozmowa w poprzednia srode skonczyla sie na tym, ze moj szef oznajmil iz ustali kiedy je zorganizowac. No i super, spodziewalam sie jednak, ze bede o terminie uprzedzona troche szybciej niz kilka godzin wczesniej... Tak, dobrze czytacie. O 9:30 rano otrzymalam maila od szefa, ze chce zebym przeprowadzila szkolenie o 20:30 tego samego dnia! :O Po prostu spadlam z krzesla! Reszte dnia spedzilam zestresowana, biegajac od kibla po komputer, gdzie napredce edytowalam moja prezentacje z lutego, dopasowujac ja do potrzeb innej, badz co badz, kadry.
No nie mogl mi osiol wyslac maila w piatek?! :/
Koniec koncow jakos szkolenie przeprowadzilam, choc dobre 10 minut zmarnowalam probujac polapac sie w zoomie. Potworki nie musialy uzywac go do szkoly, wiec nie mialam (nie)przyjemnosci poslugiwac sie nim wczesniej. Jakos to w koncu ogarnelam, choc ludzi w Chinach kompletnie nie moglam zrozumiec. Nie dosc, ze ich angielski jest, przy dobrych wiatrach, "lamany", to na lini bylo straszne echo. Zreszta, dla mnie to lepiej, bo przynajmniej nie zadawali pytan. :D
Za to we wtorek, kiedy emocje i stres opadly, poczulam sie niczym kompletna detka i zrobilam sobie wolne, sprawdzajac tylko maile od czasu do czasu. ;)

A! W poniedzialek przyszly tez "raporty" szkolne Potworkow. Napisalam w cudzyslowiu, byly one bowiem zupelnie inne od normalnych szkolnych raportow. Zamiast wynikow w nauce, nauczycielki zaznaczaly w jakim stopniu oceniaja pewnosc, ze uczen zrobil postepy. Jak dla mnie byla to wiec ocena aktywnosci ucznia w czasie nauczania zdalnego.

"swiadectwo" Bi

"swiadectwo" Kokusia :)

Jak widac, nauczycielka Nika ocenika swoja pewnosc ze poczynil postepy wyzej niz nauczycielka Bi. Jedynym wyjatkiem bylo tu pisanie (oraz skrzypce, ale te ocenia nauczycielka instrumentu), czemu sie wcale nie dziwie, bo sukcesem bylo jesli Mlodszy napisal wiecej niz 3 zdania na raz. ;) Oczywiscie Bi strzelila focha, ze jej nauczycielka ocenila swoja pewnosc, ze Starsza zrobila postepy "tylko" jako zadowalajaca. :D Na nic moje tlumaczenia, ze to nie sa oceny dla niej, tylko okreslenie stopnia pracy na lekcjach, a poza tym, pani Kokusia oceniala w ciemno, bowiem nie raz pisalam, ze Mlodszy praktycznie nic nie musial odsylac, nie wiem wiec na jakiej podstawie ona cokolwiek mogla ocenic... Bi byla oburzona i koniec. ;)

W srode niespodziewanie napisala do mnie sasiadka, pytajac czy dzieciaki nie chca przyjsc pobawic sie z jej dziewczynami. No ba! ;) Polecieli jak na skrzydlach, a ja zyskalam ponad godzinke dla siebie. Powinnam w sumie napisac dla "siebie", bo w ciagu tej godziny poskladalam wysuszone pranie i wstawilam gulasz. Relaks przykladnej pani domu. ;)

Bardzo zadowolone Potworki u sasiadek

Troche wczesniej tego samego dnia, Nik utracil kolejnego zeba! Lewa gorna dwojka nie wytrzymala wafelka od loda. :D Co ciekawe, prawa zdawala sie mocniej kiwac, ale jednak przeciwna poleciala pierwsza.

Buzia usiana piegami, guz na czole, szczerby w uzebieniu - moj caly Niko <3

Nik przeszczesliwy wsadzil zeba pod poduszke dla Zebowej Wrozki, a "wrozka" nerwowo musiala poszukiwac drobniakow, bo przeciez od 3 miesiecy nie rusza sie z domu, wiec nie ma potrzeby noszenia w portfelu gotowki. ;) Dobrze, ze tata mial pare groszy. :)

Czwartek 18 czerwca, przejdzie do kwarantannowej historii, bo po raz pierwszy od koronawirusowych zamkniec i ograniczen, przyjechala do mnie na kawe kolezanka! :D Powiem Wam szczerze, ze az mi dziwnie bylo. Fajnie bylo pogadac, chociaz troche glupio mi bylo ciagle wyganiac dzieciaki z domu. Kolezanka chyba pomyslala, ze jestem nawiedzona, ale po prostu sama nie wiem co myslec o tej cholernej pandemii. Z sasiadami pomalu zaczynamy wyluzowywac, dzieciaki sie razem bawia, ale wszyscy zgodnie trzymaja je na dworze, na wszelki wypadek. A kolezanka jest Polka i chyba ma zupelnie inne poglady na te cala sytuacje. Z jej opowiesci wnioskuje, ze jak tylko otworzyli wszystkie sklepy, to ona non stop lata i szuka wyprzedazy, spotykaja sie z nasza wspolna kolezanka i to w domu, bo obie mieszkaja w condominiach, czyli jakby domkach szeregowych, ale tylko z malym balkonikiem, bez ogrodu. A obojga mezowie normalnie pracuja, wiec jakies tam ryzyko zarazenia jest. Ledwie otworzyli bary, ona juz pedzi na spotkanie z ludzmi z jej pracy... No po prostu pandemie ma w du powazaniu. ;) Ja, mimo ze kompletnie nie wierze, ze ten caly wirus jest az tak zarazliwy jak go opisuja, to jednak wole chuchac na zimne, zeby nie musiec sobie potem nic wyrzucac.
Ale przyznaje, ze kumpele fajnie bylo znow zobaczyc. Taki powiew normalnosci. ;)
Zdjec z wizyty nie mam, ale mam inne. Tego samego dnia, dzieciaki marudzily juz od rana, a raczej juz od dwoch dni, ale w czwartek marudzenie osiagnelo apogeum. Wiedzac, ze po poludniu mialam miec kolezanke, probowalam uporac sie z praca na ten dzien, zeby wiec zyskac chwile spokoju obiecalam Potworkom, ze jak beda grzeczni, kiedy skoncze, zrobimy obiecane glutki. ;)

Tu jeszcze etap mieszania kleju z woda i barwnikiem

I zrobilismy! Pierwszy raz sie na to porwalam i okazalo sie to proste jak drut. Niestety, do mikstury Bi dodalam troche za duzo roztworu boraksu i glutek slabo sie rozciaga, a za to latwo rwie. Starsza ze swoim charakterkiem oczywiscie uzrzedzila sie przez pol godziny, ze to moja wina, bo ona mowila, zeby wiecej juz nie dawac, ze dlaczego ja jej nigdy nie slucham, ze nienawidzi swojego glutka i w ogole. W koncu, zirytowana, oswiadczylam, zeby wyrzucila gluta do kosza i ze wiecej go robic nie bedzie skoro nie potrafi docenic, ze matka pozwala jej na takie zabawy. Naprawde mnie wkurzyla, bo niestety Bi ma taka "przyware", ze nie wie, kiedy sie za przeproszeniem, przymknac. Jak jest zla, to gada do upadlego, wykloca sie, zawsze musi miec ostatnie slowo. A tym razem od dwoch dni slyszalam ciagle, ze chca robic slime, nie moglam sie od nich opedzic, potem caly blat w kuchni mialam uswiniony w zaschnietym kleju, a ta pyskuje, bo glut jej sie slabo rozciaga! No wezcie mnie trzymajcie! :/

Gdybym wiedziala, ze az tyle wyjdzie tego gluta, podzielilabym przepis przez polowe ;)

Z innych spraw, to malowanie kuchni idzie do przodu, choc przez perfekcjonizm mojego meza, posuwa sie w slimaczym tempie. M. po prostu musi to cos poprawic, tam cos przeszlifowac i pociagnac pedzlem raz jeszcze... Do tego nagle przyszly upaly z wysoka wilgotnosci powietrza i farba zwyczajnie jakos dziwnie zasycha. Zostaja jakby babelki... A ze tych szafek troche mamy, to wszystko trwa w nieskonczonosc. Kilka drzwiczek juz jednak zawislo (ale mysle, ze teraz juz pokaze Wam po prostu efekt koncowy) i... no nie jest to moja wizja. Zaluje, ze nie uparlam sie, zeby M. zostawil te szafki w spokoju kiedy poczatkowy pomysl z bejca nie wyszedl. Teraz bedzie, mysle ze ladnie, ale to nie "to". Mezowi tego jednak nie powiem, bo i tak przeklina te robote (na ktora sam sie napalil). Po prostu, kiedy skonczymy lazienki oraz taras i patio (pewnie w przyszlym roku, ech...) podejme temat gruntownego remontu calusienkiej kuchni...

Ten tydzien zakonczyl sie niespodziewanie bardzo towarzystko. O tym, ze w czwartek mialam z wizyta kolezanke, juz pisalam. A w piatek rano niespodziewanie napisala do mnie sasiadka, z ktora nie mam jakich specjalnie bliskich kontaktow, ale to fajna babka, a przy tym maja chalupe z basenem. A ze nadeszla fala upalow z wilgocia, napisala czy Potworki nie chca przyjsc poplywac. Heh, wiadomo, ze nie trzeba ich dwa razy prosic! :D

TAKI basen miec, ech... ;)

Poplywali, ponurkowali z synkiem sasiadki, a potem poszlismy do domu, zeby szybko cos zjesc, bo 1.5 godziny pozniej przyjezdzal do Kokusia kolega. W koncu! Po 3 miesiacach bez-kolegowego zycia, napisalam do mamy jednego z jego ulubionych kolegow, czy nie chcialby przyjechac. Okazalo sie, ze chcialby. I dzien ustalilysmy wlasnie na piatek, nie spodziewalam sie bowiem zaproszenia od sasiadki. :) Nik podniecony wypatrywal kolegi przez pol godziny, najpierw patrzac przez okno, potem sterczac przy skrzynce na listy. ;) W koncu sie jednak doczekal i... pierwsze co, to wskoczyli oczywiscie do basenu. ;)

Lobuziaki ;)

Przy okazji, obserwowalam roznice miedzy dziewczynkami i chlopcami. Poniewaz Bi snula sie znudzona za chlopakami, napisalam do sasiadki z naprzeciwka, czy jej mlodsza nie chce przyjsc sie pobawic. Oczywiscie chciala. ;) Dziewczynki plawily sie w wodzie leniwie, cos tam do siebie gadajac, a chlopaki? Jakies chlapanie, kopanie, zapasy, itd. Balam sie ich spuszczac z oczu, bo co i rusz jeden drugiego wciagali pod wode i balam sie, ze sie potopia. Najwiekszym szokiem bylo dla mnie oczywiscie to, ze Nik to przeciez takie spokojne dziecko, a tu z kolega szaleje jak... chlopaczysko. W takich chwilach dociera do mnie, ze faktycznie mam syna. :D

*
To co, w Polsce jeszcze tydzien nauczania zdalnego i laba? ;)

15 komentarzy:

  1. Macie piekna pogode. U Nas powrocila szarosc na niebie, a temperaturowe slupki nie przekraczaja 17'C. Rzeczywiscie tym razem te raporty szkolne krotsze i malo w nich detali. Basen macie swietny, a sasiadka to juz w ogole :-) ja jestem identyczna jak twoja kolezanka. Co pracy co weekend, na zakupy 3x w tygodniu (teraz juz biore chlopakow ze mna), spotkania na kawusie i ze znajomymi intensywne od jakiegos juz czasu. Wirus nam nie straszny :-) miksujemy dzieci, pozwalamy na wymiane wirusow i bakterii. Bez nich ludzkie stworzenie by nie przetrwalo. Samr bakterie w ogranizmie czlowieka waza 2 kg (oczywiscie te dobre czyli priobiotyczne). Trzeba wiec korzystac z zycia poki mozna, bo nie wiadomo co nas czeka w przyszlosci. Milego tygodnia Agatko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. https://youtu.be/w_ybzC2wP7Q
      Fajny filmik o kontroli populacji poprzez strach (po ang)

      Usuń
  2. OMG! Taaaaki basen mieć przy domu! Mega! Zazdroszczę sąsiadom. Jakie miłe to dla dzieci, że nauczyciele wysyłają do dzieci wiadomości. Ja już do pracy nie chodzę :( dziewczynki są z tatą który jeszcze ma ten zasiłek czy coś tam, ale już niebawem bo młoda zaraz kończy 8 lat.

    Agatko, ja też już zaczęłam wychodzić z Klarą poza dom i okolice. Byłyśmy w galerii, co prawda sporadycznie i do południa ale byłyśmy. Dwa razy jechałam z Klarą autobusem. Jaka była zachwycona, po 3mcach przerwy. Do sklepów takich w okolicy również chodzimy razem. Ja wróciłam na pazurki :) 3tyg na 'czarnym' Śląsku byliśmy.
    Teraz zaczynam marzyć o wakacjach, o zagranicy.. ale ceny kurde szokują.

    U nas w Poznaniu jest w miarę ta pogoda. Ale mój Śląsk mokry. Rodzice mi donoszą, że prawie od mca leje. Zimno. U nas w Poznaniu jeszcze kilka dni temu były mega upały.
    Buzki!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też już mam wątpliwości czy ten wirus jest aż tak zaraźliwy, ale podobnie jak Ty jestem ostrożna.
    Spacerujemy, ale nie pchamy się do komunikacji miejskiej ;)

    Co rusz u nas jakieś ognisko wybucha.

    Pogoda u nas ostatnio nieciekawa.

    OdpowiedzUsuń
  4. Basenu Wam zazdroszczę, myślę że moi chłopcy z basenu nie wychodziliby pewnie przez cały dzień. A sąsiedzi to już w ogóle mają czad.

    Cieszę się, że Twoje dzieciaki w końcu mają kolegów i koleżanki do zabawy. Moi własnie dlatego wrócili do placówek. W tym wieku zabawa bez rówieśników to straszna lipa. A rodzeństwo też musi od siebie odpocząć.

    Fajnie, że nauczyciele zrobili dzieciakom i niespodziankę, i wielka frajdę.

    Co do wirusa, to koleżanka mojej mamy właśnie zaczyna kwarantannę. Byli na weselu, a tuz po nim okazało się, że jej syn pracował z osobą, która jest chora. Także ....

    Pozdrawiam z burzowego kraju :))

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Patrząc na te wszystkie dmuchańce pływające po basenie, aż trudno uwierzyć, że to basen w przydomowym ogródku :) Moczcie się w nim też za nas :D

    Niesamowita jest ta Wasza szkoła. Kurczę widać, że zależy im na dzieciakach. U nas niektórzy nauczyciele też są tacy, angażują się itd., niestety Oliwki wychowawczyni wszystko zrzuca na nas - a ostatnio na mnie. Dzwoni i mówi co mam zrobić, a ja się zastanawiam czy jestem skarbnikiem czy przewodniczącą? :P

    My duże zakupy nadal zamawiamy z dowozem do domu, żeby nie chodzić nie wiadomo ile po sklepie - no i prawdę mówiąc nigdy nie lubiliśmy zakupów, więc to oszczędzanie czasu nawet nam na rękę ;P . Na szybkie zakupy, jak czegoś nam zabraknie to leci zazwyczaj jedno z nas, chociaż raz Jasiu szedł ze mną, ale wówczas pilnowałam, żeby niczego nie dotykał. Spotykamy się z rodzicami jednymi i drugimi, ostatnio byliśmy u mojej cioci, wróciliśmy też do kościoła, jak spotykamy na dworze znajomych to pogadamy, ale przyznam kawiarnie, restauracje, wszelkie zatłoczone miejsca mnie odpychają. Zdecydowanie na chwilę obecną im mniej ludzi obok mnie tym lepiej... Tym bardziej, że znamy coraz więcej ludzi z pozytywnym wynikiem, opowieści sąsiadki po 7 tygodniach w szpitalu też mamy w głowie - nie chcę ryzykować...

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratuluję tego szkolenia! No szef rzeczywiście osiołek, że nie poinformował Cię wcześniej.
    Kadra szkolna super, bardzo miłe że pomyśleli o swoich uczniach.

    I się powtórzę - ten basen macie ekstra!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie sprawdzałam jeszcze nowego blogera ;)

    Super nauczycielki, tacy właśnie powinni być. Nam tez szczęście sprzyja pod tym względem. Przez cały czas nauczania on-line nie mielismy większych problemów, wychowawczyni Tymona to skarb, wiec niczego nie zrzucila nam na barki, sama ogarnęła temat od pierwszego dnia pandemii i do dziś dzień w dzień prowadziła z dzieciakami lekcje on-line, żadnych spychologii, linków itd, prawdziwe lekcje. Jutro zakonczenie 3 klasy i bardzo zależało nam, aby moc jej podxiekowac za wszystko i pożegnać się osobiście. Szkoła na szczescie wyszla nam naprzeciw i robi normalne zakończenia roku, uf.

    Basen macie genialny, powtórzę się, sąsiedzi również. Sama wody nie lubie i basen to zbędna rzecz dla mnie, ale moje Dzieciaki nie wychodziły by z niego :)

    Ja od początku nie poddałam się strachowi względem wirusa. O higienę dbałam zawsze, nie jestem z tych co nagle obudzili się, że ręce trzeba myc i ubrania prac ;) Mam wrażenie, że większość ludzi dopiero teraz skapnęło sie, że jajka, owoce i warzywa należy myc, ręce po wyjściu z toalety, czy przyjściu do domu itd również, stad chyba tyle strachu w nich. Zaś przesadne odkażanie i dezynfekowanie tam gdzie nie trzeba, najzwyczajniej nas wyjalawia i niszczy odporność.
    Ja na tyle ile mogę funkcjonuje normalnie, do knajp chodzimy, kawe na mieście pije, chodzę do sklepów, dentysty, urzędu, przychodni, szpitala, na spacery, na treningi, do przedszkola, znajomych, rodziny itd normalnie, bez żadnych obaw, bez psychozy. Nie odizolowałam siebie ani dzieci od świata na tyle ile mam możliwośc.
    Sąsiedzi mieli teraz parodię z kwarantanną. Opiekowała się sasiadka chora na nowotwor kuzynka, zawiozła ją do szpitala, tam przy przyjęciu zrobili test na koronę, położyli na oddzial i po tygodniu przy wypisie (!) Oddali wynik, który był rzekomo pozytywny. Przewieźli wiec kuzynkę do innego szpitala. Sasiadka miała zgłosić się do sanepidu. Zgłosiła siebie i męża z którym mieszka. Jej sanepid zrobił test, mężowi nie chcieli bo haha nie miał kontaktu z kuzynka. Nie ważne że z żoną miał, pewnie nawet bliższy niż ktokolwiek inny ;) no ale koronawirus i jego absurdy otaczają nas na każdym kroku. Mąż zrobił prywatnie test, za kasę rzecz jasna. Oczywiście obojgu wyszedl negatywny. Kuzynce w tym drugim szpitalu zrobili dwa kolejne testy i oba wyszły negatywne...także o czym my mówimy. Śmiech na sali z tą całą kwarantanną. Jedna wielka sciema i chaos. Sasiedzi byli raptem dwa dni na przymusowej kwarantannie totalnie bez sensu ;)
    Życzę szybkiego ukończenia remontu!

    OdpowiedzUsuń
  9. Niektóre komentarze pod tym artykułem są bardzo długie. Nawet za długie bym napisał.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja w pandemie nigdy nie uwierzylam. Sciema nad sciemami.
    Basen fajny, bo wiekszy. Duzo fajnej zabawy w nim bedzie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Jestem bardzo ciekawy czy ktoś z was zainteresuje się firmą Dezynfekcja Warszawa .Sam z tej firmy raz skorzystałem i naprawdę było bardzo dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ale bym wskoczyła do takiego basenu :) upały u nas okropne a w bloku można się udusić.

    OdpowiedzUsuń
  13. Milych wakacji !! Wiem, ze bylas w domu, wiem ze praca juz cie tak nie absorbuje ale teraz LUZ!!! Wiec ciesz sie na ile da. basen swietny- w upaly luxus i dla twych Potworkow najlepsza rozrywka. Bloger obejrzalam i...wrocilam do starego - moze to kwestia przyzwyczajenia?

    OdpowiedzUsuń