Powinnam chyba sprostowac, ze piszac "weekend" mam na mysli niedziele oraz poniedzialek. Bo tak, mialam wczoraj wolne, ha! ;)
W sobote... Nie pamietam za bardzo co robilam w sobote... Hmmm... A! Malzonek rano w pracy byl. A potem pedzilam do dentysty, bo ostatni przeglad odkryl nowy ubytek. :/ Poza tym pogoda byla pochmurna, po poludniu znow lalo i ogolnie bylo szaro, buro i do doopy... O! I jeszcze malzon mnie zirytowal! Bo wiecie, do dentysty jechalam na 11. Spodziewalam sie wiec, ze kiedy wroce, dzieciaki akurat beda szamac obiad, po czym poloze ich na drzemke i bede miala chwile relaksu. Tymczasem, kiedy wrocilam, Potworki rzeczywiscie jadly, tylko ze "madry" tatus obiecal im ze jak ladnie zjedza, w nagrode pojda na podworko! Myslalam, ze faceta udusze! Poszli wiec na dwor, po czym, tak jak sie spodziewalam, nie moglam ich ani zwabic do domu, ani na drzemke zagonic! Jak w koncu sie polozyli, przyjechal kolega M. zmienic sobie u nas na podworku (bo mieszka w bloku) klocki hamulcowe. Potwory w ryk, ze oni koniecznie chca tego "kolege" zobaczyc! Zobaczyli, w koncu sie polozyli. Nik padl niemal natychmiast, za to Bi przewracala sie z boku na bok, az w koncu uderzyla w placz, ze ona zasnac nie moze! Dziwne tylko, ze kiedy powiedzialam, ze ma sie nie wyglupiac, tylko polozyc sie i zamknac oczy, odleciala w minute. ;)
A mial to byc radosny post. Tymczasem zrzedze w najlepsze. :) Na szczescie niedziela byla duzo przyjemniejsza...
Tu wlasnie napisze dlaczego, mimo, ze krecil sie glownie wokol Bi, weekend nalezal rowniez do matki! Otoz, tubylcy obchodza Dzien Matki w drugi weekend maja. W tym roku wypadal wiec wlasnie w miniona niedziele! :)
Dla mnie to byl pierwszy Dzien Matki, ktory naprawde obchodzilam! Moj malzonek (juz kilka razy chyba sie na niego skarzylam) nie nalezy do typu, ktory kupi upominek, czy nawet zdechlego kwiatka i podaruje zonie - matce, ze niby od dzieci. Oczywiscie nie musi, w koncu jego matka nie jestem, ale przyznaje, ze podobaja mi sie takie gesty i tacy faceci... No, ale coz... Musztarda po obiedzie, a nie bede meza zmieniac z tego powodu... Zreszta, gdyby nie ja, o wyslaniu kwiatkow swojej mamusi, tez by nie pamietal, o! :D
Moglabym sobie oczywiscie kupic prezent sama, ale to juz nie to samo...
W kazdym razie, w koncu wyslalam starsze dziecko do przedszkola. Zdolne panie nauczycielki zadbaly o to, do czego M. nie dojrzal przez 5 lat. A ja w koncu doczekalam sie prezentu na Dzien Matki! Az mi lzy ze szczescia i wzruszenia stanely w oczach! ;)
Na poczatku, czyli w czwartek, Bi przytaszczyla z przedszkola taka paczuszke:
Po czym oznajmila, ze to jest na Mother's Day i ze nie moge otworzyc prezentu az do Sunday. Nastepnie kazala sobie pokazac w kalendarzu kiedy wlasciwie bedzie ten Sunday. ;)
A w niedziele rano (po dopytaniu czy to dzis jest Sunday), wrecz nie odstepowala mnie na krok, dopoki nie odpakowalam paczuszki. Odwiniete z papieru, wyglada to tak:
(z tylu, schowany byl obrazek, ktory ja nazywam "laurka")
Mam nie tylko wzruszajacy prezent, ale tez piekna pamiatke, bo O oraz V w "love" to oczywiscie odciski lapki i stop Bi! Tablica juz wisi w jednym z pokoi. :) A nawiasem mowiac, nie wiem co to za farby panie uzyly, bo prezenty robili jakis tydzien temu, a stopy Bi nadal sa zoltawe! :D
Jeszcze pokaze Wam zblizenie na laurke, bo na poprzednim zdjeciu wyszla zamazana:
Moja pierwsza laurka, chlip!!! ;)
Jestem co prawda pewna, ze Bi sama nie wiedzialaby jak napisac "loves me", ale za to mam 100% pewnosc, ze samodzielnie to prze-pisala. "S" jest przekrecone, a "E" gdzies wcielo, ale i tak matka peka z dumy! :)
Niekwestionowana Krolowa reszty weekendu byla jednak Bi! :)
Najpierw, w niedzielne popoludnie, odbylo sie przyjecie urodzinowe. Nie wszyscy czytaja odpowiedzi pod komentarzami, wiec napisze tutaj, ze zrezygnowalismy z wielkiej imprezy. Zaprosilismy tylko najblizsza rodzine, ktora mamy na miejscu, w zawrotnej ilosci 2 osob, czyli dziadka oraz ciocio-babcie, plus bonus w postaci chrzestnego. :) Okazuje sie jednak, ze to (przynajmniej narazie) zupelnie Bi wystarczylo. O imprezke z dzieciakami nawet sie nie dopytuje i oby tak zostalo. ;)
Wyzej Bi czekajaca na gosci. Niecierpliwosc byla ogromna, placzliwosc niemozliwa, dopytywanie kiedy przyjada, irytujace... A potem szal, radosc, dziadek zostal zaciagniety do dziecinnego pokoju, a po ciotce M. oraz chrzestnym Potworki rowno poskakaly (nic dziwnego, ze tak rzadko nas odwiedzaja :D). Ale kiedy wszyscy stanelismy naokolo stolu, zeby zaspiewac Sto Lat, Bi zawstydzila sie niemal do lez. ;)
(Mialam kupic jakis rozowo - ksiezniczkowy obrus, ale tak mi sie nowy stol podoba, ze zal mi bylo go przykrywac)
Swieczki jednak udalo jej sie zdmuchnac:
(Jak widac brat w nosie ma, ze to urodziny siostry. Bi dmucha swieczki, a on niewzruszenie bawi sie obok autkami :D)
Nastepnie konieczne bylo zapalenie swieczek dla Nika, bo podniosl wrzask, ze on tez chce! ;)
(Czy on nie wyglada bosko w takich dluzszych wlosach?! :) Nie wiem czy nie zlamie sie latem, bo juz teraz strasznie mu sie glowka poci, ale narazie wcale nie mam ochoty ich obcinac!)
Torcik tiramisu, pyyycha!!! I wyjatkowo, Potworki rowniez palaszowaly go az milo!
Jak widac, niedziele mielismy imprezowa. ;) Niestety, odbilo sie to na psychice Najmlodszego. Rodzice do polnocy nadrabiali zaleglosci w "Grze o Tron", tymczasem o 1 w nocy Nik najpierw zaczal sie przebudzac wykrzykujac cos o motorze (dostal motorek widoczny na zdjeciach wyzej), a pozniej dwa razy przydreptal i usilowal wycyganic miejsce w naszym lozku. Odprawienie go z kwitkiem skonczylo sie fochem oraz rykiem na caly dom. Dziw, ze Bi nie obudzil...
Poniedzialek mialam za to wolny od pracy. Co nie znaczy, ze spokojny i leniwy. Wrecz przeciwnie.
Tego dnia ponownie rzadzila Bi (Nika sprzedalam opiekunce). :) Najpierw rano do dentysty. Tylko na przeglad i fluoryzacje, ale i tak mialam obawy jak sie zachowa po ostatnich, traumatycznych przezyciach. Szczegolnie, ze tym razem nie ciagnelam M. z nami. ;) Na szczescie Bi, jak tylko uwierzyla (bo na poczatku byla troche nieufna), ze nie bedzie leczenia, spisala sie na medal. Pieknie wspolpracowala, otwierala buzie, plukala, smiala sie wesolo, no nie to samo dziecko! ;) A jak jeszcze dostala nowa szczoteczke, mala paste, dwie naklejki oraz duperelki ze "skrzyni skarbow", to w ogole wyszla stamtad cala w skurwonkach! ;)
Potem pojechalysmy na (w zalozeniu) szybkie zakupy. Potrzebowalam tylko plyn do plukania ust oraz pieluchy dla Kokusia (bo ten kawaler nadal sypia w pielucho-majtkach i nie wiem, kiedy sie to zmieni). Po drodze mialysmy supermarket, wiec pomyslalam, ze szybko chwyce brakujace artykuly, a przy okazji kupie prezent dla chlopca, na ktorego urodziny Bi idzie za dwa tygodnie. Blad, okropny blad! Nie kupuje sie prezentow dla dzieci z wlasnym dzieckiem u boku! ;) Bi zaczela prosic o cos, cokolwiek, dla siebie... Najpierw sie opieralam, ale potem przypomnialo mi sie, ze wlasciwie to Bi nie dostala na urodziny praktycznie nic od swoich starych. Z czystym sumieniem pozwolilam jej wiec wybrac sobie maly zestawik Lego, tak na probe. Tylko, zeby uniknac ryku, musialam kupic tez cos Kokusiowi... Padlo na kolejne autko, jakby inaczej. ;) A przy kasie pani zaspiewala mi taka sumke, ze tylko cichutko sobie westchnelam... ;)
Wrocilysmy do domu na niecale dwie godzinki. Akurat na tyle, zeby rozladowac (i ponownie zaladowac) zmywarke, poskladac wysuszone pranie i pomoc dziecku ulozyc Lego.
Bi wybrala sobie (na szczescie) zestaw z Lego Juniors. Na szczescie, bo te zestawy przeznaczone sa dla dzieci w wieku 4-7 lat i maja niewiele elementow. Na pierwszy raz wystarczy. Bi miala czasem problem zeby odczytac z instrukcji, ktory klocek gdzie dopasowac. Nie mowiac juz o tym, ze ciezko bylo jej wcisnac odpowiednio najmniejsze elementy. Musze jednak przyznac, ze to swietne cwiczenie dla malych paluszkow. A usmiech, ktory mozecie zobaczyc na zdjeciu, mowi wyraznie, ze zabawa byla przednia (to nie jest post sponsorowany! :D).
Nastepnie przyszla pora, zeby jechac do szkoly na spotkanie w sprawie zerowki, o ktorym Wam juz wspominalam. Troche sie stresowalam po tym co naopowiadal mi kolega z pracy, ale okazalo sie, ze zupelnie niepotrzebnie! Wszystko przez to, ze tutaj kazde miasteczko ma swoj wlasny program i zasady. U nas, owszem, dzieci zabrano na dol, do klasy. Biedna Bi sie tego nie spodziewala (ja tez nie), poza tym byla to pora drzemki i podejrzewam, ze byla juz zwyczajnie zmeczona. W kazdym razie sie poplakala, bidulka. Ja w tym czasie mialam spotkanie z administratorka, pielegniarka szkolna oraz (nie wiem jak to przetlumaczyc) nadzorczynia nauczycielek (?). Kims w tym rodzaju, w kazdym razie. ;) Dwom musialam tylko wreczyc wymagane dokumenty oraz odpowiedziec na pytania w stylu czy dziecko bedzie jezdzic autobusem, chodzic na swietlice, o alergie, itp. Tylko ta "glowna" nauczycielka (head teacher) poprosila, zeby opowiedziec jej cos o dziecku i robila skrupulatne notatki. Ona tez wytlumaczyla mi, ze testy "gotowosci", ktore robia dzieciom (nadal nie wiem co to dokladnie za testy) maja im tylko ulatwic przydzielenie ich do odpowiedniej klasy. Chodzi o to, zeby kazda grupa (bedzie ich 4) byla "mieszana", z dziecmi zdolniejszymi oraz tymi, ktore maja jakies braki. I tyle. Uff...
Wrocilysmy do domu odpoczac przez 1.5 godzinki, po czym przyszla pora zeby jechac po Nika, ktory niezmiernie sie oburzyl, ze najpierw odebralam Bi (zeby on wiedzial, ze spedzilam z nia caly dzien! :D), bo przeciez zawsze przyjezdzam najpierw po niego! ;)
Po tygodniu deszczu, w koncu wyszlo slonce a wraz z nim wrocily temperatury okolo 20 stopni. Wieczor spedzilam wiec pielac chwasty, ktore rozpanoszyly sie w ogrodzie niemilosiernie. Trzeba tez bylo podlac nowo zasadzone krzaczki. Kupilismy bowiem jeszcze 6 nowych malin (chcemy, zeby kawalek ogrodu zarosl nimi calkowicie) oraz na probe dwie porzeczki. Zobaczymy czy przezyja. ;) Jak narazie status po zimie, to jedna zdechla, zeszloroczna malina (z 4 posadzonych). Jagody przezyly, ale nie wygladaja w ogole na wieksze niz rok temu, wiec nie wiem co z nich bedzie. W kazdym razie jagod w tym roku raczej nie uswiadczymy... :/
Tak wlasnie minal mi wczorajszy dzien. Bylam tak padnieta, ze o 9 wieczorem oczy mi sie juz same zamykaly... Nie ma jak "wolne"! :D











