wtorek, 10 maja 2016

Weekend spod znaku Matki i Corki

Wyjatkowo, nie bedzie mojego ulubionego westchnienia "O matko i corko!"... Wyjatkowo, bedzie to post cukierkowo - optymistyczny. ;)

Powinnam chyba sprostowac, ze piszac "weekend" mam na mysli niedziele oraz poniedzialek. Bo tak, mialam wczoraj wolne, ha! ;)

W sobote... Nie pamietam za bardzo co robilam w sobote... Hmmm... A! Malzonek rano w pracy byl. A potem pedzilam do dentysty, bo ostatni przeglad odkryl nowy ubytek. :/ Poza tym pogoda byla pochmurna, po poludniu znow lalo i ogolnie bylo szaro, buro i do doopy... O! I jeszcze malzon mnie zirytowal! Bo wiecie, do dentysty jechalam na 11. Spodziewalam sie wiec, ze kiedy wroce, dzieciaki akurat beda szamac obiad, po czym poloze ich na drzemke i bede miala chwile relaksu. Tymczasem, kiedy wrocilam, Potworki rzeczywiscie jadly, tylko ze "madry" tatus obiecal im ze jak ladnie zjedza, w nagrode pojda na podworko! Myslalam, ze faceta udusze! Poszli wiec na dwor, po czym, tak jak sie spodziewalam, nie moglam ich ani zwabic do domu, ani na drzemke zagonic! Jak w koncu sie polozyli, przyjechal kolega M. zmienic sobie u nas na podworku (bo mieszka w bloku) klocki hamulcowe. Potwory w ryk, ze oni koniecznie chca tego "kolege" zobaczyc! Zobaczyli, w koncu sie polozyli. Nik padl niemal natychmiast, za to Bi przewracala sie z boku na bok, az w koncu uderzyla w placz, ze ona zasnac nie moze! Dziwne tylko, ze kiedy powiedzialam, ze ma sie nie wyglupiac, tylko polozyc sie i zamknac oczy, odleciala w minute. ;)

A mial to byc radosny post. Tymczasem zrzedze w najlepsze. :) Na szczescie niedziela byla duzo przyjemniejsza...

Tu wlasnie napisze dlaczego, mimo, ze krecil sie glownie wokol Bi, weekend nalezal rowniez do matki! Otoz, tubylcy obchodza Dzien Matki w drugi weekend maja. W tym roku wypadal wiec wlasnie w miniona niedziele! :)
Dla mnie to byl pierwszy Dzien Matki, ktory naprawde obchodzilam! Moj malzonek (juz kilka razy chyba sie na niego skarzylam) nie nalezy do typu, ktory kupi upominek, czy nawet zdechlego kwiatka i podaruje zonie - matce, ze niby od dzieci. Oczywiscie nie musi, w koncu jego matka nie jestem, ale przyznaje, ze podobaja mi sie takie gesty i tacy faceci... No, ale coz... Musztarda po obiedzie, a nie bede meza zmieniac z tego powodu... Zreszta, gdyby nie ja, o wyslaniu kwiatkow swojej mamusi, tez by nie pamietal, o! :D
Moglabym sobie oczywiscie kupic prezent sama, ale to juz nie to samo...

W kazdym razie, w koncu wyslalam starsze dziecko do przedszkola. Zdolne panie nauczycielki zadbaly o to, do czego M. nie dojrzal przez 5 lat. A ja w koncu doczekalam sie prezentu na Dzien Matki! Az mi lzy ze szczescia i wzruszenia stanely w oczach! ;)
Na poczatku, czyli w czwartek, Bi przytaszczyla z przedszkola taka paczuszke:


Po czym oznajmila, ze to jest na Mother's Day i ze nie moge otworzyc prezentu az do Sunday. Nastepnie kazala sobie pokazac w kalendarzu kiedy wlasciwie bedzie ten Sunday. ;)

A w niedziele rano (po dopytaniu czy to dzis jest Sunday), wrecz nie odstepowala mnie na krok, dopoki nie odpakowalam paczuszki. Odwiniete z papieru, wyglada to tak:

(z tylu, schowany byl obrazek, ktory ja nazywam "laurka")

Mam nie tylko wzruszajacy prezent, ale tez piekna pamiatke, bo O oraz V w "love" to oczywiscie odciski lapki i stop Bi! Tablica juz wisi w jednym z pokoi. :) A nawiasem mowiac, nie wiem co to za farby panie uzyly, bo prezenty robili jakis tydzien temu, a stopy Bi nadal sa zoltawe! :D
Jeszcze pokaze Wam zblizenie na laurke, bo na poprzednim zdjeciu wyszla zamazana:


Moja pierwsza laurka, chlip!!! ;)
Jestem co prawda pewna, ze Bi sama nie wiedzialaby jak napisac "loves me", ale za to mam 100% pewnosc, ze samodzielnie to prze-pisala. "S" jest przekrecone, a "E" gdzies wcielo, ale i tak matka peka z dumy! :)


Niekwestionowana Krolowa reszty weekendu byla jednak Bi! :)

Najpierw, w niedzielne popoludnie, odbylo sie przyjecie urodzinowe. Nie wszyscy czytaja odpowiedzi pod komentarzami, wiec napisze tutaj, ze zrezygnowalismy z wielkiej imprezy. Zaprosilismy tylko najblizsza rodzine, ktora mamy na miejscu, w zawrotnej ilosci 2 osob, czyli dziadka oraz ciocio-babcie, plus bonus w postaci chrzestnego. :) Okazuje sie jednak, ze to (przynajmniej narazie) zupelnie Bi wystarczylo. O imprezke z dzieciakami nawet sie nie dopytuje i oby tak zostalo. ;)



Wyzej Bi czekajaca na gosci. Niecierpliwosc byla ogromna, placzliwosc niemozliwa, dopytywanie kiedy przyjada, irytujace... A potem szal, radosc, dziadek zostal zaciagniety do dziecinnego pokoju, a po ciotce M. oraz chrzestnym Potworki rowno poskakaly (nic dziwnego, ze tak rzadko nas odwiedzaja :D). Ale kiedy wszyscy stanelismy naokolo stolu, zeby zaspiewac Sto Lat, Bi zawstydzila sie niemal do lez. ;)


(Mialam kupic jakis rozowo - ksiezniczkowy obrus, ale tak mi sie nowy stol podoba, ze zal mi bylo go przykrywac)

Swieczki jednak udalo jej sie zdmuchnac:


(Jak widac brat w nosie ma, ze to urodziny siostry. Bi dmucha swieczki, a on niewzruszenie bawi sie obok autkami :D)

Nastepnie konieczne bylo zapalenie swieczek dla Nika, bo podniosl wrzask, ze on tez chce! ;)


(Czy on nie wyglada bosko w takich dluzszych wlosach?! :) Nie wiem czy nie zlamie sie latem, bo juz teraz strasznie mu sie glowka poci, ale narazie wcale nie mam ochoty ich obcinac!)

Torcik tiramisu, pyyycha!!! I wyjatkowo, Potworki rowniez palaszowaly go az milo!

Jak widac, niedziele mielismy imprezowa. ;) Niestety, odbilo sie to na psychice Najmlodszego. Rodzice do polnocy nadrabiali zaleglosci w "Grze o Tron", tymczasem o 1 w nocy Nik najpierw zaczal sie przebudzac wykrzykujac cos o motorze (dostal motorek widoczny na zdjeciach wyzej), a pozniej dwa razy przydreptal i usilowal wycyganic miejsce w naszym lozku. Odprawienie go z kwitkiem skonczylo sie fochem oraz rykiem na caly dom. Dziw, ze Bi nie obudzil...

Poniedzialek mialam za to wolny od pracy. Co nie znaczy, ze spokojny i leniwy. Wrecz przeciwnie.

Tego dnia ponownie rzadzila Bi (Nika sprzedalam opiekunce). :) Najpierw rano do dentysty. Tylko na przeglad i fluoryzacje, ale i tak mialam obawy jak sie zachowa po ostatnich, traumatycznych przezyciach. Szczegolnie, ze tym razem nie ciagnelam M. z nami. ;) Na szczescie Bi, jak tylko uwierzyla (bo na poczatku byla troche nieufna), ze nie bedzie leczenia, spisala sie na medal. Pieknie wspolpracowala, otwierala buzie, plukala, smiala sie wesolo, no nie to samo dziecko! ;) A jak jeszcze dostala nowa szczoteczke, mala paste, dwie naklejki oraz duperelki ze "skrzyni skarbow", to w ogole wyszla stamtad cala w skurwonkach! ;)

Potem pojechalysmy na (w zalozeniu) szybkie zakupy. Potrzebowalam tylko plyn do plukania ust oraz pieluchy dla Kokusia (bo ten kawaler nadal sypia w pielucho-majtkach i nie wiem, kiedy sie to zmieni). Po drodze mialysmy supermarket, wiec pomyslalam, ze szybko chwyce brakujace artykuly, a przy okazji kupie prezent dla chlopca, na ktorego urodziny Bi idzie za dwa tygodnie. Blad, okropny blad! Nie kupuje sie prezentow dla dzieci z wlasnym dzieckiem u boku! ;) Bi zaczela prosic o cos, cokolwiek, dla siebie... Najpierw sie opieralam, ale potem przypomnialo mi sie, ze wlasciwie to Bi nie dostala na urodziny praktycznie nic od swoich starych. Z czystym sumieniem pozwolilam jej wiec wybrac sobie maly zestawik Lego, tak na probe. Tylko, zeby uniknac ryku, musialam kupic tez cos Kokusiowi... Padlo na kolejne autko, jakby inaczej. ;) A przy kasie pani zaspiewala mi taka sumke, ze tylko cichutko sobie westchnelam... ;)

Wrocilysmy do domu na niecale dwie godzinki. Akurat na tyle, zeby rozladowac (i ponownie zaladowac) zmywarke, poskladac wysuszone pranie i pomoc dziecku ulozyc Lego.



Bi wybrala sobie (na szczescie) zestaw z Lego Juniors. Na szczescie, bo te zestawy przeznaczone sa dla dzieci w wieku 4-7 lat i maja niewiele elementow. Na pierwszy raz wystarczy. Bi miala czasem problem zeby odczytac z instrukcji, ktory klocek gdzie dopasowac. Nie mowiac juz o tym, ze ciezko bylo jej wcisnac odpowiednio najmniejsze elementy. Musze jednak przyznac, ze to swietne cwiczenie dla malych paluszkow. A usmiech, ktory mozecie zobaczyc na zdjeciu, mowi wyraznie, ze zabawa byla przednia (to nie jest post sponsorowany! :D).

Nastepnie przyszla pora, zeby jechac do szkoly na spotkanie w sprawie zerowki, o ktorym Wam juz wspominalam. Troche sie stresowalam po tym co naopowiadal mi kolega z pracy, ale okazalo sie, ze zupelnie niepotrzebnie! Wszystko przez to, ze tutaj kazde miasteczko ma swoj wlasny program i zasady. U nas, owszem, dzieci zabrano na dol, do klasy. Biedna Bi sie tego nie spodziewala (ja tez nie), poza tym byla to pora drzemki i podejrzewam, ze byla juz zwyczajnie zmeczona. W kazdym razie sie poplakala, bidulka. Ja w tym czasie mialam spotkanie z administratorka, pielegniarka szkolna oraz (nie wiem jak to przetlumaczyc) nadzorczynia nauczycielek (?). Kims w tym rodzaju, w kazdym razie. ;) Dwom musialam tylko wreczyc wymagane dokumenty oraz odpowiedziec na pytania w stylu czy dziecko bedzie jezdzic autobusem, chodzic na swietlice, o alergie, itp. Tylko ta "glowna" nauczycielka (head teacher) poprosila, zeby opowiedziec jej cos o dziecku i robila skrupulatne notatki. Ona tez wytlumaczyla mi, ze testy "gotowosci", ktore robia dzieciom (nadal nie wiem co to dokladnie za testy) maja im tylko ulatwic przydzielenie ich do odpowiedniej klasy. Chodzi o to, zeby kazda grupa (bedzie ich 4) byla "mieszana",  z dziecmi zdolniejszymi oraz tymi, ktore maja jakies braki. I tyle. Uff...

Wrocilysmy do domu odpoczac przez 1.5 godzinki, po czym przyszla pora zeby jechac po Nika, ktory niezmiernie sie oburzyl, ze najpierw odebralam Bi (zeby on wiedzial, ze spedzilam z nia caly dzien! :D), bo przeciez zawsze przyjezdzam najpierw po niego! ;)

Po tygodniu deszczu, w koncu wyszlo slonce a wraz z nim wrocily temperatury okolo 20 stopni. Wieczor spedzilam wiec pielac chwasty, ktore rozpanoszyly sie w ogrodzie niemilosiernie. Trzeba tez bylo podlac nowo zasadzone krzaczki. Kupilismy bowiem jeszcze 6 nowych malin (chcemy, zeby kawalek ogrodu zarosl nimi calkowicie) oraz na probe dwie porzeczki. Zobaczymy czy przezyja. ;) Jak narazie status po zimie, to jedna zdechla, zeszloroczna malina (z 4 posadzonych). Jagody przezyly, ale nie wygladaja w ogole na wieksze niz rok temu, wiec nie wiem co z nich bedzie. W kazdym razie jagod w tym roku raczej nie uswiadczymy... :/

Tak wlasnie minal mi wczorajszy dzien. Bylam tak padnieta, ze o 9 wieczorem oczy mi sie juz same zamykaly... Nie ma jak "wolne"! :D

czwartek, 5 maja 2016

O piecioletniej Bi oraz inne, pomniejsze dygresje

Piec lat brzmi juz powaznie. To wiek, z ktorego mam juz sporo wspomnien z wlasnego dziecinstwa. Z 3 lat nie pamietam nic, z 4 mam jakies wyrywkowe, niejasne wspomnienia. Ale juz z bycia piecioletnia Agatka, pamietam sporo. Zarowno wydarzenia, jak i czesto uczucia, ktore im towarzyszyly.

Nie moge uwierzyc, ze moja coreczka jest juz na tyle duza, ze wiele z tego co bedzie sie dzialo w nadchodzacym roku (oraz kolejnych), zapadnie jej w pamiec do konca zycia...

Od ostatniego podsumowania rozwoju Bi minelo pol roku. Czy cos sie zmienilo?

Z tego, co przychodzi mi do glowy, to fascynacja konmi poszla w odstawke. Moze kiedys wroci, ale przynajmniej narazie, cala Bibusiowa "stadnina" wala sie po polkach i obrasta w kurz.

Podobnie, Bi nadal utrzymuje, ze jest "princess", ale zarowno stroj Elsy, czy tiulowa spodniczka ze skrzydelkami w komplecie, leza schowane w szafce, zupelnie ostatnio nieuzywane. Bajki "ksiezniczkowe" nigdy jej nie pociagaly i choc lubi puzzle lub kolorowanki z "Zosia", "Kraina Lodu" czy innymi krolewnami, to ogladac kreskowek z nimi nie chce. Nie, zebym ja specjalnie namawiala, chociaz ja sama, jako dziewczynka uwielbialam wszystkie disney'owskie ekranizacje basni. ;)

Co za to lubi ogladac Bi? Ostatnio na topie jest (ku rozpaczy i buntowi brata) "Klub Przyjaciol Myszki Miki", ktorego Nik z jakiegos powodu nie trawi, oraz (i tu juz Mlodszy jest zachwycony) "Epoka Lodowcowa". Wszystkie 4 czesci. Wybor nieco zaskakujacy, bo mam wrazenie, ze to bajka adresowana do troche starszych odbiorcow, a niektore dialogi smieszne sa tylko dla doroslych, ale ze nie ma tam razacej przemocy ani starszydel i sama bajka jest wizualnie przyjemna, pozwalam Potworkom na seanse. A ze w lipcu ma wyjsc piata czesc, mozliwe, ze zdecydujemy sie na pierwsze, rodzinne wyjscie do kina. Obawiam sie tylko, ze Nik bedzie na glos powtarzal kazde zdanie bohaterow i rownie glosno komentowal kazda akcje. Inni ogladajacy nas znienawidza. :D

To byly obecne gusta "telewizyjne" Bi. Teraz ubraniowe. Juz jakis czas temu, Bi zaczela domagac sie ubierania spodniczek. Potem na jakis czas odpuscila, ale ostatnio znow zada rajstop oraz spodnic. Co gorsza, musze ja nieco stopowac, bo im bardziej pstrokate polaczenie sobie wybierze, tym mocniej jest zachwycona. Bo tak, coraz czesciej stoi nade mna niczym Cerber i domaga sie konkretnej garderoby. O ile, kiedy jestesmy w domu, wzruszam ramionami na jej wybor, o tyle puszczenie jej do przedszkola w rajstopach w paski polaczonych z kraciasta spodnica (co mialyscie okazje podziwiac na jednym z niedawnych zdjec), razi ta ociupinke gustu, ktora posiadam. :D

Szesc miesiecy temu napisalam, ze Bi zaczela bawic sie lalkami. Coz, ta chwilowa fascynacja, rowniez minela. Lalki zamieszkaly jakis czas temu w domku i tam juz zostaly. :)

A jak bawi sie Bi? Jesli mozna to nazwac "zabawa", to moja piecioletnia corcia namietnie rysuje i maluje. Zarowno w przedszkolu, jak i w domu. Arcydziel przynosi z placowki kilkanascie dziennie, a dodatkowych kilka tworzy w domu. Makulatury zbieramy cale stosy. A lasy amazonskie placza... ;)

Poza smarowaniem po kartkach, Bi uwielbia ukladac puzzle. Radzi sobie calkiem-calkiem i to bez patrzenia na obrazek (sztuka dla mnie nieosiagalna)! Kiedy zamawialam jej 60-czesciowe ukladanki na Wielkanoc, myslalam, ze moze byc bunt i niechec, ale pozytywnie sie zdziwilam. Owszem, ukladanie zajmuje jej duzo czasu i okazjonalnie potrzebuje pomocy matki w znalezieniu miejsca dla jakiegos upartego puzzla, ale uklada je bez wiekszych problemow i bez fochow, ze "ona nie umie" (ktorych sie obawialam). :)

Z zapalem kopiuje napisy z ksiazek, pudelek czy klawiatury. Ale jesli jej sie napisze cos na kartce i poprosi o przepisanie, tupnie noga, ze nie da rady i odchodzi obrazona. ;)

Zwiewa na widok najmniejszej muszki, brzydzi sie robali, kiedy zobaczy na ogrodzie wezyka (mamy takie malutkie, niejadowite) pedzi w panice do domu. Ale w blocie grzebie z ogromnym entuzjazmem, a ktoregos dnia przylapalalm ja jak to blotko... smakowala! Na szczescie skwitowala, ze niesmaczne. :D

Jezdzi na rowerze jak szatan! Rozpedza sie jak szalona, robi gwaltowne zwroty i hamuje tak, ze boje sie, ze wyleci nad kierownica! Nasz podjazd zrobil sie dla niej za nudny i za krotki. Czas wyprowadzic sprzet na dluzsze szlaki. ;) Na jazde bez bocznych kolek jednak w tym roku raczej sie nie zdecydujemy. Bi to panikara i histeryczka. ;) Jedna utrata rownowagi i nie daj Boze upadek, a obawiam sie, ze rower wyladowal by w szopce na reszte sezonu. :)

Wlasnie. Moze cosik o charakterku Malej Damy? A ten jest... hmm... glosny. :D Bi jest uparta, placzliwa i strzela fochy z byle powodu, albo i bez powodu. Szkoda, ze jej upor nie przeklada sie na dazenie do celu. Wrecz przeciwnie, Bi latwo sie zniecheca, a czesto nie chce nawet czegos sprobowac, jesli wydaje jej sie, ze nie potrafi.

Niemozliwie dokucza bratu. Fizycznie nadal jest silniejsza i wykorzystuje to bez skrupulow. Wiem, ze takie przepychanki sa normalne wsrod rodzenstwa, ale Bi, jesli sie rozzlosci (a duzo jej nie trzeba), jest agresywna i co gorsza, zawzieta. Ona naprawde chce brata zdzielic i nawet jesli rodzic ja przytrzyma, ona nadal sie wyrywa i usiluje dopiac swego. I chociaz wolalabym, zeby Potwory same sie dogadaly, to najczesciej konczy sie na rozpaczliwym krzyku Nika, ktory nijak nie moze jej uciec i niestety, musimy z M. wkroczyc i rozdzielic towarzystwo.

Tak jak wspomnialam wyzej, Bi ma okropne tendencje do wpadania w histerie. Jak sie na czyms "zafiksuje", to koniec. Bedzie wyc, szarpac sie, zapowietrzac i ciezko z nia wtedy nawiazac kontakt wzrokowy (czy jakikolwiek inny). Kleczy sie przy niej, trzyma ja za ramiona, mowi sie, a ona niczym w transie, dalej drze sie, patrzy gdzies nad toba i usiluje wyrwac. To sa momenty kiedy przelatuje mi przez glowe, ze pomoglby solidny klaps. Najczesciej konczy sie na porzadnym potrzasnieciu. I taki "szok" pomaga. Zaskoczone dziecko patrzy na ciebie i w koncu slucha co do niego mowisz. Ufff...

Zeby nie bylo az tak negatywnie, Bi jest juz na tyle duza, ze cieszy sie z nowych doswiadczen, atrakcji, wycieczek... pod warunkiem, ze odbywaja sie w obecnosci rodzicow. Bez mamy albo taty, Bi traci pewnosc siebie. Pod koniec maja, w przedszkolu maja wycieczke na farme. Tym razem rodzice mogli wybrac opcje jazdy z dzieckiem, ale nie musieli, wiec wpisalam Bi jako jadaca autobusem. Niestety, kiedy powiedzialam o tym Bi, myslac ze ucieszy sie na mysl o jezdzie zoltym schoolbus'em, ta wpadla w panike! Szybko odeszlam od tego tematu, ale stanelo na tym, ze Bi owszem, chce jechac na farme, ale z mama. Nie chce absolutnie jechac autobusem... Ekhem... Zobaczymy jak to bedzie... ;)

Jesli jednak na wycieczke wyrusza z rodzicami, Bi odlicza w kalendarzu dni i z entuzjazmem bierze udzial w kazdej atrakcji. Przekonalismy sie o tym w zeszla sobote, kiedy pojechalismy na festyn z "Tomkiem" (o tym kiedy indziej). Nik mial w zasadzie w nosie gdzie jest, chodzil z nami bo go za soba ciagnelismy, ale tak naprawde mogl tam nie jechac i wcale by nie zalowal. Natomiast Bi co rano sprawdzala w kalendarzu ile zostalo jeszcze dni, w dzien wycieczki od rana marudzila czy juz czas jechac, a na miejscu chciala zaliczyc kazda karuzele oraz inne atrakcje. Jakby mogla, zostalaby tam caly dzien. :)

Cos o nauce angielskiego. Tu za duzo nie moge powiedziec, bo tak naprawde niewiele mam okazji, zeby posluchac jak Bi posluguje sie tym, badz co badz, nowym dla niej jezykiem. Wtraca angielskie slowka oraz wyrazenia oraz czesto gada do brata po angielsku. Odkad zalapala, ze poza domem wiekszosc ludzi mowi tym "innym" jezykiem, zaczela zaczepiac obcych (szczegolnie kasjerki w sklepach) i raczyc ich niesamowicie interesujacymi informacjami, jak ta, ze ona lubi ksiezniczki i "Frozen" oraz kolor "pink". :D

Kilka razy jednak udalo mi sie podsluchac jak Bi porozumiewa sie z kolezankami oraz nauczycielkami. Jej angielski nie jest moze super poprawny gramatycznie, ale sie dogaduje. W kazdym razie nawet dzieciaki wiedza o co jej chodzi. ;) Z rozmowy z nauczycielka wiem jednak, ze nadal czesto brakuje jej slow. Dlatego, po dlugich debatach, zdecydowalismy, ze jednak nie poslemy jej jeszcze w tym roku do Polskiej Szkoly. Po pierwsze, chcemy zeby miala jeszcze jeden rok na spokojna nauke angielskiego. Niech najpierw nauczy sie liter oraz zaczatkow czytania w jednym jezyku, zanim zacznie mieszac dwa. Po drugie, tak naprawde, Polska Szkola nie jest jej jeszcze potrzebna. Bi po polsku mowi bardzo ladnie i co wazniejsze, mowi chetnie. Nie wstydzi sie, nie odpowiada nam po angielsku. Przekreca wyrazy i kaleczy gramatyke, ale to zdarza sie nawet dzieciom wychowanym w Polsce. Rok odroczenia jej nie zaszkodzi, a pomoze napewno najpierw odnalezc sie w anglojezycznej szkole.

Jesli juz o szkole mowa... W poniedzialek mam spotkanie w przyszlej podstawowce Bi, gdzie zostanie ona poddana testom na "gotowosc" do zerowki. Do niedawna uwazalam to za formalnosc, bo przeciez Mala Dama radzi sobie swietnie w przedszkolu... Moja pewnosc zostala jednak solidnie zachwiana przez kolege z pracy, ktorego syn tez mial zaczac zerowke w tym roku. Mieszkaja w innym miasteczku, wiec "test gotowosci" mieli w innym terminie i sa juz po. Okazalo sie, ze tamtemu chlopczykowi poszlo na tyle slabo, ze koledze powiedziano, ze to jego decyzja, ale wedlug nich, Maly nie jest gotowy. Moze pojsc do zerowki, przejdze do I klasy, bo po zerowce nie zatrzymuja na drugi rok, ale jesli przez ten czas nie nadgoni, nie przepuszcza go do II klasy... Kolega spanikowal i postanowil jednak synka odroczyc. A we mnie zasial ziarno niepewnosci. Nie mam pojecia co to za testy robia dzieciom i jakie sa wymagania w poszczegolnych miasteczkach oraz szkolach, ale obawiam sie, jak Bi, z jej nadal dosc podstawowym angielskim, sobie poradzi... Jesli kiepsko jej pojdzie, czeka nas kolejna wazna decyzja do podjecia.
Tymczasem Bi dopytuje sie codziennie kiedy zaczyna zerowke. Kaze sobie pokazywac w kalendarzu, co zawsze konczy sie westchnieniem, ze "jeszcze tak dluuugo..." (ciekawe, ze mi ten czas zapewne minie szybciej niz zauwaze). Serducho jej peknie jesli dowie sie, ze bedzie musiala zostac kolejny rok w "pre-school"... Z drugiej strony, na przedszkole tez tak czekala, a potem 3 tygodnie histeryzowala przy rozstaniu... ;)
Coz, cos (przynajmniej czesciowo, bo wynikow "testu" pewnie nie beda mieli od razu) wyjasni sie w poniedzialek. Dzis jest czwartek, a ja juz zaczynam sie stresowac...

A na koniec, tradycyjnie, kilka wspominkowych fotek. :)


(Prawie 4-miesieczna Bi. Juz miala takie "bibusiowe" oczka)


(Roczny brudasek)


(Dwa latka. Wlos nadal przerzedzony :D)


(Trzy lata)


(Lat 4. Alez jej wlosy w rok urosly! :O)

Oraz swiezynka z minionego weekendu:


(Bi lat 5. Wlosy jeszcze dluzsze i to po lekkim podcieciu! I buzia jakas taka powazna. Moje malenstwo zaczyna wygladac jak "duza" dziewczynka. Chlip!)
 
Dopisek po bilansie:
 
wzrost - 114.3 cm
waga - 20.8 kg


poniedziałek, 2 maja 2016

Piec lat temu...

"To byl maj, pachniala Saska Kepa..."

Troche sie rozpedzilam. :) Moze i pachniala, kto ja tam wie... Nigdy na Saskiej Kepie nie bylam, w ogole w Warszawie bylam dwa razy w zyciu i to nie w celach turystycznych...

Zdecydowanie jednak, piec lat temu byl maj. Bij-zabij nie pamietam pogody, ale byl poczatek jednego z piekniejszych miesiecy w roku, a ja o tej porze (zaczelam posta o 9:25 rano) lezalam juz na porodowce (od poprzedniego popoludnia), mialam pompowana w zyly oksytocyne, opinaly mnie pasy z czujnikami monitorujacymi skurcze oraz tetno mojej malenkiej coreczki, a ja cala trzeslam sie ze stresu... ;) Liczylam na szybka akcje, tymczasem ta postepowala w slimaczym tempie i Bi przyszlo mi poznac dopiero o 11:38 wieczorem. :)

Wszystko to jednak niewazne. Niewazny brak jedzenia przez niemal 32 godziny. Niewazny bol, niewygoda, przerazenie, zmeczenie tak powalajace, ze zasypialam pomiedzy skurczami partymi i trzeba bylo uzyc ciagu prozniowego, zeby pomoc mi wypchnac moja coreczke na swiat... Nic nie jest wazne w obliczu takiego CUDU...

Corenko moja najukochansza! Piec lat temu uczynilas moje zycie tak szczesliwym, tak pelnym!
 
Rosnij Kochanie zdrowa i pelna charyzmy, jak dotychczas! Niech nie brakuje Ci sily woli i nie daj sobie w kasze dmuchac! Poznawaj siebie, ludzi oraz swoje otoczenie. Nawet jesli czasem czegos nie wiesz, ja oraz tata chetnie wytlumaczymy Ci ten ogromny, ale wspanialy swiat! Badz zawsze nasza pelna charakteru ale rowniez uroku, Mala Dama!
 
Kochamy Cie, Ksiezniczko!

piątek, 29 kwietnia 2016

Z serii: w tym domu sie gada

Zmobilizowalam sie do jeszcze jednego posta w tym tygodniu, zeby nieco poprawic kwietniowe statystyki. Zreszta, niektore tekscicki siedza w "roboczych" juz od dobrych, kilku tygodni... Ogolnie widze, ze z miesiaca na miesiac pisze coraz mniej, ale tegoroczny kwiecien pobil niechlubny rekord - zaledwie 3 posty! Niech wiec bedzie chociaz te 4... ;)



Dzieciece pojecie czasu, a raczej jego brak:

Nik: "Mamo, jak bylas taka mala dziewcynka jak ja, to chodzilas ze mna do babci i lazem sie bawilismy!"

Przypominam, ze "babcia" to nikowa opiekunka. :)


***

Nik wkracza do lazienki z maskotka - reniferem.

Nik: "Mama, a lenifelki umiom latac?"
Matka (myjaca zeby, mruczy niewyraznie): "Nie."
Nik (uparcie): "Potlafia!"
Matka (wypluwa w koncu paste): "Hmm... Wiesz, wiekszosc nie potrafi. Tylko Mikolaj ma takie czarodziejskie renifery, ktore lataja."
Nik (zadowolony podrzuca swoja maskotke do gory): "Tak i moj lenifelek tes potlafi latac!"

W koncu imie Nicholas (pol. Mikolaj) zobowiazuje!


***

Humor koscielny, poraz ktorys tam.

Przed Niedziela Palmowa, pierwszy raz od Bozego Narodzenia, poszlam do spowiedzi (bardzo religijne z Was, niech udadza, ze tego nie czytaly :D). Tata juz jako tako oswiecil Bi na temat korelacji miedzy spowiedzia a przyjmowaniem oplatka. Kiedy wiec podczas mszy zaproponowalam corce, zeby poszla ze mna do Komunii, ta zapytala zdziwiona: "To jestes juz grzeczna dziewczynka?".

Zawsze jestem grzeczna dziewczynka. :D


***
I znow w kosciele i ponownie to Bi jest obserwatorem oraz komentatorem (Nik woli rozrabiac i jak najglosniej spiewac (czyt. krzyczec) Alleluja).

Organista zawodzi: "Paaaanieee, cos tam, cos tam..."
Bi: "Mamo, on spiewa "panie"?
Mama: "Tak, "Panie"."
Bi (ucieszona): "Panie, czyli dziewczyny! On spiewa o dziewczynach!"

Taaa... W wybitnie patriarchalnym Kosciele Katolickim, jedyna "dziewczyna", o ktorej sie spiewa, jest Maryja... ;)

***

Chwytam wladke do nocnika z "grubsza" zawartoscia, w celu wyniesienia do kibla.
"Ale parowki..." mrucze z obrzydzeniem. M. parska smiechem.
Nik (oburzony): "To kiepski zalt!"


***

Zasypalo nas. Kiedy maszerujemy do drzwi domu opiekunki, Nik wola radosnie:
"Mamy snieg! Bedzie choinka!"

Nom. W kwietniu. Z drugiej strony, kwiecien mielismy bardziej zimowy niz grudzien. Chyba trzeba zamienic pory roku Swiat. ;)

***

Bi dostala od moich tesciow ksiazke z zadaniami dla 4-latkow. Na jednym z obrazkow ma opisac gdzie znajduje sie pilka w stosunku do stolu.

Bi: "A tu jest under the stolem".


***

Ulegajac prosbom syna (Mamo nalysuj! Mamo nalysuj! Mamo nalysuj! Mamo nalysuj! Mamo! Mamo! Mamo!), podchodze do tablicy suchosciernej, zeby naszkicowac samochod.

Bi: (z duma w glosie): "Wyczyscilam ja mamo. Moim jezykiem i moja slina."

Boszzz... Czasem wolalabym nie wiedziec co liza moje dzieci... ;)


***

Sprzedawczyni (podajac Nikowi lizaka): "Here you go sweetheart."
Nik (obrazony): "I'm NOT your sweetheart, I'm brother!"

Nic mi nie wiadomo o rzekomym pokrewienstwie mojego syna oraz tej ekspedientki. ;)


***

Nik biegnie za tata udajacym sie do kuchni. Zdyszany krzyczy: "Tata, zacekaj ty waliatku!" To "wariatku" nawet smiesznie brzmialo. Niestety z matka juz tak ladnie nie wyszlo. Nik wpadl do kuchni w momencie kiedy z niej akurat wychodzilam i pogonil za mna z okrzykiem: "Mama, co ty lobis ty waliatko!".

Stara wariatka. :D


***

Trzymam Kokusia na rekach, opowiadajac mu, ze jak byl malym dzidziorkiem, to podniesiony, zawsze mi glowke kladl na ramieniu.

Nik: "Ale telas jus jestem duzy!"
Mama: "No wlasnie, skad ty sie tu taki duzy nagle wziales, co?"
Nik: "Moze mnie gdzies kupilas?"

Na Alledrogo. ;)


***

Na koniec, moj osobisty HIT ostatnich dni.

Chyba pomalu zarazam Bi zamilowaniem do ogrodnictwa. Codziennie robimy sobie obchod wokol ogrodu i patrzymy jak rosna kwiatki. Kazdego Starsza kazde mi wymienic z nazwy. W koncu docieramy do jednego, ktory nie ma chyba polskiej nazwy, ale tutaj nazywa sie Spiderwort.
Zanim zdaze podac Bi nazwe, ona zaczyna skakac cala podniecona i krzyczec: "Nie mow mi, nie mow! Pamietam! Ten kwiatek nazywa sie... Spiderman!"

:D


***

To na tyle. Milego dlugiego weekendu! Szczesciarze! ;)

A my jutro jedziemy na wyczekany przez dzieciaki (a szczegolnie Bi, ktora codziennie po przebudzeniu pedzi do kalendarza i liczy dni) "Thomaskowy ride", jak to moja corcia okresla. :)

środa, 27 kwietnia 2016

I po feriach!

Dziwnie mi sie pisze "ferie". Jakos utkwilo mi w glowie z dziecinstwa, ze ferie to sa zimowe. Ciezko bedzie sie przyzwyczaic do ferii wiosennych. ;) Ale wiecie co? Ciesze sie z takiego ukladu. Wole kombinowac z jednym tygodniem wolnym w lutym i potem jednym w kwietniu, niz zastanawiac sie co zrobic z dziecmi dwa tygodnie pod rzad. ;) Ciekawa jestem jak radza sobie z tym pracujacy rodzice w Polsce? Nie kazdy moze przeciez brac sobie dwa tygodnie wolne na zawolanie i nie kazdy ma pod reka dziadkow czy innych krewnych. Chyba, tak jak tutaj, pozostaja polkolonie i obozy...

Tymczasem dzis juz jestem w pracy i chociaz straaasznie nie chcialo mi sie wstawac, to jak juz przyjechalam do firmy, nawet ucieszylam sie z widoku innych doroslych oraz "dojrzalej" konwersacji (haha, jasne, nie w naszym stuknietym gronie...). A ze szef zrobil mi dodatkowy prezent w postaci pozostania dzisiaj (poniedzialek) w domu, to moge sobie spokojnie zaczac posta. Nie skoncze go co prawda, nie ma szans, szczegolnie ze chcialam wrzucic kilka zdjec, ale i tak fajnie bedzie miec wiekszosc wklepana. Potem tylko doszlifowac, sprawdzic dwa razy literowki i publikowac! ;) A piszac o literowkach, zauwazylam, ze ile razy bym nie czytala posta przed publikacja, zawsze cos mi umknie! Tez tak macie?

Dzisiaj (przypominam, posta zaczelam 25 kwietnia) jest wazna rocznica. Piec lat temu mielismy akurat Wielkanoc (piekna, sloneczna i goraca w dodatku!), a ja mialam termin porodu! I nawet poniedzialek wtedy tez wypadal! :) Bi sie co prawda zupelnie nie wybierala na ta strone brzucha, ale termin utkwil mi w glowie. I co roku jakos mysli kraza wokol tej daty. Co ciekawe, o planowanej dacie porodu Nika tak nie rozmyslam, chociaz ja pamietam - 4 grudzien. Chyba po prostu nie mam do tego glowy, pomiedzy Swietem Dziekczynienia a grudniowym zabieganiem. :) A moze po prostu z Bi wszystko bylo takie pierwsze, wyczekane, wymarzone...

A 5 lat pozniej, nie moge uwierzyc, ze juz za tydzien kolejne urodziny mojej coruni! Ja wiem, ze to oklepany frazes, ale serio, nie wiem kiedy ten czas mija! Tymczasem dalam, brzydko mowiac, doopy, z organizacja przyjecia urodzinowego. Mialam juz wybrane miejsce i tydzien temu, jeszcze przed feriami, podjechalam w czasie przerwy na lunch, zeby zaklepac date oraz godzine. Niestety, cos sie tam dzieje z zarzadem, facet strasznie krecil, nie chcial powiedziec o co chodzi, ale koniec koncow wyszlo na to, ze aktualnie nie rezerwuja imprez na maj. Zonk... Powiedzial tylko zeby zadzwonic za tydzien, to powinni juz wiedziec co i jak. Wstrzymalam sie wiec z szukaniem innego miejsca. Minal tydzien, ale niestety, jakikolwiek maja tam problem, nadal go nie rozwiazali...

Mam teraz dylemat. Do wlasciwej daty urodzin zostal tydzien. Mysle, ze wiekszosc sal zabaw bedzie miala miejsca najwczesniej za 3-4 tygodnie i to w niezbyt dogodnych godzinach. Takich miejsc mamy w okolicy zaledwie kilka, wiec sa mocno oblozone. Organizowanie przyjecia miesiac po urodzinach? Troche bez sensu jak dla mnie...
Z drugiej jednak strony, napewno urzadzimy przyjecie dla "rodziny", czyli dziadka, ciotki M. oraz chrzestnego. Obawiam sie wiec, ze Bi, ktora byla przeciez w tym roku juz na dwoch imprezkach urodzinowych kolegow, moze zaczac dopytywac sie kiedy bedzie swietowac z dzieciakami z przedszkola. Moge sobie wyobrazic ten placz, kiedy dowie sie, ze nie bedzie...
Nie wiem co robic...


Jakies inne przemyslenia po tygodniu spedzonym w domu z dzieciarnia? Kilka.

Po pierwsze, z radoscia zawiadamiam, ze moja brutalnie potraktowana lopata hosta, przetrwala. W zasadzie, przetrwalY, bowiem i starsza roslina i sadzonka, jakos doszly do siebie. Nawet nowe liscie wypuszczaja. :)

Po drugie, tulipanom z tylu domu, cos odryza glowki. Tylko glowki... Gdyby nie to, ze Potworki nie maja dostepu do sekatora, obwinilabym ktores z nich. Lodyzki przegryzione tak rowniutko, jakby byly przeciete. :/ Za to jeden tulipan, zasadzony dobrych kilka lat temu, w koncu mial szanse zakwitnac! Co roku spotykal go los jak jego opisanych wyzej kolegow. Jakies zwierzatko odgryzalo mu jeszcze - zielone paczki! Zasadzilam bulwy chyba z 4 lata temu i dopiero w tym roku mialam okazje zobaczyc jakiego koloru sa jego kwiaty! :) Niestety, sa bladozolte, niemal biale (na zdjeciu wyszly nieco ciemniejsze), a ja liczylam na jakis zywszy kolor...



Dobrze, ze pstryknelam forke, bowiem kwiatkami nacieszylam sie cale dwa dni! Wystarczylo, ze w poniedzialek wszyscy rano wyruszylismy z domu, pies nie biegal po ogrodzie i swiezo zakwitle tulipany rowniez stracily glowki. :(

Po trzecie, moje "siedzenie" w domu, zweryfikowalo poglady na temat wlasnego balaganiarstwa. Okazuje sie, ze moje domostwo moze byc czyste oraz wzglednie (na tyle, na ile da sie przy dzieciach) zorganizowane. Potrzebuje tylko czasu. Dotyczy to w szczegolnosci kuchni. Gdzie zazwyczaj zmywarka czeka na rozladowanie, a w zlewie zalegaja jakies teskniace za umyciem lub wsadzeniem do zmywary naczynia, teraz zlew byl pusty, a zmywarka oprozniona. Gdzie kuchenka wiecznie czyms upackana, teraz blyszczaca czystoscia. Gdzie w lodowce zazwyczaj cos nakapane, teraz polki umyte i lsniace. Gdzie wokol stolika dzieci ciagle cos nakruszone i rozlane, teraz na biezaco zamiecione oraz przetarte. I moglabym jeszcze wiele takich "Gdzie..." wymienic. Czyli da sie. Tyle, ze kazdy dzien po "wydaniu" sniadania zaczynalam od przetarcia kuchni. I porzadkami kuchennymi kazdy dzien konczylam... A w miedzy czasie, srednio co 10 min. cos wycieralam, przecieralam, zamiatalam i szorowalam... I dosc mocno wzdychalam nad ta syzyfowa praca. Wniosek? Wole nie miec czasu, miec balagan w chalupie, ale za to posiadac solidna wymowke od pucowania, w postaci pracy i spedzania wiekszosci dnia poza domem! :D

Po czwarte. Dzieciaki. Matko Boska, jak one mi daly popalic! Potworki wkraczaja w kolejne etapy stosunkow miedzy rodzenstwem. Po zazdrosci, rywalizacji, tluczeniu Starszej Mlodszego i ryku tegoz, wyplywamy na nieznane wody dokuczania sobie nawzajem oraz wzajemnych rekoczynow. Poranne dialogi zaslyszane z kuchni, czesto brzmialy mniej wiecej tak:
Bi: "Czesc glupi Nik!"
Nik: "Cesc glupia Bi!"
Bi: "Ty pierdnales!"
Nik: "Nie! Ty pieldnelas!"
Bi: "Twoja pupa smierdzi!"
Nik: "To twoja pupa smieldzi!"

Za chwile ktores tracilo cierpliwosc do wyzywania sie od glupoli oraz pierdzacych smierdziuchow i dochodzilo do rekoczynow. Jeszcze niedawno Bi walnela Nika, ten sie rozdarl, wkraczali rodzice, Bi szla za kare do pokoju, tam z kolei ona wyla, ze bedzie juz grzeczna i na tym sie konczylo. Teraz Nik zaczal sie odgryzac. Nie tylko oddaje Bi, ale tez czesto sam zaczyna bijatyki. A mnie zdarzylo sie kilka razy zeszlego tygodnia wzniesc oczy ku gorze, po czym oznajmic potomstwu, ze maja sie dogadac, albo przestane reagowac do momentu, az poleci krew. ;) Tyle, ze 5-latka oraz niespelna 3.5-latek chyba nie bardzo rozumieja taka grozbe. W kazdym razie niezbyt sie przejeli. ;)

Poza tym, nie da sie nie wspomniec, ze z Nika jest mala cholera. Kiedys, dawno temu, dosc czesto dawalam mu ta ksywke. Potem jednak stal sie takim slodkim, przytulasnym, malym chlopczykiem. Jeszcze niedawno (kurcze, jakis miesiac temu!) chwalilam go ze jest tak pokojowo nastawiony do swiata. Inne dzieci u opiekunki sie tluka, a Nik nigdy. Kiedy Bi go walnela, tylko plakal... Kilka tygodni temu, w rozmowie z mezem, az wyrazilam obawe, ze w przedszkolu czeka go niezla szkola zycia. Jak moj spokojny, wrazliwy, nieco misiowaty Kokus odnajdzie sie wsrod innych, czesto szalonych i agresywnych chlopcow? Hmmm... Wyglada na to, ze moje obawy byly bezpodstawne. To ze Nikowy poziom energii wzrosl 300-krotnie (500-krotnie?) zauwazylam i ja i opiekunka juz kilka miesiecy temu. A teraz odkrywam z niemalym szokiem i konsternacja kolejne nowosci. Kiedy Nik sie wscieknie, czyli srednio co pol godziny, wrzeszczy. Ale jak wrzeszczy! Kiedys wrzasnal na Bi, kiedy akurat ubieralam mu pizamke i mialam glowe zaraz przy jego paszczy. Ludzie, az mi uszy zadzwonily, a mozg sie bolesnie skurczyl od nadmiaru decybeli! Jego wrzaski sa straszne. Ale lobuzowanie chyba jest gorsze. Biega to-to jak z motorkiem w malej dupce, skacze po meblach. wspina sie po regalach, a po drodze, podbiega do domownikow i znienacka trzepie lapa! Albo kopie, tudziez "buca" z glowki. Najczesciej siostre, ale ja oraz M. tez obrywamy. A maly urwis rechocze i zwiewa, po czym wraca pedem, zeby znow cie trzepnac. Co gorsza, rzuca sie z rekoma w zlosci. Najwiecej obrywa oczywiscie Bi. O ile my - rodzice, staramy sie nie reagowac, zeby zobaczyl, ze nic nie wskora, o tyle Starsza juz tyle cierpliwosci nie ma. Goni wiec za malym delikwentem z wrzaskiem oraz lzami i mamy awanture na calego.
Po prostu kochajace sie rodzenstwo! :/

Oprocz trzepniecia znienacka, Nik otwarcie ( i ciagle, ciagle, bez przerwy...) prowokuje siostre. Oboje niemozliwie pilnuja swoich zabawek i doskonale wiedza co nalezy do kogo. Kilka(nascie) razy dziennie obserwuje wiec jak Nik bierze wlasnosc siostry i bezczelnie wola "Bi, a ja mam twoje... (tu wstawic dowolny przedmiot)". Dosyc czesto tez, zanim podejdzie pomachac Bi przed nosem jej wlasnoscia, przychodzi do mnie i szepcze konspiracyjnie, ze podkradl Starszej to czy tamto. Po prostu mala, zawadiacka cholera! :D

A jaka szybka! Codziennie mialam okazje obserwowac podobne dokuczanie sobie na ogrodzie. W domu mozliwosc manewru oraz rozpedu jest mocno ograniczona, wiec gonitwy koncza sie dosc szybko, ale na podworku? Ha! Tam dopiero Nik ma pole do popisu! Niewiadomo kiedy wyksztalcil sobie niezly sprint. Jeszcze niedawno Bi bez trudu go doganiala. Jest wyzsza, ma dluzsze nogi, wiec nadal go zlapie, ale teraz musi sie mocno wysilic. A Mlodszy dobrze o tym wie. Zapiernicza jak mala rakieta, a nozkami przebiera tak szybko, ze dziwne, ze mu nie odpadna. ;) I odwrotnie, potrafi dogonic siostre. "Przypadkowe" trzepniecia po glowie oraz spierdzielanie z nieswoimi zabawkami jest wiec na porzadku dziennym (kilkadziesiat-razy-dziennym), z obu stron.
Ale i tak wyjscia do ogrodu, byly (oprocz drzemki) moim ulubionym "oddechem". Wiecej przestrzeni, rowerki, hustawki, piaskownica i dzieciaki zazwyczaj bawily sie zgodnie, a mi udalo sie nawet kilka razy wypic kawe siedzac na krzeselku w sloncu. ;)


(Banki krolowaly! :D)


(Takie lato mielismy jeszcze w zeszly piatek. Szkoda, ze chwilowo sie skonczylo...)

Mowie Wam. Juz dawno stwierdzilam, ze cos mi ta praktyczna strona wychowywania dzieci nie idzie za dobrze... Teraz stwierdzam, ze nawet teoria gdzies sie ulotnila. Wszelkie pedagogiczne podejscie przegrywa z zywioloscia, uporem i zawzietymi charakterkami moich Potworkow... :D Kilka razy M. ze zgroza pytal mnie czy ja tez tak walczylam z siostra, bo on nie pamieta zeby tak bez przerwy bil sie oraz klocil sie z bratem o wszystko... ;) Z tego co pamietam jednak, to ja z siostra bylysmy obie dosc spokojne nieczesto dochodzilo do rekoczynow. Zreszta, miedzy nami byla nieco inna dynamika, bo dzielilo nas 6 lat. Dzieki temu ja, jako starsza, potrafilam juz negocjowac, albo zrecznie manipulowac mlodsza, zeby dostac co chce. ;)

Zeby jednak zrownowazyc te narzekania, musze przyznac, ze z jednej rzeczy udalo mi sie w zeszlym tygodniu skorzystac. Ze snu. W koncu! Po kilku latach nocnych pobudek oraz wstawania skoro swit, wreszcie mam nieco starsze dzieci. Przesypiaja noce. Nooo, zazwyczaj, bo np. zeszlej, Nik obudzil sie przed 1 nad ranem i ryczal niewiadomo o co. Koniec koncow wyszlo, ze chyba bylo mu chlodno, bo po okryciu grzecznie zasnal. A chwile pozniej Bi (wybudzona przez brata), przytuptala z poduszka do naszego lozka, wgramolila sie na srodek i bez pytania przykryla tatusiowa koldra. ;) Kiedy udalo nam sie ja pogonic (z wielkim zawodzeniem), po chwili zaczela wolac, ze jeszcze potrzebuje buziaczka i tulenie do zasniecia. A za moment przyszla do ojca kolejny raz, bo jej sie chce siusiu i potrzebuje meskiej asysty. :D Takze, hm hm, bywa roznie, ale zazwyczaj spia ladnie. ;)

W zeszlym tygodniu Potworki zrywaly sie oczywiscie zaraz po 6 rano, ale na szczescie M. byl juz wtedy na nogach, wiec wreczal im kakao, wlaczal bajki i mniej lub bardziej grzecznie, siedzieli sobie w salonie. Malzonek budzil mnie wychodzac, ale ja wtedy zakopywalam sie glebiej pod koldre i wygrzewalam stare kosci. Co prawda trudno to nazwac spaniem, raczej delektowalam sie cieplem oraz nierobstwem i przysypialam od czasu do czasu na kilka minut. A jednym uchem caly czas nasluchiwalam czy dzieciarnia sie nie morduje. Albo psa. ;) Zreszta po jakims czasie bajki im sie nudzily i przychodzili do sypialni sprawdzic czy matka zyje. Wtedy albo przytulali sie do mnie i lezelismy sobie razem, gadajac o bzdurkach (takie piekne macierzynskie chwile jak w filmach :D), albo zaczynali po mnie skakac, tudziez marudzic o sniadanie, czym zmuszali mnie do wygramolenia sie z wyrka. Ale i tak wylegiwalam sie codziennie do okolo 8. Luksus! ;)


O dzieciach chwilowo wystarczy. Poza tym, w sobote doczekalismy sie w koncu brakujacej szafki do salonu oraz stolu jadalnego i krzesel! Wreszcie!



Szafka jak szafka. Potrzebowalam pasujacego do komody mebla na kwiatka, z szufladami na jakies duperelki, to wszystko. Natomiast stol oraz krzesla swietnie sie wkomponowaly stylem w nasza jadalnie!


Pasuja i do okiennic i do poleczki zamontowanej na scianie. Nadaly pomieszczeniu taki nieco "wiejski" klimat, ale odkrylam, ze nawet mi sie to podoba. :) Nie mowiac juz o tym, ze jasne kolory i duzo nizszy blat optycznie powiekszyly ten niewielki pokoik, czy raczej kacik (bo jadalnia otwarta jest na kuchnie oraz salon). Zeby jeszcze mozna bylo wywalic stamtad klatke psa, bo marzy mi sie biala, oszklona gablotka na elegancka zastawe w kacie... Niestety, nie ma dla niej innego miejsca...

Pudla po meblach oczywiscie posluzyly Potworkom za swietne "domki". Cale szczescie krzesla przyjechaly w dwoch identycznych kartonach, wiec obylo sie bez klotni i ryku. ;)






W sobote jedziemy na dlugo wyczekany dzien z "Tomkiem i Przyjaciolmi". Oby pogoda dopisala i zdrowie nikogo z rodziny nie zawiodlo, bowiem przejazdzka jest wykupiona na konkretny dzien (i nawet okreslona godzine). Przejechac sie ciuchcia mozna od biedy nawet w deszczu. Ale oprocz tego, obok stacji ma byc caly wielki festyn z atrakcjami dla dzieciarni. Szkoda by bylo gdyby Potworki musialy z niego zrezygnowac z powodu chorobska lub ulewy...

No i chyba sobie wykrakalam! W poniedzialek rano odwiozlam do przedszkola calkowicie zdrowe dziecko. Bi nawet kaszlec w koncu przestala. Co prawda w niedziele wieczorem mialam wrazenie, ze mowi jakby troszke przez nos, ale do poniedzialkowego popoludnia wszystko wydawalo sie ok. Tymczasem, po jednym dniu, odebralam dziecko juz z lekka "pociagajace". Do wieczora juz z wyraznym gilem i skora pod nosem oraz na policzkach, obtarta do ciemnej czerwieni od ciaglego wycierania rekawem (Bi nadal nie nauczyla sie wydmuchiwac, a chusteczek uzywa bardzo opornie). Eeeech... Oby skonczylo sie tylko na katarze i do soboty w miare przeszlo. Byle nie na innych czlonkow rodziny. M. jeszcze kaszle po ostatnim wirusie... :/

Na koniec cos smiesznego-inaczej dla innych "bab". Date wyjazdu na wakacje wybieralismy tak, zeby polaczyc go z jakims dlugim weekendem i zaoszczedzic dzien urlopu. Jeden mamy pod koniec maja, ale to za szybko, wiosne mamy zalatana i nie wyrobilibysmy z organizacja. Inny dlugi weekend jest na poczatku wrzesnia, ale tu z kolei Nik bedzie dopiero tydzien w przedszkolu, a Bi w zerowce. Ze wzgledu na adaptacje, zabieranie ich na urlop w tym czasie, to kiepski pomysl. Padlo wiec na poczatek lipca, kiedy wypada Dzien Niepodleglosci. I wszystko ladnie - pieknie, ale wczoraj cos mnie tknelo. Spojrzalam w kalendarzyk na komorce i voila! Okres wypadnie mi w polowie urlopu! Jak sie przesunie i zjawi wczesniej (a czesto sie przesuwa), mam szanse dostac go zaraz na poczatku wyjazdu i miec przez calutkie wakacje! Noszzz, to jakis kiepski zart... Caly rok czlowiek czeka na odpoczynek, a potem ma sie meczyc z miesiaczka?! Wiem wiem, niektore z Was napisza, ze mozna uzywac tamponow (ktorych nie lubie i normalnie nie stosuje) i normalnie chodzic na plaze czy basen. Ale okres w moim przypadku to tez wzdecia, niewygoda, zmeczenie i wkurw... Marzenie na urlopie... :/
Coz... Jeszcze dwa cykle do wyjazdu. Licze, ze tak sie poprzesuwaja, ze "te" dni przyjda PO urlopie, albo juz pod jego koniec... ;)

czwartek, 21 kwietnia 2016

Ferie wiosenne

Witam i o zdrowie pytam! Martusia sie dopytuje, wiec postanowilam cos kliknac. ;)

Zdrowie to teraz slowo kluczowe na wielu blogach. Doczytalam ostatnio u Marty W, ze jelitowka ich rodzinnie rozlozyla! Wspolczuje, wspolczuje...

Tymczasem sama zniknelam z bloga na niemal 2 tygodnie i powodem po czesci tez bylo zdrowie, a raczej jego dokuczliwy brak. Ta grypa, czy co to za dziadostwo bylo, o ktorym ostatnio wspomialam, porzadnie przetrzepala nasza czworke. Kiedy pisalam poprzedniego posta, wlasnie wzielo mnie. To byl piatek. W sobote po poludniu goraczka odpuscila. Zdazylam sie nawet ucieszyc, ze przechodze to lzej niz Kokusio, ale za wczesnie bylo na radosc. Goraczka zostawila za soba potworne oslabienie oraz zawroty glowy. I to one glownie przyczynily sie do braku postow, komentarzy oraz odpowiedzi... Po prostu nie moglam patrzec w ekran komputera, bo literki sie rozlewaly, a mnie zbieralo sie na wymioty... Nawet w pracy, do ktorej uparcie wrocilam w poniedzialek, staralam sie jak najwiecej patrzec w papiery, a jak najmniej wklepywac w kompa... Zawroty trzymaly mnie prawie tydzien, a ze przy okazji ucho mialam lekko przytkane od smarkania, zaczelam sie obawiac, ze cos mi sie porobilo z blednikiem... Na szczescie przeszlo. Za to ja sie chyba od bloga oddzwyczailam, bo wcale nie mialam ochoty wracac z pisaniem. Sorki dziewczyny, szczerze Was lubie i  nie zamierzam narazie znikac, ale przy kazdej dluzszej przerwie, przekonuje sie, ze wlasciwie to moglabym spokojnie przywyknac do braku blogowego swiatka. :D

To nie koniec historii chorobowej. W poniedzialek wszyscy rano rozjechalismy sie tam, gdzie trzeba: Nik do opiekunki, Bi do przedszkola, ja oraz M. do pracy. Jakos przebrnelismy przez wtorek, mimo, ze Starsza rano prawie nietknela kakao. Jak moje dzieci odmawiaja kakao, to cos musi byc na rzeczy... Modlilam sie, zeby cokolwiek ja bralo, zaczekalo do weekendu, wiedzac, ze kolejny tydzien spedze i tak w domu. Nie zaczekalo... W srode rano Bi znow kakao tylko lyknela, oznajmila, ze boli ja brzuch i ze jest zmeczona. Termometr pokazal stan podgoraczkowy. O 6:30 rano... Teraz pytanie co robic?! Ten odwieczny dylemat pracujacej matki... W poprzednim tygodniu siedzialam 3 dni w domu. Kolejny mialam spedzic z dzieciakami caly. Szefa mam wyrozumialego, ale czulam, ze gdybym znow pol tygodnia siedziala w domu, to byloby lekkie przegiecie. Poza tym wrocilismy z malzonkiem do dyskusji nad urlopem, a zeby jechac na urlop, to ja potrzebuje miec jakies resztki dni wolnych, no! Oznajmilam wiec, ze JA do pracy ide. "Szczesliwie", poprzedniego wieczora goraczki dostal M. Postanowil wiec zostac w domu i podkurowac Bi oraz siebie samego. W czwartek juz sie zlitowalam i wzielam kolejny dzien wolny. Na szczescie tego dnia Bi juz nie miala goraczki, wiec w piatek wszyscy wyruszylismy rano w codzienne miejsca przeznaczenia.

A w tym tygodniu lokalne szkoly maja ferie wiosenne, przedszkole Bi jest zamkniete, wiec leniuchujemy w domu. I cale szczescie, bo stwierdzam, ze ten czas naprawde przyda nam sie na porzadne doleczenie. Status na dzis jest taki, ze ja rano chrypie tak, ze ledwie mnie slychac i od czasu do czasu musze sie wysmarkac i porzadnie odkaszlnac. Bi kaszle jak stary palacz, ale coraz rzadziej na szczescie. M. brzmi z kolei niczym gruzlik i jak to mezczyzna, narzeka, ze juz dawno nie byl taki chory. ;) Nik za to, ktory od 3 dni wydawal sie zupelnie zdrowy (znaczy przestal kaszlec), dzis dorobil sie cieknacego kinola. I to tak "ladnie", zoltawo od czasu do czasu. Ech... :/

To tyle z frontu wirusowego. Poza tym musze przyznac, ze pogoda na ferie wiosenne trafila nam sie niczym na zamowienie! Jest po prostu przepieknie! W poniedzialek oraz dzis mielismy ponad 20 stopni! We wtorek i srode bylo chlodniej, ale tez okolo 18 stopni i wystarczyla bluza na wierzch. I slonce, slonko, sloneczko! :) Jutro po poludniu maja niestety przejsc burze, ale temperatura ma nadal byc letnia - 25 stopni, wiec nie narzekam! Nie pisalam ostatnio, ze w tym roku kwiecien naprawde przeplata? Dwa tygonie wczesniej spadl snieg. W poniedzialek zas wyciagnelam bluzki na krotki rekaw!

(Ulubione zajecie ostatnio: grzebanie w ognisku, wzniecajac jak najwieksza chmure pylu...)

(Zwroccie uwage na to polaczenie wzorow oraz kolorow! Matka dala dziecku rajstopy, a ono uparlo sie na ta, konkretna spodnice...)

Probowalam porobic troche w ogrodzie, ale jak narazie wszystko sprzysiega sie przeciwko mnie. Najpierw naszukalam sie kluczyka do szopki. Jeden M. ma przy swoich kluczach, a drugi... No wlasnie, drugi powinien byc w szufladzie w kuchni. I byl, tyle ze wrzucony w woreczek z kupa innych drobiazgow i nie moglam go namierzyc. W dodatku jak juz myslalam, ze go znalazlam, okazalo sie, ze mamy dwa identyczne. Oczywiscie pierwszy musialam znalezc ten niewlasciwy, jakzeby inaczej. ;) A na koniec, kiedy w koncu do szopki sie dostalam, okazalo sie, ze lopata z ostrym koncem ma zlamany trzonek, a zeby cos wykopac plaska przy naszej twardej, kamienistej glebie, trzeba miec sile Herkulesa conajmniej... :/ Udalo mi sie rozdzielic jedna Hoste i nie wiem czy zarowno roslina "macierzysta", jak i sadzonka, przezyja to rozsadzanie. Nie majac bowiem sily zeby wbic lopate raz a dobrze, "dziabalam" nia na wszystkie strony, lamiac przy okazji polowe dopiero co rozwinietych lisci... Pocieszam sie, ze to sa bardzo mocne rosliny i powinny odzyc. Albo bede pierwsza osoba w historii, ktora "zameczyla" Hoste. ;) W kazdym razie przy reszcie zamierzam pracowac paluszkiem - pokazywac M. gdzie ma co wykopac i w ktore miejsce przesadzic. :D Przycielam jednak troche suchych badyli pozostalych po zimie i popielilam chwasty, ktore oczywiscie rosna znacznie szybciej niz moje kwiatki. A niedlugo bede musiala przymusic meza, zeby skopal mi warzywnik, tylko jak tego dokonac? ;)

Co poza tym sie dzialo w ciagu ostatnich 2 tygodni? W poprzedni wtorek pojechalysmy z Bi na kolejne spotkanie przed - zerowkowe. Nie bardzo mialam ochote, bo nadal walczylam z zawrotami glowy, a Bi juz wykazywala pierwsze oznaki, ze ja tez bierze choroba. Ale ze bylo to ostatnie spotkanie grupowe, a Bi wyjatkowo sama sie o nie dopytywala, pojechalysmy. I cale szczescie! Samo spotkanie znow mnie rozczarowalo. Tym razem szkolna specjalistka od matematyki, powtarzala, zeby w domu z dzieckiem jak najwiecej liczyc, sortowac oraz ukladac sekwencje. Nuuuda... Ale! Przed "specem od matmy", krotka przemowe miala dyrektorka i wspomniala w niej, ze rodzice dostali juz maile z linkami do elektronicznych zapisow na spotkania indywidualne w maju. A ja nic nie dostalam! Po spotkaniu podeszlam spytac co i jak. Dowiedzialam sie, zeby zadzwonic nastepnego dnia do biura i sprawdzic czy maja moj poprawny odres mailowy. Zadzwonilam. Niezbyt ochocza we wspolpracy pani, co chwila wzdychajac polecila mi, chociaz nie powinnam tego robic, zebym zarejestrowala Bi na stronie internetowej szkol w naszym miasteczku. Dopytalam czy jest pewna, bo zrobilam to rok temu, przed przedszkolem, a na stronie jest jak byk napisane, ze rejestracja jest dla uczniow nowych w systemie. Tak tak, ona wie, nie powinnam tego robic, ale tylko w ten sposob bede otrzymywac wszystkie maile w sprawie rejestracji do zerowki. Ok, zarejstrowalam. W ciagu kilku godzin zaczela splywac na moja skrzynke cala zalegla korespondencja. Zeby bylo smieszniej, zaraz w pierwszym mailu, pogrubionym drukiem, napisane bylo, zeby rodzice dzieci uczeszczajacych do naszego miasteczkowego przedszkola NIE rejestrowali ich ponownie na stronie! ;) Balagan maja niemozliwy!!! Najwazniejsze jednak, ze dostalam w koncu linka do zapisow na indywidualna rejestracje. Odbedzie sie ona na poczatku maja i bedzie sie skladac ze spotkan z dyrektorka oraz szkolna pielegniarka, gdzie sprawdzane beda wszystkie dokumenty dziecka, a w tym czasie przyszly zerowkowicz bedzie "maglowany" przez dwie nauczycielki. Celem jest sprawdzenie co dziecko umie i na jakim jest poziomie, zeby przydzielic je do odpowiedniej klasy.

W zeszla sobote zas bylysmy z Bi na kolejnym przyjeciu urodzinowym. Stalo ono pod znakiem zapytania, bowiem nie bylam pewna czy Starsza wydobrzeje. Nawet w dzien imprezy nadal mialam watpliwosci, ale Bi odliczala dni caly tydzien i blagala zeby mogla pojsc, wiec uleglam. Szkoda mi jej bylo, bo chociaz ewidentnie swietnie sie bawila, to nadal byla lekko oslabiona po chorobie.

 (Niemal cala klasa przedszkolna Bi :D)

Przyjecie odbylo sie w miejscu zabaw z ogromnymi dmuchancami, a Bi co chwilka przerywala skakanie zeby usiasc kolo mnie na laweczce i odpoczac. Zupelnie jak nie moje niewyzyte dziecko... Koniec koncow wyszla jednak zadowolona i to najwazniejsze.

Tymczasem w tym tygodniu odbebniam ferie i "pracuje" z domu. Moj szef byl na tyle wspanialomyslny, ze zgodzil sie, zebym wziela kilka dokumentow i sprawdzila je w domu i w ten sposob zaoszczedzila dni wolnych. Idzie mi to jak po grudzie, bo skupic moge sie tylko podczas potworkowej drzemki oraz wieczorem, kiedy juz pojda spac. Ale moze "skasuje" sobie 2 dni urlopowe, zamiast 5. Zawsze to cos, szczegolnie, ze...

Zarezerwowalismy wakacje! Temat tegorocznego urlopu wracal, po czym znikal juz od jakiegos miesiaca. Poniewaz za rok naprawde chcemy poleciec do Polski, a na taki wyjazd spokojnie pojdzie kilka tysiakow, wiec bylam sklonna odpuscic sobie wakacje w tym roku. Szczegolnie, ze tyle dni urlopu idzie mi na te nieszczesne dni wolne od przedszkola, ze wychodze praktycznie na zero... A u mnie w pracy, urlop nie resetuje sie od nowego roku, czyli nagle od stycznia nie bede znow miala wolnych 4 tygodni, tylko co miesiac doliczaja mi 2.5 dnia. Przy ciaglych swietach i feriach przedszkolnych, uskladanie sobie 3 wolnych tygodni na wyjazd do Polski, bedzie niezlym wyzwaniem... Ale M. sie uparl, a wiadomo, odpoczynek fajna rzecz, wiec uleglam. ;)

Jedziemy na tydzien, a wyjazd laczymy z dlugim weekendem, wiec wezme na niego 4 dni wolne, zamiast 5. :) Moj malzonek ma jedna, fatalna wade. Nie lubi wracac w miejsce, ktore juz zna. Tym razem poszedl na calosc i nie chce wracac do Poludniowej Karoliny, nawet w zupelnie inna miejscowosc! :/ W koncu machnelam reka na jego fanaberie i zostawilam mu wolna reke. Iiii... nie wiem czy to nie byl blad. Zeby zaoszczedzic kasiory znow jedziemy autem, natomiast moj malzonek postanowil zjechac tym razem az w gorne rejony Florydy! Wychodzi nam 17 godzin jazdy!!! Ostatnie 14 byly nielatwe, szczegolnie droga powrotna, wiec M. okazuje sie byc niepoprawnym optymista, ale coz... Jak znam zycie, nie da mi nawet na moment zasiasc za kolkiem, wiec skoro sam chce tyle godzin sie meczyc, jego wola. ;) A poza tym wakacje beda wygladac kropka w kropke jak rok temu. Hotel z basenem, przy samej plazy. Na terenie kurortu nie ma co prawda placu zabaw, ale za to bedziemy zaraz przy centrum miasteczka z wieloma atrakcjami dla dzieciakow. Mysle, ze moze odpuscimy sobie na te kilka dni drzemke i dla odmiany troche pojezdzimy i poogladamy. :)

A oprocz "pracy" z domu i porzadkow w ogrodzie, namietnie w tym tygodniu pieke. Tutaj ciacho bananowe, ktore posmakowalo Nikowi (matka sie wzruszyla, bo to rzadkosc...) i zniklo w jeden dzien!


 I to tyle z dzisiejszej relacji. Ide "popracowac", zeby szef krzywo nie patrzyl w poniedzialek. ;)

piątek, 8 kwietnia 2016

Kwiecien - plecien i wiosenna grypa

Melduje sie w kwietniu! Dzis juz 8, a ja dopiero pisze. Powod na szczescie jest prozaiczny - praca, praca, praca... I chociaz zazwyczaj wlasnie z biura do Was pisuje, to tym razem natlok pilnych obowiazkow sprawil, ze wysiadlam z wagonika zwanego blogiem. Przynajmniej czesciowo. Ale nic to, co sie odwlecze, to nie uciecze, a w przeciagu ostatnich 2 tygodni, poza pogoda, nie zdarzylo sie zbyt wielu rzeczy wartych zapisania.

Wlasciwie to zdarzyla sie (poza ta wspomniana pogoda) jedna, wazna rzecz. Dokladnie 1 kwietnia i nie jest to Prima Aprilisowy zart, M. zabral starsze z naszych dzieci do dentysty. Zaraz, wroc. Konkretnie to oboje Bi tam zabralismy, bo tata wymawial sie, ze nie wie gdzie to jest i co jak w polowie zabiegu corka zacznie nawolywac mame, itp. Ogolnie szukal wymowek i za Chiny Ludowe nie wiem na co ja mu tam bylam potrzebna, poza zwyklym komfortem psychicznym. No ale wzielam pol dnia wolnego, posiedzialam pol godziny w dentystycznej poczekalni i okazalo sie, ze do niczego nie bylam Bi potrzebna, oprocz tego, ze po wszystkim, zaryczana i usmarkana, wystrzelila z gabinetu jak z procy prosto w moje ramiona. ;)

Za to, tam-ta-ra-ram! Obecnosc taty sprawila cud, na ktory liczylismy i Bi dala sobie zreperowac zeba! Ufff... Kolejna - ostatnia dziurka do zaplombowania za dwa tygodnie i koniec (tylko na jakis czas zapewne, niestety...)! Bi stanowczo oswiadczyla, ze tym razem idzie z mama, ale nie ma glupich. Tata tez jedzie, zeby w razie czego utemperowac histeryczna corcie. ;) Chociaz powiedzial mi, ze jedyne co zrobil to postraszyl Bi, ze wyjdzie z gabinetu i zostawi ja tam sama. Pomoglo jak widac. A M. przyznal po wyjciu, ze caly byl mokry od potu. ;) Ja zas uwazam, ze to dla niego dobre doswiadczenie, podobnie jak zostanie z dziecmi samemu w domu. Jakos tak zawsze wypada, ze to ja zostaje z dziecmi jak sa chore lub przedszkole jest zamkniete, ja jezdze z nimi po lekarzach i dentystach, ja biore udzial w spotkaniach, wywiadowkach, itd. Rozumiem zem matka, poza tym mam wiecej urlopu, ale czasem mierzi mnie z lekka, ze zawsze to ja, ja, ja... Niech tata tez raz posmakuje "wychowania" wlasnego potomstwa. :D

Ale dentysta swoja droga, a kwiecien przywital nas bardzo klasycznie, jesli o pogode chodzi. W ostatni dzien marca i pierwszy kwietnia, mielismy ponad 20 stopni! Juz ozdobna wisnia zasadzona przed budynkiem w pracy zaczela wygladac tak:






Przypominam, letnia pogoda byla w czwartek i piatek. Natomiast niedzielny poranek przywital nas tak:




Nie do uwierzenia! Wiem ze "bo przeplata, troche zimy, troche lata", ale wolalabym zeby ta kwestia pozostala tylko dziecieca rymowanka, no. :/ W kazdym razie moje dzieci byly wniebowziete. Nie nacieszyly sie biedactwa zima w tym roku... Ja zas pogratulowalam sobie choc raz, prokrastynacji. Zbieraaalam sie, zeby wyprac i schowac zimowe rzeczy i zbieraaalam i zebrac sie nie moglam. I prosze, jeszcze sie przydaly! :D Potworki nie mogly sie doczekac zeby wrocic z kosciola, ubrac ocieplane spodnie i ruszyc do zabawy.





Mnie zas zal bylo moich biednych bzow, ktore wlasnie rozwinely pierwsze malenkie listki i zalazki kwiatow i je przysypalo.


W niedziele jednak w sumie napadalo tego sniegu tyle, co kotek naplakal, a po poludniu, w mocnym, wiosennym sloncu, prawie caly stopnial. Moje hiacynty tez odtajaly.



Nie na dlugo. W nocy przyszedl bowiem kolejny front, tym razem jeszcze zimniejszy i przyniosl kolejna fale sniegu. Rano jeszcze nie wygladalo to tak zle, chociaz szkoly poopozniali o 2 godziny. I tu sie pomylili, bo majac porownanie jak wygladaly drogi rano, a jak po poludniu stwierdzam, ze powinni byli raczej pozamykac szkoly wczesniej. Rano przejechalam z domu do opiekunki, do przedszkola, do pracy bez najmniejszego problemu. Potem, poznym rankiem zaczelo naprawde sypac, ale sadzilam ze przy temperaturze okolo zera oraz drogowcach pracujacych caly dzien, po poludniu bedzie w porzadku. Dawno sie tak nie pomylilam... Tu zdjecie zrobione parkingowi pod praca, kiedy sniezyca dopiero zaczynala sie rozkrecac. Parking jeszcze "czarny". Ale juz 3 godziny pozniej byl bielusienki. Tylko, ze wtedy mialam pelno w gaciach i nie w glowie byly mi zdjecia. ;)


Drogowcy zas kompletnie odpuscili sobie odsniezanie w srodku dnia... Z reka na sercu stwierdzam, ze droga powrotna w poniedzialek byla dla mnie najgorsza tej "zimy"! A, o ironio, teoretycznie mamy juz wiosne! Po czesci zapewne dlatego, ze podczas poprzednich sniezyc przedszkole bylo nieczynne i siedzialam z dziecmi w domu. ;)

Najlepsze bylo to, ze ja prowadzilam z dusza na ramieniu, drogi sliskie, godziny szczytu wiec aut jak "mrowkow", skupiam sie, zeby komus w dupke nie przywalic, a Potwory z tylnego siedzenia cala droge mi jecza, ze dlaczego tak wolno jade, a kiedy bedziemy w domu, a w ogole to im sie nudzi i czy jak juz do tego domu dojedziemy, to bedziemy lepic balwana? Mieli szczescie, ze bylam zbyt skupiona na jezdzie, zeby ich uwaznie sluchac, inaczej zgarneliby niezly ochrzan. ;)

Szczesliwie do domu dojechalismy bez wypadku i... nie balwana nie lepilismy, ale Potworki z radoscia wdzialy zimowe ubranka i znow rzucily sie na podboj zimowej scenerii. ;)







I jak widac, moje trzecie, czworonozne "dziecko" tez mialo radoche. Taka, ze nie dalo jej sie zlapac na zadnym "statycznym" ujeciu. ;)

I czy ktos uwierzy, patrzac na te zdjecia, ze zostaly zrobione w kwietniu?! Toz to styczen jak sie patrzy! ;) Ale na dowod mam to:





Moje biedne kwiatki... Biedne, bo o ile przetrwaly bez problemu zasypanie i odtajanie w niedziele oraz kolejne przysypanie sniegiem w poniedzialek, o tyle bycia zawalonymi kupa sniegu podczas odsniezania, juz nie przetrwaly. Zostaly z nich nedzne, rozplaszczone na ziemi kikuty. :(

I to wlasciwie tyle z anomalii pogodowych. Wiosna, mokra i paskudna oraz nadal chlodna, wrocila wlasciwie dopiero wczoraj. Wczesniej, w nocy temperatury spadaly do -6 stopni, a w dzien dochodzily raptem do +2. Brrr...

Za to we wtorkowy wieczor odwiedzila nas nieproszona, tytulowa grypa. :( Albo jakis wirus bardzo grype przypominajacy. Odebralam od opiekunki wesolego, energicznego syna, ktory to w miare jak mijal wieczor robil sie coraz bardziej "mialczacy". Na poczatku wygladalo to jak wymyslanie i normalne u niego wymuszanie, nawet zostal ofukniety, ze ma przestac jeczec o nic. ;) Az ktores z nas dotknelo mu glowy i stwierdzilo, ze cos ona podejrzanie ciepla. Termometr w ruch i bingo! 38.6. W ten sposob, chcac czy nie, bujam sie w domu z dwojka szalonych dzieci w wieku przedszkolnym, bo Bi rzecz jasna oznajmila, ze tez chce zostac w domu, mimo, ze jej akurat nic nie dolega poza malym katarkiem.

A goraczka Nika okazala sie mocno upierdliwa, bo srodki na zbicie temperatury zbijaly ja tylko do stanu podgoraczkowego i ani kreseczki nizej... W srodowy wieczor, nie mogac patrzec jak mi sie dziecko meczy, podalam mu w akcie desperacji dwa rozne srodki (spokojnie, mozna je laczyc, pytalam kiedys pediatre) i dopiero to podzialalo. Oczywiscie, jak to bywa, nawet zbicie do stanu podgoraczkowego wystarczalo Kokusiowi, zeby szalec jak kazde zdrowe dziecko. ;)

I tak bimbam juz trzeci dzien. Bardzo mi to wolne nie na reke, bo moje urlopowe dni topnieja jak wiosenne sniegi (co za akuratny opis w swietle ostatniej pogody :D), a za tydzien Bi ma ferie wiosenne i czeka mnie znow tydzien siedzenia w domu... Dzis rano Nik juz w koncu mial normalna temperature i moze i bym zaryzykowala oddanie go do opiekunki, tyle, ze wczoraj po poludniu zaczelo lamac w kosciach mnie, a wieczorem dostalam goraczki. Cudnie! Nie ma to jak pielegnowac w chorobie dzieci, a potem sie od nich zarazic! :/

M. dzwonil z pracy, ze tez cos podejrzanie boli go glowa, wiec nie wiadomo czy i jego nie lapie. I tylko Bi jest wzglednie zdrowa, ale ona byla szczepiona przeciw grypie. Stad moje skojarzenie, ze moze to TO... A zeby bylo jeszcze weselej, to dzis rano, w pakiecie z grypa, dostalam okres. Zyc nie umierac. ;)

Pozostaje tylko miec nadzieje, ze przez weekend wszyscy dojdziemy do siebie, bo przed nami najintensywniejszy okres kwietnia. We wtorek kolejne spotkanie w sprawie zerowki. W sobote matka do dentysty na przeglad, a po poludniu z Bi na przyjecie urodzinowe przedszkolnej kolezanki. W kolejny piatek do dentysty znow Bi, a w miedzy czasie tydzien ferii. A za 3 tygodnie festyn z "Tomkiem i Przyjaciolmi". O drobnych sprawach jak czas na tabletki na robaki oraz srodek na kleszcze dla psa oraz wcisniecie gdzies fryzjera dla matki, bo zarosla niczym lew, nawet nie ma co wspominac. ;)

Milego weekendu!