Sobota, 14 lutego, zaczela sie dluzszym spaniem. Jak pisalam ostatnio, w tym tygodniu Nik nie mial meczu, co z jednej strony irytowalo (bo chcialabym juz zakonczyc ten sezon), ale z drugiej, przynajmniej moglismy sie wylegiwac do wypeku. Tylko M. wstal przed 7, bo on wiadomo, ma problem z dluzszym spaniem. Pozostala nasza trojka, zwlokla sie grubo po 10. ;) Tego dnia byly oczywiscie Wale-w-tynki, ale mysle ze wiekszosc z Was odwiedza mnie juz na tyle dlugo, zeby wiedziec ze wlasciwie ich nie obchodzimy. Zdarzylo mi sie kupic czasem Potworkom po paczce serduszkowych cukierkow (w tym roku mi kompletnie umknelo), ale z malzonkiem praktycznie nigdy nie dajemy sobie zadnych romantycznych upominkow, ze juz o wyjsciu na obiad nie wspomne. Zacytuje Wam za to wierszyk podpatrzony u Klarki Mrozek, bowiem rozmieszyl mnie idealnie na poczatek dnia:
"Na gorze roze, na dole deby, jak cie ktora dotknie, dostanie w zeby!".
No, czyz nie piekna, walentynkowa rymowanka?! :D Poza tym, dzien minal bardzo nie-romantycznie, bo kiedy juz zjadlam sniadanie, ogarnelam sie i wypilam kawe na rozruch, zabralam sie za sprzatanie. A konkretnie, to musialam odkurzyc i pomyc podlogi na dole. Na szczescie M. pojechal po pizze na obiad, a Potworki pogonilam na gore, wiec nikt nie platal mi sie pod nogami. Przez wiekszosc czasu, bo kiedy odkurzalam, Oreo spierdzielila na gore i zaszyla sie u nas w sypialni, ale kiedy latalam na mopie, juz zlazla i chodzila za mna sprawdzajac co robie i przy okazji zostawiajac slady lapek... Jeden kot w domu, a na taras co chwila przylazil nam kolejny. Bi opiekowala sie kocurem sasiadow, a ten pieszczoch o wdziecznym imieniu "Bandyta", caly czas przychodzil, miauczal, a gdy otworzylo sie drzwi, probowal wepchnac sie do srodka! Nawet bym mu pozwolila wejsc, ale obok Oreo dostawala apopleksji, syczas i parskajac! :D
Kiedy skonczylam, zrobilam sobie swieza kawe i wlaczylam skoki. Tego dnia znow nasi skakali, ale ja akurat cofnelam do poniedzialku, bo nie zdazylam jeszcze zobaczyc zdobycia srebrnego medalu przez nasza mloda gwiazde. Musze przyznac, ze niezle sie ogladalo znajac wynik, bo gdybym go nie znala, to po pierwszym skoku w zyciu bym nie przypuszczala, ze bedzie podium! :) Niestety, nie udalo sie obejrzec do konca, bo nadszedl czas jazdy na msze i koczylismy po powrocie. Potem wykapac sie i zasiadlam z mezem do zamawiania kempingow. Suszyl mi o to glowe od tygodni, ale przez nowa prace nie mialam za bardzo do tego glowy. Teraz w koncu wzielam kompa i... zonk. Na wybranym kempingu, rezerwacje otwieraja sie... kolejnego dnia! :D Pozniej z ciekawosci chcialam zerknac na inny kemping w inny dlugi weekend, a tam rezerwacje mozna zaczac robic od... 18-ego. No to sobie porezerwowalam kempingi. :D Poza tym, dzwonil do mnie tata, bowiem padl mu laptok, ktorego uzywal do podlaczenia polskiej telewizji. Od lat wykupuje taki serwis internetowy i laptopa podlacza do telewizora, zeby miec wiekszy ekran i tego dnia po prostu sie on nie wlaczyl. Zero swiatelek, zero reakcji. Wyzional ducha i tyle. Tata chcial sie poradzic jakiej firmy sprzet najlepiej kupic, no ale ja akurat nie znam sie na takich rzeczach. Przy okazji opowiadal, ze rozliczal podatki i oddal juz wszystkie dokumenty ksiegowej, po czym przypomnial sobie, ze moja mamuska pobiera teraz tez emeryture na podstawie jego. Nie wiem czy w Polsce tez cos takiego funkcjonuje, ale przy hamerykanckiej emeryturze matka mogla zglosic ze chce pobierac emeryture "od" malzonka, z racji ze nigdy w Stanach nie pracowala. Co ciekawe, moglaby sie po nia zglosic nawet, gdyby byli z tata rozwiedzeni, pod warunkiem, ze bylaby pierwsza zona. :O Tak naprawde to nie wiem po co tacie rozliczac sie z tej jej emerytury (chyba zeby dostac wiecej zwrotu), bo gdyby wlasnie byli po rozwodzie, nawet by nie wiedzial, ze byla zona pobiera sobie dzieki niemu emeryturke. ;) No ale poradzil sie ksiegowej, a ona powiedziala, ze jesli matka ma przesylana ta sume do Polski, to musi tez sie z niej rozliczac, a wiec na pewno dostaje jakies podsumowanie. Tata wiec zadzwonil do swej malzonki, a ona odpowiedziala ze owszem, jakies pismo dostala. Na to jej maz prosi zeby zrobila zdjecie i mu je przeslala, bo chce je do rozliczenia. I co? Nie, nie przesle mu. Nie i koniec. I rzucenie sluchawka. :O No co za... babsko. Wiem, ze to moja matka, ale czasem to mi az wstyd, ze jestesmy spokrewnione. Doszlismy razem z tata do wniosku, ze nie chce zeby wiedzial, ile ona dostaje kasy. Niby mu kiedys podala sume, ale cos nam sie widzi, ze ta musi byc sporo wyzsza, skoro teraz matka chce ja za wszelka cene ukryc. Cala ona. Zawsze nalogowo klamala co do wydanych pieniedzy. Gdy jeszcze mieszkalam w domu, a tata pracowal zagranica, kiedy cos kupowala (np. nowa pralke), zawsze mowila mu ze kosztowala kilkaset zlotych wiecej, zeby przeslal jej odpowiednio wieksza sumke. Tak samo zmuszala mnie i siostre (biciem, krzykiem i wyzwiskami, jakby ktos sie zastanawial) zebysmy tacie mowily, ze np. potrzebujemy nowych butow czy kurtki i zeby przyslal na to dodatkowe pieniazki. Pamietam, ze nie chcialam (i obrywalam za to) i strasznie bylo mi wstyd, ale niestety, mieszkajac z matka pod jednym dachem, a tate majac daleko, bylam zdana na laske i nielaske tej wiedzmy, wiec poslusznie - klamalam... :( W kazdym razie, jestem przekonana, ze mamuska teraz tez za zadne skarby nie chce sie przyznac ile tak naprawde dostaje kasy, bo i tak ciagle jeczy o wiecej...
W niedziele M. pojechal do pracy, a ja z Potworkami moglismy spac do wypeku. Kiedy juz wstalam, zjadlam i sie ogarnelam, zabralam sie za babke na oleju, bo mial przyjechac tata, nie mialam za bardzo pomyslu na nic innego, no i Nik juz od kilku dni twierdzil, ze sam ja upiecze. Ostatecznie przyszedl do kuchni i zamiast piec, to mi "pomagal", czyli glownie gadal jak nakrecony. :D Przed przyjazdem seniora udalo mi sie tez poskladac pranie, ktore czekalo w suszarce. Dziadek przyjechal, ale byla to jedna z tych "meczacych" wizyt. Moj tata, wyobrazcie sobie, za dwa tygodnie leci na... Floryde, zeby rozejrzec sie po okolicy i popatrzec jakie ewentualnie sa tam domy w jego przedziale cenowym. W szoku jestem, bo odkad razem wyladowalismy w Hameryce, caly czas byla mowa, ze on na emeryture wraca do Polski. I tak naprawde to nic nie jest przesadzone, tyle, ze moja matka od wielu lat (wlasciwie to chyba od zawsze) daje popalic i widze ze tata nie bardzo ma ochote tam z nia utknac do konca zycia. No i chyba slucha tez naszego gadania, ze za kilka lat, kiedy dzieciaki wyjada na studia, my tez chcielibysmy przeniesc sie gdzies na poludnie, gdzie cieplutko jest caly rok. Tyle, ze my bylismy juz wielokrotnie w kilku poludniowych Stanach, wiemy jak wyglada tam w srodku lata, a jak zima, wiemy tez orientacyjnie gdzie moglibysmy potencjalnie osiasc. Moj tata nigdy nie byl ponizej Stanu New Jersey, ktory jest "zawrotne" 3 godziny od nas. A tu nagle wyskakuje z Floryda! :O Tyle, ze jadac na tydzien, nie wiem ile on zdazy tam obejrzec. Nie mowiac juz, ze marzec to chyba czas najfajniejszej pogody. Juz wlasciwie pozna wiosna (szczegolnie w porownaniu z nasza polnoca), a jeszcze bez strasznych upalow oraz wilgotnosci, bo bedzie tak mniej wiecej w polowie polwyspu, wiec dalej od Miami gdzie zaczyna sie juz klimat subtropikalny. Moze to byc nieco mylace, bo o ile zima bedzie fajnie, bo cieplo, ale jak przyjdzie srodek lata, to moze sie chlop mocno zdziwic. Opowiadalismy mu juz o kempingach, gdzie Nik nie chcial wychodzic z przyczepy, tak bylo goraco, ale tego nie da sie wyobrazic. To trzeba poczuc na wlasnej skorze. ;) I gdzie my z M. i tak wolimy taki ekstremalny gorac od zimna, to zdecydowanie nie jest to dla kazdego. No nic, zobaczymy czy mu sie spodoba. Narazie tylko wszedl na Google w okolicach gdzie jedzie i zdziwil sie jak tam plasko! :D Padlam ze smiechu, bo bylam tam juz tyle razy, ze wlasciwie mnie to juz nie dziwi. U nas drogi wija sie i wspinaja na wzgorza, a potem opadaja. Tam sa plaskie jak deska i proste jak od linijki. ;) W kazdym razie, martwie sie jak tata sie tam sam ogarnie, bo leciec chce, ale zeby mu zrobic rezerwacje, tu juz bylam potrzebna ja. Tak naprawde tata sam lata tylko do Polski i dowoz rezerwuje przez polska agencje. Teraz bedzie sie musial zorientowac i dogadac po angielsku... Pomoglam mu wiec z lotem, wynajmem auta, dlugoterminowym parkingiem na lotnisku oraz hotelem. Gdybym mogla, polecialabym z nim, ale sama bede miala akurat wyjazdowe szkolenie... :/ Kiedy juz odhaczylismy to wszystko, wlaczylam olimpiade, a konkretnie to skoki narciarskie z poprzedniego dnia. Tym razem nasz mlody wywalczyl brazowy medal. Zaczelismy ogladac pozno, a potem wszystko trwalo, wiec jak tata zwykle przyjezdza na okolo 3 godziny, tak tego dnia zostal ponad 4. W miedzyczasie Bi zabrala sie za pieczenie chleba i wyszedl jej pyszny. Napisalabym "jak zwykle", ale to dopiero drugi raz, kiedy go upiekla. ;) Najwazniejsze jednak, ze wszystko zrobila samiutka, nie to co Nik, ktory oznajmia, ze "piecze", po czym wola co 5 minut o pomoc. ;) Po odjezdzie taty, zmienilam u dzieciakow posciel i wstawilam ja do pralki, po czym posprzatalam w swojej lazience i zagonilam Kokusia do posprzatania u dzieciakow, bo wypadala jego kolej. Potem siadlam z M. do sprawozdania finansowego. To kolejny, upierdliwy wymog mojej pracy. Raz do roku, kazdy musi sporzadzic raport dla oddzialu etyki, gdzie wypisuje wszystkie posiadane zaplecze finansowe, a takze "obciazenia". Zasady maja jednak niemozliwie skomplikowane, bo np. (jesli dobrze kojarze) nie musisz podawac zarobkow malzonka czy kredytu za dom lub samochod, ale jesli masz lodz, to ta musisz juz podac. My lodzi nie mamy, ale posiadamy przyczepe, ktora wymieniona nie jest, wiec musze wyslac im maila, bo nie wiem czy zalicza sie jako "obciazenie". W dodatku, trzeba podac jakie ma sie akcje gieldowe (kazda z osobna), choc tu tez maja jakies kruczki, gdzie niektorych nie musisz zglaszac. Zeby bylo "smieszniej", trzeba je podac zarowno dla siebie, jak i dla malzonka oraz dzieci. U nas pechowo M. dlubie w akcjach gieldowych, wiec bede teraz musiala nad tym siedziec. Dodatkowo, trzeba podac obecne plany emerytalne (M., bo federalnych nie), ale np. stare, gdzie pracodawca juz nie odprowadza skladek - nie (podobno). Siadlam z malzonkiem do tego, ale juz po chwili zlapalam sie za glowe i stwierdzilam, ze jest niedzielny wieczor i nie chce go zmarnowac na cos takiego. Stwierdzilismy, ze M. w pracy to wydrukuje, a ja siade w godzinach wlasnej roboty. Tym bardziej, ze dopiero co na szkoleniu mowili, ze w dni wolne mozna pracowac wylacznie za pozwoleniem szefa i lepiej nawet sie nie logowac w komputerze. Kolejna dziwna zasada federalnej pracy, bowiem normalnie szefostwo ronilo by lzy wdziecznosci gdyby ktos dobrowolnie harowal w weekend. Albo wrecz domagal sie zeby cos konczyc po godzinach. A tu - nie wolno. ;) A na wieczor sie podlamalam. Siadlam bowiem znow do kempingow. Ten, na ktory jezdzimy zawsze na majowy dlugi weekend, pokazywal dzien wczesniej, ze rezerwacje mialy sie zaczac w niedziele. Wchodze, a tam teraz pokazuje, ze w poniedzialek. Zglupialam i zaczelam szukac na stronie o co chodzi. Doczytalam, ze z powodu remontow, opozniaja otwarcia rezerwacji. No dobrze; przynajmniej wiem o co chodzi. Tyle, ze na ten kemping mozna robic rezerwacje na dwa sposoby - na ogolnokrajowej stronie i lokalnie - na stronce tamtego stanu. I teraz, jedna pokazuje ze nowe wiadomosci pojawia sie 1 marca, a druga, ze... 31. :D I badz tu czlowieku madry! Aha! Jeszcze Nik przypomnial sobie, ze zostal wybrany na jakis krajowy test w szkole. Nie stanowy, bo te maja co roku, tylko na cale Hameryke. O rany... Mysle, ze to jego wybrany, to raczej "wylosowany", bo szkola raczej wybralaby jakichs prymusow, a Mlodszy sie do nich zdecydowanie nie zalicza. ;) Mam tylko nadzieje, ze nie przyniesie szkole, ani naszemu Stanowi wiekszego obciachu. :D
Poniedzialek to swieto, President's Day, ktore jednak obchodzone jest glownie przez urzedy stanowe i federalne, szkoly, banki oraz poczte. Oznaczalo to, ze zarowno ja, jak i Potworki mielismy wolne, ale M. normalnie pracowal. Trojka z nas mogla wiec sie wyspac i wylegiwac w lozku. Kiedy w koncu sie zwloklam, po sniadaniu wstawilam kawe, po czym zabralam syna na wyczekane i wyproszone strzyzenie. Zeby nie bylo, oboje z M. juz od dlugiego czasu pytalismy czy chce sie obciac, bo zarosl i odpowiedz ciagle byla, ze "jeszcze nie", "narazie jest ok", itp. W koncu wiec machnelismy reka, ze sam poprosi jak sie zdecyduje. No i nadszedl ten czas, tylko ze teraz oczywiscie wszystko bylo "juz, zaraz, natychmiast". Poniewaz z czasem jestesmy na bakier, wiec minelo kilka tygodni i w koncu stwierdzilam, ze moze wlasnie w dlugi weekend. Zebralismy sie wiec z synem i pojechalismy, choc nie obylo sie bez potkniec. Fryzjer, do ktorego zwykle jezdzilismy, zrobil sobie wolne. Pojechalismy wiec do salonu z sieci, gdzie kiedys Mlodszego niezle obcieli (wedlug mnie), choc on sam marudzil ze za krotko. Niestety, pewnie przez to ze sporo osob mialo wolne, akurat jedna osoba byla strzyzona, kolejna siedziala w poczekalni, a pani oznajmila ze nie ma miejsc i zeby przyjechac po 14:30. Nie wiem dlaczego byla sama w wielkim salonie, ale trudno. Postanowilam zostawic decyzje synowi, choc samej nie bardzo usmiechalo mi sie wracac tam za niecale 3 godziny. Nie lubie takiego jezdzenia w kolko, no. ;) Nik jednak podzielal moje zdanie, ze chce tez skorzystac z wolnego dnia, a nie jezdzic w te i spowrotem. Bylismy blisko miejsca z bubble tea, wiec pojechalismy, po drodze zastanawiajac sie co robic. Traf chcial, ze na placu obok minelismy miejsce, ktore wygladalo na fryzjera, choc nazwa byla nieco mylaca. Kiedy czekalismy na herbatki, udalo mi sie ich znalezc w necie i okazalo sie, ze to jeden z kolejnej sieci salonow. Takie sieci sa raczej znane z niezbyt porywajacych rezultatow, ale Mlodszy byl zdesperowany, a okazalo sie, ze tam mozna sie bylo zapisac przez internet i czas oczekiwania wynosil 16 minut. Szybko wiec Kokusia wpisalam i po odebraniu napojow, pojechalismy. I trzeba przyznac, ze syn trafil niesamowicie, bo nie dosc, ze wzieli go z miejsca, to jeszcze dziewczyna byla mloda i sympatyczna. Dopytywala Mlodego jak chce miec kudly przyciete, podcinala po trochu, pytajac czy jeszcze, czy zostawic, i choc raz Nik wyszedl zachwycony fryzura!
Ja zas bylam zadowolona, ze mamy to z glowy i mozemy spokojnie wrocic do domu. Tam, jak to w chalupie, caly czas cos. Poskladac pranie, cos tam ogarnac, odgrzac obiad dla mlodziezy...Wrocil M. i chwilke posiedzielismy razem, ale po chwili zaczelam sie z dzieciakami zbierac, bowiem zauwazylam, ze w klubie, do ktorego nalezymy, otworzyli w koncu jazde na lyzwach na stawie. Swoja droga to zastanawia mnie, dlaczego jak mielismy potezne mrozy, to staw byl nieoczyszczony ze sniegu i jazdy na nim nie bylo, a teraz, jak przyszla odwilz i wszystko sie pomalu topi, nagle mozna jezdzic po nim na lyzwach. Dla mnie to jakies totalne zaprzeczenie logice... Spytalam Potworki czy chca pojezdzic i chcieli, bo pamietali z zeszlego roku, ze to byla niezla frajda. Okazalo sie jednak, ze lod owszem, oczyscili ze sniegu, ale go praktycznie nie wyrownali. Strasznie duzo bylo nierownosci i jakichs wyrw w lodzie.
A ze jakims cudem to byl w tym roku nasz pierwszy (i pewnie ostatni) wypad na lyzwy, to jezdzilismy jak ostatnie mimozy, szczegolnie ja. Potworki w koncu zlapaly wiecej pewnosci, do tego stopnia, ze przyniesli z szopki kijki oraz krazek i zaczeli grac w hokeja, choc zadne nigdy nie mialo okazji sprobowac tego sportu. :D
Musze przyznac, ze potrzebne bylo mi to wyjscie. Dotlenilam sie i fajnie spedzilam czas, nie mowiac juz ze rozruszalam troche stare miesnie. Po powrocie wrocilam do domowego kieraciku, czyli poskladalam kolejne pranie, zmienilam i wstawilam posciel u nas, itd. Nie ma ze sie czlowiek ponudzi. ;) Potworki mialy kolejny dzien na leniuchowanie, ale dla mnie dlugi weekend sie konczyl. Na szczescie nie musialam sie jakos szczegolnie szykowac do kieratu, bowiem kontynuowalam (prawie) calodzienne wirtualne szkolenia z domu.
We wtorek budzik zadzwonil o 7, choc mialam straszne problemy zeby sie dobudzic. Troche pomoglo to, ze nie bylam sama. Do Kokusia napisal dzien wczesniej kolega, czy chcialby wybrac sie z jego rodzina na narty. Wiadomo, ze na mysl o szusowaniu Mlodszemu zaswiecily sie oczy, choc pol wieczora przezywal, ze "chce jechac, ale tez chcialby spedzic caly dzien grajac w Minecraft". Ostatecznie zostal przy nartach, bo nie dosc ze to jego ulubiony sport, to jeszcze z najlepszym kumplem, ktory juz za niecale 2 tygodnie sie przeprowadza... Mnie z kolei cieszylo, ze mama kolegi byla opiekunka w klubie narciarskim w szkole Bi i dostala kupe darmowych karnetow, wiec nie musialam za syna placic; dalam mu tylko kase na jedzenie. Przyjezdzali jednak po niego juz o 8:45, wiec Nik tez musial wstac krotko po 7, bo dzien wczesniej nie chcialo mu sie nawet spakowac plecaka. Pomalu zabieralam sie za prace, a w miedzyczasie syn wyszykowal sie i pojechal.
Ja zasiadlam do tego raportu dla oddzialu etyki, bo zostalo mi juz tylko 1.5 tygodnia na skonczenie. O luuuudzie, ile to zajmuje czasu! Niby wcale M. nie ma tych akcji tak strasznie duzo, ale wypisywanie kazdej, jej kodu, zaznaczanie czy jest tylko jego czy dzieciaki (im malzonek tez zalozyl konta, zeby zbierala sie kasa na studia) tez ja maja, ilosc przydzialow, kwota... Jeszcze mialam kilka pytan co trzeba zglosic, a co nie i spedzilam nad caloscia ponad dwie godziny. :O Okazalo sie przy okazji, ze M. ma tez w pracy takie troche dziwne (nie wiem jak to opisac) konto z akcjami gieldowymi i pani z informacji odpowiedziala, ze tak, to tez trzeba zglosic. Suuuper... ciesze sie niezmiernie. :/ Nie zdazylam, bowiem musialam zasiadac na szkolenie. Ktore bylo rownie nudne jak zwykle, ale o dziwo panie zmiescily sie idealnie w czasie. W dodatku, tego dnia bylo ono jakies krotsze i skonczylo sie okolo 15:20. Zostalo mi wiec troche czasu zeby dokonczyc jedno z tych wirtualnych lekcji, ktore przerabiam samodzialnie. Zostal mi wlasciwie tylko test i choc nie robilam sobie wiekszych nadziei, to zdalam go za pierwszym razem. ;) Zostala mi wiec tylko jedna "lekcja" z tych, ktore musze zaliczyc w trybie pilnym. Pozniej siadlam i wklepalam te akcje gieldowe M., ktorych nie zdazylam rano i akurat skonczyl sie moj oficjalny dzien pracy. Szkoda, ze to nadal nie koniec tego raportu, ale juz widac swiatelko w tunelu. Te akcje to byla chyba najbardziej czasochlonna rzecz do wpisania. Myslalam, ze Nik wroci z nart zanim skoncze pracowac, ale okazalo sie, ze dzieciarnia (kolega Kokusia ma troje rodzenstwa, a jeden z braci tez wzial kolege) tak dobrze sie bawila, ze jezdzili do 16, wiec w domu byl dopiero przed 17. Oczywiscie wrocil wykonczony, bo nieprzyzwyczajony jest do calodniowego szusowania. W takim razie, nie bylo mowy zeby jechal na basen, a Bi strzelila focha, ze dlaczego ma jechac sama. Ostatecznie machnelismy reka, bo nam tez srednio chcialo sie ruszac z chalupy.
Sroda to juz dla Potworkow powrot do szkoly. Takie to nasze "ferie", ze trwaja 4 dni. :D Oczywiscie mnostwo bylo ciezkiego wzdychania i krecenia sie w kolko. Po poludniu okazalo sie, ze Nik zapomnial spakowac jedzenia, bo... odzwyczail sie od przygotowywania przekasek. ;) Poniewaz nadal mialam miec szkolenie z domu, wiec zawiozlam rano Potworki oraz sasiadke do szkol. Potem wrocilam, zjadalm sniadanie, ogarnelam sie i zasiadlam do pracy. W koooncu skonczylam to cholerne sprawozdanie dla dzialu etyki. Ciekawe teraz kiedy je sprawdza i odesla liste pytan i restrykcji, bo na pewno sie bez tego nie obejdzie... Pozniej zaczelam kolejna, wirtualna "lekcje", ale jej nie skonczylam, bo musialam sie laczyc na szkolenie. To byl niestety jeden z tych dni, kiedy trzymali nas do godziny 16:30, z tylko krotkimi przerwami... Wrocil do domu Nik (na szczescie akurat mialam jedna z przerw, wiec odgrzalam mu obiad), wrocili M. z Bi., a ja dalej tam kwitlam. Przez chwile nawet malzonek usiadl kawalek obok (zeby go nie widzieli) i sie przysluchiwal. :D Wreszcie skonczylismy i przez wiekszosc wieczora bylam juz nie do zycia, bo lepetyna mnie rypala. M. zreszta tez, wiec moze cos bylo po prostu w powietrzu. ;)
W czwartek pobudka tak samo jak w poprzednie dni. Zawiozlam Potworki do szkol, tym razem bez sasiadki, bo jej mama napisala, ze ta... jest chora i zostaje w domu. Swietnie po prostu, bo dzien wczesniej wiozlam ja z nami w aucie i na bank juz rozsiewala zaraze. :( Wrocilam, zjadlam sniadanie, ogarnelam sie nieco i zasiadlam zeby dokonczyc ostatnie wirtualne szkolenie. Po nim planowalam zaliczyc akcje pt. lapanie siuskow psiura. Nie pamietam czy pisalam (a nie chce mi sie grzebac), ale ostatnio cos znalezli w moczu i Maya dostala antybiotyk na 10 dni. Skonczyla go, ale zanim przepisze tabletki na popuszczanie, pani weterynarz uparla sie sprawdzic jej mocz kolejny raz. Zalamac sie mozna, bo tabletki zaraz sie skoncza, wszystko znow bedzie zasikane, a wet wymysla... Ciekawe tylko co wykombinuje jesli znow cos znajda. Nic tylko wybudowac psu bude na podworku, bo naprawde serdecznie dosc mam ciaglego wycierania kaluz i poslania smierdzacego szczynami. :/ Tak czy srak, plany planami, a tymczasem nagle wskoczylo mi zawiadomienie, ze mam... meeting! Wczesniej zle spojrzalam i myslalam ze bedzie w przyszlym tygodniu, a tu taka niemila niespodzianka. Zanim uporalam sie z testem na koniec "lekcji", wlasciwie czas bylo sie laczyc. To comiesieczne spotkanie i pamietam ze poprzednie trwalo ledwie pol godziny, wiec stwierdzilam ze miedzy nim, a szkoleniem, pojde pochodzic za psiurem z tacka. Taaa... Tym razem trwalo 45 minut, wiec zostal mi kwadrans. Mialam odpuscic, ale stwierdzilam, ze sprobowac nie zaszkodzi. Tak w ogole, to pani doktor mnie wkurzyla, bo poprzednio dostalam tacke i sterylny pojemniczek, a tym razem nic. Kiedy napisalam ze nie mam "akcesoriow", odpisano mi ze mozna umyc obojetnie jaki pojemnik. Zaczelam sie glowic, co jestem sklonna "poswiecic", bo wiadomo ze niczego po psich siuskach juz nie uzyje. W koncu wzielam plastikowy pojemnik po jakims gotowym daniu, a za tacke rozcielam dwuskrzydlowy plastik po ciastkach. Na szczescie zdalo to egzamin. I cale szczescie, ze tym razem Maya wspolpracowala i tylko kilka minut krecila sie w kolko nie wiedzac dlaczego jest na smyczy na wlasnym ogrodzie. ;) Ledwie uporalam sie z tym paskudnym zadaniem, wstawilam pojemniczek do lodowki i popedzilam laczyc sie na szkolenie. tego dnia bylo na szczescie nieco krotsze i zakonczylo sie dokladnie w momencie kiedy do domu wszedl M. z Bi. Mialam jechac z pojemniczkiem do weta, ale M. zaoferowal ze pojedzie, wiec zbytnio nie protestowalam. Ja w tym czasie zabralam sie obieranie i gotowanie ziemniakow oraz jaj na twardo, bo mielismy zurek, ale jesc czysta zupe, to tak nie bardzo. ;) Za badanie siurow, wet zazyczyl sobie prawie $70. Normalnie fortuna idzie na tego psa, a nadal niczego konkretnego nie zdiagnozowali, nie mowiac o przedluzeniu recepty. Po poznym obiedzie posiedzielismy chwile na kanapie, po czym na 19 zawiozlam syna na ostatni (w koncu!) trening koszykowki. Malzonek za chwile poszedl spac, wiec pozniej po Kokusia pojechalam. Mlodszy szybko wzial prysznic, co mnie smieszy, bo jeszcze kilka miesiecy temu nie mozna go bylo zagonic do kapieli. Albo przypominalo mu sie po 10 razy, a on przewracal oczami i ciezko wzdychal, albo obliczal zeby kapac sie maksymalnie 2x w tygodniu. A obecnie, sam z siebie, bierze prysznic niemal codziennie, zdecydowanie czesciej niz siostra. Az M. zaczal go podpytywac czy ma jakies ladne dziewczyny w klasie, ale poki co syn stanowczo odmawia rozmow na ten temat. :D
Piatek zaczelam tak samo jak przez ostatnie 1.5 tygodnia, czyli nieco pozniej niz przy jezdzie do biura, a za to zawozac dzieciaki do szkol. Tego dnia sasiadka cudownie "ozdrowiala" i zabrala sie z nami. Nie musielismy jednak taszczyc nart Kokusia, bo klub narciarski sie wreszcie skonczyl. Rozwiozlam mlodziez i wrocilam do domu, gdzie szybko zjadlam sniadanie i umylam sie, po czym zasiadlam do komputera. Za oknem za to zaczal padac snieg i sypal az milo. Najsmieszniejsze, ze i moj telefon i komputer uparcie pokazywaly, ze pada deszcz. Po 2-3 godzinach opad faktycznie przeszedl w deszcz ze sniegiem, ale w miedzyczasie zdazyla napadac porzadna warstwa sniegu.
Pierwsze dwie godziny pracy smignely w sumie szyko i znow musialam laczyc sie na szkolenie. Po tylu dniach wszyscy juz pomalu mieli dosc. Niby mielismy miec wlaczone kamery, ale jedna dziewczyna miala swoja wylaczona caly dzien, a i inni co chwila wylaczali na chwile, albo wpisywali ze ida do lazienki. Ewidentnie kazdy marzyl juz o koncu, mnie w to wlaczajac. ;) Niestety, mimo ze ostatni dzien, mimo ze piatek, trzymali nas niemal do 16. :/ A jeszcze, w miedzyczasie, pisalam maila bo przypomnialo mi sie, ze na treningu "wyjazdowym" musi mnie ktos odebrac z lotniska. Mialam wyslac wiadomosc podstawowymi informacjami, jak imie, data i godzina przylotu, itd., i dostac potwierdzenie. Wyslalam i... dostalam w odpowiedzi rozklad jazdy busa do tego miejsca. Ani zadnego tlumaczenia, ani nawet jakiegos slowa przywitania, tylko wklejona tabela. Mialam juz odpisac z sarkazmem, ale ugryzlam sie w klawiature, podziekowalam za grafik i spytalam czy musze wybrac o ktorej chce byc odebrana, czy busy przyjezdzaja po prostu co godzine. Odpowiedz byla jednozdaniowa, ze autobus jest co godzine. Ani hello, ani do widzenia, ani pocaluj mnie w doope. Jak tak bedzie wygladala wspolpraca ze wszystkimi tam, to ja dziekuje... Kiedy juz skonczylam szkolenie, szybko jeszcze posprawdzalam co i jak, po czym wylogowalam sie, przebralam i popedzilam na zakupy. Zabrala sie ze mna oczywiscie nieodlaczna Bi. Typowa baba - kocha zakupy, nawet jesli to tylko spozywka. Wrocilysmy i po rozpakowaniu toreb, popedzilam pod prysznic, po czym moglam juz grzac sie przy kominku, ktory rozpalil M. I cieszyc nadchodzacym weekendem; szkoda, ze tym razem juz tylko 2-dniowym. ;)







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz