Nie do wiary jak ten czas zapie*rza...
W sobote, 21 lutego, niestety dlugiego spania nie bylo. Nik mial ostatni mecz koszykowki i gdzie caly sezon mecze mieli o calkiem fajnych porach, tak ten wyznaczony byl juz na 9 rano. To oznaczalo pobudke o 7 i jedyne pocieszenie, to ze klub narciarski sie skonczyl, wiec nie byl czlowiek obolaly po piatkowym szusowaniu. ;) Choc mam wrazenie, ze w tym roku i koszykowka i narty sie strasznie ciagnely... W kazdym razie, jakos sie czlowiek zwlokl z wyrka, zebral i pojechal. Jeszcze, po sniegu z deszczem poprzedniego popoludnia, w nocy wszystko zamarzlo i choc ulice solidnie sypali, to nasz podjazd wygladal nieciekawie i martwilam sie jak beda wygladaly drogi w reszcie miasteczka. Wyslalabym na mecz M. (wstyd po prostu, ze nie byl na ani jednym), ale akurat jechal na wizyte u lekarza (spokojnie, tylko kontrola), wiec pojechalam sama, nerwowo obgryzajac pazury. Zartuje, nie obgryzam, ale troche sie denerwowalam. ;) Okazalo sie, ze niepotrzebnie, bo choc parking pod szkola byl nieco sliski, to ulice drogowcy doprowadzili do przyzwoitego stanu. Mecz byl intensywny. Nasze chlopaki bardzo szybko zlapali kilka punktow przewagi i wydawalo sie, ze wygrana maja jak w banku. W polowie meczu jednak, przeciwna druzyna sie z nimi zrownala i potem przez jakis czas szala zwyciestwa przechylala sie raz na jedna, raz na druga strone.
To spowodowalo, ze zespol Kokusia zaczal grac strasznie desperacko i za szybko. Podawali sobie pilke oraz celowali niedbale i w pospiechu. Zabraklo tez jednego z najlepszych zawodnikow (syna trenera), ktory w miniony weekend, na snowboardzie doznal pekniecia kosci w kostce i obecnie chodzi w bucie ortopedycznym i o kulach. :O W rezultacie zaczeli ciagle pudlowac i w koncu przegrali 37:41. Szkoda, ze akurat ten ostatni mecz skonczyl sie przegrana, ale bywa i tak. Mlodszy w kazdym razie zupelnie sie nie przejal. Pojechalismy do domu, zahaczajac po drodze po Dunkin' bo syn chcial "uczcic" koniec sezonu. W domu chwila na wypicie kawy, bo rano nie zdazylam, po czym zabralam sie za odkurzanie i mycie podlogi na gorze i zagonilam Potworki do zrobienia tego w swoich pokojach. Pozniej bylo troche oddechu, po czym pojechalismy do spowiedzi. Troche wczesnie przed Wielkanoca, ale wiem, ze pozniej moge nie zdazyc. Potem przejechalismy prosto na msze w naszym "zwyklym" kosciele, wiec w domu bylismy w miare wczesnie. Wstawilam zmywarke oraz pranie, ale piec na przyjazd taty nie musialam, bowiem Bi zabrala sie za przygotowanie brownies. :)
Niedziela zaczela sie w koncu dluuugim spaniem. Od poprzedniego dnia, zaczeto zapowiadac jakis istny armagedon i rekordowa zamiec sniezna, ale ta miala sie zaczac wieczorem. Jakie bylo wiec moje zdziwienie, kiedy wstalam i okazalo sie, ze juz proszy snieg. I tak popadywal sobie caly dzien, ale nie osiadal, bo mielismy +2 stopnie. Dziadek wiec jednak przyjechal i posiedzial nawet dluzej niz zwykle. Musialam mu ustawic nowy komputer, a poza tym czekal az Nik... upiecze babke na oleju. Brownies to dla Mlodszego bylo najwyrazniej za malo i stwierdzil ze machnie swoje ulubione ciasto. Przy okazji wkurzajac mnie, bo co chwila wolal o pomoc, a ja najpierw sleczalam nad laptokiem taty, a potem ogladalam skoki. Cofnelam bowiem do poniedzialkowego srebrnego medalu zdobytego w parach, ale przez Kokusia malo co z tego konkursu wiem. :/ Dziadek pojechal tuz przed 16, akurat kiedy temperatura zaczela spadac i snieg pomalu zaczynal osiadac. Podjechal po drodze do sklepu i potem napisal mi, ze polki byly doslownie wymiecione. Ludzie znow rzucili sie jakby mieli utknac w domu przez tydzien, a nie jeden dzien. Dobrze, ze prognozy sie skrystalizowaly w sumie w ostatniej chwili i jeszcze w piatek wydawalo sie, ze zamiec nad ominie, bo inaczej moje zakupy tez skonczylyby sie na pustych polkach i frustracji. ;) Juz wczesnym popoludniem przyszedl mail, ze lekcje kolejnego dnia sa odwolane. Pol godziny pozniej dostalam na sluzbowego maila wiadomosc, ze biura w Nowej Anglii (moje tez) sa w poniedzialek zamkniete i ludzie maja albo pracowac zdalnie, albo wykorzystac dzien urlopu. Zastanawialam sie co powinnam zrobic, bo z jednej strony dzien wolny byl kuszacy, ale poki co uzbieralam sobie zawrotne 1.5 dnia, wiec szkoda bylo mi zuzywac 2/3. :D Z drugiej strony, jako nowej, niby nie wolno mi narazie pracowac zdalnie, choc nie wiem czy ktos to az tak skrupulatnie sprawdza. Myslalam, ze moj szef moze wysle jakies wskazowki, ale sie ich nie doczekalam. Wieczor minal na typowym domowym kieracie, czyli wstawic zmywarke, poskladac pranie i wlaczyc kolejne, itd. Patrzylismy tez za okno, gdzie snieg padal coraz mocniej i warstwa sie systematycznie pogrubiala, ale poki co nie bylo wiatru, a ten zapowiadali huraganowy. Do samego wieczora jednak wichury nie bylo, wiec mielismy sniezyce, ale bez zamieci. Co mnie wcale nie martwilo, bo przy ciezkim, mokrym sniegu, bylo spore ryzyko awarii pradu, a to ostatnie czego bym sobie zyczyla...
W poniedzialek Potworki mogly spac do woli, ale ja zrywalam sie o 7:15, zeby sie dobudzic i doprowadzic do porzadku przed spotkaniem z szefem o 8:30. Sama nie wiem po co, ale spytalam go, co powinnam robic z tym dniem i po krotkim zastanowieniu sie, stwierdzil ze faktycznie, jako nowa osoba, powinnam wziac wolne. No to po spotkaniu wylogowalam sie i cieszylam urlopem. Od rana juz niestety potwornie wialo i caly czas sypalo. Przez wichure wszedzie tworzyly sie zaspy, wiec ciezko bylo stwierdzic ile napadalo sniegu, ale tak na oko juz bylo 20-25 cm.
Maye musialam doslownie wypchnac na zewnatrz, bo snieg zawiewal az pod frontowe drzwi i psiur odmawial wyjscia na siusiu. :D Karmnik byl caly zasypany (zapomnialam go sciagnac), ale od tylu, gdzie wisiala klatka z kostka nasion w tluszczu, jakies uparte dziecioly nadal probowaly sie pozywic.
Skoro zyskalam kolejny dzien "weekendu", postanowilam przynajmniej spedzic go pozytecznie. Rozladowalam zmywarke, poskladalam pranie, wstawilam kolejne i zabralam sie za dlugo odkladane szorowanie lodowki. To chyba jedno z najgorszych obowiazkow w domu. Nienawidze tego robic. Pozniej mialam sprzatac kuchnie, ale Bi postanowila zabrac sie za tacos, wiec mialam chwile przerwy. Wiedzialam, ze sprzatanie przed jej kucharzeniem nie ma najmniejszego sensu i sie nie pomylilam. ;) Zamiast tego, wzielam sie za scieranie kurzy. W miedzyczasie Nik ubral sniegowe ciuchy i poszedl sie tarzac. Liczylam, ze moze bedzie mial ochote poodsniezac, ale gdzie tam.
Przynajmniej doniosl drzewa do kominka, bo wieczor mial byc wietrzny i zimny, a trening odwolano (bo musieli odsniezyc parking), wiec pomyslalam, ze fajnie bedzie sie powygrzewac. Kiedy Starsza skonczyla pichcic, zjedlismy te jej tacos'y, ktore wyszly naprawde pyszne, po czym wreszcie zabralam sie za kuchnie. Wrocil z roboty M., bo jemu oczywiscie zamiecie nie przeszkodza w zarobieniu kasy i zdal raport, ze po poludniu glowne drogi byly juz calkiem przyzwoicie oczyszczone. Mimo wszystko, sporo miejscowosci w naszym Stanie oglosilo zamkniecie szkol kolejnego dnia, wiec Potworki czekaly z zapartym tchem na jakies wiadomosci u nas. Doczekali sie, ale nie do konca takiej wiadomosci, na jaka liczyli, bo lekcje zostaly "tylko" opoznione o 2 godziny. :D Ja niestety mialam juz jechac normalnie do biura, ale przez opoznienie wiedzialam ze nie dam rady Potworkow odwiezc, wiec napisalam do sasiadki ze tym razem to oni beda musieli dziewczyny zabrac. Malzonek zaraz po powrocie zabral sie za odsniezanie, wiec ja i Potworki wyszlismy zeby mu pomoc. Snieg byl ciezki, wiec M. wzial odsniezarke i przejechal nia podjazd oraz chodnik, a nasza trojka wspolnie oczyscila kostke oraz schody.
Robota byla straszna, bo napadalo tak z 30 cm, ale miejscami nawialo wiecej, a ze tym razem nie bylo puchu, tylko mokry, klejacy ciezar, wiec nie dalo sie nabierac na szufle calej grubosci. Rozkladalam na mniej wiecej dwa razy, ale i tak ramiona i plecy protestowaly. Okazalo sie przy okazji, ze kiedy dzien wczesniej spadla temperatura wszystko momentalnie zamarzlo i teraz na powierzchniach byla taka cieniutka warstwa lodu. To sprawialo, ze kiedy zapieralam sie zeby nabrac szufle, odjezdzaly mi nogi. :O Jakos dalismy rade; odgarnelam tez sciezke na tarasie, od drzwi do karmnika, choc ptaszydla jeszcze nie wiedza ze zostalo im tylko kilka dni dokarmiania. Zazwyczaj juz 1 marca w wiadomosciach grzmia, zeby posciagac karmniki, bowiem przyciagaja one niedzwiedzie... Po powrocie do chalupy, po kolei wszyscy ruszalismy pod prysznic, a M. rozpalil w kominku. A wieczorem musialam wyciagnac sniadaniowke i szykowac sie na powrot do biura. Nie bylo mnie tam prawie 2 tygodnie i w sumie sie odzwyczailam. :D
Wtorek rozpoczelam o wschodzie slonca, bo mamy taka pore roku, ze akurat kiedy sie przebudzam, horyzont robi sie rozowy i po chwili pojawiaja sie pierwsze sloneczne promienie. Szkoda, ze u nas juz za 1.5 tygodnia zmieniamy czas i znow rano bedzie przez jakis czas ciemno... :( Dzien wczesniej dostalam sluzbowego maila, ze ponownie mozna bylo pracowac zdalnie lub wziac wolne. Ja oczywiscie zdalnie oficjalnie pracowac nie moglam, a zeby wziac wolne, nie mialam wystarczajaco uzbieranych godzin. Poniewaz jednak juz dzien wczesniej M. mowil ze glowne drogi sa ok, wiec pojechalam do biura. Potworki wstaly zaraz po 7, choc nie musialy tak wczesnie, wiec udalo mi sie z nimi pozegnac przed wyjsciem. Coz... Malzonek mowil o glownych drogach, ale "zapomnial" wspomniec, ze te boczne byly w strasznym stanie. Jechalam doslownie 10 km/h, a na zakretach auto mi pieknie zarzucalo. Zastanawialam sie czy szkol nie zamkna, ale jednak uznali ze autobusy jakos przejada. Ja tez przejechalam bez wiekszych problemow, bo faktycznie, autostrada byla czysciutka. W biurze oczywiscie pustki, bo wszyscy skrupulatnie skorzystali z mozliwosci pozostania w domu. Nawet druga nowa dziewczyna, ktora napisala mi, ze jej szef nie robi problemu skoro warunki sa kiepskie, a biura i tak oficjalnie zamkniete. To "super". Jak widac, moj szefunio to naprawde sluzbista. :/ Dzien jakos zlecial i w koncu wyruszylam do domu. Zaleta tego, ze sporo szkol w okolicy bylo nadal zamknietych, bylo to, ze na drogach panowal wiekszy luz i choc raz nie utknelam w popoludniowych korkach. W domu za to czlowiek zjadl, dychnal po robocie i czas byl na trening Potworkow. Tu jednak mi sie udalo, bo M. ponownie podjal probe powrotu do regularnych cwiczen, wiec wzial mlodziez i poszedl na silownie. To dalo mi chwile spokoju, choc wykorzystalam ja m.in do poskladania prania, zamiast relaksu. ;) Tuz przed powrotem reszty, piknely kamery. Zdziwilam sie, bo nie slyszalam zeby otwieral sie garaz. Spojrzalam w telefon, a tam przeszedl sobie taki gosc:
Po powrocie, Nik polecial pod prysznic, a oboje z Bi zastanawiali sie co bedzie ze szkola kolejnego dnia. Prognozy zapowiadaly kolejne opady sniegu, tyle ze o dosc nieszczesliwej porze. Mial przejsc krotki, ale intensywny front, z opadami od ~5 do 9 rano. Czyli akurat w porze porannych godzin szczytu. Oczywiscie nikt nie wiedzial ile napada, a przewidywania wahaly sie od okolo 3 do 8 cm. Jak to w naszej miejscowosci bywa, kladlismy sie do lozek nadal nie wiedzac co i jak.
W srode wstalam jak zwykle kiedy jade do pracy i po spojrzeniu na telefon, okazalo sie, ze o 5:08 przyszed sms, ze szkoly maja 2-godzinne opoznienie. Cale szczescie, ze go przespalam. ;) Kiedy wstalam, zwatpilam. Snieg sypal jak glupi i juz byla warstwa na wszystkich, dopiero co odsniezonych w poniedzialek, powierzchniach. :/ Uznalam, ze poniewaz pozniej mialo przestac padac, to pojade do biura jak plugi beda juz jezdzic i Potworki wyrusza do szkol. Wrocilam wiec do lozka na 1.5 godzinki. :) Niestety, kiedy ponownie wstalam, za oknem wygladalo jeszcze gorzej. Na ziemi gruba warstwa sniegu i dalej sypalo az milo.
Zaczelam sie jednak szykowac, bo nie widzialam innego wyjscia. Akurat dostalam smsa od sasiadki, ze moze zabrac dziewczyny do szkoly i mialam jej odpisac ze ja tez moge bo jade do pracy pozniej, kiedy telefon zadzwonil z wiadomoscia, ze... placowki edukacyjne beda jednak zamkniete. :O Przynajmniej jeden problem z glowy. Potworki odtanczyly oczywiscie taniec radosci, mimo ze oboje byli juz ubrani i wlasciwie wyszykowani. :D Ja za to patrzylam z niepokojem za okno, zastanawiajac sie co robic. Napisala do mnie ta nowa dziewczyna z biura, ze ona zostaje w domu, bo drogi wygladaja strasznie, a jej szef zupelnie nie robi problemu jesli pogoda nie sprzyja. Szczesciara. Krecilam sie patrzac co chwila za okno, az dostalam wiadomosc, ze za kwadrans mialam meeting! Przez ten caly snieg, zupelnie o nim zapomnialam. Stwierdzilam, ze polacze sie i zobacze jakie beda warunki po nim. Spodziewalam sie szybkiej rozmowy "zapoznawczej", a tymczasem siedzialam z kobieta przez 1.5 godziny! :O Gdzies pod koniec naszej rozmowy, faktycznie przestalo sypac, tylko ze skonczylysmy o 11. Uznalam, ze jazda do biura o tej porze to zwykle marnowanie czasu i zostaje w domu. Jesli szef jakos dowiedzialby sie, ze nie ma mnie w biurze, powiedzialabym ze sypal snieg. I najwyzej wzielabym te kilka dodatkowych godzin wolnego, choc wolalam je "chomikowac" na pozniej... Urzadzilam wiec sobie stanowisko pracy na kanapie w salonie i bylo mi calkiem milutko. ;) Dni w domu, nawet pracujace, mijaja znacznie szybciej niz te w biurze, wiec ten tez zlecial ekspresowo. W ktoryms momencie stwierdzilam ze wyjde odgarnac to, co nam napadalo. Okazalo sie jednak, ze poza kostka tuz przed frontowym wejsciem, gdzie praktycznie nie dochodzi slonce, wszystko stopnialo, bo mielismy temperature plusowa. Po powrocie M. z pracy, napalilismy w kominku bo jak to w srody, nigdzie nie jechalismy i pozostal tylko lekki domowy kieracik. Wieczorem Bi sprawdzala obsesyjnie prognozy i wzdychala ciezko ze nie zapowiadaja kolejnego sniegu. A przeciez i tak dostali bonusowe dwa dni wolne w tym tygodniu! :D
Poniewaz moj szef to albo sluzbista, albo strachajpupa, zastanawialam sie co robic w czwartek. Na popoludnie mialam umowionego fryzjera, tyle ze moja fryzjerka powiedziala ze na taka wieksza robote, z cieciem oraz balejazem, musze przyjechac najpozniej o 15. Poczatkowo planowalam byc w biurze poniedz - sroda, a w czwartek i piatek pracowac z domu i po prostu porzucic kompa troche wczesniej. Snieg popsul mi plany, a w dodatku okazalo sie, ze szefunio przestrzega zasad co do joty, wiec w czwartek musialam przyjechac do biura. Poczatkowo zastanawialam sie czy nie poprosic o dwie godziny urlopu, ale zostalo mi ich tylko 5, wiec szkoda mi bylo zuzywac kolejnych. Ostatecznie stwierdzilam ze przyjade na 7 i wyjde wczesniej, bez brania wolnego. Na maile moge ostatecznie odpowiedziec z telefonu. A potem w biurze okazalo sie, ze byla ta druga nowa dziewczyna i przekazala, ze po pierwsze, jej szef twierdzi, ze praca z domu z powodu pogody nie podlega takim normalnym zasadom, a po drugie, ona poprosila o prace zdalna na kolejny dzien i bez problemu sie zgodzil, mimo ze teoretycznie nam nie wolno. Czyli to tylko moj taki "sztywniak". :/ W kazdym razie, w biurze byly prawie "tlumy", bo poza mna oraz kolezanka jeszcze jeden chlopak oraz ktos z dzialu zywnosci. :D Dzien zlecial szybko, glownie dlatego ze "ucieklam" wczesniej niz zwykle. Pojechalam prosto do fryzjera, gdzie spedzilam niestety calutkie 3 godziny... Efekt jest bardzo zadowalajacy, ale zapomnialam zrobic zdjecia "przed", wiec nie ma sensu wrzucac "po", bo i tak nie ma go z czym porownac. ;) Do domu dojechalam akurat kiedy M. wychodzil z Potworkami z domu, bo wiozl ich na trening. Sam na silowni nie zostawal, bo nadal byl polamany po wtorku. Zaraz po powrocie pomaszerowal spac, a ja pozniej po mlodziez pojechalam.
Udalo mi sie nawet popatrzec na kilka minut treningu. Po powrocie oboje popedzili pod prysznic, a pozniej trzeba sie bylo szykowac na kolejny dzien.
Piatek to pobudka o normalnej porze i jazda do roboty na 8, z podrzuceniem po drodze dzieciakow (+ sasiadki) do szkol. W pracy wielkie poruszenie, bowiem wyjazdowy trening, na ktory wszyscy sie szykowali, zostal znienacka odwolany. Najlepsze, ze maila zawiadamiajacego o odwolaniu wyslali do uczestnikow, ale ani szefostwo, ani nawet instruktorzy (!) nic nie dostali i dowiedzieli sie dopiero od nas. :O Oczywiscie wszystko znow przez klotnie w rzadzie i blokowanie budzetu. Miejsce, do ktorego mielismy jechac, nalezy formalnie do Departamentu Obrony Kraju i akurat oni maja czesciowe zamkniecie. To nic, ze nasz departament za szkolenie placi i ma osobne srodki. :/ Tak ogolnie to wcale mi na tym wyjezdzie nie zalezy, wrecz przeciwnie. Chcialabym go po prostu odhaczyc i zajac sie spokojnie treningiem, ktory faktycznie dotyczy mojej pracy. Najgorzej, ze kolejna sesja ma byc w kwietniu, ale na nia na pewno maja juz komplet, a kolejna bedzie dopiero w... lipcu! W srodku wakacji to ja chce myslec o jakims kempingu i spedzeniu czasu z rodzina, a nie o wyjazdach na szkolenia. :( W kazdym razie, wszyscy w zarzadach sa mocno niepowazni, bo po pierwsze, o zamknieciu wiedzieli od ponad tygodnia, ale szkolenie odwolali bez zadnego ostrzezenia czy uprzedzenia, w czwartek o 14 po poludniu, tymczasem wszyscy mieli wyjezdzac/wylatywac na nie w... poniedzialek! Po drugie, nasz departament, zamiast zaakceptowac odwolanie i na spokojnie zastanowic sie co dalej, trzymal nas w niepewnosci do popoludnia w piatek. Kilka osob, wlaczajac w to mnie, napisalo do nich, probujac troche ponaglic, bo mielismy loty porezerwowane na poniedzialek rano. Balam sie, ze jesli zadna decyzja nie zapadnie w piatek, to potem przez weekend na pewno nic nie zdecyduja i co wtedy? W koncu jednak, prawie o 16, przyszedl mail, ze (niespodzianka :/) jednak szkolenie odwoluja. Z kolezanka liczylysmy, ze moze przeprowadzac je wirtualnie, bo tak odbywalo sie ono w czasach covidu, ale uparcie chca je przeprowadzic osobiscie. Teraz niestety bedzie trwanie w zawieszeniu oraz niepewnosci, co do tego na kiedy je przeloza, no i juz sie boje co moj szef wymysli zeby mnie szkolic w miedzyczasie... No i ciesze sie, ze jeszcze nie zaczelam sie pakowac, bo dopiero bylabym zla. ;) Po powrocie do domu, niestety wiekszego relaksu nie bylo, bo Nik umowil sie z kolega akurat na ten piatek zeby pojechac po szkole na narty. Kumpel byl na przedluzonym dlugim weekendzie na wyjezdzie, wiec przepadl mu klub narciarski, a Mlodszy raz byl chory, wiec tez zostalo mu jedno wejscie na karnecie. A ze ten klub kosztuje mala fortunke, to szkoda zeby sie to zmarnowalo. Mama kolegi zawiozla chlopakow, ale pojechali zanim dojechalam z pracy, a ja mialam ich potem odebrac. Pechowo, chlopcy tak sie dogadali wczesniej, bez zapytania mnie o zdanie, bo wolalabym ich zawiezc, niz jezdzic po nocy. Na karnetach mieli wejscie 4-godzinne, a pojechali na pi razy drzwi 17, wiec do odebrania byli o 21.
Zanim jednak wyruszylam na stok, najpierw pojechalysmy z Bi na zakupy. Wrocilysmy prawie o 18, a krotko po 20 musialam jechac po Kokusia, wiec siedzialam co chwila zerkajac na zegarek. Zgarnelam chlopakow ze stoku, ale zanim jeszcze ostatni raz zjechali, zanim sie przebrali, zanim w koncu jeszcze odwiozlam kolege, to do domu dojechalismy z Nikiem prawie o 22. To by bylo tyle z piatkowego wieczoru. :/ Mlodszy jednak opowiadal zachwycony, jak bylo fajnie, wiec uznajmy, ze warto bylo poswiecic troche swojego relaksu. ;)
Do przeczytania w marcu!









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz