piątek, 13 lutego 2026

W koncu odwilz

Taaa... Odwilz. Tyle ze nie na samym poczatku tego posta... ;)

Sobota, 7 lutego to dluzsze spanie dla calej rodziny, lacznie z M. Tak jak pisalam ostatnio, jesli w pracy nie beda kombinowac z grafikiem, malzonek planuje wziac wszystkie soboty w lutym wolne. Niestety, kiedy wstaje sie codziennie o 2-3 nad ranem, to potem ciezko spac niewiadomo ile. Zaraz po 6, M. wiec wstal i poszedl... odsniezac. Od poprzedniego wieczora padal bowiem snieg, drobniutko i niezbyt gesto, ale kilkucentymetrowa warstewka sie zrobila. A ze moj maz ma problem z relaksem, to poszedl pomachac szufla. Nik potem sie skarzyl, ze ojciec obudzil go zgrzytajac o kostke, jego okno wychodzi bowiem akurat na frontowe wejscie. ;) Dodatkowo, M. spedzil troche czasu odsniezajac "polanke" w grubym sniegu, zeby zwierzyniec mial sie gdzie zalatwiac. To co nam spadlo dwa tygodnie temu, jakis czas polezy, a tymczasem siersciuchy doprowadzaja do szalu. Maya zalatwia sie na podjezdzie oraz kostce (wiec idzie sie zygzakiem zeby nie wdepnac w mine lub pozostalosc po niej), a Oreo przerzucila sie zupelnie na kuwete. Co samo w sobie by mi nie przeszkadzalo; w koncu po to jest, tyle ze kiciul... nie trafia! :O Ciagle znajdujemy bobki obok i smugi na scianie! :/ Co prawda, podejrzewam ze z "polanki" chetnie skorzysta Maya, ale kot potrzebuje sypkiego piasku, wiec i tak tam nie pojdzie. Zreszta, ostatnio w ogole malo z domu wychodzi, a co dopiero mowic o zalatwianiu potrzeb na zewnatrz... :/ W kazdym razie, ja oraz Potworki pospalismy dluzej, bo Nik mial mecz na 11, wiec nie bylo pospiechu. Mielismy za to najzimniejszy dzien tej zimy. Rano bylo "tylko" -12, ale temperatura spadala zamiast rosnac, a w dodatku zerwal sie doslownie huraganowy wiatr, wiec wczesnym popoludniem mielismy -18, przy odczuwalnej -26. :O W dodatku, wiekszosc dnia co chwile proszyl snieg, wiec smagal cie po wszystkich odslonietych czesciach ciala... Wystarczylo, ze po meczu przeszlam od drzwi szkoly do samochodu i mialam dreszcze przez kolejna godzine. Kompletnie nie moglam sie rozgrzac. A musze nadmienic, ze zalozylam buty zimowe oraz zimowa kurtke. Nik mial dlugie spodnie oraz bluze i sie ze mnie smial. ;) Co do meczu, to tym razem grali przeciw innej druzynie z naszego miasteczka. Jakos jednak te dwie grupki chyba sie za bardzo nie lubia, bo pamietam ze kiedy grali przeciwko innej, to byla kupa wyglupow oraz smiechu, a tu nic. Pelna powaga i rywalizacja. Ktora zreszta byla bardzo wyrownana. Przez dwie pierwsze cwiartki, druzyna Kokusia przegrywala, choc szli niemal leb w leb. W koncu, w trzeciej, zaczeli nadrabiac, az wygrali 33:23. Tym razem to drugi kosz dla jego druzyny, zostal wbity przez Nika, ale cala akcja wydarzyla sie tak szybko, ze nawet nie zdazylam uniesc telefonu. :D

Za to mam fote kawalera z rozwianym wlosem, bo juz pilnie potrzebuje strzyzenia ;) 

Po meczu wrocilismy do domu, gdzie szybko zaparzylam sobie goracej kawy, ale i tak klekotalam zebami. W koncu zabralam sie za odkurzanie i mycie podlogi na gorze, co wreszcie skutcznie mnie rozgrzalo. Nie ma jak male odgruzowanko. ;) Pozniej chwila na odpoczynek i trzeba sie bylo zebrac do kosciola, bo M. w niedziele juz pracowal. Po powrocie, kiedy temperatura spadala nadal na leb na szyje, a wiatr lomotal w okna oraz huczal w kominie, zapalilismy w kominku i wygrzewalismy dupki. Tyle ze musialam pranie wstawic, bo Nik zniosl mi swoj pelniusienki brudownik. Kurcze, musze nauczyc dzieciaki jak wlaczyc pralke, bo szlag mnie kiedys trafi. Patrzylam ze mam jeszcze kupe miejsca i nie musze wstawiac prania, to Mlodszy przytaszczyl swoje brudy, a kiedy zobaczyla to Bi, natychmiast zbiegla tez z wlasnym brudownikiem. :/ W ten sposob nie tylko, ze musialam pilnie wlaczyc pralke, to jeszcze czesc zostala do kolejnego ladunku... Poza tym upieklam chlebek bananowy, bo pierwszy raz od dluzszego czasu zostaly nam przejrzale banany, a w niedziele mial oczywiscie przyjechac dziadek. Na noc ponownie zapowiadali rekordowe zimno, wiec znow zostawilam lekko kapiacy kran. Nie wiem czy to faktycznie cos daje, ale przezorny zawsze ubezpieczony, tak? ;)

W niedziele malzonek rano pracowal, a ja i dzieciaki odsypialismy. Nastawilam budzik na 8:30, ale wylaczylam go i zamknelam oczy "na chwile", po czym obudzilam sie o 9:40. :D Zjadlam sniadanie i jako tako sie ogarnelam, po czym napisalam do dziadka, ze kawa gotowa. :D W nocy bylo -20 stopni, ale rano przycichl wiatr i w sloncu zrobilo sie -9. Tak juz jestem "skrzywiona" tymi ostatnimi temperaturami, ze kiedy wypuszczalam psa, przeszlo mi przez mysl, ze "o, nie jest tak zle". Przy prawie -10 stopniach! :D Niestety, wczesnym popoludniem wiatr ponownie sie zerwal i zrobilo minus kilkanascie stopni. Cieszylam sie, ze nie musze wychodzic. Moj tata dzielnie przedarl sie przez Arktyke, zeby wpasc na kawke, choc narzekal ze nie wie czy odpali samochod, ktorym zwykle jezdzi do pracy (ma dwa). Niby jest na bezrobociu, ale koncza jakis specjalny projekt i nie ma ze zima im w tym przeszkodzi. ;) Posiedzial jak zwykle ze 3 godzinki, po czym opatulil sie ponownie na cebulke i pojechal. Ja jak zwykle wzielam sie za wstawianie i skladanie prania, ogarniecie kuchni i tym podobne. Wieczorem oficjalnie zegnalismy weekend, wiec trzeba bylo wyciagac sniadaniowki i szykowac ubrania. No i klasc sie spac troche wczesniej niz przed polnoca. ;)

Poniedzialek zaczelismy wczesna pobudka i szykowaniem sie do kieraciku. Mielismy -15 stopni, wiec stwierdzilam ze zawioze Kokusia, a wiec dziewczyny tez. Tyle, ze zajezdzajac do dwoch szkol schodzi mi tyle czasu, ze ostatnio dojechalam do biura o 8:15. Wtedy mialam meeting o 10, tego dnia juz o 8:30, wiec powiedzialam dzieciakom ze musimy wyjsc o 7:05. Nie chcialam bowiem ryzykowac, ze utkne w korku i sie spoznie. Napisalam tez do sasiadow z pytaniem, czy ich corka da rade byc gotowa na ta godzine. Mama odpisala, ze sama ja zawiezie. No i tym lepiej. ;) Zaoferowala, ze wezmie tez Bi, ale ta stwierdzila ze woli jechac wczesniej. Odwiozlam wiec corke, zajechalam jeszcze na 30 sekund pod biblioteke (ktora jest zaraz obok jej szkoly) i wrzucilam do schowka ksiazke, po czym popedzilam dalej z Kokusiem, a potem do roboty. Okazalo sie, ze dobrze wymierzylam czas, bo na parking w pracy dotarlam o 7:55, wiec zanim zaplacilam i doczlapalam do budynku a potem na pietro, zrobila sie 8:10. Akurat starczylo mi czasu zeby sie rozebrac, rozpakowac, podlaczyc laptoka i zrobic sobie kawe i za momencik laczylam sie na rozmowe. Moj szef ogolnie jest sympatyczny, ale tym razem podniosl mi cisnienie. W zeszlym tygodniu wyszlo, ze z wymaganych wirtualnych szkolen mialam dostep tylko do trzech, a do tego do kilku z innego rozdzialu (ktore nie byly wymagane, ale je tez robilam, skoro innych nie mialam). I tego dnia szef dopytywal ile te szkolenia zajmuja mi czasu, i co jeszcze robilam zanim pojechalam na inspekcje, itd. Mialam wrazenie, ze daje mi do zrozumienia, ze sie obijam. A ja przeciez caly czas sie wszystkiego ucze, wiec kazde dzialanie zajmuje mi duzo wiecej czasu, ciagle ogarniam nowe systemy oraz aplikacje i dowiaduje czegos nowego! Nie mowiac juz, ze mialam po drodze sporo problemow technicznych, gdzie pisanie "zazalen" i laczenie sie z ludzmi z IT tez troche zajmowalo. :O Nie bede klamac, zdarzaja sie dni gdzie kompletnie nie moge sie skupic, a po kazdym z tych wirtualnych szkolen musze zrobic sobie pol gdziny przerwy na cos innego, bo boli mnie glowa. No, nie jestem robotem i tyle. Staram sie jednak byc w miare produktywna, a tu szef miedzy wierszami napomyka, ze sie lenie?! No troszke mnie wkurzyl. I zmartwil, bo przeciez jestem na okresie probnym. Jesli szef stwierdzi, ze nie potrzebuje lesera, moze mi podziekowac i tyle. :( Wracajac jednak ogolnie do dnia w pracy, w biurze bylam tylko ja oraz druga nowa dziewczyna. Okazuje sie, ze jej grupa dziala na troche innych zasadach, maja nieco inaczej ulozone szkolenia (ona miala od razu dostep do wszystkich tych wirtualnych, ale za to nie miala jeszcze inspekcji), itp. Nawet niektorych formularzy nie uzywaja, bo jej szef woli zeby mu po prostu wyslac maila. Najwazniejsze jednak, ze ona ma swojego "mentora", czyli osobe, ktora kieruje jej szkoleniami. To ta osoba prowadzi ja przez wszystkie aplikacje, pilnuje zeby wypelniala i wysylala co trzeba i ktore szkolenia ma po kolei odhaczac. W porownaniu z nia, mam wrazenie, ze zostalam troche pozostawiona samej sobie i dopiero "przy okazji" wychodzi ze nie mam dostepu lub nie robie tego lub owego. Np. w zeszlym tygodniu szef skads doszedl (moze sprawdzil to pierwszy raz od jakiegos czasu), ze nie wypelnialam tabeli z czasem pracy. Tak, wspomnial mi o tym kiedys na poczatku, ale serio, przy takim natloku informacji, po prostu mi to umknelo. W poniedzialek, w czasie rozmowy wyszlo jednak, ze zwykle, jesli nie wypelni sie tej tabelki przez 2-3 dni, dostaje sie automatycznego maila, ze jest sie do tylu. Coz, ja jakims cudem nie dostaje. :D Podobnie, po poludniu szef wyslal mi maila, ze ktos zglosil mu, ze mam zalegle szkolenie z cyberbezpieczenstwa. Zdziwil sie i zdziwilam sie ja, bo to jest szkolenie, ktore musisz zrobic zanim jeszcze zaczniesz prace. Odpisalam wiec, ze pamietam wyraznie, ze je zrobilam i spytalam czy bylo jakies odswiezenie, bo nic nie dostalam. Dokopalam sie w mailach potwierdzenia, ze zrobilam je 2 grudnia i przeslalam je szefowi. Musial je przeslac gdzies dalej, bo pol godziny pozniej dostalam dwa automatyczne maile "krzyczace" ze mam zalegle szkolenie. Okazalo sie, ze to, ktore zrobilam bylo dla roku 2025, a nowe (ktore mialo byc zrobione do 28 grudnia, czyli ledwie cztery tygodnie pozniej, ale to szczegol), bylo dla roku 2026. Czyli faktycznie bylo jakies szkolenie odswiezajace wiedze, ale - ponownie, nie dostalam zadnego powiadomienia. Nie mowiac juz o tym, ze mialo byc zrobione do konca grudnia, czyli zajelo im ponad miesiac, zeby sie zorientowac, ze mam je zalegle. No coz, siadlam i je zrobilam, choc zmarnowalam na to prawie dwie godziny... Po pracy zajechalam jeszcze do UPS'u, oddac przesylke z Amazona i w koncu wrocilam do domu. Zdazylam wejsc, przebrac sie w domowe legginsy i sweter, troche poogarniac i przyszla pora treningu. Na szczescie mlodziez odwiozl M., a ja odebralam.

Bi zdazyla juz wyskoczyc z wody 

Przy okazji zalamalam sie, bo przyszedl mail od trenera koszykowki Kokusia i okazuje sie, ze w ten weekend nie maja meczu! Pamietalam z grafiku, ze zostal im jeszcze jeden i bylam przekonana, ze bedzie on w ten weekend, no i klops. Zapewne przez to, ze bedzie on dlugi i sporo ludzi wyjezdza (szczegolnie w gory, zeby szusowac). A ja sie cieszylam, ze akurat wypadaja ostatnie narty i ostatni mecz kosza i w koncu grafik troche sie poluzni, a tu doopa. Koszykowka bedzie sie ciagnac o kolejny tydzien... A skoro o Kokusiu mowa, to w koncu przymusilam go zeby przysiadl i zaznaczyl wybor przedmiotow w pierwszej klasie high school. Termin minal w piatek i dziwie sie, ze nikt go nie scigal. ;) Ostatecznie jednak zostal przy zespole i grze na trabce, bo... to samo robi kilku kolegow. Ech... Zawsze to samo, z obojgiem Potworkow. Bo koledzy/ kolezanki... Tu jednak i tak Mlodszy potrzebuje tego kredytu "artystycznego", wiec niech mu bedzie. Do tego wzial computer science, czyli po prostu informatyke. Ciekawe czego sie na niej nauczy. Wedlug mnie byl jeden czy dwa ciekawsze przedmioty zwiazane z komputerami, ale oba byly warte caly kredyt (ten wybrany przez Nika to 0.5 kredytu), a wtedy nie mialby zadnego czasu wolnego, czyli tych slynnych study halls. A Mlodszemu strasznie zalezalo zeby je miec, bo wiadomo, czas wolny w czasie lekcji; zyc nie umierac! ;) 

We wtorek znow pojechalam do biura. Od srody mialam zaczac szkolenie (wirtualne, ale "na zywo") trwajace 1.5 tygodnia i szef zgodzil sie zebym laczyla sie na nie z domu. Modle sie tylko, zeby nie weszly "oficjalnie" nowe zasady braku pracy zdalnej dla nowych, bo wtedy moze mi kazac jednak jezdzic do biura. :/ Skoro mialam siedziec w chalupie przez kolejne 7 (pracujacych) dni, to stwierdzilam, ze pojade jeszcze jeden dzien popracowac przy wlasnym biurku. Tym razem, poza mna, byla babka z dzialu zywnosci i jeszcze jeden facet. I tyle. Tlumy, panie dziejku! :D Przynajmniej bylo cieplej w budynku, bo w poniedzialek, niewiadomo dlaczego, ogrzewanie jakos slabo szlo i obie z kolezanka zmarzlysmy. Wiekszosc dnia niestety zmagalam sie z rezerwacja biletow na wyjazdowe szkolenie. Zalamac sie mozna. Mamy specjalna strone do rezerwacji, ktora niestety wylapywala polaczenia niezgodne z ich "polisa". Wiekszosc tych, ktore byly zgodne, niestety bylo beznadziejne, bo albo mialam 40 minut na przesiadke (co mnie nieco przeraza), albo wracajac dotarlabym do domu o polnocy. W koncu wybralam polaczenia, ktorych system od razu nie odrzucil, ale i tak zaznaczyl, ze nie do konca pasuja do ich "zasad" i kazal uzasadnic wybor. Juz na tym dziadostwie spedzilam kilka godzin, bo strona ogolnie dziwnie dziala i ciezko bylo nawet dojsc do tego, ktore polaczenia sa "dozwolone". Pozniej niestety musialam wypisac caly kosztorys wyjazdu. Tu juz kompletnie poleglam. Wyslalam 4 pytania do szefa, bo nie bylam pewna co zaznaczac, az w koncu do mnie zadzwonil i razem spedzilismy na Teams'ie ponad godzine. System bowiem np. uparcie wbil kwote za hotel oraz wyzywienie, mimo ze zaznaczylam w odpowiednim miejscu iz wszystko bedzie pokryte. Nawet szef mial problem zeby znalezc miejsca, gdzie sie to odkreca. :/ W koncu skonczylam cala rezerwacje i wyslalam do sprawdzenia, ale przez te loty, nie wiem czy ja zatwierdza. Jak nie, to czeka mnie szukanie od nowa... :( W domu, tak jak poprzedniego dnia, mialam wrazenie, ze ledwie weszlam, a zaraz Potworki jechaly na trening. Ponownie M. ich zawiozl, a ja odebralam. Tego dnia trener znow urzadzil im gimnastyke na suchym ladzie, wiec przynajmniej nie musieli sie wycierac i przebierac i raz-dwa bylismy spowrotem w domu.

Sroda zaczela sie wczesna pobudka, choc i tak nieco pozniejsza, bo z racji ze odpadala mi jazda do biura, moglam pospac troche dluzej. Rano byl jeszcze lekki mroz (choc minimalny w porownaniu z ostatnim miesiacem), wiec postanowilam byc mila i zawiezc Potworki (oraz sasiadke) do szkol. Rozwiozlam mlodziez po placowkach, po czym wrocilam, ogarnelam sie (bo wczesniej zalozylam tylko kurtke na pizame :D) i zaczelam prace. Poczatkowo byly to po prostu moje normalne, wirtualne szkolenia, ale o 11 laczylam sie na szkolenie grupowe. Tu niestety juz byla kompletna porazka, bo kamery musielismy miec wlaczone, wiec nie bylo ze bede sluchala chodzac po domu i robiac cokolwiek. Nie, musialam siadziec kolkiem i udawac ze interesuje mnie to, o czym mowia. "Najlepsze", ze tematyka pokrywala sie z tym, co przerabiam sama na tych indywidualnych szkoleniach! Prowadzacy zreszta przyznali ze jest to celowe, bowiem maja nadzieje, ze im wiecej bedziemy sluchac tego samego, tym wiecej nam zostanie w glowach! Zeby tego malo, czesc z wyjazdowego szkolenia, ma obejmowac to samo!!! Wiecie, moze faktycznie cos z tego zapamietam, ale jednoczesnie zgrzytam zebami na takie marnowanie czasu... Wolalabym juz chyba jezdzic na kolejne inspekcje, bo to jest faktycznie to, czym bede sie zajmowac na codzien... :/ Najgorsze jednak bylo to, ze prowadzacy kompletnie nie trzymali sie grafiku, opowiadali historyjki oraz zarty i wszystko sie przedluzalo. Po dwoch godzinach mielismy miec pol godziny przerwy, tymczasem ta zrobili dopiero po ponad 2.5 godzinie. Stwierdzilam, ze ok, wszystko przedluzy sie o pol godziny. Taaa... Pozniej miala byc godzina i po niej 15 minut przerwy. Minely prawie dwie, zanim stwierdzili, ze dadza nam odsapnac. Mielismy skonczyc o 15:45, a o tej porze zrobili dopiero druga przerwe. Najgorzej, ze tego dnia M. musial zostac dluzej w pracy, wiec to ja musialam jechac po Bi. Bylo w koncu naprawde "cieplo", +5 stopni, ale za to zerwal sie nieprzyjemny wiatr i caly dzien padal... snieg. Przy takiej temperaturze, nie osiadal, no ale bylo na tyle paskudnie, ze szkoda mi bylo zeby Starsza musiala maszerowac. Napisalam jej wiec, ze akurat mam przerwe i moge przyjechac, ale musi czekac juz na mnie w drzwiach. Na szczescie do jej szkoly jest tylko kilka minut... Obawialam sie, ze reszta szkolenia moze potrwac do 17. :/ Panna tym razem wziela sobie mojego sms'a do serca i faktycznie wyszla ze szkoly jak tylko podjechalam. Udalo mi sie wiec obrocic w czasie przerwy, choc ledwie sie zmiescilam. Za to nie mialam jak zrobic sobie nawet kawy, nie mowiac juz o ogarnieciu czegokolwiek w domu. W czasie pierwszej - dluzszej przerwy, zamarynowalam lososia na obiad i mialam go wstawic podczas kolejnej, ale nie zdazylam. Ostatecznie szkolenie skonczylo sie o 16:45, czyli trwalo o godzine dluzej, niz powinno. Co prawda w mailu napisano ze czas moze sie zmienic, ale spodziewalam sie, ze roznica bedzie moze o 15 - 20 minut, a nie godzine! Ktos tu kompletnie nie wymierzyl ilosci informacji, przygotowujac prezentacje... :/ Kiedy wreszcie skonczylismy, z radoscia wylaczylam kompa i zabralam sie za konczenie obiadu. Niestety, tego dnia M. musial zostac dluzej w robocie, wiec nie mial mnie kto wyreczyc. Jedzenie gotowe bylo wiec dopiero o 17:45, czyli praktycznie na kolacje, a nie obiad. ;) Wieczor minal ekspresowo, bo malzonek przyjechal do domu o 17:30, a juz o 19 poszedl spac. To sie nazywa traktowac dom jak hotel. ;) Wiadomo, ze jak jeden czlonek rodziny spi, to reszta tez musi juz zachowywac sie nieco ciszej i bez wariactw, wiec w naszym domu wieczory sa wczesne i bardzo spokojne. ;) A! Okazalo sie, ze moja rezerwacje jednak zatwierdzili! Nie wiem czy tak naprawde niezbyt sie w to wglebiaja, czy przewazylo to, ze tak naprawde place niemal tylko za przelot, bo reszta jest pokryta. ;) Najwazniejsze jednak, ze jest zaakceptowana, bo naprawde mialam wizje siedzenia kolejnych kilku godzin, ukladajac wszystko od nowa... Za to trzymali mnie do ostatniej chwili, bo w systemie bylo, ze kasa miala byc przelana i bilet zatwierdzony do 18, a ja maila potwierdzajacego dostalam o... 17:50! :O

W czwartek rano trzeba bylo wstac jak w srode i zawiezc dzieciarnie do szkol. Nawet gdybym chciala wyslac mlodziez samodzielnie, to Bi miala narty (ostatni raz!), wiec musialam przetransportowac jej sprzet do szkoly. Odwiozlam wiec dziewczyny, potem Kokusia i w koncu wrocilam do domu. Zjadlam, umylam sie i siadlam do kompa. Musialam zglosic do ludzi od IT problem z jedna z aplikacji (co za "niespodzianka"), a potem dalej tluklam "samodzielne" szkolenia. O 11 niestety znow czekalo mnie laczenie sie na szkolenie z instruktorami. Trzeba im przyznac, ze tym razem troche bardziej trzymali sie czasu, w czym wybitnie pomogl... moj szef. ;) Byl jednym z prowadzacych i mozliwe ze sie wkurzyl, bo (wg. grafiku) wszedl pol godziny po wyznaczonym czasie. Jako jedyny przeskoczyl kilka slajdow, nie opowiadal zadnych historii z zycia (czyt. inspekcji) wzietych, tylko przekazal material krotko i na temat. Jesli to obraz jego osobowosci, to nie wiem czy cieszyc sie, czy niepokoic. Przynajmniej, dzieki niemu, troche nadgonil opoznienie. Niestety, pozniej ponownie weszla dwojka gorszych gadul i znow wszystko zaczelo sie przedluzac, a tego dnia i tak mielismy skonczyc o 16:45. Ostatecznie skonczylismy o 17, a to i tak tylko dlatego, ze jeden z prowadzacych byl z mojej strefy czasowej i stwierdzil, ze musi isc. Druga prowadzaca zdzwila sie, ze to juz, bo u niej byla "dopiero" 16, a niektore osoby, z zachodniego wybrzeza, w ogole mialy dopiero 14. :/

Podczas przerwy poszlam zaparzyc sobie kawy i w kuchni zastalam taki widok :D

Stwierdzilam, ze jesli codziennie beda robic takie numery, to po prostu, o 16:30, bede mowic, ze musze spadac i tyle. Im sie moze bowiem nie spieszy, ale powinni zdawac sobie sprawe, ze maja ludzi z calych Stanow i trzymaja ich po godzinach, bo im sie chce pogadac... :/ Jak tylko skonczylam, szybko odgrzalam Mlodszemu obiad (bo zamiast sprawdzic lodowke, w czasie gdy matka utknela przed ekranem, on pozywil sie... chrupkami z mlekiem!) i popedzilam na tygodniowe zakupy. Wrocilam w tym samym czasie co M., ktory znow utknal w robocie. Zdazylam rozpakowac torby i zostalo mi 10 minut zanim trzeba bylo wiezc Kokusia na koszykowke. Meczu w weekend nie mieli, ale trening niestety tak... :/ Malzonek chcial sie wykapac, wiec ponownie wskoczylam za kolko i zabralam syna na kosza. Wrocilam, posiedzialam pol godziny i trzeba bylo po niego wracac! :D M. w tym czasie pojechal po Bi. Wracajac, musieli zajechac do sasiadow, bo Starsza bedzie sie pare dni zajmowac ich kotem (znanym juz Wam Bandyta :D). Dobrze, ze sasiadka napisala sms'a, bo obie z corka na smierc zapomnialysmy, ze to juz w ten weekend! ;) Poza tym, dostalam maila ze szkoly Kokusia, ze ma 9 dni usprawiedliwionej nieobecnosci. Wedlug ich zasad, kolejne dni nieobecne musza byc juz z notka od lekarza. Tyle, ze maja nieco spozniony zaplon, bo ostatnie dwa dni, kiedy byl w domu, zdarzyly sie prawie miesiac temu. A ze do szkoly chodzil, to wiem na pewno, bo wagary sa w Stanach praktycznie niemozliwe. Jesli dzieciak nie stawi sie w szkole, juz okolo 10 dostaje sie maila oraz wiadomosc telefoniczna, zeby zadzwonic i wyjasnic nieobecnosc. ;)

Piatek to ponownie poranna pobudka, zawiezc mlodziez do szkol (wraz z nartami Kokusia) i do domu. Zjesc sniadanie, umyc sie, wykonac troche codziennych, pracowniczych obowiazkow, po czym laczylam sie znow na szkolenie. To dopiero trzeci dzien, a juz mam ich dosc, tymczasem w przyszlym tygodniu czekaja mnie 4 kolejne... :/ Przynajmniej tego dnia w miare trzymali sie grafiku i wszystko przedluzylo sie "tylko" o pol godziny, ale glownie przez dodatkowe pytania uczestnikow. Tym jednak przysluchiwalam sie w miare uwaznie, bo mozna sie bylo dowiedziec czegos praktycznego, zamiast takiej suchej wiedzy. A i tak skonczylismy juz o 15:15, czyli najwczesniej z calej chyba tej serii. Po zakonczeniu porobilam jeszcze troche moich "normalnych" szkolen, jednoczesnie jedzac obiad, a punkt 16:30 zebralam sie i wiooo, na stok! ;) Wreszcie nadszedl ostatni dzien klubu narciarskiego. Nik sie smuci, ale ja troche odczulam ulge, bo przy plywaniu, koszykowce, nartach, a do tego ogarnianiu sie w nowej robocie, mam wrazenie, ze nie wyrabiam na zakretach. Teraz zostanie tylko ostatni tydzien koszykowki i pozniej w koncu juz tylko basen. Co prawda Bi twierdzi, ze chce zapisac sie na wiosne na lekkoatletyke (track and field), ale to w szkole, wiec bedzie mogla po prostu zostawac po lekcjach, a potem nawet wrocic sobie pieszo. W kazdym razie, dojechalam na stok, gdzie o dziwo bylo calkiem pustawo. W poprzednie tygodnie parking byl zawsze pelny i parkowalam gdzies na samym koncu. Tego dnia mialam miejsce zaraz przy drodze wyjazdowej, wiec idealnie na marsz przez blocko. Niestety, od paru dni mielismy w dzien temperatury plusowe, wiec wszystko pomalu sie topi. Grubej warstwie sniegu troche zejdzie, ale odsniezony, piaszczysty parking, to teraz po prostu bagienko. Ktore na wieczor zamarza i tworzy bardzo nierowne lodowisko. Kiedy przyjechalam, byl 1 stopien na plusie i miejscami szlam po blocie, a miejscami szuralam nogami, bo mialam warstwe lodu. Kiedy wyjezdzalam, bylo -2 i wszystko zamarzniete. Trzeba bylo naprawde uwazac zeby nie wywinac orla. :/

Kiedy przyjechalam, Mlodszy akurat szykowal sie zeby wyjsc ponownie na stok po obiedzie

Na stoku tez niestety bylo miejscami sporo lodu. W ktoryms momencie jedna narta zjechala mi po lodzie, ale druga byla na miekkim sniegu. Obrocilo mnie i malo sie nie wywalilam. Musialam komicznie wygladac, przegieta i z jedna noga zadarta do gory, a wydarzylo sie to przed samym zjazdem pod wyciag. No trudno, najwyzej ktos mial ubaw. Rownowage jednak utrzymalam, ha! :D Dlugo w sumie nie pojezdzilam, bo dojechalam pozno, a w dodatku, akurat jak sie przebieralam, nauczycielka, ktora opiekuje sie grupa, musiala pojsc cos zalatwic (jakis chlopiec mial problem z karnetem i nie chcieli go wpuscic na wyciag), wiec nie chcialam zeby nikogo nie bylo w schronisku, w razie gdyby cos sie dzialo. Poczekalam wiec az wroci i dopiero poszlam poszusowac. Zostala mi wiec moze godzina, a jeszcze, zlosliwe wyciagi, ciagle sie zatrzymywaly i dyndalam sobie nartami w powietrzu po pare minut.

Pozniej wpadlam jeszcze na Kokusia przy wyciagu :) 

Teraz jeszcze pozostal taki "problem", ze Nik ma na swoim karnecie jeszcze jedno wejscie na stok, bo raz ominal wyjazd z powodu choroby. Mozna je wykorzystac do konca sezonu, ale pechowo tylko w dni powszednie. Trzeba wiec bedzie pojechac pewnie w ktorys piatek, bo tak najwygodniej. Szkoda by bowiem bylo, gdyby sie zmarnowalo. Do szkoly jak zwykle wrocilam sporo przed autobusem, ale przynajmniej posiedzialam sobie w spokoju. W chalupie M. juz napalil w kominku, wiec moglam wieczor spedzic grzejac dupke przy ogniu. ;)

Na koniec, scena z zycia z brudasami nastolatkami. Ktoregos dnia Bi w przelocie wspomniala, ze nie ma czystych gaci. Podniosla mi nieco cisnienie, bo co, mam wszystko rzucac i wstawiac pranie w trybie natychmiastowym, bo pannica potrzebuje bielizny? Zaczynam jej suszyc glowe, ze musi mi takie rzeczy mowic zanim zupelnie jej sie skonczy bielizna, a nie jak juz nie ma co zalozyc! Na to moja corka, niefrasobliwie, ze wlasciwie to skonczyly jej sie ze 3 dni wczesniej i ona prowadzi swoisty "recykling". Na moja zszokowana mine, wzrusza ramionami, ze "no przeciez one wcale nie sa takie brudne". O matko i corko, fuuuuj!!! :D

Milego weekendosa! :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz