Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 17 maja 2024

Stresujacy tydzien

W piatek wieczorem jak zwykle znalazlam Kokusia spiacego przy zapalonym swietle i elektronice, a nawet nie kladlam sie jakos bardzo pozno spac...

Ze mu tak wygodnie, jak cos ciagnie go za ramie...
 

Najlepsze, ze ramie mial calkowicie oplatane kabelkiem od sluchawek. Kupilam mu je specjalnie na testy w szkole bo rodzice dostali wiadomosc, ze dzieciakom nie wolno w ich trakcie uzywac bezprzewodowych. Mlodszy - ucieszony, natychmiast zaczal z nich korzystac, ale jak widac ma lekkie problemy "techniczne". Niestety, kiedy wyjelam mu je z uszu i probowalam odplatac, obudzil sie i byl bardzo niezadowolony. ;)

Sobota, 11 maja, zaczela sie jak zwykle od dlugiego spania. Nooo, nie dla M., ktory pracowal oczywiscie. :) Przebudzilam sie wczesniej nad ranem z takim "przerazeniem", ze zapomnialam zostawic malzonkowi karteczki ze kot nie wrocil na noc. Juz podnosilam sie z lozka zeby pobiec sprawdzic czy Oreo nie miauczy pod drzwiami, kiedy oprzytomnialam i przypomnialam sobie, ze przeciez kiciul... wrocil! Nie wiem co mialam za zacmienie. :D Ostatecznie obudzilam sie o 9:08 i chwile polezalam patrzac w telefon oraz sluchajac mruczenia kota, ktory ulozyl sie w nogach.

"Frecia"
 

Wreszcie wstalam, zapodalam sniadanie dzieciakom oraz sobie i probowalam nakarmic Oreo, ktora jednak zignorowala miske z zarciem i poszla drzec sie pod drzwiami. Wypuscilam ja, spodziewajac sie, ze za moment wroci, bo najczesciej tak wlasnie bywa. Coz... nie tym razem. Kiciul spedzil poza domem cala reszte ranka i wczesne popoludnie. Przyszla kilka razy na taras, ale ulozyla sie na drzemke pod krzeslami i zupelnie nie chciala wejsc do srodka. Dopiero okolo 15 przyszla w koncu, zjadla "sniadanie" i ulozyla sie na drzemke. W miedzyczasie zdazyla wdac sie w awanture z kocurem sasiadow, ale akurat Bi byla z kolezanka na ogrodzie, wiec chwycila jednego, potem drugiego i obeszlo sie bez rozlewu krwi. ;) Za to bylismy swiadkami, jak ten sam kocur starl sie z kotka sasiadow. Cos tego dnia byl w bardzo wojowniczym nastroju. Pierwszy raz widzialam taka walke. Koty kotlowaly sie tak, ze ciezko bylo poznac ktory jest ktory, tym bardziej ze oba szaro - bure w paski. Gonily sie, po czym znow zbijaly w drapiaco - gryzaca kule. :O W koncu kotka wbiegla na taras sasiadow i najprawdopodobniej wslizgnela sie do domu, albo schowala gdzies pod meble ogrodowe. W kazdym razie, z naszego wlasnego tarasu mielismy przez kilka minut niezle widowisko. :D Tymczasem M. po pracy podjechal jeszcze do Polakowa gdzie nakupowal przeroznych przysmakow i slodyczy. Zawsze mnie pyta co kupic, a ja zawsze mowie, ze nic, bo potem kusi, ale malzonek za kazdym razem cos tam znajdzie. ;) Do Bi przyjechala kolezanka i spedzily czesc popoludnia spacerujac, jezdzac na rowerach (kolezanka wziela moj) i szydelkujac na swiezym powietrzu.

Dwie rusalki, jedna ciemnowosa, druga jasna :)
 

Ledwie panna odjechala, a czas byl zbierac sie do kosciola, bo M. znow pracowal w niedziele. Kolejnego dnia mial byc tutejszy Dzien Matki (zawsze w druga niedziele maja), wiec po mszy wszystkie kobiety dostawaly po rozy.

Kwiatek juz kolejnego dnia zwiedl, wiec nie byl zbyt szczery ;)
 

Po kosciele wyjatkowo nie wrocilismy od razu do domu, tylko pojechalismy na male zakupy ciuchowe, bo mialam pilna potrzebe, a malzonek stwierdzil, ze w takim razie mozemy pojechac wszyscy. Bi radosnie rzucila sie miedzy regaly i szybko wyszukala sobie kilka bluzek, ale ku mojemu zaskoczeniu Nik rowniez chwycil dwa zestawy t-shirtow i spodenek. Normalnie dzieciaki mi dorastaja... ;) Przez te zakupy jednak, do chalupy wrocilismy tuz przed 19, wiec czasu zostalo tylko na kolacje i wlasciwie przyszla pora spania. No, ja machnelam jeszcze szybko chlebek bananowy, bo to ciasto, ktore robi sie w 10 minut. :)

A Bi skonczyla wieczorem dziergac sobie bluzeczke. Tak, zrobila ja na szydelku sama! :O

Niedziela, dla mnie i dzieciakow, zaczela sie pozniej. Mielismy leniwy poranek z powolnym sniadaniem i dobudzaniem sie. Jak napisalam wyzej, tego dnia wypadal tutejszy Dzien Matki, wiec Bi nie mogla sie juz doczekac i jak najszybciej wreczyla mi przygotowane upominki. Przyznaje, ze w tym roku bardzo sie postarala. Dostalam przesliczny szydelkowy koszyk z kwiatkami.

Bukiecik
 

Sklada sie z trzech "bukiecikow", tworzacych podstawki na szklanki.

Jedna z podstawek
 

Do tego oczywiscie bransoletka zrobiona w bibliotece. Wiedzialam, ze bedzie to bransoletka, nie wiedzialam jednak jaka. Okazala sie prostym kawalkiem metalu, ale niespodziewanie Bi wybrala napis w jezyku polskim, brzmiacy: "Kocham cie mama". Oczywiscie bylam zachwycona. <3

Teraz mam dylemat, bo chcialabym ja nosic, a jednoczesnie boje sie, ze zaraz ja gdzies obdrapie...
 

Jak co niedziela, na kawe (i obiad i ciasto i lody :D) przyjechal moj tata. Posiedzial pare godzinek, ale w koncu uznal, ze pora wracac i szykowac sie na kolejny tydzien pracy. W miedzyczasie wrocil M., obejrzal upominki od Bi i spytal co dostalam od Kokusia. Otoz... nic. ;) Syn zlozyl mi rano zyczenia i przeprosil, ze nic nie zrobil, bo zabraklo mu weny artystycznej. Ja mu powiedzialam, ze nie szkodzi, bo wiem ze mnie kocha i bez upominku, ale ojciec poszedl i opierniczyl syna, ze siedzi i gra, zamiast zrobic cos dla mamy. Podzialalo i zaniedlugo Mlodszy przyszedl do mnie jednak z laurka. :D Caly dzien bylo pochmurno, ale pogoda jakos sie trzymala. A jak dziadek odjechal i mozna bylo wreszcie wyruszyc na jakis spacerek, albo chociaz zagrac w kosza przy domu, to nagle zaczelo padac. I tak juz kropilo przez reszte dnia, a my utknelismy w domu. Przynajmniej szykowanie sie na kolejny tydzien odbylo sie leniwie i spokojnie. ;)

Tym razem Nik normalnie zgasil swiatlo i sie polozyl, ale za to z przyjacielem - Pokemonem :D
 

Poniedzialek byl bardzo stresujacy. Trzynasty dzien miesiaca, ale w sumie nie tyle pechowy, co... przygnebiajacy. Poranek zlecial jak zwykle. Na autobus z Bi, gdzie chwile musialysmy poczekac, choc bez tragedii. Chwile pozniej wyjsc z Kokusiem i jego autobus juz spoznil sie dosc mocno, ale na szczescie na przystanek dotarla tez sasiadka, wiec mialam z kim pogadac. Wrocilam do chalupy i... nie za bardzo moglam sobie znalezc miejsce. Musialam obrac ziemniaki na pozniej i zaczac wywar na zupe, ale poza tym snulam sie bez celu. Tego dnia bowiem jechalam na rozmowe kwalifikacyjna! Napisze Wam, ze cale to szukanie roboty przyprawia o depresje. Przyznaje ze kiedy w listopadzie moja praca oglosila problemy finansowe, poczatkowo mialam naprawde spora nadzieje ze za chwile wezwa wszystkich spowrotem. Ogloszenia o prace przegladalam wiec sporadycznie i wysylalam CV tylko okazjonalnie. W miare jak moj brak wyplaty sie przedluzal, tym czesciej zagladalam w oferty. Jakos tak jednak od dwoch miesiecy, szukanie pracy stalo sie dla mnie praktycznie zajeciem na pol etatu lub wiecej. Obowiazkowy codzienny przeglad ofert (no, poza weekendami, bo wtedy raczej wole spedzac czas z rodzina) i niemal codzienna wysylka przynajmniej jednej aplikacji. Rezultaty sa... slabe to malo powiedziane. W tym intensywnym okresie (wczesniejszego nawet nie licze) wyslalam jakies 40-50 podan. Jak myslicie, z ilu potencjalny pracodawca w ogole odpowiedzial (pozytywnie lub negatywnie)? Moze z 10-15. Na wiekszosc nie dostalam nawet marnego "dziekujemy za aplikacje, ale jednak zdecydowalismy sie na innych kandydatow". Z ilu dostalam zaproszenie na rozmowe? Z... trzech. :O No siasc i plakac. Szczerze, to w ktoryms momencie az wspominalam M., ze chyba cos nie tak jest z moim CV skoro nikogo nie interesuje moja kandydatura. Z tych trzech zaproszen, z jednego od razu zrezygnowalam, bo po rozmowie z malzonkiem stwierdzilismy ze daleko, slabo placa, a na dodatek praca nie do konca byla tym, czym sie obecnie zajmuje. Zostaly dwie, z ktorych jedna mialam wlasnie w poniedzialek. Nie tak daleko, bo niecale pol godziny drogi, ale jak sie przez 7 lat pracowalo w miejscu zamieszkania, to nawet taki dojazd wydawal sie zajmowac wieki. ;) Rozmawialam z trzema osobami i ogolnie wydawalo mi sie, ze poszlo mi calkiem dobrze, ale... Po powrocie do domu wyslalam maila z podziekowaniem do jednej z managerek (nie mialam informacji kontaktowych dwoch pozostalych osob), a ona odpisala ze rowniez dziekuje i odezwie sie kiedy odbedzie rozmowy z pozostalymi kandydatami. Przyznaje, ze poczulam sie jakby ktos obcial mi skrzydla, bo tak, malo prawdopodobne zebym byla jedyna chetna, ale zawsze mam wrazenie, ze kiedy rekrutantom ktos sie spodoba, to jak najszybciej wysylaja oferte pracy, zeby taka osoba im nie "uciekla". Tutaj najwyrazniej nie spodobalam sie az tak. A ja mialam takie dobre samopoczucie po tej rozmowie, ech... :( W kazdym razie, to nie byl koniec rozczarowan na ten dzien. Otoz, jakby malo bylo mi szukania nowej roboty, kilka tygodni temu stwierdzilismy, ze trzeba dzieciakom zmienic druzyne plywacka. Po odejsciu glownego trenera, ich obecna po prostu zaczyna wymierac smiercia naturalna. W najlatwiejszej grupie z najmlodszymi dziecmi, jest ich nadal sporo, ale obydwie bardziej zaawansowane grupy znikaja. Czesto na treningach, poza Potworkami jest tylko dwoje innych dzieci. W dodatku, w zeszlym tygodniu pozostali trenerzy spotkali sie z rodzicami i powiedzieli jasno, ze w tej chwili, poza trenowaniem, nie ma komu poprowadzic druzyny i w wakacje nie bedzie zadnych zawodow. Do bani, skoro dla tej druzyny sezon zimowy i letni to zawsze byl czas najintensywniejszych treningow i wyscigow. Zaczelismy sie wiec rozgladac, ale w pierwszej druzynie (prywatnej i z poglosek bardzo drogiej) mialam problem zeby sie z kimkolwiek skontaktowac. W koncu zdobylam telefon glownego trenera, ktory polecil mi wyslac mu maila z informacja o dzieciakach, mial dac znac kiedy moga przyjechac na ewaluacje i... nic. Cisza, zero, nul. Zaczelam wiec patrzec na inna druzyne. Rowniez przy silowni i takim klubie gdzie sa wszelakie zajecia, polkolonie, swietlica, itd. Tu niestety rowniez cena lekko nas znokautowala. Zalezy ona od wieku dziecka i za Bi wyniosla niemal 3x tyle co obecnie. :O W dodatku, dzieciaki musialyby byc czlonkami tego klubu, za co oczywiscie placi sie dodatkowo. Najbardziej jednak zalamalo nas, ze tutaj dzieciaki nie sa rozdzielane pod wzgledem poziomu, lecz scisle wieku. Oznaczalo to, ze Potworki trafily do dwoch roznych grup, a te maja diametralnie rozne godziny treningu. Nik zaczynalby juz o 16:30, czyli po szkole nie mialby praktycznie na nic czasu. Treningi Bi mialyby sie zaczac o 18 lub 18:30, czyli zaraz po Kokusiowych. Oznaczaloby to dla nas mnostwo jezdzenia w te i we wte. Niestety, poza nasza zalamka, Bi (ktora najbardziej naciskala na zmiane, bo wszystkie jej kolezanki odeszly) rowniez spuscila nos na kwinte, bo wiekszosc treningow w jej grupie trwa po 2 godziny, a trener oznajmil, ze jest ich 6 w tygodniu i prosza zeby dzieciaki przyjezdzaly na przynajmniej 4. Grupa Nika ma ich 4, a prosza zeby byli na trzech. W tej chwili wiec nadal zastanawiamy sie co z tym fantem poczac, bo ani my, ani Potworki nie sa specjalnie podekscytowane propozycja zmiany, ale z drugiej strony, w obecnej druzynie, w ich grupie za chwile beda plywac sami. :/ Taki to poniedzialek. Znikad dobrych wiesci. :/

Wtorek byl znow pelen stresu. Przynajmniej moglam pospac pol godziny dluzej i odpadl mi dwukrotny marsz z dzieciakami na autobusy, bo tego dnia mieli rano kontrole u dentysty.

Do mojego lozka ponownie zawital puszysty gosc
 

Dojechalismy wyjatkowo na czas, a pod budynkiem... wszystko rozkopane, bo klada nowe chodniki, miejsca parkingowe zajete przez auta robotnikow i musialam stawac na jakims skrawku przestrzeni, ktora nawet nie byla miejscem parkingowym... Tym razem gabinet poszedl po rozum do glowy i zarezerwowal dla Potworkow dwie rozne higienistki, dzieki czemu wezwali ich niemal jednoczesnie. Dzieciaki zaliczyly sprawdzenie, czyszczenie i fluoryzacje, u Bi mielismy standardowe pytanie o ortodonte (haha, taaak, jak ja nie zarabiam :/), u Kokusia dowiedzielismy sie, ze zostalo mu 5 mleczakow do wymiany (wszystkie u gory) i moglismy sie stamtad zabierac. Potem musialam zrobic koleczko rozwozac Potworki do szkol (jak dobrze, ze za trzy miesiace beda w tej samej!) i do domu wrocilam okolo 10:30. Niespodziewanie z pracy wyszedl wczesniej M., czym tylko mnie wkurzyl, bo prosilam zeby tego nie robil i mnie nie stresowal. Od razu zabral sie za malowanie dachu przyczepki i do domu nawet dobrze nie wszedl. Cale szczescie, bo o 12 mialam kolejna rozmowe o prace, tym razem wirtualna i balam sie, ze zapomni sie i wparuje nagle do jadalni. Tym razem rozmowa poszla mi fatalnie. No, nie ma co owijac w bawelne. Aplikacje zlozylam do wielkiej korpo i chyba troche porwalam sie z motyka na slonce. Tydzien wczesniej przeszlam pierwsza rozmowe, taka bardziej "przesiewowa", a tym razem mialam juz konkretne przesluchanie. Wtedy dzwonila babka z Anglii, teraz ze Szwajcarii. :O Przemaglowala mnie rowno i na koniec stwierdzila, ze musi skonsultowac sie ze swoim szefem, bo mam ogromne doswiadczenie i nie ma watpliwosci, ze poradzilabym sobie z rodzajem pracy, ktorej ode mnie oczekuja, nie jestem jednak obyta z nowoczesnymi, elektronicznymi systemami, zawsze pracowalam z "prymitywnymi" papierami i obawia sie, ze moge nie dac rady tego ogarnac, a dodatkowo pracowalam w malych firmach, a tu byloby ogromne, miedzynarodowe przedsiebiorstwo i roboty huk. Praca niestety zdalna, co ma oczywiscie ogrom zalet, ale wada jest, ze wytrenowanie pracownika moze byc problematyczne. Ogolnie mialam odczucie, ze szukaja kogos kto juz ma doswiadczenie z ich systemami albo czyms bardzo podobnym, zeby mogl przejsc tylko szybkie szkolenie i zaczac pracowac. Mnie czekalby dluuugi i mozolny trening... W kazdym razie rozlaczylam sie i zalamalam, ze nie mam zadnych rozmow przez dwa miesiace, potem mam dwie praktycznie na raz, wiec liczylby czlowiek, ze choc jedna zaowocuje oferta pracy i... doopa. :( Wyszlam na dwor pozalic sie mezowi, ktory oczywiscie pocieszal, ze ciagnie ten wozek pol roku, to pociagnie go dalej i ze na pewno cos w koncu znajde, ale jakos slabo mnie to pocieszylo... Malzonek wrocil do roboty przy przyczepie, a ja zabralam sie za konczenie obiadu, bo co innego mi pozostalo? Akurat M. wyjezdzal po Kokusia, kiedy wrocila Bi. Tego dnia, jak to we wtorek, dzieciaki nie jechaly na trening. Decyzja co do nowej druzyny nadal nie zapadla. ;) Planowalismy po obiedzie pojsc na jakis spacer, ale zamiast tego zabralismy sie za porzadki na ogrodzie. Malzonek kosil, ja zbieralam galezie, ktorych masa ciagle leci z drzew, a pozniej namowilam go w koncu zeby i mi dal pokosic, a on wzial taczke i zaczal oczyszczac z chwastow taka jakby rabate z boku domu, od strony sasiada. Kiedy sie tu wprowadzilismy, sasiad mial od tej strony rzad sosen, a ze to polnocno - zachodnia strona domu, wiec panowal tam wieczny cien. Wszystko bylo przykryte dywanem igiel i roslo tam tylko troche paproci. Niestety - stety, 2-3 lata temu, sasiad te sosny wycial. Ucieszylismy sie, bo od tej strony do domu zaczelo wpadac wiecej swiatla, a na zewnatrz odpadlo wywozenie taczkami kupy igiel. Niestety, za to teraz na tej rabacie, wsrod paproci, zaczela rosnac kupa chwastow. To czesc domu, ktorej my praktycznie nie widzimy, chyba ze chodzimy wokol chlupy, ale sasiad pewnie patrzec na to nie moze. Mimo wiec, ze moglibysmy udawac, ze tego nie widzimy, od czasu do czasu wypada to troche uprzatnac. ;) Musze zaznaczyc, ze malzonek pierwszy raz dal mi pobiegac z kosiarka. Mamy taka, ktora sama jedzie kiedy trzyma sie dzwignie, wiec tylko pod gorke trzeba ja troche pchac, za to z gorki wrecz ciagnie cie za soba. :D Nie wiem o co tyle krzyku, choc M. znow zrzedzil na temat koszenia i ogolnego ogarniania ogrodu. Jedyne co, to w miejscach gdzie trawa jest nadal krotka, kosiarka wzbija kupe kurzu i po koszeniu przez godzine co chwile kichalam. :D Wieczorem Nik wyciagnal mnie na partyjke kosza, gdzie ku zaskoczeniu nas obojga, poczatkowo go ogrywalam. ;) Smieszny jest ten moj syn, bo najpierw, po koszeniu i pracy w ogrodzie, jak usiadlam z kawa, to wcale nie chcialo mi sie juz wychodzic. Powiedzialam mu, ze zobacze jak dopije kawe, a on na to, ze nie musze i jest ok. Po kilkunastu minutach jednak zaczal co chwila przychodzic, sprawdzac poziom kawy w moim kubku i dopytywac czy przyjde, ale zapewniajac, ze nie musze. :D Nie mordowal siostry, ani ojca, tylko mnie. Mam nauczke za zbytnie angazowanie sie w spedzanie czasu z dzieciakami. ;) Poniewaz jednak jest coraz starszy i za kilka lat pewnie taka gra z mama to bedzie dla Mlodszego obciach, wiec poszlam, cieszac sie ze nadal chce spedzac ze mna czas. 

Sroda to juz normalna, wczesna pobudka. Najpierw z Bi, ktorej autobus dojechal bardzo wczesnie, bo juz o 7:18. Chlopiec z drugiej czesci osiedla nie dojechal, a sasiadka powiedziala, ze dzien wczesniej jej corce tez "uciekl" transport do szkoly. ;) Wrocilam do domu, zjadlam sniadanie, przypilnowalam szykowanie sie Kokusia i przyszla pora na wyjscie z nim. Od rana bylo duszno i pochmurno, a w tym momencie zaczelo na dodatek padac. ;) Na szczescie przy 15 stopniach nie bylo to strasznie dokuczliwe. Autobus Kokusia tez przyjechal bardzo szybko, wiec za moment moglam zaszyc sie w chalupie. Tego dnia chcialam w koncu pojechac po sadzonki do warzywnika, ale stwierdzilam, ze w deszcz nie bede sie pchala i postanowilam zobaczyc jak bedzie wygladalo popoludnie. Niestety, calutki dzien kropilo. Moze nie byla to jakas straszliwa ulewa, ale sklep ogrodniczy nie ma wylanej posadzki, tylko ziemie i wyobrazilam sobie to bloto, ktore tam wszedzie sie nosi. Po ogarnieciu tego i owego w domu, zasiadlam ponownie nad ogloszeniami o prace. Szczerze, to az sie poplakalam, bo zrobila sie sroda i z zadnej potencjalnej pracy zero odzewu, wiec raczej bedzie doopa. Wrocila do domu Bi, ktora pocieszala mnie, ze ona sie cieszy, ze nadazie nie mam pracy, bo zaraz wakacje i bedziemy mogly jezdzic codziennie nad jezioro. Dzieciece priorytety. ;) Wrocily chlopaki, zjedlismy obiad i... M. stwierdzil, ze nie chce mu sie jechac na silownie i moze by zrobic dzieciakom przerwe. Bylam chetna zeby samej ich zabrac, ale jak Potworki uslyszaly, ze moga zostac w domu, to oczywiscie mowy nie bylo zeby pojechali. :/ Wieczor spedzilismy wiec na kolejnych prysznicach i relaksie. Ktorego ja mam ostatnio i tak za duzo... A! Wieczorem, malzonek juz spal, Nik siedzial u gory w swoim pokoju i nagle wola: "Bear!!!". Na to my z Bi, jak glupie: "Where?!". :D Po sekundzie olsnilo nas zeby rzucic co akurat robilysmy i popedzic na gore. Akurat dobieglysmy do okna w pokoju Nika, kiedy niedzwiedz ruszal za dom sasiadow. Nie zdazylam nawet pstryknac foty. ;)

A o 23 znow to samo...
 

W czwartek jak zwykle wczesna pobudka i tym razem niestety od rana solidnie lalo. To by bylo ponownie na tyle jesli chodzi o sadzonki. ;) Autobus Bi znow przyjechal juz o 7:18 i jej kolezanka dojechala akurat kiedy juz zamknal drzwi i zbieral sie do odjazdu. :D Wrocilam do Kokusia, ktory juz jadl sniadanie. Tego dnia w jego szkole zaczynaly sie te stanowe testy, ktore jakis czas temu miala Bi. Ona - ambitniejsza, troche je przezywala, Nik stwierdzil ze mu wszystko jedno jak mu pojdzie i ze nawet sie na nich nie stara. :O Ciekawe, ze statystycznie, punktow ma zawsze wiecej niz siostra. Czyli zdolna bestia, tylko leser. :D Jak na zlosc, leje deszcz, stoimy pod parasolami, a autobusu nie ma i nie ma. W koncu dojechal, choc solidnie spozniony. Mlodszy odjechal, a ja z radoscia popedzilam do domu i zabralam sie za tak wdzieczne zajecie jak odkurzanie i mycie podlog, jej! ;) Najchetniej zostalabym juz w domu, ale po pierwsze, jakims cudem zabraklo nam ziemniakow i musialam dokupic bo potrzebne byly na obiad, a po drugie, niespodziewanie napisal szef czy moge przyjechac okolo poludnia, bo ma dla mnie czek. Szok, szok. :O Pojechalam wiec do roboty, przyznaje ze 10 minut spozniona, bo jakos nie moglam sie zorganizowac, przysiadlam przy biurku (dobrze, ze kompa wzielam), a tymczasem Chinczyka nieee ma. Po pol godzinie napisalam mu, ze jestem i czekam, a on odpisal, ze bedzie za... 20 minut. :O Kurna, no, jak sie umawiasz okolo poludnia, to przyjezdzaj okolo poludnia, a nie o 13. :/ Juz zaczelam myslec ponuro, ze odwola, ale jednak dojechal. Kasa... ech. Znow takie ni w gruche, ni w pietruche. Troche wiecej niz 2/3 mojej normalnej, miesiecznej wyplaty. No ale, dobrze ze chociaz cos, a z zasilkiem dla bezrobotnych bedzie to juz przyzwoita sumka. Kiedy w koncu dostalam czek, wyprysnelam z roboty i pojechalam do sklepu. Kupilam kartofle i pare innych rzeczy, ktore wpadly mi w oko. Poza tym, jak juz tam bylam, podjechalam do sklepu po drugiej stronie ulicy, tzw. "dolarowca". Tutaj jest kilka sieci takich sklepow, gdzie wszystko kosztuje $1. Nooo, w tym akurat $1.25. :D Maja tam wszystko, od jakichs przypadkowych czesci garderoby, przez zabawki, miniatury chemii domowej, naczynia i dekoracje. Ja akurat potrzebowalam wiekszej miseczki na wode dla kota. Kiedy wyjedziemy na kemping, Oreo zajma sie sasiedzi, ale beda ja rano po prostu wypuszczac na dwor i wpuszczac wieczorem. Chce wiec zeby miala dostep do wody przez caly dzien, bo jest juz naprawde cieplo. Po zakupach wrocilam do domu, chwilke odsapnelam i zabralam sie za obiad. Doslownie pol godziny pozniej wrocila Bi, zla na sama siebie, bo zapomniala telefonu. :D Niedlugo dojechaly chlopaki i akurat siedlismy razem do stolu. Niestety, Bi narzekala na bol brzucha, a M. glowy i basen stanal pod znakiem zapytania. Myslalam, ze Starsza moze byc po prostu glodna, bo maja dluga przerwe o 10:08, a potem juz tylko krociutkie, gdzie nie ma czasu na jedzenie. Zjadla jednak i nic nie pomoglo. Pomyslalam oczywiscie, ze moze to zapowiedz "tych" dni, ale panna sie oburzyla, ze to jeszcze ponad tydzien, a poza tym jej nigdy brzuch wczesniej nie boli. Coz, nie oznacza to, ze tym razem nie mogl zaczac, ale nie chcialo mi sie z panna klocic. Dalam jej tabletke, ale choc bol zelzal, to utrzymywal sie lekko do wieczora. Przynajmniej wedlug slow corki, bo nie watpie, ze mogla miec wymowke przed treningiem. ;) Malzonek rowniez oznajmil, ze na silownie nie idzie, wiec spytalam syna czy chce jechac na basen ze mna. Odpowiedzial, ze mu wszystko jedno czy pojedzie i choc korcilo mnie zeby go wziac, to wiedzialam ze bedzie mu przykro ze siostra leni sie w domu i zrezygnowalam. Powiedzialam jednak M., ze zastanawiam sie czy jest sens przepisywac dzieciaki do innej druzyny, skoro oni i tak nie jezdza na treningi. Oczywiscie M., ktory dzien wczesniej sam stwierdzil, ze moga zostac w domu, teraz probowal zwalic wine na mnie, ze nawet jak jemu sie nie chce, to ja moge z nimi jechac. :O Taaa, bardzo chetnie, ale niech wczesniej nie pyta dzieciakow czy chca jechac, bo jak maja perspektywe relaksu w domu, to ja nie bede potem wysluchiwac pretensji, ze ich zmuszam. :/ W kazdym razie, popoludnie i wieczor minely spokojnie, bo padac przestalo dopiero o 18, a wtedy nikomu juz nie chcialo sie nigdzie wychodzic. Wieczorem, kiedy M. juz spal i Nik tez szykowal sie na gorze do snu, uslyszalysmy z Bi straszny wrzask kotow gdzies zaraz pod domem. Popedzilam do okienka i zobaczylam tylko ruda kotke sasiadow uciekajaca za rog chalupy. Uchylilam drzwi i Oreo wpadla jak burza i swoim zwyczajem zaczela uciekac na gore. Bi udalo sie ja zlapac i obejrzalysmy ja na wszystkie strony. Wydawala sie cala i zdrowa. Dopiero godzine pozniej zauwazylysmy na pyszczku czerwona plame. Akurat byla na bialej latce, bo na czarnym futrze nawet bysmy tego nie zauwazyly. Tamta kotka musiala ja wiec drapnac lub ugryzc. Nie wiem co w tym roku z tymi kotami, ze tak zazarcie ze soba walcza. :/ Maja tyle terenu wokol siebie, ze spokojnie moga sie unikac, a gonia i trzepia sie bez litosci... Traumy wielkiej jednak najwyrazniej nie zaliczyla, bo godzine pozniej, kiedy otworzylam drzwi zeby wypuscic przed snem Maye, Oreo pierwsza pedzila zeby wyjsc. Oczywiscie juz nie wrocila i M. wpuscil ja dopiero o 3 nad ranem, a i tak musial kilka razy wolac.

No i nadszedl piatek. Nie zeby robilo mi to roznice, ale dzieciaki sie cieszyly. ;) Rano wstac oczywiscie z Bi, ktora przezywala, ze miala tego dnia wystapienie w szkole. Cala jej klasa robila prezentacje dla reszty VII klas z nauk socjalnych. Kazdy mial kilka zdan do powiedzenia. Starsza jednak pechowo trafila tak, ze musiala wejsc na scene, powiedziec dwa zdania, potem puszczony byl filmik i musiala tam stac i ogladac go ze wszystkimi i dopiero pozniej dokonczyc swoje przemowienie. Przez to, wiekszosc dzieciakow wychodzila na podium parami, a ona byla sama. Stwierdzam, ze i tak w miare spokojnie do tego podchodzila, bo ja pewnie mialabym s*aczke. :D Jej autobus przyjechal juz o 7:16. Tym razem zadna z trojki dzieciakow na jej przystanku na niego nie zdazyla. Dobrze ze wszystkie widzialy z daleka, ze przejezdza, ustawily sie wiec tak, zeby zabral ich przy wyjezdzie z osiedla. ;) Pozniej do domu na sniadanie i wyszlam z Kokusiem. Tego dnia mial drugi dzien stanowych testow z matmy. Wspomnial, ze rok temu duzo dzieciakow spieszylo sie zeby jak najszybciej skonczyc (i wyobrazam sobie jakie porobily kwiatki :D) wiec w tym roku nauczyciele przykazali im zeby zrobili mniej wiecej polowe zadan kazdego nia. Mlodszy odjechal, ja pogadalam z sasiadka i wrocilam do chalupy na szybka kawke przed zakupami. Pojechalam po spozywke, wrocilam do domu rozpakowac torby, bo dzien byl bardzo cieply (okolo 23 stopni) i sloneczny, a ja kupilam m.in. lody. Wkladajac wszystko do szafek i lodowki, popijalam kolejna kawe, po czym znow wyruszylam. Tym razem po, ponownie w tym roku mocno spoznione, sadzonki do warzywnika oraz kwiatki do doniczek. Po drodze jeszcze musialam zatankowac bo auto wolalo jesc, a w ogrodniczym jak zwykle nie dostalam wszystkiego. Co roku ta sama historia, ze brakuje im ogorkow gruntowych. Tym razem zostaly im 4 sztuki, a ja zawsze sadze przynajmniej 6-7. W dodatku nie mieli kompostu, ech... Musialam wiec zaliczyc kolejny ogrodniczy, w ktorym juz wczesniej bywalam, ale nigdy nie zwrocilam uwagi, ze maja sadzonki, kwiaty, nasiona, ale ani ziemi ani kompostu. Dokupilam wiec brakujace ogorki, ale po kompost bede musiala pojechac znow gdzie indziej. :/

Niby kupilam tyle co zawsze, a jakos malo sie wydaje
 

Jakby malo bylo jezdzenia, to wracajac zajechac trzeba bylo tez do biblioteki, oddac Kokusiowe gry (ktore i tak przetrzymal) i wypozyczyc mu ksiazki. Do domu dotarlam po 14 i cale szczescie, ze piatek to ostatnio tradycyjnie pizza, wiec nie musialam robic obiadu.

Rozpakowywaniu auta bacznie przygladala sie Oreo ;)
 

Zasiadlam wiec do ogloszen o prace (kiedy to sie skonczy...), a niedlugo pozniej dojechala Bi. Niespodziewanie zostaly chwile na podworku z kolezanka - sasiadka, ale panna zmyla sie zanim dojechaly chlopaki. Zmienilam dzieciakom posciel, wstawilam pranie i rozmyslalam co tu dalej robic. Myslalam, ze tego dnia zaczne juz cos sadzic w warzywniku, ale bez kompostu nie mialam co z nim robic. Zabralam sie wiec za sadzenie kwiatow w doniczkach, zeby to juz chociaz bylo z glowy.

Jak mi sie teraz kot ulozy w tych doniczkach, to ukrece maly lepek! ;)
 

Z entuzjazmem dolaczyla do mnie Bi i choc nie do konca byla mi jej "pomoc" na reke, to co bylo robic? ;) Zreszta, okazala sie calkiem przydatna, a na dodatek pozniej stwierdzila, ze pojdzie posprzatac troche w warzywniku zanim M. przywiezie kompost. Wygrabila wiec zeszloroczne liscie i zaczela wyrywac chwasty, choc nie skonczyla, bo komary pogonily ja do domu.

Pracus
 

Przy tym sprzataniu, znalazlysmy pierwsza marchewke. ;) I jedyna, bo reszta wypuscila dlugie pedy i szykuje sie raczej do kwitniecia. ;)

Plony :D
 

W koncu wrocilysmy do domu, ale jak tylko przymierzalam sie zeby spokojnie usiasc, Nik poszedl grac w kosza, wiec wyszlam porzucac z nim chwilke.

Zdjecie nie uchwycilo entuzjazmu ;)
 

Kiedy na dobre przyszlam do domu, malzonek szykowal sie juz do spania, a i Mlodszego trzeba bylo zagonic do lozka. ;)

Ufff, to byl bardzo meczacy i stresujacy tydzien. Jeszcze zeby cos z tego wyszlo, a tu doopa... :/ Jak sie pewnie domyslacie, z zadnej z potencjalnych prac juz sie nie odezwali i nie dostalam innych zaproszen na rozmowe kwalifikacyjna. :(

5 komentarzy:

  1. Przykro mi, że tak mały odzew jest na cv. Teraz pracodawcy mają dość wysokie wymagania (w tym znajomość pierdyliarda programów, które później w większości okazują się niepotrzebne), a płacą dość kiepsko. Co prawda nie szukam pracy, ale czasem sobie zerknę na ogłoszenia i jestem przerażona ile dają obowiązków, wymagań, a płacą najniższą krajową. Od znajomych wiem, że szukanie jest żmudne, ale w końcu się trafia na coś fajnego i tego Ci życzę (abyś znalazła nie tylko dobrze płatną pracę, ale też po prostu w miłym gronie).
    Z Bi jest zdolniacha - świetnie wyszedł jej ten top na szydełku.
    Ciesz się, że mimo, że może i leser z Nika, to jednak zdolny i potrafi sobie dobrze radzić.
    Dla mnie ten tydzień też był niezbyt dobry. Dużo nerwów i przygnębiające wnioski co do kilku osób z naszego otoczenia. Za to z mężem teraz codziennie spacerujemy, no i ma już na przyszły tydzień termin zabiegu, wyniki dobre, więc się cieszę :)
    Dobrego tygodnia, ściskam z Polski

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak fajnie wygląda to siedzenie dziewczyn na tle zieleni. Nic, tylko chciałoby się do nich dołączyć. Gratulacje dla Bi za cuda, które wyczarowała. Mi się strasznie takie rzeczy podobają, ale na samą myśl, że miałabym tak siedzieć i szydełkować, aż mnie ciarki przechodzą.... Może można byłoby pokryć bransoletkę lakierem bezbarwnym, albo żywicą do biżuterii, aby ją zabezpieczyć przed ścieraniem?

    Widzę, że nie tylko u nas tak słabo z tymi ofertami pracy. Ja też jak szukałam, to albo było milion wytycznych, albo jakieś dziwne wymagania, a jeszcze dodatkowo drażni mnie, jak w ogłoszeniu jest mnóstwo wymagań, trochę informacji na co człowiek może liczyć i ani słowa o potencjalnym wynagrodzeniu – nawet widełkach. Może jeszcze się odezwą? Ci moi napisali do mnie po 2 miesiącach, jak już zapomniałam, że w ogóle do nich aplikowałam. Mam nadzieję, że w końcu uda Ci się znaleźć coś fajnego, co będzie Cię satysfakcjonowało.

    Może właśnie dlatego, że Nik podchodzi do testów na luzie, zalicza je lepiej niż Bi? Znam dzieciaki, które na świadectwie miały 5 i 6, a na testach tak się stresowały, że pisały je na 3... Oczywiście, gdyby nie był zdolny i nie miał wiedzy, to nawet największy luz by mu nie pomógł, ale może takie spokojniejsze podejście do testów, też robi swoje?

    OdpowiedzUsuń
  3. Z praca tzn. jej poszukiwaniem musisz byc cierpliwa, bo inaczej sie nie da. Wiem, latwo powiedziec. Ale kazdy czlowiek w zyciu przechodzi jakis wiekszy stress i w koncu kiedys ten stress mija. Bo przeciez KIEDYS musi minac. Najgorsza jest ta trwajaca niepewnosc jutra, czekanie, obnizenie nastroju, ze juz tak dlugo trwa zla passa. Po prostu wszedzie mamy kryzys, na calym swiecie. Pomysl, Agato, ze dzisiejszy kryzys ekonomiczny zaczal sie na przelomie 2008-2009, wiec jak na razie uchowalas sie od bezrobocia naprawde dlugo! Ja tez kiedys z praca przechodzilam (i jakos przeszlam!) ciezkie czasy - wciaz je pamietam, jak zly sen.
    Bi robi istne cuda na szydelku. Ma juz dziewczyna fach w reku. Bluzeczka/staniczek super jej wyszla. Moze Bi poduczy fachu mame i zalozycie firme dziergania szydelkowego? - Potem otworzycie maly sklepik, z czasem wiekszy sklep i jak dobrze pojdzie - wielka fabryke dziergania z ciezarowkami podjezdajacymi co chwile po nowy towar. Ech, chyba troche sie rozpedzilam... Na razie jednak zycze znalezienia zajecia mniej ambitnego, bo w tym wyuczonym dotychczas zawodzie. Na razie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, dzierganie Bi jest mega, naprawdę sama zrobiła tą bluzeczkę? Musze pokazac Toli, ona od jakiegoś czasu próbuje szydełkować, ale kończy się to łzami w oczach.. nawet dostała zestaw różnych szydełek od Cioci, bo te co miała były złe, ale jakoś nie może tego ogarnąć tak jakby chciała. Ja z moją Teryską kiedyś też szydełkowałam i robiłam na drutach, ale kurczę musiałabym z jakimś tutorialem przysiąść, żeby to sobie przypomnieć. Fajnie, że takie młode dziewczynki do tego wracają.
    Bransoletka urzekła mnie <3

    OdpowiedzUsuń