Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 10 maja 2024

Majowe przygody

Kolejny piatek i kolejne piatkowe widoki:

:D
 

W sobote, 4 maja, cala nasza czworka mogla pospac sobie dluzej. Malzonek mial wolne, choc (poniewaz pod koniec miesiaca szykuje sie dlugi weekend) jesli nie zamkna jego pracy w ktorys weekend, moze to byc dla niego ostatni dzien wolny poza nasza majowka. ;) Przeszlam sama siebie, bo obudzilam sie o... 9:41! :O Zerwalam sie czym predzej, ale M. juz byl niezadowolony, bo tyyyle rzeczy mial zaplanowane, a nie chcial mnie budzic. Powiedzialam mu, ze o tej porze spokojnie mogl zaczac halasowac, bo nawet bym sie ucieszyla gdyby mnie zbudzil. Poza tym, dobra, mikser na dole w kuchni to faktycznie porzadny halas. Ale kosiarka na ogrodzie, gdzie sypialnia jest na trzeciej kondygnacji, a okno nie wychodzi bezposrednio na trawnik ani z przodu, ani z tylu, to naprawde pikus. Kiedy zeszlam na dol, malzonek popedzil szybko wlasnie kosic. Bylo to juz wrecz niezbedne, bo nasz trawnik wygladal najgorzej na calym osiedlu. Nie dosc, ze pelno mleczy, to jeszcze trawa rosnie takimi kepami i wyglada to zupelnie nierowno. Sasiad pewnie poplakal sie ze szczescia. :D Niestety, M. nie znosi koszenia i znow wrocil bez humoru, zrzedzac ze on chce sprzedac ten dom i kupic mieszkanie, bo pierdzieli te ciagla robote kolo chalupy. I pyta mnie co ja na to. No i prawie sie posprzeczalismy, bo tylko przewrocilam oczami ze ja wcale nie mam ochoty mieszkac w mieszkaniu, bo ten ogrod to taki moj wlasny kawalek przestrzeni, gdzie nikt mi nie lazi, ktory jest tylko dla mnie. Poza tym, malzonkowi rzeczywiscie odpadloby to znienawidzone koszenie, ale dla mnie cala domowa robota zostalaby bez zmian. To co to dla mnie za oferta? ;) Dodatkowo, M. kosi najrzadziej jak sie da, srednio raz na 3-4 tygodnie i po kazdym koszeniu przez dluzszy czas trawniki wygladaja calkiem schludnie. Ja odkurze i tego samego dnia na podlogach walaja sie juz jakies paprochy i zwierzece klaki. Zrobie pranie, a wieczorem w brudownikach juz zalegaja kolejne rzeczy. Zaproponowalam, ze ja bardzo chetnie pokosze, bo to i troche ruchu i taka fajna robota, gdzie idziesz niemal bezmyslnie wzdluz trawnika i nikt ci nie zawraca gitary, bo i tak jest za glosno... Wole to, niz takie odkurzanie, gdzie ciagle czlowiek musi albo cos odsuwac, albo klekac zeby wsunac rure pod meble. Oczywiscie malzonek na to juz kreci nosem, ze nie umiem. No tak, "nie umiem" pchac przed soba kosiarki! :/ Kiedy tu stracil argument, przyczepil sie, ze mowilam, ze pozbieram galezie. Zrobilam wielkie oczy, bo rzeczywiscie wspominalam o tym, ale malzonek zripostowal, ze nie trzeba, bo kosiarka zmieli te mniejsze, a on wczesniej sie przejdzie i uprzatnie te wieksze. A teraz, jak nie ma humoru, nagle oskarza, ze mowilam, ze to zrobie, a nie zrobilam! :O Przyznaje, ze po wczesniejszej rozmowie i tak planowalam to zrobic, ale (jak pisalam w poprzednim poscie) w piatek bylam jakas kompletnie bez zycia i nie mialam na to sil. Oczywiscie teraz, kiedy przypomnialam M. o tym co mowil, burknal tylko cos pod nosem, ze on nic nie bedzie mi juz mowil, za to zaczal sie czepiac ze jak jestem w domu, to moglabym wziac lopatke i powykopywac mlecze rosnace pod tarasem! Nosz kurna, jasnie hrabia mial zdecydowanie dzien zrzedzenia, a wszystko dlatego, ze musial skosic trawe! W dodatku, zadzieram kiece i lece; na pewno bede te mlecze mu wykopywac! Pod tarasem jest kostka i kamyki i chwasty wyrastaja w szparach! Juz w tych kamykach ciezko jest kopac, a miedzy kostke nie ma w ogole jak wbic lopatki! Nie wiem skad M. w ogole wpadl na pomysl, zeby je wykopac... Poza tym to kolejna robota, ktora sama zauwazylam, tylko ze po prostu jej nie lubie i sie ociagam, za to nie potrzebuje zeby mi malzonek na jej temat zrzedzil kiedy nie robi swojej. ;) Mam wrazenie, ze on zazdrosci ze siedze teraz w domu i nie rozumie, ze ja chetnie bym sie z nim zamienila! :/ W kazdym razie, M. zabral sie za smazenie racuchow (do czego nikt go nie zmuszal; samego go naszlo), a ja zabralam sie za wlasna robote. Musialam wstawic pranie, potem zmywarke, posprzatac w gornych lazienkach, itd. Malzonek planowal pomalowac kolejna warstwa dach przyczepy, ale okazalo sie, ze nie ma odpowiedniego walka, a nie chcialo mu sie jechac do sklepu. I prosze jaki to hipokryta. Jemu wolno nie miec na cos ochoty, mnie juz nie. :( Na szczescie dlugo nie musialam sie z nim sprzeczac, bo na 14 zabieralam dzieciaki do biblioteki z okazji dnia Gwiezdnych Wojen. To zadne oficjalne swieto, po prostu taki smieszny dzien, wiazacy sie z data. Kojarzycie pewnie slynne zdanie z tego filmu: "Niech moc bedzie z toba!". Otoz, w jezyku angielskim brzmi to: "May the force be with you!". Tego dnia zas byl czwarty maja, ktory w tym jezyku okresla sie jako: "May the fourth", co brzmi bardzo podobnie do powyzszego i stad stal sie nieoficjalnym swietem fanow Gwiezdnych Wojen. :D Dzieciaki w bibliotece mogly zrobic sobie laserowe miecze (ang. light saber) z piankowych "makaronow" i dostaly torebki z tematycznymi naklejkami, stempelkami oraz slodyczami.

Jedis ;)
 

Zal bylo mi bibliotekarek, bo wszystko zorganizowaly, a tymczasem frekwencja nie dopisala i poza Potworkami widzialam tylko jeszcze troje dzieci. Niestety, nie dosc ze 4 maja wypadl w tym roku w sobote, to jeszcze byla piekna pogoda, 19 stopni i slonce, wiec sporo osob moglo sie zapisac, a potem jednak pojechac w plener. Poza tym nie trafili chyba za bardzo w przedzial wiekowy, bo zajecia byly dla dzieciakow od V do XII klasy (w Hameryce w middle i high school nie liczy sie klas od nowa, tylko cala publiczna edukacja liczona jest od pierwszej klasy, do dwunastej), ale i robienie piankowych mieczy i upominki byly raczej dla mlodszych dzieciakow. Calosc odbyla sie w mniejszej, starej bibliotece, a ze byl to pierwszy raz Nika tam, wiec musielismy urzadzic sobie zwiedzanie zakamarkow.

Starsza chciala wygladac niczym dystyngowana, powazna dama...
 

Dzien okazal sie "biblioteczny", bo bedac tam przypomnialo mi sie, ze w glownej filii mieli tego dnia "dzien komiksu", gdzie rozdawali darmowe male komiksy i rozne duperelki. Oczywiscie Mlodszy nie mogl przepuscic takiej okazji. Pojechalismy wiec i wybral sobie ksiazeczke oraz zawieszke na klucze.

Nie powiem zeby wybor byl jakis niesamowity, no ale "darowanemu koniowi w zeby sie nie zaglada" ;)
 

A! Jedna z bibliotekarek spytala czy Potworki to blizniaki! Faktycznie, jeszcze niedawno bardzo roznili sie wzrostem bo Bi wystrzelila w gore. Teraz ona jednak zwolnila, za to Nik przyspieszyl i choc roznica jest, to juz nie tak wielka. Do tego oboje to takie blondasy i rzeczywiscie mozna pomyslec, ze sa w tym samym wieku. ;) Do domu wrocilismy chwile po 15, ale juz na 16 jechalismy na msze. Po powrocie oczywiscie nie dalo sie obejsc bez rundki gry w kosza. Nawet M. i Bi sie przylaczyli. Pod wieczor stwierdzilam, ze ciasta cytrynowego w sumie zostala tylko resztka, a za to jablek mielismy cala wielka miche, wiec upieklam szybko placek z jablkami. Troche spokojnego kanapowania i czas spac. :)

Wieczorna tradycja. Tak Martus, telefon nadal kurczowo w lapce! :D
 

W niedziele rano M. pojechal do pracy, a ja oraz Potworki odsypialismy. Nadprogramowe spanie z dnia poprzedniego podzialalo i obudzilam sie przed 9. Nawet pomimo tego, ze wieczorem Oreo nie wrocila do domu, wiec kiedy malzonek wpuscil ja o 3 nad ranem, odsypiala nocne harce i ulozyla sie centralnie w zgieciu mojej nogi. Za kazdym razem kiedy sie przekrecalam, niechcacy ja kopalam. Budzilam siebie, budzilam kota, ale ten tylko przekrecal sie i spal dalej. :)

No i wez tu wstan, kiedy taki rozkoszny klebuszek lezy ci na koldrze ;)
 

Kiedy cala nasza trojka wstala i zjedlismy sniadanie, dzieciaki chcialy obejrzec film. Bi wypozyczyla pierwsza czesc Straznikow Galaktyki, bo znow chce obejrzec cala serie, twierdzac, ze to jej ulubione filmy. Akurat skonczyli, a przyjechal dziadek, a niedlugo po nim M. wrocil z pracy. Moj tata posiedzial 3 godziny, mimo ze wiedzial ze mam plany. Ech... Nie jakies wielkie, ale jednak musialam sie przebrac, umalowac zeby ludzi nie straszyc, itd. Na to musialam pojsc na gore, a wiec zostawic dziadka samego w salonie, bo dzieciaki akurat jadly, a M. cos tam robil. No ale chyba dziadkowi to szczegonie nie przeszkadzalo, skoro ja wspominam, ze musze sie zaczac szykowac, a on nadal siedzial. ;) W koncu wyszedl razem ze mna i Bi, a my jechalysmy zabrac Maye na szczepienie. Po zeszlorocznych piskach u weta, spodziewalam sie kolejnego dramatu, ale okazalo sie, ze siersciuch nawet sie nie wzdrygnal. ;) W sumie to gorzej zniosla jazde autem, bo to zawsze mocno ja stresuje, ale tym razem jechalysmy tylko 10 minut od domu, tam gdzie zwykle z kotem i dala rade. Po szczepieniu polazilysmy jeszcze chwile po sklepie, poogladac fretki oraz swinki morskie, a Maya wybierala sobie przysmaczki. :D

Psiur na zakupach ;)
 

Po powrocie do domu czekalo nas juz siedzenie w chalupie, bo tego dnia bylo jakies zalamanie pogody. Caly dzien siapil deszcz i mielismy tylko 10 stopni, brrr... Po ostatnich cieplejszych dniach, teraz wydawalo sie lodowato, a w chalupie znow wlaczalo sie ogrzewanie. Oreo co chwila miauczala zeby ja wypuscic, po czym za moment wracala, cala mokra. Niestety, kocie mlode i glupie i poza myszami, poluje tez na owady. No i w koncu sie doigrala. Cos uzarlo ja kolo oka, miala wyrazna spuchnieta gule, a oko lzawiace i przymkniete. Obawialam sie, ze moge za chwile jechac do weterynarza z kiciulem, bo na poczatku nie wiedzielismy czy sobie cos w oko nie zrobila. Na szczescie samo przeszlo. :) Wieczor to juz tylko prysznice wszystkich po kolei i szykowanie sie na kolejny tydzien.

Poniedzialek zaczal sie wczesniej niz bym sobie zyczyla. Oreo nie wyszalala sie poprzedniego dnia na dworze, wiec juz od 5 rano chodzila od drzwi do drzwi i miauczala zeby ja wypuscic. Kiedy nikt sie nie pojawil, przybiegla do gory i darla sie w sypialniach, przelatywala po lozkach, itd. Szalu mozna bylo dostac. ;) Bi powiedziala, ze ja tez obudzila, ale zadnej z nas nie chcialo sie wstawac i wypuscic upierdliwego stworzenia. :) Zalowalam, ze nie mieszkam nadal w parterowym domu, bo duzo latwiej byloby wstac i otworzyc jej drzwi. A tak, na mysl ze mialabym maszerowac na dol, wcisnelam jedno ucho w poduszke, drugie przykrylam koldra (co i tak niewiele dalo) i usilowalam ponownie zasnac. Przysypialam lekko co jakis czas, ale za kazdym razem wybudzal mnie, wyjatkowo tego ranka zawziety, kiciul. W koncu jednak zadzwonil budzik i trzeba bylo sie zwlec. Jak zwykle wyszlam najpierw z Bi, a potem z Kokusiem, po czym musialam wrocic ogarniac domowa rzeczywistosc. Zmywarka, jakies pranie, itd. Przegladalam tez oczywiscie oferty pracy, ech... Po ponurym i mglistym poranku, zrobilo sie 19 stopni i zaczelo wychodzic slonce, wyciagnelam wiec Maye na spacer.

Na tle kwitnacej azalii; ach, jak pieknie!
 

To "wyciagnelam" niemal doslownie, bo siersciuch najpierw cieszyl sie, skakal i przygryzal smycz, a po chwili zaczal stawac i wrecz ciagnac spowrotem w strone domu. Ostatnio zwalalam to na "podeszly" wiek, ale teraz sama juz nie wiem. Psiur biega jak glupi za swoja pileczka, gdzie czesto musi zbiegac i wdrapywac sie ponownie na taras. I jakos ma energie. Na spacerze tez, po kilku minutach oporu, potem juz przeszla cala trase bez odpoczynku i przystawania. Nie wiem wiec o co temu stworzeniu chodzi. :) Wrocilam i musialam brac sie za obiad. Nie znosze gotowac, ale skoro siedze teraz w domu, to glupio tak troche czekac az M. wroci i cos ugotuje. :D Udaje wiec przykladna zone i staram sie pichcic... Autobus powrotny Bi mial spore opoznienie i dotarla tuz przed chlopakami. Niespodziewanie wiec zjedlismy obiad rodzinnie, w tym samym czasie. Potem troche relaksu, troche dalszego ogarniania (bo w domu to przeciez nigdy sie nie konczy), az w koncu M. z dzieciakami jechali na trening. Ja zostalam w chalupie, a poniewaz wczesniej, strategicznie odhaczylam najwazniejsze obowiazki, mialam wiec czas zeby usiasc spokojnie na tarasie. Naszemu kotu przypomnialy sie zeszloroczne ulubione miejscowki i wlazl do zawieszonych doniczek.

Jaki sliczny "kwiatek"!
 

Coz... poki co nic w nich nie posadzilam, ale jak mi zgniecie sadzonki kwiatow, to moge jej "zgniesc" wlochate pupsko... :D Wrocila rodzina, kolacja, prysznice i wszyscy zaczeli sie po kolei wykruszac, z malzonkiem na czele. ;) Za to kot wrocil do chalupy przed 20, zjadl suchych chrupek, zdrzemnal sie, zjadl mokrej karmy, po czym o 21:40 poszedl wieczorne polowanko. Myslalam ze juz nie wroci, bo noc byla przyjemna i cieplutka, ale kiedy wypuszczalam Maye na siusiu przed snem, do chalupy wslizgnal sie tez kiciul.

W nocy spalam kiepsko, bo widzac zapowiadane 10 stopni, kladac sie spac pozamykalam okna. Okazalo sie to bledem, bo dom schladzal sie wolniej niz przewidzialam i bylo troche duszno. Rano wstalam, wyszykowalam sie z Bi i na szczescie udalo nam sie wyjsc sprawnie, bo jej autobus przyjechal juz o 9:19. Sasiadka nie zdazyla, mimo ze napisalam do jej taty, ze pojazd wlasnie podjechal. Widzialam ze potem podjechali na przystanek, pewnie zrobili narade i ostatecznie sasiad pewnie zawiozl corke do szkoly. :) Z Kokusiem tez poszlo sprawnie, choc jego autobus przyjechal kilka minut spozniony, a ja zaczynalam juz miec czarne wizje, bo o 9 mialam zalatwic cos waznego. Na szczescie w koncu pojechal, a ja spokojnie wrocilam do zwierzakow. Sprawe zalatwilam, a potem zabralam sie juz za normalne domowe pierdolki. Niestety, doszla mi kolejna rzecz do zalatwienia, bo weszlam na swoje konto z bezrobocia i okazalo sie, ze za miniony tydzien mi... nie zaplacili! Oczywiscie przyczyne podali tak lakoniczna i ogolnikowa, ze mozna sobie zgadywac. Umowilam sie wiec na rozmowe z nimi kolejnego dnia. Podejrzewam, ze cos namieszalam, bo juz otwierajac konto, nie bylo opcji "tymczasowego" zwolnienia z pracy, ale jednoczesnie pytalo czy nadal jestem zatrudniona. Poniewaz to tymczasowe bezrobocie z zalozenia oznacza utrzymanie zatrudnienia, wiec zaznaczylam, ze nadal jestem zatrudniona, ale jednoczesnie zwolniona? Bez sensu to zupelnie bylo, a potem robiac tygogodniowy raport tez wyskoczyly mi jakies dziwne pytania co do przepracowanych godzin i zarobionych pieniedzy. Nie mowiac juz o tym, ze wedlug zasad, podajac powrot do pracy w ciagu 13 tygodni, nie powinnam byla miec obowiazku wbijania poszukiwania pracy, a jednak tu kazalo mi to zrobic. Nie wiedzialam wiec co tam zle naklikalam, ale musialam wyjasnic. :/ Reszta ranka minela juz dosc przyjemnie, bo staralam sie odhaczyc takie "komputerowe" sprawy (jak szukanie pracy) siedzac na tarasie, pod parasolem. Mielismy 25 stopni i lekka bryze, wiec bylo po prostu cudownie. Na obiad konczylismy ugotowana w weekend zupe, wiec musialam tylko dogotowac makaron, co oznaczalo ze mialam sporo czasu na relaksik. Nie taki zupelny jednak. Tego dnia musialam odebrac ze szkoly Bi i jej kolezanke, bowiem zapisane byly na zajecia do biblioteki. Mieli robic grawerowane bransoletki na Dzien Matki, ktory jest w ta niedziele. Zajecia byly dla nastolatkow, a nawet gdyby mlodsze dzieciaki chcialy sie zalapac, to nie mialy jak, bo zaczynaly sie o 15 (Bi konczy o 14:30), wiec jeszcze przed koncem lekcji w mlodszych rocznikach. Odebralam wiec panny ze szkoly, zawiozlam do biblioteki i tu musze przyznac, ze kompletnie mnie zaskoczyly. Wiecie, Starsza w domu jest uparta i pyskata, ale poza nim juz nagle lapie ja niesmialosc. Pomyslalam jednak, ze jak beda we dwie to juz sie osmiela i jak cos, to dopytaja. Tymczasem juz w aucie zaczely podpytywac gdzie isc i co mowic, mimo ze Bi byla w bibliotece setki razy i doskonale wiedziala gdzie beda zajecia. Jest tam bowiem specjalna salka z drukarkami 3D, maszyna wlasnie do grawerowania i jakimi innymi urzadzeniami. Poniewaz jednak panny nie byly pewne co i jak, spytalam czy z nimi wejsc. Tak. No to poszlam. Bylysmy pare minut wczesniej, wiec pochodzilysmy miedzy regalami. W ktoryms momencie panny zauwazyly, ze w salce jest juz kilka osob i pytaja mnie, czy powinny isc. Mowie, ze skoro zapisane osoby sie zbieraja, to tak, niech ida. Podeszly, ale zamiast wejsc, to stoja przed drzwiami, dyskutujac czy wejsc! :D Wlasnie ruszylam, zeby w ich imieniu spytac czy zajecia juz sie zaczynaja, kiedy na szczescie bibliotekarka je zauwazyla i spytala czy przyszly na grawerowanie. A ja zawsze myslalam, ze hamerykanckie dzieci to sa przebojowe z zasady. :D

Sala pod znakiem technologii
 

Poszly wiec w koncu, a ja wrocilam do domu, bo nie chcialo mi sie godziny tam siedziec. Wrocily chlopaki, zaczelismy jesc obiad, oni skonczyli, a ja nagle spostrzeglam, ze musze jechac juz po dziewczyny! Mielismy plan jechac tego dnia po farbe do pokoju Bi (pamietacie, ze na urodziny chciala remont), a tymczasem panna, zaslepiona towarzystwem kolezanki, pyta czy moga chwile pokrecic sie po bibliotece. Przypominam o planie, na ktorym przeciez to jej najbardziej zalezalo. A, no tak... Niestety musialysmy odwiezc kolezanke, co wiazalo sie z przebijaniem przez korki w centrum miasteczka. Dojechalismy, a Bi jeszcze chce poglaskac jej pieska, jeszcze zegna sie z kolezanka jakby mialy sie zobaczyc dopiero za miesiac, a ja probuje ja zagonic do auta, przypominajac, ze jesli chce jeszcze jechac do sklepu, musi sie pospieszyc. :/ Do chalupy wrocilysmy o 17, a przeciez Starsza jeszcze musiala zjesc obiad. Ani mnie, ani M. nie chcialo sie juz nigdzie jechac, tym bardziej ze pogoda zachecala raczej do aktywnosci na swiezym powietrzu niz lazeniu po sklepach, ale fakt, ze obiecalismy to juz Bi na weekend, przelozylismy na wtorek, wiec brzydko tak przekladac kolejny raz. O dziwo zabral sie z nami Nik, wiec pojechalismy rodzinnie. Bi wybrala kolor, choc zajelo jej to chyba 20 minut patrzenia na karteczki. :D

Potencjalne kolorki
 

Popatrzyla tez na dywany, ale ostatecznie na zaden sie nie zdecydowala. Najprawdopodobniej w weekend czeka nas malowanie, na co kompletnie nie mam ochoty, ale coz. Obiecalo sie. ;) Wracajac zajechalismy jeszcze po kawe, potem zagralam z Kokusiem w kosza juz pod domem i nadszedl czas do lozek. A, wczesniej znow znalazlam w domu kleszcza, tym razem przy kociej wiezy, wiec pewnie "przyjechal" na Oreo. Akurat i tak nadeszla pora na comiesieczne kropienie i tabletke na robaki dla psa. Akurat Maya to zaden problem; tabletke polknie, da sie bez problemu pokropic, itd. Z kotem to zadanie dla dwoch osob: jedna kropi, druga trzyma. A kot wyrywa sie i otrzasa jak moze. :D Ciesze sie, ze nie musze jej wciskac tabletki do pyszczka. Coz, na miesiac mamy spokoj.

W srode zbudzilam sie juz bardziej wyspana. Dom porzadnie nagrzal sie poprzedniego dnia, ale zostawilam wszedzie szpary w oknach i temperatura byla znosna. Malzonek za to powiedzial, ze zle spal, bo chrapalam mu nad uchem. ;) Kiedy sie obudzilam, na horyzoncie przebijalo wschodzace slonce, ale kiedy pol godziny pozniej wychodzilam z Bi, juz sie zachmurzylo i od czasu do czasu kropilo. Bylo tez parno i duszno, wiec wydawalo sie cieplej niz te 12 topni. Panna odjechala, a ja wrocilam do domu i juz slyszalam dalekie grzmoty. Po paru minutach zaczelo blyskac, grzmiec na calego i do tego lunelo jak z cebra. Super. :/ Mialam nadzieje, ze zaraz przejdzie, ale choc przestalo grzmiec, to nadal lalo. Moj syn oznajmil, ze lubi deszcz i jemu to nie przeszkadza. :D Zla matka uparla sie jednak, ze zawiezie dziecko na przystanek autem. Okazalo sie zreszta, ze wszyscy inni rodzice wpadli na ten sam pomysl i przed przystankiem staly sobie 4 samochody. ;) Pomimo paskudnej pogody, autobus przyjechal na czas, dzieciaki przebiegly przez ulewe i pojechaly do szkoly. Ja wrocilam do chalupy i siedzialam jak na szpilkach, czekajac na telefon z urzedu pracy. Zadzwonili punktualnie, ale... kiedy odebralam, uslyszalam automatyczna wiadomosc: "To jest twoj telefon zwrotny. Laczymy." i... zaczela grac muzyczka! I zeby tam zagrala melodyjka i zaraz ktos sie zglosil! O nie; grala DZIESIEC minut!!! Mialam ochote rzucic telefonem, ale zagryzlam zeby bo zalezalo mi zeby to wszystko wyjasnic. ;) W koncu zglosila sie babka. Okazalo sie, ze brak zaplaty to standardowe opoznienie, bo pracodawca ma 10 dni na potwierdzenie zwolnienia pracownika. W przyszlym tygodniu "powinnam" dostac zalegla kase. Oby. :/ Poza tym jednak kobieta sama nie mogla znalezc przyczyny dlaczego musialam wbijac poszukiwania pracy, przepracowanych godzin, itd. Podobno cos tam poprawila i powiedziala, ze w tym tygodniu nie powinnam musiec tego robic, ale pozyjemy zobaczymy. ;) Tego dnia dzieciaki mialy skrocone lekcje, wiec musialam odebrac ze szkoly Kokusia. Przy okazji stwierdzilam, ze skoro beda wczesniej w domu, to moga zaprosic kogos do zabawy. Do Bi miala po szkole przyjsc kolezanka - sasiadka, a ja odebrac Nika z kolega oraz siostra kolezanki Starszej. Bi przyjechala z przyjaciolka akurat jak wyjezdzalam po mlodsze towarzystwo. Odebralam ich ze szkoly i... zaraz mialam dosc. A konkretnie to Nika i jego kumpla. Mlodsza sasiadka jest o klase nizej, w dodatku dziewczynka, wiec caly czas jej docinali. Nie jakos specjalnie zlosliwie czy wrednie, ale jednak takie durne zarty. Na szczescie mloda panienka nic sobie z tego nie robila i rowno im sie odgryzala, ale i tak ciagle ich strofowalam, bo skoro ja zaprosilam, to czulam sie zobowiazana zeby sprawic zeby czas minal jej przyjemnie. :) Kiedy dojechalismy, Bi i jej kolezanka siedzialy spokojnie na kanapie grajac na Nintendo. Pozniej przeniosly sie na taras, gdzie gadaly, a Starsza cos szydelkowala. Dla kontrastu, mlodsza banda wpadla jak burza i na dzien dobry zaczeli sie napierniczac tymi piankowymi mieczami, ktore Potworki zrobily w bibliotece.

Dwoch mlodych lobuzow, na jedna dziewczynke
 

Na szczescie zaczelo sie rozpogadzac, wiec pogonilam ich na dwor. :D Zostali tam zreszta dluzsza chwile i nawet starsze dziewczyny dolaczyly, gdzie wszyscy grali w kosza.

Podejrzani z okna jadalni
 

Bylo nadal duszno i niemozliwie wilgotno, wiec Nik wrocil do domu z kropelkami potu doslownie lejacymi sie po twarzy. :O Po tym chlopaki stwierdzili ze na dworze jest za goraco i zaszyli sie na reszte czasu w chalupie. Mialam gotowe ciasto na pizze, wiec cala piatka zrobila sobie mini pizzerinki, zjedli i bawili sie dalej. Byla ich piatka, wiec troche nie do pary i tak jak sie obawialam, najmlodsza panna snula sie od jednych do drugich. Ostatnimi czasy raczej lazila za siostra i Bi, ale tym razem wybrala chlopakow. Chyba jednak sie bidula nudzila, bo kiedy przyjechala po nie opiekunka, pierwsza wybiegla, nawet nie pytajac czy moze jeszcze zostac (w przeciwienstwie do siostry). ;) Niedlugo po odjezdzie dziewczyn pojechal tez kolega Kokusia i odzyskalismy cisze oraz spokoj. Malzonek odebral pracy po drzewo, ktore ktos oddawal za darmo. Przywiozl takie wielkie, ciezkie kloce, ktore nie wiem jak dal rade zaladowac na pake auta. Do domu wrocil jednak pozno i wymordowany, wiec nie chcialo mu sie juz jechac z Potworkami na basen. Przyznaje, ze i mnie sie nie chcialo. Byla piekna pogoda i wolalam troche popielic w ogrodzie niz siedziec w zamknietym pomieszczeniu smierdzacym chlorem. ;) Dzieciaki tez oczywiscie wykazywaly bardzo umiarkowany entuzjazm, wiec ostatecznie zostalismy w domu.

Czwartek rano juz bez przygod pogodowych. :) Odjechala Bi, potem Nik, a ja moglam wrocic do chalupy. Tego dnia dzieciaki znow mialy skrocone lekcje, musialam wiec odebrac syna, ale najpierw mialam kilka godzin zeby ogarnac to i owo w domu. Rozladowalam zmywarke, zaladowalam ponownie (kurcze, konca nie ma), odkurzylam i umylam podlogi w sypialniach, a potem musialam zaczac przygotowania do obiadu. Ranek minal ekspresowo i musialam pedzic po Mlodszego. Wyjezdzajac z osiedla minelam autobus Bi. ;) Wrocilismy z Kokusiem do domu, ale nie na dlugo. Panicz juz jakis czas dopytywal kiedy zabierzemy go na podciecie kudelkow i obiecalam mu, ze wezme go wlasnie w ktorys z tych dni ze skroconymi lekcjami. Liczylam, ze wczesnym popoludniem obedzie sie bez czekania, ale sie przeliczylam. Kiedy przyjechalismy na miejsce, jakis jegomosc byl strzyzony, a kolejny czekal. Nik nie pomyslal (ja w sumie tez nie) zeby wziac ze soba Nintendo, wiec nudzil sie i jeczal. Czekalismy tylko jakies 15-20 minut, ale ile sie nasluchalam marudzenia, to moje. ;) W koncu przyszla kolej Kokusia i... coz, tym razem kawaler naprawde zaszalal. Kiedy podcinal wlosy ostatnio, naprawde tylko je "podcial". Tym razem wybral solidne ciecie. 

Przed - wiadomo ;)

No i "po". Teraz oczywiscie ma juz te wlosy mniej ulizane i wyglada troche inaczej

Zeby nie bylo; wczesniej w necie znalazl fryzure ktora mu sie podobala i pokazalam ja fryzjerce. Mniej wiecej wyszlo tak jak powinno, choc na modelu wlosy na gorze byly lekko zmierzwione i podniesione. Nik chyba z ciecia zadowolony, choc skwitowal jedynie, ze koledzy znow powiedza, ze lepiej mu w dlugich. :D Osobiscie musze sie jeszcze przyzwyczaic, bo co na niego spojrze, to az podskakuje z zaskoczenia. No i jednak wole go jednak w dluzszych wlosach, ale coz, to jego wybor. Przyznam tez, ze na lato taka fryzura na pewno jest duzo praktyczniejsza, bo bedzie mu zwyczajnie chlodniej. Wrocilismy do domu, dokonczylam obiad, zjedlismy i czekalismy na ojca. Ten pojechal po kolejna partie drzewa, wiec wrocil pozno. Myslalam, ze znow powie ze jest zbyt zmeczony na silownie, ale jednak pojechal z mlodzieza. Ja mialam czas na poskladanie prania, posprzatanie w kuchni, a potem nawet usiadlam na tarasie z kawa. Tego dnia nie bylo tak cieplo jak poprzedniego, ale znosnie, a ze na kolejne trzy zapowiadano przelotne deszcze i sporo nizsza temperature, to chcialam skorzystac. Reszta wrocila, po kolei ruszyli pod prysznic i za chwile kolejno ewakuowali sie do lozek. ;)

Piatek przywital nas lekkim deszczem. Niestety, caly dzien byl taki ponury, mokry i na dodatek chlodny - ledwie 14 stopni.  Wyszlysmy z Bi, ktora odjechala troche pozniej niz zwykle (7:24), a potem wrocilam do Kokusia, jedzacego sniadanie i wygladajacego malo przytomnie. ;) Za chwile wychodzilam z nim i litosciwie akurat przestalo padac. Mialam ochote zaszyc sie w chalupie na reszte dnia, ale niestety. Nie tylko musialam zrobic tygodniowe zakupy, ale jeszcze zalatwic kilka spraw. Wypilam kawe i jak wyjechalam po 9 rano, to wrocilam tuz po 12. Rozpakowalam torby i w koncu moglam usiasc spokojnie z kolejna kawa. :) Zanim wrocila Bi siedzialam w ofertach pracy, potem juz skoncentrowalam sie na zyciu rodzinnym. Wrocily chlopaki z tradycyjna piatkowa pizza i reszta popoludnia i wieczor zeszla na pogaduchach. Na koniec wrzucam zdjecie jedynej kisci kwiatow, jaka zdecydowal sie wypuscic moj bez. 

Pachnie oblednie i tak bym chciala narwac sobie bzu do wazonu...
 

Nie mam pojecia co ten krzew ma za problem, ale kwitnie srednio raz na dwa lata i wlasnie taka pojedyncza galazka. :/

Fajnego weekendu!

4 komentarze:

  1. Ja namawiając Krzyśka na mieszkanie, użyłam właśnie tego argumentu, że nie trzeba kosić trawy i odśnieżać zimą. Jednak im jestem starsza, tym bardziej brakuje mi choć małego ogródka, w którym moglibyśmy usiąść i cieszyć się zielenią. Zwłaszcza teraz, jak są np. samojezdne kosiarki :P

    Pokazałam zdjęcie Bi Krzyśkowi i on też jest pod wrażeniem, bo podobnie jak ja, jak tylko zasypia, to wypuszcza to, co ma w rękach.

    Coś czuję, że Bi będzie miała pokój w podobnym kolorze, jak my mieliśmy przez pierwsze lata po ślubie.

    Mam nadzieję, że szef miał chociaż minimalną ilość przyzwoitości i szybki Ci to zatwierdził.

    Osobiście też jakoś bardziej "wolę" Nika w długich włosach. Ale może to kwestia przyzwyczajenia...

    OdpowiedzUsuń
  2. Coś ostatnio mi wychodzą komentarze jako anonimy i teraz zwróciłam na to uwagę zanim zaczęłam pisać :P
    Zazdroszczę Wam tak niesamowicie urządzonych i dobrze działających bibliotek. U nas w większości to bida z nędzą. Wiem co mówię, bo pracowałam jako bibliotekarka :P A u Was jeszcze na dodatek tyle fajnych dodatkowych zajęć.
    Nie rozumiem pędu ludzi do mieszkań w bloku. Za nic nie wróciłabym do mieszkania. Ciągłe hałasy, różne zapachy, brak prywatności, brak możliwości siedzenia na ogródku i ciągłe przekładanie rzeczy z miejsca na miejsce, bo metraż znacznie mniejszy niż w domu. Z drugiej strony jeszcze są te wszystkie opłaty jak czynsze (nawet jak masz własnościowe mieszkanie), remontowe (a remonty raz na 20 lat)... Dobrze, że mój mąż kocha dom na zad... jak ja :)
    Pozdrawiam Was serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bron boze, zebyscie zmienili dom na mieszkanie! Rozumiem, ze M. z ta zamiana tylko tak sie droczy i popisuje, bo NIKT przy zdrowych zmyslach nie zamienia czegos lepszego na cos gorszego. Nikt.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nigdy nie zamieniłabym domu na mieszkanie - mieszkałam już w różnych mieszkaniach i w fajnych i w takich sobie, ale dom to dom, oczywiście więcej w nim pracy, ale i więcej swobody i takiego odcięcia się od świata. Ale powiem Ci, że moi rodzice, większość życia w mieszkaniu, od jakiegoś czasu w domku z ogródkiem, najpierw jako działka, teraz na co dzień, a mieszkanie traktują tylko jako przechowalnia jak przyjeżdżają na jakieś badania, wizyty lekarskie itp. Powoli coś zaczynają szeptać, ze może to sprzedać i coś mniejszego bliżej warszawy kupić, albo jakieś mieszkanie, mimo, że mają, ale mniejsze może, bo są coraz starsi i ogarnianie 4 tys metrów zaczyna im doskwierać. Coś w tym jest, ale nie wyobrażam sobie ich nie dłubiących w ogrodzie, oni już chyba nie potrafią być mieszczuchami. Ale może się mylę, nie wiem.

    OdpowiedzUsuń