Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 2 lutego 2024

Ostatnie dni stycznia

I pierwsze lutego. ;)

Sobota, 27 stycznia, zaczela sie dla mnie troszke pozniej, ale bez szalu. Spalam marnie i wstalam o 8, zeby jak najszybciej pojechac do taty. Napisalam do niego kontrolnie, zeby w razie gdyby napisal, ze dalej jest kiepsko, szybko sie zebrac i jechac chocby bez sniadania. Na szczescie odpisal, ze czul sie juz lepiej, przestalo mu sie robic slabo za kazdym razem kiedy wstaje, zaczal sobie robic chlodzenie nogi (taka specjalna maszynka, do ktorej wrzuca sie lod, a ona potem pompuje schlodzona wode do zelowego okladu) i pomaga to w zmniejszeniu bolu. Zjadlam wiec spokojnie, umylam sie, wyszykowalam i pojechalam. Tata faktycznie wygladal duzo lepiej, byl juz po sniadaniu i pil kawe. Pomoglam mu w czym moglam, ale glownie byly to takie drobiazgi jak zmycie naczyn. Poza tym po prostu posiedzielismy, pogadalismy, obejrzelismy loty narciarskie, itd. O 10:30 miala przyjechac pielegniarka, wiec ucieszylam sie, ze akurat zalapie sie na jej wizyte zeby w razie czego cos przetlumaczyc, lub po prostu posluchac co tata ma robic, lub czego nie robic. ;) Chcialam wyjechac o 11, zeby zajechac do domu, zgarnac Kokusia i pedzic z nim na mecz. Co prawda M. mial wolne i mowil ze moze z nim jechac, ale nie wyobrazam sobie ominac meczu jesli nie mam jakiejs naprawde waznej przeszkody. Pielegniarka solidnie sie spoznila i juz obawialam sie, ze sie rozminiemy, ale w koncu przyjechala. Powiem Wam, ze choc to fajnie, ze przyjada do domu i nie trzeba pacjenta samemu wozic po klinikach (tym bardziej, ze nie kazdy ma mozliwosc transportu w dowolnym dniu), ale poza sprawdzeniem opatrunku, to ta wizyta to takie pic na wode. Osluchala, sprawdzila natezenie tlenu we krwi, zmierzyla cisnienie i tyle. Odwinela tez wszystkie bandaze z nogi zeby spojrzec na rozciecie. Az wstrzymywalam oddech bojac sie jak to moze wygladac, tymczasem bylo ona zaklejone taka specjalna, gruba tasma, na ktorej napisane bylo, ze do zdjecia jest 5 lutego. Czyli nic tam narazie nie widac. :D Pielegniarka zadzwonila do swojego szefa zeby spytac na kiedy umowic kolejna wizyte i wypisywala papiery, kiedy zrobila sie 11:10 i musialam pedzic. Zajechalam do domu, byla 11:30, a tam okazuje sie, ze Nik owszem, zjadl wczesniej sniadanie (kiedy wyjezdzalam dopiero sie obudzil), ale nadal siedzial w pizamie! Wiadomo, jak matki w domu nie ma, to ojciec nie dopilnuje... :/ On sie szybko ubieral, a ja zrobilam sobie kawy zeby miec co na meczu popijac i pojechalismy. Mecz byl na 12, ale dojechalismy tylko z kilkuminutowym wyprzedzeniem. Na szczescie rozgrywki leca ciurkiem jedna za druga i nie ma nawet czasu na rozgrzewke, wiec dotarlismy idealnie. Tym razem graly przeciwko sobie dwa zespoly z naszej miejscowosci. Mecz byl baaardzo wyrownany, ale w koncu przeciwnicy okazali sie lepsi o... 2 punkty (czyli jeden kosz). ;) Nik ponownie gral bardzo aktywnie, kilka razy celowal do kosza (choc nie trafil) i wyszedl wsciekly, choc potem przyznal, ze wlasciwie to chyba byl po prostu hangry (polaczenie "hungry" i "angry" :D). Wiadomo, Polak glodny, to zly. :D

Nik pedzi z rozwianym wlosem i bierze zamach zeby podac do kolegi
 

Wrocilismy do domu i zastanawialam sie czy ponownie jechac do taty, wiedzialam jednak ze okolo 13:30 - 14 miala przyjechac z kolei babka od fizykoterapii, wiec nie chcialam sie zwalac w polowie wizyty i przeszkadzac. Na 16 pojechalismy do kosciola, a po powrocie zadzwonilam do niego. Powiedzial, ze niezle go wymeczyla, bo zadala kilkanascie cwiczen stopy, nogi i ogolnie ruchu. Jak dla taty (i musze przyznac mu racje) na niektore rzeczy troche za wczesnie. W koncu on byl ledwie dzien po operacji, nadal zmagal sie z dosc mocnym bolem (6 w skali od 1-10), a ta babka chciala go od razu "uczyc" wchodzic po schodach! :O Na szczescie tu tata sam ja przystopowal, tym bardziej, ze maja do niego przyjezdzac co kilka dni, a za kilka tygodni on sam ma jezdzic na cwiczenia. Przyjdzie czas i na schody. ;) Dla mnie reszta wieczora to juz relaksik z praniem i zmywarka w tle. ;) Malzonek znow mial pracowac w niedziele, wiec wiadomo, dosc szybko pomaszerowal na gore i tyle z malzenskiego wspolnego czasu...

W niedziele planowalam poczekac do powrotu M. i wtedy pojechac do taty, no chyba ze cos by sie dzialo. Okazalo sie jednak, ze szyki popsula mi pogoda. Prognozy zapowiadaly deszcz, ktory pod wieczor mial przejsc w deszcz ze sniegiem, a w nocy w snieg. Tymczasem budze sie rano i co widza moje zaspane oczy? Gesty snieg, sypiacy wielkimi platami!

Widok z sypialni zaraz po wstaniu z lozka
 

W godzine wszystko pokryla kilkucentymetrowa warstwa, a nadal padalo. Zewszad zaczely dochodzic wiadomosci, ze drogowcy jak zawsze zostali wzieci z zaskoczenia i drogi sa w oplakanym stanie. Jakby malo bylo sniegu, mimo ze caly dzien temperatura byla wlasciwie identyczna, poznym rankiem snieg przeszedl w marznacy deszcz.

Pol godziny po moim zejsciu na dol wygladalo to juz tak, a potem bylo tylko gorzej ;)
 

Malzonek wrocil z pracy i zareportowal, ze na drogach jest naprawde fatalnie i kilka razy go zarzucilo. Kiedy mowi cos takiego M., ktory normalnie smieje sie z hamerykanckich "panikarzy" i nie boi sie jezdzic w nawet najgorsza pogode, to znaczy ze dla przecietnego kierowcy faktycznie lepiej sie nie pchac na ulice. Zadzwonilam do taty i na szczescie powiedzial, ze czuje sie calkiem niezle. Noga, wiadomo, boli, choc nie bral tabletek, wiec chyba nie bylo tragicznie. Zaczely mu na konczynie wychodzic siniaki, ale to chyba tez normalne po operacji. Jedyne co, to narzekal, ze nie ma apetytu i je na sile. A ja rano upieklam placek z jablkami, m.in. z mysla zeby przywiezc mu cos slodkiego... W kazdym razie, tata sam widzial co sie dzieje za oknem i powiedzial zebym lepiej odpuscila sobie jazde do niego. Prognozy bowiem rozmijaly sie zupelnie z tym, jak bylo naprawde i niewiadomo jak reszta dnia miala sie rozwinac. Okazalo sie, ze caly dzien padal taki marznacy deszcz, a dopiero pod wieczor zmienil sie w lekki snieg.

Pogoda za oknem zachecala do solidnego relaksu ;)
 

Dzieciaki szly spac z nadzieja, ze lekcje beda chociaz opoznione, ale nie wygladalo to obiecujaco. Nawet miejscowosci na wzgorzach, gdzie zwykle pada duzo wiecej sniegu niz w reszcie Stanu, nie oglaszaly ani zamkniec, ani opoznien, wiec co dopiero u nas, gdzie spadlo go kilka cm. ;) A dzien ogolnie minal spokojnie i leniwie. Czlowiek musial ogarnac kolejne prania, jakies sprzatanie, itd. Obejrzalam oczywiscie loty narciarskie, choc tym razem zakonczyly sie wielkim pechem dla naszych... Pogoda byla paskudna, wiec malzonek wiekszosc popoludnia przedrzemal na kanapie, a Nik zaszyl sie w swoim pokoju. Tylko Bi uparla sie stawic czola marznacej mzawce i wziela Maye na spacer. Pod wieczor to juz typowe przygotowania na kolejny dzien: po kolei prysznice, wyciaganie plecakow oraz sniadaniowek, szykowanie ubran, itd.

Jak napisalam wyzej, Potworki i ja szlismy spac liczac na opoznienie lekcji w poniedzialek. Bi w ogole marzyla o zamknieciu szkol, ale powiedzialam jej od razu, ze na to nie ma szans. ;) Okazalo sie, ze nawet przesuniecia poczatku lekcji na pozniejsza godzine nam poskapili. ;) Trzeba sie bylo niestety zerwac normalnie. Na szczescie autobus Bi przybyl w miare o czasie. Za to Kokusia... 20 minut spozniony! :O W ktoryms momencie zadzwonilam do firmy autobusowej, bo ile mozna tam stac, a oni mowia mi, ze autobus ma okolo 15 minut opoznienia. No to im mowie, ze my czekamy juz prawie 20! Wtedy w koncu babka sprawdzila, powiedziala ze juz dojezdza i w tym momencie autobus wjechal na osiedle. ;) Po odjezdzie syna, wrocilam do domu, nakarmilam kiciula, poskladalam jedno pranie, wstawilam kolejne, a takze zmywarke i pojechalam do pracy, choc w sumie nie wiem po co. ;) W biurze, o dziwo, wpadlam na kolege. Nie wiem co robil; moze szef poprosil go zeby cos sprawdzil. Spytal mnie czy wiem cos o dalszych planach, a ja jego o to samo. ;) On ponoc pytal szefa jakies 2 tygodnie temu i ten powiedzial mu, ze nadal nie ma zadnych konkretnych planow. Powiedzialam koledze, ze w zeszlym tygodniu  powiedzial mi, ze planuja wezwac wszystkich w marcu i ze niby maja jakichs sponsorow i wybrane nowe miejsce niedaleko obecnego. Zastanawiam sie jednak na ile te wiesci sa mocno naciagniete, skoro kolega o niczym nie ma pojecia... :/ Bedac tam, jak to zartobliwie okresla M. "w pracy szukalam pracy". Konkretnie to do podania o prace, ktore zlozylam ze 3 tygodnie temu, doslali dodatkowy formularz do wypelnienia. Jak dla mnie idiotyczny, bo skladajac podanie, trzeba bylo wpisac zakres obowiazkow wykonywanych w obecnej oraz bylych pracach. A teraz pytali praktycznie o to samo, ale z konkretnymi przykladami, zaznaczeniem, w ktorej pracy i jaki sie wtedy mialo tytul i w minimum 100 slowach. Caly kwestionariusz niby nie byl dlugi, ale wypisanie tego tak, zeby mialo to rece i nogi, przeliczenie slow (w jednym musialam troche porozciagac zdania, bo brakowalo mi 20 wyrazow ;P), sprawdzenie czy nie porobilam bledow, zajelo prawie godzine. Z ulga klikam "wyslij", a tam... program sie zawiesil!!! :O Kurwamacjaciepierdolejebanstwocholerne!!! Puscilam tam niezla wizanke i mialam ochote trzasnac w ekran laptopa kubkiem od kawy! Poczatkowo myslalam, ze nie mam internetu, bo w pracy czasem sie zdarza, ale nie; ten hulal az milo. To strona potencjalnego pracodawcy sie zbiesila i przez pol godziny w ogole nie chciala sie otwierac... Bylam tak wku*wiona, ze poczatkowo pomyslalam, ze pierdziele ich i drugi raz tego nie wypisuje. Ochlonelam jednak, poszlam do lazienki, zrobilam sobie nowej kawy, po czym siadlam, wzielam kilka glebszych oddechow i otworzylam kwestionariusz ponownie. Tym razem stronka postanowila sie otworzyc. Niestety, zmarnowalam kolejne 45 minut na wypisanie wszystkiego od nowa. Tym razem jednak kopiowalam tekst do Word'a, zeby przekopiowac w razie gdyby znowu trafil to szlag. Oczywiscie, kiedy bylam gotowa na najgorsza mozliwosc, kwestionariusz wyslal sie bez najmniejszych problemow. ;) Poza tym dostalam maila od szefa, ze ma "pozwolenie" na wyplacenie mi czesci zaleglej wyplaty. Czy raczej "ulamka" tych zaleglosci, bo suma taka troche "z czapy". Wiecej niz normalna dwutygodniowka, ale mniej niz miesieczna. Zobaczymy czy faktycznie te kase zobacze... Po pracy pojechalam do taty, choc pisal ze w sumie juz pozno i nie musze przyjezdzac jesli nie chce. Nie bylam jednak u niego w niedziele, wiec pojechalam w poniedzialek i zawiozlam mu przy okazji troche ciasta. Na szczescie czul sie duzo lepiej. Wczesniej byla znow u niego fizykoterapeutka i kazala cwiczyc noge, choc poki co to glownie stope. ;) Tata twierdzi, ze jak noge rozchodzi, to w zasadzie nie uzywa balkonika, pcha go tylko przed soba, na wypadek gdyby musial sie oprzec. Nie bierze tez tabletek przeciwbolowych, bo twierdzi ze nie czuje po nich zadnej roznicy. Mam nadzieje, ze reszta zdrowienia pojdzie mu rownie bezproblemowo. Posiedzialam u niego godzinke, po czym wrocilam do chalupy. Wieczor minal jak zwykle zbyt szybko, tym bardziej, ze M. z dzieciakami pojechali na basen/silownie, a do mnie zadzwonila kolezanka i przegadalysmy caly ten czas. Po powrocie reszty, przygotowac dzieciakom kolacje i za chwile nadeszla pora kladzenia sie do lozek.

We wtorek, jak od miesiaca. Najpierw Bi, ktorej autobus przyjechal calkiem szybko, bo juz o 7:23. Potem wrocilam do domu i po 10 minutach budzilam Kokusia. Biedak zapomnial, ze to dzien klubu narciarskiego i przerazil sie, kiedy zobaczyl godzine. :D Zawiozlam Mlodszego wraz ze sprzetem do szkoly, a potem pojechalam do taty, bo stamtad bylam juz i tak w polowie drogi. Posiedzialam ponad 1.5 godziny, ale potem sie zmylam, bo miala do niego znow przyjechac fizykoterapeutka, wiec nie chcialam sie platac pod nogami. Napisal mi potem zebym podjechala do apteki i kupila mu... laske, bo podobno babka powiedziala, ze teraz powinien zaczac chodzic o lasce. Jak dla mnie to przesadzaja, bo dopiero co dostal balkonik po operacji, a teraz juz laska. Zreszta, moj tata, jak rozchodzi noge, to po domu chodzi bez podparcia. Z chalupy nie moze wychodzic przez kolejne 2 tygodnie, wiec po co mu laska? :/ Oczywiscie tego dnia jazda po aptekach odpadala, bo wrocilam od niego do domu, ogarnelam to i owo, troche sie zrelaksowalam i trzeba bylo jechac do szkoly. Do ostatniej chwili zastanawialam sie, co wyskoczy tym razem, ale w koncu obylo sie bez niespodzianek i wyruszylismy na stok bez przeszkod. Musze przyznac, ze tym razem smarkateria w drodze na narty byla dosc znosna. Moze nie cicha, ale przynajmniej przypominali dzieciaki, a nie dzikie zwierzeta. ;) Na miejscu czulam sie w obowiazku pomoc mojemu mlodocianemu sasiadowi, bo jego mama rano znowu do mnie pisala czy nie mialabym go na oku, bo to jego pierwszy wyjazd na stok (na faktycznym pierwszym byl chory). Dla mnie nie ma problemu, bo zapisujac sie jako opiekun, licze sie z tym, ze nie jade po to, zeby sobie jezdzic z Kokusiem, tylko jestem gotowa do pomocy. Zreszta, Liam to jest taki cichy, spokojny i bardzo sympatyczny chlopiec, wiec ta pomoc to sama przyjemnosc. Musialam wiec pomaszerowac do wypozyczalni, gdzie gagatek niestety nie potrafil sam sobie zapiac butow narciarskich, choc to zrozumiale bo te wszystkie haczyki i paski moga oniesmielac. Niestety, mlodziak byl kompletnie zakrecony i zdezorientowany i kiedy przyszlam, pracownik pomogl mu juz zapiac jeden but, ale okazalo sie, ze... Liam nie zalozyl spodni narciarskich! :D No to musial tego buta zdjac, zalozyc spodnie i zapinanie buciorow zaczelo sie od nowa. Potem pomoglam jeszcze mu zalozyc odblaskowa kamizelke oraz kask i tu przejal go juz pracownik szkoly, zeby pokazac mu gdzie nasza grupa siedzi w schronisku i zaprowadzic go na zbiorke przed lekcjami. Ja wrocilam do Kokusia, ktory oburzony czekaniem, poganial mnie i przytupywal nerwowo bo nie mogl sie juz doczekac wyjscia na stok. ;) Warunki tego dnia byly boskie. Tutaj w niedziele caly dzien padal snieg, a potem bylo na tyle chlodno, ze nic sie zanadto nie topilo i nie zamarzalo ponownie, tworzac lod. Snieg byl wiec sypki i nawet bardziej strome miejsca dawaly dobra kontrole. Nikowi oczywiscie bylo wszystko jedno, bo jezdzi jak szogun, czy jest oblodzone, czy nie. ;) Ja jednak bylam duzo mniej spieta, dzieki czemu tez i nogi nie dawaly mi w kosc az tak jak ostatnio. Jezdzilo sie tak fajnie, ze zgodzilam sie pojsc z Mlodszym nawet na jeden z czarnych (najtrudniejszych) szlakow. Dobra, jest jeszcze "podwojnie czarny", ale to juz naprawde dla ekspertow, choc podejrzewam, ze Nik zjechalby nawet nie zwalniajac. :D

Za Kokusiem wlasnie ten najtrudniejszy stok (zwany uroczo "schodami Szatana"), odgrodzony czesciowo siatka, ktory jest tak stromy, ze stad nie widac nawet zbocza :O
 

Dla mnie ten "zwykly" czarny byl wystarczajaco ekscytujacy. Zjechalam oczywiscie bez problemu, bo tak naprawde to jestem calkiem niezlym narciarzem i moim najwiekszym problemem to panikarstwo. ;) Z wiekszych sensacji tego wyjazdu, to raz musialam "ratowac" chlopca z naszej grupy. Snieg na stoku usypany jest dosc grubo, wiec jest troche wyzej niz otoczenie. Spragnione wiekszych wrazen dzieciaki, wyjezdzily po bokach sciezki, ktore zjezdzaly z glownej trasy, biegly kawalek wzdluz niej, po czym na nia wracaly. Ten chlopiec (ktory zreszta jest naszym sasiadem i chodzi z Kokusiem na plywanie), zjechal ze stoku myslac, ze wjezdza wlasnie w taka sciezke, tymczasem to byl zwyczajny bok zbocza, prowadzacy w las. ;) Ten spad z boku nasniezenia jest dosc stromy i chlopak musialby odpiac narty zeby sie tam swobodnie wspiac. Tymczasem gramolil sie z nadal przypietymi nartami, wiec nie za bardzo mu szlo. Na szczescie wystarczylo podac mu koniec kijka i podciagnac i znalazl sie spowrotem na stoku. Druga "sensacja" bylo kiedy wiekszosc grupy wrocila do schroniska na kolacje, w tym ja i Nik, jemy w spokoju, az wpada dwoch tatusiow z innej szkoly, pytaja czy jestesmy z takiej i takiej, bo przed budynkiem jest "nasz" chlopiec, ktory haftuje az milo. :D Nauczycielka odpowiedzialna za grupe pobiegla sprawdzic i potem zadzwonila po rodzica owego chlopca zeby zabral go do domu. Mam tylko nadzieje, ze to nie zadna jelitowka i nie pozarazal calego autobusu. :D Po kolacji, na wspolna jazde zabralismy z Kokusiem jego najlepszego kumpla. Tym razem warunki byly duzo lepsze i nie bal sie pojsc z nami na pelnowymiarowe stoki, choc oczywiscie zostalismy na tych najlatwiejszych i srednich. Nik tak sie popisywal i szalal, ze dwa razy wypierdzielil sie az go obrocilo. ;) Bawil sie jednak przednio, bo wiadomo, ze jazda z matka to nie to samo co z kolega, nawet jesli ten kolega jezdzi duzo wolniej i ostrozniej.

Kumple :)
 

Zbiorka byla ponownie chaotyczna. Nie wiem dlaczego pracownicy szkoly, ktorzy odpowiadaja za cale przedsiewziecie, nie zarzadza, ze dzieciaki maja sie zebrac w schronisku o 19, tam ich przeliczyc i ruszyc cala grupa do autobusu. Ostatnio zjechalismy z Nikiem ze stoku o 19:10 i praktycznie nikogo juz tam nie bylo. Tym razem byla 18:50, bo kolega Kokusia musial jeszcze oddac wypozyczony sprzet, i znow z naszej grupy w schronisku nie zostal praktycznie nikt. I nauczycielka i pracownik szkoly, zabrali dzieciaki ktore juz tam byly i poszli do autobusu nie czekajac na reszte. Przebralismy sie z Nikiem i nastapila lekka konsternacja. W schronisku przebierala sie jeszcze dwojka dzieci z naszej grupy, jedno z mama. Przed budynkiem krazyla kolejna dwojka. Te panny niestety powiedzialy mi, ze ich kolezanki nadal jezdza, zadna nie ma telefonu i nie ma sie z nimi nawet jak skontaktowac. :/ W koncu zebrala sie tam 6-osobowa grupka, wiec ich zgarnelam i poszlismy do autobusu. Niestety, czekalo nas kolejne niemal pol godziny czekania na te dzieciaki, ktore jeszcze nie dotarly. Na szczescie w koncu "zguby" doszly, ale osobiscie nie pozwolilabym dzieciakom samopas przechodzic przez ciemny parking, bo autobusy oczywiscie parkuja na jego samym koncu. Nie ma tam zadnych lamp, oprocz tego, co na poczatku pada z oswietlonego stoku i choc aut wieczorem jest niewiele, to i tak wydaje mi sie to dosc ryzykowne. Pomijajac jednak samo bezpieczenstwo, przez tak dlugie czekanie, dzieciaki ktore dotarly do autobusu na samym poczatku, dostawaly z nudow kota. Jak droga na stok minela w miare spokojnie, tak powrotna nie szla juz tak gladko. W przedniej czesci autobusu znowu byla walka o zapalanie oraz gaszenie swiatel, choc przyznaje ze dosc szybko im sie znudzilo. Za to z tylu... jest chlopak, ktory jest po prostu niemozliwy. Na koncu jest toaleta i ten gowniarz juz kolejny raz chodzi do niej co 3 minuty. Nie, nie ma problemow zoladkowych, po prostu mu sie nudzi. Nie wiem czy ma jakies ADHD, czy po prostu taki glupi sposob bycia. Nik i jego kumpel mowia, ze on zawsze tak sie zachowuje. W kazdym razie, w drodze do toalety, musi "niechcacy" wpasc na siedzenie innych dzieci, albo kogos popchnac, a jest to kawal chlopa, nie tylko wysoki, ale jeszcze... masywny. Oczywiscie inne dzieciaki nie przepuszcza takiej okazji, wiec blokuja mu drzwi lazienki, a kiedy wraca na miejsce rowniez go popychaja i kopia, a ten drze sie jak zarzynane ciele! Przy naszym pierwszym wyjezdzie to sie dzialo i tym razem Luke znow uznal, ze urzadzi sobie swietna zabawe. Mial jednak pecha, bo siedzial 2 miejsca za mna i kiedy poraz kolejny rozdarl jape na cale gardlo, wstalam i powiedzialam, ze albo zacznie nad soba panowac, albo upewnie sie, ze nastepnym razem bedzie jechal autobusem szkolnym. Podzialalo. Chwile pozniej przez mikrofon odezwala sie nauczycielka, ze od tego momentu nikomu nie wolno juz chodzic do lazienki i ze maja sie uspokoic bo ich porozsadza. ;) Aha. Bo mamy jeden wygodny autokar, ale czesc dzieci sie do niego nie zmiescila i wynajeli zwykly zolty schoolbus. Oczywiscie wszystkie dzieciaki chca jechac autokarem, wiec przesiadka do szkolnego autobusu to najwieksza kara. ;) Od tego momentu podroz uplynela duuuzo spokojniej, choc ze zupelnie cicho to bym nie powiedziala. ;) Dotarlismy z Kokusiem do domu o 20:30, dalam mu szybko kolacje i poszlam wypakowac wszystkie ciuchy, ulozyc narty i buty przy kaloryferze, itd. Malzonek poszedl juz spac i okazalo sie, ze zrobili sobie z Bi dzien leniwca i na silownie/basen nie pojechali.

W srode rano pobudka byla oczywiscie brutalna, bo choc nogi za bardzo mnie nie bolaly, to jednak czulam sie cala jakas taka obolala. Odstawilam Potworki na autobusy, wrocilam do chalupy wstawic pranie oraz zmywarke, wypilam kawe i pojechalam do roboty. Moj szef napisal mi wczesniej czy bede w srode rano w biurze, to przyjedzie dac mi czek. Napisalam, ze bede i ze powinnam dojechac okolo 10:30. Przyjechalam, szefa oczywiscie nie ma. Sprawdzam poczte, a on pisze ze ma spotkanie i czy moze przyjechac po poludniu i wlozyc mi czek do szuflady. Odpisalam, ze oczywiscie i co? Wyjezdzalam z roboty o 14:15 i nadal nie dojechal. Myslalam, ze moze podjedzie pozniej i napisze mi maila, ze czek dostarczyl, ale sprawdzalam poczte i nic. :/ Po pracy za to pojechalam jeszcze do apteki kupic tacie ta nieszczesna laske. On sam mowil, ze bez sensu, bo jak nie pcha przed soba na wszelki wypadek balkonika, to kustyka bez podparcia i ta laska mu sie do niczego nie przyda. Ma w domu kule, ale rehabilitantka powiedziala mu, ze to zupelnie cos innego i musi byc laseczka i koniec. Podobno dzien wczesniej pytala i przypominala kilka razy zeby ktos mu ta laske kupil, wiec w koncu machnal reka i poprosil zebym po nia pojechala. Posiedzialam u taty ponad godzine, pogadalismy i wrocilam do domu. Na szczescie, po tych kilku dniach, radzi sobie na tyle dobrze, ze moja obecnosc sluzy mu glownie do rozgonienia nudy. Zreszta, rehabilitantka powiedziala mu, ze powinien przynajmniej co godzine wstawac, wiec pytam czy cos mu podac, a on ze on sam pojdzie i wezmie. Pyta czy chce kawy, ja mowie ze sobie zrobie, a on i tak drepcze za mna, bo musi wstawac i sie ruszyc. To na tyle z mojej "pomocy". Oczywiscie zartuje i bardzo sie ciesze ze poki co tata dochodzi do siebie sprawnie i bez problemu i oby tak dalej. ;) Przydam mu sie pewnie bardziej jak zaczna konczyc sie zapasy, bo prowadzic auta nie moze przez kolejne 2 tygodnie. ;) W domu typowy wieczor, czyli obiad, praca domowa dla Kokusia, a dla Bi przygryzanie wargi bo nastepnego dnia miala miec klasowke z matematyki. ;) Dostalam tez maila (grupowego) od trenera z plywania z przypomnieniem ze wypadal ostatni dzien zapisu na mistrzostwa. Przy okazji przyszlo tez zawiadomienie o anulacji zawodow, ktore mialy sie odbyc w weekend, ale bez zadnego wyjasnienia. Poniewaz Potworki jechaly z M. na trening, wiec powiedzialam im, ze maja sie spytac trenera czy sa te zawody czy nie, bo tak dziwnie odwolywac bez wyjasnienia. Okazalo sie, ze mialam nosa, bo dzieciaki wrocily z wiadomoscia, ze zawody beda. Chwile pozniej przyszedl od niego mail, ze anulacje wyslal niechcacy. :D O tym jaki to zakrecony facet, niech sluzy fakt, ze przyslal mi tez osobnego maila, pytajac czy Nik bierze udzial w mistrzostwach. Przypomnialam mu wiec, ze aby sie na nie zapisac, dziecko musi wziac udzial w dwoch "zwyklych" zawodach, a w tym sezonie Mlodszy nie poplynal w ani jednym, wiec na mistrzostwa sie nawet nie kwalifikuje. ;)

Czwartek rano rowniez typowo, a wiec wstac, na autobus z Bi, potem z Kokusiem i pozniej chwila oddechu. Niezbyt dluga, bo zataszczylam odkurzacz na gore i odkurzylam sypialnie oraz lazienki. Nastepnie trzeba bylo chwycic za mopa oczywiscie. ;) Kiedy skonczylam, usiadlam na moment zeby ochlonac, po czym wyruszylam z chalupy. Najpierw zajechalam do biura, bo rano w koncu dostalam maila od szefa ze zostawil mi czek. Ulamek tego, co mi zalega, ale lepszy rydz niz nic. Podjechalam, wzielam koperte, po czym pojechalam do taty. Tego dnia nie przyjechala do niego ani pielegniarka, ani rehabilitantka, wiec ucieszyl sie z towarzystwa, bo zawsze to jakies urozmaicenie. Dzwonili za to z kliniki, w ktorej mial operacje zeby spytac jak sie czuje, jak poziom bolu i jak sie porusza po tych kilku dniach. Bardzo sie zdziwili kiedy powiedzial im, ze chodzi bez podparcia i przejeli, ze moze upasc, na co tata prychnal. ;) Obecnie tabletki przeciwbolowe bierze tylko profilaktycznie na noc, bo przez sen czasem sobie ta noge przygniecie druga i wtedy go przez chwile boli, a on sie rozbudza i nie moze zasnac ponownie. Najbardziej narzeka, ze ma niewygodne lozko, bo zwykle spi na gorze, a teraz musial sie przeniesc na dol. Stwierdzil nawet, ze wezmie laske i sprobuje sie wdrapac, ale przekonywalam zeby moze poczekal na rehabilitantke. Schody tata ma bowiem baaardzo strome i wejsc, to wierze, ze by wlazl. Ale ze sztywna noga i o lasce, nie wiem jakby po tych schodach zszedl, bo tam mozna wywinac orla nawet przy zdrowych konczynach. Tak czy owak, posiedzialam, pogadalismy zerkajac jednym okiem w tv, ktore u taty chodzi od rana do nocy i pojechalam. Do domu dotarlam chwile przed Bi, wiec szybko zaczelam gotowac makaron, bo zupe na szczescie mielismy gotowa. Dojechala panna, niedlugo po niej chlopaki i po obiedzie mielismy chwile na relaks. Nik przyjechal obrazony, bo "zmusilam" go do wziecia udzialu w zawodach plywackich. :D Tak naprawde to na poczatku sezonu rozmawialismy i zgodzil sie, ze wezmie udzial w jednych. Wiem, ze dla niego to troche stresu, ale musi uczyc sie go przelamywac, bo robi sie coraz starszy. A im wiecej bedzie sobie odpuszczal, tym ciezej potem bedzie mu zacisnac zeby i jednak do czegos podejsc. Mial plynac w zawodach na poczatku stycznia, ale sie rozchorowal. Kolejne byly tydzien temu, w piatek, ale tego samego dnia moj tata mial operacje, nie bylam pewna ile bedzie potrzebowal pomocy i wolalam Potworkow nie zapisywac zeby znow na ostatnia chwile nie odwolywac. Padlo wiec na zawody w ten weekend, bo to juz ostatnie. Nik najwyrazniej zalil sie ojcu w drodze ze szkoly, ze zapisalam go na sile. Moze liczyl, ze M. pozaluje synka i powie ze jesli nie chce to nie musi plywac, ale tym razem sie zdziwil. Chociaz raz malzonek zgadza sie (!) ze mna, ze to plywanie to sport, ktory Kokusiowi wychodzi najlepiej i fajnie zeby to kontynuowal. Jak w kazdym sporcie jednak, laczy sie to z zawodami, a jak pisalam wyzej, zeby nabrac pewnosci i poskromic stres, trzeba robic cos regularnie. Im dluzej Mlodszy nie bedzie bral udzialu w zawodach, tym trudniej bedzie mu potem do nich przystapic. Ojciec sprawil wiec synowi kazanie na ten temat, a syn sie... obrazil. :D Po obiedzie czekala nas chwila relaksu, nawet dzieciaki, bo zadne nie mialo zadanej pracy domowej. Za to oboje kolejnego dnia mieli miec testy z matematyki. Bi miala czesc pierwsza w czwartek, a w piatek konczyli. ;) Pozniej M. z dzieciakami zebrali sie na basen/silownie, a ja w tym czasie poskladalam pranie, wstawilam zmywarke i nawet zdazylam chwile posiedziec sluchajac ciszy. :) A po powrocie reszty oczywiscie byl juz praktycznie czas zeby szykowac sie do spania.

Piatek jak kazdy dzien powszedni. Zwlec sie z lozka, wyszykowac, obudzic Kokusia, podac mu sniadanie i wyjsc z Bi na autobus. Pozniej samej zjesc i pomaszerowac z synem na jego school bus. Po powrocie szybka kawka na energie, bo kropil deszcz, wiec i cisnienie bylo niziutkie, po czym trzeba bylo jechac na tygodniowe zakupy spozywcze. Wracajac, zajechalam jeszcze do biblioteki, bo na stole w jadalni urosl juz stosik ksiazek do oddania. Kiedy wrocilam, rozpakowalam ciezkie torbiska i zadzwonilam do taty, spytac jak sobie radzi. Tego dnia mial wizyte i pielegniarki i rehabilitantki. Z rehabilitacja jest problem, ze za kazdym razem przyjezdza inna dziewczyna. Ta we wtorek nalegala zeby sprawil sobie laske. Kupilam mu ja wiec, a tymczasem babka z piatku stwierdzila ze w zasadzie nie jest mu ona potrzebna. Popatrzyla jak wchodzi i schodzi po schodach, machnela reka, ze tata jest mlody (:D) i stwierdzila, ze zaznaczy w systemie, ze nie musza juz do niego przyjezdzac. Pozniej przyjechala pielegniarka, tradycyjnie zmierzyla mu cisnienie, osluchala oraz zmierzyla poziom tlenu we krwi i przypomniala ze w poniedzialek przyjada zdjac mu juz ta tasme z naciecia. Co prawda stwierdzila, ze jak chce to moze ja sam zerwac, ale tu tata zdecydowanie sie nie pali. :D Tego dnia odpuscilam sobie wiec jazde do niego, bo i tak mial juz towarzystwo, a pomocy mojej mu nie potrzeba. ;) Moglam wiec spokojnie posiedziec, obejrzec kwalifikacje do weekendowych skokow narciarskich, a potem zabralam sie za sprzatanie gornych lazienek. Przyjechala ze szkoly Bi, a niedlugo po niej chlopaki z pizza na obiad. Pozniej to juz relaksik na calego, bo nawet M. ma miec wolne nastepnego dnia, a ja zbieram sily, bo jesli wszystko pojdzie zgodnie z planem, weekend czeka mnie zabiegany. A! Dzis byl slynny Dzien Swistaka. Zarowno "gwiazda" z Pensylwani, jak i nasz lokalny gryzon, nie zobaczyly swoich cieni (bo bylo pochmurno, hehe), co wrozy podobno wczesna wiosne. Coz, pozyjemy - zobaczymy. Cale te wrozby mozna sprowadzic do tego, czy 2 lutego jest slonce, czy zachmurzone, a poprawnosc wynosi... 40%. Niezbyt to wiarygodne. :D

Do przeczytania!

6 komentarzy:

  1. Jak dobrze przeczytać, że i Twój tata ma się całkiem dobrze i że chociaż jakiś promil wypłaty zobaczyłaś. Ja pewnie od razu leciałabym zapłacić rachunki, bo zawszę czuję stres, że właśnie na coś mi zabraknie kasy... Taka panikara ze mnie pod tym względem.
    Trochę Wam zazdroszczę tych wszystkich kółek zainteresowań. Moje dziecko poza sztukami walki, na chwile obecną znowu nie chce słyszeć o niczym...
    Jak Bi idzie wyzwanie czytelnicze?
    Pozdrawiam serdecznie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczescie nawet bez mojej wyplaty, rachunki jestesmy w stanie oplacic. :)
      Moje dzieciaki kiedys i tak duzo wiecej sie udzielaly. W tej chwili zostalo im tylko plywanie i Kokusiowi dwa wyjazdy z klubem narciarskim. Na wiosne powinni wrocic na pilke nozna, ale nie chca...
      Bi wyzwanie dawno skonczyla. Miala czas do konca roku szkolnego, a skonczyla jeszcze przed Bozym Narodzeniem. :D

      Usuń
  2. Przyznam, cały czas z tyłu głowy się zastanawiałam, jak się czuje tata i czy nic złego się nie dzieje. Dobrze, że skończyło się tylko na strachu.
    Zdjęcie Mai super, szkoda, że my się raczej nie doczekamy takiego leżenia w wykonaniu Rogera...
    Jak ja dobrze rozumiem to kombinowanie z dodawaniem słów, ale zdecydowanie wolę korzystać z programów tekstowych, które pokazują mi ilość słów (a w moim wypadku jeszcze lepiej znaków), bo nie wyobrażam sobie ręcznego liczenia. W razie zablokowanych stron, jeśli jest możliwość, warto też szybko zrobić zdjęcie - bo łatwiej przepisać tekst, niż pisać od nowa :)
    Fajnie, że wszyscy przyjeżdżają do taty i on (razem z Tobą) nie musi codziennie wychodzić z domu, aby do nich jechać. Ale słabo, że za każdym razem pojawia się ktoś inny. Jak później mają ocenić czy faktycznie jest lepiej, czy gorzej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczescie tata dochodzi do siebie ekspresowo, ale z tego co sie orientuje, u zdrowych, szczuplych i w miare mlodych osob zazwyczaj tak to wyglada. Najgorzej jak operacje przechodza juz staruszkowie. Wtedy na pewno bardzo trudno im wrocic do formy.
      Ja, jak wiem, ze program lubi robic psikusy, tez zwykle kopiuje. Tutaj jednak sie nie spodziewalam, a to dziadostwo zamiast sie zawiesic z tekstem, to wszystko zniknelo, strona zrobila sie cala biala i tak juz zostalo. :/
      No wlasnie ta rehabilitacja byla o kant tylka rozbic. Teraz juz tata jezdzi na nia do kliniki, wiec mam nadzieje, ze chociaz tam bedzie zawsze ta sama osoba...

      Usuń
  3. Wszystko chyba dobrze sie uklada, poza praca, tzn brakiem normalnych dochodow. Coz, zycie. Ciekawam, czy w koncu bedzie ta firma funkcjonowala jak dawniej, czy sie bedzie musiala zwinac. A Nik dostaje lekcje zyciowe od obojga rodzicow, co mu sie na przyszlosc przyda. Dorosleje chlopiec. Podziwiam, jak dzielnie sobie dajesz rade z dzieciarnia w autobusie narciarskim. Ja bym tam chyba pasy darla z gowniarzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczescie M. zarabia na tyle dobrze, ze bez jakichs ekstrawagancji, ale na zwykle, codzienne zycie starcza. Co do firmy, to nie mam pojecia. Na pewno beda ze wszystkich sil probowali to ciagnac, ale jak kompletnie zabraknie im funduszy, to chocby stawali na glowach, nic nie wskoraja...
      Z tymi dzieciakami, to probuje ich zrozumiec, ze ciesza sie z nart, ze sa wsrod kolegow, wiec daje im jak najwiecej luzu. Z drugiej strony, nawet jak przeginaja, to nie bardzo mam jak ich dyscyplinowac, bo najpierw musialabym przekrzyczec i ich i warkot autokaru. ;)

      Usuń