Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 26 stycznia 2024

Zgadnijmy co znowu zostalo odwolane? ;)

W sobote, 20 stycznia, M. pracowal, ale ja i Potworki moglismy spac do oporu. Nik mial mecz, ale dopiero na 12, wiec caly ranek mielismy bez spiny. Nastawilam budzik na 8:30, ale kiedy zadzwonil, bylam nadal tak nieprzytomna, ze przylozylam glowe do poduszki i... obudzilam sie o 9:18. :D Wtedy juz podnioslam sie na zaglowku i przegladalam telefon zeby nie zasnac ponownie, tylko sie dobudzac. Chcialam za moment wstac, ale oczywiscie przyszla mruczac Oreo i ulozyla mi sie centralnie na brzuchu.

Jakos dziwnie, chudo wyszedl jej pyszczek w tym swietle
 

Poniewaz stala sie kotem, ktory zbytnio nie lubi pieszczot i ostatnio malo kiedy kladzie sie zaraz kolo nas, a "na" nas to juz w ogole, wiec szkoda bylo mi ja zrzucic. W koncu jednak zaczela dochodzic 10, wiec co bylo robic; trzeba kotka przesunac, co zaaowocowalo jego natychmiastowa ucieczka z sypialni. ;) Przygotowalam Potworkom sniadanie, nakarmilam kiciula, a potem w koncu sama zjadlam. Po chwili trzeba sie juz bylo myc i szykowac do wyjscia. Mielismy -6 stopni, z odczuwalna -11, bo solidnie wialo, wiec troche przeklinalam po nosem koniecznosc wyjscia z cieplej chalupy. ;) Nik za to uparl sie zeby jechac w krotkich spodenkach. W zasadzie bardzo mu sie nie dziwilam, bo na sali gimnastycznej maja potwornie goraco i widzialam, ze zaden chlopiec z jego zespolu nie zalozyl dlugich spodni. Mnie jednak, patrzac na niego, przechodzily ciarki. I napiela sie zylka, kiedy po wyjsciu kawaler za nic nie chcial zalozyc kaptura, a wiadomo, ze solidnie sie spocil. :/ Mecz byl za to ciekawy, bo bardzo wyrownany. Calutki obie druzyny szly leb w leb i co ktoras trafila do kosza, to za moment druga wyrownywala. Do konca ciezko wiec bylo okreslic, ktora wygra. W koncu wygral zespol Kokusia, choc doslownie o 3-4 punkty. Mlodszy tez tym razem gral bardzo dobrze - aktywnie, przejmowal pilke i kilka razy celowal do kosza, choc niestety spudlowal. ;)

Nik przy pilce
 

Po meczu zajechalismy po kawe, a potem juz do domu, zagrzac dupki. Niestety, dlugo w nim nie posiedzialam, bo obiecalam Bi, ze pojedziemy do biblioteki. To tylko 5 minut autem, wiec poszlo nam szybko, ale jednak byla to koniecznosc ponownego wyjscia na ziab. I to nie ostatniego, bo M. pracowal w niedziele, wiec w sobote jeszcze pojechalismy do kosciola. :D Sporym zaskoczeniem byl fakt, ze kiedy wyszlismy na zewnatrz po mszy, okazalo sie, ze... pada snieg, ktorego zupelnie nie bylo w prognozach. Tym razem jednak spadla naprawde tylko warsteweczka. Wrocilismy szybko, bo okolo 17, wiec rozpalilismy w kominku i przez reszte wieczora juz wygrzewalismy zmarzniete konczyny. ;) A kiedy juz szykowalismy sie do spania, niezlego stracha napedzil nam syn. Siedzial u gory, grajac na konsoli, ale w ktoryms momencie zszedl na dol, trzymajac sie kurczowo za brzuch i ze lzami w oczach oglosil, ze boli go tak, ze nie moze sie wyprostowac. :O Poczatkowo stwierdzilam, ze to pewnie jakas kolka, ale kiedy minelo pol godziny, a potem godzina, a Nik nadal lezal stekajac i co chwila zwijajac sie, kiedy chwytaly go jakies mocniejsze uklucia, zaczelam powaznie panikowac. Gdyby bolalo go z prawej strony, na pewno wyladowalibysmy tego wieczora na pogotowiu, bo balabym sie, ze to wyrostek. Bolalo go jednak po lewej, a tam to ch*j jeden wie, co to moze byc. Od trzustki, przez kamienie nerkowe (choc sama je mam i wiem, ze bola raczej z tylu, a nie przodu) az po zwykla niestrawnosc. Dalam mu rozgrzewajacy oklad, a po jakims czasie tabletki przeciwbolowe. Kurcze, prawie 1.5 godziny tak lezal i szczerze, to zaczynalam sie juz psychicznie przygotowywac na jazde do szpitala. Malzonek, zamiast isc spac o swojej normalnej porze, tez siedzial z nami prawie do 22, bo przyznal, ze rowniez obawial sie, ze trzeba go zbadac. A potem... bol nagle zaczal przechodzic. W ciagu kwadransa znikl zupelnie, a Nik wstal jak gdyby nigdy nic, zaczal podskakiwac przy framugach drzwi i zasmiewac sie z jakichs glupot. :O Reszte wieczora spedzilam jednak czujac sie troche jak na bombie, bo nie wiedzialam czy to nie chwilowa przerwa, czy nie pomogly srodki przeciwbolowe, a jak przestana dzialac, bol powroci... Na szczescie nic takiego sie nie stalo i noc minela spokojnie.

Sobota byla tez "waznym" dniem dla naszej malej rodzinki, bowiem najmlodszy jej "czlonek", czyli Oreo, skonczyl rok. To znaczy, ze mamy w domu oficjalnie doroslego kota (ale to zlecialo!), choc podobno roczny kociak na ludzkie lata ma ich okolo 15, czyli w sumie to taki koci nastolatek. To by wyjasnialo dlaczego jest nadal lekko "swirnieta", szczegolnie w minionym tygodniu, kiedy z powodu sniegu oraz mrozu przestala praktycznie wychodzic na dwor. :D

Kiedy spi, wyglada nadal jak male kocie :)

W niedziele w koncu Potworki i ja pospalismy do oporu. W praktyce wygladalo to tak, ze Bi wstala i zeszla na dol gdzies po 8, a kiedy o 9:30 i ja schodzilam, Nik spal jeszcze w najlepsze. Obudzil sie jednak wkrotce po tym i przyszedl na parter zeby obejrzec kolejna czesc Gwiezdnych Wojen. Tym razem padlo na Powrot Jedi, ale mimo ze to zakonczenie historii Luka i Lei, jakos dzieciakow zupelnie nie porwalo. Grali w jakies gierki, opowiadali sobie co akurat robia (bo grali w to samo), ale ze telewizor w tle ryczal na calego, wiec kilka razy pytalam czy na pewno chca to ogladac. Wzielam prysznic, a potem ogarnialam kuchnie, wiec ten halas mnie lekko wkurzal, szczegolnie ze widzialam, ze ogladaja tylko po lepkach. Litosciwie, w koncu film sie skonczyl, ale trzy razy sie zastanowie zanim wypozycze inne czesci, bo o ile Piratow z Karaibow ogladali z faktycznym zainteresowaniem, tak tutaj go nie zarejestrowalam. Wrocil z pracy M., a chwile potem przyjechal moj tata. Ostatni raz na niewiadomo ile czasu, bo w piatek mial miec w koncu operacje kolana, po ktorej nie wolno mu prowadzic auta przez 3 tygodnie. A wiadomo, ze jesli (odpukac!) bedzie dluzej dochodzil do siebie, to moze to sie jeszcze przesunac. Ja i tak jestem w szoku, ze medycyna poszla do przodu tak, ze rozcinaja ci noge, odcinaja koncowki kosci, po czym doklejaja sztuczne kawalki z "zawiasem" (pozwalajacym na ruch), wszystko zaszywaja, a ty po 2-3 tygodniach masz juz w miare normalnie sie poruszac? :O W kazdym razie, jak zwykle posiedzial, pogadalismy, obejrzelismy wspolnie skoki narciarskie i nakarmilismy go pod koreczek. :D Przy okazji, wykorzystalismy obecnosc dziadzia i (jeszcze) choinki, zeby zrobic coroczne, rodzinne zdjecie.

Jakies wielkie nam sie dzieciaki zrobily. Niedlugo to my z M. bedziemy stawac przed nimi zeby nas bylo widac :D
 

To byl kolejny dzien, kiedy rano mielismy na termometrze -9, przy odczuwalnej, z porywistym wiatrem, -14. Brrr... Malzonek napalil w kominku juz w poludnie, zeby i dziadek mial okazje pogrzac dupke przy ogniu. W koncu tata pojechal i pojawilo sie pytanie, co z reszta dnia. Byla godzina 15 i opcja zostania w chalupie i siedzenia przed kominkiem, byla niezwykle kuszaca. ;) Temperatura nieco sie poprawila, bo pokazywala -5, choc nadal mocno wialo, wiec odczuwalna oscylowala w okolicach -10. Strona internetowa tego klubu, do ktorego dostalam czlonkostwo w pazdzierniku, pokazala jednak ze w koncu otworzyli lodowisko. Swoja droga, to maja niezly "refleks". Arktyczne mrozy mamy od ponad tygodnia. I rozumiem, ze ich lodowisko to taki amatorski twor, gdzie stawiaja scianki w jednym z pawilonow, wykladaja go plastikowa plachta, leja wode i zostawiaja do zamarzniecia. Tyle, ze widza przeciez prognozy. Gdyby mieli wszystko gotowe i nalali wode pierwszego dnia mrozow, lodowisko byloby gotowe tydzien wczesniej. Tymczasem otworzyli je w niedziele, a od poniedzialku zapowiadali... odwilz! :D Gdzie tu sens, gdzie logika?! Tak czy siak jednak, lodowisko wreszcie zostalo udostepnione publice. Bylo niedzielne popoludnie, pogoda moze mogla byc cieplejsza, ale... jak sie nie ma co sie lubi, to sie lubi co sie ma, tak? Spytalam Potworkow czy chca jechac i w sumie dosc przewidywalnie, Nik chcial, a Bi nie. Poniewaz jednak to glownie syna chcialam oderwac od elektroniki, bo Starsza sama robi sobie przerwy, wiec nawet mi to pasowalo. Oczywiscie po fakcie panna stwierdzila, ze troche zaluje, ze nie pojechala, ale musztarda po obiedzie. Bi ostatnio oznajmila tez, ze szkoda jednak, ze nie zapisala sie do klubu narciarskiego w swojej szkole, no ale coz; moze cos ja to w koncu nauczy... Pojechalismy z Kokusiem i na dzien dobry okazalo sie, ze w budce straznika nikogo nie bylo, szlaban podniesiony, czyli mozna bylo wjechac czy jest sie czlonkiem, czy nie. :D Pewnie nie spodziewali sie zbyt wielu osob przy takiej pogodzie, bo choc pod domem wydawalo sie znosnie, to tam, przy jeziorze i duzym, otwartym terenie, wialo tak, ze urywalo glowy, co przy minusowej temperaturze bylo po prostu straszne. Zalozylam narciarskie spodnie, na ktore namawialam tez Kokusia, ale uparl sie na zwykle, tylko z polarowa podszewka. Oboje zalozylismy tez zwykle rekawiczki i okazalo sie to duzym bledem, bo juz po chwili rece mielismy kompletnie skostniale. Syn poprosil zebym mu zacisnela mocniej zapiecia w lyzwach, musialam do tego je zdjac i lapy mi zgrabialy do reszty. :D

Mini lodowisko, ale za to cale dla nas
 

W ogole, przebieranie sie z butow na lyzwy, na zewnatrz i przy takich temperaturach, laczylo sie z intensywnym szczekaniem zebami, ale to zawsze jakies nowe doswiadczenie. ;) Chwile pojezdzilismy, ale slonce znizalo sie juz ku zachodowi i nawet bez termometru czuc bylo, ze robi sie coraz zimniej. Nik przezornie wzial z domu slizgacza i chcial jeszcze zjechac z gorki. Co prawda ta najwieksza jest na tyle stroma, ze snieg sie na niej nie utrzymal, ale na lagodniejszej lezalo go sporo, a i tak byla bardziej stroma niz nasza przy domu. Przeszlismy wiec na gorke, gdzie panicz pare razy zjechal, ale w koncu przyznal, ze mogl jednak mnie posluchac i wziac spodnie oraz rekawice narciarskie, bo mu zimno.

Z goreczki na pazureczki
 

Pomaszerowalismy wiec spowrotem do auta, gdzie wlaczylismy wszystkie mozliwe ogrzewania - na fotele, nadmuch, a ja tez na kierownice. Co prawda do domu mielismy zawrotne kilka minut, wiec dojechalismy zanim wszystko porzadnie sie rozgrzalo... :D A w chalupie cudownie bylo przycupnac przy rozpalonym kominku i grzac skostniale konczyny. ;) Niestety, z racji ze byl to niedzielny wieczor, wkrotce trzeba bylo przytaszczyc plecaki oraz sniadaniowki z piwnicy i szykowac sie na kolejny tydzien.

Poniedzialek zaczal sie znajomymi temperaturami, czyli -9. Tym razem odczuwalna byla podobna, bo prawie nie bylo wiatru. Wyszykowalysmy sie z Bi i poszlysmy. Litosciwie jej autobus przyjechal bardzo szybko, bo praktycznie doszla na rog ulicy i juz wsiadala. Nie mogloby byc tak zawsze? :D

Ostatnie ganianie za pileczka w zimowej scenerii. Kolejnego dnia snieg zaczal pomalu topniec i do konca tygodnia zjechal calkowicie
 

Wrocilam do Nika, ktorego juz wczesniej obudzilam, zjedlismy sniadanie, kawaler sie ubral, umyl zeby oraz przeczesal przycieta czupryne i juz wychodzilam ponownie. O cudzie, autobus Kokusia rowniez przyjechal ekspresowo, wiec tym razem tez nie "udalo" mi sie zmarznac. Wrocilam do chalupy, ogarnelam co bylo trzeba, wypilam kawke i wyruszylam do roboty... Tam oczywiscie spokoj, ale tez kiepskie wiesci. Pamietacie jak napisalam, ze szef wyslal w mailu, ze powinnam dostac kolejna wyplate? Ta powinna byla wplynac wlasnie w poniedzialek, ale oczywiscie moglam sobie o niej pomarzyc. O dziwo szef sam napisal, ze w tym miesiacu fundusze pochlonely odprawki dla dwoch pracownic (jedna zwolnili, druga odeszla), ale w przyszlym juz nie beda mieli takich wydatkow. Oczywiscie odpisalam dyplomatycznie, ze rozumiem, ale spytalam, czy wobec tego moge sie spodziewac dwoch lutowych wyplat? Odpowiedz dostalam kolejnego dnia. Niestety, brzmiala ona, ze wlasciciel firmy potwierdzil wznowienie moich wyplat w... marcu. :( Kolejna niespodziewana i nieprzyjemna wiadomoscia, bylo ze biblioteka wystawila mi rachunek za przetrzymana ksiazke. :O Kurcze, biblioteka publiczna, ale zasady zmieniaja jak choragiewka, a do tego nigdzie nie ma ich jasno okreslonych. Jeszcze przed covidem naliczali normalnie oplaty za spoznienie, ale byly to groszowe sprawy. W czasie pandemii zniesli te oplaty kompletnie, ale gdzies w roku 2022 je przywrocili. Ostatnio Bi wypozycza tyle ksiazek, ze w mailach informujacych o dacie zwrotu, doczytalam ze znow zniesli kary za opoznienie. Tyle, ze nigdzie nie dodali, ze po jakims czasie po prostu wystawia ci rachunek za nie oddana ksiazke! Ja moja faktycznie troche przetrzymalam, bo o kilka tygodni, ale nie jakos strasznie. Mam niewiele czasu na czytanie, a ksiazka okazala sie ciekawa, ale nie na tyle, zeby mnie pochlonac. Zostal mi ostatni rozdzial, a tu dostalam maila, ze mam z biblioteki rachunek na $24! Czyli po prostu skasowali mnie za nowa ksiazke! :O Na szczescie od razu zaznaczyli, ze kiedy ksiazke zwroce, kara automatycznie zniknie i mam nadzieje, ze to prawda. :/ Wrocilam do domu, gdzie po obiedzie Potworki odrabialy lekcje, a my z M. odbywalismy tak porywajace dyskusje jak ta o planach obiadowych na reszte tygodnia. :D Chwile pozniej M. i dzieciaki zaczeli sie szykowac do wyjscia na trening. Oni pojechali, a ja szykowalam Kokusia na kolejny dzien, ktory mial skladac sie i ze zwyklych lekcji i z wyjazdu na stok. Musialam wiec spakowac mu dodatkowe przekaski, bo ostatnio przekonalam sie, ze pomimo zjedzenia czegos w schronisku, w drodze powrotnej w autobusie jest glodny jak wilk. Dodatkowo musialam pozbierac rozwleczne po calym domu ciuchy narciarskie, bo klub odwolywany byl dwa tygodnie pod rzad, a w miedzyczasie mielismy troche sniegu, wiec Nik wyciagnal z torby i spodnie i rekawice. Niedlugo pozniej rodzina wrocila i nastapilo normalne szykowanie sie do snu.

Wtorek zaczal sie tak, jak dzien poprzedni. Tylko temperatury byly duzo przyjemniejsze, bo nadeszla w koncu odwilz i termometr pokazywal -1. :) Wstalysmy z Bi, wyszykowalysmy sie i wyszlysmy na jej autobus. Ten ponownie przyjechal zaraz po dojsciu panny na przystanek. Poniewaz tego dnia Nik mial miec klub narciarski, wiec rano musialam zawiezc jego sprzet do szkoly, a z nim tez jego samego. ;) Upieklo mu sie zreszta niemozliwie, bo dzieki temu zyskal prawie pol godziny dodatkowego snu. Poprzedniego wieczora stracil poczucie czasu i zamiast polozyc sie o 22, zjawil sie niespodziewanie na dole prawie o 23! :O Myslalam, ze nie moze spac, albo zle sie czuje, ale nie. Po prostu zapomnial o Bozym swiecie i przestal patrzec na zegarek. :O Dobrze wiec sie stalo, ze akurat we wtorek mogl pospac troche dluzej. Wstal, zjadl sniadanie, doprowadzil sie do jako takiego porzadku i pojechalismy do szkoly. Panicz poszedl odstawic trabke do sali muzycznej, a ja podazylam w odwrotnym kierunku, zeby odlozyc narty i plecak pod tylne wyjscie. Potem moglam wrocic do domu, zahaczajac przy okazji o biblioteke, zeby oddac m.in. te nieszczesna ksiazke. W chalupie jak zwykle to i owo do ogarniecia, a przy okazji tez przygotowanie do wyjazdu na stok. Tym razem dla siebie. Ostatnio potwornie sie spocilam w goracym autobusie, wiec tym razem bluze wpakowalam do torby, razem z rekawicami oraz czapka. Wyciagnelam ze schowka narty oraz kijki, ale stwierdzilam, ze wrzuce wszystko do auta jak bede juz wychodzic. I cale szczescie, bo o godzinie 13:30, nagle dostalam wiadomosc, ze... wszystkie zajecia pozalekcyjne po godzinie 17, sa odwolane. Poczatkowo bylo to dosc niejasne, bo klub narciarski zaczyna sie o 15, choc konczy dopiero o 20. Dodatkowo wszystko mi opadlo, bo zajecia odwolane zostaly z powodu... pogody. Owszem, prognozy tego dnia zapowiadaly deszcz/snieg/snieg z deszczem/marznacy deszcz. Czyli meteorolodzy sami nie wiedzieli co sie bedzie dzialo. ;) Po pierwsze jednak, nawet jesli padalby marznacy deszcz, czy snieg, nie mialo go spasc duzo, a najwiecej mialo padac poznym wieczorem/w nocy. A po drugie, w koncu narty i snieg idealnie ida w parze, tak? Chwile pozniej dostalam potwierdzenie, ze klub narciarski rowniez byl odwolany, a jeszcze za moment telefon od (znowu rozchichotanego) Kokusia, ze konczy lekcje normalnie i ze ktos musi go odebrac. Bylam juz podlamana po mailu od szefa, wiec teraz juz po prostu sie wkurzylam! W koncu pogoda wcale nie byla tragiczna. Byly 2-3 stopnie na plusie, wiec choc padal snieg z deszczem, nic nie osiadalo na drogach. A to juz trzeci tydzien pod rzad kiedy odwoluja narty, co przesuwa nam te wyjazdy az do 27 lutego, bo jeden wtorek wypada przez dlugi weekend. :/ Chyba ostatnio wykrakalam, kiedy napisalam, ze bedziemy je odrabiac do marca... Coz... moglam sie wkurzac, ale wplywu na to nie mialam zadnego. A jeszcze napisalam M., ze narty odwolane, a on odpisal czy moge pojechac po Kokusia skoro jestem w domu. Nie chcialo mi sie jak cholera, ale rzeczywiscie, siedzialam w chalupie i niczym konkretnym nie bylam zajeta, bo przeciez lada moment mialam wyruszac jako opiekun na narty. Pojechalam wiec po syna, przy okazji wzielismy ze szkoly odstawione tego ranka narty i wrocilismy do chalupy. Poniewaz wszelkie zajecia pozalekcyjne zostaly odwolane, Nik nie mial rowniez treningu koszykowki. Pozostala mozliwosc basenu, ale cala trojka zainteresowanych wolala sobie zrobic dzien wolny, z racji, ze we wtorki trening zaczyna sie dopiero o 18:45, pogoda nie zachecala do wyjscia i nikomu sie specjalnie nie chcialo. Ostatecznie wiec zostali w domu i mielismy sporo czasu na relaks. Wszyscy, poza Bi, ktora musiala przygotowywac plakat na nauki socjalne, o... komunizmie w Chinach. :O Te "nauki socjalne" to taki miks geografii oraz historii i stwierdzam, ze w Hameryce maja dziwny system. Wiadomo, ze najwazniejsze to poznac historie oraz geografie wlasnego kraju. I w III oraz IV klasie podstawowki, faktycznie mieli jakies tam elementy poznawania Stanow, uczyli sie o poczatkach kraju, wojnie rewolucyjnej, indianach, itd. Poniewaz jednak te klasy to tutaj sa maluchy 8-9-letnie, wiec ta nauka byla taka mocno uproszczona i po lepkach. Potem, w V klasie omawiali niewolnictwo i wojne secesyjna. Dodam tez, ze nauki socjalne w podstawowce (do ktorej zalicza sie nadal szkola Kokusia) prowadzone sa tylko przez czesc roku szkolnego, wiec ponownie wszystko bylo dosc ogolnikowe. Poniewaz Hameryka jest krajem zachodnim, ktorego kultura wywodzi sie, jakby nie patrzec, z Europejskiej, oczekiwalam ze w dosc szybkiej kolejnosci beda sie uczyli o Starym Kontynencie. Nic z tego! W klasie VI ucza sie o Poludniowej i Srodkowej Ameryce. To moge jednak zrozumiec, z racji ze jednak oba kontynenty Ameryki sa polaczone, a kolejnym jezykiem, w ktorym dosc powszechnie mozna sie tu dogadac, jest Hiszpanski. Bi jest za to teraz w odpowiedniku naszego gimnazjum i w koncu nauki socjalne sa tu pelnoprawnym przedmiotem, trwajacym caly rok. Na spotkaniu organizacyjnym na poczatku roku, kiedy pan przedstawial program, okazalo sie jednak ze Europy nadal nie uwzgledniono. Na poczatek wzieli sie za Azje, gdzie najpierw glebiej studiowali Indie, teraz przerabiaja Chiny, nastepnie maja sie uczyc o Japonii oraz Koreach, a pozniej przeskoczyc na zupelnie inny kontynent, czyli do... Afryki. Ciekawe czy w VIII klasie program obejmuje choc tyci geografii i historii Europy, bo o takiej np. Australii, to nawet nie ma co marzyc. :D Ale ja tu rozmyslam o dziwnym programie edukacyjnym, a tymczasem wtorkowy wieczor mijal leniwie i bez sensacji. Nie musze tez dodawac, ze temperatura spadla do 1 stopnia, wiec cale popoludnie proszyl tylko delikatnie taki mokry sniezek, ktory nie osiadal nawet na trawie. Dopiero o 21:30, mimo ze nadal bylo na plusie, snieg zaczal pokrywac powierzchnie. Byl jednak mokry, a padal niezbyt gesto, wiec wiadomo bylo ze duzo go nie napada. Tak czy owak, na stok bez problemu bysmy dojechali oraz wrocili, ale nieeee... Trzeba bylo odwolac z powodu "pogody". Zastanawiam sie czy w miescie nie zmienila sie osoba odpowiedzialna za takie zamykanie szkol i odwolywanie lekcji i czy tego stanowiska nie przejal ktos z powazna tendencja do panikowania... :/ Wieczor minal wiec raczej nudnawo i przewidywalnie. Dopiero kiedy szykowalam sie do snu, zirytowal mnie (leciutko) kot, ktory, mimo padajacego mokrego sniegu, przepadl bez wiesci i ignorowal moje wolanie. Poniewaz w nocy mialo byc okolo 0 stopni, wiec zawolalam kilka razy z jednej i z drugiej strony, odczekalam chwilke, po czym zostawilam kartke M., zeby sprobowal ja zawolac jak wstanie i poszlam spac. ;)

W srode rano, zarowno przy frontowych schodkach, jak i na tarasie, pelno bylo sladow malych lapek, wiec zapewne w nocy kiciul chodzil od drzwi do drzwi i mialczal. Coz, sama jest sobie winna jak nie przychodzi na wolanie. Malzonek mowi, ze kiedy wstal, tylko zszedl na dol, nie zdazyl nawet zawolac, a juz byla pod drzwiami. :D A tak w ogole, o 5 nad ranem obudzilo mnie bzykniecie telefonu i swiatelko ekranu. Szkola zawiadamiala, ze maja 2-godzinne opoznienie. Z ulga przestawilam budzik i zastanawialam sie czy nie zostawic wiadomosci Bi, ale nie chcialo mi sie ruszac, a zwykle slysze jej budzik, wiec stwierdzilam, ze jak zadzwoni, to krzykne jej, ze moze spac dalej. Oczywiscie zawsze sie wkurzam, ze budzik panny dzwoni tak glosno, ze budzi i mnie, a tym razem, jak bylo to potrzebne, to zupelnie go przespalam. :O Obudzilo mnie dopiero skrzypniecie podlogi w korytarzu, kiedy Bi wychodzila z pokoju. Zawolalam, ze moze jeszcze sie zdrzemnac, ale stwierdzila, ze juz sie rozbudzila, jest ubrana, wiec idzie na dol. Jej wola; ja tam zakopalam sie dalej w posciel. Zbudzilam sie o 8, a za chwile przydreptal zaspany Nik, pytajac dlaczego go nie obudzilam. ;) W koncu wszyscy wstalismy, wyszykowalam sie z Bi, zjadlysmy sniadanie, zdazylam nawet nakarmic kota, po czym wyszlysmy na jej autobus. Pogoda byla paskudna, bo nadal padal taki lekki snieg z deszczem, unosila sie mgla i choc nie bylo bardzo zimno, to ta wilgoc przenikala na wskros. W dodatku, przez dosc wysokie temperatury, to co spadlo w nocy zmienialo sie w taka sliska ciape i trzeba bylo bardzo uwazac zeby nie wylozyc sie jak dlugim. ;) Niestety, tym razem autobus dojechal ze sporym opoznieniem, bo o 9:30. Wlasnie wyciagalam telefon zeby zadzwonic do firmy autobusowej i spytac gdzie jest. Bi odjechala, a ja wrocilam do Kokusia. Wstal sobie pozno, czasu mial mnostwo i co? Poszedl na gore umyc zeby i sie ubrac. Po chwili wolam, ze ma 2 minuty, a on odkrzykuje ze jest gotowy. OK. Za moment krzycze ze musimy wychodzic, a kawaler... nie uczesany! A te jego wlosy, kiedy byly dlugie, to po prostu sklejaly sie w straki. Teraz, kiedy sa krotsze, nieuczesane stercza we wszystkie strony. :O Mlodszy pobiegl do lazienki, przyczesal czupryne i jak najszybciej wyszlismy. Na chodnikach warstwa sliskiej mazi i szlo sie pomalu i ostroznie, wiec w koncu zeszlam na jezdnie, ktora byla w duzo lepszym stanie. Autobus podjechal idealnie w momencie kiedy Nik doszedl na przystanek, wiec chociaz tu nie bylo sterczenia. Wrocilam do chalupy, gdzie tak naprawde mialam tylko chwilke na przewietrzenie sypialni i przelozenie brudow ze zlewu do zmywarki, po czym jechalam do pracy. Po co? Wlasciwie to nie wiem... :/ Pojechalam jednak, bo w czwartek chcialam ogarnac chalupe i zakupy, bowiem w piatek mialam miec zupelnie co innego na glowie. W biurze troche posiedzialam, zeskanowalam dwa dokumenty, pobebnilam palcami w biurko, poprzegladalam net oraz ogloszenia o prace, czyli bylam produktywna jak jasna cholera. Ale coz, jaka placa, taka praca. :D Przy zagladaniu na znajome strony, zauwazylam ze dobrze sie stalo, ze wzielam Kokusia na to lodowisko w niedziele, bo otworzyli je na zwrotne 3 dni. :D W srode bylo juz zamkniete, mimo ze temperatury byly na tyle niskie, ze lod na pewno nadal sie trzymal. Po powrocie do chalupy czekal mnie juz zwyczajny wieczor. Mialam nawet chwilke dla siebie, kiedy wszyscy pojechali na basen/silownie. Zostali troche dluzej bo Bi znow chciala sie pobawic z kolezankami (a Nik do nich dolaczyl), wiec kiedy wrocili, pozostalo tylko szybko podac kolacje i szykowac sie do snu.

Czwartek zaczal sie juz normalna, wczesna pobudka. Najpierw wyszlam z Bi i stalam we mgle i mzawce. Miodzio. :) Autobus przyjechal tak "typowo", ani bardzo wczesnie, ani strasznie pozno. Ona odjechala, a ja oczywiscie wrocilam do Kokusia, z ktorym po chwili znow wychodzilam. Kiedy mlodziez wyruszyla sie edukowac, ja ogarnelam sie i pojechalam po spozywke i na stacje benzynowa. Przyjechalam spowrotem do domu, rozpakowalam torby i chwycilam za odkurzacz oraz mopa. Jeszcze z nimi tancowalam (:D) kiedy zadzwonil moj tata. Oczywiscie jak zwykle zycie weszlo w parade planom. ;) Kolejnego dnia mialam zawiezc go na operacje kolana, a on spodziewal sie ze bedzie musial byc na miejscu okolo 10. To oczywiscie zaden problem, szczegolnie teraz, kiedy praktycznie nie pracuje. No niestety, zadzwonili do niego z kliniki, ze ma sie stawic na...8. Klinika oddalona o pol godziny, czyli najpozniej 7:20 musialam byc u taty, zeby miec lekki zapas czasowy, a to oznaczalo wyjazd z domu o 7. Jesli czytacie moje posty uwaznie, to mozecie pamietac, ze autobus Bi przyjezdza okolo 7:25, a Kokusia 7:50. No i co teraz? ;) Opcje byly trzy. Moglam zabrac Potworki ze soba i spozniliby sie do szkoly. Zakladajac, ze odstawienie taty pojdzie w miare sprawnie, okolo 9 powinnam byla byc spowrotem w naszej miejscowosci. Nik spoznilby sie jakies 15-30 minut, bo jego lekcje zaczynaja sie o 8:45. Dla Bi bylo by to jednak niemal 1.5 godziny, bo jej szkola zaczyna o 7:41. Druga opcja byloby dla M. wyrwac sie z pracy albo pojechac pozniej, zeby odstawic ich na autobusy. Tez troche bez sensu, skoro w gre wchodzi doslownie pol godziny opieki. Trzecia opcja bylo wyslanie Potworkow na przystanek samych i poproszenie sasiadow, ktorzy zwykle sa tam z wlasnymi dziecmi, zeby mieli na nich oko. Ostatecznie stanelo na tym, ze Kokusia wezme ze soba. Kawaler nie bardzo chcial sam stac z sasiadami, a ja obawialam sie, ze ze swoim roztrzepaniem nie wyjdzie o czasie, autobus mu ucieknie, a on nie bedzie mial jak sie z nami skontaktowac, bo nie ma telefonu. A ze jego spoznienie mialo byc niewielkie, to stwierdzilam, ze nic sie nie stanie. Myslalam, ze Bi tez az podskoczy z radosci na propozycje spoznienia sie do szkoly, tymczasem panna mnie zaskoczyla. Oznajmila, ze pojdzie sama na autobus, bo na dwoch pierwszych lekcjach robili cos interesujacego i nie chciala tego ominac. No szok, szok... ;) Napisalam do sasiada, ktory co rano podjezdza na przystanek z corka, czy nie spojrzalby na nia i oczywiscie odpisal, ze nie ma sprawy. Poki co jednak, po poludniu musialam porzucic odgruzowywanie chalupy i jechac po Bi, bo zostala na dodatkowej matematyce. Dawno juz na niej nie musiala zostawac i pochwalilam panne, ze sama pilnuje kiedy potrzebuje pomocy. Taaa. ;) Okazalo sie, ze to nauczycielka powiedziala jej zeby zostala, bo choc po pierwszym trymestrze podciagnela ocene z D na C, to celem jest przynajmniej B, a na ostatnim tescie Bi porobila jakies glupie bledy. :/ Nadal wiec matma kuleje, ech... Wrocilysmy do domu w tym samym czasie co chlopaki i wieczor minal wlasciwie identycznie jak poprzedni, bo M. z Potworkami pojechali na silownie/basen, a ja zostalam i cieszylam sie spokojem. :)

W nocy spalam fatalnie, bo tak juz mam, ze kazde zmiany i wydarzenia owocuja zaburzonym rytmem. Tutaj w sumie wstac musialam tylko 20 minut wczesniej niz normalnie, ale wiadomo i troche niepokoilam sie o Bi i martwilam o tate i jeszcze to ciagniecie Kokusia ze soba i wybudzalam sie doslownie co godzine. Za to przynajmniej bez problemu wstalam, bo adrenalina robila swoje. ;) Szybko sniadanie, spakowac dzieciakom sniadaniowki i musialam budzic syna. Na szczescie on tez przejety ze odwozi dziadzia na operacje, wiec wstal bez focha. Wyszykowalismy sie, przypomnialam jeszcze Bi zeby zamknela za soba garaz i wyszla z domu dopiero jak ktos jeszcze bedzie na przystanku i popedzilismy z Mlodszym. Zabralismy dziadka, ktory jednak nie chcial jechac wedlug nawigacji, bo prowadzila przez stolice Stanu, w ktorej rano sa zwykle potworne korki. Poprowadzil mnie wiec sam, choc przez to mialam wrazenie, ze jedziemy zygzaczkiem przez wszystkie okoliczne miasteczka. ;) Spodziewalam sie, ze w klinice chwile zajmie, ze bedziemy musieli poczekac az tate wezwa, a tymczasem sprawdzili papierologie, zebrali podpisy, zalozyli opaske na reke i natychmiast zabrali go do tylu. Dzieki temu, z Kokusiem dojechalismy do szkoly spoznieni tylko o 3 minuty. :) Wrocilam do domu i zaczelam czekanie, ktore umilalam sobie ogladajac mistrzostwa swiata w lotach narciarskich. Dlugo nie czekalam, bo juz o 10:20 zadzwonil chirurg, ze operacja sie udala i byla bardzo potrzebna, bo kolano bylo juz naprawde kompletnie strzaskane. Wczesniej babka powiedziala mi, ze kiedy dostane telefon od lekarza, to moge spokojnie wyruszac juz do kliniki, bo pielegniarka zadzwoni w ciagu pol godziny, ze tata jest gotowy do odebrania. Dobrze, ze jej nie posluchalam, bo na drugi telefon czekalam ponad godzine. Juz zaczynalam sie martwic, ze cos jest nie tak i zastanawialam sie czy tam nie zadzwonic, ale w koncu sie doczekalam. Pojechalam wiec znajoma trasa, odebralam tate i zawiozlam do jego domu. Dostal do poruszania sie balkonik, ale wierzcie mi, wejscie z nim po schodach, kiedy z przodu ma koleczka, a tylne nogi wisza w powietrzu, to niezle wyzwanie. Na szczescie to tylko dwa stopnie. :) Na sam poczatek powrotu do domu, tata napedzil mi niezlego stracha. Weszlismy, usiadl na kanapie, ja krzatalam sie otwierajac wszystkie akcesoria ktore dostal i patrzac co ma do jedzenia zeby cos mu podac (choc twierdzil, ze nie jest glodny), wracam do pokoju, patrze, a on siedzi taki dziwnie pochylony i blady az niemal przezroczysty i zlany potem. Przerazilam sie, ze mi tam zemdleje i co ja mam z nim zrobic?! :O Po chwili jednak poprosil o miske, hmm... oproznil zoladek (:D) i poczul sie troche lepiej. Udalo mu sie nawet wstac i o balkoniku przydreptac do kuchni zeby chwycic cos do jedzenia, mimo ze powtarzalam zeby siedzial i ze przeciez po to jestem, zeby mu podac co trzeba. Na szczescie cala ta akcja wydawala sie glownie wynikiem glodu, bo po zjedzeniu i wypiciu cieplej herbaty, widac bylo ze odzyskal i wigor i kolory. Posiedzialam u niego ponad 3 godziny, po czym, upewniwszy sie, ze da sobie rade, wrocilam do domu. Zadzwonilam pozniej spytac jak sie czuje i ogolnie bylo ok. Tylko kiedy za szybko wstawal, pojawialy mu sie mroczki przed oczami. I bolala go noga, ale nie w okolicach naciecia, bo tam nadal dzialala blokada, tylko miesien wyzej. Na to tez mial na szczescie tabletki. My spedzilismy bardzo leniwy wieczor i tylko Bi ambitnie konczyla swoj mini plakat o komunizmie w Chinach. ;) Wieczorem napisalam do taty ponownie z pytaniem jak sie czuje i niestety wiesci dostalam nieco gorsze. Mimo tabletek przeciwbolowych i rozkurczowych, cale kolano mu pulsowalo i mdlilo go przy wstawaniu. Zaproponowalam, ze moge przyjechac do niego na noc, ale odpowiedzial, ze co ja mu pomoge? No w sumie nic, poza wsparciem psychicznym. Napisalam wiec, ze mam w nocy telefon przy glowie i ze ma dzwonic jakby sie cos dzialo, to przyjade, niewazne ktora bedzie godzina. A jak nie, to bede u niego z samego ranka.

Chyba czeka mnie kolejna kiepska noc. Byle do rana...

10 komentarzy:

  1. Gratulacje dla Nika i zespołu za wygrany mecz :) Oj, kosz jest znacznie mniejszy niż bramka piłkarska i nie tak łatwo do niego trafić - coś o tym wiem :D

    Dobrze, że z bólem to był tylko fałszywy alarm.

    Niby człowiek co tydzień tutaj zagląda i na "żywo" przez te lata widział, jak zmieniają się dzieciaki, ale teraz jak stoicie razem, to wydają się jacyś tacy za dorośli :)

    Tam, gdzie my jeździmy na łyżwy, mimo że jest niby całe osłonięte namiotem, to i tak przy temperaturach w okolicach 0 i niższych, jest zawsze zimno. W tym roku jest plan na sprawdzenie innego miejsca, trochę dalej i droższego, ale za to bez limitu czasowego, więc może się okazać, że wyjdziemy na tym lepiej. Ale zobaczymy czy w ogóle uda nam się pojechać na łyżwy, bo u nas to wiesz jak jest.

    Masakra z tą pracą, mogliby się w końcu określić w jedną czy w drugą stronę, a nie żyjesz w takim zawieszeniu. Ani nie wiesz czy będziesz miała płacone na bieżąco, ani czy wyrównają Ci zaległości... Ale teraz znajoma też miała umowę ważną do piątku i siedziała jak na szpilkach czy jej przedłużą czy nie, i dopiero w piątek o 11.30 ją zawołali do podpisania kolejnej umowy, bo jej przedłużyli... Jak dla mnie takie zachowanie jest delikatnie mówiąc, bardzo brzydkie....

    Mam nadzieję, że u taty było już dobrze i nic złego się nie działo! Niech szybko dochodzi do siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tata (odpukac) dochodzi do siebie ekspresowo. :) Z praca, to tak jak piszesz, mam wrazenie ze zyje w zawieszeniu i mimo ze mam sporo czasu to na niczym nie moge sie za bardzo skupic, bo caly czas mam takie uczucie "oczekiwania" na cos... My zazwyczaj jezdzilismy na lodowisko, ktore jest pod zadaszeniem i ma scianke oraz szyby na wysokosc okolo 2 m, wiec od gory tez jest otwarte. Otacza je pole golfowe i otwarta przestrzen, ale mimo ze naokolo zawsze starsznie tam wialo, to na samym lodowisku takiej zimnicy nie pamietam. ;) A, daj spokoj, niech te dzieciaki troche zwolnia. Nie moge uwierzyc, ze jeszcze 5 lat i Bi bedzie sie szykowac do wyjazdu na studia. :O
      Patrzac na te mecze koszykarskie mam wrazenie, ze zdobyte punkty to wiecej szczescia niz faktycznych zdolnosci. ;)

      Usuń
  2. Dobrze że operacja się udała. Mam nadzieję że wszystko ok. I tata czuje się już dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, czuje sie coraz lepiej, na szczescie. :)

      Usuń
  3. Oj, duzo mialas stressu jak na 1 tydzien. Pogoda robila co chce, wiec to tez nie pomagalo zyciowo. Mam nadzieje, ze tata juz sie wylizal z najgorszego i teraz juz tylko bedzie lepiej z jego kolanem.
    Ja mialam kiedys skomplikowane zlamanie nogi w kostce, co calkiem uniemozliwialo mi stabilnosc i chodzenie. Najpierw byl 1 miesiac gipsu i zadnej poprawy... Potem przeszlam 2 operacje z wlozeniem 2 srob tytanowych w kosc strzalkowa i piszczelowa, tuz nad kostka. Potem znowu 3 miesiace mialam noge w gipsie i nastepnie 2 miesiace w plastikowym bucie. Po (w sumie) pol roku unieruchmienia w koncu zaczelam znowu normalnie chodzic. Na szczescie calkowicie mnie wyleczyli chirurdzy w Duke University (North Carolina) i nie mam zadnych problemow z noga, chodzeniem, ogolna sprawnoscia, ale wygladalo to przez dluzszy czas calkiem niewesolo. Bo nogi sa duzo gorsze/trudniejsze do leczenia chirurgicznego niz rece-ramiona, ze wzgledu na ogolne poruszanie sie. Na szczescie leczenie w USA nadal jest na bardzo wysokim poziomie, w porownaniu z wieloma innymi krajami swiata. To jest duzy benefit dla ubezpieczonych pacjentow.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kurcze, no to mialas niezle przeboje! Jak Ty sobie te noge az tak uszkodzilas? :O
      Tata na szczescie dochodzi do siebie. Oczywiscie musi cwiczyc zeby te noge, miesnie, sciegna rozciagac, a to wiaze sie z bolem. Ale miejmy nadzieje, ze bedzie tylko coraz lepiej.

      Usuń
    2. Pchalam kosiarke do trawy. Mokre podloze, spadek terenu i wywalilam sie na nierownosciach. To bylo tuz po przeprowadzce i jeszcze nie zdazylismy przywiezc mojego traktorka, a trawa rosla... Jedyny raz w zyciu tak glupio sie urzadzilam.

      Usuń
    3. O matulu, no to pecha mialas strasznego! Dotychczas slyszalam najwyzej, ze kogos przy koszeniu pozadlily osy, jak najechal na gniazdo. :O

      Usuń
  4. Staram się raczej być spokojną, ale takie odwoływanie zajęć z byle powodu to naprawdę przegięcie. U nas było niedawno -20 st. C, sypał śnieg, a wszystko funkcjonowało.
    Nie zazdroszczę Twojemu tacie, ani Tobie. To nie tylko stres, ale czekanie i dochodzenie do siebie, jest wyczerpujące. Dobrze, że ma to już za sobą i mam nadzieję, że już dobrze się czuje.
    Gratuluję Nikowi aktywnej gry w meczu koszykarskim, a Bi odpowiedzialności.
    Zdrowia i wyjaśnienia sprawy z pracą Ci życzę. Uściski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj zamykanie szkol z powodu wiekszych opadow sniegu to norma. Ale w tym roku juz ostro przeginaja, bo zamykaja a to przez wiatr, a to deszcz ze sniegiem, a to, jak ostatnio, odwolali wszystkie zajecia pozalekcyjne kiedy nic takiego sie nie dzialo... :/
      Tata coraz lepiej i oby to juz tak sprawnie szlo ku lepszemu. :)
      Buziaki!

      Usuń