Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 19 stycznia 2024

Bardzo krotki tydzien :)

Sobota, 13 stycznia, zaczela sie tyci pozniej, choc wczesniej niz bym sobie zyczyla. Nik mial mecz koszykowki tym razem juz o 10 rano, wiec nastawilam budzik na 8, zeby spokojnie swoje dolezec, a potem bez spiny sie wyszykowac. Kiedy wstalam syn na szczescie juz nie spal, bo obawialam sie, ze bede musiala go budzic, co zwykle owocuje humorkiem, ze ho-ho. ;) Wstalismy i wlasciwie zaraz po sniadaniu wyjechalam z synem z domu, a M. i Bi zostali. Mecz jak mecz. Nik mial przerwe od gry bo najpierw ferie swiateczne, a potem trening ominal go przez narty, pierwsza rozgrywke po przerwie opuscil z powodu choroby (zreszta i tak mial tego dnia jechac na zawody plywackie), byl na jednym treningu w zeszlym tygodniu i teraz ten mecz.

Podanie do kolegi stojacego poza kadrem
 

Sam mowil, ze czuje sie "sztywno" i choc to zbagatelizowalam, po fakcie jednak stwierdzam, ze mial racje. Niby biegal w te i we w te po boisku, ale pilke w rekach mial raptem kilka razy. Mowil potem, ze nikt do niego nie podawal, ale sama widzialam jak pilka leciala w jego kierunku, moze nie do konca prosto w jego rece, ale zdecydowanie blisko, a on nawet kroku nie zrobil w jej strone... W kazdym razie, ostatecznie wygrali, co bylo niezla niespodzianka, bo przez wieksza czesc pierwszej polowy, przegrywali. Potem jednak odrobili straty i choc przewaga nie byla wielka, ale jednak wygrana to wygrana. :) Jeszcze przed meczem dostalam sms'a od mamy jego najlepszego kumpla czy Mlodszy ma czas przyjechac sie pobawic. Zaraz po meczu pojechalismy wiec po kawe, potem szybko zajechalismy do chalupy po Nintendo, bo przeciez bez tego nie ma zabawy (:D), a potem zawiozlam go do kolegi. Wrocilam do chalupy, obejrzalam skoki narciarskie, chwile posiedzielismy z M. i wlasciwie zaraz trzeba bylo po syna jechac, bo na 16 chcielismy jechac do kosciola. Mlodszy wrocil wkurzony, bo nie dosc, ze przerwalam mu dobra zabawe, to jeszcze nie mial ochoty na msze. ;) Za to zostal u kumpla nakarmiony, co nie zawsze jest oczywiste i na szczescie opowiadal, ze grali na konsolach tylko kiedy padalo. Tego dnia mielismy taka szalona pogode, ze caly dzien ze slonca przechodzilo w chmury i ulewe, zeby za pol godziny znow sie wypogodzic. Za to zrobilo sie 12 stopni, wiec wyciagnelam wiosenna kurtke. ;) Kiedy wyjezdzalismy do kosciola jednak, zerwal sie solidny wiatr i czuc bylo, ze niesie ze soba "ostrzejsze" powietrze. Jeszcze kolejnego dnia mialo byc lekko na plusie, ale od poniedzialku miala nas nawiedzic Arktyka. ;) Po powrocie do chalupy nic juz specjalnego nie robilismy, ot, sobotni, wieczorny relaksik.

W niedziele rano M. pojechal do pracy, a ja i dzieciaki dosypialismy. Kiedy w koncu zwleklismy sie z lozek, Potworki obejrzaly kolejna czesc Gwiezdnych Wojen, jedzac jednoczesnie sniadanie. Ja zjadlam swoje, ogarnelam siebie, zmywarke i gore brudow ze zlewu, po czym wzielam sie za chlebek bananowy. Jak to w niedziele, wybieral sie do nas moj tata, choc zastanawialam sie, czy faktycznie przyjedzie. Do operacji zostaly mu niecale dwa tygodnie, a wiem, ze stara sie trzymac w zdrowiu. U nas niby akurat nikt nie wykazywal choroby, ale u dzieci to wiadomo: klada sie spac zdrowe, a dwie godziny pozniej budza sie z goraczka. :D Dziadek przyjechal, a tuz przed nim wrocil M. Obejrzelismy z "seniorem" skoki narciarskie, posiedzielismy i pogadalismy, a dodatkowo, jak zwykle nakarmilismy go az "pod korek". Szybko upieklam ziemniaka w mundurku i dalam mu pozostalosc salatki sledziowej, a M. dodatkowo naszlo na placki ziemniaczane. Do tego chlebek bananowy, ostatki tych cytrynowych serniczkow i kupna babka. Dziadek pojadl jak na Swieta i na kolejne propozycje juz tylko ze smiechem krecil glowa. ;) Tak jak zawsze, posiedzial u nas dobrych kilka godzin i pojechal do siebie. Te cotygodniowe wizyty bywaja irytujace kiedy mam zaplanowana jakas robote, a tu wypada zabawiac dziadka. Zwykle jednak (i tak bylo tym razem) nie mam nic szczegolnego ani pilnego, wiec w sumie fajnie jest tak miec pretekst zeby posiedziec. :D Po odjezdzie taty poskladalam pranie i wstawilam kolejne, a potem namowilam Kokusia zeby wykapal sie wczesniej. Zwykle czeka z tym do wieczora, ale ze nadal mu asystuje, to zazwyczaj brakuje mi juz na to checi. Tego dnia, z racji ze nie wychodzilismy nawet do kosciola, lazil caly dzien w pizamie, albo siedzial zakopany u siebie w lozku. Stwierdzilam, ze rownie dobrze moze tam siedziec wykapany i w czystej pizamce i po lekkim oporze, syn w koncu sie zgodzil. Mielismy znow taka durna pogode, ze przebijalo sie slonce, a za chwile chmurzylo i zaczynal sypac snieg, momentami nawet dosc gesto. Bylo jednak lekko na plusie, wiec nie osiadal. Przechodzil jednak nad nami front i strasznie wialo, nie bylo wiec niespodzianka, kiedy w ktoryms momencie zamigotalo swiatlo, wylaczyla sie suszarka i wywalilo kontakt przy czajniku. Oho. Uznalam, ze moze ja tez sie lepiej wykapie, poki mamy prad i ciepla wode. :D Oczywiscie jak to zrobilam, to skonczyly sie takie nagle podmuchy i choc nadal dosc mocno wialo, to prad juz nie przerwal, chociaz podobno inne czesci miasteczka stracily go na dluzej. ;) Reszte popoludnia i wieczor spedzilismy zwyczajnie, na rozmowach, telewizji i drobnych porzadkach. Mila odmiana bylo to, ze nie musielismy sie szykowac na kolejny dzien, bo Potworki mialy wolne z okazji Dnia Martina Luthera Kinga Jr. Troche bez sensu dlugi weekend ledwie dwa tygodnie po przerwie swiatecznej, ale w Polsce chyba niektore wojewodztwa zaczynaja ferie, wiec 3-dniowe wolne to znowu nie jakas wielka sensacja. :D U malzonka w pracy jest to dzien kiedy moga pracowac, ale moga tez wziac wolne, bezplatne, ale nie zuzywajac urlopu. Wiadomo wiec, ze wiekszosci pracownikow tego dnia nie bedzie. A skoro moja cala rodzina miala siedziec w domu, to i ja uznalam, ze nie mam co sie pchac do roboty, szczegolnie darmowej. ;)

Poniedzialek zaczelam wiec pozno i wlasciwie caly dzien mialm wrazenie, ze jest niedziela, co potegowal jeszcze fakt, ze M. byl w domu. :) Tego dnia przyszlo obiecane ochlodzenie, choc nie bylo jeszcze zbyt duze - ot, 0 stopni. Oczywiscie przy wietrze odczuwalna temperatura byla nizsza, ale to nadal i tak bylo dosc "cieplo" jak na styczen. Nie mniej, fajnie byloby sie zaszyc w chalupie, tyle ze poczynilam juz na ten dzien plan. Juz od jakiegos czasu Nik jeczal, ze chce podciac wlosy, ale przy basenie, nartach i koszykowce, trudno bylo znalezc dzien zeby sie zebrac i podjechac z nim do meskiego fryzjera (barber). Kiedys obcinal go M., ale on potrafi wlasciwie tylko ogolic go maszynka, zostawiajac ewentualnie minimalnie dluzsza gore. A Mlodszy stanowczo upiera sie przy poldlugich (jak na chlopaka) wlosach i my sami widzimy, ze jest mu w nich zwyczajnie ladniej niz "na zolnierza". Takiego jednak podciecia, zeby bylo dluzej, ale rowno i wygladalo w miare stylowo, ani M., ani tym bardziej ja, sie nie podejmiemy. Kiedys wzielam go tam, gdzie sama chodze, ale mialam wrazenie, ze babka w ogole mnie nie sluchala tylko obciela po swojemu. Stwierdzilam wiec, ze zabiore go do typowo meskiego fryzjera, ktorych w okolicy nie brakuje. Wybor konkretnego salonu okazal sie bardzo prosty, bo tylko jeden byl czynny w ten "swiateczny" dzien. :D Mialam jechac z synem sama, ale ze malzonek chcial oddac w UPS'ie paczke z Amazona, wiec pojechalismy w trojke i tylko Bi zostala w domu. Podjechalismy do salonu, gdzie na szczescie nikogo innego nie bylo, a babka uwinela sie w kilkanascie minut.

 

Przed

Po

Przy okazji spytala czy Mlodszy duzo plywa, bo jako fryzjerka zauwazyla od razu, ze wlosy ma szorstkie i placzace sie, co podobno jest normalne przy czestym moczeniu ich w chlorze. Podobno zwykle szampony maja problem zeby go dokladnie zmyc. Zachecila zeby kupic specjalny szampon dla plywakow i M. za chwile wyszukal go w sieci i zamowil. Po fryzjerze podjechalismy po kawe, a potem do UPS, a tam... zamkniete! No kurcze! Ten dzien to takie swieto - nie swieto, gdzie zamkniete sa szkoly, banki i urzedy stanowe lub federalne. Wiekszosc firm jednak normalnie pracuje. :/ No ale coz, M. wzdychal ze niepotrzebnie z domu wychodzil, ale i tak zeszlo nam tylko troche ponad godzine. Po powrocie juz nie ruszalismy sie z chalupy. Wstawilam pranie, posprzatalam w kuchni i w zasadzie relaksowalismy sie na calego. Wieczorem z westchnieniem przytaszczylam plecaki i sniadaniowki dzieciakow i podlaczylam szkolne laptopy do ladowania. Wyciagnelam tez Kokusiowe narty oraz plecak z butami, kaskiem i innymi akcesoriami, bo wtorek oznaczal klub narciarski. Wszystko to robilam jednak krecac glowa i zastanawiajac sie czy to konieczne, bowiem na kolejny dzien zapowiadali snieg. A juz zapewne wiecie co oznacza bialy puch + hamerykanckie szkoly. ;) Tyle, ze tym razem mialo go spasc niewiele, bo okolo 10 cm, bylo wiec zagadka czy zamkna szkoly, opoznia lekcje, skroca je, czy moze stwierdza ze da sie normalnie przeprowadzic zajecia... Jak to w naszej miejscowosci bywa, kladlismy sie spac nadal przy wielkiej niewiadomej. :/

Niewiadoma skonczyla sie o 5 (!) rano, kiedy dostalam smsa, ze szkoly jednak zamkneli. Z jednej strony fajnie, bo weekend przedluzony o kolejny dzien, ale z drugiej, nie mialo spasc niewiadomo ile, wiec naprawde, przy nieco wiekszym wkladzie plugow, jestem pewna, ze autobusy dalyby rade przejechac. Poza tym, dzieciaki wypadaja z rytmu i nie chce im sie kompletnie uczyc, nie mowiac juz o tym ze klub narciarski przesunal sie o kolejny tydzien. Mielismy zakonczyc go w styczniu, a teraz bedzie trwal do polowy lutego. :O Co bylo jednak robic. Chcialam oszczedzic Bi wstawania niepotrzebnie, wiec poszlam napisac jej na karteczce wiadomosc, ze szkoly zamkniete i moze spac dalej. Okazuje sie jednak, ze moje dziecko spi bardzo czujnie, bo zbudzila sie kiedy przyklejalam karteczke do jej telefonu. Przekazalam wiec wiadomosc ustnie, po czym wrocilam do lozka. Niestety, rozbudzilam sie juz porzadnie, wiec potem przewracalam sie z boku na bok, nie mogac zasnac. W koncu zaczelo sie przejasniac (czyli bylo przed 7) i zastanawialam sie czy po prostu nie wstac. ;) Wreszcie zasnelam, potem przebudzilam sie znow bo spanikowany Nik myslal, ze zaspalismy do szkoly, a potem jak zasnelam, to kiedy zadzwonil budzik (o 8:30) nie wiedzialam co sie dzieje. :D Rano snieg padal momentami nawet dosc mocno, tyle ze caly czas trzymal mroz, wiec byl drobniutki i w rezultacie nie spadlo go za duzo.

Stan sprzed poludnia
 

Po poludniu w ogole, gdzies wyzej w atmosferze przeszedl cieply front i przez pare godzin padal marznacy deszcz, ktory wszystko uklepal i dodatkowo sprawil, ze zrobilo sie koszmarnie slisko. Cieszylam sie, ze nie potrzebuje wychodzic, choc martwilam o M., ktory musial jakos wrocic do domu.

 

Kot, zdesperowany, wychodzil tylko po to, zeby za minute wracac przyproszony sniegiem :D

Akurat mialam podawac Potworkom obiad kiedy do Bi napisala sasiadka, ze przyjechala do niej (no ze jacys rodzice byli na tyle zdesperowani zeby wyjezdzac autem...) inna ich kolezanka, ida na spacer i chca ja zgarnac po drodze. Podskoczyl na to Nik, ze jak dziewczyny beda spacerowac, to on wezmie na przechadzke Maye. Nie wiem co za przyjemnosc lazic przy marznacym deszczu, ale ze to czwarty dzien wolny, to chyba zaczynalo ich nosic. :D

Dzielni zdobywcy Antarktydy, wracaja do bazy
 

Obawialam sie, ze po spacerze Bi bedzie marudzic, ze chce isc do sasiadow, ale na szczescie wrocila grzecznie do domu. Za to po obiedzie stwierdzilam, ze niedlugo powinno przestac padac, wiec pojde odsniezyc kostke i schody. Kochana sasiadka wyciagnela odsniezarke (przy takiej ilosci, to chyba bardziej z lenistwa ;P) i po przeleceniu swojego podjazdu oraz chodnika, przejechala tez chodnik po naszej stronie. Bylam jej bardzo wdzieczna, bo mialam potem pojsc i zrobic to szufla, ale oszczedzila mi roboty. :) Wyszlam wiec, a chwile za mna oczywiscie Potwory. Nik tym razem sam z siebie pomogl odsniezyc kostke, od schodow przy wejsciu, do drugich, prowadzacych na podjazd. Poszlo nam w sumie ekspresowo, bo sniegu bylo naprawde raptem kilka cm i jedynym problemem bylo to, ze na wierzchu siedziala warstwa lodu. Malzonek mowil potem, ze spedzil 10 minut pod praca, czekajac az auto rozgrzeje sie na tyle, zeby stopic warstwe lodu na przedniej szybie. Kiedy wyjezdzal nad ranem, snieg juz padal, ale optymistycznie zalozyl, ze "nie bedzie tak zle" i nie wzial ani rekawic, ani skrobaczki. No to dostal za swoje. :D W kazdym razie, konczylam jeszcze odsniezanie schodow, a Potworki ruszyly zjezdzac.

Nik - milosnik mocnych wrazen, wyciagnal deske. Ta niebieska czesc do trzymania nie blokuje sie w pozycji pionowej, wiec utrzymanie rownowagi na tym, to niezly wyczyn
 

Bi sie dosc szybko wylamala, bo przez te warstwe lodu, gorki byly bardziej niczym tory wyscigowe, a poza tym wlozyla zwykle rekawiczki, a mielismy mroz, wiec po chwili zdretwialy jej palce. Panna ma awersje do swoich narciarskich rekawic bo maja sporo rozowego, i nawet fakt, ze przy domu nikt jej nie widzi, nie przekonuje zeby je zalozyla. :D

Panna zjezdzala duzo bardziej zachowawczo ;)
 

W miedzyczasie dojechal M. i zabral sie za odsniezanie podjazdu. Wrocilam do domu ja, zaraz po mnie Bi oraz M., za to Nik siedzial na dworze az zrobilo sie ciemno. Obstukiwal wszystko na ogrodzie zeby rozkruszyc warstwe lodu, odsniezyl czesciowo taras i nawet probowal grac w koszykowke, ale za kazdym razem pilka utykala mu w koszu, bo mial zamarzniete sznurki. :D Wieczor mielismy ponownie baaardzo leniwy, bo skoro zamkneli szkoly, to odwolany zostal rowniez trening koszykowki (mimo, ze do jego pory juz nic nie padalo) oraz klub narciarski. Ech... Ten ostatni to naprawde spora strata, bo w koncu mielismy pogode idealna na narty, a poza tym to juz kolejny wypad, ktory musial zostac przelozony.  Jak juz wyzej pisalam, klub mial trwac tylko przez styczen, a tymczasem teraz mamy jechac w dwa pierwsze wtorki lutego. Jak tak dalej pojdzie, to bedziemy odrabiac stracone wypady do marca. ;) Potworki mogly jechac na basen, ale jak mozna bylo przewidziec, nie chcialy. Takie wolne dni jednak potwornie rozleniwiaja... ;) A wieczorem, przyszly maile i smsy, ze kolejnego dnia szkola miala zostac... opozniona o dwie godziny. Musze jednak przyznac, ze tym razem jest to uzasadnione, bo pewnie musieli oczyscic z lodu te wszystkie autobusy szkolne...

Srode ponownie zaczelam z dzieciakami pozniej niz powinnam. Nie zebym narzekala. ;) Dzieciakom oczywiscie bylo malo wolnego. W poniedzialek nie mieli szkoly planowo, wtorek trafil im sie w bonusie, w srode opoznili lekcje, a Bi caly ranek dopytywala czy moze odwolali je kompletnie, bo drogi sa sliskie. :D No fakt, ze na naszym osiedlu ulice byly wlasciwie biale, ale za to mielismy piekne slonce, wiec wiadomo bylo, ze przez dzien bedzie sie to topilo. Panna niepocieszona, ale grzecznie pomaszerowala na autobus. Mielismy -7 stopni, z odczuwalna -11, a co ubrala moja cora? Podkoszulek, polarowa bluzke i na to zwykla "misiowa" kurtko - bluze. Tlumaczylam zeby wziela kurtke, ale gdzie tam. O zadnej czapce oczywiscie tez nie bylo mowy, choc na przystanku po chwili zalozyla kaptur, bo wiatr naprawde nieprzyjemnie zawiewal. A autobus, jak zwykle kiedy jest lodowato albo leje, przyjechal dopiero po 10 minutach. Ja tez zaczelam przytupywac, a i Maya piszczala, bo krazyla wokol mnie ale nie mogla znalezc pileczki, za to pewnie zaczela marznac w dupke. ;) Kiedy wiec tylko dojechal autobus, popedzilam z psiurem do chalupy, gdzie Nik juz jadl sniadanie. Syn o dziwo zupelnie nie zglaszal pretensji ze musi jechac do szkoly, za to ja dalam plamy, bo juz wychodzimy, poganiam Kokusia zeby sie nie guzdral, on chwyta za plecak, a tam... tylko chromebook! :D Na smierc zapomnialam mu spakowac sniadaniowki i butelki z woda! Najwyrazniej i mnie rozleniwily te dni wolne... Z powodu opoznionych lekcji, kiedy dzieciaki w koncu odjechaly, wlasciwie mialam czas tylko na szybkie ogarniecie chaosu w chalupie, po czym musialam jechac do pracy. Na ulicach okazalo sie, ze najwyrazniej po dwoch bardzo lagodnych zimach, drogowcy zapomnieli jak sie oczyszcza drogi. Sniegu spadla znikoma ilosc, byla juz 11, swiecilo slonce, wiec pomimo ze mroz nadal trzymal, spodziewalam sie, ze wiekszosc trasy juz obeschla. Taaa... Wszedzie nadal bylo mokro, a na liniach oddzielajacych pasy na drodze, lezala warstwa brudnego sniegu. Nie wrozylo to zbyt dobrze na popoludnie, bo mokre miejsca w cieniu momentalnie zamarzaly... W pracy panowal spokoj, towarzystwa nie bylo, za to czekalam na paczke dla Koreanczyka. Pisal do mnie we wtorek z pytaniem czy jestem w pracy, bo ma przyjsc przesylka. Odpisalam, ze pada snieg, wiec sie nie wybieram, a po jakims czasie napisal ponownie, ze sprawdzil i paczka ma jednak przyjsc w srode. Okey; napisalam, ze w srode bede, to wsadze mu odczynnik do lodowki czy zamrazarki, czy zostawie na biurku. Siedzialam wiec w biurze, ale facet roznoszacy paczki przeszedl, nie zatrzymujac sie, zrobila sie 14:30 i nadal nic nie dostalam. Napisalam wiec do Koreanczyka, ze czekam na te jego przesylke, ale jak narazie jej nie ma. Odpisal, ze sprawdzi i po chwili przyslal wiadomosc, ze ma przyjsc nastepnego dnia i czy moze bede w biurze, bo jak nie, to on przyjedzie. Odpowiedzialam, ze nie, do biura planuje znow przyjechac w piatek. Odpisal, ze ok, ze na szczescie nie potrzebuje tego pilnie, tylko na pozniej i taka bez sensu jest dla niego ta jazda. Nooo, jesli myslal, ze ruszy moje sumienie i specjalnie podjade zeby mu przesylki odbierac, to niech sie w glowe popuka. :D Zreszta, wyglada na to, ze ta paczka kolejnego dnia tez moze nie przyjsc, a ja nie bede codziennie siedziec w biurze i na nia czekac, bo nikt mi za to nie placi. Wracajac do domu zauwazylam nadal sporo mokrych odcinkow jezdni, pewnie w miejscach gdzie slabiej dochodzi slonce. Oj moglo sie dziac kolejnego ranka... Po przyjezdzie do chalupy, zastalam w ogrodzie Kokusia, ktory oczywiscie nie mogl przepuscic okazji zeby pohasac na sniegu.

Zjezdzania na sniegu w zwyklych, dresowych portkach i bez rekawiczek, zdecydowanie nie polecam ;)
 

Po chwili przyszedl na obiad, ale tylko zjadl i polecial ponownie, zeby jeszcze sie pobawic nim zrobi sie ciemno. Bi odrabiala lekcje, troche posiedzielismy i M. z Potworkami pojechali na basen. Ja wstawilam pranie, przygotowalam ciuchy oraz sniadaniowke Nika na kolejny dzien, po czym wlaczylam skoki narciarskie w Szczyrku i... kto ogladal, to wie jak sie skonczyla ta rozgrywka. :/ Reszta wrocila, kolacja i wlasciwie nadszedl czas na M. zeby isc spac. Poczytalam Nikowi i przypomnialam ze musi klasc sie wczesniej, bo kolejnego dnia zaczynaja juz lekcje normalnie. Taaa... O 22:30 zajrzalam kontrolnie ze schodow i oczywiscie nadal palilo sie u niego swiatlo. Poszlam na gore, strzelilam lekki ochrzan, ale kawaler i tak za chwile zszedl na dol marudzac, ze nie czuje sie senny. Wiadomo, po pieciu dniach spania ile sie chce, organizm sie przestawia. Przypomnialam jednak, ze kolejnego dnia bedzie wymordowany, bo lubi sobie pospac i w koncu udalo mi sie zagonic go do lozka.

W czwartek w koncu wstawalismy wedlug normalnego planu. Zerwalam sie z Bi, spakowalam jej wode i sniadaniowke, polecialam na gore umyc sie i ubrac i poszlysmy. To byl kolejny dzien kiedy mielismy temperature -8, a odczuwalna kilkanascie stopni na minusie, wiec mozecie sobie wyobrazic jak "fajnie" sie stalo. ;) Jak tylko autobus podjechal, popedzilam do domu, choc nie na dlugo. Kokusia obudzilam tuz przed wyjsciem z corka, wiec kiedy wrocilam, konczyl juz pomalu sniadanie, a potem poszedl sie szykowac. Ja tez zjadlam i za momencik pomaszerowalismy przez snieg na przystanek. Na chodniku warunki zrobily sie gorsze niz poprzedniego dnia, bo miejscmi snieg czesciowo stopnial, ale przez noc ponownie wszystko zamarzlo. Trzeba wiec bylo uwazac, bo mozna bylo wywinac niezlego orla. ;) Kiedy wrocilam do chalupy, wypilam kawke na rozgrzanie, po czym zabralam sie za niekonczaca sie opowiesc, czyli sprzatanie. Odkurzylam i umylam podlogi na gorze, wyczyscilam kuchenke oraz blaty, wstawilam zmywarke, wyszorowalam szuflady od air fryera, itp. Takie tam, domowe sprawy. W miedzyczasie naprzemian wypuszczalam Oreo i wpuszczalam ja spowrotem, bo koniecznie chciala na dwor, ale przy solidnym mrozie za moment wracala. Niestety, znow mamy snieg, dodatkowo grunt jest zamarzniety i twardy, wiec kot ponownie intensywnie eksploatuje kuwete. :D To byl taki dzien z zerkaniem co chwila na zegarek. Malzonek jechal zaraz po pracy do dentysty, wiec mi w udziale przypadl zaszczyt odebrania ze szkoly syna. Na popoludnie zapowiadali przelotne opady sniegu i oczywiscie godzine przed pora odebrania Kokusia, zaczely przechodzic takie mini-zadymki. Na szczescie mroz trzymal, snieg byl lekki, wiec wszystko auta rozdmuchiwaly na boki. Tylko widocznosc byla fatalna, ale na szczescie padalo z przerwami. Wrocilismy z Mlodszym do domu, zrobili sobie domowe pizze, a w czasie kiedy sie piekly, a potem lekko stygly, Nik pobiegl oczywiscie na dwor. Ciekawe kiedy mu sie ten snieg w koncu znudzi? ;)

Tym razem twierdzil, ze odsniezal dla Oreo miejsce pod stolem, bo kot lubi tam przesiadywac, choc podejrzewam, ze byla to tylko przykrywka dla zlapania kiciula
 

Malzonek wrocil od dentysty z obolalym od zastrzyku (znieczulenie) dziaslem, a ze zajechal po drodze do Polakowa, wiec dojechal do domu dopiero o 17:45. Zostalo mu troche ponad pol godziny do wyjscia z Potworkami na basen. Najpierw stwierdzil, ze sie zmusi, ale po chwili spytal czy jednak nie pojechalabym ja. Nie powiem, nie chcialo mi sie. Przyzwyczailam sie, ze mam taka ponad godzinke dla siebie kiedy cala ich trojka wychodzi z domu, a poza tym kiedy ciemno i zimno zdecydowanie nie chce sie ruszac. ;) Wiedzialam jednak, ze M. musi byc poteznie zmeczony, a przy tym Nik podskoczyl z radosci, bo on czesto pyta kiedy w koncu mama z nimi pojedzie. No to teraz pojechala. :)

Bi wylania sie z wody dla zaczerpniecia oddechu

A teraz Nik

W piatek rano bylo znacznie cieplej, bo "az" -5 (odczuwalna -6, bo prawie nie bylo wiatru). :D Niby mroz, ale w porownaniu z kilkoma minionymi dniami, wydawalo sie cieplo. Trend juz znamy, czyli autobus Bi przyjechal juz o 7:20. Panna tak sie guzdrala przed wyjsciem, ze musiala kawalek podbiec chodnikiem. A jej kolezanka nawet nie zdazyla podjechac. Wlasnie wysylalam smsa jej tacie, ze autobus przyjechal i maja szanse go zlapac kiedy zrobi koleczko po sasiedniej uliczce, ale w tym momencie dojechali. Wrocilam do domu gdzie Nik juz pochlanial sniadanie, ale jakis byl nieprzytomny, bo co chwila musialam przypominac mu zeby sie szykowa. Powinnismy wyjsc o 7:50, a o 7:45 przypominam, ze nie umyl jeszcze zebow. On patrzy zdziwiony, ze przeciez myl. Hmmm... Nie pamietalam zeby szedl na gore, wiec wyslalam go do lazienki i polecilam zeby sprawdzil czy szczoteczka jest mokra. I co? Sucha! Czyli jednak ich nie myl. :D W koncu pomaszerowalismy na autobus; mialam wrazenie ze nieco pozniej niz zwykle i troche sie zdziwilam, bo nikogo nie bylo na przystanku. Pytanie czy "zoltek" nam uciekl, czy bylismy pierwsi. Szybko okazalo sie, ze to drugie. Najwyrazniej nie tylko Nik mial tego dnia spozniony zaplon. ;) Wrocilam ponownie do chalupy, poskladalam pranie i mialam jeszcze chwile posiedziec, ale za oknem zaczal sypac snieg. Zapowiadali na ten dzien lekkie opady, ale tutaj padalo az milo i podjazd w jednej chwili pokryla warstewka. Zebralam sie wiec szybko do wyjscia, ale zamiast do pracy, pojechalam najpierw na zakupy. Stwierdzilam bowiem ze jesli warunki beda sie pogarszac, to wroce po prostu do domu. Okazalo sie jednak, ze drogi posypane byly taka warstwa soli, ze byly tylko mokre, nic wiecej. Pojechalam wiec jednak do roboty. Na szczescie, przy mrozie nie musialam sie martwic, ze cos z zakupow zepsuje mi sie w bagazniku. ;) Po wyjsciu jednak lekko sie "zdziwilam", bo cale popoludnie padal snieg, lekko ale rowno i bez przerwy. W sumie nasypalo go moze ze dwa cm, wiec bez szalu, ale na cieplym aucie sie roztapial, a potem ponownie zamarzl i mialam na nim warstwe lodu. Nie na calym, ale na bocznej szybie oraz czesci przedniej. Skrobaczki oczywiscie nie wzielam, bo po co? :D Na szczescie na lini wzroku szybe mialam w sumie czysta, wiec rozgrzalam auto i ruszylam, liczac ze za chwile lod sie roztopi. Nie docenilam jednak bliskosci domu, bo dopiero kiedy juz do niego dojezdzalam, zaczal faktycznie zjezdzac z szyb. :D Po powrocie trzeba bylo rozpakowac torby, ktore Potworki samodzielnie wtaszczyly z garazu do kuchni, a potem to juz relaks z poczuciem ulgi, ze przed nami dwa dni odsypiania. To znaczy przede mna i Potworkami, bo M. pracuje. ;)

Na koniec, wiesci "zoologiczne". :) Po pierwsze, sasiad powiedzial mi, ze kilka dni wczesniej widzial kolo domu niedzwiedzice z dwojka mlodych. Bylam tego dnia w domu, ale nic nie zauwazylam, ze moj pies jest czujny inaczej, to nawet nie szczeknal. Bi Potwierdzila, ze tydzien wczesniej widziala te sama matke z blizniakami z okna autobusu zaraz za wyjazdem z naszego osiedla. Super. Mamy polowe stycznia. Jesli one nadal nie spia, to juz chyba nie udadza sie na hibernacje. :/ Po drugie, nadal nie schowalismy choinki. Nie ma w tym oczywiscie niczego niezwyklego, bo praktycznie co roku trzymamy ja duzo dluzej niz przecietnie. Co ciekawe jednak, stoi w salonie juz ponad miesiac i kot nie zwracal na nia uwagi. Az do minionego tygodnia. Oreo nagle odkryla, ze taka choinka to w sumie jakby drzewo i zaczela sie na nia wspinac! Nie zlicze ile razy juz ja z niej sciagalam. Nie obylo sie bez ofiar i jedna bombka (az dziw, ze tylko) stracila zycie. Poza tym czesc lampek przestala swiecic i ciekawe czy nie naderwala lub nie przegryzla jakiegos kabelka. :(

Sama slodycz po prostu, taka jej mac! ;)

4 komentarze:

  1. Brawa dla drużyny Nika za wygrany mecz!

    Osobiście chyba bardziej podoba mi się Nik z tymi włosami sprzed obcięcia, ale może to przez to, że jestem z nimi zwyczajnie - opatrzona?

    Dobrze chociaż, że wyjazd na narty Wam przesuwają, a nie, że całkiem wypadają i jesteście o to mniej...

    No to teraz dzieciaki u Was trochę skorzystają ze śniegu :D U nas też trochę go leży, ale coś się nie możemy wybrać na sanki.

    My też jeszcze choinkę mamy, bo jako tradycjonaliści rozbieramy ją na 2.02. Wiesz, na naszej choince są 3 komplety lampek i chociaż kota nie mamy, to jakiś tydzień temu jeden komplet - na szczęście ten na samym dole - przestał świecić, więc może to nie wina Oreo :) No chyba, że u nas zawinił Roger :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, moze to troche wina zdjecia, ale Nikowi jest duzo lepiej w takich krotszych. Te wczesniejsze byly juz naprawde za dlugie i niewiadomo bylo co z nimi robic.
      Inna opcja z nartami byloby dac nam karnety do przyjechania kiedy chcemy i chyba wolalabym ta opcje. ;)
      U nas tez leza takie resztki i Nik uparcie wychodzi chociaz po nim polazic, ale Bi chyba czuje sie na to za stara. :D
      U mnie w domu tez choinka zawsze stala do Matki Boskiej Gromnicznej, ale tutaj, poniewaz stawiamy ja na samym poczatku grudnia, skladamy w styczniu bo ile mozna. ;) Nasza choinka niestety ma lampki juz wmontowane i jak czesc zgasnie to nawet nie da sie ich wyrzucic. :/

      Usuń
  2. Ale u Was nagle leniwie sie zrobilo! ;)
    My wynieslismy choinke zaraz po 6.01 bo był zbiorowy wywoz :D ja w tym roku postawilam na lampki na baterie :)
    U nas tez byla taka slizgawica. Momentami zastanawialam sie jak to jest ze jeszcze nog nie polamalam. Ale gleba była niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz dzieciaki juz starsze i bardziej decyduja co chca robic, albo czego nie chca, a Bi duzo czesciej woli posiedziec w domu, wiec tak siedzimy. ;)
      My mamy sztuczna choinke, ktora niestety ma juz zainstalowane lampki i jak czesc przestala swiecic, to niewiadomo co z tym dziadostwem robic. :/
      U nas tez wszystko topi sie, a potem zamarza i jest strasznie slisko. A jeszcze mowie M. ze wychodzimy frontowymi drzwiami i schodzimy kostka, nie mowiac juz o roznorakich kurierach, a po ostatnim sniegu nie odsniezyl "bo nikt tamtedy nie chodzi". Pamiec wybiorcza normalnie.

      Usuń