Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 3 lutego 2023

Szalony weekend, a po nim na szczescie spokojniejszy (choc nie leniwy!) tydzien

Weekend 28-29 stycznia byl jednym z najbardziej meczacych w ostatnim czasie. W niedziele wieczorem po prostu ledwie dawalam rade utrzymac otwarte oczy...

No to co takiego robilismy? ;)

Na poczatek, w sobote z rana, Nik mial mecz koszykowki. Wedlug wczesniejszych planow, mial go opuscic i zamiast tego Potworki mialy jechac do Polskiej szkoly. Jak to jednak bywa z planami, te sie czesto komplikuja. Okazalo sie, ze mamy zajecia na dwie kolejne soboty, wiec Mlodszy nie bedzie w stanie grac meczow. W poprzednia sobote byla ostatnia okazja do gry, wiec (z lekkimi wyrzutami sumienia) odpuscilam polska szkole i zabralam go na mecz. Ogolnie, z perspaktywy czasu stwierdzam, ze ta koszykowka to byl marny pomysl, bo na 8 mozliwych meczow, Nik gral w... trzech. No, slabiutko. Na przyszlosc musze pamietac, ze jesli za rok znow bedzie chcial grac w kosza, musze zapisac go na zajecia dodatkowe w szkole. Tam co prawda nie ma meczow, ale tutaj tez uczeszczal prawie wylacznie na treningi, wiec w sumie mala roznica. ;) Ewentualnie, jesli Mlodszy uprze sie, ze chce grac w oficjalnej druzynie, trzeba bedzie ponownie zawiesic druzyne plywacka. Tu jednak tez szkoda, bo zima to pora gdzie jest najwiecej zawodow, plus mistrzostwa... No nic, pozyjemy - zobaczymy... 

Mlodszy dorwal pilke :)
 

Tak czy owak, pojechalam z Kokusiem na mecz, ktory odbyl sie w sasiednim miasteczku, ale ze mieszkamy na obrzezach naszego, wiec mielismy calutkie 4 minuty drogi. :D Nik mial tez szczescie, bo dotychczas, kiedy byl na meczu, zawsze przegrywali. Tym razem w koncu wygrali. Nie jakos bardzo spektakularnie, bo 17:8, ale jednak. ;) Mlodszy jak zwykle gral nieco ostroznie, ale jak juz dorwal pilke, to pedzil z nia przez boisko, ze ciezko go dogonic. Niestety, potem z rozpedu nie trafial do kosza. :D

Po powrocie z meczu troche posiedzielismy, Mlodszy odpoczal, zjedlismy obiad, po czym stwierdzilam, ze moze w koncu wezme dzieciaki na... narty. Malzonek oczywiscie pukal sie w czolo, przekonujac, ze powinnam raczej poczekac na jakis weekend kiedy nic sie specjalnego nie dzieje i kiedy pogoda jest bardziej "narciarska". Przyznaje, ze mielismy 8 stopni na plusie (choc przy chlodnym wietrze), wiec do szusowania tak srednio, ale przy tegorocznej, beznadziejnej zimie, stwierdzilam, ze jak nie pada deszcz, to biore co jest. ;) A co do weekendu bez planow, to hahaha... nastapia, owszem, gdzies w czerwcu! Do tego momentu, jak nie jakies sporty, to zawsze jest tez Polska Szkola. ;) Tym razem mecz byl rano, wiec zostawalo nam cale popoludnie. A ze wybieralam sie z Potworkami na narty od miesiaca, to stwierdzilam, ze teraz albo nigdy. :) Malzonek oczywiscie spasowal, bo stwierdzil ze na tych naszych lokalnych stokach to on sie meczy zamiast odczuwac przyjemnosc, za to wyjatkowo chetnie pojechala Bi. Szok, bo ona od dwoch lat slyszec o nartach nie chciala. A tu taka zmiana. Co prawda najpierw zaczela wypytywac ile godzin tam spedzimy, czy bedziemy sobie robic jakies przerwy, itd. i juz myslalam, ze jednak zmieni zdanie, tym bardziej ze miala opcje zostania w domu z ojcem. A jednak zdecydowala sie jechac. Zapakowalam cala kupe sprzetu i pojechalismy.

Widzicie te brudna breje w tle? Warunki sa w tym roku gorzej niz tragiczne...
 

Dojechalismy troche pozno, bo zanim zaparkowalismy (a parking byl pelniutki, wiec nie brakowalo innych takich wariatow jak my), zanim przebralismy buty i kupilismy karnety, jezdzic zaczelismy dopiero o 14:08. Przy praktycznym braku naturalnego sniegu oraz takich a nie innych temperaturach, warunki byly oczywiscie... straszne. Sztuczny snieg to wlasciwie granulki lodu, a w dodatku bylismy pozno, wiec byl juz mocno rozjezdzony i utworzyly sie zaspy poprzeplatane polaciami lodu. Jezdzilo sie fatalnie, choc Potworkom nawet to jakos specjalnie nie przeszkadzalo. Nik zapierniczal jak wariat i nawet Bi pedzila jak kamikadze i stwierdzila, ze ona jednak lubi narty i musi wypytac w klasie kto jeszcze jezdzi. Ciekawe jak dlugo potrwa ten zapal? ;)

Bi jezdzi naprawde szybko i nie wiem jak ona to robi, bo po dwuletniej przerwie wrocila do pozycji "pizzy", czujac sie w niej jednak bezpieczniej
 

Przy ciezkich warunkach nie obylo sie oczywiscie bez gleby, choc i tak nie bylo zle. Nik wywalil sie raz i skonczyl glowa w dol stoku i niemal nakryty nartami. ;) Bi tez wpadla w zaspe i poleciala jak dluga. Myslalam, ze to bedzie koniec jazdy, ale tylko sie smiala. Zeby bylo jeszcze lepiej, wywalilam sie tez i ja. ;) Jedna narta wpadla mi w zaspe, druga zostala na lodzie i... na szczescie wpadlam w kupe sniegu. W sumie najbardziej "zmartwilo" mnie jak dam rade wstac. ;) Zawsze mam z tym problem i nieraz M. ratowal mnie, podajac mi kijek. Tym razem M. niebylo, dzieciaki juz oczywiscie gdzies w dole stoku, ale zaparlam sie kijkami i jakos dalam rade. Niestety, brak kondycji odezwal sie po dwoch godzinach i miesnie ud zaczely odmawiac mi posluszenstwa. Cale szczescie, ze dzieciaki jojczaly ze sa glodne, wiec z ulga poczlapalam do "schroniska". To jedna z niewielu zalet wypadow bez M. Moj maz ma, jak to mowia, weza w kieszeni i zawsze burczy, ze jak placimy za karnety na 4 godziny, to powinnismy jezdzic calutkie 4 godziny. Inaczej to marnotrawstwo kasy. A  jesli o jedzenie chodzi, to taniej jest przywiezc kanapki z domu. :D Z tym ostatnim w sumie sie zgadzam, bo za frytki, dwie porcje nuggetsow, hot-doga, dwie lemoniady, ciastko, jablko oraz kawe, zaplacilam ponad $40! :O I to za malutkie porcyjki! A dzieciaki, jak to dzieciaki, takie glodne byly, a podziubaly troche i stwierdzily, ze sie najadly. Nik w ogole zjadl tylko frytki i jednego nuggetsa i zaczal jeki, zeby wrocic na stok. Ja jednak chcialam dac nogom troche odpoczac, no i dopic w spokoju kawe, wiec Mlodszy stekal kolejne 15 minut, doprowadzajac mnie do bialej goraczki. :D No, ale dla nich takie wejscie do schroniska na krotka przerwe i przekaske, to czesc zabawy w czasie wypadu na narty i ja to dobrze rozumiem. A potem, zaraz przy pierwszym zjezdzie po przerwie, przydarzyl mi sie... wypadek. :O Nooo, w sumie to brzmi powazniej niz samo zdarzenie. ;) Otoz, przejezdzalam pod wyciagiem, kiedy na twarz spadla mi kupa sniegu! Pewnie zeslizgnal sie z czyichs nart. Jak pisalam wyzej, sztyczny snieg to granulki lodu, wiec jak mi gruchnelo, przez chwile myslalam, ze pekly mi szkla w okularach! Po chwili udalo mi sie je nieco przetrzec i na szczescie okazaly sie cale, ale oprawa sie lekko wygiela i siedziala mi na policzku. :/ Najgorsze bylo jednak to, ze snieg wpadl mi prosto w otwarte oko, ktore zaczelo lzawic, nie moglam go otworzyc, piekla mnie galka oczna oraz cala powieka, a do ogolnego podraznienia doszedl splywajacy tusz. :/ Potworki sie wystraszyly, bo myslaly, ze placze. ;) Puscilam ich samych na wyciag, a ja tymczasem probowalam zazegnac kryzys. Oko pieklo i lzawilo i zastanawialam sie jak ja do cholery dojade autem do domu?! Na szczescie mialam chusteczki higieniczne i udalo mi sie przetrzec okulary, a to nieszczesne oko pomalu przestawalo az tak szczypac. Juz do wieczora jednak mialam obraz lekko zamazany, wiec niezle cos tam zostalo podraznione... :/ No coz, mam nauczke za jazde bez gogli. A nie nosze ich, bo mam okulary, a wkladki ze szklami korekcyjnymi z gogli mam sprzed wielu lat i zwyczajnie slabo w nich widze. ;) Po jakims czasie jednak zaryzykowalam kolejny zjazd i na dzien dobry ponownie sie wywalilam na kopie sniegu, zachlapujac sobie swiezo wytarte okulary. :D Wtedy stwierdzilam, ze to chyba znak, zeby na ten dzien skonczyc. Bi tez zaczela juz wymiekac, ale Nik oczywiscie nie mial dosyc.

Nik zjezdza niemal na kreche, robiac tylko minimalne zakrety, byle szybciej ;)
 

A jak on jechal, to i siostra, zeby nie sterczec ze mna na dole stoku. ;) I w koncu jezdzili faktycznie prawie do uplyniecia naszych czterech godzin.

Wrocilismy do domu o 18:40, a po drodze przypomnialo mi sie, ze... w piekarniku mam biszkopt upieczony dzien wczesniej! Na niedziele zaplanowalismy bowiem spoznione przyjecie urodzinowe dla Kokusia! Zawsze zamawialam torta, ale wszystkie byly paskudne. Goscie malo co zjadali, a my zostawalismy z polowa przeslodzonego paskudztwa, z czego wiekszosc w koncu ladowala w koszu. ;) Tym razem stwierdzilam, ze sama zrobie tort. W koncu i ja i M. i nawet Bi, bardzo lubimy moje wypieki, wiec jak cos zostanie, to chetnie dokonczymy. Tyle, ze biszkopt upieklam z tego przepisu co zwykle, ale w prostokatnej formie, zamiast okraglej i wyrosl duzo slabiej niz zwykle. Po wylaczeniu piekarnika opadal w takim tempie, ze zostawilam go w srodku i... zapomnialam o nim! W sobote rano mecz z Kokusiem, potem narty i dobrze, ze przypomnialam sobie o biszkopcie po drodze, a nie np. o 22 wieczorem. I tak nie mialam wyjetego masla na krem, wiec musialam odczekac az zmieknie, potem wyrabianie kremu, przekladanie (tylko raz, bo wyszedl plaskawy placek ;P), dekoracja i... skonczylam o 24.

Tort w temacie... Roblox'a :D Mialam zagroske jak go przewiezc na impreze, wiec w koncu owinelam pazlotkiem (tak sie u mnie w rodzinie mowilo ;P) deske do krojenia, a calosc wsadzilam do plaskiego pudelka z Amazona. I tort jakos dotarl caly i zdrowy
 

A jeszcze musialam przygotowac torebeczki z upominkami dla mlodocianych gosci, ale to juz moja wina, bo zbieralam sie z tym od tygodnia i ciagle mi sie nie chcialo. ;) Na szczescie, poza Potworkami, zaproszonych bylo tylko 10 smarkaczy, wiec pol godzinki i uporalam sie i z tym.

Po sobotnich nartach, bolalo mnie doslownie wszystko. Serio, chyba sie starzeje, bo nie pamietam az taiej meczarni w poprzednich latach. Zwykle bola mnie miesnie ud, bo to one najwiecej pracuja. Tym razem bolaly mnie uda, owszem, ale tez brzuch, choc on pewnie tez pracuje przy utrzymaniu pozycji. Bolaly mnie jednak tez lydki, ktore przeciez siedza grzecznie w butach oraz barki i... ramiona. Skad? Jak? Nasza gorka jest na tyle mala, ze idzie caly czas w dol, nie ma plaskich przestrzeni, wiec nie musialam sie tez odpychac kijkami... W kazdym razie bylam obolala i padnieta po nartach, a jeszcze poszlam spac pozno, wiec odpuscilam sobie msze na 9:30. Wolalam sie porzadnie wyspac i to samo umozliwic Potworkom. Pojechalismy na 11, wiec mozna bylo spokojnie odespac, choc kiedy wstawalam tuz przed 9, Nik juz lezal w lozku i ogladal cos na tablecie. Bi za to zaczyna sie naprawde zamieniac w nastolatke. Do niedawna toczylam z nia wojne o budzik. Panna upierala sie, ze ona nie lubi spac, lubi miec dlugi dzien i woli wstawac wczeniej. I nastawiala budzik w tablecie. I w zasadzie - niech se nastawia, ale uparcie ustawiala godzine na wczesniejsza od mojego budzika. A potem spala snem kamiennym i zanim sie przebudzila i go wylaczyla, ja zwykle bylam juz obudzona i wsciekla. W dodatku panna nastawiala budzik tez w weekendy i dni wolne, co w ogole doprowadzalo mnie do furii. No zeby czlowiek sie wyspac nie mogl we wlasnym domu! ;) Fukalam na pannice, tlumaczylam, ze rosnie i rozwija sie, wiec powinna spac najdluzej jak sie da, a w wolne dni tyle, ile jej cialo potrzebuje, itd. W odpowiedzi slyszalam stala spiewke jak to ona lubi wczesnie wstac zeby miec dluzszy dzien... I tak to trwalo, az jakos do przerwy swiatecznej. Majac wiecej wolnego, Bi wylaczyla budzik i choc wrocili juz miesiac temu do szkoly, nadal go nie wlacza. I zaczela spac znacznie dluzej, bo do niedawna, nawet bez budzika, zrywala sie bladym switem. W niedziele, kiedy wstawalam, panna tez dopiero przecierala oczy w lozku. Ciekawe kiedy nastapi nastoletni przelom i bedzie wylegiwac sie w wyrku do poludnia? ;)

Tak czy siak, pojechalismy na msze o 11, wiec w domu bylismy dopiero o 12. To dalo nam tylko nieco ponad 2 godziny na posiedzenie, zjedzenie lunchu, itd., bo choc impreza byla na 15, jako organizatorzy mielismy przyjechac tam jakies 20 minut wczesniej. O imprezie bedzie za chwile, a poki co, mala dygresja. Pisalam juz nieraz jakiego ja mam pecha do rodzicow, ktorzy w nosie maja pilnowanie swoich dzieci? Tym razem moja irytacja zaczela sie juz kilka dni przed impreza. Mama jednego z zaproszonych rodzenstw napisala czy moze dzieciaki zostawic, czy wolalabym zeby zostala. Coz, doceniam, ze w ogole spytala, szczegolnie kiedy okazalo sie, ze wielu rodzicow nawet nie pyta. ;) Odpisalam, ze moze wypisac formularze zwalniajace miejsce imprezy z odpowiedzialnosci w razie wypadku i jesli chce moze zostawic dzieciaki, ale ja nie gwarantuje czy dam rade ich dobrze pilnowac, bo miejsce przyjecia jest ogromne. Odpisala, ze w takim razie zostanie i chwala jej za to. ;) Za to moja sasiadka, ktorej dziewczyny tez byly zaproszone, napisala tuz po poludniu, ze musi dokonczyc cos zwiazanego z praca i czy dalabym rade wziac dziewczyny z nami. I ze ona juz wyslala formularz zwalniajacy z odpowiedzialnosci internetowo. Zazgrzytalam zebami, ale akurat te panny znam i wiem ze sa bardzo dobrze wychowane, wiec odpisalam, ze ok. Tak na marginesie to impreza byla od 15 do 16:40, sasiadka napisala poczatkowo, ze dolaczy o 16, a przyjechala o... 16:30. Na sam koniec! :O Dodatkowo, tata najlepszego kolegi Kokusia przyjechal z mlodszym synem i spanikowalam, bo myslalam, ze bedzie chcial z malym zostac, a nie mialam dodatkowego prezenciku. Okazalo sie jednak, ze tylko odstawil kolege Mlodszego, spytal o ktorej trzeba go odebrac i pojechal. :O Zero zapytania, czy moze powinien zostac i pilnowac swojej latorosli... Tu jednak odczulam lekka ulge, ze nie bede musiala zostawic dzieciaka bez upominku, wiec nawet sie bardzo nie zirytowalam. ;) A skoro mowa o niespodziewanych gosciach, to kolejnym delikwentem byl inny kolega Kokusia. Mlodszy go zaprosil i chlopaczek powiedzial mu kilka dni pozniej w szkole, ze bedzie. Dni jednak mijaly, a ja nie dostalam odpowiedzi od jego rodzicow. Nik pytal w szkole kilka razy i chlopiec powtarzal, ze bedzie. Potem nagle powiedzial, ze jego tata zgubil zaproszenie. Tu juz uprzedzilam Nika, ze cokolwiek J. mowi, najprawdopodobniej jego rodzice nie maja zamiaru go przywozic, ale nie chca mu powiedziec. ;) Moje podejrzenia sprawdzily sie kilka dni przed impeza, kiedy J. powiedzial Kokusiowi, ze jego rodzice musza wyjechac na weekend i go nie bedzie, chyba ze uda mu sie przyjechac z innym kolega. Gdybym miala jakis kontakt z jego rodzicami, sama zaproponowalabym, ze go wezme, ale nie mialam, a zreszta podejrzewalam, ze to wszystko tylko wymowka. Tymczasem... w DZIEN IMPREZY rano, mama najlepszego kolegi Nika pisze do mnie czy nie jest za pozno zeby mogli przywiezc tez J., bo ich syn pyta czy moga go wziac. Nosz... Poniewaz mialam akurat jeszcze jedno oplacone miejsce, wiec odpisalam, ze ok, moze przyjechac. Jedyny problem to taki, ze nie mialam jak mu skompletowac upominku. Od kilku lat staram sie, zamiast kupy platikowych dupereli, dawac dzieciakom jakas wieksza zabawke, najlepiej w tematyce, ktora akurat ich interesuje. Tym razem dzieciaki dostawaly figurke - niespodzianke z Minecraft'a, dlugopisy tez w "minecraftowej" tematyce, mini elektroniczne gierki oraz balony z motywem z Minecraft'a. Wiekszosc z tego byla sprzedawana w wiekszej ilosci, wiec mialam zapas. Brakowalo mi jednak figurki, a to taka "niespodzianka", ktora trzeba bylo wydobyc z glutka. Poniewaz kazda kosztowala prawie $10, zamowilam ich tylko tyle, ile mialam potwierdzonych gosci. A, ze rodzice tego chlopaczka nie potwierdzili, wiec masz babo placek - zabraklo jednej niespodzianki... Najpierw stwierdzilam, ze trudno. Jak dzieciak dolacza na ostatnia chwile, to dostanie tylko te mniejsze drobiazgi. Troche mi bylo glupio, bo skoro chlopcy mieli jechac razem, to tamten zauwazylby, ze brakuje mu najlepszej czesci upominku... W koncu poszlam po rozum do glowy, ze w sumie corka mojej kolezanki jest na tyle mala, ze raczej Minecraft az tak jej jeszcze nie fascynuje (jesli w ogole go zna), wiec jej figurke - niespodzianke przelozylam do torebki tamtego chlopca. A dla malej na szczescie znalazlam kupe upominkow z ktorychs z poprzednich przyjec Potworkow - dlugopisy z jednorozcem, portfelik z jednorozcami, swiecace pierscionki, itd. Bardziej "dziewczynskie" drobiazgi, ktore mam nadzieje, spodobaly sie malej ksiezniczce bardziej niz figurka z Minecraft'a. ;) A na koniec, po tym "przyjade na impreze", "tata zgubil zaproszenie", "rodzice wyjechali, wiec nie mam z kim przyjechac", a w koncu pytaniu mamy innego kolegi czy moze przyjechac z nimi... chlopaczek przyjechal z... wlasnym tata! :O Rece opadaja z tymi ludzmi, mowie Wam!

Urodziny odbyly sie na trampolinach, wiec mlodziez wyszalala sie za wszystkie czasy.

Nik z rozwianym wlosem i rozowych skarpetkach :D
 

Poniewaz Nik mial problem z wyborem kolegow do zaproszenia i w koncu zaprosil tylko dwoch, wiec byly to glownie dzieciaki naszych znajomych oraz jedno rodzenstwo, ktore Potworki znaja z pilki noznej i z ktorym sie ostatnio bardzo zaprzyjaznili. Gromada rozdzielila sie wiec na grupe dziewczyn i grupe chlopakow. ;)

Skacze Bi, a za nia dwie kolezanki
 

Mnie to odpowiadalo, bo oboje moich dzieci mialo towarzystwo, tylko Nik potem cos burczal, ze to jego urodziny, wiec dlaczego Bi miala kolezanki. :D

Banda (starszych) dziewczyn
 

No ale sorry batory, dostal pozwolenie na zaproszenie trzech kolegow ze szkoly, a koniec koncow z wielkim trudem wybral dwoch... Tak czy owak, wiekszosc dzieciarni bawila sie wysmienicie. Niestety jednym z wyjatkow byly dzieciaki mojej kolezanki oraz cora drugiej. U jednej syn ma lekki autyzm, wiec biedak zawsze odstaje, gdziekolwiek by sie nie znalazl. A jej corka, coz byla jedna z najmlodszych dziewczynek i choc ma juz 7 lat, to jest tak drobna, ze choc nastepna wiekiem miala 9, wiec wcale nie duzo wiecej, to jakos nie zgrala sie ze starsza grupa, a przyjecie bylo zbyt krotkie i chaotyczne zebym zdazyla interweniowac. Owa panna uparcie probowala nawiazac kontakt z corka mojej innej kolezanki, ale tamta mala, choc okazalo sie, ze sa rowne wzrostem, ma dopiero 4 lata i poza tym jest... "dziwna". No, nie wiem jak inaczej okreslic to dziecko, ale nie rozwija sie ono (wedlug mnie) do konca jak powinno, choc nie powiem tego kumpeli. ;)

Banda chlopakow (poza autystycznym synem kumpeli, ktory gdzies sie schowal), do ktorych przysiadly sie dwie najmlodsze imprezowiczki. Uwierzycie, patrzac na nie, ze jedna ma lat 7, a druga 4.5?!
 

W kazdym razie, zamiast bawic sie z chetna "kolezanka", ta mala chowala sie za matke lub ganiala jak wsciekla za chlopakami. Musze przyznac, ze z jakiegos powodu upodobala sobie Kokusia, choc on, zajety kolegami, nie bardzo cieszyl sie na lazacy za nim "ogonek". :D Takze, jak widzicie, dynamika imprezy byla dosc ciekawa i szkoda, ze mialam za malo mozliwosci zeby poobserwowac dzieciaki, bo zwykle lubie przygladac sie takim interakcjom, szczegolnie, ze wszyscy, poza najmlodsza, byli w zblizonym wieku, od 7 do 11 lat. Mlodziez poskakala do oporu (ostatnio Nik wrocil do domu z bolacym kolanem, tym razem kustykal, bo wywichnal sobie kostke :O), potem przeszli do salki na pizze oraz tort, odspiewali Happy Birthday, po czym ruszyli ponownie na trampoliny, z ktorych juz zgarneli ich rodzice.

Mlodszy zdmuchuje swieczki po raz trzeci w tym roku! :D
 

Potworki (oraz sasiadki) w sumie ganialy najdluzej, bo nie dosc, ze pilnowalam zeby kazdy dostal torebeczke z upominkami, pogadalam chwile z sasiadka bo tak pozno dojechala, a na koniec musialam jeszcze uregulowac rachunek. ;) Po cichutku mysle sobie, ze ogarnelam, przezylam i mam nadzieje, ze od kolejnych urodzin Potworki beda juz na tyle duze, ze nie beda nalegaly na duze przyjecia, a ja chetnie gdzies zabiore ich osobno z grupka 2-3 kolegow/kolezanek. ;)

Po takim weekendzie czulam, ze potrzebowalabym jeszcze z dwoch dni zeby do siebie dojsc. Szkoda, ze to niemozliwe. ;) W poniedzialek rano pobudka byla brutalna. Nie dosc, ze nadal bylam cala obolala (serio nie pamietam kiedy narty az tak daly mi w kosc), to jeszcze tak naprawde nadal nie doszlam do siebie po tamtym grypowym "czyms". Caly poprzedni tydzien nadal lekko ciagalam nosem i odchrzakiwalam, a po nartach pojawil sie suchy kaszel, zas nos sie zapchal na amen. Ile mozna dochodzic do siebie?! Starzeje sie, naprawde... Odstawilam Potworki na autobus, a sama zabralam sie za skladanie jednego wysuszonego prania i wstawianie kolejnego. Niestety, skoro w weekend bylam zbyt zajeta zeby odhaczyc zwykle weekendowe obowiazki, to teraz mialam je pomalu i mozolnie zaliczac w srodku tygodnia, czego nie znosze. Pozniej pojechalam do pracy, gdzie na szczescie bylo w miare spokojnie. Do domu wlasciwie weszlam na tyle, zeby zdjac kurtke i buty, wszamac w pospiechu obiad i czas bylo jechac z Bi na akrobatyke. Panna poszla cwiczyc, a ja, dla zabicia czasu pomaszerowalam do UPS'u oddac zamowienie, a pozniej (to juz zwyczajnie dla zabicia czasu) do supermarketu, pochodzic miedzy alejkami. Posiedzialam jeszcze troche w aucie, po czym poszlam do poczekalni akrobatyki, popatrzec chociaz na telewizorze, co dziewczyny porabiaja.

Zdjecie telewizora, wiec jakosc fatalna. Bi zaznaczylam Wam strzalka, choc akurat dziewczyny i tak staly luzem, dyskutujac nad ukladem tanecznym na wiosenny wystep
 

Ledwie dojechalysmy z Bi do domu, a chlopaki wychodzily na basen. Niestety, zamiast sie zrelaksowac, musialam ogarnac zmywarke, poskladac kolejne pranie i zmienic dzieciakom posciel. Kolejna rzecz, ktorej nie zrobilam w weekend. :/

Wtorek niespodziewanie przywital nas lekkim proszeniem sniegu. Nie mam nawet zdjecia, bo wygladalo to jakby swiat posypany zostal lekko cukrem pudrem. Po poludniu wyszlo slonce i migiem wszystko stopnialo, mimo, ze jak na ostatnie czasy, bylo chlodno - "tylko" +3 stopnie. :D Wtorki to nadal dni bez zajec dodatkowych, co nie znaczy, ze sie nudzilam. Wrecz przeciwnie. Po obiedzie trzeba bylo pomoc Bi w matematyce. Kiedy skonczylysmy to, przyszla pora na lekcje do Polskiej Szkoly. Najlepszy jest moj malzonek, ktory spytal zdziwiony (jakbym nie odrabiala z dzieciakami lekcji co tydzien) po co juz dzis to robimy, skoro dopiero wtorek. Pokazuje to, jak bardzo ojciec jest zaangazowany w sprawy dzieci, skoro nie pamieta, ze w poniedzialki oraz czwartki Nik ma plywanie, a sroda to, z pilka i biblioteka Bi oraz koszykowka Kokusia, to dzien, kiedy nie ma mnie wlasciwie w domu. Do odrobienia zadan do Polskiej Szkoly zostaja wtorki oraz piatki, a zadawane maja sporo, szczegolnie Nik. Poza kilkoma pisemnymi zadaniami, zawsze jest czytanka, a do tego, tym razem, Nik mial slowa na dyktando, a Bi wiersz do nauczenia sie na pamiec. Zeby to wszystko ogarnac w jeden wieczor, musialabym siedziec z Potworkami grubo w noc. W ogole to uwazam, ze nauczycielki z tej szkoly maja mocno wygorowane oczekiwania. W koncu ten jezyk polski to sprawa dodatkowa. Nikt nie oczekuje od dzieciakow urodzonych i wychowanych za granica, ze beda sie nim poslugiwac na poziomie rownym dziecim z Polski... Tymczasem pani Nika pisze w mailach, ze trzeba codziennie przynajmniej 15 minut poswiecic na jezyk polski. Taaaa... bo miedzy dzienna szkola, praca, domem oraz zajeciami dodatkowymi, ktos ma jeszcze czas sleczec nad polskim... Wiem, ze sa rodziny, gdzie prace domowa do Polskiej Szkoly dzieci odrabiaja juz w niedziele, bo w tygodniu nie maja na to ani jednego dnia. To tak jak nauczyciele gry na instrumentach, ktorzy rowniez przypominaja i dzieciakom i wysylaja tuziny maili rodzicom, ze dzieci powinny cwiczyc gre codziennie. Latwo powiedziec. Wiem, ze praktyka czyni mistrza i tak dalej, ale nie ma na to zwyczajnie czasu. Zreszta wiem, ze dlatego np. moja sasiadka zapisala corki na prywatne lekcje. Wiedziala bowiem, ze tylko w ten sposob wymusi cwiczenie gry choc raz w tygodniu. A co do instrumentow, to jak juz Potworki wymeczyly jezyk polski, to zagonilam ich wlasnie do instrumentow. Tym razem jednak nie siedzialam i nie sluchalam, tylko poszlam sie wykapac. I musialam zawrocic panicza Nika, ktory potrabil w trabke, po czym zadowolony czlapal juz na dol, kiedy zawrocilam go, przypominajac, ze ma jeszcze jeden instrument. Hrabia cos tam fuknal, ze on juz dobrze gra na skrzypcach. Wrtuoz sie znalazl... ;) Szczegolnie, ze zalil sie ostatnio, ze nauczyciel chce zeby uczyli sie plynniej odczytywac nuty i przestal dawac im sciagawki, gdzie zaznaczone bylo nad kazda nutka iloma palcami musza przycisnac strune. Dla nieuswiadomionych, skrzypce to skomplikowany istrument, bo strun ma tylko 4, ale za to kazda wydaje inny dzwiek w zaleznosci od tego, czy przytrzymuje sie ja jednym, dwoma, czy trzema palcami. Dotychczas nauczyciel zaznaczal ilosc palcow, a dzieciaki musialy tylko rozpoznac strune. Teraz jednak sie skonczylo. Nik z jednej strony marudzi, ze tak ciezko, ale z drugiej, kiedy gonie do cwiczen, stwierdza, ze on przeciez tak dobrze gra... ;) A w miedzyczasie znow kolejne pranie (Martus, to nie tylko Ty ciagle pierzesz! :D), szykowanie ubran i sniadaniowek na nastepny dzien, zmywarka (kolejny niekonczacy sie temat...) oraz zmiana poscieli tym razem u mnie i M. I przysiadlam na tylku dopiero poznym wieczorem, zeby kontynuowac klepanie posta... ;)

W srode rano, na przywitanie lutego, temperatura wyniosla -6 stopni, choc w dzien podniosla sie do +1. Oczywiscie Bi oprotestowala bluze, ktora dalam jej na koszulke, a po wyjsciu z domu stwierdzila, ze "wcale nie jest tak zle". Coz, przynajmniej Nik zadowolony byl z przygotowanych ubran i nawet zalozyl na glowe kaptur. Moje dzieciaki w tym roku zrezygnowaly kompletnie z czapek. :/ W pracy nadal spokojnie, bo poki co mamy przerwe w kolejnych pacjentach, wiec probujemy pozamykac wszystkie zalegle sprawy i projekty. Tym razem nie bylo zadnych zawirowan pogodowych, wiec wrocila normalna, szalona sroda. Z roboty musialam wyjsc juz o 15 i pedzic prosto do szkoly zeby odebrac Bi. Z tamtad pod hale sportowa na pol godziny kwitniecia. W koncu panna poleciala kopac pilke, a ja troche posiedzialam z nosem w telefonie, troche pochodzilam w kolko hali i jakos godzina zleciala.

Starsza przy pilce
 

Zapakowalam dziewczyny i pojechalysmy do biblioteki. Panny poszly robic na drutach, a ja pojechalam do chalupy. Nie mialam duzo czasu, ale przelozylam pranie do suszarki (Tak; nadal nie moge wygrzebac sie z poweekendowych, pralniczych zaleglosci ;P), zjadlam obiad, zaparzylam kawe, z ktorej zdazylam upic moze 3 lyki i musialam jechac po Starsza. Przypominalam wczesniej pannie ze kiedy po nia przyjade musi natychmiast wyjsc, bo sie spiesze, ale oczywiscie uslyszalam, ze "juz, juz ide, chwila, jeszcze tylko ostatni rzad", itd. Udusze ja kiedys! Odstawilam pannice do domu, po czym zapakowalam syna i pojechalismy na trening koszykowki. Juz przedostatni, na szczescie. Srody sie nieco uspokoja...

Mlodszy dobiega do kosza
 

Podczas kiedy Nik kozlowal pilke, ja pokrecilam sie troche wokol szkoly, ale na noc znow robilo sie niemozliwie zimno, wiec dosc szybko wsiadlam do samochodu i juz tam zostalam. Popatrzylam w telefon, zadzwonilam do taty i godzina zleciala. Po powrocie do domu szybka kolacja, szykowanie ubran oraz sniadaniowek na kolejny dzien i juz trzeba bylo zagonic Potworki do lozek. Malzonek poszedl z wlasnej woli. :D

Czwartek zaczal sie mroznie, bo od -8 stopni. Az ucieszylam sie, ze jak zwykle wiozlam Potworki do szkoly. Dzieki temu wyszlam z cieplej chalupy do garazu, ktory tez zawsze utrzymuje troche wyzsza temperature niz powietrze na zewnatrz, odstawilam dzieciaki pod szkole, zajechalam do pracy i dopiero na parkingu musialam zmierzyc sie z "Arktyka". :D W dzien jednak temperatura podniosla sie "az" do +3 stopni, choc przy mroznym wietrze odczuwalna byla nizsza. Tego dnia Nik mial trening na basenie, ale jak to ostatnio mamy w zwyczaju, pojechal z ojcem. Tym razem bylo mi to na reke jeszcze bardziej niz zwykle, bo mialam znow pranie do poskladania, wstawienie nastepnego (i przelozenie go pozniej do suszarki), rozladowanie i zaladowanie zmywarki (bo przeciez poza mna nikt nawet nie pomysli :/), nie mowiac juz o przygotowaniach na kolejny dzien. Dzieki temu ze zostalam w domu, udalo mi sie to wszystko ogarnac i nawet na chwile usiasc spokojnie z kawa. ;) Co prawda Mlodszy cos tam smeci, ze "kiedy mama pojedzie z nim na basen?", wiec bede musiala ktoregos dnia chociaz podjechac na chwile i popatrzec. Nik to jest dziecko, ktore lubi jak ktos na niego patrzy, a wie, ze ojciec, zajety "pakowaniem", najwyzej zerknie gdzies tam przypadkiem. Matka siedzi i pilnie obserwuje. :D

W piatek Arktyki ciag dalszy. Temperatura spadla ponownie do -9 stopni, co przy porywistym wietrze, dalo odczuwalna (jesli wierzyc mojemu srajfonowi)... -18! :O Mielismy z Potworkami tez chwile stresu i biegu, bowiem zeszlam na dol w porze kiedy trzeba wychodzic z domu i slysze za oknem autobus. Zerkam - Potworkow! No to wrzucamy najwyzszy bieg i pedzimy zeby zlapac go kiedy bedzie wyjezdzal z naszego osiedla (jak dobrze, ze jest z niego tylko jeden wyjazd!). Wybieglismy, jakims cudem udalo nam sie dotrzec na przystanek przed nim i... okazalo sie, ze to byl jednak autobus z podstawowki!!! :D Skad taka pomylka? Otoz, autobus rozwozacy dzieciaki ze szkoly podstawowej jest starszego typu i ma z przodu wystajacy jakby "nos" na silnik. Autobus Potworkow jest nowszy i ma przod splaszczony. I jak na zlosc, akurat tego dnia kierowca z podstawowki dostal autobus zastepczy, taki wlasnie ze splaszczonym "nosem"! :/ A my bieglismy malo nog nie gubiac po drodze! Potem zas musielismy czekac na wlasciwy autobus przy tych niemozliwych temperaturach. Przy okazji pokaze Wam roznice miedzy Potworkami. Przypominam, ze mamy -9 stopni, odczuwalne jako -18:

Patrzac na Bi mozna pomyslec, ze jest wiosna ;)
 

Ja stalam z kapturem na glowie, odwrocona tylem do wiatru. Nik jakby mogl, schowalby sie w kurtke razem z glowa. A Bi? Stoi bez kaptura i jeszcze rozpieta! :O Na moje upomnienia tylko wzrusza ramionami, ze jej cieplo! :O I musze niestety przyznac, ze nie mam argumentu, bo panna w tym roku choruje duzo mniej niz brat, a jak juz cos zlapie, to przechodzi jej po 2-3 dniach. Nie moge wiec nawet postraszyc, ze bedzie chora. To znaczy, strasze i tak, ale coz, skoro Bi tylko prycha, ze "zawsze tak mowisz, a ja i tak nie choruje". Nooo... to sobie postraszylam. :D Autobus (tym razem wlasciwy :D) na szczescie podjechal dosc szybko. Potwory pojechaly, a ja podjelam sie zwiezienia kublow na smieci z chodnika za garaz. Sprowadzilam je na dol podjazdu, ale ze nie mialam rekawiczek, musialam przerwac i pochuchac w rece bo zwyczajnie, przez te kilkanascie sekund, przestalam czuc palce. :O Pies "tanczyl" naokolo mnie, nie zwazajac zupelnie na mroz, wiec rzucilam jej pileczke doslownie trzy razy i ucieklam do cieplej chalupy. To bylby idealny dzien na prace z domu, ale niestety nie mialam ze soba laptoka, wiec grzecznie pojechalam do biura. Po robocie niestety czekaly mnie zakupy spozywcze, a tymczasem temperatura caly czas spadala. Kiedy pod wieczor dojechalam do domu, bylo juz -13, odczuwalne jako -20. :O Cale szczescie, ze malzonek wpadl na pomysl zeby rozpalic w kominku!

Nie ma jak wygrzac dupke :D
 

Szkoda tylko, ze nie moglam sie nim az tak nacieszyc, bowiem musialam dokonczyc z Potworkami przygotowanie do Polskiej Szkoly. Pisemne zadania odrobilismy we wtorek, ale zostala jeszcze czytanka z Kokusiem, a z Bi nauczenie sie odpowiedzi na pytania do czytanki. Jakby tego bylo malo, to jeszcze Nik mial wyrazy do nauczenia na dyktando, a Starsza wierszyk do nauczenia sie na pamiec. Zostawilam go na piatek, bo mial tylko 4 linijki, wiec stwierdzilam, ze czlowiek kilka razy powtorzy i zapamieta. Niestety, nie pomyslalam, ze mial on kilka trudniejszych wyrazow, ktore mylily Bi, a ze panna zle znosi porazke, wiec wsciekala sie i wtedy juz wszystko zaczelo jej sie mylic. :D

I tak zlecialy ostatnie dni stycznia i pierwsze lutego. Dwa tygodnie temu chorowalismy po kolei Nik, ja oraz Bi, wiec z musu trzeba bylo odpuscic wiekszosc zajec. W zeszlym tygodniu dwa razy lekkie opady sniegu zaowocowaly poodwolywaniem czesci sportow. Miniony tydzien to byl juz jednak powrot do normalnego, zwariowanego grafiku i szalonego tempa. Nie moge sie doczekac konca koszykowki, bo chyba najbardziej daja mi w kosc te srody, kiedy praktycznie nie ma mnie w domu. :)

Do poczytania!

6 komentarzy:

  1. Poczułam się zmęczona samym czytaniem posta :D Tort jak zwykle wyglądał pysznie i jestem pewna, że też tak smakował. A że nie wyrósł jak zwykle - tak miało być, to była taka wersja - tak zawsze mówi Krzysiek, gdy coś nie do końca wyjdzie mi tak jak powinno albo chciałam :D
    Zaskoczyłaś mnie tym zostawaniem rodziców. U nas zdarza się, że ktoś poza imprezą dzieciaków zaprasza jeszcze rodziców na kawę i ciasto. Ale taka druga imprezka kosztuje często połowę tego co się płaci za imprezę dzieci, więc wielu rodziców z tego rezygnuje, i wówczas dzieciaki są tylko przyprowadzane, a ich rodzice znikają i pojawiają się dopiero na czas odbioru. Zostają tylko sporadycznie i to zazwyczaj przy jakichś dzieciach mających problem z zostaniem bez rodzica.
    Zrobiło mi się zimno, gdy patrzyłam na Bi i czytałam, ile wówczas mieliście na termometrze. Nasi na szczęście noszą czapki, i nawet ja się chyba starzeję, bo nie znoszę czapek, więc do tej pory zakładałam je przy - 10, nie wcześniej. A teraz zakładam nawet jak jest 0, i widzę, że bardzo szybko marznę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, podobami sie ta Krzyskowa filozofia!
      U nas zwykle rodzice jednak zostaja, bo urodziny organizowane sa zwykle w miejscach, gdzie nie ma opieki. Nikt tam dzieci nie nadzoruje, nikt nie organizuje im zajec, a jesli nawet, to jest to 1-2 osoby na gromade maluchow. Sila rzeczy kazdy rodzic woli pilnowac swojego.
      O ubieraniu sie Bi i aferach co ranek o kurtke, to moglabym calego posta napisac! :D

      Usuń
  2. Agatko, Wy to macie niezłe tempo życia, tyle aktywności, zajęć. Podziwiam Cię, że to wszystko ogarniasz, ale podziwiam też dzieciaki, że chcą się ruszać, wychodzić, grać. To też ważne, bo dziś rozmawiałam z mamą kolegi mojej 8,5 letniej córki, która mówiła, że jej syn nigdzie nie chce wychodzić po szkole, tylko chce być w domu.
    Spóźnione życzenia urodzinowe dla Kokusia.
    Przecudny tort zrobiłaś, a na pewno też smaczniejszy niż słodkie kupne ciasta. I od serducha!
    Jesteś dla mnie królową pracowitości i dobrej organizacji czasu. Trzymajcie się w te zimowe dni, pięknego śniegu życzę choć niekoniecznie tak niskich temperatur.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U Was, przy trojce dzieciakow, w tym dwoch nastolatkach, na pewno tez zbyt spokojnie nie jest. ;) Z tym wychodzeniem to roznie bywa. Nik najczesciej marudzi, ale potem dobrze sie bawi. Z wyciagnieciem Bi gdziekolwiek (oprocz pilki i akro) tak rekreacyjnie, ostatnio jest problem...
      Tort zdecydowanie smaczniejszy, bo te amerykanskie to sa po prostu paskudztwa. ;)

      Usuń
  3. Pozazdroscilam wam tych urodzinowych trampolin a jeszcze bardziej wypadu na narty. Fajnie, ze macie z domu bliziutko, zeby pojezdzic na stoku nawet niewielkiej gorki. Bo u nas minimum ze 2-3 godziny trzebaby jechac, zeby znalezc jakas narciarska gorke z wyciagiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy dwie gorki, w przeciwnych kierunkach, ale podobnym czasie dojazdu (choc jedna jest dalej, ale jedzie sie autostrada, wiec szybciej), wiec zawsze jest mozliwosc wypadu na pol dnia. Niestety, ceny na tych malych goreczkach sa zblizone do tych w Vermont. :/

      Usuń