Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 14 stycznia 2022

Taki tam, nudnawy tydzien

Dzieki temu, ze odwolano zajecia w Polskiej Szkole, ja oraz dzieciaki, sobote 8 stycznia mielismy spokojna i bez spiny. Malzonek pojechal do pracy choc nie musial, ale coz, jego wybor. Co prawda on twierdzi, ze robi to dla rodziny, ale tak naprawde to bez tej dodatkowej dniowki wcale bysmy az tak nie zbiednieli. Proby tlumaczenia koncza sie jednak fochem, wiec odpuszczam. Niech robi co chce. Wazne, ze Potworki i ja wyspalismy sie porzadnie, a potem spedzilismy leniwy poranek. ;) Bylo to tym milsze, ze pomimo pieknego slonca i czystego nieba, rano mielismy -6 stopni, wiec fajnie bylo sie zaszyc w cieplutkiej chalupie. Po poludniu jednak temperatura podniosla sie laskawie do -2 i stwierdzilam, ze grzechem byloby nie wykorzystac swiezego sniegu. Po lunchu zapakowalam wiec Potwory do auta i pojechalismy na gorke przy high school.

Kokus zjezdza z gorki na pazurki :)
 

Niestety, okazalo sie, ze nie tylko ja wpadlam na ten pomysl, wiec dzieciakow bylo jak mrowkow. Serio, rok temu bywalismy tam dosc regularnie, a tylu malolatow jeszcze nie widzialam. Dzieciaki rozne, starsze, mlodsze, z rodzicami (ktorzy troche kontrolowali co sie dzieje), sami, ostrozniejsze i mlodociani kamikaze; caly przekroj. ;) Naprawde zastanawia mnie, ze niektore egzemplarze nie potrafia myslec. Ja zawsze Potworkom powtarzam, ze maja poczekac, az wszystkie wdrapujace sie na gore dzieciaki odejda na bok, bo jesli zjezdzajac w kogos uderza, moga zrobic krzywde i jemu i sobie. I oni zawsze grzecznie czekaja, choc nieraz troche to trwa, bo wiekszosc smarkaczy lezie do gory niczym swiete krowy, nie patrzac, ze blokuja zjazd... Najbardziej jednak zirytowal mnie jakis dzieciak, ktory dwa razy prawie we mnie wjechal; uskoczylam w ostatniej chwili! A stalam na uboczu, dalej od wiekszosci zjezdzajacych. I ten gowniarz, zamiast odejsc kilka krokow w bok, nie! Bedzie zjezdzal prosto na mnie! Nie wiem w sumie czy taki byl niekumaty, czy myslal, ze sie przeslizgnie obok, czy robil to specjalnie, bo raz, ok, mozna nie zauwazyc, ale dwa razy?! :/ W kazdym razie, mimo lekkiego mrozu, slonce swiecilo, a wiatr byl niewielki, wiec bylo naprawde przyjemnie i liczylam, ze Potworki beda zjezdzac dluzsza chwile.

Bi zawsze zjezdza na brzuchu, wiec przynajmniej troche sobie hamuje nogami...
 

Niestety, zapomnialam, ze ta gorka jest jednak naprawde spora i wdrapac sie pod nia to nie takie hop-siup. W rezultacie dzieciaki zjechaly moze z 15 razy i byly juz padniete. Zajelo im to jakies pol godziny, po czym zaczeli jeczec ze chca wrocic i pobawic sie pod domem. Nie powiem zebym byla jakos szczegolnie zmartwiona. ;) Tam musialam przy nich sterczec i zerkac co sie dzieje, a w domu oni polecieli budowac wlasne tory saneczkowe, ja zas przytargalam kilka nareczy drewna na wieczorne palenie w kominku, po czym zaszylam sie w chalupie w kubkiem goracej kawy. ;)

Niedziela byla leniwa przez wielkie L. Malzonek znowu wybyl do roboty, co dawalo mi i dzieciakom spokojny poranek i spanie do oporu. Cena za to jest niestety pozniejsza msza, a ze pojechalismy dalej, do polskiego kosciola (zeby ostatni raz posluchac koled), wiec troche nam zeszlo. Po mszy zahaczylismy jeszcze o kawe oraz stacje benzynowa i w domu bylismy grubo po 13, wiec polowa niedzieli sobie przeleciala. Mielismy tego dnia odwilz, bo kilka stopni na plusie, ale za to caly dzien padal lekki deszcz, pogoda nie zachecala wiec do wyjscia na zewnatrz. Troche gotowania (dla M.), a troche ogarniania (dla mnie), ogladanie skokow, wieczorna kapiel Potworkow i dzien minal niewiadomo kiedy. Ja jeszcze musialam z kantorka w piwnicy wygrzebac moje oraz Kokusia narty, kijki, gogle, buty, itd. Z szafy przy wejsciu za to kominiarki, rekawice, grube skarpety... Kolejnego dnia mial byc bowiem pierwszy wypad na stok z klubem narciarskim ze szkoly! Przyznaje sie bez bicia, ze choc wczesniej nie moglam sie doczekac (ponuro zastanawiajac sie czy koronka nie pokrzyzuje nam planow), tak teraz jakos stracilam rezon. Czesciowo nadal nie do konca doszlam do siebie po chorobie; czasem musialam odkaszlnac, nos nadal lekko mialam przytkany i czulam zwyczajnie, ze jestem slabsza niz powinnam. Do kompletu jeszcze okres dostalam... :/ Czesciowo zas nie wiem... Jakos mi sie odechcialo... Piecuch sie ze mnie robi. I mroz na kolejny dzien zapowiadali, wiec po poludniu temperatura miala leciec na leb na szyje... ;) Slowo sie jednak rzeklo, kasa za syna zaplacona, ja obiecalam pomoc, wiec trzeba bylo zebrac doope w troki i jechac...

Poniedzialek rozpoczal sie lekkim biegiem, bo oprocz zwyczajnego szykowania sie na rozpoczecie dnia, musialam jeszcze zawiezc do szkoly narty Kokusia oraz jego plecak z butami, kaskiem i reszta maneli. Sprzet trzeba odstawic do 8:30, a od tej godziny mozna juz przywozic dzieci, stwierdzilam wiec, ze zawioze dzieciaki do szkol. I tak dla Nika mial to byc baaardzo dlugi dzien, wiec postanowilam mu chociaz odjac pol godziny w autobusie rano... A jak wiozlam Mlodszego, to wiadomo, ze Bi tez. Po zawiezieniu dzieciakow, nie oplacalo mi sie juz wracac do domu, wiec jechalam prosto do pracy. To oznaczalo, ze ja tez musialam byc gotowa na te kilka godzin w robocie. Zwykle wsadzam dzieciaki  w autobusy i mam jakies 45 minut zanim sama musze wychodzic, nie ma wiec spiny. Tym razem takiego luzu nie bylo, a w dodatku wszystko trzeba bylo zgrac czasowo. Jak na zlosc oczywiscie Potwory wyskakiwaly z pytaniami a dlaczego ta kurtka, a dlaczego ta czapka, Bi musiala pojsc do lazienki kiedy juz mielismy wychodzic... Sprzet narciarski trzeba bylo odstawic do 8:30, a ja z dojazdem i parkowaniem dotarlam tam o 8:35. Cale szczescie, ze do szkoly mnie nie wpuscili, tylko ktos przejal od Kokusia narty oraz plecak z reszta rzeczy, a ja moglam ruszyc dalej. Pod szkola korek niemozliwy, wiec do placowki Bi dojechalysmy spoznione. Na szczescie tutejsze szkoly przyzwyczajone sa do wiecznych opoznien autobusow i choc umowny poczatek lekcji to 8:45, tak naprawde nie zaczynaja nic robic do 9. Kiedy dojechalysmy, pod szkola nadal snul sie sznureczek aut odstawiajacych dzieciaki. ;)

Z pracy wyszlam troche wczesniej, po czym popedzilam do chalupy zeby wzuc ciuchy narciarskie, wrzucic wlasny sprzet do bagaznika i popedzic na stok. Temperatury tego wieczora byly iscie arktyczne, a potegowaly to jeszcze wlaczone armatki sniezne. Nie wiem, co oni sobie wyobrazali, bo momentami bylo to niczym przejezdzanie przez mini zamiec sniezna. Nie ubralam gogli tylko jezdzilam w okularach, wiec przejezdzajac przez buchajacy snieg, musialam po prostu zamykac oczy i gdyby akurat ktos w poblizu przejezdzal, bylaby piekna kolizja. ;) A w ogole to mialam zalozony podkoszulek, bluzke na dlugi rekaw, polar, na to kurtke narciarska z podszewka i kiedy jechalam w dol, pieknie mnie podwiewalo. Ale warto bylo. ;) Nik zachwycony, szczegolnie, ze w przeciwienstwie do Bi dwa lata temu, mial przy sobie gromadke kumpli, wiec moge sobie tylko wyobrazic co sie dzialo w autobusie. ;) Na stoku jezdzil juz z tylko jednym kolega, bo okazalo sie, ze reszta znanych mu chlopcow jest poczatkujacymi narciarzami.

Narciarscy kamikaze ;)
 

Mi to jednak pasowalo, bo chlopaki zjezdzali na wariata przescigajac sie nawzajem, wyczyniajac skoki i inne akrobacje (to niesamowite jak inaczej jezdza dziewczynki od chlopcow ;P), ale grzecznie na mnie czekali przy wyciagu. Ja jezdze jednak duzo spokojniej. :) W kazdym razie Nik oswiadczyl, ze poniedzialki to beda teraz jego ulubione dni i ze szkoda, ze w nastepny nart nie ma, jest on bowiem wolny od lekcji. Oby mu ten entuzjazm pozostal i nie zaczal jak Bi, po dwoch razach jeczec, ze juz nie chce i nie lubi. :D

Wtorek byl lekko nerwowy i szalony i skonczyl sie posiadnieciem przeze mnie nowego telefonika. Srajfona 13 (mini), nowki niesmiganej. :D Co prawda nie planowalam narazie zmieniac telefonu, ale moja stara osemka zdecydowala za mnie. ;) Juz w poniedzialek na stoku, kiedy chcialam pstryknac chlopakom zdjecie, okazalo sie ze glowny guzik na dole sie zacial. Kiedy jednak zjechalismy na dol, byl juz odblokowany i stwierdzilam, ze to chwilowy blad. Po nartach pojechalam pod szkole czekac na autobus (wszystkie dzieci musza nim wracac; nawet obecnym rodzicom nie wolno zabrac swoich pociech do domu, co jest wedlug mnie bez sensu, no ale...). Oczywiscie siedzac w aucie, z nudow zaczelam przegladac telefon i... guzik znow sie zacial. Wrocilam do domu i pozalilam sie M., ktory skwitowal, ze to na pewno przez zimno. Jak wiadomo, telefony nie bardzo "lubia" niskie temperatury, choc z mojego doswiadczenia, zazwyczaj po prostu bateria im leci na leb na szyje. Ale ze telefon znow zdawal sie dzialac normalnie, to uznalam, ze malzonek pewnie ma racje. Taaa... Wieczorem na wszelki wypadek postanowilam zgrac zdjecia, bo cos czulam, ze ten problem moze byc powazniejszy niz tylko zimne powietrze. Jakos mi sie udalo, choc moj telefon oszalal. Ten guzik zaczal sam sobie klikac; jak naciskalam np. smsy, to je wylaczal. Wygaszony sam klikal zeby wbic kod do otworzenia, ale zanim udalo sie go wbic, przelaczal na kalendarz, Siri i cokolwiek innego mozna wlaczyc naciskajac na guzik. Po kilku minutach takiego wariactwa, wydawalo sie, ze sie uspokoil. Udalo mi sie nawet sprawdzic ustawienie budzika, choc troche sie martwilam czy zadziala. Zadzialal jednak, ale kiedy rano, lezac jeszcze w lozku chcialam sprawdzic poczte, znow zaczal wariowac i najpierw mnie ze wszystkiego wywalal, a potem znow zaczal sam sobie przelaczac z jednej aplikacji na druga, jak nawiedzony. :O Co gorsza, w tych momentach nie dalo sie go ani wygasic, ani wylaczyc. Nie dzialal ani dolny guzik, ani boczny. Wtedy juz wiedzialam, ze tak byc nie moze. Nie moglam ani wyslac smsa, ani zadnego odczytac, nie mowiac juz o wykonaniu telefonu (choc o dziwo, kiedy ktos zadzwonil do mnie, dawalam rade odebrac). Telefon sam sie uspokajal po kilku minutach, ale jak tylko probowalam cos zrobic, za moment znow szalal. Nie mamy w domu telefonu stacjonarnego, a ze ja ciagle jezdze gdzies sama z Potworkami, wiec dzialajacy sprzet to podstawa, zeby w razie czego miec kontakt ze swiatem... Jakos udalo mi sie dodzwonic do M., ktory natychmiast zamowil mi nowy telefon do odebrania w sklepie Apple za kilka godzin. W ten sposob stalam sie posiadaczka nowiutkiego Srajfona, choc w sklepie tez podniesli mi cisnienie. Wiecie, Apple zawsze slynelo z wzorowej obslugi klienta. Czlowiek wychodzil od nich z wszystkimi danymi przeslanymi na nowy telefon i aparatem wlaczonym i gotowym do uzycia. Tymczasem ja przyszlam, a pan wrecza mi paczuszke, dziekuje i do widzenia. Hola, hola! Mowie, ze potrzebuje, zeby mi telefon aktywowali i przeslali wszystkie dane, a on, ze zmienily im sie w sklepie przepisy i juz tego nie robia. I ze to bardzo proste (pewnie, dla niego); mam po prostu klikac wedlug instrukcji. Tlumacze, ze moj stary telefon jest zepsuty, pokazuje co sie dzieje (akurat zaczal znow wariowac) i ze nie wiem czy uda mi sie cokolwiek z niego przeslac, ale pan uparcie, ze wtedy mam dzwonic na numer serwisowy i oni mnie przeprowadza przez aktywacje. Tlumacze, ze ja potrzebuje dzialajacy telefon teraz, bo moge miec wypadek chociazby w drodze powrotnej do pracy i nawet nie bede mogla zadzwonic po pomoc! Pan, ze bardzo mu przykro, ale nie moga tego zrobic. Wyszlam z tamtad z takim cisnieniem, ze nie potrzebowalam przez reszte dnia pic kawy! ;) Coz, na szczescie do pracy, a potem do domu dojechalam bez problemow, a ustawienie telefonu rzeczywiscie okazalo sie prawie intuicyjne. Moj stary telefon nawet wspolpracowal. Smieszne to bylo, bo w tle slychac bylo klikanie tego cholernego guzika, ale aparacik grzecznie przesylal co trzeba. A kiedy przeslal, znow szalal jak pijany zajac, ale wtedy juz mi to zwisalo. ;)

A teraz najlepsze. Po dwoch dniach wariowania, kiedy w koncu mialam nowy telefonik w reku, stary wreszcie udalo mi sie zrestartowac. Wczesniej, kiedy mial momenty, ze dzialal, tez moglam to zrobic, ale kiedys mialam telefon, ktory po takim wylaczeniu, po prostu juz sie nie wlaczyl. Teraz wiec troche obawialam sie, ze znow zostane bez zadnego kontaktu ze swiatem zewnetrznym. ;) Tymczasem, kiedy stary telefon zrestartowalam, zaczal dzialac bez zarzutu!!! :D Oczywiscie, skoro juz raz zaczal cos takiego robic, to niewiadomo kiedy znow by mu odbilo i tym razem mogl juz w ogole nie miec "przeblyskow" dzialania. Dobrze wiec chyba, ze go wymienilam, ale jednak troche mi rece opadly... ;)

W srode rano temperatury nadal przypominaly Antarktyde, wiec ponownie zawiozlam dzieciaki do szkol, ku ich ogromnej radosci oczywiscie. Wiekszosc dnia minela mi w pracy, czyli czas ciagnal sie niczym guma z gaci. ;) Dobra wiadomoscia bylo, ze kolejny poniedzialek mamy miec wolny. To dzien Martina Luthera Kinga i tak czy owak mialam tego dnia pracowac z domu, bo szkoly beda zamkniete. Wiekszosc zakladow pracy normalnie jednak tego dnia pracuje. Tymczasem, kiedy szef zatrudnil w koncu oficjalna administratorke, kobieta pierwsze co, to ustalila z nim dni wolne w roku. I jednym z nich okazal sie wlasnie Martin L. King Day. Coz, przynajmniej nie musze ani brac wolnego z wlasnego urlopu, ani taszczyc na weekend komputera i pracowac z domu. ;) Wkrotce po moim powrocie do domu, rozdzwonily sie jednoczesnie telefony moj oraz malzonka. Poprawnie zgadlam, ze to Polska Szkola, bo tylko oni dzwonia jednoczesnie na oba numery. Okazalo sie, ze na kolejne dwa weekendy przenosza lekcje na Zoom, "z powodu licznych zachorowan wsrod dzieci i nauczycieli". Protestowac oczywiscie nie mam zamiaru, bo jednak Zoom to wygoda. Na lekcje dzieciaki pojda do swoich pokoi, odpadnie dojazd, nie mowiac juz o tym, ze zaczna sie pozniej, wiec nie trzeba sie bedzie zrywac bladym switem... Szkoda mi tylko, bo akurat sie z kolezanka umawialysmy na kawe kiedy dzieciaki beda sie uczyly jezyka "ojcow". ;) Zastanawia mnie tez, ze wiekszosc szkol w Stanie dziala normalnie, w tym szkoly w miescie, gdzie znajduje sie polska szkola. Mieli dwa tygodnie przerwy swiatecznej. W miniony weekend odwolali zajecia z powodu sniegu, ktory spadl dwa dni wczesniej. Teraz przenosza sie na Zoom na dwa weekendy z powodu koronki. Ciekawe czy nie skonczy sie tak, ze zostana juz przy Zoomie na reszte zimy albo i calego semestru... Ogolnie to by mi nawet pasowalo, tylko tych kawek i plotek z kolezankami szkoda. :D

Tego dnia Nik jechal tez na trening plywacki, ale tym razem zabral go M., ktory stesknil sie juz porzadnie za silownia. ;) Mlodszy wrocil zadowolony, bo trener w koncu sie sprezyl i skonczyl wstazki za poprzednie zawody. Szkoda, ze w tej lidze medale sa tylko na mistrzostwach (ktorych w tym roku i tak raczej nie bedzie), ale i tak dzieciaki zadowolone, ze maja cos, czym moga sie pochwalic. :)

Nik i jego wstazki, z fryzura, ktora zazwyczaj robi mu sie na glowie po basenie :D

W czwartek przyszla odwilz, wiec mimo ze rano byl lekki mrozik, to na tyle znosny (w koncu mamy styczen, wiec ma prawo byc zimno!), ze dzieciaki pojechaly do szkoly autobusami. Oni srednio zadwoleni, szczegolnie Bi, ale ja odczulam ulge. Po wsadzeniu ich w transport, mialam czas na porzucanie psu pileczki, poskladanie prania, wstawienie zmywarki, itd. Czyli na takie domowe ogarnianie ktore, zrobione rano, daje mi odrobine wiecej relaksu wieczorem. :) Po poludniu zadnych dodatkowych zajec, wiec spokojny wieczor. No dobra, czulam sie lekko wybita z rytmu tym pozornym spokojem (jak to tak nigdzie nie pedzic?!), wiec umylam zlewy we wszyskich trzech lazienkach, co by sie przypadkiem nie zanudzic. :D Przyszly tez w koncu nowe spodnie sniegowe Bi, a nawet ich dwie pary. :O Jak to sie stalo? Ano, zaraz po pierwszym opadzie sniegu w Wigilie, kiedy zorientowalam sie, ze stare siegaja Starszej grubo ponad kostke, zamowilam nowe, wieksze. Tym jednak razem Amazon nawalil na calej linii. Na dostarczenie dal sobie ponad tydzien i w dodatku owy wyznaczony dzien przyszedl i minal, a spodnie nawet nie zostaly wyslane. Zwykle w takim wypadku mozna anulowac zamowienie, albo skontraktowac sie ze sprzedajacym, ale tym razem takiej opcji nie bylo. Poniewaz jednak pieniadze z karty pobieraja dopiero przy wysylce, wiec nie przejelam sie za bardzo, tylko zamowilam kolejna pare. Zla bylam jednak, bo akurat mielismy wieksza sniezyce i Bi musiala bawic sie w za krotkich spodniach. W rezultacie miala pelno sniegu w butach i mokre nogi... W kazdym jednak razie, kiedy zamowilam druga pare, sprzedawca obudzil sie i cudem odnalazl rowniez pierwsze zamowienie. I tak, tego samiutkiego dnia przyszly obie pary.

Dzis rano przed praca zaliczylam wiec dwa "koleczka". Po pierwsze, poniewaz na sobote mamy ostrzezenia przed niebezpiecznie zimnymi temperaturami, a w niedziele i poniedzialek biblioteka miala byc zamknieta z powodu swieta, wiec pojechalam po zapas czytadel na wieczorna lekture z Potworkami. Pozniej zas zaliczylam UPS, zeby odeslac jedna z par spodni sniegowych, ktore przyszly dzien wczesniej. Tu juz kompletnie mi sie nie chcialo, bo musialam naprawde sporo odbic od normalnej trasy, ale wiedzialam, ze im szybciej je odesle, tym szybciej oddadza mi kase, a poza tym, kolejne trzy dni mialam spedzic z Potworkami i gdziekolwiek bym nie jechala, musialabym ich ciagnac ze soba. Mialam wiec wystarczajaca motywacje zeby pojechac tego dnia, a ze rano sa mniejsze korki niz po poludniu, to zrobilam runde po miasteczku przed praca. :) A po pracy z ulga i radoscia, chowalam sniadaniowki, plecaki, mylam butelki na wode i szykowalam sie na calutkie trzy dni relaksu. :D

Do przeczytania!

5 komentarzy:

  1. Miło, że dzieci się dobrze bawiły na śniegu:) u nas z zimowych rozkoszy to tylko oblodzone chodniki (tak, tak artystyczny upadek też już zaliczyłam:))
    A z tym telefonem to niezłe jaja;) Też bym się ciut wkurzyła:))

    OdpowiedzUsuń
  2. U nas śniegu brak. Fajne te narty ze szkoły! No i super, że jednak się na maxa nie rozlozyliscie 🤒

    OdpowiedzUsuń
  3. To widzę nie tylko u nas tak się dzieje na górkach, że dzieciaki zamiast bokiem, wchodzą pod sanki tym, które mają zjechać. A te zjeżdżające w ogóle nie patrzą gdzie jadą i to człowiek musi odskakiwać... Niektóre zachowania są takie same, mimo kraju :P

    Tej jazdy na nartach to Wam zazdroszczę. Zawsze chciałam, ale nigdy jakoś nie starczyło samozaparcia. Może też przez to, że u nas co najwyżej to tylko sztuczny stok, a to jednak nie to samo. Pewnie jakbyśmy mieszkali bliżej gór, to byłoby inaczej...

    Gratulacje jeszcze raz dla Nika za zawody. Fajny pomysł z tymi wstążkami, zawsze to jakaś pamiątka. A w tych włosach wygląda po prostu cudnie :

    Ale jakoś tak szybko skończył mi się ten Twój wpis. Jednak poproszę o tasiemce :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Do nas w NC dzis w niedziele rano przyszedl z Kanady ogromny storm sniezny, wiec nie tylko u was, ale cale Wsch. Wybrzeze jest biale, niemal az po Floryde. Bo na pewno w Georgii tez lezy snieg. Tak bialo dawno nie bylo. A ta biel daje mi poczucie swiezosci, czystosci, odswietnosci. Byle nie za czesto - raz na jakis czas to mozna przezyc. Taka ladna zima.

    OdpowiedzUsuń
  5. Agaciu, jaka piękna zima u Was! Aż miło popatrzeć.
    Bardzo mi się podobają te sanki w kształcie opon.
    Wydają się bezpieczniejsze od tradycyjnych.
    Marzy mi się taka zima, w Holandii jeszcze w tym sezonie śniegu nie było. Temperatura cały czas powyżej zera.
    Z tego względu też nie mam doświadczeń z jazdą na nartach, choć marzę, by kiedyś spróbować i się nauczyć.
    Niestety, przez koronę jakoś wszystko utrudnione.
    Dzielna jesteś mama, cały czas się krzątasz, wszystko ogarniasz - dzieci, pracę zawodową, dom.
    Podziwiam Cię. A nowy telefon niech służy!

    OdpowiedzUsuń