Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

wtorek, 14 września 2021

O totalnie leniwym kempingu, ktory takim wcale byc nie mial :D

No i za nami dlugi weekend (plus kolejny; no coz szybciej nie dalam rady sklecic relacji...), ktory sobie dodatkowo jeszcze przedluzylismy. ;) W poniedzialek 6 wrzesnia bylo tutejsze Swieto Pracy, czyli Labor Day. W Hameryce jest to swieto ruchome, wypadajace w pierwszy poniedzialek wrzesnia. W naszej miejscowosci (tutaj kazde miasto ma swoj wlasny kalendarz) dzieci mialy rowniez wolny wtorek z okazji Rosh Hashanah, zydowskiego swieta, rowniez ruchomego. Tak sie w tym roku zlozylo, ze oba polaczone zaraz po weekendzie, daly razem cztery dni wolnego. Az grzechem byloby przy takiej okazji nigdzie nie wyjechac! My wyjechalibysmy zreszta nawet na 3 dni. ;)

Poczatkowo, nienasycona oceanem, zaplanowalam znow wypad na ten sam kemping co w sierpniu, przy samej plazy. Malzonek zaczal jednak krecic nosem, ze coooo, w te samo miejsce, ze woda w oceanie byla zimna i w ogole... Postanowilismy dodac wiec do 4-dniowego weekendu kolejne dwa dni. W ten sposob zrobil sie prawie tydzien i moglismy pojechac gdzies nieco dalej i w kierunku poludniowym. Nie chcielismy jednak jechac dluzej niz te 5-6 godzin, wiec po dlugim przegladaniu kempingow, padlo na Stan Delaware. Chcielismy byc blisko oceanu, ale wszystkie nadmorskie kempingi mialy juz pelne oblozenie (tak to jest jak sie szuka 3 tygodnie przed dlugim weekendem). W koncu zaproponowalam cos, co wpadlo mi w oko juz jakis czas temu tylko w Stanie Nowy Jork, czyli Yogi Bear's Jellystone Park. Jest to siec kempingow pod "patronatem" misia Jogi znanego z kreskowek kazdemu kto ma 30-40 lat. Moje dzieciaki wczesniej o nim nie slyszaly. :D Kazdy z tych kempingow jest troche inny, ale w kazdym nacisk jest na rozrywke typowo dziecieca. Musi byc basen oraz inne "wodne" atrakcje, plac zabaw, sala gier i kupa dodatkowych zajec dla dzieciakow. Kemping w Stanie Nowy Jork w ogole byl wypasiony, bo posiadal szereg basenow, wielkiego dmuchanca do skakania, pole do mini golfa, stacje wyplukiwania zlota z piasku i pare innych, ktorych nie spamietalam. Kemping na ktory trafilismy niestety dopiero niedawno dolaczyl do sieci, wiec atrakcje sa w trakcie uzupelniania. Byl jednak basen oraz nowiutenki park wodny, byla sala gier, plac zabaw (na ktory poszlismy tylko raz; Potworki sie chyba starzeja...), mozliwosc wypozyczenia golf cart'a oraz sklepik z pamiatkami, ktory byl moja najwieksza zmora, bo dzieciaki po prostu nie potrafily tam wejsc (a byla to zarazem recepcja kempingu, wiec ominac sie nie dalo) bez prob naciagniecia na jakas duperele. ;)

Jak pisalam na koniec ostatniego posta, w piatek 3 wrzesnia, skoro swit ruszylismy w droge. Oczywiscie budziki nastawilismy na 3:30 nad ranem, z mysla zeby wyruszyc okolo 4:30, ale wyjechalismy o... 5:30. :D W dodatku, po upalnym poczatku roku szkolngo, nadeszlo ochlodzenie, bylo 13 stopni i przenoszac do auta rzeczy potrzebne na droge oraz przegladajac jeszcze raz na wszelki wypadek przyczepe, szczekalam zebami pomimo dlugich spodni oraz bluzy. ;) Podroz minela jednak spokojnie, a co ciekawe nawigacja poprowadzila nas takim dziwnym lukiem, ze kompletnie ominelismy Nowy Jork, za to przejechalismy przez Philadelphie, co dotychczas nigdy sie podczas naszych podrozy nie zdarzylo. ;) Przy okazji wyszly smieszne dialogi z Potworkami, bo zaczelam opowiadac im, ze jedziemy przez Stan Pennsylvania, a miasto Philadelphia nazywaja w skrocie Philly. Na to moj starszy podroznik: "Why is it called Pennsylvania? Do they make a lot of fancy pencils?" [Dlaczego nazywa sie Pennsylvania? Robia tu jakies wytworne olowki? - pierwsza czesc nazwy stanu wymawia sie "pensil", czyli dokladnie jak angielskie pencil = olowek]. Mlodszy podroznik za to zrobil wielkie oczy: "What language do they speak here?" [W jakim jezyku tutaj mowia?]. Hmmm... Jak ostatnio sprawdzalam, Philly lezalo nadal na mapie Hameryki... A podobno podroze ksztalca... :D

Mimo ze nawigacja niewiadomo dlaczego wyrzucila nas z autostrady gdzies w New Jersey i dobrych kilkanascie mil snulismy sie droga ze swiatlami, juz okolo poludnia zajechalismy na miejsce. Jak to jednak z nami bywa, nie obylo sie bez przygod. Zajechalismy, recepcja pusta (poza pracownikami), dostalam pakiecik dokumentow do podpisania, wywieszke na lusterko w aucie, ze jestesmy tu zameldowani i moglismy ruszyc na nasza miejscowke. Ucieszylam sie, ze tak sprawnie poszlo, bo na wielu kempingach czlowiek ustoi sie godzine albo i dluzej, szczegolnie przed dlugim weekendem. Dojezdzamy, a tam... stoi juz jakas przyczepa! W dodatku zamknieta na 3 spusty, obok ani auta ani ludzi zeby spytac sie o co biega. No to z powrotem na recepcje! Pani zaskoczona, sprawdzila, ze tamci powinni sie byli wymeldowac dwa dni temu, oswiadczyla zeby zaparkowac pod slupem z flaga dac jej 10 minut to kogos wysle, sprawdzi i jak cos, przydziela nam inna miejscowke. Ktos mial po nas przyjsc jak wszystko bedzie gotowe. Okey. Stoimy, z dziesieciu minut zrobilo sie 20, potem pol godziny... W miedzyczasie zaczela sie zjezdzac cala kawalkada przyczep, a stalismy jak na zlosc zaraz obok parku wodnego, wiec Potwory jeczaly kiedy w koncu beda mogly tam pojsc... Wreszcie stwierdzilam, ze na recepcji zrobil sie kociol i pewnie o nas zapomnieli, wiec poczlapalam z powrotem. Tym razem musialam juz odstac swoje w ogonku, ale pani mnie rozpoznala i wykrzyknela, ze wyznaczyli nam inne miejsce i ona wlasnie miala po nas isc. Taaa... Tu mi czolg jedzie... W kazdym razie w koncu dostalismy nowa wywieszke na auto i dojechalismy na nasze ostateczne miejsce. Ale... jesli myslalyscie, ze to koniec tej historii, to sie pomylilyscie! :D Otoz, troche pozniej, kiedy bylam z Potworkami na basenie, pod nasze miejsce podjechal ktos inny, postal, pstryknal fote i odjechal. Malzonek sie zdziwil, ale wzruszyl ramionami. Tymczasem za kilka minut podjezdza pracownik kempingu i pyta dlaczego tu stoimy. Okazalo sie, ze te miejsce wyznaczyli komus innemu! M. wytlumaczyl nasze wczesniejsze przeboje, pracownik przeprosil i oznajmil zeby sie o nic nie martwic, ze cos nawalilo w systemie rezerwacji i odjechal. Zas wieczorem, kiedy w najlepsze ogladalam z Kokusiem film wyswietlany na swiezym powietrzu, dostalam telefon z centrali z pytaniem, czy zgodnie z planem zamierzamy dzis dojechac na kemping! :O Pani bardzo sie zdziwila, kiedy oswiadczylam ze juz dawno tu jestesmy... Znow przeprosiny i tlumaczenie, ze ktos nie kliknal odpowiedniego guzika w kompie. Hmmm... Albo faktycznie system im szwankuje, albo maja burdel na kolkach...

Jak juz dostalismy pusta miejscowke, zaczelismy rozkladac sie ze wszystkimi manelami. Niesamowicie w tym pomagal Nik. Z entuzjazmem rozwijal "nozki" od przyczepy, kontrolowal podlaczanie wody, pradu oraz sciekow i wyciagal kolejne klamoty z ojcowskiego pickup'a. Caly czas nawijajac oczywiscie, jak to Nik.

Pomocnik pierwsza klasa! ;)
 

Rosnie mi mlody facet, ktory nie boi sie fizycznej roboty. ;) Reszta naszego pobytu, to jak same zobaczycie, jeden ciag basenu, zjezdzalni oraz parku wodnego, przeplatany przez pierwsze kilka dni dodatkowymi atrakcjami. Jak patrze na zdjecia w telefonie, wszystko rozmywa sie w jedno i to samo. ;) W piatek oczywiscie troche nam zajelo powyciaganie wszystkiego, poukladanie w docelowe miejsca, sprawdzenie czy wszystko dziala jak trzeba. Potem nie bylo bata - Potworki az przebieraly nozkami zeby ruszyc do wody. ;) Przebrali sie w stroje i poszlismy. Na poczatek oczywiscie rzucili sie na zjezdzalnie, na ktorych spedzili dobre pol godziny, biegajac w gore i zjezdzajac na dol.

Jedna zjezdzalnia byla otwarta
 

Druga to ciemny tunel i na poczatku Nik jej sie troche obawial ;)
 

Kiedy w koncu zmeczyli sie wspinaczka po schodach, polecieli na basen.

W piatkowe popoludnie na basenie jeszcze nie bylo tlumow i znalazlo sie sporo pustych lezakow. Przez reszte weekendu, upolowanie miejsca siedzacego graniczylo w cudem ;)
 

Do parku wodnego myslalam, ze w koncu nie pojda, bo to jednak atrakcja nastawiona na nieco mlodszych odbiorcow. ;) Pomylilam sie jednak, bo wreszcie podazyli i tam, mimo ze wspominali iz woda byla lodowata, a Bi zdecydowanie gorowala nad wiekszoscia dzieciarni. ;)

Jest i water park :)
 

Nie wiem co za przyjemnosc jak chlusna na ciebie setki litrow niezbyt cieplej wody, ale sporo dzieciakow (w tym Bi) lecialo na wyscigi jak tylko slyszaly dzwonek zapowiadajacy tsunami :D
 

To byl dopiero poczatek dlugiego weekendu, wiec (poza meczem rugby miedzy biwakowiczami, ktory sobie odpuscilismy), jedyna dodatkowa atrakcja byl wieczorny seans filmowy dla dzieciakow. Trafila nam sie bajka Croods, ktorej druga czesc ogladalismy tego lata podczas seansu przy bibliotece. Tym razem Bi spasowala i wolala zostac z tata przy ognisku (to dziecko na sile podkresla swoja "doroslosc" :D), ale Nik byl chetny, wiec matka, rada nie rada, zabrala kocyk i przesiedziala 1.5 godziny na pokrytej rosa lace, pomalu kostniejac, bo znow trafila sie chlodna noc. Dobrze, ze bylismy z Kokusiem razem, wiec skulilismy sie na kocu i przynajmniej bylo nam troche cieplej. ;)

Sobota rozpoczynala sie od budzenia maskotek kempingu, czyli misia Jogi i spolki, za pomoca walenia w przykrywki i garnki. Zabawa zaczynala sie o 9 rano i co prawda byla tylko przed jednym domkiem (kemping ma kilka domkow pod wynajem), ale wspolczuje sasiadujacym z nim biwakowiczom. ;) Moje dzieciaki na szczescie te atrakcje zbyly wzruszeniem ramion. ;) Dzien zaczelismy wiec od niespiesznego sniadania, a pozniej kawki dla rodzicow (wiadomka, bez tego nie rozpocznie sie dnia), jazdy na rowerach dla dzieciakow oraz spacerze z psiurem. Za to potem jak mlodziez zalozyla stroje kapielowe, to nie zdjela ich prawie do wieczora; Nik przebral sie tylko w ktoryms momencie w suche. ;) Na poczatek, ruszylismy na zjezdzalnie.

Mlodszy przekonal sie jednak do tunelu ;)
 

Potem na basen.

Nik wskakuje, czy raczej wpada do basenu "na zombie" :D
 

Pozniej zaliczylismy powrot do okoloprzyczepowych okolic, bowiem o 13 miala sie rozpoczac jedna z dodatkowych atrakcji, na ktora Potwory strasznie czekaly. Byla to "wodna bitwa", podczas ktorej pracownicy kempingu jechali wozem ciagnietym przez traktor, a na wozie mieli beczki w woda, ktora chlustali z psikawek oraz wiaderek (!) na przechodzace dzieciaki, ktore z kolei psikaly na nich z wodnych pistoletow.

Nik probowal wykorzystac element zaskoczenia, chowajac sie za autem ojca :D
 

Musze przyznac, ze mialam "czuja" bo nie wiedzialam o tej zabawie, ale spakowalam dzieciakom ich wodne psikawki, z mysla, ze moze pobawia sie nimi na basenie. I prosze, niespodziewanie sie przydaly. ;)

Bi zwiewa gdzie pieprz rosnie, a Nik wlasnie oberwal z wiaderka :D
 

Potworki tak sie zapamietaly w zabawie, ze gonily za tym wozem przy naszej przyczepie, potem przebiegly przez czyjas miejscowke (dobrze, ze akurat nikogo tam nie bylo) zeby dopasc ich z drugiej strony, a na koniec zaczeli oblewac siebie nawzajem. :D

Jak juz nie chce sie gonic pol kempingu za wozem, mozna zlac brata/ siostre ;)
 

Jakby malo bylo na ten dzien wody, po lunchu Potworki stwierdzily, ze skoro i tak sa mokre, to chca pojsc do parku wodnego. No to poszlismy. ;)

Slabo to widac, wiec objasniam, ze Bi probuje trafic "prysznicem" w zjezdzajacego Kokusia
 

Poznym popoludniem na kempingu odbywala sie gra w bingo, ale to rowniez sobie darowalismy. Za to wybralismy sie na zabawe taneczna z misiem Jogi, choc Potworki w koncu pstryknely sobie z nim tylko zdjecie i stwierdzily ze wola pojsc na plac zabaw i wyczaic salon gier. ;)

Glowna maskotka kempingu. Zupelnie przypadkowo, Potworki ubraly tego dnia jednakowe koszulki
 

W niedziele juz od rana atrakcje. Budzenie misiow na szczescie sobie dzieciaki odpuscily, za to juz o 11 poszlismy na farbowanie koszulek metoda tie-dye. Szczerze to pytalam kilka razy czy na pewno potrzebna im kolejna taka koszulka. Hamerykanie maja jakas obsesje na punkcie tie-dye. Potwory mialy juz okazje farbowac koszulki w przedszkolu, w szkole, na polkoloniach i teraz na kempingu! Niedlugo wszystkie t-shirty beda mieli w kolorowe ciapki! ;) Lekkim rozczarowaniem bylo, ze w ulotce napisano iz dzieci beda mialy do wyboru koszulke, poszewke na poduszke lub torbe, okazalo sie jednak, ze dostepne sa tylko koszulki. :/ I w dodatku trzeba bylo je kupic (!), ale na szczescie kosztowaly ledwie $8 za sztuke. ;) Tego dnia Potworki tylko pozawijaly (Nikowa zawinelam ja, bo sobie biedaczek nie radzil ;P) i pomoczyly t-shirty oraz poinstruowaly panie, ktorymi kolorami maja je polac. Potem koszulki musialy "lezakowac" do nastepnego dnia.

Tu dopiero pierwsze dylematy jakby tu te koszulke pozawijac...
 

I dobrze, ze przyszlismy tam rowniutko o 11, bo juz stalismy w ogonku do farbowania, a kiedy odchodzilismy kolejka byla po prostu niebotyczna! W dlugi weekend kemping mial praktycznie pelne oblozenie, wiekszosc biwakowiczow to rodziny z dziecmi, dzieci uwielbiaja farbowac koszulki, wiec cale pole biwakowe stawilo sie na tie-dye. :D My zas poszlismy do salonu gier gdzie nabilam Potworkom karty do gry i pozwolilam zagrac.

Nie ma jak wyscigi... czegokolwiek :)
 

Tylko w jedna gre (co wywolalo oczywiscie protest), bo szkoda bylo mi marnowac dnia na siedzenie tam, tym bardziej, ze pomieszczenie nie mialo klimy i bylo potwornie duszne. Pozniej do przyczepy na drugie sniadanie, przebrac sie w stroje i... do parku wodnego! :D

Nik dopadl armatke...
 

Ta poza oraz mina staly sie znakiem rozpoznawczym Bi z tego wyjazdu ;)
 

Po poludniu jednak chcielismy zobaczyc cos poza kempingiem. Ten zas reklamowal sie jako miejsce oddalone tylko kilka minut od plazy. Dlatego go przeciez wybralismy. W niedziele postanowilismy wiec odwiedzic ocean. Coz... Najblizsza plaza okazala sie zamknieta. Zamieniono ja w rezerwat przyrody. :/ Kolejne dojscia do plaz wszystkie oznaczone byly jako prywatne i tylko dla mieszkancow. W koncu pojechalismy do kolejnego miasteczka, ktore (o cudzie!) mialo publiczna plaze, darmowa i z parkingiem! Huhu! Niestety, woda byla... straszna. Na pewno nie brudna, bo wiem, ze publiczne plaze sa skrupulatnie sprawdzane, ale... metna. Bylo sie po kostki w wodzie, a nie widzial czlowiek dna. Ble. Nawet Potworki stwierdzily ze do niej nie wejda, a ja zatesknilam za nasza krystaliczna, choc pieronsko zimna, woda. :D

Wykapac sie nie wykapali, ale plaza swietnie nadala sie do cwiczenia przewrotow. Nie pytajcie ile potem we wlosach mieli piachu... ;)
 

 Wyprawa nad ocean okazala sie wiec fiaskiem, ale przeciez dzien byl jeszcze mlody i na Potworki czekaly kolejne atrakcje. O godzinie 17 odbywala sie przejazdzka wozem z sianem. To znaczy, powinnam chyba napisac "z sianem", bo to bylo tam tylko z nazwy. Przejazdzka byla zwyklym drewnianym wozem, tym samym z ktorego dzien wczesniej pracownicy oblewali dzieciaki woda. ;)

Bi, niczym krolowa, zasiadla na najlepszym miejscu...
 

Tu niestety mielismy sporo mniej szczescia niz rano, bo kiedy sie zjawilismy, kolejka byla juz baaardzo dluga. Okazalo sie tez, ze woz na raz zabieral moze 10-12 osob, wiec koniec koncow czekalismy... 45 minut! Myslalam, ze jajo tam zniose i gdyby nie Potworki, juz dawno dalabym sobie spokoj. Dobra, gdyby nie Potworki, to w ogole by mnie tam nie bylo. :D W koncu przyszla nasza kolej i przy akompaniamencie glosnej muzyki, okrazalismy kemping krzyczac i machajac do wszystkich biwakowiczow, ktorzy mieli (nie)szczescie siedziec na zewnatrz. ;) Potem zreszta role sie odwrocily i poniewaz nasza przyczepa stala kolo trasy przejazdu wozu, pokrzykiwalismy wesolo i machalismy do kolejnych przejezdzajacych grupek. Nawet pomimo M., ktory pukal sie wymownie w czolo. ;) Na ten dzien zaplanowano dla dzieci takze impreze taneczna. W pomieszczeniu byly stoly z obrusami, po ktorych dzieciaki mogly rysowac swiecacymi w ciemnosci flamastrami, animatorzy zachecali mlodziakow do tanca, mialy sie tez pojawic misie...

Artystyczne wyzycie sie w ciemnosci ;)
 

Niestety, muzyka tak walila po uszach, ze przypomnialy mi sie czasy szalonych dyskotek, z ktorych czlowiek wychodzil na wpol ogluszony. ;) Potworki jednak nie dorosly jeszcze do wieku kiedy lubi sie takie atrakcje i uciekly z tamtad jak najpredzej. Zamiast na impreze, woleli isc do salonu gier, gdzie tym razem pozwolilam im pograc do oporu. :)

Przy tej grze bylo ostrzezenie, ze mozna dostac napadu padaczki. Super... :O
 

Posiadowe przy ognisku tego wieczora popsul nam... deszcz. Cale pozne popoludnie lekko kropilo od czasu do czasu, ale rozpadalo sie dopiero kiedy usiedlismy przy ognisku (oczywiscie!). Na szczescie to juz fajnie sie palilo, wiec wytrzymalo chwilowa ulewe. Nie mniej, nawet po deszczu, dlugo nie posiedzielismy, bo po krotkim czasie znow zaczelo kropic. W koncu sie poddalismy i pozbieralismy wszystko pod zadaszenie przyczepy, po czym stwierdzilismy, ze posiedzimy w srodku. I w sama pore, bo wlasnie wtedy porzadnie lunelo. Musze jednak przyznac, ze choc raz mielismy niesamowite szczescie do pogody, bo padalo tylko ten jeden raz, z niedzieli na poniedzialek. A ze padalo w nocy, a rano szybko sie wypogodzilo, to wlasciwie tego deszczu nie odczulismy. Dla kontrastu, w domu (wiem od taty) przechodzily burze z ulewami cale niedzielne popoludnie. ;)

Poniedzialek rozpoczelismy od wedrowki do wiadra ze slona woda, zostawionego przez pracownikow. W wodzie tej trzeba bylo wyplukac zafarbowane poprzedniego dnia koszulki, zapewne dla utrwalenia koloru. Nigdy wczesniej nie slyszalam o takiej metodzie.

Tak wygladaly koszulki swiezo po wyplukaniu; niestety po wysuszeniu oraz praniu, kolory bardzo zbladly
 

Potem t-shirty zostawione zostaly do wyschniecia. Poniewaz poniedzialek byl ostatnim dniem dlugiego weekendu i wiekszosc ludzi wracala nastepnego dnia do pracy, kemping pustoszal w zastraszajacym tempie. Korzystajac z tego, ze basen i park wodny swiecily pustkami (zostaly tylko jakies "niedobitki" dzieciakow) M. wybral sie z nami na basen. Potworki skrzetnie to wykorzystaly i zatrudnily tate zeby powrzucal ich do wody. ;)

Corka juz ciezkawa...
 

Syn lzejszy, wiec tata podniosl go calego nad wode ;)
 

Przez trzy dni patrzyli z zazdroscia na inne dzieciaki wrzucane przez ojcow (szczerze to czasem wygladalo to wrecz ryzykownie; faceci nie maja wyobrazni) i prosili mnie, ale ja nie mam tyle krzepy. ;) Teraz w koncu trafil sie ktos silniejszy. :D Potem, korzystajac z tego, ze zjezdzalnie mieli praktycznie dla siebie, polecieli do parku wodnego.

Mozna tak...
 

Mozna i tak ;)
 

Armatki najlepsze okazaly sie do oblewania matki :D
 

Nawet maluka, dziecinna zjezdzalnia sie nada ;)
 

Za to te kolka byly zazwyczaj puste; jakos dzieciakow nie ciagnely
 

Po poludniu zas postanowilismy dac jeszcze jedna szanse plazy nad oceanem. Tym razem pojechalismy troche dalej - pol godziny - do parku stanowego, ktory znajdowal sie na koncu cypla. Mielismy nadzieje, ze woda bedzie tam nieco bardziej przejrzysta, ale sie przeliczylismy. Najwyrazniej Delaware nie ma plaz z przejrzysta woda i juz. Trzeba zapamietac na przyszlosc. ;) Tym razem jednak, o dziwo, Potworki nie mialy oporow zeby sie wykapac.

Piekna, "turkusowa" woda... :D
 

Zapewne zachecil je tlum innych plywajacych ludziow, bo z powodu dlugiego weekendu, plaza pekala w szwach, pomimo poznopopoludniowej pory.

Boogie boards przydaly sie choc jednego dnia ;)

Fale, jak zazwyczaj w oceanie, byly ogromne i oboje wyszli z kapieli nieco poturbowani. Woda zdolala i jedno i drugie kilka razy zbic z nog, a przy tym rzucilo ich na kamienie, ktorych z powodu metnej wody nie bylo nawet widac. Kilka siniakow bylo jednak niska cena za dobra zabawe. :D

Nik spierdziela, a Bi najwyrazniej probuje zatrzymac fale reka :D
 

Po powrocie na kemping, korzystajac z tego, ze mielismy juz ubrane stroje, M. wyrzucil nas pod parkiem wodny i poszlam z Potworkami zeby jeszcze chwile mogli poszalec. To mial byc bowiem ostatni dzien kiedy byl otwarty. Poniewaz dlugi weekend sie konczyl, a zaczal juz rok szkolny, nastepnego dnia mial byc juz zamkniety az do kolejnego piatku. :/ 

Dzikie skoki do basenu musialy byc ;)
 

Kolejne zdjecie z ta sama mina :D
 

Poniewaz byla to juz naprawde ostatnia okazja, ze zjezdzalni zjechalam nawet ja! :D Potworki strasznie sie cieszyly (chyba normalnie jestem dosc dretwa matka ;P), a mi wystarczyl raz i wiecej wrazen nie potrzebowalam. :D A wieczorem jeszcze do salonu gier, choc ten kemping mial niewielki, wiec Potworki zdazyly juz wyprobowac kilka razy kazda gre, zuzyli wszystkie pieniadze na karcie i wiecej nie prosili. ;)

Chyba jednak Playstation jest lepsze ;P
 

We wtorek kemping byl niemal wymarly i M. zaczal naciskac zeby wracac do domu nastepnego dnia, zamiast zostawac do czwartku. Nie bardzo mialam na to ochote (to juz ostatni wyjazd na ten sezon i chcialam nacieszyc sie blogim lenistwem ile sie da), a i Potworki podniosly protest. Malzonek argumentowal jednak, ze na kempingu zrobilo sie nieco straszno. To fakt, ze poprzednia noc obudzily nas jakies odglosy walenia, szczekania psa, itd. Na kempingu trzy przyczepy na krzyz, obok jakies domy, a nieopodal autostrada. Niewiadomo skad glosy dochodza, a na terenie zero straznika. Budka jest przy wjezdzie, ale co z tego, jak przez 5 dni nikt w niej nie siedzial? Nooo, troche niekomfortowo. To pierwszy argument. Drugi to taki, ze nie po to jechalismy 500 km zeby 6 dni siedziec tylko na kempingu. Tu dochodzimy do tytulu posta. Rzeczywiscie, rezerwujac to miejsce, poza plaza chcielismy jeszcze gdzies pojechac, cos zobaczyc. Okazalo sie, ze bedziemy okolo dwoch godzin od krainy Amish'ow w Pennsylvani oraz rowniez dwoch godzin od Waszyngtonu. Planowalismy zrobic sobie dwa jednodniowe wypady, pokazac cos dzieciakom (oraz M., ktory w Waszyngtonie nigdy nie byl; ja bylam, choc bardzo dawno temu). Potem jednak okazalo sie, ze kempingowe atrakcje dla dzieci oraz park wodny mialy byc tylko do poniedzialku, chcielismy wiec zeby Potworki jak najwiecej z nich skorzystaly. Na wycieczki zostaly nam wiec dwa ostatnie dni. Troche malo, skoro potem czekalaby nas minimum 6-cio godzinna podroz do domu. Szczegolnie Waszyngton przestal sie jawic tak zachecajaco, bo to dwie godziny + pewnie kolejna godzina zeby znalezc miejsce parkingowe i odnalezc sie na mapie miasta. Malzonek stwierdzil nagle, ze robi mu sie slabo na sama mysl i ze woli skrocic pobyt o dzien i wrocic spokojnie do domu. Osobiscie oprotestowalam wczesniejszy powrot, ale juz na wycieczki machnelam reka, bo samej mi sie nie bardzo chcialo. Niby troche na poludnie, ale upal byl tam znacznie gorszy niz na naszej polnocy. Kiedy sama bylam w Waszyngtonie, wlasnie tak go zwiedzalam - w goracu palacym mozg i z potem lejacym sie po doopie. Przy wizji powtorzenia tego z Potworkami, mi samej zrobilo sie slabo. :D Pozniej zas okazalo sie, ze caly czwartek mial byc deszczowy i to przesadzilo sprawe. Z poczuciem porazki, ale zgodzilam sie zeby wrocic jednak w srode... 

Wtorek byl wiec juz leniwy do potegi n-tej. Basen, rowniez z ojcem oraz dmuchancami, ktore kupilam wiosna z mysla o naszym domowym basenie i o ktorych przypomnialam sobie wlasnie ostatniego dnia... brawo ja. :D Potworki jednak mialy z nimi dodatkowa zabawe, wiec niewazne, ze troche pozno.

Tata w basenie... rzadkosc ;)
 

Poza tym, na tym kempingu dodatkowa atrakcja byla mozliwosc wypozyczenia golf cart'a. Nikowi na ich widok az sie oczy swiecily i od pierwszego dnia prosil zeby wypozyczyc. Caly dlugi weekend zaden jednak nie byl wolny. Az w szoku jestem, bo wypozyczenie kosztowalo $45 za dzien, wiec za trzy to juz kupa kasy za cos tak bezsensownego. Bezsensownego dla mnie oraz M., bo Nik az wzdychal patrzac na ludzi przyjezdzajacych pojazdami na basen, na plac zabaw, pod salon gier i dodatkowo jezdzacych po kempingu dla rozrywki do poznych godzin nocnych. ;) Poniewaz wtorek okazal sie ostatnim pelnym dniem, postanowilismy jednak spelnic marzenia Mlodszego i  wypozyczyc ten golf cart; niech sie cieszy. ;)

Ferrari normalnie... :D
 

I zaczelo sie jezdzenie! Na basen, no ok. Ale Nik najchetniej jezdzilby pojazdem non stop dla samej przyjemnosci jazdy. Co gorsza, domagal sie tez samodzielnego prowadzenia! Na kempingu, w kilku miejscach znalazly sie tabliczki, ze golf cart moga prowadzic wylacznie osoby od 16 lat wzwyz, wiec poczatkowo stanowczo odmowilam. Poza zakazem, osobiscie balam sie, ze nawet siedzac nam na kolanach i pod nasza kontrola, Mlodszy przypie**y w jakies drzewo. ;) Poniewaz jednak kemping byl mocno pustawy i przy tym nikt tam zdawal sie niczego nie pilnowac, M. jako ten odwazniejszy, pozwolil dzieciakom jednak poprowadzic. I okazalo sie, ze Potworki sa bardzo typowymi kierowcami. Nik - facet, jezdzi jakby urodzil sie za kolkiem. Bi - jak baba za kierownica. :D Zartuje troche oczywiscie, bo oboje poradzili sobie bez wiekszego problemu, jako ze taki pojazd ma pedal gazu, hamulca oraz kierownice. To wszystko. Kierunek tyl - przod przelacza sie guzikiem. Nie ma tez gabarytow typowych dla samochodu, wiec latwiej nad nim zapanowac. Bi jednak przy cofaniu mylily sie kierunki. :D Nik nie mial najmniejszego problemu. Jak typowy chlop, jezdzil intuicynnie i plynnie. Oni to maja chyba na chromosomie Y. :D Poniewaz poza golfowym pojazdem jedyna atrakcja na kempingu zostal basen, korzystalismy z niego do oporu.

Idzie wieczor, ale nadal goraco, wiec dupki pomoczyc mozna ;)
 

Zreszta, teraz mielismy wygodny srodek transportu, do ktorego moglismy zabrac reczniki, dmuchance i co nam jeszcze wpadlo w rece. Na rowerach to jednak zawsze jest dylemat co i jak zabrac, zeby sie po drodze nie zabic. ;) Wieczorem jak zwykle posiedzielismy przy ognisku i tak uplynal nam ostatni pelny dzien kempingu...

W srode rano jeszcze zabralam Potworki ostatni raz na basen (golf cart'em, a co! ;P).

Nie bylo z nami taty, ale dmuchance okazaly sie swietnymi trampolinami
 

Z brzegu tez niezle sie skakalo :)
 

Okazalo sie, ze kiedy my sie chlapalismy, moj malzonek uwijal sie niczym mroweczka i w ciagu tej godziny zdazyl zapakowac niemal caly nasz dobytek.

Ostatnia przejazdzka golf cart'em - zeby go oddac...
 

Pozostalo wiec tylko szybko dokonczyc, zjesc lunch zeby w brzuchach zanadto nie burczalo, spakowac przekaski na droge i ruszyc na polnoc. Niestety, tym razem niezle namieszalismy z nawigacja. ;) Zapragnelismy bowiem powtorzyc wyczyn, ktory udal nam sie w tamta strone i ominac Nowy Jork. Wlaczylismy wiec GPS w aucie i dodatkowo w telefonie, po czym probowalismy jakos wyposrodkowac informacje. W rezultacie nie tylko przejechalismy sporo mil bocznymi drogami w New Jersey, ale nawigacja wywalila nas z autostrady gdzies w Pennsylvani. Tak przy okazji, to polecam miasteczko New Hope w tym wlasnie Stanie. Nie dosc, ze ma piekna nazwe, to jeszcze jest przesliczne! Mam nadzieje kiedys tam wrocic i poszwedac sie po uliczkach, choc dla auta z przyczepa byly waskie i przejazd kosztowal nas nieco stresu. :) Dodatkowo, choc Nowy Jork ostatecznie faktycznie ominelismy, wpakowalismy sie w doslownie koszmarny korek w Philadelphi i do domu zajechalismy dopiero o 20 wieczorem (a wyjechalismy o 13 i zrobilismy tylko dwa krociutkie przystanki!)... Pedem powynosilam tylko z przepowej lodowki jedzenie oraz kosmetyki potrzebne na codzien, wykapalalam Potworki, pod prysznic wskoczylismy tez z M. i padlismy wszyscy jak konie po westernie. :D

Ogolnie oceniam wyjazd na plus. Szkoda, ze park wodny dzialal tylko do poniedzialku. Szkoda, ze ocean okazal sie malo zachecajacy. ;) Przez ponad polowe wyjazdu dzieciaki mialy jednak atrakcji po kokarde. Odpoczelismy fizycznie i psychicznie (choc M. stwierdzil, ze sie wynudzil, ale to nie on w kolko jezdzil z dziecmi od jednej aktywnosci do drugiej...). Pogoda trafila nam sie przepiekna. Odzyskalismy opalenizne, ktora juz zaczynala zanikac, ale teraz, po kilku dniach na sloncu i w wodzie, znow nabrala brazu... Naprawde, dla mnie byl to swietny wypad, a dla dzieci po prostu miejsce marzen. Nik caly czas wspomina golf cart i doprasza sie zeby kupic wlasny. :D

I na tym chyba skoncze. Moglabym wspomniec jeszcze o minionych dniach i zwyklej, szarej codziennosci, ale zostawie to juz na kolejny post. Ten jest wystarczajaco tasiemcowaty... ;)

8 komentarzy:

  1. Agata, tasiemiec musi być!
    Fajnie, że tak zamkneliscie wakacje. Spokój gdy wszyscy wyjadą chyba najlepszy ;)
    Najważniejsze że dzieciarnia zadowolona i cała, bo przy zabawie i szalenstwach różnie może być.

    OdpowiedzUsuń
  2. Na te koszulki tie-dye, też jest w UK szał:))
    Super wyjazd. Te atrakcje wodne najlepsze. Na naszych kempingach niestety nie ma takich basenów (może dlatego, że Anglia zdecydowanie bardziej deszczowa - hi,hi i by się taki obiekt marnował;))

    OdpowiedzUsuń
  3. Taki koniec lata to ja rozumiem!
    Prawde mowiac, nie wytrzymalabym az tylu dni samych wodnych atrakcji i pojechalabym cos zwiedzac "wartosciowszego" dookola, bo ja/my nigdy nie boimy sie drogowych korkow czy poszukiwan parkingu w atrakcyjnej okolicy. Jak sie juz bylo w poblizu Washingotn, DC czy niedaleko Amishow w PA to warto byloby to zobaczyc, ale do tanga trzeba dwojga, wiec skoro tego M. nie chcial - rozumiem. A koniec lata i pustoszenie turystycznych miejsc wypoczynku zawsze nastraja nostalgicznie, wiec moze i to zdecydowalo, ze juz mniej wyczyniac przygodowo wam sie chcialo. Wyjazd udany, tak czy siak.

    OdpowiedzUsuń
  4. Intensywnie, ale to dobrze, będzie co wspominać. Nasze dzieciaki uwielbiają misia Jogi, bo przyznam my często włączamy im te bajki z naszego dzieciństwa - jakoś w większości wydają nam się mądrzejsze niż większość tych, co pokazywane są obecnie. Podejrzewam, że podobnie jak Twoje nie wychodziliby z basenu i placu wodnego.
    Co prawda byłam tylko na jednym kempingu, ale z tamtego i z tych, które gdzieś tam widziałam przejeżdżając, to u nas kemping to po prostu pole, na których poupychane są przyczepy i czasami też namioty, a jedyną atrakcją są jakieś świetlice, na których po prostu można usiąść i obejrzeć tv. U Was te kempingi to praktycznie takie minimiasteczka z mnóstwem atrakcji. Na taki kemping to nawet sama bym się zdecydowała, choćby z czystej ciekawości - a jak wiesz, nie znoszę przyczep, bo mam z nimi złe wspomnienia :D

    OdpowiedzUsuń
  5. No w końcu jesteś, już miałam pytać gdzie przepadliście :)

    A tak serio to cudownie, że ostatni kemping w sezonie tak się udał. Trafiliście idealnie z pogodą, a i atrakcji nie brakowało, choć ja chyba podobnie jak Tarheel i Ty chciałabym przy okazji coś zobaczyć. Może w następnym sezonie się uda ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale czad! Zazdroszczę dzieciakom! Też bym się tak popluskała do upadłego :D
    A jak Ty się wybierałaś z dzieciakami na "atrakcje" to mąż w przyczepie zostawał? A pieseł jak zniósł wyjazd i taką długą trasę? Buźki!

    OdpowiedzUsuń
  7. Cudowne mieliscie wakacje oczywiscie szybko wymazujac z pamieci 'check in', bo to bylo jakies nieporozumienie. Zazdroszcze basenu i zjezdzalni.. Moim chlopakom na pewno by sie podobala ta miejscowka. Zastanawiam sie tylko czemu ocean z waszej strony jest brudny? Ze strony wschodniej Irlandii sa mega czysta woda. Ciesze sie, ze urlop sie udal.. I, ze taki spokoj byl pod koniec. Wszystko na plus!

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale super wyjazd! Tyle atrakcji, tylko pozazdrościć, dzieciaki widać, że zachwycone :D
    Sama już myslę o przyszłych wakacjach, dzieci będą większe, to i więcej rozrywek będzie im można zorganizować i większa frajda dla wszystkich :)

    OdpowiedzUsuń