piątek, 9 kwietnia 2021

Swiatecznie i poswiatecznie

Poniewaz tutaj na Wielkanoc jest duzo mniej wolnego niz w Polsce, wiec dopiero w Wielki Piatek dzieci nie mialy lekcji, a M. pracy. Ja z tej okazji napisalam maila, ze biore wolne i (w domysle) nie bede wlaczac kompa ani sprawdzac maili. Niech sobie radza beze mnie. ;) I w sumie piatek spedzilam na przygotowaniach, ale spokojnie i bez spiny. Caly czas dreczylo mnie przeswiadczenie, ze cos mialam robic, bo przeciez ostatnio pomiedzy ogarnianiem gotowania, sprzatania, czy innych spraw domowych, pracowalam i wiecznie na stole lezal otwarty laptop, przypominajacy, ze to nie dzien wolny. ;) Tym razem laptoka niet, a ja musialam sobie przypominac, ze nie, nie musze sprawdzac dokumentow ani nikomu wysylac odpowiedzi na maile. Ha! ;) Bardzo fajnie bylo sie tak skupic po prostu na sprawach okolodomowych i wydawalo mi sie, ze mam nagle tyyyle czasu. Oczywiscie zaowocowalo to tym, ze przygotowania trwaly do pozniego wieczora, bo wczesniej sie "nie wyrobilam". :D A wcale tak wiele nie zrobilam, bo pieczona biala kielbase, zamarynowalam mieso zeby je upiec kolejnego dania, wstawilam, wysuszylam oraz poskladalam pranie, ogarnelam lazienke na dole (czyli ta, z ktorej korzystaja goscie), a na wieczor upieklam sernik, zeby mogl spokojnie stygnac sobie przez noc w piekarniku. Chociaz, w sumie zastanawiam sie, po co to robie, bo zawsze i tak opada do 2-centymetrowej grubosci. ;) Tez tak macie, ze jak wydaje Wam sie, ze jest kupa czasu to marnujecie go na bzdety, a potem okazuje sie, ze dzien zlecial? Bo mi zdarza sie naginnie... ;)

Piatek to oczywiscie rowniez malowanie jajek na swieconke. Potworki zabraly sie za to z entuzjazmem, ale niestety, tym razem metoda okazala sie srednio trafiona. Moja wina, bo kupilam gotowe zestawy, nie zastanawiajac sie zbytnio nad wykonaniem. Jajka mialy byc w stylu tie-dye, ale niestety, przed nalozeniem kazdego kolejnego koloru, jajko musialo wyschnac, wiec trwalo to i trwalo.

Czy Wy widzicie ten FRYZ?! :D
 

Potworki znudzone, w miedzyczasie uciekaly na dol zeby grac na Playstation, wiec to mi pozostalo pilnowanie, zeby zawolac ich, ze moga nalozyc kolejny kolor. Inczej nie wiem czy malowanie dobiegloby konca i czy sama nie musialaby dokanczac po nocy. :D

Jajka smarowalo sie farbka przez woreczek, ale wyjecie ich potem bez pomaziania rak, to juz byla wyzsza szkola jazdy. Jeszcze nastepnego dnia mialam kolorowe paluchy ;)
 

No i wlasnie do mnie dotarlo, ze zapomnialam zrobic zdjecia efektu koncowego! :O

Piatek byl potwornie zimny. Bylo w miare slonecznie, wiec wyrzucilam Potwory z ojcem na dwor, zeby oczy odpoczely im od ciaglej gry na konsoli, po czym patrze, a tu -1 na termometrze! :O Wrocili po godzinie rumiani niczym jabluszka. ;)

Poniewaz piatek mialam tak nieproduktywny, na sobote pozostaly mi kolejne dwa prania, upieczenie babki cytrynowej oraz pieczeni, skrojenie salatki i wrzucenie do piekarnika chleba. Nie, chlebka piec nie potrafie, ale kupuje taki polprodukt, ktory trzeba tylko podpiec przez kilkanascie minut. Wychodzi cieplutki i aromatyczny, ale niestety tez koszmarny do pokrojenia w kromki, dlatego postanowilam upiec go dzien wczesniej. :) W sobote rano pojechalismy tez oczywiscie poswiecic koszyczki. Poprzedniego dnia Potworki poklocily sie o to, ktory koszyk jest "czyj", w sobote z rana sprawdzaly czy na pewno kazdy ma wszystkiego po rowno, a ostatecznie Bi odmowila niesienia swojego. :O Najwyrazniej jest to juz dla niej "obciachem". Pamietam, ze w ktoryms momencie tez wstydzilam sie chodzic ze swieconka, ale jestem pewna, ze mialam wtedy duuuzo wiecej lat niz niespelna 10. :/ U Bi wszystko zaczyna sie wczesniej...

Widac, ze usmiech Bi jest nieco wymuszony. Panna, zupelnie nagle, nie chciala miec z koszyczkiem nic wspolnego, nawet do zdjecia ja przymusilam :O
 

A na koniec lekko zszokowalo nas te "hamerykanckie" swiecenie. Ksiadz tylko poblogoslawil koszyki, przepraszajac, ze nie wolno mu uzyc swieconej wody. Oookej... Fakt, ze w zadnym kosciele w naszej okolicy nie ma teraz wody swieconej do przezegnania sie przy wejsciu do kosciola. Ale z tego, co sie dowiedzialam, w przynajmniej trzech roznych kosciolach w okolicy, pokarmy byly swiecone normalnie, woda. Oczywiscie to koscioly polskie, co wiele mowi. Zaczyna mnie ogolnie korcic, zeby napisac do archidiecezji i spytac, jak to jest z tymi obostrzezeniami? Bo co kosciol, to inne zasady! W kosciolach amerykanskich ludzie siedza grzecznie od siebie oddaleni. W Polskich niby sa lekkie odstepy, ale na pewno nie sa to wymagane 2m miedzy rodzinami. Podobnie ze spiewem. Niby jest zabroniony, tutaj jednak juz co kosciol, to inne zasady. W tym najblizej naszego domu, zlikwidowali chor, nie ma spiewaczek, ktore zwykle prowadzily msze, nic. Pan gra na pianinie lub organach, ale nikt nie spiewa. W drugim kosciele w naszym miasteczku jednak, chor co prawda zostal tymczasowo zawieszony, ale pozostala jedna kobieta, ktora spiewa hymny. Ludzie nie spiewaja. Od zeszlego roku bylismy jednak rowniez w dwoch polskich kosciolach. No i nie zgadniecie. Spiewa caly chor, ludzie dra japy (przez maseczki), no zwyczajna msza... Od razu przypomina mi sie sytuacja z polskiego kosciola w Anglii, o ktorej bylo glosno niedawno. I tak wlasnie mnie kusi, zeby sprawdzic z archidiecezja, jakie sa w tej chwili wymagania, bo ja tu widze podwojne standardy, ktorych nikt nie sprawdza. Tak z czystej ciekawosci... Tyle, ze nie chce robic zadnej parafii klopotu, choc tym zadufanym bufonom z tych polskich, dobrze by bylo utrzec nosa. ;)

A dla lekkiego "koscielnego" humoru, to jak juz wspomnialam, pierwszy raz wybralismy sie na swiecenie w kosciele hamerykanckim. Ogolnie wszystko przebieglo podobnie jak w polskim (poza brakiem wody swieconej), ludzie mieli ozdobione koszyczki, biale serwetki, itd. Zreszta, naokolo slychac bylo jezyk polski, wiec to jednak tradycja podtrzymywana glownie przez Rodakow. Ale! Jedna kobita (az mialam ochote pstryknac fote) przytargala wielki kosz piknikowy, ktory z "koszyczkiem" nie mial nic wspolnego. Bylo to o, takie cos:

"koszyczek" wielkanocny :D
 

Przekomicznie to wygladalo na tle wiklinowych koszykow i koronkowych serwetek! :D Takie widoki, to tylko w Hameryce!

Na wczesne popoludnie zaplanowalam dla Potworkow atrakcje. Nie bardzo byla mi ona w smak, bo dzien przed Wielkanoca ma sie oczywiscie pierdylion rzeczy do pokonczenia, ale akurat ta impreza byla blisko domu, wiec przynajmniej praktycznie odpadl dojazd. W naszym miasteczku istnieje klub polo, w ktorym miasto co roku z okazji Wielkanocy organizowalo wielkie poszukiwanie jajek dla dzieciakow. 

Mlodzi uczestnicy mogli sie podpisac :)
 

Przez tyle lat mieszkania w naszej miejscowosci, jakos kompletnie mi to ucieklo. Dopiero rok temu skads sie o tym dowiedzialam, zapisalam Potworki, ale oczywiscie trafilismy na pandemie, kiedy wszelkie imprezy zostaly odwolane. W tym jednak sie udalo, choc zabawe zorganizowano nieco inaczej. Jak dla mnie zreszta chyba fajniej. Zamiast wielkiej gonitwy za jajami, byly "stacje", przy ktorych dzieciarnia dostawala jakies proste zadanie, np. znalezc rym dla podanego slowa, wycelowac pileczka do jednego z kubkow, czy kopnac pilka do bramki.

Nik przymierza sie do kopniecia


Bi celuje i pudlo! :D Ale jajeczka i tak dostala ;)

W nagrode otrzymywli 2-3 jajeczka oraz kolorowa naklejke. Po zdobyciu wszystkich naklejek mogli podejsc do ostatniego stolika, gdzie dostawali po balonie, choc okazalo sie, ze nikt tego nie sprawdzal i rownie dobrze dziecko moglo pojsc prosto po balona, nie zdobywszy ani jednej naklejki. :) A poniewaz impreza odbywala sie w klubie polo, wiec w stajniach oraz na padokach bylo kilkanascie koni oraz kucy do karmienia marchewka (pracownicy rozdawali po kawaleczku) oraz glaskania.

Jeden z amatorow marchewki i nie byl to Kokus :D


Ta urocza klaczka jako jedyna dala sie przebrac ;)

Jedne byly bardziej przyjacielskie, inne wolaly sie chowac w glebi boksu, a jeden imieniem Scooter (:D) oraz Kokus wyraznie przypadli sobie do gustu. :)

Do glaskania byly nie tylko konie...

 

Chyba jedyne zdjecie, na ktorym nikt nie zamknal oczu i wszyscy (lacznie z koniem) patrza w aparat :D
 
Scooter :*

No i super, ze w sobote nieco poprawila sie pogoda. Upalow moze nie bylo, ale 12 stopni przy pelnym sloncu dalo sie zniesc, mimo ze na otwartych terenach klubu pizdzilo az milo. :) 

Wieczorem choc raz Bi nie jeczala, ze nie jest senna i nie chce spac. Wrecz przeciwnie, oboje z Nikiem popedzili do sypialni o porze, kiedy zwykle sie klada w szkolne dni, bo wedlug ich wlasnych slow "im szybciej pojda spac, tym szybciej bedzie jutro". Takie cos zdarza sie tylko 2x w roku: na Boze Narodzenie oraz Wielkanoc. Nik byl nawet sklonny zrezygnowac z czytania zeby jak najszybciej pojsc spac, ale w koncu uznal, ze jeden rozdzial bedzie ok. :D Przed pojsciem na gore, ulozyli jeszcze przy drzwiach "gniazdka" z szalikow. ;)

Ech, przypomina mi sie dziecinstwo... ;)
 

Dla mnie oczywiscie bardzo na reke byl ich wieczorny pospiech, bo czekalo mnie jeszcze chowanie jajeczek. Poniewaz Bi zasypia teraz po 22, wiec dla pewnosci poczekalam az do 23, zeby miec pewnosc, ze padla. ;) A potem zebralam sie na odwage, wzielam latarke, zawolalam psa i ruszylam na ciemny ogrod. To dla mnie chyba najbardziej stresujaca czesc Wielkiej Nocy i pluje sobie w brode, ze w ogole zaczelam te tradycje. Na szczescie tym razem bylo praktycznie bezwietrznie, wiec chociaz nie podskakiwalam przy byle szelescie, no i pies wyjatkowo biegal za mna caly czas. Ale i tak poupychalam jajka w roznych zakamarkach jak najszybciej i czmychnelam do cieplego i jasnego domku. :D

A Wielkanoc byla... srednia. ;) Z samego rana bylo jeszcze ok. Ludzi w kosciele bylo wiecej niz zwykle, ale bez tragedii. Jednak sporo osob musialo skorzystac z nagrania wstawionego na stronie internetowej. Wrocilismy do domu, nadal elegancko ubrani jak przystalo w Swieta. Ja zaczelam goraczkowo konczyc nakrywanie do stolu, bo za 15 minut mieli sie zjawic goscie, a moj malzonek polecial prosto na gore, po czym zszedl... ubrany w stary, sprany t-shirt i spodenki, ktore zwykle zaklada do pracy w ogrodzie! :O Jak wiecie, od 13 lat tocze z nim batalie o te dziurawe koszulki i spodnie dresowe na kazda uroczystosc! Rzecz jasna podnioslo mi sie cisnienie i kiedy spytal w czym mi pomoc, warknelam, ze moze mi "pomoc" przebierajac sie w porzadne ciuchy, bo mamy Swieto, a za chwile przyjedzie moj tata oraz chrzestny Potworkow. Na to moj maz wzruszyl ramionami, ze jego cala ta oprawa okoloswiateczna nie interesuje, najwazniejsze, ze byl w kosciele bo to o zmartwychwstanie chodzi, a reszta moze dla niego nie istniec. Przyznaje, ze tu juz mnie szlag jasny trafil, bo przy kazdych Swietach mamy te sama dyskusje! Tak, wiem, ze to nie o dekoracje, prezenty i ubrania chodzi. Ale dla mnie ta "oprawa" tez jest wazna! Przy kazdych Swietach spedzam dwa dni przy garach, zeby ugotowac i upiec cos specjalnego, zebysmy mogli je godnie uczcic. I tak ciezko zasiasc do tego stolu ubranym troche lepiej niz na codzien?! Przeciez ja mu nie kaze zakladac garnituru i krawata! W kazdym razie, zanim ugryzlam sie w jezyk, warknelam, ze nie chce zeby wygladal na Swieta jak ostatni lump. Tu malzonek sie oczywiscie obrazil i oswiadczyl, ze jak mi sie cos nie podoba, to on moze wyjsc i wrocic wieczorem, bo on byl w kosciele, czyli zrobil najwazniejsze, a reszte ma gdzies. Znam M. i wiem, ze bez wahania spelnilby te grozbe, wiec przywolalam resztki samokontroli, oznajmilam ze nie chce sie z nim klocic w Swieto (i uslyszalam, ze sama zaczynam) i zeby sobie zakladal, na co ma ochote. Niestety, z mojego M. jest typowy katolik - hipokryta, ktory do kosciolka biegalby 3x dziennie, ale brak mu elementarnych podstaw taktu oraz zwyklej, ludzkiej zyczliwosci. :( Reszte dnia humor mialam, mozecie domyslic sie jaki. Mimo, ze nawet sie do siebie odzywalismy, to byly to takie wymuszone polslowka i pojedyncze zdania. Po poludniu poszlismy na rodzinny spacer i przez pol godziny nie zamienilismy ani slowa. :/ Takie wspaniale Swieto, ze zatesknilam za poniedzialkiem, kiedy pan malzonek spedzi wiekszosc dnia w pracy...

Gdyby nie nasza sprzeczka, to mogl byc jednak calkiem fajny dzien. Potwory oczywiscie buszowaly juz od samego rana w prezentach, ktorych w tym roku i tak dostali tylko po dwa, bo uznalam, ze dosc zasypywania ich duperelami, ktorych potem nie mamy gdzie upchnac, bo prezenty od nas Zajaczka, od dziadka, od wujka... i troche sie tego zbiera. ;) Jak to w zyciu bywa, oczywiscie tym razem zaden z gosci nie przyniosl Potworkom nic. Troche mnie to zdziwilo, bo wydaje mi sie, ze jednak wypada cos podarowac malolatom, ale z drugiej strony odetchnelam z ulga. Bi dostala wiec kilka motkow wloczki, bo z filmikami na YouTube probuje ostatnio plesc cos na palcach, a Nik gogle "szpiega", pomagajace widziec w ciemnosci. Oczywiscie to taki pic na wode fotomontaz, ale Mlodszy ucieszyl sie, ze to idealny prezent dla niego, bo boi sie ciemnosci. Moj bidulek... Tyle, ze poki co wcale nie naklada gogli w nocy, tylko ubiera je przy jedzeniu, lub oglada przez nie filmiki na tablecie. Wiecie, nowe doznania wizualne. ;) Oboje dostali tez po zestawie Lego (Bi Friends Dolphin Rescue, a Nik samolot Ninjago). I tu niespodzianka. Dotychczas to Starsza byla niekwestionowana krolowa klockow. Tym razem jednak to Mlodszy ulozyl swoj zestaw pierwszy, mimo ze mial on wiecej elementow (niektore ruchome), byl przeznaczony dla starszych wiekowo dzieci i ogolnie wydawal sie bardziej skomplikowany. A Nik poskladal go do kupy z samego rana, jeszcze przed kosciolem. Nastepne Lego bede chyba musiala kupic mu Technic, zeby mial jakies wyzwanie w tym ukladaniu. :D

Jak wspomnialam, na sniadanie wielkanocne mielismy mojego tate oraz chrzestnego dzieci. Zjedlismy, pogadalismy, choc rozmowa sie srednio kleila, bo oboje z M. bylismy swiezo po klotni i na dobra sprawe zadne z nas nie mialo ochoty na spotkania towarzyskie... Wujek dosc szybko sie zmyl, bo mial do obskoczenia jeszcze dwie "imprezy" wielkanocne (popularny czlowiek ;P), ale dziadek jeszcze z nami posiedzial. Potwory oczywiscie ledwie przy sniadaniu wysiedzialy, bo strasznie chcialy szukac jajek w ogrodzie. ;) Na szczescie w miare grzecznie zjedli po kawalku wszystkiego ze swieconki, a z jajami i tak ich przytrzymalam az pojechal A., nie chcialam bowiem znikac na dluzsza chwile, skoro mial za chwile jechac. W koncu jednak pozwolilam dzieciakom wybiec i szukac jajeczek.

Poczatkowo jeszcze Nik wykazywal entuzjazm na rowni z siostra...
 

Oczywiscie, jak co roku, Bi znalazla wiecej, a Nik strzelil focha. Zreszta, sam sobie szkodzil. W czasie bowiem, kiedy siedzial i dasal sie ze lzami w oczach, obie z Bi znalazlysmy jeszcze 4 jaja. Gdyby poszedl po rozum do glowy i poszedl za mna, pokazalabym mu je. Ale skoro fajniej jest plakac... ;) W rezultacie, tegoroczne foty z koszykami pelnymi jajek nie beda sie nadawaly do kalendarza, bo Mlodszy zamiast usmiechu ma na buzi grymas. :D

Usmiech Kokusia jest tak radosny, ze po prostu powala :D


 

Pokaz kotku co masz w srodku :D

Popoludnie to juz byl relaks pelna geba i cale szczescie, bo Wielkanoc to tutaj tylko jeden dzien. Dwa dni przygotowan na troche bardziej uroczysta niedziele, fajnie wiec, ze chociaz styklo czasu na odpoczynek. Odczulam ulge, ze moj tato zdecydowal sie juz nie wracac po poludniu na swiateczny obiad. Poszlismy wiec na spacer, choc jak juz pisalam, odbyl sie on w kwasnej atmosferze. Coz, Potworki jakos tego nie zauwazaly i skutecznie niwelowaly cisze. ;) Potem juz do wieczora relaksik z ksiazka. Jejku jak fajnie! Mimo, ze od roku jestem prawie caly czas w domu, to jednak na czytanie mam czas niemal wylacznie poznym wieczorem, kiedy zmeczone oczy juz mnie pieka i same sie zamykaja. Mila odmiana bylo poczytac wczesniej, w dziennym swietle i to jeszcze bez wyrzutow sumienia, ze powinnam w tym czasie zrobic cos pozyteczniejszego. ;)

No i tyle z naszej Wielkanocy. Kolejnego dnia Potworki juz zawitaly w progi szkoly, a M. pojechal do pracy. A ja kompletnie zapomnialam, ze to Smingus Dyngus i nikogo nie oblalam woda. ;) W dodatku dzieciaki mialy tego dnia religie, co niezmiernie mnie zdziwilo, bo wydawalo mi sie, ze dla kosciola katolickiego poniedzialek wielkanocny nadal jest swietem, nawet jesli ogol ludu wraca do normalnej codziennosci... A jednak nie. Religia sie odbyla, a przy okazji spotkanie dla rodzicow dzieci komunijnych. Na ktore to zreszta, z calej, liczacej przynajmniej kilkanascioro dzieci grupy, przybylo rodzicow... szescioro! :D I nie, to nie tak, ze reszta ma Komunie dzieci w doopie. Po prostu organizatorka calej uroczystosci, zamiast zawiadomic o spotkaniu dajac kartki dzieciom (przypominam, ze rodzice nie maja wstepu na teren szkoly) lub przez e-mail (a te rodzice musieli podac na poczatku roku dla "szybszego kontaktu", hahaha!), wrzucila informacje... na strone internetowa kosciola! :O No kto w ogole pamieta, zeby co chwila wchodzic na strone kosciola i sprawdzac czy nie pojawilo sie cos ciekawego na temat religii?! Tym bardziej, ze od poczatku roku, poza kalendarzem, wiadomosc pojawila sie tylko jedna - na temat zajec odwolanych z powodu sniezycy. To bylo w grudniu... I teraz babka wrzuca taka, dosc przeciez wazna, informacje i liczy, ze wszyscy ja odczytaja?! Ja wlazlam na strone kosciola tylko dlatego, ze chcialam sprawdzic o ktorej maja swiecenia pokarmow. I tak sobie, z ciekawosci kliknelam na link do religii, a tam niespodzianka! Spotkanie w poniedzialek! Oczywiscie napisalam zaraz do moich kolezanek i dzieki temu na spotkaniu bylo nas 6, a nie 4. ;)

Na samym spotkaniu zreszta nie dowiedzialam sie prawie zadnych nowosci. Moja kumpela wypytala ostatnio o wymogi dotyczace strojow dzieci, wiec tu juz wszystko wiedzialam. Chociaz, babka powiedziala jej, ze bedzie zamawiac dla dzieci identyczne, biale maseczki, a na moje pytanie odpowiedziala, ze jednak kazdy rodzic ma je zamowic we wlasnym zakresie. Za to straaasznie naciskala, zeby zaplacic jej za zamowienie bialych krawatow dla chlopcow, bo takie podobno piekne co roku zamawiaja, och i ach i w ogole to wspaniale wyglada jak wszyscy chlopcy beda je mieli jednakowe. ;) Mi tam wsio ryba, zamowie, bo Nik i tak nie ma krawata, ale kolezanka powiedziala potem, ze jej syn juz bialy krawat posiada, wiec nie potrzebny jej kolejny. ;) Poza tym chlopcy maja miec granatowe lub czarne spodnie (albo caly garnitur) oraz biale koszule, koniecznie z dlugim rekawem. Komunia ma sie odbyc na sam koniec maja, jak znam zycie moga byc juz upaly i zastanawiam sie czy chlopaki sie w tych dlugich rekawkach nie roztopia, a juz w marynarkach to w ogole. :D Ale z drugiej strony, Matka Natura bywa kaprysna i moze byc zimno i deszcz. ;) A wiecej wymogow i tak jest dla dziewczynek. Welonik dowolny, za to sukienka musi miec rekawki, zadnych cienkich ramiaczek lub chociazby bezrekawnikow. Zadnych dekoltow (!). Bez rekawiczek. Buty na plaskim lub malutkim obcasiku, z gumowymi podeszwami, bo posadzka jest sliska. Zadnych sztucznych paznokci ani makijazu (!). Z tego ostatniego w ogole parsknelam, ale organizatorka oznajmila, ze i takie kwiatki sie zdarzaly. :D Poza tym jednak cale spotkanie to formularze za formularzami oraz wyliczenie, za co jeszcze przyjdzie zaplacic. Wiecie, zamowienie na krawat, zamowienie na banery (kazde dziecko bedzie mialo swoj z wlasnym imieniem, do portretow), zamowienie filmu i zdjec z uroczystosci, datek na kwiaty do dekoracji, prezent dla kosciola (cokolwiek poeta mial na mysli...), itd. Pozniej z kolezankami gadalysmy, ze mogli po prostu na poczatku roku zebrac po $150 czy $200 od dziecka, zeby bylo na wszystko, a nie teraz co chwila wolac o kase za to czy tamto (za banery trzeba bylo np. zaplacic na minionej lekcji, bo dzieci juz zaczely je robic). Ciekawe ile jeszcze "niespodziewanych" wydatkow wpadnie przed Komunia? :/

Wtorek byl dniem mocno "pracowym". Rano mialam meeting i tradycyjnie zeszlo nam prawie 1.5 godziny. Mamy dwa rodzaje spotkan, ktore wymieniaja sie co dwa tygodnie. Jeden, co druga srode, jest na temat nadchodzacych badan, spraw organizacyjnych, nowosci w firmie, itd. Dotyczy on wiec w mniejszym lub wiekszym stopniu kazdego. Drugi jednak meeting, co drugi wtorek, to typowe spotkanie na temat spraw "technicznych", laboratoryjnych. Na 20 punktow w excel'u, mnie dotyczy 1-2. Nie znosze wiec tego meetingu, bo jest dla mnie zwyczajna strata czasu. Ale coz poradzic... A w ten wtorek szef w dodatku popsul mi humor. Pamietacie, pisalam bodajze dwa tygodnie temu, ze wymyslil, ni z gruchy, ni z pietruchy, ze wracamy do biura na caly etat? Na szczescie po porozumieniu sie z zarzadem budynku, jego plan odpadl w przebiegach. Odetchnelam z ulga. :) Niestety, szefuncio sie nie poddaje i na meetingu wlasnie oglosil, ze powinnismy zaczac przynajmniej byc na miejscu w 50% czasu. Czy bedzie to praca przez 2.5 dnia, czy codziennie przez pol, to juz bez roznicy. Jedynym warunkiem bylo to, zeby w biurze nie bylo na raz wiecej niz dwoch osob, wiec mamy miec grafik, w ktory kazdy bedzie wpisywal kiedy zamierza byc w biurze. Tak prawde mowiac, to kiedy rok temu wracalismy do budynku pracy, wszyscy laboranci mieli wlasnie wpisane, ze beda tam przez 50% czasu. Poniewaz jednak wlasciwie nie bylo co robic, utarlo sie, ze kazdy przychodzil kiedy i na tyle, ile musial, czyli srednio na godzinke, dwie, 2-3 razy w tygodniu. Teraz jednak mamy sporo wiecej pracy i szef najwyrazniej chce wyegzekwowac to, co bylo zalozone rok temu. Spytalam jednak, co ze mna? Jako jedyna mam prace czysto biurowa (oprocz okresowych audytow laboratoriow) i wedlug zeszlorocznego protokolu, mialam wykonywac 90% swoich obowiazkow z domu. Teraz szef jednak (sadzac po jego minie) sam nie wie, co ze mna "zrobic". W koncu stwierdzil, zebym spogladala na nasz grafik i jesli beda juz wpisane dwie osoby, moge nie przyjezdzac. Z jednej strony ok, powrot nawet na pol etatu, to moze byc taki dobry czas przejsciowy. Liczylam jednak na to, ze do poczatku kolejnego roku szkolnego popracuje glownie z domu i kolejny rok odpadnie nam zagroska z polkoloniami dla Potworkow... Najbardziej jednak wkurzylo mnie, ze najwyrazniej nie bede mogla zaplanowac kiedy mi najbardziej bedzie pasowac zeby wpasc do biura, tylko bede musiala patrzec w grafik i dostosowywac sie do czterech osob! :/

Po meetingu, mialam godzinke przerwy, po czym musialam podjechac do biura. Normalnie w te dni, kiedy mamy spotkania, odpuszczam sobie jazde do biura, bo chce na spokojnie pokonczyc to, co mam do zrobienia zanim trzeba bedzie jechac po mlodziez, ale tym razem szef zarzadzil spotkanie na miejscu dla kilku osob. Kolejny meeting kompletnie nie byl mi na reke, ale coz, "pan kaze, sluga musi...". Pojechalam, spotkanie tym razem na szczescie trwalo tylko niecala godzinke i jedyna kiepska wiadomosc, ze szef polecial pogadac z managerem budynku. Nie wiem w takim razie, z kim on niby rozmawial wczesniej?! W kazdym razie, przylecial zadowolony niczym prosie w deszcz i oznajmil, ze mozemy wrocic nawet w wymiarze pelnoetatowym do budynku, jesli tylko w zadnym pomieszczeniu nie bedzie wiecej niz dwoch osob na raz! Na to jeden z moich kolegow (osiol!) przytaknal skwapliwie, ze mamy przeciez dosc pomieszczen, mozemy sie zawsze rozproszyc! Myslalam, ze faceta udusze! Akurat ja mam taka prace, ze potrzebuje staly dostep do drukarki, skanera oraz szaf z dokumentacja. Nie planuje sie wiec "rozpraszac". W tej chwili wiec zglupialam i nie wiem w jakim zakresie godzinowym mam wracac do pracy i kiedy. Narazie wiem tylko, ze w przyszlym tygodniu Potworki maja przerwe wiosenna, wiec juz w zeszlym tygodniu uprzedzilam, ze pracuje wylacznie zdalnie. A potem? Nie wiem, poki co trzymam sie powrotu na 50%, uzaleznionego od grafiku innych... ;) Na wszelki jednak wypadek, zawiadomilam sekretarke szkolna, ze po przerwie wiosennej dzieci znow beda wracac ze szkoly autobusem. Tak na wszelki wypadek, gdyby nagle przyszlo mi wrocic do biura w pelnym wymiarze godzin, albo gdybym zmuszona byla pojechac tam po poludniu...

A we wtorkowe popoludnie, mielismy "wolne". Karate ma przerwe, zadnych innych zajec poki co nie ma w ten dzien, pogoda w dodatku byla przepiekna (kilkanascie stopni!), wiec choc raz spedzilismy czas spokojnie i bez spiny. Po obiedzie poszlismy na rodzinny spacer, a potem M. pojechal na silownie, a ja zostalam z dziecmi w ogrodzie. Oni szaleli jak pijane zajace, a ja podjelam niewdzieczne zadanie pozbierania psich kup. Niektorych swiezych, ale wiekszosci pozostalych po zimie. Jakos sie bowiem nie skladalo czasowo i pogodowo, zeby zrobic to wczesniej. Na szczescie trawa narazie rosnie opornie, wiec nie przeszkadzala w porzadkach. ;)

Poniewaz wtorek mialam pracowniczo dosc intensywny, w srode odpuscilam sobie jazde do biura. Zreszta, musialam jechac do sklepu uzupelnic spozywke, bo choc poprzednio zrobilam zapas na mniej wiecej dwa tygodnie, to zaczal sie on juz niebezpiecznie kurczyc. ;) A po poludniu czas byl na trening druzyny plywackiej.

Wyglada jakby usmiechal sie do zdjecia, ale tak naprawde tylko nabiera powietrza przed odbiciem sie od scianki ;)
 

Niestety, ostatnio Nik basen ostro oprotestowuje, ale powod ma raczej idiotyczny. Chodzi bowiem o to, ze na plywanie wrocila Bi. I zupelnie nie wiem, co mu to robi za roznice?! Razem chodza na karate, w tym samym czasie maja pilke nozna, ale na basen razem juz chodzic nie moga? Tym bardziej, ze praktycznie nigdy nie plywaja nawet w tej samej linii! Ewidentnie panicz szuka sobie powodu do fochow... :/ Ciekawe co by bylo, gdyby Bi chodzic na basen przestala? A mozliwe, ze niedlugo zacznie sie buntowac, bo akurat tego dnia, mama jej ukochanej kolezanki powiedziala mi, ze planuja ja tymczasowo z plywania wypisac. Dziewczyna ma bowiem miec tyle zajec niedlugo, ze ciezko bedzie to ogarnac... Powiedzialam sasiadce, ze witam w klubie. ;) Kiedy po przerwie wiosennej wroci tenis i karate, a jeszcze zacznie sie pilka nozna, mozliwe, ze tez bede musiala cos dzieciakom uciac. A najlatwiej jest to zrobic wlasnie z druzyna plywacka, ta bowiem dziala caly rok, inne zas zajecia trwaja tylko przez 6-8-tygodniowe sesje...

W czwartek juz grzecznie podjechalam ponownie do pracy, z racji, ze w nastepnym tygodniu bede pracowac wylacznie zdalnie. Podrukowalam co trzeba, powysylalam instrukcje i trzeba tylko trzymac kciuki, ze byly one na tyle jasne, ze nikt nie bedzie mnie "scigal". Licze na spokojny pracowniczo tydzien, bez jezdzenia do biura w te i we wte. A po przerwie sie zobaczy jak to bedzie... Juz wyslalam maila (i odpowiednie formularze) do sekretarki szkolnej, zeby zapisac Potworki na powrot ze szkoly autobusem... Ech... Czlowiek od roku marzy o powrocie do normalnosci, ale kiedy ta normalnosc znienacka przychodzi i wali cie w pysk, to nagle wcale tak fajnie nie jest... :D

W czwartkowe popoludnie oczywiscie znow trening na basenie. Nik zrobil awanture, pokrzykujac, ze dwa dni pod rzad nie jedzie i nie moge go zmusic. :O Uch... Ten moj "slodziak" ostatnio robi sie rownie paskudny jak jego siostra. :/ Na nic przypomnienie, ze omijaja z Bi co drugi poniedzialek ze wzgledu na religie, a w czwartki nie chodzili tylko w marcu, bo mieli karate. Juz za tydzien karate rusza ponownie i znow nie bedzie tego dnia chodzil na plywanie. Powiedzialam nawet, ze poniewaz w przyszlym tygodniu maja przerwe od szkoly, Nik moze sobie zrobic tez przerwe od basenu. Nic nie pomagalo. Mlodszy musial sie po prostu wykrzyczec i wyrzucic emocje, po czym... pojechal na plywanie bez zadnego jeku. A po fakcie stwierdzil, ze dobrze sie bawil... :O

Plywanie na plecach bywa ryzykowne. Bi odepchnela sie od scianki i... zdzielila reka w glowe kolezanke, ktora plywala w tej samej linii. Na szczescie skonczylo sie tylko na smiechu ;)

Poza tym ruszamy pomalu z pracami w ogrodzie. Miniony tydzien byl tak cieply, ze pod jego koniec Potworki zaczely chodzic w szortach i krotkich rekawkach, a ja codziennie zabieralam Maye na spacer dluzszy niz zazwyczaj. W srode kupilam sobie tez kwiatkow. Niektore jednoroczne, jak dalie, a inne wieloroczne, np. lilie oraz... piwonie. Tej ostatniej nie jestem zbyt pewna, bo ponoc sa to rosliny kaprysne i nie wszedzie im pasuje. Coz, zobaczymy. :) M. za to znow mnie irytuje, bo jak zwykle, zabiera sie za wszystko na raz. W piwnicy stoi nam szafka do lazienki dzieci oraz zlew. Mielismy siasc i zamowic kibelek oraz wanne, a takze kafle na podloge (akurat tych nie mieli w sklepie "na stanie"), bo na wszystko teraz czeka sie dluzej niz zwykle. A co robi moj maz? Po pierwsze, zabiera sie za warzywnik. W ktorym przynajmniej jeszcze miesiac nic nie posadze, bo ryzyko przymrozkow jest za duze! Ale nie, M. kupil pare workow kompostu i przekopal teren, zeby przywiezc tam ogrodowej ziemii. To jeszcze nie koniec! Jakby tego bylo malo, nagle go cos naszlo na oczyszczanie przodu domu. Byly tam dwa miejsca, jedno pod "placzaca" brzoza, adrugie wokol starego, sprochnialego pnia, ktore bylo wysypane kamykami i obramowane wiekszymi kamieniami. Mnie te dwa miejsca specjalnie nie przeszkadzaly, poza tym, ze miedzy kamykami zawsze wyrastala trawa, z tego rodzaju, ktory nie daje sie wyrwac z korzeniem, tylko urywa w polowie. Latem wygladalo to wiec dosc niechlujnie i malzonek juz wiele razy wspominal, ze zrobi z tym porzadek. Tylko wiecie, mowi o tym od 3 lat, a zabiera sie, kiedy ma zupelnie inne projekty! :/ W kazdym razie, ktoregos dnia, wyzbieral i wywiozl na taczce te kamienie. Pozostal jednak pniak. M. postanowil go obciac pila. Okazalo sie jednak, ze choc pien pozornie sprochnialy, to tylko gdzies do glebokosci 20 cm. A pod spodem ma zdrowe, twarde drewno. Malzon sie nie poddal i innego dnia zaczal pieniek po kawalku ociupywac. I w koncu dopial swego i pniaka sie pozbyl, ale "zmarnowal" na to kilka dni... Nic nie mowie, poki co ma czas, ale demolke lazienki musi zakonczyc (a jeszcze nawet nie zaczal) najpozniej do polowy ostatniego tygodnia kwietnia. Na jego koniec bowiem bedzie w naszym miasteczku zbiorka duzych gabarytowo smieci, a to czas idealny zeby wyrzucic stara lazienkowa szafke, blat ze zlewem, kibelek oraz wanne z zabudowa. Jak znam zycie, zabierze sie za to kilka dni przed, po czym bedzie panikowal, ze sie nie wyrobi, spieszyl sie, a przez to wsciekal sie i klal na czym swiat stoi. No ale nie przetlumaczysz... :/

I tu juz chyba tasiemca skoncze... Gratulacje dla tego, kto zdola to przeczytac przy jednym posiedzeniu. :D

10 komentarzy:

  1. NIK wygląda super w takiej fryzurę. Pasuje mu. Powrót do pracy stacjonarnej po takiej przerwie musi być ciężki. My póki co pracujemy w miarę normalnie, bo dzieciaki siedzą z dziadkiem, ale marzę o tym, żeby było tak jak kiedyś. My w pracy, oni w szkole/przedszkolu, bez zdalnej "nauki" i kombinacji kto kiedy zostaje w domu. Niech już wraca normalność

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też tak często mam, że im więcej czasu wolnego tym gorzej idzie mi robota. Dlatego już wolę jak mam dużo roboty, a mało czasu, bo wówczas jakoś tak łatwiej się zmotywować.
    Wcale się nie dziwię, że M. Cię zirytował strojem na święta. Ja wiem, że najważniejsza jest duchowa strona, ale jednak strojem też podkreślasz ważność tego dnia, pokazujesz, że jest inny niż taka codzienność. Nie mówiąc już o szacunku dla innych osób, z którymi spędzasz ten czas.
    Ja z jednej strony też już nie mogę się doczekać powrotu do normalności, normalnej szkoły, możliwości wyjazdu, spotykania się bez obaw, ale z drugiej jednocześnie jestem przerażona koniecznością powrotu Krzyśka normalnie do firmy, bo naprawdę dobrze mi jak jest w domu...

    OdpowiedzUsuń
  3. Dotrwalam do konca ;) Mimo wszystko mieliscie tradycyjne swieta- u nas ze swieceniem to serio tylko Polacy,a my sami juz majac dorosle dzieci nie robimy... Pewnie przez wygode. Na Slasku, u Slazakow takich z dziada pradziada - np moich Tesciow nie bylo kompletnie tej tradycji swiecenia.
    Dbasz o dom, dzieci- mozesz spokojnie przyjac pochwaly- a co do Pana Meza.....ten typ tak ma...choc powiem ci, nie wiem czy by, to strzymala- kosciol , kosciolem itp ale reagowanie na prosby zony badz dawanie przykladu dzieciom- no tego bym wymagala chocby z szacunku do drugiej osoby/ partnerki. Maly gest, ktory nie boli - glupi ciuch a juz bylo by milej- niepotrzebny stre i t w sumie dwa razy w roku ....
    U was powoli normalnosc- u nas kolejne poysly Angeli... szkoda slow. Ciekawa jestem jak tam podroz Ojca- czekam na relacje przybycia na ziemie polskie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ależ Oni poważnie wyglądają na tym zdjęciu z koszyczkami. Do dużej Bi już się przyzwyczaiłam dawno ale NIK mnie co post zaskakuje tym dorosłym lookiem. Rozumiem Twoja irytację zachowaniem męża. Mój ojciec robił tak co każde święta, mam wrażenie że wręcz czerpał satysfakcję z tego że mamę to irytowało. Tylko że on to od kościoła jak najdaaaalej. Na starość mu o dziwo przeszło i nawet koszule w te dni potrafi założyć. Niestety przykład idzie z góry i mój brat też długo tak się stroił w święta. Na szczęście Kasia nim potrząsnęła i jest lepiej. Ja jutro wracam do pracy, po urlopie, po odejściu Miska. Nie wiem jak to będzie. Nie czuję się najlepiej, a w tej pracy nie ma miejsca na nostalgię i przygnębienie. Będę musiała się wziąć w garść... z jednej strony to dobrze, a z drugiej... Trzymajcie się ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  5. M. chyba chce sie czuc az nazbyt swobodnie w domu, ze tak bardzo nie liczy sie z bliskimi, tj. zona, dziecmi, tesciem, gosciem. Pewnie to wynika (w jego rozumieniu) z jakiejs glupiej oszczednosci "lepszych" (do wyjscia) ciuchow, i uwazania, ze w domu mozna siedziec w byle czym, bo to TYLKO DOM, sami swoi i w ogole o co biega... A przeciez w swieta powinno byc wlasnie odwrotnie i powinno kazdemu zalezec, "zeby dzien swiety swiecil". Mozesz tu sie odniesc uzywajac argumentu z Dekalogu, ze tak wzniosle o bozym przykazaniu wspomne.
    Dzieci bardzo wyrosly, wydoroslaly. Ladne te dzieci masz.

    OdpowiedzUsuń
  6. U mnie już drugi rok z rzędu nie święciliśmy pokarmów w kościele, za bardzo się boję o rodziców i kolejne zakażenie, żeby się pchać w takie tłumy.
    Świetne są te zdjęcia z konikami- sama chętnie bym się do takiego przytuliła :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Łojejku, ale się dużo u Was działo. Tej akcji z szalikami nie znałam. U nas, jako że nie ma dzieci to niewiele się działo, głównie jadłam i odpoczywałam. Graliśmy też w planszówki, miałam czas by odwiedzić przyjaciół. Ale też o to chodzi. Cudowne widoki, świetna rodzinka, widać, że dobrze się dogadujecie.
    Pozdrawiam i zapraszam na nowy wpis po "urlopie".

    OdpowiedzUsuń
  8. U nas też trzeba było świecić pokarmy "na sucho" i nie można śpiewać ani grać w kościele... Rozbraja mnie to niezmiennie, bo rozumiem - że covid atakuje tylko śpiewających a mówiących się już nie;))
    Dobrze, że u mnie nie ma akcji z odświętnym ubiorem, bo by mnie trafiło.
    Ciekawa jestem jak to u Ciebie potoczy się z tą pracą.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  9. U nas święcenia nie było. Tzn u moich rodziców. W naszej poznańskiej parafii było przed kościołem.
    Ale fajnie Nik wygląda w tych włosach! Taki dorosły!!

    Co do ubioru Twojego męża - u mnie jest to samo. Idziemy na np urodziny, ten zakłada domowy t-shirt i byle jakie spodnie. Noszzz. Faceci! Z nimi ciężko a bez nich jeszcze gorzej ;)
    Pozdrawiamy z zimnej Polski!

    OdpowiedzUsuń
  10. A u Nas wszystko pozamykane i koscioly tez, wiec zadnych swiecen nie bylo. Swieta w ogole u Nas minely bardzo spokojnie i tak jakby normalnie bez zadnych spinek. Nawet ubiory mielismy normalne. Fajny pomysl z tymi szalikami. A z praca jakos sie ulozy
    Moze w ogole nie jezdzij jak nie ma potrzeby. Moj Maz jezdzi tylko zostawiac dokumenty tzn raz na 3 miesiace. Sciskam

    OdpowiedzUsuń