sobota, 17 kwietnia 2021

Ferie wiosenne

Tutejsze dzieci nie maja 2-tygodniowych ferii zimowych jak w Polsce, ale za to drugi tydzien kwietnia to tygodniowe ferie wiosenne. Potworki mialy wiec w sumie 9 dni na odpoczecie od szkoly, lekcji i ogolnego szkolnego rozgardiaszu. :) Czy dobrze je wykorzystaly? Mysle, ze tak. ;)

Poniewaz zawiadomilam juz szkole, ze po feriach Potworki beda wracac do domu autobusem, wiec zeszly piatek byl ostatnim (na przynajmniej jakis czas) dniem, kiedy odbieralam dzieci ze szkoly. Od dluzszego juz czasu denerwowala mnie koniecznosc pilnowania godziny oraz odrywania sie od tego, co akurat robie, zeby po nich jechac, a dodatkowo do furii doprowadzala Bi, ktora notorycznie wychodzila ze szkoly ostatnia lub prawie ostatnia. Tak jak z szykowaniem sie rano, tak i ze zbieraniem swoich rzeczy po lekcjach panna ma ewidentny problem. Nie mowiac juz o tym, ze na moje pretensje, ze dlaczego tak dlugo, wymyslala. A to ze sie pakowala (potrzebuje 10 minut na spakowanie paru rzeczy z lawki?!), a to ze pani zapomniala powiedziec, kogo rodzic juz przyjechal (tu bylabym sklonna uwierzyc, gdyby nie zdarzalo sie to przyjamniej 1-2 w tygodniu), a to pomagala nauczycielce przestawiac lawki lub sprzatac. Chwalebne to, nie powiem, ale przeciez to juz nie malutka dziewczynka. Ona doskonale wie, ze ja stercze pod szkola, czekajac na nia. Niewaznie czy deszcz, snieg, lodowaty, urywajacy glowe wiatr, stoje i czekam, a pannica ma to gdzies. Od ponad pol roku tlumacze i prosze, odgrazam sie, ze wroca na autobus (choc czemu Nik mial byc ukarany za jej zachowanie?), a Bi ma to zwyczajnie w powazaniu... Przyszla jednak kryska na matyska i choc nie mam ochoty wracac do biura na dluzej i czesciej, to uznalam, ze to dobra okazja, zeby w koncu Potworki zaczely wracac autobusem. Rano nadal bede ich wozic. Niech sie jednak od nowa przyzwyczaja do jazdy "zoltkami", tym bardziej, ze od nastepnego roku Starsza idzie do innej szkoly. Juz odwozenie ich rano bedzie utrudnione, bo szkoly sa oddalone od siebie o 8 minut jazdy, a o odebraniu po lekcjach, kiedy zawsze chwile sie czeka az dziecko wyjdzie, nie bedzie mowy, bo mimo ze placowki rozne, to i zaczynaja i koncza o tej samej godzinie... Jest to wiec rowniez dobre przygotowanie na kolejny rok szkolny. Oczywiscie jak stanelam przed faktem dokonanym, to teraz mi rzewnie i smutno, ze nie bede na codzien witac ich wychodzacych po lekcjach. Szkoda mi tez Potworkow, bo ze mna mogli pobiec jeszcze na chwilke na plac zabaw, no i (nawet z Bi siedzaca w szkole do oporu) zawsze jednak byli w domu o te 20 minut wczesniej... W kazdym razie, z okazji "ostatniego" odebrania ze szkoly, zabralam ze soba Maye. :)

Widac jak siersciuchowi ogon "lata" :D
 

Psiur byl zdziwiony i lekko zestresowany, ale ze droga trwa zawrotne 7 minut, to jakos wytrzymala. A potem oczywiscie ciagnela na wszystkie strony, bo "O, ludzie, chce sie przywitac!", "O, inne psy!", "O, dzieci, uwielbiam dzieci!!!". Typowe dla mojego przesadnie przyjacielskiego i rozentuzjazmowanego piesa. :D Radosc Potworkow na widok ich czworonoznej przyjaciolki, warta byla jednak stawu niemal wyrwanego z barku. ;)

A tu juz psiur wyrywa sie do innego czworonoga ;)
 

Sobota przywitala nas Polska Szkola. Troche bez sensu sie w tym roku zlozylo, ze poprzednia sobota byla wolna z okazji Swiat, teraz lekcje ponownie sie odbyly, ale kolejne dwie soboty znow beda wolne. Jedna z powodu wspomnianych ferii wiosennych, a druga z okazji obchodow 60-lecia owej szkoly. Zdaje sie, ze nauczyciele oraz dyrekcja i inni pracownicy beda mieli imprezke. ;) Mnie to nie przeszkadza, nawet fajnie, ze dwie soboty pod rzad odpadnie mi zaganianie niechetnych Potworkow do lekcji, ale obawiam sie, ze po takiej przerwie powrot bedzie okraszony buntem i jekami x10. Szczegolnie, ze panie wspominaja, iz od maja zajecia maja wrocic do parku, jesli tylko pogoda dopisze, a Potworkom zdecydowanie pasuja lekcje z komfortu wlasnych pokoi. Szczegolnie kiedy mozna sobie dowolnie wylaczac kamerke... ;)

Reszta soboty uplynela na korzystaniu z niemal letniej pogody. Byl to narazie ostatni tak cieplutki dzien, wiec, poza spacerem, chcielismy tez zabrac sie za prace ogrodowe. M. zaczal wyrownywac teren przed basenem (pomiedzy warzywnikiem a miejscem na ognisko) i klasc tam betonowe plyty. Kiedy latem stanie basen, zrobi sie fajne male patio. Niestety plyt mamy za malo na caly ten kawalek trawy, wiec zostanie pasek na rabatke (niestety, bo dosc mam miejsc do pielenia, kolejne jest mi srednio potrzebne ;P). To miejsce jest niestety pod samym murkiem i malo tam slonca, ale bedzie idealne na funkie, ktore akurat wykopalismy z innej czesci ogrodu. W czasie kiedy malzonek odwalal ciezka, fizyczna orke ("roboty ziemne sa bardzo przyjemne" :D), ja kontynuowalam zbieranie tego, co pozostalo z zimowych "min" psa. Niekonczaca sie robota, choc juz widze swiatelko w tunelu. Zostalo mi juz tylko jedno miejsce za domem. Poki co przerwalam i zabralam sie za inne, rowniez wolajace o uwage rzeczy. Pograbilam czesc ogrodu, posypalam rabatki odzywka, a takze posadzilam nowo zakupiona dalie oraz piwonie. Oprocz tego mam jeszcze cebulki lilii, choc nie moge sie zdecydowac, gdzie je zasadzic oraz mieczykow. Co prawda do tych ostatnich po zeszlym roku stracilam serce, kiedy wykielkowaly tylko bodajze 3, a zakwitly 2... Ale przed kupnem 25 cebulek nie moglam sie powstrzymac... :D

Niedziela miala byc deszczowa. Zreszta, dlatego wlasnie w sobote spieszylam sie w rozsypywaniem odzywki oraz sadzeniem dalii i piwonii, bo chcialam, zeby mi to wszystko podlal deszcz. Taaa... Mial zaczac padac juz w nocy, potem przesunal sie na 8 rano, pozniej na 11, nastepnie na 16... I tak sie przesuwal w prognozach, az w koncu nie spadl wcale. ;) Za to przyjechal moj tata, posiedzial, pogadal, a potem wybralismy sie na spacer. Mimo, ze aura ponura, nie wydawalo sie jednak az tak zimno, ale okazalo sie to kiepskim pomyslem. W polowie spaceru zaczal wiac lodowaty wicher i do domu wrocilismy przemarznieci, a ja z bolacym uchem. Na szczescie przestalo kluc jak tylko sie rozgrzalo. ;)

Zeby Potworki nie przesiedzialy calego tygodnia w chalupie grajac na konsoli, zapisalam ich na takie jakby mini polkolonie. Poniedzialek, sroda i piatek, po 3 godziny zajec z pilki noznej. Na jesien dzieciaki pilke uwielbialy, ochoczo przytaknely na propozycje dodatkowych treningow, a dodatkowo dalo to 3 godziny dla matki na prace czy roboty okolodomowe. I wilk syty i owca cala. Rzecz jasna jak caly poprzedni tydzien byl niemal letni, tak poniedzialek przywital nas chmurami i 11 stopniami. :O Dobrze, ze chociaz deszcz z prognozy zniknal, bo jeszcze w niedziele rano pokazywali jakies przelotne opady i spodziewalam sie, ze zajecia przesuna na inne dni. Tak sie jednak nie stalo, a wlasciwie nie co do poniedzialku, bo juz zajecia z piatku przeniesiono na wtorek, ze wzgledu na deszcz oraz niskie temperatury (7 stopni!) zapowiadane na czwartek i piatek. ;) Polkolonie przesunely sie wiec na pon., wt. i srode. ;)

Jak to ostatnio wszedzie bywa, rodzicom nie wolno bylo zostac i patrzec. Zupelnie nie wiem po co ten wymog, bo nie wyobrazam sobie calej gromady matek oraz ojcow, krazacych przez trzy godziny wokol boiska. ;) Pol godzinki jednak chetnie bym zostala, a tu doopa. ;) Balam sie tez, ze Potworki zmarzna, bo temperatura podniosla sie laskawie "az" do 13 stopni. Dalam dzieciakom dlugie spodnie, ktore oprotestowali, bo wiekszosc innych dzieci byla w krotkich spodenkach. Kazalam tez zalozyc im na t-shirty bluzy, czego Bi ostentacyjnie i tak nie zrobila (to juz bylo na parkingu, w drodze na boisko i  Starsza tak dlugo ociagala sie z naciagnieciem jej na grzbiet, ze w koncu nie zalozyla...).

Ten w bialej koszulce, to Nik
 

Ale kiedy przyjechalam w poludnie, niespodzianka! Starsza w bluzie (a jednak!), za to Nik lata w samej koszulce, ale zgrzany i czerwony. Nie mam pojecia jak mu sie udalo tak rozgrzac przy niskiej temperaturze, ale dobrze, ze chociaz nie zmarzl... 

Jak widac, aura byla raczej ponura...
 

Obydwa Potworki zgodnie zakrzyknely, ze bylo super, za to wieczorem, tuz przed spaniem i jedno i drugie (normalnie jakby sie zmowili!) zaczelo smecic, ze jednak bylo trudno i wcale nie tak fajnie i ze nie chca jechac kolejnego dnia. :O No pieknie...

Coz, marudzenie z poniedzialkowego wieczora okazalo sie spowodowane najwyrazniej zmeczeniem, bo we wtorek rano zadne juz sie nawet nie zajaknelo, ze nie chce jechac... ;) Na ten dzien zapowiadano wyzsze temperatury oraz slonce, ale zwatpilam kiedy rano zobaczylam 6 stopni i ciezkie olowiane chmury. Oczywiscie Bi burknela, ze "przeciez mowilas, ze dzis bedzie slonecznie!", bo przeciez ja kontroluje pogode i to co plota w prognozach... ;) Na szczescie juz w drodze na boisko, wyszlo slonce i utrzymalo sie przez wieksza czesc dnia. Nie przewidzialam tego i w rezultacie, oba Potworki lekko przypiekly sobie buzki, bo nawet nie przyszlo mi do glowy zeby posmarowac ich filtrem... Nik w ogole spalil sobie skore pod oczami i wygladal jakby obydwa mial podbite. :D Tego dnia tez dzieciaki dostaly obiecane t-shirty, choc zastanawiam sie po co im one wlasciwie. Co innego koszulki druzyny, bo te wiadomo, beda ubierane na mecze. Ale tu? T-shirty dostali drugiego dnia, czyli zostal jeszcze tylko jeden dzien zeby je ubrac, hmmm... 

Nik biega mniej wiecej na srodku zdjecia, a Bi siedzi z boku (w pomaranczowej koszulce)
 

Wyglada za to, ze dzieciaki dostaly niezly wycisk na tych treningach. Odbieralam ich wyraznie wymordowanych i caly dzien narzekali, ze bola ich nogi, a przeciez to sa sprawne, wysportowane dzieciaki, ktorym ruch jest nieobcy. Jednak takie 3 godziny ciaglego biegania robi swoje. :D Za to az milo bylo popatrzec na te gromade dzieciakow w wieku od 8 do 14 lat. Ani jednego tluscioszka, wszystkie szczuple i energiczne, zupelnie przeciwnie do tego, co sie mowi o hamerykanskiej mlodziezy. ;) Moj wlasny Potwor Mlodszy niestety, przy zmeczeniu dostaje paskudnego humorku. We wtorek przy obiedzie urzadzil awanture, ze ma za malo sosu z gulaszu na ryzu, a kiedy uprzejmie (i jeszcze spokojnie) spytalam czy chce zebym polala mu wiecej, wypalil: "Przeciez inaczej bym nie mowil, ze mam za malo; czy ty w ogole myslisz?!". A kiedy oswiadczylam, ze jest bezczelny i spytalam co powinien wobec tego mi powiedziec, burknal, ze "Nic!". A, no jak nic, to nic. Nie dostal wiecej sosu, za to otrzymal szlabanik na konsole. A i tak zajelo mu pol godziny zanim przyszedl i grzecznie przeprosil... ;) Czasem zastanawiam sie, czy Mlodszemu pogarsza sie charakterek, czy po prostu przyglada sie siostrze i sie uczy... ;)

Pogoda we wtorek zdecydowala sie poudawac wiosne. Temperatura podniosla sie do 17 stopni, a slonce dopiero gdzies o 16 zdecydowalo sie jednak schowac za chmury. Gdyby nie chlodny wiatr byloby naprawde przyjemnie. Poszlismy na spacer, a potem zdecydowalismy sie kontynuowac roboty ogrodowe. W powietrzu czuc bylo jednak dziwna wilgoc i wydawalo sie, ze zostaniemy pozarci zywcem przez muchy, ktore upierdliwie przy nas krazyly, wlazily do oczu i nosa... Ble... Malzonek skonczyl klasc plyty na patio przy basenie, a ja w koncu uporalam sie z pozimowymi kupskami psa. Niestety, "produkcja" trwa na biezaco, wiec dlugo nie bedzie mi dane odczuwac satysfakcji. :D Wygrabilam tez liscie, ktore w niektorych katach uchowaly sie jeszcze z jesieni. Teraz zeby jeszcze mi sie chcialo uporac z pozostalymi bulwami do posadzenia, oraz hostami do przeniesienia pod murek, a mialabym tymczasowo skonczone prace ogrodowe. Az do sadzenia warzywnika, ale to dopiero za 2-3 tygodnie...

Sroda byla ostatnim dniem mini-polkolonii pilkarskich, a ze mialam miec meeting z praca, musialam wlaczyc motorek w dupce i po odwiezieniu dzieciakow, popedzic po spozywke. Moglam oczywiscie zrobic zakupy w kolejne dni, ale z dziecmi?! Dziekuje, postoje... ;) Poniewaz zas musialam byc w domu na 10:30, wiec to byly zakupy iscie ekspresowe i az dziw, ze niczego nie zapomnialam... W biegu, zziajana, wpadlam do domu i akurat zdazylam jeszcze wyladowac te zakupy, ktore trzeba bylo zamrozic lub schowac do lodowki. A meeting przyniosl niestety irytujace i dolujace jednoczesnie wiesci. Wracamy do pracy. To znaczy stacjonarnie, bo przeciez caly czas i tak pracowalismy. Nie na 50% jak szef mowil ostatnio, ale od razu z grubej rury, na caly etat! Przyznaje, ze mina mi zrzedla i nie czuje sie na to gotowa... Przyzwyczailam sie do mysli o powrocie na pol etatu i nawet myslalam, ze to bedzie dobry czas przejsciowy... No, ale moj szef jest w goracej wodzie kapany i jak powiedzieli mu, ze mozemy normalnie pracowac jesli sie rozproszymy, to nie ma, ze spokojnie, stopniowo... O nie! Od razu na hurra, wracamy i juz! :/ No coz, ja sie kompletnie nie widze na powrot na 8 godzin w biurze i jeszcze w cholernej maseczce. :(

Pomijajac jednak te przykre ogloszenie, sroda byla dosc ciekawym i przyjemnym dniem. Przy pieknym sloncu temperatura wywindowala do 22 stopni, wiec mielismy maly przedsmak lata. Oczywiscie Bi - maruda, jeczala, ze tak strasznie goraco... W ogole, kiedy przyjechalam po dzieciaki, bylam swiadkiem jak jeden z trenerow wywabia ja spod plota, gdzie siedziala i ani myslala wychodzic, stekajac, ze slonce jest za gorace... ;) 

Tak, Bi miala straaaszna ochote na te zdjecie... ;)
 

Tak w ogole, to Bi niby sie podobalo, niby we wtorek i srode pojechala na polkolonie z entuzjazmem... Ale przez 3 dni pod rzad, kiedy przyjezdzalam,  Nik biegal, gral, udzielal sie, a Bi... stala, siedziala... W ogole nie wykazywala checi do gry czy entuzjazmu... No ale niby grala, Mlodszy tez to potwierdzal, wiec moze nie przesiadywala na trawie calych trzech godzin... ;) Po obiedzie chcialam podjechac do biblioteki, ktora co prawda pozwala wejsc na buszowanie miedzy polkami tylko przy umowieniu sie na konkretna godzine, ale za to organizuje rozne zajecia dla dzieciakow i mlodziezy, polegajace na nagrywaniu filmikow z instrukcja oraz rozdajac materialy. W ten sposob Nik raz otrzymal kredki oraz cala mase kartek z zadaniami lub kolorowankami, a tym razem dzieciaki mialy pobawic sie w mlodych fizykow i skonstruowac miniaturowy obwod zamkniety, z bateryjka oraz zarowka, ktora miala rozswietlic serce robota. ;) Trzeba bylo wiec podjechac do biblioteki po materialy. Problem pierwszy: Bi wymysla, ze a po co to, ze ona wcale nie wie  czy chce cos takiego skonstruowac, itd. Ok. Stwierdzilam wiec, ze poczekamy az M. wroci i pojade sama z Kokusiem, a ona moze zostac z tata. W miedzyczasie, korzystajac z pieknej pogody, umowilismy sie z synem, ze pojedziemy na rowerach. Skrotem przez osiedla mamy do biblioteki zawrotne 5 minut. :) Problem drugi: Bi oznajmila, ze ona tez chce pojechac, ale nie na rowerze. Na szczescie okazalo sie, ze po prostu sie nie dogadalysmy i myslala, ze jak nie pojedzie, to nie bedzie mogla wziac materialow. W koncu jednak doszlysmy do porozumienia i zgodzilam sie po prostu wszystko jej przywiezdz. Problem trzeci: M. wrocil do domu, ale oznajmil, ze on tez sie chetnie przejedzie rowerem. Oszalec mozna! :D Bi urzadzila fochy, ze ona nie chce, nie lubi jazdy na rowerze, itd. No, ale pojechala. I w czasie drogi, co slysze? Ze jazda na rowerze jest taaaka fajna! :O 

Rodzinna przejazdzka :)
 

Ja po prostu nie nadazam za ta dziewczyna, a co gorsza ona plecie trzy po trzy, a potem wypiera sie w zywe oczy, ze nic takiego nie mowila! Tak jak z tenisem. Kiedy chodzili z Kokusiem jeszcze na poprzednia sesje, spytalam czy chca chodzic na nastepna. Oboje chcieli. zapisalam ich wiec. Kolejna sesja zaczyna sie w te niedziele i co oznajmia mi moja panna?! Ze tenis jest nudny i ona na niego nie chce juz chodzic! Kiedy wkurzona ochrzanilam, ze przeciez powiedziala zeby ja zapisac, oczywiscie uslyszalam, ze ona nic takiego nie mowila! :/

W kazdym razie, materialy z biblioteki odebralismy, wrocilismy do domu i Potworki zabraly sie konstruowanie. 

Zdjecie totalnie nie instagramowe. Nie patrzcie na to burdello w tle :D
 

Przyznaje, ze Bi zrobila wszystko sama, od poczatku do konca. Nik... Pokolorowal obrazek, ale poddal sie kiedy trzeba bylo oderwac papierek zabezpieczajacy klej na miedzianej tasmie. Jak pomoglam mu z tym, tak okazalo sie, ze przy reszcie projektu tez jakos juz tak musialam mu asystowac. A po skoczonej pracy, zonk! Zarowki nie swieca! :D Mi tam sie chcialo smiac, ale Potworkom blizej bylo do placzu, wiec zaczelam baczniej przygladac sie ich robocie. U Nika szybko znalazlam usterke. Jego obwod zamkniety wcale "zamkniety" nie byl. Mlodszy przykleil krzywo kawalki miedzianej tasmy. ;) W jednym miejscu byla luka, a wiec przerwa w obwodzie. Kiedy przekleilam tasmy tak, zeby sie stykaly, zaroweczka pieknie sie zapalila. 

Efekt koncowy :)

Gorzej bylo u Bi, bo tam nie widac zadnego bledu, a zarowka raz swieci, raz blyska, a innym razem nie zapala sie w ogole. Najwyrazniej musi byc zepsuta... :/

Potworki spedzily wiec popoludnie bardzo kreatywnie. Troche mialam wyrzutow sumienia, ze nie na swiezym powietrzu, ale z drugiej strony, rano trzy godziny grali w pilke, potem bylismy na rowerach, wiec chyba starczylo im fizycznej aktywnosci. ;) A to nie byl koniec atrakcji na ten dzien! Wieczorem zabralam ich jeszcze do kina na "Raye i ostatniego smoka"! Seans na 18:30, bo z jakiegos powodu nie bylo wczesniejszych. Wiadomo, teraz i seanse ograniczone i normalnie rano i wczesnym popoludniem dzieciaki sa w szkole. Ale ze trwaja ferie wiosenne, to kurcze, no mogli zrobic chociaz jeden seans troche wczesniej! :/ Poniewaz jednak nie bylo szkoly, to i taki pozny film nie byl problemem.

Pierwszy raz w kinie od... 1.5 roku?
 

Najwazniejsze jednak, ze film Potworkom sie podobal i to bardzo. No i teraz nie wiem, czy Wam polecac czy nie, bo mi nie podobal sie wcale. W ktoryms momencie nawet sprawdzilam godzine w telefonie, zeby przeliczyc ile mniej wiecej jeszcze tej bajki zostalo. ;) A! Podobala mi sie jedna rzecz! To pierwszy dla mnie film Disney'a, w ktorym nie ma irytujacych piosenek! Piosenek nie bylo w ogole, wow! :D Na koniec mielismy zas "atrakcje", z powrotem do domu, bo policja zamknela droge doslownie moze 2-3 km od naszej chalupy. Mamy prawie godzine 21, a oni przekierowuja nas w boczna droge, na kompletne zadupia bez chociaz jednej lampy! Znam te drogi tak mniej wiecej, ale zawsze jezdze nimi w dzien i to baaardzo rzadko, bo sa mi nie podrodze ani do pracy, ani do domu, ani do sklepu. Potworki panikowaly, ze ciemno i ze co, jak sie zgubimy, a ja panikowalam, ze jedziemy przez lasy oraz pola i zeby tylko zaden glupi jelen albo niedzwiedz mi na droge nie wybiegl. ;) Na szczescie dojechalismy do domu od kompletnie przeciwnej strony, ale bez przygod. ;)

W czwartek, dla odmiany, mielismy jesien, czy tez wczesna wiosne, jak kto woli. ;) Calutki dzien na zmiane padalo i mzylo, a na termometrze pokazywalo ledwie 10 stopni. Tymczasem dostarczono nowy kibelek do lazienki dzieci i... zostawiono go pod garazem. W kartonowym pudle, na deszczu! :/ Dobrze, ze akurat poszlam do skrzyki i zobaczylam. Ciezkie diabelstwo, ale jakosc wsunelam je do garazu, pod dach... Z racji pogody i Potworki i ja, snulismy sie caly dzien po domu bez konkretnego celu. Zeby choc troche oderwac dzieciaki od elektroniki, wyciagnelam ciasteczka w formie "gotowca". 

Dochodzilo poludnie, a moje dziecko w pizamie...
 

Wystarczylo je wylozyc na blache i wsadzic do piekarnika. ;) Za to pokazalam Potworkom co i jak po kolei wlaczac, jak ustawic temperature, czasomierz, itd. A potem jeszcze sobie te ciasteczka udekorowali lukrami zachomikowanymi jeszcze z Bozego Narodzenia. ;) 

Nik przynajmniej nadal chetnie pozuje ;)
 

Ja zas zmienialam posciel, pieklam szarlotke i w zasadzie sama nie wiem kiedy mi dzien zlecial. A po poludnio Nik nagle stwierdzil, ze chce jechac na trening druzyny plywackiej. Z okazji przerwy wiosennej odpuscilam im treningi, ale pytalam czy moooze maja ochote pojechac. Bi nie miala. W poniedzialek oraz srode nie mial jej rowniez Nik. Ale w czwartek nagle mu sie odmienilo! ;) Najlepiej, ze caly dzien powtarzal, ze musi sie zastanowic, a zdecydowal sie o 17:15, kwadrans przed rozpoczeciem treningu! :O Ja w dresach, on w szortach i krotkim rekawku, torba nie spakowana... To bylo bardzo ekspresowe przegotowanie. :D Na szczescie M. wybieral sie akurat na silownie, wiec zabral Mlodszego ze soba, wiec chociaz ja nie musialam sie na gwaltu przebierac i szykowac do wyjscia. ;)

I tak minal tydzien ferii. No prawie, ale o piatku to juz nastepnym razem. Zawsze jakos tak pisze od piatku do czwartku. ;) Za dwa dni konczy sie "babcine sranie" brzydko mowiac... Agata wraca do roboty... Mimo, ze kompletnie mi sie nie chce, staram sie jednak powtarzac sobie, ze los (czy tez pandemia) podarowal mi naprawde wspanialy, luzny ponad rok. Po poczatkowych przebojach z wyplata, potem juz pracowalam z domu podjezdzajac do pracy tylko okazjonalnie. Mialam placone, jednoczesnie moglam zawozic dzieci do szkoly i odbierac ich po lekcjach. Spokojnie wykonywalam domowe obowiazki kiedy nikt mi sie nie paletal pod nogami, moglam w srodku dnia pojsc na dlugi spacer z psem... 

Pod magnolia rosnaca na naszym osiedlu :)
 

No zycie jak w Madrycie. ;) Za ten ponad rok jestem losowi niezmiernie wdzieczna. Teraz pora wracac do "normalnosci"...

8 komentarzy:

  1. Czy ferie, czy nie, Potworki zawsze mają tyle atrakcji i przede wszystkim ruchu na świeżym powietrzu, fajnie :)
    Tak czytam o tych humorkach dzieci i już się boję... My coraz częściej musimy sobie radzić z wybuchami dwulatki, aż strach pomyśleć co będzie potem :O A tu jeszcze piszesz, że słodziak Nik też zaczął pokazywać różki...
    Pandemiczny rok minął okropnie szybko! Mógłby równie szybko przynieść koniec tego całego szaleństwa :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahaha, piszesz, ze konczy sie "babcine sranie" - az musialam wygoogle'owac, bo nie bardzo wiedzialam o co chodzi, chociaz wczesniej juz mi sie obilo o uszy to powiedzonko i coz... Pozazdroscic, ze przez ponad rok trwalo to babcine... Za mojej mlodosci mowilo sie: "Nie ma lekko - chleb po 8, konserwa po 20 zlociszow." Ciesz sie, ze az dotad tyle mialas luzu i wolnego czasu w dobie pandemii.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak tak czytam o zachowaniu Bi i Nika, to tak jakbym czytała o Oliwce i Jasiu. Czasami mam wrażenie, że czego człowiek nie zrobi, to będzie w tyłkach źle. Nie wiem, czy oni mają za dużo tego wszystkiego i stąd takie zachowanie, że sami nie wiedzą czego chcą...
    Oj wcale Ci się nie dziwię, że nie masz ochoty wracać do firmy. Mi co prawda to nie grozi, ale przeraża mnie myśl, że Krzysiek pewnie w którym momencie też będzie musiał wrócić i prawdę mówiąc wcale nam się do tego nie spieszy. Ale faktycznie mogliby dać chociaż trochę czasu na takie spokojne wdrożenie się i pracę na pół etatu...

    OdpowiedzUsuń
  4. To tak jak ja byłam wdzięczna za zeszłoroczny lockdown. Oczywiście, nie za samą pandemię, bo dużo bym oddała, żeby to się w ogóle nie zaczęło, ale jeśli już się stało, to mogę z ręką na sercu powiedzieć, że miałam fajne ponad 2,5miesiąca. Cudownie wtedy wypoczęłam, nie musiałam dojeżdżać ten kawał do pracy, byliśmy wszyscy razem non stop, Misiek wtedy zaczął chorować, mogłam być przy nim...

    Do mieczyków też mam słabość, uwielbiam je, ale niestety u mnie na działce nie chcą za ch... kwitnąć. Nie wiem czy to kwestia ziemi, czy o co chodzi, ale porażka za porażką. Lila też zawsze lubiła jak moja mama przychodziła po Nią z Miskiem. A że droga wiedzie przez las, to pies był szczęśliwy, że hej. Ech, dzieciaki! Ja od 2-3tygodni mam taki kryzys z Lilą. Momentami to chce mi się juz płakać z bezsilności. Ciężki to dla mnie czas z powodu Miśka, a Ona dzień w dzień dokłada mi takich emocji. Nie mam pojęcia co się z Nią dzieje, ale przechodzi w minach, gestach, tekstach samą siebie...

    OdpowiedzUsuń
  5. Do pracy zdalnej można się przyzwyczaić. Ja co prawda tylko dwa miesiące siedziałam w domu ale trudno mi było przywyknąć do tego, że znowu trzeba wstawać wcześniej żeby zdążyć na czas albo nie można w międzyczasie ugotować obiadu ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ferie wiosenne to zaiste dobry pomysł! :D
    Kino... ale bym poszła...

    OdpowiedzUsuń
  7. Uuu to życzę bezbolesnego przejścia do pracy w systemie "normalnym":) Ja tylko w zeszłym roku miałam fourlow a teraz normalnie pracuję. Dasz radę!
    Świecący robot do złożenia - świetny pomysł! Szkoda, że tylko jeden działa.

    OdpowiedzUsuń
  8. My jutro zaczynamy normalną pracę, choć tak długiej przerwy nie mieliśmy. Ostatnie tygodnie jeden dzień na zdalnej, jeden w pracy. Ale mamy dość zdalnej, a szczególnie raportowania, więc sami się upominaliśmy o powrót do normalności. Zwłaszcza, że Tygrys znowu w przedszkolu, więc nie ma sensu jeździć w tą i z powrotem.
    Dużo sił na powrót do pracy

    OdpowiedzUsuń