piątek, 2 kwietnia 2021

Tydzien przedswiateczny

Miniony tydzien zaznaczyl sie glownie przygotowaniami do remontu dzieciecej lazienki. To nic, ze demolke M. zacznie najwczesniej za kolejne 7 dni. Jak pewnie pamietacie, moj malzonek jest w goracej wodzie kapany i jak ma cos robic to dostaje klapek na oczach i nic innego nie istnieje. ;) Gdyby nie nadchodzace Swieta i moj stanowczy protest (nie chce miec totalnie rozpieprzonej chalupy; wiecie jak to jest z remontami...), pewnie juz by zaczal. A tak, choc lapki swierzbia, musi czekac, hehehe... ;) Czekanie mu oczywiscie srednio idzie, wiec w piatek, korzystajac z braku zajec Potworkow, pojechalismy do sklepu budowlanego. Tam chyyyba wybralismy kafelki. "Chyba", bo jeszcze nic nie kupilismy, a teraz, po kilku dniach, M. przebakuje cos, ze nie jest do nich do konca przekonany. Ech... Oczywiscie wizyta w sklepie to ogladanie, przegladanie, dopasowywanie, skrobanie sie po glowach... Kilka godzin nie nasze. Co w tym czasie robily w sklepie dzieciaki, mozecie sie domyslic. Zabawa w chowanego miedzy regalami nie ma sobie rownych. ;) A po powrocie czekalo biedakow konczenie zadan domowych do Polskiej Szkoly. Zostawilam je na piatek, myslac ze beda mieli spokoj i wiecej czasu, ale nie przewidzialam, ze praktycznie caly wieczor bedziemy poza domem... Na szczescie oba Potwory skonczyly i zadania i nagraly czytanie bez jakiegos wiekszego marudzenia. ;)

Sobota zaczela sie oczywiscie wlasnie Polska Szkola. Na szczescie za tydzien lekcji brak. ;) Pani Bi z tej okazji nie zadala im pracy domowej. Pani Nika, owszem, zadala, ale sama dam Mlodszemu wolne, co ma miec gorzej niz siostra. :D Pogoda w sobote byla przepiekna - kilkanascie stopni i piekne slonce. Wybralismy sie na rodzinny spacer, a poznym popoludniem wyladowalismy w... sklepie budowlanym! :D Innym niz ten piatkowy. Chcielismy sie upewnic, ze wybrane przez nas kafle to "te". Na szczescie tutaj nic porywajacego nie znalezlismy, wiec przynajmniej nie mamy metliku w glowie. ;)

Moja opryszczka w sobote zmienila sie niemal w strupki i przestala upierdliwie swedziec, ale za to w ustach pojawily mi sie jakies cholerne afty... Tak jak pisalam ostatnio - odpornosc musiala mi spasc na leb na szyje... Po prostu juz boje sie, co bedzie nastepne... :/

Zgadnijcie co robilismy w niedziele? Bylismy w... sklepie! :D Tym razem nie budowlanym, ale meblowym, tak dla odmiany. Przynajmniej cos kupilismy, a mianowicie szafke oraz zlew do lazienki. Proste i nowoczesne, praktycznie taki sam styl jak w lazience na dole, ale szafka w innym kolorze. Bede Wam oczywiscie wszystko pokazywac na biezaco kiedy M. wezmie sie juz za robote. :) Pogoda byla paskudna. Caly dzien lal deszcz, ale przynajmniej nie bylo nam szkoda lazic po sklepie zamiast wybrac sie na spacer czy rowery. ;) Teraz pozostalo juz wymierzyc i kupic kafle, oraz wanne. Ta, ktora mamy obecnie, po pierwsze stanowi jedna calosc z oslona sciany, a takie cos nam sie nie podoba i wolimy polozyc nad nia kafelki, a po drugie, ma na brzegu wyrazne odbarwienia i dziurki. Najwidoczniej kiedys byly tam drzwi prysznicowe, ale zostaly wymontowane. Chcemy tez zamowic nowy kibelek, taki jaki zamontowalismy w lazience na dole. Troche sobie mysle, ze moze przesadzamy i juz toalecie bysmy odpuscili, ale z drugiej strony, obecna ma zepsuta spluczke. Przepuszcza ona odrobine wody i od czasu do czasu slychac jak ja pobiera. Czas wiec chyba wymienic ustrojstwo. ;)

Po poludniu przyjechal moj tata, posiedziec ostatni raz przed wylotem. Tfu, tfu, odpukac w niemalowane, wyglada, ze chyba jego podroz do Polski ma szanse odbyc sie normalnie. Miejmy nadzieje, ze powrotna rowniez pojdzie sprawnie. :D [Taaa... za szybko to napisalam...]

Poniedzialek zaczal sie moim wku*wem, ale to akurat zadna niespodzianka. Moja corka doprowadza mnie momentami do rozpaczy, a momentami do szewskiej pasji. Ona ma na wszystko czaaas. Ja ja poganiam, a ona snuje sie noga za noga, w dodatku pyskujac... Wolam z gory, ze zaraz musimy wychodzic, a ani zebow nie umyla, ani lozka nie poscielila, a pannica odkrzykuje "I don't care!". No ku*wa. Ale JA "care"... Kiedy w koncu zjawia sie na gorze, zamiast myc zeby, mizdrzy sie przed lustrem, ogladajac bluzke na wszystkie strony. Ide po schodach w dol, ale katem oka widze, ze zamiast myc zeby, dziewcze znika w swoim pokoju. I nie wraca. W koncu wrzeszcze, ze dlaczego jak prosze, zeby myla zeby, to ona cuda wyczynia?! Pannica oburzona, ze no przeciez szla myc, ale musiala zalozyc pasek do spodni! No pasek przeciez najwazniejszy, niewazne ze za 3 minuty musimy wychodzic do szkoly! A kiedy przed momentem zawedrowala (chyba przypadkiem) do lazienki, to zamiast szorowac uzebienie, gapila sie w lustro! Ranek skonczyl sie tak, ze za caloksztalt swojego zachowania, Starsza dostala szlaban na wieczorna elektronike, a ja pojechalam do pracy ze spaczonym humorem...

To jeszcze nie koniec "cudownosci" tamtego dnia. Po poludniu Potworki mialy trening druzyny plywackiej. Tym razem, wyjatkowo, to Nik marudzil, ze mu sie nie chce. Zebym to ja wiedziala, ze lepiej bylo go posluchac... M. wspomnial, ze wprawdzie na silowni byl dzien wczesniej, wiec cwiczyc nie bedzie ale moze z nimi pojechac. Machnelam reka, ze jak juz jedno z nas ma tam siedziec, to rownie dobrze moge to zrobic ja. Kolejny blad... No, ale madra Polka po szkodzie. ;)

Maruda doplywa do scianki ;)
 

Poczatkowo nic nie zapowiadalo katastrofy. Dzieciaki plywaly, ja czytalam ksiazke. Nagle, juz pod koniec treningu, Nik wyszedl z wody i oznajmil, ze musi do lazienki. Chyba pierwszy raz cos takiego mu sie zdarzylo, ale ze to nic dziwnego, pokiwalam glowa i wrocilam do czytania.

Nienaganny kraul w wykonaniu Starszej

Az tu wraca Mlodszy, ze lzami w oczach i pokazujac na kapielowki. O nie... Jeszcze przeszlo mi przez mysl, ze lepiej zeby byly to siuski, ale niestety... Nik od soboty mial jakies problemy zoladkowe. Nie biegunke, bo nie gonilo go co chwila na kibelek, ale jak juz poszedl to stolce mial hmm... luzne. ;) No i tym razem go przyparlo, ale chyba z racji tego, ze byl w wodzie, poczul za pozno i do lazienki juz nie dobiegl... :O A ze kupsko "luzne", wiec mozecie sobie wyobrazic jak to wygladalo, tym bardziej, ze Mlodszy spanikowal i zamiast w lazience jakos sprobowac doprowadzic sie do porzadku, wrocil na basen poprosic mnie o pomoc. Kapielowki mokre i obcisle, a w dodatku mlodziez przeszla sobie dwa razy po korytarzach oraz schodach... Kiedy w koncu udalo mi sie sciagnac mu mokre portki, utytlane mial cale posladki oraz nogi. :( Smrodek byl niemozliwy (czulam nawet przez maseczke)... W dodatku jedyne co moglam zrobic, to przeplukac kapielowki jako tako w zlewie i z mydlem do rak, a Kokusia wytrzec byle jak papierem toaletowym... Bleeee... :O  Ja to mam po prostu pecha do zoladkowych przypadlosci Nika oraz tego klubu sportowego. Juz kiedys Mlodszy puscil tam wielkiego pawia przy samym wejsciu. Teraz narobil w gacie. Dlaczego takie "niespodzianki" nie przytrafiaja mu sie jak jedzie gdzies z ojcem?! :/

Poniewaz nieuchronnie zblizaly sie Swieta, a w srode mialam miec meeting z praca, ktory zazwyczaj trwa i trwa, wiec na wtorek zaplanowalam sobie odkurzanie oraz fruwanie na mopie... Po czym jak zwykle okazalo sie, ze plany planami, a zycie zyciem. A juz teraz, w dobie korony, sytuacja w ogole potrafi zmienic sie w jednej chwili... O 7 rano dostalam sms'a od taty, z pytaniem czy jestem juz po pierwszej kawie. Troche mnie to zaskoczylo, bo rodziciel zwykle o takiej porze sie do mnie nie dobija. Pomyslalam jednak, ze moze denerwuje sie przed podroza i potrzebuje oderwania mysli. Odpisalam, ze gdzie kawa jak dopiero wstaje i musze dzieci wyszykowac i zawiezc do szkoly. Sms'y skonczyly sie po tym jednym, wiec ogarnelam towarzystwo, wyrzucilam pod placowka edukacyjna, wrocilam do domu i siadlam w koncu z rzeczona kawa zeby zebrac energie (i checi) do sprzatania. Niestety, w tym momencie okazalo sie, ze sms od taty o podejrzanie wczesnej porze, to nie byl przypadek. Rodziciel cos chcial i badal teren... :D Okazalo sie, ze we wtorek, dzien przed wylotem, moj tata postanowil przelozyc bilet do Polski!!! Nie dla swojego kaprysu, musze mu oddac sprawiedliwosc, ale dlatego, ze w poniedzialek rzadzacy Starym Krajem oglosili kwarantanne dla wszystkich przybywajacych spoza strefy Schengen. I niewazne, ze akurat w naszych okolicach, sytuacja koronna jest duzo lepsza niz obecnie w Europie... Hameryka jako ogol tkwi jako kraj wysokiego ryzyka, no i ch*j. :/ Oczywiscie pytanie czy tata nie mialby szanse przeslizgnac sie przez kontrole, jako ze do Polski bedzie przylatywal z Holandii. Poza tym moglby zrobic test na korone juz w Holandii na lotnisku lub w Polsce, bo wtedy z kwarantanny bylby zwolniony. Przerazila go jednak logistyka. Ponoc na lotnisku w Amsterdamie, kolejka po test jest niebotyczna (nie wiem skad ma takie wiadomosci), a on musi zlapac przeciez samolot do Gdanska. A juz w Polsce siostra i matka dowiadywaly sie, ze na test trzeba sie rejestrowac, umawiac i czeka sie na to kilka dni, nie mowiac juz o tym ze jest odplatny, a wiadomo, jak ktos przylatuje tylko na pare dni, ma przy sobie ograniczona ilosc gotowki. Tak czy owak, tata stwierdzil, ze woli lot przelozyc, a do tego niestety potrzebuje mojej pomocy, jako tej, ktora lepiej rozumie angielski oraz sprawniej operuje komputerem. Ech... Bilet udalo sie na szczescie przelozyc bez problemu. To jedyna zaleta obecnych czasow, ze rezerwacje mozna sobie dowolnie przekladac i linie nie robia laski. No i fajnie, ucieszylam sie, ze bedziemy miec dziadka na Wielkanoc, ale... tato zmienil date na 18 kwietnia. To tylko niecale 3 tygodnie pozniej! :D Czyli wlasciwie zaraz! Co sie przez ten czas zmieni? Po pierwsze, tata bedzie juz po dwoch dawkach szczepionki. Wtedy jest sie ponoc zwolnionym z kwarantanny, choc ta zasada moze sie oczywiscie w kazdej chwili zmienic. Po drugie, w Polsce powinien sie juz skonczyc lockdown, bo bedzie przeciez po rocznicy katastrofy smolenskiej. ;) Chyba ze znow zdaza Kraj zamknac, kto ich wie... :D Albo u nas sytuacja gwaltownie sie pogorszy (a we wtorek odsetek pozytywnych testow podskoczyl do ponad 5%!) i obywatele Stanow znow wpadna na liste z zakazem wjazdu do Polski. Wprawdzie tata wjezdzalby jako obywatel Kraju, ale kto wie jak by to potraktowali...

Po odebraniu Potworkow ze szkoly oraz nakarmieniu glodomorow, mlodziez posiala rzezuche.

Dwa pojemniki po chinszczyznie, pare platkow kosmetycznych, garsc nasionek, a radosc nie z tej ziemii :D
 

To niesamowite jak oni lubia to robic, zwazywszy na to, ze potem wcale nie chca jej jesc! :D To sie nazywa sila tradycji! Co roku jest rzezucha i koniec, niewazne, ze potem je ja wylacznie matka. Zreszta, wazne, ze chociaz ktos i nie laduje po Swietach w koszu... ;)

Wtorek to rowniez ostatnie w tej sesji zajecia z karate.

Jedynym momentem kiedy mam okazje strzelic fote, to poczatek zajec, stad zawsze wrzucam zdjecia dzieci stojacych w rzadku ;)
 

Na koniec Potworki dostaly CD z ruchami, ktore cwiczyli przez ostatnie tygodnie. Obiecaly sensei'owi, ze beda sumiennie cwiczyc. Jak znam zycie, plytke odpala moze raz. ;) Teraz 2.5 tygodnia przerwy. Zapisalam ich jednak na kolejna sesje. Zajecia maja miec w niej o 18, a pamietam z jesieni, ze treningi pilki noznej zaczynaly sie najpozniej o 17. Jesli wiec przypadkowo trening wypadnie w ten sam dzien co karate, powinnismy zdazyc, szczegolnie, ze przejazd zajmuje raptem kilka minut... Oczywiscie juz "widze" ile sie uslucham na ten temat od M., no ale sorry, to ja latam jak wsciekla i woze dzieciaki niczym szofer, nie on. ;)

Po powrocie jeszcze ambitnie cwiczyli zapamietana sekwencje ruchow. Co do Nika to nie pytajcie, ostatnio ma jakas obsesje sciagania koszuli i latania polnago... Dobrze, ze tylko w domu :D
 

W srode mialam znow przeee-dlugi meeting z praca... Dobre choc to, ze odbywa sie online, wiec moge w kazdej chwili wylaczyc kamerke oraz mikrofon i isc zaparzyc swiezej kawy. Albo zrobic siusiu, po kawie... :D W kazdym razie nadchodzace 3 miesiace zapowiadaja sie u nas doslownie szalone i nie wiem czy moje wizyty w biurze 2x w tygodniu po godzince, wystarcza... Zwyczajnie nie jestem pewna czy ogarne te kuwete, bo musze miec do wszystkiego wglad i nad wszystkim (jako taka) kontrole. Szczerze, to mam nadzieje, ze to, co zaplanowane zostalo na poczatek lipca, zostanie przesuniete na conajmniej sierpien. Szczegolnie, ze przeciez mamy bilety do Polski na koncowke tego pierwszego i chociaz rezerwacje powrotne nam anulowali, to mam nadzieje, ze uda sie powrot przesunac na tydzien wczesniej i jednak poleciec na dwa tygodnie. Jesli jednak w pracy zaczniemy arcywazny projekt w lipcu, to znow bede musiala zostac i z lotu nici... :/

Poza tym, w srode po szkole, zabieralam Bi do nowego dentysty... Poczatkowo planowalam niecnie wyslac ja z M., ale ten akurat tego dnia musial utknac w pracy o dwie godziny dluzej, no i doopa... :/ Nie tylko musialam jechac ja, ale jeszcze z Kokusiem na doczepke. Ktory to Mlodszy jest tak roztrzepany, ze wzial ze soba ksiazke, po czym pomaszerowal ze mna oraz Bi do gabinetu, a kiedy polecilam mu usiasc i poczytac (zeby sie nie platal), oznajmil, ze zapomnial i zostawil ja w aucie. Coz bylo robic... Na szczescie gabinet mial malutka bawialnie i Nik w koncu tam zawedrowal. A kiedy poszlam tam go poszukac, co znalazlam, lezacego na ziemi??? Ksiazke, te wlasnie co ja niby zostawil w aucie!!! Normalnie kiedys to dziecko wlasnej glowy zapomni! Ksiazka wypozyczona z biblioteki, a ja bym chyba stracila rozum przeszukujac potem chalupe zeby ja znalezc! :/ No, ale wizyta nie byla skoncentrowana na Kokusiu, lecz Bi. Pojechalam tam glownie, zeby zasiegnac drugiej opinii co do zebiszczy Starszej. Nie wiem czy pamietacie, ze jakos w styczniu czy lutym poprzednia dentystka nas wkurzyla, bo stalo sie niemal jasne, ze wymysla Bi dziury, zapewne zeby trzepac kase z ubezpieczenia. Umawia zeby "cos" (co, to nie wiadomo...) skonczyc, a po fakcie oznajmia, ze zrobila cztery (dziury? Zeby? Kto wie...), ale zostaly jeszcze trzy! Ogolnie to lubilam tamta dentystke jako czlowieka i poczatkowo smialam sie, ze jest strasznie roztrzepana. Kiedys bowiem powiedziala, ze Nik ma z tylu dziure, ktora juz przechodzi na staly zab, ale nie moze tego zreperowac dopoki ten staly nie wyjdzie. Kilka miesiecy pozniej spytalam co z tym ubytkiem, a ona na to, ze nic tam nie ma. To jednak nic takiego. Ostatnio jednak juz nie wytrzymalismy, bo umawiala Bi na wizyte, znieczulala, borowala, Starsza sie oczywiscie uplakala, a dziur, zamiast ubywac, przybywalo! Chwile to zajelo, ale w koncu zapalila nam sie czerwona lampka, ze cos tu jest nie halo. Wypytalam kolezanki o jakies polecenia dobrych dentystow i jedna zarekomendowala swojego, ktory leczy rowniez jej corke - taka sama panikare jak Bi. ;) Umowilam i w srode wlasnie wypadla nam pierwsza wizyta... No i niestety, nasze obawy byly sluszne. Dentysta pokazal mi na zdjeciach rentgenowskich zeby Starszej - cale polatane. Powiedzial, ze cos takiego to trauma dla dziecka, szczegolnie, ze to zeby mleczne, ktore i tak wkrotce wypadna. On podobno leczy mleczaki tylko, jesli ubytek jest naprawde solidny, albo dziecko malutkie i wiadomo, ze jeszcze pare lat z tymi zebami musi pochodzic... Jest mi przykro ze wzgledu na Starsza, ze tyle musiala zniesc zastrzykow, znieczulen, borowania, a wszystko przez jakas cholerna naciagaczke. :/ Mam nadzieje, ze teraz w koncu trafilismy na dentyste, z ktorym zostaniemy na dluzej...

Po tym wszystkim, oba Potwory jeczaly w drodze powrotnej, ze nie chca isc na trening druzyny plywackiej. Troche ich rozumialam, bo po zakonczeniu lekcji wpadlismy do domu, zjedli pedem obiad, Bi umyla zebiszcza i pojechalismy do dentysty. Tam spedzilismy prawie godzine, a teraz musielisbysmy znow w biegu wleciec do chalupy, Potworki przebrac sie w stroje i popedzic na basen. Nie dziwilam sie, ze nie w smak im taki zalatany dzien, wiec odpuscilam. Nic sie nie stanie jak raz w srode nie pojda, tym bardziej, ze moga teraz pojsc w czwartek, bo nie maja karate. ;)

W czwartek w koncu dokonczylam latac po domu na mopie, a oprocz tego musialam podjechac na szybkie zakupy (zabraklo w domu bananow, a Nik sie za nie dalby pochlastac) oraz zajechac do UPS'u, zeby oddac ostatni nietrafiony zakup z Amazon'u. Kupilam Kokusiowi nowe kapielowki, bo stare niemal rozeszly sie w szwach, ale okazaly sie nieco za duze. Na szczescie teraz oddawanie wiekszosci rzeczy, to tylko podjechac, wreczyc pracownikowi produkt do zwrotu, podsunac telefon z upowazniajacym kodem i mozna ruszac w droge powrotna. Niestety, tym razem mialam pecha i przede mna byla dziewczyna (Polka zreszta, sadzac po akcencie), ktora tam, na miejscu, z pomoca pracownika, pakowala wielkie pudlo z jakimis upominkami. Ukladala, upychala pomiedzy blyszczacy pergamin, a wysylala je... do sasiedniego miasteczka! Serio?! To jest doslownie 15 minut drogi! Nawet jesli boi sie pandemii, to przeciez moze zostawic pakunek na progu... Ale nie, lepiej jest spedzic 20 minut pakujac wszystko w UPS'ie, a potem bulic $34 za przesylke czegos, czego dostarczenie zajeloby jej kwadrans... Glupota ludzka nie zna granic...

W kazdym razie, dzien mialam dosc intensywny i liczylam, ze moze M. wezmie Potworki na basen, a ja klapne w spokoju na tylku. No niestety, przeliczylam sie. :/

Nik nadal nie nauczyl sie oddychac przechylajac glowe w bok. Wysuwa cala glowe z wody i chyba dobrze, ze nie ma teraz zawodow, bo calkowicie go to spowalnia i nie mialby szans wygrac czegokolwiek ;)
 

Malzonek oznajmil, ze co prawda jedzie na silownie, ale boli go bark, wiec nie wie ile pocwiczy, a poza tym on zwykle lubi cwiczyc przynajmniej 1.5 godziny, a dzieci koncza juz po godzinie, w dodatku Kokusiowi trzeba sie pomoc przebrac... Umarudzil sie chlop jak stara zrzeda i tylko mnie wkurzyl.

Starsza umie juz od dawna oddychac bokiem, choc kiedy jest zmeczona nieraz unosi sie tak przez kilka sekund lapiac oddech, co tez nie jest dobre, bo w czasie wyscigu, jak wiadomo, te sekundy moga zadecydowac o zajetym miejscu ;)
 

A wieczorem dodal oliwy do ognia, bo kiedy powiedzialam, ze pieke na Swieta babke zwykla i cytrynowa, zaczal jeczec, ze to tyyyle kalorii i ze lepiej bym sernik upiekla! No ku*wa! Zeby mi jeszcze on decydowal, co mam piec?! Nigdy nie pieke sernika na Wielkanoc! Sernik jest dla mnie ciastem calkowicie bozonarodzeniowym! Nigdy nawet go nie pieke w ciagu roku! Ale malzonek sobie umyslil, ze w serniku jest kilo twarogu, a ten ma duzo bialka, a bialko dobre na miesnie... Normalnie oszalal chlop ostatnio z tym liczeniem kalorii i bialka!!!


I coz jeszcze... Pojawiaja sie pierwsze solidniejsze oznaki wiosny.

Moje, przydomowe


 

Te juz niestety nie z mojego ogrodu. Moje sa jakies opoznione i nie maja narazie nawet paczkow :/

Pewnego dnia kiedy czekalam na koniec lekcji, z rozbawieniem obserwowalam jakies ptaszydla pluskajace sie w pozostalej po deszczu kaluzy. Tego dnia bylo ledwie 5 stopni i az sie wzdrygalam ;)

Nie pamietam nawet co to byly za ptaki. Wieksze od wrobla, mniejsze niz golebie... ;)


Komunia Potworkow planowo za 2 miesiace (juz niecale), wiec czas powysylac zaproszenia. Moj tata to nie problem bo bywa u nas regularnie. Dalam mu zaproszenia dla mamy i siostry zeby je w naszym imieniu przekazal, ale czy on w koncu do tej Polski doleci? ;)

Zaproszenia troche w stylu M. powiedzialabym, ale cos mnie w nich urzeklo ;) Chyba ich delikatnosc, lekka staroswieckosc, ale dla mnie sa urocze...
 

Do chrzestnej Kokusia oraz tesciow wyslalam poczta. Podobnie jak moja matka oraz siostra, marne szanse zeby dolecieli, ale zaproszenia wypada przekazac... Chrzestny Potworkow mam nadzieje, ze dotrze bez przeszkod na Wielkanoc, to bedziemy mu je mogli wreczyc osobiscie. Pozostala jeszcze chrzestna Bi, ale najpierw M. musi zdobyc jej aktualny adres. ;)

Od jutra trzeba sie wziac za pichcenie. Nie ma tego duzo, bo juz tradycyjnie, beda u nas tylko dwie dodatkowe osoby. Ale cos tam wypadaloby przyszykowac. Potworki juz zacieraja lapki na mysl o malowaniu jajek. Jak to sie z wiekiem zmienia... Ja najchetniej uzylabym folii termokurczliwej, zeby bylo jak najszybciej. :D Nasza posadzona rzezucha dopiero dzis zaczela niesmialo kielkowac. Nie wiem czy do Wielkanocy cos z niej bedzie... ;)

Wesolych Swiat!!!


12 komentarzy:

  1. Zdrowych i spokojnych swiat dla calej rodzinki!
    Ja jestem jeszcze lepsza- wczoraj dopiero wysialam rzezuche- ta to juz chyba po swietach wyladuje w mej salatce, badz na chlebie- starosc i skleroza ;) Swieta nas zaskoczyly ;)
    Po upalach zimno i spadek o 15 stopni- takze u nas spokojnie...a na dodatek kwarantana, wiec ot takie swieta :(
    No coz ominie nas wlasnie ten zakrecony czas- sama chetnie pojechalabym do Polski, toz to dla nas za miedza,a tez nie mozemy....

    OdpowiedzUsuń
  2. Do dużej Bi się przyzwyczaiłam, ale Nik taaaki mężczyzna na tych zdjęciach... Szok :D
    Dobrych świąt dla Was :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszystkiego dobrego na te święta:) niech będą zdrowe i spokojne.

    OdpowiedzUsuń
  4. Z tym robieniem Bi wszystkiego tylko nie tego co trzeba - to jakbym Jasia widziała. Ja się wkurzam, miotam, a on na wszystko ma czas, on zdąży, ważniejsze jest poprawienie misia na łóżku niż umycie się...
    Kurczę ale wredny babsztyl z tej dentystki. Jak tak można i to jeszcze w przypadku dziecka, które dodatkowo naraża się na traumę?
    Zaproszenia bardzo ładne i takie "inne", w pozytywnym znaczeniu tego słowa...
    Wam również wesołych świąt :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Biedna Bi, jak tak można dziecko męczyć bez powodu, co za babsztyl :/
    Ciekawa jestem co z podróżą taty. Mam nadzieję, że uda mu się w końcu dotrzeć do Ojczyzny ;) Bez kwarantanny i testów.
    Czekam na zdjęcia z remontu ;)
    Wesołych Świąt dla Was!

    OdpowiedzUsuń
  6. Zdrowych pogodnych świąt kochani!

    OdpowiedzUsuń
  7. Po pierwsze: Wesolego Alleluja!
    Po drugie: CO TO ZNACZY "Dwa pojemniki po chinszczyznie, pare platkow kosmetycznych, garsc nasionek..." - Jakich platkow? Kosmetycznych? Na tym cos urosnie? - Naprawde tu sie zdziwilam.
    Po trzecie: Widze, ze podobnie jak moj maz, zadowolona jestes z uslug amazona. Moj malzonek zachwyca sie, ze "Na szczescie teraz oddawanie wiekszosci rzeczy, to tylko podjechac, wreczyc pracownikowi produkt do zwrotu, podsunac telefon z upowazniajacym kodem i mozna ruszac w droge powrotna." - Przy oddawaniu czegokolwiek z amazona, nie ma zadnego dlugiego procesu zwrotowego, bo amazon tak bardzo wszystko ulatwia. Stad rosnie powodzenie businessowe tej firmy. Gdy cos chcielismy oddac chocby z taniego, dziadowskiego Walmarta... O raju, co za gehenna, logistyczna i czasowa! Uchowaj Boze od kupowania on-line tam. A amazon wszystko lyka i duzo pomaga. Dlatego tak fajnie wygryza wszelkie inne businessy z rynku. Jeff Bezos po prostu zna sie na tej robocie, jak mowi moj maz.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dobrych Świąt Agatko.
    Bardzo ładne zaproszenia komunijne.
    Biedna Bi, a z pani dentystki to niezła agentka. Chciała chyba sobie zapewnić stałą "klientkę".

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja jako dziecko trafiłam na takiego dentystę, że do dzisiaj mam mega traumę i wizyty u stomatologa kojarzą mi się z ogromnym złem. Niektórzy ludzie powinni się zastanowić sto razy zanim wybiorą zawód i zrobią drugiemu krzywdę :/

    OdpowiedzUsuń
  10. Jejku, ja to chyba najbardziej zazdroszcze wam tego basenu. Wyglada na to, ze Europa najbardziej zostanie doswiadczona przez wirusaswiruske, bo u nas najciezsze lockdowny. U was zycie sie toczy prawie normalnie. Prawie, bo maseczki uznane sa za nowa norme. Kiedy leci tata? Mam nadzieje, ze mu sie uda.buziaki

    OdpowiedzUsuń
  11. Chyba te dzieci tak już mają teraz, że na wszystko jest czas, bo u nas jedna i druga ma takie zapedy. Lila to jeszcze potrafi dosłownie w ostatniej chwili zrobić jazdę, że coś z ubioru nie pasuje. Rany jak ja to kocham :(
    Ale akcja z Kokusiem na basenie, uuuuu współczuję. Bardzo mi się podobają zaproszenia komunijne... my się wciąż zastanawiamy czy Lila pójdzie. Ale to nie miejsce na takie dylematy.

    OdpowiedzUsuń
  12. Mam nadzieję, że masz się lepiej i wszystkie opryszczki i inne atrakcje przeszły. Akcja z Kokusiem niezłą. Dobrze, że na tym się skończyło. Nam ostatnio Tygrys opaskudził plac przed firma, ale to górą i na podwórku. Basen to jednak inny kaliber.
    Przejść z dentystą współczuję Bi. Co za okropne babsko. Dobrze, że znaleźliście nowego lekarza.
    Mam nadzieję, że wylot Taty do Polski skończy się pomyślnie.
    Pozdrawiam poświątecznie

    OdpowiedzUsuń