piątek, 10 stycznia 2025

Styczniowe opowiesci roznej tresci

Na szczescie, w sobote 4 stycznia moglam pospac dluzej. Po nartach bylam oczywiscie polamana i szczegolnie lewa noga bolala mnie nawet kiedy mocniej zdretwiala w czasie snu. W tej nodze ogolnie cos sobie juz dawno naciagnelam w zgieciu kolana i nie chce przejsc, a narty oczywiscie to pogorszyly. Cieszylam sie wiec, ze moge chociaz wylezec ile sie da. W ogole juz mam ciarki na mysl, ze za dwa tygodnie wpisana jestem do pracy w sobote, co oznacza ze po popoludniu na stoku bede musiala sie zerwac z rana i potem biegac z poczta. Kompletnie sobie tego nie wyobrazam. :O W porzadnym odespaniu przeszkodzila mi Oreo, ktora o 7:30 chodzila znow po sypialniach miauczac. Malzonek byl w pracy, wiec nie bylo komu wypuscic upierdliwca. Wstalam w koncu, bo wiedzialam ze nie odpusci i zeszlam na dol, ale kot zbieg za mna na schody i... tam zostal. Wdrapalam sie (a miesnie nadal bolaly) spowrotem, chwycilam ja i znioslam pod drzwi. Na szczescie, kiedy je otworzylam, grzecznie wyszla. Wrocilam do lozka, myslac z ulga, ze mam prawie godzine do budzika. Okazalo sie zreszta, ze musialam byc baaardzo zmeczona, bo (co mi sie raczej nie zdarza) wylaczylam go nie wiem nawet kiedy, po czym obudzilam sie o 9:18. :O Wtedy jednak zmusilam sie juz do podparcia o zaglowek i dobudzania. Kiedy zeszlam na dol, zastalam juz tam oczywiscie Bi, ale Nik wstal dopiero o 10:20. Okazalo sie, ze po wywrotce na nartach, ma na kosci policzkowej wyrazne zadrapanie. :O W tym samym czasie dojechal M., ktory wyszedl nieco wczesniej. Reszta ranka i wczesne popoludnie mijalo spokojnie, na delikatnym odgruzowywaniu chalupy dla mnie i smazeniu nalesnikow dla M. Potem obejrzelismy skoki narciarskie i trzeba bylo szybko podac Kokusiowi obiad. Skonczyla sie przerwa swiateczna i wrocila szkola, a z nia normalny grafik, a wiec rowniez koszykowka. Mial tego dnia mecz, choc szkoda ze dopiero na 14:30. Milo bylo miec leniwy ranek, ale milej byloby go odhaczyc wczesniej i miec wolne cale popoludnie. ;) Dodatkowo powstal dylemat co z kosciolem, bo na msze zwykle jezdzimy na 16, a mecz mial sie skonczyc o 15:30. Zaproponowalam M. ze moge podjechac z Kokusiem prosto po meczu, a oni z Bi dojada z domu. Malzonek jednak stwierdzil, ze moge przeciez po nich podjechac, bo zajmie to raptem 2 minuty dluzej. W kazdym razie, poniewaz mieli dosc dluga przerwe, trener chcial zeby chlopcy przyjechali juz na 14:10, zeby obgadac strategie i porobic troche cwiczen, mimo ze do dyspozycji mieli tylko szkolny korytarz. Grali przeciw innemu zespolowi z naszej miejscowosci, ktory okazal sie bardzo dobry. "Nasi" poczatkowo nie mogli sie jakos odnalezc na boisku i ani sie obejrzeli, przegrywali o 10 pkt. :O Trzeba przyznac jednak, ze potem sukcesywnie nadrabiali straty, az wyrownali. Przez jakis czas szala zwyciestwa wahala sie to na jedna, to na druga strone, az w koncu zespol Kokusia przebil tamtych kilkoma punktami. Na sam koniec tamci zdobyli dwa punkty karnymi i mecz zakonczyl sie wynikiem 38:34 dla naszych. Chlopaki oczywiscie ucieszone, bo to ich trzeci mecz i trzecia wygrana. :) Nik gral calkiem niezle, choc nadal ma ten feler, ze przekazuje pilke jak najszybciej kolegom. :D Zdarzylo mu sie jednak kilka razy z nia podbiec, wybic komus z rak i celowac do kosza - choc nie trafial.

Nik kozluje, choc na zdjeciu wyglada jakos niezgrabnie

Gral jednak bardzo dlugo. W ktoryms momencie zastanawialam sie czy trener zapomnial go zdjac. Po meczu rozmawialam z Kokusiem i wyglada jednak, ze bylo to celowe. Nik ma dobra druzyne, ogolnie niezle strzelaja, ale wiekszosc slabo biega. Tamci zas mieli jednego chlopaka, ktory nie dosc, ze sprawnie przejmowal pilke, ale potem zapierdzielal z nia przez cale boisko tak, ze tylko Mlodszy dawal rade dotrzymac mu tempa i probowac bronic kosza. :D Niestety, mimo ze Nik twierdzil ze po nartach nie czuje zadnych miesni, jednak taka intensywna gra dzien pozniej dala o sobie znac i po meczu stwierdzil, ze jest bardzo zmeczony. A jeszcze przeciez jechalismy do kosciola! :O Zapakowalismy sie do auta i pojechalismy spowrotem. Tak jak sie umowilam z M., zabralismy jego oraz Bi, choc bylo to zupelnie bez sensu, bo musialam sie cofac. Gdybysmy jechali osobno, bylibysmy w kosciele kilka minut wczesniej. Jak na zlosc, byly tlumy ludzi i skonczylismy na dodatkowych siedzeniach na koncu, ktore nie mialy klecznikow. Normalnie wzruszylabym ramionami, ale okazalo sie, ze po nartach miesnie mialam tak obolale, ze nie wytrzymalam na kleczkach. Musialam usiasc, jak stara babulenka. :D Po mszy wrocilismy do domu i pozostalo juz sie relaksowac przy kominku, tym bardziej, ze na noc zbieral sie solidny mroz. Wiedzialam, ze kolejnego dnia mial przyjechac moj tata, wiec sprytnie spytalam corki czy nie ma ochoty upiec banana bread. :D Mielismy znow kilka przejrzalych bananow, a w dodatku to jeden z niewielu przepisow, ktore mam w jezyku angielskim, wiec panna podeszla do tego z wielkim entuzjazmem. I nawet nie wyszedl jej zakalec, czego nie omieszkal wytknac mi malzonek. ;)

Niedziele zaczelam z Potworkami ponownie od porzadnego wyspania sie.

Nie zdazylam sie jeszcze dobudzic, a przylazla przywitac sie Oreo

Pozniej dzieciaki snuly sie i siedzialy na telefonach, a ja oczywiscie cos tam ogarnialam. W domu nigdy nie braknie zajec. ;) Pozniej przyjechal moj tata, ktory tym razem mial dla mnie cala, dluga liste zadan. ;) Niestety, ale w pewnym wieku czlowiek przestaje nadazac za technologia, wiec oprocz pomocy w wyslaniu cotygodniowego bezrobocia, chcial tez zeby pomoc mu w zaznaczeniu na Amazon'ie, ze chce cos odeslac. Zamowic potrafi, ale oddac juz nie bardzo... ;) A na koniec pokazal mi papier, ktory dostal u lekarza. Pielegniarki - madrale, zaznaczyly mu tylko na kartce kod QR, po zeskanowaniu ktorego moze sobie zamowic leki. Tyle, ze zadna chyba nie pamietala, ze rozmawia z juz starszym panem. Zacznijmy od tego, ze tata nie wiedzial nawet jak ma sobie ten kod zeskanowac. :D A potem sie okazalo, ze aby zamowic te leki trzeba bylo zeskanowac kolejny kod, ktory pojawil sie na stronie otworzonej przez zeskanowanie pierwszego, a potem zalozyc konto, haslo, itd. Jaki przecietny obywatel powyzej 60-tki sobie z czyms takim poradzi, w dodatku w obcym jezyku? Nawet mnie zajelo dluzsza chwile i kiedy wyskakiwala kolejna rzecz i kolejna, mialam ochote rzucic to w diably. ;) W miedzyczasie wlaczylam skoki narciarskie, choc dopiero po chwili dotarlo do mnie, ze byly to kwalifikacje, a nie konkurs. Zapomnialam, ze wiekszosc Europy obchodzilo w poniedzialek swieto Trzech Kroli, wiec mogli obejrzec rozgrywke. U nas mial to byc dzien jak codzien. Po odjezdzie dziadka, popoludnie oraz wieczor minely ekspresowo. Lenistwo przerwalam tylko na moment, kiedy Nik wymyslil ze chce podjechac do biblioteki. Od stycznia do marca jest ona otwarta w niedzielne popoludnie i syn chcial podjechac... na rowerze. Szkopul w tym, ze mielismy raptem 2 stopnie na plusie i lodowaty wicher. Nie chcialam zeby znow sie rozchorowal, wiec zabralam go autem, choc strasznie nie chcialo mi sie ruszac z cieplej chalupy. Pozniej trzeba bylo po kolei maszerowac pod prysznice, a nastepnie musialam szykowac plecaki oraz sniadaniowki. Rowniez dla siebie niestety...

Poniedzialek zaczelismy wczesnie, jak to w szkolny dzien. Nie moglam sie kompletnie obudzic, wiec lezalam w lozku na boku, usilujac otworzyc oczy, kiedy przyszla Oreo i umoscila sie na mnie. Nie wiem jak bylo jej tak wygodnie, ale polezala kilka minut mruczac, po czym poszla na koniec lozka. W koncu wstalam, przygotowalam Potworkom sniadaniowki i pobieglam na gore umyc sie i ubrac. Kiedy ponownie zeszlam na dol, zastalam Kokusia w jadalni... odrabiajacego lekcje! Myslalam, ze go udusze, choc przyznaje ze przez przerwe swiateczna sama wypadlam z rytmu i zapomnialam powiedziec mu dzien wczesniej zeby sprawdzil czy ma cos zadane. Z drugiej strony, zastanawiam sie ile jeszcze bede musiala go pilnowac... Chlop ma juz 12 lat i przed nim jeszcze tylko kolejny rok gimbazy, a pozniej juz szkola srednia. I co, mamusia bedzie ciagle za nim chodzic i sprawdzac czy panicz przyklada sie do nauki? ;) W kazdym razie, wyszlismy na przystanek (to znaczy Potworki, bo ja zostalam przy domu), autobus podjechal mniej wiecej o czasie, po czym wrocilam do chalupy i skonczylam sie szykowac do roboty. Akurat wyjezdzalam z garazu, kiedy M. zadzwonil do mnie z pytaniem czy zostawilam kiciula na dworze. Zdziwiona odpowiedzialam, ze przed momentem przyszedl do domu. Okazalo sie, ze M. widzial na kamerze jak Oreo wychodzi spod przyczepy i idzie w kierunku tarasu, a doslownie trzy minuty pozniej, rowniez spod przyczepy wyszedl... rys! :O I poszedl w kierunku naszego domu, choc od drugiej strony. Zastanawiamy sie, czy kot go wyczul i dlatego przybiegl do chalupy i co by bylo gdybym juz pojechala... W pracy... tragedia. Gdyby poprzedni poniedzialek nie byl luzniejszy, pomyslalabym, ze nadal trwa swiateczna goraczka. Paczek zatrzesienie, a w dodatku listy kompletnie przemieszane. Zwykle dostajemy czesc listow przesegregowanych na nasze trasy przez pracownikow poczty i te sa bez ladu i skladu. Przychodza tez jednak tacki przesortowane przez maszyne i one ida zwykle ladnie wedlug trasy, z tylko pojedynczymi pomylkami. Tym razem nawet w tych byl balagan. Przez to sortowanie szlo oczywiscie duzo dluzej i wyjechalam w trase dopiero tuz przed poludniem. Juz od poczatku mialam paczki, gdzie o jednej zapomnialam. Pod jeden adres byly trzy i mialam zaznaczone ile, ale ze znalazlam dwie, a trzeciej za cholere, wiec uznalam, ze cos mi sie pomylilo. Coz... powinnam bardziej ufac swoim oznaczeniom, bo paczke znalazlam pozniej, kiedy w aucie troche mi sie przerzedzilo. :D Kolejna (na swoje usprawiedliwienie dodam, ze mniejsza niz normalna koperta) zaplatala mi sie z innymi i tez znalazlam ja za pozno. No i mialam jedna strasznie ciezka, zreszta oznaczona jako taka. Podjechalam sobie prawie pod garaz domu zeby ja dostarczyc, a i tak sie zasapalam. Normalnie moze zostawilabym ja dla Roba, ale tym razem mialam pracowac kolejny dzien, wiec zostawilabym ja sama sobie. W dodatku managerka przyszla i pouczyla mnie, zebym uwazala, bo ostatnio zostawilam paczke, a nie powinnam. :/ Rzeczywiscie zostawilam taka wielka i ciezka, bo stwierdzilam, ze facetowi jednak latwiej bedzie ja podniesc... Tego dnia bylo znow potwornie zimno i palce mi odpadaly przy tych cholernych grupowych skrzynkach. W dodatku leciutko proszyl snieg, ale na szczescie nie osiadal. A jeszcze managerka mnie "pocieszyla", ze od lutego chce zebym w soboty jezdzila ta trasa, ktorej sie niedawno uczylam. :( Zupelnie nie mam ochoty, bo po pierwsze, jak pisalam, trasa jest po prostu bez jakiejs logiki, a po drugie, ostatnie na co mam ochote, to praca w soboty. Na dwie ostatnie jestem wpisana na ta stara trase i postanowilam zacisnac zeby, pocieszajac sie, ze to tylko dwa razy. No i masz. :( A jakby tego bylo malo, to kobieta oznajmila, ze wysle mnie na kurs jazdy tym wielkim autem dostawczym. :O Powiedzialam, ze nie chce i wole juz tego starocia, ale uparla sie, ze mam chociaz sprobowac; najwyzej nie zdam. Po prostu sie zalamalam... W kazdym razie, tego dnia na poczte wrocilam dopiero o 16:30 i bylam ostatnia. Oczywiscie dziewczyna obslugujaca okienko, zaczela juz zamykac i nie moglam normalnie wejsc. Spieszy sie, kurde, do domu... :/ Ja do swojego wrocilam po 17 i mialam ochote tylko klapnac na kanape i sie nie ruszac, szczegolnie ze na noc szedl naprawde siarczysty mroz. Niestety, Potworki mialy plywanie i choc Bi namawiala zeby odpuscic, tym razem sie uparlismy. Stwierdzilam, ze jesli w ktorys dzien mamy zrobic przerwe, to najlepiej w srode, bo bedzie akurat w polowie Kokusiowych zajec. Bi bowiem nic nie ma we wtorki (ktore jakos staly sie dniem przerwy od plywania), ale Nik plywa w poniedzialek, we wtorek ma koszykowke, w czwartek znow basen, a w piatek oba Potworki maja narty. Ta sroda to bylby wiec taki naturalny dzien na odpoczynek. Malzonkowi ponownie nie chcialo sie cwiczyc, wiec pojechal zawiezc dzieciaki, a potem sie wykapal i poszedl spac. Mnie przyszlo wiec pozniej po nich jechac. Co bylo robic... Przynajmniej chwile popatrzylam na ich wyczyny.

Starsza doplywa do scianki
 
Po powrocie Bi wslizgnela sie do naszej lazienki zeby wziac prysznic (jakby nie mogla raz u siebie :/), a potem kolacja i do lozek.

Wtorek to pobudka jak zwykle w szkolny dzien. Juz poprzedniego wieczora zaczelo mocno wiac, wiec choc telefon pokazal -5 stopni, to odczuwalna wskazal jako... -14. :O Postanowilam wiec zabrac Potworki na przystanek autem, zeby nie musieli stac na takim mrozie. Okazalo sie, ze mialam nosa, bo autobus dojechal dopiero o 7:29. Nie rozumiem tego, bo bywa, ze przyjezdza juz o 7:21, zwykle jest o 7:25, a jak jest tak okropnie zimno, to ma opoznienie... No ale przynajmniej moje Potwory siedzialy we wzglednym cieple, bo auto w sumie nie zdazylo sie zagrzac. Zal mi bylo dwoch dziewczynek, ktore sterczaly na przystanku. Dzieciaki odjechaly, a ja wrocilam do domu na sniadanie i ostatnie ogarniecie sie, bo tego dnia znow pracowalam. Jechalam jednak w miare spokojna, bo juz kiedys pisalam Wam, ze wtorki to na poczcie najluzniejsze dni. I faktycznie. Listy jak listy, choc bylo ich oczywiscie troche mniej. Najwazniejsze, ze mialam sporo mniej malych paczuszek i doslownie 10 wiekszych. Wydaje sie duzo, ale to naprawde nic w porownaniu z okresem Swiat. Nie pamietam czy pisalam, ale ktoregos dnia jeden listonosz sprawdzil w moim skanerze, ze mialam (wszystkich, duzych i malych) 117 paczek! :O We wtorek razem bylo ich moze okolo 50, wiec mialam wrazenie, ze jestem na wakacjach. ;) Dostarczylam wszystkie, nawet jedna ktorej zapomnialam sobie oznaczyc przy sortowaniu. Na szczescie byla z poczatkowej czesci trasy i ogromna (niestety tez dosc ciezka), wiec ja zapamietalam. Oczywiscie czasem nawet z mniejsza iloscia paczek jest irytujaco, kiedy musze wysiasc z auta, przyniesc pakunek na schody, zeskanowac kod, wrocic do auta, odpalic je, po czym podjechac 2 domy dalej i cala zabawe zaczac od poczatku. :D Na szczescie, poniewaz paczek bylo niewiele, wiekszosc wcisnelam do skrzynek (niektore troche na sile :D), a wysiasc trzeba bylo tylko do wiekszych. Na poczte wrocilam o 14:30. I tak myslalam ze wyrobie sie wczesniej, ale managerka zawrocila mi doope. :/ Przypomnialo jej sie, ze ten listonosz, ktory mnie na poczatku uczyl, mial wypisac papiery z mojego szkolenia. Pamietam, ze mu je dawala i... niewiadomo co z nimi zrobil. Jemu sie wiecznie tak spieszylo, ze w ogole wielu rzeczy w skanerze, ktore ulatwiaja zycie, a teraz przelotnie pokazuja mi inni, mi nie pokazal. :/ W kazdym razie, teraz musialam kwitnac kilkanascie minut w jej biurze, zeby podpisc to, co juz umiem. A potem babka zaczela mnie zagadywac, co ogolnie mysle o tej pracy, itd. Okazuje sie, ze nie dosc ze od lutego mam pracowac w soboty na innej trasie, ale jeszcze bedzie chciala mnie uczyc kolejnej. Maja problem, bo chlopak ktory na poczatku grudnia przywalil komus w skrzynke, poki co nie wraca, a inny wlasnie zlozyl wypowiedzenie i odchodzi pod koniec stycznia. Od lutego bedzie im wiec brakowac dwoch osob. Teoretycznie mamy trzech zastepcow, ale jeden z nich jezdzi na stale trasa, ktorej sie ostatnio uczylam, wiec nie ma jak kogokolwiek zastapic. Zostaje wiec dwoje, w tym ja. :O W kazdym razie, pogadalam sobie z nia, a potem pedem ruszylam zaladowywac auto. Wyjechalam juz o 10:40, ale i tak bylam przedostatnia. Przedostatnia rowniez wrocilam, ale cieszylam sie, ze zostalo mi jeszcze sporo dnia. Wrocilam do domu pozniej niz Potworki, ale przed M. :) Niestety, poza lekka zalamka po rozmowie z managerka poczty, kolejna byl e-mail z tej potencjalnej nowej pracy. Niestety, przez przerwe swiateczna wszystko sie opoznia i dopiero teraz przypomniala sobie o mnie kobita majaca mnie wyslac na odciski palcow. Miala mi dac znac gdzie mam sie na owe odciski udac, tymczasem napisala, ze znajduje sie mniej wiecej posrodku pomiedzy dwoma biurami, jednym w... Nowym Jorku, drugim pod Bostonem! I pyta ktore mi bardziej pasuje! Kobieto, tak naprawde to zadne, bo do kazdego mam mniej wiecej 2.5 godziny jazdy i to bez korkow! :O Uch... Odpisalam, ze raczej wole jechac do Bostonu niz pchac sie w nowojorski scisk i teraz czekam. Poniewaz jak sie dzieje, to wszystko na raz, wiec u Bi zaczely sie rejestracje do przedmiotow, ktore ma wziac w... high school. :O Tak, idzie tam dopiero pod koniec sierpnia, ale szkola chce miec wszystko wczesniej, zeby na spokojnie ukladac grafik. Wiecie, tutaj to jest bardziej skomplikowane niz w Polsce. W Kraju jest jedna klasa i wszystkie dzieciaki maja te same przedmioty. Tutaj uczniowie maja niektore przedmioty przyznane z marszu, czesc jednak moga sobie wybrac, w zaleznosci od zainteresowan. Dlatego kazdy ma inny grafik, a administracja musi to jakos logicznie ulozyc. Wyobrazcie sobie ustawic przedmioty dla prawie 2 tysiecy gagatkow, tak zeby nikt nie mial 2-godzinnych okienek? :D Dodatkowo, wiecie jak w Polsce wzorowi uczniowie musza miec okreslona srednia? Tutaj dziala to troche inaczej, choc oczywiscie srednia tez jest liczona i musi byc na odpowiednim poziomie zeby przejsc z klasy do klasy i dostac sie kiedys do college'u. Uczniowie planujacy w przyszlosci studia, moga wziac przedmioty na poziomie zaawansowanym, tzw. honors. I takich uczniow nazywa sie wlasnie honors students. Przedmioty na tym poziomie moga podniesc srednia. Oczywiscie to nauczyciele wpisuja rekomendacje na okreslony poziom, ale uczen moze zrezygnowac z wyzszego poziomu na rzecz czegos latwiejszego. Np. corka sasiadow miala trudnosci z hiszpanskim, wiec w szkole sredniej wybrala jego najnizszy poziom, ktory z reguly jest dla osob zaczynajacych sie tego przedmiotu uczyc. Rejestracja trwa miesiac, ale juz zaczely splywac pierwsze rekomendacje i Bi ma wpisane honors z angielskiego, historii, hiszpanskiego oraz... fizyki. Na ta ostatnia sie skrzywilam, bo osobiscie bylam z tego przedmiotu straszna noga i nienawidzilam go. Bi jednak sie upiera zeby sprobowac, bo zawsze moze przejsc na normalny poziom. Dodatkowo, tutaj takie przedmioty jak fizyka, chemia oraz biologia (dwoch ostatnich nie bylo w opcjach, wiec nie wiem czy nie ma ich w pierwszej klasie, czy wszyscy beda zaczynali od tego samego poziomu...), opieraja sie w duzej mierze na eksperymentach oraz laboratoriach, wiec pewnie latwiej to wszystko zrozumiec i zapamietac, niz uczac sie suchych faktow oraz przeliczen. Oczywiscie nie obylo sie bez lekkiej irytacji, bo Bi chciala zebym koniecznie usiadla z nia przejrzec przedmioty, a potem sie ze mna wyklocala. Np. powiedzialam, ze honors z fizyki, skoro chce sprobowac, to dobry pomysl, natomiast nie ma co sie pchac na sile na zaawansowany hiszpanski, bo to az tak bardzo jej sie nie przyda, a lepiej poswiecic wiecej nauki naprawde waznym przedmiotom. No ale Bi upiera sie, ze skoro nauczycielka poleca ja na zaawansowana, to ona chce isc na zaawansowana. No, ok. Gorzej, ze panna jak zwykle patrzy na przedmioty, ktore wybieraja jej kolezanki i np. zasugerowalam zeby wybrala zoologie, skoro mysli w przyszlosci o weterynarii, a ona sie niemal poplakala, bo zadna z jej kolezanek nawet nie mysli o jakimkolwiek przedmiocie zwiazanym z biologia czy zwierzakami. Oczywiscie probowalam tlumaczyc, ze musi wybierac przedmioty, ktore jej sie przydadza lub wydaja ciekawe, a nie patrzec na kolezanki, ale panna zaczela sie zalic, ze na jakims przedmiocie w tym roku jest w klasie bez znajomych i tak strasznie zle sie w niej czuje... Ostatecznie wybrala jednak ta zoologie, ale nie zatwierdzila jeszcze ostatecznie wyborow, wiec moze to zmienic. Za to obie zgodnie uznalysmy, ze lepiej zeby zrezygnowala z choru, a zostala przy orkiestrze. Dla mnie moglaby w ogole odpuscic sobie takie muzyczne przedmioty, ale panna chce miec cos luzniejszego. Stwierdzila jednak, ze ostatnio spiewanie juz jej nie ciagnie, natomiast nadal lubi grac na skrzypcach. Padlo wiec na orkiestre. Jak juz to odhaczylam, moglam w koncu zasiasc do relaksu. Niestety, fajnie byloby juz sie przebrac w pizame i zasiasc na kanapie na reszte wieczoru, ale Nik mial trening koszykowki. Nie dosc, ze na 19:30, to jeszcze trener chcial przedluzyc o 15 minut.

Trenujemy blokowanie calym cialem

Tyle, ze kiedy wybilo to dodatkowe 15 minut, nadal nie konczyl. W koncu laskawie przerwal po jeszcze kolejnych 5 minutach, wiec do chalupy dojechalismy po 21. :/ M. juz spal, ale Bi powiedziala, ze martwila sie, ze cos nam sie stalo, bo myslala, ze bedziemy wczesniej. Coz... mogla wyslac sms'a. ;) Pozostalo tylko zjesc kolacje i do spania, bo kolejnego dnia oczywiscie znow szkola.

W srode pobudka o tej samej porze, ale przynajmniej mialam ta bloga mysl, ze nie musze sie ruszac z chalupy. :) Tuz przed wyjsciem z domu, Nik przyprowadzil mnie do swojego pokoju i pokazal, ze... posikal sie w lozko! :O Przypominam, ze niecaly miesiac temu skonczyl 12 lat! Zreszta, zaden wypadek nie zdarzyl mu sie juz od kilku lat i myslalam, ze dawno mamy to za soba... Mowil ze przysnilo mu sie ze jest w toalecie i najwyrazniej byl to bardzo realistyczny sen. ;) W sumie to nie wiedzialam czy sie smiac, czy go ochrzanic... Ponownie bylo potwornie zimno i odczuwalna temperatura kilkanascie stopni na minusie, wiec zabralam Potworki na przystanek samochodem. Tym razem kolejna dziewczynke mama podwiozla autem i tylko jedna tam stala. W dodatku, zwyczajem tutejszej mlodziezy, jedynie w bluzie, bez zadnej kurtki. :O Widzialam jednak, ze minela ja mama, odwozac do szkoly jej starsza siostre i cos do niej zawolala, podejrzewam wiec, ze panna sama chciala tam sterczec. A autobus ponownie dojechal dopiero o 7:29. :O Po odjezdzie dzieciakow, wrocilam do domu i zabralam sie najpierw za ogarniecie Kokusiowej poscieli. Poniewaz "wypadek" zdarzyl mu sie w srodku nocy, Mlodszy zdjal przescieradlo, a zasikana czesc materaca przykryl koldra, zas sam spal pod kocem. W ten sposob niestety, mokra byla rowniez koldra, bo wsiaklo w nia troche... plynu. :D Mialam wiec mnostwo prania i suszenia. Materac oparlam nad kaloryferem, liczac na to, ze cieplo go przesuszy. Potem zabralam sie za odkurzanie i mycie podlog na dole. Wyciagnelam ostatnio cieple kapcie, takie wyscielone futerkiem, ale niestety to futerko fruwa teraz po calym domu. Do tego zwykle paprochy oraz siersc zwierzakow i podlogi byly w oplakanym stanie. Chcac nie chcac, trzeba bylo chwycic za normalny odkurzacz, bo samojezdzacy nie dociera do kazdego kata. Odpisala do mnie babka z potencjalnej pracy, ze zawiadomila biuro spod Bostonu i powinni sie ze mna wkrotce skontaktowac. Patrzac na to ile u nich wszystko trwa, ciekawi mnie czy to "wkrotce" to bedzie za dzien - dwa, czy za tydzien... ;) Kilka dni temu przypomnialam sobie o karmniku dla ptakow i zawiesilam go na tarasie, w miejscu gdzie latem wisi poidlo dla kolibrow. Caly dzien, co chwila zlatuja sie hordy glodomorow, choc sa bardzo plochliwe i nie udalo mi sie zrobic zdjecia kiedy krazyla tam cala gromada. Poki co w wiekszosci sa to ptaki zwane tutaj tufted titmouse.

To wlasnie te ptaszki, choc wiem, ze slabo je widac na zdjeciu
 
Z tego co powiada Google, to hamerykancka odmiana sikory, ale jest od niej ze dwa razy wieksza. Przylatuja tez "zwykle" sikorki, junko (to tutejszy gatunek) oraz zieby. Te ostatnie panosza sie i probuja przeganiac inne ptaki, choc tym wiekszym sikorom ustepuja rozmiarem. ;) Zaskoczona jestem za to, ze poki co nie ma ani kardynalow, ani rudzikow, ani sojek. Moze to zreszta dobrze, bo to spore ptaki i moglyby przeganiac te mniejsze. Wrocily ze szkoly Potworki, pozniej M. i nikomu nie chcialo sie juz wychodzic na ta zimnice. Przy takim mrozie dzieciaki przestaly nawet w szkole wychodzic na dluga przerwe na dwor, a zwykle obowiazkowo wyrzucani sa na zewnatrz po lunch'u. :O Teraz pozwolono im siedziec na sali gimnastycznej. Zrobilismy Potworkom przerwe od basenu i wybralismy grzanie dupek. ;) Przypomnialam sobie o reszcie maku pozostalego ze Swiat i pomyslalam ze moge zrobic szybkie palmiery makowe. Zajrzalam do puszki z watpliwoscia, obawiajac sie, ze splesnial, ale okazalo sie, ze nadal byl dobry. No to palmiery "sie" zrobily, a M. potem musial sam sobie dawac po lapach, bo zjadlby wszystkie na raz. ;) Ja za to odczulam satysfakcje, bo zuzylam cale swiateczne resztki, gdy wielokrotnie konczylo sie na wyrzuceniu pozostalosci maku lub masy sernikowej. Malzonek polozyl sie spac tuz po 19, a Potworki, korzystajac z wolnego wieczoru, wlaczyly sobie film. Tymczasem, pod dom przyszedl obcy kot! Juz pare razy go widzielismy. Taki sliczny, bialo - rudy z pregowanym ogonem. Tym razem najpierw zagladal przez okno tarasowe, a potem poszedl do przodu.

Czy nie piekny? Chetnie bym go przygarnela ;)

Miauczal przy tym wnieboglosy! Wynioslam mu troche suchej karmy i wode. Zjadl chetnie, wiec chyba byl glodny. Mialam dylemat co z nim robic, bo kot bardzo przyjacielski, obcieral sie o mnie i Bi z kazdej strony, caly czas pomialkujac. Przy takich temperaturach przeszlo mi przez mysl, zeby wpuscic go do domu, ale nasza wlasna zolza, mimo ze byla w srodku, caly czas warczala i syczala. Obawialam sie, ze nawet jesli zamkne obcego kota w piwnicy, Oreo bedzie go caly czas czula i chodzila po domu wsciekle mrauczac. Nie mowiac juz o tym, ze jesli ten kot jest bezdomny, moze miec pchly czy inne pasozyty... W koncu zostawilam mu jedzenie oraz wode, a na taras przynioslam stare poslanie - domek naszego kiciula i postawilam za pojemnikiem na poduchy, ktory oslanial go troche od wichury. W zasadzie to nie wiem czy ten kot jest bezdomny. Pojawia sie u nas od czasu do czasu, ale ktos wrzucil tez jego zdjecie na Fejsa, kiedy przyblakal sie do nich i ludzie z mojego osiedla komentowali, ze go dokarmiaja. Nie wydaje sie strasznie zabiedzony, a przez futerko ciezko mi powiedziec czy jest wychudzony... W kazdym razie, nie odwazylam sie go wpuscic, choc Bi az piszczala i gotowa byla nasza wlasna kotke zamknac w lazience, zeby przygarnac obcego. :D Mam nadzieje, ze ten kotek ma gdzies jakies schronienie, a przynajmniej wie, ze u nas jest miseczka z karma. Dzieciaki juz do wieczora co chwila wygladaly przez okna czy kot nie wraca, choc Nik, ku mojemu zaskoczeniu, oznajmil ze nie chce przygarniac zadnego obcego kota, bo to dom Oreo i ona ma tu prawo rzadzic. :D

W czwartek pobudka o tej samej godzinie, przy takiej samej pogodzie. Temperatura -7, a odczuwalna -17. :O Wialo jeszcze mocniej niz w poprzednie dni. Zabralam Potworki oczywiscie znow autem na przystanek. Ponownie stala tam tylko jedna dziewczynka, ale autobus dojechal juz o 7:23. Dzieciarnia odjechala, a ja zaszylam sie w domu, choc niestety nie moglam w nim siedziec calego dnia. Kotu konczylo sie mokre zarcie, a ze nie wiedzialam jak mi sie uloza kolejne dni, to wolalam pojechac w czwartek. Niestety, Oreo jest wybredna i karmy, ktora laskawie zjada, nie ma w supermarkecie gdzie zwykle robie tygodniowe zakupy. :/ Pojechalam wiec, zajezdzajac tez do biblioteki, ale wyrobilam sie w godzinke, a potem z ulga grzalam dupke w domu. :) Musialam tylko wyskoczyc na minute na taras dosypac karmy ptasim glodomorom, bo wyjadly wszystko do ostatniego ziarenka. Nasz kiciul oczywiscie probuje za wszelka cene ktoregos upolowac. Dzien wczesniej chowala sie pod stolem na tarasie, ale chyba uznala, ze stamtad ma za daleko zeby zaskoczyc ofiare. Tego dnia wiec znalazla inne miejsce. I teraz zagadka: gdzie na ponizszym zdjeciu, znajduje sie kot? :D

Na palaku, na ktorym wisi karmnik, siedzi jakis odwazny (albo nieuwazny :D) ptaszek

Jesli ktos nie znalazl, prosze, rozwiazanie zagadki:

Postukalam w szybe :D

Ptaszydla nie daly sie jednak nabrac i co ktorys podlatywal, natychmiast zawracal. Tylko pojedyncze najodwazniejsze (albo slepe) osobniki siadaly po ziarenko. Tak czy owak, kot poczatowal pol godzinki, po czym sie poddal. ;) Tego dnia wreszcie zmotywowalam sie, zeby powiesic u Kokusia poleczki na jego duze auta zbudowane z Lego Technic. Niektore ma juz ponad rok i staly w rzadku na... podlodze. Sa tak duze, ze na kazda polke z zabawkami weszlyby tylko dwa i to scisniete. Pomijajac juz jednak, ze szkoda miejsca, to te auta sa takimi fajnymi replikami prawdziwych wyscigowek (oraz motora), ze pomyslalam, ze niezle wygladalyby troche wyeksponowane. Juz ze 3 miesiace temu kupilam polki, ale brakowalo mi motywacji zeby je zawiesic. Teraz w koncu nabraly mocy urzedowej. ;) Oczywiscie w polowie przeszlo mi na mysl, ze moglam dac sobie spokoj, bo zawieszanie laczylo sie z dokladnym odmierzaniem, zaznaczaniem oraz poziomowaniem i zeszlo mi dluzej niz przewidzialam. No, ale powiesilam i rezultat wynagrodzil mi wysilek. Wyglada to super i kawaler tez jest zachwycony, a to najwazniejsze. 

Zdjecie nie oddaje tego, jak duze sa te auta

A w bonusie auta zniknely z podlogi, bo dobijalo mnie ich przestawianie przy kazdym odkurzaniu oraz myciu... Poniewaz wieszanie zajelo mi wiecej czasu niz przewidzialam, potem biegiem musialam sie zabrac za obiad. Na szczescie tego dnia zaplanowalismy leniwe pierogi, ktore robi sie ekspresowo. Ze szkoly dojechaly Potworki, niedlugo potem M. i po obiedzie ojciec ulozyl sie na drzemke na kanapie, Bi odrabiala lekcje, a Nik... snul sie i marudzil. Pozbawiony elektroniki, a nie majac nic zadane, nie wiedzial co ze soba zrobic. ;) W koncu powiedzialam zeby chwycil za spray oraz reczniki papierowe i wyczyscil drzwi tarasowe. Nie dosc, ze stoja przed nimi miski psa, ktory zachlapuje szybe podczas picia wody, to jeszcze dzieciaki co chwila opieraja sie o nie lapami lub czolem, szczegolnie odkad na tarasie wisi karmnik dla ptakow. Cale sa wiec w smugach i dobrze sie zlozylo, ze Mlodszy szukal zajecia. :D Tego dnia Potworki mialy basen i pojechali, choc Bi jojczala, ze jej sie nie chce. Niespodziewanie pojechal z nimi M. i zostal pocwiczyc. Zyskalam wiec 1.5 godzinki dla siebie. Zadzwonila do mnie jednak kolezanka, z ktora nigdy nie mozemy sie nagadac, wiec troche ten wolny czas "zmarnowalam", bo spedzilam go na plotach. :D Dobra, wzielam telefon na glosnomowiacy i w miedzyczasie pakowalam Potworkowe ciuchy na narty, wiec choc tyle pozytku. ;) Kiedy reszta wrocila, szybka kolacja i zrobila sie kolejka pod prysznic. Tak, mamy dwa, ale Bi nadal upiera sie brac go u nas, a poza tym, o tej porze roku, kiedy idzie ogrzewanie, piec nie wyrabia i jedna osoba bralaby prysznic w zimnej wodzie. ;) Wkrotce potem dzieciaki pomaszerowaly do spania, ucieszone, bo kolejnego dnia mial byc nie tylko piatek, ale tez klub narciarski. :)

Piatkowy dzien zaczal sie jak zwykle, z tym, ze z domu wyruszalismy troche wczesniej. Zazwyczaj mamy takie nadprogramowe kilka minut, podczas ktorych dzieciaki siedza na telefonach, a ja maszeruje bez celu po domu, zerkajac na zegarek. Tym razem, jak tylko sie umylam i ubralam, zgarnelam potomstwo, zapakowalismy ich narty oraz plecaki i pojechalismy do szkoly. Oczywiscie nigdy nie ma tak, zeby dojechac idealnie. Jak ostatnio wpakowalismy sie w korki i dojechalismy oddac narty jako ostatni, tak tym razem przejechalismy gladko i w szkole bylismy juz o 7:25. Dzieciaki zas do szkoly powinny dojezdzac o 7:40, a lekcje zaczynaja sie oficjalnie o 7:47. ;) Dwa dni wczesniej dostalam maila, ze uczniowie oddajacy narty musza sie zameldowac, jak wszyscy, na stolowke i nie wolno im wejsc do szkoly przez sale gimnastyczna (sprzet zostawiany jest w przebieralniach). Coz, Nik zupelnie to olal i wszedl, ale Bi zostawila w aucie swoj normalny szkolny plecak, wiec musiala wrocic, a ja zrobic koleczko przez parking i odstawic ja pod boczne wejscie. Wrocilam do chalupy, ale dlugo w niej nie posiedzialam. Wstawilam zmywarke, przewietrzylam sypialnie, wypilam kawe i wyruszylam na tygodniowe zakupy. Obrocilam na szczescie dosc szybko, wiec potem mialam troche spokoju na wstawienie prania i poodgruzowywanie domu, zanim musialam pakowac na narty siebie. Tego dnia wiatr troche zelzal, wiec rano bylo -5, ale odczuwalna pokazalo jako -9. Upal po prostu. :D Po poludniu mialy byc 2 stopnie na plusie, choc przy wietrze odczuwalna nadal na minusie, wiec na szusowanie trzeba bylo sie ubrac jednak cieplo. Dojechalam na stok, a autobus dotarl niemal w tym samym czasie. Mlodziez jak najszybciej sie przebrala i popedzila szusowac, a ja poczekalam az wszyscy pojda, na wypadek gdyby potrzebny byl kolejny dorosly. Tym razem czekalo mnie samotne jezdzenie, bo Bi miala oczywiscie kolezanke, ale i Nik ruszyl od razu z gromada chlopcow. Troche smutno, ale za to prawie zawsze ktos sie do mnie dosiadal na wyciagu i zaskoczona jestem, ze mozna sobie popierdzielic o glupotach z zupelnie obcymi ludzmi. Wiekszosc rozmow oczywiscie zwiazana z nartami i okolicznymi stokami. ;) Dzieciaki widzialam tylko przelotnie i glownie z daleka.

Starsza zjezdza do wyciagu
 
Tylko raz zalapalam sie na wyciag z Bi i jej kumpelka. O 17 Potworki grzecznie zjechaly na obiad. Nik wczesniej mowil, ze wzial ze soba $20, wiec nie wie czy nie zjedzie pozniej, ale jednak lepiej jak mamusia zaplaci. :D

Nik z daleka nawet laskawie na mnie spojrzal :D

Dzieciarnia ma co tydzien powtarzane, ze do 19 maja byc w schronisku i w tym tygodniu wiekszosc posluchala, poza... Bi. Akurat jechalam z nia wyciagiem, kiedy wspomnialam, ze to bedzie moj ostatni zjazd, bo robi sie pozno. Panna na to, ze one z kolezanka sobie zaplanowaly jeszcze dwa. Nie bylam pewna ktora byla dokladnie godzina, ale powtarzalam obojgu Potworkow zeby patrzyli na zegarki. Zjechalam inna trasa niz dziewczyny, patrze - jest 18:47. Do wyciagow niemozliwe kolejki, bo oprocz szkolnych klubow narciarskich, mnostwo ludu zjechalo sie na piatkowa wieczorna jazde. Widzialam wiec, ze nie ma szans zeby zdazyc zaliczyc kolejny zjazd. Napisalam szybko do Bi zeby wracaly juz sie przebrac, ale oczywiscie bez odzewu. Wrocilam do schroniska i o dziwo byl tam juz Nik, ale po Starszej ani sladu. Pomalu schodzily sie wszystkie dzieciaki, nauczycielka wiekszosc zabrala do autobusu, a mnie i innej mamie polecila zebysmy wszystkim przekazywaly, ze czas wracac. Bi i jej kolezanka zjechaly kilka minut po 19, ale byly... ostatnie. Przypomnialam pannie, ze mialy byc do 19 w schronisku, a nie o tej porze sie dopiero do niego kierowac... Kiedy upewnilam sie, ze dziewczyny wszystko maja i doszly do autobusu, wyruszylam do szkoly. Autobus dojechal, wrzucili swoj sprzet do mojego auta i pojechalismy do domu. Tam kolacja i zaraz do spania, bo cala nasza trojka padala na pyszczki. ;)

Do poczytania!

piątek, 3 stycznia 2025

Przelom roku

Do Siego Roku!!!

Sobota, 28 grudnia, zaczela sie oczywiscie pozniej. Malzonek oraz Bi wstali pierwsi, a ja nastawilam budzik na 8:30, ale z lozka zwloklam sie po 9. Nik jeszcze spal. Wstawal potem trzy razy, za kazdym razem wracajac jednak do wyrka. Tego dnia planowalismy jechac do znanego, szwedzkiego sklepu z meblami. :D Biurko oraz krzeslo Kokusia kupowalismy dla malego, 5-letniego chlopczyka i poki Mlodszy siadal do niego tylko okazjonalnie, nie wydawaly sie zle. Teraz jednak, kiedy caly blat zajely ekran oraz klawiatura, a na krzeselku siedzi 12-letni dryblas, wyglada to niemal karykaturalnie. ;) Pogoda byla paskudna. Od rana padalo; w dodatku nie byl to deszczyk, lecz jego "marznaca" odmiana i M. mowil, ze rano Maya ledwie zeszla po schodkach, bo rozjezdzaly jej sie lapy. Pozniej Bi poszla do krolikow i po powrocie zdala raport, ze miejscami nadal jest bardzo slisko. Stwierdzilismy wiec, ze odpuscimy sobie wyprawe. Moglismy jechac pozniej, bo temperatura miala wzrosnac, ale to oznaczaloby ominiecie kosciola po poludniu. Malzonek zas mial znow pracowac w niedziele, wiec musielibysmy jechac osobno. Uznalismy, ze biurko nie zajac, nie ucieknie i bedzie jakas inna wolna sobota. Mielismy wiec bardzo spokojny ranek oraz wieksza czesc popoludnia. Wiadomo bylo, ze zmywarka i jakies pranie czekaly na wstawienie, ale glownie snulismy sie z miejsca na miejsce. Tylko Bi zaczela kolejne przemeblowanie w pokoju. Malzonek stwierdzil, ze wdala sie w jego mame, bo ona ponoc tez wiecznie przestawiala meble i jego tata wsciekal sie, ze idac w nocy do lazienki wiecznie na cos wpada, bo nie pamieta biezacej konfiguracji! :D Panna tym razem przestawila lozko zaglowkiem pod wieksze okno, bo uznala ze sciana z mniejszym jest zbyt zawalona... Juz wczesniej mowilam jej o takim ustawieniu. To duze okno jest idealne zeby postawic pod nie lozko, bo jest polozone wysoko, wiec zaglowek wchodzi idealnie pod nie. No, ale panna twierdzila ze lubi spac po drugiej stronie, zeby po przebudzeniu moc patrzec na drzewa za oknem. Teraz jednak oznajmila, ze wlasciwie to nie ma czasu podziwiac widokow. Najwyrazniej sama musiala dojrzec do tego ustawienia, choc pytanie ile miesiecy z nim wytrzyma... :D Nie proznowal tez nasz kot. Z samego ranka dorwala kolejnego ptaka; M. mowi ze wyszla na doslownie 10 minut i wrocila ze zdobycza. Serio, myslalam ze ptaki sa nieco madrzejsze i nie dadza sie tak latwo zlowic. Na wieczor zas, kiciul najwyrazniej chcial pokazac ze potrafi zlapac tez cos innego, bo przyniosl mysz. Co do gryzoni to jestem akurat zdania, ze im wiecej wylapie, tym lepiej. ;)

Tylko dlaczego zawsze musi sie bawic truchelkiem... :/

W niedziele M. pojechal nad ranem do roboty, a ja i Potworki wylegiwalismy sie w lozkach do oporu. ;) Po kilku dniach kiepskiego samopoczucia, w gardle przestalo mnie drapac i obylo sie nawet bez kaszlu, jedynie z delikatna chrypka, ale za to zaczelo mi irytujaco kapac z nosa. Wkurzajaco, bo ciagle zbieralo mnie na kichanie, a w nosie niby gralo, ale przy dmuchaniu w chusteczke praktycznie nic nie lecialo. W dodatku w poniedzialek mialam znow pracowac, a podejrzewam, ze to ta cholerna robota sprawia, ze wlasciwie cos lamie mnie od miesiaca i nie chce przejsc. Naprzemian bowiem sie tam poce i marzne, bo kiedy czesc dnia spedzasz w budynku, czesc w aucie, a w miedzyczasie wychodzisz na powietrze, to wiecznie na zewnatrz wylaniasz sie lekko zgrzanym, a potem cie owiewa. :/ W kazdym razie, cieszylam sie ze na niedziele nie mamy zadnych planow i moge spokojnie wygrzac sie w domu. Pogoda byla okropna, bo choc zrobilo sie cieplo - 10 stopni, to rano padal deszcz, a potem pojawila sie gesta mgla. Tylko Bi poszla do krolikow sasiadow, nakarmila je i wypuscila na wybieg, a kilka godzin pozniej wrocila zamknac je spowrotem.

Gdyby ktos mial watpliwosci, ze mam juz strasznie duza corke - oto Bi robiaca sobie rano makijaz :O

Przyjechal oczywiscie moj tata, obejrzelismy razem skoki narciarskie, zjadl obiad, nadal swiateczne ciasta i pojechal. Ja zajelam sie skladaniem prania i wstawianiem kolejnej porcji zmywania. Mam wrazenie, ze kiedy jestesmy wszyscy w domu, kubki oraz talerze mnoza sie przez paczkowanie. Nie mowiac juz o tym, ze dojadamy ostatki ze swiatecznego gotowania. Po prostu co oproznie zmywarke, ta znow jest pelna... Wieczorem niestety musielismy sie przygotowywac z M. na kolejny dzien. Malzonek mial szczescie, bo nadal swiateczne godziny, wiec wychodzil o 11, ale ja wiedzialam, ze nie dosc, ze byl to poniedzialek, nie dosc ze nadal tuz po Bozym Narodzeniu, ale w dodatku na poczcie nie ma czegos takiego jak wczesniejsze wyjscie z pracy. Nie mowiac juz o tym, ze nie bylam nawet pewna ktora trasa bede jezdzic! :O Kiedy ojciec poszedl spac, Potworki zazyczyly sobie film - najnowsza czesc o gigantycznym rekinie, ktora widzieli juz chyba dwa razy, ale zgodnie stwierdzili ze to taki fajny film... :O

Poniedzialek zmuszona bylam zaczac wczesniej niz bym sobie tego zyczyla. Malzonek byl juz oczywiscie w pracy, ale dzieciaki smacznie spaly, a ja im zazdroscilam. ;) Co bylo jednak robic; zebralam sie i pojechalam do roboty. Na dzien dobry otrzymalam pozytywne wiesci, ze pojade w trase, ktora juz niezle znam. No i wtedy - wiadomo, nowszym autem. :) Kolejna dobra wiescia bylo, ze wreszcie konczy sie chyba swiateczna goraczka. Pomimo poniedzialku, nie mialam nawet listow pod kazdy adres, a stos paczek byl zdecydowanie mniejszy. Pamietacie jak ostatnio pisalam, ze malych paczuszek, mieszczacych sie w skrzynkach, mialam 4 takie dlugie tace? Tym razem wszystkie wcisnelam na jedna, wiec macie skale roznicy. To sprawilo oczywiscie, ze i sortowanie poszlo znacznie szybciej i udalo mi sie tak zapakowac auto, zeby o zadnym pudle nie zapomniec na trasie. Nie mowiac juz o tym, ze wyjechalam wczesniej z poczty, co juz dalo mi dodatkowy czas. Ktory sie przydal, bo oczywiscie czesc z tych mniejszych paczuszek nie wlazla do skrzynek, wiec po usilnych probach wygiecia lub scisniecia, zmuszona bylam jednak zaparkowac i ruszyc pod drzwi. ;) Jedna paczka tez przyszla pod adres, o ktorym pamietalam, ze oni chca dostawac awizo i odbierac je z poczty. Wypisywanie swistka w Hameryce to kolejne schody, bo trzeba zeskanowac kod z paczki, wcisnac na skanerze ze byla proba dostarczenia, podac przyczyne dlaczego nie dostarczona, po czym wypisac swistek i zeskanowac kod z kolei z niego. Dopiero wtedy mozna go wsadzic do skrzynki. :D A na koniec mialam dwie (ciezkie cholera!) paki do jednej z firm, ktora jednak okazala sie zamknieta. Taszczylam pudla z auta po schodach, a potem pocalowalam klamke, ech... Firma miala jakby przedsionek za zewnetrznymi drzwiami i myslalam, ze moze uda mi sie tam zostawic te pudla, bo naprawde nie mialam ochoty targac ich ponownie do pojazdu. Niestety, potrzebowaly podpisu osoby odbierajacej, ech... :( Dostarczylam jednak niemal wszystkie pakunki, wiec jestem z siebie calkiem zadowolona. No i udalo mi sie skonczyc o naprawde przyzwoitej godzinie, bo na poczte wrocilam juz o 15:30. Dzien okazal sie jednak luzny dla wszystkich, bo oprocz jednego listonosza, wszyscy pozostali juz powracali. Pogoda zrobila sie cudowna, niemal wiosenna - slonce i 14 stopni. Moj katar, dla odmiany, sie pogorszyl. Caly dzien ciagle pociagalam nosem, a wydmuchanie pomagalo na doslownie kilka minut. Szlag... :/ Szybko posegregowalam to, co przywiozlam spowrotem i ruszylam do domu. Dojechalam tuz po 16, wiec mialam przed soba kawal wieczoru. Malzonek zastanawial sie czy chce mu sie jechac na silownie, bo odkryl ze znow przytyl. Nie ma sie co dziwic, skoro ostatnio przestal cwiczyc i tylko zawozi dzieciaki i wraca do domu. ;) Kokusiowi bylo w zasadzie wsio ryba, ale Bi blagala zeby odpuscic, a ze mi po calym dniu jezdzenia sie nie chcialo, M. zas stwierdzil ze chyba jednak cwiczyc nie bedzie, bo tez cos go bierze, wiec tak zrobilismy. Wieczor minal na prysznicach i relaksie. 

Urzadzilismy sobie partyjke Uno ;)

W koncu tez przypomnialo mi sie zeby sprawdzic kask narciarski Starszej. W piatek mieli jechac na pierwszy wypad ze szkola, a Bi nie jezdzila na nartach dwa lata i niewiadomo czy lepetyna jej nie urosla. Okazalo sie, ze pasuje, choc na styk i gdzies ja tam troche uciskal. Mielismy jednak inny, ktory kiedys kupilismy wlasnie dla panny ale byl za duzy, potem jezdzilam w nim ja, ale zupelnie nie pasowal do ksztaltu mojej glowy i tak lezal sobie na polce kilka sezonow. Teraz jednak okazalo sie, ze pasuje na Bi idealnie, choc w jednym miejscu cos ja leciutko uciskalo. Tu jednak przewrocilam tylko oczami, bo Starsza ma juz tak, ze zawsze cos jej gdzies przeszkadza. Tak samo jest z lyzwami na nogach - czy figurowe, czy hokejowe, czy wypozyczone, czy wlasne, panne wiecznie but obciera. :D Tak czy siak, obudzilam sie jak zwykle na ostatnia chwile, bo musze sprawdzic jeszcze spodnie, rekawice, balaklawy (choc ostatnie zimy sa tak cieple, ze sie nie przydaja), ale jesli cos nie pasuje, to nie wiem gdzie bede szukac zeby do piatku dokupic. Nawet, zwykle niezawodny, Amazon moze nie dac rady. :D A! Jeszcze, nie dosc ze meczyl mnie katar, a przede mna byla wizja piatkowych nart, to do kompletu dostalam okres! Zyc nie umierac po prostu...

Wtorek, czyli Sylwestra, zaczelam pozniej, choc wczesniej niz planowalam, a to za sprawa kota oczywiscie. Oreo chodzila od 7 rano po pokojach na gorze i miauczala. Poczatkowo zaparlam sie, ze nie wstaje, ale kiedy obudzila mnie ktorys raz z kolei, wkurzylam sie nie na zarty. Wstalam i poszlam do kiciula, ktory przewracal sie rozkosznie po dywanie w korytarzu. Nie zwazajac na mruczenie, chwycilam upierdliwe stworzenie pod pache i znioslam pod drzwi. Kot ma glupi zwyczaj podchodzenia do nich, ale kiedy sie je otworzy, odskakiwac na kilka krokow i zastanawiac sie, wyciagajac glowe jak zyrafa, zanim wyjdzie. Tym razem bylam jednak naprawde wsciekla, wiec kiedy uchylilam drzwi, a ona odskoczyla, chwycilam ja i praktycznie "wyrzucilam" za drzwi. :D Wrocilam potem do lozka, ale juz oczywiscie nie zasnelam, bo za bardzo sie rozbudzilam. Wstalysmy z Bi wlasciwie jednoczesnie, ale Nik spal do 10:30. Malzonek oczywiscie byl w pracy, choc ponownie wychodzil o 11. Kiedy Mlodszy w koncu zdecydowal sie wstac, zaczal dzien od dylematu. Juz kilka dni temu pytal czy w czasie przerwy mozemy pojechac na go-karty. Powiedzialam ze oczywiscie, tyle ze przez Swieta, prace i rozkrecajace sie przeziebienie, nagle zostaly 2 ostatnie dni. Nadal solidnie lecialo mi z nosa, ale ze poza tym czulam sie ok, wiec stwierdzilam, ze mozemy uczcic go-kartami ostatni dzien roku. Tego ranka Nik dostal jednak sms'a od swojego najlepszego kumpla, czy ma ochote do niego wpasc. Mlodszy mial naprawde zagroske, bo kolega wyjechal na caly pierwszy tydzien przerwy, wiec sie nie widzieli od ostatniego dnia szkoly. Ostatecznie sprawe zalatwil M., bo Bi, ku naszemu zaskoczeniu, nie chciala jechac, wiec spytal syna czy nie nudno bedzie mu tak jezdzic samemu. Troche opornie, ale Nik przyznal mu racje. ;) Pojechal wiec (na rowerze) do kolegi, a jakis czas pozniej przyjechali do nas, bo Mlodszy musial sie oczywiscie pochwalic komputerem. Musze nadmienic, ze po cudownym pogodowo poniedzialku, wtorek byl juz bardziej pochmurny i temperatura doszla ledwie do 10 stopni. Co nie przeszkodzilo Kokusiowi w wyklocaniu sie, ze bluza mu niepotrzebna. :O Poniewaz jeszcze w Swieta lekko smarkal, wiec oczywiscie powiedzielismy z M. ze wlasciwie to powinien zalozyc i bluze i czapke na glowe, przy czym tego ostatniego oczywiscie nie zrobil. Za to, kiedy wrocili, triumfalnie pokazal mi, ze kolega ma na sobie... sama koszulke. :O Naprawde czasem zastanawiam sie nad stanem psychicznym hamerykanckich rodzicow... Wiekszosc popoludnia chlopcy spedzili juz u nas, ku irytacji Bi, ktora jednak nie chciala pisac do zadnej kolezanki z zaproszeniem... A chlopaki w sumie nie zwracali na nia wiekszej uwagi. Ucieszylam sie, ze nie grali caly czas na kompie, ale wylezli tez na podworko zagrac w kosza.

Podejrzani na kamerze ;)

Przy czym oczywiscie zglodnieli i Mlodszy przyszedl spytac czy moga zrobic pizze... Niestety, ale nie wyjelam wczesniej ciasta, poniewaz mielismy jednak rosol spytalam czy kolega mialby ochote. Na szczescie to taka podstawowa zupa, ze praktycznie kazde dziecko ja zje. ;) Ja zajelam sie wstawieniem prania, a po wysuszeniu poskladaniem go oraz zmywarka i ogarnieciem chalupy zeby wkroczyc w kolejny rok z jako takim porzadkiem. Kiedy zaczelo sie sciemniac, H. pojechal, a my zaczelismy wlasciwego, kanapowego Sylwestra. Najpierw przeszukalismy kanaly w tv probujac znalezc transmisje z Zakopanego, nieswiadomi, ze w tym roku dwojka przeniosla sie do innego miasta... W miedzyczasie naszlo mnie zeby zuzyc reszte twarogu pozostalego po sernikach i upiec mini cytrynowe serniczki. Mimo ze schowalam sie cichcem w kuchni, Bi szybko wyczula ze cos sie swieci i zjwila sie zeby mi "pomoc". Ostatecznie wiekszosc zrobila ona, pod moje dyktando. Ja przelalam tylko mase serowa do papilotek, bo wyszla bardzo ciekla i panna bala sie, ze narozlewa naokolo. A kiedy one sie piekly (prawie godzine, zamiast 25 minut z przepisu :O) panna otrzymala lekcje smazenia jajek. ;) Malzonek nie bardzo ufa dzieciakom z kuchenka, ale stwierdzilam ze kiedy jestesmy w chalupie, Bi moze cos tam czasem przyszykowac. W ten sposob powinna sie wprawic i jak kiedys beda sami w domu, nie bedziemy sie bali ze spali chalupe. :D A Starsza chce troche urozmaicic swoje sniadania. Miala pomysl na jajka sadzone i z moim nadzorem poradzila sobie z nimi bez problemu (w koncu to zadna filozofia...), ale stwierdzila jednak ze za dlugo sie robia, wiec raczej stanie na jajecznicy. ;) Poniewaz w Polsce polnoc jest o 6 godzin wczesniej, wiec pozniej probowalismy znalezc cos ciekawego w TV, czekajac na nasz Nowy Rok. Malzonek, ktory wstal po 2 nad ranem, niestety polegl i poszedl spac o 21:30. Nik wlasciwie spedzil wieczor grajac, ale ja oraz Bi wlaczylysmy transmisje Sylwestra z Time Square w Nowym Jorku. Kilka minut przed polnoca zawolalam Kokusia zeby zobaczyl odliczanie i opuszczanie kuli. :) 

I tak zaczal sie kolejny rok...

Potem dzieciaki chcialy zapalic zimne ognie przed domem, ale w miedzyczasie zaczal padac deszcz. Frontowy ganek mamy zadaszony, wiec wyszlismy chociaz tam, ale okazalo sie, ze mocno wialo i zawiewalo akurat pod same drzwi. Zimny ogien Kokusia udalo mi sie jeszcze odpalic, ale proba odpalenia Bi nie powiodla sie - wiatr ciagle gasil plomien w zapalniczce. W koncu zrezygnowalismy i przenieslismy sie do srodka. ;)

Rok 2025 przywitany!
 
A jeszcze myslalam, ze z pobliskiego miasta - Polakowa, dochodza odglosy fajerwerkow. Amerykanie nie maja zwyczaju strzelania przy domach na Nowy Rok, ale Polacy zawsze cos tam postrzelaja. Tym razem jednak przeszlo mi przez mysl, ze musi byc tam specjalny pokaz fajerwerkow, bo huczalo az milo. Pies skulil sie na poslaniu, a kot uciekl na gore i wlazl pod lozko Bi. Dopiero po przyjsciu do domu, kiedy zaczelo blyskac raz za razem, dotarlo do nas, ze to nie fajerwerki, ale burza! I to taka naprawde solidna, bo kilkakrotnie walnelo nad samym naszym domem, az sie doslownie zatrzasl! :O Obudzil sie az M. i wstal zobaczyc co sie dzieje. Nowy Rok zaczal sie wiec z przytupem i mamy nadzieje, ze to nie jakas zla wrozba... :O Kiedy grzmoty zaczely sie solidnie oddalac, zagonilam Potworki do lozek, powtarzajac ze im pozniej sie poloza, tym dluzej beda rano spac, a kolejnego wieczora bedzie im ciezko zasnac. Tymczasem nastepny dzien mial byc ostatnim z przerwy swiatecznej, wiec wazne bylo zeby wieczorem polozyli sie o rozsadnej porze, inaczej czwartkowy poranek bedzie podwojnie brutalny...

W pierwszy dzien Nowego Roku pospalismy dluzej wszyscy, bo i M. mial oczywiscie wolne. Co prawda, dla niego "dluzej" oznacza pobudke okolo 6 rano. :D Dla siebie nastawilam budzik na 9, ale obudzilam sie dokladnie minute wczesniej. Bi wstala kiedy jeszcze dobudzalam sie, pollezac w lozku. Tradycyjnie, najdluzej spal Nik. Dzien spedzilismy bardzo leniwie. Mialam pomysl zeby zabrac Potworki na lyzwy, ale w czasie swiatecznym mieli publiczna jazde o dwie godziny wczesniej, a Nik spal tak dlugo, ze musielibysmy sie naprawde spieszyc zeby zdazyc. Stwierdzilam wiec, ze nie ma co leciec na wariata i odpuscilam. Za to obejrzalam sobie skoki narciarskie, co dla mnie tez jest noworoczna tradycja. Zawsze wspolczuje skoczkom, bo podejrzewam, ze sporo z nich jest na ostrym kacu, ale samej fajnie mi sie oglada z wygodnej kanapy... :D

Fajnie podziwiac zmagania w dresie i cieplym domku :)

Myslalam, ze moze wpadnie moj tata, ale okazalo sie, ze on tez jest w leniwym nastroju i nie chcialo mu sie ruszac z domu. Pogoda nie zachecala zreszta, bo choc ponownie calkiem cieplo - 9 stopni, to bylo ponuro i pochmurno, a po poludniu zaczely sie przelotne deszcze. Chalupe mialam w miare ogarnieta, wiec na szczescie moglam naprawde poleniuchowac, choc nie obylo sie bez koniecznosci wlaczenia zmywarki i dogotowania ziemniakow do obiadu. Poza tym jednak snulismy sie po domu bez celu. Dzieciaki tez bez humorow, bo kolejnego dnia wracali juz do szkoly, wiec ogarnela ich czarna rozpacz, szczegolnie Bi, ktorej dwie kolezanki wyjechaly i wroca dopiero w przyszlym tygodniu i panna uwaza to za dziejowa niesprawiedliwosc. :D Musze przyznac, ze wieczorem oba Potworki grzecznie polozyly sie do lozek sporo wczesniej niz w czasie przerwy swiatecznej, choc zasnac bylo im oczywiscie ciezko. Bi ambitnie postanowila wstawac o 5:30, bo wymyslila, ze chce co rano przed szkola brac prysznic. Ciekawa bylam jak jej z tym pojdzie. Osobiscie z rana jest mi zawsze niemozliwie zimno i na mysl o prysznicu az przechodza mnie ciarki. Myje sie, owszem, ale tak, zeby zostawiac na sobie mozliwie jak najwiecej odziezy. ;) Poza tym smialismy sie z M., ze jeszcze ze dwa - trzy lata temu, kiedy Starsza byla na poczatku przygody zwanej dojrzewaniem, mielismy z nia ciagla walke o higiene osobista. Ba! Jeszcze kilka miesiecy temu nie mozna bylo jej zagonic do kapieli wiecej niz dwa razy w tygodniu! Teraz zreszta zaczynamy ta sama batalie z Kokusiem. ;) Jak to zwykle bywa z nastolatkami, panna sama z siebie zaczela sie kapac czesciej. Nie dlatego, ze czuje sie nieswieza, ale poniewaz zaczela zwracac uwage na wlasny wyglad, a... przetluszczaja jej sie wlosy. :D W kazdym razie, zastanawialam sie jak szybko opadnie Bi zapal.

Czwartek oznaczal powrot do kieratu, zarowno dla M., ktoremu skonczylo sie wychodzenie o 11, jak i Potworkom, ktore wracaly w szkolne mury. Wszyscy byli oczywiscie niepocieszeni. Nik najbardziej ze w tygodniu maja ograniczona elektronike, wiec twierdzil, ze nie bedzie mu sie nawet oplacalo wlaczac komputera. :D Malzonek wyjechal z domu przed switem, ale nasza pozostala trojka mogla pospac do nieco normalniejszej pory. Tak jak podejrzewalam, Bi powiedziala ze przestawila budzik na 6, potem na 10 minut pozniej i dopiero wstala, wiec prysznic sobie odpuscila. :D Nik zapomnial budzika wlaczyc w ogole, wiec musialam sama go zbudzic, co zaowocowalo oczywiscie ogromnym fochem. Za ktory pozniej na szczescie przeprosil. ;) Potem jednak Mlodszy sprawnie sie wyszykowal, za to Starsza chodzila ze lzami w oczach, ze tak straaasznie nie chce wracac do szkoly. To jest wlasnie najgorsze przy wszelkich przerwach - pozniej okropnie ciezko jest wejsc ponownie w szkolny rytm. ;) Kiedy oni odjechali, wrocilam do chalupy, zjadlam sniadanie, usiadlam na chwile spokojnie przy kawie, po czym zabralam sie za sprzatanie. Przyznaje, ze choc porzadnie ogarnelam chalupe na Boze Narodzenie, to jednak podczas tego czasu miedzyswiatecznego wrzucilam na luz i odhaczalam tylko to, co najpilniejsze. Podlogi na gorze zaczely juz wiec wolac o pomste do nieba, a to oznaczalo runde na odkurzaczu oraz mopie. ;) Pozniej zmienilam tez dzieciakom posciel i wstawilam brudna do prania. Mialam to zrobic przed nowym rokiem, ale coz... Najwyzej bedzie to oznaczac, ze beda spali w brudnawej poscieli przez caly rok. :D Byla taka dziwna pogoda, gdzie niby wiekszosc czasu swiecilo slonce, jednak po niebie przeplywaly chmury, z ktorych caly czas proszyl snieg. Leciutko i nic nie osiadalo, ale jednak. Zerwal sie tez mocny i zimny wiatr i choc byly 4 stopnie na plusie, to odczuwalna byla minusowa. Na obiad mielismy reszte rosolu, wiec na szczescie musialam tylko dogotowac makaron i gotowe. Dojechaly Potworki, a niedlugo za nimi M. Kiedy zjedlismy obiad, zabralam sie za pakowanie rzeczy na narty. Niestety, dzieciaki mnie wkurzaja, bo uparli sie, ze nikt nie chodzi w szkole w kurtkach, wiec mimo klubu narciarskiego chca jechac w bluzach oraz kamizelkach, a w kurtki przebiora sie juz na stoku. To oznaczalo niestety, ze musialam je upchnac w ich plecakach. Dla Kokusia rowniez spodnie, bo choc Bi postanowila zalozyc narciarskie do szkoly, Nik stwierdzil, ze bedzie mu za cieplo. Gwoli scislosci, poniewaz zimy mamy slabe, kupilam im takie spodnie a'la dresowe, tylko ze podbite polarem i ponoc wodoodporne. Sa jednak zdecydowanie ciensze niz takie typowe portki na snieg. No, ale kawaler i tak oznajmil, ze doopka mu sie spoci. ;) Dobrze, ze i tak musialam mu kupic wiekszy plecak, bo do starego nie wlazly buty ojca. Inaczej w zyciu nie zmiescilabym tego wszystkiego, bo przeciez jeszcze rekawice, skarpety, kaski, gogle... Dostalam wiadomosc od managerki z poczty czy dam rade pracowac tez we wtorek. Na szczescie na mojej "normalnej" trasie, ale i tak pol godziny sie zastanawialam, bo serio nie mialam ochoty taszczyc paczek dwoch dni pod rzad... :/ W koncu jednak rozsadek zwyciezyl, bo kasa przeciez na drzewie nie rosnie... Ani sie obejrzelismy, a przyszedl czas jazdy na basen. Bi oczywiscie marudzila, ale w zasadzie gwaltowniejszych protestow nie bylo. Malzonek planowal jechac na silownie i pocwiczyc w czasie ich treningu, wiec stwierdzilam, ze jak pojada to wezme prysznic. Ostatecznie u M. zwyciezyl len i tylko ich zawiozl. W zasadzie wszystko jedno, tylko gdybym wiedziala, to wykapalabym sie wczesniej zeby moc dzieciaki odebrac. A tak, swiezo spod prysznica nie bylo mowy i malzonek musial ponownie zrobic koleczko na basen. Po powrocie zjedli szybko kolacje, po czym Bi popedzila wziac prysznic bo oczywiscie chciala w naszej lazience, a M. marzyl juz o lozku. ;) Dostalam tez maila od nauczycielki odpowiedzialnej za klub narciarski w szkole Potworkow, przypominajacy ze kolejnego dnia maja pierwszy wyjazd. Szczerze, to jak zwykle kiedy zapisywalam sie jako opiekun w pazdzierniku, bylam pelna entuzjazmu. A teraz, jak przyszlo co do czego, to znow jestem raczej zrezygnowana, bez formy i zapalu. Nie mowiac juz ze mam okres, a wiec dodatkowe niedogodnosci. :D

W piatek wstalismy normalnie, choc dzien wczesniej Potworki twierdzily, ze skoro ich wioze (musialam odstawic narty, wiec przy okazji bralam dzieciaki), to mozemy wyjechac pozniej. Na szczescie tego nie zrobilismy, choc Bi guzdrala sie strasznie i idac na autobus dobiegliby chyba na ostatnia chwile. Kiedy wyjechalismy spod domu, akurat na przystanek dojechala kolezanka Bi, wiec spytalam czy nie chce zabrac sie z nami. Chciala, wiec Nik przeskoczyl szybko do przodu, a dziewczyny siadly razem z tylu. Z zaskoczeniem stwierdzilam, ze Bi byla jakas bez humoru i odpowiadala kolezance polslowkami. A tyle lat byla taaaka przyjazn... :D W kazdym razie, ostatnio wiozlam Potworki do szkoly na rozpoczecie roku, wiec zapomnialam jakie o tej porze sa korki! Najpierw nie moglismy sie w ogole wydostac z naszej okolicy. Mamy tam wlasciwie jedna wieksza ulice, laczaca sie z glowna arteria biegnaca przez nasza miejscowosc. Oznacza to, ze dwa razy wlaczylo sie zielone swiatlo, a my sie nie zalapalismy. Dopiero za trzecim przejechalismy. Pozniej snulismy sie w korku przez wiekszosc miasteczka. A pod szkola kolejny koszmar - sznurek aut, bo chyba polowa rodzicow odwozila dzieciaki osobiscie. :O Zanim w koncu sie dokulalismy, bylam ostatnim autem podjezdzajacym pod sale gimnastyczna, gdzie oddawalo sie sprzet narciarski. :/ Powrot do domu na szczescie poszedl juz sprawnie. Zajechalam jeszcze do biblioteki, bo dostalam maila, ze ksiazka wypozyczona przez Bi jest juz chyba na liscie "zgubionych". Panna skonczyla ja czytac prawie 2 miesiace temu (o czym nie wiedzialam), ale ciagle zapominala mi powiedziec, ze trzeba ja oddac. W koncu dotarlam do chalupy i... wk*rw. Objazd powinien mi zajac niecale pol godziny, ale przez te korki wszedzie, objechalam w jakies 40 minut. Dluzej niz przewidywalam, ale tez nie jakos strasznie. Tymczasem... Maya zdazyla sie porzygac. Dobrze, ze na kafle w kuchni, a nie na swoje poslanie, no ale... :/ Wypuscilam ja przed wyjsciem na doslownie kilka minut, zeby zrobila poranne siusiu, to prosze, zdazyla sie nazrec trawy (widzialam zdzblo w tym co zwrocila). :O Super... Posprzatalam, zjadlam sniadanie, przewietrzylam sypialnie i musialam jechac na tygodniowe zakupy. Potem oczywiscie rozpakowac torby, poogarniac troche to czy owo (ale bez szalu, zeby sie nie zameczyc) i ani sie obejrzalam, musialam pakowac z kolei wlasne narciarskie manele i ruszac na stok. Okazalo sie, ze i ja i trojka innych rodzicow dojechala sporo przed autobusem, wiec dluzsza chwile krazylismy po parkingu, ja chuchajac w dlonie, bo rekawice mialam w plecaku i nie chcialo mi sie ich wygrzebywac. Byly 2 stopnie na plusie, ale mocny wiatr sprawial, ze odczuwalna jednak byla sporo nizsza. Wreszcie dojechali i zaleta zajec z takimi duzymi dzieciakami jest to, ze wlasciwie wszystko ogarniaja sami. W dodatku chyba wszyscy juz wczesniej byli w klubie narciarskim albo przynajmniej na tym stoku, wiec nikt nie musial im pokazywac gdzie jest wypozyczalnia ani gdzie sie udac na lekcje, ktorych zreszta chyba nikt nie mial. Bi miala szczescie bo do klubu zapisala sie jedna z jej lepszych kolezanek, wiec obie sie wyszykowaly i tyle je widzialam. Napotkalam je pozniej na szczycie stoku i przypomnialam zeby o 17 zjechaly do schroniska, bo Bi nie miala kasy na obiad.

Dziewczyny przynajmniej ladnie zapozowaly

Nik poczatkowo nie mial jakos smialosci zeby wepchac sie do ktorejs z grupek chlopcow, wiec jezdzil ze mna. Przy czym, nawet moj maly chlopczyk dorasta i zalozyl na oczy gogle choc wcale nie byly potrzebne, stwierdzajac ze wyglada bardziej incognito i moze nikt go nie rozpozna, bo to jednak troche obciach jezdzic z mama. :D Pozniej jednak chcial zaliczyc tez kilka czarnych szlakow, wiec zaczelismy sie rozdzielac.

A Nik nie dosc, ze w ruchu, to jeszcze akurat pomachal i zaslonil czesc twarzy :D

Kiedy zjechalismy na obiad akurat pojawila sie tam grupa jego kolegow, wiec usiadl z nimi, a pozniej juz razem ruszyli na stok. W ten sposob zostalam sama i tylko od czasu do czasu zjezdzalam do wyciagu w tym samym czasie, wiec zalapalam sie zeby wjechac na gore najpierw z Bi, potem z Kokusiem. Oboje bawili sie wysmienicie i niestety byli jednymi z ostatnich, ktorzy pojawili sie w schronisku. Nauczycielka przykazala, ze wszyscy maja zjechac ze stoku o 19 i wiekszosc dzieciakow zjawila sie tam kilka minut wczesniej. Niestety, nie moje. Nik ponoc widzial ze jest 18:50 i stwierdzili z kolega, ze zjada jeszcze raz. Tymczasem, poniewaz byl piatek, wiec na wieczorna jazde (kiedy jest znizka) zjawily sie tlumy, a kolejki do wyciagow rowniez sie wydluzyly. Zanim wjechali na gore i zjechali, byla 19:10. Bi dotarla jeszcze pozniej, bo na sam koniec wywalila sie tak pechowo, ze zaryla twarza w snieg, zgubila kijki, a narty jej sie wypiely i zjechaly pare metrow w dol. :O Zanim wszystko pozbierala i zdolala zjechac, zmarnowala sporo cennego czasu. Nik tez zaliczyl niezla wywrotke - kolega potem powiedzial, ze zobaczyl tylko chmure sniegu i narty Kokusia w gorze. :D Na szczescie zadnych gorszych obrazen nie odniesli. A widzialam dwoje dzieciakow zwozonych ze stoku na noszach. Niestety, na poczatku tygodnia padalo i ogolnie caly tydzien bylo cieplo, wiec snieg na stoku topnial, ale od dwoch dni w nocy znow sa przymrozki, wiec wszystko zamarza. W rezultacie miejscami jest sporo lodu, z ktorego snieg zjezdza, tworzac kopce. Ja sama tez sie potknelam i zrobilam szpagat, malo nie wywijajac orla, ale na szczescie udalo mi sie zlapac rownowage. ;) W kazdym razie, w koncu wszyscy zaladowali sie do autobusu i moglismy wrocic do szkoly. Zgarnelam bardzo zadowolone Potworki i wrocilismy do chalupy, gdzie M. juz smacznie spal. Po takim meczacym popoludniu, mimo piatku, zostalo juz wlasciwie tylko zjesc kolacje i do wyrka. ;)

Do przeczytania!

sobota, 28 grudnia 2024

Ostatnie przedswiateczne podrygi i Boze Narodzenie

Przyszedl pierwszy dzien swiatecznej przerwy dla Potworkow, czyli sobota, 21 grudnia. Co prawda Bi twierdzila, ze sie nie liczy... Dlaczego? Poniewaz dzieciaki mialy tego dnia kolejne zawody plywackie, najprawdopodobniej ostatnie (dla nich) w tym sezonie. Mialy sie odbyc w kolejna sobote, ale je przelozono. Podejrzewam, ze ktos sie skapnal ze bylby to srodek przerwy, a sporo osob przeciez w tym czasie wyjezdza. Potworki stwierdzily ze to w sumie lepiej, bo musieliby sie zrywac z rana w samym srodku ferii swiatecznych, a tak to spisali ten pierwszy dzien na straty i wolne oficjalnie zaczeli od drugiego. ;) Tym razem zawody odbyly sie i troche blizej domu i o pol godziny pozniej. To oznaczalo, ze moglam pospac do zawrotnej godziny 7, a Potworki zawolalam 20 minut pozniej. Malzonek, po 3 tygodniach pracy bez przerw, w koncu mial wolny dzien, ale stwierdzil ze nie chce mu sie jechac. :/ Ja i dzieciaki sie zebralismy i w calkiem niezlych humorach dojechalismy na miejsce. Oba Potworki byly juz na tym basenie kilkukrotnie i zgodnie stwierdzili, ze go z jakiegos powodu nie lubia. Okazalo sie to zlym "omenem", ale nie uprzedzajmy faktow. ;) W kazdym razie, milo popatrzec ze oboje maja w druzynie swoje grupki przyjaciol, wiec miedzy wyscigami lazili, wyglupiali sie i ogolnie fajnie spedzali czas. Ponownie nie mieli sztafet, wiec po rozgrzewce bylo sporo czasu na zycie towarzyskie, a trener tym razem przydzielil im po 4 wyscigi. Nik ostatecznie plynal piec, ale o tym tez za moment. Te zawody okazaly sie dla Potworkow dobra lekcja (choc watpie zeby wyciagneli wnioski) ze nie zawsze beda wygrywac i (szczegolnie Bi, bo za rok, w high school, moze dostac niezly wycisk) musza regularnie jezdzic na treningi zeby zbudowac i utrzymac forme. Musze sprawiedliwie nadmienic, ze trener ustawil Bi bardzo kiepsko. Miala wyscig na 50m, potem na 200m i zaraz za tym, doslownie 4 numery po (wyscigi sa ponumerowane zeby kazdy plywak wiedzial co plynie i kiedy) plynela na 100m i chwile poniej znow na 100m. Pierwszy, kraulem, wygrala bez problemu.

Na tym basenie widocznosc z trybun jest kiepsciutka, ale w najdalszej linii mozecie zobaczyc Bi, ktora wlasnie doplynela. Reszta jest nieco w tyle
 

Nastepny, choc najdluzszy, na 200m mieszanka stylow, plynela znow tylko przeciw tej samej kolezance z druzyny co ostatnio i rowniez go wygrala.

Bi w drugiej linii od prawej. Ten wyscig polaczyli z chlopcami i obok Starszej jest chlopiec, ktory tez juz doplynal (ale jego wynik nie bedzie liczony przeciw dziewczynom), drugi z chlopakow wplynal w kadr, a kolezanki Bi jeszcze nie widac ;)
 

Pozniej jednak nie tylko nie zdazyla odpoczac, ale plynela na 100m kraulem m.in. przeciw dwom dziewczynom z przeciwnej druzyny, ktore byly od niej doslownie o dwie glowy wyzsze. Podobno ktos spytal je ile maja lat i powiedzialy ze 13... Bi nie jest wysoka, ale te dwie byly sporo wyzsze nawet ode mnie, a mam 170cm. Niby wzrost nie ma az tak wielkiego znaczenia przy plywaniu, ale jednak dluzsze rece oraz nogi robia swoje. W kazdym razie, Starsza przyplynela trzecia.

Bi w trzeciej linii od lewej, wlasnie dotyka scianki, dwie panny juz stoja, a dwie kolejne doplywaja
 

Nastepnie znow nie dane bylo jej dobrze odpoczac, bo osiem wyscigow pozniej plynela znowu na 100m, tym razem stylem grzbietowym. Na poczatku byla najszybsza, ale w koncu zmeczenie dalo o sobie znac i przyplynela druga.

Jedna dziewczynka stoi (czy raczej sie unosi ;P), Bi w najdalszej linii doplywa, trzecia panna wlasnie pojawila sie w kadrze
 

Nik mial wiecej szczescia, bo plynal kraulem na 50m, a pozniej na 100m. 

Na 50m - Nik w najdalszej linii wlasnie doplynal, jeden chlopiec (kolega z druzyny zreszta) kawalek za nim, reszta daleko w tyle

Oba wyscigi oczywiscie wygral.

Na 100m - Nik w drugiej od prawej linii, unosi sie juz przy sciance, jeden chlopak sporo dalej, trzeciego nawet nie widac ;)
 

Potem padlam ze smiechu, bo chyba ktos sie nie zjawil, wiec Mlodszy plynal motylkiem na 50m... sam. Smial sie pozniej, ze zmiotl konkurencje. :D Coz, na pewno bylo to najlatwiejsze pierwsze miejsce w jego karierze. ;) Nastepnie mial miec dluga przerwe, ale ku mojemu zdumieniu, zauwazylam ze plynie stylem grzbietowym! :O Okazalo sie, ze trener dodal go do tego wyscigu w ostaniej chwili i nawet nie dal mu oficjalnej karteczki, tylko nabazgral na kawalku papieru. :O Oczywiscie Kokusiowi nie przyszlo do glowy zeby przyjsc i powiedziec mi, ze bedzie plynal, wiec tego wyscigu nie nagralam, a szkoda, bo wygral. Na koniec zas plynal na 50m zabka. Kawaler nienawidzi tego stylu i wiadomo dlaczego, bo kompletnie nie moze w nim rozwinac predkosci. ;) Doplynal... czwarty i byl bardzo zly, bo we wszystkich pozostalych wyscigach zajal pierwsze miejsce, a tu popsul mu sie rekord. :D

Trzech kawalwrow juz czeka, Nik (w drugiej linii od prawej) wlasnie dotyka scianki i  tylko piaty chlopiec dopiero doplywa
 

Ostatecznie wiec Bi wrocila z dwoma pierwszymi, jednym drugim i jednym trzecim miejscem, a Nik z czterema pierwszymi i jednym czwartym. Szkoda, ze niestety to raczej byly ostatnie zawody dla nich w tym sezonie. W styczniu beda jeszcze dwa, ale poki co stanowczo odmawiaja wziecia udzialu... Ale ze styczniowe piatki to bedzie klub narciarski, wiec nie nalegam, bo nawet nie wiem czy samej chcialoby mi sie zrywac w sobote rano. Nik zreszta bedzie mial mecze koszykowki, wiec i tak przewiduje marudzenie... Tak czy siak, tym razem zawody trwaly nieco dluzej bo gospodarze byli mniej ogarnieci niz ostatnio i nie tylko nie laczyli tak sprawnie wyscigow, ale jeszcze co chwila robili przerwe bo cos gdzies sie nie zgadzalo i musieli sprawdzac. A ze zaczelismy tez pol godziny pozniej, wiec wyszlismy dopiero tuz po 12. Wrocilismy i mielismy troche czasu na odpoczynek, zanim trzeba bylo jechac do kosciola, bo M. znow pracowal w niedziele. W miedzyczasie mroz robil sie coraz bardziej siarczysty, bo w nocy mialo byc -13, a do tego wial porywisty, lodowaty wicher. Po powrocie zabralam sie za kapuste z grzybami na Wigilie, a potem upieklam blachy ciasta na metrowca i ugotowalam do niego budyn na krem. Zalowalam ze salatki i kluski z makiem musialam zostawic sobie na wtorek, bo wiedzialam, ze po pocztowym poniedzialku, we wtorek bede obolala i zmeczona. No coz, taka dola...

W niedziele wreszcie moglam sie z Potworkami wyspac, a Bi oznajmila, ze w koncu zaczeli swiateczna przerwe. :D Na dworze panowal niemozliwy ziab, wiec cieszylam sie, ze moge dzien spedzic w dresie i cieplych bamboszach. Niestety, kuchnia i jej kafle znajduja sie nad nieogrzewanym garazem, wiec ciagnie od nich niemozliwie. ;) Dzien uplynal oczywiscie glownie na przygotowaniach do Swiat, czyli sprzataniu i gotowaniu. Trzeba bylo, m.in. przygotowac dolna lazienke na uzytkowanie gosci. ;) Ukrecilam krem do metrowca i przelozylam plastry, a potem zrobilam czekoladowa polewe. Ugotowalam tez warzywa do jednej z salatek zeby bylo juz z glowy. Przygotowalismy z M. barszcz, ale ryby malzonek stwierdzil ze usmazy w poniedzialek, bo wiadomo bylo, ze bedzie w domu duzo wczesniej ode mnie. A na wieczor upieklam sernik, przy asyscie Bi, wiec zajelo to dwa razy dluzej niz powinno. :D I tak niedziela przeleciala. Wiadomo, ze jak kolejnego dnia mialam pracowac, to dzien wolny smignal ekspresowo.

W poniedzialek M. jak zwykle zerwal sie do roboty w srodku nocy, a ja nastawilam budzik na 6:30, majac nadzieje wyjechac nieco wczesniej, zeby miec wiecej czasu na sortowanie wszystkiego. Wyszykowalam sie, przygotowalam Potworkom to, co mieli pozniej zjesc na obiad, po czym zostawilam spiace dzieciaki oraz zwierzyniec i pojechalam jak na sciecie. To byl ostatni przedswiateczny poniedzialek, wiec przygotowywalam sie na jezdzenie do 18. Pocieszalam sie tylko, ze przynajmniej choc raz mam ladna pogode, bo dosc mialam juz jazdy w deszczu. Zeby nie bylo mi za fajnie, nadal mielismy siarczysty mroz i w najcieplejszym momencie dnia bylo zaledwie -3. Mialam na sobie zimowe buty, getry podszyte polarem, na gorze 4 warstwy odziezy oraz polarowa opaske na glowie. Zalowalam, ze na rece nie moge zalozyc normalnych rekawiczek, ale strasznie ciezko jest w nich przekladac koperty i katalogi. Zalozylam wiec takie "bezpalcowe", ktore rok temu zrobila mi na szydelku Bi. Niestety, przy tym najwiekszym osiedlu mieszkan, kilka razy musialam przerwac rozkladanie poczty, bo palce mi kompletnie zdretwialy i bolaly tak, ze nie moglam juz chwycic zadnego listu. :( Potem bylo juz lepiej, bo wiekszosc czasu spedzalam w aucie, choc prawa reke tez wlasciwie caly czas musialam wystawiac na zewnatrz. Oczywiscie, skoro szykowalam sie jak na bitwe, to dzien nie byl taki zly. Managerka zalatwila dodatkowego chlopaka zeby porozwozil czesc paczek, wiec zabralam wszystkie male, a duzych polowe. Oczywiscie potem okazalo sie, ze z tych malych tez nie kazda wlazla do skrzynki i pare razy musialam wysiadac i maszerowac pod drzwi. :D Tym razem za to naprawde solidnie posortowalam te male paczuszki i choc mialam ich 4 takie dlugie tace, to udalo mi sie dostarczyc wszystkie. Moj maly sukces. ;) No i okazuje sie, ze bez ciaglego wysiadania i szukania w aucie paczek, udalo mi sie skonczyc o normalnej porze i na poczte dojechalam tuz po 16:30. Oczywiscie zanim posegregowalam i uprzatnelam wszystko, co przywiozlam spowrotem (m.in. multum pojemnikow i tacek oraz wszystkie zebrane do wyslania listy), zrobila sie 17. Ale i tak cieszylam sie, ze wroce do domu o rozsadnej porze. Co prawda i tak tego dnia nie szykowalam zbyt duzo, dogotowalam tylko jaja oraz ryz do salatek. Malzonek za to zdazyl juz usmazyc rybe, wiec kolejna rzecz zostala odhaczona. Potworki mialy tego dnia normalnie trening, ale choc Nik bardzo nie protestowal, Bi podniosla larum, ze maja przeciez przerwe swiateczna. Mnie po calym dniu jezdzenia nie chcialo sie ponownie wylazic ma ten mroz, a i M. nie wykazywal entuzjazmu, wiec ostatecznie im basen odpuscilismy. Wieczor spedzilismy na przedswiatecznych kapielach, a takze grzaniu dupek przy kominku. Dzieciaki wlaczyly tez sobie film, bo w koncu dni wolne i brak koniecznosci zrywania sie skoro swit, zobowiazywal. ;)

No i nadeszla Wigilia.

Matka Natura sprawila nam niespodzianke i choc sniegu nie bylo duzo, ale Swieta mielismy biale :)
 

Malzonek niestety musial pracowac, ale wyszedl po normalnych 8 godzinach, bez nadgodzin, co u niego oznaczalo 11:24. Myslal, ze mi w czyms pomoze, ale nie bylo takiej potrzeby. Spalam dosc dlugo, ale wstalam o w miare rozsadnej porze, wiec mialam sporo czasu, a zostaly mi tylko dwie salatki oraz kluski z makiem. Z salatkami mi sie udalo, bo zadzwonilam do mamy z zyczeniami swiatecznymi (nie chciala jechac do tesciow siostry, wiec byla sama) i tak gadalysmy o pierdolach, a ja w tym czasie wszystko kroilam i tarkowalam. W ten sposob nawet nie wiem kiedy salatki "sie" zrobily. ;) Zagonilam tez Kokusia pod prysznic, bo choc radzilam mu wykapac sie dzien wczesniej, stwierdzil ze zrobi to w Wigilie, a potem sie oczywiscie nie chcialo... Po skonczonej rozmowie z mama oraz salatkach wstawionych do lodowki, pod prysznic pobieglam i ja. W miedzyczasie dojechal M. i zdziwil sie, ze w zasadzie nie ma juz co robic. To znaczy, ja mialam, ale nie za bardzo potrzebowalam pomocy, tym bardziej, ze przy gotowaniu i sprzataniu czyjas obecnosc mnie raczej irytuje. ;) Przygotowalam kluski z makiem, a potem zabralam sie za szorowanie kuchni, ktora wygladala jak po huraganie, puscilam odkurzacz zeby zebral paprochy i zwierzece kudly rozniesione po podlodze, a sama za wycieranie kurzy na dole, zeby nie wstydzic sie przed goscmi. Potem wszyscy polecielismy sie przebrac i czekalismy na reszte towarzystwa.

Strzelilysmy se z corka fote, ktora miala byc przy choince, a wyszlo jak wyszlo :D
 

Na szczescie minely czasy z ciotka M., ktora przyjezdzala zawsze minimum godzine spozniona. Tym razem wszyscy zjawili sie na czas, wiec po przywitaniu przygotwalismy gosciom cos do picia (wedlug zyczenia), a pozniej nastapilo zwyczajowe dzielenie sie oplatkiem i wszyscy siedlismy do wieczerzy. Najlepsze, ze M. jezdzil do Polakowa chyba trzy razy, polujac na postne golabki i ich nie dostal, a przywiezli je chrzestny Potworkow i jego dziewczyna! :) Do tego zrobili tez salatki sledziowej oraz sernik z polewa z Nutelli, wiec stol byl naprawde pelny przysmakow. Po kolacji oczywiscie wszyscy musieli chwile odetchnac, wiec przenieslismy sie do salonu, gdzie wlaczylismy jakis koncert koled na polskim programie. Dopiero ponad pol godziny pozniej podalam ciasta, a sama nie zjadlam ani kawaleczka do wieczora. Oczywiscie Nik caly czas dopytywal kiedy moga otworzyc prezenty, wiec w koncu, po deserze, wreszcie polecilam dzieciakom rozdac paczki.

To wielkie obok Kokusia, to jego najwazniejszy prezent ;)
 

Musze przyznac ze jesli chodzi o Potworki, "Mikolaj" przeszedl samego siebie. Nik od miesiecy prosil o Playstation 5. Malzonek jednak podpytal kolegow w pracy, a ci jednoglosnie stwierdzili, ze taka konsola to na rok - dwa, a potem wejdzie nastepna wersja i bedzie prosil o kolejna. I ze duzo lepszy jest normalny komputer, bo w nim mozna za kilka lat powymieniac czesci, jakies procesory na szybsze, ale sam sprzet zostanie. No i mozna go uzywac do jakichs szkolnych projektow i normalnego uzytkowania, a nie tylko grania. Bylam przeciwna temu pomyslowi, bo uwazam, ze Nikowi wystarczylaby konsola, ale oczywiscie jak malzonek sie uparl, nie dalo sie go przekonac. Najwiekszym argumentem bylo, ze jak nauczy sie oslugi takiego kompa, a potem roli poszczegolnych czesci i ich wymiany, moze go to zainteresuje i w przyszlosci wybierze jakas zwiazana z tym kariere. Jestem sceptyczna, bo to takie tam gdybanie, ale przyznaje, ze moich dwoch najblizszych kuzynow oraz jeden dalszy, poszlo w takich wlasnie kierunkach. A dla chlopaka to naprawde przyszlosciowe zajecie. Poki co jednak, Nik ma 12 lat i komputer dla niego rowna sie z graniem i to wszystko...

Fota strzelona dzien pozniej, kiedy juz wszystko zostalo ustawione i podlaczone
 

No ale M., przy konsultacji z kolega, pokupowal wszystkie czesci, a potem kolega poskladal sprzet do kupy i poinstalowal co trzeba. Calosc kosztowala... $1500. :O Po prostu z krzesla spadlam jak malzonek mi o tym powiedzial, bo calkiem porzadny komp ze sklepu kosztowalby mniej niz 1/3 tego. Powybierali jednak jakies dodatkowe wiatraki i lepsze czesci, przystosowane do intensywnej gry. Pozniej zas malzonek zaczal myslec, ze to niesprawiedliwe, ze na syna tyle wydaje, a co z Bi? Ona o zadne konsole czy komputery nie prosila; na jej liscie byly glownie ksiazki oraz kosmetyki, ale M. stwierdzil, ze moze przyda jej sie laptop. W przyszlym roku idzie do szkoly sredniej, na pewno przybedzie jej jakichs pisemnych prac, a te szkolne Chromebook'i sa marnej jakosci i maja wiele zabezpieczen, nie pozwalajacych na swobodne przegladanie netu. Oczywiscie kiedy spytal corke, ta, po poczatkowym sceptycyzmie, uznala ze wlasciwie czemu nie... :D W ten sposob do kompa Kokusia, musielismy jeszcze wylozyc $900 na laptopa Apple.

Bi laptoczka ustawila sobie sama zaraz w Wigilie
 

Spytalam malzonka co wymysli za rok - samochody, tak juz na przyszlosc? :D W kazdym razie, Mikolaj postaral sie tez i dla mnie. Tak naprawde prosilam tylko o jedna rzecz - taki maly, plaski portfelik, bo moj normalny jest spory i jak jade z dzieciakami na narty, to ledwie go wpycham do kieszeni. A mam w tym roku ponownie byc opiekunem w klubie narciarskim. Do tego jednak Bi uparla sie, ze chce mi kupic nowa obudowe do telefonu i zrobila mi na szydelku "waciki" do demakijazu. :D Od chrzestnego dzieciakow dostalam zas fajna, cieplutka pelerynke, ktora bedzie jak znalazl do siedzenia przy ognisku na kempingach. Od mojego taty otrzymalam flakonik perfum i choc raz trafil z zapachem. Zwykle kupowal mi takie jak mojej mamie, a ona lubi ciezkie, duszace zapachy. Tym razem spytal o rade siostre i zapach jest idealny. No i przypadkiem trafil mi sie prezent M., bo tata kupil mu kamere do auta, taka do nagrywania jak jedziesz, w razie jakiegos wypadku czy czegos. Nie wiedzial jednak, ze auto malzonka ma juz taka kamere wbudowana fabrycznie, wiec ten stwierdzil, ze ta zainstaluje w moim. ;) W kazdym razie, goscie posiedzieli jeszcze chwile, a potem pojechali. Planowalismy jechac na pasterke na 22 (o polnocy sa tylko w polskich kosciolach i to nie wszystkich), choc zwykle M. bylo ciezko do niej dotrzymac. Tym razem, na szczescie poszli z Kokusiem podlaczac komputer i zeszlo im na tyle, ze potem polezal tylko na kanapie pol godzinki i trzeba bylo sie zbierac. Ja w miedzyczasie oczywiscie sprzatalam i wstawilam zmywarke. W kazde swieta zmawiam cicha modlitwe dziekczynna, ze ja posiadam. ;) Kosciol pekal w szwach, ale na szczescie dojechalismy na tyle wczesnie, ze znalezlismy miejsce w lawce. Czesc ludzi usiadla na dostawionych krzeselkach, a sporo niestety musialo stac. Do zwyklego choru oraz organow, dolaczyl trebacz i Nik po mszy prychnal, ze facet mial tylko pojedyncze nuty i on sam tez potrafilby tak zagrac. :D

 

Dosc nietypowy instrument na msze ;)

Wrocilismy do domu i wszyscy - rozbudzeni, krecili sie po chalupie. Potworki oczywiscie liczyly na jeszcze jakies drobiazgi wrzucone do skarpet na kominku, ale mimo ze powiedzialam, ze Mikolaj nie przyjdzie dopoki wszyscy nie pojda spac, ciezko bylo zagonic ich do lozek. Ja za to czulam sie jakby cos po mnie przejechalo i szykowalam sie juz, ze po prostu pojde do lozka bez wsadzania upominkow, a oni dostana nauczke. W koncu jednak wszyscy polezli na gore, wypuscilam Maye na ostatnie siusiu, wsadzilam wreszcie te pare duperelkow do skarpet i padlam z ulga w posciel. ;)

W Boze Narodzenie budzik zadzwonil o 8:45, ale wylaczylam go i zasnelam. Zbudzilam sie o 9:39. :O Malzonek oczywiscie nie spal od 6 rano, Bi ponoc wstala po 8, ale kiedy zwloklam sie ja, Nik nadal spal. Na szczescie to byl taki naprawde swiateczny dzien, gdzie nic nas nie gonilo i moglismy sie bez spiny snuc po domu. Bi oczywiscie juz dawno wyjela upominki ze skarpety, a Nik zrobil to jak tylko wstal - nawet dzien dobry nie powiedzial, tylko ruszyl do kominka. :D W skarpetkach mieli tylko troche slodyczy, po karcie podarunkowej oraz puzzlach 3D ze zwierzatkami, bo oboje chca uzbierac kolekcje. Ukladali potem te stworzonka, choc w sumie to zabawa na pol godziny.

Takie proste puzzelki, a tyle radosci ;)
 

Karte Nik dostal do aplikacji z ktorej sciaga sie gry na komputer i oczywiscie za chwile juz mial ja wgrana i szukal co tu sobie kupic. ;) Bi dostala karte do kilku sklepow z ciuchami, wiec polowe ranka przegladala strony, a ostatecznie stwierdzila, ze moze poczeka az wyjda kolekcje wiosenne. :D Kiedy juz zjedlismy sniadanie i wszyscy sie porzadnie rozbudzili, napisalam do taty, ze zapraszamy na kawe. W zasadzie to zapraszac nie musialam, bo umawialismy sie juz dzien wczesniej. ;) Dziadek pomogl skutecznie w uszczupleniu swiatecznych zapasow, posiedzial jak zwykle pare godzinek i wrocil do domu. Poniewaz o tej porze roku tata nie pracuje, wiec zwykle po Swietach przyjezdzal kilka dni pod rzad, korzystajac, ze ja i Potworki jestesmy w domu. Tym razem jednak w czwartek mialam pracowac, zas w piatek rano umowiona bylam do fryzjera, a po poludniu dziadek mial rehabilitacje na kolano. Wygladalo wiec, ze najszybciej moze zjawic sie u nas w sobote, wiec spakowalam mu kilka pojemnikow przysmakow. Niech i on nacieszy sie swiatecznym zarelkiem, bo sam takich rzeczy nie gotuje. Zreszta, wiedzialam ze salatki czy kluski z makiem moga sie zepsuc zanim ja i M. damy rade je przejesc. Niech wiec ktokolwiek skorzysta. ;)

Oreo caly dzien odsypiala na naszym lozku wigilijne zamieszanie ;)
 

Po odjezdzie mojego taty, Potworki nadal cieszyly sie wolnym czasem, za to ja oraz M. musielismy pomalu myslec o szykowaniu sie do roboty. Malzonek ma "swiateczne" godziny i konczy jak w weekendy, juz o 11, ale ja nie mialam pojecia ile mi zejdzie, przygotowywalam sie wiec na najgorsze...

W czwartek Polska cieszyla sie z kolejnego swiatecznego dnia, ale dla nas wrocila brutalna rzeczywistosc. ;) M. pojechal nad ranem do pracy, ale ja na szczescie jechalam dopiero na 9, wiec moglam pospac nieco dluzej. Przeszkodzila mi w tym Oreo, ktora lazila po pokojach miauczac od 6 rano... :/ W koncu musialam wstac, wyszykowalam sie i pojechalam do roboty. Malzonek konczyl prace juz o 11, wiec nie musialam szykowac nic dla dzieciakow, wiedzialam bowiem, ze tata sie nimi zajmie. Jadac do pracy balam sie ktorej to trasy chca mnie uczyc tym razem. Niestety, moje obawy okazaly sie niebezpodstawne, bo jest chyba najglupsza na tym obszarze. Pocieszajace jest, ze jest tez najkrotsza, ale poza tym sklada sie praktycznie z mieszkan i domkow szeregowych, co oznacza ze caly czas trzeba wysiadac z auta do skrzynek zbiorczych. Jest jedno wieksze osiedle, ktore ma grupowa skrzynke (choc wieksze paczki niestety trzeba zanosic pod drzwi :/), poza tym jest jedna przypadkowa skrzynka przy drodze, a potem wielki biurowiec z tylko dwiema firmami, w dodatku na jego dwoch koncach i roznych pietrach... Najlepsza zabawa zaczyna sie jednak pozniej. Wjezdza sie na obszar, ktory wlasciwie jest jednym osiedlem, ale pomieszane sa na nim domki szeregowe z blokami. Zeby bylo weselej, jedne lacza sie z drugimi, a budowane sa w tym samym stylu, wiec nie mozna ich odroznic, poza wpatrywaniem sie w drzwi. Skrzynki sa tak idiotycznie zorganizowane, ze glowa mala. Ogolnie sa rozstrzelone po okolo 10 domkow, po calym osiedlu. Kazdy blok ma swoje wewnatrz, ale cala trasa po osiedlu prowadzi zygzakiem, wiec masz tu dwie grupowe skrzynki po przeciwnych stronach uliczki, pozniej jedna grupowa skrzynka, potem kolejna, ale od tylu domkow szeregowych (bo to przeciez takie logiczne!), pozniej zbiorcza skrzynka w bloku, a wiec w srodku, pozniej kolejna grupowa dla domkow, wiec przy uliczce, pozniej kolejny blok, itd. I nie ma ze jedzie sie w jakiejs logicznej kolejnosci, tylko w prawo, w lewo, prosto, w prawo, zawrocic, w prawo, prosto, naokolo parkingu... Koszmar! A do tego zajechac trzeba jeszcze do biura tego calego osiedla i do... domu starcow, bo na jednym koncu osiedla wybudowano jeszcze to! W tym domu starcow na szczescie wieksze paczki mozna zostawic na recepcji, za to skrzynki na listy sa oznaczone nazwiskami, a nie numerami, wiec posegregowanie czegokowiek to wyzsza szkola jazdy, szczegolnie, ze ciagle zmieniaja sie mieszkancy, bo wiadomo, umieraja... :( Nie mowiac juz o tym, ze goraco tam jak w piekle, a poczte rozklada sie cale wieki, bo trzeba szukac wlasciwego nazwiska... Pozniej wyjezdza sie na kolejny slalomik po reszcie osiedla... Oczywiscie do domkow szeregowych paczki trzeba przyniesc pod drzwi, ale na szczescie te do blokow ida do grupowego pokoju przy biurze, gdzie niestety jest paczkomat, wiec wieki zajmuje powkladanie wszystkiego do przegrodek. Aha! Jakby ta trasa nie byla zupelnie bezsensowna, to na dokladke, poniewaz jest najkrotsza, osoba ktora sie nia zajmuje, musi podjechac z listami do malutkiej poczty w centrum miasteczka. Niewiadomo dlaczego, wozy z centrali zabieraja z niej poczte, ale jej nie dowoza, tylko do nas. Niestety, rano czesto pracownicy jeszcze koncza sortowac poczte, wiec nie da sie tam podjechac od razu po przyjsciu do pracy, tylko trzeba czekac. Oznacza to, ze czlowiek musi przerwac sortowanie wlasnej trasy i do 10 rano pojechac tam. Niech mi ktos powie, ze to wszystko ma jakis sens?! No i najgorsza dla mnie wiadomosc, ze listonosz, ktory ma ta trase, jezdzi takim wiekszym autem dostawczym, na ktore trzeba miec specjalne pozwolenie. Kiedy wiec bede pracowac za niego, bede zmuszona jezdzic tym strasznym starociem. :O Managerka w ogole spytala czy moge przyjsc zrobic ta trase w sobote, ale powiedzialam, ze mamy juz rodzinne plany. :D Niestety, ostrzegla mnie, ze w poniedzialek, byc moze zamiast trasy ktora ostatnio robilam, bede musiala zrobic ta. Zalamala mnie kompletnie... :( W kazdym razie, na poczte wrocilismy po 15, wiec przed 16 bylam w domu. Tyle dobrego. Reszta dnia uplynela juz calkiem spokojnie, a na wieczor M. zawiozl Potworki na basen. Glownie chcielismy odciagnac Kokusia troche od komputera, ale obojgu przydalo sie wyrwanie z chalupy, choc Bi oczywiscie ostro protestowala.

Miny jakby dziala sie jakas tragedia :D
 

Pojechalam potem po nich i okazalo sie, ze bylo 6-cioro dzieci, czyli prawie polowa tego co zwykle, z czego troje to rodzenstwo, wiec robili sztuczny tlok. :D

Piatek minal pod znakiem jazdy w te i we w te. Juz na 8:10 rano umowiona bylam do fryzjera, wiec mialam pobudke duzo wczesniejsza niz bym sobie zyczyla. Niestety zapomnialam zrobic zdjec "przed" i "po". :/ Tam spedzilam prawie 3 godziny, do domu wrocilam wiec po 11. Kiedy dojechalam, Bi pobiegla do sasiadow nakarmic ich kroliki. Wyjechali do rodziny i poprosili Starsza czy nie zaopiekowala by sie dlugouchami. Ja w tym czasie wypilam kawe i probowalam opanowac bol glowy. Tego dnia czulam wyraznie, ze cos mnie bierze. Gardlo strasznie mnie drapalo, w nosie krecilo i glowa bolala niesamowicie. Niestety, musialam rowniez jechac po spozywke, bo mimo ze nadal po lodowce paletala sie resztka swiatecznych przysmakow, zaczynalo brakowac bardziej podstawowych produktow, jak jajka i mleko. ;) Pojechalam wiec do supermarketu, a ze mna ogonek w postaci Bi. Jak to z corka bywa, zakupy zmienily sie w cala wyprawe, bo z supermarketu pojechalysmy po sushi na obiad, a potem panna uprosila bubble tea. A jak herbatka, to trzeba bylo sie zatrzymac po napoj dla Kokusia, zeby nie czul sie pokrzywdzony... Wrocilysmy i Bi szybko jadla sushi, a ja rozpakowywalam zakupy. Ledwie skonczylam, a wsiadlysmy spowrotem w samochod i zawiozlam ja do kolezanki, z ktora sie umowila na popoludnie. Dopiero po tym moglam spokojnie usiasc i samej zjesc. Reszta dnia uplynela juz troche lepiej, choc niestety nadal czulam sie chora. Malzonek napalil w kominku, wiec staralam sie wygrzewac stare kosci, ale jak tylko szlam do innej czesci domu, natychmiast dostawalam dreszczy. Niestety, obowiazki wolaly, wiec trzeba bylo chociaz naczynia ogarnac... Oreo uplowala za to ptaszka, z ktorym usilnie pchala sie do domu.

No co ona ma z tymi ptaszkami... Myszy zniknely, czy co?
 

Ja zas z przerazeniem zauwazylam, ze ofiara nadal zyje i jak tylko kiciul luzuje uscisk, szamota sie i usiluje uciec. Rzucilam sie na ratunek, ale niestety, choc udalo mi sie przymusic kota zeby ptaka puscil, ten nie przezyl. :( W czasie kiedy Bi udzielala sie towarzysko, zeby odciagnac Kokusia od kompa, zaproponowalam wspolne gry, wiec przez godzine trzaskalismy naprzemian UNO i Dobble. :D


 

Na szczescie odebrac corke pojechal juz M., a ze na noc znow chwytal mroz, wiec cieszylam sie, ze nie musze wychodzic.

I tak, moi Drodzy, uplynelo nam Boze Narodzenie. W sumie, poza strasznym objedzeniem, nawet go nie poczulam. ;)