piątek, 11 sierpnia 2023

Pierwszy sierpniowy kemping

W piatek 4 sierpnia, od rana trwalo ostatnie pakowanie. Malzonek pojechal do pracy na pare godzin, ale juz o 10 zjechal do chalupy. I o malo sie nie poklocilismy, bo z wrodzonym brakiem taktu, M. palnal w ktoryms momencie, ze on juz wlasciwie gotowy i dlaczego "nam" (czyt. mi) tak wolno idzie. Musialam miec chyba mord w oczach kiedy (spocona i zziajana) uswiadomilam jasnie pana, ze wszystko co on pakuje (poza swoimi ciuchami) ma w garazu i piwnicy. Musi wiec zrobic kilka rundek, fakt, ale po plaskim. Za to wszystko co ja pakuje, jest w domu, a wiec musze sie nabiegac po schodach. Po zarcie oraz buty/kurtki na pierwsze pietro, a po ciuchy oraz kosmetyki az na drugie. I tak dobrych kilkanascie rund, bo pakuje siebie oraz dzieciaki, a jedzenia jest zawsze tyle, ze czlowiek chodzi i chodzi i co zajrzy do jakiejs polki, to zauwazy kolejna rzecz do zabrania. Nie jestem niestety maszyna, a kondycje mam kiepska. Do tego boli mnie nadal prawa dlon, wiec staram sie ja jak najmniej obciazac. W kazdym razie, jak malzonkowi wygarnelam, jak na niego spojrzalam, to szybko zaczal sie krygowac, ze on przeciez mi pomoze, tylko zebym mu spakowala, to zaniesie do przyczepy... :D Tak czy owak, zapakowalismy w koncu wszystko co trzeba (zapomnialam okularow przeciwslonecznych oraz naszej pasty do zebow ;P), zostawilismy kotu miche chrupek oraz wody i wyruszylismy. Nie jechalismy bardzo daleko, bo niecale 3 godziny, z czego polowa tego czasu bocznymi drogami, a nie autostrada, wiec sporo wolniej. Tym badziej, ze droga jednopasmowa i co chwila utykalismy za jakimis powolniakami.

Za to mielismy piekne widoki na rzeke plynaca zaraz obok drogi i przypominalo nam sie Zakopane - wybaczcie ten zamaz, ale fora robiona przez okno jadacego auta
 

Wybralismy sie w gore Stanu Nowy Jork, a konkretnie do znanego miasteczka - Lake George. Miejsce slynne jest na wschodzie Stanow, bo to taka typowo wakacyjna miejscowosc - cos jak u nas Leba czy Zakopane, albo Gizycko, bo w koncu polozona jest nad jeziorem. ;) Pisalam juz nieraz, ze choc dla ludzi z zewnatrz Nowy Jork to tylko wielkie miasto, to jest jednak ogromny Stan. Tak sie sklada, ze owa metropolia znajduje sie z grubsza na dole, a reszta Stanu rozchodzi na polnoc oraz zachod, wiec czesci poza miastem Nowy Jork okreslane sa zbiorczo jako Upstate New York. I tam sie wlasnie wybralismy; nad jezioro u podnozy gor (Adirondacks). No dobra, nasz kemping tak naprawde znajdowal sie w sasiedniej miejscowosci. ;) Pewnie nie pamietacie, ale rezerwacje robilam bardzo pozno, jakos na koniec czerwca lub nawet na poczatku lipca, wiec wszystkie lepsze miejscowki albo mialy pelne oblozenie, albo nasza przyczepa byla na nie za duza. Nie ma jednak tego zlego, ale o tym za chwile.

W piatek pogoda byla w kratke. W domu caly ranek sie chmurzylo i wyraznie zbieralo na deszcz, choc ponoc w koncu nic nie spadlo. Za to popadalo po drodze, choc nie jakos strasznie. Niestety, okolice naszego kempingu dostaly tego dnia solidna ulewe, wiec kiedy tam dotarlismy, lekko sie zalamalismy. Kemping wygodnie polozony na wyprawy po okolicy, bo zaraz przy glownej, przelotowej drodze, ale za to w lasku. W niektorych jego czesciach zaczeto wyrownywac sciezki warstwa zwiru, ale wiekszosc to byl zwykly piach. Jak wygladalo to po deszczu, mozecie sie domyslic. Wszedzie kaluze i bloto. A my odkrylismy, ze zapomnielismy tego dywanu, ktory zwykle rozkladamy przed wejsciem do przyczepy! :O Po poprzednim kempingu, kiedy padalo prawie cale 4 dni, po powrocie do domu M. go wyplukal wezem ogrodowym, wysuszyl i... zamiast wlozyc od razu do przyczepy, polozyl niewiadomo dlaczego na starej lodowce stojacej w garazu! Ja nawet nie zwrocilam uwagi ze tam lezy, a malzonek zapomnial. I tak pojechalismy bez niego, a przy deszczowej pogodzie wybornie pomaga on utrzymac przyczepe w czystosci... Mielismy sporo szczescia, bo po naszym przyjezdzie, w piatek juz tylko chwile pomzylo, ale deszcz nie rozpadal sie na dobre. Niestety, jak to w lesie i w dodatku po deszczu, komarow bylo po prostu zatrzesienie! Psikalismy sie srodkami majacymi odstraszyc krwiopijcow, ale rezultaty byly mierne i wrocilismy do domu cali pokryci bablami. Musze jednak dodac, ze pomimo lekkich niedogodnosci, to byl tzw. kemping "bezstresowy". Prywatny, wiec mielismy podlaczenia nie tylko do wody oraz pradu, ale nawet do sciekow! Nie musielismy wiec martwic sie nawet o zbytnie lanie wody, bo nie bylo ryzyka, ze przepelnimy zbiorniki. To oznaczalo, ze mozna bylo spokojnie wziac prysznic w przyczepie zamiast maszerowac do publicznych lazienek. :) Dojechalismy okolo 16, wiec po rozpakowaniu sie i ogarnieciu, postanowilismy podjechac do celu podrozy, czyli miasteczka Lake George. Od naszego kempingu to byl zaledwie kwadrans autem, takimi zadupiami ze radio tracilo sygnal, a komorki zasieg. Nie wiem jak ludzie tam zyja. :D Na miejscu przywital nas... szok. Bylismy z M. w tej miejscowosci albo w roku, kiedy sie poznalismy, albo jako mlode malzenstwo (nie pamietam dokladnie). Wracalismy z wycieczki autokarowej z wawozow jeszcze wyzej na polnoc i przewodnik postanowil zrobic postoj wlasnie w Lake George. Nie za wiele pamietamy, ale kojarzylam, ze parking to bylo blotniste pole (jak to z nami, wtedy tez mielismy kiepska pogode :D) obok zabytkowej fortecy, a samo miasteczko to byl deptak wzdluz jeziora oraz uliczka z kilkoma knajpami i sklepikami na krzyz. Teraz jest tam istny szal. Jedna glowna ulica pozostala ta sama, ale panuje przy niej natlok moteli, knajpek, sklepow z pamiatkami oraz lodziarni. Wszedzie lazace tlumy ludzi. Potworki zachwycone, stwierdzily ze pachnie tam jak w Polsce. Hehe, no kiedy w Kraju lazilo sie glownie na Krupowki, pod Gubalowke, czy na bulwar w Gdyni, to tak, glowna ulica Lake George faktycznie mogla przypominac Polske, szczegolnie ze (jak juz kiedys pisalam) w Hameryce zwykle na ulicach spotyka sie niewiele osob. Roznica bylo, ze tutaj dzieciaki rozumialy co czytaja i slysza. ;) Od glownej ulicy prowadzila prostopadla ulica, schodzaca do zabytkowej twierdzy (a wlasciwie jej rekonstrukcji, bo prawdziwa zostala doszczetnie spalona okolo 300 lat temu ;P), a takze przystani dla statkow parowych, a dalej plazy oraz parku. Caly czas zanosilo sie na deszcz, a ze bylo juz pozne popoludnie, zas parkingi wszedzie platne, wiec stwierdzilismy, ze wrocimy na kemping, a po miasteczku polazimy kolejnego dnia. Mimo ze bylo pochmurno i niezbyt cieplo (22 stopnie), ale Potworki nie bylyby soba, gdyby nie poszly na basen.

Tak naprawde to na wyjazdach Potworkom wystarczy do szczescia troche wody ;)
 

Woda tak ich ucieszyla, ze Nik z rozpedu wskoczyl, nawet nie sprawdzajac jej temperatury. I... czym predzej wy-skoczyl, bo byla lodowata! :D Potem nawet Bi zamaczala sie stopniowo i ostroznie, a Nik siedzial na brzegu i klekotal zebami. ;) Po powrocie na kemping, zostalo juz tylko rozpalic ognisko i siedziec do oporu, odganiajac komarzydla. ;)

S'mores'y rzadza, choc tym razem zrobilismy je tylko raz

Kemping w lesie, z mala iloscia slonca, wiec ciemnawo. To z kolei oznaczalo, ze w sobote wszyscy pospalismy znacznie dluzej niz zwykle. Ja oraz Potworki otworzylismy patrzalki nieco przed 10 i nawet M., ktory jest zwykle rannym ptaszkiem, wstal niewiele przed nami. No ale jak sie pracuje trzy tygodnie bez dnia wolnego, to potem trzeba odetchnac... Mowa oczywiscie o malzonku. ;) Wstalismy pozno, a szykowanie w przyczepie tez jakos zawsze dluzej trwa, wiec wyruszylismy z kempingu dopiero po 12. Pogode mielismy piekna, bo 26 stopni i slonce. Pojechalismy oczywiscie do Lake George i na pierwszy rzut chcielismy zwiedzic fort (Fort William Henry), ktory po rekonstrukcji zostal zamieniony w muzeum. Nik zainteresowany, Bi mniej, ale niech dziewczyna pozna tez nieco prawie - lokalnej historii. ;) Nie bylam pewna czego sie spodziewac, bo rzucilam tylko okiem na informacje w necie, nie zglebiajac ich jakos zbytnio. Cena wejscia lekko zwalila z nog, za to mila niespodzianka bylo to, ze co godzine zaczynalo sie przejscie z przewodnikiem, a nastepnie pokazy militarne. Przy tym, uczestnictwo od poczatku do konca nie bylo wymagane i mozna bylo w dowolnym momencie dolaczyc do grupy lub sie od niej oddalic. Mielismy szczescie, bo kiedy weszlismy, akurat konczyla sie czesc z przewodnikiem. Ja chetnie bym posluchala, ale i M. i dzieciaki woleli ogladac eksponaty w swoim tempie. ;)

Jeszcze przed wejsciem do glownej czesci muzeum, byla wystawa umundurowania z tamtych czasow
 

Po chwili wyszlismy na dziedziniec, gdzie wlasnie pan opowiadal o zyciu w twierdzy, anegdotki o toczacych sie potyczkach, umundurowaniu, broni, itd. Nastepnie zademonstrowal jak wygladalo strzelanie z takiego muszkietu. Oczywiscie bez uzycia kuli, zeby (wedlug jego slow) oszczedzic sobie narzekan na wybite okna. Ciekawostka bylo, ze przy komendzie strzalu, byla mowa o gotowosci, a potem o wystrzale, ale nic o celowaniu. Muszkiety te byly bowiem notorycznie niecelne i po prostu kiedy strzelalo na raz kilkadziesiat osob, liczylo sie na to, ze ktos trafi w przeciwnikow. ;) Zapamietalam jeszcze, ze wymogiem wstapienia do jednostki wojskowej, bylo posiadanie 2 (dwoch!) zebow. Przynajmniej jeden na dole i jeden u gory, bo trzymajac muszkiet, korek z woreczka z prochem, wyciagalo sie zebami.

Wystrzal
 

Teraz, do pokazow, proch trzyma sie w plastikowych pojemnikach. Kilkaset lat temu jednak nie bylo jak chronic go przed wilgocia, a mokry proch nie wystrzeli. W deszczowa pogode nie bylo bitew z bronia palna. To tyle z ciekawostek historycznych. ;) Nastepnie przeszlismy na waly, gdzie ustawione byly armaty. Tu z kolei pan dosc szybko opowiedzial jak wyglada operowanie taka armatka. Normalnie potrzeba bylo do tego szesciu osob, ale obsluga zostala nieco uproszczona, nie uzywa sie do pokazow prawdziwych kul, wiec wystarczylo dwoch jegomosci. Wiekszosc widzow zatkala uszy i slusznie, bo choc uzyto tylko 1/4 ilosci prochu co w prawdziwej bitwie, huk byl potezny.

 

Jak widac Nik poslusznie zatkal uszy (zreszta on nie lubi halasu), ale ja nagrywalam, wiec nie mialam jak i przyznam, ze z lekka mnie ogluszylo ;)

Przyszlo mi na mysl, ze ci zolnierze niegdys, wracali do domow nie tylko bez konczyn, ale kompletnie glusi. No nie ma bata zeby nie stracic sluchu kiedy strzela naokolo ciebie kilkadziesiat takich armatek z pelna iloscia prochu... Na tym pokazy się skończyły i można było ruszyć na samodzielne zwiedzanie twierdzy.

Widok z gory na dziedziniec twierdzy. Podobno odbudowana zostala wedlug orginalnych planow
 

Na dziedzińcu stały dyby, idealne do okiełznania niegrzecznego potomstwa. ;)

Jak widac, mlodsze dziecko z kary calkiem zadowolone ;)
 

Poza tym obejrzeliśmy pomieszczenia gdzie żołnierze mieszkali, mnóstwo gablot z bronią, umundurowaniem, a także autentycznymi przedmiotami, odkopanymi spod ruin prawdziwej twierdzy przez archeologów.

Twierdza znajdowala sie na wzgorzu, wiec z palisady rozciagal sie piekny widok na jezioro otoczone gorami. Jezioro to jest bardzo duze, ale raczej waskie i dlugie, jest tez na nim kilka wysep, wiec nie dajcie sie zwiesc: stad nie widac przeciwleglego brzegu choc tak moze sie wydawac
 

Jedno z pomieszczeń oznaczone było jako "nabór" i Nik zapragnął zostać rekrutem. :D

Zolnierzyk ;)
 

Kiedy już obejrzeliśmy wszystkie zakamarki twierdzy, wyruszyliśmy dalej, pozwiedzać miasteczko. Dlugo nie łaziliśmy, bo (pomimo porcji lodów) Nik rozpoczął jęki, ze gorąco, ze zmęczony, itd. Typowe dla Młodszego... 

Widok na stateczek parowy, ktorym chcialam sie przeplynac... Nik juz tu nie salutuje, tylko oslania oczy przed sloncem ;)
 

Miałam "a nie mówiłam" moment, bowiem M. miał w tym roku wizje żeby się kamperem wybrać aż do Arizony, zobaczyć Wielki Kanion i inne ciekawostki po drodze. Od początku byłam przeciwna, tłumacząc, ze Potworki nadal są w wieku gdzie całodzienne wędrówki to nie dla nich i więcej będziemy mieć marudzenia niż przyjemności. Nik w dodatku myślę ze mało co by z tego zapamiętał. I cieszę się, ze stanowczo oparłam się temu pomysłowi, bo już widzę te mekolenie syna przez bite 3 tygodnie! :D Wróciliśmy w końcu na kemping, ale po drodze zarezerwowaliśmy dla dzieciaków przygodę na kolejny dzień. ;) Po zgielku i tlumach w miasteczku, docenilismy cisze oraz spokoj "naszego" lasku. Nawet ludzie byli tam calkiem spokojni, a roznie to bywa. :) Moze uspokajalo ich samo otoczenie przyrody. Paradoksalnie, najglosniejsza na kempingu byla rodzina... gluchoniemych, ktora zatrzymala sie w domku zaraz obok naszej miejscowki. Nie wiem czy wszyscy byli gluchoniemi, ale porozumiewali sie za pomoca jezyka migowego. Jak na ironie, moje pierwsze spostrzerzenie to bylo, ze przynajmniej beda cicho. Okazalo sie, ze powiedzialam to w zla godzine, bo ci ludzie, choc oczywiscie zapewne nie zdawali sobie z tego sprawy, niesamowicie halasowali. Jak zamykali drzwi, to trzaskali ile sil. Walili klapa samochodu, tlukli sie jakimis narzedziami i... krzyczeli. Nie mam pojecia czy byli tego swiadomi, ale pomimo porozumiewania sie za pomoca jezyka migowego, wydawali z siebie dziwne okrzyki i stekania. Nie byly to zadne zrozumiale slowa, ale za to wykrzykiwane na maksymalnych decybelach. No w zyciu nie spodziewalam sie, ze gluche osoby moga robic taki harmider. :D Oczywiscie po szybkim obiedzie, mlodziez zapragnela odswiezyc sie nieco po kilkugodzinnym zwiedzaniu, czyt. pojsc na basen. Tym razem bylo goraco i slonecznie, wiec duzo latwiej bylo im sie zanurzyc, choc jak zwykle Bi wytrzymala w wodzie duzo dluzej niz brat.

Skacze corka...
 

Ten z kolei, choc w miasteczku prawie umarl z wyczerpania (:D), po basenie mial jeszcze energie na wycieczke rowerowa po kempingu.

Skacze syn...
 

Na mapie zaznaczone bylo bowiem miejsce do lowienia ryb. Jak to z mapami bywa, wydawalo sie, ze znajduje sie przy samym kempingu, tymczasem trzeba bylo kawalek pojechac przez las. Chwala Mlodszemu za te odrobine zdrowego rozsadku, ze nie pojechal sam, tylko najpierw spytal. Pojechalam z nim na rekonesans spodziewajac sie znalezc strumyk albo rzeczke, a tymczasem znalezlismy strasznie zarosniety staw.

Bi na kemping wziela te swoja straszna szminke i na kazdym zdjeciu przypomina wampirzyce :D
 

To by wyjasnialo ilosc i zawzietosc komarow na kempingu. ;) A pod wieczor moj syn mial jeszcze sile na gre w kosza. ;)

A taaaki byl wczesniej zmeczony...
 

Niedziele zmuszeni bylismy zaczac wczesniej niz bysmy chcieli, bowiem (jak pisalam wyzej) juz na 10 rano mielismy rezerwacje. Po fakcie plulam sobie w brode, bo mozna je bylo zrobic jeszcze na 12 lub 14, a okazalo sie, ze zbiorka jest pol godziny wczesniej. Dobrze ze mielismy cale 3 minuty jazdy na miejsce. ;) To kolejna zaleta zatrzymania sie tam, gdzie bylismy. Przy przegladaniu bowiem mozliwych atrakcji w tych okolicach, nie bardzo moglam zdecydowac co wybrac. Niektore atrakcje, jak spacer po szlakach z jaskiniami, okazaly sie troche daleko, bo nie usmiechalo mi sie jechac kolejna godzine. Zreszta, po jekach Kokusia w sobote, nie wiem czy dlugi marsz nie okazalby sie morderczy dla naszych nerwow. ;) W Lake George bylo atrakcji w cholere, ale park rozrywki, mini golf czy kregle to cos, co mamy niedaleko domu. Mozna tam bylo tez wynajac lodz lub polatac na paralotni. Tu jednak zdecydowanie zaprotestowal M. Zabytkowe statki parowe oferowaly rejsy po jeziorze, ale nikt oprocz mnie nie mial na nie ochoty. Gdzies w okolicy ponoc mozna bylo skakac z klifu do wody, na co napalila sie Bi, ale na szczescie tego nie znalezlismy. ;) Myslalam o wynajeciu rowerka wodnego, ale okazalo sie, ze trzeba bylo jechac do sasiedniej miejscowosci. Plan byl aby to zrobic, ale nie wypalil. Za to inna atrakcja po prostu sama wpadla nam w lapki! ;) Otoz, miedzy naszym kempingiem, a Lake George, znajdowaly sie (z bazami zaraz kolo drogi!) trzy firmy, ktore oferowaly splyw rzeka z przewodnikiem. Mozna bylo plynac na jednoosobowych kolkach albo wiekszej tratwie. Splywy tratwa byly dwojakie - krotsze, rodzinne, spokojniejsza rzeka (Sacandaga River), albo dlugie, 5-godzinne, po naprawde wzburzonej (Hudson River). Jesli nazwa tej drugiej brzmi dla Was znajomo, to tak, to jest ta sama rzeka, ktora plynie przez miasto Nowy Jork. My bylismy jednak duzo wyzej, w gorskich terenach, gdzie rzeka jest wezsza, ale za to jej nurt o wiele szybszy i dzikszy. Wybralismy splyw tratwa i oczywiscie ten spokojniejszy. Malzonek poczatkowo stekal, ze on nie lubi wody i nie ma ochoty, ale powiedzialam mu, ze obiecal mi splyw Dunajcem, a tymczasem bylam z nim juz trzeci raz w Zakopanem i za kazdym razem sie wykrecil. No to teraz splyniemy rzeka Sacandaga! ;) Trzeba sie bylo zerwac skoro swit, czyli o 8 (;P), jakos ogarnac w niezbyt wygodnej, przyczepkowej rzeczywistosci i juz o 9:30 stawilismy sie na miejsce. Mimo pieknego slonca bylo tylko 18 stopni, w cieniu wychodzila gesia skorka i martwilam sie jak to bedzie jak nas kompletnie zmoczy... Na szczescie temperatura z kazda chwila piela sie w gore. Dostalismy kapoki, dzieciaki rowniez kaski (ku rozpaczy Bi, mlodziez w wieku do12 lat musiala je miec), pracownicy zaladowali tratwy na autobus (School bus, w ktorym zamazali "s" oraz "h", tworzac "cool bus" :D) i ruszylismy na miejsce. Przyznaje, ze troche sie obawialam, bo dzien wczesniej dostalam maila z formularzami dla calej rodziny, wiecie, takie ostrzezenia, ze przy tej aktywnosci jest duze (!) ryzyko smierci lub paralizu, ze zdaje sobie sprawe, zgadzam sie i zwalniam firme z odpowiedzialnosci. Potem, w trasie, przewodnik dawal wskazowki w stylu jak trzymac wioslo, jak utrzymac sie w tratwie, ale tez co zrobic jak sie z niej... wypadnie. :O Oczywiscie wiem, ze musza podac instrukcje na wszelki wypadek, ale moja wewnetrzna panikara juz nerwowo obgryzala paznokcje. :D W koncu dojechalismy na miejsce i okazalo sie, ze poza nami byla jeszcze grupa 6 osob, wiec tamci plyneli w osobnej tratwie, a my mielismy wlasna (plus przewodnika oczywiscie). Troche niesprawiedliwie ze oni mieli dwoch chlopa do wioslowania i plynal z nimi facet, a nam sie trafila dziewczyna i poza tym tylko M. mial troche krzepy. ;) Z ciekawostek, rzeka ktora plynelismy, ma poziom wody kontrolowany przez tame, ktora zamykana jest na noc, a otwierana rano. Niestety, nasza trasa zaczynala sie zaraz za nia, wiec nurt byl w tym miejscu solidnie wzburzony. Przyznaje, ze mialam solidne watpliwosci co to wybranej aktywnosci, bo zaraz na dzien dobry kompletnie nas zalalo, tratwa miala wody po kostki i naprawde spodziewalam sie, ze zaraz ktores z nas wypadnie, szczegolnie, ze tylek slizgal mi sie po plastikowym brzegu. Pozniej jednak okazalo sie, ze to byl najgorszy odcinek. Chwile pozniej wyplynelismy na duzo spokojniejsze wody. W dodatku okazalo sie, ze rzeka byla raczej plytka. Przez wiekszosc czasu widzielismy dno i pewnie dorosly czlowiek spokojnie by tam stanal. Tyle, ze instruktor w autobusie mowil, ze najwiekszym niebezpieczenstwem jest zakleszczenie stopy, bo wtedy nurt pomalu wciagnie cie pod wode i jesli sie wpadnie do wody, to zeby wlasnie nie probowac stawac. :D Pozniej wyplynelismy na spokojne rozlewisko gdzie woda byla baaardzo gleboka. Przewodniczka mowila, ze miala ludzi, ktorzy probowali dosiegnac dna i im sie nie udalo. W tym miejscu mozna bylo wyskoczyc z tratwy i poplywac, z czego Bi oczywiscie skwapliwie skorzystala. Woda byla tu ciemna, nie widac bylo dna, wiec Nik poczatkowo nie chcial. Jak jednak raz sie osmielil, to potem skakali raz po raz. Bi dawala rade potem sama wdrapac sie do pontonu, ale Nika trzeba bylo zlapac za kapok i wciagnac. :D Zalowalam strasznie, ze nie mam telefonu, ale organizatorzy stanowczo odradzali, chyba ze mialo sie taki specjalny, wodoszczelny pokrowiec. Po przeplynieciu rozlewiska, wpadlismy znow we wzburzona wode, choc nie tak intensywnie jak na poczatku. Pod koniec trasy, przeplywalismy pod mostem, przy ktorym stal fotograf, wiec na szczescie pstryknal nam pamiatkowe foty.

 

Plyniemy sobie, trzesie nas i woda zalewa... ;)

Choc ceny, jak ze wszystkim, zwalaly z nog, bo za 8 ujec wgranych na USB (nie mozna bylo ich kupic inaczej) zawolali $30. :O No ale nie miec zadnej pamiatki z takiego przezycia?!

Jak widac, Potworki, a zwlaszcza Bi, byly po prostu zachwycone!
 

Tym bardziej, ze Potworki dopytuja kiedy to powtorzymy, a juz sprawdzalam i w calym naszym Stanie czegos takiego nie ma! Nasze rzeki sa najwyrazniej za waskie, a kiedy sie rozlewaja szerzej, robia sie spokojne i powolne. No coz, moze kiedys, gdzies...

Po splywie wrocilismy na kemping troche odpoczac i zjesc obiad, po czym pojechalismy znow do Lake George. Chcielismy polazic, popatrzec na widoki, a Potworki oczywiscie kupic sobie jakies pamiatki. Bi byla nastawiona na kolczyki, bo panna nigdy nie ma dosc blyskotek. Obeszla jednak wszystkie stragany i nie znalazla nic, co by jej wystarczajaco wpadlo w oczy. Nik, jak to on, gotow byl kupic cokolwiek, ale w koncu w jednej witrynie dojrzal koszulke z nazwa miasteczka oraz grafika przyczepy kempingowej i uznal, ze bedzie idealna. Okazalo sie tez, ze trafilismy idealnie, bo choc wiekszosc sklepikow miala ceny takie, ze prosze siadac, tutaj byla przecena na koszulki oraz bluzy. Zaproponowalimsy pannie Bi, ze moze tez wezmie jakis ciuch i najpierw stwierdzila, ze chce bluze, ale, co typowe dla niej, uparla sie na konkretny kolor, a taki byl tylko w rozmiarach, w ktorych nawet M. "plywal". W koncu wyszlismy, bo ile mozna przegladac wieszaki. Bi zachodzila potem do kazdego sklepu i znalazla nawet jedna czy dwie bluzy w upatrzonym kolorze (szarym), ale w cenach jak za zboze. No sorki, nie zaplace $50-$60 dolarow za praktycznie identyczna bluze, skoro w tamtym sklepie moglam zaplacic $20, a jedyna roznica byl kolor. Caly czas szlismy oczywiscie w strone zaparkowanego auta, w ktoryms momencie skonczyly sie sklepiki oraz stragany i panna strzelila focha, ze jak to?! Nik dostal koszulke, a ona nic?! No to tlumaczymy, ze kreci nosem na wszystko i w tamtym sklepie, z doslownie setek bluz nie znalazla zadnej, ktora jej podpasowala, no to bardzo nam przykro. Nie bedziemy przeplacac.

 

Chcielismy ujac ruch i zgielk na glownej ulicy, ale odeszlismy za daleko i trafilismy na spokojniejszy odcinek. ;)

Tym bardziej, ze oboje z M. juz bylismy na nia lekko "cieci", bo w czasie kempingu kilka razy pokazala nam swoj charakterek. Miedzy innymi tego wlasnie ranka, przed wyjsciem na splyw. Na to oczywiscie Bi zmienila narracje i stwierdzila, ze mozemy wrocic do tamtego sklepu i ona sobie cos wybierze, nawet w innym kolorze. :D Problem w tym, ze zeszlismy juz z tej glownej ulicy ze sklepami oraz odnoga idaca wzdluz jeziora i prawie dochodzilismy do samochodu. Nie chcialo mi sie wracac jak cholera, ale w koncu uleglismy, serwujac pannicy wyklad, zeby pomyslala o swoim zachowaniu, bo jak widac kiedy ona prosi, my ulegami i spelniamy zachcianki, ale kiedy my prosimy o odrobine szacunku, to pannica nie potrafi ugryzc sie w jezyk...

Nawet lody dostala i to w wersji maxi! :O
 

W sklepie (o cudzie!) Bi znalazla bluze w kolorze ciemnej szarosci (zamiast jasnej) i wyszla cala zadowolona. Wrocilismy na kemping i Potworki znow polecialy oczywiscie do basenu.

Zamaczanie przychodzilo Kokusiowi baaardzo ciezko ;)
 

A wieczorem bez niespodzianki, czyli ognisko. ;) Do ktorego wrzucilismy woreczek z proszkiem, ktory mial zabarwic ogien. Coz... efekt troche nas rozczarowal. Plomienie byly zielonkawe, od czasu do czas zamigotal gdzies niebieski i... tyle. Wypalenie proszku zajelo jakies 20 minut i po zabawie. ;)

Kolorowy ogien
 

W koncu poszlismy spac, liczac na poprawe poniedzialkowych prognoz.

Ktore niestety ani myslaly sie zmienic. Caly dzien mzylo lub padalo. Bylo cieplo, ale w taka pogode za duzo nie dalo sie zrobic. Myslelismy zeby pojechac do tego miasteczka w gore jeziora i wypozyczyc rowerek wodny. Dzieciaki dopraszaly zeby zapisac ich na ten dluzszy i trudniejszy splyw i choc sama raczej pasowalam, sklonna bylam wyslac ich samych. Niestety, w taka pogode wszystkie plany daly w leb. Caly dzien spedzilismy na kempingu, spacerujac w kurtkach przeciwdeszczowych lub pod parasolami albo suszac sie w przyczepie przy partyjce Uno. ;)

Dzieki losowi, ze chociaz w miare cieplo bylo...
 

W dodatku odkrylismy, ze poduszka oraz materac Kokusia sa... mokre. W nocy byla potworna ulewa i nie wiemy czy zawiewalo akurat przy jego oknie i woda jakos dostala sie do srodka, czy gdzies przepuscila uszczelka. Schowek pod jego lozkiem tez byl mokry, ale jego drzwiczki (ktore sa od zewnatrz) nie byly zamkniete na klucz, a wtedy nie dociskaja sie do konca. Moze to stad jakis przeciek? Nie wiemy, bo nigdy wczesniej sie to nie zdarzylo... Po poludniu, kiedy szanse na poprawe spadly niemal do zera, Bi uparla sie zeby pojsc do basenu.

Ona sobie nurkowala, a ja kulilam sie pod parasolem ;)
 

Jej logika byla w sumie poprawna - i tak bedzie mokra, wiec deszcz jej nie przeszkadza. A ze bylo cieplo, wiec w zasadzie czemu nie? Na szczescie pod wieczor deszcz odpuscil i udalo nam sie posiedziec troche przy ognisku.

Kolejny ranek ponownie przywital nas chmurami i straszyl deszczem w kazdej chwili. Nie czekajac na rozwoj sytuacji zebralismy siebie oraz wszystkie klamoty i tuz przed 11 wyruszylismy w droge powrotna. Na szczescie w srodku tygodnia i o tej porze drogi byly pustawe, wiec przejechalismy bez przeszkod i o 14 bylismy w domu. Do wieczora spokojnie wszystko rozpakowalismy, po kolei sie wykapalismy, a potem zaczelam wstawiac prania. :D Polecialam wyczyscic tez basen, ktory zaskakujaco wygladal calkiem przyzwoicie i jedyne co, to dab nad nim zaczal najwyrazniej zrzucac zoledzie, ktorych do basenu wlecialo chyba cale wiadro. ;) Obejrzalam tez warzywnik i niestety, cukinia, ogorki oraz baklazany bez zmian, czyli zzerane przez szkodniki, a co gorsza, nawet pomidory cos zlapaly. Zolkna im liscie i wyskakuja na nich brazowe plamy. Z tego co pamietam, nie ma na to rady i trzeba obrywac chore liscie zeby nie przenosilo sie dalej. Niestety, po 4 dniach nieobecnosci, zainfekowane mam juz niemal wszystkie krzaczki, a jeden wyglada jakby pomalu dogorywal. To stanowczo nie jest rok warzywnika... :( O dziwo, mlody groszek przezyl kilka dni, ale uparcie plozy sie po ziemi zamiast piac po rusztowaniu. Probowalam go troche nakierowac, ale pedy sa bardzo delikatne i latwo je ulamac, wiec staralam sie robic to delikatnie i nie wiem czy beda efekty.

W srode niestety nastapil powrot do kieratu. Normalnie pewnie zostalabym w chalupie, ale w przyszlym tygodniu rowniez planuje sobie skrocic tydzien pracujacy, wiec stwierdzilam, ze trzeba popchnac co nieco do przodu. ;) Po robocie niestety nie dane bylo posiedziec w domu, bo dzieciaki mialy zajecia. Oczywiscie oboje chetnie posiedzieliby w domu, ale nie ma tak dobrze. Nik mial basen, a ze i tak nie byl juz na treningu w poniedzialek, wiec pojechal bez wiekszych protestow. Zabral go tradycyjnie M. i kiedy wyszli, Bi wskoczyla do basenu.

Nasza kaluza niestety nie dostarcza tylu wrazen co kempingowy basen ;)
 

Ja w tym czasie pielilam w ogrodku, podlalam go oraz przeprowadzilam kolejny oprysk. Chociaz efekty sa dosc marne... Po jakims czasie panna musiala wyjsc z basenu i zaczac sie szykowac na taniec. Na szczescie to juz ostatnie zajecia, bo o 19:30 to mi sie juz nigdzie nie chce jezdzic. Tego dnia dziewczyny mialy takie polaczenie baletu z tancem nowoczesnym i Starsza stwierdzila, ze przyszlo jej to bardzo naturalnie.

I po tancach...
 

Na dzien dzisiejszy jednak nie planuje zapisu na taniec na jesien. Poki co, bedzie miala dwa treningi oraz dwa mecze pilki tygodniowo, wiec starczy jej zajec, a potem sie zobaczy. Narazie sklania sie, zeby jednak wrocic na gimnastyke. Mam nadzieje, ze beda mieli miejsce, bo rok temu byla z tym kicha...

W czwartek pogoda sie popsula, czyli bylo pochmurno, duszno i burzowo. Przynajmniej jednak cieplo. Na wczesne popoludnie zapowiadali deszcze oraz burze, ale chociaz (patrzac na to, co dzialo sie cale lato) bylam  sceptyczna, choc raz prognozy sie sprawdzily. ;) Po pracy pojechalam do sklepu sportowego, bo dostalam wiadomosc, ze do odebrania sa stroje Potworkow. Coz... okazalo sie, ze u Kokusia na upartego moglam zostawic zeszloroczny (choc teraz jest na styk, wiec na wiosne moze byc malawy) bo tym razem nic nie zmienili. Tym razem zamowilam im tez po dwie koszulki na treningi, bo w zeszlym roku nie lubilam tej presji zeby koniecznie wyprac Kokusiowy stroj miedzy poniedzialkiem a sroda. ;) Zajechalam jeszcze po kawe oraz napoje i w deszczu wrocilam do domu, cieszac sie, ze trener Lou odwolal ten nieformalny trening, na ktore ostatnio Potworki jezdzily w czwartki. Po ogarnieciu tego i owego, zasiadlam z ulga na kanapie, az tu nagle przybiega Bi z pytaniem czy ma tego dnia trening. :O Odpowiadam, ze jest odwolany (myslac o tym opcjonalnym treningu), ale ona juz panikuje, ze jej kolezanka wyslala jej wiadomosc z pytaniem czy idzie. Okazalo sie, ze chodzi o jej nowa druzyne. Mam ja na app'ce, ktora uzywaja oba zespoly: Bi oraz Nika, ale pokazuje pannie, ze mam tam zero powiadomien. Pisze do innej mamy, ktorej corka jest rowniez nowa i okazuje sie, ze ona tez nic nie dostala. Pisze wiec do naszej sasiadki, ktorej corka jest w zespole od zeszlego roku i bingo! U niej app'ka dziala bez zarzutu i tak, maja tego dnia trening. Bi oczywiscie wpadla w niemal histerie, ze ona sie denerwuje i to jest zbyt nagle dla niej, ona nie jest psychicznie gotowa i nie chce jechac! :O Popatrzylam za okno, gdzie lalo w najlepsze, popatrzylam na siebie, siedzaca z kawa w samej koszulce i gaciach i stwierdzilam, ze mnie wlasciwie tez nie chce sie jechac, a skoro Starsza az tak panikuje, to zostajemy w domu. Wieczorem napisalam maila do managerki druzyny, ze z jakiegos powodu nie dziala u mnie okienko zespolu dziewczyn (bo u Kokusia wszystko hula az milo), ale odpowiedzi sie nie doczekalam. Po prostu "kocham" nowoczesna technologie. :D Reszta wieczora minela wiec bardzo leniwie i jedyna "rozrywka" bylo bieganie Bi (pomimo deszczu) w te i we wte do kota sasiadow, ktorym sie opiekuje. Kot nosi urocze imie "Bandyta", ktore kompletnie nie pasuje do jego osobosci, bo to stworzenie bardzo przyjacielskie i przymilne. ;)

Bi strzelila sobie z nim selfiaka ;)
 

A panna chyba uwielbia go najbardziej z sasiedzkich kotow i ciagne wyraza nadzieje, ze Oreo, kiedy podrosnie, tez bedzie takim uroczym pieszczochem...

Piatek zaczal sie jak wiekszosc dni w te wakacje, czyli od w miare leniwego poranka. Zostawilam Potworki zadowolone przy sniadaniu, a sama pojechalam do roboty. Tam na szczescie nadal spokoj, wiec oprocz papierow, ogarnialam "prywate". ;) Poniewaz jak cos nie dziala, to zaraz psuje sie wszystko, wiec oprocz tego, ze managerka zespolu Bi nadal mi nie odpowiedziala, to jeszcze weszlam na strone apteki dla zwierzat zeby zamowic w koncu tabletki dla Mayi przepisane przez weta tydzien wczesniej, no i zonk. Na stronie nie ma w ogole takiej dawki jaka babka przepisala. Mialam zakupic 50mg tabletki, a tam dawka: 18mg, 38mg i 74mg. To po pierwsze. Po drugie, nie maja zadnej dawki poza najmniejsza! :O Super, czyli wiem, ze nic nie wiem. Powinnam zamowic 38mg czy 74mg? Ale te nawet nie sa dostepne. Moze powinnam zamowic te 18mg i dawac psu po dwie tabletki? Albo trzy... Na innych stronach lekarstwo jest, ale nie wiem czy klinika je uznaje i czy dzialaja w ten sposob jak tamta, ze ja zamowie, a apteka przesle do weta prosbe o potwierdzenie recepty (wet dal mi nazwe strony)? Zadzwonilam do kliniki, ale jesli pamietacie, dostanie sie tam do zywej osoby graniczy z cudem. Zostawilam wiadomosc, ale kto wie kiedy ktos raczy oddzwonic. No koszmar... :/ Po pracy pojechalam jeszcze na zakupy, a potem w koncu do domu. Kompletnie nie czulam, ze mialam skrocony tydzien... ;)

Zostaly juz tylko 2 tygodnie do rozpoczecia roku szkolnego!

czwartek, 3 sierpnia 2023

Koncoweczka lipca i pierwsze sierpniowe dni

Ostatnio zaczelam pisac o piatku, 28 lipca. To mial byc przedostatni tak bardzo upalny i wilgotny dzien, przynajmniej na jakis czas. Poniewaz wiec szef nie wpadl niczym burza do biura, stwierdzilam, ze wykorzystam to, wyjde z pracy wczesniej i zabiore Potworki na basen. Mimo ze w naszym chlapia sie niemal codziennie, to zadne z dzieciakow nie pogardzi jednak wieksza "woda". ;) Dodatkowo, tego dnia, na tym basenie gdzie ostatnio robili piane, mieli miec dmuchana zjezdzalnie. Wiadomo, kazda atrakcja jest na plus. ;) Wyszlam wiec z roboty zaraz po 12, zajechalam po spozywke, wrocilam do domu, rozpakowalam zakupy, zjadlam obiad, po czym przed 15 zgarnelam towarzystwo i pojechalismy. Zjezdzalnia niestety Potworki rozczarowala, bo okazala sie frajda raczej dla mlodszych. Wyobrazalam sobie, ze ustawia ja tak, zeby dzieciaki wpadaly z niej do wody, jak to bylo na Dominikanie, a tymczasem tutaj zjezdzalnia stala osobno i malolaty zjezdzaly po prostu w kaluze wody, ktora tworzyla sie na jej koncu. Bi zupelnie na nia nie poszla, a Nik zjechal raptem 3 razy, bo i nie bylo tam polotu i kolejka strasznie dluga.

Kawaler zjezdza
 

Choc przyznal, ze i tak duzo krotsza niz te w parku rozrywki. :D Spedzilismy tam ponad 2 godziny i stwierdzam, ze w taka pogode nie ma po prostu jak troche wody. ;) Potworki oczywiscie niemal z basenu nie wychodzily.

Pozowac za cholere nie chcieli i widzac aparat natychmiast dawali nura, wiec wszystkie zdjecia mam jak patrza gdzies naokolo ;)
 

Ja jestem duzo mniej wytrzymala jesli chodzi o nizsze temperatury, wiec co jakis czas wylazilam i wysychalam w sloncu, bo w wodzie robilo mi sie chlodno. Kiedy jednak bylam w miare sucha, szybko robilo mi sie niemozliwie goraco, wiec wlazilam do basenu spowrotem. I tak w kolko. Potworki plywaly, nurkowaly, unosily sie na kolkach oraz "makaronach", Nik pare razy wyszedl zeby zjechac ze zjezdzalni... Pod koniec przypomnial sobie o najglebszym basenie z trampolinami do skakania. Jak juz tam poszedl, to zostal.

Mozna i saltem... ;)
 

Stalam pomiedzy dwoma basenami i zerkalam to na Kokusia, to na Bi, ktora zostala w duzym basenie. Wszedzie byli ratownicy, ale oni mieli jednak zbiorniki pelne ludzi, a tym razem bylo ich duuuzo wiecej niz poprzednio. Mozliwe, ze dlatego, ze mielismy piatek, wiec sporo osob stwierdzilo, ze mozna spokojnie spedzic pare godzin na basenie, skoro potem nie trzeba sie szykowac na kolejny dzien pracy. Bi w koncu dolaczyla do mnie i patrzyla jak brat skacze raz za razem. Pamietajac, ze w zeszlym roku skakala razem z nim, namawialam zeby i ona poszla, panna twierdzila jednak, ze nie chce. Nie to nie, ale jednoczesnie stala tam i uparcie sie przygladala. Wskazalam kilkoro nastolatkow oraz doroslych, ktorzy tez przyszli skoczyc, ale Bi tylko fuknela na mnie, ze ona wcale nie chce. Wzruszylam ramionami, bo wiem ze to jest typ, ktory jak sie zaprze, to nie namowisz. Po chwili jednak pannica westchnela, ze "rownie dobrze" moze pojsc i skoczyc. Wiedzialam ze ma ochote, tylko sie niewiadomo czego krepuje. :D Pozniej juz skakali z Kokusiem razem i zostalam tam dluzej niz planowalam, zeby i Starsza miala troche frajdy.

Bi wolala statecznie i bez wariactw
 

Oczywiscie, kiedy zarzadzilam powrot, obydwoje nagle zapragneli przeplynac duzy basen w te i spowrotem. Z jednego przeplyniecia zrobily sie cztery, ale co tam. W zasadzie to nigdzie nam sie specjalnie nie spieszylo. ;) Wrocilismy w koncu do domu i pierwsze co, to pobieglam oporzadzic nasz basen. W czwartek wieczorem zauwazylam bowiem, ze woda robi sie jakby metna, wiec wiedzialam, ze musze sie nim porzadnie zajac. Niestety, ale zarowno we wtorek jak i w czwartek po poludniu przechodzily burze, a w srode wrocilam pozno do domu, wiec pompe w basenie wlaczalam tylko na krotko. Dodatkowo, dopiero w piatek zauwazylam, ze w tym plywajacym "grzybku", nie ma juz kostek chloru. Wszystko sie rozpuscilo, a ja nawet nie wiem od ilu dni byl pusty. :( Wsypalam wiec swieze kostki, wyczyscilam filtr bo byl paskudnie zasniedzialy, dolalam plynu sterylizujacego wode (shock'u) i wlaczylam pompe na dobre 2 godziny. Bylam wdzieczna, ze Potworki mialy dosc chlapania jak na jeden dzien i nie wlazly tego dnia do naszego basenu. Niestety, shock'u mialam mniej niz mi sie wydawalo, a zapomnialam wczesniej zamowic. Teraz, kiedy weszlam na internet, niestety najwczesniejsza dostawa byla na czwartek. :/ Ech...

W sobote M. pojechal do pracy, a ja z Potworkami moglismy wyspac sie do oporu. Ostatecznie oni owszem, wyspali sie. Ja mniej, bo nasza czarno - biala bestia obudzila mnie o 5 rano. Przytargala z dolu swoja zabawke, taka jakby wedke z piorkami oraz dzwoneczkami na dlugiej zylce, przyczepionymi do trzonka. Nie dosc, ze dwonki dzwonia przy kazdym ruchu, to jeszcze przy ciagnieciu po schodach, trzonek stukal "lup-lup-lup" o kazdy schodek. A ta cholera przyciagnela to do gory i oczywiscie wpadla jak burza do mojej sypialni, dzwoniac i stukaja. Przypominam, ze byla PIATA rano! Dopiero szaro za oknem... Wstalam, chwycilam zabawke (ktora kot usilowal zlapac, myslac chyba ze sie z nim bawie), wynioslam do lazienki dzieci, po czym wrocilam do sypialni i zamknelam drzwi, wypychajac przy okazji zaskoczonego kiciula. ;) Kiedy sie pozniej obudzilam i podnioslam na lozku probujac dobudzic, kociak mialczal i pomrukiwal pod drzwiami. Skad wiedzial ze juz nie spie, nie mam pojecia. Jej proby dostania sie do sypialni uslyszal Nik, ktory ponoc probowal wziac ja do siebie, ale wyrywala mu sie i wracala pod moje drzwi. Kiciul co rano dosypia w nogach mojego lozka i najwyrazniej nie mial zamiaru zmieniac przyzwyczajen. :D W koncu syn otworzyl ostroznie drzwi mojej sypialni, a widzac, ze juz nie spie, przylazl i ulozyl sie na miejscu M. Z bardzo zadowolonym kotem, ktory mruczal ile sil. ;) Po sniadaniu, ogarnelam co nieco, wstawilam pranie i pobieglam dalej "ratowac" basen. Woda wygladala tego dnia lepiej, ale nadal byla dosc metna. Trudno bylo powiedziec, czy faktycznie sie przeczyscila, czy po prostu w dzien bylo wiecej swiatla. ;) W kazdym razie w koncu widzialam troche dna, wiec moglam porzadnie wybrac wszystko, co sie tam uzbieralo. Wlaczylam pompe i mialam plan pozwolic jej chodzic przez wiekszosc dnia, zeby miec pewnosc, ze przepompowala jak najwiecej wody. Oczywiscie, jak to bywa z moim "szczesciem", mimo ze burze zapowiadano dopiero na wieczor, zaczelo popadywac juz poznym rankiem. No szlag. :/ Ja tu filtruje wode, a tymczasem kazdy deszcz wyplukuje mi kurz, pylki i inne smieci z powietrza oraz drzew, prosto do basenu. :( Ech... Wczesnym popoludniem Potworki wskoczyly sie pochlapac, metna woda, czy nie. ;)

Na zdjeciu nawet duzej roznicy nie widac
 

Dlugo zabawy nie mieli, bo ojciec mial pracowac rowniez nastepnego dnia, wiec chcielismy isc razem do kosciola na popoludniowa msze. Lekki bunt byl, ale pocieszylam ich, ze jak wrocimy i nie bedzie padac, wskocza do wody ponownie. Taaa... Porzadnie sie na Matke Nature wkurzylam, bo doslownie zaraz po naszym powrocie rozpetaly sie burze, przechodzace raz za razem i to z takimi ulewami, ze wypelnily basen prawie po brzegi. W deszczu (i przy grzmotach) musialam w koncu wybiec z domu zeby wylaczyc pompe, bo poziom wody byl juz grubo powyzej dozwolonego punktu. :/ Oczywiscie teraz czekalo mnie wylewanie wody wiadrami, nie mowiac juz o tym, ze cale moje filtrowanie i dodawanie chemii szlag trafil. :/ 

W niedziele rano okazalo sie, ze mimo ulew dzien wczesniej, cala dodana chemia, wspomagana przez chlodniejsze nocne powietrze, jednak przyniosla rezultaty i woda w basenie wygladala niemal zupelnie czysto. Na szczescie dziadek (ktory pracuje w firmie basenowej) poratowal butla shock'u, wiec dolalismy go troche wiecej i wlaczylismy pompe, ktora chodzila cale popoludnie. Wyczyscilam tez ponownie filtr, bo mimo ze czyscilam go ledwie 2 dni wczesniej, to znow byl mocno przybrudzony. Chyba zreszta czas wymienic go na nowy. Sprawdzilam wode i okazalo sie, ze poziom chloru jest w porzadku, za to pH masakrycznie niskie. Po ostatnich ulewnych deszczach nie ma sie w sumie co dziwic. Dodalam wiec jeszcze srodek na podwyzszenie pH. Wlasny basen, nawet niewielki, to jednak wieczna zabawa w malego chemika. :D Poza tym niedziela bylaby bez sensacji, gdyby nie to, ze padl nam... telewizor! Siedzimy z moim tata, ktory jak zwykle przyjechal w odwiedziny, ogladamy jakis tam program i nagle... gasnie ekran. Glos dalej idzie, a obrazu brak. Pstrykam jednym pilotem, drugim, niby slysze, ze cos sie zmienia, ale ekran nadal czarny. W koncu wylaczam pudlo, stwierdzajac, ze jak wlacze ponownie, to zalapie. A gdzie tam. Po wlaczeniu widac, ze jak pstrykamy to cos sie zmienia, bo niektore czesci ekranu robia sie nieco jasniejsze, ale obraz nie wraca. Sprobowalismy niezliczonych prob zresetownia zlomu i nic. Najlepsze, ze mielismy to oglupiajace pudlo zawrotne... 2.5 roku! Ku*wa, to juz jakis rekord!!! W ogole ostatnie pol roku to jedno pasmo psujacych sie sprzetow! Moj mikser, mikrofala, lodowka, a z kuchenka tez przeciez nie wiemy co jest. I teraz telewizor!!! Tamte sprzety przynajmniej popracowaly kilka solidnych lat, ale telewizor tylko ponad 2 lata! Poki co plan jest, ze M. pojedzie do sklepu w ktorym go kupilismy, zeby spytac jakie mamy opcje. Nie mozemy sobie nawet przypomniec (i znalezc papierow) czy wykupywalismy dodatkowa gwarancje, bo ta roczna na nowy sprzet sie oczywiscie dawno skonczyla. Najgorsze, ze czy do naprawy, czy wyrzucenia w pizdu, trzeba bedzie dziadostwo sciagac ze sciany, a pamietam nadal jak malzonek sie umordowal z moim tata zeby go zalozyc... Ech... Za to Bi skorzystala z tego, ze dziadek nie patrzy w telewizor i zgarnela seniora (i mnie) do gry w UNO. ;)

Bi chyba najbardziej lubi grac z dziadkiem, bo ten jest swietny w tasowaniu kart i zna nawet kilka sztuczek ;)
 

Po odjezdzie mojego taty poszlismy na spacer, a potem chlopaki chwile pograly w kosza. W koncu upaly sobie poszly, a wrocilo takie przyjemne lato, w sloncu nadal bardzo cieple, ale bez ponad 30-stopniowego upalu i sauny w powietrzu. Mozna wyjsc i porobic cos w ogrodzie bez potu splywajacego ciurkiem po kazdej czesci ciala. ;)

Zastanawiam sie ile ten moj syn widzi, ale nie da sobie wlosow skrocic ;)
 

Noce niestety zrobily sie bardzo zimne, ale cos za cos. Przynajmniej, po tygodniu, moglismy wylaczyc w domu klimatyzacje i otworzyc okna.

W poniedzialek czekala mnie duzo wczesniejsza pobudka niz zwykle, bo w koncu nadeJszla wiekopomna chwila i trzeba bylo zawiezc kota na sterylizacje. Klinika, w ktorej udalo mi sie w koncu dorwac termin, zajmuje sie tylko tym: sterylizacja oraz kastracja. W rezultacie robia to wlasciwie "tasmowo" i maja okreslone procedury zeby zalatwic jak najwieksza liczbe zwierzakow w kazdy dzien. Koty nalezalo odstawic juz o 7:45 rano, a ze do tej kliniki mialam niemal pol godziny jazdy, przejechac zas musialam przez stolYce naszego Stanu (ktora slynie z korkow), wiec planowalam wyjechac juz o 7:10. Tak zeby miec jeszcze lekki zapas, jakby co. Dzien wczesniej Bi poprosila zeby mogla pojechac ze mna. Sama nastawila sobie budzik i wstala o tej nieboskiej godzinie. ;) Nik rowniez wspomnial, ze chcialby jechac, ale kiedy go rano obudzilam, oznajmil, ze jednak nie jedzie, opadl spowrotem na poduszke i poszedl spac dalej. :D Pojechalysmy wiec tylko we dwie ze Starsza.

Bardzo niezadowolony kiciul, uwieziony w kontenerku :D
 

Okazalo sie, ze mialam nosa ze wczesniejszym wyjazdem, bo likwiduja zjazd z autostrady, ktory mialysmy wziac i jest on zamkniety. Niestety, najwyrazniej satelita jeszcze o tym nie wie, wiec nawigacja radosnie kazala mi go wziac, choc potem poprowadzila grzecznie do nastepnego oraz nieco dalsza droga, ale do miejsca docelowego. Jak juz napisalam, klinika przeprowadza zabiegi tasmowo, wiec nawet nie wysiada sie z auta, tylko ustawia pod budynkiem w ogonku. Dojechalysmy w koncu z kilkuminutowym zapasem, a juz pare aut stalo wzdluz budynku. Ustawilysmy sie i po chwili dziewczyna zaczela podchodzic po kolei, sprawdzac dane i zabierac koty. Szlo to bardzo sprawnie i jeszcze przed 8 rano wyruszylysmy z Bi w droge powrotna. Dopiero tutaj zamkniety zjazd i wjazd na autostrade, naprawde popsul nam szyki, choc najpierw namieszalam ja, bo ominelam ulice, w ktora mialam skrecic. Dlatego wlasnie nienawidze jezdzic w obce miejsca i kosztuje mnie to sporo stresu! :D Zawrocilam jednak, skrecilam juz poprawnie, a po chwili nawigacja kaze mi wjezdzac na autostrade. Wjazdem, ktory jest zabarykadowany i zawalony kupa gruzu! Oczywiscie go ominelam i pojechalam dalej, gdzie nawigacja zaczela mnie prowadzic w kolko po jakims osiedlu, zeby po chwili oznajmic: "pojedz 2.5 mili autostrada, do zjazdu bla bla bla..." A ja nawet na autostradzie nie bylam!!! ;) Na szczescie nie pogubilam sie jeszcze az tak bardzo, cofnelam do kliniki mimo ze nawigacja probowala mnie kilka razy zawrocic i wrocilam ta droga, ktora tam dojechalam. Co za balagan! Potem raz w ostatniej chwili wracalam na autostrade ze zjazdu, ktory juz-juz bralam, a ktory okazal sie nie moim, ale to juz bardziej moja wina. Choc na wytlumaczenie mam natlok zjazdow w jednym miejscu i nawigacje, ktora juz sama nie wiedziala co pokazywac. ;) W kazdym razie, dojechalysmy wreszcie do domu i ciszylam sie, ze nie musze tam wracac. Po poludniu mial bowiem kota odebrac M., z racji, ze klinika znajduje sie doslownie kilka minut od jego pracy. Co prawda oznaczalo to dla niego niemal 2-godzinne czekanie, ale lepiej tak, niz jakbym ja miala sie pchac tam w popoludniowych korkach. Po pracy przyjechalam wiec do domu pierwsza i od razu ruszylam czyscic basen. Do Bi miala bowiem przyjsc sasiadka, ktora zaproszona byla na niedziele, ale mieli jakies rodzinne plany. Zgodzilam sie na poniedzialek i potem plulam w brode, bo popoludnie okazalo sie chaotyczne i nie potrzebowalam jeszcze dodatkowej dzieciarni w chalupie. W kazdym razie, kolezanka przyszla z siostra, wiec we trzy sie chlapaly. Nik stwierdzil, ze nie ma ochoty bawic sie w basenie z dziewczynami. ;)

Jak widac, Bi zanurzyla sie natychmiastowo, kolezankom troche to zajelo...
 

Poniewaz jednak bylo pochmurno, a przy chlodnych nocach woda tez zrobila sie malo przyjemna, wiec panny dosc szybko przyszly do domu. Starsza sasiadka akurat dostala wlasny telefon, ktory sluzy jej oczywiscie glownie do grania, a ze gry to Kokusiowa specjalnosc, wiec i on dolaczyl. W tym mniej wiecej czasie wrocil do domu M. wraz z mocno oglupialym kotem. Wedlug zalecen kociak mial miec cisze i spokoj, a tymczasem byly piski i zamieszanie. Nik mial jechac na basen, wiec ucieszylam sie, ze akurat jedno dziecko z glowy to juz o 1/4 spokojniej. ;) Pytalam M. czy mam sama pojechac z Mlodszym, ale nie, on sobie pojedzie na silownie. No ok, zeby nie bylo, ze nie pytalam. W miedzyczasie Nik jednak zaczal cos przebakiwac, ze mu sie nie chce, potem (jak to on) negocjowac, ze jak pojdzie dzis, to czy moze nie isc w srode, itd. Malzonek wkurzyl sie i najpierw oznajmil zebym wypisala Kokusia z tego plywania, a potem stwierdzil, ze pierdzieli i nigdzie nie jedzie, a "my zebysmy sobie robili co chcemy". Typowe zachowanie M. Teraz na mnie przyszla kolej sie wpienic, bo pojechalabym z Mlodszym, ale wlasnie zaczelam robic ciasto! I co, mialam wszystko rzucac w diably, bo jasnie hrabia nagle stracil humor?! I zebym jeszcze nie pytala czy mam z synem jechac! Mogl od razu powiedziec, ze nie chce mu sie i pojechalabym ja! :/ Oczywiscie, skruszony Nik przepraszal mnie potem za marudzenie, ale powiedzialam mu zeby lepiej nastepnym razem sie ugryzl w jezyk zanim zacznie marudzic o treningi przy ojcu. :/ W kazdym razie, Mlodszy zostal w domu, sasiadki o 19 sobie poszly, a my reszte wieczoru spedzilismy bacznie obserwujac kota. Ktory to mial zostac w kontenerku przez 2 godziny, ale po chwili usilnie probowal sie z niego wydostac, wiec w koncu go wypuscilismy. Chodzil zataczajac sie, ale poczatkowo lazil, ocieral sie o nas, wyraznie cieszac sie, ze jest w domu. Radosc dlugo nie potrwala, bo szybko zaczela lizac sobie rozciecie (nie wiem dlaczego nie dali jej kolnierza!). Na nasze proby powstrzymania, reagowala warczeniem (autentycznie; nie wiedzialam, ze koty warcza! :D) oraz sykiem. Po jakims czasie zajela sie czym innym, zaczela obchodzic chalupe, choc poruszala sie nadal dosc sztywno. W zaleceniach bylo zeby nie pozwolic jej skakac, ale ciekawe jak oni sobie wyobrazaja, ze powstrzyma sie od tego kota? Oreo usilnie probowala wskakiwac na ulubione miejsca, ale po pierwsze, nadal byla lekko otumaniona, po drugie, bardzo mocno obcieli jej w klinice pazury i wyraznie brakowalo jej przyczepnosci. W rezultacie co chwila skads spadala. :O Za to glodna byla niczym wilk. Mozna ja bylo juz normalnie nakarmic, ale w klinice napisali, ze raczej nie bedzie miala apetytu. Ta... Zostawilam jej suche chrupki, ktore ostatnio tylko skubala, a tym razem wyjadla cala miseczke za jednym zamachem! :O

We wtorek rano kiciul byl wyraznie wymordowany po poprzednim dniu i niezbyt zadowolony z zycia. Zwykle ledwie rano przeciagne sie w lozku, juz przylazi mruczac. Tym razem spala i tylko otworzyla jedno oko kiedy schodzilam na dol. I caly ranek ani razu nie zamruczala... Poprzedniego wieczora, kiedy lizala sobie zawziecie to naciecie, przeszlo mi przez mysl, ze trzeba jej sprawic kolnierz, ale przyznaje, ze nie bardzo chcialo mi sie jechac do sklepu... Postanowilismy wiec improwizowac. Najpierw zalozylismy jej kamizelke w ktorej zwykle wyprowadzalismy ja na spacer. Na poczatku kot faktycznie nie mogl sie lizac, za to wsciekly turlal na wszystkie strony, ale po jakims czasie udalo mu sie jednak tak przegiac, ze dosiegnal... No to wyszukalismy w piwnicy stare ubranka dla lalek Bi i znalezlismy tam tiulowa spodniczke. :D Tiul ma te zalete, ze jest lekko sztywny, wiec nawet jak kot sie przegina, to spodniczka wysuwa sie do przodu i zaslania miejsce, ktore kiciul chce polizac. Czyli jak na pierwszy wieczor, dzialalo. Rano jednak dalam Oreo mokre jedzenie i okazuje sie, ze choc suche chrupki jakos zjadala, to w jedzeniu mokrego przeszkadzala jej kamizelka. Zdjelam jej to wszystko i pozwolilam zjesc. Niestety, kot jak zwykle zostawil polowe, ale wiem ze ona potem do tego wraca, wiec zostawilam ja w spokoju. Taa... Za moment znow przylapalam ja na energicznym wylizywaniu. Kiedy sie zblizylam, zawarczala. :D Coz, nalozylam jej spowrotem spodniczke. Ta na szczescie pozwala jej jesc w spokoju. Przykazalam Bi, ze gdyby znow sie lizala, ma jej nalozyc tez kamizelke i niestety musialam jechac do pracy. Skaranie boskie z tym kotem... Sterylizowalam wczesniej obie nasze suczki i zniosly to zupelnie bezproblemowo, a kotka to jednak klopot... :/ Po pracy zajechalam jeszcze do bibilioteki i zanim dojechalam do domu, Bi juz nie bylo. Znow zaprosila ja sasiadka. ;) Wyczyscilam basen, bo Nik twierdzil, ze chce sie wykapac, choc potem zapomnial i w koncu zadne z dzieci do niego nie poszlo. Ale w sumie i tak codziennie trzeba wybierac z niego zoledzie, igly, potopione owady i wszelkie inne smieci spadajace z drzew. ;) Potem przyjrzalam sie warzywnikowi i kolejny raz w tym roku, zlapalam za glowe. Panuje w nim jakis zmasowany atak szkodnikow. Papryki maja cale pogryzione liscie, choc poza tym wydaja sie radzic sobie calkiem niezle. Cukinie, zarowno lodygi jak i owoce, wygladaja jak pokryte opilkami drewna. Doczytalam, ze to sprawka gasiennicy cmy, ktora boruje w lodygach, niszczac rosline. Pieknie. Tego jeszcze nie mialam. :/ Baklazany wygladaja jak sitko, za sprawa malusienkich zuczkow wygryzajacych w nich dziurki. Jeden jakos sobie radzi, dwa pozostale trzeba chyba spisac na straty. Ogorki rosna ogolnie slabo, a owoce maja znow takie dziwne ksztalty. Poczytalam i okazuje sie, ze zwykle jest to spowodowane zlym zapyleniem. Dziwne, bo zawsze myslalam, ze kwiaty albo cos zapyli, albo nie, a tu sie okazuje, ze musza jeszcze sie odpowiednio zapylic! :/ Podobno moze to byc spowodowane zbyt duzym zageszczeniem, gdzie owady nie odwiedzaja wystraczajaco czesto wszystkich kwiatow. Ogorki nie sa zbyt wybujale, ale moze przeszkadza to, ze stykaja sie bezposrednio z pomidorami. Te zas rozrosly sie w wielkie krzaczory (choc owocow wcale wielu nie maja) i skutecznie z jednej strony zaslaniaja ogorki. W ogole, pomidory to jedyne, co zdaje sie rosnac bez przeszkod. A! Znikl moj szczypior! Jeszcze niedawno do czegos zerwalam jego garsc, a we wtorek nie moglam go znalezc. Szukalam i w koncu zglupialam i stwierdzilam, ze moze nie pamietam, a posadzilam go w zupelnie innej czesci warzywnika. Ale nie, doszukalam sie wreszcie cebulek. Nie ma jednak szczypiorku, wiec albo usechl, albo cos go zezarlo. Tak to wyglada wlasnie. :D Za to mieczyki, ktore przetrwaly zime choc nie powinny i same wyrosly, zaczely kwitnac.

Ciekawe, ze jak cos posadze, to ledwie zyje. A jak wyrosnie sobie samo, to wyglada - o tak! :D
 

Wygladaja przepieknie i jestem podwojnie zla na siebie, ze ulamalam tamten klos... Jedna z rozy tez kwitnie, a druga po oprysku nieco odrasta, ale nie wiem czy jeszcze w tym roku zakwitnie...

Jedna roza prawie padla, a ta rosnie jak glupia i "wspina" sie (choc to nie pnaca odmiana) po scianie garazu
 

Wieczorem zabralam sie jeszcze za zapiekanke z cukinia, bo choc dwie z trzech prawie wykonczyly gasiennice, jedna jeszcze jakos sobie radzi i produkuje cukinki.

Co rok czekam na te cukiniowe pysznosci! :)
 

Zerwalam dwie kolejne. Moze tym razem bedzie leczo. Mam tez garsc ogorkow (dziwnych, barylkowatych, ale sa), wiec powinno starczyc na sloiczek malosolnych. :)

Kiedy w koncu usiadlam przy laptopie zeby sie troche na wieczor zrelaksowac, znienacka przylazla Bi, ktora... zaczela marudzic, ze jednak nie chce grac w pilke w druzynie ligowej! W takim szoku bylam, ze gdybym siedziala na krzesle, wlasnie bym z niego spadla! Ta sama Bi, ktora zawsze twierdzila, ze pilke uwielbia i to jej ulubiony sport, ktora zazdroscila Kokusiowi, ze ma dwa treningi i dwa mecze w tygodniu, teraz nie chce grac?! Niestety, musialam panne uswiadomic, ze musztarda po obiedzie. Trzeba sie bylo wczesniej zastanowic, bo w regulaminie jest jasne, ze kiedy zostana zamowione stroje, nie oddaja juz pieniedzy. Dodatkowo, kolezanka z ktora Starsza startowala do druzyny mieszka w innej miejscowosci, gdzie rowniez dostala sie do zespolu ligowego. Jej mama wolala zeby grala ona "u siebie", ale K. uparla sie, ze chce grac z Bi u nas. Powiedzialam wiec pannie, ze to naprawde nieladnie tak wystawiac kolezanke do wiatru. Zaczelysmy jednak rozmawiac, bo nadal bylam w lekkim szoku, ze Starsza nie chce grac w sport, ktory dotychczas uwielbiala i chcialam wiedziec co sie stalo. Od slowa do slowa, okazalo sie, ze mamy identyczna sytuacje, co z tych wakacyjnych lekcji tanca. Bi sie totalnie rozkleila i zaczela mi szlochac, ze sie denerwuje, bo nie wie jak to bedzie grac w tym zespole, ze wszystkie te dziewczyny sa od niej duzo lepsze, ze ona nie chce zeby wszyscy na nia patrzyli i oceniali. Od pilki noznej przeszla do placzu o szkole, bo przeciez idzie w tym roku do middle school (odpowiednik gimnazjum) i tu tez stresuje sie, ze nowe miejsce, nowa klasa, ze ona nie wie czy sobie poradzi, czy bedzie wiedziala gdzie isc, czy bedzie kogos znala, ze nie wie czy dalej chce grac na skrzypcach, ale wybrala je, bo ma nadzieje, ze bedzie nadal w orkiestrze z najlepsza przyjaciolka... OMG... Jeszcze dodala, ze jak w poniedzialek jechalysmy z kotem, to ona sie strasznie zdenerwowala kiedy okazalo sie, ze nie wiem dokladnie gdzie jedziemy i jak tam bedzie! No tu juz kompletnie szczeka mi opadla, bo to przeciez byla moja odpowiedzialnosc zeby trafic i odstawic kota w odpowiednie miejsce, a Bi tylko mi towarzyszyla. Poza tym sama bylam tylko lekko zestresowana i przez wiekszosc czasu smialam sie z moich perypetii! Nie mialam pojecia, ze Bi byla nawet przez chwile zdenerwowana! Ta moja butna, pyskata corka to niestety jest jeden wielki, klebek emocji... Zreszta ona sobie z tego zdaje sprawe i mowi, ze tyle w niej tego buzuje, a ona nie wie jak upuscic troche napiecia. Powiedzialam, ze wlasnie to robi, opisujac i szlochajac na calego. Panna najpierw odpowiedziala, ze wcale nie czuje ulgi, ale potem, jak sie troszke uspokoila, przyznala, ze faktycznie jej lepiej. ;)

W srode kot byl jakby zywszy, choc rano rowniez nie podazyl za mna natychmiast na dol. Za to spal zaraz przy mojej poduszce i przywital mnie mruczeniem, wiec chyba bylo mu lepiej. ;) Wyraznie denerwuje go "stroj", a dzieciaki ochrzcily go mianem "tutu-cat". :D Zdjelam jej wszystko zeby mogla spokojnie zjesc. Po sniadaniu zaczela sie oczywiscie wylizywac, ale poczatkowo zaczela od grzbietu oraz lapek. Niestety, bardzo szybko przeszla do naciecia, wiec spodniczka wrocila na miejsce. Oreo prychnela urazona i poszla na swoja wieze, ale po chwili znow zaczela lizac zaszyta rane. 

Widzicie ten morderczy wzrok?! :D
 

Kamizelka musiala wiec wrocic na miejsce, przy akompaniamencie warczenia i wyrywania sie. :D Spokojnie, jej outfit jest tylko tymczasowy. Poniewaz kamizelka nie pozwala jej spokojnie zjesc, a wyjezdzamy na weekend wiec nie bedzie kto mial jej zdejmowac i nakladac spowrotem, zamowilam jej taki jakby kombinezon. Ma zaslaniac rane, ale jednoczesnie pozwala sie zalatwic, no i powinien byc duzo wygodniejszy nic nasza prowizorka. ;) Po pracy wrocilam do chalupy, ale dlugo w niej nie zabawilam, bo na 17:30 zabieralam Potworki do biblioteki. Pracownicy akwarium z naszego Stanu przywiezli kilka stworzonek dla dzieciakow, zeby pokazac i pozwolic im dotknac. Mieli tam byc przez godzine, ale dzieciaki dzielili na trzy grupy, zeby ograniczyc ilosc osob tloczacych sie przy stanowisku. Poniewaz ostatnia grupa wchodzila o 18:10, a na 18:30 Nik mial basen, wiec przyjechalismy do biblioteki juz o 17:20, zeby zalapac sie do jednej z pierwszych dwoch grup. Mielismy szczescie i weszlismy zaraz na poczatku. Mlody pan przywiozl niebieskiego homara, rozgwiazde, malego jezowca, trabika (rodzaj slimaka), kraba (spider crab) oraz raka pustelnika. Potworki patrzyly z zainteresowaniem, a Kokusiowi oczywiscie nie zamykala sie buzia i komentowal oraz pytal co mu tylko wpadlo do glowy. ;)

Tego stworzenia raczej nie trzeba przedstawiac ;)
 

Bi stala bardziej z tylu, ale tez dotknela kilka stworzen. Ja zreszta rowniez, bo ciekawa bylam czy sa szorstkie czy sliskie, itd. ;)

A tu Bi dotyka trabika, odwroconego muszla do dolu ;)
 

Troche szkoda bylo mi pracownika akwarium, bo opowiadal naprawde ciekawie i mial sporo anegdotek z pracy z morskimi stworzeniami, ale wiekszosc mlodocianych widzow miala je w nosie. :D Biblioteka bowiem zaznaczyla owe zajecia jako "dla dzieci", bez ograniczen wiekowych. Z tego co popatrzylam, powinni zmienic rejestracje dla grupy wiekowej od 6-7 lat wzwyz. Starsze dzieciaki byly bowiem autentycznie zainteresowane tematem. Tymczasem przyprowadzone przez rodzicow 2-3 latki, juz po minucie wyrywaly sie i wolaly biegac dziko po sali, piszczac i krzyczac, przeszkadzajac przy okazji tym, ktorzy chcieli cos obejrzec i posluchac. W koncu uplynelo nasze 20 minut i zostalismy "wyrzuceni" z sali. Wrocilismy do domu i Nik mial nawet kilkanascie minut relaksu zanim musial jechac na tening. :) Chlopaki pojechali, ja zas wyczyscilam basen, po czym ani sie obejrzalam i musialam jechac z panna na zajecia taneczne.

Bi oraz instruktorka
 

Bi uczyla sie jak tanczyc "tap" (nie mam pojecia jak ten styl nazywa sie po polsku i czy w ogole inaczej ;P), a ja troche pochodzilam, troche popatrzylam na ekran jak to wyglada, a potem zadzwonilam do kolezanki. Probujemy sie umowic na kawke cale lato i ciagle albo ona albo ja nie moge. Teraz znow: napisala, ze zaprasza na piatek, ale my wyjezdzamy. Za tydzien bedziemy w domu, to ona idzie na jakas impreze. I tak w kolko. ;) Kiedy Bi skonczyla, wrocilysmy do domu i to tyle z dnia.

Czwartek byl bardzo meczacy. Pracowalam tego dnia z domu, bo wiedzialam, ze inaczej z niczym sie nie wyrobie... To byl tydzien "weterynarzowy". W poniedzialek wiozlam kota na sterylizacje, a w czwartek mialam wizyte z psem. Na szczescie juz u naszego zwyklego weta i o godzinie 9, czyli znosnie. Ponownie Bi chciala jechac ze mna, a Nik, choc wstal, zostal w chalupie. U weta poszlo szybko, bez sensacji i bez niespodzianek. Wszystkie badania wyszly u Mayi w normie, a posikiwanie sie, tak jak przewidzialam, spowodowane jest zaawansowanym wiekiem i zdarza sie u starszych suczek. Dostalam recepte na lekarstwo, narazie na miesiac, zeby zobaczyc jak zareaguje. Wrocilam do domu, wypilam szybka kawke i musialam jechac na zakupy spozywcze. Ponownie zabrala sie ze mna Starsza, a Nik zostal. Po powrocie rozpakowac zakupy, szybko cos zjesc i trzeba bylo zaczac pakowac przyczepe. Wieksza czesc popoludnia minela mi na kursowaniu miedzy domem a kamperem. W miedzyczasie poszlam tez posadzic w ogrodzie groszek, ktory w domu calkiem niezle wykielkowal. Na 24 nasiona, wykielkowalo 20, wiec statystycznie bardzo ladnie. Zaczely juz jednak puszczac "wasy", wiec przyszedl czas zeby przeniesc go do ogrodu. Zapomnialam zrobic zdjecia, wiec pokaze go Wam jesli przezyje kilka kolejnych dni. A bedzie mial niezle wyzwanie, bo maja przechodzic burze, z wichura i deszczem. ;) Kiedy ja walczylam z grochem, Potworki pobiegly do basenu. Niestety, po kilku bardzo zimnych nocach, woda zrobila sie niezbyt przyjemna i Nik uciekl jak tylko zamoczyl stopy. Bi oczywiscie nic nie rusza. Ta to morsem zostanie. :D

Wodne akrobacje
 

O godzinie 18 byla ta amatorska pilka nozna, ale tym razem mialam spory dylemat czy jechac. Po pierwsze bylam w czarnej... pupie (:D) z pakowaniem. Po drugie, Potworki wykazywaly tylko umiarkowany entuzjazm. Nik oznajmil, ze moooze jechac (jaki laskawca! :D), a Bi znow wyskoczyla z tym, ze ona sie stresuje! Stresuje!!! Treningiem, ktory jest tak naprawde zabawa oraz spedzeniem czasu z kolezanka! :O Zadne z dzieciakow jednak nie protestowalo jakos zawziecie, wiec stwierdzilam, ze ich wezme. Bi przyda sie kontakt z dziewczynka, z ktora bedzie grala w pilke, a Kokusiowi oderwanie od elektroniki, bo przez pakowanie przyczepy zapomnialam zeby nakazac im wylaczyc elektronike o normalnej porze. ;) I... niespodzianka, bo oboje swietnie sie bawili! No szok po prostu... :D

Fota niestety z bardzo daleka. Bi przed bramka w czerwonej kamizelce, a Nik pierwszy od lewej w niebieskiej
 

A teraz wybywamy na pare dni i jak to w tym roku, pogode zapowiadaja... mocno srednia. Juz prawie odwolalismy rezerwacje, ale potem stwierdzilismy, ze ryzyk - fizyk. Zobaczymy ile uda nam sie z tego wyjazdu wycisnac. ;)

Zostaly juz tylko 3 tygodnie (z hakiem) do poczatku roku szkolnego (u nas zaczyna sie on wczesniej)!!! :O