środa, 11 sierpnia 2021

Wakacyjny tydzien # 7 - urlop, w koncu! :)

Taki moze dosc krotki ten urlop, bo tylko (niecalkiem) tygodniowy, ale zawsze... ;) Zreszta, na poczatku lipca zrobilismy sobie przedluzony, 5-dniowy weekend, a na poczatku wrzesnia planujemy (oby sie udalo!) znow przeciagnac nieco dlugi weekendzik, wiec tego wolnego troche sie jednak uzbiera. ;)

Wyjazd mielismy naprawde udany. Wyjezdzalismy w niedziele, a wracalismy w piatek, zahaczylam wiec urlopem tez o dwa weekendy, co dalo mi w sumie 9 dni wolnych. Mozna zlapac resecik. :D Szkoda tylko, ze nasz wyjazd wypadl akurat w czasie ochlodzenia, a ze jechalismy na polnoc i bylismy na samiutkim wybrzezu, to bylo tam jeszcze o kilka stopni chlodniej i niemozliwie pizdzilo. A ze my do pogody na wyjazdy mamy ogolnie pecha (nawet na Florydzie ciagle nam padalo! :D), to akurat na oceanie krazyl jakis uparty sztorm, ktory pogode popsul nam kompletnie niby tylko jednego dnia, ale skutecznie "zabieral" slonko praktycznie caly tydzien. Nie ma jednak co narzekac, bo wiadomo, nad samym oceanem opala nawet wiatr, wiec i tak cala czworka wrocilismy w lekkim brazie, a kilka razy wieczorem kazdy z nas mial jakies podejrzane, zarozowione placki na ramionach, karku lub nosie. ;) 

Mnie dodatkowo wkurzal okres, ktory jesli pamietacie przyszedl tydzien (!) wczesniej i cieszylam sie, ze chociaz skonczy sie do wyjazdu. Tiaaa... Wyobrazcie sobie, ze choc najgorsze mialam za soba, to jeszcze w poniedzialek cos tam plamilo! To byl juz 9 dzien! :O No takiego okresu to daaawno nie mialam... :/ Najwazniejsze jednak, ze w koncu sie skonczyl i moglismy z malzonkiem w koncu "ochrzcic" lozko w nowej przyczepie. :D

Byl to typowo relaksacyjny wyjazd, bo oprocz wtorku, nasza aktywnosc ograniczala sie do plazy oraz kempingu. :) Poczatkowo probowalam znalezc jakies atrakcje w poblizu. Na mapie wydawalo sie, ze mamy stosunkowo blisko do Bostonu, a tam wiadomo - huk aktywnosci. Ja dodatkowo uwielbiam to miasto; jest wedlug mnie o wiele piekniejsze niz Nowy Jork, do ktorego mamy mniej wiecej taka sama droge. Niestety, kiedy spojrzalam na dojazd do roznych ciekawych miejsc, okazalo sie, ze kemping jest na takim zadupiu, ze wszedzie to ponad godzina jazdy. Odpuscilam sobie wiec i stwierdzilam, ze bedziemy sie relaksowac do rozpeku. :D Zreszta, Potworki jak wiekszosc chyba dzieci, jak maja rowery oraz bliskosc wody (i niewazne czy to ocean, jezioro, rzeka czy basen), sa w swoim zywiole i nic im juz do szczescia nie potrzeba. :) Na kempingach luzujemy tez troche domowe zasady i mniej pilnujemy, wiec dzieciaki chyba 3 dni nie myly zebow, a poza sniadaniem oraz obiadem, zywily sie glownie lodami oraz chipsami. Na kolacje zas, upodobaly sobie... zupki chinskie. A co, jak wakacje, to wakacje! :D

Tak wiec, jak pisalam juz w poprzednim poscie, w sobote (31 lipca) zapakowalam wiekszosc przyczepy, a wieczorem zerwalam jeszcze ostatnie skromne plony z ogrodka i zrobilam malosolne. Ktorych nie chcialam zostawiac na prawie tydzien na wierzchu, wiec wsadzilam nastepnego dnia do lodowki. W rezultacie, kiedy wrocilismy, okazalo sie, ze kompletnie sie nie "ukisily" (umalosolnily? ;P). ;) W niedziele juz "tylko" zapakowalismy do przyczepy jedzenie i okolo 11 rano wyjechalismy. Jak na nas to calkiem niezly czas, a na kempingu i tak mozna sie meldowac dopiero o 13. Po drodze byly delikatne korki, ale nie jakies tragiczne, wiec chwile po 14 bylismy na miejscu. Tego dnia, po rozlozeniu sie na naszej miejscowce, czasu i ochoty starczylo tak naprawde tylko na chwile na placu zabaw:

Plac przywital nas pustka... Az dziwne, bo zwykle biegaja tam tlumy dzieciakow...


 

Akrobacje z "pomoca" siostry... Te kola sie kreca, a Bi je dodatkowo przekrecala, wiec Nik z nich sfruwal i to z impetem ;)

Oraz spacer wzdluz plazy nad rzeka. O tej porze plaza jest juz opustoszala, wiec mozna wziac ze soba siersciucha. :)

To zdecydowanie jeden z naszych ulubionych kempingow, a rok temu nie udalo nam sie zlapac tam miejsca (z powodu koronaswirusa dostepna byla ograniczona liczba miejscowek), wiec pierwszy spacer byl naprawde wzruszajacy...
 

Od poniedzialku zaczelismy ostry relaks. ;)

Najskuteczniej relaksowala sie Maya ;)
 

Poznym rankiem, po sniadaniu oraz kawie na pobudke, pomaszerowalismy wiec na plaze.

Gdy rodzice dopijali kawe, Potworki smigaly na deskach :)
 

Tym razem bylismy w pierwszym rzedzie kempingu, wiec nie tylko mielismy fajna prywatnosc, bo z jednej strony oslanialy nas krzaki (na pozostalych miejscach ma sie z trzech stron inne przyczepy, a z frontu droge dojazdowa i... kolejna przyczepe naprzeciwko :D), to jeszcze dwie miejscowki dalej byl skrot, ktorym wystarczylo wyjsc z kempingu (zamiast dralowac naokolo do glownych wyjsc), przeciac droge do plazy dla aut spoza kempingu, przemaszerowac przez plac zabaw oraz parking i juz bylo sie nad samiutkim oceanem. Trafilismy na odplyw i poza szalenstwami w wodzie, Potworki odkryly, ze w piasku kryje sie mnostwo malzy. Zaczeli wykopywac jedna za druga, nie mogac sie nadziwic, ze jest ich az tyle. Az w koncu Bi wykopala piaskowego robaka, paskude okolo 15 centymetrowa i wiecej rak w piachu nie zanurzyla. :D

Szalenstwom nie bylo konca :)
 

Zapomnieli wziac z kempigu swoich desek, ale na szczescie tam zawsze sa spore fale (choc przy odplywie jednak mniejsze), wiec zabawa i tak byla przednia. :)

Woda byla lodowata, ale patrzac na Potworki nikt by sie nie domyslil ;)

Zasypac brata - najlepiej calego! :D

Nawet matka zalapala sie na zdjecie, choc to stanowi dla mnie bolesne przypomnienie, ze trzeba zrzucic pare kilo... :/
 

Po plazy byl czas na posiedzenie przy przyczepie, kolejna kawe dla rodzicow, obiad, rowery, jakies gry na powietrzu i zrobilo sie pozne popoludnie. Trzeba wiec bylo zaliczyc obowiazkowy spacer wzdluz rzeki. Nasza "piesa" strasznie nie lubi wody, tego dnia jednak odwazyla sie pomoczyc choc lapki.

Glebiej nie weszla! :D
 

Potworki zas mialy gratke, bo wpadly na mala grupke lapiaca kraby. Przy rzece jest mnostwo kamieni porosnietych wodorostami, ktore odslania odplyw, a ktore stanowia dla krabow swietny schowek. Nik szybko zapalal jak lapac sworzonka zeby nie mogly dosiegnac go szczypcami.

Zadowolony jak prosie w deszcz ;)
 

 Bi zas wolala brac do reki malenstwa, ktore raczej wybieraly ucieczke, zamiast obrony. ;)

Tak, wiem ze nie widac, ale ten ksztalt na jej dloni to krab ;)
 

Wtorek, jak juz wspomnialam, byl jedynym "urozmaiconym" dniem. Na ten dzien wykupilam nam bowiem wycieczke na wieloryby! ;) Nie zeby tam je upolowac, czy cus, ale zeby podejrzec w naturalnym srodowisku. ;) Tu mielismy szczescie bo statki wycieczkowe wyplywaja juz z sasiedniego, malutkiego rybackiego miasteczka. Myslalam, ze wycieczka bardziej ucieszy Kokusia, a tymczasem to Bi byla cala podniecona (bo tak kocha przyrode i zwierzeta!), a Nik... zaczal sie zamartwiac, co bedzie jak statek zatonie niczym Titanic... :D Na szczescie pozniej obydwoje bawili sie wysmienicie. Wyplynelismy rano, a wycieczka trwala okolo 4 godzin, bowiem trzeba bylo wyplynac na ocean (port znajdowal sie na rzece, niedaleko ujscia), znalezc wieloryby oraz wrocic.

Tak sie plynie na wieloryby - na twardej, waziutkiej laweczce przez prawie 4 godziny ;)
 

Jak glupia taszczylam pelna torbe przekasek oraz kurtek (bo oczekiwalam nizszych temperatur na otwartej wodzie), a potem bylo calkiem cieplo i zlecialo na tyle szybko, ze jesc sie nie chcialo i wszystko przywiozlam z powrotem. ;) Oczywiscie jak potem czytalam relacje przewoznikow na Fejsie, to w inne dni widzieli duza roznorodnosc gatunkow, od delfinow po foki, a my... malo co. Jak zwykle. ;) Najpierw, zaraz po wyplynieciu z delty, wpadlismy na... samoglowa (mola-mola). Byl jednak malutki, okolo 30 centymetrowy i szybko schowal sie pod lodz, po czym zniknal. ;) Nawet zdjecia nie mam. Nastepnie przeplynal niedaleko pletwal karlowaty (minke whale), ale one podobno boja sie wiekszych lodzi, wiec sploszony pojawil sie tylko na chwile z jednej strony stateczku (oczywiscie nie mojej :D), zanurkowal i tyle go widzieli. ;) Potem zaczely pojawiac sie humbaki. Wraz z nimi wzrastalo moje rozczarowanie ze wzgledu na Potworki. Bylam juz bowiem kiedys na takiej "wielorybiej" wyprawie. Wyplywalismy wtedy z Bostonu na wiekszym i szybszym statku. To bylo 12 lat temu, wiec nie wiem czy inne byly zasady i mozna bylo wieloryby wabic, czy po prostu lepiej trafilismy, ale pamietam, ze zwierzeta te przeplywaly jeden za drugim, tuz obok lodzi. W oddali widac zreszta bylo dobrych kilka takich statkow jak nasz, a wieloryby przeplywaly sobie od jednego do drugiego. Tutaj powiedziano nam, ze musimy od wielorybow trzymac sie w odpowiedniej odleglosci, te zas pojawialy sie tylko pojedynczo i kazdego musielismy "szukac". Wiekszosc, przy zblizajacym sie statku, dawala nura i tylko z daleka machnela nam ogonem. ;)

Byl sobie humbak... :D
 

Dwa przeplynely blizej lodzi, rzecz jasna z drugiej strony. ;) Potworki z entuzjazmem przebiegaly przez kabine do przeciwnej burty, ale my z M. machnelismy reka. Nie chcialo nam sie wpychac miedzy stloczonych tam ludzi. ;) W koncu jednak dotarlismy do wieloryba, ktory blogo sobie drzemal i udalo nam sie podkrasc nieco blizej. Biedak, czy raczej biedaczka bo okazala sie znana przewoznikom samica o imieniu Owl czyli Sowa (rozpoznaja je po plamach na spodzie ogona) najpierw sploszyla sie i odplynela, ale tylko kawalek, po czym znow uciela sobie drzemke. Wieloryby unosza sie wtedy na powierzchni i tylko wydech od czasu do czasu wskazuje, ze zyja. ;)

Kawalek grzbietu "Sowy". Mozecie zobaczyc lekka mgielke wydechu
 

I tutaj w koncu poszczescilo sie naszej stronie lodzi, bo Owl, najwyrazniej poirytowana nachalnymi ludzmi, postanowila dac nura, ale zrobila to tuz przy burcie, wzbudzajac oczywiscie gromkie wiwaty. ;)

I tyle ja widzielismy :D
 

Na tym niestety nasza wycieczka dobiegla konca i czas byl wracac... Cale szczescie, ze Potworki nie maja porownania, bo byli zachwyceni, ze w ogole widzieli tak ogromne stworzenia na zywo. My z M. bylismy nieco zawiedzeni, ale ze wycieczke odbylismy z mysla o dzieciakach, wiec to im mialo sie podobac. ;) W drodze powrotnej zas, mielismy widok najpierw na plaze przy kempingu, a pozniej na sam kemping od strony rzeki.

To wlasnie miejsce naszych wieczornych spacerow. Widac kempery za murkiem? ;)
 

A w samej przystani las lodeczek oraz jachcikow (przygarnelabym ktorys). :)

Dajcie jeden, no! :D
 

Poniewaz nie bylo nas caly ranek i czesc popoludnia, reszte dnia spedzilismy juz malo aktywnie. Pod wieczor tradycyjnie poszlismy przejsc sie wzdluz rzeki. Nik zlapal kolejnego kraba do kolekcji. Robi sie z niego ekspert. Wystarczy mu patyk i sprawne paluchy. Lazi bez poslizgu po sliskich kamieniach, odgarnia bez obrzydzenia wodorosty... i znajduje "nagrody". Oczywiscie potem wypuszcza szczypiacych kolegow na wolnosc. ;)

Ten skutecznie zwiewal i musial byc lapany od nowa, stad jest caly upiaszczony ;)
 

A podczas wieczornej przejazdzki na rowerach, nad mokradlami zlapalismy taki cudowny zachod slonca. Caly dzien slonce bylo ni to za mgla, ni to za cieniutkimi chmurkami. Zaowocowalo to iscie spektakularnym pokazem barw o zachodzie. Nie bylo bata, musielismy pstryknac pare fot. :)

Pieknie!

W srode obserwowalam z niepokojem prognozy na kolejny dzien. Przesuwaly sie i zmienialy, ale w koncu utknely pokazujac na czwartek deszcz. Mialam nadzieje, ze jednak sie to poprzesuwa, na wszelki wypadek jednak, postanowilam wykorzystac srode na maksa. Mimo wiec raczej ponurej aury (ale hej, nie padalo, a slonce od czasu do czasu zdolalo sie przedrzec przez chmury! :D) zabralam Potworki na plaze.

Aura juz zaczynala sie robic taka sobie...
 

Spedzilismy tam ponad dwie godziny, az juz oni zglodnieli (na plaze zaraz kolo kempingu odpuszczam sobie branie przekasek), a mi tak chcialo sie sikac, ze myslalam, ze nie utrzymam. ;) Tym razem Potworki wziely deski, wiec najpierw "surfowaly", pozniej zas odplyw rozhulal sie na dobre i porobily sie wysepki oraz bajorka.

Surfin' USA :D

Dzieciarnia znow wykopywala wiec malze i umieszczala je w wybranym zbiorniku, broniac go zawziecie przed mewami, ktore masowo zalegaly na plazy, tylko czekajac na okazje, zeby skubnac kasek. Kiedy wracalismy, Potworki skrupulatnie wszystkie znalezione malze zakopaly z powrotem w piachu. ;) Po poludniu postanowilismy zas wybyc rowerami poza kemping. Wzdluz drogi wjazdowej zauwazylismy bowiem sciezke rowerowa i stwierdzilismy, ze fajnie bedzie zobaczyc dokad prowadzi. No to pojechalismy. :) I.. zonk. Sciezka doszla do skrzyzowania drog i znikla. :D My zas skrecilismy w prawo i pojechalismy do nadmorskiej czesci miasteczka. Jak na miejscowosc nadmorska jednak i przy tym srodek lata, miasteczko wydawalo sie wrecz wyludnione. Wiekszosc uliczek pusta, nawet publiczna plaza pustawa. Pokrecilismy sie po miasteczku, ale nic ciekawego nie znalezlismy. Wszedzie pustka. Dla mnie to bylo az nierelane i mialam ciarki, bo wiem jak wyglada taka np. Leba o tej porze roku, gdzie ludz na ludziu i przejsc sie swobodnie nie da... A tu pusto, cicho i tylko mewy dra sie nad glowami. W koncu dojechalismy na obrzeza i skrotem, przez wydmy, wrocilismy na droge prowadzaca z powrotem na kemping. ;)

Taka ladna trasa, a tak rozczarowujaco krotka ;)
 

A wieczorem znow na spacer nad rzeke i Nik znow zdolal wygrzebac z zakamarkow w glazach kraba. :) Za to pies nam sie zbuntowal. Maya nie lubi wody, ale okazuje sie, ze nie lubi tez plazy i piachu. Zwyczajnie siadala i nie chciala isc. Zawolana podeszla pare krokow, klapla dupskiem na piasek i piszczala. W ktoryms momencie bylam przekonana, ze cos jej sie wbilo w ktoras lape, ale przez przyklejony piach nie moglam nic zobaczyc. Poniewaz jako jedyna mialam na nogach klapki (reszta zostawila swoje wczesniej na plazy), zabralam psa pierwszym napotkanym wyjsciem z plazy, ciagnac prawie po piachu, bo nie chciala isc, cholera jedna, a za ciezka jest zeby ja niesc... Wyszlam na asfalt, a pies... otrzepal sie i dziarsko ruszyl naprzod! No co za aparatka! Po prostu nie chciala isc po plazy i juz! :D

A prognozy na czwartek niestety przesunely sie, ale nie tak, jakbym chciala... Zamiast padac mniej, padalo wiecej. :/ Caly prawie dzien naprzemian deszcz i mzawka. W dodatku przy wejsciu do przyczepy zrobila nam sie kaluza po kostki. Szkoda, ze nie wzielam kaloszy, ale dobrze, ze my mielismy klapki, a dzieciaki crocs'y, wiec nawet jak niechcacy chlapnelismy w wode, wszystko dalo sie szybko wytrzec. Wiekszosc dnia niestety spedzilismy w przyczepie, rozgrywajac jedna runde Uno oraz Dobble za druga. ;) To znaczy ja i dzieciaki, bo M. tylko prychna na propozycje gry. ;) Co wydawalo sie, ze deszcz ustaje, wylegalismy na zewnatrz, w nadziei, ze najgorsze juz za nami, zeby za moment biegiem wracac do srodka. ;) Okolo 17 w koncu wydawalo sie, ze deszcz przeszedl na dobre. Zaczelo sie nawet czasem przebijac slonce. Poszlismy wiec jak zwykle na spacerek nad rzeke. Nik znow wyszukal pare krabow, jednego nawet na tyle malego, ze zachwycil Bi. ;)

Zachwycona "uroczym" maluszkiem :D
 

Dla Kokusia rozmiar ma znaczenie. :D Uwielbiam te piegowata mordke i nie mam tu na mysli krabiszona :D
 

Az tu nagle... zagrzmialo, a chwile pozniej zaczelo kropic. :O Do przyczepy wracalismy w pospiechu, gonieni przez coraz mocniejszy deszcz. ;) Na szczescie tym razem dosc szybko przestalo padac i wieczorem udalo sie rozpalic ognisko. A w nagrode za ten niespodziewany "napad" deszczu, nad kempingiem zablysla piekna tecza. :)

"Niech na niebie blysnie tecza, malowana twoja kre-dka..."
 

Co do ogniska, to palilismy je co wieczor, tylko jakos umknelo mi, zeby o tym wspomniec. ;) A jak ognisko, to oczywiscie s'mors'y! I ja sie skusilam, choc to deser wybitnie slodki do wyrzygu. Ale co tam, raz na kilka tygodni, na kempingu mozna. ;)

Na tym kempingu maja takie dziwne "piecyki" zamiast normalnego paleniska...

I tak, o wiele za szybko, dotarlismy do piatku, czyli dnia wyjazdu. Dzien wczesniej zreszta podjelismy probe przesuniecia wyjazdu o jeden dzien, skoro z powodu deszczu praktycznie "stracilismy" caly czwartek. Niestety, w budce, gdzie rejestruja gosci powiedziano nam, ze oni nie moga przedluzyc rezerwacji. Czyli sa tam tylko po to, zeby meldowac nowoprzyjezdnych...Dali nam numer telefonu do centrali, ale po 20 minutach wiszenia na telefonie i sluchania "uroczej" muzyczki, uzyskalam tylko wiadomosc, ze niestety maja pelne oblozenie. :O Nie bylo rady, trzeba sie bylo zbierac. A jak na zlosc piatek przywital nas czystym niebem i upalem. :/ Wymeldowac zas trzeba sie bylo o 11, choc z reguly nikt tego skrupulatnie nie przestrzega. Kolejni goscie moga jednak meldowac sie od 13, wiec wiedzielismy ze do tej godziny musimy koniecznie opuscic miejscowke. Zeby jednak nie stracic kompletnie tego ostatniego ranka, nastawilam budzik na 7, zeby na spokojnie wstac, zjesc sniadanie, umyc sie (co w przyczepie, w maciupenkiej lazience jest troche utrudnione) i jeszcze zabrac Potworki na ostatnie plazowanko.

Powiedzialam: "Robcie cos, nie stojcie tak sztywno!". No to mam. :D
 

Juz od kilku lat zreszta taki mamy uklad z M., ze skoro on za plaza nie przepada, to ja ostatniego ranka biore dzieciaki na zabawe w wodzie, a on zaczyna na spokojnie sie pakowac. Tym razem zreszta byl nieco nadgorliwy, zaczal pakowanie od samego ranka i w rezultacie wrzucil juz na pake moj lezak. Trudno, obylam sie bez. ;) Tego dnia nad oceanem trafilam z Potworkami niemal na maksymalny przyplyw, fale byly wiec bardzo duze (choc widywalismy tam juz wieksze), a dzieciaki mialy niesamowita frajde na swoich deskach.

Takie fale to ja rozumiem! ;)


 

Chwila oddechu

I tym samym nasz krotki urlop dobiegl konca. :( Powrot do domu byl relatywnie dlugi i meczacy z powodu korkow, mimo, ze wyjechalismy grubo przed godzina szczytu. Po poludniu zawitalismy jednak szczesliwie na wlasne podworko i trzeba bylo rozpoczac to, czego Tygryski nie lubia najbardziej - rozpakowywanie! ;) A Potworki wystrzelily z auta i stesknione popedzily szukac tabletow, malo nog nie pogubily. ;)

niedziela, 1 sierpnia 2021

Wakacyjny tydzien #6, a przy tym ostatni lipca

A tydzien ten zaczelismy od zupelnie nudnego weekendu. Wlasciwie to caly tydzien byl bardzo spokojny i bez fajerwerkow, co mozecie zobaczyc po znikomej ilosci zdjec. Bedzie nawet troche kwiatkow, zeby zaplenic czyms przestrzen. ;)

Planow na sobote (24 lipca) nie mielismy, wiec juz od rana zabralam sie za ogarnianie domowego chaosu. To niesamowite jak narosly zaleglosci kiedy (tylko!) dwa dni spedzilam calkowicie poza domem. Jesli pamietacie, w poprzednia srode wybylam po pracy na dluuugie zakupy, a w czwartek na basen z dzieciakami.

A oto efekt tych dlugich zakupow - Potworki w koncu maja lustro w lazience :)
 

W piatek rowniez wrocilam po pracy pozno bo pojechalam po spozywke. To wystarczylo zebym w sobote zalamala rece i zaczela dzien od odgruzowywania chalupy. Mialam zreszta przy tym wrazenie, ze zamiast ten "gruzik" schludnie zamiatac na lopatke i wyrzucac do kubla, ja odkopuje coraz to nowe jego warstwy. Syzyfowa praca normalnie. ;) I tak w zasadzie uplynal dzien az do popoludnia, kiedy to znow pojechalismy na msze w sobote, bowiem malzonek ponownie mial pracowac w niedziele. Trace pomalu rachube, ale to chyba juz dla niego trzeci weekend w pracy pod rzad. Co prawda w soboty i niedziele pracuje tylko do 11, ale jednak minal czwarty tydzien, kiedy M. nie mial ani jednego dnia wolnego. Na codzien wstaje o 3:30, a w weekendy o 4. Wielka roznica. ;) Nic dziwnego, ze nerwy zaczynaja mu juz ostro puszczac, w koncu przemeczenie musi dac o sobie znac. :/ W sobote wrocil z pracy wsciekly jak osa (dobra, moze szerszen, albo truten hehe,  skoro to chlop) i na dzien dobry pieprznal plecakiem oraz kubkami z kawa oraz napojami dla dzieci, warczac, ze nikt mu nawet nie pomoze wszystkiego wniesc! Hola, hola! Po pierwsze mial do wniesienia "az" cztery kubki z piciem i sam jest sobie winien, ze nie wzial specjalnej tacki zeby wziac wszystkie na raz. Do tego niezbyt wielka torbe z chinszczyzna na obiad. To wszystko! Ja nie raz uchodzilam sie z ciezkimi siatami z zakupami, ktorych zwykle mam 6-7. I nie pamietam, zebym czyms rzucala z wscieklosci... A poza tym, czy my jestesmy wrozbitami?! Pojawil sie nagle w domu z kubkami, nic nie powie i sie rzuca (doslownie i w przenosni)! Tak naprawde to podejrzewam, ze albo faktycznie jest juz przemeczony, albo wku*wilo go cos zupelnie innego, ale wyzyl sie najlatwiej - na rodzinie. :/ Co moglo go wkurzyc? Ch*j to wie. Malzonek ma taki charakter, ze nie powie. Bedzie warczal, doslownie syczal przez zeby, ale cedzil, ze "wszystko w porzadku". Taaa... Taki typ niestety. O co tak naprawde mu chodzilo, dowiem sie pewnie zupelnym przypadkiem, za tydzien, dwa. ;) W kazdym razie po powrocie z kosciola porzucilam odgruzowywanie chalupy i dla odmiany zabralam sie za ogrod. Podwiazalam te ogorki, ktore jeszcze nie padly, bo jak glupie, zamiast piac sie po tyczkach, wola smetnie zwisac. Podpielam tez groszek, ktorego mam zawrotne 4 pedy; reszta nie wykielkowala. Przymocowalam kolejny kwiatostan mieczyka do tyczki, bo opadl do ziemi. Zerwalam kolejne trzy ogoreczki oraz pierwszego pomidora. Potem zas wzielam sie za ciecie. Serduszka juz zaczynaja padac, jedna roslina zolkla, wiec ja wycielam. Druga jeszcze jest zielona, wiec poki co ja zostawilam. Za to wycielam spiderwort (juz chyba trzeci), ktory rozlozyl sie na boki i zaczal gniesc wszystko naokola. Teraz mam na rabacie duze, lyse placki, ale mysle, ze gooseneck szybko je zarosnie. Przy okazji odkrylam, ze hortensja ma jedna wielka kisc kwiatow. Niestety, zakwitla schowana w gaszczu innych roslin i nawet jej nie bylo widac. Sprobowalam ja wydobyc na wierzch, ale nie wiem czy cos wskoralam. Jak nie, to zetne ja i wstawie w wazon. Wtedy przynajmniej bede mogla cieszyc nia oko. :) Popryskalam rowniez wszystko co wykazuje slady ugryzien, czyli niezliczona ilosc kwiatow, ale tez ogorki (nie moge przezyc, ze padaja jeden po drugim!), cukinie i papryke. Zlamalam tym samym zlota zasade, ze nie pryskam tego, co potem jemy, bo jak tak dalej pojdzie to nie zjemy i tak niczego z ogrodu. :/ Zreszta, krzewy cukinii poki co kwitna, ale nie owocuja, wiec moge pryskac do rozpeku. ;)

W niedziele rano obudzil mnie deszcz. Tyle z mojego pryskania... :/ Wiedzialam jednak, ze mialo padac, ale stwierdzilam, ze i tak popryskam. Deszcz mial sie zaczac dopiero nad ranem, a moje ogrodowe szkodniki sa najbardziej aktywne w nocy. Mialam nadzieje, ze moze choc czesciowo zapobiegne uczcie tych wszystkich paskudztw. Poki co ciesze sie, ze choc lilie nie przetrwaly zmasowanego ataku czerwonych zukow (naprawde, takiej ich chmary nigdy jeszcze nie widzialam!) a i beebalm slabo wyrosl i rowniez cos go zzera, to mieczyki wypuszczaja coraz wiecej klosow z kwiatami. Radza sobie duzo lepiej niz w zeszlym roku, kiedy dogladalam ogrodu duzo pilniej. Jedyne co, to wedlug opakowania, kwiaty mialy byc w roznych kolorach, tymczasem, poki co, wszystkie sa jednakowe - bladorozowe. ;)

Uwielbiam mieczyki, naprawde - sa przepiekne! Ale dlaczeg, do jasnej Anielki, wszystkie jednakowe?! :D
 

Poznym rankiem przyjechal moj tata i posiedzielismy ogladajac troche mecz, troche olimpiade. Potwory poki co malo zainteresowane, mimo ze mieli okazje obejrzec najlepszych w sportach, ktorych sami sprobowali: plywaniu, tenisie i siatkowce. Ale zawody innych ludziow juz wiekszego entuzjazmu nie wzbudzily. ;) Mlodziez nie rozumie rangi igrzysk olimpijskich. Kiedy zwyciezca jednego z zawodow plywackich - Tunezyjczyk, cieszyl sie doslownie calym soba, z ja mruknelam z podziwem, ze "Taki mlody chlopaczek, tylko 18 lat...", Nik dodal od siebie, ze to dlatego tak sie cieszyl, bo wszyscy inni zawodnicy pewnie mieli lat ponad 20. Taaa... :D

Wieczorem poszlismy na spacer po osiedlu, a potem juz Potwory do kapieli, podziwianie nietoperzy latajacych nad ogrodem (z jakiegos powodu dzieci uwielbiaja patrzec jak nurkuja nam nad glowami) i minal najnudniejszy od jakiegos czasu weekend. Troche zaluje ze nigdzie sie z dzieciakami nie wybralam, czasem jednak potrzebne sa takie spokojniejsze, wolniejsze dni. :)

Poniedzialek to juz powrot do roboty, a dla dzieciakow na polkolonie. Tylko dla M. bez zmian, bowiem, jak napisalam wyzej, zaczal juz 5 tydzien bez jednego dnia wolnego. :D Rano Bi jechala bez entuzjazmu bo strasznie nie podeszla jej ta "olimpiada", ktora urzadzili im na polkoloniach. Na szczescie okazalo sie, ze w tym tygodniu opiekunowie sobie odpuscili, wiec potem juz pobiegla w podskokach. ;) Po poludniu dostalam zas maila od organizatorow, ze choc kolejna wycieczka miala sie odbyc we wtorek, to obawiajac sie tlumow postanowili rozbic grupe dzieciakow na pol. Mlodsze pojada we wtorek, starsze w czwartek. Mi tam w sumie wsio ryba, tylko... Mlodsza grupa to zerowka do 3 klasy, starsza grupa to 4 klasa wzwyz. Teraz zgaduj zgadulo, w ktorej grupie mial byc Nik, skoro skonczyl 3 klase a zaczyna 4?! :D Nie mialoby to wiekszego znaczenia, ale skoro na wycieczki dzieci maja miec zalozone jednakowe koszulki, to chcialam wiedziec w ktory dzien ubrac w nia Kokusia... ;)

Wieczorem na szczescie brak wiekszych planow, wiec kontynuowalam przycinanie. Na jednej rabatce astry rozrosly sie w taka mase, ze przyduszaly kompletnie floksy oraz ozdobny krzew, ktory zreszta w tym roku (jak wszystko) jest jakis nijaki, ma pelno suchych galazek i ogolnie wyglada jakby mial zaraz uschnac. Moze zreszta to wina zarastajacych go astrow. ;) Troche je poskromilam i zobaczymy co z tego wyjdzie. Scielam tez kolejny wielki krzew serduszek. Trzeba tez bylo podlac ogrod bo znow stuknelo ponad 30 kresek, wiec rosliny prosily o wsparcie. Na koniec jeszcze wypryskalam ogorki. Niestety, doszlam do tego, co to za zuczki robia mi taki zamet. Otoz, tak jak jest stonka ziemniaczana, tak te zuki to cos jakby "stonka ogorczana", choc lubia tez inne warzywa z tej samej rodziny, czyli cukinie, dynie, kabaczki, itd. Same zuczki sa malutkie i jesli nie ma ich calej chmary, nie wyrzadza zbyt duzych szkod. Ot, podgryza liscie i platki kwiatow, wyjedza troche pylku i nektaru, itd. Ich larwy podgryzaja korzenie, ale ponoc nie wyrzadza to roslinie wiekszej krzywdy. Problem w tym, ze zuki przenosza bakteryjna chorobe ogorkow, ktora powoduje szybkie usmiercenie calej rosliny. To by wyjasnialo dlaczego krzaczki padaja mi jeden po drugim... :( Mozliwe, ze i to usmiercilo jedna z cukinii, choc one podobno sa na te chorobe dosc odporne... W kazdym razie wypowiedzialam zuczkom wojne i nie biore jencow. Ale z ogorkow widze, ze bede miala sporo szczescia jesli uzbieram jeden marny sloiczek na malosolne. :(

Wtorek byl kolejnym upalnym dniem, ale to taki upal, jaki lubie, czyli suchy. Kiedy wilgotnosc powietrza utrzymuje sie ponizej 50% to nawet ponad 30 stopni nie jest problemem. Przynajmniej dla mnie, takiego "cieploluba". :) Niestety, wieczor przyniosl burze, te oznaczaja zas zwykle przejscie frontu i zmiane kierunku powietrza. Tym razem front przyniosl wyrazne ochlodzenie, ale na szczescie bez zbytniej przesady - ot, do 25 stopni. :)

Zanim jednak przyszly nawalnice (choc tym razem nie byly zbyt gwaltowne), zdazylam jeszcze przy pieknej, slonecznej pogodzie zawiezc Kokusia na karate. Mlody zadowolony, bo znow cwiczyli wykop w worek z wyskoku, a to chyba ulubiona aktywnosc wszystkich dzieciakow. :)

Wszystkie dzieciaki za wszelka cene usiluja przewrocic worek, ale poki co, w tej grupie udalo sie to tylko Bi (kiedy jeszcze na karate chodzila)
 

Niestety, w tej sesji zostaly jeszcze tylko zajecia w czwartek, a potem znow robia przerwe az do rozpoczecia roku szkolnego. Zastanawiam sie nad sensem tej krotkiej, 3-tygodniowej sesji. Mogli juz sobie odpuscic zamiast co chwila robic przerwy... W kazdym razie poki co Nik wroci na plywanie, z ktorego na szczescie go w koncu nie wypisalam, a potem zobaczymy. Mlodszy zaznacza, ze chce wrocic na karate po reszcie wakacji, ale wtedy ruszy tez pilka nozna, wiec zobaczymy jak sie grafik ulozy...

Pogoda jak zwykle szalala. Kiedy weszlam do budynku po Kokusia, doslownie kilka minut przed zajeciami, nadal swiecilo slonce. Zeszlo nam troche dluzej bo sensei zastanawia sie nad poslaniem Nika do bardziej zaawansowanej grupy, wiec testowal go ze wszystich ruchow i ukladow, ktore juz przerobili. Kiedy wyszlismy (nadal bez ostatecznej decyzji, zreszta Mlody zwierzyl mi sie, ze woli zostac w grupie poczatkujacej, bo w drugiej nie ma kolegow; ciezka sprawa ;P) niebo zdazylo sie zasnuc ciemnymi chmurami. Popedzilismy do domu, zahaczajac tylko doslownie na dwie minutki o biblioteke, a kiedy dojechalismy juz grzmialo i zaczynaly padac wielkie, ciezkie krople. Zdazylismy w sama pore. :) Potem burze juz krazyly nad nami przez caly wieczor. Coz, przynajmniej nie musialam podlewac. ;) Do biblioteki pojechalismy zas zeby odebrac znow torebki z materialami do zajec.

Potworki ochoczo zabraly sie do pracy, rozpierdzielajac materialy po calym stole, rzecz jasna ;)
 

Taka ze mnie gapa, ze zapisalam Potworki na te "zajecia" (ktore maja sami wykonac z pomoca instrukcji) na piatek, z mysla ze beda mieli co robic w czasie nudnego weekendu. Dostalam nawet przypomnienie na maila w srodku dnia i... zapomnialam! Przypomnialo mi sie wieczorem, wiec stwierdzilam, ze nic straconego, pojedziemy po materialy w sobote rano. I co? I znow zapomnialam! :/ Tym razem obiecalam sobie, ze w poniedzialek po pracy juz na pewno po nie pojade. Tiaaa... No nie zgadniecie... zapomnialam!!! :O Skleroza postepujaca po prostu! W koncu udalo sie nie zapomniec akurat we wtorek, a ze akurat i tak bylam w drodze, to tym lepiej. Tym razem w materialach byly takie wlochate druciki (nie wiem jak sie to nazywa po polsku; tutaj mowia na to pipe cleaners), pojemniczek kleju, garsc plastikowych oczek oraz instrukcja jak z tego wszystkiego zmontowac zwierzatka. :)

Pierwsze dziela - kameleon i zolwik :)

Rowniez we wtorek zamknieto kolejna droge w naszym miasteczku. No naprawde odbija ludziom kompletnie! Miejscowosc nie za duza, kilka drog "przelotowych" na krzyz. Jedna zamkneli (w dzien, bo wieczorami otwarta), porobily sie niemozliwe korki, ale co tam, zamknijmy kolejna! :/ Kiedy wokol mojego osiedla poprowadzono objazd i pojawily sie zatory ze wszystkich stron, po odwiezieniu Potworkow na polkolonie zaczelam wracac okrezna droga, prawie obrzezami miasteczka.

A po drodze mialam takie, cudownie spokojne widoki...
 

Nadrabialam kilometrow, ale za to jechalam zamiast stac! ;) No to ch*j, zamkneli mi kolejna trase, a objazd poprowadzili spokojna, boczna uliczka, ktora tez nieraz skracalam sobie droge. Teraz oczywiscie owa "spokojna" uliczka zawalona jest pojazdami, a na swiatlach ma sie szczescie jesli przejedzie sie w trzeciej grupce. Szlag by to trafil... :/

Nocka z wtorku na srode okazala sie niespodziewanie... ciezka. ;) Polozylam sie okolo polnocy, wiec zasnelam jak kamien niemal natychmiast. Cale szczescie wiec, ze M. sie przebudzil i uslyszal placz Bi. Jego glos zas obudzil mnie. Myslalam, ze juz wstal do pracy, ale patrze, a na telefonie mam 1:45. Zieeew. Zerwalam sie jednak, myslac, ze cos Bi boli, albo zbiera ja na rzyganko. Szczescie w nieszczesciu nic powaznego sie nie stalo. Po prostu pannie sie... siknelo. Ale tak fest! :O Przyznaje, ze troszke sie zalamalam, bo przeciez to dziecko ma juz skonczone 10 lat!!! Z drugiej strony, nic takiego nie przydarzylo jej sie przynajmniej od kilku (pieciu?) lat. No i ma nauczke, bo poprzedniego wieczora pila jak glupia, twierdzac, ze musi sie "nawodnic". Wypila jeden wielki kubek (taki plastikowy z przykrywka i slomka, na picie poza domem), nalala sobie kolejny. Ostrzegam: "Posikasz sie" (samej nie przypuszczajac, ze moge miec racje ;P). "Nie posikam". Ooookey... Potem nie moglam jej zagonic do lozka az zrobila sie chyba 22:30. I podejrzewam, ze byla tak opita, a przy tym tak padnieta, ze pecherz nie wytrzymal, a ona sie na czas nie obudzila. :D W rezultacie mokra byla cala pizama (oczywiscie), koldra, ale tez niestety materac, z ktorego juz dawno temu zdjelam nieprzemakalny pokrowiec. :/ Srode rano zaczyelam wiec od prania oraz taszczenia materaca z gory na taras, w nadziei ze wyschnie na sloncu. Na szczescie trafil sie sloneczny, a przy tym wietrzny dzien. :) A Bi zawstydzona przepraszala i dziekowala, ze pozwolilismy jej spac potem w naszym lozku. Ponoc nie przyszla do nas od razu tylko siedziala w kacie lozka i szlochala, bo myslala, ze tata za kare kaze jej spac na podlodze. I tak M. wyszedl na ojca bez serca. :D 

Takie spanie z 10-letnia kolubryna to, powiem Wam, fatalna sprawa. ;) Mamy lozko najwieksze z mozliwych, ale i tak bylo ciasno, a przy tym goraco. Po wieczornej burzy na zewnatrz zrobilo sie rzesko, wiec nie wlaczalismy klimy, tylko otworzylismy okno. Niestety sypialnia nie schladzala sie tak szybko jak bysmy chcieli, a jeszcze doszedl termoforek w postaci corki i po "akcji" przewalalam sie z boku na bok nie mogac ani ulozyc sie wygodnie, ani znalezc chlodniejszego miejsca na materacu. ;) Najlepszy zas byl Nik, ktory jak wiecie, ma calkiem pokazne doswiadczenie w nocnym moczeniu. Rano patrzy na rozbebeszona po pokoju posciel Bi i pyta co sie stalo. Odpowiadam, ze "Aaaaa... wiesz, Bi miala maly "wypadek" w nocy. Osmiolatek najwyrazniej nie zawsze zakuma przenosnie, bo patrzy zdziwiony: "Ale co, spadla z lozka?". Tiaaaa... :D

Sroda byla wiec dniem, kiedy chodzilam zamulona i zmeczona. Troche przyczynily sie do tego nocne ekscesy (zeby to jeszcze z mezem! ;P), a troche okres, ktory tym razem mam baaardzo uciazliwy. Niestety, czasem trzeba uwazac na zyczenia, bo moga sie spelnic, ale nie w takiej formie jakbysmy chcieli. ;) Pewnie nie pamietacie, ale poprzedni przyszedl zlosliwie 3 dni wczesniej, akurat na kemping. Pomyslalam wtedy, ze fajnie byloby jakby kolejny tez przyszedl o 3 dni wczesniej, to skonczylby sie akurat na kolejny wyjazd. Wyobrazcie sobie, ze moja macica choc raz postanowila mnie posluchac! Szkoda tylko, ze znow byla zlosliwa i przyszla wczesniej, ale nie o 3 dni, a o 6! Prawie tydzien! :O Nie powiem zebym byla szczesliwa, bo okresy mam dlugie, wiec tak naprawde jeden sie skonczyl, minely raptem dwa tygodnie i... znowu ciota! :/ No ale przyszla to przyszla, przynajmniej ma czas skonczyc sie przed kempingiem, tak? No wlasnie... nie wiem bo nie dosc ze przyszla duzo za wczesnie, to jeszcze jest wyjatkowo paskudna. Zwykle pierwsze trzy dni to hardkor, ale potem juz z gorki. Tymczasem w srode byl dzien #5, a tu dalej leci ze mnie ciurkiem! Zalalam dwie pary gaci, poplamilam przescieradlo... Normalnie jak za dawnych, nastoletnich czasow... I teraz sie zastanawiam czy wszystko sie skonczy do wyjazdu, czy nie, bo juz sama nie wiem. Najwyrazniej hormony juz szaleja, a mialam nadzieje, ze do menopauzy to zostalo mi jeszcze kilka lat. :/ Dopisek: na szczescie do wyjazdu sie skonczylo, ale malo braklo, bo jeszcze dzis (w sobote) mialam jakies plamienie. :O

Rozpisuje sie o fizjologii, a chodzilo mi tylko o to, ze bylam niedospana oraz zmeczona okresem, tymczasem wstepnie umawialam sie z kolezanka na basen. Dzieciaki byly oczywiscie pierwsze chetne, ale po powrocie do domu stwierdzilam, ze zwyczajnie nie czuje sie na silach. Nie chcialo mi sie jechac prawie pol godziny, a potem szczebiotac z kumpela. Marzyl mi sie wieczor na kanapie. Na szczescie kolezanka tez ciezko doswiadczona w tych "kobiecych" sprawach, wiec zrozumiala. :) Potem troche zalowalam, bo jak juz zjadlam obiad i chwile odsapnelam, dostalam lekki zastrzyk energii. Dobrze go jednak wykorzystalam, bo po pierwsze, wyciagnelam z przyczepy posciel, zeby ja wyprac przed kolejnym wyjazdem (az wstyd, ze robie to dopiero teraz), a po drugie, znow rzucialm sie z pestycydami oraz sekatorem na ogrod. ;) Wypsikalam lilie (z ktorych wiekszosc to smetne, lyse kikuty; cholerne czerwone zuki) oraz troche ogorki, a takze floksy, mieczyki oraz chryzantemy, ktore cos rowniez podgryza. Plaga prawdziwa w tym roku!

Jedna lilia tygrysia przetrwala zmasowany atak, moze dlatego, ze jest ogromna, wyzsza ode mnie :O
 

Popielilam troche w warzywniku, choc nie styklo mi czasu na bardzo dokladna robote. Wycielam tez zdechle ogorki (stracilam trzy krzaczki), zeby nie zarazaly pozostalych, jesli to faktycznie choroba... Przy okazji zerwalam kolejne dwa ogoreczki. Warzywnik to nadal glownie porazka, ogorkow jak na lekarstwo, cukini nadal brak, ale odkrylam dwa straczki na groszku (to zaszalal!) oraz dwa malutkie baklazany.

Cztery centymetry (przyszlej) pysznosci :D

Cos tam moze wlasnego zjemy, poza pomidorami, ktore akurat maja sie calkiem niezle. Jeden krzaczek papryki ma juz calkiem pokazny owoc, drugi kwitnie, ale przy okazji jest rowniez przez cos pozerany, wiec nie wiem czy przetrwa... Porzucilam potem warzywnik i przycielam forsycje, ktora wypuscila kilka grubych pedow wysoko w gore, ale to takie pojedyncze kikuty, bez bocznych galazek. Wygladalo to srednio, wiec ucielam je i licze, ze zgestnieja. Prace ogrodowe to nadal tylko malutki wycinek faktycznych potrzeb. Gdzie nie spojrze to cos wola o uwage, ale ciesze sie, ze jednak zrezygnowalam z tego basenu i choc co nieco ogarnelam, bo w czwartek karate, w piatek po pracy zakupy, a w sobote to juz pakowanie na wyjazd i znow ogrodu bym nie ruszyla, a tak to chociaz "cos" zrobione...

W czwartek rano Potworki pedzily szczesliwe na polkolonie, bowiem mialy wycieczke. Tym razem jechali pograc w mini-golfa. Co prawda troche mi mina zrzedla kiedy okolo 11 wyjrzalam przez okno w pracy, a tam... leje. Wedlug prognoz mialo zaczac padac okolo 14, ale ze ostatnio pogoda leci sobie w kulki a prognozy mozna o kant doopy rozbic, to padalo z przerwami juz od rana. :) Okazalo sie jednak, ze wycieczka zdazyla sie odbyc bez przeszkod. Dzieciarnia pograla, dostali tez lody, bo mini-golf ma lodziarnie. Dla Potworkow jednak najwieksza frajda tego dnia byla wizyta ludzi ze zwierzatkami. Nie pamietam skad byli, ale przywiezli weze, gekony, zaby i tym podobne, "przytulasne" stworzonka. ;) Zarowno Bi jak i Nik byli oburzeni, ze tata za wczesnie po nich przyjechal. Gwoli scislosci, ojciec przyjechal o tej porze, co zawsze. ;) To nie jego wina, ze wizyte zwierzynca zaplanowano na pore odbioru dzieci. Nie wiem kto to wymyslil, ale Potworki byly niepocieszone, ze udalo im sie poglaskac tylko trzy zwierzaki. ;)

Poznym popoludniem Nik mial ostatnia w tej sesji lekcje karate. Wzielam tez ze soba Bi, bo M. chcial pojechac na silownie. Obaj sensei'owie wykorzystali jej obecnosc i probowali przekonac zeby wrocila, ale Starsza pokazala im swoj upor i choc nie odmowila kategorycznie, to mowa ciala jasno dala do zrozumienia, ze wroci jak bedzie miala ochote, a takie "nagabywanie" przynosi skutek odwrotny. ;) Sensei'owie porozmawiali rowniez ze mna i Kokusiem, ze jednak chca przeniesc go na wyzszy poziom, gdzie zaczalby sie uczyc podstaw walki, a nie tylko kopniec i uderzen. Nik poki co nie jest przekonany, choc sensei od wyzszej grupy przekonuje, ze teraz w wakacje jest ogolnie mniej dzieci, ale normalnie na tym wyzszym poziomie sa tez dzieciaki w jego wieku.

Calkiem ladny wykop ;)
 

Zobaczymy. Nie chce Kokusia przymuszac, a wiem ze dla niego bardziej niz sam sport liczy sie obecnosc kolegow. W tej grupie zaprzyjaznil sie z innym, polskim zreszta chlopcem, ale ten jest prawie 2 lata mlodszy i minie jeszcze chwilka zanim bedzie sie nadawal na wyzszy poziom. Mlodszy musi sam podjac decyzje. Wolalabym zeby szedl dalej, ale nie chce zeby skonczylo sie jak z Bi i druzyna plywacka, gdzie slyszalam placz i bunt przed kazdym treningiem...

Piatek byl kolejnym "przelomowym" dniem, bo ostatnim na tych "miastowych" polkoloniach. W sumie nie byly zle i Potworkom bardzo sie podobaly, dopoki nie zasmakowali farmy. Wtedy nagle takie zwykle polkolonie staly sie bleee. :D Mi jak zwykle troche smutno, ze czas zapiernicza i szkoda zegnac znajome juz miejsce, ale tych polkoloni zostal juz i tak tylko tydzien, a my akurat wyjezdzamy. Swoja droga, cala organizacja polkolonii jest tutaj dosc... specyficzna. Wiekszosc takich bardziej zorganizowanych konczy sie w pierwszym tygodniu sierpnia. I to zarowno te oferowane przez miasto, jak i prywatne. W naszej miejscowosci jeszcze tydzien - dwa sa jakies obozy sportowe, ale tylko pol dnia i tyle. Na ostatni tydzien wakacji znalazlam (szukalam z czystej ciekawosci) tylko dwa prywatne miejsca gdzie nadal oferowali zajecia. Poniekad wymuszone jest wiec zatrzymanie dzieci w domu w ten ostatni tydzien. Ja i tak planowalam to zrobic, zeby Potworki mialy choc chwile oddechu przed "kieratem", ale co jesli rodzic nie moze sobie pozwolic na wolne w tym czasie?! Troche bezsensowne...

W piatek wieczorem, przy bibliotece znow odbyl sie seans filmowy. Tym razem zainteresowanie bylo znacznie slabsze i przybylo jakies 5-6 rodzin. Moze to wina pory roku, czyli samego srodka wakacji, kiedy ludzie sa w rozjazdach, a moze nie podpasowal film. Puscili bowiem "starocia" - "Babe, swinke z klasa" (jesli dobrze pamietam polski tytul).

Tym razem wielkie wzgorze sluzylo do turlikania sie w dol...
 

Potworki oczywiscie chetne byly zeby jechac, mimo ze Bi zawsze twierdzila, ze nie lubi filmow gdzie zwierzeta gadaja. ;) Komary pozeraly nas zywcem, a ja dodatkowo zmarzlam, bo lipiec mamy ogolnie chlodny i jeszcze przyszedl zimny front, jakby nie bylo wystarczajacej zimnicy. :/ Potworki mialy i bluzy i koce, ale sama pojechalam tylko w bluzie i pod koniec juz niezle szczekalam zebami. ;) Najwazniejsze jednak, ze dzieciakom sie podobalo, choc Nik co 5 minut pytal czy na pewno Babe nie przerobia na boczek. :D

Tu film sie wlasnie zaczynal i nie wiem dlaczego ekran wyszedl bialy...
 

Nie moge uwierzyc, ze przed nami ostatnie 4 tygodnie wakacji. Tym bardziej, ze niektore miasteczka w naszym Stanie maja dodatkowy tydzien, bo ruszaja dopiero po dlugim weekendzie na poczatku wrzesnia. Oczywiscie rok szkolny tez koncza pare dni po nas, ale taki uklad bardziej by mi pasowal. A tak to dwie kumpele rzucaja propozycje zeby pojechac gdzies na samym poczatku wrzesnia bo moze zrobi sie chlodniej (choc akurat to lato upalami to nas poki co nie rozpieszcza...), a ja musze odmowic, bo moje dzieciaki juz zaczna szkole... :/ Nie fair! ;)

Tymczasem wybywamy na kilka dni. Dzis, czyli w sobote (blogger pewnie pokaze ze post opublikowany w niedziele) juz od rana mozolne pakowanie przyczepy, czyli bieganie gora - dol. Dobre kardio przynajmniej. ;) Trzymajcie kciuki za pogode bo tego lata jest po prostu fatalna. Nie dosc, ze przechodzi nad nami zimny front i mamy temperatury znacznie ponizej normalnej sredniej na te pore roku, to jeszcze co chwila pada. O tym jakie mamy lato niech poswiadczy to, co przeczytalam w lokalnych wiadomosciach. Obecny weekend ma byc pierwszym calkowicie suchym od... poczatku czerwca! Uswiadomilam sobie niedawno, ze od poprzedniego kempingu nie bylismy nad oceanem, ale nie moglam sobie przypomniec dlaczego. Teraz juz pamietam. W tygodniu pracuje, a w weekendy ciezko cos zaplanowac, bo ciagle pada... Takie to lato... No i az sie boje co zastane w ogrodzie po powrocie, bo nie bedzie nas prawie tydzien. Dzis odkrylam, ze jednego baklazanika cos podgryza i tym razem wyglada to raczej na robote wiewiorek czy innych krolikow. :/ Z ogorkow podejrzewam, ze moze juz nic nie zostac do mojego powrotu. Wieczorem jeszcze zrobilam malosolne z tej garstki ogorkow, ktore udalo mi sie uzbierac. Wyszedl jeden, niepelny sloik... Pierwszy i raczej ostatni w tym roku... :(

Zostawiam Was z jeszcze jednym ogrodowym kadrem...

A jednak! Myslalam, ze mnie oszukano, ale wyglada na to, ze kupilam mieszanke cebulek, tak jak przedstawialo opakowanie. Szkoda, ze tylko jedna gladiola jest odmiennego koloru... ;)

...i zagadka!

Co przedstawia to zdjecie (poza rudbekia oraz liscmi floksow)?!

No i jest! Pieknie zakamuflowana, mloda modliszka! :)

Do poczytania!

piątek, 23 lipca 2021

Wakacyjny tydzien #5

W zeszly piatek, 16 lipca, po odebraniu dzieciakow z polkolonii, pojechalismy na lody. Lodziarnie mielismy po drodze, prawie "za rogiem" od farmy, a jest ona dosc znana w naszej okolicy. Robia wlasne lody i maja nawet produkcje hurtowa na niewielka skale. Ich lody mozna dostac jedynie w kilku lokalnych supermarketach, a sa pyszne. Lodziarnia z zewnatrz wyglada, hmmm... srednio, ale smak swiezych lodow wynagradza brak walorow estetycznych. :D

Lodziarnia z zewnatrz po prostu straszy. :D A jak farma to farma, nawet siedzenia to rzucone bele siana... Bi nie przebrala sie ze stroju i tak ja poklulo w dupke, ze przeniosla sie na sprochniala laweczke ;)
 

Juz siedzac na nadprochnialej laweczce i wcinajac lody, patrzylam z niepokojem na zbierajace sie, ciemnawe chmury. Tego dnia umowilam sie bowiem z kolezanka nad jezioro. Ona mieszka w innej miejscowosci, ale za to ma czlonkostwo w klubie w moim miasteczku, doslownie 5 minut autem ode mnie. Niestety, akurat kiedy ja kontemplowalam niebo, kumpela przyslala mi sms'a, czy nie przelozylybysmy plazowania na godzine 16-17, zamiast na 14-15. Odpisalam, ze nie wiem czy burza nas nie przegoni, ale zgodzilam sie, bo nie bardzo mialam inne wyjscie, skoro to ona jest tam czlonkiem i sama nie wjade. ;) Tak jak sie obawialam, cale popoludnie chmury zbieraly sie coraz gestsze, a kiedy wyjezdzalam z Potworkami z domu, juz zaczynalo grzmiec. Caly czas jeszcze mialam jednak nadzieje, ze przejdzie bokiem. Wiadomo, co mawiaja o nadziei, wiec juz przy wjezdzie straznik ostrzegl nas, ze idzie burza wiec zamkneli plaze, ale powinna szybko przejsc. Suuuper... Zdazylysmy wypakowac dzieciaki, lezaki i inne klamoty z auta i... zaczelo padac. Schowalysmy sie w budynku gdzie maja automaty z piciem i przekaskami i czekalysmy. W miedzyczasie Nik zdazyl wsadzic lepetyne pod wode kapiaca z dachu i kompletnie zmoczyc wlosy i gore koszulki. :D W koncu jakby zaczelo sie uspokajac, ruszylysmy wiec nad wode. Plaza teoretycznie byla zamknieta, ratownicy wyganiali wszystkich z wody, a takze z placu zabaw (?!), ale na szczescie nie protestowali kiedy rozlozylysmy lezaki i klaplysmy na tylkach. Dzeciarnia zaczela grzebac w piachu i wydawalo sie, ze w koncu czeka nas upragniony relaks, az nagle: lunelo!!! I to od razu jak z wiadra. Szybko przewrocilam tylko lezak do gory nogami, chwycilam torbe i popedzilam z dwojka moich dzieci oraz starsza corka kumpeli pod pobliskie zadaszenie, ktore na szczescie posiada tez stoliki piknikowe oraz krzesla. Moja biedna kolezanka zas, zostala na deszczu szarpiac sie ze swoja mlodsza (lat prawie 3), charakterna corka, ktora uparla sie, ze nie zostawi piachu, niewazne, ze deszcz zacina jej prosto w oczy. W sumie to podziwiam opanowanie mojej kumpeli, bo ja pewnie juz dawno wzielabym mloda pod pache, huknela na nia i nie byloby dyskusji. ;) W koncu jednak nawet smarkuli zrobilo sie zimno na deszczu i pozwolila matce zabrac sie pod dach. :D Tym razem burza rozpetala sie na dobre. Grzmialo, blyskalo, lalo, a my siedzialysmy zastanawiajac sie czy w ogole jest sens tam tkwic. Tyle, ze tak padalo, ze zadna z nas nie miala ochoty biec do auta. :) Pomalutku jednak burza zaczela przechodzic dalej, przestalo padac i choc nadal bylo pochmurno oraz nagle zrobilo sie duszno niczym w saunie, stwierdzilysmy, ze wracamy na plaze. Stopniowo sie rozpogadzalo, choc nad drugim koncem jeziora widac bylo przechodzaca czarna chmure - sprawczynie calego zamieszania. W ktoryms momencie u nas juz swiecilo slonce, ale chmura przechodzila w slimaczym tempie i widac bylo jak w niej blyska oraz slyszelimy grzmoty. Ludzie zaczeli wychodzic z kryjowek i zbierac sie na plazy, a ratownicy nadal wyrzucali wszystkich z wody. :/ Nasze dzieciaki szybko wypracowaly system, gdzie wbiegaly do jeziora, nabieraly wode do wiaderek i wybiegaly z powrotem, zanim ktos zdazyl ich ochrzanic. :D

Spojrzcie na niebo. Juz prawie kompletnie sie wypogodzilo, ale nieee, do wody nie wolno... :/
 

Co chwila jednak ktores przychodzilo z jekiem, ze kieeedy mozna bedzie plywac. Jakbysmy wiedzialy... :/ Wreszcie Bi nie wytrzymala i spytala przechodzacego ratownika kiedy otworza plaze. ;) Okazalo sie, ze 30 minut po ostatnim grzmocie. Takie zasady. :O No to czekalismy, choc juz mocno zniecierpliwieni, bo bylismy tam ponad godzine, a plaze zamykaja o 19:30. W koncu przez megafon ogloszono, ze plaza jest oficjalnie otwarta. Byscie uslyszaly ten radosny piiiisk wszystkich zebranych tam dzieci! :D W wodzie momentalnie zrobilo sie tloczno i nasze dzieciaki tez z radosnymi okrzykami ruszyly do zabawy.

Ladnie razem pozuja, choc tak naprawde Nik malo sie bawil z dziewczynami. One maja swoje wspolne zabawy, a Mlody czuje sie najwyrazniej niczym piate kolo u wozu. ;)
 

Reszta wieczora uplynela juz przyjemnie. Dzieciaki szalaly, my plotkowalysmy, nawet najmlodsza przez wiekszosc czasu ladnie sie bawila. ;) Za to, kiedy zegnalysmy sie wieczorem na parkingu, jak zwykle nie mogac sie nagadac, tak pozarly nas komary, ze do teraz chodze i sie ciagle drapie, jak ze swierzbem. ;)

Weekend za to uplynal pod znakiem duchoty i... deszczu. Pogoda zglupiala kompletnie i nawet jesli deszczu nie zapowiadaja, to i tak pada. :) W sobote rano bylo nawet slonce, wiec wyjelam poduchy ze skrzyni zeby posiedziec na tarasie. Poniewaz po poludniu wybieralismy sie na msze, bo M. znow pracowal oba weekendowe dni, stwierdzilam w ktoryms momencie, ze je schowam, skoro pozniej mialo padac. Nie zdazylam... Patrze, poduchy mokre. Musial w ktoryms momencie spasc deszcz. Na tyle krotki, ze nawet go nie zauwazylam, ale na tyle mocny, ze wszystko zmoczyl. Poniewaz w tym momencie znow przebijalo sie slonce, stwierdzilam, ze zostawie je zeby przeschly. Taaa... Chwile pozniej jak lunelo, to nie bylo juz po co czegokolwiek zbierac i chowac. :D I tak to wlasnie u nas ostatnio wyglada. Deszcz, mzawka, tu kropi, tam leje... Strach sie z domu ruszyc, bo niewiadamo kiedy nagle zlapie cie deszcz albo burza. Jak w gorach. Nic nie zapowiada, a potem w ciagu 20 minut nachodza chmury i leje.

W kazdym razie, skoro aura nie zachecala do aktywnosci poza chalupa, to po pracy M. nadal dlubal z lazienka. W koncu zaimpregnowal fuge nad wanna, zalozylismy kotare i nastapila inauguracja kapieli dzieciakow w ich wlasnym prysznicu.

Chyba nie pokazywalam jeszcze lazienki "calosciowo? Tylko lustra (ktore juz jest zawieszone, ale nie mam zdjecia) oraz kotary jeszcze brakuje, a na parapecie straszy remontowy burdel ;)
 

Oni podnieceni, a my z ulga wywalilismy reszte ich pierdol z naszej przestrzeni. :D Oczywiscie w lazience nadal brakuje wykonczen. Takie drobiazgi sa najgorsze, bo po wiekszym projekcie M. ma juz dosc i brak mu weny na polozenie kafeleczkow na laczenie wanny z podloga, pociagniecie brzegow silikonem czy zalataniu dziur pozostalych po docinaniu kafli przy kaloryferze i drzwiach.

Tak prezentuje sie prysznic w calej okazalosci, jeszcze przed zamontowaniem draga z zaslona
 

Nie mowiac juz o zawieszeniu trzymadla do srajtasmy, wieszaka na recznik czy jakichs poleczek na szampony i plyny w prysznicu. Z mojej strony, musze jeszcze zamowic jakies obrazki na sciane oraz dywaniki. No i zaslonke na okno, gdzie przejrzalam ich chyba setki i zadna mi sie nie podoba. :D

A tu juz pierwsza kapiel. :) Zeby przelamac te wszedobylska szarosc, postanowilam wprowadzic akcenty roslinne oraz drewniane, stad taka a nie inna kotara... Ale za kilka lat i tak planujemy wstawic tam drzwi :)
 

W poniedzialek rano Potworki pojechaly na polkolonie. Tym razem wrocili na te "zwykle", organizowane przez nasza miejscowosc. ;) Nie obylo sie bez marudzenia, za oni chca z powrotem na farme, ale sorry batory. Nawet gdybym chciala, to polkolonie na farmie maja pelne oblozenie. Jesli na przyszly rok znow zdecyduje sie ich tam zapisac, mysle, ze wybiore dwa (skoro az tak im sie podobalo) ostatnie tygodnie, bo inaczej mlodziez przyzwyczaja sie do dobrego i chce wiecej. ;) Te "zwykle" polkolonie przeciez uwielbiali, dopoki nie zasmakowali farmy. Fakt, ze tam ciagle cos sie dzialo; az za duzo tak naprawde. Byli w grupie z sasiadka, ale Bi mowila, ze nawet nie mialy czasu zeby razem sie bawic. W grupie bylo 12 dzieci, a Potworki zapamietaly imie moze jednego czy dwojga... Po prostu nie bylo czasu na interacje miedzy dziecmi. Teraz beda juz w miejscu gdzie nie ma wyjscia, wszystkie gry i zabawy sa grupowe, a wiec przyjaznie nawiazuja sie mimochodem. I bardzo dobrze. :)

Poza tym od zeszlego tygodnia moje miasteczko jest potwornie zakorkowane. Jedna z glownych drog jest zamknieta codziennie od 7 rano do 17 po poludniu... W zeszlym tygodniu, ze wzgledu na te "farmerskie" polkolonie, jezdzilam w troche innym kierunku oraz innymi drogami (no i wracalam do domu poza godzinami szczytu), wiec az tak tego nie odczulam. W tym wrocilam na trase centralnie przez nasze miasteczko i... sie zalamalam... Na nasze osiedle mozna dojechac od dwoch stron, ale teraz (jadac od strony polkoloni dzieci) dojazd z jednej jest zablokowany, a z drugiej idzie objazd, wiec jada tamtedy wszyscy. Nawet wracajac z pracy nie moge wziac skrotu przez sasiednie miasteczko i dojechac do domu zupelnie od tylu, bo w koncu dojezdzam do objazdu i tak czy owak stoje. Sytuacja patowa. :/ Pozostaje zacisnac zeby (ktorymi i tak ciagle zgrzytam snujac sie w korkach) i przypominac sobie, ze narazie to dwa tygodnie. Jakos bede musiala wytrzymac. Pozniej tydzien nas nie bedzie, a po powrocie Potworki beda na dwoch polkoloniach, ktore mieszcza sie w innych czesciach miasteczka i nie calkowicie, ale przynajmniej czesciowo omine ten cholerny objazd. A potem zostanie tylko tydzien do roku szkolnego i planuje przepracowac go z domu. Droga ma zostac permamentnie otwarta wraz z poczatkiem szkoly, zapewne zeby nie utrudniac zycia autobusom szkolnym, ktore i tak co i rusz sa spoznione... Ale poki co czeka nas nadal kilka tygodni zycia z korkami w tle. Ciezko szukac zalet takiego stanu rzeczy, ale czasem trafi sie "perelka". W poniedzialek, kiedy stalam w sznureczku aut czekajacych na przejazd (ruch wahadlowy), akurat za mna stalo auto, z ktorego okna wychylal leb pies. Psiak jak psiak, fajny ale zadna sensacja. Czesto widuje sie psy wystawiajace lepetyny przez okna aut. Ten jednak mial... gogle! :D I przyznaje, ze mimo irytacji wywolanej staniem w korku, na taki widok musialam sie usmiechnac.

Wybaczcie jakosc; mam nadzieje, ze w miare wyraznie to widac, bo zdjecie zrobilam z odbicia wlasnego bocznego lusterka ;)
 

We wtorek rano Potworki jechaly na polkolonie z niemalym podnieceniem, bowiem czekala je znow wycieczka. Troche szkoda, ze trafila sie akurat w najladniejszy i najcieplejszy dzien w tygodniu. Dzieciaki moglyby poszalec w zraszaczach, a tak to czekal je dzien w budynku. Jechali bowiem do wielkiego salonu gier, gdzie mieli spedzic ponad 4 godziny. To po prostu raj dla Kokusia, ktory nigdy nie ma takich gier dosc, a ja oraz M. po jakims czasie mowimy stop, bo ile mozna nabijac elektroniczna karte, kiedy mlody zuzywa wszystkie punkty w 20 minut? ;) Tym razem karty mieli dostac na granie do oporu. Hulaj dusza, piekla nie ma. :D Ze swojej strony, cieszylam sie, ze mieli tam juz dostac lunch, wiec nie musialam martwic sie o sniadaniowki. :) Po powrocie okazalo sie, ze nie tylko nagrali sie do wypeku, ale jeszcze za kuponiki, ktore "wypluwala" kazda gra, dostali po dupereli (jakbysmy ich mieli malo) - Bi wybrala maskotke, Nik pileczke. Ogolnie byli wiec zadowoleni, a to najwazniejsze.

Po poludniu Mlodszy mial znow karate. Obawialam sie, ze po calym dniu biegania po salonie gier bedzie marudzil, ze nie ma sily, ale na szczescie pojechal bez oporu.

Karateka :)
 

Kiedy on cwiczyl ciosy i kopniecia, ja pogadalam sobie z kumpela przez telefon, a wracajac zajechalismy na szybko do biblioteki. Ta znajduje sie bowiem na trasie w dzien zamknietej, wiec nie chce mi sie tamtedy jezdzic. Co prawda do biblioteki pozwalaja przejechac, ale co przecznice stoi radiowoz i trzeba sie tlumaczyc, gdzie sie jedzie, wiec zwyczajnie prycham na taka inwigilacje i omijam z daleka. ;) Do biblioteki planowalam wybrac sie na rowerze, ale ze ciagle pada, wiec jakos nie moge sie zebrac. A ze o porze kiedy jest karate, zamkniety odcinek jest juz otwarty (:D), wiec postanowilam skorzystac z okazji, ze mozna tamtedy po ludzku przejechac. ;)

W srode umawialam sie na popoludnie na basen z kolezanka i jej corkami (ta sama, z ktora bylam nad jeziorem). Cos mamy pecha z pogoda (a w zasadzie po prostu takie jest tegoroczne lato), bo ta nie mogla sie zdecydowac, czego chce. Od kilku dni zapowiadano na popoludnie burze. Faktycznie, okolo godziny 14 nadeszly ciemne chmury, nawet kilka razy zagrzmialo... i tyle. Zaczelo sie przejasniac, ale prognozy nadal straszyly potencjalnymi, gwaltownymi burzami. Poniewaz swiezo w pamieci mialysmy feralny wypad nad jezioro, stwierdzilysmy, ze nie bedziemy ryzykowac i basen przelozymy na inny dzien. Jak mozna sie domyslic, skoro zdecydowalysmy sie nie jechac, to pozniejszym popoludniem kompletnie sie rozpogodzilo, spadla wilgotnosc powietrza i zrobil sie po prostu cudowny, cieply letni dzien. Ech... Poniewaz jednak zyskalam wolne popoludnie, pojechalam do sklepu, w ktorym upatrzylam sobie lustro do lazienki dzieci. Przy okazji zabralam ze soba Kokusia, bo w tym samym miescie znajduje sie kolejny z sieci sklepow z grami, do ktorego ma gift card. Juz dawno obiecalam mu, ze zabiore go tam, bo w pierwszym sklepie bylismy dwa razy i maja ciagle te same gry. Wiadomo, uzywanych az tak czesto ludzie nie odsprzedaja... Akurat nadarzyla sie okazja, wiec Mlodziaka wzielam, a na koniec pojechac z nami zdecydowala sie Bi, bo stwierdzila, ze siedzenie w domu jest nudne. No ba! ;) 

Wiedzialam, ze "troche" nam zejdzie bo do tego sklepu mamy okolo 20 min jazdy, ale nie przewidzialam, ze az tyle. Najpierw okazalo sie, ze upatrzonego lustra nie moge znalezc. Obeszlam trzy razy odpowiednia sekcje sklepu, ale w koncu sie poddalam i spytalam o nie pracownice. Uprzejma dziewczyna zaczela szukac w swoim komputerku, sprawdzac, ale tez nie mogla znalezc. W koncu stwierdzila, ze musi sprawdzic w magazynie, a ja dziekowalam w duchu, ze trafilam na osobe, ktorej "sie chce", bo mogla przeciez powiedziec, ze nie ma, albo odeslac mnie do kogos innego. Troche sie uczekalismy, ale w koncu wrocila, dzierzac moje lustro, ktore okazalo sie wazyc calkiem sporo. Bi jeszcze musiala skorzystac z toalety, wiec nagle zostalo 40 minut do zamkniecia sklepu z grami, a jeszcze musielismy tam dojechac! :O Oczywiscie w pospiechu uszarpalam sie z fotelami w samochodzie, ktore juz nieraz skladalam, a teraz za cholere nie moglam. Pudlo z lustrem bylo bowiem plaskie, ale ogromne i nie miescilo sie ani z przodu na siedzeniu pasazera, ani w bagazniku stojac pionowo, a na ostatni rzad siedzen nie moglam dziada wepchnac. W koncu poddalam sie z fotelami i jakos, celujac i dopasowujac, udalo mi sie wcisnac je jednak na tyl i nawet zabezpieczyc pasem zeby nie latalo. ;)

Na szczescie do sklepu z grami mielismy niecale 10 minut, a nawigacja pokazala nawet fajny skrot bocznymi, pustymi uliczkami, wiec szybko przejechalismy. Mlodszy tak wystrzelil z auta, ze musialam za nim wyskoczyc i wrzasnac, ze jest, do cholery, na srodku parkingu i ma poczekac na matke i siostre, a nie leciec na oslep. Slowo honoru, dzieciaki to najlepiej prowadzic na smyczy. ;) A jak juz weszlismy do sklepu, to kaplica. Spedzilismy tam czas do zamkniecia i jeszcze troche. Gier na PS3 rowniez nie mieli za duzo i wszystkie uzywane, wiec te Nik dosc szybko przejrzal i wybral sobie jedna, ale potem wsiakl w akcesoria, zabawki, koszulki i tym podobne duperele. Na moje (retoryczne) pytanie, po chusteczke mu kolejna maskotka czy figurka, odpowiadal twardo, ze to jego gift card i moze wydac kase na co chce. No i w sumie racja... ;) Bi za to napalila sie na Nintendo Switch, bo zauwazyla kilka gier, ktore chcialaby miec, a ktore nie maja odpowiednikow na PS3. Na wersje "Lite" owego Nintendo mialaby nawet kase, ale wydalaby wszystkie swoje oszczednosci prawie co do dolara, wiec nie jest az taka chetna. ;) Stwierdzila wobec tego, ze bedzie zbierac kase i na Mikolajki, Gwiazdke, urodziny, itd. zamiast prezentow bedzie chciala "dulary". Zobaczymy ile w tym wytrwa. :D

I tak nam zeszlo, ze wraz z dojazdem do domu, wrocilismy juz po porze kolacji i popoludnie poszlo sie bujac. ;)

W czwartek mialam juz spedzic choc czesc wieczora w domu i... sie nie udalo. ;) Po poludniu umowiona bylam z kumpela na ten przelozony basen. Na szczescie tym razem prognozy byly laskawsze. Mimo sporego zachmurzenia, wszelkie deszcze mialy sie trzymac z daleka. ;) Zreszta, mimo ze wiekszosc dnia bylo pochmurno, Potworki przyjechaly z polkoloni ze spalonymi buziami oraz szyjami. :/ Okazalo sie, ze "z okazji" igrzysk olimpijskich, maja "igrzyska" obozowe (takie dosc dziwne, bo graja i w zbijanego i w pilke nozna, ktore dyscyplinami olimpijskimi nie sa ;P), wiec wiekszosc czasu latali na powietrzu. Najwyrazniej nawet ta odrobina slonka wystarczyla, zeby ich spiec. A matka oczywiscie nawalila rano, bo widzac pochmurne niebo i czytajac w prognozach o niemal calkowitym zachmurzeniu, odpuscila krem z filtrem... :/ Co prawda Potworki maja ze soba filtry w spray'u, ale kto by tam myslal o psikaniu...

Tym razem basen wiec wypalil. Miala nas byc wieksza grupa, ale najpierw jedna babka sie wykruszyla, potem druga i w koncu zostalysmy we trzy, czyli w stalym skladzie. ;) A i tak szostke dzieci ciezko bylo w basenie upilnowac.

2/3 ekipy ;)
 

Tylko najmlodsza, prawie 3-latka stala na schodkach i przelewala wode w foremkach, ale za to jej mama byla uwiazana w jednym miejscu, ciagle jej pilnujac. Ja oraz druga kumpela mialysmy wiec za zadanie lokalizowac pozostala piatke. ;) Byli tam oczywiscie ratownicy, ale wiadomo, ze rodzicielskiego oka nic nie zastapi. Nasza piateczka starszakow, jak na zlosc, malo kiedy bawila sie razem.

Nie moge jakie to moje dziecko juz wielkie. Dlugasne ramiona, dlugasne nogi...
 

Bi z kolezanka byly jeszcze w miare w tym samym miejscu, ale chlopaki zaczeli gre z jakas inna dwojka dzieci i rozpraszali sie po calym basenie. Bylo to dosc niepokojace, bo o ile Nik swietnie plywa, o tyle syn kolezanki nie plywa prawie wcale. Dzieciak ma Aspergera i wlasne pomysly, wiec mimo ze kumpela zapisywala go na lekcje, nie slucha instruktorow, nie wykonuje polecen i w efekcie, nauka idzie w las... Niestety, brak umiejetnosci plywania nie przeszkadzal mu slepo podazac za Kokusiem i towarzyszami zabawy, ktorzy smialo skakali na najglebsza wode...

Nie, Mlodszy nie kleczy na brzegu, tylko wlasnie "zawisl" w pol skoku :D
 

A do kompletu byla jeszcze 5-letnia siostra owego chlopca, ktora platala sie gdzies posrodku tych kilku grupek, ale na szczescie miala zalozona kamizelke, wiec wiadomo bylo, ze nawet jak zapedzi sie na glebsze miejsce, to po prostu bedzie unosic sie na powierzchni. ;)

Byl tam tez plac wodny. Maly bo maly, no ale byl :)
 

Dzieciarnia bawila sie zreszta przednio, choc pod koniec najmlodszej znudzilo sie przelewanie, a ze plywania jako takiego jeszcze nie lubi, wiec urzadziala awanture i kolezanka zabrala ja oraz corke drugiej kolezanki, ktorej az broda latala z zimna, na plac zabaw. Czworki starszakow jednak, wolami nie mozna bylo wyciagnac na suchy lad! Zrobila sie 19:05, wolamy ze czas wylazic, a oni nieeee i spierniczaja na srodek basenu. Obie mialysmy stroje, ale nie usmiechalo nam sie gonic za nimi przez wode. Zreszta, oboje plywaja ode mnie znacznie szybciej. ;) W koncu jednak laskawie wylezli, ale zanim sie przebrali, pozegnali z kolegami, zanim dojechalismy do domu, znow byla prawie 20... Zeby to chociaz piatek byl... Niestety, akurat kolezance piatek nie pasowal. Jak to ciezko sie rowno zgadac... :D

A dzis juz zwyczajny dzien. Praca, a po pracy spozywka. Przywiezc, rozpakowac i zrobila sie 17:30. Zjesc pozny obiad, poskladac suche pranie, podlac ogrod (nie padalo calutkie 3 dni, toz to szok! :D) i zrobila sie pora szykowania Potworkow do spania.

Zerwalam pierwsze dwa ogoreczki. Znow maja takie dziwne ksztalty, pewnie przez nadmiar deszczu... A mieczyka, ledwie zaczynajacego rozkwitac, zlamal mi psiur, ktory wpadl w moja rabatke pedzac na oslep za pileczka :/
 

Tymczasem dobilismy do polmetka. Za nami 5 tygodni wakacji. Przed nami kolejne piec i "witaj szkolo". ;) Ale to leci!!! :O