Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

niedziela, 1 sierpnia 2021

Wakacyjny tydzien #6, a przy tym ostatni lipca

A tydzien ten zaczelismy od zupelnie nudnego weekendu. Wlasciwie to caly tydzien byl bardzo spokojny i bez fajerwerkow, co mozecie zobaczyc po znikomej ilosci zdjec. Bedzie nawet troche kwiatkow, zeby zaplenic czyms przestrzen. ;)

Planow na sobote (24 lipca) nie mielismy, wiec juz od rana zabralam sie za ogarnianie domowego chaosu. To niesamowite jak narosly zaleglosci kiedy (tylko!) dwa dni spedzilam calkowicie poza domem. Jesli pamietacie, w poprzednia srode wybylam po pracy na dluuugie zakupy, a w czwartek na basen z dzieciakami.

A oto efekt tych dlugich zakupow - Potworki w koncu maja lustro w lazience :)
 

W piatek rowniez wrocilam po pracy pozno bo pojechalam po spozywke. To wystarczylo zebym w sobote zalamala rece i zaczela dzien od odgruzowywania chalupy. Mialam zreszta przy tym wrazenie, ze zamiast ten "gruzik" schludnie zamiatac na lopatke i wyrzucac do kubla, ja odkopuje coraz to nowe jego warstwy. Syzyfowa praca normalnie. ;) I tak w zasadzie uplynal dzien az do popoludnia, kiedy to znow pojechalismy na msze w sobote, bowiem malzonek ponownie mial pracowac w niedziele. Trace pomalu rachube, ale to chyba juz dla niego trzeci weekend w pracy pod rzad. Co prawda w soboty i niedziele pracuje tylko do 11, ale jednak minal czwarty tydzien, kiedy M. nie mial ani jednego dnia wolnego. Na codzien wstaje o 3:30, a w weekendy o 4. Wielka roznica. ;) Nic dziwnego, ze nerwy zaczynaja mu juz ostro puszczac, w koncu przemeczenie musi dac o sobie znac. :/ W sobote wrocil z pracy wsciekly jak osa (dobra, moze szerszen, albo truten hehe,  skoro to chlop) i na dzien dobry pieprznal plecakiem oraz kubkami z kawa oraz napojami dla dzieci, warczac, ze nikt mu nawet nie pomoze wszystkiego wniesc! Hola, hola! Po pierwsze mial do wniesienia "az" cztery kubki z piciem i sam jest sobie winien, ze nie wzial specjalnej tacki zeby wziac wszystkie na raz. Do tego niezbyt wielka torbe z chinszczyzna na obiad. To wszystko! Ja nie raz uchodzilam sie z ciezkimi siatami z zakupami, ktorych zwykle mam 6-7. I nie pamietam, zebym czyms rzucala z wscieklosci... A poza tym, czy my jestesmy wrozbitami?! Pojawil sie nagle w domu z kubkami, nic nie powie i sie rzuca (doslownie i w przenosni)! Tak naprawde to podejrzewam, ze albo faktycznie jest juz przemeczony, albo wku*wilo go cos zupelnie innego, ale wyzyl sie najlatwiej - na rodzinie. :/ Co moglo go wkurzyc? Ch*j to wie. Malzonek ma taki charakter, ze nie powie. Bedzie warczal, doslownie syczal przez zeby, ale cedzil, ze "wszystko w porzadku". Taaa... Taki typ niestety. O co tak naprawde mu chodzilo, dowiem sie pewnie zupelnym przypadkiem, za tydzien, dwa. ;) W kazdym razie po powrocie z kosciola porzucilam odgruzowywanie chalupy i dla odmiany zabralam sie za ogrod. Podwiazalam te ogorki, ktore jeszcze nie padly, bo jak glupie, zamiast piac sie po tyczkach, wola smetnie zwisac. Podpielam tez groszek, ktorego mam zawrotne 4 pedy; reszta nie wykielkowala. Przymocowalam kolejny kwiatostan mieczyka do tyczki, bo opadl do ziemi. Zerwalam kolejne trzy ogoreczki oraz pierwszego pomidora. Potem zas wzielam sie za ciecie. Serduszka juz zaczynaja padac, jedna roslina zolkla, wiec ja wycielam. Druga jeszcze jest zielona, wiec poki co ja zostawilam. Za to wycielam spiderwort (juz chyba trzeci), ktory rozlozyl sie na boki i zaczal gniesc wszystko naokola. Teraz mam na rabacie duze, lyse placki, ale mysle, ze gooseneck szybko je zarosnie. Przy okazji odkrylam, ze hortensja ma jedna wielka kisc kwiatow. Niestety, zakwitla schowana w gaszczu innych roslin i nawet jej nie bylo widac. Sprobowalam ja wydobyc na wierzch, ale nie wiem czy cos wskoralam. Jak nie, to zetne ja i wstawie w wazon. Wtedy przynajmniej bede mogla cieszyc nia oko. :) Popryskalam rowniez wszystko co wykazuje slady ugryzien, czyli niezliczona ilosc kwiatow, ale tez ogorki (nie moge przezyc, ze padaja jeden po drugim!), cukinie i papryke. Zlamalam tym samym zlota zasade, ze nie pryskam tego, co potem jemy, bo jak tak dalej pojdzie to nie zjemy i tak niczego z ogrodu. :/ Zreszta, krzewy cukinii poki co kwitna, ale nie owocuja, wiec moge pryskac do rozpeku. ;)

W niedziele rano obudzil mnie deszcz. Tyle z mojego pryskania... :/ Wiedzialam jednak, ze mialo padac, ale stwierdzilam, ze i tak popryskam. Deszcz mial sie zaczac dopiero nad ranem, a moje ogrodowe szkodniki sa najbardziej aktywne w nocy. Mialam nadzieje, ze moze choc czesciowo zapobiegne uczcie tych wszystkich paskudztw. Poki co ciesze sie, ze choc lilie nie przetrwaly zmasowanego ataku czerwonych zukow (naprawde, takiej ich chmary nigdy jeszcze nie widzialam!) a i beebalm slabo wyrosl i rowniez cos go zzera, to mieczyki wypuszczaja coraz wiecej klosow z kwiatami. Radza sobie duzo lepiej niz w zeszlym roku, kiedy dogladalam ogrodu duzo pilniej. Jedyne co, to wedlug opakowania, kwiaty mialy byc w roznych kolorach, tymczasem, poki co, wszystkie sa jednakowe - bladorozowe. ;)

Uwielbiam mieczyki, naprawde - sa przepiekne! Ale dlaczeg, do jasnej Anielki, wszystkie jednakowe?! :D
 

Poznym rankiem przyjechal moj tata i posiedzielismy ogladajac troche mecz, troche olimpiade. Potwory poki co malo zainteresowane, mimo ze mieli okazje obejrzec najlepszych w sportach, ktorych sami sprobowali: plywaniu, tenisie i siatkowce. Ale zawody innych ludziow juz wiekszego entuzjazmu nie wzbudzily. ;) Mlodziez nie rozumie rangi igrzysk olimpijskich. Kiedy zwyciezca jednego z zawodow plywackich - Tunezyjczyk, cieszyl sie doslownie calym soba, z ja mruknelam z podziwem, ze "Taki mlody chlopaczek, tylko 18 lat...", Nik dodal od siebie, ze to dlatego tak sie cieszyl, bo wszyscy inni zawodnicy pewnie mieli lat ponad 20. Taaa... :D

Wieczorem poszlismy na spacer po osiedlu, a potem juz Potwory do kapieli, podziwianie nietoperzy latajacych nad ogrodem (z jakiegos powodu dzieci uwielbiaja patrzec jak nurkuja nam nad glowami) i minal najnudniejszy od jakiegos czasu weekend. Troche zaluje ze nigdzie sie z dzieciakami nie wybralam, czasem jednak potrzebne sa takie spokojniejsze, wolniejsze dni. :)

Poniedzialek to juz powrot do roboty, a dla dzieciakow na polkolonie. Tylko dla M. bez zmian, bowiem, jak napisalam wyzej, zaczal juz 5 tydzien bez jednego dnia wolnego. :D Rano Bi jechala bez entuzjazmu bo strasznie nie podeszla jej ta "olimpiada", ktora urzadzili im na polkoloniach. Na szczescie okazalo sie, ze w tym tygodniu opiekunowie sobie odpuscili, wiec potem juz pobiegla w podskokach. ;) Po poludniu dostalam zas maila od organizatorow, ze choc kolejna wycieczka miala sie odbyc we wtorek, to obawiajac sie tlumow postanowili rozbic grupe dzieciakow na pol. Mlodsze pojada we wtorek, starsze w czwartek. Mi tam w sumie wsio ryba, tylko... Mlodsza grupa to zerowka do 3 klasy, starsza grupa to 4 klasa wzwyz. Teraz zgaduj zgadulo, w ktorej grupie mial byc Nik, skoro skonczyl 3 klase a zaczyna 4?! :D Nie mialoby to wiekszego znaczenia, ale skoro na wycieczki dzieci maja miec zalozone jednakowe koszulki, to chcialam wiedziec w ktory dzien ubrac w nia Kokusia... ;)

Wieczorem na szczescie brak wiekszych planow, wiec kontynuowalam przycinanie. Na jednej rabatce astry rozrosly sie w taka mase, ze przyduszaly kompletnie floksy oraz ozdobny krzew, ktory zreszta w tym roku (jak wszystko) jest jakis nijaki, ma pelno suchych galazek i ogolnie wyglada jakby mial zaraz uschnac. Moze zreszta to wina zarastajacych go astrow. ;) Troche je poskromilam i zobaczymy co z tego wyjdzie. Scielam tez kolejny wielki krzew serduszek. Trzeba tez bylo podlac ogrod bo znow stuknelo ponad 30 kresek, wiec rosliny prosily o wsparcie. Na koniec jeszcze wypryskalam ogorki. Niestety, doszlam do tego, co to za zuczki robia mi taki zamet. Otoz, tak jak jest stonka ziemniaczana, tak te zuki to cos jakby "stonka ogorczana", choc lubia tez inne warzywa z tej samej rodziny, czyli cukinie, dynie, kabaczki, itd. Same zuczki sa malutkie i jesli nie ma ich calej chmary, nie wyrzadza zbyt duzych szkod. Ot, podgryza liscie i platki kwiatow, wyjedza troche pylku i nektaru, itd. Ich larwy podgryzaja korzenie, ale ponoc nie wyrzadza to roslinie wiekszej krzywdy. Problem w tym, ze zuki przenosza bakteryjna chorobe ogorkow, ktora powoduje szybkie usmiercenie calej rosliny. To by wyjasnialo dlaczego krzaczki padaja mi jeden po drugim... :( Mozliwe, ze i to usmiercilo jedna z cukinii, choc one podobno sa na te chorobe dosc odporne... W kazdym razie wypowiedzialam zuczkom wojne i nie biore jencow. Ale z ogorkow widze, ze bede miala sporo szczescia jesli uzbieram jeden marny sloiczek na malosolne. :(

Wtorek byl kolejnym upalnym dniem, ale to taki upal, jaki lubie, czyli suchy. Kiedy wilgotnosc powietrza utrzymuje sie ponizej 50% to nawet ponad 30 stopni nie jest problemem. Przynajmniej dla mnie, takiego "cieploluba". :) Niestety, wieczor przyniosl burze, te oznaczaja zas zwykle przejscie frontu i zmiane kierunku powietrza. Tym razem front przyniosl wyrazne ochlodzenie, ale na szczescie bez zbytniej przesady - ot, do 25 stopni. :)

Zanim jednak przyszly nawalnice (choc tym razem nie byly zbyt gwaltowne), zdazylam jeszcze przy pieknej, slonecznej pogodzie zawiezc Kokusia na karate. Mlody zadowolony, bo znow cwiczyli wykop w worek z wyskoku, a to chyba ulubiona aktywnosc wszystkich dzieciakow. :)

Wszystkie dzieciaki za wszelka cene usiluja przewrocic worek, ale poki co, w tej grupie udalo sie to tylko Bi (kiedy jeszcze na karate chodzila)
 

Niestety, w tej sesji zostaly jeszcze tylko zajecia w czwartek, a potem znow robia przerwe az do rozpoczecia roku szkolnego. Zastanawiam sie nad sensem tej krotkiej, 3-tygodniowej sesji. Mogli juz sobie odpuscic zamiast co chwila robic przerwy... W kazdym razie poki co Nik wroci na plywanie, z ktorego na szczescie go w koncu nie wypisalam, a potem zobaczymy. Mlodszy zaznacza, ze chce wrocic na karate po reszcie wakacji, ale wtedy ruszy tez pilka nozna, wiec zobaczymy jak sie grafik ulozy...

Pogoda jak zwykle szalala. Kiedy weszlam do budynku po Kokusia, doslownie kilka minut przed zajeciami, nadal swiecilo slonce. Zeszlo nam troche dluzej bo sensei zastanawia sie nad poslaniem Nika do bardziej zaawansowanej grupy, wiec testowal go ze wszystich ruchow i ukladow, ktore juz przerobili. Kiedy wyszlismy (nadal bez ostatecznej decyzji, zreszta Mlody zwierzyl mi sie, ze woli zostac w grupie poczatkujacej, bo w drugiej nie ma kolegow; ciezka sprawa ;P) niebo zdazylo sie zasnuc ciemnymi chmurami. Popedzilismy do domu, zahaczajac tylko doslownie na dwie minutki o biblioteke, a kiedy dojechalismy juz grzmialo i zaczynaly padac wielkie, ciezkie krople. Zdazylismy w sama pore. :) Potem burze juz krazyly nad nami przez caly wieczor. Coz, przynajmniej nie musialam podlewac. ;) Do biblioteki pojechalismy zas zeby odebrac znow torebki z materialami do zajec.

Potworki ochoczo zabraly sie do pracy, rozpierdzielajac materialy po calym stole, rzecz jasna ;)
 

Taka ze mnie gapa, ze zapisalam Potworki na te "zajecia" (ktore maja sami wykonac z pomoca instrukcji) na piatek, z mysla ze beda mieli co robic w czasie nudnego weekendu. Dostalam nawet przypomnienie na maila w srodku dnia i... zapomnialam! Przypomnialo mi sie wieczorem, wiec stwierdzilam, ze nic straconego, pojedziemy po materialy w sobote rano. I co? I znow zapomnialam! :/ Tym razem obiecalam sobie, ze w poniedzialek po pracy juz na pewno po nie pojade. Tiaaa... No nie zgadniecie... zapomnialam!!! :O Skleroza postepujaca po prostu! W koncu udalo sie nie zapomniec akurat we wtorek, a ze akurat i tak bylam w drodze, to tym lepiej. Tym razem w materialach byly takie wlochate druciki (nie wiem jak sie to nazywa po polsku; tutaj mowia na to pipe cleaners), pojemniczek kleju, garsc plastikowych oczek oraz instrukcja jak z tego wszystkiego zmontowac zwierzatka. :)

Pierwsze dziela - kameleon i zolwik :)

Rowniez we wtorek zamknieto kolejna droge w naszym miasteczku. No naprawde odbija ludziom kompletnie! Miejscowosc nie za duza, kilka drog "przelotowych" na krzyz. Jedna zamkneli (w dzien, bo wieczorami otwarta), porobily sie niemozliwe korki, ale co tam, zamknijmy kolejna! :/ Kiedy wokol mojego osiedla poprowadzono objazd i pojawily sie zatory ze wszystkich stron, po odwiezieniu Potworkow na polkolonie zaczelam wracac okrezna droga, prawie obrzezami miasteczka.

A po drodze mialam takie, cudownie spokojne widoki...
 

Nadrabialam kilometrow, ale za to jechalam zamiast stac! ;) No to ch*j, zamkneli mi kolejna trase, a objazd poprowadzili spokojna, boczna uliczka, ktora tez nieraz skracalam sobie droge. Teraz oczywiscie owa "spokojna" uliczka zawalona jest pojazdami, a na swiatlach ma sie szczescie jesli przejedzie sie w trzeciej grupce. Szlag by to trafil... :/

Nocka z wtorku na srode okazala sie niespodziewanie... ciezka. ;) Polozylam sie okolo polnocy, wiec zasnelam jak kamien niemal natychmiast. Cale szczescie wiec, ze M. sie przebudzil i uslyszal placz Bi. Jego glos zas obudzil mnie. Myslalam, ze juz wstal do pracy, ale patrze, a na telefonie mam 1:45. Zieeew. Zerwalam sie jednak, myslac, ze cos Bi boli, albo zbiera ja na rzyganko. Szczescie w nieszczesciu nic powaznego sie nie stalo. Po prostu pannie sie... siknelo. Ale tak fest! :O Przyznaje, ze troszke sie zalamalam, bo przeciez to dziecko ma juz skonczone 10 lat!!! Z drugiej strony, nic takiego nie przydarzylo jej sie przynajmniej od kilku (pieciu?) lat. No i ma nauczke, bo poprzedniego wieczora pila jak glupia, twierdzac, ze musi sie "nawodnic". Wypila jeden wielki kubek (taki plastikowy z przykrywka i slomka, na picie poza domem), nalala sobie kolejny. Ostrzegam: "Posikasz sie" (samej nie przypuszczajac, ze moge miec racje ;P). "Nie posikam". Ooookey... Potem nie moglam jej zagonic do lozka az zrobila sie chyba 22:30. I podejrzewam, ze byla tak opita, a przy tym tak padnieta, ze pecherz nie wytrzymal, a ona sie na czas nie obudzila. :D W rezultacie mokra byla cala pizama (oczywiscie), koldra, ale tez niestety materac, z ktorego juz dawno temu zdjelam nieprzemakalny pokrowiec. :/ Srode rano zaczyelam wiec od prania oraz taszczenia materaca z gory na taras, w nadziei ze wyschnie na sloncu. Na szczescie trafil sie sloneczny, a przy tym wietrzny dzien. :) A Bi zawstydzona przepraszala i dziekowala, ze pozwolilismy jej spac potem w naszym lozku. Ponoc nie przyszla do nas od razu tylko siedziala w kacie lozka i szlochala, bo myslala, ze tata za kare kaze jej spac na podlodze. I tak M. wyszedl na ojca bez serca. :D 

Takie spanie z 10-letnia kolubryna to, powiem Wam, fatalna sprawa. ;) Mamy lozko najwieksze z mozliwych, ale i tak bylo ciasno, a przy tym goraco. Po wieczornej burzy na zewnatrz zrobilo sie rzesko, wiec nie wlaczalismy klimy, tylko otworzylismy okno. Niestety sypialnia nie schladzala sie tak szybko jak bysmy chcieli, a jeszcze doszedl termoforek w postaci corki i po "akcji" przewalalam sie z boku na bok nie mogac ani ulozyc sie wygodnie, ani znalezc chlodniejszego miejsca na materacu. ;) Najlepszy zas byl Nik, ktory jak wiecie, ma calkiem pokazne doswiadczenie w nocnym moczeniu. Rano patrzy na rozbebeszona po pokoju posciel Bi i pyta co sie stalo. Odpowiadam, ze "Aaaaa... wiesz, Bi miala maly "wypadek" w nocy. Osmiolatek najwyrazniej nie zawsze zakuma przenosnie, bo patrzy zdziwiony: "Ale co, spadla z lozka?". Tiaaaa... :D

Sroda byla wiec dniem, kiedy chodzilam zamulona i zmeczona. Troche przyczynily sie do tego nocne ekscesy (zeby to jeszcze z mezem! ;P), a troche okres, ktory tym razem mam baaardzo uciazliwy. Niestety, czasem trzeba uwazac na zyczenia, bo moga sie spelnic, ale nie w takiej formie jakbysmy chcieli. ;) Pewnie nie pamietacie, ale poprzedni przyszedl zlosliwie 3 dni wczesniej, akurat na kemping. Pomyslalam wtedy, ze fajnie byloby jakby kolejny tez przyszedl o 3 dni wczesniej, to skonczylby sie akurat na kolejny wyjazd. Wyobrazcie sobie, ze moja macica choc raz postanowila mnie posluchac! Szkoda tylko, ze znow byla zlosliwa i przyszla wczesniej, ale nie o 3 dni, a o 6! Prawie tydzien! :O Nie powiem zebym byla szczesliwa, bo okresy mam dlugie, wiec tak naprawde jeden sie skonczyl, minely raptem dwa tygodnie i... znowu ciota! :/ No ale przyszla to przyszla, przynajmniej ma czas skonczyc sie przed kempingiem, tak? No wlasnie... nie wiem bo nie dosc ze przyszla duzo za wczesnie, to jeszcze jest wyjatkowo paskudna. Zwykle pierwsze trzy dni to hardkor, ale potem juz z gorki. Tymczasem w srode byl dzien #5, a tu dalej leci ze mnie ciurkiem! Zalalam dwie pary gaci, poplamilam przescieradlo... Normalnie jak za dawnych, nastoletnich czasow... I teraz sie zastanawiam czy wszystko sie skonczy do wyjazdu, czy nie, bo juz sama nie wiem. Najwyrazniej hormony juz szaleja, a mialam nadzieje, ze do menopauzy to zostalo mi jeszcze kilka lat. :/ Dopisek: na szczescie do wyjazdu sie skonczylo, ale malo braklo, bo jeszcze dzis (w sobote) mialam jakies plamienie. :O

Rozpisuje sie o fizjologii, a chodzilo mi tylko o to, ze bylam niedospana oraz zmeczona okresem, tymczasem wstepnie umawialam sie z kolezanka na basen. Dzieciaki byly oczywiscie pierwsze chetne, ale po powrocie do domu stwierdzilam, ze zwyczajnie nie czuje sie na silach. Nie chcialo mi sie jechac prawie pol godziny, a potem szczebiotac z kumpela. Marzyl mi sie wieczor na kanapie. Na szczescie kolezanka tez ciezko doswiadczona w tych "kobiecych" sprawach, wiec zrozumiala. :) Potem troche zalowalam, bo jak juz zjadlam obiad i chwile odsapnelam, dostalam lekki zastrzyk energii. Dobrze go jednak wykorzystalam, bo po pierwsze, wyciagnelam z przyczepy posciel, zeby ja wyprac przed kolejnym wyjazdem (az wstyd, ze robie to dopiero teraz), a po drugie, znow rzucialm sie z pestycydami oraz sekatorem na ogrod. ;) Wypsikalam lilie (z ktorych wiekszosc to smetne, lyse kikuty; cholerne czerwone zuki) oraz troche ogorki, a takze floksy, mieczyki oraz chryzantemy, ktore cos rowniez podgryza. Plaga prawdziwa w tym roku!

Jedna lilia tygrysia przetrwala zmasowany atak, moze dlatego, ze jest ogromna, wyzsza ode mnie :O
 

Popielilam troche w warzywniku, choc nie styklo mi czasu na bardzo dokladna robote. Wycielam tez zdechle ogorki (stracilam trzy krzaczki), zeby nie zarazaly pozostalych, jesli to faktycznie choroba... Przy okazji zerwalam kolejne dwa ogoreczki. Warzywnik to nadal glownie porazka, ogorkow jak na lekarstwo, cukini nadal brak, ale odkrylam dwa straczki na groszku (to zaszalal!) oraz dwa malutkie baklazany.

Cztery centymetry (przyszlej) pysznosci :D

Cos tam moze wlasnego zjemy, poza pomidorami, ktore akurat maja sie calkiem niezle. Jeden krzaczek papryki ma juz calkiem pokazny owoc, drugi kwitnie, ale przy okazji jest rowniez przez cos pozerany, wiec nie wiem czy przetrwa... Porzucilam potem warzywnik i przycielam forsycje, ktora wypuscila kilka grubych pedow wysoko w gore, ale to takie pojedyncze kikuty, bez bocznych galazek. Wygladalo to srednio, wiec ucielam je i licze, ze zgestnieja. Prace ogrodowe to nadal tylko malutki wycinek faktycznych potrzeb. Gdzie nie spojrze to cos wola o uwage, ale ciesze sie, ze jednak zrezygnowalam z tego basenu i choc co nieco ogarnelam, bo w czwartek karate, w piatek po pracy zakupy, a w sobote to juz pakowanie na wyjazd i znow ogrodu bym nie ruszyla, a tak to chociaz "cos" zrobione...

W czwartek rano Potworki pedzily szczesliwe na polkolonie, bowiem mialy wycieczke. Tym razem jechali pograc w mini-golfa. Co prawda troche mi mina zrzedla kiedy okolo 11 wyjrzalam przez okno w pracy, a tam... leje. Wedlug prognoz mialo zaczac padac okolo 14, ale ze ostatnio pogoda leci sobie w kulki a prognozy mozna o kant doopy rozbic, to padalo z przerwami juz od rana. :) Okazalo sie jednak, ze wycieczka zdazyla sie odbyc bez przeszkod. Dzieciarnia pograla, dostali tez lody, bo mini-golf ma lodziarnie. Dla Potworkow jednak najwieksza frajda tego dnia byla wizyta ludzi ze zwierzatkami. Nie pamietam skad byli, ale przywiezli weze, gekony, zaby i tym podobne, "przytulasne" stworzonka. ;) Zarowno Bi jak i Nik byli oburzeni, ze tata za wczesnie po nich przyjechal. Gwoli scislosci, ojciec przyjechal o tej porze, co zawsze. ;) To nie jego wina, ze wizyte zwierzynca zaplanowano na pore odbioru dzieci. Nie wiem kto to wymyslil, ale Potworki byly niepocieszone, ze udalo im sie poglaskac tylko trzy zwierzaki. ;)

Poznym popoludniem Nik mial ostatnia w tej sesji lekcje karate. Wzielam tez ze soba Bi, bo M. chcial pojechac na silownie. Obaj sensei'owie wykorzystali jej obecnosc i probowali przekonac zeby wrocila, ale Starsza pokazala im swoj upor i choc nie odmowila kategorycznie, to mowa ciala jasno dala do zrozumienia, ze wroci jak bedzie miala ochote, a takie "nagabywanie" przynosi skutek odwrotny. ;) Sensei'owie porozmawiali rowniez ze mna i Kokusiem, ze jednak chca przeniesc go na wyzszy poziom, gdzie zaczalby sie uczyc podstaw walki, a nie tylko kopniec i uderzen. Nik poki co nie jest przekonany, choc sensei od wyzszej grupy przekonuje, ze teraz w wakacje jest ogolnie mniej dzieci, ale normalnie na tym wyzszym poziomie sa tez dzieciaki w jego wieku.

Calkiem ladny wykop ;)
 

Zobaczymy. Nie chce Kokusia przymuszac, a wiem ze dla niego bardziej niz sam sport liczy sie obecnosc kolegow. W tej grupie zaprzyjaznil sie z innym, polskim zreszta chlopcem, ale ten jest prawie 2 lata mlodszy i minie jeszcze chwilka zanim bedzie sie nadawal na wyzszy poziom. Mlodszy musi sam podjac decyzje. Wolalabym zeby szedl dalej, ale nie chce zeby skonczylo sie jak z Bi i druzyna plywacka, gdzie slyszalam placz i bunt przed kazdym treningiem...

Piatek byl kolejnym "przelomowym" dniem, bo ostatnim na tych "miastowych" polkoloniach. W sumie nie byly zle i Potworkom bardzo sie podobaly, dopoki nie zasmakowali farmy. Wtedy nagle takie zwykle polkolonie staly sie bleee. :D Mi jak zwykle troche smutno, ze czas zapiernicza i szkoda zegnac znajome juz miejsce, ale tych polkoloni zostal juz i tak tylko tydzien, a my akurat wyjezdzamy. Swoja droga, cala organizacja polkolonii jest tutaj dosc... specyficzna. Wiekszosc takich bardziej zorganizowanych konczy sie w pierwszym tygodniu sierpnia. I to zarowno te oferowane przez miasto, jak i prywatne. W naszej miejscowosci jeszcze tydzien - dwa sa jakies obozy sportowe, ale tylko pol dnia i tyle. Na ostatni tydzien wakacji znalazlam (szukalam z czystej ciekawosci) tylko dwa prywatne miejsca gdzie nadal oferowali zajecia. Poniekad wymuszone jest wiec zatrzymanie dzieci w domu w ten ostatni tydzien. Ja i tak planowalam to zrobic, zeby Potworki mialy choc chwile oddechu przed "kieratem", ale co jesli rodzic nie moze sobie pozwolic na wolne w tym czasie?! Troche bezsensowne...

W piatek wieczorem, przy bibliotece znow odbyl sie seans filmowy. Tym razem zainteresowanie bylo znacznie slabsze i przybylo jakies 5-6 rodzin. Moze to wina pory roku, czyli samego srodka wakacji, kiedy ludzie sa w rozjazdach, a moze nie podpasowal film. Puscili bowiem "starocia" - "Babe, swinke z klasa" (jesli dobrze pamietam polski tytul).

Tym razem wielkie wzgorze sluzylo do turlikania sie w dol...
 

Potworki oczywiscie chetne byly zeby jechac, mimo ze Bi zawsze twierdzila, ze nie lubi filmow gdzie zwierzeta gadaja. ;) Komary pozeraly nas zywcem, a ja dodatkowo zmarzlam, bo lipiec mamy ogolnie chlodny i jeszcze przyszedl zimny front, jakby nie bylo wystarczajacej zimnicy. :/ Potworki mialy i bluzy i koce, ale sama pojechalam tylko w bluzie i pod koniec juz niezle szczekalam zebami. ;) Najwazniejsze jednak, ze dzieciakom sie podobalo, choc Nik co 5 minut pytal czy na pewno Babe nie przerobia na boczek. :D

Tu film sie wlasnie zaczynal i nie wiem dlaczego ekran wyszedl bialy...
 

Nie moge uwierzyc, ze przed nami ostatnie 4 tygodnie wakacji. Tym bardziej, ze niektore miasteczka w naszym Stanie maja dodatkowy tydzien, bo ruszaja dopiero po dlugim weekendzie na poczatku wrzesnia. Oczywiscie rok szkolny tez koncza pare dni po nas, ale taki uklad bardziej by mi pasowal. A tak to dwie kumpele rzucaja propozycje zeby pojechac gdzies na samym poczatku wrzesnia bo moze zrobi sie chlodniej (choc akurat to lato upalami to nas poki co nie rozpieszcza...), a ja musze odmowic, bo moje dzieciaki juz zaczna szkole... :/ Nie fair! ;)

Tymczasem wybywamy na kilka dni. Dzis, czyli w sobote (blogger pewnie pokaze ze post opublikowany w niedziele) juz od rana mozolne pakowanie przyczepy, czyli bieganie gora - dol. Dobre kardio przynajmniej. ;) Trzymajcie kciuki za pogode bo tego lata jest po prostu fatalna. Nie dosc, ze przechodzi nad nami zimny front i mamy temperatury znacznie ponizej normalnej sredniej na te pore roku, to jeszcze co chwila pada. O tym jakie mamy lato niech poswiadczy to, co przeczytalam w lokalnych wiadomosciach. Obecny weekend ma byc pierwszym calkowicie suchym od... poczatku czerwca! Uswiadomilam sobie niedawno, ze od poprzedniego kempingu nie bylismy nad oceanem, ale nie moglam sobie przypomniec dlaczego. Teraz juz pamietam. W tygodniu pracuje, a w weekendy ciezko cos zaplanowac, bo ciagle pada... Takie to lato... No i az sie boje co zastane w ogrodzie po powrocie, bo nie bedzie nas prawie tydzien. Dzis odkrylam, ze jednego baklazanika cos podgryza i tym razem wyglada to raczej na robote wiewiorek czy innych krolikow. :/ Z ogorkow podejrzewam, ze moze juz nic nie zostac do mojego powrotu. Wieczorem jeszcze zrobilam malosolne z tej garstki ogorkow, ktore udalo mi sie uzbierac. Wyszedl jeden, niepelny sloik... Pierwszy i raczej ostatni w tym roku... :(

Zostawiam Was z jeszcze jednym ogrodowym kadrem...

A jednak! Myslalam, ze mnie oszukano, ale wyglada na to, ze kupilam mieszanke cebulek, tak jak przedstawialo opakowanie. Szkoda, ze tylko jedna gladiola jest odmiennego koloru... ;)

...i zagadka!

Co przedstawia to zdjecie (poza rudbekia oraz liscmi floksow)?!

No i jest! Pieknie zakamuflowana, mloda modliszka! :)

Do poczytania!

8 komentarzy:

  1. Spoko weekend tez czasami musi byc, zeby odpoczac od "wypoczynku aktywnego". A M. troche moze sie pozloscic, gdy jest przemeczony robota. Szczegolnie, gdy niesie do domu 4 kubki napojow... - Bo lazienke zrobil tak ladnie, ze niech ma... Lato macie rzeczywiscie kiepskie, u nas jednak lepsze jest. Deszcze teraz z rzadka bywaja, wiekszosc dni mamy slonecznych. Mam nadzieje, ze wyjazd na prawie tydzien wam sie uda, zebys mogla odetchnac pelna piersia od paskudnej pogody. A wieczne, zmudne odgruzowywanie domu to niekonczaca sie przygoda kazdej gospodyni.

    OdpowiedzUsuń
  2. Łazienka świetnie się prezentuje i lustro do niej pasuje.
    Co prawda nie mam ogródka, ale jestem w stanie zrozumieć frustrację, bo kurczaki wydałaś pieniądze, a przede wszystkim włożyłaś sporo pracy i czasu w jego zrobienie, a tu przez małe żyjątka praktycznie nic z tego nie ma ;/
    Mam nadzieję, że wyjazd się uda i pogoda dopisze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem czy i jak często chodzisz do ginekologa, ale myślę, że warto się przebadać. Z własnego doświadczenia powiem, że u mnie takie obfite i przedłużające się miesiączki były efektem przerostu endonetrium...
    Dopiero operacja podczas której wycięto to wszystko, pozwoliła mi zapomnieć o tym problemie.
    Wszystkiego dobrego życzę, udanego wyjazdu i pięknej pogody :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No to teraz juz rozumiem M. dlaczego on taki cranky jest :-) podziwiam, ze daje rade chodzic do pracy codziennie i to jeszcze wstawc o 'nocnej' porze. Ja na pewno nie dalabym rady, poza tym zycie tylko jedne, a kasa to materia. Raz jest, raz nie ma :-) z ta pogoda znowu to u Nas byl tydzien cudownosci i wrocila znajoma aura, ktora dominuje na Wyspach. Egh. Taki urok. Trzymam kciuki za udany i sloneczny wyjazd.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kreatywne prace plastyczno-techniczne wykonywane przez dzieciaki to coś co zawsze pochwalam i uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. Pogoda u Was tak samo letnia, jak u nas... Mam nadzieję, że chociaż na wyjazd dopisała!
    U Was mokra wpadka po tylu latach (przynajmniej w przypadku Bi), a u nas dopiero zaczniemy bo po dziennym opanowaniu toalety, mam zamiar zabrać się za zdjęcie pampersa na noc. I jestem ciekawa jak to będzie.
    M. wstaje o nieludzkiej porze... To potem ma humorki :/
    A w ogródku mnóstwo roboty... Ja na razie nie jestem na to gotowa, zaczęłam skromnie w tym roku i zobaczymy jak się jego losy potoczą ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Też nie lubię oglądać sportu w tv, więc rozumiem Potworki;))
    Ogrodowych szkodników szczerze współczuję, bo wiem jak człowiek czeka na "swoje dary natury")
    Dobrego wypoczynku:*

    OdpowiedzUsuń