piątek, 5 stycznia 2024

Poczatek nowego roku

Sobota, 30 grudnia, to byl kolejny bardzo leniwy dzien. Malzonek pojechal do pracy, ale ze w sobote pracuja tylko do 11, to nawet z zahaczeniem o Polakowo, wrocil do chalupy kiedy ja oraz dzieciaki dopiero sie w miare ogarnelismy i zaczynalismy na dobre dzien. Tak naprawde nic specjalnego nie robilismy, poza takimi "przyjemnosciami" jak pranie czy zmywarka. A! Trzeba bylo w koncu sprawdzic Kokusiowy sprzet, bo we wtorek mial miec pierwszy wyjazd na stok w tym roku, a nie wiedzielismy nawet czy jego buty nadal pasuja. W sumie to jestesmy "udani", bo gdyby nie pasowaly, mielibysmy zawrotne dwa dni (i to Sylwester oraz Nowy Rok) na skolowanie nowej pary.. :D Na szczescie okazalo sie, ze wszystko pasuje, a Mlodszy juz nie mogl sie doczekac.

Zadowolony jak prosie w deszcz ;)
 

Ja troche mniej, bo po leniwym tygodniu, naprawde ostatnia rzecza na jaka mialam ochote, to zaczynac powrot do normalnosci takim wariackim dniem. To jednak nie ja ustalam grafik, wiec co bylo robic... A z drobniejszych sensacji, Kokusiowi wypadla prawa dolna piatka i ma teraz symetryczne szpary po obu stronach, bo w poprzedniej nadal nie doczekal sie stalego zeba. Jak Bi wreszcie ma komplet, tak u Nika zaczyna sie teraz regularna wymiana trzonowcow. ;) Tyle, ze u niego jest jakas dziwna tendencja, ze mleczak wypada, a on potem ma szpare doslownie miesiacami...

Sylwester zaczelismy od dlugieeego spania, z racji ze wieczorem chcielismy bez problemu dotrwac do polnocy. Nawet M., ktory mial tego dnia wolne. Z racji takiego spania do oporu, do kosciola pojechalismy dopiero na 11 i przez to ten dzien byl taki byle jaki. Msza okazala sie na dodatek duzo dluzsza niz zwykle. Byl goscinnie jakis mlody ksiadz, ktory bardzo egzaltowanie, ale potwornie nudno, opowiadal o powolaniach, a raczej ich braku i jego ubolewaniu nad tym. Pol godziny takiego pierdzielenia, to naprawde duzo za duzo... ;) Po mszy pojechalismy w koncu oddac te worki z ciuchami po Potworkach, a potem jeszcze po pizze na obiad. Z rozpedu wzielismy tez sushi na wieczor. Poniewaz byla niedziela, a wiec dzien, kiedy moj tata zawsze chce wypelniac bezrobocie, wiec dalam mu znac, ze jestesmy juz w domu i wkrotce przyjechal. Bylo juz jednak grubo po 13, wiec zanim zrobilismy co trzeba, a potem troche posiedzielismy, pojechal po 16. Na Sylwestra zostac nie chcial. ;) Po jego odjezdzie zrobilam jeszcze szybkie pranie, a potem juz zaczelismy czekac na polnoc. Najpierw obejrzelismy Sylwester w Zakopanem, bo w Polsce w koncu polnoc jest 6 godzin wczesniej. Potem w sumie skakalismy po kanalach w tv, szukajac czegos ciekawego. Zjedlismy kazdy swoje wybrane sushi, pokrecilismy sie i w koncu przelaczylismy na Sylwestra w Nowym Jorku. I tak zeszlo do 12, przy czym musze nadmienic, ze nawet malzonek wytrzymal, co nie zdarzylo sie juz od dobrych kilku lat. :)

Kolejny rok...
 

Kiedy wybila polnoc, zlozylismy sobie zyczenia i otworzylam ten musujacy soczek, ktory kupilam kilka dni wczesniej. Niestety, tylko ja wypilam swoja porcje, bo M. i Kokusiowi nie posmakowal, a Bi stwierdzila, ze nie lubi gazowanych napojow... 

Szampanowki posiadam tylko dwie, wiec toast byl w szklankach na drinki :D
 

Pozniej wyszlam z dzieciakami na dwor zeby "postrzelac". Tym razem mialam takie rurki z konfetti. Bi bardziej sie podobaly niz te sprzed roku i dwoch, bo tamte produkowaly lekka iskre i (choc niby sa bezpieczne dla dzieci) twierdzi ze poparzyla sobie palce, chociaz zadnego sladu nie miala.

Wzdluz kostki przed domem blyszczy nam sie teraz pelno kolorowych kwadracikow ;)
 

Za to Nik byl rozczarowany, bo byly praktycznie bezglosne. Wczesniejsze produkowaly jednak lekki "pop", wiec lepszy efekt. ;)

Za to stwierdzil, ze strzeli sobie nad sama twarza :D
 

Wrocilismy do chalupy, ale Potworki nie mialy zamiaru sie klasc. Wczesniej, kiedy przegladalam kanaly w telewizji, dojrzeli, ze na HBO leciala druga czesc Avatar'a. Dopiero co ja obejrzeli na plycie, ale nie przeszkadzalo im to zeby chciec zobaczyc jeszcze raz. ;) Tyle, ze wiecie jakie to dlugasne, nawet jesli nie ogladaliby od poczatku. Mielismy rozpalony kominek i drewno jakos dlugo nie chcialo przygasnac, a ja balam sie zostawic go bez nadzoru, wiec stwierdzilam ze moga chwilke poogladac, ale tylko dopoki w kominku bedzie mocno sie palic. Malzonek powedrowal do lozka, a my zostalismy. Popatrzyli na film z pol godziny i zaczelam gonic ich do spania. Oczywiscie jak juz zaczeli, to chcieli ogladac do konca, ale zostala jeszcze prawie polowa filmu, a nie mialam ochoty zeby siedzieli do 3 nad ranem. Powiedzialam im wiec, ze moga go obejrzec kolejnego dnia (liczac, ze zapomna ;P) i zagonilam do sypialni, gdzie wkrotce sama podazylam. :D

W pierwszy dzien roku 2024 spalam do 10. Ale i tak pobil mnie Nik, ktory obudzil sie pol godziny pozniej. :D Malzonek oraz Bi byli juz oczywiscie na nogach, bo to para rannych ptaszkow. Moj maz, zupelnie przeczac temu, ze Nowy Rok powinno sie sie spedzic na relaksie i ulubionych czynnosciach, zabral sie za masowe gotowanie. No dobra, w sumie to on narzeka, ale przyznaje ze wlasciwie to lubi. Kiedy wstalam, wywar juz mu pyrkal na zupe pomidorowa, a on kroil czesc miesa na gulasz, a czesc na domowe kebaby. Gulasz za chwile zreszta rowniez postawil na palniku. Ja stwierdzilam, ze nie ma mowy zebym stala przy garach skoro tego nie cierpie i poszlam tradycyjnie obejrzec noworoczne skoki narciarskie. Nasi nadal kuleja, wiec w sumie nie bylo co ogladac... ;)

Noworoczna tradycja, choc wspolczuje skoczkom, bo pewnie 99% jest na ostrym kacu :D
 

W miedzyczasie M. skonczyl kucharzenie i stwierdzil, ze idzie pomaszerowac po osiedlu, a Bi przypomniala sobie (niestety) o Avatarze. Wlaczylam im film od poczatku, co bylo dosc kiepskim pomyslem, bo z przerwa na zjedzenie zupy, siedzieli przed ekranem do 16. ;) Malzonek nie byl zachwycony i zaszyl sie w jadalni marudzac, ze drugi raz tej bajki nie bedzie ogladal. Ja patrzylam jednym okiem, a poza tym spogladalam w telefon, szlam zamienic kilka slow z mezem, zadzwonilam do taty, itd.

Film ten sponsorowal kolor niebieski ;)
 

Wreszcie to dlugasne filmisko sie skonczylo i malzonek radosnie przechwycil pilota zeby znalezc cos bardziej interesujacego. ;) Reszta popoludnia smignela ekspresowo, jak zawsze kiedy czlowiek chcialby spowolnic czas. W koncu trzeba bylo wyciagac sniadaniowki oraz plecaki i szykowac sie na nieco skrocony, ale jednak kierat. Ja dodatkowo, poza zwyklymi szkolnymi rzeczami Potworkow, musialam zapakowac tez Kokusiowe rzeczy na narty. Na szczescie wszystko zmiescilam do jego narciarskiego plecaka, choc mysle ze za rok, gora dwa bedzie za maly, bo jednak wiekszosc jego rzeczy (szczegolnie buty) robi sie coraz wieksza... A na sam wieczor, podirytowal mnie M., co nie wrozy nic dobrego na nadchodzacy rok. :D Wchodzimy juz na gore, on do lozka, ja zeby wyslac Nika do mycia zebow i nagle malzonek wypala: "Musimy zmienic zasady zeby oni nie chodzili tak pozno spac, bo to nie jest normalne". Juz w tym momencie zylka mi zapulsowala, bo jak zwykle M. cos wymysla, ale oczywiscie uzywa liczby mnogiej, co oznacza, ze to ja bede odpowiedzialna za egzekwowanie jego pomyslow i to do mnie bedzie mial pretensje jesli dzieciaki nie beda wspolpracowac. To juz nie pierwszy raz, kiedy malzonkowi cos sie u Potworkow nie podoba, ale zamiast ochrzanic ich (z czym zwykle nie ma problemu), to zrzedzi do mnie. A to juz sa prawie nastolatki i jesli cos od nich chce, moze to zalatwic bezposrednio z nimi. Poza tym, M. widzial ich pozne siedzenie teraz, w czasie tygodnia przerwy od szkoly, kiedy po prostu dalam im troche luzu pod wzgledem pory spania. Tlumacze wiec, ze przeciez w tym tygodniu byl wyjatek, ale wracaja do szkoly i skonczy sie siedzenie do polnocy, a M. juz prawie krzyczy, ze on nie mowi o tym tygodniu, tylko ogolnie! No to patrze na niego jak na wariata, bo Nik lubi sobie pospac, wiec zwykle najpozniej o 22 schodzi jeszcze sie napic i idzie spac. Z Bi nieco gorzej, bo ona nieraz o 23 jeszcze nie spi, ale ze wstaje rano bez problemu, wiec nie mam powodu zeby robic jej awantury... Malzonek oczywiscie nie odpuszcza i smeci, ze to sa male dzieci (hahaha!!!), ze on musial chodzic spac o 20, ze czy ja tez chodzilam tak pozno do lozka i w ogole to ja tez sie klade o nienormalnej porze! Nosz kurna! Owszem, rowniez musialam chodzic spac zaraz po dzienniku i mam o to zal do mojej matki, ktora zwyczajnie chciala miec swiety spokoj i zeby ktos uspil jej mlodsze dziecko, niewazne ze to starsze wcale o tej porze nie jest zmeczone. Tymczasem potem w szkole kolezanki opowiadaly o filmach i serialach, ktore ogladaly, a mnie nic nie bylo wolno poogladac (nawet kiedy dostalysmy z siostra telewizor do pokoju), bo moja mala siostra musiala isc spac i ja z nia... Nigdy nie bylam szczegolnie popularna w szkole, a tu dodatkowo zostalam wyrzutkiem, bo braklo mi nawet wspolnych tematow z rowiesnikami... Zreszta, u mojego kuzynostwa roznie to juz wygladalo, wlasciwie to wiekszosc siedziala pozno, a po szkole ucinala sobie drzemki, ale byli wzorowymi uczniami, dwie kuzynki chodzily dodatkowo do szkoly muzycznej, wiec jakos im te dziwne pory snu nie przeszkadzaly... :/ Dodatkowo, pamietam z dziecinstwa i lat nastoletnich, ze bardzo zle sypialam. Nie moglam zasnac, albo budzilam sie w srodku nocy i przewalalam z boku na bok w nieskonczonosc. Z perspektywy lat, mysle ze po prostu szlam spac za wczesnie, nie bylam zmeczona i stad te problemy. No a juz tekst meza ze (teraz) chodze spac o "nienormalnych" porach?! No sorki, ale jesli on idzie do lozka czasem o 19:30 (wstaje o 3:30), to raczej to sa nie do konca normalne pory snu, bo wstaje w srodku nocy. Ja klade sie o 23, wiec wydaje mi sie, ze dla doroslej osoby to jest zupelnie normalny czas, choc M., chyba zeby po prostu sie sprzeczac, upiera sie, ze powinnam sie klasc o 22! :O Tak czy siak, Nowy Rok zakonczylam w niezbyt pozytywnym nastroju. :/

We wtorek niestety nastapil powrot do brutalnej rzeczywistowsci i to od razu z grubej rury. Nie tylko wracala szkola, ale i pierwszy wypad na narty ze szkolym klubem. Tego, kto wymyslil wypad na narty od razu po przerwie swiatecznej, doslownie bym udusila. ;) Poranek wygladal na poczatku jak typowy kiedy zrywamy sie rano do szkoly. Poniewaz bylam wyspana po ponad tygodniu przerwy, wiec wstalam bez wiekszych problemow, pomoglam Bi sie wyszykowac i poszlysmy na jej autobus. Poniewaz mielismy -4 stopnie, z odczuwalna temperatura jeszcze nizsza, wiec oczywistym bylo, ze pojazd dotrze pozno. :D Przyjechal okolo 7:26, wiec zdazylam juz troche zmarznac... Wrocilam do domu, gdzie Nik mial szczescie, bowiem nie musialam zrywac go z lozka juz o 7:15. Poniewaz i tak musialam odstawic do szkoly jego sprzet narciarski, wiec stwierdzilam, ze go zawioze. Spodziewalam sie, ze i tak mnie do szkoly nie wpuszcza, jak to bylo dwa lata temu, w poprzedniej szkole, gdzie w drzwiach ktos przejmowal ode mnie narty oraz plecak, a ja moglam wracac do auta. Tymczasem spotkala mnie niespodzianka, bo drzwi byly otwarte na osciez i nikt rodzicow niosacych narty nie zatrzymywal. Na szczescie nie trzeba sie bylo legitymowac ani nic w tym rodzaju, odstawialo sie sprzet pod sciane w bocznym korytarzu i tyle. Po odstawieniu nart, pojechalam jeszcze po kawe, zeby zabic troche czasu. Chcialam bowiem podjechac do biblioteki, oddac stos ksiazek oraz plyt, ale ta otwierali dopiero o 9. Okazalo sie, ze i tak dojechalam o kilka minut za wczesnie i siedzialam w aucie. Chcialam wziac dwie ksiazki dla Nika i wczesniej sprawdzilam w internetowym katalogu, ze je maja. Mialo wiec pojsc szybko: wejsc - wyjsc. Ahaaa. Ostatnio, jak wiecie, mam do wizyt w bibliotece wybitnego pecha, wiec na dziale dzieciecym zrobili kompletna rearanzacje. Nie wiem co bylo nie tak z poprzednia, bo wszystkie ksiazki byly ulozone alfabetycznie, serie na kilku legalach, fikcja na innych, a egzemplarze edukacyjno - ciekawostkowe na innych. Teraz nagle caly dzial fikcji rozbebeszony, polowa ksiazek na dostawionych stolach, bez ladu i skladu, bo spod tej samej litery alfabetu czesc na regale, czesc na stole. W dodatku na regalach po jednej stronie fikcja, po drugiej literatura naukowa. Nie wiem ktora z bibliotekarek miala taka fantazje i czy jest to robione wedlug jakiegos logicznego pomyslu, ale zajelo mi kilkanascie minut zeby doszukac sie ksiazek po ktore przyszlam. A powinnam tylko podejsc do ragalu pod odpowiednia litere alfabetu, odnalezc autora, ksiazke i wyjsc... No ale, w koncu, z ksiazkami pod pacha wrocilam do auta i pojechalam do domu. Tu mialam w sumie spokojny ranek i wczesne popoludnie, bo wstawilam pranie oraz zmywarke, a poza tym snulam sie troche, popijalam kawe i rozdawalam glaski zwierzakom. ;) O 14:30 niestety laba sie skonczyla. Musialam wrzucic do auta wlasne narty oraz torbe z butami/rekawicami/czapka, itd. i podazyc do szkoly. Dzieciaki jadace na narty mialy byc zwolnione z lekcji troche wczesniej, a ja zglosilam sie ze pojade z nimi autobusem, zas wczesniej pomoge w pakowaniu sprzetu. Na poczatku niewiele im tam pomoglam, bo do pomocy w ladowaniu sprzetu przyszlo tez dwoch silnych tatusiow. Ja zajelam sie zgarnianiem zagubionych "owieczek", bo nauczycielka sprawdzala w drzwiach liste obecnosci, wiec troche to trwalo, a po chwili z klas zaczela wychodzic reszta ludu i zrobilo sie zamieszanie. Dzieciaki wychodzily, wracaly szukac kolegow, staly z boku bo chcialy jechac drugim autobusem, a tymczasem sprzet ladowany byl tylko do pierwszego. Jak to bywa z malolatami kiedy rodzice nie pilnuja, jeden chlopiec wyszedl i oznajmil ze zapomnial sprzetu. Odeslano go do domu i sekretariat musial powiadomic rodzicow, ci bowiem spodziewali sie przeciez, ze syn pojedzie na stok i do odebrania bedzie dopiero wieczorem. Kiedy dojechalismy na miejsce za to, inny chlopiec oznajmil ze zle sie czuje, a w ogole to zapomnial kurtki, wiec jezdzic nie moze. Takie kwiatki. :D Za to zgloszenia sie do jazdy autobusem szybko pozalowalam, bo ta dzieciarnia byla po prostu... poldzika. :O Darli sie, piszczeli, klocili, przepychali zza foteli, szarpali roletami i co chwila ktores wstawalo i szlo do lazienki, gdzie koledzy blokowali wyjscie i konczylo sie kolejnymi wrzaskami. Kompletne wariactwo. Dojechalismy na miejsce, gdzie chaos trwal nadal. Dzieciaki wylawialy ze stosu swoj sprzet i zamiast poczekac, ruszaly do schroniska, bo chcieli oczywiscie jak najszybciej sie przebrac i szusowac. Czesc z nich musiala wypozyczyc narty i buty i mialam zabrac ta grupe do wypozyczalni, ale koordynujaca wszystko nauczycielka powiedziala ze najpierw musi rozdac karnety na wyciag, wiec poszlismy do schroniska. Ktos zarezerwowal nam kilka stolikow, ale na nasza grupe okazalo sie ze jest ich za malo. Dzieciarnia tloczyla sie i przepychala, a torby, buty narciarskie oraz zwykle, wraz z rekawicami, kaskami i innymi czesciami odzienia, walaly sie doslownie wszedzie. Dostalam plik karnetow do rozdania i czekalam na grupe. Tymczasem w koncu zglosily sie do mnie tylko dwie dziewczynki, ktore jakims cudem mialy juz karnety. Zaczelam chodzic miedzy tloczacymi sie malolatami, dopytujac kto jeszcze wypozycza sprzet. W tym czasie Nik juz sie przebral i dopytywal kiedy jedziemy. Chcial bowiem pojezdzic ze mna w czasie, kiedy jego kumpel mial lekcje, a potem jezdzic z nim. A ja utknelam. W koncu cos mnie tknelo i poszlam do wypozyczalni. Mialam nosa, bo okazuje sie, ze czesc dzieciakow, ktore mialy wypozyczyc sprzet, wiedziala juz co i jak i poszla prosto tam. Pracownicy nie powinni im wydawac niczego bez okazania karnetow, ale pewnie jedno czy dwoje juz je mialo, a oni, widzac duza grupe w jednakowych, odblaskowych kamizelkach, zaczeli wydawac wszystko z automatu. ;) Zaczelam rozdawac karnety, ktore okazaly sie imienne i dla kilkorga dzieci ich nie mialam, za to zostalo mi pare dla dzieciakow, ktorych nie moglam zlokalizowac. :O W dodatku, do karnetow dolaczane byly kawalki plastiku zeby przyczepic je do kurtek i ani jedno dziecko nie wiedzialo jak to zrobic. Ja cie pierdziele... :D Wreszcie zebralam grupke dla ktorej zabraklo karnetow i pokierowalam ich do nauczycielki w schronisku. Okazalo sie, ze inny pracownik szkoly dal mi plik i myslal, ze to byly wszystkie, ale... sie pomylil. Taki to chaos pierwszego dnia. Mam nadzieje, ze kolejne beda juz szly nieco plynniej. :D Po tym wszystkim mam ogromna nadzieje, ze ani sie nie pochoruje, ani nic mi w plecy nie wlezie. W autobusie bylo bowiem niemozliwie goraco, podobnie jak w schronisku i wypozyczalni, a na dworze zimno. Zdjelam kurtke, ale ze mialam na sobie spodnie narciarskie oraz polar, to w srodku strasznie sie spocilam, a potem biegalam co chwila miedzy schroniskiem a wypozyczalnia. Kiedy wreszcie sama sie przebralam i ruszylam z Kokusiem na stok, czulam jak mi owiewa miejsca gdzie koszulke mialam mokra od potu. :O

Bialy puch nie padal u nas w tym sezonie ani razu, wiec byscie uslyszaly te okrzyki w autobusie: "Snieeeg!!!" na widok osniezonych stokow
 

Warunki byly niestety takie sobie. W zaleznosci od sezonu, stok otwieraja nieraz juz na poczatku grudnia, polowa to taki standard, a w tym roku, poniewaz listopad i grudzien mielismy wyjatkowo cieple, otworzyli go (mocno na sile) zaraz po Swietach. Naturalnego sniegu nie spadlo nam narazie ani troche, a sztuczny moga robic tylko kiedy temperatury sa odpowiednio niskie. A ze w grudniu nawet sporo nocy mielismy powyzej 0, wiec bylo jak bylo. Gora zasniezona w 60%. Otwarte 10 z 17 stokow, w wiekszosci czesc przeznaczona dla poczatkujacych. Z trudniejszych tras na szczescie dwie srednie byly nasniezone i to na nich zostalam z Kokusiem. Zwykle dojscie do wyciagow od stojakow na narty przy schronisku, jest pokryte sniegiem. Teraz wokol stojakow mielismy bloto, a snieg zaczynal sie gdzies w polowie. Na wielu stokach tylko 2/3 szerokosci byla nasniezona. Tak slabych warunkow jeszcze tu chyba nie widzialam. W dzien bylo 5 stopni na plusie, ale kiedy tylko zaszlo slonce, temperatura zaczela gwaltownie spadac i bardziej strome miejsca pokryly sie lodem. Dla mnie nie bylo wiec za ciekawie, choc Nikowi to zupelnie nie przeszkadzalo. Zjezdzal niemal na kreche, twierdzac ze ta gorka jest dla niego za latwa, unosil do gory raz jedna, raz druga noge, robil jakies obroty i inne wariactwa, a mnie stawalo serce. :D Po 18 wrocilismy do schroniska, gdzie byl juz kolega Kokusia, ale tu sie Mlodszy rozczarowal. Dla niego warunki byly super i jezdzil nieustraszenie i z entuzjazmem. Niestety, kolega twierdzil, ze na lekcji wywracal sie co chwila na kazdym stoku i byl mocno zniechecony. A juz na pewno nie chcial isc z Kokusiem na stok o srednim poziomie trudnosci. Namawialam Kokusia zeby pojsc na czesc dla poczatkujacych, ktora poza osla laczka jest calkiem niezle rozbudowana, ale zbuntowal sie, ze on chce sie dobrze bawic. I nawet opcja jazdy z kumplem go nie przekonywala. Zostala juz niecala godzina do zbiorki, wiec w koncu poszlam znow sama z Kokusiem. Tego dnia cale schronisko pelne bylo szkolnych klubow narciarskich, wiec do wyciagow byly niemozliwe kolejki, co polaczone z czasem samej jazdy na gore, a potem szusowania w dol, oznaczalo, ze udalo nam sie zjechac jeszcze tylko dwa razy. I tu klania sie kolejny chaos. Wrocilismy do schroniska kilka minut przed czasem zbiorki, a tymczasem "nasza" czesc opustoszala, kreci sie tam tylko kilkoro dzieciakow, a nie ma zadnego z opiekunow. Wczesniej, oprocz nauczycielki i pracownika szkoly, byla jeszcze garsc rodzicow sprawdzajacych stoki oraz pilnujacych porzadku przy stolikach. A teraz zadnego doroslego i grupka dzieciakow przebierajacych sie i szukajacych zagubionych rzeczy. :O Czy tylko mi sie wydaje, ze powinni poczekac az wszystkie dzieciaki wroca ze stoku i sie przebiora i dopiero wtedy zarzadzic wymarsz? Kiedy sama sie przebralam, pomoglam jednej pannie szukac rekawiczki, sprawdzilam czy inni czegos nie potrzebuja, po czym wyszlam na zewnatrz zeby zapiac narty Kokusia specjalnym paskiem. Tam dorwal mnie pracownik szkoly, pytajac czy nie poprowadzilabym malej grupki do autobusu. Pomaszerowalam wiec z kilkoma dzieciakami, oddalismy sprzet pakujacemu go kierowcy, po czym wsiadlam, gdzie dorwala mnie z kolei nauczycielka, proszac zebym zaznaczala na liscie obecnosci wsiadajace dzieci, a ona pojdzie sprawdzic czy wszystko ok w drugim. Tu oczywiscie tez lekka dezorganizacja, bo niektore dzieciaki jechaly drugim autobusem, ale probowaly wsiasc do tego, wiec nie mialam ich na liscie. Kiedy wrocila nauczycielka, nadal brakowalo mi trojki malolatow. Siedzielismy tam kolejne kilkanascie minut, bo zapewne szukali zagubionych "egzemplarzy", a tymczasem mlodziez coraz bardziej swirowala. Spodziewalam sie, ze po szusowaniu beda zmeczeni i spokojniejsi, ale nie docenilam poziomu energii smarkaterii. :D Znow byly wrzaski i klotnie, bylo ciemno wiec zapalali swietelka nad siedzeniami i czesc darla sie zeby je wylaczyc, ale kiedy wszyscy wylaczyli, inni podnosili jazgot zeby je wlaczyc... Na szczescie w koncu zaczeli spiewac jakas glupawa piosenke i co prawda bylo to raczej darcie mord a nie spiew, ale przynajmniej na jedna melodie. Nie mniej z autobusu wysiadlam z bolem glowy i zawrotami i zastanawiajac sie, na co mi to bylo. :D Do domu wrocilam wykonczona, bo i glowa i miesnie ud dokuczaly mi niemozliwie. Szybko dalam Nikowi kolacje, przygotowalam co trzeba na kolejny dzien i zagonilam go spac, sama idac wkrotce potem.

Nie wiem czy to kwestia tego chaosu i wariactw w autobusie, czy fakt ze jestem dwa lata starsza niz bylam ostatnio kiedy Nik byl w klubie narciarskim, czy tez to, ze ten dzien na stoku wypadl zaraz po bardzo leniwym i spokojnym tygodniu, ale zmeczenie systemu zaliczylam potezne. Mimo bolu glowy i wycienczenia spalam fatalnie. W srode rano nadal napierdzielaly mnie miesnie ud, mialam kompletnie zapuchniete oczy i czulam sie jak na poteznym kacu. Jakos zwloklam sie z lozka zeby wyszykowac i wyjsc z Bi, bo nie mialam innego wyjscia. Zanim wyszlysmy, obudzilam Kokusia i dalam mu sniadanie i cale szczescie, bo autobus Starszej znow dojechal o 7:25. Z Mlodszym wyszlismy te kilka minut wczesniej, a jego przyjechal znow spozniony, ech... Kiedy oba Potworki odjechaly, wrocilam do domu, ale uzyteczna bylam mniej niz srednio. Rozladowalam zmywarke i wsadzilam do niej brudy zebrane w zlewie, bo jak nie bylo mnie cale popoludnie w domu, to oczywiscie ani M., ani Bi o tym nie pomysleli. :/ Wstawilam tez pranie i na tym sie skonczylo, bo na wiecej nie starczylo mi sil ani energii.

Mialam ochote zwinac sie w klebek obok kota i zapasc w sen zimowy ;)
 

Niestety, na ten dzien zaplanowalam jazde do roboty, bo byla juz sroda i dobrze bylo tam wpasc po przerwie. Pojechalam, ale produktywna bylam... wcale, bo mialam wrazenie, ze w glowie mam tylko mgle. Kompletne zero jakiegos pobudzenia i motywacji do pracy. Tym bardziej, ze z pracownikami przesylalismy sobie zyczenia noworoczne i kazdy wspomnial w nich, ze zyczy sobie powrotu do pracy. Zyczenia przeslal rowniez szef, ale ani slowkiem sie nie zajaknal o powrocie, mimo ze mamy juz styczen, a przeciez poczatkowo mowa byla o powrocie wlasnie w tym miesiacu... :/ Wrocilam do chalupy, gdzie reszta jadla wlasnie obiad. Dolaczylam do nich, potem dzieciaki odrabialy lekcje i ani sie obejrzeli, a czas byl jechac na trening. Myslalam, ze Nik bedzie protestowal, bo jeszcze rano wspominal ze i jego troche bolaly miesnie ud, ale o dziwo pojechal bez szemrania. Ja w tym czasie wzielam prysznic, a potem poskladalam i pochowalam poranne pranie. Skonczylam idealnie na powrot reszty. Podalam dzieciakom kolacje, malzonek sie wykapal i za chwile trzeba bylo sie szykowac do snu.

W czwartek podobny schemat co w srode. Autobus Bi niespodziewanie przyjechal juz o 7:20. Oczywiscie to byl najcieplejszy ranek w tym tygodniu, z temperatura na plusie, wiec to normalka ze nie bylo stania. Zanim wyszlam ze Starsza, obudzilam Kokusia i dalam mu sniadanie, ale wrocilam zanim zaczal dobrze jesc. ;) Mlodszy sie szykowal, choc musialam go troche poganiac i przypominac zeby skoncentrowal sie na tym co ma robic. Taaa... Zjadl, uczesal wlosy, pobiegl na gore umyc zeby. Za minute mamy wychodzic, wolam, schodzi na dol. Patrze, a on nadal w pizamie! Na moja konsternacje, slysze: Aaaa, zapomnialem. Zapomnial sie ubrac! Koniec swiata z tym chlopakiem... Wyszlismy na jego autobus, ktory mial przyjezdzac wczesniej, ale przyjezdza sobie o normalnej porze, a ze my wychodzimy szybciej, to sterczymy tam bez sensu. Wszyscy rodzice pojawiajacy sie na przystanku sa wkurzeni, ale coz... Kiedy Mlodszy w koncu odjechal, wrocilam do chalupy. Tego dnia nie planowalam jechac do roboty, choc robota czesciowo znalazla mnie. :D Rano dostalam sms'a od takiego koreanczyka, ktory u nas pracuje, ale jakby na wlasna reke i przy swoich wlasnych projektach. Mieszka ponad godzine jazdy stad, wiec jesli nie ma akurat co robic w laboratorium, to woli nie przyjezdzac. Pytal czy bede w biurze dzis lub jutro, bo spodziewa sie odczynnikow. Odpowiedzialam, ze bede nastepnego dnia, poprosil zebym wsadzila je do zamrazarki, odpisalam ze nie ma sprawy i tyle. Pojechalam na tygodniowe zakupy, wrocilam, rozpakowalam torby i po szybkiej kawce zabralam sie za odkurzanie i mycie podlog u gory. Latam w najlepsze na odkurzaczu, ale dobrze ze telefon mialam w kieszeni, bo poczulam ze bzyczy. Numer akademii medycznej w mojej miejscowosci. Chodze tam do ginekologa, ale budynek w ktorym pracuje, rowniez formalnie do niej nalezy. Pytanie teraz, kto dzwoni. :D Tym razem wygrala praca. W budynku pracuje taki jegomosc, ktory po wszystkich pokojach roznosi paczki i wieksze przesylki. Nie mam pojecia skad skolowal moj numer komorki, ale dzwonil, ze przyszla paczka (dla tego koreanczyka), jest na niej zaznaczone ze trzeba ja przechowywac w zimnie i co on ma z nia zrobic. Ech... Poradzilam zeby wsadzil ja narazie do zbiorowej lodowki (mamy taki pokoj - lodowke, z ktorej moga korzystac wszystkie firmy), a ja nastepnego dnia ja stamtad wezme. Okey, tu zalatwilam, odkurzam dalej, a za 15 minut znow telefon! Tym razem szef z pytaniem czy jestem w biurze, bo jest taka paczka... O ludzie kochani!!! Przerwalam mu w sumie w pol slowa, ze wiem o tej paczce, ze doreczyciel wsadzi ja do komunalnej lodowki, a ja bede w biurze w piatek, to przeloze ja juz do naszego zamrazarnika. Dobra, dziekuje, do widzenia. Lepiej, kurna, zaplac zalegle wyplaty, a nie dziekuj. ;) Pozniej juz bez zbednych przerw dokonczylam sprzatanie, a nastepnie... zaczelam przegladac oferty pracy. Ktorych zreszta nie ma za wiele w mojej dziedzinie. :( Niestety, przyszedl styczen, zaczal sie nowy rok, szef "wisi" mi juz 3 pensje, a nawet nie zajaknie sie na temat ewentualnego powrotu, nie mowiac juz o wyplaceniu zaleglej kasy. W sumie nie jestem jakos strasznie zdziwiona, bo on zawsze byl taki cicho-tajny i nawet jak kiedys administratorka dusila go o informacje, to odpowiadal pojedynczymi wyrazami. No ale nie mam zadnej informacji kiedy mielibysmy wrocic, ani konkretnej deklaracji, ze w ogole wrocimy, wiec czas chyba zaczac sie rozgladac. Jak napisalam, ofert za wiele nie ma, ale jak to mowia: "na bezrybiu, rak ryba" wiec wyslalam nawet jedna aplikacje. Godzine mi to zajelo, bo firma duza, wiec i biurokracja rozwinieta i mieli mnostwo kruczkow i formularzy do wypelnienia... Nadziei wielkich sobie nie robie, ale przynajmniej to jakis krok do przodu, a przy okazji odswiezylam CV. Wkrotce potem wrocila ze szkoly Bi, a ja zabralam sie za chlebek bananowy. Swiateczne ciasta w koncu dojedlismy, a kilka bananow bylo juz ledwie zywych, wiec przyszla pora na ich wykorzystanie. I nawet wyszedl mi bez zakalca. ;) Przyjechaly chlopaki, zjedlismy obiad i... Nik zaczal narzekac na bol gardla! :O Jak to u niego, z pelna dramaturgia. Krzywienie sie przy kazdej probie przelkniecia czegokolwiek, usilowanie porozumiewania sie na migi, zbolala mina, itd. Wkurzylam sie (nie na niego, tylko ogolnie na sytuacje), bo po pierwsze, dopiero co byl chory przed samymi Swietami, bardzo szybko mu przeszlo, caly tydzien przerwy bylo ok, a teraz trzy dni byl w szkole i znow cos?! Po drugie, jak zwykle takie numery na weekend. Zostal piatek zeby zdecydowac czy pedzic do lekarza, czy moze poczekac na rozwoj sytuacji. Po trzecie, z czekaniem moze byc problem, bo na sobote w nocy zapowiadaja nam solidna sniezyce, wiec jakby co, to w niedziele wszystko moze byc sparalizowane. Po czwarte, w sobote mial plynac w wyscigach. W koncu go namowilam i dupa, bo do tego dnia nie wydobrzeje na pewno... Po piate, w koncu mamy sie doczekac sniegu, bylaby szansa na wybranie sie na pierwsze (a kto wie, moze ostatnie) sanki w tym roku, to on oczywiscie chory. A po szoste, ostatnie, to kto wie czy solidnie wydobrzeje do wtorku. A we wtorki ma przeciez teraz klub narciarski, za ktory zaplacilismy niemale pieniadze. To tylko piec wypadow na stok i mialby ktorys ominac? Zwariowac mozna... Tego dnia mieli tez trening na basenie, ale wiadomo bylo, ze nie pojdzie skoro go cos rozklada. Kiedy Bi uslyszala, ze brat nie idzie, podumala chwile bo umawiala sie z kolezanka ze pobawia sie chwile po treningu, ale w koncu stwierdzila, ze jednak zostaje. Ku radosci M., ktory mial (przez dzieciaki) ponad tygodniowa przerwe na silowni, wiec teraz, po dwoch dniach pod rzad, dorobil sie zakwasow i wolal odpoczac.

Piatek zaczal sie normalnie. Wstalam z Bi, pomoglam jej sie wyszykowac, a potem wyszlysmy czekac na jej autobus. Temperature mielismy -6, z odczuwalna okolo -10. O ktorej wiec przyjechal autobus? O 7:26. Oczywiste jest, ze jak jest lodowa, to bedziemy czekac. :D Zanim wyszlysmy przygotowalam sniadanie synowi i obudzilam go, ale dopiero kiedy Starsza odjechala, mialam czas zeby dobrze sie mu przyjrzec. Ten narzekal nadal na bol gardla, a do tego doszedl zawalony nos i oslabienie. Poczatkowo myslalam, ze zaaplikuje mu lekarstwa i wysle na edukacje, ale zaczal prawie plakac, ze on jest taaaki slaby, a ja kaze mu isc do szkoly! :D W koncu przemyslalam szybko sytuacje, czyli weekend, potencjalna sniezyce, perspektywe ozdrowienia do wtorku... i zostawilam go w domu. Stwierdzilam, ze zawsze to dodatkowy dzien na dojscie do siebie, a poza tym chcialam zabrac go do lekarza zeby sprawdzic czy nie rozwija sie cos powazniejszego. Kiedy otworzono przychodnie, podjelam wiec proby dodzwonienia sie i wcisniecia na wizyte. O dziwo juz za trzecim razem ktos odebral i na 11:45 mielismy wizyte. W miedzyczasie popedzilam do roboty zeby przelozyc te cholerne odczynniki. Przeszukalam lodowko-pokoj i nic nie znalazlam. Mialam szczescie, bo na korytarzu dorwalam tego pana roznoszacego paczki i spytalam go gdzie wsadzil ta wczorajsza. Zdziwiony odparl, ze w czwartek po poludniu pojawil sie ten koreanczyk i juz ja wzial! To super, wszyscy zawracaja mi doope, a potem nikt nie poinformuje o zmianie i  jezdze w te i we w wte na darmo... :/ Wrocilam do chalupy szybciej niz przewidywalam, ale to nie byl koniec jezdzenia, bo przeciez jeszcze musialam zabrac syna do lekarza. Okazalo sie, ze tym razem wizyta byla troche na wyrost. Mlodszy uszy mial czyste, gardlo nie takie zle, test na angine wyszedl negatywny, osluchowo tez ok, czyli diagnoza - wirusowka. Lekarka stwierdzila, ze to raczej nie grypa, bo wtedy objawy sa zwykle duzo gwaltowniejsze. Zasugerowala ze moga zrobic test na covid, ale machnelam reka. Mam jeszcze dwa testy w domu, wiec moge je zrobic sama. Zreszta, skoro to nic bakteryjnego, to teraz dla mnie juz nie ma znaczenia jaki to wirus. Wiadomo, ze lekarstwa nie dostane, a Mlodszemu pozostalo wypoczywac i duzo pic. Wrocilismy do chalupy i Nik podjal bez ponaglania to pierwsze. Z racji, ze byl oslabiony i tak przewalal sie miedzy lozkiem a kanapa. ;) Korzystajac z dnia w domu, zmienilam dzieciakom posciel, a potem stwierdzilam ze zuzyje reszte maku pozostala ze swiatecznych miakielek. Az dziw, ze nie splesnial... Upieklam palmiery makowe, ktore sa chyba najszybszym wypiekiem, a smakuja prawie jak drozdzowki. ;) Wrocila do domu Bi, ktora oczywiscie strzelila focha, ze brat nie byl tego dnia w szkole, a niedlugo po niej dojechal M. Reszta popoludnia i wieczor to juz taki zwykly relaksik. Na zawody plywackie kolejnego dnia Nik nie mial oczywiscie jechac, ale Bi sie wybierala, az do... wieczora. Zaczela narzekac, ze kiedy zgina nadgarstek, to cos ja boli w przedramieniu i ze nie da rady plynac z bolaca reka. :/ Najpierw dalam jej masc przeciwbolowa, myslac, ze moze troche jej to znieczuli. Nadal jednak twierdzila, ze boli i ze "zobaczy jak bedzie rano i mi powie czy uda jej sie plywac". Taaa... Tyle, ze akurat te zawody mialy byc z samego rana, wiec nie byloby czasu na zastanawianie sie. Ostatecznie stwierdzilam, ze odpuszczamy i z lekkim wstydem wyslalam kolejnego maila trenerowi. A na wieczor okazalo sie, ze to byla chyba dobra decyzja, bo po Kokusiu i mnie zaczelo cos rozkladac. Mialam nadzieje, ze mnie ominie, ale w zasadzie czego ja sie spodziewalam? Zazwyczaj lapie wszystko od syna, a tym razem mozliwe ze dogonilo mnie to przewianie na nartach. :( W kazdym razie dobrze, ze i ja i Nik bedziemy mieli okazje porzadnie sie wyspac, co moze pozwoli szybciej dojsc do siebie.

Do przeczytania!

piątek, 29 grudnia 2023

Swieta i dni poswiateczne

Chcialabym napisac, ze sobota, 23 grudnia to byl dzien spedzony na intensywnych przygotowaniach, ale niestety... mialam sporego lenia. ;) Juz od kilku lat praktycznie nie czuje ducha Swiat, a w tym roku nastapil jakis punkt kulminacyjny. Normalnie mogloby ich dla mnie nie byc i kompletnie nie mialam ochoty na przygotowania. Pozazdroscilam mojej siostrze, bo ona upiekla ciasto i jechala "na gotowe" do tesciow. A ja od tylu juz lat Wigilie zawsze mam u siebie i stercze przy garach po dwa dni. Chyba juz mi sie pomalu odechciewa... No ale ze to do nas przyjezdzala ta skromna grupka gosci, wiec co robic, cos tam trzeba bylo przygotowac. Rano pospalam do 8:30, choc gdyby nie budzik, pewnie obudzilabym sie gdzies okolo 10, bo bylam kompletnie nieprzytomna... Chwile polezalam zeby sie dobudzic, po czym z lekkim niepokojem poszlam sprawdzic jak syn. Juz nie spal i zgodzil sie na sniadanie - czyli odzyskal nieco apetyt i idzie ku lepszemu. Uff... Po sniadaniu dzieciaki urzadzily sobie ranek filmowy w duchu Xmas, czyli najpierw obejrzeli Ekspress Polarny, a potem Elfa. Ja w tym czasie zjadlam wlasne sniadanie, umylam sie i pomalu zaczelam myslec o przygotowaniach swiatecznych. Na poczatek ukrecilam mase do metrowca i wlasciwie opuscil mnie entuzjazm. ;) Do domu wrocil M., a mi sie przypomnialo, ze skoro siostra jedzie do tesciow, to pewnie bedzie wyjezdzac dosc wczesnie i jesli chce jej zlozyc zyczenia, to musze to zrobic tego dnia. Napisalam wiec szybko czy ma czas na Skypa i odpowiedziala, ze ma 15 min. zanim bedzie musiala klasc najmlodszego spac. Okazalo sie, ze mialam nosa, bo planowali wyjechac o 8 rano mojego czasu, czyli w zyciu bym sie nie zwlokla z lozka... Z kilkunastu minut zrobila nam sie prawie godzina gadania, a mnie robil sie coraz wiekszy poslizg. ;) W miedzyczasie M. zaczal swoja czesc, czyli barszcz oraz "smazona" rybe. W tym roku wybralismy szybsza i przy okazji zdrowsza opcje. Rybe obtoczylismy w panierce, ale zamiast smazyc, upieklismy ja w piekarniku. Po rozmowie zabralam sie wiec ostro do roboty. Przelozylam metrowca, polalam polewa, machnelam jedna z salatek, a potem postanowilam sprobowac czy moj nowy mikser planetarny zdola ukrecic ciasto na spod do sernika. Kiedy ostatnio zagniatalam je na pierniczki, zupelnie zapomialam, ze ma taka koncowke. Tym razem postanowilam go wyprobowac. Poczatkowo nie wygladalo to obiecujaco, bo co chwila musialam go wylaczac zeby zebrac lyzka to, co zbieralo sie na bokach i mikser omijal. Po jakims czasie jednak wszystko ladnie wymieszal i faktycznie zrobila sie z tego prawie kula ciasta. I teraz sama nie wiem co lepsze - rekoma na pewno poszloby szybciej. Z drugiej strony, czasem przy tym zagniataniu az rece bola. Tutaj mikserowi zajelo to dluzej, ale za to niemal bez wysilku z mojej strony. ;) Gotowa kule wsadzilam do lodowki, po czym zabralam Kokusia pod prysznic, nakazujac M. w tym czasie pokroic i podsmazyc cebule. Potem wrocilam na dol i zabralam sie za kapuste z grzybami, a malzonkowi polecilam z kolei rozwalkowac schlodzone ciasto i wsadzic je do formy. Kiedy kapusta w grzybami sie juz dusila, zabralam sie za reszte sernika. W tym przepisie na szczescie "reszta" to tylko zmiksowanie sera wraz z pozostalymi skladnikami. Na koniec pieczenia trzeba bylo polac go ubita piana z kokosem, ale zamiast godziny, musialam piec cholerstwo poltorej, bo caly czas wygladalo na niedopieczone. Kiedy sernik sie upiekl i  kapusta z grzybami zmiekla, poszlam poczytac Nikowi, a potem wstawilam do gotowania warzywa potrzebne na salatke, ktora planowalam zrobic kolejnego dnia. I na tym postanowilam zakonczyc "zabawe", bo i tak plecy mnie juz bolaly od stania. ;)

W niedzielny ranek juz mniej poddalam sie lenistwu, bo presja wieczornej Wigilii na to nie pozwolila. ;) Planowalam trzymac tego dnia post, czesciowo zeby zrobic miejsce na pozniejsze obzarstwo, wiec zjadlam tylko troche owsianki na sniadanie i potem juz nic. Jak zawsze, kiedy czlowiek chcialby spowolnic troche czas, to ten pedzil jak glupi. Zrobilam salatke - sledzie pod pierzyna, namoczylam bulki do makielek i polecialam sie wykapac. Potem skonczylam makielki i szybko wyszorowalam dolna lazienke i powycieralam kurze na dole. Przynioslam prezenty dla dzieciakow z piwnicy (bardzo zdziwieni byli, ze rano nie bylo ich pod choinka), po czym zabralam sie za pakowanie upominkow dla gosci. Na szczescie poszlo dosc sprawnie, ale i tak plulam sobie w brode, ze zostawilam to na ostatnia chwile. W miedzyczasie wlosy mi przeschly, wiec polecialam na gore, zeby je podkrecic. Celem bylo ich lekkie utemperowanie, bo mam niesamowicie geste kudly, a w dodatku teraz sa nadprogramowo dlugie, wiec myslalam ze troche je uglaszcze. Niestety, raczej uzyskalam jeszcze wieksza objetosciowo grzywe. ;) Potem przyszedl czas na pazury. Normalnie bym je przeleciala lakierem i czesc. Ostatnio wygladaja jednak gorzej niz zwykle. Zawsze mialam slabe, miekkie paznokie, zaginajace sie pod spod - tragicznie to wyglada. Zupelnie nie ciagnie mnie do salonow, ale kilka miesiecy temu kupilam sobie takie przyklejane i czekaly w szufladzie az nabiora mocy urzedowej. ;) Postanowilam wyciagnac je wlasnie na Wigilie i... nie byl to dobry pomysl. :D Nigdy wczesniej czegos takiego nie uzywalam, a dodatkowo gonil mnie czas, wiec rece mi sie trzesly, posmarowane juz klejem paznokcie spadaly na stol lub podloge, itd.

Takie ladne paznokcie, to u mnie rzadkosc ;)
 

W dodatku, w jednym z palcow zle dobralam rozmiar i zaczal bolec mnie opuszek, ale pechowo dopiero po godzinie czy dwoch... Kiedy uporalam sie z paznokciami, nakrylam do stolu, po czym trzeba bylo ogarnac chyba najgorsza logistyke - co podac na czym i jak to odgrzewac zeby wszystko bylo cieple w tym samym czasie... Aha. Gdzies w srodku calego chaosu musialam stoczyc tez bitwe z Bi zeby ubrala na siebie cos uroczystego. Ma ladne sukienki (ktorych nie cierpi), strojne bluzeczki, ale nieee... Ze wszystkich opcji, ktore jej podsuwalam, laskawie zgodzila sie na koszule z koncertu. :/ Nik na szczescie zalozyl grzecznie co mu przygotowalam. ;)

Nik prezy chuda piers :D
 

Wkrotce po przygotowaniu wszystkiego, dotarl moj tata, a chwile pozniej chrzestny Potworkow ze swoja pania. Niestety, my zadowoleni ze wszystko odgrzane i wylozone na stol, a oni przywiezli jeszcze rybe w sosie smietanowymi i... kapuste z grzybami, zdublowana z moja... ;) Trzeba bylo podgrzac jeszcze polmisek z ryba oraz choc troche ich kapusty. W koncu wszystko bylo gotowe, zrobilismy gosciom kawy lub herbaty i przystapilismy do dzielenia sie oplatkiem. W tym roku byla nas niestety siodemka, wiec zawsze ktos stal z boku i czekal... Potem wreszcie wszyscy zasiedli z ulga do szamania. ;) Zrobilo nam sie tego na stole tyle, ze nie sposob bylo wszystkiego sprobowac. Nie ruszylam kompletnie moich makielkow, a za to bylam jedyna osoba, ktora wziela troche mojej salatki warstwowej. Wszyscy rzucili sie na ta sledziowa. ;) Bi zjadla bardzo ladnie barszcz, potem rybe, poprobowala jeszcze innych rzeczy, za to Nik... porazka. Barszcz (a raczej uszka) meczyl chyba godzine, az w koncu pozwolilismy mu wychleptac sama zupe. Wmusilismy w niego malutki kawalek ryby, a poza tym, wpierdzielal... chleb. Suchy. :D Kiedy wszyscy sobie pojedli, przeszlismy do salonu, na gwozdz programu (dla Potworkow), czyli rozdanie prezentow. Przy moim tacie oraz A., sporo sie tego zebralo. Nik dostal skarbonke - sejf, bo wiecznie wsadza kase w rozne dziwne miejsca, a potem urzadza awantury, ze Bi mu ja wykrada. Dodatkowo kolejne Lego Technic oraz kamere na ruch, ktora mozna ustawic na zewnatrz i zobaczyc jakie zwierzaki kreca sie w okolicy.

Najlepsza czesc Swiat ;)
 

Bi otrzymala zestaw perfumikow, torebke, podswietlane lustereczko, blyszczyki, rowniez zestaw Lego oraz... scyzoryk. Podczas urodzin Kokusia tak glosno wyrazala zazdrosc na widok upominku Kokusia, ze "Mikolaj" posluchal i panna dostala swoje "noze". :D Oboje otrzymali tez wlasne lyzwy i tu sie zdziwilam, bo spodziewalam sie, ze to Nik bardziej sie ucieszy, tymczasem to Bi az podskoczyla ze szczescia. 

Chyba sie cieszy, co? ;)
 

M. dostal zestaw... nozy (cos u nas ostatnio wszyscy dostaja ostrza :D) oraz perfum, a ja komplet czapki z szalikiem i... Lego, hehehe... Po raz kolejny okazuje sie, ze Mikolaj uwaznie slucha, bo rok temu, kiedy Bi dostala orchidee, westchnelam, ze ale super i ze sama bym sobie cos takiego poukladala. No i prosze. :D Dostalam tez nowa, wypasiona szczoteczke do zebow, bo stara zaczela mi sie juz praktycznie rozpadac. To teraz mam taka, ktora laduje sie w... kubeczku, ktory moze sluzyc rowniez zwyczajnie, do plukania ust. :D Kiedy juz wszyscy otrzymali (a dzieciaki rozpakowaly) swoje prezenty, a przy okazji wieczerza ulozyla sie nieco w brzuchach, wylozylismy ciasta i ogladajac koledy nadawane gdzies z Polski, zjedlismy deser. Troche pogadalismy i goscie zaczeli sie zbierac. Po odjezdzie chrzestnego i przyjaciolki, zasiadlam jeszcze z tata zeby zrobic mu bezrobocie, po czym i on pojechal do domu. W sumie wyszlo idealnie, bo planowalismy jechac na pasterke na 22, a sami zostalismy jakos po 20. Zanim wszystko pozbieralismy i zaladowalam pierwszy ladunek zmywarki, zrobila sie 20:50. Mielismy wiec raptem 40 minut do zabicia zanim trzeba bylo sie zbierac do wyjscia, bo spodziewalismy sie tlumow i chcielismy wyjsc znacznie wczesniej. Posiedzielismy wiec troche przed tv, zgodnie narzekajac na przejedzenie, po czym zwolalismy potomstwo do wyjscia. Oboje cos tam przewracali oczami, ale zgodnie stwierdzili, ze wola isc wieczorem niz zrywac sie rano. Okazalo sie, ze niepotrzebnie sie spieszylismy, bo choc kosciol byl tloczny, to zostalo kilka lawek z pustymi miejscami. To nie czasy sprzed covida, gdzie jednego roku dostawiali krzesla do przedsionka, zeby wszyscy mieli szanse usiasc... ;) Poniewaz uwielbiam ten czas bozonarodzeniowy i koledy, wiec bylam zachwycona, tym bardziej ze chor przepieknie spiewal. Wyjatkowo, zachwycony byl tez Nik, bo opocz choru, na gorze pojawilo sie kilka osob z instrumentami, wiec poza organami slychac bylo flety, klarnet, delikatne dzwonienie trojkata, a nawet beben. Malzonek zwykle chodzi spac przed 20, wiec nie wiem ile on na tej mszy kontaktowal i tylko Bi co chwila jeczala, ze ale nudy i ile jeszcze. :D Po powrocie do domu zagonilam ich na gore, ale niestety spac nie mieli zamiaru. Krecilam sie na dole ile moglam, ale sama padalam z nog, wiec w koncu, najciszej jak sie dalo, przynioslam drobiazgi i wcisnelam je do skarpet na kominku, a potem w koncu walnelam sie do lozka. I tak bylo grubo po polnocy. ;)

Nasz jedyny swiateczny dzien minal leniwie i spokojnie, czyli tak, jak powinien. Bi wstala pierwsza i slyszalam jak polazla na dol zeby sprawdzic skarpety. Skad wiem, ze je sprawdzala? Po pierwsze, to oczywiste. :D A po drugie, one wisza na takich specjalnych, ciezkich "trzymadlach". Panna sciagnela swoja nieostroznie, trzymadlo spadlo i rabnelo o podloge tak, ze obudziloby umarlaka. :D Poki co zbudzilo chlopakow, wiec po chwili reszta rodziny wyruszyla na dol. Ja desperacko probowalam zlapac jeszcze troche snu, ale zapomnij. Malzonek, jak zwykle nie myslac, zadzwonil do rodzicow i gadal sobie na caly glos, nie przejmujac sie, ze ktos moze jeszcze dosypiac. A tyle razy mowie mu, ze jesli chce rozmawiac przez telefon lub Skypa, to zeby zamknal mi drzwi do sypialni. Nigdy nie pamieta... W skarpetach Potworniccy znalezli po grze na Nintendo, pudelko - niespodzianke z Minecraft'a oraz po parze... cieplych skarpet. ;) Te Bi byly kupione w zestawie po dwie pary, wiec jedna zwinelam dla siebie i potem chodzilismy we trojke w puchatych skarpetkach.

Na te nasze kafle w holu oraz kuchni, idealne
 

Ranek minal na leniwym snuciu sie, rozladowywaniu zmywarki ze swiatecznych naczyn i szybkiego ponownego jej zaladowania, sniadaniu z przysmakow wigilijnych a dla dzieciakow oczywiscie graniu, bo nowe gry zobowiazuja. ;) W porze obiadowej przyjechal oczywiscie moj tata i pomogl dzielnie w uszczupleniu swiatecznych zapasow. Po jego odjezdzie stwierdzilismy, ze choc raz obejrzymy rodzinnie film, a ze wypozyczylismy nowego Avatar'a, ktorego i ja i M. bylismy ciekawi, wiec zasiedlismy na kanapie z dzieciakami. Stwierdzam, ze film byl fajny, ale jak to bywa, wole jednak pierwsza czesc. ;) A przy zakonczeniu, obie z Bi sie zgodnie poplakalysmy. Ja ogolnie jestem beksa, a juz przy filmach i ksiazkach zawsze sie wzruszam i rycze. Ale Starszej sie dziwie, bo przy jej charakterze wydaje sie raczej chlodna i bezuczuciowa. A jednak nie zawsze. :) Mimo ze bylo jakies 8 stopni, a wiec bardzo cieplo jak na grudzien, to w powietrzu wisiala mgla i panowala nieprzyjemna wilgoc, napalilismy wiec w kominku dla ogrzania atmosfery.

Nie ma nic przytulniejszego
 

A wieczorem jak zwykle naszla mnie mysl, ze kurcze, dwa dni sterczenia w kuchni i sprzatania chalupy, dla jednego wieczora i dnia... Nieoplacalne. :D

We wtorek to u nas juz dzien jak codzien, choc moj tata pojechal do Polakowa i okazalo sie, ze polowa sklepow byla pozamykana. Najwyrazniej Polacy postanowili swietowac dwa dni, tak jak rodacy w Kraju. ;) Malzonek musial juz jechac do roboty, ale ja z dzieciakami znow wstalismy pozno i mielismy kolejny, spokojny dzien. Nos wytknelam z Bi z domu tylko po to, zeby podjechac do biblioteki, bo pannie skonczyly sie czytadla, a stos ksiazek, plyt i gier do oddania zaczynal przypominac krzywa wieze w Pizie i straszyl z jadalnego stolu. ;) Myslalam, ze wyciagne z chalupy rowniez Kokusia, ale wolal ukladac swoje Lego. Ledwie zdazylysmy z corka wrocic, a przybyl dziadek, ktory sie nudzil, wiec wpadl, skoro i tak bylismy w domu. Posiedzial, pomogl ponownie uszczuplic swiateczne resztki, po czym pojechal i zaraz za zakretem wyminal sie z M. wracajacym do domu. ;) Reszta popoludnia oraz wieczor to juz takie snucie nieco bez celu i podjadanie bez umiaru. :D Az strach stanac na wage po tych Swietach... ;) A wieczorem, kiedy juz wszyscy domownicy powedrowali na gore, natchnelo mnie w koncu zeby otworzyc swoj zestaw Lego i zaczac ukladac. Na poczatek zmontowalam jeden woreczek (jest ich 7 w zestawie), ktory okazal sie mala podstawka do reszty aranzacji. Fajna sprawa okazal sie fakt, ze z tylu ma specjalny otwor i jesli bede chciala, moge zawiesic gotowy zestaw na scianie.

To juz etap z kolejnego dnia. Reszte pokaze Wam jak skoncze ;)
 

Sroda byla juz prawdziwym dniem lenia, bo nie wyszlam z dzieciakami z domu ani na chwile, a Nik nawet nie przebral sie z pizamy. ;) Zreszta, caly dzien kropilo (choc porzadnie rozpadalo sie dopiero na wieczor), wiec pogoda rowniez trzymala nas w zamknieciu. Dzieciaki poznym rankiem urzadzily sobie seans filmowy, ogladajac Dungeons and dragons, ktory okazal sie lekka i zabawna historia pelna przygod i humoru. Reszta dnia minela im juz niemal tradycyjnie na te przerwe swiateczna, czyli naprzemian ukladali Lego i Bi czytala, a Nik gral. Ja ogarnialam pranie, zmywarke, jakies tam male sprzatanko bo wszystko nadal mialam w miare uporzadkowane na Swieta. Dalej dojadalismy swiateczne resztki, wiec gotowac nic nie musialam, totez zasiadlam ponownie do wlasnego zestawu klockow. Tym razem opierdzielilam z rozpedu dwie torebki, skonczylam polowe zestawu i jedna ksiazeczke instrukcji. I stwierdzilam, ze od teraz musze sobie dawkowac ta frajde i ukladac po jednej torebce dziennie. Czy wytrzymam, zobaczymy. ;) Malzonek po drodze zajechal po psia karme i przy okazji zrobil male przemyslowe zakupy oraz kupil kawe dla nas. I strasznie sie nad soba uzalal, ale jak ja proponuje, ze pojade, to nie; on to zrobi... :/ Po powrocie probowal namowic Potworki na trening na basenie i o dziwo, Nik byl w miare chetny, za to Bi ostro zaprotestowala, ze w tym tygodniu chce odpoczac. W koncu M. machnal reka, wszyscy ruszyli pod prysznic i reszte dnia spedzilismy przed tv. Opychajac sie ciastami i ostatkami salatek oczywiscie... :D

W czwartek trzeba bylo pojechac na zakupy. Nie chcialo mi sie jak jasna cholera, wiec wstalam, zjadlam sniadanie (i przygotowalam je Bi), umylam sie, ubralam i pojechalam, bo wiedzialam ze jak usiade, to z lenistwa bede sie zbierac kolejne dwie godziny. ;) Przed samym wyjsciem obudzilam Kokusia - byla 10:19. :O Zreszta, nie dziwie sie mu, bo ewidentnie cos wisialo w powietrzu. Sama obudzilam sie o 8:30 i po chwili przysnelam zeby zbudzic sie o 8:57, po czym znow nie wiem kiedy zasnelam, choc tym razem przebudzilam sie juz o 9:08. W tym momencie juz podnioslam sie do pozycji pollezacej, bo balam sie ze jak bede lezec, to za moment znow zasne. ;) W kazdym razie, Mlodszy i tak nie mial ochoty jechac, za to zabrala sie ze mna corka. Zakupy poszly szybko i sprawnie, ale w drodze powrotnej czulam sie kompletnie zamulona i dopiero po chwili dotarlo do mnie, ze z tego pospiechu, zeby wyjechac zanim mi sie odechce, nie wypilam ani lyczka kawy! :D Po powrocie rozpakowac zakupy i reszta dnia to juz relaks. Dzieciaki dojadly reszte wigilijnego barszczu, a potem ogladali ostatnia czesc Piratow z Karaibow. Za to zirytowala mnie mamuska. Pisalam juz, ze wyslalismy z M. koszyki ze slodyczami dla jego rodzicow i mojej siostry. Mialy przyjsc 27-ego, ale przyszly w czwartek. Ponoc w srode nie pracowali, ale ciekawe dlaczego kalendarz pokazal, ze w ten dzien dostarczenie jest mozliwe? :/ No ale pal szesc; wazne ze doszly. Jak juz napisalam, kiedy wysylalam cos takiego mojej matce, nigdy nie uslyszalam podziekowania, tylko zawsze pretensje, ze po co, ze szkoda pieniedzy, ze lepiej bym te kase wyslala jej, ze to nigdy nie wyglada jak w zamowieniu, ze ona nie lubi odbierac telefonow ani domofonu, a tu musi czekac na kuriera, itd. W ktoryms momencie przestalam wysylac jej takich zamowien na Dzien Matki i tym razem tez stwierdzilam, ze jak mam znow sluchac marudzenia, to dziekuje, postoje. Tymczasem po poludniu dostalam sms'a od mamuski, z pytaniem czy jej tez wyslalam i czy ma sie spodziewac kuriera. I kolejnego, ze musi wiedziec, bo chce wyjechac na 4 dni. Tu musze nadmienic, ze moja matka zrobila sie mocno zdziwaczala i nigdzie nie wyjezdza, wiec podejrzewam, ze to takie klamstewko zeby zmusic mnie do szybkiej odpowiedzi. Odpisalam pytaniem czy chcialaby cos takiego otrzymac, bo przeciez zwykle miala raczej pretensje zeby jej nie zawracac gitary? Nie doczekalam sie komentarza, wiec prawdopodobnie jest obrazona. Z ta kobieta jak z dzieckiem. Kiedy jest pominieta, to zle, ale jesli nie jest, to zamiast okazac wdziecznosc, woli marudzic zeby jeszcze bardziej zwrocic na siebie uwage. Strasznie meczace jest to jej zachowanie i dziecinne... Jakby mojej matki bylo malo, wkurzyl mnie M. Przyjechal do domu i oznajmil ze zje reszte kapusty z grzybami. Z ziemniakami. Poniewaz dojadalismy nadal resztki swiateczne, to przytaknelam, ze to dobry pomysl. Malzonek zabral sie za obieranie i gotowanie kartofli i rzuca tekstem, ze "jakbym byla dobra zona, to ugotowalabym mu te ziemniaki wczesniej". Mowie, ze przeciez nie wiedzialam, ze bedzie chcial jesc kapuste, a on na to, ze moglam pomyslec co bedzie jadl, tak jak on zawsze przyjezdza po pracy i mysli co przygotowac dzieciakom po szkole. Zagotowalam sie i prychnelam, zeby mnie nawet nie wkurzal, bo zwykle ustalamy wspolnie co bedzie na obiad, a ja nie jestem wrozka zeby sie domyslac, ze jasnie pan bedzie chcial zjesc kartofle z kapusta. I ze mogl mi wyslac sms'a. Malzonek dalej, ze myslal, ze sie domysle. No bo, kur*a, ja umiem najwyrazniej czytac w myslach! :/ Reszta popoludnia minela juz na szczescie zgodniej. Dzieciaki zrobily sobie na obiadokolacje domowe pizze, a ze oboje nadal twardo protestowali przed treningiem, to wieczor spedzilismy przed tv lub z ksiazka, w zaleznosci od upodoban. ;)

Czy oni nie moga jakos normalnie sie usmiechnac...
 

W piatek stwierdzilam, ze trzeba w koncu wyrwac Kokusia z domowych pieleszy i pojechac na lodowisko. W koncu Potworki mialy nowy "sprzet" do wyprobowania. ;) Tak naprawde to myslalam, ze ten wypad na lodowisko zaliczymy troche wczesniej niz niemal na koniec przerwy, ale wiadomo, w dzien swiateczny sie nie chcialo, we wtorek "odpoczywalam" po Swietach (:D), w srode na lodowisku byl turniej hokeja i nie bylo jazdy publicznej, a w czwartek byla, ale dopiero o 18. Padlo wiec na piatek, bo obawialam sie, ze w weekend moga byc tam dzikie tlumy. Tak w ogole, jeszcze w Swieta dzieciaki dopytywaly kiedy pojedziemy na lyzwy, a kiedy w piatek rano spytalam czy chca jechac, Bi wzruszyla ramionami, ze jesli Nik chce, to ona tez moze, a Mlodszy stwierdzil, ze moooze jechac, ale niekoniecznie. W sumie to nie bardzo mu sie dziwilam, bo wiekszosc tygodnia nie ruszyl sie z domu, ani nawet nie przebral z pizamy. Nie dziwota wiec, ze zgnusnial juz w tej chalupie kompletnie. ;) To byla jednak glowna przyczyna, dla ktorej tego dnia juz nie odpuscilam, tylko oznajmilam, ze jedziemy. Wstalismy, jak przez caly tydzien, pozno. Zanim zjedlismy sniadanie i troche sie ogarnelismy, zostala nam niecala godzina, bo jazda publiczna w tym tygodniu byla o prawie dwie godziny wczesniej niz zwykle. Zdazylam na szczescie wypic szybka kawe, bo pogoda byla znow ponura i deszczowa, wiec raczej na spanie, a nie aktywnosc. Na lodowisku oczywiscie byly tlumy. Mimo ze dojechalismy raptem kilka minut po rozpoczeciu, na parkingu byly juz tylko pojedyncze wolne miejsca, a w wypozyczalni znow zaczynalo brakowac rozmiarow. Na szczescie nas to nie dotyczylo. ;) Troche obawialam sie czy Potworki "polubia" sie z nowymi lyzwami, przyzwyczajeni bowiem byli do figurowek, zas te maja plozy bardziej hokejowe. Uznalam jednak, ze oboje jezdza tak dobrze, ze chwilka i przyzwyczaja sie. Faktycznie, na poczatku oboje miny mieli nietegie i pretensje, ze musza uczyc sie jezdzic od nowa. Szczegolnie Nik, ktory lubil na tych "zabkach" z przodu lyzew robic gwaltowne skrety i inne figury. Po chwili Bi oznajmila, ze juz to "czuje", ale Mlodszy dalej sie burzyl.

Panna Bi cala w czerni ;)
 

Myslalam, ze pojezdzimy do czyszczenia lodowiska, ktore robia mniej wiecej w polowie publicznej jazdy, ale zanim dojechalismy, zalozylismy lyzwy i wyszlismy na lod, zostalo raptem pol godziny, bo czyszczenie urzadzili szybciej niz przewidywalam. Zgodnie postanowilismy wiec zostac jeszcze troche po czyszczeniu. Tu juz Bi zaczela marudzic, ze z boku boli ja stopa. To jest jej stala bolaczka i najwyrazniej to raczej cos z jej noga, a nie z lyzwami, skoro nawet w nowych, z mieciutkim, wygodnym butem, jej dokucza. Za to Nik zlapal "rytm", ze tak powiem i jak zwykle nie mozna bylo go sciagnac z lodu.

Poczul sie pewniej, to od razu caly uchachany :D
 

Zrobilismy chyba ze cztery "ostatnie" koleczka, zanim w koncu oznajmilam, ze starczy. ;) Juz wracajac, Mlodszy oznajmil, ze chetnie znow pojedzie na lyzwy, a Starsza, ze w sumie to ona coraz mniej to lubi... A tyle bylo radosci z nowych lyzew... Chyba je oddam jak maja lezec. Zajechalismy po kawe oraz napoje i pizze i dojechalismy do chalupy ledwie pol godziny przed M. Fajnie jednak bylo sie w koncu troche poruszac. Wieczor to juz byl spokojny relaksik. Jedyne co, to wyciagnelam z szaf dzieciakow 3 wielkie wory za malych ciuchow, a potem z rozpedu zrobilam segregacje w szafie w przedpokoju, bo szukajac rekawiczek na lodowisko, odkrylam tam cala kolekcje zbyt malych czapek, rekawic i kominow. A kolejnego dnia M. chcial po pracy oddac to wszystko do skupu, zeby dostac karteczke do odliczenia tego od podatkow.

Przed nami ostatnie dwa dni starego roku. Na Nowy mam dla Was bardzo proste zyczenie:

Oby byl lepszy od minionego!!! :D

piątek, 22 grudnia 2023

Niespodziewany dlugi weekend w tygodniu przedswiatecznym

Sobota, 16 grudnia to powtorka z rozrywki z poprzedniej. Ponownie Nik mial mecz koszykowki na 12, a Bi zawody plywackie niemal na ta sama godzine, bo 12:45. Mialam wiec z Potworkami spokojny ranek i moglismy odespac tydzien wczesnego wstawania. Kiedy juz zwleklismy sie na dol, zaproponowalam dzieciakom zeby zaczeli ogladac kolejna czesc "Piratow", w poniedzialek bowiem musielismy oddac plyte. Myslalam, ze zaczna i dokoncza kolejnego dnia, ale okazalo sie, ze ta czesc jest krotsza i zdazyli obejrzec caly film. Skonczyl sie idealnie kiedy M. dojechal z pracy i chlopaki musialy sie zbierac do wyjscia, a my jakies 45 minut po nich. Oni jechali znow do szkoly Kokusia, a my na szczescie tym razem znacznie blizej niz tydzien wczesniej. Jak ostatnio bylysmy w miejscu gdzie Mlodszy mial mistrzostwa w lutym, tak tym razem trafilysmy tam, gdzie miala je Bi - kilka lat temu. :)

Spotkanie towarzyskie na plyciznie przed rozgrzewka
 

Ponownie zglosilam sie do mierzenia czasu i tak dlugo ociagalam sie z przydzieleniem lini, ze dostalam ostatnia - 6. I o to mi chodzilo. ;) Znow mialam luzy i przerwy w dzieciakach co kilkanascie minut, moglam wiec pojsc popic kawy i skubnac cos do jedzenia. Bi ponownie plynela sztafety kraulem. Mimo ze trener wymienil jedna z dziewczynek w ich grupie na inna, plywajaca duzo lepiej, to dwie pozostale - swiezynki w druzynie, spowolnily je wystarczajaco, zeby zajac znow ostatnie miejsca. No coz. ;) Indywidualnie, Bi plynela tak jak ostatnio na 50 m (dwie dlugosci basenu) kraulem. Ostatnio wygrala z palcem w nosie, ale tym razem przeciwna druzyna miala bardzo szybka dziewczynke. W sumie jak patrzylam na jej styl, to byl raczej "rozpaczliwy". Panna machala ramionami kompletnie bez gracji, ale za to szybko. ;) A Bi podeszla tym razem do zawodow na jakims luzie i mialam wrazenie, ze plynie sobie takim spokojnym tempem. No i zajela drugie miejsce, a z trzecia dziewczynka wygrala o ulamki sekundy.

Jedna dziewczynka juz stoi, Bi wlasnie dotyka scianki, a trzecia panna doplywa. Reszta daleko w tyle ;)
 

Jej drugi indywidualny wyscig byl na 100 m, z kazda dlugoscia basenu innym stylem. Pechowo, plynela znow przeciwko tej samej dziewczynce i ponownie zajela drugie miejsce.

Tamta juz odpoczywa, a Bi wlasnie doplynela. Plynelo z nimi dwoch chlopcow, ale nawet ich jeszcze nie widac ;)
 

Oczywiscie potem sama przyznala, ze nie dala z siebie wszystkiego, ale pocieszalam ja, ze nie zawsze sie wygrywa i czasem trafi sie wlasnie ktos szybszy i tyle. Jedyne co moze zrobic, to trenowac jak najmocniej, zeby poprawic szybkosc i wytrzymalosc. Przeciwna druzyna okazala sie malutenka (albo tyle dzieci nie dojechalo), wiec znow wiele wyscigow bylo laczonych i skonczylismy duuuzo wczesniej. Na poczatkowej rozpisce planowy czas konca wynosil 17:30, a tymczasem zakonczylismy o 15:20. Ucieszylam sie jak glupia, zajechalysmy z Bi po kawe, a potem... pannie zachcialo sie jechac do biblioteki. Mowila jednak, ze ksiazke, ktora chciala wypozyczyc widziala wczesniej na polce, uznalam wiec, ze powinno pojsc szybko. Taaa, ja naiwna. Poczatkowo wszystko szlo sprawnie. Zgarnelysmy stosik plyt, zeby miec co ogladac podczas przerwy swiatecznej. Wzielismy tez gry, ktore Potworkom sie ostatnio spodobaly. Tymczasem ksiazki... nie bylo. I to nie tylko na polce, ale kiedy spytalysmy bibliotekarke, okazalo sie ze w ogole jej nie maja. Pani byla jednak bardzo sympatyczna i zlozyla zamowienie zeby przeslac ja dla Bi z biblioteki w sasiednim miasteczku. Starsza jednak, mimo ze ma stosik ksiazek kupionych na kiermaszu w szkole, stwierdzila ze zostawia je sobie zeby przeczytac po skonczeniu obecnej serii. A w czasie kiedy czeka na dotarcie upatrzonej ksiazki, chce wypozyczyc jakas inna. Tyle, ze oczywiscie nie mogla sie na nic zdecydowac i chodzila miedzy regalami dobre 45 minut. Na szczescie przez glosniki ogloszono, ze za 20 minut zamykaja biblioteke. To dalo jej motywacje zeby szybciutko cos sobie znalezc. No ale moglysmy byc w domu o 16, a dojechalysmy prawie o 17... :/ Na szczescie w ten weekend nie mielismy zadnych imprez, wiec po powrocie Bi, a potem ja wskoczylysmy pod prysznic i juz moglam sie delektowac spokojnym wieczorem. Dowiedzialam sie tez, ze zespol Kokusia ponownie mecz wygral, a piec z chyba 14 koszy, strzelil syn. No i super, jestem dumna, choc i tak wolalabym zeby pojechal na zawody plywackie. :D

W niedziele ponownie moglam z dzieciakami dluzej pospac, choc znow nie az tak dlugo. Budzik nastawilam na 8:30 i kiedy wstalam, Bi juz nie spala, ale Nik owszem. Obudzil sie dopiero po 9. Niestety, przez zawody Starszej, znow nie udalo nam sie pojechac do kosciola w sobote, wiec trzeba bylo sie wybrac w niedziele rano. Zabralam Potworki do tego samego co tydzien wczesniej i kurcze, wiecej tam chyba nie pojade. Tlumy ludzi, brak miejsc parkingowych i ostatecznie musielismy w kosciele stac, bo pojedyncze miejsca siedzace by sie znalazly, ale trzy obok siebie juz nie, a dzieciaki nie chcialy sie rozdzielac. Jakos dalismy rade, za to w czasie mszy zaczal padac deszcz, wiec dlugi marsz do auta jeszcze bardziej popsul mi humor. Po powrocie do domu nie mialam ochoty juz sie ruszac z chalupy, a niestety Bi umowila sie z kolezanka i chciala zeby ja zawiezc. Ech... Naprzemian deszcz i mzawka, ciemno i ponuro, a ona akurat tego dnia uparla sie na spotkania towarzyskie i to na drugim koncu miejscowosci... Ledwie zdazylismy dojechac z kosciola, a przyjechal moj tata, jak co niedziele. Tym razem, poza bezrobociem, musialam pomoc mu wypelnic jeszcze kilkanascie stron formularzy, potrzebnych klinice, ktora bedzie przeprowadzac jego operacje kolana. Tak naprawde, poza trzema stronami, nigdzie nie bylo, ze musi to odeslac teraz-zaraz-natychmiast, a do operacji zostal ponad miesiac. Ale tata uparl sie oczywiscie ze jak juz to otworzylismy, to chce to zrobic od razu. Zdecydowanie tendencji do prokrastynacji po nim nie odziedziczylam. :D W koncu dojechal M. i wlasciwie byla pora zeby zawiezc Bi do kolezanki. Widzac, ze ja siedze nad formularzami taty, zlitowal sie i pojechal z corka. Dziadek znow posiedzial kilka godzin, znajdl obiad i obejrzelismy razem skoki narciarskie, choc w sumie nad wynikami "naszych" mozna sie raczej zalamac niz kibicowac. ;) Tata pojechal, a ja za chwile musialam odebrac Bi. Wrocilysmy do chalupy i cale szczescie nic juz nie musialam robic ani nigdzie jechac, bo pogoda robila sie coraz gorsza. Caly dzien wlasciwie mzylo, z tylko okazjonalnym mocniejszym deszczem. A na wieczor nie tylko zaczelo lac, ale jeszcze zerwal sie wiatr. Zewszad walily ostrzezenia przed huraganowymi porywami i kladlismy sie spac zastanawiajac sie czy nie zerwie gdzies lini wysokiego napiecia i obudzimy sie bez pradu w domu...

W nocy spalam fatalnie. Gorsza wichura niz ta, zdarzyla sie tylko 3 lata temu, kiedy drzwewo zwalilo nam sie na przyczepe... Tym razem przypomnialo mi sie dziecinstwo i zimowe sztormy na Baltyku. Pamietam dokladnie ten swist w szparach okiennych, wiatr walacy w nie i grozacy wywaleniem z framug. Marsz pod wiatr, gdzie czlowiek mial wrazenie, ze wcale nie posuwa sie naprzod. "Zassane" przeciagiem drzwi od klatki schodowej, otworzone tylko dzieki uprzejmosci silnego sasiada. Takie to uroki dorastania w Trojmiescie. ;) Tym razem wiatr zawiewal akurat glownie w strone domu od mojej sypialni, wiec mocno gwizdal w oknie. Slychac bylo jakies stuki, metaliczne uderzenia, itd. Co chwila wlaczalo sie swiatlo nad garazem na sensor ruchu. Mowiac ogolnie bylo nieciekawie. Przy kazdym przebudzeniu zerkalam pierwsze do lazienki dzieci, bo tam mamy male swiatelko, jakby ktores z mlodziakow musialo pojsc siusiu w nocy. Na szczescie za kazdym razem nadal sie swiecilo, wiec prad byl. Tuz po 6 rano obudzil mnie sms ze szkol, ze z powodu pogody, opozniaja lekcje o dwie godziny. Hmmm... O tej porze roku, opoznienia i zamkniecia sa zwykle z powodu sniegu, a nie deszczu oraz wiatru. ;) Z ulga przesunelam budzik na 8 rano, ale poki co nie oplacalo mi sie ukladac wygodniej. Lezalam i czekalam az zadzwoni budzik Bi, po czym poszlam powiedziec jej, ze lekcje zaczyna dopiero o 9:30, a nastepnie obie polozylysmy sie spowrotem spac. Tuz przed moim (nowym) budzikiem wstal spanikowany Nik, ktory oczywiscie  nie wiedzial o przesunieciu. :D W koncu wstala Bi, wstalam ja i pierwsze co, to pozagladalam naokolo domu, zeby zobaczyc czy nie ma zadnych zniszczen. Wiatr mocno przyginal drzewa do ziemi, wiec obawialam sie, ze smietniki moga fruwac po calym ogrodzie. Ku mojemu zdumieniu staly na miejscu (mielismy farta, ze w czwartek zapomnielismy ich wystawic do oproznienia, wiec byly dosc ciezkie :D) i w ogole, jedynym sladem wichury, byla czerwona kokarda, ktora powinna wisiec pomiedzy drzwiami garazowymi, a tymczasem, zerwana, lezala w kaluzy. ;) Mielismy kupe szczescia, bo tysiace ludzi w naszym Stanie zostalo bez pradu i do wieczora nadal nie wszedzie go przywrocili. W naszym miasteczku rowniez sporo miejsc stracilo prad, m.in, w okolicach jednej ze szkol (wiec moze stad te zamkniecia), ludzie zglaszali drzewa zwalone na domy, szopki, itd., a takze mielismy sporo zalanych i zamknietych drog. U mojego taty podobno ulica plynela doslownie rzeka, a sasiad biegal z lopata i probowal odtykac studzienki. :O Ja za to, po ogledzinach chalupy na tyle, na ile pozwolil mi na to deszcz lejacy wiadrami i zawiewany w twarz wiatrem, zaczelam szykowac Starszej sniadanie. Patrzac na sytuacje za oknem stwierdzilam, ze tego dnia jednak podjade autem do konca naszej uliczki, zeby nie musiala w ten deszcz oraz wichure stac na przystanku. Uslyszalam pikniecie sms'a i myslalam ze M. sprawdza czy mamy prad, a tymczasem... byla to kolejna wiadomosc ze szkol. Tym razem, "z powodu nadal pogarszajacej sie sytuacji", zamkneli je kompletnie. :O Potworki oczywiscie oszalaly ze szczescia. Ja nieco mniej, bo chcialam tego dnia popakowac prezenty swiateczne dla nich, porobic pranie i kontynuowac porzadki. A z dzieciakami to wiadomo jaka robota. Niby to juz nie maluchy, ale i tak ciagle cos chca i przeszkadzaja. Nie mowiac juz o prezentach, ktorych pakowanie odpadalo kompletnie... Dzien minal jednak calkiem fajnie i bardzo spokojnie. Zapominalismy momentami, ze to poniedzialek, a nie weekend. Kiedy zjedlismy sniadanie, Nik poprosil zeby wlaczyc mu "Avatar". Poczatkowo myslal oczywiscie o tej najnowszej czesci, bo pierwsza wyszla przeciez 3 lata przed jego narodzinami. Zasugerowalam jednak, ze moze trzeba zaczac od oryginalu, bo to od niego wszystko sie zaczelo. ;) Ku mojemu zdziwieniu, Bi oznajmila, ze jej ten film w ogole nie interesuje, ale ze i tak siedziala w salonie, to zaczela mimochodem ogladac, a potem wciagnal ja tak, ze uznala, ze to jeden z najlepszych jakie widziala. ;)

Kinomani
 

Malzonkowi uzbierala sie resztka dni wolnych, ktore musial wykorzystac przed Swietami (jego firma oficjalnie ma wolny tydzien przed Nowym Rokiem), wiec w tym tygodniu wychodzil z pracy juz o 10:30. Dalam mu liste zakupow swiatecznych z Polakowa i w poniedzialek pojechal tam, nie zwazajac na paskudna pogode. Calutki dzien potwornie wialo (choc juz slabiej niz w nocy) i lalo. Bylo jednak bardzo cieplo jak na druga polowe grudnia - 16 stopni, choc po poludniu temperatura zaczela gwaltownie spadac. Ojciec wrocil do domu calkiem wczesnie i wiekszosc dnia spedzilismy raczej leniwie. W ktoryms momencie wydawalo sie, ze niebo zrobilo sie jakby jasniejsze i deszcz przeszedl w mzawke, a ze Bi meczyla mnie zeby podjechac do biblioteki, wiec pojechalysmy, zabierajac ze soba tez Kokusia. Bi zgarnela kilka ksiazek, Nik stosik gier, a do tego najnowsza czesc "Avatar'a", oczywiscie. A kiedy wyszlismy... tragedia. Leje jak z cebra i pizdzi jak w Kieleckiem. Wygladalo to jak, wypisz - wymaluj, sceny z Florydy nawiedzonej przez huragan! Najpierw lekko zwatpilismy, ale potem Potworki schowaly ksiazki za pazuchy, na glowy naciagnelismy kaptury (ktore po drodze i tak nam zwialo) i puscilismy sie pedem przez parking. Kilkanascie sekund, a bylismy przemoczeni! :D Po powrocie nie wysciubialismy juz nosa z domu. Tylko Oreo naprzemian wychodzila i wracala przemoczona, zeby za kwadrans znow drzec sie pod drzwiami zeby ja wypuscic. Maya glupia nie jest, wiec nawet wieczorem nie bardzo miala ochote wychodzic na ostatnie siusiu. ;) Potworki oczywiscie powinny byly jechac na basen, ale oboje marudzili, ze to taki bonusowy dzien "weekendowy" i im sie nie chce. Pogoda byla taka a nie inna, wiec M. tez srednio sie chcialo i ostatecznie zostali w domu. 

Wtorek zaczal sie juz normalnie, czyli od wczesnej pobudki. Wyszykowalysmy sie z Bi, przygotowalam Nikowi sniadanie, obudzilam go i wyszlysmy z corka. Cale szczescie ze zaczelam budzic kawalera przed wyjsciem ze Starsza, bo jej autobus znow przyjechal o 7:26, a ze kokusiowy mial zaczac przyjezdzac wczesniej, wiec w zyciu by sie nie wyrobil. Oczywiscie, wbrew temu, co napisali w mailu, my wyszlismy z domu wczesniej, a jego autobus przyjechal pozniej. Babka tlumaczyla, ze gdzies po drodze byly strasznie korki. No, moze... A jeszcze, wyszlismy z naszego podjazdu na chodnik i przypomnialo mi sie, ze przeciez mamy wtorek, a Nik nie wzial trabki! Ten wolny poniedzialek naprawde mnie zamotal! :D Kazalam synowi isc na przystanek, bo wazniejsze bylo zeby zlapal autobus, a sama pobieglam spowrotem do chalupy. Bieg do domu, po schodach na gore, potem znow na przystanek i mialam niezla zadyszke. A wszystko na darmo, bo autobus i tak sie spoznil i nie musialam sie spieszyc. :D Po odjezdzie syna, rozladowalam zmywarke, zaladowalam ponownie to, co uzbieralo sie w zlewie, umylam kuchenke, poskladalam ostatnie pranie z poprzedniego dnia, po czym w koncu usiadlam na chwile z kawa. W tle puscilam sobie jednak radio z piosenkami bozonarodzeniowymi i tak mnie chwycil nastroj na... wyrobienie w koncu ciasta na pierniki. ;) Mielismy je piec w miniony weekend, ale potem jakos tak smignal, ze wylecialo mi z glowy zeby wczesniej zagniesc ciasto, a ono musi sobie chwilke polezakowac w lodowce. Potem mielismy niespodziewanie wolny od szkoly poniedzialek i... znow zapomnialam. :D A o dziwo, Nik spytal o pierniki tylko raz, w czasie Indyka i chyba sam zapomnial. Jak nikt mi nie przypomina, to mam skleroze. :D W kazdym razie, spojrzalam na zegarek i bylo jakos 15 minut zanim planowalam jechac do roboty. Stwierdzilam, ze zdaze. Coz, nie zdazylam, ale ze i tak moge przyjezdzac kiedy i na ile chce, wiec wyjechalam 20 minut pozniej niz chcialam i juz. ;) W pracy tym razem na nikogo nie wpadlam, skrzynka pocztowa byla pusta, wiec posiedzialam, odbebnilam troche papierow i wrocilam do domu. Rano dostalam maila, ze trening koszykowki Kokusia, zostal odwolany. Nie powiem, wcale mnie to nie zmartwilo. ;) Dotarlo do mnie za to, ze za dwa tygodnie, przez 5 tygodni wtorkowe popoludnia bede spedzac na sniegu i mrozie (?). Poki co, pogoda nie wspolpracuje i tydzien miedzyswiateczny ma byc raczej wiosenny niz zimowy. :D W kazdym razie, z klubu narciarskiego troche sie ciesze, bo w koncu lubie ten sport, a troche mi sie zwyczanie nie chce... Lenia mam i tyle i odrobine cierpne na mysl o spedzaniu calutenkiego popoludnia pilnujac mlodocianej bandy. ;) Wracajac do odwolanej koszykowki, Nik byl i rozczarowany i zly. Ponoc trener obiecal im jakis "zabawowy" trening, poniewaz mial to byc ostatni przed przerwa, a dodatkowo Mlodszy wiedzial, ze inaczej bedzie musial jechac na basen. ;) Poniewaz trening plywacki we wtorki jest pozniej, wiec wyciagnelam ciasto na pierniki z lodowki i Potworki zabraly sie ochoczo za walkowanie i wykrawanie.

To zdecydowanie ulubione ciastka Kokusia
 

Te czarne bluzki, po zabawie z maka, byly oczywiscie bardziej biale ;)
 

Nigdy nie robie tego ciasta za wiele, wiec poszlo im ekspresowo i w 40 minut mielismy wszystkie upieczone. Dekorowac mielismy innego dnia. Kiedy ja i dzieciaki "walczylismy" z pierniczkami, M. zaczal zmieniac podlaczenie do polskiej telewizji. Dostalismy nowe urzadzonko, ktore jednak sprawialo mu kupe problemow. Mowilam mu zeby zostawil i ze popatrzymy w weekend, na spokojnie, zapominajac, ze to Swieta. :D Nie, jak to moj maz, on bedzie robil teraz. Potem przyznal, ze myslal, ze raz-dwa i zrobi. Tymczasem urzadzenie, zamiast sie wlaczyc, raz po raz prosilo o zalogowanie sie. Probowalam zalogowac sie ja, potem M. i za kazdym razem wyskakiwalo, ze konto jest nieaktywne. Malzonek, wsciekly ze cos mu nie wychodzi, najpierw stwierdzil, ze na pewno to zapomnialam hasla! Mina mu zrzedla, kiedy jego tez nie zadzialalo. ;) Kilka razy powtarzalam, ze dzieja sie tu jakies "cuda" i ze trzeba zadzwonic do tej agencji co sprzedaje telewizje. Oczywiscie malzonek, juz wkurzony, burknal zebym sama sobie dzwonila, ze on nie bedzie nigdzie dzwonil. Przewrocilam oczami i powiedzialam, zeby dal mi numer telefonu to zadzwonie. On to zawsze zalatwial, wszystko zapisane na niego, a teraz sie rzuca. W kazdym razie tak kombinowal ze starym urzadzeniem oraz nowym, ze w koncu stare zresetowal do ustawien fabrycznych (choc odradzalam) i ono tez przestalo dzialac. Brawo. :D W miedzyczasie dzieciaki szykowaly sie na basen, a ojciec dodatkowo miotal sie, naprzemian warczac ze nigdzie nie jedzie i mowiac ze ok, niech sie przebieraja. Wreszcie jednak zdecydowal sie posluchac zony i zadzwonic do tej agencji. Miesci sie ona w Chicago, wiec sa o godzine wczesniej od nas i o dziwo o 17:30 (ich czasu) ktos odebral. Pan na szczescie wiedzial jak obejsc to niefortunne logowanie. W tym momencie M. podziekowal i sie... rozlaczyl, choc pokazywalam na migi zeby najpierw wszystko do konca wlaczyc. Poniewaz nie ma za latwo, urzadzenie wydawalo sie teraz dzialac, ale w mnogosci app'ek nie moglismy namierzyc polskiej telewizji, a kiedy juz ja namierzylismy, wyskoczyla prosba o... haslo! :D I niestety inne niz to, ktorym M. logowal sie przed chwila. No to co - kolejny telefonik do agencji. A mowilam zeby sie nie rozlaczal?! ;) Pan i tu na szczescie umial pomoc, a haslem okazala sie kombinacja cyfr, ech... Po tym juz jednak telewizja sie wlaczyla jak powinna. Niestety zrobila sie 18:45, czyli poczatek treningu. Malzonek najpierw stwierdzil, ze dobra, najwyzej dzieciakom umknie rozgrzewka, ale po kilku minutach jednak zrezygnowal z jazdy. Bi sie poplakala. ;) Na oslode wyciagnelam lukry i dalam im do dekorowania piernikow. Niezle sobie radzili, ale ostatecznie Starsza poddala sie szybciej niz brat, a i on nie skonczyl. A wydawalo sie, ze wcale nie tak duzo tych piernikow...

Dekorowanie to chyba lepsza zabawa niz pieczenie ;)
 

Sroda to poranek jak zwykle. Kiedy usiadlam na lozku, na horyzoncie akurat zrobila sie delikatna, jasnozolta linia. To stad chyba wzielo sie okreslenie "wstac bladym switem". :D Zapakowalam Bi sniadaniowke i wode, po czym polecialam sie umyc. Potem przyszykowalam Kokusiowi sniadanie, obudzilam go i pobieglysmy ze Starsza na przystanek. Tym razem nie musialam sie az tak spieszyc, bo autobus dojechal juz o 7:21. Przynajmniej jednak Nik mial mniejszy bieg z samego rana, choc to byl kolejny dzien kiedy wyszlismy wczesniej, a autobus przyjechal pozniej niz zwykle. W koncu jednak dojechal, Mlodszy zostal powieziony do szkoly, a ja wrocilam do chalupy juz na caly dzien. Planowalam tego dnia zrobic ostatnie zakupy spozywcze przed Swietami, ale jak zwykle, plany planami, a zycie zyciem... Akurat na ten dzien malzonek umowil sie na zmiane moich opon, wzial wiec do pracy moje auto zeby zaoszczedzic sobie jazdy w te i we w te. A ja zostalam udupiona w domu, bo jego "krowy" nie biore jesli absolutnie nie musze. ;) Myslalam zreszta optymistycznie, ze skoro wychodzi o 10:30, to okolo 12 powinien byc w domu i wtedy pojade. Taaa. Pojechal do zaufanego mechanika, ktory jednak, przez to ze ma dobre opinie, byl mocno oblegany i, pomimo pomocnikow, robil kilka rzeczy na raz. W rezultacie M. do domu dojechal dopiero przed 14. W tym momencie nie chcialo mi sie juz nigdzie ruszac, szczegolnie ze na mysl o korkach robilo mi sie mdlo, a po calym dniu ogarniania, juz nic mi sie nie chcialo. Zrobilam jeden ladunek prania zeby mniej zostalo mi na sobote przed Swietami. Zaczelam myc lodowke, bo niestety juz sie o to prosila. Wypralam i powiesilam reszte zaslon, kichajac raz za razem przy ich sciaganiu. Jak juz sciagnelam zaslony, to od razu umylam przykurzone okna. Wyszorowalam przegrody ze sztuccami, bo sa na samej gorze pod blatem roboczym i wiecznie wpada do niej kupa paprochow. Umylam tez szuflade do air fryer'a. I juz pogubilam sie w tym co jeszcze odhaczylam z przedswiatecznych porzadkow. A ze sie zmeczylam, to naszla mnie taka ponura mysl, ze jaki to sens pucowac kuchnie na blysk, skoro za chwile totalnie ja ufaflunimy przy pichceniu na Wigilie... ;) Wkrotce dojechala Bi, a niedlugo po niej M. z Kokusiem. Zjedlismy obiad i chwile posiedzielismy, Bi odrobila lekcje i czas byl dla ich trojki jechac na basen/ silownie. Oni pojechali, a ja wskoczylam pod prysznic, a potem popedzilam do piwnicy, przypomnialo mi sie bowiem, ze przyszla przesylka z prezentami swiatecznymi Potworkow, a ja zapomnialam otworzyc i sprawdzic czy wszystko sie zgadza. Na szczescie tak. :) Rodzina wrocila po ponad godzinie, kolacja, chwile ochlonac i do czas do lozek.

W nocy znow spalam srednio, bo martwilam sie o kota. Tak, Oreo w srode wieczor znow wyszla, pojawila sie na chwile pod drzwiami o 22, ale uciekla kiedy je otworzylam i... przepadla. Kladlam sie do lozka o 23:30, specjalnie przedluzalam, krecilam sie po dole i co chwila wychodzilam z jednej lub drugiej strony, nawolujac. W ktoryms momencie z tarasu uslyszalam jak cos na dole zaszelescilo, ale oczywiscie w ciemnosci nic nie moglam dojrzec, a kot nie przyszedl, jesli to byl on. Jak na zlosc, na noc zapowiadali lekki przymrozek, -1, ale przy porywistym wietrze, obnizajacym odczuwalna temperature do -5. Zal mi bylo zostawiac zwierzaka, ale co robic. W koncu poszlam spac, ale co chwila przebudzalam sie, przewracalam z boku na bok, itd. Okolo 3 nad ranem slyszalam jak M. wola Oreo, bo zostawilam mu kartke, ze jej nie ma i zeby sprobowal ja zawolac. Wolal i wolal i juz myslalam, ze nie przybiegnie, ale w koncu uslyszalam jak malzonek do niej zagaduje. Czyli moglam juz spac spokojnie. :) A swoja droga zastanawiam sie gdzie ona sie chowa, bo na tarasie zostawilam jej "domek, zeby mogla do niego wejsc i schronic sie przed wiatrem, ale tam jej nie bylo...

Czwartek rano, poza zmeczeniem to bylo takie kopiuj - wklej srody. Przynajmniej do momentu odjechania Kokusia do szkoly. ;) Potem wrocilam, wypilam kawe i umylam kolejna szuflade oraz polke z lodowki. Wole to robic wlasnie na raty i po trochu. Schodzi dluzej, ale nie mam wrazenia ze pol dnia szoruje lodowke. ;) Zebralam sie tez i w koncu zapakowalam prezenty dla Potworkow. Oni klada sie teraz tak pozno (szczegolnie Bi), ze nie mam szans zrobic tego wieczorem, wiec zostaly tylko dwa ranki, ewentualnie czas, kiedy beda na treningu. Wolalam jednak nie zostawiac pakowania na ostatnia chwile, bo wiadomo, zawsze cos moze wyskoczyc. Dla dziadka czy wujka moge zrobic w ich obecnosci, ale juz dla nich samych to nie bardzo. ;)

I juz - stosik dla Potworkow gotowy. Skromnie, ale pare drobiazgow dostana jeszcze do skarpet w wigilijna noc
 

Tego dnia chcialam pojechac do pracy, planowo ostatni raz przed Nowym Rokiem, a potem na ostatnie zakupy spozywcze przed Swietami. Poczatkowo mialam jechac jak zwykle, po pracy, ale potem poszlam po rozum do glowy i stwierdzilam, ze o nie! Nie bede sie pchala w te korki i szalenstwo. Wyjatkowo, pojechalam przed praca. Na szczescie tego dnia mielismy miec tylko 3 stopnie, a nie planowalam kupowac niczego mrozonego, wiec stwierdzilam, ze wszystko powinno jakos wytrzymac w aucie te kilka godzin. ;) Zirytowac musial mnie oczywiscie tez malzonek, jakby inaczej. Dzwoni i ni z gruchy, ni z pietruchy pyta czy zamowilam kalendarz dla jego rodzicow. Oczywiscie nie zamowilam i sam byl sobie winny, ale musial rzucic jakims tekstem, ze "no przeciez zawsze zamawialas i moi rodzice tak strasznie czekaja na te kalendarze". Kur*a. Zeby oddac Wam przyczyne mojej irytacji, musze wyjasnic, ze po pierwsze, z racji naszych klopotow finansowych, uzgodnilismy ze w tym roku nie wysylamy paczek do Polski. Ja stwierdzilam, ze jak zaczne zarabiac to wtedy moze wysle, albo przekaze cos przez mojego tate jak bedzie lecial do Kraju w kwietniu. Malzonek za to chcial wyslac przez agencje kurierska taki koszyk z lakociami. Zaledwie dzien wczesniej siedzielismy i przegladalismy te koszyki zeby ktorys wybrac, a on mi teraz dzwoni ze jednak zamierza jakas mala paczuszke wyslac i z glupia franc pyta gdzie kalendarz! I jeszcze probuje wpedzic w jakies poczucie winy! A tymczasem, po drugie, rok temu zamowilam kalendarz, ale M. sie z kolei z paczka pospieszyl i choc mowilam mu ze kalendarze juz ida, strwierdzil (jak to on) ze czekac nie bedzie i wyslal ja bez niego. Kiedy potem kalendarze doszly, powiedzialam mu zeby moze wyslal osobno, to fuknal ze nie bedzie wydawal kupy kasy za przesylke z samym kalendarzem! Okey, to w koncu jego rodzice, to co ja sie bede wtracac. I lezy sobie on w piwnicy do dzisiaj. A teraz nagle M. chce kalendarz, bo jego rodzice tak ich pragna! No ludzie! Niestety, ale u mojego meza duzo zalezy od tego jaki ma akurat humor, bez wzgledu czy jest to logiczne, czy nie. A kiedy przypomnialam mu o zeszlorocznej sytuacji z kalendarzem, wiecie co odpowiedzial?! Ze go nie wyslal, bo mu nie przypomnialam! Mial szczescie, ze to byla rozmowa telefoniczna, bo chyba bym go ugryzla! ;) W robocie, na stole lezal stos babeczek wraz z zyczeniami dla wszystkich od zarzadu budynku. No to chwycilam jedna. ;)

Niezbyt smaczne, ale slodkie ;)
 

Wrocilam do domu, zajezdzajac jeszcze do oddzialu biblioteki, ktory mam po drodze. Dojechalam, rozpakowalam torby i... Bi zrobila oczy kota ze Shrek'a, zeby pojechac do biblioteki, bo nie ma co czytac! Najpierw odpowiedzialam, ze nie ma mowy, potem jednak stwierdzilam, ze skoro od nastepnego dnia chcialam zaczac swiateczne gotowanie, to moze lepiej pojechac z nia jednak tego dnia, zeby wziela zapas ksiazek na cale Swieta. No to pojechalysmy, a z nami Nik, bo kolejnego dnia mieli miec w szkole film oraz czytanie ksiazek pod kocykiem, wiec chcial tez sobie cos wybrac. Tym razem Bi wiedziala juz czego szuka, natomiast syn grzebal i grzebal w komiksach... Najpierw na dziale dzieciecym, potem mlodziezowym. Wreszcie znalazl sobie trzy i moglismy wrocic do chalupy. Na noc zapowiadali solidny mroz, -7 stopni, z odczuwalna jeszcze nizsza bo nadal wialo. Bylam przeszczesliwa, ze nie musze sie juz nigdzie ruszac. Reszta pojechala oczywiscie na trening na basenie. Ja w tym czasie zabralam sie za szorowanie kafelkow na scianie w kuchni, a w miedzyczasie zdzwonilam sie z kolezanka, wiec przynajmniej czas mi fajnie zlecial. ;) Zalamalam sie za to, bo kiedy odsunelam nasz air fryer, okazalo sie, ze za nim, na kaflach jest spora, tlusta plama! Dziadostwo ma jakis wywietrznik, ktorego dotychczas nawet nie zauwazylam, ale ktory wypluwa najwyrazniej tluszcz. :/ W koncu wrocila rodzina: Bi zachwycona, Nik wkurzony. ;)  Z racji, ze byl to ostatni trening przed Swietami, mieli jakies gry, ktore wymagaly wziecia jakichs pianek i innych akcesoriow. Niestety, ktorys trener wpadl na "genialny" pomysl, ze grupa, ktora przegra, bedzie musiala posprzatac. Padlo niestety na Kokusiowa i stad jego podly nastroj. ;) Za to poznym wieczorem syn przylazl na dol, skarzac sie, ze gardlo boli go tak, ze nie moze mowic. Spytalam czy sie napil, myslac ze moze mu po prostu w nim zaschlo. Podobno pil. Pytam czy chce tabletke do ssania, ale nie, bo ich nie lubi... Super... Wrocil z basenu, czytalam mu, itd. i nic, a potem nagle chwyta go cos takiego? Poza tym czas, wiadomo, idealny - prosto na Boze Narodzenie... :(

W koncu nadszedl piatek, czyli ostatni dzien szkoly przed Swietami dla Potworkow. Wstalam zamulona, bo kot znow przepadl wieczorem, a potem obudzilam sie o 4 nad ranem, przestraszona ze M. juz pojechal do pracy, wiec pewnie wolal kota, a ten sie nie zjawil. Tej nocy mielismy -7 stopni, z odczuwalna temperatura jeszcze nizsza. Wyobrazilam sobie Oreo jak siedzi gdzies skulona i umiera z wyziebienia. Zeszlam na dol, zajrzalam we wszystkie mozliwe katy, ale kiciula nie bylo. Napisalam smsa do malzonka, pytajac czy ja wolal. Potem postanowilam jeszcze obejsc gore, bo czasem lubi spac w nogach lozek dzieciakow. Kontrolnie jednak zawolalam jej imie glosnym szeptem i za sekunde uslyszalam tup-tup-tup na schodach. A, czyli jest! W tym momencie dostalam smsa od M., ze kot siedzial pod drzwiami i ja wpuscil. Rychlo w czas. Z ulga wrocilam do lozka, ale po takiej pobudce oczywiscie nie moglam zasnac... Bi wstala i wyszykowala sie normalnie i wlasnie mialam zaczac szykowac sniadanie dla syna, kiedy sam zszedl na dol. Narzekajac oczywiscie ze gardlo dalej go boli i ze jest zmeczony bo zapchany nos nie dal mu w nocy spac. Super. Dalam mu szybko sniadanie i polecialam z Bi na autobus. Tym razem dojechal nieco pozniej niz ostatnio, bo o 7:25. Czego mozna sie spodziewac po najzimniejszym poranku w sezonie? ;) Wrocilam do domu i mialam w koncu czas przyjrzec sie blizej synowi. Coz, ogolnie wygladal niezle, nie mial tez goraczki, wiec stwierdzilam ze moze isc do szkoly. Tym bardziej, ze tutaj bardzo zwracaja uwage na obecnosc, a z racji ostatniego dnia przed przerwa, i tak nie mieli lekcji, tylko apel, ogladanie filmu oraz czytanie ksiazek pod kocykiem. Po odjezdzie dzieciakow wypilam kawke, po czym kontynuowalam czyszczenie lodowki, wyszorowalam czajnik, maszynke do gotowania ryzu i wrzucilam do pracnie dywanik z dolnej lazienki, spod drzwi oraz misek psa. Przy okazji sama narobilam sobie dodatkowej roboty, bo zabralam sie za odkurzanie oraz mycie podlog na dole. Wiadomo, ze ludzie przybywajacy w niedziele, zobowiazuja. ;) Wyjelam dywaniki z pralki i powiesilam je na krzeslach dla przeschniecia. Okazalo sie niestety, ze dywanik (starutki, jeszcze z dawnego domu) zaczyna sie rozpadac, a wlasciwie kruszy sie ta antyposlizgowa warstwa ze spodu. Pod krzeslem mialam kupke bialych kuleczek, ktore musialam jeszcze raz odkurzyc. Ech... Do domu znow wczesniej zawital M. i siedlismy zeby wyslac te kosze upominkowe dla jego taty i mojej siostry. Do matki nie wysylam, bo zawsze kiedy to zrobilam, slyszalam tylko pretensje, ze to glupota, ze te kosze nigdy nie wygladaja tak jak na zdjeciach i te agencje oszukuja, a tak w ogole to ona nigdy nie odbiera domofonu i nie chce zeby jej sie kurierzy dobijali. Od kilku wiec lat nie wysylam jej juz takich upominkow na imieniny czy Dzien Matki... A tak w ogole, to tesciowa pokazuje upominki wyslane im i poza drobnymi zamiennikami czasem (wiadomo ze moga miec troche inny rodzaj czekoladek czy czegos takiego), te kosze wygladaja jak w zamowieniu. W kazdym razie, tego kosza, ktory dzien wczesniej sobie upatrzylam, oczywiscie juz nie bylo, wiec zaczelo sie przegladanie ofert od nowa. A malzonek mial kosza rodzicom nie wysylac, tylko paczke, ale wymyslil, ze jednak kosz tez wysle, bo tesc ma w II dzien Swiat urodziny... Wkrotce potem pojechal po Kokusia, do domu wrocila Bi, a ja zabralam sie za pierwsze ciasto. W tym roku, po kilkunastoletniej przerwie, wzielo mnie na metrowca. To bylo popisowe ciasto mojej mamuski i goscilo u nas na stole przy kazdym swiecie i innych okazjach. W ktoryms momencie tak mi sie przejadlo, ze po przyjezdzie do Stanow zrobilam je jeszcze 2-3 razy, po czym stwierdzilam, ze sa inne ciasta. Moj tata przez pare lat cos tam wspominal na Wigilie o metrowcu, ale sama na mysl o nim az cierplam. Malzonek kiedys stwierdzil, ze to dosc "trudne" ciasto, choc nie wiem skad mu sie to wzielo. Tak naprawde jest po prostu czasochlonne, bo i ciasta i krojenie ich w plastry i czekanie az budyn wystygnie i krecenie kremu, polewa, itd. Dzis wiec upieklam placki i ugotowalam budyn na krem i bede wszystko konczyc jutro. Namoczylam tez grzyby i na tym piatkowa robota sie skonczyla. ;) Nik na szczescie ze szkoly wrocil w stanie mniej wiecej podobnym do porannego. Podobno byl u pielegniarki, ale ta go obejrzala, zmierzyla mu goraczke (nie mial) i stwierdzila, ze to tylko katar i ze ma duzo pic i "sie trzymac". Mlodszy byl z tego powodu bardzo rozgoryczony, ale przyznal, ze dzien w szkole minal bardzo fajnie i poza proba zespolu, nie mial prawdziwych lekcji. Bi rowniez byla zadowolona, bo z okazji ostatniego dnia przed przerwa, mieli turniej siatkowki (Frosty tournament) miedzy dzieciakami a nauczycielami. Jakis czas temu mieli rozgrywki miedzyklasowe, gdzie zwycieska klasa miala grac z belframi (klasa Starszej odpadla), a potem glosowali ktory z nauczycieli mial grac. Oczywiscie wybrani zostali ci mlodsi i/lub lubiani. :D

Pozostalo mi tylko zyczyc Wam: Zdrowych, Wesolych Swiat, wspanialego czasu z rodzina, jak najmniej stresu przy przygotowaniach i solidnego odpoczynku w wolne dni!

Proba zrobienia przyzwoitego swiatecznego zdjecia - pies gdzies uciekl, kot sie wyrywa, a Bi trzyma wyrywajacego sie kota, wiec usmiech ma dosc wymuszony. Tylko Nik pozuje jak trzeba :D